Zabawa skończyła się tragedią. Znaleziono ciała.

Początki wsi Niewodnica Kościelna, leżącej nieopodal Białegostoku, sięgają połowy XVI w. Wówczas to sędzia ziemski, Maciej Lewickim nadał sobie tytuł dziedzica. Wziął on sobie za żonę księżniczkę Annę Porycką ze Zbaraża, przez co szybko wspinał się w hierarchii społecznej. Jego karierę przerwała śmierć, a majątek  przez ponad pół wieku zarządzany był przez zaradną żonę. To jej dworek zawdzięczał swój rozkwit.

 

Ostatnim jego właścicielem była rodzina Nowickich. Miejscowi oskarżali ich o zawarcie paktu z diabłem. Ze względu na praktykowanie czarnej magii, nikt nie zbliżał się do dworku. Strach brał górę. Po wojnie w budynku dawnego dworku odbywały się zabawy. Miały one tragiczny finał. Wiele osób odebrało sobie życie po skończeniu imprezy. Czy coś ich opętało? Młodzi kończyli powieszeni na sznurku.

 

Dworek szlachecki miał być wielokrotnie remontowany, lecz na planach się kończyło. Dziwnym trafem inwestor szybko bankrutował. Magiczna siła opróżniała jego portfele. Niewytłumaczalne historie mogą mieć związek z pewną historią. Otóż jeden z mieszkańców dworku, jeszcze za czasów rodziny Nowickich, został żywcem zamurowany w piwnicy. Ciała jednak nie odnaleziono. Zapisy parafialne jasno mówią, że w czasie pogrzebu ostatniego właściciela, ludzie ustawiali beczki z płonącą smołą. Twierdzili, że powinien być już w piekle.  Dziwne zjawiska występują tam też obecnie. Ludzie skarzą się na zapach siarki, która to wedle przekazów stanowi zapach demonów.

Donieśli na kochanków. Miłość przepadła.

Żywioł nadciąga

Niebo w ciągu dnia pociemniało. Zdawało się że zapadła noc. Wraz z chmurami przyszedł wiatr. Fale na jeziorze osiągnęły niebotyczne rozmiary. Wingryna miała zamiar schronić się w domu. Dostrzegła jednak łódź. Mężczyzna walczył z żywiołem. Wingryna przywiązała się liną do drzewa. Na brzegu stała łódź, którą postanowiła wykorzystać do ratunku. Wyruszyła bez chwili zawahania. Rozpoczęła się bitwa z czasem.

Ratunek w ramionach

Mężczyzna wpadł z krzykiem do wody. Lina była na tyle wystarczająca, że pozwoliła na dotarcie do rozbitka. Udało się. Ostatkiem sił dotarli z powrotem na ląd. Mężczyzną okazał się zakonnik z pobliskiego klasztoru. Fabian, gdyż tak było na imię, spojrzał na swoją wybawczynię. Oboje ulegli wzajemnej fascynacji. Musieli jednak wrócić do swych obowiązków. Od tego dnia codziennie pojawiali się nad brzegiem jeziora, lecz los chciał, że ciągle się mijali. Chcieli wyznać w końcu swoje uczucia, aż w końcu nadszedł wielki dzień.

Smutny finał

Ich usta w końcu się spotkały. Namiętne chwile zostały podejrzane przez innych zakonników. Na Fabiana doniesiono do przeora. Mężczyznę zamknięto w wieży. Z tęsknoty za ukochaną nie chciał nic jeść i pić. Wkrótce zmarł. Wingryna  w oddali dostrzegła tylko ducha Fabiana ulatującego do nieba. Dziewczyna nie umiała żyć w samotności. Za jakiś czas i ona odeszła do lepszego świata. Na środku jeziora tuż po jej śmierci wyłoniła się wyspa. Duchy Fabiana i Wingryny nadal próbują się spotkać, lecz zawsze przeszkadza im burza. Klątwa może zostać przerwana wtedy, gdy znajdzie się para bardziej zakochana od nich.

Duch seksoholiczki krąży po miejscowości. Zginęła marnie.

Dzień kobiet za nami. Kwiaty powoli więdną, a pudełka po czekoladkach wylądowały w koszu. Liczy się jednak gest. Świat bez płci pięknej byłby pusty i pozbawiony większego sensu. Adam Mickiewicz pisał, że to ”marny puch”. Zapomniał dodać jednak, iż mimo wszystko”wprawia wszystko w ruch”. Nawet pośród kobiet znajdą się czarne owce. O jednej z takich niewiast opowiada poniższa legenda, w której znajdziemy nie jedno ziarno prawdy.

 

We wsi Nieciece nieopodal Tykocina mieszkała przed laty kobieta o imieniu Rzepicha.  Posiadała dziewięcioro rodzeństwa przez które jej życie nie należało od początku do kolorowych. Rodzice Rzepichy często zaglądali do kieliszka. Trud wychowania przypadł więc dziadkom.

 

Po familii odziedziczyła nietypowe zachowanie, które doprowadzało mieszkańców do furii. Już jako małe dziecko kradła kury po czym z uśmiechem na ustach topiła w rzece. Gdy dorosła jej pasją byli mężczyźni,  a także alkohol. Stała się prawdziwą łowczynią męskich serc, a ściśle mówiąc – ciał.

 

Nie przepuściła nawet synowi młynarza, który miał zamiar zostać księdzem. Tknięty grzechem musiał porzucić swoje plany. Pewnej jesieni Rzepichę odnaleziono w gorzelni. Miarka się przebrała. Właściciel karczmy pijaną niemal do nieprzytomności kobietę zamknął w beczce. Następnie wystawił ją na dziedzińcu. Po tygodniu bezwstydna kobieta zmarła. Do dziś duch alkoholiczki krąży po miejscowości. Panowie, miejcie się na baczności!

Wyrodna córka porzuciła chorą matkę

Elga mieszkała w drewnianej chatce razem ze swoją matką. Ta spełniała wszystkie jej zachcianki. Mimo że podupadała na zdrowiu, pracowała ciężko u bogatych gospodarzy. W wolnych chwilach, by zarobić jeszcze więcej zbierała owoce lasu. Córka nie odwzajemniała uczuć matki. Z roku na rok stawała się coraz bardziej oschła i zarozumiała. Podczas gdy matka harowała w pocie czoła, Elgę w dzień dopadało lenistwo, a nocą balowała.

 

Dziewczyna nie mogła patrzeć na chorą matkę. Bała się, że na starość też ją czeka taki los. Gdy ”odpoczywała” pod dębem podszedł do niej starzec. Prosił ją aby wróciła do domu i zaopiekowała się matką. Dziewczyna jednak tylko głośno się roześmiała. Mężczyzna zapowiedział, że nie zazna już miłości, dopóki czas i woda nie wyżłobią takich samych ran jak łzy rozpaczy jej matki. Po tych słowach Elga zamieniła się w zimny głaz, który do dziś stoi nieopodal jeziora Pobondze nieopodal Suwałk.

Biedak zakochał się w bogatej. Poszedł dla niej do piekła.

Zamczysko odżyło

Janek był niezwykle utalentowanym młodym człowiekiem. Nie rozstawał się nigdy ze swoimi skrzypkami. Cieszył się dużym powodzeniem u płci przeciwnej lecz tego nie wykorzystywał. Pewnej nocy gdy wracał z karczmy doszło do czegoś niespotykanego. Pagórki, na których niegdyś istniały zamczysko otworzyły się niczym drzwi. Janek ujrzał kobietę. Na początku myślał, że to halucynacje z powodu alkoholu. Po chwili jednak zrozumiał, iż wszystko dzieje się naprawdę. Kobieta przedstawiła się jako królowa Bona.  Wyznała mu, że w zapadłym zamczysku odbywa karę za grzechy. Zauważywszy skrzypce, poprosiła Janka aby coś jej zagrał. Ten się zgodził, wpadając w muzyczny trans. Bona, tak wzruszona występem, przyrzekła mu pomoc w każdej życiowej sytuacji. 

Spełnione obietnice

Nie trzeba było długo czekać nim Janek wpadł w kłopoty. Za dnia pilnował bydła, lecz często zdarzało mu się zapomnieć o całym świecie. Tak też było i tym razem. Janek pochłonięty grą na skrzypcach nie zauważył, że jedna z młodych krów zniknęła. Jak się potem okazało, powędrowała do lasu, gdzie zjadły ją wilki. Janek nie wiedział co robić. Nie miał pieniędzy, a jakoś musiał zrekompensować straty właściciela. Przypomniał jednak sobie o obietnicy królowej. O jedenastej w nocy udał się na wzgórze. I tym razem ziemia się rozstąpiła. Janek powiedział Bonie o swym problemie. Ta nakazała mu udać się do lochów zapadniętego zamczyska. Mógł jednak wziąć tylko 10 talarów. Inaczej miała spotkać go kara. Janek przełamał strach i zszedł do podziemi. Mimo że bogactw było tam bez liku, do sakiewki włożył tylko kilka monet.

Recepta na miłość

Prawdziwe problemy dopiero nadeszły. Janek zakochał się w córce młynarza – Małgośce. Wiedział jednak w głębi duszy, że do siebie nie pasują, a to ze względu na status majątkowy. Chłopak mógł mieć każdą niewiastę, lecz to bez tej jednej nie mógł żyć. Ponownie udał się po pomoc do Bony. Ta nakazała mu złapać nietoperza, umieścić go w garnku i zakopać w mrowisku. Drugiego dnia w naczyniu miały powstać magiczne grabie, którymi mógł przyciągać i odciągać kobiety. Tak też się stało. Małgośka wpadła mu w ramiona.

Piechotą do piekła

Związkowi sprzeciwiali się jednak jej zamożni rodzice. Janek i tą kwestię postanowił rozwiązać dzięki znajomości z duchem Bony. Wpadł na pomysł kupna opuszczonego gospodarstwa. Po pieniądze znów musiał udać się do podziemia. Tym razem interesowała go kwota 100 talarów. Na miejscu potknął się o piekielne psy strzegące skarbów. Przewróciwszy się zauważył cudowne buty, jakich nigdy nie widział. Mimo że Bona przestrzegła go o konsekwencjach brania czegoś więcej, tym razem jej nie posłuchał. Założył buty, a wtedy na zegarze wybiła dwunasta. Góra zatrzęsła się od piekielnego śmiechu. Buty zaczęły płonąć. Nie było siły aby się ich pozbyć. Rankiem odnaleziono Janka pozbawionego nóg. Do końca życia został kaleką. Czołgał się od wsi do wsi ze swoimi skrzypkami aby mieć co włożyć do ust.

 

Czarna dama dusiła wrogów. Jęki i zawodzenia w tunelach słychać do dziś

Twierdza Osowiec powstała w drugiej połowie XIX w. Zbudowana została w miejscu zwężenia biebrzańskich bagien, co miało służyć ochronie linii kolejowej Białystok – Królewiec. Składała się ona z czterech fortów i do dziś sławi się tym, że nigdy nie została zdobyta. Pochłonęła jednak wiele ofiar, co z pewnością miało wpływ na nietypowe zjawiska.

 

W Twierdzy Osowiec przetestowano po raz pierwszy gazy bojowe. Chmura o szerokości kilku kilometrów, która powstała po wypuszczeniu chloru z baterii gazowych, przyniosła śmierć tysiącu Rosjan. Wielu próbowało uciec. Jednym się udało, drudzy nie mieli tyle szczęścia. Ocalałych oskarżono o dezercję. Na sądzie polowym żołnierze przyznali, że w oparach widzieli czarną zjawę, wybierającą swe ofiary. Czarna dama, gdyż tak ją nazwano, dusiła ich za gardło, pozbawiając ostatniego tchnienia. Potwór w ciemnej pelerynie miał mieć ponoć szerokość kilku metrów. Ducha widziano również współcześnie. Przypadek został udokumentowany przez reporterów. Na jednym ze zdjęć, po ich wywołaniu okazało się, że przy dziennikarce stała właśnie złowroga Czarna Dama.

