Featured Video Play Icon

We dwie postanowiły odkryć magię Podlasia. Wspólny wyjazd tutaj odkrył wiele.

Kanał na YouTube Cząstka Podlasia, który swego czasu stworzył jedno z piękniejszych dzieł – hołdów złożonych naturze i duchowi Podlasia – tym razem zaserwował widzom film „One nie są stąd”. Choć od premiery minęło 6 miesięcy, to i tak warto go obejrzeć (lub przypomnieć sobie). Dlatego jeśli nie mieliście jeszcze okazji go zobaczyć — teraz jest doskonały moment, by nadrobić tę zaległość.

Film „One nie są stąd” opowiada historię Agaty i Igi, dwóch dziewczyn pochodzących z różnych zakątków Polski, które wyruszają na wspólną wyprawę na wschód, by odkryć przyrodę, kulturę i magię Podlasia. Ich podróż rozpoczyna się nad Biebrzą, gdzie spotykają tajemniczego „Króla” – przewodnika po świecie dzikiej natury i lokalnych opowieści. To właśnie on inspiruje je do dalszej wędrówki przez malownicze krajobrazy, wioski i lasy, w których czas zdaje się płynąć inaczej.

Kamera Cząstek Podlasia po raz kolejny zachwyca ujęciami. To obraz, który nie tylko pokazuje Podlasie, ale pozwala je poczuć. Dla tych, którzy tęsknią za spokojem, ciszą i autentycznością — ten film będzie jak powrót do źródeł. A dla tych, którzy jeszcze nie znają Cząstki Podlasia, może stać się doskonałym początkiem fascynującej podróży po filmowym świecie twórców, którzy od lat dokumentują piękno północno-wschodniej Polski.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Świat podlaskich Szeptuch uchylił rąbka tajemnicy. Zobacz ten film.

Na wschodnich rubieżach Polski, tam gdzie mgły unoszą się nad łąkami, a cisza ma w sobie coś świętego, wciąż żyje niezwykła tradycja. W Podlaskiem, regionie pogranicza kultur i religii, przetrwały do dziś praktyki uzdrawiania zakorzenione głęboko w słowiańskim folklorze. Ich strażniczkami są szeptuchy – kobiety (choć czasem także mężczyźni), które posługują się szeptem, modlitwą i dawnymi rytuałami, by leczyć ciało i duszę.

Szeptucha to nie czarodziejka ani uzdrowicielka w sensie medycznym. To raczej pośredniczka między światem ludzi a światem duchowym, przekazująca dobro i chroniąca przed złem. Jej siła tkwi w słowie – w modlitwach, które odmawia cicho, z głębokim skupieniem, często w samotności, przy krzyżu, źródle lub na rozstaju dróg. Zwraca się zarówno do Boga, jak i do natury – bo w tradycji ludowej wszystko, co żyje, ma moc: woda, ogień, ziemia, zioła, wiatr.

Korzenie tego zjawiska sięgają czasów przedchrześcijańskich. Później szeptuchy wplotły w swoje praktyki elementy prawosławia, łącząc modlitwy do świętych z archaicznymi zaklęciami. Taka synteza religii i magii ludowej przetrwała wieki, choć często budziła nieufność Kościoła. Dla mieszkańców Podlasia szeptucha nie jest jednak heretyczką – to ktoś, kto po prostu „wie więcej”, kto pomaga wtedy, gdy lekarz rozkłada ręce, a cierpienie nie daje się wytłumaczyć racjonalnie.

Dziś świat szeptuch powoli zanika. Coraz mniej ludzi chce uczyć się tej sztuki, a dawne modlitwy – przekazywane wyłącznie ustnie – umierają wraz z najstarszymi kobietami. Zostają wspomnienia, historie i nieliczne zapiski. To właśnie ten kruchy świat postanowiła uchwycić w swoim filmie dokumentalnym „Szepciarze” Alexandra Golus, polska reżyserka mieszkająca w Berlinie. Jej kamera zagląda do chat i ogrodów, w których czas płynie inaczej, próbując ocalić od zapomnienia ludzi, którzy wciąż wierzą w moc szeptu.

Podlaskie, z jego wielokulturowym dziedzictwem, jest jednym z ostatnich miejsc w Europie, gdzie magia i wiara przenikają się tak naturalnie. Spotkanie z szeptuchą to nie tylko podróż w głąb dawnej tradycji, ale także przypomnienie, że człowiek – mimo postępu i technologii – wciąż potrzebuje tajemnicy, nadziei i słowa wypowiedzianego z wiarą.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Wzgórza Sokólskie – nowy cud Polski 2025!

Internauci zdecydowali – Wzgórza Sokólskie zostały ogłoszone nowym cudem Polski 2025 roku w prestiżowym plebiscycie magazynu National Geographic Traveler. To wyjątkowe wyróżnienie dla regionu Podlasia, który w tegorocznej edycji miał aż trzy swoje propozycje, ale to właśnie malownicze wzgórza w okolicach Sokółki zdobyły serca głosujących z całej Polski.

Wzgórza Sokólskie to niezwykły fragment północno-wschodniego Podlasia – kraina falujących pagórków, dolin i widoków, które bardziej przypominają Toskanię niż typowy krajobraz Polski. Położone pomiędzy dolinami Biebrzy i Supraśli, stanowią naturalne przejście między nizinnym Podlasiem a bardziej pofałdowanymi terenami Suwalszczyzny. Najwyższe punkty oferują rozległe panoramy na mozaikę pól, lasów i wiosek o charakterystycznych, drewnianych domach z kolorowymi okiennicami.

To region, w którym można poczuć autentyczną ciszę i spokój. Ogromne połacie zieleni sprawiają, że Wzgórza Sokólskie są idealnym miejscem na piesze wędrówki, wycieczki rowerowe i fotograficzne plenery. O każdej porze roku zachwycają innym obliczem – wiosną świeżą zielenią, latem złotymi łanami zbóż, jesienią mgłami i ciepłymi barwami drzew, a zimą bajkową bielą, gdy spadnie śnieg.

Dzięki temu zwycięstwu Podlasie po raz kolejny udowadnia, że jest jednym z najpiękniejszych i najbardziej niedocenianych regionów Polski. Wzgórza Sokólskie, choć nie posiadają głośnych atrakcji turystycznych, przyciągają tym, co dziś najcenniejsze – autentycznością, spokojem i naturalnym pięknem. To miejsce, które nie potrzebuje filtrów, by zachwycać. Zasłużony tytuł „Cudu Polski 2025” sprawi, że o Wzgórzach Sokólskich z pewnością usłyszy cała Polska – i wielu przekona się, że magia Podlasia naprawdę istnieje.

Dobrze się stało, że to właśnie Wzgórza Sokólskie zdobyły tytuł Cudu Polski 2025. To wyróżnienie ma bowiem znaczenie nie tylko turystyczne, ale i społeczne. Od lat ten wyjątkowy krajobraz jest stopniowo niszczony przez żwirownie, które pojawiają się tu coraz częściej, zmieniając malownicze wzgórza w księżycowe pustkowia. Mimo że lokalne społeczności wielokrotnie zwracały uwagę na ten problem, ich głos rzadko przebijał się dalej. Teraz, dzięki ogólnopolskiej nagrodzie, jest szansa, że o zagrożeniu dla Wzgórz Sokólskich usłyszy szersza publiczność – media, przyrodnicy i decydenci. Być może ten symboliczny tytuł sprawi, że ktoś wreszcie zatrzyma rabunkową eksploatację i pozwoli, by to niezwykłe miejsce mogło dalej zachwycać swoim naturalnym pięknem.

Partnerzy portalu:

Więcej pociągów z Podlasia na Litwę. Za kilka lat także bez zmiany pociągu.

Więcej pociągów z Podlasia na Litwę. Za kilka lat także bez zmiany pociągu.

Dobre wieści dla podróżnych z Podlaskiego i wszystkich, którzy wybierają kolej na trasie do naszych północnych sąsiadów. Od nowego rozkładu jazdy (zmiany są w połowie grudnia) liczba połączeń między Polską a Litwą wzrośnie trzykrotnie. Zamiast jednego pociągu dziennie, z Białegostoku i Suwałk do Wilna będzie można dojechać aż trzema składami. Oprócz dobrze znanej „Hańczy” (Kraków – Wilno przez Warszawę, Białystok i Kowno), na tory wyjedzie również „Wigry” (Szczecin – Poznań – Warszawa – Białystok – Wilno) oraz nowy, krótszy kurs „Jaćwing” na trasie Suwałki – Wilno.

Wszystkie pociągi, tak jak dotychczas, będą wymagały przesiadki w litewskiej Mockavie, gdzie podróżni przechodzą z polskiego składu na szerokotorowy pociąg litewskich kolei LTG Link. Jednak czas przejazdu z Warszawy do Wilna ma się skrócić o około godzinę dzięki lepszej koordynacji przesiadki i temu, że składy „Hańcza” i „Wigry” pokonają odcinek Warszawa – Białystok bez dodatkowych postojów.

Tymczasem za północno-wschodnią granicą prace nad europejską magistralą Rail Baltica wchodzą w decydującą fazę. Na Litwie rozpoczęto już układanie szyn na pierwszych odcinkach nowej linii, m.in. w rejonie Janowa. Do końca roku powstanie niemal dziewięciokilometrowy fragment toru między miejscowościami Šveicarija i Žeimiai, a roboty ziemne i budowa obiektów inżynieryjnych toczą się na ponad 100 kilometrach trasy z Kowna w kierunku Poniewieża.

Rail Baltica to projekt, który całkowicie odmieni podróże między Polską a krajami bałtyckimi. Do 2030 roku powstanie 870 kilometrów normalnotorowej linii kolejowej o europejskim rozstawie 1435 mm – 392 km na Litwie, 265 km na Łotwie i 213 km w Estonii. Tory będą przystosowane do prędkości 249 km/h, co pozwoli pociągom łączyć Warszawę, Białystok, Suwałki z Wilnem, Rygą i Tallinem bez żadnych zmian pociągów i w czasie krótszym niż kiedykolwiek wcześniej.

Dla Podlaskiego to ogromna szansa. Już dziś region staje się ważnym węzłem na szlaku północ–południe, a zwiększona liczba połączeń do Wilna to krok w stronę przyszłej, nowoczesnej kolei dużych prędkości. Do momentu, gdy Rail Baltica będzie gotowa, warto jak najintensywniej rozwijać obecne połączenia – tak, by podróżni z Podlasia coraz częściej wybierali pociąg nie tylko do stolicy Litwy, ale i dalej – ku krajom bałtyckim.

Partnerzy portalu:

Bezmyślni dziennikarze straszą wojną w Podlaskiem, bo to się „klika”. Region ponosi realne straty.

Bezmyślni dziennikarze straszą wojną w Podlaskiem, bo to się „klika”. Region ponosi realne straty.

W ostatnich miesiącach media w Polsce znalazły sobie nowe złoto – Przesmyk Suwalski. Temat, który sprzedaje się znakomicie, bo łączy w sobie wszystko, co pobudza emocje: Rosję, wojnę i strach. Każdy, kto wrzuci do tytułu słowa „atak”, „napięcie” i „granica”, może liczyć na tysiące kliknięć. I nie ma znaczenia, że to czysta fantazja – ważne, że ludzie klikają, udostępniają, dyskutują. Strach się sprzedaje, a więc jest produkowany w masowych ilościach. Tyle że w tym wszystkim ginie rzeczywistość, a Podlaskie płaci za tą medialną zabawę bezmyślnych dziennikarzy realną cenę.

Nie ma żadnego zagrożenia dla Przesmyku Suwalskiego. Żadnego. Cała ta narracja o „możliwym ataku” to kompletne brednie, które może powtarzać tylko ktoś, kto nigdy nie spojrzał na mapę i nie ma pojęcia o tym, jak działa armia. Rosja nie może sobie po prostu „najechać” kawałka polskiego terytorium, jakby to była misja w grze komputerowej, gdzie klikamy obszar i wciskamy „atak”. W wojskowości liczy się logika działań i kolejność frontów. Dopóki trwa wojna na Ukrainie, Rosja jest związana tam w stu procentach. Nie ma „zapasowych” sił, zaplecza, ani logistyki, by otworzyć drugi front przeciwko NATO. Żeby w ogóle myśleć o jakimkolwiek ruchu w stronę Przesmyku Suwalskiego, musiałaby najpierw połknąć Ukrainę, potem zająć państwa bałtyckie, a dopiero później – może – rozważać jakieś działania w rejonie Przesmyku Suwalskiego – od strony Litwy. Atak na Polskę przez Suwałki bez zajętej Ukrainy i bez opanowanych krajów bałtyckich to wojskowy absurd, coś, co nie istnieje poza wyobraźnią redaktorów zafascynowanych mapami i czołgami w grach.

Tymczasem te medialne bzdury mają konkretne skutki. Na Podlasie – jeden z najpiękniejszych i najspokojniejszych regionów Polski – ludzie zaczęli rezygnować z wyjazdów, bo „tam może być wojna”. Trzeba wprowadzać bony turystyczne, żeby ratować całe branże. A wszystko dlatego, że medialni nabijacze klikania znalazło sobie sposób na dobry zarobek.

To, co robią media, jest w istocie działaniem przeciwko własnemu krajowi. Bo każdy taki artykuł o „zagrożeniu na wschodzie” uderza nie w Moskwę, tylko w Białystok, Suwałki i Augustów. Zamiast wzmacniać odporność psychiczną społeczeństwa, sieją lęk i nieufność. Zamiast promować Podlaskie jako bezpieczne i piękne, tworzą z niego strefę strachu. Tymczasem tu nikt nie słyszy huku armat, tylko klangor żurawi czy klekot bocianów. Wybrzmiewa też cisza lasu w Puszczy Augustowskiej.

Nie da się zakazać mediom pisania głupot, ale można przestać je nagradzać kliknięciami. Dopóki ludzie będą klikać w każdy tytuł o zagrożeniu w Przesmyku Suwalskim, dopóty te teksty będą powstawać. A więc to od nas zależy, czy pozwolimy się straszyć. Podlasie potrzebuje dziś nie paniki, tylko zdrowego rozsądku. Bo prawdziwe zagrożenie nie nadchodzi ze wschodu, tylko z telewizora i portali, które dawno pomyliły informowanie z sianiem lęku.

Przesmyk Suwalski nie jest żadnym punktem zapalnym, tylko kawałkiem spokojnej ziemi w sercu Europy. Ale jeśli dalej będziemy wierzyć mediom, które żyją z niepokoju, to sami zamienimy ten kraj w jeden wielki obóz strachu. A może lepiej po prostu przyjechać na Podlasie, usiąść nad jeziorem i przekonać się, że jedyne, co tu naprawdę wybucha – to śmiech wszystkich tych, którzy doskonale się bawią w regionie, gdy przełamią strach i przyjadą do nas w gości.

Zamiast bajek o wojnie, lepiej obejrzeć sobie piękną przyrodę z Przesmyku Suwalskiego.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Supraśl to miasteczko warte zwiedzania o każdej porze roku!

Supraśl to jedno z tych miejsc, które zachwycają od pierwszego wejrzenia – nie tylko urodą przyrody, ale też spokojem i klimatem, jakiego trudno dziś szukać w innych częściach Polski. Położony zaledwie kilkanaście kilometrów od Białegostoku, nad rzeką Supraśl, otoczony Puszczą Knyszyńską, przyciąga turystów szukających oddechu od zgiełku, kontaktu z naturą i autentycznego ducha Podlasia.

Spacerując po centrum miasteczka, można poczuć wyjątkową harmonię między kulturą prawosławną i katolicką, drewnianą architekturą dawnych willi i nowoczesnymi akcentami. Najbardziej rozpoznawalnym symbolem Supraśla jest oczywiście Monaster – jeden z najważniejszych zabytków prawosławia w Polsce. Jego monumentalna bryła, połączenie stylu obronnego i sakralnego, robi ogromne wrażenie, a znajdujące się w nim Muzeum Ikon z ekspozycją stanowi obowiązkowy punkt każdej wizyty.

Ale Supraśl to nie tylko historia i religia. Otaczająca miasto Puszcza Knyszyńska to raj dla miłośników spacerów, rowerów i kajaków. Szlaki piesze i rowerowe wiją się przez pachnące żywicą bory, a spływy rzeką Supraśl pozwalają zobaczyć okolicę z zupełnie innej perspektywy. Zimą natomiast okolice przyciągają amatorów narciarstwa biegowego – w Supraślu funkcjonują dobrze przygotowane trasy o różnym stopniu trudności. Oczywiście działają pod warunkiem, że spadnie śnieg.

Nie sposób pominąć również walorów kulinarnych tego miejsca. Supraśl to idealny przystanek dla smakoszy kuchni regionalnej – tu można spróbować kiszki ziemniaczanej, babki, kartaczy, a także innych tradycyjnych dań, które doskonale oddają wielokulturowy charakter Podlasia.

Supraśl ma w sobie coś, co sprawia, że każdy, kto tu przyjedzie, pragnie wrócić. To miasteczko, które nie goni za nowoczesnością, ale też nie zatrzymało się w czasie – rozwija się w rytmie natury, pozostając wierne swoim korzeniom. Spacer po nadrzecznym bulwarze, chwila ciszy w cieniu klasztornych murów, zapach lasu i smak lokalnych przysmaków – wszystko to sprawia, że Supraśl pozostaje w pamięci na długo. To nie tylko turystyczna atrakcja, ale prawdziwa oaza spokoju, w której można się zatrzymać, odpocząć i na chwilę zapomnieć o codzienności.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Coraz więcej kamperów w Podlaskiem. Zobacz wyprawę podróżników do Tatarów.

Podlaskie z roku na rok przyciąga coraz więcej miłośników caravaningu. Na drogach regionu widać kampery z całej Polski, a także z innych krajów. Nie ma się co dziwić – to właśnie tutaj czekają dzikie krajobrazy, przestrzeń, cisza i autentyczność, której trudno szukać w bardziej zurbanizowanych częściach kraju. Szlaki wśród łąk, lasów i cerkwi prowadzą do miejsc, gdzie czas płynie wolniej, a ludzie witają cię uśmiechem i zapachem świeżego chleba z pieca.

Tym razem podróżnicy TerSfera postanowili poznać bliżej krainę podlaskich Tatarów. Ich kamper zatrzymał się w Kruszynianach – legendarnej wsi, gdzie od stuleci żyje społeczność tatarska. Zielony meczet, drewniane chaty i orientalne aromaty kuchni w Tatarskiej Jurcie sprawiły, że to miejsce stało się jednym z najczęściej odwiedzanych punktów na mapie podróżniczej. Nie zabrakło też wizyty w Sokółce – mieście cudu. Ziemia Sokólska to miejsce, gdzie historia splata się z kulturą i przyrodą.

