Zacny gość w Białowieży. Czy jego rodacy też przyjadą?

Zacny gość w Białowieży. Czy jego rodacy też przyjadą?

Białowieski Park Narodowy swoją obecnością zaszczycił Prezydent Republiki Czeskiej Milosz Zeman wraz z małżonką Ivaną Zemanovą. Tam przejechali się bryczką odwiedzając najcenniejsze części przyrodnicze parku. Prezydent Czech zobaczył też rezerwat pokazowy Żubrów, w którym dowiedział się o losach tego wielkiego zwierzęcia, a także jak został uratowany przed zagładą, a dlaczego dziś żubr to zwierzę herbowe Białowieskiego Parku Narodowego, symbol Puszczy Białowieskiej i symbol ochrony przyrody w Polsce.

 

Wizyta Prezydenta Czech z małżonką w Białowieskim Parku Narodowym była częścią programu oficjalnej wizyty czeskiej głowy państwa w Polsce. Przypomnijmy, że kilka lat temu Białowieski Park Narodowy odwiedził Książe Walii, Karol Windsor, który także zwiedził rezerwat, a także spotkał się z miejscowymi władzami.

 

Warto zauważyć, że takie wizyty oficjeli są bardzo ważne. Bowiem taka wizyta Prezydenta Czech może przyciągnąć turystów z jego kraju.

Tramwaje w Białymstoku

Tramwaje w Białymstoku

 

    Istniejąca od 1895 r. Konka przestała wozić pasażerów już w 1915 r., ale tory i wagony nadal istniały.  W Białymstoku po odzyskaniu niepodległości panował doskwierający głód. Mieszkańcy wyczekiwali transportów mąki, cukru i ziemniaków. Transporty żywności przyjeżdżały na dworzec poleski przy ulicy Towarowej.
  I właśnie tam wieczorem 7 maja 1919 r., na końcowy przystanek nieczynnej Konki, niby widmo zajechał zaprzężony w dwa wychudzone konie wagon tramwajowy. W oka mgnieniu załadowany został workami kartofli i ruszył w stronę miasta. Z Sienkiewicza skręcił w Warszawską i zatrzymał się na rogu Elektrycznej gdzie łup został, równie błyskawicznie rozładowany i wniesiony do niewielkiego sklepu. Całe to wydarzenie zauważył przechodzący Warszawską żołnierz. Natychmiast o wszystkim powiadomił policję.
  Ale co tam kartofle. Najważniejsza w tej historii była Konka. Przez następne lata władze Białegostoku podejmowały próby przywrócenia tramwaju miejskiego. Rozmawiano rzecz jasna o tramwaju elektrycznym. Została nawet podpisana umowa z Belgami, którzy zobowiązywali się założyć go w Białymstoku.
  Jednak w 1924 r. na „wskutek niedotrzymania przez Akcyjne T-wo Tramwajów Białostockich umowy koncesyjnej” została ona zerwana. Przystąpiono do licytacji majątku po i tak nieczynnej konce. Po zerwaniu tej umowy władze miejskie nie zrezygnowały jednak z planów realizacji tej inwestycji.
 

Nadal działała powołana już wcześniej Komisja Tramwajowa.   Zwróciła się ona do władz Torunia, Grudziądza, Bielska Białej i Łodzi o nadesłanie umów, na mocy których w tych miastach zorganizowano komunikację tramwajową. Poproszono też dyrektora warszawskich tramwajów miejskich inżyniera Kühna o pomoc. W mieście panowało przekonanie, że „już może w niedługim czasie nie będziemy mówić o tramwajach lecz naprawdę nimi jeździć”. Kluczową rolę w tej przeciągającej się sprawie odgrywał dyrektor białostockiej elektrowni Kazimierz Riegert, który był jednocześnie pełnomocnikiem belgijskiego towarzystwa eksploatacji tramwajów.
  Towarzystwo to, będące od 1895 r. głównym akcjonariuszem Konki, skutecznie blokowało wszelkie poczynania władz Białegostoku. A że projektowany tramwaj miał być elektryczny, więc Riegert rozdawał w tej rozgrywce karty. W mieście panowała opinia, że „sprawa tramwajów posuwa się w żółwim tempie i zdaje się kwestią dalekiej przyszłości”. I sprawa faktycznie ciągnęła się w nieskończoność. Pomimo zerwania umowy w 1924 r., koncesja Belgów okazała się nadal obowiązująca. Do Brukseli jeździli więc kolejni przedstawiciele magistratu. I tak na początku 1927 r. z tramwajową misją udał się tam radny Endelman. Niestety i ta wizyta niczego nie przyniosła.
  Tymczasem Białystok przeżywał ogromne trudności z zorganizowaniem komunikacji publicznej. W 1929 r. koncesję na zorganizowanie komunikacji autobusowej otrzymała firma Samochód.
  Jej usługi wywoływały falę krytyki. Pisano, że „autobusy są niewygodne, obsadzone na zbyt wysokich podwoziach, trzęsą, kopcą i utrzymane są w stanie arcyniehigienicznym. Wnętrza brudne, siedzenia odrapane, podłoga stale zabłocona, obsługa ciężka, ubrana niechlujnie i często niesforna wobec publiczności”.
 

Pomimo tych niedostatków Samochód, jak szacowano, przewoził pół miliona pasażerów rocznie, co przynosiło mu 100 tysięcy złotych czystego zysku.
  Opinia publiczna podnosiła więc po raz kolejny kwestię tramwajów. Upatrywano w nich i dochód dla miasta i wygodę dla pasażerów. Proponowano, że najbardziej opłacalnym będzie udzielenie koncesji aż do 1965 r.! Tramwaje miałyby kursować od godziny 7 rano do 23.
  Proponowano trzy linie, które były zmodyfikowaną trasą Konki. Linia 1 zaczynać miałaby się na dworcu kolejowym i dalej przebiegać Lipową, Rynkiem Kościuszki, Kilińskiego, Pałacową i kończyć się na Mickiewicza.
  Linia 2 startowałaby z Rynku i przez Sienkiewicza dochodzić miała do dworca poleskiego. Linia 3 uruchamiana miała być na czas letni i prowadziłaby ze Świętojańskiej do Zwierzyńca. Proponowano też „przerzucenie linii tramwajowej” do Supraśla i Wasilkowa.
  Pomysłodawcy podkreślali walory komunikacji tramwajowej. Jej bezawaryjność, punktualność i brak spalin. Niestety, lata w których dyskutowano w Białymstoku o tramwajach nie sprzyjały tej inwestycji.
 

Pierwsza dekada po odzyskaniu niepodległości była okresem stałego borykania się z niedostatkiem. Gdy już wydawało się, że Białystok stabilizuje się to na wszystkich zwalił się światowy kryzys gospodarczy. To on skutecznie przeciął dyskusję o budowie tramwaju.
  W PRL-u o tramwajach mówiło się w Białymstoku jak o fantazji. I tak budując szeroką Aleję 1 Maja (Piłsudskiego), zamiast przygotować na niej torowiska snuto mrzonki o tunelu pod Lipową. Gdy modernizowano układ komunikacyjny Białegostoku w okresie tak zwanego białostockiego przyspieszenia, to też nie dostrzeżono szansy budowy tramwajowej trakcji.
  I dziś, gdy tramwaj w Europie przezywa swój renesans my nie podejmujemy żadnych działań, żeby wprowadzić go u siebie. Ciekawe czy kiedykolwiek doczekamy się tramwajowego Białegostoku. Może na 200 lecie Konki? Ale to dopiero w 2095 roku!

Andrzej Lechowski 

Wielki Gościniec Litewski – nowy szlak turystyczny wiedzie przez Podlasie

Wielki Gościniec Litewski – nowy szlak turystyczny wiedzie przez Podlasie

Wielki Gościniec Litewski – to nowy szlak turystyczny, który prowadzi z Warszawy przez historyczne Podlasie i Białoruś aż do Wilna. Czyli tereny, które należały do Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Szlak ten istniał od XI wieku, lecz największą rolę odgrywał w XV wieku, gdy Polska i Litwa miały unormowane stosunki w postaci unii obu państw. Wtedy na trasie tej przewożono towary na handel, podróżowali posłowie, a także przewożono pocztę.

 

Szlak zaczynał się na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, gdzie znajdowała się poczta. Następnie wiódł przez Liw, gdzie była granica pomiędzy Mazowszem a Wielkim Księstwem Litewskim. Kolejny punkt to Sokołów Podlaski, gdzie swoje majątki mieli Kiszkowie i Radziwiłłowie. W XVIII wieku powstały kolejne stacje, gdy funkcjonowała już regularna poczta królewska. Wówczas na znaczeniu zyskały stacje w Grannem na Bugu, Bielsku Podlaskim i Białymstoku, w którym zachwycano się Wersalem Podlaskim – rządzonym przez Jana Klemensa Branickiego.

 

Kolejne przystanki wiodły przez Wasilków z odnogą do Supraśla, Czarną Białostocką, Sokółkę i Kuźnicę. Później Grodno, Druskienniki, Troki i Wilno. Wielkie Gościniec Litewski stracił na znaczeniu, gdy pojawiła się na tej samej trasie kolej. Dziś szlak turystyczny ma się odrodzić. Ministerstwo Sportu i Turystyki chce go oznaczyć specjalnymi tabliczkami. Po drodze powinniśmy napotkać zabytki, które zachowały się, a pełniły rolę w obsłudze traktu.

Nasza Wędrowniczka

Nasza Wędrowniczka

 

   Fontanna na rynku pojawiła się około 1892 r. Przez lata towarzyszyły jej wydarzenia dramatyczne, a czasem i komiczne. W maju 1936 r., przy fontannie rozegrała się scena, która dziś biłaby rekordy oglądalności na You Tubie. Od strony Lipowej, na Rynek wpadła taksówka nr 77 9974 prowadzona przez niejakiego Gogola. Zaś od kościoła pędziła dorożka nr 154 z Ickiem Robotnikiem na koźle.
  Nadzwyczaj ciepły początek maja obudził we mnie tęsknotę za wodą. Spotęgowała się ona na widok fontanny na Rynku Kościuszki. Niestety przeminęła ona jak w starym dowcipie z PRL-u, gdy sprawozdawca pierwszomajowego pochodu w Warszawie gromkim głosem wykrzykiwał – przeszły już Wola i Ochota. Na mnie zaś podziałała groźnie wyglądająca, urzędowa tablica przy fontannie: „Zakaz kąpieli w fontannie. Woda niezdatna do spożycia”. Po chwili refleksji uświadomiłem sobie, że postawienie tej, na pierwszy rzut oka, absurdalnej tablicy ma jednak swoje historyczne uzasadnienie.
  Ale po kolei. Białostocka fontanna, raczej niepozorna, doczekała się jednak stosunkowo bogatej literatury. Sam w Przewodniku Historycznym poświęciłem jej osobny rozdzialik. Pisał o niej też obecny miejski konserwator zabytków Dariusz Stankiewicz przytaczając bodaj najważniejszy powód dla którego Białystok posiadł fontannę. Otóż gdy 14 maja 1890 r. zasłużony dla miasta Franciszek Malinowski w imieniu Rady Miasta podpisał z Michałem Ałtuchowem kontrakt na budowę wodociągu, to zaznaczał, że „aby nie dać się zdystansować guberni [to znaczy stolicy guberni – Grodnu], umowa polecała wybudowanie dwu fontann, nie gorszych niż w mieście Grodnie”.
 
Trudno dziś jednoznacznie stwierdzić, które z miast wyszło obronną ręką z tego pojedynku. Trudno też powiedzieć, co stało się z tą drugą fontanną. Wiadomo jednak, że około 1892 r. na białostockim rynku pojawiła się fontanna. Musiała być traktowana prestiżowo skoro określano, że uruchamiana ma być, jak pisał D. Stankiewicz „po 2 godziny w dni świąteczne i na specjalne polecenie przewodniczącego Rady Miejskiej”. Prawdę powiedziawszy nie robiła jednak specjalnie wielkiego wrażenia.

W wydanym w 1897 roku albumie fotograficznym Józefa Sołowiejczyka – „Vidy goroda Bielostoka” widać ją na dwóch fotografiach, ale nie jest ich centralnym punktem. Bo i co było fotografować – betonową okrągłą nieckę z centralnie umieszczoną, sterczącą pionowo rurą? Tak, tak, bo dopiero około 1900 r. fontannę ozdobił charakterystyczny wodotrysk. Przedstawia on alegoryczną grupę trzech chłopców (młodzieńców), którzy symbolizują rolników, rybaków i muzyków. Jak te postaci mają się do Białegostoku – na to pytanie też trudno odpowiedzieć bez puszczania wodzy fantazji. Alegorię natomiast wypełniła sama historia fontanny. Można bowiem zaryzykować stwierdzenie, że każda z tych przedstawionych profesji ma w sobie zapisany ruch. No i sama fontanna przez to też stała się ruchliwa. Raz znajdowała się u wylotu ulicy Sienkiewicza (wówczas Mikołajewskiej). A to wylądowała później w krzakach przed ratuszem, aby ponownie przenieść się w pobliże swojej pierwotnej lokalizacji.

  Ale nie tylko na wędrowaniu zasadza się fenomen białostockiej fontanny. Towarzyszyły jej wydarzenia dramatyczne, a czasem i komiczne. Już w 1905 r., 22 czerwca, fontanna zaistniała w białostockich annałach. Pewnie usłyszano o niej aż w samym Petersburgu. Otóż tego dnia, około godziny 22 przy fontannie na rynku stała grupa policjantów. Byli już po służbie. Rozmawiali beztrosko nie zwracając uwagi na to, co dzieje się wokół nich. To był niedopuszczalny błąd. Białystok bowiem był w tym czasie jednym z najniebezpieczniejszych miast, w którym zamachy anarchistów były na porządku dziennym. Nieuwagę policjantów wykorzystał zamachowiec rzucając między stojących mężczyzn bombę. Ciężko rannych zostało 4 policjantów.
  Ale dosyć tych okropności, bo jeszcze wystraszę nimi białostoczan, którzy zaczną unikać otoczenia fontanny. Tak więc dla odmiany nieco lżejsza historyjka. Rozpoczynała się niedziela 5 sierpnia 1934 r. Było dobrze po północy, gdy z restauracji Aquarium przy Rynku Kościuszki 6 wraz z towarzystwem wyszedł inżynier Kazimierz Riegert, dyrektor białostockiej elektrowni. Panowie podeszli do fontanny. W tym samym momencie od strony Suraskiej rozległy się nieartykułowane okrzyki.

Dżentelmeni odwrócili się w ich kierunku i ujrzeli jak przez rynek „pędzi ku fontannie jakaś młoda dziewoja, ścigana przez kilku wyrostków”. Gdy napastnicy zobaczyli grupkę mężczyzn wyraźnie im się przyglądających, natychmiast zaprzestali pościgu i znikli jak kamfora. Wówczas dziewczyna jednym ruchem zerwała z siebie sukienkę i naga zaczęła tańczyć wokół oniemiałych panów. „Bezceremonialnie demonstrowała swoje wdzięki, nucąc przy tem piosenkę, słów której w druku powtórzyć nie można”. Popląsawszy gołkiem, dziewczę zaśmiało się i pobiegło w ulicę Sienkiewicza. W następnych dniach gadka po mieście szła, „że pan dyrektor ze zdziwienia tak szeroko rozwarł gębę, że binokle spadły mu z nosa na chodnik i potłukły się”.
  Innym razem, w maju 1936 r., przy fontannie rozegrała się scena, która dziś biłaby rekordy oglądalności na You Tubie. Od strony Lipowej, na Rynek wpadła taksówka nr 77 9974 prowadzona przez niejakiego Gogola. Od kościoła pędziła dorożka nr 154 z Ickiem Robotnikiem na koźle. Wszystkiemu przyglądał się policjant stojący na „kamiennej balijce”, jak nazywali białostoczanie okrągłe podwyższenie, które znajdowało się u wylotu ulicy Sienkiewicza. Stróż prawa oniemiał. Co robić ? Wiać czy interweniować. Nim cokolwiek pomyślał, oba pojazdy zderzyły się. Huk był ponoć przeraźliwy. Z kół dorożki to nawet gumy poodpadały. Icek Robotnik, niczym ptak frunął nad Rynkiem i po chwili jęczał poobijany o bruk. Dorożkarska szkapa czując wreszcie wolność, wykorzystała ten moment i… wskoczyła do fontanny.
  Powojenne lata pisały dalszą historię fontanny. W 1957 r. w Gazecie Białostockiej pojawił się o niej wierszyk Stanisława Szydłowskiego.

„Trzy żałosne figury
Moczy i moczy woda.
Widać, że lubią się moczyć,
Więc mi ich wcale nie szkoda.
Że woda ku ziemi strzyka,
Nie ma się czego pysznić
Przepraszam, taka fontanna,
To nie fontanna, to prysznic.
Na Rynku wszyscy mieszkańcy
Muszą choć raz być na co dzień,
By spojrzeć na te figury,
Czy jeszcze moczą się w wodzie.
W niedzielę zaś obowiązkowo
Pędzę na Rynek Kościuszki
Posłuchać najświeższych nowin,
Popatrzeć na ładne nóżki.
A że jest na co popatrzeć
Pędzę na Rynek ochoczo.
A te figury w tej wodzie
Moczą się, moczą i moczą”.
 

   Jednak to moczenie się w wodzie nieobce było tylko żelaznym figurom. Oto historyjka, która nadaje, według mnie, historyczne uzasadnienie obecnie wystawionej tablicy zabraniającej kąpieli w fontannie. Czerwiec 1953 r. był upalny. Uwagę felietonisty GB przykuła więc fontanna. Pisał: „Poczciwa, stara białostocka fontanna w maleńki krąg dookoła siebie wysyła tysiące chłodnych kropelek. Kiedy się zbliżysz, oprzesz o zimną, kamienną balustradę i kapnie ci parę takich kropelek na twarz czy ręce, już jakoś lżej”. Ale tyle tej sielanki. Zbliżenie się do fontanny było problemem, jak to autor felietonu określił „równie ciężkim jak kupienie odzieży dla niemowląt”. Powodem było okupowanie fontanny przez łobuzów, a raczej przez brewerie jakie przy niej wyprawiali. „Pół nago, albo wręcz nago – stosują zabawy, które nie bardzo przystają nawet na plaży.
 
Nie wspominając już o nurkowaniu i wrzucaniu pustych butelek do basenu, trudno pominąć takie momenty, jak skakanie z wody wprost na przechodniów lub oblewanie ich wodą, co ze względu na upał nie jest wprawdzie przykre, jednak nabiera charakteru rzeczy bardzo nieprzyjemnej ze względu na ubranie”. Na tych nagusów wyskakujących znienacka z fontanny felietonista miał jedną radę – apel do Milicji Obywatelskiej, który sformułował refleksyjnie. „Towarzysze, weźcie za uszy tych <> i zabrońcie urządzania kąpieli w śródmieściu”.
 Kończył historiozoficznie – „Niech stara, dobra fontanna służy nadal swym tradycyjnym <> celom”. W 1994 r. fontanna została uszkodzona. Zdemontowany wodotrysk przewieziono do miejskiego magazynu przy ulicy Wiewiórczej. Tam leżał, aż w 1996 r. stwierdzono, że go w magazynie nie ma. Jak pisał D. Stankiewicz „ sprawców kradzieży nie ustalono i nie odzyskano skradzionych rzeźb”. Ale białostocki rynek bez fontanny już nie mógł funkcjonować – trzeba było wykonać kopię blisko stuletniej rzeźby.

