Wigierski Park Narodowy. Tłumy na jeziorach i szlakach.

Wigierski Park Narodowy. Tłumy na jeziorach i szlakach.

125 tys. turystów odwiedziło w tym roku Wigierski Park Narodowy – podaje radio Białystok. Władze parku zaś dysponują wiedzą o ilości sprzedanych biletów. Tych sprzedano 9 tys. Pozostała liczba to wynajmujący noclegi. Przyjezdni zwiedzali ten piękny rejon Suwalszczyzny pieszo, kajakiem, rowerem, statkiem czy kolejką wąskotorową. Mało kto wie, ale do Parku można przyjechać także by łowić ryby. Do dyspozycji jest aż 8 jezior. Oczywiście trzeba wcześniej załatwić wszelkie formalności.

 

Wigry odwiedzane są przez osoby zarówno z Polski jak i zagranicy. Największą popularnością cieszą się spływy kajakowe Czarną Hańczą, przejazdy kolejką wąskotorową oraz rejsy statkiem. W przyszłych latach ma być lepiej z polami namiotowymi na Suwalszczyźnie przy Czarnej Hańczy. Jest ich sporo do wyboru, ale infrastruktura pozostawia wiele do życzenia, dlatego przejdzie modernizację. Zmiany czekają także parkingi i inne miejsca związane z podróżami po szlaku oraz w miejscach odpoczynku.

 

Wigierski Park Narodowy istnieje od 1989 roku. Wcześniej był to tylko park krajobrazowy. Na terenie WPN znajduje się aż 40 jezior. Największe i najbardziej reprezentatywne, to oczywiście Wigry, których wizytówką jest oczywiście klasztor pokamedulski. Cały teren to wspaniałe miejsce, gdzie można spędzić czas zarówno aktywnie jak i na spokojnie. Jeżeli jeszcze nie byliście, to koniecznie się wybierzcie.

Za kratami „szarego domu”

Za kratami „szarego domu”

 

    Jest przy ul.Szosa Baranowicka kompleks budynków zaopatrzonych w grube kraty w oknach, otoczonych wysokim murem, odciętych całkowicie od świata zewnętrznego. To białostocki „szary dom”, gdzie odbywają karę pozbawienia wolności przestępcy.
  Niełatwo uzyskać dostęp poza te mury, poza ciężkie, okute żelazem drzwi, żelazne kraty, aby zapoznać się z życiem więziennem, z życiem tych, którzy z mocy wyroków sądowych wyeliminowani zostali na określony ciąg czasu poza nawias społeczeństwa . Uprzejmy p.prokurator Jan Jaśkiewicz chętnie udzielił nam swego zezwolenia jako przedstawicielom prasy miejscowej i w towarzystwie p.sędziny Kuleszyny członka zarządu miejscowego „Patronatu” udaliśmy się na ul.Szosa Baranowicka.
  Krótka indagnacja przez maleńkie okienko w bramie i po chwili otwiera się furtka. Pada jeszcze pytanie, czy nie posiadamy broni, i wchodzimy na dziedziniec, przyozdobiony trawnikami i klombami kwiatów, pociętemi czysto utrzymanem i wysypanemi żółtym piaskiem alejkami. Stąd, prowadzeni przez naczelnika więzienia, p. Roszkowskiego, udajemy się przez drugą żelazną bramę na teren właściwego więzienia. I odrazu- niespodzianka. Obszerny dziedziniec przed głównym gmachem więzienia — to nie szare, bezduszne, bez jednej trawki podwórze więzienna, z
jakie nprz. spotykamy się w filmach i zagranicą. To zalane słońcem pole zielonej koniczyny, przetykane drzewami morwowemi i klombami kwiatów. Tu właśnie-pod okiem dozorców odbywają swój codzienny spacer więźniowie. Wchodzimy do głównego gmachu. Od razu uderza w nozdrza specyficzna woń więzienia. Wspinamy się na piętro, oglądamy wszystko, co godne jest obejrzenia.       Już na wstępie rzuca się w oczy czystość, której trudno szukać- by w całem mieście, nawet w najlepiej urządzonych gmachach. Podłoga lśni, jak lustro, wszystko wyczyszczone, wypolerowane od rur centralnego ogrzewania do krat i futryn okiennych, które błyszczą od ciągłego wycierania. Więzienie posiada wszystko,co potrzebne, aby więźnia kształcić, rozszerzyć jego widnokrąg myślowy, zainteresować zagadnieniami ogólno społecznemi, zachęcić go do pracy nad sobą, wprowadzić w sferę nowych, wyższych zainteresowań.Celowi temu służy obszerna sala szkolna mogąca pomieścić około 80 osób. Posiada ona ławki szkolne, tablicę, przybory naukowe. Odbywają się w niej lekcje w zakresie szkoły powszechnej pod kierunkiem p. Józefa Bandury, pogadanki, odczyty, koncerty radiowe (na głośnik). Okna przyozdobione firankami. Na ścianach portrety, na podłodze -chodniki.
  Druga, mniejsza sala liczy oko­ło 40 miejsc. Urządzona jest nie mniej schludnie. Posiada również głośnik radiowy. Prześlicznie urządzona jest kaplica więzienna, w której odprawiane są nabożeństwa. Ołtarz ładnie przyozdobiony, barierki dębowe w prezbiterium i ławki posiadają okucia z lśniącego, wypolerowanego mosiądzu. Jest i konfesjonał. Wszystko wykonane ręką więźnia. Na podłodze dywany i chodniki. W oddzielnej celi mieści się biblioteka,licząca 2558 tomów. Książki wydawane są raz na tydzień. Przeważnie są to stare wydania, bo na nowe książki niema pieniędzy. Może w drodze ofiarności publicznej da się ją uzupełnić. Każda przeczytana i przesłana do więzienia książka strawiłaby dużo radości więźniom. Nie można pominąć urządzeń, mających na celu ochronę zdrowia więźnia. Pod tymi względem więzienie jest zaopatrzone pierwszorzędnie. Posiada obszerny szpital dla gruźlików (jeden z dwu w Polsce), doskonale urządzoną salę operacyjną, gdzie chirurg znajdzie wszystko, co mu potrzeba. Dalej aparat rentgenowski ,sala pooperacyjna ,sala dentystyczna  (elektryczna bormaszyna), własna apteka.
  Nudę, owego największego wroga więźnia, rozprasza praca, która trwa 8 godzin na dobę. Więźniowie są zatrudnieni w warsztatach stolarskich oraz ogrodzie warzywnym, a wreszcie przy różnych, pracach gospodarskich. Więźniowie zwracali uwagę swym dobrym wyglądem pracując w ogrodzie. Na czerstwych, opalonych twarzach nie znać było śladów, jakie pozostawia pobyt w więzieniu.

   O gospodarce zarządu więzienia dają pojęcie następujące fakty. Ministerstwo sprawiedliwości zmierza do tego, aby wiezienia były samowystarczalne przede wszystkiem pod względem wyżywienia. To też więzienie prowadzi hodowlę świń, które idą do kotła. Doskonale jest zaprowadzona hodowla królików czystej rasy angorskiej. Jest tego obecnie 134 sztuk, jeden okaz ładniejszy od drugiego. W ub. roku cena jednej sztuki wynosiła 55 zł. Więzienie sprzedaje wysoko cenione wyczeszki wełniane oraz futra. Mięso idzie na spożycie w więzieniu. Dla tych to królików przeznaczona jest koniczyna rosnąca ,na dziedzińcach. Pozatem prowadzi się hodowlę jedwabników. W obecnej chwili więzienie posiada już 1185 drzew morwowych. Ogród warzywny daje na potrzeby kuchni buraki, marchew, kapustę i t. p. Droższe warzywa i owoce sprzedaje się. I tak n.prz. w b. r. sprzedano 600 kg. truskawek.
   Na zakończenie pokazano nam prace więźniów, przeznaczone na loterje fantowa, jaką urządza Patronat nad więźniami w niedzielę dn. 20 b. m.  zwracały zwłaszcza uwagę wyroby z włosia, wymagające niesłychanie mozolnej pracy, a wykonane z prawdziwym artyzmem, zarówno pod względem doboru barw, jak i formy. Pozatem przygotowano wiele przedmiotów z chleba, słomy i drzewa (szkatułki, pudełka, papierośnice i wiele innych).Przedmioty te będą umieszczone na jednej z wystaw sklepowych celem zainteresowania publiczności organizowaną loterią.
  Podczas zwiedzania więzienia p. sędzina Kuleszyna miała możność, korzystając z okazji, pełnić swój obowiązek opiekunki. Wezwano do niej więźnia-kobietę z bobasem, liczącym około roku. P. sędzina Kuleszyna zajęła się lustracją garderoby dziecka, które nie było z tej penetracji zadowolone, krzywiąc przekomicznie swą pucułówatą buźkę. Jak wiadomo, matki mogą zabrać z sobą do więzienia dzieci, liczące do 2 lat. Matki karmiące otrzymują mleko.
  Oto w krótkich słowach obraz życia wewnętrznego w naszym „szarym domu”. Opuszczając ów dom, trudno było powstrzymać się od uwagi, że to, co mają więźniowie, byłoby ideałem dla wielu na wolności. Nie troszczą się o utrzymanie, o dach nad głową, o przyodziewek, o pracę. Tęsknią za wolnością, ale po jej odzyskaniu kto wie, czy nie marzą o tem, co mieli w więzieniu!
   Nie nad przebywającymi za murami przy ul. Szosa Baranowicka roztacza więc Patronat swą opiekę, lecz nad pozostającemi w krańcowej nędzy ich rodzinami, nad tymi, którzy po opuszczeniu więzienia chcą wrócić do życia uczciwego, stać się po­żytecznemi członkami społeczeństwa. Dla tych ludzi zaczyna się tragedia dopiero wówczas, gdy zatrzasną się drzwi, przez które wyszli na wolność. Pomóc im w ich pierwszych poczynaniach, ułatwić uzyskanie pracy -oto zadanie Patronatu, który notorycznymi przestępcami, nie okazującymi chęci powrotu do uczciwego życia,nie zajmuje się wcale. Po raz pierwszy zwraca się Patronat tutejszy do społeczeństwa o poparcie jego pożytecznej działalności. Oczekiwać można, że do apelu tego nie ustosunkuje się w dni. 20 b. m. nikt obojętnie.

Set.
14 Sierpnia 1933 roku
Dziennik Białostocki

Za kilka lat będziemy wdychać to samo co mieszkańcy Krakowa?

Za kilka lat będziemy wdychać to samo co mieszkańcy Krakowa?

Wraz z pierwszym śniegiem zakończył się sezon na BiKeR-y. Nie należy zapominać, że są ludzie, którzy zimą także poruszają się rowerami. Jednak w Białymstoku, gdy tylko spadnie śnieg to nikt nie odśnieża nawet ścieżek rowerowych. Nie należy tego traktować jako zarzut, bo rzecz jasna chodzi o oszczędności. Tak samo nie opłaca się odśnieżać ścieżek dla garstki, jak i utrzymywać systemu BiKeR zimą. Należy jednak pamiętać, że decydując się na pewne rozwiązania równocześnie promujemy pewne postawy. Każdy czyn wywołuje określone konsekwencje.

 

Tak jak pisaliśmy ostatnio – w Białymstoku nie ma Szybkiej Kolei Miejskiej. Chociaż uruchomienie jej nie byłoby trudne, to jest to tylko i wyłącznie decyzja polityczna. Czyli mamy do czynienia z tym samym czynnikiem co przy odśnieżaniu ścieżek i zwijaniu BiKeRów na zimę. Zarówno jedną i drugą decyzją świadomie rezygnujemy z przekonywania ludzi do ekologicznego stylu życia. Oczywiście od odśnieżania ścieżek rowerowych i utrzymania BiKeRów zimą chętnych może nie być zbyt wiele, ale ludzie podpatrują ludzi i biorą z nich przykład. Jeżeli ludzie widzieliby, że można jeździć rowerami bo ścieżki także są odśnieżane, to zaczęłaby robić to garstka. Później inni poszliby w ich ślady. Teraz za to mamy antyprzykład od władz miasta. 

 

Według nich nie warto jeździć rowerem zimą. Tak samo lepiej jest jeździć autobusem spalinowym (dobudowanie kolejnego buspasa na Legionowej tylko to potwierdza) niż koleją elektryczną. Kolejne takie przykłady też by się znalazły. W Białymstoku są pierwsze oznaki problemów ze smogiem. Stacje badawcze powietrza na ul. Waszyngtona, czy też ul. 42 Pułku Piechoty regularnie odnotowują przekraczane normy. Wiadomo że lepiej przeciwdziałać niż leczyć. Lepiej edukować niż karać. Jeszcze kilka lat bierności i będziemy wdychać to samo co mieszkańcy Krakowa.

 

Czy Białymstok ma szanse na bycie ekologicznym prymusem? Tak, ale tylko wtedy, gdy przykład pójdzie z góry.

Białystok i Suwałki odpuściły. Najlepszy Sylwester miejski będzie w tym roku w Łomży.

Białystok i Suwałki odpuściły. Najlepszy Sylwester miejski będzie w tym roku w Łomży.

W tym roku na Sylwestra najlepiej będzie z Podlaskiego wyjechać. Tutaj bowiem propozycji spędzenia czasu pod chmurką za bardzo nie ma. Jedyne miejsce, gdzie będzie można się wybawić to Łomża. Trzeba przyznać, że władze tego miasta najniższym nakładem sił zrobiły więcej niż władze Białegostoku czy Suwałk. A przepis jest prosty – koncert, DJ i fajerwerki.

 

W Łomży na Sylwestra miejskiego wystąpi CLEO. Artystka być może nie najwyższych lotów, ale z pewnością mieszkańców przyciągnie po to by wspólnie odliczać do nowego roku, złożyć sobie życzenia i obejrzeć przepiękne fajerwerki na niebie. Później resztę dopełni DJ z muzyką do zabawy, a ludzie powoli rozejdą się po domach. Najważniejszy jest jednak fakt, że wszyscy się spotkają w jednym miejscu i będą mogli wspólnie przywitać nowy rok.

 

 

Tymczasem w Białymstoku na koncercie wystąpią osoby znane z programu The Voice of Poland. Najbardziej znana z nich to Lanberry, która poziomem artystycznym jest porównywalna lub nawet nieco lepsza od Cleo, zatem może przyciągnąć mieszkańców. Ale… ktoś z magistratu wpadł na „genialny” pomysł”, by zamiast fajerwerków o północy były… lasery. Mieszkańcy bierzcie ze sobą gwizdki i białe rękawiczki. Tylko zamiast techno do tych laserów – zagra live orkiestra.

 

 

W Suwałkach żadnej otwartej imprezy nie będzie. Suwalski Ośrodek Kultury organizuje zamknięty koncert Sylwester 2017 symfonicznie. Bilety po 115 zł, a tydzień przed imprezą 125 zł. Zagra orkiestra BREVIS, która wykona wiele znanych światowych przebojów. 

 

A teraz dla przykładu pokażemy jak się będą bawić ludzie w stolicy:

 

Warszawa:

 

LemON, Lady Pank, Agnieszka Chylińska, Anna Wyszkoni, Sound’N’Grace, Kombii, Varius Manx i Kasia Stankiewicz, Natalia Nykiel, Cleo, Andrzej Piaseczny, Julia, Rafał Brzozowski oraz Daria Zawiałow. Całą imprezę poprowadzi Magda Mołek, Filip Chajzer, Marcin Prokop, Gabi Drzewiecka, Patrycja Kazadi, Olivier Janiak i znany prezenter radiowy Jankes.

 

Można? Można. Tylko problem polega na tym, że wydajemy masę pieniędzy na wiele podrzędnych imprez w ciągu roku, zamiast zorganizować ze dwie porządne – jedną latem, jedną zimą. Gdzie te czasy, gdy TVN na żywo robił w Białymstoku gigantyczne imprezy? Dlaczego nie przyjeżdża do nas już ESKA ze swoimi koncertami? Odpowiedź jest prosta, bo władze nie mają nic do zaoferowania. Cytując Siarę z Kilerów dwóch – No to co ty, Wąski…! Myślisz, że taki Szakal to nie ma co robić?! On ma zamówień do 2008 roku, jak Penderecki, jego trzeba nadpłacić, przepłacić, przebić…

Przyszedł z wilkiem na smyczy do urzędu. Jak to się stało?

Przyszedł z wilkiem na smyczy do urzędu. Jak to się stało?

Historia brzmi niewiarygodnie i można mieć podejrzenia, że trochę taka jest. Pewien mieszkaniec Białegostoku przyszedł z wilkiem na smyczy do siedziby Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska. Twierdził, że zwierzę przypałętało się do niego w mieście, gdy ten spacerował z psem. Następnie mężczyzna założył smycz wilkowi i postanowił oddać „zgubę”? Brzmi trochę jak żart, jeżeli jednak przyjrzymy się tej historii, to zauważymy, że nie jest ona śmieszna lecz bardzo smutna.

 

Wilki żyją zdala od ludzi. Czują do nich bowiem „szacunek”, wiedzą że to nie są przyjaciele – tak jak w relacji z psem. Wilk od lat był demonizowany w masowej kulturze jako ten, który zjada ludzi, choć jest to wierutna bzdura, bowiem zwierzętom tym ludzkie mięso zwyczajnie śmierdzi i nie tknęły by go. Dodatkowo w czasach PRL bardzo tępiono wilka, niemal doprowadzając ten gatunek do zagłady. 

 

Znaleziony zwierz najprawdopodobniej został skradziony matce, gdy był szczeniakiem, a następnie ktoś próbował go udomowić. Podejrzenie pada również na mężczyznę, który wilka przyprowadził. Być może zwierzę wcale nie przypałętało się. Niestety nie dowiemy się jaka była prawda, wiemy za to, że wilkowi wyrządzono ogromną krzywdę. Oderwany od watahy prawdopodobnie nigdy już nie będzie mógł żyć jak inne osobniki. Z jednej strony nie boi się ludzi, z drugiej gdyby odnalazłyby go inne wilki, to jego los mógłby być marny. 

 

Dlatego też wilk trafi do Olsztynka na Mazurach. Tam w Ośrodku Rehabilitacji Zwierząt przy nadleśnictwie zostanie przebadany, a następnie podjęta zostanie próba wcielenia go do środowiska naturalnego. Odchowany wilk dostanie nadajnik i będzie śledzony. Nie wiadomo jednak czy zwierzę potrafi polować. Ma obecnie około 8 miesięcy i właśnie powinien tego uczyć się ze swoim stadem. Jeżeli nie usamodzielni się, to czeka go śmierć. 

 

To smutna historia, gdy człowiek wyrządził niebywałą krzywdę naturze, zabierając jej bardzo pożyteczny element. Wilki żywią się najczęściej padliną, a także upolowanymi starymi bądź chorymi osobnikami innych gatunków wyręczając przy tym myśliwych. Prawdopodobnie nigdy się nie dowiemy skąd zwierzę znalazło się w Białymstoku, miejmy nadzieję, że człowieka odpowiedzialnego za to kiedyś spotka surowa kara pod jakąkolwiek postacią.

 

Alfonsi na ulicach miasta

Alfonsi na ulicach miasta

 

 
  W okresie międzywojennym ta plaga była bardzo widoczna. Mężczyźni, wykorzystując swą dominację i siłę, zmuszali kobiety do nierządu. Ówczesny Białystok także nie był wolny od tych praktyk.
  Oczywiście sutenerstwo było zabronione i karalne. Wystarczyło jednak zajrzeć do żydowskich Chanajek, żeby odkryć tam kilkanaście domów publicznych, prowadzonych potajemnie. Działały one zwłaszcza przy ulicach: Krakowska, Orlańska, Marmurowa, Brukowa czy Piesza. Dorabiali się na nich tacy potentaci podziemnego, białostockiego światka jak: Jankiel Rozengarten, Szmul Gorfinkiel czy Sztokfic.
  Innym sposobem wykorzystywania upadłych kobiet było ich napastowanie na ulicach miasta. Krążące tam prostytutki musiały opłacać się takim bezwzględnym sutenerom, jak Jojne Winograd, Szmul Torbiel czy Hersz Juchnicki.
  Jednak najgorszą kategorią opryszków wymuszających od zabiedzonych dziewczyn ich skromne, uliczne zarobki stanowili alfonsiaki. Utrzymywała ich zwykle tylko jedna prostytutka. Stręczyciele ci poniżali, bili i zastraszali swoje ofiary. Ich szczególna aktywność przypadała na kryzysowe lata 30.
  Zacznijmy od dwóch sióstr, Luby i Marii Nesterowian z ulicy Brukowej. Każda z nich miała swojego „opiekuna”. Lubą zajmował się niejaki Alfons (nomen omen) Niewodziński. Podawał się za jej narzeczonego. Zmuszał do chodzenia na uliczny zarobek, zabierał wszystkie pieniądze, bił. W styczniu 1935 roku Są Okręgowy skazał go za trzy lata pozbawienia wolności i pięć lat pozbawienia praw obywatelskich. Wyrok był tak wysoki, ponieważ Luba Nester miała niewielkie upośledzenie.
  Z kolei Marią Nesterówną zajmował się Wiktor Morawski. Też nie krępował się korzystać z jej złotówek. Zastraszona i posiniaczona prostytutka złożyła w końcu skargę na policji, za co została mocno poturbowana. Wyrok dla alfonsiaka – osiem miesięcy więzienia.
  Swoje przyjaciółki bili i poniewierali też m. in. takie wredne typy jak Lejzer Markus, Mendel Gelber czy Abram Azja z ulicy Krakowskiej. Ten ostatni nie tylko korzystał z pieniędzy swojej kuchenki, uzyskanych z nierządu, ale również zmuszał ją do kradzieży w białostockich lokalach rozrywkowych, w których dorabiała sobie jako fordanserka.
 

 
   Jednak szczególnie wstrętnie wyglądała sprawa 22-letnie Sary Robotnik. Trafiła ona w 1938 roku do prokuratora białostockiego. Młoda mężatka prowadziła przy ulicy Brukowej zakamuflowany lokalik (takich było wiele w Chanajkach), gdzie chętnie dostawali mocniejsze trunki wraz z zakąską, plus towarzystwo wesołych panienek. W prowadzeniu tego interesiku brał także udział mąż Sary, Bera Robotnik i teściowa Ruchla. Wszystko byłoby git, gdyby nie jeden pijany kolejarz, który zapragnął poznać dokładniej wdzięki miłej gospodyni. Sara odmówiła. Teściowa, widząc w tym dodatkowy zysk, poskarżyła się synowi. Ten polecił żonie spełnić zachciankę klienta. Po zdecydowanej odmowie mocno j pobił. później były kolejne, podobne sytuacje i dalsze rękoczyny. Nic dziwnego, że zrozpaczona Sara uciekła do rodziców i za ich namową złożyła skargę do władz sądowych.
  Nie tylko alfonsiaków, lecz i rajfurek podobnych do Ruchli Robotnik było w Chanajkach co niemiara. Oto, na przykład w 1927 roku Szaja Postrzygacz z ulicy Marmurowej zmuszała do nierządu Wiktorię Krupińską, którą ponoć z litości przyjęła na mieszkanie. Z kolei dziesięć lat później w kronice kryminalnej „Dziennika Białostockiego” można było znaleźć notatkę o „ciotce” (tak zwykle określano wówczas rajfurki) Łuszczykowskiej, dla której, „dziewczynka” z Marmurowej, Julia Stankiewicz, musiała oddawać swoje pieniądze, zarobione dla ulicznej miłości.
  Nic zatem dziwnego, że zastraszane i bite przez alfonsiaków dziewczyny sięgały w chwili rozpaczy po czyn ostateczny – samobójstwo. Piły w dużych ilościach jodynę, esencję octową i inne sublimenty. Mimo wysiłków lekarzy ze szpitala żydowskiego, nie wszystkie udało się uratować.

Włodzimierz Jarmolik

Pustelnia w Poletyłach Zwiastowania Pańskiego. Podlaski azyl

Pustelnia w Poletyłach Zwiastowania Pańskiego. Podlaski azyl

Pustelnia w Poletyłach to jedno z pięknych i niepowtarzalnych miejsc. Na Podlasiu jest wiele znanych, odwiedzanych przez miejscowych oraz turystów. Istnieją też takie, które nie są popularne, a tym bardziej turystyczne. Jednym z takich zakątków jest właśnie wieś Poletyły koło Brańska.

Poletyły – małe, wiejskie miasteczko, które kryje sekretne sanktuarium

Nieopodal zabudowań, liczącej nieco ponad stu mieszkańców wsi, znajduje się ustanowiona 25 marca 2017 roku Pustelnia Zwiastowania. Mieści się ona na polanie otoczona lasem. Pomysłodawcą jest ks. Robert Grzybowski. Chciał on stworzyć miejsce wyciszenia, gdzie ludzie przybliżą się do siebie i do Boga. Pustelnia to dom z kaplicą, kuchnią, czytelnią oraz czterema celami przeznaczonymi dla osób duchownych i świeckich szukających rozwiązania swoich problemów. Drewniane obiekty są doskonale wkomponowane w leśny krajobraz, natura, a także spokój tworzą odpowiednią atmosferę do kontemplacji. Jest to miejsce otwarte dla każdego, kto pragnie się oczyścić ze wszystkiego, co nieistotne i tylko zajmuje czas, który można byłoby zagospodarować na coś ważniejszego.

Pustelnia Zwiastowania Pańskiego w Poletyłach

Pustelnia jest miejscem modlitwy, medytacji i refleksji. Ośrodek ten cieszy się popularnością zarówno wśród mnichów i zakonników, jak i osób świeckich pragnących odpoczynku w ciszy i spokoju natury. Pustelnia Zwiastowania Pańskiego w Poletyłach to idealne miejsce dla wszystkich szukających wytchnienia i pogłębienia swojej wiary.

Pustelnia-w-Poletyłach

Zanim powstał azyl w Poletyłach

Ale zanim powstała pustelnia, najpierw trzeba było znaleźć odpowiednią lokalizację. Po trzech latach rozmyślania nad nią i sposobem funkcjonowania takiego przedsięwzięcia, pomysłodawca, wspólnie ze swoim bratem, wybrał obrzeża niewielkiej miejscowości w sąsiedztwie siedliska dotychczas swoich dziadków. Jesienią 2011 r., za zgodą ówczesnego biskupa drohiczyńskiego, ks. Grzybowski został właścicielem 6,5-hektarowego terenu z lasem. I tak rozpoczął się kilkuletni proces budowy. Jednak rzeczywistość nie wyglądała tak pozytywnie, jak sama idea. Inicjator posiadał tylko 15 tysięcy złotych. Ale, co było pocieszające, swoją pomoc ofiarowali zwykli ludzie. Na przykład, wspominał duchowny, jedna kobieta przyniosła 5 tys. zł, a druga tysiąc. Później wsparcie przyszło od członków Monastycznych Wspólnot Jerozolimskich z Warszawy, którzy obecnie są współgospodarzami. W ten sposób powstało wspólne dzieło mające posłużyć wielu osobom.

Rafał Górski

Chłopaki z Wygody

Chłopaki z Wygody

 

   Tak jak Chanajki kładły zły cień na centrum przedwojennego Białegostoku, tak na innym z krańców panoszyła się Wygoda. Dzielnica ta leżała w północno-wschodniej części miasta. Przez nią wiódł uczęszczany szlak z Białegostoku do Grodna. Kluczową była tutaj ulica Wasilkowska, od wiaduktu kolejowego po cmentarz prawosławny. Teren ów stanowił miejsce rozmaitych złodziejskich trików oprychów z Sadowej, Sandomierskiej, Odległej czy Krańcowej.
  Tym traktem na Wasilków, Czarną Białostocką, Sokółkę i dalej jechały, zwykle wieczorem, żydowskie furki, białoruskie telegi oraz wozy polskich gospodarzy.
  Ruch był duży. Wiele spraw handlowych, urzędowych, a i prywatnych trzeba było załatwiać w Białymstoku. W powrocie do domu wskazany był pośpiech. Aż tu nagle, najczęściej na wysokości cmentarza prawosławnego – nieszczęście. Bandycka zasadzka. Poniższa historia wydarzyła się naprawdę. Dowodzi tego jej obszerny zapis w Dzienniku Białostockim.
  Grudniowy wieczór 1934 r. Około godz. 22.30 na posterunek w Wasilkowie zgłosił się niejaki Hersz Płucienko. Przedstawił się jako sklepikarz z Sokółki, mający swój niewielki interes przy ulicy Grodzieńskiej pod 150. Łamiącym się jeszcze głosem złożył zażalenie. Oto dosłownie przed kwadransem , przy wyjeździe z Białegostoku, w pobliżu cmentarza, jego pojazd zatrzymało 4 osobników w paltach z odstawionymi kołnierzami i w kosmatych czapkach na głowach. Przeprowadzili dokładną rewizję fury i zabrali pakę z 16 kg mydła. Kiedy zaprotestował, otrzymał kilka tęgich ciosów w twarz i zwalił się z fury na dół. Teraz szuka ratunku u władzy.
  Dyżurny policjant nie zdążył jeszcze zakończyć protokołu ze zgłaszanego napadu, kiedy na posterunek wpadł 19-letni Aron Brodach, również z Sokółki. Jego też około godz. 22.30 zatrzymało w tym samym miejscu 3 podejrzanych typów (czwarty zapewne potargał zrabowane wcześniej mydło do kryjówki). Ponieważ nie znaleźli na furze nic wartościowego, to dla porządku, zdzielili słabo oponującego woźnicę przez łeb i zniknęli. Pokrzywdzony Aron nie dokończył jeszcze swojej opowieści, kiedy przed obliczem posterunkowego stanął 21-letni lejba Epsztejn z Krynek. Jego także zatrzymali koło cmentarza jacyś ludzie. Młodzieniec wiózł akurat worek z towarem obstalowanym w Białymstoku przez kupca Straszkowskiego z Krynek. Rabusie przecięli nożem worek, wyjęli z niego dużą paczkę. A kiedy Lejba zaczął bronić, nie swojej zresztą własności, znalazł się na ziemi i został silnie pobity i skopany.
  Zdawało się, że to już koniec nocnych wizyt na wasilkowskim posterunku policji. Ależ skąd! Tuż przed godziną 23 w drzwiach stanął 36-letni Władysław Barcewicz, gospodarz ze wsi Lipiny w gm. sokólskiej. Jego spotkał ten sam los co poprzedników. Zatrzymany w tym samym miejscu przez tych samych, jak należy domniemywać, osobników, stracił z wozu worek z mąką. Na odjezdnym został jeszcze potraktowany siarczystym policzkiem.
  W ciągu godziny, w tym samym miejscu, jedna szajka zdołała dokonać czterech identycznych napadów. Czy to był rekord? Trudno wyrokować. Opryszki z Wygody, mając do dyspozycji tak świetne schronienie, jak pobliski cmentarz, niemal co noc wyprawiali się na złodziejski połów i nigdy nie wracali do meliny z pustymi rękami.
  Zresztą na wozy i furmanki wygodzkie cwaniaki polowali i za dnia. Ten proceder miał nawet swoją nazwę – potokarstwo (potok – wóz). Dzienni potokarze „robiący” na rogatce wasilkowskiej rekrutowali się głównie z chłopaków z ul. Sandomierskiej, zwinnych i szybkich w nogach. Na swoim terenie królowali oni niepodzielnie i przepędzali innych chętnych do podobnych kradzieży, zwłaszcza tych z miasta.
  Bandy potokarzy oblegały jadące z dużą prędkością fury i ściągały z nich co popadnie. Ręce złodziejaszków mogły przylepić się do leżącego koło woźnicy kożucha, wystającego roweru czy zawieszonych nieopatrznie na boku wozu, butów. Byli jednak i tacy ryzykanci, którzy nie zważając na uderzenia batem, wyrywali z pojazdów paczki gwoździ, worki ze skórami, a nawet skrzynki z wódką.

Włodzimierz Jarmolik

Tu nie będzie już archiwum. Co dalej z budynkiem w centrum Białegostoku?

Tu nie będzie już archiwum. Co dalej z budynkiem w centrum Białegostoku?

Przy ul. Mickiewicza tuż obok gmachu sądu powstała właśnie nowa siedziba Archiwum Państwowego w Białymstoku. Placówka po prawie 60 latach przeprowadza się z ciasnoty do wielkiego budynku, który zapewni normalne funkcjonowanie placówce na długie lata. Obecnie akta mają 4 kilometry długości i są poupychane po różnych wynajętych magazynach. Nowy budynek pomieści 11 km i będzie można go rozbudować.

 

Powstaje od razu pytanie co dalej z budynkiem na zdjęciu. Stoi w samym centrum miasta, tuż obok katedry. Budynek należy do miasta, więc powstaje pytanie czy magistrat wynajmie go czy będzie chciał zagospodarować samodzielnie. Sprzedaż raczej nie wchodzi w grę. Zastanówmy się co mogłoby tam powstać.

 

Najgorsze co można zrobić, to utworzyć tam kolejne muzeum, galerię sztuki czy centrum kultury. Wydaje się, że wszystkich tego typu placówek mamy w mieście przesyt. Ponadto nie oszukujmy się, urzędnicy którzy fantazjują o koncepcjach zagospodarowania różnych miejsc zwykle sami wpadają na „genialne” pomysły, a o potwierdzenie ich „wyjątkowości” proszą swoich pracowników, którzy nierzadko są jak pracownicy klubu Tęcza w „Misiu”. W odpowiedzi na pomysły szefa odpowiadają – łubu dubu…

 

Przede wszystkim budynek powinien zostać wynajęty osobie prywatnej. Zwykle przedsiębiorcy mają więcej pomysłów od urzędników. Po drugie, o tym jaki charakter ma przybrać budynek po wyprowadzce Archiwum Państwowego powinni zadecydować mieszkańcy. Czy ma się tam znajdować pub, restauracja, Biedronka, dyskoteka, bank, sklep monopolowy, fryzjer czy jeszcze wiele wiele innych. Wszystko byle nie kolejna miejska instytucja do spędzania czasu przez towarzystwo wzajemnej adoracji, na którą będziemy łożyć pieniądze wszyscy.

 

Pierwotny budynek powstał w 1807 roku, obecny to replika odbudowana po wojnie. Początkowo służył jako magazyn sprzętu strażackiego. W międzywojniu był tam sklep oraz kawiarnia. W 1941  niemieccy okupanci otworzyli w budynku „Deutsches Hauskaffe” czyli kawiarnię. W 1944 budynek został zniszczony, a odbudowany w 1956 roku. 4 lata później wprowadziło się tam Archiwum Państwowe. 

 

A jakie są Wasze pomysły na zagospodarowanie tego budynku?

 

fot.  Sunridin / Wikipedia

Autorytety chanajkowskiej ferajny

Autorytety chanajkowskiej ferajny

„Mnie nazywają Złoty Kaziuk, mam talent pewny, po fachu Złotej Rączki wnuk, po szansach dalszy krewny.” Tak śpiewał niegdyś o środowisku warszawskich doliniarzy piosenkarz Jarema Stępowski. Białystok miał także swoją Złotą Rączkę.

Miano wszechstronnego kieszonkowca w międzywojennym Białymstoku zyskał niejaki Szmul Zawiński, mieszkaniec Chanajek. Zawiński rozpoczął złodziejską karierę jeszcze przed I wojną światową, jako 16-letni chłopak. W czasie wojny stracił w niewyjaśnionych okolicznościach lewą rękę. Pozostała mu prawa, ale za to jakże sprawna. Miał swoją wspomagającą ekipę i kradł z powodzeniem przez cały okres międzywojenny. Od czasu do czasu szedł za kratki, jednak to jeszcze bardziej gruntowało jego autorytet wśród chanajkowskiej ferajny.

Byli też i inni wyróżniający się specjaliści od cudzych kieszeni, ot choćby Abram Duczyński, niezrównany w robotach autobusowych. Wspomagała go w tym żona Rachela. Był elegancki przybysz z Petersburga, Szmul Chajtowicz, którego interesowali zwłaszcza klienci poczt i banków. No i jeszcze warto wymienić Mońka Złoto, pochodzącego z Białegostoku absolwenta paryskiej szkoły doliniarzy, który działał zwłaszcza w Warszawie i był sprawcą dziesiątek, jeśli nie setek kradzieży portfeli, zegarków czy papierośnic z kieszeni gości wszystkich, luksusowych hoteli stołecznych. To arystokracja fachu doliniarskiego.

Jednak jeśli przyjrzeć się bardzo licznym wzmiankom zamieszczonym w kronikach kryminalnych białostockich gazet między rokiem 1919 a 1939, okazuje się, że większość doliniarskich występów była po stronie najczęściej bezimiennego, złodziejskiego proletariatu. Ta wielka grupa osobników z lepkimi palcami działała niemal wszędzie. Pracowali w pojedynkę i w zespołach. W mieście i na prowincji. Wobec pojedynczej ofiary, jak i w tłoku. Oczywiście nie były to banki, hotele czy eleganckie restauracje. Na ich obecność tam zwrócono by zaraz uwagę. No, ale były też inne, interesujące miejsca, gdzie czuli się jak w domu.

Głównym miejscem urzędowania tych złodziejaszków były głównie ul. Lipowa, Rynek Kościuszki i Kilińskiego. Tutaj potrafili dokonywać bardzo sprytnych kradzieży, snuli się w pobliżu sklepów, pod oknami, obok ratusza i obserwowali. Ich ofiarami padali najczęściej gapowaci przyjezdni z prowincji, rozkojarzeni atrakcjami dużego miasta. Oto kilka przykładów kieszonkowych historii w powyższym stylu.

W lutym 1922 roku pewna wieśniaczka spod Białegostoku z ogromnym zaciekawieniem oglądała fotosy pod kinem Modern, w kieszeni palta miała w chusteczce kilkaset marek, została popchnięta przez jakiegoś młodzieniaszka i pieniądze zniknęły. Z kolei włościanin Górasinowicz z okolic Zabłudowa stracił w 1923 roku na Rynku Kościuszki portfel z 15 mln marek. Nie zapiął kurtki i to wystarczyło dla sprytnego doliniarza. W maju 1925 roku tuż po południu, również Rynkiem Kościuszki promenował Józef Jędrych przybyły z majątku Garbowo. Nie upilnował kieszeni marynarki, stracił więc portfel z dokumentami i 43 zł gotówki.

W 1931 roku Konstanty Perkowski, gość z Gdańska, postanowił zrelaksować się na wieczornym seansie w kinie „Apollo”. Przed wejściem do przybytku X muzy, w sztucznym tłoku, postradał portmonetkę z blisko 40 złotymi. Najlepszym pomocnikiem kieszonkowców był tłum i ścisk ludzi. Wtedy działali niemal na pewniaka.

Podczas pogrzebów na białostockich cmentarzach, na meczach piłkarskich klubów Jagiellonii czy Makabi, w tłumie ludzi na jarmarku św. Jana kieszonkowcy operowali bardzo gorliwie i plon był zawsze obfity. Potrafili wykorzystać np. tłumy zgromadzone w sierpniu 1921 roku witające w Białymstoku marszałka Józefa Piłsudskiego, defiladę odbywającą się rok rocznie dla uczczenia święta 3 Maja, czy nawet, jak to było w 1928 roku, nabożeństwo w synagodze przy ul. Szkolnej z udziałem słynnego kantora Nowego Jorku Rozenblatta. W tym ostatnim tłumie swój portfel utracił bezpowrotnie Abram Bereziński z ul. Rabińskiej. Było w nim 8 dolarów i 120 złotych.

Włodzimierz Jarmolik

Szybka Kolej Miejska w Białymstoku? To możliwe. Tylko władza nie chce.

Szybka Kolej Miejska w Białymstoku? To możliwe. Tylko władza nie chce.

Udało się z lotniskiem, dlaczego ma się nie udać z Białostocką Koleją Miejską? Ostatnia decyzja prezydenta, by lotnisko na Krywlanach budować na raty (najpierw pas, potem w razie potrzeby terminal i wydłużenie pasa). Tak samo można przeprowadzić inwestycję związaną z budową Białostockiej Kolei Miejskiej. Przede wszystkim nie wiadomo skąd upór urzędników, przez który jeszcze jej nie ma.

 

Godziny poranne i popołudniowe to na białostockich ulicach wielki koszmar. Korki na Piastowskiej, Popiełuszki czy Składowej nie są duże, są gigantyczne! Aleja Piłsudskiego czy Lipowa śmierdzą spalinami tak, że nie da się oddychać. Polacy w ciągu ostatnich 25 lat się wzbogacili, a ilość samochodów na ulicach wzrosła 3-krotnie. Obecnie w Polsce jest prawie 30 mln aut. Oznacza to, że zdecydowanie większość Polaków ma samochód. Miasto nie może poszerzać ulic w nieskończoność. Jednak problem można rozwiązać tworząc szybkie połączenia Białostockiej Kolei Miejskiej.

 

 

Obecnie komunikacja miejska w Białymstoku to rak. Mamy nowe autobusy, ale zarządzane jest wszystko z mentalnością poprzedniej epoki. Pasażer ma być wdzięczny, że autobus przyjeżdża i że w ogóle można gdziekolwiek dojechać. Nie liczy się czas, nie liczy się cena biletu, nie liczą się przepełnione autobusy. Ważne że są.

 

Nowoczesny transport wygląda diametralnie inaczej. Daleko nie patrząc – w Warszawie – na 1000 mieszkańców aż 900 ma samochód. Czy to znaczy, że wszyscy codziennie nimi jeżdżą? Nie! Oprócz autobusów normalnych, mają autobusy pośpieszne, mają tramwaje, kolej miejską oraz 2 siatki metra. Na wszystko obowiązuje jeden bilet z dowolną ilością przesiadek. U nas takie rzeczy tylko z biletami abonamentowymi. Na jednorazówkach nie ma mowy (nawet czasowych)

 

W Białymstoku nigdy nie będzie dobrze jeżeli cały czas będziemy konkurować z Suwałkami czy Łomżą, a nie Warszawą, Poznaniem czy Trójmiastem. Z tymi pierwszymi powinniśmy mocno współpracować, z tymi drugimi konkurować w każdej dziedzinie. Zaraz ktoś podniesie argument fundamentalny – pieniądze. Czy stać nas na Białostocką Kolej Miejską? 

 

Mamy infrastrukturę, gotowe stacje: Starosielce, Centrum, Fabryczny, Stadion, Wiadukt, Bacieczki. Wystarczy zrobić rozkład jazdy, wydzierżawić szynobusy, wstawić kasowniki i wozić ludzi. Z biegiem czasu zaś remontować, poprawiać, ulepszać, tworzyć nowe stacje. Czytając dyskusje urzędników nad pomysłem (a nie jest to pomysł nowy) widać, że od razu by chcieli wszystko na raz. Zacznijmy od podstaw.

 

Na czerwono zaznaczyliśmy obszar, który jest peronem. Tak wygląda jedna z podrzędnych stacji kolejowych w Czechach. Jak widać nie trzeba inwestować, by stworzyć prosty przystanek

 

W 2014 roku uruchomiono na 1 dzień testowo Białostocką Kolej Miejską. Efekt zaskakująco dobry – 1500 podróżnych. Do pomysłu warto wrócić. Białystok musi się rozwijać, bo stojąc w miejscu się zwijamy. Wyremontowane drogi to nie wszystko, bowiem mamy kiepskie uczelnie (z roku na rok ubywa studentów), niskie zarobki, zakorkowane ulice i wiele wiele innych. Żeby zacząć naprawiać, potrzeba jednak zmiany mentalności. Urzędnicy muszą przestać myśleć o Białymstoku jak o prowincji, a zacząć jak o dużym, europejskim mieście.

Nie uwierzycie o czym będą decydować mieszkańcy Łomży [FELIETON]

Nie uwierzycie o czym będą decydować mieszkańcy Łomży [FELIETON]

XXI wiek. Kończy się powoli rok 2017. Amerykanie planują załogową misję na Marsa, Rosja szykuje się do wojny, Polska debatuje o wprowadzeniu zakazu handlu w niedzielę. Tymczasem w Łomży…

 

Mieszkańcy zrzeszeni w Łomżyńskiej Spółdzielni Mieszkaniowej mogą wypowiedzieć się w ankiecie czy chcą mieć ciepła wodę całą dobę, czy tylko w dzień (sic!). Coś, co wydawałoby się standardem w każdym mieście, jest w Łomży rozpatrywane. Jak słusznie władze spółdzielni doszły do wniosku – ludzie nie żyją tylko w dzień, bo czasem chodzą do pracy na różne zmiany. Na wszelki wypadek jednak zapytają mieszkańców czy w godzinach 0.00 – 4.00 ma być także ciepła woda w kranach.

 

Jako ciekawostkę powiemy o jak wielkie oszczędności tu chodzi. W standardowym 4-klatkowym bloku to… 50 zł miesięcznie. Zaś w dziewięcio-klatkowym zawrotna suma 120 zł miesięcznie. Podobno za tyle można już mieć własną kamienicę w Warszawie, więc nie o groszach tu mówimy, szczególnie, że na pierwszą sumę zrzuca się 45 osób, zaś na drugą 100 osób.

 

Warto zaznaczyć, że wielkimi krokami zbliża się zima. Jeżeli będzie sroga, to może z powodu strat w ciepłownictwie ŁSM odłączy całe osiedle od ogrzewania? Mieszkańcy powinni mieć plan awaryjny. Wspólnym wysiłkiem lokatorzy powinni zorganizować lokomotywę parową i węgiel. Wtedy wystarczy podłączyć się do węzła ciepłowniczego i będzie przyjemnie ciepło.

