Featured Video Play Icon

Tak wygląda Podlaskie po sezonie. Jest co zwiedzać!

Podlasie ma w sobie coś niezwykłego właśnie wtedy, gdy kończy się główny sezon turystyczny. Gdy w innych regionach robi się pusto, tutaj zaczyna się zupełnie inna podróż – spokojniejsza, bardziej intymna, zanurzona w rytmie natury i lokalnych tradycji. Powyższa filmowa wycieczka po Hajnówce i Białowieży pokazuje to doskonale: Podlaskie po sezonie nie gaśnie, lecz odsłania drugie oblicze, w którym nie ma pośpiechu, są za to spacery po ścieżkach, ciepło domowych smaków i przygody, których latem często nie da się doświadczyć.

Warto zacząć od Hajnówki, miasta będącego naturalną bramą do Puszczy Białowieskiej. Już same miejskie ścieżki potrafią wprowadzić w klimat regionu – ciche, otoczone drzewami, prowadzą w kierunku głębokich lasów i pierwszych podmokłych terenów. Tu Podlaskie zaczyna pokazywać swoją przedzimową twarz: delikatne mgły, świerki pokryte szronem z rana, ślady zwierząt. Z Hajnówki w kilka minut dociera się do puszczy, a stamtąd można wybrać dowolną trasę – od krótkich spacerów po wielokilometrowe, odludne szlaki.

Zwiedzanie Hajnówki to również odkrywanie jej historii i lokalnego kolorytu. To miasto pełne ciekawostek, miejsc pamięci i kultur, które przeplatają się tu od pokoleń. Po spacerach dobrze jest znaleźć coś dobrego do zjedzenia, a w zimne dni – rozgrzewającego. Lokalne restauracje serwują potrawy, których smak wynika z pogranicznego charakteru regionu, a domowe wypieki przyciągają podróżnych o każdej porze roku. Jednym z najsłynniejszych smaków okolicy jest hajnowski marcinek – wielowarstwowe ciasto, które w wielu miejscach można spróbować.

Po kulinarnych atrakcjach można zanurzyć się w cieple parku wodnego, a potem ruszyć dalej. Rezerwat pokazowy żubrów to obowiązkowy punkt każdej wycieczki w okolice Białowieży. Dalej trasa prowadzi do samej Białowieży, miejsca, które nawet po sezonie ma w sobie moc przyciągania. Puszcza przed zimą jest wyciszona i monumentalna, a jej ścieżki idealnie nadają się do długich spacerów.

Hajnówka i Białowieża to przykład, że Podlaskie poza sezonem zachwyca tak samo, a nawet bardziej. Cisza, wolniejsze tempo, prawdziwe spotkania z naturą i ludźmi, lokalne smaki i atrakcje, które przed zimą nabierają większej głębi – wszystko to sprawia, że warto tu przyjechać właśnie wtedy, gdy inni już wyjechali. To idealny czas, by zobaczyć Podlasie takim, jakie jest naprawdę.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Wigierski Park Narodowy późną jesienią. Czy jest tu co zwiedzać?

Na powyższym filmie widzimy letnie oblicze Wigierskiego Parku Narodowego. To normalne, że zwiedzamy najczęściej w ciepłe dni. Tymczasem, wyjątkowe miejsce na skraju Suwalszczyzny, w listopadzie zmienia swoje oblicze i warto to też zobaczyć na własne oczy. Z letniego, pełnego życia królestwa wody i zieleni przeistacza się w krainę mgieł, szelestu liści i odbić słabego słońca w spokojnych taflach jezior. Choć sezon turystyczny dawno się skończył, to właśnie teraz park pokazuje swoje najbardziej nastrojowe, niemal mistyczne oblicze – idealne dla tych, którzy szukają ciszy, spokoju i kontaktu z prawdziwą naturą. Listopad to czas, gdy szlaki wokół Wigier pustoszeją. Znika zgiełk rowerzystów i kajakarzy, a w ich miejsce pojawia się tylko wiatr i stukot dzięcioła w odległym lesie.

Wigierski klasztor Kamedułów, górujący nad jeziorem Wigry, to obowiązkowy punkt zwiedzania niezależnie od pory roku. Jednak w listopadzie nabiera on szczególnej, surowej urody. Kamienne mury kontrastują z chłodnym błękitem nieba, a z tarasu widokowego rozpościera się widok na spokojne jezioro, które w bezwietrzne dni staje się jak lustro. Warto zajrzeć do cel klasztornych i poczuć atmosferę dawnego życia mnichów – ich rytmu dnia, ciszy i kontemplacji.

Choć większość ptaków odleciała, Wigierski Park Narodowy nie traci na atrakcyjności dla miłośników przyrody. W listopadzie można spotkać łabędzie nieme, kruki, myszołowy, a z odrobiną szczęścia – łosia lub bobra. To też doskonały czas na fotografowanie – niskie słońce tworzy długie cienie i ciepłe, miękkie światło, które wydobywa szczegóły krajobrazu. A po całodniowym spacerze nic tak nie smakuje jak gorąca herbata lub regionalna potrawa w jednej z okolicznych agroturystyk. W wielu miejscach wciąż można wynająć pokój z widokiem na jezioro. – w listopadzie w ciszy i bez pośpiechu.

Wigierski Park Narodowy jesienią to miejsce dla tych, którzy potrafią docenić spokój, chłód powietrza i poetycką urodę północnego krajobrazu. Gdy liście już opadły, a woda milknie, przyroda wstrzymuje oddech – przygotowując się na zimę. I właśnie w tej ciszy tkwi cały urok listopadowego zwiedzania Wigier.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Tak wygląda Kraina otwartych okiennic bez filtrów

W dzisiejszych czasach przyzwyczailiśmy się do tego, by oglądać wszystko jako zlepek krótkich ujęć z kolorowymi filtrami i muzyką. Wszystko w formie „rolek” czyli w wersji natychmiastowej. W efekcie za kilka minut nie pamiętamy co widzieliśmy. Dlatego powyższy film jest niejako testem – czy potrafimy oglądać jeszcze filmy w takim tempie jakbyśmy byli tam na miejscu. Bez upiększeń, bez wyrafinowanych ujęć, bez kolorowania. A tak naprawdę wygląda Kraina Otwartych Okiennic, która jest chętnie odwiedzana przez turystów.

To miejsce to jeden z najbardziej malowniczych zakątków Podlasia — kilka wsi, w których czas płynie wolniej, a każdy dom wydaje się mieć duszę. Kolorowe, ręcznie zdobione okiennice, misternie rzeźbione ganki i zdobienia na ścianach to nie scenografia z muzeum, ale codzienność mieszkańców. Kraina Otwartych Okiennic to nie tylko architektura, ale i ludzie — życzliwi, spokojni, często uśmiechnięci mimo skromnego życia. Wystarczy tu przyjechać, by poczuć zapach świeżo ściętej trawy, usłyszeć skrzypienie studziennego kołowrotu i zobaczyć, jak słońce odbija się w szybach domów pomalowanych w tradycyjne wzory.

Ale na powyższym filmie widać, że jesienią Kraina też ma swoje uroki. Dlatego wioski takie jak Trześcianka, Soce i Puchły przyciągają nie tłumem atrakcji, ale swoją prawdziwością. Tu nikt nie udaje, że świat jest prosty i kolorowy — jest po prostu taki, jaki jest. Tylko tu można poczuć coś, czego nie da się przekazać żadnym krótkim filmem — spokój. To właśnie ten spokój sprawia, że Kraina Otwartych Okiennic jest miejscem, które warto zobaczyć na własne oczy, a nie tylko „przewinąć” wśród dziesiątek krótkich ujęć.

Bo prawdy nie da się zamknąć w trzydziestu sekundach. Rolki i krótkie filmiki karmią nas obrazami pozbawionymi zapachu, ciszy, wiatru — tego, co tworzy prawdziwe wspomnienie. Dlatego zamiast scrollować kolejne ujęcia, lepiej wsiąść w samochód lub autobus i pojechać tam naprawdę. Zatrzymać się przy drodze, zejść na chwilę z asfaltu, dotknąć drewnianej ściany domu, który stoi tam od lat. Dopiero wtedy zrozumiesz, że to, co prawdziwe, nie potrzebuje filtrów ani muzyki w tle.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Czarne bociany na Podlasiu. Dlaczego nie gniazdują w wioskach tak jak białe?

W gęstwinie Puszczy Białowieskiej, gdzie światło sączy się przez konary starych dębów, mieszka ptak, którego mało kto widział na własne oczy. Czarne bociany. Ich kuzyni, białe bociany, przesiadują beztrosko na dachach, w gniazdach nad drogami, na słupach, w samym środku wsi. Czarne natomiast wybierają ciszę i dystans. Dlaczego?

Odpowiedź może być zaskakująca. Dawniej ludzie bali się tego ptaka. Wierzono, że przynosi nieszczęście, zwiastuje śmierć lub chorobę. Jego czarne, błyszczące pióra i skryty tryb życia sprawiały, że uznawano go za złego ducha lasu. W wielu wsiach, gdy czarny bocian przelatywał nad domem, kobiety żegnały się na znak ochrony. A jeśli próbował założyć gniazdo w pobliżu zabudowań — był przepędzany.

W ten sposób ludzie sami dokonali podziału, który trwa do dziś. Białe bociany nauczyły się żyć obok człowieka, karmiąc się na polach i łąkach, przyzwyczajone do hałasu wsi. Czarne – wycofały się w głąb lasów. I tak pozostało w genach. Czarny bocian to ptak wyjątkowo nieufny. Gniazduje wysoko na drzewach, często nad rzekami i bagnami, z dala od ludzkich oczu. Ma w sobie coś z pustelnika – żyje wśród ciszy i wody, tam, gdzie człowiek nie zagląda. Dla niego las nie jest tylko schronieniem, ale domem zbudowanym z zapachu mchu, odgłosów dzięciołów i mgły nad starorzeczami.

Biały bocian to ekstrawertyk. Lubi towarzystwo, otwartą przestrzeń, ludzkie zapachy i dźwięki. Często spaceruje po polach za traktorem, korzystając z łatwego dostępu do pożywienia.
Czarny bocian to introwertyk – nieufny, zamknięty w sobie, obserwujący świat z cienia drzew. Jego urok kryje się w tajemnicy. Gdy się pojawia, to znak, że miejsce jest naprawdę dzikie. W całej Polsce gniazduje zaledwie około 1400–2000 par czarnych bocianów, podczas gdy białych jest nawet ponad 45 tysięcy. Puszcza Białowieska to dla tych pierwszych jedno z ostatnich bezpiecznych miejsc, gdzie mogą żyć według własnych zasad – z dala od asfaltu, betonu i ludzkich spojrzeń.

Dziś wiemy, że czarny bocian nie jest złym omenem, lecz symbolem natury, która wciąż potrafi się bronić przed człowiekiem. Może właśnie dlatego w Puszczy Białowieskiej czarne bociany czują się u siebie – bo to jedyne miejsce, gdzie człowiek nauczył się patrzeć z szacunkiem, nie ze strachem. Kiedy więc latem usłyszysz dziwne syczenie czy gwizdanie (rzadko klekot), to może to właśnie on – czarny pustelnik Puszczy. Siedzący w koronach starych drzew. Nie szukaj wzrokiem białych skrzydeł. Najwyżej przeleci nad tobą w ciszy, przypominając, że są jeszcze istoty, które wolą być same.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Jak się zwiedza Podlasie w 3 dni? Żubry, Tatarzy i Wersal.

Podlasie to jedno z najbardziej niezwykłych miejsc w Polsce – kraina, w której czas płynie wolniej, a spotkanie z naturą, historią i kulturą wielu narodów tworzy niepowtarzalne wrażenie. Jeśli masz tylko trzy dni, by poznać ten region, ten plan pozwoli Ci zobaczyć jego najpiękniejsze oblicza – od bezkresnych bagien po barokowe pałace i puszczańskie knieje.

Pierwszy dzień zaczynamy od wizyty w Biebrzańskim Parku Narodowym – największym parku narodowym w Polsce, zwanym Królestwem Bagien. To raj dla miłośników dzikiej przyrody i fotograficznych ujęć. Drewniane kładki prowadzą przez rozlewiska, gdzie wiosną rozbrzmiewa klangor żurawi, a latem można dostrzec łosia brodzącego wśród trzcin. Najlepiej zacząć wędrówkę od kładki Długa Luka lub Carskiej Drogi.

Po południu kierujemy się do Tykocina, miasteczka, które zachwyca barokową zabudową i niezwykłą atmosferą. Obowiązkowym punktem jest Wielka Synagoga – potężna budowla z XVII wieku, dziś pełniąca funkcję muzeum. Przypomina o wielowiekowej obecności Żydów w tym regionie i ich wpływie na kulturę Podlasia. Tuż obok znajduje się Zamek w Tykocinie. Twierdza nie jest zabytkiem, to prywatna inicjatywa, ale przypuszczalnie może przypominać czasy Stefana Batorego i Zygmunta Augusta.

Wieczorem warto zatrzymać się na nocleg w okolicach Białegostoku, a przed snem wybrać się na spacer do Pałacu Branickich, który nocą prezentuje się niczym Wersal Północy – rozświetlony, pełen harmonii i elegancji. To jeden z najpiękniejszych pałaców w Polsce – niegdyś rezydencja rodu Branickich, dziś wizytówka miasta. Zajrzyj do ogrodów w stylu francuskim i obejrzyj pałac z perspektywy mostu na rzece Białej – widok jest bajkowy.

Kolejnego dnia zrób sobie przystanek w supraskim Monastyrze – Perle Prawosławia i jednym z najważniejszych miejsc duchowych regionu. Barokowo-bizantyjska cerkiew, muzeum ikon oraz malowniczy klasztorny dziedziniec tworzą atmosferę mistycznego spokoju. Z Supraśla ruszamy do Pokazowej Zagrody Żubrów w Kopnej Górze. To tuż obok Supraśla. Tam możemy się spotkać z królem Puszczy.

Na zakończenie dnia – prawdziwa niespodzianka: Drewniany Meczet w Kruszynianach, symbol polskiej egzotyki. Zielony meczet i cmentarz tatarski (mizar) przypominają, że Podlasie od wieków było miejscem spotkania wielu kultur i religii. Warto też zajrzeć do tatarskiej jurty i spróbować oryginalnych potraw, jak pierekaczewnik czy czebureki.

Trzeci dzień to podróż w czasie – do miejsc, gdzie czas naprawdę się zatrzymał. Na początek Kraina Otwartych Okiennic – kilka wiosek (Trześcianka, Soce, Puchły), w których zachowały się drewniane domy z kolorowymi zdobieniami. A wszystko to okraszone kolorowymi, drewnianymi cerkwiami. To żywy skansen podlaskiej wsi, gdzie każdy detal ma znaczenie – od koronkowych okiennic po malowane ganki. Spacerując, można poczuć klimat dawnego Podlasia i zobaczyć, jak różnorodne były wpływy ruskie i białoruskie w tutejszej architekturze.

Następnie czeka Cię spotkanie z naturą w najczystszej postaci – Białowieski Park Narodowy. To ostatni w Europie las nizinny o charakterze pierwotnym. Warto odwiedzić Rezerwat Ścisły z przewodnikiem i wejść na ścieżkę edukacyjną „Żebra Żubra”. Poczujesz, że jesteś gościem w świecie natury, który od wieków nie znał piły ani siekiery.

Podlasie to region, którego nie da się opowiedzieć jednym zdaniem. To miejsce, gdzie natura, historia i duchowość przenikają się w sposób niepowtarzalny. Trzy dni wystarczą, by zakochać się w jego autentyczności i wrócić tu po więcej – może już nie z planem, ale z sercem otwartym na nowe odkrycia.

Partnerzy portalu:

Kładka Waniewo–Śliwno znów otwarta. Jak długo podziała? Wody jak nie było, tak nie ma.
fot. Narwiański Park Narodowy

Kładka Waniewo–Śliwno znów otwarta. Jak długo podziała? Wody jak nie było, tak nie ma.

Kładka Waniewo–Śliwno ponownie została otwarta dla turystów. Zdjęcia uśmiechniętych odwiedzających, zaproszenia do spacerów, zachęty do kontaktu z przyrodą — wszystko wygląda jakby wracała dawna normalność. Tylko że to nie jest prawda. Narew nadal płynie tak, jakby ledwo żyła. Wody jest mało, a rozlewiska — serce i wizytówka Narwiańskiego Parku Narodowego — bardziej przypominają wspomnienie niż to na co je stać.

Problem ciągnie się od lat i nie jest tajemnicą. Zbiornik Siemianówka, powołany kiedyś, aby stabilizować poziomy wody, stał się paradoksalnie jednym z głównych winowajców jej braku. Ogromna, płytka powierzchnia, narażona na intensywne parowanie, każdego roku traci miliony metrów sześciennych wody. To ilość, której dolina Narwi zwyczajnie nie jest w stanie odzyskać, szczególnie w czasach coraz częstszych susz i wysokich temperatur. Rzeka, która niegdyś dawała życie setkom gatunków ptaków, roślin i zwierząt, dziś sama walczy o przetrwanie, a my obserwujemy, jak unikalny ekosystem stopniowo gaśnie.

Tym bardziej uderza cisza instytucji, które powinny bić na alarm. Narwiański Park Narodowy informuje o otwarciu kładki, przypomina o ostrożności na pływających pomostach — i na tym komunikacja właściwie się kończy. Ani słowa o przyczynach tak niskiego poziomu wody. Ani kampanii informacyjnej. Ani zaproszenia do publicznej debaty. Instytucja powołana do ochrony tej rzeki ogranicza się do komunikatów o ruchu turystycznym, jakby problem miał charakter kosmetyczny, a nie egzystencjalny.

Można zrozumieć ostrożność języka urzędowego. Trudniej zrozumieć milczenie, gdy ekosystem ginie w oczach. Narwiański Park Narodowy to nie miejsce, w którym można wymienić rośliny czy poprawić trasy spacerowe. To żywy organizm zależny od wody. Bez niej znika jego tożsamość i sens istnienia. Przez lata przyroda radziła sobie sama. Dziś już nie daje rady — a my udajemy, że spacer po kładce rozwiązuje problem.

Chodzi o odpowiedzialność. O odwagę powiedzenia głośno, że Siemianówka wymaga likwidacji, a Narwiański Park Narodowy — zamiast jedynie otwierać atrakcje — powinien stanąć na czele dyskusji o ratowaniu tego, co powierzył mu kraj. Bo pytanie, które powinniśmy dziś zadawać, nie brzmi: „Czy kładka jest czynna?” tylko „Czy za kilka lat będzie tu jeszcze rzeka, która tę kładkę opływa?”

Dolina Narwi nie potrzebuje dziś kolejnego cichego sezonu. Potrzebuje głosu. Potrzebuje działania. I potrzebuje, żebyśmy wreszcie przestali się cieszyć tym, że możemy wejść na kładkę — kiedy pod nią znika życie.

Partnerzy portalu:

Dobra wiadomość! Słynna kładka wraca po remoncie. Tłumy odwiedzających i sesje nowożeńców.
fot. Nadleśnictwo Waliły

Dobra wiadomość! Słynna kładka wraca po remoncie. Tłumy odwiedzających i sesje nowożeńców.

Nadleśnictwo Waliły zakończyło remont wyjątkowej kładki na rozlewisku Sianożątka. Obiekt jest w pełni bezpieczny i ponownie dostępny dla odwiedzających, a sama kładka ma ok. 100 metrów długości i prowadzi w głąb mokradła – prosto w serce jednego z najbardziej fotogenicznych zakątków okolic Wyżar. To tu nowożeńcy robią sobie pamiątkowe fotki. Do Wyżar najwygodniej dojechać jest od wsi Radunin – leśną drogą udostępnioną do ruchu. Samochód zostawiamy w wyznaczonym miejscu i dalej ruszamy pieszo; to kompromis, który pozwala dotrzeć blisko wody, a jednocześnie chroni puszczańską ciszę.

Jesienna Puszcza Knyszyńska sprzyja takim wypadom: powietrze jest klarowne, światło miękkie, a zarośla i turzycowiska przybierają miedziano-złote odcienie. Na tafli rozlewiska przysiadują łabędzie, a z brzegów odzywają się zwinne drobne ptaki. Tutaj nawet krótki spacer potrafi zwolnić czas i wyostrzyć zmysły.

Sama pętelka przy zbiorniku Wyżary jest krótka i przyjemna – przejście zajmuje około pół godziny, z naturalnymi przystankami na zdjęcia i ciche obserwacje. Przy wodzie czeka wiata z ławami i stołem, więc łatwo zamienić spacer w mały piknik. Tuż obok zbiornika w Wyżarach znajduje się jeszcze jedna kładka prowadząca do leśnej galerii rzeźb. Osobna droga prowadzi na Sianożątka i wyremontowaną kładkę.

Obszary bagienne, takie jak te w okolicy Puszczy Knyszyńskiej mają znacznie większą wartość niż tylko estetyczną. Są naturalnymi „regulatorami” wilgoci – pochłaniają nadmiar opadów, zapobiegając gwałtownym spływom i powodziom. Ponadto bagna pełnią funkcję magazynów wody w okresach suszy oraz są miejscem akumulacji materii organicznej – torfu – który wiąże węgiel i wspiera równowagę klimatyczną.

Z biologicznego punktu widzenia bagna stanowią unikalne środowisko życia dla wielu rzadkich gatunków roślin i zwierząt, często silnie wyspecjalizowanych i wrażliwych — co czyni je ważnymi punktami ochrony przyrody. Dlatego spacerując po kładce nad Sianożątką nie tylko obcujemy z pięknem natury, ale jesteśmy częścią wrażliwego ekosystemu — zatem warto zachować ciszę i ostrożność, by nie zakłócać jego działania.

Partnerzy portalu:

Byli nauczyciele wyskoczyli jak Filipy z Konopi. Czy oni w ogóle mieli coś wspólnego z transportem?
fot. Adrian Grycuk / Wikipedia | gov.pl / Wikipedia

Byli nauczyciele wyskoczyli jak Filipy z Konopi. Czy oni w ogóle mieli coś wspólnego z transportem?

Jeden zasłynął z tego, że był uznany za sprawcę przestępstwa urzędniczego, drugi — że mu policja zrzucała konfetti z helikoptera. Dwaj byli nauczyciele, którzy w pewnym momencie życia przytulili się do PiS, postanowili w swojej najnowszej aktywności politycznej spróbować czegoś nowego. Chyba po to, by zobaczyć, „jak to jest”. Fakt, że nie mają o tym zielonego pojęcia, w niczym im nie przeszkadzał. Dwaj panowie, niczym rycerze z kronik dawno minionych czasów, wyskoczyli jak przysłowiowe filipy z konopi: Dariusz Piontkowski — kiedyś geograf, potem minister edukacji, czyli człowiek, który wie, gdzie leży Kraków i co to są stalaktyty i stalagmity, oraz Jarosław Zieliński — niegdyś nauczyciel, później wiceminister od mundurów.

Wyglądało to mniej więcej tak, jakby dwóch wodzirejów od apeli szkolnych z dawnych lat postanowiło rozwiązać kryzys publicznego transportu. Bo — nie oszukujmy się — specjaliści od transportu to oni może są, ale tylko tego politycznego, polegającego na przesiadkach z ław rządowych do opozycyjnych.

Największym hitem w ich wykonaniu była jednak troska o… zadłużenie. Chodzi o 9 milionów złotych, które nie wzięło się z mgły o poranku ani z tajemniczego pyłu na podlaskich szosach, tylko z wieloletniego politycznego sterowania PKS-em niczym żaglowcem bez interesowania się wiatrem. W czym udział również brała partia PiS. Piontkowski nawet był marszałkiem województwa, gdy jeszcze PKS Nova nie istniała — tylko PKS Białystok, PKS Łomża, PKS Suwałki, PKS Siemiatycze i PKS Zambrów. I było z tymi firmami tak kolorowo, że w końcu je zlikwidowano na rzecz jednego podmiotu. I teraz ci sami panowie, którzy te koła sterowe kiedyś dotykali i mieli na nie ogromny polityczny wpływ, dziś z wielkim zapałem są oburzeni, że „tam są długi”.

Może to jednak jakaś nowa szkoła zarządzania? Taka, w której doświadczenie w edukacji daje prawo do oceniania firm przewozowych, a epizod w MSWiA nadaje kompetencje do analizowania rentowności kursów autobusowych. Gdyby jutro otworzyli debatę o budowie rakiety kosmicznej z kartonu i taśmy pakowej, też byśmy się nie zdziwili. W końcu obserwacja polityki nauczyła nas jednego: im mniej wiesz, tym głośniej możesz mówić.

A rozwiązanie problemu z pieniędzmi dla PKS jest ciągle to samo i wcale nie magiczne. Albo to jest firma działająca według praw rynku — tak jak teraz, czyli jeździ tam, gdzie się opłaca — albo mówimy wprost, że wynik ekonomiczny nas nie interesuje, PKS staje się departamentem w Urzędzie Marszałkowskim, a nie spółką prawa handlowego, i wtedy możemy robić nawet po 10 kursów dziennie do Rudaków. Jedno albo drugie — ale wreszcie z odwagą powiedzieć to głośno, zamiast udawać, że da się być jednocześnie przedsiębiorstwem i misją społeczną z kieszeni podatników „tak po trochu”.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Ten film ma 111 milionów wyświetleń. Pływająca reklama Augustowa!

Czasem najlepsza promocja miasta dzieje się sama — wystarczy piękne jezioro, muzyka, energia ludzi i… 111 milionów wyświetleń na YouTube. Film z imprezy na płynącej po jeziorze łódce w Augustowie, na której DJ i saksofonista wspólnie grają kultowy przebój Infinity (Guru Josh Project), stał się fenomenem internetu. Statek, tańczący ludzie, tafla wody, pulsująca muzyka. To wszystko budują narrację o letniej stolicy Polski jako miejscu, gdzie wakacje mają swój własny rytm — lekkie, radosne, pełne życia i wolności. Czy nie takie powinny być reklamy? Jak widać nie trzeba nagrywać klipów za miliony, z czego urzędnicy w całym naszym kraju słyną.

Wystarczyło trochę spontanicznej imprezy i Augustów zyskał światowy zasięg dzięki organicznej energii i autentyczności. To nie jest wyreżyserowany spot reklamowy, lecz prawdziwy moment uchwycony w czasie — spontaniczny i szczery. W kadrze widać to, co zachwyca turystów: bliskość natury, czystą wodę jezior, letni klimat i atmosferę, która przyciąga niczym magnes. Ten film pokazuje Podlaskie jako stylowe i otwarte na ludzi z pasją — miejsce, gdzie można oderwać się od codzienności i zanurzyć w wakacyjnej beztrosce.

Dziś, z perspektywy nadchodzącej zimy możemy śmiało powiedzieć: to pływająca reklama Augustowa, którą warto powielać w przyszłe lato w innych zakątkach Podlaskiego. Bo to reklama, której nie da się odtworzyć w studiu i którą trudno byłoby wymyślić w agencji kreatywnej. To dowód, że wystarczy zorganizować dobrą imprezę w dobrym miejscu. Zadzieje się magia.

Partnerzy portalu:

Znów będzie można podglądać żubry. Leśnicy zaczynają dokarmianie.

Znów będzie można podglądać żubry. Leśnicy zaczynają dokarmianie.

Stado żubrów w Puszczy Augustowskiej jest już całkiem liczne — obecnie liczy aż 35 osobników! Przypomnijmy, że wcześniej tych zwierząt w tej części Podlaskiego w ogóle nie było. Stado utworzono dopiero w 2018 roku, zaczynając od zaledwie kilku sztuk. Początkowo decyzja o ich introdukcji spotkała się z oporem lokalnych rolników — żubry, choć majestatyczne i przyciągające turystów, potrafią też wyrządzać szkody w uprawach. Na szczęście z czasem przeważyły względy przyrodnicze i turystyczne, a żubry stały się jedną z wizytówek Puszczy Augustowskiej.

Aby ograniczyć szkody w gospodarstwach, leśnicy dokarmiają żubry zimą. W miejscach, gdzie zwierzęta pojawiają się najczęściej, wysypano buraki, marchew i bele siana. W ich diecie znajdzie się również kiszonka z kukurydzy oraz owies. Leśnicy dostarczają też sól z mikroelementami, umieszczoną w specjalnych lizawkach. Wytypowano cztery stałe punkty dokarmiania.

Warto dodać, że to mogą być jednocześnie doskonałe miejsca obserwacyjne dla turystów i miłośników przyrody. Niedługo dokarmianie rozpocznie się też w Puszczy Białowieskiej i Puszczy Knyszyńskiej, gdzie żubrów jest najwięcej. A jeżeli ktoś woli obejrzeć zwierzęta w kontrolowanych warunkach – warto wybrać się pod Supraśl, gdzie jest zagroda. Można też jechać do Białowieży.

Warto jednak pamiętać, że mimo przyjaznego wyglądu, żubry to dzikie zwierzęta, do których nie wolno zbliżać się ani płoszyć. Choć przypominają krowy lub byki, ich reakcje są zupełnie inne — przestraszone mogą zaatakować. Dlatego wszelkie próby robienia selfie lub podchodzenia do stada mogą skończyć się tragicznie. Dlatego jak spotkacie żubra – trzymajcie dystans.

Partnerzy portalu:

Niech żyje BKM! Jeden autobus więcej, a dumy jakbyśmy właśnie wylądowali na Marsie.

Niech żyje BKM! Jeden autobus więcej, a dumy jakbyśmy właśnie wylądowali na Marsie.

Proszę państwa, oto sensacja! W Budżecie Obywatelskim 2026 najwięcej głosów zdobył… projekt utworzenia nowej linii autobusowej. Tak, dobrze czytacie. Nie nowy  park, nie nie ciekawe i nieoczywiste atrakcje, nie jakieś wypasione miejsce dla młodzieży tylko linia autobusowa. W XXI wieku, w całkiem sporym mieście wojewódzkim, ludzie muszą głosować, żeby łaskawie pojawił się autobus. Ż E N A D A.

W Białymstoku mamy nowoczesność na miarę epoki. Zanim powstanie linia autobusowa, najpierw mieszkańcy muszą łaskawie poprosić urzędników i jeszcze wygrać plebiscyt. A tu już robią się schody, bo poważna potrzeba mieszkańców konkuruje z figurkami misiów. A potem – jeśli wszystko pójdzie dobrze – może za rok czy dwa lata łaskawie pojawi się Solaris, niczym objawienie, który przyjedzie ze trzy razy dziennie i ominie przystanek, bo ten będzie zawsze pusty.

A w takiej Warszawie, mimo istnienia tramwajów, metra i kolei miejskiej, autobusy jeżdżą tak często, że nie zdążysz wyjąć telefonu z kieszeni, to już nadjeżdża kolejny. Ale wiecie za co komunikacja ze stolicy wygrywa z całą Europą (ex æquo z Brukselą)? Nie dlatego, że jest taka nasycona połączeniami. Dlatego, że jest inteligentnie zorganizowana. A w Białymstoku? Tutaj podróż autobusem to bardziej gra losowa: czy się spóźni czy przyjedzie za wcześnie, czy się zmieścisz, czy kierowca włączy ogrzewanie czy trzeba będzie marznąć.

Najbardziej ironiczne w tym wszystkim jest jednak to, że za tą padaką mieszkańcy muszą jeszcze głosować i w ten żałosny sposób prosić o autobus jak o wielką przysługę. Głosują w Budżecie Obywatelskim, jakby to był konkurs piękności. Gratulacje dla urzędników – udało się wam stworzyć patologiczny system, w którym komunikacja miejska nie jest oczywistym obowiązkiem miasta, tylko luksusem do wygrania w głosowaniu. Może w 2027 zaproponujemy komunikację nocną przez cały tydzień? A w 2028 połączenia ekspresowe, które nie objeżdżają jak wąż wszystkich osiedli po kolei z krańców miasta.

Ale może o to właśnie chodzi? Może w Białymstoku chodzi o to żeby prosić łaskawego Pana? My, prosty lud, uniżenie prosimy Cię Królu Truskolaski, bo śmiemy marzyć i głosować za kolejnymi liniami w cudownej metropolii, którą zarządzasz.

Partnerzy portalu:

Pociągi pojadą szybciej. Zmiany w rozkładach jazdy.

Pociągi pojadą szybciej. Zmiany w rozkładach jazdy.

Od niedzieli, 26 października, obowiązuje nowy rozkład jazdy pociągów POLREGIO w województwie podlaskim. Najwięcej zmian dotyczy trasy Hajnówka – Siedlce, gdzie z powodu remontu na odcinku Niemojki–Siedlce trzy pociągi będą odjeżdżać kilkanaście minut wcześniej.

Połączenie:

  • Hajnówka (5:10) – Siedlce (7:02) odjeżdża teraz o 4:51
  • Siedlce (15:07) – Hajnówka (16:58) rusza o 14:49
  • Siedlce (18:21) – Białystok (21:30) startuje o 18:10.

Zmiany te będą obowiązywać do 14 listopada. Kolejnego dnia pociągi wrócą do dotychczasowych godzin kursowania. Dodatkowo, w dniach 9–14 listopada, pociąg REGIO z Białegostoku do Ełku (odjazd 14:56) pojedzie na odcinku Prostki–Ełk o 11 minut wcześniej. Na pozostałych trasach — Białystok–Ostrołęka, Białystok–Suwałki i Białystok–Czyżew — rozkład nie ulegnie zmianie. Kolejarze apelują, by przed podróżą sprawdzać aktualne godziny odjazdów.

Tymczasem już 14 grudnia w życie wejdzie nowy roczny rozkład jazdy PKP Intercity, który przyniesie znaczne usprawnienia i nowe połączenia dla mieszkańców północno-wschodniej Polski. Największą zmianą będzie skrócenie czasu przejazdu na trasie Suwałki–Warszawa. Pociąg IC Hańcza pokona tę trasę w 3 godziny i 34 minuty, czyli ponad 40 minut szybciej niż dotychczas, dzięki powrotowi na trasę przez Centralną Magistralę Kolejową (Hańcza jedzie do Krakowa). Skróceniu ulegną także czasy podróży z Białegostoku do innych miast. Do Giżycka – 1 godz. 41 min, do Olsztyna – 2 godz. 59 min, do Krakowa – 4 godz. 7 min. Biorąc pod uwagę ile czasu te trasy pokonywało się wcześniej, trzeba przyznać, że takie rozkłady robią ogromne wrażenie.

Zwiększy się też liczba szybkich połączeń z Białegostoku do Warszawy — z trzech do czterech, które pojadą o godzinach 7:33, 11:33, 17:33 i 19:33, umożliwiając dotarcie do stolicy w zaledwie 1,5 godziny (dzięki nie zatrzymywaniu się na wszystkich stacjach po kolei).

Wśród nowości znajdzie się pociąg IC Wigry relacji Mockava (Litwa) – Suwałki – Białystok – Warszawa – Poznań – Szczecin, co uczyni go trzecim bezpośrednim połączeniem Suwałk z Warszawą. Dodatkowo wydłużona zostanie trasa pociągu IC Korfanty, który pojedzie z Białegostoku aż do Bielska-Białej lub Gliwic, zapewniając mieszkańcom Podlasia wygodny dojazd na Śląsk. W skali całego kraju PKP Intercity uruchomi 56 nowych pociągów, rozbudowując również ofertę międzynarodową o blisko połowę.

Partnerzy portalu:

Podlaskie wschody i zachody słońca – magia, która nie wymaga biletu

Podlaskie wschody i zachody słońca – magia, która nie wymaga biletu

Są takie momenty, kiedy Podlaskie wygląda jak z innego świata. Wschody i zachody słońca to właśnie te chwile – krótkie, ale niezwykle intensywne, gdy cała przyroda na chwilę zamiera, a świat nabiera ciepłych barw. To spektakl, który można oglądać codziennie i który nigdy się nie nudzi.

Najpiękniej dzień rodzi się na wschodzie województwa. Na powyższym zdjęciu widzicie Krynki, gdzie gdy słońce wstaje, robi się od razu bajkowo. Ale warto też odwiedzić inne wschodnie miejsca, gdzie przywitanie dnia na pewno będzie przyjemne. Chociażby Niemirów nad Bugiem, gdzie słońce wstaje na zakolach rzeki. Podobnie jest w Drohiczynie, gdzie na górze zamkowej poranne widoki są przepiękne.

Zachody słońca mają zupełnie inny nastrój – są spokojniejsze, bardziej nostalgiczne. Warto wybrać się do Supraśla i Tykocina, gdzie zachody potrafią zamienić całe niebo w pomarańczowo-różową poświatę, która trwa zaledwie kilka minut, ale zostaje w pamięci na długo. A to wszystko możecie obserwować patrząc na klasztor w tym pierwszym mieście, albo na Narew – w tym drugim.

Podlaskie to miejsce, gdzie nie trzeba szukać egzotyki – wystarczy wstać wcześniej albo zostać chwilę dłużej na spacerze. Wschody i zachody słońca przypominają, że każdego dnia dzieje się coś pięknego, tylko trzeba chcieć to zobaczyć.

Partnerzy portalu:

Podlaskie drogi z klimatem – trasy, którymi warto się przejechać

Podlaskie drogi z klimatem – trasy, którymi warto się przejechać

Nie trzeba jechać daleko, by poczuć smak podróży. W Podlaskiem drogi same w sobie potrafią być celem – wiją się przez lasy, pola i doliny rzek, prowadząc przez małe wioski, gdzie czas płynie spokojniej, a widoki zmieniają się jak w filmie. Wystarczy zatankować i ruszyć bez pośpiechu – jesienią każda z tych tras nabiera jeszcze więcej uroku.

Jedną z piękniejszych dróg jest ta z Sokółki przez Dąbrowę Białostocką, Lipsk do Augustowa. Po drodze podziwiamy Wzgórza Sokólskie i Puszczę Augustowską. Kolejna trasa to Białystok – Supraśl – Krynki. Droga prowadzi przez Puszczę Knyszyńską i przypomina kadr z filmu – pełna światłocienia. To idealny wybór dla tych, którzy kochają podziwiać przyrodę. Szczególnie teraz jesienią, gdy na drzewach występuje cała ciepła paleta. Wystarczy jechać wolniej, delektując się widokiem drzew, które tworzą nad jezdnią naturalny tunel.

Warto też spróbować trasy Niemirów – Granne nad Bugiem, zahaczając od Drohiczyn i Mielnik. Po drodze można zatrzymać się na wielu punktach widokowych. Alternatywnie można pojechać z Ciechanowca przez Brańsk, Suraż, Łapy, Waniewo, Kurowo aż do Tykocina. Ta długa trasa pokaże nam niesamowite wiejskie widoki, cudowne jesienne krajobrazy, a przede wszystkim zamieni podróż w medytację. Bo podlaskie drogi nie służą do szybkiej jazdy – one uczą zwalniać. Bo tu nie chodzi o to, by jak najszybciej dotrzeć, tylko by po drodze naprawdę zobaczyć.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Zrób to jak dawniej – przetwory z Podlasia wracają do łask

Jesień w Podlaskiem to czas, gdy spiżarnie znowu wypełniają się po brzegi. W słoikach lśnią ogórki, papryka, buraczki, a na półkach dojrzewają kompoty i dżemy z późnych owoców. Choć kiedyś robienie przetworów było koniecznością, dziś coraz więcej osób wraca do tego zwyczaju z wyboru. To nie tylko sposób na zatrzymanie smaku lata, ale też na chwilę spokoju i poczucie, że robi się coś prawdziwego, własnymi rękami.

W Podlaskiem ten rytuał nigdy tak naprawdę nie zanikł. W wielu domach wciąż przygotowuje się tradycyjne kiszonki według rodzinnych receptur, przekazywanych z pokolenia na pokolenie. W beczkach fermentują kapusty, w glinianych garnkach – ogórki, a w piecach suszą się jabłka i grzyby. Coraz częściej młodzi ludzie odkrywają w tym dawnym rytuale coś więcej niż tylko zapasy na zimę – odkrywają spokój i sens prostego życia.

Na giełdzie w Białymstoku z kolei można dostać lokalne przetwory z podlaskich gospodarstw. Bez chemii, bez pośpiechu – z tym samym smakiem, jaki pamiętamy z dzieciństwa. Sok z aronii, miody, chrzany czy ogórki. To wszystko symbol jakości i powrotu do natury. Robienie przetworów to trochę jak zatrzymanie czasu – chwila, w której zapach owoców i ziół przypomina, że życie nie musi być szybkie, by było pełne. Może właśnie dlatego, w epoce gotowych produktów, coraz więcej osób sięga po słoiki, by znów poczuć radość z czegoś własnoręcznie stworzonego.

Partnerzy portalu:

Gdzie znaleźć ciszę? Podlaskie miejsca, w których naprawdę odpoczniesz.

Gdzie znaleźć ciszę? Podlaskie miejsca, w których naprawdę odpoczniesz.

W świecie, w którym ciągle coś dzwoni, gra, powiadamia i przeszkadza, cisza staje się luksusem. A jednak w Podlaskiem wciąż można ją znaleźć – prawdziwą, głęboką, niemal dotykalną. Wystarczy odjechać kilkanaście kilometrów od Białegostoku, by zniknęły dźwięki cywilizacji, a pozostał tylko szum drzew, skrzypienie drewnianych mostków i śpiew ptaków.

Jednym z takich miejsc jest Białowieski Park Narodowy – szczególnie o poranku, gdy mgły unoszą się nad parkiem pałacowym, a woda w stawach odbija kolory nieba. Słychać tylko plusk ryby i odgłos skrzydeł ptaków. Podobne wrażenie daje spacer po Puszczy Knyszyńskiej, zwłaszcza w rejonie Królowego Mostu, gdzie las zdaje się pochłaniać każdy dźwięk. Wystarczy zatrzymać się na chwilę, by poczuć, jak napięcie znika z ciała.

Ciszę można odnaleźć też w miejscach mniej znanych – jak w rezerwatach od Krzemianki, przez okolice Czarnej Białostockiej i Supraśla. To przestrzenie, w których nie ma ruchu turystycznego, nie docierają hałasy samochodów, a jedynym towarzyszem bywa czasem wiatr. W takich chwilach człowiek przypomina sobie, jak to jest po prostu być – bez pośpiechu, bez słów, w obecności natury.

Podlaskie nie potrzebuje wielkich atrakcji, by zachwycać. Wystarczy trochę spokoju, zapach wilgotnego mchu i cisza, która koi bardziej niż najdroższe wakacje. Jeśli szukasz odpoczynku, nie musisz jechać daleko. Wystarczy otworzyć mapę i znaleźć małą, zieloną plamkę – tam, gdzie kończy się asfalt, a zaczyna prawdziwy świat.

Partnerzy portalu:

Podlaskie w złotej odsłonie jesieni – spaceruj, póki słońce jeszcze grzeje

Podlaskie w złotej odsłonie jesieni – spaceruj, póki słońce jeszcze grzeje

Jesień rozgościła się w Podlaskiem na dobre, a tegoroczna naprawdę zachwyca. Wystarczy wyjść z domu, by zobaczyć, jak lasy i pola zamieniły się w malarski pejzaż – odcienie złota, czerwieni i pomarańczy tańczą na wietrze, a każdy krok pośród liści brzmi jak cichy koncert natury. To najlepszy moment, by na chwilę zwolnić, wziąć głęboki oddech i poczuć, jak słońce wciąż jeszcze delikatnie ogrzewa twarz.

Wystarczy krótki spacer po Puszczy Knyszyńskiej, wzdłuż Narwi czy po parkach miejskich, by zrozumieć, dlaczego właśnie jesień uchodzi za najbardziej fotogeniczną porę roku. Światło jest miękkie, powietrze czyste, a zapach wilgotnych liści i ziemi tworzy atmosferę, której nie da się odtworzyć o żadnej innej porze. W lesie słychać jeszcze ostatnie śpiewy ptaków przed odlotem, a przydrożne aleje klonów i lip zdają się płonąć w słońcu.

To także czas, kiedy warto oderwać się od ekranu i ruszyć na szlak – nawet krótki spacer wokół wsi, po ścieżkach Biebrzańskiego Parku Narodowego czy bulwarami w Supraślu może działać jak najlepsza terapia. Nie trzeba planować długiej wyprawy – wystarczy pół godziny wśród drzew, by poczuć spokój i przypomnieć sobie, że piękno często jest tuż obok.

Zanim listopadowe deszcze zmyją kolory, wykorzystajmy każdą słoneczną chwilę. Złota jesień nie trwa długo – ale wspomnienia spacerów wśród czerwonych liści zostaną na długo.

Partnerzy portalu:

Jak służby Putina rozgrywają Polaków?

Jak służby Putina rozgrywają Polaków?

Rosja nie musi wysyłać czołgów, żeby przesuwać granice naszego bezpieczeństwa. Wystarczy, że wślizgnie się do naszych rozmów, mediów i głów. Sfera informacyjna to dla Kremla pełnoprawny teatr działań – z planem, budżetem i reżyserią. Ośrodek Studiów Wschodnich od lat pokazuje, jak ta machina pracuje: propaganda i dezinformacja nie są dodatkiem do polityki, lecz jej rdzeniem. Ich cel jest zawsze ten sam: w domu cementować władzę, na zewnątrz – rozmontowywać odporność przeciwników. Polska jest w tym scenariuszu celem pierwszoplanowym, bo stoi na drodze rosyjskiej strefie wpływów i ma odruch solidarności z Ukrainą. Więc trzeba ją ośmieszyć, podzielić, wyczerpać. I to właśnie robią służby Putina – codziennie, metodycznie, po cichu i bez skrupułów.

Sposób pierwszy: wdrukować Polakom obcą opowieść o nas samych. W rosyjskich przekazach jesteśmy prymitywnym imperialistą, który marzy o „kresowych łupach”, tęskni do 1612 roku i chowa szablę za pazuchą pod flagą NATO. Wersja eksportowa mówi więc Ukraińcom: „Polacy to nie sojusznik, tylko złodziej ziemi”. Wersja krajowa szepcze nam: „wasze elity zdradzą was dla Kijowa”. Do kompletu dokładane są spreparowane „dowody”: rzekome mapy polskiej telewizji z zachodnią Ukrainą w granicach RP, insynuacje o „oddziałach LGBT” w Wojsku Polskim, słowa przypisywane Zełenskiemu o przekazywaniu Polsce terytoriów. To nie są memy z piwnicy. To procedury. Komunikaty są projektowane tak, by grały na nerwach i odruchach: lęku przed wojną, niechęci do kosztów, zmęczeniu pomocą. Mają rozewrzeć szwy polsko-ukraińskiego zaufania i wylać w nie brudny, lepki klej podejrzeń.

Sposób drugi: zalać przestrzeń cyfrową, aż nikt nie rozróżni piany od wody. Trolle, boty, „webbrygady”, firmy-słupy kupujące „autentyczne” komentarze – to dziś tańsze niż batalion piechoty, a efektywniejsze niż niejedna dywizja. Astroturfing tworzy iluzję spontanicznych tłumów: niby zwykli ludzie „od dołu” mają dość uchodźców, są „po prostu sceptyczni” wobec NATO, „pytają tylko” o koszty wsparcia Ukrainy. Łańcuch jest zawsze ten sam: fałszywka → wzburzenie → amplifikacja → normalizacja.

Sposób trzeci: przenikać realną politykę tam, gdzie boli najbardziej – w kasę i w krwiobieg instytucji. Źródła i analizy OSW opisują klasykę „środków aktywnych”: sieciowanie „organizacji kulturalnych”, projekty „dialogu religijnego”, finansowanie grup, które „przypadkiem” powtarzają tezy Moskwy. Do tego prowokacje i sabotaże – wystarczy iskra na granicy, incydent z dronem, tajemniczy pożar czy zasłyszana rozmowa w mundurach – i już można szyć narrację o nieudolnym państwie, które „nie panuje nad niczym”. Finalnie powstaje obraz, w którym Polska jest jednocześnie agresorem i nieudacznikiem: dla Rosjan – wilkiem, dla Polaków – baranem prowadzonym na rzeź przez „zachodnich pasterzy”. Cyniczne? Oczywiście. Skuteczne? Niestety.

W tym miejscu trzeba powiedzieć coś nieprzyjemnego: ta operacja działa, bo ma podatną glebę. Polska to kraj niskiego zaufania. Przerobiliśmy afery, butę władzy, medialną wojnę na froncie 24/7 i komunikację państwa, która bywa – łagodnie mówiąc – niespójna. Jeśli rząd informuje o incydencie i trzy razy zmienia wersję, to nie trzeba Kremla, by ludzie przewracali oczami. Jeśli ktoś z góry mówi obywatelom „zaufajcie nam”, ale nie pokazuje liczb, dokumentów, procedur, to nie jest prośba – to zaproszenie dla dezinformacji. Tak, nieufność bywa zdrowa. Ale w polskich warunkach zbyt często przeradza się w cynizm: „wszyscy kłamią, więc ja wybiorę kłamstwo, które lepiej brzmi”. To jest przepis na państwo bez kręgosłupa. I właśnie na taki organizm polują służby Putina.

Kto wzrusza ramionami, niech spojrzy na brytyjskie lustro. Brexit zaczął się od banałów: hasła o „odzyskaniu kontroli”, autobus z 350 milionami dla NHS, poczucie, że „elity nas nie słuchają”. Brzmi znajomo? Do tej mieszaniny dołożono rosyjską przyprawę: rtęciowe media RT i Sputnik pompowały antyunijne narracje, trolle i boty spuszczały do kanałów społecznościowych strumienie emocjonalnej piany, a państwo brytyjskie – zajęte własną grą – nie sprawdziło, jak głęboko to sięgnęło. Dziś bilans jest bezlitosny. YouGov w czerwcu 2025 roku pokazuje, że większość Brytyjczyków uważa wyjście z UE za błąd. Większość ocenia Brexit jako porażkę, większość chce bliższych relacji z Unią, a wielu – po prostu powrotu. Coś, co miało „uwolnić” państwo, spętało gospodarkę i politykę. Coś, co miało być katharsis, okazało się długotrwałym kacem. Czy rosyjska ingerencja „przechyliła szalę”? Rzetelnego, pełnego śledztwa nie było – i to już samo w sobie jest aktem oskarżenia pod adresem elit. Ale jedno wiemy na pewno: rosyjskie sieci wpływu wykorzystały bliskość wyniku i pęknięcia społeczne do maksimum. Dokładnie tak to działa: nie trzeba sfabrykować 10 punktów procentowych. Wystarczy poruszyć jedną setną – a historia skręci w ślepy zaułek.

Polska nie jest skazana na powtórkę. Ale musi wyjść z roli naiwnego widza. Po pierwsze, państwo ma obowiązek mówić prawdę szybko, jasno i do końca. Informacja opóźniona to informacja przegrana. Po drugie, media – również te, które szczycą się patriotyczną pozą – mają przestać żyrować fejki tylko dlatego, że pasują do linii dnia. Po trzecie, my – obywatele – musimy przestać mylić „zdrowy sceptycyzm” z emocjonalnym refleksem „udowodnijcie, że to nie spisek”. Służby Putina nie rozerwą nas siłą. One nas rozkręcają jak słoik: milimetr po milimetrze, aż nagle metal puszcza. I wtedy wystarczy lekki skręt, żeby nakrętka poleciała.

Przy całej bezlitosnej diagnozie warto postawić kropkę nad i: krytykować władzę – tak, rozliczać – tak, domagać się przejrzystości – tak. Ale nie oddawać własnego osądu w ręce farm trolli i cynicznych propagandystów. Zaufanie buduje się powoli, kłamstwo rozchodzi się błyskawicznie. Jeśli Polacy chcą być nie do rozegrania, muszą znów mieć wspólny fundament faktów. Możemy się spierać o wybory, podatki i granice kompromisu. Ale nie możemy pozwolić, by spór zastąpił rzeczywistość. Bo wtedy obudzimy się w kraju, w którym decyzje podejmują nie obywatele, tylko cudze algorytmy. I nie będzie to „krótka zwycięska wojna”. To będzie cicha kapitulacja.

Co więc może zrobić zwykły obywatel, który nie ma w rękach mediów, służb ani politycznych dźwigni? Więcej, niż się wydaje.

Po pierwsze – sprawdzać źródła. Zanim udostępnisz sensacyjny news, zatrzymaj się na dziesięć sekund, zajrzyj, kto to napisał, kiedy, i gdzie jeszcze o tym piszą. Jeśli odpowiedzi brzmią: „anonimowy kanał”, „screen z Telegrama”, „nigdzie indziej” – to już wiesz, że pachnie to trollownią.

Po drugie – karmić się różnorodnością, nie algorytmem. Nie pozwól, by to Facebook czy YouTube decydowały, jakie masz poglądy. Czytaj różne źródła, także te, które cię drażnią – tylko wtedy zobaczysz, gdzie kończy się opinia, a zaczyna manipulacja.

Po trzecie – nie powtarzać emocji, których nie rozumiesz. W sieci gniew jest walutą, a twoje wzburzenie to dla trolla darmowe paliwo.

Po czwarte – rozmawiać na żywo. Nic tak nie rozbraja propagandy jak prawdziwa rozmowa przy stole, bez filtrów i nagłówków.

I wreszcie – uczyć się, jak działa informacyjna wojna, bo dziś to element obywatelskiej obronności tak samo ważny jak znajomość hymnu. Dezinformacja jest skuteczna tylko wtedy, gdy społeczeństwo nie zna zasad gry. A Polacy, jeśli coś potrafią, to uczyć się szybko, gdy stawką jest wolność.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Świat podlaskich Szeptuch uchylił rąbka tajemnicy. Zobacz ten film.

Na wschodnich rubieżach Polski, tam gdzie mgły unoszą się nad łąkami, a cisza ma w sobie coś świętego, wciąż żyje niezwykła tradycja. W Podlaskiem, regionie pogranicza kultur i religii, przetrwały do dziś praktyki uzdrawiania zakorzenione głęboko w słowiańskim folklorze. Ich strażniczkami są szeptuchy – kobiety (choć czasem także mężczyźni), które posługują się szeptem, modlitwą i dawnymi rytuałami, by leczyć ciało i duszę.

Szeptucha to nie czarodziejka ani uzdrowicielka w sensie medycznym. To raczej pośredniczka między światem ludzi a światem duchowym, przekazująca dobro i chroniąca przed złem. Jej siła tkwi w słowie – w modlitwach, które odmawia cicho, z głębokim skupieniem, często w samotności, przy krzyżu, źródle lub na rozstaju dróg. Zwraca się zarówno do Boga, jak i do natury – bo w tradycji ludowej wszystko, co żyje, ma moc: woda, ogień, ziemia, zioła, wiatr.

Korzenie tego zjawiska sięgają czasów przedchrześcijańskich. Później szeptuchy wplotły w swoje praktyki elementy prawosławia, łącząc modlitwy do świętych z archaicznymi zaklęciami. Taka synteza religii i magii ludowej przetrwała wieki, choć często budziła nieufność Kościoła. Dla mieszkańców Podlasia szeptucha nie jest jednak heretyczką – to ktoś, kto po prostu „wie więcej”, kto pomaga wtedy, gdy lekarz rozkłada ręce, a cierpienie nie daje się wytłumaczyć racjonalnie.

Dziś świat szeptuch powoli zanika. Coraz mniej ludzi chce uczyć się tej sztuki, a dawne modlitwy – przekazywane wyłącznie ustnie – umierają wraz z najstarszymi kobietami. Zostają wspomnienia, historie i nieliczne zapiski. To właśnie ten kruchy świat postanowiła uchwycić w swoim filmie dokumentalnym „Szepciarze” Alexandra Golus, polska reżyserka mieszkająca w Berlinie. Jej kamera zagląda do chat i ogrodów, w których czas płynie inaczej, próbując ocalić od zapomnienia ludzi, którzy wciąż wierzą w moc szeptu.

Podlaskie, z jego wielokulturowym dziedzictwem, jest jednym z ostatnich miejsc w Europie, gdzie magia i wiara przenikają się tak naturalnie. Spotkanie z szeptuchą to nie tylko podróż w głąb dawnej tradycji, ale także przypomnienie, że człowiek – mimo postępu i technologii – wciąż potrzebuje tajemnicy, nadziei i słowa wypowiedzianego z wiarą.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Wzgórza Sokólskie – nowy cud Polski 2025!

Internauci zdecydowali – Wzgórza Sokólskie zostały ogłoszone nowym cudem Polski 2025 roku w prestiżowym plebiscycie magazynu National Geographic Traveler. To wyjątkowe wyróżnienie dla regionu Podlasia, który w tegorocznej edycji miał aż trzy swoje propozycje, ale to właśnie malownicze wzgórza w okolicach Sokółki zdobyły serca głosujących z całej Polski.

Wzgórza Sokólskie to niezwykły fragment północno-wschodniego Podlasia – kraina falujących pagórków, dolin i widoków, które bardziej przypominają Toskanię niż typowy krajobraz Polski. Położone pomiędzy dolinami Biebrzy i Supraśli, stanowią naturalne przejście między nizinnym Podlasiem a bardziej pofałdowanymi terenami Suwalszczyzny. Najwyższe punkty oferują rozległe panoramy na mozaikę pól, lasów i wiosek o charakterystycznych, drewnianych domach z kolorowymi okiennicami.

To region, w którym można poczuć autentyczną ciszę i spokój. Ogromne połacie zieleni sprawiają, że Wzgórza Sokólskie są idealnym miejscem na piesze wędrówki, wycieczki rowerowe i fotograficzne plenery. O każdej porze roku zachwycają innym obliczem – wiosną świeżą zielenią, latem złotymi łanami zbóż, jesienią mgłami i ciepłymi barwami drzew, a zimą bajkową bielą, gdy spadnie śnieg.

Dzięki temu zwycięstwu Podlasie po raz kolejny udowadnia, że jest jednym z najpiękniejszych i najbardziej niedocenianych regionów Polski. Wzgórza Sokólskie, choć nie posiadają głośnych atrakcji turystycznych, przyciągają tym, co dziś najcenniejsze – autentycznością, spokojem i naturalnym pięknem. To miejsce, które nie potrzebuje filtrów, by zachwycać. Zasłużony tytuł „Cudu Polski 2025” sprawi, że o Wzgórzach Sokólskich z pewnością usłyszy cała Polska – i wielu przekona się, że magia Podlasia naprawdę istnieje.