Podlaskie to idealny kierunek dla tych, którzy cenią wolność podróżowania i chcą odkrywać Polskę poza utartym szlakiem. Tu można zatrzymać się nad brzegiem Narwi, obudzić wśród mgieł Biebrzańskiego Parku Narodowego, albo usiąść przy ognisku pod gwiazdami. Każda trasa prowadzi do nowych spotkań i historii, które zostają w pamięci na długo. Jeśli marzysz o prawdziwej przygodzie – spakuj się, niezależnie od posiadania kampera i rusz na wschód. Tatarskie i Podlaskie szlaki czekają.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Tak się zmieniała Łomża. Ogromny przeskok!

Łomża to niewielkie, ale niezwykle charakterystyczne miasto położone na Mazowszu, choć administracyjnie – za sprawą decyzji polityków – od 1999 roku przyporządkowane do województwa podlaskiego. Od tego momentu Łomżanie współtworzą wspólnotę regionu razem z mieszkańcami Białegostoku i Suwałk. Przez wiele lat ta relacja była pełna napięć i ambicji, ale też stopniowego zbliżenia. Początkowo wydawało się, że Łomża zyskała niewiele na nowym podziale administracyjnym. Jednak z perspektywy czasu widać, że miasto potrafiło przekuć peryferyjność w siłę i odnaleźć własny rytm rozwoju.

Wystarczy spojrzeć na stare filmy dokumentujące jego przemiany. Obrazy z początku XXI wieku pokazują Łomżę, która dopiero budziła się po latach stagnacji – z ulicami i budynkami przypominającymi jeszcze czasy PRL-u, ale już z widocznym duchem zmian.

Tak wyglądało to w 2000 roku:

W 2004 roku Polska wstąpiła do Unii Europejskiej – moment przełomowy nie tylko dla kraju, ale też dla samej Łomży. Początkowo lokalni samorządowcy narzekali, że unijne fundusze szerokim strumieniem płyną głównie do Białegostoku. Jednak w kolejnych latach i tu zaczęto dostrzegać efekty europejskiego wsparcia. Zmieniły się ulice, odnowiono budynki, powstały nowe obiekty publiczne i rekreacyjne. Łomża zaczęła nabierać europejskiego charakteru, zachowując jednocześnie swój kameralny urok.

Film promocyjny z 2015 roku, który możecie obejrzeć na początku artykułu, najlepiej oddaje ten etap przemiany – miasto stało się czyste, zadbane i tętniące życiem. Widać było, że Łomża zaczyna wychodzić z cienia dużego Białegostoku, pokazując, że ambicja i dbałość o przestrzeń mogą zastąpić wielkomieński rozmach.

A jak jest dziś, w 2025 roku? Coraz lepiej.

Nowe drogi ekspresowe połączyły Łomżę z resztą kraju, a wkrótce dołączy do tego również połączenie kolejowe. Miasto rozwija się spokojnie, ale konsekwentnie – bez zgiełku metropolii, za to z rosnącą jakością życia. Coraz więcej osób dostrzega w nim alternatywę dla przepełnionego Białegostoku, gdzie wszędobylski beton, hałas i tempo życia często przytłaczają. Bo prawda jest taka, że dziś to nie liczba mieszkańców decyduje o wartości miasta, lecz jego atmosfera, dostępność, infrastruktura i możliwości. Łomża pokazuje, że można się rozwijać w harmonii – z szacunkiem dla tradycji i z odwagą patrząc w przyszłość. Być może właśnie w tej równowadze tkwi jej największa siła.

Partnerzy portalu:

Absurd budżetu obywatelskiego w Białymstoku

Absurd budżetu obywatelskiego w Białymstoku

Kończy się głosowanie na projekty Budżetu Obywatelskiego w Białymstoku, więc postanowiliśmy przyjrzeć się, co w tym roku znalazło się w puli do wyboru. I jak co roku – nie brakuje propozycji, które bardziej kompromitują władze miasta niż świadczą o kreatywności mieszkańców.

Pomysły mieszkańców nie są głupie. Wręcz przeciwnie, to sensowne i potrzebne postulaty. Absurd polega na tym, że w XXI wieku, w 2025 roku, białostoczanie muszą błagać urzędników o rzeczy, które dawno powinny być standardem w europejskim mieście. Bo jak inaczej nazwać sytuację, w której białostoczanie składają wnioski o nową linię BKM, budowę łączników rowerowych, oświetlenie chodnika (sic!), wymianę nawierzchni, wiaty śmietnikowe (sic!) czy rozbudowę parkingu? To nie są „obywatelskie inicjatywy” – to zwykłe obowiązki miasta, które próbuje przerzucić swoją odpowiedzialność na mieszkańców, udając przy tym, że „wsłuchuje się w ich głos”.

Na osobną uwagę zasługuje projekt budowy drogi łączącej ulicę Wołodyjowskiego z terenem szpitali klinicznych. To groteskowe, że Budżet Obywatelski staje się pośrednikiem między władzami szpitala a urzędem miasta. Jeśli dojazd do szpitala wymaga plebiscytu, to znaczy, że coś w systemie zarządzania miastem jest poważnie nie tak.

Europejskie standardy miejskie to infrastruktura rowerowa, bezpieczne i oświetlone chodniki, dostępny transport publiczny, porządek i estetyka przestrzeni. To nie powinno być luksusem ani łaską władzy, lecz oczywistością. Budżet obywatelski służy rozwojowi, a nie nadrabianiu zaległości.

Budżet Obywatelski miał być narzędziem wzmacniającym obywatelskość, a nie listą wstydu pokazującą, gdzie miasto nie wykonało swojej pracy. Pierwszym krokiem powinno być uczciwe rozdzielenie zadań: samorząd zajmuje się tym, co jest jego obowiązkiem, a mieszkańcy – tym, co naprawdę jest społeczną inicjatywą. Dopiero wtedy Budżet Obywatelski przestanie być protezą i zacznie mieć prawdziwe swoje znaczenie.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Puszcza Białowieska pokazywana we francuskich i niemieckich mediach. Widoki nieziemskie!

W ostatnim czasie, w internecie pojawiły się dwa zagraniczne filmy dotyczące Puszczy Białowieskiej. Jeden od niemieckiego kanału naukowego Space and Sience od ZDF, drugi od France 24. Oba w języku angielskim. Widoki w obu filmach są nieziemskie! Ale co ważne, jeżeli nasi zachodni sąsiedzi interesują się Puszczą Białowieską, to znaczy że pokazują swoim społeczeństwom także jak wygląda granica NATO.

Puszcza Białowieska to jeden z najstarszych i najlepiej zachowanych lasów nizinnych w Europie. Jest symbolem naturalnej dzikości, a zarazem miejscem, gdzie można zobaczyć, jak wyglądała niegdyś ogromna część kontynentu, zanim człowiek zaczął intensywnie przekształcać krajobraz. To tutaj żyje żubr – największy ssak lądowy Europy, który stał się wizytówką puszczy i Polski.

Puszcza od wieków była obecna w dziejach Europy. Służyła jako miejsce polowań królów i carów, była też świadkiem licznych wydarzeń politycznych i społecznych. Dziś jej znaczenie wykracza poza wymiar historyczny czy przyrodniczy – to również przestrzeń kulturowa, ważna dla mieszkańców Podlasia i całej Polski. Dzięki unikatowym wartościom została objęta ochroną w formie parku narodowego oraz wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Wschodnia część Puszczy Białowieskiej wyznacza granicę Polski z Białorusią. To zarazem granica Unii Europejskiej i NATO. Zainteresowanie zachodnich mediów wynika więc nie tylko z niezwykłych walorów przyrodniczych, ale i z geopolitycznego znaczenia regionu. Pokazując obrazy dzikiego lasu, jednocześnie ukazują linię podziału między Wschodem a Zachodem – i to w samym sercu Europy.

Dla turystów Puszcza Białowieska to przestrzeń kontaktu z naturą. Dla naukowców – skarbnica wiedzy o procesach ekologicznych. Dla Polaków i Europejczyków – dziedzictwo, które warto chronić i przekazywać kolejnym pokoleniom. To miejsce, gdzie historia, przyroda i polityka splatają się w jedną opowieść – o granicach, o wspólnocie i o tym, co naprawdę warto zachować.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Suwałki, Augustów i legenda Gołej Zośki

Podlaskie to region, w którym historia, kultura i przyroda tworzą spójną całość. W jego północnej części szczególną uwagę przyciągają Suwałki i Augustów – miasta różne w charakterze, lecz równie atrakcyjne dla turystów.

Suwałki są znane jako miasto o bogatej historii i wielokulturowych korzeniach. Spacer po Suwałkach warto rozpocząć od Placu Marii Konopnickiej, który upamiętnia jedną z najwybitniejszych polskich poetek i nadaje centrum miasta charakterystyczny wygląd. Architektura i układ ulic nadają Suwałkom kameralny i spokojny klimat, sprzyjający zwiedzaniu. Oprócz tego o każdej porze roku warto wybrać się nad Zalew Arkadia, a także obejrzeć zabytki, których jest tam całe mnóstwo. Zaczynając od Muzeum Okręgowego, warto obejść na spokojnie ulicę Kościuszki, Chłodną, Kamedulską, Gałaja, Konopnickiej czy Noniewicza. Napotkamy tam co nie miara starych i wyjątkowych domów.

Augustów to miejscowość znana przede wszystkim z położenia w otoczeniu jezior i lasów Puszczy Augustowskiej. Największą atrakcją turystyczną jest rejs po Jeziorze Necko, podczas którego można zobaczyć słynną skałę zwaną Gołą Zośką. Według miejscowej legendy symbolizuje ona tragiczną historię nieszczęśliwej miłości, a dziś stanowi jeden z najbardziej rozpoznawalnych punktów regionu. Samo miasto oferuje liczne miejsca do spacerów, a także bogatą ofertę gastronomiczną i turystyczną. Dzięki bliskości Kanału Augustowskiego stanowi także świetną bazę wypadową do dalszego odkrywania szlaków wodnych i rowerowych Podlasia.

Zwiedzanie Suwałk i Augustowa pozwala poznać dwa różne oblicza Podlasia. W Suwałkach można doświadczyć wielokulturowego dziedzictwa i historycznego klimatu, natomiast Augustów przyciąga wodnymi krajobrazami i legendami. Razem tworzą harmonijną propozycję dla turystów poszukujących zarówno wypoczynku na łonie natury, jak i kontaktu z lokalną tradycją.

Partnerzy portalu:

W końcu ktoś o tym pomyślał! Będzie dojazd ze stacji kolejowej do miasta.
fot. Grzegorz W. Tężycki / Wikipedia

W końcu ktoś o tym pomyślał! Będzie dojazd ze stacji kolejowej do miasta.

Siemiatycze to wyjątkowe miasto pod wieloma względami, ale jedno rozwiązanie wprawiało w zdumienie niejedną osobę. Stacja kolejowa Siemiatycze jest bowiem oddalona od miasta o około 8 km. Dla porównania – to mniej więcej taka sama odległość, jak z białostockiego dworca do Jurowiec. Iść pieszo z walizką, a jeszcze w zimie, gdy wieje i pada, to nie lada wyzwanie. Tymczasem nikt do tej pory nie zorganizował mieszkańcom połączeń autobusowych. Chciałeś jechać z Siemiatycz do Białegostoku, Warszawy, Siedlec czy Gdyni – ktoś musiał cię najpierw podwieźć na stację samochodem. Prawdziwe utrapienie!

Na szczęście w końcu ktoś zajął się rozwiązaniem tego problemu. Od dziś, 1 października, mieszkańcy mogą normalnie dojechać na stację i wrócić ze stacji autobusem – bez proszenia kogokolwiek o podwózkę. Porozumienie w tej sprawie zawarto pomiędzy Starostwem Powiatowym w Siemiatyczach a PKS Nova. Swoją drogą ciekawe, dlaczego do tej pory ani Starostwo ani Urząd Miasta w Siemiatyczach nie chcieli stworzyć takiego połączenia. Pociągi w Siemiatyczach nie jeżdżą od dziś. Ktoś się tam obawiał, że mieszkańcy zbyt łatwo będą mogli wyjeżdżać? Być może to echo traumy po tym, jak wielu ludzi z tego miasta wyjechało swego czasu do Belgii.

Niestety jest też minus nowego połączenia – będzie ono działać testowo tylko do 2 listopada. Jeżeli znajdą się chętni, zapewne zostanie. Cały szkopuł w tym, że zgodnie z opracowaniami naukowymi na temat transportu publicznego, testy niczego wartościowego nie pokazują. Linia na jakiejkolwiek trasie działa tylko wtedy, gdy funkcjonuje bez przerw, a rozkład jazdy pozostaje stabilny. Dopiero wtedy mieszkańcy nabierają zaufania i zaczynają korzystać z transportu publicznego. Nie trzeba też dodawać, że cena biletów nie może być absurdalna – jak w Białostockiej Komunikacji Miejskiej, gdzie wielu osobom bardziej opłaca się jeździć Boltem.

W ramach wspomnianych testów autobusy będą dowozić pasażerów, dopasowane zgodnie z rozkładem 18 połączeń pociągowych. Bilet kosztuje 7 zł.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Podlaska wieś – czy tu diabeł mówi dobranoc? W niektórych miejscach z pewnością.

Jeżdżą kamperem po Polsce i odwiedzają zarówno znane, jak i mniej oczywiste miejsca. Tym razem zatrzymali się w Podlaskiem, aby przyjrzeć się bliżej wioskom i miasteczkom naszego regionu. Na swoim kanale pokazali zarówno perełki turystyczne, jak i miejsca, które wciąż pozostają na uboczu. Mową o YouTuberach – TaniePodróżovanie.

Pierwszym punktem podróży była Kraina Otwartych Okiennic, czyli Soce, Trześcianka i Puchły – wioski znane z kolorowych drewnianych domów i bogatych zdobień. To właśnie tu można poczuć klimat dawnej architektury i zobaczyć wyjątkowy charakter Podlasia. Następnie zatrzymali się w Skicie Świętych Antoniego i Teodozjusza Pieczerskich w Odrynkach, jedynym prawosławnym skicie w Polsce. Miejsce to, położone na rozlewiskach Narwi, zachwyca spokojem i duchową atmosferą.

Nie zabrakło także wizyty w Jałówce, gdzie stoją malownicze ruiny kościoła św. Antoniego. Kolejne etapy to ukryte w lasach podlaskie wsie, a także przygraniczne Mostowlany i miejscowości nad rzeką Świsłocz, które leżą tuż przy samej granicy. Youtuberzy pokazali również Bobrowniki z nieczynnym przejściem granicznym i charakterystyczną bramą MIR.

Podróż nie mogła ominąć Kruszynian – tatarskiej wsi słynącej z meczetu i mizaru. To miejsce, w którym można poznać historię i kulturę polskich Tatarów. Później odwiedzili tajemniczy Wierszalin, dawną osadę proroka Eliasza Klimowicza, gdzie do dziś krążą legendy o niezwykłych wydarzeniach. Na trasie znalazły się także Krynki, miasteczko przy granicy z największym rondem w Polsce, oraz niezwykłe źródło „Krzywa Rura”, znane ze swojego nietypowego, wygiętego kształtu.

Cała podróż TaniePodróżovanie to barwny przegląd miejsc, które pokazują różnorodność Podlasia – od zabytków, przez naturę, aż po ślady wielokulturowej historii regionu. Obejrzyjcie sami!

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Pomijane miasteczko z Podlaskiego, które też warto odwiedzić

Sejny znajdują się na Pojezierzu Wschodniosuwalskim, nad rzeką Marychą – lewym dopływem Czarnej Hańczy. To miasteczko często pozostaje w cieniu Augustowa czy Suwałk, a niesłusznie, bo kryje w sobie wyjątkowy urok i autentyczność, której brakuje w bardziej obleganych miejscach. Jadąc wygodną drogą krajową nr 16 przez malowniczą Puszczę Augustowską, można dotrzeć tutaj szybko i bez trudu, a już sam przejazd jest podróżą pełną widoków i bliskości natury.

Sejny to spokojna przestrzeń, gdzie historia i przyroda łączą się w jedną opowieść. Tutejsze zabytki – imponująca bazylika, klasztor dominikanów czy biała synagoga – przypominają o wielokulturowych tradycjach regionu, gdzie od wieków spotykały się wpływy polskie, litewskie i żydowskie. Spacerując wąskimi uliczkami, można poczuć atmosferę dawnego pogranicza i odkryć miejsca, które nie zostały zdominowane przez turystyczny zgiełk.

W przeciwieństwie do Augustowa i Suwałk, gdzie latem roi się od turystów, Sejny oferują wytchnienie i autentyczny kontakt z lokalną kulturą. To idealny punkt wypadowy na rowerowe i piesze wycieczki po Pojezierzu Wschodniosuwalskim, a także miejsce, gdzie można naprawdę odpocząć – w ciszy, nad wodą, w otoczeniu przyrody i z dala od tłumów.

Jesienią Jezioro Sejny nabiera zupełnie innego charakteru niż w upalne dni lata. Tafla wody odbija złoto-czerwone barwy drzew, a mgły porankiem nadają krajobrazowi niemal bajkowy nastrój. To doskonałe miejsce na spokojny spacer brzegiem, chwilę zadumy na pomoście czy wędkowanie w ciszy, przerywanej jedynie szelestem liści i pluskiem ryby. Z dala od turystycznego zgiełku, jezioro pozwala odpocząć w rytmie natury i naprawdę zwolnić.

Dopełnieniem wizyty w Sejnach jest kuchnia pogranicza – wyjątkowa mieszanka smaków litewskich, polskich i żydowskich. Choć podobne potrawy spotkać można w całym Podlaskiem, to właśnie tutaj smakują najpełniej. Sękacz, kindziuk, chłodnik czy kibiny – wszystko to ma w Sejnach  autentyczność i głębię, której trudno szukać gdzie indziej. Tutaj kuchnia nie jest atrakcją „dla turystów”, lecz częścią codzienności mieszkańców, dzięki czemu jej oryginalny charakter pozostaje nienaruszony.

Partnerzy portalu:

68 milionów złotych w błoto. Więcej głupoty niż autobusów.
Przez głupotę wójtów, autobusy będą stały, chociaż mogłyby wozić ludzi.

68 milionów złotych w błoto. Więcej głupoty niż autobusów.

Zdrowie, kultura czy transport pasażerski — to nie są biznesy życia. To są przeważnie zadania samorządowe, czyli takie, które z definicji nie muszą się spinać budżetowo. A mimo to samorządy  prowadzą je przez spółki prawa handlowego. A spółka, jak to spółka — musi być na plusie. No i wtedy zaczyna się problem.

Weźmy przykład z naszego podwórka. Od 1 października w powiatach wysokomazowieckim i zambrowskim kilka linii autobusowych PKS Nova znika z mapy. Dlaczego? Bo prawie nikt nie jeździ. A jak prawie nikt nie jeździ, to przewóz jest nierentowny. A jak jest nierentowny, to spółka akcyjna musi go zlikwidować, bo przecież akcjonariusze nie żyją z powietrza. Brzmi logicznie, prawda? Tylko że tu logika uderza w pasażerów.