Andrzej Lechowski

Białystok Fabryczny
1926 r.Dziennik Białostocki

Białystok Fabryczny

Dziś nazwa tej stacji to archaizm. Ani dworca, ani fabryk, ani nawet pociągów. Historia zaczęła się w 1886 roku, kiedy to w ramach rozbudowy białostockiego węzła kolejowego uruchomiona została linia łącząca Białystok z Moskwą.

Trasa wiodła przez Baranowicze, Wołkowysk, a dalej przez Mińsk i Smoleńsk. Nazwano ją koleją poleską, a na budynku dworca umieszczono tablicę „Poleskij wakzał”. Linia ta miała znaczenie wybitnie strategiczne. Ruch pasażerski był na niej raczej nikły. W 1895 r. z usług kolei poleskiej na odcinku Białystok – Baranowicze skorzystało zaledwie 304 podróżnych. Jeszcze mniej wyjechało do Moskwy, bo zaledwie 192 osoby. Byli to najczęściej miejscowi przemysłowcy, urzędnicy i wojskowi. No właśnie – wojsko.

W 1884 r., a więc jeszcze przed uruchomieniem kolei poleskiej w bezpośrednim sąsiedztwie planowanego dworca wybudowano duże koszary. Przeznaczone były dla Kazańskiego Pułku Piechoty.Zlokalizowane były poza miastem. Na wytyczonej regularnej, prostokątnej parceli w ciągu kilkunastu lat wzniesiono ponad 60 rozmaitych budynków. Od strony obecnej ulicy Wasilkowskiej w ich kierunku prowadziła wytyczona specjalnie droga, która jeszcze w 1919 r. nie miała żadnej nazwy. Dopiero, bodaj w rocznicę powstania styczniowego w 1923 r., nazwano ją imieniem dyktatora powstania – Romualda Traugutta. Jedną z ostatnich budowli wzniesionych za „carskich czasów” w kazańskich koszarach była cerkiew Matki Bożej Kazańskiej.

Nie można oprzeć się wrażeniu, że właśnie koszary carskich piechurów zdecydowały o lokalizacji dworca kolei poleskiej. Budynek ten został wzniesiony właśnie w 1886 r..Stylistycznie nie różnił się od dworca w Białymstoku. Był jednak znacznie od niego mniejszy. Ciekawostką jest to, że w odróżnieniu od głównej stacji nie był zaznaczany na rosyjskich planach miasta wykonanych przed 1915 rokiem. Czyżby tajno-wojenna konspiracja? Jeśli tak, to nieskuteczna, bo w 1897 r. M. Miłakowski w swoim „Szkicu o Białymstoku” w końcowych uwagach pisał, że „w Białymstoku jest jeden centralny dworzec Sankt Petersburskiej kolei. Znajduje się on w samym mieście na Szosowej ulicy. Północno-Zachodni (towarowy) dworzec znajduje się niedaleko od Centralnego, a Poleski (towarowy) w przeciwległej stronie miasta, na końcu ulicy Wasilkowskiej, niedaleko koszar kazańskiego pułku”.

Wraz z budową stacji kolei poleskiej, wzdłuż torowiska, od strony ulicy Wasilkowskiej wybudowano kolonię drewnianych parterowych domów. Nie były to proste, typowe budynki. Zgodnie z ówczesną modą ich elewacje ozdobione były misternymi detalami. Wsporniki dachów, ozdobne naroża, okiennice i ganki nadawały tym budynkom reprezentacyjnego charakteru. Było nie było, mieszkała w nich elita, za którą uchodzili wówczas pracownicy kolei. W jednym z tych domów znajdowała się kolejowa szkoła.
Dworzec poleski to była najprawdziwsza, ruchliwa stacja, na której pracowała rzesza ludzi. Aż wierzyć się nie chce oceniając jej dzisiejszy stan, że 100 lat temu było tu rojno i gwarno. Naczelnikiem stacji był Konstanty Rozental. Jej rewizorem (jakby z Gogola) był Aleksander Pawłowski. Mieli aż czterech pomocników. Zatrudniano tam też oddzielnych kasjerów od odprawiania towarów i od ich przyjmowania. Byli również specjalnie przeszkoleni agenci od sprzedaży drobnicy, kontrolerzy załadunku, biuraliści, „kantorszczyki”. Samych telegrafistów było aż 7. Ba, było nawet dwóch felczerów, którzy dbali o zdrowie poleskich kolejarzy.

Po odzyskaniu niepodległości białostocki węzeł kolejowy stracił to znaczenie jakim obdarzyły go władze zaborcze. Przestał, z oczywistych względów, istnieć strategiczny kierunek na Moskwę. Dodatkowo zapaść białostockiego przemysłu spowodowała, że i towarów do przywiezienia i wywozu było znacznie mniej. Białystok podporządkowany wileńskiej dyrekcji kolei nie był już tak ważny. W związku z tym pod koniec 1930 r. nastąpiła istotna zmiana w organizacji miejscowych stacji. Znacznie ograniczone zostało miejsce przeładunków towarowych, które dotychczas usytuowane było nieopodal stacji głównej. Funkcje te przeniesione zostały na dworzec poleski przy Traugutta. Na skutek tego nastąpiła też zmiana nazw białostockich dworców.

Na Kolejowej był dumnie brzmiący „Białystok Centralny”. Na Traugutta po raz pierwszy pojawiła się tablica „Białystok Fabryczny”. Pomimo tej zmiany białostoczanie jeszcze długo używali starej nazwy – poleski. W uzasadnieniu tej decyzji pisano, że „pod względem dogodności i dłuższego czasu na ładowanie i wyładowanie towarów stacja Białystok Fabryczny więcej odpowiada interesom nadawców i odbiorców i na niej głównie koncentruje się ruch towarowy naszego miasta”.

Andrzej Lechowski

Studenci przejmują miasto! Najpierw Medykalia, potem Juwenalia

Studenci przejmują miasto! Najpierw Medykalia, potem Juwenalia

Zabawę czas zacząć! Ruszyły Medykalia, a zaraz po nich ruszają Juwenalia. Białystok zostaje opanowany przez studentów, którzy najbliższy czas będą się bawić w najlepsze. Inni też mogą się bawić, propozycji będzie co nie miara. Medykalia oficjalnie wystartowały dzisiaj z dziedzińca Pałacu Branickich – czyli z siedziby Uniwersytetu Medycznego. Start miał formę wyścigu po zdrowie – rowerami. A wieczorem na Zaherkach (teren między budynkami UMB, Plantami a Pałacem Branickich) będzie można posiedzieć przy kiełbaskach, karkówce i napojach.

 

Będą też koncerty. Posłuchać będziemy mogli Finest Spirits oraz Dispelled Reality. Nie zabraknie też zespołu Fiłoń. W Herkulesach tradycyjnie już „Fartuch Party”.
Start wieczornych imprez na dawnym „Wembley” i w pobliżu o godz. 19. Natomiast jutro na Plaży W Dojlidach odbędą się Regaty o Puchar Rektora. Medykalia potrwają do jutra do godz. 22.

 

Juwenalia ruszają 24 maja. Na terenie kampusu PB wystąpią Czwarta Fala Kabaret, Bracia Figo Fagot, Big Cyc, Mig. Dzień później koncert Kult, O.S.T.R oraz Cochise i Akcent. Ostatniego dnia Kękę, Bright Ophidia oraz Bajm.

 

Zapowiada się świetna zabawa!

U Pana Boga za piecem po 20 latach. Te miejsce wciąż jest magiczne [ZDJĘCIA]

U Pana Boga za piecem po 20 latach. Te miejsce wciąż jest magiczne [ZDJĘCIA]

20 lat temu na ekranach kin mogliśmy oglądać „U Pana Boga za piecem” w reżyserii Jacka Bromskiego. Film ten dziś już jest kultowy, tak jak i jego niektóre sceny. Sama historia filmowa też urzeka. Jednak, to za co kochamy pierwszą część trylogii, to za ukazaną magię Podlasia, która bije już od pierwszej sceny, gdy to ksiądz jedzie na rowerze po polu otoczonym unikalnymi, drewnianymi płotami. Dwie dekady później postanowiliśmy pojechać do Wierzchlesia, by znów zobaczyć kultowe miejsce. Musimy przyznać, że zostaliśmy oczarowani magią płotów. Gdybyśmy mieli rower, sami byśmy się przejechali tamtą drogą, by poczuć się jak w filmie.

 

Sami zobaczcie jak dzisiaj wygląda miejsce z pierwszej sceny filmu „U Pana Boga za piecem”

 

 

A tą drogą pod górę wjeżdżał Krzysztof Dzierma odgrywający rolę księdza. Niestety po prawej stronie został już tylko fragment płotu…

 

Piękna pogoda! Zobacz, gdzie jechać na rower w okolicę

Piękna pogoda! Zobacz, gdzie jechać na rower w okolicę

W najbliższym czasie czekają nas upały. Warto ten czas wykorzystać, bo jak wiadomo pogoda zmienna jest i może to się wkrótce zmienić. Szczególnie, że w połowie maja jest tak zwana „zimna Zośka”. Zanim do niej dojdzie warto jeszcze gdzieś pojechać rowerem w wolnej chwili, choćby po pracy albo w weekend. Jednym z takich miejsc może być zwiedzanie najbliższych okolic. Atrakcji pod Białymstokiem nie brakuje, aczkolwiek te najbliższe są w trakcie remontów. Do najbliżej położonego Supraśla nie dojedziemy zbyt łatwo, gdyż droga jest zamknięta, zaś w samym Wasilkowie przy głównej drodze, w samym centrum trwa remont i też trzeba jechać objazdem. Podobnie jest także w Choroszczy – gdzie trwa rewitalizacja centrum. Dlatego jeżeli wybieraliśmy się w te miejsca rowerem – to lepiej wybrać inne miasteczka.

 

Całkiem przyjemnie jest za to w Jurowcach – gdzie możemy posiedzieć nad wodą i łatwo dojechać. Podobnie możemy ruszyć na białostockie Dojlidy. By tam odpocząć na plaży lub posiedzieć na wyspie. Dla tych, co chcą przejechać więcej kilometrów polecamy wypad nad zerwany most w Kruszewie, by podziwiać rozlewiska Narwi. Tak samo ciekawie będzie w Tykocinie, gdzie można posiedzieć w pobliżu tej samej rzeki – lub jeszcze bliżej Białegostoku – w Dobrzyniewie Fabrycznym – nad zaporą wodną (tam płynie Supraśl).

 

Jak widać możliwości jest wiele. Lepiej korzystać z nich, bo w naszym kraju mamy taki klimaty, że lato może zostać niezauważone – tak jak w zeszłym roku. Dlatego korzystajmy póki jest słońce!

Idiotyczna inwestycja trwa. Zamykają drogę na 5 dni

Idiotyczna inwestycja trwa. Zamykają drogę na 5 dni

Od środy (9.05) do poniedziałku nie będzie możliwe dojechanie z Białegostoku do Supraśla. Jedyna droga prowadzić będzie przez Wasilków tuż przy samym rezerwacie przyrody. Wszystko przez najbardziej idiotyczną decyzję Podlaskiego Zarządu Dróg Wojewódzkich w Białymstoku. Droga do Supraśla z Białegostoku jest właśnie remontowana. Można by było przyklasnąć tej decyzji, gdyby nie sposób wykonania. Otóż nie jest to jakoś wyjątkowo ruchliwa droga – bo korki tworzą się tam co najwyżej w weekendy, gdy nadmiar turystów chce wjechać z Białegostoku lub wrócić z Supraśla. 

 

Tymczasem inwestor (Podlaski Zarząd Dróg Wojewódzkich) postanowił wydać swoich pieniędzy jak najmniej kosztem przyrody i krajobrazu. Wszystko po to by zawyżyć wartość projektu dofinansowania unijnego (i dzięki temu je otrzymać). W efekcie dostaniemy bardzo szeroką drogę w środku Puszczy Knyszyńskiej, ale jakby tego było mało budowana jest wielka estakada, która w tym miejscu wygląda komicznie. Gigantyczne, betonowe kloce, a na nich droga. Wszystko na poziomie czubków drzew. Często w takich sytuacjach mówi się, że sam Bareja by tego nie wymyślił. 

 

Kto normalny stawia wielkie betonowe kloce w środku Puszczy? Na dodatek w miejscu, gdzie ruch nie jest zbyt wielki i odnowiona nawierzchnia by w zupełności wystarczyła. Żeby estakadę można było zbudować w całości trzeba więc zamknąć drogę całkowicie na 5 dni, a że innej nie ma? Że trzeba będzie jechać z Białegostoku albo przez Sokółkę (zamiast 10 km robiąc 100 km) albo przez leśną drogę (nie możemy się doczekać aż spadnie duży deszcz) Ale kogo to interesuje? Na pewno nie urzędników. Najważniejszy jest przecież fakt, że dostali dofinansowanie, więc muszą wydać unijne pieniądze. Bo jak Unia daje, to trzeba brać, nieważne że nasze dzieło jest idiotyczne, a my ośmieszyliśmy sami siebie. Trzeba brać!

 

P.S inwestycja ma kosztować 120 mln zł (z kasy unijnej dostaniemy 100 mln zł). Cieszycie się?

Szwagier dla szwagra na fujarce zagra

Szwagier dla szwagra na fujarce zagra

 

   Jankiel Rozengarten, jego szwagier i sąsiad z ul. Orlańskiej  Szmul Gorfinkiel, znany powszechnie w Chanajkach jako Kokoszkie, nie próżnował. Zajmował się tym, co od młodych lat najlepiej mu wychodziło, czyli włamaniami mieszkaniowymi.
  Na początek przypomnijmy taką oto notatkę, którą w 1922 r. zamieścił Dziennik Białostocki: „W nocy z 8 na 9 czerwca nieznani sprawcy przedostali się do mieszkania Mikołaja Dejny na ul. Kaczej 3 i za pomocą podrobionego klucza skradli 22 dolary i 50 tysięcy marek.
  Policja ustaliła, że sprawcą kradzieży jest Szmul Gorfinkiel, którego aresztowano. W drodze do komisariatu Gorfinkiel próbował zbiec. Policjanci oddali za uciekinierem parę strzałów. Jeden z nich był celny. Ranny Gorfinkiel odtransportowany został do szpitala miejskiego”. Pomimo bolesnego postrzału, a później rocznej odsiadki, klawisznik z Orlańskiej nie zamierzał porzucać swojego procederu.
  Podobnie jak szwagier Jankieczkie, Kokoszkie szczególnie pracowicie spędził lato 1926 r. Jako doświadczony złodziej wiedział dobrze, że o tej porze jest w mieście dużo mieszkań, których właściciele bawią na podbiałostockich letniskach, albo i dalej. Pewnej nocy postanowił zwizytować mieszkanie Gitli  Lewinson, znajdujące się na parterze domu przy ul. Odeskiej.
  Wśród chanajkowskiej ferajny krążyły słuchy, że Gitla otrzymuje wcale pokaźne sumy od rodziny z Ameryki. Ponieważ bawiła właśnie z córką w popularnych Druskiennikach, gdzie kurował się zwykle sam marszałek Józef Piłsudski, można było przekonać się jak jest naprawdę. Prosta droga do pomieszczeń zajmowanych przez Lewinsonową prowadziła przez okno. Gorfinkiel, pracujący jak zwykle ze swoim kompanem od wódki, kart i skoków, Noske Penerem, zlikwidowali najpierw solidne okiennice, wzmocnione żelazną sztabą, wycięli po cichu otwór w szybie i już byli w środku.
  Jak zeznała później poszkodowana letniczka, zawiadomiona telegraficznie o włamaniu, złodzieje wynieśli futro karakułowe, palto z ciepłym kołnierzem oraz garść złotej i srebrnej biżuterii. Wszystkiego łącznie na sumę 3259 zł. Nawet bez spodziewanych dolarów był to wcale pokaźny kusz (złodziejski łup).
  Dwa tygodnie później, kiedy o kradzieży na Odeskiej przestano już mówić na chanajkowskich uliczkach i podwórkach, pewien wywiadowca z Ekspozytury Urzędu Śledczego dostrzegł na ul. Sosnowej znanego sobie z kartotek policyjnych,
a poszukiwanego za jakieś sprawki opryszka. Był to oczywiście Szmul Gorfinkiel. Wracał on właśnie do domu od pasera Mowszowskiego i spotkanie z przedstawicielem władzy wcale mu nie odpowiadało. Spróbował uciekać. Wywiadowca był jednak szybszy, dopędził zbiega i zatrzymał.
  Podczas rewizji w siedzibie EUS na ul. Warszawskiej policjanci znaleźli przy Gorfinkielu złoty zegarek i złoty pierścionek z brylantami. Złodziej został osadzony w areszcie. Po opublikowaniu w prasie komunikatu o odzyskanych przedmiotach, do kancelarii EUS zgłaszali się wszyscy ci, którym ostatnio zginęły jakieś cenności.
  Przyszła również Gitla Lewinson. Ku wielkiej uciesze rozpoznała swój pierścionek. Kokoszkie stanął przed sądem i zainkasował swój kolejny wyrok.
  W 1927 r. widzimy Szmula Gorfinkiela znowu jednak na wolności. Tym razem wystąpił ze swoim repertuarem na prowincji, a dokładnie w miasteczku Boćki. Tam również wykorzystując okno, odwiedził mieszkanie pp. Goldwasserów i nie zakłócając im snu, wyszedł z niego ze znaczną sumą dolarów i garścią złota.
  Kilka miesięcy później policjanci w kolejnej gonitwie dopadli niepoprawnego złodzieja, zrewidowali i oczywiście zabrali do aresztu.

Włodzimierz Jarmolik

Las Pietrasze. Skrywa wiele tajemnic, rozgrywało się tu wiele historii

Las Pietrasze. Skrywa wiele tajemnic, rozgrywało się tu wiele historii

Las Pietrasze kryje bardzo wiele tajemnic. Na jego terenach w historii rozgrywało się bardzo wiele wydarzeń. Fruwały sterowce, miały miejsce zbiorowe egzekucje, znajdowała się tam stara wojskowa strzelnica, a przechadzając się ścieżkami natrafimy na doły, rowy, nasypy czy wykopy. Przez Pietrasze prowadzi także pieszy szlak turystyczny. W lesie znajduje się także najwyższy punkt w mieście – tak zwana „górka miłości”. Kiedyś znajdowała się także inna górka, z której mogliśmy podziwiać z oddali Wasilków. Ta została jednak rozkopana, gdyż trwa tam zabudowa mieszkaniowa.