Dobrze się stało, że to właśnie Wzgórza Sokólskie zdobyły tytuł Cudu Polski 2025. To wyróżnienie ma bowiem znaczenie nie tylko turystyczne, ale i społeczne. Od lat ten wyjątkowy krajobraz jest stopniowo niszczony przez żwirownie, które pojawiają się tu coraz częściej, zmieniając malownicze wzgórza w księżycowe pustkowia. Mimo że lokalne społeczności wielokrotnie zwracały uwagę na ten problem, ich głos rzadko przebijał się dalej. Teraz, dzięki ogólnopolskiej nagrodzie, jest szansa, że o zagrożeniu dla Wzgórz Sokólskich usłyszy szersza publiczność – media, przyrodnicy i decydenci. Być może ten symboliczny tytuł sprawi, że ktoś wreszcie zatrzyma rabunkową eksploatację i pozwoli, by to niezwykłe miejsce mogło dalej zachwycać swoim naturalnym pięknem.

Partnerzy portalu:

Więcej pociągów z Podlasia na Litwę. Za kilka lat także bez zmiany pociągu.

Więcej pociągów z Podlasia na Litwę. Za kilka lat także bez zmiany pociągu.

Dobre wieści dla podróżnych z Podlaskiego i wszystkich, którzy wybierają kolej na trasie do naszych północnych sąsiadów. Od nowego rozkładu jazdy (zmiany są w połowie grudnia) liczba połączeń między Polską a Litwą wzrośnie trzykrotnie. Zamiast jednego pociągu dziennie, z Białegostoku i Suwałk do Wilna będzie można dojechać aż trzema składami. Oprócz dobrze znanej „Hańczy” (Kraków – Wilno przez Warszawę, Białystok i Kowno), na tory wyjedzie również „Wigry” (Szczecin – Poznań – Warszawa – Białystok – Wilno) oraz nowy, krótszy kurs „Jaćwing” na trasie Suwałki – Wilno.

Wszystkie pociągi, tak jak dotychczas, będą wymagały przesiadki w litewskiej Mockavie, gdzie podróżni przechodzą z polskiego składu na szerokotorowy pociąg litewskich kolei LTG Link. Jednak czas przejazdu z Warszawy do Wilna ma się skrócić o około godzinę dzięki lepszej koordynacji przesiadki i temu, że składy „Hańcza” i „Wigry” pokonają odcinek Warszawa – Białystok bez dodatkowych postojów.

Tymczasem za północno-wschodnią granicą prace nad europejską magistralą Rail Baltica wchodzą w decydującą fazę. Na Litwie rozpoczęto już układanie szyn na pierwszych odcinkach nowej linii, m.in. w rejonie Janowa. Do końca roku powstanie niemal dziewięciokilometrowy fragment toru między miejscowościami Šveicarija i Žeimiai, a roboty ziemne i budowa obiektów inżynieryjnych toczą się na ponad 100 kilometrach trasy z Kowna w kierunku Poniewieża.

Rail Baltica to projekt, który całkowicie odmieni podróże między Polską a krajami bałtyckimi. Do 2030 roku powstanie 870 kilometrów normalnotorowej linii kolejowej o europejskim rozstawie 1435 mm – 392 km na Litwie, 265 km na Łotwie i 213 km w Estonii. Tory będą przystosowane do prędkości 249 km/h, co pozwoli pociągom łączyć Warszawę, Białystok, Suwałki z Wilnem, Rygą i Tallinem bez żadnych zmian pociągów i w czasie krótszym niż kiedykolwiek wcześniej.

Dla Podlaskiego to ogromna szansa. Już dziś region staje się ważnym węzłem na szlaku północ–południe, a zwiększona liczba połączeń do Wilna to krok w stronę przyszłej, nowoczesnej kolei dużych prędkości. Do momentu, gdy Rail Baltica będzie gotowa, warto jak najintensywniej rozwijać obecne połączenia – tak, by podróżni z Podlasia coraz częściej wybierali pociąg nie tylko do stolicy Litwy, ale i dalej – ku krajom bałtyckim.

Partnerzy portalu:

Bezmyślni dziennikarze straszą wojną w Podlaskiem, bo to się „klika”. Region ponosi realne straty.

Bezmyślni dziennikarze straszą wojną w Podlaskiem, bo to się „klika”. Region ponosi realne straty.

W ostatnich miesiącach media w Polsce znalazły sobie nowe złoto – Przesmyk Suwalski. Temat, który sprzedaje się znakomicie, bo łączy w sobie wszystko, co pobudza emocje: Rosję, wojnę i strach. Każdy, kto wrzuci do tytułu słowa „atak”, „napięcie” i „granica”, może liczyć na tysiące kliknięć. I nie ma znaczenia, że to czysta fantazja – ważne, że ludzie klikają, udostępniają, dyskutują. Strach się sprzedaje, a więc jest produkowany w masowych ilościach. Tyle że w tym wszystkim ginie rzeczywistość, a Podlaskie płaci za tą medialną zabawę bezmyślnych dziennikarzy realną cenę.

Nie ma żadnego zagrożenia dla Przesmyku Suwalskiego. Żadnego. Cała ta narracja o „możliwym ataku” to kompletne brednie, które może powtarzać tylko ktoś, kto nigdy nie spojrzał na mapę i nie ma pojęcia o tym, jak działa armia. Rosja nie może sobie po prostu „najechać” kawałka polskiego terytorium, jakby to była misja w grze komputerowej, gdzie klikamy obszar i wciskamy „atak”. W wojskowości liczy się logika działań i kolejność frontów. Dopóki trwa wojna na Ukrainie, Rosja jest związana tam w stu procentach. Nie ma „zapasowych” sił, zaplecza, ani logistyki, by otworzyć drugi front przeciwko NATO. Żeby w ogóle myśleć o jakimkolwiek ruchu w stronę Przesmyku Suwalskiego, musiałaby najpierw połknąć Ukrainę, potem zająć państwa bałtyckie, a dopiero później – może – rozważać jakieś działania w rejonie Przesmyku Suwalskiego – od strony Litwy. Atak na Polskę przez Suwałki bez zajętej Ukrainy i bez opanowanych krajów bałtyckich to wojskowy absurd, coś, co nie istnieje poza wyobraźnią redaktorów zafascynowanych mapami i czołgami w grach.

Tymczasem te medialne bzdury mają konkretne skutki. Na Podlasie – jeden z najpiękniejszych i najspokojniejszych regionów Polski – ludzie zaczęli rezygnować z wyjazdów, bo „tam może być wojna”. Trzeba wprowadzać bony turystyczne, żeby ratować całe branże. A wszystko dlatego, że medialni nabijacze klikania znalazło sobie sposób na dobry zarobek.

To, co robią media, jest w istocie działaniem przeciwko własnemu krajowi. Bo każdy taki artykuł o „zagrożeniu na wschodzie” uderza nie w Moskwę, tylko w Białystok, Suwałki i Augustów. Zamiast wzmacniać odporność psychiczną społeczeństwa, sieją lęk i nieufność. Zamiast promować Podlaskie jako bezpieczne i piękne, tworzą z niego strefę strachu. Tymczasem tu nikt nie słyszy huku armat, tylko klangor żurawi czy klekot bocianów. Wybrzmiewa też cisza lasu w Puszczy Augustowskiej.

Nie da się zakazać mediom pisania głupot, ale można przestać je nagradzać kliknięciami. Dopóki ludzie będą klikać w każdy tytuł o zagrożeniu w Przesmyku Suwalskim, dopóty te teksty będą powstawać. A więc to od nas zależy, czy pozwolimy się straszyć. Podlasie potrzebuje dziś nie paniki, tylko zdrowego rozsądku. Bo prawdziwe zagrożenie nie nadchodzi ze wschodu, tylko z telewizora i portali, które dawno pomyliły informowanie z sianiem lęku.

Przesmyk Suwalski nie jest żadnym punktem zapalnym, tylko kawałkiem spokojnej ziemi w sercu Europy. Ale jeśli dalej będziemy wierzyć mediom, które żyją z niepokoju, to sami zamienimy ten kraj w jeden wielki obóz strachu. A może lepiej po prostu przyjechać na Podlasie, usiąść nad jeziorem i przekonać się, że jedyne, co tu naprawdę wybucha – to śmiech wszystkich tych, którzy doskonale się bawią w regionie, gdy przełamią strach i przyjadą do nas w gości.

Zamiast bajek o wojnie, lepiej obejrzeć sobie piękną przyrodę z Przesmyku Suwalskiego.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Supraśl to miasteczko warte zwiedzania o każdej porze roku!

Supraśl to jedno z tych miejsc, które zachwycają od pierwszego wejrzenia – nie tylko urodą przyrody, ale też spokojem i klimatem, jakiego trudno dziś szukać w innych częściach Polski. Położony zaledwie kilkanaście kilometrów od Białegostoku, nad rzeką Supraśl, otoczony Puszczą Knyszyńską, przyciąga turystów szukających oddechu od zgiełku, kontaktu z naturą i autentycznego ducha Podlasia.

Spacerując po centrum miasteczka, można poczuć wyjątkową harmonię między kulturą prawosławną i katolicką, drewnianą architekturą dawnych willi i nowoczesnymi akcentami. Najbardziej rozpoznawalnym symbolem Supraśla jest oczywiście Monaster – jeden z najważniejszych zabytków prawosławia w Polsce. Jego monumentalna bryła, połączenie stylu obronnego i sakralnego, robi ogromne wrażenie, a znajdujące się w nim Muzeum Ikon z ekspozycją stanowi obowiązkowy punkt każdej wizyty.

Ale Supraśl to nie tylko historia i religia. Otaczająca miasto Puszcza Knyszyńska to raj dla miłośników spacerów, rowerów i kajaków. Szlaki piesze i rowerowe wiją się przez pachnące żywicą bory, a spływy rzeką Supraśl pozwalają zobaczyć okolicę z zupełnie innej perspektywy. Zimą natomiast okolice przyciągają amatorów narciarstwa biegowego – w Supraślu funkcjonują dobrze przygotowane trasy o różnym stopniu trudności. Oczywiście działają pod warunkiem, że spadnie śnieg.

Nie sposób pominąć również walorów kulinarnych tego miejsca. Supraśl to idealny przystanek dla smakoszy kuchni regionalnej – tu można spróbować kiszki ziemniaczanej, babki, kartaczy, a także innych tradycyjnych dań, które doskonale oddają wielokulturowy charakter Podlasia.

Supraśl ma w sobie coś, co sprawia, że każdy, kto tu przyjedzie, pragnie wrócić. To miasteczko, które nie goni za nowoczesnością, ale też nie zatrzymało się w czasie – rozwija się w rytmie natury, pozostając wierne swoim korzeniom. Spacer po nadrzecznym bulwarze, chwila ciszy w cieniu klasztornych murów, zapach lasu i smak lokalnych przysmaków – wszystko to sprawia, że Supraśl pozostaje w pamięci na długo. To nie tylko turystyczna atrakcja, ale prawdziwa oaza spokoju, w której można się zatrzymać, odpocząć i na chwilę zapomnieć o codzienności.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Coraz więcej kamperów w Podlaskiem. Zobacz wyprawę podróżników do Tatarów.

Podlaskie z roku na rok przyciąga coraz więcej miłośników caravaningu. Na drogach regionu widać kampery z całej Polski, a także z innych krajów. Nie ma się co dziwić – to właśnie tutaj czekają dzikie krajobrazy, przestrzeń, cisza i autentyczność, której trudno szukać w bardziej zurbanizowanych częściach kraju. Szlaki wśród łąk, lasów i cerkwi prowadzą do miejsc, gdzie czas płynie wolniej, a ludzie witają cię uśmiechem i zapachem świeżego chleba z pieca.

Tym razem podróżnicy TerSfera postanowili poznać bliżej krainę podlaskich Tatarów. Ich kamper zatrzymał się w Kruszynianach – legendarnej wsi, gdzie od stuleci żyje społeczność tatarska. Zielony meczet, drewniane chaty i orientalne aromaty kuchni w Tatarskiej Jurcie sprawiły, że to miejsce stało się jednym z najczęściej odwiedzanych punktów na mapie podróżniczej. Nie zabrakło też wizyty w Sokółce – mieście cudu. Ziemia Sokólska to miejsce, gdzie historia splata się z kulturą i przyrodą.

Podlaskie to idealny kierunek dla tych, którzy cenią wolność podróżowania i chcą odkrywać Polskę poza utartym szlakiem. Tu można zatrzymać się nad brzegiem Narwi, obudzić wśród mgieł Biebrzańskiego Parku Narodowego, albo usiąść przy ognisku pod gwiazdami. Każda trasa prowadzi do nowych spotkań i historii, które zostają w pamięci na długo. Jeśli marzysz o prawdziwej przygodzie – spakuj się, niezależnie od posiadania kampera i rusz na wschód. Tatarskie i Podlaskie szlaki czekają.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Tak się zmieniała Łomża. Ogromny przeskok!

Łomża to niewielkie, ale niezwykle charakterystyczne miasto położone na Mazowszu, choć administracyjnie – za sprawą decyzji polityków – od 1999 roku przyporządkowane do województwa podlaskiego. Od tego momentu Łomżanie współtworzą wspólnotę regionu razem z mieszkańcami Białegostoku i Suwałk. Przez wiele lat ta relacja była pełna napięć i ambicji, ale też stopniowego zbliżenia. Początkowo wydawało się, że Łomża zyskała niewiele na nowym podziale administracyjnym. Jednak z perspektywy czasu widać, że miasto potrafiło przekuć peryferyjność w siłę i odnaleźć własny rytm rozwoju.

Wystarczy spojrzeć na stare filmy dokumentujące jego przemiany. Obrazy z początku XXI wieku pokazują Łomżę, która dopiero budziła się po latach stagnacji – z ulicami i budynkami przypominającymi jeszcze czasy PRL-u, ale już z widocznym duchem zmian.

Tak wyglądało to w 2000 roku:

W 2004 roku Polska wstąpiła do Unii Europejskiej – moment przełomowy nie tylko dla kraju, ale też dla samej Łomży. Początkowo lokalni samorządowcy narzekali, że unijne fundusze szerokim strumieniem płyną głównie do Białegostoku. Jednak w kolejnych latach i tu zaczęto dostrzegać efekty europejskiego wsparcia. Zmieniły się ulice, odnowiono budynki, powstały nowe obiekty publiczne i rekreacyjne. Łomża zaczęła nabierać europejskiego charakteru, zachowując jednocześnie swój kameralny urok.

Film promocyjny z 2015 roku, który możecie obejrzeć na początku artykułu, najlepiej oddaje ten etap przemiany – miasto stało się czyste, zadbane i tętniące życiem. Widać było, że Łomża zaczyna wychodzić z cienia dużego Białegostoku, pokazując, że ambicja i dbałość o przestrzeń mogą zastąpić wielkomieński rozmach.

A jak jest dziś, w 2025 roku? Coraz lepiej.

Nowe drogi ekspresowe połączyły Łomżę z resztą kraju, a wkrótce dołączy do tego również połączenie kolejowe. Miasto rozwija się spokojnie, ale konsekwentnie – bez zgiełku metropolii, za to z rosnącą jakością życia. Coraz więcej osób dostrzega w nim alternatywę dla przepełnionego Białegostoku, gdzie wszędobylski beton, hałas i tempo życia często przytłaczają. Bo prawda jest taka, że dziś to nie liczba mieszkańców decyduje o wartości miasta, lecz jego atmosfera, dostępność, infrastruktura i możliwości. Łomża pokazuje, że można się rozwijać w harmonii – z szacunkiem dla tradycji i z odwagą patrząc w przyszłość. Być może właśnie w tej równowadze tkwi jej największa siła.

Partnerzy portalu:

Absurd budżetu obywatelskiego w Białymstoku

Absurd budżetu obywatelskiego w Białymstoku

Kończy się głosowanie na projekty Budżetu Obywatelskiego w Białymstoku, więc postanowiliśmy przyjrzeć się, co w tym roku znalazło się w puli do wyboru. I jak co roku – nie brakuje propozycji, które bardziej kompromitują władze miasta niż świadczą o kreatywności mieszkańców.

Pomysły mieszkańców nie są głupie. Wręcz przeciwnie, to sensowne i potrzebne postulaty. Absurd polega na tym, że w XXI wieku, w 2025 roku, białostoczanie muszą błagać urzędników o rzeczy, które dawno powinny być standardem w europejskim mieście. Bo jak inaczej nazwać sytuację, w której białostoczanie składają wnioski o nową linię BKM, budowę łączników rowerowych, oświetlenie chodnika (sic!), wymianę nawierzchni, wiaty śmietnikowe (sic!) czy rozbudowę parkingu? To nie są „obywatelskie inicjatywy” – to zwykłe obowiązki miasta, które próbuje przerzucić swoją odpowiedzialność na mieszkańców, udając przy tym, że „wsłuchuje się w ich głos”.

Na osobną uwagę zasługuje projekt budowy drogi łączącej ulicę Wołodyjowskiego z terenem szpitali klinicznych. To groteskowe, że Budżet Obywatelski staje się pośrednikiem między władzami szpitala a urzędem miasta. Jeśli dojazd do szpitala wymaga plebiscytu, to znaczy, że coś w systemie zarządzania miastem jest poważnie nie tak.

Europejskie standardy miejskie to infrastruktura rowerowa, bezpieczne i oświetlone chodniki, dostępny transport publiczny, porządek i estetyka przestrzeni. To nie powinno być luksusem ani łaską władzy, lecz oczywistością. Budżet obywatelski służy rozwojowi, a nie nadrabianiu zaległości.

Budżet Obywatelski miał być narzędziem wzmacniającym obywatelskość, a nie listą wstydu pokazującą, gdzie miasto nie wykonało swojej pracy. Pierwszym krokiem powinno być uczciwe rozdzielenie zadań: samorząd zajmuje się tym, co jest jego obowiązkiem, a mieszkańcy – tym, co naprawdę jest społeczną inicjatywą. Dopiero wtedy Budżet Obywatelski przestanie być protezą i zacznie mieć prawdziwe swoje znaczenie.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Puszcza Białowieska pokazywana we francuskich i niemieckich mediach. Widoki nieziemskie!

W ostatnim czasie, w internecie pojawiły się dwa zagraniczne filmy dotyczące Puszczy Białowieskiej. Jeden od niemieckiego kanału naukowego Space and Sience od ZDF, drugi od France 24. Oba w języku angielskim. Widoki w obu filmach są nieziemskie! Ale co ważne, jeżeli nasi zachodni sąsiedzi interesują się Puszczą Białowieską, to znaczy że pokazują swoim społeczeństwom także jak wygląda granica NATO.

Puszcza Białowieska to jeden z najstarszych i najlepiej zachowanych lasów nizinnych w Europie. Jest symbolem naturalnej dzikości, a zarazem miejscem, gdzie można zobaczyć, jak wyglądała niegdyś ogromna część kontynentu, zanim człowiek zaczął intensywnie przekształcać krajobraz. To tutaj żyje żubr – największy ssak lądowy Europy, który stał się wizytówką puszczy i Polski.

Puszcza od wieków była obecna w dziejach Europy. Służyła jako miejsce polowań królów i carów, była też świadkiem licznych wydarzeń politycznych i społecznych. Dziś jej znaczenie wykracza poza wymiar historyczny czy przyrodniczy – to również przestrzeń kulturowa, ważna dla mieszkańców Podlasia i całej Polski. Dzięki unikatowym wartościom została objęta ochroną w formie parku narodowego oraz wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Wschodnia część Puszczy Białowieskiej wyznacza granicę Polski z Białorusią. To zarazem granica Unii Europejskiej i NATO. Zainteresowanie zachodnich mediów wynika więc nie tylko z niezwykłych walorów przyrodniczych, ale i z geopolitycznego znaczenia regionu. Pokazując obrazy dzikiego lasu, jednocześnie ukazują linię podziału między Wschodem a Zachodem – i to w samym sercu Europy.

Dla turystów Puszcza Białowieska to przestrzeń kontaktu z naturą. Dla naukowców – skarbnica wiedzy o procesach ekologicznych. Dla Polaków i Europejczyków – dziedzictwo, które warto chronić i przekazywać kolejnym pokoleniom. To miejsce, gdzie historia, przyroda i polityka splatają się w jedną opowieść – o granicach, o wspólnocie i o tym, co naprawdę warto zachować.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Suwałki, Augustów i legenda Gołej Zośki

Podlaskie to region, w którym historia, kultura i przyroda tworzą spójną całość. W jego północnej części szczególną uwagę przyciągają Suwałki i Augustów – miasta różne w charakterze, lecz równie atrakcyjne dla turystów.

Suwałki są znane jako miasto o bogatej historii i wielokulturowych korzeniach. Spacer po Suwałkach warto rozpocząć od Placu Marii Konopnickiej, który upamiętnia jedną z najwybitniejszych polskich poetek i nadaje centrum miasta charakterystyczny wygląd. Architektura i układ ulic nadają Suwałkom kameralny i spokojny klimat, sprzyjający zwiedzaniu. Oprócz tego o każdej porze roku warto wybrać się nad Zalew Arkadia, a także obejrzeć zabytki, których jest tam całe mnóstwo. Zaczynając od Muzeum Okręgowego, warto obejść na spokojnie ulicę Kościuszki, Chłodną, Kamedulską, Gałaja, Konopnickiej czy Noniewicza. Napotkamy tam co nie miara starych i wyjątkowych domów.

Augustów to miejscowość znana przede wszystkim z położenia w otoczeniu jezior i lasów Puszczy Augustowskiej. Największą atrakcją turystyczną jest rejs po Jeziorze Necko, podczas którego można zobaczyć słynną skałę zwaną Gołą Zośką. Według miejscowej legendy symbolizuje ona tragiczną historię nieszczęśliwej miłości, a dziś stanowi jeden z najbardziej rozpoznawalnych punktów regionu. Samo miasto oferuje liczne miejsca do spacerów, a także bogatą ofertę gastronomiczną i turystyczną. Dzięki bliskości Kanału Augustowskiego stanowi także świetną bazę wypadową do dalszego odkrywania szlaków wodnych i rowerowych Podlasia.

Zwiedzanie Suwałk i Augustowa pozwala poznać dwa różne oblicza Podlasia. W Suwałkach można doświadczyć wielokulturowego dziedzictwa i historycznego klimatu, natomiast Augustów przyciąga wodnymi krajobrazami i legendami. Razem tworzą harmonijną propozycję dla turystów poszukujących zarówno wypoczynku na łonie natury, jak i kontaktu z lokalną tradycją.

Partnerzy portalu:

W końcu ktoś o tym pomyślał! Będzie dojazd ze stacji kolejowej do miasta.
fot. Grzegorz W. Tężycki / Wikipedia

W końcu ktoś o tym pomyślał! Będzie dojazd ze stacji kolejowej do miasta.

Siemiatycze to wyjątkowe miasto pod wieloma względami, ale jedno rozwiązanie wprawiało w zdumienie niejedną osobę. Stacja kolejowa Siemiatycze jest bowiem oddalona od miasta o około 8 km. Dla porównania – to mniej więcej taka sama odległość, jak z białostockiego dworca do Jurowiec. Iść pieszo z walizką, a jeszcze w zimie, gdy wieje i pada, to nie lada wyzwanie. Tymczasem nikt do tej pory nie zorganizował mieszkańcom połączeń autobusowych. Chciałeś jechać z Siemiatycz do Białegostoku, Warszawy, Siedlec czy Gdyni – ktoś musiał cię najpierw podwieźć na stację samochodem. Prawdziwe utrapienie!

Na szczęście w końcu ktoś zajął się rozwiązaniem tego problemu. Od dziś, 1 października, mieszkańcy mogą normalnie dojechać na stację i wrócić ze stacji autobusem – bez proszenia kogokolwiek o podwózkę. Porozumienie w tej sprawie zawarto pomiędzy Starostwem Powiatowym w Siemiatyczach a PKS Nova. Swoją drogą ciekawe, dlaczego do tej pory ani Starostwo ani Urząd Miasta w Siemiatyczach nie chcieli stworzyć takiego połączenia. Pociągi w Siemiatyczach nie jeżdżą od dziś. Ktoś się tam obawiał, że mieszkańcy zbyt łatwo będą mogli wyjeżdżać? Być może to echo traumy po tym, jak wielu ludzi z tego miasta wyjechało swego czasu do Belgii.

Niestety jest też minus nowego połączenia – będzie ono działać testowo tylko do 2 listopada. Jeżeli znajdą się chętni, zapewne zostanie. Cały szkopuł w tym, że zgodnie z opracowaniami naukowymi na temat transportu publicznego, testy niczego wartościowego nie pokazują. Linia na jakiejkolwiek trasie działa tylko wtedy, gdy funkcjonuje bez przerw, a rozkład jazdy pozostaje stabilny. Dopiero wtedy mieszkańcy nabierają zaufania i zaczynają korzystać z transportu publicznego. Nie trzeba też dodawać, że cena biletów nie może być absurdalna – jak w Białostockiej Komunikacji Miejskiej, gdzie wielu osobom bardziej opłaca się jeździć Boltem.

W ramach wspomnianych testów autobusy będą dowozić pasażerów, dopasowane zgodnie z rozkładem 18 połączeń pociągowych. Bilet kosztuje 7 zł.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Podlaska wieś – czy tu diabeł mówi dobranoc? W niektórych miejscach z pewnością.

Jeżdżą kamperem po Polsce i odwiedzają zarówno znane, jak i mniej oczywiste miejsca. Tym razem zatrzymali się w Podlaskiem, aby przyjrzeć się bliżej wioskom i miasteczkom naszego regionu. Na swoim kanale pokazali zarówno perełki turystyczne, jak i miejsca, które wciąż pozostają na uboczu. Mową o YouTuberach – TaniePodróżovanie.

Pierwszym punktem podróży była Kraina Otwartych Okiennic, czyli Soce, Trześcianka i Puchły – wioski znane z kolorowych drewnianych domów i bogatych zdobień. To właśnie tu można poczuć klimat dawnej architektury i zobaczyć wyjątkowy charakter Podlasia. Następnie zatrzymali się w Skicie Świętych Antoniego i Teodozjusza Pieczerskich w Odrynkach, jedynym prawosławnym skicie w Polsce. Miejsce to, położone na rozlewiskach Narwi, zachwyca spokojem i duchową atmosferą.

Nie zabrakło także wizyty w Jałówce, gdzie stoją malownicze ruiny kościoła św. Antoniego. Kolejne etapy to ukryte w lasach podlaskie wsie, a także przygraniczne Mostowlany i miejscowości nad rzeką Świsłocz, które leżą tuż przy samej granicy. Youtuberzy pokazali również Bobrowniki z nieczynnym przejściem granicznym i charakterystyczną bramą MIR.

Podróż nie mogła ominąć Kruszynian – tatarskiej wsi słynącej z meczetu i mizaru. To miejsce, w którym można poznać historię i kulturę polskich Tatarów. Później odwiedzili tajemniczy Wierszalin, dawną osadę proroka Eliasza Klimowicza, gdzie do dziś krążą legendy o niezwykłych wydarzeniach. Na trasie znalazły się także Krynki, miasteczko przy granicy z największym rondem w Polsce, oraz niezwykłe źródło „Krzywa Rura”, znane ze swojego nietypowego, wygiętego kształtu.

Cała podróż TaniePodróżovanie to barwny przegląd miejsc, które pokazują różnorodność Podlasia – od zabytków, przez naturę, aż po ślady wielokulturowej historii regionu. Obejrzyjcie sami!

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Pomijane miasteczko z Podlaskiego, które też warto odwiedzić

Sejny znajdują się na Pojezierzu Wschodniosuwalskim, nad rzeką Marychą – lewym dopływem Czarnej Hańczy. To miasteczko często pozostaje w cieniu Augustowa czy Suwałk, a niesłusznie, bo kryje w sobie wyjątkowy urok i autentyczność, której brakuje w bardziej obleganych miejscach. Jadąc wygodną drogą krajową nr 16 przez malowniczą Puszczę Augustowską, można dotrzeć tutaj szybko i bez trudu, a już sam przejazd jest podróżą pełną widoków i bliskości natury.

Sejny to spokojna przestrzeń, gdzie historia i przyroda łączą się w jedną opowieść. Tutejsze zabytki – imponująca bazylika, klasztor dominikanów czy biała synagoga – przypominają o wielokulturowych tradycjach regionu, gdzie od wieków spotykały się wpływy polskie, litewskie i żydowskie. Spacerując wąskimi uliczkami, można poczuć atmosferę dawnego pogranicza i odkryć miejsca, które nie zostały zdominowane przez turystyczny zgiełk.

W przeciwieństwie do Augustowa i Suwałk, gdzie latem roi się od turystów, Sejny oferują wytchnienie i autentyczny kontakt z lokalną kulturą. To idealny punkt wypadowy na rowerowe i piesze wycieczki po Pojezierzu Wschodniosuwalskim, a także miejsce, gdzie można naprawdę odpocząć – w ciszy, nad wodą, w otoczeniu przyrody i z dala od tłumów.

Jesienią Jezioro Sejny nabiera zupełnie innego charakteru niż w upalne dni lata. Tafla wody odbija złoto-czerwone barwy drzew, a mgły porankiem nadają krajobrazowi niemal bajkowy nastrój. To doskonałe miejsce na spokojny spacer brzegiem, chwilę zadumy na pomoście czy wędkowanie w ciszy, przerywanej jedynie szelestem liści i pluskiem ryby. Z dala od turystycznego zgiełku, jezioro pozwala odpocząć w rytmie natury i naprawdę zwolnić.

Dopełnieniem wizyty w Sejnach jest kuchnia pogranicza – wyjątkowa mieszanka smaków litewskich, polskich i żydowskich. Choć podobne potrawy spotkać można w całym Podlaskiem, to właśnie tutaj smakują najpełniej. Sękacz, kindziuk, chłodnik czy kibiny – wszystko to ma w Sejnach  autentyczność i głębię, której trudno szukać gdzie indziej. Tutaj kuchnia nie jest atrakcją „dla turystów”, lecz częścią codzienności mieszkańców, dzięki czemu jej oryginalny charakter pozostaje nienaruszony.

Partnerzy portalu:

68 milionów złotych w błoto. Więcej głupoty niż autobusów.
Przez głupotę wójtów, autobusy będą stały, chociaż mogłyby wozić ludzi.

68 milionów złotych w błoto. Więcej głupoty niż autobusów.

Zdrowie, kultura czy transport pasażerski — to nie są biznesy życia. To są przeważnie zadania samorządowe, czyli takie, które z definicji nie muszą się spinać budżetowo. A mimo to samorządy  prowadzą je przez spółki prawa handlowego. A spółka, jak to spółka — musi być na plusie. No i wtedy zaczyna się problem.

Weźmy przykład z naszego podwórka. Od 1 października w powiatach wysokomazowieckim i zambrowskim kilka linii autobusowych PKS Nova znika z mapy. Dlaczego? Bo prawie nikt nie jeździ. A jak prawie nikt nie jeździ, to przewóz jest nierentowny. A jak jest nierentowny, to spółka akcyjna musi go zlikwidować, bo przecież akcjonariusze nie żyją z powietrza. Brzmi logicznie, prawda? Tylko że tu logika uderza w pasażerów.

Ironia polega na tym, że właścicielem PKS Nova jest… Województwo Podlaskie. Czyli de facto państwowa instytucja jest prywatnym przewoźnikiem. A gdyby transportem zajmował się po prostu Departament Infrastruktury i Transportu w urzędzie marszałkowskim, to nie byłoby żadnego wymogu „opłacalności”. Autobus by po prostu jechał — choćby i z trzema pasażerami na pokładzie. Poza tym pasażerów byłoby zdecydowanie więcej, bo gdy nie musimy być rentowni, nie ma znaczenia też cena biletu. Może go w ogóle nie być.

Nawet w tych najmniejszych gminach, gdzie dziś pies z kulawą nogą nie wsiada, nagle okazałoby się, że mieszkańcy jednak „chcą jeździć”, tylko niekoniecznie za cenę biletu droższą niż litr benzyny. Studenci, emeryci, dzieciaki jadące do szkoły, a nawet sąsiad, który od lat nie opuszczał wsi — wszyscy by wsiedli. I nie trzeba do tego wielkiej ekonomii: wystarczy przestać udawać, że autobus to biznes życia.

Na papierze siatka podlaskich połączeń wygląda przyzwoicie: do każdej większej miejscowości dojedziemy. Ale województwo to nie tylko miasta. To aż 119 gmin, z czego 80 to gminy wiejskie. I nagle czar pryska. Autobusu nie zobaczą mieszkańcy Płaskiej, Wyszek, Narewki, Grabowa, Krypna, Trzciannego, Nowego Dworu czy Szudziałowa. Nie dojedzie też nic do Krynek, choć to gmina miejsko-wiejska. A w gminach przyklejonych do Białegostoku rządzi komunikacja miejska.

Gdyby PKS Nova był faktycznie prywatny, bez nadzoru z urzędu marszałkowskiego, to zapewne kursów byłoby jeszcze mniej. Prywatny przewoźnik wozi tam, gdzie się opłaca. I tylko tam. Zajrzyjcie do rozkładów jazdy innych przewoźników, naprawdę prywatnych — cudów nie ma.

No dobrze, ale przecież państwo coś z tym robi. I faktycznie — istnieje Fundusz Rozwoju Przewozów Autobusowych. Brzmi poważnie: rząd dopłaca gminom, żeby organizowały kursy tam, gdzie się nie opłaca. Czyli w końcu ktoś pomyślał, że komunikacja to nie tylko rachunek zysków i strat, ale też… ludzie. Pieniądze więc są, miliony leżą na stole. Tylko co robią gminy? Ano nic. W 2023 roku wykorzystano zaledwie 31 proc. środków. W 2024 roku — 33 proc. Efekt? 68 milionów złotych poszło do innych województw.

I tak dochodzimy do sedna. Gdy wójtowie będą przed Wami rozkładać ręce i mówić „nie da się”, a autobusy od 1 października po prostu nie wyjadą, to już będziecie wiedzieć kto jest winny. Ten sam co rozkłada ręce. Ludzie zostają bez dojazdu do pracy, szkoły czy lekarza. A winę można by zrzucić na spółki, na przepisy, na rentowność. Ale prawda jest prostsza: to zwyczajna głupota wójtów.

A teraz wyobraźmy sobie, że te 68 milionów złotych, które lekką ręką oddaliśmy innym województwom, zostałoby wrzucone w siatkę połączeń wieś–miasto–duży węzeł transportowy. Zamiast kombinować, błagać sąsiada o podwózkę, ludzie mieliby normalny autobus rano i drugi powrotny. Dzieciaki dojechałyby do szkoły, starsi do lekarza, a pracujący – do zakładów pracy czy biur. Do tego zyskałyby same miasta, bo ruch i życie społeczne nie kończyłyby się na granicy gminy. Województwo zaczęłoby oddychać jak jeden organizm – wieś i miasto przestałyby być oddzielnymi światami, a stałyby się częściami jednej całości. I wszystko to za pieniądze, które i tak już były, tylko ktoś postanowił, że „nie warto sięgać”.

Partnerzy portalu:

Minister śmierci Stefan Krajewski chce strzelać w serce Biebrzy

Minister śmierci Stefan Krajewski chce strzelać w serce Biebrzy

W chwili gdy Biebrzańskie bagna tętnią życiem — dzikie ptaki śpiewają, ptaki drapieżne krążą, a łoś stał się symbolem dzikiej natury Podlasia — nowy minister rolnictwa Stefan Krajewski (nomen omen z Podlaskiego) rzuca na stół haniebną propozycję: zniesienie moratorium na odstrzał łosi. To nic innego jak polityczny akt barbarzyństwa! Akt zdrady wobec przyrody, wobec regionu, wobec nas — obywateli, którym zależy na dziedzictwie naturalnym regionu.

Krajewski w zamian proponuje… że zgodzi się na objęcie ochroną pięciu gatunków ptaków! To handlowanie dziką przyrodą — wymiana życia na kompromis polityczny! Pracownia na Rzecz Wszystkich Istot alarmuje, że to nie jest dialog — to szantaż naturą. Minister w jednym geście stawia warunek: ochrona ptaków w zamian za możliwość polowania na łosie — jak gdyby przyroda była przedmiotem targowiska.

Czy Krajewski naprawdę myśli, że większość Polaków zgodzi się na taki barbarzyński układ? Lobby myśliwych od razu podskoczyło z radości, ale reszta Polaków jest zniesmaczona i zażenowana takimi propozycjami. Przede wszystkim jednak nie ma rzetelnych, wiążących danych, które uzasadniałyby odstrzał łosi jako potrzebne rozwiązanie! W rzeczywistości to pomysł bez podstaw. Próba zniesienia moratorium to tylko prezent dla myśliwych. Swoją drogą co chwilę słyszymy, gdy pomylili człowieka z dzikiem. Im mniej będą mieli okazji do strzelania, tym lepiej dla nas. Najlepiej żeby eliminacją zwierząt zajmowali się weterynarze.

Symbol Biebrzańskiego Parku Narodowego — łoś — staje się ofiarą politycznego cynizmu. Tam, gdzie krajobraz wodno-bagienny jest wizytówką Podlasia i jednym z najcenniejszych ekosystemów w Europie, minister chce wprowadzić terror na gatunek, który do tej pory był objęty ochroną przez ponad dwie dekady. To nie jest „regulacja populacji” — to polityczny zamach na dziką przyrodę. To zaproszenie dla myśliwych, by ponownie traktować łosia jako trofeum, a nie część ekosystemu. To upokorzenie regionu, który dumnie prezentuje dzikość i naturalność jako swoje atuty.

Zamiast służyć społeczeństwu, przyrodzie i Polsce, minister proponuje transakcję: „Ja daje ptaki, a wy dajcie łosie”. To kompromitująca polityka. Strasznie wstyd, że człowiek z Podlasia zostaje ministrem i zaczyna uderzać we własny region. Na szczęście w obecnym rządzie ktoś ma jeszcze trochę więcej rozumu. To Mikołaj Dorożała, który wyraża sprzeciw wobec takiego handlu gatunkami przyrodniczymi.

I oto przechodzimy do sedna: kto to tak naprawdę chce zastrzelić symbol Biebrzy? Kto stoi za tą propozycją spod znaku cynizmu i krótkowzroczności? Stefan Krajewski — z formalnego życiorysu — to polityk, samorządowiec i urzędnik. Wykształcenie? Politologia na Uniwersytecie Warszawskim, studia podyplomowe w zakresie wspólnej polityki rolnej UE na UWM oraz studia MBA. Doświadczenie zawodowe? Pracował w ARiMR — od biura powiatowego w Zambrowie, potem kierował oddziałem regionalnym ARiMR w Podlaskiem. W ikonie kariery: działacz PSL, radny powiatowy, członek zarządu województwa, poseł, sekretarz stanu, teraz minister.

To nie są zbyt mocne kompetencje. Szczególnie jeżeli chodzi o przyrodę. To życiorys polityczny, a nie eksperta czy naukowca. Gdy ktoś taki staje się rzecznikiem odstrzału łosi — wychodzi poza kompetencje. Jego rola w ARiMR była rola administracyjna i biurokratyczna — nie rola eksperta od dzikiej przyrody. Krajewski jest działaczem politycznym — a ten projekt? To działania polityczne, a nie działania w służbie ochrony przyrody, którą na Podlasiu tak się szczycimy. Człowiek z doświadczeniem wyłącznie partyjnym nie powinien samodzielnie decydować o życiu gatunków — zwłaszcza wbrew głosom ekspertów i zdrowemu rozsądkowi.

Czy on rozumie ekosystem, procesy migracji, zmiany klimatyczne, dynamikę populacji? Czy ktoś spyta: na jakiej podstawie naukowej proponuje zabijanie? Zgadza się – żadnej. Zrobić dobrze myśliwym – o to tylko tutaj chodzi. Propozycja Krajewskiego to kompromitacja, parodia polityki środowiskowej i dramat dla Podlasia.

Niech ten artykuł będzie alarmem: jeśli zniesienie moratorium na odstrzał łosi przejdzie — to nie będzie tylko zmiana regulacji. To będzie bluźnierstwo przeciw Biebrzy, to będzie plama na twarzy polskiej ochrony przyrody, to będzie znak, że politycy potrafią handlować życiem dzikiego zwierzęcia jak towarem.

Partnerzy portalu:

Co roku to samo! Wilki zagryzają zwierzęta gospodarskie, a rolnicy nic z tym nie robią.

Co roku to samo! Wilki zagryzają zwierzęta gospodarskie, a rolnicy nic z tym nie robią.

W przyrodzie powtarzające się cykle to chyba coś, o czym wie każde dziecko. A już na pewno wiedzą rolnicy. Bowiem kalendarz prac jest zawsze od lat taki sam. Tak samo co roku pewne jest, że rodzą się w lasach nowe dzikie zwierzęta. Niektóre niszczą uprawy (żubry, łosie, dziki), inne podtapiają pola (bobry), a jeszcze inne zagryzają zwierzęta gospodarskie pozostawianie na polu (wilki). I co roku te same problemu powodują wybuch tych samych dyskusji – strzelać i dziesiątkować czy chronić.

Tym razem skupmy się na samych wilkach, bo to one budzą najwięcej emocji. Towarzyszą człowiekowi już od małego w bajkach jako te, które pożerają babcię, napadają na Akademię Pana Kleksa i złowrogo wyją do pełni księżyca. Tymczasem wilki to takie same dzikie zwierzęta jak inne żyjące w lasach. Panicznie boją się człowieka i żeby zrobić im zdjęcie, trzeba skutecznie zamaskować swój zapach i dość długo czatować w ukryciu. Wilki są w Polsce pod ścisłą ochroną, co nie podoba się lobby myśliwskiemu, które najchętniej by je zabijało. Nie dość, że to byłyby w kolekcji trofeów, to jeszcze zlikwidowano by konkurencję, bo wilki w lasach dokładnie robią to samo co myśliwi – kontrolują populację innych zwierząt poprzez zjadanie chorych i starych osobników.

Co roku w polskich lasach rodzą się młode wilki. To naturalny cykl życia – wiosną przychodzą na świat szczenięta, które w pierwszych miesiącach są karmione i pilnie strzeżone przez matkę oraz ojca. Z czasem jednak zaczynają dorastać i przychodzi moment nauki. W świecie wilków oznacza to pierwsze, jeszcze nieporadne polowania. Co ważne, w wychowaniu uczestniczy całe stado – nie tylko rodzice, ale też starsze rodzeństwo czy ciotki, bo u wilków młode ma zazwyczaj tylko jedna para w grupie.

Kiedy przychodzi pora na szkolenie łowieckie, młode wilczki potrzebują łatwych ofiar. Naturalnym wyborem stają się zwierzęta gospodarskie pozostawiane bez opieki na polach i łąkach. To właśnie wtedy zaczynają się konflikty z człowiekiem. Rolnicy, widząc stratę w stadzie owiec czy cieląt, reagują gniewem. Trudno się dziwić – nikt nie lubi patrzeć, jak jego praca idzie na marne.

Problem w tym, że zamiast stosować środki ochronne – takie jak ogrodzenia elektryczne czy nocne zagrody – wielu gospodarzy wybiera prostszą drogę: obarczenie winą wilków. I tutaj na scenę wkracza wspomniane lobby myśliwskie, które chętnie podsyca emocje. Historie o „krwiożerczych bestiach” pojawiają się w mediach, a wraz z nimi postulaty polowań na wilki. Choć gatunek ten w Polsce objęty jest ścisłą ochroną, presja na jego odstrzał pojawia się co roku.

Z drugiej strony są przyrodnicy, którzy przypominają, że wilk pełni w ekosystemie rolę nie do przecenienia. Jest regulatorem liczebności zwierząt kopytnych – jeleni, saren czy dzików. To właśnie one, jeśli ich populacja wymknie się spod kontroli, potrafią wyrządzić ogromne szkody w lasach, obgryzając młode drzewa i niszcząc naturalne odnowienia.

Polska historia zna przykłady, kiedy eliminacja wilka prowadziła do całkowitego wytrzebienia wilka. Tam, gdzie zniknął, szybko doszło do rozrostu populacji roślinożerców. Skutek? Zniszczone młodniki, ubożenie lasów i konieczność prowadzenia kosztownych „gospodarczych” redukcji przez człowieka. I to jest moment, w którym myśliwi otwierają szampana – bo pracy przy „kontrolowaniu” zwierzyny nagle przybywa.

Cała ta sytuacja prowadzi do prostego wniosku: kiedy człowiek próbuje samodzielnie regulować przyrodę, zazwyczaj wychodzi to na złe. Wilk nie jest wrogiem rolnika, a sojusznikiem lasu i strażnikiem równowagi. Zamiast więc powtarzać medialne opowieści o zagryzionych owcach, warto zrozumieć, że przyroda rządzi się swoimi prawami – i to one powinny być dla nas najważniejsze.

Partnerzy portalu:

Powstał Ośrodek Sportowy Zawady. Takich miejsc w Białymstoku jeszcze sporo brakuje.

Powstał Ośrodek Sportowy Zawady. Takich miejsc w Białymstoku jeszcze sporo brakuje.

Na początku października ruszy Ośrodek Sportowy Zawady, gdzie białostoczanie będą mogli grać w piłkę nożną, padla, a nawet golfa. Zarządzać nowym obiektem będzie BOSiR, czyli ośrodek odpowiedzialny za plażę w Dojlidach, lodowisko, baseny miejskie czy stadion lekkoatletyczny. Mimo że inwestycję wiele osób zdążyło już okpić ze względu na snobistycznego golfa, to tak naprawdę najważniejszym elementem ośrodka jest boisko Orlik.

Mało kto wie, że tego typu obiektów w Białymstoku dramatycznie brakuje. Pisząc „dramatycznie”, mamy na myśli sytuację, w której jest gigantyczne zapotrzebowanie na Orliki, by obsłużyć wszystkie szkółki piłkarskie w mieście, zaś obecne obiekty pracują od rana do wieczora w pełnym obłożeniu. Jeżeli ktoś chciałby pograć rekreacyjnie, musi szukać boisk poza Białymstokiem. Dlatego najnowsza inwestycja to kropla w morzu potrzeb najmłodszych. Szkółki piłkarskie powstają bowiem z myślą o dzieciach z podstawówek — po to, by jako nastolatkowie mogli zostać pełnoprawnymi piłkarzami.

Na terenie Ośrodka Sportowego Zawady do dyspozycji mieszkańców Białegostoku od 4 października będą: budynek z częścią szatniową, sanitarną i gastronomiczną, boisko typu Orlik z dodatkowym placem do rozgrzewki, cztery korty padla wraz z zadaszeniem oraz akademia golfa. Aby skorzystać z oferty Ośrodka Sportowego Zawady, wystarczy wcześniejsza rezerwacja i opłacenie użytkowania wybranego kortu lub boiska. Można tu także wypożyczyć sprzęt do gry. Wszystko obsługuje portal miejskoaktywni.pl.

Partnerzy portalu:

Jedziesz do Białowieży? Nie pomijaj Hajnówki. To brama do Puszczy.

Jedziesz do Białowieży? Nie pomijaj Hajnówki. To brama do Puszczy.

Hajnówka często nazywana jest bramą do Puszczy Białowieskiej. To określenie nie wzięło się znikąd, bo właśnie tutaj zaczyna się niezwykła podróż w jeden z ostatnich pierwotnych lasów Europy. Miasto, które na pierwszy rzut oka wygląda jak spokojny, niewielki ośrodek powiatowy, kryje w sobie rolę przewodnika do świata przyrody, kultury i historii, jakie trudno znaleźć gdziekolwiek indziej.

Spacerując ulicami Hajnówki można odnieść wrażenie, że rytm życia mieszkańców zawsze pozostawał w cieniu drzew puszczy. Przez wieki to właśnie las dawał im drewno, pracę, jedzenie i poczucie zakorzenienia. Dziś puszcza nadal wyznacza charakter miasta, ale zamiast być jedynie źródłem utrzymania, stała się także największym skarbem turystycznym regionu. To do Hajnówki przyjeżdżają ci, którzy chcą zanurzyć się w dzikości natury i zobaczyć żubra w jego naturalnym środowisku.

Miasto pełni funkcję pierwszego przystanku dla podróżników. To tutaj można dojechać łatwo pociągiem czy autobusem. Z Hajnówki prowadzi jedna wąska jezdnia do Białowieży, a także jest możliwość dojechania przez las. Niezależnie, którą opcje wybierzemy, będziemy mieli wrażenie, że powoli zanurzamy się w inny świat, gdzie ludzki gwar cichnie, a głos przejmuje śpiew ptaków i szelest liści.

Puszcza Białowieska przyciąga swoją dzikością, ale to właśnie Hajnówka pozwala do niej podejść i poczuć się bezpiecznie. Nie trzeba od razu ruszać w najbardziej surowe rejony, by poczuć majestat puszczy. Już pierwsze kilometry szlaku pozwalają doświadczyć potęgi drzew, które pamiętają jeszcze czasy, gdy granice i państwa wyglądały zupełnie inaczej niż dziś. Hajnówka, choć niewielka, odgrywa więc rolę ambasadora jednej z najcenniejszych przyrodniczych pereł świata. To ona otwiera drzwi do spotkania z żubrem, symbolem puszczy i całej wschodniej Polski. To tu turysta uczy się szacunku do lasu, który nie jest parkiem stworzonym ludzką ręką, ale żywą, pulsującą przestrzenią, wymagającą ciszy i cierpliwości.

Wyjazd do Puszczy Białowieskiej to doświadczenie, które zostaje w pamięci na długo. W świecie, gdzie coraz trudniej znaleźć miejsca autentyczne i nienaruszone przez cywilizację, Hajnówka, Białowieża przypominają, że wciąż istnieją przestrzenie, w których natura i człowiek mogą współistnieć w harmonii. Dlatego, gdy ktoś pyta, gdzie naprawdę zaczyna się Puszcza Białowieska, odpowiedź jest prosta – zaczyna się właśnie tutaj, w Hajnówce. To ona jest strażniczką wejścia do lasu, miejscem, w którym podróżnik zbiera siły i inspiracje, zanim zrobi pierwszy krok w cieniu pradawnych dębów i lip.

Partnerzy portalu:

Śmiech na sali! Narwiański Park Narodowy biernie patrzy na śmierć Narwi i jednocześnie inwestuje w nowe atrakcje.
Tak ma wyglądać kładka

Śmiech na sali! Narwiański Park Narodowy biernie patrzy na śmierć Narwi i jednocześnie inwestuje w nowe atrakcje.

Narwiański Park Narodowy ma dla nas wielką nowinę: w Kurowie powstanie nowa kładka, wieża widokowa, kosze na śmieci, ławki, lunety i nawet transmisja online. W skrócie – Disneyland na bagnach. Wszystko pięknie, gdyby nie jeden drobiazg: Narew właśnie umiera. Ale kogo to obchodzi, skoro można się pochwalić nową „atrakcją”?

Rzeka, która przez wieki była źródłem życia, dzisiaj zamienia się powoli w rowy pełne zamulonej brei, a przyczyna tego dramatu jest oczywista: zapora w Siemianówce. Woda tam odparowuje w gigantycznych ilościach, a rozlewiska Narwi wysychają. Podlaski ekosystem kona w milczeniu. A co robi Narwiański Park Narodowy, powołany do ochrony przyrody? Zajmuje się projektowaniem kładki wśród bagien, które znikną zaraz po tym, gdy zniknie Narew.

Siemianówka do natychmiastowej likwidacji! Pogrzeb Narwi już się zaczął.

Zamiast bić na alarm, organizować konferencje, wywierać presję na władze (Wody Polskie) i mobilizować opinię publiczną, dyrekcja Parku rozrysowuje dokumentację do przetargu. Cisza, spokój, żadnych kłopotliwych pytań, żadnego wchodzenia w konflikt. Trzymanie się ciepłego stołka to najlepsze co im wychodzi. Zamiast walczyć o życie rzeki, wolą deski i kosze na śmieci, projektować tablice informacyjne. Czyli mamy mieć Narwiański Park Narodowy – bez Narwi, ale za to z tablicą edukacyjną o tym, jak kiedyś było.

Wyobraźmy sobie turystę w 2027 roku. Stoi na nowej kładce, spogląda przez świeżo zamontowaną lunetę i co widzi? Łąkę. Może rowek z wodą. Może wysuszoną trawę i puste niebo, bo ptaki dawno przeniosły się tam, gdzie rzeki jeszcze istnieją. Ktoś zapyta: „Po co wydawać miliony na kładkę, jeśli sama atrakcja – rzeka – znika?”. Odpowiedź jest prosta: bo łatwiej budować mosty nad pustką niż mosty do prawdy.

Nowa kładka będzie więc nie tylko „atrakcją turystyczną”. Będzie pomnikiem nieudolności i milczącej zgody na śmierć Narwi. Pomnikiem, na którym można sobie zrobić selfie, wrzucić na Instagram i napisać: „Byłem nad rzeką, której już nie ma”. Idealny symbol naszych czasów – kiedy zamiast ratować przyrodę, fundujemy sobie jej atrapę. Można by rzec: Narwiański Park Narodowy staje się pionierem. Pierwszym parkiem narodowym w Europie, który specjalizuje się nie w ochronie przyrody, lecz w ochronie… pozorów.

Partnerzy portalu:

Ostrzeżenie dla Polski i Polaków. Sami zapraszamy wojnę na swój teren.

Ostrzeżenie dla Polski i Polaków. Sami zapraszamy wojnę na swój teren.

W Polsce coraz częściej widzę jedno – szczucie na Ukraińców i powtarzanie bzdur, które żywcem wyglądają jak pisane w Moskwie. I to nie jest żaden spontaniczny „gniew narodu”, tylko robota Kremla, który gra na naszych emocjach jak na pianinie. Internet zalany jest trollami i botami, które w kółko puszczają te same kłamstwa, aż człowiekowi zaczyna się wydawać, że „wszyscy tak myślą”. A prawda jest taka, że hasło „wyłącz TV, włącz myślenie” to żadne myślenie, tylko łykanie propagandy. I jeśli się damy w to wciągnąć, to sami sobie strzelimy w stopę – bo zamiast bronić Polski, będziemy stali z kwiatami na ulicy, gdy ruski czołg wjedzie do miasta.

17 września 1939 roku Polska walczyła na śmierć i życie z Niemcami, a od wschodu weszła na nas Armia Czerwona. Wbili nam nóż w plecy, tłumacząc, że „państwa polskiego już nie ma”. Tak naprawdę chodziło o tajny układ Ribbentrop-Mołotow, w którym dwóch bandytów podzieliło nasz kraj między siebie. Od pierwszych godzin tej agresji ruscy mordowali żołnierzy i cywilów, wywozili ludzi na Sybir, torturowali, robili czystki. A Zachód? Wiedział o pakcie, ale milczał. Polska została sama. I to jest lekcja, którą powinniśmy wbić sobie do głowy – nie wierzyć na ślepo w obietnice i zawsze dbać o własne bezpieczeństwo.

Dziś jest inaczej, bo mamy NATO i Unię Europejską. Mamy sojusze, które realnie działają, co widać w wojnie na Ukrainie – tym razem Zachód nie zostawił napadniętego kraju, tylko daje mu pieniądze, broń i wsparcie. To jest solidarność, która naprawdę istnieje.

Ale równocześnie w Polsce szerzy się coś, co może wszystko rozwalić od środka. Rosja wie, że nie pokona nas czołgami, dopóki jesteśmy razem, więc wali w nasze głowy. Podrzuca filmy wyrwane z kontekstu, tworzy fake newsy, karmi ludzi strachem – że Ukraińcy zabiorą pracę, że robią przestępstwa, że „rząd daje im wszystko”. To są proste schematy. I niestety, wielu to kupuje, a politycy, widząc nastroje społeczne, zaczynają gadać pod publikę, osłabiając nasze relacje z Ukrainą.

I teraz posłuchajcie – to może doprowadzić do chorej sytuacji. Jeśli dziś, w 2025 roku, Polska odwróci się od Ukrainy, jutro, gdy sami będziemy potrzebowali pomocy, nikt nam jej nie udzieli. I naprawdę może nadejść taki nowy „17 września”, że ruska armia wejdzie do Polski, a zmanipulowani ludzie będą stali przy drogach z kwiatami, bo wmówiono im, że to „wyzwoliciele”. Właśnie do tego prowadzi bezmyślne powielanie ruskiej propagandy.

Unia i NATO dają nam narzędzia, o których nasi dziadkowie mogli tylko marzyć. Ale żaden sojusz nas nie uratuje, jeśli my sami damy się ogłupić i podzielić. Trzeba być odpornym na propagandę, trzeba mieć trochę zdrowego rozsądku i empatii. Patriotyzm to nie plucie na innych, tylko odpowiedzialność – żeby Polska była bezpieczna i żebyśmy nie powtarzali błędów przeszłości.

17 września przypomina nam, co się dzieje, kiedy jesteśmy sami. A 2025 rok daje nam wybór: albo jesteśmy silnym narodem, który trzyma się razem z sojusznikami, albo dajemy się ograć rosyjskim trollom i powtarzamy historię. Wybór należy do nas.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Wrócili na Podlasie po 9 latach. Co się zmieniło?

Wideoblogerzy Wędrowne Motyle wrócili na Podlasie po dziewięciu latach. Odwiedzili Tykocin, Narwiański Park Narodowy, Suraż, Krainę Otwartych Okiennic, Skit w Odrynkach, Siemianówkę, Białowieski Park Narodowy, Kleszczele i Grabarkę. Od razu odpowiadamy na pytanie z tytułu – czy coś się zmieniło? Z naszej perspektywy praktycznie nic. Wszystko wygląda dokładnie tak, jak było, z jedną małą różnicą.

Turyści odwiedzili kładkę Waniewo–Śliwno, z której jednak nie mogli skorzystać, ponieważ w rzece jest zbyt mało wody. Problem w tym, że to zjawisko postępuje i niewiele osób decyzyjnych się nim przejmuje. Jeśli tak dalej pójdzie, za kolejne dziewięć lat w tym miejscu może być już tylko pastwisko. Bez Narwi nie będzie też ludzi w okolicy, bo woda to życie. Tak oczywiste stwierdzenie trzeba przypominać, bo urzędnicy najwyraźniej myślą, że woda pojawia się samoistnie w kranie.

Wracając do wycieczki Wędrownych Motyli – bardzo dobrze, że odwiedzili też Suraż. To jedno z najmniejszych miast w Polsce, często niesłusznie pomijane. Dawniej było świetnym miejscem do kajakowania, dziś przy obecnym stanie Narwi można wręcz szorować po dnie. Za to cała okolica nieodmiennie kojarzy się z Konopielką. Pochodzący stąd Edward Redliński napisał tu świetne dzieło. Jeśli po jego lekturze chcecie poczuć się jak w Taplarach – koniecznie wybierzcie się do Suraża, a następnie ruszcie Szlakiem Konopielki.

Jedno jest pewne – Podlasie wciąż pozostaje doskonałym kierunkiem turystycznym. Jest tu co podziwiać, co zjeść, gdzie odpocząć i się wyciszyć. Jedynie przyroda zaczęła się degradować, ale kto wie – może kiedyś ktoś kompetentny zajmie się i tym problemem, aby ratować nasze ukochane Podlasie.

Partnerzy portalu:

Rezerwaty przyrody w Białymstoku i okolicach – zielone oazy na wyciągnięcie ręki

Rezerwaty przyrody w Białymstoku i okolicach – zielone oazy na wyciągnięcie ręki

Kiedy opuszcza się centrum Białegostoku, po kilkunastu minutach jazdy samochodem lub rowerem zaczyna się zupełnie inny świat. Miasto, choć największe w regionie, ma to szczęście, że otoczone jest terenami, które zachowały naturalny charakter i stanowią enklawy spokoju. Rezerwaty przyrody w okolicach Białegostoku są jak zielone pokoje, do których można wejść, by odetchnąć od codzienności, usłyszeć szum drzew i poczuć zapach wilgotnej ziemi. Nie trzeba planować dalekiej wyprawy – te miejsca znajdują się niemal pod ręką, a każdy z rezerwatów ma nieco inne oblicze i zaprasza do innej formy odkrywania.

Jednym z takich rezerwatów jest Las Zwierzyniecki, położony w mieście. To miejsce szczególne, bo pełni rolę pomostu pomiędzy miejskim rytmem a ciszą natury. Ścieżki wiją się tutaj wśród starych drzew, a o każdej porze roku można spotkać spacerowiczów, biegaczy czy rodziny z dziećmi. Jesienią las mieni się kolorami, latem daje chłód i wytchnienie. Choć leży tak blisko bloków i ulic, wrażenie jest takie, jakby znajdowało się na uboczu, z dala od zgiełku.

Nieco dalej, w kierunku północnym, znajduje się rezerwat Antoniuk. To teren mniej znany, a przez to spokojniejszy. Nie przyciąga tłumów, co sprawia, że można tu poczuć prawdziwy oddech przyrody. Ścieżki prowadzą między podmokłymi zagłębieniami, a wiosną i latem słychać koncert żab i ptaków. To dobre miejsce dla osób, które chcą odetchnąć w samotności, z dala od głównych traktów turystycznych. Sam spacer staje się tu przygodą, bo nie wszystko jest przygotowane tak jak w miejskim parku – bardziej przypomina to wejście w mały fragment dzikiego świata.

Tuż obok Białegostoku zaczyna się również ogromny kompleks Puszczy Knyszyńskiej, a w jej obrębie znajduje się kilka rezerwatów, które stanowią naturalne przedłużenie miejskich lasów. To już nie tylko spacery, ale także możliwość dłuższych wypraw pieszych i rowerowych. W takich miejscach człowiek czuje, że naprawdę wychodzi poza miasto – ścieżki prowadzą daleko, a krajobraz zmienia się w zależności od tego, którą stronę wybierzemy. Dla wielu mieszkańców to właśnie te rejony są weekendowym azylem, gdzie można spędzić cały dzień wędrując, zbierając grzyby czy po prostu siedząc na polanie. Wystarczy ruszyć w kierunku Wasilkowa bądź Supraśla, by poczuć piękno otaczającej Puszczy Knyszyńskiej. Można też połączyć w dłuższą wycieczkę podróż od Czarnej Białostockiej, przez Supraśl, Kołodno, aż po Wyżary. Praktycznie nie wychodząc z lasu.

Rezerwaty wokół Białegostoku nie mają monumentalnego charakteru wielkich parków narodowych, ale ich siłą jest dostępność. Można wyjść z domu i w ciągu krótkiego czasu znaleźć się w miejscu, gdzie czas płynie inaczej. To idealne przestrzenie na krótką wycieczkę, spacer po pracy, rodzinny piknik czy samotną przechadzkę. W przeciwieństwie do odległych atrakcji turystycznych, nie wymagają planowania i skomplikowanej logistyki. Wystarczy para wygodnych butów, termos z herbatą i chęć, by choć na chwilę zamienić miejski krajobraz na zielone ścieżki.

Wizyta w takich rezerwatach przypomina też, że Białystok jest miastem szczególnym. Jego tożsamość łączy miejską nowoczesność z bliskością natury. To rzadkie połączenie sprawia, że mieszkańcy mogą żyć w dużym ośrodku, a jednocześnie nie tracą kontaktu z lasem, rzeką czy polaną. To codzienny luksus, którego nie docenia się, dopóki nie porówna się go z innymi miastami.

Partnerzy portalu:

Voyager kontra PKS Nova. Pasażer zawsze przegrywa.
fot. PKS Nova

Voyager kontra PKS Nova. Pasażer zawsze przegrywa.

Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda normalnie: na tabliczce jest rozkład, pasażerowie stoją w kolejce, autobus zbliża się do przystanku. Po chwili jednak pojawia się drugi autobus, w tym samym kierunku, niemal o tej samej porze. Wiezie powietrze. I tak kilka razy dziennie. A potem w rozkładzie mamy kilkadziesiąt minut „dziury” bez kursu.

Od lat na trasach w Podlaskiem, m.in. Białystok–Hajnówka, kursują równolegle PKS Nova i prywatny przewoźnik Voyager Trans. Obie firmy mają własne rozkłady, sprzedają bilety, dysponują pozwoleniami. Problem nie w tym, że jeżdżą — tylko w tym, jak te rozkłady są do siebie ułożone. W praktyce bywa, że odjazdy obu przewoźników przypadają niemal na tę samą godzinę. W zasadzie często pierwszy podjeżdża Voyager. To strategia zgodna z prawem, choć budząca wątpliwości z punktu widzenia pasażera.

Z perspektywy pasażera kursy powinny być równomiernie rozłożone w czasie. Problem polega na tym, że obecnie nie istnieje żaden mechanizm, który z góry rozdzielałby kursy „po równo” albo w większych odstępach, tak aby pasażer miał odjazd co 30 minut, zamiast dwóch autobusów „pod rząd”. Prowadzi to do marnotrawienia zasobów: zamiast obsłużyć pasażerów w sposób równomierny i bardziej dostępny, jeden autobus jedzie przepełniony, a drugi pusty.

Od razu zaznaczmy: nie jest to afera polegająca na łamaniu przepisów, bo prawo dopuszcza równoległe kursy. Przewoźnicy składają wnioski o zezwolenia, uzgadniają dostęp do przystanków, spełniają wymogi formalne — i jeżdżą. Problem w tym, że nikt nie układa wspólnej układanki. A pasażer płaci dwa razy — najpierw biletem, a potem podatkami, gdy sejmik dotuje PKS Nova, które w tym układzie ponosi straty.

W samych suchych danych nie widać „stłoczeń” jak na dłoni, bo rozkłady są rozproszone po różnych serwisach. Ale gdy weźmiemy tablicę porannych i popołudniowych odjazdów, układa się obraz zbyt małych odstępów między kursami konkurencyjnych firm.

Dlaczego tak się dzieje?

Problem tkwi w tym, że nikt nie koordynuje „siatki” odjazdów. Dzisiejsze przepisy gwarantują możliwość legalnego wejścia na trasę, ale nie narzucają minimalnego odstępu czasowego między konkurencyjnymi kursami na tej samej linii. To oznacza, że przewoźnik może „ustawić się” kilka minut przed konkurentem i jest to zgodne z prawem. Efekt uboczny? Zamiast zwiększać łączną dostępność kursów w ciągu dnia, system generuje „piki i dziury”.

Teoretycznie ludzie wybierają portfelem, ale w praktyce oba podmioty świadczą identyczną usługę, więc można próbować konkurować ceną biletu albo godzinami odjazdów. Problem w tym, że ani jedno, ani drugie nie poprawia komfortu pasażera. Ten nie potrzebuje dwóch autobusów o 7:40 i 7:45. Potrzebuje jednego o 7:40 i kolejnego o 8:10.

Z perspektywy rodzin, osób starszych czy dojeżdżających do pracy i szkół rytm kursów ma ogromne znaczenie. Gdy pojawiają się dwa pojazdy niemal naraz, a potem dłuższa przerwa, rytm się gubi. Pasażerowie, którzy nie są codziennymi bywalcami danej linii, tracą orientację.

Kto może z tym zrobić porządek?

Zacznijmy od tego, że problem nie jest nowy. Jest znany od wielu lat. I co? I nic. Politycy i samorządowcy są jak aligatory — szerokie paszcze, żeby wiele powiedzieć, ale rączki do roboty krótkie. A istnieją dwa sposoby rozwiązania tego problemu.

Mniej realny i bardziej realny. Ten mniej realny to zmiana ustawy. Tak, coś, co można zrobić w jedną noc (jak pokazały działania polityków PiS w przeszłości), w tym przypadku urasta do rangi nieosiągalnego. Zakazanie ustawą praktyki podjeżdżania kilka minut przed konkurencją zamknęłoby problem raz na zawsze. Ale, jak wspomnieliśmy, to rozwiązanie mniej realne. Szanse na wprowadzenie takiego zakazu są bliskie zeru. Dlaczego? Bo jeśli politycy zmieniają przepisy, to zwykle po to, aby na tym skorzystać. A kto przejmie się jakimś rozkładem jazdy?

Dlatego jest drugi sposób, bardziej realny. Marszałek województwa organizuje przewozy użyteczności publicznej i wydaje zezwolenia na przewozy regularne. Nie ma jednak narzędzi, by zmuszać przewoźników do układania rozkładów racjonalnie. Ale to, że ich nie ma, nie oznacza, że nie można ich stworzyć. Wystarczy decyzja sejmiku.

Jak się za to zabrać?

Należy pamiętać, że w hierarchii prawa ustawa stoi wyżej. Skoro zakazu w niej nie ma, sejmik nie może samodzielnie go wprowadzić. Istotny staje się jednak Regionalny Plan Transportowy Województwa Podlaskiego na lata 2021–2027. To strategiczny dokument, którego głównym celem jest poprawa dostępności komunikacyjnej regionu.

Wystarczy zaktualizować go o rozdział dotyczący koordynacji działań podmiotów zajmujących się transportem publicznym. Koordynacja polegałaby na synchronizacji rozkładów jazdy między przewoźnikami na podobnych trasach oraz na wprowadzeniu minimalnych zasad (np. określonego odstępu czasowego, kolejności kursów).

Dodanie zapisu w brzmieniu: „Organizator transportu wojewódzkiego, przy wydawaniu zezwoleń na przewozy regularne, zobowiązany jest do uwzględnienia zasady koordynacji rozkładów jazdy w interesie pasażerów” dałoby marszałkowi narzędzie pozwalające odmówić zatwierdzenia rozkładu w przypadku ewidentnych „podjazdów”, wskazując brak koordynacji jako przeszkodę.

Skoro to „takie łatwe”, dlaczego nikt tego nie robi?

Podstawową barierą jest wszechobecna bierność urzędników. Po co się wychylać i narażać na kłopoty? Dlatego inicjatywa musi wyjść z sejmiku lub zarządu województwa. Co ciekawe, w ostatnim czasie w sejmiku poświęcono wiele godzin dyskusji o PKS Nova. Nikomu jednak z „zatroskanych” nie przyszło do głowy, by rozwiązać akurat ten problem, który realnie poprawiłby sytuację — nie tylko budżet PKS Nova, ale także komfort pasażerów i przejrzystość rozkładów.

Partnerzy portalu:

Dlaczego nie warto biec po papier toaletowy, gdy nadlatują ruskie drony?

Dlaczego nie warto biec po papier toaletowy, gdy nadlatują ruskie drony?

W nocy z 9 na 10 września doszło do bezprecedensowej sytuacji – w polską przestrzeń powietrzną wleciały rosyjskie drony, część z nich od strony Białorusi. Te, które mogły stanowić zagrożenie, zostały zestrzelone przez polskie wojsko i sojuszników z NATO. Nie odnotowano ofiar wśród ludności cywilnej, a jedyne szkody ograniczyły się do fragmentów maszyn, które spadły na budynki i samochody. Rząd zwołał nadzwyczajne posiedzenie, a premier określił incydent mianem prowokacji.

Choć sytuacja była poważna, służby zadziałały szybko i skutecznie. Dlatego najważniejsze jest, aby społeczeństwo zachowało spokój. W takich momentach pojawia się naturalny niepokój, jednak panika – szczególnie w postaci masowego wykupywania makaronu czy papieru toaletowego jak w pandemii – jest całkowicie nieuzasadniona. Polska gospodarka funkcjonuje normalnie, dostawy do sklepów są zabezpieczone, a codzienne życie może toczyć się dalej bez zakłóceń.

Cywile powinni pamiętać o kilku podstawowych zasadach. Jeśli w okolicy znajdą fragment drona, należy natychmiast zgłosić to odpowiednim służbom i nie zbliżać się do znaleziska. Warto śledzić komunikaty władz i mediów publicznych, zamiast powielać niesprawdzone informacje w internecie. Szkoły i instytucje działają normalnie, a zamknięta czasowo przestrzeń powietrzna nad lotniskami nie wynikała z zagrożenia, a z ułatwieniu operacji polskiego wojska.

Z dzisiejszego zdarzenia płynie ważna lekcja: Polska nie jest bezbronna, a siły zbrojne i sojusznicy reagują błyskawicznie. Dlatego zamiast ulegać panice, lepiej zaufać procedurom i spokojnie kontynuować codzienne życie. Świadomość zagrożenia jest potrzebna, ale to rozsądek i opanowanie obywateli pozwalają zachować normalność nawet w obliczu prowokacji.

W takich chwilach szczególnie nie warto rzucać się na sklepy i masowo kupować makaronu, ryżu czy papieru toaletowego – to wyłącznie nakręca zbędną histerię i prowadzi do chaosu. Równie nierozsądne jest wykupywanie na zapas kilkunastu litrów oleju, cukru czy mąki, jakby jutro miało zabraknąć piekarni. Nie ma też sensu ustawiać się w długich kolejkach po benzynę, by zatankować każdy kanister, jaki znajdzie się w garażu. Paniczne wypłacanie wszystkich oszczędności z banku, tylko po to, by trzymać je w skarpecie, również niczego nie zabezpiecza – wręcz przeciwnie, zwiększa ryzyko strat. Tak samo nie pomoże chaotyczne gromadzenie świeczek, zniczy z cmentarza, przypadkowych konserw, które nikt w domu nie jada, ani kupowanie kolejnego telewizora „na wszelki wypadek”.

Niektórzy w emocjach próbują także pędzić na stacje kolejowe czy autobusowe, by „uciec gdziekolwiek” – a to tylko potęguje zamieszanie i utrudnia służbom pracę. Równie złym pomysłem jest rozsyłanie niesprawdzonych plotek (typu mój znajomy ma ciocię w ministerstwie) w mediach społecznościowych, straszenie sąsiadów „końcem świata” albo kupowanie w internecie domowych bunkrów i masek gazowych z niepewnego źródła. Wszystko to są reakcje impulsywne, które nie podnoszą bezpieczeństwa, a jedynie wywołują poczucie chaosu i bezradności.

Partnerzy portalu:

Zwiedzanie białostockich cerkwi – duchowość i architektura miasta wielu wyznań

Zwiedzanie białostockich cerkwi – duchowość i architektura miasta wielu wyznań

Kiedy przyjeżdża się do Białegostoku po raz pierwszy, trudno nie zwrócić uwagi na kształty kopuł, które wznoszą się ponad dachami miasta. Hełmy niektórych cerkwi połyskują w słońcu, przypominając, że stolica Podlasia od wieków była miejscem spotkania kultur i religii. Choć miasto rozwinęło się jako ośrodek wielonarodowy, to właśnie obecność prawosławia nadała mu unikalny charakter, odróżniający Białystok od wielu innych polskich miast.

sobór św. Mikołaja w Białymstoku zimą

Najbardziej okazałą i rozpoznawalną świątynią jest sobór św. Mikołaja, położony nieopodal Rynku Kościuszki. To główna cerkiew prawosławna w mieście, której majestatyczna bryła przyciąga spojrzenia przechodniów. Sobór, wybudowany w XIX wieku, powstał w stylu charakterystycznym dla rosyjskiej architektury sakralnej. Wnętrze kryje bogato zdobiony ikonostas, który dla wiernych stanowi duchową bramę pomiędzy światem ziemskim a niebiańskim. Wejście do tej cerkwi to spotkanie z tradycją wschodniego chrześcijaństwa – światłem świec, zapachem kadzidła i ciszą modlitwy, która potrafi zatrzymać nawet przypadkowego turystę.

Najstarszy opis cerkwi św. Mikołaja w Białymstoku znajdujemy w spisie inwentarza sporządzonym po śmierci Jana Klemensa Branickiego. Raport z roku 1772 deklaruje: Cerkiew drewniana, noworeperowana, na półkoszkach tynkowana, żółto z szarym malowana, i kopułach blachą białą obitych, a czerwonomalowanych. Ta cerkiew od ulicy w oparkowaniu murowanym, ze trzech zaś stron parkan z dylów, między słupami murowanymi, zły. Rejestr inwentarza stwierdza ponadto, że białostocki majątek Branickich liczył 1800 mieszkańców.

cerkiew św. Marii Magdaleny

Nieco dalej, w bardziej kameralnej centrum miasta, znajduje się cerkiew św. Marii Magdaleny. To świątynia o zupełnie innym nastroju – mniejsza, bardziej intymna, otoczona zielenią. To miejsce cichej modlitwy, ale i spotkań społeczności lokalnej, gdzie tradycja przekazywana jest z pokolenia na pokolenie. Cerkiew św. Marii Magdaleny to jeden z najstarszych obiektów sakralnych w Białymstoku. Pierwotnie była to rzymskokatolicka kaplica złączona z niedaleką kaplicą św. Rocha. W 1758 roku ufundował ją Jan Klemens Branicki – niewykluczone, że z myślą o wiernych obrządku wschodniego.

Warto wspomnieć również o cerkwi Świętego Ducha na os. Antoniuk. Jej bardzo wysoka. To miejsce, które często robi największe wrażenie na turystach odwiedzających Białystok. Dla budowniczych cerkwi Świętego Ducha od początku najważniejszym było, by świątynia pomieściła jak najwięcej wiernych. Istniało kilka projektów budynku. W 2000 roku zawieszono unikalne na skalę światową panikadiło. Konstrukcja o łącznej rozpiętości sześciu metrów, wadze 1200 kg, złożona z dwóch części, z których wyższą umieszczono w samej kopule, zaś niższą – na wysokości 9 metrów od podłogi. Żyrandol podtrzymują 24 liny symbolizujące zstępującego na ziemię Ducha Świętego. Między świecami znajdują się prostopadłościenne witraże z wizerunkami apostołów oraz świętych. Całość przyjmuje kształt zbliżony do korony a powstała w pracowni w Mińsku.

Warto wspomnieć także o cerkwi Hagia Sofia w Białymstoku przy ul. Trawiastej. Idea budowy cerkwi pod wezwaniem Hagia Sophia w Białymstoku zrodziła się w 1986 roku w nietypowych okolicznościach – podczas lotu powrotnego z Konstantynopola. Wśród pasażerów byli metropolita Bazyli, ówczesny zwierzchnik Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego, arcybiskup diecezji białostocko-gdańskiej Sawa (od 1998 roku metropolita całej Cerkwi) oraz ks. Aleksander Chilimoniuk, proboszcz parafii Wszystkich Świętych w Białymstoku.

Wizyta w stolicy dawnego Bizancjum, w tym także spotkanie z patriarchą Konstantynopola Dymitriosem I, stały się impulsem duchowym i symbolicznym. Hierarchowie odwiedzili wówczas monumentalną Hagia Sophię – dawną cerkiew, a później meczet i muzeum – która, zgodnie z tureckim prawem, była miejscem niedostępnym dla modlitwy chrześcijańskiej. Uświadomienie sobie, że podobne ograniczenia obowiązywały również w innych, historycznych cerkwiach pod tym samym wezwaniem – w Kijowie, Połocku czy Nowogrodzie Wielkim – wzbudziło refleksję. W obliczu niemożności praktykowania modlitwy w tradycyjnych świątyniach Mądrości Bożej, narodziła się myśl: „Skoro nie można się modlić tam, niech chociaż w Białymstoku stanie cerkiew, w której będzie rozbrzmiewać modlitwa ku czci Mądrości Bożej – Hagia Sophia”.

Zwiedzanie białostockich cerkwi to nie tylko lekcja architektury, ale też podróż w głąb historii regionu. Od wieków Podlasie było pograniczem – tutaj spotykały się tradycje polska, litewska, białoruska i ukraińska. Każda z tych kultur zostawiła w Białymstoku swój ślad, ale to właśnie cerkwie najpełniej pokazują, że miasto nie było monokulturowe. Spacerując od jednej świątyni do drugiej, można poczuć klimat dawnej wielokulturowości, która wciąż jest obecna w językach, kuchni i obyczajach mieszkańców.

Niektórzy odwiedzają cerkwie tylko jako turystyczne atrakcje, inni traktują je jako miejsca duchowego zatrzymania. Niezależnie jednak od motywacji, wejście do wnętrza prawosławnej świątyni zawsze jest doświadczeniem. Złocone ikony, bogate polichromie i chór śpiewający w wielogłosie tworzą atmosferę, której trudno porównać z czymkolwiek innym. W Białymstoku to doświadczenie jest dostępne niemal na wyciągnięcie ręki – kilka minut spaceru dzieli turystę od kolejnej świątyni, każdej z własną historią i własnym rytmem życia.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Z Białegostoku przez Sokółkę, Augustów i Suwałki do Wilna. Czy warto jechać?

Ten pociąg zaczyna bieg w Krakowie, następnie przez Warszawę dojeżdża do Białegostoku, by następnie dojechać Mockavy na Litwie. W dalszą podróż do Wilna można zabrać się pociągiem litewskiej firmy LTG Link, który czeka na pasażerów z Polski na tym samym peronie, na torze obok. Wystarczy jeden bilet, wystarczy przejście do drugiego pociągu i można zwiedzać stolicę Litwy!

Podróż takim pociągiem to nie tylko wygodny sposób dotarcia do celu, ale także wyjątkowa okazja, by przeżyć coś więcej niż zwykły transport z punktu A do punktu B. Trasa prowadzi przez różnorodne krajobrazy – zielone lasy Podlasia, które ciągną się aż ku litewskiej granicy zrobią wrażenie na każdym. Wystarczy spojrzeć za okno, by zobaczyć, jak zmienia się Polska w trakcie podróży najpierw na wschód, a później na północ. To jak podróż przez małą ojczyznę, która stopniowo ustępuje miejsca innemu krajowi i innej kulturze.

Pociąg daje też czas, by naprawdę poczuć klimat podróży. W przeciwieństwie do samolotu, który przenosi nas błyskawicznie z jednego miasta do drugiego, kolej pozwala obserwować świat w bardziej naturalnym tempie. Jest miejsce na spokojną rozmowę, na lekturę książki, na filiżankę kawy w wagonie restauracyjnym. Można poznać innych podróżnych – studentów jadących na Erasmus, turystów wybierających się pierwszy raz na Litwę, czy Litwinów wracających do rodzinnych stron. Każda z tych rozmów potrafi nadać podróży nowego znaczenia.

Warto też pamiętać, że sama przygoda zaczyna się w chwili wejścia na peron. Niespieszne pakowanie walizki, czekanie na stacji, zapach rozgrzanych torów latem czy chłodny powiew zimą – to wszystko buduje atmosferę wyprawy. Podróż pociągiem staje się częścią wspomnień, a nie tylko środkiem do ich zdobycia.

Granica, którą przekraczamy w Mockavie, to symboliczny moment – w kilka minut znajdujemy się w innym kraju, nagle zmienia się strefa czasowa, ale nadal nie tracimy rytmu podróży. To rzadkie doświadczenie w Europie Środkowo-Wschodniej, gdzie przez lata przejazd przez granicę kojarzył się z długotrwałymi kontrolami i barierami. Dziś wystarczy spojrzeć na zmieniające się nazwy stacji i język na tablicach, by poczuć, że jesteśmy już w innej przestrzeni kulturowej.

Dlatego właśnie warto wsiąść do tego pociągu – nie tylko po to, by dotrzeć do Wilna, ale po to, by przypomnieć sobie, że podróż sama w sobie jest przygodą. To droga, która łączy miasta, ludzi i krajobrazy. To doświadczenie, którego nie da się odtworzyć w żadnym innym środku transportu. Pociąg z Białegostoku do Wilna to zaproszenie do przeżycia czegoś więcej niż zwykłej podróży – to szansa na małą wyprawę, która pozostaje w pamięci na długo.

Partnerzy portalu:

Co dalej z Krywlanami? Będą budować hangar, a las jak rósł tak rośnie.
fot. UM Białystok

Co dalej z Krywlanami? Będą budować hangar, a las jak rósł tak rośnie.

W sprawach lotniska na Krywlanach można się nieco pogubić. Pamiętamy jak jeszcze poprzedni prezydent Białegostoku Ryszard Tur (a obecny rządzi już od 19 lat) wbijał symboliczną łopatę na Krywlanach. Od tego czasu kolejnemu prezydentowi czyli Tadeuszowi Truskolaskiemu udało się (z walczącą z nim wtedy pisowską większością w radzie) wybudować pas startowy. To też miało miejsce już kilka dobrych lat temu.

Od tego czasu nic się na Krywlanach nie zmieniło. Przeszkody lotnicze – czyli Las Solnicki nadal rosną, a tematu ich wycinki jak nie było tak nie ma. Za to w planach jest powstanie spółki – składającej się z Miasta Białystok, Województwa Podlaskiego i Polskich Portów Lotniczych S.A (udziały w tym ma skarb państwa). Kiedy to się stanie, nie wiadomo. W ostatnim czasie dodatkowo Prezydent Białegostoku wydał decyzję lokalizacyjną na budowę hangaru dla samolotów, z masztami antenowymi. Będzie też nowa droga kołowania. O ile nikt się nie odwoła i nie storpeduje tej inwestycji.

Warto dodać, że prawie rok temu NSA oddalił skargę na decyzję środowiskową dotyczącą Krywlan z 2016 roku. „Teraz możemy wznowić postępowanie dot. usunięcia przeszkód lotniczych i zintensyfikować prace nad tym, by jak najszybciej „odblokować” wykorzystywanie Krywlan w pełnym wymiarze” – napisał na portalu X prezydent Białegostoku Tadeusz Truskolaski. Od tamtej pory o planach miasta na wycinkę nic nie wiadomo. Warto jednak przypomnieć, że w Polsce okres lęgowy ptaków zazwyczaj trwa od 1 marca do 15 października, więc w tym czasie nic ciąć nie można. Ale zaplanować owszem. Chyba, że miasto boi się mieszkańców Dojlid, że się przypną do drzew i chce to zrobić z zaskoczenia.

Tak czy inaczej, na Krywlanach niby coś się dzieje, ale tak naprawdę wszystko po staremu. Stacjonuje wojsko, Straż Graniczna, LPR i prywatne samoloty.

Partnerzy portalu:

Dobra wiadomość z Białegostoku nad mazurskie jeziora jest sprawniej, będzie szybciej!
fot. PKP Intercity

Dobra wiadomość z Białegostoku nad mazurskie jeziora jest sprawniej, będzie szybciej!

W środę 3 września, do Giżycka wjechał pierwszy pociąg PKP Intercity z lokomotywą elektryczną. Był to skład IC Hańcza, który rano wyruszył z Krakowa. To wydarzenie jest kolejnym etapem modernizacji linii kolejowej prowadzącej przez Warmię i Mazury i bez wątpienia ucieszy wielu mieszkańców Podlasia, którzy regularnie podróżują w tamtym kierunku.

Połączenie kolejowe do Giżycka zostało uruchomione już 18 czerwca, zaraz po zakończeniu wcześniejszego etapu prac modernizacyjnych. W czasie wakacji na trasie kursowały jeszcze pociągi z lokomotywami spalinowymi, jednak dzięki modernizacji odcinka Ełk – Giżycko – Korsze możliwe stało się wprowadzenie lokomotyw elektrycznych. Dzięki tym zmianom czeka nas zwiększenie liczby połączeń i prędkości na trasie. Docelowo pociągi na Białystok – Ełk – Giżycko – Korsze pojadą z prędkością do 160 km/h, co znacznie poprawi komfort i szybkość podróży.

Dla Podlasian, którzy często wybierają pociąg jako środek transportu na Mazury, to wiadomość szczególnie dobra. Modernizacja oznacza nie tylko krótszą i wygodniejszą podróż, ale także większą dostępność połączeń, co ułatwi zarówno wyjazdy turystyczne, jak i codzienne podróże w kierunku północnej Polski. Ale też w drugą stronę – mieszkańcy Warmii i Mazur chętniej odwiedzą Podlasie!

Partnerzy portalu:

Wszyscy wzięli się za ogromny problem. Czy ktoś zechce studiować w Białymstoku?
fot. UM Białystok

Wszyscy wzięli się za ogromny problem. Czy ktoś zechce studiować w Białymstoku?

Wreszcie ktoś się wziął za problem, który sygnalizowaliśmy od wielu lat. Białystok przestał był atrakcyjnym miejscem nie tylko do życia, ale również do studiowania. Widać to na twardych liczbach. Mieszkańców ubywa tak samo jak i studentów. Dawniej w mieście było 50 tys. żaków! Teraz ledwo ponad 20 tys. Całe lata władze patrzyły na to biernie, aż w końcu się dogadali.

Uniwersytet w Białymstoku, Uniwersytet Medyczny, Politechnika Białostocka razem z Miastem Białystok i Województwem Podlaskim zaczynają wspólną kampanię Studiuj w Białymstoku. Nawet przygotowano do tego specjalny autobus PKS Nova, który będzie wszędzie tam, gdzie coś się dzieje związanego z edukacją. Na przykład Targi Edukacyjne Perspektywy, w ramach których w 15 miastach Polski zostanie zorganizowany Salon Maturzystów Perspektywy 2025. Tylko we wrześniu będzie w Gdańsku, Łodzi, Warszawie, i na Śląsku. Autobus odwiedzi również szkoły średnie w województwie podlaskim, a także w sąsiednich województwach. Zawita do takich miasta, jak Ostrów Mazowiecka, Giżycko, Olecko, Suwałki, a także Wilno, promując lokalne uczelnie.

W ramach akcji powstanie kompleksowa oferta, która ma przyciągnąć młodzież do Białegostoku na czas studiów, a także zainspiruje ją do pozostania i realizowania swojej kariery zawodowej w regionie po zakończeniu edukacji. Czekamy na efekty.

Partnerzy portalu:

Polak uratował 29 osób, których żywcem chcieli spalić Niemcy

Polak uratował 29 osób, których żywcem chcieli spalić Niemcy

27 czerwca to data, która na stałe wpisała się do historii Białegostoku. Była dniem, w którym okupujący Niemcy urządzili coś niewyobrażalnego. W okrutny sposób, masowo zabili ludzi tylko dlatego, że byli Żydami. Niemcy spędzili około 700 osób do wielkiej synagogi stojącej przy ul. Bożniczej (dziś zaplecze Suraskiej), a następnie podpalono budynek. Bohaterska postawa Józefa Bartoszki spowodowała, że przeżyło 29 osób. Dozorca wykorzystując nieuwagę Niemców otworzył boczne drzwi płonącego budynku. W ostatniej chwili wydostali się ludzie stłoczeni w przedsionku. W tym czasie Niemcy strzelali do Żydów, którzy uciekali z drewnianych domów, które chwilę później również zajęły się ogniem.

Taka postawa doczekała się dopiero po 84 latach uhonorowania. Józef Bartoszko w pobliżu wspomnianej, dawnej synagogi, otrzymał swój skwer. Jego uroczyste otwarcie miało miejsce 1 września. Podczas otwarcia, władzom miasta towarzyszyła wnuczka bohatera, Pani Marta.

27 czerwca 1941 w Białymstoku Niemcy zabili łącznie ponad 2000 osób. Oprawcy nie tylko spalili synagogę, dzielnicę Schulhof, a także wiele budynków z Rynku Kościuszki, Suraskiej, Rynku Siennego, a także to co napotkali na Legionowej i Akademickiej. W kolejnych dniach Niemcy dalej masowo mordowali Żydów. Do 12 lipca zamordowano łącznie prawie 8000 osób. 2 tygodnie później utworzono w mieście getto. Zabito prawie 20 proc. wszystkich Żydów z miasta.

Partnerzy portalu:

Jak wygląda tradycyjna kuchnia łomżyńska? Zupełnie inaczej niż na Podlasiu!
fot. Katalog kulinarny Łomża

Jak wygląda tradycyjna kuchnia łomżyńska? Zupełnie inaczej niż na Podlasiu!

Województwo Podlaskie to twór z 1999 roku, który złączył ze sobą dawne województwa białostockie, łomżyńskie i suwalskie. Każdy, kto interesuje się historią od razu widzi jak bardzo przypadkowy to jest twór, bowiem historyczne Podlasie zostało rozdzielone pomiędzy województwa podlaskie, mazowieckie i lubelskie. A Podlaskiemu przyłączono kawałek Suwalszczyzny i Mazowsza. I choć w codziennym życiu nie jest to zbyt uciążliwe, to gdy chcemy szukać jakichś spójności, jest już trudniej.

Jednym z przykładów jest kuchnia. Gdy zajedziemy do takiego Supraśla, to możemy raczyć się kartaczami (to wytwór litewski, przeniesiony później na Suwalszczyznę), kiszką ziemniaczaną z kuchni białoruskiej, która przywędrowała potem na Podlasie (czyli dzisiejsze południe województwa Podlaskiego). Nie można też zapominać o kuchni tatarskiej, która króluje na wschodzie województwa. A co z Łomżą? Na zachodzie jest bardziej szlachecko!

Popularne są tu żury, barszcze oraz kapuśniaki. Kwaśne, treściwe, gotowane często na wędzonce, nie tylko syciły, ale też dawały energię do pracy w gospodarstwie. W wielu domach do dziś przygotowuje się barszcz biały na zakwasie żytnim, którego receptura wymaga cierpliwości i troski – to smak tradycji, który nie pozwala zapomnieć o dawnych sposobach gotowania.

Łomża jest bramą na Kurpiowszczyznę, a tamtejsze słodkości mają swoją niepowtarzalną nutę. Najbardziej charakterystyczne są fafernuchy – małe ciasteczka o lekko pieprznym smaku, które kiedyś wypiekano z okazji świąt. Nie można zapomnieć też o miodach kurpiowskich.

Nie można zapominać też o rybach. Szczupaki, liny czy płocie trafiały na stoły pieczone, smażone, a nierzadko wędzone w przydomowych wędzarniach. To wszystko za sprawą Narwi, która teraz umiera, ale dawniej tętniła życiem.

Kiedy więc podróżujemy przez Łomżę i okolice, warto zatrzymać się nie tylko dla widoków i zabytków. Koniecznie spróbujcie to co dla tej części Podlaskiego charakterystyczne. Przepyszne zupy, słodkie, miodowe przysmaki i pieczone lub smażone ryby.

 

Partnerzy portalu:

Kto by się spodziewał. PKS ma już 80 lat. Będzie Retro Piknik Rodzinny.

Kto by się spodziewał. PKS ma już 80 lat. Będzie Retro Piknik Rodzinny.

I Retro Piknik „Zakręceni na Podlasiu” będzie jednocześnie imprezą urodzinową regionalnego PKS-u. 20 września, w Ogrodach Pałacu Branickich w Białymstoku, zaplanowano mnóstwo atrakcji. Będzie można m.in. zwiedzić wystawę zabytkowych pojazdów – autobusów i samochodów z kolekcji Moto Retro. Przewidziano także pokaz holowania autobusu z użyciem zabytkowego sprzętu w akcji. Na stoisku PKS Nova znajdziemy kroniki pracownicze, pamiątki i balony, a na odwiedzających czekać będą regionalne smakołyki.

Dla chętnych dostępna będzie również strzelnica łucznicza. Nie zabraknie atrakcji dla najmłodszych: dmuchańców, animacji, gigantycznych klocków czy malowania twarzy. Starsi będą mogli wziąć udział w konkursie z nagrodami, w którym premiowana będzie wiedza o PKS. Wieczorem, na specjalnym ekranie, odbędzie się kino plenerowe z kultowym filmem Disneya. Wszystkie atrakcje będą bezpłatne. Sponsorem strategicznym imprezy będzie Województwo Podlaskie.

Podlaska Komunikacja Samochodowa rozpoczęła działalność w 1945 roku, kiedy to – na wniosek ówczesnego ministra komunikacji – powołano Państwowy Urząd Samochodowy. Pod koniec tego samego roku stacja PKS w Białymstoku, mieszcząca się przy ulicy Kraszewskiego, posiadała już 60 jednostek taboru samochodowego (głównie z demobilu wojskowego) oraz uruchomiła pierwsze stałe połączenia do Warszawy i Olsztyna.

W 1951 roku wybudowano nowoczesną – jak na tamte czasy – stację obsługi, magazyny i budynek administracyjny przy ul. Fabrycznej 1. W 1975 roku, po nowym podziale administracyjnym, na mocy zarządzenia ministra komunikacji Wojewódzkie Przedsiębiorstwo PKS w Białymstoku zmieniło nazwę na Przedsiębiorstwo Państwowej Komunikacji Samochodowej w Białymstoku i rozpoczęło działalność na terenie trzech województw: białostockiego, łomżyńskiego i ostrołęckiego.

Jedną z najpoważniejszych inwestycji była budowa dworca PKS przy ul. Bohaterów Monte Cassino 10. Bardzo nowoczesny i niezwykle potrzebny, został oddany do użytku w 1986 roku, służąc 250-tysięcznemu wówczas miastu. W ciągu kilkudziesięciu lat istnienia firma kilkakrotnie zmieniała swoją nazwę, lecz kluczowa dla jej obecnego kształtu była komercjalizacja przeprowadzona w 2006 roku, która doprowadziła do powstania spółki akcyjnej. 5 lipca 2011 roku PKS Białystok został skomunalizowany, a właścicielem spółki został Samorząd Województwa Podlaskiego.

2 stycznia 2017 roku nastąpiło połączenie PKS Białystok, PKS Zambrów, PKS Łomża, PKS Siemiatycze i PKS Suwałki w jedną dużą firmę – PKS Nova.

Partnerzy portalu: