Ul.Św.Rocha 5   Zielona Kamienica

Ul.Św.Rocha 5 Zielona Kamienica

 
   Najwcześniej poświadczonym właścicielem tego terenu był Michel Zabłudowski.Posiadał go na pewno w latach 60.XIX . i warto zauważyć , że była to ostatnia posesja z ciągu nieruchomości przy ul.Lipowej i Staroszosowej,położona przy samej granicy miasta Białystok i wsi Białostoczek. Posiadłość Zabłudowskiego rozciągała się od drogi prowadzącej na cmentarz prawosławny (czyli ul.Krakowskiej) do granicy  dzielącej posesje przy ul.św.Rocha 5 i 7. Zresztą zachowane do dziś cofnięcie  domu przy ul. św.Rocha 7 jest ciekawą pozostałością po najstarszych dziejach tego miejsca,gdyż tu zaczynała się Szosa Warszawska,która miała po obu stronach szerokie  pasy pobocza – do tej linii dostosowano dalszą zabudowę ul.św.Rocha.
   Przypomnę ,że po śmierci Michela Zabłudowskiego w 1869 r. jego spadkobiercy podzielili między siebie pozostałe po nim nieruchomości- interesująca nas psesja przypadła w udziale  najstarszemu synowi Markusowi Reniewickiemu ,tworząc tym samym posesję  pod  nr.3 ,pozostając przez kilka kolejnych lat właścicielem pozostałej części.Dopiero w latach 1880-1881 Dawid Zabłudowski sprzedał ją Nachmanowi Ambaszowi. Nachman Ambasz był mieszczaninem goniądzkim ,a do  Białegostoku sprowaził się przed 1864 r. Tego toku pracując w mieście jako robotnik wstąpił w związek małżeński z córką Eliasz Małmeda.

   W kolejnych latach rodziły się ich dzieci : Rochla (ur.1868) , później żona Lejby Werhafliga  Zlata (ur.1874), żona  pochodzącego  z Czyżewa Judela Ceranka oraz Bejla (ur.1880) , która wyszła za mąż za pochodzącego z Grodna Wolfa Braude. W chwili kupna w latach 1880-1881 na  jednej posesji  stał tylko drewniany parterowy dom z poddaszem.
   Dopiero w 1888 r. dowiadujemy się ,że Ambasz na swojej nieruchomości przed tą datą zbudował murowany piętrowy budynek z mieszkalną suteryną i poddaszem.Obok niego stał rewniany dom,któremu towarzyszył murowany budynek o przeznaczeniu gospodarczym.
   Niestety w dostępnych źródłach nie udało się odnaleźć precyzyjnych informacji o tym czym zajmował się na co  dzień Nachman Ambasz. Kamienica frontowa przy ul.św.Rocha 5 służyła głównie celom mieszkalnym,podobnie jak inne budynki stojące na posesji.Już spis wiernych parafii rzymskokatolickiej z 1891 r. odnotowuje mieszkające tu rodziny  Władysława Maka ,Józefa Maciejewskiego,Ludwika Bajkowskiego,Jana Niemotki,Bolesława Skibskiego i Stanisława Serdakowskiego .
   Przed 1895 r. do kamienicy dobudowano murowaną piętrową oficynę. W 1897 r. Ambasz zastawił nieruchomość w Wileńskim Banku Ziemskim.W 1`1910 r. z powodu niespłacania długu,majątek poddano sekwestrowi i zlicytowano – nabywcami zostali  Jankiel i Fejga Słonimska (jej ojciec Tewel Słonimski miał dużą fabrykę przy ul.Kościelnej 8) i Szejna Machaj z domu Blanksztejn.
   W latach 1912-1913 współwłaściciele podzielili się prawami do posesji przy ul.św.Rocha 5 dzieląc je na pół-jedna połowa przypadła Mejerowi i Gitli Matysom,druga Szlomie i Szejnie Machajom. Dopiero od tego momentu zaczynają się de facto fabryczne dzieje posesji.
   Przed 1913 r. w głębi działki,poszerzonej dodatkowo o grunty wykupione od strony ul.Stołeckiej (dziś Stołeczna),staną czteropiętrowy gmach fabryczny w którym Machajowie prowadzili swoje przedsiębiorstwo włókiennicze założone w 1894 r. i przeniesione z poprzedniej lokalizacji w fabryce Filippa przy ul.Świętojańskiej. Machajowie i Matysowie prawa własności zachowali do II wojny światowej,mieszkając we frontowej kamienicy przy ul.św.Rocha 5. Mieszkał tu również zięć Szlony i Szejny Machajów Józef Pilecki, pracownik referatu statystycznego białostockiego magistratu.             

Przedsiębiorstwo Szlomy Machaja ,prowadzone wspólnie z Mejerem Matysem ,działało również przez cały okres międzywojenny.
    W 1922 r. zorganizowano w fabryce nowy oddział Białostockiej Ochotniczej Straży Ogniowej B.O.S.O.
   W latach 20  XX w. firma,podobnie jak inne miejscowe zakłady produkcyjne,borykała się z licznymi problemami ekonomicznymi oraz częstymi strajkami m.in. 2 latach 1926 -1927 .
   Część powierzchni w gmachu dzierżawili drobniejsi wytwórcy np. Abram Szapiro ,Chaim Bloch czy Ezra Soroko.
   Na początku lat 30 XX w. większą część fabryki wynajęła duża firma „Sokół i Ziberfenig” z siedzibą  przy ul.Warszawskiej.
   Oprócz tego w parterze kamienicy funkcjonowała sprzedaż produktów spożywczych Soni Rajgrodzkiej.

Wiesław Wróbel

Potajemny ubój

Potajemny ubój

 

   W Białymstoku od zawsze handlowano mięsem pochodzącym z nielegalnego uboju świń, krów czy cieląt. Zajmowali się tym zarówno koncesjonowani rzeźnicy, jak i pokątni sprzedawcy. Urzędnicy magistraccy i Miejski Dozór Sanitarny walczyli z tym procederem usilnie, acz z miernym skutkiem.
  Handel mięsem pozostającym poza kontrolą rzeźni nasilił się zwłaszcza pod koniec lat 20. i w pierwszych latach 30. Na świecie szalał kryzys. W Polsce szczególnie odczuwano jego skutki. Legalne mięso stawało się artykułem deficytowym i drogim.
  W białostockich tanich jatkach, na okolicznych targach i jarmarkach, pojawiało się nagminnie mięso z potajemnego uboju i jego przeroby. Kiedy inspektorom sanitarnym udawało się przechwycić zakazane partie ich badanie przynosiło zazwyczaj wstrząsające wyniki. W mięsie znajdowano zarazki pasożytniczych chorób, na które cierpiały zabite zwierzęta. Zarażone mięso trafiało na stoły nieświadomych tego białostoczan.
  Weźmy przykładowo tylko rok 1932. Służby sanitarne wspomagane przez funkcjonariuszy policji pracowały bardzo intensywnie. Nielegalnego mięsa szukano wszędzie. W sklepikach z szyldem „Rzeźnik”, w otwartych jatkach, na chłopskich furach zatrzymujących się przy Siennym, a zwłaszcza Rybnym Rynku. Obstawiany był dworzec, przystanek autobusów zamiejscowych i rogatki miasta. W kwietniu np. Dziennik Białostocki donosił: „Policjant K. Kownacki zatrzymał koło dworca mieszkańca Choroszczy Jankiela Sokołowicza, który wiózł mięso pochodzące z potajemnego uboju. Po dostarczeniu do rzeźni miejskiej lekarz weterynarii stwierdził, że bydło było chore na gruźlicę, a w wątrobie ujawniono motylicę”. Inną, przewlekłą chorobą zwierząt, przede wszystkim świń i dzików, była włośnica, inaczej trychinoza. Białostoczanie po spożyciu mięsa z jej zarazkami trafiali zwykle do szpitala św. Rocha z ostrym zaburzeniem pracy jelit.
  W dniach 14 i 15 października odbył się kolejny nalot na prywatne masarnie w okolicach Chanajek. Połów był obfity. Zakazany towar znaleziono m.in. u Icka Ałkona z ul. Krakowskiej i Kimy Wałach z Mazowieckiej. Ajzykowi Petlinowi z ul. Mickiewicza zakwestionowano 65 kg wołowiny, Dawidowi Wajmanowi z Młynowej – 56 kg, Berelowi Zabłudowskiemu z Legionowej – 108 kg, zaś w masarni Luby Karpowiczowej przy ul. Marszałka Piłsudskiego trafiono aż na 182 kg z potajemnego uboju. To mięso, które było niezdatne do użytku, zostało, jak zwykle, spalone na terenie rzeźni miejskiej .
  Białostocka rzeźnia szczególnie mocno odczuwała istnienie czarnego rynku. Wiele traciła na niedokonywanych badaniach weterynaryjnych i opłatach za zdrowotne certyfikaty. Uczciwi rzeźnicy, nabywający jej towar po oficjalnych cenach, nie wytrzymując nielegalnej konkurencji, prędzej czy później zwijali swój interes. Na nieuczciwych zaś nie znajdowano skutecznej rady. Nie pomagał miesięczny areszt, duże grzywny, czy nawet, w wypadku recydywy, utrata koncesji. Winowajcy powracali do swoich ciemnych machlojek i szybko odbijali poniesione straty.
  Ażeby ominąć nadzór specjalistów z miejskiej rzeźni, nierzetelni przekupnie zamieniali się też w fałszerzy. Do legalizacji ich trefnego towaru niezbędne były oficjalne i aktualne pieczątki. W lutym 1931 r. w ręce starszego posterunkowego z III komisariatu, P. Zawistowskiego, patrolującego w nocy okolice Rybnego Rynku, wpadł tamtejszy rzeźnik Froim Babisz. Przed zatrzymaniem zdążył wyrzucić z kieszeni damską pończochę, co policjant zauważył. Były w niej dwie fałszywe pieczątki – podłużna, z napisem „Rzeźnia Miejska – Białystok” i okrągła – Rzeźnia Miejska – Białystok – Lek. wet.”. Oprócz tego jeszcze poduszeczka do tuszu. Za posiadanie tych akcesoriów do stemplowania nieświeżego mięsa, sobie i swoim kolegom, niefortunny mistrz tasaka dostał miesiąc ścisłego aresztu.
  Zaś w maju 1933 r. Białystok miał wielce niezdrową sensację. Oto w restauracji hotelu Ritz, spożywająca tam kolację grupka weterynarzy, powracająca właśnie z kursu mięsoznawstwa, znalazła w podanych sobie kotletach schabowych larwy wągrów, szczególnie paskudnych tasiemców, groźnych dla życia ludzkiego.
Dobrze, że trafiło na fachowców.

Włodzimierz Jarmolik

Różne sprawki i sprawy z narkotykami w tle

Różne sprawki i sprawy z narkotykami w tle

 

   W międzywojennej Polsce nie stroniono od narkotyków. Może nie tak, jak w Stanach Zjednoczonych, gdzie tamtejsi gangsterzy z handlu nimi zrobili zyskowny biznes. U nas oczywiście przodowała Warszawa, zawsze pierwsza do obyczajowych fanaberii. Narkotyzowały się sfery arystokratyczne, wojskowe i oczywiście artystyczna bohema. I Białystok miał rzecz jasna swoich amatorów kokainy czy morfiny. Już w 1922 r. zabroniono aptekarzom sprzedawania tych specyfików bez recepty. Od razu pojawił się czarny rynek, fałszywe zaświadczenia lekarskie, a nawet rozpaczliwe kradzieże. Na początku lat 30. gram zakazanej kokainy kosztował 10 zł. Potrzebujący szukali narkotyków na różne sposoby, sprzedający starali się na nich zarobić.
  Oto np. w 1933 r. niejaki Ignacy Hanuszko, ofiara ciężkiego wypadku budowlanego, uzależnił się od morfiny. Żeby ją zdobyć fałszował recepty. Wpadł. Z kolei rok później na handlu ampułkami z kokainy zasypał się drogerzysta Stefan Sulikowski.
  Głośno o „białej śmierci” stało się w Białymstoku w 1936 r. za sprawą afery dr. Jana Szymańskiego. Był on naczelnym lekarzem Ubezpieczalni Społecznej. Do policji trafił donos, że wypisuje się tam nad wyraz dużo morfiny. Dochodzenie wykazało, że Szymński, jak i jego sekretarka Marta Michalska byli narkomanami. Ta ostatnia realizowała recepty w aptekach szefa, jak i wyłudzała częstokroć od innych lekarzy. Dobrana parka, czując zagrożenie, chciała chyłkiem opuścić miasto. Agenci z Wydziału Śledczego nie dali się zmylić.
 

Rok 1937 przyniósł kolejną aferę z narkotykami w tle. Zaczęło się od rewizji w mieszkaniu Floriana Godlewskiego, właściciela apteki w Wasilkowie. W jego domu przy ul. Mazowieckiej wykryto nielegalne laboratorium i hurtowy skład materiałów aptecznych. Były to przede wszystkim środki odurzające i pigułki przeciwbólowe. Wkrótce na ławie oskarżonych zasiadło 13 osób. Godlewskiemu zarzucano wytwarzanie narkotyków i ich, jakby dziś powiedzieć, dilerkę. Za pośredników służyli właściciele białostockich aptek, a zwłaszcza składów aptecznych. W interesie szczególnie mocno miał siedzieć Mojżesz Wałłach, farmaceuta z ul. Polnej. Zarzuty były poważne, jednak sądowi zabrakło zdecydowanych paragrafów. 12 aresztowanych uniewinniono. Tylko Godlewski dostał 500 zł grzywny za niezarejestrowany skład medyczny i brak książki rozchodów. Przy okazji wyszło na jaw, że Wojewódzki Inspektor Farmacji wiedział o procederze uprawianym przez Godlewskiego, a nawet coś mu z tego kapało.
  Narkotyki docierały do Białegostoku również z przemytu. Głównie z Niemiec. Jeden z kanałów prowadził przez Łomżę. W 1933 r. tamtejszy urząd straży granicznej zwrócił uwagę na Izaaka Pauszbauma, właściciela składu aptecznego przy ul. Długiej. Podejrzenia były słuszne. Pauszbaum stał na czele siatki miejscowych kontrabandzistów. Można rzec nawet, że był bankierem i opiekunem miejscowego światka przestępczego. Rewizje przeprowadzone w jego mieszkaniu i składzie dały przekonywujące dowody winy. Znaleziono nielegalnie przemycone lekarstwa pochodzenia niemieckiego, duże ilości eteru, strychniny, środków nasennych, no i wiele paczuszek z kokainą. Do tego doszła spora gotówka – 200 tys. zł w walucie polskiej, dolarach i złotych rublach.
  Popyt na zakazane narkotyki nie mógł ujść uwadze białostockich farmazonów. Przekonał się o tym w 1936 r. Aron Krublański, który w barze przy Rynku Kościuszki nabył kilka ampułek morfiny. Cena była okazyjna. Tylko 20 zł. Oburzył się mocno kiedy stwierdził, że zamiast narkotyku kupił szczepionkę przeciwgonkokową. A przecież nie chorował wcale na rzeżączkę.

Włodzimierz Jarmolik

Dobry bajer to pół sukcesu

Dobry bajer to pół sukcesu

 

   Międzywojenną Polskę, jak była długa i szeroka, oblatywała stale chmara niebieskich ptaków. Oszuści ci żyli z naciągania ludzi. Wcielali się często w postaci ważnych urzędników państwowych bądź arystokratów, zakładali sutannę albo mundur. Fałszywych wojskowych było szczególnie dużo. No cóż, rodacy kochali ułanów i rotmistrzów, łatwo dawali się nabierać na ich sztuczki i bajery. Ówczesny Białystok nie był rzecz jasna wolny od takich odwiedzin.
  Wiosną 1924 r. zawitał do naszego miasta elegancki jegomość z pince-nez na nosie. Nazywał się Czesław Mohuczy i podawał się za pochodzącego z Siedmiogrodu potomka króla Stefana Batorego. Rozejrzał się uważnie i rozpoczął akcję zbierania od białostockich firm zgłoszeń do przemysłowo-handlowego folderu. Takich akwizytorów kręciło się w tym czasie pełno. Wyłudzali od naiwnych zaliczki na nigdy nie wydane druki reklamowe.
  Mohuczy najpierw czarował publikę opowieściami o swoich zasługach w czasie I wojny światowej, zdobywał zaufanie, a później wyciągał różne sumki. Szybko jednak okazało się, że nie idą one wcale na potrzeby wydawnicze, lecz na alkohol i kokainę. Sprawą zainteresowała się policja. Samozwaniec z królewskim rodowodem trafił do aresztu. Miał ponoć także fałszować recepty i kraść narkotyki w białostockich aptekach.
  Późnym latem 1927 r. w hotelu Ritz zatrzymał się nowy gość. Z książki meldunkowej wynikało, że nazywa się Marcjan Jasiński. Sam prezentował się jako kapitan rezerwy i kawaler wielu orderów. Paradował w mundurze i był bardzo elokwentny. Zrobił duże wrażenie w białostockim środowisku. Mienił się przedstawicielem towarzystw ubezpieczeniowych Europa i Vita. Zbierał składki, a przy okazji popełniał nadużycia finansowe. Musiał chyłkiem opuścić Białystok. Jakie było zdziwienie, kiedy po latach znowu pojawił się znowu. Tym razem w charakterze zbieracza datków na rozbudowę portu w Gdyni. Rzekomego oficera aresztowała w Ritzu żandarmeria polowa. Był poszukiwany w Warszawie i nie tylko, za liczne oszustwa i szantaże. Pod koniec 1932 r. trafił za kratki.
  O Białystok zahaczył także jeden z najbezczelniejszych hochsztaplerów II RP – Stanisław Cedenbaum. Liznął on nieco prawa na Uniwersytecie Warszawskim, a później zaczął grasować po całym kraju i naciągać kogo tylko się dało. Także gustował w ubezpieczeniach. Miał jednak w repertuarze i postać generała z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Kiedy trafił do więzienia w Brześciu, popisał się zuchwałą ucieczką, przebierając się w zdobyty jakimś cudem mundur oficerski. W roku 1931 wpadł na białostockim dworcu kolejowym. Zamiast okazać dokumenty naubliżał mocno posterunkowemu. Ten jednak nie dał się zahukać. Cedenbaum trafił do aresztu. Jego zdjęcie rozesłane do różnych komend zrobiło furorę. Wszyscy chcieli mieć oszusta u siebie i sądzić go za popełnione nadużycia.
  Wśród grasujących onegdaj przebierańców nie brakowało kobiet. Te, choć nie przywdziewały munduru potrafiły jednak go wykorzystać. Oto pod koniec 1932 r. pojawiła się w Białymstoku dama podająca się za wdowę po pilocie wojskowym Janie Bartoszewiczu, który zginął podczas lotu ćwiczebnego pod Lidą. Tutaj chciała upomnieć się o emeryturę po tragicznie zmarłym małżonku. Ponieważ nie miała pieniędzy na hotel, przytuliły ją tercjarki przy parafii św. Rocha. Sprawa wdowy po lotniku w białostockiej administracji ciągnęła się. Lokatorka tercjarek zaczęła pożyczać od nich pieniądze. Kiedy uzbierało się tego kilkaset złotych wdowa zniknęła. Policja odnalazła ją dopiero w Wilnie. Bronisława Minkiewicz, bo tak nazywała się notoryczna oszustka, trafiła na rok i trzy miesiące za kratki.

