Strych zrobiony na czysto

Strych zrobiony na czysto

 

   Zbliżające się Święta Wielkanocne w przedwojennym Białymstoku, zarówno te katolickie, prawosławne, a zwłaszcza żydowskie oznaczały wielkie sprzątanie i pranie we wszystkich domach. Na balkonach, w oknach, na rozstawionych na podwórkach krzesłach wietrzyły się pierzyny i poduchy. Dla złodziei z Chanajek pora ta była zaiste wielką gratką.
  Do roboty ruszali miejscowi pajęczarze, czyli specjaliści od strychowych kradzieży.  „Omiatanie pajęczyny” było szczególnie popularne wśród młodych, lecz ambitnych złodziejaszków. Nie wystarczały im kradzieże jabłek z chłopskich wozów, a nawet wyrywanie torebek z rąk samotnych kobiet. Brali kawałek pręta, jakiś wytrych, worek na łupy i wyprawiali się nocą na strych, który upatrzyli sobie za dnia.
  W pierwszych powojennych latach wśród gości kroniki kryminalnej Dziennika Białostockiego fachowcy od „pajęczyny” pojawiali się nader często.
  Do najsprawniejszych z nich należeli m.in. Dawid Pachciarz z ul. Sosnowej, Jankiel Kagan z Kijowskiej czy Szmul Karniewski z Cygańskiej. To jednak 20-paroletni Josel Zelmanowicz, także za
meldowany przy ul. Cygańskiej pod 8, uchodził w zaułkach Chanajek za niedoścignionego mistrza w buszowaniu po bliższych i dalszych strychach. 
  Joskowi, noszącemu wśród kumpli przezwisko „Sałata”, szczególną sławę przyniosła robótka, jakiej dokonał w 1923 r. W połowie marca trafił na strych domu przy ul. Sienkiewicza 88 i zwinął ze sznura bieliznę wartości 500 tys. marek. Działo się to jeszcze przed reformą monetarną premiera Grabskiego, szalała inflacja, a za pół miliona można było kupić kilka podkoszulek i męskich gaci. Zdobycz nie była więc zbyt obfita. Natomiast właściciel skradzionej bielizny, niejaki Perl, okazał się człowiekiem zarozumiałym i nieostrożnym. Ogłosił wszem i wobec, że pajęczarze nie dobiorą się już do jego strychu, bo wymyślił niezawodne zabezpieczenie. Te buńczuczne słowa szybko dotarły do Sałaty. Złodziej podjął wyzwanie. Kilka miesięcy czekał na odpowiedni moment.
  Wreszcie, w duszną lipcową noc, gdy cały Białystok spał spokojnie przy otwartych oknach, złożył wizytę w domu pana Perla. Nazajutrz ponoć Perl rwał sobie włosy z głowy. Mniejsza o straty materialne, jakich doznał. Dobiła go natomiast kartka wetknięta w otwór „antyzłodziejskiego” zamka. Według reportera Dziennika Białostockiego zawierała ona krótki wierszyk następującej treści:
  „Nasz połów jasno poucza, że kiedy złodziej nie cherla, nie ma dlań zamka ni klucza, nawet na „zamku” pana Perla”.
  Złodziejskie poczucie humoru.  Josek Zelmanowicz lubił pracować zwłaszcza w towarzystwie kobiet. Dokonywały one rozpoznania terenu, stały na świecy, albo niekiedy samodzielnie „omiatały” strych.
  W kwietniu 1924 r. podczas kradzieży bielizny u Mojżesza Guza (Sosnowa 58), nasz złodziejaszek wpadł, a z nim razem sąsiadka Guza Estera Bekowicka, nadawczyni skoku.
  Również rok 1927 nie był pomyślny dla Sałaty. W tym czasie mniej już uwagi poświęcał samodzielnym kradzieżom, raczej organizował je dla innych. W lutym trafił przed Sąd Okręgowy razem z 28-letnią Sarą Szpiro, niepoprawną recydywistką, która miała już za sobą 3 wyroki.
  Wiosną 1926 r. znowu wpadła, tym razem za kradzież w mieszkaniu Tauby Edels ztejn. Fanty zaniosła patronującemu jej Joskowi Zelmanowiczowi. Złodziejka zainkasowała ostatecznie 4 lata. Sałata miał do odsiedzenia roczny wyrok. Kiedy wyszedł, zbliżał się już do 30. Został tragarzem. Ale i ten fach miał wiele wspólnego z szemranym bractwem z chanajkowskich uliczek. 

Włodzimierz Jarmolik

Przyjedź do Puszczy, by podglądać tego dużego drapieżnika

Przyjedź do Puszczy, by podglądać tego dużego drapieżnika

Nadszedł idealny czas na obserwacje orlika krzykliwego. To wędrowny, drapieżny ptak. W kwietniu przylatuje do Polski. Można go zaobserwować na przykład w Białowieskim Parku Narodowym. Tam utworzono specjalne wieże widokowe, dzięki którym ptaka będzie nam łatwiej zaobserwować. Oczywiście potrzebna nam będzie lornetka – to ptak, który do ludzi się nie zbliża. W Białowieskim Parku Narodowym jest szlak Orlika Krzykliwego. To 2 km odcinek, którym przejdziemy na terenie między Starą Białowieżą a Teremiskami. To tam nie tylko zaobserwujemy tego wyjątkowego ptaka, ale też sporo się o nim dowiemy ze specjalnych tablic, które są stworzone w formie komiksów.

 

Dlatego też warto wybrać się na przechadzkę tym szlakiem np. z całą rodziną. Nikt nie będzie się nudzić, a świeże powietrze zrobi dobrze każdemu. Miejsce, gdzie znajduje się szlak to także ostoja innych zwierząt. Wprawne oko znajdzie po drodze tropy różnych zwierząt.

Ul.Grunwaldzka 20

Ul.Grunwaldzka 20

Pan Krzysztof. Antykwariusz. Urodził się i mieszka w domu przy ulicy Grunwaldzkiej 20. W domu zbudowanym przez Jego pradziadka. Pana Krzysztofa poznałem dziś podczas konsultacji społecznych w departamencie urbanistyki.
– O tym, że mój rodzinny dom jest przeznaczony do wyburzenia dowiedziałem się dwa dni temu – powiedział Pan Krzysztof – Kolega przysłał mi artykuł z gazety. Czy naprawdę urząd nie może zawiadamiać mieszkańców o takich poczynaniach?
– Zamieściliśmy informację na stronie internetowej – odpowiedzieli urzędnicy
– Ale na tej ulicy obecnie stoją może trzy zamieszkane domy – odpowiedział Pan Krzysztof – 10 rodzin nie wiecej, tak trudno jest powiadomić ludzi?

– Nie mamy prawa wieszać ogłoszeń na prywatnych płotach – odpowiedzieli urzędnicy
„Ciekawe dlaczego nie wrzucą informacji do skrzynek?” pomysłałem „To też zabronione?”
Pan Krzysztof przyniósł ze sobą dokumenty. Projekt budowy domu. Autorstwa Szymona Pappe.
– Oooo! – zawołali architekci – Projekt domu na trzech stronach! Dzisiaj jest potrzebna do tego cała książka!
Pan Krzysztof opowiadał o swoim domu, zaś urzędnicy kręcili głowami
– Nie wiedzieliśmy, że ten dom jest taki fajny – mówili – Może warto zainteresować nim konserwatora zabytków?
Bo obecnie dom nie jest zapisany w żadnej ewidencji i w najbliższym sąsiedztwie mają powstać budynki mieszkalne. Ośmio i czteropiętrowe. Część mieszkańców jest z tego powodu zadowolona.
– Mój dom nie jest tak zabytkowy – mówił Pan z Grunwaldzkiej 29 – Od wielu lat nie mogę go remontować i modernizować. Natomiast regularnie ofdwiedza mnie Straż Miejska, która kontroluje czystość działki. I za wszelkie śmieci sypią się mandaty. Ja rozumiem pana przywiązanie do rodzinnego domu, ale tu wszędzie wokół budowane są już wyskościowce. Po drugiej stronie ulicy Wyszyńskiego, po drugiej stronie ulicy Sosnowskiego. Tak czy siak Ci ludzie będą nam zaglądać do okien. To jest centrum miasta. Jak Pan sobie wyobraża najbliższe otoczenie za kilka lat? Niech pan powie, może osiągniemy jakiś kompromis? Na czteropiętrowce też się Pan nie chce zgodzić?
– Dowiedziałem się dwa dni temu – odparł Pan Krzysztof – Jeszcze nie wiem. Szukałem dokumentów.
Pojechałem odwiedzić Pana Krzysztofa na ulicy Grunwaldzkiej. Znam ten dom. Jako dziecko byłem tu u krawca. Szył mi paltko
– To mój pradziadek – mówi Pan Krzysztof
– A mój ojciec – mówi Pani Henryka i zaprasza na herbatę – Miał na imię Feliks. To On zbudował ten dom.

– Pochodził z wielodzietnej rodziny – opowiada Pan Krzysztof – Podobno do Białegostoku trafił w samych butach
– Nie mów nawet takich… Zobacz więcej — z: Krzysztof Zdzitowiecki, Wiltoria Kamieńska i Henryka Zdzitowiecka
Siedzimy już przy stole. W dzbanku zaparza się herbata.
– Zachowała się też ksiazka meldunkowa – opowiada Pan Krzysztof – Ile tu nazwisk. Jest nawet Żyd Dawid Klebanow. Był lekarzem. Znaleźliśmy niedawno z Nim wywiad. z 2011 roku
– Przestań takie rzeczy opowiadać! – woła Pani Henryka
– To o esesmanie może? – zapytał Pan Krzysztof – W czasie wojny w tym pokoju mieszkał esesman.

A dziadek do AK należał. Był łącznikiem i miał pseudonim „Dąb”.
– Przynieś zaświadczenie Liniarskiego – woła Pani Henryka – Albo czekaj, ja sama przyniosę!
– Podobno brat pradziadka Konstanty służył na pancerniku Aurora – mówi Pan Krzysztof
– Przestań takie rzeczy opowiadać – woła Pani Henryka – Służył i nawet jakieś odznaczenia przyszły. Ale w rodzinie nikt się do tego nie przyznawał! Niech Pan tego nie pisze!
– Ale to historia przecież! – wołam
– To jest historia – mówi Pani Henryka rozkładając dokumenty – Więc powiada Pan, że mój tata uszył Panu paltko?

Wojciech Koronkiewicz

To tajemniczy ogród w Puszczy Białowieskiej. Można spotkać Lasowida

To tajemniczy ogród w Puszczy Białowieskiej. Można spotkać Lasowida

Puszcza Białowieska to idealny kierunek na spędzenie weekendu niezależnie od pory roku. Jak już wiecie z naszych artykułów – zimą to naprawdę magiczne miejsce. Wiosną jest nie inaczej. Tym razem chcemy Wam przedstawić Herbarium w Gruszkach.

 

Miejscowość Gruszki należy na terenie Nadleśnictwa Browsk. Znajdziemy tam wiele obiektów, które pełnią funkcję edukacyjną ale nie tylko! Jednym z ważniejszych punktów jest Herbarium, które znajduje się tuż obok siedziby Nadleśnictwa. Po przyjechaniu na miejsce napotkamy Lasowida o czterech twarzach, usłyszymy śpiew ptaków i kumkanie żab. Jeśli zatracimy się w czerpaniu z natury to w każdej chwili Puszczański Poromierz Słoneczny pokaże nam czy obecnie jest pełnia wiosny, złota jesień czy może zima.

 

Czym w zasadzie jest Herbarium? To tajemniczy ogród, w którym rosną różne gatunki drzew i roślin. Jest tu tak różnorodnie, że całe miejsce wprawia w zachwyt. Każdego roku przyjeżdża tu wielu turystów. Warto odwiedzić Herbarium w Gruszkach choćby w najbliższy weekend.

 

fot. Nadleśnictwo Browsk

90-letni zabytek to już kupa gruzu. Nocne wyburzenie na Bojarach

90-letni zabytek to już kupa gruzu. Nocne wyburzenie na Bojarach

Zabytkowa kamienica mogła zawalić się w każdej chwili. Została prewencyjnie zburzona. Mowa tu o budynku przy ul. Piasta 6.

 

Budynek ten wyglądał ciekawie. Kamienica miała parter, piętro oraz drugie piętro na poddaszu. Na froncie dumnie widniał rok budowy – 1928. W planach był remont budynku, jednak jego stan techniczny zaczął…nagle się szybko pogarszać. Ekspertyza wykazała, że budynek zagraża ludziom. Dlatego postanowiono go zburzyć.

 

Na szczęście to nie jest tak, że budynek zniknie na zawsze. Zgodnie z przepisami planu zagospodarowania przestrzennego – na tym terenie może jedynie powstać replika budynku. Szkoda tylko, że to już nie będzie ten sam budynek, któremu zabrakło 10 lat by osiągnąć setne urodziny.

 

Św. Rocha 14. Fabryka R. Commichau

Św. Rocha 14. Fabryka R. Commichau

 

   Pozostaniemy jeszcze w temacie nieistniejących nieruchomości, które przed II wojną światową zlokalizowane były przy ul. św. Rocha. Ilustracją  do dzisiejszego tekstu jest również zdjęcie, wykonane przez Józefa Sołowiejczyka w 1897 r. Został na nim uwieczniony zespół budynków określonych przez autora jako „fabryka Commichau”.
  Fotograf ustawił się po stronie ul. Nowoszosowej (dziś  to  ul. H. Dąbrowskiego) i skierował obiektyw na południe, obejmując teren rozciągający się między stacją kolejową (po prawej stronie widzimy wieżę ciśnień oraz  fragment gmachu dworcowego) a wzgórzem z kaplicą i cmentarzem św. Rocha. Obszar ten, przed II wojną przyporządkowany do ul. św. Rocha 14, współcześnie zajęty jest pod ul. Bohaterów Monte Cassino, Park im. J. Dziekońskiej, Spodki i handlowce  przy ul. św. Rocha. Jak już wspominałem, znaczna część terenów położonych przy tej ulicy jeszcze na początku lat 70. XIX w. stanowiła własność gospodarzy ze wsi Białostoczek i dopiero później znalazły się one w granicach Białegostoku.
  Pierwsze informacje na temat terenów, na których stanęła fabryka Commichau, pochodzą z lat 70. XIX w. W 1871 r. część tych gruntów przedstawiciele gminy wydzierżawili Chaimow i Lublińskiemu. W kolejnych latach prawo do dzierżawy przechodziło z rąk do rąk – w 1876 r. Lubliński odstąpił je Ickowi Halpernowi, który oddał je grodzieńskiemu mieszczaninowi Abramowi Izabelińskiemu. Izabeliński wzniósł na dzierżawionym gruncie drewniany dom, po czym podzielił teren na dwie części, z których jedną odstąpił Wolfowi Gradowi, ten zaś w 1882 r. Wolfowi Epsztejnowi.
  Inną część gruntów pod przyszłą fabryką w 1879 r. przedstawiciele wsi odsprzedali kupcowi Filipowi Timofiejewowi. Na jego temat nie wiemy w zasadzie nic poza faktem, że jeszcze tego samego roku wzniósł  tu pierwsze zabudowania fabryczne, w tym frontowy piętrowy dom oraz trzypiętrową halę produkcyjną z dwiema oficynami, mieszczącymi w sobie maszynę parową i kocioł. W grudniu 1879 r. grunt i fabrykę kupca Filipa Timofiejewa nabył pruski poddany i kupiec 2 gildii Rudolf Commichau, zaś w  listopadzie 1882 r. odkupił on
od Abrama Izabelińskiego i Wol- fa Epsztejna sąsiadujące grunty wraz z zabudowaniami, stając się  wyłącznym właścicielem rozległej posesji przy ul. św. Rocha 14. Rodzina Commichau sprowadziła się do Białegostoku w latach 40. XIX w. z Colditz w Saksonii.
  Wykorzystując dawny młyn Antoniuk bracia: August, Herman, Rudolf   i Albert  założyli jedną z największych i najlepiej prosperujących firm włókienniczych. Z czasem firmę na Antoniuku, rozszerzoną o zespół fabryczny przy ul. Warszawskiej 59, przejął Herman Commichau.
  Tymczasem Rudolf w 1880 r. usamodzielnił się, zakładając własną fabrykę sukna i kołder przy ul. św. Rocha. W 1853 r. wstąpił w związek mażeński z Blanką von Hane, z którą miał aż piętnaścioro dzieci. Wieku dorosłego dożyli Julia Clara (żona Franza Lippischa), Alfred, Maria Helena (żona Wilhelma Gustawa Teetzmanna), Aleksander, Hugo, Karol, Oskar, Hedwiga i Marga- rethe. Rudolf zmarł w 1901 r. Z licznego grona dzieci Rudolfa interesować nas będą szczególnie Alfred, Aleksander i Hugo Commichau, którym 29 kwietnia 1889 r. ojciec podarował prawa własności do nieruchomości przy ul. św. Rocha 14. W 1890 r. była to druga największa fabryka w mieście – prym wiódł najstarszy zakład Hermana Commichau, zatrudniający 215 robotników i wyrabiający towary o wartości 150 tys.  rubli rocznie, na drugim miejscu był natomiast zakład Rudolfa i synów, który chociaż miał 213 zatrudnionych, osiągał produkcję wysokości 250 tys.  rubli rocznie, w czym był wówczas bezkonkurencyjny. Pomocny w osiągnięciu tych efektów był zapewne nowoczesny silnik parowy o mocy 40 KM, najwyższej w ówczesnym Białymstoku. W 1897 r. firma została nagrodzona przez cara Mikołaja II najwyższym medalem uznania.
  Firma „Rudolf Commichau i Synowie” działała do I wojny światowej. Zabudowania fabryczne przetrwały okres okupacji niemieckiej, ale dzieje posesji przy ul. św. Rocha 14  w pierwszych chwilach po odzyskaniu niepodległości pozostają niejasne. Po sierpniu 1920 r. obiekty zostały przejęte przez wojsko i zlokalizowano w nich siedzibę i skład intendentury Dowództwa Okręgu Generalnego Białystok. Dopiero w 1925 r. wyrok Sądu Okręgowego w Grod nie przysądził prawa własności do całej nieruchomości Oskarowi Schoenowi. Wówczas też ponownie zawarczały tu wrzeciona maszyn tkackich – Schoen wraz ze swoim wspólnikiem Szołemem Fajnsz- tejnem prowadzili od 1919 r. wytwórnię sukna i kołder przy ul. Konopnickiej 1.
  Po 1925 r. wspólnicy przenieśli produkcję na ul. św. Rocha 14.  Budynki przy ul. św. Rocha 14 w okresie międzywojennym służyły także innym przedsiębiorcom, którzy dzierżawili w nich powierzchnię, m.in. skup i sprzedaż materiałów drzewnych Mozesa Szlac htera od 1929 r., wykończalnia i farbiarnia sukna „Zelman Brajnin, Jakub Glikfeld i Spółka, spółka firmowa” od 1931 r. czy sprzedaż szkła taflowego „Szyba” od 1938 r.  Oskar Schoen zmarł w 1925 r., uprzednio zapisując prawa własności dzieciom Emilii i Leonowi Schoenom. Przed 1939 r. Oskar, a potem jego spadkobiercy, stopniowo  wyprzedawali  nieruchomości.  Budynki przy ul. św. Rocha 14 uległy spaleniu w okresie II wojny światowej, najpewniej w 1944 r., a stan ten potwierdza zdjęcie lotnicze z września tego roku. Zostały rozebrane na początku lat 50. XX w.

Wiesław Wróbel
Biblioteka Uniwersytecka w  Białymstoku

Myśliwi mieli strzelać do żubrów. Nic z tego nie będzie

Myśliwi mieli strzelać do żubrów. Nic z tego nie będzie

Z jednej strony żubry są pod ochroną, z drugiej jednak raz na jakiś czas trzeba odstrzelić takie sztuki, które są chore i zagrażają reszcie stada lub okolicznym mieszkańcom. Nadleśnictwa zwykle robiły z tego świetny biznes. Gdyż odsprzedawały za duże pieniądze możliwość zastrzelenia zwierzęcia. Tym razem nic z tego. Odstrzeliwać zwierzęta – to ważne – pod nadzorem weterynarza – będą pracownicy Lasów Państwowych w ramach swoich obowiązków.

 

Wbrew pozorom to bardzo dobre rozwiązanie. Oczywiście nadleśnictwa nie będa miały przez to więcej pieniędzy, lecz nareszcie będziemy postępować etycznie. Nikt nie będzie tu handlować śmiercią zwierząt, wyeliminuje się tym strzelanie dla przyjemności. Po prostu trzeba będzie zastrzelić z obowiązku pod nadzorem weterynarza. Chory osobnik zginie w sposób bardziej humanitarny. Oczywiście kulka to kulka, a śmierć to śmierć – lecz wykonywana z odpowiednim podejściem – ma inny wymiar, dzięki któremu okazujemy przyrodzie większy szacunek.

Ubój rytualny po białostocku

Ubój rytualny po białostocku

 

    Mało kto wie, że przedwojenny Białystok był jednym z ważniejszych, europejskich ośrodków teorii rytualnego uboju. Stało się to za sprawą białostockiego rabina rządowego Gedali Rozenmana.
  Objął on to stanowisko w 1920 roku i był przywódcą miejscowych Żydów do 1943 roku, gdy wraz ze swymi współwyznawcami został zamordowany w Treblince. Był Rozenman autorytetem naukowym w sprawach szechity, czyli właśnie uboju rytualnego.
  W 1936 roku w białostockiej drukarni Technograf, która znajdowała się przy Sienkiewicza 20, wydał książkę „Zagadnienia uboju rytualnego”. Była ona polemiką z poglądami księdza Stanisława Trzeciaka, znanego w całej Polsce ze swych poglądów. Rozenman podejmując dyskusję z duchownym katolickim pisał z właściwym sobie wyważeniem słów, że „celem tej pracy jest na podstawie rzeczowego i źródłowego wyświetlenia całokształtu zagadnienia uboju rytualnego przedstawić faktyczny stan rzeczy. Czynię to w przeświadczeniu, że nie wygasł jeszcze płomień prawdy w sercach ludzi dobrej woli. Do nich się z tą rozprawą zwracam i tuszę, że zechcą oni w tej tak palącej kwestii zapoznać się z prawdziwym stanem rzeczy i poznawszy prawdę mężnie stanąć w jej obronie”.

W jednym z rozdziałów wspomniał Rozenman o dwóch innych białostoczanach, którzy odegrali doniosłą rolę w kwestii uboju. Jednym z nich był rabin S. Malin, który w książce „Szechita a Bedika” (Ubój rytualny i oględziny) wydanej również w Techografie opisał dokładnie urządzenie do dokonywania uboju rytualnego. Pisał Malin, że „maszyna ta przedstawia dużą klatkę żelazną, do której wprowadza się bydlę i umacnia przy pomocy odpowiednich drążków, by stało spokojnie. Przez następny obrót kołowy obraca się maszyna, a z nią i bydlę, zajmujące w tej chwili pozycję leżącą nadającą się bardzo wygodnie do momentalnego cięcia nożem w szyję. Dzięki temu systemowi pokładanie zwierząt odbywa się spokojnie, bez szarpania go lub wyrządzania mu jakiegoś bólu”.
  Kolejnym białostockim śladem w historii uboju rytualnego było to, że konstruktorem tej żelaznej klatki był urodzony w Białymstoku Izaak Wajnberg. Urządzenie to znane było na całym świecie pod nazwą „Klatka Wajnberga”. Cóż jednak z tego, że białostoczanie tyle znaczyli w nauce i praktyce regulującej ubój. W ich mieście właśnie praktyka daleko odbiegała od tych nowości. Wszędzie spotkać można było pokątny, nielegalny ubój. Urągał on przede wszystkim warunkom sanitarnym. Dokonywany w prymitywnych warunkach stanowił poważne zagrożenie dla zdrowia wyznawców judaizmu.
 

W 1936 roku cech rzeźników żydowskich Białegostoku protestował przeciwko tym praktykom. Postulowano wprowadzenie kontroli i stworzenie specjalnego funduszu, który wspomagać miał wykrywanie nielegalnych ubojni. Jednak przez cały okres międzywojenny nie uporano się z tym zjawiskiem. Obok siebie funkcjonowały więc dwa światy. Ten nowoczesny z rabinami Rozenmanem i Malinem i drugi, który skrywał się na biednych Chanajkach.

Andrzej Lechowski dyrektor Muzeum Podlaskiego w Białymstoku

Drewniane domy będą dalej znikać lub płonąć. Jest jeszcze czas na ratunek.

Drewniane domy będą dalej znikać lub płonąć. Jest jeszcze czas na ratunek.

Działania władz z ostatnich lat – o czym już pisaliśmy – spowodowały, że znikły historyczne Bojary, teraz znikają dawne okolice „Bema”. Przypomnijmy – na osiedlu Bojary zaczęły znikać stare drewniane domy, a w ich miejsce pojawiać się zaczęły bloki. Gdy na drodze stał zabytek, to w dziwnych, niewyjaśnionych okolicznościach wybuchały pożary tych domów. Co najciekawsze policja nigdy nie znalazła żadnego podpalacza. Podobne historie zaczynają się dziać na osiedlu Bema. Tutaj też zaczynają znikać drewniane domy, a w ich miejsce buduje się wysokie bloki, które niezależnie czy to kawalerka czy mieszkanie na 8 piętrze – właściciel nazywa apartamentami.

 

Po starym Białymstoku w tych okolicach zostały już resztki. Drewniane domy można zobaczyć na małym fragmencie Grunwaldzkiej, Angielskiej, Młynowej, Kochanowskiego czy Mławskiej. Prawdopodobnie to kwestia czasu, gdy wszystko zamieni się w blokowisko… o przepraszam – apartamentowisko. Warto w tym miejscu podkreślić, to nie jest tak, że każdy może budować wszędzie co mu się podoba. Są plany zagospodarowania przestrzennego i ich trzeba się trzymać. Z tym że urzędnicy plany potrafią zmienić… i tak w miejscu gdzie stoi jakiś stary drewniany dom dopuszczają zabudowę wysokich wieżowców. Tak samo zrobili w ostatnim czasie przy ul. Grunwaldzkiej na fragmencie ulicy między Wyszyńskiego a Sosnowskiego. Los drewnianych budynków w tym miejscu w zasadzie jest przesądzony.

 

Oczywiście nie ma co przesadnie walczyć z blokami, wszak racjonalnie patrząc – ktoś tam mieszka. Zaś drewniane chaty to często pustostany. Zanim jednak je rozbierzemy warto pokusić się o dyskusję w której główne pytanie będzie brzmieć – jak nie zaorać tożsamości miasta?  My stoimy na stanowisku, że warto wrócić do dawnego pomysłu, by wszystkie zabytkowe i inne wartościowe chaty porozbierać i odbudować na specjalnie wyznaczonym do tego terenie. Zbudować drewniane osiedle, ścieżki ułożyć z kocich łbów, a następnie całość potraktować jako muzeum.

 

Warto sobie uświadomić jedno – proces znikania tych chat już jest w zaawansowanej fazie. Za 10-15 lat być może nie będzie już ani jednej. Wtedy tylko obejrzymy je na zdjęciach. Im szybciej pogodzimy się z faktem, że czas tych domów niestety przemija i za późno już na ratunek – czyli na pozostawienie ich na miejscu – tym szybciej zaczniemy je przenosić i realnie ratować.

Św. Rocha 8. Dom rodziny Goławskich

Św. Rocha 8. Dom rodziny Goławskich

  

   Ul. św. Rocha 8 – teraz w tym miejscu znajdują się budynki handlowo-usługowe, natomiast do lat 90. XX w. stał pod tym adresem murowany piętrowy dom, w którym wychowywał się i przez jakiś czas mieszkał Michał Goławski, znany, ale wciąż wymagający przypominania ,pedagog i działacz społeczny.
  Posesja pod nr 8, podobnie jak działka Pastorów pod nr. 10, po raz pierwszy została odnotowana na mapie gminy białostoczańskiej z 1864 r., gdy tereny wzdłuż ul. św. Rocha wciąż stanowiły część wsi Białostoczek (dopiero w 1876 r. zostały one włączone w granice miasta). Przez analogię możemy przypuszczać, że stanowiła ona wówczas część gruntów któregośz włościan wsi Białostoczek. Nie udało się ustalić, kiedy dokładnie wydzielono posesję przy ul. św. Rocha 8 oraz kto był jej pierwszym posiadaczem. Najwcześniejsze informacje na ten temat pochodzą dopiero z 1895 r. Przed tą datą właścicielem omawianej dziś nieruchomości był Pejsach Wasilkowski. Wasilkowski mieszkał w Białymstoku na pewno w 1871 r.
  Tego roku wstąpił w związek małżeński z Sorą Merjam Sokolską, córką Owsieja. Z aktu ślubu niewiele dowiadujemy się na temat pochodzenia nowożeńców, można jedynie odnotować fakt, że Pejsach urodził się w 1846 r., zaś jego wybranka w 1853 r. W 1874 r. urodził się im syn Mendel (zmarł rok później), w 1876 r. Doba, zaś w 1877 r. Fejga Chaja. O życiu i zajęciach Pejsacha Wasilkowskiego nie wiemy praktycznie nic.
  Przed 1885 r. posiadał nieruchomość przy ul. św. Rocha, którą tego roku wykupił Nachman Ambasz, późniejszy właściciel majątku przy ul. św. Rocha 5. Być może około tego roku Wasilkowski nabył też nową działkę po przeciwnej stronie ulicy. Musiało to nastąpić przed 1889 r. ( wówczas to zmarł). W 1895 r. prawa własności do majątku Pejsacha zostały wystawione na publiczną licytację z powodu niespłaconych długów zmarłego. Za kwotę 5400 rubli wykupiła je wdowa Sora Merjam. Sporządzony przy tej okazji tzw. akt nadawczy odnotowuje, że wówczas na działce stały trzymurowane budynki, w tym frontowy piętrowy dom z dostawionym do niego budynkiem handlowym. W kolejnym roku Wasilkowska zastawiła nieruchomośw Wileńskim Banku Ziemskim, ale kredytu nie zdołała spłacić, toteż bank w 1902 r. zasekwestrował majątek, po czym wystawił go na licytację. Tym razem wygrała ją spółka dwóch wileńskich przedsiębiorców budowlanych: Konrada Huszczy i Władysława Malinowskiego. Zajmowali się oni skupowaniem licytowanych nieruchomości, po czym sprzedawali je z zyskiem.
 
  Przed lipcem 1906 r. Goławscy przeprowadzili się do Białegostoku, tu bowiem urodziła się ich druga córka Irena (zmarła jednak w 1907 r.). W 1910 r. Kazimierz i Zofia z dziećmi mieszkali przy ul. Instytutowej, a od 1910 r.przeprowadzili się na ul. św. Rocha 8. Kazimierz Goławski bardzo szybko odnalazł się w miejscowym środowisku.
  W 1913 r. był już członkiem komisji rewizyjnej Banku Handlowego w Białymstoku, członkiem zarządu Towarzystwa Dobroczynności oraz kandydatem do zarządu Towarzystwa Wzajemnego Ubezpieczenia od Ognia. W domu przy ul. św. Rocha 8 przed 1915 r. funkcjonował komisariat czwartego rewiru policyjnego, był tu także sklep z nabiałem pod nazwą „Higiena”. Rodzina Kazimierza Goławskiego pozostała w Białymstoku w czasie I wojny światowej.
  W pierwszych tygodniach po wkroczeniu do miasta wojsk niemieckich inż. Goławski przejął na pewien czas zarząd nad wodociągiem i elektrownią. Spis wiernych białostockiej parafii z 1916 r. wymienia „Dom Goławskiego”, w którym mieszkali Kazimierz z Zofią oraz dziećmi Michałem i Heleną. Michał w tym czasie uczył się już w polskim gimnazjum, w którym razem z grupą uczniów utworzył tajną bibliotekę uczniów „Nad Poziomy”, do której podarował posiadane książki (egzemplarze zachowały się w zbiorach Biblioteki Uniwersyteckiej). Od 1923 r. Michał studiował
w Wilnie. Po powrocie do Białegostoku zamieszkał w domu przy ul. Staszica 14, w 1928 r. ożenił się z Marią Nowicką,
a od 1931 r. rozpoczął pracę w magistracie na stanowisku kierownika Sekcji Kulturalno-Oświatowej.
  Przez rok był dyrektorem Prywatnego Gimnazjum Koedukacyjnego im. H. Sienkiewicza, gdzie pracował także jako nauczyciel historii.
  W czasie II wojny światowej został zesłany z rodziną do Kazachstanu (tu w 1941 r. zmarł jego ojciec Kazimierz),
a po latach tułaczki w 1948 r. trafił do Anglii, gdzie wspierał polskie szkolnictwo emigracyjne.
  Zmarł w Londynie w 1974 r. (po więcej szczegółów z życia i pracy M. Goławskiego odsyłam do jego biografii autorstwa Jana Trynkowskiego i Zbigniewa Romaniuka). Posesja przy ul. św. Rocha 8 należała do Kazimierza Goławskiego do 1934 r., gdy sprzedał ją pochodzącemu z Brańska Ignacemu Płońskiemu, który pozostawał właścicielem nieruchomości do II wojny światowej.
  W 1932 r. w jednym z budynków pod nr 8 działał dom handlowy „Dohan” Karola Pichlera oraz piwiarnia Grymaszewskich.

  Tak też stało się z posesją przy ul. św. Rocha 8, którą w 1910 r. odsprzedali inżynierowi Kazimierzowi Goławskiemu. Kazimierz Goławski ukończył Ryską Szkołę Politechniczną w 1892 r. z tytułem inżyniera. Przed 1901 r. ożenił się z Zofią z Bogdańskich. W latach 1901-1904 na świat przyszła dwójka ich pierwszych dzieci: Helena i Michał. Wówczas rodzina mieszkała w majątku Hermanowo w powiecie warszawskim.

Wiesław Wróbel
Biblioteka Uniwersyteckaw Białymstoku

Mam pański weksel, płatny dzisiaj

Mam pański weksel, płatny dzisiaj

 

  I znowu będzie o pieriepałkach z wekslami, bo tych w handlującym, przedwojennym Białymstoku nie brakowało. Powiadano wtedy w sferach mających do czynienia z interesami, że żona i weksel zawsze wracają. Żona wracała zwykle prawdziwa, choć nadużyta, a weksel najczęściej fałszywy, choć wykorzystany.
  Zacznijmy od obrazka z natury, który ukazał się na łamach popularnego Prożektora. Był rok 1929. „Biuro znanego przemysłowca. Szefa nie ma, jest chory. Zastępuje go syn. W biurze zjawia się starszy subiekt innego przedsiębiorstwa z tej samej ulicy. Czeka pół godziny, nim staje przed obliczem fabrykanckiego synalka: Co pan chcesz? – pada groźne pytanie. – Mam pański weksel, płatny dzisiaj! – Papa jest krank i nic z tego nie będzie!
– Co znaczy nie będzie? To jest żadna odpowiedź! Pański papa jest dzisiaj chory, a jutro pański papa może wyjechać do jakiegoś badu i będzie tam kilka miesięcy, to co będzie z wekslem? – Proszę tu dużo nie gadać. – Dlaczego? – Dlatego, że ja pana uważam tylko za stróża. – Jeśli pan mnie uważa za stróża, to i ja pana mogę uważać za stróża. – Mach cu di morde! Inaczej ja każę woźnemu wyrzucić pana stąd natychmiast. Ignac, wybrasit jemu! We drzwiach ukazuje się groźny Ignac. Interesant mocno wkurzony mówi: Jeśli pan rozkazuje mnie wyrzucić, to dopiero ja będę wiedział, że pan jest tu zwyczajnym wikidajłem. Fabrykant Fils podchodzi do interesanta i daje mu w pysk. Giewałt… skandal. Ignac wyrzuca subiekta z wekslem za drzwi. Sprawa załatwiona!”
  A teraz już o wekslach fałszywych. Również w 1929 r. ukazały się w Białymstoku w obiegu weksle z żyrem firmy Cytron z Supraśla. Kiedy pierwszy weksel został oprotestowany, jego posiadacz zwrócił się do żyranta o wykupienie trefnego kwitu.
  Okazało się wówczas, że podpis akceptanta, jak i żyro są sfałszowane. Wiadomość rozniosła się błyskawicznie po białostockiej giełdzie. I oto pewnego dnia na ul. Giełdowej zatrzymano osobnika, który usiłował wcisnąć 3 weksle asekurowane przez firmę Cytron. Po jego zatrzymaniu, okazał się nim Józef Chomczyk, mieszkaniec Supraśla. Policja szybko ustaliła, że osobiście podrabiał owe weksle, zaś puszczać je w obieg pomagała cała rodzinka.
  Za weksle te nabyte zostały kamasze w firmie Dobrobut oraz inne zakupy w szeregu białostockich sklepach. Ustalenie szczegółów działalności hochsztaplerskiej gromadki trwało długo. Na początku 1931 r. przed Sądem Okręgowym odbył się proces familii Chomczyków. Na ławie oskarżonych, obok fałszerza weksli Józefa, zasiedli: brat Mikołaj z żoną Lidią i szwagier Aleksander Kłusiewicz. Wyrok zapadł bardzo szybko – 1,5 roku, rok i rok. Bratowa Chomczyka oraz matka zostały uniewinnione. Z kolei w 1936 r. przed surowym obliczem sądowym stanął były sekretarz parafii św. Rocha, Stanisław Słobodzki, także oskarżony o sfałszowanie szeregu weksli właściciela składu aptecznego Stefana Sulikowskiego.
  Wszystko zaczęło się pod koniec 1932 r., kiedy to Słobodzki w czasie trwającego kryzysu, podjął decyzję o budowie domu. Znalazł się w trudnościach finansowych. Zwrócił się więc do znajomego aptekarza z ul. Dąbrowskiego 2, Stefana Sulikowskiego z prośbą o podżyrowanie kilku weksli. Ten nie odmówił. Tymczasem sekretarz parafialny coraz bardziej brnął w długi. Znowu poprosił znajomka o podżyrowanie dalszych weksli. Ten okazał się życzliwość, ale i nieroztropność, zgodził się.
  Kiedy jednak w obiegu znalazła się większa ilość weksli z żyrem Sulikowskiego, a Słobodzki znowu nagabywał go o ratunek, spotkał się ze zdecydowaną odprawą. Co zatem zrobił pechowy budowniczy domu? Zaczął podrabiać podpis aptekarza na swoich wekslach. Ten dowiedział się o tej mistyfikacji, lecz nie chciał początkowo nic z tym zrobić.   Dopiero kiedy zaczął być nawiedzany przez posiadaczy fałszywych walorów, zdecydował się złożyć zawiadomienie do prokuratury.
  Na rozprawie sądowej Słobodzki przyznał się co prawda do podrabiania podpisu, twierdził, że czynił to za wiedzą Sulikowskiego. Bo to przecież aptekarz namówił go do budowy feralnego domu, przyczyny jego finansowego krachu. Sąd nie podzielił argumentów Słobodzkiego. Dostał 1,5 roku więzienia i tylko amnestia złagodziła nieco ten wyrok.

