Featured Video Play Icon

Odcinki popularnego serialu Netflix będą nagrywane na Podlasiu!

ARTYKUŁ NA PRIMA APRILIS. Ta wiadomość zwaliła nas z nóg! Wielka produkcja filmowa zostanie częściowo zrealizowana na Podlasiu. Tylko u nas są wyjątkowe bagna, które posłużyć mają za scenerię serialu. Po udanym sezonie pierwszym serialu Wiedźmin, trwa realizacja drugiego. Choć ze względu na obecną sytuację nie wiadomo zbyt wiele, to wczoraj na twitterze serialu ogłoszono, że w planach są zdjęcia realizowane w… Biebrzańskim Parku Narodowywm i to dwóch odcinków! Wyjątkowe bagna, jakie tam występują idealnie nadają się do scen walki z potworami. Produkujemy właśnie drugi sezon Wiedźmina. Dwa odcinki wyprodukowane będą w polskim Biebrzańskim Parku Narodowym. Tam są najlepsze bagna na świecie! – możemy przeczytać.

Przypomnijmy, że na Podlasiu, a konkretnie nad wielkim Zalewem Siemianówka kręcono Opowieści z Narnii. Zrobiono to w ogromnej tajemnicy. Wszak, gdyby Hollywood przyleciało do nas “oficjalnie”, to nadmiar szumu mógłby zaszkodzić realizacji. Trudno bowiem upilnować tak dużego terenu jak nad zbiornikiem. Zupełnie inaczej jest z produkcją Wiedźmina. Wystarczy, że filmowcy ukryją się w rozległym biebrzańskim lesie i nikt im nie będzie przeszkadzać.

 

Film produkcji USA – Wiedźmin jest inspirowany niesamowitymi książkami Andrzeja Sapkowskiego. To właśnie przygody Geralta z Rivii w ostatnich latach znów zaczęły być popularne po tym, gdy polska firma CD Project RED zrealizowała na światowym poziomie grę – Wiedźmin. Na fali sukcesu – Netflix wyprodukował też serial – konsultując go z Sapkowskim. Dzięki czemu, wszyscy fani Wiedźmina mogli poczuć klimat nie tylko w książkach i grze, ale też na ekranie.

 

Jest też jeszcze jedna wiadomość. Dziś jest Prima Aprilis, a realizacja odcinków do drugiego sezonu na biebrzańskich bagnach jest żartem z naszej strony. Jeżeli uwierzyliście, to uważajcie – w dzisiejszych czasach powstaje bardzo dużo fake-newsów i to codziennie, a nie tylko 1 kwietnia. Mimo wszystko dla tych, którzy się zawiedli mamy coś na pocieszenie. Kilka lat temu jeden z suwalskich dziennikarzy napisał w gazecie żart na Prima Aprilis. Ku zaskoczeniu wszystkich po jakimś czasie – jego historia stała się prawdą. Miejmy nadzieję, że kiedyś tego Wiedźmina nagrają na naszych bagnach. Podobno ma postać co najmniej siedem sezonów. Nie wszystko jeszcze stracone.

Pogańskie Podlasie. Kim była Południca oraz Morowa Dziewica?

Nim w Polsce i Litwie nastąpiło czasy chrześcijańskie to na ziemiach dzisiejszego Podlasia prawdziwym utrapieniem były czarownice, wilkołaki i demony. Ludzie bali się przede wszystkim Południcy oraz Morowej Dziewicy. Kim były?

 

Południca to inaczej baba o żelaznych zębach. Według wierzeń słowiańskich była złośliwym i morderczym demonem, który polował latem na tych, którzy w samo południe przebywali w polu. Słowianie zamieszkujący tereny dzisiejszego Podlasia wierzyli, że Południcami stawały się wszystkie kobiety, które zmarły w trakcie ślubu lub wkrótce po weselu. Swoje ofiary zabijały lub okaleczały sierpem, dusiły w polu lub porywały dzieci bawiące się w jego pobliżu. Ludowe wierzenie w Południce miało też racjonalne wytłumaczenie. Prawdopodobnie ludzie nazywali w ten sposób udar słoneczny.

 

Morowa dziewica to kolejny demon o jakim mówiono na pogańskim Podlasiu. Kobieta przemierzała świat pod postacią chudej, bladej niewiasty. Kto ją spotkał musiał na karku nieść do wsi lub miasta. Wszyscy mieszkańcy zmagali się następnie z chorobami, a nawet umierali. Dlatego też ludzie panicznie bali się, że ich wieś lub miasto taka osoba nawiedzi. Warto oczywiście dodać, że morowa dziewica to była po prostu zaraza. Dlatego, gdy ludzie na wieść o tym, że taka może wystąpić we wsi lub w mieście w popłochu uciekali do lasu. W tym czasie często wykorzystujący sytuację plądrowali opuszczone tereny. Strach przed morową dziewicą przetrwał do czasów chrześcijańskich. Od powietrza, głodu, ognia i wojny – wybaw nas Panie – tak brzmiały modlitwy błagalne. W 1831 roku ze strachu przed zarazą zakopano żywcem kobietę wraz z kogutem i wroną. Trudno powiedzieć dlaczego, jednak w strachu ludzie racjonalnie nie postępują.

 

Na Podlasiu – z racji terenów, gdzie jest dużo lasów i bagien wierzono również że te zamieszkiwane są przez diabły przybierające różne rozmiary i wygląd. Diabły lubiły psoty oraz towarzystwo ludzi. Na tyle, że powodowały iż wędrowcom myliła się droga. Czasem też diabły przybierały postać sowy.

fot. czaswlas.pl / Lasy Państwowe

Wierszalin – niedoszła stolica świata

Obecny czas to najlepszy moment by wybrać się w okolice Krynek. Można tam podglądać wielkie stada żubrów. Jednak przy okazji warto zajrzeć do Wierszalina – niedoszłej stolicy świata. Przynajmniej w oczach proroka Eliasza Klimowicza, który właśnie tam urzędował razem ze swoją sektą. Po niej nie ma już śladu jednak osada pozostała do dnia dzisiejszego.

 

Wierszalin położony jest na niewielkiej polanie. Wokół niej rośnie stary świerkowy las. Na samym środku polany stoi drewniany dom zamieszkiwany przez Ilję. Obok płynie rzeka Nietupka. Jest też stara studnia. To wszystko znajduje się pod opieką nadleśnictwa Krynki. Warto tam się wybrać by poczuć wyjątkową atmosferę tego miejsca. Żeby tam dojechać trzeba kierować się na miejscowość Grzybowszczyzna Stara.

 

We wschodniej Białostocczyźnie, we wsiach prawosławnych, proces upadku tradycyjnej kultury ludowej na początku XX w. miał szczególnie dramatyczny przebieg. Zachowana tu przez wieki w nienaruszonym prawie stanie kultura – poddana została nagłej, drastycznej próbie. Stało się to wówczas, gdy w 1915 r. prawie wszyscy mieszkańcy wiosek i osad zagubionych w lasach zostali deportowani przez ustępujące wojska carskie w głąb Rosji. Zetknęli się tam z innymi zwyczajami, z ludźmi o odmiennej kulturze. Były to bowiem wsie prawosławne, dla których w tym czasie, w warunkach nierzadkiej dyskryminacji wyznaniowej i narodowościowej, przekroczenie progu polskości było niezwykle trudne. I wtedy pojawił się on. Eljasz Klimowicz.

 

Samozwańcy prorok nie był jedyny. Z powodu braku duchownych w kościele prawosławnych na wsiach pojawiał się co raz jakiś cudotwórca, uzdrowiciel, samozwańczy mesjasz oraz fałszywy car. Klimowicz pochodził ze wsi Grzybowszczyzna. Co ciekawe nie potrafił czytać ani pisać. Znalazł jednak wyznawców, z którymi wspólnie zaczął wyznawać Nowe Jeruzalem. Osada w Wierszalinie miała być stolicą świata. Setkami ściągali do niego mieszkańcy Ziemi Bielskiej, Nowogródczyzny i Wołynia. Przyjeżdżali też ci, którzy wierzyli w uzdrawiającą moc Eliasza. Klimowicz zmarł w 1939 r. w okolicach Krasnojarska, wywieziony przez władze sowieckie. Jednak legenda proroka Ilji i Wierszalina – stolicy nowego świata, którą zamierzał stworzyć, przerosła rzeczywistość. Ilja natomiast stał się z czasem symbolem ludowej, kresowej religijności – prostej i naiwnej, ale niejednokrotnie nieporównywalnie głębszej niż ta, z jaką na co dzień mamy do czynienia.

Straszny dwór pod Białymstokiem? Barwna historia i sporo legend.

Dawniej płynęła tutaj tylko rzeczka, dziś to mocno zabudowane tereny. Mowa o gminie Juchnowiec Kościelny, gdzie na jej dzisiejszym terytorium, w czasach I Rzeczypospolitej stało bardzo wiele dworków. Do dziś na cmentarzu w Juchnowcu stoi grobowiec Nowickich – jednych z właścicieli takiego dworów, którego ruiny stoją do dziś. Ostatnio wspomnieliśmy o nim tylko w kilku zdaniach. Dziś postanowiliśmy przytoczyć barwną historię tego miejsca, a także mrożące krew w żyłach legendy jakie o ów miejscu krążą.

Ślub z księżniczką

Dolina rzeczki Niewodnicy już w XV wieku stała się miejscem, gdzie zaczęto przyznawać majątki ziemskie. Wkrótce po tym dwory na tych ziemiach zaczęły rosnąć jak grzyby po deszczu. Każdy nadany majątek ziemski nazywany był Niewodnicą. I tak powstały dwory i folwarki w Niewodnicy Skrybickiej (dziś dwie wsie obok siebie Skrybicze i Bogdaniec), Niewodnicy Nargilewskiej, Niewodnicy Brzoszczyńskiej (już nie istnieje, a dokładna lokalizacja jest nieznana), Niewodnica Lewickie (dziś Lewickie), Niewodnicy Koplańskiej (Koplany), Niewodnicy Brończańskiej (Brończany), Niewodnica Zalesie (Zalesiany), Niewodnica Korycka, Niewodnica Kościelna, a kolejne dwory w Czaplinie, Gajewnikach.

 

W dzisiejszych Lewickich ruiny dworu stoją do dziś. Pierwszy właściciel w 1540 roku Maciej Lewicki – urzędnik sądowy i sędzia bielski zrobił karierę w I RP głównie za sprawą małżeństwa z księżniczką Anną Porycką ze Zbaraża (dziś miasto na Ukrainie pod Tarnopolem). O księżniczce wiadomo było, że była bardzo energiczna. Gdy została wdową po Macieju w 1558 roku to do końca XVI wieku zarządzała dworkiem. Później ofiarowała dworek swoim synom – Maciejowi i Janowi. Majątek objął jednak tylko Maciej, gdyż jego brat zmarł bezpotomnie.

 

Maciej “junior” ożenił się z Anną Wołłowiczówną. Sam nosił tytuł cześnika podlaskiego (osoba w królestwie zajmująca się zarządzaniem piwnicą władcy – by nie brakowało w niej trunków). Wiemy o tym, gdyż w 1621 roku ufundował i wyposażył cerkiew unicką w Kożanach. Małżeństwo miało syna Stanisława, który odziedziczył dwór w Lewickich, ale też dwory w Kożanach, Juchnowszczyźnie i Romejkach.

Zatarg z księdzem

Stanisław Lewicki był w królestwie podczaszym podlaskim czyli pomocnikiem cześnika. W późniejszych latach był również podkomorzym ziemi bielskiej. W 1671 roku zmarł, zaś majątek przed śmiercią zapisał żonie Zofii Karniowskiej. Ta zmarła 5 lat po mężu. Na szczęście para miała syna, więc dwór został jego majątkiem. Samuel, bo tak miał na imię zasłynął w okolicy sporem z lokalnym księdzem Orzeszko. Należy dodać, że to był spór na tyle duży, że Samuel pisał na duchownego skargi – o wykorzystywanie jego podwładnych, o używanie nieprzyzwoitych słów, a nawet o grożenie śmiercią! Niestety nie wiemy jaki był wynik tych skarg. Wiemy za to, że Samuel ożenił się z Joanną Zwierzówną – podczaszankę ziemi bielskiej, która urodziła Samuelowi syna – Stanisława (zapewne po dziadku), który niestety zmarł. Urodziła też córki Antoninę oraz Annę. Ta ostatnia wzięła sobie za męża Szymona Stanisława Gąsowskiego i po śmierci matki (a wcześniej ojca) zamieszkała na dworze w Lewickich. Później losy dworu są tak zawiłe, że trudno je w prosty sposób opisać. Jednym słowem rodzina i rodzina cioteczna tak się rozrosła, że majątek krążył po rodzinie.

W rękach Orsettich

W połowie XVIII wieku Niewodnica Lewickie przeszła w ręce Anieli już nie Lewickiej, ale z Gąsowskich. Była ona żoną Piotra Orsetiego, który miał włoskie korzenie. Spuścizna Orsettich przy każdej ze swych podlaskich włości urządzali mnóstwo ozdób – stawy, sadzawki czy kanały. Niektóre dotrwały do naszych czasów. Rodzina szlachecka w swoich rękach miała także Śliwno, Kowalewszczyznę, Waniewo, Bokiny oraz Kruszewo. Dwór w Lewickich trafił później w ręce wnuka Orsettich – Franciszek, który był szambelanem. Wraz z żoną Joanną Markowską mieszkali jednak w Kruszewie. Zaś na dworze w Lewickich zamieszkała Zuzanna Grądzka, która najprawdopodobniej od szambelana majątek odkupiła.

 

W połowie XIX wieku w posagu Lewickie wniosła córka Grądzkiej – Zofia, która wyszła za Tadeusza Nowickiego z dworu Starzynki nad Niemnem. To właśnie te nazwisko trwale zapisze się w historii majątku, ale też w legendach, o których później. Po śmierci Tadeusza, którego grobowiec stoi w Juchnowcu Kościelnym w majątku zamieszkał brat Michał Nowicki wraz żoną Adolfiną. To właśnie on wzniósł po raz pierwszy pałac w tym miejscu. Przebudowano również ogrody, otoczono je wąskimi kanałami i połączono ze stawami, które zostały po Orsettich. Przed głównym wejściem urządzono podjazd. Do ogrodów natomiast prowadziły drogi spacerowe.

Smutny koniec dworu

Przypomnijmy, że od 1795 roku Polska była pod zaborami. Jednym ze skutków tej sytuacji było przejęcie przez władze carskie majątku w Lewickich (i innych też). W 1903 roku majątek zakupiła Aleksandra Szwajko-Szwajkowska, która w 1908 sprzedała grunty i dwór. Nabyło je towarzystwo włościańskie czyli inaczej miejscowi rolnicy. Chłopi jednak nie dbali o dwór. Rozebrali budynki gospodarcze, część budynku oraz stare drzewa. W 1911 roku zdewastowany dwór trafił w ręce Pawła Brysza. Nowy właściciel przystosował budynek tak, by mogli przyjeżdżać do niego letnicy. Ogrody zamieniły się w pole uprawne.

 

Podczas II Wojny Światowej oberwało się także budynkowi. Po wojnie w zdewastowanym obiekcie (dopóki miał dach) obradowała Gromadzka Rada Narodowa (PRL-owski odpowiednik dzisiejszej rady gminy). Właścicielem budynku była wówczas siostra Pawła Brysza – Stefania Ławranin, która ruiny sprzedała rodzinie Pachulskich (lub Puchalskich), która na polu w dawnym ogrodzie postawiła szklarnie, zaś sami zamieszkali w wyremontowanym budynku. Co się stało z budynkiem po 1989 roku? Nie wiadomo. Wiadomo tylko, że internauci na forach jeszcze kilka lat temu przestrzegali się, by nie podchodzić do ruin, bo właściciele bardzo nerwowo na to reagują.

Czarna magia i zapach siarki

Legend dotyczących dworku jest kilka. Jedna związana jest z wspomnianym wcześniej Nowickim. Niestety nie wiemy czy chodzi o Tadeusza czy Macieja. Któryś z nich mieszkańcy ponoć oskarżali o czarną magię. Cóż mogło być powodem takich oskarżeń? Nie wiadomo. Wszak w archiwalnych kronikach parafialnych Juchnowca Kościelnego zachował się taki fragment: “Gdy wyprowadzono trumnę właściciela, nad pałacem zebrały się ciemne burzowe chmury, a mieszkańcy na całej drodze ustawili beczki z podpaloną smołą na przypomnienie że całą wieczność będzie się smażył w piekle”. Czy dotyczył ten fragment Nowickiego? Nie wiadomo. Pamiętajmy, że jeden z Lewickich miał potężny zatarg z księdzem, który być może złośliwie tak napisał o swoim wrogu?

 

Kolejną legendą jest oczywiście historia, że w ruinach straszy. Podobno czuć też tam zapach siarki, ale tylko nocą. Nie będziemy sprawdzać, ale jeżeli to prawda może to mieć związek z inną legendą, która mówi, że w XIX wieku w ruinach ludzie odbierali sobie życie. Ostatnia legenda z jaką wiąże się to miejsce podobno ma wyjaśniać dlaczego nikt pałacu nie wyremontował. Ponoć każdy, kto się za to zabierał – bankrutował. Trochę jest jak z tym mostem w Kruszewie, który został zniszczony gdy wybuchła I Wojna Światowa oraz odbudowany i ponownie zniszczony gdy wybuchła II Wojna Światowa. W obawie przed trzecią – most już nigdy nie był odbudowany.

fot. Lotek70, Licencja: CC0 1.0

zdjęcie główne: pismo “Spotkania z Zabytkami” nr 1 (35) 1988)

informacje historyczne: Lewickie. Dwór Polski, autor: Józef Maroszek

Na naszych ziemiach żyli Jaćwingowie. Dlaczego przestali istnieć?

Prawdawna historia ziem Podlasia i Suwalszczyzny nierozerwalnie wiąże się się z Jaćwingami. Nasze tereny leżały na granicy Mazowsza i Sudowii, w której te plemię żyło pomiędzy rzekami, borami i moczarami. Nie wiadomo od jak dawna, ale wiadomo że w XIII wieku naród jaćwieski przestał istnieć. Jak do tego doszło?

Okrutnicy

Jaćwingowie byli plemieniem bardzo okrutnym, a w dodatku pogańskim. Wierzyli w coś w rodzaju reinkarnacji. Uważali, że dusze jednych po śmierci zajmują kolejne ciała, zaś innych ciała zwierząt. Nawet dla swojego plemienia nie mieli litości. Gdy rodziły się dziewczynki – zabijano je. Gdy kobiety chowały je po kryjomu, to odcinano im piersi, by nie mogły karmić. Plemię zapuszczało się na tereny Mazowsza, by grabić, palić i zabijać. Wyprawy te kończyły się powrotem z dużymi łupami. Po jednej z takich grabieży Sudowię najechał Bolesław Wstydliwy, książę krakowski i sandomierski. Jaćwingowie zostali przepędzeni aż na tereny Litwy. Po kilkunastu latach jednak zorganizowali odwet. Jednak gdy wracali z łupami, książę Leszek Czarny ponosząc minimalne straty wygrał z wojskami wroga. Jednak to inna bitwa była początkiem końca Jaćwingów. Miała ona miejsce na w okolicach dzisiejszego Brańska na rzece Nurzec.

Najpierw Polacy, potem Krzyżacy

Dowodzący wojskami Leszek i Bolko dowiedzieli się, że sojusznik Jaćwingów – władca litewski Trojnat nie żyje. Postanowili wtedy zaatakować plemię. Uderzyli ogniem od strony lądu zmuszając barbarzyńców do cofnięcia się w stronę rzeki. Po drugiej stronie jednak czekali polscy wojacy. Polacy puścili po wodzie płonące tratwy, czym rozcięli armię przeciwnika na dwie części i ostatecznie wygrali bitwę. Był to ogromny sukces militarny, który spustoszył dzisiejsze Podlasie i Suwalszczyznę na wiele lat. Po tych wydarzeniach Jaćwingowie zajmując tereny Litwy nie mieli jednak spokoju. Wciąż byli najeżdżani przez potężnych wtedy Krzyżaków. Powodem oczywiście było pogaństwo. Wojska zakonu były wówczas potężne co spowodowało, że w 1283 roku wybito ostatniego władcę Sudowii. Zakon krzyżacki, by ie dopuścić w przyszłości do powstań – zaczął przesiedlać Jaćwingów. Deportacje sprawiły, że naród jaćwieski rozpadł się.

Ta księga ma ponad 220 lat i to prawdziwy skarb! Właśnie wróciła na Podlasie.

Jego życie zaczyna się jeszcze przed 1500 rokiem w Gródku. Okazały budynek dziś stoi w Supraślu. Mowa tu oczywiście o Monasterze. Jego historia jest bardzo zawiła, zaś przedstawienie jej kompleksowo w całości to raczej próba napisania książki. Jednym z fragmentów tej historii jest Bazyliańska drukarnia, której starodruk właśnie trafił do zbiorów Książnicy Podlaskiej. I to nie byle jaki!

 

Jednym z autorów drukowanych w supraskiej drukarni był Franciszek Karpiński. Wiele osób kompletnie nie wie, że pieśni śpiewane do dziś są jego autorstwa. Kolęda “Bóg się rodzi”, czy też zaczynająca się od słów “Kiedy ranne wstają zorze” – czyli Pieśń poranna. Kolęda po raz pierwszy zagrana została na organach właśnie w Białymstoku. Wówczas w jedynym kościele – Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Dzieła Franciszka Karpińskiego zostały wydrukowane po raz pierwszy w Supraślu. I tak pierwsze wydanie “Pieśni Porannej” z 1792 roku prosto z aukcji trafiło właśnie do zbiorów specjalnych Książnicy.

 

Dlaczego Monaster stoi dziś w Supraślu a nie Gródku? Wiąże się z tym pewna legenda. Otóż w 1498 roku wojewoda nowogrodzki i marszałek Wielkiego Księstwa Litewskiego Aleksander Chodkiewicz wraz z arcybiskupem smoleńskim Józefem Sołtanem postanowili ufundować w Gródku cerkiew, w której będzie znajdować się zgromadzenie zakonników. Miasteczko wyznaczone na budowę cerkwi w tamtych czasach bardzo tętniło dworskim życiem, co kłóciło się z życiem zakonników. Mnisi, którzy przybyli ze Świętej Góry Athos, skarżyli się na hałas, a duchowni potrzebują spokoju aby zagłębić się w modlitwie. Po dwóch latach, w związku z uciążliwością przebywania mnichów w ludnym i gwarnym Gródku, zakonnicy poprosili swojego dobroczyńcę, aby ulokował ich w innym miejscu, lecz nad tą samą rzeką. Fundator pozwolił przenieść siedzibę klasztoru z Gródka na nowe, spokojne miejsce. O wyborze nowej siedziby zakonnej miał zdecydować Bóg. Według legendy w 1498 roku zakonnicy puścili nurtem rzeki drewniany krzyż, a ten zatrzymał się na terenie ówczesnego uroczyska Suchy Hrud. W ten sposób krzyż wskazał miejsce na budowę monasteru. Dziś ten zabytek jest jednym z najchętniej odwiedzanych w Supraślu.

 

W 1693 roku po różnych zawirowaniach historycznych metropolita kijowski Cyprian Żochowski sprowadził z Wilna do Supraśla prasę drukarską. Na początku nie działała zbyt aktywnie. Dopiero w latach 1711 – 1728 wydrukowano 65 różnych tekstów, z czego 40 w języku polskim, 13 po łacinie, a 12 zapisanych cyrylicą. W 1790 roku oficyna otrzymała przywilej króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, zaś już związany z Branickimi (Izabela Branicka była z rodu Poniatowskich) Franciszek Karpiński był drukowany właśnie w Supraślu. W jaki sposób oryginalny starodruk trafił na aukcję w Krakowie tego nie wiadomo. Jedno jest pewne, księga ma gigantyczną wartośc dla Podlasia. Dlatego cieszy nas, że trafiła na ziemie, gdzie została wydrukowana.

fot. Książnica Podlaska

Kim był król z Królowego Mostu? Sprawa nie tak oczywista.

Królowy Most znany jest z dwóch przyczyn – pierwsza to oczywiście znakomita seria komedii Jacka Bromskiego ukazująca perypetie mieszkańców fikcyjnego miasteczka Królowy Most, gdzie filmowcy nagrali kilka scen. W Rzeczywistości większość scen filmu zrealizowano w Sokółce. Druga przyczyna to Wzgórza Świętojańskie. Wszyscy, którzy dowiedzieli się, że pod Białymstokiem istnieją jakieś większe wzniesienia zaraz wybrali się tam, by się wdrapać. Dziś na jednym ze wzniesień stoi wieża widokowa.

 

Mało kto jednak zadaje sobie pytanie o króla z nazwy Królowego Mostu. Przed laty dociekać próbował tego były dziennikarz Wojciech Koronkiewicz, który prowadził program w TVP Białystok – “Magazyn Osobliwości”. Tradycją było, że na koniec programu wybierał się do jakiejś podlaskiej wsi ze śmieszną nazwą i pytał mieszkańców skąd właśnie taka. W jednym z odcinków programu dziennikarz pojawił się też w Królowym Moście i pytał o króla. Było to jednak tak dawno temu, że nie pamiętamy czy dziennikarz ustalił właściwą odpowiedź.

 

Dzisiaj, w czasach internetu jest to dużo łatwiejsze. Można na przykład skorzystać z Wikipedii, która nam powie, że Królowy Most wcześniej nazywał się Annopolem, a potem Janopolem (od Jana III Sobieskiego). Mamy króla! Jednak zanim rozpalimy ten zapał do końca warto tu przytoczyć pewną legendę jakoby Zygmunt August (aktywny w naszych rejonach – szczególnie uwielbiał przebywać w Knyszynie) podróżując do Wołkowyska zatrzymał się na jedną noc w okolicach Królowego Mostu. Przez ten czas w jedną noc zbudowano dla niego most, by jechał dalej. Trudno powiedzieć czy to prawda, bo istniejący “Trakt Napoleoński” powstał 300 lat później. Czy na bazie istniejącego szlaku? Z pomocą może nam przyjść mapa Księstwa Mazowieckiego z 1665 roku. Na niej widzimy, że zarówno Gródek jak i Wołkowysk są już zaznaczone, oznacza to że były to ważniejsze ośrodki. Zatem należy przypuszczać, że były połączone jakąś drogą.

 

 

Warto sobie jeszcze odpowiedzieć na pytanie czy może król z Królowego Mostu to nie Jan III Sobieski? Sprawdźmy czy monarcha ma coś z Podlasiem wspólnego. Warto wspomnieć o licznych podróżach Jana. Jednak te odbywały się na zachód. Związki jego z Podlasiem jeżeli są to wątpliwe. Wystarczy spojrzeć na mapę Rzeczypospolitej z 1686 roku. Wówczas najważniejszym ośrodkiem był Drohiczyn. W pobliżu innego miasta nie było, do którego król mógłby przejeżdżać przez Puszczę Knyszyńską.

To miejsce jest sercem całego Podlasia. Jest bardzo bajkowe i mistyczne.

Serce Podlasia to bez kraina zwana “Przełomem Bugu”. To właśnie tam zaczyna się historia naszego wspaniałego regionu. To miejsce wyjątkowe jest też pod innym względem – jest to teren magiczny wręcz i mistyczny zarazem. Znajdują się tam miejsca mocy, w których naładujemy energię, ale też pochodzą stamtąd barwne legendy.

 

Przełom Bugu to miejsce wielu granic – dziś stykają się tam trzy województwa – podlaskie, mazowieckie i lubelskie oraz Polska i Białoruś. W przeszłości zaś była tam granica Polski i Litwy, a jeszcze dawniej Polski i Rusi Kijowskiej. Każde z tych miejsc, gdzie stykają się granice w pewien sposób uwodzi. Jest mieszanką pewnych cech. Na pozór nic tam nie ma – pola, lasy czy rzeki. Jednak człowiek, który potrafi obcować z naturą może dojrzeć, że za tą granicą, która jest umowna przecież – może znajdować się zupełnie inny świat, może podobny, tożsamy, ale jedna już inny. Dlatego też Przełom Bugu od zawsze był miejscem mistycznym.

 

 

To także miejsce owiane wieloma legendami. Na przykład o złośliwym wodniku, który zamieszkał w Bugu. Mężczyzna topił ludzi, ich dzieci a także bydło. Miejscowi zaczęli unikać rzeki. Wtedy też złośliwy wodnik sprawił, że na Bugu pojawiał się most – widmo. Kto chciał przez niego się przeprawić, ginął gdzieś po drodze. W innej legendzie zaś Góra Zamkowa w Drohiczynie otwierała jedną ze swych ścian tylko raz na 100 lat. Wtedy pojawiali się rycerze, którzy wpływali łodziami do rzeki. Jeden podobno zagapił się na miejscową piękność i przegapił moment, gdy ściana ponownie zamknęła się. Od tej pory biedaczyna błąka się po okolicznych łąkach i czeka aż góra znów się otworzy. Miejscowa piękność zaś wcale nie musiała nią być, bowiem mogła to być czarownica.

 

W pobliskich Siemiatyczach bowiem znajduje się inna – “Wilcza Góra”, gdzie znajdują się kamienie. Według legendy czarownice rozniecały wielki ogień i kłaniały się wielkiej czarownicy, a następnie zasiadały do uczty. Zupełnie jak na świętokrzyskiej Łysej Górze. Po wieczerzy zaś następowały tańce. W czasie sabatu czarownice doskonaliły swe umiejętności przygotowując nowe czary i mikstury. A gdy rano kogut zapiał wszystkie wsiadały na miotły i odlatywały do swych chatek.

 

Nie można też zapominać o świętej górze Grabarce, gdzie co roku wierni pielgrzymują z całej Polski przynosząc swe krzyże. Miejsce to przyciąga nie tylko prawosławnych, ale też katolików. Wiele z nich w tym miejscu nie tylko doświadczyło kontaktu z Bogiem, ale też doznało czegoś, czego nie potrafią nazwać. Krąży tam niesamowita energia dobrych ludzkich emocji.

 

Podlasie ma własną Górę czarownic!

Każde dziecko z lekcji geografii wie, że najbardziej znanym miejscem spotkań czarownic w Polsce jest Łysa Góra w Świętokrzyskim. Tymczasem województwo Podlaskie ma własną górę czarownic. Znajduje się ona w Siemiatyczach niedaleko od zalewu. Mowa tu o “Wilczej Górze” Miejsce jest zarośnięte gęstym lasem i trzeba naprawdę wiele sił włożyć w to, by je odszukać. W końcu XIX wieku etnograf Oskar Kolberg w swoich pracach etnograficznych napisał, że według wierzeń tutejszej ludności na Wilczej Górze kobiety zwane potocznie czarownicami odprawiały swoje rytualne obrzędy. Wokół wzniesienia znajdowało się wielkie składowisko tajemniczych głazów.

 

fot. A. Nowaczuk

 

Tajemnicze miejsce odkrył pewien turysta. Legenda głosi, że wszedł  na jedną z gór i zachwycił się pięknem krajobrazu jaku ujrzał oraz poczuł zapach kwiatów. To sprawiło, że zasnął. Drzemiąc śniło mu się, że stał na wzgórzu, wśród wielkich, rozłożystych dębów, z których widać było dolinę Bugu oraz średniowieczny gród. Na wierzchołku góry pełno było dużych głazów, przy których turysta widział grupę rozmodlonych ludzi, mówiących niezrozumiałym dla niego językiem. Jedna z tych osób miała jednak powiedzieć (zrozumiale rzecz jasna), że jest to miejsce święte, a obcym wstęp wzbroniony. Po przebudzeniu turysta wyciągnął mapę i stwierdził, że znajduje się w miejscu, gdzie jest największa góra w okolicy.

 

Gdy zwiedzający zszedł na dół do Siemiatycz, to dowiedział się, że lokalsi nazywają to miejsce “Górą czarownic” właśnie ze względu na te kamienie. W świętokrzyskiej Łysej Górze podczas sabatu czarownice rozniecały wielki ogień, kłaniały się wielkiej czarownicy, a następnie zasiadały do uczty. Po wieczerzy zaś następowały tańce. W czasie sabatu czarownice doskonaliły swe umiejętności przygotowując nowe czary i mikstury. A gdy rano kogut zapiał wszystkie wsiadały na miotły i odlatywały do swych chatek. Zapewne nie inaczej było w Siemiatyczach.

 

O tajemniczym miejscu powiedział nam Adam Nowaczuk, który odwiedził miejsce i je sfotografował. Za fotografie i informację bardzo dziękujemy!

 

fot. A. Nowaczuk

Featured Video Play Icon

Ta rzeka jest dumą Suwalszczyzny. Pływał tu Jan Paweł II

 

Na podmokłych dolinach wśród wzniesień morenowych swoje życie zaczyna rzeka znana wszystkim jako Czarna Hańcza. Skąd taka osobliwa nazwa? Aby odpowiedzieć na to pytanie należy przenieść się do XIII w. Były to czasy walk Litwinów z Mazowszanami. Nad brzegiem rzeki toczono niezwykle zacięte boje. Krew mogłaby wypełnić do pełna jego koryta. Armia litewska popadła w tarapaty. Jeden po drugim padał od celnych strzałów z łuku. Wielki Książę Litewski Trojden już miał w planach odwrót wojsk, lecz niesiony honorem wypowiedział głośno słowa ”Gana cze”. Oznaczają one ”dosyć tutaj”.

 

Niesione echem powtarzane były przez gęste lasy. Los zaczął od tej chwili sprzyjać dla wojownika. Choć bitwa nie została rozstrzygnięta, uratował on wielu swoich towarzyszy. Od tej pory ”Gane cze” powtarzane było z trwogą pośród Mazowszan. Ci trochę je zniekształcili przez swój nieco twardszy język. Po jakimś czasie wykształciło się określenie ”Hane cze”, a potem ”Hancze”. Tak też nazwano rzekę, która była niemym świadkiem odezwy księcia. Inna teoria mówi o tym, że w wymarłym już języku jaćwieskim oznacza kaczkę. Zaś przydomek “czarna” otrzymała zapewne ze względu na ilość mułu.

 

Tak czy inaczej Czarna Hańcza posiada niezwykłą przyrodę, uwielbiana przez papieża Jana Pawła II, a także turystów przepływa miejscami niczym górski potok, w którym pływają pstrągi, by połączyć się z Kanałem Augustowskim i ostatecznie złączyć się z kolejną – większą rzeką nad Niemnem, którą znamy choćby z literatury.

 

Rzeka Czarna Hańcza to doskonałe miejsce do uprawiania sportów kajakowych. Doskonale bawić się tam będą zarówno zawodowcy jak i amatorzy. Na trzech szlakach można spędzić od 4 do 9 dni podziwiając niesamowitą przyrodę. Najpierw płynie się przez rozlewiska i podmokłe łąki, potem biegnie w dolinie przy Puszczy Augustowskiej. W kolejnych punktach wpada do Kanału Augustowskiego, którym dopłyniemy do granicy z Białorusią.

 

Rzeka Czarna Hańcza to także miejsce kultu Staroobrzędowców. Na trasie rzeki znajduje się Molenna w Wodziłkach. 3 kilometry na wschód od Bachanowa. Mała miejscowość, gdzie możemy odwiedzić unikalną perłę architektury czyli obiekt sakralny należący do Wschodniego Kościoła Staroobrzędowego (niekanoniczny Kościół prawosławny). Świątynia powstała w 1921 roku. Jest drewniana. Posiada wieżę, którą dobudowano w 1928 roku. Molenna znajduje się w rejestrze zabytków. Została gruntownie wyremontowana w 1997 roku.

 

Nad dumę Suwalszczyzny warto wybrać się chociaż raz. Nawet, gdy ktoś nie lubi kajaków to warto spędzić czas biwakując nad jej brzegiem (jest wiele pól namiotowych i kempingów) lub po prostu odwiedzić kilka punktów.

Mała wieś na Podlasiu. Prawie 2,5 tysiąca lat temu istniała tu spora osada!

V wiek przed naszą erą. W Grecji rodzi się Sofokles, Sokrates, Platon czy Diogenes z Synopy. Tymczasem prawie 2500 km na północ w dzisiejszej miejscowości Haćki, nieopodal Bielska Podlaskiego – intensywnie rozwija się grodzisko, które ma własną studnię, piece, półziemianki, mały zbiornik z wodą, miejsce do przeprowadzania obrzędów i ceremonii, a także konstrukcje obronne przed obcymi.

 

Grodzisko zamieszkiwane było przez przybyszów z różnych stron Europy. Najpierw przywędrowały tym ludy z północy. Dzisiaj zamieszkiwaliby tereny Litwy, Łotwy i Estonii. Kompleks z czasem rozrastał się, raz intensywnie innymi czasy mniej. Całość składała się finalnie z 4 osad i cmentarzyska. Pierwsza osada była prawdopodobnie ogrodzona w taki sposób, by całość okrążała grodzisko nawet kilka razy. Dzięki temu dojście na miejsce przez obcego było bardzo utrudnione. Jak każda osada – zbudowana była w okolicach bieżącego źródła wody. W tym przypadku mówimy o dorzeczach Narwi. Osadnicy mieli nawet własną studnię, a także brukowaną cysternę!

 

Życie codzienne nie było zbyt skomplikowane. Mężczyźni zajmowali się polowaniem i dostarczaniem dzikiej zwierzyny. Kobiety zaś uprawiały zbieractwo, przynosząc do osady chrust czy też owoce. Ludzie znali też rolnictwo, więc zajmowali się uprawami. Na barkach kobiet spoczywało także wychowanie dzieci, które gdy były już nastolatkami wspomagały rodziców. To co dawało życie dzisiejszym Haćkom to położenie. Grodzisko było bowiem zawsze blisko jakiejś granicy. Przez co tereny te były zamieszkiwane przez wędrujące plemiona. Każde z nich przynosiło ze sobą dobytek i wytwór kultury panujący w danej grupie. Zatem archeolodzy nie raz odkryli srebrne czy brązowe zdobienia.

 

Wiadomo, że przez dzisiejsze Haćki wędrowały ludy germańskie, później zasiedlili je Słowianie, którzy później tworzyli całe Państwa. I tak grodzisko znajdowało się na terenie różnych państw, przechodząc z rąk do rąk, rozwijając się raz lepiej raz gorzej. Ostatecznie osiągając rozmiar 40 hektarów!

Czy dziewczynka z konweką jest wielkoludem?

Postanowiliśmy wrócić do genezy uwielbianego przez białostoczan muralu Dziewczynka z konewką. Mało kto już pamięta jego początki, było to bowiem w 2013 roku. A mural powstał na podstawie legendy Wojciecha Załęskiego z książki “Hecz, precz, stała się rzecz. Wydobyte z kufra pamięci. Artystka – Natalia Rak stworzyła Dziewczynkę na podstawie interpretacji legendy “Wielkoludy”. Legenda opowiada o tym, że w lasach żyły wielkoludy, które nie potrafiły zbyt wiele myśleć ani robić. Żywiły się więc malinami, całymi krzakami, sokami połamanych drzew, surową zwierzyną. Jednak nastały czasy, że jedzenia zaczęło brakować – szczególnie, gdy jest się Wielkoludem.

 

Nastały też czasy, że pojawili się ludzie naszego wzrostu. Wielkoludy zaczęły podglądać malutkich, którzy orali, siali, zbierali, robili mąkę i piekli chleb. Następnie wielkoludy próbowały naśladować ludzi zwykłego wzrostu. Efekt ich działania był jednak marny, bo ostatecznie umarli z głodu.

 

Jeżeli porówna się obraz Natalii Rak z legendą, to można dojść do wniosku, że choć Dziewczynka jest wielka, to wielkoludy musiały być jeszcze większe, bo moment, gdy ona podlewa drzewko – jest sceną podglądania prac maluczkich przez Wielkoludy. Warto też zauważyć, że dziś to malutcy podglądają wielką Dziewczynkę. Świat stanął na głowie?

 

 

 

Mistyczne Podlasie. Granica to bardzo pociągające miejsce

Podlaskie jest specyficznie położone. Na północy mamy trójstyk granic Rosji, Litwy i Polski. Tam też jest granica dwóch województw: podlaskiego i warmińsko-mazurskiego. Głęboko ukryty w Puszczy Augustowskiej jest kolejny trójstyk – granic Polski, Litwy i Białorusi. Na południu województwa mamy niewielką miejscowość Niemirów – tam stykają się ze sobą kolejne granice. Polski i Białorusi a także województw podlaskiego, mazowieckiego i lubelskiego. Na północnym zachodzie stykają się ze sobą kolejne 3 granice – województw podlaskiego, mazowieckiego i warmińsko-mazurskiego. Można powiedzieć ot normalna sprawa, były wojny, był podział administracyjny i tak własnie zarządzono i tak właśnie jest.

 

W granicy jednak jest również pewien mistycyzm. Tak jak w znakach zodiaku, naszych imionach czy liczbach. Z jednej strony pozornie bez znaczenia, z drugiej można wierzyć, że urodząc się w okresie danego znaku zodiaku nasz charakter ma określone właściwości, podobnie z imieniem czy szczęśliwą liczbą. To wszystko można oczywiście sprowadzić do kabały, jednak jest coś pociągającego w tych cechach. Tak samo z granicami – każde z tych miejsc, gdzie stykają się granice w pewien sposób uwodzi. Jest mieszanką pewnych cech. Na pozór nic tam nie ma – pola, lasy czy rzeki. Jednak człowiek, który potrafi obcować z naturą może dojrzeć, że za tą granicą, która jest umowna przecież – może znajdować się zupełnie inny świat, może podobny, tożsamy, ale jedna już inny.

Przyjrzyjcie się powyższemu zdjęciu. Zostało one zrobione na brzegu Bugu w Niemirowie. Po drugiej stronie wody mamy województwo lubelskie. Na pozór takie same, a jednak inne. Nie widać tego jednak z poziomu ulicy. Być może nie widać tego też bezpośrednio za pierwszymi drzewami, ale widać to nieopodal granicy. Słońce tam świeci już inaczej, szczegóły w architekturze już się zmieniają, nawet kolory płotów nie te same. Inne zdobienia na przydrożnych krzyżach i kapliczkach i ludzie inaczej mówią.

 

Ta granica, którą widzimy na mapie tak naprawdę jest umowna. Prawdziwa jest bardzo płynna, nierówna i niekiedy nieuchwytna, ale nie dlatego, że jej nie ma, dlatego, że przeoczona. Dlatego jeśli będziesz drogi Czytelniku kiedyś na granicy, to nie patrz na nią płasko i obojętnie, postaraj się dostrzec granicę, by poczuć mistycyzm tego miejsca.

Święte miejsce w Puszczy. Na czym polega jego fenomen?

Nad rzeką Rospuda przepływającą przez Puszczę Augustowską odnajdziemy owiane tajemnicą ”święte miejsce”. Jego sława sięga jeszcze czasów pogańskich. Ze wzgórza porośniętego lasem iglastym wypływa źródełko o magicznych właściwościach. Na tle świerków nie sposób nie zauważyć drewnianych i kamiennych krzyży. Jeden z nich jest wyraźnie nadpalony, a w miejscu spękań wetknięto monety.

 

Początki ”świętego miejsca” wiążą się z objawieniem świętego Jana. W pewien wiosenny dzień ukazał się on staruszce gdy ta przyprowadziła krowy na łąkę. Cała okolica rozbłysła a wielki dąb runął na ziemię. Wystraszona uciekła i opowiedziała o wszystkim proboszczowi. Wraz z innymi mieszkańcami udali się wszyscy razem z powrotem na polanę. Tam odnaleziono drewnianą figurkę świętego. Z obalonego dębu zrobiono krzyż, który stał się przedmiotem kultu.

 

Od tej pory na dzień św. Jana z odległych zakątków przybywały głównie osoby cierpiące i schorowane. Woda w strumyku miała również zapobiegać przyszłym nieszczęściom. Dzieci kąpały się w rzece a potem zostawiały w niej koszule. Choroba odpływała razem z wodą. Z kolei osoby skarżące się na ból gardła obwiązywali do dolnej krzyża umoczoną chustę. W ten sposób dosłownie zostawiali chorobę.

 

Za carskiego panowania również miało miejsce nietypowe wydarzenie. W miejscowości Kuriany, położonej w sąsiedztwie polany, mieszkał Rosjanin. Zawsze gdy przechodził obok krzyży doznawał ataku szału. Raz nie wytrzymał, nakazując swym pracownikom ściąć je i wyrzucić do rzeki. Te jednak nie chciały płynąć z prądem. Wyglądało to jakby magicznie były połączone z ziemią. Krzyże nadal trzymały się świętego miejsca, więc Rosjanin musiał porzucić swe zamiary na zawsze.

Kto straszy na zamku w Tykocinie?

Miejsce to obfituje w zjawy. Są to duchy nie tylko zwykłych  ludzi, lecz też szlachciców, książąt i królów. W swym straszeniu nie ograniczają się do kilku pomieszczeń. Spotkać ich można na terenie całego zamku. Nawet w łazience nie można liczyć na prywatność. Odbudowana konstrukcja w Tykocinie nad brzegiem rzeki Narew przyciąga regularnie szkolne wycieczki.

 

Na szczęście uczniowie, nie są świadomi, że mogą napotkać istoty z innego świata. Smętne zawodzenie, jęki, głośne kroki. Ponoć na zamku straszy nawet król Zygmunt August i Janusz Radziwiłł. Dlaczego? Po śmierci, w trumnie spędzili tam cały rok, zanim doczekali się godnego pochówku.

 

Regularnie na murach zamku pojawia się też Barbara Radziwiłłówna, która to najbardziej była z nim związana. Jednego jegomościa odwiedziła w czasie załatwiania potrzeb fizjologicznych. Uruchomiona fotokomórka w łazience tak wystraszyła mężczyznę, że ten uciekł z krzykiem z bezpieczne (teoretycznie) miejsce.

Skąd się wzięła nazwa Czarnej Hańczy?

Czarna Hańcza to malownicza rzeka przepływająca przez Suwalszczyznę. W zeszłym roku zdobyła w prestiżowym konkursie miano rzeki roku. Skąd się wzięła jej nazwa?

 

Aby odpowiedzieć na to pytanie należy przenieść się do XIII w. Były to czasy walk Litwinów z plemieniem Mazowszan. Nad brzegiem rzeki toczono niezwykle zacięte boje.  Krew mogłaby wypełnić do pełna jego koryta. Armia litewska popadła w tarapaty. Jeden po drugim padał od celnych strzałów z łuku. Wielki Książę Trojden już miał w planach odwrót wojsk, lecz niesiony honorem wypowiedział głośno słowa ”Gana cze”. Oznaczają one ”dosyć tutaj”.

 

Niesione echem powtarzane były przez gęste lasy. Los zaczął od tej chwili sprzyjać dla wojownika. Choć bitwa nie została rozstrzygnięta, uratował on wielu swoich towarzyszy. Od tej pory ”Gane cze”powtarzane było z trwogą pośród Mazowszan. Ci trochę je zniekształcili przez swój nieco twardszy język. Po jakimś czasie wykształciło się określenie ”Hane cze”, a potem ”Hancze”. Tak też nazwano rzekę, która była niemym świadkiem odezwy księcia.

 

Pod Zielonym Dębem straszy od lat

Miejscowość Reduty pod Bielskiem Podlaskim nazywa się od wieków ”wielką wsią w wielkiej głuszy”. Jest to bowiem najdłużej istniejąca osada w okolicy. To tam na skraju Puszczy krzyżował się szlak z Bielska do Kamieńca Litewskiego i Brześcia. Podobnie jak w innych wsiach Podlasia, niemal każde pole, każdy pagórek i drzewo miały swoje lokalne określenia. Nazwy powstawały spontanicznie, zwykle od jakiejś cechy charakterystycznej. Tak też było z uroczyskiem ”Pod zielonym dębem”. Podobno nie jest to zbyt bezpieczne miejsce na nocne wycieczki.

 

Aby dojść do uroczyska należy przejść przez Czarny Las. Wielu wędrowcom ta sztuka się nie udała. Wśród gęstych drzew kryją się zjawy potępieńców, które wciąż wypatrują kolejnej ofiary. Zdezorientowani ludzie zbaczają ze szlaku i nie kiedy zdarza się, że nie znajdują drogi powrotnej. Złośliwe duchy mogą więc sporo namieszać.  Tak przynajmniej mówią opowieści.  

 

Niepokojące zdarzenia miały miejsce również w położonych nieopodal Diabelskich Wrotach. Już sama nazwa nie wskazuje na nic dobrego. Pewien rolnik po obfitym posiłku w pobliskiej karczmie położył się na wozie i zasnął. Konie wkrótce same poprowadziły wóz po lokalnych bagnach. Gdy rano gospodarz  obudził się w obcym miejscu, przetarł oczy ze zdumienia, twierdząc, że ”całą noc po wertepach prowadziła siła nieczysta”. 

W Łomży odmówili wina dla Napoleona

O wizytach Napoleona na Podlasiu krążą legendy. Wiele miejscowości przyznaje się, do goszczenia imperatora, lecz tak naprawdę nie zjawił się w nich ani na chwilę. Nie przeszkodziło to jednak w nazywaniu domków czy zajazdów imieniem cesarza.

Napoleon przemierzył północne Podlasie tylko raz, wycofując się z Moskwy. Na swej trasie pozostawił liczne złote monety, które zostały wybite w czasach panowania Ludwika XIII. Nazywane były one luidorami. W grudniu sanie z cesarzem ruszyły z Wilna w kierunku Warszawy. Po drodze odwiedziły nasze podlaskie miasta – Augustów, Grajewo i Łomżę.  

Cesarz płacił za żywność i inne towary dostarczone dla jego kompanów. Nie każdy jednak wiedział z kim ma do czynienia. Napoleon przedstawiał się często jak wielki koniuszy dworu francuskiego – Armand Caulaincourt. Dlatego też nie wszystkie jego polecenia spełniano od razu. Tak też było z prefektem łomżyńskim Janem Lasockim, który dopiero usłyszawszy, że ma obsłużyć imperatora, przestał zwlekać z dostarczeniem wina. Napoleon nie miał specjalnie wielkich zachcianek. Zadowolił się zupą, kotletem wołowym i potrawką z młodych kogutów. Pobyt w Łomży trwał jedynie trzy godziny. Gospodarzom za gościnę zapłacił 30 tysięcy luidorów.

Król chciał mieć największy staw. Dworzanin wezwał nieczyste moce.

Knyszyn był ulubionym miejscem wypoczynku Zygmunta Augusta. Okolica przepełniona dziką zwierzyną zachęcała wręcz do organizacji polowań. Król musiał mieć wszystko, co najlepsze. Tuż obok posesji króla istniał staw, który wielkością nie zadowalał monarchy.

Na swym dworze posiadał wyjątkowego maga i astrologa, Jana Twardowskiego. Ten czuł się bardzo pewnie pod opieką króla. Twardowski otrzymał wyraźne polecenie – miał sprawić, że powstanie największy staw Europie. Nad Knyszyn nadciągnęły chmury. Dzień zamieniła się w noc.

Ludzie pochowali się w domach. Rozpętała się największa wichura jaką widzieli. Otóż Twardowski wezwał do pomocy nieczyste moce, którym wcześniej powierzył swą duszę. To dzięki nim staw powiększał się z sekundy na sekundę.  Ziemia z Knyszyna ponoć przez diabły została przeniesiona aż do Krakowa – z niej został usypany kopiec. Woda ze stawu dymiła jeszcze kilka dni. Po śmierci króla, Twardowski zginął z rąk dworzan. Staw pozostał zaś do dziś.

Na księżną rzucono klątwę.

Księżna Anna z Sapiehów była jedną z najznakomitszych postaci związanych z Siemiatyczami. Podupadającą miejscowość w XVIII. w zmieniła w tętniący życiem ośrodek. W 2012 r. w tym postawiono jej pomnik, jeden z nielicznych w całych Siemiatyczach.

 

Nie zawsze jednak cieszyła się szacunkiem i uznaniem.  Chcąc wybudować drogę z ratusza do pałacu, musiała ona zniszczyć żydowski cmentarz. Nie mogło to się oczywiście spodobać tej społeczności. Opowieści mówią, że w czasie spaceru ktoś w akcie zemsty ją uprowadził. Dochodziły również słuchy, że na księżną rzucono klątwę. W jej wyniku miał umrzeć jej syn. Zrozpaczona postanowiła więc udobruchać żydowskich mieszkańców, oferując im im wschodnią część miasta pod budowę cmentarza.

 

Największym zainteresowaniem księżnej były nauki biologiczne. Współpracowała z księdzem Janem Krzysztofem Klukiem, autorem pierwszej w Polsce książki o florze. Z licznych wypraw przywoziła ze sobą rośliny. Niektóre z nich musiano przewozić statkami. W swym pałacu posiadała nawet gabinet historii naturalnej.

 

W Pałacu gościła wiele znanych osobistości, jak Hugo Kołłątaja czy cesarza Austrii Józefa II. Dla wielu kobiet stanowiła wzór kobiety idealnej. Na jednym z balów organizowanych przez Stanisława Augusta Poniatowskiego została uznana na najlepiej ubraną. Aby dobrze wyglądać musiała też nie mało wydawać. Szał zakupów sprawił, że pod koniec życia narobiła sobie ogromnych długów.

Wichura była karą za grzechy

Pogoda w całym kraju szaleje. Słoneczne dni przeplatają się z opadami śniegu. Nie brakuje podtopień i innych mało przyjemnych zdarzeń. Strach pomyśleć co przyniosą nam kolejne miesiące. Nie tak dawno pisaliśmy o tornadzie, które pod koniec lat 90. nawiedziło Białystok. Trochę poszperaliśmy i okazuje się, że również Tykocin stał się ofiarą kaprysu natury. Było to w 1992 r.

 

Do końca nie wiadomo, czy była to trąba powietrzna czy potężna wichura. Zeznania świadków są sprzeczne. Jedni widzieli lej tornada, drudzy na myśl o tym pukają się w głowę. Pewne jest, że skutki burzy pomagało usuwać wojsko. Najbardziej ucierpiał reprezentacyjny Park Czarnieckiego. Pomnik hetman jednak oszczędziło. Tamtejsze potężne lipy złamały się niczym zapałki. Budynki zostały pozbawione dachów.

 

Z kościoła natomiast odpadły duże ilości tynku. W czasie kazania, kapłan stwierdził, że kataklizm to nic innego, jak kara za grzechy mieszkańców. Duże straty odnotowano w sąsiadującej z Tykocinem wsi Nieciece. Wiatr był tam tak silny, że uszkadzał mury budynków. Opowiadano różne historie, np. o wciągniętej przez trąbę krowie, którą odnaleziono kilka kilometrów dalej.

Zagadka herbu Grajewa nadal jest nierozwiązana

Herb Grajewa to czerwony wilk stojący na tle trzech drzew iglastych, a dokładniej świerków. Obowiązuje on od 1990 i nie jest zgodny z zasadami heraldyki. Tyle wiadomo. Brak jednak jest jakichkolwiek informacji na temat bliższej historii jego pochodzenia. Na pewno nie pojawił się w akcie lokacyjnym miasta, chociaż powinien. 

 

Najstarszy wizerunek herbu pochodzi z lat 30. XX w. Odnaleźć go można na znaczku reklamowym niemieckiego przedsiębiorstwa produkującego kawę. Ta sama firma wydała również cały katalog z herbami. Powoływała się ona na dane z Archiwum Akt Dawnych w Warszawie. Większość jego materiałów jednak przepadła w wyniku działań wojennych.  Herb nieco się różnił od obecnego. Wilk był przede wszystkim czarnego koloru.

 

Na przestrzeni kolejnych lat niewiele ingerowano w wygląd symbolu miasta, choć tymczasowo zmieniono świerki na drzewa liściaste. Dlaczego? Ludzka wyobraźnia nie ma  granic. To jedyne wytłumaczenie. Widocznie ktoś z ratusza się nudził. Historycy nadal zachodzą w głowę, jak w herbie znalazło się zwierzę. Niegdyś prywatni właściciele Grajewa posługiwali się w pieczęciach srebrnymi liliami czy radłami od pługa. Wilk zatem wskoczył na herb w zagadkowy sposób. Nie zachowała się żadna dokumentacja, żadna wzmianka o uhonorowaniu wilka tym zaszczytem.

Ten budynek znają wszyscy. Czy pod nim biegną tajemnicze korytarze?

Biały dom. Nasze pierwsze skojarzenia? USA! Dla starszych mieszkańców Białegostoku jednak nie jest to takie oczywiste. Było to bowiem potoczne określenie gmachu, w którym swoją siedzibę miał Komitet Wojewódzki Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Dom partii stanowił przez długi czas wizytówkę miasta. Obecnie jego korytarze nie przemierzają partyjni dygnitarze a…studenci. Mieści się tam bowiem Wydział Historyczno – Socjologiczny oraz Filologiczny Uniwersytetu.

 

Projekt gmachu to dzieło Stanisława Bukowskiego, który odpowiedzialny był m.in. za wygląd Hotelu Cristal. Sławił się jednak głównie świątyniami jak choćby Niepokalanego Serca Maryi w Dojlidach. Jako że w okresie stalinizmu nie kryto się z walką z instytucją Kościoła, może zaskakiwać fakt wyboru Bukowskiego na głównego architekta. Widocznie komuniści musieli przełknąć fakt jego powiązań z duchowieństwem. Chcieli mieć reprezentacyjny gmach, a projekt spełniać w całości ich oczekiwania.

 

Lokalizacja ”Białego domu” nie była przypadkowa. Dzięki położeniu na końcu ulicy, z balkonu można z łatwością można było obserwować pierwszomajowe marsze czy inne manifestacje. Kończyły się one właśnie pod gmachem. Pod siedzibą partii utworzono plac, który z lotu ptaka przypominał pięcioramienną gwiazdę. 

 

Budynek w czasach działalności PZPR zapewniał jego użytkownikom opiekę lekarską  i stomatologiczną . Można było również zrelaksować się w saunie i skorzystać z trzech sąsiadujących z nią pokojów gościnnych. Dom Partii dysponował także własną centralą telefoniczną, a także telegrafem. System łączności pozwalający na stały kontakt z Komitetem Centralnym w Warszawie, stanowił  kluczowy element funkcjonowania aparatu władzy PRL. Członkowie partii mogli cieszyć się również najlepszą w mieście stołówką. Wraz z pomieszczeniami kuchennymi zajmowała całe podziemie prawego skrzydła gmachu.

 

Po mieście chodziły opowieści o podziemnych korytarzach i sekretnych przejściach do pobliskich mieszkalnych bloków. Skąd się one brały. Miejsca nie dostępne dla zwykłych śmiertelników od zawsze wzbudzają domysły. No cóż. Komuniści mieli obsesje na punkcie swego bezpieczeństwa, więc może w domysłach jest ziarno prawdy. A nóż student przypadkowo wciśnie ukryty guzik i otworzy drzwi do świata tajemnic. Pożyjemy, zobaczymy.

 

 

Smok narodził się w Zambrowie. Rósł 4 lata.

Ile może trwać tworzenie rzeźby smoka? Mieszkańcowi Zambrowa zajęło to 4 lata. Monstrum powstało ze stali, a rozpiętość jego skrzydeł dochodzi do 4 metrów. Dzięki wysokości 2 m wzbudza nie lada respekt. Po prostu wow!

 

Mikołaj Tymiński spełnił swoje dziecięce marzenie. Już w wieku ośmiu lat stworzył pierwszy projekt ”Smoczysława”. Był to plastelinowy dinozaur o wielkości 17 cm. Do dziś trzyma go w pokoju jako pamiątkę z podstawówki. Z roku na rok ambicje jednak rosły. Musiało minąć 20 wiosen, aż mężczyzna odnalazł odpowiedni materiał.

 

Prace zostały przeprowadzone w garażu znajomego. Przy wsparciu rodziny i przyjaciół smok systematycznie rósł. Po ukończeniu dzieła ”Smoczysław” trafił na aukcję internetową. Zainteresowanie dziełem przekroczyło najśmielsze oczekiwania. Chętnych na posiadanie smoka nie odstraszyła cena – 35 tys.

Król znalazł chatkę w środku Puszczy

Władysław Jagiełło zapisał się grubymi zgłoskami w historii Polski. Jedną z jego głównych pasji były polowania. Również towarzyszący mu w podróżach możni panowie lubowali się w zwierzynie. Podczas podróży z Wilna do Krakowa, król zapragnął zaspokoić swe pragnienie. Puszcza była bowiem niezwykle bogata w dziką zwierzynę w tamtych czasach. Przemierzając gesty las, królewscy pracownicy natrafili na wyspę oblaną malowniczym jeziorem. Z lądem łączył ją jedynie wąski przesmyk. Mimo trudno dostępnego terenu znalazło się kilku chętnych do przedarcia się na wyspę.

 

Okazała się ona pełna żubrów, jeleni i innych obiektów polowań. Przeprowadzono więc obławę. Zaczęto bić w kotły, które wypłoszyły zwierzynę. Na wyspie odnaleziono jednak coś jeszcze. Była to chata zamieszkana przez dwóch pustelników litewskich. Król udał się do nich osobiście, dzięki naprędce wybudowanemu mostkowi. Władca zaoferował im pomoc. Ci jednak woleli pozostać na wyspie, wiodąc życie zgodnie z rytmem natury. Nie bali się zwierzą, które oswoili, a jedyne zagrożenie widzieli w ludziach.  Jako, że monarcha w rozmowie z pustelnikami często używał słowa ”wiry”, co oznacza ”mężowie”, wyspę tak właśnie nazwano. Po latach przekształcono ją na Wigry. Jezioro również otrzymało taką samą nazwę.

Miał wziąć ślub. Zamienił się w wilka.

W Augustowskiej Puszczy spotkać można było wyjątkowego wilka. Ci, którzy mieli okazję spotkać go z bliska twierdzili, że był kilkukrotnie większy od przeciętnego zwierzęcia. Nigdy jednak nie wyrządzał szkód. Nie bal się też ludzi. Wycie do księżyca nie przypominało żadnego znanego odgłosu. Niemal cały pokryty był czarną błyszczącą sierścią. Dlatego też białe łapy i szyja tak bardzo wrzucały się w oczy.

 

Według miejscowych opowieści bestia to wilk-pokutnik. Wszystko zaczęło się od wielkiej miłości, która okazała się farsą. Kawaler uciekł bowiem od swej wybranki w czasie drogi do kościoła. Mimo pościgu krewnych dziewczyny, mężczyzny nie udało się odnaleźć. Przypuszczano, że padł on ofiarą czarnej magii. Omamić miała go zielarka mieszkająca w głębi lasu. Niedoszła panna młoda popełniła samobójstwo z rozpaczy. Matka chłopaka przeklęła go wypowiadając słowa ”Bodajżeś w dziką bestię się zamienił i wył i wył za taką sromotę”. Tak też się stało. Mężczyzna uległ transformacji. Stał się czarnym wilkiem. Białe łapy powstały w miejsce białych ślubnych rękawiczek, a biała szyja to pozostałości po kołnierzu. Czarny strój weselny zamienił się w czarną jak smoła sierść.

 

Mieszkańcy przyzwyczaili się do obecności wyjątkowego zwierzęcia w lesie. Mimo że widywano go w różnych miejscach kraju, każdej zimy wracał w znane sobie strony. To go zgubiło. Jeden z myśliwych, który przybył do Puszczy, nie mając pojęcia, kim jest wilk, przerwał jego pokutny żywot.

Wisielec straszy w budynku. Nikt nie czuje się bezpiecznie.

Drewniana willa na ulicy Grottgera w Białymstoku skrywa wiele tajemnic. Na co dzień stanowi siedzibę Klubu Pacjenta ”Przystań”. W budynku leczą się osoby z zaburzeniami psychicznymi, głównie schizofrenią. Niepokój wzbudza jednak coś zupełnie innego. Pracownicy obiektu skarżyli się na powtarzające się zjawiska paranormalne.

W środku budynku odnajdziemy niezwykle strome schody. Nie jedna osoba zaliczała upadek. Najgorsze jest to, że słychać na nich kroki, gdy wszystkie drzwi są już zamknięte. Początkowo myślano, iż to sprawka dowcipnisia. Wątpliwości zostały rozwiane dosyć szybko. Dziwne zdarzenia miały miejsce coraz częściej. Codziennie ktoś miał problem z zacinającymi się drzwiami.

Nie raz zdarzało się, że ktoś po ich drugiej stronie siłował się z pracownikami. W środku pomieszczenia nikogo jednak wówczas nie było. Co rusz zauważano późną nocą światła zapalone na korytarzu. Gdy jeden z pracownik wrócił do biura po godzinach wraz ze swoim psem, ten zaczął ujadać,  jakby ktoś obcy i przerażający stał obok niego. Wcześniej Przystań stanowiła siedzibę przedszkola. Stróż, która miał wątpliwą przyjemność tam zarabiać na chleb, zamykał się w kuchni, gdyż tylko tam czuł się w miarę bezpiecznie.

Być może w rozwiązaniu zagadki pomoże historia budynku.  W czasie II Wojny Światowej w miejscu gdzie obecnie umieszczono salę plastyczną, powiesił się Żyd, który widząc, że do budynku wkroczyli Niemcy, postanowił przypieczętować swój los. Czy to on jest odpowiedzialny za dziwne zjawiska?

W jeziorze pływa potwór. Ma skrzydła i diabelski wzrok.

Jezioro Ozierany nieopodal Krynek. Niegdyś ponoć hodowano w nim potwory. Jedno z jaj przetrwało. Gdy nad wodą pojawi się mgła, a księżyc jest w nowiu, z głębin jeziora wynurza się tajemnicze monstrum. Świadkowie twierdzą, że ma ponad 10 m. długości. Istny kolos. Zwierzę zostało uchwycone aparatem przez pracownika Straży Granicznej. Gdy jednak chciał je przenieść na komputer, coś poszło nie tak.

 

Dane z karty pamięci zostały uszkodzone w niewytłumaczalny dotąd sposób. Czyżby jakaś magiczna siła nie chciała by potwora zobaczyły tłumy? Monstrum posiada skrzydła, ogon i diabelskie czerwone oczy. Domniemuje się, że jest jednak wegetarianinem, gdyż nikogo nie skrzywdził. 

 

Pracownicy nadleśnictwa wyszli naprzeciw oczekiwaniom osobom, którym nie było dane spotkać się z tajemniczym mieszkańcem jeziora. Stworzyli więc drewniana rzeźbę. Pływa ona spokojnie po tafli, przyciągając wzrok ciekawskich. Być może dzięki temu, prawdziwemu potworowi nie będzie tak smutno. Ciężko bowiem żyć w samotności.

 

Co ma wspólnego królowa Bona ze świnią?

Z dawnym grodziskiem pod Łomżą wiąże się legenda o patronce jednego ze wzgórz – Królowej Bonie. Miała ona straszyć mieszkańców, ukazując się po śmierci. Według jednej z wersji zamek zapadł się pod ziemię wraz z ogromnym skarbem. W ten sposób z dóbr nie mógł skorzystać syn królowej, który popełnił mezalians, żeniąc się z biedną sierotą. Kosztowności do dnia dzisiejszego ponoć strzegą duchy.

Klątwa mogłaby się skończyć dzięki mszy, na którą przyszłaby procesja z łomżyńskiej fary. Nikt z procesji jednak nie może wrócić do miasta po naczynia do nabożeństwa. Jeden z takich pochodowych skończył się fiaskiem z powodu niespodziewanego pojawienia się świni wystrojonej w ornat. Mszę na wzgórzu św. Wawrzyńca odprawia się również współcześnie, lecz do tej pory nie odnaleziono skarbów.

Krusz, Ewo, krusz! Kochankowie zostali wystawieni na próbę

Kobylin – Kruszewo to niewielka miejscowość w powiecie wysokomazowieckim. Jej nazwa związana jest z historią, która mogłaby z łatwością stać się scenariuszem melodramatu.

 

Młodego dziedzica Kobylińskiego i Ewę, córkę gospodarza połączyło przed laty silne uczucie. Jej ojciec jednak był całkowicie przeciwny związkowi, o małżeństwie nie wspominając. Wystawił córkę na próbę. Swojej miłości miała dowieść, krusząc wielki głaz za pomocą małego kamyczka. Inaczej para musiała pożegnać się na zawsze. Powodzenie misji wydawało się niemożliwe. Ewa jednak starała się ze wszystkich sił.

 

Najpierw musiała owy głaz odnaleźć. Ponoć przeszła 3 km według wskazówek ojca. Codziennie towarzyszył jej ukochany. Do ucha szeptał jej: ”Krusz, Ewo krusz”. Tak było przez 8 dni. Tyle bowiem czasu dostała na zniszczenie głazu. Niestety nie udało się. Para została więc rozdzielona. Młody mężczyzna z rozpaczy utopił się w rzece, nie mogąc żyć bez Ewy. Na wieść o tym, dziewczyna również nie wytrzymała, dzieląc los chłopaka. Na pamiątkę wielkiej miłości, ojciec młodego szlachcica założył osadę Kobylin. Do nazwy dodano ”Kruszewo”, gdyż właśnie te słowa wypowiadał swej ukochanej.

Kochanki króla ukradły skarb z Knyszyna

Mało kto o tym wie, ale król Zygmunt August spędził ostatnie lata w Knyszynie, obecnie położonym w powiecie monieckim. Ostatni z dynastii Jagiellonów miał dwie pasje – kobiety i klejnoty. Pierwsze ”świecidełka” dostał zapewne od swej matki, Bony. Zygmunt Stary zaś przekazał synowi z kolei wszelkie rodowe skarby. 

Zygmunt August systematycznie gromadził cenne przedmioty. W jego kolekcji znalazł się choćby rubin cesarza Karola V. Gdy zbliżał się do kresu życia nakazał swoje bogactwa przewieźć z Wilna do Tykocina, gdzie budowany był nowy zamek. Tam mógł liczyć na zaufanych strażników skarbu. Pilnowali ono choćby arrasów czy cennych zbroi, nie mówiąc już o złotych monetach. Liczne kochanki i dworzanie za wszelką cenę chciały zdobyć część tortu dla siebie.

Gdy ich podstępy spełzły na niczym, postanowili zająć się majątkiem zgromadzonym w Knyszynie. Słudzy i nałożnice workami i skrzynkami opróżniali tamtejszy skarbiec. Gdy oskarżono ich o kradzież, twierdzili, iż takie były polecenia umierającego władcy. Jednak zgodnie z ostatnią wolą, jedyną spadkobierczynią była Anna Jagiellonka.

Dziewczyna oszukała przeznaczenie. Pokonała pana ciemności.

Między jeziorami i bagnami stała chatka rolników. Jej gospodarz widząc, że nadciągają pierwsze mrozy postanowił udać się do lasu. W czymś w piecu trzeba w końcu rozpalić. Gdy już skończył swą pracę, pojawiły się przeszkody. Wóz ugrzązł w błocie. Słońce już zaszło, a mężczyzna nie mógł wrócić do domu. Pod nosem ciągle prowadził monolog, aż w końcu wypowiedział imię diabła. Jak nic, ten pojawił się w lesie. Rolnik, mimo błahej sprawy, poprosił lucyfera o pomoc w wydostaniu wozu. Diabeł jednak nigdy nie robi nic za darmo. Zażądał jednej rzeczy, którą rolnik zostawił w domu. Miał się o nią upomnieć za 20 lat.

 

Chłop wrócił w końcu do chałupy. Okazało się, że jego żona właśnie urodziła córkę. Przestraszył się, że to właśnie ją ofiarował diabłu. Dziewczyna wyrosła na piękną, niezwykle mądrą kobietę. Służyła radą i pomocą dla każdego. gdy ukończyła 20 lat, ojciec opowiedział o dawnym pakcie. Ta jednak skwitowała to śmiechem.

 

Diabeł nie zapomniał o obietnicy rolnika. Gdy dziewczyna pojawiła się na drodze, zjawił się i on. Młoda kobieta jednak nie odczuła lęku. Powiedziała tylko, że w starym ubraniu nie wypada jej odwiedzić krainy ciemności. Dlatego też chciała się przebrać. Poprosiła diabła aby wszedł do dziupli w wierzbie. Dziewczyna bez zastanowienia wypełniła otwór ziemią, a drzewo zarosło z szatanem. Ponoć siedzi tam do dziś. Młoda kobieta mogła wrócić do swego życia. Jako że przewyższała wszystkich swą inteligencją, wioskę nazwano Przerośl. Odnajdziemy ją w powiecie suwalskim.

Dziewczyna zakochała się w wężu

Nad jeziorem Szurpiły mieszkała przed laty córka strażnika leśnego o imieniu Jegla. Słynęła ze swej nieskazitelnej urody, lecz zalotników odprawiała z kwitkiem. Nadszedł jednak wielki dzień. Dziewczyna wybrała się nad brzeg aby zrobić pranie. Nagle z wody wyłonił się on, król wody Żaltis, który potrafił przybrać postać złotego węża. Jego królestwo znajdowało się na dnie jeziora. Oboje nie mogli bez siebie żyć. Posiadając cudowną moc, Żaltis sprawił, iż ukochana mogła swobodnie żyć w wodzie.

 

Po latach pobytu w wodnym królestwie, Jegla zatęskniła za rodziną. W dawnej chacie odnalazła jedynie swych braci, którzy nie potrafili zająć się gospodarstwem. Za wszelką cenę usiłowali powstrzymać siostrę przed ponownym odejściem. Przywołali podstępem jej męża. Uznali, że jedynym wyjściem będzie jego zabójstwo. Tak też uczynili. Na brzegu nie mieli litości dla króla. Bóg nad bogami,  Perunas ożywił wkrótce Żaltisa, choć był on już niewidzialny. Srogo ukarał braci za ich bestialstwo. Przemienił ich w kamienie, które stoją nad jeziorem do dzisiaj. Dziewczynę, która bardzo cierpiała, zdecydował zmienić w świerk. Tym samym nie mogła już ronić łez z rozpaczy.

 

W tym domu straszy. Nikt nie chce do niego wejść.

Od lat nikt w nim nie mieszka. Mieszkańcy omijają go szerokim łukiem. Duży piętrowy budynek w Grajewie od lat jest bohaterem opowieści. Czy któraś z nich jest prawdziwa? Dom uważa się za nawiedzony. Choć okna są zabite deskami, znalazło się wielu śmiałków, którzy postanowili spędzić tam noc. Odczucia były różne. Jedni skarżyli się na dziwne odgłosy, drudzy nic niepokojącego nie słyszeli.

 

Wszystko zaczęło się od dwóch zgonów. Najpierw w szopie przy domu zmarł majster, a wkrótce po nim śmierć upomniała się o właściciela. Kolejni domownicy nie wytrzymali tam długo. Tajemnicze siły ponoć manifestowały swą obecność. Inni o niewyjaśnione zjawiska obwiniają krzyż. Kiedyś stał niemal na środku posesji. Na potrzeby budowy został jednak przeniesiony. Od tej pory miejsce zdawało się być przeklęte. Z ust starszych mieszkańców można usłyszeć, że na działce pochowano wielu żydów. Co prawda kości znajdowano nie raz, ale jako że dawniej obok mieściła się rzeźnia miejska, były to raczej zwierzęce szkielety. Obecności duchów nikt nie może potwierdzić, ani zaprzeczyć. Zagadka zostaje nierozwiązana.

 

Wieśniacy pomogli dokonać zemsty

Nieopodal Łomży odnajdziemy niewielkie wzniesienie nazywane Górą Zamkową. Dawne zamczysko było niegdyś własnością królowej Bony. Chociaż dla większości z nas, postać ta kojarzy się raczej pozytywnie, opowieści nie raz wspominają o jej ciemnej stronie. 

 

Syn królowej Bony zakochał się w ubogiej dziewczynie. Królowej nie było to na rękę. Nie chciała nawet słyszeć o ślubie z sierotą. Podjęła więc szybkie działania. Dziewczyna została porwana ze swej skromnej chaty i stracona. Syna natomiast postanowiła okaleczyć a następnie wygnać. Przywiązano go nogami do dzikiego konia, który pomknął w stronę lasu. Młody książę przeżył. Koń zawlókł księcia do jednej z okolicznych wiosek.

 

Miejscowi bez chwili zastanowienia postanowili pomóc. Odwiązali księcia i przystąpili do leczenia. Ten padał z głodu. Nakarmili więc go najlepszą rzeczą jaką mieli. Była to marchew. Minęło wiele dni zanim chłopak doszedł do siebie. Gdy już czuł się wystarczająco dobrze wpadł na pomysł odbicia zamku. O pomoc poprosił swych wybawców. Akcja okazała się udana. Królowa została przepędzona z hukiem. Zemsta smakowała więc dobrze. Na cześć warzywa, którym chłopi nakarmili księcia ich osadę nazwano Marchwinami.

Mężczyzna nie chciał słyszeć o dziecku. Zamurował żywcem ukochaną.

Początek II Wojny Światowej. Rosjanie wzdłuż rzeki Biebrza tworzą umocnienia. Pośród cierpień wielu niewinnych ludzi narodziła się miłość. Gruziński konstruktor  Olek zakochał się bez pamięci w miejscowej dziewczynie o imieniu Maria. W obawie o przyszłość zgromadzili oszczędności, ukrywając je w bunkrze. Młodzi nie chcieli czekać. Szybko wzięli ślub i przygotowywali się do ucieczki za granicę.  Plany zniweczyli Niemcy.

 

Młody inżynier zaginął w czasie walk. Ukochana starała się ze wszystkich sił go odszukać. Ślad doprowadził ją aż do łagru w Grodnie. Tam przekupiła strażnika aby choć na chwilę porozmawiać z mężem. Na miejscu oznajmiła, że spodziewa się dziecka. Wtedy usta mężczyzny wypełniły się krwią. Kula przeszyła jego głowę na wylot. Wydarzenie doprowadziło dziewczynę do załamania. Chciała popełnić samobójstwo. Nie mogła liczyć na rodzinę. Gdy myślała, że zostanie sama, zainteresował się nią jej dawny znajomy, zwany Kulawcem. Mimo że zakochał się w Marii, do dziecka czuł tylko nienawiść.  

 

Kilka dni przed porodem zamurował dziewczynę w bunkrze. Przez mały otwór codziennie dostarczał jej jedzenie. Nakazał też zabić dziecko gdy te tylko przyjdzie na świat. Maria nie miała sumienia tak postąpić. Gdy Kulawcem rankiem usłyszał płacz niemowlaka, wpadł w furię. Odmurował otwór i…no właśnie. Nikt dokładnie nie wie, co się wydarzyło dalej. Jedni twierdzą, że zabił Marię i dziecko. Drudzy są przekonani, że ocalił ich w zamian za ukryte wcześniej skarby. Na biebrzańskich bagnach nieraz jednak widywano kobietę pogrążoną w obłędzie. Tam też znaleziono jej martwe ciało. Wiele osób widziało białą sowę wlatującą do bunkra, gdzie niegdyś zamurowano Marię. Nad Biebrzą wierzy się, że dusze dziewczyn zmarłych z miłości zmieniają się w śnieżnego ptaka.

 

Łzy wędrowca przerwały klątwę

Na dawnych ziemiach Suwalszczyzny, pośród gęstej puszczy,  istniało osiedle myśliwych. Mieszkali oni w szałasach, żywiąc się tym, co zdołali upolować. Nad jedną z rodzin osady wisiała straszliwa klątwa. Z pokolenia na pokolenie była przekazywana na najstarszego syna. Młodzieniec pogodzony z losem czekał na dzień śmierci. Cierpiąc na nieznaną dolegliwość nie mógł ani chwili cieszyć się promieniami słońca.

 

W osadzie pewnego lata pojawił się starzec, którego wiedza wykraczała poza ludzki rozum. Gdy zobaczył chłopaka ogarnął go żal. Z jego oczu zaczęły płynąć łzy, tworząc to coraz większe zagłębienie w ziemi. Pustelnik nakazał młodzieńcowi napić się wody ze Zdroju Przyszłości. Ten jednak nie miał pojęcia gdzie ono się znajduje. Starzec powiedział, że wskaże mu je własne serce.

 

Następnego ranka chłopak dostrzegł strumień pod swoją chatą. Bił od niego cudowny blask. To właśnie łzy pustelnika stworzyły źródełko. Młodzieniec nie zwlekając wziął jeden łyk. Wszystkie dolegliwości ustały jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Przy źródełku wykopano studnię, przez co osadę nazwano Studzieniczną.

Nad miastem przeleciał tajemniczy obiekt

W Sokółce na Podlasiu dochodzi do tajemniczych zjawisk. Chyba nie ma nikogo, kto nie słyszałby o przemienieniu hostii w ludzkie serce. Mało jednak wie o tym, że nad miastem kilkanaście lat temu przeleciał niezidentyfikowany obiekt. Czyżby to sprawka Białorusinów? 

 

Dochodziło do północy. Świadek, leżąc w łóżku, na chwilę doznał paraliżu. Gdy niedowład ustąpił, udał się do okna. Odsłonił zasłony. Ku wielkiemu zdziwieniu zauważył jasne światło przypominające gwiazdę. To nie były złudzenia. Obiekt widzieli również inni domownicy. Ten poruszał się chaotycznie. Przybliżał się i oddalał. Jego zachowanie nie przypominało żadnego samolotu czy innej konstrukcji. Rodzina postanowiła przypatrzeć się zjawisku z bliska. Wyszli na zewnątrz. Jako że obiekt zaczął się oddalać, zaczął się pościg.

 

Jadąc samochodem dostrzegli, że na trasie przelotu tajemniczego pojazdu gasną wszystkie światła. Mimo nocnego chłodu, temperatura otoczenia była zaskakująco wysoka. Obiekt zatrzymał się nad łąką. Zniżył swój lot do kilkunastu metrów. Kształtem przypominał autobus. Miał 10 m. długości i ok. 3 m. wysokości. Wydawał też dźwięk przypominający buczenie. Od spodu wydawał się posiadać konstrukcję przypominającą poduszkowca. Reszta była w metalicznym charakterze.

 

Pojazd wykonał kilka nagłych obrotów po czym odleciał z nietypową trajektorią. Próba uchwycenia go w obiektywie aparatu w komórce skończyła się niepowodzeniem. Obiekt był widziany tej nocy przez wiele osób. Niestety zjawisko ze względu na brak specjalistów w okolicy nie mogło być zbadane. Możemy domniemywać, iż mógł być to tajny wojskowy pojazd.

Król zgubił się w lesie. Pomógł mu pszczelarz.

Królewski fach

W XVI w. granice Rzeczypospolitej sięgały daleko na zachód. Większość obszaru pokrywały gęste lasy z dziką zwierzyną. Możni traktowali polowania  głównie jako rozrywkę. Młodszym pozwalały też udowodnić swoje męstwo. Na jedną z takich wypraw do puszczy wyruszył król Zygmunt August z dynastii Jagiellonów. Towarzyszyła mu świta i lokalna szlachta. Król niejednokrotnie już odwiedzał obfitujące w jelenie tereny łowieckie. W jego pamięci zapadła też dziewczyna o imieniu Netta, która w czasie jednej eskapady uratowała mu życie. Ten jednak nie zraził się i nadal gustował w polowaniach.

Domek w głębi lasu

Nowa przygoda rozpoczęła się od nieudanego strzału. Ostrze nie zatopiło się wystarczająco głęboko w korpus jelenia. Zranione przez króla zwierzę uciekło w popłochu w głąb lasu. Król rozpoczął pogoń. Bicie jego serca było równie szybkie jak galop. Reszta kompanów została zaś daleko z tyłu. Wysiłek i determinacja łowcy został nagrodzony. Zwierzę padło, lecz Zygmunt August nie potrafił odnaleźć drogi powrotnej. Las wydawał się nie mieć końca. Przez wiele godzin włóczył się pośród gęstwin. Jego jedynym towarzyszem była zaś cisza. Gdy już opadał z sił natknął się na drewnianą chatkę.

 

W progu przywitał go młody mężczyzna z żoną i trojgiem dzieci. Ten nie miał pojęcia kim jest jego niespodziewany gość. Król zaproponował wymianę. Jeleń za ciepłe danie.  Między mężczyznami nawiązała się szczera rozmowa. Gospodarz okazał się bartnikiem, który chcąc wyżywić rodzinę, musiał opuszczać dom na wiele tygodni. Zygmunt przejął się opowieścią, nie pozostając obojętnym. Obiecał pomoc. Następnego dnia bartnik wskazał królowi właściwą drogę. Tuż po jego wyjściu pod chatką pojawiła się cała świta. Na twarzy mężczyzny zagościł szok i niedowierzanie.

Obietnica

Minął dłuższy czas od królewskiej wizyty. Bartnik nadal był zmuszony do dalekich wypraw. Obietnica króla odeszła w niepamięć. Jeden z powrotów okazał się być najszczęśliwszym dniem w życiu mężczyzny. Wokół chatki pracowała setka ludzi. Na krześle w środku domu siedział zaś król. Bartnik z łzami w oczach padł na kolana. Władca kazał mu jednak wstać i oznajmił mu, że wybuduje tu miasto, a nazywać się będzie Augustowem. Tym samym bartnik znajdzie kupców pośród nowych mieszkańców.

 

Ten las miejscowi omijają szerokim łukiem

Powiat białostocki. Okolice Płonki Kościelnej. Mały las nazywany przez mieszkańców Sękowce od lat skrywa swoje tajemnice. Niedaleko od niego odnajdziemy Sanktuarium Matki Bożej Podlasia. Przepływa tam też rzeka Narew. Spacerowicze bez trudu dotrą też do kładki w Waniewie.

 

Przy lesie przed laty powstał szlachecki zaścianek. Nawiedziła go zaraza, którą przetrwała tylko jedna rodzina. Morowe powietrze miało być bożą karę za zasypanie źródełka. Inne wsie wyszły bowiem bez szwanku. Chorzy, wiedząc jaki los ich czeka, wykopali podłużny rów. Siadali przy nim, a gdy nadszedł ich kres bezwładnie staczali się do środka. Wieś wyludniła się. Po latach rozpoczęły się powroty krewnych, którzy postanowili upamiętnić tamte wydarzenia. Zaplanowano budowę kościoła na skraju lasu. Fundamenty jednak zapadły się pod ziemię a wokół lasu spadł ziemie. Uznano to za znak. Mieszkańcy wspomogli budowę innej świątyni.

 

W lesie dzieją się naprawdę niepokojące rzeczy. Wielu na polnej drodze widziało konia, który znikał niczym mgła. Wieczorami można spotkać złotą karetę z białymi końmi. Woźnicy jednak próżno szukać. Najbardziej znana jest historia o Żydzie, który niegdyś skupywał zwierzęta. Pewnego dnia zauważył on czarnego barana. Zapakował go na wóz, lecz koń nie dał rady odjechać. Zdziwiony mężczyzna udał się do wioski. Gdy wrócił jego pojazd wisiał na drzewie, a po zwierzętach nie było śladu. 

 

 

Był bardzo ciekawski. Za karę zamienił się w bociana.

Przenieśmy się do czasów Jaćwingów. Na Podlasiu żyło wówczas wielu mężczyzn, których można określić jako nieustraszonych. W końcu lasy były pełne dzikiej groźnej zwierzyny. Jedną z takich osób przywołał Wielki Perun, czyli władca gromów. Dał mu zadanie. Worek, w którym umieścił wszelkie plagi i nieszczęścia miał zanieść nad Bug i rzucić w środek rzeki. Nie mógł jednak zajrzeć do środka. Mężczyzna zgodził się. Zmęczony drogą przysiadł na polanie gdzie spotkał duchy.

 

Jeden z nich przemówił i nakazał mu zaspokoić ciekawość. Tak też zrobił. Ze swego więżenia uciekły plagi. Człowiek czym prędzej powrócił do Peruna. Ten nie miał innego wyjścia jak wymierzyć surową karę. Zapowiedział, że od tej pory nie będzie miał własnego kraju ani domu. Perun rzucił w mężczyznę kawałek węgla. Ten przemienił się w bociana. Od tego czasu żałuje swego gniazda, które zostawił w ciepłych krajach. Gdy zaś we wrześniu udaje się do ciepłych krajów, tęskni za podlaskim gniazdem. Z żalu czerwienieją mu dziób i nogi.

Romeo i Julia po podlasku. Myśliwy zastrzelił kochanków w jeziorze.

Okolice Tykocina. W czasach potopu szwedzkiego nad brzegiem jeziora Gałduś żyły dwa zwaśnione rody. Wszystko zaczęło się od odmiennych poglądów politycznych. Jedni poparli Janusza Radziwiłła, drudzy Pawła Sapiehę. Po przegnaniu Szwedów konflikt nie ustał. Na przełomie wieków pojawiło się potomstwo. W jednym z rodów na świat przyszła córka, w drugim syn. Mimo sporów rodziców, młodzi dorastali razem.

 

Najpierw połączyła ich przyjaźń potem miłość. Dobrze wiedzieli, że nie mogą żyć szczęśliwie. Pewnej jesieni postanowili spotkać się nad jeziorem i uciec jak najdalej. Kochanków szpiegował jednak już od kilku miesięcy wynajęty myśliwy. Doniósł o romansie rodzicom dziewczyny.

 

Ojciec i bracia młodej niewiasty czekali już nad brzegiem. Para zakochanych nie zdołała nawet osiodłać koni. Dziewczyna podjęła desperacki krok i rzuciła się do jeziora. Za nią podążył ukochany. Padły strzały. Kochankowie już nigdy nie wynurzyli się z głębokiego jeziora. W październikową noc ponoć nadal można ich ujrzeć. Zaznają spokój tylko wtedy, gdy rodziny dojdą do porozumienia.

Wielka żaba wyleczyła wędkarza

Brzostowo. Mała wieś w powiecie łomżyńskim. Jedyną rozrywką w okolicy jest wędkowanie. Jan Mocarski udał się nad rzekę z zamiarem złowienia suma. Zarzucił przynętę i czekał. Dopiero o północy ryba połknęła haczyk. Zaczęła się walka. Lina oplątała się wokół dłoni mężczyzny. Po wielu godzinach jednak dopiął swego. Ryba uległa. Sum był tak wielki, że starczył do jedzenia na kilka tygodni. Pojawił się jednak problem. Zraniona ręka za nic nie chciała się goić.

 

Wszelkie znane sposoby nie działały. W ranę dało się zakażeni, więc poprosił syna aby mu ją uciął. Ten nie posłuchał, udając się do szeptuchy. Ta nakazała mężczyźnie nocą pójść nad Biebrzę i przywołać Bagiennika. Miał go zwabić wędzony węgorz i dym z dębowych liści. Jako że sam wzrok i oddech demona może zabić, Jan Mocarski musiał owinąć też głowę lnianym płótnem.

 

Dopiero trzecia próba przywołania Bagiennika okazała się skuteczna. Z wody wynurzyła się wielka głowa przypominająca żabę. Pochwyciła węgorza, a na rzece w tym momencie pojawiła się maź. Jan Mocarski pełen obaw obsmarował nią rękę. Ta cudownie została wyleczona. Po ranie nie było śladu. Jan Mocarski w wielkim zdrowiu dożył 90-tki. Nikt nie wie czy Bagiennik nadal żyje w Biebrzy. Nawet jeśli, nikt raczej nie przeżyłby spotkania w cztery oczy. 

Dziwne wydarzenia w Puszczy Białowieskiej. Dużo samobójstw.

Harcerska Górka to uroczysko położone na skraju Puszczy Białowieskiej. Jej nazwa nie jest związane z jakąś cudowną historią. Po prostu na ogniskach spotykali się tam druhowie. O wiele ciekawsze wydają się być krążące wokół miejsca opowieści. Niestety należą do tych tragicznych. Tuż po zakończeniu II Wojny Światowej na brzozie powiesiło się dwóch szewców. Nikt nie znał przyczyny desperackiego kroku.

 

Obecnie po wisielczej brzozie pozostał jedynie pień, lecz nadal w okolicy czuć pewien niepokój. Być może ta sama siła skłoniła młodych zakochanych harcerzy do pójścia w ich ślady. Ponoć nic nie zwiastowało nieszczęścia. Wydawało się, że nic prócz śmierci ich nie rozłączy. Las po raz kolejny upomniał się o ofiary. Harcerze od tej pory unikali tego miejsca na biwak. Na szczęście jeszcze w lesie nie straszy…chyba, że nikt nie chce się przyznać do spotkania z duchami.

 

Harcerska górka rozpoczyna się przy cmentarzu, przechodząc obok stadionu leśnego. Przez jej teren przebiega ścieżka edukacyjna, co wcale nie przeszkadza uczniom chodzić tam na wagary. Niestety pozostawiają tam góry śmieci.

Księżniczka nie chciała żadnego rycerza. Opluła nawet matkę.

Kilka kilometrów od Zabłudowa, między Narwią a Hajnówką bez trudu zauważymy wzniesienie porośnięte tajemniczym lasem. Przez okolicznych mieszkańców nazywana jest Krasną Górą. Late temu nad terenem górował okazały zamek. Mieszkał w nim książę z piękną żoną i równie urodziwą córką. Uroda nie szła jednak w parze z charakterem.

 

Mimo to pod zamkiem pojawiało się wielu rycerzy chcących poślubić księżniczkę. Te w każdym mężczyźnie widziała wady. Jej serce było twarde niczym głaz. Przyszła tzw. noc ognia. Na dwór przybył kolejny kandydat. Dziewczyna również przywitała go z obojętnością. Tym razem w obronie rycerza stanęła jej matka. Bezczelna księżniczka splunęła jej nie twarz. W tej chwili ziemia zadrżała. Powstała przepaść, która pochłonęła wszystko. Wraz z zamkiem przepadły też ludzkie życia.

 

Starsi mieszkańcy twierdzą, że w rocznicę tych wydarzeń wzgórze o północy otwiera się, a z zamku wyjeżdża powóz z damą. Ubrana w biel księżniczka wyrusza wówczas na poszukiwania miłości. Gdy tylko nastaje ranek wraz z końmi znika w przepaści. Ci odważniejsi mogą przyłożyć ucho do ziemi i usłyszeć płacz młodej księżniczki.

Pojawiła się pośród drzew. Pomogła kalece.

Puchły to mała wieś niedaleko Hajnówki należąca do tzw. Krainy Otwartych Okiennic. Centrum miejscowości stanowi cerkiew, która przeszła burzliwe koleje losu. Wokół pierwszej świątyni, jaka powstała w 1568 r.  krążą opowieści. Na wzgórzu pod lipą mieszkał starzec cierpiący na obrzęk nóg. Jedyne ukojenie dawała mu modlitwa. Pewnego dnia zobaczył Matkę Boską pośród gałęzi. Ból kończyn cudownie przeminął. Jako że słowo ”opuchli” w gwarze lokalnej oznacza obrzęknięte kończyny, miejsce zyskało obecną nazwę. Na wzgórzu szybko wybudowano cerkiew, a we wnętrzu umieszczono ikonę. Wkrótce rozeszła się wieść o jej uzdrawiającej mocy, co wywołało ruch pielgrzymkowy.

 

Ludzie przypisywali wstawiennictwu Matki Boskiej ominięcie epidemii i innych nieszczęść, jakie nękały okolice. Stała się ona głównie patronka hodowców. W ofierze składano zwierzęta, a także plony. Podobno ukazywała się mieszkańcom, którzy szukali obrony przed przyjęciem unii brzeskiej. W połowie XVIII w. cerkiew przegrała z naturą. Huragan okazał się silniejszy. Właściciel wsi ufundował nową, lecz doszło do tragedii. Tym razem świątynię strawiły płomienie. Cudowna ikona zmieniła się w popiół. W jej miejsce postawiono małą kapliczkę, którą systematycznie rozbudowano. Tak powstała obecna cerkiew, którą otaczają drzewa stanowiące pomnik przyrody.

Chciał zrobić obiad. Wezwał diabła.

Niepozorne początki

Zakonnicy na ziemie Suwalszczyzny przybyli z Włoch. Jednym z nich był Brat Barnaba, zajmujący się sprawami kuchennymi. Codziennie musiał sporządzać dania, które miały zadowolić gust przeora.  Gdy ten przechodził raz obok kuchni ruszyła lawina niecodziennych wydarzeń.

Nadprzyrodzony pakt

Przeor spytał Barnabę co jutro przygotuje mu na obiad. Ten z racji postu nie miał dużego wyboru. Koniecznością była ryba. Przeor jednak zapragnął siei, której próżno szukać w miejscowym jeziorze. Barnaba potraktował sprawę poważnie. Wieczorem nie mógł spać. Uznał, że chyba tylko diabeł może mu pomóc. Słowa okazały się mieć wielką siłę. Przez okno wskoczył sam lucyfer. Barnaba początkowo przerażony,  podpisał cyrograf. W zamian za duszę diabeł miał mu przynieść świeżą rybę prostą z Włoch. Barnaba dał szatanowi tylko godzinę. W innym razie umowa miała przestać obowiązywać, a dusza zostać przy zakonniku. Diabeł przystał na propozycję. Barnabę ogarnęła niepewność. Płacz zakonnika usłyszał przeor. Zrobiło mu się żal, że za głupią rybę podpisał pakt z diabłem. Pocieszając brata zapewnił go, że Bóg na pewno im pomoże.

Kontratak

Zamyślony przeor zawędrował na wieżę klasztorną. Nie wiedział, że za nim podążał tez anioł stróż Barnaby. Spoglądając na jezioro zauważył unoszącego się nad wodą diabła. W pazurach trzymał obiecaną rybę. Anioł szepnął na ucho przeorowi aby złapał za sznur i zaczął bić w dzwon. Tak też zrobił. Zakonnicy zbiegli się na poranną modlitwę do kaplicy. Odgłos dzwona zdenerwował diabła, który nie mógł już wkroczyć do klasztornych murów. Upuścił rybę do jeziora i od tej pory sieja występuję w Wigrach. Jeśli na wodzie zobaczymy dużą falę, będzie to oznaczać, że to sprawka diabła.

Zgubiła go pazerność. Mógł mieć miłość, dostał śmierć.

Czarna magia

Nad brzegiem Narwi koło Łomży stał niegdyś zamek. Mieszkał w nim król, który poślubił kobietę z odległych krain. Trudy panowania osładzała mu ukochana córka. Umierając pozostawił poddanych w rozpaczy. Królowa, która przejęła rządy okazała się okrutna. Praktykowała też czarną magię. Swoim pracownicom zakazała oglądać się za siebie gdy wracały z zamku. Te, które posłuchały mogły liczyć na pieniądze. Jeśli nie, zamiast monet dostawały żaby i węże.

Zemsta z zazdrości

Na wzgórzu tymczasem stał zamek jej brata. Był on całkowitym przeciwieństwem kobiety. Zazdrosna o szacunek, jakim go obdarzała miejscowa ludność, postanowiła go zabić. Dziki koń miał go rozszarpać na strzępy. Książę został jednak uratowany przez jednego z wieśniaków. Wyleczył go siemieniem. Mieszkańcy żądali ustąpienia czarownicy z tronu. Ta postanowiła wrócić do rodzinnej krainy. Córka jednak była przywiązana do swych poddanych i nie miała zamiaru jechać z królową. Matka ją przeklęła a zamek zapadł się z dziewczyną pod ziemię. Złe moce powodowały, że nikt nie dał rady odwalić kamienia.

Trudny wybór

Królewnę postanowił uwolnić jeden z rycerzy, który daleki był od zuchwałości. Przynajmniej tak było na początku. Dostawszy się do lochów, odnalazł tam śpiącą królewnę i wyniósł ją na zewnątrz. Młoda królewna otworzyła swoje oczy. Rycerz nie miał jednak chęci na amory. Opanował go zły czar. Opętany bogactwami, jakie pozostały w ruinach wrócił do środka. Zamek zapadł się już do końca. Mężczyzna zginął przygnieciony przez konstrukcję. Królewna pogrążyła się w rozpaczy i rozpłynęła się niczym mgła.Do dziś u podnóża góra płyną ponoć jej zły.

Porwania i rozboje. W tle słychać hejnał.

Kilka kilometrów od przejścia granicznego z Litwą. Dalej na Podlasiu nie można już mieszkać. Z pozoru cicha spokojna wieś Becejły mają jednak swój niepowtarzalny urok. Codzienne o godz. 20:00 z wieży kościelnej odgrywany jest hejnał. Nikt nie wie dlaczego, ale tradycja rzecz święta. Stare zwyczaje należy pielęgnować. Nazwę Becejły odnotowano po raz pierwszy w XV w. Z jej powstaniem wiążą się dwie krótkie, lecz ciekawe opowieści.

 

W zamku w pobliskim Jeleniewie mieszkał książę wraz ze swoją córką. Jadąc do kościoła spotkali na swej drodze syna rybaka. Księżniczka zakochała się od pierwszego wejrzenia. Ojciec jednak nie chciał jednak o tym słyszeć. Syn rybaka zdecydował się na desperacki krok. Postanowił uciec z dziewczyną. Książę widząc, że uczucia córki to nie tylko kaprys w końcu wydal zgodę na ślub. W prezencie otrzymali wieś, którą nazwano na cześć nowego pana – Becejły.

 

Druga wersja pochodzenia nazwy wsi posiada kryminalny wydźwięk. Pewien rozbójnik zarabiał na podróżnych… okradając ich. Nie można było zliczyć osób, na których wymusił okup. Z niemieckiego słowo ”bezahlen” znaczy dosłownie ”płacić”. Stąd też prawdopodobnie nazwa wsi.

Zabawa skończyła się tragedią. Znaleziono ciała.

Początki wsi Niewodnica Kościelna, leżącej nieopodal Białegostoku, sięgają połowy XVI w. Wówczas to sędzia ziemski, Maciej Lewickim nadał sobie tytuł dziedzica. Wziął on sobie za żonę księżniczkę Annę Porycką ze Zbaraża, przez co szybko wspinał się w hierarchii społecznej. Jego karierę przerwała śmierć, a majątek  przez ponad pół wieku zarządzany był przez zaradną żonę. To jej dworek zawdzięczał swój rozkwit.

 

Ostatnim jego właścicielem była rodzina Nowickich. Miejscowi oskarżali ich o zawarcie paktu z diabłem. Ze względu na praktykowanie czarnej magii, nikt nie zbliżał się do dworku. Strach brał górę. Po wojnie w budynku dawnego dworku odbywały się zabawy. Miały one tragiczny finał. Wiele osób odebrało sobie życie po skończeniu imprezy. Czy coś ich opętało? Młodzi kończyli powieszeni na sznurku.

 

Dworek szlachecki miał być wielokrotnie remontowany, lecz na planach się kończyło. Dziwnym trafem inwestor szybko bankrutował. Magiczna siła opróżniała jego portfele. Niewytłumaczalne historie mogą mieć związek z pewną historią. Otóż jeden z mieszkańców dworku, jeszcze za czasów rodziny Nowickich, został żywcem zamurowany w piwnicy. Ciała jednak nie odnaleziono. Zapisy parafialne jasno mówią, że w czasie pogrzebu ostatniego właściciela, ludzie ustawiali beczki z płonącą smołą. Twierdzili, że powinien być już w piekle.  Dziwne zjawiska występują tam też obecnie. Ludzie skarzą się na zapach siarki, która to wedle przekazów stanowi zapach demonów.