Włodzimierz Jarmolik

Pieniądze Podlasian. Zarabiamy coraz więcej, ale coś jest nie tak

Pieniądze Podlasian. Zarabiamy coraz więcej, ale coś jest nie tak

W ostatnim czasie Główny Urząd Statystyczny podał dane o podlaskich kobietach i mężczyznach. Przy okazji tej informacji dowiedzieliśmy się coś zdumiewającego. Chodzi o przeciętne wynagrodzenie brutto. A mianowicie, że wynosi ono pomiędzy 3147 zł a 5444 zł brutto. Oznacza to, że na rękę na Podlasiu najczęściej zarabia się pomiędzy 2 a 3,5 tys. zł na rękę. Trudno dyskutować z danymi statystycznymi, jednak podczas rozmów z wieloma, różnymi osobami – bardzo często słyszymy, że te nie mogą sobie pozwolić na dobre ubrania, częste wyjścia do restauracji, kina czy teatru – co jest standardem na zachodzie Europy.

 

Cały szkopuł w tym, że wynagrodzenia rosną, ale ludzie wcale się nie bogacą. Dalej są tak samo biedni jak byli. Dlaczego? Ponieważ istnieje takie zjawisko jak „inflacja”. Mówiąc w skrócie – mimo, że zarobki są coraz wyższe, to wartość pieniądza w Polsce wcale nie rośnie. Dzieje się tak z wielu powodów. Jednym z nich jest fakt podnoszenia płacy minimalnej. Raz do roku premier ogłasza, że podniesie ludziom płacę minimalną. Niestety taki pracownik dostaje tylko puste cyferki. Podnosząc jego pensję tak naprawdę zwiększa się podatki, przez co firmy będą musiały wypracować jeszcze więcej pieniędzy. A zatem będą musiały podnieść ceny swoich towarów lub usług.

 

Pracownik z pensją minimalną dostanie więcej pieniędzy, ale nie kupi za to więcej towarów czy nie zamówi więcej usług – bo one też będą droższe. I takim to sposobem żyjemy w ułudzie, że zarabiamy więcej, a tak naprawdę jesteśmy ciągle biedni.

Z sekretów białostockich szulerni

Z sekretów białostockich szulerni

   W II RP hazard był zakazany. W 1935 r. Sąd Najwyższy po raz kolejny wydał orzeczenie w tej sprawie. Stało w nim, że „za grę hazardową, podlegającą karze należy uważać każdą grę, w której rezultat jest uzależniony od ślepego trafu”. Dalej była mowa o znaczonych kartach. Jednym słowem żadnych zielonych stolików i wirujących kulek. Międzywojenny Białystok miał jednak wielu amatorów hazardowego ryzyka. Ci zamożniejsi jeździli ze swoimi zachciankami za granicę. Najbliżej było legalne kasyno w Sopotach na terenie Wolnego Miasta Gdańska. Inni zanurzali się w tajnych szulerniach stolicy. Mniej zasobni zaspokajali nałogi na miejscu, gdzie też mieli różne możliwości.
  W latach 20. niemal jawna szulernia mieściła się w budynku przy ul. Sienkiewicza 1. Sąsiadowały tu ze sobą Resursa Obywatelska i Klub Podoficerski. Pełno było urzędników i wojskowych. W zacisznych pakamerach zbierali się amatorzy pokera i chemin de fer. O hazardowej spelunce stało się głośno na początku 1929 r., kiedy to jeden z graczy, Mieczysław Kołodziejski z biura Komendy Wojewódzkiej PP, przegrawszy 28 tys. zł pieniędzy skarbowych, popełnił samobójstwo. Władze miasta, a i Wydział Śledczy z Warszawskiej, przyjrzeli się bliżej temu miejscu. Resursie zagroziło widmo likwidacji.
  Innym adresem, gdzie hazardowali się na potęgę białostoccy biuraliści, adwokaci i lekarze był Klub Kupiecki, przytulony w cukierni Lux na rogu Sienkiewicza i Warszawskiej. Oficjalnie spotykano się na brydżu. Nieoficjalnie odbywały się partie pokera. Właściciel lokalu starał się czerpać z tego korzyści. Niekiedy przesadzał w żądaniach. Zdarzały się i takie sytuacje. W kwietniową noc 1933 r. przodownik z II Komisariatu, patrolujący ulicę, usłyszał dobiegające z Luxa krzyki. Wkroczył do środka. A tam pokerzyści skakali sobie do oczu. Na widok munduru wybuchła panika. Zaczęto wiać. Policjant zdołał schwycić tylko dwóch spóźnialskich. Napisał raport. I co? Po kilku dniach przy stolikach w Luxie znowu odkrywano fule i karety.
  W mieście pełno było w tym czasie bilardowni z popularną Polonią przy Rynku Kościuszki na czele. Bilard miał swoje osobne salki niemal w każdej restauracji, cukierni, a nawet w piwiarniach. A w tych salkach znalazł się zawsze zaciszny kącik do gry w karty czy kości. Najlepiej hazardowało się w bilardowniach przy miejscowych hotelach. W latach 20. prym wiódł hotel Wiktoria przy ul. Żydowskiej 2. Kiedy został zamknięty, bilardownia nie przetrwała. Właściciele Sauel i Berko Ferginowie stale płacili wysokie grzywny za przymykanie oczu na karciarzy. Jeszcze bardziej ostro szło w sali bilardowej hotelu Ostrowskiego (Sienkiewicza 15). W lipcu 1937 r. Całka Calewicz z ul. Zamenhofa za odmowę uiszczenia karcianego długu dostał nożem pod serce i w ciężkim stanie znalazł się w Szpitalu Żydowskim.
  Klasyką potajemnego hazardu były seanse w mieszkaniach prywatnych. Takie „domy gry” można było znaleźć niemal na wszystkich ulicach. Tych lepszych i tych poślednich. W 1923 r. popularna była „jaskinia” przy ul. Sienkiewicza 4. Tam „zawodowe paskarstwo składało haracz niemniej profesjonalnej ruletce”. Z kolei w 1928 r. w lokalu przy ul. Wersalskiej pewien mecenas w jeden wieczór przegrał w pokera tysiąc dolarów. Wtedy to była kupa forsy. Na Nowym Świecie w warsztacie stolarskim grano od rana do wieczora w oczko i kości. Zrozpaczona żona rzemieślnika doniosła na policję. To Monte Carlo skończyło swój żywot. Powstawały następne.

Włodzimierz Jarmolik

Policzono żubry w Puszczy Białowieskiej. Ich liczba mocno powiększyła się!

Policzono żubry w Puszczy Białowieskiej. Ich liczba mocno powiększyła się!

Ilość żubrów w Puszczy Białowieskiej w ciągu roku powiększyła się o 58 sztuk! To imponujący wynik i pokazujący, że zwierzęta te czują się wyjątkowo dobrze na Podlasiu. Jest jednak problem. Zbyt dużo zwierząt skupionych w jednym miejscu może przynosić szkody. Tutaj jednak zdania są podzielone. Naukowcy prezentują dwie wykluczające się opinie. Jedna jest taka, że jest ich zdecydowanie za dużo skupionych na takim obszarze jak Puszcza Białowieska. Drudzy z kolei uważają, że gatunek nadal jest zagrożony i jest ich za mało.

 

Dlatego też Białowieski Park Narodowy z jednej strony dzierżawi się łąki, gdzie tworzy się miejsca zimowego dokarmiania, a także buduje paśniki i wodopoje w lesie. Z drugiej strony planuje się też przesiedlić część żubrów, by nie były skupione tylko w jednym miejscu. Przypomnijmy, w ostatnim czasie założono nowe stado w Puszczy Augustowskiej. Samo przesiedlenie nie ma charakteru masowego. Technicznie przenosi się po 10 sztuk w zupełnie nowe miejsce, które będzie odpowiednie do bytowania dla zwierząt, ale też odpowiednio daleko od człowieka, by nie dochodziło do szkód w rolnictwie.

 

Obecnie na terenie polskiej części Puszczy Białowieskiej przebywa 654 sztuki. 261 dorosłych samców i 345 dorosłych samic. Dodatkowo jest 120 sztuk młodzieży, 93 cielęta oraz 38 sztuk, o których nie wiemy jakiej są płci ani w jakim wieku. W całej Polsce żyje około 1500 żubrów.

Bociany wrócą lada dzień. Niestety przymrozki też

Bociany wrócą lada dzień. Niestety przymrozki też

Lada dzień na Podlasiu powinny wylądować pierwsze bociany. Niestety moment nie jest zbyt odpowiedni, bo w najbliższych dniach mocno spadnie temperatura i będą przymrozki. Na szczęście nie będą to ekstremalne mrozy, ale bociany najlepiej egzystują w umiarkowanych temperaturach.

 

Sposób pokonywania długich tras przez bociany jest specyficzny. Żeby ptak mógł pokonać tak długi dystans musi odpowiednio gospodarować energią. Gdyby cały czas machał skrzydłami, to prawdopodobnie byłby szybko wycieńczony. A tak w zależności od wiatru i doświadczenia – bocian szybuje wykorzystując podmuchy ciepłego wiatru (ciepłe powietrze jest lżejsze). Następnie z łatwością wybijają się wysoko w górę – nawet na wysokość 3000 metrów, następnie szybując – powoli odpadają. Gdy pogoda jest niekorzystna, ptaki czekają.

 

Problem polega na tym, że obecnie ciepły wiatr wieje z południa na północ, co wykorzystują właśnie bociany. Dzięki temu już lada dzień powinny pojawić się na Podlasiu. Niestety pogoda jest zmienna, a prognozy mówią o spadku temperatur poniżej zera. Trzymajmy jednak kciuki, by bociany zdecydowały się przeczekać na południu ostatnie przymrozki. Pod koniec marca będzie już wiosna pełną gębą!

Stare, drewniane domy znów płoną. To już drugi sezon białostockiego serialu

Stare, drewniane domy znów płoną. To już drugi sezon białostockiego serialu

Serial pod tytułem „Płoną stare domy w Białymstoku” właśnie rozpoczął drugi sezon. Po Bojarach, tajemnicze siły paranormalne przeniosły się na osiedle Bema. Stare, opuszczone budynki zaczęły same się podpalać. Czy prezydent miasta dalej będzie udawał, że żadnego problemu nie ma? Skoro potrafi wojować z wyimaginowanym problemem narodowców na uroczystościach, to może również ma moc walki z wyimaginowanym problemem starych domów, które „same się podpalają”?

 

Czy białostocka policja również nie interesuje się jak to jest, że tyle domów w jednej okolicy sama się podpala? Może potrzeba wezwać jakiegoś jasnowidza, który wyciągnie różdżkę i spróbuje nią wskazać, gdzie czai się moc, która wywołuje samozapłon? Może Rada Miasta Białegostoku powinna uchwalić nowe prawo, by spalić wszystkie drewniane domy w Białymstoku? Tak problem z ich samozapłonem zniknie błyskawicznie. Zrobi się też dużo miejsca pod bloki, których gdzie jak gdzie, ale w naszym mieście mocno brakuje, gdyż od kilkunastu lat nieustannie powstaje jeden za drugim wszędzie gdzie się da – nawet na Kilińskiego, na trójkąciku, gdzie wydawałoby się to niemożliwe.

 

Uchwała Rady Miasta powinna wezwać do pomocy Kazimierza Wielkiego z Korony Królów, który jak wiadomo zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną. A może już to zrobili, a te domy palące się jak na Bojarach to przygotowywanie gruntu pod tę Polskę murowaną właśnie? Idzie nowe.

Szczury w mieście

Szczury w mieście

   

   Jeśli czegoś w przedwojennym Białymstoku było za dużo, to na pewno myszy i szczurów. Zwłaszcza te ostatnie stanowiły koszmarną plagę. Żywiciele równie uciążliwych pcheł. Źródło chorób zakaźnych. Jakże miały się nie plenić, kiedy rynsztokami Chanajek, Piasków, Skorup i innych śródmiejskich i przedmiejskich rejonów płynęły życiodajne pomyje. Na każdym białostockim podwórku przy drewniakach i kamienicach znajdowały się niedbale zamknięte śmietniki, pełne odpadków. A i pobliskie komórki oraz chlewiki też miały czym pokarmić zachłanne gryzonie. Był to zresztą problem ogólnopolski. Walczono z nim wykładaniem trutek w newralgicznych miejscach. Jesienią 1936 r. po raz kolejny podjęto totalne odszczurzanie Białegostoku.
  25 października na słupach pojawiły się obwieszczenia w sprawie walki ze szczurami. Magistrat domagał się, aby w ciągu dwóch tygodni właściciele domów, sklepów i innych obiektów użytkowych dokonali gruntownych porządków na swoich posesjach. Posprzątali je, usunęli i nieczystości. Przygotowali teren na wyłożenie trucizny. Koncesję trutki o nazwie „Ratopax” otrzymał uprzywilejowany w takich przypadkach Związek Inwalidów Wojennych. Wyznaczonych zostało 5 punktów dystrybucji. M.in. w halach targowych na Rybnym i Starym Rynku, a także w biurze Funduszu Pracy przy ul. Piłsudskiego. Zgodnie z obwieszczeniem „trutki miały być wyłożone jednocześnie 12 listopada i pozostawać przez 3 dni. Zużyte zastępować świeżymi”. Tym, którzy nie zastosowaliby się do tych rygorów grożono karami administracyjnymi.
  Mieszkańcy Białegostoku na akcję władz miasta patrzyli raczej sceptycznie. W gazetach pojawiły się listy od czytelników. Przypominano skutki odszczurzania z poprzednich lat. Były one minimalne, zaś koszty kupowanego preparatu całkiem spore. Np. w 1930 r. białostoczanie zapłacili łącznie 17 tys. złotych, natomiast oficjalne meldunki mówiły o otruciu się tylko 110 szczurów i 9 (!) myszy na 6 tys. posesjach. Efekt zaiste warty zachodu.
 

Rozległy się głosy krytykujące moc sprawczą „Ratopaxu”, kosztującego 25 zł za 1 kg. Podsuwano inne firmy -„Mortidor” czy pastę Zakrzewskiego. Może nie specjalnie lepsze, ale przynajmniej tańsze. Wicewojewoda Piotrowski nadzorujący odszczurzanie w całym województwie przyjął w tej sprawie delegację właścicieli domów. Protestowali oni przeciwko monopolowi Związku Inwalidów. Dopatrywali się kumoterstwa. Ostatecznie wydane zostało zezwolenie na kupowanie innych trutek. „Ratopax” zaczęto zwracać i odbierać pieniądze.
  Sprawą odszczurzania bardzo poważnie interesowała się Rada Miejska. Pojawiały się coraz oryginalniejsze pomysły. Ponieważ trucizna zawodziła, a i koty nie zdawały egzaminu, padła propozycja podatku od leniwych kotów. Jeden z wybitnych ojców miasta (prasa przemilczała jednak litościwie jego nazwisko) zaproponował polowanie na szczury bezrobotnym. Za dostarczenie jednego egzemplarza wynagrodzenie wynosiłoby 20 gr. Mogło to dać według szacunków pomysłodawcy 50 tys. usuniętych gryzoni rocznie. Koszt zaś wyniósłby tylko 10 tys. złotych. Poza tym magistrat mógł zatrudnić dodatkowo kilku bezrobotnych umysłowych przy przyjmowaniu i księgowaniu trofeów bezrobotnych kolegów fizycznych. Ponoć sam pan prezydent Seweryn Nowakowski żywo zainteresował się tym pomysłem.
  Chociaż akcja odszczurzania odbyła się w przewidzianym terminie, magistracki dozór sanitarny skrupulatnie kontrolował jej przebieg, sukcesu znowu nie odniosła. Pojawiły się za to nowe złośliwości, że zabrakło szczurołapa z Hameln, zaś od „Ratopaxu zginęły tylko te szczury, które… pękły ze śmiechu.

Włodzimierz Jarmolik

Czy będą strzelać do łosi? Zwierzęta to łakomy kąsek

Czy będą strzelać do łosi? Zwierzęta to łakomy kąsek

70 procent łosi z Polski żyje na Podlasiu. Najwięcej zwierząt spotkamy w Dolinie Biebrzy. Jest ich tam między 600 a 700 sztuk. Liczba ta z roku na rok utrzymuje się. Ogólnie w Polsce mamy 1500 sztuk. Leśnicy uważają, że populacja łosia rośnie i chętnie by zaczęli do nich strzelać. Poprzedni minister środowiska chciał im dać taką możliwość, o planach nowego ministra nie wiadomo. Pomijając fakt, że cały pomysł ze strzelaniem do łosi jest idiotyczny, to warto zwrócić uwagę, że problemów z tymi zwierzętami w zasadzie nie ma. Są wypadki z ich udziałem – ale nie jest to duża skala, a poza tym nie ma statystyk, które mówią kto był winny – łoś czy kierowca.

 

Łosie dokuczają także rolnikom. Zwierzęta są bowiem roślinożerne i żerują na drzewach i krzewach. Warto jednak wiedzieć, że gdy rolnikowi dzikie zwierzę zniszczy uprawy, to gospodarz dostaje od państwa odszkodowanie. Po co więc strzelać do łosi? Nie wiadomo. A jak nie wiadomo, to zapewne chodzi o pieniądze. Jest grono myśliwych, którzy do zwierząt strzelają z przyjemnością. Za swoje „hobby” płacą nadleśnictwom. Ciągła możliwość strzelania do dzików czy lisów to oczywiście im za mało, im większa oferta to oczywiście większa przyjemność, a w kasach nadleśnictw – więcej gotówki.

 

Sam pomysł, by człowiek kontrolował populację zwierząt jest niedorzeczny. Nie ma żadnego uzasadnienia, by przejmować obowiązki matki natury. To człowiek powinien dostosować się do współistnienia dzikich zwierząt, a także nauczyć się współżycia w jednym ekosystemie, zamiast wyrzynać je jak obce plemiona. Miejmy nadzieję, że kiedyś to w naszym kraju będzie zrozumiałe.

Na rogu knajpka albo sklep z gorzałką

Na rogu knajpka albo sklep z gorzałką

W przedwojennym Białymstoku, tak samo zresztą jak i dzisiaj, o wielu sprawach decydowała … wódka. Pito tęgo. Za kołnierz nie wylewali ówcześni biznesmeni, alkoholizowali się wojskowi i dziennikarze, nie dziwił widok podchmielonych kolejarzy i tragarzy, nie mówiąc o szewcach. Policja co i rusz wypisywała mandaty pijanym dorożkarzom. W butelce z czerwoną nalepką smutki topili bezrobotni. Pod wpływem alkoholu wybuchały awantury rodzinne, uliczne rozróby, popełniano samobójstwa, a nawet morderstwa. Napitkami wysokoprocentowymi interesował się rzecz jasna także światek przestępczy. Zarówno w celach konsumpcyjnych, jak też w formie złodziejskiego łupu. Paserów na ten towar w całym mieście było pełno.