 

Jest tylko mały problem. Do Łomży nie dojeżdżają pociągi.

Planty w Białymstoku. Idealne miejsce na spacer

Planty w Białymstoku. Idealne miejsce na spacer

Planty w Białymstoku to idealne miejsce na rodzinny spacer. Przechadzając się po Białymstoku na pewno zechcemy odwiedzić Pałac Branickich. Jest on najbardziej rozpoznawalnym symbolem miasta. Można znaleźć z nim pocztówki, magnesy, informacje we wszystkich przewodnikach turystycznych i zapewne wiele wiele innych. Obok przypałacowego ogrodu znajduje się jednak jeszcze jedno ciekawe miejsce, będące niejako w cieniu Wersalu, a jednak równie popularne przez odwiedzających. Szczególnie latem nie można tam wcisnąć nogi.

Planty, czyli park miejski w Białymstoku

Mowa tu oczywiście o Plantach – czyli największym parku miejskim w Białymstoku. Liczy on sobie bowiem 15 hektarów. Powstał w latach trzydziestych ubiegłego wieku z inicjatywy ówczesnego Wojewody Mariana Zyndrama Kościałkowskiego. To bardzo zasłużona postać dla Białegostoku. Przypomnijmy, że Białystok został ponownie wcielony do Polski w 1919 roku. Wtedy wycofali się stąd żołnierze niemieccy (pruscy), którzy nasze miasto okupowali. Gdy Polacy przejęli miasto, był to obraz nędzy i rozpaczy. Zniszczone budynki, zniszczona infrastruktura, zdekompletowane i rozkradzione maszyny w fabrykach, a przede wszystkim katastrofalne warunki sanitarne.

Historia plantów w Białymstoku

W dodatku rok po odzyskaniu przez Polskę niepodległości Rosjanie (Bolszewicy) napadli ponownie na nasz kraj. Na szczęście zdarzył się „Cud nad Wisłą”, który sprawił, że Sowieci się od naszego kraju definitywnie odczepili na wiele lat. Ostatecznie po zakończeniu walk, podpisaniu traktatu ryskiego, powstaniach na Śląsku i wcieleniu Litwy Środkowej do Polski Białystok nie był przygranicznym miasteczkiem, lecz leżał na środku północnej Polski. W czasie tych wszystkich wydarzeń miastem rządził Wojewoda – Stefan Popielawski, następnie Marian Rembowski, Karol Kirst i Marian Zyndram-Kościałkowski. To właśnie w tym czasie formowała się administracja w mieście, a także ruszyły pierwsze inwestycje.

Odkryj Uroki Plant Miejskich w Białymstoku

Teatr Miejski (dziś Dramatyczny), Izba Skarbowa, Sąd Okręgowy, Stadion w Zwierzyńcu, Kościół Św. Rocha (jako pomnik powrotu do niepodległości) oraz Planty Miejskie, które dziś niosą imię od wojewody Mariana Zyndrama-Kościałkowskiego. Dziś przechadzając się przez Planty możemy napotkać rzeźbę Psa Kawelina (replika, bo oryginał stał tam, gdzie dziś pomnik ks. J. Popiełuszki, który skradziono przez Niemców). Można także obejrzeć praczki (również replika, bo skradziono przez nieznane osoby) oraz przepiękne kwietniki i przede wszystkim wspaniałe fontanny, które wieczorami świecą na różne kolory, a w weekendy tworzą prawdziwe widowisko. Na Plantach jest jeszcze staw w kształcie serca, wielki plac zabaw oraz pub przerobiony z szaletu miejskiego.

Warto tam się wybrać na spacer.

Mikołaj przyjedzie do Białegostoku. Prezenty będą dla ponad 700 dzieci

Mikołaj przyjedzie do Białegostoku. Prezenty będą dla ponad 700 dzieci

Moc atrakcji w Białymstoku czeka na mieszkańców 3 grudnia w niedzielę. Na Lipowej i Rynku Kościuszki znów zabłysną przepiękne ozdoby świąteczne. Pojawi się też miejska choinka. A stolicę podlaskiego odwiedzi prawdziwy Mikołaj! Czyli ten, który mieszka w Rovaniemi w Finlandii. Całość zostanie oprawiona wspólnym śpiewaniem kolęd.  Na pierwsze atrakcje mieszkańcy mogą liczyć już o godz. 16.30. Wtedy będzie można posłuchać zespołu „Winnica”, chóru studentów Wydziału Sztuki Lalkarskiej Akademii Teatralnej w Białymstoku oraz wychowanków Zespołu Szkół Muzycznych w Białymstoku, którzy koncertują pod nazwą Big Band. Po koncercie na scenie pojawi się Mikołaj, któremu dzieci będą mogły zadawać pytania.

 

Koncerty to jednak nie wszystko. Wokół będzie można częstować się ciepłymi napojami, kupić ciasteczka. Dla sportowców będzie zorganizowany „Bieg Mikołajkowy” z okazji 100-lecia niepodległości Finlandii. Medale wręczy sam Mikołaj! Start i meta będzie w Parku Zwierzynieckim.

 

Co to za Mikołaj, który by nie rozdawał prezentów? Przyjezdny z Finlandii z pustymi rękoma co najwyżej wróci. Tutaj bowiem w planach ma obdarować ponad 700 dzieci! Będą to pacjenci szpitala USK czy też podopieczni dwóch fundacji.

 

Przypomnijmy jak to było w 2013 roku:

Hochsztaplerzy, kanciarze i naciągacze

Hochsztaplerzy, kanciarze i naciągacze

 

Pozbawić kogoś jego własności można było na różne sposoby. Brutalną przemocą, zuchwałą kradzieżą bądź też sprytnym oszustwem. Wszystkie te metody znane były bardzo dobrze na przedwojennym bruku białostockim.

 

Zacznijmy od szczególnie groźnej i bezczelnej mistyfikacji, kiedy to oszuści wcielali się w funkcjonariuszy policji albo udawali przedstawicieli państwowych urzędów. Na początku lat 20. ubiegłego wieku grasował w Białymstoku niejaki S.Szmulkiewicz. Mieszkał on sobie spokojnie na ul. Wilczej, w dzień. Zaś wieczorami przemieniał się w tajnego agenta policji i posługując się byle jak spreparowaną legitymacją, dokonywał bezprawnych rewizji. Rzecz jasna wybierał co zamożniejszych białostoczan. Jego śladem poszedł w 1925 roku Leon Rabinowicz z ul. Branickiego. Ten z kolei udawał wywiadowcę z Ekspozytury Urzędu Śledczego i w zamian za swoje rzekomo duże możliwości wyłudzał od naiwnych kupców i straganiarzy kilkuzłotowe datki.

 

Małe miłe zdarzenie przytrafiło się w styczniu 1935 roku Teodorowi Abramowiczowi z ul. Sienkiewicza. Odwiedzili go dwaj mężczyźni, którzy przedstawili się jako kontrolerzy papierów wartościowych z ramienia Banku Polskiego. Zażądali okazania posiadanych obligacji. Abramowicz nie podejrzewając nic złego wręczył im posiadane papiery wartościowe. Jeden z kontrolerów, przejrzawszy numery obligacji stwierdził, że padła na nie duża premia, 10 tys. złotych, którą można odebrać w kasie Banku Polskiego.

 

Oszuści zwrócili grzecznie swojej ofierze kopertę ze szczęśliwymi bonami. Dopiero nazajutrz, wybierając się do banku spotkało Abramowicza duże rozczarowanie. W kopercie bowiem znalazł zamiast papierów wartościowych bezwartościowe druki reklamowe. Ponieważ policja otrzymała jeszcze kilka zawiadomień o podobnych wyłudzeniach, Bank Polski oficjalnie ogłosił, że nie delegował żadnych kontrolerów do sprawdzania numerów obligacji. Pieniądze od naiwnych wyłudzano zresztą na przeróżne sposoby. Oto na przykład w 1923 roku pewien przemyślny staruszek odwiedzał co najbogatsze domy i uniżenie prosił o pożyczkę „na koszta operacji swej córki akuszerki, która przy zabiegu położniczym jednej ze swych pacjentek doznała zakażenia”. Na ową kombinację dał się nabrać nawet Ł. Jankowski, znany na białostockim bruku króla papierosów.

 

Z kolei w latach 30. modne były wizyty przyjezdnych akwizytorów, rozprowadzających nigdy nieistniejące czasopisma. Brali zadatki i czym prędzej się ulatniali. Na nienowy, ale zwykle skuteczny pomysł wpadł niejaki Henryk Stachowicz. Ubrał się w sutannę i zaczął zbierać datki na budowę wymyślonego przez siebie kościoła. Oczywiście policja szybko aresztowała rzekomego kwestarza, odebrała mu fałszywe zezwolenie od władz kościelnych i duchowy przyodziewek.

 

Zimą 1921 roku szczególną bezczelnością popisał się natomiast Aleksander Zakrzewski. Przyszedł on do redakcji „Nowego Dziennika Białostockiego” i przedstawił się jako powstaniec górnośląski i poprosił o wsparcie albo nawet zatrudnienie. Został przyjęty na próbę. Wkrótce awansował na rachmistrza. No i tutaj zaczęły się kombinacje. Najpierw Zakrzewski sprawił sobie gustowną wizytówkę z tytułem sekretarza administracyjnego, a do nazwiska dodał jeszcze herb Jastrzębiec. Następnie zaczął podbierać z redakcyjnej kasy mniejsze lub większe sumki. Pieniądze były mu niezbędne , gdyż poznał akurat rozkoszną panienkę, musiał mieć więc sporo marek na dorożkę (jak na dżentelmena przystało odwoził swoją wybrankę do domu), zamówiony stolik w restauracji, bilety do kina czy do teatru. Wkrótce jednak machlojki pana Aleksandra wyszły na jaw. Na ogólnym zebraniu wszystkich pracowników redakcji przyznał się on do kilku „omyłek” w prowadzonych przezeń rachunkach. Obiecał poprawę i pozostał na posadzie.

 

Ostatniego fałszywego powstańca rozszyfrowała prawdziwa EUS. Okazał się on zwykłym dezerterem z wojska, który uciekł z więzienia. Poszukiwany był też za zabójstwo. A teraz miał jeszcze odpowiadać za defraudację pół miliona marek.

Włodzimierz Jarmolik

Stada żubrów się rozrastają. Niektóre zostaną wywiezione do Puszczy Augustowskiej

Stada żubrów się rozrastają. Niektóre zostaną wywiezione do Puszczy Augustowskiej

Stada Żubrów na Podlasiu się rozrastają do pokaźnych rozmiarów. W samej Puszczy Knyszyńskiej żyje 140 sztuk, zaś w Białowieskiej 578!. Takie ilości oznaczają, że zwierzęta te czują się w naszych lasach wyjątkowo dobrze. Niestety powiększanie się stad przysparza pewnych kłopotów, bowiem żubry mogą niszczyć uprawy rolne, ponadto w każdym stadzie może zdarzyć się osobnik chory lub słaby.

Takich na Podlasiu doliczono się 40 sztuk, które będą niestety odstrzelone. (Dla porównania – w 2015 roku odstrzelono 2 sztuki, zaś w poprzednich latach 20). To dzięki temu, że tak mało strzelano do żubrów, te ochoczo się rozmnażały. Wybicie tak dużej ilości w krótkim czasie spowoduje, że zwierzę może poczuć się zagrożone. Wtedy wystraszone przez dłuższy czas mogą przestać się rozmnażać. Rozbicie tego procesu w czasie i regularne odstrzały zaś spotęgują strach na dłużej. Dlatego też pozbycie się chorych i agresywnych żubrów powinno odbyć się dyskretnie. Na poniższym filmie przedstawiamy jak to powinno się odbywać:

 

(Od 39 minuty)

 

https://youtu.be/a47-_2aOJ2U?t=39m

 

W ten właśnie sposób w najbliższym czasie odłowi się 8 sztuk i pod koniec grudnia przetransportuje do Puszczy Augustowskiej. Tam powstanie specjalna zagroda aklimatyzacyjna. Dzięki której lepiej będzie chronić się cały gatunek. Zbyt dużo zwierząt skupionych w jednym miejscu to większe zagrożenie chorobami. Stworzenie stada w innym miejscu spowoduje zaś, że i tam za jakiś czas żubry będą powiększać swoje stada.

 

Warto wiedzieć, że na ochronę żubra w Polsce wydaliśmy tylko w tym roku około 8 mln zł.

Pożar na Kolejowej

Pożar na Kolejowej

W 1926 roku, 23 października, tuż po północy wybuchł pożar w magazynach Towarzystwa Handlowo-Transportowego „Warrant” przy ul. Kolejowej 12. Pierwsze oznaki pożaru zauważył Aleksander Kozłowski, palacz z sąsiedniej fabryki dykty. Zaraz powiadomił o tym pryncypała Bruna, a ten z kolei natychmiast zadzwonił do straży ogniowej. Walka z pożarem trwała blisko trzy godziny. Strażacy pracowali jeszcze do prawie szóstej rano. Zabezpieczali sąsiednie budynki przed zachłannym ogniem. Niebawem na miejsce katastrofy przybyła poważna delegacja miejska, składająca się z panów: Filipowicza – prezesa Rady Miejskiej, Sobocińskiego – komendanta powiatowego Policji Państwowej i Makarewicza – szefa Urzędu Śledczego. Rozpoczęło się dochodzenie, które miało trwać blisko sześć lat.

 

Firma „Warrant” stanowiła własność kilku wspólników: braci Mejera i Tewela Krugmanów, Lejzera Kugla i Abela Furmana. Budynek, który zajmowała należał do Towarzystwa Akcyjnego Wieczorek. Był to jednopiętrowy magazyn, całkiem murowany, zapełniony różnymi towarami. Na dole w beczkach stały oliwa, stearyna, tłuszcz, kalifonia i inne żywice. Na pierwszym piętrze znajdowały się składy towarów kolonialnych, należących do białostockich kupców.

 

Według późniejszych zeznań właścicieli spalonego dobytku wart był on w sumie około miliona złotych (100 tys. dolarów). Alter Greeberg, kupiec branży skórzanej oświadczył, że trzymał w „Warrancie” dziewięć koszów skórek tchórzy, soboli, wiewiórek, lisów i gronostajów. Ich ubezpieczenie wynosiło 20 tys. dolarów. Taką samą kwotę ubezpieczeniową za swoje skóry zgłosił Berel Lis, właściciel największej w Białymstoku firmy obuwniczej. Pretensje wnieśli też inni kupcy, którzy mieli stracić w pożarze wiele cennych futer. Wszyscy byli wysoko ubezpieczeni. Bardzo szybko po mieście zaczęły krążyć najróżniejsze plotki na temat spalenia się „Warranta”. Zastanawiano się przede wszystkim, dlaczego owej, pechowej nocy w magazynie nagromadziło się tak wiele drogich towarów? Dlaczego budynek spalił się tak szybko i doszczętnie? Dlaczego kupcy składujący w „Warrancie” swój towar, ubezpieczali go na różne sposoby w odległych często towarzystwach asekuracyjnych? Odpowiedź na to i inne pytania miało dać śledztwo policyjne i dociekliwość miejscowej prokuratury.

 

Dopiero w październiku 1932 roku nastąpił finał sprawy pożaru „Warranta”. Określono ją jako umyślne podpalenie i chęć wymuszenia wysokiej premii asekuracyjnej. Na ławie oskarżonych Sądu Okręgowego w Białymstoku zasiadło 11 osób, w tym m. in. Lejzer Kugiel, Berel Lis, Chona Janowski i Chackiel Geldsztejn. Obok zajęli również miejsca Jankiel Najdorf i Izaak Kantor, wyróżniające się na Chanajkach osobistości świata przestępczego, którzy mieli odpowiadać za osobiste podpalenie składów „Warranta”. Przewód sądowy ciągnął się bardzo długo. Zeznawało blisko 250 świadków. Niektórzy mówili bez ładu i składu, powołując się na niepamięć o wydarzeniach sprzed sześciu lat. Powołanych dziewięciu biegłych sądowych zastanawiało się drobiazgowo, dlaczego tak ogromna ilość drogich skór i futer zostawiła w pogorzelisku tylko 20 centymetrów popiołu, a nie jak powinno być – półtora metra.

 

Obrona oczywiście upierała się przy tym, że pożar wybuchł samoistnie. Bez złej woli jej klientów. 9 grudnia 1932 roku sąd ogłosił wyrok: Furman, Guzowski, Kugiel i Lis za zorganizowanie podpalenia i próbę wyłudzenia półmilionowego ubezpieczenia zostali skazani na cztery lata więzienia. Kilku oskarżonych dostało po roku, a resztę uniewinniono. Sprawa oczywiście na tym się nie skończyła. Nastąpiły odwołania. W 1934 roku Sąd Apelacyjny w Białymstoku wszystkich „warrantowców” uniewinnił. Teraz przyszła kolej na stolicę. Sąd Najwyższy podtrzymał tylko zarzut próby oszustwa ubezpieczeniowego. Wyrok brzmiał trzy lata więzienia. Ostatni opuścili kryminał przy Rakowieckiej w Warszawie Abel Furman i Lejzer Kugiel. Był sierpień 1938 rok.

Włodzimierz Jarmolik

Umowa podpisana. Za kilkanaście dni ruszają prace na Krywlanach

Umowa podpisana. Za kilkanaście dni ruszają prace na Krywlanach

Ruszają prace nad lotniskiem na Krywlanach. Pierwszy etap, to budowa pasa startowego o długości 1350 metrów oraz niezbędnej infrastruktury. Zajmie się tym polsko-litewskie konsorcjum. Prezydent Białegostoku podpisał dzisiaj umowę z przedstawicielem wykonawcy. 

 

– Cieszę się bardzo, że ta umowa została już zawarta, bo to oznacza, że rozpoczynamy jedną z najbardziej wyczekiwanych inwestycji w naszym mieście – powiedział prezydent Białegostoku Tadeusz Truskolaski. – Białystok pojawi się wreszcie na lotniczej mapie Europy. Budowa pasa startowego to początek i w przyszłości będziemy mogli rozwijać tę inwestycję zgodnie z potrzebami Białegostoku i całego regionu.

 

Roboty budowlane na Krywlanach rozpoczną się 4 grudnia. We wrześniu 2018 roku inwestycja będzie gotowa. Przypomnijmy, na Krywlanach budowany będzie pas startowy o wymiarach 1350 x 30 metrów z nawierzchni asfaltowobetonowej. Do tego będzie też droga startowa o długości 840 x 160 metrów (o nawierzchni trawiastej). Powstanie też płyta do zawracania samolotów, drogi kołowania i płyty postojowe. Dodatkowo będzie też strefa lądowania skoczków spadochronowych oraz niezbędna infrastruktura techniczna i oświetlenie.

 

To będzie pierwszy etap. Czy będą kolejne? Pokażę na to czas czy potrzebujemy większego obiektu. Wszystkie ekspertyzy mówią, że można w przyszłości pas wydłużyć tak, by mogły w Białymstoku lądować jeszcze większe samoloty. Jeżeli będzie taka potrzeba to powstanie również terminal odpraw. Na początek Krywlany będą przystosowane do obsługi samolotów pasażerskich zabierających do 50 osób. Zasięg statków powietrznych to 1,5–2 tys. km. Korzystać z niego będą mogły także lotnicze ośrodki szkoleniowe, pogotowie ratunkowe, Podlaski Oddział Straży Granicznej i inne służby państwowe.

 

Warto dodać, że w międzyczasie powstawać będzie Centralny Port Lotniczy pod Warszawą. Ma to być gigantyczne lotnisko, które przejmie ruch samolotowy w całej Europie Środkowo-Wschodniej. Taki ruch oznacza, że budowa regionalnych portów nie będzie opłacalna, za to warto będzie rozwijać małe, lokalne lotniska, które przejmą ruch linii lotniczych, dla których zbyt drogie będzie lądowanie na CPK.

 

Ponadto w przyszłości najprawdopodobniej będzie coraz więcej połączeń między poszczególnymi miastami. Ceny biletów spadają, Polacy zaś są coraz bogatsi. To kwestia 10-15 lat, gdy będziemy mieli do wyboru bardzo szybkie pociągi lub jeszcze szybsze samoloty. Autobusowe połączenia krajowe zostaną mocno ograniczone.

Minister odwołał dyrektor, bo nie zgadzała się na odstrzał żubrów?

Minister odwołał dyrektor, bo nie zgadzała się na odstrzał żubrów?

Dobre i złe(?) wieści dla mieszkańców powiatu hajnowskiego, ale także dla turystów kochających Puszczę Białowieską i jej okolice. Najpierw zacznijmy od tej dobrej – od połowy 2019 roku pojedziemy wyremontowaną trasą z Zabłudowa do Nowosad. Obecnie droga jest w fatalnym stanie – jest cała wybita, a jazdą nią nie należy do przyjemnych. O tyle dobrze, że jest stosunkowo prosta. Droga wojewódzka prowadzi aż do granicy w Puszczy. Z Nowosad do Białowieży można jechać w przyzwoitych warunkach. Warto wiedzieć, że na obecnym odcinku, który będzie remontowany można rano napotkać stada żubrów. Teraz prace remontowe mogą odstraszyć te wspaniałe zwierzęta.

 

Wracając do złej wiadomości, to minister środowiska Jan Szyszko odwołał szefową Białowieskiego Parku Narodowego – podała białostocka Gazeta Wyborcza. Nieoficjalnie mówi się, że powodem miał być brak jej zgody na komercyjny odstrzał żubrów. Warto dodać, że to duża strata dla Parku, bo Pani Olimpia Pabian jest ekologiem. A to właśnie tacy ludzie powinni zarządzać parkami narodowymi i rezerwatami przyrody.

 

Warto wiedzieć, że żubry są pod ścisłą ochroną, jednak ich odstrzał jest możliwy, gdy jednostki są chore i agresywne. Takie wyrzucane są ze stada i błąkają się po wsiach stanowiąc zagrożenie dla ludzi. Chodzi o takie sytuacje jak na poniższym filmie:

 

 

Niestety trzeba się pogodzić z tym, że do odstrzału dojdzie. Jednak rażą dwie rzeczy. Odstrzał miał być komercyjny – czyli ktoś zapłaci wielkie pieniądze, by osiągnąć przyjemność strzelania do chorego zwierzęcia, a następnie będzie mógł zabrać trofeum. Druga rzecz razi jeszcze bardziej – bowiem planuje się wybicie 40 (czterdziestu!) sztuk w Puszczy Knyszyńskiej i Boreckiej (Mazury).

Ziemia Sejneńska – na uboczu, biedna i zapomniana

Ziemia Sejneńska – na uboczu, biedna i zapomniana

Ziemia Sejneńska – warto ją odwiedzić, bo to wbrew pozorom bardzo atrakcyjne miejsce pod wieloma względami. Dobrze skomunikowane z Augustowem, Suwałkami, a także litewskim Kownem i Druskienikami.

https://www.instagram.com/p/BU5_GEmjlJs/

Piękne miasto Sejny

Sejny to zapomniane miasto leżące na uboczu. Położone tuż przy granicy Polski i Litwy. To doskonałe miejsce do wypoczynku zarówno dla tych, którzy cenią sobie spokój, jak i tych, którzy szukają aktywnego spędzania czasu. Gmina Sejny zaś jest jedyna w swoim rodzaju, bowiem w prawie każdej wsi znajduje się jezioro. W dodatku, są to wody polodowcowe, więc ich czystość aż bije po oczach. Nie brakuje też lasów, po których można wędrować bez końca. Jest też gratka dla fanów kajakowania bowiem przez powiat sejneński przepływa kręta rzeka Czarna Hańcza, która jest doskonale skomunikowana z kanałem Augustowskim. Jest także Jezioro Płaskie, które kształtem przypomina jajko. Warto też odwiedzić Giby, gdzie znajduje się bardzo przyjemne miejsce do odpoczynku – jezioro Gieret.

Ziemia Sejneńska warta zobaczenia!

Ziemia Sejneńska i cały powiat żyją głównie z agroturystyki i jezior właśnie. Jednak nie oznacza to, że tylko takie atrakcje są na miejscu. Warto przyjechać w tamte okolice przede wszystkim, by zobaczyć rezerwat przyrody „Kukle” czy Bazylikę w Sejnach z XVI w. W samych Sejnach znajduje się również synagoga, wybudowana jeszcze w XIX w. Osobną atrakcją jest gmina Puńsk. Niech nie zdziwią Was dwujęzyczne tablice drogowe. W tej polskiej gminie większość mieszkańców to… Litwini. Można tam odwiedzić Skansen kultury litewskiej. Niedaleko Sejn, bo zaledwie 60 km dalej – znajdują się litewskie Druskieniki, gdzie główną atrakcją jest pokaźny Aquapark – otwarty cały rok.

Jak dojechać?

Najłatwiej do Sejny dojechać drogą krajową nr 16 z Augustowa bądź wojewódzką 653 z Suwałk. Kierowcy powinni pamiętać, że w Puszczy Augustowskiej mieszkają łosie i inne dzikie zwierzęta. Dlatego jedźmy ostrożnie, by nie mieć przykrego zderzenia z dziką zwierzyną. Sejny to urocze miasto, które oferuje zarówno piękno przyrody, jak i pomocnicze miejsca historyczne. Jest to miejsce godne polecenia dla osób poszukujących spokoju i kontaktu z naturą, jak również dla miłośników historii i kultury.

Tor Wschodzący Białystok rusza już w piątek!

Tor Wschodzący Białystok rusza już w piątek!

W najbliższy piątek otwarcie Toru Wschodzący Białystok, który został wybudowany przez miasto po tym, jak mieszkańcy zgłosili taką propozycję do budżetu obywatelskiego i zdobyli wystarczającą ilość głosów. Tor jest pierwszym obiektem szkoleniowym w całym regionie. Można na nim będzie jeździć sportowymi autami i sprawdzać swoje umiejętności. Pod tym kątem Krywlany mają długą tradycję, bowiem tam aż do czasu zamontowania ogrodzenia spotykali się młodzi kierowcy na tak zwane „palenie gumy”. Teraz będą mogli popisywać się na profesjonalnym torze.

 

– Tor Wschodzący Białystok to projekt, który został wytypowany do realizacji przez samych mieszkańców w ramach Budżetu Obywatelskiego 2015 – mówi zastępca prezydenta Adam Poliński. – W głosowaniu białostoczan otrzymał ponad trzy i pół tysiąca głosów. Mieszkańcy uznali, że tę inwestycję warto zrealizować. Dzięki temu w Białymstoku powstało miejsce przeznaczone do amatorskiej jazdy w celach szkoleniowych oraz doskonalenia technik jazdy.

 

Tor jest dostosowany do jazdy samochodami, motocyklami, a także gokartami. Te drugie i trzecie będą na tor wpuszczone na wiosnę, przez zimę dostępność będzie tylko dla samochodów.

 

Grodzisko Podlaskie. Prawie 2,5 tys. lat temu istniała tu osada!

Grodzisko Podlaskie. Prawie 2,5 tys. lat temu istniała tu osada!

Grodzisko Podlaskie ma swój początek w V wieku przed naszą erą. W Grecji rodzi się Sofokles, Sokrates, Platon czy Diogenes z Synopy. Tymczasem prawie 2500 km na północ w dzisiejszej miejscowości Haćki, nieopodal Bielska Podlaskiego – intensywnie rozwija się grodzisko, które ma własną studnię, piece, półziemianki, mały zbiornik z wodą, miejsce do przeprowadzania obrzędów i ceremonii, a także konstrukcje obronne przed obcymi.

Grodzisko Podlaskie i jego historia

Grodzisko zamieszkiwane było przez przybyszów z różnych stron Europy. Najpierw przywędrowały tam ludy z północy. Dzisiaj zamieszkiwaliby tereny Litwy, Łotwy i Estonii. Kompleks z czasem rozrastał się, raz intensywnie innymi czasy mniej. Całość składała się finalnie z 4 osad i cmentarzyska. Pierwsza osada była prawdopodobnie ogrodzona w taki sposób, by całość okrążała grodzisko nawet kilka razy. Dzięki temu obcy mieli bardzo utrudnione dojście na miejsce. Jak każda osada – zbudowano ją w okolicach bieżącego źródła wody. W tym przypadku mówimy o dorzeczach Narwi. Osadnicy mieli nawet własną studnię, a także brukowaną cysternę!

Życie w osadzie Grodzisko na Podlasiu

Życie codzienne nie nie przysparzało zbytnich trudności. Mężczyźni zajmowali się polowaniem i dostarczaniem dzikiej zwierzyny. Kobiety zaś uprawiały zbieractwo, przynosząc do osady chrust czy też owoce. Ludzie znali też rolnictwo, więc zajmowali się uprawami. Na barkach kobiet spoczywało także wychowanie dzieci, które gdy były już nastolatkami wspomagały rodziców. To co dawało życie dzisiejszym Haćkom to położenie. Grodzisko było bowiem zawsze blisko jakiejś granicy. Przez co tereny te zamieszkiwały wędrujące plemiona. Każde z nich przynosiło ze sobą dobytek i wytwór kultury panujący w danej grupie. Zatem archeolodzy nie raz odkryli srebrne czy brązowe zdobienia. Wiadomo, że przez dzisiejsze Haćki wędrowały ludy germańskie, później zasiedlili je Słowianie, którzy później tworzyli z tego całe Państwa. I tak grodzisko znajdowało się na terenie różnych państw, przechodząc z rąk do rąk, rozwijając się czasami lepiej a czasami gorzej. Ostatecznie osiągając rozmiar 40 hektarów!

Niepodległa Polska przyszła do Białegostoku znacznie później

Niepodległa Polska przyszła do Białegostoku znacznie później

11 listopada to oficjalna data odzyskania niepodległości przez Polskę. Warto jednak pamiętać, że w Podlaskiem można ją świętować jedynie symbolicznie, gdyż 11 listopada 1918 roku Białystok, Łomża czy Suwałki, Bielsk, Szczuczyn, Zambrów wciąż były częścią innego kraju. Wszystko dlatego, że Polska była krajem rozebranym przez 3 państwa. Stworzenie go nie było zbyt proste. Jak wiemy tereny naszego kraju należały do Prus (Niemiec), Rosji, a także Austro-Węgier.

 

Wyżej wymienione miasteczka od 1795 roku należały do Prus. W nocy z 11 na 12 listopada Centralny Komitet Narodowy na Obwód Ziemi Białostockiej podpisał umowę z Niemiecką Radą Żołnierską. Wojska pruskie miały wycofać się z miasta, jednak po kilku dniach zamiast tego przejęli władze w mieście. W interesie Niemiec było bezpieczne wycofanie się. Były 2 możliwe drogi powrotu. Przez Białystok, Grajewo do Prus Wschodnich (dzisiejsze Mazury) bądź przez Warszawę do Berlina. Józef Piłsudski wybrał, że to zbyt duże zagrożenie, by wojska niemieckie transportowane były przez centralną Polskę, zatem Białystok pozostał w rękach Niemiec.

 

Do kolejnego porozumienia doszło 5 lutego 1919 roku. W Rosji trwała wojna domowa, a polskie władze obawiały się, że wojska sowieckie będą zajmować kolejne miasta na zachodzie. Dlatego też porozumienie z Niemcami zakładało, że tam gdzie ich wojska wycofają się, natychmiast wkroczą polskie wojska. Tak też się stało. 19 lutego wieczorem do Białegostoku wkroczyły polskie wojska. Uroczyste przywitanie żołnierzy odbyło się jednak 22 lutego. Wtedy też na ulicach miasta odbyła się defilada wojskowa, na którą przyszli mieszkańcy witając wolność i niepodległość.

 

Będzie więcej pociągów do Białegostoku. Łatwiej też dojedziemy w Bieszczady

Będzie więcej pociągów do Białegostoku. Łatwiej też dojedziemy w Bieszczady

Już za miesiąc będzie obowiązywać nowy rozkład jazdy na kolei. Z Białegostoku będzie więcej pociągów do Warszawy i w drugą stronę. Powstaną też dodatkowe połączenia do Wrocławia i Jeleniej Góry. Łatwiej będzie dostać się też w Bieszczady (dzisiaj dojazd tam to mordęga). Najważniejsza informacja to zwiększenie połączeń na trasie Białystok – Warszawa. Teraz z Białegostoku do i ze stolicy jeździ 9 pociągów, będą dodatkowe 3. Do Warszawy dojechać będzie można nawet co godzinę.

 

Ciekawym połączeniem będzie pociąg TLK Biebrza. Bowiem z Trójmiasta przyjedzie przez Olsztyn do Białegostoku. Następnie ruszy do Warszawy i Krakowa, by następnie zakończyć bieg w Rzeszowie. Wcześniej z Białegostoku tak blisko Bieszczad nie dało się dojechać pociągiem bez przesiadek. PKP Intercity wprowadzi także dodatkowy pociąg do Wrocławia, a latem bezpośredni pociąg na Hel. Warto pamiętać też, że im wcześniej kupimy bilet tym będzie tańszy. Możemy nawet zapłacić 30 proc. mniej!

Cwany paser z ul. Św. Rocha

Cwany paser z ul. Św. Rocha

 

   Przedwojenny świat złodziejski nie mógł obyć się bez paserów. Długo w zaułkach Chanajek królował Ela Mowszowski, spec od grubych afer. Mniejszym, za to ruchliwym paserem był Zundel Połter z ul. Św. Rocha. Jaszkie, jak nazywano Połtera w przestępczych kręgach, kupował od swoich szemranych dostawców niemal każdy, cokolwiek warty fant. Płacił oczywiście mało, ale był bardzo przydatny chanajkowskim złodziejaszkom. Nadawał im dobrze już rozpracowane przez swoich pomocników roboty. Gdy któryś z worychów był w potrzebie, służył pożyczką. Na swojej ulicy był ich stróżem opiekuńczym.
  W 1934 roku przy znacznym udziale pasera Jaszkiego powstała w Chanajkach grupka złodziei, których w poważnej literaturze kryminalistycznej określano szpryngowcami. Szpryng znaczyło tyle, co ukraść szybko w biały dzień z jakiegoś mieszkania, najlepiej z przedpokoju, jakąś wartościową rzecz i zmyć się niepostrzeżenie.
  Szpryngowcy szukając lepszego łupu wybierali najchętniej przedpokoje mieszkań należących do zamożnych właścicieli. Popularnym sposobem ich działania był chwyt „na pomyłkę”. Ubrany nawet całkiem przyzwoicie złodziej pukał lub dzwonił do drzwi pod wytypowanym wcześniej adresem i służącej, która mu otwierała (u bogatych mieszczuchów były zazwyczaj takowe), anonsował się z wizytą do jej pana. Kiedy ta, pozostawiwszy gościa w przedpokoju szła zawiadomić swojego pryncypała o przybyszu, złodziej skwapliwie penetrował wieszaki i stoliki z ich zawartością, a następnie, umiejętnie, blokował od wewnątrz zamek przy drzwiach. Po pojawieniu się właściciela mieszkania szpryngowiec udawał zaskoczenie i gorąco przepraszał za zaistniałą pomyłkę i zakłócenie spokoju. Odwracał się na pięcie i czym prędzej wychodził. Nie zapominał jednak starannie zamknąć spreparowanych już do włamu drzwi.
  Odwrót złodziejaszka był oczywiście pozorny. Pozostawał on na klatce schodowej, nasłuchiwał pilnie co się działo po drugiej stronie. Jeśli nie było żadnych odgłosów, wówczas otwierał ostrożnie drzwi z niezatrzaśniętym zamkiem i szybko wynosił upatrzone wcześniej futra, palta czy lichtarze.
Innym trikiem białostockich szpryngowców było wizytowanie wartych zabiegów lokali pod płaszczykiem domokrążców czy żebraków. Właśnie w ten sposób działała szajka stworzona przez pasera Połtera. Przez szereg miesięcy nękała ona mieszkańców naszego miasta. Wydział Śledczy, do którego spływały zawiadomienia o przedpokojowych kradzieżach był przez długi czas całkiem bezradny. Złodzieje nie pozostawiali po sobie żadnych śladów, a zeznanie poszkodowanych co do okoliczności kradzieży różniły się często diametralnie.
  W końcu jednak sprawa się rypła. W szajce doszło do konfliktu interesów, oczywiście na tle podziału zdobywanych łupów. Jaszkie, organizator całego procederu, chciał brać znacznie większą dolę niż jego pomagierzy. A było ich kilkoro: bezrobotny malarz pokojowy, handlarz świętymi obrazkami, zawodowy żebrak, a zwłaszcza Maria Gołaszczuk, zawodowa złodziejka, wydalona jakiś czas tam z Francji. Właśnie owa internacjonalistka postanowiła po ostatniej, szczególnie zyskownej robocie okpić swojego szefa. Ukryła dużą część łupu. Jaszkie był jednak nie w ciemię bity. Nasłał na mieszkanie nierzetelnej pomocnicy znajomych włamywaczy. Ci wydobyli z zakamarków jej mieszkania towaru na blisko 2 tys. złotych.
  Poszkodowana Gołaszczuk zgłosiła się na IV komisariat i doniosła o swojej stracie. Gorzej dla siebie nie mogła zrobić. Policjanci z Wydziału Śledczego bardzo wnikliwie zajęli się jej sprawą. Wkrótce wyszła na jaw cała złodziejska konspiracja z ul. Św. Rocha. Aresztowano wszystkich szpryngowców. Za kratki trafił protektor Zundel Połter, zwany Jaszkie. Po kilku miesiącach sprawa znalazła się przed białostockim Sądem Grodzkim. Cwany paser i Maria Głuszczak dostali po roku więzienia, a pozostali delikwenci poszli za kratki na pół roku.
  Publiczność wychodząca z sali sądowej przy ul. Mickiewicza zastanawiały te całkiem niskie wyroki. Zwłaszcza, że jedną z ofiar zuchwałych złodziejaszków padła w swoim czasie żona sędziego Korab Karpowicza. Pewnego kwietniowego poranka 1935 roku z wieszaka w jej luksusowo urządzonym przedpokoju zniknęło drogie futro. Cóż, Temida bywa czasami niedowidząca.

Włodzimierz Jarmolik

Podlaskie za 15 lat. Bez dużego lotniska, z koleją jadącą 200 km/h. Jest zatwierdzony plan.

Podlaskie za 15 lat. Bez dużego lotniska, z koleją jadącą 200 km/h. Jest zatwierdzony plan.

Małe lotniska w Białymstoku i Suwałkach, szybkie pociągi pędzące od 120 km/h do 200 km/h z Suwałk, Sokółki i Białegostok, a także drogi ekspresowe. To nie pobożne życzenia, lecz plany, które przyjął Rząd na ostatnim posiedzeniu! Wszystko to wiąże się z budową Centralnego Portu Komunikacyjnego 20 km pod Warszawą. To wokół tej inwestycji będzie kręcić się rozbudowa infrastruktury transportowej w Polsce. Plan zakłada doskonałe skomunikowanie z portem przede wszystkim regionów słabo rozwiniętych pod względem komunikacji. Nie musimy chyba mówić, że Podlaskie w zasadzie jest pierwsze w kolejce. Rząd przyjął strategię, która nie tylko zakłada budowę Centralnego Portu Komunikacyjnego. To jest bowiem strategia inwestycji infrastrukturalnych do 2030 roku.

Co dokładnie oznacza budowa CPK dla nas?

Przede wszystkim zanim powstanie gigantyczny port pod Warszawą zostanie zmodernizowana kolej. Do 2025 roku będziemy mieli gotowe połączenie z portem. W tym samym czasie będą powstawać inne połączenia kolejowe. Oznacza to, że Z Białegostoku przez Warszawę do Łodzi, Wrocławia, Poznania, Krakowa oraz Katowic i Gdańska pociągi będą poruszać się z prędkością ok. 140 km/h! Będzie też modernizacja linii prowadzącej z Białegostoku do Ełku a dalej do Suwałk. Wyremontowany zostanie także odcinek do Sokółki. Tutaj jednak połączenia na początku będą wolniejsze.

 

W drugim etapie (do 2030 roku) kolej zostanie zmodernizowana aż do granicy z Białorusią – od Sokółki, zaś z Suwałk do granicy z Litwą. W tym czasie będą też trwały prace na odcinkach, które wymienialiśmy wyżej. I tak Z Suwałk do Ełku pociąg pojedzie 140 km/h, zaś z Ełku do Białegostoku, a dalej do Warszawy i w kolejnych kierunkach 200 km/h!

Lotniska regionalnego nie będzie?

Budowa Centralnego Portu Lotniczego oznacza, że budowa dużego lotniska regionalnego w Podlaskiem nie ma żadnego sensu. Wielka rządowa inwestycja, która rozpocznie się w przyszłym roku potrwa 7 lat. Jej założeniem jest stworzenie giganta, który ma być liderem na rynku całej Europy wschodniej. Gdyby w kolejnych wyborach samorządowych wybrano polityków chcących lotniska regionalnego w Podlaskiem, to takie powstawałoby co najmniej 3-4 lata. Kiedy by raczkowało i zdobywało pierwszych pasażerów, to na lotnisku Chopina i w Modlinie rozpoczętoby wygaszanie ruchu na rzecz CPK. Mieszkańcy mieliby już szybkie połączenie z nowym, dobrze skomunikowanym, gigantycznym portem.

 

Wszystko wskazuje na to, że budowa małego lotniska na Krywlanach okaże się bardzo dobra, a wręcz najlepsza z możliwych. Wszystko dlatego, że takie porty lotnicze jak Radom, Szymany (Olsztyn) czy właśnie po rozbudowie pasa i budowie terminalu Białystok mogą przejąć ruch lotniczy wszystkich przewoźników, którzy nie będą chcieli lądować na CPK. Nie oszukujmy się, za swój gigantyzm port będzie wyciągał od przewoźników bardzo dużo. Dlatego możemy być tańszą alternatywą dla niektórych linii. Możemy ale nie musimy, bo zaczynając od budowy samego pasa pozostawiamy sobie wybór – czy dalej inwestować czy już mamy to, czego potrzebujemy tu na miejscu.

 

W ciągu najbliższych 20 lat bez wątpienia rozwinie się także lotniczy ruch lokalny. Połączenia między Białymstokiem a Olsztynem, Wrocławiem, Poznaniem, Gdańskiem, Szczecinem, Krakowem czy Zieloną Górą nie kosztowałyby zbyt wiele, a my jako społeczeństwo przecież będziemy relatywnie bogatsi, tak jak jesteśmy bogatsi niż byliśmy w 1997 roku.

 

Nie można zapominać, że w Suwałkach także powstaje małe lotnisko. Zacznie dokładnie od tego samego co białostockie Krywlany czyli od 1300 metrowego pasa. Jednak co planują dalej robić włodarze tego miasta – niewiele wiadomo.

Będzie sieć dróg ekspresowych?

Drogowe, szybkie połączenie z Warszawą właśnie powstaje. Całość ma być gotowa już w 2018 roku. Natomiast do 2023 roku ma być gotowa droga ekspresowa od granicy z Białorusią, przez Sokółkę, Białystok, a dalej Lublin. Z Suwałk do Warszawy będzie można natomiast dojechać drogą krajową 61 przez Ełk, Grajewo, Łomżę, Zambrów, by dalej jechać ekspresową krajową ósemką. W zasadzie najbardziej poszkodowane w tym wszystkim będzie Augustów. Droga z Suwałkami jest już dobra, ale ta z Białymstokiem pozostawia wiele do życzenia i niewiele wskazuje na to, by cokolwiek się zmieniło.

 

Jak widać przyszłość województwa podlaskiego rysuje się w różowych kolorach. Miejmy nadzieję, że nikt strategii Rządu nie porzuci. Bo Polacy mogą wybrać za 2 lata przecież inne partie w kolejnych wyborach. Jedna z nich w podsłuchanych rozmowach miała taką propozycję: „Ch… z tą Polską wschodnią”.

Suwalszczyzna atrakcje. Przyjedź i zobacz na własne oczy

Suwalszczyzna atrakcje. Przyjedź i zobacz na własne oczy

Suwalszczyzna atrakcje i jej nieznane perły. Suwalszczyzna słynie przede wszystkim z Wigierskiego Parku Narodowego, Szelmentu, wspaniałych krajobrazów oraz oczywiście jezior. Są jednak 2 takie miejsca, które naprawdę warto odwiedzić, lecz niewiele osób o nich słyszało. Miejsca leżą obok siebie.

Suwalszczyzna –  atrakcje

Suwalszczyzna to region położony na północnym wschodzie Polski, w województwie podlaskim. Nazwa pochodzi od miasta Suwałki, które jest największym ośrodkiem tego obszaru. Suwalszczyzna graniczy z Litwą i Białorusią, co wpływa na jej charakterystyczną kulturalną i etniczną różnorodność.

Suwalszczyzna to raj dla miłośników natury

Region ten słynie przede wszystkim z pięknych krajobrazów i terenów przyrodniczych. Znajduje się tu wiele jezior, w tym największe w Polsce – jezioro Hańcza. Suwalszczyzna jest również jednym z najbardziej zalesionych obszarów kraju, z licznymi rezerwatami przyrody i parkami narodowymi, takimi jak Wigierski Park Narodowy i Biebrzański Park Narodowy. To idealne miejsce dla miłośników turystyki pieszej, rowerowej i wodnej. Charakterystyczną cechą Suwalszczyzny są także jej tradycje etnograficzne i kulturalne. Region ten zamieszkują przedstawiciele różnych narodowości, a mianowicie Polacy, Litwini i Białorusini, co wpływa na zróżnicowanie kulturowe i językowe. Suwalszczyzna jest również miejscem, w którym zachowały się tradycje i obrzędy ludowe, takie jak np. święta Bożego Narodzenia obchodzone według ludowych zwyczajów.

Bachanowo – atrakcje Suwalszczyzna

Położone nad jeziorem Hańcza – Bachanowo słynie z naturalnego, polodowcowego krajobrazu, jednak jego głównym elementem jest głazowisko. Jest to rezerwat o powierzchni prawie 1 hektara, na którym znajduje się mnóstwo głazów. Ostatecznie jest ich tam około 10 000 sztuk! Obwód wynosi od 50 cm do nawet 8 metrów. Głazy matka natura przetransportowała na Suwalszczyznę aż ze Skandynawii. Jak takie wielkie i ciężkie obiekty pokonały tak wiele kilometrów? Znajdowały się w lodowcu, gdy ten zniknął, głazy pozostały. Łąka, na której znajdują się polodowcowe kamienie jest pod ochroną rezerwatową.

 perly-suwalszczyzna

Foto – Rumun999 z polskiej Wikipedii, CC BY-SA 2.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=8707134

Wodziłki – perła Suwalszczyzny

3 kilometry na wschód od Bachanowa znajdują się Wodziłki, mała miejscowość, gdzie możemy odwiedzić unikalną perłę architektury, jaką jest Molenna. Czyli obiekt sakralny należący do Wschodniego Kościoła Staroobrzędowego (niekanoniczny Kościół prawosławny). Świątynia powstała w 1921 roku, która jest drewniana. Posiada wieżę, którą dobudowano w 1928 roku. Molenna znajduje się w rejestrze zabytków, któa została gruntownie wyremontowana w 1997 roku.

suwalszczyzna-atrakcje

Foto – pl.wiki: Wp – Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=1006418

Najbiedniejsi i najbogatsi na Podlasiu. Zobacz dochód swojej gminy

Najbiedniejsi i najbogatsi na Podlasiu. Zobacz dochód swojej gminy

Najbiedniejsza gmina w Polsce znajduje się w województwie podlaskim, w powiecie łomżyńskim. Mowa tutaj o gminie Przytuły. Według najnowszych danych Ministerstwa Finansów – w ubiegłym roku dochód gminy wyniósł zaledwie 390,29 zł na jednego mieszkańca. W pierwszej dziesiątce najbiedniejszych gmin w Polsce również znalazła się Turośl (również powiat łomżyński) z dochodem 453,88 zł na mieszkańca.

 

Dla porównania – najbogatsza w Polsce jest gmina Kleszczów (województwo łódzkie). Na jej terenie znajduje się Kopalnia Węgla Brunatnego Bełchatów i Elektrownia Bełchatów. Ponadto gmina czerpie dużo z podatków od nieruchomości. Efekt? Dochód przypadający na jednego mieszkańca to aż 31 962,75 zł czyli ponad 80 razy więcej niż w Przytułach! W pierwszej dziesiątce najbogatszych gmin w Polsce znajduje się podlaski Mielnik z powiatu siemiatyckiego, który osiąga dochód 5793,099 zł na jednego mieszkańca.

 

Trzeba przyznać, że w Białymstoku dochód na jednego mieszkańca nie wygląda zbyt efektownie, bo to zaledwie 1570,29 zł na mieszkańca. Suwałki i Łomża wypadają trochę gorzej, bo ich dochód to 1480,30 zł i 1333,73 zł na mieszkańca. A poniżej wszystkie podlaskie gminy i ich dochód:

 

MIELNIK 5793,09
ORLA 3130,21
SUWAŁKI (gmina) 2476,28
MICHAŁOWO 2448,27
SZUMOWO 2103,32
JUCHNOWIEC KOŚCIELNY 2040,76
WYSOKIE MAZOWIECKIE 1994,98
NAREWKA 1921,8
NAREW 1909,78
BIAŁOWIEŻA 1906,89
SURAŻ 1892,66
SUPRAŚL 1880,36
ZAMBRÓW 1676,05
TUROŚŃ KOŚCIELNA 1631,36
CHOROSZCZ 1620,99
BIELSK PODLASKI 1601,38
WASILKÓW 1579,21
GRÓDEK 1570,88
Białystok (miasto) 1570,29
GRAJEWO 1527,37
BRAŃSK 1511,06
SIEMIATYCZE 1487,43
Suwałki (miasto) 1480,3
PŁASKA 1473,81
BAKAŁARZEWO 1462,57
HAJNÓWKA 1451,43
ZABŁUDÓW 1420,82
SOKÓŁKA 1387,66
HAJNÓWKA 1380,25
AUGUSTÓW 1369,46
WYSOKIE MAZOWIECKIE 1348,01
SZEPIETOWO 1347,3
Łomża (miasto) 1333,73
DUBICZE CERKIEWNE 1332,09
SZYPLISZKI 1306,97
PUŃSK 1301,87
GIBY 1262,83
BIELSK PODLASKI 1259,59
CZYŻEW 1233,11
KOLNO 1232,52
JELENIEWO 1207,93
RAJGRÓD 1203,59
ŁOMŻA (gmina) 1201,17
RUTKI 1188,12
PRZEROŚL 1173,78
SZUDZIAŁOWO 1145,76
POŚWIĘTNE 1140,31
CZYŻE 1136,08
SEJNY 1128,01
FILIPÓW 1127,76
CZEREMCHA 1102,72
SOKOŁY 1078,11
ŁAPY 1077,55
DROHICZYN 1072,73
KLUKOWO 1050,7
ZAMBRÓW 1050,01
NOWINKA 1049,89
DOBRZYNIEWO DUŻE 1046,53
SIEMIATYCZE 1036,21
SEJNY 1030,32
KLESZCZELE 1028,64
CZARNA BIAŁOSTOCKA 1026,41
KRYNKI 1020,51
MOŃKI 1011,64
GRODZISK 999,6
PIĄTNICA 992,87
KULESZE KOŚCIELNE 979,82
SZCZUCZYN 945
MIASTKOWO 940,03
MILEJCZYCE 922,62
KUŹNICA 907,77
CIECHANOWIEC 893,29
GONIĄDZ 891,4
DZIADKOWICE 883,8
NOWOGRÓD 883,61
DĄBROWA BIAŁOSTOCKA 852,21
RACZKI 847,22
SIDRA 847,1
GRABOWO 841,74
BOĆKI 839,5
ŚNIADOWO 831,61
JEDWABNE 824,05
NURZEC-STACJA 823,55
KORYCIN 817,67
NOWE PIEKUTY 815,96
KRASNOPOL 811,18
WĄSOSZ 809,69
STAWISKI 802,68
TYKOCIN 792,49
GRAJEWO 781,66
WIŻAJNY 778,88
JANÓW 774,69
RUTKA-TARTAK 766,5
RUDKA 739,91
JASIONÓWKA 734,33
KOŁAKI KOŚCIELNE 730,2
SZTABIN 727,82
WYSZKI 726,72
SUCHOWOLA 716,14
AUGUSTÓW 705,91
BARGŁÓW KOŚCIELNY 696,59
BRAŃSK 681,39
KNYSZYN 677,6
LIPSK 662,19
PERLEJEWO 640,33
KOBYLIN-BORZYMY 622,18
NOWY DWÓR 613,4
JAŚWIŁY 608,96
WIZNA 604,16
ZAWADY 579,49
TRZCIANNE 575,9
KOLNO 550,52
MAŁY PŁOCK 542,94
ZBÓJNA 538,68
KRYPNO 514,34
RADZIŁÓW 486,18
TUROŚL 453,88
PRZYTUŁY 390,29

 

Radni podjęli decyzję: Będzie budowa pasa na Krywlanach

Radni podjęli decyzję: Będzie budowa pasa na Krywlanach

Spokojnie przebiegła dyskusja nad tym czy przyjąć pieniądze od samorządu Województwa Podlaskiego na budowę pasa startowego na lotnisku Krywlany. Radni podczas debaty wzajemnie obrzucali się winą za niezrealizowanie budowy lotniska regionalnego do tej pory. Maciej Biernacki z PO podnosił, że to jedyna szansa. Wtórował mu prezydent Tadeusz Truskolaski, który przekonywał, że z pasa będą mogły startować boeingi 737, tyle że bez pełnego obciążenia. Dodatkowo przedstawił opinię biura analiz, które twierdzi, że pas można w przyszłości rozbudować zarówno w stronę ul. Mickiewicza jak i w stronę Ciołkowskiego. O ile będzie taka wola mieszkańców Białegostoku.

 

Radny PiS – Henryk Dębowski podnosił, że to nie lotnisko, a tylko pas startowy, że nie będzie miejsca odpraw i że to lotnisko tylko dla biznesu. Zaś radny PiS – Paweł Myszkowski mówił, że nie trzeba budować pasa za wszelką cenę. 

 

Ostatecznie Henryk Dębowski z PiS – czyli przedstawiciel radnych, którzy mają większość w Radzie Miasta Białystok stwierdził, że początkowo radni jego ugrupowania byli przeciw, ale zagłosują za przyjęciem pieniędzy, aczkolwiek będą dążyć do budowy także lotniska regionalnego. Za przyjęciem pieniędzy od samorządu Województwa Podlaskiego na realizację inwestycji ostatecznie głosowało 25 radnych. 

 

Budowa utwardzonego pasa startowego na Krywlanach o długości 1350 metrów ma być ukończona jesienią 2018 roku. Trzymamy kciuki za realizacje tego przedsięwzięcia.

Z kroniki policyjnej

Z kroniki policyjnej

 

   W przedwojennej prasie popularne były różnego rodzaju kroniki kryminalne. W 1925 r. Dziennik Białostocki opublikował materiał pt. „Nowy typ niebieskiego ptaka”. Jego autor stwierdził, że przez żadne bodaj miasto prowincjonalne nie przewinęło się tyle tzw. niebieskich ptaszków, wszelkiego rodzaju i gatunku, co przez Białystok. Przez pewien czas grasowali tutaj rozmaici „wydawcy” i „redaktorzy”, mający na celu ordynarny szantaż, albo zdobycie od łatwowiernych kupców i fabrykantów ogłoszeń. Później pojawili się „finansiści” od robienia interesów w drzewie, konopiach, kartoflach, kocach itp. Aż się roiło od tego tałatajstwa. Z czasem przybyli agenci i reprezentanci firm istniejących przeważnie na papierze. Ostatnio pojawił się nowy typ oszusta – fotografa. Już od stycznia odwiedzał domy agent Franciszek Więckowski. Dostatni ubiór, płynna wymowa i spryt, uosabiały przychylnie do agenta, który proponował za opłatą bajecznie niską powiększenie fotografii. Zamówienia posypały się jak z rogu obfitości, za nimi zaliczki. Gdy już większość klientów wpłaciła gotówkę, oszust ulotnił się. Tymczasem firma faktycznie wykonała portrety i nadesłała je za zaliczeniem pocztowym. Rzecz jasna, że amatorzy powiększonych zdjęć ślubnych po prostu ich nie wykupili. W porę wdała się w całą sprawę Ekspozytura Urzędu Śledczego i osadziła przedsiębiorczego „fotografika” za kratkami.
  Z kolei w 1937 r. „Echo Białostockie” opisało ze szczegółami następującą historię: „Szmul Cywes podejrzany był o paserstwo, gdyż podczas dokonywania u niego rewizji zakwestionowano dwie kurtki niewiadomego pochodzenia. Co prawda on twierdził uparcie, że to jego własność, ale pomogło mu to tyle, co umarłemu kadzidło. Policja kurtki zabrała. Zgłosił się wtedy do Cywesa niejaki Duczyński Abram, gość wielce szacowny, którego fotografie z całą pieczołowitością przechowywane są w albumach policyjnych, a którego wywiadowcy białostoccy lepiej pilnują niż Scotland Yard – króla Jerzego VI. Duczyński oświadczył, że za odpowiednim wynagrodzeniem podejmuje się jego sprawę pozytywnie wyjaśnić. – Bądź pan spokojny, ja w policji jestem bardzo dobrze znany. Sam komisarz zwraca się do mnie per „ty”. – zapewniał Cywesa. Cywesowi zależało na owych kurtkach, dlatego też wręczył Duczyńskiemu 45 zł na „koszta manipulacyjne”, i czekał. Policja jednak kurtek nie zwracała. Trudno. Cywes sam poszedł na komisariat. Rozpytał się o wszystko. Dowiedział się wówczas, że Duczyński nabił go po prostu w butelkę. I po co to wszystko panu było – spytał policjant Cywesa – skoro kurtki miały nie pochodzić z kradzieży? Widocznie jednak coś z nimi nie tak”.
  Wiosną 1939 r. „Wiadomości Białostockie” zamieściły w kronice kryminalnej relację noszącą tytuł: „Ulica Brukowa – centrum brudu”. Rzecz jednak wcale nie dotyczyła sprzątania, lecz bandytyzmu. „Sąd Okręgowy rozpatrzył sprawę Jana Matejaka i Stanisława Olszyny oskarżonych o to, że 3 grudnia 1938 r. pod groźbą użycia siły zrabowali Stanisławowi Panasewiczowi litr wódki, krążek kiełbasy i 16 złotych gotówką. Okazało się też, że Jan Matejak ma już na swoim koncie 11 wyroków skazujących go w sumie na 18 lat więzienia. Ciekawe było też ostatnie słowo oskarżonego. Nie przyznając się do zarzucanego mu czynu, całą winę za swoją przeszłość zrzucił na ulicę Brukową. „Mieszkam – powiedział – na Brukowej, w centrum brudu i demoralizacji. Nic więc dziwnego, że stąd tak łatwo trafić do więzienia”.

Włodzimierz Jarmolik

Karol Okrasa nagrywał swój program w Podlaskiem. Co ugotował?

Karol Okrasa nagrywał swój program w Podlaskiem. Co ugotował?

Karol Okrasa wybrał województwo podlaskie, znane z malowniczych krajobrazów i bogactwa kulinarnego, na miejsce kolejnej przygody kulinarnej. W ramach programu „Okrasa łamie przepisy” prowadzonego na antenie TVP 1, Karol Okrasa odwiedził Ciechanowiec. Przyniósł on ze sobą swoje niepowtarzalne podejście do gotowania.

Ciechanowiec – miejsce wyjątkowe

Ciechanowiec, gospodarz tego wyjątkowego odcinka, to miasto pełne historii i kulturowych unikatów, które sprawiają, że jest wyjątkowo atrakcyjne dla odwiedzających. Malowniczo położone w otoczeniu przyrody, z Muzeum Rolnictwa jako centralnym punktem. To to miejsce, gdzie kręcono także sceny do jednego z największych hitów muzycznych – „My Słowianie” Donatana i Cleo. Ta znakomita lokalizacja oraz bogata historia sprawiły, że Ciechanowiec stał się nie tylko centrum kulturalnym, ale również idealnym tłem dla kulinarnej podróży Karola Okrasy. Jego przyjazd do tego miasta stanowi nie tylko okazję do odkrywania smaków Podlasia. Także tworzy możliwość spotkania z fascynującą historią i dziedzictwem kulturowym regionu.

Karol Okrasa – od gotowania po prace polowe

W najnowszym odcinku „Okrasa łamie przepisy” nie zabrakło emocjonujących wyzwań. Oprócz tradycyjnego gotowania, widzowie mieli okazję zobaczyć, jak Karol Okrasa mierzy się z zabytkowym traktorem. Uczestniczył również w pracach polowych na innych historycznych maszynach rolniczych. Jest to nie tylko kulinarne show, ale także podróż w czasie, ukazująca różnicę pomiędzy dawnymi metodami pracy rolniczej a współczesnymi technologiami. Podczas programu widzowie będą mieli okazję zapoznać się z lokalnymi specjałami kuchni podlaskiej. Na stołach pojawią się dania przygotowane z lokalnych produktów, takich jak soczysta kaczka, chrupiący razowy chleb czy serowe przysmaki. Jerzy Leszczyński, marszałek województwa podlaskiego, również gościł w programie, opowiadając o nowoczesnych osiągnięciach regionalnej produkcji rolniczej.

Karol Okrasa – smaki regionu na talerzu

„Okrasa łamie przepisy” w Województwie Podlaskim obiecuje nie tylko emocjonujące kulinaria, ale także wgląd w bogactwo i różnorodność regionu. Widzowie z całej Polski będą mieli okazję poznać smaki, zapachy i historię Podlasia, które stają się bohaterem kolejnego wyjątkowego odcinka tego popularnego programu kulinarnego. Premiera odcinka już w najbliższą sobotę na antenie TVP 1.

 

Ulica Brukowa 8

Ulica Brukowa 8

 

   Ulica ta leżała w samym środku przestępczych Chanajek. Od sąsiadujących z nią ulic i zaułków wyróżniała się tym, że mieszkała przy niej spora grupka ludności nieżydowskiej. Ale na poziom uczynków niegodnych nie miało to wielkiego wpływu. Katolicka część Brukowej także słynęła ze swoich złodziejaszków i awanturniczych indywiduów, którym nieobce były wytrychy, łom czy nawet pistolet.
  Brukowa ciągnęła się od Krakowskiej do Sosnowej. Liczyła sobie blisko 30 posesji. Szczególnie aktywni brukowce zamieszkiwali gdzieś w jej połowie. Wyróżniali się zwłaszcza lokatorzy domu nr 8. Oto najbardziej ciekawe egzemplarze.
  Na pierwszym miejscu należy niewątpliwie wymienić Kazimierza Zabijakę. Nazwisko bardzo groźne, był on jednak tylko złodziejem sklepowym. Z dwoma koleżkami, Stanisławem Dąbrowskim i Władysławem Fiedorukiem wybijali nocną porą dziurę w ścianie upatrzonego obiektu i wynosili cały, często dosyć lichy towar. Wpadli w styczniu 1931 r. Zabijaka jako prowodyr dostał rok odsiadki.
  Innym specjalistą od wszelakich kradzieży był pomieszkujący pod brukowską ósemką Kazimierz Galicki. On także miał swoich pomagierów. W 1933 r. wpadli oni na dwóch złodziejskich robotach. Najpierw włamali się do składu z narzędziami technicznymi. Wartość łupu wyniosła ponad tysiąc złotych. Parę tygodni później wpadli na kradzieży gotówki i biżuterii wartości blisko 200 zł. Poszkodowaną okazała się Wiktoria Ilonowicz. I ci brukowcy trafili za kratki.
  Dalej należy wymienić potokarza Sobczaka, który w latach 20. okradał z powodzeniem chłopskie furmanki, zmierzające ul. Krakowską w kierunku Siennego Rynku i Kazimierza Daniłowicza, specjalizującego się w podbieraniu drobnych przedmiotów w małych zakładach rzemieślniczych. Upodobał on sobie zwłaszcza warsztaciki szewskie, no i 1934 r. wpadł na ul. Kalinowskiego z parą butów za pazuchą.
 

   Szczególnego pecha miał w tymże samym roku Czesio Binczewski. Pewnej nocy opuścił swój pokoik przy Brukowej 8, udał się na ul. Sosnową pod parkan otaczający cmentarz prawosławny, przeskoczył go i zabrał się do zrywania owoców. Choć dozorca spał, za to czuwał jego pies. Czesio zanim zdołał umknąć przed groźną sobaką, został przez nią dotkliwie pogryziony. Oczywiście torba z jabłkami i gruszkami także przepadła.
  W takim miejscu, jak Brukowa 8 nie mogło obyć się bez panienek lekkich obyczajów. Policjantom z IV komisariatu szczególnie dawała się we znaki Maria Nester. Ciągle składała zażalenia na swoich klientów, a to, że byli niewypłacalni, albo też, że okradali ją z gotówki i różnych przedmiotów. W sierpniu 1936 r. złożyła skargę na znanego, miejscowego awanturnika Wiktora Morawskiego, który nie tylko ją okradał, ale też groził jeszcze dotkliwym pobiciem. Na początku 1937 r. sprawa trafiła do Sądu Okręgowego. Ten uniewinnił Morawskiego od wydumanej przez prostytutkę kradzieży, lecz za pogróżki wlepił mu osiem miesięcy odsiadki.
  Modelowym wzorem brukowca można uznać niewątpliwie niejakiego Jana Matejczyka. Jego sprawa trafiła na wokandę wiosną 1939 r. Historia wydawała się dosyć błaha. Otóż w grudniu poprzedniego roku Matejczyk z kompanem Stanisławem Olszyną zatrzymali na ul. Krakowskiej Stanisława Panasewicza i, demonstrując swoje muskuły, zabrali mu litr wódki, pęto kiełbasy i 16 zł gotówką. Przewód sądowy był jednak całkiem ciekawy. Okazało się bowiem, że Matejczyk jest recydywistą i ma już na swoim koncie aż 11 wyroków. W sumie uzbierało się 18 lat więzienia. Niektóre wyroki były łączne, ale i tak Matejczyk duży kawałek dorosłego życia spędził za murami więziennymi.
  W ostatnim słowie oskarżony Matejczyk nie przyznał się do zarzucanego mu czynu. Jako główną sprawczynię swoich wszystkich wyroków wskazał … ulicę Brukową, przy której na nieszczęście przyszło mu mieszkać. To wylęgarnia zła, dowodził. Sąd nie dał się przekonać. Niepoprawny Matejczyk dostał aż 6 lat. Ulica Brukowa została uniewinniona.

Włodzimierz Jarmolik

Lotnisko w Białymstoku. Przedwyborcza hucpa czy jedyna szansa?

Lotnisko w Białymstoku. Przedwyborcza hucpa czy jedyna szansa?

Czy budowa lotniska w Białymstoku to przedwyborcza hucpa, a pieniądze na to przeznaczone to jak wyrzucenie w błoto? Tak twierdzą osoby prowadzące dość popularną stronę na Facebooku „Lotnisko Białystok”. Według nich budowa lotniska na Krywlanach nie jest potrzebna. Uważają, że z Białegostoku po remoncie nadal nie będą latać żadne samoloty. Wskazują też, że nie będzie też terminala pasażerskiego oraz że krótki pas ograniczy przyjęcia samolotów do 50 pasażerów – a takimi nie dysponują prawie żadne linie lotnicze.

 

 

Można się z nimi zgodzić, ale tylko gdy patrzy się na to wszystko krótkowzrocznie. Zacznijmy od najważniejszego – długość pasa wyniesie 1350 metrów. Żeby wygodnie wylądował na nim duży samolot, to pas powinien mieć 2200 metrów. Żeby zbudować tak długo pas na Krywlanach trzeba by było albo wyciąć kawałek lasu od strony Ciołkowskiego. Lasu jest tam sporo, nie ma on walorów przyrodniczych. Zatem jeżeli kiedyś by zapadła decyzja o rozbudowie lotniska, to potrzeba by było jedynie decyzji politycznej.

 

Wracając do braku terminala. Operatorem lotniska ma być Aeroklub Białostocki. Trudno sądzić, by budowa terminala była jakoś specjalnie skomplikowana. Wystarczy spojrzeć na to, jak szybko buduje się nowy dworzec PKS, a to przecież bardzo podobna konstrukcja. Zanim takowy jednak powstanie, to na pewno będzie miejsce dla podróżnych. Zatem o jakich piszą administratorzy strony Lotnisko Białystok są bardzo niewielkie. Nie warto jednak inwestować teraz w wielkie lotnisko międzynarodowe, skoro nie wiemy czy nie skończylibyśmy jak Radom. Zaczynanie od małego lotniska to bardzo dobry pomysł, bowiem pas na pewno nie będzie stać pusty, a jeśli okaże się, że z Krywlan korzystamy bardzo często, to szybko zapadnie decyzja o rozbudowie.

 

Podamy jeszcze przykład z Anglii. Jej stolicę – Londyn – obsługują aż 3 wielkie lotniska. Zaledwie 40 km dalej znajduje się niewielkie miasteczko Cambridge (100 tys. mieszkańców). W mieście tym także znajduje się lotnisko, tyle że dużo mniejsze właśnie. Możemy z niego odlecieć do Edynburga (stolica Szkocji), znajduje się tam także Aeroklub oraz baza naprawcza lotniska wojskowego. Białystok może śmiało pójść w ślady Cambridge bowiem – jak wiemy w regionie NATO jest w ostatnim czasie bardzo aktywne. Jeżeli będzie u nas sprawne lotnisko, to będzie mogło je wykorzystać w jakimś stopniu wojsko. Druga sprawa to połączenia lotnicze. Przede wszystkim na sprawę należy patrzeć szerzej niż przez pryzmat tego, że obecnie rynkiem tanich linii lotniczych rządzą Ryanair i Wizzair, które raczej do Białegostoku nie zawitają.

 

Rynek lotniczy w Polsce będzie coraz bardziej się rozwijać. Jako społeczeństwo jesteśmy coraz bogatsi i częściej wolimy zapłacić więcej, by wygodnie i szybko podróżować niż, by tłuc się pociągami czy autobusami wiele godzin. Dlatego w nieodległej przyszłości połączenia lokalne w cenie Pendolino będą już osiągalne. Przede wszystkim na takich trasach nikt nie używa dużych samolotów, a ceny nie są wygórowane. Wtedy będziemy mogli latać z Białegostoku do Gdańska, Szczecina, Zielonej Góry czy Krakowa – wszędzie tam, gdzie obecnie musimy jechać wiele godzin.

 

Jeżeli chodzi o połączenia międzynarodowe, to bardzo możliwe są 3-4 kierunki do osiągnięcia. Mińsk, Berlin, Londyn, Bruksela. Połączenie z Mińskiem byłoby atrakcyjne dla wszystkich, którzy do nas chętnie przyjeżdżają nie tylko na zakupy, ale też by się pobawić czy odpocząć. Robi tak coraz więcej Białorusinów, dla których Białystok jest najbliższym przystankiem Europy zachodniej. Z Mińska do stolicy Podlaskiego jest blisko, ale stanie w kolejkach na granicy wydłuża całą podróż podwójnie. Ponadto Białoruś też powoli otwiera się na zachód, znosząc wizy w niektórych przypadkach, rozwijając infrastrukturę rowerową i kajakową dla turystów, zachęcając do odwiedzania ich części Puszczy Białowieskiej. Kolejnym krokiem może być zaproszenie do Mińska. Szczególnie, że wkrótce Mistrzostwa Świata w Rosji, na które zapewne wybierze się sporo Polaków jadąc przez Białoruś.

 

Pisząc o kolejnych kierunkach – Berlin – doskonałe miejsce na przesiadkę, by dostać się w każe miejsce na ziemi, zaś Londyn i Bruksela to miejsca bardzo chętnie odwiedzane przez Podlasian. Dlatego też nie można przekreślać idei lotniska w Białymstoku tylko dlatego, że nie będzie ono takie jak sobie wymarzyliśmy. Dyskusja o lotnisku trwa u nas od lat. Dobrze, że ktoś przestał gadać i zaczął robić. Lepszej szansy na jakiekolwiek lotnisko mieć już więcej nie będziemy, bo nie bardzo jest gdzie je budować. Podlaskie to obszar cenny przyrodniczo. Warto sobie przypomnieć jak skończyła się próba budowy obwodnicy Augustowa wbrew Unii Europejskiej, a także co się dzieje w Puszczy Białowieskiej. Dlatego mentalne Bizancjum u niektórych będzie powodować, że ciągle pozostawać będziemy w strefie marzeń.

 

 

 

Figurki, park militarny i centrum zabaw – zobacz co powstanie z Budżetu Obywatelskiego

Figurki, park militarny i centrum zabaw – zobacz co powstanie z Budżetu Obywatelskiego

Są znane już wyniki głosowania Budżetu Obywatelskiego 2018. W Białymstoku powstanie między innymi rzeźba św. Floriana, Pręgierz, małe figurki niedźwiadków, park militarny, amfiteatr na osiedlu TBS i centrum zabaw na Leśnej Dolnie. 36 ze zgłoszonych 44 inicjatyw zostanie zrealizowana. Białostoczanie oddali ponad 23 tysiące głosów. Do realizacji zostanie dopuszczona 11 ogólnomiejskich pomysłów i 25 (z 27) osiedlowych.

 

– Dziękuję mieszkańcom za zaangażowanie i włączenie się w tegoroczną edycję Budżetu Obywatelskiego w naszym mieście – powiedział prezydent Białegostoku Tadeusz Truskolaski. – Jestem dumny z pomysłów i kreatywności białostoczan. Co roku mieszkańcy zgłaszają około stu projektów, a to cieszy. Dzięki temu od kilku lat wspólnie budujemy społeczeństwo obywatelskie i naszą małą ojczyznę.

 

Na realizację pomysłów mieszkańców miasto przeznaczyło 10 milionów złotych. Najwięcej głosów dostało utwardzenie terenu i budowa parkingu przy ul. Bułgarskiej (os. Starosielce) – 2707 głosów oraz budowa Centrum Zabaw na Leśnej Dolinie – 2616 głosów.

 

Poniżej wszystkie projekty. W pierwszej kolejności będą realizowane oznaczone na żółto, następnie te na zielono. Oznaczone kolorem różowym nie będą realizowane w ogóle.

Z Chicago do Chanajek

Z Chicago do Chanajek

 

  Pierwsze kroki w gangsterskim fachu stawiał  na ulicach Chicago białostocki chojrak Chaim Sarowski. W 1925 r. Sarowski powrócił do Białegostoku. Nie wiadomo, co stało się tego przyczyną. Może była to ciągła wojna bimbrowników i liczne trupy odnajdywane w chicagowskich zaułkach, a może nostalgia za rodzinnymi stronami. W każdym razie opryszek z Chicago szybko znalazł się w miejscowych kronikach kryminalnych. Z grupką pomagierów zaczął siać terror wśród chanajkowskich paserów, sutenerów i prostytutek. Imponował kamratom amerykańskim obywatelstwem i dolarami. Dorobił się nawet przydomku króla Chanajek. Latem 1926 r. Sarowski z wiernym adiutantem Jankielem Kapickim zajmowali się szantażowaniem sklepikarzy z ul. Sosnowej i Suraskiej.
  Ci zanieśli skargę na IV komisariat przy ul. Grunwaldzkiej. Z interwencją pośpieszył przodownik Zadrożny. Naśladowca Al Capone nie pękał jednak przed policją. Nie tylko nawymyślał posterunkowemu, ale też oberwał mu dystynkcję, wyrwał szablę i zaczął formalnie dusić za gardło. Zakapior Kapicki dzielnie sekundował. 22 września odbyła się rozprawa i krewki „Amerykaniec” dostał 2 miesiące bezwzględnego więzienia. Zanim jednak trafił za kratki, wdał się w kolejną bójkę nożową na ul. Krakowskiej. No i zdrowo się naciął. Niejaki Wacław Cieśluk lepiej władał majchrem i Sarowski wylądował w szpitalu, a dopiero później w szarym domu przy Szosie Baranowickiej.
  Przed wojną białostockie powroty z emigracji zdarzały się nie tylko ze Stanów Zjednoczonych. Ot choćby przykład Marii Gołdeszczuk. W 1934 r. zjechała ona do rodzinnego miasta prosto z … Paryża. Do Francji trafiła 10 lat wcześniej i tam, do spółki z mężem, uprawiała wydatnie kradzieże mieszkaniowe. Po odsiedzeniu kilku lat w więzieniu paryskim została wydalona znad Loary. W Białymstoku natychmiast wróciła do złodziejskiej specjalności. Był to tzw. szpryng, czyli okradanie przedpokoi, zwłaszcza z futer i cennych drobiazgów. Gołdeszczuk zmontowała szajkę „skokierów” i ruszyła na podbój białostockich mieszkań.
  Obok niej ważne miejsce w bandzie zajmował Zundel Połter, zwany Jaszkie, paser z ul. Św. Rocha, a także siostra Zofia Filauer. Po licznych kradzieżach doszło do wpadki. Wszystko zaczęło się od kłótni Gołdeszczukowej z paserem Połterem na tle podziału łupów. Wkrótce do aresztu trafili kolejni członkowie szajki. Pod koniec 1935 r. odbyła się rozprawa sądowa. „Francuzka” otrzymała rok więzienia i jeszcze 5 lat domu poprawy. Paser Jaszkie dostał to samo. Na początku następnego roku Marii Gołdeszczuk dołożono jeszcze 10 miesięcy za obrazę sądu. Baba miała niewyparzoną gębę.

Włodzimierz Jarmolik

Kierowcy mogliby się przesiąść do autobusów. Jednak nasza komunikacja odstrasza

Kierowcy mogliby się przesiąść do autobusów. Jednak nasza komunikacja odstrasza

Białystok pod względem zakorkowania miasta jest na 120 miejscu w Europie. Dla porównania – na pierwszym miejscu jest… Łódź (tak – najbardziej zakorkowane miasto w Europie to Łódź), w czołówce jest też Bukareszt i Moskwa. Z innych polskich miast dużych korków doświadczymy w Krakowie (17 miejsce), Warszawa (19 miejsce), Wrocław (26 miejsce), Poznań (29 miejsce). Jak widać na tle innych dużych miast nie wypadamy źle. Nie oznacza to jednak, że nie należy się niepokoić. Każdego roku na ulicach polskich miast – także podlaskich przybywa coraz więcej samochodów. W związku z tym są dwa główne problemy – zapchane parkingi i coraz dłuższe korki. Nikt nie może jednak zakazać ludziom jeżdżenia samochodem, ale warto zachęcać ich by się przesiedli do komunikacji miejskiej. Dlaczego kierowcy niechętnie jednak to zrobią w obecnej sytuacji?

Po co jeździć autobusem jak mam samochód?

Władze poszły na łatwiznę. Jeszcze wiele lat temu, gdy zepsuła się droga, to stawiano znaki drogowe z ograniczeniami do 30 km/h zamiast naprawić drogę. Teraz obecne władze postępują podobnie – tworząc buspasy. Przede wszystkim zwężając ulice zakorkowano jeszcze bardziej miasto. Najgorsze jest bowiem marnotrawstwo, gdyż buspas na Branickiego przeważnie stoi pusty, bo niewiele mamy tam połączeń autobusowych. Absurdalnym rozwiązaniem było zwężenie ul. Sienkiewicza, ale też utworzenie buspasa na Al. Piłsudskiego. W pierwszym przypadku tylko zwiększono korki, a na Al. Piłsudskiego jest dostatecznie szeroko, by nikt nie musiał w nich stać. Jednym słowem – jeżeli będą szerokie drogi, to autobusy nie będą stały w korkach, bo nikt nie będzie stał.

 

Wiadomo jednak, że poszerzać dróg w nieskończoność się nie da. Utrzymując obecnego stanu też nie, bo samochodów będzie coraz więcej z każdym rokiem. Dlatego już teraz władze powinny maksymalnie zachęcać do przesiadania się do autobusów. Na razie niewiele robi.

Drogie bilety

Ceny biletów autobusowych są horrendalne, a same bilety dostępne są przeważnie tylko u kierowców po jeszcze wyższych cenach (normalny 2,8 w punkcie, których jest jak na lekarstwo – zaś u kierowcy 3,5 zł). Ostatnio w ogóle białostocka komunikacja wejdzie w XXI wiek – zastosuje bowiem rozwiązania, które wszędzie są od lat – a mianowicie będzie można kupić bilet 60-minutowy, który będzie można używać przez godzinę w różnych autobusach. DO tej pory z takim biletem nie można się przesiadać. Dlaczego? Nie wiadomo.

 

Teraz prosta kalkulacja dlaczego kierowcom nie opłaca się jeździć autobusem. Przede wszystkim podzielmy ich na 2 kategorie – tych, którzy byliby skłonni się przesiąść i tych dla których nie wchodzi to w rachubę. W tym drugim przypadku będą wszystkie rodziny z dziećmi, które rozwożą je po różnych placówkach do szkół czy przedszkoli, a następnie jadą do pracy. Drudzy to tacy, którzy sami jeżdżą samochodem.

 

To właśnie do tych kierowców powinno się czynić zachęty do korzystania z komunikacji. Np. raz do roku można za darmo podróżować komunikacją z dowodem rejestracyjnym. Warto zapytać dlaczego nie cały rok? Bilet miesięczny na wszystkie linie kosztuje 80 zł, w zasadzie tyle samo co miesięczna jazda samochodem na gaz z domu do pracy i odwrotnie. Oczywiście jeżeli mieszkamy i pracujemy w Białymstoku.

Beznadziejne połączenia

Inną kwestią są połączenia. Ktoś kiedyś wymyślił linie w Białymstoku tak, by ludzie nie musieli się przesiadać, tyle że autobusy mają dużo przystanków po drodze i cała wyprawa jest koszmarnie długa. Nie ma u nas wzorem innych miast linii pośpiesznych, a także takich, dzięki którym możemy z łatwością się przesiadać. Istnieje u nas coś takiego jak „centrum przesiadkowe” – jedyne na całe miasto.

 

Już spuścimy zasłonę milczenia na najbardziej wstydliwą rzecz – niemożność dogadania się władz miasta z PKP i utworzenie szybkiej kolei miejskiej. Nie jest to dla nas zrozumiałe jak w mieście, gdzie mamy dobrą infrastrukturę kolejową (przecież miasto w ogóle się rozwinęło dzięki kolei) nie można wprowadzić takiego rodzaju komunikacji.

 

Za rok wybory samorządowe. Białystok przeszedł ogromną metamorfozę, ale żeby być tak ważnym ośrodkiem na mapie jak Poznań, Wrocław czy Gdańsk, to musimy wykonać jeszcze gigantyczną pracę. Odkorkowanie miasta póki jeszcze możemy to łatwo zrobić – jest jedną z takich prac.

To kontrowersyjny pomysł. Czy sprawdzą się śledzie z książkami?

To kontrowersyjny pomysł. Czy sprawdzą się śledzie z książkami?

Na białostockich ulicach pojawiły się specjalne regały na książki, które kształtem przypominają śledzia. W środku znajdą się książki, które można sobie pożyczyć, przeczytać, a następnie oddać. Do wyboru jest aż 430 pozycji. – Każdy sposób na wspieranie czytelnictwa jest dobry. Dlatego Białystok zaangażował się w bookcrossing, który sprawdza się w wielu polskich miastach i jest znany na całym świecie – powiedział prezydent Białegostoku Tadeusz Truskolaski. – Liczymy na zainteresowanie białostoczan tym pomysłem. Jesteśmy gotowi rozwijać tę inicjatywę, jeśli spodoba się mieszkańcom naszego miasta.

 

Pomysł jest bardzo odważny. Jest to swoisty test sprawdzający czy nasze społeczeństwo jest już wystarczająco gotowe, by nie trzeba było go zawsze i wszędzie kontrolować. To, że chętnych na czytanie nie zabraknie nie ulega wątpliwości. Pytanie brzmi: ile pojawi się złodziei, wandali i zwyczajnych idiotów, którzy zechcą zabierać książki i nigdy nie oddać, zniszczyć je lub zniszczyć regał książkowy. Odpowiedź na to pytanie pokaże gdzie jesteśmy jako społeczeństwo – czy potrzeba jeszcze więcej kamer, wszelkiej maści zabezpieczeń i nieustającej kontroli – czy w końcu możemy sobie wzajemnie zaufać, bo rozumiemy w końcu słowo „publiczne” jako wspólne czyli coś, na za co płacimy wszyscy swoimi podatkami.

 

Za inicjatywę trzymamy kciuki, ale jesteśmy niepewni czy książki bez nadzoru przetrwają zimę.

 

fot. Wschodzący Białystok

Dworzec kolejowy w Augustowie przestanie straszyć. Jest nowy właściciel.

Dworzec kolejowy w Augustowie przestanie straszyć. Jest nowy właściciel.

Dobra wiadomość z Augustowa! Zabytkowy dworzec kolejowy, który przez 8 ostatnich lat zamieniał się w ruinę nareszcie zyska blask. Wszystko za sprawą samorządu. Władze letniej stolicy Polski odkupiły budynek od prywatnej osoby, która miała zainwestować, lecz ostatecznie nic nie zrobiła. Za jakiś czas podróżni będą mieli znów poczekalnię, cały teren wokół zostanie uporządkowany, a być może nawet wyremontowana zostanie ulica dojazdowa. W samym budynku zaś oprócz miejsca oczekiwań może się pojawić też siedziba jakiejś miejskiej instytucji.

 

Obiekt został zamknięty w 2009 roku. Kilka lat później PKP sprzedało budynek prywatnej osobie, która miała przeprowadzić inwestycje. Nic z tego nie wyszło, a budynek do tej pory stoi zamknięty i straszy swoim wyglądem. Warto dodać, że latem miejsce to przeżywa oblężenie, bo wielu turystów, by nie stać w korkach (w letnie weekendy krajowa 8 jest dosłownie zatkana) wybiera podróż pociągiem. Jest także sporo rowerzystów, którzy jeżdżą po Suwalszczyźnie, lecz na wieczór wracają np. do Białegostoku.

 

Dworzec kolejowy w Augustowie powstał w 1897 roku. Wówczas uruchomiono linię kolejową z Suwałk do Grodna. W latach czterdziestych XX wieku obiekt był świadkiem historii. Z tego miejsca wywożono Polaków na Syberię. 

 

Dworzec może być otwarty już wiosną.

Tor Wschodzący Białystok gotowy. Pozostały jeszcze testy

Tor Wschodzący Białystok gotowy. Pozostały jeszcze testy

Praktycznie rzecz biorąc Tor Wschodzący Białystok jest już gotowy i wkrótce będzie można z niego korzystać. Zanim to się jednak stanie, pozostały jeszcze testy, bo być może trzeba będzie jeszcze coś poprawić. Trzeba także sprawdzić przepustowość toru, by móc napisać odpowiedni regulamin. Jak możemy przeczytać na Facebooku – Toru – Prawie wszystko jest ok. i opinie zawodników są pozytywne.

 

Jak zapewniają administratorzy Toru okrążenie dłuższe pokonać można w 47 sekund. Można też rozwinąć duże prędkości. Tor powinien przejść jeszcze testy motocyklowe, ale obecnie pogoda jest na to już zbyt kiepska i prawdopodobnie trzeba z tym poczekać do wiosny. 

 

Treningowy Tor Wschodzący Białystok ma asfaltową nawierzchnię, długość ok. 1.6 km m i szerokość od 8 do 10 m. Firma, która realizuje tę inwestycję, zagospodarowała teren na Krywlanach, tuż obok lotniska. Jest to miejsce położone z dala od zabudowań mieszkalnych. Tor jest poprowadzony tak, by dostosować go do ukształtowania terenu, dzięki czemu nie trzeba było wycinać drzew. Jest on atrakcyjny dla kierowców, ma zakręty, pętlę i rondo o szerokości 12 m.

Polskie Wojsko będzie modernizowane. Co to oznacza dla Podlaskiego?

Polskie Wojsko będzie modernizowane. Co to oznacza dla Podlaskiego?

Prezydent Andrzej Duda podpisał nowelizację ustawy o modernizacji i finansowaniu sił zbrojnych. Jej główne założenie to zwiększenie finansowania na obronność. Co to oznacza dla Podlaskiego?

 

Przede wszystkim warto przypomnieć nasze położenie. Województwo Podlaskie styka się z granicą Rosji oraz graniczy z militarnym partnerem tego kraju – Białorusią. Między Trójstykiem w Wiżajnach, a początkiem granicy w okolicach Lipska jest tak zwany „przesmyk Suwalski”. To bardzo newralgiczne miejsce, gdyż łączy Obwód Kaliningradzki z Białorusią, zatem jego zajęcie byłoby strategiczne, gdyby Rosja chciała uderzyć na Polskę.

 

Nie mamy dobrych wieści polska doktryna wojskowa zakłada, że Białystok – stolica województwa podlaskiego nie jest strategicznym celem obronnym (póki co). Przede wszystkim w naszym regionie nie ma żadnego lotniska. Infrastruktura kolejowa od granic do Białegostoku jest w fatalnym stanie. Zatem również nie jest strategiczna. Jedynie kilka lądowisk w całym województwie może posłużyć śmigłowcom. Nasze wojsko nowoczesnych, które mieliśmy zakupić ostatecznie wciąż nie posiada.

 

Ma to oczywiście swoje plusy. W razie wojny jeżeli Rosja będzie chciała zajmować tereny, to prawdopodobnie te po stronie litewskiej, które są łatwiejszym celem. Modernizacja polskiego wojska prawdopodobnie ominie nasz region, bowiem nikt nie wystawia najlepszego sprzętu i najlepszej infrastruktury na pierwszy ogień. A że mamy najbliżej do agresora…

 

Nie można zapominać, że Polska, ale też sąsiadująca Litwa należą do NATO. Jeżeli rzeczywiście ktokolwiek będzie chciał nas bronić, to wojska agresora mogą zacząć gdzieś na Litwie, Łotwie bądź Estonii. Przerzucenie wojsk przez Białoruś pod polską granicę trwałoby dużo dłużej, przez co pozwoliłoby się całemu NATO bardziej przygotować. Modernizacja Wojska Polskiego ma potrwać do 2030 roku. Wtedy nasza armia ma liczyć 200 tys. żołnierzy, z czego 75 proc. będzie zatrudniona tam na etacie. Pozostałe stanowiska przypadną Wojskom Obrony Terytorialnej.

 

To jedyna formacja, która prawdopodobnie zostanie na Podlasiu rozbudowana. O ile przetrwa, bowiem kolejny po ministrze Antonim Macierewiczu może z niej zrezygnować, politycznie uznając że „dziecko” obecnego szefa MON jakim jest WOT nie ma racji bytu.

Policyjne porządki

Policyjne porządki

 

   Jednym ze sposobów policyjnych w walce ze światkiem przestępczym w międzywojennym Białymstoku były obławy i rewizje przeprowadzane przez Urząd Śledczy i komisariaty policji w złodziejskich melinach i kryjówkach. Szczególną plagą w pierwszych latach niepodległej Polski był pospolity bandytyzm. W Białymstoku i w okolicy grasowały liczne szajki zbrojne, zdemoralizowane czasami wojennymi. Przeciwko nim właśnie ówczesny komendant policji Józef Kamala organizował regularne obławy, w których brali udział nie tylko posterunkowi i wywiadowcy policyjni, ale również grupy żandarmów i oddziały żołnierzy. W ten sposób rozbita została m.in. w 1921 roku groźna banda Antoniego Łukaszyńskiego, będąca postrachem podbiałostockich osad.
  W latach 20. a i później, obławy w mieście przeprowadzały zazwyczaj białostockie komisariaty. Szczególnie zapracowane były III i IV. Pierwszy z nich odpowiadał przede wszystkim za to, co działo się na Rybnym Rynku, drugiemu z kolei podlegały groźne zawsze Chanajki, Piaski i Skorupy. Podczas takich akcji do aresztu trafiało często po około 60 osobników, podejrzanych o niecne zamiary. Większość z nich szybko wypuszczano, w sieci pozostawały tylko grubsze ryby. Tak oto wiosną 1931 roku znalazł się w niej Icek Segał, ukrywający się w naszym mieście znany złodziej z Brześcia nad Bugiem.
  Swoją działkę w łapaniu, zwłaszcza przyjezdnych obwiesiów miał V komisariat, mieszczący się na dworcu kolejowym. Wiele energii poświęcał temu jego komendant Franciszek Pierso. Dzięki jego zorganizowanym patrolom wyłapywał on większość przybywających na gościnne występy złodziei, pociągowych rejzerów i podejrzanych włóczęgów.
  Policja miała kilka stałych terminów, w których przeprowadzała profilaktyczne czyszczenie miasta z potencjalnych złodziei i rozmaitych mętów. Były to dni przed świętami wielkanocnymi i bożonarodzeniowymi oraz przed czerwcowym, popularnym jarmarkiem na św. Jana. Wówczas to przybywało do miasta szczególnie dużo opryszków, zwłaszcza z Warszawy, a i miejscowi kieszonkowcy, tombakowi oszuści, loteryjni naciągacze czy szulerzy od trzech kart z utęsknieniem czekali na to świąteczne wydarzenie.
 

   Obławy odbywały się w dzień, ale zwłaszcza w nocy. Kiedy informacje o wzmożonej działalności przestępców były silnie udokumentowane, do akcji mobilizowano nawet 90 funkcjonariuszy policji. Tak była na przykład przed Wielkanocą 1935 roku. W mieście zauważono nadmierną gorliwość złodziejaszków sklepowych i hal targowych. Był to oczywiście dla wielu kanciarzy ważny punkt w ich sezonowej robocie. Szeroką obławę rozpoczęto o godzinie 21., a zakończono o 1. po północy. Kierowało nią dwóch doświadczonych oficerów Policji. W ręce władz trafiło 33 podejrzanych osobników, wygarniętych z chanajkowskich melin i brudnych spelunek w różnych dzielnicach Białegostoku. Byli wśród nich zarówno 17-letni Bolesław Szczygielski, jak też trzydziestoparoletnie małżeństwo Olgi i Eugeniusza Auerów. Tych ostatnich od dawna poszukiwała policja za wcześniejsze, brzydkie występki.
  Policyjne obławy przeprowadzano również po wyjątkowo zuchwałych rabunkach w mieście, jak też w pościgu za szczególnie groźnym kryminalistą. Tę pierwszą niech zilustruje wydarzenie z 1937 roku. Obrabowany został wówczas sklep jubilerski Mejłacha Zyskowicza przy ul. Sienkiewicza 3. Zginęło wiele cennych precjozów. Wydział śledczy zarządził natychmiast przeszukanie wszystkich znanych, złodziejskich adresów. Do aresztu trafili tak poważani na bruku białostockim włamywacze, jak: Nochim Abolewicz, Abram Duczyński, Icek Golsztein, Abram Kolew czy Władysław Paradowicz. Mieli jednak mocne alibi. Jak się wkrótce okazało, jubilera obrobili ich koledzy po fachu z miasta Wilna.
  W 1938 roku białostoccy policjanci urządzili dużą obławę na jednego, ale za to zatwardziałego bandytę, Władysława Szejdę. Uciekł on właśnie z więzienia w Łomży, gdzie odbywał długi wyrok. Za zbiegiem ruszył cały oddział mundurowych. Po wielogodzinnym pościgu po okolicznych lasach, a później poddaszach białostockich domów, Szejda trafił w końcu w ręce władz.

Włodzimierz Jarmolik

Czy tego roku będzie zima stulecia? Podlaskie zamieni się w lodową krainę?

Czy tego roku będzie zima stulecia? Podlaskie zamieni się w lodową krainę?

Od kilku tygodni w mediach, ale też w rozmowach między ludźmi dominuje jeden temat – zima stulecia. Z przekazów wynika, że podobno tegoroczna ma być bardzo sroga, a ilości śniegu mają być wręcz niewyobrażalne. Jeżeli przypomnimy sobie ostatnie zimy na Podlasiu, to była zachowana pewna prawidłowość. Pierwszy śnieg spadł stosunkowo szybko, lecz po chwili nie było po nim śladu. Święta Bożego Narodzenia były zielone, zaś Wielkanoc cała na biało, a regularnie sypało od stycznia. Czy w tym roku ma być inaczej?

 

W pogodzie istnieją pewne prawidłowości, jednak wiarygodne prognozy można wykonywać na kilka dni do tyłu. Wszystko dlatego, że to jaką mamy pogodę danego dnia wynika z kilku zmiennych, które kształtują ostatecznie czy będzie ciepło, zimno, sucho, deszczowo itd. Na klimat zachodniej i środkowej Europy największy wpływ mają Wyż Azorski oraz Niż Islandzki. Zaś wschodnia część Europy jest pod wpływem Wyżu Wschodnioazjatyckiego i Niżu Południowoazjatyckiego. Na Północy Europy zaś mamy Wyż Grenlandzki, a na Południe napływa gorące powietrze ze Zwrotniku Raka. Na wskutek przemieszczenia się, a także mieszkania się tych mas powietrza kształtuje się cała pogoda. Zatem z logicznego punktu widzenia nie można dokładnie przewidzieć na jaki czas masy powietrza ułożą się nad Europą zimą. Pewne prawidłowości pokazują, że możemy ustalić skąd masy będą nacierać w danym momencie.

 

Województwo Podlaskie znajduje się w innej strefie klimatycznej niż pozostała część Polski. To dlatego Suwałki uznawane są za polski biegun zimna, to dlatego mróz dotkliwy jest u nas bardziej niż choćby na Dolnym Śląsku. Dlatego też jedno już dziś jest pewne. Jeżeli w Polsce będzie zimno, to u nas będzie jeszcze zimniej. Odpowiadając więc na pytanie tytułowe – czy nastąpi w Polsce zima stulecia? Jeżeli weźmiemy pod uwagę ostatnie 100 lat w Polsce, to pierwsze dane o ostrych mrozach mamy z 1929 roku. Oficjalnie w kilku miejscach zanotowano -40 stopni Celsjusza. Jednak temperatury utrzymywały się w przedziale -13 do 16. W XXI wieku oficjalnie zanotowano spadki do -30 stopni Celsjusza zaś miejscami nawet do -36.

 

Jeżeli spojrzymy na częstotliwość i obfitość opadów śniegu, to śnieg najczęściej leży od grudnia, czasem od stycznia do kwietnia. Zatem jeżeli śnieg spadnie jeszcze w listopadzie albo nawet październiku, a nie zniknie przed końcem kwietnia to wtedy będziemy mogli mówić o jakichś anomaliach. Dlatego też odpowiedź na pytanie czy będziemy mieli do czynienia z zimą stulecia brzmi – jest jeszcze za wcześnie, by to wiedzieć. Póki co pogoda nie zaskakuje. Opowieści o zimie stulecia nie wynikają z naukowych ustaleń, lecz bardziej z regionalnych przekonań osób, które obserwują na co dzień przyrodę.

 

 

Osoby te wskazują na takie czynniki jak: bardzo wczesny odlot bocianów czy wczesne pojawienie się żubrów na łąkach. Warto zaznaczyć, że ptaki czy zwierzęta zmieniają sposób zdobywania pożywienia w zależności od pory roku. Bociany nie odlatują dlatego, że zaczyna być im zimno, lecz dlatego, że grunty zaczynają być być suche i trudno im zdobyć pożywienie. Tak zwany „Sejmik bociani”, to ostatni moment przed odlotem. Bociany wówczas zbierają się na polach, by zdobyć ostatnie pożywienie, które odsłoniło się dzięki żniwom.

 

 

Żubry zaś mają grube futro i sporą masę, dzięki czemu odporne są na mrozy. Zatem nie zmieniają także sposobu zdobywania pożywienia dlatego, że zaczyna im być zimno, lecz dlatego że w lesie coraz trudniej o trawę i inne zielone rośliny, bo te zwyczajnie przekwitają jesienią. Z tego też powodu żubry dokarmiane są sztucznie przez człowieka, by chronić zagrożony gatunek. Na polach tworzy się stogi siana, a w lasach wypełnia paśniki. Zwierzęta są do tego już przyzwyczajone, stąd gdy tylko w lesie zaczyna brakować pokarmu, to wychodzą na łąkę szukać stogów.

 

 

Dlatego też nic nie wskazuje na to (póki co), by ta zima miała różnić się od poprzedniej.

 

Napad w centrum miasta

Napad w centrum miasta

 

  Chodzenie o zmroku ulicami powojennego Białegostoku było ryzykowne, a nawet lekkomyślne. Brak dostatecznego oświetlenia i mała liczba policyjnych patroli pobudzały do działania drobnych rabusiów szukających łatwego zysku. Na spotkanie z bezczelnymi typkami, kryjącymi twarz pod mocno nasuniętą czapką w pierwszej kolejności narażone były samotne kobiety, powracające późno do swoich domów. Wśród międzywojennych, ulicznych bandziorów stało się modne pytanie przechodniów o czas na zegarku.
  Wrześniowym półmroczem 1921 roku wracała do domu panna Bekerminówna. W pewnym momencie podszedł do niej nieznany młodzieniec i zapytał grzecznie, która może być aktualnie godzina? Ponieważ było już ciemnawo, zapóźniona panienka nie mogła właściwie odpowiedzieć. Zakłopotany chłopak poświecił jej wydobytą z kieszeni małą latarką. Nie patrząc na wskazówki zerwał szybko z ręki zegarek ze złotą bransoletką i zbiegł. Wartość utraconego czasomierza wynosiła 40 tys. marek.
  Zegarkowych przygód nie brakowało też w tym czasie i mężczyznom. Ot na przykład w nocy z 4 na 5 maja 1922 roku na ul. Kraszewskiego zatrzymany został Jakub Fajens. Pytanie brzmiało krótko: która godzina? Gdy ten sięgnął do kieszeni po swoją cymę, poczuł cudzą rękę, która starała się wyrwać zegarek. Całe szczęście, że pojawili się inni przechodnie, którzy spłoszyli napastnika.
  Miesiąc później na ul. Kraszewskiego, być może ten sam złodziejaszek próbował ukraść zegarek z ręki R. Bernera. O godzinę zapytał po niemiecku. Podstęp się nie udał dzięki refleksowi towarzyszącego Bernerowi kolegi. Opryszek musiał wziąć nogi za pas.
Innym sposobem miejskich rabusiów na dokonanie prostej kradzieży, było zaczepianie przechodniów z prośbą o papierosa lub zapałki. Jeśli te słowa wypowiedziane były w sposób kulturalny a powierzchowność zafrasowanego palacza nie wzbudzała podejrzeń, zagadnięty zamożny – sądząc po odzieniu – obywatel przystawał. Wyciągał srebrną papierośnicę czy też pozłacaną zapalniczkę. O to przecież szło! Zwinny złodziejaszek wyrywał z ręki dobrodusznego białostoczanina cenny przedmiot i znikał w najbliższej bramie.
  Kiedy w sierpniu 1921 roku na ul. Szkolnej zaczepiony został w ten sposób niepalący muzyk F. Fidler, także nie obyło się bez straty. Nachalny drab sięgnął po prostu po tkwiące pod pachą muzykanta skrzypce. Do tego nastąpiło jeszcze silne uderzenie pięścią w głowę ofiary.
  Szczególnie niebezpiecznie było spacerować nocą po ul. św. Rocha. Była to najkrótsza droga prowadząca z dworca kolejowego do centrum miasta, gęsto uczęszczana przez przyjezdnych z nocnych pociągów, którzy nie chcieli wykosztowywać się na dorożkę. Tutaj padały zwykle z ust wyłaniającego się z mroku dużego typa dwa proste słowa: dawaj portfel! Typ ów miał zwykle w ręku solidną pałkę, czy też gazrurkę.
  W ten sposób w maju 1923 roku straciła blisko 200 tys. marek Halina Derfasztejn, w październiku tegoż roku teczkę z 5 mln marek postradał Bronisław Ciechowski, zaś nieco później napadnięta została uboga przyjezdna z Ostrołęki, Apolinia Napiórkowska, którą opryszek pozbawił torebki z sześcioma złotymi. Tego akurat amatora łatwego zarobku udało się policji schwytać. Okazał się nim Chil Malsowicz, znany w tym rejonie złodziej i zabijaka.
  Na możliwość ulicznego rabunku narażone były również dzieci. Szczególnie wtedy kiedy rano szły do szkoły. Wiosną 1922 roku policja białostocka zlikwidowała szajkę wyrostków, którzy zaczepiali uczniów pytaniem: co dostałeś na śniadanie? Jeśli któryś był oporny, sami przetrząsali tornister i zabierali co im się podobało.
  Uliczne rabunki odbywały się nagminnie i w dalszych latach międzywojnia. Niektóre z nich były wręcz kuriozalne, ale równie niebezpieczne.
  Oto przykładowo zimą 1927 roku na ul. Fabrycznej dwóch oprychów, Paweł Gertner i Konstanty Sacharke, mający za sobą bogatą przeszłość kryminalną, a aktualnie czujący nieprzepartą chęć wypicia kolejnej butelki wódki, zabrali przygodnemu przechodniowi tylko tyle, ile było im potrzeba na alkohol i zakąskę – 2 zł i 50 groszy.  Sąd jednak nie uznał tego minimalizmu i skazał obu z art. 51 i 589 kodeksu karnego na cały rok więzienia.

Włodzimierz Jarmolik

Rocznica śmierci ks. Popiełuszki. Jego mordercy są od dawna na wolności
fot. IPN

Rocznica śmierci ks. Popiełuszki. Jego mordercy są od dawna na wolności

Grzegorz Piotrowski, Waldemar Chmielewski oraz Leszek Pękala – to mordercy ks. Jerzego Popiełuszki, kapelana warszawskiej Solidarności, który urodził się w małej wsi Okopy pod Suchowolą. Do okrutnej zbrodni na duchownym doszło 19 października 1984 roku. W 1974 roku, gdy ks. Jerzy był wikariuszem w podwarszawskich Ząbkach, służby bezpieczeństwa PRL próbowały zwerbować go na tajnego współpracownika. Ten odmówił im. 6 lat później został kapelanem warszawskiej Solidarności, w której słynął ze wsparcia dla prześladowanych i skrzywdzonych przez komunistów działających na rzecz totalitaryzmu PRL. Między innymi uczestniczył w procesach osób aresztowanych za przeciwstawianie się prawom stanu wojennego. Prowadził również działalność duszpasterską. Z głośniejszych działań było przeprowadzenie pogrzebu skatowanego przez milicję na śmierć Grzegorza Przemyka. Odprawił też mszę świętą na Jasnej Górze, gdzie zorganizował pierwszą pielgrzymkę ludzi pracy.

Wróg PRL

Swoimi działaniami zyskał duży autorytet opozycji, przez co władze PRL uznały go za swojego wroga. SB inwigilowało księdza. Został też wezwany na przesłuchanie do Komendy Stołecznej MO, gdzie usłyszał zarzuty posługiwania się kłamstwem i pomówieniami podczas kazań na mszach świętych, przez co miał nadużywać funkcji kapłana i szkodzić PRL. Ksiądz Popiełuszko był przesłuchiwany kilka godzin, a następnie przeprowadzono rewizję w jego mieszkaniu, gdzie rzekomo odnaleziono granaty łzawiące, naboje do karabinu, inne materiały wybuchowe i farby drukarskie. Oczywisty jest fakt, że zostały one podrzucone przez SB. Kapelan Solidarności został zatrzymany, lecz wypuszczony następnego dnia po interwencji arcybiskupa Bronisława Dąbrowskiego u ówczesnego ministra spraw wewnętrznych Czesława Kiszczaka.

 

Dla władz PRL – ksiądz Jerzy Popiełuszko był coraz większym problemem. Dlatego zaczęto go coraz bardziej atakować. Wojciech Jaruzelski miał nakazać Kiszczakowi uciszenie Popiełuszki. Rzecznik rządu PRL – Jerzy Urban nazwał kazania Popiełuszki „seansami nienawiści”. Episkopat otrzymał pismo z Urzędu ds. Wyznań, by przestali tolerować wystąpienia Popiełuszki. Zaś sam zainteresowany otrzymywał listowne pogróżki. 13 października próbowano zamordować księdza pozorując wypadek. Duchowny wracał samochodem z Gdańska do Warszawy. W okolicach Olsztynka – SB-cy rzucili kamieniem w przednią szybę samochodu.

Morderstwo księdza

Tydzień później ksiądz Jerzy został porwany. Na trasie Toruń-Bydgoszcz zatrzymano golfa, którym poruszał się ks. Popiełuszko wraz ze swoim kierowcą. Duchownemu założono kajdanki i knebel. Następnie Piotrowski, Pękala i Chmielewski pobili go i nieprzytomnego wrzucili do bagażnika. Kierowca Popiełuszki uciekł z samochodu w czasie jazdy. Pod Toruniem funkcjonariusze otworzyli bagażnik, a duchowny próbował uciec. Wtedy został pobity do nieprzytomności. Założono mu też sznurek w taki sposób, że gdy spróbuje wyprostować nogi, to zaciśnie mu się pętla na szyi. W obawie przed złapaniem SB-cy przywiązali do nóg księdza worek kamieni. Usta zakleili plastrem. Następnie wyrzucili jeszcze żywego księdza do zalewu Wiślanego w okolicach Włocławka. Dzień później ciało kapelana wyłowiono zmasakrowane ciało. Sprawcy zostali skazani na 25, 15 i 14 lat więzienia. Wszyscy są już na wolności. Wychodzili kolejno w 1990, 1995 i 2001 roku.

fot. Andrzej Iwański

Do dziś uważa się, że ksiądz Popiełuszko został zamordowany na polecenie władz PRL. Dowodów na to nigdy nie znaleziono. Czesław Kiszczak tłumaczył, że kierownictwo MSW nic nie wiedziało o działaniach SB, a funkcjonariusze byli zbyt nadgorliwi. W pogrzebie Księdza Popiełuszki wzięło udział 800 tys. osób. Grób duchownego odwiedziło już 20 mln osób. 6 czerwca 2010 roku ks. Jerzy Popiełuszko został beatyfikowany. Jest szansa, że nastąpi także kanonizacja.

Złote ruble i futro z jedwabną podszewką

Złote ruble i futro z jedwabną podszewką

 

   Złodziejowi, który włamał się późną nocą 3 kwietnia 1919 roku do mieszkania T. Bucholca przy ul.Skorupskiej 40, szło głównie o ubrania i bieliznę. Wtedy, w nędzy powojennej, to był towar wielce pożądany. Białostoczanie w tym czasie chodzili mocno obdarci.   Przemysł tekstylny dopiero odbudowywał swoją, wcześniejszą potęgę. Więcej możliwości na zakup potrzebnej garderoby zapewniał zakamarek ze starszyzną mieszczący się tuż przy Rynku Siennym. Głównymi jego zaopatrzeniowcami byli oczywiście miejscowi fachowcy od złomu i wytrycha. Największe zapotrzebowanie klientów, zwłaszcza przyjezdnych włościan było na palta.
  Tak przykrego, popołudniowego, majowego dnia 1923 roku pani Grynberg nie spodziewała się. Mieszkała przy ul. Sienkiewicza 39. Akurat zajmowała się pitraszeniem w kuchni, a gdy weszła na chwilę do przedpokoju, spostrzegła z przerażeniem, że wieszak ze znajdującą się tam całą rodzinną garderobą został całkowicie ogołocony. Zeznając później przed policjantem oceniła swoją stratę na 1 milion ówczesnych marek polskich.
  Kiedy w październikowy wieczór tego samego roku Michał Szuszyński z Białegostoczku wszedł do stajni też omal nie zemdlał. Nie było w niej konia, uprzęży i wiszącego na kołku palta. Gniadego szybko odzyskał, a po skradzione wierzchnie okrycie musiał zgłosić się na komisariat.
  W komisariacie siedział już Maciej Paniucho z ul. Kozłowej, który próbował przy Siennym Rynku sprzedać skradzione palto, na czym przyłapał go agent policyjny. Szczęście miał również Józef Mazur, któremu gwizdnięto palto w mroźnym styczniu 1924 roku. Było ono prawie nowe, warte 25 mln marek. Szloma Frydenberg, sprawca tej kradzieży, nie zdążył nawet wynieść towaru na sprzedaż. Policja nakryła go z różnymi fantami w mieszkaniu przy ul. Składowej.
  Szczególny pociąg do konfekcji męskiej i damskiej miał niejaki Stefan Kornholf z ul. Baranowickiej. Zagarniał ją z prywatnych mieszkań, jak i sklepów, biur i urzędów. Kiedy jednak połakomił się na kostium damski w sklepie Jenty Benbaum przy Rynku Kościuszki 8, został nakryty przez ekspedientkę. Ucieczka nic nie dała. Wkrótce trafił za kratki.
  Przedpokoje, gdzie zwykle pozostawiano grubszą odzież, stanowiły pole do popisu dla sprytnych szpringowców. Wchodzili tam pod byle pretekstem, jako omyłkowi goście, roznosiciele gazet, komiwojażerzy z walizeczką tanich perfum, krawatów czy lepu na muchy. Rzut oka na wieszaki i wiadomo już było, co można przy okazji wynieść za drzwi i schować do specjalnego worka.
  W ten sposób w maju 1925 roku stracił swoje palto Maldryk Morgolis z ul. Fabrycznej 13, a nieco później Kazimierz Ryniejski ze Skorupskiej. Ten był bardzo poszkodowany, bowiem w kieszeniach jego palta, jak zeznał później, znajdowało się 15 złotych rubli i pozłacany medalion z łańcuszkiem. Czy była to prawda, kto wie?
  Nieźle trafił natomiast złodziejaszek, który w styczniu 1935 roku puknął lekko w niezamknięte drzwi do mieszkania Mojżesza Duńczyka przy ul. Sienkiewicza 41. Według relacji zamieszczonej w kronice kryminalnej „Dziennika Białostockiego” z przedpokoju zniknęło futro karakułowe, długie, z czarną, jedwabną podszewką i dużym futrzanym kołnierzem ze srebrnego lisa – warte, bagatelka 3500 zł.
  Paltowego pecha zaliczyli również w połowie lat trzydziestych ubiegłego wieku Ajzyk Kobyliński z ul. Różańskiej i Izaak Motylski z ul. Warszawskiej. Do pierwszego zawitał jakiś niepozorny Żyd w celu wynajmu pokoju. Kiedy gospodarz na chwilę pozostawił go samego, ten natychmiast zniknął, a wraz z nim wyparował z wieszaka całkiem zdatny kożuszek i do niego jeszcze dwa srebrne lichtarze.
  Z kolei pana Motylskiego odwiedził starszawy żebrak, prosząc o wsparcie. Kiedy ten wyszedł z przedpokoju po jakąś drobną monetę, mężczyzna zabrał z wieszaka kurtkę wartą 30 zł.
  Dziwna natomiast była kradzież, której dokonała niejaka Anna Falkiewicz, zawodowa żebraczka. Zimą 1927 roku w domu przy ul. Orzeszkowej, w jej rękach, a później torbie znalazła się pstrokatą spódniczka. Jej właścicielem okazał się, ku zaskoczeniu, mężczyzna – Michał Daniłowicz.

Włodzimierz Jarmolik

Płoną i niszczeją zabytki w Białymstoku. Developer i znana spółka medyczna właścicielami działek

Płoną i niszczeją zabytki w Białymstoku. Developer i znana spółka medyczna właścicielami działek

Na Bojarach od kilku lat regularnie płoną zabytkowe domy. Scenariusz jest zawsze ten sam. Ogień zostaje zatuszowany przez nieustalonych sprawców, zawsze w nocy. Czasem zdarzają się ofiary śmiertelne, np. bezdomni. Dwie działki, na których wcześniej stały drewniane chatki, które spłonęły są własnością jednego z białostockich developerów. Inny dawny budynek co prawda nie płonie, ale zostaje nagle wykreślony z rejestru budynków zabytkowych. Właścicielem działki jest znana spółka medyczna. Stare Bojary znikają w oczach, a w ich miejsce rosną kolejne bloki i lokale usługowe niczym grzyby po deszczu. 

 

Kolejny pożar na dawnych Bojarach miał miejsce kilka dni temu. Tym razem ogień pojawił się przy ul. Piasta 32. Jest to zabytkowy dom, wybudowany jeszcze w XIX wieku. Stoi on na rogu z ul. Skorupską. Miejski Konserwator Zabytków złożył do prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa. Żeby dostrzec co się w zasadzie stało trzeba spojrzeć na ten fragment miasta trochę szerzej. W otoczeniu domu stoją same bloki – także wybudowane niedawno. Dla osób, które nie interesują się historią trzeba wyjaśnić – dom przy ul. Piasta 32 wyglądał jak jedna z wielu drewnianych ruder, które szpecą miasto. Nikt o to nie dbał. Wszystko dlatego, że kilkanaście lat temu urzędnicy ignorowali apele mieszkańców, by Stare Bojary zostały objęte ścisłą ochroną. Zanim urzędnicy coś postanowili, to inwestorzy zdążyli postawić już sporo bloków. Po uchwaleniu planu zagospodarowania przestrzennego pożary na Bojarach nie ustawały, pojawiały się także kolejne inwestycje. To, co się wydarzyło w ciągu ostatnich kilkunastu lat w tej części miasta, to obraz ignorancji lub celowego sabotażu urzędników.

 

Dom przy ul. Piasta 32

 

Jak wspomnieliśmy na początku – kilka dni temu spłonął dom przy ul. Piasta 32. Wcześniej spłonął dom na sąsiedniej działce – przy Skorupskiej 19. W tym samym otoczeniu odnotowano również pożary na Piasta 19 i Piasta 35. Same numery na pewno nic nie mówią. Dlatego trzeba spojrzeć na mapę Białegostoku. Wszystkie te domy stoją w sąsiedztwie. Uchwalony w 2007 roku miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego na adresach Piasta 19 i 35 dopuszczał budowę bloków wraz z częścią usługową. Właścicielem działki przy Piasta 35 jest jeden z białostockich developerów.

 

Piasta 35. Tu spłonął zabytkowy dom

Wróćmy do 2005 roku. 800 metrów od wyżej wymienionych budynków, przy ul. Chopina, gdzie znajdują się stare domy płonie ten przy adresie z numerem 5. XIX wieczny budynek to pamiątka po dawnych mieszkańcach pracujących w przemyśle włókienniczym. W 2005 roku teren należał do Zarządu Mienia Komunalnego, które nie przejęło się pożarem. Dla tej części dzielnicy nie obowiązywał jeszcze plan zagospodarowania przestrzennego. Urzędnicy przygotowywali takowy, a międzyczasie pojawił się pomysł by całość była parkiem kulturowym. Nagle jednak urzędnicy zaczęli kręcić nosem na takie rozwiązanie. Mijają kolejne miesiące, a planu dalej brak. W tym czasie znikają kolejne stare domy, a lokalna Gazeta Współczesna alarmuje – Stare Bojary odchodzą bezpowrotnie. Między zabytkowe domu wgryzają się koparki deweloperów. Ocalcie Bojary! – proszą włodarzy mieszkańcy. Do 2007 roku developerzy zabudowali blokami ulice Kraszewskiego, Sobieskiego i Starobojarską. Budynki pojawiły się także przy Słonimskiej, a nawet malutkiej i wąskiej Glinianej. Ze starych Bojar pozostały strzępy. W końcu urzędnicy przyjęli nowy plan zagospodarowania przestrzennego. Wydawałoby się, że wraz z nowym planem osiedle będzie chronione. Tak miało być, lecz rzeczywistość okazała się bardziej bolesna.

 

Mamy rok 2008. Stary dom przy ul. Chopina palił się już 3-krotnie. Kilka miesięcy później miasto wystawia działkę na sprzedaż. Plan jest taki, że ewentualny kupiec ma odbudować identyczny dom. Jakież musiało towarzyszyć zdziwienie na twarzach urzędników, gdy okazało się że chętnych na kupno nie ma. Miasto wystawia na sprzedaż ponownie z obniżoną ceną. Ponownie nikt nie chce kupić działki, gdzie trzeba odtworzyć spalony dom. To nie jedyna działka na sprzedaż na Starych Bojarach. W końcu udaje się urzędnikom zachęcić pierwszą osobę do kupienia działki, gdzie nabywca będzie musiał odtworzyć drewniany dom według wzoru. Przy ul. Wróblej 7 nabywca otrzymuje działkę za 151 895 zł. Jest rok 2010. Miasto planuje sprzedać 10 kolejnych działek na Starych Bojarach. W tym ciągle tą z Chopina 3.

 

Działka przy Chopina 3 wciąż stoi pusta

Rok później 13 budynków z osiedla zostaje wykreślona z ewidencji zabytków. Dlaczego? Bo już nie istnieją. Lub utraciły wartość zabytku. Jeden z drewnianych domów został obity… sidingiem. Status zabytku traci również dom z ul. Piasta 17 – czyli sąsiadujący z numerem 19 – spalonym w 2016 zabytku. Międzyczasie miastu udaje się sprzedać kolejne działki, na których pojawią się domy według specjalnego wzornika. Warto przypomnieć, że przy ul. Piasta według nowego planu mogą powstawać także bloki. Tak też się dzieje. W 2011 roku – konserwator wyłącza z ewidencji XIX wieczny dom przy ul. Staszica 21. Na wniosek inwestora, który chce budować w tym miejscu pensjonat. Nagle się okazuje, że w stosunku co do niektórych budynków na Starych Bojarach nie obowiązuje plan – odbudowy domu według wzornika. Dom przy Staszica 21 można byłoby wyremontować, jednak inwestor utrzymuje, że zabytkowi grozi katastrofa budowlana. Na łamach gazet specjaliści mówią, że wystarczyłoby wymienić stropy.

 

Staszica 21. Właścicielem działki jest znana spółka medyczna

 

Pod koniec 2011 roku na Bojarach płonie kolejny dom. Starobojarska 30. Według planu zagospodarowania przestrzennego można na tym terenie budować bloki. Koniec stycznia 2012. Przy ul. Łąkowej (sąsiedstwo Starobojarskiej) pali się kolejny drewniany dom. Kolejny pożar następuje w lutym – tym razem przy ul. Skorupskiej. W kwietniu pożar wybucha przy ul. Wiktorii. Rok 2012 – płonie dom przy ul. Piasta 35. Jak już wspominaliśmy plan zagospodarowania dopuszcza budowanie bloku w tym miejscu. Dziś jeden z deweloperów planuje tam swoją inwestycję. Po tak wielu pożarach drewnianych budynków miasto nagle otwiera oczy i na Starych Bojarach zakłada czujniki dymu i ruchu.

 

Starobojarska 30. Stał tu zabytkowy dom, w którym mieszkał prezydent Białegostoku Bolesław Szymański. Gościł tam nawet  Józef Piłsudski. Obecnie właścicielem jest ten sam developer co działki przy Piasta 35

 

Rok 2013 – jak zawsze pod osłoną nocy płonie drewniany dom. Tym razem przy ul. Glinianej 6/1. Międzyczasie przy ul. Modlińskiej w planach jest budowa budynku o 3 kondygnacjach. Znów się okazało, że zamiast drewnianego domu powstanie coś innego. W kolejnych budynkach, nie tylko na Bojarach pojawiają się kolejne czujniki. Mamy rok 2017. Przy Piasta 19 uporządkowano teren. Sąsiedztwo to nowe budynki, zaś na rogu zostaje jeszcze jeden bardzo ładny, drewniany dom z początku XX wieku. Jego adres to Piasta 21. Gdyby nie on, to byłby całkiem pokaźny kawałek wolnego terenu, gdzie można by było wybudować kolejne bloki, na które pozwala plan zagospodarowania przestrzennego.

 

Piasta 21. Obok duży kawałek działki, gdzie kiedyś spłonął dom. Można tu stawiać bloki.

 

Po drugiej stronie ulicy, przed kilkoma dniami spłonął zabytkowy drewniany dom. Co prawda nie można na tej działce, ani sąsiedniej (też spalonej) budować bloków. Jednak za 5 lat rzeczywistość może wyglądać zupełnie inaczej. Zupełnie jak przy przy ul. Piasta 35 czy Starobojarskiej 30.

 

Skorupska 19. Budynek sąsiedni, który stawał w ogniu podobnie jak ten sprzed kilku dni przy Piasta 32.

Wielki skok

Wielki skok

 

   Kasiarz, kasaor, pudlarz, to osobnicy tego samego, przestępczego fachu. Jego najsłynniejszym, acz mocno pechowym przedstawicielem w II Rzeczypospolitej był niewątpliwie Stanisław Cichocki, z zawodu fryzjer, znany  z pierwszych stron gazet jako Szpicbródka. Jego złodziejskie ekipy robiły podkopy pod różne banki Warszawy, Częstochowy czy Łodzi. Przeważnie jednak kończyło się to klapą oraz kilkuletnim pobytem za kratkami.
  Tuż przed II wojną światową swój ostatni wyrok Szpicbródka odsiadywał w więzieniu białostockim. W naszym mieście jego występów nie odnotowano, ale i tak w Białymstoku nie brakowało spryciarzy, którzy przy pomocy bora, raka, bądź palnika acetylenowego próbowali dobrać się do pancernych skarbców, znajdujących się w bankach, urzędach i prywatnych mieszkaniach. Tu spotykał ich często głęboki zawód.
  Szczególnie niepomyślne dla białostockich kasiarzy były kryzysowe lata 30. Ogólna bieda, brak zagranicznych inwestycji, odpływ kapitału z kraju. Kasy pancerne nie były więc przepełnione. Mimo to śmiałków, żeby do nich po kryjomu zajrzeć, kusiły.
  W marcu 1931 roku nocną porą trzech włamywaczy próbowało dobrać się do Banku Właścicieli Nieruchomości przy Rynku Kościuszki 17. Rabusiów spłoszył jednak czujny dozorca. Równie uważny policjant podczas pościgu postrzelił jednego z nich. W śledztwie okazało się, że był on znanym złodziejem, działającym w Białymstoku i w Warszawie. Opryszkom nie udało się nic ukraść – za to uciekając w popłochu, pozostawili w pobliżu banku cały komplet drogich narzędzi do prucia sejfów.
  Z kolei w sierpniu 1924 roku obiektem zainteresowania włamywaczy stała się kasa stojąca spokojnie jak dotąd w mieszkaniu fabrykanta włókienniczego Józefa Złotnikowa przy ul. Polnej 21. Jej właściciel bawił beztrosko na letnisku w Ignatkach. Zaś jego prawdopodobne zasoby skusiły białostockich kasiarzy. Do mieszkania dostali się za pomoc podrobionego klucza, zaś kasę ogniotrwałą rozpruli klasycznymi dla tej operacji środkami – borem i rakiem. Wewnątrz pancernego pudła z gotówki był tylko jeden funt angielski, a poza tym damski zegarek ze złota i skromniutki łańcuszek również z tego samego kruszcu. Trudno tutaj mówić o wielkim sukcesie nieproszonych gości.
  Nie obłowiła się też szajka, która dokonała w styczniu 1935 roku włamu do biura fabryki produktów chemicznych J. Rajskiego przy ul. Białostoczańskiej 6. W rozbitym sejfie znaleźli gotowizny coś około 20 zł bilonem, złotą monetę 7,5 rublową oraz małą, srebrną skarbonkę. Rozczarowani przestępcy zabrali więc swoje złodziejskie przybory i ulotnili się jak niepyszni. Poważniej zapowiadało się włamanie do komunalnej Kasy Oszczędności pow. białostockiego, mieszczącej się przy ul. Sienkiewicza 28.
  Dokonane o typowej dla tego typu robót, w nocy z piątku na sobotę. Złodzieje dostali się przy pomocy sznurowej drabiny na balkon I piętra od podwórza, następnie wyjęli szybę i zabrali się natychmiast do prucia aparatem acetylenowym podręcznej kasy znajdującej się w pierwszym pokoju. Zawiedli się srodze, kasa była całkiem pusta. Następnie przeszli do sąsiedniego pomieszczenia, gdzie znajdował się główny sejf KKO. Ale tutaj nic nie wskórali. Sejf miał specjalną konstrukcję, a nie było już wiele czasu na dokonanie kradzieży. Gdyby pancerz ustąpił, opryszków i tak by czekała niespodzianka. Były w niej bowiem nieznaczne pieniądze, przewidziane do obsługi tylko następnego dnia i to rano. Włamywacze zostawili więc rozbabraną robotę wraz z aparatem, butlami tlenowymi i drabinką sznurową, i dali drapaka.
  Również niewiele straty w 1933 roku po rozpruciu ich sejfów ponieśli Owsiej Welpern, właściciel fabryki waty (Fabryczna 9) i W. i I. Charin, posiadacze fabryki kopert (Jurowiecka 25). I kto by pomyślał coś takiego o kasiarzach, taki nakład sił i środków, a rezultat szkoda gadać!

Włodzimierz Jarmolik

Popularna trasa turystyczna zyska ścieżkę rowerową!

Popularna trasa turystyczna zyska ścieżkę rowerową!

Powstaje 7 kilometrów ścieżki rowerowej na trasie Augustów – Przewieź. To dobra wiadomość dla wszystkich tych, którzy uwielbiają spędzać czas na Pojezierzu Augustowskim, bowiem trasa będzie prowadzić wzdłuż międzynarodowej trasy. 

Dzisiaj jeżeli chcemy dojechać do Przewięzi, to jedyny dojazd prowadzi drogą krajową nr 16. Każdy rowerzysta doskonale wie jak bardzo niebezpiecznie jest jeździć tą trasą, gdyż prowadzi ona do granicy z Litwą. Ruch samochodowy jest na niej spory, a jak wiemy kierowcy bardzo często mają w złym zwyczaju wymijać rower przy samych nogach. Teraz to się zmieni, bowiem ścieżka będzie odseparowana od jezdni, a cykliści będą mogli dojechać bezpieczniej do Przewięzi, gdzie mogą wypocząć lub jechać dalej bezpieczniejszą drogą lokalną, która łączy się z miejscowością Rudawka.

 

Przypomnijmy, że z Mikaszówki wybudowana zostanie dalsza część drogi rowerowej biegnącej wzdłuż Kanału Augustowskiego aż do Grodna! Już dziś by tam pojechać innymi środkami lokomocji niż samochód nie potrzebujemy wizy, a jedynie specjalne zezwolenie z białoruskiego biura turystycznego, dzięki któremu w obwodzie grodzieńskim możemy przebywać 5 dni! 

 

 

Wyrodne matki

Wyrodne matki

 

   Mizeria codziennego życia, bądź inne, równie dramatyczne powody sprawiały, że w okresie międzywojennym niektóre młode dziewczyny pozbywały się swoich, urodzonych dopiero co dzieci.
  Głównym miejscem dokąd trafiały porzucone przez matki bezbronne, najczęściej nieślubne niemowlaki, był miejski zakład opiekuńczo-wychowawczy „Żłobek” przy ul. Dąbrowskiego 2. Ochronka ta przyjmowała wszystkie dzieci bez względu na wyznanie. Niektóre podrzucano w pobliże samego zakładu, inne z kolei znajdowano w różnych rejonach miasta. Były to najczęściej niemowlęta 4 -6-tygodniowe. Oto tylko wybrane przykłady bezradności i braku instynktu opiekuńczego dawnych, młodych kobiet.
  W styczniu 1925 roku w bramie domu przy ul. Kilińskiego 16 dozorca znalazł dziewczynkę mającą około półtora tygodnia. Do lichych pieluszek miała przypiętą kartkę z informacją, że jest to dziecko polskie, nieochrzczone. Niemowlę szybko trafiło do „Żłobka”. Miesiąc później na ul. Pułkowej pod nr 10 lokator tego domu, wracając późno z pracy, natknął się na zawiniątko opatulające też około dwutygodniowego chłopca. Zawiadomiona natychmiast ochronka natychmiast pośpieszyła z interwencją. W tym akurat przypadku, co zdarzało się raczej rzadko, sprawczyni podrzucenia została rozpoznana. Była nią Joanna Burzyńska, lat 22, służąca, pochodząca ze wsi Niewiarowo w gminie Trzcianne. Po wyjściu ze szpitala położniczego nie mając żadnych widoków na pracę, ani kąta do spania, zdecydowała się na ten rozpaczliwy czyn.
  Kilka miesięcy później tegoż 1925 roku, tuż przed północą, na podwórzu przy ul. Nadrzecznej 12, ktoś z domowników usłyszał ciche piski. Szybko odnaleziono tam noworodka. Był przy nim również karteluszek napisany w języku żydowskim o treści: „Opuszczam dziecko dlatego, że jest z nieprawego łoża”. Z kolei na początku 1933 roku w sieni siedziby „Żłobka” podrzucono jednomiesięczną dziewczynkę. Dochodzenie ustaliło, że zrobiła to Maria Kłosowska, mieszkanka Tykocina.
 

   Oprócz ochronki przy ul. Dąbrowskiego podrzutków przyjmował także dom sierot ulokowany przy ul. Jurowieckiej 7. Tutaj również nieszczęśliwe albo wyrodne matki porzucały swoje maleństwa bezpośrednio w korytarzu tego zakładu. Tak było np. w marcu 1924 roku z kilkutygodniowym chłopczykiem. Niemowlaki trafiały tu również z różnych miejsc Białegostoku. W październiku 1933 roku przyniesiono na Jurowiecką kilkutygodniowego oseska, na którego natrafił stróż pilnujący synagogę żydowską przy ul. Bożniaczej.
  Malutkich podrzutków znajdowano niemal wszędzie: pod bramami domów, na korytarzach urzędów, w przychodni kasy chorych, poczekalni dworcowej klasy III, obok kuchni żydowskiej czy katolickiej plebanii. Dzięki litości ludzkiej trafiały one pod właściwą opiekę. Czy młode matki, które pozbywały się z różnych powodów swoich dzieci, były karane? Jeśli udało się ich tożsamość, to tak.
  W 1923 roku aresztowano i skazano na karę więzienia niejaką Aurelię Etinger, która urodziła dziecko w warunkach urągających wszelkim zasadom higieny, a zaraz po porodzie pozostawiła na niechybną śmierć.
  Dziesięć lat później Sąd Okręgowy skazał 20-letnią Julię Płoskowską na sześć miesięcy więzienia. Wyrok był stosunkowo niski, gdyż kilkumiesięczny chłopczyk położony został ostrożnie na samym progu ochronki. Natomiast tak oto wiadomość podał „Dziennik Białostocki” w czerwcu 1933 roku: „Przy ulicy Orzeszkowej 7 w Wilnie znaleziono podrzutka w wieku około 18 miesięcy, którego umieszczono w przytułku”. Jak wykazało policyjne śledztwo, matką dziecka była Judea Wiwerska z Białegostoku. Dzieci pozbywano się, jak widać i z dala od rodzinnego miasta.
  Najtragiczniejsze było jednak to, kiedy niemowlaków znajdowano martwych. Jakże drastycznie brzmiały słowa z gazetowej kroniki kryminalnej – trup dziecka znaleziony przy bramie cmentarnej, w Białce, czy szczególnie ohydne w kloace.

Włodzimierz Jarmolik

Zakaz wycinki w Puszczy podtrzymany. Minister: KE nie rozumie unijnych zasad

Zakaz wycinki w Puszczy podtrzymany. Minister: KE nie rozumie unijnych zasad

Wniosek o kary finansowe dla Polski za wycinki w Puszczy Białowieskiej został podtrzymany przez Komisję Europejską. Został też utrzymany w nocy nakaz zaprzestania wszelkich prac na terenie kompleksu leśnego. Komisja Europejska uważa, że wstępny nakaz wstrzymania wycinki jest konieczny, by chronić cenne gatunki ptaków i siedlisk przyrodniczych, a obecny wyrąb służy wyłącznie celom estetyczno-komercyjnym.

 

Minister środowiska Jan Szyszko uważa zaś, że zarzuty Komisji Europejskiej są bezpodstawne i że instytucja nie rozumie unijnych zasad ochrony środowiska obowiązujących na terenie Natura 2000.