Featured Video Play Icon

Klaudia z Podlasia szuka męża. Wystąpiła w „Rolniku”.

Chociaż jedne z flagowych programów TVP1 nazywa się „Rolnik szuka żony”, to jest tam również sytuacja odwrotna czyli taka, gdzie to rolniczka szuka męża. Dotyczy również najnowszego sezonu, który będziemy mogli oglądać w tym roku. Ma szansę również wystąpić Klaudia z Podlasia, która zajmuje się uprawą kukurydzy i hodowlą kur. Do tego dziewczyna prowadzi plantację świerków na Boże Narodzenie.

25-latka chciałaby już założyć rodzinę i dlatego zgłosiła się do programu. Od potencjalnego kandydata oczekuje, że wprowadzi się do jej gospodarstwa. Wymagania ma również ojciec Klaudii. Chciałby, by jej przyszły mąż był zaradny i pracowity. Jeżeli chodzi o wizualne wymagania, to mężczyźni, którzy chcieliby poznać rolniczkę powinni być zadbani. Przede wszystkim muszą mieć czyste paznokcie. Klaudia jest prawosławna i wolałaby, żeby jej wybranek również był tego samego wyznania. Jednak ze względu na to, przekreślać nikogo nie będzie.

Nie jest jeszcze przesądzone, czy finalnie dziewczyna w programie wystąpi. Są również inni kandydaci i kandydatki. Ostatecznie każde z nich musi wzbudzić zainteresowanie potencjalnych partnerów. Dlatego ważne jest, by kandydaci wysyłali listy. Mogą to zrobić – kierując je na adres redakcji programu Rolnik szuka żony. Następnie zostaną one przekazane kandydatom. Trzymamy kciuki za Klaudie, by dostała się do programu i promowała nasz region. A jeżeli to się nie uda, to żeby znalazła męża.

Maria Kolendo na pierwszym planie po lewej. Fot. Archiwum Państwowe, ze zbiorów M. Kolendo

Maria Kolendo to wybitna białostocka nauczycielka. Pod jej okiem zdawano matury nawet za okupacji!

Maria Kolendo z domu Wodzyńska, to jedna z najbardziej zasłużonych w dziejach białostockiej oświaty. Ta niezwykła nauczycielka, dokumentalistka, publicystka pozostawiła po sobie tak wiele materiałów, że do dziś służą one do badań naukowych nad historią naszego regionu. Jej wkład w w rozwój oświaty naszego miasta jest również gigantyczny. Podczas okupacji niemieckiej prowadziła tajne nauczanie. Nawet pod jej okiem zdawano wówczas matury!

Długa droga do Białegostoku

Białystok był kolejnym przystankiem w życiu Marii Kolendo. To tu mieszkała najdłużej. Fot. Archiwum Państwowe w Białymstoku, ze zbiorów Marii Kolendo

Kobieta urodziła się 25 stycznia 1894r. w Warszawie. W wieku 22 lat podjęła po raz pierwszy pracę jako nauczycielka. Było to w Szkole Ludowej we wsi Dmochy-Glinki. Następnym przystankiem w jej karierze była Ostrów Mazowiecka, gdzie również uczyła w szkole podstawowej, a później jeszcze gimnazjum. Kolejne lata to aktywne dokształcanie się, rozwijanie i uczenie innych. W Małkini była nauczycielką od 1921 do 1925 roku. Później nastał czas na Białystok, gdzie Maria Kolendo objęła posadę nauczyciela języka polskiego, historii. Była także kierowniczką biblioteki.

W Wilnie zawarła związek małżeński z Władysławem Kolendo, który w Białymstoku był znaną postacią. Podczas zaborów organizował tajne nauczanie, zaś podczas wojny bolszewickiej należał do Obywatelskiego Komitetu Obrony Narodowej. W latach 1931 – 1936 małżeństwo pracowało na kresach – w Brześciu i Pińsku. 1 października 1936 roku objęła posadę nauczyciela w białostockim gimnazjum, a później także stanowisko dyrektorki.

Białystok najbardziej odczuł II wojnę światową, gdy do miasta wkroczyli najpierw Niemcy, a potem Sowieci. Dokładnie 15 września 1939 roku hitlerowskie flagi zawisły w grodzie nad Białą. Dwa dni później na terenie Pałacu Branickich oficjalnie przekazano miasto drugiemu okupantowi, a następnie wspólnie wybrano się do Hotelu Ritz, by zjeść uroczysty obiad. Dla Marii Kolendo i całego środowiska nauczycielskiego było już jasne, że przeorganizowany zostanie system nauczania w mieście. Tak też się stało – najpierw obowiązywać zaczął model sowiecki, a po zerwaniu paktu agresorów, od połowy 1941 roku – system niemiecki. Znaczna część nauczycieli straciła pracę, w tym Maria Kolendo.

Zesłanie do obozu

Dom przy ul. Mazowieckiej 7. Tu podczas okupacji niemieckiej odbywały się matury. Fot. Archiwum Państwowe w Białymstoku, ze zbiorów Marii Kolendo

Będąc pracownikiem urzędu paszportowego zaczęła prywatnie udzielać tajnych lekcji. Później oddolna inicjatywa jej i jej kolegów przerodziła się w podziemny system. W 1943 roku w maju obyły się matury! Miejscem egzaminu był prywatny dom stojący przy ul. Mazowieckiej 7. W 1944 roku ponownie do miasta wkroczyli Sowieci. Trudno powiedzieć czy nauczycielka traktowała ich wówczas jako wyzwolicieli czy też okupanta. Niemniej jednak zgłosiła się do kuratorium, by wrócić na stanowisko nauczyciela. Od września tak też się stało. Kobieta uczyła historii w trzech szkołach. W grudniu 1944 roku została aresztowana i wywieziona do ZSRR. Domniemanym powodem mogła być jej „wywrotowa” przeszłość, czyli organizacja tajnych matur. Komisja, której wówczas przewodziła podlegała znienawidzonej przez Sowietów Armii Krajowej. Przez 9 miesięcy Kolendo przebywała w obozie w Stalinogorsku. Następnie wróciła, została przywrócona do zawodu, a nawet została dyrektorką.

Ostatnią szkołą, gdzie kobieta pracowała było Technikum Mechaniczne, gdzie jako emerytka odeszła w sierpniu 1962 roku. To, co po sobie pozostawiła to przede wszystkim bardzo obszerne materiały dydaktyczne. Ponadto pieczołowicie, w publikacjach naukowych opisywała tajne nauczanie w całym regionie. Skrupulatnie spisywała nie tylko fakty, ale też wspomnienia. Gromadziła zdjęcia, dokumenty, listy.

Featured Video Play Icon

Jego życie jest historią wielkiego męstwa i patriotyzmu. Powstał film o Janie Kamieńskim.

Klewinowo to niewielka wieś pod Białymstokiem, leżąca w gminie Juchnowiec Kościelny. Urodził się tu Jan Kamieński – podpułkownik dyplomowany piechoty Wojska Polskiego, Armii Krajowej, organizacji walczącej o niepodległość Polski po wkroczeniu Armii Czerwonej, żołnierz Narodowej Sił Zbrojnych (konspiracyjnej organizacji wojskowej), a także Cichociemny czyli przeszkolony na zachodzie żołnierz będący w służbach specjalnych konspiracyjnej Armii Krajowej.

W ostatnim czasie Ośrodek Kultury w Gminie Juchnowiec Kościelny zrealizował film dokumentalny o Janie Kamieńskim. Można w nim zobaczyć losy tego wybitnego Podlasianina. Warto dodać, że został on czterokrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych i francuskim Krzyżem Wojennym ze srebrną gwiazdą. Jego historia jest historią wielkiego męstwa i patriotyzmu.

Kamieński był jednym z 316 Cichociemnych. W kwietniu 1944 roku w ramach operacji „Weller 7” został został zrzucony ze spadochronem do okupowanej Polski. Uczestniczył w Powstaniu Warszawskim. W 1946 roku czyli już po wojnie wrócił do Polski z Wielkiej Brytanii. Zamieszkał w Zakopanem. Po kilku miesiącach musiał jednak wyjechać, bo był zagrożony aresztowaniem. Pozostał na emigracji.

Featured Video Play Icon

Ciełuszki to nie tylko Kraina Otwartych Okiennic. Tu żyją przepiękne konie!

Ciełuszki to maleńka wieś obok znanego trio Soce, Trześcianka i Puchły – czyli Krainy Otwartych Okiennic. W tej wsi także nie brakuje pięknych drewnianych ozdób ornamentowych na domach. Niektórzy miejscowość kojarzą także z sektą Eljasza Klimowicza z Grzybowszczyzny. Dawni mieszkańcy Ciełuszek ponoć mieli być zafascynowani tą sektą i tworzyć własny odłam ze świątynią. To jednak już historia. Dziś to spokojna wieś, gdzie czas płynie powoli. Jej kolorytem oprócz pięknych domów jest także hodowla koni Jerzego Kondratiuka.

Pan Jerzy hoduje Konie Sokólskie. Pierwszy z koni, który możemy obejrzeć na powyższym filmie do Rdest. Wspaniały ogier ma 78 procent krwi sokólskiej, jest wysoko punktowany przez specjalistów, szybki i sprawny. Do tego bardzo dostojny! Jest on jednym z trzydziestu zwierząt z hodowli. Nie trzeba być fachowcem, by już na pierwszy rzut oka zauważyć, że ten koń jest naprawdę wysokiej jakości. Szczególnie urocza jest jego blond fryzura.

Jerzy Kondratiuk hoduje konie od 40 lat. Mają one do dyspozycji 60 hektarów gospodarstwa. Sam gospodarz może się poszczycić wieloma pucharami i medalami, które zostały zdobyte przez jego konie. W dalszej części filmu możemy zobaczyć fantastyczną zażyłość Pana Jerzego z końmi. Podchodząc do klaczy mówi „daj buźki” i zwierzę wszystko rozumie, odwzajemniając uczucie! Naprawdę fantastycznie się to ogląda.

Featured Video Play Icon

Białostocki Szlak ks. Sopoćki to propozycja dla tych, którzy odkrywają historię miasta

Być może nie wszyscy wiedzą, że w Białymstoku istnieje szlak pielgrzymkowo-turystyczny „Śladami bł. ks. Michała Sopoćki”. Jego działalność odbiła się dużym echem, zaś sam Białystok jest kojarzony jako miasto „Miłosierdzia”. Okazały kościół przy ul. Radzymińskiej utrwala kult duchownego. Przypomnijmy, że został on beatyfikowany w 2008 roku. To było jedno z ważniejszych wydarzeń w mieście.

Michał Sopoćko urodził się 1 listopada 1888 w Juszewszczyźnie na kresach, zmarł 15 lutego 1975 w Białymstoku. To polski duchowny katolicki, doktor habilitowany teologii, spowiednik świętej Faustyny Kowalskiej, założyciel Zgromadzenia Sióstr Jezusa Miłosiernego. Znany jest głównie z tego, że głosił kult Miłosierdzia Bożego. Gdyby nie on, nie byłoby wspaniałego i bardzo znanego obrazu Jezusa Miłosiernego z charakterystycznym hasłem „Jezu ufam Tobie”. Warto w tym kontekście obejrzeć film o siostrze Faustynie Kowalskiej. W czasie wojny ksiądz Michał Sopoćko pomagał w ratowaniu około stu Żydów, czym naraził się Niemcom i został skazany na rozstrzelanie. Na szczęście do tego nie doszło.

Oprócz wspomnianego kościoła, są jeszcze inne miejsca, które można zwiedzać w Białymstoku. Sama świątynia jest warta odwiedzenia, a także przyległe do niej tereny zielone. Można również przyjść się pomodlić o godz. 15 do Zgromadzenia Sióstr Jezusa Miłosiernego przy ul. Poleskiej. To godzina miłosierdzia. Jako ciekawostkę trzeba tu wspomnieć, że w zgromadzeniu stoi stary zegar, który pamięta czasy błogosławionego. Traf chciał, że zatrzymał się pewnego dnia na godz. 15.00.

Innym miejscem wartym odwiedzenia jest krzyż – wspominający ocalenie miasta. W 1989 roku miała miejsce katastrofa pociągu w Białymstoku. Wywróciła się cysterna z chlorem. Gdyby doszło do rozszczelnienia, to prawdopodobnie większość mieszkańców by tego nie przeżyła. Na szczęście strażacy zrobili robotę perfekcyjnie, zaś do wycieku nie doszło. Przypisuje się to miłosierdziu i orędownictwu błogosławionego ks. Michała Sopoćki. Nawiązuje do tego napis na krzyżu „Jezu ufam Tobie”. Stoi on w miejscu katastrofy.

Wszystkie 3 miejsca są bardzo blisko siebie. Jeżeli komuś za mało będzie kilometrów, to może również przejść się na Warszawską, gdzie znajduje się Archidiecezjalne Wyższe Seminarium Duchowe również mocno związane z osobą błogosławionego księdza Sopoćki.

fot. S. Nicewicz

Tajemnicza postać robi furorę. Mała wieś stała się atrakcją dzięki dziełom lokalnego rolnika – artysty.

Maleńka wieś Knyszewicze na Podlasiu stała się ostatnio lokalną atrakcją turystyczną za sprawą jednego z mieszkańców. Ludzie zatrzymują się pod jego domem, by zrobić sobie zdjęcie. Nawet skusili się na to żołnierze stacjonujący nieopodal.

fot. S. Nicewicz

Knyszewicze leżą nieopodal Sokółki, Krynek, a także ostatnio głośnego za sprawą kryzysu na granicy – Usnarza. Mimo, że pojawili się żołnierze w okolicy, to czas nadal płynie powoli. Jeden z mieszkańców – Stanisław Nicewicz raz po raz urozmaica innym wiejskie życie. Ostatnia jego atrakcja to betonowa, tajemnicza postać trzymająca lampion. Powstała jesienią 2020 roku. Jednak rozgłos zyskuje powoli – za sprawą poczty pantoflowej. Oprócz jej, na zewnętrznej ścianie domu Stanisława Nicewicza znajdują się wyjątkowe obrazy jego autorstwa. Całość tworzy wyjątkowy klimat. Latem postać miała na sobie dodatkową pelerynę, na której było napisane „Nie musiałbym opanowywać swojego gniewu, gdyby ludzie opanowali swoją głupotę”. Daje do myślenia prawda? Mimo, że postać wygląda dosyć poważnie, to wzbudza ogólną wesołość. Nawet ostatnio przejeżdżający żołnierze postanowili zrobić jej pamiątkowe zdjęcie. Nie brakuje też chętnych na selfie.

Stanisław Nicewicz to człowiek wielu talentów. Jak widać potrafi nie tylko malować świetne obrazy, rzeźbić wielkie betonowe postacie, ale też zajmuje się hodowlą kóz i pszczół. Co ciekawe jest z zawodu… informatykiem. Swoim znajomym na Facebooku regularnie serwuje bardzo trafne prognozy pogody… z własnej stacji meteo!

fot. S. Nicewicz

Warto też wspomnieć o samych Knyszewiczach. Na wzniesieniu nieopodal wsi zachował się XVIII-wieczny, kuty w kamieniu krzyż nagrobny. Jest to rudyment cmentarza cholerycznego. Ze względu na swoje nietypowe kształty jest on określany mianem baby kamiennej. W Knyszewiczach i w sąsiednich Harkawiczach znajdują się cmentarzyska ze stelami, dzięki odnalezionym monetom – szelągom Jana Kazimierza – datowane na XVII wiek. W obu wsiach archeolodzy odkryli po dziesięć szkieletów, głównie dzieci. Z tego względu, we wsi prowadzono projekt badawczy – „Mogiłki pogranicza”.

Featured Video Play Icon

Oto Biebrzańska Wiedźma. Wyjątkowy film pokazuje, jak jej się żyje w dziczy.

Na kanale „Cząstka Podlasia” pojawił się pierwszy film z serii „Wschodnie opowieści”. Bohaterką odcinka jest Agnieszka Zach, zielarka, przewodniczka, nurek i mama czwórki dzieci. Znana szerzej jako Biebrzańska Wiedźma. Jak jej się żyje w dziczy Biebrzańskiego Parku Narodowego? Dlaczego jest wiedźmą? Ten film polecamy przede wszystkim ludziom mieszkającym w miastach, gdyż ważne jest w nim także spojrzenie na naturę. Podlaskie krajobrazy są tłem wszystkich opowieści.

Agnieszka Zach na początku filmu porównuje życie w naturze do oddychania. I trzeba przyznać jej rację. Z perspektywy miasta – na przykład Białegostoku ta natura gdzieś nam umyka. Nie tylko dlatego, że jej nie widzimy z betonowych ulic, ale tez nie słyszymy i nie czujemy. Co innego na wsi. Tam odbieramy ją wszystkimi zmysłami. Ważne jej także na to co ludzie myślą, gdy słyszą „wiedźma”. Kojarzy się negatywnie, a tak być nie powinno. Wiedźma to osoba wiedząca, która swoją wiedzę używa do pomocy innym. Dlatego określenie Biebrzańska Wiedźma nie jest dla Agnieszki Zach obraźliwe.

Warto obejrzeć ten film także dlatego, by zrozumieć czym jest Biebrzański Park Narodowy. Z perspektywy turysty być może są to poszczególne interesujące elementy: łosie, kładki, rośliny i rzeka. Tymczasem jest to cały ekosystem, w którym człowiek musi się poddać jego surowym zasadom. Można to sobie uświadomić czując klimat „Wschodnich Opowieści”.

 

 

Featured Video Play Icon

Czy Zenek nadal jest na topie? Oto jego najnowszy hit. Białystok w tle.

Piękna kobieta, wytworna restauracja, morze, luksusowy jacht, a we wszystko to wplątane kadry z Białegostoku. Oto nowa piosenka zespołu Akcent – Classy Girl. Czy przypadnie fanom Zenka do gustu? Twórca takich hitów jak Oczy zielone, Prawdziwa miłość to Ty, Szczęśliwa gwiazda i wielu wielu innych nie spoczywa na laurach. Ostatni dzień 2021 roku był dniem premiery jego najnowszej piosenki.

Warto przyjrzeć się ciekawym szczegółom teledysku. Wprawne oko rozpozna Białystok. Niestety aura podczas kręcenia zdjęć w stolicy Podlasia nie dopisała, stąd też obrazki te raczej nie zachwycą. Ujęcia z restauracji również były nagrywane w Białymstoku. Jest coś jeszcze. Widać wyraźnie, że Zenon Martyniuk już młodzieńcem nie jest. Piosenkarz nie boi się pokazać pierwszych siwych włosów czy zmarszczek. Do tego bohaterką z teledysku jest dojrzała, piękna kobieta. Gdyby zamiast niej wystąpiła jakaś 20-letnia modelka to efekt byłby komiczny. Przekaz jest jasny: piosenka i teledysk kierowane są raczej do rówieśników wokalisty, a nie młodych fanów. Dlatego na całość należy patrzeć w innych kategoriach. Oto nowość, która pokazuje, że Akcent nadal tworzy, mimo że mógłby w kółko grać swoje hity.

I z tego trzeba się cieszyć. Mamy 2022 rok, a Zenek to nadal Zenek. Skromny piosenkarz, któremu sodówa nie uderzyła do głowy, choć mogła wiele razy. Ostatnie lata dla Zespołu Akcent były złote. Wszystko wskazuje na to, że to wszystko jeszcze potrwa. Miło, że wokalista pokazuje Białystok – nawet jeżeli w sposób mało zachwycający. Przypominanie o naszym mieście w teledyskach powoduje, że wiele osób chce tu przyjechać. Dlatego też Zenkowi życzymy wszystkiego dobrego i dziękujemy za to, że od Podlasia się nie odcina.

fot. Facebook BKKN / Białostocka ekipa na wyjeździe we Wrocławiu

Białostocki Klub Kibiców Niepełnosprawnych to dobrze zorganizowana ekipa! Jest bliska wygranej w prestiżowym konkursie.

Chociaż wszyscy są niepełnosprawni, to łączy ich zupełnie coś innego – pasja. Dzięki niej i dzięki wzajemnej obecności są dla siebie niewyobrażalnym wsparciem. Pretekstem do wyjścia z domu i wspólnego spotkania jest dla nich mecz Jagiellonii Białystok i reprezentacji Polski. To na stadionie nawiązali przyjaźnie, poznali nowych ludzi, a co najważniejsze dla nich – nauczyli się funkcjonować w społeczeństwie. Mowa tu o Białostockim Klubu Kibiców Niepełnosprawnych.

Warto dodać, że to nie jest to napisane na wyrost. Oni, mimo różnych niepełnosprawności, są świetnie zorganizowani i bardzo aktywni! Skrzykują się, jadą razem setki kilometrów na wyjazdowe mecze Jagiellonii i mecze reprezentacji Polski. Aktywnie kibicują również w Białymstoku na meczach u siebie. Nie brakuje ich również na meczach białostockich drużyn futsalowych czy rugby. Jak sami określają – kibicowanie daje im wolność. Są też dla siebie doskonałą grupą wsparcia, bo mierzą się z podobnymi problemami.

Białostocki Klub Kibiców Niepełnosprawnych na swoim koncie ma zorganizowane 15 wyjazdów na mecze Jagiellonii i reprezentacji. Łącznie pojechało na nie kilkadziesiąt osób. Oprócz oglądania widowiska sportowego grupa zwiedza także miasta, które odwiedza. Gdy jacyś niepełnosprawni kibice przyjeżdżają z Polski na Podlasie, to także zostają przez BKKN odpowiednio ugoszczeni.

Swoją aktywnością uświadomili wielu ludziom i instytucjom, że jakiekolwiek wydarzenie sportowe czy kulturalne musi uwzględniać osoby niepełnosprawne. Teraz startują w konkursie Podlaska Marka Konsumentów i są na dobrej drodze do wygranej. Wy także możecie zagłosować na nich. Wystarczy podać organizatorowi (Urząd Marszałkowski Województwa Podlaskiego) swój numer telefonu i pobrać kod sms. Następnie wpisać ten kod i potwierdzić. To wszystko!

Podlaska Marka to jeden z najstarszych i najbardziej prestiżowych plebiscytów odbywających się na terenie regionu, organizowany nieprzerwanie od 14 lat przez Marszałka Województwa Podlaskiego i niezmiennie cieszący się dużym zainteresowaniem regionalnych producentów i konsumentów. W ciągu ostatniej dekady w konkursie rywalizowało łącznie kilkaset produktów, które do dzisiaj, dzięki obecności na rynku i swojej doskonałej jakości, przyczyniają się do promocji Podlaskiego w kraju i poza granicami Polski. Wśród laureatów znajdują się zarówno produkty dużych podlaskich przedsiębiorstw, takich jak np.: Mlekovita, Polmos, Pronar, ale również drobnych producentów, kultywujących tradycje dziedzictwa kulturowego regionu.

Otrzymanie tytułu Podlaskiej Marki Roku nie wynika z wysokości sprzedaży, czy z liczby zatrudnionych pracowników, ale z wysokiej jakości i unikatowych walorów wytwarzanych produktów. Podlaska Marka przyznawana jest więc najciekawszym inicjatywom, najpiękniejszym miejscom oraz najlepszym produktom, których wspólnym mianownikiem jest obszar ich realizacji – województwo podlaskie.

Cezary Kulesza został prezesem PZPN. Białostoczanin to były piłkarz i prezes Jagiellonii.

Cezary Kulesza, białostocki przedsiębiorca, były prezes Jagiellonii Białystok oraz były piłkarz został prezesem PZPN – najważniejszej organizacji piłki nożnej w Polsce zastępując na tym stanowisku Zbigniewa Bońka. Będzie on odpowiadać między innymi za sukcesy reprezentacji Polski. To w jego gestii będzie decyzja kto ma być selekcjonerem. Oprócz tego prezes PZPN zajmuje się też organizacją szkolenia dzieci i młodzieży oraz organizacją rozgrywek piłkarskich w Polsce. Dyscyplina jaką jest piłka nożna wzbudza wiele emocji w naszym kraju toteż stanowisko prezesa organizacji jaką jest PZPN cieszy się dużo większą popularnością niż stanowiska prezesa innych związków sportowych.

Nowy prezes – Cezary Kulesza ma 59 lat, urodził się w Białymstoku. Przez ostatnie lata zarządzał Jagiellonią Białystok. To jemu zawdzięczamy sukcesy drużyny z ostatnich lat. Zdobycie dwóch wicemistrzostw Polski, Pucharu Polski, Super Pucharu Polski. Kibice głęboko w pamięci mają też występy swojej drużyny w europejskich rozgrywkach. Mecz z portugalskim Rio Ave zakończony rezultatem 4:4 przeszedł do historii. Białostocka drużyna wyeliminowała swego rywala z dalszych rozgrywek.

Jako przedsiębiorca Kulesza znany jest jako twórca firmy Green Star, która w latach 90. ubiegłego wieku święciła pierwsze sukcesy wydając kasety i płyty z muzyką disco polo. Do dziś na rynku muzycznym wielkie kariery robią zespoły Boys czy Akcent.

Nowemu prezesowi PZPN – Cezaremu Kuleszy serdecznie gratulujemy i życzymy sukcesów na nowym stanowisku. Liczymy na to, że będzie swoim działaniem przynosił dumę Białemustokowi i promował nasze miasto poprzez piłkę nożną.

Featured Video Play Icon

Jedni fotografują, a on Podlasie maluje. Jak wygląda praca Daniela Gromackiego?

Autorzy słynnego hitu „Cząstka Podlasia” po udanej serii krótkich filmów pokazujących siebie przy pracy, teraz postanowili pokazać innych. Nowa seria „Wschodnie opowieści” to dalsza podróż przez podlaskie krajobrazy. Tym razem oczami innych ludzi związanych z naszym regionem. W filmach poznamy ich historię oraz odnajdują siłę i chęć tworzenia w otaczającej przyrodzie.

Bohaterem filmu pierwszego filmu z serii, pt. „Portretując Podlasie” jest Daniel Gromacki, malarz z Hajnówki, który w swoich dziełach ukazuje piękno Puszczy Białowieskiej, a także jej okolic. Autorzy filmu razem z nim doświadczają przedzierania się przez zaśnieżoną puszczę, by stworzyć obraz w warunkach naturalnych, a przy okazji poznają filozofię twórczą artysty. Film obfituje w przepiękne kadry i muzykę. Wszystko w połączeniu z opowieścią Daniela Gromackiego sprawia, że każdy kto obejrzy powyższy film, zaraz nabierze ochoty na zobaczenie Puszczy swoimi oczami.

– Ja na tych podlaskich obrazach, staram się pokazać starą wioskę, która ucieka, przemija, która już nie wróci – tłumaczy w filmie autor obrazów. Dlatego można stwierdzić, że jego obrazy są naprawdę unikalne, a za kilka lub kilkanaście lat – pokazywać będą miejsca, których już nie będzie. Obejrzyjcie sami film. My natomiast czekamy z niecierpliwością na kolejne „Wschodnie opowieści”.

Featured Video Play Icon

Białostocki zespół Imperium odnowił swoje hity

Złote lata 90. w Polsce to także rozkwit disco polo. Wtedy oglądaliśmy w Polsacie takie programy jak Disco Relax w niedzielę rano czy Disco Polo Live w sobotę wieczorem. Występowała tam cała plejada zespołów, z czego bardzo dużo z Podlasia. To właśnie wtedy Polska odkryła Zespół Akcent, Boys (z Ełku), Milano, Bayer Full, czy Imperium. Późniejsze czasy sprawiły jednak, że muzyka ta ludziom nieco „zbrzydła”, zaczęto ją nawet krytykować, że jest bardzo prosta, a wręcz prostacka. Nigdy nie miała wstępu do dużych rozgłośni radiowych. Tym samym krytykom i tym samym rozgłośniom nie przeszkadzały jednak zagraniczne proste piosenki.

Po latach Polacy na szczęście wyleczyli się z kompleksu na punkcie disco polo. Nowa fala młodych wykonawców, a także nowoczesne brzmienia spowodowały, że ludzie na nowo pokochali disco polo. Teraz nie tylko słyszymy je na weselach, ale też często na grillach czy innych zwykłych imprezach. Przestano bać się puszczać muzykę na imprezach sportowych. Choćby po jednej z nich wielkim hitem stał się kawałek Weekendu – Ona tańczy dla mnie, zaś sejneński wokalista z drugiej ligi disco polo wskoczył do ekstraklasy. A tam ciągle niezatapialni Boysi, czy Akcent, którzy nie tylko koncertowali, ale pojawiali się często w TVP i Polsacie.

Były też jednak i takie zespołu, które nieco odeszły w zapomnienie, a dziś przypominane są ich klasyki w telewizji Polo TV. Wspomniane wcześniej Milano czy Bayer Full, ale też Imperium. Ci ostatni próbowali „wrócić” w 2013 roku. Niestety, to co zaprezentowali było kompletną klapą. Pomijając treść piosenki, taki teledysk nawet w odległym już 2013 roku to było coś, czego nikt już nie robił.

Na szczęście później już było tylko lepiej. Kolejne klipy zespołu były profesjonalne, a zatem odbiór piosenek dużo lepszy.

W kolejnych latach Imperium wróciło do swoich największych hitów. Postanowili nagrać je od nowa. Fani do tej pory mogli się zadowolić jedynie tym, co nagrano w latach 90. A wtedy jakość wideo była dużo gorsza niż obecne możliwości. Jakość dźwięku też nie powalała. Dlatego też – można powiedzieć, że dawne hity dostały drugie życie.

Ostatnie nagranie zespołu pochodzi ze stycznia 2020 roku. To Imperium – Nie ma nas. Możemy tam zobaczyć centrum Białegostoku, ale trochę z innej strony. Muzyka dalej trzyma poziom, a my trzymamy kciuki za dalsze sukcesy białostoczan.

Edward Georg Schulz (w centrum) wraz z żoną Katarzyną i resztą rodziny, 1895. Fot. z archiwum B. Szulc-Olech

Mógł być pastorem jak ojciec, dziadek i pradziadek. Prawosławny Niemiec związał się z Podlasiem.

Przemierzając podlaskie miasta i wioseczki bardzo często można natrafić na rzeczy związane z religią. Na przykład przydrożne krzyże. Warto jednak zwrócić uwagę również na kapliczki. Szczególnie piękne są te – będące pamiątkami rodowymi. Jedną z takich ciekawych, jest pamiątka po Schulzach w Pawlinowie niedaleko Bielska Podlaskiego. Prawosławna kapliczka została ufundowana przez Edwarda Georga Schulza (1839 – 1898). Był to bałtycki Niemiec, syn ewangelickiego pastora. Cóż robił na prawosławnych ziemiach? Tu zaczyna się fascynująca opowieść o tym – jak wielokulturowe było (i chyba nadal jest) nasze Podlasie.

Fragment dworu w Pawlinowie, przed 1914. Fot. z archiwum Bogumiły Szulc-Olech / źródło: Kaplica Schulzów w Pawlinowie: zarys problematyki prawosławnych grobowców rodowych na Podlasiu, W. Konończuk

Pochówek w kaplicach rodowych znany jest od starożytności. W Polsce popularne stało się to w XVIII wieku. Zamożni w ten sposób upamiętniali bliskich, którzy odeszli. Chociaż na na Podlasiu jest wiele takich kaplic, to w tym tekście skupimy się a Schulzach, ze względu na ciekawą historię. Sama kaplica znajduje się w gminie Orla. Niewielki budyneczek położony jest w lesie niedaleko dawnego dworu Schulzów.

Edward Georg Schulz był nadleśniczym Leśnictwa Bielskiego. Odpowiadał za dobrostan Puszczy Białowieskiej. Urodził się w 1839 roku w Szawlach (dziś Litwa) w rodzinie niemieckiego pastora wyznania luterańskiego. Swoją drogą jego dziadek i pradziadek również byli pastorami. Dlatego za ciekawostkę można uznać fakt, że Edward ukończył studia w Instytucie Leśniczym w Petersburgu i został potem leśniczym w podbielskich Hołodach, gdzie pracował już do samej emerytury. W 1874 roku Schulz kupił folwark Kruhłe-Pawlinowo od Weroniki Zawadzkiej. Łącznie 340 hektarów terenu. Pośrodku majątku znajdowało się siedlisko z pięknym ogrodem i gospodarstwem. W 1888 roku Schulz rozbudował swój dom po tym jak przez Puszczę Białowieską przeszła ogromna wichura, która połamała tysiące drzew. Drewna nie brakowało. Dwór po rozbudowie wyglądał jak mieszanka polskiego dworu i rosyjskiego domu ziemiańskiego. Były też stawy i park przechodzący w las.

Schulz na co dzień posługiwał się językami rosyjskim i niemieckim. Za żonę wziął sobie Katarzynę z Schoneberów, która to była prawosławną Niemką. Sam też przekonwertował się na prawosławie. Ich ślub odbył się w cerkwi. Zakup folwarku przez Schulza to był początek. Następnie na swoich ziemiach utworzył także cmentarz rodzinny. Pierwszym pochowanym tam został jego brat Konrad. Niedługo potem Schulzowie pochować musieli swoje dzieci – synów Pawła i Hermana. Do nich dołączyła jeszcze córka kuzynów – Ksenia Szymanowska. Kaplica powstała przypuszczalnie w latach 80. XIX wieku. Warto też dodać, że Edward Schulz miał jedenaścioro dzieci! Siedmioro dożyło starości. Osiedli oni w Moskwie, Petersburgu, ale też niektórzy spędzali czas w Pawlinowie. Stąd też pochowane są tam nie tylko dzieci Schulzów, ale także wnuki. Sam Edward został pochowany w 1898 roku.

W budowie kaplicy widać wyraźnie cerkiewno-bizantyjski styl eklektyczny. Ma to związek z wpływami Imperium Rosyjskiego, które jak wiemy z historii było jednym z trzech zaborców Polski w omawianym okresie. Pierwotnie kaplica i cmentarz były ogrodzone murem z żółtej cegły – jak kaplica. Jednak w czasie wojny został on rozebrany. Dziś żeby zobaczyć kaplicę trzeba się postarać, bo jest ona ukryta w lesie. Dlatego odrobina cierpliwości przy szukaniu nie zaszkodzi. Nie mniej jednak warto ją zobaczyć na własne oczy.

źródło: Kaplica Schulzów w Pawlinowie: zarys problematyki prawosławnych grobowców rodowych na Podlasiu, W. Konończuk

fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Tatarski bohater narodowy odzyskiwał Polsce niepodległość. Podlaskie o nim nie pamięta.

Bohater narodowy Tatarów, urodzony na pograniczu polsko-litewskim, mieszkał z matką w Suwałkach i Sejnach. W dorosłym życiu pracował w między innymi Suwałkach. W 1892 roku poznał Józefa Piłsudskiego i tak razem z nim przez kolejne dekady parł do odzyskania przez Polskę niepodległości. Mowa o Aleksandrze Sulkiewiczu, który pochowany jest na warszawskich Powązkach, który nie tylko walczył o to by wyrwać nasz kraj z rąk zaborców, ale te walki organizował! W naszym regionie kompletnie zapomniany. W Suwałkach czy Sejnach nie ma nawet swojej ulicy.

Aleksander Sulkiewicz / fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Mówili na niego Michał, Czarny albo Tatar. Wszystko za sprawą pochodzenia. Iskander Mirza Duzman Beg Sulkiewicz urodził się w patriotycznej, tatarskiej rodzinie. Jego ojciec był rotmistrzem Armii Imperium Rosyjskiego. W dzieciństwie uczył się w tureckim Konstantynopolu. Później, gdy zmarł jego ojciec – przyjechał do Suwałk i Sejn. Wspólnie działał z Józefem Piłsudskim w Polskiej Partii Socjalistycznej. Aczkolwiek trzeba tu podkreślić, że ich działanie nie było tym samym czym działanie dzisiejszych partii typu PiS, PO czy Lewica. Polska była bowiem pod zaborami Niemiec, Rosji i Austrii. Dlatego głównym punktem programu było odzyskanie przez nasz kraj upragnionej niepodległości. Zaś zjazd założycielski miał miejsce… w lesie.

Piłsudski zawdzięcza także Sulkiewiczowi wolność. Gdyby nie ucieczka przyszłego naczelnika Polski z petersburskiego szpitala, to kto wie jakby potoczyły się losy Rzeczpospolitej. A tak, po latach prowadzonego terroru na zaborcy, Piłsudski, Sulkiewicz i reszta doczekali się upragnionej szansy. W 1914 roku wybuchła I wojna światowa. Działacze PPS uformowali ze swoich bojówek wojsko i ruszyli, by odzyskać krajowi miejsce na mapie. Niestety „towarzysz Michał” upragnionej wolnej Polski nie doczekał. Zginął 18 września 1916 roku na polu bitwy pod Sitowiczami (dzisiaj Ukraina). Prochy Sulkiewicza sprowadzono w listopadzie 1935 roku do Warszawy i złożono na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach.

Na Aleksandra Sulkiewicza olbrzymi wpływ miała postawa jego rodziny wobec wydarzeń związanych z losami Rzeczypospolitej. Tatarzy od wieków służyli Polsce i nigdy nie szczędzili wysiłków w jej obronie — uważając ją za swoją Ojczyznę. Stąd dziś między innymi tatarska wioski na Podlasiu – Kruszyniany czy Bohoniki. Walka tatarów u boku Jana III Sobieskiego to jedno, ale przykładów zbrojnego wsparcia dla Polski jest więcej. W czasie konfederacji barskiej pułkownik Józef Bielak pradziadek Sulkiewicza zebrał ok. 400 Tatarów i oddał się pod rozkazy dowódców polskich. Polscy muzułmanie brali także udział w powstaniu kościuszkowskim. W walkach wyróżnili się m.in. Józef Bielak, pułkownik Jakub Azulewicz, pułkownik Mustafa Achmatowicz.

Patriotyzm i miłość do Polski silnie zakorzenione były w domu rodzinnym Sulkiewicza. Brat matki Aleksander Stefan Kryczyński, który obok wielu Tatarów, brał czynny udział w powstaniu 1863 roku został skazany na śmierć, a w wyniku amnestii zesłany na Syberię. Szczególny wpływ na swego syna i jednego z ojców polskiej niepodległości miała matka, która oprócz wychowania religijnego szczególną uwagę poświęcała także wychowaniu patriotycznemu. Za swój obowiązek uważała wychowanie syna w tradycji narodowej. Trzeba powiedzieć, że jest się to udało bezbłędnie. W pamięci potomnych Sulkiewicz zawsze pozostanie jako cichy i skromny bohater, który w nielegalnej pracy rewolucyjnej obrał sobie najtrudniejszy, najmniej efektowny, ale najbardziej odpowiedzialny dział pracy. Każdy, kto się z nim stykał, zachował jak najlepsze o nim wspomnienie. Nikt mu w PPS nie dorównał jako konspiratorowi.

Szkoda tylko, że wspaniałego życiorysu nie dostrzeżono za bardzo w naszym regionie. Ani w Białymstoku, ani Suwałkach, ani Sejnach, ani nawet w związanej mocno z Tatarami Sokółce – nie ma choćby ulicy Iskandera Mirzy Duzmana Bega Sulkiewicza (lub po prostu Aleksandra Sulkiewicza). Póki co tylko Tatarzy pamiętali o swoim bohaterze. Muzułmański Związek Religijny w RP w setną rocznicę śmierci Sulkiewicza zorganizował uroczystości. Było to w 2016 roku. O dzielnym działaczu niepodległościowym można także się dowiedzieć odwiedzając Bohoniki czy Kruszyniany.

fot. areekw / Wikipedia

Krzysztof Krawczyk mieszkał w Białymstoku jako dziecko. Czy powinien zostać patronem ulicy?

Kochany przez Polaków Krzysztof Krawczyk odszedł w wieku 74 lat. Chociaż pochodził z Katowic, to w 1947 roku – będąc rocznym dzieckiem – mieszkał w Białymstoku, gdzie pracowali jego rodzice. Wybitny wokalista pochodził z rodziny artystów. Jego rodzice byli aktorami oraz śpiewakami operowymi. W dzieciństwie Krawczykowie wielokrotnie się przeprowadzali. Na dzisiejszą stolicę Podlaskiego padło, gdy ojciec muzyka podjął pracę w teatrze. W kolejnych latach przyszły wokalista oraz kompozytor dzieciństwo i młodość spędził w Poznaniu, a następnie w Łodzi, gdzie ukończył Średnią Szkołę Muzyczną, w której nauczył się śpiewu.

Krzysztof Krawczyk nie tylko był wielbiony przez Polaków w czasach PRL, ale także w XXI wieku przez młodzież. Jego koncerty na Juwenaliach – także w Białymstoku gromadziły gigantyczną publiczność. Warto podkreślić, że już wtedy artysta mimo kiepskiej kondycji – zdecydował się wystąpić. Na scenę wchodził z pomocą, zaś piosenki śpiewał siedząc. Mimo to porwał tłumy, bo taki właśnie był.

I chociaż w Białymstoku mieszkał jako roczne dziecko, to warto się zastanowić czy nie powinien zostać patronem jednej z ulic w mieście. Jak wiadomo patronami ulic u nas jest mnóstwo osób, które nic z miastem wspólnego nie miały, więc dla odmiany – można uhonorować kogoś, kto chociaż tu kiedyś mieszkał. Na pewno nie jest to kontrowersyjna postać, która komuś by wadziła. Nie jedna osoba chciałaby mieszkać przy ul. Krzysztofa Krawczyka.

 

kadr z filmu Podlaskie Muzeum Kultury Ludowej i Goście - "Podlaska Konopielka"

Stanisław Derehajło stał się memem. Wicemarszałek w internecie to „Janusz Alfa”.

Wiele osób z Polski w ostatnim czasie za sprawą memów odkryło długoletniego samorządowca z Bociek, obecnego wicemarszałka województwa podlaskiego – Stanisława Derehajłę. Skąd ta popularność? Przyszła razem z awansem. Sam zainteresowany co raz „dokłada do pieca” kolejnym zdjęciami.

W ostatnim czasie także zaśpiewał – wielkanocną „Podlaską Konopielkę”. Talent wokalny to nie przypadek. Stanisław Derehajło wstąpił do zespołu folklorystycznego „Podlaskie Kukułki” w Bielsku Podlaskim oraz przez 20 lat kierował zespołem „Klekociaki” z Bociek. Wicemarszałek w „Podlaskiej Konopielce” zaśpiewał z innymi samorządowcami – dyrektorami ośrodków kultury z Suraża, Moniek, Narewki, Knyszyna, Dąbrowy Białostockiej i Michałowa. Do tego wystąpili też pracownicy Podlaskiego Muzeum Kultury Ludowej oraz Urzędu Marszałkowskiego.

 

Z takiej działalności polityk jest znany jedynie lokalnie i to nie wszystkim. W kraju Derehajło jest znany z memów jako „Janusz Alfa”, aczkolwiek ostatnio postać z memów różni się od tej w rzeczywistości po zmianie image. Wąsik został zastąpiony brodą. Jak to się stało, że wicemarszałek został „Januszem Alfa”? Odpowiedź w iście internetowym stylu.

Po tekstach, jakie internauci umieszczają na zdjęciach – wywnioskować można iż dawny wizerunek Stanisława Derehajły kojarzy się ludziom z prywaciarzem-cwaniakiem, co 20 lat dokłada do interesu, ale też typowym ojcem. Natomiast wskazanie „Alfa” – oczywiście nadaje mu cechy przywódcze. Miejmy nadzieję, że pan Stanisław ma do siebie dystans, co jest wskazane na stanowisku jakie zajmuje. Przypomnijmy tylko jak pewnego dnia, mimowolnie jeden z elbląskich policjantów stał się memem. Z publikacji o nim można było się dowiedzieć, że tego typu popularność zniósł bardzo ciężko. Jako, że w internecie nic nie ginie, to na pewno potrzebne jest poczucie humoru. Poniżej „inwencja twórcza internautów” zaczerpnięta z Wykop.pl.

Featured Video Play Icon

Tych Panów przedstawiać nie trzeba. Zobaczcie jak oni śpiewają!

Może trochę przesadziliśmy ze stwierdzeniem „śpiewają”, ale jakieś dźwięki z siebie wydają. Aktorzy Białostockiego Teatru Lalek – Ryszard Doliński, Andrzej Beya-Zaborski i Krzysztof Dzierma wystąpili w piosence „Naturszczycy”, która pochodzi ze spektaklu „Krótki kurs piosenki aktorskiej” – Wojciecha Szelachowskiego. Samo wystąpienie przed kamerami wyreżyserował natomiast Maciej Szelachowski.

Panowie znani są z niezapomnianej trylogii „U Pana Boga…” Jacka Bromskiego, gdzie wcielili się w rolę zacnych mieszkańców Królowego Mostu – proboszcza (Dzierma), komendanta (Beya-Zaborski) i przedsiębiorcy (Doliński). Warto jednak dodać, że wszyscy trzej mają na koncie bardzo wiele udanych występów teatralnych. Choćby Ryszard Doliński w kultowym Texas Jim, Beya-Zaborski w Szwejku. Krzysztof Dzierma to natomiast kompozytor. Jest twórcą muzyki do ponad spektakli teatralnych w całej Polsce. Dlatego też jego występ w „Krótkim kursie piosenki aktorskiej” to unikat, gdyż wcześniej widzieliśmy go właśnie tylko w filmach Bromskiego.

Spektakl „Krótki kurs piosenki aktorskiej” miał swoją premierę w 2015 roku.

Featured Video Play Icon

Szukasz całkowitej wolności? Ona znalazła ją na Podlasiu.

Ma bardzo wyjątkowe umiejętności, zwiedziła pół świata i przy swoich możliwościach mogłaby mieszkać wszędzie, ale mieszka na Podlasiu. A to zawodniczka światowej klasy! Perfekcyjnie jeździ konno i jednocześnie strzela z łuku. Coś, co dawniej potrafili waleczni Tatarzy, dziś jest domeną Anny Sokólskiej. Swoją osobą postanowiła zaszczycić kampanię Podlaskie zasilane naturą.

Przepiękne widoki rozpoczynają osobistą opowieść Anny Sokólskiej, która opowiada widzom w filmie dlaczego wybrała Podlasie. Zawodniczka nie wyobraża sobie życia gdzieś indziej. Tu jest jej dom oraz tu ma swoje konie. Wstaje około 5-6 rano i rozpoczyna trening łucznictwa konnego. Nie idzie to na marne, gdyż regularnie zdobywa medale. Warto zwrócić uwagę na końcówkę filmu, gdzie w domyśle pada pytanie co Anna Sokólska straciła zostając na Podlasiu. Odpowiedź jest zaskakująca – nic nie straciła, a zyskała całkowitą wolność. I niech to będzie przesłanie dla wszystkich tych, którzy chcą na Podlasie przyjechać i tu zostać.

Bo ten film lokalsów przekonywać nie musi. On przekonuje bez wątpienia wszystkich tych, którzy nie mogą odnaleźć się w ogromnej Warszawie czy Górnośląskim Okręgu Przemysłowym. Mamy dla Was wiadomość: Spróbujcie na Podlasiu, a nigdy nie będziecie chcieli mieszkać gdzie indziej.

 

Featured Video Play Icon

Historie Podlaskie. Taduesz Piecychna nie mógł studiować, więc został młynarzem.

Taduesz Piecychna życie poświęcił pracy młynarza jak ojciec. W młodości złożył podanie na studia, lecz zostało ono odrzucone. W komunizmie syn młynarza był wrogiem klasowym, co zgodnie z teorią marksizmu był on oponentem proletariatu – czyli ludzi pozbawionych środków produkcji. I tak przez absurdalny system w państwie, w małej wioseczce Łoknica niedaleko Orli Pan Tadeusz poświęcił się produkcji mąki. W 2015 roku mężczyzna zmarł i został pochowany.

Po Panu Tadeuszu pozostała barwny dokument Ireneusza Prokopiuka. Opowiada on o dzieciństwie, losach życiowych oraz warunkach pracy młynarza, przez którą zmagał się z chorobą zawodową – astmą. Dokument powstał w 2011 roku w ramach Projektu „Historie Podlaskie”. To cykl krótkich filmów dokumentujących ginące zwyczaje życia podlaskich wsi. Projekt oparty jest na dwóch filarach duchowości i codzienności. Chodzi przede wszystkim o ocalenie od zapomnienia obyczajów i obrzędów praktykowanych coraz rzadziej.

Łoknica to malownicza wieś niedaleko popularnej Orli i Bielska Podlaskiego. Siedlisko z młynem nad samą rzeką jest na sprzedaż. Aczkolwiek ten, kto w przyszłości być może je odkupi raczej młyna uruchamiać już nie będzie. Dawne tradycje zanikają. Ludzie wolą kupować pieczywo w sklepie aniżeli samodzielnie je wypiekać – nawet na wsiach, gdzie w niejednym domu jest jeszcze piec kaflowy. Stąd też zapotrzebowania na lokalnego młynarza już niestety nie ma.

Michaił Kaufman

Bracia Kaufman – wybitni, światowi filmowcy z Białegostoku. W rodzimym mieście zapomniani.

1896 rok w Białymstoku to okres wielkiego boomu gospodarczego. Miasto leżące na granicy Imperium Rosyjskiego oraz zależnego od niego Królestwa Polskiego nazywane Manchesterem Północy przyciągało fabrykantów, którzy nie chcieli płacić ceł. Dzięki temu Białystok był napędzany pieniędzmi takich osobistości jak Becker, Hasbach, Commichau, Nowik, Flakier i wielu wielu innych. Gród nad Białą wówczas rozwijał się tak prężnie, że do budowy kolejnych kamienic brakowało cegieł! Wbrew pozorom w mieście oprócz fabrykantów nie brakowało również intelektualistów. Żyd Abel Kaufman wraz z żoną Fajgą – prowadzili księgarnię. Gdy tylko przywitali nowy rok, następnego dnia Kaufmanom narodził się syn. Nazwali go Dawid. Rok później pojawił się Michaił. A po 9 latach jeszcze Borys. Trzej bracia kochali kino i w jego historii zapisali się złotymi zgłoskami.

Dziga czyli Bąk

O życiu Kaufmanów w Białymstoku wiemy niewiele. Najstarszy ich syn w mieście spędził prawie dwie dekady. Rozpoczął tu studia muzyczne w białostockim konserwatorium. Już jako 19 latek, podczas I wojny światowej, wyemigrował z rodzicami i braćmi do Moskwy. Niedługo później przenieśli się do Petersburga. Tam Dawid już jako Denis rozpoczął studia medyczne. Nie porzucił jednak sztuki. Zaczął tworzyć poezję, pisał też dzieła polityczne. Dlatego przyjął pseudonim „Dziga Wiertow”. Dziga – to bąk.

W 1917 roku zaczął montować pierwsze filmy na zlecenie moskiewskiego komitetu filmowego. W 1922 roku kierował grupą Kino-Oko, która zaczęła wydawać kronikę filmową, tworząc nowy nurt. Po tym zainspirowali się Francuzi, tworząc jeden ze swoich nurtów kina dokumentalnego. Cel jaki sobie obrał w życiu Wiertow było ukazywanie w filmie prawdy. Był też ogromnym krytykiem kina fabularnego. Uważał, że to „opium dla mas”. Twierdził, że kino rozrywkowe przedstawia wyidealizowany świat burżuazji. No cóż, 100 lat później okazuje się, że Dziga miał rację. Internet zalany jest serwisami streamingowymi, które puchną od rozrywki. Dzisiejsze filmy i seriale w przytłaczającej większości pokazują dokładnie wyidealizowany świat bogatych ludzi. Mało tego, dokument z fabułą wymieszał się na tyle, że nie można rozróżnić prawdy od fałszu, zaś ludzie często nie mogą oderwać się od kolejnych seriali, które działają niczym opium.

W ciągu wieloletniej pracy Dawid vel Denis vel Dziga doprowadził do mistrzostwa nowatorskie techniki montażu, dzielenia obrazu, superimpozycji, dzięki którym osiągał zadziwiające efekty specjalne. Wraz z chwilą pojawienia się filmu dźwiękowego postanowił wykorzystać nowe możliwości tworząc film „Entuzjazm”. Na swoim koncie miał łącznie 8 filmów oraz 25 filmów krótkometrażowych. Dziga Wiertow zmarł na raka w 1954 roku w Moskwie. Był jednym z najwybitniejszych dokumentalistów w dziejach kina, uznanym scenarzystą, reżyserem filmowym. W 2009 roku w Białymstoku odsłonięto tablicę dedykowaną artyście. Była na ścianie Kina Forum. Została usunięta w 2017 roku z inicjatywy polityków PiS, którzy uznali białostoczanina za osobę niegodną upamiętnienia, gdyż w swojej karierze stworzył również filmy propagandowe na rzecz ZSRR.

Bracia Kaufman

Michaił Kaufman

Michał Kaufman (zdjęcie główne) był nie tylko operatorem filmowym, ale także fotografem. Urodził się w 1897 roku w Białymstoku. Należał do prowadzonej przez starszego brata grupy Kino-Oko razem z nim pracując przy filmach dokumentalnych. Pracował z bratem przy trzech filmach zaś dwa wyreżyserował sam. W roku 1929 wykonał zdjęcia do filmu „Człowiek z kamerą”, wyreżyserowanego przez jego brata. Było to największe osiągnięcie Michaiła Kaufmana jako operatora. Film wyróżniał się wieloma innowacyjnymi technikami fotograficznymi. Do historii kinematografii przeszły zrealizowane przez niego ujęcia pędzącego pociągu, pracujących górników czy też zajezdni tramwajowej. Zmarł w Moskwie w 1979 roku.

Borys Kaufman

Borys Kaufman to hollywoodzki operator filmowy, laureat Oscara. Był najmłodszym spośród braci. Urodził się 24 sierpnia 1906 roku w Białymstoku. Już w młodzieńczych latach, podobnie jak starsi bracia Dawid i Michał zajmował się kinematografią. Z taką różnicą, że oni pracowali w ZSRR, a on we Francji, a potem Kanadzie i USA. Bracia mieli ze sobą kontakt listowny. Borys skończył studia we Francji. Tam też został operatorem kamery. Podczas II wojny światowej najpierw walczył we francuskiej armii, a gdy ten kraj upadł – młody chłopak uciekł do Kanady. W 1942 roku przeniósł się do USA. Już w 1954 roku otrzymał Oscara za wspaniałe zdjęcia do filmu „Na Nabrzeżach”, który był prawdziwym hitem – zdobywającym 8 statuetek. Białostoczanin pracował przy kultowym i znanym do dziś filmie „Dwunastu gniewnych ludzi’. Borys odszedł na emeryturę w 1970 roku, a 10 lat później zmarł w Nowym Jorku. Jego filmografia jest imponująca, składa się z 71 dzieł!

 

Featured Video Play Icon

Doroteusz Fionik postanowił, że będzie żył jak przodkowie. Stworzył magiczny, ludowy świat.

Doroteusz Fionik to bohater dokumentu w reżyserii wybitnego podlaskiego dokumentalisty Jerzego Kaliny. Choć został zrealizowany w 2014 roku, to nic nie stracił na aktualności. Tyle, że dzieci z filmu są już trochę starsze… no może nie tylko one. Tytułowy „Siewca” mieszka w znajdujących się w pobliżu Bielska Podlaskiego Studziwodach. Jest Białorusinem i obywatelem Polski, absolwentem prawosławnego seminarium duchownego, dyrygentem chóru cerkiewnego i założycielem Muzeum Małej Ojczyzny w Studziwodach. Fionik jest również autorem książek o regionie, a także założycielem zespołu Żemerwa wykonującego autentyczny folklor podlaski. Zwiedzając Podlasie, a szczególnie Bielsk Podlaski, to warto odwiedzić również Pana Doroteusza.

 

On przed laty postanowił, że będzie żyć jak jego przodkowie. Uprawia ziemię tradycyjnym sposobem, używając do tego dawnych narzędzi. I jednocześnie niczym biblijny siewca stara się zasiać białoruską kulturę w ludziach tak, by wydała plon. I trzeba przyznać, że wychodzi mu to bardzo dobrze. Białorusini na Podlasiu mają się dobrze. Przy okazji dla Czytelników nie tutejszych musimy podpowiedzieć, że Białorusini to grupa etniczna, która oczywiście posiada obywatelstwo polskie.

 

To, co najpiękniejsze jest w tym magicznym, ludowym świecie to wspólnota ludzka. Wszyscy są razem, śpiewają pieśni. Łączy ich dusza. I to jest piękne. Szczególnie w dzisiejszych czasach, gdy o wspólnotę bardzo trudno. Miejmy nadzieję, że inni ludzie zaczną pana Doroteusza Fionika naśladować, zaczną żyć pełnią życia tak jak robili to przodkowie.

Albert Sabin po prawej

Ten człowiek zatrzymał epidemię. Albert Bruce Sabin był z Białegostoku.

Lekarz, który wynalazł szczepionkę na Polio urodził się 26 sierpnia 1906 roku w Białymstoku. Co ciekawe, nie chciał opatentować swego wynalazku, by dzieci z całego świata mogły być zdrowe. Sabin zrezygnował z pieniędzy dzięki czemu w latach 1959-1961 miliony dzieci z Europy i Azji zostały zaszczepione a epidemia Polio została zahamowana. „Wielu nalegało na opatentowanie szczepionki, ale nie chciałem. Jest to mój dar dla wszystkich dzieci na świecie”.

 

Albert jako 13-latek wyemigrował z tatą Jakubem i matką Tilią Saperstein do USA w 1921 roku. Tam kształcił się w New York University. W 1930 roku przyjął amerykańskie obywatelstwo i wtedy zmienił nazwisko na Sabin. Odkrył, że wirus Polio rozwija się w jelicie, a potem wpływa na układ nerwowy. Jako pracownik naukowy zaczął przeprowadzać eksperymenty naukowe, które skończyły się sukcesem. I tak krok po kroku powstała szczepionka.

 

O życiu Alberta Bruce Sabina w Białymstoku można powiedzieć niewiele. Sapersteinowie prawdopodobnie mieszkali na Chanajkach. Wiadomo jedynie, że była to rodzina niezbyt zamożna, stąd emigracja jeszcze w czasach, gdy Żydzi nie musieli nigdzie uciekać przed niemieckim oprawcą ani z jego rąk ginąć. Niestety nie wiemy czym się zajmowali rodzice Alberta ani tu w Białymstoku ani w USA. Cieszyć się należy, że ich syn osiągnął tak wielki sukces.

Film Zenek bije rekordy popularności!

Tyle hejtu się polało na ten film, a okazało się że jest na tyle dobry, że na popularnym serwisie Netflix jest w czołówce oglądanych filmów. Sami go widzieliśmy już w kinie i szczerze zachęcamy do obejrzenia wszystkich tych, którzy jeszcze nie widzieli. Zenek to nie jest film w stu procentach biograficzny o królu disco polo Zenku Martyniuku. To jest film, który jest niejako powrotem do przeszłości, na podlaską wieś i jej okolice. Były to czasy, gdy disco polo jeszcze nie istniało, zatem w filmie też nie usłyszymy takiego gatunku. Jedyny moment z disco polo to napisy końcowe.

 

Zobaczymy za to nasze piękne Podlasie – wspaniałą naturę, drewniane zabytki i inne kultowe miejsca jak Bondary nad zalewem Siemianówka i tamtejszy Bar Disco Czar. Co ciekawe – Jakub Zając – grający młodego Zenka zagrał lepiej niż wydawałoby się doświadczony „stary Zenek” czyli Krzysztof Czeczot. W ogóle było błędem zatrudnianie tego drugiego. Pierwszy powinien zagrać całość! Ale to już na inną opowieść.

 

Przesłanie jest takie, że nie warto hejtować, a szczególnie gdy się nie widziało filmu. A tak właśnie było z Zenkiem. Ludzie zaczęli przed premierą wylewać pomyje na film tylko dlatego, że wyprodukowała go upolityczniona TVP. A gdy się okazało, że to naprawdę dobry film, to wszyscy trochę ucichli. A w każdym dziele jest tak samo – jeżeli to szmira, to nikt tego oglądać nie będzie. A Zenek, który obecnie króluje w serwisach VOD dotrze też na łamy tradycyjnej telewizji. Warto go będzie obejrzeć ponownie i sobie przypomnieć. Czasem oglądanie drugi raz tego samego filmu powoduje, że mamy zupełnie inne spostrzeżenia. Tym razem może być podobnie.

Katastrofa w Smoleńsku. 10 lat temu zginął Prezydent RP oraz 95 innych osób, w tym białostoczanie.

To już 10 lat od niewyobrażalnej katastrofy, w której zginął Prezydent RP wraz z małżonką oraz ponad 90 innych osób. 10.41 polskiego czasu, a 8.41 czasu jaki obowiązywał w Smoleńsku samolot TU-154M rozbił się w lesie zmierzając na uroczystości upamiętniające zbrodnię katyńską. Na pokładzie samolotu były także osoby z województwa podlaskiego: były prezydent RP na uchodźstwie Ryszard Kaczorowski, wicemarszałek sejmu Krzysztof Putra, związany z Solidarnością a po transformacji z Prawem i Sprawiedliwością, arcybiskup Miron Chodakowski – Praowsławny Ordynariusz Wojska Polskiego oraz Justyna Moniuszko – stewardessa.

Ryszard Kaczorowski

Ryszard Kaczorowski, ostatni Prezydent RP na uchodźstwie, Sybirak, żołnierz II Korpusu Polskiego gen. Andersa i uczestnik zwycięskiej bitwy pod Monte Cassino, emigracyjny działacz społeczny. Urodził się 26 listopada 1919 roku w Białymstoku. Należał do przedwojennego harcerstwa. W pierwszych latach II wojny światowej działał w konspiracji, którą przerwało aresztowanie przez NKWD 17 czerwca 1940 roku. Sąd wojskowy skazał Kaczorowskiego na karę śmierci. Po stu dniach w celi zamieniono ją na 10 lat obozu na Syberii. W 1942 roku Ryszard Kaczorowski opuścił Związek Radziecki z żołnierzami generała Andersa, by znaleźć się w Palestynie. Przeszedł cały szlak bojowy II Korpusu Polskiego. Po wojnie pozostał na emigracji, gdzie organizował polskie harcerstwo. W latach 50. i 60. był we władzach światowego Związku Harcerstwa na obczyźnie. W 1986 został powołany do Rady Narodowej RP – emigracyjnego parlamentu, co oznaczało powierzenie mu obowiązków ministra spraw krajowych. Został zaprzysiężony na Prezydenta RP na uchodźstwie w lipcu 1989 roku.

 

22 grudnia 1990 na Zamku Królewskim w Warszawie Ryszard Kaczorowski przekazał insygnia władzy prezydenckiej Lechowi Wałęsie. Prezydent Kaczorowski został pochowany w podziemiach świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie, w Panteonie Wielkich Polaków.

Krzysztof Putra

Krzysztof Putra, polityk, senator i wicemarszałek Senatu VI kadencji w latach 2005–2007, poseł na Sejm X, I i VI kadencji, wicemarszałek Sejmu VI kadencji. Urodził się 4 lipca 1957 roku we wsi Józefowo na Podlasiu. Od 1980 r. działał w NSZZ „Solidarność”. Przez blisko 20 lat pracował jako robotnik, pracował w białostockich Uchwytach. Był aktywnym działaczem związków zawodowych. W 1990 r. był jednym z założycieli Porozumienia Centrum. Był członkiem władz krajowych tej partii i prezesem jej Zarządu Wojewódzkiego w Białymstoku. W 2001 r. był współzałożycielem Prawa i Sprawiedliwości oraz został prezesem Podlaskiego Zarządu Regionalnego tej partii.

 

25 września 2005 r. wybrany został senatorem, a od 27 października tego samego roku pełnił funkcję wicemarszałka Senatu RP. W wyborach parlamentarnych w 2007 uzyskał mandat poselski zaś 6 listopada tego samego roku został wybrany na wicemarszałka Sejmu. Został pochowany na cmentarzu św. Rocha w Białymstoku.

Arcybiskup Miron Chodakowski

Arcybiskup Miron Chodakowski, prawosławny duchowny, generał brygady, doktor teologii, wikariusz Diecezji Warszawsko-Bielskiej, Prawosławny Ordynariusz Wojska Polskiego. Urodził się 27 października 1957 r. w Białymstoku. Tam ukończył szkołę podstawową, następnie Prawosławne Seminarium Duchowne w Warszawie oraz Wyższe Prawosławne Seminarium Duchowne w Jabłecznej. Od 1981 roku pełnił funkcję namiestnika prawosławnego klasztoru – monasteru p.w. św. Onufrego w Jabłecznej, był też prorektorem Wyższego Prawosławnego Seminarium Duchownego.

 

Przyczynił się do wznowienia działalności klasztoru w Supraślu k. Białegostoku. Został jego namiestnikiem i kierował nim aż do swojej konsekracji na biskupa hajnowskiego w 1998 roku. W 2003 roku uzyskał tytuł doktora nauk teologicznych Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie. W 2008 roku został podniesiony do godności arcybiskupa. Pośmiertnie został awansowany na stopień generała dywizji. Abp. Miron Chodakowski spoczął na terenie monasteru w Supraślu w krypcie głównej cerkwi zgodnie z własnym, wyrażonym wcześniej życzeniem.

Justyna Moniuszko

Justyna Moniuszko, stewardessa na pokładzie rządowego samolotu 36 Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego. Urodziła się 6 lipca 1985 roku w Białymstoku. Studiowała na Wydziale Mechanicznym, Energetyki i Lotnictwa Politechniki Warszawskiej, w 2006 roku zdobyła tytuł Miss tej uczelni. Już w liceum zaczęła skakać ze spadochronem, latała też na szybowcach, lubiła wspinaczkę. Z lotnictwem wiązała swoją przyszłość. Będąc aktywnym członkiem sekcji spadochronowej Aeroklubu Białostockiego, wykonała ponad 250 skoków. Justynę Moniuszko pochowano na cmentarzu miejskim w Białymstoku.

Zbrodnia Katyńska

Katastrofa w Smoleńsku sprawiła, że bardzo wiele osób zapomniało po co rządowy samolot leciał do Rosji. Tam bowiem w 1940 roku,  w Katyniu (obok Smoleńska), doszło do zbrodni wojennej. Rosjanie strzelając w tył głowy zabili 21 768 Polaków. Wśród nich było 10 000 oficerów polskiego wojska. Stało się to na mocy decyzji najwyższych władz ZSRR czyli Józefa Stalina. Decyzja ta była zawarta w tajnej uchwale Biura Politycznego KC WKP(b) z 5 marca 1940 roku (tzw. „decyzja katyńska”).

Oto co w niej było zawarte:

I. Polecić NKWD ZSRR:

1) Sprawy 14.700 znajdujących się w obozach dla jeńców wojennych byłych polskich oficerów, urzędników państwowych, obszarników, policjantów, agentów wywiadu, żandarmów, osadników i dozorców więziennych

2) Jak też sprawy aresztowanych i znajdujących się w więzieniach w zachodnich obwodach Ukrainy i Białorusi w liczbie 11 000 członków różnych k-r [kontrrewolucyjnych] organizacji szpiegowskich i dywersyjnych, byłych obszarników, fabrykantów, byłych polskich oficerów, urzędników państwowych i zbiegów – rozpatrzyć w trybie specjalnym z zastosowaniem wobec nich najwyższego wymiaru kary – rozstrzelania.

II. rozpatrzenie spraw przeprowadzić bez wzywania zatrzymanych i bez przedstawienia zarzutów, decyzji o zakończeniu śledztwa i aktu oskarżenia – w następującym trybie:

a) wobec osób znajdujących się w obozach dla jeńców wojennych – na podstawie informacji przedłożonej przez Zarząd ds. Jeńców Wojennych NKWD ZSSR,

b) wobec osób zatrzymanych – na podstawie informacji z akt przedłożonej przez NKWD Ukraińskiej SRR i NKWD Białoruskiej SRR.

biografie pochodzą z wrotapodlasia.pl

Kadr z filmu Zenek (2020), TVP Dystrybucja Kinowa

Piękne Podlasie pokazane w filmie Zenek. Trzeba kuć żelazo póki gorące.

W ubiegły weekend miała miejsce premiera filmu Zenek. Ostatnio wokalista zespołu Akcent, mimo że nadal jest skromny i bardzo sympatyczny to zyskuje coraz więcej hejterów. Tylko dlatego, że… jest bardzo mocno promowany przez TVP. Czy to jest powód do hejtu? Trudno żeby sam zainteresowany się temu przeciwstawiał. Jeżeli ktoś chce mu robić wielką, ogólnopolską reklamę to dlaczego miałby odmówić?

 

Koncerty sylwestrowe w Zakopanem być może nie wywołały jeszcze aż tak skrajnych reakcji. Niektórzy po prostu gdzieś napominali, że TVP promuje disco polo. Jednak już benefis Zenka w białostockiej Operze rozsierdził wiele osób do reszty. Dobry tydzień trwała zażarta dyskusja czy to odpowiednie miejsce na takiego typu imprezy. Być może wiele osób nie wie, że w Białymstoku po prostu innego miejsca nie mamy. Wiele osób znów grzmiało, że promowane jest disco polo. Tym razem przy okazji premiery filmu Zenek wszyscy hejterzy grzali się w boksach startowych, by wyruszyć do ataku od razu po premierze. A tu niespodzianka. Film okazał się bardzo przyjemny w odbiorze, zaś Jakub Zając grający młodego Zenka zachwycił widzów. Film nie jest idealny, ale warto go obejrzeć. Jeżeli ktoś nie lubi disco polo to i tak go w filmie nie usłyszy, chyba że postanowi siedzieć w kinie na napisach końcowych.

 

Warto ten film zobaczyć przede wszystkim dlatego, by zobaczyć jak piękne jest nasze Podlasie. Twórcy zabrali nas w podróż, w której nie tylko można będzie zobaczyć w Zenku dawną dyskotekę w Bondarach nad Siemianówką – Bar Disco Czar, można będzie również zobaczyć przepiękny dworzec w Kleszczelach oraz Świętą Górę Grabarka czy most kolejowy na rzece Bug. W tym filmie jest jednak coś ponadto – nasze wielokulturowe Podlasie, antropologiczna uczta oraz sentymentalny powrót do dzieciństwa wielu z nas. Ten film to momentami 200 procent Podlasia w Podlasiu. Dawniej były filmy – U Pana Boga za piecem, U Pana Boga w Ogródku oraz U Pana Boga za miedzą. Trylogia Jacka Bromskiego zachwyciła całą Polskę. Później na bazie popularności powstał serial, w którym mogliśmy jeszcze dokładniej poznać losy bohaterów. W przypadku Zenka władze województwa podlaskiego powinny pójść za ciosem i starać się z TVP wyprodukować również serial – kontynuujący film.

 

Nie chcemy tu wchodzić w politykę, bo nie taki jest cel, jednak warto zauważyć, że gdy u władzy w Polsce, ale też województwie rządzili inni ludzie (nie ważne z jakiej partii), to reprezentanci naszego regionu – posłowie i senatorowie, a także kolejni marszałkowie – nie potrafili nic załatwić. Logiczne jest więc, że skoro obecnie w Polsce i w województwie rządzi ta sama ekipa i akurat udało się, że zorganizowano najpierw wielką imprezę w Białymstoku Disco pod gwiazdami w Polsacie, następnie pokazywano w TVP2 serial Rodzinka z Białymstokiem w tle zaś teraz TVP zrealizowało wspólnie film Zenek na Podlasiu a nie jakiś inny na przykład na Podkarpaciu, to trzeba kuć żelazo póki gorące. Od 1989 roku w Polsce i od 1999 roku w województwie podlaskim władza zmieniała się wielokrotnie. Zmieni się także nie raz. Bez wątpienia to jest czas naszego województwa i musimy go wykorzystać. Bo jeżeli tego nie zrobimy, to przyjdą następni i będą produkować u siebie.

 

Myślicie że przy okazji realizacji wielkiej inwestycji kolejowej między Warszawą a Krakowem stacja w małej Włoszczowej, gdzie do dziś zatrzymują się pociągi powstała przypadkowo? A czy Euro w 2012 roku odbyło się w Warszawie, Gdańsku, Wrocławiu i Poznaniu także dlatego, że to takie fajne miasta? A co z lotniskiem w Radomiu, w które nadal się inwestuje mimo że było kompletnym niewypałem? Czy w województwie podlaskim lokalni politycy z jakiejkolwiek opcji politycznej, kiedykolwiek, cokolwiek wielkiego załatwili? Nic. Dlatego teraz jest czas, by to wszystko zmienić. Tylko trzeba aktywnie zabiegać o to, by realizowano u nas nie tylko kolejne koncerty, filmy i seriale, ale także wielkie inwestycje. Drogi i tory to jednak nie wszystko. To dopiero początek. Musimy mieć tu warunki do tego, by w Białymstoku i całym województwie podlaskim było więcej możliwości do zarabiania dużych pieniędzy. To zadanie dla władz naszego województwa, które współrządzą naszym krajem.

 

Sandomierz ma Ojca Mateusza czy tego chce czy nie. My zaś mamy Zenka i Krzysztofa Kononowicza, o których Polska wciąż nie zapomina czy chcemy tego czy nie. Sympatyczny, skromny Zenek – jest naszym ambasadorem, który promowany w całym kraju – koncertując czy występując w telewizji oraz internecie – nieustannie promuje nasz region i zachęca kolejne osoby, by przyjeżdżały właśnie u nas swój wolny czas, wydawały tu pieniądze, a może i zostały tu na dłużej. Jeżeli zabraknie Zenka, to zostanie Krzysztof Kononowicz i nie będzie niczego. Czy tego właśnie chcecie?

Seweryn Nowakowski, fot. NAC / autor nieznany

Zaginiony prezydent miasta. Skierował życie miasta na nowe tory.

Wybrukowane ulice, nowe chodniki, wiadukt kolejowy łączący Białystok z Antoniukiem, szpital miejski, hale targowe a także ośrodek rekreacyjny w Dojlidach, Park Miejski, Teatr Dramatyczny – to wszystko spuścizna po Sewerynie Nowakowskim – zaginionym prezydencie miasta. Była to postać, która życie miasta skierowała na nowe tory. Od piątku 22 listopada będzie można oglądać w Centrum im. Ludwika Zamenhofa w Białymstoku specjalną wystawę poświęconą jego życiu.

 

Nowakowski przysłużył się naszemu miastu jak mało kto. W 1931 roku decyzją ówczesnego premiera został komisarzem rządowym, który tymczasowo jest prezydentem Białegostoku. W 1935 roku stanął do wyborów i miał rządzić zgodnie z ordynacją wyborczą aż 10 kolejnych lat. Tak się jednak nie stało gdyż wybuchła II Wojna Światowa. Nowakowski mimo tego nie uciekł z miasta (choć miał możliwość). 5 września powołał do życia Straż Obywatelską, która miała odpowiadać za porządek w mieście. 11 września przejęła obowiązki Policji. Prezydent chciał uczynić ażeby wojna nie była dla mieszkańców dotkliwa. Rozkazał otworzyć magazyny żywnościowe i wydać ludziom zapasy.

 

17 września 1939 roku Rosjanie przystąpili do agresji na Polskę. Przypomnijmy, że jej wschodnie granice były wówczas daleko na wschód od Białegostoku. Dlatego nim Rosjanie dotarli do miasta zajęło trochę czasu. Gdy to już nastąpiło, to w październiku Nowakowskiego aresztowano i osadzono w białostockim więzieniu. Następnie prezydent miasta został wywieziony w głąb ZSRR. Od tej pory nie było po nim żadnych oficjalnych wieści. Poszukiwany przez Ambasadę RP nie został odnaleziony. Widziany miał być w Kotłasie (północ Rosji). Nie wiadomo jednak kiedy dokładnie tam przebywał. Po prezydencie Nowakowskim został symboliczny grób na Powązkach w Warszawie.

Featured Video Play Icon

Podlaskie Babeczki wymiatają w Białymstoku. Piękne widoki i murale!

Takiego teledysku zrealizowanego w Białymstoku się nie spodziewaliśmy. Podlaskie Babeczki pokazały w klipie to, co mieszkańcy w mieście lubią najbardziej: Rynek Kościuszki, Pałac Branickich, Dojlidy, łąki kwietne i wiele innych ciekawych miejsc. To wszystko w rytm pozytywnej piosenki „Ach kobietą jestem”. Musimy przyznać, że w internecie jest wiele memów, w których bohaterem jest „typowa Grażyna, żona typowego Janusza”. Pierwsze skojarzenie u nas było właśnie takie – że klip będzie jednym wielkim memem. Nic z tego! Babeczki Podlaskie zrobiły taki kawałek, z którego białostoczanie mogą być dumni!

 

Świetna melodia, niebanalny tekst. To wszystko autorstwa Agaty Moniuszko, jednej z babeczek. Pozostałe to Maria Wiśniewolska i Elżbieta Godlewska. Razem panie tworzą zespół muzyczno-kabaretowy. Ich popisy można zobaczyć poniżej:

No cóż, Podlaskie Babeczki twórzcie dalej, czekamy!

Rodzina Bukowskich. Białystok bez nich nie byłby taki sam.

Stanisław Bukowski, Placyda Siedlecka oraz Andrzej Bukowski – trzy niesamowite postacie, które odcisnęły po sobie w Białymstoku gigantyczny ślad. Architekt, artystka oraz ich syn – wesoły chłopiec spod Opałka. Stanisław Bukowski najbardziej znany jest z realizacji projektu odbudowy pałacu Branickich. Nie było to takie proste, bo kompletnie zniszczony przez Niemców budynek nie tylko został pozbawiony ścian i sufitu, ale wcześniej odarty z polskości przez rosyjskiego zaborcę. Dlatego też zadaniem Stanisława Bukowskiego było przywrócenie świetności Wersalowi Podlaskiemu, który przed zniszczeniem był ponurym Instytutem Panien Szlacheckich. Gdy to zrobił – nagrody i podziękowania otrzymał ktoś inny. Gdy spoglądamy dziś na Pałac – widzimy jak wspaniałe jest to dzieło. Przepełnione wielką ilością architektonicznych detali. Placyda pozostawiła po sobie między innymi ogromny, wspaniały witraż, na który nie można patrzeć obojętnie. Andrzejek został zapamiętany jako zawsze uczynny i uśmiechnięty chłopak.

Wskrzesić Białystok

Bukowski urodził się w Rypinie (na Kujawach) w 1904 roku. Tuż przed II Wojną Światową, jako student architektury w Warszawie w 1933 roku otrzymał jako jeden z pierwszych stypendium Wydziału Architektury na roczną podróż zagraniczną. Gdy wrócił został pracownikiem naukowym na wydziale oraz pracował w biurze prof. Przybylskiego. Nie trwało to jednak zbyt długo, bo wkrótce przeniósł się do Wilna (będącego w Polsce). Tam przebywał do 1945 roku czyli do zakończenia II Wojny Światowej. W Wilnie poznał także swoją przyszłą żonę Placydę.

 

Po II Wojnie Światowej przyjechał z żoną do Białegostoku. Tutaj został jednym z trzech architektów, któremu zostało wyznaczone zadanie – wskrzesić Białystok – miasto kompletnie zniszczone przez Niemców. Przez kolejne 30 lat Stanisław Bukowski zajmował się odbudową zabytków oraz projektowaniem budynków użyteczności publicznej, kościołów oraz ich wnętrz. Dodatkowo architekt uczył w Liceum (a później Technikum Budowlanym) w Białymstoku.

 

Najważniejszym dziełem Bukowskiego był Pałac Branickich. Architekt w 1947 roku sporządził projekt. Chciał, by odrodzony pałac wyglądał wewnątrz i zewnątrz jak w połowie XVIII wieku oraz pełnił rolę muzeum. W 1949 roku władze zadecydowały, że budynek zostanie przekazany na użytek Akademii Lekarskiej. Bukowski zaprotestował i przez to został odsunięty od kierowania własnym projektem. Nagrody i podziękowania za odbudowę otrzymał ktoś inny.

 

Bukowskiemu zawdzięczamy nie tylko piękny Pałac Branickich, ale też ukończenie kościoła św. Rocha – projektu Oskara Sosnowskiego, oraz przepięknej odbudowie i zdobieniu Domu Koniuszego (Pałacyk Ślubów), klasztoru Sióstr Miłosierdzia (na przeciwko Kina Ton), Domku Napoleona, budynku Loży Masońskiej (przez lata Książnica Podlaska), dawnego Archiwum Państwowego (przy Kinie Ton), a także prawie całej ul. Lipowej oraz wielu kościołów na Białostocczyźnie. Najbardziej charakterystyczny „stempel” architekta to rzeźba wieńcząca dach Pałacu Branickich od strony ogrodu. To nie hetman spogląda z góry tylko Stanisław. Warto nadmienić, że to nie sam architekt sobie pomnik stawiał. Zrobili to w podziękowaniu przyjaciele, którzy dokończyli za Bukowskiego Pałac po tym, gdy architekt podle został odsunięty od kierownictwa własnego dzieła. W tajemnicy przywieziono rzeźbę z Warszawy do Białegostoku i w roku 1957 postanowiono – wbrew decyzjom władz – umieścić ją właśnie na szczycie (fot. główne).

 

Wybitny architekt zmarł 1 marca 1979 roku.

Wołał na nią Peliszka

Placyda była artystką – głównie plastyczką oraz malarką. Urodziła się w 1907 roku w Białymstoku. Była tak samo mądra jak i przepiękna. Ukończyła Gimnazjum Żeńskie im. księżnej Anny z Sapiehów Jabłonowskiej z bardzo wysokimi ocenami. Szczególnie z plastyki oraz religii. Następnie przeniosła się do Wilna – gdzie ukończyła z wynikiem bardzo dobrym Wydział Sztuk Pięknych Uniwersytety Stefana Batorego. Placyda po studiach zaangażowała się w życie artystyczne.

 

Gdy przyjechała do Białegostoku już z mężem – Stanisławem – zatrudniła się jako nauczycielka w Średniej Szkole Sztuk Plastycznych i Ognisku Plastycznym. Następnie współzałożyła, a potem przez kolejne 25 lat pozostawała członkinią i prezesem Związku Polskich Artystów Plastyków. Placyda w 1946 roku urodziła syna Grzegorza. Niestety dziecko Bukowskich przeżyło tylko kilka miesięcy. W 1950 roku urodził im się kolejny chłopiec – Andrzej. Dziecko miało zespół Downa.

 

To, co najbardziej charakterystyczne zostało po kobiecie to fantastyczny witraż (rozeta) na suficie kościoła św. Rocha oraz płaskorzeźby w kościele na Dojlidach, a także obraz z wizerunkiem Chrystusa znajdujący się w bocznej kaplicy. Warto dodać, że Placyda była wszechstronnie uzdolniona artystycznie. Projektowała nie tylko w sferze sacrum. Projektowała również scenografie teatralne, publikowała oraz aranżowała wystawy. Warto obejrzeć jej obrazy – są przepełnione baśnią i metaforą.

 

Stanisław wołał na żonę „Peliszku”. To on był dominujący w tym związku. Wielokrotnie krytyczny wobec artystycznych dzieł żony, ale przepełniony miłością. Gdy razem chodzili po Białymstoku to Stanisław szedł pierwszy, zanim szła Pela oglądając się do tyłu za kroczącym na końcu synem Andrzejkiem.

 

Placyda, zmarła nagle na atak serca. 18 grudnia 1974 roku.

Wesoły Andrzejek

Białostoczanie widywali go w autobusie linii nr 5, gdzie umilał podróż pasażerom śpiewając piosenki. Można było go także spotkać pod sklepem Opałek, gdzie pomagał ustawiać sklepowe wózki i pakować zakupy. Chociaż to dorosły i siwy mężczyzna, to chyba każdy mieszkaniec pamiętał go jako wesołego chłopaka właśnie za sprawą uśmiechu. Mama odeszła gdy miał 23, a tata gdy miał 28. Młody mężczyzna z zespołem Downa miał na szczęście opiekunów, którzy byli przy nim do końca. Warto podkreślić, że osoby z jego schorzeniem najczęściej dożywają tylko 40 lat. Nasz białostocki wesołek przeżył aż 53 lata. W połowie 2003 roku jego stan zdrowia zaczął się pogarszać. Wtedy też trafił do szpitala na obserwację. Po wyjściu opiekunowie zostali uprzedzeni, że nadchodzi kres jego życia. Tak też się stało w lutym 2004 roku.

 

Stanisław, Placyda oraz Andrzej Bukowscy pochowani są w rodzinnym grobowcu na cmentarzu Św. Rocha.

fot. główne: Antoni Zdrodowski

 

Kobieta-instytucja z Podlasia. Stworzyła tu dzieło, które przetrwało zabory, wojny i komunizm.

Życiorys Stefanii Karpowicz, o której mowa, to doskonały scenariusz na film. Miała majątek, solidne wykształcenie, talent plastyczny, znała wielkich. Mogła być, kim tylko zapragnęła i brylować w świecie. Wybrała skromne życie, które w pełni oddała drugiemu człowiekowi. Jej wielkie, ponadstuletnie dzieło – stworzone z własnych pieniędzy, bez pomocy państwa – przetrwało zabory, obie wojny światowe i komunizm. Dziś trud Stefanii Karpowicz może pójść na marne.

 

Stefania Karpowicz urodziła się 11 stycznia 1876 roku w Wilnie. Rodzice posiadali majątek ziemski w Janowiczach koło Zabłudowa, gdzie pani Stefania spędziła dzieciństwo. Do nauki sprowadzono francuską guwernantkę, która nauczyła dziewczynę języka francuskiego. 8 maja 1893 roku, kiedy miała 17 lat, zmarł jej ojciec. Pochowano go w Białymstoku. W Warszawie pobierała nauki na prestiżowej pensji u pani Jadwigi Sikorskiej, a następnie w szkole średniej również w stolicy. W Warszawie poznała Stefana Żeromskiego i Władysława Reymonta oraz Marię Skłodowską-Curie, z którą się zaprzyjaźniła.

 

Podczas pobytu w Paryżu pomagała materialnie przyszłej noblistce. Na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie uczęszczała na wykłady z historii Polski, historii powszechnej i historii sztuki. Malarstwa uczyła się u Jacka Malczewskiego i Włodzimierza Tetmajera. Kurs, w szkole sztuk pięknych Teofili Certowicz, ukończyła ze srebrnym medalem. Następnie, w latach 1900-1901, kontynuowała studia malarskie w Monachium, Paryżu oraz Szwajcarii. Po powrocie do majątku Janowicze postanowiła zagłębić się w życie ludu. Po sprzedaży w 1903 roku majątku w Janowiczach matka pani Stefanii kupiła około 400-hektarowy majątek Krzyżewo, w którym był skromny dom mieszkalny. Ten zakup miał być posagiem córki, jednak ta nigdy nie wyszła za mąż.

 

W Krzyżewie kobiety postanowiły zbudować szkołę rolniczą dla synów średnich i zamożniejszych rolników. Chciały, aby placówka przygotowywała ich do samodzielnej i nowoczesnej pracy we własnych gospodarstwach. Żeby stworzyć jak najlepsze warunki do kształcenia, wyjechały do Szwecji i Danii, gdzie odwiedziły wiele nowoczesnych szkół rolniczych i gospodarstw. Do Krzyżewa powróciły ze sprecyzowaną wizją szkoły. Między wiosną 1911 roku a jesienią 1912 roku powstała w Krzyżewie szkoła rolnicza z internatem i mieszkaniami dla nauczycieli oraz zabudowania gospodarcze. 28 stycznia 1912 roku umarła matka Stefanii Karpowicz, która spoczęła na cmentarzu w Waniewie koło Krzyżewa.

 

Po stracie najbliższej osoby pani Stefania dalej realizowała swoją misję. 15 stycznia 1913 roku nastąpiło otwarcie szkoły, w której założycielka przez 47 lat nauczała między innymi języka polskiego, francuskiego, historii, ogrodnictwa, a także kultury towarzyskiej i właściwych manier. Była to pierwsza w regionie północno-wschodnim i trzecia na ziemiach polskich placówka oświatowa tego typu. Ze światłem elektrycznym, centralnym ogrzewaniem, wodociągiem, napędzanym konnym kieratem. Szkoła – co ciekawe – posiadała łaźnię, szpitalik i mleczarnię. Masło i sery wysyłano do polskich miast oraz eksportowano do Anglii. Placówka szybko zyskała opinię jednej z najlepszych w Europie.

 

Za okupacji radzieckiej pani Karpowicz musiała opuścić dwór i pomieszkiwać u okolicznych mieszkańców. Bardzo z tego powodu cierpiała, uważała, że w takiej sytuacji nie ma po co żyć. Po II wojnie światowej szkoła została upaństwowiona i po 1950 roku przeniesiono ją do Karolewa koło Kętrzyna. A pani Stefania przeszła na emeryturę w wieku 75 lat. Ostatnie 23 lata życia spędziła w pobliskich Roszkach-Ziemakach. Placówkę przywrócono do Krzyżewa w 1958 roku. Natomiast w latach 60. społeczniczce przyznano rentę dla zasłużonych. W 1967 roku rozpoczęto rozbudowę szkoły, a pani Stefania nadal interesowała się losem swojego dzieła. Zapraszana była na ważne uroczystości szkolne jako gość honorowy.

 

Stefania Karpowicz zmarła 7 stycznia 1974 roku w wieku 98 lat. Spoczęła na cmentarzu w Płonce Kościelnej, w skromnej mogile obok swojej siostry. W uroczystościach pogrzebowych brali udział okoliczni mieszkańcy, byli pracownicy i członkowie ich rodzin, absolwenci, uczniowie oraz grono pedagogiczne szkoły. Od czerwca 1981 roku Zespół Szkół Rolniczych w Krzyżewie nosi imię Stefanii Karpowicz. W szkole stworzono izbę pamięci poświęconą patronce z zachowanymi po niej pamiątkami, które przywiozła z Janowicz, a może nawet i z Wilna. Jest też tablica pamiątkowa, umieszczona na budynku dawnej szkoły. W 2018 roku uczczono Stefanię Karpowicz, nadając rondu w Sokołach jej imię.

 

Bohaterka z Krzyżewa leczyła bezpłatnie ziołami, sprowadzała na własny koszt lekarza, kupowała lekarstwa dla ubogich, dbała o higienę na wsi. Zwalczała pijaństwo, pomagała dotkniętym wypadkami losowymi, przekazywała drewno na dom lub budynek gospodarski, wyposażała nowożeńców. Jako przedstawicielka inteligencji aktywnie działała w Polskim Towarzystwie Krajoznawczym, radzie opiekuńczej szkół ludowych i ochronek. Propagowała zakładanie kół gospodyń wiejskich, a okolicznej ludności służyła radą i pomocą. Po latach pokojówka wspominała, że Stefania Karpowicz modliła się po francusku i prowadziła rozmowy z gośćmi przybyłymi do Krzyżewa w tym języku. 1931 i 1937 roku została odznaczona przez Prezydenta RP Ignacego Mościckiego Złotym Krzyżem Zasługi.

 

Stefania Karpowicz została zapamiętana jako dziedziczka o dobrym sercu, która swoją ciężką pracą i determinacją dążyła do polepszenia warunków mieszkańców wsi. Własnymi pieniędzmi finansowała budowę i rozwój szkoły, nigdy nie odmawiała pomocy tym, którzy o nią prosili. Pani Karpowicz stała się wzorem społeczniczki, filantropki i patriotki. Była skromną i niedbającą o zaszczyty kobietą. Nie przywiązywała wagi do wygód osobistych. Mogła zostać wielką, znaną postacią, wybrała proste życie, oddając je w całości służbie społecznej i pedagogicznej. Dzięki swojemu oddaniu to życie było bogate w idee i bardzo wartościowe. Dla Krzyżewa to wielki dar i duma ze wspaniałej historii. Pani Karpowicz powtarzała: Najważniejsze to pracować dla tych, którzy nas potrzebują oraz Zapragnęłam wejść głęboko między lud i dźwigać przed nim kaganek oświaty.

 

Dzieło pani Stefanii rozwijało się przez wiele dekad, by dziś stać się najlepszą placówką swego typu w województwie podlaskim, posiadającą bogate zaplecze, niezbędne do nauki. W 2019 roku magazyn Perspektywy przyznał szkole w Krzyżewie Złotą Tarczę dla najlepszego technikum. Jednak dziś Zespół Szkół Rolniczych walczy o przetrwanie. Problemem instytucji jest brak naboru przez ostatnie trzy lata. Zresztą miejscowi decydenci też mają swoje wizje dotyczące szkoły, z którymi nie zgadzają się obrońcy szkoły. Twierdzą, że nie ma to nic wspólnego z oświatą. Nie przekonują sukcesy ani wieloletnia tradycja placówki. Radni powiatu wysokomazowieckiego zagłosowali za likwidacją. Nadzieją jest obecnie prowadzony nabór. Oby los uśmiechnął się do szkoły w Krzyżewie, a włodarze zastanowili się nad swoimi decyzjami i pomogli, bo – jak widać po fundatorce – jedna osoba może zdziałać wiele. Szkoda byłoby zatracić to dziedzictwo.

Autor: Rafał Górski

Featured Video Play Icon

22-latka z Hajnówki nagrała swój debiutancki singiel. Jej kariera muzyczna jest w rozkwicie!

Podlasianka – Julita Wawreszuk – opublikowała swój debiutancki singiel. Długo wyczekiwany utwór nosi tytuł Nasza bitwa o… Tekst piosenki jest inspirowany osobistymi przeżyciami piosenkarki, a także obserwacją przypadkowych ludzi, spotkanych w autobusie. Do współpracy zaprosiła Krzysztofa Kulikowskiego – pianistę, który przez kilka lat był jej akompaniatorem. Produkcją muzyki zajął się Slava Romanov, który współpracował wcześniej między innymi z rosyjskim raperem Egorem Kridem (Егор Крид) i stworzył dla niego muzykę do piosenki Берегу. Natomiast PR managerem został Mikita Arlou. Współpracował ostatnio z Neveną Božović (Serbia), która w tym roku była w finale Eurowizji. Utwór będzie osiągalny na platformach streamingowych od 27 czerwca. Aktualnie dostępny jest w przedsprzedaży w Sklepie Play i iTunes. Artystka zapowiedziała, że niedługo poda informacje dotyczące teledysku.

 

Dwudziestodwulatka pochodzi z Hajnówki, gdzie ukończyła między innymi II Liceum Ogólnokształcące z Dodatkową Nauką Języka Białoruskiego. W swoim rodzinnym mieście uczęszczała do Studia Piosenki Estradowej oraz do szkoły muzycznej, w której pobierała lekcje gry na pianinie i śpiewu klasycznego. Podczas nauki w liceum zadebiutowała przed kamerą, grając w fantastyczno-komediowym filmie Magnaci i Czarodzieje. Artystka jest absolwentką Policealnego Studium Wokalno – Aktorskiego w Białymstoku, które ukończyła z wyróżnieniem, uzyskując tytuł zawodowy aktora scen muzycznych. Z powodzeniem zagrała główną rolę w spektaklu dyplomowym MAM CIĘ, czyli doświadczanie rzeczywistości w reżyserii Bernardy Bieleni.

 

W 2017 roku wzięła udział w 38. Przeglądzie Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu. Zaśpiewała Ciche mieszkanko, Na kolana i Łoł. Zdobyła wtedy nagrodę pieniężną Niemiecko-Polskiego Towarzystwa Kulturalnego Polonica. Ponadto wokalistka otrzymała zaproszenie do udziału w Festiwalu Rock & Chanson w Kolonii. Zdobyła tam II miejsce. 11 listopada 2017 roku wystąpiła w koncercie Studia Piosenki Teatru Polskiego Radia pod tytułem Między nami z utworami Jacka Kaczmarskiego. Koncert ten odbył się w Studiu im. Władysława Szpilmana i był emitowany na żywo w Programie Pierwszym Polskiego Radia. W listopadzie 2018 r. zadebiutowała jako współtwórczyni scenariusza i asystent reżysera w spektaklu muzycznym Nasza Niepodległa (reż. Marcin Ozga) w Hajnówce, w którym również grała. 26 stycznia 2019 roku ponownie wystąpiła w ramach Studia Piosenki Teatru Polskiego Radia, tym razem z piosenkami zespołu Skaldowie. Julita Wawreszuk jest wokalistką w zespole coverowym Live Orkiestra oraz uczestniczką Akademii Menedżerów Muzycznych w Warszawie. Współpracowała z białostockimi raperami: Hukosem, Maximem i Praktisem.

 

Julita Wawreszuk charakteryzuje się na scenie dojrzałością, swobodą, wrażliwością i ogromnym profesjonalizmem. Obdarzona jest około trzyipółoktawową skalą głosu z możliwością wykonywania partii koloraturowych, co udowodnia, śpiewając m.in. wyżej wymieniony utwór pod tytułem Ciche mieszkanko. Młoda wokalistka sięga po różne gatunki, style i nastroje muzyczne, w których doskonale się odnajduje. Podlasianka, niczym wielka gwiazda piosenki, skupia na sobie publiczność od początku do końca swoich występów. Oczarowuje umiejętnościami wokalnymi, interpretacyjnymi, wdziękiem i urodą.

 

Wokalistka posiada sporą kolekcję nagród, które zdobywała w konkursach i na festiwalach. Między innymi jest laureatką pierwszego miejsca na Ogólnopolskim Festiwalu Piosenki Białoruskiej 2017 w Hajnówce, otrzymała Grand Prix w Ogólnopolskim Konkursie Piosenki 2015 w Kaliszu oraz uzyskała trzecie miejsce w Międzynarodowym Festiwalu Piosenki Poetyckiej im. Bułata Okudżawy. Poza śpiewem interesuje ją taniec, gra na perkusji i matematyka (w serwisie YouTube prowadzi kanał Blondynka uczy matmy).

Rafał Górski

Kim jest babcia z muralu? Zobacz film z panią Eugenią.

Od kilku dni można zachwycać się nowym, pięknym, wielkim muralem przy ul. Skłodowskiej. Na dawnym budynku „ONZ” czyli rektoratu UwB należącym do Urzędu Marszałkowskiego powstało fantastyczne dzieło z wizerunkiem starszej pani i napisem „Wyślij pocztówkę do babci”. Jest to powiązane z Up To Date Festival organizowanym od wielu lat w Białymstoku. Kim jest babcia z muralu?

 

To Pani Eugenia, która 8 lat temu wystąpiła w filmie żartobliwie zapowiadającym imprezę. Warto zaznaczyć, że wówczas film ten zrobił gigantyczną furorę, a do dziś obejrzało go ponad 800 000 osób. Redaktor Andrzej Bajguz również w nim występujący chodził po mieście i pytał ludzi o Up To Date Festiwal. I to również on został przez Panią Eugenię zaproszony na herbatę i ciasto. Nie przypadkowo – to bowiem jest jego babcia!

 

Pani Eugenia mieszka w Białymstoku i jest prababcią jedenaściorga prawnucząt. Została sfotografowana przez Małgorzatę Żuk, a następnie przeniesiona na mural przez Jakub Żuk Good Looking Studio. Wielkie ścienne malowidło powstało z prostego powodu – Sami przed sobą zgrywamy wiecznie zabieganych i zajętych, przez co zapominamy o tym, co zbyt często uznajemy za niewarte zapomnienia. Czasem dotyczy to naszych najbliższych, czasem po prostu nas samych. Dbaj o bliskich, pamiętaj. To proste – można przeczytać przesłanie organizatorów na ich stronie internetowej.

To był pokaz talentów. Drgało w uszach!

30 kwietnia o godzinie 18.00 w Operze i Filharmonii Podlaskiej – Europejskim Centrum Sztuki odbyła się Rewia Wokalna podsumowująca recitale słuchaczy trzeciego roku Policealnego Studium Wokalno-Aktorskiego w Białymstoku. Na Scenie Kameralnej zaprezentowało się ośmioro dyplomantów: Anna Baczewska, Oskar Chlabicz, Anna Zawadzka, Katarzyna Racis, Adrianna Jałocha, Zuzanna Chancewicz, Agata Salitra oraz Julia Przybylska.

 

Młodym wykonawcom na scenie towarzyszyły absolwentki Studium, a także zespół muzyczny w składzie: Marcin Nagnajewicz, Krzysztof Kulikowski, Kamil Skorupski, Piotr Skórka oraz Marcin Jadczak. W tym roku warsztaty poprowadzili i wystąpili wraz ze słuchaczami Edyta Krzemień i Marcin Wortmann – aktorzy musicalowi. Rewię poprowadził wykładowca historii teatru w PSWA Konrad Szczebiot wspólnie z Julitą Wawreszuk – byłą słuchaczką. Każdy z występów poprzedzony był humorystycznymi wypowiedziami i błyskotliwymi oraz powiązanymi z występującymi i ich programem żartami, wygłaszanymi przez konferansjera. To była prawdziwa rewia.

 

Tegoroczni dyplomanci zachwycili wysokim poziomem artystycznym oraz profesjonalizmem. Od razu zdobyli przychylność publiczności, która żywiołowo reagowała brawami. Przez całe wydarzeni młodzi artyści prezentowali swoje zadziwiające walory wokalno-interpretacyjne, nie zbaczając z obranego kursu. Uwagę, z pewnością, przyciągała siła ich głosów. Dobrym na to przykładem jest występ Julii Przybylskiej. Zaśpiewała ona po polsku piosenkę When you’re good to Mama z musicalu Chicago. Mocniej śpiewając niektóre fragmenty, wydobywane przez nią dźwięki doprowadzały do intensywnych drgań w uszach. To tylko potwierdza, że głos wokalistki predestynuje ją do wykonywania partii operowych. Natomiast Anna Zawadzka, w towarzystwem chórku, czarowała swoją wrażliwością i dojrzałością sceniczną.

 

Ciekawie zaprezentowała się Anna Baczewska, które mogła uzewnętrznić swój talent wokalno-aktorski i śpiewaniem, i tańcem, przypieczętowując interpretacje plastyczną mimiką oraz gestami. Wypada jeszcze wspomnieć o Zuzannie Chancewicz i Oskarze Chlabiczu. Ci wystąpili również w duecie, dostarczając solidną dawkę emocji w piosence Coś więcej. Zuzanna Chancewicz majestatycznie wykonała Amsterdam J. Brela w tłumaczeniu. Wojciecha Młynarskiego, absorbując oryginalnym i potężnym głosem. Tymczasem Oskar Chlabicz – jedyny mężczyzna wśród dyplomantów – hipnotyzował sprawnością w posługiwaniu się swoją skalą głosową, szczególnie w górnych rejestrach. Ponadto jego interpretacje stawały się bardzo atrakcyjne poprzez umiejętne żonglowanie najróżniejszymi emocjami. Zdumiewającym atutem Oskara Chlabicza jest śpiewanie fortissimo possibile.

 

Kierowana przez Angelikę Arendt-Zadykowicz i Agatę Obuchowicz szkoła kształci swoich uczniów na najwyższym poziomie dzięki kadrze profesjonalistów, mistrzów w swoich dziedzinach. Co roku placówka wypuszcza w świat świetnie przygotowanych aktorów scen muzycznych. Wszystkich, którzy chcą dołączyć do „Szkoły Talentów”, zapraszamy do rekrutacji. Niezbędne informacje można znaleźć na stronie internetowej Policealnego Studium Wokalno-Aktorskiego w Białymstoku.

 

Dyplomantom należą się wielkie gratulacje oraz życzyć im trzeba wytrwałości i powodzenia w niełatwej drodze do upragnionych artystycznych celów. Aby na swoim szlaku spotkali ludzi, którzy będą potrafili docenić ich umiejętności.

Autor: Rafał Górski, fot. archiwum PSWA

Ta księga ma ponad 220 lat i to prawdziwy skarb! Właśnie wróciła na Podlasie.

Jego życie zaczyna się jeszcze przed 1500 rokiem w Gródku. Okazały budynek dziś stoi w Supraślu. Mowa tu oczywiście o Monasterze. Jego historia jest bardzo zawiła, zaś przedstawienie jej kompleksowo w całości to raczej próba napisania książki. Jednym z fragmentów tej historii jest Bazyliańska drukarnia, której starodruk właśnie trafił do zbiorów Książnicy Podlaskiej. I to nie byle jaki!

 

Jednym z autorów drukowanych w supraskiej drukarni był Franciszek Karpiński. Wiele osób kompletnie nie wie, że pieśni śpiewane do dziś są jego autorstwa. Kolęda „Bóg się rodzi”, czy też zaczynająca się od słów „Kiedy ranne wstają zorze” – czyli Pieśń poranna. Kolęda po raz pierwszy zagrana została na organach właśnie w Białymstoku. Wówczas w jedynym kościele – Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Dzieła Franciszka Karpińskiego zostały wydrukowane po raz pierwszy w Supraślu. I tak pierwsze wydanie „Pieśni Porannej” z 1792 roku prosto z aukcji trafiło właśnie do zbiorów specjalnych Książnicy.

 

Dlaczego Monaster stoi dziś w Supraślu a nie Gródku? Wiąże się z tym pewna legenda. Otóż w 1498 roku wojewoda nowogrodzki i marszałek Wielkiego Księstwa Litewskiego Aleksander Chodkiewicz wraz z arcybiskupem smoleńskim Józefem Sołtanem postanowili ufundować w Gródku cerkiew, w której będzie znajdować się zgromadzenie zakonników. Miasteczko wyznaczone na budowę cerkwi w tamtych czasach bardzo tętniło dworskim życiem, co kłóciło się z życiem zakonników. Mnisi, którzy przybyli ze Świętej Góry Athos, skarżyli się na hałas, a duchowni potrzebują spokoju aby zagłębić się w modlitwie. Po dwóch latach, w związku z uciążliwością przebywania mnichów w ludnym i gwarnym Gródku, zakonnicy poprosili swojego dobroczyńcę, aby ulokował ich w innym miejscu, lecz nad tą samą rzeką. Fundator pozwolił przenieść siedzibę klasztoru z Gródka na nowe, spokojne miejsce. O wyborze nowej siedziby zakonnej miał zdecydować Bóg. Według legendy w 1498 roku zakonnicy puścili nurtem rzeki drewniany krzyż, a ten zatrzymał się na terenie ówczesnego uroczyska Suchy Hrud. W ten sposób krzyż wskazał miejsce na budowę monasteru. Dziś ten zabytek jest jednym z najchętniej odwiedzanych w Supraślu.

 

W 1693 roku po różnych zawirowaniach historycznych metropolita kijowski Cyprian Żochowski sprowadził z Wilna do Supraśla prasę drukarską. Na początku nie działała zbyt aktywnie. Dopiero w latach 1711 – 1728 wydrukowano 65 różnych tekstów, z czego 40 w języku polskim, 13 po łacinie, a 12 zapisanych cyrylicą. W 1790 roku oficyna otrzymała przywilej króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, zaś już związany z Branickimi (Izabela Branicka była z rodu Poniatowskich) Franciszek Karpiński był drukowany właśnie w Supraślu. W jaki sposób oryginalny starodruk trafił na aukcję w Krakowie tego nie wiadomo. Jedno jest pewne, księga ma gigantyczną wartośc dla Podlasia. Dlatego cieszy nas, że trafiła na ziemie, gdzie została wydrukowana.

fot. Książnica Podlaska

Znany arystokrata przyjechał z telewizją na Podlasie. Poznawał tajniki sera.

Mikołaj Rey – artysta, kucharz, potomek poety na Podlasiu. Chciał znać tajniki Sera Korycińskiego. Wszystko to można było obejrzeć w programie Dzień Dobry TVN. Mikołaj Rej – znany polski poeta i prozaik, który w XVI wieku tworzył polską literaturę renesansu zasłynął z wielu dzieł na przykład „Krótka rozprawa między trzema osobami, Panem, Wójtem a Plebanem”, której znamiona są aktualne do dziś! Potomek pisarza Mikołaj Rey pochodzi z Francji. Jest arystokratą. W Polsce pojawił się po raz pierwszy, gdy miał 11 lat. Obecnie jest przed czterdziestką i można go obejrzeć w programie Dzień Dobry TVN. W ostatnim czasie przybył do Korycina, który słynie między innymi z produkcji sera. Widzowie mogli się dowiedzieć jak ten produkt powstaje. Okazuje się, że nie jest to takie proste. Szczególnie przekonał się o tym Mikołaj Rey, który przybrał fartuch i czepek, by spróbować utworzyć końcowy produkt samodzielnie. Widzowie mogli też się dowiedzieć o historii tego sera.

Kim była Beata z Albatrosa? Czy ona naprawdę istnieje?

W 1965 roku Augustów tak jak dziś był bardzo popularnym miejscem wypoczynkowym. 19-letni Janusz Laskowski, jako początkujący muzyk grał tam nie raz do kotleta. To tam ujrzał Beatę, która go tak oczarowała, że napisał o niej piosenkę, która to stała się ogromnym hitem. Wielu ludzi zaczęło sobie zadawać pytanie – kim jest Beata. Pytanie jest cały czas aktualne, gdyż nigdy nie zostało to ostatecznie przesądzone, szczególnie że sam Janusz Laskowski nie chce tego ujawnić, zaś starsi mieszkańcy Augustowa, którzy potencjalnie wiedzą także wiedzą się nie dzielą. Najbardziej jednak prawdopodobnym tropem jest zdjęcie, jakie znajduje się w augustowskim muzeum. A na nim widnieje 7 dziewczyn pracujących w Albatrosie. Brzmi znajomo?

 

 

Dziewczyna ponoć była szczupłą blondynką z lokami. Kochało się w niej pół Augustowa, stąd też piosenkarz nie pozostał również wobec niej. Czy oprócz tekstu „siedem dziewcząt z Albatrosa tyś jedyna” w piosence jest jeszcze coś prawdziwego? Biorąc pod uwagę realia lat 60-tych XX wieku, oprócz tego że dziewczyna miała 17 lat i Laskowski spotkał ją w Augustowie, bo tam znajduje się Albatros, to raczej reszta jest fikcją – łącznie z imieniem.

 

Beata to tak naprawdę Bogusia? Takie opinie też można znaleźć. Jest to bardzo prawdopodobne. Dzięki temu – wszyscy bowiem szukają Beaty. Poza tym Bogumiła w latach sześćdziesiątych było bardziej popularnym imieniem niż Beata. Fregaty także raczej nie są prawdopodobne. 19-letni Janusz Laskowski był początkującym muzykiem i raczej nie miał takich „dojść”, by móc zabrać młodą dziewczynę na łódź, by z nią popływać.

 

Augustowski Albatros został otwarty w 1962 roku. To był jeden z najmodniejszych lokali w mieście. Codziennie odbywały się tam dancingi. W 2017 roku w letniej stolicy Polski pojawiła się ławeczka z „Beatą z Albatrosa”, przy której można usiąść i zrobić sobie zdjęcie.

Featured Video Play Icon

Królowa z Korony Królów pochodzi z województwa podlaskiego!

Być może nie wszyscy wiedzą, ale Aleksandra Przesław – znana z serialu Korona Królów, gdzie gra drugą żonę Kazimierza Wielkiego – królową Adelajdę Heską pochodzi z województwa podlaskiego! 24-letnia aktorka urodziła się w Wysokiem Mazowieckiem, ukończyła I Liceum Ogólnokształcące w Łomży. W serialu wcieliła się w rolę dzięki wygranemu castingowi.

 

Na ekranie zadebiutowała już w 2015 roku, zaś studia na Wydziale Aktorskim Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi ukończyła w 2018 roku. Aleksandrę Przesław można oglądać w serialu Korona Królów lecz można też zobaczyć jako pielęgniarkę w filmie Uzurpator oraz lekarkę w filmie Soyer. Młoda aktorka po ukończeniu liceum (gdzie była na profilu biologiczno-chemicznym) chciała studiować zarówno aktorstwo jak i weterynarię. Aleksandra Przesław jeździ od dziecka konno. Ostatecznie dostała się do szkoły filmowej.

 

Na planie Korony Królów aktorka spędza po 12 godzin dziennie. Musi się pojawić tam już o 6 rano. Najpierw charakteryzacja, ubranie kostiumu, a potem ciężka praca, która na pewno zaprocentuje w przyszłości. Aleksandra Przesław marzy o tym by łączyć pracę w teatrze z pracą na planie filmowych. Dopełnieniem tego wszystkiego powinna być jazda konno. Tego wszystkiego aktorce z naszego regionu serdecznie żyjemy.

Archimandryta Gabriel nie żyje. Popularna pustelnia w Odrynkach była jego domem.

22 listopada 2018 wieczorem zmarł ojciec archimandryta Gabriel ze skitu św. Antoniego i Teodozjusza Pieczerskich w Odrynkach-Kudaku. Pustelnia jest znana na całą Polskę i znajdowała się w niesamowitym położeniu, do którego przybywało mnóstwo pielgrzymów i turystów. Ojciec Gabriel miał 54 lata. Był znany również ze swojej ogromnej wiedzy na temat ziołolecznictwa. Pomógł niezliczonej ilości chorych. O śmierci archimandryty poinformowała Kancelaria Metropolity Warszawskiego i całej Polski.

 

Archimandryta Gabriel urodził się w 1964 roku w Sokółce. Ukończył Wyższe Prawosławne Seminarium Duchowne oraz Chrześcijańską Akademię Teologiczną w Warszawie. Od początku swojej drogi mnicha związany był z monasterem Zwiastowania Bogurodzicy w Supraślu, gdzie w 1986 roku otrzymał postrzyżyny małej schimy otrzymując imię Gabriel na pamiątkę archanioła Gabriela. Jeszcze w tym samym roku otrzymał z rąk ówczesnego biskupa białostockiego i gdańskiego Sawy święcenia diakońskie oraz święcenia kapłańskie. W 1998 roku dostąpił zaszczytu podniesienia godności do archimandryty. Ojciec Gabriel od 2000-2008 roku był namiestnikiem monasteru w Supraślu oraz proboszczem przyklasztornej parafii. 

 

 

Ojciec Gabriel miał stopień doktora, a jego rozprawa doktorska dotyczyła Zabłudowa jako ośrodka kulturalno-religijnego Kościoła prawosławnego. Dalsza droga życiowa jaką obrał była związana własnie z pustelnią w Odrynkach-Kudaku. Mnich przebywał tam od 2009 roku.  Skit otoczony jest rozlewiskami Narwi. Jeszcze kilka lat temu nie sposób było tam dojechać autem w mokre dni. Nazwa wiąże się z miejscowością Sketis w Egipcie. To bezludny obszar, gdzie w IV wieku powstała pustelnia, potem osada, w której żył mnich Makary. Już niegdyś w Puszczy Narewskiej istniał monaster. Książę Iwan Wiśniowiecki zabłądził, lecz w śnie ukazał mu się św. Antonii, wskazując mu drogę przez rzekę. Jako dowód wdzięczności, książę zbudował kaplicę.

 

Na poświęcenie pustelni przybyło ponad 2 tys. osób. Opustoszała wieś stała się wręcz oblężona przez wiernych. Kaplica cieszy się dużą popularnością w całym kraju, również wśród turystów. Niestety świątynia padła ofiarą wielu ataków. Zniszczono krzyż, przecięto kable doprowadzające prąd, a traktor wrzucono do fosy. Nie oszczędzono nawet uli. D także do innego nieszczęścia. Wybuchł pożar. Ogień pochłonął księgi liturgiczne i połowę ikon. Straty mierzy się również nie tylko wymiarze materialnym.

 

Wiecznaja pamiat’ ojcowi Gabrielowi

 

fot główne. orthodox.pl

 

 

Bolesław Augustis – przed wojną zrobił tysiące zdjęć białostoczanom. Można je obejrzeć w sieci

Jako 20-latek przyjechał z rodzicami oraz rodzeństwem do Białegostoku z Nowosybirska w Rosji. Tam ukończył szkołę fotograficzną, w dzisiejszej stolicy województwa podlaskiego natomiast  pracował jako pomocnik w zakładzie fotograficznym mieszczącym się przy Rynku Kościuszki. Po 3 latach od przyjazdu założył własny zakład „Polonia Films”, który mieścił się przy ul. Kilińskiego. Mowa o Bolesławie Augustisie. Był to fotograf, który uwiecznił na kliszach przedwojenne miasto i mieszkańców.

 

Choć fotograf zmarł w 1995 roku, to jego wielka dokumentacja fotograficzna po raz pierwszy ujrzała światło dzienne w 2004 roku. Stało się tak przypadkiem, gdy dwaj chłopcy odnaleźli negatywy w opuszczonym domu. Potem trafiły one w ręce ówczesnego fotografa Grzegorza Dąbrowskiego, który pokazał światu na łamach Gazety Wyborczej niektóre ze zdjęć Augustisa. Wtedy też sensacyjne odkrycie zostało opisane po raz pierwszy.

 

Do 2018 roku udało się oczyścić oraz przeprowadzić konserwację 5 tysięcy negatywów. Jeszcze drugie tyle czeka w kolejce. Dzięki stypendium ministerstwa kultury fotograf mógł zdigitalizować odbitki. Dziś możemy je oglądać na stronie internetowej www.albom.pl – naprawdę warto!

To najczarniejszy z czarnych charakterów. Pochodzi z Podlasia.

Najbardziej znany z serialu Plebania, gdzie przez 11 lat grał najczarniejszy z czarnych charakterów – Janusza Tracza to Dariusz Kowalski, aktor pochodzący Siemiatycz. Warto wspomnieć jego postać, gdyż aktor ma bardzo duży dorobek filmowy, z którym można się zaznajomić. Dariusz Kowalski to prawdziwy talent. Można naprawdę wiele stracić postrzegając go tylko poprzez rolę Janusza Tracza.

 

Ostatnio Kowalski wystąpił epizodycznie w głośnym filmie „Fanatyk”, który był ekranizacją internetowej „pasty” czyli śmiesznego opowiadania rozpowszechnianego metodą kopiuj wklej (copy & paste). Aktor zagrał tam szefa lokalnego oddziału Polskiego Związku Wędkarskiego. Dariusz Kowalski pokazał się także jako prokurator wojskowy w „Prawie Agaty”, rolnik w głośnej „Drogówce”, oficerze rosyjskim w „Czasie honoru”, a także w równie głośnym „Komorniku”, gdzie pojawił się z podobnym do siebie Andrzejem Chyrą. Aktor z Podlasia to także głos dubbingowy w znanym z Netflixa „BoJack Horseman”, a także w „Załoga G” czy „Age of Empires III”.

 

O Kowalskim i jego związkach z Siemiatyczami nie wiadomo zbyt wiele. Przyszły aktor, urodzony w 1963 roku ukończył liceum w rodzinnym mieście w 1982 roku. Już od wczesnej młodości marzył o zawodzie aktora a w 1990 roku ukończył studia na Wydziale Aktorskim Pańśtwowej Wyższej Szkoły Teatralnej we Wrocławiu.

 

fot. Sławek / Wikipedia

Będzie zmiana kontrowersyjnej nazwy ulicy. Pół toku temu zawieszali tabliczki.

W maju 2018 roku na osiedlu Skorupy jedną z ulic nazwano imieniem Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”. Jest to postać kontrowersyjnie oceniana przez historyków. Gdy tylko pojawiła się tabliczka – za chwile na płycie OSB w pobliżu ktoś napisał „Ulica Mordercy!!!”, także “Miejsce zbrodniarzy jest na śmietniku historii Łupaszko to ludobójca”. Dodatkowo naklejono na samą tablicę z nazwą doklejono kartkę z napisem “ZBRODNIARZ”. To bardzo czytelny sygnał, że nie każdemu pasuje patron nowej ulicy. Jeszcze nigdy w historii miasta, żaden patron nie wzbudzał takich emocji.

 

Teraz sprawa ma kontynuację. Ulicę „Łupaszki” uchwalali radni PiS, którzy po wyborach stracili większość na rzecz Koalicji Obywatelskiej. Ta natomiast już zapowiedziała, że kontrowersyjny patron swoją nazwę straci. Stanie się tak prawdopodobnie na wiosnę. 

 

Kim był Zygmunt Szendzielarz ps. 'Łupaszko”, że wywołuje takie emocje? Należał on do “Żołnierzy Wyklętych”. Już w PRL historycy pisali o nim jako “krwawy herszt wileńskich bandytów” i “imperjalistyczny szpieg anglosaski”. Propaganda PRL przedstawiała go jako tego, który organizował “napady terrorystyczno-rabunkowe. Nie tylko o „Łupaszce” w PRL mieli takie zdanie, lecz o wszystkich “Żołnierzach Wyklętych”. „Łupaszko” ostatecznie osadzony przez komunistów w więzieniu na ul. Rakowieckiej w Warszawie. Tam przez 2,5 roku był torturowany. Ostatecznie w procesie został “osiemnastokrotnie” skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano 8 lutego 1951 roku.

 

Może się wydawać, że powyższe napisy i naklejki umieścili osoby, które nadal wierzą w propagandę PRL. Bardziej jednak prawdopodobne jest to, że wiele osób zarzuca „Łupaszce”, że z jego inspiracji, żołnierze którymi dowodził dokonali zbrodni na polskiej, białoruskiej i żydowskiej ludności cywilnej na Wileńszczyźnie, a także za zbrodnie cywilne np. w podlaskiej Narewce, gdzie jak pisano – „zastrzelił Białorusinów chcących żyć raczej w państwie białoruskim niż polskim”.

 

Niewątpliwie sprawa „Łupaszki” dotyka najbardziej mniejszości narodowych. Dlatego do dziś wywołuje wiele kontrowersji nadanie jego imieniem jednej z ulic w Białymstoku. Mamy tutaj więc próbę czynienia bohatera, z osoby która była “Żołnierzem wyklętym”, znienawidzonej przez władze PRL, a jednocześnie, któremu zarzuca się zbrodnie wojenne. 

Nie trzeba wyjeżdżać do miasta, by mieć atrakcyjną pracę!

 

Pani Beata Osiecka to wielki przykład zaradności. Ludzie w poszukiwaniu atrakcyjnej pracy najczęściej wyjeżdżają do dużych miast – do Warszawy, Poznania czy Wrocławia. Jednak w tym przypadku atrakcyjna praca została zorganizowana na miejscu – w Starych Kupiskach pod Łomżą. Pozyskanie środków na to nie wymagało zbyt wiele zachodu.

 

Jak widać, by skorzystać ze środków unijnych z programu RPOWP wystarczy mieć dobry pomysł. W ramach środków pochodzących z Funduszy europejskich w tym z Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich możemy zrealizować zarówno duże inwestycje tj. infrastruktura drogowa, jak również sfinansować mniejsze działania np. szkolenia. Wiedza zdobyta podczas szkoleń może nam się przydać do założenia własnej działalności. Ale we wspomnianym przypadku rzeczywiście należy mieć pomysł: co będziemy produkować, oferować czy sprzedawać.

 

Ale są też środki unijne, które mają na celu skutecznie zachęcić wyłącznie do aktywności w momencie, kiedy dopiero szukamy pomysłu. Krajowa Sieć Obszarów Wiejskich (KSOW-red.) to platforma, która jest kierowana do mieszkańców – jak sama nazwa mówi z obszarów wiejskich, którzy mają pomysł, ale nie do końca wiedzą jak go zrealizować lub jak go „ubrać w ramy”.
Środki z KSOW to fundusze, które przeznaczane są na działania służące do zachęcania społeczności wiejskiej do tworzenia wspólnych inicjatyw.

Featured Video Play Icon

Poznali się na studiach. Dziś razem produkują wspaniały trunek

Piotr Marzęcki oraz Marcin Seliwoniuk mogą być przykładem na to, że warto studiować. Obaj panowie trafili do tej samej grupy, a z biegiem czasu, gdy lepiej się poznali odkryli w sobie podobne zainteresowania. Ich efektem jest dzisiaj Podlaski Cydr. Nie było to jednak takie proste, bowiem koledzy ze studiów chcieli najpierw produkować wino. Jednak masa problemów spowodowała, że stworzyli bezalkoholowy cydr, w którym rozsmakowali się miłośnicy tego trunku, a efektem było zwycięstwo w konkursie zorganizowanym przez Lubelskie Stowarzyszenie Miłośników Cydru. Produkowany w powiecie hajnowskim Podlaski Cydr musiał naprawdę przypaść do gustu, skoro w województwie lubelskim wybrano produkt podlaski.

 

Z całej tej historii płynie jeszcze jedna konkluzja. Jak widać, by skorzystać ze środków unijnych z programu RPOWP wystarczy mieć dobry pomysł. W ramach środków pochodzących z Funduszy europejskich w tym z Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich możemy zrealizować zarówno duże inwestycje tj. infrastruktura drogowa, jak również sfinansować mniejsze działania np. szkolenia. Wiedza zdobyta podczas szkoleń może nam się przydać do założenia własnej działalności. Ale we wspomnianym przypadku rzeczywiście należy mieć pomysł: co będziemy produkować, oferować czy sprzedawać.

 

Ale są też środki unijne, które mają na celu skutecznie zachęcić wyłącznie do aktywności w momencie, kiedy dopiero szukamy pomysłu. Krajowa Sieć Obszarów Wiejskich (KSOW-red.) to platforma, która jest kierowana do mieszkańców – jak sama nazwa mówi z obszarów wiejskich, którzy mają pomysł, ale nie do końca wiedzą jak go zrealizować lub jak go „ubrać w ramy”. Środki z KSOW to fundusze, które przeznaczane są na działania służące do zachęcania społeczności wiejskiej do tworzenia wspólnych inicjatyw.

Mural na Białostoczku wywołał gigantyczne kontrowersje. Kim był ks. Michał Sopoćko?

Ksiądz Michał Sopoćko to najbardziej znany białostoczanin na świecie. Ostatnio jego wizerunek został uwieczniony na jednym z bloków osiedla Białostoczek w postaci gigantycznego muralu, co z miejsca Wywołało gigantyczną dyskusję wśród naszych Czytelników. Wiele głosów było w tonie wyrażającym sprzeciw tego typu inicjatywom, by religijne murale były na blokach. Czytelnicy podnosili, że takie powinni znajdować się na… kościołach. Swoją drogą ciekawie wyglądałaby świątynia z muralem.

 

Znalazło się także sporo Czytelników, którzy muralu bronili podnosząc, że ks. Michał Sopoćko jest patronem Białegostoku i że wiary wstydzić się nie trzeba. Dla jednych i drugich warto przypomnieć kim był ks. Michał Sopoćko. Wbrew pozorom nikim kontrowersyjnym, zaś emocje, które wywołał mural są ogólnym negatywnym nastawieniem do kościoła za nierozliczoną, gigantyczną aferę pedofilską, przez co obrywa się każdemu księdzu – nawet temu, który został beatyfikowany – czyli otoczony lokalnym kultem.

 

Ksiądz Sopoćko urodził się na Wileńszczyźnie w 1888 roku. W 1914 roku został kapłanem. Do Białegostoku trafił już, gdy Polska odzyskała niepodległość – bo w 1928 roku. Między czasie kapłan spowiadał św. Faustynę Kowalską – siostrę zakonną, która miała boskie objawienia, które skrzętnie spisywała. Sopoćko zaś zaczął głosić kult miłosierdzia bożego, które właśnie zainteresowało go podczas rozmów ze św. Faustyną Kowalską. Do dziś nierozerwalnie wiąże się z tym znany obraz Jezusa Chrystusa Miłosiernego – z napisem „Jezu Ufam Tobie”.

 

Sopoćko najaktywniej działał na Wileńszczyźnie, jednak w Białymstoku spędził 30 lat życia i tutaj też został pochowany. Jego szczątki spoczywają w kościele pod wezwaniem Miłosierdzia Bożego, który znajduje się niemalże na przeciwko bloku, na którym został namalowany gigantyczny mural, który wywołał tyle kontrowersji. Co ciekawe, w Białymstoku są także trzy inne miejsca nierozerwalnie związane z ks. Michałem Sopoćko. Archidiecezjalne Wyższe Seminarium Duchowne, gdzie kapłan był wykładowcą. Drugie miejsce to dzisiejszy zakon przy ul. Poleskiej gdzie Sopoćko pełnił posługę. Kapłan mieszkał w domu przy ul. Złotej.

 

Ks. Sopoćko jest najbardziej znanym białostoczaninem na świecie. Jego relikwie znajdują się w sześciuset kościołach i kaplicach na wszystkich kontynentach. Do Białegostoku za jego sprawą przyjeżdża dziesiątki tysięcy pielgrzymów, zaś bardzo wiele katolików na świecie kultywuje „godzinę miłosierdzia”, przez co codziennie o godz. 15 modlą się. Co ciekawe w Zgromadzeniu Jezusa Miłosiernego w kaplicy przy ul. Polskiej, gdzie kiedyś mieszkał ks. Sopoćko – znajduje się stary zegar, który pamięta jeszcze czasy kapłana. Zegar ten kiedyś stanął wskazując kilka minut przed godz. 15. Postanowiono, że mechanizm nie będzie ponownie uruchamiany.

 

Z ks. Michałem Sopoćko wiąże się także historia „ocalenia Białegostoku”. 9 marca 1989 roku doszło do katastrofy pociągu właśnie w pobliżu zgromadzenia przy ul. Polskiej. Kiedy wszystko szczęśliwie się zakończyło przypisano wstawiennictwo własnie księdzu Sopoćko. Do dziś tamto „ocalenie” upamiętnia krzyż z napisem „Jezu Ufam Tobie”, co symbolizuje wiarę białostoczan w Boże Miłosierdzie i orędownictwo ks. Sopoćko.

 

 

Featured Video Play Icon

Maciej Sikorski. Pochodzący z Podlasia aktor dubbinguje pierwszoplanowego aktora!

Jeszcze 8 lat temu jego początki można było obejrzeć na YouTube. Naśladował głosy znanych osób i szło mu całkiem nieźle. Dziś jego głos można usłyszeć w filmie 303. Bitwa o Anglię, gdzie dubbinguje jedną z postaci. Mowa tu Macieju Sikorskim, który pochodzi z miejscowości Kobylin-Borzymy (pow. wysokomazowiecki).

 

Maciej Sikorski później dał się poznać jako uczestnik programu „Mam talent”. Wówczas 21-letni student Wydziału Sztuki Lalkarskiej w Białymstoku przeszedł eliminacje i wystąpił w odcinku programu na żywo. Za swój występ od jury usłyszał „3 razy tak”. Niestety w pierwszym półfinale chłopak odpadł. Parodiował Kamila Durczoka, co nie przypadło do gustu jury. Dziś Maciej Sikorski jest dyplomowanym aktorem, który ukończył Akademie Teatralną w Warszawie, a także wspominany Wydział Sztuki Lalkarskiej w Białymstoku na kierunku aktorskim. Od 2013 roku Sikorski jest aktorem Teatru Lalek Pleciuga w Szczecinie, współpracuje też z innymi teatrami ze Szczecina. Mężczyzna jest także wokalistą w kapeli Domofon. Reżyseruje teledyski i etiudy filmowe.

 

W najnowszym filmie „303. Bitwa o Anglię” dubbinguje Iwana Rheona grającego Jana Zumbacha. Jest to główny bohater w filmie. Jak sobie poradził? Zobaczcie sami – film emitowany jest w kinach. My składamy gratulację dla pochodzącego z Podlasia aktora i życzymy kolejnych sukcesów.

Featured Video Play Icon

„Jak się dowiedziałem o tym raku, że jest nieuleczalny, płakałem w nocy żeby dzieci nie widziały”

Jarosław Dziemian był człowiekiem, który nierozerwalnie kojarzy się nie tylko z Białymstokiem, ale też z tym wszystkim co po sobie pozostawił – Najpopularniejsze radio w Białymstoku – Jard, Hotel Turkus, Zajazd Wiking, Klub Rozrywki Krąg, Hotel nad Zalewem w Wasilkowie, a także wiele wiele innych przedsięwzięć. W wieku 68 lat, 15 sierpnia zmarł po długiej i ciężkiej chorobie, której nigdy się nie wstydził. O tym, że cierpi na raka prostaty wiedzieli nie tylko członkowie rodziny, ale też jego współpracownicy, pracownicy czy koledzy. – Ja już przeżyłem śmierć, płakałem. Jak się dowiedziałem o tym raku, że jest nieuleczalny, płakałem w nocy żeby dzieci nie widziały. Poduszka była mokra rano – wspominał Jarosław Dziemian w wywiadzie przeprowadzonym 2 lata temu przez Krystiana Skowrona, który możecie obejrzeć powyżej.

 

Mało kto już pamięta, że w 2002 roku Jarosław Dziemian startował w wyborach na prezydenta Białegostoku. Chciał, by jego doświadczenie i umiejętności można było wykorzystać w rozwoju miasta i regionu. Współpracownicy Jarosława Dziemiana wspominają go jako kreatora, który nigdy nie był odtwórcą. – Żył marzeniami, większość z nich udało mu się spełnić dzięki ciężkiej pracy i konsekwencji w działaniu. Kochał życie, ludzi, świat. Nie potrafił przejść obojętnie obok czyjegoś nieszczęścia. Był kimś niespotykanym. Łamał kanony, nie działał sztampowo, nie lubił schematów. Kochany mąż, ojciec, dziadek. Nietuzinkowy pracodawca, który spędzał z pracownikami większą część każdej doby. Miłośnik muzyki i motoryzacji. Człowiek wielu pasji. Z każdym potrafił znaleźć wspólny język, właściciel firmy, którą prowadził całym sercem. Spełniał marzenia licznego grona dzieci i młodzieży, chcących prowadzić audycje w radiu i telewizji. – przeczytać możemy na stronie Facebookowej Radia Jard.

 

– Lepiej się dwa razy zapytać o drogę niż błądzić po lesie – powiedział Jarosław Dziemian w wywiadzie 2 lata temu. I taki właśnie był. Nigdy nie podejmował pochopnych decyzji. Jarosław Dziemian miał 68 lat.

Wojciech Nowicki – kim jest złoty medalista z Białegostoku?

Ostatnio zrobiło się o nim głośno po tym jak zdobył złoty medal i został Mistrzem Europy w Lekkiej Atletyce. Mowa tu o rzucającym młotem Wojciechu Nowickim reprezentującym klub Podlasie Białystok. Kim jest Wojciech Nowicki, który w Berlinie rzucił 80,12m i był najlepszy? To 29-letni, urodzony w Białymstoku lekkoatleta specjalizujący się w rzucie młotem. CO ciekawe – jeszcze w szkole podstawowej trenował piłkę nożną w Jagiellonii Białystok, piłkarzem ostatecznie nie został. W liceum zaczął trenować w Podlasiu Białystok.

 

Pierwsze sukcesy zaczął osiągać po czterech latach treningów. W Młodzieżowych mistrzostwach Europy zdobył 5 miejsce. W 2015 roku czyli po 8 latach od rozpoczęcia treningów zdobył pierwszy brązowy medal na Mistrzostwach świata w Pekinie. W kolejnych latach zdobywał kolejne brązy. W 2017 roku w końcu osiągnął srebro, zaś w tym roku po raz pierwszy złoto. Co ciekawe, Wojciech Nowicki jest z wykształcenia automatykiem-robotykiem, a dyplom uzyskał na Politechnice Białostockiej. Co cieszy, nie uciekł do Warszawy jak wiele innych znanych osób, tylko mieszka w stolicy województwa podlaskiego wraz z żoną i córką.

 

Wojciechowi Nowickiemu życzymy kolejnych sukcesów!

 

fot. Wschodzący Białystok

Anna Omielan zdobyła wiele medali. Podlasianka marzy o powrocie do sportu

Ania Omielan to 25-latka urodzona w Dąbrowie Białostockiej, znakomita pływaczka białostockiego klubu, która osiągnęła w życiu już bardzo wiele. Brała udział w mistrzostwach świata, igrzyskach, zdobywając wiele medali na arenie krajowej i międzynarodowej. Mało kto w tak młodym wieku może się pochwalić własną stroną na Wikpedii. Jednak przy swoich osiągnięciach, te wydaje się najmniejsze. Między 2007 a 2013 rokiem zdobyła w Tajwanie, Berlinie, Pekinie, Islandii, Niemczech, Holandii, Grecji i też wiele razy w Polsce – medale.

 

– Pływanie wiele mnie nauczyło, ukształtowało mój charakter, nauczyło wytrwałości i przezwyciężania słabości. – pisze sama o sobie. Jednak mimo odwagi i pogody ducha Anna nie jest w stanie poradzić sobie ze wszystkimi problemami. A jej największy to brak nogi, którą utraciła podczas wypadku rolniczego w wieku 2 lat. – Zawsze starałam się żyć bez ograniczeń, 2 treningi na basenie, dodatkowo 1 trening na siłowni, jednak brak nogi, złej jakości proteza, stale okaleczony kikut i kolejne operacje sprawiły, iż sport musiałam odstawić na drugie miejsce, a rozpocząć walkę o zdrowie. 

 

Anna Omielan marzy o powrocie do sportu. Nie jest to jednak możliwe bez odpowiedniej protezy, bez której nie da się normalnie funkcjonować a tym bardziej trenować. Za każdym razem otarcia na kikucie wykluczają dziewczynę z normalnego życia. 25-latka postanowiła wziąć sprawę w swoje ręce. Próbuje uzbierać 60 000 zł na odpowiednią protezę. Prawie jedna trzecia tej kwoty już jest. Jeżeli ktoś ma wątpliwości, czy jej pomóc niech tylko spojrzy na jej osiągnięcia i zastanowi się czy nie warto, by dziewczyna osiągała dla Polski znów znakomite wyniki.

 

Pieniądze na protezę można przekazać przy pomocy portalu:
https://pomagam.pl/plywaniedlaani

 

Osiągnięcia:
Mistrzostwa Świata Juniorów IWAS Tajwan 2007 – I i II miejsce;
Otwarte Mistrzostwa Niemiec – Berlin 2009 – I i II miejsce;
Igrzyska Paraolimpijskie Pekin 2008 – udział w 5 konkurencjach; IX miejsce
Zimowych i letnich Mistrzostwa Polski 2009 – II miejsce;
Integracyjne zawody pływackie, Warszawa 2008 – I miejsce;
Mistrzostwa Europy w pływaniu na Islandii, Reykjavik 2009 – II i III miejsce;
Otwarte Mistrzostwa Niemiec, Berlin 2009 – I, II, III miejsce;
Zimowe Mistrzostwa Polski w Pływaniu, Kalisz 2009 – II miejsce II miejsce;
Puchar Białegostoku w pływaniu, Białystok 2009 – I miejsce;
Zimowe Mistrzostwa Polski w Pływaniu, Białystok 2010 – II miejsce ;
Letnie Mistrzostwa Polski w Pływaniu, Gorzów Wielkopolski 2010 – II miejsce;
Otwarte Mistrzostwa Niemiec w pływaniu, Berlin 2010 – III miejsce;
Zawody Nadziei Paraolimpijskich, Warszawa 2010 – I miejsce;
Mistrzostwa Świata w Pływaniu, Eindhoven 2010 – VI, VII, VIII miejsce;
Letnie Mistrzostwa Polski w Pływaniu, Szczecin 2011 – II miejsce;
Otwarte Mistrzostwa Grecji w Pływaniu, Naoussa 2012 – 3 złote medale;
Letnie Mistrzostwa Polski w Pływaniu, Szczecin 2013 – I i II miejsce;

 

fot. Facebook Anny Omielan

Featured Video Play Icon

Kolorowe Jarmarki dostały „zero”. Janusz Laskowski i tak rozkochał publiczność

 

Kiedy w 1977 roku Janusz Laskowski wykonał w Opolu „Kolorowe Jarmarki”, to wręcz został przez jury „zniszczony”. Nikogo z nich nie przekonywało, że publiczność bardzo dobrze przyjęła jego piosenkę. „Eksperci” uznali, że Laskowski śpiewa kiczowate, banalne kawałki. Zaś „Kolorowe Jarmarki” otrzymału 0 punktów! Mało tego – krytyk muzyczny Andrzej Wróblewski przyznający tak druzgocącą ocenę przed kamerami i widzom ostentacyjnie zaprezentował „Zero”.

 

Piosenka stała się jednocześnie wielkim sukcesem artysty jak i przekleństwem. Jej popularność spowodowała, że latami Janusz Laskowski nie mógł przebić się z nowymi piosenkami. Wcześniej znany był z „Żółtego jesiennego liścia” i oczywiście „Beaty z Albatrosa” – hitu, który do dziś nuci się w każde wakacje w Augustowie.

 

Prawdziwy przełom nadszedł dopiero w 1995 roku. Wówczas Telewizja Polsat zaczęła nadawać dwa programy – w sobotę – Disco Polo Live, zaś w niedzielę Disco Relax. Oba programy przed telewizory przyciągnęły miliony Polaków, zaś artyści pokazywani tam z miejsca stawali się gwiazdami. Wtedy też swoją ponowną szansę dostał Janusz Laskowski, który w teledysku jadąc renaultem po Białymstoku śpiewał, że „Świat nie wierzy łzom”. W teledysku mogliśmy zobaczyć dawne białostockie „Chanajki”, „Amfiteatr”, a także wiele innych miejsc.

 

Na początku 2018 roku Janusz Laskowski znów przypomniał o swoim istnieniu. Tym razem wystąpił w świetnej piosence z białostockim raperem Lukasyno, a takżę Niziołem. Utwór „Bez sentymentu” pokazuje Młynową, okolice aresztu śledczego, białostocką Węglówkę, a także zajazd w Czarnej Białostockiej.

 

Pan Janusz Laskowski nagrał bardzo wiele piosenek, jednak prawdziwe szczyty zdobywał tylko kilka razy. Nie przeszkodziło mu to koncertować w wielu krajach. Pochodzący z Wileńszczyzny, a mieszkający w Białymstoku piosenkach jest także działaczem charytatywnym, który mocno udziela się w instytucjach powiązanych z Kościołem katolickim. Jego występy można często obejrzeć podczas koncertów i uroczystości religijnych, które pokazuje TV Trwam.

 

Od musicalu do Niemena. Recital wokalny wschodzącej gwiazdy

8 czerwca o godzinie 19.00 w Hajnowskim Domu Kultury odbędzie się recital Julity Wawreszuk. Widzowie będą mogli usłyszeć różnorodny repertuar w języku polskim, angielskim i białoruskim, który podczas wieczoru zaprezentuje utalentowana wokalistka przy akompaniamencie pianisty Krzysztofa Kulikowskiego. Julicie Wawreszuk towarzyszyć na scenie będą: Sylwia Wojciechowska, Monika Kurza i Adrianna Rogalska. W roli konferansjera wystąpi Konrad Szczebiot. Podczas recitalu, jak sama zapowiada, będzie można się pośmiać, wzruszyć i pobawić. Wstęp na występ jest wolny.

 

Julita Wawreszuk pochodzi z Hajnówki, gdzie ukończyła między innymi II Liceum Ogólnokształcące z Dodatkową Nauką Języka Białoruskiego. W swoim rodzinnym mieście uczęszczała do Studia Piosenki Estradowej oraz do szkoły muzycznej, w której pobierała naukę gry na pianinie i śpiewu klasycznego. Obecnie jest dyplomantką Policealnego Studium Wokalno  Aktorskiego w Białymstoku. W 2017 roku wzięła udział w 38. Przeglądzie Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu. Zaśpiewała „Ciche mieszkanko”, „Na kolana” i „Łoł”. Zdobyła wtedy nagrodę pieniężną Niemiecko-Polskiego Towarzystwa Kulturalnego „Polonica”. Ponadto wokalistka otrzymała zaproszenie do udziału w Festiwalu Rock & Chanson w Kolonii. Zdobyła tam II miejsce. 11 listopada 2017 roku wystąpiła w koncercie Studia Piosenki Teatru Polskiego Radia pod tytułem „Między nami” z utworami Jacka Kaczmarskiego. Koncert ten odbył się w Studiu im. Władysława Szpilmana i był emitowany na żywo w Programie Pierwszym Polskiego Radia. Współpracowała z białostockimi raperami: Hukosem, Maximem i Praktisem.

 

Julita Wawreszuk charakteryzuje się na scenie dojrzałością, swobodą, wrażliwością i ogromnym profesjonalizmem. Obdarzona jest około trzyipółoktawową skalą głosu z możliwością wykonywania partii koloraturowych, co udowodnia, śpiewając m.in. wyżej wymieniony utwór pod tytułem „Ciche mieszkanko”. Młoda wokalistka sięga po różne gatunki, style i nastroje muzyczne, w których doskonale się odnajduje. Podlasianka, niczym wielka gwiazda światowej piosenki, skupia na sobie publiczność od początku do końca swoich występów. Oczarowuje umiejętnościami wokalnymi, wdziękiem i urodą. Podczas piątkowego recitalu będzie można usłyszeć również autorski utwór Julity Wawreszuk, który jest początkiem jej twórczości.

 

Wawreszuk posiada sporą kolekcję nagród, które zdobywała w konkursach i na festiwalach. Między innymi jest laureatką pierwszego miejsca na Ogólnopolskim Festiwalu Piosenki Białoruskiej 2017 w Hajnówce, otrzymała Grand Prix w Ogólnopolskim Konkursie Piosenki 2015 w Kaliszu oraz uzyskała trzecie miejsce w Międzynarodowym Festiwalu Piosenki Poetyckiej im. Bułata Okudżawy. Poza śpiewem interesuje ją taniec, gra na perkusji i matematyka.

 

Rafał Górski

Nowy patron ulicy wywołuje wielkie kontrowersje

Na osiedlu Skorupy nowa ulica została przez radnych nazwana imieniem Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”. Jest to postać bardzo kontrowersyjne oceniania przez historyków. Gdy tylko pojawiła się tablica z nazwą ulicy – w pobliżu, na płocie z płyt OSB na prywatnej posesji znalazł się napis „Ulica Mordercy!!!”, a także „Miejsce zbrodniarzy jest na śmietniku historii Łupaszko to ludobójca”. Dodatkowo naklejono na samą tablicę z nazwą doklejono kartkę z napisem „ZBRODNIARZ”. To bardzo czytelny sygnał, że nie każdemu pasuje patron nowej ulicy. Jeszcze nigdy w historii miasta, żaden patron nie wzbudzał takich emocji.

 

Zygmunt Szendzielarz ps. „Łupaszko” należał do „Żołnierzy Wyklętych”. Już w PRL historycy pisali o nim jako „krwawy herszt wileńskich bandytów” i „imperjalistyczny szpieg anglosaski”. Propaganda PRL przedstawiała go jako tego, który organizował „napady terrorystyczno-rabunkowe. Nie tylko o Łupaszcze w PRL mieli takie zdanie, lecz o wszystkich „Żołnierzach Wyklętych”. Łupaszko ostatecznie osadzony przez komunistów w więzieniu na ul. Rakowieckiej w Warszawie. Tam przez 2,5 roku był torturowany. Ostatecnie w procesie został „osiemnastokrotnie” skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano 8 lutego 1951 roku.

 

Może się wydawać, że powyższe napisy i naklejki umieścili osoby, które nadal wierzą w propagandę PRL. Bardziej jednak prawdopodobne jest to, że wiele osób zarzuca Łupaszcze, że z jego inspiracji, żołnierze którymi dowodził dokonali zbrodni na polskiej, białoruskiej i żydowskiej ludności cywilnej na Wileńszczyźnie, a także za zbrodnie cywilne np. w podlaskiej Narewce, gdzie jak pisano – „zastrzelił Białorusinów chcących żyć raczej w państwie białoruskim niż polskim”.

 

Niewątpliwie sprawa Łupaszki dotyka najbardziej mniejszości narodowych. Dlatego do dziś wywołuje wiele kontrowersji nadanie jego imieniem jednej z ulic w Białymstoku. Mamy tutaj więc próbę czynienia bohatera, z osoby która była „Żołnierzem wyklętym”, znienawidzonej przez władze PRL, a jednocześnie, któremu zarzuca się zbrodnie wojenne.