 

W 1898 odbywały się tam manewry wojskowe, mieszkańcy Getta Białostockiego uciekali do tego lasu, ale też ginęli tam, zaś w czasach komunizmu UB-ecy wywozili tam ofiary represji, gdzie mordowano je bez wyroków. Dziś można natrafić po tych wydarzeniach miejsca pamięci. Bardzo ciekawie jednak wyglada Las Pietrasze po prześwietleniu lidarem (narzędzie
podobne do georadaru).

 

Zaznaczone elementy znajdują się pod ziemią. Oznacza to, że w tych miejscach tereny są nienaturalnie odkształcone. Co robili ludzie, gdy Las Pietrasze był jeszcze bardzo młody i słabo zarośnięty? Mogą to być dawne miejsca walk lub miejsca, gdzie masowo chowano ludzi. Mogą być tam też ślady dawnych osad? Żeby to wyjaśnić potrzebne byłoby rozkopanie tych miejsc i stworzenie stanowisk archeologicznych. Miejmy nadzieję, że kiedyś tak się stanie. Zaś teraz pozostają nam tylko domysły.

 

fot. Geoportal

Bandzior Jankieczkie

Bandzior Jankieczkie

   W lutym 1926 r. Dziennik Białostocki zamieścił na swoich łamach krótką notatkę: „Fałszywe 20-złotówki pojawiły się w Białymstoku. Mimo energicznych działań organów policyjnych nie wykryto dotychczas sprawców fałszowania banknotów. Radzimy dokładnie oglądać”. Tylko tyle. Niedługo potem wykluła się jednak z tej niepozornej informacji całkiem interesująca historia z Jankielem Rozengartenem, wspomnianym już w tej rubryce gangsterem chanajkowskim w roli
głównej.
  Na początku lipca 1926 r. Rozengarten, znany w pół- światku kryminalnym miasta pod przezwiskiem Jankieczkie
wszedł w posiadanie pliku fał- szywych 20-złotówek. Trudno byłoby pytać wytrawnego pasera skąd je wytrzasnął. Może
przegrał je w karty w jego nielegalnym kompleksie rozrwkowo-hazardowym któryś z klientów? A może odkupił jeza bezcen od fałszerzy likwidujących swój interes pod naciskiempolicji? W każdym razie trzeba było zamienić lipne pieniądze na prawdziwe.
  Jankieczkie miał na to swoje sposoby. Tym razem postanowił użyć… konia. Mechanizm operacji był prosty. Na jarmarku odbywającym się co i rusz w którymś z miasteczek województwa białostockiego trzeba było kupić od chłopa konia i zapłacić fałszywymi banknotami. Następnie znaleźć szybko chętnego, który odkupiłby dorodną klacz czy ogiera, za nieco mniejsze pieniądze, lecz za to autentyczne. Sztuczkę można było powtarzać wielokrotnie. Należało tylko uważać z wyborem
miejsca zakupu i zbycie zwierzęcia. Na szczęście jarmarków było mnóstwo.
  W lutym 1927 r. Jankiel Rozengarten wybrał się na świą teczną, handlową niedzielę w miejscowości Piaski, w powiecie wołkowyskim. Tam upatrzył konia, a raczej jego właściciela, Bronisława Bachura z Mostów. Po obowiązkowym targu o cenę stanęło na 240 złotych. Rozen – garten zaproponował wręczenie gotówki w jednej z bocznych uliczek. Chociaż Bachur wyglądał ofermowato, dostrzegł jednak, że żydowski kupiec wciska mu do garści podejrzanie nowiutkie 20-złotówki.    Zauważył też, że tamten ma ich znacznie więcej. Obudziło to jego zaniepokojenie. Kto z taką masą forsy kręci się po biednym miasteczku, nawet w jarmarczny dzień. Podniósł alarm. Jankieczkie nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Nie zdążył się wycofać, jak został przytrzymany za ręce przez tęgich parobczaków.
  Niebawem zjawił się policjant i zagarnął Rozen – gartena na posterunek. Epilog niefortunnej wyprawy chanajkowskiego bandziora na prowincję miał miejsce pół roku później w Wołkowysku. Odbyła się tam sesja wyjazdowa wydziału karnego Sądu Okręgowego z Grodna. Rozengarten do końca nie przyznawał się do podrabiania i rozprowadzania fałszywych banknotów. Twierdził z uporem, że trefne pieniądze otrzymał za konia, którego sprzedał wcześniej na tym samym jarmarku w Piaskach. Niestety, strażnicy w areszcie przejęli dwa grypsy Jankieczkie ze wskazówkami dla żony Racheli.
  Miała ona wyszukać dobrze prezentujących się świadków, którzy potwierdziliby jego słowa. Owe, nieporadnie sklecone zdania stały się ważnym dowodem przeciwko niewinności Rozengartena. Duże znaczenie miała także jego dotychczasowa kartoteka przestępcy, wypełniona kradzieżami, oszustwami, paserką i sutenerstwem.
  Ostatecznie sąd wlepił gangsterowi z Chanajek 4 lata ciężkiego więzienia. W tym samym czasie Sąd Okręgowy w Białymstoku także nie próżnował. Na jego wokandzie znalazł się sprawa grupki cwaniaków oskarżonych z art. 430 o puszczanie w obieg fałszywych dolarów. Byli to m.in. Boruch Lichcer, Judel Lis, Jochel Jenielew i Berek Lew. Ten ostatni znał się wyśmienicie z Jankielem Rozengartenem, gdyż całymi dniami przesiadywał w jego szulerni przy Orlańskiej. Lew, zwany przez chłopaków z ferajny „Kozą”, także z woli są- du trafił na 4 lata do „kozy”.

Włodzimierz Jarmolik

Białystok może zostać półmilionową metropolią? Da się to zrobić!

Białystok może zostać półmilionową metropolią? Da się to zrobić!

O całe 1026 mieszkańców więcej ma Białystok niż Katowice. Według najnowszych danych statystycznych stolica województwa podlaskiego stała się jednym z dziesięciu największych miast w Polsce. Co prawda nie sprawi to, że w końcu zaczną nas pokazywać na mapach pogody albo że masowo zjadą się do nas inwestorzy, którzy na rozwój miasta wyłożą gigantyczne pieniądze, ale udział w każdym rankingu zobowiązuje. Na przykład do zadania sobie pytania czy mamy szansę być na przykład półmilionową metropolią? I tak i nie. W mieście rządzi ten sam prezydent od 12 lat. Czy jeżeli będzie rządzić dalej, to czy w Białymstoku zacznie przybywać mieszkańców? Raczej nie. Szczególnie, że za kadencji Tadeusza Truskolaskiego kilka wsi chciało przyłączyć się do Białegostoku. Ten jednak odmówił, a cała sprawa ostatecznie upadła.

 

Białystok może jednak się powiększyć i nie chodzi o sztuczne wcielanie małych miejscowości. Jest to cała machina, która uruchomiona sprawi, że Białystok będzie gdzieś pomiędzy Wrocławiem, Poznaniem i Gdańskiem. Zacznijmy od podstaw – Poznań i Gdańsk pod względem powierzchni są 2,5 raza większe od Białegostoku, Wrocław zaś 3 razy większy. Dlatego też jeżeli chcemy być metropolią musimy „zwiększyć masę”, a także zyskać wiele terenów inwestycyjnych. Tutaj od razu pojawia się drugi problem. Musimy stworzyć odpowiednie warunki do inwestowania. Przede wszystkim – na Krywlanach oprócz krótkiego pasa startowego, powinniśmy zadbać też rozbudowę pasa, dobudowanie terminala pasażerskiego – ale przede wszystkim o rozbudowę cargo. Białystok może być wschodnim centrum logistycznym. Mamy dobre połączenia z krajami bałtyckimi, Białorusią, a gdybyśmy zadbali o drogi w regionie to i z Ukrainą oraz Obwodem Kaliningradzkim. Kolejną inwestycją jakiej nam brakuje to cargo kolejowe. Mamy infrastrukturę, mamy nieużywany dworzec fabryczny, dlatego też pociągi mogłyby tu przywozić kontenery prosto z portu w Gdyni. Dlaczego tego nie robią? Bo nikomu na tym nie zależy.

 

Białystok w swojej historii swego czasu sprawił, że kupcy z Łodzi przeprowadzili się do Białegostoku. Wszystko dlatego, że byliśmy miastem na granicy dwóch krajów. Dzisiaj również pod tym względem Białystok korzysta na swoim położeniu względem granicy. Problem w tym, że politycy obłożyli podatkami wszystkich tak mocno, że tylko wielkie zagraniczne koncerny zarabiają na przyjezdnych. Na bazarze na Kawaleryjskiej też można zarobić, ale oprócz normalnych podatków, handlujący muszą płacić wysoką opłatę targową oraz czynsz za zajmowane miejsce, które nie oszukujmy się – odbiega od standardów XXI wieku. Oczywiście mogliby zainwestować w coś lepszego. Ale za co? Skoro ciągle ledwo zawiązują koniec z końcem. Biedny konkurując z bogatym nie ma żadnych szans. Dlatego urzędnicy powinni zrobić wszystko aby białostoczanie się wzbogacili. Rosnąca fala „wzbogacających się” przyniosłaby falę nowych mieszkańców, którzy też chcieliby się wzbogacić.

 

Dlatego też jeżeli chcemy się w przyszłości mierzyć z Poznaniem, Wrocławiem czy Gdańskiem – musimy postawić na te 3 czynniki: powiększenie miasta, kluczowe inwestycje, umożliwienie wzbogacenia się obywateli. Bez tego będziemy mogli co najwyżej walczyć z Katowicami, by szczęśliwie zdobytego 10 miejsca nie stracić. Nie oszukujmy się też, że da się to zrobić natychmiast. Białystok może dogonić powyższe miasta w ciągu kolejnych 12 lat. O ile znajdzie się u władzy ktoś, komu będzie na tym zależało.

 

Oto liczba mieszkańców w największych miastach Polski:

 

1. Warszawa – 1 764 615
2. Kraków – 767 348
3. Łódź – 690 422
4. Wrocław – 638 586
5. Poznań – 538 633
6. Gdańsk – 464 254
7. Szczecin – 403 833
8. Bydgoszcz – 352 313
9. Lublin – 339 850
10. Białystok – 297 288
11. Katowice – 296 262

Powojenny Białystok

Powojenny Białystok

 

   Pod koniec czerwca 1944 r. na północnym odcinku frontu wschodniego zaczęła się ofensywa wojsk sowieckich pod kryptonimem „Bagration”. W jej wyniku Armia Czerwona rozbiła wojska niemieckiej Armii Środek, zmuszając ją do odwrotu.
  W połowie lipca 1944 r. Rosjanie dotarli do wschodnich granic przedwojennego województwa białostockiego. Już 19 lipca przystąpili oni do kolejnego natarcia celem zajęcia Białostocczyzny. Dowództwo niemieckie nie zamierzało bronić Białegostoku. Po tygodniu żołnierze Armii Czerwonej bez większych problemów wkroczyli (doszło do kilku potyczek) do Białegostoku.
  Białystok był zrujnowany. Wycofujące się oddziały wojskach niemieckich od 23 lipca 1944 r. przeprowadzały systematyczne podpalanie i wysadzanie budynków mieszkalnych, fabryk, budynków samorządowych, magazynów.
  W wyniku tych działań zostały zniszczone: Dworzec Główny, Pałac Branickich, Seminarium Nauczycielskie, koszary 42 pułku piechoty, ulice Piłsudskiego, Sienkiewicza, Kilińskiego, Warszawska, Kupiecka, Zamenhofa, Równoległa, Rynek Kościuszki, fabryka tytoniu, fabryka Bekiera, fabryka wyrobów drzewnych, fabryki włókiennicze przy ul. Sosnowej i Mickiewicza. Niemcy zdemontowali i wywieźli niemal wszystkie zakłady przemysłowe.
  Centrum miasta było zburzone w około 80 procentach i praktycznie przestało istnieć. W kościele Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny (fara) i w starym kościele wypadły tylko szyby z okien. Także kościół św. Rocha i cerkiew św. Mikołaja szczęśliwie przetrwały apokalipsę i górowały ponad centrum Białegostoku.

Przy Rynku Kościuszki nie było też ratusza, który władze sowieckie zburzyły w 1940 r. Uwagę zwracała leżąca na ziemi pogięta kopuła wielkiej synagogi. Zniknęła dzielnica żydowska Chanajki, Schulhof (dzielnica żydowska położona pomiędzy ul. Legionową i Suraską). Zabudowania getta zostały spalone w czasie jego likwidacji w 1943 roku. Miasto niszczyły także sowieckie bombowce.
  Maria Kolendo (w czasie okupacji niemieckiej organizatorka tajnego nauczania w Białymstoku) w swoim pamiętniku przechowywanym w zasobie Archiwum Państwowego w Białymstoku zapisała: „sobota 22 lipca 1944 r. : Przeżyliśmy z piątku na sobotę, a więc dzisiejszej nocy jeden z najstraszniejszych nalotów na Białystok, wynikiem którego jest pożar dzielnicy Złotej, róg Sienkiewicza oraz ulicy Lipowej. Z kierunków detonacji i pożarów wnioskujemy, że rozwalone są wszystkie szkolne budynki, urzędy, historyczny pałac Branickich, wszystkie obiekty kolejowe, fabryki w całym mieście płoną. Jednym słowem Białystok w gruzach. Okropne czasy przeżywamy: dręczy nas jeden wróg na ziemi (Niemcy), podpala miasto, rozsadza największe i najlepsze budynki publiczne i prywatne, płoną łuny pożarne przez noc całą, a jednocześnie drugi wróg zagraża nam z powietrza (lotnictwo sowieckie). Łuny krwawe otaczają całe miasto, systematycznie podpalane”
  W sierpniu 1944 r. władzę w Białymstoku przejęli przedstawiciele Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego, który miał poparcie Józefa Stalina. Utworzona została Miejska Rada Narodowa i Urząd Miejski w Białymstoku.
  W sierpniu 1945 r. Andrzej Krzewniak pełniący obowiązki prezydenta Białegostoku ogłosił rejestrację szkód wojennych. Obejmowały one utratę życia przez członków rodziny, zdrowia, zdolności do pracy, szkody w nieruchomościach, ruchomościach, inwentarzy, utratę przedsiębiorstw, czy firm, oraz straty w wolnych zawodach. Mieszkańcy Białegostoku złożyli kilka tysięcy kwestionariuszy imiennych rejestrujących szkody wojenne. Władze sporządziły także rejestr zniszczeń wojennych w budynkach gospodarczych, przemysłowych i użyteczności publicznej położonych w granicach administracyjnych Białegostoku, a także drogach i obiektach drogowych przy poszczególnych ulicach miasta. Spisy start pokazują ogrom nieszczęścia mieszkańców Białegostoku i strat, jakie ponieśli w czasie działań wojennych. W zasadzie ocalały tylko obrzeża Białegostoku.
 

Kwestionariusze zgrupowane są zespole archiwalnym Zarząd Miejski w Białymstoku 1944-1950. Archiwum Państwowe w Białymstoku planuje w bieżącym roku zindeksować kwestionariusze dotyczące strat i zamieścić je w internecie, tak aby były dostępne dla wszystkich zainteresowanych. Poniżej przytaczam kilka przykładowych dokumentów:
  Spisy imienne osób, które złożyły kwestionariusze dotyczące rejestracji szkód wojennych:
  1. Oświadczenie księdza Adama Abramowicza – proboszcza parafii św. Rocha: w lipcu 1944 r. podminowano most kolejowy przy ul. Dąbrowskiego i tor kolejowy. W kościele św. Rocha zniszczone zostały szyby, kopuła, wieża. Szyby – 12000 zł, kopuła – 14000 zł, wieża – 19500 zł, łączna kwota strat – 45500 zł.
  2. Dyrekcja Prywatnego Koedukacyjnego Gimnazjum Kupieckiego Polskiego Towarzystwa Krzewienia Wiedzy Handlowej i Ekonomicznej Białystok, ul. Fabryczna1: w lipcu 1944 r., świadome niszczenie mienia przez władze wojskowe niemieckie. Zniszczenie budynku 100%, niewypłacenie poborów, zniszczenie biblioteki 5000 tomów i wyposażenia szkoły. Pełen wykaz szczegółowy utraconych sprzętów szkolnych sporządzony został przez dyrektora Kazimierza Sawickiego.
  3. Oświadczenie Józefa Guszkiewicza, dziekana prawosławnego w Białymstoku: zniszczone mienie parafii prawosławnej w lipcu 1944 r. w Białymstoku, zniszczenie domu czynszowego (4 mieszkania, 12 izb w 90%), zniszczenie zabudowań gospodarczych. Łączna wartość szkód 33570.
  4. Oświadczenie Ety Buszkaniec: Odlewnia Żelaza i Fabryka Maszyn Jowiela Gotliba, ul. Łąkowa 3, demontaż wywiezienie wyposażenie przez Niemców, zburzenie budynków.
 

   5. Oświadczenie Heleny Malinowskiej: aresztowanie przez Niemców 17 września 1943 r. i pobyt w więzieniu jako zakładniczki, męża Mikołaja Malinowskiego, syna Eugeniusza Malinowskiego, utrata ruchomości w tym radio, wysiedlenie z domu czynszowego.
  6. Oświadczenie Księdza Arcybiskupa Romualda Jałbrzykowskiego – Metropolity Wileńskiego: utrata ruchomości (w tym 80 ksiąg), utrata dzierżawy z majątków Krzyżaki i Ponary, utrata domu, pobyt w więzieniu w Mariampolu na Litwie 31 miesięcy.

Marek Kietliński, Archiwum Państwowe

Esperantyści z całego świata

Esperantyści z całego świata

 

Esperantyści na podwórzu przy domu Ludwika Zamenhofa w 1927 r. Ze zbiorów Muzeum Podlaskiego

   Przed ponad stu laty zmarł znamienity białostoczanin Ludwik Zamenhof, twórca esperanta. Już za jego życia miłośnicy owego uniwersalnego języka odbywali regularne, międzynarodowe zjazdy. Latem 1927 r. XIX kongres miał miejsce w Gdańsku. Stąd wielu esperantystów udało się do Białegostoku, ażeby odwiedzić miasto Zamenhofa i wziąć udział w poświęconych mistrzowi uroczystościach.
  Zjazd gdański rozpoczął się pod koniec lipca. Wśród blisko 900 gości z całego świata wzięli w nim także udział reprezentanci białostockiego Towarzystwa Esperantystów – prezes Jakub Szapiro i sekretarz Filip Kuriański. Bardzo mocno agitowali za uzupełnieniem zjazdu o pobyt w Białymstoku. Minęła wszak 10 rocznica śmierci Zamenhofa, przygotowano specjalną tablicę pamiątkową z czarnego granitu według projektu malarza Kryckiego, która miała być umieszczona na jego domu rodzinnym. Chętnych do wizyty w mieście nad Białą było wielu. Organizatorzy zjazdu w Gdańsku uruchomili specjalny punkt informacyjny. Prezes Szapiro dawał wywiady w miejscowym radiu.
  7 sierpnia, w niedzielne popołudnie, na dworzec białostocki wtoczył się pociąg z Warszawy. Na przyjeżdżających esperantystów czekała na peronie licznie zgromadzona publiczność z przedstawicielami władz miasta. Najpierw orkiestra pułku strzelców konnych wykonała hymn „Esperanto”, później były oczywiście wzniosłe przemówienia. „Bonvenon, karaj gastoj!” (Witajcie mili goście!) Tak się zaczynały. Mowę trzymał m.in. reprezentujący wojewodę Rembowskiego dr Wittek. Głos zabrał także komendant policji Skalski. Niebawem goście i gospodarze ruszyli z dworca w kierunku centrum, gdzie na ul. Zamenhofa przygotowana była pierwsza z oficjalnych uroczystości – odsłonięcie tablicy pamiątkowej. O godz. 14 dokonał tego wojewoda Marian Rembowski w obecności kilku tysięcy widzów. Wygłoszono kolejne przemowy. Najpierw oczywiście mówił wojewoda, później głos zabierali prezydent Bolesław Szymański i Abram Tytkin, prezes białostockiej gminy żydowskiej. W imieniu gości dziękował prof. Otto Bujwid z Krakowa. Następnie przybyłym esperantystom zafundowano obiad w reprezentacyjnym Ritzu, a po nim klasycznie przy takich wizytach, nastąpiło oglądanie miejscowych zabytków. I to wcale nie było wszystko, co organizatorzy zaplanowali na ten dzień.
  O godz. 18 do akcji wkroczył ponownie wojewoda Rembowski, zapraszając gości na raut w salach pałacu Branickich. Była to jednak raczej akademia niż biesiada. Grano i śpiewano hymn esperantystów, nie zabrakło też chętnych do wygłaszania okazjonalnych przemówień. Jako jeden z pierwszych głos zabrał, czujący się właściwym gospodarzem, prezes Szapiro. Później wypowiadali się w języku rodzimym lub w esperanto przedstawiciele różnych narodowości. A było ich obecnych wielu. Z Australii, Anglii, Estonii, Finlandii, Francji, Japonii, Niemiec, Stanów Zjednoczonych, Szwajcarii, no i oczywiście z całej Polski. Na późny wieczór gospodarze także zadbali o atrakcje dla swoich gości. Ich miejscem stał się park w Zwierzyńcu. Najpierw odbyła się wspólna kolacja, a o godz. 20 rozpoczęła się zabawa taneczna. Obowiązywały stroje narodowe. Owe radosne, „internacjonalistyczne” pląsania przeciągnęły się do późnej nocy. Ich uczestnicy mieli prawo być na następny dzień nieco zmęczeni. Gospodarze jednak nadal nie ustępowali w swojej gościnności. 8 sierpnia zorganizowali jeszcze przy pomocy członków miejscowego oddziału PTK wycieczkę do Białowieży. Jak później zapewniali uczestnicy, udała się ona nadzwyczajnie. No cóż, nie każdy widział przecież na własne oczy żywe żubry!

Włodzimierz Jarmolik

Podlasie jest magiczne! Obejrzyj te zdjęcia to zrozumiesz dlaczego

Podlasie jest magiczne! Obejrzyj te zdjęcia to zrozumiesz dlaczego

Podlasie to wspaniała kraina, nieco już historyczna, ale w sercach mieszkańców wciąż żywa. To nie tylko geograficzny punkt, to też miejsce, gdzie od lat stykały się kultury, narodowości czy religie. Dziś po tych czasach pozostały co najwyżej kronikarskie zapisy. Jedno się nie zmieniło. Magia tego miejsca wciąż nie uleciała. Tak jak Bieszczady mają swoją „moc”, tak też Podlasie ma swoją. Ludzie jeżdżą w Bieszczady, by przemyśleć życie, wyciszyć się, zaczerpnąć inspiracji. Dokładnie to samo można zrobić na Podlasiu – wystarczy wyjechać za miasto, do lasu, nad rzekę, w okoliczne wsie i rozpocząć wędrówkę. Wtedy poczujemy magię Podlasia i będziemy mogli znów się wyciszyć, zebrać myśli po to by działać dalej. Wystarczy, że zadziałają na nas widoki Podlasia właśnie. Sami obejrzyjcie. Zdjęcia zrobione w powiatach Sokólskim i Białostockim.

Ulica Warszawska taka porządna

Ulica Warszawska taka porządna

 

   Porządku na ulicach przedwojennego Białegostoku, jak i domowego ładu jego mieszkańców strzegła duża rzesza policjantów. Mundurowi przodownicy z czterech komisariatów (piąty ochraniał dworzec) oraz agenci Urzędu Śledczego, odziani po cywilnemu. Ze skutecznością tej opieki bywało rozmaicie. Gdyby jednak wskazać najbardziej bezpieczny kawałek miasta, to padłoby z pewnością na ul. Warszawską, w 1934 r. przemianowaną na im. B. Pierackiego.
  Tutaj lokowały się bowiem wszystkie najważniejsze agendy Policji Państwowej. Pod nr 3 znajdował się I komisariat, a obok pod 6 jego oddział śledczy. Dalej, pod nr 11, urzędowali wywiadowcy z wojewódzkiego Urzędu Śledczego. Z kolei budynki nr 50 i 62 okupowała lokalna wierchuszka PP – Komenda Wojewódzka i Komenda Powiatowa.
  O skuteczności Warszawskiej mogły świadczyć także inne instytucje i urzędy publiczne przy niej położone. Był to m. in. Sąd Okręgowy, zanim nie przeprowadził się na początku lat 30. na ul. Mickiewicza, oddział Banku Polskiego, Szpital PCK czy gmach Zarządu Miejskiego. Nie było za to żadnego hotelu, kina albo popularnych restauracji. Obiektów przyciągających rozbawione towarzystwo i podejrzane indywidua. Na ulicy granatowej od mundurów policyjnych nie szukały również swoich klientów panienki lekkich obyczajów, z rzadka pojawiali się żebracy, okupujący tak licznie inne ulice białostockie. Czy jednak na pewno nie działo się tutaj nic nagannego albo przestępczego? Warto się przypatrzeć!
  Zacznijmy od spraw lżejszego kalibru. Przy ul. Warszawskiej mieszkało wielu szacownych obywateli miasta – kupców, lekarzy i adwokatów. Rodziny owe miały zwykle służące, te zaś lepkie ręce. Na początku 1933 r. mecenas Stanisław Reinhard zamieszkały pod nr 10 zgłosił w pobliskim Urzędzie Śledczym, że służąca Michalina Sulżycka, porzucając pracę, wyniosła z mieszkania dolary i różne wartościowe przedmioty na sumę ponad 1 tys. zł. Za złodziejką rozesłano listy gończe. Wpadła dopiero latem w Krakowie. Za wszystkie ujawnione sprawki trafiła na dwa lata za kratki.
  Plagą, która nie ominęła ul. Warszawskiej były znikające rowery. Białostoczanie chętnie z nich korzystali. Przemyślni złodzieje potrafili uprowadzić pojazdy nie tylko spod bramy czy domowego korytarza, ale też ze strychu, a nawet balkonu. Szczególnie dużo kradzieży zdarzało się na sąsiadującej z Warszawską ul. Kościelnej, obok poczty. Wiosną 1932 r. policja zmuszona była umieścić tam swoje zakonspirowane czujki. Wpadło kilku niepoprawnych złodziejaszków – cyklistów.
  Z kolei dużym wyzwaniem dla białostockich kieszonkowców był Bank Polski przy Warszawskiej 14. Zwłaszcza kieszenie jego klientów. Tutaj w różnym czasie myszkowały takie doliniarskie tuzy, jak Icek Chutoriański czy Szmul Chajtowicz.
  Wszystkich jednak przebił 1 kwietnia 1925 r. bawiący na gościnnych występach złodziej z Warszawy – Judka Sznurkiewicz. Zwinął on spod ręki skarbnika sądowego Pawła Wawryka 17 tys. zł przeznaczonych na pensje dla pracowników wymiaru sprawiedliwości. Cóż to była za heca! Za ten primaaprilisowy „żart” Sznurkiewicz zainkasował 4 lata więzienia.
  Nie rezygnowali z odwiedzin na ul. Warszawskiej również miejscowe spece od łomu i wytrycha. W styczniowy wieczór 1929 r. trzech włamywaczy zakradło się do mieszkania lekarza Mieczysława Gruszkiewicza (Warszawska 34). Złodziei spłoszył brat tegoż, znany adwokat Bronisław Gruszkiewicz, zajmował lokal powyżej. Porzucona kasetka z biżuterią, pieniądze i inne łupy zostały odzyskane. Schwytany w pościgu po ulicy recydywista Piotr Łobaczow zainkasował wkrótce kolejny wyrok. Warszawska też miała swoje ciemniejsze strony.

Włodzimierz Jarmolik

Majówka 2018. Poczuj „podlaskiego ducha” na tej trasie

Majówka 2018. Poczuj „podlaskiego ducha” na tej trasie

Od trójstyku do trójstyku – to ostatnia nasza propozycja na Majówkę, ale nie tylko. Każdy wolny czas wszystkie nasze propozycje – będą tak samo aktualne. Tym razem proponujemy przejechanie samochodem z Niemirowa do Wiżajn czyli od styku granic Polskiej, Białoruskiej, a także województw podlaskiego, mazowieckiego i lubelskiego do styku granic podlaskiego i warmińsko-mazurskiego oraz granicy Polski z Rosją i Litwą. Cała podróż żeby była „efektowna” powinna przebiegać wschodnimi granicami kraju. Jeżeli zaczniemy o wschodzie słońca, to w pogodne dni (jake z pewnością nas czekają) powinniśmy po drodze napotkać bardzo wiele wspaniałych widoków.

 

 

Podróż powinniśmy zacząć w Niemirowie. Następnie powinniśmy kierować się na Mielnik, a później na Adamowo-Zastawa. Następny kierunek to Tokary, Klukowicze, Czeremcha, Dobrowoda, Hajnówka, Olchówka, Siemianówka, Bondary, Jałówka, Mostowlany, Bobrowniki, Kruszyniany, Krynki, Grzybowszczyzna, Zubrzycka Wielka, Tołcze, Kuźnica, Nowy Dwór, Lipszczany, Skieblewo, Gruszki, Płaska, Giby, Puńsk, Szypliszki, Rudka-Tartak, Wiżajny i na koniec Jodoziory – gdzie znajduje się kolejny trójstyk.

 

Wszystkie te miejscowości nie są przypadkowe, w każdej z nich znajdziecie coś ciekawego – wspaniałe widoki, charakterystyczne punkty, lokalne atrakcje, dziką naturę, a być może i leśne zwierzęta. Cała droga to około 400 km, więc to wycieczka na 1-2 dni. Warto jednak przejechać się tamtędy, by poczuć „podlaskiego ducha” w całej okazałości, poczuć magię tego miejsca i jego wyjątkowość. Jadąc będziecie mijać malownicze cerkwie, kościoły i meczety, a także drewniane domy, lasy, zbiorniki wodne i wiele wiele innych.

 

Najbardziej powinny Was przekonać te zdjęcia:

 

Udanej zabawy!

Majówka 2018. Gdzie na grilla, ognisko i kiełbaski?

Majówka 2018. Gdzie na grilla, ognisko i kiełbaski?

Grill, kiełbaski, piwo to chyba nieodłączny element każdej majówki. Niestety mamy prawo jakie mamy i o ile na własnej posesji możemy rozpalać, to w pobliżu bloku już nie. Jeżeli nie możemy liczyć na znajomych, to warto skorzystać z ogólnodostępnych miejsc, gdzie bez obaw o mandaty za grillowanie będziemy mogli spędzić czas ze znajomymi.

 

Zacznijmy od samego Białegostoku. Tutaj z kocykiem, grillem i piwem możemy przyjść na białostockie „Murki” czyli kampus Politechniki Białostockiej. Jest tak wyznaczona „strefa rekreacyjna”, na której bez obaw o Straż Miejską czy policję będziemy mogli spędzić czas ze znajomymi. Swoją drogą dobrze by było, gdyby takie miejsca znajdowały się również nie tylko w Centrum. Przecież na wielu osiedlach są miejsca, gdzie bez przeszkadzania komukolwiek można by było zezwolić mieszkańcom na więcej.

Grill i ognisko w Puszczy Knyszyńskiej

Zostawiając strefę marzeń. Bez przeszkód możemy też grillować na specjalnie przygotowanym do tego miejscu w Królowym Moście nad samą rzeką Płoską. Podobnie zupełnie obok w Kołodnie. Tyle, że najpierw trzeba wdrapać się na Wzgórza Świętojańskie położone 200 m. n.p.m. Mimo wszystko warto, bo widok z wieży widokowej jest naprawdę ładny. A tuż przy wieży własnie jest zorganizowane miejsce dla piknikowiczów podobne jak w Królowym Moście. Kolejnym miejscem, które jest dalej – nie dojedziemy tam bezpośrednio samochodem (jest zakaz) – jest zbiornik Wyżary. Tam równiez pod specjalną wiatą możemy urządzić sobie ucztę. Do zbiornika od znaku zakazu trzeba iść 2 km. Dla samych widoków jednak warto!

Profesjonalnie zorganizowane z noclegiem

Jeżeli lubimy mieć wszystko „gotowe”, to warto skorzystać z kilku opcji „komercyjnych”. W Jurowcach koło Białegostoku, obok stadniny znajduje się zajazd „Wiking”, na którego posesji można „zamówić” ognisko z kiełbaskami. Podobnie jest, gdy wybierzemy się do Surażkowa pod Supraślem lub Bobrowej Doliny pod Zabłudowem. Inne miejsca to dworek Kiermusy niedaleko Tykocina oraz Majątek Howieny po drodze z Białegostoku do Suraża.

Grill i ognisko nad wodą

Pierwsze miejsce, które przychodzi nam do głowy to Śluza Paniewo pod Augustowem. Tam na prywatnym terenie można grillować, palić ogniska, a także nocować pod namiotem. Wszystko to w otoczeniu przepięknego i bardzo czystego jeziora Paniewo. Opłata za pobyt nie jest zbyt wygórowana. Kolejnym miejscem – bliżej jest Zalew Czapielówka w Czarnej Białostockiej. Tu też można palić ogniska i grillować, a także nocować pod namiotem. Ostatnimi miejscami obok siebie, jakie możemy zaproponować do majówkowego grillowania to Zalewy w Gródku i Michałowie. W tym pierwszym mamy stoliki i miejsce do grillowania, zaś w drugim sami takowe sobie musimy zorganizować lecz także warto. Przede wszystkim – jest wiele różnych miejsc przy zbiorniku – zarówno na trawie czy złotym piasku. Jest także plac zabaw.

 

Z pewnością w Podlaskiem takich miejsc, gdzie można grillować i palić ogniska jest dużo więcej. Podawajcie swoje typy w komentarzach.

Miłej zabawy!

Czarna Maska z Colosseum

Czarna Maska z Colosseum

 

    Wędrujące po terenach II Rzeczypospolitej cyrki, obok tradycyjnego repertuaru z akrobatami, żonglerką, tresurą i klaunami, miały w swoim programie niekiedy także pojedynki zapaśników. Walki te mocno pachniały hochsztaplerką, ale były popularne i sprowadzały liczną widownię. Ludzie chcieli wierzyć, że mocowanie się siłaczy jest rzetelne, a wyniki walk uczciwe.
  Na początku sierpnia 1927 r. zawitał do Białegostoku cyrk Colosseum. Rozbił zwyczajowo namiot na placu przy Nadrzecznej róg Sienkiewicza. Obok popisów cyrkowców ogłaszał na afiszach także turniej walk w stylu francuskim z udziałem „sił pierwszorzędnych”. Prezentacja zapaśników nastąpiła 4 sierpnia. Na arenie stanęło kilkunastu atletów w różnokolorowych trykotach. Mieli walczyć przez kilkanaście dni. Stawka była międzynarodowa i doborowa: ogromny Rosjanin Orłow, Ukrainiec Aksionow, Żyd łotewski Widmajer, Duńczyk Peterson, Jugosłowianin Petrowić i jeszcze kilku innych, a wśród nich młody polski zapaśnik Szczerbiński.
  No i zaczęły się pod szapitem Colosseum chwyty, młynki, pasy i podwójne nelsony. Orłow walczył brutalnie, wręcz po chamsku, Widmajer imponował techniką, zaś warszawiak Szczerbiński elegancją stylu. Od razu stał się ulubieńcem białostockich widzów. Walki kończyły się przed czasem, albo padał, po upływie przepisowych 20 minut remis. Niekiedy, na życzenie stron, czas walki przedłużano aż do końcowego rozstrzygnięcia. Ażeby dodać turniejowi większych emocji organizatorzy wzywali chętnych amatorów do spróbowania swoich sił na arenie. Wśród zasiadającej na ławach publiczności zawsze znalazło się kilku chętnych, mających nadzieję na pokonanie któregoś z mistrzów. Tym razem zgłosił się miejscowy rzeźnik Berent i postawny kolejarz Giedroyć. Sensacją stało się także pojawienie się Czarnej Maski, zapaśnika walczącego incognito. Był to stary, wypróbowany chwyt, znakomicie zwiększający frekwencję, a tym samym zyski z biletów.
 

Pierwszym przeciwnikiem Czarnej Maski stał się grubianin Orłow. Rosyjski wielkolud przystąpił do walki z wyraźną nonszalancją. Jego rywal już w pierwszej minucie zastosował szybki przerzut i Orłow znalazł się na łopatkach. Gwałtownie protestował, lecz werdykt sędziowski był jednoznaczny. Zagłuszył go zgiełk rozradowanej tą sytuacją publiczności. Czarna Maska stał się postrachem kolejnych zapaśników. Po wyrównanym pojedynku zremisował ze Szczerbińskim, w 3 minucie pokonał Aksionowa, a Petersenem tak mocno rzucił na dywan, że ten na kilka chwil utracił przytomność. Tymczasem przegrany już wcześniej Orłow natarczywie domagał się rewanżu. W końcu komisja sędziowska uległa. 12 sierpnia Czarna Maska i Rosjanin znowu stanęli naprzeciwko siebie. Walka miała trwać tak długo, aż któryś z zawodników nie przeprowadzi zwycięskiej akcji. Od początku brutalność Orłowa dała znać o sobie. Nie tylko stosował nieczyste chwyty, ale zaczął również używać pięści. Podstawiał nogi. Dostał ostrzeżenie, potem drugie. Nic nie pomagało. W 28 minucie został zdyskwalifikowany. Czekała go kara pieniężna – 100 zł. Widownia decyzję arbitrów przyjęła gromkimi oklaskami.
  W ostatnich dniach turnieju doszło do decydujących pojedynków. Najpierw, w rewanżu, Szczerbiński położył Czarną Maskę, jednak sędziowie dopatrzyli się nieprawidłowości i zwycięstwo przyznali temu ostatniemu. Później odbyło się spotkanie zamaskowanego zapaśnika z Łotyszem Widmajerem. W nim Czarna Maska znalazł wreszcie swojego pogromcę. Musiał odsłonić twarz. Tajemniczym zapaśnikiem okazał się znany mistrz miasta Łodzi – Baowiak.
  W międzyczasie brutal Orłow dał na arenie pokaz walki z bykiem. Publiczność uznała, że znalazł właściwego przeciwnika.

Włodzimierz Jarmolik

 

Św.Roch  jakiego nie znacie

Św.Roch jakiego nie znacie

  
15 stycznia 1939 r. w „Dzienniku Białostockim” przytoczono fragment sprawozdania Komitetu Budowy Kościoła: Ukończenie budowy wieży, na której stoi statua Matki Boskiej, oświetlona na uroczyste święto reflektorami.   Wewnętrzne tynkowanie jeszcze nie ukończone, wstawiano okna i oszklono kopułę. Autor sprawozdania proboszcz parafii św. Rocha ks. A. Abramowicz wyrażał nadzieję, że jeszcze w 1939 r. świątynia zostanie oddana do kultu.

Wieża miała spełniać jeszcze jedną niezwykle ważną funkcję służąc jako dzwonnica, nagłaśniając całe miasto dźwiękami przywołującymi na nabożeństwa, towarzysząc w ostatniej drodze mieszkańców. Dzwony świętoroskie kontynuują tradycje zabranych przez uciekającego z miasta zaborcę rosyjskiego, latem 1915 r. Największy dzwon zwany Wielki, wiszący w wieży starego kościoła Farnego ważył 100 kamieni, a opasywały go napisy:

Twój jest dzień.
Twoja jest noc.
Panu Panów.
Kościół i parafia białostocka poświęcili.
Roku 1832 dnia 1 lipca.
Imię moje Kazimierz.
A ci co mnie po trzeci raz przeleli:
Aleksander Rymaszewski,
Wincenty Włodkowski. Litwini.
Jak twój w serce grzeszne wnosząc rozrzewnienie.
Wezwie do pokuty.
Zapowie zbawienie.
Zmarły powierzy ci nadzieje i losy
Z twemi ulecą do nieba wiernych głosy.
Tłumaczu strat naszych i wszystkich żałości!
O stań się zwiastunem powszechnej radości.

We wrześniu 1939 r., w bombardowanej Warszawie, w ruinach Politechniki Warszawskiej zginął projektant – Oskar Sosnowski, nie doczekawszy się pełnej realizacji swego pomysłu. Budowa Pomnika Niepodległości jednak trwała nieprzerwanie i w latach okupacji.
  W 1940 r. zbudowano pierwsze piętro wewnętrznych galerii świątyni. To nasunęło sowietom pomysł odebrania świątyni i przeznaczeni jej na cyrk.
  Jak wspominali parafianie św. Rocha, ci okupanci dwukrotnie nakładali na parafię kontrybucję, na którą wędrowały pozostałości kosztowności parafian, aż do zupełnego wyczerpania, tak, że na drugą kontrybucję w czerwcu 1941 r. nie zebrano odpowiedniej kwoty i miano oddać mury nie dokończonej świątyni władzom.
  Ze szlochem, leżąc krzyżem we wnętrzu parafianie uczestniczyli w ostatnim jak się wydawało nabożeństwie, żegnając się z marzeniami i planami. Było to ostateczne pokonanie polskiego Białegostoku.
  Stało się inaczej. Następnej niedzieli nie było już w mieście okupantów sowieckich, a jeszcze nie wkroczyli okupanci niemieccy, parafianie św. Rocha odśpiewali w niedokończonym wnętrzu pieśń Boże cos Polskę… Usytuowany pod wieżą i zakrystią żelbetonowy schron, a także wkopane we wzgórze inne ziemne schrony zabezpieczały kryjących się w nich od tragicznych w skutki bombardowań miasta w 1943 i 1944 r.
  W 1942 r. ułożono posadzkę, ustawiono szafy w zakrystii. W 1943 r. sporządzono dębową ambonę, w 1944 r. trzy takież konfesjonały.
  Już po froncie 1944 r. żołnierze polscy uczestnicząc w pracach we wnętrzu zaleli cementem żelbetowe sklepienie pierwszego piętra galerii. Wykonano też wówczas żelazną kratę kaplicy św. Rocha. Rok 1945 r. zaczął się od sporządzania ołtarzy, ustawiono figurę Najświętszego Serca Jezusa w ołtarzu głównym Chrystusa Króla. (Ołtarz ten był projektowany przez O. Sosnowskiego, nie odczekał się nigdy pełnej realizacji. Obok postaci Chrystusa miała stanąć postać Maryi, w otoczeniu świętych polskich.

K.B

Majówka 2018 nad wodą. 5 najlepszych jezior w Podlaskiem

Majówka 2018 nad wodą. 5 najlepszych jezior w Podlaskiem

Wyprawa na Mazury z Podlasia nie jest zbyt wymagająca. Na przykład do popularnego Giżycka z Białegostoku dojedziemy w prawie 3 godziny. Nie jest to zbyt wiele, ale warto się zastanowić po co marnować czas na dojazd, gdy równie przyjemnych jezior nie brakuje również w Podlaskiem. Przedstawiamy 5 najciekawszych jezior w województwie, do których dojedziemy w podobnym czasie lub jeszcze szybciej niż na Mazury. Wszystkie znajdują się na północy województwa.

 

fot. UM Rajgród

 

Jezioro Rajgrodzkie znajduje się 1,5 godziny drogi od Białegostoku. Leży na granicy Podlaskiego i Mazur. Jest połączone z jeziorem Stackim, a także sąsiaduje z jeziorem Dręstwo. Na miejscu znajdziemy bardzo dużo ośrodków wypoczynkowych, w których na pewno spędzimy miłe chwile. Na jeziorze Rajgrodzkim znajduje się wyspa Sacin, o której niewiele wiadomo. Jest porośnięta trzciną, lecz w kilku miejscach da się do niej dostać. Dla żądnych przygód – na pewno będzie to ciekawa ekspedycja.

 

Nad Neckiem – poznałem Cię… śpiewał Janusz Laskowski. Mowa tu oczywiście o Beacie z Albatrosa, która jest bohaterką historii miłosnej z Augustowa. Właśnie tam znajduje się między innymi jezioro Necko, które jest jednym z popularniejszych jezior w Polsce. Nie bez przyczyny mówi się, że Augustów to letnia stolica Polski. Rodacy upodobali sobie to miasteczko tak samo – jak uwielbiają Zakopane zimą. Warto przyjechać do Augustowa i zobaczyć czym zachwycają się tłumy…

 

 

Chyba że nie lubimy tłumów – to warto wybrać się do oddalonej o parę kroków Przewięzi. Tam na słynnej „Patelni” jest równie ciekawie a i tłumy nie takie ogromne. Przewięź charakteryzuje się przede wszystkim bardzo dużym urokiem osobistym. Ponoć – kto tam pojechał od razu się zakochał i na pewno nie raz powróci. 

 

Kolejne jezioro, które może przyciągnąć to oddalone o parę kilometrów od wyżej wymienionego – jezioro Serwy. Możemy odpoczywać w Suchej Rzeczce, Serwach lub Mołowistych. Tłumów tam nie będzie, gdyż jezioro te znajduje się w samym sercu Puszczy Augustowskiej.

 

Ostatnim jeziorem, jakie możemy polecić to jezioro Gieret w Gibach. Ta mała miejscowość znajduje się tuż przy granicy z Litwą. Obok jest wiele jezior do wyboru, ale to właśnie Gieret ma największy urok. Nie jest zbyt wielkie, ale wystarczająco w nim wody by dobrze się bawić.

 

Warto dodać, że wszystkie jeziora które wymieniliśmy są polodowcowe. Oznacza to, że woda w nich jest niesamowicie czysta. Na potwierdzenie naszych słów – możemy tylko zdradzić, że w każdym z wymienionych mieszkają raki, które jak wiadomo – w brudzie by życia nie układały.

Spekulanci

Spekulanci

Pomarańcze z Hiszpanii były rarytasem dla białostoczan i… paskarzy. Zbliżało się Boże Narodzenie 1934 r. Jak zawsze o tej porze w białostockich składach i sklepach pojawiły się pomarańcze. Były drogie. Palestyńskie kosztowały 1,80 zł za kilo, zaś włoskie aż 2,30. Amatorzy żółtych kulek czekali jednak na hiszpańskie, dużo tańsze. Miały one przepłynąć do Polski z początkiem następnego rynku. Przypłynęły, a wraz z nimi wypłynęli na wierzch różnej maści spekulanci. W przedwojennym Białymstoku spekulacja nie była czymś niezwykłym. Zaczęło się już w 1919 r. wraz z odzyskaniem przez miasto niepodległości. Po wojnie Białystok znajdował się w opłakanym stanie. Zniszczony przemysł, zdemolowany handel. Brakowało wszystkiego. Deficytowe towary trzeba było zdobywać na czarnym rynku. Kursy walut i cen dyktowała nielegalna giełda rozlokowana na ul. Giełdowej i Kupieckiej.

 

Spekulanci i paskarze dorabiali się na okradanych na Dworcu Poleskim transportach. Mąka amerykańska, nafta, dziesiątki beczek śledzi, wszystko to szło na lewo. Spekulowano tkaninami, sacharyną, zapałkami, a nawet jajkami i cebulą. Powstał co prawda Urząd do Walki z Lichwą i Spekulacją z siedzibą w Pałacu Branickich, ale nie dawał rady z paskarskim procederem. Jego składy z konfiskowanym towarem były co i rusz okradane przez miejscowych złodziejaszków. Wszystko wracało znowu na czarny rynek.

 

Powróćmy jednak do pomarańczy. 4 stycznia 1935 r. w Gdyni, w gmachu Bałtyckich Aukcji Owocowych, odbyła się ich pierwsza licytacja. Zjawiło się kilkudziesięciu handlowców z całego kraju. Codziennie szło pod młotek do 10 tys. skrzyń południowych owoców. Komisarz rządowy w Gdyni, aby zapobiec nadużyciom ustanowił jednolitą cenę detaliczną – 1,20 zł za kg. Do Białegostoku szybko dotarła pierwsza partia – 150 kilogramów. Odebrała ją hurtownia przy Rynku Kościuszki 34. Po towar ustawiła się natychmiast owocarnia z całego miasta. Szybko okazało się, że kupcy wolą sprzedawać pomarańcze nie na kilogramy, a na sztuki. To im się lepiej opłacało. Za 6 owoców po 30 – 40 gr zarabiali od 1,80 do 2,40 zł. Cała istota pomarańczowej spekulacji. Klienci oczywiście zaprotestowali. Wtrącił się starosta Świątkiewicz. Odtąd pomarańcze z nowych dostaw miały iść po 1,30 zł za kilo, zaś handlarze winni wystawiać cennik w widocznym miejscu.

 

Co bardziej szacowne firmy sklepowe takie jak Gurewicz (Rynek Kościuszki 38 czy B-cia Głowińscy (Rynek Kościuszki 9) zastosowały się akuratnie do rozporządzenia. Ci ostatni sprzedawali nawet po 2 kilo do rąk. Ale już Pitecki z ul. Kilińskiego życzył sobie 1,50 zł, a w halach targowych na Rybnym Rynku nikt nie sprzedawał niżej niż 1,40. Trudno było protestować, kiedy dzieci chciały zamienić smak jabłka na bardziej egzotyczny.

 

Nie był to jednak koniec spekulacyjnych machlojek. Nieuczciwym przekupniom dziwnie szybko kończyła się sprzedaż kilogramowa, po której proponowali dalej, ukradkiem, pomarańcze na sztuki. Pojawili się też uliczne koniki. Działali do spółki z hurtownikami. Wędrując z koszykami w okolicach dworca czy po ul. Piłsudskiego, bezczelnie zachwalali swój towar. Chętnych po owoce nie brakowało. Spekulacja pomarańczami odbywała się w całym kraju. Przodowała oczywiście Warszawa. Wszystko skończyło się w marcu, kiedy Gdyni wygasło pozwolenie importowe.

 

Zagadkowo wyglądała w tym czasie także cena cukru. Oficjalnie wynosiła 1 zł za 1 kg. Jednak niektórzy kupcy białostoccy w ramach konkurencji sprzedawali swój towar po 98, a nawet po 97 gr. Musieli chachmęcić coś z jego jakością i wagą. Tak też widzieli to wścibscy dziennikarze.

Włodzimierz Jarmolik

Majówka 2018 aktywnie. Propozycje dla tych, co nie lubią leżeć

Majówka 2018 aktywnie. Propozycje dla tych, co nie lubią leżeć

Dla niektórych czas wolny w majówkę, nie oznacza że chcą leżeć do góry brzuchem, grillować i popijać piwko. Wtedy biorą się za nadrabianie formy. Przedstawiamy 5 propozycji na aktywne spędzenie majówki, dla tych co nie lubią leżeć.

Na Kajaki przez Narew

Sprawa wygląda bardzo prosto. Zajeżdżamy do Suraża, tam odnajdujemy Centrum Turystyki Aktywnej Bajdarka. Następnie po załatwieniu formalności uprzejmy Pan ładuje ilość kajaków na specjalną przyczepkę, następnie wiezie całą grupę w miejsce docelowe. Wtedy Narwią wracamy do Suraża. Oto możliwe warianty:

 

1. Doktorce – Suraż, 17 km około 4 godzin spływu

 

2. Zawyki – Suraż, 6 km około 1,5 godziny spływu

 

3. Suraż – Uhowo, 10 km około 2,5 godziny spływu

 

4. Suraż – most za miejscowością Bokiny, 18 km około 4 godziny spływu

 

5. Suraż – Kolonia Topilec, 24 km około 6 godzin spływu

 

6. Suraż – Waniewo, 32 km około 8 godzin spływu

 

Na rowerek wodny w Dojlidach

Jak ktoś nie ma w rękach, to może ma w nogach. Białostocki zalew Dojlidy to idealne miejsce, by spokojnie popedałować na wodzie. Dla chętnych BOSiR ma do wypożyczenia rowerki wodne. Można wypłynąć na środek i się opalać, a można popływać od jednego krańca na drugi. Możliwości jest wiele. Tylko potrzebne chęci i dobra pogoda. Do dyspozycji klientów są dwu- i czteroosobowe rowery wodne, kajaki, łodzie canoe, łodzie wiosłowe, łodzie żaglowe klasy Omega, deski windsurfingowe i smocze łodzie na 10 wioślarzy. Wypożyczalnia czynna jest codziennie w godz. 9.00-18.00. Sprzęt można wypożyczać do godz. 17.00. 

Narty wodne Szelment

Na majówkę startuje wyciąg nart wodnych w podsuwalskim Szelmencie. Chętni będą mogli na jeziorze uprawiać wodne akrobacje. Świetnie przygotowany elektryczny wyciąg linowy umożliwia jazdę po torze o długości 1000 metrów. Tor ma kształt prostokąta o bokach 300×200 metrów. Po jego obwodzie rozciągnięta jest stalowa lina z zaczepami dla 13 narciarzy. Zabawa jest przednia. Zakładamy narty, łapiemy linkę, a następnie wyrywa nas do przodu! Tylko szczęście lub umiejętności spowodują, że zrobimy całe okrążenie bez nurkowania. Warto spróbować trochę szaleństwa! Korzystać możemy w majówkę od godz. 12 .00 do 18.00. 

Rowerem po Puszczy Białowieskiej

Puszcza Białowieska ma to do siebie, że jest w niej wiele miejsc, które warto przejechać rowerem. Warto objechać leśnymi drogami ją całą. W środku jest wiele „przecinek” i szlaków. Do wyboru jest aż 57 różnych wariantów – odcinki różnych długości!  Wszystkie dostępne są tutaj: https://mojrower.pl/trasy/bialowieza

Bieganie, chodzenie i Nordic Walking w Knyszyńskiej

Supraśl i jego okolice to idealne miejsce na uprawianie długich spacerów, biegania i Nordic Walkingu. Jest tam wiele szlaków, a także dróg – w których możemy iść od wsi do wsi lub w głębokim lesie. Idąc z Supraśla możemy przejść przez Cieliczankę, Kołodno i Królowy most. Możemy zajrzeć do Surażkowa, albo odkryć góry niedźwiedzie. Do wyboru do koloru. Pamiętajmy o korzystaniu z mapy i nie zbaczaniu ze szlaków.

Miłej zabawy!

 

fot. WOSIR Szelment

Młynowa 28

Młynowa 28

   Na ulicy Młynowej stał sobie jeden taki dom .Gnieździli się tam szczególnie dokuczliwi lokatorzy – złodzieje, paserzy, kanciarze, różnej maści awanturnicy. Regularni bywalcy aresztu miejskiego przy ul. Artyleryjskiej i więzienia przy Szosie Baranowickiej.
  Na początku lat 20. wyróżniał się  budynek oznaczony numerem 28. Nie była to rzecz jasna zasługa jego jakiejś wykwintnej architektury, ale raczej mało ciekawych dla organów prawa i porządku mieszkańców.
  Swoje zameldowanie pod adresem zgłaszał bardzo wytrwale Chaim Szepes, niekoronowany król złodziei z ulicy Młynowej. Cieszył się on dużym szacunkiem. Nic dziwnego, szlify klawisznika (złodzieja operującego podrobionymi kluczami wytrychami) zdobył jeszcze za czasów cara Mikołaja II. Każdy młodziak z okolicy, startujący w przestępczej robocie chciałby z nim mieć spółkę.
  Nie zawsze to jednak mogło wyjść na zdrowie. Agenci z Ekspozytury Urzędu Śledczego mieli Szypesa stale na oku. Kiedy latem 1922 r. wybierał się ze swoim pomagierem na ul. Polną (dziś Włókiennicza), gdzie już wcześniej przyuważył zamożne mieszkanie, został zatrzymany na ul. Mińskiej. Policjanci znaleźli przy nim narzędzia do otwierania kłódek i zamków, a przy towarzyszącym mu osobniku pusty worek na przewidywane łupy.
  Po wyjściu z krótkotrwałego aresztu Chaim Szapes nie zamierzał wcale zrezygnować ze swoich upodobań. Kiedy latem 1923 r. dostrzegł na Rynku Kościuszki pod 7 nowo otwarty skład manufaktury, postanowił go zamknąć. Dobrał do spółki Kalmana Ziberblata i Jakuba Machaja, no i razem pozbawili handlowca Juchniewicza całego towaru na 500 mln marek.   Hinty (psy), jak nazywano policję kryminalną, nie próżnowały. Złodzieje wpadli z częścią łupu. Szepes na rok przeprowadził się z Młynowej 28 do mało przytulnej cel w „szarym domu”. Kiedy wyszedł zza kratek, postanowił zmienić klimat.
  Miał znajomków w Grodnie, którzy zaproponowali mu robotę u siebie. Było to mieszkanie zamożnego fabrykanta, a w nim komoda wypełniona biżuterią i innymi wartościowymi drobiazgami. Niestety na cudzych śmieciach skok wypadł fatalnie. Kosztował on Szepesa półtora roku wolności.
  Rok 1927 przywitał Chaim w swoim mieszkaniu przy Młynowej 28. Nie zamierzał jednak zbyt długo świętować. Już 28 stycznia kancelaria Urzędu Śledczego przy Warszawskiej 6 przyjęła zawiadomienie od Geni Goldfarb z Polnej 20 a. Roztrzęsiona kobieta zgłaszała, że w nocy do jej mieszkania przez dziurę w drzwiach dostało się dwóch osobników. Choć spłoszeni, zdążyli zabrać z przedpokoju dwa futra wartości 5.500 zł.
  Ponieważ ul. Polna była ulubionym miejscem spacerów znanego złodzieja z Młynowej, policjanci ruszyli tym tropem. Zanim jednak dostali Szepesa ten zdążył odstawić jeszcze jeden numer. Tym razem w biały dzień otworzył wytrychem drzwi do mieszkania doktora Emila Lwa z ul. Jurowieckiej i pozbawił go złotego zegarka, Złotego Krzyża Zasługi i innych odznak wojskowych.
  Wkrótce Chaim Szepes na dobre zniknął z kronik kryminalnych białostockich gazet. Jednak dom na Młynowej pod 28 wcale nie stracił na atrakcji dla posterunkowych z IV Komisariatu i agentów śledczych. Teraz ich pupilem stał się Zewel Szuster, duży macher od kradzionego węgla i nafty.

Włodzimierz Jarmolik

Majówka 2018. Przedstawiamy kilkadziesiąt atrakcji Województwa Podlaskiego

Majówka 2018. Przedstawiamy kilkadziesiąt atrakcji Województwa Podlaskiego

W tym roku majówka będzie wyjątkowo długa. W wersji minimalnej 4 dni, w wersji maksymalnej 9. Zależy od tego – kto, kiedy dostanie urlop. Przedstawiamy najciekawsze miejsca i kilkadziesiąt atrakcji województwa podlaskiego.

 

Na południu województwa dobrze jest odwiedzić takie miejsca jak historyczną stolicę Podlasia czyli Drohiczyn i jego okolicę – Niemirów, Mielnik, Grabarkę, a także Białowieski Park Narodowy – po obu jego stronach – włączając w to pobliski Zalew w Siemianówce. Na wschodzie nie powinniśmy omijać Kruszynian, Krynek, Poczopka, Kopnej Góry, Supraśla, a także Królowego Mostu i Kołodna. Na północy koniecznie trzeba zajrzeć w takie miejsca jak Augustów, Giby, Wigierski Park Narodowy, a także Puńsk, Wiżajny i po sąsiedzku Stańczyki. Na zachodzie będzie do zwiedzenia Narwiański Park Narodowy – a tam Waniewo, Śliwno, Kurowo i Kruszewo, a takżę Tykocin, Kiermusy i Strękowa Góra. Później przejedźmy się carskim traktem – już w Biebrzańskim Parku Narodowym – dojeżdżając do Osowca-Twierdzy i Goniądza.

 

Co konkretnie zwiedzać?

Majówka 2018. Atrakcje województwo podlaskie – południe

Na południu, w Drohiczynie zobaczyć możemy Górę Zamkową, okazały kościół i klasztor – a także znajdujące się tam krypty. Dodatkowo 2 inne klasztory, cerkiew z końca XVIII wieku, zegar słoneczny, dąb papieski. Można też wykupić rejs statkiem po Bugu.

 

 

Dobrym pomysłem będzie zobaczenie Góry Zamkowej w Mielniku, ruiny kościoła przy tej górze, a także cerkiew z 1823 roku, kościół z 1720 roku, synagogę, kopalnię kredy, rezerwat przyrody, a także w okolicy Kurhany w Maćkowiczach i Osłowie, cmentarzysko, kościół z 1780 roku, a także punkty widokowe i sowieckie schrony w Niemirowie. Dodatkowo cerkiew i kościół w Tokarach. Do tego w Grabarce – oczywiście miejsce sacrum polskiego prawosławia – święta góra, na której wierni pozostawili tysiące krzyży wraz ze swoimi prośbami i modlitwami.

 

Białowieski Park Narodowy to przede wszystkim rezerwat pokazowy żubrów, muzeum, park pałacowy, Stara Białowieża (rezerwat ścisły), a także kilka interesujących szlaków. Nad Siemianówką warto zobaczyć oczywiście zalew. W Bondarach jest wieża widokowa, a także nowe pomosty – gdzie można się zrelaksować. Kąpieli na miejscu nie polecamy, gdyż woda w zalewie jest bardzo brudna.

 

Majówka 2018. Atrakcje województwo podlaskie – wschód

Na wschodzie w Kruszynianach możemy zobaczyć jak żyją polscy tatarzy. Na miejscu zwiedzić możemy meczet, a także zjeść tatarskie potrawy. W Krynkach napotkamy natomiast ogromne rondo, w środku którego znajduje się park. Dodatkowo warto zajrzeć na żydowski cmentarz. W Poczopku obejrzymy Silvarium – przepiękny ogród, w którym z bliska będzie można zobaczyć okazałe sowy. W Kopnej Górze natrafimy na ślad powstańców, zaś w Supraślu obejrzymy monastyr, zalew na rzece, pałac czy też wiele innych atrakcji. Będziemy mogli posilić się też typową podlaską strawą.

 

 

W Królowym Moście – obejrzymy przepiękną cerkiew, zaś w Kołodnie zdobyć możemy wzgórza świętojańskie – gdzie znajduje się wieża widokowa, z której zobaczymy panoramę Puszczy Knyszyńskiej.

 

Majówka 2018. Atrakcje województwo podlaskie – północ

Augustów to letnia stolica Polski – gdzie będziemy mogli wspaniale spędzić czas na rynku lub nad rzeką. Warto wybrać się też bulwarami na plażę lub popłynąć w rejs rzeką Rospudą. W Gibach natomiast – odpocząć można nad jeziorami. Jest ich tam w okolicy naprawdę bardzo dużo. Do wyboru do koloru. Wigierski Park Narodowy – to przede wszystkim klasztor, a także przepiękna okolica. W Puńsku możemy zobaczyć jak się żyje wspólnie Polakom i Litwinom. W Wiżajnach mamy kolejny trójstyk granicy – tym razem łączą się ze sobą granice Polski, Rosji i Litwy.

 

 

Stańczyki formalnie leżą już na Mazurach, jednak żal ich nie zobaczyć – bo są prawie na granicy z województwie podlaskim. Gigantyczne akwedukty robią wrażenie zarówno od góry jak i z dołu. Do dawnych mostów kolejowych prowadzi przepiękna aleja.

 

Majówka 2018. Atrakcje województwo podlaskie – zachód

Kruszewo, Waniewo, Śliwno i Kurowo – to cztery miejscowości obok siebie, w których można obserwować rozlewiska Narwii. W tej pierwszej miejscowości czas spędzić możemy nad zerwanym mostem, zaś w drugiej i trzeciej przejść się kładkami – aczkolwiek w tym roku jest to utrudnione, gdyż trwa tam remont. W Kurowie zaś znajdują się kolejne kładki i okazała siedziba Narwiańskiego Parku Narodowego.

 

 

W Tykocinie obejrzeć możemy przede wszystkim przepiękny kościół i synagogę. W dodatku cała okolica czyli Kiermusy, a także droga do Strękowej Góry będzie obfita w niesamowite widoki. We wspomnianej już Strękowej Górze możemy przede wszystkim obejrzeć niesamowite widoki. Jest tam także miejsce pamięci po Władysławie Raginisie – który bunkier chronił aż do wyczerpania zapasów amunicji. Później wysadził schron w powietrze oddając życie.

 

 

Carski Trakt to przepiękne miejsce, na którym znajdziemy kładki do podglądania łosi, a także wieże widokowe. W Osowcu-Twierdzy kolejne kładki i bunkry. W Goniądzu zaś obejrzeć możemy rozlewiska oraz ptasi raj.

 

 

Udanej zabawy!

Pierwsza polska gazeta w mieście

Pierwsza polska gazeta w mieście

 
   Konstanty Kosiński ją redagował, użerał się z władzami, pisał, organizował akcje społeczne, uczył… Był rok 1912, car jeszcze rządził sporą częścią świata, a energiczny dziennikarz zaczynał misję w Białymstoku.
  Do Białegostoku wrócił, ledwo skończył Wydział Matematyczno-Fizyczny Uniwersytetu Moskiewskiego. Uczyć młodzież chciał, ale chciał coś jeszcze – dać rodzinnemu miastu gazetę. Nie tylko społeczną, blisko mieszkańców, reagującą, komentującą. Ale przede wszystkim wydawaną w języku polskim.
  To było coś! W końcu trwa zabór rosyjski. W Białymstoku rosyjski jest też językiem urzędowym. Na wszystko trzeba mieć zgodę władz carskich. Ale buta i odwaga młodego pasjonata się opłacają. Z grupą młodych ludzi Kosiński zwraca się do gubernatora o koncesję na wydawanie gazety w języku polskim. Pierwszy warunek konieczny, by zgodę dostać – ukończone 25 lat wydawcy – był spełniony: Kosiński tyle w 1912 roku ukończył.Z resztą łatwo nie było, ale się udało.
   Kosiński i jego znajomi w końcu otrzymali zgodę obwarowaną wieloma zastrzeżeniami, z których najważniejszym było zachowanie bezbarwności politycznej. Z kolei przestrzeganie tego warunku narażało wydawców na ostre słowa krytyki ze strony czytelników.
   Ale pierwsze koty za płoty. Kosiński zostaje naczelnym i wydawcą jednocześnie. Z młodym dziennikarzem współpracują: dr Alfred Żołątkowski, Franciszek Gliński, Henryk Noskiewicz, Bogdan Ostromęcki. Pierwszy numer gazety wydają 18 listopada 1912 roku.
   Wychodzi jako tygodnik, ma podtytuł „poświęcona sprawom Białegostoku i Gubernji Grodzieńskiej”, a z czasem jeszcze adnotację: „wychodzi na każdą niedzielę”.
   Numer miał 16 stron, kosztował 5 kopiejek, a redakcja była czynna codziennie, od godz. 10 do 1 i od 4 do 20. Kto chciał, mógł pogadać bezpośrednio z żurnalistami – gazeta informowała, że „redaktor przyjmuje od 11 do 12 rano”. Wystarczyło przyjść na ul. Tykocką do Domu Gwina. W samym centrum – Tykocką nazywano bowiem odcinek Lipowej między rynkiem a Kupiecką (dziś Malmeda).
Mówiono o niej też Wąska Lipowa, by odróżnić od szerokiej, czyli tej od cerkwi aż do św. Rocha.
   Pierwsza i jedyna gazeta w języku polskim ukazująca się w Białymstoku w czasach zaboru rosyjskiego zmieniała myślenie mieszkańców. O tym, jak wielką rolę odegrała w życiu miasta, jaką nową jakość stworzyła, można by pisać i pisać, wszystkie peany zaś najkrócej ująć tak: łączyła społeczeństwo, podkreślała ważność narodowego języka i potrzebę skupienia się na sprawach społecznych miasta. Które, jeszcze tego nie wiedząc, stało właśnie u progu przemiany całego świata. Za dwa lata wybuchnie pierwsza wojna światowa, zaczną zmieniać się granice, tworzyć nowa Polska. „Gazeta Białostocka” w pewnym sensie pokazuje ten świat w symbolicznym przededniu.
   Na razie pierwszy numer wychodzi, a w nim odezwa redakcji:
„Do rąk Waszych szanowni czytelnicy oddajemy dziś pierwszy numer „Gazety Białostockiej” – pierwszej stałej gazety polskiej w kraju tutejszym… Nie jest ona taką, jaką chcielibyśmy widzieć ją, jaką wyobrażaliśmy sobie w marzeniach naszych! Nie jest ona doskonałą, lecz to nas nie zraża i nie powinno zrażać też czytelników naszych, ponieważ doskonałości stworzyć od razu nie można.
   Jak człowiek rodzi się słabym i tylko po dłuższym czasie dochodzi do sił – mężnieje, tak i gazeta musi mieć czas na wzrost i udoskonalenie się…
   A chcemy, by „Gazeta Białostocka” była doskonałą, by odpowiadała jak najlepiej potrzebom całego społeczeństwa, by stała się rzeczywiście gazetą społeczną. Wierzymy, że to nasze życzenie jest życzeniem całego społeczeństwa i że przy pomocy Bożej i poparciu dobrych ludzi uda się stworzyć taką gazetę… Będzie ona pismem bezpartyjnem i niezależnem od żadnych grup i zawsze śmiało i bezstronnie wypowiadać swoje zdanie… Niech każdy zrobi, co może – wtedy wspólnemi siłami stworzymy poważną placówkę kulturalną.Do pracy więc! Redakcja”.
   Peruki do wynajęcia
W pierwszym numerze znalazła się refleksja o tym, że działalność społeczna w mieście i w ogóle jakoś opadła z sił. „Po wytężonej pracy przyszło zmęczenie i niwa społeczna legła znów odłogiem. Zapaleni działacze uspokoili się i machnęli ręką na wszelką działalność społeczną. A przecież…”.
   W jednym z artykułów redakcja domaga się „sprawiedliwości dla kobiety”:
„Kto kobietę uważa nie tylko za maszynę do rodzenia dzieci, lecz widzi w niej miłego i wdzięcznego, a sobie równego towarzysza i pomocnika, kto w niej szanuje godność matki i żony, ten powinien wpłynąć na Główny Zarząd Stowarzyszenia Robotników Katolickich, aby tenże postarał się u władz o zmianę niesprawiedliwego paragrafu” (poszło o to, że w czasie choroby członek stowarzyszenia dostaje najwyżej 40 kop. dziennie, a przecież w przypadku kobiet, które opłacają składki na równi z mężczyznami – jak zauważa gazeta – wydatków jest więcej, np. w trakcie połogu).
   W numerze znaleźć też można garść wieści z miasta, przegląd polityczny z całego świata, korespondencję z Grodna, opowiadanie Jerome’a K. Jerome, wspomnienie zmarłego właśnie właściciela pierwszorzędnego zakładu fryzjerskiego Jozefata Polińskiego, który był też pasjonatem teatru, pisał sztuki, wystawiał, deklamował.
   A także całkiem sporo reklam budowanych w charakterystycznym przedwojennym stylu.
Choćby taki cymesik: „Wszyscy zachwycają się tylko patefonami. Grają bez igły, czysto głośno i naturalnie. Uprasza się o przekonanie w magazynie Z. M. Rybickiego przy ul. Niemieckiej”.
   Albo: „Fryzjer Józef Tofiło. Mikołajewska ulica, dom Pinesa. Poleca wszelkie wyroby z włosów; peruki do wynajęcia na maskarady; mycie i farbowanie głów z momentalnem suszeniem”.
  Albo: „M. Samitowska. Szewc w Białymstoku, przy ulicy Lipowej, dom Epsztejna, vis-a-vis soboru. Uprasza się o nadsyłanie dokładnej wiadomości o stanie nogi, braniu miary, wieku i jakiej formy obuwie ma być zrobione: szerokiej, średniej i spiczastej”.
   Gazeta dotrwa niemal do wybuchu pierwszej wojny światowej – ostatni 75. numer wyjdzie 16 maja 1914 r.
Więc nieomal w przededniu wybuchu wojny. W kwietniu 1915 r. „Gazeta Białostocka” zaczęła wychodzić ponownie, w zmniejszonej, ośmiostronicowej objętości; zmalała również liczba współpracowników. W okresie okupacji niemieckiej ukazywała się jako pismo codzienne w ciągu dwóch tygodni (z przerwami). Ostatecznie została zawieszona 24 października 1915 roku – precyzuje Lucyna Lesisz.
   Wszędzie go pełno
Kosiński, nauczyciel z zawodu, którym zresztą po zamknięciu gazety będzie nadal, przypomina trochę pozytywistycznych organiczników. Gdy przychodzi I wojna światowa, a w Białymstoku miejsce po zaborcy rosyjskim zajmuje niemiecki okupant, Kosiński wraz z innymi organizuje szkolnictwo polskie. To właśnie na łamach swojej gazety ogłasza powołanie Towarzystwa Popierania Szkoły Polskiej. I jako jeden z pierwszych z białostockiej elity zbiera fundusze na ten cel, kwestując m.in. wraz z Marianem Dederką, ks. Stanisławem Hałką, Marią Kościanką.
   Dzięki nim już 6 listopada 1915 roku przy ulicy Kraszewskiego 13, w kamienicy Władysława Ostrowskiego otwarto szkołę powszechną. Jej kierownikiem został Michał Motoszko. Nauczycielkami były: Zofia Szmidtówna, Czesława Ostaszewska-Kosińska i Emilia Wenclikówna – opowiada Andrzej Lechowski, białostocki historyk, dyrektor Muzeum Podlaskiego.
   Gdy zaś pojawił się problem, z czego utrzymać powstające białostockie szkoły, to Kosiński właśnie wraz z innymi białostockimi społecznikami wymyśli, że może by tak zorganizować przedstawienia, z których dochód przeznaczyć na nauczycielskie pensje.
   9 stycznia 1916 roku zorganizowano pierwsze amatorskie przedstawienie. Wystawiono niezbyt ambitne „komedyjki” – „Świdrykowski jedzie” i „Z rozpaczy”. Czysty dochód z tego przedsięwzięcia wyniósł 495 rubli, dzięki czemu 10 nauczycieli miało miesięczne wynagrodzenie! Sukces zmobilizował grono działaczy, którzy spotkali się w domu państwa Różyckich przy Fabrycznej 53. Zjawili się tu Konstanty Kosiński, Apolonia Srzedzińska, Michał Motoszko i Stanisław Ostrowski. Podejmował ich Zygmunt Różycki, niestrudzony organizator życia teatralnego w Białymstoku.
   Angażował aktorów, wynajmował sale, reżyserował i grał. W efekcie tych spotkań 12 lutego 1916 roku powstało Towarzystwo Dramatyczne „Pochodnia”. W jego statucie, w 5 paragrafie zapisano, że ma ono zająć się „szerzeniem zamiłowania do sztuki dramatycznej i oświaty wśród najszerszych mas za pomocą odczytów popularnych, pogadanek, wycieczek krajobrazowych, przedstawień teatralnych, koncertów, zabaw, urządzania bibliotek i czytelń, wydawania szczegółowych sprawozdań ze swej działalności, pism, broszur oraz tworzenia stypendiów szkolnych dla dzieci członków Towarzystwa”.
  Nauczyciel i radny
Ale Kosińskiemu społecznych poczynań było ciągle mało. I gdy we wrześniu 1919 roku w niepodległym Białymstoku rodził się pierwszy samorząd miejski – w jego skład (na kadencję 1919-22) wszedł również założyciel pierwszej polskiej gazety w Białymstoku.
  A gdy w międzywojennym Białymstoku tworzono nową gazetę – nie mogło zabraknąć i Kosińskiego, który miał przecież ogromne doświadczenie wydawnicze. Gdy 6 kwietnia 1919 roku ukazywał się pierwszy numer „Dziennika Białostockiego”, Kosiński był jego redaktorem. Później już z nim tylko współpracował.
   Zajął się zaś kolejną pasją – nauczaniem. W latach międzywojennych był nauczycielem matematyki w Gimnazjum Państwowym im. Zygmunta Augusta. Sekretarzował i prezesował białostockiemu Towarzystwu Nauczycieli Szkół Średnich i Wyższych. W 1934 roku był dyrektorem Państwowego Gimnazjum im. Adama Mickiewicza w Prużanie.
   Pedagogicznie nie spoczął nawet w czasie okupacji niemieckiej – kiedy wiosną 1942 roku w Białymstoku powstała Wojewódzka Organizacja Tajnego Nauczania w Białymstoku, stanął na jej czele wraz z Marią Kolendo. Jako nauczyciel pracował też po wojnie – ucząc matematyki w II LO w Białymstoku.
   Dziennikarz, samorządowiec, społecznik, współtwórca działań na rzecz teatru, nauczyciel…
A przecież jeszcze współzakładał Muzeum Regionalne. Współtworzył – będąc w składzie komitetu redakcyjnego – monografię Białegostoku opracowywaną przez Henryka Mościckiego. Organizował Polskie Towarzystwo Krajoznawcze w Białymstoku.
   Zmarł w 1961 roku w wieku 74 lat. Jest pochowany na białostockim cmentarzu farnym.Dobrze, że mieliśmy w Białymstoku takiego Kosińskiego.

Monika Żmijewska

Afera z  pięcioma złotymi w tle

Afera z pięcioma złotymi w tle

 

W 1925 r. Warszawa, a z nią cały kraj, żyła wielkim skandalem, który wybuchł w tamtejszym Urzędzie Śledczym. Wyszło na jaw, że aspirant Daniel Bachrach, wszechwładny szef brygady do walki z fałszerzami pieniędzy, sam kierował szajką podrabiającą nowo wprowadzone do obiegu złotówki.
   Oczywiście został natychmiast wylany z pracy, wraz z innymi zamieszanymi w aferę policjantami, którym patronował zastępca naczelnika Urzędu Śledczego, Ludwik Kurnatowski. Wsypa ta nie odstraszyła rzecz jasna innych hochsztaplerów. Wiedzieli oni, że pieniądze najlepiej zarabiać na ich podrabianiu. Fałszywe 5, 10 i 20-złotówki wytwarzane w zakamarkach warszawskich Nalewek rozchodziły się po całej II RP.
   Trafiały do Łodzi, Poznania, na Śląsk i do Gdańska. Tam znajdowały się filie centrali, których zadaniem było rozprowadzenie po terenie trefnego towaru. Również ówczesny Białystok pełnił taką rolę. Fałszywki nie tylko kursowały po mieście, na co uskarżał się miejscowy Urząd Pocztowy przy ul. Kościelnej i oddział Banku Polskiego przy Warszawskiej, lecz były zwłaszcza kolportowane na wschodnich obszarach województwa białostockiego – w okolicach Grodna, Wołkowyska, Baranowicz i Słonima. Tamtejsza ludność słabo orientowała się w wyglądzie obowiązujących aktualnie nominałów.
   Bank Polski robił wszystko, aby ostrzec przed przyjmowaniem podróbek. Lokalna prasa drukowała ich podobizny i wskazywała błędy różniące od oryginału. W 1924 r. agenci białostockiej Ekspozytury Urzędu Śledczego z ul. Warszawskiej wpadli na trop bandy, która zajmowała się w Białymstoku fałszerskim procederem. Na jej czele stał Owsiej Szlapak, z zawodu szewc, zamieszkały przy ul. Siennej.
   Dobrał on sobie do pomocy kilku wytrawnych, kresowych szmuglerów, którzy już za okupacji niemieckiej zajmowali się przemytem sacharyny. Byli to m.in. Josel Trubowicz z Baranowicz oraz Josel Szewkin i Chaim Węgier z Lachowicz. Policyjni wywiadowcy zainteresowali się najpierw Węgrem. W kartotece EUS figurował on jako zawodowy przemytnik.    Podczas kolejnej wizyty w Białymstoku został zatrzymany na dworc u przez podkomendnych naczelnika V Komisariatu Franciszka Pierso, szczególnie ciętego na gagatków z rozmaitą kontrabandą. Rewizja jednak nic nie dała. Fałszywych pieniędzy nie znaleziono. Węgier został, acz bardzo niechętnie, zwolniony i wsiadł do pociągu.
   Niebawem po jego wyjeździe, z Baranowicz nadeszła do białostockiej kancelarii EUS informacja o pojawieniu się tam nowej partii fałszywych 5-złotówek.
   Na początku października jeden z wywiadowców dostrzegł w tłumie pasażerów na stacyjnym peronie dwie znajome sobie facjaty. Byli to Trubowicz i Szewkin. Zaczął ich dyskretnie śledzić. Kresowi szmuglerzy udali się na ul. Lipową do hotelu Bristol. Wynajęli pokój i do wieczora nie ruszali się z miejsca. Dopiero kiedy zapadł zmrok, wyszli na spacer, który doprowadził ich na ul. Sienną do domu szefa, czyli Owsieja Szlapaka. Cały czas posuwała się za nim policyjna czujka.
   Następnego dnia rano obaj kontrabandziści opuścili hotel, wzięli dorożkę i kazali wieźć się na dworzec. Tam kupili bilety do Słonima i kiedy podstawiono pociąg rozsiedli się wygodnie w wagonie. Wtedy do akcji wkroczyli wywiadowcze asy.
   Aresztowali obu mężczyzn i doprowadzili na kolejowy posterunek. Jakie było jednak zdziwienie policjantów, gdy przy zatrzymanych nic nie znaleziono. Przeszukanie zajmowanego przez nich przedziału także nie dało pozytywnych rezultatów. Dopiero w sąsiednim odkryto paczkę, a w niej 200 podrobionych 5złotówek. 
   We wrześniu 1925 r. przed Sądem Okręgowym odbył się głośny proces. Choć prowodyr Szlapak zbiegł za granicę, to jego pomagierzy od fałszywek zainkasowali po 5 lat.

Włodzimierz Jarmolik

100-letnia atrakcja w Korycinie. Powstaje tam Park Kulturowy

100-letnia atrakcja w Korycinie. Powstaje tam Park Kulturowy

Korycin od lat próbuje przyciągać do siebie turystów. Jeszcze 15 lat temu to było typowe podlaskie miasteczo. Niedługo po wejściu do Unii Europejskiej – jego oblicze nieco odmieniło się. Dziś wjeżdżając do miasta przy drodze przywita nas murowany wiatrak. Obok znajdują się także szatnie i boisko, gdzie ćwiczy miejscowa drużyna – Kora Korycin. To wszystko w pobliżu zalewu, który latem jest wielką atrakcją.

 

Nie trzeba chyba wspominać, że produkuje się w miasteczku ser koryciński – na podstawie receptury szwajcarskich żołnierzy z czasów potopu. Korycin nie zatrzymuje się w zachęcaniu ludzi do przyjeżdżania tam – teraz będzie stawiać kolejny wiatrak – tym razem 100-letni. Gmina tworzyć będzie Park Kulturowy Korycin-Milewszczyzna. Obejrzymy tam codzienne życie mieszkańców. Drewniany wiatrak pochodzi z Jatwiezi Dużej – wsi, która znajduje się 20 km od Korycina. Jego konstrukcja została rozebrana, a teraz będzie drobiazgowo odtwarzana na terenie tworzącego się Parku.

 

Na pewno warto będzie zobaczyć przedsięwzięcie, gdy będzie już gotowe. Trzymamy kciuki za realizację!

 

fot. Wikipedia / Krzysztof Kundzicz

W kilka minut z obrzeży do Centrum. W Białymstoku rusza coś na kształt SKM!

W kilka minut z obrzeży do Centrum. W Białymstoku rusza coś na kształt SKM!

Od jutra (20.04) po Białymstoku będzie można przemieszczać się pociągami jak autobusami. Choć do tej pory było to już możliwe, to do dyspozycji będziemy mieli „Bilet miejski” za 2 zł. Jest to realizacja pewnej idei – utworzenia Szybkiej Kolei Miejskiej – o którą zabiega wiele środowisk w mieście. Coś, czego oczekiwało wielu mieszkańców od dawna – zaczęło w końcu kiełkować. Na początku w wersji bardzo podstawowej. Jeśli się sprawdzi – warto będzie rozbudować Szybką Kolej Miejską o więcej przystanków.

 

SKM Białystok – tu kupisz bilety: 
https://www.biletyregionalne.pl | https://www.e-podroznik.pl | https://bilkom.pl | https://www.skycash.com

 

Formalnie Szybka Kolej Miejska nie należy do białostockiej komunikacji miejskiej, więc bilet należy kupować w POLREGIO, której właścicielem są Przewozy Regionalne. Jest to tak zwany „bilet miejski”, który kosztuje 2 zł. Bilety możemy kupić w kasie biletowej PKP, ale też u kierownika danego pociągu, przez internet, a na niektórych kierunkach w biletomacie. Postulat utworzenia SKM był poruszany od wielu lat, jednak zawsze brakowało woli politycznej do jej uruchomienia. Prezydenta Truskolaskiego takie rozwiązanie nigdy nie interesowało – nawet biorąc pod uwagę – że mamy gotową infrastrukturę. Na szczęście to czego nie chciał prezydent – chciał najwyraźniej marszałek, który Przewozy Regionalne dotuje. To kolejna, kolejowa dobra decyzja po utworzeniu letniego pociągu do Walił (który będzie zatrzymywać się także na stacji Białystok Fabryczny).

 

Formalnie rzecz biorąc – pociągi kursują jak dawniej, z tym że mamy nowy bilet miejski. Warto jednak zaznaczyć – że jeżeli mieszkańcy popularnie będą korzystać – to na pewno warto będzie wszystko rozwijać. Najważniejsze będzie także danie pasażerom możliwości używania biletów białostockiej komunikacji miejskiej. Wtedy – jazda SKM będzie bardzo powszednia. Dzisiaj najbardziej skorzystają z niej mieszkańcy Starosielc, Bacieczek i Kleosina – którzy nie będą musieli jechać do centrum niekiedy ponad pół godziny tylko kilka minut. 

 

SKM Białystok ma obecnie 6 przystanków:

– Białystok (Główny)
– Białystok Starosielce
– Białystok Bacieczki
– Białystok Stadion
– Białystok Wiadukt
– Białystok Fabryczny (w soboty i niedzielę)

 

Warto dodać, że wcześniej na Fabrycznym nie zatrzymywały się pociągi pasażerskie. W przyszłości będą też kolejne przystanki Białystok Zielone Wzgórza i Białystok Nowe Miasto. Jeżeli mieszkańcy będa aktywnie korzystać z SKM – warto by pokusić się także o przystanki na Białostoczku i Dojlidach. A wtedy już tylko krok od wprowadzenia regularnych, stałych pociągów kursujących przez cały dzień – tak jak autobusy.

 

Nie ukrywamy, że podoba nam się wizja wprowadzania w ostatnim czasie w Białymstoku pewnych nowości. Bez zbędnej szarży i rozbuchania finansowego – najpierw budujemy pas startowy na Krywlanach – a po sprawdzeniu jak to zadziała damy sobie wybór czy dobudować terminal i wydłużyć pas. W Szybkiej Kolei Miejskiej zaczynamy od biletu miejskiego, a być może skończymy z realizacją SKM w pełnym wydaniu – taką jak w dużych miastach – czyli dużo więcej przystanków i regularne połączenia co kilka(naście) minut przez cały dzień – adekwatnie do potrzeb pasażerów.

 

SKM Białystok – rozkład jazdy

 

Białystok Wiadukt – Białystok (czas jazdy 3 minuty)

 

5:04 – 5:07
6:10 – 6:13
7:12 – 7:15
8:03 – 8:07
9:47 – 9:50
12:56 – 12:59
15:32 – 15:35
16:28 – 16:32
17:53 – 17:56
19:11 – 19:15
21:07 – 21:10

 

Białystok Bacieczki – Białystok Starosielce – Białystok

 

7:16 – 7:20 – 7:24
13:38 – 13:42 – 13:46
16:23 – 16:26 – 16:30
18:19 – 18:22 – 18:26
19:45 – 19:49 – 19:53

 

Białystok Stadion – Białystok

 

6:11 – 6:18
8:17 – 8:24
11:33 – 11:40
17:29 – 17:37

 

Białystok Fabryczny – Białystok (tylko weekendy do 28 października)

11:14 – 11:20
17:37 – 17:42

Białystok – Białystok Wiadukt

6:07 – 6:11
7:31 – 7:35
10:45 – 10:49
12:45 – 12:49
15:47 – 15:51
16:55 – 16:59
18:48 – 18:52
20:59 – 21:03
22:45 – 22:49

 

Białystok – Białystok Starosielce – Białystok Bacieczki

10:20 – 10:24 – 10:28
12:35 – 12:39 – 12:43
15:05 – 15:09 – 15:13
16:40 – 16:44 – 16:48
18:55 – 18:59 – 19:03

 

Białystok – Białystok Stadion

6:48 – 6:55
13:51 – 13:58
15:58 – 16:05
18:52 – 18:59

 

Białystok – Białystok Fabryczny (tylko w weekendy do 28 października)
8:55 – 9:01
15:52 – 15:58

Nie ma już ciuchci przy dworcu. Teraz będzie atrakcją gdzie indziej

Nie ma już ciuchci przy dworcu. Teraz będzie atrakcją gdzie indziej

Przez wiele lat stała na Słonecznym Stoku, potem odrestaurowana trafiła na białostocki dworzec PKP. Dobudowany do niej wagonik zaś służył za bar z fast-foodem. Teraz to już przeszłość – po lokomotywie nie został już ślad. Ciuchcia, która w Białymstoku stała od lat ma już 100 lat! Teraz kolej trafiła pod Ełk do miejscowości Prostki. Tam prywatny przedsiębiorca razem z władzami gmin porozumiał się i dzięki temu ciuchcia będzie służyć jako atrakcja. Będzie można ją obserwować jadąc choćby pociągiem do Ełku.

 

Po ciuchci na dworcu PKP w Białymstoku pozostało już tylko puste miejsce i wspomnienie. Przypomnijmy, że dworzec, a także jego otoczenie za jakiś czas zostanie kompletnie odrestaurowane. Wtedy ciuchcia by już nie pasowała – do pozostałej części. Dlatego jej czas był tak i tak policzony. Trzymajmy kciuki za to, by w Prostkach przetrwała kolejne 100 lat!

 

fot. Henryk Borawski / Wikipedia

Wszędobylscy braciszkowie z uliczki Cichej

Wszędobylscy braciszkowie z uliczki Cichej

 

   Na samym początku 1923 r. Dziennik Białostocki poinformował swoich Czytelników, łaknących wiadomości z życia miasta, o następującym wydarzeniu: „W domu przy ul. Siedleckiej róg Krakowskiej odbył się uroczysty ślub miejscowego złodzieja, słynnego w całej okolicy z kapłanką wolnej miłości. Na ślub przybyli  panowie złodzieje, kasiarze i doliniarze białostoccy, a także delegaci ze stolicy i wszystkie prostytutki miasta. Do uczty zasiadło towarzystwo we frakach. Nowożeńcy otrzymali wartościowe upominki. Charakterystyczne, że właśnie w przededniu tej weselnej uczty okradziono na kilka milionów marek miejscowe składy win i wódek”.
   Wiadomość zaiste bardzo smakowita. Choć dzisiaj nie można rozszyfrować kim był ów słynny złodziej wstępujący w związek małżeński z kobietą lekkich obyczajów, to jednak sądząc po zestawie gości, musiał zajmować w chanajkowskiej ferajnie wysokie miejsce.
   Z sąsiadów pana młodego z pewnością uczcili go Jankiel Rozengarten, pseudo Jankieczkie z ulicy  Orlańskiej, Jankiel Geller ze Stołecznej czy Enoch Tyszlerman z Kijowskiej. Nie mogło też zabraknąć gości z Cichej. Ta niewielka uliczka, wszystkiego 4 numery, leżała bliziutko Siedleckiej, można rzec tuż za jej plecami. Miała swoich chojraków, których umiejętności znano w całym mieście.
 

 Rozsławiali ją szczególnie dwaj bracia o niepozornym nazwisku – Śliwka. Aram i Menosz mieszkali pod 4. i byli autorytetami w zakresie kradzieży drobiu. Jeśli ktoś miałby dostarczyć ten asortyment jadła na wesele opryszka z Siedleckiej, to tylko oni. Piechociarzy, czyli złodziei kradnących spacerujące po podwórkach kury, kaczki, gęsi, było w Chanajkach wielu. Proceder ten uprawiali zwłaszcza z upodobaniem tamtejsze wyrostki. Kradzież drobiu w biały dzień wymagała uwzględnienia paru rzeczy: nieobecności gospodarzy w pobliżu zajścia, no i oczywiście neutralizacja podwórkowego Burka. Trzeba było też ubezpieczyć się od strony ulicy.
   Chłopaki z Chanajek wyprawiali się po „piechotę” parami, zaś terenem ich działania były nie tylko sąsiednie obejścia, ale i peryferyjne dzielnice miasta. Drób tam chodził niemal bez nadzoru po uliczkach, ogrodach i łąkach. Ważne było również to, że nikt tam nie znał chanajko- wskich łobuzów.
   Aron i Menosz z uliczki Cichej to byli zawodowi, doświadczeni złodzieje. Oni nie uganiali się za kurami po podwórkach. To zajęcie dla pętaków. Przygotowywali stara- nnie nocne wyprawy do kurników, komórek i domowych sieni, w których drób miał swoje lokum. Szczególnie Menosz Śliwka traktował swoją profesję poważnie i dbał o złodziejski sznyt. Wszyscy paserzy z Chanajek i okolic wiedzieli, że mogą zamawiać u niego towar niemal bez ryzyka niedostarczenia na czas.  Śliwka przygotowywał bowiem bardzo starannie swoje skoki. Co jakiś czas, na zmianę z bratem, robili obchód białostockich podwórek, sprawdzali pogłowie i rozmiary wałęsających się po nim drobiu, obserwowali coraz to nowe zabezpieczenie kurników i składzików. Gdy zebrała się dłuższa lista zamówień, ruszali na łowy. Ponieważ Aron zajmował się głównie dystrybucją, Menosz brał zwykle na akcję swojego stałego pomagiera, Abrama Segała z ul. Marmurowej. Ale nawet najbardziej doświadczeni piechociarze nie mogli uniknąć wpadki. Czasami przyczyną były kury, które rozgdakały się w nieodpowiednim momencie, innym razem obładowanych łupem złodziei mógł nocą zatrzymać policjant.
  To właśnie przytrafiło się w 1925 r. Menoszowi Śliwce. Szedł spokojnie ul. Wesołą z workiem wypełnionym czterema kurami i dwoma indykami i natknął się na patrol. Była to jego kolejna wsypa, więc trafił za kratki na dziewięć miesięcy. Kolejni weselnicy w Chanajkach musieli przez ten czas zamawiać drób u innych, wszędobylskich piechociarzy.

Włodzimierz Jarmolik
 

Dom Ludowy- Historia niekończącej się budowy

Dom Ludowy- Historia niekończącej się budowy

   Dom Ludowy poświęcony  Marszałkowi, którego budowę na Plantach zainicjował jeszcze w 1933 r. wojewoda białostocki i zagorzały piłsudczyk Marian Zyndram-Kościałkowski, zaś prezydent miasta Seweryn Nowakowski wyznaczył termin zakończenia inwestycji na 11 listopada 1934 r., czyli Święto Niepodległości, był ciągle jeszcze nie gotowy. Powód prozaiczny – brak pieniędzy.
  Dzień ukończenia Domu – symbolu przeniesiono na listopad 1935 r. Nastąpiła kolejna obsuwa. W planach budowniczych pojawił się zatem rok 1936 i 19 marzec, dzień imienin Józefa Piłsudskiego. Termin ten znowu okazał się pobożnym życzeniem władz miasta. W lipcu Filip Echeński, sekretarz Komitetu Budowy Domu Ludowego, a jednocześnie kierownik Biblioteki Miejskiej, dał wywiad do prasy, w którym przedstawił aktualną sytuację na ślimaczącym się placu robót. Gmach w stanie surowym był już gotowy. Wzniesiono mury, sklepienia, galerię teatru, wszystkie ściany wewnętrzne. Brak było tylko tynków. Teraz przyszła pora na klatki schodowe, zakładanie centralnego ogrzewania, kanalizacji, elektryczności, urządzeń sceny i oczywiście pokrycia dachu. Roboty zatem było jeszcze dużo. No i te koszty.
  Dotychczas na budowę Domu Ludowego poszło ok. 250 tys. zł. Sam Komitet starał się jak mógł i zgromadził blisko 100 tys. zł ze składek ludności Białegostoku, darowizn i z zorganizowanych balów, zabaw i loterii. Magistrat wysupłał coś z 75 tys. ze swojej, oblężonej przez inne ekstraordynaryjne wydatki, kasy a kolejne 75 tys. zapewnił wojewódzki Fundusz Pracy na płace dla zatrudnionych przy budowie bezrobotnych. Potrzebnych było jednak jeszcze ok. 200 tys. zł, ażeby nastąpił upragniony finał.
 

Echeński jeszcze raz odwołał się do ofiarności białostoczan. Nie tylko do „grubych ryb”, czyli przemysłowców i handlowych potentatów (byli oni coraz bardziej niechętni do jakiejkolwiek filantropii), ale i do zwykłych obywateli miasta. Prosił nawet o drobne datki. Krytykował plotki o tym, że budynek Domu Ludowego zalewa od piwnic woda, a na ścianach widać rysy i pęknięcia. Nazwał to zwykłym „austriackim gadaniem”. Powiedział: „zamiast rzucać kalumnie zajrzyjcie przez ogrodzenie, przypatrzcie się pracy i stanowi budowy, może ruszy was sumienie i rzucicie swój grosz na zakończenie Domu Ludowego”.
  Narady w gabinecie prezydenta Nowakowskiego i wicewojewody Zgrzebnioka nie miały końca. Na początku września ustalono, że 50 tys. zł wygospodaruje jeszcze Fundusz Pracy, zaś 150 tys. potrzebne na całkowite zakończenie robót trzeba będzie uzyskać w ramach długoterminowej pożyczki z Banku Gospodarstwa Krajowego. Gdyby doszła ona do skutku, wówczas pojawiłaby się kolejna data oddania Domu Ludowego do użytku – sierpień 1937 r. 8 września do Białegostoku przybył z warszawskiej centrali BOK dyrektor Garbuzyński. Chciał osobiście zobaczyć na co daje pieniądze. Po niedokończonym gmachu oprowadzali go jego budowniczowie, inż. Seredyński i inż. Domejko. Był oczywiście i sekretarz Komitetu Budowy F. Echeński. Pożyczka ostatecznie została przyznana. Członkowie zarządu Miasta, a i Rady Miejskiej ciągle dowiadywali się o postępy robót. Zbliżała się jednak zima. Prace wykończeniowe trzeba było przenieść na następny rok.
 
Ale i rok 1937 nie zakończył trwającej 4 lata budowlanej epopei. Dopiero w grudniu 1938 r. Dom Ludowy, już jako Teatr Miejski otworzył swoje podwoje dla białostoczan. Głosy ostały, polski teatr w mieście, rozlegające się od początku niepodległości Białegostoku, zostały wysłuchane.

Włodzimierz Jarmolik

Dobra wiadomość dla podróżnych! Biletomaty w podlaskich pociągach

Dobra wiadomość dla podróżnych! Biletomaty w podlaskich pociągach

Dobra wiadomość dla podróżujących kolejką po Podlasiu! Niektóre pociągi Przewozów Regionalnych zostały wyposażone w biletomaty. To szczególne ułatwienie gdy na przykład nie ma kasy na stacji – jak chociażby w Knyszynie. Normalnie w takiej sytuacji trzeba szukać konduktora. Gdy pociąg jest zatłoczony – jest to utrudnione. Na razie jest 6 urządzeń w pociągach. W planach jest wyposażenie kolejnych czterech. W biletomacie kupimy możliwość przejazdu nie tylko pociągiem, w którym się znajdujemy ale także na inne dni oraz połączenia.

 

Biletomat przyjmuje zarówno kartę jak i gotówkę. Jedyne ograniczenie – to wydawanie reszty – urządzenie nie wyda nam więcej jak 20 zł reszty. Pociągi, w których są biletomaty oznaczone są specjalnymi naklejkami. Urządzenia znajdziemy w pociągach z Białegostoku do Łap, Szepietowa czy też Ełku, Kuźnicy.

Św. Rocha 4. Posesja ins. Muromcewa

Św. Rocha 4. Posesja ins. Muromcewa

 

   Dziś przedmiotem naszego zainteresowania będzie posesja  przy ul. św. Rocha 4, gdzie do dziś zachowały się historyczne domy, zbudowane pod koniec XIX w.
  Posesja przy ul. św. Rocha 4 została wydzielona z działki należącej do Jakuba Borysiewicza w 1890 r., gdy ten sprzedał ją białostockim mieszczanom Janowi i Aleksandrze Burzyńskim.
   Trudno powiedzieć o nich coś więcej poza faktem, że na kupionej działce wznieśli wkrótce po 1890 r. dwa parterowe domy – mniejszy, drewniany, stojący od frontu oraz drugi, większy i murowany.
  W 1897 r. mieszkał tu naczelnik białostockiego powiatowego urzędu ds. powinności wojskowej Hillarion Rudenko.
   W 1899 r. Burzyńscy odsprzedali nieruchomość inspektorowi podatkowemu powiatu białostockiego Charłampowi Muromcewowi.   Wywodził się on z jednego ze starszych rosyjskich rodów szlacheckich, sięgającego swymi korzeniami XVI stulecia. Muromcewowie pochodzili z guberni riazańskiej, gdzie posiadali majątek Bałowniewo. Wśród przedstawicieli rodziny warto wspomnieć Sergieja Muromcewa, przewodniczącego I Dumy Państwowej.
   Wiadomo, że Charłamp był synem Aleksandra i miał brata Piotra, żołnierza w stopniu kapitana, który na początku XX w. wykupił część majątku Niewodnica Lewicka.   Charłamp ukończył prestiżową Mikołajewską Szkołę Kawalerii w Sankt Petersburgu. Na służbę państwową wstąpił w 1883 r., a do Białegostoku oddelegowano go w 1896 r. i tu objął stanowisko naczelnika powiatowego urzędu skarbowego, a następnie przewodniczącego komisji ds. wymiaru podatku przemysłowego.
  Szybko odnalazł się w miejscowej społeczności, będąc na prośbę Aleksandra Satina jednym ze współzałożycieli Białostockiego Towarzystwa Ogniowego (później BOSO) oraz uczestnicząc w pracach Rosyjskiego Towarzystwa „Czerwonego Krzyża”. Pełnił mandat radnego miejskiego w ostatniej Radzie Miasta przed końcem zaboru rosyjskiego.
   W 1913 r. w jednym z domów przy ul. św. Rocha funkcjonowała siedziba białostockiej powiatowej inspekcji podatkowej.
  Charłamp Muromcew nieruchomość przy ul. św. Rocha 4 odsprzedał w 1913 r. Stanisławowi Saryusz-Zaleskiemu.
   Nowy właściciel mieszkał w tym czasie we własnym domu na rogu ul. Starobojarskiej i Żukowskiego (później ul. Kraszewskiego 1), ale na jego temat także nie mamy bardziej szczegółowych informacji.
   Miał dzieci Miłosława, Borysa i Irenę, które po jego śmierci w czasie I wojny światowej uzyskali omawianą nieruchomość, po czym w 1919 r. – działając za pośrednictwem Witolda Kości, gdyż nie mieszkali w Białymstoku – wydzierżawili na 24 lata Konstancji z Roszkowskich Hepner, żonie Karola.
  Rok później Konstancja wykupiła posesję przy ul. św. Rocha 4. Na początku lat 20. XX w. Karol Hepner prowadził pod tym adresem własną firmę sprzedaży skór. Hepnerowie byli właścicielami tej nieruchomości do 1936 r., gdy sprzedali ją Stanisławowi Starosielcowi, ten zaś kilka miesięcy później wyzbył się jej na rzecz Stowarzyszenia Wzajemnej Pomocy Pracownic Katolickich Św. Franciszka Serafickiego w Białymstoku, reprezentowanego przez Katarzynę Czausz.
   Stowarzyszenie działało do II wojny światowej, chociaż prawa własności do posesji przy ul. św. Rocha 4 utrzymało jeszcze w okresie okupacji niemieckiej.

Wiesław Wróbel
Biblioteka Uniwersytecka w Białymstoku

Kariery cyrkowych królów żelaza

Kariery cyrkowych królów żelaza

 

   W lipcu 1925 r. do Białegostoku dotarła informacja, że słynny siłacz światowej sławy Zishe Brejtbart występując w Radomiu uległ wypadkowi. Podczas numeru z przebijaniem deski gwoździem nie zachował należytej ostrożności i zardzewiały gwóźdź zranił go w kolano. Z tego prozaicznego zdarzenia wywołało się zakażenie krwi. Berlińscy lekarze ratując siłacza amputowali mu obydwie nogi. Niestety doszło do sepsy. Zishe Brejtbart zmarł 12 października 1925 r.
  Dziennik Białostocki informując o jego śmierci w berlińskiej klinice uniwersyteckiej donosił, że „zmarły atleta pozostawił znaczny majątek rozrzucony na obu półkulach. Pod Berlinem miał willę i wielkie place. W New Jorku magazyn z galanterią wartości przeszło 100 tysięcy dolarów. Poza tym wdowa odziedziczyła 120 tysięcy złotych (które Brejtbart zarobił podczas występów w Polsce), cenną kolekcję perskich dywanów, srebra na 24 osoby, brylanty, trzy samochody i sześć koni z powozami”. To bogactwo musiało robić wrażenie w Białymstoku, ale bardziej komentowano stratę jaką poniósł ruch syjonistyczny wraz z odejściem króla żelaza.

  Zrozumiałym więc było, że po śmierci Zishy karierę zaczęli robić jego bracia Józef (Josif) i Gustaw (Gershon) Brejtbartowie. Józef do Białegostoku nie przyjechał nigdy, ale Gustaw był w maju 1926 r. Przejął po zmarłym bracie tytuł „wszechświatowej sławy króla żelaza”, choć siłą mu nie dorównywał. Jego występy zapowiedziano na boisku Żydowskiego Klubu Sportowego przy ulicy Branickiego 17. W ich programie 29 i 30 maja były plenerowe popisy. „1. Przez piersi Brejtbarta przejedzie samochód o wadze 3000 kg. obsadzony pasażerami. 2. Brejtbart ciągnie w zębach dorożkę z pasażerami. 3. Na głowie Brejtbarta zostanie zgięta szyna żelazna przez 20 ludzi z pośród publiczności”.
  W trakcie występów siłacza grała orkiestra BOSO. W następnych dniach 1 i 2 czerwca atleta wystąpił w teatrze Palace. Tu prezentował rwanie łańcuchów i inne popisy. Informowano, że „występy p. G. Brejtbarta cieszyły się ogromnym powodzeniem i ściągnęły sporo publiczności, której p. Brejtbart zaimponował niezwykłą swą siłą”.Dodatkowej popularności królowi przysporzył fakt przekazania części swojego wynagrodzenia za występ na potrzeby BOSO. W tym samym roku, we wrześniu, Gustaw Brejtbart występował w Grajewie, gdzie podziwiano go na boisku miejscowego Makabi.

  Wkrótce po Gustawie Brejtbarcie w Białegostoku 10 i 11 lipca 1926 r. występował S. Dworzecki określany mianem „wileńskiego Brejtbarta”, no i oczywiście zapowiadany był też jako kolejny „król żelaza”. Tym razem występy siłacza odbyły się w Letnim Ogrodzie Zwierzyniec, czyli w Rozkoszy. Pomimo anonsu, że wykona on „dotychczas jeszcze niewidziane eksperymenty z żelazem”, to program był niemalże kopią popisów, którymi Zishe Brejtbart zadziwiał publiczność. „1. P. Dworzecki kładzie się na ostrych gwoździach gołem ciałem, przez które przejeżdżają ludzie na koniach. 2. Tworzy przy pomocy rąk i zębów rozmaite figury z grubego żelaza. 3. Zgina sztaby żelazne w kształt podkowy. 4. Okręca sztaby żelazne dookoła ręki. 5. Autobus z 25 osobami przejeżdża przez jego pierś. 6. Wbija ręką gwoździe w grube deski i blachy. 7. Siłą muskułów zatrzymuje 2 konie w całym pędzie. 8. Rwie grube łańcuchy żelazne. 9. 40 osób zginają na jego głowie żelazne grube szyny. 10. Trzyma na piersiach kamień 50- cio pudowy, na którym biją młotami”. Panowała ogólna opinia, że „to co pokazuje p. Dworzecki jest bezwarunkowo ciekawsze od eksperymentów Brejtbarta. P. Dworzecki posiada większą siłę niż posiadał Brejtbart”. To, że ten ostatni zrobił oszałamiającą karierę, a jego wileński konkurent nie, tłumaczono tym, że „p. Dworzecki nie ma jeszcze widocznie swego impresario i dlatego nie krzyczą o nim jak o fenomenie wszechświatowym”.

  Na kolejnego siłacza nie trzeba było długo czekać. Już we wrześniu 1926 r. przyjechał do Białegostoku Stefan Piątkowski określany mianem „sławy polskiego sportu”, który występował pod pseudonimem Ursus. Tym samym świadomie nawiązywał do bohatera sienkiewiczowskiego Quo vadis, a jednocześnie podkreślał swoje chrześcijańskie pochodzenie, co miało w podtekście osłabiać ogólną opinię, że występy siłaczy są domeną żydowskich atletów. Trzeba tu bowiem zaznaczyć, że po śmierci Zishe Brejtbarta zarówno w Polsce i w Europie oraz Stanach Zjednoczonych zaroiło się wręcz od jego naśladowców, którzy w dużej mierze byli właśnie Żydami. Piątkowski wystąpił w tym samym miejscu, gdzie występował nieżyjący król, przy Nadrzecznej, tyle że nie w namiocie cyrkowym, ale w plenerze. Pomimo szumnych zapowiedzi jego występ (o którym już niegdyś pisałem) przeszedł do historii lokalnych śmiesznostek, a zakończył się wręcz dramatycznie. Przypomnę więc ową historię z Ursusem w roli głównej. Był 19 września 1926 r.

  Pomimo nienajlepszej pogody publiczność zjawiła się niezawodnie. „Na krzesłach pod otwartym niebem siedziała inteligencja, za krzesłami tłumił się motłoch”. O godzinie 17 z drewnianej szopy stojącej na skraju placu wyszedł Ursus. Odnotowano, że „był to bardzo sympatyczny krzepki mężczyzna ubrany w nocną koszulę i czekoladowe spodnie. Na piersiach miał przypiętą do koszuli amarantową wstążkę z medalami”. Pierwszym jego popisem była zgodnie z sienkiewiczowską fabułą walka z bykiem. Ursus natarł na zwierzę i tarmosił je na wszelkie możliwe sposoby. W końcu, po ponad 10 minutach zmagań „byk zwalił się na ziemię, a razem z nim i Ursus”, któremu przy okazji pękły spodnie. Publiczność szalała, nie wiedzieć czy to z powodu pokonania bestii czy też z widoku jaki ujrzała po garderobianej katastrofie. Skonfundowany Ursus udał się do szopy. Tymczasem oszołomiony byk podniósł się z ziemi, ale zanim nabrał pewności siebie, to ku uciesze publiczności „skoczył do zagrody jakiś mały, którego nazywano Barczykiem, podleciał do byka, chwycił go za rogi i w jednej chwili powalił na ziemię”.

  Gdy Piątkowski pojawił się na placu, powitały go śmiechy i złośliwe komentarze. Mistrz oświadczył jednak, że prawdziwą sztuką jest tarmoszenie się z bykiem, a nie powalenie go w kilka sekund. Wywołał tym jeszcze większą wesołość. Publiczność czuła, że zyskuje przewagę nad atletą, który wyraźnie tracił animusz. Jeden z widzów, był nim znany w mieście zapaśnik Kaganowicz, przeskoczył ogrodzenie i zaproponował Piątkowskiemu, aby stoczył z nim teraz walkę. Ursus widząc, że sprawy przybierają zły obrót, wymówił się od stoczenia pojedynku,czym do reszty zraził sobie publiczność. Piątkowski liczył jednak, że odzyska ją, prezentując clou swojego programu. Było nim „przejażdżka przez piersi Piątkowskiego samochodu obciążonego dziesięcioma ludźmi”. Takie popisy zawsze przykuwały uwagę widowni. Tak też było i teraz. Ale to nie był dobry dzień Ursusa. „Gdy samochód wjechał na deskę, która leżała na piersiach Piątkowskiego, motor samochodu nagle przestał działać i maszyna całem swym ciężarem przydusiła pierś Piątkowskiego. Za chwilę nieszczęsną sławę polskiego sportu – zsiniałą i nieruchomą – nieśli już z placu sportowego do szpitala Św. Rocha”. Więcej Piątkowski do Białegostoku już nie przyjechał.

Andrzej Lechowski – dyrektor Muzeum Podlaskiego