 

Pani w czerni to nie jedyna zjawa, jaką można spotkać bądź usłyszeć na terenie Twierdzy Osowiec. Wiele osób skarżyło się, że w czasie zwiedzania czuło na karku mroźny oddech. Nic nam jednak nie grozi, gdyż jest to ”Dobry duch Twierdzy”. Przed wojną młody rosyjski oficer popełnił samobójstwo z powodu odrzuconych zaręczyn szlachcianki z Goniądza. Jego żywot zakończyła kula w skroń i od tej pory towarzysze broni byli świadkami zjawisk paranormalnych. Pewnego dnia odkryli na ścianie wykonany krwią napis ” Chryste, daj wieczny odpoczynek duszy sługi Twojego”.  Jęki i zawodzenia w tunelach słychać do dziś.  Wszystkich odważnych, nie bojących się upiorów, zapraszamy na wycieczkę po Twierdzy Osowiec. 

 

Bocian przemówił ludzkim głosem. Wskazał kufer pełen złota i srebra

Ciężkie życie

Nadeszła wiosna. Na dach chaty powróciły bociany. Z promieniami słońca i przyszedł jednak głód. Pozostało chude mleko i ziemniaki. Tak wyglądał marzec Macieja Skiby, mieszkańca niewielkiej osady na Podlasiu. Uśmiech mężczyzny wzbudzał jedynie syn,  który niedawno przyszedł na świat. To w nim upatrywał nadzieję na lepsze jutro. Wedle tradycji dziecku nadano imię po ojcu.

Zatrute powietrze

Minęło 12 lat. Wybuchła epidemia. Większość ludzi albo zmarła, albo uciekła jak najdalej. Maciej Skiba nie przetrwał zarazy, lecz jego syn miał więcej szczęścia. Długo tułał się po innych miastach, lecz nie mając ani wykształcenia, ani fachu w ręku, nie mógł znaleźć pracy. Wrócił więc do rodzinnej osady. Następnego dnia na podwórzu odnalazł pisklę i stojącego przy nim bociana.

Bogactwo pod kamieniem

Maciej bez chwili zastanowienia odłożył młodego ptaka do gniazda. Pełen żalu mówił sam do siebie, że chce zakończyć swój żywot. Wówczas bocian przemówił ludzkim głosem. Nakazał Maćkowi porzucić troski. W zamian za pomoc wskazał dla chłopaka ukryty pod kamieniem skarb. Bocian mówił prawdę. Faktycznie kufer pełen był złotych i srebrnych monet.  Maciek jednak ostrożnie dysponował niespodziewanym majątkiem. Kupił kilka koni, krów i zbudował dom. Wkrótce spotkał miłość swego życia. Wioska powoli zaczęła się zaludniać. Po dziś nosi nazwę Boćki.

Zazdrosna czarownica zamieniła księcia w mysz

Od pierwszego wejrzenia

Białowieska Puszcza w czasach średniowiecza pełna była dzikiej zwierzyny. Inni wyruszali na polowania całą grupą, lecz on jedynie z drewnianą pałką, sam przemierzał lasy. Mowa tu o jednym z litewskich książąt. Po udanych łowach miał zwyczaj odpoczywać nad rzeką Lutownią. Tam też spotkał Oksanę, dziewczynę o niespotykanej urodzie. Miłość zakwitła niczym wiosenny kwiat. Wszystko układało się dobrze, aż do czasu gdy, między młodych wplątała się wiedźma o imieniu Ksantypa.

Sroga zemsta

Kobieta posiadała ogromną moc, dzięki której mogła zmieniać postać. Ponadto posiadała władzę nad dziką zwierzyną. Od chwili ujrzenia księcia pośród drzew, zawładnęła nią obsesja. Nie chciała już wieść pustelniczego życia. Ukazywała się księciowi jako piękna kobieta z wydatnym biustem. Mężczyzna jednak bez pamięci był zakochany bez pamięci w Oksanie. Ksantypa miała już dać za wygraną, lecz spawy przybrały nieoczekiwany obrót. Książę w lustrze wody dostrzegł prawdziwe oblicze wiedźmy.

Stara, przygarbiona, z wieloma kurzajkami wzbudziła jego odrazę. Ten postanowił dołączyć Ksantypę do swej kolekcji łowcy. Wziął zamach swoją drewnianą dzidą, chcąc ugodzić czarownicę prosto w serce. Ta jednak wypowiedziała zaklęcie, które zamieniło chłopaka w mysz. Zemsta poszła dalej. Rzuciła też urok na Oksanę, w wyniku czego stała się puszczykiem. Jak wiadomo, ptak ten ten żywi się gryzoniami. Dlatego też Oksana przypadkiem mogła pożreć ukochanego. Pohukiwanie puszczyka pełni więc rolę ostrzegawczą. Według legendy czar ustąpi gdy przez sto lat człowiek nie wytnie w Puszczy ani jednego starego drzewa,

Przyjedź tutaj, a będziesz miał erotyczne sny

Pobojna Góra według przekazów stanowiła grodzisko Jaćwingów. Plemię osiedlało się często na terenach oo szczególnej koncentracji energii. Takie też znaleźli nad Biebrzą. Nazwa góry wiązać się może ze szwedzkim potopem, bowiem właśnie tam wojska walczyły najdłużej. Pobojna Góra to jednak nie tylko miejsce śmierci wielu żołnierzy. Dziesiątki osób doświadczyło tam czegoś niewytłumaczalnego.

 

Jeśli zachowamy ciszę z łatwością usłyszymy odgłosy, które wydobywają się z ziemi. Najczęściej są one w obcym języku. Niejednokrotnie okolicę przeszywa krzyk, lecz również i piękny śpiew. Pewne jest, że każdy biwakowicz będzie miał nad Biebrzą fantazyjne sny, które okazują się być niesamowicie realne. Wypoczywający na urlopie nauczyciel usłyszał głos mężczyzny żądający zapłaty za miejsce namiotowe. Gdy ten odmówił niespodziewany gość runął z hukiem na konstrukcję. Nauczyciel błyskawicznie obudził się z bólem.  Faktycznie namiot spadł mu na głowę.