Ironia polega na tym, że właścicielem PKS Nova jest… Województwo Podlaskie. Czyli de facto państwowa instytucja jest prywatnym przewoźnikiem. A gdyby transportem zajmował się po prostu Departament Infrastruktury i Transportu w urzędzie marszałkowskim, to nie byłoby żadnego wymogu „opłacalności”. Autobus by po prostu jechał — choćby i z trzema pasażerami na pokładzie. Poza tym pasażerów byłoby zdecydowanie więcej, bo gdy nie musimy być rentowni, nie ma znaczenia też cena biletu. Może go w ogóle nie być.

Nawet w tych najmniejszych gminach, gdzie dziś pies z kulawą nogą nie wsiada, nagle okazałoby się, że mieszkańcy jednak „chcą jeździć”, tylko niekoniecznie za cenę biletu droższą niż litr benzyny. Studenci, emeryci, dzieciaki jadące do szkoły, a nawet sąsiad, który od lat nie opuszczał wsi — wszyscy by wsiedli. I nie trzeba do tego wielkiej ekonomii: wystarczy przestać udawać, że autobus to biznes życia.

Na papierze siatka podlaskich połączeń wygląda przyzwoicie: do każdej większej miejscowości dojedziemy. Ale województwo to nie tylko miasta. To aż 119 gmin, z czego 80 to gminy wiejskie. I nagle czar pryska. Autobusu nie zobaczą mieszkańcy Płaskiej, Wyszek, Narewki, Grabowa, Krypna, Trzciannego, Nowego Dworu czy Szudziałowa. Nie dojedzie też nic do Krynek, choć to gmina miejsko-wiejska. A w gminach przyklejonych do Białegostoku rządzi komunikacja miejska.

Gdyby PKS Nova był faktycznie prywatny, bez nadzoru z urzędu marszałkowskiego, to zapewne kursów byłoby jeszcze mniej. Prywatny przewoźnik wozi tam, gdzie się opłaca. I tylko tam. Zajrzyjcie do rozkładów jazdy innych przewoźników, naprawdę prywatnych — cudów nie ma.

No dobrze, ale przecież państwo coś z tym robi. I faktycznie — istnieje Fundusz Rozwoju Przewozów Autobusowych. Brzmi poważnie: rząd dopłaca gminom, żeby organizowały kursy tam, gdzie się nie opłaca. Czyli w końcu ktoś pomyślał, że komunikacja to nie tylko rachunek zysków i strat, ale też… ludzie. Pieniądze więc są, miliony leżą na stole. Tylko co robią gminy? Ano nic. W 2023 roku wykorzystano zaledwie 31 proc. środków. W 2024 roku — 33 proc. Efekt? 68 milionów złotych poszło do innych województw.

I tak dochodzimy do sedna. Gdy wójtowie będą przed Wami rozkładać ręce i mówić „nie da się”, a autobusy od 1 października po prostu nie wyjadą, to już będziecie wiedzieć kto jest winny. Ten sam co rozkłada ręce. Ludzie zostają bez dojazdu do pracy, szkoły czy lekarza. A winę można by zrzucić na spółki, na przepisy, na rentowność. Ale prawda jest prostsza: to zwyczajna głupota wójtów.

A teraz wyobraźmy sobie, że te 68 milionów złotych, które lekką ręką oddaliśmy innym województwom, zostałoby wrzucone w siatkę połączeń wieś–miasto–duży węzeł transportowy. Zamiast kombinować, błagać sąsiada o podwózkę, ludzie mieliby normalny autobus rano i drugi powrotny. Dzieciaki dojechałyby do szkoły, starsi do lekarza, a pracujący – do zakładów pracy czy biur. Do tego zyskałyby same miasta, bo ruch i życie społeczne nie kończyłyby się na granicy gminy. Województwo zaczęłoby oddychać jak jeden organizm – wieś i miasto przestałyby być oddzielnymi światami, a stałyby się częściami jednej całości. I wszystko to za pieniądze, które i tak już były, tylko ktoś postanowił, że „nie warto sięgać”.

Partnerzy portalu:

Minister śmierci Stefan Krajewski chce strzelać w serce Biebrzy

Minister śmierci Stefan Krajewski chce strzelać w serce Biebrzy

W chwili gdy Biebrzańskie bagna tętnią życiem — dzikie ptaki śpiewają, ptaki drapieżne krążą, a łoś stał się symbolem dzikiej natury Podlasia — nowy minister rolnictwa Stefan Krajewski (nomen omen z Podlaskiego) rzuca na stół haniebną propozycję: zniesienie moratorium na odstrzał łosi. To nic innego jak polityczny akt barbarzyństwa! Akt zdrady wobec przyrody, wobec regionu, wobec nas — obywateli, którym zależy na dziedzictwie naturalnym regionu.

Krajewski w zamian proponuje… że zgodzi się na objęcie ochroną pięciu gatunków ptaków! To handlowanie dziką przyrodą — wymiana życia na kompromis polityczny! Pracownia na Rzecz Wszystkich Istot alarmuje, że to nie jest dialog — to szantaż naturą. Minister w jednym geście stawia warunek: ochrona ptaków w zamian za możliwość polowania na łosie — jak gdyby przyroda była przedmiotem targowiska.

Czy Krajewski naprawdę myśli, że większość Polaków zgodzi się na taki barbarzyński układ? Lobby myśliwych od razu podskoczyło z radości, ale reszta Polaków jest zniesmaczona i zażenowana takimi propozycjami. Przede wszystkim jednak nie ma rzetelnych, wiążących danych, które uzasadniałyby odstrzał łosi jako potrzebne rozwiązanie! W rzeczywistości to pomysł bez podstaw. Próba zniesienia moratorium to tylko prezent dla myśliwych. Swoją drogą co chwilę słyszymy, gdy pomylili człowieka z dzikiem. Im mniej będą mieli okazji do strzelania, tym lepiej dla nas. Najlepiej żeby eliminacją zwierząt zajmowali się weterynarze.

Symbol Biebrzańskiego Parku Narodowego — łoś — staje się ofiarą politycznego cynizmu. Tam, gdzie krajobraz wodno-bagienny jest wizytówką Podlasia i jednym z najcenniejszych ekosystemów w Europie, minister chce wprowadzić terror na gatunek, który do tej pory był objęty ochroną przez ponad dwie dekady. To nie jest „regulacja populacji” — to polityczny zamach na dziką przyrodę. To zaproszenie dla myśliwych, by ponownie traktować łosia jako trofeum, a nie część ekosystemu. To upokorzenie regionu, który dumnie prezentuje dzikość i naturalność jako swoje atuty.

Zamiast służyć społeczeństwu, przyrodzie i Polsce, minister proponuje transakcję: „Ja daje ptaki, a wy dajcie łosie”. To kompromitująca polityka. Strasznie wstyd, że człowiek z Podlasia zostaje ministrem i zaczyna uderzać we własny region. Na szczęście w obecnym rządzie ktoś ma jeszcze trochę więcej rozumu. To Mikołaj Dorożała, który wyraża sprzeciw wobec takiego handlu gatunkami przyrodniczymi.

I oto przechodzimy do sedna: kto to tak naprawdę chce zastrzelić symbol Biebrzy? Kto stoi za tą propozycją spod znaku cynizmu i krótkowzroczności? Stefan Krajewski — z formalnego życiorysu — to polityk, samorządowiec i urzędnik. Wykształcenie? Politologia na Uniwersytecie Warszawskim, studia podyplomowe w zakresie wspólnej polityki rolnej UE na UWM oraz studia MBA. Doświadczenie zawodowe? Pracował w ARiMR — od biura powiatowego w Zambrowie, potem kierował oddziałem regionalnym ARiMR w Podlaskiem. W ikonie kariery: działacz PSL, radny powiatowy, członek zarządu województwa, poseł, sekretarz stanu, teraz minister.

To nie są zbyt mocne kompetencje. Szczególnie jeżeli chodzi o przyrodę. To życiorys polityczny, a nie eksperta czy naukowca. Gdy ktoś taki staje się rzecznikiem odstrzału łosi — wychodzi poza kompetencje. Jego rola w ARiMR była rola administracyjna i biurokratyczna — nie rola eksperta od dzikiej przyrody. Krajewski jest działaczem politycznym — a ten projekt? To działania polityczne, a nie działania w służbie ochrony przyrody, którą na Podlasiu tak się szczycimy. Człowiek z doświadczeniem wyłącznie partyjnym nie powinien samodzielnie decydować o życiu gatunków — zwłaszcza wbrew głosom ekspertów i zdrowemu rozsądkowi.

Czy on rozumie ekosystem, procesy migracji, zmiany klimatyczne, dynamikę populacji? Czy ktoś spyta: na jakiej podstawie naukowej proponuje zabijanie? Zgadza się – żadnej. Zrobić dobrze myśliwym – o to tylko tutaj chodzi. Propozycja Krajewskiego to kompromitacja, parodia polityki środowiskowej i dramat dla Podlasia.

Niech ten artykuł będzie alarmem: jeśli zniesienie moratorium na odstrzał łosi przejdzie — to nie będzie tylko zmiana regulacji. To będzie bluźnierstwo przeciw Biebrzy, to będzie plama na twarzy polskiej ochrony przyrody, to będzie znak, że politycy potrafią handlować życiem dzikiego zwierzęcia jak towarem.

Partnerzy portalu:

Powstał Ośrodek Sportowy Zawady. Takich miejsc w Białymstoku jeszcze sporo brakuje.

Powstał Ośrodek Sportowy Zawady. Takich miejsc w Białymstoku jeszcze sporo brakuje.

Na początku października ruszy Ośrodek Sportowy Zawady, gdzie białostoczanie będą mogli grać w piłkę nożną, padla, a nawet golfa. Zarządzać nowym obiektem będzie BOSiR, czyli ośrodek odpowiedzialny za plażę w Dojlidach, lodowisko, baseny miejskie czy stadion lekkoatletyczny. Mimo że inwestycję wiele osób zdążyło już okpić ze względu na snobistycznego golfa, to tak naprawdę najważniejszym elementem ośrodka jest boisko Orlik.

Mało kto wie, że tego typu obiektów w Białymstoku dramatycznie brakuje. Pisząc „dramatycznie”, mamy na myśli sytuację, w której jest gigantyczne zapotrzebowanie na Orliki, by obsłużyć wszystkie szkółki piłkarskie w mieście, zaś obecne obiekty pracują od rana do wieczora w pełnym obłożeniu. Jeżeli ktoś chciałby pograć rekreacyjnie, musi szukać boisk poza Białymstokiem. Dlatego najnowsza inwestycja to kropla w morzu potrzeb najmłodszych. Szkółki piłkarskie powstają bowiem z myślą o dzieciach z podstawówek — po to, by jako nastolatkowie mogli zostać pełnoprawnymi piłkarzami.

Na terenie Ośrodka Sportowego Zawady do dyspozycji mieszkańców Białegostoku od 4 października będą: budynek z częścią szatniową, sanitarną i gastronomiczną, boisko typu Orlik z dodatkowym placem do rozgrzewki, cztery korty padla wraz z zadaszeniem oraz akademia golfa. Aby skorzystać z oferty Ośrodka Sportowego Zawady, wystarczy wcześniejsza rezerwacja i opłacenie użytkowania wybranego kortu lub boiska. Można tu także wypożyczyć sprzęt do gry. Wszystko obsługuje portal miejskoaktywni.pl.

Partnerzy portalu:

Jedziesz do Białowieży? Nie pomijaj Hajnówki. To brama do Puszczy.

Jedziesz do Białowieży? Nie pomijaj Hajnówki. To brama do Puszczy.

Hajnówka często nazywana jest bramą do Puszczy Białowieskiej. To określenie nie wzięło się znikąd, bo właśnie tutaj zaczyna się niezwykła podróż w jeden z ostatnich pierwotnych lasów Europy. Miasto, które na pierwszy rzut oka wygląda jak spokojny, niewielki ośrodek powiatowy, kryje w sobie rolę przewodnika do świata przyrody, kultury i historii, jakie trudno znaleźć gdziekolwiek indziej.

Spacerując ulicami Hajnówki można odnieść wrażenie, że rytm życia mieszkańców zawsze pozostawał w cieniu drzew puszczy. Przez wieki to właśnie las dawał im drewno, pracę, jedzenie i poczucie zakorzenienia. Dziś puszcza nadal wyznacza charakter miasta, ale zamiast być jedynie źródłem utrzymania, stała się także największym skarbem turystycznym regionu. To do Hajnówki przyjeżdżają ci, którzy chcą zanurzyć się w dzikości natury i zobaczyć żubra w jego naturalnym środowisku.

Miasto pełni funkcję pierwszego przystanku dla podróżników. To tutaj można dojechać łatwo pociągiem czy autobusem. Z Hajnówki prowadzi jedna wąska jezdnia do Białowieży, a także jest możliwość dojechania przez las. Niezależnie, którą opcje wybierzemy, będziemy mieli wrażenie, że powoli zanurzamy się w inny świat, gdzie ludzki gwar cichnie, a głos przejmuje śpiew ptaków i szelest liści.

Puszcza Białowieska przyciąga swoją dzikością, ale to właśnie Hajnówka pozwala do niej podejść i poczuć się bezpiecznie. Nie trzeba od razu ruszać w najbardziej surowe rejony, by poczuć majestat puszczy. Już pierwsze kilometry szlaku pozwalają doświadczyć potęgi drzew, które pamiętają jeszcze czasy, gdy granice i państwa wyglądały zupełnie inaczej niż dziś. Hajnówka, choć niewielka, odgrywa więc rolę ambasadora jednej z najcenniejszych przyrodniczych pereł świata. To ona otwiera drzwi do spotkania z żubrem, symbolem puszczy i całej wschodniej Polski. To tu turysta uczy się szacunku do lasu, który nie jest parkiem stworzonym ludzką ręką, ale żywą, pulsującą przestrzenią, wymagającą ciszy i cierpliwości.

Wyjazd do Puszczy Białowieskiej to doświadczenie, które zostaje w pamięci na długo. W świecie, gdzie coraz trudniej znaleźć miejsca autentyczne i nienaruszone przez cywilizację, Hajnówka, Białowieża przypominają, że wciąż istnieją przestrzenie, w których natura i człowiek mogą współistnieć w harmonii. Dlatego, gdy ktoś pyta, gdzie naprawdę zaczyna się Puszcza Białowieska, odpowiedź jest prosta – zaczyna się właśnie tutaj, w Hajnówce. To ona jest strażniczką wejścia do lasu, miejscem, w którym podróżnik zbiera siły i inspiracje, zanim zrobi pierwszy krok w cieniu pradawnych dębów i lip.

Partnerzy portalu:

Śmiech na sali! Narwiański Park Narodowy biernie patrzy na śmierć Narwi i jednocześnie inwestuje w nowe atrakcje.
Tak ma wyglądać kładka

Śmiech na sali! Narwiański Park Narodowy biernie patrzy na śmierć Narwi i jednocześnie inwestuje w nowe atrakcje.

Narwiański Park Narodowy ma dla nas wielką nowinę: w Kurowie powstanie nowa kładka, wieża widokowa, kosze na śmieci, ławki, lunety i nawet transmisja online. W skrócie – Disneyland na bagnach. Wszystko pięknie, gdyby nie jeden drobiazg: Narew właśnie umiera. Ale kogo to obchodzi, skoro można się pochwalić nową „atrakcją”?

Rzeka, która przez wieki była źródłem życia, dzisiaj zamienia się powoli w rowy pełne zamulonej brei, a przyczyna tego dramatu jest oczywista: zapora w Siemianówce. Woda tam odparowuje w gigantycznych ilościach, a rozlewiska Narwi wysychają. Podlaski ekosystem kona w milczeniu. A co robi Narwiański Park Narodowy, powołany do ochrony przyrody? Zajmuje się projektowaniem kładki wśród bagien, które znikną zaraz po tym, gdy zniknie Narew.

Siemianówka do natychmiastowej likwidacji! Pogrzeb Narwi już się zaczął.

Zamiast bić na alarm, organizować konferencje, wywierać presję na władze (Wody Polskie) i mobilizować opinię publiczną, dyrekcja Parku rozrysowuje dokumentację do przetargu. Cisza, spokój, żadnych kłopotliwych pytań, żadnego wchodzenia w konflikt. Trzymanie się ciepłego stołka to najlepsze co im wychodzi. Zamiast walczyć o życie rzeki, wolą deski i kosze na śmieci, projektować tablice informacyjne. Czyli mamy mieć Narwiański Park Narodowy – bez Narwi, ale za to z tablicą edukacyjną o tym, jak kiedyś było.

Wyobraźmy sobie turystę w 2027 roku. Stoi na nowej kładce, spogląda przez świeżo zamontowaną lunetę i co widzi? Łąkę. Może rowek z wodą. Może wysuszoną trawę i puste niebo, bo ptaki dawno przeniosły się tam, gdzie rzeki jeszcze istnieją. Ktoś zapyta: „Po co wydawać miliony na kładkę, jeśli sama atrakcja – rzeka – znika?”. Odpowiedź jest prosta: bo łatwiej budować mosty nad pustką niż mosty do prawdy.

Nowa kładka będzie więc nie tylko „atrakcją turystyczną”. Będzie pomnikiem nieudolności i milczącej zgody na śmierć Narwi. Pomnikiem, na którym można sobie zrobić selfie, wrzucić na Instagram i napisać: „Byłem nad rzeką, której już nie ma”. Idealny symbol naszych czasów – kiedy zamiast ratować przyrodę, fundujemy sobie jej atrapę. Można by rzec: Narwiański Park Narodowy staje się pionierem. Pierwszym parkiem narodowym w Europie, który specjalizuje się nie w ochronie przyrody, lecz w ochronie… pozorów.

Partnerzy portalu:

I Retro Piknik Rodzinny „Zakręceni na Podlasiu”. PKS będzie świętować 80-lecie.

I Retro Piknik Rodzinny „Zakręceni na Podlasiu”. PKS będzie świętować 80-lecie.

Z okazji jubileuszu 80-lecia spółka PKS Nova organizuje Retro Piknik Rodzinny, który odbędzie się 20 września 2025 r. Wydarzenie zostało przygotowane z myślą o miłośnikach motoryzacji, osobach ceniących retro klimat oraz rodzinach, które będą chciały wspólnie spędzić czas i radośnie zakończyć lato. Piknik odbędzie się w Ogrodach Pałacu Branickich.

Piknik to doskonała okazja do sentymentalnej podróży w czasie, w którą zabiorą uczestników: PKS Nova, Klub Miłośników Komunikacji Miejskiej w Białymstoku, Komunalne Przedsiębiorstwo Komunikacyjne w Białymstoku i Stowarzyszenie Miłośników Starej Motoryzacji „Moto Retro”.

Impreza główna w godzinach 12:00-18:00

Na odwiedzających czeka bogaty program atrakcji, m.in.:

  • wystawa zabytkowych samochodów i autobusów
  • stoisko PKS z kronikami pracowniczymi dokumentującymi historię przedsiębiorstwa,
  • stoiska z regionalnymi smakołykami i rękodziełem,
  • strefa zabaw dla dzieci z dmuchańcami i animacjami oraz strzelnica
  • konkurs wiedzy o PKS z nagrodami
  • wieczorne kino plenerowe w wyjątkowej scenerii ogrodów (film Król Lew) od 18:30

Partnerzy portalu:

Ostrzeżenie dla Polski i Polaków. Sami zapraszamy wojnę na swój teren.

