Dawne cmentarze w Białymstoku. Zamienione w bazary, parkingi i miejsca rozrywki

Dawne cmentarze w Białymstoku. Zamienione w bazary, parkingi i miejsca rozrywki

Nawet najbardziej prymitywne plemiona na świecie, po śmierci swoich bliskich urządzają jakiś rodzaj ceremoniału pożegnalnego. Dzisiaj opowiemy o tym jak rozwijał się Białystok, a wraz z nim nekropolie, których na początku XX wieku było w mieście aż 9! Dzisiaj na dawnych cmentarzach znajdują się 2 kościoły, Park Centralny, Opera, zamykany właśnie parking przy ZUS-ie i odgrodzony pusty teren przy Młynowej. W przeszłości były też bazary, amfiteatr i parkingi dla taksówek bagażowych. Zaś macewy z żydowskich cmentarzy można było znaleźć na podwórkach okolicznych domów i… w rozebranym już murku przy białostockim ratuszu.

Białystok przypominał wieś

W Białymstoku przez swoją historię, sąsiadowały ze sobą różnie wyglądające cmentarze. Historię białostockich nekropolii zaczniemy od XVIII wieku. Warto przypomnieć, że wcześniej na mapie w okolicy były ważniejsze miasta takie jak Suraż, Tykocin czy Grodno. Zaś Białystok był malutkim drewnianym miasteczkiem przypominającym wieś. Dzisiejsza stolica województwa podlaskiego zaczęła się rozbudowywać na początku XVIII wieku właśnie. Zaczęli tu przyjeżdżać katolicy, a także Żydzi. Miasto zamieszkiwali również ewangelicy, którzy pracowali na dworze Jana Klemensa Branickiego. Wtedy to miasteczko było jeszcze w Polsce, lecz należy pamiętać, że w kolejnych dekadach nastąpiły czasy rozbiorów. Dlatego też w 1795 roku, po III rozbiorze Białystok został włączony do Prus Nowowschodnich, później był częścią Imperium Rosyjskiego. W tym czasie Białystok intensywnie się rozwijał. Miasto było zamieszkiwane w większości przez Żydów, Polaków, Niemców, a później też Rosjan, Białorusinów, Litwinów i Tatarów.

 

W ciągu 100 lat przez Białystok przewinęła się niesamowita liczba osób o różnych kulturach, narodowościach czy wyznaniach. Ludzie tu się rodzili, ale też umierali. Stąd też powstawały kolejne cmentarze. W okolicach dzisiejszego centrum Białegostoku było aż 5 nekropolii! Niemalże obok siebie funkcjonowały dwa cmentarze żydowskie, prawosławny, ewangelicki oraz dwa katolickie. Jeden z nich znajdował się wokół dzisiaj już najstarszego budynku w mieście – kościoła pw. Wniebowzięcia N.M.P. Teraz stoi tam między innymi Bazylika Mniejsza (Katedra). Drugi cmentarz zorganizowany był wokół kaplicy Św. Rocha (dzisiaj to Kościół Św. Rocha). W tym pierwszym najpierw chowano parafian, zaś później tylko wybitnych mieszkańców – w tym, w krypcie, hetmanową Izabelę Branicką. Cmentarza przestano używać w latach 70. XVIII wieku. 130 lat później na tym terenie zaczęto wznosić neogotycką dobudówkę. Natomiast cmentarz przy kaplicy św. Rocha (kościół zaczął istnieć od 1925 roku) funkcjonował mniej więcej od 1750 roku. Co ciekawe, nekropolia ta wówczas był poza granicami Białegostoku. Dzisiaj skrzyżowanie Św. Rocha i H. Dąbrowskiego to niemalże ścisłe centrum stolicy województwa podlaskiego! Cmentarz był przepełniony już około 1760 roku. W tym samym roku powstał też pierwszy żydowski cmentarz przy ul. Sosnowej (dzisiaj to Park Miejski przy Teatrze Lalek). Wcześniej osoby wyznania mojżeszowego były chowane prawdopodobnie w Tykocinie. Niezależna od tego miasta białostocka Gmina Żydowska powstała dopiero w 1745 roku.

Manchester północy

W kolejnych latach zmieniła się struktura wyznaniowa miasta. W 1796 roku, Białystok został ustanowiony stolicą departamentu Prus Nowowschodnich. Do miasteczka przyjechało około 1000 osób. Urzędnicy, rzemieślnicy, a także wojskowi z rodzinami. U schyłku XVIII wieku władze pruskie utworzyły cmentarz wielowyznaniowy na Wzgórzu św. Marii Magdaleny. Wiemy o nim nieco więcej, gdyż od 2002 roku archeolodzy badali jego tereny aż 3 krotnie. Najpierw przy przyłączaniu wodociągu do cerkwi na wzgórzu, później przy rozbiórce amfiteatru i budowie Opery, zaś ostatni raz w 2010 roku – gdy przebudowywano ul. Kalinowskiego. W wyniku ostatnich badań odkryto 387 grobów oraz szczątki 398 osób. Warto zaznaczyć, że w tamtych czasach Białystok zamieszkiwało około 3500 osób. Było 1500 katolików, 1500 Żydów, a także 500 unitów – o których niewiele wiadomo. Dzięki badaniom wiemy, że mieszkańców nie zawsze chowano w trumnach. Przy pracach archeologicznych odkopano także metalowe i szklane guziki oraz tryptyki podróżne i mosiężne unickie krzyżyki. Naukowcy odkryli również fragment bramy cmentarnej oraz aleję prowadzącą do kaplicy i cerkwi.

 

W 1807 roku Białystok był pod zaborem rosyjskim. To spowodowało, że do miasta zaczęli napływać prawosławni. W ciągu 30 kolejnych lat zamieszkało tu około 500 osób tego wyznania. Nasze miasto mocno się rozrastało. Dlatego też potrzeba było nowych miejsc na cmentarze. Szczególnie, że kolejne 50 lat miasto rozwijało się wręcz gwałtownie. Wszystko dlatego, że Białystok w 1834 był granicą celną pomiędzy Królestwem Polski a Imperium Rosyjskim.

 

 

W 1843 roku cmentarz na wzgórzu św. Marii Magdaleny stał się nekropolią prawosławną. Granica celna została zniesiona w 1851 roku, lecz nie zahamowało to rozwoju miasta. Fabrykanci z Łodzi zaczęli przenosić się masowo do Białegostoku. Wtedy miasto zostało okrzyknięte „Manchesterem północy”. W 1860 roku miasto liczyło już 16500 mieszkańców. W ciągu 60 lat wzrost populacji wyniósł 400 procent! To wszystko spowodowało, że ówczesne władze musiały zacząć myśleć o nowych cmentarzach poza miastem.

Nowy cmentarz po epidemii cholery

Miasta nie wyludniła nawet epidemia cholery, która w 1831 roku zabrała ze sobą na tamten świat 2000 osób. Po masowej śmierci tylu osób powstał cmentarz żydowski przy ul. Bema, gdyż to głównie wyznawców wiary mojżeszowej dotknęła choroba.

 

Miasto rozwijało się tak mocno, że w latach 80. XIX wieku zaplanowano 4 różne cmentarze przy dzisiejszej ul. Wasilkowskiej, Wysockiego, Wschodniej i Raginisa. Pierwszy pochówek odbył się w 1885 roku – na cmentarzu ewangelickim (którego tylko fragment istnieje do dziś). Cmentarz prawosławny przeniesiono w 1887 roku. W tym samym roku powstał też nowy cmentarz przy dzisiejszej ul. Raginisa. Najpóźniej chowano Żydów na dzisiejszej ul. Wschodniej, bo dopiero od 1890 roku.

 

 

Cmentarze w centrum miasta, choć już nieczynne istniały jeszcze przed 1939 rokiem. II Wojna Światowa zmieniła Białystok na zawsze. Dzisiejsza stolica województwa podlaskiego mimo utraty dawnych obywateli nie utraciła swojego wielokulturowego i wielowyznaniowego ducha. Obecnie zamieszkiwana jest głównie przez katolików i prawosławnych, a także z garstką mieszkańców wyznających inne religie.

Koniec parkowania na byłym cmentarzu. Petenci będą wściekli.

Koniec parkowania na byłym cmentarzu. Petenci będą wściekli.

Każdy, kto załatwiał cokolwiek w białostockim ZUS i przyjechał samochodem wie doskonale jaką mordęgą jest zaparkowanie samochodu w okolicy. Jedyna możliwa opcja to dziki parking w pobliżu budynku. Teren zostanie jednak za kilka dni ogrodzony. Wszystko dlatego, że w przeszłości na całym obszarze przy ZUS znajdował się cmentarz, tymczasem, gdy porządkowano go to zagospodarowano tylko część. Ułożono płyty, a także Gwiazdę Dawida z bukszpanu.

 

Zarząd Mienia Komunalnego w Białymstoku, który gospodaruje tym terenem wyłonił już firmę, która ogrodzi teren. Wczoraj rozpoczęły się pierwsze prace. Do piątku teren powinien być całkowicie ogrodzony. Odseparowanie byłego cmentarza i sprawienie, by kierowcy nie parkowali na grobach jest słuszne, ale powstaje pytanie – gdzie mają pozostawiać auta kierowcy? 

 

Miejsc parkingowych w okolicy jest jak na lekarstwo, tymczasem w obecnym miejscu potrafiło stać nawet kilkadziesiąt samochodów. Brak miejsc parkingowych w Białymstoku jest problemem głębszym, który omówimy w oddzielnym artykule.

Fachowcy  z ul. Młynowej

Fachowcy z ul. Młynowej

 

    Cała przedwojenna Młynowa to blisko 80 numerów. Dla miejscowej policji ciekawe były szczególnie te z 20.  Tutaj bowiem gnieździli się najaktywniejsi w różnych występkach indywidua.        Przodowały dwa domy, pod numerem 24 i 28. Nic zatem dziwnego, że kiedy miała miejsce w mieście – a zwłaszcza w okolicach Chanajek – jakaś większa przewalanka, to tam właśnie kierowali swoje pierwsze kroki przodownicy z IV komisariatu czy agenci Ekspozytury Urzędu Śledczego.
  W latach dwudziestych królem wśród złodziei z ul. Młynowej był Chaim Szepes. Cieszył się dużym szacunkiem w swoim otoczeniu. Nic dziwnego, szlify włamywacza zdobył jeszcze za czasów cara Mikołaja II.
  Każdy młodziak startujący w przestępczej robocie chciał z nim pracować. Jednak Szepesa miała na oku także białostocka policja kryminalna. Kiedy latem 1922 roku wybierał się na rekonesans na ul. Polną, gdzie wcześniej przyuważył zamożne mieszkanie, zaraz na ulicy został zatrzymany. Policjanci znaleźli przy nim narzędzie do kłódek i zamków, a także pusty worek na przewidywane łupy. Po wyjściu z krótkotrwałego aresztu Chaim Szepes nie zamierzał spocząć na laurach.
  W sierpniu 1923 roku przyuważył na Rynku Kościuszki pod 7. nowootwarty skład manufaktury. Dobrał sobie do spółki Kalmana Zilberblata i Jakuba Machaja, no i razem pozbawili handlowca Juchniewicza towaru na 500 mln marek. EUS jednak nie próżnował. Złodzieje wpadli z częścią łupu. Szepes załapał znowu roczną odsiadkę.
   Kiedy wyszedł na wolność, postanowił na krótko zmienić klimat. Miał znajomych w Grodnie, którzy zaproponowali mu robotę u siebie. Na początku 1925 roku nasz Chaim z Młynowej znowu znalazł się w tarapatach. Nie udała mu się kradzież biżuterii w domu zamożnego grodzieńskiego fabrykanta. Kolejne półtora roku musiał spędzić w przepełnionej sali więzienia przy ulicy Baranowickiej. Kiedy jednak Szepes wyszedł tylko na wolność, mieszkania w Białymstoku znowu znalazły się w dużym niebezpieczeństwie.
  Przekonał się o tym osobiście doktor Emil Kew z ul. Jurowieckiej. Pewnego dnia, po powrocie do domu, nie znalazł swojego zegarka oraz złotego Krzyża Zasługi i innych odznak wojskowych. Wywiadowcy policyjni tradycyjnie udali się na ul. Młynową do Szepesa. Trafili dobrze.
  W latach 30. fachową pałeczkę po Chaimie Szepesie przejął Zawel Szuster (Młynowa 24). Dzielnie wspomagała go w złodziejskim procederze żona Chana. W zimowe dni i noce 1932 roku specjalnością Szustera stały się kradzieże drewna opałowego, węgla i nafty. Wychodził naprzeciw potrzebom mieszkańców Białegostoku. Towary te bowiem były wówczas usilnie poszukiwane. W końcu wpadł przy opróżnianiu składu Samuela Kapulskiego, mieszczącego się przy ul. Angielskiej. Do aresztu trafił też Rubin Lach z Młynowej 8, który zasponsorował złodzieja i przejął od niego ukradzioną naftę do dalszej, zyskownej dystrybucji.
  W czasie, kiedy mąż poszedł za kratki, Chana Szuster nie próżnowała. Założyła z Chaimen Winersztejnem spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością, zajmującą się niby to skupowaniem niepotrzebnej i niezdatnej do użytku odzieży. Chodzili więc po mieszkaniach, przeprowadzali złodziejski wywiad, a później, w stosownym momencie dokonywali włamania.
  Wydział Śledczy przy ul. Warszawskiej co i raz otrzymywał zawiadomienia o takich przypadkach. Wytypowano potencjalnych sprawców i zaczęła się żmudna inwigilacja. Chana Szuster była wśród podejrzanych. Na ul. Młynowej pod 24. co i rusz pojawiali się policjanci. W końcu udało się złapać złodziejską parkę na gorącym uczynku. Nastąpiło to pod drzwiami mieszkania Judes Ladelskiej przy ul. Jurowieckiej 9. Chana ze wspólnikiem próbowała uciekać, rzucając policjantom w twarz gruby pęk wytrychów. Nie na wiele to się zdało. Wkrótce sąd podsumował ich niecną działalność, wymierzając stosowną karę.

Włodzimierz Jarmolik

Bardzo cenne znalezisko! Opisuje tragiczne chwile Białegostoku

Bardzo cenne znalezisko! Opisuje tragiczne chwile Białegostoku

Znaleziono pamiętnik z getta w Białymstoku, które utworzyli niemieccy naziści okupujący Polskę podczas II Wojny Światowej. To bardzo cenne odkrycie. Swoje myśli na bieżąco spisywał 18-letni Żyd Dawid Szpiro. Getto istniało 26 lipca 1941 roku. Mieszkało w nim ponad 40 tys. Żydów z Białegostoku oraz okolic. Główna brama do wydzielonej dzielnicy żydowskiej znajdowała się przy ul. Kupieckiej w pobliżu skrzyżowania z ul. Lipowej (dzisiaj Kupiecka to ul. Malmeda). Do Getta można było wjechać także przy Jurowieckiej 4, a także przy skrzyżowaniu Fabrycznej i placu Wyzwolenia (okolice Komendy Wojewódzkiej Policji).

 

Tydzień po utworzeniu getta weszło w życie rozporządzenie, które zakazywało Żydom opuszczać getto pod groźbą śmierci. Ponadto każdy z nich musiał nosić białe opaski z gwiazdą Dawida, a także żółte gwiazdy na lewej stronie klatki piersiowej, a także gwiazdę na plecach. Racjonowano także żywność. Żydzi nie mogli kupować jedzenia w poza gettem, zaś osoby pracujące otrzymywały 0,5 kg chleba dziennie. Później 0,3 kg. W getcie zaczął szybko panować głód, bo wkrótce zakazano także handlu.

 

Żywność, nielegalnie dostarczali Żydom, ryzykując życie Polacy. Przyłapanym groziła wywózka do niemieckiego obozu koncentracyjnego. Życie codzienne w getcie opisywał Dawid Szpiro. Jest to jeden z bardzo niewielu dokumentów z tamtego okresu. 18-latek pisał między innymi o tym, że uciekł z Supraśla do Białegostoku, tam zamieszkał w getcie i pracował w policji. Dawid Szpiro opisywał okupację sowiecką, ale też niemiecką. Z pamiętnika można się dowiedzieć, że Białystok był mocno zniszczony, lecz ludzie starają się żyć normalnie – kochają, żenią się, rodzą dzieci. 18-latek opisywał także swoją pracę.

 

Pamiętnik kończy się w lipcu 1943 roku. Autor najprawdopodobniej wojny nie przeżył. Niemcy 5 lutego 1943 roku zaczęli wyłapywać wytypowane osoby do wywózki do obozu zagłady w Treblince, która jest oddalona od Białegostoku około 90 km. Historycy przyjmują, że w ciągu 8 dni Niemcy wywieźli z getta ok. 12 tys. osób, zaś 2 tys. zamordowali.