 

Przed laty reformator społeczny hrabia Karol Brzostowski wyznał nad Biebrzą miłość Wiktorii Rymaszewskiej. Niespotykane widoki działają na wyobraźnię do dziś. Na Pobojną Górę nadal przybywają chętnie pary zakochanych. Okolice pobudzają siły witalne. Noc to gwarancja erotycznych snów. Niejedni wracali do cywilizacji jako już zaręczeni. Samotni mężczyźni muszą mieć się na baczności. Duchy młodych dziewic są aktywne zwłaszcza latem i nie koniecznie okażą im dobroć. Opowieści o Pobojnej Górze zainteresowały znanego jasnowidza, ojca Kilimuszkę. Stwierdził on obecność wielu bytów i tajemniczych przedmiotów.

 

Cerkiew gwałtownie zapłonęła. Działy się dziwne rzeczy.

Na skraju Puszczy Białowieskiej leży niewielka wieś Dubicze Cerkiewne. Już sama nazwa wskazuje na związki z obrządkiem prawosławnym. Pierwsza świątynia powstała w połowie XVI, co potwierdza przywilej wydany przez króla Zygmunta III Augusta. W sąsiedztwie przebiegał trakt carski z Bielska Podlaskiego do Kamieńca. Z tego właśnie względu droga aż do dzisiaj nazywana jest gościńcem Kamienickim.

 

Pierwsza świątynia pod wezwaniem Piotra i Pawła zakończyła swe istnienie w gwałtowny sposób. Stanęła bowiem w płomieniach. Ikona niesiona przez silny wiatr zatrzymała się na samym końcu wsi. Mieszkańcy uznali, że właśnie tam powinna powstać nowa cerkiew.

 

Bardziej fantastyczna wersja mówi o zapadnięciu się świątyni przez ziemię. Miała to być kara za grzechy parafian. Ponoć jeśli 12 lipca w południe, gdy przyłożymy ucho do ziemi na wzgórzu, usłyszymy bicie cerkiewnych dzwonów. W miejscu tym stoi do dziś kamienny krzyż. Stanowi pamiątkę po starej cerkwi. Obecna drewniana świątynia w Dubiczach Cerkiewnych powstała tuż po zakończeniu drugiej wojny światowej. Jej konsekracja nastąpiła zaś w 1955 r.

Zielarka zamieniła mężczyzn w dziki. Jeden żyje do dziś.

Rzeź w Puszczy

W białowieskim Parku Pałacowym odnajdziemy pomnik upamiętniający jedno z polowań króla Augusta III Sasa. Obława na zwierzęta była jak na tamte czasy przeprowadzona spektakularnie. Ponad pięćset wynajętych osób kilka miesięcy zapędzało żubry, łosie, sarny czy dziki do wielkiej zagrody. Wiele zwierząt padło przed przyjazdem królewskiego orszaku. Król osobiście dokonał egzekucji na połowie zgromadzonych okazów. Jego uwagę przyciągnął dzik z czarnym krzyżem na grzbiecie. Nietypowe umaszczenie miało wiązać się ze sprowadzeniem zakonu krzyżackiego.

Siła zaklęcia

Jak wiadomo, zamiast w pokoju chrystianizować plemiona, krzyżacy wybrali drogi miecza. Pewnego lata czterech zakonników zapuściło się do Puszczy. Po drodze korzystali z życia wykorzystując kobiety i zabijając zwierzynę dla samego sportu. W jednej z karczm dowiedzieli się o kobiecie o imieniu Ksantypa. Wiodła ona życie pustelnika. Znając doskonale specyfikę miejscowych ziół zajmowała się uzdrawianiem. Żądni krwi poganina bracia zakonni wyruszyli nad rzekę Łutownia. Po drodze mijali martwe ptaki i węże. Puszczyki nawoływały niczym nocą. Starali się jednak ignorować wyraźne znaji. Na miejsce dotarli przed nocą Kupały, kiedy to według wierzeń, zaklęcia działają ze szczególną mocą. Ksantypa oszukała śmierć. Nim ostrza przeszyły ją na wylot, zdążyła wypowiedzieć magiczną formułkę. Krzyżacy zostali przemieni w dziki. Podobno jeden z nich z charakterystycznym krzyżem na grzbiecie, kilka lat temu był  widziany w miejscu mocy pod Hajnówką. Legenda głosi, że jeśli ktoś go ubije, pradawni bogowie powrócą na ziemię.

Mieszkaniec Podlasia odkrył Amerykę przed Kolumbem?

Przetarcie szlaków

Istnieją zapiski, że to nie Krzysztof Kolumb dotarł pierwszy do wybrzeży Ameryki. Uczynił to mieszkaniec Podlasia, nazywany przez historyków Janem z Kolna. Wyprawa miała mieć miejsce 16 lat przed podróżą Kolumba. Jan z Kolna pełnił rolę sternika na statku należącym do duńskiego króla Christiana Oldenburga. W 1476 r. dotarł on do wybrzeży Labradoru. Jaka jest prawda?

Na tropie prawdy

Flota złożona z kilku statków miała pierwotnie szukać zaginionych osadników grenlandzkich. Po osiągnięciu zachodniego wybrzeża udali się dalej na zachód. Warto wspomnieć, że nazwa ”Labrador” odnosiła się w XVI w. zarówno do Grenlandii, jak i właściwego Labradoru. Tak więc nie do końca wiadomo o którą wersję chodziło kronikarzom. Wszelkie informacje o Janie z Kolna spisano zaś już po jego śmierci. Jako pierwszy na jego polskie pochodzenie wskazał Franciszek de Belloforest. Najwięcej wiemy o Janie z ”Historii geografii i odkryć” z 1813 r., wskazującej jego pochodzenie na ”małe miasto mazowieckie Prusom pograniczne”. Po ukończeniu Akademii Krakowskiej przeniósł się do Gdańska, gdzie zaciągnął się na statek króla Danii, z którym ponoć dotarł do Ameryki Północnej. Janowi przypisuje się różne pochodzenie  – norweskie a nawet portugalskie. Powstało wiele rozpraw na ten temat. Istnieje też hipoteza, że Jan z Kolna to nikt inny niż młody Krzysztof Kolumb.

Domek Napoleona to ruina. Kiedyś miejsce schadzek

Miejsce z historią

Teraz zamknięty i ogrodzony. Kiedyś tętniło w nim życie. Mowa to o tzw. białostockim domku Napoleona, gdzie to przywódca ponoć spotykał się potajemnie z Marią Walewską – najsłynniejszą polską faworytą. Czynił to w drodze na wyprawę do Moskwy. Tam też miało dojść do burzliwego rozstania, które odbiło się głośnym echem w półświatku. Nim jednak namiętnościom nadszedł kres, Napoleon obdarowywał kobietę licznymi prezentami. Pisał też do niej słynne pełne żaru listy. Para jednak nigdy nie mogła być oficjalnie razem. Napoleon poślubił bowiem Józefinę, później zaś jeszcze inną kobietę. Maria musiała zadowolić się rolą kochanki. Pewne jest tylko to, że para doczekała się dziecka.

Opuszczony budynek

W rzeczywistości budynek powstał już po śmierci imperatora. Stanowił punkt poboru cła od handlarzy z Królestwa Polskiego, lecz przez bardzo krótki okres. We współczesności domek Napoleona zmieniał często dzierżawców. Kilkadzieścia lat temu obiekt w kształcie rotundy wykorzystywany był jako restauracja, nocny klub i… agencja towarzyska. Ze względu na postępującą wilgoć, miasto wystawiło budynek na sprzedaż.

Zazdrość doprowadziła do zbrodni

Zapomniane jezioro

W połowie drogi między Białymstokiem a Supraślem znajduje się, wydawać by się mogło, idealne miejsce na wakacyjną randkę. Coś jednak może nam przerwać beztroskie chwile. W letnie sierpniowe noce, przy pełni księżyca, nieraz usłyszymy tam zawodzący płacz i krzyk bezsilności.  Z jeziorem Komosa, bo o nim tu mowa, wiąże się bowiem legenda o tragicznych losach pewnych kochanków.

Miłość – Słodka trucizna

Przed laty na wysepce mieszkał rzemieślnik zwany Rudobrodym. Dzięki swej ciężkiej pracy udało mu się wybudować dom i kupić dużą działkę. Mimo majątku brakowało mu czegoś, czego nie można kupić za żadne pieniądze  – odwzajemnionej miłości. Wszystko to przez swą chorobliwą nieśmiałość. Przeciwieństwem Rudobrodego był jego brat Zbyszko, który to prowadził hulaszczy tryb życia. Wszelkie pieniądze przeznaczał na kobiety, wino i śpiew. Braci połączyło jedno  – uczucie do tej samej kobiety o imieniu Helena.

Tragiczna pomyłka

Rudobrody nie miał wystarczającej odwagi wyznać swej miłości. Opieszałość wykorzystał Zbyszko, co szybko doprowadziło do gorącego romansu. Ten nawet był gotów w końcu się ustatkować, lecz ojciec dziewczyny nie chciał nawet o słyszeć o ślubie. Kochankowie zmuszeni byli do spotkań w tajemnicy. Na miejsce schadzek wybrali porośniętą górkę położoną tuż nad samym jeziorem Komosa. Rudobrody niejednokrotnie śledził kochanków. Z dnia na dzień zbierała w nim coraz większa złość. Wrześniowej nocy uznał, że tylko śmierć ulży jego cierpieniu. Na dokończenie swego żywota wybrał powieszenie. W ostatniej chwili jednak zmienił decyzję. Porzucił kupiony wcześniej konopny sznur i postanowił zabić brata. Tym samym usunąłby konkurenta i od nowa rozpoczął walkę o serce Heleny. Nazajutrz po zmroku zaczaił się na ścieżce, czekając na brata z kamieniem w ręku. Słysząc szelest kroków, wyskoczył na ścieżkę zza krzaków i zadał jeden śmiertelny cios. Bezwładne ciało opadło na ziemię. Nastała głucha cisza. Księżyc, który wyszedł zza chmur, pokazał okrutną prawdę. Ofiarą Rudobrodego padł nie jego brat, lecz Helena. Po tym wydarzeniu słuch po nim zaginął. Nam zaś pozostał tylko płacz białej damy, dobiegający spośród traw porastających jezioro.

Źródło zdjęcia: Wikipedia

”Śpiesz się Michałku”. W ciągu kilku minut ściął kilkanaście głów

Przed wiekami jego widok dla wielu był ostatnim w życiu. Przestępcy tracili przez niego głowę… i to dosłownie. Dziś zostały po nim tylko słowa legendy, które zachowały się na dwóch skromnych kartach.  Mowa tu o kacie zwanym pieszczotliwie Michałko. Na czym polegał jego fenomen?

Średniowieczna gangsterka

Aby zrozumieć wyjątkowość kata, należy przenieść się do XVIII-to wiecznego Brańska, miasteczka leżącego nieopodal kaplicy ze świętym źródełkiem w Hodyszewie. Podobnie jak w innych, mniejszych miejscowościach dokonywano tam licznych rozbojów. Przywódcę jednej z grup złoczyńców stanowił nijaki pan Chełmski, specjalizujący się w porwaniach i delikatnie mówiąc pozbawianiu czci kobiet. Przy jednym z napadów rzezimieszków zgubił alkohol. Pojmani przez sędziego, będącego jednocześnie łowcą bandytów. Związani we śnie, zostali skazani na karę miecza i to mimo posiadania szlacheckiego pochodzenia. Nie pomogły tu więc znajomości. Lokalny sędzia zgodził się tylko na jedno ustępstwo. Egzekucję przesunięto bowiem na czas, jaki był potrzebny na pokonanie przez gońca drogi z Warszawy do Brańska i z powrotem. Ten miał przywieźć decyzję ze stolicy, czy król ułaskawi członków bandy.

Śpiesz się Michałku, śpiesz!

Tego dnia ze świata miało zostać pozbawionych życia 26 schwytanych przestępców. Jako ostatni, na deser kata miał zginąć pan Chełmski. Jednak, gdy pierwsze głowy zaczęły spadać, to na horyzoncie pojawił się królewski wysłannik. W słońcu lśniły czerwone pieczęcie, na miejscu egzekucji zaś krew. Sędzia, mając świadomość, że jeździec niesie dla niego niekorzystne wieści, przybliżył się do kata i szepnął mu do ucha ”Śpiesz się Michałku”. Ten wziął sobie słowa do serca i w ciągu kilku minut ściął kilkanaście bandytów, wraz z panem Chełmskim. Po otwarciu pisma okazało się, że król ułaskawił przywódcę grupy, lecz sprawiedliwość została już wymierzona dłońmi Michałka. Mieszkańcy mogli odetchnąć z ulgą. Wieści o niesłychanej prędkości i skuteczności w działaniu kata rozeszły się po całym kraju. Powstało nawet powiedzenie ”A bodajże kat brański oprawił”. Kat Michałko pobił więc nieoficjalny rekord w ilości ściętych głów, zyskując sławę w całej Rzeczypospolitej. Przed banitami, na samą myśl o Michałku, uginały się nogi. Brańsk od tej pory był bezpieczniejszym zakątkiem.

Blaski i cienie kariery

W praktyce życie codzienne kata nie należało do kolorowych. Stanowisko pracy, co nie da się ukryć, pozbawione było prestiżu. Wpływało to zaś na pozycję społeczną. Poza tym zwyczajowo rolę egzekutora powierzana dawnemu skazańcowi. Mieszkańcy omijali kata szerokim lukiem, a przypadkowy dotyk przynosił hańbę. Towarzyszyła mu samotność i poczucie wyobcowania. Satysfakcji z rekordu jednak nie mógł zabrać mu nikt.

Diabeł przeklnął most na zawsze

Przed I Wojną Światową przez małą wioskę Kruszewo nieopodal Białegostoku przebiegała tzw. carska droga. Rosjanie obawiając się rychłego konfliktu z Niemcami postanowili stworzyć trasę równoległą do szosy. Ułatwiłoby to znacznie transport dla wojska. Największe trudy napotkano przy budowie mostu. Prace ciągnęły się niemiłosiernie długo i nie było widać ich końca.

 

Pewnego dnia robotnikom ukazał się sam szatan. W zamian za jedną ludzką ofiarę zaproponował pomoc w szybkim zakończeniu zadania. Ludzie zaakceptowali warunki, lecz potem zmienili plan. Na cudownie wybudowany most zamiast obiecanego diabłu człowieka, wypuścili ślepego i kulawego konia. Władca piekła wpadł w furię. Próba oszustwa miała swoje konsekwencje. Diabeł  spalił most i zapowiedział, że każda próba jego odbudowania skończy się tragedią na wielką skalę.

 

Most mógł trwać wyłącznie 11 lat. Tak też się stało. Odbudowa zarówno w 1903, jak i 1928 r.  nie przetrwała długo, ponieważ wkrótce wybuchały wojny.

Czarownica w Puszczy Knyszyńskiej. Wygnana zaczęła straszyć.

Puszcza Knyszyńska. We wczesnym średniowieczu to ona żywiła okoliczne osady. Rolnictwo i hodowla nie była jeszcze na tyle rozwinięta aby zapewnić przetrwanie w czasie zimy. Na skraju lasu mieszkała pewna wdowa, u której pomocy szukali wszyscy chorzy. Kobieta doskonale znała się na ziołach posiadających magiczne właściwości. Każdy wiedział, że tylko dzięki odpowiednim czarom.

 

Nad osadę przyszły pierwsze chłodne dni. Ruszyły przygotowania przed prawdziwą zimą. Najsilniejsi mężczyźni wybrali się do lasu by uzupełnić zapasy na opał. Wszystko szło sprawnie, aż do czasu gdy syn starosty wedle zwyczaju miał ściąć najwyższe drzewo. Powietrze przeszył krzyk. Chłopak został przygnieciony przez masywny konar. Nieprzytomnego zabrano do zielarki. Ta mimo wysiłków nie zdołało mu pomóc. Serce przestało bić. Starosta winą obarczył właśnie kobietę, zmuszając ją do opuszczenia osady. Był to dopiero początek złowrogich wydarzeń. Wszystkie zapasy jedzenia zaczęły gnić.

 

Co prawda wyruszano na polowania, lecz zwierzyna jakby przestała istnieć na tych ternach. Każdego dnia w jednym z domostw wybuchał pożar. Mieszkańców dotknęła też tajemnicza choroba. Nieszczęścia mnożyły się, aż w końcu córka starosty zginęła pod ostrzem toporów zamocowanych przy wejściu do schronienia. Obluzowane ostrza spadły, ścinając dziewczynie głowię. Na początku roku w osadzie zaczęto widywać wychudzoną kobietę z okiem na czole. Rozpoznano w niej licho – jednego z najgorszych demonów. Ludzie w panice opuścili puszczę, szukając schronienia najdalej jak się dało.

Młynarz negocjuje z duchem syna

Tajemnice jeziora

Zapomniane jezioro Komosa odnajdziemy niedaleko Białegostoku na trasie w kierunku Supraśla. Powstało ono w XIX w. w wyniku działań niejakiego Rybowicza, który to na początku swej biznesowej kariery posiadał farbiarnię sukna. Jako prawdziwy człowiek interesu szedł za ciosem, zakładając rybne stawy hodowlane, gdzie odławiano karpie królewskie. Wkrótce powstał także młyn produkujący ponoć ”mąkę białą niczym śnieg”. Rozwój okolicy przyczynił się w znacznym stopniu do powstania osady o nazwie Krasne. Wielu ludzi dzięki Rybowiczowi, znalazło stałe zatrudnienie. Z malowniczym zakątkiem wiąże się historia z elementem nadprzyrodzonym w tle.

Miłe złego początki

Rybowicz po latach ciężkiej pracy powierzył młyn swemu synowi. Ten również posiadał geny przedsiębiorcy. Sprowadził nawet nowoczesne maszyny z zagranicy. To sprawiło, że klientami młyna byli już nie tylko miejscowi, ale także kupcy z Białegostoku, Czarnej Białostockiej czy Zabłudowa. Wszystko szło po myśli starego Rybowicza, lecz plany na życie zweryfikowała…śmierć. Jako, że młyn pracował 24 h na dobę, chłopi zdziwili się, że pewnej nocy nagle zgasło w nim światło. Urządzenia o dziwo nie przestały jednak pracować. Na miejscu pracowników przywitała złowieszcza cisza. Nawoływanie młodego zarządcy też nic nie dało.

 

Odpowiadało tylko echo. Wszyscy udali się pośpiesznie na strych. Z każdym krokiem byli bliżsi poznani przerażającej prawdy. Chłopak powiesił się na sznurku, a jego oczy zdały się wpatrywać w pustą przestrzeń. Nikt nie potrafił sobie wytłumaczyć, co mogło go skłonić do tak desperackiego czynu. Po okresie żałoby wszyscy wrócili do pracy. Pewnego dnia młyn niespodziewanie stanął. Początkowo nikt nie potrafił zdiagnozować problemu. Ojciec doszedł wkrótce jednak do wniosku, iż to dzieło jego zmarłego syna. Naprawę młyna miała przynieść rozmowa z duchem. Paranormalne negocjacje zakończyły się sukcesem. Postoje zdarzały się jeszcze kilkakrotnie. Zdarzenia te miały wpływ na psychikę pracowników, którzy po prostu  bali się przychodzić na nocną zmianę. Nawet najmniejszy hałas budził w nich niepokój, nawet jeśli nie były związane bezpośrednio z nawiedzającym duchem.

 

Opętany srebrem czekał na śmierć

Maciej był zwykłym pszczelarzem. Mozolną pracą zarabiał na utrzymanie, ledwo wiążąc koniec z końcem. Przechodząc przez wzgórze nad rzeką Narew, zauważył konającego rycerza. Po charakterystycznym krzyżu rozpoznał, że to templariusz. Trawę zamiast rosy pokrywała krew. Ranny, zakuty w zbroję zakonnik walczył o każdy oddech. Resztką sił wyciągnął dłoń w stronę mężczyzny. Maciej nie miał jednak zamiaru ulżyć mu w cierpieniu. Owszem chciał pomóc, ale sobie, przywłaszczając lśniącą zbroję. Przysiadł więc przy rycerzu i czekał na jego ostatnie tchnienie. Gdy ten wydawał jęki, głowę Macieja ogarniały myśli o bogactwie. Po kilku godzinach rycerz zmarł. Nim ciało ostygło, mężczyzna założył zbroję templariusza na siebie. Mimo że była zdecydowanie za mała, Maciej nie dawał za wygraną. Szarpał się, mocował, aż w końcu dopiął swego. Nagle jednak jego ciało ogarnęła niewyobrażalna gorączka. W panice próbował ściągnąć skradzioną od nieboszczyka zbroję. Tym razem nie wszystko poszło zgodnie z planem. Maciej padł po kilku minutach, tuż przy ciele rycerza. Od tej pory nocami rozchodzą się krzyki. Duchy walczą bowiem o srebrny ekwipunek.

Opisywane wydarzenia miały ponoć miejsce w malej wsi Maciejowa Góra, zlokalizowanej obecnie kilkadziesiąt km od Białegostoku. W okolicy odnaleziono przed wojną dwie kamienne płyty ze znakami templariuszy. Jedna z nich była wmurowana w ścianę stodoły, druga zaś znajdowała się na środku pola. Uznano, że to pozostałości po zakonnym cmentarzu. Maciejową Górą zajęli się również badacze francuscy, więc coś było na rzeczy. Obecność templariuszy zazwyczaj oznacza jedno – bogactwo. Problem w tym, że większość kosztowności zakon ukrywał. W latach 70. rozpoczęto nawet prace w celu rozkopania wzgórza, lecz miejscowi nieprzychylnie odnieśli się do obcych. A może domniemane skarby chcieli zachować dla siebie?

Nastolatka zawstydziła króla

Dawniej tereny Rzeczypospolitej porastała dzika puszcza pełna ptactwa i zwierzyny. Z czasem na ich terytorium zaczął wkradać się człowiek, co zaburzyło naturalny rytm przyrody. Budowano chaty, a następnie całe osady. Zwierzęta poczuły się zagrożone.

Sama przeciwko światu

W jednej z osad żywot pędził najlepszy łowca w okolicy. Nigdy nie doczekał się syna, lecz los obdarzył go czterema córkami. Najstarsza z nich miała na imię Netta. Od wczesnego dzieciństwa ojciec zabierał ją na polowania, ucząc fachu myśliwego. Do wsi wdarła się epidemia, zabijając większość jej mieszkańców. Szesnastoletnia Netta tracąc wszystkie trzy siostry i ojca, nie załamała się. Została sama z chorą matką, czując się za nią odpowiedzialną. Chociaż doskonale jeździła konno, zawsze wybierała piesze wędrówki. Ze względów bezpieczeństwa unikała jedynie zakątku puszczy, w którym grasowały niedźwiedzie. Były to jednocześnie królewskie tereny łowieckie. Niejednokrotnie używali psów gończych, mając na celu tylko i wyłącznie krwawą rozrywkę.

Starcie z bestią

W czasie polowania na jelenia, Netta usłyszała głośny ryk. Ptaki odlatywały z koron drzew w popłochu.  Z głębi lasu wyskoczył bowiem zraniony niedźwiedź, który wielkością przewyższał konia. Za nim pojawił się król Zygmunt August wraz z swymi towarzyszami. Zwierzę zostało otoczone z każdej strony. Wydawać się mogło, że sytuacja jest całkowicie pod kontrolą. Furia niedźwiedzia wystraszyła jednak rumaka króla. Bezwładne ciało króla upadło z hukiem na ziemię. Czas jakby stanął w miejscu.Wszyscy pogodzili się z nieuniknionym. Masywna bestia była już o krok. Śmiertelnemu ugryzieniu zapobiegła strzała, która przeszyła głowę niedźwiedzia. Grot wystawał z jego gardła. Nikt początkowo nie wiedział kto zapobiegł tragedii. Wówczas wszyscy dostrzegli ukrywającą się za drzewem dziewczynę. Mężczyźni byli pod wrażeniem jest odwagi i urody. W podziękowaniu za uratowanie życia, król Zygmunt August odwiedził osadę, w której mieszkała Netta. Wieś nazwał Zygmuntowem. Do dziś zachował się strumień nazwany Netta, na cześć odważnej dziewczyny.  Zaproponował jej również miejsce na dworze, lecz ta odmówiła ze względu na chorą matkę.

 

Janusz kontra Krzyżacy. Historia pewnego Jelenia

Krzyżackie porachunki

Obecny herb Łomży przedstawia jelenia przeskakującego nad czterema kamieniami. Z jego powstaniem się pewna legenda. W pewien upalny dzień książę Janusz zapragnął zapolować na zwierzynę i zaspokoić swój instynkt łowcy. W eskapadzie uczestniczyli też miejscowi młodzi chłopcy, którzy odegrali w sprawie kluczową rolę. Po dłuższym czasie oczekiwania pojawił się cel. Gdy książę napiął łuk i wycelował do jelenia, chłopcy dostrzegli dziwne zachowanie zwierzęcia. Te spłoszyło się obecnością innych ludzi. To byli… Krzyżacy, którzy w krzakach czaili się na Janusza i jego kompanów. Gdy pomocnicy księcia dojrzeli przeciwników, to stwierdzili jedno – to zasadzka.

Janusz podjął natychmiastowe działania. Przypuszczenia młodzieńców bowiem okazały się słuszne. To była zasadzka. Książę przechytrzył jednak złoczyńców, atakując z zaskoczenia. Cisza towarzysząca polowaniu została przerwana krzykiem, stukotem mieczy i zbroi. Wśród konarów nawiązała się krotka potyczka. Zdezorientowani przeciwnicy nie mieli żadnych szans. Napastnikami okazali się… Krzyżacy. Las okazał się dla dziesięciu zakonników miejscem ich śmierci. Suche, martwe liście zostały skąpane ich krwią. Spłoszony jeleń i spostrzegawczość kompanów uratowała księciu życie. Na pamiątkę tych wydarzeń zwierzę umieszczono na herbie ze złotą koroną i ozdobnym wzornictwem.

Z kart historii

Początki Łomży sięgają X w. Gród usytuowany został wówczas na skarpie doliny rzeki Narew. Największy rozkwit miasta przypadł na przełom XV i XVI w. Do dnia dzisiejszego w Łomży krzyżują się  szlaki komunikacyjne północno-wschodniej Polski. Mimo że leży na terenie historycznego Mazowsza, przynależność administracyjna lokują ją w województwie podlaskim.

Co z tym herbem?

Herb Łomży został nadany już w XV w przez książąt mazowieckich. Symbolika dobrze odzwierciedlała sytuację osady, która to była otoczona przez lasy bogate w dziką zwierzynę. Prawdopodobnie herb pojawił się wraz z nadaniem praw miejskich z rąk księcia Janusza I. Najwcześniejsze wersje pochodzą z pieczęci listów wysłanych z Łomży do Gdańska w XV w. Złoty jeleń wieńczył pierwszy miejski ratusz. Widniał również na lokalnych rzemieślniczych wyrobach. Mieszkańcy musieli pożegnać się ze starym herbem w czasach guberni. Jej godłem został statek rzeczny pod żaglami na niebieskim tle. Jeleń symbolicznie wskoczył na stare miejsce  wraz z odzyskaniem niepodległości.

 

 

Piorun uderzył w jezioro. Wielki płomień obok słynnej budowli

Na północny-zachód od Suwałk odnajdziemy spokojną wieś Stańczyki. Przed laty władze Prus Wschodnich miały wobec okolicy ambitne plany. Oczyma wyobraźni widziano tłumy podróżujące pociągami. W trudzie zbudowano dwa potężne mosty wzorowane na rzymskich akweduktach. Los bywa jednak przewrotny…

Wsi spokojna, wsi wesoła…

fot. Wikipedia

Puszcza Romnicka stanowiła niegdyś najbardziej atrakcyjny kompleks leśny w Prusach. Tam też królowie wybierali się na polowania. Cały teren miał zaś być otoczony liniami kolejowymi. W rzeczywistości budowa mostów w Stańczykach służyła raczej celom propagandowym. Znacznie rozsądniejszym wyjściem było przeniesienie torów kilkaset metrów dalej, na płaski teren, co pozwoliłoby uniknąć ogromnych kosztów. Inżynierowie stwierdzili, że nie istnieją przeszkody nie do pokonania. Zainteresowanie podróżami pociągiem  po dzikiej puszczy było praktycznie zerowe. Pasażerami byli głównie…grzybiarze.

Tajemnica jeziora

W połowie lat 20-tych doszło do niepokojących wydarzeń. Okoliczne jezioro po prostu zniknęło. Zastąpiła je jedna wielka bryła błota. Wszystko rozpoczęło się od gwałtownej burzy. Błyskawice malowały ciemne niebo, a pioruny spotykały się z ziemią jeden po drugim. Jeden z nich uderzył wprost w jezioro.  Woda zamieniła się w płomienie. Świadkowie twierdzili, że zostały otwarte bramy piekła. Chwilę potem nastąpił wybuch. Majestatyczne mosty zadrżały. Konstrukcja jednak była cała. Winowajcą okazała się natura. Błyskawica zapaliła gaz błotny, który to gromadził się od setek lat. Tego dnia wskutek wysokiego ciśnienia atmosferycznego wydobył się na powierzchnię. Piorun spełnił więc rolę zapałki.

Wszystko ma swój czas

W 1933 r. całą Puszczę Romnicką otoczono płotem, ze względu na tajne spotkania. Kres linii kolejowej położyła wycofująca się Armia Czerwona. Tory rozebrano. Obecnie wejście na mosty w Stańczykach jest płatne. Zwiedzający mogą obejrzeć wielkie akwedukty na własne oczy.