Ostrzeżenie dla Polski i Polaków. Sami zapraszamy wojnę na swój teren.

W Polsce coraz częściej widzę jedno – szczucie na Ukraińców i powtarzanie bzdur, które żywcem wyglądają jak pisane w Moskwie. I to nie jest żaden spontaniczny „gniew narodu”, tylko robota Kremla, który gra na naszych emocjach jak na pianinie. Internet zalany jest trollami i botami, które w kółko puszczają te same kłamstwa, aż człowiekowi zaczyna się wydawać, że „wszyscy tak myślą”. A prawda jest taka, że hasło „wyłącz TV, włącz myślenie” to żadne myślenie, tylko łykanie propagandy. I jeśli się damy w to wciągnąć, to sami sobie strzelimy w stopę – bo zamiast bronić Polski, będziemy stali z kwiatami na ulicy, gdy ruski czołg wjedzie do miasta.

17 września 1939 roku Polska walczyła na śmierć i życie z Niemcami, a od wschodu weszła na nas Armia Czerwona. Wbili nam nóż w plecy, tłumacząc, że „państwa polskiego już nie ma”. Tak naprawdę chodziło o tajny układ Ribbentrop-Mołotow, w którym dwóch bandytów podzieliło nasz kraj między siebie. Od pierwszych godzin tej agresji ruscy mordowali żołnierzy i cywilów, wywozili ludzi na Sybir, torturowali, robili czystki. A Zachód? Wiedział o pakcie, ale milczał. Polska została sama. I to jest lekcja, którą powinniśmy wbić sobie do głowy – nie wierzyć na ślepo w obietnice i zawsze dbać o własne bezpieczeństwo.

Dziś jest inaczej, bo mamy NATO i Unię Europejską. Mamy sojusze, które realnie działają, co widać w wojnie na Ukrainie – tym razem Zachód nie zostawił napadniętego kraju, tylko daje mu pieniądze, broń i wsparcie. To jest solidarność, która naprawdę istnieje.

Ale równocześnie w Polsce szerzy się coś, co może wszystko rozwalić od środka. Rosja wie, że nie pokona nas czołgami, dopóki jesteśmy razem, więc wali w nasze głowy. Podrzuca filmy wyrwane z kontekstu, tworzy fake newsy, karmi ludzi strachem – że Ukraińcy zabiorą pracę, że robią przestępstwa, że „rząd daje im wszystko”. To są proste schematy. I niestety, wielu to kupuje, a politycy, widząc nastroje społeczne, zaczynają gadać pod publikę, osłabiając nasze relacje z Ukrainą.

I teraz posłuchajcie – to może doprowadzić do chorej sytuacji. Jeśli dziś, w 2025 roku, Polska odwróci się od Ukrainy, jutro, gdy sami będziemy potrzebowali pomocy, nikt nam jej nie udzieli. I naprawdę może nadejść taki nowy „17 września”, że ruska armia wejdzie do Polski, a zmanipulowani ludzie będą stali przy drogach z kwiatami, bo wmówiono im, że to „wyzwoliciele”. Właśnie do tego prowadzi bezmyślne powielanie ruskiej propagandy.

Unia i NATO dają nam narzędzia, o których nasi dziadkowie mogli tylko marzyć. Ale żaden sojusz nas nie uratuje, jeśli my sami damy się ogłupić i podzielić. Trzeba być odpornym na propagandę, trzeba mieć trochę zdrowego rozsądku i empatii. Patriotyzm to nie plucie na innych, tylko odpowiedzialność – żeby Polska była bezpieczna i żebyśmy nie powtarzali błędów przeszłości.

17 września przypomina nam, co się dzieje, kiedy jesteśmy sami. A 2025 rok daje nam wybór: albo jesteśmy silnym narodem, który trzyma się razem z sojusznikami, albo dajemy się ograć rosyjskim trollom i powtarzamy historię. Wybór należy do nas.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Wrócili na Podlasie po 9 latach. Co się zmieniło?

Wideoblogerzy Wędrowne Motyle wrócili na Podlasie po dziewięciu latach. Odwiedzili Tykocin, Narwiański Park Narodowy, Suraż, Krainę Otwartych Okiennic, Skit w Odrynkach, Siemianówkę, Białowieski Park Narodowy, Kleszczele i Grabarkę. Od razu odpowiadamy na pytanie z tytułu – czy coś się zmieniło? Z naszej perspektywy praktycznie nic. Wszystko wygląda dokładnie tak, jak było, z jedną małą różnicą.

Turyści odwiedzili kładkę Waniewo–Śliwno, z której jednak nie mogli skorzystać, ponieważ w rzece jest zbyt mało wody. Problem w tym, że to zjawisko postępuje i niewiele osób decyzyjnych się nim przejmuje. Jeśli tak dalej pójdzie, za kolejne dziewięć lat w tym miejscu może być już tylko pastwisko. Bez Narwi nie będzie też ludzi w okolicy, bo woda to życie. Tak oczywiste stwierdzenie trzeba przypominać, bo urzędnicy najwyraźniej myślą, że woda pojawia się samoistnie w kranie.

Wracając do wycieczki Wędrownych Motyli – bardzo dobrze, że odwiedzili też Suraż. To jedno z najmniejszych miast w Polsce, często niesłusznie pomijane. Dawniej było świetnym miejscem do kajakowania, dziś przy obecnym stanie Narwi można wręcz szorować po dnie. Za to cała okolica nieodmiennie kojarzy się z Konopielką. Pochodzący stąd Edward Redliński napisał tu świetne dzieło. Jeśli po jego lekturze chcecie poczuć się jak w Taplarach – koniecznie wybierzcie się do Suraża, a następnie ruszcie Szlakiem Konopielki.

Jedno jest pewne – Podlasie wciąż pozostaje doskonałym kierunkiem turystycznym. Jest tu co podziwiać, co zjeść, gdzie odpocząć i się wyciszyć. Jedynie przyroda zaczęła się degradować, ale kto wie – może kiedyś ktoś kompetentny zajmie się i tym problemem, aby ratować nasze ukochane Podlasie.

Partnerzy portalu:

Rezerwaty przyrody w Białymstoku i okolicach – zielone oazy na wyciągnięcie ręki

Rezerwaty przyrody w Białymstoku i okolicach – zielone oazy na wyciągnięcie ręki

Kiedy opuszcza się centrum Białegostoku, po kilkunastu minutach jazdy samochodem lub rowerem zaczyna się zupełnie inny świat. Miasto, choć największe w regionie, ma to szczęście, że otoczone jest terenami, które zachowały naturalny charakter i stanowią enklawy spokoju. Rezerwaty przyrody w okolicach Białegostoku są jak zielone pokoje, do których można wejść, by odetchnąć od codzienności, usłyszeć szum drzew i poczuć zapach wilgotnej ziemi. Nie trzeba planować dalekiej wyprawy – te miejsca znajdują się niemal pod ręką, a każdy z rezerwatów ma nieco inne oblicze i zaprasza do innej formy odkrywania.

Jednym z takich rezerwatów jest Las Zwierzyniecki, położony w mieście. To miejsce szczególne, bo pełni rolę pomostu pomiędzy miejskim rytmem a ciszą natury. Ścieżki wiją się tutaj wśród starych drzew, a o każdej porze roku można spotkać spacerowiczów, biegaczy czy rodziny z dziećmi. Jesienią las mieni się kolorami, latem daje chłód i wytchnienie. Choć leży tak blisko bloków i ulic, wrażenie jest takie, jakby znajdowało się na uboczu, z dala od zgiełku.

Nieco dalej, w kierunku północnym, znajduje się rezerwat Antoniuk. To teren mniej znany, a przez to spokojniejszy. Nie przyciąga tłumów, co sprawia, że można tu poczuć prawdziwy oddech przyrody. Ścieżki prowadzą między podmokłymi zagłębieniami, a wiosną i latem słychać koncert żab i ptaków. To dobre miejsce dla osób, które chcą odetchnąć w samotności, z dala od głównych traktów turystycznych. Sam spacer staje się tu przygodą, bo nie wszystko jest przygotowane tak jak w miejskim parku – bardziej przypomina to wejście w mały fragment dzikiego świata.

Tuż obok Białegostoku zaczyna się również ogromny kompleks Puszczy Knyszyńskiej, a w jej obrębie znajduje się kilka rezerwatów, które stanowią naturalne przedłużenie miejskich lasów. To już nie tylko spacery, ale także możliwość dłuższych wypraw pieszych i rowerowych. W takich miejscach człowiek czuje, że naprawdę wychodzi poza miasto – ścieżki prowadzą daleko, a krajobraz zmienia się w zależności od tego, którą stronę wybierzemy. Dla wielu mieszkańców to właśnie te rejony są weekendowym azylem, gdzie można spędzić cały dzień wędrując, zbierając grzyby czy po prostu siedząc na polanie. Wystarczy ruszyć w kierunku Wasilkowa bądź Supraśla, by poczuć piękno otaczającej Puszczy Knyszyńskiej. Można też połączyć w dłuższą wycieczkę podróż od Czarnej Białostockiej, przez Supraśl, Kołodno, aż po Wyżary. Praktycznie nie wychodząc z lasu.

Rezerwaty wokół Białegostoku nie mają monumentalnego charakteru wielkich parków narodowych, ale ich siłą jest dostępność. Można wyjść z domu i w ciągu krótkiego czasu znaleźć się w miejscu, gdzie czas płynie inaczej. To idealne przestrzenie na krótką wycieczkę, spacer po pracy, rodzinny piknik czy samotną przechadzkę. W przeciwieństwie do odległych atrakcji turystycznych, nie wymagają planowania i skomplikowanej logistyki. Wystarczy para wygodnych butów, termos z herbatą i chęć, by choć na chwilę zamienić miejski krajobraz na zielone ścieżki.

Wizyta w takich rezerwatach przypomina też, że Białystok jest miastem szczególnym. Jego tożsamość łączy miejską nowoczesność z bliskością natury. To rzadkie połączenie sprawia, że mieszkańcy mogą żyć w dużym ośrodku, a jednocześnie nie tracą kontaktu z lasem, rzeką czy polaną. To codzienny luksus, którego nie docenia się, dopóki nie porówna się go z innymi miastami.

Partnerzy portalu:

Dlaczego nie warto biec po papier toaletowy, gdy nadlatują ruskie drony?

Dlaczego nie warto biec po papier toaletowy, gdy nadlatują ruskie drony?

W nocy z 9 na 10 września doszło do bezprecedensowej sytuacji – w polską przestrzeń powietrzną wleciały rosyjskie drony, część z nich od strony Białorusi. Te, które mogły stanowić zagrożenie, zostały zestrzelone przez polskie wojsko i sojuszników z NATO. Nie odnotowano ofiar wśród ludności cywilnej, a jedyne szkody ograniczyły się do fragmentów maszyn, które spadły na budynki i samochody. Rząd zwołał nadzwyczajne posiedzenie, a premier określił incydent mianem prowokacji.

Choć sytuacja była poważna, służby zadziałały szybko i skutecznie. Dlatego najważniejsze jest, aby społeczeństwo zachowało spokój. W takich momentach pojawia się naturalny niepokój, jednak panika – szczególnie w postaci masowego wykupywania makaronu czy papieru toaletowego jak w pandemii – jest całkowicie nieuzasadniona. Polska gospodarka funkcjonuje normalnie, dostawy do sklepów są zabezpieczone, a codzienne życie może toczyć się dalej bez zakłóceń.

Cywile powinni pamiętać o kilku podstawowych zasadach. Jeśli w okolicy znajdą fragment drona, należy natychmiast zgłosić to odpowiednim służbom i nie zbliżać się do znaleziska. Warto śledzić komunikaty władz i mediów publicznych, zamiast powielać niesprawdzone informacje w internecie. Szkoły i instytucje działają normalnie, a zamknięta czasowo przestrzeń powietrzna nad lotniskami nie wynikała z zagrożenia, a z ułatwieniu operacji polskiego wojska.

Z dzisiejszego zdarzenia płynie ważna lekcja: Polska nie jest bezbronna, a siły zbrojne i sojusznicy reagują błyskawicznie. Dlatego zamiast ulegać panice, lepiej zaufać procedurom i spokojnie kontynuować codzienne życie. Świadomość zagrożenia jest potrzebna, ale to rozsądek i opanowanie obywateli pozwalają zachować normalność nawet w obliczu prowokacji.

W takich chwilach szczególnie nie warto rzucać się na sklepy i masowo kupować makaronu, ryżu czy papieru toaletowego – to wyłącznie nakręca zbędną histerię i prowadzi do chaosu. Równie nierozsądne jest wykupywanie na zapas kilkunastu litrów oleju, cukru czy mąki, jakby jutro miało zabraknąć piekarni. Nie ma też sensu ustawiać się w długich kolejkach po benzynę, by zatankować każdy kanister, jaki znajdzie się w garażu. Paniczne wypłacanie wszystkich oszczędności z banku, tylko po to, by trzymać je w skarpecie, również niczego nie zabezpiecza – wręcz przeciwnie, zwiększa ryzyko strat. Tak samo nie pomoże chaotyczne gromadzenie świeczek, zniczy z cmentarza, przypadkowych konserw, które nikt w domu nie jada, ani kupowanie kolejnego telewizora „na wszelki wypadek”.

Niektórzy w emocjach próbują także pędzić na stacje kolejowe czy autobusowe, by „uciec gdziekolwiek” – a to tylko potęguje zamieszanie i utrudnia służbom pracę. Równie złym pomysłem jest rozsyłanie niesprawdzonych plotek (typu mój znajomy ma ciocię w ministerstwie) w mediach społecznościowych, straszenie sąsiadów „końcem świata” albo kupowanie w internecie domowych bunkrów i masek gazowych z niepewnego źródła. Wszystko to są reakcje impulsywne, które nie podnoszą bezpieczeństwa, a jedynie wywołują poczucie chaosu i bezradności.

Partnerzy portalu:

Zwiedzanie białostockich cerkwi – duchowość i architektura miasta wielu wyznań

Zwiedzanie białostockich cerkwi – duchowość i architektura miasta wielu wyznań

Kiedy przyjeżdża się do Białegostoku po raz pierwszy, trudno nie zwrócić uwagi na kształty kopuł, które wznoszą się ponad dachami miasta. Hełmy niektórych cerkwi połyskują w słońcu, przypominając, że stolica Podlasia od wieków była miejscem spotkania kultur i religii. Choć miasto rozwinęło się jako ośrodek wielonarodowy, to właśnie obecność prawosławia nadała mu unikalny charakter, odróżniający Białystok od wielu innych polskich miast.

sobór św. Mikołaja w Białymstoku zimą

Najbardziej okazałą i rozpoznawalną świątynią jest sobór św. Mikołaja, położony nieopodal Rynku Kościuszki. To główna cerkiew prawosławna w mieście, której majestatyczna bryła przyciąga spojrzenia przechodniów. Sobór, wybudowany w XIX wieku, powstał w stylu charakterystycznym dla rosyjskiej architektury sakralnej. Wnętrze kryje bogato zdobiony ikonostas, który dla wiernych stanowi duchową bramę pomiędzy światem ziemskim a niebiańskim. Wejście do tej cerkwi to spotkanie z tradycją wschodniego chrześcijaństwa – światłem świec, zapachem kadzidła i ciszą modlitwy, która potrafi zatrzymać nawet przypadkowego turystę.

Najstarszy opis cerkwi św. Mikołaja w Białymstoku znajdujemy w spisie inwentarza sporządzonym po śmierci Jana Klemensa Branickiego. Raport z roku 1772 deklaruje: Cerkiew drewniana, noworeperowana, na półkoszkach tynkowana, żółto z szarym malowana, i kopułach blachą białą obitych, a czerwonomalowanych. Ta cerkiew od ulicy w oparkowaniu murowanym, ze trzech zaś stron parkan z dylów, między słupami murowanymi, zły. Rejestr inwentarza stwierdza ponadto, że białostocki majątek Branickich liczył 1800 mieszkańców.

cerkiew św. Marii Magdaleny

Nieco dalej, w bardziej kameralnej centrum miasta, znajduje się cerkiew św. Marii Magdaleny. To świątynia o zupełnie innym nastroju – mniejsza, bardziej intymna, otoczona zielenią. To miejsce cichej modlitwy, ale i spotkań społeczności lokalnej, gdzie tradycja przekazywana jest z pokolenia na pokolenie. Cerkiew św. Marii Magdaleny to jeden z najstarszych obiektów sakralnych w Białymstoku. Pierwotnie była to rzymskokatolicka kaplica złączona z niedaleką kaplicą św. Rocha. W 1758 roku ufundował ją Jan Klemens Branicki – niewykluczone, że z myślą o wiernych obrządku wschodniego.

Warto wspomnieć również o cerkwi Świętego Ducha na os. Antoniuk. Jej bardzo wysoka. To miejsce, które często robi największe wrażenie na turystach odwiedzających Białystok. Dla budowniczych cerkwi Świętego Ducha od początku najważniejszym było, by świątynia pomieściła jak najwięcej wiernych. Istniało kilka projektów budynku. W 2000 roku zawieszono unikalne na skalę światową panikadiło. Konstrukcja o łącznej rozpiętości sześciu metrów, wadze 1200 kg, złożona z dwóch części, z których wyższą umieszczono w samej kopule, zaś niższą – na wysokości 9 metrów od podłogi. Żyrandol podtrzymują 24 liny symbolizujące zstępującego na ziemię Ducha Świętego. Między świecami znajdują się prostopadłościenne witraże z wizerunkami apostołów oraz świętych. Całość przyjmuje kształt zbliżony do korony a powstała w pracowni w Mińsku.

Warto wspomnieć także o cerkwi Hagia Sofia w Białymstoku przy ul. Trawiastej. Idea budowy cerkwi pod wezwaniem Hagia Sophia w Białymstoku zrodziła się w 1986 roku w nietypowych okolicznościach – podczas lotu powrotnego z Konstantynopola. Wśród pasażerów byli metropolita Bazyli, ówczesny zwierzchnik Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego, arcybiskup diecezji białostocko-gdańskiej Sawa (od 1998 roku metropolita całej Cerkwi) oraz ks. Aleksander Chilimoniuk, proboszcz parafii Wszystkich Świętych w Białymstoku.

Wizyta w stolicy dawnego Bizancjum, w tym także spotkanie z patriarchą Konstantynopola Dymitriosem I, stały się impulsem duchowym i symbolicznym. Hierarchowie odwiedzili wówczas monumentalną Hagia Sophię – dawną cerkiew, a później meczet i muzeum – która, zgodnie z tureckim prawem, była miejscem niedostępnym dla modlitwy chrześcijańskiej. Uświadomienie sobie, że podobne ograniczenia obowiązywały również w innych, historycznych cerkwiach pod tym samym wezwaniem – w Kijowie, Połocku czy Nowogrodzie Wielkim – wzbudziło refleksję. W obliczu niemożności praktykowania modlitwy w tradycyjnych świątyniach Mądrości Bożej, narodziła się myśl: „Skoro nie można się modlić tam, niech chociaż w Białymstoku stanie cerkiew, w której będzie rozbrzmiewać modlitwa ku czci Mądrości Bożej – Hagia Sophia”.

Zwiedzanie białostockich cerkwi to nie tylko lekcja architektury, ale też podróż w głąb historii regionu. Od wieków Podlasie było pograniczem – tutaj spotykały się tradycje polska, litewska, białoruska i ukraińska. Każda z tych kultur zostawiła w Białymstoku swój ślad, ale to właśnie cerkwie najpełniej pokazują, że miasto nie było monokulturowe. Spacerując od jednej świątyni do drugiej, można poczuć klimat dawnej wielokulturowości, która wciąż jest obecna w językach, kuchni i obyczajach mieszkańców.

Niektórzy odwiedzają cerkwie tylko jako turystyczne atrakcje, inni traktują je jako miejsca duchowego zatrzymania. Niezależnie jednak od motywacji, wejście do wnętrza prawosławnej świątyni zawsze jest doświadczeniem. Złocone ikony, bogate polichromie i chór śpiewający w wielogłosie tworzą atmosferę, której trudno porównać z czymkolwiek innym. W Białymstoku to doświadczenie jest dostępne niemal na wyciągnięcie ręki – kilka minut spaceru dzieli turystę od kolejnej świątyni, każdej z własną historią i własnym rytmem życia.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Z Białegostoku przez Sokółkę, Augustów i Suwałki do Wilna. Czy warto jechać?

Ten pociąg zaczyna bieg w Krakowie, następnie przez Warszawę dojeżdża do Białegostoku, by następnie dojechać Mockavy na Litwie. W dalszą podróż do Wilna można zabrać się pociągiem litewskiej firmy LTG Link, który czeka na pasażerów z Polski na tym samym peronie, na torze obok. Wystarczy jeden bilet, wystarczy przejście do drugiego pociągu i można zwiedzać stolicę Litwy!

Podróż takim pociągiem to nie tylko wygodny sposób dotarcia do celu, ale także wyjątkowa okazja, by przeżyć coś więcej niż zwykły transport z punktu A do punktu B. Trasa prowadzi przez różnorodne krajobrazy – zielone lasy Podlasia, które ciągną się aż ku litewskiej granicy zrobią wrażenie na każdym. Wystarczy spojrzeć za okno, by zobaczyć, jak zmienia się Polska w trakcie podróży najpierw na wschód, a później na północ. To jak podróż przez małą ojczyznę, która stopniowo ustępuje miejsca innemu krajowi i innej kulturze.

Pociąg daje też czas, by naprawdę poczuć klimat podróży. W przeciwieństwie do samolotu, który przenosi nas błyskawicznie z jednego miasta do drugiego, kolej pozwala obserwować świat w bardziej naturalnym tempie. Jest miejsce na spokojną rozmowę, na lekturę książki, na filiżankę kawy w wagonie restauracyjnym. Można poznać innych podróżnych – studentów jadących na Erasmus, turystów wybierających się pierwszy raz na Litwę, czy Litwinów wracających do rodzinnych stron. Każda z tych rozmów potrafi nadać podróży nowego znaczenia.

Warto też pamiętać, że sama przygoda zaczyna się w chwili wejścia na peron. Niespieszne pakowanie walizki, czekanie na stacji, zapach rozgrzanych torów latem czy chłodny powiew zimą – to wszystko buduje atmosferę wyprawy. Podróż pociągiem staje się częścią wspomnień, a nie tylko środkiem do ich zdobycia.

Granica, którą przekraczamy w Mockavie, to symboliczny moment – w kilka minut znajdujemy się w innym kraju, nagle zmienia się strefa czasowa, ale nadal nie tracimy rytmu podróży. To rzadkie doświadczenie w Europie Środkowo-Wschodniej, gdzie przez lata przejazd przez granicę kojarzył się z długotrwałymi kontrolami i barierami. Dziś wystarczy spojrzeć na zmieniające się nazwy stacji i język na tablicach, by poczuć, że jesteśmy już w innej przestrzeni kulturowej.

Dlatego właśnie warto wsiąść do tego pociągu – nie tylko po to, by dotrzeć do Wilna, ale po to, by przypomnieć sobie, że podróż sama w sobie jest przygodą. To droga, która łączy miasta, ludzi i krajobrazy. To doświadczenie, którego nie da się odtworzyć w żadnym innym środku transportu. Pociąg z Białegostoku do Wilna to zaproszenie do przeżycia czegoś więcej niż zwykłej podróży – to szansa na małą wyprawę, która pozostaje w pamięci na długo.

Partnerzy portalu:

Co dalej z Krywlanami? Będą budować hangar, a las jak rósł tak rośnie.
fot. UM Białystok

Co dalej z Krywlanami? Będą budować hangar, a las jak rósł tak rośnie.

W sprawach lotniska na Krywlanach można się nieco pogubić. Pamiętamy jak jeszcze poprzedni prezydent Białegostoku Ryszard Tur (a obecny rządzi już od 19 lat) wbijał symboliczną łopatę na Krywlanach. Od tego czasu kolejnemu prezydentowi czyli Tadeuszowi Truskolaskiemu udało się (z walczącą z nim wtedy pisowską większością w radzie) wybudować pas startowy. To też miało miejsce już kilka dobrych lat temu.

Od tego czasu nic się na Krywlanach nie zmieniło. Przeszkody lotnicze – czyli Las Solnicki nadal rosną, a tematu ich wycinki jak nie było tak nie ma. Za to w planach jest powstanie spółki – składającej się z Miasta Białystok, Województwa Podlaskiego i Polskich Portów Lotniczych S.A (udziały w tym ma skarb państwa). Kiedy to się stanie, nie wiadomo. W ostatnim czasie dodatkowo Prezydent Białegostoku wydał decyzję lokalizacyjną na budowę hangaru dla samolotów, z masztami antenowymi. Będzie też nowa droga kołowania. O ile nikt się nie odwoła i nie storpeduje tej inwestycji.

Warto dodać, że prawie rok temu NSA oddalił skargę na decyzję środowiskową dotyczącą Krywlan z 2016 roku. „Teraz możemy wznowić postępowanie dot. usunięcia przeszkód lotniczych i zintensyfikować prace nad tym, by jak najszybciej „odblokować” wykorzystywanie Krywlan w pełnym wymiarze” – napisał na portalu X prezydent Białegostoku Tadeusz Truskolaski. Od tamtej pory o planach miasta na wycinkę nic nie wiadomo. Warto jednak przypomnieć, że w Polsce okres lęgowy ptaków zazwyczaj trwa od 1 marca do 15 października, więc w tym czasie nic ciąć nie można. Ale zaplanować owszem. Chyba, że miasto boi się mieszkańców Dojlid, że się przypną do drzew i chce to zrobić z zaskoczenia.

Tak czy inaczej, na Krywlanach niby coś się dzieje, ale tak naprawdę wszystko po staremu. Stacjonuje wojsko, Straż Graniczna, LPR i prywatne samoloty.

Partnerzy portalu:

Dobra wiadomość z Białegostoku nad mazurskie jeziora jest sprawniej, będzie szybciej!
fot. PKP Intercity

Dobra wiadomość z Białegostoku nad mazurskie jeziora jest sprawniej, będzie szybciej!

W środę 3 września, do Giżycka wjechał pierwszy pociąg PKP Intercity z lokomotywą elektryczną. Był to skład IC Hańcza, który rano wyruszył z Krakowa. To wydarzenie jest kolejnym etapem modernizacji linii kolejowej prowadzącej przez Warmię i Mazury i bez wątpienia ucieszy wielu mieszkańców Podlasia, którzy regularnie podróżują w tamtym kierunku.

Połączenie kolejowe do Giżycka zostało uruchomione już 18 czerwca, zaraz po zakończeniu wcześniejszego etapu prac modernizacyjnych. W czasie wakacji na trasie kursowały jeszcze pociągi z lokomotywami spalinowymi, jednak dzięki modernizacji odcinka Ełk – Giżycko – Korsze możliwe stało się wprowadzenie lokomotyw elektrycznych. Dzięki tym zmianom czeka nas zwiększenie liczby połączeń i prędkości na trasie. Docelowo pociągi na Białystok – Ełk – Giżycko – Korsze pojadą z prędkością do 160 km/h, co znacznie poprawi komfort i szybkość podróży.

Dla Podlasian, którzy często wybierają pociąg jako środek transportu na Mazury, to wiadomość szczególnie dobra. Modernizacja oznacza nie tylko krótszą i wygodniejszą podróż, ale także większą dostępność połączeń, co ułatwi zarówno wyjazdy turystyczne, jak i codzienne podróże w kierunku północnej Polski. Ale też w drugą stronę – mieszkańcy Warmii i Mazur chętniej odwiedzą Podlasie!

Partnerzy portalu:

Wszyscy wzięli się za ogromny problem. Czy ktoś zechce studiować w Białymstoku?
fot. UM Białystok

Wszyscy wzięli się za ogromny problem. Czy ktoś zechce studiować w Białymstoku?

Wreszcie ktoś się wziął za problem, który sygnalizowaliśmy od wielu lat. Białystok przestał był atrakcyjnym miejscem nie tylko do życia, ale również do studiowania. Widać to na twardych liczbach. Mieszkańców ubywa tak samo jak i studentów. Dawniej w mieście było 50 tys. żaków! Teraz ledwo ponad 20 tys. Całe lata władze patrzyły na to biernie, aż w końcu się dogadali.

Uniwersytet w Białymstoku, Uniwersytet Medyczny, Politechnika Białostocka razem z Miastem Białystok i Województwem Podlaskim zaczynają wspólną kampanię Studiuj w Białymstoku. Nawet przygotowano do tego specjalny autobus PKS Nova, który będzie wszędzie tam, gdzie coś się dzieje związanego z edukacją. Na przykład Targi Edukacyjne Perspektywy, w ramach których w 15 miastach Polski zostanie zorganizowany Salon Maturzystów Perspektywy 2025. Tylko we wrześniu będzie w Gdańsku, Łodzi, Warszawie, i na Śląsku. Autobus odwiedzi również szkoły średnie w województwie podlaskim, a także w sąsiednich województwach. Zawita do takich miasta, jak Ostrów Mazowiecka, Giżycko, Olecko, Suwałki, a także Wilno, promując lokalne uczelnie.

W ramach akcji powstanie kompleksowa oferta, która ma przyciągnąć młodzież do Białegostoku na czas studiów, a także zainspiruje ją do pozostania i realizowania swojej kariery zawodowej w regionie po zakończeniu edukacji. Czekamy na efekty.

Partnerzy portalu:

Polak uratował 29 osób, których żywcem chcieli spalić Niemcy

Polak uratował 29 osób, których żywcem chcieli spalić Niemcy

27 czerwca to data, która na stałe wpisała się do historii Białegostoku. Była dniem, w którym okupujący Niemcy urządzili coś niewyobrażalnego. W okrutny sposób, masowo zabili ludzi tylko dlatego, że byli Żydami. Niemcy spędzili około 700 osób do wielkiej synagogi stojącej przy ul. Bożniczej (dziś zaplecze Suraskiej), a następnie podpalono budynek. Bohaterska postawa Józefa Bartoszki spowodowała, że przeżyło 29 osób. Dozorca wykorzystując nieuwagę Niemców otworzył boczne drzwi płonącego budynku. W ostatniej chwili wydostali się ludzie stłoczeni w przedsionku. W tym czasie Niemcy strzelali do Żydów, którzy uciekali z drewnianych domów, które chwilę później również zajęły się ogniem.

Taka postawa doczekała się dopiero po 84 latach uhonorowania. Józef Bartoszko w pobliżu wspomnianej, dawnej synagogi, otrzymał swój skwer. Jego uroczyste otwarcie miało miejsce 1 września. Podczas otwarcia, władzom miasta towarzyszyła wnuczka bohatera, Pani Marta.

27 czerwca 1941 w Białymstoku Niemcy zabili łącznie ponad 2000 osób. Oprawcy nie tylko spalili synagogę, dzielnicę Schulhof, a także wiele budynków z Rynku Kościuszki, Suraskiej, Rynku Siennego, a także to co napotkali na Legionowej i Akademickiej. W kolejnych dniach Niemcy dalej masowo mordowali Żydów. Do 12 lipca zamordowano łącznie prawie 8000 osób. 2 tygodnie później utworzono w mieście getto. Zabito prawie 20 proc. wszystkich Żydów z miasta.

Partnerzy portalu:

Jak wygląda tradycyjna kuchnia łomżyńska? Zupełnie inaczej niż na Podlasiu!
fot. Katalog kulinarny Łomża

Jak wygląda tradycyjna kuchnia łomżyńska? Zupełnie inaczej niż na Podlasiu!

Województwo Podlaskie to twór z 1999 roku, który złączył ze sobą dawne województwa białostockie, łomżyńskie i suwalskie. Każdy, kto interesuje się historią od razu widzi jak bardzo przypadkowy to jest twór, bowiem historyczne Podlasie zostało rozdzielone pomiędzy województwa podlaskie, mazowieckie i lubelskie. A Podlaskiemu przyłączono kawałek Suwalszczyzny i Mazowsza. I choć w codziennym życiu nie jest to zbyt uciążliwe, to gdy chcemy szukać jakichś spójności, jest już trudniej.

Jednym z przykładów jest kuchnia. Gdy zajedziemy do takiego Supraśla, to możemy raczyć się kartaczami (to wytwór litewski, przeniesiony później na Suwalszczyznę), kiszką ziemniaczaną z kuchni białoruskiej, która przywędrowała potem na Podlasie (czyli dzisiejsze południe województwa Podlaskiego). Nie można też zapominać o kuchni tatarskiej, która króluje na wschodzie województwa. A co z Łomżą? Na zachodzie jest bardziej szlachecko!

Popularne są tu żury, barszcze oraz kapuśniaki. Kwaśne, treściwe, gotowane często na wędzonce, nie tylko syciły, ale też dawały energię do pracy w gospodarstwie. W wielu domach do dziś przygotowuje się barszcz biały na zakwasie żytnim, którego receptura wymaga cierpliwości i troski – to smak tradycji, który nie pozwala zapomnieć o dawnych sposobach gotowania.

Łomża jest bramą na Kurpiowszczyznę, a tamtejsze słodkości mają swoją niepowtarzalną nutę. Najbardziej charakterystyczne są fafernuchy – małe ciasteczka o lekko pieprznym smaku, które kiedyś wypiekano z okazji świąt. Nie można zapomnieć też o miodach kurpiowskich.

Nie można zapominać też o rybach. Szczupaki, liny czy płocie trafiały na stoły pieczone, smażone, a nierzadko wędzone w przydomowych wędzarniach. To wszystko za sprawą Narwi, która teraz umiera, ale dawniej tętniła życiem.

Kiedy więc podróżujemy przez Łomżę i okolice, warto zatrzymać się nie tylko dla widoków i zabytków. Koniecznie spróbujcie to co dla tej części Podlaskiego charakterystyczne. Przepyszne zupy, słodkie, miodowe przysmaki i pieczone lub smażone ryby.

 

Partnerzy portalu:

Kto by się spodziewał. PKS ma już 80 lat. Będzie Retro Piknik Rodzinny.

Kto by się spodziewał. PKS ma już 80 lat. Będzie Retro Piknik Rodzinny.

I Retro Piknik „Zakręceni na Podlasiu” będzie jednocześnie imprezą urodzinową regionalnego PKS-u. 20 września, w Ogrodach Pałacu Branickich w Białymstoku, zaplanowano mnóstwo atrakcji. Będzie można m.in. zwiedzić wystawę zabytkowych pojazdów – autobusów i samochodów z kolekcji Moto Retro. Przewidziano także pokaz holowania autobusu z użyciem zabytkowego sprzętu w akcji. Na stoisku PKS Nova znajdziemy kroniki pracownicze, pamiątki i balony, a na odwiedzających czekać będą regionalne smakołyki.

Dla chętnych dostępna będzie również strzelnica łucznicza. Nie zabraknie atrakcji dla najmłodszych: dmuchańców, animacji, gigantycznych klocków czy malowania twarzy. Starsi będą mogli wziąć udział w konkursie z nagrodami, w którym premiowana będzie wiedza o PKS. Wieczorem, na specjalnym ekranie, odbędzie się kino plenerowe z kultowym filmem Disneya. Wszystkie atrakcje będą bezpłatne. Sponsorem strategicznym imprezy będzie Województwo Podlaskie.

Podlaska Komunikacja Samochodowa rozpoczęła działalność w 1945 roku, kiedy to – na wniosek ówczesnego ministra komunikacji – powołano Państwowy Urząd Samochodowy. Pod koniec tego samego roku stacja PKS w Białymstoku, mieszcząca się przy ulicy Kraszewskiego, posiadała już 60 jednostek taboru samochodowego (głównie z demobilu wojskowego) oraz uruchomiła pierwsze stałe połączenia do Warszawy i Olsztyna.

W 1951 roku wybudowano nowoczesną – jak na tamte czasy – stację obsługi, magazyny i budynek administracyjny przy ul. Fabrycznej 1. W 1975 roku, po nowym podziale administracyjnym, na mocy zarządzenia ministra komunikacji Wojewódzkie Przedsiębiorstwo PKS w Białymstoku zmieniło nazwę na Przedsiębiorstwo Państwowej Komunikacji Samochodowej w Białymstoku i rozpoczęło działalność na terenie trzech województw: białostockiego, łomżyńskiego i ostrołęckiego.

Jedną z najpoważniejszych inwestycji była budowa dworca PKS przy ul. Bohaterów Monte Cassino 10. Bardzo nowoczesny i niezwykle potrzebny, został oddany do użytku w 1986 roku, służąc 250-tysięcznemu wówczas miastu. W ciągu kilkudziesięciu lat istnienia firma kilkakrotnie zmieniała swoją nazwę, lecz kluczowa dla jej obecnego kształtu była komercjalizacja przeprowadzona w 2006 roku, która doprowadziła do powstania spółki akcyjnej. 5 lipca 2011 roku PKS Białystok został skomunalizowany, a właścicielem spółki został Samorząd Województwa Podlaskiego.

2 stycznia 2017 roku nastąpiło połączenie PKS Białystok, PKS Zambrów, PKS Łomża, PKS Siemiatycze i PKS Suwałki w jedną dużą firmę – PKS Nova.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

To chyba najpopularniejsza trasa do spacerów po Białymstoku

Gdybyście mieli bardzo mało czasu i chcieli zwiedzić Białystok, co byście wybrali? Zapewne obszar, który mapy Google oznaczają na brązowo, czyli tzw. „ścisłe centrum”. To chyba najpopularniejsza trasa spacerowa po stolicy Podlaskiego. Jeżeli ktoś przyjedzie pociągiem, to chwilę obok dworca znajdzie się już przy kościele św. Rocha, następnie przejdzie ulicą Lipową, Suraską, skręci w Sienkiewicza i Plantami wejdzie do ogrodów Pałacu Branickich. Stamtąd wyjdzie na ul. Kilińskiego, wróci na Rynek Kościuszki i dalej – na dworzec.

