Przy granicy z Litwą zatrzymano czterech kurierów i 25 cudzoziemców

Przy granicy z Litwą zatrzymano czterech kurierów i 25 cudzoziemców

Straż Graniczna i żołnierze WOT zatrzymali w okolicach Sejn, Rutki-Tartak i Augustowa czterech obywateli Ukrainy, którzy różnymi samochodami przewozili łącznie 25 cudzoziemców. Część osób była przewożona w bagażnikach, a po kontroli ustalono, że to m.in. obywatele Pakistanu, Afganistanu, Maroka, Erytrei i Etiopii.

Zatrzymanym kurierom grożą zarzuty za organizowanie nielegalnego przekroczenia granicy. Cudzoziemcy mają zostać zawróceni na Litwę.

Zdjęcie ilustracyjne

Dramatyczny pożar lasu w sąsiednim województwie. Czy jesteśmy gotowi na podobne zdarzenia u nas?

Dramatyczny pożar lasu w sąsiednim województwie. Czy jesteśmy gotowi na podobne zdarzenia u nas?

Ogromny pożar lasów na Lubelszczyźnie po raz kolejny pokazał, jak szybko natura potrafi zamienić się w żywioł nie do zatrzymania. Pożar wybuchł we wtorek w godzinach popołudniowych na terenie Puszczy Solskiej, obszaru, na którym znajdują się rezerwaty przyrody, parki krajobrazowe, obszary sieci Natura 2000, pomniki przyrody czy ochrona gatunkowa roślin i zwierząt. Pożar w bardzo krótkim czasie objął łącznie 250 hektarów lasów.

Należy sobie zadać pytanie już teraz. Czy Podlaskie – region pełen puszcz, bagien i parków narodowych jest przygotowany na długotrwałą suszę i coraz częstsze zagrożenie pożarowe?

Jeszcze kilkanaście lat temu wielu mieszkańców regionu uważało, że Podlaskie jest naturalnie „odporne” na takie zjawiska. W końcu mamy Biebrzę, Narew, ogromne kompleksy leśne i tereny podmokłe. Problem w tym, że klimat zmienia się szybciej niż nasze myślenie o wodzie. Coraz krótsze zimy, brak stabilnej pokrywy śnieżnej i długie okresy bez opadów powodują, że nawet miejsca uznawane kiedyś za wilgotne zaczynają wysychać.

Najbardziej alarmujące sygnały płyną z Biebrzańskiego Parku Narodowego. To właśnie tam regularnie pojawiają się informacje o suszy hydrologicznej i pożarach trzcinowisk oraz łąk. W ostatnich latach ogień wielokrotnie obejmował rozległe obszary parku. W 2025 roku spłonęły kolejne hektary cennych terenów bagiennych i torfowisk.

To szczególnie niebezpieczne dlatego, że torfowiska są naturalnym magazynem wody. Gdy są nawodnione — chronią przed suszą i ograniczają ryzyko pożarów. Gdy wysychają — zamieniają się w łatwopalny materiał, który może tlić się pod ziemią przez wiele dni. Strażacy dobrze pamiętają dramatyczne akcje gaśnicze na Biebrzy, gdzie ogień był trudny do opanowania właśnie przez przesuszone podłoże i niesłabnący wiatr.

Niepokojące sygnały pojawiają się również w Puszczy Białowieskiej. Eksperci zwracają uwagę na zmiany poziomu wód gruntowych oraz pogarszający się stan siedlisk wilgotnych. Międzynarodowa Unia Ochrony Przyrody (IUCN) uznała ostatnio stan ochrony Puszczy Białowieskiej za „krytyczny”. Oczywiście problemów jest tam więcej niż sama susza, ale coraz częściej mówi się o tym, że brak stabilnych zasobów wodnych będzie jednym z największych zagrożeń dla całego ekosystemu.

Podobne obawy dotyczą również Narwiańskiego Parku Narodowego. Dolina Narwi od lat zmaga się z coraz niższymi poziomami wód i coraz krótszym okresem naturalnych rozlewisk. To zmienia cały charakter tych terenów. Łąki wysychają szybciej, zmienia się roślinność, a miejsca dawniej stale mokre zaczynają przypominać zwykłe suche pola. W praktyce oznacza to również większe ryzyko pożarowe.

Coraz częściej o problemie przesuszenia mówi się także w kontekście Puszczy Knyszyńskiej i Puszczy Augustowskiej. To ogromne kompleksy leśne, które przy długotrwałej suszy stają się bardzo podatne na pożary. Wystarczy kilka tygodni bez opadów, wysoka temperatura i silny wiatr, aby nawet niewielkie źródło ognia doprowadziło do katastrofy. Instytut Badawczy Leśnictwa regularnie publikuje mapy zagrożenia pożarowego pokazujące, że ryzyko w polskich lasach rośnie bardzo szybko.

W tym wszystkim wraca również temat zbiornika Siemianówka. Od lat sztuczny zalew zaburza naturalny obieg wody i wpływa na warunki hydrologiczne Narwi. Ogromne ilości wody są tam magazynowane na płytkim akwenie, gdzie podczas upałów następuje intensywne parowanie. Tymczasem rzeka niżej mogłaby być lepiej zasilana naturalnym przepływem.

Dziś, w czasach coraz częstszych susz, pytanie o sens dalszego utrzymywania Siemianówki wraca z nową siłą. Być może zamiast kolejnych kosztownych prób utrzymywania sztucznego zbiornika należałoby rozpocząć dyskusję o jego stopniowej likwidacji i renaturyzacji całego obszaru. Teren ten mógłby stać się jednym z największych rezerwatów przyrody w Polsce — czymś na wzór nowych obszarów ochronnych podobnych charakterem do Biebrzańskiego Parku Narodowego.

Naturalne bagna, rozlewiska i mokradła działają jak gigantyczna gąbka. Zatrzymują wodę znacznie skuteczniej niż betonowe konstrukcje hydrotechniczne i sztuczne zbiorniki. Co więcej — są odporne na parowanie, wspierają bioróżnorodność i ograniczają skutki ekstremalnych zjawisk pogodowych. Być może właśnie w tym kierunku powinno iść dziś myślenie o bezpieczeństwie wodnym Podlasia.

Pożary na Lubelszczyźnie pokazują jedno bardzo wyraźnie — Polska wchodzi w epokę, w której susza i wielkie pożary przestają być wyjątkiem. Podlaskie wciąż ma ogromny naturalny potencjał: puszcze, bagna, rzeki i parki narodowe. Ale jeśli nie zaczniemy traktować wody jako najcenniejszego zasobu regionu, nawet najbardziej zielone tereny mogą w przyszłości stanąć w ogniu.

Białystok: 33-latka z zarzutem zabójstwa byłego partnera

Białystok: 33-latka z zarzutem zabójstwa byłego partnera

33-letnia mieszkanka Białegostoku usłyszała zarzut zabójstwa swojego 38-letniego byłego partnera. Ciało mężczyzny znaleziono pod koniec kwietnia w jednym z domów jednorodzinnych w mieście.

Według prokuratury mężczyzna zginął od ciosu ostrym, wciąż nieustalonym narzędziem. Kobieta została zatrzymana w miejscu zamieszkania, nie przyznała się do winy i złożyła wyjaśnienia. Sąd zdecydował o jej tymczasowym aresztowaniu, a śledczy czekają jeszcze na wyniki sekcji zwłok.

Zdjęcie ilustracyjne

Giełczyn. Spór o planowaną chlewnię blisko domów, gmina zapowiada mediacje

Giełczyn. Spór o planowaną chlewnię blisko domów, gmina zapowiada mediacje

W Giełczynie pod Łomżą trwa spór o planowaną budowę chlewni blisko domów jednorodzinnych. Mieszkańcy obawiają się uciążliwości i pogorszenia warunków życia, a inwestor chce rozwijać swoje gospodarstwo.

Po spotkaniu z mieszkańcami wójt gminy zapowiedział mediacje i rozmowę o możliwości przesunięcia inwestycji na inne działki, dalej od zabudowy.

Zdjęcie ilustracyjne

Łomża: 21-latka z zarzutem po interwencji w sprawie dwuletniego dziecka

Łomża: 21-latka z zarzutem po interwencji w sprawie dwuletniego dziecka

W Łomży prokuratura zajęła się sprawą 21-latki, która pijana opiekowała się dwuletnią córką. Do zdarzenia doszło 22 kwietnia na osiedlu Południe.

Dziecko samo szukało pomocy u sąsiadki. Po interwencji policji dziewczynka trafiła do szpitala odwodniona i niedożywiona.

Kobiecie grozi do 5 lat więzienia za narażenie córki na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu.

Zdjęcie ilustracyjne

Białystok analizuje nową linię autobusową do kampusu UwB przy ul. Ciołkowskiego

Białystok analizuje nową linię autobusową do kampusu UwB przy ul. Ciołkowskiego

Na kampus Uniwersytetu w Białymstoku przy ul. Ciołkowskiego autobusy mają od października dojeżdżać bliżej uczelni. Studenci i władze UwB chcą nowego przystanku przy ul. 11 Listopada, bo po przenosinach kolejnych wydziałów z kampusu będzie korzystać nawet o 2 tys. osób więcej.

Miasto zapowiada analizy i nie wyklucza zmian w siatce połączeń, ale decyzja o dokładnej lokalizacji przystanku jeszcze nie zapadła.

Zdjęcie ilustracyjne

Łomża nie osiągnęła wymaganego poziomu recyklingu. Problem może podnieść koszty systemu odpadów

Łomża nie osiągnęła wymaganego poziomu recyklingu. Problem może podnieść koszty systemu odpadów

W Łomży wraca temat śmieci, bo miasto nie osiągnęło w 2025 roku ustawowego poziomu recyklingu. Według analizy systemu gospodarki odpadami wynik wyniósł 38,23 proc. przy wymaganych 55 proc., a luka w deklaracjach ma sięgać prawie 8 tys. osób.

Raport wskazuje też na wysoki udział odpadów zmieszanych, zwłaszcza w zabudowie wielorodzinnej. Bez skuteczniejszej segregacji, uszczelnienia systemu opłat i dalszych inwestycji koszty mogą dalej rosnąć, a z nimi opłaty dla mieszkańców.

Zdjęcie ilustracyjne

Featured Video Play Icon

Dzika przyroda Podlasia. Ekscytujące obrazy natury na żywo.

Podlaskie to jedno z tych miejsc, które nie próbują nikogo przekonywać na siłę. Ono po prostu jest – ciche, rozległe, dzikie. I właśnie dlatego przyciąga ludzi, którzy mają dość zgiełku, ekranów i sztucznie wykreowanych atrakcji. Tutaj nie ogląda się natury zza szyby. Tutaj się w nią wchodzi. To region, w którym obserwowanie zwierząt nie jest „atrakcją turystyczną” w klasycznym sensie. To doświadczenie. Spotkanie. Czasem nagłe, czasem wyczekane godzinami. I zawsze prawdziwe.

W Podlaskiem można zobaczyć półdzikie konie pasące się na rozległych łąkach, szczególnie w dolinach rzek i na terenach bagiennych. Nie są zamknięte w zagrodach ani przygotowane pod turystów. Żyją swoim rytmem – przemieszczają się, reagują na pogodę, czują obecność człowieka. Ich widok o świcie, gdy mgła unosi się nad ziemią, potrafi zatrzymać na dłużej niż jakiekolwiek widowisko.

Jeszcze bardziej surowe wrażenie robią spotkania z łosiami. To jedne z największych dzikich zwierząt w Polsce, a w Podlaskiem mają idealne warunki do życia – rozległe bagna Biebrzańskiego Parku Narodowego są ich naturalnym królestwem. Łoś nie ucieka w panice jak wiele innych zwierząt. Potrafi stać nieruchomo, obserwując. I właśnie ten moment – kiedy człowiek i dzika natura patrzą na siebie bez pośredników – zostaje w pamięci najdłużej.

Żubry to z kolei symbol Podlasia. Największe ssaki Europy, które jeszcze niedawno były na granicy wyginięcia, dziś można spotkać w Puszczy Białowieskiej i okolicznych terenach. Nie w klatce, nie na wybiegu, tylko w ich własnym świecie. Zobaczenie żubra w lesie to coś zupełnie innego niż wizyta w zoo – to poczucie obcowania z czymś pierwotnym, potężnym i jednocześnie spokojnym.

Nad tym wszystkim unosi się jeszcze jeden wymiar – ptaki drapieżne. Podlaskie to raj dla ornitologów i tych, którzy po prostu lubią patrzeć w niebo. Bieliki, myszołowy, orliki krzykliwe – krążą wysoko, wykorzystując prądy powietrza. Ich obecność trudno zaplanować, ale gdy już się pojawią, robią ogromne wrażenie. Cisza, przestrzeń i nagle majestatyczny lot nad głową.

To właśnie odróżnia Podlaskie od miejsc „zorganizowanej przyrody”. Tutaj nic nie jest ustawione pod turystę. Nie ma gwarancji, że zobaczysz konkretne zwierzę o konkretnej godzinie. Ale jeśli dasz sobie czas, zwolnisz i zaczniesz naprawdę patrzeć – natura zacznie się odsłaniać.

I wtedy okazuje się, że największą atrakcją nie jest to, co zobaczysz, ale jak to zobaczysz. Bez barierek, bez tłumu, bez scenariusza. Tylko Ty i świat, który od tysięcy lat działa na własnych zasadach.

Łomża. Po 33 latach wracają regularne pociągi pasażerskie

Łomża. Po 33 latach wracają regularne pociągi pasażerskie

Po 33 latach do Łomży mają wrócić regularne pociągi pasażerskie. Według zapowiadanego rozkładu pierwszy skład POLREGIO do Białegostoku ma odjechać 14 czerwca 2026 roku o 5:39.

Tego samego dnia planowane są też połączenia w stronę Ostrołęki i Olsztyna, a od 15 czerwca liczba odjazdów ma wzrosnąć do dziesięciu. Modernizacja linii Łomża-Śniadowo-Łapy potrwa jeszcze dłużej, ale sam powrót pasażerskiej kolei do miasta ma nastąpić już w czerwcu.

Zdjęcie ilustracyjne

Podlaskie. 37 prób nielegalnego wjazdu przez granicę z Litwą w majowy weekend

Podlaskie. 37 prób nielegalnego wjazdu przez granicę z Litwą w majowy weekend

Podczas długiego weekendu na polsko-litewskiej granicy w Podlaskiem odnotowano 37 prób nielegalnego wjazdu do Polski. Największa grupa liczyła 24 obywateli Somalii, których w busie próbował przewieźć obywatel Ukrainy na tymczasowym przejściu w Poszeszupiu.

Straż Graniczna zatrzymała też kolejne osoby w rejonie Rutki-Tartak i Sejn. Wszyscy cudzoziemcy zostali przekazani stronie litewskiej, a zatrzymanym kierowcom grozi do 8 lat więzienia.

Zdjęcie ilustracyjne

Białystok planuje klinikę weterynaryjną na kampusie UwB. Potrzeba 110 mln zł

Białystok planuje klinikę weterynaryjną na kampusie UwB. Potrzeba 110 mln zł

Władze Uniwersytetu w Białymstoku i miasta chcą wspólnie zebrać około 110 mln zł na budowę kliniki weterynaryjnej na kampusie UwB oraz uruchomienie kierunku weterynaria.

Obiekt przy ul. Ciołkowskiego ma mieć ponad 4 tys. m kw. z częścią leczniczą, dydaktyczną i zapleczem dla dużych zwierząt. Według zapowiedzi studia mogłyby ruszyć jeszcze przed zakończeniem budowy samej kliniki.

Inwestycja ma służyć nie tylko uczelni, ale też całemu regionowi, także dzięki wyposażeniu do pomocy zwierzętom gospodarskim i dzikim w terenie.

Zdjęcie ilustracyjne

Białystok: 47-latek przyniósł zapalnik artyleryjski na komendę

Białystok: 47-latek przyniósł zapalnik artyleryjski na komendę

47-letni mieszkaniec przyniósł do białostockiej komendy zapalnik artyleryjski, który wcześniej znalazł podczas spaceru nad stawem. Jak podała policja, mężczyzna zabrał zardzewiały przedmiot do domu i czyścił go, a dopiero później zorientował się, że może być niebezpieczny.

Na miejsce weszli policyjni pirotechnicy i zabezpieczyli znalezisko. Policja przypomina, by w przypadku odnalezienia przedmiotu przypominającego niewybuch nie przenosić go, nie dotykać i od razu powiadomić służby pod numerem 112.

Zdjęcie ilustracyjne

Białystok otworzył Laboratorium Wad Mowy i Wymowy dla wsparcia logopedów

Białystok otworzył Laboratorium Wad Mowy i Wymowy dla wsparcia logopedów

Od 29 kwietnia logopedzi z białostockich przedszkoli i oddziałów przedszkolnych mogą konsultować najtrudniejsze przypadki w nowym Laboratorium Wad Mowy i Wymowy im. dr. Antoniego Balejki w Białostockim Centrum Edukacji przy ul. Ciepłej.

Miasto podkreśla, że placówka ma wspierać specjalistów w diagnozie i wymianie doświadczeń, a pośrednio ułatwić pomoc dzieciom wymagającym terapii.

Zdjęcie ilustracyjne

Szpital w Łapach protestuje przeciw limitom NFZ. Powiat ostrzega przed mniejszą liczbą badań

Szpital w Łapach protestuje przeciw limitom NFZ. Powiat ostrzega przed mniejszą liczbą badań

Szpital w Łapach włączył się w ogólnopolski protest szpitali powiatowych. Władze Powiatu Białostockiego alarmują, że nowe limity NFZ i brak rozliczania nadwykonań mogą ograniczyć dostęp do części badań i świadczeń.

Według starostwa w szpitalu w Łapach może to oznaczać około 1500 badań tomografii i rezonansu mniej rocznie. Samorząd podkreśla, że problem dotyczy przede wszystkim diagnostyki, która decyduje o szybkim wykrywaniu chorób i dalszym leczeniu.

Białystok: około 800 osób wyruszyło w pieszej pielgrzymce do Zwierek

Białystok: około 800 osób wyruszyło w pieszej pielgrzymce do Zwierek

Około 800 pątników wyruszyło w sobotę z Białegostoku w coroczną pieszą pielgrzymkę do Zwierek. Wydarzenie towarzyszy uroczystościom ku czci św. Męczennika Młodzieńca Gabriela, patrona dzieci i młodzieży.

Rano do Zwierek wyruszyła także pielgrzymka z Gródka, a od piątku idą również grupy z Hajnówki i Narwi. W związku z przejściem pielgrzymki kierowcy musieli liczyć się z utrudnieniami na drodze krajowej nr 19 na trasie Białystok-Zwierki.

Zdjęcie ilustracyjne

Majówka 2026. To jest rdzeń Podlasia. Musisz go zobaczyć.

Majówka 2026. To jest rdzeń Podlasia. Musisz go zobaczyć.

Siemiatycze, Drohiczyn, Mielnik czy Granne to majówkowa trasa dla tych, którzy chcą odkryć Podlasie mniej oczywiste, ale pełne klimatu i historii. To obszar nad Bugiem – rzeką, która wyznacza rytm życia, tworzy szerokie krajobrazy i daje poczucie przestrzeni, jakiej trudno szukać gdzie indziej. Jest spokojnie, naturalnie i bardzo autentycznie.

Siemiatycze to dobry punkt startowy – miasto nieduże, ale przyjazne i uporządkowane, z ciekawą historią i kilkoma miejscami, które warto zobaczyć. Zalewy w centrum to popularne miejsce spacerów i odpoczynku, szczególnie gdy pogoda dopisuje. To właśnie tutaj można złapać pierwszy oddech przed dalszą drogą. Okolice Siemiatycz zachęcają do spokojnej eksploracji – niewielkie wsie, otwarte przestrzenie i brak tłumów sprawiają, że to dobry kierunek dla tych, którzy chcą uciec od zgiełku. To Podlasie bez pośpiechu, gdzie nie trzeba „zaliczać atrakcji”, żeby dobrze spędzić czas.

Majówka 2026. To jest rdzeń Podlasia. Musisz go zobaczyć.
fot. Urząd Marszałkowski Województwa Podlaskiego

Drohiczyn to jedno z najbardziej klimatycznych miejsc nad Bugiem. Dawna stolica Podlasia zachwyca położeniem na wysokiej skarpie, z której rozciąga się widok na szeroką dolinę rzeki. Spacer wzdłuż krawędzi skarpy, zejście nad sam Bug czy chwila ciszy przy jednym z kościołów pozwalają naprawdę poczuć charakter tego miejsca. To również miasto z historią, którą widać na każdym kroku – od zabytkowych świątyń po spokojne uliczki. Drohiczyn nie jest głośny ani nachalny – raczej zaprasza do zatrzymania się i spojrzenia szerzej, na krajobraz i przeszłość.

Mielnik to z kolei bardziej surowa, naturalna odsłona regionu. Góra Zamkowa z widokiem na Bug, kopalnia kredy i dzikie tereny wokół tworzą klimat, który wyróżnia to miejsce na tle innych. To idealny punkt na krótki postój z widokiem, który naprawdę robi wrażenie. Okolice Mielnika to świetny teren na spacery i rower – szczególnie wzdłuż rzeki, gdzie krajobraz zmienia się z każdym kilometrem. Cisza, przestrzeń i brak komercji sprawiają, że łatwo tu złapać dystans do codzienności.

Granne zamyka tę trasę spokojnie i bez pośpiechu. To niewielka miejscowość nad Bugiem, która nie próbuje być atrakcją – i właśnie dlatego ma swój urok. To dobre miejsce, żeby po prostu usiąść nad rzeką, popatrzeć na wodę i zakończyć majówkę w najprostszy możliwy sposób.

Cały ten region to propozycja dla tych, którzy nie szukają fajerwerków, tylko prawdziwego klimatu. Bug, przestrzeń i cisza robią tu całą robotę – reszta jest tylko tłem.

Majówka 2026 – Na południowym wschodzie czeka nas magia
fot. Robert Wielgórski / Wikipedia

Majówka 2026 – Na południowym wschodzie czeka nas magia

Bielsk Podlaski, Hajnówka czy Białowieża to majówkowa podróż w głąb jednego z najbardziej charakterystycznych obszarów Podlasia. To tutaj najmocniej czuć wielokulturowość, tradycję i bliskość natury, która nie została podporządkowana człowiekowi. Drewniane cerkwie, spokojne miasteczka i Puszcza Białowieska tworzą razem przestrzeń, w której wszystko ma swój rytm – wolniejszy, bardziej naturalny.

Bielsk Podlaski to dobry punkt startowy, z wyraźnie zaznaczonym wpływem kultury prawosławnej. Miasto nie przytłacza, ale ma swój charakter – szczególnie widać to w architekturze i układzie przestrzeni. Spacerując po nim, można zobaczyć cerkwie, które nadają temu miejscu wyjątkowy klimat i przypominają, że Podlasie to region wielu tradycji.

Okolice Bielska to także spokojne wsie, gdzie czas płynie inaczej. Drewniane domy, kapliczki przy drogach i otwarte przestrzenie tworzą krajobraz, który trudno znaleźć w innych częściach Polski. To dobry moment, żeby zwolnić i po prostu być – bez napiętego planu zwiedzania.

Hajnówka wprowadza już bezpośrednio w klimat Puszczy Białowieskiej. To miasto jest naturalną bramą do jednego z najcenniejszych przyrodniczo miejsc w Europie. Warto zajrzeć do Soboru Świętej Trójcy – jednego z największych obiektów sakralnych prawosławia w Polsce, który robi wrażenie swoją skalą i architekturą. Warto przejechać się tamtejszą kolejką wąskotorową. Od tego roku można kupować bilety online.

Największym atutem Hajnówki jest jednak jej położenie. Stąd najłatwiej ruszyć w głąb puszczy – pieszo, rowerem albo z przewodnikiem. To miejsce dla tych, którzy chcą poczuć prawdziwy kontakt z naturą, nie tylko ją „zobaczyć”.

Białowieża to finał tej trasy i jednocześnie jej najmocniejszy punkt. Puszcza Białowieska to ostatni w Europie nizinny las o charakterze pierwotnym – miejsce, gdzie przyroda rządzi się własnymi zasadami. Spacer po Rezerwacie Ścisłym czy wycieczka do miejsc, gdzie można zobaczyć żubry, to doświadczenia, które zostają w pamięci na długo.

Sama Białowieża ma spokojny, niemal uzdrowiskowy klimat. Drewniana zabudowa, szerokie drogi i otoczenie lasu sprawiają, że to idealne miejsce na zakończenie majówki. Bez pośpiechu, bez tłumów – za to z poczuciem, że było się w miejscu naprawdę wyjątkowym.

Majówka 2026. Na wschód Podlaskiego. Co dobrego tam znajdziemy?

Majówka 2026. Na wschód Podlaskiego. Co dobrego tam znajdziemy?

Supraśl, Czarna Białostocka czy Krynki to majówkowa propozycja dla tych, którzy chcą połączyć kontakt z naturą z nutą historii i klimatem pogranicza. To obszar Puszczy Knyszyńskiej – jednej z największych i najbardziej dzikich puszcz w Polsce, gdzie las nie jest tylko tłem, ale głównym bohaterem całej podróży.

Supraśl to miejsce, które od lat przyciąga spokojem i charakterystycznym, uzdrowiskowym klimatem. Monaster Zwiastowania Przenajświętszej Bogurodzicy z Muzeum Ikon to punkt obowiązkowy – nie tylko ze względu na architekturę, ale też wyjątkową atmosferę, która wprowadza w zupełnie inny rytm. Spacer bulwarami nad rzeką Supraśl czy odpoczynek wśród drewnianej zabudowy miasteczka pozwalają naprawdę zwolnić.

Warto też wyjść poza centrum i zanurzyć się w Puszczy Knyszyńskiej. Liczne szlaki piesze i rowerowe prowadzą przez gęste lasy, gdzie łatwo zapomnieć o cywilizacji. To idealne miejsce na majówkowy reset – bez tłumów, za to z zapachem lasu i ciszą, która działa lepiej niż niejeden weekend w spa.

Czarna Białostocka to z kolei propozycja dla tych, którzy chcą poczuć bardziej „surową” stronę regionu. Miasteczko położone na skraju puszczy jest świetną bazą wypadową na mniej uczęszczane trasy. Zalew Czapielówka to popularne miejsce odpoczynku – szczególnie gdy pogoda sprzyja, można tu złapać chwilę nad wodą, z dala od większych ośrodków turystycznych.

Okolice Czarnej Białostockiej to przede wszystkim lasy i małe drogi, które aż proszą się o rowerową eksplorację. To teren dla tych, którzy lubią odkrywać miejsca bez planu – skręcić w nieznaną ścieżkę i zobaczyć, dokąd zaprowadzi. Puszcza w tej części jest mniej „oswojona”, bardziej dzika, co tylko dodaje jej uroku.

Krynki zamykają tę trasę klimatem pogranicza i historią, która wciąż jest tu obecna. Charakterystyczny, gwiaździsty układ ulic wychodzących z jednego ronda to coś, czego nie zobaczysz w wielu miejscach w Polsce. Spacer po miasteczku pozwala poczuć jego dawną wielokulturowość – ślady żydowskiej przeszłości są tu nadal widoczne.

To również świetna baza do dalszego odkrywania wschodnich rubieży Podlasia. Bliskość granicy, spokojne wsie i rozległe tereny sprawiają, że to miejsce ma w sobie coś surowego, ale jednocześnie bardzo autentycznego. Idealne na zakończenie majówkowej trasy – z poczuciem, że zobaczyło się Podlasie mniej oczywiste, ale przez to jeszcze ciekawsze.

Majówka 2026 – Piękne widoki na zachód od stolicy Podlaskiego.

Majówka 2026 – Piękne widoki na zachód od stolicy Podlaskiego.

Narwiański Park Narodowy, Tykocin czy Choroszcz to jedne z tych majówkowych propozycji, które zaskakują spokojem, choć znajdują się zaledwie kilkanaście kilometrów od Białegostoku. To Podlasie bardziej „miękkie” – z rzeką, która nie płynie w jednym kierunku, tylko rozlewa się, tworząc labirynt odnóg i rozlewisk. Idealne miejsce dla tych, którzy chcą odpocząć bez konieczności pokonywania setek kilometrów.

Narwiański Park Narodowy to serce tego obszaru i jedno z najbardziej unikalnych miejsc w Polsce. Narew tworzy tu naturalną deltę śródlądową – sieć koryt, które najlepiej podziwiać z drewnianych kładek, np. w okolicach Śliwna i Waniewa. Spacer nad rozlewiskami daje poczucie obcowania z dziką przyrodą – ptaki, cisza i woda odbijająca niebo tworzą niemal medytacyjny klimat.

To również świetne miejsce dla miłośników fotografii i obserwacji ptaków. Wiosną park tętni życiem – słychać żurawie, widać czaple i dziesiątki innych gatunków. Nie ma tu spektakularnych „atrakcji”, ale jest coś cenniejszego – autentyczność i spokój, który trudno znaleźć gdzie indziej.

Tykocin to z kolei podróż w czasie. Niewielkie miasteczko zachowało historyczny układ i klimat dawnej Rzeczypospolitej. Rynek z pomnikiem Stefana Czarnieckiego, barokowy kościół i odbudowany zamek tworzą spójną, niemal filmową scenografię. Spacerując po Tykocinie, łatwo wyobrazić sobie, jak wyglądało życie kilka wieków temu. Nie można pominąć Wielkiej Synagogi – jednego z najlepiej zachowanych tego typu obiektów w Polsce. To miejsce robi wrażenie nie tylko architekturą, ale też historią, która przypomina o wielokulturowości Podlasia. Wizyta tutaj nadaje całej wycieczce głębszy kontekst.

Majówka 2026 – Piękne widoki na zachód od stolicy Podlaskiego.
Choroszcz domyka tę trasę spokojnym, parkowym klimatem. To idealne miejsce na końcowy przystanek – mniej turystyczne, bardziej lokalne, ale przez to autentyczne. Największą atrakcją jest Pałac Branickich, otoczony rozległym parkiem i wodami Narwi, który zachęca do niespiesznych spacerów.

To miejsce, gdzie można po prostu usiąść na ławce i pozwolić, żeby czas płynął wolniej. Cały region Narwi, Tykocina i Choroszczy nie krzyczy do turysty – raczej zaprasza go cicho. I właśnie dlatego zostaje w pamięci na dłużej.

W Białymstoku działa Urzędomat

W Białymstoku działa Urzędomat

Przy Urzędzie Miejskim w Białymstoku pojawiło się nowe urządzenie, które ma rozwiązać jeden z najbardziej irytujących problemów mieszkańców – konieczność dopasowywania się do godzin pracy urzędu. Mowa o tzw. urzędomacie, ustawionym przy ul. Słonimskiej 1. W teorii brzmi to jak kolejny krok w stronę wygody. W praktyce – zależy, jak często ktoś faktycznie musi coś odebrać.

Urzędomat działa przez całą dobę, siedem dni w tygodniu. To jego największy atut. Jeśli ktoś pracuje do późna albo nie ma czasu w ciągu dnia, może podjechać wieczorem czy w weekend i odebrać dokument bez stania w kolejce. Na razie zakres spraw jest dość wąski – chodzi głównie o dowody rejestracyjne (nowe lub wtórniki) oraz trzecią tablicę rejestracyjną.

Żeby skorzystać z urządzenia, trzeba wcześniej zaznaczyć taką formę odbioru podczas składania wniosku i podać numer telefonu. Gdy dokument będzie gotowy, przychodzi SMS z kodem PIN. Na miejscu wpisuje się numer, kod, składa podpis na ekranie i skrytka się otwiera. Całość ma być szybka i bezproblemowa – o ile ktoś zmieści się w 48 godzinach, bo tyle jest czasu na odbiór. Po tym terminie dokument wraca do urzędu i wszystko wraca do starego trybu.

Nie ma tu wielkiej rewolucji technologicznej – to raczej rozwiązanie znane z paczkomatów, tylko przeniesione do administracji. Różnica polega na tym, że zamiast paczki odbieramy dokument, który i tak wcześniej musieliśmy zamówić w urzędzie. Czyli jedna wizyta mniej, ale nie zero wizyt.

Na plus można zaliczyć dostępność – urządzenie zostało dostosowane do osób z niepełnosprawnościami, ma odpowiednią wysokość, tryb wysokiego kontrastu i możliwość wyboru niższej skrytki. To akurat standard, który dobrze widzieć w praktyce, a nie tylko w dokumentach.

Czy urzędomat realnie zmieni sposób załatwiania spraw? Dla części osób na pewno tak – szczególnie tych, którzy do tej pory traktowali odbiór dokumentów jako zło koniecznie. Dla reszty będzie to po prostu wygodna opcja, z której skorzystają raz na jakiś czas. Największym testem okaże się nie samo urządzenie, tylko to, czy z czasem pojawią się w nim kolejne usługi. Jeśli nie – zostanie ciekawostką. Jeśli tak – może być początkiem czegoś większego.

Budują atrakcje dla ludzi, a chcą dotacje na przeciwdziałanie suszy i ochronę przed powodzią.

Budują atrakcje dla ludzi, a chcą dotacje na przeciwdziałanie suszy i ochronę przed powodzią.

Bielsk Podlaski szykuje się na dużą inwestycję – zbiornik retencyjny na rzece Białej, który według zapowiedzi ma przeciwdziałać suszy, chronić przed powodzią, a przy okazji stworzyć nową przestrzeń rekreacyjną dla mieszkańców. Wniosek o dofinansowanie już trafił do odpowiednich instytucji, a wartość projektu szacowana jest na około 40 milionów złotych. W planach są nie tylko same prace hydrotechniczne, ale też infrastruktura wypoczynkowa i nasadzenia zieleni. Na pierwszy rzut oka wszystko brzmi jak klasyczna inwestycja „dla dobra mieszkańców i środowiska”. Jednak kiedy przyjrzeć się bliżej, pojawia się kilka pytań.

Podlaskie od lat zmaga się z problemem spadających poziomów wód. Rzeki i cieki wodne są coraz płytsze, a okresy suszy wydłużają się z roku na rok. W takiej rzeczywistości trudno nie zauważyć pewnej sprzeczności w argumentacji: jednocześnie mówi się o walce z suszą i o funkcji przeciwpowodziowej. Tymczasem te dwa zjawiska rzadko występują równocześnie w sposób, który uzasadniałby budowę dużego zbiornika.

Jeśli wody jest mało – zbiornik nie ma czego magazynować. Jeśli pojawią się intensywne opady i lokalne podtopienia – ich charakter jest zazwyczaj krótkotrwały i gwałtowny. W takich przypadkach niewielki zbiornik nie jest w stanie znacząco wpłynąć na sytuację hydrologiczną, a zgromadzona w nim woda w kolejnych tygodniach po prostu odparuje. To naturalny proces, który szczególnie nasila się w okresach letnich.

Zwraca się uwagę na to, jakie powinno być właściwie podejście do gospodarki wodnej. Czyli takie, które nie polega na „zamykania” wody w zbiornikach, lecz na jej zatrzymywaniu w krajobrazie. W Podlaskiem ogromną rolę odgrywają dawne systemy melioracyjne, często jeszcze z czasów PRL, które przez dekady skutecznie odprowadzały wodę z łąk i terenów podmokłych. Robiono to po to, by rolnicy mieli większe obszary do wykorzystania. W czasach, gdy po wojnie brakowało jedzenia, było to całkiem logiczne. Dziś w XXI wieku nie brakuje  nam jedzenia tylko wody. A ten sam system przyczynia się do przesuszania gleby.

Gdyby zlikwidować te melioracje, woda mogłaby naturalnie rozlewać się na okoliczne tereny, zasilać glebę i podnosić poziom wód gruntowych. Przy intensywnych opadach działałoby to jak naturalny bufor, ograniczając gwałtowne spływy. To rozwiązanie mniej widowiskowe, ale bardziej trwałe i zgodne z lokalnym ekosystemem.

Problem w tym, że takie działania rzadko wpisują się w duże programy inwestycyjne. Nie generują spektakularnych projektów infrastrukturalnych, nie tworzą przestrzeni rekreacyjnych, nie przyciągają uwagi w taki sposób jak nowy zalew z pomostami i ścieżkami spacerowymi.

I tu pojawia się druga warstwa tej inwestycji – ta, o której mówi się już bardziej otwarcie. Planowany zbiornik ma stać się miejscem wypoczynku, rekreacji i integracji społecznej. To niewątpliwie wartość dla mieszkańców, szczególnie w miastach, które szukają nowych przestrzeni do życia poza betonem i asfaltem.

W efekcie powstaje projekt, który łączy w sobie dwa światy: oficjalną narrację o retencji i ochronie środowiska oraz bardzo realną potrzebę stworzenia atrakcyjnego miejsca dla ludzi. I być może właśnie w tym połączeniu tkwi klucz do zrozumienia całej inwestycji. Bo czasem najciekawsze nie jest to, co zapisane w dokumentach – lecz to, co znajduje się między wierszami.

Featured Video Play Icon

Równina Bielska – zobacz te przepiękne widoki!

Równina Bielska to miejsce, które na pierwszy rzut oka może wydawać się spokojne i jednorodne, ale im dłużej się w nim przebywa, tym wyraźniej odsłania swoją prawdziwą naturę. To krajobraz szerokich przestrzeni, gdzie niebo zdaje się być bliżej ziemi niż gdziekolwiek indziej, a horyzont rozciąga się bez pośpiechu, jakby czas płynął tu wolniej.

Dominują tu pola uprawne, łąki i rozproszone zagajniki, które zmieniają swój charakter wraz z porami roku. Wiosną teren ożywa – pojawiają się ptaki, których śpiew niesie się daleko po otwartej przestrzeni, a świeża zieleń kontrastuje z jeszcze wilgotną ziemią. Latem Równina Bielska nabiera intensywnych barw – złote łany zbóż falują na wietrze, a powietrze drży od ciepła i dźwięków owadów. Jesień przynosi spokój i miękkie światło, które podkreśla strukturę krajobrazu, a zimą wszystko przykrywa śnieg, wyrównując granice między polami i drogami.

Choć jest to teren rolniczy, przyroda wciąż ma tu swoje miejsce. W rowach melioracyjnych i niewielkich ciekach wodnych można spotkać płazy, a wśród drzew i krzewów kryją się drobne ssaki i ptaki. Charakterystyczna dla tego regionu jest też obecność bocianów, które od lat wpisują się w rytm lokalnego życia i krajobrazu.

Równina Bielska nie przyciąga spektakularnymi formami terenu, ale właśnie w jej prostocie tkwi siła. To przestrzeń, która pozwala złapać dystans, zatrzymać się na chwilę i zobaczyć więcej – nie przez nadmiar bodźców, ale przez ich brak.

Presja ma sens! Urzędnicy wystraszyli się wściekłych rowerzystów!

Presja ma sens! Urzędnicy wystraszyli się wściekłych rowerzystów!

Jeszcze dziś rano pisaliśmy jak kompromitującą decyzję podjęli radni – zakazującą jazdy rowerom po Rynku Kościuszki. Po burzy jaka pojawiła się w sieci, urzędnicy najwyraźniej wystraszyli się wściekłych właściciel jednośladów. Na Rynku są znaki, które wykluczają rowery z ogólnego zakazu wjazdu pojazdom. Ale, trudno powiedzieć czego one dotyczą konkretnie, skoro Rynek nie jest drogą a placem. Znaki drogowe stosujemy do dróg. Tak czy inaczej urzędnicy po dwóch dniach „zastanawiania się” przyznali – jazda rowerem przez Rynek jest legalna.

Oznacza to jedno. Presja ma sens.

Presja społeczna faktycznie zadziałała, ale jednocześnie obnażyła coś znacznie groźniejszego – brak stabilności decyzji. Mieszkańcy dostali jasny sygnał: nie obowiązuje spójna polityka, tylko doraźne reagowanie na kryzysy wizerunkowe. Dziś rowerzyści „wygrali”, jutro ktoś inny może przegrać – w zależności od tego, kto głośniej krzyknie.

Jeżeli miasto chce być traktowane poważnie, nie może działać w ten sposób. Regulamin głównego placu to nie jest eksperyment, który testuje się „na żywym organizmie” i poprawia po komentarzach z Facebooka. To powinien być efekt analizy, konsultacji i świadomej decyzji.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że ta sytuacja była całkowicie do przewidzenia. Wystarczyło wyjść poza salę obrad i zobaczyć, jak wygląda codzienne życie w centrum. Zobaczyć ludzi jadących rano do pracy, uczniów, studentów, mieszkańców, którzy po prostu korzystają z miasta. Zamiast tego dostaliśmy decyzję zza biurka – i jej równie chaotyczną korektę.

Presja ma sens – to fakt. Ale jeszcze większy sens miałoby podejmowanie decyzji, które tej presji nie wymagają.

Szokująca decyzja radnych! Zakazują wjazdu rowerom na Rynek Kościuszki.

Szokująca decyzja radnych! Zakazują wjazdu rowerom na Rynek Kościuszki.

Decyzja radnych Białegostoku o zakazie wjazdu rowerów na Rynek Kościuszki i Plac Jana Pawła II to przykład administracyjnej krótkowzroczności w najczystszej postaci. I trudno to nazwać inaczej niż kompromitacją. Miasto od lat szczyciło się tym, że jest przyjazne dla rowerzystów. Liczba ścieżek rowerowych jest imponująca. Tymczasem jednym ruchem ręki radni wykreślają z mapy jedną z kluczowych tras rowerowych w centrum. Bez realnego zrozumienia, jak to miejsce działa w praktyce.

Bo Rynek Kościuszki to nie jest tylko „deptak”. To realny węzeł komunikacyjny. Codziennie rano przejeżdżają tamtędy ludzie jadący do pracy, szkoły, na uczelnie. Nie dlatego, że „tak im się podoba”, tylko dlatego, że nie mają sensownej alternatywy. Ulice takie jak Sienkiewicza czy częściowo Legionowa od lat są dla rowerzystów przestrzenią wrogą – niebezpieczną i niedostosowaną. Rynek był naturalnym obejściem tego problemu. Był – bo właśnie przestał nim być.

Najbardziej absurdalny w tej decyzji jest jednak detal, który mówi wszystko o jakości tego procesu: stacja roweru miejskiego BiKeR znajdująca się w obrębie objętym zakazem. W praktyce oznacza to, że użytkownik może wypożyczyć rower… ale nie może nim legalnie wyjechać. Trudno o bardziej symboliczny przykład oderwania od rzeczywistości. System działa, infrastruktura będzie stała, użytkownicy będą – tylko regulamin został napisany tak, jakby nikt nie pomyślał.

To nie jest kwestia „różnicy zdań” między radnymi a rowerzystami. To jest błąd. Jeżeli miasto chce ograniczać ruch rowerowy w takim miejscu, to najpierw musi stworzyć alternatywę. Spójny ciąg komunikacyjny. Drogę, która realnie przejmie ten ruch. Bez tego zakaz nie porządkuje przestrzeni – tylko przenosi problem gdzie indziej albo go eskaluje. Tak czy inaczej zakaz jest po prostu głupi. Bo Rynek nie jest przestrzenią wyjętą z życia miasta. To jego centrum – miejsce, gdzie różne funkcje się przenikają. Próba wycięcia jednej z nich bez przemyślenia konsekwencji prowadzi do chaosu, a nie do ładu.

Najbardziej niepokojące jest jednak coś innego: tryb podejmowania takich decyzji. Brak analiz, brak odniesienia do realnych potoków ruchu, brak konsultacji, które miałyby jakiekolwiek znaczenie. Zrobiono to na zasadzie „wrzutki”. Dopiero po fakcie pojawia się narracja: „jeśli będą sygnały, przeanalizujemy”. Tu nie ma co analizować, tu trzeba odkręcać głupotę.

Dziś środowiska rowerowe mówią wprost: to jeden z najbardziej absurdalnych zakazów w Polsce. I trudno się z tym nie zgodzić. Bo nie chodzi tu o ideologię, tylko o elementarną spójność decyzji. Jeżeli miasto inwestuje w system roweru miejskiego, promuje ekologiczny transport i jednocześnie blokuje jego podstawowe ciągi komunikacyjne – to znaczy, że ktoś przestał nad tym panować.

Radni mają jeszcze czas, żeby tę decyzję odwrócić. Ale problem jest głębszy niż jeden zapis w regulaminie. To test kompetencji i odpowiedzialności za miasto. Bo Białystok nie potrzebuje kolejnych deklaracji o nowoczesności. Potrzebuje decyzji, które mają sens.

Featured Video Play Icon

Suwałki to nie tylko biegun zimna. Co jeszcze odkryjesz w tym mieście?

Suwałki mają wizerunek, z którym trudno konkurować – „biegun zimna”, koniec Polski, miejsce bardziej do przetrwania niż do zwiedzania. Problem w tym, że to uproszczenie. Bo kiedy wejdziesz w to miasto głębiej, szybko okazuje się, że Suwałki nie próbują nikogo na siłę zachwycać. One po prostu są – spokojne, konkretne i pełne detali, które zaczynają mieć znaczenie dopiero wtedy, gdy przestajesz patrzeć powierzchownie.

To miasto ma historię, która nie krzyczy, ale zostawia ślad. Spacerem przez Park Konstytucji 3 maja, dalej deptakiem przy ulicy Chłodnej aż do placu Marii Konopnickiej, pozwala złapać pierwszy rytm tego miasta. Nie jest szybki. I właśnie dlatego działa.

Są tu też rzeczy, których nie znajdziesz gdzie indziej. Cmentarz Siedmiu Wyznań – miejsce, które pokazuje, jak bardzo zróżnicowana była kiedyś ta część Polski. Cerkiew Wszystkich Świętych jako kolejny dowód, że Suwałki nie są jednowymiarowe. Nawet były budynek więzienia, dziś wkomponowany w galerię handlową, jest czymś więcej niż ciekawostką – to symbol zmian, jakie przeszło miasto.

Suwałki mają też lekkość, której można się nie spodziewać. Krasnoludki rozsiane po mieście, muzeum Marii Konopnickiej, niewielkie place i zaułki – to wszystko sprawia, że to miejsce zaczyna być bardziej „do przeżycia” niż „do odhaczenia”. Nie chodzi o spektakularne atrakcje. Chodzi o klimat.

I w końcu – okolice. Tu Suwałki pokazują swoją największą siłę. Zalew Arkadia jako szybkie wyjście z miasta, a dalej już tylko więcej przestrzeni. Suwalszczyzna to jeden z najbardziej charakterystycznych krajobrazów w Polsce – pagórki, jeziora, cisza, która nie jest pustką, tylko czymś naturalnym. To nie jest region, który próbuje być modny. On po prostu jest autentyczny. Jeśli patrzysz na to miejsce przez pryzmat temperatury – tracisz połowę obrazu. A druga połowa jest zdecydowanie ciekawsza.

Featured Video Play Icon

Podlaskie na rowerze. Jak się zwiedza region na dwóch kołach?

Podlaskie najlepiej poznaje się powoli. Nie z okna samochodu, nie w pośpiechu między punktami na mapie, ale z poziomu drogi, którą naprawdę się czuje. Rower daje dokładnie to – kontakt z przestrzenią, ciszą i detalem, który w innym tempie po prostu znika. Dobrym przykładem takiej trasy jest odcinek prowadzący od Grabarki w kierunku Hajnówki. To nie jest tylko przejazd „z punktu A do B”, ale ciąg doświadczeń, które układają się w spójną opowieść o regionie.

Już sam początek ma ciężar symboliczny. Święta Góra Grabarka to jedno z najważniejszych miejsc kultu prawosławnego w Polsce. Setki, a właściwie tysiące krzyży, zapach drewna i żywicy, cisza przerywana tylko krokami pielgrzymów – to przestrzeń, która narzuca tempo. Tu nikt się nie spieszy. U podnóża bije źródełko, z którego wielu zabiera wodę na dalszą drogę, traktując to bardziej jako rytuał niż zwykły postój.

Puszcza Knyszyńska Gravel – Wyprawa rowerowa – 16.05.2026

Dalej trasa otwiera się na zupełnie inne krajobrazy. Pojawia się dolina Bugu – szeroka, spokojna, miejscami niemal dzika. To jeden z tych fragmentów Podlaskiego, gdzie ingerencja człowieka jest ograniczona, a przyroda gra pierwsze skrzypce. Drogi są łagodne, bez większych przewyższeń, co sprawia, że jazda ma bardziej charakter płynięcia niż wysiłku. Po drodze mijasz niewielkie miejscowości, w których widać wielokulturową historię regionu. Drewniane domy, przydrożne kapliczki, cerkwie ukryte między drzewami – to elementy, które nie są tu atrakcją turystyczną w klasycznym rozumieniu. One po prostu są. I właśnie dlatego robią największe wrażenie.

Im bliżej Hajnówki, tym wyraźniej zmienia się charakter przestrzeni. Pojawiają się pierwsze oznaki Puszczy Białowieskiej – las gęstnieje, światło się rozprasza, a ruch samochodowy praktycznie znika. To moment, w którym rower staje się jedynym sensownym środkiem transportu. Pozwala wjechać głębiej, zatrzymać się w dowolnym miejscu i naprawdę poczuć skalę tego terenu.

Podlaskie w wersji rowerowej to nie lista atrakcji do odhaczenia. To raczej ciąg wrażeń, które budują się powoli – od miejsc o dużym znaczeniu kulturowym, przez otwarte krajobrazy, aż po zwarte kompleksy leśne. Bez presji czasu, bez tłumów, bez konieczności planowania co do minuty. I właśnie dlatego rower jest tu najlepszym wyborem. Nie skraca dystansu – przeciwnie, pozwala go w pełni przeżyć.

Kolejka wąskotorowa w Hajnówce wraca na szlak! Można kupować bilety.

Kolejka wąskotorowa w Hajnówce wraca na szlak! Można kupować bilety.

Wąskotorowa Kolejka Leśna w Hajnówce rozpoczyna nowy sezon. Nadleśnictwo uruchomiło sprzedaż biletów na pierwsze przejazdy zaplanowane na majówkę. Pierwsze kursy odbędą się 1 maja, a kolejne w dniach 2 i 3 maja. 1 maja kolejka wyruszy o godzinie 9:00, 13:00 i 16:15. Taki sam rozkład obowiązuje 2 maja. 3 maja zaplanowano dwa kursy – o 9:00 i 13:00. Przejazdy realizowane są na trasie Hajnówka – Topiło i z powrotem. W jedną stronę to około 11 kilometrów, a cała podróż wraz z postojem trwa około trzech godzin.

Stacja początkowa znajduje się przy ul. Kolejki Leśne 12 w Hajnówce. Działa tam Ośrodek Edukacji Leśnej „Stacja”, gdzie dostępna jest kasa biletowa, poczekalnia i zaplecze sanitarne. Trasa prowadzi przez obszary Puszczy Białowieskiej, obejmując fragmenty lasów, łąk i terenów podmokłych. Przejazd odbywa się z prędkością około 20 km/h, co pozwala na swobodną obserwację otoczenia. Na końcowej stacji w Topile przewidziano około godzinny postój, który można przeznaczyć na spacer lub odpoczynek.

Kolejka ma charakter historyczny. Powstała w czasie I wojny światowej i pierwotnie służyła do transportu drewna. Po latach została przekształcona w atrakcję turystyczną i obecnie jest jedną z bardziej rozpoznawalnych form zwiedzania Puszczy Białowieskiej.

Sezon przejazdów trwa zazwyczaj do końca września. Majówka jest jego początkiem i jednocześnie okresem największego zainteresowania.

Planty miały być gotowe wiosną. Doczekamy się po wakacjach.

Planty miały być gotowe wiosną. Doczekamy się po wakacjach.

Rewitalizacja parku Planty w Białymstoku, która według pierwotnych założeń miała zakończyć się wraz z nadejściem wiosny 2026 roku, potrwa dłużej. Wszystko wskazuje na to, że prace będą kontynuowane przez całe lato, a teren jeszcze przez kilka miesięcy będzie przypominał plac budowy.

Opóźnienia dotyczą natomiast jednego z kluczowych elementów inwestycji – przebudowy fontanny. Zgodnie z założeniami ma ona zyskać multimedialny charakter, z centralną wyspą wyposażoną w system dysz i oświetlenie. To właśnie ten etap prac wpływa na wydłużenie całego harmonogramu. Obecnie za budowlanym płotem, który ją odgradza wszystko jest w gruzach.

Wiosenna pogoda sprzyja spacerom, jednak odwiedzający park muszą liczyć się z utrudnieniami. Bliska zakończenia jest m.in. Aleja Zakochanych. Zakończył się też remont alejek od strony ulicy Akademickiej, jednak sama ulica pozostaje zamknięta dla ruchu. Jej ponowne otwarcie dla kierowców planowane jest na wrzesień.

Całkowity koszt rewitalizacji parku Planty wynosi około 30 milionów złotych. Według aktualnych informacji, zakończenie wszystkich prac i przywrócenie pełnej funkcjonalności parku nastąpi dopiero po okresie wakacyjnym.

Puste witryny na każdym kroku. Centrum Białegostoku przestaje istnieć jako miejsce biznesu.

Puste witryny na każdym kroku. Centrum Białegostoku przestaje istnieć jako miejsce biznesu.

Spacer po centrum Białegostoku przestaje być spacerem po mieście wojewódzkim. To przejście z widokiem na puste witryny, wynajęte kiedyś lokale i przestrzenie, które wyglądają jak po odwrocie przedsiębiorców. Jeszcze niedawno działały tu sklepy, usługi, małe firmy. Dziś – żółte plansze „do wynajęcia” i głucha cisza. I nie mówimy o pojedynczych przypadkach. To zjawisko masowe, widoczne gołym okiem, szczególnie w ścisłym centrum. Jeśli ktoś ma wątpliwości – wystarczy przejść się i policzyć. Zobaczcie nasze zdjęcia, wykonane tylko przy głównych ulicach miasta.

To nie jest chwilowe spowolnienie. To proces. Centrum straciło swoją funkcję gospodarczą, a wraz z nią – zanika sens istnienia jako żywego organizmu miejskiego. Miasto, które nie ma aktywnego centrum, zaczyna się rozlewać i degenerować. Białystok już w tę stronę idzie.

Miasto bloków zamiast możliwości

Białystok od lat rozwija się w najprostszy możliwy sposób – przez budowę kolejnych osiedli. Bloki rosną szybciej niż jakakolwiek realna gospodarka. Efekt? Mamy coraz więcej mieszkańców, ale nie mamy dla nich pracy, rozwoju ani przestrzeni do tworzenia czegokolwiek wartościowego.

To zaczyna przypominać rozrośnięte miasto powiatowe, tylko w większej skali. 10. największe miasto w Polsce, które nie oferuje realnych możliwości dla specjalistów. Rynek pracy jest płytki, firmy nie skalują działalności, a ambitni ludzie po prostu wyjeżdżają. Zostaje stagnacja i powolne osuwanie się w przeciętność.

To nie jest kwestia opinii. To jest obserwowalny fakt: brak nowych, silnych inwestycji, brak dynamicznych firm, brak przyciągania kapitału. Lokalny biznes w wielu przypadkach nie rozwija się – on trwa. A trwanie to nie rozwój. To oczekiwanie na koniec. Mało tego, to wszystko trwa od wielu lat na grupie tych samych biznesmenów.

Centrum umiera, bo nikt nim realnie nie zarządza

Największy problem to brak jakiejkolwiek strategii. Centrum Białegostoku nie jest traktowane jak kluczowy obszar gospodarczy, tylko jak przestrzeń „do ładnego utrzymania”. Brakuje aktywnego zarządzania – przyciągania najemców, tworzenia warunków dla biznesu, realnego wsparcia przedsiębiorców. Miasto nie konkuruje o firmy. Nie tworzy impulsów. Nie daje powodów, by ktoś chciał tu inwestować. Efekt jest prosty: kapitał wybiera inne miejsca. A jeśli centrum nie zarabia, to przestaje istnieć.

Ostatnie działania miały miejsce 16 lat temu, gdy postanowiono zabetonować Rynek Kościuszki i postanowiono go „sprofilować” pod gastronomię. Tylko, że dziś po tylu latach, nie ma już z tego powodu żadnego rozwoju.

Co trzeba zrobić w ciągu 5 lat?

Jeśli ten trend ma zostać odwrócony, potrzebne są decyzje, które będą odczuwalne natychmiast – nie za 15 czy 30 lat.

Po pierwsze, jeżeli coś ma się realnie szybko zmienić potrzebna jest agresywna polityka przyciągania biznesu. Zwolnienia podatkowe dla firm w centrum, preferencyjne najmy, realne wsparcie dla nowych działalności. Nie symboliczne działania – tylko konkretne pieniądze i ulgi.

Po drugie, aktywne zarządzanie pustymi lokalami. Zarząd Mienia Komunalnego musi wejść w rolę pośrednika i animatora rynku – łączyć właścicieli z najemcami, tworzyć programy tymczasowego zasiedlania lokali, wspierać start małych biznesów. Pusty lokal to koszt zrzucany na nas wszystkich.

Po trzecie, przyciągnięcie jednego silnego sektora. Cokolwiek, co ma potencjał wzrostu i płacenia dobrych pieniędzy. Bez tego nie będzie klasy średniej, a bez klasy średniej nie będzie życia w centrum.

Po czwarte, zmiana podejścia do przestrzeni miejskiej. Centrum musi być miejscem, gdzie opłaca się być – nie tylko przejść. Potrzebne są wydarzenia, ruch, ludzie. Ale nie jednorazowe imprezy, tylko stała aktywność.

Po piąte, brutalna diagnoza i koniec udawania, że „jest dobrze”. Nie jest. I dopóki ktoś tego jasno nie powie, nic się nie zmieni.

Albo działamy teraz, albo za kilka lat postępujące wyludnianie miasta na tyle się pogłębi, że zostaną tu emeryci, urzędnicy i pracownicy służb. Dokładnie to co obserwujemy obecnie na Białorusi, gdzie gospodarka od lat jest w zapaści.

Białystok stoi w miejscu, a świat idzie dalej. Każdy dzień bez decyzji pogłębia problem. Puste lokale dziś to tylko objaw. Choroba jest głębsza – brak kierunku i odwagi, by coś zmienić. A jeśli nic się nie wydarzy, centrum stanie się tylko tłem dla miasta, które już dawno przestało żyć, a zaczęło wegetować.

Marzec był prawie bez deszczu. Temperatura wyższa od średniej. Czeka nas kolejna susza?
Rzeka Narew w Koźlikach

Marzec był prawie bez deszczu. Temperatura wyższa od średniej. Czeka nas kolejna susza?

Miniony marzec był w Polsce ekstremalnie ciepły i jednocześnie skrajnie suchy. Te dwa zjawiska – choć brzmią abstrakcyjnie – w województwie podlaskim mają bardzo konkretne konsekwencje. I widać je już teraz, w terenie.

Z jednej strony mamy efekt śnieżnej zimy. W wielu miejscach Podlasia wciąż utrzymują się skromne rozlewiska – szczególnie w dolinach rzek, na łąkach i terenach bagiennych. Biebrza, Narew czy mniejsze cieki znów tworzą krajobraz, który jest jednym z największych skarbów regionu. Wielu mieszkańców okolic tych rzek jednak przyznaje, że to nie to co kiedyś. Rozlewiska są skromne.

Marzec był też jednym z najsuchszych w historii pomiarów. W Suwałkach – czyli w samym sercu północnego Podlasia – opady praktycznie nie wystąpiły. To oznacza, że obecne rozlewiska nie są efektem bieżących opadów, tylko „zapasem” po zimie. A ten zapas szybko się kończy.

Ciepło dodatkowo przyspiesza parowanie. W praktyce oznacza to, że woda, która dziś jeszcze utrzymuje się na łąkach i w dolinach rzek, może zniknąć znacznie szybciej niż zwykle. Jeśli kwiecień i maj nie przyniosą wyraźnych opadów, Podlasie może wejść w okres suszy hydrologicznej wcześniej niż zazwyczaj.

To szczególnie groźne dla terenów, które są symbolem regionu. Bagna Biebrzańskie, rozlewiska Narwi czy torfowiska – wszystkie te ekosystemy są uzależnione od stabilnego poziomu wody. Bez niego zaczynają wysychać, a to uruchamia cały łańcuch zmian: zanika roślinność bagienna, spada liczba ptaków, rośnie ryzyko pożarów. Jeśli trend ciepłych i suchych miesięcy się utrzyma, zmiany w przyrodzie regionu będą coraz bardziej widoczne. A to już nie jest kwestia jednego sezonu, tylko kierunku, w jakim zmierza cały krajobraz północno-wschodniej Polski. W pewnym momencie będzie u nas jak w Mongolii – jeden wielki step.

W tej sytuacji rola władz – zarówno regionalnych, jak i państwowych – powinna być jednoznaczna: zatrzymywać wodę tam, gdzie naturalnie występuje. Nie ma czasu już na wielkie inwestycje hydrotechniczne, tylko o odtwarzanie i ochronę tego, co już mamy. Kluczowe jest ograniczenie melioracji odwadniających, renaturyzacja rzek takich jak Narew i jej dopływy, odbudowa małej retencji oraz blokowanie odpływu wody z torfowisk. Częściowo się to już dzieje, ale zbyt wolno i na zbyt małą skalę. Kluczowe jest też zlikwidowanie zalewu Siemianówka, który degraduje Narew. Tu niestety władze postępują w drugą stronę – rozbudowują turystykę wokół zalewu. Jest to ogromny błąd.

Podlaskie nie potrzebuje szybkiego zatrzymania wody. Każdej, która spadnie z nieba. Bez tego nawet najlepsze warunki przyrodnicze regionu zostaną stopniowo zdegradowane. Jak mawiał klasyk „Nie będzie niczego”.

Featured Video Play Icon

Rynek Kościuszki do przebudowy. Czas skończyć z betonem w tym miejscu!

Od kilkunastu lat serce Białegostoku – Rynek Kościuszki – pozostaje przestrzenią, która jest jednym, gigantycznym, betonowym placem. Trudno dziś wskazać realne korzyści z takiej formy zagospodarowania. Beton dominuje nad zielenią, funkcjonalność nad estetyką, a potencjał miejsca – zamiast być wykorzystany – zdaje się być ograniczony przez własną formę.

Oczywiście, nie wszystko jest tu złe. Sam fakt stworzenia długiego, niemal ciągłego deptaka – od ulicy Kilińskiego aż po Lipową – to krok w dobrą stronę. Ograniczenie ruchu samochodowego i oddanie tej przestrzeni pieszym to decyzja, która wpisuje się w nowoczesne myślenie o miastach. Problem zaczyna się jednak tam, gdzie kończy się idea, a zaczyna realizacja.

Bo czym od lat właściwie jest Rynek Kościuszki? Latem – przestrzenią zdominowaną przez ogródki piwne. Te jednak w żaden sposób nie wymagają tak rozległej, zabetonowanej powierzchni. W wielu miastach funkcjonują one wśród zieleni, na bardziej przyjaznych, miękkich nawierzchniach, które sprzyjają odpoczynkowi, a nie odbijają upał i potęgują wrażenie pustki.

Jeszcze większe wątpliwości budzą organizowane tu wydarzenia. Koncerty, które regularnie pojawiają się na rynku, są zwyczajnie uciążliwe. Pomijając już mieszkańców przyzwyczajonych do hałasu, warto zwrócić uwagę chociażby na witraże w katedrze. Nadejdzie dzień, że się rozlecą od tego drżenia przy głośnej muzyce. Hałas niesie się daleko. Tymczasem kilka kroków dalej znajduje się plac przy Teatrze Dramatycznym – miejsce znacznie lepiej przystosowane do organizacji tego typu wydarzeń. Większa przestrzeń, bardziej naturalne „zamknięcie” akustyczne i mniej bezpośrednie sąsiedztwo mieszkań i kruchych witraży sprawiają, że byłby to wybór po prostu rozsądniejszy.

Podobnie wygląda kwestia jarmarków świątecznych. Choć przyciągają mieszkańców i turystów, ich skala wcale nie uzasadnia zajmowania centralnej części rynku. To wydarzenia, które z powodzeniem mogłyby odbywać się w innych punktach miasta – bez konieczności „zabetonowania” przestrzeni.

Po latach widać wyraźnie: zabetonowany Rynek Kościuszki nie spełnia swojej roli tak, jak mógłby. Ludzie niepotrzebnie się tam męczą, gdy chcą zjeść lody czy wypić piwo. Brakuje zieleni, cienia, naturalnych stref odpoczynku. Brakuje pomysłu na codzienne funkcjonowanie tej przestrzeni – takiego, który nie będzie uzależniony od sezonowych ogródków i okazjonalnych wydarzeń.

To nie jest apel o cofnięcie czasu, ale o refleksję. Bo skoro już mamy w centrum miasta tak dużą, wyłączoną z ruchu przestrzeń, warto zadać pytanie: czy naprawdę wykorzystujemy ją najlepiej, jak potrafimy? Odpowiedź brzmi po prostu: nie.

Featured Video Play Icon

Żegluga Augustowska wróciła na wodę. Pierwsze rejsy już ruszyły.

Wraz z pierwszymi oznakami wiosny na Kanał Augustowski wraca to, co dla wielu jest symbolem sezonu turystycznego w regionie – statki Żeglugi Augustowskiej. Po zimowej przerwie rozpoczęto pierwsze rejsy, a wraz z nimi wraca możliwość zobaczenia Podlaskiego z zupełnie innej perspektywy – spokojnej, wodnej i zdecydowanie bardziej „augustowskiej”.

W tym sezonie dostępne będą dwie dobrze znane trasy. Pierwsza to około trzygodzinny rejs do Studzienicznej – miejsca, które od lat przyciąga turystów nie tylko przyrodą, ale też swoją historią i klimatem. Druga opcja to krótszy, godzinny rejs na jezioro Rospuda, idealny dla tych, którzy chcą szybko „złapać klimat” bez całodniowej wyprawy. Na początek sezonu gotowe są dwa statki – 200-osobowe „Sajno” oraz większa „Swoboda”. Kolejne jednostki mają dołączyć na majówkę.

Na razie rejsy w kwietniu mają charakter pojedynczy i będą uruchamiane w zależności od pogody oraz zainteresowania. Kluczowe jest śledzenie bieżących informacji, bo rozkład nie jest jeszcze stały. Oficjalne otwarcie sezonu, jak co roku, planowane jest na długi weekend majowy – wtedy oferta ma być już pełna, a kursy regularne.

Warto dodać, że mimo niesprzyjających warunków pogodowych w ubiegłym roku Żegluga Augustowska przewiozła ponad 90 tysięcy pasażerów. To pokazuje, że nawet przy kapryśnej aurze zainteresowanie nie słabnie. A teraz, gdy sezon dopiero się zaczyna i wszystko wskazuje na powrót ciepłych dni, można się spodziewać, że statki znów będą pełne.

Dla wielu to nie tylko atrakcja turystyczna, ale też jeden z najprostszych sposobów, by na chwilę zwolnić. Wsiadasz na statek, zostawiasz za sobą asfalt, korki i codzienność – i przez godzinę albo trzy patrzysz na Podlaskie tak, jak powinno się je oglądać. Z poziomu wody.

Featured Video Play Icon

Białystok z góry. Punkt widokowy na wieży św. Rocha już dostępny.

Białystok można zobaczyć z zupełnie innej perspektywy. Punkt widokowy na wieży kościoła św. Rocha został ponownie otwarty. To jedna z nielicznych okazji, by spojrzeć na miasto szeroko – bez poziomu ulicy, bez pośpiechu, z dystansu, który pozwala lepiej zrozumieć jego układ i charakter.

Taras znajduje się mniej więcej w połowie liczącej blisko 80 metrów wieży. To wysokość, która daje wyraźną panoramę, ale jednocześnie pozwala dostrzec szczegóły – układ ulic, zielone fragmenty miasta i jego naturalne granice. Wejście na wieżę znajduje się od strony budynku parafialnego. Punkt jest czynny od poniedziałku do soboty w godzinach 9.00–16.00, a w niedziele i święta od 14.00 do 17.00. Wstęp jest bezpłatny, co dodatkowo zachęca, by potraktować to miejsce jako krótki, spontaniczny przystanek w ciągu dnia.

Sam kościół św. Rocha to nie tylko punkt widokowy, ale jeden z najważniejszych obiektów architektonicznych w mieście. To przykład modernizmu sakralnego w skali, której trudno szukać gdzie indziej w regionie. Świątynia została wpisana na listę Pomników Historii, co tylko potwierdza jej znaczenie – nie jako lokalnej ciekawostki, ale jako obiektu o randze ogólnopolskiej.

Historia tego miejsca sięga jeszcze czasów Jana Klemensa Branickiego, który ufundował tu pierwszą kaplicę. Przez lata próby budowy większej świątyni blokowały władze carskie. Dopiero po odzyskaniu niepodległości możliwe było rozpoczęcie realnych działań. W 1925 roku powołano parafię, rok później rozstrzygnięto konkurs architektoniczny, a w 1927 roku wmurowano kamień węgielny pod budowę. Prace trwały niemal dwie dekady, a konsekracja odbyła się w 1946 roku.

Featured Video Play Icon

Podlasie ich całkowicie zaskoczyło. Dlaczego będą tu wracać?

Podlasie nie jest kierunkiem, który planuje się miesiącami. Częściej trafia się tu przypadkiem — z ciekawości, z impulsu, czasem nawet z lekkim sceptycyzmem. I właśnie dlatego potrafi zaskoczyć najmocniej. Bo zamiast gotowych atrakcji dostaje się coś trudniejszego do uchwycenia — przestrzeń, ludzi, rytm, który nie próbuje się nikomu przypodobać. Tu nie ma presji, żeby coś „zaliczyć”. Jest czas, żeby po prostu być.

To miejsce nie działa jak typowa destynacja turystyczna. Nie konkuruje, nie przekonuje, nie krzyczy. A jednak zostaje w głowie dłużej niż wiele bardziej „efektownych” miejsc. Może dlatego, że wszystko jest tu prawdziwe — spotkania, krajobrazy, cisza. I dopiero po powrocie zaczyna się rozumieć, że to nie była zwykła podróż. To było doświadczenie, które trudno nazwać… ale łatwo zapamiętać.

Supraśl ze swoim spokojem i historią, Sokółka z codziennością, która nie udaje niczego więcej, Kruszyniany z tatarskim dziedzictwem, Trześcianka z drewnianą architekturą i PuCHA jako mniej oczywisty przystanek — każde z tych miejsc dokłada własny fragment do tej układanki. Razem tworzą obraz regionu, który nie potrzebuje jednego symbolu, bo jego siła tkwi właśnie w tej różnorodności i autentyczności.

Już niedługo stukot kół będzie tu codziennością. Co zmienia powrót kolei w Łomży?

Już niedługo stukot kół będzie tu codziennością. Co zmienia powrót kolei w Łomży?

Po 33 latach ciszy na torach, Łomża wraca na kolejową mapę Polski. Za dwa miesiące ruszą regularne połączenia – do Białegostoku i Olsztyna, docelowo nawet 13 par pociągów dziennie. Sama informacja nie jest już nowa. Ciekawe jest coś innego: co to realnie zmienia i czy Łomża potrafi tę zmianę wykorzystać.

Bo kolej w 2026 roku to nie jest „jeszcze jeden środek transportu”. To infrastruktura, która zmienia zachowania ludzi, kierunki przepływu pieniędzy i atrakcyjność miejsca do życia. Przez trzy dekady Łomża funkcjonowała jak wyspa – komunikacyjnie odcięta od głównych osi regionu. Autobusy i samochody wypełniły tę lukę, ale to rozwiązania indywidualne, rozproszone i wrażliwe na koszty paliwa, korki czy zmiany cen. Pociąg działa inaczej: jest przewidywalny, systemowy i – co najważniejsze – skaluje ruch. Jednym kursem przewozi dziesiątki, a nie pojedyncze osoby.

I tu pojawia się pierwszy realny potencjał: codzienne dojazdy. Jeżeli czas przejazdu będzie konkurencyjny, Łomża może stać się zapleczem dla Białegostoku i Olsztyna. Tańsze nieruchomości, spokojniejsze tempo życia i możliwość dojazdu do pracy bez prowadzenia auta to zestaw, który działa między innymi w Łodzi, gdzie sporo osób dojeżdża pracować w Warszawie.

Drugi obszar to studenci i młodzi ludzie. Dziś wybór uczelni często oznacza wyprowadzkę. Stałe, częste połączenia kolejowe mogą odwrócić tę logikę – pozwolić studiować w Białymstoku czy Olsztynie i nadal mieszkać w Łomży. To oznacza, że część młodych ludzi nie „znika” z miasta na kilka lat. A to z kolei wpływa na lokalny rynek usług, wynajem, gastronomię. Trzeci element to turystyka, która w Podlaskiem dopiero się buduje. Kolej obniża próg wejścia – ktoś z Białegostoku może spontanicznie przyjechać na jednodniowy wypad bez auta. Łomża, jeśli dobrze to rozegra, może stać się punktem startowym do eksploracji regionu – Narwi, okolicznych wsi, mniej znanych tras. Ale to wymaga czegoś więcej niż samych torów: spójnej oferty, informacji, współpracy lokalnych biznesów.

Czwarta rzecz to rynek pracy. Firmy zaczynają patrzeć na dostępność komunikacyjną jako jeden z kluczowych czynników. Miasto bez kolei jest dla wielu inwestorów automatycznie mniej atrakcyjne. Z koleją – nagle pojawia się możliwość zatrudniania ludzi z większego obszaru. To zwiększa pulę pracowników bez konieczności ich relokacji. I wreszcie aspekt mniej oczywisty: zmiana mentalna. Przez 33 lata mieszkańcy przyzwyczaili się, że „tu się nie da”. Kolej jest sygnałem odwrotnym – że jednak się da, że miasto wraca do obiegu. To nie jest mierzalne w kilometrach torów, ale często właśnie takie zmiany uruchamiają nowe inicjatywy.

Czy to oznacza koniec autobusów? Nie. Raczej początek konkurencji, która może poprawić jakość całego rynku transportowego. Autobusy będą musiały się dostosować – ceną, komfortem, elastycznością. Ostatecznie zyska pasażer.

Kluczowe pytanie brzmi jednak inaczej: czy Łomża potraktuje kolej jako szansę rozwojową, czy tylko jako ciekawostkę po latach przerwy. Bo sama infrastruktura niczego nie gwarantuje. Ona daje możliwości – ale to od miasta, przedsiębiorców i mieszkańców zależy, czy zostaną wykorzystane.

Nowy film „Podlasie” na Netflixie. Kontrowersje i… prawdziwe cuda natury, które trzeba zobaczyć
Kożyno

Nowy film „Podlasie” na Netflixie. Kontrowersje i… prawdziwe cuda natury, które trzeba zobaczyć

Netflix właśnie pokazał światu nasze podwórko. Film „Podlasie” z Anną Seniuk i Arturem Barcisiem w rolach głównych trafił na platformę i natychmiast rozpalił dyskusje w sieci. Jedni zachwycają się, inni kręcą nosem – ale jedno jest pewne: malownicze wioski, rozlewiska Narwi i drewniane domy z kolorowymi okiennicami zrobiły robotę. I może właśnie o to chodzi.

Gwiazdy, bimber i… udawany akcent

Obsada robi wrażenie. Obok Anny Seniuk i Artura Barciśia na ekranie pojawiają się Piotr Pręgowski czy Cezary Żak – prawdziwe tuzy polskiego kina i telewizji. Mimo to film zdążył już zebrać sporą dawkę krytyki. Widzom przeszkadza fabuła, innym – udawane wschodnie akcenty, a jeszcze innym sceny z piciem bimbru, które ich zdaniem sprowadzają Podlasie do karykatury. Trudno się dziwić mieszkańcom, że reagują z mieszanymi uczuciami.

Ale jest i druga strona medalu. Kamera uchwyciła coś, czego nie da się sfałszować – autentyczne piękno tej ziemi. I to właśnie ono przyciąga wzrok nawet najbardziej sceptycznych widzów.

Gdzie kręcono „Podlasie”? Miejsca, które warto odwiedzić

Ekipa filmowa zawitała między innymi do Kaniuk, Kożyna, Rybołów czy Rzepnik. To nieprzypadkowy wybór – każda z tych wsi skrywa w sobie coś wyjątkowego. Kożyno leży malowniczo nad rzeką Łoknicą. Stare drewniane budynki, brukowana ulica – czas tutaj płynie inaczej, wolniej, jakby świat zewnętrzny jeszcze tu nie dotarł. Do tego niesamowitym widokiem jest rzeka płynąca obok drogi. Zupełnie jak w jakiejś górskiej miejscowości. Na filmie zobaczymy aktorów, którzy przechadzają przez wioskę.

Kaniuki z kolei ciągną się wzdłuż brzegu Narwi – droga we wsi biegnie równolegle do nurtu rzeki, a część domów stoi dosłownie pomiędzy jezdnią a wodą. Widok zapiera dech w piersiach, szczególnie o wschodzie słońca. Znajduje się tu także Izba Twórcza Włodzimierza Naumiuka, znanego ludowego rzeźbiarza, zlokalizowana na początku wsi. Posesja wyróżnia się licznymi rzeźbami w drewnie, a sam artysta tworzy w otoczeniu tradycyjnej podlaskiej architektury. Wspomniane rzeźby są także elementem fabuły filmu.

W Rybołach koniecznie trzeba zatrzymać się przy cerkwi – białej, z miętowymi kopułami. Jadąc dalej przez wieś, miniemy jeszcze drewnianą niebieską cerkiew na cmentarzu, a w drugiej części miejscowości, bliżej Rzepnik, czeka nas prawosławna kapliczka. To właśnie przy niej nagrywano sceny „Podlasia”.

Rzepniki zapamiętamy zaś jako wieś, w której kręcono tajemnicze sceny „kręgów w polu”. Dla porządku warto dodać, że sceny kręcono także na ruinach kościoła w Jałówce, który leży daleko od Rzeki, tuż przy białorusko-polskiej granicy.

Narwiańskie rozlewiska – bajkowa kraina, którą trzeba zobaczyć

Film „Podlasie” to jednak wycinek. Między Zabłudowem a Bielskiem Podlaskim rozciąga się świat sam w sobie. Wiosną, gdy Narew wylewa, cały obszar zamienia się w coś na kształt weneckiej delty – tyle że otoczonej łąkami, a nie kamienicami. Kolorowe chaty z charakterystycznymi ornamentami i otwartymi okiennicami spotęgują ten efekt do maksimum. Zakochać się można od pierwszego spojrzenia.

To tutaj żyją półdzikie konie i czerwone krowy – rasa niemal zapomniana przez nowoczesne rolnictwo, dziś mozolnie odbudowywana. Nad wodą panoszą się czajki, rycyki, dubelty i krwawodzioby. Ptasiarze mają tu raj.

Rzeka meandruje także między miejscowościami Narew, Ancuty, Kaczały, Ciełuszki. Każda z nich jest silnie związana z prawosławiem – po drodze napotkamy kolejne piękne, drewniane cerkwie, z których każda opowiada swoją własną historię. Warto także wspomnieć o Koźlikach, gdzie jest prywatny skansen, ale też piękne widoki na Narew z góry. Do tego to cicha i spokojna wieś.

Kraina Otwartych Okiennic – to trzeba zobaczyć

Nie można też pominąć jednego z najsłynniejszych szlaków turystycznych regionu – Krainy Otwartych Okiennic. Najbardziej rozpoznawalne są Soce, Puchły i Trześcianka, gdzie drewniana architektura z bogato zdobionymi okiennicami przyciąga fotografów i podróżników z całej Polski. Warto jednak pamiętać, że piękno tej okolicy nie kończy się na kilku pocztówkowych wsiach – atrakcyjne przyrodniczo tereny rozciągają się po obu stronach Narwi.

Film przeminie, Podlasie zostanie

„Podlasie” na Netflixie to zjawisko, które – niezależnie od oceny artystycznej – może zrobić dla regionu więcej niż niejeden folder turystyczny. Jeśli choć część widzów, zachęcona widokami z ekranu, wsiądzie w samochód i ruszy odkrywać nasze wioski, to cel zostanie osiągnięty. Bo Podlasie nie potrzebuje hollywoodzkiego scenariusza. Wystarczy przyjechać i zobaczyć na własne oczy.

Trzy nowe linie autobusowe skomunikują aż 7 gmin!
fot. Archiwum PKS NOVA

Trzy nowe linie autobusowe skomunikują aż 7 gmin!

W powiecie monieckim pojawiły się nowe linie autobusowe. Dla wielu mieszkańców to może być pierwsza od lat realna alternatywa dla samochodu – szczególnie tam, gdzie komunikacja publiczna praktycznie nie istniała albo była symboliczna.

Trzy linie łączą m.in. Krypno, Mońki, Trzcianne, Jaświły, Goniądz, Jasionówkę i Knyszyn. To właśnie takie lokalne połączenia są w regionach najważniejsze, bo nie chodzi o spektakularne trasy, tylko o codzienne sprawy – dojazd do pracy, szkoły czy lekarza. Jeśli rozkłady będą sensownie dopasowane do realnego życia mieszkańców, może to faktycznie coś zmienić.

Projekt powstał przy współpracy kilku samorządów, a jego organizacją zajmuje się gmina Krypno. Finansowanie? Około miliona złotych, z czego blisko połowa pochodzi z Funduszu Rozwoju Przewozów Autobusowych, reszta z lokalnych budżetów. Ceny biletów startują od 4 zł, co brzmi rozsądnie. Bilety można kupić u kierowcy albo przez internet, a dla chętnych są też bilety miesięczne i karta pasażera.

Na trasy wyjechało pięć autobusów, w tym pojazdy dostosowane do osób z niepełnosprawnością. To akurat ważny element, bo wykluczenie transportowe często najmocniej dotyka właśnie tych, którzy mają najmniej możliwości, by radzić sobie inaczej.

O sukcesie tych linii zdecyduje codzienność: czy autobusy będą jeździły punktualnie, czy rozkłady będą miały sens i czy mieszkańcy faktycznie zaczną z nich korzystać. Jeśli tak – to może być początek odbudowy lokalnej komunikacji. Na razie pozostaje obserwować.

Featured Video Play Icon

Czas wyciągać rowery! Pogoda w Podlaskiem coraz lepsza.

Wiosna w końcu zaczyna się na dobre rozkręcać. Coraz więcej słońca, wyższe temperatury i dłuższe dni sprawiają, że trudno już szukać wymówek, żeby siedzieć w domu. To moment, w którym natura sama zaprasza do ruchu – a jednym z najprostszych i jednocześnie najprzyjemniejszych sposobów na powrót do formy jest… rower.

Nie trzeba od razu planować dalekich wypraw czy kupować specjalistycznego sprzętu. Wystarczy wyciągnąć rower z garażu, napompować koła i ruszyć przed siebie. Białystok daje sporo możliwości, jeśli chodzi o ścieżki rowerowe, ale prawdziwa przyjemność zaczyna się dopiero wtedy, gdy wyjedziemy trochę dalej – poza miejskie ulice. Ścieżek rowerowych tam nie brakuje. A i nie trzeba stać co chwile na światłach.

Dobrym pomysłem na wiosenny rozruch jest kierunek Księżyno i dalej Turośń Kościelna. To trasa stosunkowo łatwa, idealna na pierwsze kilometry po zimowej przerwie. Spokojne drogi, niewielki ruch i otwarta przestrzeń sprawiają, że można złapać rytm i po prostu cieszyć się jazdą.

Jeśli ktoś woli bardziej „zielony” klimat, świetnym wyborem będzie Wasilków i Jurowce. Już po kilku kilometrach krajobraz zmienia się diametralnie – więcej drzew, więcej cienia i wyraźnie czystsze powietrze. To dobre miejsce na spokojniejszą jazdę, bez pośpiechu, z krótkimi przystankami.

Z kolei Czarna Białostocka i Supraśl to kierunki dla tych, którzy chcą poczuć coś więcej niż tylko rozruch. Tu zaczyna się prawdziwa przygoda – Puszcza Knyszyńska robi swoje. Dłuższe odcinki, leśne trasy i naturalne otoczenie sprawiają, że jazda przestaje być tylko aktywnością fizyczną, a zaczyna być formą odpoczynku od wszystkiego.

Warto pamiętać, że początek sezonu to nie czas na bicie rekordów. Lepiej zacząć spokojnie, nawet od kilkunastu kilometrów, i stopniowo zwiększać dystans. Organizm po zimie potrzebuje chwili, żeby wrócić na właściwe obroty – ale odwdzięczy się szybko, jeśli damy mu szansę. Jedno jest pewne – taka pogoda nie będzie trwała wiecznie. Jeśli więc od kilku dni chodzi po głowie myśl „może by tak pojeździć”, to znak, że nie ma co odkładać. Wystarczy jeden wyjazd, żeby przypomnieć sobie, jak bardzo tego brakowało.

Mało znany staw zamienił się w perełkę

Mało znany staw zamienił się w perełkę

Nie każdy zakątek Białegostoku ma swoje pięć minut. Ten przy ul. Bema przez lata raczej ich nie miał. A jednak – wygląda na to, że właśnie się to zmienia. Mało znany staw, który dla wielu mieszkańców był co najwyżej „gdzieś tam obok”, przeszedł gruntowną przebudowę. Miasto wydało na to około 3,4 mln zł, z czego sporą część – blisko 1,5 mln zł – pokryły środki unijne. Sama inwestycja została zakończona jesienią 2025 roku, ale dopiero teraz zaczyna być o niej głośniej.

Zamiast opowieści o „łączeniu natury z nowoczesnością”, warto powiedzieć wprost: zbiornik został uporządkowany i przygotowany tak, żeby w końcu dało się z niego korzystać. Dno pogłębiono, brzegi wzmocniono, poprawiono przepływ wody. Efekt? Staw ma większą zdolność zatrzymywania wody, więc przy okazji trochę lepiej radzi sobie z nadmiarem deszczu. To akurat konkret, a nie slogan.

Ale równie ważne jest to, co powstało wokół. Pojawiły się alejki, pomosty, miejsca do siedzenia, trochę infrastruktury do odpoczynku i aktywności. Innymi słowy – przestrzeń, która przestaje być „dzikim zapleczem”, a zaczyna przypominać miejsce, do którego można przyjść z wyboru, a nie przypadkiem.

I tu jest chyba najciekawszy efekt tej inwestycji. Bo nie chodzi tylko o sam staw. Chodzi o to, że wiele osób w ogóle dowie się o jego istnieniu. Do tej pory był trochę jak białostocka ciekawostka dla wtajemniczonych. Teraz ma szansę stać się normalnym punktem na mapie spacerów. Ten kawałek miasta w końcu dostał swoją szansę.

Niedźwiedzie w białostockim ZOO już nie śpią!

Niedźwiedzie w białostockim ZOO już nie śpią!

W Białymstoku wiosna oficjalnie zatwierdzona – nie przez kalendarz, nie przez synoptyków, a przez dwóch najbardziej wiarygodnych specjalistów od drzemek sezonowych. Bracia Chip i Dale, rezydenci Akcentu Zoo, zakończyli właśnie zimowy „tryb samolotowy” i wrócili do świata, w którym – jak się okazuje – nic nie smakuje tak dobrze jak poranna… pobudka przeciągnięta do południa.

Choć formalnie już się obudzili, to nadal operują w trybie „jeszcze pięć minut”. Pierwszy spacer odhaczony, ale zamiast dynamicznego wejścia w wiosnę mamy raczej miękkie lądowanie na trawie. Niedźwiedzie rozłożyły się pod siatką i wyglądały tak, jakby testowały nową usługę: „leżenie w jakości premium, bez reklam i bez pośpiechu”.

Stali bywalcy zoo od kilku tygodni prowadzili nieoficjalny monitoring sytuacji. Były zakłady, były spekulacje, a nawet próby interpretowania ciszy jako „ciszy przed… chrapaniem”. W końcu się udało – niedźwiedzie się wybudziły.

Dla porządku dodajmy, że w ubiegłym roku Chip i Dale zakończyli sen zimowy już 26 marca. W tym sezonie postawili na wersję rozszerzoną – coś pomiędzy „jeszcze chwila” a „jeszcze jedna drzemka dla zdrowia”. W naturze potrafią spać nawet do końca kwietnia, więc i tak można mówić o pewnym kompromisie z rzeczywistością.

A co dalej? Eksperci przewidują stopniowy powrót do aktywności: najpierw przeciąganie, potem spacer, a na końcu – być może – podjęcie poważnej decyzji, czy dziś bardziej się opłaca… poleżeć z lewej czy z prawej strony wybiegu.

Na koniec krótka informacja dla mieszkańców: jeśli czujecie się dziś nieco ospali, spokojnie – to nie brak kawy. To po prostu solidarność z niedźwiedziami. W końcu skoro one dopiero się budzą, to kto powiedział, że my już musimy być w pełni gotowi do życia?

Piekło zamarza! Chwalimy ekipę Tadeusza Truskolaskiego!

Piekło zamarza! Chwalimy ekipę Tadeusza Truskolaskiego!

Są takie momenty, kiedy można pochwalić władze Miasta Białystok. Nie jest tajemnicą, że do działań ekipy Tadeusza Truskolaskiego podchodzimy zazwyczaj z dystansem. Czasem neutralnie, często krytycznie. Bo zbyt wiele decyzji przez lata było fatalnych dla miasta albo zwyczajnie oderwanych od realnych problemów mieszkańców. Tym razem czas na dobre słowa. I to nie dlatego, że nagle wszystko zaczęło działać idealnie. Raczej dlatego, że – wyjątkowo – ktoś w urzędzie zrobił coś po prostu sensownego. Rozwiązano konkretny, trudny i bardzo ludzki problem.

Miasto wprowadza funkcję koronera, czyli lekarza, który w sytuacjach „pomiędzy przepisami” będzie mógł stwierdzić zgon i wystawić kartę zgonu. W teorii temat wydaje się techniczny. W praktyce – dotyczy jednych z najtrudniejszych momentów w życiu. Do tego powodował konkretne skutki.

Oto przykład z Białegostoku. Na przystanku autobusowym w centrum umiera mężczyzna. Na miejsce przyjeżdżają kryminalni. Szybko stwierdzają, że nic na to nie wskazuje, by doszło do zabójstwa. Ich czynności się kończą w tym momencie, a ciało należy zabrać do prosektorium. Problem w tym, że nie można go ruszyć dopóki lekarz nie stwierdzi zgonu. Tylko skąd wziąć lekarza? Karetka pogotowia przyjeżdża do żywych.

Co mówią na to przepisy? Zgon musi stwierdzić lekarz leczący w ostatniej chorobie (czyli w szpitalu), lekarz zespołu ratownictwa medycznego (w przypadku zgonu podczas akcji medycznej) lub lekarz podstawowej opieki zdrowotnej. W tym ostatni przypadku policja najczęściej dzwoniła do najbliższej przychodni. I czekała godzinami. Bo lekarz nie był skory porzucić czekających w kolejce. Dlatego czekali policjanci ze zwłokami na ulicy. Cała sytuacja przeciągała się w sposób, który trudno nazwać godnym.

Rozwiązanie z koronerem jest znane, ale z jakiegoś powodu (czyt. pieniądze) nie stosowane. Teoretycznie powinna wejść w życie ustawa, która rozwiązuje ten problem. W praktyce rząd musiałby albo wszystkie gminy – w tym te najbiedniejsze skłonić do kolejnych wydatków tudzież samodzielnie to finansować. A tak obecnie mamy koronera tylko tam, gdzie gmina sobie sama powoła.Takie rozwiązanie jest w Suwałkach czy Poznaniu.

Teraz w Białymstoku policjant zgłosi sprawę do Miejskiego Centrum Zarządzania Kryzysowego, a te na miejsce zgonu wyśle koronera.

Warto podkreślić – przepisy się nie zmieniają. Nadal w pierwszej kolejności robią to lekarze prowadzący, ratownicy czy lekarze POZ. Koroner wchodzi tam, gdzie system do tej pory miał lukę. I właśnie tę lukę w końcu ktoś zauważył. Czy to rewolucja? Nie. Czy to coś, co powinno działać od lat? Zdecydowanie tak.

I tu dochodzimy do sedna. Szkoda, że tak późno. Bo problem nie pojawił się wczoraj. On istniał od dawna i przez lata był zamiatany pod dywan, choć dotykał ludzi w najbardziej wrażliwych momentach. Ale mimo wszystko – lepiej późno niż wcale. Miasto podpisało umowę z firmą medyczną, która będzie pełnić funkcję koronera do końca 2026 roku. Koszt jednej interwencji to 700 zł, a na cały program przeznaczono 7 700 zł. Niewielkie pieniądze, jak na zmianę, która realnie poprawia działanie służb i – co ważniejsze – sytuację mieszkańców.

Featured Video Play Icon

Niesamowite widoki. Zobacz podlaskie rozlewiska.

Jeszcze przez chwilę Podlaskie wygląda tak, jakby ktoś rozlał po nim spokojne morze. Ale to już ostatnie dni tego spektaklu. Rozlewiska w dolinie Biebrzy zaczynają powoli znikać. Woda, która jeszcze niedawno wdzierała się między łąki, drogi i zagajniki, ustępuje miejsca zieleni. Przyroda wraca do swojego letniego rytmu, a ten wyjątkowy moment – kiedy rzeka pokazuje swoją dziką, nieokiełznaną stronę – powoli dobiega końca.

To właśnie teraz jest ostatnia szansa, by zobaczyć Podlasie w tej najbardziej surowej i jednocześnie hipnotyzującej odsłonie. Najlepsze miejsca? Klasyka, ale nie bez powodu. Okolice Góry Strękowej to jeden z tych punktów, gdzie widać skalę zjawiska. Woda rozlewa się tu szeroko, tworząc krajobraz bardziej przypominający deltę wielkiej rzeki niż północno-wschodnią Polskę. Cisza, przestrzeń i ten specyficzny klimat, którego nie da się podrobić.

Wizna – miejsce historyczne, ale wiosną nabiera zupełnie innego charakteru. Drogi prowadzące przez rozlewiska, odbicia nieba w wodzie, pojedyncze drzewa wystające z tafli jak wyspy. To jeden z tych widoków, które zostają w głowie na długo.

I wreszcie Biebrzański Park Narodowy – serce tego wszystkiego. Tu rozlewiska są najbardziej rozległe, najbardziej dzikie i najbardziej „prawdziwe”. To nie jest park, który się ogląda. To przestrzeń, którą się chłonie – powoli, bez pośpiechu.

Jeśli ktoś odkładał ten wyjazd „na później”, to właśnie to „później” jest teraz. Za chwilę poziom wody spadnie, krajobraz się zmieni, a to co dziś wygląda jak naturalny spektakl na ogromną skalę, stanie się po prostu zieloną doliną. Podlaskie co roku daje kilka takich momentów, kiedy pokazuje swoją prawdziwą siłę i piękno. Rozlewiska są jednym z nich – i właśnie się kończą.

Ktoś tu chyba oszalał. Wydają miliony na zalew, gdy wysychają rzeki.
Budowa zalewu podczas zimy | fot. Urząd Gminy Orla

Ktoś tu chyba oszalał. Wydają miliony na zalew, gdy wysychają rzeki.

W Orli trwa budowa zbiorników wodnych w dolinie Orlanki. Inwestycja przedstawiana jest jako retencyjna, potrzebna mieszkańcom i ważna dla rozwoju gminy. W wypowiedziach władz pojawia się wątek „atrakcyjności”, przyciągania ludzi, ożywienia miejsca. W dokumentacji – pełen katalog infrastruktury: pomosty, wieża widokowa, tężnia, ścieżki, oświetlenie, place zabaw, parkingi, rowery wodne, a nawet fontanna z podświetleniem LED.

Problem polega na tym, że wszystko to ma bardzo niewiele wspólnego z realnymi potrzebami tego miejsca.

Dziś nie żyjemy w czasach nadmiaru. W Polsce – także w Podlaskiem – mamy do czynienia z suszą hydrologiczną i spadkiem poziomu wód gruntowych. Rzeki latem osiągają stany, które jeszcze kilkanaście lat temu były sytuacją wyjątkową. W takiej rzeczywistości kluczowe staje się jedno pytanie: czy budowanie zalewów jest odpowiedzią na problem braku wody?

Wbrew intuicji – nie.

Zbiornik retencyjny w formie zalewu zatrzymuje wodę w jednym miejscu, ale jednocześnie zaburza naturalne funkcjonowanie rzeki i jej doliny. Woda zamiast powoli rozlewać się w krajobrazie i zasilać gleby oraz wody gruntowe, zostaje zamknięta w sztucznym akwenie. Tam szybciej się nagrzewa, intensywnie paruje i traci swoje właściwości. To nie jest retencja rozproszona, która stabilizuje system wodny. To punktowe magazynowanie, które w dłuższej perspektywie dokłada problemów.

Jeszcze większe wątpliwości budzi argument o ochronie przeciwpowodziowej. W sytuacji, gdy dominującym zjawiskiem jest niedobór wody, odwoływanie się do powodzi jako głównego uzasadnienia dla takich inwestycji brzmi jak kuriozum. Polska przez dekady prowadziła politykę szybkiego odprowadzania wody – prostowania rzek, melioracji, osuszania terenów. Dziś płacimy za to cenę. Tym bardziej zaskakuje, że odpowiedzią nadal są rozwiązania oparte na tej samej PRL-owskiej logice.

Jeśli przyjrzeć się bliżej inwestycji w Orli, trudno oprzeć się wrażeniu, że jej rzeczywistym celem nie jest retencja, lecz stworzenie miejsca rekreacyjnego. I nie ma w tym nic złego – pod warunkiem, że zostanie to jasno nazwane. Problem zaczyna się wtedy, gdy projekty o charakterze turystycznym uzasadnia się troską o wodę i środowisko.

Bo dobra inwestycja wodna wygląda inaczej.

Zamiast budowy zalewów, które zmieniają naturalny charakter rzek, coraz częściej wskazuje się na potrzebę działań bliższych naturze. Chodzi o spowalnianie przepływu wody w samym korycie rzeki, przywracanie jej naturalnych meandrów, odbudowę terenów zalewowych, odtwarzanie mokradeł i ograniczanie melioracji odwadniającej. To właśnie takie rozwiązania pozwalają zatrzymać wodę w krajobrazie na dłużej, poprawiając warunki dla rolnictwa, przyrody i mieszkańców.

Nie są spektakularne. Nie generują efektownych wizualizacji ani miejsc na weekendowy wypoczynek. Ale działają.

Wydanie kilkunastu milionów złotych na inwestycję, której głównym efektem będzie „atrakcyjność”, a nie realna poprawa sytuacji wodnej, to decyzja, która powinna być przedmiotem poważnej dyskusji. Zwłaszcza w regionie, który w dużej mierze opiera swoją tożsamość na przyrodzie.

Zalew w Orli może stać się miejscem spacerów i spotkań. Może przyciągnąć ludzi na chwilę. Ale nie zmieni faktu, że największym wyzwaniem nadchodzących lat nie będzie brak miejsc do wypoczynku nad wodą. Tylko brak samej wody.

Wielcy bohaterowie Podlasia. Bartoszko, Białowarczukowie, Smółkowie ratowali Żydów podczas wojny.

Wielcy bohaterowie Podlasia. Bartoszko, Białowarczukowie, Smółkowie ratowali Żydów podczas wojny.

Narodowy Dzień Pamięci Polaków ratujących Żydów przypadający na 24 marca nie jest datą „od święta”. To moment, który zmusza do zatrzymania się i spojrzenia wstecz – nie tylko na skalę zbrodni, ale też na pojedyncze decyzje ludzi, którzy w tamtym czasie potrafili zrobić coś, co dziś wydaje się niewyobrażalne.

Jedną z takich postaci jest Józef Bartoszko – człowiek, który w samym środku piekła zdecydował się działać.

27 czerwca 1941 roku to jedna z najczarniejszych dat w historii Białegostoku. Niemcy rozpoczęli wtedy brutalną akcję eksterminacyjną, której symbolem stało się spalenie Wielkiej Synagogi. Do środka spędzono około 700 osób. Drzwi zamknięto. Budynek podpalono. W tym samym czasie w mieście trwała rzeź. Płonęły domy, a ludzie byli zabijani na ulicach tylko dlatego, że byli Żydami. Ogień objął dzielnicę Schulhof, okolice Rynku Kościuszki, Suraskiej, Rynku Siennego, Legionowej i Akademickiej. Tego dnia zginęło ponad 2000 osób. W kolejnych dniach liczba ofiar wzrosła do prawie 8000. Dwa tygodnie później powstało getto.

W samym środku tej tragedii był człowiek, który zrobił coś, co zmieniło los kilkudziesięciu osób. Józef Bartoszko, dozorca, wykorzystał chwilę nieuwagi Niemców i otworzył boczne drzwi płonącej synagogi. W przedsionku znajdowali się ludzie, którzy nie mieli już żadnej drogi ucieczki. Dzięki tej decyzji 29 osób wydostało się na zewnątrz. W ostatniej chwili. Pod ostrzałem. To nie był gest. To była decyzja podjęta w sytuacji, w której każda pomoc oznaczała ryzyko natychmiastowej śmierci.

Przez dziesięciolecia ta historia pozostawała niemal zapomniana. Dopiero po 84 latach miasto upamiętniło bohatera. W pobliżu miejsca dawnej synagogi powstał skwer imienia Józefa Bartoszki. Podczas jego otwarcia obecna była wnuczka bohatera, Marta – symboliczny most między historią a teraźniejszością. Ale Bartoszko nie był wyjątkiem.

W Tykocinie mieszkańcy również ryzykowali wszystko, by ratować innych. Wacław i Lucyna Białowarczukowie ukrywali trzyletnią Marysię. Jan i Władysława Smółkowie ocalili dwóch chłopców – Menachema i Mojżesza Turków. Za swoje czyny zostali uhonorowani przez Instytut Yad Vashem tytułem Sprawiedliwych wśród Narodów Świata.

W Tykocinie Muzeum przygotowuje nową, stałą ekspozycję, która ma opowiedzieć te historie w sposób pełny i uporządkowany. To potrzebne, bo pamięć bez konkretu szybko zamienia się w ogólnik. Narodowy Dzień Pamięci Polaków ratujących Żydów nie jest tylko o przeszłości. Jest o tym, co robimy z tą wiedzą dzisiaj. Czy traktujemy ją jak kolejną datę w kalendarzu, czy jak zobowiązanie. Bo historia Józefa Bartoszki nie jest historią o bohaterstwie „z podręcznika”. Jest historią o człowieku, który w najgorszym możliwym momencie zrobił to, co uważał za słuszne.

Featured Video Play Icon

Klimatyczna wyprawa z fotografem do Białowieży. Cuda natury!

Większość osób jadąc do Białowieży kończy i zaczyna spacer w okolicach parkingu przy Parku Pałacowym, przy rezerwacie żubrów czy gdzieś w samej miejscowości. A wystarczy wejść trochę dalej w las – nie kilometr, nie dwa – żeby zobaczyć zupełnie inny świat. Taki, w którym zwierzęta nie są „atrakcją”, tylko po prostu są u siebie. Puszcza Białowieska w głębi jest gęstsza, ciemniejsza i cichsza. I właśnie tam zaczyna się to, co robi największe wrażenie. Nie trzeba być znawcą przyrody ani mieć szczęścia życia. Wystarczy iść spokojnie i patrzeć. Bladym świtem.

Najłatwiej zauważyć ptaki, bo są praktycznie wszędzie. Dzięcioł – ten, którego każdy zna z obrazków – tutaj nie jest rzadkością. Słychać go częściej niż widać. Wystarczy się zatrzymać i po chwili wiadomo, skąd dochodzi charakterystyczne stukanie. Sikorki, które w mieście traktujemy jak coś oczywistego, w puszczy zachowują się inaczej – są spokojniejsze, mniej płochliwe. Sójka z kolei jest jak strażnik lasu. Głośna, czujna, często pierwsza daje sygnał, że coś się dzieje. Nawet zwykły kos, który w mieście ginie w tle, tutaj brzmi zupełnie inaczej – jego śpiew niesie się daleko i naprawdę robi klimat.

Dalej zaczyna się poziom wyżej, czyli większe zwierzęta. Tu już nie zawsze coś zobaczysz, ale bardzo często zobaczysz ślady. Rozkopana ziemia to niemal pewny znak obecności dzików. I to świeży. Czasem wystarczy chwila ciszy i słychać, jak gdzieś pracują ryjem w ziemi. Sarny pojawiają się nagle – potrafią podejść zaskakująco blisko, a potem znikają w sekundę. Jelenie są bardziej ostrożne, ale ich obecność czuć – ślady, odgłosy, czasem sylwetka między drzewami.

No i żubr. Nie każdy go spotka, ale to nie znaczy, że go tam nie ma. To zwierzę, które zmienia sposób patrzenia na ten las. Nawet jeśli go nie zobaczysz, świadomość, że możesz na niego trafić, sprawia, że idziesz inaczej – uważniej.

Z perspektywy fotografa najciekawsze nie są wcale same zwierzęta, tylko warunki. Światło w puszczy robi robotę. Przebija się przez stare drzewa, tworzy kontrasty, wydobywa szczegóły. Nawet zwykła ścieżka czy kawałek kory wygląda jak gotowy kadr. Dlatego takie wyprawy to nie tylko „polowanie” na zwierzęta, ale też obserwowanie miejsca.

Najważniejsze jest to, że nie trzeba szukać rzadkich gatunków, żeby poczuć, czym jest Puszcza Białowieska. Wystarczy zobaczyć znane rzeczy – dzięcioła, sarnę, dzika czy nawet sikorkę – ale w ich naturalnym środowisku. Bez hałasu, bez ludzi, bez pośpiechu. I wtedy dopiero widać, jak bardzo różni się las „turystyczny” od prawdziwego.

Majówka 2026 – Piękne widoki na zachód od stolicy Podlaskiego.

Sezon turystyczny w Podlaskiem rozpoczyna się na dobre

Wraz z pierwszymi naprawdę ciepłymi dniami Podlaskie budzi się do życia. To moment, na który co roku czekają zarówno mieszkańcy, jak i przedsiębiorcy z branży turystycznej. Sezon zaczyna się na dobre – a region, który jeszcze niedawno kojarzony był głównie z ciszą i spokojem poza głównym nurtem, dziś coraz śmielej przyciąga turystów z całej Polski. Widać to szczególnie w weekendy w czterech miejscach, które od lat stanowią turystyczny rdzeń województwa: Augustowie, Białowieży, Tykocinie i Supraślu. Każde z nich oferuje zupełnie inne doświadczenia, ale łączy je jedno – autentyczność, której coraz trudniej szukać w popularnych, przeładowanych kierunkach.

Augustów tradycyjnie przyciąga wodą. Kanał Augustowski, jeziora i rozwinięta infrastruktura sprawiają, że to jedno z najlepszych miejsc w Polsce na aktywny wypoczynek. Kajaki, rowery wodne, rejsy statkami – sezon tutaj rusza dynamicznie, a w letnie weekendy trudno znaleźć wolne miejsca noclegowe.

Z kolei Białowieża to zupełnie inny rytm. Tu nie chodzi o tempo, tylko o doświadczenie. Puszcza Białowieska, jeden z ostatnich pierwotnych lasów Europy, przyciąga ludzi szukających kontaktu z naturą. Spacer ścieżkami, spotkanie z żubrem, cisza, której nie da się „wyprodukować” – to wartości, które dziś stają się luksusem.

Tykocin to podróż w czasie. Niewielkie miasteczko, które zachowało swój historyczny układ, przyciąga turystów klimatem dawnej Rzeczypospolitej. Rynek, synagoga, zamek – wszystko to tworzy spójną, autentyczną przestrzeń, której nie da się podrobić. To miejsce, gdzie zamiast atrakcji „na siłę” dostajemy historię opowiedzianą bez pośpiechu.

Supraśl natomiast łączy naturę z kulturą. Bliskość Białegostoku sprawia, że to popularny kierunek na krótsze wypady, ale jednocześnie miejsce ma swój unikalny charakter. Monaster, Muzeum Ikon, uzdrowiskowy klimat i lasy Puszczy Knyszyńskiej tworzą przestrzeń idealną zarówno do wypoczynku, jak i refleksji.

Co ważne, sezon w Podlaskiem nie zaczyna się jednym wydarzeniem – on po prostu stopniowo narasta. Coraz więcej turystów, coraz więcej otwartych lokali, coraz więcej życia w miejscach, które zimą potrafią być niemal uśpione. Widać to na ulicach, w restauracjach, na szlakach. Podlaskie nie konkuruje z największymi kurortami. I właśnie w tym tkwi jego siła. Tu nie chodzi o tłum i hałas, tylko o przestrzeń, naturę i prawdziwe doświadczenia. Dlatego co roku coraz więcej osób zamiast zatłoczonych plaż wybiera północno-wschodnią Polskę.

Czy Białystok to dobre miasto do życia? Są gorsi od nas.

Czy Białystok to dobre miasto do życia? Są gorsi od nas.

Kolejny ranking jakości życia w polskich miastach stawia Białystok na 11 miejscu. Biorąc pod uwagę, że badano 16 stolic województw, oznacza to jedno. Są gorsze miasta do życia niż Białystok. Czy zatem jest się z czego cieszyć? Takie zestawienia powinno prowokować do refleksji.

W dyskusjach o Białymstoku coraz częściej nie chodzi już o rozwój, tylko o usprawiedliwianie bylejakości. Każda krytyka spotyka się z tym samym zestawem argumentów, że to „hejterzy”.

Bo przecież – słyszymy – mamy czyste powietrze. Mamy spokój. Nie mamy korków. Blisko do natury. I jeszcze bezpiecznie. Tylko że to wszystko brzmi trochę jak lista argumentów, dlaczego dobrze jest mieszkać… wszędzie, byle nie tam, gdzie jest praca i pieniądze. Trudno uznać za sukces fakt, że miasto jest wygodne do życia pod warunkiem, że nie musisz pracować i zarabiać. Kto zatem korzysta z takiej sytuacji? Emeryci. Pomijamy już ludzi z wieloma milionami na koncie. Jest ich w mieście tak niewielu, że każdy dokładnie wie kto to jest. Czy miasto ma z tego pożytek, że tu są? Czasami można odnieść wrażenie, że wręcz odwrotnie.

A jak zestawić „brak korków” z tym, że Białystok ma najwyższe bezrobocie wśród miast wojewódzkich? Może po prostu ludzie nie stoją w korkach, bo nie mają gdzie jechać do pracy? Jak zestawić „spokojne tempo życia” z pensją, która pozwala kupić mniej niż metr mieszkania miesięcznie? To nie jest wybór stylu życia.

Jeszcze gorzej brzmi argument o „idealnym miejscu do pracy zdalnej”. Czyli sukcesem miasta ma być to, że można w nim mieszkać, pracując dla kogoś zupełnie gdzie indziej. To już nie jest nawet rozwój – to przyznanie, że lokalna gospodarka nie jest w stanie utrzymać własnych mieszkańców na odpowiednim poziomie. Pomijamy już fakt, że praca zdalna zwyczajnie umiera.

I tak dochodzimy do momentu, w którym 11. miejsce zaczyna wyglądać nie jak powód do zadowolenia, tylko jak sygnał ostrzegawczy. Bo jeśli największym atutem miasta są rzeczy, które nie wymagają żadnej polityki rozwojowej – jak powietrze, brak korków czy cisza – to znaczy, że w tych obszarach, które tej polityki wymagają, po prostu niewiele się dzieje.

Patologiczny model rozwoju Białegostoku. Kto zabija nasze miasto?

Patologiczny model rozwoju Białegostoku. Kto zabija nasze miasto?

Coraz częściej czytam w socmediach komentarze tytułujące mnie hejterem i malkontentem. Ilekroć narzekam na kolejny spalony w Białymstoku drewniany dom, na kolejne bloczysko, odpowiedzi są podobne: A co, lepiej, żeby rudera stała i gniła? Lepiej, żeby dalej pusta działka w mieście była? Lepiej, żeby gołębie srały? No to się spalił, i co, teraz ma stać puste?

Wszystkie te komentarze mają jedno wspólne: mierzą w dół – i to jest atytuda mi zupełnie obca.

Kiedy patrzę na zaniedbany przedwojenny dom, to moja wyobraźnia podpowiada mi remont, nową szalówkę, okna, dachówki. Patrząc na pustą działkę, myślę o możliwie estetycznej jej zabudowie. Widząc kolejne pogorzelisko, marzę o skazaniu podpalacza, i nakazie odbudowy tego, co spalił.

Z biegiem lat dotarło nawet do mnie, że na śledztwo w sprawie podpalenia i skuteczną egzekucję prawa przez konserwatora zabytków nie ma co w tym mieście liczyć. Ale mogę chyba wymagać elementarnej racjonalności w planowaniu przestrzennym?

Każdy skrawek ziemi przeznaczany jest pod intensywną zabudowę mieszkaniową. Nawet te niewielkie przestrzenie, które do niedawna zarezerwowane były do poprawy sytuacji ekonomicznej miasta, w miejscowych planach znalazły się pod złowieszczym symbolem MW. Przykładem jest działka vis-à-vis dworca PKS. Przez lata była (słusznie) przeznaczona pod powierzchnie biurowe, do chwili, aż deweloper zaostrzył sobie na nią apetyt. I będzie blok. Powstanie blok – będę narzekał. Będę narzekał, to mi odpowiedzą: A co, lepiej jak klepisko było?

Tymczasem w Białymstoku już naprawdę nie ma gdzie wykonywać działalności gospodarczej. Wszędzie widzimy szyldy reklamujące biura rachunkowe, usługi geodezyjne, IT i wiele innych stricte biurowych działalności na poddaszach domów, lokalach sklepowych, klatkach schodowych. Mikroskopijna podaż lokali biurowych wręcz poraża. Za niską podażą idą oczywiście horrendalne ceny, co skutecznie powstrzymuje przedsiębiorstwa od rozwoju. Kiedy prowadzisz małą firmę i osiągasz pułap, na którym należałoby przekształcić biznes w spółkę kapitałową i zatrudnić kilka-kilkanaście osób, zwyczajnie pójść do przodu – nie ma dokąd iść.

Identycznie sytuacja ma się w sektorze innych usług. Przykładem niech będą warsztaty samochodowe. Mamy ich mnóstwo i przed każdym samochodami zastawione są trawniki, chodniki i wszelkie inne przestrzenie. Masz opłacalny warsztat, mnóstwo zleceń – rozwijasz się, inwestujesz w pół hektara ziemi, stawiasz sobie tam halę, czy inny hangar, zatrudniasz pracowników i ogarniasz zlecenia szybko i skutecznie. Pod warunkiem, że masz gdzie to zrobić. Tymczasem te tereny, które objęte są planami miejscowymi, nakazują budowę bloków, a nie warsztatów. Natomiast tereny, które nie są planami objęte, są absurdalnie drogie. Dlaczego? –Bo brak planu nie wyklucza budowy bloków i dlatego jest łakomym kąskiem dla każdego dysponującego setkami milionów dewelopera. Niejeden mądrala teraz mi odpowie, że to oczywiste, że w centrum miasta nie powstają warsztaty samochodowe. Wnioskuję, że ich miejsce jest na peryferiach. A co mamy na peryferiach, Dojlidach, Skorupach, Pieczurkach, Bacieczkach? –Bloki. Bloki, to znaczy: deweloperów, z którymi trzeba o każdy metr konkurować.

Wracając do centrum, nie zgodzę się też, że jest to przestrzeń do spania w blokach. Centra tych miast, które odnoszą sukces, żyją. W nich się pracuje. Rozejrzyjcie się, gdzie tylko chcecie. Wszystko, co słusznie zwie się metropolią, do swojego centrum wabi przedsiębiorstwa ofertą przestrzeni biurowej lub hybrydowej. Białystok natomiast stał się sypialnią, czy to w centrum, czy na peryferiach. Spaniem się nie dorobimy.

Featured Video Play Icon

Szeptuchy wzbudzają duże emocje. Kim są kobiety, które uzdrawiają szeptem?

Na Podlasiu są miejsca, gdzie czas płynie inaczej. To właśnie tutaj – w cieniu drewnianych cerkwi, między polami i lasami – od pokoleń działają szeptuchy. Kobiety, które leczą nie dotykiem, lecz słowem. Szeptem.

Ich temat wraca co jakiś czas, najczęściej przy okazji kolejnych filmów w mediach społecznościowych. Na przykład za sprawą filmu dokumentalnego „Szepciarze” autorstwa Alexandry Golus. Tym razem widzimy próbę uchwycenia świata, który nie istnieje w oficjalnych rejestrach, ale trwa – w pamięci ludzi, w opowieściach, w doświadczeniu tych, którzy przyjechali „z ciekawości”, a wyjechali z poczuciem, że coś się wydarzyło.

Szeptucha nie jest lekarzem, choć wielu trafia do niej wtedy, gdy medycyna rozkłada ręce. Nie jest też kapłanem, choć jej praktyki często opierają się na modlitwach – najczęściej prawosławnych, czasem przesiąkniętych dawnymi, przedchrześcijańskimi formułami. To osobliwa mieszanka: wiary, intuicji i tradycji przekazywanej nie w książkach, ale ustnie – z pokolenia na pokolenie.

Rytuał bywa prosty. Czasem to tylko kilka słów wypowiedzianych półgłosem, znak krzyża, zapalona świeca. Innym razem dochodzą zioła, woda, gesty, które dla postronnego obserwatora wydają się niezrozumiałe. Ale sedno zawsze pozostaje to samo: słowo. Szept, który ma „odwiązać” chorobę, „odczynić” urok, przywrócić równowagę. Dla jednych to ludowa magia, dla innych – herezja. A jednak w praktyce granice są płynne. W wielu domach obok ikon stoją święcone zioła, a modlitwa przeplata się z dawnym zaklęciem. Podlasie nie lubi prostych definicji.

Największy problem? Ta tradycja powoli znika. Szeptuchy starzeją się, a młodych następców brakuje. To wiedza wymagająca nie tylko nauki, ale i pewnego „powołania”, którego nie da się przekazać na kursie czy w internecie. Dlatego dziś to już nie tylko element folkloru, ale żywe dziedzictwo na granicy zaniku. I może właśnie dlatego temat wraca. Bo w świecie pełnym technologii, algorytmów i szybkich odpowiedzi, coraz więcej osób szuka czegoś, co wymyka się logice. Nie po to, by odrzucać naukę, ale by dotknąć czegoś starszego. Czegoś, co – jak Podlasie – nie daje się do końca zrozumieć, ale zostaje w człowieku na długo.