 

Złodzieje mieli sporo tupetu

Złodzieje mieli sporo tupetu

  

   Dobry, przedwojenny złodziej musiał mieć sporo tupetu. Czy to był kasiarz, kieszonkowiec czy też pajęczarz, nawet schwytany na gorącym uczynku nie tracił zimnej krwi. Miał zawsze w zanadrzu jakieś alibi na swój niecny postępek.
  W ówczesnym Białymstoku szczególnym tupetem odznaczali się włamywacze. Oto np. w styczniu 1924 roku niejaka Liza Ajert, zamieszkała przy ul. Giełdowej, wybyła z miasta razem ze swoimi dziećmi na zimowe ferie.
  Tydzień później w domu tym pojawiło się trzech mężczyzn. Otworzyli oni jak najspokojniej wytrychem drzwi do mieszkania pani Ajertowej i zaczęli plądrować szafy, kredensy i biurka. To co zwróciło ich uwagę – nowa garderoba, srebrne zastawy i inne cenne przedmioty – pakowali do przyniesionych ze sobą worków.
  Wkrótce pod dom przy Giełdowej zajechały sanie zaprzężone w mocnego perszerona. Złodzieje wynieśli swój łup i pieczołowicie umieścili go na saniach. Sąsiad z przeciwka, który zaciekawił się ową ruchliwością na korytarzu, otrzymał odpowiedź, że jest to tylko zwykła przeprowadzka. Jeden z włamywaczy zaproponował mu nawet, aby pomógł w wynoszeniu mebli.
 Kiedy rodzina Ajertów wróciła z wakacji, była oczywiście ogromnie zaskoczona i zmartwiona stanem mieszkania. Policjantom z Ekspozytury Urzędu Śledczego nie udało się odnaleźć tupeciarzy z wytrychem.
 Również wiele okazji dla ujawnienia swojego tupetu mieli szopenfeldziarze, czyli złodzieje sklepowi. W pierwszej połowie lat 20. Białystok zaszczycał swoją obecnością Dawid Dąb rodem z Warszawy. Kiedy w końcu 1924 roku stanął on wreszcie przed sądem, akt oskarżenia liczył wiele stron. Było w nim opisane 142 pomysłowych kradzieży i oszustw dokonanych w Warszawie, jak też na terenie całego kraju, w tym również i w Białymstoku.
 Dawid Dąb miał w swoim repertuarze wiele rozmaitych sztuczek. Przede wszystkim lubił swój wygląd. Do każdej roboty przebierał się w inny strój, golił lub zapuszczał wąsy, doczepiał niekiedy sztuczną bródkę, zmieniał okulary w przeróżnych oprawkach. Właśnie między innymi dla tych przebieranek policja, w tym także białostocka, nie mogła połączyć go z różnymi, zuchwałymi kradzieżami na terenie całej Polski.
Kiedy Dąb miał już dosyć skoków na sklepy jubilerskie, gdzie zazwyczaj prezentował się jako zamożny ziemianin z kresów, poszukujący jakiegoś ładnego drobiazgu dla żony – przerzucił się na wyłudzenia towaru za pomocą sfałszowanych rachunków.
 Sposób wymyślił bardzo prosty i bezczelny. Najpierw wpłacał niewielki zadatek, a później zmieniał sumę na otrzymanym pokwitowaniu, po dodaniu symbolicznej kwoty stawał się np. posiadaczem pięciu garniturów, nowoczesnego radia czy luksusowego roweru. Oczywiście nie gromadził tego wszystkiego dla siebie, miał stałych paserów, którzy z ochotą przyjmowali przynoszone im fanty.
 Kiedy i te machinacje znudziły się szopenfeldziarzowi, wówczas zabawił się podbieraniem z lady sklepowej przedmiotów zamówionych i zapłaconych przez innych klientów. Proceder ten wymagał szczególnie dużo tupetu, ale Dąb, jak widać lubił się hazardować.
 Fartowna działalność pomysłowego złodzieja trwałaby zapewne jeszcze długo gdyby nie pracownik jednej firmy futrzarskiej, mającej swoją siedzibę w stolicy. Na początku 1924 roku Dąb pojawił się w sklepie i wybrał kilkanaście najlepszych gatunkowo skórek, prosząc o odesłanie ich na prywatny adres. Na miejscu miał uregulować należność.
 Kiedy woźny sklepowy dotarł na miejsce, spotkał na schodach niedawnego klienta swojej firmy. Ten wziął dostarczoną paczkę, jeszcze raz na klatce schodowej obejrzał skórki, po czym zwrócił je, twierdząc, że w sklepie oglądał zupełnie inne. Jakież było zdziwienie w magazynie futrzarskim, kiedy woźny zamiast cennych cybetów przyniósł jakieś wyleniałe króliki. Sprytny złodziej potrafił w sposób niezauważony podmienić towar.
 No i tutaj rozpoczyna się pech Dawida Dęba. Okpiony woźny poznał go na ulicy i wskazał policjantowi. Warszawski Sąd Okręgowy także się na nim poznał. Odsiadka miała trwać aż sześć lat.

Włodzimierz Jarmolik

Morowy Felek Zdankiewicz

Morowy Felek Zdankiewicz

 

  Stefan Perka był raczej miernym kieszonkowcem. Kradł głównie w autobusach. Często wpadał. Ostatni wyrok otrzymał wiosną 1939 roku. Z dumą pochwalił się ławie sędziowskiej, że jest uczniem samego Felka Zdankiewicza.
  Kim był Felek Zdankiewicz? To przedwojenny słynny bandzior warszawski. Choć jego popularność w przestępczym świecie przypadała głównie na czasy carskie, to jednak i w II Rzeczypospolitej był on dobrze znany, a to dzięki śpiewanym przez podwórkowych kataryniarzy balladom i piosenkom.
  Pod koniec XIX wieku Felek Zdankiewicz za swoje liczne występki, w tym dezercję z wojska, został skazany przez sąd carski na bezterminową katorgę.
  Po blisko 20 latach, tuż przed I wojną światową, udało się mu uciec z Syberii i po licznych perypetiach dotrzeć do Warszawy. Wrócił jako zamożny człowiek, bowiem dorobił się na Wschodzie na handlu futrami.
  Jedną z jego głównych myśli było wyrównanie rachunków z ekskochanką, która stała się po części sprawczynią jego syberyjskiego nieszczęścia. Ta tymczasem prowadziła w Warszawie dobrze prosperujący dom publiczny. Zdankiewicz zjawił się niespodziewanie w burdelu i, jak śpiewano później w balladzie o nim, krew zmazała dawną, podłą zdradę.
  Warszawscy stójkowi wkrótce znowu zainteresowali się Felkiem. Z jednej strony doszło do policji zawiadomienie o jego ucieczce z Sachalinu, z drugiej zaś głośną stała się jego wzmożona złodziejska działalność. Zdankiewicz znowu trafił do cyrkułu.
   W cyrkule okazał on jednak dobrze spreparowane, fałszywe dokumenty i po krótkim aresztowaniu naczelnik Pawiaka wypuścił bandytę na wolność.
  Morowy Felek Zdankiewicz próbował nawet zacząć nowe, uczciwe życie. Miał spory kapitalik, więc kupił dom na Mariensztacie, a także restauracyjkę na ul. Widok. Taka pomyślność oczywiście przyciągnęła zaraz kobiety. Pierwsze małżeństwo Felka nie było zbyt udane, a drugie jeszcze gorsze.
  Druga żona, piękna Jadzia, zakochała się w pewnym momencie w przystojnym fordanserze i zostawiła męża na lodzie. Kolejna zdrada bardzo mocno ugodziła Felka. Pozbył się kamienicy, zrezygnował z knajpki, a jedyną myślą jaką teraz żył, to dopaść umykającą przed nim wiarołomną małżonką. Gonił j po całej Polsce. Wyzuł się ze wszystkich pieniędzy. Kiedy powrócił do Warszawy, był całkiem zrujnowany. Znowu wrócił na drogę występku. Kradł, rabował, a nawet parał się mokrą robotą.
 

Niebawem za morderstwo dokonane za zamożnej handlarce Felek Zdankiewicz znowu trafił za kratki. Było to już w wolnej Rzeczypospolitej, nie groził mu więc już Sybir, lecz tylko ciasna i wilgotna cela na Świętym Krzyżu w zakładzie karnym dla wyjątkowo groźnych oprychów.
  W więzieniu Felek też cieszył się dużym mirem. Cóż z tego, kiedy coraz bardziej podupadał na zdrowiu. Na wolność wyszedł już jako całkowity starzec. W Warszawie nikt na niego nie czekał. Nie miał już dawnych kumpli, ani żadnego majątku. Sypiał więc w przytułkach, zarabiał zaś na jedzenie opowieściami o swojej bogatej przeszłości.
  W pewnym momencie zabrał się do edukowania młodych uliczników w trudnej sztuce kradzieży kieszonkowych. Jego wychowankowie po usamodzielnieniu się szybko jednak zapominali o swoim sędziwym nauczycielu.
  Jak pisze w swoich wspomnieniach Henryk Lange, komisarz warszawski policji, pewnego razu Zdankiewicz przyszedł oburzony do komisariatu ze skargą na swoich uczniów: „Przeklęte koniki, ukradli mi laskę i kapelusz”. Felek Zdankiewicz zmarł w przytułku dla starców.
  Wróćmy jeszcze do białostoczanina Stefana Perki, który podawał się za ucznia Feliksa Zdankiewicza. Sąd Okręgowy wlepił mu dwa lata więzienia. Jak na mało fartownego doliniarza, był to wyrok całkiem spory. Zresztą pod koniec lat 30. sędziowie srożyli się bardzo. Może gdyby Perka nie chełpił się głośno swoim warszawskim mentorem, kara byłaby mniejsza.

Włodzimierz Jarmolik

Dobra wiadomość dla turystów. Zapłacimy kartą w pociągach regionalnych!

Dobra wiadomość dla turystów. Zapłacimy kartą w pociągach regionalnych!

Dobra wiadomość dla turystów. Zwiedzając województwo podlaskie nie będą musieli przejmować się brakiem kas na zamkniętych dworcach kolejowych, a także brakiem bankomatów w pobliżu w mniejszych miejscowościach. Takie miejscowości jak Augustów, Knyszyn czy Osowiec-Twierdza są często odwiedzane, a dojazd do nich możliwy jest pociągiem. Turyści jednak muszą kupować bilety bezpośrednio w pociągu. Muszą też płacić za nie gotówką. Na szczęście to się zmieni.

 

Już niedługo za bilet w pociągu Polregio zapłacimy kartą. Przewozy Regionalne podpisały umowę na dostawę nowoczesnych terminali mobilnych. Warto przypomnieć, że od dawna za bilet kartą można zapłacić w pociągu Intercity. Teraz taka możliwość pojawi się w pociągach regionalnych. Tylko się cieszyć, że XXI wiek zawita również i tutaj.

Zginął w niewyjaśnionych okolicznościach wiele lat temu. Do dziś wywołuje kontrowersje.

Zginął w niewyjaśnionych okolicznościach wiele lat temu. Do dziś wywołuje kontrowersje.

Kim był Aleksander Węgierko – patron Teatru Dramatycznego w Białymstoku? Aleksander Węgierko był aktorem i reżyserem teatralnym, a także dyrektorem artystycznym tetarów. Założył Teatr Dramatyczny w Białymstoku. Przyszło mu żyć w trudnych czasach. W 1940 roku Białystok był pod okupacją sowiecką. Właśnie wtedy do miasta przyjechał Aleksander Węgierko, wtedy doświadczony już aktor, a także dyrektor artystyczny teatrów w Krakowie, Warszawie i Grodnie.

 

Teatr w Białymstoku otrzymał fundusze, zaś gmach został rozbudowany. Żeby to było możliwe, Aleksander Węgierko musiał dobrze żyć z ówczesnymi władzami. I właśnie rozpala od lat podlaskich polityków. Pada pytanie czy jest godzien patronować białostockiemu teatrowi. Aleksander Węgierko był patronem teatru od wielu lat. W 2007 roku radni wojewódzcy nie potrafili zbudować koalicji, w związku z tym władzę przejął komisarz. Rozpisano też nowe wyboru. W tym czasie Związek Piłsudczyków zwrócił się o zmianę patrona. Jako argument padło zdanie, że Węgierko współpracował z okupantem sowieckim. Patronem na pół roku został Józef Piłsudski.

 

Kiedy politycy już doszli do porozumienia radni Platformy Obywatelskiej oraz Lewicy przywrócili poprzedniego patrona. Sprawa jednak się nie skończyła. W ostatnim czasie rząd zajął się dekomunizacją. W jej ramach znów wrócił temat Aleksandra Węgierki. IPN wydał opinię, która mówi, że władze nie są zobligowane do zmiany patrona, gdyż patronowanie teatrowi przez Węgierkę nie można uznać za propagowanie komunizmu lub ustroju totalitarnego.

 

IPN stwierdził też, że nie ma powodu, by oskarżać Węgierkę o współpracę z NKWD czy wrogość wobec kultury polskiej, wręcz odwrotnie – zarówno repertuar teatru (w tym wieczór mickiewiczowski), jak i opieka, jaką roztaczał nad członkami zespołu, chroniąc przed wywózkami, wystawiają mu dobre świadectwo. Zginął w niewyjaśnionych okolicznościach po wybuchu wojny sowiecko-niemieckiej.

Góry na Podlasiu. Podlasie skrywa niezwykłe szczyty

Góry na Podlasiu. Podlasie skrywa niezwykłe szczyty

Góry na Podlasiu? Tak, na Podlasiu są góry! Nieopodal Białegostoku leży mała miejscowość tuż przy samej Puszczy Knyszyńskiej. Nazywa się Kołodno. Nazwa być może niewiele mówi nawet rodowitym mieszkańcom stolicy województwa, ale gdy powiemy „Królowy Most”, to od razu wszystko wiadomo. O Królowym Moście mogliśmy się dowiedzieć z filmu „U Pana Boga za piecem”. Choć same filmowe miasteczko jest fikcyjne, to wieś pod Białymstokiem o takiej nazwie jak najbardziej prawdziwa. Można tam zwiedzić cerkiew, odpocząć przy grillowych wiatach, lub przejść się traktem napoleońskim i obejrzeć tereny, na których rozgrywało się Powstanie Styczniowe.

Jednak to co najciekawsze znajduje się zupełnie obok. W małej, zapomnianej wsi Kołodno (gdzie kończy się droga) można wspiąć się na najwyższy szczyt na Podlasiu. Tak, na Podlasiu są góry!

Gdzie szukać gór na Podlasiu?

Kołodno to malownicza wieś położona w powiecie suwalskim, w województwie podlaskim, w północno-wschodniej Polsce. Miejscowość ta znajduje się około 20 kilometrów na południe od Suwałk. Wieś Kołodno otoczona jest przepięknymi lasami, jeziorami i polami, co czyni ją idealnym miejscem dla osób pragnących kontaktu z przyrodą i odpoczynku na łonie natury. Okolica obfituje w liczne szlaki turystyczne, które umożliwiają piesze i rowerowe wycieczki, a także wspięcie się na góry.

Piękne krajobrazy górskie Podlasia

Mówimy tutaj dokładnie o Wzgórzach Świętojańskich składających się z Góry Kopnej, Góry Św. Jana oraz Góry Św. Anny. Ta druga jest najwyższa, bo znajduje się 209 metrów n.p.m. Ostatnia góra jest 7 metrów niższa. Trafić na górę jest bardzo łatwo. Można to zrobić aż trzema drogami. Pierwsza znajduje się jeszcze w Królowym Moście, a w zasadzie na jego granicy. Idziemy szeroką drogą, a w pewnym momencie w lewo wydeptaną ścieżką zaczynamy się wspinać w górę. Jest stromo, ale da się wejść z rowerem.

Druga droga znajduje się w Kołodnie i prowadzi prosto na górę Św. Anny, do mogiły Powstańców. Stamtąd już blisko do wieży widokowej. Trzecie wejście jest lepsze jako zejście – gdyż prowadzi leśną drogą do asfaltowej ulicy. Niestety jest ona kręta i idąc pod górę łatwiej się zgubić. Na pierwszy raz warto wybrać wejście w Kołodnie. Widoki z dwupiętrowej wieży są piękne przez cały rok. Można wybrać się tam choćby i w ten weekend!

Kołodno to miejsce, które zachwyca swoją przyrodą, spokojem i urokiem. Jest doskonałym miejscem dla osób szukających wytchnienia od miejskiego zgiełku i chcących nacieszyć oczy bujną zielenią i czystym powietrzem.

Mural został naprawiony. Ślad po idiocie zniknął

Mural został naprawiony. Ślad po idiocie zniknął

Mural „utkany wielokulturowością” znajdujący się przy Al. Piłsudskiego został najpierw zniszczony przez idiotę, ale dobrzy ludzie nie pozostali bierni, dzieło znów jest odmalowane. Wszystko dlatego, że jakiś idiota nie mógł znieść widoku menory i namazał na niej swastykę. Po całej sprawie fragment muralu został zakryty. Następnie miejscy aktywiści, organizacje pozarządowe, a nawet prezydent Białegostoku razem spotkali się przy muralu, by go odmalować. Oczywiście zajął się tym autor muralu, lecz każdy mógł zostawić odbicie swojej ręki.

 

W ostatnim czasie TVN24 zrobił o Białymstoku reportaż, lub nazywając to wprost – paszkwil. Sugerując ustami wątpliwych autorytetów, że białostoczanie to neofaszyści i antysemici od urodzenia. Choć chyba wszyscy mieszkający tutaj zdają sobie sprawę, że jest to bzdura i potwarz, to niestety takie działania idiotów jak z pomazaniem muralu dają argumenty stacji TVN24 do produkowania takich paszkwili.

 

Warto przypomnieć, że Białystok jest jednym z najbezpieczniejszych miast w Polsce! Dlatego tym bardziej smuci fakt, że pojedyncze osoby raz na jakiś czas rujnują dobry wizerunek miasta. Nawet jeżeli ktoś ma jakieś zastrzeżenia do Żydów, to krytyka poprzez malowanie swastyk jest czymś tak idiotycznym, że trudno to komentować. Dlatego też możemy tylko zaapelować. Jeżeli będziecie widzieli, że po raz kolejny ktoś maże po ścianach, to nie odwracajcie wzroku, tylko reagujcie. Bo takim zachowaniem malujący pluje bezpośrednio na Białystok i białostoczan. Nie udawajcie wtedy, że to deszcz pada.

Temperatura na plusie. Czy warto jechać na narty?

Temperatura na plusie. Czy warto jechać na narty?

Podsuwalski Szelment cały czas działa. Można tam zjeżdżać na nartach, mimo że trwa ocieplenie. Jeżeli ktoś planuje wybrać się tam w weekend, to również nie ma się czego obawiać – będzie padać  śnieg, a przy obecnych temperaturach i technice utrzyma się na stoku w Szelmencie. Choć miejscami na terenie ośrodka jest zielono, to WOSiR w ostatniej aktualizacji warunków zapewnia, że działa 5 tras. Czwórka, piątka, szóstka, nartostrada oraz niebieska. 

 

Szelment cieszy się zainteresowaniem każdego roku. Obecnie trwają ferie zimowe, więc również chętnych na jazdy nie brakuje. Warto dodać, że gdy śniegu jest dużo to działa 10 tras. 4 łatwe, 4 trudne i 2 bardzo trudne. Oznacza to, że każdy znajdzie tam coś dla siebie. Tacy, którzy dopiero uczą się, a także tacy, którzy są już zaawansowanymi narciarzami. Warto dodać też, że Szelment działa cały rok. Latem można tam korzystać z wyciągu nart wodnych, a także z uroczej plaży. Dodajmy, że jezioro Szelment jest polodowcowe, oznacza to, że woda w tym zbiorniku jest bardzo czysta, o czym można przekonać się wizualnie – wchodząc do niej. 

Żulik z Rynku Kościuszki

Żulik z Rynku Kościuszki

  

   W drugiej połowie lat dwudziestych minionego wieku stałym miejscem bytowania gromadki białostockich żulików były okolice postoju taksówek przy Rynku Kościuszki. Rej wśród nich wodził młodzian właśnie o ksywce Żulik. Chłopaków ciągnęło do motoryzacji, a auta do wynajęcia były w Białymstoku wówczas dużą nowości i atrakcją.
   Małolaty szybko weszli w zażyść z szoferami, którym pomagali często przy czyszczenium a nawet naprawie drobnych usterek w samochodzie. Dostawali za to parę groszy. Drobne napiwki dostawali też od pasażerów, zwłaszcza podpitych wojskowych, którym otwierali z uszanowaniem drzwi błyszczącego zagranicznego pojazdu.
   Z biegiem czasu żulikom z Rynku Kościuszki znudziły się drobne zarobki. Dorastali to i wydatki mieli większe – papierosy, alkohol, dziewczynki kosztowały. Sympatyczni na pozór chuligani przemieniali się w ordynarnych wymuszaczy. Ich ofiarami stali się owi, tak przez nich dotąanowani taksówkarze. Zorganizowana już na dobre szajka zaczęła żądać od każdego kierowcy, parkującego na „ich” postoju dwa złocisze. Ponieważ taksówkarzy kursowało z Rynku Kościuszki ponad dwudziestu, zarobek zaradnych żulików był całkiem spory.
  Rozzuchwaleni chuligani postanowili rozszerzyć zakres swoich usług wobec szoferów. Za pilnowanie postoju grandziarze, jak także określano owych wyrostków, zaczęli pobierać procent od każdego kursu, zwłaszcza od tras zamiejscowych. Żuliki z doświadczenia wiedzieli, że najbardziej zyskowne są kursy nocne. Taksówki nie miały wówczas jeszcze taksometrów, pasażerowie uzgadniali więc opłatę przed zatrzaśnięciem drzwiczek samochodu.
   Przy takich targach był obecny obowiązkowo któryś z podwładnych szefa Żulika – Murzyn, Czarny Pietrek lub Szmata. Po powrocie z kursu szofer musiał uiścić haracz. Początkowo zdarzało się, że jeden czy drugi szoferak odmawiał przymusowych ofiar na potrzeby pazernej żulii. Szybko jednak stawał się posłuszny. Chuligani potrafili odstraszyć klientów od opornych taksówkarzy i zmuszać ich, by zajmowali miejsce w autach tych zgodliwych. Niechętnym szoferom przytrafiało się też często wymieniać wybite szyby w swoim samochodzie, naprawiać uszkodzone reflektory, a nawet silniki. Zdarzały się też bolesne rękoczyny.
   Banda żulików nie pogardzała też datkami w naturze. Zwłaszcza kiedy na postoju pojawił się nowy szofer w zagranicznej, lśniącej gablocie. Wówczas przymusowe było oblanie samochodu i miejsca na postoju. Kolacja dla całej szajki Żulika, suto zakrapiana alkoholem, kosztowała przymuszonego fundatora nawet do 100 złotych. Młode bandziorki same też lubiły korzystać z usług prywatnej komunikacji. Codziennie, któryś z kierowców na postoju przy Rynku Kościuszki musiał być do ich wyłącznej dyspozycji. Kazali wozić się po knajpach, a jak przyszła ochota, to nawet daleko poza Białystok. Trudno to sobie wyobrazić, ale szajka taksówkarzy żulików, którzy powyrastali na niezłych bandziorów, działała przez sześć lat. Właściciele taksówek byli pod taką presją, że nawet nie myśleli, by zwrócić się o pomoc do policji. Woleli zapłacić kilka złotych ze swojego zarobku, niż mieć uszkodzone auto lub siniaki pod oczami.
   W końcu jednak miarka się przebrała. Latem 1934 roku pobity został kierowca Włodzimierz Jefremow. Nie chciał płacić bandyckiej taksy. Zgłosił się na IV komisariat. Nieco później o pobiciu zameldował policji inny szofer – Iłenda. Pozostałym kolegom taksówkarzom z postoju przy Rynku Kościuszki także rozwiązały się języki.
   W maju 1935 roku Żulik i jego kompani usłyszeli wyrok – po roku więzienia. Nie była to kara zbyt wysoka. Na postoju kierowcy, a i pasażerowie, na krótko odetchnęli.

Włodzimierz Jarmolik

Biebrzański Park Narodowy zbiera pieniądze na leczenie dzikich zwierząt

Biebrzański Park Narodowy zbiera pieniądze na leczenie dzikich zwierząt

W Biebrzańskim Parku Narodowym planują powiększyć Ośrodek Hodowli Zachowawczej Konika Polskiego i Rehabilitacji Zwierząt. Na ten cel potrzeba pieniędzy. To największe w województwie podlaskim miejsce, w którym leczy się dzikie zwierzęta i ptaki. Przebywają tam okaleczone bociany, dziki, jelenie, łosie czy oswojony przez ludzi wilk. Część z leczonych zwierząt wypuszcza się na wolność, są jednak takie, które same nie przeżyłyby i muszą w ośrodku przebywać na stałe. Biebrzański Park Narodowy zbiera pieniądze na karmę dla zwierząt, budowę i remonty ogrodzenia czy też opiekę weterynaryjną.

 

Wpłat można dokonywać bezpośrednio na wyodrębniony rachunek przeznaczony na Darowizny na rzecz BPN w banku BGK o numerze: 

31 1130 1059 0017 3397 2620 0016

 

Osoby, które zdecydują się na przekazanie darowizny dla Biebrzańskiego Parku Narodowego są proszone o kontakt, mailem na adres [email protected] lub tel: (+48) 857 380 620; 857 383 000; fax: (+48) 857 383 021.

Na małym skrawku dobudują kamienicę. W ścisłym centrum miasta!

Na małym skrawku dobudują kamienicę. W ścisłym centrum miasta!

Krajobraz białostockiego centrum wkrótce zmieni się. Przechodząc obok Pałacu Branickich, ul. Kilińskiego będziemy mijać… nową kamienicę. Choć wydawało się, że ścisłe centrum miasta to już teren zamknięty pod względem architektonicznym, to jednak okazuje się, że znalazło się miejsce na kolejny budynek. I to w jakim miejscu! Na przeciwko dawnej loży masońskiej, a później książnicy, a także w sąsiedztwie prokuratury, dobudowany do budynku Hotelu Aristo zostanie kolejny budynek. Nowa kamienica będzie wyglądała jak przedłużenie sąsiedniej.

 

Na dole będą znajdować się lokale usługowe, zaś na górze mieszkania. Wszystko to na 130-metrowej działce! Już teraz można wysondować, że mieszkania w takim miejscu będą kosztować kosmiczne pieniądze. Zaś lokale usługowe na dole jeszcze więcej. Jeżeli chodzi o sam fakt budowy nowej kamienicy w tym miejscu, to mamy mieszane uczucia. Z jednej strony właściciel prywatnej działki może nią gospodarować zgodnie z planem zagospodarowania przestrzennego. Z drugiej jednak zdziwienie może wywoływać fakt, że urzędnicy w planie zezwolili na tego typu inwestycję.

 

I tutaj dochodzimy do filozoficznego pytania o wygląd centrum. Czy powinno ono pozostać terenem zamkniętym architektonicznie, czy powinniśmy umożliwić jego rozbudowę o nowe budynki. Można powiedzieć, że nowa kamienica była „wypadkiem przy pracy”, bo analizując mapy Białegostoku i jego ścisłego centrum, to drugiej takiej wolnej działki nie znajdziemy. Jednak jest sporo miejsc, które po przekształceniu mogłyby nadawać się na teren pod nowe budynki. Co wtedy?

Nasze dzieci i amerykańskie dolary

Nasze dzieci i amerykańskie dolary

Blisko 100 lat temu, w zdecydowanie trudniejszych warunkach, w jakich przyszło żyć białostoczanom, opieka nad biednymi i potrzebującymi opieki dziećmi, była w Białymstoku jednym z priorytetów.

Już w kwietniu 1919 roku powstał więc Komitet Opieki nad Dziećmi. Na jego czele stanął cieszący się ogólnym szacunkiem białostocki dziekan ksiądz Lucjan Chalecki. Komitet zrzeszał znanych działaczy społecznych, wśród których prym wiedli nauczyciele z Zofią Ostromęcką w roli głównej. Proponowano też, aby jednym z wiceprezesów organizacji został przedstawiciel ludności żydowskiej. Niestety na skutek komplikującej się sytuacji politycznej i społecznej nie zrealizowano tego postulatu. Mimo to postanowiono, że Komitet opieką obejmie wszystkie potrzebujące dzieci bez względu na ich narodowość.

Problemem, z którym Białystok borykał się w pierwszych miesiącach niepodległości był brak żywności. I właśnie Komitet postawił sobie za główne zadanie zorganizowanie dożywiania dzieci. Fundusze zapewnił amerykański Czerwony Krzyż, który w tamtym czasie odegrał chwalebną rolę w naszym mieście. Przez pięć miesięcy 9 tysięcy dzieci z całego powiatu białostockiego otrzymywało raz dziennie darmowy posiłek. Był to obiad lub podwieczorek. Wydawano go w siedzibie Komitetu, czyli w hotelu Ritz. Wystrzegano się wydawania posiłków na zewnątrz w obawie, że nie trafią do potrzebujących.

Już na początku maja do Białegostoku zaczęły przyjeżdżać pierwsze partie żywności zakupione za amerykańskie dolary. Z entuzjazmem ogłaszano, że „przybyło już kakao”. 6 maja przyjechał do Białegostoku delegat amerykańskiej misji żywnościowej dr Borgen. Miał na miejscu zorientować się o skali potrzeb. Szczególnie zainteresował się losem dzieci żydowskich, wśród których skala zaniedbań i głód były powszechne. Borgen widząc trudności w osiągnięciu porozumienia pomiędzy białostoczanami „wręczył radzie gminy żydowskiej 100 000 marek, jako pierwszą ratę miesięczną pomocy dla Żydów”.

Zaznaczył też, że dalsza pomoc dla całego miasta możliwa będzie jedynie pod warunkiem unormowania stosunków pomiędzy ludnością polską i żydowską. Mimo, że takowe porozumienie nie nastąpiło, to pomoc amerykańska rozwijała się. W czerwcu polskie i żydowskie organizacje dobroczynne działające w Białymstoku otrzymały „większą ilość ubrań, bielizny jako też i artykułów pierwszej potrzeby” przeznaczonych dla dzieci.

Gdy zbliżały się święta Bożego Narodzenia z cenną inicjatywą wystąpili nauczyciele kilku białostockich szkół powszechnych, inicjując zbiórki pieniężne na rzecz najbiedniejszych uczniów i wyposażenia szkół.

Kwestarzami były dzieci. Spotkało się to z krytyką. Konstanty Kosiński, znany w mieście działacz społeczny, dziennikarz i też nauczyciel, określił tę akcję mianem żebraniny, do której przymusza się dzieci. W obronie akcji stanęła nie mniej znana i zasłużona Maria Kościa.

Gorzej było z traktowaniem dzieci. Aby temu przeciwdziałać na przełomie 1922 i 1923 roku polska prasa zainicjowała kampanię „W obronie katowanych dzieci”. Do akcji włączył się też „Dziennik Białostocki”. W styczniu na jego łamach ukazał się wywiad z Januszem Korczakiem. „W rozmowie z przedstawicielem Dziennika dr Korczak oświadczył, że kara chłosty względem dzieci stosowana jest nie tylko przez rodziców”. Przytoczył opinię nauczycieli z Poznania, którzy stwierdzili, że „zniesienie kary chłosty jest przedwczesne”. Korczak mówił, to co i dziś jest aktualne, że „niestety, walka z biciem dzieci jest bardzo utrudniona. Katuje je każdy jako istoty słabsze, które się nie obronią. Gdy dwaj dorośli mężczyźni biją się, prawo interweniuje z całą surowością. Gdy jeden drugiego okrwawi, zbrodniarza pakuje się do więzienia.

Tak samo należałoby postępować i z tymi, którzy biją dzieci. Każdy policzek, każde uderzenie lub kopnięcie dziecka jest zbrodnią stokroć większą, aniżeli bójki między starymi”.  Jedynie „nauczycielstwo poznańskie” uznało, że karę chłosty można już znieść. W ramach prowadzonej akcji białostocki dziennikarz przeprowadził też rozmowę z matką wychowująca czwórkę dzieci. Na pytanie, co robić z niesfornymi dziećmi matka zdecydowanie odpowiedziała „w każdym razie nie bić. Bicie może odstraszyć dziecko od złego – lecz wady nie wykorzeni. Strach zaś przed surowością rodziców źle oddziała na system nerwowy dziecka”. O tych, którzy biją swoje dzieci mówiła, że „zdaje im się, że spełniają obowiązek wychowawczy – gdy w istocie zabijają tym sposobem najsilniejszą podstawę wychowania: miłość i dobry przykład rodziców”.

Andrzej Lechowski

Czy dojedziemy do Supraśla? Kłopoty przez dziwaczną inwestycję

Czy dojedziemy do Supraśla? Kłopoty przez dziwaczną inwestycję

Wydawałoby się, że droga z Białegostoku do Supraśla to prosta inwestycja. Każdy, kto jechał nią choć raz – widział, że nie jest skomplikowana. Kilka zakrętów, trochę prostych odcinków i to wszystko. Droga się jednak zużyła, postanowiono, że zostanie wyremontowana. Ktoś jednak wpadł na pomysł, by nieco wszystko skomplikować. Postanowiono nie tylko drogę poszerzyć, ale też zbudować obwodnicę malutkiej miejscowości Ogrodniczki, a także zbudować estakadę.

 

I tu zaczęły się wszystkie problemy. Bowiem Supraśl jest położony w Puszczy Knyszyńskiej. Można do niego dojechać przez Białystok lub mocno na około przez Sokółkę. Są też leśne szutrowe drogi. Wykonawca przebudowywanej drogi Białystok – Supraśl chce ją zamknąć na 3 miesiące, by wybudować estakadę. Z perspektywy samochodu osobowego problem nie byłby aż tak istotny, bo wystarczyłoby dostosować szutrową drogę choćby przez Studzianki. Jednak ciężarówki nie mogłyby taką drogą jeździć.

 

I tu rodzą się kolejne problemy. Supraśl byłby niemalże odcięty od większych dostaw. Po drugie wykonawca wcale się nie pali do budowy drogi zastępczej dla osobówek. Wolałby, gdyby objazd był przez Sokółkę, co według mieszkańców nie wchodzi w ogóle w grę. Ponadto brak normalnego dojazdu do Supraśla to same straty dla lokalnych przedsiębiorstw. Bowiem to miasteczko turystyczne.

 

Zachodzi pytanie – po co w ogóle ktoś chciał budować estakadę. To zwykła droga wojewódzka, która mogła być zwyczajnie szersza. I tak o to przez czyjąś głupotę narodził się problem, który ciężko rozwiązać. Wykonawca nowej drogi mógłby budować estakadę tylko w nocy, jednak to nie wchodzi w grę, ze względu na ochronę środowiska. Zatem najbliższy czas będzie dla Supraśla katastrofalny. Bo ktoś wymyślił nikomu nie potrzebną estakadę.

Złodziej nie puka dwa razy

Złodziej nie puka dwa razy

   Nie tylko drzwi, ale i okno dawało złodziejom szansę w wykonaniu ich niecnych zamiarów. Przed wojną okna stanowiły istną mozaikę. Jedne były tylko oszklone, inne mocno okratowane, a jeszcze inne miały solidne okiennice.
  Specjaliści od okien też byli różni. Najbardziej cenili się lipkarze, którzy potrafili do swojego procederu wykorzystać nawet nieduży lufcik. Ale jeśli szło o zwykłą szybę, to wystarczyło ją wytłuc, pod nieobecność gospodarzy lokalu, albo też umiejętnie wyjąć przy pomocy mesla czy śróbsztaka. Wydłubać stary kit umieli nawet mało wprawieni złodzieje.
  Wiosną 1922 roku po wgnieceniu szyby w oknie złodziejaszkowie dostali się do mieszkania przy ul. Wąskiej 14. Jego nieobecna właśnie lokatorka, Maria Zasawicz, straciła całą, przygotowaną już na cieplejsze dni garderobę. Kosztowało ją to 400 tys. marek.
  Być może ci sami sprawcy pozbawili ubrań pana Tepuła z ul. Pałacowej. Tym razem w protokole policyjnym znalazła się kwota aż 4 milionów.
  Złodzieje bardzo chętnie wybijali szyby do sklepów i magazynów, zwłaszcza jubilerskich. Jesienią tego samego roku ograbiony został jubiler Markuze z ul. Sienkiewicza. Przepadła biżuteria wartości 1 mln marek.
  Okienni specjaliści brali niemal wszystko co wpadło im w ręce. Czaili się zwłaszcza na futra, marynarki czy palta. Nie gardzili też spodniami, surdutami, rękawiczkami, a nawet parasolami czy solniczkami i cukiernicami. Z rzadka zaglądali do zamkniętych szuflad czy komód. Na to trzeba było większego sprytu, no i oczywiście odpowiednich narzędzi. Ale kiedy krawiec Srolusz z ul. Sienkiewicza powrócił z przymiarki od jednego klienta, przygotowana do wydania innym klientom garderoba futrzana, warta ponad 2 miliony marek, zniknęła z pokojowego wieszaka. Wiał tylko przyjemny chłodek z wybitego okna. Z kolei jego koleżanka po fachu, Rywka Chajet – ul. Bożnicza 10, straciła odzież i bieliznę na sumę trzech milionów.
  Prowadzący dochodzenie policjanci z Ekspozytury Urzędu Śledczego docenili umiejętności niezidentyfikowanego przestępcy. Posłużył się on bowiem tzw. plastrem złodziejskim, dzięki czemu, bardzo dyskretnie i bez hałasu wykroił kawałek szyby, wyciągnął wewnętrzną zasuwkę i był już w domu.

Oczywiście dużo trudniej było włamywaczom, kiedy do upatrzonego przez nich okna drogę zagradzała krata albo solidne okiennice. Tutaj musieli wysilić się na dłuższą robotę. A przecież czekała ich jeszcze potem kruchliwa szyba. Taką operację przeprowadzili zuchwali, nocni złodzieje w styczniu 1932 roku. Za swój cel wybrali sklep Menesa Kurjałowskiego przy ul. Sienkiewicza 34. Przecieli umiejętnie żelazo, wyjęli ładnie pół szyby, wleźli do środka i wytargali na zewnątrz tłumoki z bielizną wartą pięć tysięcy złotych.
  Z kolei w kwietniu 1933 roku celem złodziejskiej szajki stał się sklep spółdzielni „Zjednoczenie” przy ul. Nowodworskiej. Najpierw fachowo obezwładniono okiennice, później uległa sztaba przy kracie, a na końcu już była tylko nadkwaszona szyba. Nieduży szmerek obudził jednak mieszkańców. Amatorzy cudzej własności czym prędzej musieli opuścić niegościnny dla nich teren. Tak samo stało się kilka miesięcy później, kiedy do kancelarii komornika Józefa Podbielskiego (Sobieskiego 7) ktoś zaczął wiercić otwór w okiennicy. Domownicy podnieśli alarm. Złoczyńcy zbiegli.
  Rzecz jasna specjaliści od okiennych włamań często wpadali. Szczególnego pecha miał jesienią 1934 roku niejaki Joachim Rusak. Usiłował on dobrać się do okna przy ul. Świętojańskiej 8. Źle trafił. Mieszkanie to odnajmował bowiem Alfred Szczekenberg, funkcjonariusz Wydziału Śledczego białostockiej policji. Nie tylko schwytał go na gorącym uczynku, ale dodatkowo po rewizji w domu złodziejaszka przy Szosie Wschodniej, znalazł różne, zagadkowe fanty – srebrną papierośnicę czy kościane spinki, z których posiadania biedny Rusak nie potrafił się wiarygodnie wytłumaczyć.
  Okna zamknięte, z kratą czy z okiennicami stanowiły dla złodziei zawsze problem. Przedwojenni białostoczanie w letnie upały pozostawiali jednak często okna otwarte na oścież. Czy trzeba było lepszej zachęty dla sprytnego młodzieńca, ażeby wskoczyć do środka mieszkania i wyskoczyć z np. futrem w ręku, wartości, bagatelka 5 tys. złoty

Włodzimierz Jarmolik

Puszcza Białowieska – magiczna, gdy spadnie śnieg

Puszcza Białowieska – magiczna, gdy spadnie śnieg

Puszcza Białowieska to jedna z ostatnich naturalnych, pierwotnych puszczy na terenie Europy. Znajduje się na granicy Polski i Białorusi, zajmuje obszar około 1500 km². Puszcza jest niezwykle bogata w różnorodne gatunki drzew, zwierząt i roślin, co czyni ją jednym z najcenniejszych ekosystemów w Europie.

Charakterystyczne dla Puszczy Białowieskiej są duże kompleksy lasów sosnowych, świerkowych i dębowych. Drzewa osiągają imponujące rozmiary, niektóre dęby mają ponad 500 lat. W niektórych rejonach można spotkać również jesiony, lipy czy brzozy.

Puszcza Białowieska

Puszcza Białowieska jest domem dla wielu gatunków zwierząt. Najbardziej znanym jest europejski żubr, symbol tej puszczy. Żubry żyją tu na wolności, tworząc jedną z największych populacji tych zwierząt w Europie. Oprócz żubrów, w puszczy spotkać można wilki, bobry, jelenie czy dziki. To raj dla miłośników natury i ekoturystyki.

W 1979 roku Puszcza Białowieska została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Jest to uznanie dla unikalnej przyrody oraz cel ochrony tej niezwykłej puszczy. Na terenie puszczy utworzono szereg rezerwatów przyrody, gdzie chronione są najcenniejsze fragmenty lasu, a także Jezioro Siemianówka, które jest otoczone malowniczym krajobrazem i stanowi atrakcyjne miejsce dla wypoczynku.

Ma ogromne znaczenie zarówno przyrodnicze, jak i kulturowe. To miejsce, gdzie można doświadczyć siły i piękna natury oraz odkryć dzikie, nieskażone miejsce na mapie Europy. To jedno z najcenniejszych miejsc dla ekologów, naukowców, ale również dla turystów poszukujących autentycznego kontaktu z naturą.

Bajkowy klimat w Puszczy Białowieskiej [ZDJĘCIA]

W ostatnim czasie wybraliśmy się w jej północną część. Zamiar był taki, by fotografować żubry, ale to co zobaczyliśmy po drodze całkowicie nas urzekło. Pod białym puchem ten nasz wyjątkowy las wygląda przepięknie. Klimat jest wręcz bajkowy. Póki śnieg jeszcze leży na drzewach polecamy wybrać się tam. Bo może tak jak my, natraficie nie tylko na żubry, ale też na wilki. Nie bójcie się też zagadać do miejscowej ludności, to ciepli, życzliwi ludzie, z którymi można wymienić parę słów na każdy temat. Poniżej nasza fotorelacja z północnej Puszczy Białowieskiej.

 

 

Białystok w staromodnym klimacie. Znani raperzy z Januszem Laskowskim

Białystok w staromodnym klimacie. Znani raperzy z Januszem Laskowskim

Dopiero 2018 rok się zaczął, a bez wątpienia ten utwór będzie jednym z najlepszych, które w tym roku będzie można posłuchać. A wszystko to z domieszką staromodnego Białegostoku, który przypomina klimatem przedwojenne Chanajki. W dodatku znów można posłuchać nieco zapomnianego Janusza Laskowskiego, który znany jest szerszemu gronu z „Beaty z Albatrosa”, zaś białostoczanom ze „Świat nie wierzy łzom” i jego teledysku, w którym śpiewając poruszał się po naszym mieście. 

 

Raper Lukasyno na swoim koncie ma bardzo wiele dobrych utworów, w wielu teledyskach widać jak bardzo utożsamia się z Białymstokiem oraz Podlasiem. Najnowszy utwór Steel Banging ft. Lukasyno, Nizioł, Janusz Laskowski – Bez sentymentu bez wątpienia wpisze się do kanonu najlepszych muzycznych utworów, które znakomicie promują Białystok. W teledysku możemy zobaczyć kadry z ul. Bema (okolice Aresztu Śledczego), Węglówki czy Zajazdu Leśnego w Czarnej Białostockiej.

 

Poniżej inne utwory Lukasyno, w których można poczuć Podlaskie i Białystok:

 

 

https://www.youtube.com/watch?v=UExycagrpQY

Skok na Orbis

Skok na Orbis

 

   Zuchwałych bandytów w międzywojennym Białymstoku nigdy nie brakowało. Szczególnie takich, którzy zazwyczaj nie rozstawali się z rewolwerem. Bez żadnych skrupułów strzelali nawet do policjantów.
   Historia, którą chcemy tutaj opowiedzieć, rozegrała się pewnego wrześniowego dnia 1935 roku.
Jej miejscem było Biuro Podróży Orbis przy ul. Sienkiewicza 28. Około południa weszło do niego trzech młodzieńców w wieku 20 – 25 lat. Jeden z nich ulokował się przy drzwiach przejściowych jako obstawa. Dwaj pozostali zaś przeskoczyli drewnianą barierę, pistoletem sterroryzowali siedzącą za nią samotną kasjerkę Janinę Ostrowską. Biedna ofiara napadu została wnet związana i zakneblowana.
  Po tych koniecznych dla siebie czynnościach bandyci zajęli się właściwą robotą, czyli kasą. Zabrali z niej paczkę banknotów oraz woreczek z bilonem – razem około 2 tysięcy zł polskich. Następnie sprawcy spokojnie i sprawnie opuścili lokal Orbisu. Cała akcja trwała niecałe pięć minut.
  Po ucieczce bandytów kasjerka jakimś cudem zdołała uwolnić się z krępujących ją więzów i włączyć alarm. Do agencji turystycznej przybiegł natychmiast dozorca budynku, a zaraz potem sam kierownik biura – pan Menachem Wajnszel. Ten ostatni widząc co zaszło natychmiast wykręcił numer telefonu do Wydziału Śledczego.
  Niebawem na miejscu przestępstwa pojawiła się ekipa białostockich wywiadowców policyjnych. Po przeprowadzeniu wstępnego śledztwa agenci rozpoczęli rewizje w różnych podejrzanych spelunkach na mieście. Na pierwszy ogień poszły oczywiście meliny w osławionych Chanajkach. Tutaj bowiem kryli się najczęściej złoczyńcy ze swoim łupem. Niestety operacja własna policji nie dała pożądanych rezultatów. Dlatego też policjanci z Wydziału Śledczego puścili w ruch siatkę swoich konfidentów w miejscowym światku przestępczym. Ci wypełnili zadanie szybko i skutecznie. Już po kilku dniach jeden z kapusiów doniósł, że uczestnicy napadu przy ul. Sienkiewcza 28 ukrywają się na zapleczu piwiarni przy ul. Jurowieckiej. Policja niezwłocznie udała się we wskazane miejsce, żeby sprawdzić wiarygodność informacji.
  Dom przy ul. Jurowieckiej został szczelnie otoczony. Również obstawiono sąsiednie posesje. Kiedy kierownik białostockiego WŚ Czesław Hann – który osobiście przybył na podejrzane miejsce – dał znak, kilku funkcjonariuszy wkroczyło nagle do piwiarni.
  Wewnątrz lokalu wywiadowcy zastali tylko właściciela – który na pobliskim komisariacie miał ustaloną, niezbyt pochlebną opinię, a także kilka panienek lekkich obyczajów, raczących się w kącie sali jakimś trunkiem. Na pytanie, czy nie ma innych gości, gospodarz dał zdecydowanie odmowną odpowiedź. Widząc zamknięte drzwi do innego pokoju, policjanci oczywiście zapytali, co tam się mieści. Bilardownia, odrzekł nieco zmieszany właściciel. Poproszony o otwarcie, długo szukał kluczy, przekonując cały czas, że tam jest brudno i ciemno. W końcu otworzył i szybko zniknął.
  Policjanci weszli do środka i co zobaczyli? Wewnątrz, przy suto zastawionym stole siedziało dwóch mężczyzn i raczyło się wódką. Na widok policyjnych mundurów zerwali się oni z miejsc i niemal natychmiast wyciągnęli pistolety. Padły strzały. Wywiadowcy także byli dłużni. Jeden z bandytów został trafiony śmiertelnie w głowę, drugi zaś także zainkasował kilka kulek. Policjanci mogli mówić o prawdziwym szczęściu, żaden z nich nie został nawet lekko ranny.
  W toku przeprowadzonego śledztwa ustalono, że zabitym na miejscu osobnikiem jest Jan Olszyna, brat właściciela piwiarni i znany w okolicach Jurowieckiej rozrabiacz i obibok. Drugim rewolwerowcem, który po przewiezieniu do szpitala św. Rocha także wkrótce zmarł, okazał się Wacław Majerski. Był to szczególnie groźny opryszek, za którym listy gończe krążyły po całej Polsce. Niedawno uciekł z więziennego konwoju i zadekował się w Białymstoku. Przy bandytach znaleziono część pieniędzy zrabowanych w agencji Orbisu przy ul. Sienkiewicza, a także kilka rewolwerów i całą masę nabojów. Gdyby obaj przestępcy nie byli mocno pijani, łatwa na pozór policyjna akcja, mogłaby się zamienić w potężną strzelaninę.

Włodzimierz Jarmolik

Dzięki pogodzie żubry są na wyciągnięcie ręki [ZDJĘCIA]

Dzięki pogodzie żubry są na wyciągnięcie ręki [ZDJĘCIA]

Na Podlasiu zima na całego. Dzięki czemu w Puszczy Białowieskiej można napotkać w wielu miejscach żubry, które wyszły do paśników. Nam udało się je spotkać w okolicach Siemianówki, a także w Nadleśnictwie Browsk. 

Nawałnica śnieżna w Siemiatyczach. Wszędzie biało! (Zdjęcia Czytelnika)

Nawałnica śnieżna w Siemiatyczach. Wszędzie biało! (Zdjęcia Czytelnika)

Ostatnio śniegiem sypnęło w całym województwie. W Siemiatyczach przeszła nawałnica! Ten moment uchwycił nasz Czytelnik Adam Nowaczuk. 

 

Złodziej pogryzł policjanta

Złodziej pogryzł policjanta

 

   W okresie międzywojennym w Białymstoku pojawiało się i często szybko znikało wiele gazet. Niezmiennie trwał tylko Dziennik Białostocki. Na początku lat 30. wychodziło również Nowe Echo Białostockie, gdzie pracował dozorca Gierdo.
  Redakcja Nowego Echa Białostockiego mieściła się przy ul. Piłsudskiego, na rogu Kupieckiej. Dozorcą domu i jednocześnie strażnikiem lokalu był Stanisław Gierdo. Odznaczał się on szczególną obowiązkowością. Nie poszedł spać zanim nie posprawdzał wszystkich drzwi i okien wiodących do redakcyjnych pomieszczeń. Parokrotnie przepłoszył nawet jakichś podejrzanych typków.
  Był majowy wieczór 1933 roku. Sumienny dozorca siedział w swojej stróżówce i odpoczywał po całodziennej krzątaninie. Wtem usłyszał za ścianą jakieś podejrzane szmery i stąpanie. W lokalu nie powinno być nikogo. Redaktor Faranowski wyszedł już dawno. Dozorca posiadanym kluczem otworzył drzwi do przedpokoju.
  Nie było nikogo, ale przez oszklone drzwi do następnej izby dostrzegł jakąś postać. Złodziej – pomyślał. Może mieć też wspólników. Nie namyślając się długo zatrzasnął za sobą drzwi, wybiegł na ulicę i zaczął wzywać pomocy.
  W pobliżu pełnił swój dyżur przodownik Krzych z IV komisariatu. Usłyszał krzyki i pośpieszył sprawdzić ich przyczynę. Kiedy roztrzęsiony dozorca powiedział, że w lokalu Nowego Echa ktoś myszkuje, zaczął dziać. Kazał strażnikowi otworzyć drzwi i z pistoletem w ręku wszedł do środka.
  Tymczasem złodziej, który rzeczywiście zakradł się do redakcji jednej z białostockich gazet, usłyszał alarm dozorcy i chciał pośpiesznie zbiec. Kiedy tylko otworzyły się drzwi ruszył do drzwi. Tutaj natknął się na lufę policyjnego rewolweru. Cofnął się więc i na wezwanie: Stać spokojnie! Ręce do góry! – wykonał z ociąganiem polecenie pana władzy.
  Przodownik w pierwszej kolejności polecił dozorcy zrewidować zatrzymanego osobnika, czy aby nie ma przy sobie jakiejś broni. W kieszeniach złodziejaszka były tylko dwa wytrychy, którymi posłużył się, otwierając drzwi redakcji oraz sporych rozmiarów majcher.
  Po tej operacji Stanisław Gierdo poszedł do siebie, ażeby ubrać się do końca, wybiegł bowiem na ulicę tylko w spodniach. Policjant natomiast zaczął zadawać włamywaczowi prozaiczne pytania w rodzaju: co robi w nieswoim mieszkaniu!
 

Opryszek udawał, że zastanawia się nad odpowiedzią, lecz przede wszystkim myślał jakby tu czmychnąć. W pewnym momencie nie zważając na pistolet policjanta, którego ten nie schował, rzucił się na niego. Jedną ręką uderzył przodownika Krzycha w skroń, a drugą próbował wyrwać mu rewolwer. Ponieważ nie udało się mu odebrać broni, to ugryzł policjanta w rękę. W tym momencie jednak przybyły posiłki w postaci dwóch posterunkowych z IV komisariatu. Zawiadomił ich czujny dozorca Gierdo. Rzezimieszek desperat został obezwładniony.
  Zakutego w kajdanki przestępcę doprowadzono w końcu na posterunek, a później do biura Wydziału Śledczego. Tam, po konfrontacji wyglądu złodzieja z podobiznami w albumie przestępców okazało się, że schwytano 26-letniego Jana Szeszoka, zawodowego włamywacza, wielokrotnie karanego, którego ostatnio poszukiwano za kradzież biżuterii i gotówki z mieszkania Izaaka Zająca, zamieszkałego przy tejże samej ul. Kupieckiej.
  Wkrótce przed Sądem Okręgowym w Białymstoku odbyła się jedna z wielu, podobnych do siebie rozpraw. Ponieważ Szeszok był zatwardziałym recydywistą, Wysoki Sąd wlepił mu dwa lata bezwarunkowego pobytu za kratkami.
  Nie wszyscy dozorcy byli tak czujni jak Stanisław Gierdo. Złodzieje wymyślali na nich rozmaite sposoby. Oryginalnie na przykład do stróży nocnych podchodził niejaki Edmund Kuśnierski, zawodowy oszust i włamywacz. Podawał się on za wywiadowcę policyjnego, legitymował dozorcę, który kręcił się koło upatrzonego przez złodziejaszka obiektu i, dopatrzywszy się jakichś wymyślonych uchybień polecał zgłosić się niezwłocznie na najbliższy komisariat.
  Kiedy wystraszony dozorca szedł na policję, Kuśnierski robił swoje. Włamywał się do sklepu czy mieszkania. Takie numery można było robić tylko co jakiś czas i to w różnych dzielnicach miasta. Złodziej ten nie powinien był tylko zbliżać się do lokalu Nowego Echa Białostockiego. Tam czujność dozorcy była wzmożona.

Włodzimierz Jarmolik 

Stare budynki w Białymstoku. Sukienna będzie wyremontowana, a reszta?

Stare budynki w Białymstoku. Sukienna będzie wyremontowana, a reszta?

Miasto postanowiło wyremontować kamienicę przy ul. Sukiennej. Obecnie przypomina ruderę, zyska blask, a następnie zostanie przekazana placówce opiekuńczo wychowawczej. To dobra decyzja, bo to co się dzieje z dawnymi budynkami w Białymstoku to zbrodnia na dziedzictwie miasta. Warto sobie zadać pytanie co z pozostałymi budynkami. Wiele z nich należy do prywatnych właścicieli, nie można ich nakłonić do remontów, ale można przygotować program, który będzie zachęcający do uczynienia tego. Skoro można oddawać ziemię pod kościoły z 90 procentową bonifikatą, to dlaczego by nie  wygospodarować podobnych kwot dofinansowujących remonty budynków. 

 

Od razu pada pytanie o celowość takiego działania. Bowiem znane jest stanowisko prezydenta, że nie każda drewniana chata to zabytek, ale czy oznacza to, że mamy pozbywać się dziedzictwa miasta tylko dlatego, że wygląda szpetnie? Zniszczyć jest łatwo, odbudować czy wyremontować trudniej. Jednak jeżeli w Białymstoku nie będziemy dbali o własną historię, to wkrótce będziemy przypominać Litwę, która nie ma własnego dziedzictwa narodowego, przez co możemy zwiedzić tam na przykład muzeum KGB, muzeum pieniędzy czy muzeum iluzji. 

 

Poniżej galeria budynków w mieście, które zasługują na to, by znów odzyskały swój blask. 

 

Oszust matrymonialny

Oszust matrymonialny

 

  Po przedwojennej Polsce kręciło się stale wielu naciągaczy, których zwykło się określać oszustami matrymonialnymi. Wyszukiwali oni co zamożniejsze panienki i niewiasty, żeby umiejętnie je oszwabić, obiecując małżeństwo.
  Ówczesny Białystok także nie był wolny od takich przyjezdnych amatorów dziewczęcych posagów. Z kronik kryminalnych miasta wybraliśmy jeden przykład. Oto na początku 1935 roku nad rzekę Białą zawitał przystojny i elegancko noszący się młodzieniec nazwiskiem Mojżesz Konwiser. Zaczął odwiedzać co bardziej luksusowe restauracje i cukiernie, gdzie zazwyczaj, pod pilnym okiem rodziców, siadywały pannice na wydaniu, czekając na jakąś lepszą partię.
  Konwiser wpadł w oko. Zaczął wkrótce bywać w różnych białostockich domach, należących do zamożniejszych mieszkańców. Jemu przyglądano się dokładniej, ale i on obserwował potencjalne kandydatki na panią Konwiserową.
  Najbardziej przypadła mu do gustu młodziutka rozwódka (po dwóch nieudanych małżeństwach) – Mina Chwatówna. Zaczęło się wspólne oglądanie filmów w białostockich kinach, których pani Mina była wielbicielką, i przesiadywanie w kawiarniach. Wkrótce nastąpiła też pierwsza oficjalna wizyta w domu wybranki. Tata Chwat nie miał nic przeciwko nowemu znajomemu córki. Konwiser nie czekał zaś długo i przy najbliższej okazji oświadczył się o rękę Miny. Został przyjęty z radością. Przy ul. Giełdowej odbyło się huczne wesele.
  Sielanka trwała kilka miesięcy. Pewnego razu rodzina zauważyła, że w szafie brakuje cennej garderoby, przy obiadowym stole zabrakło zaś uroczego zdawałoby się zięcia. Zawiadomiony o sprawie Wydział Śledczy rozpoczął swoje dochodzenie. No i Konwiser odnalazł się w Warszawie. Sprowadzony do Białegostoku wyśpiewał wszystko.
O ile z panny – rozwódki mógł być zadowolony, tak zawiódł się całkowicie na jej rodzicach. Majętni teściowie okazali się zwykłymi sknerami. Zamiast odpalić chcianemu wszak zięciowi jakąś okrągłą sumkę, wydzielali młodej parze mizerne grosze. Mojżesz postanowił więc sam działać, zwłaszcza, że był przyzwyczajony do życia na odpowiednim poziomie i miał jedną, wielką pasję – wyścigi konne. Pewnego razu więc zdecydował się pojechać do stolicy, na Służewiec, a że nie miał pieniędzy na zakłady, zabrał ze sobą karakułowe fanty.
  Zrobił to w sposób bardzo prosty. Żonę wysłał do kina, a służącej kazał przygotować walizkę, do której, w sprzyjającej chwili, zapakował i chyłkiem udał się na dworzec kolejowy.
  Po przybyciu do Warszawy zameldował się u znajomka na ul. Krochmalnej, tam też dla miejscowego krawca – pasera sprzedał przywiezione klamoty i mając w ręku sto kilkadziesiąt złotych, ruszył na tory wyścigowe. Wszystko oczywiście przegrał.
  W czasie śledztwa przeciwko zięciowi Chwatów okazało się, że jest to młodzian o nader bujnej przeszłości matrymonialnej. Między innymi poszukiwała go uporczywie policja miasta Gdyni, gdzie naciągnął on kilka panienek na ofertę małżeństwa. Jedna z nich, niejaka Leja Szapiro, zainwestowała w narzeczonego całe swoje oszczędności – 4 tysiące złotych.
  Na początku 1936 roku Mojżesz Konwiser stanął przed białostockim Sądem Okręgowym. Co prawda tłumaczył usilnie, że zabrane z ul. Giełdowej rzeczy potraktował jako wiano swojej żony, ale i tak nikt mu nie uwierzył, sędziowie dobrze znali się na takich numerach. Wycenili jego mało etyczny postępek na jeden rok więzienia.
  Tymczasem w kolejce do uzyskania satysfakcji sądowej ustawiły się już inne panienki oszukane przez Konwisera. Wszystkie one domagały się zainwestowanej w przeszłego męża gotówki. Znalazła się jednak i taka, która nadal obstawała przy ślubie.
  Szczególnie niecnym procederem uprawianym przez naciągaczy było ofiarowanie małżeństwa pannom z małych miasteczek podbiałostockich. Urzeczone wyrwaniem się do dużego miasta, porzucały rodzinę, zabierały jako taki mająteczek i trafiały najczęściej w łapy chanajkowskich sutenerów. Ich los nie był godny pozadroszczenia.

Włodzimierz Jarmolik

Żydowska menora zamalowana swastyką

Żydowska menora zamalowana swastyką

2 lata temu przy Al. Piłsudskiego powstawał mural symbolizujący włókiennicze tradycje miasta. Na malunku były umieszczone także symbole pamięci po dawnych mieszkańcach Białegostoku – Żydach, Rosjanach oraz Niemcach. W ostatnim czasie ktoś zamalował żydowską menorę, a w jej miejsce umieścił swastykę. Co ciekawe, mural powstawał tego samego dnia, w którym ulicami przechodził bardzo głośny i kontrowersyjny marsz narodowców – „Stop uchodźcom”. To właśnie osoby sympatyzujące z tym ugrupowaniem są w pierwszej kolejności podejrzewani o zamalowanie menory. Jednak warto mieć na uwadze, że nie raz dochodziło do prowokacji, za którymi stały środowiska lewicowe (Antifa). Ludzie powiązani z tą grupą nie raz dokonywali podobnych czynów, by zrzucić winę na narodowców właśnie. 

 

Nie wiadomo też czy swastyka nie powstała z inspiracji kogoś, kto nie zgadzał się z przekazem muralu. Bowiem jak już wspomnieliśmy – dawny Białystok był multikultorowy, zaś dawni mieszkańcy to także Niemcy. Nie sposób jednak nie pamiętać, że w 1941 roku zorganizowali w Białymstoku holocaust. Synagoga stojąca przy ul. Suraskiej została przez nich zamieniona w krematorium na raz spalono około 1000 Żydów. Swastyka domalowana mogłaby więc stanowić pewne „dopowiedzenie”. Jednak należy pamiętać, że ingerencja w dzieło artysty jest niedopuszczalna. Z takim przypadkiem jednak mieliśmy już do czynienia w Białymstoku. Przy placu NZS w Białymstoku (plac Uniwersytecki) do wielkiego pomnika doczepiono nielegalnie napisy „Bóg, Honor, Ojczyzna”. Stał za tym klub Więzionych i Represjonowanych. Napisy zostały do dzisiaj. Nie ulega jednak wątpliwości, że malowanie swastyk nie jest dobrym pomysłem. Znak ten budzi jednoznaczne, negatywne skojarzenia i nie powinien być publicznie prezentowany w jakiejkolwiek formie.

Spotkać żubry. Najpierw obserwacja i plan, a na koniec zdjęcia

Spotkać żubry. Najpierw obserwacja i plan, a na koniec zdjęcia

Żubry, jak każde dzikie zwierzęta są płochliwe, jednak, gdy poczują zagrożenie, to mogą zaatakować i poturbować. Bezpieczna odległość między 800-kilogramowym bykiem, a człowiekiem to 50 metrów. W ubiegły weekend nam udało się podejść do nich na 100-200 metrów. 21-osobowe stado cały czas obserwowało nasze ruchy. Zbliżaliśmy się powoli. W pewnym momencie, wszystkie żubry zaczęły uciekać. Słychać było ciężki tupot.

 

Żubry są przyzwyczajone do obecności człowieka, ale nie oznacza to, że można do nich podejść i je pogłaskać. Wypatrzenie żubra nie jest takie proste. Częściej trzymają się bliżej lasu lub w pobliżu stogu siana. Rzadziej przebywają koło drogi.

 

Wyprawę na żubry trzeba zacząć jeszcze w nocy. Dzikie zwierzęta właśnie wtedy prowadzą głównie życie. Na miejscu, gdzie potencjalnie mogą przebywać żubry musimy być o takiej porze, by nie było jeszcze wschodu, ale było już na tyle jasno, by coś zobaczyć. Wtedy rozpoczynamy obserwację. Najlepiej mieć lornetkę. Następnie spokojnie obserwujemy całą okolicę. Jeżeli wypatrzymy jednego żubra, to prawdopodobnie obok są kolejne. Może być jednak tak, że to stary żubr, który został wygnany ze stada. Wtedy lepiej trzymać się z daleka, bo ryzyko ataku z jego strony jest duże.

 

Kiedy jesteśmy zdecydowani, to możemy zacząć powoli podchodzić. W pewnym momencie żubry Was zobaczą. Wtedy zaczną bacznie obserwować i analizować Wasze zamiary. Jeżeli będziecie powoli podchodzić, nie będziecie krzyczeć ani gwałtownie się poruszać, to nic Wam się nie stanie, ale ostrożność przede wszystkim. Zawsze miejcie gotową drogę ucieczki, a także nie podchodzić za blisko.

 

Żubry na Podlasiu spotkamy w Puszczy Białowieskiej, Puszczy Knyszyńskiej oraz Puszczy Augustowskiej. Najwięcej osobników znajduje się w tej pierwszej.

Narkotyczny Białystok

Narkotyczny Białystok

 

   W grudniu 1920 roku ukazała sie  notka prasowa -„W jednym z miejscowych gimnazjów powstało między innymi kółko kokainistek, które używają tyle trucizny, że w ostatnich czasach trzeba było uczennicy klasy IV-ej uciekać się aż do pomocy lekarskiej”.
  Ewidentnie wiadomość ta dotyczy szkoły dla dziewcząt. Czyżby więc chodziło tu o Żeńskie Gimnazjum im. Księżnej Anny Jabłonowskiej. To dopiero byłaby rysa na nieskazitelnej legendzie tej szkoły.
  Narkomania w tamtych latach, nie tylko w Białymstoku, ale w całej Polsce rozpowszechniła się tak bardzo, tak że w 1929 roku Sejm musiał uchwalić ustawę o zwalczaniu narkomanii.
  W tym czasie w Białymstoku, nękanym przez patologie społeczne aktywnie działało Towarzystwo Eugeniczne. Powstało w jeszcze w 1922 roku z inicjatywy doktora Jana Walewskiego. Nazywało się wówczas Polskie Towarzystwo Walki ze Zwyrodnieniem Rasy. Jego działanie skierowane było głównie na przeciwdziałanie prostytucji i alkoholizmowi.
  Ambicją doktora Walewskiego było też otoczenie opieką dzieci z biednych dotkniętych patologią rodzin. Organizował pan doktor i miejsca pracy dla młodych kobiet, które deklarowały chęć zerwania z prostytucją. Dla tych, które trwały w tym procederze świadczone było bezpłatne leczenie wenerologiczne.
Zajmowało się też Towarzystwo, choć w mniejszym zakresie, zwalczaniem narkomanii. Nie było to łatwe zadanie. Panowała wówczas bowiem moda na zażywanie opium, kokainy czy morfiny. Uznawano, że bycie kokainistką czy morfinistą jest w dobrym tonie. Oznaczało przynależność do elity intelektualnej i artystycznej.
  Walewski w swoje działania angażował świat lekarski. Organizował akcje odczytowe i uświadamiające. Odnosił na tym polu zauważalne sukcesy. Tym większym był skandal, który wydarzył się w połowie 1936 roku.
  Oto przed białostockim sądem okręgowym rozpoczął się proces lekarzy i farmaceutów handlujących morfiną. Oskarżonymi byli dr Władysław Gogolewski, który prowadził gabinet chorób wewnętrznych przy Warszawskiej 2 oraz bardzo znany dr Józef Mazo, który wraz ze swą małżonką Zofią, stomatologiem, miał gabinet pediatryczny przy Rynku Kościuszki 11. Oprócz nich przed sądem stanęli farmaceuci. Był wśród nich Rubin Ozer, brat znanego białostockiego felczera Judela Ozera. Wraz z nim oskarżeni byli Józef Zwierełło, Zygmunt Niemyski i Morduch Chazan.
  Lekarzy oskarżono o to, że w latach 1934 – 35 „wypisywali recepty na morfinę w dawkach wyższych niż na to zezwalają przepisy”. Farmaceutom zarzucono zaś, że „wydawali morfinę i kokainę na recepty tych lekarzy w ilościach przekraczających dziesięciokrotną dawkę lekarską”.
 

Zachodziło podejrzenie, że oskarżeni czerpali z tego procederu zyski. Wina ich była ewidentna. Wszyscy bowiem złamali rozporządzenie ministra zdrowia z 1934 roku o maksymalnych dawkach narkotyków. Działali też niezgodnie z ustawą o zwalczaniu narkomanii. Pomimo niezbitych dowodów linia ich obrony była zwarta. Medycy zgodnie twierdzili, że nie zważając na obowiązujące przepisy dawkowali narkotyki jedynie w wyjątkowych przypadkach. Tu kierowali się swoją wiedzą medyczną i chęcią ulżenia chorym w ich cierpieniach. Podnosili, że zobowiązywała ich do tego przysięga lekarska oraz czysto ludzka wrażliwość.
  Farmaceuci bronili się w sposób jeszcze bardziej prosty. Oświadczyli sądowi, „że lekarstwa wydawali jedynie na autentyczne recepty lekarzy, wobec czego nie poczuwają się do żadnej winy”.
  Kluczowe w tej sprawie okazać się miały wyjaśnienia biegłych. Ze strony lekarskiej przed sądem stanął dr Adam Zabłocki. Był ogólnie szanowanym medykiem. Prowadził przy ul. Pałacowej gabinet rentgenowski. W sprawach farmaceutycznych sąd na biegłego powołał inspektora farmaceutycznego Gawęckiego. Obaj biegli stwierdzili, że owszem przepisy naruszono, ale jednocześnie podkreślili fakt nienagannej dotychczasowej praktyki swoich kolegów. Mało tego, skłonili się do reprezentowania ich linii obrony.
   W tej sytuacji sąd odstąpił od wymierzania kary. Podjął przy tym iście salomonowy wyrok. Umywając ręce skierował sprawę do rozpatrzenia przez starostwo grodzkie. Uznał bowiem, że oskarżeni odpowiadać mają jedynie na drodze administracyjnej. Łatwo się domyślić jaki był finał tej sprawy. Starostwo cały narkotyczny wątek rozmyło w urzędniczych interpretacjach. Pozostał po tej sprawie pewien niesmak. Szczególnie ucierpiała na tym reputacja doktora Mazo. Białostoczanie byli oburzeni tym, że pediatra uczestniczył w tak podejrzanym procederze.

Andrzej Lechowski

Długi weekend w 2018. Sprawdź nasze propozycje na Podlasiu

Długi weekend w 2018. Sprawdź nasze propozycje na Podlasiu

Długi weekend  w tym roku kalendarz będzie obfity nie raz. Odpowiednie wypisanie wniosku urlopowego może skutkować, wygospodarowaniem sobie czasu, by odwiedzić województwo podlaskie aż 6-krotnie. Tyle wystarczy, by nasz wspaniały region poznać dogłębnie. Przedstawiamy Wam propozycje wyjazdów oraz najlepsze daty do ich realizacji.

30 marca – 2 kwietnia (Wielkanoc)

 

Wielkanoc to czas spędzania czasu z rodziną, nie każdy jednak świętuje. Osoby, które będą zwyczajnie się nudzić mogą przyjechać do Puszczy Białowieskiej. Jej okolice są zamieszkane głównie przez osoby prawosławne, więc mało prawdopodobne, by okolica zamarła na czas katolickich świąt. Oprócz Białowieży i Parku Narodowego, a także rezerwatu z żubrami warto zajechać także do wspaniałych miejscowości Teremiski czy Budy. Warto też zajrzeć nad Topiło czy do mini zoo w Orzeszkowie. Nie zapomnijmy też wpaść na łyka świętej wody ze studni w Dobrowodzie. Powinna nas także zachwycić Pohulanka czy Podcerkwy. Dobrze jest także zajrzeć do miejscowości Stare Masiewo a także Narewka. Po drodze miniemy wiele kolorowych cerkwi, a także urzeknie nas wyjątkowa, drewniana architektura. Dobrym zwyczajem jest także, by jako wędrowcy zatrzymać się w każdej odwiedzonej wsi i zamienić parę słów z miejscowymi. Wracając zajrzyjmy też do pustelni w Odrynkach, a także odwiedźmy Krainę Otwartych Okien – Trześcianka, Puchły oraz Soce.

Długi weekend 28 kwietnia – 6 maja (Majówka)

 

Biebrzański Park Narodowy to doskonały pomysł na tegoroczną majówkę. Będziemy mieli już późną wiosnę, a to najlepszy czas by odwiedzić urocze, biebrzańskie bagna. Koniecznie zajedźmy zahaczając jeszcze o rzekę Narew do Tykocina, Kiermus, Strękowej Góry i dopiero wtedy ruszmy na Biebrzański Park Narodowy. Przejedźmy się carskim traktem do Osowca-Twierdzy, po drodze zwiedzając kładki i napotykając łosie. W samym Osowcu-Twierdzy wpadnijmy także na kładki i punkty widokowe nie pomijając starych bunkrów. Na koniec zajrzyjmy jeszze do Goniądza, Dolistowa Starego, by wzdłuż Biebrzy udać się do Jagłowa.

Długi weekend 31 maja – 3 czerwca (Boże Ciało)

 

Czas Bożego Ciała to dobry moment by wpaść na tereny w okolice rzeki Bug. Koniecznie zajrzyjmy do Niemirowa, Sutna i Wajkowa. Warto też odwiedzić Mielnik oraz Drohiczyn – dawną, historyczną stolicę Podlasia. Nie zapomnijmy też, by zajechać na świętą górę Grabarkę. Tam możemy ofiarować swój krzyż z intencjami. Na koniec warto zapisać się na spływ kajakowy, by poczuć Bug z poziomu wody.

Długi weekend 15-19 sierpnia (Święto Wojska Polskiego / Święto WNMP)

 

W sierpniu będzie już na tyle ciepło, by kąpać się w krystalicznie czystych jeziorach Suwalszczyzny. Nie należy jednak zapomnieć o odwiedzeniu Wigierskiego Parku Narodowego i pokamedulskiego klasztoru. Wpadnijmy też na narty wodne do Szelmentu. Dobrze jest także kupić bilet i popłynąć w rejs z żeglugę augustowską, by z pokładu statku podziwiać dziką Rospudę. Alternatywnie możemy zrobić też to kajakiem. Bowiem statki dopłyną tylko do określonego miejsca. W konkretną dzicz możemy zapuścić się tylko osobiście wiosłując. Można też wybrać się kajakiem płynąc Kanałem Augustowskim. Z paszportem, bez wizy dopłyniemy aż do białoruskiego Grodna!

1-4 listopada (Wszystkich Świętych)

Długi weekend

 

Ziemia Sokólska to idealne miejsce na listopadowy długi weekend. Wszystko za sprawą świąt. Będziemy mogli pogłębić ich odczuwanie odwiedzając groby katolickie, prawosławne, tatarskie oraz żydowskie. Tych na Ziemi Sokólskiej nie brakuje. Warto więc odwiedzić Sokółkę, Bohonki, Krynki i Kruszyniany. Oprócz tego warto zachwycić się też widokami w Jurowlanach, Grzybowszczyźnie, Usnarzu Gónym i Babikach.

22 grudnia – 1 stycznia (Święta Bożego Narodzenia)

Długi weekend

 

Jeśli nie chcemy umrzeć z przejedzenia na tak długie święta, to idealnym miejscem na odpoczynek od stołów będzie Puszcza Knyszyńska. Tutaj możemy spacerować lasami do woli. Ciekawych szlaków nie brakuje. Koniecznie odwiedźcie Supraśl, Kopną Górę czy Poczopek. Nie powinno Was zabraknąć także w Surażkowie, Lipowym Moście, a także po drugiej stronie Puszczy na Wyżarach, Gródku, Michałowie, Żedni i Królowym Moście wraz z Kołodnem. Jak nie zabraknie Wam czasu, to wpadnijcie też do Białegostoku – tutaj możecie przywitać nowy rok, a przy okazji zwiedzić barokowe zabytki w centrum, a także neogotycką katedrę i klasycystyczny kościół św. Rocha, który jest jednym z dwóch w Europie.

 

Serdecznie zapraszamy!

Zemsta dezertera Ciborowskiego

Zemsta dezertera Ciborowskiego

 

   Zdarzyło się to późną nocą 4 stycznia 1934 roku. Wojewódzki Urząd Śledczy mieścił się przy Warszawskiej pod numerem 11. Tam właśnie przy samym wejściu, na schodach, zastrzelony został posterunkowy Ignacy Maciejewski.
Zobacz dzisiejsze wydanie internetowe Kuriera Porannego
  Strzały były trzy. Koledzy znaleźli już tylko martwe ciało Maciejewskiego. Po tym, kto strzelał do niego nie było śladu. Rozpoczęte natychmiast dochodzenie przyniosło jednak pewne wyniki. Ciekawe zwłaszcza okazało się zeznanie dyżurnej telefonistki z pobliskiej centrali. Spostrzegła ona żołnierza stojącego na korytarzu w centralce. Wyglądało na to, że kogoś wypatrywał.
  O sprawie powiadomiono wszystkie okoliczne jednostki wojskowe. Pozytywna wiadomość nadeszła z koszar 42 pułku piechoty. Tej właśnie nocy z wartowniczego posterunku zniknął szeregowy Jan Ciborowski. Miał oczywiście broń. Za zbiegiem rozpoczął się pościg, zarówno przez żandarmerię, jak i policję. Obstawiono przede wszystkim dworzec.
  Ciborowski, który rzeczywiście okazał się sprawcą śmierci policjanta, nie myślał wcale korzystać z białostockiego dworca. Udał się na Rynek Kościuszki, wynajął dorożkę i pojechał do Pieczurek. Tam zwolnił pojazd, a dalej ruszył piechotą. Dotarł do stacji kolejowej w Lewickich. Kiedy pytał o połączenie do Białegostoku, trafił na bystrego kolejarza. Ten znał już komunikat o żołnierzu – dezerterze, podejrzanym o zabójstwo policjanta. Udzielił mu więc informacji, a nawet zaproponował odpoczynek w swojej służbówce. Potem czym prędzej powiadomił policję. Z Białegostoku natychmiast wysłano dobrze uzbrojony konwój.
 

Tymczasem posterunkowy Lucjan Śpiewak odpowiadający za porządek na stacji Lewickie, rozpoczął właśnie rutynowy obchód. Sprawdzał zamknięcia podległych mu pomieszczeń, aż w końcu dotarł do służbowej kanciapy, w której paliło się światło.
  Ciborowski strzelił bez ostrzeżenia. Kula trafiła policjanta w szyję. Następny pocisk już nie trafił. Zgasła lampa naftowa. Posterunkowy, w ciemnościach, starał się obezwładnić groźnego przestępcę. A ten ciągle strzelał. Śpiewak skorzystał w końcu z bagnetu. Dało to porządny rezultat.
  W tym czasie na stację Lewickie dotarł policyjny patrol. Słysząc strzały funkcjonariusze natychmiast przystąpili do akcji. Przez drzwi i okno wtargnęli do kolejowej służbówki. Szybko pomogli swojemu koledze obezwładnić opryszka w mundurze.
  Tymczasem cały Białystok zastanawiał się, dlaczego zginął posterunkowy Maciejewski. Był on spokojnym, rzetelnym policjantem tuż przed emeryturą. Ojciec dorosłych dzieci. Nic nie wiązało go z zabójcą. Początkowo, łaknące sensacji „Echo Białostockie” pisało, że córka Maciejewskiego, studentka Uniwersytetu im. Stefana Batorego w Wilnie, była związana z krewkim żołnierzem. Ojciec był przeciwny tej znajomości. Stąd zemsta Ciborowskiego. Było to jednak mało prawdopodobne.
  Dwudziestoparoletni Ciborowski, raczej prymitywny młodzieniec, nie pasował do kształcącej się dziewczyny. Wychowywał go sierociniec, wykonywał wiele zawodów, w końcu zaczął kraść, a nawet zbójować po podbiałostockich przysiółkach. Przesiadywał często w więzieniu oraz w wojskowym karcerze.
 

W połowie stycznia 1934 roku miało miejsce pierwsze posiedzenie doraźnego sądu wojskowego. Na salę wpuszczano za specjalnymi przepustkami. Wielu ciekawskich, pomimo mroźnej pogody, sterczało przed gmachem sądu przy ul. Mickiewicza. Wszyscy ciekawi byli wyroku. Redaktor „Gazety Białostockiej – Dzień Dobry” miał oczywiście zapewnione wejście na salę sądową. Tak oto sportretował oskarżonego Ciborowskiego: „Niskie czoło pod ciasno sklepioną czaszką, wystające kości policzkowe, silne, potężne, jak u zwierzęcia szczęki, profil przypominający teorię Darwina, wygląd on face twardy, obojętny, jakby drewniany, oczy nie pozbawione sprytu, rzucające chłodne błyski, cała postać przygarbiona, robiąca wrażenie jakby była skondensowaniem jakiejś ponurej, niewytłumaczalnej siły”.
  Pomimo dociekliwego dochodzenia motywy zabójstwa posterunkowego Maciejewskiego pozostały niejasne. Ostatecznie Ciborowskiego skazano na karę śmierci. Wyrok przyjął obojętnie, tak jak i cały proces. Przed śmiercią poprosił tylko o wódkę, zakąskę i papieros.

Włodzimierz Jarmolik

Stowarzyszenie Mieszkańców Przedmieść

Stowarzyszenie Mieszkańców Przedmieść

 

   W maju 1931 r. w Białymstoku pojawiła się nowa organizacja społeczna, skupiająca mieszkańców ubogich dzielnic miasta. A było ich wiele. Na poły rolnicze, zaniedbane przez władze miejskie i wojewódzkie, przyduszone panującym kryzysem, zaczęły wreszcie dopominać się głośno o swoje. Organizacja przyjęła nazwę Stowarzyszenie Mieszkańców Przedmieść. Do Stowarzyszenia należała zarówno odległa Wygoda, bliższe Bojary, jak też przyległe do centrum Piaski. Poza tym rozrzucone w różne strony kawałki Białegostoku: Ogrodniczki, Białostoczek, Dziesięciny, Pieczurki, Skorupy, Dojlidy, Starosielce, Słoboda,okolice dworca, Antoniuk, Marczuk, Nowe, Markowa Góra, Zacisze czy wreszcie Bazylka.
  Przedmieścianie mieli wiele wspólnych celów. Sztandarowe hasło było oczywiste: „podatki i inne ciężary w równej mierze ponosimy, to i prawo do wygód jednakowe mamy”. Śródmieście wymagało inwestycji z budżetu miasta, ale to szczególnie peryferie potrzebowały gwałtownej naprawy stanu uradzeń komunalnych.     Przedmieścianie dopominali się również o nowe mosty na Białej, latarnie, tańsze światło, uczciwe rozrachunki z rzeźnią, kuchnie dla bezrobotnych, wolny dostęp do miejskich placów targowych. W memoriale skierowanym w połowie 1932 r. do wojewody Mariana Zyndram-Kościałkowskiego poszli jeszcze dalej.
 

   Wyłożyli swoje potrzeby kulturalno-oświatowe. Domagali się nowych szkół i świetlic. Pieniędzy na prowadzenie kursów gospodarczych z ogrodnictwa, pszczelarstwa czy hodowli zwierząt futerkowych. Mieli w planach wydawanie dwutygodnika Przedmieścia Białostockie.
  Do 1936 r. przy usilnych staraniach działaczy, część tych zamierzeń została zrealizowana. Siedziba Stowarzyszenia przy Rynku Kościuszki 1 (II pietro) cały czas tętniła życiem. Tu odbywały się narady i odczyty, przyjmowano podania, udzielano porad. Przedmieścianie dorobili się swoich przedstawicieli w samorządzie miejskim, urzędzie rozjemczym oraz komisjach podatkowych.

Włodzimierz Jarmolik

Sekrety długowieczności. Pani Czesława z Moniek wczoraj skończyła 111 lat.

Sekrety długowieczności. Pani Czesława z Moniek wczoraj skończyła 111 lat.

tekst z 15 stycznia 2018 roku. Czesława Łasiewicz zmarła 29 maja 2018 roku.

– Tłusto jeść, wódką popijać i tak na lewo na dziewczynki się wypuszczać – tak zapytany o to jak dożyć 100 lat odpowiedział dla Teleekspresu ówczesny jubilat Leopold Damięcki. Tak szczerze powiedziawszy trochę liczymy, że to prawda. Bowiem nie raz słyszeliśmy, że żyć trzeba zdrowo. Ale czy nie była to przypadkiem przenośnia?

 

Inne zdanie ma na ten temat ma mieszkanka Moniek – Pani Czesława Łasiewicz, która wczoraj miała 111 urodziny. Jest jedną z najstarszych osób w Polsce. Na świat przyszła 14 stycznia 1907 roku w Radziłowie. W Mońkach mieszka od 1969 roku. Jej zdaniem recepta na długowieczność, to niezłomne dążenie do celu jakim było wychowanie dzieci – mówiła w setne urodziny Gazecie Współczesnej. Józef Staszkiewicz ma 106 lat. Urodził się w Potaszni pod Suwałkami, gdzie po latach wrócił i mieszka do dziś. – Ja myślę, że teraz to mnie tylko Pan Bóg trzyma. Dużo się modlę, mam trochę rozumu. – mówił w poprzednie urodziny Radiu 5.

 

 

147 dni dłużej od Pani Czesławy żyje tylko Tekla Juniewicz. Kobieta urodziła się jeszcze podczas zaborów. Obecnie zamieszkuje Gliwice na Śląsku. Województwo Podlaskie zamieszkuje kilkadziesiąt stulatków. Co ciekawe takiego wieku częściej dożywają kobiety niż mężczyźni.

 

Jaka więc może być recepta na długowieczność? W Polsce trudno powiedzieć, czy mieszkanie na Podlasiu czy gdzieś indziej wpływa na wiek, bo województwa nie są równe jeżeli chodzi o liczebność. Najwięcej stulatków mamy w największych województwach. Teoretycznie więc najwięcej stulatków powinno żyć w Chinach, Indiach oraz Stanach Zjednoczonych. Warto jednak odnotować, że co siódmy stulatek mieszka w Japonii, więc to tam powinniśmy szukać odpowiedzi na sekret długiego życia.

 

Przede wszystkim w Japonii dłużej żyją… kobiety. Jak widać jest to międzynarodowy trend. Dlatego mężczyźni chcący przeżyć jak najdłużej są już w pozycji straconej względem kobiet. Druga ważna sprawa to odpowiednia dieta. Trzeba być szczupłym. Ważne jest też nie tylko by jeść mało, ale też odpowiednio dobierać sobie produkty. Kluczem do sukcesu są warzywa z własnego ogródka, zjadane na świeżo tuż po przygotowaniu. Większość potraw jest gotowana na parze – bez tłuszczu. Japońska kuchnia obfituje w owoce morza, surowe ryby, wodorosty i oczywiście ryż. Dodatkowo Japończycy nie najadają się. Napełniają żołądek na 80 procent. Jednak odpowiednia dieta to jeszcze nie wszystko. Ważne jest by unikać stresu, żyć spokojnie, unikać tytoniu i zachować umiar w piciu alkoholu.

 

Sporą rolę odgrywa także wiara. Japończycy proszą o dobre samopoczucie, zdrowie oraz szczęście. W świątyniach zaś, u mnichów kupują wróżby. Jeżeli ta jest dobra – ludzie chowają ją do portfela, zaś złą pozostawiają na płocie przed świątynią, gdyż przekonani są, że złe rzeczy zabierze ze sobą wiatr. Wbrew pozorom łatwo odnaleźć tu pewne analogie. Na polskich wsiach ludzie są również bardziej religijni niż ich miejscy odpowiednicy. Ich dieta również składa się głównie z tego – co rośnie w ogródku. Ponadto na wsi nie ma czym się tak stresować jak w mieście. Tutaj czas płynie spokojnie i ludzie też są spokojni.

 

Prawdopodobnie właśnie dlatego – żyjąc w małych miejscowościach lub na wsi, nie objadając się oraz żyjąc w zgodzie z Bogiem – dożyjemy setki. Jednak długowieczność to cały czas sekret, a my jedynie możemy się domyślać.

 

Kantmaszynka

Kantmaszynka

 

   Jesień 1932 roku. Domy zamożnych dorobkiewiczów z przedmieść Białegostoku zaczęli odwiedzać poważnie wyglądający osobnicy, proponujący zyskowny interes. Oczywiście niezbyt legalny, ale też trudny do wykrycia. Była to niezawodna maszynka do powielania dolarów. Oczywiście potrzebny był na początek wkład finansowy na niezbędne preparaty chemiczne. Były one dosyć drogie, bo sprowadzane zza granicy. Jeśli pazerna rybka połknęła haczyk, następowała demonstracja możliwości kantmaszynki. W ten sposób, w ciągu dwóch lat blisko 50 naiwniaków straciło swoje dolarowe oszczędności, a niektórzy na poczet przyszłych zysków nawet zadłużali się lub sprzedawali część majątku.
  Proces dolarowych kanciarzy odbył się w kwietniu 1935 roku. Na ławie oskarżonych zasiadło 16 osób. Zabrakło tylko szefa szajki. Był nim Karol Jasiński, znany władzom policyjnym krajowy hochsztapler. Ten przezornie wcześniej wybył za granicę. Nie mógł tam jednak wytrzymać bez swoich machlojek. Szybko wrócił. W styczniu 1936 roku został aresztowany w Łomży.
  Białostocki sąd nie okazał się zbyt wyrozumiały dla procederu uprawianego przez Jasińskiego, skazał go na pięć lat więzienia bez prawa do skorzystania z ewentualnej amnestii. Jednym z pomagierów Karola Jasińskiego w jego kanciarskich chwytach był niejaki Władysław Malinowski. Na procesie dostał on trzy lata, z czego odsiedział tylko połowę, jego objęła amnestia. Po wyjściu na wolność postanowił kontynuować dzieło swojego mistrza. Wymyślił więc prywatną mennicę produkującą bilon. Oczywiście na pokaz, żeby znowu naciągać pazernych frajerów.
  Malinowski rozpoczął od znalezienia odpowiedniego lokalu. Wraz ze wspólnikiem od kantu Józefem Urbanowiczem zawitali do drobnego złodziejaszka i kombinatora, Jakuba Ostropowicza. Za 10 złotych dziennie uzyskali stały dostęp do jego mieszkania i pomoc w interesach. Skompletowali przyrządy do tłoczenia 2-złotówek i 5-złotówek, jednak wcale nie kwapili się do fałszerskiej produkcji. W końcu gościnny gospodarz nie wytrzymał i sam wytłukł kilka niezdarnych monet. Przy przypadkowej rewizji wpadł. Wzięty w krzyżowy ogień pytań w Wydziale Śledczym wymienił swoich pryncypałów. Policja dobrze znała tych ptaszków.
Aresztowany Malinowski wypierał się wszystkiego. Co innego Urbanowicz – ten przyznał się od razu, lecz jego zeznania brzmiały dziwnie.
– Ano tak, mieliśmy robić pieniądze w mieszkaniu Ostropowicza, ale nie po to, żeby wydawać – opowiadał. – Urządziliśmy mennicę, aby nabierać frajerów. Nie musiała ona nic produkować. Wystarczyła sama obecność tyglów, odlewów i form. Im efektowniejszy był widok, tym lepiej. W Banku Polskim przy Warszawskiej należy kupić nowiutkie 5-złotówki, powiedzmy za 150 złotych. Później znaleźć chciwego frajera, któremu przedstawi się je jako fałszywe, ale znakomicie podrobione.
  Sprzedaje się mu rzekomo falsyfikaty za 100 zł, albo i mniej. Podpalony chciwiec chce znowu kupić nowych złotówek.
Szef oszustów, czyli Malinowski mówi, że może sprzedać tylko cały zapas za parę tysięcy złotych. Policja coś za bardzo węszy i trzeba przenieść warsztat poza miasto.
  Urobiony frajer zbierał więc po rodzinie i znajomych jak najwięcej forsy w dolarach i złotówkach. Wkładał ją do koperty i szedł na spotkanie ze swoim bilonowym szczęściem. Oszuści w zręczny sposób, przy zawieraniu transakcji, zamieniali kopertę na inną, w której były pocięte kawałki gazety.
  Przy tej przewalance operatywny był zwłaszcza Urbanowicz, który za podobne przestępstwo spędził półtora roku w warszawskim Mokotowie.
  Proces menniczych kanciarzy odbył się na początku sierpnia 1937 roku. Malinowski i Urbanowicz dostali po trzy lata, ich pechowy pomocnik, od którego zaczęła się wpadka szajki, zainkasował dwuletni pobyt za kratkami.

Włodzimierz Jarmolik

Złote obrączki z tombaku

Złote obrączki z tombaku

 

 
   Do dużej wprawy w handlu podrobionym złotem doszedł niejaki Justyn Siegień. Ten stosunkowo młody człowiek działał intensywnie na początku lat trzydziestych. W kronikach kryminalnych lokalnych gazet co i rusz pojawiały się wzmianki o jego kanciarskich wyczynach.
  Wiosną 1933 roku przybył do Białegostoku w pilnych interesach Szepsel Szron, kupiec z Ostrołęki. Chciał nabyć tanie materiały malarskie. Chodził po różnych sklepach, sprawdzał ceny.
  Na ulicy Sosnowej zaczepił go nagle smutny młodzian. Opowiadając krótko o swoich rodzinnych biedach, zaoferował mu do kupienia złotą obrączkę. Szron, jak na rasowego handlowca przystało zainteresował się oczywiście okazjonalną ofertą. Po krótkich targach, cena z 10 złotych zeszła na 7. Przybysz z Ostrołęki stał się posiadaczem złotego krążka. Dopiero po powrocie do rodzinnego miasta znajomy jubiler objaśnił go, że nabył tombak wartości 50 groszy.
  Identyczna niemal scena rozegrała się latem też 1933 roku na Rynku Kościuszki. Do przechadzającego się z panną pod rękę kaprala Leona Lenczewskiego podeszło dwóch biednie odzianych młodzieńców. Jeden z nich, kiepsko mówiący po polsku, zaczął opowiadać o ucieczce Sowietów, rodzinnych kłopotach, no i na koniec zaoferował do sprzedaży pamiątkową obrączkę. Żołnierz co prawda nie bardzo wierzył w rzewną opowieść, ale jednak zainteresował się złotym towarem. Pomyślał tylko, że jest to pewnie złodziejski łup i ponaglany przez swoją damę serca, kupił obrączkę za 15 złotych. Złotnik, do którego Lenczewski wstąpił w celu wykonania na złotym nabytku stosownych inicjałów, od razu rozpoznał tombakową podróbkę.
 

Z kolei taka oto historia przytrafiła się wiosną 1935 roku Mariannie Jankowskiej ze wsi Halickie. Pewnego razu przybyła ona do Białegostoku z nabiałem, oczywiście na handel. Jako najbardziej właściwe miejsce do targowania wybrała Rybny Rynek. Szybko jajek z kosza ubywało zaś w woreczku pojawiły się pieniądze. Gospodyni zaczęła już w myślach układać listę niezbędnych sprawunków. Raptem podszedł do niej młody mężczyzna w brudnym kaszkiecie. Rozwarł dłoń i pokazał zdziwionej kobiecinie złotą obrączkę. Pamiątka po dziadku, który niestety zmarł dawno temu. Życiowa opresja zmusza go do sprzedaży tej cennej pamiątki. Lepiej, żeby trafiła ona do chrześcijańskich rąk, a nie do żydowskiego lombardu – przekonywał młodzian.
  Pani Mariannie zaświeciły się oczy. Zapytała ostrożnie o cenę. Usłyszała – 5 zł. Wysupłała z woreczka wszystkie zarobione tego dnia pieniądze. Uzbierało się tego 4 złote i 20 groszy. Właściciel obrączki nie wyglądał jednak wcale na rozczarowanego. Przyjął z powagą wytarty bilon i poprosił jeszcze o kilka jajek. Dobry nastrój, który opanował gospodynię z Halickich, prysł szybko, kiedy stojąca obok przekupka wyraziła się pogardliwie o jakości nabytej obrączki. I rzeczywiście, poproszony o ekspertyzę pobliski zegarmistrz, wycenił wartość zużytego tombaku na 30 groszy.
  Oszukani przez Justyna Siegienia: kupiec, żołnierz i babina z Halickich, złożyli oczywiście zażalenie w białostockim Wydziale Śledczym. Kapral Lenczewski w pokazanym sobie albumie z fizjonomiami notorycznych kanciarzy, rozpoznał szybko typa, który sprzedał mu tombakowe kółko i naraził na słuszny gniew ze strony narzeczonej.
  Policja oczywiście miała adresowe namiary na Siegienia, jednak jego zatrzymanie nie było wcale takie łatwe. Oszust ten zwykle, po serii udanych robótek, wybywał na prowincję i tam z powodzeniem kontynuował swój tombakowy proceder. Po jakimś czasie porzucał małomiasteczkowe jarmarki, targi i odpusty. Wracał do Białegostoku, gdzie czekali na jego towar kolejni naiwni.

Włodzimierz Jarmolik

Bombowy terror w Białymstoku

Bombowy terror w Białymstoku

 

   Białystok niestety ma w historii terroryzmu zapisaną sporą kartę. W latach 1903-1907 nie było niemalże tygodnia bez zamachu. Wieczorem strach było pojawić się w śródmieściu, nie mówiąc już o przylegających doń dzielnicach. Po latach pisano, że „Białystok był gniazdem socjalistów – rewolucjonistów, komunistów i anarchistów”. Ukrywali się tu „najwięksi z asów rosyjskiej partii socjalistów – rewolucjonistów oraz grube ryby międzynarodowego anarchizmu”. Wkrótce Białystok objął niechlubną palmę pierwszeństwa zamachowym szaleństwie w całej Rosji. „Rzucano bomby w grupy funkcjonariuszy policji i oddzielne osoby”.
  Od 1904 roku przez następne „półtora roku zabito w Białymstoku ponad stu funkcjonariuszy policyjnych”. Zdarzały się też sytuacje, w których od własnych bomb ginęli sami terroryści. Tak było w 1906 roku. Był wieczór 23 stycznia, gdy do stojącej przy rynku dorożki Icka Kłopota wsiadło trzech młodzieńców. Dorożka niespiesznie ruszyła. Gdy była na ulicy Świętojańskiej, nagle nastąpiła potężna eksplozja. To wybuchła bomba wieziona przez pasażerów. Siła wybuchu była tak wielka, że „anarchistów tych, dorożkarza i konia bomba rozszarpała na drobne kawałki”. Jeszcze w kilka dni po wypadku szczątki ofiar znajdowano „na ścianach przyległych domów, na płotach i na drzewach przyległych ogrodów”.
  W pamięci białostoczan tragicznie zapisało się lato 1905 roku. Obfitowało ono w bombowe zamachy. 21 czerwca około godziny 22 przy fontannie na rynku stała grupa policjantów. Byli już po służbie. Rozmawiali między sobą beztrosko, nie zwracając uwagi na to, co dzieje się wokół. Wykorzystał to nieznany zamachowiec, rzucając między stojących mężczyzn bombę. Ciężko rannych zostało 4 policjantów.
  Kilka tygodni później ulicą Mikołajewską (Sienkiewicza) szedł policmajster Pielonkin. Towarzyszyli mu jego kilkunastoletni pasierb i jego gimnazjalny kolega. Gdy przechodzili przy kamienicy Łapidusa (dziś to siedziba Szkoły Teatralnej) „jakiś młodzieniec rzucił bombę w policmajstra, która policmajstrowi oderwała nogę”. Ranni zostali też dwaj towarzyszący mu chłopcy.
  Z kolei 30 lipca na Suraskiej rozegrała się regularna, krwawa bitwa. W kierunku idącego środkiem ulicy wojskowego patrolu w pewnym momencie rzucono bombę. Kilku żołnierzy zostało rannych. Pozostali zaś błyskawicznie uformowali szyk i zaczęli strzelać do uciekających przechodniów. „W odwecie na strzały wojskowych, z okolicznych okien zaczęto strzelać do nich z rewolwerów”. Efekt tego zajścia był zatrważający.
  Było kilku zabitych i około 50 rannych. Przeważnie miejscem zamachów były ulice, czasem sklepy bądź zakłady usługowe.
 

 
   Tym większe wrażenie na mieszkańcach zrobił zamach bombowy na dom znanego i powszechnie szanowanego białostockiego przemysłowca Antoniego Wieczorka. Mieszkał on wraz z rodziną przy ulicy Nowoszosowej (Dąbrowskiego). Był wieczór 27 sierpnia 1905 roku. Dochodziła godzina 23. Mimo późnej pory Wieczorkowie jeszcze nie spali. W salonie córka Antoniego, Zofia grała na fortepianie. W pewnej chwili rozległ się łoskot tłuczonego szkła i do salonu przez rozbite okno wleciała rzucona z ulicy bomba. Wybuch ranił w obie nogi Zofię. Po kilku sekundach w przeciwległej stronie domu rozległ się kolejny wybuch. Przerażeni domownicy wybiegli na dwór. Po ochłonięciu zaczęli trwożnie rozglądać się, jednak na ulicy nie było już nikogo.
  W kwietniu 1906 roku nieznani zamachowcy wrzucili bombę do mieszkania dyrektora fabryki Commichaów, Fiodora Brauera. Tu ciężko ranna została jego żona, a mieszkanie Brauerów przy ulicy Artyleryjskiej zostało kompletnie zniszczone. W tym samym dniu dokonano zamachu na mieszkanie innego znanego białostockiego fabrykanta Lejzora Hendlera. Tu też mieszkanie przy ulicy Pocztowej (Jurowiecka) zostało całkowicie zniszczone. Ciężko ranna została córka Hendlera, Rosa. Hendlera nie było wówczas w domu. Zamachowcy postanowili jednak dopiąć swego. Kilka dni później zastrzelili go na ulicy.
  Szeroko komentowany był zamach z lutego 1906 roku, kiedy do zakładu fryzjerskiego Jana Tulki przy Lipowej wrzucono bombę. W kwietniu podobne zajście dotknęło Zelmana Kaleckiego znanego miejscowego kupca. W wyniku eksplozji ciężkich obrażeń doznał jego syn, który wtedy znajdował się w sklepie ojca. Ostatni spektakularny zamach bombowy w tamtych latach miał miejsce 19 sierpnia 1906 roku – bombę wrzucono do sklepu wędliniarskiego Józefa Chodorowskiego przy rynku. Szczęśliwie kupujący i personel zdążyli przed samym wybuchem wybiec na zewnątrz.

Andrzej Lechowski

Ten bocian nigdzie nie odleciał. Został na zimę pod Sokółką

Ten bocian nigdzie nie odleciał. Został na zimę pod Sokółką

Można by było zapytać czy bocian „miał nosa”, nie on miał dziób do pogody i wyczuć musiał, że zima nie nadejdzie. Po co więc ryzykować śmierć z wycieńczenia lub od postrzału. Zamiast wilgotnego, pełnego pożywienia dorzecza Kongo wybrał Ziemię Sokólską. Jak podaje portal isokolka.eu – w rejonie miejscowości Chwaszczewo i Majewo Kościelne po polu nadal spaceruje bocian. Jest zdrowy, bo czasem także lata. Noce spędza w belach siana przy jednym z gospodarstw. 

 

Czy napotkany bocian był zbyt słaby i nie poleciał czy zbyt cwany i nie zamierzał? Wszak pod nieobecność innych bocianów będzie mógł zajmować najlepsze gniazda. A to wróży powodzeniu w miłości. Pani bocian przecież nie poleci na byle badyle. To musi być dobra i stabilna konstrukcja. Tylko czy zaimponuje jej facet, który nie chce podejmować ryzyka? Jeśli wszystkie panie Bocianie odrzucą zaloty pana Bociana, to pozostanie mu fucha w postaci przynoszenia dzieci. 

 

Rząd sypnął 500 zł, to i robota dla bociana się znalazła. Nastąpiła tak dobra zmiana, że nawet bocian postanowił w Polsce zostać. Gdy jego koledzy wrócą z zimowych wojaży to być może też już zostaną z nami na Podlasiu. Bo skoro teraz śnieg pada, ale w Afryce, to już bociany nie będą miały czego tam szukać. A u nas? Dapruŭde dobro.

W podlaskich lasach znów pojawiły się grzyby!

W podlaskich lasach znów pojawiły się grzyby!

Pogoda bardzo zaskakuje. Zwykle w połowie stycznia na Podlasiu jest biało, a śniegu czasem jest aż po kolana. Tym razem zima o nas zapomniała, zaś śnieg intensywnie uderzył w Stanach Zjednoczonych, a nawet na Saharze! Tymczasem w podlaskich lasach pojawiły się znów grzyby. Jesień dla miłośników „owoców leśnych” była bardzo obfita. Grzyby można było przywozić kilogramami. Jak widać nielada gratka znów się trafiła, bo las nie pokrył się śniegiem tylko panuje w nim wilgoć. Oznacza to tylko jedno – kolejny, nietypowy wysyp grzybów. Bo chyba w styczniu jeszcze nikt nie zbierał.

 

Jeśli uda Wam się coś zebrać, to koniecznie pochwalcie się wysyłając zdjęcia na adres [email protected] lub poprzez wiadomość na Facebooku.

 

Rzeczywistość nam się powoli zmienia czy to tylko anomalia? Będzie zima czy nie będzie? Zapewne ostatnio wszyscy zadają sobie takie pytania. My możemy powiedzieć tylko, że pogoda długoterminowa wskazuje, że do końca stycznia nic się nie zmieni.

Weksel znaczył szwindel

Weksel znaczył szwindel

 

   W przedwojennej Polsce, w handlu, dużą rolę odgrywały weksle. Te pisemne zobowiązania spłaty długu znane były od wieków. Dawano na nie pożyczki i towary. Także w ówczesnym Białymstoku.
  Pierwsze lata niepodległej Rzeczypospolitej były obfitujące w kariery rozmaitych szwindlarzy i spekulantów. Marka ciągle traciła na wartości. Stabilny pieniądz wprowadził dopiero w 1924 roku minister skarbu Władysław Grabski. W tym czasie w obrocie handlowym kursowały rozmaite weksle i czeki z podejrzanymi żyrantami. Aby tylko interes szedł.
  W roku 1919 pojawił się przy Rynku Kościuszki pod numerem 32 nowy sklep. Szyld informował, że jest to „Sklep towarów manufakturowych – Morduch Kowalski”. Lokal był przestronny, a jego reklama głośna. Przedsiębiorczy właściciel powoływał się ciągle na swoje znakomite stosunki z fabrykantami Warszawy i Łodzi.
  Po reformie Grabskiego handlowa działalność Kowalskiego, oparta głównie na wypisywanych na lewo i prawo wekslach, stanęła pod dużym znakiem zapytania. Trzeba było w końcu uregulować narastające długi. Spekulant zrozumiał, że jego majątek, którego dorobił się różnymi machlojkami, poważnie ucierpi. Musiał się jakoś ratować. Wymyślił więc szybko popularny skądinąd sposób – upadłość. Wierzycielom płaciło się wówczas 30 proc. zaległości i tak byli zadowoleni. Nie tracili bowiem wszystkiego.
  Ale to nie był koniec konceptów pomysłowego pana Morducha. Kiedy w październiku 1924 roku poszły do protestu jego weksle na sumę ponad 100 tys. złotych, wcale się tym nie przejął. Natychmiast udał się, jak gdyby nigdy nic do swoich kontrahentów warszawskich i łódzkich, którzy nie wiedzieli jeszcze o jego tarapatach, i za nowe weksle zakupił wielkie partie towarów sukiennych i bawełnianych. Materiały te zaraz sprzedał częściowo na miejscu, a resztę wywiózł do Wilna. Cena była przystępna, więc szybko zbył cały majdan.   Zdobyta w ten sposób spora gotówka, zamieniona na dolary, miała posłużyć białostockiemu aferzyście w ucieczce za granicę, co sobie już wcześniej wykombinował.
  Traf chciał, że jeden z oprotestowanych weksli Morducha Kowalskiego trafił na stołeczną giełdę takich podejrzanych papierów. Wśród kupców warszawskich, a szybko i łódzkich, rozeszła się wieść o plajcie białostockiego odbiorcy.
 

Do miasta słynącego ze swoich manufakturowych tradycji, zaczęli zjeżdżać liczni wierzyciele. Kowalski oczywiście gdzieś wyparował, a jego dostojna małżonka opowiadała wszystkim, że nic a nic nie orientuje się w interesach, które prowadził jej mąż. Nie wiedziała też gdzie ewentualnie można byłoby go znaleźć.
  Stratni kupcy nie dali jednak za wygraną. Wynajęli białostockiego adwokata Bronisława Gruszkiewicza, aby ten na drodze prawnej ratował ich należności. Mecenas dziarsko wziął się do dzieła. Przede wszystkim doprowadził do sądowej upadłości firmy „Sklep towarów manufakturowych – Morduch Kowalski”. W ten sposób stratnym handlowcom z Warszawy i Łodzi udało się odzyskać przynajmniej część wyłudzonych od nich produktów tekstylowych. Najważniejsze było jednak odnalezienie samego Kowalskiego, oczywiście wraz z zagarniętą gotówką, o ile jeszcze jej nie przeputał.
  Powiadomiona o sprawie malwersacji Ekspozytura Urzędu Śledczego wszczęła dochodzenie. Szybko ustalono, że kupiec – oszust poszukał schronienia w Gdańsku. Liczył na to, iż na terenie Wolnego Miasta może czuć się całkowicie bezpiecznie. Szykował się zapewne w dalszą drogę, jak można się domyślać do Ameryki. Tymczasem miano go widywać w Sopotach, gdzie przy ruletce chciał pomnożyć jeszcze swój kapitał.
  Na prośbę komendy Policji Państwowej w Białymstoku jej gdańscy koledzy aresztowali Kowalskiego. Trafił on pod konwojem do Tczewa, a stąd via Warszawa, do więzienia w swoim rodzinnym mieście.
  Morduch Kowalski był jednak cwaniakiem dużego kalibru. Za pośrednictwem wspomnianego wyżej adwokata Gruszkiewicza dogadał się ze swoimi wierzycielami, ci wycofali skargę i zgodzili się na powetowanie przynajmniej części poniesionych strat. Nauczka, co do weksli bez pokrycia, jednak pozostała.

Włodzimierz Jarmolik

Brzmi jak żart, ale to prawda. W Białymstoku dopiero się obudzili z biletami

Brzmi jak żart, ale to prawda. W Białymstoku dopiero się obudzili z biletami

To, co w każdym dobrze zarządzanym mieście jest tak samo dostępne niczym ciepła woda w kranie – w Białymstoku dopiero się pojawi… i to na próbę. Jeżeli większość radnych dotrzyma słowa i zagłosuje za. Mowa tu o biletach komunikacji miejskiej, które będą określone czasowo i… będzie można się dowoli przesiadać.

Jak jest teraz?

W Białymstoku teoretycznie można kupić bilet jednorazowy, 60-minutowy, 24-godzinny oraz 3-dniowy weekendowy. Do wyboru ulgowy i normalny. Pomińmy bilety dekadowe, miesięczne i strefy taryfowe, bo to inny temat. Bilet jednorazowy działa tak samo jak wszędzie. Pozwala na przejazd jednym autobusem. Bilet 60-minutowy to… też bilet jednorazowy, który istnieje nie wiadomo po co. Jest droższy od jednorazowego o 70 gr. Bowiem ani na jednym ani na drugim bilecie nie możemy się przesiadać. Każdy, kto jeździ komunikacją miejską w Białymstoku wie, że 60 minut to jedźie od pętli do pętli nie więcej jak kilka linii. Ponadto z biletem jednorazowym można jeździć nie patrząc na zegarek. Zaś na 60-minutowym trzeba, choć i tak nie wiadomo po co.

Jak jest w Warszawie

Warszawa to dobry przykład, by pokazać jak bardzo dobrze zorganizować komunikację miejską. Tam mamy jeden bilet na autobus, tramwaj, metro oraz kolej miejską. W Białymstoku kolej miejska to marzenie, bo politycy są na stanowisku „nie bo nie”. Do wybory mamy tam bilety jednorazowe oraz czasowe. 20, 40, 60 minut oraz 24 godziny. Podróż można planować tak jak nam wygodnie. Można przesiadać się nawet 10 razy zmieniając środki lokomocji. Ważne, by zgadzał się czas przejazdu.

 

To, co normalne w Warszawie, w Białymstoku dopiero będzie dyskutowane. Na najbliższej sesji radni omówią czy nie wprowadzić biletów 20, 40 i 60 minut. Chciałoby się powiedzieć – o czym tu w ogóle dyskutować. Tymczasem radni planują wprowadzić takie bilety… na próbę. Za półtorej roku może znowu wrócić stare (zależy kto dojdzie do władzy i co wymyśli).

 

Żeby sobie uświadomić jak bardzo jesteśmy zacofani jako region i jako kraj, pozwólcie, że przytoczę pewne porównanie. W USA planuje się misję na Marsa – z ludźmi. Chiny inwestują miliardy oraz dążą do bycia światowym liderem. Tymczasem w Polsce dyskutuje się o zakazie handlu w niedzielę, a w Białymstoku o tym czy wprowadzić autobusowe bilety czasowe z możliwością przesiadania się…

Paser z ul. Św. Rocha

Paser z ul. Św. Rocha

   Przedwojenny świat złodziejski nie mógł obyć się bez paserów. Długo w zaułkach Chanajek królował Ela Mowszowski, spec od grubych afer. Mniejszym, za to ruchliwym paserem był Zundel Połter z ul. Św. Rocha.
  Połter w przestępczych kręgach, kupował od swoich szemranych dostawców niemal każdy, cokolwiek warty fant. Płacił oczywiście mało, ale był bardzo przydatny chanajkowskim złodziejaszkom. Nadawał im dobrze już rozpracowane przez swoich pomocników roboty. Gdy któryś z worychów był w potrzebie, służył pożyczką. Na swojej ulicy był ich stróżem opiekuńczym.
  W 1934 roku przy znacznym udziale pasera Połtera powstała w Chanajkach grupka złodziei, których w poważnej literaturze kryminalistycznej określano szpryngowcami. Szpryng znaczyło tyle, co ukraść szybko w biały dzień z jakiegoś mieszkania, najlepiej z przedpokoju, jakąś wartościową rzecz i zmyć się niepostrzeżenie.
  Szpryngowcy szukając lepszego łupu wybierali najchętniej przedpokoje mieszkań należących do zamożnych właścicieli. Popularnym sposobem ich działania był chwyt „na pomyłkę”.
  Ubrany nawet całkiem przyzwoicie złodziej pukał lub dzwonił do drzwi pod wytypowanym wcześniej adresem i służącej, która mu otwierała (u bogatych mieszczuchów były zazwyczaj takowe), anonsował się z wizytą do jej pana. Kiedy ta, pozostawiwszy gościa w przedpokoju szła zawiadomić swojego pryncypała o przybyszu, złodziej skwapliwie penetrował wieszaki i stoliki z ich zawartością, a następnie, umiejętnie, blokował od wewnątrz zamek przy drzwiach. Po pojawieniu się właściciela mieszkania szpryngowiec udawał zaskoczenie i gorąco przepraszał za zaistniałą pomyłkę i zakłócenie spokoju. Odwracał się na pięcie i czym prędzej wychodził. Nie zapominał jednak starannie zamknąć spreparowanych już do włamu drzwi.
  Odwrót złodziejaszka był oczywiście pozorny. Pozostawał on na klatce schodowej, nasłuchiwał pilnie co się działo po drugiej stronie. Jeśli nie było żadnych odgłosów, wówczas otwierał ostrożnie drzwi z niezatrzaśniętym zamkiem i szybko wynosił upatrzone wcześniej futra, palta czy lichtarze.
  Innym trikiem białostockich szpryngowców było wizytowanie wartych zabiegów lokali pod płaszczykiem domokrążców czy żebraków. Właśnie w ten sposób działała szajka stworzona przez pasera Połtera. Przez szereg miesięcy nękała ona mieszkańców naszego miasta. Wydział Śledczy, do którego spływały zawiadomienia o przedpokojowych kradzieżach był przez długi czas całkiem bezradny. Złodzieje nie pozostawiali po sobie żadnych śladów, a zeznanie poszkodowanych co do okoliczności kradzieży różniły się często diametralnie. W końcu jednak sprawa się rypła. W szajce doszło do konfliktu interesów, oczywiście na tle podziału zdobywanych łupów. Jaszkie, organizator całego procederu, chciał brać znacznie większą dolę niż jego pomagierzy.
  A było ich kilkoro: bezrobotny malarz pokojowy, handlarz świętymi obrazkami, zawodowy żebrak, a zwłaszcza Maria Gołaszczuk, zawodowa złodziejka, wydalona jakiś czas tam z Francji. Właśnie owa internacjonalistka postanowiła po ostatniej, szczególnie zyskownej robocie okpić swojego szefa. Ukryła dużą część łupu. Jaszkie był jednak nie w ciemię bity. Nasłał na mieszkanie nierzetelnej pomocnicy znajomych włamywaczy. Ci wydobyli z zakamarków jej mieszkania towaru na blisko 2 tys. złotych.
  Poszkodowana Gołaszczuk zgłosiła się na IV komisariat i doniosła o swojej stracie. Gorzej dla siebie nie mogła zrobić. Policjanci z Wydziału Śledczego bardzo wnikliwie zajęli się jej sprawą. Wkrótce wyszła na jaw cała złodziejska konspiracja z ul. Św. Rocha. Aresztowano wszystkich szpryngowców. Za kratki trafił protektor Zundel Połter, zwany Jaszkie. Po kilku miesiącach sprawa znalazła się przed białostockim Sądem Grodzkim. Cwany paser i Maria Głuszczak dostali po roku więzienia, a pozostali delikwenci poszli za kratki na pół roku.
  Publiczność wychodząca z sali sądowej przy ul. Mickiewicza zastanawiały te całkiem niskie wyroki. Zwłaszcza, że jedną z ofiar zuchwałych złodziejaszków padła w swoim czasie żona sędziego Korab Karpowicza. Pewnego kwietniowego poranka 1935 roku z wieszaka w jej luksusowo urządzonym przedpokoju zniknęło drogie futro. Cóż, Temida bywa czasami niedowidząca.

Włodzimierz Jarmolik

Rowerem lub pieszo nad Wigry. Pobierz mapy i w drogę!

Rowerem lub pieszo nad Wigry. Pobierz mapy i w drogę!

To prawdziwa gratka dla kochających piesze spacery, bieganie, a także jazdę na rowerze. Wigierski Park Narodowy przygotował 9 tras o różnych długościach, dzięki którym będziemy mogli zwiedzić wiele zakątków Parku. A to wszystko 245 km oznakowanych tras! Jednym słowem jest gdzie chodzić oraz jeździć. Dodatkowo nie trzeba specjalnych umiejętności w poruszaniu się w terenie. Wystarczy pobrać wszystkie mapy, następnie wgrać do urządzenia z GPS i… w drogę!

 

Mamy do wyboru 9 tras. Najkrótsza wynosi 5 km, najdłuższa zaś 53 km. Można spacerować lub jeździć wokół Wigier, Szlakiem Lityńskiego, trenować umiejętności rowerem wśród pagorków czy też zwiedzić wschód i zachód Starego Folwarku. To naprawdę wspaniała gratka, z której warto skorzystać przy najbliższej okazji. A tych ostatnio nie brakuje. Zimy nie widać, więc można spacerować oraz jeździć. Serdecznie zapraszamy!

Bociany przestaną odlatywać na zimę? Jest dużo cieplej nawet w Suwałkach!

Bociany przestaną odlatywać na zimę? Jest dużo cieplej nawet w Suwałkach!

Ostatnia pogoda w Podlaskiem jest dla większości zaskakująca, jednak dlatego że mieszkańcy nie zajmują się obserwacjami i analizą jej na co dzień. Co innego zwierzęta i ptaki – te od pogody uzależniają swoje miejsce przebywania. Nie mieszkają przecież w blokach – gdzie mają centralne ogrzewanie, ani w domach gdzie palą w piecach. Żyją na zewnątrz, przez co odpowiedni wybór miejsca zamieszkania musi łączyć się z dwoma cechami – dostępność owadów jako pożywienia, a także dostatecznie ciepło, by nie zamarznąć.

 

Ornitolodzy zauważyli, że wiele ptaków, które zimą odlatywały z Polski w ostatnim czasie zdecydowały się pozostać. Jest to dość interesująca wiadomość szczególnie z perspektywy województwa podlaskiego, gdyż to właśnie w naszym regionie znajduje się bardzo wiele gatunków. O tym, że zimy są łagodne świadczyć może fakt, że ptaki nawet nie odlatują z Suwałk, gdzie mróz zdaje się szczypać najmocniej.

 

Co ciekawe, na zbiorniku Siemianówka można było zaobserwować rybitwę czarną. Nigdy wcześniej ten gatunek ptaka nie zimował w styczniu w Polsce. Jeżeli nadal będzie się ocieplać, to zimą można będzie zaobserwować także bociany. Obecnie z takim zjawiskiem mamy do czynienia tylko w Hiszpanii i Portugalii. Pozostałe bociany odlatują w okolice dorzecza Kongo. Warto jednak zauważyć, że młode bociany często nie przeżywają takich wędrówek. Zdecydowana większość pada z wycieńczenia. Bardzo wiele ptaków ginie także po kontakcie z liniami wysokiego napięcia.

Grypa, Samuel Cytryn i jego rady

Grypa, Samuel Cytryn i jego rady

 

   Z racji na owe darcie i sytuację w jamie gardzielowej, od wieków ludzkość, utwierdzając się w poczuciu wspólnoty i zagrożenia swego bytu, otwiera domowe arsenały.
  Szły w ruch miody, zioła, czosnek, „herbatki, specjalne cukierki, zawijania i wcierania różnego rodzaju”. Gdy te harce spełzały na niczym, pozostawała „dawna wypróbowana aspiryna, zasługująca na miano środka ludowego”.
 Jedno co różni tamte przedwojenne terapie od dzisiejszych to stosowanie wody Franciszka Józefa. I powiedzmy sobie wprost, że dzięki Bogu. Panował bowiem pogląd, że „przy grypie, katarze wierzchołków płucnych, zakatarzeniu nosa i gardzieli pamiętać należy, aby żołądek i kiszki były dokładnie przeczyszczone”. Osiągano to właśnie za pomocą wody gorzkiej Najjaśniejszego Pana, która w opinii ówczesnych medyków „oddawała ludzkości ogromne usługi”. Przyznać trzeba, że oryginalna i nieco ryzykowna terapia. Przeczyszczenie przy kichaniu? Konsekwencje mogły być zaskakujące.
  Na każdym kroku białostoczanie spotykali się z przestrogami mającymi ich ustrzec przed zachorowaniem. Ale jeśli już grypa ich dopadła, to „rady lekarzy” były tym bardziej cenne. Jeden z miejscowych medyków ogłaszał, że „surowa pogoda, przejmujący chłód i śnieżyce czyhają na organizm, aby mimo najstaranniejszego zabezpieczenia się uczynić go pastwą długotrwałych i groźnych dla zdrowia cierpień”. Aby we właściwym momencie zorientować się, że to już prawdziwa grypa, należało stosować pomiary temperatury ciała przy pomocy niezawodnego termometru Kramera, który „idealnie reagował na najdrobniejsze odchylenie od normalnego stanu temperatury”.
  No i w końcu sama grypa. W styczniu 1929 roku szalała na całego. Była i w Ameryce. Rządziła w Europie. Rozłożyła się też i w Białymstoku. Pisano, że „przedostała się ona wszędzie, w każdym niemal domu, jeżeli nie ma pacjenta, to przynajmniej mówi się o niej”. Pomimo tak licznych zachorowań nie potrafiono dokładnie określić liczby chorych. Przyczyną tego było to, że „lekarze nie meldują w razie choroby na grypę, prócz tego częste bardzo są przypadki obywania się bez lekarza”.
  Gwałtownemu szerzeniu się choroby sprzyjały też białostockie maniery. W zwyczaju, zgodnym z ewangelicznym nakazem, było odwiedzić chorego. Uznawano to za obyczaj „humanitarny może w zasadzie”, ale skutki były opłakane. W trakcie tych odwiedzin dochodziło do „całowania się z nimi”, to jest z chorymi, oraz wiązało się z „przynoszeniem im książek, które są tak podatnymi rozsadnikami zarazka grypy”.
   Pod apelem nawołującym do zarzucenia tych praktyk podpisał się znany białostocki doktor Samuel Cytryn. Był stomatologiem, ale zajmował się tez higieną. Jeszcze piętnowanie grypowych całusków można zrozumieć, ale lekarskie zalecenie obyś tylko książek nie czytał i dziś budzi pewne refleksje.       Czyżby dzisiejsza polska plaga nieczytania książek była wynikiem zastosowania się do doktorskich zaleceń. Jak widać nie miał Cytryn racji, bo Polacy czytać i owszem przestali, a grypa powraca do nas wiernie .

Andrzej Lechowski

Czarnoręki z ul. Kijowskiej

Czarnoręki z ul. Kijowskiej

 

   W świecie przestępczym zawsze musiał istnieć czarny charakter. Nie zwykły złodziej czy oszust, ale ponury zbir, który potrafił napędzić ludziom dużo strachu. Białystok początków lat trzydziestych też miał takiego typa – Abrama Tyszlermana.
  W tym czasie było w mieście wiele stołów bilardowych rozstawionych w różnych lokalach rozrywkowych, hotelach, restauracjach, jak też specjalnych salach. Grano tam głównie w piramidkę. Grano oczywiście na pieniądze i to często nie o liche sumy.
  Jednym ze stałych i namiętnych graczy był niejaki Najdorf. Uważano go za głównego bankiera białostockiego światka przestępczego. Grał ostro, zwłaszcza w sali bilardowej „Polonia” przy Rynku Kościuszki.Do ochrony swojej osoby potrzebował, jak to się dzisiaj mówi, goryla. Bezwzględnego i krzepkiego osiłka.
  Został nim dwudziestoparoletni Abram Tyszlerman z ul. Kijowskiej, czyli z samego środka ponurych Chanajek. Ten oczywiście zawsze kręcił się koło szefa. Pilnował go zarówno w bilardowni, restauracji czy piwiarni, jeśli ten zechciał tam wstąpić. W razie potrzeby bił i poniewierał dłużników bilardowych swojego pryncypała.
  Los taki spotkał w lutym 1932 roku Szlomę Fina, który winien był Najdorfowi 100 złotych. Kiedy w klubie „Polonia” grał spokojnie w bilard, Tyszlerman i jego kompan Lejba Kagan, zaczęli go przymuszać do zwrotu długu. Ten odważnie odmówił. Wtedy w ruch poszły kije bilardowe, a nawet noże. Szczęściem dla Szlomy Fina było to, że jego głośne krzyki usłyszał przechodzący ulicą posterunkowy. Gdyby nie jego interwencja doszłoby do dużej masakry. Tyszlerman został zatrzymany, a policja zaczęła się bacznie przyglądać jego dotychczasowym poczynaniom.
  Co się okazało? Już od kilku lat stał on na czele bezwzględnej grupki opryszków, którzy sami siebie, na wzór rozsławionych przez prasę amerykańską gangsterów, nazywali „Czarną Ręką”. Zaczęto więc dokładnie sprawdzać w policyjnych sprawozdaniach historie pasujące do tej z bilardowni „Polonia”.
 

Od roku 1930 na białostockich ulicach zaczęły zdarzać się brutalne napaści na wracających nocną porą spóźnionych przechodniów. Wymuszano pieniądze, odbierano walizki, zdejmowano siłą zegarki. Ofiarami „czarnorękich” padali też właściciele szemranych interesów – piwiarni z nielegalną wódką, podrzędnych restauracji czy potajemnych burdeli.
  Okazało się także, że swój haracz bandziorom musieli płacić właściciele prywatnych  autobusów
międzymiastowych. W razie odmowy ich pojazdy miały natychmiast poprzecinane opony.
  Firma Tyszlerman i spółka prowadziła wielce wszechstronną działalność. Za ustaloną opłatą można było zlecić jej pobicie niewygodnego konkurenta albo podpalenie jego interesu. Można było też zamówić ukrócenie zbyt długiego języka świadkowi sądowemu. Do kieszeni opryszków trafiały również sumki od ojców, którzy wydawali właśnie swoje córki za mąż.
  Co jeszcze ustalili policjanci z Wydziału Śledczego? Otóż specjalnością Tyszlermana było prześladowanie właścicieli lokali z tzw. rozrywką. Żeby nie tracić klientów i sprzętu, owi nieszczęśnicy musieli wręczać zbirowi określoną sumę albo raczyć sutym poczęstunkiem.
Jednym z najbardziej prześladowanych był dzierżawca sali bilardowej „Polonia. Co tydzień wydawał sporo forsy na podejmowanie Tyszlermana i jego kumpli w pobliskiej restauracji „Łącz”. Doszło do tego, że musiał otworzyć tam dla Tyszlermana stały rachunek.
  W końcu miarka się przebrała. Oprych z ul. Kijowskiej został aresztowany. Razem z nim za kratki trafiła cała jego kompania. W październiku 1932 roku odbył się głośny w mieście proces „Czarnej Ręki”. Abram Tyszlerman zainkasował trzy lata odsiadki. Podobnie jak jego braciszek Zorach i bracia Lejba i Josel Kaganowie.
  Na ławie oskarżonych zasiadł też Izrael Fiszer, z zawodu tragarz i awanturnik, jakich mało. W 1931 roku posterunkowy przydybał go na ulicy Surażskiej, kiedy w pijanym widzie mocował się ze słupem telegraficznym. Tygodnik Reflektor odnotował taki oto dialog między nimi: – Odstaw się pan od tego słupa. Na co Fiszer: – A pan nie zwracaj na mnie uwagi. Ja go tylko wyrwę i pójdę do domu.
  Jak widać król tragarzy, jak nazywano Fiszera, miał duże pożucie humoru.

Włodzimierz Jarmolik