Tym sposobem można obejrzeć w zasadzie większość tego, co w Białymstoku warto zobaczyć. Owszem, mamy się czym pochwalić również poza centrum, ale nie oszukujmy się – gdy czasu jest niewiele, zazwyczaj nie zapuszczamy się dalej.

Jeśli jednak uda się wygospodarować więcej czasu, na pewno warto zobaczyć także Wzgórze św. Marii Magdaleny z cerkwią na szczycie oraz Operę i Filharmonię Podlaską. Warto odwiedzić również kampus Uniwersytetu w Białymstoku. Fani ekstraklasy mogliby zajrzeć na Stadion Miejski, a przy okazji przespacerować się ulicą 11 Listopada, która pod koniec lata i jesienią nabiera wyjątkowego klimatu. Tym sposobem dojdziemy do Zwierzyńca, gdzie można podejrzeć zwierzęta w zoo, a następnie przejść na Planty i do nowo otwartego ogrodu różanego.

Jeżeli nadal byłoby nam mało, możemy zahaczyć o ul. Warszawską, gdzie zachowało się sporo zabytków, a potem przejść wąskim przesmykiem na ul. Koszykową, by poczuć klimat dawnych Bojar. Po wszystkim warto zajrzeć jeszcze na stary dworzec Fabryczny – lata świetności ma już za sobą, ale wciąż pozostaje ciekawym punktem na trasie. Na przykład w drodze na cmentarze: ewangelicki, ukryty za ul. Wasilkowską, czy żydowski – przy ul. Wschodniej. Wycieczkę można zakończyć przy wieży ciśnień na ul. Wysockiego.

Partnerzy portalu:

Oto pomysł Koalicji na CPK. Hasło „C*** tam z tą Polską wschodnią” nadal obowiązuje.

Oto pomysł Koalicji na CPK. Hasło „C*** tam z tą Polską wschodnią” nadal obowiązuje.

W czasach dawnej afery podsłuchowej nagrano, jak ówczesny minister skarbu Włodzimierz Karpiński z Platformy Obywatelskiej wypowiedział słynne hasło: „C*** tam z tą Polską wschodnią”. Wracamy do niego tylko dlatego, że zawsze, gdy rząd obecnej koalicji (albo innej związanej z Platformą Obywatelską) proponuje jakieś wielkie inwestycje, w praktyce obowiązuje właśnie to hasło.

Tak było za czasów kompletnie nieskutecznego posła PO Roberta Tyszkiewicza, który szefował podlaskiej Platformie. Niestety, tak samo jest teraz, gdy region w ryzach trzyma poseł Krzysztof Truskolaski. Wydawałoby się, że skoro jest tak aktywny, wszędzie się pokazuje, nie brakuje go na żadnych oficjalnych zdjęciach – nawet tam, gdzie jego obecność nie jest specjalnie uzasadniona – powinno to przynosić jakieś efekty. To nie przytyk. Dobrze, gdy polityk jeździ po kraju i przy okazji, nieoficjalnie, „coś załatwia” dla swojego regionu czy miasta.

Niestety, gdy spojrzymy na inwestycje kolejowe (na które teraz jest najwięcej pieniędzy), okazuje się, że elektryfikacji odcinka Sokółka–Augustów nie będzie (jak wszystko jest tylko w planach). Tym razem możemy zobaczyć grafikę CPK, gdzie Koalicja mówi o rzeczywistych potrzebach Polaków. I znów wraca hasło: „C*** tam z tą Polską wschodnią”. Ktoś nam sugeruje, że pragniemy jeździć do Olsztyna, Trójmiasta i Szczecina. Owszem, tylko że my już mamy połączenia do tych miast i to całkiem niezłe. Natomiast nie mamy bezpośredniego połączenia do Lublina i Rzeszowa. I jak widać na załączonym obrazku – mieć nie będziemy.

Owszem, remonty torów trwają, ale gdyby ktoś chciał tworzyć tak zwaną wschodnią „szprychę” CPK, to na samych remontach by się nie skończyło. Trzeba by budować pewne odcinki zupełnie od zera. Ale załatwianie tego typu spraw przerasta podlaskich posłów (nie tylko Truskolaskiego – wszak wybieramy jeszcze trzynastu innych). Od 2005 roku, czyli od pierwszych wyborów do Sejmu po wejściu do UE, przez polski Parlament przewinęło się mnóstwo osób z Podlasia. I co? Trzeba było katastrofy w Jeżewie i śmierci wielu młodych osób, by ktoś zaczął realnie mówić o ekspresowej ósemce. Ekspresowa dziewiętnastka buduje się dopiero teraz, bo została wpisana do Rządowego Programu Budowy Dróg Krajowych na lata 2014–2023. Kto wtedy rządził? A potem cała Polska się dziwi, jak to możliwe, że wschód tak uparcie głosuje na „zły PiS”.

Ale żeby być obiektywnym – ten sam PiS, w osobie ministra Adamczyka, kompletnie zawalił realizację Rail Baltiki. Według planów już w 2025 roku mieliśmy jeździć pociągami do Warszawy z prędkością 200 km/h. Tymczasem stanie się tak dopiero w 2027 roku, a cała inwestycja zostanie zakończona rok później. Dzięki Koalicji dojedziemy do Ełku, a przez to do Olsztyna dużo szybciej. Ale coś za coś. Nikt nie zamierza inwestować w remont trasy Sokółka–Augustów (przynajmniej w jakimś znanym terminie. bo plany są jak zawsze). Szybkie pociągi do Suwałk w przyszłości pojadą przez Ełk.

Augustów został wykluczony także drogowo. Ekspresówkę Via Baltica wywalczyli sobie łomżyńscy parlamentarzyści, przez co Białystok–Augustów nie jest częścią żadnego międzynarodowego szlaku. Efekt? Droga Białystok–Supraśl jest lepsza niż dojazd do popularnej, letniej stolicy Polski. Do 2034 roku krajowa „ósemka” na odcinku Białystok–Augustów ma szansę stać się drogą dwujezdniową. Nie będzie to wprawdzie ekspresówka, ale otrzyma parametry drogi ekspresowej. Tylko że tak odległa data brzmi jak mrzonka. Aby tak się stało, znów musieliby tego pilnować na każdym etapie podlascy parlamentarzyści – ci sami, którzy od lat słyną z tego, że niczego nie potrafią załatwić ani dopilnować.

Partnerzy portalu:

Ostatnie dni wakacji w Podlaskiem – jak je spędzić z dziećmi?
fot. PKS NOVA

Ostatnie dni wakacji w Podlaskiem – jak je spędzić z dziećmi?

Dzieci bez żadnego zajęcia potrafią dać nieźle w kość. A że ani specjalnie nie ma pogody (chociaż ma być), ani raczej nikt nie wymyśli, by wysyłać je na kolonie, to trzeba im czas zorganizować. Do końca wakacji pozostało bowiem kilka dni. Mijają one nieubłaganie, ale nadchodzący ostatni weekend sierpnia to wciąż świetna okazja, by rodzinnie odkrywać Podlasie. Jeśli szukacie pomysłów na aktywne i ciekawe zakończenie lata z dziećmi, mamy dla Was kilka sprawdzonych propozycji.

1. Ostatni kurs Turystycznej Ósemki PKS NOVA

31 sierpnia to już ostatnia szansa, by wsiąść z dziećmi do wakacyjnego autobusu „Turystyczna Ósemka” PKS NOVA. To wyjątkowa trasa, która pozwala w jeden dzień zobaczyć najpiękniejsze zakątki regionu. Przystanki są na dworcu PKS Nova w Białymstoku – stanowisko nr 8, przy Muzeum w Tykocinie, obok Ośrodka Edukacji Przyrodniczej „Młynarzówka” w Kurowie, przy Muzeum Wnętrz Pałacowych w Choroszczy, przy Podlaskim Muzeum Kultury Ludowej w Wasilkowie, przy Muzeum Ikon w Supraślu, a także przy Arboretum i Zagrodzie Pokazowej Żubrów w Kopnej Górze.

2. Pociągi do Walił – podróż pełna wrażeń

30 i 31 sierpnia ponownie pojadą wakacyjne pociągi relacji Białystok – Waliły. To prawdziwa atrakcja dla dzieci – przejazd kolejowy przez Puszczę Knyszyńską, a na miejscu możliwość pikniku, spacerów i kontaktu z naturą. Sama podróż pociągiem to frajda, a dodatkowo można połączyć ją z zabraniem rowerów i pojechaniem nad Wyżary, gdzie można podziwiać piękne bagno, zbiornik wodny czy przejść kładką. A wszystko to w otoczeniu głębokiego lasu.

3. Wycieczka rowerowa po Green Velo

Jeśli Wasze dzieci lubią rowery, warto wybrać się na rodzinny wypad po fragmencie trasy Green Velo. Na Podlasiu nie brakuje łatwiejszych odcinków idealnych dla najmłodszych, np. w okolicach Supraśla czy Krupnik. To świetny sposób na aktywne pożegnanie wakacji.

4. Spotkanie z naturą w Silvarium w Poczopku

Silvarium w Poczopku to niezwykłe leśne muzeum, w którym można spędzić kilka godzin, spacerując wśród ścieżek przyrodniczych, oglądając głazy, sowy i inne rośliny. Dzieci pokochają kontakt z naturą, a rodzice znajdą chwilę wytchnienia w pięknym otoczeniu. Szczególnie, że jest tam mnóstwo miejsca do wybiegania się.

5. Rejs statkiem po Augustowie

Na koniec lata warto jeszcze skorzystać z atrakcji nad wodą. W Augustowie statkiem możemy popłynąć do Studzienicznej oraz nad dziką Rospudę. To fantastyczna przygoda i możliwość obcowania z naturą z poziomu tafli wody, a także możliwość przepłynięcia śluzy Kanału Augustowskiego. Kontakt z jeziorami, rzekami, przyrodą w jednym z najpiękniejszych zakątków Podlasia na pewno wyciszy Wasze dzieci.

Ostatnie dni wakacji to idealny czas, aby oderwać dzieci od komputerów i telefonów, a zamiast tego podarować im wspólne chwile pełne przygód. Czy wybierzecie pociąg do Walił, Turystyczną Ósemkę, rowery czy rejs po Augustowie, albo spacery po Poczopku – Podlasie ma jeszcze wiele do zaoferowania przed rozpoczęciem roku szkolnego.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Lato dobiega końca. Te 3 miejsca warto odwiedzić teraz, bo za miesiąc może być zbyt zimno.

Lato powoli żegna się z Podlasiem. Choć ostatnie dni przyniosły chłodniejsze poranki i wieczory, wrócą jeszcze cieplejsze chwile, idealne na krótkie, późnoletnie wyprawy. Warto je wykorzystać, bo prognozy wskazują, że to już ostatni miesiąc, kiedy można naprawdę cieszyć się zwiedzaniem regionu w promieniach słońca, zanim na dobre zapanuje jesienny chłód. Podlasie jest wyjątkowe o każdej porze roku, ale nie da się ukryć, że niektóre miejsca tracą swoją letnią aurę szybciej niż inne. Zwłaszcza tam, gdzie teren jest podmokły, a poranna mgła i wieczorna rosa potrafią sprawić, że zimno przychodzi niespodziewanie wcześnie. Dlatego jeśli szukasz jeszcze okazji, by nacieszyć się ciepłem, te trzy kierunki powinny znaleźć się na Twojej liście.

Drohiczyn i rzeka Bug

Malowniczo położony Drohiczyn, dawna stolica Podlasia, to miejsce, które jesienią zyskuje zupełnie nowy urok. Jednak ciepłe dni to ostatnia szansa, by w pełni poczuć klimat nadrzecznych pejzaży. Spacer bulwarem nad Bugiem, widok z Góry Zamkowej czy rejs kajakiem – to atrakcje, które najlepiej smakują, gdy słońce jeszcze przyjemnie grzeje. Już niedługo poranne mgły nad rzeką staną się chłodne i gęste, a wieczory zdominują pierwsze jesienne przymrozki.

Biebrzański Park Narodowy

Biebrzańskie bagna i rozległe torfowiska są wizytówką Podlasia, ale to także jedno z tych miejsc, gdzie jesień przychodzi wyjątkowo wcześnie. Rozległe doliny potrafią zatrzymać wilgoć i chłód, co sprawia, że ciepłe dni szybko stają się wspomnieniem. Wrzesień to idealny czas, by jeszcze zobaczyć bogactwo ptaków, podziwiać dzikie przestrzenie i poczuć ogrom przyrody. To również moment, gdy wędrówka po kładkach i szlakach pozwala jeszcze cieszyć się komfortem cieplejszej pogody.

Suwalszczyzna

Na północy Podlasia, gdzie jeziora i wzgórza nadają krajobrazowi niepowtarzalny charakter, chłód pojawia się wyjątkowo szybko. Suwalszczyzna, nazywana często „polskim biegunem zimna”, wkrótce znów zacznie udowadniać, skąd wzięła się ta nazwa. Wrzesień to ostatni moment, by wyruszyć na szlak wokół jeziora Hańcza, odwiedzić Wigierski Park Narodowy czy podziwiać widoki z Cisowej Góry bez konieczności ubierania się w kilka warstw ciepłej odzieży.

Podlasie w ostatnich dniach lata ma w sobie coś magicznego – łączy ciepło promieni słonecznych z delikatnym powiewem nadchodzącej jesieni. Jeśli chcesz jeszcze poczuć klimat wakacyjnych podróży, warto zaplanować wyprawę właśnie teraz. Bo już za chwilę mgły, chłód i krótsze dni sprawią, że region odsłoni swoje bardziej surowe, jesienne oblicze.

Partnerzy portalu:

Dyrekcja Narwiańskiego Parku Narodowego powinna zabrać się do roboty! Ich milczenie zabija Narew.
fot. Narwiański Park Narodowy

Dyrekcja Narwiańskiego Parku Narodowego powinna zabrać się do roboty! Ich milczenie zabija Narew.

Rozlewiska Narwi schną w oczach. Mokradła, które jeszcze niedawno pulsowały życiem, zamieniają się powoli w wymarłe tereny. W takich okolicznościach Narwiański Park Narodowy ogranicza się do komunikatów: kładka Waniewo–Śliwno nieczynna z powodu niskiego stanu wody, wypożyczalnia kajaków zamknięta. To są decyzje oczywiste, wręcz elementarne. Ale od dyrekcji Parku Narodowego społeczeństwo oczekuje roli większej niż rola megafonu odczytującego stan wodowskazu.

Susza hydrologiczna nie jest nagłą anomalią – to zjawisko, które się nasila i którego skutki dla bagiennej doliny Narwi są destrukcyjne. Wody Polskie mają kompetencje do zarządzania rzeką, a Zbiornik Siemianówka od lat degraduje Narew. To wiemy wszyscy. Właśnie dlatego Narwiański Park Narodowy powinien dziś być liderem presji publicznej, a nie biernym obserwatorem. Tylko że tej presji nie widać. Widać za to suche koryta i zamknięte atrakcje turystyczne.

Park – informator czy rzecznik rzeki?

Park narodowy nie jest od tego, by „pilnować rzeki”. Jest od tego, by bronić procesów przyrodniczych, które stanowią o sensie jego istnienia. Jeśli rozlewiska znikają, to znika także przedmiot ochrony. W takiej sytuacji dyrekcja parku ma nie tylko prawo, ale i obowiązek wyjść poza codzienną logistykę i sięgnąć po narzędzia wpływu: stanowiska, raporty, konferencje, koalicje, konsekwentny nacisk na decydentów. Ma prawo głośno żądać zmian w zarządzaniu wodą i – co ważniejsze – powinna to robić publicznie, transparentnie i bez owijania w bawełnę. Dla porządku przypomnijmy, że dyrektorów parków narodowych zatrudnia Minister Środowiska.

Nie chodzi o to, by park udawał, że może samodzielnie przestawić przepusty czy zlikwidować zbiornik. Chodzi o to, by był głosem, którego nie da się zignorować. By przedkładał konkretne postulaty nie tylko swojemu szefostwu, ale także Wodom Polskim. By regularnie wzywał parlamentarzystów regionu do interwencji. By zapowiadał i inicjował procesy, a nie wyłącznie na nie reagował. Dzisiaj narracja ogranicza się do tego, że „stan wody jest niski”. To stanowczo za mało.

Czego oczekujemy od dyrekcji NPN – naprawdę

Po pierwsze, odwagi. Odwagi, by wprost postawić na agendzie likwidację Zbiornika Siemianówka jako rozwiązanie systemowe i przedstawić publicznie warianty hydrologiczne dla odtwarzania naturalnej retencji w dolinie Narwi. Społeczeństwo ma prawo usłyszeć, jak według ekspertów Parku wygląda scenariusz „Narew z wodą” za pięć, dziesięć i dwadzieścia lat. Bez tej mapy drogowej każdy kolejny sezon to tylko pasmo doraźnych zamknięć.

Po drugie, konsekwentnego nacisku na instytucje. Park powinien – co miesiąc, nie od święta – publikować raport z działań: jakie pisma wysłano do Wód Polskich, jakie odpowiedzi przyszły, jakich decyzji domagają się ludzie, jakie wnioski trafiły do ministerstw i parlamentarzystów. Bez tego opinia publiczna nie ma punktu odniesienia, a decydenci nie mają dyskomfortu, który popycha do działania.

Po trzecie, pracy w terenie i z samorządami. Odtwarzanie drobnej retencji, zatykanie dawnych rowów melioracyjnych, przywracanie mikroprzepływów, współpraca z rolnikami nad zatrzymywaniem wody w krajobrazie – to wszystko może i powinno być koordynowane przez park, nawet jeśli wymaga partnerstw. W Narwi woda musi nie tylko dopłynąć – ona musi mieć gdzie zostać. I na pewno nie jest to Siemianówka.

Po czwarte, mobilizacji sojuszy. Środowiska naukowe, organizacje przyrodnicze, lokalne wspólnoty – te głosy istnieją, ale potrzebują wspólnego stołu i wspólnego komunikatu. Park ma autorytet, by taki stół nakryć.

Kiedy instytucje mówią głośno

Narwiański Park Narodowy musi wyjść z gabinetów, mówić głośno i konsekwentnie, pokazywać dane, naciskać, organizować, domagać się decyzji. Nie ma bowiem żadnego powodu, by umierać w milczeniu. Skoro kładka Waniewo–Śliwno potrafi stać się symbolem krajobrazu, niech stanie się symbolem zmiany. Niech komunikat o jej zamknięciu będzie ostatnim z serii czysto reaktywnych ogłoszeń, a pierwszym krokiem do otwartej, ambitnej strategii ratowania wody w Narwi.

Narwiański Park Narodowy potrzebuje „białej księgi” Narwi: publicznego dokumentu, który krok po kroku określi cele hydrologiczne, zestawi postulaty wobec Wód Polskich, wskaże plan wygaszania Siemianówki, wskaże harmonogram działań terenowych i oczekiwane decyzje administracyjne. Taki dokument powinien być aktualizowany, tak jak aktualizowane są komunikaty o stanie wody – tylko że z ambicją, by ten stan zmienić.