W Dzienniku Białostockim z sierpnia 1923 r. pojawił się list rozsierdzonego czytelnika z Antoniuka: „Antoniuk za czasów carskich utrzymywał cały szereg sklepów z napojami alkoholowymi. Pijacką tradycję utrzymuje do dziś. Piwiarnie i sklepy sprzedają wódkę więcej niż przed wojną. Młodzież zalewa się tworząc zbójeckie bandy. Uzbrojeni w noże i broń palną sieją postrach wśród przechodniów”. Podobną opinię można było wydać w tym czasie i o innych dzielnicach Białegostoku, zwłaszcza Piaskach, Skorupach, Marczuku czy Wygodzie. Może tylko śródmieście pokazywało nieco bardziej pod tym względem cywilizowaną twarz. Choć bez przesady.

Na ulicy Lipowej, Rynku Kościuszki, Sienkiewicza i w najbliższym sąsiedztwie lokowało się wiele sklepów monopolowych. W tak szacownych firmach, jak B-cia Głowińscy (Rynek Kościuszki 9) czy skład wódek i win Jakuba Lifszyca (Rynek Kościuszki 11), chełpiący się datą założenia – 1864 r., można było znaleźć trunki najprzedniejszych gatunków. Królowały koniaki, likiery i mocne miody. Na półkach stały wódki i nalewki znanej marki Baczewskiego – starki, żytniówki, jarzębiaki czy dereniówki z tarniówkami. To było dla koneserów. A białostoccy złodzieje? Oni zaopatrywali się raczej gdzie indziej. Włamywali się nocą do sklepów monopolowych przy mniej eksponowanych ulicach. Lista takich skoków w całym okresie międzywojennym była długa.

Sylwester 1922 r. Dobra okazja dla miłośników trunków. Białostoczanie bawili się w domach i lokalach. A w tym czasie do składu wódek Róży Pianko przy ul. Suraskiej 11 dobrali się złodzieje. Zniknęło 300 flaszek likieru o wartości 0,5 mln marek. Równocześnie inna ekipa chanajkowskich włamywaczy trafiła do magazynu Franciszka Wytyckiego (Legionowa 34). Strata kupca wyniosła 1 mln marek, ubyło mu bowiem 600 butelek wódki.

Z kolei w lutym 1927 r. Urząd Śledczy przy Warszawskiej został powiadomiony o dużej kradzieży w sklepie monopolowym przy ul. Mazowieckiej. Właściciel Zygmunt Krajerski wyliczał uszczerbek – 60 butelek żytniej gatunkowej, 100 butelek wódki zwyczajnej i… 3 zł gotówki. Szybko jednak okazało się, że napad był zwyczajnym kitem. Krajerski miał natarczywych wierzycieli i w ten sposób chciał pokryć swoje długi.

Natomiast latem 1928 r. miało miejsce włamanie do popularnej restauracji Łącz przy Rynku Kościuszki 3. Zniknęło wiele flaszek co droższych alkoholi. Jak przypuszczali śledczy, jeden z wieczornych klientów ukrył się w lokalu, a w nocy wpuścił swoich kamratów dla dokończenia konsumpcji.

Złodzieje wódki niekiedy wpadali. Pod koniec grudnia 1931 r. przytrafiło się to braciom Popławskim. W sprytny sposób okradli sklep monopolowy przy ul. Mickiewicza, ale pozostawili w środku wyraźne ślady swojej działalności. Policja poszła za nimi, no i starszy z braci – Jan trafił na rok za kratki.

Złodziejska brać z przedwojennych zaułków miasta nie mogła żyć bez wódki, ale jeszcze bardziej bez papierosów.

Włodzimierz Jarmolik

Żubry w Puszczy Augustowskiej już w komplecie

Żubry w Puszczy Augustowskiej już w komplecie

Przenosiny żubrów do Puszczy Augustowskiej zakończyły się sukcesem. Przypomnijmy, że najpierw trafiły tam pierwsze 4 sztuki. Jeden pan i dwie panie. Teraz dołączyły do nich jeszcze jeden samiec i jedna samica. 6 osobników to nowe, pierwsze stado „założycielskie”, które miejmy nadzieję zacznie szybko się aklimatyzować, a następnie poczuje się tak pewnie, że zacznie się rozmnażać. To właśnie wtedy, gdy narodzą się pierwsze młode będzie można mówić o sukcesie całego projektu.

 

Przypomnijmy, że okoliczni mieszkańcy wpierw byli przeciwko ściąganiu żubrów do Puszczy Augustowskiej. Jednak z biegiem czasu przekonali się do pomysłu, gdy zauważyli jakie zainteresowanie turystów budzą żubry. Zwierzęta te przyciągają zwiedzających. Oczywiście zakładanie stada nie jest pod turystów tylko dla ochrony gatunku, który jest zagrożony. Chociaż zwierzę jest pod ścisłą ochroną i śmierć z ręki człowieka mu nie grozi, to żubry bez pomocy człowieka mogłyby zgładzić same siebie przez wsobność. 

 

Problem polega na tym, że zwierząt jest mało i pula pula genetyczna jest wąska. Dlatego trzeba pilnować, by zbyt spokrewnione zwierzęta nie mieszały się ze sobą. Założenie dodatkowego stada w Puszczy Augustowskiej chroni cały gatunek przed tym zjawiskiem. 

Bezwzględna walka o ceny

Bezwzględna walka o ceny

 

   
   Początek października 1936 r. W prasie białostockiej pojawiły się spekulacje o bliskim wzroście cen na rozmaite towary. Od spekulacji w gazetach do spekulacji w sklepach droga nieodległa. 16 października podrożał chleb. Uparł się przy tym cech piekarzy. Główny powód – zwyżka cen mąki. Wojewoda Stefan Kirtiklis, acz niechętnie zgodził się na to. Tak zresztą działo się w całym kraju. Oficjalna cena chleba razowego podniosła się z 22 gr do 24. Pytlowy zdrożał z 29 do 30 gr. Handlarze kalkulowali jednak zupełnie inaczej. Na Rybnym Rynku chleb sprzedawano odpowiednio po 25 i 32 grosze. To zakrawało na ordynarne paskarstwo.
  Piekarze zrobili początek. Za nimi ruszyli inni. Producenci cukru zabiadolili nad niedostatkiem surowca – 20 proc. do góry. Brak na rynku szmat szmat – papier i bibułka papierosowa 15 proc. drożej. Mniej cytryn z Włoch w składach gdańskich – wyższa cena w Polsce. Swoje kalkulacje zarobku zmieniali rzeźnicy, sprzedawcy nabiału i warzyw. Zaczęto mówić o węglu. A przecież zbliżała się zima.
  Wzrost cen zaniepokoił rzecz jasna rządową Warszawę. Premier Felicjan Sławoj-Składkowski 23 października odbył telefoniczną rozmowę z wojewodą Kirtiklisem. Mówił o podwyżkach w całej Polsce, ale te w Białymstoku szczególnie zaniepokoiły. Były za wysokie. Zalecił pełną kontrolę. Zwłaszcza handlu artykułami spożywczymi.
  Walkę z zawyżaniem cen przez kupców białostockich wzięło na siebie starostwo grodzkie. Drukowane były oficjalne cenniki, które sprzedawcy powinni wykładać na witrynie sklepowej lub wieszać w widocznym miejscu. Klienci mieli widzieć co, ile kosztuje. Za nieprzestrzeganie rozporządzenia groziły kilkusetzłotowe grzywny i więzienna odsiadka. Gwarantował to w trybie przyśpieszonym sąd grodzki. Do pracy wzięła się policja, wypisując na prawo i na lewo karne mandaty. W starostwie zaś trwały ciągłe konferencje z przedstawicielami cechów rzemieślniczych.
  Starosta Mossaczy do spółki z nadinspektorem policji Janasińskim zaczął przeprowadzać osobistą inspekcję w sklepach i na rynkach białostockich. Sienny Rynek, Rybny Rynek, Stary Rynek podlegały pełnej kontroli. Sprawdzano jatki, stragany, nawet chłopskie furmanki. Sypały się kary. Lotne komisje urzędników w swoich wędrówkach po mieście nie omijały też innych punktów handlowych i usługowych. Zaglądano do restauracji, piwiarń czy zakładów fryzjerskich. Tutaj patrzono nie tylko na ceny. Dostrzegano nieporządek w kuchni, brak kart zdrowotnych kelnerek, brudne fartuchy i nie prane od dawna firanki w oknach. Te wszystkie uchybienia także trafiały do sądu grodzkiego.

  Jednak najbardziej „wzięto za mordę” (tak po sanacyjnemu pisało Echo Białostockie) producentów i sprzedawców pieczywa. To oni rozpoczęli cenową burzę w mieście. Chcąc zwiększyć zyski przedłużali swoim wyrobnikom dzień pracy. Ocierali się o strajki. Praktyką stało się zaniżanie wagi bochenków chleba i bułek przy pobieraniu wyższej ceny. Czyniły to zwłaszcza nagminnie drobne piekarnie. W śródmieściu i na peryferiach. Tacy m. in. kombinatorzy, jak Josel Mełamed z ul. Grunwaldzkiej czy Szloma Rudy z Jurowieckiej odczuli swoją pazerność bardzo dotkliwie. 250 zł grzywny i 2-tygodniowy pobyt w areszcie.
  Stanowcza postawa władz miejskich przydała się białostoczanom. Szybko pojawiło się tańsze mięso. Kupcy kolonialni, Polacy, jak i Żydzi, opuścili ceny na herbatę, kakao, a także mydło, olej i świece. Sytuacja powoli się normowała. A na początku listopada potaniał chleb. O 2 grosze. Do następnej podwyżki.

Włodzimierz Jarmolik

Dworzec PKP zyska nowy wygląd!

Dworzec PKP zyska nowy wygląd!

Dworzec PKP w Białymstoku nie wygląda najgorzej. Starsi mieszkańcy pamiętają jeszcze jak przez wiele lat budynek stał w niedokończonym remoncie. Obecnie prezentuje się nienajgorzej. Jednak PKP ogłosiło przetarg na przebudowę i modernizację dworca w stolicy województwa podlaskiego. Zmieni się bardzo wiele.

 

Zmieni się przede wszystkim hala główna. Zniknie też obecny „jarmark” komunikacyjny przed dworcem. Pasażerowie otrzymają nową poczekalnię. Zamysł jest taki, by dworzec PKP w Białymstoku zyskał historyczny charakter. Odtworzone zostaną dawne posadzki, słupy żeliwne, a także zdobienia ścian i sufitów. Przebudowane zostaną także perony. Będą nowe wiaty, oświetlenie, tablice informacyjne i ławki oraz przejścia podziemne. 

 

Warto też dodać, że będzie modernizowany odcinek Białystok – Czyżew. Przypomnijmy, za 7 lat ma pod Warszawą powstać Centralny Port Lotniczy. W związku z tym ma być do tego miejsca stworzony jak najszybszy dojazd kolejowy. Dlatego też w ramach międzynarodowego odcinka Rail Baltica, który przebiega przez Białystok zostanie stworzone jeszcze szybsze połączenie z Warszawą. Pociągi z Sokółki do Białegostoku mają jeździć z prędkością 120 km/h, zaś z Białegostoku do stolicy – 200 km/h. 

 

Wizualizacja z dokumentów przetargowych:

Między obwarzankami a loterią fantową

Między obwarzankami a loterią fantową

 

   W połowie września 1936 r. obchodzono w Białymstoku tradycyjny odpust na św. Rocha. Choć pogoda nie dopisywała, pojawiły się na nim tłumy mieszkańców miasta.
  Tak jak zawsze przybyły też gromady ludzi z bliższych i dalszych wsi i miasteczek. Ich liczba szła w tysiące. Odpust świętoroski był bowiem dużym wydarzeniem w religijnym i towarzyskim kalendarzu. Oczywiście w przedwojennym województwie białostockim odbywały się co roku i inne popularne odpusty. Ot choćby w Niewodnicy na św. Antoniego czy w Krypnie na Matkę Boską Siewną. Świętowano w Dobrzyniewie, Choroszczy, Sokołach i przy innych kościołach podlaskich. Jednak to białostocki św. Rocha górował nad wszystkimi. I to nie tylko ze względu na ulokowany na wzgórzu i wciąż jeszcze niewykończony kościół – pomnik pod tym wezwaniem.
  Wszystko rozpoczęła uroczysta suma, którą celebrował ks. dziekan Aleksander Chodyko. Później podniosłe i budujące kazanie wygłosili dziekan koryciński ks. Oleszczuk i proboszcz dobrzyniewski ks. Ratyński. W nabożeństwie wzięło udział aż 18 księży z obu białostockich parafii. Następnie wszyscy oni przyjmowali spowiedź od stojących w kolejce wiernych. I wreszcie zaczęło się to, na co czekano z niecierpliwością od poprzedniego lata – wielki, świąteczny kiermasz u stóp kościelnego wzgórza. Jak na zawołanie przestało padać i wyjrzało słońce.
  Już w nocy podnóże kościoła oblepiły rozliczne kramy i stragany. Czegóż na nich nie było! Królowały oczywiście dewocjonalia. Jednak dla licznej dziatwy najciekawsze były stoiska z zabawkami i słodyczami. Największą popularnością (również u dorosłych) cieszyły się obwarzanki w rozmaitej postaci. Przeciętna rodzina białostocka wydawała na odpustowe zakupy około 6 zł. Nie było to mało.
  Odpustu nie mógł nie wykorzystać rzecz jasna i proboszcz parafii św. Rocha ks. Adam Abramowicz. Od 10 lat z uporem zbierał datki na potrzeby kościoła. Za przyczepiony do ubrania kwitek odpustowicze dawali zwykle 5 – 10 groszy. Rzadko kto ofiarował 20-groszówkę. Znacznie lepiej powodziło się loterii fantowej, zorganizowanej również na kościelne potrzeby. Ci, którzy trafili na szczęśliwy los, zyskać mogli m.in. klatkę z kanarkiem, statuetkę z brązu, bukiet sztucznych kwiatów albo aluminiowy czajnik. Były to wszystko dary od parafian ks. Abramowicza. Chętnych do zabawy nie brakowało.
 

Co ludzi ciągnęło na białostocki odpust? Tak widział to obserwator Echa Białostockiego: „ jedni przybywali w nabożnym, pątniczym skupieniu, innych przygnała ciekawość spotkania krewnych i znajomków, zobaczenia tłumów i straganów, poczynienia świątecznych zakupów”. A byli i tacy „ptakowie niebiescy, nie orzący, ani siejący, którzy zlatują się aby owieczki oskubać”.
  Do tych ostatnich należały dwie ferajny – żebracza i złodziejska. Zawodowi żebracy, czyli tzw. dziady kalwaryjskie, wędrowali po odpustach i jarmarkach odbywających się na terenie całej II RP i prezentując umiejętnie mizerią swojego ciała i odzienia, napełniali groszem wyciągane do ludzi kubki, czapki i kapelusze. Ci bardziej zorganizowani mieli nawet własne fury i młodocianych pomagierów. Na takim procederze wyrastały niekiedy całkiem pokaźne fortunki.
  Także doliniarze z pobliskich Chanajek zacierali ręce. Tłok na odpuście dawał im ogromne pole do popisu. Wiedziała o tym również policja. W nocy z 15 na 16 września przeprowadziła wielką obławę na meliny, domy noclegowe i inne podejrzane miejsca. Wyłapywano nie tylko miejscowych specjalistów od kieszeni, ale i przyjezdnych rajzerów z Wołkowyska, Grodna, Siedlec, a nawet z Warszawy. Mimo to w dniu odpustu na IV komisariat przy ul. J. Piłsudskiego (Lipowa) i tak zgłosiło się kilkunastu poszkodowanych. Znaczy i dla złodziei odpust się udał.

Włodzimierz Jarmolik

To prawdziwe wilcze love story! Nie było dla nich szans. Mikołaj i Harda trafili do lasu. Czy przeżyją?

To prawdziwe wilcze love story! Nie było dla nich szans. Mikołaj i Harda trafili do lasu. Czy przeżyją?

Wilk Mikołjak oraz Wilczyca Harda. Jedno i drugie zwierzę mieli okropne wypadki i trafili na rehabilitację. W efekcie mogli się poznać. Czy stworzą wilczą parę?

 

Brzmi jak wilcze love story. Zarówno Wilk Mikołaj, jak i wilczyca Harda przeżyli niewiarygodne historie. Mikołaj został uwięziony przez ludzi w wąskim pasku lasu jako 4-letni młodziak. Był w takim wieku, by szukać własnej przestrzeni do życia oraz partnerki do założenia własnej watahy.

 

Trwa konkurs na Najlepsze Miasto Województwa Podlaskiego – zagłosuj teraz!

 

Mikołaj chciał się wydostać

Próba wydostania się z lasu skończyła się potrąceniem przez samochód. Znalazł się na drodze krajowej 91 łączącej Toruń i Łódź. Na miejscu pojawili się myśliwi, którzy jedynym pomysłem jaki mieli to było dobicie zwierzęcia. Na szczęście tak się nie stało. Na miejscu pojawił się Pan Marcin Kostrzyński – były myśliwy, miłośnik wilków, który podjął się ratowania zwierzęcia. Nie było to łatwe. Przede wszystkim wokół rannego wilka zgromadziło wiele osób, które nie potrafiły mu pomóc. Myśliwy diagnozował stan zwierzęcia kopiąc go, a następnie chciał strzelać. Policja była bierna. Gdy pojawił się Pan Marcin skłonił mundurowych do pomocy (strasząc prokuraturą, bo wilk jest pod ścisłą ochroną).

 

 

Gdyby nie Pan Marcin, to Mikołaj skończyłby rozjechany przez wiele samochodów jako miazga na krajowej 91. Na szczęście tak się nie stało. Żeby uratować zwierzę Pan Marcin ściągnął specjalistkę od wilków (doktor Sabinę Pierużek-Nowak), która musiała przejechać 425 km do wilka dogorywającego w okolicach Ciechocinka. Na miejscu wilk otrzymał jedynie pomoc doraźną, następnie został przewieziony do Napromka na Mazurach, gdzie istnieje Ośrodek Rehabilitacji Zwierząt. To tam ratuje się wilki. 

Przyszedł z Hardą na smyczy

Wilczyca Harda również miała bardzo trudną historię. Jako dziecko prawdopodobnie została ukradziona przez ludzi ze stada. Pewien mieszkaniec Białegostoku przyszedł z wilczycą na smyczy do siedziby Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska. Twierdził, że zwierzę przypałętało się do niego w mieście, gdy ten spacerował z psem. Następnie mężczyzna założył smycz wilkowi i postanowił oddać „zgubę”.

 

 

Harda również trafiła do Napromka na rehabilitację. Problem z nią był jednak taki, że nie miała szans na przeżycie w lesie, gdyż jako dziecko została z niego zabrana. Wilk Mikołaj to jedyna jej szansa na normalne życie.

 

Oboje zostali już „zapoznani”, a także zrehabilitowani. – Po kilku dniach pomiędzy wilkami przeskoczyła jakaś niewidzialna iskra. Miki gdy zbliżał się do wilczycy poruszał się tak, jakby nie dotykał ziemi. Ona nieustająco biegająca wokół zagrodzenia , zaczęła przystawać , uspokoiła się, podchodziła do Mikiego . Dzieliła ich jedynie cienka siatka, bo Mikołaj rozmontował pastuch elektryczny w miejscu gdzie stykały się obie woliery. Te dwie historie są tak niezwykłe, jedyne wyjaśnienie jakie przychodzi mi do głowy to: One były sobie przeznaczone – czytamy na profilu Facebook Pana Marcina Kostrzyńskiego.

 

Oboje wrócili już do lasu. Wszyscy trzymajmy kciuki, by stworzyli wielką, wilczą watahę.

” Moja Młynowa „

” Moja Młynowa „

Z lubością cofam czas w obszary zapomnienia:
w lata mojej młodości,
beztroskiego dzieciństwa … do granic zaistnienia.
Bywam tam niemal codziennie, kiedy mi się zamarzy:
szukam tego, co dla mnie bezcenne,
rozkopuję pamięć z dawnych zdarzeń …
Gdzieś jest tam moja Ojczyzna,
co tam została i stoi!
Dla miasta mojego blizna,
która się goi … i goi …
Tam moja ulica Młynowa, pachnąca maciejką i bzem.
Dziś jej już jakby nie ma …
Ktoś tam już po mnie sprząta …
to czego właściwie ja chcę?
Na moim wielkim podwórzu –
pamiętam po dziś dzień –
rosło potężne drzewo … nazwy ja nie pamiętam –
pamiętam jego cień,
w którego błogim schronieniu przed rodzicami, skrycie,
w swoistym podnieceniu … dzieciarnia wchodziła w życie.
Pamiętam też Sienny Rynek i jego czwartkowy gwar,
jak wpadał na moje podwórze z odorem końskiego łajna …
i to był jakiś czar …
choć atmosfera nie fajna.
Dziś nad moją Młynową toczy się ważna rozprawa:
czy chcemy nową Młynową, czy też nowemu nie sprzyjać,
może zostawić tą starą … kiedy była niczyja?
Dla mnie to obojętne, co się z Młynową dziś stanie.
Dla mnie jest najważniejsze, że to jest moja ulica
i taka, jaką pamiętam – piękną swoją brzydotą … ale …
pachnącą maciejką,
odorem końskiego łajna,
w maju kwitnącym bzem … na zwsze pozostanie!

Tadeusz Wrona

Piękny pomnik na Plantach. To Danuta Siedzikówna p.s „Inka”

Piękny pomnik na Plantach. To Danuta Siedzikówna p.s „Inka”

fot. Anna Tertel / Wikipedia

 

Na białostockich Plantach odsłonięty został wczoraj pomnik Danuty Siedzikówny ps. „Inka”. Z okazji dnia Żołnierzy Wyklętych, który obchodzimy 1 marca. Pomnik został zbudowany na podstawie projektu Karola Badyny. Sama koncepcja powstała oddolnie z Budżetu Obywatelskiego. Choć pomniki – szczególnie przedstawiający ludzi nie zawsze wyglądają atrakcyjnie – to w tym przypadku można niewątpliwie mówić o arcydziele. „Inka stoi na tle ściany”. Zarówno postać jak i ściana jest pełna dziur – zapewne po kulach.

 

Danuta Siedzikówna ps. „Inka” była sanitariuszką 5. Wileńskiej Brygady AK, odtworzonej na Białostocczyźnie. W czerwcu 1945 r. została aresztowana przez NKWD-UB za współpracę z antykomunistycznym podziemiem. Na szczęście podczas konwoju uwolnił ją patrol Armii Krajowej. Ponownie została aresztowana dopiero w 1946 roku. Najpierw przeprowadzono śledztwo, a następnie skazano na karę śmierci. Wyrok wykonano 28 sierpnia 1946 roku.

 

 

 

Truszczoba, czyli złodziejska melina u ciotki

Truszczoba, czyli złodziejska melina u ciotki

 

   Świat przestępczy II Rzeczypospolitej, zwłaszcza ten z jej wschodnich kresów, miał w swojej bogatej gwarze wiele określeń odziedziczonych po czasach carskich. Jednym z nich było słowo „truszczoba”. Kto w dzisiejszym Białymstoku wie, co ono oznacza? Wielki słownik rosyjsko-polski podaje następujące możliwości: matecznik, gąszcz leśny, zapadły kąt, rudera, w końcu spelunka. Do złodziei pasowało, jak najbardziej to ostatnie znaczenie.
  Niezwykle obrazowo scharakteryzował funkcje truszczoby Sergiusz Piasecki w swojej złodziejskiej trylogii, poświęconej podziemnemu Mińskowi (temu na Białorusi) w początkach lat 20. W pierwszej jej części pt. „Jabłuszko” tak oto pisał: „Truszczoba Cypy była miejscem zebrań arystokracji złodziejskiej miasta Mińska. Spelunkę uważano za zupełnie pewną, bo Cypa umiała zjednać sobie policję mundurową i śledczą. Jak mówią złodzieje: Mentów i moserów.
  O każdej rewizji z góry wiedziała. Gdyby nawet nie uprzedzono jej, to spelunka posiadała swych obserwatorów i takie skrytki, że odnaleźć je można by chyba po zburzeniu murów i zerwaniu podłóg. A dla niebieskich ptaszków zawsze było w pogotowiu kilka wyjść.
  U Cypy można było załatwić każdy trefny interes. Znaleźć paserów na każdy towar. Kupić fałszywy paszport lub dolary. Tu można było nabyć kokainę lub morfinę, zdobyć do wykonania kradzieży narzędzia. Nie wychodząc, można było załatwić wiele niezbyt zgodnych z prawem interesów. Słowem była to złodziejska giełda, biuro informacyjne, pośrednictwo pracy i klub”.
  Złodzieje w przedwojennym Białymstoku też mieli rzecz jasna swoje truszczoby, które zwano najczęściej melinami lub metami. Mieściły się one głównie na Chanajkach i w pobliżu tej zakazanej dzielnicy. Tutaj bowiem mieszkali ich potencjalni bywalcy, w tę stronę kierowali swoje kroki przybyli do miasta przestępcy z innych stron Polski. Owe dyskretne lokaliki prowadziły zazwyczaj kobiety, zwane familiarnie ciotkami lub babkami.
  U ciotek z ul. Brukowej, Marmurowej czy Sosnowej zawsze można było przenocować, a nawet zadekować się na dłuższy czas, napić się wódki, pograć w karty, dostać adres miłej dziewczynki z sąsiedztwa. Wszystko to dotyczyło oczywiście znanych, miejscowych worychów i mających odpowiednie rekomendacje obcych przybyszów. Melina była często miejscem, gdzie złodzieje planowali skoki.
  O ile chanajkowscy włamywacze sami potrafili upatrzeć odpowiedni obiekt, przyjezdni spece od łomu i wytrycha, choćby z nieodległego Wilna (3 godz. jazdy pociągiem), potrzebowali wskazówek. Od czego więc był meliniarz czy meliniarka. Dawali namiary, biorąc w zamian część łupu.
  W 1932 r. przyjechał do Białegostoku na gościnne występy znany złodziej wileński Szloma Złotkin. Zatrzymał się na ul. Młynowej 27, gdzie melinę dla lepszego towarzystwa trzymała Chinka Wróbel. Bywały u niej wszystkie okoliczne asy od ciemnych interesów.
  Odwiedzał przybytek doświadczony klawisznik Dawid Duczyński, pojawiał się młodziutki, zdolny kieszonkowiec Tewel Jelowski, zaszczycał autorytet złodziejski dla Młynowej i okolic, Zeweł Szuster. Szloma Złotkin kwaterował u Chinki bezczynnie przez kilka dni, a następnie odstawił numer przy Marmurowej 3, w mieszkaniu spekulanta Chaima Kiznera. Skradł woreczek z biżuterią, zwitek dolarów i kilka złotych zegarków. Wydział Śledczy orientował się już o przyjeździe wileńskiego włamywacza do naszego miasta. Znał także miejsce jego pobytu.
  Na Młynowej 27 odbyła się gruntowna rewizja. Choć przy Złotkinie nie znaleziono skradzionych fantów, obszukanie korpulentnej madame Wróbel dało dobre rezultaty – dwa zegarki należące do lichwiarza z Marmurowej. Szuster zainkasował dwa lata więzienia, zaś Chinka Wróbel pół roku.
  Zbliżona historia przydarzyła się innemu specowi wileńskiemu, Michelowi Jazgurowi. Do Białegostoku zaprosił go znajomek, właściciel meliny i paser Ela Warszawczyk z ul. Suraskiej. Nadał mu skok na sklep Mordki Litwina z Giełdowej, który sprowadził akurat transport modnych pończoch. Złodziej trafił łup wart kilkaset złotych. Zasypał się jednak później przy kradzieży walizki na Rynku Kościuszki. To nie była jego melina. Wpadł sam, wpadła melina.

Włodzimierz Jarmolik

Poszli śladem Białegostoku. Sprzedali grunty, a teraz zmniejszą i wyremontują dworzec

Poszli śladem Białegostoku. Sprzedali grunty, a teraz zmniejszą i wyremontują dworzec

Dworzec autobusowy w Łomży zyska nowy blask. Już jesienią tego roku powstanie tam centrum przesiadkowo-komunikacyjne. Idąc śladami Białegostoku władze sprzedały część gruntów obecnego dworca, zaś na pozostałej części będzie nowy obiekt. To dobry kierunek. Dzisiaj komunikacja autobusowa nie potrzebuje aż tak wiele miejsca. Choć w przypadku w Łomży – nie ma połączeń kolejowych, to coraz więcej osób ma własne samochodu lub korzysta z przejazdów zorganizowanych. Często małe „PKS-y” przegrywają z innymi formami podróży przez to, że flota jest w kiepskim stanie, a komfort podróży bardzo niski.

 

Nowe centrum przesiadkowe będzie składać się z dworca, zadaszonych ośmiu peronów, a także stanowisko obsługi pasażerów. Nie zabraknie też przystanków komunikacji miejskiej. Całość będzie działać już w październiku.

 

fot. UM Łomża

Pierwsze żurawie już na Podlasiu. Czy trzaskający mróz je zabije?

Pierwsze żurawie już na Podlasiu. Czy trzaskający mróz je zabije?

Silne mrozy prosto z Syberii nadeszły na Podlasie. Tymczasem pierwsze żurawie się pośpieszyły i wróciły już do naszego regionu, przez co tak silne mrozy mogą je zabić. Ich łapki mogą przymarznąć i uwięzić zalodzonych zbiorników wodnych. Trudno też o zdobycie pożywienia. Ptaki te są wszystkożerne, najczęściej ich dieta składa się z nasion, korzonków, źdźbła i młodych pędów. Przy tak niskich temperaturach ciężko jednak będzie im zdobyć taki pokarm. Żurawie jedzą także owady, pająki, robaki i mięczaki. Jeżeli ptaki nie dostaną się do jakiejś ciepłej, obłożonej sianem stodoły, gdzie takie pożywienie mogą znaleźć i nie zamarzną, to może ich czekać ciężki los. Miejmy nadzieję, że ptakom pomogą przetrwać ludzie. Choć nie należy ingerować w naturę i ptaków nie dokarmiać, to raz można zrobić wyjątek i rozsypać trochę pożywienia w pobliżu miejsc, gdzie żurawie się gromadzą.

 

Przypomnijmy, że w drodze do Polski są bociany. Tydzień temu informowaliśmy, że ptaki wyruszyły już. Ostatnio były w okolicach Izraela. Obecnie powinny znajdować się w okolicach Turcji. Pierwsze ptaki w Polsce powinny wylądować za około 2 tygodnie.

Oszust zawsze znajdzie dla siebie jakieś zajęcie

Oszust zawsze znajdzie dla siebie jakieś zajęcie

 

   Wolf Lichter, młodzian z ul. Miłej karierę oszusta zaczął na początku lat 20. Czasy były powojenne, dużo chaosu i wielu obcych przybyszów przewijających się przez podniszczony Białystok. Okolicznych wieśniaków z ich targowymi sprawami, handlowców z głębi Polski czy licznych uciekinierów z bolszewickiej Rosji. Policja była zapracowana, zajęta szerzącym się bandytyzmem i grubymi rabunkami. Na opryszków od ulicznej hochsztaplerki nie starczało jej ludzi ani siły. Tak więc Lichter mógł śmiało doskonalić wybrany zawód farmazona, zwłaszcza że trafił na dobrego nauczyciela.
  Ignacy Galiński z ul. Głuchej, bo to on stał się właśnie mentorem Wolfa, różnymi kombinacjami i aferami parał się jeszcze w czasach wojennych. Miał w swoim repertuarze kilka ulubionych trików. W 1924 r., kiedy Władysław Grabski, premier II RP i jednocześnie minister finansów, przeprowadził reformę walutową i do obiegu trafił nowy pieniądz złoty polski, Galiński nie przepuścił takiej okazji. Stworzył fikcyjną wytwórnię pieniędzy, by w ten sposób kantować naiwnych kmiotków z prowincji. Sposób był prosty. Wystarczyła tylko mała prasa do odciskania znaków na papierze, zamykający ją na klucz sztorcowy i kilka flaszek z tajemniczym płynem. Kiedy znajdowała się potencjalna ofiara, gotowa zainwestować w nielegalny interes garść skrywanych dotąd złotych 5-rublówek, Galiński prezentował jej swoją fabryczkę.
  Zapełniał prasę pociętym papierem, między który wkładał kilka banknotów 20-złotowych, skrapiał bezcenną miksturą i zamykał urządzenie na klucz. Ten oddawał na przechowanie zachłannemu rodakowi i kazał cierpliwie czekać. Sam znikał i nie pojawiał się już nigdy. Z nim oczywiście przepadało pokaźne honorarium w złocie albo dolarach. Galiński wpadł dopiero pod koniec 1924 r. Znaleziono przy nim blisko 2 tys. zł i oczywiście przyrządy do fabrykowania pieniędzy przeznaczone dla kolejnego „klienta”.
  Wolf Lichter, który pomagał Galińskiemu w wyszukiwaniu chciwców łasych na łatwy zarobek. Nie wybrał drogi swojego mistrza. Gdy ten poszedł siedzieć, zaczął wykręcać własne numery. Najpierw był to handel fałszywą biżuterią. Proceder może nie tak zyskowny jak kantmaszynka, ale o wiele bezpieczniejszy. Operując między Rynkiem Siennym a knajpkami przy Suraskiej czy Lipowej, młody farmazon wyszukiwał gospodarzy, którzy sprzedali swój towar (zwykle świnie lub cielaki) i oblewali transakcję. Umiejętnie podsuwał im lipne świecidełka i zwykle trafiał na dobrego, acz podchmielonego klienta. Ilu ludzi w ten sposób oszukał, trudno powiedzieć. Było ich na pewno sporo. Wpadł dopiero w 1926 r. Wytypował na niejakiego Wróbla z Wysokiego Mazowieckiego, który jednak nie dał się oszwabić. Interweniowała policja. Lichter trafił do aresztu i zainkasował 8 miesięcy odsiadki. W celi więziennej przy Szosie Baranowickiej spotkał podobnego sobie farmazona, niejakiego Leona Rabinowicza, od którego dowiedział się, jak operować wekslami i czekami. To mu się spodobało. Po wyjściu na wolność sam wziął się do tego kantu. Co było do niego potrzebne? Przyjemna aparycja, nieco gotówki, fałszywe nazwisko i adres. W październiku 1928 r. Lichter zjawił się w sklepie galanteryjnym Chaima Guzika przy ul. Sienkiewicza 2 i zamówił elegancką bieliznę za 70 zł. Gotówką wyłożył 10 zł, na resztę wystawił fałszywy weksel. Zdobyty towar sprzedał natychmiast paserowi za 25 zł. Te pieniądze następnego dnia zainwestował w zakup biżuterii w jubilerni M. Waniewskiego (Lipowa 2). Na resztę należności z 250 zł wystawił czek płatny w Banku Gospodarstwa Krajowego przy ul. Sienkiewicza, oczywiście nieprawdziwy. Biżuteria poszła do pasera, a w kieszeni Lichtera, w ciągu dwóch dni, znalazło się zamiast 10 – 125 złotych.
  Wkrótce jednak i to zajęcie skończyło się dla Lichtera rocznym wyrokiem i kratkami. Kiedy pojawił się znowu na bruku białostockim, zajął się pośrednictwem w załatwianiu różnych spraw w urzędach państwowych. Od spadków po zezwolenie na wyszynk alkoholu i sprzedaż papierosów. Podawał się za współpracownika Urzędu Śledczego z dużymi możliwościami. To już była większa mistyfikacja. Po wpadce kosztowała ona oszusta 2 lata pozbawienia wolności.

Włodzimierz Jarmolik

To charakterystyczny punkt miasta. Jej okolica mocno się zmieni, a ona sama?

To charakterystyczny punkt miasta. Jej okolica mocno się zmieni, a ona sama?

W Białymstoku w okolicach dworca PKP dojdzie do rewolucji. Wkrótce cała okolica zmieni się nie do poznania. Ul. Bohaterów Monte Cassino przy łączeniu z Kopernika będzie miała gigantyczne rondo (a w jego środku planowana jest zatoka autobusowa), sama droga będzie poszerzona, a także powstanie nowa droga dojazdowa do tunelu im. Gen. Fieldorfa Nila. Zamiast pawilonów Centrum Park będziemy mieli zaś centrum przesiadkowe. Podobno ma powstać także tunel pod torami dla autobusów, by szybko mogły przemieścić się z Bohaterów Monte Cassino na Zwycięstwa, czyli bez konieczności krążenia ślimakami wiaduktu.

 

Te wszystkie wielkie inwestycje zmienią całe otoczenie. Jest jednak pewien obiekt, który miejmy nadzieję po zmianach nie zniknie. Jest umiejscowiony w ten sposób, że nie powinien. Bowiem stoi między torami wylotowymi na Warszawę, a technicznymi do manewrów przy lokomotywowni. Jest to budynek, który widać z wielu części miasta. Nie jest za wysoki, ale położony jest w takim miejscu, że praktycznie nic go nie zasłania.

 

Wieża powstała w połowie lat. 50. Opiera się na żelbetowych podporach, które podtrzymują zbiornik na wodę. Obecnie wieża stoi pusta, używana jest jednak jako miejsce na anteny radiokomunikacyjne. 

 

Budynek należy do spółki PKP zajmującej się nieruchomościami. Nie są znane żadne plany na funkcjonowanie tego budynku w przyszłości. Dobrze by jednak się stało, gdyby odremontowano budynek, a jego wnętrza mogłyby służyć ludziom. W wielu miejscach na świecie stare wieże ciśnień służą jako mieszkania czy lokale usługowe.

 

W Białymstoku są też inne wieże ciśnień. Najładniejsza stoi na wylocie do Wasilkowa, inna na tyłach Galerii Białej przy ul. Augustowskiej, zaś jeszcze jedna stoi na terenie Mispolu – w Starościelach. Każda z nich to bardzo uroczy budynek, który z racji zmiany technologii dostarczania wody można by było zagospodarować w zupełnie inny sposób.

 

Brawo! Radni nie są pazerni. Zobacz za co nie będzie trzeba płacić

Brawo! Radni nie są pazerni. Zobacz za co nie będzie trzeba płacić

Augustów wie jak przyciągnąć turystów. Letnia stolica Polski ma wiele do zaoferowania wczasowiczom. Wspaniała plaża, rejsy statkiem, zabawa aż do rana, strefa uzdrowiskowa, kajaki, narty wodne i wiele wiele innych. Radni postanowili, że w sezonie letnim w Augustowie nie będzie strefy płatnego parkowania. Burmistrz zarzekał się, że nie chce zarabiać, lecz by udrożnić ruch w mieście.

 

Jednak radni 10:9 przegłosowali, że żadnej strefy nie będzie. Przynajmniej na razie. Strefy płatnego parkowania są dość problematyczne. Powstały po to, by kierowcy nie parkowali całymi dniami w centrach miast. Jednak przez lata maksymalna cena za postój uległa inflacji, przez co parkowanie w centrum przez cały dzień stało się relatywnie tanie. Są plany, by opłatę podwyższyć. Jednak – prowadzenie strefy płatnego parkowania to nie przymus. Jak widać w Augustowie nie przeszkadzają nikomu zaparkowane samochody na dłużej.

 

Prawda jest taka, że gdyby rzeczywiście nie chodziło o pieniądze, ale o to by kierowcy nie parkowali zbyt długo, to są odpowiednie znaki drogowe, które zakazują postoju dłuższego niż np. 10 minut czy godzina. Wystarczy dogadać się z zarządcą drogi. Dlatego radni pokazali, że nie są pazerni na pieniądze turystów, którzy zostawiają ich latem i tak sporo. Bardzo dobra decyzja!

Klucze kontra wytrychy

Klucze kontra wytrychy

 

 
    Przedwojenni dozorcy dzielili się na dwie kategorie. Byli to dozorcy domowi, dbający o porządek i spokój wokół zwłaszcza zamożniejszych kamienic przy ulicach śródmiejskich i dozorcy zawodowi, pilnujący w nocy fabryk, instytucji publicznych, różnych zakładów i sklepów.
  Jedni i drudzy mieli sporo do roboty. Ci pierwsi z ciągłym sprzątaniem swoich posesji, aby nie trafić do policyjnego protokołu i zainkasować grzywnę w sądzie grodzkim, drudzy zaś skuteczną ochronę powierzonych sobie obiektów przed różnej maści złodziejami. A chętnych na cudze, przede wszystkim kupieckie mienie, nad Białką nigdy nie brakowało. Poświadcza to jeszcze raz dobitnie poniższa historia.
  Wielki kryzys gospodarczy dotarł również na ul. Sienkiewicza. Tutejsi handlowcy w dzień zarabiali coraz mniej, zaś nocną porą tracili jeszcze więcej na rzecz zuchwałych włamywaczy. Na początku 1934 r. narodził się w Białymstoku całkiem niegłupi pomysł. Powstała firma „Klucze”, oferująca na korzystnych zasadach dozorców – strażników do wynajęcia. W celach zapewne li tylko marketingowych właściciel przedsięwzięcia oferował potencjalnym klientom polisy ubezpieczeniowe od różnych strat.
  Z dostarczeniem odpowiednich dokumentów jednak się nie śpieszył. Liczni kupcy z ul. Sienkiewicza, zwłaszcza ci, stratni już w potyczkach z miejscowym światkiem przestępczym, skwapliwie skorzystali z usług „Kluczy”. Niektórym wyszło to jednak niespecjalnie. Gdzieś późną wiosną wspomnianego powyżej roku zawiązała się w zaułkach Chanajek spółka złodziejska, która z uporem zaczęła nękać sklepy ochraniane przez dozorców z firmy „Klucze”. Może był to przypadek, a może podjęte przez chanajkowskich mistrzów od łomu i wytrycha rzucone im wyzwanie. W każdym razie na ul. Sienkiewicza zaczęło się dużo dziać. Najpierw włamano się do sklepu artykułów galanterii papierniczej pod nr 22, należącego do Chaima Wajnsztedta.
  Złodzieje odwiedzili go wieczorem, kiedy na ulicy trwał jeszcze duży ruch. Zakradli się do komórki obok sklepu, stąd zrobili otwór w ścianie i splądrowali wszystkie półki. Cały majdan załadowali na podstawiony furgon i tyle było ich widać. Dozorca – „klucznik”, który w nocy obchodził swój rewir, niczego nie zauważył. Dopiero następnego dnia, kiedy do interesu zajrzał przypadkowo właściciel, kradzież wyszła na jaw. Policjanci z Wydziału Śledczego nie mieli tu nic do roboty. Innym razem pracownik firmy „Klucze” zauważył około północy, że w magazynie sukna przy Sienkiewicza 14 spółki Lipkies i Szczuczycki nie pali się lampka, pozostawiona, aby umożliwić obserwację sklepu z zewnątrz. Zaintrygowany, udał się do drugiego wejścia od strony podwórza i stwierdził, że drzwi są otwarte. Znowu do akcji wkroczyli agenci śledczy. Ustalili oni, że złodzieje weszli najpierw w dzień do sąsiedniego, pustego magazynu, a kiedy nastała sprzyjająca pora, wybili dziurę w ścianie i tą drogą wynieśli trzy czwarte towaru.
  Szczytem zuchwałości szajki włamywaczy było to, co zrobili oni pod koniec miesiąca września. Jako cel wybrali składy manufaktury p. Słonia przy ul. Sienkiewicza 1. Najpierw dotarli na schody prowadzące do lokalu byłej Resursy Obywatelskiej, stąd wyłamali otwór do upatrzonego magazynu i wynieśli wprost na ul. Żydowską, towar wartości blisko 4 tys. zł. Nie zapomnieli też o futrze właściciela, które ten nieopatrznie zostawił w sklepie. I znowu, najęty dozorca z firmy „Klucze”, nic a nic nie słyszał. Dopiero rano stwierdził skutki obecności rabusiów.
  Po tych kradzieżach policja rzecz jasna zainteresowała się bliżej działalnością pechowej spółki ochroniarskiej. Dozorcom nie udowodniono jednak złej woli podczas wykonywania przez nich, licho zresztą, podjętych obowiązków. Okazało się, że sami kupcy narzucali niekiedy kandydatów na strażników. Chcąc ratować nadwątloną reputację, ci ostatni postanowili się uzbroić, aby mieć więcej szans w starciu z opryszkami. Jeden z nich, niejaki Józef Węgrzyk miał kupić za składkowe pieniądze rewolwery i naboje dla wszystkich. Niestety, powierzoną mu forsę przehulał i na wniosek kolegów sam trafił pod więzienny klucz.

Włodzimierz Jarmolik

Idą silne mrozy, ale wiosna już naprawdę blisko!

Idą silne mrozy, ale wiosna już naprawdę blisko!

Ciężkie dni idą dla województwa podlaskiego. Ze wschodu przywędruje niż, który kompletnie zmrozi nasz region. W najbliższą noc temperatura spadnie do nawet -8, zaś kolejne noce będą jeszcze zimniejsze osiągając nawet spadek do 15 kresek poniżej zera. Najgorsze, że w dzień również nie będzie zbyt ciepło. Temperatura będzie cały czas oscylować w okolicach -10.. Taki stan rzeczy potrwa od tygodnia do 3 tygodni. Ostatnio pisaliśmy o bocianach wracających do Polski. Można powiedzieć, że miały nosa, tzn. dzioba do pogody, bo gdy przylecą to mrozy powinny się właśnie skończyć.

 

W każdej sytuacji jednak należy doszukiwać się plusów. Jednym z nich jest słoneczny dzień. Po ostatniej długiej serii szaroburych dni w końcu będzie można naładować się porządnie witaminą D. Jeżeli komuś mrozy nie straszne może wybrać się również na spotkania z naturą. W Puszczy Knyszyńskiej i Białowieskiej nie zabraknie żubrów, które w takich temperaturach jeszcze chętniej będą korzystać z czekających na nie stogów. Srogie mrozy to także piękne krajobrazy, gdyż w połączeniu ze słońcem wszystko wokoło błyszczy.

 

Niestety mrozy spowodują, że mieszkańcy będą dogrzewać się czym popadnie, w efekcie normy zanieczyszczenia powietrza będą mocno przekroczone. Dlatego też lepiej wybrać się za miasto, do lasu czy na wieś. Tam nie będziemy musieli się truć. A jeżeli ktoś nie może wyjechać z miasta, bo praca, to… lepiej po godzinach nie wychodzić z domu. Szkoda zdrowia.

Historia niepopularno-prawdziwa

Historia niepopularno-prawdziwa

 

  

   W okresie międzywojennym proboszcz parafii św. Rocha Adam Abramowicz udzielał poparcia patriotycznym działaczom politycznym i społecznym .
  Jedną z takich organizacji był Związek Mieszkańców Przedmieść. Centrum działalności Związku mieściło się przy parafii św. Rocha. Sztandar Związku Mieszkańców Przedmieść jest przechowywany do dziś dnia w parafii św. Rocha, a nawet co roku jest noszony w procesji Bożego Ciała, ulicami miasta. Oczywiście działo się to wszystko za wiedzą księdza proboszcza Adama Abramowicza.
  Wielu działaczy Związku Mieszkańców Przedmieśći  mieszkało na terenie parafii jak np. Hipolit Kaliszewski, przywódca ONR i żołnierz NSZ w mieście oraz rodzina Cichoszów z Antoniuka. Zdecydowanie patriotyczny charakter, miała gazetka parafialna „Jutrzenka”, przedmiot ataków lewicy przed wojną, a nawet po wojnie.
  Na terenie parafii organizowane były również akcje mające na celu ograniczenie wpływów lewicy w mieście. I tak 25 października 1936 roku odbyła się przy kościele manifestacja patriotyczna, w której wziął udział Alfons Zgrzebniok, były dowódca Powstań Śląskich, w tym czasie wicewojewoda białostocki. W czasie manifestacji protestowano m. in. przeciwko artykułom, zamieszczanym w gazetce szkolnej Państwowego Gimnazjum Żeńskiego im. Anny Jabłonowskiej, w którym gloryfikowano komunistyczną rebelię w Hiszpanii. W rezultacie nastąpiła zmiana na stanowisku dyrektorki tego Gimnazjum.
  Oparciem i zapleczem dla działaczy prawicy była parafia św. Rocha i pracujący tam księża. Z Narodowymi Siłami Zbrojnymi utrzymywali kontakty dwaj wikariusze parafii: ks. Adolf Jan Frydrykiewicz i ks. Piotr Maziewski. Natomiast trzeci wikary ks. Cezary Trzeciak ps. „Urwis” był kapelanem miasta Białystok w Armii Krajowej.
  Na plebani parafii św. Rocha istniał od 1942 roku punkt łączności Komendy Okręgu Narodowych Sił Zbrojnych, który obsługiwała siostra Beata ze Zgromadzenia Misjonarek Świętej Rodziny. Przez plebanię przewinęło się wielu dowódców ze sztabu Okręgu XIII NSZ oraz komendantów Powiatów z terenu Okręgu. Zbigniew Machalski ps. „Pilar”, przed objęciem Komendy Powiatu Sokółka NSZ instrukcje otrzymał na plebani św. Rocha.
  Do NSZ należała grupa młodzieży, która spotykała się na próbach parafialnego chóru, m. in. Eugeniusz Stępkowski ps. „Beniowski”, Walentyna Stępkowska ps.„Żabka”. Stale na plebani mieszkał Józef Bagnowski ps. „Witold”, jeden z najaktywniejszych żołnierzy Okręgu.
  Na plebani parafii św. Rocha miał swoją siedzibę Okręgowy Delegat na województwo białostockie, wybitny działacz Józef Przybyszewski ps. „Grajewski”. Wojewoda Przybyszewski, w czasie pobytu w Białymstoku miał tam pokój, w którym mieszkał i przyjmował pracowników Delegatury Rządu. Trzeba przy tym pamiętać, iż w tym czasie na plebani mieszkał również oficer Gestapo wraz z

Na podstawie :
romandmowski.edu.pl

Gdzie kucharek sześć…

Gdzie kucharek sześć…

 

   W połowie sierpnia 1919 roku zrzeszeni we własnym związku kucharze wystąpili do restauratorów z żądaniem tygodniowych podwyżek wynagrodzenia o 150 – 200 marek. Dodatkowo żądali 6 marek za każdą dodatkową godzinę pracy i trzymiesięcznego trybu wypowiadania umów. Restauratorzy nie mogli spełnić tych warunków. W efekcie tej patowej sytuacji po Białymstoku zaczęła krążyć grupa delegatów związkowych składająca się z kucharzy, „którzy sami nigdzie nie pracują” i „zabierała z kuchen restauracyjnych kucharzy”.
  Oburzenie restauratorów i konsumentów było ogromne. No bo jak to? Ktoś czekał na zamówionego sznycla, a tu zamiast niego dostawał komunikat, że kucharz „zabrany” i jest strajk. Sami kucharze też zaczęli kręcić nosami na taką formę protestu, bo jako stały dodatek do pensji otrzymywali codziennie „śniadanie, obiad i wieczerzę”, ale jak zastrajkowali, to kto to miał im przyrządzić? Wkrótce jednak sytuacja została opanowana, choć i w następnych latach strajki personelu w białostockich lokalach gastronomicznych zdarzały się często.
  Przyczyny były najczęściej takie same. Ale to co wydarzyło się w zimie 1936 roku, przekroczyło wszelkie normy. Białystok aż kipiał z oburzenia dowiedziawszy się o praktykach stosowanych w bufetach na dworcu kolejowym. Prowadzenie tych lokali było intratnym interesem. Potencjalni dzierżawcy bili się o podpisanie umowy, a następnie, gdy już ją mieli, to chcieli szybko osiągnąć maksymalne zyski przypuszczając, że kolejna umowa będzie podpisana z innym kandydatem. Bywało więc w tych bufetach różnie, ale to co wyprawiał dzierżawiący je Józef Dyrlacz, przekroczyło normy przyzwoitości.
 

Jak pisano „w stosunku do swoich pracownic stosuje niesłychany wprost wyzysk”. Kobiety zatrudnione w jego bufetach pracowały po 12 – 13 godzin na dobę za 1 złotówkę dziennie. Uważano, że Dyrlacz wykorzystuje wysokie bezrobocie panujące w mieście, a na skargi i prośby miał jedną odpowiedź – „nie podoba się? – won!” Tu nawet strajki nic by nie pomogły. W tak dramatycznej sytuacji pozostawało jedynie współczuć . Ale gdy w tym samym 1936 roku wybuchł w Białymstoku strajk w Cafe – Lux, to wzbudził tylko żarty. Można też zapisać go w annałach miejskiej anegdoty.
  Cafe – Lux była popularną cukiernią, którą w maju 1927 roku otworzyła Estera Sztejn. Lokal znajdował się w nieistniejącym już dziś budynku przy Sienkiewicza 38. Jak twierdzono, urządzony był „na modłę europejską”. Jedną z jego atrakcji były nader przystojne kelnerki. Wieczorami trudno było znaleźć tu wolny stolik. Całe miasto wiedziało, że w Luxie odbywają się „randes – vous miejscowej inteligencji”. Oprócz sali, w której popijając aromatyczną kawę raczono się miejscowymi ploteczkami, były oddzielne sale do tańca i do gry w karty. Tą ostatnią szczególnie upodobała sobie miejscowa złota młodzież. I tu trudno było znaleźć wolne miejsce. Grano głównie w brydża, ale nie stroniono od pokera, a amatorzy szybkich wrażeń zgrywali się w popularne oczko.
  I oto nagle, w pewien sobotni wieczór, tuż po sylwestrze 1936 roku, gdy w sali byli już wszyscy gracze, to zamiast siąść do tasowania krat, rozpoczęto wiec. Wkrótce okazało się, że było tylu chętnych do wiecowania, że całe towarzystwo musiało przejść do większej sali tańców. Tu jeden z mówców podniesionym głosem perorował, że przez Białystok przelewa się fala strajków, wobec której nie można być obojętnym. Inni karciarze zauważyli też, że znacznie spadły ostatnio koszty utrzymania. Kolejny mówca podniecał słuchaczy, krzycząc, że gdy ceny chleba, cukru, soli, węgla spadają, to należy stanowczo żądać obniżki opłat za grę w karty w Luxie! Manifestanci ochoczo spisali swe postulaty i przedstawili je kierownictwu lokalu, a następnie proklamowano strajk! Karciarze wybrali popularną wówczas wersję strajku polskiego. W ich wydaniu wyglądał on tak, że przy stolikach siedzieli brydżyści, pokerzyści i oczkowcy, ale „bezczynnie z założonymi rękami nie opuszczając warsztatów pracy” i cierpliwie czekali na decyzję kierownictwa Luxu.
  Ale szybciej zareagowała opinia publiczna. Kpiono sobie z karciarzy, a jeden z miejscowych publicystów w kabaretowej manierze napisał, że „chodzą słuchy po mieście, że w tych dniach zastrajkować mają wszystkie parkany białostockie. Tłem strajku jest podobno fakt, że parkany są oburzone na swoich właścicieli z racji zupełnego zaniedbania. Nadto mają wnieść rezolucję domagającą się u władz, ażeby zechciały wniknąć w ich aż nazbyt widoczną niedolę, na co wskazuje sam wygląd parkanów. Po strajku z Luxu będzie to drugi z rzędu oryginalny strajk”. Ot i taka garść strajkowych perypetii z minionych lat.

Andrzej Lechowski

Mieszkańcy wdychają truciznę. Czy prezydent coś z tym robi?

Mieszkańcy wdychają truciznę. Czy prezydent coś z tym robi?

Województwo Podlaskie kiedyś okrzyknięte było zielonymi płucami Polski. Dzisiaj smog sączy się w Białymstoku wielokrotnie przekraczając normy. Jadąc samochodem brud śmieci ulatujący z kominów osiada na kopcących samochodach. To wszystko wdychamy my – mieszkańcy. Najgorszy w tym wszystkim jest fakt, że ile by Straż Miejska nie wlepiła mandatów, nie rozwiąże to problemu. Tkwi on bowiem w portfelach palaczy.

 

Nikt mi nie wmówi, że wszyscy, którzy palą śmieciami robią to dla przyjemności. Ludzie głównie robią to z konieczności. Środki na drewno czy węgiel, a już na pewno na ekogroszek są mocno ograniczone. Trzeba je rozdzielać pomiędzy rachunkami czy jedzeniem. Teoretycznie program 500 plus miał zlikwidować ubóstwo. Rząd się chwalił, że tak się stało. Jednak, gdy nadeszły zimne dni i noce widać właśnie dobitnie jaka jest prawda. A odpływające pieniądze z mandatu na penwo sprawie nie pomagają.

 

Nie ma też co bronić palących śmieciami. Po prostu trzeba im pomóc. Jednych edukować, drugim pomagać finansowo. Skoro miasto potrafi wyrzucić 10 milionów złotych na budżet obywatelski, by ludzie mogli stawiać figurki i pomniki, to drugie tyle powinno znaleźć się na pomoc tym wszystkim, którzy nie chcą zamarznąć, ale nie stać ich, by całą zimę palić tym czym trzeba.

 

Poraża bezczynność miasta, które nie podejmuje żadnych realnych działań, by problem rozwiązać. Na osiedlu prezydenta są jednak same bloki, a i las blisko. Może tam smogu nie widać? Jednak, gdy Pan Tadeusz jedzie rano do pracy, albo zasiada już w fotelu, to z piątego piętra w urzędzie powinien zauważyć problem. Chyba, że wiedzę o smogu czerpie z filmików z YouTube, które tak namiętnie udostępniają jego pracownicy na facebookowym profilu miasta. Bo na pewno na wskaźniki stacji badawczych nie patrzy.

 

Rewolwer i melonik

Rewolwer i melonik

 

   Posiadanie broni w II RP było stosunkowo łatwe. Pozwolenie wydawał starosta po zasięgnięciu opinii policji.Ta jednak z reguły nie stawiała żadnych przeszkód. Tak więc gdy otrzymało się stosowne zaświadczenie, można było bez obaw kupić sobie wymarzonego colta lub browninga.
  Inną sprawą było to, że pozostałością po wojnie była masa broni, której mimo specjalnej ustawy wydanej w 1919 roku, nie zalegalizowano i pozostawała ona w dyspozycji wielu osób, które o zaświadczenie starosty nawet się nie starały.
 Z kupieniem broni nie było też wielkiego kłopotu. W Białymstoku około 1930 roku istniały trzy sklepy oferujące szeroką gamę rozmaitych kalibrów. Największą popularnością cieszył się Magazyn Broni Stanisława Homana przy Rynku Kościuszki 5, czyli w dawnym klasztorze Sióstr Miłosierdzia. Sam Homan był znanym działaczem samorządowym oraz radnym miejskim w latach 1919 – 1927. Drugi, też dobrze zaopatrzony sklep prowadził Jan Gołębiewski przy Sienkiewicza 29. Ostatni, mniej znany, znajdował się przy Kraszewskiego 17 A i należał do Chileckiego.
  Ta łatwa dostępność do broni spowodowała to, że w mieście mnożyły się incydenty związane z jej użyciem. Wiele z nich było szeroko komentowanych i trudno oprzeć się wrażeniu, że panowała w związku z tym wyraźna obawa i poczucie zagrożenia. Odczucie to potęgowało to, że celem ataków bywały też znane w mieście osobistości.
  Tak było 2 czerwca 1924 roku, gdy około godziny 10 rano w mieszkaniu znanego przemysłowca Oswalda Tryllinga przy Warszawskiej 7 rozległ się trzask tłuczonego szkła. Okazało się, że ktoś z zewnątrz strzelał do balkonowych drzwi w tej okazałej kamienicy. Szczęściem nikogo w tym czasie nie było w pobliżu. Z notatki policyjnej dowiedzieć się natomiast możemy, że była to „zabłąkana kula”. Można by przypuszczać, że ot tak, nie wiedzieć czemu wpadła do tryllingowych apartamentów.
  Podobne zajście miało miejsce 8 kwietnia 1925 roku, a jego mimowolnymi uczestnikami byli Wincenty Hermanowski, znany aptekarz i późniejszy prezydent miasta oraz Teofil Morelowski, dziennikarz i działacz polityczny.  Obaj panowie spotkali się wieczorem w lokalu Chrześcijańskiej Demokracji, której byli członkami, przy Rynku Kościuszki 7. W trakcie ich rozmowy z rynku padł strzał. Kula przebiła podwójne balkonowe szyby, „rozsypując odłamki szkła po całym lokalu”, a następnie „przeleciawszy między głowami prezesa Hermanowskiego i sekretarza Morelowskiego, poczem odbijając się od pieca zupełnie spłaszczona, upadła na podłogę”. I tu szczęśliwie nie było ofiar.
 

   W związku z tym incydentem dociekano, czy był to „zamach zbrodniczy z zemsty, czy względów politycznych”. Hermanowski był przekonany, że był to zamach na Morelowskiego. Policja nie ustaliła jednak żadnych okoliczności powodów oraz nie ujęła sprawcy.
  W mieście mnożyły się również zwykłe bandyckie napady. Nie było tygodnia, aby w prasowych kronikach policyjnych nie podawano informacji o zbójeckich porachunkach i wyczynach z użyciem broni palnej. Wśród tego towarzystwa nierzadko znajdowali się też szaleńcy. Ot choćby w styczniu 1934 roku jeden z mieszkańców ulicy Piasta po wypiciu większej ilości wódki wpadł w alkoholowy szał. Z rewolwerem w dłoni wtargnął na jedną z posesji przy ulicy Glinianej. Najpierw strasząc bronią rozpędził bawiące się na podwórzu dzieci, a potem będąc już w mieszkaniu, pobił znajdujące się w nim osoby i krzycząc, że wszystkich zabije, zaczął na oślep strzelać. I znowu szczęśliwie nikogo nie trafił, co przypisać można tylko jego upojeniu.
  Bandytyzm paraliżował Białystok. Strach powstrzymywał okolicznych włościan przed przyjeżdżaniem do miasta na targowiska, gdyż w drodze powrotnej często stawali się ofiarami czyhających na nich bandytów. Jedna z głośniejszych tragedii rozegrała się w marcu 1925 roku na skrzyżowaniu szosy Baranowickiej i Michałowskiej. Powracających wieczorem z Białegostoku z targu braci Anisiuków i towarzyszącą im żonę rzeźnika z Michałowa Klatową zatrzymał „gardłowo rzucony rozkaz: stój, dawaj pieniądze, z wozu zleź”. Gdy przerażeni podróżni zeszli z furmanki, jeden z braci krzyknął: „pomocy!”. To sprowokowało napastnika. Strzelił. Ciężko ranił Anisiuka i śmiertelnie trafił kobietę.
  Policja wszczęła energiczne śledztwo. Szybko ustaliła, że napastnikiem był niejaki Antoni Kowalski, mieszkaniec Dziesięcin, znany policji z kradzieży i napadów w Białymstoku. Przebiegły bandyta „ukrył się jednak zręcznie” i dopiero po ponad pół roku policjanci zauważyli, że wieczorem pewnego wrześniowego dnia zjawił się w rodzinnym domu na Dziesięcinach. W trakcie próby ucieczki jeden z policjantów zastrzelił bandytę.
  Często broń była też narzędziem samobójczym. Tragedia taka wydarzyła się w rodzinie znanego w mieście przemysłowca branży drzewnej Mozesa Szlachtera w jego domu przy Św. Rocha 14. 25 sierpnia 1925 roku pod nieobecność rodziny 19-letni syn Szlachtera, Naftali w chwili załamania psychicznego za pomocą ojcowskiego browninga strzelił sobie w głowę. Powodem tego desperackiego czynu miały być „niekorzystne transakcje i operacje finansowe”. Przypadki użycia broni dla wyrównania rozmaitych porachunków były na porządku dziennym. Ledwo przebrzmiało echo samobójstwa Szlachtera, to na początku września tegoż roku na Dojlidach w trakcie sprzeczki dwóch tamtejszych mieszkańców, jeden z nich nagle „wyjął z kieszeni rewolwer i strzelił dwukrotnie”, raniąc swego przeciwnika, po czym zbiegł.
  Nasilające się zbrodnicze incydenty zmusiły władze do ostrej reakcji. Policja zaostrzyła kontrole. Dodatkowo uznano, że traktowane dotąd za nieszkodliwe małokalibrowe flowery, których posiadanie nie było ograniczane żadnymi pozwoleniami i zakazami, „są bronią niebezpieczną”. Tak więc w sierpniu 1925 roku ministerstwo spraw wewnętrznych objęło i ten rodzaj broni pozwoleniami, zaznaczając jednocześnie, że „prawo posiadania broni nie jest równoznacznem z prawem używania jej i strzelania na drogach, miejscach publicznych, lub miejscach gdzie spowodować może nieszczęśliwe wypadki”.

Andrzej Lechowski
 

Bociany wracają do Polski! Zobacz, kiedy będzie wiosna

Bociany wracają do Polski! Zobacz, kiedy będzie wiosna

 

Chyba nic bardziej nie zwiastuje wiosny jak bociany w gniazdach. Jako, że nasze piękne ptaki, głównie mieszkające na Podlasiu szykują się już do lotu, to można przewidzieć, że rychło wraz z nimi pojawi się wiosna. Bociany w Afryce przebywają od RPA, Kongo po Egipt i Izrael. To właśnie na terenie tego ostatniego państwa badacze zaobserwowali „Sejmiki bocianie” czyli wspólne zbieranie się ptaków na polach. Tak dzieje się, gdy nasze bociany planują odloty z Polski lub do Polski.

 

To, że wybierają zawsze nasz kraj nie jest przypadkowe. Są tutaj dla nich idealne warunki do rozmnażania. Czyli umiarkowany klimat, a także pola pełne owadów i… żab. Tego wszystkiego nie brakuje im właśnie wiosną, a także gdy lato nie jest przesadnie suche. Dopiero coraz niższe temperatury oraz suche pola skłaniają te ptaki do odlotów z Polski. Bociany bardzo też lubią towarzyszyć rolnikom przy żniwach. Bowiem kombajny odsłaniają pola i łatwo wtedy o pożywienie. 

 

Najważniejsza jest jednak informacja kiedy może być wiosna. Łatwo to obliczyć. Bociany dziennie lecą od 100 do 200 km. Nie lecą jednak po linii prostej. Cały czas trzymają się wybrzeża. Oznacza to, że przed bocianami z Izraela jest aż 3500-4000 km drogi. Oznacza to, że w Polsce pojawią się za około 20-40 dni. Zatem pierwsze ptaki w gniazdach powinniśmy zaobserwować między 10 a 31 marca. Prognozy długoterminową mówią, że na początku marca może nastąpić ocieplenie. Być może bociany będą dryfować w powietrzu razem z ciepłym wiatrem z powietrza. 

Przystojny młodzieniec z ul. św. Rocha

Przystojny młodzieniec z ul. św. Rocha

 

   To, co sprowadziło Franciszka Więckowskiego, przystojnego młodzieńca z ul. św. Rocha na złą drogę, można określić jednym słowem – kobieta !
  Na początku lat 20. był on jeszcze przykładnym uczniem Liceum Handlowego i miał zadatki na solidnego urzędnika, ale niestety nie oparł się urokom pewnej panienki, która okazała się być nieco lekkich obyczajów i wymagała stałych inwestycji pieniężnych. Nie mogąc liczyć w tym względzie na pomoc rodziców, został Franio przedstawicielem znanej firmy fotograficznej z Warszawy i zaczął na ulicach miasta i w przyległych doń mniejszych osadach namawiać ludzi do wykonywania portretów i powiększonych zdjęć ślubnych.
  Miał całkiem wiarygodną aparycję, więc łatwo otrzymywał zaliczki, na które akuratnie wystawiał pokwitowania. Ponieważ prowizja przestała mu wystarczać, bo hulał radośnie ze swoją ukochaną po różnych restauracjach, przestał odsyłać pieniądze do centrali, czyli mówiąc krótko, dokonywał malwersacji.Sąd skazał Więckowskiego na pół roku więzienia.
   Po wyjściu na wolność na dobre związał się z półświatkiem. Najczęściej można go było spotkać w restauracji „Łącz” albo w sali bilardowej „Polonia”.
   Były to miejsca szczególnie ulubione przez miejscowych letkiewiczów i niebieskich ptaków. Tutaj z pomocą szemranych znajomków już całkiem dorosły Franciszek nauczył się nowych oszukańczych, można rzec śmiało, złodziejskich sztuczek. Żeby nie zrywać całkowicie ze swoim fachem, zaczął pracować na tzw. fotografa.
  Metoda ta szczególnie skutkowała w chłodne dni. Posługujący się nią złodziejaszki wchodzili w marynarce do kawiarni, restauracji czy hoteli i korzystając z nieuwagi szatniarza, zdejmowali (niczym aparatem – stąd nazwa triku) wybrane futro lub palto na ciepłym podbiciu, i tak odziani opuszczali, jak gdyby nigdy nic, gościnny lokal.
  Franciszek Więckowski praktykował zdejmowanie cudzych okryć do 1927 r., kiedy to wpadł ze skradzionym futrem w domu zajezdnym Rybałtowskiego i trafił znowu na półroczny pobyt za kratkami.
    Po opuszczeniu więzienia, dzięki poczynionym tam znajomościom, Więckowski szybko wsiąkł w miejscowe środowisko złodziei mieszkaniowych. Nie zadawał się jednak ze zwykłymi włamywaczami, którzy chodzili na robotę z ordynarnym łomem, lecz jako szpagat (inteligent) preferował towarzystwo klawiszników z Chanajek.
  Jego rodzinna ul. św. Rocha leżała na obrzeżach tej mocno kryminogennej dzielnicy. Różnica pomiędzy zwykłym włamywaczem a klawisznikiem polegała na tym, że ten ostatni gardził prymitywnymi sposobami grabieży. Klawisznicy bowiem, będący obok kasiarzy arystokracją złodziejskiego rzemiosła, forsowali drzwi do upatrzonych lokali za pomocą przemyślanych wytrychów i dorobionych kluczy (tzw. klawiszy). Przygotowanie odpowiednich klawiszy, inaczej szperaków, wymagało sporo umiejętności i zachodu. Najpierw trzeba było zrobić odcisk dziurki od klucza, najlepiej w mydle, później poprzez sondowanie tegoż otworu specjalnym drucikiem uzyskać informację co do nacięć na podrabianym kluczu. Takie, ostrożne zabiegi musiały nieco potrwać. Trzeba się było strzec dekonspiracji przed mieszkańcami wybranego obiektu oraz wzrokiem sąsiadów i ciekawskiego dozorcy.
  Klawisznicy pracowali zwykle w grupkach. Na początku lat 30. Więckowski znalazł się w jednej z nich. Jej liderem był doświadczony złodziej Icek Goldstein, z zawodu ślusarz i właściciel pięknej kolekcji najrozmaitszych wytrychów i podrobionych kluczy. Za głównego pomagiera miał mistrza w rzeźnickim fachu Nochima Abelewicza. Teraz do tej dwójki dołączył rokujący duże nadzieje Więckowski. I rzeczywiście! Były już fotograf szybko wyrobił się w nowej profesji. Przez kilka lat kradł całkiem bezkarnie.
  Dopiero w lutym 1934 r. powinęła mu się noga. Wpadł ze swoimi kompanami przy próbie ograbienia składów przedsiębiorstwa „Warrant”. Ponieważ zdjęcie Więckowskiego pojawiło się w kartotece Wydziału Śledczego, policja miała go od tej pory na oku. Wpadł w 1936 r. Już z nowym wspólnikiem Kazimierzem Golińskim dokonał zuchwałej kradzieży biżuterii z mieszkania na Antoniuku.
  Jego styl włamania rozpoznał jednak ekspert z policji śledczej Karol Sznekangerg. Za Franciszkiem Więckowskim znów zamknęła się brama więzienna.

Włodzimierz Jarmolik

Zakręt śmierci na  Dąbrowskiego

Zakręt śmierci na Dąbrowskiego

W międzywojniu w odniesieniu do fragmentu ulicy Dąbrowskiego potocznie używano  innej nazwy – zakręt śmierci. Powstała ona na skutek zakrętów pod kątem 90 stopni z obu stron dojazdów do wiaduktu.

Białostoccy kierowcy, czy to za sprawą brawury, czy nieumiejętności, mieli duży problem z pokonaniem tego drogowego zygzaka. Wypadki wraz z rozwojem motoryzacji mnożyły się. Jeden ze znamiennych wydarzył się w sierpniu 1932 roku. Oto kierowca taksówki Abram Mikołajewski wiózł do szpitala w Choroszczy pewnego umysłowo chorego. Traf chciał, że z naprzeciwka jechała inna taksówka. No i spotkały się na samym zakręcie śmierci. Na szczęście nic się nikomu nie stało, ale „obydwa samochody zostały ciężko uszkodzone”.
Mikołajewski tłumaczył się, że „wypadek spowodował chory, który rzucił się na niego i uniemożliwił mu kierowanie autem”. Ale dociekliwi policjanci ustalili ponad wszelką wątpliwość, że to raczej Mikołajewski był chory umysłowo, bo w tak niebezpiecznym miejscu „zamiast objeżdżać zakręt łukiem, skrócił sobie drogę i wjechał na nadjeżdżający z przeciwnej strony samochód”.

Problem z zakrętem śmierci narastał, aż musiał zainteresować się nim sam wojewoda Marian Zyndram Kościałkowski. W listopadzie 1933 roku do Białegostoku przyjechał dyrektor wileńskiej dyrekcji PKP inżynier Kazimierz Falkowski. Kościałkowski zaprosił go na „konferencję w sprawie t.zw. zakrętu śmierci”, gdzie „wskutek bardzo ostrego łuku dochodzi w tem miejscu często do katastrof”.

Obaj panowie uzgodnili, że konieczną jest budowa nowego wiaduktu „który pójdzie ponad torami kolejowymi w linii prostej, a więc skróci zarazem drogę do stacji i ogromnie ułatwi ruch kołowy”. Obaj też wybrali się na Dąbrowskiego, aby naocznie stwierdzić, że budowa jest nieodzowna.

Przez cały 1934 rok trwały prace przygotowawcze i dopiero w drugiej połowie 1935 zarząd miasta „przy poparciu wileńskich władz kolejowych” rozpoczął budowę. Jeszcze w tym samym roku wzniesiono przyczółki nowego wiaduktu na Dąbrowskiego.
Zakładano, że budowa zakończy się w 1936 roku, ale zabrakło niezbędnych funduszy. Prezydent miasta Seweryn Nowakowski wystarał się o dodatkowe pieniądze na roboty publiczne i w 1937 roku prace ruszyły pełną parą.

Budowę w maju 1937 roku wizytował nawet premier generał Felicjan Sławoj Składkowski. Po spotkaniu w magistracie, w którym uczestniczył następca wojewody Kościałkowskiego, Stefan Kirkitlis, Nowakowski zaprezentował premierowi prace przy regulacji Białki, a na zakończenie wizytacji wszyscy pojechali na Dąbrowskiego.
Składkowski uważnie zlustrował likwidację zakrętu śmierci i wyraźnie zadowolony z tego, co mu pokazano, żegnając się z Nowakowskim stwierdził – „no, Białystok ostatnio mocno się podciągnął”.

Andrzej Lechowski

Wkrótce w telewizji zobaczymy serial kręcony na Podlasiu

Wkrótce w telewizji zobaczymy serial kręcony na Podlasiu

Już za miesiąc w Canal+ będzie można obejrzeć nowy serial, którego akcja częściowo dzieje się na Podlasiu. Czy klimatyczne miejsca naszego regionu przypadną do gustu widzom? Na ekranie zobaczymy Michała Żurawskiego, Cezarego Łukaszewicza, Katarzynę Wajdę, Annę Nehrebecką, Jerzego Schejbala czy Mariusza Jakusa, który wcieli się w białostockiego policjanta.

 

Serial opowiada o tym jak inspektor Adam Kruk (Żurawski) przyjeżdża z Łodzi do Białegostoku – swojego rodzinnego miasta. Będzie tu szukać porwanego nastolatka, a także będzie się zmagać z własną przeszłością. Zapowiada się ciężka, mroczna, kryminalna historia.  Niestety scenarzyści nie chcieli zrealizować serialu w całości na Podlasiu. W niektórych scenach jako Podlaskie wystąpi… miasto Łódź. Głównym problemem były odległości od plenerów. Żeby realizować zdjęcia w „podlaskiej dziczy” trzeba sporo się najeździć. Przy produkcji serialu, gdzie używa się bardzo dużej ilości sprzętu, kostiumów i pracy ludzi jest to naprawdę wielki problem logistyczny. Dużo łatwiej jest zrealizować wszystko w filmowej Łodzi, gdzie wszystko jest na miejscu. Jednak, jak to się mówi sztuka nie uznaje kompromisów. Dlatego też na szczęście w filmie zobaczymy Białystok, Supraśl, Czarną Białostocką czy też Kruszyniany. Oprócz policjantów pojawi się też postać szeptuchy.

 

Premiera już 18 marca 2018, o godz. 21.30 w Canal+. Mamy nadzieję, że Podlaskie będzie przedstawione godnie.

Proceder – Rodzinka.sp.zoo

Proceder – Rodzinka.sp.zoo

 

  Oparciem dla przedwojennych białostockich opryszków, oprócz wypróbowanych kumpli, była najbliższa rodzinka. Żona, siostra czy córka wnosiły całkiem wiele do ciemnych interesów swoich mężczyzn. Włamywacze potrzebowali zaufanych świec do ustalania i obstawiania miejsca do skoku, doliniarze sprytnych tycerek, zasłaniających ich manipulacje przy cudzych kieszeniach, sutenerzy zaś odpowiedniej ręki przy rekrutowaniu i nadzorowaniu prostytutek. Kobiety nadzwyczaj skutecznie odgrywały tę rolę.
  W drugiej połowie lat 30. grasowała w Białymstoku szczególnie zuchwała szajka włamywaczy, tzw. lipkarzy, którzy do mieszkań dostawali się przez okno. Wybierali lokale na I lub II piętrze, których właściciele pozostawiali otwarte okna, drzwi balkonowe bądź lufciki. Szefem bandy był Jan Piłasiewicz, złodziej od zarania II Rzeczypospolitej.
  Jego kompanem był Henryk Gebauer, także wytrawny rzezimieszek z solidną kartoteką. Rolę głównego wywiadowcy i obserwatora miejsc skoków pełniła natomiast dwudziestokilkuletnia żona Piłasiewicza, Zofia z domu Moroz. Mieszkała wraz z mężem (o ile ten nie siedział w więzieniu lub nie ukrywał się po ucieczce z niego) przy ul. Piłsudskiego nr 45, prowadząc zakonspirowaną melinę. Tutaj spotykali się członkowie szajki przed każdym skokiem, pieczołowicie przygotowanym przez energiczną gospodynię. W ciągu miesiąca Zofia Moroz potrafiła wystawić mężowi i jego pomagierom nawet kilkanaście mieszkań.
  W zbieraniu informacji nadobna Zosieńka wyręczała się często obrotnymi chłopaczkami z sąsiedztwa, a nawet znajomymi prostytutkami . Swoją gromadkę pomocników trzymała silną ręką. Kiedy jedna z ulicznic została podejrzana o sprzedanie Jana Piłasiewicza glinom, rozsierdzona połowica pobiła ją brutalnie, strasząc jeszcze czymś gorszym. Na początku 1938 r. odbył się głośny proces bandy lipkarzy.
  Prowodyr otrzymał łączną karę siedmiu lat i sześciu miesięcy pobytu w domu naprawy. Jego żona Zofia dostała pół roku w zawieszeniu na dwa lata. Z braku pomocnej, męskiej ręki sama zajęła się kradzieżami. Ale wszystko na co ją było stać, to wyrywanie torebek z rąk samotnych kobiet. Latem 1939 r. została za to zatrzymana w Zwierzyńcu i trafiła do aresztu.
  Pomagiera w spódnicy miał także włamywacz recydywista Karol Gorbik. Jego szajka działała na przełomie lat 20. i 30. Gorbik wciągnął do niej siostrę Tereskę. Ta rezolutna panna stała się szybko okiem i uchem szajki. Obserwowała głównie klientów sklepów jubilerskich i futrzarskich, ustalała ich adres, no a potem braciszek ze swoją kompanią w odpowiednim momencie, składał białostockim mieszczuchom niezapowiedzianą wizytę.
  W 1928 r. kosztowało go to dwa lata więzienia. Gorbikówna wywinęła się wówczas bez szwanku, wpadła dopiero w 1934 r. i to nie w Białymstoku, ale w stolicy. Brat, który po opuszczeniu celi w szarym domu przy Szosie Baranowickiej, powrócił do złodziejskiego procederu, wysyłał ją ze zdobytym łupem do Warszawy. Miał tam solidnego pasera. Panna Teresa wpadła jednak na warszawskim dworcu w policyjny kocioł i została odstawiona pod eskortą członków szajki z kochanym braciszkiem na czele. Ten dostał na rozprawie cztery lata, siostrzyczka trafiła za kratki na rok.
  Znaczną wyrękę ze strony rodzinki miał również Jankiel Rozengarten, znany w Chanajkach pod przezwiskiem Jankieczkie. Był to niewątpliwie jeden z królów przedwojennego, białostockiego podziemia. Złodziej, oszust, paser, a zwłaszcza sutener trząsł dzielnicą i miał duże wpływy w całym mieście.
  W prowadzeniu interesu pomagała mu żona Rachela, syn Połtier i córka Tauba. Szczególnie wyróżniała się młodziutka Tauba, która wspierała słynnego tatuńcia w prowadzeniu nielegalnego domu schadzek. Werbowała odpowiedni personel, zajmowała się finansami, naganiała klientów.
  Po śmierci ojca, który w 1933 r. zginął w bójce na noże ze swoim szwagrem Szmulem Gornfinkielem, Tauba Szulc z domu Rozengarten przejęła całe rajfurskie przedsiębiorstwo. Niemal od razu inkasowała pierwszy wyrok – rok więzienia. Tyle przewidywał 209 artykuł kodeksu karnego za czerpanie zysków z nierządu. A później co i rusz trafiała Tauba do aresztu.

Włodzimierz Jarmolik

Dlaczego komunistyczny pomnik nikomu nie przeszkadza?

Dlaczego komunistyczny pomnik nikomu nie przeszkadza?

W centrum Sejn znajduje się pomnik czczący 25-lecie PRL. Ten i 20 innych pomników w województwie podlaskim jest na liście do usunięcia… w związku z ustawą dekomunizacyjną. Nasuwa się tu pewna refleksja. Od prawie 30 lat żyjemy w III Rzeczypospolitej, która jest demokratyczna. Jak to możliwe, że w naszym kraju wciąż znajduje się tyle pomników wspominających poprzedni ustrój, który był totalitarny i opresyjny. Dlaczego mieszkańcy sami z siebie nigdy nie starali się usunięcie tych pomników, bądź po prostu tego nie zrobili, tak jak kiedyś usuwało się pomniki na przykład Lenina. 

A za komuny to było lepiej

Odpowiedź być może jest banalna. Ludzi, którzy pamiętają czasy młodości w PRL jest dużo więcej niż osób, które znają te czasy tylko z przekazów historycznych. Zatem w tych pierwszych PRL kojarzy się z młodością, zaś u tych drugich z totalitaryzmem i opresyjnością. Wiele starszych osób, które nie rozumieją procesów gospodarczych z łezką w oku wspominają czasy PRL, bo wtedy dostali mieszkanie, jeździli na wycieczki do Bułgarii oraz… każdy miał pracę. Innymi słowy – państwo wydawało potężne pieniądze, których nie miało, aż w końcu doszło do katastrofy gospodarczej i upadku PRL.

 

O komunistyczne pomniki raczej nie mają pretensji raczej także osoby, które wtedy pracowały na rzecz państwa – czyli wszyscy wojskowi, milicjanci, służby bezpieczeństwa, urzędnicy państwowi oraz urzędnicy partyjni, a także wszyscy inni żyjący bezpośrednio z budżetu państwowego. 

A może ludzie wolą komunizm?

Patrząc na obecne poparcie obecnej partii rządzącej trudno stwierdzić ile osób popiera ją ze względu na usuwanie pomników, a ile ze względu na rozdawanie 500 zł każdego miesiąca. Wydaje się, że jednak te drugie rozwiązanie bardziej zachęca elektorat Prawa i Sprawiedliwości. Skoro tak, to oznacza, że w Polakach nadal tkwić może tęsknota za PRL-em, którego domeną był właśnie socjalizm tak jak jest domeną obecnej partii. Wtedy też młodzi rodzice dostawali „wyprawkę”, „becikowe”, „talony”. Warto tu jednak zaznaczyć, że na takie dodatki mogli liczyć tylko pracujący. Dzisiaj przy wypłacie 500 zł miesięcznie nie ma to znaczenia. 

 

Wracając do komunistycznych pomników. Warto przytoczyć badania CBOS sprzed 4 lat. 19 proc. Polaków twierdzi, że miało do czynienia bezpośrednio lub pośrednio (np. rodzina, znajomi) z represjami lub prześladowaniem w PRL. 44 proc. pozytywnie ocenia ten okres w historii Polski, zaś 46 proc. negatywnie. Warto też przytoczyć jeszcze inne dane. W 2014 roku, czyli w czasie przytaczanego badania PiS popierało ok. 25 proc. badanych. Jednak tylko połowa ich wyborców (czyli ok. 12 proc.) negatywnie oceniała PRL. Poparcie dla PiS obecnie wynosi ponad 40 proc. Oznacza to, że albo przybyło przeciwników PRL, albo jednak 500 plus zrobiło swoje. 

 

Podsumowując – usuwanie komunistycznych pomników ma wymiar symboliczny i jest próbą rozliczenia się z historią, ale rządzący robią to bardziej dla siebie i przyszłych pokoleń, bo w większości obecni mieszkańcy miast, gdzie znajdują się takie pomniki, mają to gdzieś…

W Puszczy Augustowskiej pojawiły się żubry. Będzie ich więcej

W Puszczy Augustowskiej pojawiły się żubry. Będzie ich więcej

Rozpoczęły się pierwsze zasiedlenia Puszczy Augustowskiej żubrami. Dzięki staraniom naukowców i przyrodników zwierzęta trafiły na Suwalszczyznę z Mazur, gdzie dziko żyły. Przenosiny zwierząt nie są przypadkowe. Dzieje się to w ramach „Kompleksowego programu ochrony żubra przez Lasy Państwowe”, który zakłada zasiedlenie Puszczy Augustowskiej 50 osobnikami. 

 

W augustowskim kompleksie leśnym pojawiły się 4 sztuki, wkrótce stado powiększy się o kolejne osobniki. Wszystkie zwierzęta na początku spędzą czas w ośrodku adaptacyjnym, a po kilku tygodniach zostaną wypuszczone na wolność i będa mogły dalej żyć zupełnie dziko. Warto tutaj dodać, że sam ośrodek też nie jest klatką – to 2 hektarowy obszar, gdzie żubry mają pokarm i wodę pod dostatkiem. Mało kto wie, że do Puszczy Augustowskiej wcześniej same przywędrowały 2 sztuki. Oznacza to, że na obszarze Suwalszczyzny przebywa łącznie 6 sztuk zwierząt. 

 

Początkowo miejscowa ludność była przeciwna zasiedlaniu żubrami lokalnych terenów. Jednak wszystko się z czasem zmieniło, dlatego że mieszkańcy kiedyś nastawieni byli na działalność rolniczą, dzisiaj skupieni są na turystyce. A wiadomo, że dzikie żubry przyciągają. Szczególnie, gdy na dokładkę ma się takie walory jak krystalicznie czyste jeziora. Jeżeli do tego dodamy, że rolnicy z gminy powiatu hajnowskiego za dostarczanie siana żubrom na zimowe stogi otrzymują spore pieniądze… i rolnicy z gminy Augustów też mogą się o to postarać, to okaże się, że dzikie zwierzęta naprawdę nikomu nie będą przeszkadzać.

 

Oczywiście przewożenie żubrów nie jest robione „pod turystów” ani „dla pieniędzy”. Ochrona żubra polega przede wszystkim na zminimalizowaniu zjawiska wsobności genetycznej. A mówiąc ludzkim językiem – by żubry ze sobą spokrewnione nie rozmnażały się, bo będą rodzić się sztuki słabe i niedorozwinięte. Dlatego też mieszanie stad chroni te piękne zwierzęta przed samozagładą.

 

 

Podpalacz ,szofer  za pan brat

Podpalacz ,szofer za pan brat

 

    W drugiej połowie lat trzydziestych, kiedy rozwój motoryzacji w Polsce był coraz większy, na drogach i szosach kraju dochodziło także do licznych wypadków samochodowych. Dla poszkodowanych właścicieli i pasażerów aut powodowało to różne skutki. Niekiedy okazywało się, że nie zawsze są one korzystne.
  Przekonał się o tym Hersz Zelkowicz, prowadzący w Białymstoku firmę spedycyjną „Autostrada”. Wiosną 1936 r. jedna z ciężarówek Zelkowicza wioząca towar do Lublina po drodze wpadła w poślizg. Skutkiem była wywrotka i gwałtowny pożar wozu. Ładunek szlag trafił, ale kierowca Rzepka jakoś ocalał.
  Nieszczęśliwy wypadek dał Zelkowiczowi do myślenia. Ciężarówka i przewożone przez nią towary były zasekurowane w białostockim towarzystwie ubezpieczeniowym, straty Zelkowicza zostały więc pokryte z nawiązką.
  Ładna sumka za wysłużonego wraka zrobiła na przedsiębiorcy wrażenie, zaczął kombinować, jakby tu jeszcze raz nie skorzystać z okazji. Szybko pojawił się w jego głowie plan. Najpierw, doświadczony już ognistym karambolem szofer Rzepka otrzymał zadanie znalezienie i nabycie jakiegoś przeznaczonego na złom ciężarowego rzęcha. To kosztowało grosze. Później nieco zabiegów kosmetycznych sprawiło, że nabytek ów zyskał znośny wygląd, a nawet, o dziwo, powoli, ale jeździł. Wtedy Zelkowicz zarejestrował ciężarówkę na podstawionego człowieka. Oczywiście nie obyło się przy tym bez łapówki. Teraz nastąpiło wysokie ubezpieczenie wozu. Szef „Autostrady” dokonał tego w towarzystwie asekuracyjnym w Wilnie, w którym nie był jeszcze znany.
  Zgodnie z podpisaną polisą, w razie nieszczęśliwego wypadku drogowego właściciel ciężarówki otrzymać miał aż 24 tysiące złotych. Suma była wręcz oszałamiająca. Teraz należało zrealizować drugą część hochsztaplerskiego projektu – znaleźć klienta, który zgodziłby się na stratę towaru w czasie transportu. Wybór Zelkowicza padł na wytwórnię wyrobów gumowych „Jagielski – Windenbaum i spółka”. Świeżo upieczony aferzysta miał już z nimi do czynienia i wiedział, że nie są oni zbyt drobiazgowi, co do formalnej strony swoich interesów i przestrzegania prawa. Jagielskiemu i Windenbaumowi spodobał się pomysł wyłudzenia wysokiej asekuracji. Szybko ubezpieczyli na 10 tysięcy zł transport dętek kierowany do Lubartowa i przygotowali do drogi 20 skrzyń z gumowymi odpadkami.
  Na początku sierpnia 1936 r. ciężarówka Zelkowicza z kierowcą Rzepką wyruszyła w trasę. Ten ostatni otrzymał od pryncypała 100 zł i dokładne instrukcje. Od ich właściwego wypełnienia zależało, czy po powrocie do Białegostoku trafi w jego ręce dalsze 400 zł. Wszystko udało się nadzwyczaj. Tuż pod Lubartowem Rzepka oblał silnik samochodowy benzyną i podpalił. Ogień szybko strawił cały pojazd wraz z lipną zawartością. Policja lubartowska stwierdziła, że był to nieszczęśliwy wypadek. Wileńskie towarzystwo asekuracyjne musiało, acz niechętnie, wypłacić znaczne pieniądze. Zelkowicz triumfował i od razu zaczął przygotowywać kolejny kant.
  Znalazł się jednak człowiek, który odkrył ten proceder. Był to Jan Stankiewicz, urzędnik białostockiej komendy Wojewódzkiej Policji Państwowej, któremu podlegały sprawy ubezpieczeniowe. Ale zamiast zdekonspirować hochsztaplera, zaproponował mu spółkę. Za 50 proc. zysku obiecał zachachmęcić w papierach każdy następny, płonący wypadek, aby firma Zelkowicza pozostała poza wszelkimi podejrzeniami. Ten nie namyślał się długo, przystał na propozycję pazernego policjanta.
  Spółka Zelkowicz-Stankiewicz rozpoczęła owocną działalność. Ciężarówki z białostocką rejestracją płonęły pod Zambrowem, Łodzią, Katowicami. Za każdym razem sprawę wypadku brał w swoje ręce Stankiewicz. Kontaktował się z posterunkiem policji i swoimi służbowymi możliwościami uzyskiwał korzystne dla oszustów opinie o przyczynach zniszczonego samochodu i ładunku.
  Hochsztaplerka ta trwała długo. W końcu sprawa się rypła. Wiosną 1939 r. Sąd Okręgowy w Warszawie skazał Zelkowicza na 4 lata więzienia. Jego umundurowany wspólnik dostał tylko o pół roku mniej.

Włodzimierz Jarmolik

Idzie wiosna? Zwierzęta już zaczynają się szykować

Idzie wiosna? Zwierzęta już zaczynają się szykować

Pogoda jak na początek lutego jest dosyć zaskakująca. Zwykle o tej porze jest wszędzie biało, a śniegu dosypuje regularnie. W ostatnim czasie natura cały czas zaskakuje. W ubiegłym roku, przez prawie cały lipiec padało, a o słonecznej pogodzie w większości lata było można raczej pomarzyć, tak teraz nie ma prawdziwej zimy. Biało na Podlasiu było przez kilka dni. Pogoda jest tak nieoczywista, że zwierzęta szykują się już do wiosny. Bobry zaczęły budować żremia, a łosie zrzucają już z głów stare łopaty. wkrótce mogą pojawić się dzikie gęsi, a jelenie zaczną podobnie jak łosie zrzucać poroże, by pod koniec lata znów mieć okazałe.

 

Luty to także okres godowy. Wiewiórki mają się ku sobie, a także Bieliki. Co ciekawe – nasze narodowe ptaki można obserwować na niebie, jak razem wykonują loty godowe. Jest to wspaniałe przedstawienie. Jeżeli ktoś chciałby wybrać się, by zobaczyć na żywo jak to wygląda, to może pojechać do Puszczy Knyszyńskiej lub Puszczy Białowieskiej, a także w Biebrzańskim Parku Narodowym. Bieliki spotkamy także przy Bugu, Narwi oraz na bagnach w okolicach Suraża. Ptak ten żeruje głównie w pobliżu zbiorników wodnych i na terenach podmokłych, gdzie poluje na ryby i ptactwo wodne. Zimą nie stroni od padliny.

 

Wybitnie niepoprawny złodziej z ulicy Stołecznej

Wybitnie niepoprawny złodziej z ulicy Stołecznej

 

   
    Zimą 1922 r. jeden z potentatów  branży płatnej miłości  z ul. Stołecznej wydawał córkę za mąż, uroczystość weselna odbyła się w okazałym lokalu tanecznym w centrum miasta. Zjawiło się na niej blisko 150 prostytutek, alfonsów, kieszonkowców i innych chojraków z całej szemranej dzielnicy.
  Wśród gości weselnych znalazł się oczywiście również Jankiel Geller, stały mieszkaniec ul. Stołecznej 9. Był to wybitnie uzdolniony złodziejaszek, który swoją przestępczą karierę rozpoczął w wieku 14 lat i szybko wyrósł na asa mieszkaniowych i sklepowych skoków. Praktykę przeplatał z wiedzą teoretyczną, nabywaną od starszych klawiszników podczas pierwszych, więziennych odsiadek. Z biegiem czasu zaczęły interesować go głównie kusze (łupy) złożone ze złotych monet, biżuterii oraz drogich zegarków. W zaułkach Chanajek dorównywał powoli takim mistrzom, jak Szmul Gorfinkiel z ul. Orlańskiej czy Abram Azji z ul. Krakowskiej, a byli to nie lada mistrzowie w tym złodziejskim fachu.
  W maju 1927 r. dokonane zostało zuchwałe włamanie do mieszkania Chaima Szpiro przy ul. Kupieckiej. Sprawcy dobrze wybrali swoją ofiarę. Ów handlarz żelaznym towarem znany był z częstych odwiedzin w składach jubilerskich. Pewnej majowej nocy cały złoty skarb pana Szpiro zniknął. Policja przeprowadziła rewizję i tymczasowo zatrzymała znanych w mieście specjalistów od łomu i wytrychów. Znalazł się wśród nich również Janiekl Geller. Był wszak w kartotece Ekspozytury Urzędu Śledczego wysoko notowanym klawisznikiem i do tego specem od złotych precjozów. Zabrakło jednak przekonywujących dowodów.
  Zanim jednak złodziej ze Stołecznej opuścił areszt, spotkał go szkaradny pech. Razem z nim w celi przebywał m. in. Jan Bakun, również zatrzymany w związku ze skokiem na Kupieckiej. Ten przyznał się w zaufaniu Gellerowi, którego uważał za mistrza, że ma zaszyte w marynarce złote dwudziestodolarówki. Policja nie wpadła na ich trop. Geller, wysłuchawszy tych zwierzeń, postanowił uwolnić goja Bokuna od jego okrycia wraz z cenną zawartością. Niestety dał się przy tym złapać na tej czynności. Kradzież marynarek to nie było niestety jego emploi, jak mówią Francuzi. Dlatego pozostał za kratkami jeszcze przez cztery niepotrzebne miesiące.
  Przez następne lata różnie układały się losy Jankiela Gellera z ul. Stołecznej. Bywał na wozie, ale zdarzyło się mu też z niego spadać. W 1936 r. wybrał się na gościnne występy na kresy Rzeczypospolitej. Dotarł do Słonimia. Tutaj, w małym zakładzie jubilerskim trafił na duży łup. Był i złoty zegarek z masywną bransoletą, dwa pierścionki z kamykami, kilka broszek i wisiorków. Z tym wszystkim wrócił do Białegostoku i zamelinował zdobycz w domu. Jednak policja kryminalna, która miała stale gwiazdę stołecznych (nie mylić ze stolicą) włamywaczy na oku, przeprowadziła u niego kolejną rewizję. Trafione w Słonimie fanty znalazły się w sejfie Wydziału Śledczego przy ul. Warszawskiej, zaś Jankiel ponownie trafił do więzienia, tym razem na dwa lata.
  Po wyjściu na wolność postanowił, ze względu na swoją wątpliwą popularność, mniej udzielać się osobiście. Znalazł w sąsiednich domach kilku sprytnych chłopaczków, przeszkolił i zaczął posyłać na przygotowane przez siebie roboty. Trwało to jednak niedługo.
    W czerwcu 1939 r. dwóch wyrostków – Jankiel Lik ze Stołecznej 9 i Abram Klaczko z domku tuż obok – wpadło przy wynoszeniu z mieszkania Efroima Zyrbelblata przy ul. Polnej, starych zabytkowych lamp. Po krótkim przesłuchaniu przyznali się, że ich instruktorem i mentorem był Jankiel Geller. Klawisznikowi temu zabrakło więc nie tylko fartu, ale i chyba umiejętności pedagogicznych.

Włodzimierz Jarmolik

Cwany lwowiak, ale nie nad Białką

Cwany lwowiak, ale nie nad Białką

 

   Wydawałoby się, że lwowiaka nie można nabrać na byle plewy. Wystarczyło jednak, kiedy jeden taki spryciarz przyjechał do przedwojennego Białegostoku.
  Było to w 1932 r. Pojawił się u nas Chil Elbaum, człowiek z gotówką i pomysłami. Chciał założyć interes. Traf chciał, że na Lipowej spotkał dawnego kompana Szyje Grosschutza.
  Gdy Grosschutz zorientował się, że koleś ze Lwowa ma w zanadrzu sporo dolarów, postanowił go bez sentymentów oszwabić. Zaproponował spółkę przy podrabianiu banknotów. Wyjaśnił mechanizm oszukańczej akcji, wspomniał o zdolnym wspólniku, inżynierze, no i nadmienił o braku forsy na odpowiedni papier i drogie chemikalia.
  Elbaum przystał na intratną, jak mu się wydawało propozycję. Kiedy fałszywy inżynier zademonstrował możliwości kantmaszynki, cwany lwowiak był wniebowzięty. Wyłożył 100 dolarów i ruszyli w miasto. Raptem wokół nich powstało dziwne zamieszanie. Odezwały się krzyki: „łapaj”, „trzymaj”. Ktoś kogoś gonił, ktoś uciekał. Towarzysze Elbauma także dali drapaka, wołając do niego, żeby zrobił to samo.
  Wieczorem w tej samej knajpce na Lipowej Elbaum natknął się na przyjaciela Szyje Grosschutza. Ten miał zatroskaną minę. Okazało się, że „inżynier” wpadł w ręce policji. Agenci wydziału śledczego znaleźli w jego mieszkaniu fabryczkę fałszywych dolarów. Trzeba jakoś wyciągnąć kamrata z aresztu – dowodził białostocki cwaniak. Inaczej, przyciśnięty w czasie przesłuchania gotów wszystko wyśpiewać o przygotowywanej aferze. Znam pewnego adwokata, który ma duże stosunki na policji i w sądzie. Chodzimy do niego po poradę. „Adwokatem” okazał się pokątny doradca, jakich w mieście było na pęczki. Nazywał się Mojżesz Kempel. Ten wysłuchał całej sprawy i odrzekł, że jej załatwienie będzie kosztowało 100 dolarów. Plus koszty dla niego. Wystraszony Elbaum wyciągnął dolary i zapłacił. Według „mecenasa” aresztowany miał wrócić do domu nazajutrz z rana.
  Dopiero po kilku dniach i nocach rozmyślań Elbaum doszedł do słusznego wniosku, że został podstępnie nabity w butelkę. Całe przedstawienie z kantmaszynką i aresztowaniem inżyniera było specjalnie zainscenizowane. W ramach skromnego rewanżu zgłosił się na policję i wszystko opowiedział. Grosschutz i Kempel znaleźli się za kratkami. Wkrótce dołączyli do nich pomagierzy oszustów. Elbaum natomiast jak niepyszny powrócił na własne lwowskie śmieci.

Włodzimierz Jarmolik

Ten grzyb może leczyć raka. Naukowcy odkryli go w Puszczy Białowieskiej

Ten grzyb może leczyć raka. Naukowcy odkryli go w Puszczy Białowieskiej

Rak to bardzo poważna choroba, która nie jest jeszcze dostatecznie opanowana przez medycynę. Problem jest przede wszystkim złożony dlatego, że komórki rakowe nie są jednolite i nie można ich leczyć w ten sam sposób. W zwalczaniu nowotworu jelita grubego może pomóc grzyb Korzeniowiec sosnowy. W Puszczy Białowieskiej jest około 1700 gatunków grzybów. Naukowcy badają je oraz ich właściwości. Wiele z nich ma właściwości lecznicze. Jeden z nich, właśnie Korzeniowiec sosnowy w badaniach wypadł bardzo dobrze. 
 
 
Naukowcy sprawdzali jego wpływ na hamowanie wzrostu komórek nowotworowych. Wynik imponujący, bo aż 80 proc.  Grzyb rośnie głównie na drzewach iglastych, ale również na niektórych liściastych – takich jak: brzoza, buk czy dąb. 
 
 
Puszcza Białowieska to gigantyczna mieszanka gatunkowa zwierząt, roślin, ptaków oraz grzybów. Szacuje się, że naukowcy odkryli dopiero połowę tego, co występuje w tym wyjątkowym lesie. Korzeniowiec sosnowy rośnie na spróchniałych drzewach. W rezerwacie ścisłym Białowieskiego Parku Narodowym takich nie brakuje, gdyż człowiek zupełnie nie ingeruje w przyrodę w tamtym miejscu. Wszystko reguluje natura. W normalnych lasach zaś prowadzi się gospodarkę leśną – wycinając jedne drzewa, by chronić inne oraz zakładając szkółki leśne. 
 
 
Jedno jest pewne, zjedzenie grzyba byłoby dla człowieka zabójcze – tak jak jest zabójcze dla drzewa, na którym grzyb się rozwija. Naukowcy mogą jednak pozyskać z niego substancję leczniczą i wykorzystać w leczeniu raka. Czy tak się stanie czas pokaże. Produkcja leku od momentu wynalezienia do przygotowania do sprzedaży trwa bardzo wiele lat. Trzymajmy jednak kciuki za Korzeniowca sosnowego, by mógł posłużyć chorym na raka.
 
fot. Jason Hollinger / Wikipedia

 

Król przestępczego światka

Król przestępczego światka

 

   Jankiel Rozengarten, zwany przez chanajkowskich kompanów Jankieczkie, był na przełomie lat 20. i 30. niekoronowanym królem białostockiego półświatka. Ów sutener, włamywacz i paser widział ze swego domu przy ul. Orlańskiej wszystkie warte zauważenia szwindle w mieście. W niektórych brał udział, inne łaskawie przyjmował do wiadomości. W wielu sprawach sąd powoływał go na świadka.
  Jankieczkie odpowiadał zwykle bardzo wykrętnie. Przedstawiciele Sądu Okręgowego byli szczególnie zainteresowani wiedzą Jankiela Rozengartena na temat dwóch głośnych afer, które miały swój początek w 1920 r. – podpalenia składów towarowych „Warrant” oraz prowadzenia fabryczki fałszywych dolarów i złotówek przez Salomona Jankiela. Śledztwo w obu sprawach trwało bardzo długo i dopiero po sześciu latach, w 1932 r. zaczęły działać obie pierwsze instancje sądowe.
  Towarzystwo Handlowo-Transportowe „Warrant” miało magazyny przy ul. Fabrycznej. Pożar wybuchł w nich 23 września, po północy. Nie udało się go opanować, choć straż pożarna walczyła dzielnie przez kilka godzin. Piętrowy, murowany budynek spłonął doszczętnie.
  Według późniejszych zeznań współwłaściciela firmy, Kugla, Furmana i braci Krugmanów, a także kupców, którzy w „Warrancie” składowali towary, głównie futra i skóry – spłonął majątek wartości blisko pół miliona złotych. Strata była rzeczywiście ogromna, że aż podejrzana. Zwłaszcza, że handlowcy swoje skórki soboli, tchórzy czy lisów ubezpieczyli na duże sumy i to w różnych towarzystwach asekuracyjnych.
 

Policja rozpoczęła żmudne i przewlekłe śledztwo. Przesłuchano w tej sprawie mnóstwo świadków, dokonywano rozmaitych wizji lokalnych i ekspertyz, w końcu wniosek był jednoznaczny – umyślne podpalenie. W 1932 r. na ławie oskarżonych zasiadło 10 osób ze współwłaścicielem „Warrantu” Lejzorem Kuglem na czele. Była to dopiero pierwsza instancja sądowa. Proces miał trwać jeszcze kilka lat i trafić aż do Sądu Apelacyjnego w Warszawie.
  Również w 1920 r. Sąd Okręgowy odbył pierwszą sesję w sprawie afery fałszowania dolarów i złotówek, którą miał rozpocząć Salomon Janielew, zwany Rudym, właściciel firmy budowlano-remontowej. Procederem podrabiania banknotów zajął się Rudy po reformie walutowej ministra Grabskiego z połowy 1924 r. Początkowo uniewinniony, Janielew trafił pod sąd sześć lat później.
  Osławiony Jankieczkie wskazany na świadka przez prokuratora przebywał akurat w więzieniu. Wisiało na nim kilka wyroków. Zeznająca w tym samym procesie jego córka stwierdziła, że ojca co i rusz odwiedzał Jankiel Najdorf, znany policji jako największy pokątny bankier w razie potrzeby umiejętnie korumpujący miejscowych urzędników, sędziów i policjantów.
  Grał z ojcem i innymi bossami chanajkowskich złodziei w karty i omawiał aktualną sytuację w białostockim światku podziemnym. Miał on ponoć zaproponować Jankieczkie 10 tys. dolarów za podpalenie „Warrantu”. Także z tym podejrzeniem Najdorf znalazł się na ławie oskarżonych.
  Rozengarten, doprowadzony z więziennej celi do sali sądowej twierdził, że kategorycznie odmówił dokonania tego zbrodniczego czynu. W ustach zatwardziałego rzezimieszka, wielokrotnie karanego za rozmaite przestępstwa brzmiało to szczególnie zabawnie. Poza tym Jankieczkie, jak to zwykle było z szemranym świadkiem, zasłaniał się niepamięcią i brakiem jakichkolwiek kontaktów z głównymi oskarżonymi.
  Jego zeznania przed sądem różniły się od złożonych w śledztwie. Powtarzał tylko to, co miał jakoby słyszeć od innych. Również przy zeznaniach w procesie Janielewa Rozengarten był oszczędny w słowach. Choć twierdził, że starał się współpracować z organami ścigania, to jego informacjom brak było precyzji. Po drodze przydarzył mu się też znamienny wypadek.
  Wypuszczony pod koniec 1932 r. czasowo na wolność był pod ścisłą obserwacją agentów śledczych. Zrewidowany niespodziewanie na ulicy okazał się właścicielem 8-strzałowego rewolweru. W kieszeni marynarki zabrakło tylko pozwolenia na broń.

Włodzimierz Jarmolik

Tłusty czwartek na Podlasiu.

Tłusty czwartek na Podlasiu.

Tłusty Czwartek i dawne zwyczaje, jakie panowały tego dnia na Podlasiu. Do dzisiaj w niektórych miejscowościach obchodzi się go odświętnie. Dziś masowo kupujemy pączki w cukierniach, dyskontach i hipermarketach. Ich smak znacząco się różni od dawnych wypieków, które samodzielnie gospodynie przygotowywały w domach. Oprócz pączków wypiekano także chrust, którymi częstowano swoich gości podczas wieczornych, zakrapianych uczt. Oczywiście Tłusty Czwartek wypada tydzień przed Środą Popielcową. Dawniej trzy dni przed tym świętem nazywano „Kusakami”. Wówczas we wszystkich karczmach bawiono się. Panny oraz kawalerzy ze wsi do karczmy przyciągali drewniany kloc. Następnie polewano ich wodą, do momentu, gdy wszyscy wkupili się swoimi poczęstunkami w łaski pozostałych biesiadników. Przyciągnięty kloc służył do kolejnej zabawy. Skakano przez niego „na len” oraz na „owies”. Wyznaczało to wielkość zbiorów. Kolejnego dnia od domu do domu chodzili „przebierańcy”, którzy prosili gospodarzy o podarki. Otrzymywali słoninę, chleb oraz nocleg.

Tłusty Czwartek – pączkowa tradycja

W dzisiejszych czasach Tłusty Czwartek polega głównie na objadaniu się pączkami bez opamiętania. W kolejne dni ludzie wychodzą do miast i bawią się dyskotekach po raz ostatni przed rozpoczęciem Wielkiego Postu, w czasie którego wyciszają się. Czas wolny spędzają np. na czytaniu książek i rozmyślaniu. Polacy czerpią jednak dużymi garściami z zachodu. Przestają obchodzić post, zaś kolejne weekendy do Wielkanocy traktują tak samo jak poprzednie weekendy. Na Podlasiu jednak czas płynie wolniej i zachodnie zwyczaje docierają tu też niezbyt szybko. O ile w Białymstoku nie jest to aż tak widoczne, a kluby muzyczne funkcjonują normalnie, to w pozostałych podlaskich miastach pod koniec tygodnia w lokalach wieje pustkami. Oczywiście nie można zapomnieć o istnieniu „Pączków serowych podlaskich”. Oto przepis:

 

Składniki:

– 2 szklanki mąki krupczatki (typ 450)
– 30 dag półtłustego sera twarogowego
– 3 łyżki cukru
– 1/3 szklanki mleka
– 6 dag masła
– 3 dag drożdży
– 2 całe jajka
– 2 żółtka
– łyżka soku pomarańczowego
– skórka otarta z pomarańczy
– sól
– 750 ml oleju do smażenia
– cukier puder do posypania

 

Sposób wykonania:

Połącz rozczynione drożdże z mielonym twarogiem, dodając stopniowo skórkę i sok z pomarańczy, aby uzyskać kremową masę. Następnie stopniowo wlewaj do niej utartą mieszaninę masła, cukru i jaj, cały czas dokładnie mieszając, aż uzyskasz jednolitą konsystencję. Dodaj przesianą mąkę z solą, wyrabiając ciasto, które następnie pozostaw do wyrośnięcia w cieple. Gdy ciasto podwoi swoją objętość, formuj z niego niewielkie kule, układając je na stolnicy posypanej mąką. Po wyrośnięciu smaż partiami na rozgrzanym tłuszczu, a następnie odsącz na papierowym ręczniku. Posyp końcowy produkt cukrem pudrem, aby uzyskać chrupiącą i słodką przekąskę.

 

Smacznego!