Włodzimierz Jarmolik 

Tragiczny koniec Szymka Blausteina

Tragiczny koniec Szymka Blausteina

 

   Na przełomie XIX i XX stulecia opuścił chyłkiem Białystok kilkunastoletni wyrostek, Szymek Blaustein. Może wmieszał się w którąś z licznych podówczas awantur partyjnych albo też w hecę z carskim stójkowym – nie wiadomo.
  Bez grosza dotarł do Warszawy. Tutaj zapracował na bilet kolejowy do Berlina. Harując w garkuchni zarobił na drogę do Rotterdamu. Interesował go zwłaszcza tamtejszy port, okno Europy na cały świat. Długo nikt w Białymstoku nie wiedział, co się dalej działo z młodym Blausteinem. Aż wreszcie objawił się on w Afryce Południowej w szeregach awanturników, którzy pod auspicjami Anglików, zwycięskich w wojnie z Burami, rozdrapywali rządowe działki na złoto- i diamentonośnych polach. Białostoczanin nie dokopał się wymarzonych skarbów, ale zbudował za to na swoim terenie drewniany barak i otworzył w nim pierwszy w okolicy bar.
  Pomysł był dobry. Pomogły Szymkowi doświadczenia berlińskie. W barze zawsze było pełno fartownych górników. Były też draki i strzelaniny. Obrotny barman potrafił jednak dogadać się z miejscową policją. Przymykała ona oczy na bójki i trupy.
  Południowy zakątek Afryki zapełniał się coraz bardziej przybyszami z Europy. Obok złota i diamentów odkryto tam również bogate pokłady węgla. A Blaustein zakładał coraz nowe bary i zwiększał swoje dochody. Gdy zaczęło robić się mu za ciasno w Rodezji, za zgodą władz zmienił nazwisko na, nomen omen, Barman i przeniósł się do Konga belgijskiego. Tutaj wziął się do handlu z krajowcami i to na olbrzymią skalę. Cały kraj pokryły jego faktoria, pracujący dla niego agenci dysponowali zawsze dużym kapitałem.
  Nikt nie mógł wytrzymać konkurencji z firmą Barmana. Wkrótce eksbiałostoczanin był już właścicielem rozległych plantacji bawełny. Surowiec ten eksportował do Europy. W tym celu utworzył własną flotę handlową. Po kilkunastu latach, kiedy obrzydły mu afrykańskie upały, zlikwidował swoje kongijskie interesy i z całym, olbrzymim majątkiem wrócił na Stary Kontynent.
  Osiadł w Brukseli. Ponieważ nie mógł żyć bezczynnie, założył tu bank zajmujący się finansowaniem nowych przedsiębiorstw kolonialnych. W Brukseli przypomniał sobie też, że zostawił kiedyś w Białymstoku liczną rodzinę. Odwiedził więc swoją niepodległą już ojczyznę, pospacerował po ulicach rodzinnego miasta i choć nie ulokował tu nic ze swojego bogactwa, zabrał do Brukseli młodszego brata. Uczynił go ważną figurą w swoim banku, zapewniając udział w zyskach.
  Tymczasem w osieroconym przez Barmana Kongu powstało wiele małych przedsiębiorstw, prowadzących nadal handel z tubylcami. Lecz nie było to już to, co za dawnych czasów. Barman postanowił powrócić, chociaż w małym stopniu, do kongijskich interesów. Tak powstała firma „Papageo”, w którą brukselski bank zainwestował cały milion franków.
  Pod koniec 1930 r. prezes Barman otrzymał od dyrektora „Papageo”, Cypryjczyka Georghiona, alarmującą depeszę. Koniunktura w handlu załamała się, powstały duże straty, potrzebny jest kolejny zastrzyk gotówki. Barman szybko oszacował wszystkie za i przeciw otrzymanej informacji, rozważył trendy światowe, nieco uwagi poświęcił osobie dyrektora „Papageo” i odtelegrafował: dalszego finansowania nie będzie!
  Chociaż natarczywe depesze przychodziły jeszcze przez następnych kilka tygodni, prezes Barman wrzucał je beznamiętnie do kosza. Kiedy korespondencja ustała, odetchnął z ulgą. Nie wiedział tylko, czy feralna firma wygrzebała się z tarapatów, czy też pogrążyła się całkowicie i została zlikwidowana.
  3 stycznia 1931 r. około południa Szymon Barman, jak zwykle zasiadł za swoim imponującym biurkiem w brukselskim banku. W pewnym momencie, bez zwyczajowej zapowiedzi, do jego gabinetu wszedł elegancki mężczyzna. Barman rozpoznał w nim dyrektora Georghiona. Kiedy godzinę później zamówiony szofer przyjechał po szefa, zastał w pokoju na podłodze dwa trupy.
  Jak ustaliła policja belgijska, krewki Cypryjczyk strzelił trzy razy w plecy swojego pryncypała, a potem popełnił samobójstwo. Tak skończył żywot bogacz Szymon Blaustein-Barman, który opuścił niegdyś Białystok bez grosza przy duszy.

Włodzimierz Jarmolik

Nowe stado żubrów już na wolności

Nowe stado żubrów już na wolności

Puszcza Augustowska ma nowych mieszkańców. Po pobycie w zagrodzie adaptacyjnej nowe stado siedmiu żubrów trafiło na wolność. Teraz będą obserwowane przy pomocy obroży telemetrycznej, którą nosi krowa ze stada. Miejsce, gdzie przebywa nowe stado to specjalnie przygotowane pola i łąki, gdzie zwierzęta bez szkód będą mogły żerować. To też nie jest tak, że z zamkniętej zagrody zwierzęta zostały od razu „wypędzone na wolność”. Żubry mogą wracać do zagrody – brama jest otwarta.

 

Początkowo miejscowa ludność była przeciwna zasiedlaniu żubrami lokalnych terenów. Jednak wszystko się z czasem zmieniło, dlatego że mieszkańcy kiedyś nastawieni byli na działalność rolniczą, dzisiaj skupieni są na turystyce. A wiadomo, że dzikie żubry przyciągają. Szczególnie, gdy na dokładkę ma się takie walory jak krystalicznie czyste jeziora. Jeżeli do tego dodamy, że rolnicy z gminy powiatu hajnowskiego za dostarczanie siana żubrom na zimowe stogi otrzymują spore pieniądze… i rolnicy z gminy Augustów też mogą się o to postarać, to okaże się, że dzikie zwierzęta naprawdę nikomu nie będą przeszkadzać.

 

Oczywiście przewożenie żubrów nie jest robione „pod turystów” ani „dla pieniędzy”. Ochrona żubra polega przede wszystkim na zminimalizowaniu zjawiska wsobności genetycznej. A mówiąc ludzkim językiem – by żubry ze sobą spokrewnione nie rozmnażały się, bo będą rodzić się sztuki słabe i niedorozwinięte. Dlatego też mieszanie stad chroni te piękne zwierzęta przed samozagładą.

 

fot. Ministerstwo Środowiska

Nie trać głowy i miej tupet

Nie trać głowy i miej tupet

 

   W styczniu 1924 r. Liza Ajer, zamieszkała przy ul. Giełdowej 6, wyjechała wraz z dziećmi na zimowe ferie.
Tydzień później w domu tym pojawili się trzej mężczyźni, którzy otworzyli wytrychem drzwi do mieszkania pani Ajerowej i najspokojniej w świecie zaczęli plądrować szafy, kredensy i biurka. Wydobywali ze środka garderobę i inne cenne przedmioty. Cały ten majdan ładowali do przyniesionych ze sobą worków.
  Wkrótce przed dom przy ul. Giełdowej zajechały sanie zaprzężone w dwa konie. Złodzieje wynieśli swój łup i umieścili na saniach. Sąsiad z przeciwka, który zainteresował się całą operacją, otrzymał odpowiedź, że jest to tylko zwykła przeprowadzka, jeden z włamywaczy zaproponował mu nawet, aby pomógł w wynoszeniu mebli.
  Kiedy rodzina Ajerów wróciła z wakacji, była oczywiście mocno zmartwiona. Policjantom z Ekspozytury Urzędu Śledczego pomimo starań nie udało się odnaleźć tupeciarskich opryszków, ani skradzionych rzeczy.
  Inna przygoda spotkała jesienią 1927 r. Zelmana Jezierskiego, prowadzącego zakład fryzjerski przy Rynku Kościuszki 3. Do jego salonu zaszło dwóch klientów, zażyczyli golenie. Mistrz brzytwy i nożyczek wykonywał zlecenie i jednocześnie bawił swoich gości rozmową. Ci byli bardzo ciekawi, jaka jest cena poszczególnych narzędzi fryzjerskich i innych zawodowych przedmiotów. Interesował ich też dzienny utarg fryzjerni. Po skropieniu się wodą kolońską grzecznie opuścili salon.
  Kiedy następnego dnia pan Jezierski przyszedł do swojego zakładu, zdumiał się niezmiernie. Drzwi były wyrwane z zawiasów, a w środku lokalu wielki bałagan. Przybyła policja. Szybko okazało się, że zniknęły fryzjerskie narzędzia, a nawet wieszaki na ubranie.
  Wiele miesięcy później ujęto w Warszawie dwóch gagatków, którzy bawiąc w Białymstoku, obrabowali kilku fryzjerów, w tym i Zelmana Jezierskiego. Okazało się także, że zapotrzebowanie na narzędzia fryzjerskie złożył Abram Krauze, zawodowy paser fryzjerskich akcesoriów.
  W pierwszej połowie lat 20. klasą samym dla siebie był znany również na bruku białostockim stołeczny złodziej i oszust Dawid Dąb. W 1924 r. sąd udowodnił mu aż 142 przestępstwa popełnione zarówno w Warszawie, jak i na prowincji. Dąb miał w swoim repertuarze wiele rozmaitych sztuczek. Do każdej roboty zakładał inny strój, golił bądź zapuszczał wąsy, przylepiał sztuczną brodę, zmieniał okulary i laski. Właśnie dlatego policja warszawska, białostocka i inne z całego kraju nie mogły połączyć go z różnymi kradzieżami.
  Dąb upodobał sobie zwłaszcza robotę w sklepach jubilerskich. Zachodził tam zwykle jako bogaty, wymagający ziemianin z Kresów. Inną sztuczką stosowaną przez pomysłowego oszusta, było wyłudzanie towarów za pomocą sfałszowanych rachunków.
  Sposób był niesłychanie prosty. Najpierw płacił niewielki zadatek, później zmieniał sumę na otrzymanym pokwitowaniu. Po dodaniu niewielkiej kwoty, wychodził ze sklepu z różnymi atrakcyjnymi towarami. Również zabawiał się w ten sposób, że odbierał z lady sklepowej przedmioty zamówione i zapłacone przez innych klientów. Proceder ten wymagał zimnej krwi i dużej pewności siebie.
  Dąb jednak lubił ryzyko. Naciął się dopiero w sklepie futrzarskim. Zamówił kilkanaście najpiękniejszych skórek i polecił je odnieść pod wskazany adres. Tam miał uregulować rachunek. Na schodach wskazanego domu spotkał woźnego sklepowego z pakunkiem., Sprytnie zamienił paczkę na inną i odmówił zakupu. Woźny odniósł pakunek do sklepu, a tam się okazało, że drogie futerka zostały zastąpione jakąś lichotą. Zdesperowany woźny rozpoznał Dęba kilka miesięcy później na ulicy i wskazał policjantowi. Sześć lat więzienia to była cena za owocną działalność króla szopenfeldu.

Włodzimierz Jarmolik

Św. Rocha 10. Posesja rodziny Pastorów

Św. Rocha 10. Posesja rodziny Pastorów

 

   Najwcześniejsze informacje o tej nieruchomości pochodzą z 1864 r. Stanowiła ona część większej działki sąsiadującej od północy z cmentarzem parafialnym przy kaplicy pw. św. Rocha oraz od zachodu z posesją należącą do cerkwi prawosławnej pw. św. Mikołaja. 
  Posesja została wydzielona w 1877 r. Tego roku wykupił ją od włościan gminy Białostoczek Johann Wilhelm Pastor. Od tej chwili do II wojny światowej to on i jego potomkowie pozostawali właścicielami nieruchomości przy ul. św. Rocha 10. 
  Co wiemy na temat rodziny Pastorów ? Protoplasta rodziny, Johann Wilhelm urodził się w 1818 r. w miasteczku Burtscheida, dziś stanowiącym dzielnicę Akwizgranu. Najprawdopodobniej przybył na teren Królestwa Polskiego w latach 30. XIX w., po czym trafił do Supraśla, gdzie odnotowano go w 1846 r. Był żonaty z Otylią Rothert i tego roku na świat przyszedł jego pierwszy syn Wilhelm Otto. W metryce chrztu odnotowano, że Johann Wilhelm był „właścicielem fabryki”, co potwierdza przypuszczenie, że jego podróż z okolic Akwizgranu do Królestwa Polskiego (najpewniej do Zgierza lub Łodzi), a następnie do Supraśla, związana była z pracą w rozwijającym się przemyśle tekstylnym.
  W 1847 r. małżonkom urodziła się córka Maria Zofia. Na przełomie lat 50. i 60. XIX w. Johann Wilhelm i Otylia Pastorowie przeprowadzili się z Supraśla do podbiałostockich Dojlid, gdzie znaleźli zatrudnienie w jednej z fabryk włókienniczych. Tu urodził się ich kolejny syn Maksymilian Leopold (1852 r.). Jakiś czas później mieszkali już w Białymstoku,  w następnych latach przyszli na świat  Karol Ryszard (1856), Eugeniusz Aleksander (1864) oraz Hugo Teodor (data urodzin nieznana). Nie wiadomo, gdzie dokładnie mieszkali Pastorowie przed 1877 r., ani gdzie mieścił się ich zakład.
  W 1877 r. Pastor kupił posesję przy ul. św. Rocha, gdzie wkrótce postawił dom, o którego istnieniu dowiadujemy się w 1883 r. Co ciekawe, w 1852 r. Johann Pastor rozpoczął dodatkową działalność handlową, zakładając jeden z pierwszych w mieście sklepów dostarczających farb anilinowych. Warto wspomnieć, że w latach 50. XIX w. Dojlidach mieszkał Emil August Pastor, niewątpliwie brat Johanna Wilhelma. Był on synem Johanna Antoniego Heinricha Pastora, urodzonym również pod Akwiz- gran em.
  W 1852 r. ożenił się z pochodzącą z Supraśla Fryderyką Wilhelminą Luisą Klein, zachodziły więc między nimi wyraźne powiązania rodzinne i zawodowe. W 1869 r., tego samego dnia, zawarte zostały dwa śluby najstarszych dzieci Johanna Wilhelma: Wilhelm Otto ożenił się z Augustą Albertyną Arndt, córką przedsiębiorcy z Knyszyna, natomiast Maria Zofia wyszła za brata Augusty Albertyny, Friedricha Juliusa Arndta. W 1887 r. Maksymilian Leopold ożenił się z Marią Otylią Wagner, natomiast Hugo Teodor z Marią Wilhelminą Auguer. Johann Wilhelm Pastor zmarł w 1885 r., zaś wdowa po nim pięć lat później.

    Dopiero 8 marca 1895 r. w Petersburgu, gdzie mieszkała wówczas część spadkobierców, potomkowie Johanna podzielili się prawami do otrzymanej w testamencie nieruchomości w ten sposób, że pełnię władzy nad nią otrzymał Hugo Teodor Pastor. W 1914/1915 r. razem z młodszym bratem mieszkał Maksymilian Leopold (pisany zwykle jako Maks).
  Księga adresowa z 1897 r. odnotowuje, że synowie Johanna Wilhelma prowadzili we własnym domu przy ul. św. Rocha skład węgla (co mogło być przyczyną, dla której Pastorowie kupili dom w pobliżu stacji kolejowej) oraz agenturę towarzystwa ubezpieczeniowego „Petersburg”, jednego z najstarszych i największych w Rosji.
  Agentura i skład węgla działały do I wojny światowej (wymieniają je księgi adresowe z lat 1913/1914). W 1913 r. mieszkała tu Maria Szers zewicka, nauczycielka rękodzieła w Instytucie Imperatora Mikołaja I (dawnym Instytucie Panien Szlacheckich) oraz Ryszard Otto, będący w tym roku członkiem Rosyjskiego Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami.   W okresie międzywojennym nadal funkcjonowała firma węglowa dzieci Johanna Wilhelma. Maksymilian Leopold żył jeszcze w 1926 r., prowadził wówczas pod omawianym adresem istniejącą od 1852 r. firmę sprzedaży farb, natomiast w 1932/1933 r. mieścił się tu także dom sprzedaży komisowej.
  Pod koniec lat 20. XX w. właścicielką posesji przy ul. św. Rocha 10 została córka Hugo Teodora, urodzona w 1885 r. Maria Wilhelmina, nosząca po mężu nazwisko Spaska.
  W 1929 r. odsprzedała ona część nieruchomości Dymitrowi Maciejewskiemu, co doprowadziło do powstania dwóch posesji przy ul. św. Rocha 10 i 10/2. Wkrótce po 1929 r. Maciejewski zbudował murowany dom, który niedawno został rozebrany. Spaska była właścicielką pozostałej części ojcowizny do 1937 r., gdy odsprzedała ją Antoniemu Karpińskiemu. Zarówno Maciejewski, jak i Karpiński zostali odnotowali jako posiadacze praw własnościowych jeszcze w 1941 r.

Wiesław Wróbel
Biblioteka Uniwersytecka w  Białymstoku

Mają chronić żubry, a po ich działaniach jeden zdechł

Mają chronić żubry, a po ich działaniach jeden zdechł

Uparli się by wywozić żubra, który nikomu nie zagrażał. Popularny „Wojtek” zdechł po drugiej wywózce. To władze Białowieskiego Parku Narodowego za wszelką cenę chciały pozbyć się żubra ze wsi Budy. 

 

We wsi Budy – mieszkał samotny żubr. Warto wiedzieć, że jest to zwierzę stadne, a każdy „samotnik” powinien być bacznie obserwowany, gdyż jest stary, często chory i może zagrażać ludziom. W tym wypadku tak jednak nie było. Żubr „Wojtek” nie atakował ludzi, a był ulubieńcem mieszkańców. Często spacerował po Budach, nie reagował na ludzi robiących mu zdjęcia, zaglądał ludziom w okna i był przez nich czasem dokarmiany. Sami mieszkańcy bud nie czuli się zagrożeni jego obecnością.

 

Mimo tego władze Białowieskiego Parku Narodowego postanowili odłowić zwierzę i wywieźć do Puszczy Białowieskiej. Wojtek nie dał jednak za wygraną i wrócił do Bud. Władze BPN uważały jednak, że żubr nie powinien przebywać wśród ludzi. Było to bardziej działanie prewencyjne, bo stare zwierzę nikomu nie szkodziło. Po drugiej wywózce odnaleziono zwłoki Wojtka w pobliżu wsi Topiło – gdzie został przewieziony po kolejnym odłowieniu. Tak smutno kończy się historia wesołego żubra, który przeszkadzał tylko władzom Białowieskiego Parku Narodowego – których głównym zadaniem paradoksalnie jest ochrona żubra.

Chcą odremontować stare tory. Zobacz, gdzie będzie można dojechać

Chcą odremontować stare tory. Zobacz, gdzie będzie można dojechać

Z Łap do Śniadowa w przyszłości będzie można dojechać pociągiem. PKP PLK szuka już firm, które zaprojektuja ten odcinek na nowo i poprowadzi tam prace budowlane. Czy to oznacza, że PKP chce uruchomić tam regularne kursy pasażerskie? Tego jeszcze nie wiadomo, bo o tym decyduje inna spółka należąca do PKP – Regio, która pozyskuje pieniądze na połączenia regionalne z Urzędu Marszałkowskiego. Zatem to politycy zdecydują w przyszłości czy uruchamiać linię z Łap (lub Białegostoku) do Śniadowa. 

 

Przypomnijmy, że marszałek Leszczyński doprowadził do uruchomienia innej – nieużywanej linii. Szynobus zawiezie nas latem w weekendy z Białegostoku do Walił. Trasa wiedzie przez Puszczę Knyszyńską i ma wielu zwolenników, którzy chętnie wybierają się w tamte rejony. Bardzo ciekawe miejsce jest choćby w Sokołach – gdzie zatrzymuje się pociąg. Warto też odwiedzić Gródek. Druga linia, która została niedawno uruchomiona prowadzi z Białegostoku do Kowna na Litwie. 

 

Czy idąc śladem pierwszej i drugiej linii powstanie też trzecia – weekendowa dla turystów, czy też może przydałaby się regularna, by do Śniadowa można było dojechać każdego dnia?

Św. Rocha 33. Dom Aleksandra Satina

Św. Rocha 33. Dom Aleksandra Satina

 

   Tam, gdzie dziś znajduje się ulica Bohaterów Monte Cassino oraz teren Central Parku, jeszcze przed II wojną światową zlokalizowane były trzy kolejne nieruchomości, które nie przetrwały zniszczeń wojennych i późniejszych przekształceń urbanistycznych tej części miasta. 
   Charakterystyczny obiekt o ciekawej architekturze, powstał 1896 r. Jego budowniczym i wieloletnim właścicielem był Aleksander Satin.  Wiemy o nim niestety niewiele, chociaż w Białymstoku żył i działał przez kilka dekad. Do miasta przybył w 1887 r., aby objąć prestiżową posadę członka Rady Instytutu Panien Szlacheckich (Mikołaja I) oraz zarządcy ekonomicznego tej placówki.
  Wykształcenie wyższe uzyskał w Sankt Petersburskim Instytucie Technologicznym. Był wówczas żonaty, ale o jego rodzinie nie mamy żadnych informacji. W 1890 r. posiadał rangę kolegialnego asesora oraz order św. Stanisława 2 stopnia, a do 1900 r. otrzymał jeszcze ordery św. Anny 2 stopnia oraz św. Stanisława 3 stopnia.  Szybko odnalazł się w społeczności Białegostoku, zasiadając m.in. w zarządzie Rosyjskiego Towarzystwa Czerwonego Krzyża i Białostockiego Towarzystwa Straży Ogniowej,
  Pomocy Potrzebującym „Ekonomia i korzyść”, a po przejściu na emeryturę także z powiatu białostockiego jako członek Sądu Okręgowego w Grodnie. Jednym z najważniejszych osiągnięć w karierze urzędniczej Aleksandra Satina było niewątpliwie zainicjowanie powstania Białostockiego Towarzystwa Wzajemnych Ubezpieczeń od Ognia, którego został pierwszym prezesem. W Białymstoku mieszkał do I wojny światowej, po czym w okresie ewakuacji opuścił miasto, do którego nigdy więcej nie powrócił. 
 

Nieruchomość przy ul. św. Rocha 33 Aleksander Satin nabył 28 listopada 1895 r. od inżyniera Józefa Nejmarka. Zaledwie rok później, w 1896 r. na placu stanął okazały, murowany piętrowy dom z piwnicą i poddaszem, z dwiema oficynami od podwórza.
  Budynek był od początku pomyślany jako obiekt o wysokim standardzie – we wnętrzu urządzono cztery duże mieszkania liczące po kilka pokoi, salony, kuchnie oraz łazienki z toaletami i bieżącą wodą, które dawały właścicielowi dochód rzędu 3250 rubli rocznie.
  Nowy dom Satina możemy podziwiać na fotografii Józefa Sołowiejczyka, a jego szczegółowe plany zachowały się w Litewskim Państwowym Archiwum Historycznym w Wilnie. W 1897 r. nowy dom przeznaczony został w całości pod wynajem na potrzeby sztabu 16 Dywizji Piechoty. Do tego czasu mieścił się on w miejskim domu przy ul. Polnej (dziś ul. Waryńskiego 8), ale w 1897 r. car Mikołaj II zezwolił na uruchomienie w Białymstoku gimnazjum żeńskiego, które władze miasta postanowiły ulokować w domu przy ul. Polnej. W związku z tym rozpoczęto poszukiwania nowego lokum dla władz wojskowych.
  Najkorzystniejszą ofertę złożył Aleksander Satin i od końca 1897 r. sztab 16 Dywizji Piechoty ulokował się przy ul. św. Rocha 33, gdzie stacjonował do sierpnia 1914 r. Warto wspomnieć, że w domu tym przed 1915 r. mieszkanie miał również prezydent miasta Włodzimierz Djakow.
  Po 1919 r. dom Aleksandra Satina uznany został za majątek opuszczony, gdyż jego właściciel pozostał na terenie Rosji Sowieckiej. Nie wiemy, co działo się z omawianym budynkiem na początku lat 20. XX w. W 1921 r. budynek przy ul. św. Rocha 33 został zajęty przez magistrat na potrzeby szpitala św. Łazarza (zakaźny z oddziałem skórno-wenerycznym).
  W 1924 r. zlecono magistrackiemu wydziałowi technicznemu opracowanie projektu osuszenia podmokłego terenu wokół budynku. Pod koniec 1926 r. rada miasta zdecydowała się ostatecznie wykupić na własność posesję i dom Aleksandra Satina i pozostawała jej właścicielem do 1938 r.
  Ordynatorem szpitala był dr Jan Walewski. Placówka funkcjonowała w starym budynku do 1937 r., gdy wreszcie przeniesiono ją do jednego z gmachów Szpitala Zwierzynieckiego przy ul. Piwnej.
  Opuszczony obiekt przeznaczono na siedzibę Państwowego Przedsiębiorstwa PocztaTelefon-Telegraf.  Stan ten trwał jednak krótko. Nie wiadomo, co działo się z dawnym domem Satina w czasie II wojny światowej. Zachowało się zdjęcie z 1944 r., ukazujące pożar tego budynku, pod który ogień podłożyli wycofujący się Niemcy. Jego kompletną ruinę potwierdza zdjęcie lotnicze z września tego roku.

Wiesław Wróbel
Biblioteka Uniwersytecka w  Białymstoku

Hipodrom i skrzynka sanitarna

Hipodrom i skrzynka sanitarna

 

    W lutym 1931 roku Białystok obiegła wieść, że kroi się szansa wybudowania w mieście toru wyścigów konnych. To wcale nie była jakaś ekstrawagancja, tym bardziej, że gonitwy wierzchowców należały do jednej z bardziej popularnych rozrywek. Ba, mogły być i często były dobrym źródłem dochodów. Białystok w tej konnej sprawie wyraźnie odstawał. Najbliższy tor wyścigowy znajdował się w Grajewie. I właśnie stamtąd od prezesa Towarzystwa Wyścigów Konnych, hrabiego Hilarego Bnińskiego wyszła propozycja założenia białostockiego toru. Była godna zastanowienia, bowiem Ministerstwo Rolnictwa, które nadzorowało wyścigi poinformowało, że w najbliższym czasie zamierza zlikwidować tory właśnie w Grajewie, Baranowiczach i w Kielcach. Bniński prosił więc białostocki magistrat o „poparcie finansowe jak również lokomocyjno-administracyjne”. Propozycją swą zainteresował też urząd wojewódzki. Niestety rzeczywistość była skrzecząca. Białystok tonął w biedzie i częściej myślano tu o zamykaniu niż o otwieraniu czegokolwiek. Ale gdyby już wtedy był budżet obywatelski, to kto wie czy nie mielibyśmy dziś na zakończenie sezonu „Wielkiej białostockiej”, przy której pardubicka bladłaby z wrażenia.
  Innym historycznym pomysłem obywatelskim mogłaby być kładka – most łącząca dworzec kolejowy z ulicą św. Rocha. Ten „most żelazny urządzony za czasów rosyjskich” był wiecznym utrapieniem. Rosjanie wycofując się z Białegostoku w sierpniu 1915 roku zniszczyli go częściowo. Niemcy odremontowali most, ale prowizorycznie „drzewem i to na ukos”. Ten „ukos” znaczył tyle, że schody prowadzące z mostu wcale nie znajdowały się na osi ulicy św. Rocha.
  W 1925 roku władze kolejowe postanowiły doprowadzić kładkę do porządku. Elementy drewniane zastąpiono stalowymi, a „przy tem most zostaje wyrównany i wychodzi wprost na ul. Św. Rocha i przyjmuje kształt pierwotnego wyglądu”. Dziś nie jest specjalną ozdobą Białegostoku. A szkoda, bo przecież to po nim dostaje się do miasta duża część przyjeżdżających do nas podróżnych. Tu budżet obywatelski, ale kolejarski zarazem bardzo by się przydał.

  W tym samym 1925 roku powstały w Białymstoku niezwykle nowocześnie urządzone „auto – garaże”. To tak a`propos budowy parkingów i to zarówno tych wielopoziomowych jak i tych prozaicznych, ale przecież niezbędnych, osiedlowych. Jeszcze przed 1925 rokiem zauważono żywiołowy rozwój komunikacji samochodowej w mieście. Więcej w tym żywiole było jednak fascynacji niż rzeczywistości. Niemniej zabrano się energicznie za zrobienie czegoś z pożytkiem dla automobilistów. I tak 1 listopada 1925 roku przy Jurowieckiej 31 otwarto garaże.
  Nie były to żadne blaszaki, tylko solidna żelbetonowa budowla. Pisano, że „odpowiadają wymaganiom nowoczesnej techniki. Są tam poszczególne boksy z centralnym ogrzewaniem i oświetleniem elektrycznym. Mycie samochodów odbywa się w specjalnie na ten cel urządzonej hali. Są też pomieszczenia noclegowe dla przyjezdnych szoferów”. Zapowiadano, że już wkrótce uruchomione zostaną „warsztaty reparacyjne z działem montażowym i mechanicznym oraz wulkanizacja pod kierownictwem sił fachowych”.
  Przygotowywano się też do otwarcia sklepu z samochodowymi częściami zamiennymi. Najważniejszym jednak dodatkiem do garaży była „specjalnie ustawiona stacja benzynowa Tow. Galicja”. Całym tym motoryzacyjnym kombinatem zarządzała spółka, na której czele stali inżynier Mieczysław Berman i Abram Szapiro. Z tej dwójki to Berman był doświadczonym fachowcem, właścicielem firmy Autokaros, która zajmowała się między innymi produkcją karoserii samochodowych. Dzięki niemu garaże miejskie, bo tak potocznie je określano, szybko zyskały znakomitą opinię.
  Wymyślając propozycje do budżetu obywatelskiego należy jednak mocno zastanowić się, czy pomysł zostanie właściwie zrozumiany. Z tym pojawił się zabawny kłopot w 1921 roku. Oto przy magistracie, na rogu Warszawskiej i Pałacowej ustawiona została „skrzynka sanitarna”. Niestety sam nie wiem, bo nie udało mi się tej nazwy rozszyfrować, do czego ona konkretnie służyła. Być może chodziło tu o jakąś formę dobroczynności. Ale moja niewiedza jest całkowicie usprawiedliwiona, bo białostoczanie w 1921 roku też nie mieli pojęcia do czego tajemnicza skrzynka służy. Ale skoro już była, to uznali, że może służyć jako skrzynka pocztowa i nagminnie, pomimo magistrackich wyjaśnień, wrzucali do niej korespondencję.

Andrzej Lechowski

Św. Rocha 9. Tu stoi Dom Szumskich

Św. Rocha 9. Tu stoi Dom Szumskich

 

   Idąc po ul. św. Rocha z łatwością możemy pominąć przysłonięty drewniany domek, stojący w głębi posesji pod nr 9. Niepozorny parterowy budynek, ustawiony szczytem do ulicy, z szalowanymi elewacjami, dwuspadowym dachem poszytym dachówką i niewielką werandą od frontu, zachował się w bardzo dobrym stanie i niedawno został odświeżony przed przeznaczeniem jego wnętrza na potrzeby sklepu z antykami. W środku także posiada wiele oryginalnych elementów.
  Budynek przy ul. Św. Rocha 9 nie był miejscem ważnym w dziejach Białegostoku, nie działy się tu wydarzenia, które zapisały się w sposób trwały w historii miasta. Jego przeszłość związana jest z dziejami jednej rodziny, ale na tym polega wyjątkowość omawianego adresu – niewiele zachowało się w mieście budynków, w których w pełni odzwierciedla się dawno zapomniana mikrohistoria Białegostoku.
  Początki posesji przy ul. Św. Rocha 9 są trudne do uchwycenia z powodu braku źródeł historycznych. Istniała ona na pewno w latach 50. XIX w., nie wiemy jednak do kogo wówczas należała. Gdzieś na przełomie 1860 i 1861 r. zamieszkała tu rodzina Pawła i Eleonory Szumskich i z nimi oraz ich potomkami związane były od tej pory losy nieruchomości.
  Paweł urodził się w 1830 r. w Olmontach, jako syn Andrzeja i Joanny z Wilczyńskich. W wieku 33 lat znajdujemy go zatrudnionego w fabryce włókienniczej braci Commichau na terenie uroczyska Antoniuk. Sprowadził się tam przynajmniej kilka lat wcześniej, na pewno przed 1857 r. Mieszkał w jednym z fabrycznych domów i był już żonaty. Jego małżonką została Eleonora Felcuber, córka Józefy. Józefa wraz z córką i synem Antonim pracowali również w antoniukowskiej fabryce.
  W 1857 r. Pawłowi i Eleonorze urodziła się córka Weronika. Jej ojcem chrzestnym został August Bokge, kierownik fabryki na Antoniuku. Rok później urodził się Kazimierz, a w 1860 r. Sabina. Kolejny potomek Pawła i Eleonory, Wiktor, urodził się w Białymstoku w 1861 r.
  Po tej dacie małżonkowie mieszkali już w mieście, gdzie przy ul. Św. Rocha zbudowali drewniany, parterowy dom (możliwe, że to ten sam, który zachował się do dziś) i tam też rodziły się kolejne ich dzieci: Franciszka (1862), Sabina (1864), Bolesław (1866), Maria Jadwiga (1871) i Jadwiga (1875).
  Zdaje się, że Paweł Szumski pracował do emerytury w fabryce na Antoniuku, po czym podjął się zupełnie innych zajęć. Chyba nie był robotnikiem, ale raczej buchalterem, skoro w 1897 r. jest on wymieniany jako członek Białostockiego Powiatowego Urzędu Skarbowego z siedzibą przy ul. Aleksandrowskiej (dziś ul. Warszawska). Ale jednocześnie już pod koniec XIX w. Szumski prowadził własne przedsiębiorstwo kąpielowe, wymienione po raz pierwszy w księdze adresowej Białegostoku z 1897 r.
  Zachowany plan posesji Pawła Szumskiego z 1913 r. ukazuje rozlokowanie i zabudowę zakładu kąpielowego: składał się on z głównego budynku parterowego, wzniesionego z cegły, do którego od tyłu dostawione było odrębne pomieszczenie z kotłem parowym, natomiast za łaźnią  wykopane były cztery nieduże stawy stanowiące rezerwuar wody i miejsce jej odpływu.
  Łaźnia działała nadal w przededniu I wojny światowej, władze wojskowe wyznaczyły przedsiębiorstwo Szumskiego do obsługi rezerwistów i wojskowych na wypadek mobilizacji (łaźnia mieściła się tam, gdzie dziś znajduje się wieżowiec BSM i sklep spożywczy PSS).
  Paweł Szumski szybko zyskał wysoką pozycję w białostockiej społeczności polskiej, tak że w 1897 r. zasiadał już w radzie miasta. Jednym ze sposobów wspinania się w hierarchii społecznej były niewątpliwie małżeństwa, które zawarły córki Pawła i Józefy. W 1874 r. najstarsza ich córka Weronika wyszła za Adolfa Urbanowicza, a ich syn, Bolesław, był jednym z międzywojennych notariuszy w Białymstoku. Z kolei Sabina Szumska została wydana za pruskiego obywatela Augusta Różyckiego.
  Później Różyccy przeprowadzili się do własnego domu przy ul. Fabrycznej 35. Tam na świat przyszły ich dzieci, w tym Zygmunt Różycki, późniejszy założyciel teatralnego Towarzystwa „Pochodnia” oraz organizator Teatru Polskiego w Białymstoku w okresie międzywojennym.
  Jadwiga Szumska zawarła związek małżeński z mieszczaninem warszawskim Stanisławem Grzymałą. Natomiast najmłodsza córka Maria w 1906 r. wyszła za Józefa Mroczko. Józef początkowo kształcił się w Szkole Realnej w Białymstoku, po czym ukończył Chemiko-Techniczną szkołę w Iwanowo-Wozniesieńsku i powrócił do rodzinnego miasta. Był m.in. pracownikiem białostockich banków, a po 1919 r. do śmierci pełnił funckję dyrektora hotelu „Ritz” (zm. w 1924 r.).    Warto wreszcie wspomnieć, że Kazimierz Szumski jeszcze przed 1915 r. założył cegielnię „Feniks” w powiecie grójeckim, która działała do II wojny światowej.
  Na początku XX w. na posesji Pawła Szumskiego obok starego domu pamiętającego czasy przeprowadzki rodziny do Białegostoku, stanął drugi drewniany dom, w którym mieszkały córki z zięciami, w tym Maria i Józef Mroczkowie. Po śmierci Pawła i Józefy prawa własności przeszły na ich dzieci.
  W 1929 r. młodszy drewniany dom (św. Rocha 9/1) wraz z częścią posesji sprzedano Edmundowi Zdrójkowskiemu, który niedługo później wzniósł zachowany do dziś murowany dom w stylu dworkowym.  Oba budynki – Szumskich i Zdrójkwskich – przetrwały II wojnę światową i dziś stanowią cenny przykład miejscowej architektury z dwóch różnych epok. Warto także pamiętać o ich historii.

Wiesław Wróbel
Biblioteka Uniwersytecka w  Białymstoku

Św.Rocha 17 Od Dłużniewskich do Jenszów

Św.Rocha 17 Od Dłużniewskich do Jenszów

 
   Dom wzniesiono ok. 1929/1930 w stylu dworkowym. Posesję pod nr 11 wydzielono w 1929 r. z majątku Szumskich. Dzieje tego budynku związane są z Edmundem Zdrójkowskim.
  Był on początkowo pracownikiem fabryki Antoniego Wieczorka, gdzie zajmował się buchalterią. W okresie międzywojennym był członkiem Zarządu Chrześcijańskiego Zrzeszenia Kupców i zaczął działać na własny rachunek.
  W 1931 r., już mieszkając we własnym domu przy ul. św. Rocha 11 (wcześniej mieszkał przy ul. Artyleryjskiej 5), wraz z kilkoma przedsiębiorcami założył firmę „Komizap”, zajmującą się komisową sprzedażą zapałek Spółki Akcyjnej do Eksploatacji Państwowego Monopolu Zapałczanego w Polsce. Dom przetrwał wojnę  i niedawno trafił do gminnej ewidencji zabytków, ale mimo to jego los nadal nie jest pewny.
    Dawniej obszar ten podzielony był na trzy posesje. Pierwsza posesja, licząc od działki rodziny Szumskich, była niezabudowana. Kolejna pod nr 13 stanowiła własność rodziny Dłużniewskich: Roberta i jego małżonki Bronisławy z Gąseckich, którzy mieszkali w drewnianym parterowym domu. Warto ten fakt podkreślić. Rodzina Gąseckich wywodziła się z Płocka. Bronisława miała dwóch starszych braci: Adama i Ignacego oraz młodszą siostrę, z którą mieszkała w Białymstoku.
  Natomiast Adam pracował jako aptekarz w Płocku, tam też w Izbie Skarbowej zatrudniony był Ignacy. Prowizor Adam Gąsecki bywał w Białymstoku, gdzie chociażby w 1887 r. uczestniczył w pracach przy budowie Cmentarza Farnego. Ignacy Gąsecki, żonaty z Pauliną Mahnke, miał trójkę dzieci, w tym synów-bliźniaków: Rajmunda i Adolfa.
  Urodzony w 1868 r. Adolf Gąsecki to postać bardzo dobrze znana w kraju i na świecie. Poszedł bowiem w ślady swego stryja i został farmaceutą. Na początku XX w. wynalazł recepturę leku przeciwbólowego MigrenoNervosin (tzw. proszków z kogutkiem), który do II wojny produkował w Mokotowskiej Fabryce Chemiczno-Farmaceutycznej „Adolf Gąsecki i Synowie”, a prosperujący zakład został zniszczony w czasie wojny.
  Trzecia posesja, przyporządkowana do ul. św. Rocha 15, należała do rodziny Borysiewiczów. Borysiewiczowie wywodzili się z wsi Białostoczek i mieli przy ul. św. Rocha grunta, które z czasem weszły w granice miasta.   Pierwszymi uchwytnymi w źródłach właścicielami tej posesji był Jakub Borysiewicz, po którym odziedziczył ją jego syn również Jakub. W 1856 r. ożenił się on z Teofilą Hejman. Spis wiernych białostockiej parafii z 1869 r. odnotowuje stojący w tym miejscu dom rodziny Hejmanów, w którym mieszkała matka Teofili, Rozalia, oraz Jakub i Teofila Borysiewiczowie.
  W kolejnych latach doczekali się sporej gromadki dzieci: Rozalii (1858), Augustyny (1860), Wincentego (1863), Julianny (1870), Marii (1872), Jakuba (1875), Marii (1878), Bronisławy (1881) i Weroniki (1884), która zginęła tragicznie w wypadku kolejowym w 1902 r.
  Borysiewiczowie w miejscu starego domu pod koniec XIX w. wznieśli murowaną piętrową kamienicę, która po 1919 r. przyporządkowana zos tała do ul. Sukiennej 1. Z czasem majątek ten uległ podziałowi na kilka mniejszych posesji, z których ta przy ul. św. Rocha 15 przypadła Bronisławie Borysiewicz.
  W 1930 r. wydzierżawiła ona front posesji od strony ul. św. Rocha Srolowi Treszczańskiemu, który postawił w tym miejscu kiosk. Natomiast położona w głębi działka, na której stała kamienica przy ul. Sukiennej 1, przeszła na własność Antoniego Wiszowatego, męża Marii Borysiewicz. Stan ten utrzymał się do II wojny światowej. Maria Wiszowata zmarła stosunkowo młodo w 1932 r., natomiast Antoni w 1947 r. Na Cmentarzu Farnym znajduje się ich rodzinny grobowiec.

  Ulica Sukienna istniała już pod koniec XIX w. jako zaułek, któremu z czasem nadano nazwę ul. Wieczorkowskiej. Łączyła ul. św. Rocha z ulicami Zamiejską i Stołecką, przemianowane po 1919 r. na ul. Sosnową i Stołeczną. Specyficzna nazwa wynikała z faktu, że ulica ta prowadziła do fabryki Wojciecha Wieczorka, która znajdowała się przy ul. Sosnowej (jej budynki częściowo zachowały się do dzisiaj). Dopiero w 1919 r. nadano jej utrzymaną do dziś nazwę ul. Sukiennej. Za  ul. Sukienną znajdują się dwie posesje przyporządkowane do nr 17. Z dawnej zabudowy tej nieruchomości przetrwał tylko murowany piętrowy dom pod nr 17B, natomiast dostawiony do niego od strony ul. Sukiennej parterowy budynek został kilka lat temu rozebrany.
  Posesja pod nr 17 także początkowo należała do gospodarza ze wsi Białostoczek – Mikołaja Korbuta. Jego córka, Anna, wyszła w 1871 r. za pruskiego poddanego Antoniego Jensza (Ensza). W 1880 r. ojciec podarował córce i zięciowi plac w Białymstoku przy ul. św. Rocha, na którym małżonkowie zbudowali dom i w nim zamieszkali. Spis parafian z 1891 r. odnotowuje dom Jensza zamieszkały przez Antoniego i Annę z dziećmi:  Mikołajem, Janem, Józefem i Aleksandrem. W latach 90. XIX w. Jenszowie zaciągnęli pożyczkę pod zastaw swojego majątku, którą z pewnością spożytkowali na budowę nowego domu, być może zachowanego do dziś piętrowego budynku. W okresie międzywojennym posesja przy ul. św. Rocha 17 należała do potomków Antoniego i Anny.

Wiesław Wróbel 

Nie zlikwidują dworca. Politycy wycofali się z głupiej decyzji

Nie zlikwidują dworca. Politycy wycofali się z głupiej decyzji

Jest porozumienie między prezydentem Suwałk a władzami województwa i szefostwem PKS Nova. Kasy biletowe wrócą do budynku, gdzie znajdowały się ostatnie 20 lat. Firma przewozowa nie chciała płacić za wynajem pomieszczeń, wolała by kasy znajdowały się w małym, nieprzystosowanym budynku – szukając oszczędności. Warto jednak dodać, że zanim powstało PKS Nova – istniejący PKS Suwałki nie miał takich problemów. Wówczas firma miała dobre wyniki finansowe. Za to PKS Białystok fatalne. Wszystko to przez sposób zarządzania dwoma firmami.

 

Utworzenie PKS Nova miało był próbą ratowania PKS Białystok kosztem PKS Łomża, Suwałki, Siemiatycze i Zambrów. Okazało się jednak, że nieudolność prezesa spowodowała, że firma szuka oszczędności… w Suwałkach, zamiast wypracować taki model, by przynosiła zyski. Przypomnijmy, że PKS Nova składa się z ludzi związanych z Platformą Obywatelską a także PSL. Na szczęście głupia decyzja polityków, by likwidować po 20 latach dworzec w Suwałkach została cofnięta.

 

Bujanie  w obłokach

Bujanie w obłokach

 

   W 1926 roku kiedy to w czerwcu wojewoda białostocki Marian Rembowski i działacze Ligi Obrony Przeciwlotniczej i Przeciwgazowej, wśród których był późniejszy prezydent Białegostoku płk Michał Ostrowski, podjęli decyzję o budowie lotniska z prawdziwego zdarzenia.
  Sprawy szły w dobrym kierunku, bo już w kwietniu 1927 roku, do Białegostoku przyjechała komisja lotnicza, aby wskazać najkorzystniejszą lokalizację. Wybrano łąki podmiejskiej wsi Krywlany. Jednocześnie prowadzona była szeroko zakrojona akcja propagandowa.
  W 1927 roku zaczął ukazywać się miesięcznik Wiadomości Lotnicze. W 1930 roku podano informację, że już na wiosnę następnego roku miasto będzie miało „stację lotniczą”. Właśnie planowano uruchomienie linii pasażerskiej Ryga-Wilno-Warszawa. Białystok ze swoim przyszłym lotniskiem był dogodnym punktem na tankowanie paliwa. Ustalono więc, że gdy tylko zima z 1930 na 31 się skończy, to ruszą prace w majątku Dojlidy, gdzie planowano ulokować „stację”.
  Ogólny kryzys gospodarczy opóźnił jednak realizację tego ambitnego planu. Ucierpiały też z tego powodu loty do Rygi, które przełożono na lato 1931 roku. W tej sprawie trwały natomiast permanentne „konferencje polsko-łotewskie”. Ale Białystok, nie bacząc na ogólny marazm i gadulstwo, szykował się. Nawet ogłoszono, że „przy pracach nad urządzeniem lotniska winni znaleźć zajęcie liczni bezrobotni z Białegostoku”.
  W trakcie tych gabinetowych przymiarek do lotniska wydarzyła się w Białymstoku rzecz niezwykła. Oto 5 marca 1931 roku około godziny 14 nad Bojarami pojawił się samolot R XIV Lublin.
  Był to samolot szkolno-treningowy. Maszyna ku przerażeniu mieszkańców leciała coraz niżej, aż wreszcie niemalże ocierając się o dachy domów przy ulicy Piasta wylądowała na polu przylegającym do zabudowań. Kto żyw ruszył pędem w tym kierunku. Okazało się, że samolot szczęśliwie wylądował, a przyczyną przymusowego lądowania był brak paliwa.
  Za sterami tego niewielkiego samolotu siedział jeden z najlepszych polskich pilotów Władysław Szulczewski, który był fabrycznym oblatywaczem nowych konstrukcji. Towarzyszył mu mechanik Stanisław Pogorzelski. Szybko zorganizowano dostawę paliwa i ku wielkiej radości zgromadzonych samolot wystartował.
  Można przypuszczać, że dziękując gościnnym białostoczanom pilot na pożegnanie pomachał samolotowymi skrzydłami i tyle go widziano. Rok po tym wydarzeniu 29 kwietnia 1932 roku został podpisany akt notarialny dotyczący budowy lotniska. Stanęli do niego właściciel Dojlid Janusz Rafał Lubomirski i reprezentujący skarb państwa wojewoda białostocki Marian Zyndram Kościałkowski.
  W mieście zaczęto organizować zbiórki pieniężne na budowę. Wiadomość, że ruszy ona wreszcie przyjęta została entuzjastycznie. Pierwszy z pomocą pospieszył Mikołaj Kawelin, który ze swojego tartaku podarował deski na wzniesienie hangarów. Ich budowę wsparła też w 1936 roku gwiazda kabaretów warszawskich – Loda Halama, która bawiła białostoczan w sali kina „Świat” (obecnie Ton) przeznaczając swoją gażę na ten cel.
  Niestety nikt już nie wspominał o lotach pasażerskich Warszawa – Ryga. Tymczasem Liga Obrony Przeciwlotniczej i Przeciwgazowej po raz kolejny rozpaliła wyobraźnię białostoczan. W 1933 roku zorganizowała koło szybowcowe i rozpoczęła zapisy chętnych. Kolejnym szlagierem Ligi była skocznia spadochronowa w Zwierzyńcu.
  Wkrótce jednak wszystkie te plany i marzenia zniweczył wybuch wojny. Na Krywlanach zainstalowali się Swieci. W zimie 1941 roku rozegrała się nawet niezwykła potyczka lotnicza pomiędzy sojuszniczymi lotnikami. Wspominał o niej naoczny świadek Ryszard Wróbel w książce „Naprzeciw burzom i chmurom” M. Nikiciuka i J. Puśko.
  Oto ta relacja. „W latach 1940-41 lądował dwa razy dziennie na Krywlanach niemiecki dwusilnikowy samolot kurierski lub transportowy. […] Pewnego zimowego dnia 1941 roku pojawił się nad Białymstokiem inny niemiecki samolot, z jednym silnikiem. Para sowieckich „ŁaGG-ów” usiłowała zmusić intruza do lądowania na lotnisku. Niemiec nie reagował. Padły serie z broni pokładowej. Samolot niemiecki odpowiedział ogniem. Jeden z sowieckich samolotów spadł w pobliżu wsi Oliszki k. Barszczewa – pilot zginął. Z Krywlan startuje 10 samolotów myśliwskich w pogoni za Niemcem. Samolot niemiecki jest uszkodzony, obniża lot i ląduje szczęśliwie na śniegu pomiędzy wioskami Porosły – Łyski. Jeden z myśliwców sowieckich odnajduje niemieckiego „przyjaciela” i krąży nad nim strzelając rakiety sygnałowe. […] Od strony szosy warszawskiej nadbiegają z bronią gotową do strzału ruscy wojskowi. […] Niemcy ustawieni przy śmigle samolotu w pozycji na baczność oddają honory wojskowe i witają się z Sowietami. Ktoś z przybyłych wojskowych jednemu z lotników usiłuje odpiąć pas. Niemiec energicznie reaguje – waląc Sowieta po łapach. Niemieccy piloci sami zdejmują pasy z bronią i oddają dobrowolnie Sowietom. Nazajutrz prasa sowiecka opublikowała zdjęcia z awaryjnego lądowania niemieckich lotników komentując całe wydarzenie w tonie przyjacielskiej wizyty”.
  Już wkrótce jednak Niemcy mieli zainstalować się na Krywlanach. To oni budują hangary, betonowy pas startowy i całą niezbędną infrastrukturę. Wycofując się w lipcu 1944 wysadzają większość budynków.
  Po zakończeniu wojny Białystok był zrujnowanym miastem. Jednak ku zaskoczeniu wszystkich marzenia o pasażerskich lotach z Białegostoku ziściły się już w 1945 roku. Wychodząca w mieście gazeta Jedność Narodowa informowała, że „w dniu 22 kwietnia o godzinie 11.50 nastąpiło otwarcie Polskich Linii Lotniczych LOT w Białymstoku. Na uroczystość otwarcia przybyli z Warszawy samolotem pasażerskim typu Douglas, Minister Poczt i Telegrafów Kapeliński, wiceminister Komunikacji Olewiński oraz Dyrektor linii lotniczych Zieliński wraz z personelem. Ponadto wziął w uroczystości otwarcia udział płk sztabu wojsk sowieckich płk Worszennikow. Przedstawiciele władz zabawili w Białymstoku godzinę poczem odlecieli do Warszawy”.
  Od 30 kwietnia 1945 roku loty na trasie Warszawa – Białystok – Warszawa dostępne były „dla ludności cywilnej”. Uwaga była jedna: „korzystać z niej będą mogli wszyscy oddelegowani służbowo, a w miarę wolnych miejsc i inni”. Bilety sprzedawane były na poczcie. Samoloty startowały z Krywlan o godzinie 12.50 i po 50 minutach były już w stolicy. Informowano też, że LOT przewozić będzie też „pocztę codzienną i czasopisma”. Niestety wkrótce loty pasażerskie do Warszawy zawieszono.

Andrzej Lechowski – dyrektor Muzeum Podlaskiego

Oburzające posunięcie polityków. Najpierw zabrali majątek, teraz likwidują

Oburzające posunięcie polityków. Najpierw zabrali majątek, teraz likwidują

To co się wydarzyło w ostatnim czasie można nazwać zwykłym chamstwem. Szczególnie jeżeli popatrzymy na kontekst sprawy szerzej. Dworzec PKS w Suwałkach po 20 latach istnienia zostaje zamknięty, zaś kasy biletowe przeniesiono do budynku, który znajduje się obok. PKS Nova tłumaczy się oszczędnościami. Włodarze Suwałk są oburzeni. Tak w skrócie wygląda cała sprawa. Jednak jej tło jest jeszcze bardziej oburzające.

 

Zanim powstała spółka PKS Nova – mieliśmy PKS Białystok, PKS Suwałki, PKS Łomża, PKS Zambrów oraz PKS Siemiatycze. Do tego czasu PKS Białystok miał fatalne wyniki finansowe, zaś PKS Suwałki bardzo dobre. Po zmianach cały majątek wszystkich spółek trafił do Białegostoku. Ponadto oddano w użytkowanie wieczyste też ziemię wokół dworca w Białymstoku, zbudowano nowoczesną poczekalnię i kilka peronów. Tymczasem w Suwałkach, które najbardziej straciły na utworzeniu PKS Nova (bo musieli oddać pieniądze nieudacznikom, którzy sami nie potrafili zarządzać tym co mieli) – zabierają dworzec i robią oszczędności. Dlatego można nazwać to zwykłym chamstwem uderzającym w mieszkańców Suwałk.

 

Takie postępowanie pokazuje dobitnie, że politykom nie można dawać nic do zarządzania, bo wszystko tylko popsują. A warto dodać, że w radzie nadzorczej firmy znajdują się politycy związani z Platformą Obywatelską i PSL. Zaś prezesem został człowiek powołany bez konkursu, którego ojciec jest dobrym kumplem posła PSL. Marne to pocieszenie, że jesienią odbędą się wybory samorządowe i zapewne wygrana partia miotłą wyprowadzi radę nadzorczą i prezesa, lecz wprowadzi tam swoich polityków, którzy dalej będą psuć nazywając to restrukturyzacją.

Bandycki rok dziewiętnasty

Bandycki rok dziewiętnasty

Polska odzyskała niepodległość. Ale ludziom nie żyło się wcale radośnie. Zniszczenia wojenne, administracyjny niedowład, drożyzna – to wszystko powodowało kiepskie nastroje. Do tego dochodziła jeszcze plaga bandytyzmu.

W 1919 roku rabunki na białostockich ulicach, w sklepikach czy domach zdarzały się bardzo często. Były wręcz na porządku dziennym, a także nocnym. Oto na początku kwietnia, tuż przed zapadnięciem zmroku, do mieszkania fabrykanta Kryńskiego, przy ul. Nowy Świat, wtargnęło kilku uzbrojonych osobników. Wymachując pistoletami, postawili pod ścianą służącą i zaczęli szperać w szufladach, szafach i innych meblach znajdujących się w pokojach.

Zdesperowana pomoc domowa, lękająca się bardziej swojej pani niż bandziorów, wyskoczyła na balkon i podniosła rwetes. Złoczyńcy rzucili się do ucieczki. Na ulicy próbował ich zatrzymać policjant, pełniący w pobliżu służbę. Doszło do strzelaniny. Stróż prawa i porządku został ranny lekko w głowę.

W tym samym roku wiele identycznych napadów rabunkowych dokonywali mężczyźni ubrani w mundury wojskowe. Mogli być to rzeczywiście zdemoralizowani żołnierze albo dezerterzy z pobliskich garnizonów. Strój wojskowy był również często kamuflażem miejscowych opryszków. W mundurach bandyci czuli się szczególnie bezkarnie. Nawet policjanci mieli przed nimi respekt.

Był letni, piątkowy wieczór, kiedy to do mieszkania Jana Gryniewskiego przy ul. Północnej 1 wtargnęło kilku bandytów przebranych w mundury. Na twarzach mieli maski a w rękach rewolwery. Kazali sobie oddać wszystkie pieniądze i inne cenności.

Wystraszony mieszczuch czym prędzej opróżnił swoje schowki. Uzbierało się tego sporo – 15 tys. marek, 30 złotych dziesięciorublówek, 40 rubli w srebrze, złoty i srebrny zegarek na złotym łańcuszku. Po rabunku bandyci zagrozili wszystkim znajdującym się w mieszkaniu, żeby nie próbowali przez pół godziny wychodzić na zewnątrz, sami z kolei spokojnie wyszli.

Nie zawsze jednak bandyckie akcje kończyły się takim, jak powyżej opisane, sukcesem. Niekiedy były też wpadki. Taka jak ta na przykład: 5 czerwca o godzinie drugiej po południu do mieszkania Feliksa Zielińskiego przy ul. Wasilkowskiej 51 wkroczyło z powagą dwóch osobników w żołnierskich uniformach, uzbrojonych w długie bagnety. Oznajmili od progu, że mają nakaz przeprowadzenia rewizji.

Zieliński usiłował protestować. Bandyci zagrozili mu wówczas śmiercią, następnie zarekwirowali kwit na 4,5 tysiąca marek, 75 marek gotówką i dwie pary spodni. Okradziony białostoczanin nie darował jednak swojej straty. Wspólnie ze znajomym policjantem Wenderlichem wytropił kryjówkę rabusiów przy ul. Gogola 60. Zatrzymani zostali Bolesław Korolkiewicz i Grzegorz Jeszko. Przeprowadzona rewizja przyniosła jednak mizerny efekt. Odzyskano tylko jedną parę spodni.

Szczególnie niebezpieczna banda rabusiów działała jesienią 1919 roku. 5 listopada wieczorem dokonała ona napadu na sklep Arona Lacha, mieszczący się przy ul. Angielskiej. Właściciel skromnego, kupieckiego interesu, który wzdragał się przed oddaniem dziennego utargu, został ciężko poraniony nożem.

Następną ofiarą groźnej szajki stała się Marianna Kozłowska, a nieco później, przy ul. Mariapolskiej, Julian Turowski, gospodarz z majątku Rogowo. Za każdym razem w rękach bandytów znajdowały się sprężynowce, których nie wahali się używać.

Podjęta przez policję natychmiastowa obława przyniosła niebywały skutek. W policyjnej sieci znaleźli się od dawna poszukiwani przestępcy: Stanisław Żmojda, Bolesław Wiśniewski, Bolesław Grygieniec, Aleksander Bidrycki, a zwłaszcza ich prowodyr Józef Kragiel, zwany przez kompanów Białym Józikiem.

Pod koniec listopada wszyscy stanęli przed sądem doraźnym. Mogli spodziewać się nawet kary śmierci. Kilka dni wcześniej taka kara spotkała innego bandytę, Arteniusza Ochryniaka, dla którego sąd nie dopatrzył się żadnych okoliczności łagodzących.

Włodzimierz Jarmolik 

Twórca z Łomży otrzymał 10 prestiżowych nagród za swój film!

Twórca z Łomży otrzymał 10 prestiżowych nagród za swój film!

Piotr Domalewski, pochodzący z Łomży twórca otrzymał wczoraj „Orły” za swój ostatni film „Cicha noc”. Polska Akademia Filmowa przyznała reżyserowi aż 10 statutetek! „

 

Cicha noc” to komediodramat, który pokazuje „typowo polskie” problemy w „typowo polskiej” rodzinie. Akcja filmu rozgrywa się na święta Bożego Narodzenia w jednej z polskich wsi, gdzieś na północnym wschodnie. Jednak te problemy są tylko tłem dla prawdziwej, pasjonującej fabuły filmu. Widać, że Domalewski mocno wzorował się na Wojciechu Smarzowskim – twórcy takich hitów jak Wesele czy Drogówka.

 

Film „Cicha noc” jest fabularnym debiutem łomżanina. „Orły” zostały mu przyznane za najlepszy film, reżyserię, dźwięk, dwie role drugoplanowe, główną rolę męską, scenariusz, zdjęcia oraz odkrycie roku i nagrodę publiczności.

 

Serdecznie gratulujemy i prosimy o więcej!

 

Czym trudnili się  nasi sąsiedzi  w 1932 r.

Czym trudnili się nasi sąsiedzi w 1932 r.


BIBLOTEKA MIEJSKA
–Aleksińska Helena. Sukienna 9

BIURO EWIDENCJI LUDNOŚCI
–Lankau Antonina. Stołeczna 49 –Przybyszewski Leopold. Sosnowa 64 –Sztorm Władysław. Młynowa 55

WYDZIAŁ FINANSOWO-PODATKOWY
–Gołębiewski Ryszard. Św.Rocha 5

REFERAT RACHUBY PODATKOWEJ
–Arcimowicz Wiktor.Sosnowa 82

BUCHALTERIA GŁÓWNA
–Kucharski Władysław. Św.Rocha 27

POBORCA PODATKOWY
–Wulf Aleksander. Św.Rocha 14 b

SEKWESTRATORZY
–Rewet Jakób. Św.Rocha23-Stołecki Wacław.Stołeczna 17 –Tapicer Zelig. Św.Rocha 5

SZPITAL ŻYDOWSKI
–Gierejkówna Konstancja. Grunwaldzka 33

SZPITAL ŚW.ŁAZARZA
–Oświemcińska Antonina. Św.Rocha 33 –Waszkiewicz Wanda. Św.Rocha 33

CHIGIENA SZKOLNA
–Dr.Białówna Irena. Św.Rocha 2

NADZÓR SANITARNY I POMOC LECZNICZA
–Bojko Bolesław. Grunwaldzka 52 –Filipowski Bolesław. Grunwaldzka 52


POBORCY TARGOWI
–Starosielc Władysław. Św.Rocha 6

STRAZ POŻARNA
–Piotrowski Piotr. Równoległa 13

RZEŹNIA MIEJSKA
–Harasimowicz Józef. Stołeczna 31


SĄD OKRĘGOWY
–Jan-Henryk Dąbrowski.Św.Rocha 16 –Edward Obidziński. Sosnowa 23 –Wincent Gorczyński. Sosnowa 80 – Konstanty Wodak. Św.Rocha 17 –Stefania Busłowska. Sosnowa 64


TŁUMACZE PRZYSIĘGLI
–Fejga Lewin. Krakowska 1

ADWOKACI
–Sławiński Wacław. Krakowska 1

IZBA SKARBOWA
–Żukowski Aleksander. Św.Rocha 19 –Matysiewicz Zygmunt. Stołeczna 43 –Bruszniewicz Wincent. Mohylewska 22
–Chodorowski Kazimierz. Angielska 18 –Dziengielewski Bronisław. Pokorna 12 –Drohomirecki Wilhelm. Grunwaldzka 34a
–Pabijan Piotr. Św.Rocha 27 –Jasińska Wanda. Św.Rocha 17 –Lubecki Artur. Stołeczna 29 –Szredziński Adam. Św.Rocha 4
–Niwiński Zykfryd. Grunwaldzka 47 –Massalski Gustaw. Sosnowa 86


URZĄD SKARBOWY NA POWIAT
-Tarnasiewicz Aleksander Św.Rocha 19 -Przygoda Bronisław. Stołeczna 31

BIURO KOMISJI ZIEMSKIEJ
–Maciejewski Henryk. Grunwaldzka 36 a –Kurewicz Wacław.  Grunwaldzka 40 –Bluhm–Kwiatkowski Marjan. Grunwaldzka 36
–Kopacz Aleksander. Grunwaldzka 36a –Toczydłowska Stanisława. Stołeczna 17a

REFERAT MELIORACJI
–Rafalski Zygmunt. Depowa 1

URZĄD POCZTOWO-TELEGRAFICZNY
–Cesulówna Stefania.Stołeczna 31 –Zienkiewicz Edward. Grunwaldzka 25 –Muchówna Helena. Stołeczna 89 –Ostaszewski Feliks. Stołeczna 17 c –Wiktorzakowa Tekla. Stołeczna 7 –Wiszowatówna Sabina. Sukienna 1 –Karczewska Jadwiga. Sosnowa 37 –Gierda Antoni. Stołeczna 14 –Grunwald Bolesław. Sosnowa 67 –Kazimierczak Tadeusz. Młynowa 86 –Wysocki Zenobiusz. Sosnowa 1 –Marchlik Bronisław. Grunwaldzka 55
–Gołębiowski Bolesław. Krakowska 1 –Szydłowski Piotr.Witebska 13 –Koseski Stanisław. Stołeczna 85 –Mitkiewicz -Żółtek Marja. Stołeczna 11 –Zielkiewiczowa Jadwiga. Grunwaldzka 25

POLSKIE KOLEJE PAŃSTWOWE
–Niemyjski Kazimierz. Stołeczna 17 –Ruszkowski Aleksander. Sosnowa 45 –Lankau Walerjan. Stołeczna 49 –Wygnanowski Marjan. Św.Rocha 8 –Litwińczak Zygmunt. Grunwaldzka 25 –Sławińska Leonarda. Grunwaldzka 37 –Sanderacki Zygmunt. Stołeczna 7 –Borowski Stanisław. Stołeczna 24 –Napiórkowski Władysław. Krakowska 7 –Linkiewicz Michał. Stołeczna 77
–Małecka Adela. Równoległa 13 –Zajkowski Michał. Angielskaa 16 –Bek Józef. Kielecka 16


GIMNAZJA i SZKOŁY
–Kurowska  Wiktoria. Stołeczna 17 a –Einhornowa F. Krakowska 1 –Seidler S. Św.Rocha 7 –Ludera Franciszka .Św.Rocha 9 –Schepper Rudolf. Sukienna 1
–Warmbrun Ruta. Św.Rocha 1 –Białówna Janina. Św.Rocha 1 –Zermanówna Anna. Św.Rocha 8 –Kononowiczówna Jadwiga. Św.rocha 5 –Schonbrun Mikołaj. Sosnowa 49 –Schonbrunnowa Paulina. Sosnowa 43 –Pat Rywka. Cieszyńska 4 –Kaplan B. Brukowa 26


LEKARZE
–Ginzburg K. Św.Rocha 1 –Goldberg S. Krakowska 5 –Kunda Aleksander. Św.Rocha 33


AKUSZERKI
–Gębicka-Gołowicz M.. Grunwaldzka 25 –Gilewska Br. Stołeczna 85 –Bogdanowicz W. Stołeczna 1-Fokke J. Grunwaldzka 47


JADŁODAJNIE
–Rybałowski M. Św.Rocha 35


KAMASZNICY
–Perelmuter L. Sosnowa 5

KAWIARNIE
–Muszyński P. Św.Rocha 19 –Parasol Pola. Św.Rocha 1


KOMISOWE 
–Pastor J. Św.Rocha 10

MLECZARNIE
-Kaplan Doba. Brukowa 1


MŁYNY
–Kacprowski A. Młynowa 64 –Oguszewicz G. Młynowa 64 –Ostryński. Sosnowa 21 –Wyłoga. Cieszyńska 4

OBUWIE
–Szapiro. Sosnowa 8
–Zabłudowska E. Sosnowa 1


OCET
–Pianki E. Kijowska 12
–Sokołowicz Ch. Sosnowa 5


OLEJARNIE
–Frydman. Orlańska 12
–Jonatanson N. Cieszyńska 2
–Szarf L. Sosnowa 1


PIECZYWO
–Prypsztejn M. Sosnowa 10 –Chilkin P. Sosnowa 22 –Dimocher. Odeska-Funke Bronisław. Brukowa 26 –Kantorowski J. Sosnowa 19 –Lach B. Angielska 6 –Niemkowski. Orlańska 6 –Peres. Sosnowa 9 –Punie H. Odeska 19 –Sataner. Sosnowa 31 –Spektor T. Krakowska 8 –Szostanowska. Sosnowa 26 –Weljan D. Brukowa 20 –Wolański M. Sosnowa 31 –Zeligzon F. Krakowska 19 –Barczak W. Grunwaldzka 47 –Fiszman. Sosnowa –Inede. Odeska 19 –Ignatowicz D. Sosnowa 31 –Krzewski J. Młynowa 68 –Mosakowska A. Grunwaldzka 47 –Minkowski H. Sosnowa 1


PIWIARNIE
–Arciszewski Aleks. Św.Rocha 13 –Rubińska. Krakowska 2 –Bartnowski A. Krakowska 15 –Boston. Młynowa 45 –Buczniewska Z. Sosnowa 74 –Carnecki B. Sosnowa 114 –Grymaszewska P. Św.Rocha 8 –Grygoruk A. Krakowska 3 –Rozenberg. Sosnowa 3
–Sznoliowska Marta .Krakowska 3 –Wechert Sz. Krakowska 11a –Zdzitowiecki E. Św.Rocha 3

POGRZEBOWE
–Dawidowicz Marja. Św.Rocha 1
–Korwacki . Św.Rocha 1

WARSZTATY-KOMUNIKACJA
–Babińscy. Krakowska 1a –Michanowicz Św.Rocha 7 –Stalończyk Wł. Św.Rocha 3

SKÓRY
–Aleksandrowicz I. Cygańska 6 –Czerter D. Krakowska 11 –Gutman Sz. Czarna 2 –Limański. Orlańska 12 –Margolis.Św.Rocha 23 –Nisel. Kijowska 9 –Pomeraniec.Kijowska 9 –Rozenberg. Św.Rocha 14 –Birenbaum. Sosnowa 1 –Hepner K. Św.Rocha 4 –Sztejnmor N. Sosnowa 1


SMARY
–Ryszkow. Św.Rocha 23 –Goniądzki L. Sosnowa 5

ARTYKUŁY SPOŻYWCZE
–Głowacka M. Stołeczna 43 –Goldberg L. Sosnowa 34 –Grobman Fr. Brukowa 15 –Józefowicz C. Grunwaldzka 4 –Karp Ch. Stołeczna 19 –Kitlas A. Grunwaldzka 29 –Korczyńska R.Grunwaldzka 44 –Krukowska . Cygańska 2 -Lipszyc. Brukowa 9
-Obłacki P. Stołeczna 38 –Olejnik. Św.Rocha 23 –Pastuszko J. Św.Rocha 7 –Potocka M. Sukienna 7 –Poznanska H. Grunwaldzka 19 –Poźniak. Grunwaldzka 50 –Rotenberg F. Sosnowa 16 –Sataner. Sosnowa 31 –Sawicka D. Odeska 2-Stańczyk .Stołeczna 9 –Topolewicz M. łomżyńska 3 –Tykocka. Sosnowa 1 –Wasilewska A.Młynowa 47 –Wolczan L. Brukowa 2 –Zylberdik Cz. Kijowska 13 –Citko M. Grunwaldzka 56 –Czarkin. Sosnowa 114 –Kierul H. Grunwaldzka 52
–Kucharska W. Grunwaldzka 19 –Nowicka Z. Grunwaldzka 56 –Potoczniak M. Grunwaldzka 56 –Białostocki Jankiel. Sosnowa 30 –Chylkin Adela . Św.Rocha 23 –Judowska R. Brukowa 2 –Kapulski S. Angielska 8 –Mowoszowska C. Sosnowa 27
–Rabinowicz E. Sosnowa 45 –Rajgrodzka S. Św.Rocha 5 –Waszczuk Marja. Stołeczna 11 –Wojciechowski Kazimierz. Stołeczna 85

SZMATY
–Bekker L. Sosnowa 23 –Bojarski H. Sosnowa 66 –Lederman A. Marmurowa 4 –Lin L. Piesz 1 –Reiskel M. Św.Rocha 14
–Rozengarten M. Sosnowa 66 -Wajsztejn. Św.Rocha 3


ŚLEDZIE
–Orlański. Krakowska 8

ŚLUSARSKIE ZAKŁADY
–Ostryński. Św.Rocha 7

TARTAKI
–Biger G i Kaczalski. Wronia 1

TKALNIE
–Abramowicz. Kijowska 1 –Cytron. Grunwaldzka 3 –Fajsztejn M. Św.rocha 14 –Dudak H. Kijowska 1 –Galant. Kijowska 1
–Jasinowski L. Kijowska 1 –Lubiński. Krakowska. –Lopszyc B Sosnowa 20 –Lipszyc. Brukowa 9 –Rubinsztejn M. Grunwaldzka 3 –Słucki M. Kijowska 1 –Soroko E. Św.Rocha 5 –Szochna Wola. Kijowska 1 –Wajsztejn I. Stołeczna 19
–Waron W. Brukowa 9 –Wolkin Z. Kijowska 21 –Wysocki Sz. Kijowska 1 –Zylberdyk. Kijowska 1


TRUMNY
–Jarszyński T. i Terlikowski J. Św.Rocha 1

WATA
–Kałamarz Ch. Ołowiana 1 –Wiliżańska R. Czarna 4

WĘDLINY
–Goworowski F. Św.Rocha 1 –Hryniewicki J. Św.Rocha 1 –Jarocki W. Grunwaldzka57

WĘGIEL
–Pastor I.W.i S-wie. Św.Rocha 10

WODA SODOWA
–Brocka T. Młynowa 76 –Falkowicz. Św.Rocha 7 –Fuksman F. Odeska 3 –Geller E. Krakowska 14 –Kagan  S. Sosnowa 8

FOTOGRAFIA
–Talniski Ch. Sosnowa 25

FRYZJER
–Borowski A. Krakowska 3 –Spoznik S. Grunwaldzka 5 –Szczygieł S. Sosnowa 40 –Szejkin N. Brukowa 24

CIEŚLA
–Wasilewicz P. Angielska 6 –Mrowiec L. Młynowa 65 –Mejchard J. Młynowa 65

KOWALE
–Babiński K. Krakowska 10 –Debnicki J. Odeska 21 –Drazizin Z. Marmurowa 5 –Tarasewicz A. Grunwaldzka 12 –Warjat D. Grunwaldzka 14 –Gutelon A. Marmurowa 8 –Mursztejn M. Sosnowa 18


MURARZE
–Fiedorf A. Młynowa 82 –Skórnik B. Grunwaldzka 17 –Dmocher I. Odeska 21 –Lubieszko T .Grunwaldzka 47 –Szostakowski I. Sosnowa 26 –Zeligzon F. Krakowska 19

RYMARZ
–Burzynski Walerian. Św.Rocha 15

RZEŹNIK-MASARZ
–Czarnecki B. Sosnowa 114 –Hryniewicki Jan Sosnowa 98 –Kaufman J. Sosnowa 51 –Miller E. Sosnowa 90
–Szulc A. Stołeczna 1

STOLARZE
–Liberman M. Brukowa 24 –Porzeziński W. Grynwaldzka 47 –Tarasiewicz F. Grunwaldzka 53

SZEWCY
–Gromek J. Stołeczna 53 –Kon P. Św.Rocha 6 –Ogrodnik J. Krakowska 2

INNI MIESZKAŃCY
–Spożnik Z. Grunwaldzka 5 –Wolański A Św.Rocha 7a –Zołotucho E. Stołeczna 43 –Skrablewski W. Sukienna 9 –Kabała L. Grunwaldzka 44 –Kuryłowicz B.Kielecka 16



Książka adresowa firm na 1932 r.

Aron Lejba z podatkami na bakier

Aron Lejba z podatkami na bakier

 

   Urząd Skarbowy w przedwojennym Białymstoku zżerała korupcja. Nikt nie lubi płacić podatków. Tak było od zawsze. Białostocki handlarz skórami, 46-letni Aron Lejba Kamieniec z ul. Wilczej też za nimi nie przepadał.Żeby jak najmniej oddawać fiskusowi zaczął fałszować księgi rachunkowe. A to z kolei nie spodobało się II Urzędowi Skarbowemu w Białymstoku.
  W 1935 r. inspektorzy podatkowi zwrócili uwagę na niezbyt wiarygodne zeznania kupca Kamieńca. Przyjrzeli się uważniej jego dochodom. W styczniu 1936 r., korzystając ze swoich uprawnień przeprowadzili w domu przy ul. Wilczej 13 skrupulatną rewizję. Zajęli liczną korespondencję, różne kwity i faktury oraz kilka notatników z handlową buchalterią. Te ostatnie były dla Kamieńca szczególnie kompromitujące. Wynikało z nich, że w 1935 r. zarobił ponad 500 tys. zł, natomiast deklaracje podatkowe za ten okres opiewały tylko na sumę 160 tysięcy. Szykowała się ewidentna sprawa karna. Zaniepokojony mocno handlarz skórami podjął kroki ratunkowe.
  Przede wszystkim trzeba było odzyskać z II Urzędu Skarbowego trefne notesy. W tym celu Kamieniec zawarł bliższą znajomość z Henrykiem Zebinem, właścicielem biura próśb i podań i Szmulem Chajkowskim, obrotnym handlowcem, którzy mieli mieć rozległe znajomości w sferach finansowych. Zainwestował kilkaset złotych. Wyraził się jasno: zarekwirowane banknoty trzeba podmienić albo w ostateczności wykraść.
  Ruszyła machina korupcyjna. Obaj zaangażowani przez Kamieńca pośrednicy szybko znaleźli interesownych podwykonawców. Byli to Jan Sobotko i Leon Biernacki, pracownicy skarbówki. Ci przyjęli stosowną łapówkę i szukali dalej pomagierów w swojej firmie. Chętnym okazał się Jan Grochowski. Za 50 zł skontaktował zainteresowanych z Zenonem Ginterem, mającym bezpośredni dostęp do groźnych dla Kamieńca papierów. Propozycja była bardzo konkretna – 600 zł za ich podmiankę. Ponad 3-miesięczna pensja urzędnicza. Płacił oczywiście Kamieniec.
  I w tym momencie wszystko się rypło. O sprawie zaczęto szeptać na korytarzach urzędu skarbowego. Ginter odmówił udziału w machlojce. Wkrótce do akcji wkroczyli agenci Wydziału Śledczego z ul. Warszawskiej.
  Na początku lipca Aron Kamieniec i wszyscy jego pomagierzy trafili do aresztu. Dochodzenie trwało kilka miesięcy. 27 października w gmachu Sądu Okręgowego przy ul. Mickiewicza odbyła się rozprawa, która wzbudziła duże emocje w całym mieście. W sali sądowej mogło zmieścić się niestety tylko 60 osób. Stawiły się rodziny, znajomi kupcy i zwyczajna w takich wypadkach gawiedź.
  Podczas przesłuchania wszyscy oskarżeni, poza Kamieńcem przyznali się do winy. Kupiec natomiast szedł w zaparte. Twierdził, że chciał jedynie pomóc urzędnikom skarbowym. Wycofane notesy, po przetłumaczeniu na język polski, zamierzał zwrócić. Prokurator Frich był jednak innego zdania i domagał się wysokiego wyroku.
  Nie pomogły mowy obrończe mecenasa Gruszkiewicza i adwokata warszawskiego Goldsztejna. Aron Lejba Kamieniec zainkasował 2,5 roku więzienia. Zabin, Chajkowski, Sobotko, Biernacki i Grochowski dostali od roku do 2 lat. Pod koniec listopada kupiec Kamieniec został zwolniony z więzienia do czasu uprawomocnienia się wyroku. Kaucja wyniosła 10 tys. złotych.
  Nie tylko powyższa sprawa bulwersowała w tym czasie opinię publiczną w Białymstoku. Na początku grudnia zakończył się proces Josela Glikfelda, jednego z najbogatszych kupców w mieście, właściciela wielu nieruchomości. Był oskarżony o grube machinacje dewizowe i nielegalny wywóz dolarów za granicę. Sąd skazał go na 1,5 roku pobytu za kratkami i 50 tys. zł grzywny. Łagodny wyrok motywowano wiekiem Glikfelda złym stanem zdrowia i dotychczasową niekaralnością.

Włodzimierz Jarmolik

Było bagno, teraz zamienia się w świetne miejsce do rekreacji

Było bagno, teraz zamienia się w świetne miejsce do rekreacji

Mieszkańcy osiedla Słoneczny Stok w Białymstoku przez wiele lat przechodząc lub przejeżdżając ulicą Marczukowską mijali miejsce, które ich odstraszało. Dziś mogą tam się zatrzymać i odpocząć, a wkrótce będą mogli spędzać tam naprawdę dużo wolnego czasu, gdyż miejsce będzie całkowicie odmienione. Już w tamtym roku można było zauważyć pierwsze efekty, w tym roku na stawach będa wykonywane kolejne działania.

 

W przeszłości 2 stawy służyły jako zbiorniki wodne dla parowozów z okolicznej lokomotywowni. Przez lata nic z nimi nie robiono, bo i przestano korzystać z parowozów. Teren zarósł, zaś jeziorka stały się bagnami. W 2017 roku wybudowano taras widokowy, altanę, drewniane mostki, ptasią wieżę, stworzono też strefę wypoczynkową, wybudowano parking dla samochodów i ustawiono stojaki dla rowerów. W 2018 roku na Stawach Marczukowskich zostaną nasadzone rośliny – 129 drzew, 655 krzewów, a zostanie założona przepiękna, kwietna łąka.

 

Już nie możemy się doczekać, by zobaczyć efekt końcowy. Na pewno będzie to jedno z miejsc w Białymstoku, które koniecznie warto zobaczyć na własne oczy.

Napad na jubilera

Napad na jubilera

 

   19-letnia kelnerka Bronisława Mojtówna i 21-letni muzyk Michał Bujanow okradli zakład jubilerski przy Rynku Kościuszki. Szybko zostali schywatani. Na policji stwierdzili, że inspiracją ich wyczynu była kradzież jubilera Turczyńskiego w Warszawie. – To wydało się takie łatwe, zbić szybę i zabrać brylant – stwierdziła dziewczyna.
  A było to tak. W połowie stycznia 1931 r. w witrynie warszawskiego magazynu jubilerskiego należącego do Antoniego Turczyńskiego, a mieszczącego się przy ul. Ossolińskich 8, pojawił się szczególnej wartości klejnot. Był to pierścień z 20-karatowym brylantem, oddany w komis przez Wiktorię Kawecką, znaną artystkę operetkową. Wyceniony na 20 tysięcy złotych spoczywał pośrodku wystawy w specjalnym etui. Chętnych do oglądania natychmiast znalazło się sporo. Niewielu jednak mogło nawet pomyśleć o zakupie drogiego klejnotu.
  Pewnego razu, gdzieś około godz. 3 po południu, w pobliżu sklepu jubilerskiego zatrzymał się młody, skromnie ubrany mężczyzna z jakimś zawiniątkiem pod pachą. Rozejrzał się wokół i podszedł do wystawy. Przez okno zajrzał do sklepowego wnętrza. Zobaczył tam tylko jednego subiekta, który obsługiwał dwie starsze paniusie. Nagle, młodzieniec wyszarpnął spod pachy pakunek (jak się później okazało, był to żeliwny ruszt owinięty w gazetę) i rąbnął nim z całej siły w grubą szybę wystawową. Następnie chwycił puzderko z pierścionkiem i rzucił się do ucieczki. Dopiero po dobrej chwili poleciały w ślad za nim krzyki sprzedawcy: Okradli! Trzymaj złodzieja!
   Zamieszanie pod jubilerem dostrzegł policjant, który dyżurował kilkadziesiąt metrów dalej, pod budynkiem konsulatu szwedzkiego. Opryszek musiał jednak zawczasu przygotować sobie trasę ucieczki, gdyż zamiast biec do końca ulicy, skręcił gwałtownie w jedną z bram. Szybko przebiegł przez jedno, a później przez drugie podwórko, po czym zaczął wdrapywać się na murek zagradzający mu dalszą drogę. Nie wiedział, że w ślad za nim popędził nie tylko policjant, ale i przypadkowy przechodzień.
  Gdy złodziej podciągał się już do góry, ścigający złapał go za nogę. Wywiązała się krótka szamotanina. Ostatecznie w ręku ścigającego pozostał jedynie but przestępcy, zaś on sam wdrapał się na mur i zeskoczył na drugą stronę. Labiryntem podwórek dotarł szybko na Krakowskie Przedmieście i rozpłynął się w tłoku i mroku. Policjanci z warszawskiego Wydziału Śledczego, którzy natychmiast zabrali się za sprawę zuchwałej kradzieży, mieli tylko jeden ślad – ów but zgubiony przez złodzieja. Był to brudny i mocno zniszczony pantofel. Takie obuwie nosili zazwyczaj ubodzy mieszkańcy Woli, Muranowa, Pragi, czy Antokolu.
  Agenci policyjni zaczęli więc penetrować tamtejsze meliny. Wkrótce jeden z wywiadowców trafił na ul. Dziką, gdzie pod nr. 62 bracia albertyni prowadzili dom noclegowy dla bezdomnych. Znany był on powszechnie w Warszawie pod nazwą „Cyrku”. Od dozorcy policjant dowiedział się, że pewien stały bywalec, niejaki Olszyna, kupił u niego niedawno jeden pantofel. Wkrótce agent z Wydziału Śledczego odszukał i zatrzymał Olszynę. Ten przyznał się do zakupu pojedynczego obuwia, lecz stwierdził, że zrobił to na prośbę swojego przyjaciela, Romana Sierko, pseudonim Szwej.
  Kiedy Olszyna znalazł się w komisariacie i zobaczył, że to nie przelewki, powiedział wszystko. To właśnie Szwej dokonał skoku na jubilera Turczyńskiego. Później dwaj opryszki próbowali sprzedać skradziony brylant któremuś z paserów na Nalewkach. Żaden jednak nie miał wystarczająco dużo pieniędzy. Jeden z nich jednak skontaktował Szweja z kupcem Joskiem Szejderem, który niegdyś robił w złocie i klejnotach. Ten obejrzał trefny towar i zapłacił od ręki 3 tys. złotych.
  Wkrótce w areszcie policyjnym znaleźli się oprócz Olszyny, jeszcze dwaj paserzy z Nalewek i kupiec Szejder. Główny poszukiwany – Roman Sierko uciekł z Warszawy i ukrył się gdzieś na Śląsku. W końcu jednak i on wpadł w ręce policji. Na procesie, który odbył się w 1934 r., dostał trzy lata więzienia.

Włodzimierz Jarmolik

Ten film to będzie hit! Zobacz przedwojenny Białystok w Czarnej Damie [TRAILER]

Ten film to będzie hit! Zobacz przedwojenny Białystok w Czarnej Damie [TRAILER]

Trailer filmu „Czarną damę” jest już gotowy. Film ten powstał w ramach budżetów województwa i miasta. Oglądając jego zapowiedź można już rozpaczać, że nie będzie pełnometrażowy, bo zapowiada się naprawdę ciekawie. W rolach głównych zobaczymy białostockich aktorów. Z filmowej zapowiedzi wynika też, że całość będzie czarno-biała. Szkoda.

 

Krzysztof Szubzda stworzył scenariusz oraz wyreżyserował film. Będzie to kryminalna historia tajemniczej kobiety, która uciekając przed trudną przeszłością wraca do Białegostoku. Tutaj musi poradzić sobie z nowymi zagrożeniami. W tle mieszać się będą wątki podlaskiej sekty oraz mafijnych interesów żydowskiego półświatka z Chanajek. Pomysł na „Czarną Damę” pojawił się kilka lat temu. Zaczęło się od działającego przed wojną detektywa Pierso. Ten zafascynował autora. Następnie w scenariuszu pojawiły się inne motywy z historii Podlasia. Cały film będzie utrzymany w duchu dawnej wielokulturowości.

Pewien dom przy Marczukowskiej

Pewien dom przy Marczukowskiej

Skrył się  wśród drzew, które dawały latem ochłodę i osłaniały od wichrów, szarug jesiennych, śnieżyc. Dom ten wybudował w dwudziestoleciu międzywojennym Wawrzyniec Piekutowski, dziadek Ireny Bieleckiej. Gospodarz to był majętny, właściciel dwóch innych domów przy ul. Alta. Można go było posądzić o fanaberie, bo zadbał nie tylko o duży ogród, ale także betonowy basen ze schodkami! Do posiadłości wiodła alejka, co nobilitowało całą posesję.

Tuż przed wybuchem wojny Wawrzyniec Piekutowski przekazał dom najmłodszemu synowi Ryszardowi, ojcu wspomnianej Ireny. Zbliżały się trudne czasy, przybywało lokatorów, najczęściej związanych z PKP (Kochanowscy, Zalewscy, Rydzewscy, Szotowie, Szulęcki i Wyleżyńscy).

Dom zarabiał na siebie (wciąż trzeba było go ulepszać) i na właścicieli. We wrześniu 1939 roku, kiedy w okolicach dworca kolejowego spadły bomby, to na podwórku Piekutowskich opatrywano rannych żołnierzy polskich. Pani Irena darła prześcieradła na opatrunki i karmiła obrońców ojczyzny pomidorami.

Za „pierwszego Sowieta” wprowadziło się do Piekutowskich kilku żołnierzy sowieckich. Mieli tu wygodnie, choć pozostali daleko od rodzinnych wiosek i miast. Po 22 czerwca 1941 roku musieli uciekać w panice. I stało się tak, że córka z rodziny komandira (dowódcy), kiedy wróciła z kolonii, to już nie zastała swoich rodziców. Na szczęście zaopiekowała się nią mama pani Ireny.Nina bardzo ładnie śpiewała, tęskniła, w 1944 roku wyjechała z wojskiem sowieckim. Czy wspominała potem przyjazny jej dom na Marczuku? To samo pytanie trzeba byłoby zadać młodej Żydówce, ukrywanej przez panią Wyleżyńską. Była bardzo ładna i na tyle odważna, że spacerowała ze swą opiekunką wieczorami po ogrodzie.

Postronni nie widzieli, że to Żydówka, dom – jak się rzekło – stał na uboczu. Dziewczyna doczekała końca wojny, wyjechała z Białegostoku. Czy to prawda, że ściany domów mają uszy? „Stefan Szylęcki dostał z Londynu krzyż Virtuti Militari, podobno za wysadzenie jakiegoś niemieckiego transportu wojskowego. Kiedy wyprowadzał się z naszego domu płakał. Powiedział tylko, że największym jego szczęściem było zamieszkanie na Marczuku”. Jakież to piękne świadectwo klasy domu i jego mieszkańców. Ci drudzy mogą liczyć na wyróżnienie, domy pozostają anonimowe.

Pani Irena, będąc z mężem na spacerze, uratowała chłopca topiącego się na środkowym stawie marczukowskim. Był gorący dzień wielkanocny drugiej połowy lat czterdziestych. „Widziałam jak przy brzegu siedział starszy mężczyzna z chłopcem i w pewnej chwili zauważyłam, jak się on zaczął topić. Mąż położył się przy brzegu i wyciągnął swoją rękę, by pomóc mi wyciągnąć na brzeg chłopca. Zaraz poszli rodzice, nawet zrazu nie podziękowali. Zrobili to dopiero po jakimś czasie.” Takich zdarzeń było więcej, nie wszystkie zostały zapisane i zapamiętane. Z pewnością nie o wszystkich chcieli mieszkańcy opowiadać.

Po wojnie basen przy domu Piekutowskich został zasypany, nie ma już alejki, pozostały natomiast ślady po bombach. Nikt nie przychodzi kąpać się w stawie, niedaleko wyrosło miasto „Słoneczny Stok”, a tu ludzi ubywa. Ciąg dalszy można sobie wyobrazić, jeśli rozbiórka nie nastąpi szybko, to pojawią się cwaniaczki, ukradną okna i drzwi, spalą część desek, wypiją niejedno piwo. Zniknie dom przy Marczukowskiej, jeszcze jeden dom białostocki z bogatą historią.

Adam Czesław Dobroński
Marek Jankowski

Białystok jak z mrocznego filmu. Zobacz zdjęcia i rozpoznaj te miejsca!

Białystok jak z mrocznego filmu. Zobacz zdjęcia i rozpoznaj te miejsca!

Białystok jest jednym z najbezpieczniejszych miast w Polsce. Wychodząc nawet w nocy w różne zakamarki nie powinniśmy się obawiać niczego złego. Dlatego też warto było wybrać się na nocną wycieczkę po stolicy województwa podlaskiego, by odkryć uroki różnych zakamarków. Podobno noc jest czasem kochanków i złodziei. Na pewno to także czas fotografów. Zrobienie zdjęcia w nocy jest trudniejsze niż stworzenie takowego w dzień. Przede wszystkim zdjęcie to światło – a jak je zrobić, gdy światła brak lub zbyt mało? Z tymi problemami poradziła sobie technika. Dzięki czemu możemy podziwiać różne nocne zdjęcia. Najczęściej widzimy oświetlone, znane obiekty. Postanowiliśmy utrudnić sobie zadanie – szukając mniej oczywistych kadrów. Czy poznajecie te miejsca?

 

Zanim powstała Jagiellonia

Zanim powstała Jagiellonia

 

   Pierwszego lipca 1924 roku w Białymstoku rozegrano mecz piłki nożnej. Teatr Nowości „Skok” grała z łączoną drużyną WKS i ŻKS. Starcie pomiędzy drużyną aktorską krakowskiej operetki Teatru Nowości „Skok”, a reprezentacją naszego miasta złożoną z zawodników Wojskowego Klubu Sportowego (WKS) i Żydowskiego Klubu Sportowego (ŻKS) zakończyło się wynikiem 0:3.
  Przebieg spotkania bardzo ucieszył miejscowych fanów footballu. Może nie było to zwycięstwo spektakularne, ale jednak. Niespełna miesiąc po wygranym meczu piłkarze z Białegostoku podbudowani sukcesem podjęli się bardziej ambitnego zadania. Na boisku ŻKS-u przy Branickiego reprezentacja miasta miała zmierzyć się z Hakoah – Wiedeń.
  Tłumy białostoczan ciągnęły na widowisko. Na trybunach zgromadziło się kilka tysięcy osób. Niestety kibiców spotkało rozczarowanie. Już od pierwszych minut meczu nasza drużyna zdradzała niedostatki techniczne.
  Białostoccy piłkarze zrozumieli, że porwali się z przysłowiową motyką na słońce. I chociaż Nowicki, Małyszko i Ślusarczyk próbowali ratować sytuację, to gole padały jeden za drugim. Nawet zmiana nieudolnego bramkarza nic nie pomogła. Drużyna z Wiednia wygrała 13:0!
  Bialostoccy piłkarze nie zniechęcili się jednak tą sromotną porażką i trenowali dalej. Rok po nieszczęsnym meczu postanowili się zmierzyć z Austriakami ponownie. Trzeba im przyznać, że poczynili niemałe postępy. Pomimo, że mecz znowu przegrali wysoko, to zmniejszyli dystans, jaki dzielił ich od Hakoah – Wiedeń. Wynik spotkania 7:0 dla gości, był nieco mniej rażący niż poprzednio.
  Nie wolno zapominać o tym, że białostocka reprezentacja składała się z połączonych sił WKS-u i ŻKS-u. Była to główna słabość naszej drużyny. Piłkarze nie potrafili ze sobą współpracować na boisku i każdy grał oddzielnie. Dlatego wynik meczu z Hakoah – Wiedeń, będącym mistrzem Austrii, można było z góry przewidzieć. Niestety przez długi czas nikt nie dostrzegał tego problemu.
  Wiele lat później z inicjatywą założenia „solidnego klubu sportowego” wystąpił wojewoda Marian Zyndram – Kościałkowski. W tym celu 25 stycznia 1932 roku odbyło się zebranie przedstawicieli społeczeństwa białostockiego. Burzliwe debaty zakończyły się powołaniem nowej wielosekcyjnej organizacji sportowej. W jej obrębie nie mogło również zabraknąć drużyny piłkarskiej. Została ona utworzona na bazie dawnego WKS-u. Nowemu klubowi na pamiątkę zjednoczenia Litwy z Koroną nadano nazwę Jagiellonia.

Kamil Śleszyński

Taka okazja trwa kilkanaście dni w roku! Nie przegap jej, tylko weź lornetkę

Taka okazja trwa kilkanaście dni w roku! Nie przegap jej, tylko weź lornetkę

Nadchodząca wiosna to idealny czas na obserwację różnych gatunków ptaków. Niektóre tylko przelatują przez Podlasie, inne tu się zatrzymują. Można zobaczyć na własne oczy dzikie gęsi, kormorany, czajki, kwiczoły, szpaki, kaczki, cyraneczki oraz oczywiście bociany. Ptaki wędrują o różnych porach dnia, dlatego też obserwować można zarówno nad ranem jak i po zachodzie słońca. Warto pokusić się o lornetkę.

 

Na Podlasiu są 3 miejsca, które idealnie nadają się do podglądania przelatujących ptaków. Pierwsze to Dolina Narwi, a konkretnie to Łomżyński Park Krajobrazowy. Kolejne miejsce to okolice Suraża. Ptaki można oglądać na specjalnej czatowni w okolicach Pietkowa. Na miejscu znajduje się wieża widokowa, wiata biwakowa oraz czatownia. Ostatnim miejscem, w którym powinniśmy zaobserwować ptaki to Biebrza. Najlepsze tereny znajdziemy między Osowcem-Twierdzą, gdzie znajdują się wieże widokowe a Goniądzem gdzie można ptaki obserwować w wielu miejscach. Jeżeli ktoś potrzebuje więcej spokoju, to dobre będzie też Dolistowo Stare.

 

Jedno jest pewne, na pewno warto wybrać się na obserwację. Taka okazja trwa maksymalnie kilkanaście dni w roku!

Sańka z ulicy Sosnowej

Sańka z ulicy Sosnowej

   

   Aleksander Dresler, popularny Sańka. Niezwykły białostoczanin, który swoim barwnym życiorysem mógłby obdzielić kilka osób. Choć po wojnie los rzucił go do Danii, co kilka lat przyjeżdżał do rodzinnego miasta, by wspominać ludzi i miejsca swojej młodości. Zmarł na początku lipca, w wieku 93 lat.
Nie pamiętam, kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy. Może w „Kurierze Podlaskim”, spacerowaliśmy po mieście i słuchałem opowieści pana Aleksandra z wypiekami na twarzy. Powracał do swego Białegostoku, choć nie miał już tu ani jednego kolegi. Czasami dzwonił, pytał, co nowego.

Ulica Sosnowa

  To była jego ulica, urodził się przy Sosnowej 67, w domu starego Kozłowskiego 17 grudnia 1920 roku.W mieście już wolnym od czerwonoarmistów, ale okrutnie zniszczonym, jeszcze z dominantami carskimi i śladami okupacji niemieckiej. Wychował się w wolnej Polsce, został harcerzem, urwisował, miał moc pomysłów i niespożytą energię. Nasiąkał ukochanym miastem, dobrze zapamiętał jego mieszkańców, zwłaszcza tych z uboższych domów i zagraconych podwórzy. Zachował do końca życia mowę, o której napisał we wspomnieniach, że była łagodna jak krajobraz Podlasia, melodyjna jak szum zboża w lipcowym powiewie i tak szczera, jak serce przedwojennego białostoczanina. Nawet przekleństwo „Ibi twoju mać” brzmiało słodkawo.

   Napisał swoje wspomnienia – wydałem je w 1993 roku – po 50 latach pobytu za granicą. Denerwował się, gdy poprawiałem tekst, bo bał się, że ten tomik nie będzie na serio białostocki. A pamięć miał znakomitą, opisał kolejne posesje, lubował się w przypominaniu scenek krotochwilnych. Był szczery do bólu i rozkochany w detalach, pisał także o wojsku, szkołach (uczył się w „dziewiątce” koło cerkwi św. Mikołaja), harcerstwie (opiewał „matkę” panią Julię Zubelewicz – „kochaliśmy ją zresztą wszyscy”), o rynkach, wypadach wakacyjnych za miasto. Zapałał pasją do morza, więc został uczniem szkoły żeglugi rzecznej. Wybucha wojna, za Sowietów wylądował w więzieniu za „miełkoje [drobne] chuligaństwo”, bo idąc ulicą gwizdał melodie patriotyczne), tuż przed wybuchem wojny rosyjsko-niemieckiej został wywieziony do obozu pod Hajnówkę. Za Niemców też trafił do obozu.

Obraz z getta

  Patrzył Sońka z bólem, jak pędzono Żydów do getta. Dostrzegł w tłumie znajomego jego ojca – Jankiela Kantorowskiego, fryzjera Samuela Rzeźnika z ulicy Brukowej i czapnika Berka Hirscha. Zauważył kolegę Lejzorka Goldsteina, sierotę, nadzwyczaj zdolnego i chętnego do niesienia pomocy, koleżeńskiego. „Szli starzy ludzie, kaleki, wystraszone kobiety i płaczące małe dzieci”.
  Aleksander Dresler dwukrotnie przelazł przez mur do getta w słabiej strzeżonym miejscu koło Białki. Zaniósł jedzenie i odwiedził dobrych znajomych – państwo Sybirskich. „W getcie białostockim panowały nie do opisania straszne warunki, o litości dawno już tam zapomniano. W przepełnionej części miasta był straszliwy głód, ludzie spali i mieszkali gdzie tylko mogli, także między trupami i chorymi. Nagie trupy obdarte z ubrań, które to okrycia jeszcze można było sprzedać za żywność, walały się po ulicach, wyciągnięte z przepełnionych mieszkań. Do tych zwłok nikt nie chciał się przyznać, bo Niemcy żądali wysokiej opłaty za pogrzeb, czyli wywiezienie nieboszczyka na ręcznym wózku przez żydowską służbę sanitarną. Getto białostockie to było piekło na ziemi i wstyd dla ludzkości”.

Marynarz z przymusu

  Trafiła się Dreslerowi niezła robota, należał do ekipy, która cięła na złom czołgi sowieckie zalegające na polach koło Dobrzyniewa. Na początku 1942 roku wrócił do domu rodzinnego, zastał siedzącą za stołem panią Sybirską. Była sąsiadka ucieszyła się na jego widok. Wychodząc chciała zabrać worek z kartoflami. Sońka pomógł zarzucić go na plecy, co omal nie skończyło się wywrotką osłabionej kobiety. Wtedy zaproponował, że kawałek podniesie. Było mu po drodze, chciał odwiedzić dziewczynę mieszkającą na Wygodzie. Oboje wiedzieli, czym to grozi. Doszli do krzaków za cerkwią, pani Sybirska wzięła worek. Niestety, przy Lipowej policjant wyrwał jej skarb, wysypał kartofle na bruk i wepchnął zapłakaną kobietę przez bramę do getta.
  Parę minut później Dresler został zatrzymany przez patrol niemiecki z Kripo. Nie miał przy sobie ausweisu, który zostawił w domu w marynarce. Nie znał języka niemieckiego, dostał kolbą karabinu po żebrach i znalazł się w komisariacie przy ulicy Lipowej. Znał to miejsce, przed paru miesiącami siedział tam razem z Władkiem Szumińskim z ulicy Stołecznej za pobicie cywilnego folksdojcza, tłumacza na usługach Kripo. Wyszedł na wolność dzięki interwencji pani Korniejowej z ulicy Sosnowej, „Niemki o polskim sercu”, która poprosiła o pomoc pastora, a ten zwrócił się do Gestapo.
  Teraz Sońka zobaczył w pokoju tego samego cywila. „Ucieszył się na mój widok, częstując mnie kopniakiem. Zaczęło się bicie i przesłuchiwanie przy pomocy wspomnianego tłumacza. Byłem w bluzie i spodniach marynarskich. Pytając o zawód, Niemiec wskazał na moją bluzę: Seemann, matrose? Potwierdziłem, znając słowo matros”.

Emigrant

  Przez, a może dzięki tej bluzie, Dresler został wysłany do obozu koło Lubeki, gdzie trzymano członków załóg handlowych statków alianckich. Więźniów brano do rozładunku w porcie rudy żelaza, ale jesienią 1943 roku komendant postawił ultimatum: obóz koncentracyjny w Dachau, albo pływanie na statkach niemieckich.
  Wszyscy przeszli na stronę „marynarską”, zwietrzyli szansę przetrwania do końca wojny. Białostoczanin przeżył bombardowanie swego statku na Morzu Północnym i storpedowanie na Morzu Barentsa, potem prąd zepchnął parowiec na miny pod Świnoujściem.
  Na koniec dokooptowano „matrosa” do załogi statku szpitalnego, z Gdańska wzięli kurs na zachód. Rano zobaczył światła portu Kopenhagi. Wieczorem zdołał zbiec dzięki pomocy ludzi z duńskiego ruchu oporu. Było to 25 marca 1945 roku. I tak doczekał końca wojny.
  W Danii wreszcie został marynarzem z prawdziwego zdarzenia, opłynął świat. Na lądzie napisał czterojęzyczny język morski, działał ofiarnie w ruchu polonijnym, wspierał polskich olimpijczyków, wysyłał artykuły do prasy. Poznał i Ryszarda Kaczorowskiego, jako białostoczanie mieli zawsze wspólne tematy.
Wspomnienia „Sańka z ulicy Sosnowej” zakończył epilogiem „Ulica cudów” z wyznaniem: Ja Polonus
Dopóki serce polskie w tobie bije,
Dopóty nic cię z Polską nie rozłącza…
A wszystko łączy.
A spotkać mnie możecie wszędzie, bo cały świat jest moim domem…”.
Aleksander Dresler zmarł w wieku 93 lat. Poszedł do swoich kolegów. Sosnowa też nie ta, co dawniej.

Adam Czesław Dobroński

Św.Rocha 25

Św.Rocha 25

 

   Przed 1885 r.pierwszymi potwierdzonymi właścicielami posesji przy ul.św.Rocha 25 byli bracia Władysław i Wawrzyniec Leszczyńscy. Rodzicami  byli  Józef i Marcella z Suszyńskich którzy pobrali się w białostockim kościele parafialnym w 1836 r.
  Oprócz dwóch wymienionych stnów mieli jeszcze trzeciego męskiego potomka o imieniu Józef ,który zmarł w 1881 r.,a także córkę Mariannę.Wawrzyniec żonaty był z Marianną Boratyńską,zaś Władysław  z Heleną.
    W 1880 r.spis parafian stwierdza iż wszyscy mieszkali w jednym gospodarstwie.Co ciekawe.odnotowano,że wraz z Leszczyńskimi mieszkał Stanisław Horman, syn Korneliusza,znany w Białymstoku przedsiembiorca handlujący wyrobami gumowymi, a później bronią. Leszczyńscy figuruja na początku spisu , a najstarszy z braci ,Józef  Leszczyński ,określony został jako „jaśnie pan” ,co zdaje się potwierdzać wysoką pozycję . W księdze adresowej z 1897 r. wśród wytwórców wozów i karet odnotowano niejakiego Leszczyńskiego,najpewniej jednego z wymienionych wyżej braci.
   W 1885 r. Władysław i Wawrzyniec sprzedali omawianą działkę Engelbertowi Hampelowi.Był on synem Leopolda,właściciela posesji przy ul.Piasta 5,pracującego jako introligator.Engelberg najstarszy z potomków Leopolda,osiągną najwięcej – zawodowo zajmował się wyrobem wędlin i kiełbas,co przyniosło mu całkiem pokaźny majatek.Spożytkował go nie tylko na zakup nieruchomości przy ul.św.Rocha  25,ale także nabywając plac na rogu Lipowej i Nowoszosowej (Dąbrowskiego) gdzie zbudował duąż piętrową kamienicę oraz sklep w  ratuszu.
   Na ul.św.Rocha 25 wzniusł dwa drewniane domy oraz budynki gospodarcze.Warto wspomnieć ,że jego najmłodszy brat ,Karol ,w 1882 r. otworzył w Białymstoku zakład fotograficzny (zmarł jednak w 1884 r. na gruźlicę).
    W 1902 r. Hampel pożyczył od  Oswalda Densta kwotę 6000 rubli pod zastaw omawianej nieruchomości. W 1906 r. nie mogąc spłacic długu,majatek Hampela został wystawiony na publiczna licytację, którą wygrał Denst.
   O nowym właścicielu nie wiemy praktycznie  nic,chociaż trzeba wpomnieć ,że intensywnie obracał majątkami oraz pożyczał duże kwoty różnym osobom..W każdym razie Denst przez jakiś czas mieszkał przy ul.św.Rocha ,ale w 1912 r.zdecydował się odsprzedać posesję wraz z domami zbudowanymi przez Hampela.
   Nabywca był lokator jednego z budynków  mieszkalnych, inżynier budowy dróg Stefan Richter.Świadkami przy akcie kupna – sprzedaży byli inni lokatorzy domów Densta , technik dystancji szosowej Antonii Maslewicz oraz Wacław Muszyński i Aleksander Leonc.Stefan Richter pozostawał właścicielem posesji  przy ul.św.Rocha 25 do 1924 r.
   Tego roku najpierw przyżekł sprzedaż,a potem zawarł stosowny akt kupna-sprzedaży z pastorem ks.PiotremGorodiszczem ,wówczas mieszkajacym w miasteczku Równe na Wołyniu , działającym w imieniu  pastora Samuela Schora. Jak wiadomo ,transakcja miała na celu pozyskanie poseji na potrzeby organizacji w Białymstoku Misji Barbikańskiej.
   Rzeczywiście jeszcze w  1924 r. przygotowano projekt budowy gmachu misji i domu dla   pastora,do wznoszenia których przystąpiono w kolejnym roku (wykonawcą prac wartych 82362 zł było „Biuro techniczno-budowlane inz. Teofila Szopa i Kazimierza Zimmermana”) W latach 1935 – 1936 kaplicę rozbudowano o część frontową z wysoką wieżą,której projekt przypisuje sie Rudolfowi Micurze.
  W kolejnych latach rozszerzano posesję Misji Barbikańskiej o częśc sąsiednich nieruchomości.W zabudowaniach przy ul.św.Rocha mieściła się drukarnia,ambulatorium oraz biblioteka z czytelnia.Misja została zamknieta w 1939 r. , a ks.Gorodiszcz najprawdopodobniej  zgina  w czasie wojny.
   Budynek przetrwał w stanie nienaruszonym okres wojny,ale nowe władze przeznaczyły obiekt na cele najpierw sądowe ,a poźniej widowiskowe.
   W 1956 r. rozebrano wieże ,a we wnętrzu kaplicy urządzono kino.”Syrena” które działało do początków XXI e.

Wiesław Wróbel

Rezerwat Gorbacz, a w nim jeziorko, które warto zobaczyć

Rezerwat Gorbacz, a w nim jeziorko, które warto zobaczyć

Rezerwat Gorbacz to miejsce unikalne, trochę magiczne i warte odwiedzenia. Jego częścią jest jezioro z torfowiskami. Miejsce te jest jednym z najstarszych rezerwatów przyrody w Polsce. Znajduje się w okolicach Michałowa. Największy zachwyt budzi różnorodność Gorbacza. Można tam napotkać rzadkie gatunki ptaków, a także zróżnicowaną roślinność, która zmienia się pod wpływem pór roku. Wiosna to idealny czas, by wybrać się i zobaczyć jak wszystko kwitnie.

Magiczne jeziorko w rezerwacie Gorbacz

Magiczne jeziorko zajmuje powierzchnię 19 ha. Zbiornik jest bardzo płytki, bo jego głębokość wynosi od 40 – 120 cm. Jednak lepiej tam nie wchodzić, bo pod wodą znajduje się muł, który może wciągnąć nas 6 metrów pod ziemię. Gorbacz znajduje się niedaleko za Nową Wolą pod Michałowem. Najlepiej wpisać w nawigację „Gorbacze” lub „Stare Kuchmy”.

Rezerwat przyrody Gorbacz

Rezerwat przyrody Gorbacz to obszar o powierzchni 222,7207 ha, położony w gminie Michałowo w województwie podlaskim. Powstał w 1966 roku i został powiększony w latach 1968 i 2013. Jest on typu torfowiskowego.

Celem ochrony rezerwatu jest zachowanie torfowisk wysokich, przejściowych i niskich, humotroficznego jeziora w końcowej fazie lądowienia oraz reliktów flory postglacjalnej, wraz z ostoją cietrzewia. Rezerwat został utworzony głównie dla ochrony jeziora Gorbacz. W rezerwacie można znaleźć również charakterystyczne gatunki mszaków, takie jak tujowce, skorpionowiec brunatnawy i parzęchlin.

Rezerwat Gorbacz jest popularnym miejscem dla miłośników natury i turystów. Wytyczono tu szlaki turystyczne, które umożliwiają zwiedzanie i podziwianie piękna tego unikalnego ekosystemu. Wizyta w rezerwacie Gorbacz to nie tylko możliwość obcowania z pięknem przyrody, ale również nauka o ochronie przyrody i zdobywanie świadomości ekologicznej.

 

 

Nowy serial kręcony na Podlasiu. Jest nudny i obraża białostoczan!

Nowy serial kręcony na Podlasiu. Jest nudny i obraża białostoczan!

Za nami pierwszy odcinek serialu Kruk. Szepty słychać po zmroku. My obejrzeliśmy go pod kątem wątku Podlasia, gdyż cała akcja dzieje się w Białymstoku. Niestety bardzo jesteśmy rozczarowani tym co zobaczyliśmy. Białegostoku w pierwszym odcinku nie zobaczymy, można za to zobaczyć Czarną Białostocką i znajdujący się tam Zajazd Leśny. Jego wnętrza nie dawno można było podziwiać w najnowszym teledysku rapera Lukasyno z Januszem Laskowskim.

 

Najbardziej rozczarowujący jest fakt, że twórcy serialu postanowili obrazić białostoczan powtarzając idiotyczną propagandę, jakoby nasze wspaniałe miasto było stolicą rasizmu, w którym rządzą skinheadzi. Dlatego na ekranie zobaczymy wątek narodowców z lokalnego gangu, powiązanego z jednym z policjantów, a także, gdy przy ognisku śpiewają „Cała Polska śpiewa z nami – wypier….ć z uchodźcami. Komendanta policji gra nie kto inny, jak Andrzej Zaborski. Jedyny, prawdziwy „białostocki” akcent pada w jednym z dialogów, gdzie główny bohater mówi, że będzie mieszkać na osiedlu Piasta. 

 

Sam serial – choć to pierwszy odcinek – nie zabłysnął. Jest po prostu słaby. Niektórzy aktorzy mieli paraliż szczęki, przez co nie było można zrozumieć co mówią. Główny bohater raz miał wielkie problemy z kręgosłupem i ledwo chodził, a innym razem fikał przez płot niczym jurny młodzieniec. Sama fabuła też nie porywa. Twórcy na siłę chcieli by odcinek był tajemniczy, a wyszło groteskowo. Główny bohater przyjeżdża z Łodzi do Białegostoku by badać sprawę nielegalnych papierosów (straszna zbrodnia!), ale na miejscu komendant daje mu sprawę napadu na ośrodek turystyczny. Międzyczasie dowiemy się że jest jeszcze sprawa pedofilii. W końcu nie wiemy czy główny bohater Kruk przyjechał szukać papierosów, ukradzionych pieniędzy czy pedofila.

 

W dodatku w serialu dialogi są kompletnie bezpłciowe. Gdyby bohaterzy nie odzywali się do siebie, nie wpłynęłoby to na nic. Pierwszy odcinek obejrzycie tutaj, ale nie spodziewajcie się żadnej rewelacji:

https://vod.pl/seriale/kruk-szepty-slychac-po-zmroku/gm4s5r7

 

fot. materiały Canal+