Narew nie ma czasu na grzeczności. Każdy sezon suszy to kolejne utracone centymetry życia, których nie da się odzyskać jednym opadem. Milczenie jest też decyzją – decyzją o zgodzie na wysychanie. Jeśli dyrekcja parku nie zamierza podejmować roli rzecznika rzeki, powinna powiedzieć to wprost. Jeśli zamierza – to najwyższa pora, byśmy usłyszeli coś więcej niż „zamknięte”.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Dożynki na Podlasiu – tradycja, która łączy ludzi i pokolenia

W ostatnim czasie w wielu gminach z wielką pompą świętowano Dożynki. A to nie byłe co – bo są one zwane świętem plonów i bez wątpienia można zaliczyć je jako jedno z najważniejszych wydarzeń w Podlaskiem. To moment, w którym rolnicy dziękują za zebrane plony, a cała społeczność wiejska gromadzi się, by wspólnie świętować koniec ciężkiej pracy na roli. Choć dziś mają one nieco inną formę niż przed laty, wciąż stanowią niezwykle barwny element podlaskiej kultury i obrzędowości.

Dożynki wywodzą się jeszcze z czasów przedchrześcijańskich, kiedy to końcowi żniw towarzyszyły rytuały związane z urodzajem i dziękczynieniem siłom natury. Rolnicy wierzyli, że odpowiednie obrzędy zapewnią im dostatek i pomyślność w kolejnym roku. Z czasem święto to zostało włączone w kalendarz kościelny i zaczęto je łączyć z mszą dziękczynną, podczas której poświęcano wieńce i dary z plonów. Najbardziej charakterystycznym elementem dożynek jest wieniec dożynkowy – misternie pleciona kompozycja z kłosów zbóż, ziół, kwiatów, owoców, a czasem także warzyw. Dożynki to także był także czas pełny muzyki, tańców i wspólnego biesiadowania.

Choć współczesne dożynki mają często charakter bardziej festynowy niż obrzędowy, ich istota pozostała ta sama – to czas wspólnego dziękowania za plony i okazja do integracji lokalnej społeczności.

Dożynki w Podlaskiem są czymś więcej niż tylko wydarzeniem kulturalnym – to symbol wspólnoty i ciągłości pokoleń. Dla starszych są przypomnieniem dawnych obrzędów, dla młodszych – okazją, by zobaczyć, jak silne znaczenie ma ziemia i praca rąk ludzkich. A dla turystów – niezwykłą szansą, by zanurzyć się w atmosferze prawdziwego święta, które smakuje świeżym chlebem, pachnie kwiatami i rozbrzmiewa dźwiękami podlaskiej muzyki ludowej.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Przelot nad Suwałkami. To piękne i niepozorne miasteczko.

Na północno-wschodnim krańcu Polski, w miejscu gdzie stykają się trzy kultury i trzy granice, leżą Suwałki – miasto, które na pierwszy rzut oka może wydawać się spokojne i niepozorne. Jednak każdy, kto choć raz zatrzymał się tu na dłużej, wie, że to prawdziwa brama do niezwykłej Suwalszczyzny – krainy jezior, wzgórz, lasów i unikalnych tradycji. Suwałki łączą w sobie historię, przyrodę i nowoczesność, tworząc wyjątkowy punkt na mapie turystycznej Polski.

Jednak to nie tylko samo miasto przyciąga turystów, lecz przede wszystkim jego niezwykłe otoczenie. Nieopodal znajduje się Wigierski Park Narodowy. Jego symbolem jest majestatyczny Klasztor Kamedułów w Wigrach, malowniczo położony nad jeziorem. To jedno z tych miejsc, które pozwala poczuć ducha historii i jednocześnie zachwycić się pięknem przyrody.

Suwałki to także doskonała baza dla miłośników aktywnego wypoczynku. W okolicy znajdziemy jeziora, z których wiele zachęca do kąpieli, kajakowania czy żeglowania. Wśród nich szczególną uwagę przyciąga Hańcza – najgłębsze jezioro w Polsce, popularne wśród nurków z całego kraju i zza granicy. Na kajakarzy czeka zaś malownicza rzeka Czarna Hańcza, której szlak uchodzi za jeden z najpiękniejszych w Polsce. Dla rowerzystów wytyczono trasy prowadzące przez malownicze wzgórza i doliny, pozwalające odkryć niezwykły krajobraz polodowcowy.

Choć Suwałki nie są głośnym turystycznym kurortem, to właśnie w tym tkwi ich największa siła. Miasto i jego okolice pozwalają oderwać się od codzienności, zanurzyć w naturze, doświadczyć gościnności mieszkańców i odkryć bogactwo tradycji. To miejsce, które zachwyca subtelnie – nie krzyczy, nie przytłacza, ale zaprasza do tego, by się zatrzymać, rozejrzeć i poczuć wyjątkowy rytm życia.

Partnerzy portalu:

Jak zrujnować PKS Nova? Wystarczy posłuchać związkowców.

Jak zrujnować PKS Nova? Wystarczy posłuchać związkowców.

Znacie tego mema z nosaczem, który z czułością w oczach mówi „Kuuu… kiedyś to było”? Właśnie tak brzmi ostatni komunikat związkowców z suwalskiego PKS. Państwo związkowcy mentalnie wciąż żyją w PRL. Tyle że teraz postanowili pójść krok dalej: napisali pismo, w którym… sami nazywają siebie „wrzodem na dupie”. Nie, to nie jest mem. To jest dokument. Oficjalny. Podpisany.

To, co tam wyprodukowali, to jest literacko-polityczny bigos. Wrzucili wszystko: strach przed „sprzedażą nieruchomości”, brak „wizji rozwoju”, jakieś opowieści o mobbingu, plus wątek rodem z filmu Barei – propozycję, by spółkę przekazać pracownikom za symboliczną złotówkę. Zero faktów, zero danych, zero wyceny – za to pełen kocioł narzekań i personalnych wycieczek. Jeśli ktoś kiedyś zrobi podręcznik „Jak kompromitować się na papierze”, to to pismo będzie miało złotą ramkę.

Oddanie suwalskiego oddziału PKS Nova związkowcom za darmo? To brzmi jak scenariusz komedii, ale takiej, po której widz wychodzi z poczuciem, że ktoś go okradł z czasu i pieniędzy. Nigdy, przenigdy nie pokazali żadnego planu finansowego. Żadnej analizy ryzyka. Żadnego harmonogramu. Po prostu: „Dajcie nam kluczyki, a jakoś to będzie”. Takie „jakoś” to można usłyszeć od pijanego wujka na „weselu”, który gości raczy barwnymi opowieściami jak to kiedyś naprawiał malucha w stodole i „jakoś” było dobrze, a nie od ludzi, którzy chcą przejąć kawałek spółki z milionowymi obrotami i zobowiązaniami.

Kto będzie finansował remonty taboru? Kto będzie spłacał zobowiązania? Kto podpisze umowy z dostawcami paliwa? Kto wyłoży kasę na nowe autobusy? Pracownicy? No jasne. Bo przecież każdy kierowca ma w domu 3 miliony w skarpecie i portfel pełen kontaktów z bankami inwestycyjnymi. W realnym życiu wyglądałoby to tak: bieg pod Urząd Marszałkowski z wyciągniętą ręką i tekstem „Dajcie, bo inaczej nie pojedziemy”. Można mieć „misję”, ale misja nie opłaca faktur za części i opony.

A teraz uwaga, bo będzie wisienka na torcie. Opozycja, czyli PiS, która razem ze związkami rwie szaty nad rzekomym „upadkiem” PKS Nova, jeszcze niedawno pompowała w tę firmę miliony złotych. I co? I nic. Teraz ci sami ludzie, którzy wtedy trzymali ster, stoją z boku, pokazują palcem i krzyczą na ludzi, którzy próbują ogarniać ten bajzel. Zamiast sensownych propozycji – nowych linii, promocji biletowych, przemyślanych zmian w rozkładzie – mamy medialny kabaret.

Wywiady, sesje nadzwyczajne, groźne miny. Zero konkretów. Ani jednego sensownego pomysłu, który można by wprowadzić jutro rano. Bo po co się męczyć z mapą, kalkulatorem i pytaniami do pasażerów o ich preferencje, skoro łatwiej jest odpalić kolejną konferencję prasową i udawać, że się „walczy o dobro ludzi”. Efekt? PKS Nova nadal działa, ale to jest najwyraźniej kompletnie niewygodne dla tych, którzy żyją z marudzenia.

W tej farsie nie chodzi o pasażerów, nie chodzi o rozwój, nie chodzi o sensowne zarządzanie. Chodzi o to, żeby dowalić marszałkowi województwa – tylko dlatego, że stoi na czele koalicji zbudowanej z przeciwników PiS. Tego samego PiS, który zwyciężył w wyborach samorządowych, posiadając najwięcej radnych i nie potrafił zbudować koalicji. Tylko dlaczego za tą nieudolność mają cierpieć pasażerowie i zwykli pracownicy PKS Nova? Dlaczego wszyscy mamy wysiadać na przystanku „Ruina”?

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Podlaskie kamperem. Co można zwiedzać? Niech te filmy będą podpowiedzią.

Youtubowy kanał NieDoZajechania w ostatnim czasie opublikował dużo filmów związanych z województwem Podlaskiem. To kopalnia wiedzy dla ludzi, którzy chcieliby zwiedzać nasz region samochodem czy kamperem. A takich nie brakuje. Turystyka w województwie kwitnie! A to dlatego, że Podlasie to jeden z tych regionów Polski, w których czas płynie wolniej, a krajobrazy potrafią zahipnotyzować nawet najbardziej zaprawionego w podróżach turystę. Wyruszając w trasę kamperem, zyskujemy pełną wolność – możemy zatrzymać się tam, gdzie akurat nas zauroczy widok, i spędzić noc w miejscach, w których cisza ma swoją własną melodię. Proponowana trasa pozwoli odkryć nie tylko przyrodę i architekturę, ale też klimat pogranicza kultur, w którym miesza się wpływ wschodu i zachodu.

Start od północy – Augustów i Studzieniczna

Podróż warto rozpocząć w Augustowie – miasteczku otoczonym jeziorami, które słynie z Kanału Augustowskiego i rejsów statkami. Tutaj można spędzić dzień na plażowaniu, spróbować lokalnych ryb, a wieczorem zaparkować kampera w pobliżu jeziora Necko czy Białego. Kilka kilometrów dalej, w Studzienicznej, czeka nas sanktuarium Matki Bożej, położone malowniczo na wyspie, do której prowadzi drewniany mostek. To miejsce ma w sobie coś wyjątkowego – z jednej strony jest spokojne i sprzyja refleksji, z drugiej oferuje piękne panoramy i możliwość krótkiego spaceru nad wodą.

Kraina Biebrzy – dla miłośników natury

Kierując się na zachód, wjedziemy do Biebrzańskiego Parku Narodowego – największego parku narodowego w Polsce, znanego z rozległych bagien i torfowisk. To raj dla ornitologów, ale nawet bez lornetki można zachwycić się tutejszymi krajobrazami. Drewniane kładki, wieże widokowe i możliwość nocowania na dziko w okolicy sprawiają, że kamperzyści czują się tu jak w domu. Poranne mgły nad Biebrzą to widok, który na długo zostaje w pamięci.

Kolejny etap to spotkanie z tatarską historią w Bohonikach i Kruszynianach. Małe, drewniane meczety i cmentarze przypominają o tym, że Podlasie od wieków jest mozaiką kultur. W Kruszynianach obowiązkowo trzeba spróbować tatarskich specjałów. Dalej na południowy wschód, tuż przy granicy, leży maleńka Jałówka z ruinami kościoła. A dalej Koterka, gdzie jest drewniana cerkiew. Tu czas naprawdę się zatrzymał. Nie ma tu tłumów, za to towarzyszy nam poczucie, że jest się na końcu świata.

Z Koterki warto udać się do Mielnika, miasteczka położonego nad Bugiem, gdzie można zwiedzić ruiny kościoła zamkowego, podziwiać krajobrazy doliny rzeki i odwiedzić punkt widokowy na Górze Zamkowej. Kilka kilometrów dalej znajduje się prawosławne sanktuarium na Grabarce – góra porośnięta tysiącami krzyży przyniesionych tu przez pielgrzymów. To miejsce przepełnione jest symboliką i spokojem, a zarazem robi ogromne wrażenie swoją prostotą.

W Drohiczynie, dawnej stolicy Podlasia, czas warto przeznaczyć na spacer po rynku, wizytę w muzeum kajakarstwa i rejs po Bugu. Miasteczko ma swój urok – ciche uliczki, zabytkowe kościoły i panoramę rzeki, którą można podziwiać z Górki Zamkowej. Wieczorem można tu znaleźć przyjemne miejsce postojowe nad samym Bugiem.

Kraina Otwartych Okiennic – wioski jak z pocztówki

Przed powrotem warto przejechać przez Krainę Otwartych Okiennic – region, w którym zachowały się pięknie zdobione drewniane domy, cerkwie i kapliczki. Trzy najbardziej znane wsie to Trześcianka, Soce i Puchły, ale jadąc kamperem można zbaczać z głównych dróg, by odkrywać mniej znane miejscowości. Kolorowe okiennice, rzeźbione ganki i bujne ogrody sprawiają, że każdy kadr nadaje się na pocztówkę.

Białowieża i Hajnówka – serce Puszczy

Podróż warto zakończyć w Białowieży, gdzie można wybrać się na piesze lub rowerowe szlaki po Puszczy Białowieskiej. Spotkanie z żubrem w rezerwacie pokazowym, spacer do dębu Jagiełły czy przejażdżka wąskotorową kolejką w Hajnówce to atrakcje, które docenią zarówno dorośli, jak i dzieci. Białowieża i Hajnówka to miejsca, które wciągają. Te pierwsze swoją ciszą i majestatem natury – idealne, by zakończyć podróż w spokojnym rytmie. To drugie, by skosztować cudownych wypieków.

Podlasie to połączenie swobody podróżowania z możliwością zanurzenia się w unikalnym klimacie regionu. To tu można w jeden dzień przejechać od tatarskiego meczetu przez prawosławną cerkiew, po katolicką katedrę, a po drodze podziwiać dziką przyrodę, która nie ustępuje tej znanej z parków narodowych Europy. Taka trasa nie wymaga pośpiechu – najlepiej dać się ponieść drodze, zatrzymywać tam, gdzie widok zachwyci, i pozwolić, by Podlasie samo opowiedziało swoją historię.

Partnerzy portalu:

Zalew w Wasilkowie to hit tego lata. Trzeba było powiększyć parking.

Zalew w Wasilkowie to hit tego lata. Trzeba było powiększyć parking.

Wystarczyły dwa miesiące od otwarcia zalewu w Wasilkowie po remoncie, by się przekonać jak bardzo takiego miejsca brakowało. W kontrze do bardzo kiepskich (i płatnych) Dojlid, białostoczanie  zaczęli przyjeżdżać masowo na odnowioną infrastrukturę tuż „za miedzę”. Nieoczekiwanie zrobiły się gigantyczne tłumy. A można było je nie tylko zobaczyć jadąc ul. Białostocką, ale też choćby ulicą Jurowiecką w Wasilkowie – gdy samochody były zaparkowane gęsto przy jednej z głównych dróg w miasteczku, utrudniając przy tym przejazd.

Dlatego wychodząc naprzeciw potrzebie osób zmotoryzowanych, które docierają nad zalew samochodami lub motocyklami, zorganizowana została dodatkowa, bezpłatna przestrzeń do pozostawiania pojazdów. Ponadto na wspomnianej ul. Jurowieckiej nie można się już zatrzymywać, dzięki czemu mieszkańcom nie będzie utrudniany ruch.

Warto przy tej okazji zastanowić się jak bardzo źle jest na białostockich Dojlidach, że aż tak wiele osób woli jechać do Wasilkowa nad zalew. Cóż, powiedzieć, że jakość białostockiego zalewu pozostawia wiele do życzenia, to nic nie powiedzieć. Kompletnie zarośnięty i zamulony przypomina ogromną sadzawkę, A wszelkie atrakcje wodne pozostawione na nim komicznie kontrastują. I co najśmieszniejsze – za to wszystko trzeba jeszcze płacić. Nic dziwnego, że mieszkańcy z całej okolicy wolą pluskać się w Supraśli.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Mieszkańcy nie chcą żwirowni w swojej okolicy. Burmistrzu Łuckiewicz – Sąd dał Ci drugą szansę.

Przez takie sprawy, dla ludzi przedsiębiorca to dalej „prywaciarz”. Mimo niekorzystnego wyroku Sądu Administracyjnego, inwestor – wbrew mieszkańcom chce budować żwirownię w Studziankach, w pobliżu ich domów. Burmistrz Wasilkowa – Adrian Łuckiewicz – dostał drugą szansę, by tym razem żadnej zgody na te uciążliwe przedsięwzięcie nie wydawać. Za pierwszym razem dał zielone światło, wbrew mieszkańcom, co Sąd Administracyjny właśnie uchylił i nakazał rozpatrzeć ponownie.

Rozchodzi się o 25-hekatarową żwirownię. To gigantyczny teren, gdzie krajobraz w zasadzie zostanie zniszczony. Możemy zobaczyć co „inwestorzy” zrobili z przepiękną Ziemią Sokólską, która dawniej przypominała czeskie Morawy, a obecnie wygląda jak jedno wielkie wykopalisko przez wszędobylskie żwirownie. Czy tego samego chcemy w Studziankach?

Warto je osadzić geograficznie dla lepszego zrozumienia. Miejscowość z trzech stron otula Puszcza Knyszyńska. To przepiękne górzyste tereny, które są atrakcyjnie nie tylko dla mieszkańców, ale również dla okolicznych turystów, którzy rowerami jeżdżą pomiędzy Supraślem a Wasilkowem przez Studzianki właśnie.

Tymczasem w Polskim Radiu Białystok możemy się dowiedzieć, że mimo protestów mieszkańców, inwestor nie zamierza rezygnować. My, jako społeczność jednak nie możemy zgodzić się, by byle osoba z pieniędzmi mogła wszystkim dookoła zmieniać okolicę i prowadząc tam uciążliwy biznes. Miejmy nadzieję, że burmistrz nie będzie wbrew mieszkańcom wydawał pozwolenia.

Partnerzy portalu:

Nowa droga na Bagnówce już otwarta. Doskonała trasa dla rowerzystów.

Nowa droga na Bagnówce już otwarta. Doskonała trasa dla rowerzystów.

Choć stała przez jakiś czas zamknięta, to można było tam spotkać rowerzystów i pieszych. Teraz dołączą też samochody. Mowa o nowym odcinku od 42. Pułku Piechoty do ul. Wołkowa. Inwestycja to dwa ronda, drogi rowerowe i dla pieszych, przystanki autobusowe, parkingi. Jest także nowe oświetlenie, zieleń. Teren został uzbrojony w pełną infrastrukturę. A wszystko to dla lepszej komunikacji jednego z nowszych osiedli – Bagnówka.

