Często wyśmiewane, teraz mogą być niezastąpione. Autobusy elektryczne w miastach.

Często wyśmiewane, teraz mogą być niezastąpione. Autobusy elektryczne w miastach.

Mimo, że Iran jest tysiące kilometrów od Podlaskiego, to gospodarka naszego regionu jest podłączona do globalnego systemu. Jednym z najważniejszych punktów na mapie tego systemu jest Cieśnina Ormuz – wąskie przejście między Zatoką Perską a Oceanem Indyjskim, przez które przepływa ogromna część światowych dostaw ropy. Gdy pojawiła się tam wojna, natychmiast ceny za paliwo podskoczyły w górę i pojawiły się obawy o zakłócenia transportu surowca. Ta wojna jest problemem dla gospodarek uzależnionych od ropy. Jak na dłoni wychodzi, że Podlaskie jest w tym gronie.

Wystarczy zagrożenie dla jednego szlaku morskiego, aby cały świat zaczął zastanawiać się nad dostępnością benzyny czy oleju napędowego. Jeszcze kilka lat temu auta elektryczne były często wyśmiewane jako ciekawostka dla entuzjastów nowych technologii. Tymczasem pojazd elektryczny nie potrzebuje ropy transportowanej przez tankowce z drugiego końca świata. Wystarczy energia elektryczna, którą można wytwarzać lokalnie – z różnych źródeł, od elektrowni konwencjonalnych po odnawialne.

Szczególnie ciekawie wygląda to w przypadku transportu publicznego. Autobusy elektryczne, które jeszcze niedawno wydawały się kosztownym eksperymentem, mogą być postrzegane jako inwestycja w niezależność energetyczną miast. Samorządy, które rozwijają flotę takich pojazdów, w mniejszym stopniu uzależniają codzienne funkcjonowanie komunikacji miejskiej od cen ropy i sytuacji geopolitycznej na świecie.

Jak widać zalety elektrycznych autobusów to nie tylko brak spalin czy cisza. W czasach niepewności na globalnych rynkach energii okazuje się, że mogą one pełnić jeszcze jedną rolę – stabilizować funkcjonowanie transportu publicznego niezależnie od tego, co dzieje się na świecie handlu, do którego jesteśmy podłączeni. Dlatego też elektryczne autobusy i samochody mogą mieć przed sobą znacznie większą przyszłość, niż wielu jeszcze niedawno przypuszczało.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Podlaskie potrzebuje nowego szlaku rowerowego. Green Velo to za mało.

Za rok minie dziesięć lat od momentu uruchomienia szlaku Green Velo. Przez ten czas stał się on jedną z najbardziej rozpoznawalnych tras rowerowych w Polsce i przyciągnął do wschodnich regionów mnóstwo turystów. Wystarczy w letni weekend pojawić się na dowolnym odcinku w Podlaskiem, aby zobaczyć rowerzystów z całej Polski, obładowanych sakwami a coraz częściej. To dowód, że turystyka rowerowa ma ogromny potencjał i że ludzie chcą poznawać region właśnie w ten sposób – spokojnie, z bliska i w rytmie pedałowania.

Paradoks polega jednak na tym, że sam szlak Green Velo w wielu miejscach pozostawia sporo do życzenia. Część odcinków jest dobrze przygotowana, ale są też takie, które obok ruchliwej drogi, gdzie trudno mówić o komforcie. W wielu miejscach infrastruktura jest skromna, a baza noclegowa w mniejszych miejscowościach wciąż nie nadąża za rosnącym zainteresowaniem rowerzystów. Turystów jest dużo – ale potencjał regionu jest znacznie większy niż to, co dziś oferuje główny szlak.

Dlatego coraz częściej pojawia się pytanie: czy Podlaskie nie powinno stworzyć nowej, alternatywnej trasy rowerowej, która wykorzysta najciekawsze miejsca regionu i jednocześnie zachęci do powrotu tych, którzy przejechali już Green Velo, a także tych, którzy chcieliby zaliczyć i jedno i drugie?

Propozycja nowego szlaku przez serce Podlasia

Naturalnym pomysłem byłoby poprowadzenie nowego szlaku z północy regionu przez najbardziej charakterystyczne miejsca Podlasia aż nad Bug. Trasa mogłaby zaczynać się w Rygolu, gdzie łączyłaby się z Green Velo, na skraju Puszczy Augustowskiej – jednego z największych kompleksów leśnych w Polsce. To miejsce idealne na początek wyprawy: dzika przyroda, jeziora, kanał Augustowski i ogromna sieć leśnych dróg.

Dalej szlak mógłby prowadzić przez Lipsk i Nowy Dwór w kierunku Kuźnicy i Krynek. Ten fragment Podlasia ma niezwykły, pograniczny charakter – cichy, spokojny i wciąż mało odkryty przez turystów. W Krynkach warto zatrzymać się choćby przy słynnym okrągłym rynku, który należy do najbardziej charakterystycznych układów urbanistycznych w regionie.

Kolejny odcinek prowadziłby przez Kruszyniany – jedną z najbardziej znanych wsi tatarskich w Polsce. Drewniany meczet i mizar przyciągają turystów z całego kraju, a lokalna kuchnia tatarska od lat jest jedną z wizytówek Podlasia.

Stamtąd trasa mogłaby biec przez Gródek i Michałowo w kierunku Zabłudowa, a następnie przez Krainę Otwartych Okiennic – czyli wyjątkowy fragment Podlasia z drewnianą architekturą i kolorowymi zdobieniami domów w miejscowościach takich jak Trześcianka, Soce czy Puchły. To jeden z najbardziej malowniczych obszarów regionu i miejsce, które doskonale nadaje się do spokojnej turystyki rowerowej.

Dalszy odcinek mógłby prowadzić przez Strablę i Pietkowo do Brańska – jednego z najstarszych miast Podlasia (1493 rok). Następnie przez Ciechanowiec, gdzie znajduje się słynne Muzeum Rolnictwa, a dalej przez Granne w kierunku doliny Bugu.

Ostatni fragment trasy mógłby biec właśnie wzdłuż tej rzeki aż do przeprawy promowej w Mielniku. To jedno z najbardziej malowniczych miejsc nad Bugiem – z kredową górą, pięknymi widokami i spokojnym, niemal wakacyjnym klimatem.

Szansa na turystyczny kręgosłup regionu

Taki szlak miałby ogromną zaletę: prowadziłby przez miejsca autentyczne, ciekawe kulturowo i przyrodniczo, a jednocześnie w dużej części przez spokojne drogi lokalne i tereny o niewielkim ruchu samochodowym. Byłby też naturalnym impulsem do rozwoju małej infrastruktury turystycznej – noclegów, punktów gastronomicznych, wypożyczalni rowerów czy miejsc odpoczynku.

Green Velo pokazał, że rowerzyści potrafią przyjechać setki kilometrów, jeśli mają atrakcyjną trasę. Podlasie ma wszystko, by stać się jednym z najważniejszych regionów turystyki rowerowej w Polsce: przestrzeń, przyrodę, historię i niezwykłą atmosferę pogranicza.

Brakuje tylko jednego – zapału, aby stworzyć szlak, który naprawdę pokaże to, co w regionie najciekawsze.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Nowa wizja dla Siemianówki. Zamiast brudu i zakwitów, coś co uratuje Narew.

Zalew Siemianówka od lat wzbudza emocje. Dla jednych jest miejscem wypoczynku, łowiskiem ryb i ogromnym akwenem wodnym na skraju Puszczy Białowieskiej. Dla innych – przykładem zbiornika, który nadaje się tylko do likwidacji. Zielona woda, zakwity glonów i ogromne płytkie strefy przy brzegach pojawiają się tu niemal co roku. Bez dwóch zdań zbiornik jest „wadliwy”.  Natomiast zamiast likwidacji oraz zostawienia tego w obecnej formie, jest jeszcze trzecia droga. Bowiem Siemianówka znajduje się w naturalnym procesie, który można wykorzystać, zamiast z nim walczyć.

Płytkie zbiorniki wodne na całym świecie przechodzą z czasem bardzo podobną drogę. Najpierw są otwartym akwenem, potem pojawiają się płycizny, roślinność wodna i trzcinowiska. Z biegiem lat zaczynają przypominać mozaikę rozlewisk, wysp i bagien. W hydrologii jest to zjawisko dobrze znane i często prowadzi do powstania jednych z najcenniejszych ekosystemów – mokradeł. Dlatego może warto wykorzystać to czym jest obecnie Siemianówka i przekształcić ją w coś bardzo wartościowego przyrodniczo?

Jeżeli spojrzeć na mapę Podlaskiego, nietrudno zauważyć pewną analogię. Kilkadziesiąt kilometrów dalej znajduje się dolina Biebrzy – jedno z najcenniejszych mokradeł w Europie. To obszar rozległych bagien, płytkich rozlewisk i torfowisk, który przyciąga tysiące ptaków i turystów z całego świata. Siemianówka mogłaby w pewnym sensie pójść podobną drogą, z jedną istotną różnicą. W środku takiego obszaru nadal mogłoby istnieć jezioro. Powstałaby niezwykła mozaika krajobrazów: mokradła, trzcinowiska, zatoki, wyspy i fragmenty otwartej wody. Najprościej można to opisać jednym obrazowym porównaniem – coś na kształt Bagien Biebrzańskich z jeziorem w środku.

Taka wizja nie jest tylko romantyczną fantazją. Mokradła są jednymi z najbardziej efektywnych systemów oczyszczania wody, jakie istnieją w naturze. Roślinność bagienna, taka jak trzciny czy turzyce, wraz z mikroorganizmami żyjącymi w osadach potrafi wychwytywać ogromne ilości fosforu i azotu. Są to dokładnie te substancje, które odpowiadają za zakwity glonów i sinic w zbiornikach wodnych. Woda przepływająca przez mokradła jest stopniowo filtrowana, ochładza się i staje się bardziej stabilna chemicznie. W wielu krajach wykorzystuje się nawet specjalnie tworzone mokradła jako naturalne oczyszczalnie wody. Gdyby podobny system powstał w Siemianówce, mógłby działać jak ogromny filtr dla Narwi.

A właśnie Narew jest w tej historii kluczowa. To jedna z najbardziej niezwykłych rzek w Europie Środkowej. Historycznie była rzeką wielokorytową, która płynęła przez szeroką dolinę bagien i torfowisk. Zbiornik Siemianówka zmienił naturalny rytm tej rzeki. Woda jest zatrzymywana, długo stoi w zbiorniku, nagrzewa się i dopiero to, co nie zdąży później wyparować – trafia do rzeki poniżej zapory. Rozległe mokradła mogłyby częściowo przywrócić naturalne procesy hydrologiczne. Działają one jak ogromna gąbka – zatrzymują nadmiar wody podczas opadów, a w czasie suszy powoli ją oddają. Dzięki temu przepływ w rzece staje się bardziej stabilny i bliższy naturalnemu.

Siemianówka już dziś pokazuje, jak duży potencjał przyrodniczy kryje się w tym miejscu. W czasie migracji zatrzymują się tu tysiące ptaków wodnych. Nad wodą można zobaczyć bieliki, czaple, rybitwy, a wiosną i jesienią ogromne stada gęsi. Dla wielu gatunków zbiorniki z rozległymi płyciznami są idealnym miejscem żerowania i odpoczynku. Gdyby część akwenu zamieniła się w rozległe mokradła, Siemianówka mogłaby stać się obok Biebrzy jednym z najważniejszych miejsc obserwacji ptaków w tej części Europy. W wielu krajach turystyka ornitologiczna generuje znacznie większe dochody niż klasyczna rekreacja nad wodą.

Najbardziej zaskakujące w tej koncepcji jest jednak to, że nie wymaga ona spektakularnych i kosztownych inwestycji. Wbrew powszechnemu przekonaniu przekształcenie części zbiornika w mokradła nie musi oznaczać likwidacji zapory ani całkowitego spuszczenia wody. Wystarczyłoby zmienić sposób gospodarowania poziomem wody w zbiorniku. Siemianówka jest tak płytka, że obniżenie poziomu wody odsłoniłoby ogromne połacie dna. Na takich terenach roślinność bagienna pojawia się bardzo szybko – często już w pierwszym sezonie. W ciągu kilku lat mogłyby powstać rozległe trzcinowiska, płycizny i zatoki. Siemianówka już dziś przyciąga tysiące ptaków w czasie migracji, ale większa powierzchnia mokradeł mogłaby zamienić ją w jedno z najważniejszych ptasich miejsc w tej części Europy.

Drugim elementem mogłoby być przywrócenie bardziej naturalnego przepływu Narwi przez zbiornik. W praktyce oznaczałoby to wyznaczenie głównego koryta rzeki przez środek akwenu. Wtedy rzeka przestałaby „stać” w zbiorniku, a zaczęłaby znów płynąć przez szeroką dolinę. Takie rozwiązanie jest stosowane w wielu projektach renaturyzacji rzek w Europie.

Co szczególnie ważne, taki scenariusz nie oznacza końca turystyki nad Siemianówką. Wręcz przeciwnie. Najgłębsza część zbiornika – w rejonie zapory w Bondarach, gdzie woda może osiągać nawet kilka metrów głębokości – mogłaby pozostać dużym akwenem. Tam nadal mogliby łowić wędkarze, podczas gdy płytsze fragmenty zbiornika stopniowo zamieniałyby się w rozlewiska i mokradła. Jednocześnie powstałaby niezwykła mozaika krajobrazów – rozlewiska, trzcinowiska, wyspy i zatoki. W takich miejscach często buduje się wieże obserwacyjne, kładki przez bagna i ścieżki przyrodnicze. Dla wielu osób to właśnie takie dzikie krajobrazy są największą atrakcją.

Najbardziej fascynujące jest jednak tempo, w jakim przyroda potrafi działać. Mokradła nie powstają wyłącznie w skali dziesięcioleci. W sprzyjających warunkach pierwsze błotniste wyspy i płycizny pojawiają się w ciągu jednego sezonu. W ciągu kilku lat roślinność bagienna może całkowicie zmienić krajobraz zbiornika.

Zmiana byłaby jednak odczuwalna nie tylko na samej Siemianówce, ale również poniżej zapory. Narew wypływająca ze zbiornika mogłaby stopniowo odzyskać bardziej naturalny charakter. Dziś woda długo stoi w zalewie, nagrzewa się i trafia do rzeki już naładowana azotem, fosforem, zakwitnięta z małą ilością tlenu. Jeśli część zbiornika zamieniłaby się w rozległe mokradła, woda przepływająca przez trzcinowiska i płycizny byłaby naturalnie filtrowana i wolniej oddawana do rzeki. Oznaczałoby to stabilniejszy przepływ, chłodniejszą wodę i lepsze warunki dla organizmów żyjących w Narwi.

W praktyce w wielu miejscach nie trzeba byłoby wykonywać żadnych dużych prac hydrotechnicznych. Rzeka sama zaczęłaby odzyskiwać swój naturalny rytm przepływu. W niektórych odcinkach można byłoby jedynie pomóc temu procesowi – na przykład poprzez odtworzenie starorzeczy, połączenie dawnych odnóg rzeki z głównym nurtem lub usunięcie części sztucznych umocnień brzegów. Takie działania nie podnoszą poziomu rzeki w sposób sztuczny, lecz pozwalają wodzie rozlewać się szerzej w dolinie. Dzięki temu Narew zatrzymuje więcej wody w swoim naturalnym systemie rozlewisk, zamiast szybko odprowadzać ją w dół rzeki.

Na razie jest to jednak tylko koncepcja – wizja tego, jak można by wykorzystać naturalne procesy zachodzące w Siemianówce, zamiast ją likwidować. Aby taka zmiana mogła się kiedyś wydarzyć, potrzebne byłyby decyzje polityczne oraz działania instytucji odpowiedzialnych za gospodarkę wodną. A takie decyzje pojawiają się zwykle dopiero wtedy, gdy temat zaczyna żyć w przestrzeni publicznej.

Dlatego pierwszym krokiem nie są koparki ani projekty hydrotechniczne, lecz presja społeczna. Jeśli uznacie, że warto poważnie porozmawiać o przyszłości Siemianówki, najprostszą rzeczą jest nagłośnienie tej wizji i przekazywanie dalej tego artykułu – do radnych, samorządowców, posłów, ministrów czy instytucji zajmujących się wodami i ochroną przyrody. Wasze działanie pokaże, że temat nie jest tylko ciekawostką przyrodniczą, lecz pomysłem, który trzeba zrealizować jak najszybciej, by uratować Rzekę Narew i Narwiański Park Narodowy przez katastrofą jaka je czeka, gdy nie zrobimy nic.

Przekaż ten tekst dalej. Niech przeczytają go ci, którzy mogą zmienić przyszłość Narwi!

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Tak się żyło dawniej w podlaskich chałupach

Na Podlasiu jeszcze sto lat temu wieś wyglądała zupełnie inaczej niż dziś. Domy nie przypominały współczesnych budynków z pustaków i styropianu. Były to proste, drewniane chałupy, budowane z tego, co dawał las i ziemia. Mimo swojej skromności miały w sobie coś niezwykłego – były częścią krajobrazu, rytmu pracy i życia mieszkańców. Jeżeli zagłębimy się w podlaskie wsie to i jeszcze dziś napotkamy pojedyncze chałupy.

Podlaską chałupę najczęściej wznoszono z grubych bali sosnowych lub świerkowych. Drewno ciosano ręcznie i układano jeden bal na drugim, tworząc ściany, które potrafiły przetrwać dziesiątki lat. Dach kryto słomą albo drewnianym gontem. Wokół domu znajdowały się zabudowania gospodarcze – stodoła, obora i spichlerz. Wszystko było podporządkowane pracy na roli, bo życie mieszkańców wsi kręciło się wokół gospodarstwa.

Wnętrze takiej chałupy było bardzo proste. Najważniejszym miejscem był piec – duży, murowany, stojący w centrum domu. To on dawał ciepło zimą, służył do gotowania, pieczenia chleba, a często także do spania. W wielu domach na piecu znajdowało się specjalne miejsce, gdzie zimą kładły się dzieci albo starsi domownicy. Ciepło z pieca rozchodziło się po całej izbie.

W jednej izbie potrafiła mieszkać cała rodzina. Stał tam stół, ławy przy ścianach, skrzynia na ubrania i kilka prostych łóżek. Nad stołem często wisiał obraz święty, a w rogu izby znajdował się niewielki ołtarzyk z ikoną lub krzyżem. W wielu podlaskich wsiach można było zobaczyć domy ozdobione kolorowymi okiennicami i rzeźbionymi detalami przy framugach. Choć życie było ciężkie, ludzie starali się nadać swoim domom odrobinę piękna.

Chałupy ustawiano zazwyczaj wzdłuż jednej drogi, tworząc charakterystyczną wieś ulicówkę. Domy stały blisko siebie, dzięki czemu sąsiedzi byli niemal na wyciągnięcie ręki. Życie toczyło się wspólnie – ludzie pomagali sobie przy żniwach, budowie domów czy pracach gospodarskich. Wieczorami spotykano się, rozmawiano, śpiewano i opowiadano historie.

Partnerzy portalu:

Rolnicy wypalając trawy co roku niszczą Podlaskie. Gigantyczne straty.

Rolnicy wypalając trawy co roku niszczą Podlaskie. Gigantyczne straty.

Każdej wiosny scenariusz wygląda identycznie. Pojawiają się pierwsze cieplejsze dni, trawy wysychają po zimie, a w wielu miejscach Podlasia ktoś podpala łąkę. Później pojawiają się kolejne ognie, a strażacy przez tygodnie gaszą pożary, które nie powinny się wydarzyć. W samym 2025 roku pożary zapoczątkowane wypalaniem traw objęły w Polsce 100 km kwadratowych powierzchni, spowodowały straty w wysokości ponad 28 mln zł i kosztowały życie siedmiu osób. W województwie podlaskim miało miejsce aż 801 takich wydarzeń, osiem osób zostało poszkodowanych.

Równolegle pojawia się drugi stały element tego rytuału: konferencje prasowe i apele. Strażacy, policja i przedstawiciele administracji apelują do rozsądku. Apelują, aby nie wypalać traw, o odpowiedzialność i o to by zgłaszać pożary. W tym roku nie było inaczej. O zaprzestanie wypalania traw apelowali podlascy strażacy, wojewoda podlaski, zastępca komendanta wojewódzkiego Policji oraz dyrektor Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych.

Pytanie brzmi – czy apelowanie to jednak nie jest za mało? Problem polega na tym, że od lat nic z tych apeli nie wynika. Straty liczone są w milionach złotych. W praktyce jest to działanie pozorne, bo apelowanie nie zatrzymuje pożarów.

Wypalanie traw jest w Polsce nielegalne. Grożą za to wysokie grzywny, a nawet kara więzienia. Istnieją przepisy, istnieją sankcje, istnieją kampanie społeczne. A mimo to liczba pożarów jest gigantyczna. To oznacza jedno: sama edukacja nie działa. Jeżeli co roku w tym samym regionie dochodzi do setek podpaleń, to znaczy, że system reaguje dopiero wtedy, gdy ogień już płonie. Cała strategia polega na gaszeniu skutków zamiast zapobieganiu przyczynom.

Tymczasem w ochronie przeciwpożarowej najważniejsza jest jedna rzecz – czas reakcji. Gdy ogień zostanie wykryty w ciągu kilku minut. Dobrym przykładem jest Biebrzański Park Narodowy. Po katastrofalnym pożarze w 2020 roku, który strawił ponad 5500 hektarów torfowisk i trzcinowisk, rozpoczęto rozbudowę systemu wczesnego wykrywania ognia. W ramach projektu wprowadzono monitoring przeciwpożarowy oparty na kamerach i wieżach obserwacyjnych. Do tego są samochody patrolowe i lekkie gaśnicze.

Dzięki temu różnica między wykryciem pożaru po 5 minutach a po godzinie może oznacza niwelację strat między spalonym hektarem a spalonymi tysiącami hektarów. Ogień w suchych trzcinowiskach lub na wyschniętej łące rozprzestrzenia się błyskawicznie. Gdy zostanie zauważony dopiero wtedy, gdy dym widoczny jest z kilku kilometrów, jest już za późno na łatwą akcję gaśniczą.

Jeżeli Podlaskie co roku mierzy się z setkami pożarów traw, to oznacza, że potrzebny jest system wczesnego wykrywania ognia obejmujący większe obszary regionu. Wieże obserwacyjne z kamerami, automatyczne systemy wykrywania dymu, monitoring satelitarny czy nawet drony patrolowe to technologie, które już istnieją. Ich koszt jest niewielki w porównaniu z kosztami wielodniowych akcji gaśniczych, w których uczestniczą setki strażaków, wojsko i lotnictwo.

Przykład Biebrzy pokazuje, że inwestycje w monitoring są możliwe i realne. To jest realna prewencja. Miliony na gaszenie, grosze na zapobieganie. Gdy dochodzi do wielkiego pożaru, uruchamiane są ogromne siły: setki strażaków, śmigłowce, samoloty gaśnicze, wojsko i służby leśne. Koszty takich operacji idą w miliony złotych. Jednocześnie inwestycje w wielkoobszarowe systemy wykrywania ognia są wyjątkiem, a nie standardem.

W efekcie państwo wydaje ogromne pieniądze na gaszenie pożarów, które można byłoby zdusić w zarodku – gdy ogień ma jeszcze kilka metrów, a nie kilka kilometrów frontu. Dopóki będą tylko apele, pożary będą co roku. Nie ma wątpliwości, że wypalanie traw jest głupotą i przestępstwem. Ale równie oczywiste jest to, że same apele nie zmienią rzeczywistości.

Rolnicy, którzy podpalają łąki, robią to od dziesięcioleci. Kampanie społeczne nie zmieniły tego w ciągu ostatnich lat i nie zmienią tego w ciągu kolejnych. Dlatego prawdziwe pytanie nie brzmi: czy powinniśmy apelować? Prawdziwe pytanie brzmi: dlaczego w regionie, w którym co roku płoną setki hektarów traw, nadal nie istnieje powszechny, spójny system wczesnego wykrywania pożarów? I niech nikt nie mówi o braku pieniędzy. Szczególnie patrząc na to, ile w Polsce bezużytecznych projektów unijnych zostało zrealizowanych za gigantyczne kwoty.

Dlatego dopóki jedyną odpowiedzią władz będą konferencje prasowe i apele o rozsądek, Podlaskie będzie płonąć każdej wiosny.

Partnerzy portalu:

Białystok mógł być jak drugi Czarnobyl. O włos od tragedii.

Białystok mógł być jak drugi Czarnobyl. O włos od tragedii.

9 marca 1989 roku. Białystok śpi. Jest godzina 2:25 w nocy. Po torach przecinających miasto powoli sunie ciężki skład towarowy – 32 wagony i sześć cystern wypełnionych chlorem. Pociąg zmierza do NRD. Wszystko wygląda rutynowo. Takich transportów w czasach PRL kursowało wiele. Nikt z mieszkańców miasta nie ma pojęcia, że za chwilę znajdzie się o krok od katastrofy, która mogłaby zabić dziesiątki tysięcy ludzi.

Nagle nocną ciszę rozdziera potężny zgrzyt metalu. Pęka szyna. Skład wypada z torów. W jednej chwili stalowa masa zaczyna się rozpadać. Wagony uderzają o siebie, nasyp kolejowy zostaje zniszczony, a podkłady i fragmenty torów splatają się z wagonami w chaotyczną plątaninę stali. Sześć cystern z chlorem przewraca się na bok. W ich wnętrzu znajduje się około 50 ton jednej z najbardziej niebezpiecznych substancji chemicznych używanych w przemyśle.

Chlor jest ciężkim, duszącym gazem. W razie uwolnienia nie unosi się wysoko – płynie przy samej ziemi jak zielonkawa mgła. Kontakt z nim powoduje poparzenia dróg oddechowych, obrzęk płuc i gwałtowną niewydolność krążenia. Wystarczyłoby jedno rozszczelnienie, aby nad miastem powstała trująca chmura. Na szczęście katastrofa wydarzyła się w miejscu płaskim. Gdyby wykolejenie nastąpiło kilkadziesiąt metrów dalej – na pobliskim wiadukcie – cysterny niemal na pewno pękłyby przy upadku.

Na miejsce natychmiast ruszają pierwsze zastępy straży pożarnej. Teren wokół katastrofy zostaje odcięty w promieniu 200 metrów. Zamknięto szkoły, sklepy i okoliczne budynki. Z parterów pobliskich bloków ewakuowani są mieszkańcy. Do Białegostoku ściągani są także ratownicy z innych miast, między innymi z Płocka. Szpitale wprowadzają ostry dyżur. Ale problem jest ogromny. Cysterny leżą w zniszczonym torowisku, a jedyny dźwig zdolny je podnieść nie może dojechać na miejsce. Tory są całkowicie zniszczone. Najpierw trzeba więc odbudować fragment linii kolejowej.

Ratownicy pracują w napięciu. Każdy ruch przy stalowej konstrukcji może uszkodzić zbiorniki z chlorem. Gdy w końcu udaje się doprowadzić dźwig, rozpoczyna się najbardziej ryzykowna część operacji. Podczas pierwszej próby podnoszenia słychać przerażający zgrzyt metalu. Elementy konstrukcji są ze sobą splątane. Niektórych fragmentów nie da się odłączyć mechanicznie. Trzeba użyć palnika acetylowego.

To moment, który mógł zdecydować o losie miasta. Każda iskra mogła doprowadzić do eksplozji lub rozszczelnienia cystern. Dlatego ratownicy kierują na zbiorniki dwa silne strumienie wody, aby obniżyć temperaturę metalu i zminimalizować ryzyko zapłonu. Po półtorej godziny pierwsza cysterna zostaje podniesiona. Kolejne okazują się znacznie trudniejsze. Jedną z nich podnosi się aż siedem godzin. Cała operacja trwa niemal dobę. Dopiero po około 24 godzinach od wykolejenia można powiedzieć, że najgorsze minęło.

Paradoksalnie większość mieszkańców Białegostoku dowiaduje się o katastrofie dopiero dziewięć godzin po jej rozpoczęciu. Władze PRL długo nie informują opinii publicznej o zagrożeniu. Ewakuacja obejmuje jedynie najbliższe bloki. Kiedy wiadomość zaczyna się rozchodzić pocztą pantoflową, wielu ludzi spontanicznie opuszcza miasto. Inni szukają schronienia na wyższych piętrach budynków, wierząc że ciężki chlor nie dotrze tak wysoko.

Dlaczego w ogóle doszło do tej katastrofy? Przyczyna okazała się banalna i zarazem tragiczna – zaniedbanie. Odcinek torów, na którym doszło do wykolejenia, powinien zostać wymieniony cztery lata wcześniej. Nie zrobiono tego. W końcu zużyta szyna pękła pod ciężarem pociągu. Białystok uniknął katastrofy właściwie o włos. Gdyby doszło do rozszczelnienia choć jednej cysterny, chmura chloru mogłaby rozlać się nad miastem. W najgorszym scenariuszu śmierć mogły ponieść tysiące ludzi.

Po wypadku wprowadzono zakaz transportowania chloru przez centrum Białegostoku. Na miejscu katastrofy przy ulicy Poleskiej stanął krzyż – symbol pamięci o wydarzeniu, które wielu mieszkańców do dziś nazywa „ocaleniem miasta”.

Z biegiem lat wokół tego wydarzenia narosła nawet legenda. Niektórzy wierzyli, że miasto ocalił błogosławiony ksiądz Michał Sopoćko. Rok przed katastrofą jego szczątki przeniesiono do pobliskiego kościoła.

Niezależnie od interpretacji jedno jest pewne: w marcu 1989 roku Białystok znalazł się o krok od tragedii na skalę, której Polska nigdy wcześniej nie doświadczyła. A o tym, że do niej nie doszło, zadecydowało połączenie determinacji ratowników… i ogromnej dawki szczęścia.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Zwiedzanie Białegostoku – co warto zobaczyć w stolicy Podlaskiego?

Czy gdyby nie Opera i Pałac Branickich, w Białymstoku można by było zwiedzać tylko kościoły i cerkwie? Przynajmniej tak wynika z filmu, który pojawił się na YouTube i ma zachęcać do przyjazdu do Białegostoku. Czy tak jest w rzeczywistości?

Jeśli kamera przez pół godziny koncentruje się głównie na świątyniach różnych wyznań, widz otrzymuje obraz miasta sakralnego, niemal jednowymiarowego. Problem polega jednak nie na braku atrakcji, lecz na zawężonej narracji. Owszem, Białystok ma silnie widoczny komponent religijny. Bazyliki, kościoły, cerkwie, dawne synagogi czy meczet, które widzimy w filmie są ważnym elementem krajobrazu oraz świadectwem wielokulturowej historii miasta. Nie można tego negować. Jednak sprowadzanie oferty turystycznej do architektury sakralnej, z dwoma wyjątkami w postaci Opery i Pałacu Branickich, to uproszczenie, które nie wytrzymuje konfrontacji z rzeczywistością. Miasto rozwijało się nie tylko jako ośrodek religijny, lecz także jako ważne centrum przemysłowe XIX wieku. Do dziś w jego tkance urbanistycznej obecne są ślady fabrykanckiej przeszłości, dawne domy robotnicze, zabytkowe kamienice, które opowiadają historię dynamicznego rozwoju gospodarczego.

Białystok to również instytucje kultury, które nie ograniczają się do jednego gmachu opery. Nowoczesne muzea, galerie sztuki współczesnej to też dobre miejsca na zwiedzanie.

Istotnym atutem Białegostoku jest także zieleń. Parki, lasy i rezerwaty w granicach administracyjnych miasta pozwalają łączyć zwiedzanie z wypoczynkiem. Dla wielu turystów to właśnie możliwość spaceru wśród zieleni, przejazdu rowerem stanowi realną wartość. Tego w filmowej narracji niemal nie widać, choć w praktyce jest to jeden z elementów wyróżniających Białystok na tle innych ośrodków.

Dlatego odpowiedź na pytanie z początku artykułu, czy w rzeczywistości można tu zwiedzać tylko kościoły i cerkwie, brzmi jednoznacznie: nie. Można znacznie więcej. Trzeba tylko wyjść poza wąski kadr.

Partnerzy portalu:

Idzie wiosna! Pierwsze żurawie zawitały w Podlaskiem.
Żurawie zaobserwowane nad Narwią w 2026 roku. fot. Narwiański Park Narodowy

Idzie wiosna! Pierwsze żurawie zawitały w Podlaskiem.

W Podlaskiem coś już drgnęło. Jeszcze poranki są chłodne, jeszcze trawy przy ziemi trzyma szron, ale nad rozlewiskami Narwi i Biebrzy pojawiły się pierwsze dzikie ptaki wracające z ciepłych krajów. W Narwiańskim Parku Narodowym i w Biebrzańskim Parku Narodowym obserwatorzy wypatrzyli żurawie – a to znak, którego nie da się pomylić. Idzie wiosna.

Żurawie zawsze przylatują z godnością. Najpierw słychać je z daleka – charakterystyczny, niosący się kilometrami klangor przecina ciszę nad bagnami. Potem na tle jasnego nieba pojawiają się smukłe sylwetki z wyciągniętymi szyjami. Lecą w kluczach, czasem w luźnych formacjach, jakby same jeszcze nie dowierzały, że wracają. Najbardziej niezwykłe jest jednak to, co dzieje się o świcie nad Biebrzą. Kiedy mgła unosi się nad rozlewiskami, a pierwsze światło rozlewa się po torfowiskach, człowiek stoi w ciszy i czeka. I wtedy zaczyna się koncert. Z jednej strony rzeki odpowiada para, z drugiej odzywa się kolejne stado. Klangor odbija się od wody, miesza z szelestem trzcin i tworzy dźwięk, którego nie da się porównać z niczym innym. To nie jest zwykły ptasi śpiew – to zapowiedź nowego sezonu życia.

Warto pamiętać, że żuawie najliczniejsze stanowiska lęgowe mają na Mazurach, Pomorzu Zachodnim, więc Podlaskie jest często dla nich przedostatnim przystankiem. Dlatego słuchanie klangoru jest na wyciągnięcie ręki tylko przez jakiś czas. Potem trzeba sobie zadać sporo trudu, by natrafić na żurawia.

Wyjazd nad Biebrzę o świcie to doświadczenie niemal pierwotne. Zimne powietrze szczypie w policzki, buty grzęzną lekko w wilgotnej ziemi, a nad głową przelatują potężne ptaki, które od wieków wybierają te same miejsca lęgowe. W takich chwilach czuje się, że Podlaskie jest przestrzenią wolności – szeroką, dziką, autentyczną. Wiosna nie przychodzi tu kalendarzem. Przychodzi skrzydłami żurawi. I jeśli chcecie naprawdę ją usłyszeć, nie wystarczy otworzyć okno w mieście. Trzeba wstać przed świtem, pojechać nad Biebrzę albo nad rozlewiska Narwi, stanąć w ciszy i pozwolić, by klangor żurawi przeszył powietrze. Wtedy wiadomo już na pewno – zaczyna się najpiękniejszy czas w roku.

W Kotlinie Biebrzańskiej obserwuje się przez cały rok 302 gatunki ptaków. 198 z nich gniazduje nad Biebrzą. Zdecydowana większość jest tam na stałe. Dolina Biebrzy jest najważniejszą ostoją dubelta, kropiatki, orlika grubodziobego, rybitwy białoskrzydłej i derkacza w Europie Środkowej i Zachodniej. Dla kilkunastu kolejnych gatunków jest najważniejszą krajową ostoją lęgową. Biebrza jest też ważnym „przystankiem” dla migrujących siewkowców, kaczek, gęsi i żurawi. Dlatego też dolina Biebrzy została uznana przez BirdLife International za ostoję ptaków o randze światowej.

Partnerzy portalu:

Co za kuriozum! Rzeka umiera, a gmina realizuje turystykę wokół niej za 3 miliony.

Co za kuriozum! Rzeka umiera, a gmina realizuje turystykę wokół niej za 3 miliony.

W Choroszczy podpisano umowę na realizację projektu „Pisa–Narew – szlak aktywnej turystyki wodnej”, w ramach którego ma powstać kładka w miejscu tzw. zerwanego mostu w Kruszewie, a także wieża widokowa oraz infrastruktura dla kajakarzy. To milionowa inwestycja w turystykę wokół Narwi. Problem polega na tym, że prawie nie ma tam… wody.

Rzeka Narew od lat zmaga się z krytycznie niskimi stanami. W okresach letnich miejscami przypomina bardziej zarośnięte trzcinowisko niż rzekę o potencjale kajakowym. Płytkie, zamulone odcinki, brak stabilnego przepływu i postępująca degradacja hydrologiczna sprawiają, że przeprawa kajakiem jest trudna. Najpopularniejszy odcinek z Doktorc do Suraża to niekiedy pływanie w wodzie po kostki. W takich warunkach budowanie infrastruktury dla turystyki wodnej przypomina stawianie mariny przy wysychającym jeziorze.

Zwolennicy inwestycji mogą mówić o rozwoju regionu i przyciąganiu turystów. Tylko że turyści przyjeżdżają po doświadczenie przyrody – po wodę, rozlewiska, ptactwo, krajobraz żywej doliny rzecznej. Jeśli trafią na suche trzciny, zarośnięte starorzecza i brak możliwości spływu, szybko uznają to miejsce za rozczarowanie. Infrastruktura nie zastąpi rzeki. Kładka i pomost nie stworzą przepływu. A widok z wieży na zarośla sprawi, że więcej nikt do nas nie przyjedzie.

Zamiast wydawać kolejne miliony złotych na infrastrukturę turystyczną, trzeba uczciwie powiedzieć jedno: Narwi nie da się „udekorować”. Ją trzeba uratować – i to kompleksowo.

Ratunek nie polega na budowie kolejnych pomostów, lecz na przywróceniu rzece jej naturalnej dynamiki. Oznacza to likwidację zbiornika Siemianówka i realne działania zmierzające do odbudowy naturalnego biegu rzeki – zarówno tam, jak i na wszystkich odcinkach, gdzie przez lata Narew była prostowana, pogłębiana i regulowana. Każde wyprostowane koryto przyspiesza odpływ wody, obniża poziom wód gruntowych i niszczy charakter doliny rzecznej.

Jeżeli chcemy mieć w regionie żywą rzekę, trzeba zakończyć praktykę melioracji prowadzonej ciężkim sprzętem. Rzeka nie może płynąć jak przez betonową rynnę. Musi mieć przestrzeń do meandrowania, tworzenia starorzeczy, rozlewania się w sposób naturalny po okolicznych łąkach i terenach zalewowych. To właśnie rozlewiska, a nie wyprostowane kanały, budują retencję i stabilizują stosunki wodne.

Najważniejsza zasada jest prosta: rzeki nie powinno się tamować, lecz spowalniać w sposób możliwie najbardziej naturalny. Regulowanie jazami może pełnić wyłącznie funkcję pomocniczą wobec naturalnych przeszkód – powalonych drzew, zakoli, roślinności wodnej – a nie zastępować je jako główny mechanizm sterowania przepływem. Inaczej będziemy dalej utrwalać sztuczny system, który przy pierwszej suszy okazuje się bezradny. Dopiero kiedy Narew odzyska swój naturalny charakter, sens będą miały inwestycje turystyczne. Najpierw rzeka. Potem infrastruktura. W odwrotnej kolejności to tylko kosztowna scenografia bez aktora.

Narew od lat nie jest realnie doceniana przez decydentów. A przecież to jedna z najbardziej wyjątkowych rzek w Europie – rzeka anastomozująca, która naturalnie nie płynie jednym korytem, lecz rozdziela się na wiele odnóg, tworząc sieć rozlewisk i kanałów. Jej siłą nie jest szybkość nurtu, lecz właśnie wielokorytowość i zdolność do rozlewania się szeroko po dolinie. Regulowanie jej jak zwykłej rzeki nizinnej oznacza niezrozumienie jej natury.

Partnerzy portalu:

Podlaskie ma nowe rezerwaty przyrody. Gdzie się znajdują?
Kojle Perty fot. Hubert Stojanowski

Podlaskie ma nowe rezerwaty przyrody. Gdzie się znajdują?

W Podlaskiem powstały trzy nowe rezerwaty przyrody: Beretnica, Kojle i Perty oraz Wigrańce. To oznacza, że w całym województwie mamy już 114 rezerwatów o łącznej powierzchni ponad 26 tysięcy hektarów. Jednocześnie część wcześniej utworzonych obszarów została udostępniona mieszkańcom – można tam spacerować, jeździć rowerem, konno, a w wyznaczonych miejscach także zbierać grzyby i owoce leśne.

Beretnica to niewielki, niecałe 6-hektarowy rezerwat w gminie Gródek. Chroni torfowisko, czyli podmokły teren porośnięty specyficzną roślinnością. Takie miejsca są dziś rzadkie i bardzo cenne, bo magazynują wodę i pomagają łagodzić skutki suszy. W Beretnicy rośnie m.in. przygiełka biała – roślina, której nie spotyka się często nawet w Puszczy Knyszyńskiej. Teren ma charakterystyczny układ: w środku jest najbardziej mokro, a im dalej, tym bardziej przypomina leśne bagno przechodzące w bór.

Rezerwat Kojle i Perty znajduje się w gminie Rutka-Tartak i obejmuje dwa głębokie jeziora oraz otaczające je tereny. Jezioro Kojle ma około 33 metry głębokości, a Perty około 31 metrów – to naprawdę dużo jak na podlaskie warunki. Wokół nich występują rzadkie rośliny i wiele gatunków zwierząt. Co ważne, mimo objęcia ochroną, jeziora nadal będą użytkowane rybacko i pozostaną dostępne dla wędkarzy. Ochrona ma tu iść w parze z rozsądnym korzystaniem z przyrody.

Największy z nowych rezerwatów to Wigrańce w gminie Sejny. Obejmuje fragment Puszczy Augustowskiej ze starymi sosnami, z których część ma nawet blisko 200 lat. To prawdziwy kawał dawnego lasu, który przetrwał w niemal naturalnym stanie. W takich widnych borach rosną rzadkie rośliny, m.in. sasanka otwarta czy mącznica lekarska. Ciekawostką jest to, że sosna odnawia się tu naturalnie, bez sadzenia przez człowieka.

Równocześnie udostępniono trzy inne rezerwaty: Romanówkę, Połomin i Starą Dębinę. Wyznaczono w nich trasy piesze, rowerowe i konne, a także miejsca, gdzie można legalnie zbierać grzyby i owoce runa leśnego. To odpowiedź na postulaty lokalnych mieszkańców, którzy chcą korzystać z lasu, ale w sposób uporządkowany.

W ciągu ostatnich dwóch lat w województwie podlaskim powołano 20 nowych rezerwatów i powiększono trzy istniejące. Łącznie od połowy 2024 roku objęto ochroną prawie 3 tysiące hektarów nowych terenów. Podlasie i tak było jednym z najbardziej zielonych regionów w Polsce, a teraz udział obszarów chronionych jeszcze się zwiększył.

Partnerzy portalu:

Białystok dopiero w 1919 roku odzyskał niepodległość. Dziś rocznica.

Białystok dopiero w 1919 roku odzyskał niepodległość. Dziś rocznica.

11 listopada 1918 roku Polska wróciła na mapę, ale Białystok jeszcze nie. U nas ta data długo nie brzmiała jak finał, tylko jak początek zamieszania. Dlatego białostockie „odzyskanie niepodległości” ma inną datę: 19 lutego 1919 roku. Tego dnia do miasta wjechało polskie wojsko, a okupujący Niemcy byli już na wylocie. Dopiero wtedy można mówić o realnym włączeniu miasta do odrodzonego państwa.

Żeby zrozumieć, czemu to trwało aż trzy miesiące dłużej niż w większości kraju, trzeba pamiętać, że Białystok w tamtym czasie był miastem wielojęzycznym i wielonarodowym. Najliczniejszą grupę stanowili Żydzi, Polaków było mniej, a w przestrzeni publicznej mieszały się też rosyjski i niemiecki. To wpływało na nastroje i pomysły na przyszłość. Dla części żydowskiej społeczności sensowny wydawał się wariant „wolnego miasta” na wzór Gdańska, pod międzynarodową ochroną. Polacy najczęściej chcieli prostego rozwiązania: Białystok ma być normalną częścią niepodległej Polski. Z czasem, gdy II RP mimo wojny z bolszewikami zaczęła wyglądać na państwo stabilne, poparcie dla autonomii słabło, a coraz częściej pojawiały się głosy o współpracy i wspólnym rozwoju miasta.

Wojna światowa zmiotła z miasta normalność już w 1914 roku. Białystok był wtedy w Imperium Rosyjskim: stan wojenny, aresztowania, mobilizacja, zatrzymanie wypłat, zamykanie fabryk. Rok później Rosjanie uciekli, a miasto przejęli Niemcy. Weszły konfiskaty, ostra kontrola handlu, racjonowanie żywności, wywożenie ludzi na roboty. Produkcja włókiennicza stanęła, brakowało opału i jedzenia, pojawiły się epidemie. Później okupacja trochę „zmiękła”, część zakładów wznowiła pracę na potrzeby armii, a Niemcy chętniej opierali się na żydowskich fabrykantach, których po prostu uznawali za pewniejszych partnerów gospodarczych. Tu przypomnijmy, że mówimy o pierwszej wojnie światowej – czyli dekady przed Holocaustem, gdy Hitler był 25-letnim żołnierzem.

Kiedy w listopadzie 1918 roku Niemcy przegrali wojnę i w Warszawie zaczęło się układanie nowej Polski, w Białymstoku było bardziej „pomiędzy” niż „w środku”. Niemieckie wojsko formalnie miało się wycofywać, ale w praktyce w mieście długo panował bałagan: brak jasnej władzy, rozchodzące się plotki, strzały „dla zabawy”, nerwowość. Były próby dogadywania się, były nadzieje, były też sceny, które dziś brzmią jak z filmu. W pewnym momencie pojawił się nawet samozwańczy „naczelnik”, który ogłosił, że Białystok ma zostać przyłączony do Białorusi, a on będzie tu rządził. To się szybko rozpadło, bo realną grę rozstrzygało nie to, co kto ogłosi, tylko kto ma wojsko i administrację.

Przełom nastąpił dopiero w lutym 1919 roku, kiedy udało się doprowadzić do bezpiecznego wyjścia Niemców z miasta. 18 lutego wyjechali, 19 lutego wjechały polskie oddziały. Kilka dni później zrobiono oficjalne uroczystości przed katedrą i to właśnie te obrazy zwykle dziś wracają na archiwalnych pocztówkach.

Co ciekawe, nawet po tym „wejściu do Polski” Białostocczyzna przez pewien czas funkcjonowała jak teren na specjalnych zasadach. W 1919 roku zdarzało się, że na Narwi działało przejście graniczne i trzeba było mieć przepustkę, żeby swobodnie jechać do Białegostoku czy okolic. Region był podporządkowany administracji wojskowej ziem wschodnich, co budziło sprzeciw lokalnej społeczności, bo wyglądało jak dalsze traktowanie tego obszaru jako „nie do końca Polski”. W tę sprawę mocno angażował się ks. Stanisław Hałko, organizator polskiego szkolnictwa w okupowanym Białymstoku, później poseł z okręgu białostocko-sokólskiego. Argumentował m.in., że frekwencja w wyborach była bardzo wysoka i że znaczna część mieszkańców, także Żydów, normalnie funkcjonuje po polsku. Sprawa skończyła się ustawą z 2 sierpnia 1919 roku o utworzeniu województwa białostockiego, czyli wreszcie pełnym uporządkowaniem statusu regionu.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Białystok: Co zostało z miasta wielokulturowego?

W serwisie YouTube coraz wyraźniej widać rosnącą popularność nagrań typu „walking tour”. To kilkudziesięciominutowe, często godzinne spacery po miastach rejestrowane w wysokiej rozdzielczości, bez lektora, bez dynamicznego montażu i bez podkładu muzycznego. Kamera po prostu idzie przed siebie. Słychać kroki, rozmowy przechodniów, odgłosy ruchu ulicznego, czasem wiatr czy ptaki w parkach. Widz nie ogląda reportażu – ma poczucie, że sam znajduje się w danym miejscu i chłonie jego codzienność w najbardziej naturalnej formie.

Do tej pory takie materiały kojarzyły się głównie z metropoliami – Nowym Jorkiem, Tokio czy Paryżem. Coraz częściej jednak podobne realizacje powstają także w Polsce. Najnowszy film prowadzi przez Białystok pod hasłem „Co zostało z miasta wielokulturowego?”. To spokojny, niespieszny spacer po centrum, który pozwala przyjrzeć się architekturze, ludziom i rytmowi miasta bez komentarza narzucającego interpretację. Obraz i autentyczny dźwięk ulic tworzą przestrzeń do własnych refleksji – szczególnie w kontekście historii i wielokulturowej tożsamości, z której Białystok przez dekady był znany.

Tego typu nagrania spełniają kilka funkcji jednocześnie. Dla części odbiorców są formą wyciszenia – działają jak wizualny ambient, który można włączyć w tle podczas pracy czy odpoczynku. Dla innych to sposób na poznawanie świata bez biletu lotniczego, możliwość zobaczenia realnego, nieupiększonego miasta. Z perspektywy wizerunkowej to również subtelna, ale bardzo skuteczna promocja – miejscowość pokazuje się taką, jaka jest naprawdę, bez filtrów i marketingowych sloganów.

Trend ten otwiera duże możliwości także dla całego regionu. Podlasie, ze swoją historią, architekturą i krajobrazem, aż prosi się o podobne realizacje. Wirtualny spacer potrafi obudzić ciekawość skuteczniej niż klasyczna reklama. Godzina spokojnego marszu ulicami może stać się początkiem realnej podróży – tej, w której zamiast ekranu przed oczami pojawia się prawdziwe miasto i jego autentyczna atmosfera.

Partnerzy portalu:

Zrobiła dla Białegostoku bardzo wiele. Zupełnie zapomniana przez władze.

Zrobiła dla Białegostoku bardzo wiele. Zupełnie zapomniana przez władze.

W Białymstoku jedna z głównych arterii nosi imię Jana Klemensa Branickiego. I to jest w pełni zrozumiałe. Hetman wielki koronny uczynił z miasta swoją reprezentacyjną rezydencję, rozbudował pałac, sprowadził wybitnych architektów i artystów, nadał Białemustokowi rangę magnackiego ośrodka o europejskich ambicjach. Bez jego ambicji, pieniędzy i politycznej pozycji XVIII-wieczny rozkwit miasta nie byłby możliwy. Ale historia Białegostoku nie jest historią jednego człowieka.

Izabela Poniatowska, a po wyjściu za mąż za Jana – Branicka pojawiła się tu jako młoda kobieta i bardzo szybko stała się realnym współtwórcą miejskiej elity. Nie była tylko „żoną hetmana”. To ona organizowała życie dworu, który stał się centrum kultury i awansu społecznego. To ona wspierała rozwój szkolnictwa, działalność dobroczynną, opiekę nad ubogimi i chorymi. To też ona dbała o funkcjonowanie struktur gospodarczych dóbr białostockich. To za jej czasów Białystok nie był prowincjonalnym „zaściankiem magnackim”, lecz miejscem, w którym bywało się z powodów towarzyskich, artystycznych i politycznych. Po śmierci męża nie pozwoliła, by wszystko się rozpadło.

I tu pojawia się pytanie do współczesnego Białegostoku. Dlaczego miasto ma reprezentacyjną ulicę Jana Klemensa Branickiego, a nie ma ulicy Izabeli Branickiej w ogóle? Nie chodzi o ideologię. Nie chodzi o modne hasła równouprawnienia. Chodzi o proporcję i elementarną konsekwencję w miejskiej pamięci. Jeśli uznajemy, że Branicki zasłużył na główną arterię – a zasłużył – to trudno racjonalnie wytłumaczyć całkowity brak analogicznego uhonorowania kobiety, która przez dekady współtworzyła prestiż miasta i realnie nim zarządzała.

Przed nami konkretne daty. W 2028 roku minie 220 lat od jej śmierci. W 2030 roku przypada 300. rocznica jej urodzin. To idealny moment, by temat uporządkować spokojnie i nadrobić stracony czas. Jeżeli w Białymstoku powstają nowe, znaczące arterie – jak choćby nowa droga odchodząca od ulicy 42 Pułku Piechoty – może właśnie tam jest miejsce na decyzję o większej skali. Nie skwer, nie krótka uliczka osiedlowa, wepchnięta pomiędzy inny, ale widoczna, komunikacyjnie istotna trasa.

To nie jest rewolucyjny postulat. To raczej przypomnienie władzom, że historia Białegostoku była tworzona Jana Klemensa Branickiego oraz Izabelę Branicką. Jedno nazwisko już widnieje na mapie w sposób godny. Czas, by drugie również się tam znalazło.

Partnerzy portalu:

Koniec Supraśla, jaki znamy. Deweloperzy wchodzą z buciorami. Blokowiska zamiast turystyki.

Koniec Supraśla, jaki znamy. Deweloperzy wchodzą z buciorami. Blokowiska zamiast turystyki.

Supraśl od lat był symbolem spokoju, drewnianych domów, uzdrowiskowego klimatu i przestrzeni, w której człowiek oddycha inaczej. Kameralne miasteczko na skraju puszczy przyciągało tych, którzy uciekali od zgiełku i blokowisk. Dziś coraz częściej słychać jednak pytanie, czy ten rozdział właśnie się nie kończy.

Wraca temat dużej zabudowy mieszkaniowej na końcu ulicy Nowy Świat. Chodzi o teren dawnej fabryki – miejsce z historią, położone niedaleko rzeki, dotąd otoczone przestrzenią i ciszą. W planach jest nowe osiedle, które wraz z adaptacją zabytkowego budynku mogłoby pomieścić około 300 osób. To już nie wizja kilku domów jednorodzinnych, lecz większe budynki mieszkalne o zupełnie innym charakterze niż dotychczasowa zabudowa tej części miasta.

To początek końca Supraśla. Bo nowe osiedle to nie tylko elewacje i metry kwadratowe. To setki dodatkowych samochodów, większy ruch, presja na infrastrukturę i zmiana krajobrazu. Spokojna część miasteczka przeobrazi się w gęściej zabudowaną strefę mieszkaniową, która coraz mniej przypominać będzie dawny Supraśl. I tyle zostanie z naszej turystycznej perełki.

O wszystkim mają zadecydować radni. Dokument ma jasno określić, co i w jakiej formie będzie można tam wybudować. Wiadomo już, że wysokość zabudowy nie przekroczy 12 metrów – to maksimum przewidziane w obowiązujących dokumentach planistycznych. Jednak nawet przy takim ograniczeniu skala inwestycji budzi emocje. Szczególnie, że podobne napięcie towarzyszy planom zagospodarowania terenu po innej fabryce w centrum Supraśla. Tam również mówi się o osiedlu dla około 300 osób. Zabudowa miałaby powstać obok zachowanych elementów poprzemysłowych – wieży, komina czy dawnej szmaciarki. W praktyce oznacza to kolejne setki mieszkańców w ścisłym centrum niewielkiego miasta.

To decyzja krótkowzroczna i po prostu głupia. Sprzedawanie charakteru miasta za kilka milionów złotych rocznie to rachunek, który w dłuższej perspektywie po prostu się nie spina. Supraśl nie konkuruje z Białymstokiem liczbą mieszkań ani metrażem bloków. Jego siłą jest klimat, skala, krajobraz i spójność przestrzenna. Jeśli to zniszczymy, nie będziemy mieli już niczego, czym można się wyróżnić.

Wpychanie kilkuset nowych mieszkańców w tkankę małego, uzdrowiskowego miasteczka bez realnej odpowiedzi na pytania o dodatkowe drogi, parkingi, szkoły, komunikację to działanie na zasadzie „jakoś to będzie”. Nie, nie będzie. Będzie korek, chaos przestrzenny i narastający konflikt społeczny. Będzie beton tam, gdzie była przestrzeń. Będzie ruch tam, gdzie była cisza. Turystyczne walory zostaną zaorane.

To także uderzenie w lokalną markę budowaną latami. Supraśl promuje się jako miejsce odpoczynku, natury i oddechu. Trudno sprzedawać turystom wizję sielskiego miasteczka, gdy w tle rosną kolejne bloki. Trudno mówić o uzdrowisku, gdy zwiększa się natężenie ruchu i zagęszczenie zabudowy. Tak traci się reputację szybciej, niż się ją buduje.

Najbardziej niepokojące jest jednak to, że ignoruje się głos mieszkańców, którzy widzą w tym zagrożenie dla tożsamości miejsca. Rozwój nie polega na bezrefleksyjnym dogęszczaniu przestrzeni, tylko na mądrym planowaniu. Jeśli jedyną wizją na przyszłość jest przekształcenie Supraśla w kolejną sypialnię aglomeracji, to rzeczywiście możemy mówić o końcu miasta, jakie znamy. Bo kiedy zniknie klimat, spokój i wyjątkowość, nie da się ich już odzyskać uchwałą ani kolejnym planem zagospodarowania.

Partnerzy portalu:

Rolnicy kontra Narew. Boją się że wysychająca rzeka ich zaleje.

Rolnicy kontra Narew. Boją się że wysychająca rzeka ich zaleje.

Planowana budowa progu spiętrzającego na Narwi w rejonie Rzędzian stała się punktem zapalnym, bo dotyka dwóch sprzecznych, ale jednocześnie racjonalnych sposobów myślenia o rzece. Z jednej strony są mieszkańcy i rolnicy, którzy patrzą na Narew przez pryzmat bezpieczeństwa gospodarstw i użytkowania łąk, z drugiej – podejście przyrodnicze, według którego to właśnie nadmierna kontrola i „obsługa techniczna” rzeki doprowadziły ją do obecnego stanu degradacji. Spór nie jest więc prostym konfliktem interesów, lecz zderzeniem dwóch logik zarządzania wodą.

Argument przeciwników progu opiera się na doświadczeniu. W ich ocenie stałe piętrzenie w tak bliskiej odległości od jazu ogranicza możliwość reagowania na zmienne warunki hydrologiczne. Jaz, wyposażony w ruchome klapy, daje możliwość czasowego obniżenia poziomu wody w momentach krytycznych, takich jak wiosenne wezbrania czy okres prac polowych. Stały próg tej elastyczności nie ma. Nawet jeśli jest niższy niż poprzednia konstrukcja, wciąż narzuca minimalny poziom wody, który przy kumulacji opadów i roztopów może skutkować długotrwałym zaleganiem wody na łąkach i w pobliżu zabudowań. Z tej perspektywy budowa kolejnego piętrzenia obok istniejącego jazu wygląda jak dublowanie infrastruktury, które osłabia funkcję obiektu już zmodernizowanego i przenosi ryzyko na tereny użytkowane przez ludzi.

Z drugiej strony, argumenty strony pro-przyrodniczej uderzają w sam fundament takiego myślenia. To właśnie regulowanie rzek, ich pogłębianie, prostowanie i „obsługiwanie” jazami sprawiło, że Narew przez lata traciła kontakt z doliną, szybciej odprowadzała wodę i wysychała w okresach bezdeszczowych. W tej logice jaz, nawet jeśli technicznie sprawny, jest narzędziem kontroli, a nie odtwarzania naturalnych procesów. Stały próg ma wymuszać wyższy poziom wody na dłuższym odcinku rzeki, uruchamiać rozlewiska, zasilać starorzecza i podnosić poziom wód gruntowych w dolinie. Nie chodzi więc o „trzymanie wody w korycie”, lecz o to, by woda znów mogła rozchodzić się szeroko po krajobrazie, zamiast być spuszczana jak najszybciej w dół rzeki.

Oba podejścia mają swoje słabe punkty. Krytycy progu często abstrahują od tego, że sam jaz, nawet z klapami, w praktyce bywa prowadzony w sposób zachowawczy, nastawiony na szybkie odprowadzanie wody i minimalizowanie ryzyka formalnego, a nie na długotrwałe podpiętrzenia sprzyjające przyrodzie. Z kolei zwolennicy progu zakładają, że każde stałe piętrzenie automatycznie „oddaje rzekę naturze”, ignorując fakt, że źle dobrana lokalizacja i brak kontroli mogą prowadzić do podmywania brzegów, zamulania i konfliktów społecznych, które w dłuższej perspektywie kończą się presją na jeszcze silniejszą ingerencję techniczną.

W istocie spór sprowadza się do pytania, czy próg w tym konkretnym miejscu rzeczywiście robi coś, czego nie da się osiągnąć innymi metodami. Jeżeli podniesienie poziomu wody przez próg faktycznie uruchamia boczne połączenia Narwi ze starorzeczami i rozlewiskami, których jaz nie jest w stanie zasilić nawet przy pro-retencyjnym sterowaniu, wtedy argument przyrodniczy zyskuje ciężar. Jeżeli jednak efekt kończy się głównie na podniesieniu lustra wody w korycie i cofce przy jednoczesnym wzroście ryzyka dla łąk i zabudowań, wówczas rację mają ci, którzy widzą w tej inwestycji kolejny sztywny element w już przeinżynierowanym systemie.

Paradoks polega na tym, że obie strony mówią o „ratowaniu rzeki”, tylko rozumieją to inaczej. Jedni chcą ją ratować przed nadmiarem wody i nieprzewidywalnością, drudzy przed wysychaniem i zamianą w rynnę. Sens budowy progu obok jazu nie zależy więc od samej idei piętrzenia, lecz od tego, czy inwestycja rzeczywiście przywraca Narwi kontakt z doliną, a nie tylko przenosi odpowiedzialność za skutki uboczne z instytucji na lokalnych mieszkańców. Bez twardej odpowiedzi na to pytanie każda ze stron będzie mogła z równą siłą twierdzić, że broni racjonalnego interesu – i w obu przypadkach będzie miała ku temu powody.

Partnerzy portalu:

Czy powstanie Strefa Czystego Transportu w Białymstoku?

Czy powstanie Strefa Czystego Transportu w Białymstoku?

Wypowiadanie się na temat Strefy Czystego Transportu w Białystok należy zacząć od autolustracji. Nawiązuję tu do słynnego wywiadu w RMF FM, gdzie poseł Lewicy Maciej Gdula, zapytany przez Robert Mazurek „czym jeździ”, miał w praktyce przejść test moralnej wiarygodności w sprawie ograniczania wjazdu starszych samochodów do centrów miast. Gdy wyszło, że parlamentarzysta porusza się SUV-em, rozmowa nagle przestała dotyczyć ekologii, a zaczęła hipokryzji.

Dlatego, z ostrożności i higieny intelektualnej, dokonam teraz autolustracji. Na Rynek Kościuszki jeżdżę zazwyczaj autobusem. Z prostego powodu: jedną z głównych „rozrywek” tej przestrzeni jest konsumpcja alkoholu, więc przyjazd samochodem mija się z celem. Gdy był jarmark świąteczny, również wybrałem komunikację miejską – mimo że nie planowałem degustacji niczego mocniejszego niż grzane wino bez wina.

Skoro mamy to za sobą, możemy przejść do rzeczy.

Białystok już jest w połowie drogi – tylko jeszcze o tym nie wie

Debata o Strefie Czystego Transportu (SCT) w Białymstoku często zaczyna się i kończy na haśle: „to u nas nie przejdzie”. Tyle że miasto, trochę nieświadomie, a trochę metodą małych kroków, już wykonało znaczną część pracy.

Rynek Kościuszki – zamknięty dla ruchu. Kilińskiego – strefa ruchu pieszego, gdzie ludzie faktycznie chodzą środkiem ulicy, a nie przytuleni do krawężnika jak w latach 90. Św. Rocha – w planach przebudowa na woonerf, czyli przestrzeń współdzieloną, gdzie samochód przestaje być świętą krową. I wreszcie Lipowa – klasyczna arteria, po której ruch odbywa się normalnie, jakby była oderwana od całej tej miejskiej układanki.

Co ciekawe – i tu zaczyna się urbanistyczna fantazja – zamknięcie Lipowej (choćby z pozostawieniem ruchu autobusowego) spinałoby te przestrzenie w jedną, logiczną całość. Św. Rocha, Lipowa, Rynek Kościuszki, Kilińskiego. Kilkaset metrów prawdziwego, ciągłego deptaka. Nie „strefy”, nie „odcinka”, tylko miejskiego kręgosłupa, który żyje, oddycha i zarabia.

I właśnie w tym momencie na scenę wchodzi ona – Strefa Czystego Transportu.

Dlaczego to genialny pomysł (nawet jeśli go nie lubimy)

Zacznijmy od argumentów, które powinny przekonać nawet największych sceptyków. Po pierwsze: powietrze. To banał, więc użyjmy argumentu niebanalnego. SCT nie poprawia jakości powietrza dlatego, że samochody znikają. Ona poprawia ją dlatego, że zmusza miasto do logicznej hierarchii transportu. Nagle okazuje się, że autobus musi być punktualny, rower bezpieczny, a chodnik szeroki. Samochód przestaje być domyślnym wyborem, a staje się jednym z wielu.

Po drugie: pieniądze. Wbrew mitom, strefy ograniczonego ruchu nie zabijają handlu. Zabija go tranzyt. Klient, który przyjeżdża „na chwilę” i parkuje na awaryjnych, nie buduje lokalnej gospodarki. Robi to pieszy, rowerzysta, pasażer autobusu – ktoś, kto zostaje, siada, zamawia, wraca. Zachodnie miasta wiedzą to od dekad, a Kraków wdraża to u nas, choć z oporami i bólem. A po trzecie: miasto jako produkt. Białystok konkuruje dziś nie tylko z Lublinem czy Olsztynem, ale z Berlinem, Pragą i Wilnem – przynajmniej w wyobraźni młodych ludzi. SCT i duży, spójny deptak to jasny sygnał: „to miasto jest do życia, nie tylko do przejazdu”.

I wreszcie argument najbardziej cyniczny, a więc najsilniejszy: SCT i tak przyjdzie. Jeśli nie za pięć, to za dziesięć lat. Pytanie nie brzmi „czy”, tylko „czy Białystok zrobi to na własnych warunkach, czy pod presją odgórnych regulacji”.

A dlaczego to fatalny pomysł (i właśnie dlatego warto go rozważyć)

Teraz odwróćmy perspektywę. Po pierwsze: wykluczenie. SCT uderza w tych, którzy nie mają wyboru. Stary diesel nie zawsze jest wyborem ideologicznym. Często jest jedynym ekonomicznym. Jeśli miasto mówi „nie wjedziesz”, ale nie oferuje realnej alternatywy, to nie jest ekologia – to klasizm w zielonym opakowaniu.

Po drugie: peryferia kontra centrum. SCT wzmacnia centrum kosztem osiedli. Łatwo być ekologicznym, mieszkając przy głównej linii autobusowej. Trudniej, gdy do najbliższego przystanku jest kilometr, a autobus jeździ co czterdzieści minut. Wtedy SCT przestaje być polityką transportową, a staje się deklaracją światopoglądową. A po trzecie: polska specyfika. Lubimy kopiować rozwiązania „z Zachodu”, zapominając o kontekście. Tam SCT było zwieńczeniem dekad inwestycji w transport publiczny. U nas często bywa substytutem – zamiast. Najpierw zakaz, potem zobaczymy. To rodzi bunt, a bunt zabija nawet najlepsze idee.

I wreszcie argument najważniejszy: Białystok nie jest (jeszcze) zakorkowany jak metropolia. Wprowadzenie SCT może wyglądać jak leczenie aspiryną kataru, który jeszcze się nie zaczął. Po co tworzyć problem, skoro go nie ma?

Paradoks, który wszystko komplikuje

Najciekawsze w tej dyskusji jest to, że oba zestawy argumentów są prawdziwe jednocześnie. SCT może być narzędziem poprawy jakości życia, ale może też być symbolem arogancji władzy. Może ożywić centrum albo je skansenizować. Dlatego być może pytanie nie powinno brzmieć: „czy wprowadzić Strefę Czystego Transportu w Białymstoku?”, lecz: czy mamy odwagę zaprojektować centrum miasta bez udawania, że samochód jest jego naturalnym mieszkańcem?

Bo nawet jeśli SCT nigdy tu formalnie nie powstanie, logika, która za nią stoi, już działa. Rynek jest zamknięty. Kilińskiego oddana ludziom. Św. Rocha czeka. Lipowa – stoi na rozdrożu. A Białystok, chcąc nie chcąc, i tak będzie musiał odpowiedzieć na pytanie, czy jest miastem, przez które się przejeżdża, czy miastem, w którym się bywa.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Historia żydowskiego Białegostoku. Zobacz wyjątkowy film.

Choć film powstał w 2014 roku, zawarta w nim historia nigdy się nie przedawnia. Jest on szczególnie wart uwagi, ponieważ został zrealizowany przez uczennice ówczesnego Gimnazjum im. ks. Wacława Rabczyńskiego w Wasilkowie – Gabrielę Petrykowską, Natalię Kownacką oraz Magdalenę Hałasik. Fakt ten zasługuje na odnotowanie, gdyż w dobie silnych podziałów i politycznych sporów wokół historii, tak świeże spojrzenie młodych autorek zachowuje cenny obiektywizm.

Na filmie możemy zobaczyć archiwalne ujęcia dawnego Białegostoku oraz poznać losy ludzi, którzy tworzyli to miasto. To prawdziwa podróż w niezwykłą przeszłość stolicy województwa podlaskiego. Z perspektywy 2026 roku materiał ten ogląda się ze szczególnym wzruszeniem – miasto przeszło tak ogromne metamorfozy, że po wielu dawnych zakątkach pozostały już tylko strzępki wspomnień.

Historia żydowskiej społeczności Białegostoku wymaga przypominania z jeszcze jednego, niezwykle istotnego powodu. Przedwojenni Żydzi byli pełnoprawnymi obywatelami Polski, a państwo Izrael wówczas jeszcze nie istniało. Podkreślanie tego faktu jest dziś kluczowe w obliczu rosnącej popularności antysemickich partii politycznych w Polsce. Nienawiść do drugiego człowieka jest złem, którego nie można usprawiedliwiać współczesnymi konfliktami politycznymi. Tragedie i działania wojenne toczące się obecnie na Bliskim Wschodzie, w tym sytuacja w Gazie, nie mogą rzucać cienia na historię naszych dawnych sąsiadów. Nie wolno mieszać dzisiejszej polityki międzynarodowej z dziedzictwem Żydów, którzy przez wieki współtworzyli tożsamość Białegostoku.

Powyższy film powinien być dla nas cenną lekcją. Znajomość własnych korzeni pozwala nam – białostoczanom i mieszkańcom Podlasia – budować świadomą tożsamość. To właśnie dzięki tej trudnej, wielokulturowej historii nasze miasto ma swój niepowtarzalny charakter, a my, jako jego mieszkańcy, wiemy, skąd pochodzimy.

Partnerzy portalu:

Dezynsekcja Białystok – ile kosztuje usunięcie karaluchów z mieszkania?

Dezynsekcja Białystok – ile kosztuje usunięcie karaluchów z mieszkania?

Karaluchy w kuchni, pluskwy w sypialni, a może mrówki maszerujące przez przedpokój? To koszmar każdego mieszkańca – nie dość, że budzą wstręt, to jeszcze mogą przenosić bakterie i wywoływać alergie. Niestety, domowe metody rzadko przynoszą trwałe rezultaty, a owady wracają po kilku tygodniach. Jak skutecznie pozbyć się niechcianych lokatorów i ile trzeba za to zapłacić? Z naszego tekstu dowiesz się wszystkiego o profesjonalnej dezynsekcji mieszkania i cenach usług w stolicy Podlasia.

Dezynsekcja mieszkania – na czym polega?

Profesjonalna dezynsekcja to coś znacznie więcej niż tylko popsikanie mieszkania środkiem z aerozolu. Specjaliści najpierw dokładnie sprawdzają, z jakim gatunkiem owadów mamy do czynienia – bo przecież karaluchy wymagają innego podejścia niż pluskwy czy prusaki. Następnie wybierają najskuteczniejszą metodę walki, która zależy od stopnia zainfekowania, typu powierzchni i obecności dzieci czy zwierząt w domu.

Najczęściej stosuje się preparaty chemiczne w postaci żeli, proszków lub aerozoli, które nakłada się w miejscach, gdzie owady najchętniej się ukrywają. Coraz większą popularnością cieszy się także dezynsekcja termiczna – metoda polegająca na podgrzaniu pomieszczeń do temperatury, która jest śmiertelna dla insektów, ale bezpieczna dla ludzi i zwierząt. To świetne rozwiązanie dla alergików i osób z małymi dziećmi.

Po zabiegu trzeba zachować kilka zasad bezpieczeństwa. Zwykle przez kilka godzin nie wolno przebywać w pomieszczeniu, a potem trzeba je dokładnie przewietrzyć. Specjaliści dokładnie instruują, jak postępować, żeby efekt był trwały. Czasem potrzebna jest druga wizyta – wszystko zależy od skali problemu.

Do kogo warto zwrócić się po pomoc?

Wybierając firmę do walki z owadami, warto stawiać na profesjonalistów z prawdziwego zdarzenia. Nie chodzi tylko o skuteczność działania, ale też o bezpieczeństwo – źle dobrane środki mogą zaszkodzić domownikom albo zwierzętom. Dlatego dobrze jest zweryfikować, czy firma ma odpowiednie certyfikaty i ubezpieczenie OC.

Stander oferujący dezynsekcję w Białymstoku to przykład takiej sprawdzonej firmy. Działa na terenie północno-wschodniej i centralnej Polski, obsługując ponad 170 punktów dla 60 firm. Wszystkie usługi realizowane są ekspresowo – zwykle w ciągu 24 godzin od zgłoszenia, co jest ogromnym atutem, gdy sytuacja wymaga szybkiej reakcji. Firma daje gwarancję na swoje usługi i posiada ubezpieczenie OC z sumą świadczenia do 1 miliona złotych.

Ile kosztuje dezynsekcja pluskiew?

Cena za dezynsekcję pluskiew to jedno z najczęstszych pytań, jakie zadają właściciele mieszkań zmagający się z tym problemem. Niestety, nie ma jednej uniwersalnej stawki – wszystko zależy od wielkości mieszkania, stopnia zainfekowania i wybranej metody.

W przypadku małego mieszkania o powierzchni 30-40 metrów kwadratowych trzeba się liczyć z wydatkiem rzędu 300-500 złotych za jednorazowy zabieg metodami chemicznymi. Większe mieszkania czy domy to już koszt 500-1000 złotych lub więcej. Jeśli wybierzemy dezynsekcję termiczną, cena może być wyższa – od 800 złotych wzwyż, ale za to jest to metoda ekologiczna i często skuteczniejsza przy dużych inwazjach.

Nie warto oszczędzać na profesjonalnej pomocy. Samodzielne próby często kończą się niepowodzeniem, a owady stają się odporne na preparaty ze sklepu. Zaufaj fachowcom, którzy wiedzą, co robią, i sprawią, że Twoje mieszkanie znów będzie bezpieczne.

Materiał partnerski

Partnerzy portalu:

Ta zima to szansa, jakiej nie mieliśmy od lat. Musimy zatrzymać wodę!
Likwidacja Siemianówki to szansa na przeżycie dla Narwiańskiego Parku Narodowego (na zdjęciu kładka Waniewo-Śliwno w NPN)

Ta zima to szansa, jakiej nie mieliśmy od lat. Musimy zatrzymać wodę!

Obecna zima na Podlasiu – ze stałą pokrywą śnieżną i długotrwałymi mrozami – jest zjawiskiem, którego nie obserwowaliśmy od wielu lat. Z punktu widzenia przyrody i gospodarki wodnej to wydarzenie wyjątkowe. Przez ostatnią dekadę Polska doświadczała coraz częstszych susz hydrologicznych, niskich stanów rzek i spadku poziomu wód gruntowych. Brak zim oznaczał brak powolnego, równomiernego zasilania środowiska wodą. Tegoroczna sytuacja tworzy jednak krótkie, ale realne okno szansy.

Śnieg jest naturalnym magazynem wody. W przeciwieństwie do intensywnych opadów deszczu, które szybko spływają powierzchniowo, roztopy zasilają glebę i wody gruntowe stopniowo. Jeśli proces ten zostanie odpowiednio wykorzystany, możliwe jest realne poprawienie bilansu wodnego regionu przynajmniej na jeden, a potencjalnie kilka kolejnych sezonów.

Problem polega na tym, że obecny krajobraz Podlasia nie sprzyja zatrzymywaniu wody. Przez dekady prowadzono intensywne melioracje – prostowano rzeki, osuszano doliny i torfowiska, budowano sieć rowów odprowadzających wodę jak najszybciej do głównych cieków. System ten działa sprawnie, ale jego efektem jest błyskawiczny odpływ wody do Wisły i dalej do morza. W praktyce oznacza to, że nawet po śnieżnej zimie wiosną obserwujemy krótkotrwałe wezbrania, a już latem powrót problemu suszy.

Dodatkowym elementem pogarszającym sytuację jest Siemianówka. Zbiornik ten, ze względu na swoją dużą powierzchnię i niewielką głębokość, powoduje bardzo duże straty wody poprzez parowanie. W okresie letnim z jego lustra znikają miliony metrów sześciennych wody, które mogłyby zasilać rzeki i gleby. W warunkach postępujących susz hydrologicznych taki zbiornik nie pełni funkcji magazynu, lecz działa jak czajnik. Z tego powodu zasadne jest postulowanie jak najszybszego opróżnienia Siemianówki i rezygnacji z jej ponownego napełniania w obecnym modelu gospodarowania wodą.

Pojawia się więc kluczowe pytanie: czy da się coś zrobić szybko, jeszcze w tym sezonie, aby zatrzymać wodę z roztopów? Odpowiedź brzmi: tak, ale w ograniczonym zakresie i bez złudzeń co do skali. Nie ma możliwości przebudowy całego systemu hydrologicznego w kilka miesięcy, jednak istnieją działania, które można wdrożyć bez wieloletnich inwestycji.

Przede wszystkim chodzi o tzw. małą retencję. Obejmuje ona spowalnianie odpływu wody poprzez zamykanie zastawek na rowach melioracyjnych, ograniczanie drożności odpływów oraz czasowe cofanie wody na łąki i tereny zalewowe. Są to rozwiązania technicznie proste i relatywnie tanie, możliwe do wdrożenia lokalnie w ciągu tygodni. Każdy dzień, w którym woda pozostaje w krajobrazie, zwiększa jej infiltrację do gleby i podnosi poziom wód gruntowych.

Drugim istotnym działaniem jest przywracanie – choćby czasowe – naturalnych rozlewisk rzecznych. Doliny rzek pełnią funkcję naturalnych zbiorników retencyjnych. Zatrzymują wodę na dłużej, zmniejszają gwałtowność wezbrań i pozwalają jej wsiąkać w grunt. W wielu miejscach wystarczyłoby nie usuwać przeszkód, które tamują wodę. Tak samo nie należy rutynowo udrażniać i pogłębiać rowów melioracyjnych ani koryt rzek. Wtedy pozwolilibyśmy funkcjonować im zgodnie z naturalnym rytmem.

Wykorzystanie tegorocznych roztopów może przynieść wymierne korzyści. Lepsze uwilgotnienie gleb przełoży się na stabilniejsze warunki dla rolnictwa. Wody gruntowe będą odnawiać się szybciej, co zmniejszy ryzyko wysychania studni. Rzeki dłużej utrzymają przepływ, co ma znaczenie zarówno dla przyrody, jak i dla lokalnych społeczności. Zmniejszy się także podatność krajobrazu na skutki letnich fal upałów.

Obecna zima nie rozwiąże problemu suszy w Polsce. Może jednak stać się punktem zwrotnym w myśleniu o gospodarce wodnej. Jeśli po raz kolejny pozwolimy wodzie szybko odpłynąć, zmarnujemy rzadką szansę, jaką daje ten sezon. Jeśli natomiast podejmiemy nawet ograniczone, ale racjonalne działania, zyskamy czas i konkretne efekty, które będzie można odczuć jeszcze w tym roku.

To nie jest kwestia ideologii ani wielkich haseł. To kwestia prostego wyboru: czy woda ma zostać w krajobrazie, czy – jak przez ostatnie lata – znów bezpowrotnie z niego zniknąć.

Partnerzy portalu:

Zabytkowy Dwór w Białymstoku zostanie wyremontowany
fot. Bialystok.pl

Zabytkowy Dwór w Białymstoku zostanie wyremontowany

Zabytkowy Dwór Herbstów przy ul. Nowowarszawskiej w Białystok ma zostać przeznaczony na działalność kulturalną i społeczną. Zgodnie z założeniami obiekt ma pełnić funkcję lokalnego miejsca aktywności dla mieszkańców osiedla Skorupy.

Dwór powstał w latach około 1860–1862 jako część posesji fabrykanckiej. Jest jednym z najstarszych zachowanych drewnianych budynków w Białymstoku i znajduje się w gminnej ewidencji zabytków. Obiekt związany jest historycznie z rodziną Herbstów oraz okresem intensywnego rozwoju przemysłu włókienniczego w mieście. Z przekazów lokalnych wynika, że właściciele prowadzili działalność społeczną, m.in. udostępniali bibliotekę mieszkańcom i wspierali lokalne inicjatywy.

Plan zakłada przystosowanie wnętrz do organizacji warsztatów, spotkań, wystaw, wydarzeń kulturalnych oraz inicjatyw sąsiedzkich. Przestrzeń ma być dostępna dla różnych grup wiekowych, ze szczególnym uwzględnieniem osób starszych. W planach uwzględniono również dziedziniec dworu, który ma zostać udostępniony na wydarzenia plenerowe, takie jak kameralne koncerty, działania artystyczne i spotkania otwarte. Byłaby to jedyna tego typu ogólnodostępna przestrzeń kulturalna na osiedlu Skorupy, zlokalizowana w historycznym otoczeniu.

Dwór Herbstów posiada opracowaną dokumentację projektową. Zakłada ona zachowanie oryginalnych elementów historycznych, remont konstrukcji i detali architektonicznych oraz usunięcie późniejszych dobudówek. Szacunkowy koszt inwestycji wraz z zagospodarowaniem terenu wynosi około 6 mln zł.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

To zajęcie jest reliktem w dzisiejszych czasach? Nic bardziej mylnego!

Na pierwszy rzut oka może brzmieć jak relikt dawnych wieków, coś między rycerską legendą a kartą z podręcznika historii. A jednak sokolnictwo ma się zaskakująco dobrze – i co więcej, w XXI wieku przeżywa cichy, ale bardzo sensowny renesans.

Pretekstem do tej opowieści jest projekt zrealizowany jesienią 2025 roku przez Podlaskie Muzeum Kultury Ludowej. Inicjatywa „W zgodzie z naturą – sokolnictwo jako żywa tradycja” miała na celu popularyzację i ochronę jednej z najstarszych tradycji łowieckich, dziś wpisanej na krajową listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego. Były warsztaty, pokazy lotów, film edukacyjny i broszura. Ale to wszystko jest tylko punktem wyjścia. Bo prawdziwe pytanie brzmi: po co nam sokolnictwo dzisiaj?

Wbrew stereotypom sokolnictwo nie polega na „tresurze” ptaka. Tu nie ma dominacji ani ślepego posłuszeństwa. Jest relacja. Sokolnik nie rozkazuje – on współpracuje. Drapieżny ptak zawsze może odlecieć. Jeśli wraca, to dlatego, że chce. I właśnie ta dobrowolność czyni sokolnictwo czymś wyjątkowym. Kontakt z ptakiem drapieżnym zmienia perspektywę. Uczy cierpliwości, pokory i uważności. To pasja, która nie znosi pośpiechu – a to dziś rzadkość.

Co więcej, sokolnicy odgrywają dziś ważną rolę w ochronie przyrody. Biorą udział w rehabilitacji ptaków drapieżnych, edukują, współpracują z parkami narodowymi i lotniskami, gdzie ptaki pomagają w naturalny sposób odstraszać inne zwierzęta – bez chemii, hałasu i przemocy.

Można potraktować sokolnictwo jak ciekawostkę – coś egzotycznego, co dobrze wygląda na pokazie. Ale kto zobaczy ptaka wracającego z lotu na rękawicę sokolnika, ten rozumie, że chodzi o coś więcej. O zaufanie między dwoma gatunkami.

Partnerzy portalu:

Nowa linia 50 w BKM – sukces obywateli i wielka porażka miasta.
fot, Facebook Radała Rudnickiego, wiceprezydenta miasta

Nowa linia 50 w BKM – sukces obywateli i wielka porażka miasta.

Od dziś białostoczanie mogą korzystać z nowej linii autobusowej nr 50 w ramach Białostockiej Komunikacji Miejskiej. Warto przypomnieć, że linia ta powstała nie w wyniku planowych działań miasta, lecz jako efekt inicjatywy mieszkańców przeforsowanej w Budżecie Obywatelskim. Trasa prowadzi od ul. Filipowicza do ul. Przędzalnianej, w dużej mierze Trasą Niepodległości, z odgałęzieniami na poszczególne osiedla.

I już sam ten fakt powinien skłaniać do refleksji. W mieście tej wielkości podstawowe potrzeby transportowe nie powinny być realizowane dopiero wtedy, gdy mieszkańcy „wywalczą” je w głosowaniu. Skoro linia była potrzebna, to dlaczego nie mogła powstać w normalnym trybie planistycznym? Na to pytanie częściowo odpowiada wiceprezydent Rafał Rudnicki, który na swoim profilu w mediach społecznościowych wskazuje, że przyczyną były wątpliwości co do liczby potencjalnych pasażerów. „Teraz będzie można to zweryfikować” – pisze. Po czym dodaje: „Ale bez względu na to, linia nr 50 i tak będzie cały czas funkcjonować. Wszak jest projektem obywatelskim”.

Ten komentarz odsłania istotny problem systemowy. Z jednej strony miasto deklaruje brak pewności co do sensowności danej linii, z drugiej – uruchamia ją „bez względu na koszty”, ponieważ została przegłosowana przez mieszkańców. Trudno uznać to za racjonalne zarządzanie transportem publicznym. To raczej dowód na brak spójnej strategii i odpowiedzialności decyzyjnej. Wystarczy przyjrzeć się konstrukcji Białostockiej Komunikacji Miejskiej, by zrozumieć skalę problemu. BKM jest zarządzana w sposób skrajnie urzędniczy, a model jej funkcjonowania od lat budzi kontrowersje. Krytyka nie dotyczy jednej decyzji czy jednej linii, lecz wieloletniego kierunku, w którym system ten się kurczy zamiast rozwijać.

Niezrozumiała hybryda

Sprawy personalne to jedno, ale kluczowy jest sam model organizacyjny. BKM obsługiwana jest przez trzy miejskie spółki. Przewozy muszą się więc bilansować finansowo, tymczasem ceny biletów ustalają radni miejscy. W praktyce oznacza to sytuację, w której podmioty odpowiadające za realizację usług nie mają realnego wpływu na ich wycenę. To tak, jakby prowadzić kilka sklepów, w których ceny ustala ktoś z zewnątrz, a następnie oczekiwać rentowności.

Efekt? Bilety są drogie, a komunikacja miejska coraz mniej konkurencyjna. Nie jest tajemnicą, że część mieszkańców wybiera taksówki lub samochody prywatne. Jednocześnie system i tak wymaga stałego dofinansowania z budżetu. Trudno o bardziej sprzeczną konstrukcję.

Całość przypomina hybrydę, w której niewiele elementów ze sobą współgra. Zamiast realnej reformy, od lat utrzymuje się status quo. Po co miastu trzy spółki komunikacyjne? Poza argumentami historycznymi i politycznymi trudno wskazać dziś przekonujące uzasadnienie. Obawy sprzed lat, związane ze strajkami po czasach transformacji, nie przystają do obecnych realiów prawnych i gospodarczych. Polska nie jest już krajem z początku lat 90., a utrzymywanie przestarzałych struktur tylko generuje koszty.

Kolejnym problemem jest sama siatka połączeń. Białystok przez ostatnie dekady znacząco się rozrósł i zagęścił, lecz system komunikacji miejskiej zdaje się tego nie dostrzegać. Od lat 90. (nie licząc linii podmiejskich) uruchomiono zaledwie kilka nowych regularnych linii. Co znamienne, nowa linia 50 w dniu startu nie jest nawet ujęta na stronie internetowej BKM.

zrzut ekranu strony BKM z 30.01.2026

Nie mamy linii ekspresowych. Linie nocne funkcjonują wyłącznie w weekendy. Na schematach wszystko wygląda poprawnie — miasto jest „pokryte” autobusami. W praktyce przejazd między oddalonymi osiedlami często zajmuje ponad godzinę, podczas gdy samochodem ten sam dystans można pokonać w kilkanaście minut albo maksymalnie w pół godziny. Najśmieszniejsze są w tym wszystkim wiecznie puste buspasy. Trudno się dziwić wyborom mieszkańców.

Do tego dochodzi dramatycznie niewystarczająca liczba węzłów przesiadkowych. Realnie są to głównie okolice centrum — skrzyżowanie Sienkiewicza i Piłsudskiego, dworzec kolejowy i autobusowy oraz rejon Hetmańskiej i Solidarności. Przy 29 osiedlach to zdecydowanie za mało. Gęsta komunikacja istnieje właściwie tylko w śródmieściu i okolicach.

fot, Facebook Radała Rudnickiego, wiceprezydenta miasta

Modelowa komunikacja miejska

Gdyby ktoś naprawdę poważnie traktował transport publiczny w Białymstoku, planowałby go w skali całego miasta, a nie punktowo i reaktywnie. Komunikacja miejska w dużym mieście nie polega na „łataniu dziur” pojedynczymi liniami ani na reagowaniu dopiero wtedy, gdy presja społeczna staje się zbyt głośna. To system krwionośny miasta, który musi być projektowany całościowo, z wyprzedzeniem i według jasnych zasad.

Modelowo transport publiczny powinien opierać się na czytelnej hierarchii połączeń. Rdzeniem systemu muszą być szybkie, częste linie główne – kursujące co kilka minut, łączące największe osiedla z kluczowymi punktami miasta. Do nich powinny być dowiązane linie osiedlowe i dowozowe, których zadaniem nie jest „jechać wszędzie”, lecz sprawnie doprowadzić pasażera do węzła przesiadkowego. Przesiadka nie może być porażką – musi być naturalnym elementem podróży, szybkim i przewidywalnym. W Białymstoku cały czas urzędnicy się przed tym bronią. Centra przesiadkowe funkcjonują bardziej „przy okazji”.

Duże miasto nie funkcjonuje bez sieci węzłów przesiadkowych. Nie jednego czy dwóch w centrum, lecz wielu – rozlokowanych na styku osiedli, przy dużych arteriach, centrach handlowych, zakładach pracy i uczelniach. Węzeł to nie przystanek z ławką, lecz miejsce, gdzie linie się spotykają, a rozkłady są zsynchronizowane. Tam pasażer nie „czeka”, tylko płynnie się przesiada.

Kolejna rzecz to czas. Transport publiczny musi być konkurencyjny wobec samochodu. Jeśli dojazd autobusem trwa dwukrotnie dłużej niż autem, to żadna kampania promocyjna tego nie zmieni. Stąd potrzeba buspasów, priorytetu na skrzyżowaniach, linii ekspresowych i realnego uprzywilejowania komunikacji zbiorowej w ruchu miejskim – nie na papierze, lecz na ulicy. Co mamy w Białymstoku? Puste buspasy, uprzywilejowane światła dla autobusów jako ciekawostka, a nie standard, brak lini ekspresowych. A zamiast nich linie długie i ciągnące się jak spaghetti.

Równie istotna jest częstotliwość i prostota. Pasażer nie powinien studiować rozkładu jazdy jak instrukcji obsługi reaktora. W dobrze zaprojektowanym systemie autobus „po prostu przyjeżdża” – co 5, 7 czy 10 minut. Linia nocna nie jest „fanaberią weekendową”, tylko elementem bezpieczeństwa i normalnego funkcjonowania miasta przez całą dobę. Bez tego wszystkiego transport publiczny zawsze będzie przegrywał z samochodem. A miasto, które przegrywa walkę o komunikację zbiorową, przegrywa jakość życia swoich mieszkańców.

Dlaczego ciągle nie mamy Szybkiej Kolei Miejskiej?

Na koniec wisienka na torcie. Białystok ma realne warunki do stworzenia Szybkiej Kolei Miejskiej, ale władze miasta od lat konsekwentnie nie podejmują tego tematu. Zamiast myślenia systemowego dominuje przekonanie, że obecne rozwiązania są „wystarczające”. Efekt? Kolej – najwydajniejszy środek transportu w aglomeracjach – pozostaje w praktyce poza miejskim systemem komunikacyjnym.

Tymczasem połączenie kolei i autobusów byłoby jednym z najprostszych i najtańszych sposobów realnego usprawnienia transportu w mieście. Białystok już dziś posiada linię kolejową przebiegającą przez jego obszar, z przystankami, które naturalnie mogłyby pełnić rolę węzłów przesiadkowych. Nie trzeba budować torów od zera ani wymyślać technologii przyszłości – wystarczy włączyć istniejącą infrastrukturę w system transportu miejskiego.

Dlaczego to działa? Bo kolej miejska jest szybka, punktualna i odporna na korki. Pociąg jadący przez miasto nie stoi na światłach, nie grzęźnie w szczycie komunikacyjnym i nie konkuruje z ruchem samochodowym o każdy metr asfaltu. Dla mieszkańców peryferyjnych osiedli lub miejscowości przyległych oznaczałoby to radykalne skrócenie czasu dojazdu – często o kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt minut.

Integracja kolei z autobusami pozwoliłaby też uporządkować całą siatkę połączeń. Autobusy przestałyby udawać dalekobieżne środki transportu, a zaczęłyby pełnić rolę dowozową – dokładnie tak, jak robi się to w nowoczesnych miastach. Jeden bilet, jeden system informacji, skoordynowane rozkłady i realna alternatywa dla samochodu. To nie jest rewolucja – to standard.

Co więcej, Szybka Kolej Miejska działa najlepiej właśnie tam, gdzie komunikacja autobusowa jest niewydolna na dłuższych dystansach. Czyli dokładnie w takich miastach jak Białystok: z oddalonymi osiedlami i coraz większym ruchem samochodowym. Rezygnowanie z tego narzędzia nie jest przejawem ostrożności, lecz braku ambicji transportowej. Dopóki kolej będzie traktowana jako byt „obok miasta”, a nie jego integralna część, dopóty będziemy kręcić się w kółko: drogie bilety, długie dojazdy, ucieczka mieszkańców do samochodów i kolejne, coraz większe dopłaty z budżetu. A potem zdziwienie, że komunikacja miejska się nie broni.

Partnerzy portalu:

To ostatnie dni ferii. Spędźcie je rodzinnie.

To ostatnie dni ferii. Spędźcie je rodzinnie.

Zimowe ferie powoli dobiegają końca, ale to wcale nie oznacza, że trzeba je spędzić w pośpiechu i bez pomysłu. Wręcz przeciwnie – to idealny moment, by wykorzystać to, co w Podlaskiem zimą najcenniejsze: spokój, przyrodę i czas dla siebie oraz bliskich.

Póki jeszcze leży śnieg, warto wybrać się na leśne spacery. Podlaskie lasy zimą mają w sobie coś pierwotnego – skrzypiący pod butami śnieg, cisza przerywana tylko szumem drzew i śladami zwierząt na białych ścieżkach. To także dobry moment na kuligi – te z końmi, kocami i gorącą herbatą, ale też te bardziej spontaniczne, organizowane lokalnie. A jeśli kulig, to najlepiej zakończony ogniskiem – z kiełbaskami, rozmową i prostą radością bycia razem.

Dla tych, którzy wolą bardziej aktywny wypoczynek w mieście, świetnym pomysłem będzie lodowisko. Ostatnie dni ferii to dobra okazja, by jeszcze raz założyć łyżwy – bez presji, bez rywalizacji, po prostu dla zabawy. Alternatywą są baseny i aquaparki (np. w Suwałkach), które pozwalają na chwilę zapomnieć o zimie i rozgrzać się w wodzie, szczególnie gdy za oknem mróz.

Warto też przypomnieć sobie, jak spędzało się czas „kiedyś”. Wspólne wyjście do kina na seans, który naprawdę się ogląda, a nie przewija w telefonie. Albo do teatru – jako małe święto, chwila skupienia i kontaktu z żywym słowem. To proste rzeczy, które dziś znów stają się wyjątkowe.

Ostatnie dni ferii nie muszą być tylko odliczaniem do powrotu do codzienności. Mogą być spokojnym domknięciem zimowego czasu – z ruchem, rozmową, śmiechem i chwilą oddechu. W Podlaskiem nie trzeba daleko jechać, by przeżyć coś wartościowego.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Białostoccy studenci wynaleźli ubranie przyszłości?

Czy moda może powstawać z… jabłek i porzeczek? Studenci Politechniki Białostockiej udowadniają, że tak. Koło Naukowe „Rolka” z Wydziału Budownictwa i Nauk o Środowisku opracowało innowacyjny materiał o nazwie EcoCorium – w pełni biodegradowalną ekoskórę pochodzenia roślinnego, która może stać się realną alternatywą zarówno dla skóry naturalnej, jak i syntetycznej.

EcoCorium powstało w ramach projektu badawczego realizowanego przez studentów, którzy w warunkach laboratoryjnych testowali m.in. wytłoki jabłkowe oraz pulpę z czerwonej i czarnej porzeczki. Celem było stworzenie materiału przyjaznego środowisku, a jednocześnie estetycznego i użytkowego. Efekty prac nie pozostały jedynie w sferze teorii – z nowego tworzywa powstały już designerskie dodatki, takie jak torebka, etui na długopis czy wizytownik.

– Studenci zrealizowali projekt badawczy EcoCorium, którego celem było opracowanie innowacyjnego, w pełni biodegradowalnego materiału pochodzenia roślinnego, stanowiącego ekologiczną alternatywę dla tradycyjnej i syntetycznej skóry – mówi Kinga Koziak, absolwentka inżynierii rolno-spożywczej i leśnej na Politechnice Białostockiej, związana z Kołem Naukowym „Rolka”.

Potencjał EcoCorium został szybko zauważony. Projekt zdobył grant w wysokości 10 000 zł w konkursie Fundacji Banku Ochrony Środowiska, trafiając do ścisłej czołówki pięciu najlepszych inicjatyw spośród 60 zgłoszeń w kategorii kół naukowych. To wyraźny sygnał, że rozwiązania tworzone w Białymstoku mogą mieć znaczenie nie tylko lokalne, ale i ogólnopolskie.

Czy ekoskóra z owocowych odpadów to tylko ciekawostka, czy zapowiedź rewolucji w modzie i przemyśle materiałowym? Jeśli rozwój projektu pójdzie w stronę skalowania produkcji, EcoCorium może w przyszłości trafić nie tylko do akcesoriów, ale również do ubrań, tapicerki czy elementów wyposażenia wnętrz. Być może właśnie w Podlaskiem rodzi się materiał, który za kilka lat będziemy nosić na co dzień.

Na koniec warto spojrzeć szerzej na to, dlaczego w ogóle szuka się nowych materiałów. Współczesna odzież – szczególnie ta produkowana masowo – w ogromnej mierze powstaje z tworzyw syntetycznych, które rozkładają się setki lat, uwalniają mikroplastik podczas prania. Skóra naturalna z kolei wiąże się z kosztami środowiskowymi i etycznymi, a jej obróbka wymaga użycia agresywnych chemikaliów. Projekty takie jak EcoCorium są odpowiedzią na ten problem – próbą zerwania z modelem „szybko wyprodukuj, szybko wyrzuć” i poszukiwania materiałów, które po zakończeniu swojego życia wrócą do obiegu natury, zamiast pozostawać problemem na dziesięciolecia.

Partnerzy portalu:

Popularny białostocki basen po modernizacji

Popularny białostocki basen po modernizacji

Międzyszkolny Ośrodek Sportowy w Białymstoku wrócił do normalnego funkcjonowania po szeroko zakrojonych pracach modernizacyjnych. Dla tysięcy osób korzystających z pływalni najważniejsze zmiany dotyczą codziennego komfortu, bezpieczeństwa i warunków do nauki pływania oraz treningu.

Najbardziej odczuwalna różnica to poprawa jakości powietrza i akustyki w hali basenowej. Nowa wentylacja nad niecką oraz panele akustyczne ograniczają hałas i wilgoć, które przez lata były jedną z głównych bolączek tego obiektu. Zmieniono także sposób dezynfekcji wody – zastosowanie lamp UV-C pozwala ograniczyć rozwój bakterii i poprawia jej jakość, co ma bezpośrednie znaczenie dla zdrowia użytkowników.

W obiekcie wprowadzono też realne wzmocnienie systemów bezpieczeństwa. Oprócz nowych zabezpieczeń przeciwpożarowych zwiększono dostępność defibrylatorów AED – obecnie na terenie pływalni działa ich sześć. Przebudowano również przestrzenie wspólne: korytarze, hol wejściowy i zaplecze techniczne, dzięki czemu poruszanie się po obiekcie jest bardziej intuicyjne i funkcjonalne.

Nowością jest także siłownia, która uzupełnia ofertę ośrodka i pozwala korzystać z infrastruktury sportowej osobom, które niekoniecznie chcą wchodzić na basen. Dla młodzieży i dorosłych oznacza to dodatkową, bezpieczną przestrzeń do regularnej aktywności fizycznej.

MOS pozostaje jednym z kluczowych punktów sportowych w Białymstoku. Tygodniowo korzysta z niego około 6 tysięcy osób – zarówno w ramach zajęć zorganizowanych, jak i indywidualnych wejść. Szczególną rolę odgrywa nauka pływania dzieci i młodzieży oraz treningi sekcji pływackiej MKS „Juvenia” Białystok, działającej nieprzerwanie od ponad 50 lat.

Prace prowadzono w 2025 roku i zakończono je pod koniec roku. Ich koszt wyniósł blisko 6 mln zł, z czego część została sfinansowana z dotacji państwowej. Wykonaniem zajęło się konsorcjum lokalnych firm.

Partnerzy portalu:

Miliony poszły w bagno. Gmina będzie oddawać dofinansowanie?
fot. UM Łapy

Miliony poszły w bagno. Gmina będzie oddawać dofinansowanie?

Gmina Łapy może zostać zmuszona do oddania około 3,5 miliona złotych unijnego dofinansowania, które kilka lat temu trafiło na uzbrojenie terenów inwestycyjnych w podstrefie ekonomicznej. Problem? Tereny, które miały przyciągać przedsiębiorców, leżą na… torfowiskach.

To jeden z tych przypadków, w których papier przyjmie wszystko, a rzeczywistość brutalnie weryfikuje urzędniczy optymizm. Bo o ile na mapie każdy grunt wygląda solidnie, o tyle w terenie okazało się, że pod przyszłe hale i zakłady zamiast stabilnego podłoża jest grząsko, mokro i mało budowlano. Warunkiem otrzymania dotacji była sprzedaż działek inwestorom. Część gruntów rzeczywiście znalazła nabywców, ale ostatecznie wyszło, że na torfie nie da się sensownie budować. W efekcie jest ryzyko zwrotu unijnych pieniędzy.

Najbardziej zaskakujące w całej historii jest to, że „odkrycie” torfu nastąpiło już po uzbrojeniu strefy. Czyli najpierw wydano miliony złotych na przygotowanie terenów, a dopiero potem okazało się, że nadają się one co najwyżej na lekcję  pod hasłem „jak tego nie robić”. Niektórzy radni zwracają uwagę, że działki można było próbować sprzedać taniej. Pytanie tylko, czy obniżka ceny rozwiązuje problem gruntu, na którym inwestor musiałby najpierw walczyć z naturą, a dopiero potem z przepisami?

Cała podstrefa ekonomiczna w Łapach to 24 hektary, których uzbrajanie trwało kilka lat. Łączny koszt inwestycji przekroczył 18 milionów złotych, z czego blisko 13 milionów pochodziło z Unii Europejskiej. Dziś zamiast nowych miejsc pracy i firm mamy spór o to, ile dokładnie pieniędzy trzeba będzie oddać i z jakiej części inwestycji gmina faktycznie się wywiązała.
Na razie nie ma jeszcze ostatecznej decyzji o zwrocie pełnej kwoty, ale sam fakt, że w budżecie trzeba było „zabezpieczać” środki na oddawanie dotacji, mówi o zarządzaniu gminą dużo.

Partnerzy portalu:

Ferie w Białymstoku? Jest co robić! Gry planszowe, zajęcia ruchowe i warsztaty.
fot, podlaskie.eu

Ferie w Białymstoku? Jest co robić! Gry planszowe, zajęcia ruchowe i warsztaty.

Jeszcze tydzień ferii przed nami. Do ich końca Książnica Podlaska im. Łukasza Górnickiego oraz jej filie w Białymstoku prowadzą zajęcia dla dzieci i młodzieży, skierowane głównie do rodzin z młodszymi uczestnikami. Program obejmuje gry planszowe i logiczne, warsztaty plastyczne, aktywności ruchowe oraz zajęcia związane z nowymi technologiami.

W siedzibie głównej przy ul. Marii Curie-Skłodowskiej 14A jeszcze w przyszłym tygodniu odbywać się będą spotkania w ramach „Ferii w Książnicy”. W dniach 28 i 29 stycznia, w godzinach 10.00–13.00, w galerii na parterze zaplanowano wspólne granie w planszówki, czytanie na dywanie, zabawy z klockami LEGO oraz projektowanie i wykonywanie własnych przypinek. Na zakończenie ferii, w sobotę 31 stycznia, biblioteka organizuje zimowy turniej szachowy dla dzieci.

Równolegle Książnica proponuje zajęcia w przestrzeni zbiorów specjalnych, poświęcone technologii i grom. 26 stycznia odbędą się warsztaty programowania dla dzieci w wieku od 7 do 12 lat, natomiast 28 stycznia zaplanowano spotkanie z grami ruchowymi wykorzystującymi konsole oraz technologię VR. W obu przypadkach obowiązują zapisy, ponieważ liczba miejsc jest ograniczona.

Oferta ferii obejmuje również filie biblioteczne w różnych częściach miasta. W wielu z nich dominują zajęcia plastyczne, czytelnicze i ruchowe, a także swobodny dostęp do gier planszowych i konsol. Część placówek przygotowała cykle tematyczne, m.in. ferie detektywistyczne, zajęcia poświęcone dinozaurom, zwierzętom zimą czy historii Białegostoku. W innych filiach zaplanowano warsztaty kreatywne, turnieje gier – w tym FIFA – oraz wspólne czytanie dla dzieci i opiekunów.

Zajęcia odbywają się do 31 stycznia, wstęp na nie jest bezpłatny, jednak w wielu przypadkach wymagane są wcześniejsze zapisy. Szczegółowe informacje dotyczące terminów i dostępności miejsc publikowane są przez poszczególne filie Książnicy Podlaskiej.

Partnerzy portalu:

Śnieżna zima zrobiła coś, czego nie było od lat

Śnieżna zima zrobiła coś, czego nie było od lat

Przez lata brak śniegu sprawił, że sanki stały w piwnicach, jabłuszka kurzyły się na strychach, a dziecięce zimowe zabawy zniknęły same, bez żadnych zakazów. Po prostu nie było warunków. W tym roku wystarczyło kilka solidnych opadów, by wszystko wróciło — jakby czekało w gotowości. Na osiedlach znów pojawiły się górki pełne dzieci, kolejki bez regulaminu, krzyk, śmiech i dźwięk sanek sunących po ubitym śniegu. W wielu miejscach wróciły też anioły na śniegu, bałwany czy  nawet igloo, bo zimy kończyły się na błocie i deszczu.

Zima przypomniała także rzeczy drobne, ale bardzo konkretne: termosy z herbatą, mokre rękawiczki suszące się na kaloryferach, zapach wełnianych czapek w klatkach schodowych. Rzeczy, których nie da się zaplanować ani kupić — pojawiają się tylko wtedy, gdy pogoda na to pozwala. Co ciekawe, wielu rodziców zwraca uwagę na coś jeszcze: dzieci nie chcą wracać do domu. Mimo zimna, czerwonych rąk i przemoczonych butów. Przez kilka godzin ekrany przestają być pierwszym wyborem, nie dlatego, że ktoś je zabrał, ale dlatego, że na zewnątrz w końcu znowu coś się dzieje.

Po latach zim bez śniegu, znów dostrzegliśmy, że podwórka, górki i osiedlowe przestrzenie wciąż są gotowe do życia. Potrzebowały tylko trochę puchu i ludzi. To wszystko paradoksalnie pokazuje nam jak bardzo na zewnątrz obecnie jest „nieciekawie”. Deweloperskie place zabaw, zabetonowane place, galerie handlowe – to miejsca „tylko na chwilę”. Brakuje takich na wiele godzin. Dlatego wszyscy najpierw uciekają za miasto – na przykład do Supraśla, Szelmentu czy do Rybna, by potem finalnie w tamte okolice się z miasta wyprowadzić. Co nam to wszystko mówi? Że człowiek nie chce tego co mu urzędnicy zaserwowali. Woli naturę. Las, rzekę, górki – latem miejsca do spacerów, wielogodzinnych pikników, czy ognisk z kiełbaskami, a zimą do nart, sanek i snowboardu, a także kuligów.

Może więc ta zima nie jest tylko pogodową ciekawostką, ale sygnałem ostrzegawczym. Pokazała, że wystarczy jeden naturalny impuls, by ludzie masowo wrócili do przestrzeni, które dają swobodę, czas i prawdziwe bycie razem. I że jeśli miasta nie zaczną oferować miejsc do życia, a nie tylko do „szybkiego skorzystania”, to śnieg będzie być może wracał co roku, a ludzie — coraz rzadziej.

Partnerzy portalu:

Lodowisko pod blokiem. Jak za dawnych czasów!
fot. Wodociągi Białotocki

Lodowisko pod blokiem. Jak za dawnych czasów!

W Podlaskiem ferie zimowe trwają w najlepsze, a w Białymstoku wróciły obrazy, które wielu mieszkańcom pamięta z własnego dzieciństwa: trzeszczący lód pod łyżwami, czerwone od mrozu policzki i zbiegowisko dzieci pod blokiem. W dwóch spółdzielniach mieszkaniowych powstały właśnie osiedlowe lodowiska, które mają stać się miejscem spotkań, zabawy i drobnych wyścigów, tak dobrze znanych z dawnych zim.

Inicjatywę wsparły Wodociągi Białostockie, zapewniając wodę do przygotowania tafli. Lodowiska pojawiły się w dwóch lokalizacjach: przy ul. Waszyngtona 24 oraz przy ul. Pułaskiego 127. Za kwestie organizacyjne i regulaminy odpowiadają Spółdzielnie Mieszkaniowe Piaski oraz Elemencik.

Choć technika poszła do przodu, zasada pozostała ta sama — im więcej chętnych z sąsiedztwa, tym bardziej żyje przestrzeń między blokami. W czasach, gdy wiele zimnych miesięcy spędzamy przed ekranami, takie inicjatywy przywracają prostą, osiedlową radość: łyżwy, śmiech, miejską zimę w jej najlepszym wydaniu. Jeśli więc ktoś szuka sposobu na ferie bez dojazdów i kosztów — warto zaglądnąć na jedno z osiedlowych lodowisk i sprawdzić, czy pod butem wciąż pamięta się tamten dobrze znany odgłos rozgrzewającego się lodu.

Partnerzy portalu:

Takiej zimy już dawno nie było! Zobacz ile dobrego dzięki niej będzie na wiosnę.

Takiej zimy już dawno nie było! Zobacz ile dobrego dzięki niej będzie na wiosnę.

Dziś o poranku termometry na Podlasiu wskazały -18 stopni Celsjusza. Słońce świeci jednak tak intensywnie, że biel śniegu aż razi w oczy. Według najnowszych prognoz taka aura ma utrzymać się co najmniej do połowy lutego. To zaskakujący zwrot po ostatnich zimach – łagodnych, bezśnieżnych albo tak krótkich, że biały puch znikał po jednym lub dwóch dniach.

Dla mieszkańców to okazja do powrotu do zim z dzieciństwa, z trzaskającym mrozem i skrzypiącym śniegiem pod butami. Ale tegoroczna zima to przede wszystkim zastrzyk korzyści dla całej przyrody. Długotrwały mróz skutecznie ogranicza populację kleszczy, komarów i innych pasożytów, które w ostatnich latach rozwijały się niemal przez cały rok. Śnieg tworzy także naturalną kołdrę ochronną – zabezpiecza glebę, zatrzymuje wilgoć i chroni rośliny przed uszkodzeniami.

Wiosną możemy spodziewać się powrotu spektakularnych rozlewisk na Narwi, Biebrzy czy Bugu. To zjawisko, które jeszcze dekadę temu było symbolem regionu, a które zanikało wraz z łagodnymi zimami. Rozlewiska mają ogromne znaczenie dla ekosystemu: wspierają migrację ptaków, tworzą tarliska dla ryb, wzbogacają siedliska bobrów, a w efekcie podnoszą bioróżnorodność całej doliny rzecznej.

Narwiański Park Narodowy od kilku lat zmaga się z problemem niskich stanów wody. Słynne kładki w Waniewie i Śliwnie przez większość sezonu pozostawały niedostępne, bo rzeka nie zalewa naturalnych niecek i trzcinowisk. Tegoroczna zima może to częściowo odwrócić – długo zalegający śnieg zapewni wolny, równomierny spływ wiosenny, dając szansę na odbudowę rozlewisk, a z nimi całego mikroświata ptaków i płazów. Pojawia się jednak pytanie, na ile efekt ten zostanie utrzymany w kontekście gospodarowania wodą w dorzeczu Narwi.

Bo zanim Park Narodowy z rozlewiskami, pierwszym absorbującym wodę jest Siemianówka. Płytki, sztuczny, rozległy i wyjątkowo zasobożerny zbiornik zbudowany w PRL. Od lat poruszamy jej szkodliwość na łamach PodlaskieTV. Mocno wątpliwa jest jego rola w systemie wodnym Podlasia. Znaczna część retencjonowanej wody traci się przez parowanie, a jej niedobory coraz dotkliwiej widać na odcinkach niżej położonych. Silna i mroźna zima jest więc testem dla całego układu hydrologicznego regionu: czy większy dopływ wody roztopowej rzeczywiście przełoży się na odbudowę mokradeł, czy też zostanie zatrzymany i rozproszony zbyt wysoko, zanim dotrze do Narwiańskiego Parku Narodowego.

Mroźna zima sprzyja również rolnikom – dłuższe zaleganie śniegu pozwala gromadzić zapasy wilgoci w glebie, co przekłada się na lepsze wschody roślin i większą odporność na wiosenne susze.

To wszystko pokazuje, jak bardzo przyroda potrzebuje prawdziwej zimy, nawet jeśli dla nas oznacza to zimne policzki, grube rękawice i skrobanie szyb pojazdów. Podlasie przez lata było kojarzone ze śnieżnymi zimami – tegoroczna wreszcie przypomina, jak wyglądała pora roku wpisana w krajobraz regionu. Jeżeli prognozy się sprawdzą, przed nami jeszcze kilka tygodni mrozu, słońca i skrzącego się puchu. Warto więc patrzeć nie tylko na termometr, ale i na długofalowe skutki, które mogą okazać się wyjątkowo korzystne dla całego regionu.

Partnerzy portalu:

Ferie w Podlaskiem. Nie chcesz na zewnątrz? Wiele będzie działo się w instytucjach.

Ferie w Podlaskiem. Nie chcesz na zewnątrz? Wiele będzie działo się w instytucjach.

Zimowe ferie to moment, w którym Podlasie zwalnia z codziennego rytmu i oddaje pole kulturze, twórczości oraz rodzinnym spotkaniom. W styczniu 2026 roku instytucje kultury z regionu przygotowały szeroki program – od teatru i muzyki, przez warsztaty i spotkania z historią, po propozycje dla najmłodszych, młodzieży i dorosłych. W repertuarze Teatru Dramatycznego im. Aleksandra Węgierki znalazła się „Królowa Śniegu”. Klasyczna opowieść o przyjaźni i odwadze, wystawiana w dniach 14–22 stycznia, okazała się naturalnym pretekstem do rodzinnego wyjścia do teatru, także przy okazji Dnia Babci i Dziadka. Teatr wznawia również cykl „Bajkowe Poranki” – lekką formę teatrzyku dla najmłodszych.

Opera i Filharmonia Podlaska zaproponowała spektakl muzyczny „Karolcia i sekret świątecznej nocy”, przeznaczony dla dzieci od piątego roku życia. Taneczno-muzyczna inscenizacja z elementami interakcji tworzy przyjazne wejście w świat opery, szczególnie dla rodzin, które dopiero oswajają najmłodszych z teatrem muzycznym.

W muzeach regionu ferie oznaczają praktyczne spotkania z historią. Muzeum Podlaskie prowadzi oprowadzania we wszystkich oddziałach oraz cykl weekendowych warsztatów rodzinnych – od Tykocina po Supraśl, od Choroszczy po Białystok. Podlaskie Muzeum Kultury Ludowej w Wasilkowie stawia na „Ferie na ludowo”, czyli zajęcia o tradycjach, etnodizajnie i dawnych zwyczajach zimowych, adresowane do grup szkolnych.

Z kolei Muzeum Rolnictwa im. ks. Krzysztofa Kluka w Ciechanowcu organizuje RetroFerie – Zimową Akademię Księdza Kluka, podczas której dzieciom towarzyszą warsztaty kulinarne, zielarskie, przyrodnicze, a także zimowa „olimpiada” na terenie skansenu. Skansen Kurpiowski im. Adama Chętnika w Nowogrodzie zaprasza na praktyczne poznawanie kultury Kurpiów: lepienie byśków, pieczenie fafernuchów oraz zajęcia plastyczne, dostępne zarówno stacjonarnie, jak i w formie wyjazdowej.

Twórcza część ferii to także warsztaty i książki. Podlaski Instytut Kultury w cyklu Etnoteka proponuje międzypokoleniowe spotkania wokół makatek, czyli tradycyjnych tekstyliów traktowanych współcześnie jako inspiracja artystyczna. Książnica Podlaska z filami przygotowała szeroki wachlarz aktywności – od lektury i planszówek po LEGO, programowanie, szachy i technologię VR. Oferta jest elastyczna, dostosowana do wieku uczestników i sposobu spędzania wolnego czasu.

Na północno-wschodnich rubieżach regionu Ośrodek „Pogranicze – sztuk, kultur, narodów” w Sejnach i Krasnogrudzie wystawił własny program z warsztatami plastycznymi, muzycznymi i tkackimi, projekcjami filmowymi oraz turniejem gry planszowej „Czterej wędrowcy”, osadzonej w lokalnym kontekście kulturowym. Finał zaplanowano w Dworze Miłosza, z warsztatami, zabawami na śniegu i ogniskiem.

Choć instytucje działają każda we własnej przestrzeni i stylistyce, tegoroczne ferie łączy wspólny motyw: Podlasie pokazuje się jako region, który potrafi opowiadać historię i tradycję bez nachalnego patosu, korzystając z teatru, muzyki, muzeów i warsztatów. Zamiast wielkich deklaracji – praktyczne doświadczenia, kontakt z kulturą i spokojny rodzinny czas.

Partnerzy portalu:

Czas na ferie! Zobacz ile ma do zaoferowania Podlaskie.

Czas na ferie! Zobacz ile ma do zaoferowania Podlaskie.

W ten weekend w województwie podlaskim rozpoczynają się ferie zimowe i potrwają do 1 lutego. To czas długo wyczekiwany przez dzieci, ale także przez dorosłych, którzy planują rodzinne wyjazdy albo szukają pomysłów na atrakcyjne spędzenie wolnych dni na miejscu. Co wyjątkowe, pierwszy raz od lat całe Podlaskie jest skute zimą i na horyzoncie nie widać większych odwilży, co oznacza idealne warunki do aktywności na śniegu przez całe ferie.

Choć wielu mieszkańców ruszy na ferie poza region, równie wielu pozostanie na Podlasiu. W tym roku mogą liczyć na zimę, jaką pamięta się z dzieciństwa, a lista atrakcji na miejscu jest długa i wcale nie gorsza od ofert turystycznych innych części Polski. Wszystko na to wskazuje, że Podlaskie będzie jednym z najciekawszych miejsc w kraju do zimowych rodzinnych aktywności.

Wiele rodzin postawi w tym roku na kuligi – zwłaszcza tam, gdzie zimowe trasy są najpiękniejsze, a śnieg trzyma się na drzewach jak z pocztówki. To jedna z tych atrakcji, które łączą ruch, naturę i klimat dawnych zim, o które coraz trudniej. Z kolei dla miłośników spacerów i krótkich wycieczek znakomitym kierunkiem będzie Puszcza Knyszyńska – zalew w Czarnej Białostockiej o tej porze roku wygląda bajkowo, a rezerwat Krzemianka pozwala zobaczyć, jak zasypane doliny i ścieżki nadają puszczy niemal skandynawski charakter.

Podobnie Puszcza Białowieska – od rezerwatu z żubrami, przez rezerwat ścisły, aż po szlak dębów królewskich – stanowi gotową propozycję na jednodniowe wypady z dziećmi, które często po raz pierwszy mają okazję zobaczyć żubra w zimowej scenerii.

Jeśli ktoś woli bardziej sportowe ferie, wciąż doskonałym wyborem jest narciarski Szelment, który w tym sezonie cieszy się wyjątkowo dobrymi warunkami śniegowymi. Stoki są przyjazne początkującym, a zimowy krajobraz Suwalszczyzny dodaje wrażenia, że ferie odbywają się gdzieś daleko w górach. Podobnie Rybno, gdzie lokalne trasy narciarskie także przyciągają rodziny i amatorów zimowej aktywności, oferując jednocześnie krótszą i łatwiejszą logistykę niż wyjazd na południe kraju.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

To nie jest zwykły film. Cały świat może zwiedzać wirtualnie Białystok.

Pojawił się w sieci materiał, który trudno nazwać „kolejnym filmem z miasta”. To raczej wirtualny spacer po Białymstoku – zarejestrowany w sposób, który od lat promuje największe metropolie świata. Bez cięć, bez sztucznej narracji, bez filtrów i teledyskowego montażu. Jedno ujęcie, naturalne światło, prawdziwe dźwięki ulicy. Dzięki temu każdy widz – niezależnie od tego, czy mieszka w Tokio, Nowym Jorku czy Santiago – może poczuć klimat miasta dokładnie takim, jakie jest.

Tym razem autor nagrał wieczorny spacer przez świąteczny Białystok. Kamera prowadzi przez Pałac Branickich, Kilińskiego, pod katedrę, na rynek, ku choinkom, karuzelom, jarmarkowym straganom i dalej – na Lipową i aż pod bazylikę św. Rocha. Wszystko w 4K, z naturalnym audio i w tempie ludzkiego kroku. Dla jednych to idealne wideo do odpoczynku, dla innych inspiracja podróżnicza, a dla jeszcze innych – precyzyjna forma promocji miasta, jakiej nie da się uzyskać ani dronami, ani krótkimi rolkami.

W tym tkwi siła takich nagrań. Człowiek, który nigdy nie był w Białymstoku, nie ogląda zlepków atrakcji, tylko spaceruje. Słyszy gwar, widzi witryny, restauracje, światła ulic. To właśnie takie doświadczenie buduje ciekawość. Kto zobaczy, że to miejsce ma swój rytm, koloryt i atmosferę – dużo chętniej wybierze je jako cel podróży. Dlatego podobne nagrania stały się ważnym elementem promocji miast w skali globalnej. Paryż, Barcelona, Seul czy Warszawa mają swoje spacery – teraz dołącza Białystok.

Trudno wymyślić prostszy i bardziej autentyczny kanał promocyjny. Nikt niczego nie sprzedaje, nie upiększa, nie „aranżuje”. Kamera tylko towarzyszy rzeczywistości. I właśnie dlatego to działa – bo w epoce nadprodukcji marketingu największym luksusem jest prawda. Jeśli komuś Białystok się spodoba na ekranie, to prędzej czy później będzie chciał sprawdzić, jak pachnie jarmark zimą i jak brzmi Lipowa w sobotni wieczór. A to najkrótsza droga, by turysta stał się gościem, a gość – ambasadorem miasta.

Partnerzy portalu:

Zaśnieżone Podlaskie ratuje nas przed katastrofą. W jaki sposób?

Zaśnieżone Podlaskie ratuje nas przed katastrofą. W jaki sposób?

Podlaskie to kraina trzech Puszcz, trzech parków narodowych, trzech wielkich rzek i dziesiątek pomniejszych cieków wodnych. To również miejsce, gdzie przyroda wciąż żyje własnym rytmem, a krajobraz – od zielonych łąk po bagienne rozlewiska – zależy od delikatnych bilansów wody. W ostatnich latach zdały się one mocno chwiać. Susze letnie, które jeszcze dekadę temu pojawiały się epizodycznie, dziś stają się niemal regułą, pustosząc łąki i spłycając, a nawet wysuszając rzeki. W tym kontekście śnieg, często postrzegany wyłącznie jako utrapienie kierowców, jest jednym z ostatnich naturalnych mechanizmów regulujących cykl wodny regionu.

Zimą, kiedy Podlasie skuwa mróz, a korony drzew w Puszczy Białowieskiej, Puszczy Knyszyńskiej i Puszczy Augustowskiej uginają się pod ciężarem bieli, przyroda wchodzi w stan spowolnienia. Jednak w bieli kryje się zasób – rezerwa wodna odkładana jest na wiosnę. Wolno topniejąca pokrywa śnieżna pozwala wodzie wsiąkać głęboko w glebę i torfy, odbudowując retencję, bez której latem giną zarówno rośliny, jak i owady, płazy czy migrujące ptaki uzależnione od rozlewisk. W parku narodowym, w Biebrzy śnieg decyduje o przyszłych rozlewiskach; w Wigierskim – o kondycji jezior; w Białowieskim – o żywotności lasu i całych sieci zależności ekologicznych.

Rzeki Podlasia – Narew, Biebrza i Bug – oraz setki mniejszych cieków wodnych są żyłami krwionośnymi krajobrazu. To od śniegu zależy, czy wiosenne wody wypełnią doliny Narwi i rozleją się malowniczym labiryntem, czy Biebrza zyska swoje słynne bagienne zwierciadła, a Bug zachowa głębszy nurt. Brak śniegu zimą nie zawsze oznacza nagłą katastrofę, ale oznacza szybsze, prostsze i bardziej dramatyczne przesuwanie się w stronę letniego przesuszenia. Gleba bez zimowego zasilenia staje się jałowa, owady giną, a ptaki tracą bazę pokarmową. Łosie i jelenie, które zimą korzystają z osłony lasów, latem wędrują coraz dalej w poszukiwaniu wodnych schronień.

Śnieg pełni jeszcze jedno zadanie na Podlasiu – chroni. Pąki drzew przed przemarzaniem, korzenie bylin przed wysychaniem, glebę przed erozją, a torfowiska przed utratą wilgoci. W Puszczy Białowieskiej biała pokrywa zamyka obieg materii organicznej, spowalniając rozkład i pozwalając grzybom oraz mikroorganizmom pracować w tempie, które natura zakładała od tysiącleci. W rozlewiskach Narwi zimowa pokrywa śnieżna amortyzuje gwałtowne zmiany temperatur, umożliwiając przetrwanie jajom płazów ukrytych głębiej w mule, a zimą chroniąc drobne ryby i bezkręgowce.

Podlaskie, choć nadal uchodzi za jeden z ostatnich bastionów dzikiej przyrody w Polsce, jest czułe na wahania klimatu. Zimą widać to najsilniej: brak bieli to brak wiosennego zasilania. Jeziora Wigierskiego Parku Narodowego płytko oddychają, bagna Biebrzy schną szybciej, a Białowieski las staje się uboższy pod ziemią, zanim stanie się uboższy nad nią. Śnieg bywa trudny w mieście, ale poza miastem to zasób strategiczny, którego wartość mierzy się nie w centymetrach, a w milimetrach wody i proporcji życia, które może dzięki niej trwać.

W czasach, gdy klimat staje się coraz bardziej niestabilny, warto przypomnieć sobie prostą prawdę: Podlasie żyje dzięki wodzie, a woda wraca dzięki śniegowi. Każda biała zima to inwestycja w zielone lato, w bagienne spektakle Biebrzy, w labirynt Narwi, w potężny spokój Puszcz, w trzepot skrzydeł nad jeziorami Suwalszczyzny i w te niezliczone drobiazgi życia, które milkną, gdy woda znika.

Partnerzy portalu:

Zmiana prezesa PKS Nova. Totalna bezradność marszałka Łukasza Prokoryma.
Marszałek Województwa Podlaskiego Łukasz Prokorym / fot. Urząd Marszałka Województwa Podlaskiego

Zmiana prezesa PKS Nova. Totalna bezradność marszałka Łukasza Prokoryma.

W regionie przyzwyczailiśmy się do tego, że zmiany personalne w spółkach samorządowych mają być symbolem „nowego otwarcia”. W przypadku PKS Nova trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że odwołanie prezesa i powołanie nowej osoby z prokurą samoistną jest nie tyle demonstracją siły, ile wyrazem bezradności. To rodzaj politycznego uniku: skoro nie umiemy rozwiązać problemu strukturalnego, to zmieńmy nazwisko na wizytówce. Tylko że komunikacja publiczna nie jeździ na papierze.

Marszałek województwa podlaskiego Łukasz Prokorym zaprezentował Adama Byglewskiego jako menedżera „największego kalibru”, z bogatym doświadczeniem w transporcie, logistyce i biznesie. To wszystko prawda. Tyle że kompetencje osobiste nie mają tu znaczenia pierwszoplanowego. PKS Nova nie potrzebuje dziś „mocnego człowieka”, lecz jasnych reguł gry – polityki transportowej, systemu współfinansowania, oraz elementarnej odpowiedzialności ze strony samorządów niższego szczebla. Bez tych trzech warstw – merytorycznego, finansowego i administracyjnego fundamentu – każdy kolejny prezes czy prokurent będzie przypominał kierowcę autobusu, któremu kazano wyjechać w trasę bez rozkładu i z resztkami paliwa.

PKS chce być jednocześnie nierentowny i popularny

Najbardziej absurdalny element tej układanki polega na tym, że od PKS Nova oczekuje się dwóch rzeczy wykluczających się nawzajem: ma zarazem nie przynosić strat i nie zamykać połączeń. Dopóki ktoś próbuje utrzymać fikcję, że spółka publiczna może prowadzić deficytowy transport bez dopłat, dopóty każda decyzja zarządu będzie politycznie toksyczna. Jeśli jakikolwiek prezes, cokolwiek likwiduje – jest wrogiem mieszkańców. Jeśli nic nie likwiduje – jest wrogiem finansów. Dopóki marszałek nie rozstrzygnie, które z tych dwóch „złych” ról wybiera, dopóty żadna osoba na stanowisku kierowniczym nie będzie w stanie wykonać sensownej pracy.

To nie jest abstrakcyjna teoria, tylko realny problem. Kiedy odchodzący z końcem miesiąca prezes PKS Nova – Zbigniew Wojno – w obliczu twardych liczb i braku partnerów po stronie gmin i powiatów – zlikwidował blisko sto nierentownych połączeń, na które nikt nie chciał wziąć dopłat z Funduszu Rozwoju Przewozów Autobusowych, otrzymał podziękowanie za współpracę od marszałka. Samorządy powiatowe i gminne miały gotowy instrument finansowy. Pieniądze leżały na stole. PKS Nova proponował pomoc, dokumenty, dane i współpracę. Jedna strona krzyczała, że połączenia są potrzebne, druga udawała, że problem nie istnieje. I tak transport publiczny został rozjechany na skrzyżowaniu bezkolizyjnym: nikt nie miał odwagi nacisnąć hamulca ani dodać gazu.

Samorządy odmówiły współfinansowania. To nie była pomyłka

Fakty są bezlitosne. Powiaty i gminy w Podlaskiem świadomie zignorowały instrument, który w innych regionach uratował dziesiątki linii. Nie było tu chaotycznego poślizgu proceduralnego, lecz czyste zaniechanie, które skutkuje komunikacyjnym wykluczeniem całych miejscowości: od Michałowa i Gródka, przez Łapy i Czarną Białostocką, aż po Dąbrowę, Sejny, Olecko czy Mielnik. To nie prezesi PKS Nova zamykają tym ludziom dostęp do lekarzy, szkół średnich i możliwości dojazdu na studia. To wójtowie i burmistrzowie postanowili, że komunikacja zbiorowa jest kosztem, a nie częścią infrastruktury społecznej.

Na poziomie systemowym jest to fundamentalny problem: PKS Nova nie może być jednocześnie przewoźnikiem społecznej misji i przedsiębiorstwem funkcjonującym według rachunku ekonomicznego, jeżeli lokalne władze nie chcą przejąć swojej części odpowiedzialności. Dopóki nie zostanie to rozstrzygnięte, każdy kolejny prezes będzie miał do wyboru tylko dwa scenariusze: albo zatopić spółkę finansowo, albo zatopić ją politycznie.

Zmiana personalna niczego nie rozwiązuje

W tym sensie powołanie Adama Byglewskiego bardziej przypomina próbę odwrócenia wzroku opinii publicznej od faktycznego problemu. Nie ma żadnego znaczenia, czy stanowisko obejmie menedżer z ADAMPOL-u, były minister, czy kompletny outsider. Nie miałoby też znaczenia, gdyby na stanowisku pozostał Zbigniew Wojno. Dopóki marszałek województwa nie zbuduje klarownego modelu współfinansowania z udziałem powiatów i gmin, PKS Nova będzie żyła w stanie permanentnej niestabilności.

Skoro region (a wcześniej także rząd i samorządy) chciałby mieć publiczny transport autobusowy, to musi wreszcie odpowiedzieć na jedno proste pytanie: czy autobus jest usługą komercyjną, czy usługą publiczną? Dziś próbuje być jednym i drugim. Efektem jest katastrofa – finansowa, logistyczna i społeczna.

Zmiana prezesa nie jest zatem „nowym otwarciem”, lecz symbolicznym potwierdzeniem, że system polityczno-samorządowy nie jest w stanie sam siebie naprawić. I w tym sensie to nie prezes został wymieniony, lecz rola marszałka została zdegradowana do roli komentatora wydarzeń, na które nie ma realnego wpływu. To jest istota bezsilności.

Partnerzy portalu:

Bardzo dobre warunki zimowe w Podlaskiem. Narty w Biebrzańskim Parku, Supraślu, Szelmencie i Rybnie!

Bardzo dobre warunki zimowe w Podlaskiem. Narty w Biebrzańskim Parku, Supraślu, Szelmencie i Rybnie!

Gruba, stabilna pokrywa śnieżna i utrzymujące się niskie temperatury sprawiają, że to idealny moment, by aktywnie wykorzystać zimę. Jedną z najciekawszych propozycji dla miłośników ruchu na świeżym powietrzu są trasy narciarstwa biegowego wytyczone na terenie Biebrzańskiego Parku Narodowego.

Wyznaczono je w czterech obwodach ochronnych. Najbliżej dostępny jest obwód Osowiec, gdzie wokół Fortu IV poprowadzono pętlę o długości około 4,5 kilometra. W tym miejscu znajduje się również parking, co ułatwia dostęp osobom przyjezdnym. Kolejne trasy zlokalizowane są na ścieżkach edukacyjnych Brzeziny Kapickie oraz na skraju Czerwonego Bagna. Najwięcej odcinków narciarskich przygotowano jednak w basenie środkowym parku, w obwodzie ochronnym Grzędy. Tamtejsza trasa nie ma charakteru pętli – jej pełne pokonanie oznacza wyprawę o długości około 20 kilometrów, licząc w obie strony.

Warto dodać, że białą zimę można wykorzystać także bliżej aglomeracji białostockiej. Trasy do narciarstwa biegowego są przygotowywane również w okolicach Supraśla, który od lat stanowi popularne miejsce rekreacji zimowej. Leśne tereny Puszczy Knyszyńskiej sprzyjają zarówno początkującym, jak i bardziej doświadczonym biegaczom narciarskim.

Dodatkową propozycją dla osób, które chcą w pełni wykorzystać wyjątkowo śnieżną zimę w regionie, jest WOSiR Szelment. Po długim oczekiwaniu sezon zimowy w ośrodku oficjalnie trwa. Sprzyjające warunki pogodowe pozwoliły na uruchomienie stoku oraz pierwszych atrakcji dostępnych dla odwiedzających.

Do dyspozycji gości oddano trasę szkoleniową, przeznaczoną głównie dla osób początkujących oraz dzieci. Do tego są też inne trasy narciarskie dla bardziej doświadczoncyh. Równolegle uruchomiony został snowtubing, czyli zjazdy na pontonach, a także karuzela śnieżna, stanowiąca dodatkową atrakcję rekreacyjną. Docelowo ośrodek oferuje osiem oświetlonych i regularnie ratrakowanych tras narciarskich o zróżnicowanym stopniu trudności. Na miejscu działa wypożyczalnia sprzętu, zaplecze gastronomiczne oraz baza noclegowa o standardzie hotelowym.

Uzupełnieniem zimowej oferty regionu jest również Stacja Narciarska Rybno. Obiekt oferuje trzy trasy zjazdowe oraz pełne zaplecze dla miłośników sportów zimowych, w tym wypożyczalnię sprzętu, możliwość skorzystania z pomocy instruktorów narciarstwa i snowboardu oraz bar, w którym można odpocząć po aktywności na stoku. Oferta skierowana jest zarówno do dzieci i dorosłych rozpoczynających naukę jazdy, jak i do bardziej doświadczonych narciarzy. Obecnie stok czynny jest w dni powszednie w godzinach od 14.00 do 20.00, a w niedziele i święta od 10.00 do 20.00.

Tak śnieżna i stabilna zima w Podlaskiem zdarza się rzadko, dlatego to dobry moment, by skorzystać z naturalnych warunków i odkryć region z zupełnie innej, zimowej perspektywy.

Partnerzy portalu:

Ruch „Ręce precz od Dojlid” zwyciężył. TIR-y zniknęły z kameralnego osiedla.
fot. Ręce precz od Dojlid

Ruch „Ręce precz od Dojlid” zwyciężył. TIR-y zniknęły z kameralnego osiedla.

W ostatnich dwóch dekadach osiedle Dojlidy w południowo-wschodnim Białymstoku stało się areną intensywnej walki o przyszłości przestrzennej i transportowej tej części miasta. Jedną z najbardziej konsekwentnych i rozpoznawalnych inicjatyw społecznych był ruch „Ręce precz od Dojlid” — oddolna mobilizacja mieszkańców, której determinacja doprowadziła do trwałej zmiany na osiedlu. Zakaz wjazdy dla TIR-ów właśnie tam obowiązuje. Nie było to takie oczywiste, bo Tadeusz Truskolaski od prawie dwóch dekad rządzi na zasadzie „wszystko wiem najlepiej”. 

Początkowym impulsem do zorganizowanej obrony lokalnej społeczności były propozycje miasta powstania szerokopasmowej trasy komunikacyjnej, która miała przeciąć osiedle i stać się elementem głównej sieci transportowej miasta. Koncepcja szerokiej arterii, przekraczającej możliwości lokalnej infrastruktury, budziła obawy o zwiększenie natężenia ruchu, degradację środowiska oraz trwałą utratę kameralnego charakteru obszaru dotąd zdominowanego przez zabudowę jednorodzinną. Towarzyszyły temu postulaty o zachowanie terenów zielonych, stawów i historycznych elementów przestrzeni Dojlid. Ale jak wspomnieliśmy – najtrudniej było w tej walce z podejściem „wszystko wiem najlepiej”.

Kluczowym przedmiotem sporu stała się także organizacja ruchu drogowego w tej części miasta. Przez Dojlidy przebiegała krajowa 19. Przez co wszyscy okoliczni mieszkańcy byli dotknięci nasilonym ruchem tranzytowym pojazdów ciężarowych, który biegł z innego osiedla – Piasta. Mieszkańcy wielokrotnie wskazywali, że obecność tirów przyczynia się do hałasu, drgań konstrukcyjnych domów, wzrostu emisji zanieczyszczeń i obniżenia bezpieczeństwa pieszych oraz rowerzystów.

Po wybudowaniu nowych ulic w mieście, blisko lotniska na Krywlanach, a daleko od zabudowań, prace nad zmianami przebiegu 19 ruszyły. Ale ruch „wszystko wiem najlepiej” nie odpuszczał i sprawa ciągnęła się w nieskończoność. Ostateczne decyzje zostały przyśpieszone dopiero, gdy w 2024 roku, w jeden z domów na Dojlidach wjechał autobus.

I tak, po latach dyskusji i analiz, decyzje władz „wszystko wiem najlepiej” w końcu zmieniły organizację ruchu, tak by w praktyce wyeliminować tranzyt tirów przez środek osiedla.

W efekcie wprowadzonych zmian Dojlidy stoją dziś przed szansą na rozwój zgodny z oczekiwaniami jego mieszkańców — zachowując dużo przestrzeni o dużej wartości przyrodniczej, przy jednoczesnym odciążeniu lokalnych ulic od nadmiernego ruchu ciężarowego. Decyzje te są postrzegane w lokalnej debacie jako dowód na to, że oddolna mobilizacja społeczna może skutecznie wpływać na decyzje władz miejskich, nawet takich, które latami potrafią bezsensownie się upierać tylko dlatego, że „wszystko wiem najlepiej”.

Ruch jeszcze nie składa broni. W międzyczasie pojawiła się druga sprawa. W dyskusji wokół planów zagospodarowania przestrzennego Dojlid pojawiały się różne propozycje dotyczące zabudowy mieszkaniowej, w tym w rejonie terenów użytkowanych wcześniej pod działalność produkcyjną związaną z przemysłem drzewnym. Część mieszkańców wyrażała obawy, że bardziej intensywna zabudowa w tych rejonach mogłaby zmienić charakter przestrzeni sąsiedniej względem dotychczasowego otoczenia. Blokowisko na Dojlidach ma zielone światło, ale jego powstanie nie jest przesądzone.

Partnerzy portalu:

Blisko 100 połączeń autobusowych zniknęło. Sabotaż wójtów to komunikacyjny upadek regionu.

Blisko 100 połączeń autobusowych zniknęło. Sabotaż wójtów to komunikacyjny upadek regionu.

W województwie podlaskim z rozkładów jazdy znika blisko sto połączeń autobusowych PKS Nova, bo lokalne samorządy ostentacyjnie odmówiły ich współfinansowania i z pełną świadomością nie sięgnęły po pieniądze, które leżały na stole. Fundusz Rozwoju Przewozów Autobusowych nie był tajemnicą ani abstrakcyjną obietnicą – był realnym narzędziem ratowania komunikacji. PKS Nova miesiącami biła na alarm, pokazywała liczby, proponowała pomoc w pozyskaniu środków. Odpowiedź? Cisza. Obojętność. Totalne wyparcie odpowiedzialności. Efekt jest prosty: likwidacja połączeń w całym województwie podlaskim. Najwięcej zlikwidowanych połączeń jest między Białymstokiem, a m.in. Łapami, Michałowem, Gródkiem, Czarną Białostocką czy Dąbrową Białostocką.

Nie mamy tu do czynienia z pomyłką ani z trudną decyzją budżetową. To było świadome, zimne zaniechanie władzy lokalnej, które wprost uderza w mieszkańców. Wójtowie i burmistrzowie, którzy nie wykonali absolutnie żadnego ruchu, gdy mogli uratować te połączenia, są dziś bezpośrednio odpowiedzialni za komunikacyjne wykluczenie tysięcy ludzi. To oni zdecydowali, że senior ma być skazany na łaskę innych, gdyby chciał jechać do lekarza. To oni uznali, że młodzież z mniejszych miejscowości musi by prosić rodziców o kosztowne podwózki do szkół ponadpodstawowych. Bardzo kosztowne dla nich będzie też studiowanie czy normalne życie społeczne. To wójtowie skazali wsie na prowincjonalną izolację – bez kina, bez teatru, bez urzędu, bez pracy. To przez nich jeszcze bardziej zapchają się drogi i wyludnią gminy na rzecz dużych polskich miast – i to niekoniecznie Białegostoku.

Nie dlatego, że „system nie pozwalał”. Nie dlatego, że „państwo zawiodło”. Zrobili to, bo im się nie chciało. Bo łatwiej było nic nie zrobić, niż wziąć odpowiedzialność. Pieniądze były. Procedury były. Wsparcie było. Zabrakło tylko jednego: minimalnych kompetencji i elementarnej przyzwoitości. Teraz te środki trafią do innych województw – tam, gdzie samorządowcy rozumieją, że transport publiczny to nie fanaberia, tylko absolutna podstawa funkcjonowania wspólnoty. Podlasie zostaje z niczym, bo jego lokalni włodarze wybrali sabotaż.

Bo nie możemy nazywać tego niekompetencją, bo to słowo nie oddaje w pełni tego co się stało. To jest właśnie administracyjny sabotaż regionu. Cichy, papierowy, przeprowadzony zza biurek, ale skuteczny. Sabotaż, którego konsekwencje mieszkańcy będą odczuwać latami.

Dobrze, że obowiązuje dwukadencyjność dla wójtów i nic nie wskazuje na to, by miała zniknąć. Bo ten poziom pogardy wobec własnych mieszkańców sprawi, że taka lokalna władza, która okupuje stołki od lat wyleci w końcu na polityczny bruk. I słusznie. Samorząd nie może być schronieniem dla nieudaczników, biernych, leniwych i oderwanych od rzeczywistości. Skoro nie potrafili obronić podstawowych interesów swoich gmin, niech przestaną udawać, że kiedykolwiek byli potrzebni.

Lista zlikwidowanych połączeń:

Region Centralny: 

Poniedziałek-piątek

Białystok – Czarna Białostocka (Piłsudskiego) – Janów 07:30 08:48

Janów – Czarna Białostocka (Piłsudskiego) – Białystok 08:50 10:09

Michałowo – Białystok 13:15 14:10

Białystok – Michałowo 17:00 17:54

Dąbrowa Białostocka – Białystok 05:30 07:18

Białystok – Dąbrowa Białostocka 07:20 09:12

Dąbrowa Białostocka – Białystok 11:10 12:58

Białystok – Dąbrowa B 13:45 15:37

Białystok – Łapy 17:55

Łapy – Białystok 19:00

Białystok – Łapy 19:55

Łapy – Białystok 21:00

Białystok – Łapy 21:55

Grajewo – Ełk 05:40

Ełk – Grajewo 06:20

Grajewo – Ełk 19:15

Ełk – Grajewo 20:00

Grajewo – Rajgród 12:50

Rajgród – Grajewo 13:30

Grajewo – Szczuczyn 16:10

Grajewo – Radziłów 13:05

Ławsk – Radziłów 06:15

Radziłów – Grajewo 14:15

Radziłów – Grajewo 14:15

Grajewo – Radziłów – 13:00

Cyprki – 14:30

Cyprki – 07:00

Grajewo – Wojewodzin – Grajewo – 15:05

Wojewodzin – Grajewo – 08:15

Sobota

Łapy – Białystok 06:30 07:25

Białystok – Łapy 07:25 08:30

Łapy – Białystok 08:30 09:25

Białystok – Łapy 09:25 10:30

Łapy – Białystok 10:30 11:25

Białystok – Łapy 13:25 14:30

Łapy – Białystok 15:00 15:55

Białystok – Łapy 17:55 19:00

Michałowo– Białystok 05:00 05:55

Białystok – Czarna Białostocka Piłsudskiego 07:30 08:12

Czarna Białostocka Pierekary – Białystok 09:35 10:12

Białystok – Michałowo 15:00 15:54

Gródek – Załuki – Białystok 06:20 07:25

Białystok – Załuki – Gródek 07:30 08:37

Gródek – Zaluki – Białystok 09:40 10:45

Białystok – Załuki – Gródek 13:45 14:52

Gródek – Załuki – Białystok 15:30 16:35

Białystok – Załuki – Gródek 16:50 17:57

Białystok – Łapy 15:55 17:00

Łapy – Białystok 17:00 17:55

Dabrowa Białostocka- Sokółka – Zor – Białystok 06:30 08:18

Białystok – Dąbrowa 10:30 12:22

Niedziela

Łapy -Białystok 08:30 09:25

Białystok – Łapy 13:25 14:30

Łapy – Białystok 15:00 15:55

Białystok – Łapy 15:55 17:00

Łapy – Białystok 17:00 17:55

Białystok – Łapy 17:55 19:00

Gródek – Załuki – Białystok 06:20 07:25

Białystok – Załuki – Gródek 07:30 08:37

Gródek – Zaluki – Białystok 09:40 10:45

Białystok – Załuki – Gródek 13:45 14:52

Gródek – Załuki – Białystok 15:30 16:35

Białystok – Załuki – Gródek 16:50 17:57

Białystok – Łapy 09:25 10:30

Łapy – Białystok 10:30 11:25

Białystok – Michałowo 15:00 15:54

Michałowo – Białystok 16:20 17:15

Białystok- Mońki 13:15 14:15

Mońki- Białystok 14:20 15:15

Region Południowy 

Łomża – Radziłów o godz. 10:30

Radziłów – Łomża o godz. 12:40

Kolno – Gietki o godz 06:30 i o godz 15:40

Kolno – Lachowo o godz 06:40 i o godz 15:40

Region Północny

Suwałki-Gdańsk, godz. 7:00

Gdańsk-Suwałki, godz. 15:20

Białystok-Suwałki, godz. 5:45

Suwałki-Białystok, godz. 16:30

Olecko-Ełk, godz. 9:30

Ełk-Olecko, godz. 12:55

Ełk-Olecko, godz. 16:00

Suwałki-Sejny, godz. 6:40

Sejny-Suwałki, godz. 14:45

Region Wschodni 

6:30 Wilanowo – Siemiatycze

15:45 Siemiatycze – Wilanowo

8:00 Ciechanowiec – Białystok p. Bielsk Podlaski

16:35 Białystok – Ciechanowiec p. Bielsk Podlaski

12:30 Siemiatycze DA – Mielnik, ul. Brzeska

08:05 Mielnik, ul. Brzeska – Siemiatycze DA

12:30 Siemiatycze DA – Mielnik, ul. Brzeska

08:05 Mielnik, ul. Brzeska – Siemiatycze DA

14:34 Mielnik, ul. Brzeska – Siemiatycze DA

07:00 Siemiatycze DA – Mielnik, ul. Brzeska

06:55 Mielnik, szkoła- Mielnik ul. Brzeska 21

14:34 Mielnik, ul. Brzeska – Mielnik, szkoła

07:10 Mielnik, ul. Brzeska – Mielnik, szkoła

14:35 Mielnik, szkoła – Mielnik ul. Brzeska 11

Partnerzy portalu:

Wystawiam panu Truskolaskiemu, doktorowi habilitowanemu nauk ekonomicznych – pałę z ekonomii.
Monachium

Wystawiam panu Truskolaskiemu, doktorowi habilitowanemu nauk ekonomicznych – pałę z ekonomii.

Był koniec lat dziewięćdziesiątych, w Monachium trwała kampania wyborcza, kiedy Burmistrz Christian Ude, sympatyczny socjaldemokrata przemieszczający się po mieście na rowerze i lubiący przycupnąć tu i ówdzie na kufelek, zorganizował konferencję prasową. Centralnym tematem były eksplodujące ceny nieruchomości. Należy w tym miejscu wspomnieć, że trzy lata wcześniej mieszkańcy miasta zdecydowali w referendum, iż żaden nowy budynek na terenie miasta nie może być wyższy, niż wieże prastarej katedry. Ude został więc zapytany, co w świetle stale rosnącej liczby ludności zamierza począć z tymi eksplodującymi cenami.

Odpowiedział… że nic.

Na sali zapanowała grobowa cisza, którą przerwał sam Ude. Postaram się wiernie streścić równie długi, jak i przekonujący wywód: – Zamierzam utrzymać i umacniać pozycję naszego miasta jako centrum gospodarcze najwyższej klasy. Opracowania naukowe mówią, że na zdrowym rynku około 30 do 35 procent dochodów netto mieszkańców pokrywa koszty mieszkania, czy to czynsz najmu, czy rata kredytu. U nas liczba ta sięga 40 procent i czyni nas to najdroższym miastem republiki – mam tego świadomość. Jako swoje zadanie pojmuję więc, by uczynić miasto było tak atrakcyjnym dla przedsiębiorstw, że będą one gotowe wypłacać wynagrodzenia na takim poziomie, by te 60 procent pozostające w kieszeniach mieszkańców gwarantowały maksymalnie komfortowy byt.

Uśmiechając się pokazał palcem w kierunku godziny w pół do drugiej i wiadomo było, że zaraz znów przytoczy Berlin – tak się też stało. – Popatrzmy na Berlin. Tanio się tam mieszka, za mieszkanie o powierzchni 70 m² płaci się koło 600 marek, a średni wydatek na mieszkanie to jedynie jedna trzecia dochodów. Wychodzi nam, według Adama Riese, że do dyspozycji zostaje 1200 marek. Jeżeli zatem u nas miesięczny koszt podobnego mieszkania wynosi 1400 marek i stanowi to 40 procent dochodów, to do wolnej dyspozycji zostaje aż 2100. Bierzcie je i bawcie się dobrze, a ja zadbam o resztę.

Zabawna była konsternacja, jaka w tym momencie na zapanowała w piwnicznej gospodzie starego browaru Paulinów. Ludzie liczyli, mamrotali, wyliczali i chyba wyszło im, że coś jest na rzeczy. Wszak Monachijczyk kupujący samochód płacił tyle samo, co Berlińczyk; to samo w biurze podróży, a i w spożywczakach obu miast ceny różniły się marginalnie.

Czas pokazał, że Ude się nie pomylił. Jego popularność rosła, wygrywał kolejne wybory z coraz większym poparciem (ostatnia kandydatura dała mu aż dwie trzecie głosów!), aż w 2013 sam postanowił zwolnić stanowisko. Skutki twardego wdrażania kontrowersyjnego programu również widać było na każdym kroku: w mieście osiedlały się kolejne firmy technologiczne, farmaceutyczne i medtech, a za nimi powstawały coraz bardziej wymyślne lokale gastronomiczne, cocktailbary, galerie sztuki, pod kompleksem olimpijskim pojawiło się gigantyczne podziemne akwarium, zmodernizowano ogród zoologiczny, a parkingi kurortów w austriackich Alpach i nad jeziorami Garda i Como zastawione były lśniącymi pojazdami, których rejestracje zaczynały się na literę M.

Białystok, rok 2025. Dziennikarz Tomasz Maleta przeprowadza wywiad z urzędującym od dziewiętnastu lat Tadeuszem Truskolaskim. Dysponując nagraniem, przytoczę jego rozumienie ekonomii dosłownie: „Nawet te wskaźniki, które są z pozoru negatywne, na przykład bezrobocie, jest pozytywne dla przedsiębiorców. Jeżeli mówimy, że niska płaca jest negatywna dla tego, który tę płacę otrzymuje, ale dla tego, który płaci, jest pewną przewagą”.

I tu wystawiam panu doktorowi habilitowanemu nauk ekonomicznych pałę z ekonomii. Gdzie te pchające się drzwiami i oknami firmy chcące tę „przewagę” wykorzystać?

Zamiast opisanego na wstępie rozwoju mamy kompletny regres, który z każdym rokiem staje się bardziej widoczny. Przemysł został wyparty przez deweloperkę lewarem planów zagospodarowania, które każdy cal ziemi oddały pod bloki, które do naszej lokalnej ekonomii wnoszą nie więcej, niż kanapę i łóżko – czyli spanie. Kto nie zamierza wznosić kolejnych bloków dla dewelopera, ten się usamodzielnia, czyli szuka popytu i zakłada firmę, by popyt ten zaspokoić.

A że w warunkach najniższych płac popyt wynika głównie z potrzeby oszczędzania, to widzimy kolejne firmy sprowadzające rozbite rupiecie ze Stanów Zjednoczonych, klepiące je, przygotowujące do sprzedaży pod lotną nazwą detailing. Widzimy też kolejne lokale oferujące najprostszą gastronomię, czyli burgery, pizzę i piwo. Ceny w tych lokalach mamy, co dla niektórych może być zaskoczeniem, stosunkowo wysokie. Wynika to z tego, że koszty stałe pokryć trzeba, a jeśli w knajpie siedzi dziesięciu gości inhalujących dwa piwa przez cztery godziny i dwóch gości jedzących, to ci ostatni proszeni są do kasy. Ktoś musi. I tak kolejne burgerownie padają, w ich miejscu otwierają się kebabownie, które z kolei zastępowane są pizzeriami, i tak w koło.

Realną alternatywą jest oczywiście zatrudnienie w strukturach urzędniczo-uczelnianych. I tutaj Truskolaski oczywiście może dostrzec przewagę wynikającą z wysokiego bezrobocia i niskich płac. Im więcej białostoczan zatrudni się w urzędzie, tym więcej rodzin będzie na głosować na swego szefa, i tym mocniej będą gryźć się w języki, jak im się coś nie spodoba.

Partnerzy portalu:

KZK ma nową zajezdnię. Deweloper zbuduje blokowisko na Jurowieckiej.

KZK ma nową zajezdnię. Deweloper zbuduje blokowisko na Jurowieckiej.

Teren dawnej zajezdni Komunalnego Zakładu Komunikacyjnego przy ul. Jurowieckiej w Białymstoku czekają duże zmiany. W 2023 roku nieruchomość została sprzedana deweloperowi, a zgodnie z zapowiedziami w miejscu zaplecza technicznego komunikacji miejskiej ma powstać zabudowa mieszkaniowa. Oznacza to kolejne osiedle w śródmiejskiej części miasta, na obszarze dotąd zajmowanym przez infrastrukturę transportową.

Zmiana ta jest bezpośrednio związana z uruchomieniem nowej zajezdni autobusowej KZK przy ul. Pomocnej 1. Nowy obiekt obejmuje stację obsługi pojazdów, plac manewrowy oraz infrastrukturę przystosowaną do ładowania autobusów elektrycznych. Na terenie bazy działa również Stacja Kontroli Pojazdów, z której mogą korzystać także mieszkańcy Białegostoku.

Inwestycja była planowana od wielu lat. Jej początki sięgają 2004 roku, kiedy projekt został wpisany do Zintegrowanego Planu Rozwoju Transportu Publicznego dla Białegostoku. Realizacja przedsięwzięcia wymagała rozwiązania kwestii prawnych i finansowych oraz pozyskania nowego terenu. Prace projektowe rozpoczęły się w 2011 roku, a pozwolenie na budowę wydano w 2013 roku.

Budowę nowej bazy podzielono na etapy. Pierwszy, obejmujący plac manewrowy oraz infrastrukturę do ładowania pojazdów elektrycznych, zakończył się w 2023 roku i kosztował ponad 8 mln zł. Drugi etap, czyli budowa stacji obsługi pojazdów, pochłonął ponad 36 mln zł. W kolejnych latach planowana jest jeszcze budowa stacji paliw, której koszt szacowany jest na blisko 3,4 mln zł.

Źródłem finansowania drugiego oraz planowanego trzeciego etapu była sprzedaż dotychczasowej bazy KZK przy ul. Jurowieckiej. Nieruchomość sprzedano w 2023 roku za blisko 49 mln zł netto, z zachowaniem możliwości użytkowania jej do czasu zakończenia budowy nowej zajezdni. Decyzja o przeniesieniu bazy wynikała z pogarszających się warunków technicznych starego obiektu oraz jego centralnej lokalizacji, która powodowała uciążliwości w codziennym funkcjonowaniu.

Nowa zajezdnia przy ul. Pomocnej zajmuje teren o powierzchni ponad 2,9 hektara. Umożliwia jednoczesne prowadzenie prac serwisowo-remontowych na 11 stanowiskach, w tym obsługę autobusów przegubowych o długości 18 metrów. Na terenie obiektu działa również bezobsługowa myjnia autobusowa w zamkniętej hali, przystosowana do pracy w okresie jesienno-zimowym i wykorzystująca obieg zamknięty wody.

Istotnym elementem zaplecza jest Stacja Kontroli Pojazdów, przystosowana do badania wszystkich typów pojazdów samochodowych. Zgodnie z informacjami KZK, stacja jest dostępna nie tylko dla floty zakładu, ale również dla mieszkańców miasta.

Nowa lokalizacja zajezdni znajduje się w pobliżu ważnego węzła energetycznego, co ma znaczenie w kontekście planowanego rozwoju floty autobusów elektrycznych. Według spółki umożliwia to zwiększanie mocy przyłączeniowej bez ryzyka zakłóceń w dostawach energii dla innych odbiorców. Obiekt ma również zaplecze umożliwiające prowadzenie szkolnictwa zawodowego – obecnie w ramach szkoły przyzakładowej kształcą się uczniowie na kierunkach mechanik i elektromechanik.

Partnerzy portalu:

Sylwester pod chmurką. Białystok, Łomża i Suwałki organizują skromne imprezy.
fot. materiały UM Białystok

Sylwester pod chmurką. Białystok, Łomża i Suwałki organizują skromne imprezy.

Od lat największe telewizje biją się o widza w sylwestrową noc. W tym wyścigu samorządy nie mają szans, więc z roku na rok jest coraz skromniej, bo gdyby chcieli kontraktować największe gwiazdy, musieliby licytować z telewizjami. Szkoda pieniędzy. Ale z drugiej strony koniec roku to dla wielu osób moment, w którym zamiast domówki chce się po prostu wyjść „do ludzi” – bez biletów, bez rezerwacji i bez zobowiązań. W Podlaskiem tradycyjnie można to zrobić na miejskich sylwestrach. Sprawdziliśmy, gdzie w tym roku będzie można zatańczyć pod chmurką i czego się spodziewać w trzech największych miastach regionu.

W Białymstoku będzie najgłośniej i najbardziej koncertowo, w Łomży bardziej lokalnie i klasycznie, a w Suwałkach tanecznie i bez zbędnych dodatków. Każde z miast oferuje coś innego – warto wybrać to, co najbardziej pasuje do własnego stylu świętowania.

Białystok: Rynek Kościuszki i muzyczny miks stylów

W Białymstoku centrum sylwestrowej zabawy ponownie stanie się Rynek Kościuszki. Start zaplanowano na 31 grudnia o godz. 21:30, więc to propozycja dla tych, którzy nie chcą czekać do północy, by poczuć klimat imprezy. Na początek pojawi się regionalny akcent – duet Maxim & Oliczka, łączący hip-hopowe, miejskie brzmienia z podlaskim białym śpiewem i gwarą. To propozycja raczej nietypowa jak na sylwestra, ale właśnie dzięki temu może przyciągnąć osoby szukające czegoś innego niż standardowa „składanka przebojów”.

Głównym punktem wieczoru będzie koncert Patrycji Markowskiej – rockowo-popowy set z dobrze znanymi utworami, które sprawdzają się na dużej, plenerowej scenie. Po północy i w jej okolicach muzyczną pałeczkę przejmie DJ Brave, stawiający na taneczne klasyki, w tym hity lat 80. Całość ma zostać uzupełniona pokazem laserowym na powitanie Nowego Roku.

To propozycja dla osób, które lubią duże, miejskie wydarzenia i chcą spędzić sylwestra w samym sercu miasta.

Łomża: klasyczny sylwester na Starym Rynku

Łomża pozostaje wierna sprawdzonemu formatowi. Sylwestrowa noc odbędzie się na Starym Rynku, a muzyka zacznie się wcześniej niż w innych miastach – już o godz. 21:00. Line-up opiera się głównie na lokalnych i regionalnych wykonawcach: Mega (21:00), Lovestory (22:00), Julita Kaczyńska z zespołem (23:00), Przemysław Piotrowski z zespołem (ok. 00:10).

Zabawa potrwa do godz. 1:00 w nocy. To sylwester raczej spokojniejszy, bez wielkich nazwisk, ale za to z ciągłością koncertów i wyraźnym tanecznym charakterem. Dobra opcja dla mieszkańców, którzy chcą wyjść na chwilę, spotkać znajomych i wrócić do domu bez zarwanej nocy.

Suwałki: DJ set i taneczna noc na placu Konopnickiej

W Suwałkach sylwester ma bardziej klubowy charakter. Impreza odbędzie się 31 grudnia na placu im. Marii Konopnickiej, a start zaplanowano na godz. 22:00. Za muzykę odpowiada DJ Jurgiel, więc zamiast koncertów można spodziewać się tanecznego seta – rytmy pod zabawę, bez długich przerw i zmian scenicznych. To propozycja dla tych, którzy niekoniecznie przyszli „na gwiazdę”, tylko po to, żeby potańczyć i przywitać Nowy Rok w luźnej atmosferze.

Wstęp jest wolny, a formuła prosta: muzyka, ludzie i wspólne odliczanie do północy.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Czy to najpiękniejsze miejsca Podlaskiego? Bez wątpienia jest na czym oko zawiesić.

Podlasie to region, który nie potrzebuje przesadnych słów ani nachalnych zachwytów. Wystarczy uważnie się rozejrzeć. Film, który widzicie powyżej, powstał podczas krótkiej podróży po północno-wschodniej Polsce na przełomie grudnia 2022 i stycznia 2023 – w czasie, gdy krajobraz zwalnia, kolory cichną, a przestrzeń zaczyna mówić własnym językiem. Minęło od tego czasu już 3 lata, a niewiele się zmieniło.

W kadrach pojawia się Białystok – miasto będące naturalną bramą do regionu. Zimą pokazuje inne oblicze: spokojniejsze, bardziej surowe, ale też uporządkowane i harmonijne. To punkt wyjścia, z którego bardzo szybko można przenieść się w świat wsi, drewnianej architektury i rozległych przestrzeni. Kraina Otwartych Okiennic przyciąga detalem i rytmem codzienności zapisanym w drewnie. Charakterystyczne domy, zdobione okiennice i kolory kontrastujące z bezśnieżnym zimowym pejzażem tworzą obrazy, które trudno pomylić z jakimkolwiek innym miejscem w Polsce. To przestrzeń, gdzie historia nie jest zamknięta w muzeach, lecz nadal funkcjonuje jako część zwykłego życia.

Pustelnia w Odrynkach to z kolei cisza i skupienie. Położona na uboczu, dostępna wąską kładką, staje się symbolem innego tempa – takiego, które pozwala zatrzymać się na chwilę, bez potrzeby interpretowania wszystkiego od razu. Jej surowość tylko wzmacnia wrażenie odosobnienia i autentyczności. Nie mogło zabraknąć także Białowieży i Puszczy Białowieskiej – miejsca, które niezależnie od pory roku pozostaje jednym z najmocniejszych punktów na mapie Podlaskiego. Las, pozbawiony większości liści i dźwięków, odsłania swoją strukturę i potęgę. To przestrzeń, która nie narzuca się odbiorcy, ale zostaje w pamięci na długo.

Ten film i towarzyszący mu tekst nie są próbą odpowiedzi na pytanie, czy to najpiękniejsze miejsca Podlaskiego. Raczej zaproszeniem do własnej oceny. Podlasie nie konkuruje – ono po prostu jest. A czasem to w zupełności wystarcza, by zawiesić na nim oko na dłużej.

Partnerzy portalu:

Na ta drogę rowerową czeka bardzo wiele osób. Rozpoczęła się budowa!

Na ta drogę rowerową czeka bardzo wiele osób. Rozpoczęła się budowa!

Rozpoczyna się realizacja inwestycji przy drodze wojewódzkiej nr 676 na odcinku Supraśl – Krynki. Przedsięwzięcie obejmuje budowę infrastruktury pieszo-rowerowej na terenie Parku Krajobrazowego Puszczy Knyszyńskiej. Planowany odcinek ma długość blisko 7,5 kilometra.

Puszcza Knyszyńska od lat przyciąga turystów szukających kontaktu z naturą, ciszy i aktywnego wypoczynku. Przez cały sezon, a coraz częściej także poza nim, trasą między Supraślem a Krynkami poruszają się zarówno samochody, jak i rowerzyści oraz piesi. Brak chodników i ścieżek rowerowych sprawia, że ruch odbywa się w jednym pasie drogowym, co stwarza realne zagrożenie, szczególnie w weekendy i podczas wakacji.

Jednym z najczęściej odwiedzanych miejsc w tej części regionu jest Arboretum w Kopnej Górze. To rozległy ogród leśny, w którym można zobaczyć setki gatunków drzew i krzewów oraz odpocząć na wyznaczonych trasach spacerowych. Miejsce to regularnie odwiedzają rodziny z dziećmi, turyści i grupy szkolne. Nieco dalej znajduje się Silvarium w Poczopku – leśny park edukacyjny, który w przystępny sposób pokazuje przyrodę Puszczy Knyszyńskiej. Drewniane rzeźby, tablice edukacyjne i ścieżki tematyczne sprawiają, że jest to popularny punkt na mapie wycieczek pieszych i rowerowych.

Dużym zainteresowaniem cieszy się także Zagroda Pokazowa Żubrów, gdzie można z bliska zobaczyć symbol regionu. To miejsce często odwiedzane przez turystów przyjeżdżających do Supraśla oraz osoby podróżujące z Białegostoku i okolicznych miejscowości.

W ramach inwestycji powstanie ścieżka rowerowa oraz chodniki, które oddzielą ruch pieszy i rowerowy od samochodowego. Przebudowane zostaną zjazdy i rowy przydrożne, zaplanowano również budowę nowych przepustów. Celem prac jest poprawa bezpieczeństwa i komfortu poruszania się po tym odcinku drogi, zarówno dla mieszkańców, jak i odwiedzających region. Zakończenie robót zaplanowano na 23 grudnia 2026 roku.

Partnerzy portalu:

Kto buduje mieszkania w Białymstoku? Przegląd deweloperów i charakterystyka inwestycji.

Kto buduje mieszkania w Białymstoku? Przegląd deweloperów i charakterystyka inwestycji.

Białystok, stolica województwa podlaskiego zmienia swój krajobraz miejski od kilkunastu lat. Dynamika rozwoju miasta to też kolejni inwestorzy na rynku nieruchomości. Nowe inwestycje mieszkaniowe powstają w różnych częściach miasta, oferując przyszłym mieszkańcom szeroki wybór lokali dostosowanych do różnych oczekiwań, wymagań i marzeń. Zmieniając też krajobraz miejski na bardziej dynamiczny, nowoczesny. W tym artykule przyjrzymy się charakterystyce białostockich deweloperów oraz ich inwestycjom.

Różnorodność ofert na białostockim rynku nieruchomości

W Białymstoku działa wielu deweloperów, oferujących szeroki wachlarz inwestycji mieszkaniowych. Charakterystyka tych inwestycji różni się w zależności od lokalizacji, standardu wykończenia oraz zastosowanych rozwiązań architektonicznych. A każdy deweloper ma swoje własne podejście, styl i propozycje dla przyszłych mieszkańców.

Zauważalny jest trend tworzenia osiedli z rozbudowaną infrastrukturą rekreacyjną, taką jak place zabaw, tereny zielone czy ścieżki rowerowe. Ma to związek ze zmieniającymi się oczekiwaniami kolejnych nabywców i z większą świadomością. Deweloperzy stawiają na nowoczesne technologie, energooszczędność i integrację z otoczeniem.

Nowoczesne inwestycje z myślą o przyszłości

W Białymstoku znajdziesz już budynki z zielonymi dachami, fotowoltaiką i innymi rozwiązaniami pro-eko które są zapowiedzią kolejnych zmian. Jedną z firm deweloperskich wprowadzających takie budynki jest firma ASKO S.A. – deweloper działający na białostockim rynku od 2005 roku. Specjalizacja tej firmy to budownictwo mieszkaniowe i biurowe łączące nowoczesność, technologie, ekologię i piękno.

Jedną z flagowych inwestycji ASKO S.A. jest kompleks Ciepła 38. Inwestycja oferuje mieszkania w różnych metrażach, dopasowane do potrzeb klientów. Dodatkowo stawia na ekologiczne rozwiązania w budownictwie.

Kolejnym ambitnym projektem jest Nowe Centrum Verde, będzie zlokalizowane przy ulicy Kolejowej 12, w pobliżu dworca kolejowego. Inwestycja to bardzo nowoczesna architektura, ale w miejskim stylu, a sam projekt to swoiste miasto w mieście. Cel? Stworzenie wygodnego, nowego, tętniącego życiem miejsca wygodnego i przystosowanego do mieszkania, rekreacji, dobrego spędzania czasu w przestrzeni wspólnej.

Zmieniające się lokalizacje – gdzie dziś buduje się w Białymstoku?

Jeszcze kilkanaście lat temu głównym obszarem nowych inwestycji była dzielnica Nowe Miasto i jej najbliższe okolice. Aktualnie Białystok rozrasta się bardzo dynamicznie, a deweloperzy wychodzą daleko poza te granice. Chętnie inwestują na Starosielcach czy rozbudowują okolice osiedla Piasta. Białystok to też lokalizacja ościenne: gmina Choroszcz, Juchnowiec Kościelny.

Każda z tych lokalizacji ma swój indywidualny charakter. Jedne są bardziej spokojne i kameralne, inne intensywnie zurbanizowane i pełne miejskiej energii.

Popularne są miejsca dobrze skomunikowane z centrum i samo centrum, ale dające jednocześnie dostęp do terenów zielonych. Tego typu balans stał się jedną z głównych wartości, jakich poszukują nabywcy – niezależnie od wieku czy stylu życia i taki balans oferuje inwestycja przy ul. Ciepłej 38.

Deweloperzy jako projektanci miejskiego stylu życia

Nowoczesne inwestycje mieszkaniowe w Białymstoku (https://askosa.pl/mieszkania-na-sprzedaz-bialystok/) to już nie tylko budynki z funkcjonalnym rozkładem i nowoczesną elewacją.

Deweloperzy tworzą całościowe koncepty urbanistyczne – z pasażami usługowymi, lokalami gastronomicznymi, strefami coworkingowymi czy zielonymi dziedzińcami, które sprzyjają integracji sąsiedzkiej. Takie podejście można zaobserwować w projektach Asko, które redefiniuje pojęcie komfortowego życia w mieście. Tworząc mikrospołeczności i przestrzenie wspólne, inwestorzy w praktyce projektują styl życia, który dla wielu mieszkańców jest dziś równie ważny jak metraż mieszkania.

centrum Białegostoku

Kto kupuje nowe mieszkania w Białymstoku i czego oczekuje?

Profil klienta rynku pierwotnego w Białymstoku jest coraz bardziej zróżnicowany. Obok młodych par i singli z pokolenia millenialsów, którzy szukają mieszkań funkcjonalnych i dobrze zaprojektowanych, rośnie liczba klientów z grupy wiekowej 50+, zainteresowanych zamianą większego domu na nowoczesne mieszkanie z windą, tarasem i bliskością usług. Kupujący zwracają też uwagę na:

  • jakość użytych materiałów
  • układ pomieszczeń
  • certyfikaty energetyczne
  • rozwiązania ekologiczne
  • estetykę części wspólnych.

Deweloperzy, którzy potrafią odpowiedzieć na te oczekiwania zyskują lojalność oraz zainteresowanie coraz bardziej świadomych nabywców.

Szeroki wybór i sprzedaż mieszkań w Białymstoku tu i teraz.

Białystok oferuje szeroki wybór inwestycji mieszkaniowych, odpowiadających na zróżnicowane potrzeby klientów. Deweloperzy wprowadzają innowacyjne rozwiązania, które nie tylko podnoszą komfort życia mieszkańców, ale także wpisują się w ideę zrównoważonego rozwoju całego miasta. Aktualnie to deweloperzy w dużej mierze kreują nasze przestrzenie, a trend taki jak prezentuje inwestycja Nowe Centrum Verde to dobra ścieżka i wizja pięknego, zrównoważonego miasta i świetnej architektury mieszkaniowej.

Materiał partnera

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Park z iluminacjami pod Białymstokiem. Świetlne atrakcje czekają.

W Podlaskim Muzeum Kultury Ludowej możemy spacerować pośród baśniowych instalacji świetlnych, które zachwycają zarówno dzieci, jak i dorosłych. Zaczarowany Skansen to prawdziwa podróż do świata wyobraźni – alejek rozświetlonych tysiącami świateł, niezwykłych postaci z legend i opowieści oraz scenerii, które na długo zostają w pamięci. Choć wydarzenie wystartowało już jakiś czas temu, warto przypomnieć, że będzie dostępne aż do 1 lutego, więc nadal jest czas, by zaplanować wizytę.

Jeśli czekacie na śnieżną aurę, jest duża szansa, że w nadchodzące święta – po rodzinnych spotkaniach i suto zastawionych stołach – uda Wam się wybrać na spacer po rozświetlonym skansenie. Ponad 150 instalacji świetlnych poprowadzi Was przez niezwykłe zakątki pełne historii i podlaskiego folkloru, tworząc klimat, który trudno porównać z czymkolwiek innym. To nie tylko zwykła wystawa – to doświadczenie, które pozwala poczuć magię zimowych wieczorów. Dzieci zachwycają się olbrzymimi postaciami z bajek, a dorośli odkrywają na nowo uroki tradycyjnej architektury, oświetlonej w sposób, który nadaje jej zupełnie nowy charakter. Całość zmienia dobrze znany skansen w miejsce, jakiego na Podlasiu jeszcze nie było.

Warto także podkreślić, że Zaczarowany Skansen to idealna atrakcja dla rodzin, ale również świetny pomysł na romantyczny spacer czy spokojne zakończenie dnia w wyjątkowej scenerii. Bogactwo detali, szerokie alejki i przemyślana aranżacja sprawiają, że każdy znajdzie tu coś dla siebie – niezależnie od wieku i zainteresowań. Jeżeli więc szukacie pomysłu na zimowy wypad w okolicy Białegostoku, to właśnie jedno z tych miejsc, które po prostu trzeba zobaczyć. Ostatnie tygodnie działania instalacji to doskonały moment, by zaplanować wizytę i stworzyć wspomnienia, do których będziecie wracać z uśmiechem przez cały rok.

Partnerzy portalu:

Nowy rozkład jazdy Polregio na Podlasiu od niedzieli

Nowy rozkład jazdy Polregio na Podlasiu od niedzieli

W niedzielę, 14 grudnia 2025 roku, zacznie obowiązywać nowy rozkład jazdy pociągów Polregio na terenie województwa podlaskiego. Zmiany obejmują korekty godzin kursowania, a także uruchomienie nowych połączeń regionalnych. Kolejne modyfikacje zaplanowano od 1 stycznia 2026 roku.

Z dobrych wiadomości – południe województwa będzie dobrze skomunikowane. Wśród nowych połączeń, które pojawią się od 14 grudnia, znajdzie się poranny pociąg REGIO relacji Siemiatycze – Białystok, odjeżdżający o godzinie 6:16 i docierający do Białegostoku o 8:34. Skład będzie kursował przez Hajnówkę. Uruchomione zostanie także wieczorne połączenie REGIO z Bielska Podlaskiego do Siemiatycz, z odjazdem o 19:00 i przyjazdem o 20:03. Pociąg ten będzie skomunikowany w Bielsku Podlaskim z połączeniem z Białegostoku do Hajnówki.

Dodatkowo uruchomione zostaną dwa pociągi na odcinku Sokółka – Kuźnica Białostocka. Pierwszy z nich odjedzie z Sokółki o 20:00 i dotrze do Kuźnicy o 20:17, natomiast drugi w przeciwnym kierunku wyjedzie z Kuźnicy o 19:03, przyjeżdżając do Sokółki o 19:19. Połączenia te będą skoordynowane z pociągami kursującymi na trasie Suwałki – Białystok, dzięki czemu mieszkańcy Kuźnicy zyskają dodatkowy wieczorny dojazd do stolicy regionu.

A już od 1 stycznia 2026 roku wejdzie w życie nowa umowa pomiędzy Polregio a Zarządem Województwa Podlaskiego na realizację przewozów kolejowych w latach 2026–2030. Wraz z nią nastąpią kolejne zmiany w siatce połączeń. Do rozkładu powrócą bezpośrednie pociągi na trasie Białystok – Małkinia – Białystok. Dzięki skomunikowaniu w Małkini z pociągami Kolei Mazowieckich możliwy będzie dojazd do i z Warszawy Wileńskiej. Zaplanowano również dodanie dwóch par pociągów na trasie Białystok – Sokółka. Jedna para będzie kursować codziennie, a druga w weekendy i święta. Dodatkowe połączenie pojawi się także na odcinku Białystok – Łapy. W rozkładzie znajdzie się również nowe, codzienne połączenie na trasie Białystok – Czyżew, z wyjątkiem sobót.

Utrzymane zostanie wakacyjne połączenie Białystok – Suwałki, które będzie dostępne w soboty i niedziele od 2 maja do 30 sierpnia 2026 roku, a także 1 maja oraz 4 czerwca, w dzień Bożego Ciała. W 2026 roku ponownie funkcjonować będzie również sezonowa oferta przewozowa na trasie Białystok – Waliły. Pociągi będą kursowały w weekendy od 6 czerwca do 27 września, w układzie dwóch par dziennie, a dodatkowo także od 1 do 3 maja oraz 4 czerwca.

A czerwca 2026 pojedziemy też do Łomży. Pierwszy raz po 30 latach będzie to możliwe przy pomocy pociągu.

Partnerzy portalu:

Kolej ma dobre wiadomości dla naszego regionu. Lepsze trasy i tanie pociągi.

Kolej ma dobre wiadomości dla naszego regionu. Lepsze trasy i tanie pociągi.

Dobre wiadomości dla mieszkańców regionu i wszystkich, którzy odwiedzają Podlaskie. Kolej, która istnieje od XIX wieku, po dekadach zapaści powoli wraca do życia. W ostatnich latach widać to coraz wyraźniej — także w Białymstoku i okolicach. Nie tylko możemy cieszyć się wyremontowanymi dworcami, doczekaliśmy się zadaszenia peronów w Białymstoku i nowoczesnego taboru, ale też coraz śmielej mówi się o kolejnych inwestycjach. Oprócz Rail Baltiki w kierunku Warszawy i włączenia Łomży do sieci kolejowej, szykowana jest nowa inwestycja infrastrukturalna. Do tego dochodzi wyjątkowo atrakcyjna oferta tanich połączeń międzynarodowych. To wyraźny sygnał, że północno-wschodnia Polska staje się coraz ważniejszym punktem na kolejowej mapie kraju i Europy. Pisaliśmy o tym już 6 lat temu. Oczywiście nie przewidzieliśmy wznowienia wojny na Ukrainie, ale…

Dziś, po sześciu latach, widać wyraźnie, że tamte diagnozy były w dużej mierze trafne. Rail Baltica realnie przechodzi z fazy planów i budowy w konkretne odcinki tras. Sporo jeszcze zostało do zrobienia, ale Polska, Litwa, Łotwa i Estonia intensywnie działają w tym kierunku, a pociągi jeżdżą coraz szybciej. Z naszej perspektywy połączenia z Wilnem stają się coraz łatwiejsze i tańsze, a Białystok odzyskuje znaczenie jako punkt wypadowy w stronę północno-wschodniej Europy — dokładnie tak, jak wtedy wskazywaliśmy jako konieczne dla naszego rozwoju.

Jedynym wyjątkiem pozostaje kierunek białoruski i rosyjski. Połączenia do Mińska, Moskwy czy Petersburga zatrzymała sytuacja geopolityczna i wznowienie wojny na Ukrainie, którego wcześniej nikt nie był w stanie przewidzieć. Mimo tego główny scenariusz się spełnia — Białystok przestaje być tylko końcem trasy, a coraz bardziej staje się realną bramą na wschód i do krajów bałtyckich.

Białystok ma jeszcze 6 lat. Potem zaprzepaścimy swoją największą szansę na rozwój gospodarczy.

Z najnowszych dobrych wieści: PKP Polskie Linie Kolejowe planują budowę nowej łącznicy kolejowej w Białymstoku, która połączy linię z Warszawy i Mazur (oraz Łomży i Ostrołęki) z południem Podlaskiego. Nowy, około kilometrowy odcinek toru ma powstać w rejonie dawnego przystanku Białystok Wiadukt, na pograniczu osiedla Nowe Miasto. Dzięki temu pociągi towarowe jadące w stronę Bielska Podlaskiego i Łap będą mogły omijać główny dworzec w centrum Białegostoku. To oznacza sprawniejszy ruch, krótsze czasy przejazdów i mniej składów przejeżdżających przez ścisłe centrum. Dla pasażerów oznacza to również większą przepustowość torów, którą będzie można lepiej wykorzystać. Inwestycja warta 45 mln zł ma zostać zrealizowana w latach 2029–2030, choć na razie przeciągają się formalności środowiskowe.

Równolegle trwają też ogromne inwestycje związane z Rail Baltiką. Odcinek Białystok – Ełk został już rozstrzygnięty przetargowo, a jego budowa ma kosztować ponad 4,5 miliarda złotych. To właśnie ta trasa w przyszłości połączy Podlasie z krajami bałtyckimi nowoczesną, szybką koleją. Choć postępowania środowiskowe jeszcze się wydłużają, kierunek zmian jest jasny — region ma zyskać zupełnie nową jakość połączeń.

Jeszcze lepsze wiadomości płyną dla turystów i osób lubiących szybkie city breaki. PKP Intercity uruchomiło właśnie zwiększoną pulę bardzo tanich biletów do Wilna. Z Białegostoku do stolicy Litwy można teraz pojechać już za 12,90 euro, czyli ponad 40 procent taniej niż zwykle. To jedna z najtańszych międzynarodowych tras kolejowych w Polsce. Promocja obejmuje przejazdy od 15 grudnia 2025 roku aż do 6 czerwca 2026 roku, co daje idealną okazję zarówno na zimowe wypady, jak i wiosenne wycieczki.

To wszystko sprawia, że Białystok i całe Podlasie korzystają podwójnie. Z jednej strony region zyskuje nowe inwestycje, które poprawią płynność ruchu kolejowego i przygotują infrastrukturę pod przyszłe, szybkie połączenia z Europą. Z drugiej — już teraz mieszkańcy i turyści mogą cieszyć się tanimi, wygodnymi podróżami do Wilna. Dla Podlasia to realna szansa na jeszcze większy ruch turystyczny, nowe kontakty biznesowe i umacnianie pozycji regionu jako bramy na Wschód i do krajów bałtyckich.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Czy takie zimy jeszcze wrócą na Podlasie?

Prognozy długoterminowe nie zapowiadają, by w tym roku w Podlaskiem spadł śnieg. Poprzednie lata pokazywały, że jak popadało to biały puch leżał tylko przez moment. Ale warto wiedzieć, że w takich miejscach jak Puszcza Knyszyńska, Białowieska czy Augustowska – gdy napada – to leży dłużej niż w mieście. Dlatego jeżeli zaśnieży Białystok, a kolejnego dnia wszystko popłynie, to wcale nie musi być tak samo nieopodal w Czarnej Białostockiej. Tam przy słynnym zalewie możecie dreptać tak, że będzie chrupało wam pod nogami.

Patrząc szerzej na kolejne lata, meteorolodzy są dość zgodni – zimy w Polsce będą coraz krótsze, cieplejsze i bardziej „wahadłowe”. To oznacza, że śnieg będzie pojawiał się rzadziej, ale za to bardziej gwałtownie. Zamiast spokojnych, wielotygodniowych zimowych krajobrazów czekają nas raczej krótkie epizody: dwa, trzy dni bieli i szybki powrót temperatur dodatnich. Największe szanse na opady śniegu przypadać będą nadal na styczeń i luty, choć nawet wtedy nie ma już gwarancji, że śnieg utrzyma się na dłużej niż kilka dni. W prognozach na nadchodzące zimy częściej pojawiają się scenariusze z opadami mieszanymi, deszczem ze śniegiem i gwałtownymi roztopami tuż po większym ochłodzeniu.

Podlaskie jednak od lat rządzi się nieco innymi prawami niż reszta kraju. Geograficznie jesteśmy bliżej wpływów klimatu kontynentalnego niż morskiego, który dominuje na zachodzie Polski. Tu zimy potrafią być ostrzejsze, z większymi spadkami temperatur i dłużej utrzymującym się mrozem przy gruncie. To właśnie dlatego statystycznie mamy więcej dni ze śniegiem niż centralna czy zachodnia Polska. Nawet jeśli ogólnokrajowe prognozy sugerują szybkie roztopy, Podlasie wciąż ma większą szansę na kilka prawdziwie zimowych epizodów w sezonie — szczególnie na obszarach oddalonych od miast, w dolinach, na polanach i w otulinach dużych kompleksów leśnych.

Dlaczego więc w lesie śnieg potrafi leżeć długo, a w mieście znika niemal natychmiast? Wszystko rozbija się o temperaturę podłoża, wilgotność i ingerencję człowieka. W lesie ziemia jest chłodniejsza, osłonięta od wiatru i słońca przez gęste korony drzew. Brak asfaltu, betonu i kostki brukowej sprawia, że podłoże wolniej się nagrzewa, a śnieg topnieje znacznie wolniej. Do tego dochodzi też większa wilgotność powietrza, która sprzyja utrzymywaniu się niskich temperatur przy gruncie.

W mieście działa dokładnie odwrotny mechanizm. Nagrzany asfalt, ciepło oddawane przez budynki, ruch samochodów i systemy ogrzewania powodują tzw. „miejską wyspę ciepła”. Nawet gdy w nocy spadnie kilka centymetrów śniegu, rano często zostaje po nim tylko brudna breja. Sól, piasek i intensywny ruch dodatkowo przyspieszają topnienie.

Dlatego właśnie bywa tak, że w centrum Białegostoku w południe nie ma już po śniegu śladu, a kilkanaście kilometrów dalej, w lesie czy nad zalewem, nadal panuje prawdziwa zima. I choć prawdziwie śnieżne zimy stają się coraz rzadsze, to w podlaskich lasach wciąż można jeszcze czasem znaleźć tę cichą, skrzypiącą pod butami biel – nawet wtedy, gdy miasto o zimie już dawno zapomniało.

Partnerzy portalu:

Domki jak z Castoramy i bieda-kopia jarmarku w Białymstoku. A ceny wyższe jak w Niemczech!

Domki jak z Castoramy i bieda-kopia jarmarku w Białymstoku. A ceny wyższe jak w Niemczech!

Przeszedłem się po monachijskich ryneczkach świątecznych, które na cześć Dzieciątka Jezus nazywają się Christkindlmarkt. Jest ich wiele, praktycznie każda dzielnica ma swój, ryneczki są też w większych parkach miejskich. Skupię się na tym centralnym pod ratuszem.

Powitała mnie para tancerzy, uplecionych z kolorowych łańcuchów świetlnych, których charakterystyczny strój zdradza, że to makieta Schäfflertanz. To taki prastary zwyczaj wywodzący się z czasu epidemii dżumy, kiedy to członkowie cechu bednarzy tańczyli na ulicach, by przywrócić normalność w zastraszonym społeczeństwie i wywabić ludzi na ulice.

Tuż za tą powitalną bramą zastaję złożone ze starannie ociosanych drewnianych bali chatki, z których sprzedawane są różności: najwięcej miejsca zajmuje oczywiście grzane wino (ze „strzałem” z rumu lub bez) i inne ciepłe napoje, oczywiście piwo, kiełbaski, golonki, słodycze, ręcznie robione ozdoby świąteczne i inne artefakty odzwierciedlające miejscowe tradycje. Chatki są bogato ozdobione i oświetlone, noszą na sobie mnóstwo snycerskiego kunsztu i oferują gościom schronienie przed wiatrem lub opadami. Na środku ryneczku gości wabi bardzo filigranowo wykonana piramidka świąteczna – to taka tradycyjna ozdoba świąteczna, która na wierzchołku ma śmigło napędzane ciepłym powietrzem znad płomieni świec. Tu w kilkumetrowej wersji makro.

Nie byłbym sobą, gdybym nie obrał najkrótszej drogi do grzanego wina. Odziana w bawarski Dirndl, uśmiechnięta kobieta koło sześćdziesiątki pyta „Servus, wos deaf’s denn sei?”, proszę więc o kubek osławionego wina – bez „strzału”, bo zamierzam jeszcze pospacerować i cokolwiek ze spaceru zapamiętać. Przyglądam się, jak kobieta chwyta ceramiczny kubek ozdobiony ilustracją tegorocznego ryneczku i chochlą wypełnia go po brzegi pachnącym winem, które na miejscu przyprawiane jest goździkami, skórą pomarańczy i laskami cynamonu.

Obok kotła stoi tabliczka informująca mnie o pochodzeniu surowca. Dziękując przyjmuję podany mi oburącz (bym się nie poparzył!) kubek i płacę pani pięć Euro za wino i półtora kaucji za kubek. Ordnung muss sein. Kiedy podciągam ze zdumieniem brwi, pani tłumaczy, że ja-ja… ona ma świadomość, że cena wzrosła aż o jedną czwartą od zeszłego roku, takie życie.

Zdumienie moje nie tyle dotyczyło ceny wina i pięknego kubka, co rozbieżności między tym, co dostaję tutaj w Białymstoku, a… ano właśnie. Kilka dni wcześniej wyszedłem z rodziną z przedstawienia teatralnego w Kinie Ton i zaproponowałem wizytę na jarmarku świątecznym. Przed dziewiątą wieczorem w sobotę, odwracając wzrok od oślepiająco błyskającego diabelskiego koła, weszliśmy na ryneczek i zastaliśmy pozamykane na cztery spusty, pomalowane na szaro, domki narzędziowe podobne do tych w Castoramie.

Na drugim końcu, bliżej ulicy Lipowej, kilka domków miało otwartą klapę, sprzedawane było tu grzane wino, plastry boczku i kiełbasy z metalowej płyty, po drugiej stronie świąteczne ozdoby. Ten pierwszy powitał mnie tablicą z napisem „GRZANIEC BIAŁOSTOCKI 13% – 280 ml – 29 zł”, wiszącą nad stosem tekturowych kubków oraz gryzącym zapachem etanolu. Zrezygnowałem. Sprawiłem za to radość córce kupując jej pięć truskawek nawleczonych na patyk i polanych czekoladą za jedyne 24 złote.

Można to tak zostawić, ale nie oprę się pewnej konkluzji: Otóż miejscowi przedsiębiorcy zainspirowali się wyżej opisanym bawarskim fenomenem i postanowili go dla nas skopiować. So far, so good. Teraz są dwa warianty: robimy kopię-kopię, czyli zamawiamy kosztowne domki z bali, prace snycerskie, ozdoby, kubki ceramiczne itp. frykasy? – Nie, bo to kosztuje i trzeba będzie koszty przerzucić na klienta, a z pustego trudno czerpać.

Decydujemy się więc na bieda-wersję, domki narzędziowe z desek i papierowe kubki, wszak to nie Monachium, gdzie średnio zarabia się ok. 57200 Euro per annum, a miesięczny koszt najmu 50m² mieszkania przekracza Euro dwa tysiące. Też dobrze. Ale krzyżówka obu pomysłów rezultuje w słabej jakości i wysokich cenach (i dużych zyskach!).

Tutaj zaczyna się nasza rola jako konsumentów. Zacznijmy wymagać minimum przyzwoitości. Chcecie, byśmy płacili bawarskie ceny, to nam dajcie bawarski ryneczek. Chcecie nam dać białostocki jarmark – bo takie są realia – to dostaniecie białostockie pieniądze. Bo takie są realia.

Nie bądźmy skąpi, bo wtedy… nie, nie będę cytował pana Kononowicza. Płaćmy i wymagajmy. Nie tylko na jarmarku, ale i w restauracjach, przy zakupie mieszkania i przy wyborze polityków. Na dobre nam wszystkim wyjdzie.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Przyjeżdża Mikołaj z Laponii. Białystok i Suwałki włączają choinki.

W Białymstoku i Suwałkach rozpoczęło się oczekiwanie na jeden z najbardziej nastrojowych momentów grudnia — uroczyste oświetlenie miejskich choinek. To wydarzenia, które co roku gromadzą mieszkańców i wprowadzają miasta w atmosferę nadchodzących świąt.

W Białymstoku żywa choinka miejska stoi tradycyjnie przy pomniku Józefa Piłsudskiego. Rozbłyśnie już jutro – 6 grudnia, a zgodnie z wieloletnią tradycją towarzyszyć temu będzie przyjazd Mikołaja z Rovaniemi. Gość z Laponii, wspólnie z białostoczanami, około godziny 17 uruchomi świąteczne iluminacje na miejskim drzewku. Atrakcje rozpoczną się wcześniej. Od godziny 15 zaplanowano występy artystyczne i koncerty, a dla uczestników przygotowano konkursy z nagrodami. Już od południa najmłodsi będą mogli porozmawiać telefonicznie z Mikołajem w specjalnie przygotowanej strefie. Przyjazd Mikołaja z Laponii od lat stanowi jedną z największych atrakcji wydarzenia.

Świąteczny klimat zagości również w Suwałkach. O godzinie 17 na Placu Marii Konopnickiej rozpocznie się uroczyste rozświetlenie miejskiej choinki. Wydarzeniu będzie towarzyszyć widowisko muzyczno-taneczne „Magiczny Wieczór”. Na scenie zaprezentują się artyści ze Studia Tańca Radość z Suwalskiego Ośrodka Kultury, zespół Wyszywanka z Związku Ukraińców w Suwałkach oraz zespół Pierwiosnki z Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Wspólne występy stworzą wyjątkową, świąteczną atmosferę, która co roku przyciąga mieszkańców w centrum miasta.

Oba wydarzenia, choć odbywają się w różnych miastach, mają wspólny cel — symbolicznie rozpocząć czas świątecznej radości, łącząc mieszkańców we wspólnym przeżywaniu grudniowej tradycji. Podlaskie po raz kolejny udowadnia, że magia świąt zaczyna się od światła, muzyki i wspólnoty.

Partnerzy portalu: