Człowiek błyskawica  w hotelu Ritz

Człowiek błyskawica w hotelu Ritz

 

   Wielkim hitem początku wiosny 1925 roku było zapowiadane przybycie do Białegostoku wszechświatowej sławy artysty transformisty O. Marconiego, znanego jako człowiek-błyskawica.
 W przedwojennym Białymstoku wszystkie atrakcje podkasanej muzy odbywały się najczęściej w Ritzu. Nadawał on każdemu wydarzeniu szyk i rangę. Wielkim hitem początku wiosny 1925 roku było zapowiadane przybycie „wszechświatowej sławy artysty transformisty .
  Pomysłodawcą i kierownikiem całego przedsięwzięcia był Rączka. Panie zaś śpiewały wdzięczne i śmieszne kuplety. Ale gwiazdą programu był Marconi. Jego przybycie do Białegostoku „wzbudziło niepowszednie zainteresowanie”. Transformatyzm tego artysty polegał na „odtwarzaniu galerii znakomitych kompozytorów”.    Marconi przebierał się więc za Franciszka Liszta, Giuseppe Verdiego, Piotra Czajkowskiego, Antoniego Rubinsztejna, Ryszarda Wagnera, Wolfganga Amadeusza Mozarta czy Franza Suppe.
  Dzień w dzień od 25 marca o godzinie 9 wieczorem sala restauracji w Ritzu wypełniona była po brzegi. Najpierw podawano kolację, do której przygrywał „koncertowy kwintet muzyki”. Pół godziny przed północą na scenę wychodził Rączka. Ze swadą objaśniał rządnej wrażeń publiczności co za chwilę będzie mogła zobaczyć. Gdy kończył, kwintet dawał tusz oparty na twórczości kompozytora, w którego właśnie miał się przeistoczyć Marconi. I wówczas z za kulisy w świetle prowadzącego reflektora wychodził człowiek – błyskawica.
   Ten artystyczny przydomek miał podkreślać z jaką szybkością transformista potrafił się przeistoczyć z figlarnego, dowcipnego Mozarta w chmurnego Wagnera. Jak ze stanu depresyjnego Czajkowskiego przeistaczał się w pewnego siebie, władczego Verdiego. Cały program ilustrowany muzyką trwał około godziny. Po nim ritzowi goście ruszali na parkiet. Rozpoczynał się dancing – serpentina. Nad ranem pełni wrażeń, wymęczeni, ale zadowoleni białostoczanie, mający przekonanie, że byli uczestnikami światowego wydarzenia zapadali w domowe pielesze.
  Wybrańcy, którym udało się zarezerwować stoliki na czwartkowy wieczór 26 marca mieli dodatkowa atrakcję. Tego dnia już od rana montowano w Ritzu „superocakcyjny aparat o 6 tempach”. Był to najnowocześniejszy radioodbiornik. Zapewniano, że „daje pełną gwarancję, że zgromadzona publiczność usłyszy dźwięki głośno i wyraźnie”. Pokazowi towarzyszył wykład pod oczywistym w tamtych latach tytułem „Co to jest Radio”. Prezenterami tego angielskiego modelu byli inżynierowie Włodzimierz Topór i Aleksander Hildebrandt. Tego ostatniego przedstawiano jako syna znanego weterana 1863 roku. Tego wieczora program zaczynał się wcześniej.    Już o 19 goście zasiedli w restauracji i ze zdumieniem wsłuchiwali się w „produkcje radiofoniczne najlepszych stacji europejskich jak – Londynu – Rzymu – Berlinu – Zurychu”. Panowała zgodna opinia, że radio „ulepszone, oczyszczone z niepotrzebnych szumów i czasami suchych trzasków otwiera olbrzymie pole do fantazji na temat ukształtowania się naszego życia za kilkanaście lat”. Publiczność wdzięczna inżynierom za Wieczór Radio Koncertowy nagrodziła ich „zupełnie zasłużonymi i hucznymi oklaskami”. Przy stolikach w trakcie kolacji w oczekiwaniu na występ Marconiego mówiono wyłącznie o 6 tempach superocakcyjnego aparatu.
   Niestety gościnne występy Marconiego w Białymstoku zbliżały się do końca. Ostatni wieczór odbył się 1 kwietnia 1925 roku. Transformista w finale przeszedł sam siebie. „Wykonał wspaniały wodewil Królowa Fokstrotów, sam jeden w 9 osobach – 50 zmian kostiumów”. Wszystko odbywało się oczywiście w błyskawicznym tempie. Jak przystało na finał, Rączka też postarał się o coś wystrzałowego. Na afiszach pojawiła się zapowiedź, że „wykona po raz pierwszy w Białymstoku pieśni syberyjskiego zesłańca i pieśni katorgi”. Mimo, że podobały się słuchaczom, to odczucia były mieszane. Po prostu publiczność nie transformerowała tak błyskawicznie jak Marconi i nie nadarzyła za zmianami nastrojów rozpiętych pomiędzy Królową Fokstrotów, a syberyjskim skazańcem.

Andrzej Lechowski

Podlaskie w jednym zestawieniu z Iranem, Kubą oraz Karaibami

Podlaskie w jednym zestawieniu z Iranem, Kubą oraz Karaibami

Wcale nie chodzi o egzotykę. Portal Skyscanner specjalizujący się w wyszukiwaniu najtańszych połączeń lotniczych na swojej stronie umieścił Top 12 inspiracji podróżniczych na 2018 rok. Najciekawsze kierunki to: Kanada, Laos, Islandia, Rosja, Karaiby, Indonezja, Chile, Litwa, Łotwa, Estonia, Kuba, Senegal, Iran oraz… Podlasie. A tak argumentują swój wybór:

 

Podlasie sprawdzi się zarówno na dłuższy urlop, jak i weekendowy wypad z Warszawy. Ten region zachwyca różnorodnością. Łączą się tu wpływy prawosławne – koniecznie odwiedź cerkwie w Trześciance, Narwi czy Puchłach, oraz tatarskie – zajrzyj do wsi Kruszyniany, poznasz tu zarówno kulturę, jak i tatarską kuchnię. Prawdziwą siłą przyciągania Podlasia jest jego unikatowa przyroda. Puszcza Białowieska to doświadczenie pierwotnego kontaktu z naturą np. pokaźną gromadą dziko żyjących żubrów. Przemykają tu także inne zwierzęta np. rysie, bobry i wilki. Część terenu zwiedzisz jedynie z przewodnikiem – o możliwościach i kosztach wstępu dowiesz się na miejscu.

 

Oczywiście przyjezdny bardzo by się rozczarował na miejscu, gdyby za pewniak wziął powyższy opis. Bo amator tylko przypadkiem natrafiłby na dziko zyjące żubry, zaś o zobaczeniu rysia, wilka czy bobra nie ma w ogóle mowy. Przyjeżdżanie na Podlasie tylko do Krainy Otwartych Okiennic i oglądanie kilku cerkwi oraz meczetu w Kruszynianach to tak jakby pojechać do Warszawy tylko na Ursynów. Jeżeli jednak weźmiemy pod uwagę dobre intencje autorów, to trzeba się cieszyć, że ktoś nas poleca. Zapewne ktoś, kto właśnie był w Trześciance czy Kruszynianach i mu się podobało. Jeszcze bardziej cieszy zestawienie z takimi kierunkami jak Islandia, Karaiby, Rosja czy Chile. 

 

Dobrze by było się także podczepić pod wymienianą Litwę, Łotwę i Estonię. Bardzo wielu turystów obiera właśnie ten kierunek. A Podlasie jest przecież zupełnie obok. Warto więc zadbać o to, by każdy zwiedzający ten region zobaczył nie tylko Wilno, Tallin czy Rygę, ale także Białystok i całą podlaską okolicę. 

Gangsta’s Paradise

Gangsta’s Paradise

 

   W pierwszym dziesięcioleciu XX wieku z zachodnich terenów Imperium Rosyjskiego wyjechało do Ameryki wiele rodzin żydowskich. Było to spowodowane pogromami z inspiracji ochrany carskiej, a także powszechną biedą.   Żydzi trafiali zwłaszcza do Chicago i Nowego Jorku, gdzie były już znaczne ich skupiska. Wśród swoich było znacznie łatwiej przystosować się do amerykańskiej rzeczywistości. Me, żydowskie chojraki szybko zaczęły trafiać na ulicę i schodzić na drogę występku. Nie widzieli dla siebie innych, korzystnych możliwości.
  Do chicagowskich gangów trafiali też młodzieńcy z Białegostoku. Nie byli w nich liderami, ale zawsze mieli jakieś zajęcie. Zwłaszcza kiedy na początku lat 20. wprowadzono w Stanach Zjednoczonych prohibicję, czyli zakaz produkcji i sprzedaży alkoholu, nawet niskoprocentowego piwa.
  Wtedy to zawrotną karierę zaczął robić gangster al Capone i wielu innych wytwórców i przemytników zakazanych trunków. W połowie lat 20 banda al Capone walczyła o wpływy w Chicago z irlandzko-żydowskim gangiem Diona O’Baniona. Po obu stronach ginęli zarówno zwykli cyngle, jak też ich bossowie. Ofiarą porachunków gangsterów padali też niewinni ludzie.
  Niektórzy przestępcy, którzy nieco się dorobili, albo nie chcieli ryzykować życia w dalszej wojnie bimbrowników, uciekali do swoich europejskich krajów. Tak postanowiło również zrobić dwóch mało znaczących, ale wciąż bojowych gangsterów z Białegostoku. Pierwszy powrócił w 1925 roku Chaim Sarowski, który był za oceanem na tyle długo, że dorobił się amerykańskiego obywatelstwa.
  Na bruku białostockim szybko zyskał sobie miano króla Chanajek, gdyż w tej biednej, żydowskiej dzielnicy założył swoją kwaterę. Dobrał sobie na towarzysza Jankiela Kapickiego, chanajkowskiego zakapiora i razem grasowali po ulicach i zakamarkach Chanajek. Stosowali praktyki iście gangsterskie. Szantażowali, zastraszali i bili miejscowych sklepikarzy i wszystkich tych, którzy wchodzili im w drogę. Nie ustępowali nawet stróżom prawa.
  22 września 1926 roku Sarowski i Kapicki stanęli przed obliczem sędziego Rybałtowskiego, przewodniczącego Sądu Okręgowego. Oskarżenie wynikało z artykułu 142 kodeksu karnego, mówiącego o stawianiu oporu policji. Szczególnie wyróżniał się w tym samozwańczy król Chanajek. M.in. poobrywał on przodownikowi Zadrożnemu dystynkcje, wyrwał szablę oraz chwycił go za gardło i zaczął dusić. Kapicki starał się mu pomagać. Chaim Sarowski nie skorzystał z pomocy adwokata. Bronił się sam. Za walki z policjantami sędzia skazał go na dwa miesiące bezwzględnego aresztu. Kapicki, którego bronił z urzędu mecenas Lipko (ten sam, którego niegdyś reprezentował Urke Nachalnika, oskarżonego o napad bandycki), wywalczył dla swojego klienta jeden miesiąc. Nim Chaim Sarowski znalazł się za kratkami, w kilka dni po wyroku wdał się w bójkę nożową z niejakim Wacławem Cieślukiem i został mocno pokłuty. Wylądował więc w szpitalu, a jego pogromca w areszcie.
  Innym powracającym w rodzinne strony gangsterem był Josel Gelberg. Było to na początku 1927 roku. Przed dwudziestu laty wyruszył wraz ze starszym bratem Szymonem do amerykańskiej ziemi obiecanej. Wrócił w rodzinne strony, czyli Chanajki, ze sporą ilością dolarów. Część przeznaczył na zakup domu przy ul. Pieszej, nieco chciał zainwestować w jakiś bezpieczny interes, a resztę schował na czarną godzinę. Oczywiście bogatym sąsiadem zaraz zainteresowali się chanajkowscy złodzieje. Nie zważali na jego gangsterską biografię. Zaczęły się sprytne podchody. W końcu znany włamywacz i szuler Szmul Gorfinkiel trafił Gelberga na tysiąc dolarów i złoty zegarek. Poszkodowany nie darował. Sam odszukał złodzieja i zgłosił to policji. Gorfinkiel poszedł na dwa lata do celi.
  W 1932 roku Josela Gelberga doszła wiadomość, że w porachunkach bandyckich zginął w Nowym Jorku jego brat Szymon. Cały swój majątek, 90 tys. dolarów, zapisał młodszemu bratu. Ten natychmiast wysłał do Stanów Zjednoczonych plenipotencję do przeprowadzenia sprawy spadkowej.

Włodzimierz Jarmolik

Orszak Trzech Króli przejdzie przez Białystok

Orszak Trzech Króli przejdzie przez Białystok

W najbliższą sobotę oprócz prawosławnej wigilii będziemy także świętować Trzech Króli. Z tej okazji w Białymstoku będzie można podziwiać Orszak, który wyruszy o 11.45 z dziedzińca Pałacu Branickich.

 

Scenariusz tego jednego z największych, plenerowych wydarzeń jest oparty na ewangelicznym przekazie – mędrcowie ze Wschodu wyruszają za Betlejemską Gwiazdą, by dotrzeć do ubogiej szopy, w której narodził się Chrystus. Motywem przewodnim tegorocznego orszaku będzie przypomnienie, że Bóg przyszedł, aby odkupić każdego człowieka i czeka na wszystkich.

Pod celą

Pod celą

 

   Niepoprawnym amatorem cudzej własności był w Białymstoku w latach 20. niejaki Michał Wiediernikow, co zabawne z zawodu felczer. Siedział dotąd w więzieniu już cztery razy. Wyroki były niezbyt wysokie. Kiedy jednak latem 1925 roku zwędził w jatce Niedziemyckiego na Siennym Rynku dwa pęta białej kiełbasy, a do tego dodał jeszcze chustkę wartości 3 zł, zabraną z torebki Symy Tchór, sąd nie zawahał się nad karą półtora roku więzienia. Przy okazji tego procesu wyszły na jaw jeszcze drobne sprawki Wiediernikowa popełnione w innych miastach – Częstochowie, Piotrkowie i Radomsku.
  Po przewrocie majowym Józefa Piłsudskiego pomniejszym recydywistom brakowało miejsca w więzieniu białostockim, Czerwoniaku łomżyńskim, a także w tiurmie grodzieńskiej. Miejsca w celach przeznaczone były przede wszystkim dla przestępców z wieloletnimi wyrokami i oczywiście dla więźniów politycznych.
   Białostocki szary dom przy ul. Baranowickiej kwaterował ich dwustu kilkudziesięciu. Więcej niż warszawski Mokotów, Łódź czy Lublin. Pisała o tym w swojej wyjątkowej książce „W więzieniach”, wybitna, przedwojenna działaczka społeczna, Stefania Sempołowska.
   Pomniejszych kryminalistów przyjmowały inne, lokalne ośrodki penitencjarne. Na przykład w Baranowiczach. Wysłany do Baranowicz na odsiadkę białostocki recydywista Wiediernikow nie mógł gorzej trafić. Warunki w więzieniu były, mówiąc oględnie, bardzo mizerne. Już samo jego usytuowanie kilka kilometrów za miastem, w szczerym polu, sprawiało smutne wrażenie. Świeżo przybyłych więźniów już od początku czekały szykany ze strony starych, uprzywilejowanych bywalców więziennego przybytku. Pełnili oni funkcje pomocnicze, wysługiwali się strażnikom, szpiegowali. Nowym zabierali bezwzględnie cenniejsze części odzieży, tytoń czy mydło. Te ostatnie pełniły w celach więziennych rolę monety obiegowej.
   Cele w Baranowiczach były dosłownie przepełnione. Przeznaczone dla dwunastu osób, potrafiły pomieścić trzy razy więcej. W takich warunkach trudno było zachować minimum higieny. Według regulaminu zmiana bielizny miała odbywać się co tydzień. Faktycznie działo się to co kilka tygodni. Więźniowie spali na workach ze słomą imitujących sienniki. Pościel była najczęściej brudna i wilgotna. Na szczęście w celach nie było kibli, czyli dużego fetoru. Więźniowie co rano, po kolei chodzili do ustępu.
  Jedzenie też pozostawiało wiele do życzenia. Na śniadanie kubek kawy i pajda chleba, a na obiad kasza, krupnik albo kartoflanka, kolacja to cienka zupka z zaoszczędzonym ze śniadania chlebem.
   Osobny pawilon w więzieniu przeznaczony był dla kobiet. Nie było ich dużo. Kilkanaście prostytutek, służące ukarane za kradzieże, pokątne akuszerki. Jak relacjonował w prasie bywalec tego przybytku, najsmutniejszy widok stanowiły niemowlęta, które wraz z matką odsiadywały karę. Były wśród nich też takie, które urodziły się w więzieniu.
   Czas więźniom w Baranowiczach wypełniały w warsztatach nieustające rozmowy o złodziejskich wyczynach, spodziewanej paczce z domu czy przewidywanej z nadzieją amnestii. Rozmawianie też było jednak reglamentowane. Nie można było porozumiewać się w porze obiadowej i po wieczornym apelu.
   Szczególne wrażenie, zarówno na więźniach, jak też na ludności miejscowej robiły wykonywane od czasu do czasu wyroki śmierci. Pod szubienicą gromadziły się władze więzienne, oddział policji, duchowny, no i oczywiście kat ze swoimi pomocnikami. Baranowicz, rzecz jasna nie zaszczycał sławny, przedwojenny kat Maciejewski. Tutaj swą powinność wykonywali wykształceni przez niego uczniowie. Zza murów więziennych ów ponury spektakl, z dachów domów, drzew, a nawet słupów telegraficznych obserwowała ciekawa gawiedź.
   Wiediernikowa nie spotkała oczywiście ta najgorsza kara. Odsiedział swoje i mocno wymizerowany powrócił do Białegostoku. Zajął się zapewne swoimi różnymi drobnymi aferkami. Prasowe kroniki kryminalne jednak o tym milczą.

Włodzimierz Jarmolik

Prawosławni na Podlasiu są „od zawsze”

Prawosławni na Podlasiu są „od zawsze”

Nigdzie indziej jak na Podlasiu nie jest aż tak akcentowane podwójne świętowanie. To w naszym regionie bowiem jest najwięcej wyznawców prawosławia. W Hajnówce, Siemiatyczach czy też Bielsku Podlaskim to wręcz religia dominująca. W całym regionie zaś możemy napotkać bardzo wiele różnorodnych Cerkwii. Według różnych źródeł w Polsce jest od 0,5 do 1 mln wiernych. Mało kto wie, że prawosławie na ziemiach Polskich obecne jest od tysiąca lat. A dokładnie od 988 roku, kiedy miała miejsce chrystianizacji Rusi. 

 

Książe Kijowski zdobywał kolejne ziemie i latami były kolonizowane. W 1240 roku powstała cerkiew w Mielniku, a w 1341 kolejną. Wpływ na to, że dzisiaj na Podlasiu mamy tak wielki odsetek wiernych prawosławia wynika z tego o czym pisaliśmy nie dawno. Przez nasz region przebiegała granica Królestwa Polskiego i Rusi. W okolicznych osadach mieszkali obok siebie katolicy, którzy przybywali z Mazowsza i prawosławni przybywali z Grodzieńszczyzny i Wołynia.

 

W Polsce znajduje się ponad 300 prawosławnych obiektów sakralnych. Z czego 240 to parafie. Funkcjonuje także 6 klasztorów – w tym w Supraślu, na Świętej Górze Grabarce oraz w Białymstoku. Na Białostocczyźnie znajduje się 40 proc. ze wszystkich polskich parafii prawosławnych. Tutaj też znajduje się prawie połowa wiernych. 

 

 

 

Tragiczne pokłosie gruźlicy

Tragiczne pokłosie gruźlicy

 

   Jednym z największych problemów międzywojennego Białegostoku był stan zdrowotny mieszkańców. Tragiczne pokłosie zbierała gruźlica. Walczono z tą chorobą. Jednak warunki, w których żyła duża część ludności miasta, niejednokrotnie niweczyły te poczynania. Niemniej mamy w naszej historii piękne przykłady prób zmiany tego stanu rzeczy.
  Już wkrótce po odzyskaniu niepodległości rozpoczęła się społeczna akcja zwalczania gruźlicy. W 1922 roku powstało żydowskie Towarzystwo Przeciwgruźlicze Marpa. Mieściło się przy ulicy Polnej 4 (Waryńskiego). Jego pierwszym prezesem został Jowel Rubin. Do zarządu wybrani zostali inżynier Herc Neumark, Chaim Zabłudowski, Józef Bereziński oraz żony Henryka Weltmana i Mejera Prużańskiego. Wszyscy byli przedstawicielami sfer przemysłowo-handlowych.
  Już po kilku miesiącach działalności Marpa miała blisko 800 członków. Pracę zarządu wspierali lekarze. Konsultacji udzielał psychiatra dr Izydor Wolf i dr Mojżesz Gurewicz zajmujący się chorobami wewnętrznymi. Wkrótce towarzystwo „wynajęło letniska w Zwierzyńcu” i własnym staraniem zorganizowało tam „coś w rodzaju sanatorium”.
  Dysponowało ono 40 łóżkami. Zakład funkcjonował wyłącznie w miesiącach letnich. Kuracjusze wymieniani byli tak, że w trakcie lata udawało się objąć opieką 80 chorych.
W 1926 roku Marpa przechodziła wyraźny kryzys organizacyjny. Jednak już wkrótce, gdy prezesem został Herc Neumark działalność towarzystwa znów nabrała dynamiki.
  Przeniesiono się do nowego lokalu przy ulicy Kupieckiej 34 (Malmeda). Naczelnym lekarzem organizacji został dr Abram Kahan. Wspomagał go zasiadający w zarządzie dr Aleksander Rajgrodzki. Nawiązana została współpraca z bliźniaczą organizacją w Warszawie. Ta zaś w Otwocku prowadziła znany na całą Polskę zakład leczniczy i sanatorium przeciwgruźlicze. Otwocka placówka zobowiązała się przyjmować 10-15 białostockich pensjonariuszy „za minimalną opłatą”. Pacjenci po 2 – 3 miesięcznym pobycie „wracali do Białegostoku uleczeni z zasobem świeżych sił”.
   W związku z powodzeniem akcji zaczęto snuć plany wybudowania w Otwocku białostockiego pawilonu na 25 łóżek. Niestety na początku 1927 roku białostocką Marpę „zaczęła dzielić intryga”. Zniechęcony jałowymi sporami prezes Neumark ustąpił ze stanowiska. Wraz z jego odejściem upadły wszelkie otwockie plany. Po mieście rozeszła się wieść, że ster rządów w tak potrzebnej i mającej spore sukcesy organizacji przejęli „ludzie młodzi, niedoświadczeni i niezrównoważeni”. Sytuacja jednak szybko została opanowana. W wyniku przeprowadzonych w maju 1927 roku wyborów prezesem Marpy został dr Józef Lewitt. Za jego kandydaturą przemawiało głównie doświadczenie.
 

W 1925 roku Lewitt wraz z doktorami Piotrem Klamarzyńskim, Adamem Kozubowskim i Bohdanem Ostromęckim założyli Białostockie Towarzystwo Przeciwgruźlicze. Jego głównym celem było „skoordynowanie pracy przeciwgruźliczej na terenie województwa”. W marcu 1926 roku towarzystwo otworzyło „wzorcową poradnię przeciwgruźliczą”. Mieściła się ona w budynku przy Warszawskiej 32. Zajmowała pięć pomieszczeń, w których urządzono poczekalnię, gabinet lekarski, gabinet do naświetlań lampą kwarcową, laboratorium i biuro rejestracyjne. W przychodni, którą kierował dr Lewitt pracowało 2 lekarzy i „pielęgniarka – wywiadowczyni”. Przez niespełna rok działalności w poradni zostało zarejestrowanych 1803 pacjentów.
    Lewitt rozpoczął starania o zorganizowanie niezbędnej pracowni rtg. Niestety finanse towarzystwa były zbyt skromne. Przychodnia korzystała więc bezpłatnie z miejskiej pracowni radiologicznej. Do 1927 roku wykonano w niej 490 badań. Towarzystwo prowadziło też szeroko zakrojoną akcję propagandową. Wydrukowane zostały plakaty i ulotki w języku polskim i jidysz, w których informowano „co to jest gruźlica”.
   W kwietniu 1926 roku zorganizowane zostały w Białymstoku dni przeciwgruźlicze. W ich trakcie prowadzone były zbiórki pieniężne. Towarzystwo nawiązało też współpracę z podobnymi jemu organizacjami w Grodnie, Augustowie, Łomży, Ciechanowcu i w Supraślu.
   W 1926 roku białostockie towarzystwo zrzeszało 279 członków. Kierujący nim zarząd stanowili wyłącznie lekarze. Prezesem był Lewitt. Jego zastępcą był dr Piotr Klamarzyński. Sekretarzem został dr Czesław Karwowski. Za finanse odpowiadali doktorzy Maria Halpern i Konstanty Alchimowicz. W Białymstoku z uznaniem podkreślano, że wszyscy lekarze w towarzystwie a doktor Lewitt również w poradni „pracują honorowo i bezkorzystnie”.

Andrzej Lechowski

Reket, czyli wymuszanie

Reket, czyli wymuszanie

 

   W Ameryce czasów Al Capone popularnym działaniem gangsterów był tzw. reket, czyli wymuszanie. W międzywojennym Białymstoku taka praktyka też miała swoich amatorów. Zarówno dorosłych, jak i małolatów.
  Na wymuszania narażeni byli przede wszystkim drobni kupcy i przedsiębiorcy. Odbywało się to w sposób nadzwyczaj prosty. Do sklepiku, w którym poza ekspedientem nie było kupujących, wchodził zdecydowanym krokiem młodzieniec i żądał kilku paczek papierosów lub też ofiarowania złotówki, jako pożyczki. Właściciel interesu dobrze wiedział w czym rzecz. Znał przecież tego chojraka i sławę, jaką cieszył się on na ulicy. Płacił.
  W ten sposób za złotówkę miał przez jakiś czas względny spokój. Opryszek szanował posłusznego sklepikarza. Nie nadużywał jego gościnności. Pilnował też, aby nie wykorzystywali go inni amatorzy białostockiego reketu. Jeśli jednak pojawiła się jakaś konkurencja, o wszystkim decydowała zwykle bójka na noże. Zwycięzca przejmował kontrolę nad pożądanym obiektem.
  W przypadku kiedy kupiec okazywał się oporny i nie chciał płacić natrętnemu opiekunowi, ten organizował natychmiast gromadkę swoich kumpli, wkraczał do sklepu i wywoływał awanturę. Kończyła się ona zwykle dużą demolką lady, półek, a zwłaszcza okien. Jeżeli uparty sklepikarz nadal się nie poddawał i np. wzywał policję, to nie mógł zrobić gorzej. I tak wcześniej czy później musiał zrezygnować ze skargi. Inaczej nie miałby spokoju na swojej ulicy.
  Biorąc przykład ze starszych oprychów, do wymuszania brali się też kilkunastoletnie szczawiki. Przykładem niech będzie szajka pod wodzą 14-letniego Szyi Szustera, która w 1937 roku była postrachem właścicieli kiosków ze słodyczami, budek z wodą sodową i sklepików papierosowych. Szyja miał dwóch, 13-letnich pomagierów – Kostka Bancerowicza i Wacka Jirgielewicza. Wszyscy oni mieszkali na ul. Wesołej i w tamtych okolicach podjęli swoją mini gangsterską działalność.
 

Choć żydowscy sklepikarze z Wesołej, Mazowieckiej czy Suraskiej nie traktowali początkowo żądań niepozornego chłopaka zbyt poważnie, zamiast papierosów, cukierków czy sodówki, brali za kołnierz i wyrzucali na ulicę, to jednak szybko przekonali się o swojej lekkomyślności.
   Szyja bowiem wyrzucony ze sklepu w dzień, odwiedzał go ponownie, tyle że w nocy. Brał ze sobą oczywiście swoich pomagierów. Dostanie się do licho raczej zabezpieczonego kiosku lub sklepiku nie sprawiało żadnej trudności. Kłódkę można było ukręcić przy pomocy metalowego prętu.
   Kiedy pewnego razu Szyja wyrzucony przez Owsieja Wechtera z jego budki z wodą sodową przy ul. Mazowieckiej, zamiast jednej złotówki, o którą został grzecznie poproszony, stracił towar za blisko 100 zł.
Inny kupiec, niejaki Dryngiel, który przy ul. Suraskiej trzymał interes papierosowy, pożegnał się z tytoniem na blisko 80 zł, a przecież wystarczyło złożyć na ręce Szyi symboliczny haracz.
   Policja, która skrupulatnie odnotowywała owe drobne włamania do sklepików, wkrótce trafiła na trop młodocianych reketerów. Nie było to zresztą takie skomplikowane. Zaczęło się od doniesienia w IV komisariacie, złożonego przez kupca z Suraskiej, Zygmunta Rzepki. Dotyczyło ono odwiedzin natrętnego smarkacza, który kategorycznie domagał się złotówki „na pomoc dla bezrobotnych”. Posterunkowi z czwórki postanowili urządzić zasadzkę.
  W nocy z 20 na 21 sierpnia przy sklepiku spożywczym pana Rzepki zatrzymana została cała trójka z młodym Szusterem na czele. Chłopcy byli dobrze przygotowani do nocnej roboty. Mieli przy sobie dwa haki, łom i specjalny nóż do kitowania okien. Oczywiście wszyscy trafili do miejskiego aresztu. Policja odkryła też główną kryjówkę małoletnich złodziejaszków w jednym z domków na letnisku w Zwierzyńcu.
   Białostocki Sąd Okręgowy okazał się w miarę łagodny, za kilkanaście włamań skazał Szyję, Kostka i Wacka na dom poprawczy z zawieszeniem. Dopilnować dobrego sprawowania się pociech mieli rodzice.

Włodzimierz Jarmolik

Rzeźnik z Piasków

Rzeźnik z Piasków

 

Nochim Abelewicz z ulicy Malinowskiego 12 w dzień był pracowitym masarzem. Nocną porę poświęcał jednak zupełnie czemuś innemu. Stawał się wówczas zuchwałym włamywaczem, który sam albo z jakimś wspólnikiem zakradał się do mieszkań, sklepów czy składów towarowych.
  W 1920 roku w kronice kryminalnej „Dziennika Białostockiego” znalazła się notatka, że przy ul. Surażskiej patrol policyjny nakrył złodzieja, który dobierał się do drzwi sklepu pod numerem 42. Był to Nochim Abelewicz. Znaleziono przy nim cały zestaw złodziejskich narzędzi: łom, obcęgi, sztamajzer i pęczek wytrychów.
  Abelewicz, jak już raz trafił do kartoteki policyjnej, pozostał zawsze na celowniku agentów kryminalnych. Indagowano go przy każdej okazji, kiedy w mieście miała miejsce jakaś większa złodziejska przewalanka, przesłuchiwano go, stawiano do konfrontacji ze świadkami, na wszystkie sposoby sprawdzano jego alibi w tej czy innej sprawie.
  W 1933 roku dom przy Kalinowskiego 12 policja nachodziła wielokrotnie. Był to rok szczególny, obfitujący we włamania i kradzieże. W lutym policyjna inspekcja odkryła, że rzeźnik Abelewicz posługuje się fałszywymi stemplami rady miejskiej. Znakuje nimi mięso pochodzące z potajemnego uboju, żeby mieć podkładkę dla wścibskich kontrolerów z magistratu. Kilka miesięcy później, znowu z powodu podejrzeń o handel nielegalnym mięsem, u Abelewicza odbyła się kolejna rewizja. W sprytnym schowku pod schodami (agenci policyjni byli sprytniejsi), znajdował się istny skład złodziejskich akcesoriów: zgrabne raki, mesle, kołki z wytrychami. Posiadanie tych przedmiotów nie budziło wątpliwości co do ich zastosowania. Abelewicz za swój zbiór złodziejskich klamotów spędził miesiąc w szarym domu przy Szosie Baranowickiej.
  Na początku 1934 roku pracowity rzeźnik zaprojektował ekstra robotę. Celem miały być składy towarowe przedsiębiorstwa „Warrant” przy ul. Kolejowej. Ponieważ potrzebne były do tego większe siły, doświadczony oprych dobrał sobie pomagierów. Jednym z nich był Franciszek Więckowski, młody złodziej, ale już znany białostockiej policji, drugim zaś z zawodu koleżka po fachu Abelewicza, Icek Golusztajn z ul. Krakowskiej, gdzie razem z trójką braci prowadzili popularny w Chanajkach sklep z mięsem i wędlinami. Masarstwo było oczywiście tylko przykrywką, nocami Icek wyprawiał się po mienie śpiących białostoczan.
  Tercet złodziei około godziny dziewiątej wieczorem wybrał się pod parkan ogradzający składy „Warrantu”. Najpierw nastąpił wyłom w płocie, a później poszukiwanie w murze dogodnego wejścia do środka. Ze złodziejskiego przedsięwzięcia nic jednak nie wyszło. Gorliwy posterunkowy obchodzący właśnie swój rewir usłyszał uderzenia łomu, wyciągnął rewolwer i zatrzymał wszystkich trzech speców od nocnych robótek.
  Odsiadka była krótka. Abelewicz dał znać o sobie już w 1936 roku. Wczesnego ranka dobrał się do skrytki w mieszkaniu Jana Dzikowicza, zamieszkałego przy ul. Dojnowskiej. Ofiara kradzieży była zamożna. Strata wynosiła 3500 złotych, 270 dolarów i 45 rubli w złocie. W tym czasie kompan Abelewicza, Goldsztajn bawił na gościnnych występach w Bielsku Podlaskim, gdzie zgarnął łup wartości 16 tys. złotych. Tym razem brama więzienna zatrzasnęła się za nimi na dużo dłużej.

Włodzimierz Jarmolik

Strajk w Białymstoku. Komunikacja sparaliżowana na kilka miesięcy!

Strajk w Białymstoku. Komunikacja sparaliżowana na kilka miesięcy!

W 1991 roku w Białymstok wybuchł strajk w MPK, który sparaliżował komunikację miejską w mieście na kilka miesięcy! Protestujący między innymi okupowali zajezdnię. W tamte dni jeden z białostoczan nagrał film, który dzisiaj po latach możemy obejrzeć, by przypomnieć sobie tamte wyjątkowo gorące lato. Temperatura była tak samo wysoka zarówno na ulicach, jak i w zajezdni przy Składowej, gdzie protestowali kierowcy. 

 

Dzisiaj taki strajk jest już raczej niemożliwy. Miasto wzbogacone doświadczeniem z tamtych lat – kontroluje aż trzy spółki miejskie, które odpowiadają za transport pasażerów po mieście. 

Ponury proceder

Ponury proceder

 

   28 stycznia 1926 r., tuż po zapadnięciu zmroku, mieszkańcy domów przy ul. Grunwaldzkiej 21 i 42 znaleźli na swoich podwórkach podrzucone niemowlęta. Była to częsta praktyka. Śledztwo szybko doprowadziło do matki podrzutków. Bliźniaki urodziła niejaka Wiera Szeń, 24-letnia panna, nieposiadająca żadnego zawodu. Dzieci nie pozbyła się sama. Pomogła jej przyjaciółka, Helena Zduniek, a zwłaszcza praktykująca bez zezwolenia akuszerka Katarzyna Miron, zamieszkała na Pietraszach. Ta ostatnia nie uczyniła rzecz jasna tego bezinteresownie. Pieniądze wzięła zarówno za ukryty poród, jak też późniejsze działania.
  Za spędzenie płodów u niefortunnych służących, kelnerek i robotnic znana była już od dawna policji. Sama spędziła nieco czasu w więzieniu. W październiku 1926 r. cała trójka kobiet stanęła przed obliczem sądu. Rozprawa odbywała się przy drzwiach zamkniętych. Najbardziej obciążona Miron dostała pół roku bezwzględnej odsiadki. Wierę Szeń, matkę porzuconych niemowląt, która w sposób dramatyczny przedstawiła swoją sytuację materialną i strach hańby przed rodziną na wsi, sędzia Rybołowski skazał na 3 miesiące więzienia w zawieszeniu na 2 lata.

Włodzimierz Jarmolik

Sylwester w Białymstoku

Sylwester w Białymstoku

 

   Zmianę daty z 1927 na 1928, obchodzono w Białymstoku hucznie. Najlepsza zabawa zapowiadała się w teatrze Palace. Do tańca miała grać orkiestra wojskowa, a na uczestników balu czekało co nie miara atrakcji. Dla większej ekscytacji można było wystąpić w masce, która „była mile widziana”. Na parkiecie miał być rozegrany konkurs, w którym przewidziano „nagrody dla pań za najlepsze tańce”. Kilka lat później bezkonkurencyjna w Białymstoku w tanecznych pas była Nesza Lisówna, „której taniec, jak i urok zewnętrzny wzbudzały ogólny zachwyt”.
  Pomiędzy tanecznymi szaleństwami, sylwestrowi goście Palace mieli do swej dyspozycji „obfity, tani bufet”. Co tańczono? Szlagierami tego sylwestra i karnawału były bananas-slide, bibi-dżibi i budapeszt. Trzeba było mieć niezłą kondycję.
  Bananowe przesuwanie nie było wcale łatwe. Był to taki fox-trot. Tę nazwę można przetłumaczyć jako lisi kłus, ale z dodatkiem bananów składał się „z kroków ślizgowych i małych skoków. Miał on obrazować ślizganie się po rzuconych skórkach bananów”. Dla miłośników mocniejszych wrażeń było bibi-dżibi. Ten taniec był „najniebezpieczniejszym konkurentem charlestona, do którego jest podobny w ogólnej strukturze, ale odznacza się większą jeszcze dzikością”.   Te dwa tańce każdy może sobie wyobrazić, ale z budapesztem tak łatwo nie pójdzie. Było to bowiem połączenie czardasza z bluesem. Co się musiało dziać, gdy partnerka zachowała jeszcze taneczny wigor i przytupywała w rytm madziarskiej nuty, a partnerowi po wizytach w bufecie już tylko w głowie i nogach pozostawał luz blues? Wszystko dobre co się dobrze kończy.
  Każdy sylwester wygląda inaczej niż się zaczyna. Niestety, te końce się powtarzają, tak jak i w tym, również wierszyku z 1936 roku.

„Aż do rana
Strzelały korki szampana
W sufity.
Dół i szczyty
Prawie, że szalały
Lały się wina i wódki,
Jak to się mówi, na smutki
I dolegliwości
Dziś dla wielu, przykry jest powrót do rzeczywistości
Bo pieniążki z kieszonek szybko uleciały
Dolegliwości i smutki nadal pozostały.”

  Ale od czego jest karnawał? A jeszcze jak jest tak długi jak tegoroczny. Więc i ja życzę Państwu szampańskiego sylwestra z przewagą czardasza nad bluesem. Życzę też karnawału na cały 2018 rok.

Andrzej Lechowski 

Zestaw włamywacza

Zestaw włamywacza

 

 
   Podrobiony klucz czy pęk zgrabnych wytrychów to był sposób na otwarcie prawie każdych drzwi. Włamywacze jednak stosowali również inne metody. Nazwijmy je siłowymi. Pomagały w tym łom, świder czy piłka do metalu.
  Zacznijmy od rympała, albo rympałka. Były to łomy ze specjalnie wymodelowanym zakończeniem, które służyły do włamania. Dzięki nim złodzieje podnosili drzwi z zawiasów czy też korzystając z niewielkiej nawet szczeliny wyrywali zamek. Oczywiście następował przy tym nieunikniony hałas. Taka operacja mogła się zatem odbywać tam, gdzie nikt tego nie słyszał. Zwłaszcza nocną porą, w letnio-jesienne urlopy wielu mieszkańców Białegostoku. Dzięki rympałkom włamywacze dobierali się też skutecznie do miejscowych sklepów i innych, handlowych pomieszczeń.
  Wczesną wiosną 1919 roku, kiedy zmrok zapadał już dosyć wcześnie, złodzieje odwiedzili skład sukna Ameliana przy ul. Żydowskiej pod numerem 2. Wywalili bezczelnie frontowe drzwi od ulicy i wynieśli przez nikogo niepokojeni materiałów na ponad 40 tys. marek.
  Na początku następnego roku specjaliści od rympała odwiedzili mieszkanie państwa Kosinowiczów na Nowym Świecie. Pora była również nocna. W tym lokalu odnajmował pokój pan Cydzik, komisarz rządu. Stracił on całkiem przyzwoite jeszcze futro, wartości 12 tys. marek, zaś jego sąsiedzi ponieśli również krzywdę w garderobie na kilka tysięcy. Jedyną stratą złodziei był łom i siekiera zgubione podczas ucieczki.
 

Opryszki bardzo chętnie przy swoich akcjach korzystali z drzwi kuchennych, od podwórka, gdzie mieli dużo większą łatwość posługiwania się sposobnym rympałem. Tak było w 1921 roku, kiedy to włamali się do magazynu konfekcji damskiej pani Kotkowskiej przy Rynku Kościuszki. Zabrali tyle towaru, że mógł go wywieźć tylko solidny wóz albo dorożka. Po tej ostatniej aferze mocno dostało się w lokalnej prasie komendzie policji. Szczególnie oskarżano posterunkowych o niedbalstwo podczas pełnienia nocnej służby.
  Przygodę z włamywaczami posługującymi się specjalistycznym łomem przeżył też w 1926 roku Aron Buchbinder. Prowadził on sklep ze skórami przy Surażskiej 4. Kiedy przybył do swojego interesu w poniedziałkowy poranek, stwierdził, że ubyło mu towaru na ok. 3 tysiące złotych. No i oczywiście stratę powiększył koszt brutalnie wyłamanych drzwi.
  I jeszcze jedna historia na identyczny temat. W styczniu 1932 roku Władysław Sokołowski po powrocie do domu, a mieszkał przy Szosie Obwodowej, zastał drzwi na oścież otwarte, a po dokładnej penetracji, zauważył brak futra żony, własnych marynarek i spodni, tudzież srebrnego zegarka. Wywiadowcom z Wydziału Śledczego udało się tym razem wytropić sprawców kradzieży. Stanisław Żmudinow dostał rok więzienia, zaś jego paser, 43-letni Jan Bogdan, musiał spędzić w celi trzy miesiące.
  Inny sposób na otwarcie cudzych drzwi dawał bor, czyli świder i piłka do metalu lub drewna, zwana w żargonie złodziejskim bukfelem. Włamywacze wiercili po prostu otwory wokół zamku, a następnie przy pomocy piłki wycinali kawał drewna z drzwiowym zabezpieczeniem i już byli w środku. Ta metoda w światku przestępczym przedwojennego Białegostoku stała się popularna na przełomie lat 20. i 30. ubiegłego stulecia. Wzór przyszedł z Niemiec, gdzie działali w ten sposób szczególnie kompetentni fachowcy.

 
   „Na świder”, jak to określali dziennikarze prowadzący w miejscowych gazetach kroniki kryminalne, swoje mienie na kilka tysięcy złotych stracili m.in. Genia Goltfarb z ul. Polnej, aptekarz Arkin z ul. Sienkiewicza czy Dawid Klementynowski z Żelaznej.
  Policja niekiedy potrafiła ująć złodziei. Tak było zimą 1931 roku, kiedy włamywacze przewiercili się do składu win, wódek i tytoniu Józefa Wojtanowskiego przy ul. Mickiewicza. Byli nimi bracia Jan i Stefan Popławscy. Ten pierwszy zarobił rok odsiadki, ponieważ znaleziono jego odciski palców, drugi, bardziej ostrożny, wywinął się od kary.

Włodzimierz Jarmolik

Sylwester 2017/2018. Oto nasze propozycje do zabawy

Sylwester 2017/2018. Oto nasze propozycje do zabawy

Można zacząć już odliczanie do Nowego Roku. Jeżeli wciąż nie macie planów, to zobaczcie jakie mamy dla Was propozycje. Zobaczcie jak będzie wyglądać miejska zabawa w dawnych miastach wojewódzkich obecnego województwa podlaskiego. Dodatkowo przedstawimy alternatywę w postaci taniej zabawy w Pubach lub dyskotekach.

Miejskie Sylwestry

Najciekawiej zapowiada się SYlwester w Łomży. Wystąpi tam CLEO, będzie pokaz fajerwerków oraz DJ z muzyką do zabawy. W Białymstoku można będzie pobawić sie na koncercie gwiazd The Voice of Poland. Najbardziej znana to Lanberry. Mieszkańcy jednak nie zobaczą tradycyjnego pokazu fajerwerków. Tym razem miasto zafunduje pokaz laserów. Do pokazu będzie można posłuchać live orkiestry. W Suwałkach nie będzie żadnej imprezy na powietrzu. Zamknięty koncert odbędzie się w Suwalskim Ośrodku Kultury. Bilety po 125 zł. Zagra orkiestra BREZVIS, która wykona wiele światowych przebojów.

Sylwestry w Pubach

Tę wyjątkową noc można spędzić ze znajomymi w pubach. Wcześniej trzeba przyjść i zarezerwować stolik. Można przyjść z własnym koszyczkiem, lecz alkohol zamawiamy przy barze. Oczywiście można liczyć na szampana w cenie.

Sylwester 2017/2018 w KnayPub – szczegóły

 

Zamknięta impreza odbędzie się w Knay Pubie na rogu ulic Lipowej i Nowy Świat. Koszt wynosi 100 zł za osobę. W cenie otrzymamy butelkę wódki razem z napojem lub zamiast tego kilka butelek piwa. Do tego różne przystawki, a także będzie też miejsce do potańczenia. Dodatkowo można przynieść własny „koszyczek”.

 

Natomiast w Pub Fiction wejście będzie kosztować 35 zł od osoby. W cenie butelka szampana na stolik. W Motopubie wejście 10 zł. Jeżeli ktoś nie ma jedzenia, będzie takowe mógł zamówić na barze.

 

W Little Hell można wejść za 20 zł. Można też wykupić specjalne pakiety na cocktaile.

Sylwester na Dyskotekach

W M7 możemy bawić się do rana płacąc 30 zł za osobę lub z miejscem siedzącym i lampką szampana 40 zł. Jest także opcja z daniami gorącymi i przekąskami, wódką oraz napojem. W Disco Polo Club bilet to także 30 zł. Miejsca siedzące – 50 zł. Szampan gratis. Należy tylko pamiętać, by wszędzie zapisać się przed czasem. Bo liczba miejsc jest ograniczona.

Komuniści kontra szeryf

Komuniści kontra szeryf

 

   Dzisiejsze życie polityczne w porównaniu z międzywojennym to potworna nuda. Tamte emocje widać było wszędzie. Najczęściej na ulicy. Czasami przybierało to formę zabawy w Indian i szeryfa. Ale do rzeczy, a raczej do tytułu.
  Partie komunistyczne w drugiej Rzeczypospolitej były zdelegalizowane. Nie oznaczało to bynajmniej, że w związku z tym niewidoczne. Wręcz przeciwnie. Białostockie ulice co i rusz były teatrem, na których rozgrywane były rozmaite polityczne dramy.
  Tak też było we wrześniu 1927 roku, kiedy to białostocki Związek Młodzieży Komunistycznej postanowił zorganizować kolejną manifestację. Prowodyrem był niejaki Benjamin Szuster. Jego pomocnicami były, zapatrzone w niego jak w obraz, Rywka Surażska, Cyrla Szachnowicz i Belka Kańczuk. Na miejsce zwołania demonstrantów wybrano ulicę Nowy Świat. Szybko zebrane towarzystwo zaczęło wykrzykiwać „precz z policją” i „niech żyje komunizm”. Z minuty na minutę przybywało uczestników zgromadzenia.
  Gdy zebrała się już spora grupka to Benjamin, który stanął na czele pochodu, zarządził marsz w kierunku ulicy Szlacheckiej. Ledwo ruszyli, gdy nagle ze Szlacheckiej wyjechał na rowerze posterunkowy Kleżel. Jechał do pracy, na dyżur. Przez chwilę zawahał się, widząc przed sobą zwarty szereg demonstrantów.
 

Jechać dalej, czy nie. Ale trwało to moment i Kleżel niczym samotny szeryf z klasycznego westernu ruszył powoli w kierunku tarasującej całą ulicę grupy manifestantów. Ci zamarli. Co robić. Pierwszy zreflektował się Benjamin. Cisnął czerwony sztandar na ziemię i ile sił w nogach zaczął uciekać. Za nim uczynili to jego towarzysze.
  Zdumiony tym nagłym obrotem sprawy Kleżel nawet nie gonił uciekających. Zajął się natomiast skrupulatnym zbieraniem porzuconych ulotek. Tymczasem Szuster, a za nim reszta towarzyszy dobiegli na Suraską. Tu zziajani zauważyli, że nikt ich nie goni. Ponownie więc nabrali odwagi.
  W Benjaminie znów obudziła się natura wodza rewolucji. Opanował zadyszanych towarzyszy, uformował z nich ponownie kolumnę i zarządził marsz w kierunku Rybnego Rynku. Ledwo znów zaczęli wznosić okrzyki „precz z policją” to właśnie ona, jakby na przekór skandującym zjawiła się w postaci kilku posterunkowych. Tym razem doszło do szarpaniny. Większa część demonstrujących szybko jednak uciekła co pozwoliło policjantom zająć się Benjaminem oraz Rywką, Cyrlą i Bellą. W efekcie cała czwórka wylądowała w areszcie, a wkrótce stanęła przed sądem. Ten był surowy. Benjamin z a swoje wyczyny dostał 6 lat ciężkiego więzienia. Rywka zarobiła cztery lata. Obronną ręką z opresji wyszły dwie pozostałe dziewczyny, którym sąd nie potrafił udowodnić przynależności do Związku Młodzież Komunistycznej.
 

 

Nie mniej ciekawie było w listopadzie 1927 roku. Miejscowi komuniści postanowili uczcić 10 lecie założenia przez Feliksa Dzierżyńskiego osławionej czerezwyczajki. Uchwalono więc, że w mieście odbyć się „potężna machkomuna”, czyli demonstracja uliczna. Miejscem zbiórki i formowania kolumny pochodu miała być ulica Mińska, przebiegająca tuż obok cmentarza żydowskiego.
  O oznaczonej godzinie zjawił się tam spory tłumek komunistycznej młodzieży. Wnet rozwinięto czerwone sztandary i dla dodania sobie animuszu zaczęto wznosić okrzyki. I to był błąd. Okrzyki te bowiem usłyszeli policjanci patrolujący ulicę Suraską. Bez namysłu kilku z nich udało się na Mińską.
  Widząc to demonstranci zaczęli czmychać w liczne w tym rejonie miasta zaułki i na sam cmentarz „porzucając na ulicy czerwone płachty i pliki bibuły komunistycznej”. Stróże porządku rzucili się za uciekającymi w pościg. Posterunkowemu Kozie udało się schwytać jednego z nich. Był to Pinkas Celnik.
Znaleziono przy nim zakazane broszury. Wkrótce i on stanął przed białostockim sądem, który za takie ekscesy wrzepił mu 4 lata ciężkiego więzienia.
  Białostockie organizacje komunistyczne działały w ścisłej współpracy z towarzyszami wileńskimi i warszawskimi. Toteż potężnym ciosem dla nich było rozbicie wielkiej drukarni Związku Młodzieży Komunistycznej w Warszawie. Sukces warszawskiej policji, której udało się aresztować 60 komunistów, podciął też skrzydła białostockim czerwonym. W sierpniu 1928 roku do Białegostoku dotarły hiobowe wieści, że bibuły nie ma i długo nie będzie. Policja zacierała ręce z zadowolenia. Jej sukcesem było też i to, że w warszawskim lokalu znaleziono „oryginały instrukcji nadesłanych z Moskwy”.

Andrzej Lechowski

Szwindel po białostocku

Szwindel po białostocku

 

    Szwindlarzy, czyli oszustów przed wojną grasowało w mieście bez liku. Oto początek lat 20. minionego wieku.   Białystok odzyskał niepodległość, ale duch zaboru rosyjskiego jeszcze w nim pokutował. Zimą 1922 roku po Rynku Kościuszki włóczył się młody człowiek w studenckiej, rosyjskiej czapce. Odwiedzał tamtejsze knajpki, bary i hotele. Zagadywał zwłaszcza przybyszów z bolszewickiej Rosji. Proponował pomoc w znalezieniu taniej kwatery, czy też wymiany złotych rubli na polskie marki. Dokonywał oczywiście przy tym grubych malwersacji i znikał. Przedtem rzecz jasna pił i jadł na koszt naiwnych.
  Tego samego roku działała w Białymstoku para oszustów przebranych za żołnierzy. Po niedawnej wojnie o mundur nie było trudno. Pierwszy z nich odwiedzał zwykle któregoś z licznych białostockich krawców, ot na przykład Kagana Kraszewskiego, i proponował odkupienie całkiem znośnego szynelu. Gdy nie udało się z krawcem, szedł do pobliskiego piekarza, Lennika, któremu wcisnął odzienie za 8,5 tys. marek. Teraz do akcji przystępował drugi przebieraniec. Odwiedzał klienta z ogromnie marsową miną, stwierdzał, że szynel został skradziony i go rekwirował. Operację taką można było powtarzać wielokrotnie.
  Nieco później ofiarą pomysłowych szwindlarzy padł znany kupiec Zabłudowski. Na jego adres przyszło na dworzec kolejowy dwa wagony zamówionej gdzieś w kraju mąki. Wartość ładunku wynosiła 40 mln marek. Miejscowi spryciarze na podstawie fałszywych kwitów zagarnęli cały transport, no i mieli z pewnością ze sprzedaży deficytowego towaru duży zysk.

 
    Lata późniejsze również dostarczają przykładów pomysłowych szwindli. W 1926 roku gościli czasowo w Białymstoku dwaj oszuści z Warszawy, Stanisław Bryzewicz i Józef Piasecki. Zakwaterowali się przy ul. Sienkiewicza 2. Ponieważ był to już czas po udanej walutowej ministra Grabskiego, złoty, a zwłaszcza dolar stały mocno, miłośnicy szwindlu postanowili to wykorzystać. Znajdowali zamożnych białostoczan, chętnych do otworzenia własnego interesu, zwłaszcza wódczanego bądź tytoniowego, obiecywali załatwić szybką potrzebę koncesji, brali sutą zaliczkę „na koszta” i znikali. W końcu jednak trafili przed oblicze wymiaru sprawiedliwości.
  Bardzo popularnym szwindlem było przed wojną sprzedawanie fałszywych obrączek i ozdób z drogimi kamieniami. Miałem okazję już o tym pisać w jednym z odcinków tego cyklu. Proceder kwitł szczególnie w dni targowe, kiedy do Białegostoku zjeżdżali mieszkańcy z pobliskich miasteczek i wsi. Niedoświadczeni prowincjusze, po sprzedaniu ziarna, świni czy pary gęsi, łatwo padali ofiarami osobników umiejętnie reklamujących złote ozdoby po atrakcyjnej cenie.
  W tombakowym biznesie wyróżniał się bardzo niejaki Zundel Połter. Jeśli prześledzi się uważnie kronikę kryminalną prowadzoną w Dzienniku Białostockim, to można to nazwisko spotkać bardzo często. Kiedy powinęła mu się noga i szedł na odsiadkę do więzienia przy Baranowickiej, z powodzeniem zastępowali go dwaj inni, znani na bruku białostockim szwindlarze – Justyn Siegień i Emil Sokołowski.
  Szczególnie zuchwali oszuści białostoccy kantowali ludzi na tzw. kantmaszynkę. Proceder polegał na przekonaniu upatrzonej ofiary do udziału w produkcji fałszywych pieniędzy, najlepiej dolarów. W latach 20. specjalizował się w tym zwłaszcza Józef Galiński. Oczywiście wszystkie zabiegi szwindlarza szły w kierunku naciągnięcia frajera na jak największą prawdziwą gotówkę. Potrzebny był przecież odpowiedni papier, farby, specjalny płyn, kosztujący wyjątkowo drogo. Fikcyjne fabrykowanie pieniędzy oszustowi się opłacało. Aresztowany w 1924 roku Galiński miał przy sobie ponad tysiąc złotych i kilkaset dolarów.
  Według „Wiadomości statystycznych miasta Białegostoku” w latach 1925-1934 zgłaszano na policji od 40 do 80 szwindli rocznie, A były to zapewne przypadki daleko nie wszystkie.

Włodzimierz Jarmolik

Renifery, ciemnoskórzy mieszkańcy oraz wielkie osady. Tak wyglądało Podlaskie tysiące lat temu

Renifery, ciemnoskórzy mieszkańcy oraz wielkie osady. Tak wyglądało Podlaskie tysiące lat temu

O pierwszych ludziach na Podlasiu wiadomo tyle, że pojawili się 10 000 lat temu. Na terenie dzisiejszej Puszczy Knyszyńskiej była tundra (wyobraźcie sobie, że teren wygląda jak Bieszczadach, ale nie ma gór). W dorzeczu Biebrzy i Narwii pojawiły się… renifery, a wraz z nimi ludzie, którzy rzecz jasna żywili się mięsem tychże zwierząt. Warto dodać, że klimat nie był sprzyjający, zatem skóra zwierzęcia idealnie nadawała się na ubranie dla osadników.

 

Przez kolejne tysiące lat na dzisiejszym Podlasiu pojawiła się brzoza oraz sosna. Cały teren był bardzo intensywnie zalesiony. 7000 lat temu na terenach dzisiejszego Podlasia rozwijała się kultura niemeńska. Osadnicy żyli w okresie mezolitu. Swoje życie rozwijali przy rzece Narew. Ludzie potrafili tworzyć ceramiczne narzędzia. Mężczyźni zajmowali się myślistwem czy rybactwem zaś kobiety zbieractwem (na przykład owoców leśnych). Co ciekawe, ta sama kultura bardziej na wschodzie posiadła umiejętności hodowlane. Być może pod opieką człowieka znajdowały się tury (pradawne woły) czy tarpany (pradawne konie). Główne pożywienie stanowiły łosie oraz jelenie, który nigdy na naszych terenach nie brakowało.

 

4 tysiące lat temu niedaleko Supraśla istniała jeszcze inna osada z epoki kamienia i brązu. Archeolodzy odnaleźli tam sztylety, noże, dłuto czy groty strzał. Wszytko wykonane z krzemienia i kamienia. Osadnicy to ludy, które przywędrowały aż z terenów dzisiejszej Hiszpanii. Można się tylko domyślać że mieli ciemną skórę.  Zaś przedmioty jakie po sobie pozostawili sugerują, że zajmowali się głównie polowaniami, ale też rolnictwem. Warto zaznaczyć, że później osadnicy zajęli się także „górnictwem”. W okolicach wsi Rybniki, gdzie dziś mamy rezerwat Krzemianka. To właśnie tam intensywnie wydobywano krzemień, który był potrzebny do produkcji broni, narzędzi oraz do rozpalania ognia.

 

2,5 tysiąca lat temu w Haćkach (dorzecze Narwii, okolice Bielska Podlaskiego) istniała ogromna i mocno rozwinięta osada. Ludzie mają własną studnię, piece, półziemianki, mały zbiornik z wodą, miejsce do przeprowadzania obrzędów i ceremonii, a także konstrukcje obronne przed obcymi. Grodzisko zamieszkiwane było przez przybyszów z różnych stron Europy, cały czas się rozrastając, ostatecznie osiągając rozmiar 40 hektarów!

 

Gdy wkroczyliśmy w nową erę wśród wędrujących oraz zakładających osady także na Podlasiu najwięcej było ludów germańskich oraz bałtów. W kolejnych stuleciach także Goci, Hunowie oraz Słowianie, którzy dotarli tu z dalekiego wschodu. Gdy terytorium dzisiejszej Rzeczypospolitej zamieszkiwały większe plemiona – w naszym regionie można było spotkać Połoczan, czyli wschodnich Słowian. Żyli oni tutaj w XVIII wieku naszej ery.

 

Kiedy plemiona połączyły się w Polskę, my byliśmy na terytorium Rusi Kijowskiej. Dopiero po roku 1000 pojawia się ważny gród w Drohiczynie, który jest ośrodkiem handlowym z Rusią Kijowską. Przez kolejne stulecia przez dzisiejsze tereny podlaskie przebiegać będzie granica między Polską a Rusią Kijowską, a później Galicją, a jeszcze później Litwą. W XIV wieku Polska i Litwa to już jeden kraj. W XV wieku przez jakiś czas jesteśmy pod szwedzkim zaborem i graniczymy z Rosją. Na szczęście unia polsko-litewska się odradza na kolejne lata.

 

XVIII wiek przynosi Polsce zabory. Nasz region znajduje się na terytorium Prus (Niemiec). Później zaś znów przebiega granica – tym razem Prus i Imperium Rosyjskiego. W 1918 roku powstaje II Rzeczpospolita. Podlaskie na początku 1919 roku przechodzi z rąk niemieckich w polskie.

Podlaskie miliony lat temu. Jak wyglądało i co się tu działo?

Podlaskie miliony lat temu. Jak wyglądało i co się tu działo?

Być może leżeliście sobie kiedyś na podlaskiej łące albo siedzieliście na ławce przy rodzinnym domu, lub też spacerowaliście sobie białostockim parkiem, a między czasie rozmyślaliście sobie jak wyglądało miejsce, w którym się aktualnie znajduje kilkaset milionów lat temu. Jeżeli tak, to w tym artykule się tego dowiecie co się działo na dzisiejszym Podlasiu – miliony lat temu. Warto dodać, że działo się bardzo wiele.

 

Na początku jednak uporządkujmy fakty, gdyż wszystko działo się na całej planecie, zatem także i na naszym jej fragmencie. Ziemia powstała 4,6 miliarda lat temu dosyć gwałtownie. Najpierw urodziło się Słońce, który otoczone było pyłem. Grawitacja spowodowała, że przez miliony lat pył ten łączył się w skały, a te zderzając się ze sobą uformowały cała planetę. Wszędzie był ocean lawy. Na początku Ziemia nie miała powietrza, lecz składała się z azotu i dwutlenku węgla.

 

Następnie w stronę naszej planety leciała inna planeta – Teja – wielości Marsa. Poruszała się z dużą prędkością, a następnie uderzyła w Ziemię. W wyniku zderzenia obu planet powstał księżyc, a nasza planeta zostaje odkształcona. 3,9 miliarda lat temu dochodzi do „bombardowania” Ziemi przez meteory. To „odpadki” po powstaniu układu słonecznego. Wewnątrz meteorów zawarte są minerały wody. „Bombardowanie” trwało przez 20 milionów lat, w wyniku czego powstaje jeden wielki ocean praktycznie na powierzchni całego globu. Na fragmentach planety są pojedyncze wysepki, które zamieniły się w wulkany. 100 milionów lat później na Ziemię spadają kolejne meteory z takimi minerałami jak węgiel czy aminokwasy. Substancje połączyły się ze sobą i powstało pierwsze życie.

Formowanie się kontynentów

Przeskoczmy jednak trochę w czasie. Między czasie Ziemia zaczęła obracać się coraz wolniej przez co doba nie trwała już 6 a 16 godzin (tak jak po uderzeniu drugiej planety), było coraz więcej tlenu. 1,5 miliarda lat temu ukryta, popękana skorupa ziemska spowodowała, że w ciągu milionów kolejnych lat utworzyły się wielki kontynent. Własnie wtedy po raz pierwszy uformował się także nasz teren. Byliśmy jednak jedną wielką pustynią. 750 milionów lat temu skorupa ziemska rozciąga się pod wpływem temperatury, a superkontynent dzieli się na dwie części. Podlaskie, jak i wielka część euroazjatycka jest wielką pustynią pokrytą skałami, które odsłoniły się po rozerwaniu kontynentu.

 

Pod wpływem uwolnienia się ogromnych ilości dwutlenku węgla z wnętrza Ziemi światło słoneczne nie dochodzi do planety. W konsekwencji nasza planeta zamarza. Trwa bardzo długa epoka lodowcowa. Tworzy się lądolód o grubości do 3 km. Na szczęście nasza planeta jest aktywna wulkanicznie, przez co po 15 milionach lat lód zamienia się w ocean. 600 milionów lat temu doba trwa już 22 godziny. Jest bardzo dużo wody oraz tlenu, który znajduje się także w oceanie dzięki czemu pojawiają się pierwsze, zaawansowane formy życia.

 

460 milionów lat temu na lądzie Ziemia pokryta jest skałami. Istnieją tylko dwa kontynenty. Zabójcze promieniowanie słońca pozbywa się wszelkich form życia z lądu, jednak przez kolejne 100 milionów lat Ziemia pokrywa się warstwą ozonu, który chroni naszą planetę od zabójczego promieniowania. Na obu kontynentach pojawiają się pierwsze zwierzęta, które podczas ewolucji „wyszły z oceanu” na ląd. Z biegiem lat jednak kontynenty oddalają się od siebie. Na terenie dzisiejszej Polski mamy głównie morze, lecz na Podlasiu znajduje się ląd – skalna pustynia.

Węgiel, żwir i człowiek

Kolejne setki milionów lat spowodowały, że Polska miejscami została porośnięta gigantycznym lasem. Warto tutaj zaznaczyć, że miejsce, w którym obecnie geograficznie położone jest Podlaskie to było morze, zaś faktyczny ląd dzisiejszej Ameryki Północnej oraz Europy znajdował się w okolicach równika. 270 milionów lat temu na terenie Polski pojawia się morze. Podlaskie jednak to nadal skalna pustynia. Las zamienił się w pokłady węgla. Dlatego też wydobywa się go na zachodnim południu. U nas zaś mamy dużo żwiru – ten występuje praktycznie na terenie całego kraju, lecz najwięcej na północy – czyli tam gdzie było najwięcej skał.

 

Z racji tego, że znajdowaliśmy się w zwrotniku raka to morze parowało odsłaniając pustynię. 160 milionów lat temu po raz kolejny morze zalało nasze tereny. Ruch płyt tektonicznych powoduje, że Ameryka Północy odłącza się od Europy, zaś ta łączy się z Azją. Spoiwem są zaś dzisiejsze góry na Uralu. 4 miliony lat temu, kiedy wszystkie kontynenty są już na swoim dzisiejszym miejscu, Podlaskie pod wpływem położenia geograficznego boryka się z ochłodzeniem klimatu. Ustępujące coraz płytsze morze odsłania torfowiska oraz tworzy bagna.

 

1,5 miliona lat temu na Ziemi pojawia się człowiek – homo erectus. U nas klimat niestety nie sprzyja jeszcze do życia, ale kolejne miliony lat spowodują wielkie wędrówki i zasiedlanie się Europy. 700 tysięcy lat temu prawdopodobnie (tutaj są różne wersje) homo erectus opuszcza Afrykę i dociera do Europy, także do dzisiejszej Polski. Wpierw jednak zakłada pierwsze osady w okolicach Śląska. Kiedy pierwszy człowiek dotarł na Podlasie nie wiadomo. Pierwsze osady, które odkryli archeolodzy można datować na 7000 lat przed naszą erą. Między innymi nasz region zamieszkiwała kultura niemeńska. O czym przeczytacie więcej już jutro.

Pierwsza hala targowa przy Zamenhofa

Pierwsza hala targowa przy Zamenhofa

 

   W XIX wieku ulicę Zamenhofa nazywano Zieloną albo Jatkową. Przez całe lata kwitł tu handel. Od rana do wieczora było rojno i gwarno. I tutaj w 1921 roku zbudowano pierwszą w mieście halę targową.  Z dawnych hal targowych pozostała dziś w Białymstoku jedynie ta na Starym Rynku, na Bojarach. Często wspominana jest również charakterystyczna z półkolistym dachem hala na Rybim Rynku. Tę niestety rozebrano w latach 60. XX wieku. Ale była jeszcze jedna. To ona powinna być w pamięci białostoczan, bo przecież była pierwszą halą targową w mieście. Wybudowano ją w 1921 roku przy ulicy Zamenhofa 18. Na jej budowę miasto wyasygnowało własne fundusze, po czym wydzierżawiło ją chrześcijańskim kupcom.
  Pomimo reklamy, że właśnie tutaj można było kupić świeże towary po przystępnych cenach, to i tak całe przedsięwzięcie skazane było od samego startu na niepowodzenie. Bo i gdzie otwierać chrześcijańską halę w środku dzielnicy żydowskiej. Jako dobry dowcip powtarzano sobie slogan ją reklamujący. Brzmiał: „Kupujcie w Hali Miejskiej. Kto raz tu zajdzie na pewno stałym klientem będzie”.
  Kłopot tylko był w tym, że mało kto miał szansę tu zajrzeć. Najliczniej reprezentowane były w tej hali kramy z „mięsem wieprzowym i rentowe oraz wyroby masarskie”. Było ich aż 13! Obok nich znajdowały się dwa sklepiki z pieczywem i też dwa z warzywami i nabiałem oraz trzy spożywczo-kolonialne i cztery z manufakturą i galanterią. Razem kupców było więc 24.
Władze miejskie, które w sposób wyraźny sprzyjały rozwojowi tak zwanego handlu chrześcijańskiego zapewniały, że każdy kto „przyjdzie do hali może w niej nabyć co mu potrzeba”. Namawiano więc, żeby traktując to niemal jak obowiązek koniecznie „osobiście sprawdzić i odwiedzić sklepy tej hali i naocznie przekonać się o tym”.
  Hala nie wytrzymywała jednak konkurencji. Głównym jej przeciwnikiem był pobliski rynek. Sami kupcy handlujący w hali na Zamenhofa zdawali sobie sprawę z nierentowności przedsięwzięcia. Józef Chodorowski, masarz nad masarze, pomimo, że miał swój sklepik w hali, to przecież prowadził od dziesięcioleci swój wyborny sklep na rynku. Podobnie robił Wacław Mioduszewski, właściciel dużego magazynu z galanterią, mieszczącego się w kamienicy przy Rynku Kościuszki 3. Wystarczyło przejść się Zamenhofa, aby pozbawić się wszelkich złudzeń.
Pamiętano, że w XIX wieku Zamenhofa nazywano ulicą Zieloną, albo Jatkową. To na niej od ponad 100 lat mieściły się niewielkie żydowskie sklepiki z koszernym mięsem. Sytuacja nie zmieniła się i w dwudziestoleciu międzywojennym. Tak więc rzeźników było tam pełno. Na Zamenhofa 5 była znana masarnia Woli, a po sąsiedzku pod 7 był rzeźnik Fajwel Bonczak. Za nimi byli Kaufman, Lewin i Dora Linczewska. Vis a vis miejskiej hali koszerne wyroby sprzedawał Salomon Reznik.
 

   Ale gdybyśmy tak spojrzeli na całą, przecież niewielką ulicę Zamenhofa, to okazałoby się, że była ona wielkim różnorodnym bazarem To co oczywiste w tamtym Białymstoku, był to bazar wyłącznie żydowski. A więc artykuły apteczne sprzedawał Izaak Peker. Oprócz medykamentów miał dobrze zaopatrzony dział kosmetyczny ale też z przyborami chirurgicznymi. Sprzedawał w hurcie i detalu. Pod jedynką, na samym rogu z rynkiem, był sklep z wyrobami bawełnianymi Sokołowera. Pod 17 był sklep z bielizną, pod 8 Amill sprzedawał drób.
  Handlowali nim też Geldbrot pod 1. Sklepów z galanterią było trzy. Jedna herbaciarnia i jedna jadłodajnia. Miało na Zamenhofa swoje zakłady dwóch kamaszników. Był też sklep z gotowymi pantoflami oraz zaledwie jeden prawdziwy szewc taki co to buty reperował. Pod 5 był sklep kolonialny, pod 9 kosmetyczny, a pod 12 sprzedawano koszyki. Pod 10 była mleczarnia Szlomy Kaganowicza. Prawie przy samej Białce pod 31 Chaim Długi handlował kożuchami. Jego sąsiadem był Szwarc właściciel niewielkiej olejarni.
  Były też trzy sklepy z owocami zwane wówczas owocarniami. Od rana po Zamenhofa rozchodził się smakowity zapach świeżego pieczywa z trzech piekarni. Był nawet na tej ulicy pod 9 sklep sportowy prowadzony przez Judela Kowarskiego. Samych sklepików spożywczych było aż 10. Branżę rzemieślniczą reprezentowali bracia Piorun prowadzący znaną w mieście stolarnię. Sklep ze szczotkami miał tu Salomon Kobryński. Sprzedawano na Zamenhofa porcelanę, ubrania, warzywa, zabawki, zboże i żelazo. A przecież była jeszcze przychodnia towarzystwa Linas Chajlim. Stał też dom Ludwika Zamenhofa, do którego pielgrzymowali esperantyści z całego świata. Od rana do wieczora było tu rojno i gwarno. Patrząc na dzisiejszą ulicę Zamenhofa trudno to sobie wszystko wyobrazić. Ba, trudno umiejscowić, gdzie był sklep tego czy innego kupca. Trudno też znaleźć ślad po chrześcijańskiej hali miejskiej. Nawet nie ma jej na żadnej starej fotografii. A może ktoś ją ma?

Andrzej Lechowski

Hej kolęda

Hej kolęda

  Na  ulicy Stołecznej    było  jeszcze sto numerów   domów ,a jak święta  to …  kolędowanie. W  archiwach  rodzinnych znalazłem  dwie  przedwojenne  kolędy . Śpiewał  je   mój  dziadek i ojciec  Są bardzo  specyficznie .Może  i  ja  w tym  roku  je  zanucę ? Tradycji musi stać się  przecież zadość.

Z tamtej  strony kawka – zielenieje trawka.  Pastuszkowie, żebraczkowie jedli kaszkę  z garnka. 
Jeden się  dowiedział , drugim opowiedział,
Że Pan  Chrystus  się  narodził,Żeby każdy  się  wiedział.Że  Pan  Chrystus  się  narodził.Żeby każdy  się  dowiedział.
A  my tam bywali  – kolędy śpiewali , kolędeczkę , narodeczkę  – aby  nam  co  dali.
A  jak  nic  nie  dacie  wielki grzech  poznacie , garnki  miski , pobijemy , co  w chałupie  macie .
Oj dajcie  dajcie co  macie  dać  – bo nam na  progu  tu  zimno stać .
 Jeden  goły  drugi  bosy a  trzeciemu  sterczą  włosy –  Hej  kolęda! – Hej  kolęda!

W tej  kolędzie,kto  dziś  będzie,każdy  się  nacieszy .
 A  kto  ma  komu  dać – niech  prędzej  śpieszy.
 Dać  dary  tej  miary,dla  Pana naszego , abyśmy doszedli  do  zbawienia  wiecznego.
 Stach  kudłaty  chłop bogaty  miał  czerwone  złoty,nie  chciał się nikomu  kłaniać, wbiegł   prędzej  do  szopy.
Uderzył  Jurka  w  brzuch  aż  mu  kiszki  wzruszył ,  Jurek  go  za  łeb  kudły  mu  usmruszył.
 Hej   Kolęda !  Hej  kolęda !

Jak zabawa to w parku miejskim

Jak zabawa to w parku miejskim

 

   Białostockie parki w letnie popołudnia przeżywają oblężenie. Tak samo było i przed wojną. Mało tego. W ogrodowym pawilonie odbywały się eleganckie wernisaże, odczyty. Ale i tak hitem marketingowym w ogrodzie miejskim noszącym imię księcia Józefa Poniatowskiego była reklama świetlna ustawiona w 1922 roku.
  O koncesję na ustawienie tej nieznanej dotychczas w Białymstoku formy reklamy wystąpiła do magistratu redakcja „Dziennika Białostockiego”. W ślad za jej uzyskaniem w centralnej części ogrodu zamontowano dużą drewnianą ramę z rozpiętym na niej płótnem, na którym „codziennie wyświetlane będą ogłoszenia najpoważniejszych firm miejscowych i zamiejscowych”.
  Chętnym do umieszczenia swoich anonsów oferowano abonamenty miesięczne, a nawet i na cały sezon, czyli od maja do końca września. Ci, którzy skorzystali z tej nowości byli zadowoleni, bo szybko okazało się, że reklama dźwignią handlu. Tym bardziej skuteczne to były zabiegi, gdyż w ogrodzie wieczór w wieczór odbywały się rozmaite atrakcje.
Tłumy publiczności przychodziły na niedzielne koncerty. Tak też było w maju 1922 roku. Wielkim uznaniem cieszyły się występy orkiestry policyjnej, która „znakomicie wywiązała się ze swego zadania”.
  Pogoda sprzyjała, więc bawiono się wyśmienicie. Był tylko jeden szkopuł, a mianowicie ogród otwarty był do godziny 23, a dozorcy ku niezadowoleniu publiczności już od 22 wypraszali ją i pół godziny później zamykali bramy. Do magistratu płynęły w tej sprawie liczne skargi. Domagano się nawet przedłużenia godzin otwarcia do północy, ale bezskutecznie.
  Szczególną popularnością cieszyły się zabawy z których dochód przeznaczany był na cele charytatywne.
Organizatorzy zabiegali o to, aby program był tak atrakcyjny by przyciągał jak największe rzesze publiczności. Ta, bawiąc się, nie szczędziła datków na zbożne cele. W czerwcu 1926 roku zorganizowano w ogrodzie coroczną zabawę na rzecz Polskiego Czerwonego Krzyża. Bilety na nią sprzedawano po złotówce, a dla młodzieży szkolnej i żołnierzy po 50 groszy.
  Zabawa zaczynała się o godzinie 17, ale już wcześniej przed bramą do ogrodu stał spory tłum chętnych do wejścia. Zapowiedziano, że będą tańce, do których miały przygrywać aż dwie orkiestry wojskowe.

 
   Jednak największym magnesem przyciągającym setki białostoczan był program artystyczny. Zaczynał się o godzinie 19. Gwiazdą wieczoru był „trupa arabska z cyrku Medrano”. Pamiętać trzeba, że Medrano był jednym z najlepszych polskich cyrków. Nic też dziwnego, że to, co zostało pokazane w Białymstoku wzbudziło aplauz publiczności.
  Oto na oczach białostoczan „Susi – Ali wypił 40 szklanek wody i wypuścił ją fontanną, zjadł suchą farbę w dwóch kolorach i zwrócił ją fontanną w stanie rozpuszczonym, połknął żywe żaby i zwrócił je żywemi, wypił garniec nafty i wypuścił ją ognistą fontanną”. Licznie zgromadzeni panowie zachwycali się powabem i sex appeal`em panny Mary, która demonstrowała indyjski taniec brzucha.
  Przynajmniej raz w miesiącu w ogrodzie miejskim musiało zaistnieć prawdziwe wydarzenie. Na to z 11 lipca 1926 roku czekali wszyscy. Oto w niedzielne popołudnie zapowiedziano występ „ze wspaniałym koncertem orkiestry 42 pułku piechoty”. Zespół pod batutą kapelmistrza Jana Hryniewicza ku rosnącemu zachwytowi publiczności wykonał „Straszny dwór Moniuszki”. Chyba chodziło tu o mazura lub uwerturę, ale recenzent pominął ten szczegół. Dalej wojskowi odegrali czardasza z całkiem dziś zapomnianej opery „Duch wojewody” Ludwika Grossmana. Rzęsistymi oklaskami nagrodzono popularnego „Menueta” Ignacego Jana Paderewskiego. Wielkie wrażenie na słuchaczach zrobiła uwertura do „Lohengrina” Ryszarda Wagnera. Wykonano też cały szereg „innych poważnych utworów swojskich i obcych kompozytorów”.
  Po koncercie „urządzona została zabawa urozmaicona dancingiem”. Sukces wieczoru był niebywały. Narzekano tylko na stan ławek w ogrodzie, które były stare i w większości połamane, wobec czego „publiczność nie miała z nich żadnego pożytku”. Apelowano więc do władz miejskich, aby tego stanu „dłużej nie tolerowały”, bo przecież ogród ten ” jest bądź co bądź ośrodkiem reprezentacyjnym naszego miasta”.
  Na sierpień tegoż 1926 roku zapowiedziano „niebywałą dotychczas okazję dla miłośników muzyki”. Był nią koncert „olbrzymiego zespołu ośmiu orkiestr, z przeszło 150 instrumentami”. Ta mega orkiestra wykonała utwory „najwybitniejszych kompozytorów świata”.

Andrzej Lechowski 

Urwane palce, wystraszone zwierzęta. Zamiast petard są bezpieczne zamienniki

Urwane palce, wystraszone zwierzęta. Zamiast petard są bezpieczne zamienniki

Tak niewiele pozostało już do końca roku. Po świętach tradycyjnie zaczną się dyskusje o tym, czy strzelać czy nie strzelać na Sylwestra – bo zwierzęta się boją huku. W Białymstoku na miejskiej imprezie nie zobaczymy żadnych wybuchowych pokazów. Tym razem magistrat postawił na lasery. Nie sposób nie pamiętać każdego wydania Teleekspresu z 31 grudnia od początku jego istnienia. Zawsze znalazł się w nim materiał, że znów komuś urwało palce czy poparzyło twarz od fajerwerków.

 

Pirotechnika towarzyszy naszej cywilizacji prawdopodobnie od X wieku. Wówczas kupcy przywieźli do Europy sztuczne ognie, które wymyślili Chińczycy. Ichniejsi alchemicy odkryli, że mieszając ze sobą saletrę z siarką oraz węglem drzewnym – można osiągnąć mieszkankę wybuchową. Ewolucja cywilizacji na świecie dała także kolejne odkrycia czyli proch. A od tego było już blisko do popisów pirotechnicznych, gdy wojska wygrywały jakąś bitwę. Pokazy miały charakter propagandowy. W średniowieczu Organizowano pokaz militarny i świętowano odniesiony sukces. Na takim pokazie nie zabrakło pierwszych fajerwerków.

 

Jednak to Chińczycy nieustannie zachwycali i rozwijali pokazy sztucznych ogni i zachwycali kupców czy misjonarzy, którzy jeździli potem do swojego kraju i opowiadali o niezwykłości fajerwerków. Jako ciekawostkę można dodać, że chiński wynalazek służy dzisiaj także w innej postaci. A mianowicie – w identyczny sposób jak odpala się petardy – również wystrzeliwuje rakiety w kosmos! Podpala się ładunek, następnie ulatniają się gazy, które wyrzucają petardę (rakietę) w powietrze (w kosmos).

 

Jak widać fajerwerki towarzyszą ludziom od zarania dziejów. Dlatego trudno też walczyć z tym wynalazkiem. Wszak to XXI wiek de facto przyniósł wiele dobrego dla traktowania zwierząt. Wcześniej było z tym różnie. Jednak wnioski wysuwają się same – skoro kiedyś wybuchami zajmowali się tylko pirotechnicy, to może warto wziąć to za dobrą monetę i nie tykać się petard, które mogą urwać palce? Jednak zabrać komuś czekoladę i kazać się cieszyć, że nie przytyje jest mało sensowne.

 

Dlatego lepiej pokazać jakie są alternatywy. Konstrukcja fajerwerków jest niezmienna od stuleci. Zmieniono tylko niektóre składniki, by osiągać inne kolory dymu, większą siłę wybuchu, a także natężenie gazu. Oprócz sztucznych ogni są jeszcze inne, bezpieczne fajerwerki, które dają naprawdę dużo radości – a mianowicie race świetlne. Można je często zauważyć na stadionach. Za każdym razem tworzą piękne widowiska. Ostatnio zaczęły się pojawiać także w innych okolicznościach – na przykład różnych teledyskach. Zauważyć możn tam sceny, gdzie ludzie bawią się nocą przy jakimś ognisku lub ogólnie na zewnątrz i tańczą trzymając odpalone race. Jednym słowem mówiąc – warto wypróbować, gdyż wszystko co ładnie się pali, ale nie wybucha jest bezpieczne. Nie urwie nam niczego, a i zwierząt nie wystraszy. 

 

Neue Markt

Neue Markt

 

   Eugeniusz Cudowski wychował się przy Siennym Rynku. Pamięta dobrze wartkie życie w rejonie ulic Suchej, Pięknej, Młyńskiej, Śledziowej, Sportowej (dawna Malinowskiego), Targowej (Rabinackiej), Mińskiej i oczywiście arterii Mazowieckiej. Zachował się także prawdziwy skarb – zdjęcie Siennego Rynku z czasów okupacji.
  Zdjęcia wykonał ojciec pana Eugeniusza – Józef, a potem wywołał w zakładzie mieszczących się przy Neue Markt, czyli właśnie Siennym Rynku (Rynek Kościuszki nosił nazwę Gross Markt).
  Według mojego rozmówcy jest to scena obławy (rewizji) na Siennym Rynku. Takie zdarzały się co pewien czas i nie chodziło tylko o szmugiel towarów.
  Senior rodu Bronisław Jachimowicz (dziadek pana Eugeniusza) miał pod swoją pieczą piętro i częściowo parter w rogowej kamienicy Zaleskiego, z adresem Sienny Rynek 7, ale z wyjściem i na ul. Malinowskiego. Mówiło się, że to kamienica rogowa, z poddaszem, zabudowanym podwórzem, dobrze utrzymana. Bronisław był znanym białostockim szewcem, zatrudniał kilku pomocników, w czasie obu okupacji również z grona osób „spalonych”, maskujących swą prawdziwą tożsamość.
  Było wśród nich nawet dwóch Żydów. Ignacy Kotłowski po wojnie profesorował na jednej z uczelni warszawskich i w 1968 roku został zmuszony do opuszczenia Polski, osiadł wraz z rodziną w USA. Raz pojawił się w wolnym już Białymstoku, zachował wdzięczność dla wybawcy.
  W opisywanej kamienicy mieszkali: dziadek Jachimowicz z żoną (i jej mamą), dwie córki (Janina wyszła za Cudowskiego, a jej siostra za Maszewskiego) oraz syn. Rodzina się powiększyła wraz z narodzinami wnucząt do 13 osób. Ponadto z gościnności Jachimowiczów korzystali przybywający na jarmarki, przed św. Jana spali pokotem w salonie.
  Za „pierwszego Sowieta” wprowadzili się oficerowie, tu jedli i pili samogon. Pan Bronisław wyposażył ich w buty, czym zaskarbił sobie wdzięczność komandirów i zyskał ochronę.
  Pewnego dnia do zakładu wtargnęli prości sołdaci, jeden z nich przymierzył buty z cholewami i uciekł zadowolony z nabytku. Dziadek ruszył w pogoń, krzyki usłyszał jeden z oficerów, ten po schwytaniu złodzieja tak energicznie zaczął wymierzać mu wyciorem sprawiedliwość, że dziadek Jachimowicz ledwie uratował złodzieja od niechybnej śmierci. Za Niemca przy Neue Markt 7 zamieszkało też dwóch oficerów. I ci zagustowali w samogonie. Mieli radio, więc gospodarze słuchali (z głową pod kocem) wiadomości z Londynu. Niemcy wyjechali, radio zostało, co umożliwiało i po wojnie łapanie zakazanych fal.
  Bronisław Jachimowicz chyba opacznie zrozumiał założenia nowego ustroju. Zaczął z nową energią rozwijać po wyzwoleniu prywatną inicjatywę, otworzył nawet sklep ze sprzętem techniczno-radiowym, zamieniony w pierwszy w Białymstoku komis. A w zakładzie szewskim zatrudnił aż dziesięciu robotników.
  Takich burżuazyjnych zwyczajów władza, nazywająca się ludową, nie zamierza tolerować i doprowadziła do powołania przy Siennym Rynku 7 Spółdzielni „Współpraca”, przeniesionej następnie na Antoniuk. Urzędnicy dobili i mniejsze zakłady Bronisława Jachimowicza przy ul. Suchej (potem Warszawskiej) oraz Żelaznej. Ich właściciel przeżył rewizję funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa, kilka tygodni śledztwa na powiatówce przy ul. Wołodyjowskiego i trzy miesiące w więzieniu przy ul. Kopernika. Do spółdzielni nie wrócił, zmarł w 1956 roku nie doczekawszy się pomyślniejszych wiatrów historii.
  Młody Eugeniusz chodził do przedszkola przy ul. Grottgera (po drodze można było wygrzebać z ziemi granat) i Szkoły Podstawowej nr 9 przy ul. Kijowskiej. Teorii uczył się z książek, życia na Siennym Rynku. To były właściwie trzy rynki: główny przy ul. Suchej (tu stały furmanki z galanterią gospodarczą i produktami żywnościowymi, a o postępie cywilizacyjnym zaświadczała duża ubikacja zwana po swojemu sraczem), poboczny przy ul. Młynowej (konie, bydło) i bardziej ekskluzywny przy ul. Pięknej (królowały ciuchy).
  Z czasem zwierzęta wyprowadzono na Wygodę (za cmentarz prawosławny), a w rejonie Siennego Rynku przybyło sklepików i kramów, pojawiła się mała gastronomia. Rynki stanowiły wygodę dla białostoczan po przystępnej cenie i raj dla żulików, wydrwigroszów, meneli, marzących o sielankowym życiu na kredyt, z pomocą frajerów.
  Przy ul. Młyńskiej władze miejskie zamierzały postawić coś większego, ale podczas wykopów natrafiono na trumny. Mój rozmówca zapamiętał otwartą trumnę ze zwłokami dziewczynki ubranej w białą sukienkę.
  Pamięta i galerię typków z Siennego Rynku. Chyba najbardziej charakterystyczny był sprzedawca terpentyny, oliwy, smarów i gwoździ, regularnie szlifujący bruki. Od tego biznesu podupadł na psychice, szewcy dla zgrywu ubierali go od czasu do czasu w dziwne czapki z piórami.
  Z kolei Wacuś grał namiętnie na mandolinie, a że nie szkodził nikomu, to karmiono go, podtrzymywano przy życiu.
  Pewnego razu wybuchła wielka afera. Przy ul. Targowej stał murowany kiosk ze smarami i olejami, taka namiastka CPN-u. Ktoś zapowiedział na ścianie wielkimi literami z użyciem czarnej farby: Stalinowi oberwiemy wąsy i utniemy uszy .
  Ale się zakotłowało, rynek wypełnili ubecy i milicjanci. Sprawca chyba nie został schwytany, zbrodniczy wódz ocalił wąsy i uszy, ale wkrótce uwolnił świat od swej podłej osoby.
  I ostatnie na dziś wspomnienie pana Eugeniusza. O psie Szariku. Nie z czołgu 102, ale zostawionego przez „wyzwolicieli” latem 1944 roku. Zasłużył się dla Armii Czerwonej, wyciągając z pola walk rannych żołnierzy. Duży, silny, a spokojnej natury. Kiedy berbeć Genio wypełzł na czworakach z pokoju na betonową klatkę schodową i zmierzał do samozagłady (strach pomyśleć, co by się stało, gdyby pokoziołkował w dół), to Szarik położył się na drodze i zablokował dalszy marsz. Tak do poprzednich wyczynów dodał i uratowanie mego rozmówcy.

Adam Czesław Dobroński

ŚWIĄTECZNE WSPOMNIENIA

ŚWIĄTECZNE WSPOMNIENIA

 
   Jako dziecko, oczywiście w pierwszej kolejności kojarzyłem święta Bożego Narodzenia z prezentami. Chyba każdy z nas  uwielbia prezenty. Tak więc i ja nie byłem tu wyjątkiem. W mojej rodzinie prezenty pojawiały się wieczorem. Wstępem do tego było wspólne ubieranie choinki w przeddzień wigilii, które podsycało atmosferę niezwykłości i oczekiwania. Zapach piórnika i gumki chińskiej  nie dawał spokoju.
 

   Później  oczekiwanie  w oknie  na  pierwszą  gwiazdkę.  Wkrótce przestałem oczywiście wierzyć, że to Mikołaj umieszcza tam te prezenty, a  rodzice – ale nie umniejszyło to mojej radości z otrzymywania podarunków.
  Gdy sięgnę pamięcią wstecz tak mniej więcej do końca lat 70- święta po pierwsze: były ze śniegiem, po drugie: czekało się na filmy Disneya,  pomarańcze  z Kuby lub  grejpfruty jako zamiennik czy sezamki z Wedla . Była również prawdziwa polędwica. Ja smaku i zapachu tej prawdziwej , którą kroiło się w cieniuteńkie, prawie przezroczyste plasterki – nigdy w życiu nie zapomnę.
  Mam jeszcze jedno przyjemne wspomnienie:.Na choince wisiały cukierki w papierowych opakowaniach . Jeszcze przed świętami te, które były niżej, wyjadaliśmy razem z rodzeństwem. Jak  przychodziła rodzina to trafiała  na  jedynie puste  sreberka .

Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku !

Święta, Święta…

Święta, Święta…

Drożyzna? Ale przecież święta są świętami ! Tak mówiono przed wojną. To i białostoczanie szaleli z zakupami. Działały na nich reklamowe chwyty, a miejscowi kupcy byli w tym dobrzy. Białystok tonął w reklamach. Nadchodziły święta 1925 r., ale białostoczanom sen z oczu spędzała spekulacja.  Ceny szalały. Handlarze chcąc przed świętami zwiększyć swe zyski chowali towar, aby podbić jego cenę. Towarem szczególnie podatnym na takie praktyki był cukier. Tuż przed świętami nie można było go uświadczyć w całym mieście. Władze uspokajały, że „cukier jest w Białymstoku. Ceny podbijają paskarze”.

Interwencję w sprawie cukru podjął nawet minister spraw wewnętrznych.  „Zadyskontował do Białegostoku 220 ton cukru, w tym firmie Dostawa 25 ton, firmie Paktor i Prozowski 105 ton, firmie Sugar 90 ton”. Oficjalne ogłoszenie tego komunikatu tylko na chwilę uspokoiło mieszkańców. Okazało się jednak poważnym błędem strategicznym w walce ze spekulantami. Paskarzom udało się bowiem ukryć całe te 220 ton!  Zdezorientowanych białostoczan uspokajano twierdząc, że „władze administracyjne wszczęły obecnie poszukiwania ukrytego cukru”.

Pojedziemy szybciej do Warszawy. W weekend otwarcie drogi

Pojedziemy szybciej do Warszawy. W weekend otwarcie drogi

Z Warszawy do Białegostoku i odwrotnie można będzie przyjechać jeszcze szybciej. W najbliższy weekend (prawdopodobnie z piątku na sobotę) zostanie otwarta nowa część obwodnicy Marek w województwie mazowieckim. Oznacza to, że już w ten weekend przyjeżdżając na Podlasie nie będzie trzeba stać w korkach. A to przecież przedświąteczny ruch, zatem sporo kierowców znajdzie się na trasie. Dotychczas, wyjeżdżając w weekend na Podlasie z Warszawy właśnie w Markach można było znieść jajko stojąc w korku.

 

Na innych odcinkach roboty jeszcze trwają. Z Wyszkowa do Ostrowi Mazowieckiej oraz z Ostrowi do Zambrowa. Tutaj drogowcy będą pracować aż do jesieni 2018 roku. Za to dalsza część trasy od Zambrowa do Białegostoku jest już praktycznie gotowa. Ostatnie fragmenty mają być ukończone do 31 grudnia.

 

A tak wygląda nowa trasa w Markach:

Dorożkarska  brać

Dorożkarska brać

 

   Zawód dorożkarza przechodził często z ojca na syna. Powstawały wręcz pokoleniowe klany rodzinne parające się tą profesją. Najsławniejszym z nich byli oczywiście Sybirscy, z wiekowym patriarchą rodu Hone Sybirskim na czele.
  Wszyscy Sybirscy mieszkali przy ul. Orlańskiej pod numerem 10, w sąsiedztwie znanych, chanajkowskich bandziorów i złodziejaszków. Oprócz starego ojca, dorożkarstwem trudnili się wszyscy jego czterej synowie: Abram, Chaim, Jankiel i Judel.
  Furmanem mającym własną platformę i parę koni był także młodszy brat Hone, Mojżesz. Ten zajmował się przede wszystkim wożeniem mięsa dla okolicznych rzeźników i drewna do zakładów opałowych.
  Inną żydowską rodziną z dużymi tradycjami dorożkarskimi byli na białostockim bruku Podryccy. Pięciu dorosłych braci, wszyscy żonaci i z licznym potomstwem, miało swój dom przy ul. Brukowej. Podryckich znano w mieście z tego, że nikomu nie schodzili (ani nie zjeżdżali) z drogi. Walczyli zawsze twardo o miejsce na postoju, jeździli nieprzepisowo po ulicach, kiedy zaś zatrzymywała ich policja, nie chcieli płacić kary, lecz woleli iść na kilka dni do aresztu miejskiego. Tam też potrafili tęgo narozrabiać.
  W stosunku do wożonych klientów Podryccy również nie zawsze byli w porządku. Żądali za kurs, zresztą prawie jak wszyscy białostoccy dorożkarze, znacznie więcej niż się należało, nie wydawali reszty, niekiedy niby przez nieuwagę zapominali wyładować z dorożki przewożony bagaż.
Jeden z braci, Mejer Podrycki, w końcu się doigrał. W 1936 roku zastrzelił go pijany sierżant. Tę historię opowiedziałem jednak dokładnie przed dwoma tygodniami.
 

   W odróżnieniu od Sybirskich i Podryckich nie miał natomiast szczęścia w zakładaniu dorożkarskiej dynastii stary wozak Boruch Rabinowicz. Pod koniec XIX wieku przybył on do Białegostoku z Odessy i zamieszkał na Chanajkach. Niemal od razu został dorożkarzem. Choć żona, Rachela urodziła mu trzech dorodnych synów, to jednak żaden z nich nie kwapił się zostać zmiennikiem ojca, przejąć dorożkarski bat i wdrapać się na kozła. Dwóch starszych synów Rabinowicza jeszcze w 1919 roku wyjechało nielegalnie do Ameryki i słuch po nich zaginął.
  Z kolei najmłodszy, Gabriel, choć pozostał nad Białką, to też nie kwapił się wcale, aby pomóc ojcu w pracy. Twierdził wszem i wobec, że jest uczulony na końskie włosie, żeby nie powiedzieć na co jeszcze. Pape Rabinowicz musiał wstydzić się za swojego syna przed innymi dorożkarzami. Gdy tylko rodzic zamknął oczy i trafił z należytą oprawą na żydowski cmentarz przy ul. Sosnowej, Gabryś natychmiast sprzedał odziedziczoną dorożkę, a sam zajął się na dobre pokątnym handlem i podejrzanymi interesami. Teraz można było go spotkać niemal codziennie na białostockim Kercelaku, czyli placu targowym, który mieścił się u wylotu ul. Mazowieckiej, tuż obok hal. Wśród licznych handlarzy starzyzną synalek Rabinowicza wyróżniał się wysokim wzrostem i jaskrawozielonym kapeluszem, widocznym ze wszystkich stron.
  Ten niby uczulony na konie syn dorożkarza miał także donośny głos. Na całym placu słychać było jego: handel, handel – tu u mnie! W ten sposób zachęcał Gabriel Rabinowicz do kupowania swojego towaru. Niekiedy składały się nań spinki, krawaty, mankiety, ślubne kołnierzyki pamiętające jeszcze czasy cara Mikołaja, innym razem były to sprzedawane ukradkiem zapalniczki lub niepewnego pochodzenia zegarki.
  Dorożkarz Rabinowicz musiał przewracać się w grobie

Włodzimierz Jarmolik

Puszcza Białowieska zimą. Jest tak piękna, że pozostawiliśmy w niej nasze dusze

Puszcza Białowieska zimą. Jest tak piękna, że pozostawiliśmy w niej nasze dusze

Powiedzieć, że Puszcza Białowieska zimą jest przepiękna to jak nic nie powiedzieć. Gdy sypnie śnieg, uszczypie mróz tam jest po prostu jak w bajce. Ostatni dzień roku. Dzisiaj na całym świecie ludzie pożegnają 2015, a rano obudzą się w 2016 roku. W ten wyjątkowy dzień wybieramy się do Białowieży. Na termometrach -13. By uchwycić pierwsze chwile ostatniego dnia starego roku wyruszamy jeszcze w nocy. Około 7 zaczyna się pojawiać pierwsze światło, a okoliczne wioski nabierają pierwszych kolorów. Tego dnia w Białowieży słońce znad horyzontu wyjawia się około 7:50, by 10 minut później pokryć złotym odcieniem całą okolicę.

 

 

Jest czwartek. W Białymstoku w tym czasie mieszkańcy stoją w korkach i jadą do pracy. Myślami są zaprzątnięci wieczornymi imprezami, a kobiety wyjątkowymi kreacjami, które przygotowały. My mamy to szczęście, że mogliśmy zrobić sobie wolne, a w jego ramach mogliśmy odwiedzić Puszczę Białowieską. Pogoda dopisała, żadnych chmur, przejrzyste niebo, piękne widoki.

 

 

W białowieskich domach wszyscy palą w piecach, by nie marznąć. Dymki z kominów unoszą się nad całą okolicą i dodają jej tylko uroku w promieniach złocistego słońca. Na płocie wygrzewa się rudy, gruby kot. Pyskiem skierowany jest wprost na słońce. Widać po nim, że to go odpręża. Wcale mu się nie dziwię, sam stojąc twarzą skierowaną w stronę promieni odczuwam nieopisywalną przyjemność. Świat budzi się do życia i ja budzę się razem z nim.

 

 

Cała okolica jest skuta lodem i szronem. Zamarznięte, okoliczne trawy można by było pokruszyć. Ich kolor jest wyjątkowy. Tuż po 9 w okolicy pojawiają się pierwszy mieszkańcy. Wyszli przywitać się ze sobą, jak każdego dnia. Stoją na środku lokalnej ulicy. Nic nie jedzie, nie muszą się obawiać, że ktoś o tej porze będzie gnał. Wszyscy zmotoryzowani wyjechali już do pracy bladym świtem. Teraz w Białowieży jest cisza i spokój. Można się przechadzać co raz obserwując jak ktoś donosi drewna do kominka, odśnieża chodnik po nocy czy też porządkuje podwórko. W okolicznym Nowoberezowie podziwiamy okoliczną cerkiew zaś pod sklepem napotykamy mężczyzn, co to lubią z rana golnąć na dobre samopoczucie. Albo już zaczęli świętować nadchodzący nowy rok. Na podwórkach można napotkać puchate owce, a na ulicy bawiące się psy.

 

 

Z kolei w Teremiskach można napotkać czasem żubra. Tym razem nie wyszedł. To nic, w okolicy jest wiele miejsc gdzie te dzikie zwierzęta także można zobaczyć. Jak nie dziś, to jutro. Spotkać też można przypadkiem wilki. W Puszczy Białowieskiej tych nie brakuje. Są one jednak nieufne i trzymają się z dala od ludzi. Być może przekazują kolejnym pokoleniom, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu człowiek mało co nie zgładził ich gatunku. Do dziś opowieść o „Czerwonym kapturku” mrozi krew w żyłach dzieci, a gdy są dorosłe dalej wierzą, że wilk może je zjeść.

 

 

Okoliczne leśne drogi są całe zaśnieżone. Przechadzając się mamy cały czas wrażenie jakbyśmy byli w środku przepięknego dzieła sztuki, namalowanego przez wyjątkowo utalentowanego artystę. I z takim obrazem będziemy wracać do Białegostoku, gdzie przywitają nas typowo miejskie widoki oraz wieczorna pora. Już za kilka godzin wystrzelą szampany i fajerwerki. My zaś pełni energii po wspaniałym dniu wyszalejemy się na balach, a następnie zaśniemy z myślami tam, gdzie pozostawiliśmy nasze dusze – w Puszczy Białowieskiej.

 

Wilk ze Słonimskiej. Rozdaje pieniądze na lewo i prawo. Tyle, że z waszych portfeli.

Wilk ze Słonimskiej. Rozdaje pieniądze na lewo i prawo. Tyle, że z waszych portfeli.

Rządzenie każdym miastem jest jak koncert. Najpierw mieszkańcy mogą usłyszeć nowe hity, a gdy tylko koncert dobiega końca (zbliżają się wybory), to można posłuchać starych szlagierów. Nie inaczej jest w Białymstoku. 2018 rok to czas, gdy odbędą się w Polsce wybory samorządowe. Dlatego Tadeusz Truskolaski kończący kolejną kadencję przyszykował największe hity. Jednak nie chodzi o pożegnanie, raczej prezydent spodziewa się bisu.

 

Choć prezydent jest wykonawcą budżetu, to nad jego zawartością głosują radni. W Białymstoku politycznie wykonawca i głosujący są po innych stronach barykady. Tadeusz Truskolaski jest bezpartyjny, ale najpierw startował z poparciem Platformy Obywatelskiej, później gdy ta coraz bardziej topiła się we własnych aferach, to wystartował z poparciem własnego komitetu wyborczego. Gdy po raz kolejny mieszkańcy wybrali go na swojego włodarza, to powołał swojego wieloletniego asystenta na wiceprezydenta, który jest z Nowoczesnej (jak syn Truskolaskiego), powołał też Zbigniewa Nikitorowicza – z Platformy Obywatelskiej. Większość w radzie miasta zaś ma Prawo i Sprawiedliwość. Jakby nie patrzeć klub ten nie ma ani po drodze z Platformą, ani Nowoczesną, a zatem komitet Truskolaskiego łączący te obie partie także im nie pasuje.

 

Jednak w święta dzieją się cuda. Zaczęło się trochę przed nimi. Będący przeciw radni PiS zagłosowali „Za” budową pasa startowego w Białymstoku. Tym razem nieoczekiwanie dogadali się z prezydentem co do budżetu. Trochę ponegocjowali, dorzucili od siebie, prezydent się zgodził i mamy budżet. Oznacza to, że przed wyborami nie będzie kłótni tylko inwestycje. Mieszkańcy idąc do lokali wyborczych będą widzieć dynamicznie zmieniający się Białystok. Co dokładnie zobaczą? Właśnie wyżej wspominane szlagiery, o których od dawna się mówiło.

 

Przede wszystkim parking na tyłach hotelu Cristal. Nie od dziś wiadomo, że zostawienie samochodu w centrum to jak wygranie w totolotka, gdyż wszystkie miejsca od rana do wieczora są zajęte. Powstanie cała masa uliczek osiedlowych, by mieszkańcy stąpali po twardym gruncie i parkingów, by można było zostawiać swoje samochody normalnie, a nie byle gdzie. Zobaczą mieszkańcy swymi oczyma także jak się buduje plac zabaw na Leśnej Dolinie.

 

To nie wszystko – miasto sypnie pieniędzmi dla każdej, większej, zorganizowanej grupy wyborców. Rodzice dzieci z podstawówek nie będą musieli płacić za pociechy w komunikacji miejskiej, kibice Jagiellonii otrzymają pieniądze na modernizację Ośrodka Kibice Razem przy Cieszyńskiej. Fani strzelania doczekają się strzelnicy na ul. Węglowej, która została wybrana głosami w budżecie obywatelskim, ale radni dorzucili do niej dodatkowe pieniądze.

 

Na koniec warto przypomnieć, że ani radni ani prezydent swoich pieniędzy Wam, drodzy białostoczanie nie dali. Wzięli wasze portfele i zaczęli płacić za wszystko, co tylko się da. Byleby dużo się działo w roku wyborczym. Cały ten koncert życzeń będzie kosztować 2,369 mld zł. Jak to się mówi – najlepiej się wydaje nie swoje pieniądze.

Pierwsza kobieta kierowca w Białymstoku

Pierwsza kobieta kierowca w Białymstoku

 
  Pierwszą kobietą za kierownicą po wojnie w Białymstoku była Helena Klemensowicz, zamieszkała przy ul. Angielskiej 20.
„Marzeniem mojej mamy było zdobyć prawo jazdy – wspomina Janusz Klememsowicz – ale na to nie zgadzała się babcia. Mama musiała więc wyjechać aż do Nowej Huty.
  Wróciła po dwóch latach z prawem jazdy pierwszej kategorii i nakazem pracy.  Podjęła ją w „przemysłówce” przy ul. Ogrodowej, jeździła zisem. Woziła cegłę, nawet ciągnęła za sobą trzy przyczepy z pod białostockich Koplan na budowę obiektu wojskowego w Czarnej Białostockiej. Gdy miałem pięć lat zabrała mnie ze sobą. Musiałem ukryć się na spodzie kabiny, bo wjeżdżające samochody kontrolował żołnierz.
  W połowie lat 50. ubiegłego wieku mama przeszła do pracy w przedsiębiorstwie budowy kolei z siedzibą przy ul. Kolejowej. Budowano wtedy linię kolejową z Sokółki do Sidry. Na początku lat 60. przeniosła się do MPK, ale po kilku miesiącach musiała zrezygnować, bo nowe przepisy zakazywały kobietom kierować pojazdami powyżej 3,5 tony.
  Ówczesne autobusy miały kabinę oddzieloną od części pasażerskiej. Mama jeździła więc żukiem w Przedsiębiorstwie Transportu Handlu Wewnętrznego, a potem, aż do emerytury, czyli do końca lat 80. na taksówce.
  Wybrała numer boczny „13”, którego nikt z taksówkarzy nie chciał. Początkowo prowadziła szarą warszawę M20, potem już warszawę górnozaworową 203. W latach 70. mama dostała przydział na białego fiata 125p. Taksówkarze mamę nazywali Halinką, choć miała na imię Helena. Była bardzo stanowcza, niegrzecznego klienta potrafiła wysadzić nawet na środku skrzyżowania.”
  Helena Klemensiewicz miała tylko jeden wypadek, który na trasie Białystok – Kruszewo spowodował przebiegający przez drogę dzik.

Marek Jankowski

100 lat po śmierci Zamenhofa. Co zostało z Esperanto?

100 lat po śmierci Zamenhofa. Co zostało z Esperanto?

Ludwik Zamenhof, twórca międzynarodowego języka Esperanto, urodzony w Białymstoku ciągle tkwi w pamięci niektórych mieszkańców. W tym roku obchodziliśmy jego setną rocznicę śmierci. Pochodzący z rodziny żydowskiej Ludwik z Białegostoku (będącego wówczas częścią Rosji) wyjechał na studia do Moskwy w wieku 20 lat. Po 2 latach wrócił, ale już do Warszawy. Później zaś specjalizował się w okulistyce w Wiedniu.

 

Ludwik Zamenhof pozostawił po sobie język esperanto, którego wymyślił w wolnym czasie od pracy. W 1887 roku wydał książkę w języku rosyjskim – „Język międzynarodowy – Przedmowa i podręcznik kompletny”. Autor przybrał pseudonim „Doktoro Esperanto”, co oznacza „doktora mającego nadzieję”. Później książkę wydano także po polsku, francusku, niemiecku i angielsku. Wkrótce po tym książka zyskała na popularności, a z nią cały język. Zamenhof zmarł w 1917 roku, jednak międzynarodowy język na świecie do dziś ma swoich wyznawców. Choć żadne państwo nie uznało go za swój język urzędowy (nawet jako drugi czy kolejny), to i tak szacuje się że w Esperanto mówi od 100 tysięcy do 2 milionów osób, w zależności od poziomu.

 

To, że dziś społeczności międzynarodowe porozumiewają się nie w Esperanto, a po angielsku wynika z faktu, że USA oraz Wielka Brytania światu narzuciły swoje technologie i kulturę. Język Esperanto dalej istnieje, ale niestety przegrał z dzisiejszym światem. Szans na to, że w tym języku będziemy mówić powszechnie już nie ma. Obserwując dzisiejsze życie społeczno-gospodarcze – dominującym językiem nadal będzie angielski, a jeżeli zacznie zanikać to na rzecz chińskiego oraz arabskiego.

 

Warto jednak wspominać Ludwika Zamenhofa, by przypomnieć sobie idee, które głosił. Twórca Esperanto wierzył, że pokój zapanuje na świecie, gdy będzie istniał jeden język oraz jedna religia dla wszystkich ludzi.

Kawiarniane życie

Kawiarniane życie

 

   Wszystko szło zgodnie z prostym scenariuszem: bufet – parkiet – bufet. Po kilku szybkich rundach w towarzystwie dyskusja zeszła na tematy polityczne. Wymiana zdań szybko przerodziła się w pyskówkę, a potem w regularną bijatykę.
  Tylko patrzeć jak słonko na dobre się u nas rozgości i jak co roku wokół rynku rozłożą się ogródki przez jednych zwane piwnymi przez innych kawiarnianymi. I rozkwitnie życie kawiarniane. O kawiarniano-restauracyjnych wyczynach białostoczan sprzed ponad 80 laty pisano wprost, że było to „paszczobicie”.
  Zdarzało się też w całkiem renomowanych lokalach. Tak było we wrześniu 1927 roku w popularnej sali Pisara, w jego kamienicy przy Dąbrowskiego 20.
  Wynajął tę salę Związek byłych Więźniów Politycznych chcąc urządzić w niej „wielką zabawę taneczną”. W sobotni wieczór 24 września w udekorowanej sali zjawił się nobliwy tłumek. Zabawa zapowiadała się wyśmienicie. Wszystko szło zgodnie z prostym scenariuszem: bufet – parkiet – bufet. I tak wkoło. Po kilku szybkich rundach pomiędzy czterema byłymi więźniami doszło do dyskusji, jak to w takim towarzystwie przystało, na tematy polityczne. Wymiana zdań szybko przerodziła się w zwykłą pyskówkę. Gdy zabrakło słownych argumentów zaczęła się „walpyskówka”. „Prano się wzajemnie mocno i zawzięcie”. Bijatyka ogarnęła wszystkich. W ruch poszły „naczynia bufetowe”, które w wyniku awantury „uległy częściowemu zniszczeniu”.
  Do bijących się politycznych wezwano policję, która rozpędziła całe towarzystwo. Oczywiście, że interwencję stróżów porządku potraktowano w tym gronie jako zamach na wolność słowa i polityczne szykany.
 

   Do gorszących ekscesów dochodziło też i w samym centrum miasta. Pod koniec września 1927 roku targnął się, skutecznie, na swe życie pewien białostocki urzędnik. Poruszeni tym smutnym wydarzeniem koledzy, po pogrzebie nieszczęśnika umówili się na niewinną wódeczkę. Ot tak tylko, żeby powspominać, odreagować. Na miejsce spotkania wybrano popularne Akwarium Mandelbauma przy Rynku Kościuszki 6. Jak to później określono – „stypa była fest pierwsza klasa”. Wódeczki było ile trzeba, zakąski też niczego sobie. Jednak w miarę wypijania co raz większych ilości trunków żałobnicy „wywalili się z gabinetu do bufetu restauracji i zaczęli wywoływać przez telefon kogoś ze swych przyjaciół”.
  Nic nie byłoby w tym nagannego, gdyby nie używano przy tym ordynarnych wyrażeń. Takich ekscesów klientela nobliwego Akwarium dawno nie widziała i nie słyszała. Mandelbaum z „wielkim trudem lokalizował skandal”, wpychając opojów na powrót do gabinetu. Jednak po chwili ci ponownie „wywalali się” do bufetu, klnąc już wszystkich i wszystko. Goście nie chcąc wysłuchiwać tych grubiaństw, pomimo próśb i przeprosin Mandelbauma szybko zaczęli opuszczać lokal.
A stypa? Trwała do rana. Mandelbaum wznosił oczy, pytając niebiosa dlaczego taki skandal zdarzyć się musiał właśnie u niego w Akwarium.
  Przecież takie awantury były powszednim zjawiskiem w pobliskiej piwiarni przy Zamenhofa 18. Prowadzona ona była przez Józefa, nomen omen, Wesołego. Wesoły znany był z tego, że „dbał w pierwszym rzędzie o to, aby i goście odwiedzający jego zakład mogli być weseli”. Piwo lało się więc w jego lokalu strumieniami, ale gdy któryś z gości miał ochotę na mocniejszy trunek, to bez najmniejszych ceregieli serwowano mu samogon nalewany „spod fartuszka”. Dla bywalców spragnionych cielesnych rozkoszy urządził Wesoły „odpowiedni kącik”. Wesołego restauratora wielokrotnie upominała policja. Nic sobie z tego nie robił. Gdy sprawa trafiała do sądu, to Wesoły natychmiast obłożnie chorował. I tak jakoś mu się udawało
 

   Ale też była i odwrotna strona medalu – elegancka, statecznie mieszczańska. W tym samym wspomnianym już Akwarium pod koniec 1926 roku wprowadzono super atrakcję, czyli radio koncerty. Zaraz po nim był Krystal. Znajdował się w kamienicy pod 37 przy Sienkiewicza. I tu z początkiem 1927 roku wprowadzono „codzienne radio koncerty”. Zaczynały się one o godzinie 16. Były w Krystalu „oddzielne loże i gabinety”, ale nikomu z gości do głowy by nie przyszło, aby się z nich „wywalać” po pijanemu, albo co gorsza urządzać w nich „kąciki” do wiadomych celów.
  W tym samym czasie białostoczanie opowiadali sobie czego to na świecie nie wymyślą. Otóż „związek areonaucki”, obsługujący linię Paryż – Londyn, wprowadził nowość – „samolot restauracyjny”. W głowach się nie mieściło, że „pasażerowie w czasie lotu będą mogli spokojnie spożywać posiłki”. Mało tego. „Związek areonaucki” zapowiadał, że już wkrótce wszystkie linie we Francji i Anglii będą miały takie podniebne restauracje.
  Żartownisie powiadali, że wielkie mi co. W Białymstoku to dopiero nowoczesność. Wystarczy ze cztery kolejki u Mandelbauma, albo kilka głębszych „spod fartuszka” u Wesołego i już fruwa się jak samolot, a i stan nieważkości zaliczyć też można.

Andrzej Lechowski

Wielki meczet nie powstanie w Białymstoku

Wielki meczet nie powstanie w Białymstoku

Fragment meczetu, który od lat stoi niedokończony na ul. Pomorskiej w Białymstoku wraz z ziemią jest na sprzedaż. Gmina Muzułmańska porzuciła plany dokończenia wielkiej inwestycji. Początkowo planowano wybudować wielkie Centrum Kultury Islamu. W jego ramach miały się znajdować meczet, szkoła koraniczna oraz zaplecze administracyjno-socialne. Budowę rozpoczęto, jednak później zmieniono projekt, tak by powstała szkoła koraniczna z minaretem. Ostatecznie całą inwestycję wstrzymano, a przy Pomorskiej do dziś stoi fragment wielkiego budynku.

 

Teraz Gmina Muzułmańska chce sprzedać cały teren czyli 1,1 ha. Chętni mogą składać oferty, chociaż prawdopodobnie na Pomorskiej powstaną nowe bloki. Tak duży teren to dobry kąsek dla developerów. Obecnie plan zagospodarowania przestrzennego dopuszcza budowę sakralną, jednak jak podało Radio Białystok czynione są już kroki, by plan zakładał budowę mieszkań. Za uzyskane pieniądze ze sprzedaży działki Gmina Muzułmańska planuje kupić gotowy budynek, który będzie zaadaptowany na cele edukacyjne i kulturalne. 

 

W ostatnim czasie za sprawą wydarzeń na zachodzie Europy Muzułmanie nie mają dobrej opinii. Dlatego warto wiedzieć, że w Białymstoku i na Podlasiu Muzułmanie to głównie społeczność tatarska, która zamieszkuje Polskę od kilkuset lat. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku do społeczności zaczęli dołączać przybysze z krajów arabskich. Głównie były to osoby, które podejmowały studia na polskich uczelniach. Niektórzy z nich pozostali w naszym kraju na stałe.

Rzeźnia i młyn.Co dalej z tym ?

Rzeźnia i młyn.Co dalej z tym ?

 

    Mejer Krynicki, sanacyjny kasiarz z doświadczeniem, wyznawał zasadę, że nie należy kraść u siebie. Jego łupem padały więc safesy na prowincji. W latach 1933-34 zmienił jednak zdanie. Sięgnął po zasoby białostockich skrytek.
  W nocy z 24 na 25 listopada 1933 r. włamano się do biura rzeźni miejskiej. Złodzieje rozpruli sejf i zabrali z niego ok. 2 tys. złotych w banknotach polskich i dolarach. Łup mógł być większy, ale uprzedzili ich urzędnicy miejscy. Tego dnia urząd odebrał z rzeźni i pokwitował 7 tys. złotych na swoje potrzeby. Przybyli na miejsce kradzieży agenci wydziału śledczego zrekonstruowali przebieg wypadków.
  Włamywacze dostali się na teren rzeźni przez okalający ją parkan. Umiejętnie, bez hałasu, usunęli szybę na parterze budynku. Będące za nią rachityczne kraty również łatwo wygięli i już byli w środku. Szybko odnaleźli pokój z ogniotrwałą kasą i zabrali się do roboty. W tym czasie stróż nocny, pilnujący posesji rzeźni, Andrzej Pawlina, rozpoczął swój rutynowy obchód. Zdziwił się bardzo, że nie może otworzyć drzwi do jednego z pomieszczeń (złodzieje przewidująco zablokowali zamek). Wrócił na korytarz i próbował zajrzeć do kasowego pokoju od podwórza. Tutaj spotkała go mało przyjemna niespodzianka.
  Jakiś osobnik w kaszkiecie nasuniętym na oczy i z rewolwerem w ręku (ten mógł być zwykły z drewna, kasiarze nigdy nie chodzili na robotę z bronią), kazał mu stanąć w miejscu i podnieść ręce do góry. W tej pozycji stróż tkwił przez pół godziny. Kiedy złodzieje skończyli swoje, zbiegli. Dozorca Pawlina obudził mieszkającego na miejscu felczera Sidwę, a ten zawiadomił policję.
  Śledczy, którzy przybyli na miejsce przestępstwa niewiele mogli na początku ustalić. Włamanie było przeprowadzone perfekcyjnie. Pies policyjny idąc po śladach, doszedł tylko do płotu oddzielającego rzeźnię od ul. Hetmańskiej. Potem stracił trop. Sprawców zuchwałej kradzieży trzeba było więc szukać inaczej. Sprawdzano alibi miejscowych fachowców od prucia kas, postawiono na baczność kapusiów. Jednym z podejrzanych stał się rzecz jasna Mejer Krynicki, numer jeden na liście białostockich zawodowych kasiarzy i włamywaczy. Nie było jednak przekonywujących dowodów. Krynicki wyszedł zza kratek.

  Dokładnie rok później, 4 listopada 1934 r. doszło do zuchwałego włamania przy ul. Mazowieckiej 68. Stał tam młyn elektryczny, własność Jana Karnego. Wszyscy w sąsiedztwie wiedzieli, że Karny jest bardzo zamożny. Pieniądze zaś ukrywa w młynowych zakamarkach.
  Złodzieje dostali się do młyna wprost karkołomną drogą. Najpierw uśpili psa na sąsiedniej posesji, później wchodząc po drabinie, ułożyli pomost z desek, z pobliskiej szopy, skierowany na dach młyna. Odkręcili śruby w dachowym okienku i byli już w środku. Wiedzieli gdzie szukać. Łup wyniósł 20 tys. zł.      W czasie roboty jeden ze złodziei musiał skaleczyć się w rękę, w różnych miejscach bowiem były krople krwi. I znowu padło podejrzenie na Mejera Krynickiego.
  Rewizja w jego mieszkaniu potwierdziła policyjny ślad. Przy ul. Zielonej 23 znaleziono część pieniędzy skradzionych młynarskiemu bogaczowi. Samego Krynickiego trzeba było jednak sporo się naszukać. Łatwiej wywiadowcom policyjnym poszło z ustaleniem i aresztowaniem pomocników „Krynicy”. Byli to również działający na rynku kasiarskim, nietuzinkowi, białostoccy fachowcy. W skoku na rzeźnię wspomagał Krynickiego Chaim Gerber, specjalista od wszelkich, precyzyjnych narzędzi złodziejskich, zaś w młynie asystował mu Chaim Chazan, też mający w archiwum policyjnym sporą kartotekę.

Włodzimierz Jarmolik

Mistrzowie od włamu

Mistrzowie od włamu

 

   Przy ul. Żytniej nr 9 mieszkał przyzwoity podatnik Józef Kołodko. Miał mały interes saturatorowy i całkiem sporą pomoc od brata zza granicy. Pewnego kwietniowego dnia zastał drzwi swego mieszkania wyjęte z zawiasów, zaś z szuflady kredensowej zniknęło 350 dolarów i prawie 40 tysięcy marek polskich.
  W drugiej połowie lat 20. minionego wieku mistrzem od włamu był niejaki Ignacy Górski. Wyznawał on prostą zasadę: aby dostać się do środka, oczywiście mieszkania, biura czy sklepu. Za pomocą łomu, świdra, a, to już była wyższa szkoła umiejętności, plastra złodziejskiego, którym bardzo cicho usuwano szybę okienną. Nie ominęły go jednak wpadki. Agenci śledczy poznali się na jego metodach i posypały się kary więzienne. Po ostatniej odsiadce pan Ignacy ruszył w teren, na tzw. gościnne występy. Na początek wybrał Knyszyn. Tam zaraz po zamknięciu sklepu Kooperatywy Rolniczej, wybił w cienkiej ścianie spory otwór, wlazł do środka i nakradł różnego towaru na sumę prawie 600 złotych. Jego białostocki paser, Hugo Szatauer nie miał żadnego kłopotu z jego rozprowadzeniem.
  Zachęcony powodzeniem wybrał się Górski bardziej na południe, do Bielska Podlaskiego. Tym razem nocną porą dostał się do sklepu Enocha Częstochowskiego i do zabranego specjalnie worka wrzucił pudełka z papierosami, opakowania herbaty i czekolady. Na tym skoku trafił również kilkaset złotych.
  Ponieważ jego poprzedni paser szpetnie go oskubał, Górski postanowił sam rozprowadzić trefny towar. Podając się za zbankrutowanego kupca z prowincji opylił cały majdan sklepikarzowi Wacławowi Pastuszko. Ale policja miała na tego ostatniego oko, więc złodziejaszek wpadł. Sąd wymierzył mu rok i trzy miesiące więzienia.
  Bardzo klasyczne włamanie miało miejsce w lutym 1932 r., w samym śródmieściu Białegostoku. Był akurat piątek, więc Chaim Wajnsztadt, właściciel sklepu z galanterią skórzaną przy ul. Sienkiewicza 22, zamknął swój interes około godz. 16. Panował już zmierzch, ale ruch na ulicy był jeszcze całkiem spory. Wtedy właśnie zaczęli swoją robotę włamywacze. Sforsowali oni bez trudu główne wejście do budynku, a później z niepozornej komórki przebili łomem grubą ścianę i dostali się do sklepu. Łupu było jednak tak dużo, że wynieśli najpierw tylko część, reszta została w komórce. W sobotę pan Wajnsztadt pojawił się około południa w swoim sklepie po zapomnianą korespondencję handlową. Natychmiast zauważył okropny bałagan, efekt działalności złodziei. Oczywiście zaraz zawiadomił policję. Cóż ona mogła jednak zrobić? Chyba tylko pomóc przenieść z komórki do sklepu niezabraną przez złodziei część partii butów i torebek.
  Szczególną pomysłowością wykazali się pod koniec grudnia 1931 r. bracia Jan i Stefan Popławscy. Był to sezon choinkowy, więc rozstawili swój towar na ul. Mickiewicza koło domu nr 18. Traf chciał, że za ich plecami znajdował się sklep Józefa Wojtanowskiego, a w nim półki z rozmaitymi winami i wódkami. Parawan z zielonych drzewek i posiadanie nieodzownego w takich przypadkach świdra pozwolił pomysłowym braciszkom sforsować drzwi do magazynu, no i oczywiście wynieść z niego dużo flaszek z gorzałką oraz papierosy i inne specjały.
  Niestety Popławskich dotknął pech. Zwłaszcza Jana. Zgubił on w sklepie opatrunek, który miał. W jaki sposób policja, dzięki jego szmatce, dotarła do sprawców włamania, trudno powiedzieć. W każdym razie Jan Popławski zainkasował wyrok jednego roku więzienia, a jego brat mógł w następnym roku już sam sprzedawać choinki.

Włodzimierz Jarmolik 

Wysłużone „żółtki” jadą na bocznicę. Teraz czas na nowoczesne szynobusy

Wysłużone „żółtki” jadą na bocznicę. Teraz czas na nowoczesne szynobusy

Każdy, kto jeździ z Białegostoku do Ełku, Kuźnicy bądź Szepietowa może natrafić na pociąg typu „żółtek” (EN57). Tak popularnie nazywane są stare, wysłużone pociągi, które wykorzystuje się do przewozów w regionie. Ich charakterystyczną cechą są plastikowe siedziska. To jednak staje się powoli przeszłością. Na wyżej wspomnianych trasach pojedziemy nowoczesnymi szynobusami. Są one przystosowane do jazdy 120 km/h, mają wygodne siedzenia, ładowarki USB. Są też przystosowane do obsługi niepełnosprawnych pasażerów.

 

Obecnie w regionie możemy koleją dojechać z Białegostoku w kilku kierunkach:

 

Białystok – Sokółka – Kuźnica

 

Białystok – Sokółka – Augustów – Suwałki

 

Białystok – Mońki – Grajewo – Ełk

 

Białystok – Łapy – Szepietowo

 

Białystok – Bielsk Podlaski – Czeremcha

 

W przyszłym roku, w ofercie przewozów po regionie nie zabraknie też weekendowych połączeń do Walił i Kowna.

Stan Wojenny także w Białymstoku. Tak wyglądał 13 grudnia 1981r.

Stan Wojenny także w Białymstoku. Tak wyglądał 13 grudnia 1981r.

W nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku Rada Państwa wprowadziła stan wojenny na obszarze całego kraju. Dziś obchodzimy 36. rocznicę tego wydarzenia. Dlatego też przypomnijmy jak przebiegał pierwszy dzień w Białymstoku.

W nocy Komendzie Wojewódzkiej Milicji przy ul. Sienkiewicza ogłoszono akcję pod kryptonimem „Jodła”. Pracownicy SB oraz milicjanci zebrali się przed północą. Następnie dowództwo podzieliło ich na grupy dwu, trzy i czteroosobowe. W każdej z nich znajdował się przynajmniej jeden milicjant. Wszystkie grupy otrzymały koperty oraz sprzęt do wyważania drzwi. Następnie mundurowi z SB-kami schodzili do samochodów, zapoznawali się z zawartością koperty i ruszali w miasto, by rozpocząć internowania.

Początkowo zatrzymano 40 działaczy „Solidarności” związanych z dużymi zakładami produkcyjnymi – Uchwyty, Unitra-Biazet czy Fasty. Zatrzymani zostali przewiezieni do Aresztu Śledczego przy ul. Kopernika, gdzie byli umieszczeni w 4 osobowych celach. Władze zawiesiły też działanie „Klubu Inteligencji Katolickiej” oraz „Białoruskiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego”. Zakazano też organizacji strajków. Przestały wychodzić gazety. Można było przeczytać tylko Trybunę Ludu, Gazetę Współczesną oraz Żołnierza Wolności. Nie było można też się wychodzić w miejsca publiczne między 22 a 6 rano. W pozostałych godzinach każdy musiał mieć przy sobie dowód osobisty lub legitymację szkolną. Także nie działały telefony. Nie bardzo można było też obejrzeć coś w telewizji. Przez cały dzień nadawany był tylko Dziennik Telewizyjny – 3-krotnie. Pomiędzy emisjami była przerwa.

Romans po białostocku

Romans po białostocku

 

   Ilustrowany Kurier Codzienny,  w październiku 1936 roku podał niby serio elektryzującą wiadomość z Białegostoku. Wynikało z niej, że nad Białkę przybyć miał pewien londyńczyk, przedstawiciel organizacji, której celem było ułatwienie wyjścia za mąż niezamożnym pannom.
  Tajemniczy przybysz miał ponoć założyć w Białymstoku filię angielskiego stowarzyszenia. Swoim członkiniom miało ono wypłacać posag w wysokości od 1000 dolarów w górę. Ale, aby otrzymać tę kwotę należało spełnić trzy statutowe warunki:
„1. Panieństwo w latach od 35 do 50. 2. Premiowana brzydota.3. Agresywne usposobienie wobec przyszłego małżonka”.
  Po Białymstoku krążyły już wieści, że biuro lada moment zostanie otwarte przy ulicy Lipowej. Złośliwcy zapytywali znajome panny, które spełniały statutowe warunki, czy już mają odpowiednie posagi, czy też czekają jeszcze w kolejce. Wkrótce okazało się, że wszystko to jest jedynie żartem.
  Tymczasem gwiazdą i tematem wdzięcznych zawsze ploteczek damsko-męskich była nadzwyczaj urodziwa córka Romana Samitowskiego. Prowadził on od 1909 r. ekskluzywny magazyn z obuwiem na Lipowej 16. Samitowszczanka w 1935 r. „uzyskała maturę i zaraz rozpoczęła romansowanie”.
  Pierwszym jej wybrańcem był pewien młody handlarz manufaktury. On też był niedawnym maturzystą, przeto młodzi mieli wiele wspólnych tematów. I gdy wydawało się, że miłość będzie kwitła, to kochliwa panna szybko przerzuciła swe uczucia na bogatego wdowca, też zajmującego się manufakturą. Miał on swój sklep na Sienkiewicza i odtąd dzień w dzień Samitowszczanka z Lipowej kursowała na bulwary, jak czasem nazywano odcinek Sienkiewicza za Białką.
 

   
   Tymczasem „zdradzony maturzysta szalał z rozpaczy i walczył o odzyskanie względów dziewicy”. W trakcie tej walki w dyskretnym liściku poprosił ukochaną o ostatnie spotkanie. Młodzi umówili się właśnie na bulwarach. Cóż za brak roztropności! Gdy młodzian wyjaśniał żarliwie, że bez swej wybranki żyć dalej nie potrafi, to z naprzeciwka, po zamknięciu sklepu, nadszedł jego starszy rywal. Widząc co się kroi, wymierzył sążnisty policzek konkurentowi. Ten bez namysłu odpalił kontrę w nos wybranka swej wybranki. A dalej to już bez czekania na riposty obaj zaczęli się bezprzykładnie bić. A co robiła ona? „Panna chusteczką ocierała krew, spływającą z twarzy obu amantów, którzy dotkliwie poturbowani opuścili wreszcie plac boju”. Sprawa tej romansowej bijatyki swój finał znalazła w sądzie, ale jej wynik nie interesował już Samitowszczanki. Romansowała dalej.
   Nie mniejsze kłopoty, tyle że z romansowym synem miał Oswald Trylling. Fabrykancki synalek, bon vivant, rozbijający się po Białymstoku samochodem, upatrzył sobie pewną 19-letnią robotnicę w ojcowskiej fabryce. Dziewczyna nie potrafiła oprzeć się zalotom przystojnego, bogatego i pewnego siebie młodzieńca. Przeto „różne kumoszki i dziewice miały żniwa językowe dzięki temu romansowi”. W listopadzie 1935 r. kochanka fabrykanckiego książątka zasłabła w pracy. Nikt nie zorientował się, że jest ona w stanie błogosławionym. Wezwano lekarza „nie mającego nic wspólnego z akuszerką”. Ten z miejsca zorientował się w czym rzecz. Na to wszystko nadszedł Oswald Trylling. Jego robotnicy opowiadali później w swoich domach, „gdybyście widzieli jego minę, gdy oświadczono mu, że dzięki jego synowi, robotnica przyczyniła się do wzrostu ludności w naszym kraju”.
   Wkrótce nowa sensacja postawiła na nogi cały Białystok. Była nią wieść o cudownym eliksirze doktora Jaworskiego, który robił oszałamiającą karierę w Paryżu. Dzięki niemu można było przeprowadzić „hormonotransplantację i heteroplastykę”. Białystok opowiadał sobie, że po terapii eliksirem każdy „gentelman wygląda o 20 lat młodziej i gotów jest do każdej akcji na poczekaniu”. Sceptycy, którzy zawsze się znajdą, twierdzili, że jest w tej kuracji groźba „szybkiego zmałpienia”. Ale zwolennicy odpierali te wątpliwości, twierdząc, że „taki jegomość po zastrzykach eliksirem doktora Jaworskiego nie robi zaraz awantur, nie rzuca się na niedolatki, nie napastuje sekretarki, nie kładzie zaraz ręki na kolanie manicurzystki, ale także nie porasta na rękach włochami, nie rży, nie wierzga nogami, nie staje dęba na widok kąpiącego się pensjonatu”.

Andrzej Lechowski 

Przedwojenny Białystok i tajemnicza historia kobiety w kryminalnym filmie fabularnym

Przedwojenny Białystok i tajemnicza historia kobiety w kryminalnym filmie fabularnym

Można będzie znów poczuć klimat przedwojennego Białegostoku. Już w przyszłym roku będzie można obejrzeć „Czarną damę” – film, który powstał w ramach budżetów województwa i miasta.

 

Krzysztof Szubzda stworzył scenariusz oraz wyreżyserował film. Będzie to kryminalna historia tajemniczej kobiety, która uciekając przed trudną przeszłością wraca do Białegostoku. Tutaj musi poradzić sobie z nowymi zagrożeniami. W tle mieszać się będą wątki podlaskiej sekty oraz mafijnych interesów żydowskiego półświatka z Chanajek. Pomysł na „Czarną Damę” pojawił się kilka lat temu. Zaczęło się od działającego przed wojną detektywa Pierso. Ten zafascynował autora. Następnie w scenariuszu pojawiły się inne motywy z historii Podlasia. Cały film będzie utrzymany w duchu dawnej wielokulturowości.

 

Można tylko ubolewać, że film nie będzie pełnometrażowy, bo zapowiada się ciekawie. W rolach głównych zobaczymy białostockich aktorów.

Św. Rocha 10/2

Św. Rocha 10/2

 

    Nie istniejąca już posesja przy ul. Św. Rocha 10/2  była pierwotnie własnością państwową przy ówczesnej ulicy Staroszosowej.  W 1877 roku dużą posesję wykupił Jan Pastor, który postawił tu drewniany dom. Działała w nim agencja Petersburskiego Towarzystwa Ubezpieczeniowego .
   W 1913 roku mieszkała tu nauczycielka Instytutu Panien Szlacheckich.  Po 1919 roku nieruchomość odziedziczyła córka Hugo Pastora (syna Jana), Helena, nosząca po mężu nazwisko Spaska.  W 1929 i 1937 roku sprzedała części majątku, z których powstały posesje o nr 10/1 i 10/2.
Wtedy też powstał murowany dom – najwcześniej w 1930 lub 1938 roku.

Wiesław Wróbel
 

Remont zakończony. Bezpośrednie połączenie kolejowe Białystok – Lublin jest możliwe!

Remont zakończony. Bezpośrednie połączenie kolejowe Białystok – Lublin jest możliwe!

Zapewne mało kto wiedział, że takie połączenie w ogóle istnieje, bo długo go nie było. Jednak od 10 grudnia nastąpiły zmiany w kolejowym rozkładzie jazdy i z Białegostoku można bezpośrednio dojechać do Czeremchy. Informacja teoretycznie jest przydatna tylko dla mieszkańców Bielska Podlaskiego, a także wszystkich stacji pośrednich między Białymstokiem a Czeremchą. W praktyce warto głośno zapytać o bezpośrednie połączenie do Lublina.

 

Dzisiaj żeby dojechać do Lublina należy się przesiadać w Warszawie. W zależności od wybranego połączenia cała podróż będzie trwała od 5,5 do 7 godzin. Z naszych wyliczeń na podstawie obecnych rozkładów jazdy wynika, że podróż bezpośredniego pociągu bez przesiadek trwałaby około 4,5 godziny, a my byśmy musieli pokonać o 100 km krótszy dystans niż obecnie. Pomysł jest wart do rozważenia także w koncepcji rozszerzonej. Tak by można było dojechać z Suwałk do Przemyśla. Analizując obecne rozkłady jazdy można wyliczyć, że pociąg jechałby około 12 godzin. Czyli tyle samo co obecnie przez Warszawę. Jednak nie trzeba by było się przesiadać.

 

Utworzenie takich połączeń oznaczałoby też pewien ukłon w stosunku co do Polski wschodniej. Nie ma co ukrywać, że kolejne ekipy rządzące miały tak zwaną „Polskę B” w… nosie. To dlatego wschód nie jest kompletnie ze sobą skomunikowany ani drogowo, ani kolejowo czy też lotniczo. Ktoś kiedyś doszedł do wniosku, że tak blisko granicy z Rosją nie ma co inwestować. Nie może być jednak tak, że mieszkańcy wschodniej Polski będą całe życie ofiarami przeszłości i obaw o przyszłość. Gorzej rozwinięta część kraju jest tak samo niebezpieczna jak potencjalny agresor ze wschodu.

 

Jako przykład najlepiej podać tu zjednoczenie Niemiec w 1990 roku. Wówczas NRD (wschodnia część) otrzymała od RFN (zachodniej) 1,6 biliona euro (6 400 000 000 zł) na to, by dogonić zachód. Po 25 latach od zjednoczenia na wschodzie Niemiec nadal nie jest kolorowo, ale nie jest też już najgorzej. Obecnie średnio zarabia się 86 proc. tego co na zachodzie. Dla przykładu – w 2012 roku w Polsce „B” zarabiało się 78 proc. tego co w „A”.

 

Z tą różnicą, że dopiero najnowsza ekipa rządząca zainteresowała się wschodem. Jak wiemy z taśm nagranych w „Sowa i przyjaciele” – wcześniej obowiązywała doktryna „Ch.. z tą Polską wschodnią”. Dlatego wystartowaliśmy z taką samą inicjatywą 23 lata po Niemczech. Dlatego też przed nami tak ważne inwestycje jak Via Baltica, Via Carpatia, szybkie połączenie kolejowe z CPK i kończąca się inwestycja czyli droga ekspresowa Białystok – Warszawa.

 

Warto przypomnieć, że latem Rząd na Via Carpatię (czyli drogę ekspresową od granicy w Kuźnicy, przez Białystok, Lublin i Rzeszów do granicy na południu przeznaczył 21 mld złotych. Czyli tyle, co na program „Rodzina 500 plus”. Do tej puli warto jeszcze dorzucić właśnie bezpośrednie połączenie kolejowe Suwałki – Przemyśl. Wtedy będziemy mogli mówić o pełnym skomunikowaniu wschodu.

 

Warto dodać na zakończenie, że po remoncie odcinka Białystok – Czeremcha infrastruktura na trasie Suwałki – Rzeszów jest już w pełni gotowa. Wystarczy podjąć decyzję o utworzeniu połączenia. Potrzebna jest tu jednak inicjatywa polityków, którzy przy odpowiednich umiejętnościach perswazji mogliby tchnąć ją w dyrekcją PKP Intercity. Warto nadmienić, że obecnie można w 6 godzin dojechać z Białegostoku do Lublina omawianą trasą. „Wystarczy” 2 razy przesiąść  się.

L.O.P.P

L.O.P.P

 

 
    Ten skrót oznaczający Liga Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej dobrze znano w międzywojennym Białymstoku, jak zresztą w całej ówczesnej Polsce. Aktywność organizacji przybrała na sile na początku lat 30. Nastąpił bowiem wzrost zagrożenia ze strony Niemiec. Szkolono intensywnie instruktorów obrony przeciwlotniczej, uświadamiano społeczeństwo, zbierano fundusze na budowę samolotów, a zwłaszcza przeprowadzano pozorowane alarmy lotnicze, na wypadek prawdziwych nalotów bombowych.
   7 października 1936 r. miejscowy komitet LOPP zafundował białostoczanom kolejną taką akcję. Przy ul. Warszawskiej 29 było gimnazjum Przez kilka wcześniejszych dni prasa i rozklejone afisze obwieszczały zasady postępowania. Alarm przewidziany został między 18.30 a 21. Sygnałem miał być 2-minutowy gwizd syren fabrycznych i lokomotyw na dworcu kolejowym. Należało natychmiast zgasić wszystkie światła w domach i sklepach, w zakładach produkcyjnych i lokalach rozrywkowych obowiązywało szczelne zaciemnienie okien. Ruch pieszy, jak i kołowy miał zostać wstrzymany. Nie można było używać telefonów, za wyjątkiem przypadków wzywania pogotowia ratunkowego, straży pożarnej czy policji. 2-minutowe, tym razem przerywane buczenie syren było sygnałem do zakończenia ćwiczeń przeciwlotniczych.
 

   A jak te kategoryczne zarządzenia zostały wypełnione przez mieszkańców Białegostoku? Z późniejszej oceny kierownictwa LOPP wypadło, że blisko w 30 proc. domów korzystano ze światła. Dotyczyło to zwłaszcza dzielnic Piaski i Chanajki. Również w fabrykach i zakładach, mimo użytego zaciemnienia, światło znikało na zewnątrz. Rejon ulic Częstochowskiej i Konopnickiej był normalnie oświetlony. Przed dwoma laty ludność miasta zdecydowanie lepiej respektowała polecenia przeciwlotnicze. Czyżby rozluźniła się dyscyplina i spadła czujność wobec potencjalnego wroga? Lepiej było w śródmieściu, od Rynku Kościuszki w kierunku ul. Sienkiewicza. Wzorowo zachowała się ul. Pierackiego, która pogrążyła się w pełnych ciemnościach. Wiadomo, ulica policyjna. Tylko przy szpitalu Czerwonego Krzyża dyżurowali sanitariusze.
  Również przedmieścianie bardziej wzięli do serca nakaz zaciemnienia. A także elektrownia, która na długo przed alarmem wyłączyła latarnie uliczne.
Podobne uczucia miał wysłannik Echa Białostockiego, któremu instruktor wojewódzki LOPP major Orłowski zezwolił obserwować w tym czasie miasto z wieży kościoła Św. Rocha. Jeszcze o 19.27 Białystok widziany z góry był jedną wielką łuną.
  Kiedy zagrały syreny, światła zaczęły powoli gasnąć. Minutę po alarmie mocno jeszcze jaśniał dworzec i budynki przystacyjne. Później na tle ogólnych ciemności widać było wyraźnie jasne plamy niezasłoniętych okien, rozrzucone po całym mieście. Mniejsze i większe. Niektóre światełka się poruszały – oznaka jadących dorożek, samochodów i motocykli.
  Tymczasem ulicami zaciemnionego Białegostoku kursowały specjalne patrole z żółto-białymi i czerwono-białymi opaskami. W rękach tuba głośnikowa i dobiegający z niej okrzyk: Gasić światła!, Lotnik!, Kryj się! Ludzie, których akcja przeciwlotnicza zastała na ulicy, musieli przeczekać alarm w najbliższej bramie.
W niektórych gromadziły się tłumy.
  Za porządek w tym miejscu odpowiadali dozorcy. Policja też miała co robić. Przede wszystkim nie dopuścić wykorzystania okazji przez złodziei i różnej maści awanturników. Alarm odwołano bardzo szybko. O godz. 20. miasto powróciło do normalnego życia. Nazajutrz policjanci zaczęli wypisywać karne mandaty za nieprzestrzeganie zaciemnienia. Uzbierało się ich ze 40. Jubilerzy z ul. Piłsudskiego i Rynku Kościuszki zapłacili chętnie. Mniejsza strata niż rabunek ich sklepów w ciemnościach.

Włodzimierz Jarmolik

Leśnicy nie zapomnieli o żubrach. W brogach czeka już jedzenie

Leśnicy nie zapomnieli o żubrach. W brogach czeka już jedzenie

Solidnie sypiący śnieg, który się utrzyma to już tylko kwestia czasu. Najbliższe dni nie będą jeszcze białe, ale leśnicy są już w pełnej gotowości, by dokarmiać żubry. Jest to bardzo ważne, gdyż tych wielkich zwierząt jest niewiele i są pod ochroną, gdyby zostawić je same sobie naturze, bardzo wiele z nich mogłoby nie przeżyć zimy. Gdy spadnie śnieg trudniej zwierzęciu znaleźć pożywienie, a tym bardziej całemu stadu. Szczególnie, że 900 kg żubr pochłania dziennie 40 kg pokarmu!

 

Leśnicy przygotowali już w 16 brogach 40 ton siana. Dodatkowo w zapasie czeka 30 ton siana, 40 ton sianokiszonki oraz 10 ton buraków pastewnych – które są tym samym dla żubra, czym sernik dla człowieka. Największym słodkim przysmakiem! Taki zapas jedzenia potrzebny jest, by kilkaset osobników przetrwało nawet najcięższą zimę. Gdy tylko okolice zostaną zasypane śniegiem, żubry natychmiast wyjdą w miejsca, gdzie będą czekać na nie przygotowane jedzenie. Wtedy też wybierzemy się z aparatem, by uchwycić wyjątkowe zdjęcia i podzielić się z Wami.

 

1000 miejsc pracy powstanie w Białymstoku?

1000 miejsc pracy powstanie w Białymstoku?

Czy Amazon zainwestuje w Białymstoku i zatrudni 1000 osób? Tak sugeruje białostocka Wyborcza. Wcześniej mówiło się, że powstanie IKEA.

 

Krywlany to nie tylko lotnisko. Znajduje się tam także Tor Wschodzący Białystok. Kierowcy z tamtych okolic mogli też zobaczyć, że na skrzyżowaniu z Kuronia zbudowano całkiem nową drogę i usunięto trochę ogródków działkowych. Droga prowadzi na razie do pustego terenu, który został uzbrojony (podłączono media). Następnie scalono ze sobą 9 działek i wystawiono na sprzedaż powierzchnię o wielkości 23 hektarów.

 

O całej tej inwestycji mówiło się kiedyś w kontekście firmy IKEA. Ta miała w Białymstoku otworzyć swój kolejny sklep właśnie na Krywlanach. O tym, że byłaby to żyła złota – nie ma nikt wątpliwości. Podlaskie + Białoruś to kilka milionów potencjalnych klientów. Ostatecznie jednak o planach szwedzkiego koncernu nic nie słychać. Dziś pojawiła się informacja, że terenem może być zainteresowany Amazon. Według informacji Wyborczej władze miasta otrzymały list intencyjny od firmy pośredniczącej, w którym to wyrażono chęć zakupu terenu i zatrudnienia 1000 osób. Autorzy listu to firma, która doradzała już Amazon podczas inwestycji w Trójmieście.

 

Przetarg na teren na Krywlanach odbędzie się 30 stycznia 2018 roku. Cena wywoławcza wynosi 34 mln 200 tys. zł. Zgodnie z zarządzeniem miasta na sprzedawanym terenie może powstać zabudowa usługowa, produkcyjna lub wszelkiego rodzaju magazyny. Teren może jednak się okazał łakomym kąskiem w kontekście powstającego pasa startowego na Krywlanach i nie jest wcale powiedziane czy ktoś zainteresowanej firmy nie przelicytuje.

Miała być Świątynia Opatrzności Bożej

Miała być Świątynia Opatrzności Bożej

   

  14 kwietnia 1926 roku ogłoszony został konkurs na „budowę Świątyni Opatrzności Bożej w Białymstoku na 3000 osób”. Chodziło o kościół na wzgórzu Św. Rocha. Inicjatorem zorganizowania konkursu był proboszcz świeżo powstałej w 1925 roku parafii, ksiądz Adam Abramowicz. Z pomysłem swym zwrócił się do Koła Architektów w Warszawie. Tamtejsi więc architekci zajęli się ogłoszeniem i formalnym przeprowadzeniem całej wymaganej procedury.
  Chętni, którzy chcieli startować w białostockim konkursie czasu mieli niewiele, bo rozstrzygnięcie zaplanowano na 7 lipca. Nadspodziewanie nadesłano „jak na nasze stosunki dużą ilość prac”. Raz podawano, że nadeszło 70 projektów, innym zaś razem mówiono o 75 i 76 pracach. Dziś już trudno ustalić, ile ich było naprawdę. Jedno było pewne. Zainteresowanie Białymstokiem było wielkie.
  Wszystkie nadesłane projekty pokazane zostały na specjalnej wystawie zorganizowanej w Pałacu Branickich. Organizatorzy tak przejęli się całym wydarzeniem, że zapomnieli o wywieszeniu ogłoszeń o tej ciekawej ekspozycji. Pojawiły się one dopiero po interwencjach w następnych dniach.
  Sama wystawa w oczach recenzenta wyglądała tak. „W pierwszej sali widzimy ściany i stojaki owieszane projektami. Po opłaceniu wejściowego zaczynamy oglądać. Wiele projektów zadziwia nas swoją oryginalnością”. Na koniec konkludował, że „wobec tak wielu i tak różnorodnych projektów pożądanem byłoby, ażeby wszyscy katolicy naszego miasta i okolic obejrzeli je i wypowiedzieli swoje zdanie”. „Katolikom naszego miasta” najbardziej przypadły do gustu prace nr 40, 49 i 53.
  Jury konkursowe miało jednak inne upodobania. Nie po to przecież wybiera się jury, żeby wybierało ono to, co ludziom się podoba! Tak więc pierwszą nagrodę w wysokości 2,5 tysiąca złotych przyznano pracy nr 63. Jej autorami byli Władysław Schwarcenberg-Czerny, Jan Karżewski i Jerzy Woyzbun. Kolejne nagrody przypadły też nie tym, którzy mieli wygrać. I to był cały kłopot związany z tym konkursem. Abramowicz liczył, że komisja stanie na wysokości zadania i laurem nagrodzi projekt Oskara Sosnowskiego.
 

   Praca była już dawno obgadana przez autora i inwestora. Po co więc wymyślono cały ten konkurs? Tego trudno dociec. No, ale co się stało, to już się nie odstanie. Wobec tego zdeterminowany duchowny nie pytając nikogo o zdanie, ku zaskoczeniu wszystkich ogłosił, że konkurs wygrał Sosnowski. Sytuacja stała się kłopotliwa, a oliwy do ognia dodał jeszcze przyjazd do Białegostoku zwycięskiego zespołu. Na miejscu stwierdzili, że przyjechali „celem zawiązania kontraktu z komitetem budowy kościoła i ewentualnego przystąpienia do realizacji planu”. Abramowicz był jednak nieustępliwy. Postawił na swoim.
  Cztery lata po tych wydarzeniach, gdy budowa kościoła na wzgórzu Św. Rocha była już mocno zaawansowana ksiądz uchylił rąbka tajemnicy o tym, co nim wówczas powodowało.
  Na łamach parafialnego pisemka ukazał się artykuł jego autorstwa noszący tytuł, który wyjaśniał wiele – „Dziwolągi w sztuce kościelnej”. Autor twierdził, że do połowy XIX wieku w architekturze sakralnej wszystko działo się po bożemu. Akceptował też i „architekturę świecką”. Ale cóż z tego skoro, zdaniem Abramowicza, od połowy XIX wieku rozpoczął się „upadek w architekturze”. Winę ponosili sami architekci, którzy w poszukiwaniu nowych form zatracili smak i umiar.
  „Klasycznym tego przykładem była wystawa konkursowa projektów na kościół – pomnik Św. Rocha odbyta w r. 1926 – w pałacu Branickich. Śmiało można rzec, iż z pośród 76 nadesłanych projektów najwyżej 10 miało charakter kościoła. Reszta – dziwolągi”. Przy okazji skrytykował Abramowicz i białostocką farę, w której w 1926 roku ustawiono ołtarz w kaplicy Św. Sakramentu. Zdaniem autora „postać Chrystusa na krzyżu jest zbyt szeroką w ramionach, natomiast zbyt wąską w biodrach”. Twórcę rzeźby Wincentego Bogatczyka oskarżał, że „na starość został niewolnikiem mody”.
 

   Na zakończenie pouczał, że trzeba „wykorzystując zdobycze wiedzy jak żelbeton, centralne ogrzewanie itd. baczyć pilnie, by charakter świątyni, tego Domu Bożego został zachowany bezwzględnie. Zaś z kubizmami wara od świątyń naszych, bo kubizm to pseudosztuka, a więc brzydota”. Jak mając tak dziwaczne poglądy na sztukę „zafundował” nam ksiądz Abramowicz dzieło naprawdę wybitne? Trudno zrozumieć Ale może do tego właśnie potrzebny był mu ten nikomu niepotrzebny konkurs?

Andrzej Lechowski

Rozpoczęły się prace na Krywlanach. Lotnisko staje się faktem

Rozpoczęły się prace na Krywlanach. Lotnisko staje się faktem

Chociaż pogoda nie sprzyja, to na Krywlanach nie tracą czasu. Rozpoczęły się prace przy budowie pierwszego etapu lotniska. Mowa tu o pasie startowym, po którego zbudowaniu będzie wiadomo czy rozbudowywać dalej aeroport czy zostawić sam pas. Inwestycje przeprowadza miasto Białystok. Wszystkie prace będą kosztować 47 mln zł. Na początek firma przeprowadzająca budowę otrzymała 100 tys. zł, na początku 2018 roku otrzyma kolejne pieniądze. Obecnie miejsce prac jest porośnięte trawą. Dlatego pierwsze roboty polegają na ściąganiu jej. Trzeba to zrobić na odcinku 1350 metrów – czyli na całej długości pasa. 

 

Przypomnijmy, że lotnisko będzie gotowe już 20 września 2018 roku. Co ciekawe niedługo później odbędą się wybory samorządowe. Czy zamknięcie inwestycji w terminie będzie przepustką Tadeusza Truskolaskiego do kolejnej kadencji? Nie wiadomo czy obecny prezydent wystartuje. Jednak nic nie wskazuje na to, by zamierzał odpocząć od polityki. 

 

Historia lotniska na Podlasiu to niekończąca się telenowela. Pierwsze lotnisko powstało w 1927 roku! Wtedy jednak wystarczyła duża ilość płaskiego terenu porośniętego trawą. Zaliczane było do II klasy podobnie jak lotniska w Krakowie, Toruniu i Lublinie (do lotnisk I klasy zaliczano wówczas Warszawę, Lwów, Poznań, Wilno i Gdańsk). Obecnie na Krywlanach mogą lądować tylko samoloty sportowe. 

 

Przez wiele lat dyskutowano, gdzie zbudować lotnisko. Niektórzy doskonale pamiętają jak jeszcze poprzednie władze wbijały łopaty na Krywlanach. Później następna władza zmieniła zdanie i chciała budować port w Topolanach pod Zabłudowem. Następni zmienili koncepcję i chcieli budować w Sanikach. Później ówczesna minister Elżbieta Bieńkowska ogłosiła, że zakręca kurek z funduszami europejskimi na budowę lotnisk regionalnych. To dla województwa podlaskiego był wyrok. 

 

Obecny prezydent wrócił do koncepcji z Krywlanami. Jednak przykłady lotnisk w Radomiu czy Zielonej Górze pokazały, że uprawianie bizancjum może się odbić mocną czkawką. Dlatego inwestycja przeprowadzona będzie bez niepotrzebnego rozmachu. Najpierw pas. Jeżeli okaże się, że ląduje tu dużo samolotów – dobuduje się terminal odpraw i wydłuży pas tak, by mogły tu lądować samoloty tanich linii lotniczych, które prowadzą regularne odloty. Warto przypomnieć, że powstawać będzie także gigantyczne lotnisko pod Warszawą. Centralny Port Lotniczy ma skupiać ogromny ruch w Europie Środkowo-Wschodniej. Dlatego z inwestycją na Krywlanach trzeba postępować ostrożnie. Nie możemy jednak skazywać się na kompletny brak lotniska, bo hamuje to rozwój regionu, co jest odczuwalne od dawna. 

Tor Wschodzący Białystok może się okazać wielkim niewypałem

Tor Wschodzący Białystok może się okazać wielkim niewypałem

Tor Wschodzący Białystok dopiero co ruszył, a już może się okazać wielkim niewypałem. Wszystko z powodu kuriozalnych cen. Obiekt jeżeli będzie przyciągać to tylko zawodowców. Amatorzy zaś dalej będą za darmo rozwijać swoje zainteresowania w tych samych miejscach, gdzie czynią to teraz, narażając postronne osoby. 

 

Zgodnie z cennikiem jazda swobodna własnym samochodem to 100 zł za 2 godziny. Przy czym nie oznacza to dwóch godzin faktycznej jazdy. Płacimy za czas przebywania na torze. Za dodatkowego kierowcę należy dopłacić 50 zł. Ile dokładnie się jeździ? Najpierw trzeba zarejestrować się, by móc wziąć udział w „sesji”. Na jazdę przychodzimy 30 minut przed jej rozpoczęciem. A następnie wpuszcza się po 5 samochodów w każdej sesji, które trwają 10 minut każda. Jeżeli mamy komplet czyli 15 samochodów, to na przemian wypuszcza się 3 grupy. Oznacza to, że każdy może liczyć na start 4-krotnie. Zatem za 100 zł pojeździmy 40 minut.

 

Być może tor wcale nie powstał dla wszystkich mieszkańców, a jedynie dla osób pożądanych, a cena po prostu jest zaporowa? W najbliższy weekend na torze odbędą się Samochodowe Mistrzostwa Białegostoku organizowane przez Automobilklub Podlaski. Z pewnością impreza ta przyciągnie bardzo wielu widzów, wypromuje tor, wielu zawodowców tutaj wróci. I tutaj dochodzimy do sedna sprawy – czy tor jest tylko dla zawodowców czy też dla amatorów? Kogo nie chce zarządca obiektu wiadomo z regulaminu, w którym czytamy: Na terenie Obiektu, w tym na torze do jazdy, obowiązuje całkowity zakaz jazdy w sposób ekstremalny, a w szczególności tzw. „palenia gumy” lub „kręcenia bączków”. Jazda pojazdem w kontrolowanym poślizgu – drift – możliwa jest tylko za zgodą Zarządcy. Za naruszenie zakazu Zarządca zastrzega sobie prawo do nakazania opuszczenia Obiektu bez prawa do zwrotu niewykorzystanej części opłaty.

 

 

Jak wiemy zanim powstał obiekt, to w każdą niedzielę na Krywlanach zbierali się właśnie amatorzy tego co jest zakazane w regulaminie. Większość z nich liczyła, że będzie mogła wrócić i robić legalnie, to co robili wcześniej nielegalnie. Jak widać się przeliczyli. Oznacza to, że wszystko będzie po „staremu”. Przy tak wysokich cenach z obiektu będą korzystać przede wszystkim zawodowcy. Amatorzy zaś swoje zainteresowania będą rozwijać w tych samych miejscach co teraz – narażając przypadkowe osoby.

Tragiczna burza  z piorunami

Tragiczna burza z piorunami

 

   Była upalna niedziela, 24 maja 1925 roku. Białostoczanie tłumnie sunęli do Zwierzyńca, Jurowiec, Supraśla. Każdy chciał nadrobić słoneczne braki spowodowane jesienią i zimą. Około południa zrobiło się parno. Temperatura nadal rosła. Nie trzeba było być wytrawnym znawcą meteorologii, aby zorientować się, że nad Białystok nadciąga pierwsza wiosenna burza. Ale to, co się miało stać za kilka godzin przeszło największe obawy i prognozy.
  Około czwartej po południu „ciężkie ołowiane chmury przysłoniły horyzont”. O ósmej całe niebo nad Białymstokiem było czarne. O tej też godzinie „rozpoczęła się regularna kanonada z niebios”. W mieście rozpętało się istne piekło. Wszystko wokół „drżało w posadach, oświetlane fosforycznym blaskiem błyskawic”.
   Kilkanaście minut później nad Antoniukiem pojawiła się łuna pożaru. To od uderzenia pioruna palił się dom przy Szosie Żółtkowskiej, w którym mieszkali pracownicy stacji Białystok. Od jednego z potężnych wyładowań zginął w nim syn nadkonduktora Rudnika, 13-letni Henryk.
  Uważano wówczas, że jedynym sposobem na uratowanie osoby porażonej piorunem jest zakopanie jej w ziemi. Chłopca zamiast ratować też zakopano, co musiało zakończyć się tragicznie. Na poddaszu tegoż domu mieszkał nadkonduktor Władysław Kiśliński. Był on też prezesem białostockiego Związku Zawodowego Kolejarzy. W swym mieszkaniu przechowywał „kosztowny sztandar” organizacji i związkową bibliotekę. Wszystko spłonęło zanim przyjechała straż ogniowa. Nie można było jej wcześniej powiadomić, bo nawałnica uszkodziła linie telefoniczne. Strażaków zawiadamiano więc „przez umyślnego posłańca”.
   Tymczasem burza szalała dalej. Do stojącego na wzniesieniu domu przy Wiatrakowej 12 piorun wleciał przez komin. Zabił mieszkającego na poddaszu młynarza Boneckiego. Siła wyładowania była tak wielka, że w całym domu zostały rozerwane wszystkie piece. Przebywający na parterze domownicy zostali poparzeni. Tuż zaraz obok, niemalże po sąsiedzku przy Wiatrakowej 5 od kolejnego pioruna zaczęły palić się zabudowania gospodarcze. Mieszkańcy nie widząc znikąd pomocy sami ugasili ogień. Pioruny biły jeden za drugim. Szczególnie niebezpiecznie było wokół dworca kolejowego.
 

   Idący wzdłuż toru pracownik stacji, 35 letni Michał Koronkiewicz widząc przerażający spektakl schował się do budki kolejowej stojącej przy posterunku stacyjnym. Ledwo to zrobił to w budkę uderzył piorun zabijając kolejarza. Nawałnica zrywała przewody elektryczne, które sypiąc pióropuszami iskier wiły się jak ogniste węże po mokrych jezdniach.
   Przy ulicy Świętego Rocha, nieopodal posesji nr 7 zerwany przewód elektryczny oplótł przechodzącą Antoninę Dąbrowską. Nieszczęsna kobieta upadła na trotuar. Pospieszył jej na ratunek mąż. „Jednakże siłą prądu został odrzucony”. Nie stracił jednak przytomności. Wyrwał z płotu sztachetę „przy pomocy której zwolnił żonę ze śmiertelnych zwojów przewodnika elektrycznego”. Nieprzytomną kobietę z ciężkimi poparzeniami szyi i rąk natychmiast przewieziono do szpitala Św. Rocha .
  W wielu domach „wysokie napięcie energii elektrycznej podczas burzy” spowodowało krótkie spięcia. W całym mieście wybuchały spowodowane nimi pożary. Szczęśliwie nie dopuszczono do rozprzestrzeniania się ognia. Burzy „zionącej tysiącem piorunów” towarzyszyła potężna ulewa. Ulice zamieniły się w rwące potoki. Grozy dodawały ciemności bowiem uszkodzone zostało miejskie oświetlenie.
   Na wysokości zadania stanęła białostocka policja. W akcję osobiście zaangażował się komendant Bronisław Głuszkiewicz. Dzięki temu, że na miejscu każdego pożaru i wypadku natychmiast pojawiała się policja, a dopiero po pewnym czasie przybywała straż pożarna, w mieście nie wybuchła panika. Burza cały swój impet wyładowała nad Białymstokiem. Z tego doświadczenia próbowano wyciągnąć wnioski. Apelowano, że jedynym zabezpieczeniem w przyszłości mogą być piorunochrony. W następnych dniach postanowiono sprawdzić „ile mamy w mieście piorunochronów”. Nie udało się tego ustalić. Pojawiły się jednak głosy, że to bardzo proste, bo „liczba ich nie sięga 10”.

Andrzej Lechowski