Póki co ulica nazywa się 1KD-L. Będzie teraz jedną z głównych dróg układu podstawowego osiedla. W planie zagospodarowania tworzy ona ciąg komunikacyjny od ul. 42 Pułku Piechoty do ul. Jutrzenki i dalej do granicy z gminą Wasilków. Uzbrojenie w pełną infrastrukturę techniczną tej ulicy pozwoli na udostępnienie terenów zarówno mieszkaniowych, jak i inwestycyjnych. Warto dodać, że to był pierwszy etap większej inwestycji. Na wspomnianych rondach póki co można jechać tylko prosto. Wybudowany odcinek ulicy zapewnia połączenie z ul. Krzysztofa Pendereckiego, ul. Józefa Karola Puchalskiego, a także umożliwi dojazd m. in. z ul. Afrodyty, ul. Ewy oraz ul. Artemidy.

Są też plany na kolejne lata. To oczywiście kontynuacja rozbudowy układu komunikacyjnego na osiedlu. Przed nami została jeszcze sprawa, która zawsze rozgrzewa radnych do czerwoności – czyli nadanie 1KD-L jakiegoś patrona.

Partnerzy portalu:

Białystok ma nową atrakcję. To tężnia w Parku Planty.
fot. Bialystok.pl

Białystok ma nową atrakcję. To tężnia w Parku Planty.

Nowoczesna, sucha tężnia solankowa w białostockim Parku Planty jest już dostępna dla mieszkańców. Równocześnie trwają również prace nad dwoma kolejnymi tężniami w innych częściach miasta. Powstają one w ramach Budżetu Obywatelskiego. Sucha tężnia solankowa to altanka o powierzchni ok. 50 mkw, gdzie rozprzestrzenia się aerozol solny. Powietrze w tężni jest pobierane z zewnątrz za pomocą kanału wentylacyjnego i poddane filtracji, osuszeniu oraz obróbce. Obiekt jest przystosowany do potrzeb osób z niepełnosprawnościami.

Osoby przebywające w tężni poddadzą się procesowi haloterapii (terapia suchą solą). To naturalny sposób leczenia chorób układu oddechowego i skóry. Podczas wdychania specjalnie przygotowanego solnego powietrza cząsteczki dostają się do dróg oddechowych w płucach, rozkładając i uwalniając jony ujemne. Jony ujemne stymulują wyściółkę dróg oddechowych, oczyszczając je ze śluzu i jednocześnie wzmacniając odpowiedź immunologiczną na patogeny. Słony aerozol reagując ze skórą, rozwiązuje różne schorzenia skóry. Haloterapia pomaga złagodzić objawy m.in. alergii, astmy, zapalenia oskrzeli, mukowiscydozy, zapalenia zatok, zapalenia skóry, trądziku czy egzemy.

Równocześnie trwają również prace nad dwoma kolejnymi tężniami w innych częściach miasta. Powstają one w ramach Budżetu Obywatelskiego. Przy ul. Szkolnej na Starosielcach powstaje obiekt o powierzchni ok. 50 m². Będzie tam nowa nawierzchnia, ławki, oświetlenie, stojak na rowery. Druga tężnia powstaje w Parku im. Jadwigi Dziekońskiej (przy spodkach). Tamtejsza będzie nieco większa, bo jej powierzchnia wyniesie aż 75 m². Oprócz samej tężni zostaną tam również wykonane ścieżki, oświetlenie oraz cała niezbędna infrastruktura.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Wszyscy śnimy pod jednym dachem. Dziadkowie, rodzice i dzieci stworzyli wspólne dzieło.

Krasnogrudzki park (pow. sejneński) stał się teatrem, w którym odbył się niezwykły finał programu „Wszyscy śnimy pod jednym dachem”. Mieszkańcy Krasnogrudy, Żegar i Dusznicy – trzech sąsiednich wiosek położonych tuż przy granicy z Litwą stworzyli fantastyczny spektakl. Opowiada on historię nieba inspirowaną dawnymi wierzeniami i mitami o zjawiskach astronomicznych. W przedsięwzięciu wzięły udział trzy pokolenia mieszkańców – dziadkowie, rodzice i dzieci – a przygotowania do spektaklu obejmowały regularne warsztaty prowadzone przez artystów z Polski i Litwy.

Projekt współtworzyli młodzi twórcy związani z kulturą regionu oraz muzyką tradycyjną, m.in. Daniel Namiotko, Eglė Kašėtienė, Rokas Kašėta, Jowita Janczulewicz, Sylwia Piwowarska i Kamila Kolter. Za scenografię odpowiadała Marta Sitarz.

Spektakl stał się podróżą przez dawne mity i opowieści o gwiazdach, w której lokalna społeczność i artyści wspólnie odkrywali tajemnice sejneńskiego nieba. Wspólne śpiewy, opowieści i muzyka tradycyjna pozwoliły połączyć lokalne dziedzictwo z nowoczesną formą artystyczną, ukazując, że dawne historie wciąż mogą inspirować i łączyć ludzi ponad pokoleniami oraz granicami. Wszystko to przy specjalnie stworzonej przez artystów scenografii zbudowanej głównie z materiałów pozyskanych z recyklingu i kolorowej grze świateł. To była prawdziwa podróż po kosmosie.

Partnerzy portalu:

Kładka Waniewo–Śliwno to już historia. Fantastyczna atrakcja dobiegła końca?
Takie zdjęcie to już historia

Kładka Waniewo–Śliwno to już historia. Fantastyczna atrakcja dobiegła końca?

Przez lata była jedną z największych atrakcji Podlasia – drewniana kładka Waniewo–Śliwno wiodąca przez rozlewiska Narwi, gdzie można było poczuć prawdziwy „polski Amazon”. Spacer po drewnianych pomostach i przeprawa ruchomymi platformami stały się symbolem Narwiańskiego Parku Narodowego. Dziś jednak kładka to już przeszłość. Chociaż istnieje, to nie można z niej korzystać, bo poziom wody w rzece spadł tak bardzo, że nie ma już warunków do jej funkcjonowania.

Narwiański Park Narodowy powstał, by chronić unikalną rzekę o anastomozującym charakterze czyli rozlewającą się na wiele koryt, tworzącą wyspy, starorzecza i mokradła. Ten krajobraz od zawsze zależał od wiosennych roztopów i regularnych opadów. Dziś jednak klimat się zmienił. Zimy są coraz łagodniejsze, opady śniegu – symboliczne, a wiosenne wezbrania rzeki praktycznie zanikły. Do tego dochodzą długie okresy suszy, które sprawiają, że wody w Narwi jest dramatycznie mało.

Ponadto melioracje prowadzone w poprzednich dekadach, osuszanie bagien i regulacje rzek w dorzeczu sprawiły, że woda szybciej spływa, zamiast naturalnie rozlewać się i zatrzymywać na mokradłach. Narew stała się rzeką bardziej „techniczną” – węższą, płytszą, coraz mniej przypominającą dawną, dziką rzekę.

Ratunek dla Narwi wymaga działań na ogromną skalę. Żeby cokolwiek się zmieniło potrzebujemy odtwarzania bagien i torfowisk, które zatrzymują wodę jak gąbka. Ważne jest także przywracanie naturalnych rozlewisk, powstrzymywanie melioracji oraz mądre gospodarowanie wodą w rolnictwie. Bez tego każda kolejna sucha wiosna i upalne lato będą tylko pogłębiać kryzys.

Tylko z odbudową retencji jest jak z wycinką drzewa. Można posadzić nowe, ale nim ono porządnie wyrośnie minie kilkadziesiąt lat. Tak samo jest z retencją. Nawet jeśli zaczniemy działać dziś, efekty nie pojawią się od razu. Dlatego kładka Waniewo–Śliwno najprawdopodobniej pozostanie już tylko wspomnieniem – symbolem tego, jak szybko zmienia się nasza przyroda i jak kosztowne są skutki braku troski o zasoby wodne.

Oczywiście prędzej czy później pojawi się pomysł „dobudowania” kładki w miejscach, gdzie wcześniej funkcjonowały platformy do przeprawy. Ale umówmy się, nie będzie to już to samo. Ponadto nikt nie będzie przyjeżdżać na dawne rozlewiska, bo będzie to martwy przyrodniczo teren.

Historia kładki to nie tylko opowieść o jednej atrakcji turystycznej, ale ostrzeżenie dla całego Podlasia, a nawet całej Polski. Jeśli nie zaczniemy odbudowywać naturalnych systemów zatrzymywania wody, podobny los może spotkać inne rzeki i jeziora. Narew można jeszcze ratować, ale wymaga to decyzji politycznych i inwestycji w renaturyzację rzek. Jak wszyscy doskonale wiemy – nie nastąpi to. Wystarczy zobaczyć jakimi tematami politycy zajmują się od 1989 roku. Tak – to ciągle te same tematy.

Teoretycznie możliwe są okresy, gdy wody w Narwi będzie więcej – na przykład w wyniku wyjątkowo śnieżnej zimy lub serii deszczowych wiosen i chłodnych lat. Taki „naturalny powrót” do dawnych warunków wymagałby jednak całkowitej zmiany klimatu na chłodniejszy i bardziej wilgotny. Prognozy niestety są odwrotne – średnia temperatura w Polsce rośnie, a okresy suszy stają się coraz dłuższe. Bez działań człowieka raczej nie ma szans, by poziom wody w Narwi na stałe wrócił do dawnych wartości. Możliwe są krótkie epizody podniesionych stanów wody, ale będą one rzadkie i nietrwałe, niewystarczające, by kładka mogła regularnie działać jak dawniej. Dlatego kładka Waniewo–Śliwno to już historia.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Kolej niedługo wróci do Łomży. To szansa na rozwój czy symboliczny gest?

Po 30 latach przerwy, w przyszłym roku do Łomży ponownie zawita kolej pasażerska (remonty potrwają do 2029 roku). Dla wielu mieszkańców to powód do radości i nadzieja na łatwiejsze podróże do większych miast. Pociągi mają ułatwić komunikację z Białymstokiem, Warszawą czy Mazurami, a samo wydarzenie traktowane jest jako symboliczny powrót miasta na kolejową mapę Polski.

Czy jednak uruchomienie połączeń faktycznie odmieni Łomżę? Sama obecność pociągów nie wystarczy, by znacząco wpłynąć na rozwój miasta. Jeśli pociągi będą kursować rzadko lub zbyt wolno, kolej stanie się jedynie dodatkiem, a nie realną alternatywą dla samochodów czy autobusów. Co już wiemy? Że oprócz regionalnych połączeń, będą też pociągi dalekobieżne. To bardzo ważne w tej inwestycji, jak nie najważniejsze. Docelowo pociągi między Łomżą i Łapami pojadą z maksymalną prędkością 80-120 km/h, a średni czas przejazdu z Łomży do Białegostoku, po zakończeniu wszystkich robót i uzyskaniu niezbędnych zezwoleń, planowany jest na ok. 1 h 35 min. Samochodem podróż trwa 30 minut krócej. Podróż autobusem – 1 godzinę i 20 minut.

Z pewnością kolej będzie ukłonem w kierunku ludzi, którzy chcieliby studiować w Białymstoku bez potrzeby przeprowadzania się. Dodajmy jednak, że w Łomży też są uczelnie, więc to nie jest tak, że otwiera się jakieś wielkie okno możliwości. Po prostu, oferta studiowania w regionie będzie atrakcyjniejsza dla kogoś z Łomży i wszystkich stacji po drodze. Takie połączenie jest również ukłonem w stronę osób, które nie mają klasycznego etatu, tylko pracują w kilku miejscach – na przykład nauczyciele czy wykładowcy. Teraz będą mogli świadczyć swoje usługi i w Białymstoku i Łomży.

Nie można pominąć wpływu kolei na lokalną turystykę. Łatwiejszy dojazd do Łomży i okolic może zachęcić turystów do krótkich weekendowych wyjazdów nad Narew czy w inne atrakcyjne miejsca regionu. Z kolei mieszkańcy Łomży zyskają prostszy sposób na odwiedzenie większych miast w celach kulturalnych – na koncert czy wydarzenie sportowe – bez konieczności całodniowej wyprawy samochodem.

Większy ruch podróżnych może sprzyjać rozwojowi gastronomii, noclegów czy drobnych usług skierowanych do osób przyjezdnych. Nawet niewielki wzrost liczby odwiedzających może być zauważalnym impulsem dla lokalnej gospodarki. Lepsza dostępność komunikacyjna jest jednym z ważniejszych czynników przy wyborze lokalizacji dla nowych firm czy magazynów. Chociaż warto pamiętać, że samo uruchomienie połączeń nie spowoduje nagłego napływu inwestycji.

Dlatego, z pewnością nie można mówić że powrót kolei do 60 tysięcznej Łomży będzie symboliczna. To nowa perspektywa, którą warto wykorzystać. A będzie to możliwe tylko wtedy, gdy połączeń będzie dużo i w dogodnych godzinach.

Ważny jest też aspekt bezpieczeństwa. Jak widzicie na powyższym filmie, motocyklista-idiota przejechał przez przejazd, omijając zamknięte szlabany. Liczba wypadków z udziałem pociągów w ostatnim czasie w Podlaskiem była ogromna. Łomżyński kierowcy muszą sobie uświadomić, że kolej wraca do Łomży i bezwzględnie ma pierwszeństwo.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Ujście Gaci to coś, co każdy podlaski turysta powinien latem zobaczyć

Środek lata to najlepszy moment, by odkrywać uroki Podlasia na dwóch kółkach. Dni są długie, słońce rozpieszcza ciepłymi promieniami, a Łomżyński Park Krajobrazowy Doliny Narwi w pełni pokazuje swoje letnie oblicze – pełne bujnej zieleni, polnych kwiatów i rozległych łąk, na których co chwilę można dostrzec bociany, czaple czy żurawie. To właśnie teraz warto wybrać się na rowerową wycieczkę, która pozwoli nie tylko nacieszyć oczy widokami, ale też poczuć wyjątkowy spokój tej niezwykłej krainy nad Narwią.

Proponowana trasa ma około 54 kilometry i prowadzi przez malownicze tereny, w których rzeka Narew wije się leniwie wśród pól i łąk. Wyruszając z Łomży, mijamy kolejno Rybno, Pniewo, Bronowo i Drozdowo. To wycieczka idealna zarówno dla miłośników natury, jak i historii.

Letnia aura sprawia, że cała dolina Narwi tętni życiem – wzdłuż drogi zobaczymy rozległe łąki, pasące się zwierzęta, a nad głowami przelatują stada ptaków, które tutaj znajdują swoje letnie siedliska. To doskonała okazja, by na chwilę się zatrzymać, odpocząć nad rzeką i wsłuchać w dźwięki natury. Trasa nie jest wymagająca, więc poradzą sobie z nią zarówno doświadczeni rowerzyści, jak i rodziny z dziećmi. Warto zabrać ze sobą prowiant i zrobić piknik w jednym z wielu malowniczych zakątków parku.

Na trasie warto zwrócić uwagę na wyjątkowe miejsce, jakim jest ujście rzeki Gaci do Narwi. To malowniczy punkt, w którym spokojny nurt Gaci łączy się z majestatyczną Narwią, tworząc zakola i rozlewiska pełne trzcin oraz wodnych roślin. Latem to doskonałe miejsce do obserwacji ptaków – często można tu spotkać kaczki, perkozy czy czaple brodzące w płytkiej wodzie. Ujście Gaci zachwyca swoją dzikością i spokojem, a krótki postój w tym miejscu pozwala jeszcze lepiej poczuć bliskość natury, z dala od miejskiego zgiełku.

Choć wielu osobom nazwa „Gać” może kojarzyć się żartobliwie z potocznym określeniem bielizny, w rzeczywistości ma zupełnie inne znaczenie. Słowo to pochodzi od staropolskiego „gać”, które oznaczało tamę, groblę lub umocnienie z chrustu i ziemi, budowane w celu zatrzymywania wody lub zabezpieczenia brzegów rzeki. Nazwa rzeki nawiązuje więc do dawnych prac hydrotechnicznych i sposobów gospodarowania wodą na tych terenach, a nie do współczesnego znaczenia słowa „gacie”. Dzięki temu Gać to nie tylko ciekawa nazwa, ale też świadectwo historii i tradycji regionu.

Jeśli szukacie pomysłu na aktywny dzień na łonie przyrody, rowerowa pętla przez Łomżyński Park Krajobrazowy Doliny Narwi to świetny wybór. To wycieczka, która łączy w sobie piękne krajobrazy, możliwość kontaktu z naturą i odrobinę podlaskiej historii – idealny sposób, by w pełni poczuć klimat lata nad Narwią.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Nadciąga era cyfrowej turystyki? Zwykły spacer po Białymstoku dostępny dla całego świata.

Ostatnio na YouTube można zauważyć ciekawy trend, który podbija serca miłośników podróży i miejskiej codzienności. Coraz popularniejsze stają się tzw. „walking tours” – długie nagrania spacerów po miastach, zwykle w wysokiej jakości 4K, bez komentarza i zbędnego montażu. Kamera płynnie podąża ulicami, a widz ma wrażenie, jakby sam przechadzał się wśród przechodniów, słyszał dźwięki rozmów, warkot samochodów czy śpiew ptaków w parkach. To zupełnie inny sposób zwiedzania, który pozwala przenieść się w dowolne miejsce na świecie bez wychodzenia z domu.

Choć najbardziej znane kanały pokazują ulice Nowego Jorku, Tokio czy Paryża, trend ten dotarł również do Polski. Na YouTube pojawił się już godzinny spacer po Białymstoku, który prowadzi widza przez najważniejsze miejsca w centrum miasta od Kościoła św. Rocha, przez Al. Piłsudskiego, Zamenhofa, Rynek Kościuszki czy Suraską. Bez narratora, bez muzyki w tle – jedynie obraz i dźwięki miasta. Dzięki temu można poczuć jego atmosferę w naturalny, niewyreżyserowany sposób.

Takie nagrania pełnią kilka ról jednocześnie. Dla jednych są formą relaksu, czymś w rodzaju wizualnej medytacji – idealnym tłem do pracy, nauki czy odpoczynku. Dla innych to okazja do wirtualnej podróży i poznawania miejsc, do których trudno dotrzeć. Wreszcie, dla samych miast to doskonała wizytówka – pokazują się światu takimi, jakie są na co dzień, a nie tylko podczas festiwali czy w folderach reklamowych. Białystok w takim ujęciu zyskuje – jest ładny, spokojny, z kolorowymi muralami i klimatem do spacerowania.

To dobry moment, by wykorzystać ten trend także lokalnie. Podlaskie ma ogromny potencjał do takich nagrań – nie tylko Białystok, ale i Supraśl, Tykocin czy klimatyczne wsie regionu mogłyby stać się bohaterami wirtualnych spacerów. W erze cyfrowej turystyki takie filmy są znakomitą formą promocji – pokazują autentyczność miejsc, a jednocześnie zachęcają do odwiedzin w prawdziwym świecie. Spacer po Białymstoku trwa godzinę, ale potrafi sprawić, że chce się spakować plecak i przejść tę samą trasę już naprawdę.

Partnerzy portalu: