Podlasie jest magiczne! Obejrzyj te zdjęcia to zrozumiesz dlaczego

Podlasie to wspaniała kraina, nieco już historyczna, ale w sercach mieszkańców wciąż żywa. To nie tylko geograficzny punkt, to też miejsce, gdzie od lat stykały się kultury, narodowości czy religie. Dziś po tych czasach pozostały co najwyżej kronikarskie zapisy. Jedno się nie zmieniło. Magia tego miejsca wciąż nie uleciała. Tak jak Bieszczady mają swoją “moc”, tak też Podlasie ma swoją. Ludzie jeżdżą w Bieszczady, by przemyśleć życie, wyciszyć się, zaczerpnąć inspiracji. Dokładnie to samo można zrobić na Podlasiu – wystarczy wyjechać za miasto, do lasu, nad rzekę, w okoliczne wsie i rozpocząć wędrówkę. Wtedy poczujemy magię Podlasia i będziemy mogli znów się wyciszyć, zebrać myśli po to by działać dalej. Wystarczy, że zadziałają na nas widoki Podlasia właśnie. Sami obejrzyjcie. Zdjęcia zrobione w powiatach Sokólskim i Białostockim.

Ulica Warszawska taka porządna

 

   Porządku na ulicach przedwojennego Białegostoku, jak i domowego ładu jego mieszkańców strzegła duża rzesza policjantów. Mundurowi przodownicy z czterech komisariatów (piąty ochraniał dworzec) oraz agenci Urzędu Śledczego, odziani po cywilnemu. Ze skutecznością tej opieki bywało rozmaicie. Gdyby jednak wskazać najbardziej bezpieczny kawałek miasta, to padłoby z pewnością na ul. Warszawską, w 1934 r. przemianowaną na im. B. Pierackiego.
  Tutaj lokowały się bowiem wszystkie najważniejsze agendy Policji Państwowej. Pod nr 3 znajdował się I komisariat, a obok pod 6 jego oddział śledczy. Dalej, pod nr 11, urzędowali wywiadowcy z wojewódzkiego Urzędu Śledczego. Z kolei budynki nr 50 i 62 okupowała lokalna wierchuszka PP – Komenda Wojewódzka i Komenda Powiatowa.
  O skuteczności Warszawskiej mogły świadczyć także inne instytucje i urzędy publiczne przy niej położone. Był to m. in. Sąd Okręgowy, zanim nie przeprowadził się na początku lat 30. na ul. Mickiewicza, oddział Banku Polskiego, Szpital PCK czy gmach Zarządu Miejskiego. Nie było za to żadnego hotelu, kina albo popularnych restauracji. Obiektów przyciągających rozbawione towarzystwo i podejrzane indywidua. Na ulicy granatowej od mundurów policyjnych nie szukały również swoich klientów panienki lekkich obyczajów, z rzadka pojawiali się żebracy, okupujący tak licznie inne ulice białostockie. Czy jednak na pewno nie działo się tutaj nic nagannego albo przestępczego? Warto się przypatrzeć!
  Zacznijmy od spraw lżejszego kalibru. Przy ul. Warszawskiej mieszkało wielu szacownych obywateli miasta – kupców, lekarzy i adwokatów. Rodziny owe miały zwykle służące, te zaś lepkie ręce. Na początku 1933 r. mecenas Stanisław Reinhard zamieszkały pod nr 10 zgłosił w pobliskim Urzędzie Śledczym, że służąca Michalina Sulżycka, porzucając pracę, wyniosła z mieszkania dolary i różne wartościowe przedmioty na sumę ponad 1 tys. zł. Za złodziejką rozesłano listy gończe. Wpadła dopiero latem w Krakowie. Za wszystkie ujawnione sprawki trafiła na dwa lata za kratki.
  Plagą, która nie ominęła ul. Warszawskiej były znikające rowery. Białostoczanie chętnie z nich korzystali. Przemyślni złodzieje potrafili uprowadzić pojazdy nie tylko spod bramy czy domowego korytarza, ale też ze strychu, a nawet balkonu. Szczególnie dużo kradzieży zdarzało się na sąsiadującej z Warszawską ul. Kościelnej, obok poczty. Wiosną 1932 r. policja zmuszona była umieścić tam swoje zakonspirowane czujki. Wpadło kilku niepoprawnych złodziejaszków – cyklistów.
  Z kolei dużym wyzwaniem dla białostockich kieszonkowców był Bank Polski przy Warszawskiej 14. Zwłaszcza kieszenie jego klientów. Tutaj w różnym czasie myszkowały takie doliniarskie tuzy, jak Icek Chutoriański czy Szmul Chajtowicz.
  Wszystkich jednak przebił 1 kwietnia 1925 r. bawiący na gościnnych występach złodziej z Warszawy – Judka Sznurkiewicz. Zwinął on spod ręki skarbnika sądowego Pawła Wawryka 17 tys. zł przeznaczonych na pensje dla pracowników wymiaru sprawiedliwości. Cóż to była za heca! Za ten primaaprilisowy „żart” Sznurkiewicz zainkasował 4 lata więzienia.
  Nie rezygnowali z odwiedzin na ul. Warszawskiej również miejscowe spece od łomu i wytrycha. W styczniowy wieczór 1929 r. trzech włamywaczy zakradło się do mieszkania lekarza Mieczysława Gruszkiewicza (Warszawska 34). Złodziei spłoszył brat tegoż, znany adwokat Bronisław Gruszkiewicz, zajmował lokal powyżej. Porzucona kasetka z biżuterią, pieniądze i inne łupy zostały odzyskane. Schwytany w pościgu po ulicy recydywista Piotr Łobaczow zainkasował wkrótce kolejny wyrok. Warszawska też miała swoje ciemniejsze strony.

Włodzimierz Jarmolik

Majówka 2018. Poczuj “podlaskiego ducha” na tej trasie

Od trójstyku do trójstyku – to ostatnia nasza propozycja na Majówkę, ale nie tylko. Każdy wolny czas wszystkie nasze propozycje – będą tak samo aktualne. Tym razem proponujemy przejechanie samochodem z Niemirowa do Wiżajn czyli od styku granic Polskiej, Białoruskiej, a także województw podlaskiego, mazowieckiego i lubelskiego do styku granic podlaskiego i warmińsko-mazurskiego oraz granicy Polski z Rosją i Litwą. Cała podróż żeby była “efektowna” powinna przebiegać wschodnimi granicami kraju. Jeżeli zaczniemy o wschodzie słońca, to w pogodne dni (jake z pewnością nas czekają) powinniśmy po drodze napotkać bardzo wiele wspaniałych widoków.

 

 

Podróż powinniśmy zacząć w Niemirowie. Następnie powinniśmy kierować się na Mielnik, a później na Adamowo-Zastawa. Następny kierunek to Tokary, Klukowicze, Czeremcha, Dobrowoda, Hajnówka, Olchówka, Siemianówka, Bondary, Jałówka, Mostowlany, Bobrowniki, Kruszyniany, Krynki, Grzybowszczyzna, Zubrzycka Wielka, Tołcze, Kuźnica, Nowy Dwór, Lipszczany, Skieblewo, Gruszki, Płaska, Giby, Puńsk, Szypliszki, Rudka-Tartak, Wiżajny i na koniec Jodoziory – gdzie znajduje się kolejny trójstyk.

 

Wszystkie te miejscowości nie są przypadkowe, w każdej z nich znajdziecie coś ciekawego – wspaniałe widoki, charakterystyczne punkty, lokalne atrakcje, dziką naturę, a być może i leśne zwierzęta. Cała droga to około 400 km, więc to wycieczka na 1-2 dni. Warto jednak przejechać się tamtędy, by poczuć “podlaskiego ducha” w całej okazałości, poczuć magię tego miejsca i jego wyjątkowość. Jadąc będziecie mijać malownicze cerkwie, kościoły i meczety, a także drewniane domy, lasy, zbiorniki wodne i wiele wiele innych.

 

Najbardziej powinny Was przekonać te zdjęcia:

 

Udanej zabawy!

Majówka 2018. Gdzie na grilla, ognisko i kiełbaski?

Grill, kiełbaski, piwo to chyba nieodłączny element każdej majówki. Niestety mamy prawo jakie mamy i o ile na własnej posesji możemy rozpalać, to w pobliżu bloku już nie. Jeżeli nie możemy liczyć na znajomych, to warto skorzystać z ogólnodostępnych miejsc, gdzie bez obaw o mandaty za grillowanie będziemy mogli spędzić czas ze znajomymi.

 

Zacznijmy od samego Białegostoku. Tutaj z kocykiem, grillem i piwem możemy przyjść na białostockie “Murki” czyli kampus Politechniki Białostockiej. Jest tak wyznaczona “strefa rekreacyjna”, na której bez obaw o Straż Miejską czy policję będziemy mogli spędzić czas ze znajomymi. Swoją drogą dobrze by było, gdyby takie miejsca znajdowały się również nie tylko w Centrum. Przecież na wielu osiedlach są miejsca, gdzie bez przeszkadzania komukolwiek można by było zezwolić mieszkańcom na więcej.

Grill i ognisko w Puszczy Knyszyńskiej

Zostawiając strefę marzeń. Bez przeszkód możemy też grillować na specjalnie przygotowanym do tego miejscu w Królowym Moście nad samą rzeką Płoską. Podobnie zupełnie obok w Kołodnie. Tyle, że najpierw trzeba wdrapać się na Wzgórza Świętojańskie położone 200 m. n.p.m. Mimo wszystko warto, bo widok z wieży widokowej jest naprawdę ładny. A tuż przy wieży własnie jest zorganizowane miejsce dla piknikowiczów podobne jak w Królowym Moście. Kolejnym miejscem, które jest dalej – nie dojedziemy tam bezpośrednio samochodem (jest zakaz) – jest zbiornik Wyżary. Tam równiez pod specjalną wiatą możemy urządzić sobie ucztę. Do zbiornika od znaku zakazu trzeba iść 2 km. Dla samych widoków jednak warto!

Profesjonalnie zorganizowane z noclegiem

Jeżeli lubimy mieć wszystko “gotowe”, to warto skorzystać z kilku opcji “komercyjnych”. W Jurowcach koło Białegostoku, obok stadniny znajduje się zajazd “Wiking”, na którego posesji można “zamówić” ognisko z kiełbaskami. Podobnie jest, gdy wybierzemy się do Surażkowa pod Supraślem lub Bobrowej Doliny pod Zabłudowem. Inne miejsca to dworek Kiermusy niedaleko Tykocina oraz Majątek Howieny po drodze z Białegostoku do Suraża.

Grill i ognisko nad wodą

Pierwsze miejsce, które przychodzi nam do głowy to Śluza Paniewo pod Augustowem. Tam na prywatnym terenie można grillować, palić ogniska, a także nocować pod namiotem. Wszystko to w otoczeniu przepięknego i bardzo czystego jeziora Paniewo. Opłata za pobyt nie jest zbyt wygórowana. Kolejnym miejscem – bliżej jest Zalew Czapielówka w Czarnej Białostockiej. Tu też można palić ogniska i grillować, a także nocować pod namiotem. Ostatnimi miejscami obok siebie, jakie możemy zaproponować do majówkowego grillowania to Zalewy w Gródku i Michałowie. W tym pierwszym mamy stoliki i miejsce do grillowania, zaś w drugim sami takowe sobie musimy zorganizować lecz także warto. Przede wszystkim – jest wiele różnych miejsc przy zbiorniku – zarówno na trawie czy złotym piasku. Jest także plac zabaw.

 

Z pewnością w Podlaskiem takich miejsc, gdzie można grillować i palić ogniska jest dużo więcej. Podawajcie swoje typy w komentarzach.

Miłej zabawy!

Czarna Maska z Colosseum

 

    Wędrujące po terenach II Rzeczypospolitej cyrki, obok tradycyjnego repertuaru z akrobatami, żonglerką, tresurą i klaunami, miały w swoim programie niekiedy także pojedynki zapaśników. Walki te mocno pachniały hochsztaplerką, ale były popularne i sprowadzały liczną widownię. Ludzie chcieli wierzyć, że mocowanie się siłaczy jest rzetelne, a wyniki walk uczciwe.
  Na początku sierpnia 1927 r. zawitał do Białegostoku cyrk Colosseum. Rozbił zwyczajowo namiot na placu przy Nadrzecznej róg Sienkiewicza. Obok popisów cyrkowców ogłaszał na afiszach także turniej walk w stylu francuskim z udziałem „sił pierwszorzędnych”. Prezentacja zapaśników nastąpiła 4 sierpnia. Na arenie stanęło kilkunastu atletów w różnokolorowych trykotach. Mieli walczyć przez kilkanaście dni. Stawka była międzynarodowa i doborowa: ogromny Rosjanin Orłow, Ukrainiec Aksionow, Żyd łotewski Widmajer, Duńczyk Peterson, Jugosłowianin Petrowić i jeszcze kilku innych, a wśród nich młody polski zapaśnik Szczerbiński.
  No i zaczęły się pod szapitem Colosseum chwyty, młynki, pasy i podwójne nelsony. Orłow walczył brutalnie, wręcz po chamsku, Widmajer imponował techniką, zaś warszawiak Szczerbiński elegancją stylu. Od razu stał się ulubieńcem białostockich widzów. Walki kończyły się przed czasem, albo padał, po upływie przepisowych 20 minut remis. Niekiedy, na życzenie stron, czas walki przedłużano aż do końcowego rozstrzygnięcia. Ażeby dodać turniejowi większych emocji organizatorzy wzywali chętnych amatorów do spróbowania swoich sił na arenie. Wśród zasiadającej na ławach publiczności zawsze znalazło się kilku chętnych, mających nadzieję na pokonanie któregoś z mistrzów. Tym razem zgłosił się miejscowy rzeźnik Berent i postawny kolejarz Giedroyć. Sensacją stało się także pojawienie się Czarnej Maski, zapaśnika walczącego incognito. Był to stary, wypróbowany chwyt, znakomicie zwiększający frekwencję, a tym samym zyski z biletów.
 

Pierwszym przeciwnikiem Czarnej Maski stał się grubianin Orłow. Rosyjski wielkolud przystąpił do walki z wyraźną nonszalancją. Jego rywal już w pierwszej minucie zastosował szybki przerzut i Orłow znalazł się na łopatkach. Gwałtownie protestował, lecz werdykt sędziowski był jednoznaczny. Zagłuszył go zgiełk rozradowanej tą sytuacją publiczności. Czarna Maska stał się postrachem kolejnych zapaśników. Po wyrównanym pojedynku zremisował ze Szczerbińskim, w 3 minucie pokonał Aksionowa, a Petersenem tak mocno rzucił na dywan, że ten na kilka chwil utracił przytomność. Tymczasem przegrany już wcześniej Orłow natarczywie domagał się rewanżu. W końcu komisja sędziowska uległa. 12 sierpnia Czarna Maska i Rosjanin znowu stanęli naprzeciwko siebie. Walka miała trwać tak długo, aż któryś z zawodników nie przeprowadzi zwycięskiej akcji. Od początku brutalność Orłowa dała znać o sobie. Nie tylko stosował nieczyste chwyty, ale zaczął również używać pięści. Podstawiał nogi. Dostał ostrzeżenie, potem drugie. Nic nie pomagało. W 28 minucie został zdyskwalifikowany. Czekała go kara pieniężna – 100 zł. Widownia decyzję arbitrów przyjęła gromkimi oklaskami.
  W ostatnich dniach turnieju doszło do decydujących pojedynków. Najpierw, w rewanżu, Szczerbiński położył Czarną Maskę, jednak sędziowie dopatrzyli się nieprawidłowości i zwycięstwo przyznali temu ostatniemu. Później odbyło się spotkanie zamaskowanego zapaśnika z Łotyszem Widmajerem. W nim Czarna Maska znalazł wreszcie swojego pogromcę. Musiał odsłonić twarz. Tajemniczym zapaśnikiem okazał się znany mistrz miasta Łodzi – Baowiak.
  W międzyczasie brutal Orłow dał na arenie pokaz walki z bykiem. Publiczność uznała, że znalazł właściwego przeciwnika.

Włodzimierz Jarmolik

 

Św.Roch jakiego nie znacie

  
15 stycznia 1939 r. w “Dzienniku Białostockim” przytoczono fragment sprawozdania Komitetu Budowy Kościoła: Ukończenie budowy wieży, na której stoi statua Matki Boskiej, oświetlona na uroczyste święto reflektorami.   Wewnętrzne tynkowanie jeszcze nie ukończone, wstawiano okna i oszklono kopułę. Autor sprawozdania proboszcz parafii św. Rocha ks. A. Abramowicz wyrażał nadzieję, że jeszcze w 1939 r. świątynia zostanie oddana do kultu.

Wieża miała spełniać jeszcze jedną niezwykle ważną funkcję służąc jako dzwonnica, nagłaśniając całe miasto dźwiękami przywołującymi na nabożeństwa, towarzysząc w ostatniej drodze mieszkańców. Dzwony świętoroskie kontynuują tradycje zabranych przez uciekającego z miasta zaborcę rosyjskiego, latem 1915 r. Największy dzwon zwany Wielki, wiszący w wieży starego kościoła Farnego ważył 100 kamieni, a opasywały go napisy:

Twój jest dzień.
Twoja jest noc.
Panu Panów.
Kościół i parafia białostocka poświęcili.
Roku 1832 dnia 1 lipca.
Imię moje Kazimierz.
A ci co mnie po trzeci raz przeleli:
Aleksander Rymaszewski,
Wincenty Włodkowski. Litwini.
Jak twój w serce grzeszne wnosząc rozrzewnienie.
Wezwie do pokuty.
Zapowie zbawienie.
Zmarły powierzy ci nadzieje i losy
Z twemi ulecą do nieba wiernych głosy.
Tłumaczu strat naszych i wszystkich żałości!
O stań się zwiastunem powszechnej radości.

We wrześniu 1939 r., w bombardowanej Warszawie, w ruinach Politechniki Warszawskiej zginął projektant – Oskar Sosnowski, nie doczekawszy się pełnej realizacji swego pomysłu. Budowa Pomnika Niepodległości jednak trwała nieprzerwanie i w latach okupacji.
  W 1940 r. zbudowano pierwsze piętro wewnętrznych galerii świątyni. To nasunęło sowietom pomysł odebrania świątyni i przeznaczeni jej na cyrk.
  Jak wspominali parafianie św. Rocha, ci okupanci dwukrotnie nakładali na parafię kontrybucję, na którą wędrowały pozostałości kosztowności parafian, aż do zupełnego wyczerpania, tak, że na drugą kontrybucję w czerwcu 1941 r. nie zebrano odpowiedniej kwoty i miano oddać mury nie dokończonej świątyni władzom.
  Ze szlochem, leżąc krzyżem we wnętrzu parafianie uczestniczyli w ostatnim jak się wydawało nabożeństwie, żegnając się z marzeniami i planami. Było to ostateczne pokonanie polskiego Białegostoku.
  Stało się inaczej. Następnej niedzieli nie było już w mieście okupantów sowieckich, a jeszcze nie wkroczyli okupanci niemieccy, parafianie św. Rocha odśpiewali w niedokończonym wnętrzu pieśń Boże cos Polskę… Usytuowany pod wieżą i zakrystią żelbetonowy schron, a także wkopane we wzgórze inne ziemne schrony zabezpieczały kryjących się w nich od tragicznych w skutki bombardowań miasta w 1943 i 1944 r.
  W 1942 r. ułożono posadzkę, ustawiono szafy w zakrystii. W 1943 r. sporządzono dębową ambonę, w 1944 r. trzy takież konfesjonały.
  Już po froncie 1944 r. żołnierze polscy uczestnicząc w pracach we wnętrzu zaleli cementem żelbetowe sklepienie pierwszego piętra galerii. Wykonano też wówczas żelazną kratę kaplicy św. Rocha. Rok 1945 r. zaczął się od sporządzania ołtarzy, ustawiono figurę Najświętszego Serca Jezusa w ołtarzu głównym Chrystusa Króla. (Ołtarz ten był projektowany przez O. Sosnowskiego, nie odczekał się nigdy pełnej realizacji. Obok postaci Chrystusa miała stanąć postać Maryi, w otoczeniu świętych polskich.

K.B

Majówka 2018 nad wodą. 5 najlepszych jezior w Podlaskiem

Wyprawa na Mazury z Podlasia nie jest zbyt wymagająca. Na przykład do popularnego Giżycka z Białegostoku dojedziemy w prawie 3 godziny. Nie jest to zbyt wiele, ale warto się zastanowić po co marnować czas na dojazd, gdy równie przyjemnych jezior nie brakuje również w Podlaskiem. Przedstawiamy 5 najciekawszych jezior w województwie, do których dojedziemy w podobnym czasie lub jeszcze szybciej niż na Mazury. Wszystkie znajdują się na północy województwa.

 

fot. UM Rajgród

 

Jezioro Rajgrodzkie znajduje się 1,5 godziny drogi od Białegostoku. Leży na granicy Podlaskiego i Mazur. Jest połączone z jeziorem Stackim, a także sąsiaduje z jeziorem Dręstwo. Na miejscu znajdziemy bardzo dużo ośrodków wypoczynkowych, w których na pewno spędzimy miłe chwile. Na jeziorze Rajgrodzkim znajduje się wyspa Sacin, o której niewiele wiadomo. Jest porośnięta trzciną, lecz w kilku miejscach da się do niej dostać. Dla żądnych przygód – na pewno będzie to ciekawa ekspedycja.

 

Nad Neckiem – poznałem Cię… śpiewał Janusz Laskowski. Mowa tu oczywiście o Beacie z Albatrosa, która jest bohaterką historii miłosnej z Augustowa. Właśnie tam znajduje się między innymi jezioro Necko, które jest jednym z popularniejszych jezior w Polsce. Nie bez przyczyny mówi się, że Augustów to letnia stolica Polski. Rodacy upodobali sobie to miasteczko tak samo – jak uwielbiają Zakopane zimą. Warto przyjechać do Augustowa i zobaczyć czym zachwycają się tłumy…

 

 

Chyba że nie lubimy tłumów – to warto wybrać się do oddalonej o parę kroków Przewięzi. Tam na słynnej “Patelni” jest równie ciekawie a i tłumy nie takie ogromne. Przewięź charakteryzuje się przede wszystkim bardzo dużym urokiem osobistym. Ponoć – kto tam pojechał od razu się zakochał i na pewno nie raz powróci. 

 

Kolejne jezioro, które może przyciągnąć to oddalone o parę kilometrów od wyżej wymienionego – jezioro Serwy. Możemy odpoczywać w Suchej Rzeczce, Serwach lub Mołowistych. Tłumów tam nie będzie, gdyż jezioro te znajduje się w samym sercu Puszczy Augustowskiej.

 

Ostatnim jeziorem, jakie możemy polecić to jezioro Gieret w Gibach. Ta mała miejscowość znajduje się tuż przy granicy z Litwą. Obok jest wiele jezior do wyboru, ale to właśnie Gieret ma największy urok. Nie jest zbyt wielkie, ale wystarczająco w nim wody by dobrze się bawić.

 

Warto dodać, że wszystkie jeziora które wymieniliśmy są polodowcowe. Oznacza to, że woda w nich jest niesamowicie czysta. Na potwierdzenie naszych słów – możemy tylko zdradzić, że w każdym z wymienionych mieszkają raki, które jak wiadomo – w brudzie by życia nie układały.

Spekulanci

Pomarańcze z Hiszpanii były rarytasem dla białostoczan i… paskarzy. Zbliżało się Boże Narodzenie 1934 r. Jak zawsze o tej porze w białostockich składach i sklepach pojawiły się pomarańcze. Były drogie. Palestyńskie kosztowały 1,80 zł za kilo, zaś włoskie aż 2,30. Amatorzy żółtych kulek czekali jednak na hiszpańskie, dużo tańsze. Miały one przepłynąć do Polski z początkiem następnego rynku. Przypłynęły, a wraz z nimi wypłynęli na wierzch różnej maści spekulanci. W przedwojennym Białymstoku spekulacja nie była czymś niezwykłym. Zaczęło się już w 1919 r. wraz z odzyskaniem przez miasto niepodległości. Po wojnie Białystok znajdował się w opłakanym stanie. Zniszczony przemysł, zdemolowany handel. Brakowało wszystkiego. Deficytowe towary trzeba było zdobywać na czarnym rynku. Kursy walut i cen dyktowała nielegalna giełda rozlokowana na ul. Giełdowej i Kupieckiej.

 

Spekulanci i paskarze dorabiali się na okradanych na Dworcu Poleskim transportach. Mąka amerykańska, nafta, dziesiątki beczek śledzi, wszystko to szło na lewo. Spekulowano tkaninami, sacharyną, zapałkami, a nawet jajkami i cebulą. Powstał co prawda Urząd do Walki z Lichwą i Spekulacją z siedzibą w Pałacu Branickich, ale nie dawał rady z paskarskim procederem. Jego składy z konfiskowanym towarem były co i rusz okradane przez miejscowych złodziejaszków. Wszystko wracało znowu na czarny rynek.

 

Powróćmy jednak do pomarańczy. 4 stycznia 1935 r. w Gdyni, w gmachu Bałtyckich Aukcji Owocowych, odbyła się ich pierwsza licytacja. Zjawiło się kilkudziesięciu handlowców z całego kraju. Codziennie szło pod młotek do 10 tys. skrzyń południowych owoców. Komisarz rządowy w Gdyni, aby zapobiec nadużyciom ustanowił jednolitą cenę detaliczną – 1,20 zł za kg. Do Białegostoku szybko dotarła pierwsza partia – 150 kilogramów. Odebrała ją hurtownia przy Rynku Kościuszki 34. Po towar ustawiła się natychmiast owocarnia z całego miasta. Szybko okazało się, że kupcy wolą sprzedawać pomarańcze nie na kilogramy, a na sztuki. To im się lepiej opłacało. Za 6 owoców po 30 – 40 gr zarabiali od 1,80 do 2,40 zł. Cała istota pomarańczowej spekulacji. Klienci oczywiście zaprotestowali. Wtrącił się starosta Świątkiewicz. Odtąd pomarańcze z nowych dostaw miały iść po 1,30 zł za kilo, zaś handlarze winni wystawiać cennik w widocznym miejscu.

 

Co bardziej szacowne firmy sklepowe takie jak Gurewicz (Rynek Kościuszki 38 czy B-cia Głowińscy (Rynek Kościuszki 9) zastosowały się akuratnie do rozporządzenia. Ci ostatni sprzedawali nawet po 2 kilo do rąk. Ale już Pitecki z ul. Kilińskiego życzył sobie 1,50 zł, a w halach targowych na Rybnym Rynku nikt nie sprzedawał niżej niż 1,40. Trudno było protestować, kiedy dzieci chciały zamienić smak jabłka na bardziej egzotyczny.

 

Nie był to jednak koniec spekulacyjnych machlojek. Nieuczciwym przekupniom dziwnie szybko kończyła się sprzedaż kilogramowa, po której proponowali dalej, ukradkiem, pomarańcze na sztuki. Pojawili się też uliczne koniki. Działali do spółki z hurtownikami. Wędrując z koszykami w okolicach dworca czy po ul. Piłsudskiego, bezczelnie zachwalali swój towar. Chętnych po owoce nie brakowało. Spekulacja pomarańczami odbywała się w całym kraju. Przodowała oczywiście Warszawa. Wszystko skończyło się w marcu, kiedy Gdyni wygasło pozwolenie importowe.

 

Zagadkowo wyglądała w tym czasie także cena cukru. Oficjalnie wynosiła 1 zł za 1 kg. Jednak niektórzy kupcy białostoccy w ramach konkurencji sprzedawali swój towar po 98, a nawet po 97 gr. Musieli chachmęcić coś z jego jakością i wagą. Tak też widzieli to wścibscy dziennikarze.

Włodzimierz Jarmolik

Majówka 2018 aktywnie. Propozycje dla tych, co nie lubią leżeć

Dla niektórych czas wolny w majówkę, nie oznacza że chcą leżeć do góry brzuchem, grillować i popijać piwko. Wtedy biorą się za nadrabianie formy. Przedstawiamy 5 propozycji na aktywne spędzenie majówki, dla tych co nie lubią leżeć.

Na Kajaki przez Narew

Sprawa wygląda bardzo prosto. Zajeżdżamy do Suraża, tam odnajdujemy Centrum Turystyki Aktywnej Bajdarka. Następnie po załatwieniu formalności uprzejmy Pan ładuje ilość kajaków na specjalną przyczepkę, następnie wiezie całą grupę w miejsce docelowe. Wtedy Narwią wracamy do Suraża. Oto możliwe warianty:

 

1. Doktorce – Suraż, 17 km około 4 godzin spływu

 

2. Zawyki – Suraż, 6 km około 1,5 godziny spływu

 

3. Suraż – Uhowo, 10 km około 2,5 godziny spływu

 

4. Suraż – most za miejscowością Bokiny, 18 km około 4 godziny spływu

 

5. Suraż – Kolonia Topilec, 24 km około 6 godzin spływu

 

6. Suraż – Waniewo, 32 km około 8 godzin spływu

 

Na rowerek wodny w Dojlidach

Jak ktoś nie ma w rękach, to może ma w nogach. Białostocki zalew Dojlidy to idealne miejsce, by spokojnie popedałować na wodzie. Dla chętnych BOSiR ma do wypożyczenia rowerki wodne. Można wypłynąć na środek i się opalać, a można popływać od jednego krańca na drugi. Możliwości jest wiele. Tylko potrzebne chęci i dobra pogoda. Do dyspozycji klientów są dwu- i czteroosobowe rowery wodne, kajaki, łodzie canoe, łodzie wiosłowe, łodzie żaglowe klasy Omega, deski windsurfingowe i smocze łodzie na 10 wioślarzy. Wypożyczalnia czynna jest codziennie w godz. 9.00-18.00. Sprzęt można wypożyczać do godz. 17.00. 

Narty wodne Szelment

Na majówkę startuje wyciąg nart wodnych w podsuwalskim Szelmencie. Chętni będą mogli na jeziorze uprawiać wodne akrobacje. Świetnie przygotowany elektryczny wyciąg linowy umożliwia jazdę po torze o długości 1000 metrów. Tor ma kształt prostokąta o bokach 300×200 metrów. Po jego obwodzie rozciągnięta jest stalowa lina z zaczepami dla 13 narciarzy. Zabawa jest przednia. Zakładamy narty, łapiemy linkę, a następnie wyrywa nas do przodu! Tylko szczęście lub umiejętności spowodują, że zrobimy całe okrążenie bez nurkowania. Warto spróbować trochę szaleństwa! Korzystać możemy w majówkę od godz. 12 .00 do 18.00. 

Rowerem po Puszczy Białowieskiej

Puszcza Białowieska ma to do siebie, że jest w niej wiele miejsc, które warto przejechać rowerem. Warto objechać leśnymi drogami ją całą. W środku jest wiele “przecinek” i szlaków. Do wyboru jest aż 57 różnych wariantów – odcinki różnych długości!  Wszystkie dostępne są tutaj: https://mojrower.pl/trasy/bialowieza

Bieganie, chodzenie i Nordic Walking w Knyszyńskiej

Supraśl i jego okolice to idealne miejsce na uprawianie długich spacerów, biegania i Nordic Walkingu. Jest tam wiele szlaków, a także dróg – w których możemy iść od wsi do wsi lub w głębokim lesie. Idąc z Supraśla możemy przejść przez Cieliczankę, Kołodno i Królowy most. Możemy zajrzeć do Surażkowa, albo odkryć góry niedźwiedzie. Do wyboru do koloru. Pamiętajmy o korzystaniu z mapy i nie zbaczaniu ze szlaków.

Miłej zabawy!

 

fot. WOSIR Szelment

Młynowa 28

   Na ulicy Młynowej stał sobie jeden taki dom .Gnieździli się tam szczególnie dokuczliwi lokatorzy – złodzieje, paserzy, kanciarze, różnej maści awanturnicy. Regularni bywalcy aresztu miejskiego przy ul. Artyleryjskiej i więzienia przy Szosie Baranowickiej.
  Na początku lat 20. wyróżniał się  budynek oznaczony numerem 28. Nie była to rzecz jasna zasługa jego jakiejś wykwintnej architektury, ale raczej mało ciekawych dla organów prawa i porządku mieszkańców.
  Swoje zameldowanie pod adresem zgłaszał bardzo wytrwale Chaim Szepes, niekoronowany król złodziei z ulicy Młynowej. Cieszył się on dużym szacunkiem. Nic dziwnego, szlify klawisznika (złodzieja operującego podrobionymi kluczami wytrychami) zdobył jeszcze za czasów cara Mikołaja II. Każdy młodziak z okolicy, startujący w przestępczej robocie chciałby z nim mieć spółkę.
  Nie zawsze to jednak mogło wyjść na zdrowie. Agenci z Ekspozytury Urzędu Śledczego mieli Szypesa stale na oku. Kiedy latem 1922 r. wybierał się ze swoim pomagierem na ul. Polną (dziś Włókiennicza), gdzie już wcześniej przyuważył zamożne mieszkanie, został zatrzymany na ul. Mińskiej. Policjanci znaleźli przy nim narzędzia do otwierania kłódek i zamków, a przy towarzyszącym mu osobniku pusty worek na przewidywane łupy.
  Po wyjściu z krótkotrwałego aresztu Chaim Szapes nie zamierzał wcale zrezygnować ze swoich upodobań. Kiedy latem 1923 r. dostrzegł na Rynku Kościuszki pod 7 nowo otwarty skład manufaktury, postanowił go zamknąć. Dobrał do spółki Kalmana Ziberblata i Jakuba Machaja, no i razem pozbawili handlowca Juchniewicza całego towaru na 500 mln marek.   Hinty (psy), jak nazywano policję kryminalną, nie próżnowały. Złodzieje wpadli z częścią łupu. Szepes na rok przeprowadził się z Młynowej 28 do mało przytulnej cel w „szarym domu”. Kiedy wyszedł zza kratek, postanowił zmienić klimat.
  Miał znajomków w Grodnie, którzy zaproponowali mu robotę u siebie. Było to mieszkanie zamożnego fabrykanta, a w nim komoda wypełniona biżuterią i innymi wartościowymi drobiazgami. Niestety na cudzych śmieciach skok wypadł fatalnie. Kosztował on Szepesa półtora roku wolności.
  Rok 1927 przywitał Chaim w swoim mieszkaniu przy Młynowej 28. Nie zamierzał jednak zbyt długo świętować. Już 28 stycznia kancelaria Urzędu Śledczego przy Warszawskiej 6 przyjęła zawiadomienie od Geni Goldfarb z Polnej 20 a. Roztrzęsiona kobieta zgłaszała, że w nocy do jej mieszkania przez dziurę w drzwiach dostało się dwóch osobników. Choć spłoszeni, zdążyli zabrać z przedpokoju dwa futra wartości 5.500 zł.
  Ponieważ ul. Polna była ulubionym miejscem spacerów znanego złodzieja z Młynowej, policjanci ruszyli tym tropem. Zanim jednak dostali Szepesa ten zdążył odstawić jeszcze jeden numer. Tym razem w biały dzień otworzył wytrychem drzwi do mieszkania doktora Emila Lwa z ul. Jurowieckiej i pozbawił go złotego zegarka, Złotego Krzyża Zasługi i innych odznak wojskowych.
  Wkrótce Chaim Szepes na dobre zniknął z kronik kryminalnych białostockich gazet. Jednak dom na Młynowej pod 28 wcale nie stracił na atrakcji dla posterunkowych z IV Komisariatu i agentów śledczych. Teraz ich pupilem stał się Zewel Szuster, duży macher od kradzionego węgla i nafty.

Włodzimierz Jarmolik

Majówka 2018. Przedstawiamy kilkadziesiąt atrakcji Województwa Podlaskiego

W tym roku majówka będzie wyjątkowo długa. W wersji minimalnej 4 dni, w wersji maksymalnej 9. Zależy od tego – kto, kiedy dostanie urlop. Przedstawiamy najciekawsze miejsca i kilkadziesiąt atrakcji województwa podlaskiego.

 

Na południu województwa dobrze jest odwiedzić takie miejsca jak historyczną stolicę Podlasia czyli Drohiczyn i jego okolicę – Niemirów, Mielnik, Grabarkę, a także Białowieski Park Narodowy – po obu jego stronach – włączając w to pobliski Zalew w Siemianówce. Na wschodzie nie powinniśmy omijać Kruszynian, Krynek, Poczopka, Kopnej Góry, Supraśla, a także Królowego Mostu i Kołodna. Na północy koniecznie trzeba zajrzeć w takie miejsca jak Augustów, Giby, Wigierski Park Narodowy, a także Puńsk, Wiżajny i po sąsiedzku Stańczyki. Na zachodzie będzie do zwiedzenia Narwiański Park Narodowy – a tam Waniewo, Śliwno, Kurowo i Kruszewo, a takżę Tykocin, Kiermusy i Strękowa Góra. Później przejedźmy się carskim traktem – już w Biebrzańskim Parku Narodowym – dojeżdżając do Osowca-Twierdzy i Goniądza.

 

Co konkretnie zwiedzać?

Majówka 2018. Atrakcje województwo podlaskie – południe

Na południu, w Drohiczynie zobaczyć możemy Górę Zamkową, okazały kościół i klasztor – a także znajdujące się tam krypty. Dodatkowo 2 inne klasztory, cerkiew z końca XVIII wieku, zegar słoneczny, dąb papieski. Można też wykupić rejs statkiem po Bugu.

 

 

Dobrym pomysłem będzie zobaczenie Góry Zamkowej w Mielniku, ruiny kościoła przy tej górze, a także cerkiew z 1823 roku, kościół z 1720 roku, synagogę, kopalnię kredy, rezerwat przyrody, a także w okolicy Kurhany w Maćkowiczach i Osłowie, cmentarzysko, kościół z 1780 roku, a także punkty widokowe i sowieckie schrony w Niemirowie. Dodatkowo cerkiew i kościół w Tokarach. Do tego w Grabarce – oczywiście miejsce sacrum polskiego prawosławia – święta góra, na której wierni pozostawili tysiące krzyży wraz ze swoimi prośbami i modlitwami.

 

Białowieski Park Narodowy to przede wszystkim rezerwat pokazowy żubrów, muzeum, park pałacowy, Stara Białowieża (rezerwat ścisły), a także kilka interesujących szlaków. Nad Siemianówką warto zobaczyć oczywiście zalew. W Bondarach jest wieża widokowa, a także nowe pomosty – gdzie można się zrelaksować. Kąpieli na miejscu nie polecamy, gdyż woda w zalewie jest bardzo brudna.

 

Majówka 2018. Atrakcje województwo podlaskie – wschód

Na wschodzie w Kruszynianach możemy zobaczyć jak żyją polscy tatarzy. Na miejscu zwiedzić możemy meczet, a także zjeść tatarskie potrawy. W Krynkach napotkamy natomiast ogromne rondo, w środku którego znajduje się park. Dodatkowo warto zajrzeć na żydowski cmentarz. W Poczopku obejrzymy Silvarium – przepiękny ogród, w którym z bliska będzie można zobaczyć okazałe sowy. W Kopnej Górze natrafimy na ślad powstańców, zaś w Supraślu obejrzymy monastyr, zalew na rzece, pałac czy też wiele innych atrakcji. Będziemy mogli posilić się też typową podlaską strawą.

 

 

W Królowym Moście – obejrzymy przepiękną cerkiew, zaś w Kołodnie zdobyć możemy wzgórza świętojańskie – gdzie znajduje się wieża widokowa, z której zobaczymy panoramę Puszczy Knyszyńskiej.

 

Majówka 2018. Atrakcje województwo podlaskie – północ

Augustów to letnia stolica Polski – gdzie będziemy mogli wspaniale spędzić czas na rynku lub nad rzeką. Warto wybrać się też bulwarami na plażę lub popłynąć w rejs rzeką Rospudą. W Gibach natomiast – odpocząć można nad jeziorami. Jest ich tam w okolicy naprawdę bardzo dużo. Do wyboru do koloru. Wigierski Park Narodowy – to przede wszystkim klasztor, a także przepiękna okolica. W Puńsku możemy zobaczyć jak się żyje wspólnie Polakom i Litwinom. W Wiżajnach mamy kolejny trójstyk granicy – tym razem łączą się ze sobą granice Polski, Rosji i Litwy.

 

 

Stańczyki formalnie leżą już na Mazurach, jednak żal ich nie zobaczyć – bo są prawie na granicy z województwie podlaskim. Gigantyczne akwedukty robią wrażenie zarówno od góry jak i z dołu. Do dawnych mostów kolejowych prowadzi przepiękna aleja.

 

Majówka 2018. Atrakcje województwo podlaskie – zachód

Kruszewo, Waniewo, Śliwno i Kurowo – to cztery miejscowości obok siebie, w których można obserwować rozlewiska Narwii. W tej pierwszej miejscowości czas spędzić możemy nad zerwanym mostem, zaś w drugiej i trzeciej przejść się kładkami – aczkolwiek w tym roku jest to utrudnione, gdyż trwa tam remont. W Kurowie zaś znajdują się kolejne kładki i okazała siedziba Narwiańskiego Parku Narodowego.

 

 

W Tykocinie obejrzeć możemy przede wszystkim przepiękny kościół i synagogę. W dodatku cała okolica czyli Kiermusy, a także droga do Strękowej Góry będzie obfita w niesamowite widoki. We wspomnianej już Strękowej Górze możemy przede wszystkim obejrzeć niesamowite widoki. Jest tam także miejsce pamięci po Władysławie Raginisie – który bunkier chronił aż do wyczerpania zapasów amunicji. Później wysadził schron w powietrze oddając życie.

 

 

Carski Trakt to przepiękne miejsce, na którym znajdziemy kładki do podglądania łosi, a także wieże widokowe. W Osowcu-Twierdzy kolejne kładki i bunkry. W Goniądzu zaś obejrzeć możemy rozlewiska oraz ptasi raj.

 

 

Udanej zabawy!

Irena Białówna taka właśnie była

 

   Całe szczęście, że nie zgodziła się zostać na Uniwersytecie Warszawskim i sama się zesłała na prowincję. Prawdopodobnie bez takiej decyzji setki białostoczan w ogóle by nie przeżyły. Dziś o Doktor Irenie śpiewa nawet białostocki hiphopowiec. A Białystok zawdzięcza jej zbudowanie po wojnie niemal od podstaw lecznictwa pediatrycznego.
  Dla młodszych białostoczan Białówna to tylko patronka ulicy, na której leczą połamańców (chyba każdy w swoim życiu odwiedził ulokowaną na tej ulicy miejską poradnię ortopedyczno-urazową).
  Ale dla starszych mieszkańców Białegostoku to cicha bohaterka. Miejska Siłaczka. Albo – jak kto woli – Doktor Judym w spódnicy. By przeforsować wiele spraw, musiała być jednocześnie delikatna, twarda jak stal i kompetentna. I choć słowo „niezłomna” przez lata stało się jednym z tych wyświechtanych frazesów, które trącą patosem, to jednak nie da się od tego określenia uciec: Irena Białówna taka właśnie była.
  Czy to przed wojną w bolszewickiej Rosji, czy w piwnicach białostockiego gestapo w czasie okupacji, czy w kilku obozach koncentracyjnych, czy wreszcie znów w powojennym Białymstoku, który podnosił się z ruin i wszystko w nim trzeba organizować od podstaw. M.in. położnictwo, system opieki nad umierającymi niemowlętami, dziećmi i matkami.
  Ale nim Irena na swoje miejsce na ziemi wybierze Białystok, 27 lat wcześniej, w 1900 roku, przychodzi na świat kilka tysięcy dalej kilometrów na Wschód – w Carycynie (obecnie Wołgograd). Rodzice to polscy inteligenci, którzy zdecydowali się wyjechać aż tam w poszukiwaniu pracy. Ojciec, Józef Biały, jest inżynierem kolejnictwa, matka – Kazimiera z Kobylińskich – nauczycielką i społeczniczką. Irena rodzi się jako jedno z pięciorga dzieci.
  Gdy w Europie kończy się pierwsza wojna światowa, Irena pisze maturę w Jelcu (ówczesna gubernia orłowska) i zaczyna pracę jako przedszkolanka. Gdy na Kresach zaczyna się wojna polsko-bolszewicka, a Polacy bronią niepodległości, w 1920 roku Irena wstępuje na Wydział Lekarski Uniwersytetu w Woroneżu.Ale rodzina Białych się decyduje: wracamy do Polski. I wracają – w sierpniu 1921 roku.
  Irena postanawia zamieszkać w Warszawie. Zaczyna studia na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Warszawskiego i właściwie od początku wie (może bycie przedszkolanką przez półtora roku miało znaczenie?): chce się skupić na pediatrii. Jest tak chłonna wiedzy, zaangażowana i nieustająco pewna swojej decyzji, że jeszcze będąc na studiach, na IV roku, prowadzi studenckie koło pediatryczne w klinice kierowanej przez prof. Mieczysława Michałowicza.
  Nic dziwnego, że taką studentkę na uczelni zapamiętano. I miano co do niej plany. A jednak Białówna, już z dyplomem doktora wszech nauk lekarskich, uzyskanym w 1927 roku, wie, co chce dalej robić. Decyduje się zamieszkać w Białymstoku.
– Nie skorzystała z propozycji pracy na uczelni – podkreślają Mieczysław Sopek i Magdalena Szkudlarek, doktorzy nauk medycznych związani z Uniwersytetem Medycznym w Białymstoku, którzy przypominali Irenę Białównę w Medyku Białostockim z kwietnia 2012.Lekarka mogła zostać w stolicy, wybrała jednak pracę w prowincjonalnym mieście. I pozostała mu wierna do końca życia.
Dwie odważne kobiety
  Jest rok 1927, Białówna ma lat 27. I powoli, mozolnie, wręcz od podstaw zaczyna swoją pracę lekarza w mieście. Pracuje w szkołach podstawowych. W tzw. stacjach opieki nad niemowlętami. Jako wolontariuszka w szpitalu miejskim im. św. Rocha. Jako organizatorka letnich kolonii dla dzieci z rodzin biednych i patologicznych. Sprawdza, w jakich warunkach żyją, stara się pomóc. Największą biedotę leczy za darmo, dając jeszcze pieniądze na wykupienie leków.
Na 9 miesięcy przed wybuchem II wojny światowej zaczyna pracować jako lekarz pediatra w Ubezpieczalni Społecznej w Białymstoku. Zawsze we właściwym miejscu, zawsze na posterunku. Właściwie to nigdy z niego nie zeszła.
Kampania wrześniowa: to pod jej opieką w Białymstoku i okolicach funkcjonują punkty opatrunkowe PCK dla rannych mieszkańców i żołnierzy.
Wkroczenie Sowietów i ich „porządki” w mieście: Białówna prowadzi oddział dziecięcy w szpitalu przy ul. Fabrycznej.
  AKCJA “Nieznani bohaterowie naszej niepodległości”
Białystok zajmują Niemcy i tworzą getto: Białówna wraz z innymi lekarzami ewakuuje chore dzieci na ul. Warszawską – szpital przy Fabrycznej znalazł się na terenie getta.
Okupacja niemiecka: Białówna wraz dr Anną Ellert starają się jak mogą, by zapewnić opiekę i leczenie wszystkim dzieciom, które tam trafią: polskim, żydowskim, i dzieciom obywateli ZSRR, które zgubiły się podczas wojennej zawieruchy.
  Obie kobiety wykazują się wielką odwagą: przy szpitalu nielegalnie tworzą zakład opiekuńczy dla maluchów, w którym ukrywają dzieci żydowskie. Dla dzieci powyżej trzech lat tworzą drugi, przy Sitarskiej. Jak dają radę? Nie wiadomo.
Pomaga wszędzie
  Ale Białównej to nie wystarcza. Angażuje się w konspirację, współpracuje z AK. Przyjmuje pseudonim „Bronka”. Tu też korzystają z jej zdolności przywódczych – jest szefową Wojskowej Służby Kobiet w Sztabie Obwodu AK w Białymstoku.
  Niestety, gestapo wpada na trop siatki w marcu 1942 roku. Jak szacuje Eugeniusz Bernacki w „Białostocczyźnie” z 1994 roku – aresztowano wówczas kilkadziesiąt osób, z których rozstrzelano około 60 osób. Białówna znalazła się wśród nielicznych, którym udało przeżyć. Siedzi pięć miesięcy w piwnicach białostockiego gestapo, potem trafia do miejscowego więzienia.
 

Nie kombinuj, nie przerywaj, pisz prosto [PORADNIK CEZAREGO ŁAZAREWICZA]
I tu też działa. Razem z innymi osadzonymi lekarzami leczy, na ile może, chorych współwięźniów. Nie wiadomo, jak to robi – bez środków, w kiepskich warunkach – ale opanuje epidemię duru plamistego. Sama będąc chorą.
Najgorsze jednak przed nią – lekarkę wywożą do obozu koncentracyjnego. Najpierw Brzezinka. Potem Ravensbrück, Gross Rosen i Neunbrandenburg.
Nie załamuje się, pomaga współwięźniom, szczególnie matkom z małymi dziećmi. I znów działa. To m.in. dzięki jej staraniom w Birkenau wydzielony zostaje barak szpitalny dla chorych dzieci, które dostają dodatkowe porcje żywnościowe.
  Hart i dobroć
W publikacji „Lekarze – więźniowie w Auschwitz-Birkenau” Zdzisław Ryn wylicza kilkanaście lekarek więźniarek, które „w historii lecznictwa polskiego zapisały się złotymi zgłoskami”. Wśród nich – Irenę Białównę.
– Wszystkie z narażaniem życia zmieniały dokumentację lekarską, fałszowały rozpoznania, zmieniały daty przybycia do obozu i na rewir, przenosiły lżej chore z bloku na blok, by w ten sposób zamaskować długi pobyt w szpitalu, a wszystko po to, by chronić więźniarki przed selekcją. Wykazywały przy tym odwagę i pomysłowość – pisze Ryn.
  A o białostockiej lekarce dopowiada jeszcze: – Irenie Białównie udało się wyreklamować od selekcji wiele więźniarek, wśród nich Żydówkę, dentystkę o nazwisku Mazo. Bez reszty poświęciła się chorym, szczególnie dzieciom, wykazała niezwykły hart, niezłomny charakter, imponującą postawę, odwagę, zaradność, dobroć. W ratowaniu chorych uciekała się do najwymyślniejszych wybiegów.
  Białównie wyleczenie i życie zawdzięcza m.in. Tamara Faszczewska z podlaskich Folwarków Tylwickich, która do obozu w Birkenau trafiła wraz z matką Olgą Repnik i siostrą Lidką. O ich przeżyciach córka pani Tamary Irena Rożko opowiedziała dziennikarce „Przeglądu Prawosławnego”.
  „Praca ponad siły, niedożywienie, chłód zrobiły swoje. Tamara zachorowała. Wysoka gorączka, dreszcze. – Tyfus – Irena Białówna, znana białostocka lekarka pediatra, więźniarka, która pracowała w obozowym szpitalu, nie miała wątpliwości. A to oznaczało śmierć. Chorych na tyfus Niemcy od razu kierowali do komór. Białówna wystawiła błędną diagnozę – ocaliła Tamarę. Ta wciąż zamartwiała się o swoje dzieci. (…) [Po wojnie] Olga Repnik po raz kolejny brała się z życiem za bary. Wystarała się o pomoc z UNRR-y, uzyskała prawo do opuszczonego domu, podjęła pracę w gminie w Zabłudowie. Nie było sprawy, której nie potrafiłaby załatwić. Często odwiedzała doktor Białówną w Białymstoku – obozowa przyjaźń wytrzymała próbę czasu” – pisała Ałła Matreńczyk.
  Doktor Irena zakasuje rękawy
Białówna obozowy koszmar przeżyje, dotrwa do wyzwolenia ostatniego obozu przez aliantów. Zaraz potem trafia do Szwecji, gdzie wycieńczone więźniarki poddawano kuracji i pomagano dojść do siebie. Po kilku miesiącach decyduje, że wraca do domu. Był wrzesień 1945 roku. A Białówna już 15 października przystępuje do pracy – jako pediatra w Ubezpieczalni Społecznej.
  Białystok podnosi się z ruin, wszystko zaczyna od nowa. Od nowa trzeba było organizować też opiekę medyczną i szpitalnictwo. Doktor Irena, nie zważając na własne zdrowie, zakasuje rękawy i zajmuje się innymi. Łatwo nie jest. Jak zbudować system opieki medycznej, skoro nie ma nic, medycyna białostocka w szczątkowej postaci, problem ze środkami, lekami i przede wszystkim lekarzami?
Eugeniusz Bernacki przypomina: – Aż do lat 50. w Białymstoku było tylko trzech pediatrów, zaś choroby wieku dziecięcego były podówczas znacznie groźniejsze niż dziś.
Dopiero w 1950 roku, gdy powstaje Akademia Medyczna, do Białegostoku przyjedzie wielu lekarzy z Wilna i innych części Polski.
  Nim do tego dojdzie, Białówna leczy setki dzieci, w szpitalu, i prowadząc prywatną praktykę. Dzieci z ubogich rodzin – znów, jak przed wojną, leczy za darmo, znów nieraz oddając swoje pieniądze na wykupienie lekarstw.
Już w kwietniu 1946 roku zostaje powołana na dyrektora w Centralnej Wojewódzkiej Poradni Matki i Dziecka oraz Specjalistycznego Zespołu Opieki Zdrowotnej nad Matką, Dzieckiem i Młodzieżą. Funkcję tę sprawuje przez prawie 30 lat.
  Robi specjalizację z pediatrii II stopnia i w zakresie ochrony zdrowia. Zostaje ordynatorem oddziału dziecięcego Wojewódzkiego Szpitala im. Śniadeckiego. Organizuje Państwowy Dom dla Małych Dzieci, oddziały noworodków i pediatryczne w szpitalach. Tworzy (i mu prezesuje) oddział Polskiego Towarzystwa Pediatrycznego i działa w międzynarodowym; działa też w rozmaitych radach naukowych przy różnych instytucjach.
W międzyczasie (1957-61) zostaje posłem na Sejm.
I nieustannie szkoli innych.
Dar ze Szwecji

Tak mocno angażuje się w edukowanie, że w końcu tworzy do takich działań konkretne miejsce. To Ośrodek Szkoleniowy Społecznej Pediatrii i Położnictwa – dla lekarzy i pielęgniarek. Zwany nieprzypadkowo „domkiem szwedzkim”. Kontakty z czasu pobytu w Szwecji procentują – domek był darem szwedzkiego towarzystwa Radda Barnen, współdziałającego z UNICEF-em. Kosztował podobno co najmniej 100 tys. dolarów. Drewniany budynek, w typie długiego baraku przyjechał w częściach, wraz z wyposażeniem ze Szwecji i tu został zmontowany przez monterów, którzy wraz z darem przybyli do Białegostoku.
W 1959 roku domek stanął przy ul. Wołodyjowskiego, i jak na owe czasy był nowoczesny i innowacyjny. Poza salami szkoleniowymi znalazła się tam biblioteka, kuchnia i 36 miejsc noclegowych. Niestety, budynek niedawno został rozebrany.
Szkolenia sprzed ponad pół wieku i doktor Białównę dobrze zapamiętała dr Franceska Michalska, lekarz pediatra I I II stopnia, ordynatorka oddziału dziecięcego szpitala w Siemiatyczach.
– W latach 1957-61 dr Białówna była posłem na Sejm i w Białymstoku po wojnie bardzo dużo zdziałała. Siemiatycze oraz ja dużo jej zawdzięczany. Trudno było coś przeprowadzić z miejscową władzą, gdyby nie poparcie dr Białówny z Białegostoku. Nigdy nie odmawiała przyjmowania dzieci chorych do szpitala do Białegostoku. Uczestniczyliśmy jako pediatrzy w szkoleniach w Białymstoku, w tzw. domku szwedzkim. Były tam dobre warunki, pokoje jednoosobowe, stołówka.
  Szkolenia trwały dwa dni w miesiącu. Przypadki, które były nie do rozwiązania w Siemiatyczach, tam były rozwiązywane. Człowiek dużo się uczył, ale też i zbierał pochwały za zmniejszanie śmiertelności wśród noworodków w Siemiatyczach. Jeśli się zdarzało, że brakowało personelu w Siemiatyczach, to dr Białówna przysyłała z Wojewódzkiego Ośrodka Zdrowia lekarza do Siemiatycz na trzy miesiące. Podobnie było, gdy jeździłam robić specjalizację do Warszawy. Na zastępstwo byli przysyłani lekarze z Białegostoku – opowiadała dr Michalska Marcinowi Kornilukowi z tygodnika „Głos Siemiatycz”, przypominając, że dziadek dr Białówny jest pochowany na cmentarzu właśnie w Siemiatyczach.
Kwiaty samolotem
O tym, jak bardzo ceniono dr Irenę, nie tylko w Białymstoku, ale i za granicą, z którą utrzymywała zawodowe kontakty, jedenaście lat temu wspominał w Biuletynie, piśmie Okręgowej Izby Lekarskiej, jego redaktor naczelny – prof. Jan Stasiewicz:
– Pamiętam Panią Doktor, zaprzyjaźnioną z moimi Rodzicami, gdy badała mnie z powodu przeciągającej się infekcji. Była niezwykle serdeczna i pełna ciepła, ale równocześnie konkretna i stanowcza. Pamiętam też pewne wydarzenie z lat 60., drobne, jednak wiele mówiące. Dr Białówna leżała jako pacjentka w Klinice Neurologii. Otrzymała wówczas drogą lotniczą od przyjaciół ze Szwecji ogromny bukiet ponad 100 goździków, wielkich, pachnących, o wspaniałych barwach; w czasach szarego PRL-u wzbudziły one w szpitalu zrozumiałą sensację. Dr Białówna obdarowała kwiatami lekarzy i pielęgniarki – wspomina prof. Stasiewicz, którego ojciec, Witold Stasiewicz po przyjeździe z Lidy do Białegostoku po wojnie również wraz z innymi lekarzami zaczął odbudowywać szpitale, przychodnie i poradnie w całym województwie.
Tak więc…

Pani Doktor, Doktor Irena, Doktor Białówna, „Bronka”…
   Niezwykła postać, łącząca medyczny profesjonalizm ze społecznikowskim zapałem. Nawet już po odejściu na emeryturę, w 1972 roku, jeszcze przez trzy lata pracowała w niepełnym wymiarze godzin w Specjalistycznym Zespole Opieki Zdrowotnej. Zmarła w 1982 roku. Jest pochowana w grobowcu na cmentarzu farnym w Białymstoku.
   Została po niej ulica w centrum miasta, wdzięczna pamięć, tych, którzy mieli okazję z nią się zetknąć, dziesiątki wyszkolonych medyków, setki, a raczej tysiące uratowanych dzieci.
  Śpiewa o niej nawet białostocki raper – Michał „Cira” Ciruk, na „Pocztówkach z miasta B.” przypominających zasłużonych białostoczan.
18 lat temu, w plebiscycie – „Białostoczanin XX wieku” głosami mieszkańców Doktor Białówna znalazła się na czwartym miejscu – po Ludwiku Zamenhofie, dyrygencie i kompozytorze Jerzym Maksymiuku, prof. Marianie Szamatowiczu, polskim prekursorze metody in vitro.

Monika Żmijewska

Pierwsza polska gazeta w mieście

 
   Konstanty Kosiński ją redagował, użerał się z władzami, pisał, organizował akcje społeczne, uczył… Był rok 1912, car jeszcze rządził sporą częścią świata, a energiczny dziennikarz zaczynał misję w Białymstoku.
  Do Białegostoku wrócił, ledwo skończył Wydział Matematyczno-Fizyczny Uniwersytetu Moskiewskiego. Uczyć młodzież chciał, ale chciał coś jeszcze – dać rodzinnemu miastu gazetę. Nie tylko społeczną, blisko mieszkańców, reagującą, komentującą. Ale przede wszystkim wydawaną w języku polskim.
  To było coś! W końcu trwa zabór rosyjski. W Białymstoku rosyjski jest też językiem urzędowym. Na wszystko trzeba mieć zgodę władz carskich. Ale buta i odwaga młodego pasjonata się opłacają. Z grupą młodych ludzi Kosiński zwraca się do gubernatora o koncesję na wydawanie gazety w języku polskim. Pierwszy warunek konieczny, by zgodę dostać – ukończone 25 lat wydawcy – był spełniony: Kosiński tyle w 1912 roku ukończył.Z resztą łatwo nie było, ale się udało.
   Kosiński i jego znajomi w końcu otrzymali zgodę obwarowaną wieloma zastrzeżeniami, z których najważniejszym było zachowanie bezbarwności politycznej. Z kolei przestrzeganie tego warunku narażało wydawców na ostre słowa krytyki ze strony czytelników.
   Ale pierwsze koty za płoty. Kosiński zostaje naczelnym i wydawcą jednocześnie. Z młodym dziennikarzem współpracują: dr Alfred Żołątkowski, Franciszek Gliński, Henryk Noskiewicz, Bogdan Ostromęcki. Pierwszy numer gazety wydają 18 listopada 1912 roku.
   Wychodzi jako tygodnik, ma podtytuł „poświęcona sprawom Białegostoku i Gubernji Grodzieńskiej”, a z czasem jeszcze adnotację: „wychodzi na każdą niedzielę”.
   Numer miał 16 stron, kosztował 5 kopiejek, a redakcja była czynna codziennie, od godz. 10 do 1 i od 4 do 20. Kto chciał, mógł pogadać bezpośrednio z żurnalistami – gazeta informowała, że „redaktor przyjmuje od 11 do 12 rano”. Wystarczyło przyjść na ul. Tykocką do Domu Gwina. W samym centrum – Tykocką nazywano bowiem odcinek Lipowej między rynkiem a Kupiecką (dziś Malmeda).
Mówiono o niej też Wąska Lipowa, by odróżnić od szerokiej, czyli tej od cerkwi aż do św. Rocha.
   Pierwsza i jedyna gazeta w języku polskim ukazująca się w Białymstoku w czasach zaboru rosyjskiego zmieniała myślenie mieszkańców. O tym, jak wielką rolę odegrała w życiu miasta, jaką nową jakość stworzyła, można by pisać i pisać, wszystkie peany zaś najkrócej ująć tak: łączyła społeczeństwo, podkreślała ważność narodowego języka i potrzebę skupienia się na sprawach społecznych miasta. Które, jeszcze tego nie wiedząc, stało właśnie u progu przemiany całego świata. Za dwa lata wybuchnie pierwsza wojna światowa, zaczną zmieniać się granice, tworzyć nowa Polska. „Gazeta Białostocka” w pewnym sensie pokazuje ten świat w symbolicznym przededniu.
   Na razie pierwszy numer wychodzi, a w nim odezwa redakcji:
„Do rąk Waszych szanowni czytelnicy oddajemy dziś pierwszy numer “Gazety Białostockiej” – pierwszej stałej gazety polskiej w kraju tutejszym… Nie jest ona taką, jaką chcielibyśmy widzieć ją, jaką wyobrażaliśmy sobie w marzeniach naszych! Nie jest ona doskonałą, lecz to nas nie zraża i nie powinno zrażać też czytelników naszych, ponieważ doskonałości stworzyć od razu nie można.
   Jak człowiek rodzi się słabym i tylko po dłuższym czasie dochodzi do sił – mężnieje, tak i gazeta musi mieć czas na wzrost i udoskonalenie się…
   A chcemy, by “Gazeta Białostocka” była doskonałą, by odpowiadała jak najlepiej potrzebom całego społeczeństwa, by stała się rzeczywiście gazetą społeczną. Wierzymy, że to nasze życzenie jest życzeniem całego społeczeństwa i że przy pomocy Bożej i poparciu dobrych ludzi uda się stworzyć taką gazetę… Będzie ona pismem bezpartyjnem i niezależnem od żadnych grup i zawsze śmiało i bezstronnie wypowiadać swoje zdanie… Niech każdy zrobi, co może – wtedy wspólnemi siłami stworzymy poważną placówkę kulturalną.Do pracy więc! Redakcja”.
   Peruki do wynajęcia
W pierwszym numerze znalazła się refleksja o tym, że działalność społeczna w mieście i w ogóle jakoś opadła z sił. „Po wytężonej pracy przyszło zmęczenie i niwa społeczna legła znów odłogiem. Zapaleni działacze uspokoili się i machnęli ręką na wszelką działalność społeczną. A przecież…”.
   W jednym z artykułów redakcja domaga się „sprawiedliwości dla kobiety”:
„Kto kobietę uważa nie tylko za maszynę do rodzenia dzieci, lecz widzi w niej miłego i wdzięcznego, a sobie równego towarzysza i pomocnika, kto w niej szanuje godność matki i żony, ten powinien wpłynąć na Główny Zarząd Stowarzyszenia Robotników Katolickich, aby tenże postarał się u władz o zmianę niesprawiedliwego paragrafu” (poszło o to, że w czasie choroby członek stowarzyszenia dostaje najwyżej 40 kop. dziennie, a przecież w przypadku kobiet, które opłacają składki na równi z mężczyznami – jak zauważa gazeta – wydatków jest więcej, np. w trakcie połogu).
   W numerze znaleźć też można garść wieści z miasta, przegląd polityczny z całego świata, korespondencję z Grodna, opowiadanie Jerome’a K. Jerome, wspomnienie zmarłego właśnie właściciela pierwszorzędnego zakładu fryzjerskiego Jozefata Polińskiego, który był też pasjonatem teatru, pisał sztuki, wystawiał, deklamował.
   A także całkiem sporo reklam budowanych w charakterystycznym przedwojennym stylu.
Choćby taki cymesik: „Wszyscy zachwycają się tylko patefonami. Grają bez igły, czysto głośno i naturalnie. Uprasza się o przekonanie w magazynie Z. M. Rybickiego przy ul. Niemieckiej”.
   Albo: „Fryzjer Józef Tofiło. Mikołajewska ulica, dom Pinesa. Poleca wszelkie wyroby z włosów; peruki do wynajęcia na maskarady; mycie i farbowanie głów z momentalnem suszeniem”.
  Albo: „M. Samitowska. Szewc w Białymstoku, przy ulicy Lipowej, dom Epsztejna, vis-a-vis soboru. Uprasza się o nadsyłanie dokładnej wiadomości o stanie nogi, braniu miary, wieku i jakiej formy obuwie ma być zrobione: szerokiej, średniej i spiczastej”.
   Gazeta dotrwa niemal do wybuchu pierwszej wojny światowej – ostatni 75. numer wyjdzie 16 maja 1914 r.
Więc nieomal w przededniu wybuchu wojny. W kwietniu 1915 r. „Gazeta Białostocka” zaczęła wychodzić ponownie, w zmniejszonej, ośmiostronicowej objętości; zmalała również liczba współpracowników. W okresie okupacji niemieckiej ukazywała się jako pismo codzienne w ciągu dwóch tygodni (z przerwami). Ostatecznie została zawieszona 24 października 1915 roku – precyzuje Lucyna Lesisz.
   Wszędzie go pełno
Kosiński, nauczyciel z zawodu, którym zresztą po zamknięciu gazety będzie nadal, przypomina trochę pozytywistycznych organiczników. Gdy przychodzi I wojna światowa, a w Białymstoku miejsce po zaborcy rosyjskim zajmuje niemiecki okupant, Kosiński wraz z innymi organizuje szkolnictwo polskie. To właśnie na łamach swojej gazety ogłasza powołanie Towarzystwa Popierania Szkoły Polskiej. I jako jeden z pierwszych z białostockiej elity zbiera fundusze na ten cel, kwestując m.in. wraz z Marianem Dederką, ks. Stanisławem Hałką, Marią Kościanką.
   Dzięki nim już 6 listopada 1915 roku przy ulicy Kraszewskiego 13, w kamienicy Władysława Ostrowskiego otwarto szkołę powszechną. Jej kierownikiem został Michał Motoszko. Nauczycielkami były: Zofia Szmidtówna, Czesława Ostaszewska-Kosińska i Emilia Wenclikówna – opowiada Andrzej Lechowski, białostocki historyk, dyrektor Muzeum Podlaskiego.
   Gdy zaś pojawił się problem, z czego utrzymać powstające białostockie szkoły, to Kosiński właśnie wraz z innymi białostockimi społecznikami wymyśli, że może by tak zorganizować przedstawienia, z których dochód przeznaczyć na nauczycielskie pensje.
   9 stycznia 1916 roku zorganizowano pierwsze amatorskie przedstawienie. Wystawiono niezbyt ambitne „komedyjki” – „Świdrykowski jedzie” i „Z rozpaczy”. Czysty dochód z tego przedsięwzięcia wyniósł 495 rubli, dzięki czemu 10 nauczycieli miało miesięczne wynagrodzenie! Sukces zmobilizował grono działaczy, którzy spotkali się w domu państwa Różyckich przy Fabrycznej 53. Zjawili się tu Konstanty Kosiński, Apolonia Srzedzińska, Michał Motoszko i Stanisław Ostrowski. Podejmował ich Zygmunt Różycki, niestrudzony organizator życia teatralnego w Białymstoku.
   Angażował aktorów, wynajmował sale, reżyserował i grał. W efekcie tych spotkań 12 lutego 1916 roku powstało Towarzystwo Dramatyczne “Pochodnia”. W jego statucie, w 5 paragrafie zapisano, że ma ono zająć się „szerzeniem zamiłowania do sztuki dramatycznej i oświaty wśród najszerszych mas za pomocą odczytów popularnych, pogadanek, wycieczek krajobrazowych, przedstawień teatralnych, koncertów, zabaw, urządzania bibliotek i czytelń, wydawania szczegółowych sprawozdań ze swej działalności, pism, broszur oraz tworzenia stypendiów szkolnych dla dzieci członków Towarzystwa”.
  Nauczyciel i radny
Ale Kosińskiemu społecznych poczynań było ciągle mało. I gdy we wrześniu 1919 roku w niepodległym Białymstoku rodził się pierwszy samorząd miejski – w jego skład (na kadencję 1919-22) wszedł również założyciel pierwszej polskiej gazety w Białymstoku.
  A gdy w międzywojennym Białymstoku tworzono nową gazetę – nie mogło zabraknąć i Kosińskiego, który miał przecież ogromne doświadczenie wydawnicze. Gdy 6 kwietnia 1919 roku ukazywał się pierwszy numer „Dziennika Białostockiego”, Kosiński był jego redaktorem. Później już z nim tylko współpracował.
   Zajął się zaś kolejną pasją – nauczaniem. W latach międzywojennych był nauczycielem matematyki w Gimnazjum Państwowym im. Zygmunta Augusta. Sekretarzował i prezesował białostockiemu Towarzystwu Nauczycieli Szkół Średnich i Wyższych. W 1934 roku był dyrektorem Państwowego Gimnazjum im. Adama Mickiewicza w Prużanie.
   Pedagogicznie nie spoczął nawet w czasie okupacji niemieckiej – kiedy wiosną 1942 roku w Białymstoku powstała Wojewódzka Organizacja Tajnego Nauczania w Białymstoku, stanął na jej czele wraz z Marią Kolendo. Jako nauczyciel pracował też po wojnie – ucząc matematyki w II LO w Białymstoku.
   Dziennikarz, samorządowiec, społecznik, współtwórca działań na rzecz teatru, nauczyciel…
A przecież jeszcze współzakładał Muzeum Regionalne. Współtworzył – będąc w składzie komitetu redakcyjnego – monografię Białegostoku opracowywaną przez Henryka Mościckiego. Organizował Polskie Towarzystwo Krajoznawcze w Białymstoku.
   Zmarł w 1961 roku w wieku 74 lat. Jest pochowany na białostockim cmentarzu farnym.Dobrze, że mieliśmy w Białymstoku takiego Kosińskiego.

Monika Żmijewska

Afera z pięcioma złotymi w tle

 

W 1925 r. Warszawa, a z nią cały kraj, żyła wielkim skandalem, który wybuchł w tamtejszym Urzędzie Śledczym. Wyszło na jaw, że aspirant Daniel Bachrach, wszechwładny szef brygady do walki z fałszerzami pieniędzy, sam kierował szajką podrabiającą nowo wprowadzone do obiegu złotówki.
   Oczywiście został natychmiast wylany z pracy, wraz z innymi zamieszanymi w aferę policjantami, którym patronował zastępca naczelnika Urzędu Śledczego, Ludwik Kurnatowski. Wsypa ta nie odstraszyła rzecz jasna innych hochsztaplerów. Wiedzieli oni, że pieniądze najlepiej zarabiać na ich podrabianiu. Fałszywe 5, 10 i 20-złotówki wytwarzane w zakamarkach warszawskich Nalewek rozchodziły się po całej II RP.
   Trafiały do Łodzi, Poznania, na Śląsk i do Gdańska. Tam znajdowały się filie centrali, których zadaniem było rozprowadzenie po terenie trefnego towaru. Również ówczesny Białystok pełnił taką rolę. Fałszywki nie tylko kursowały po mieście, na co uskarżał się miejscowy Urząd Pocztowy przy ul. Kościelnej i oddział Banku Polskiego przy Warszawskiej, lecz były zwłaszcza kolportowane na wschodnich obszarach województwa białostockiego – w okolicach Grodna, Wołkowyska, Baranowicz i Słonima. Tamtejsza ludność słabo orientowała się w wyglądzie obowiązujących aktualnie nominałów.
   Bank Polski robił wszystko, aby ostrzec przed przyjmowaniem podróbek. Lokalna prasa drukowała ich podobizny i wskazywała błędy różniące od oryginału. W 1924 r. agenci białostockiej Ekspozytury Urzędu Śledczego z ul. Warszawskiej wpadli na trop bandy, która zajmowała się w Białymstoku fałszerskim procederem. Na jej czele stał Owsiej Szlapak, z zawodu szewc, zamieszkały przy ul. Siennej.
   Dobrał on sobie do pomocy kilku wytrawnych, kresowych szmuglerów, którzy już za okupacji niemieckiej zajmowali się przemytem sacharyny. Byli to m.in. Josel Trubowicz z Baranowicz oraz Josel Szewkin i Chaim Węgier z Lachowicz. Policyjni wywiadowcy zainteresowali się najpierw Węgrem. W kartotece EUS figurował on jako zawodowy przemytnik.    Podczas kolejnej wizyty w Białymstoku został zatrzymany na dworc u przez podkomendnych naczelnika V Komisariatu Franciszka Pierso, szczególnie ciętego na gagatków z rozmaitą kontrabandą. Rewizja jednak nic nie dała. Fałszywych pieniędzy nie znaleziono. Węgier został, acz bardzo niechętnie, zwolniony i wsiadł do pociągu.
   Niebawem po jego wyjeździe, z Baranowicz nadeszła do białostockiej kancelarii EUS informacja o pojawieniu się tam nowej partii fałszywych 5-złotówek.
   Na początku października jeden z wywiadowców dostrzegł w tłumie pasażerów na stacyjnym peronie dwie znajome sobie facjaty. Byli to Trubowicz i Szewkin. Zaczął ich dyskretnie śledzić. Kresowi szmuglerzy udali się na ul. Lipową do hotelu Bristol. Wynajęli pokój i do wieczora nie ruszali się z miejsca. Dopiero kiedy zapadł zmrok, wyszli na spacer, który doprowadził ich na ul. Sienną do domu szefa, czyli Owsieja Szlapaka. Cały czas posuwała się za nim policyjna czujka.
   Następnego dnia rano obaj kontrabandziści opuścili hotel, wzięli dorożkę i kazali wieźć się na dworzec. Tam kupili bilety do Słonima i kiedy podstawiono pociąg rozsiedli się wygodnie w wagonie. Wtedy do akcji wkroczyli wywiadowcze asy.
   Aresztowali obu mężczyzn i doprowadzili na kolejowy posterunek. Jakie było jednak zdziwienie policjantów, gdy przy zatrzymanych nic nie znaleziono. Przeszukanie zajmowanego przez nich przedziału także nie dało pozytywnych rezultatów. Dopiero w sąsiednim odkryto paczkę, a w niej 200 podrobionych 5złotówek. 
   We wrześniu 1925 r. przed Sądem Okręgowym odbył się głośny proces. Choć prowodyr Szlapak zbiegł za granicę, to jego pomagierzy od fałszywek zainkasowali po 5 lat.

Włodzimierz Jarmolik

100-letnia atrakcja w Korycinie. Powstaje tam Park Kulturowy

Korycin od lat próbuje przyciągać do siebie turystów. Jeszcze 15 lat temu to było typowe podlaskie miasteczo. Niedługo po wejściu do Unii Europejskiej – jego oblicze nieco odmieniło się. Dziś wjeżdżając do miasta przy drodze przywita nas murowany wiatrak. Obok znajdują się także szatnie i boisko, gdzie ćwiczy miejscowa drużyna – Kora Korycin. To wszystko w pobliżu zalewu, który latem jest wielką atrakcją.

 

Nie trzeba chyba wspominać, że produkuje się w miasteczku ser koryciński – na podstawie receptury szwajcarskich żołnierzy z czasów potopu. Korycin nie zatrzymuje się w zachęcaniu ludzi do przyjeżdżania tam – teraz będzie stawiać kolejny wiatrak – tym razem 100-letni. Gmina tworzyć będzie Park Kulturowy Korycin-Milewszczyzna. Obejrzymy tam codzienne życie mieszkańców. Drewniany wiatrak pochodzi z Jatwiezi Dużej – wsi, która znajduje się 20 km od Korycina. Jego konstrukcja została rozebrana, a teraz będzie drobiazgowo odtwarzana na terenie tworzącego się Parku.

 

Na pewno warto będzie zobaczyć przedsięwzięcie, gdy będzie już gotowe. Trzymamy kciuki za realizację!

 

fot. Wikipedia / Krzysztof Kundzicz

W kilka minut z obrzeży do Centrum. W Białymstoku rusza coś na kształt SKM!

Od jutra (20.04) po Białymstoku będzie można przemieszczać się pociągami jak autobusami. Choć do tej pory było to już możliwe, to do dyspozycji będziemy mieli “Bilet miejski” za 2 zł. Jest to realizacja pewnej idei – utworzenia Szybkiej Kolei Miejskiej – o którą zabiega wiele środowisk w mieście. Coś, czego oczekiwało wielu mieszkańców od dawna – zaczęło w końcu kiełkować. Na początku w wersji bardzo podstawowej. Jeśli się sprawdzi – warto będzie rozbudować Szybką Kolej Miejską o więcej przystanków.

 

SKM Białystok – tu kupisz bilety: 
https://www.biletyregionalne.plhttps://www.e-podroznik.plhttps://bilkom.plhttps://www.skycash.com

 

Formalnie Szybka Kolej Miejska nie należy do białostockiej komunikacji miejskiej, więc bilet należy kupować w POLREGIO, której właścicielem są Przewozy Regionalne. Jest to tak zwany “bilet miejski”, który kosztuje 2 zł. Bilety możemy kupić w kasie biletowej PKP, ale też u kierownika danego pociągu, przez internet, a na niektórych kierunkach w biletomacie. Postulat utworzenia SKM był poruszany od wielu lat, jednak zawsze brakowało woli politycznej do jej uruchomienia. Prezydenta Truskolaskiego takie rozwiązanie nigdy nie interesowało – nawet biorąc pod uwagę – że mamy gotową infrastrukturę. Na szczęście to czego nie chciał prezydent – chciał najwyraźniej marszałek, który Przewozy Regionalne dotuje. To kolejna, kolejowa dobra decyzja po utworzeniu letniego pociągu do Walił (który będzie zatrzymywać się także na stacji Białystok Fabryczny).

 

Formalnie rzecz biorąc – pociągi kursują jak dawniej, z tym że mamy nowy bilet miejski. Warto jednak zaznaczyć – że jeżeli mieszkańcy popularnie będą korzystać – to na pewno warto będzie wszystko rozwijać. Najważniejsze będzie także danie pasażerom możliwości używania biletów białostockiej komunikacji miejskiej. Wtedy – jazda SKM będzie bardzo powszednia. Dzisiaj najbardziej skorzystają z niej mieszkańcy Starosielc, Bacieczek i Kleosina – którzy nie będą musieli jechać do centrum niekiedy ponad pół godziny tylko kilka minut. 

 

SKM Białystok ma obecnie 6 przystanków:

– Białystok (Główny)
– Białystok Starosielce
– Białystok Bacieczki
– Białystok Stadion
– Białystok Wiadukt
– Białystok Fabryczny (w soboty i niedzielę)

 

Warto dodać, że wcześniej na Fabrycznym nie zatrzymywały się pociągi pasażerskie. W przyszłości będą też kolejne przystanki Białystok Zielone Wzgórza i Białystok Nowe Miasto. Jeżeli mieszkańcy będa aktywnie korzystać z SKM – warto by pokusić się także o przystanki na Białostoczku i Dojlidach. A wtedy już tylko krok od wprowadzenia regularnych, stałych pociągów kursujących przez cały dzień – tak jak autobusy.

 

Nie ukrywamy, że podoba nam się wizja wprowadzania w ostatnim czasie w Białymstoku pewnych nowości. Bez zbędnej szarży i rozbuchania finansowego – najpierw budujemy pas startowy na Krywlanach – a po sprawdzeniu jak to zadziała damy sobie wybór czy dobudować terminal i wydłużyć pas. W Szybkiej Kolei Miejskiej zaczynamy od biletu miejskiego, a być może skończymy z realizacją SKM w pełnym wydaniu – taką jak w dużych miastach – czyli dużo więcej przystanków i regularne połączenia co kilka(naście) minut przez cały dzień – adekwatnie do potrzeb pasażerów.

 

SKM Białystok – rozkład jazdy

 

Białystok Wiadukt – Białystok (czas jazdy 3 minuty)

 

5:04 – 5:07
6:10 – 6:13
7:12 – 7:15
8:03 – 8:07
9:47 – 9:50
12:56 – 12:59
15:32 – 15:35
16:28 – 16:32
17:53 – 17:56
19:11 – 19:15
21:07 – 21:10

 

Białystok Bacieczki – Białystok Starosielce – Białystok

 

7:16 – 7:20 – 7:24
13:38 – 13:42 – 13:46
16:23 – 16:26 – 16:30
18:19 – 18:22 – 18:26
19:45 – 19:49 – 19:53

 

Białystok Stadion – Białystok

 

6:11 – 6:18
8:17 – 8:24
11:33 – 11:40
17:29 – 17:37

 

Białystok Fabryczny – Białystok (tylko weekendy do 28 października)

11:14 – 11:20
17:37 – 17:42

Białystok – Białystok Wiadukt

6:07 – 6:11
7:31 – 7:35
10:45 – 10:49
12:45 – 12:49
15:47 – 15:51
16:55 – 16:59
18:48 – 18:52
20:59 – 21:03
22:45 – 22:49

 

Białystok – Białystok Starosielce – Białystok Bacieczki

10:20 – 10:24 – 10:28
12:35 – 12:39 – 12:43
15:05 – 15:09 – 15:13
16:40 – 16:44 – 16:48
18:55 – 18:59 – 19:03

 

Białystok – Białystok Stadion

6:48 – 6:55
13:51 – 13:58
15:58 – 16:05
18:52 – 18:59

 

Białystok – Białystok Fabryczny (tylko w weekendy do 28 października)
8:55 – 9:01
15:52 – 15:58

Nie ma już ciuchci przy dworcu. Teraz będzie atrakcją gdzie indziej

Przez wiele lat stała na Słonecznym Stoku, potem odrestaurowana trafiła na białostocki dworzec PKP. Dobudowany do niej wagonik zaś służył za bar z fast-foodem. Teraz to już przeszłość – po lokomotywie nie został już ślad. Ciuchcia, która w Białymstoku stała od lat ma już 100 lat! Teraz kolej trafiła pod Ełk do miejscowości Prostki. Tam prywatny przedsiębiorca razem z władzami gmin porozumiał się i dzięki temu ciuchcia będzie służyć jako atrakcja. Będzie można ją obserwować jadąc choćby pociągiem do Ełku.

 

Po ciuchci na dworcu PKP w Białymstoku pozostało już tylko puste miejsce i wspomnienie. Przypomnijmy, że dworzec, a także jego otoczenie za jakiś czas zostanie kompletnie odrestaurowane. Wtedy ciuchcia by już nie pasowała – do pozostałej części. Dlatego jej czas był tak i tak policzony. Trzymajmy kciuki za to, by w Prostkach przetrwała kolejne 100 lat!

 

fot. Henryk Borawski / Wikipedia

Wszędobylscy braciszkowie z uliczki Cichej

 

   Na samym początku 1923 r. Dziennik Białostocki poinformował swoich Czytelników, łaknących wiadomości z życia miasta, o następującym wydarzeniu: „W domu przy ul. Siedleckiej róg Krakowskiej odbył się uroczysty ślub miejscowego złodzieja, słynnego w całej okolicy z kapłanką wolnej miłości. Na ślub przybyli  panowie złodzieje, kasiarze i doliniarze białostoccy, a także delegaci ze stolicy i wszystkie prostytutki miasta. Do uczty zasiadło towarzystwo we frakach. Nowożeńcy otrzymali wartościowe upominki. Charakterystyczne, że właśnie w przededniu tej weselnej uczty okradziono na kilka milionów marek miejscowe składy win i wódek”.
   Wiadomość zaiste bardzo smakowita. Choć dzisiaj nie można rozszyfrować kim był ów słynny złodziej wstępujący w związek małżeński z kobietą lekkich obyczajów, to jednak sądząc po zestawie gości, musiał zajmować w chanajkowskiej ferajnie wysokie miejsce.
   Z sąsiadów pana młodego z pewnością uczcili go Jankiel Rozengarten, pseudo Jankieczkie z ulicy  Orlańskiej, Jankiel Geller ze Stołecznej czy Enoch Tyszlerman z Kijowskiej. Nie mogło też zabraknąć gości z Cichej. Ta niewielka uliczka, wszystkiego 4 numery, leżała bliziutko Siedleckiej, można rzec tuż za jej plecami. Miała swoich chojraków, których umiejętności znano w całym mieście.
 

 Rozsławiali ją szczególnie dwaj bracia o niepozornym nazwisku – Śliwka. Aram i Menosz mieszkali pod 4. i byli autorytetami w zakresie kradzieży drobiu. Jeśli ktoś miałby dostarczyć ten asortyment jadła na wesele opryszka z Siedleckiej, to tylko oni. Piechociarzy, czyli złodziei kradnących spacerujące po podwórkach kury, kaczki, gęsi, było w Chanajkach wielu. Proceder ten uprawiali zwłaszcza z upodobaniem tamtejsze wyrostki. Kradzież drobiu w biały dzień wymagała uwzględnienia paru rzeczy: nieobecności gospodarzy w pobliżu zajścia, no i oczywiście neutralizacja podwórkowego Burka. Trzeba było też ubezpieczyć się od strony ulicy.
   Chłopaki z Chanajek wyprawiali się po „piechotę” parami, zaś terenem ich działania były nie tylko sąsiednie obejścia, ale i peryferyjne dzielnice miasta. Drób tam chodził niemal bez nadzoru po uliczkach, ogrodach i łąkach. Ważne było również to, że nikt tam nie znał chanajko- wskich łobuzów.
   Aron i Menosz z uliczki Cichej to byli zawodowi, doświadczeni złodzieje. Oni nie uganiali się za kurami po podwórkach. To zajęcie dla pętaków. Przygotowywali stara- nnie nocne wyprawy do kurników, komórek i domowych sieni, w których drób miał swoje lokum. Szczególnie Menosz Śliwka traktował swoją profesję poważnie i dbał o złodziejski sznyt. Wszyscy paserzy z Chanajek i okolic wiedzieli, że mogą zamawiać u niego towar niemal bez ryzyka niedostarczenia na czas.  Śliwka przygotowywał bowiem bardzo starannie swoje skoki. Co jakiś czas, na zmianę z bratem, robili obchód białostockich podwórek, sprawdzali pogłowie i rozmiary wałęsających się po nim drobiu, obserwowali coraz to nowe zabezpieczenie kurników i składzików. Gdy zebrała się dłuższa lista zamówień, ruszali na łowy. Ponieważ Aron zajmował się głównie dystrybucją, Menosz brał zwykle na akcję swojego stałego pomagiera, Abrama Segała z ul. Marmurowej. Ale nawet najbardziej doświadczeni piechociarze nie mogli uniknąć wpadki. Czasami przyczyną były kury, które rozgdakały się w nieodpowiednim momencie, innym razem obładowanych łupem złodziei mógł nocą zatrzymać policjant.
  To właśnie przytrafiło się w 1925 r. Menoszowi Śliwce. Szedł spokojnie ul. Wesołą z workiem wypełnionym czterema kurami i dwoma indykami i natknął się na patrol. Była to jego kolejna wsypa, więc trafił za kratki na dziewięć miesięcy. Kolejni weselnicy w Chanajkach musieli przez ten czas zamawiać drób u innych, wszędobylskich piechociarzy.

Włodzimierz Jarmolik
 

Dom Ludowy- Historia niekończącej się budowy

   Dom Ludowy poświęcony  Marszałkowi, którego budowę na Plantach zainicjował jeszcze w 1933 r. wojewoda białostocki i zagorzały piłsudczyk Marian Zyndram-Kościałkowski, zaś prezydent miasta Seweryn Nowakowski wyznaczył termin zakończenia inwestycji na 11 listopada 1934 r., czyli Święto Niepodległości, był ciągle jeszcze nie gotowy. Powód prozaiczny – brak pieniędzy.
  Dzień ukończenia Domu – symbolu przeniesiono na listopad 1935 r. Nastąpiła kolejna obsuwa. W planach budowniczych pojawił się zatem rok 1936 i 19 marzec, dzień imienin Józefa Piłsudskiego. Termin ten znowu okazał się pobożnym życzeniem władz miasta. W lipcu Filip Echeński, sekretarz Komitetu Budowy Domu Ludowego, a jednocześnie kierownik Biblioteki Miejskiej, dał wywiad do prasy, w którym przedstawił aktualną sytuację na ślimaczącym się placu robót. Gmach w stanie surowym był już gotowy. Wzniesiono mury, sklepienia, galerię teatru, wszystkie ściany wewnętrzne. Brak było tylko tynków. Teraz przyszła pora na klatki schodowe, zakładanie centralnego ogrzewania, kanalizacji, elektryczności, urządzeń sceny i oczywiście pokrycia dachu. Roboty zatem było jeszcze dużo. No i te koszty.
  Dotychczas na budowę Domu Ludowego poszło ok. 250 tys. zł. Sam Komitet starał się jak mógł i zgromadził blisko 100 tys. zł ze składek ludności Białegostoku, darowizn i z zorganizowanych balów, zabaw i loterii. Magistrat wysupłał coś z 75 tys. ze swojej, oblężonej przez inne ekstraordynaryjne wydatki, kasy a kolejne 75 tys. zapewnił wojewódzki Fundusz Pracy na płace dla zatrudnionych przy budowie bezrobotnych. Potrzebnych było jednak jeszcze ok. 200 tys. zł, ażeby nastąpił upragniony finał.
 

Echeński jeszcze raz odwołał się do ofiarności białostoczan. Nie tylko do „grubych ryb”, czyli przemysłowców i handlowych potentatów (byli oni coraz bardziej niechętni do jakiejkolwiek filantropii), ale i do zwykłych obywateli miasta. Prosił nawet o drobne datki. Krytykował plotki o tym, że budynek Domu Ludowego zalewa od piwnic woda, a na ścianach widać rysy i pęknięcia. Nazwał to zwykłym „austriackim gadaniem”. Powiedział: „zamiast rzucać kalumnie zajrzyjcie przez ogrodzenie, przypatrzcie się pracy i stanowi budowy, może ruszy was sumienie i rzucicie swój grosz na zakończenie Domu Ludowego”.
  Narady w gabinecie prezydenta Nowakowskiego i wicewojewody Zgrzebnioka nie miały końca. Na początku września ustalono, że 50 tys. zł wygospodaruje jeszcze Fundusz Pracy, zaś 150 tys. potrzebne na całkowite zakończenie robót trzeba będzie uzyskać w ramach długoterminowej pożyczki z Banku Gospodarstwa Krajowego. Gdyby doszła ona do skutku, wówczas pojawiłaby się kolejna data oddania Domu Ludowego do użytku – sierpień 1937 r. 8 września do Białegostoku przybył z warszawskiej centrali BOK dyrektor Garbuzyński. Chciał osobiście zobaczyć na co daje pieniądze. Po niedokończonym gmachu oprowadzali go jego budowniczowie, inż. Seredyński i inż. Domejko. Był oczywiście i sekretarz Komitetu Budowy F. Echeński. Pożyczka ostatecznie została przyznana. Członkowie zarządu Miasta, a i Rady Miejskiej ciągle dowiadywali się o postępy robót. Zbliżała się jednak zima. Prace wykończeniowe trzeba było przenieść na następny rok.
 
Ale i rok 1937 nie zakończył trwającej 4 lata budowlanej epopei. Dopiero w grudniu 1938 r. Dom Ludowy, już jako Teatr Miejski otworzył swoje podwoje dla białostoczan. Głosy ostały, polski teatr w mieście, rozlegające się od początku niepodległości Białegostoku, zostały wysłuchane.

Włodzimierz Jarmolik

Dobra wiadomość dla podróżnych! Biletomaty w podlaskich pociągach

Dobra wiadomość dla podróżujących kolejką po Podlasiu! Niektóre pociągi Przewozów Regionalnych zostały wyposażone w biletomaty. To szczególne ułatwienie gdy na przykład nie ma kasy na stacji – jak chociażby w Knyszynie. Normalnie w takiej sytuacji trzeba szukać konduktora. Gdy pociąg jest zatłoczony – jest to utrudnione. Na razie jest 6 urządzeń w pociągach. W planach jest wyposażenie kolejnych czterech. W biletomacie kupimy możliwość przejazdu nie tylko pociągiem, w którym się znajdujemy ale także na inne dni oraz połączenia.

 

Biletomat przyjmuje zarówno kartę jak i gotówkę. Jedyne ograniczenie – to wydawanie reszty – urządzenie nie wyda nam więcej jak 20 zł reszty. Pociągi, w których są biletomaty oznaczone są specjalnymi naklejkami. Urządzenia znajdziemy w pociągach z Białegostoku do Łap, Szepietowa czy też Ełku, Kuźnicy.

Św. Rocha 4. Posesja ins. Muromcewa

 

   Dziś przedmiotem naszego zainteresowania będzie posesja  przy ul. św. Rocha 4, gdzie do dziś zachowały się historyczne domy, zbudowane pod koniec XIX w.
  Posesja przy ul. św. Rocha 4 została wydzielona z działki należącej do Jakuba Borysiewicza w 1890 r., gdy ten sprzedał ją białostockim mieszczanom Janowi i Aleksandrze Burzyńskim.
   Trudno powiedzieć o nich coś więcej poza faktem, że na kupionej działce wznieśli wkrótce po 1890 r. dwa parterowe domy – mniejszy, drewniany, stojący od frontu oraz drugi, większy i murowany.
  W 1897 r. mieszkał tu naczelnik białostockiego powiatowego urzędu ds. powinności wojskowej Hillarion Rudenko.
   W 1899 r. Burzyńscy odsprzedali nieruchomość inspektorowi podatkowemu powiatu białostockiego Charłampowi Muromcewowi.   Wywodził się on z jednego ze starszych rosyjskich rodów szlacheckich, sięgającego swymi korzeniami XVI stulecia. Muromcewowie pochodzili z guberni riazańskiej, gdzie posiadali majątek Bałowniewo. Wśród przedstawicieli rodziny warto wspomnieć Sergieja Muromcewa, przewodniczącego I Dumy Państwowej.
   Wiadomo, że Charłamp był synem Aleksandra i miał brata Piotra, żołnierza w stopniu kapitana, który na początku XX w. wykupił część majątku Niewodnica Lewicka.   Charłamp ukończył prestiżową Mikołajewską Szkołę Kawalerii w Sankt Petersburgu. Na służbę państwową wstąpił w 1883 r., a do Białegostoku oddelegowano go w 1896 r. i tu objął stanowisko naczelnika powiatowego urzędu skarbowego, a następnie przewodniczącego komisji ds. wymiaru podatku przemysłowego.
  Szybko odnalazł się w miejscowej społeczności, będąc na prośbę Aleksandra Satina jednym ze współzałożycieli Białostockiego Towarzystwa Ogniowego (później BOSO) oraz uczestnicząc w pracach Rosyjskiego Towarzystwa „Czerwonego Krzyża”. Pełnił mandat radnego miejskiego w ostatniej Radzie Miasta przed końcem zaboru rosyjskiego.
   W 1913 r. w jednym z domów przy ul. św. Rocha funkcjonowała siedziba białostockiej powiatowej inspekcji podatkowej.
  Charłamp Muromcew nieruchomość przy ul. św. Rocha 4 odsprzedał w 1913 r. Stanisławowi Saryusz-Zaleskiemu.
   Nowy właściciel mieszkał w tym czasie we własnym domu na rogu ul. Starobojarskiej i Żukowskiego (później ul. Kraszewskiego 1), ale na jego temat także nie mamy bardziej szczegółowych informacji.
   Miał dzieci Miłosława, Borysa i Irenę, które po jego śmierci w czasie I wojny światowej uzyskali omawianą nieruchomość, po czym w 1919 r. – działając za pośrednictwem Witolda Kości, gdyż nie mieszkali w Białymstoku – wydzierżawili na 24 lata Konstancji z Roszkowskich Hepner, żonie Karola.
  Rok później Konstancja wykupiła posesję przy ul. św. Rocha 4. Na początku lat 20. XX w. Karol Hepner prowadził pod tym adresem własną firmę sprzedaży skór. Hepnerowie byli właścicielami tej nieruchomości do 1936 r., gdy sprzedali ją Stanisławowi Starosielcowi, ten zaś kilka miesięcy później wyzbył się jej na rzecz Stowarzyszenia Wzajemnej Pomocy Pracownic Katolickich Św. Franciszka Serafickiego w Białymstoku, reprezentowanego przez Katarzynę Czausz.
   Stowarzyszenie działało do II wojny światowej, chociaż prawa własności do posesji przy ul. św. Rocha 4 utrzymało jeszcze w okresie okupacji niemieckiej.

Wiesław Wróbel
Biblioteka Uniwersytecka w Białymstoku

Kariery cyrkowych królów żelaza

 

   W lipcu 1925 r. do Białegostoku dotarła informacja, że słynny siłacz światowej sławy Zishe Brejtbart występując w Radomiu uległ wypadkowi. Podczas numeru z przebijaniem deski gwoździem nie zachował należytej ostrożności i zardzewiały gwóźdź zranił go w kolano. Z tego prozaicznego zdarzenia wywołało się zakażenie krwi. Berlińscy lekarze ratując siłacza amputowali mu obydwie nogi. Niestety doszło do sepsy. Zishe Brejtbart zmarł 12 października 1925 r.
  Dziennik Białostocki informując o jego śmierci w berlińskiej klinice uniwersyteckiej donosił, że „zmarły atleta pozostawił znaczny majątek rozrzucony na obu półkulach. Pod Berlinem miał willę i wielkie place. W New Jorku magazyn z galanterią wartości przeszło 100 tysięcy dolarów. Poza tym wdowa odziedziczyła 120 tysięcy złotych (które Brejtbart zarobił podczas występów w Polsce), cenną kolekcję perskich dywanów, srebra na 24 osoby, brylanty, trzy samochody i sześć koni z powozami”. To bogactwo musiało robić wrażenie w Białymstoku, ale bardziej komentowano stratę jaką poniósł ruch syjonistyczny wraz z odejściem króla żelaza.

  Zrozumiałym więc było, że po śmierci Zishy karierę zaczęli robić jego bracia Józef (Josif) i Gustaw (Gershon) Brejtbartowie. Józef do Białegostoku nie przyjechał nigdy, ale Gustaw był w maju 1926 r. Przejął po zmarłym bracie tytuł „wszechświatowej sławy króla żelaza”, choć siłą mu nie dorównywał. Jego występy zapowiedziano na boisku Żydowskiego Klubu Sportowego przy ulicy Branickiego 17. W ich programie 29 i 30 maja były plenerowe popisy. „1. Przez piersi Brejtbarta przejedzie samochód o wadze 3000 kg. obsadzony pasażerami. 2. Brejtbart ciągnie w zębach dorożkę z pasażerami. 3. Na głowie Brejtbarta zostanie zgięta szyna żelazna przez 20 ludzi z pośród publiczności”.
  W trakcie występów siłacza grała orkiestra BOSO. W następnych dniach 1 i 2 czerwca atleta wystąpił w teatrze Palace. Tu prezentował rwanie łańcuchów i inne popisy. Informowano, że „występy p. G. Brejtbarta cieszyły się ogromnym powodzeniem i ściągnęły sporo publiczności, której p. Brejtbart zaimponował niezwykłą swą siłą”.Dodatkowej popularności królowi przysporzył fakt przekazania części swojego wynagrodzenia za występ na potrzeby BOSO. W tym samym roku, we wrześniu, Gustaw Brejtbart występował w Grajewie, gdzie podziwiano go na boisku miejscowego Makabi.

  Wkrótce po Gustawie Brejtbarcie w Białegostoku 10 i 11 lipca 1926 r. występował S. Dworzecki określany mianem „wileńskiego Brejtbarta”, no i oczywiście zapowiadany był też jako kolejny „król żelaza”. Tym razem występy siłacza odbyły się w Letnim Ogrodzie Zwierzyniec, czyli w Rozkoszy. Pomimo anonsu, że wykona on „dotychczas jeszcze niewidziane eksperymenty z żelazem”, to program był niemalże kopią popisów, którymi Zishe Brejtbart zadziwiał publiczność. „1. P. Dworzecki kładzie się na ostrych gwoździach gołem ciałem, przez które przejeżdżają ludzie na koniach. 2. Tworzy przy pomocy rąk i zębów rozmaite figury z grubego żelaza. 3. Zgina sztaby żelazne w kształt podkowy. 4. Okręca sztaby żelazne dookoła ręki. 5. Autobus z 25 osobami przejeżdża przez jego pierś. 6. Wbija ręką gwoździe w grube deski i blachy. 7. Siłą muskułów zatrzymuje 2 konie w całym pędzie. 8. Rwie grube łańcuchy żelazne. 9. 40 osób zginają na jego głowie żelazne grube szyny. 10. Trzyma na piersiach kamień 50- cio pudowy, na którym biją młotami”. Panowała ogólna opinia, że „to co pokazuje p. Dworzecki jest bezwarunkowo ciekawsze od eksperymentów Brejtbarta. P. Dworzecki posiada większą siłę niż posiadał Brejtbart”. To, że ten ostatni zrobił oszałamiającą karierę, a jego wileński konkurent nie, tłumaczono tym, że „p. Dworzecki nie ma jeszcze widocznie swego impresario i dlatego nie krzyczą o nim jak o fenomenie wszechświatowym”.

  Na kolejnego siłacza nie trzeba było długo czekać. Już we wrześniu 1926 r. przyjechał do Białegostoku Stefan Piątkowski określany mianem „sławy polskiego sportu”, który występował pod pseudonimem Ursus. Tym samym świadomie nawiązywał do bohatera sienkiewiczowskiego Quo vadis, a jednocześnie podkreślał swoje chrześcijańskie pochodzenie, co miało w podtekście osłabiać ogólną opinię, że występy siłaczy są domeną żydowskich atletów. Trzeba tu bowiem zaznaczyć, że po śmierci Zishe Brejtbarta zarówno w Polsce i w Europie oraz Stanach Zjednoczonych zaroiło się wręcz od jego naśladowców, którzy w dużej mierze byli właśnie Żydami. Piątkowski wystąpił w tym samym miejscu, gdzie występował nieżyjący król, przy Nadrzecznej, tyle że nie w namiocie cyrkowym, ale w plenerze. Pomimo szumnych zapowiedzi jego występ (o którym już niegdyś pisałem) przeszedł do historii lokalnych śmiesznostek, a zakończył się wręcz dramatycznie. Przypomnę więc ową historię z Ursusem w roli głównej. Był 19 września 1926 r.

  Pomimo nienajlepszej pogody publiczność zjawiła się niezawodnie. „Na krzesłach pod otwartym niebem siedziała inteligencja, za krzesłami tłumił się motłoch”. O godzinie 17 z drewnianej szopy stojącej na skraju placu wyszedł Ursus. Odnotowano, że „był to bardzo sympatyczny krzepki mężczyzna ubrany w nocną koszulę i czekoladowe spodnie. Na piersiach miał przypiętą do koszuli amarantową wstążkę z medalami”. Pierwszym jego popisem była zgodnie z sienkiewiczowską fabułą walka z bykiem. Ursus natarł na zwierzę i tarmosił je na wszelkie możliwe sposoby. W końcu, po ponad 10 minutach zmagań „byk zwalił się na ziemię, a razem z nim i Ursus”, któremu przy okazji pękły spodnie. Publiczność szalała, nie wiedzieć czy to z powodu pokonania bestii czy też z widoku jaki ujrzała po garderobianej katastrofie. Skonfundowany Ursus udał się do szopy. Tymczasem oszołomiony byk podniósł się z ziemi, ale zanim nabrał pewności siebie, to ku uciesze publiczności „skoczył do zagrody jakiś mały, którego nazywano Barczykiem, podleciał do byka, chwycił go za rogi i w jednej chwili powalił na ziemię”.

  Gdy Piątkowski pojawił się na placu, powitały go śmiechy i złośliwe komentarze. Mistrz oświadczył jednak, że prawdziwą sztuką jest tarmoszenie się z bykiem, a nie powalenie go w kilka sekund. Wywołał tym jeszcze większą wesołość. Publiczność czuła, że zyskuje przewagę nad atletą, który wyraźnie tracił animusz. Jeden z widzów, był nim znany w mieście zapaśnik Kaganowicz, przeskoczył ogrodzenie i zaproponował Piątkowskiemu, aby stoczył z nim teraz walkę. Ursus widząc, że sprawy przybierają zły obrót, wymówił się od stoczenia pojedynku,czym do reszty zraził sobie publiczność. Piątkowski liczył jednak, że odzyska ją, prezentując clou swojego programu. Było nim „przejażdżka przez piersi Piątkowskiego samochodu obciążonego dziesięcioma ludźmi”. Takie popisy zawsze przykuwały uwagę widowni. Tak też było i teraz. Ale to nie był dobry dzień Ursusa. „Gdy samochód wjechał na deskę, która leżała na piersiach Piątkowskiego, motor samochodu nagle przestał działać i maszyna całem swym ciężarem przydusiła pierś Piątkowskiego. Za chwilę nieszczęsną sławę polskiego sportu – zsiniałą i nieruchomą – nieśli już z placu sportowego do szpitala Św. Rocha”. Więcej Piątkowski do Białegostoku już nie przyjechał.

Andrzej Lechowski – dyrektor Muzeum Podlaskiego

Strych zrobiony na czysto

 

   Zbliżające się Święta Wielkanocne w przedwojennym Białymstoku, zarówno te katolickie, prawosławne, a zwłaszcza żydowskie oznaczały wielkie sprzątanie i pranie we wszystkich domach. Na balkonach, w oknach, na rozstawionych na podwórkach krzesłach wietrzyły się pierzyny i poduchy. Dla złodziei z Chanajek pora ta była zaiste wielką gratką.
  Do roboty ruszali miejscowi pajęczarze, czyli specjaliści od strychowych kradzieży.  „Omiatanie pajęczyny” było szczególnie popularne wśród młodych, lecz ambitnych złodziejaszków. Nie wystarczały im kradzieże jabłek z chłopskich wozów, a nawet wyrywanie torebek z rąk samotnych kobiet. Brali kawałek pręta, jakiś wytrych, worek na łupy i wyprawiali się nocą na strych, który upatrzyli sobie za dnia.
  W pierwszych powojennych latach wśród gości kroniki kryminalnej Dziennika Białostockiego fachowcy od „pajęczyny” pojawiali się nader często.
  Do najsprawniejszych z nich należeli m.in. Dawid Pachciarz z ul. Sosnowej, Jankiel Kagan z Kijowskiej czy Szmul Karniewski z Cygańskiej. To jednak 20-paroletni Josel Zelmanowicz, także za
meldowany przy ul. Cygańskiej pod 8, uchodził w zaułkach Chanajek za niedoścignionego mistrza w buszowaniu po bliższych i dalszych strychach. 
  Joskowi, noszącemu wśród kumpli przezwisko „Sałata”, szczególną sławę przyniosła robótka, jakiej dokonał w 1923 r. W połowie marca trafił na strych domu przy ul. Sienkiewicza 88 i zwinął ze sznura bieliznę wartości 500 tys. marek. Działo się to jeszcze przed reformą monetarną premiera Grabskiego, szalała inflacja, a za pół miliona można było kupić kilka podkoszulek i męskich gaci. Zdobycz nie była więc zbyt obfita. Natomiast właściciel skradzionej bielizny, niejaki Perl, okazał się człowiekiem zarozumiałym i nieostrożnym. Ogłosił wszem i wobec, że pajęczarze nie dobiorą się już do jego strychu, bo wymyślił niezawodne zabezpieczenie. Te buńczuczne słowa szybko dotarły do Sałaty. Złodziej podjął wyzwanie. Kilka miesięcy czekał na odpowiedni moment.
  Wreszcie, w duszną lipcową noc, gdy cały Białystok spał spokojnie przy otwartych oknach, złożył wizytę w domu pana Perla. Nazajutrz ponoć Perl rwał sobie włosy z głowy. Mniejsza o straty materialne, jakich doznał. Dobiła go natomiast kartka wetknięta w otwór „antyzłodziejskiego” zamka. Według reportera Dziennika Białostockiego zawierała ona krótki wierszyk następującej treści:
  „Nasz połów jasno poucza, że kiedy złodziej nie cherla, nie ma dlań zamka ni klucza, nawet na „zamku” pana Perla”.
  Złodziejskie poczucie humoru.  Josek Zelmanowicz lubił pracować zwłaszcza w towarzystwie kobiet. Dokonywały one rozpoznania terenu, stały na świecy, albo niekiedy samodzielnie „omiatały” strych.
  W kwietniu 1924 r. podczas kradzieży bielizny u Mojżesza Guza (Sosnowa 58), nasz złodziejaszek wpadł, a z nim razem sąsiadka Guza Estera Bekowicka, nadawczyni skoku.
  Również rok 1927 nie był pomyślny dla Sałaty. W tym czasie mniej już uwagi poświęcał samodzielnym kradzieżom, raczej organizował je dla innych. W lutym trafił przed Sąd Okręgowy razem z 28-letnią Sarą Szpiro, niepoprawną recydywistką, która miała już za sobą 3 wyroki.
  Wiosną 1926 r. znowu wpadła, tym razem za kradzież w mieszkaniu Tauby Edels ztejn. Fanty zaniosła patronującemu jej Joskowi Zelmanowiczowi. Złodziejka zainkasowała ostatecznie 4 lata. Sałata miał do odsiedzenia roczny wyrok. Kiedy wyszedł, zbliżał się już do 30. Został tragarzem. Ale i ten fach miał wiele wspólnego z szemranym bractwem z chanajkowskich uliczek. 

Włodzimierz Jarmolik

Przyjedź do Puszczy, by podglądać tego dużego drapieżnika

Nadszedł idealny czas na obserwacje orlika krzykliwego. To wędrowny, drapieżny ptak. W kwietniu przylatuje do Polski. Można go zaobserwować na przykład w Białowieskim Parku Narodowym. Tam utworzono specjalne wieże widokowe, dzięki którym ptaka będzie nam łatwiej zaobserwować. Oczywiście potrzebna nam będzie lornetka – to ptak, który do ludzi się nie zbliża. W Białowieskim Parku Narodowym jest szlak Orlika Krzykliwego. To 2 km odcinek, którym przejdziemy na terenie między Starą Białowieżą a Teremiskami. To tam nie tylko zaobserwujemy tego wyjątkowego ptaka, ale też sporo się o nim dowiemy ze specjalnych tablic, które są stworzone w formie komiksów.

 

Dlatego też warto wybrać się na przechadzkę tym szlakiem np. z całą rodziną. Nikt nie będzie się nudzić, a świeże powietrze zrobi dobrze każdemu. Miejsce, gdzie znajduje się szlak to także ostoja innych zwierząt. Wprawne oko znajdzie po drodze tropy różnych zwierząt.

Ul.Grunwaldzka 20

Pan Krzysztof. Antykwariusz. Urodził się i mieszka w domu przy ulicy Grunwaldzkiej 20. W domu zbudowanym przez Jego pradziadka. Pana Krzysztofa poznałem dziś podczas konsultacji społecznych w departamencie urbanistyki.
– O tym, że mój rodzinny dom jest przeznaczony do wyburzenia dowiedziałem się dwa dni temu – powiedział Pan Krzysztof – Kolega przysłał mi artykuł z gazety. Czy naprawdę urząd nie może zawiadamiać mieszkańców o takich poczynaniach?
– Zamieściliśmy informację na stronie internetowej – odpowiedzieli urzędnicy
– Ale na tej ulicy obecnie stoją może trzy zamieszkane domy – odpowiedział Pan Krzysztof – 10 rodzin nie wiecej, tak trudno jest powiadomić ludzi?

– Nie mamy prawa wieszać ogłoszeń na prywatnych płotach – odpowiedzieli urzędnicy
“Ciekawe dlaczego nie wrzucą informacji do skrzynek?” pomysłałem “To też zabronione?”
Pan Krzysztof przyniósł ze sobą dokumenty. Projekt budowy domu. Autorstwa Szymona Pappe.
– Oooo! – zawołali architekci – Projekt domu na trzech stronach! Dzisiaj jest potrzebna do tego cała książka!
Pan Krzysztof opowiadał o swoim domu, zaś urzędnicy kręcili głowami
– Nie wiedzieliśmy, że ten dom jest taki fajny – mówili – Może warto zainteresować nim konserwatora zabytków?
Bo obecnie dom nie jest zapisany w żadnej ewidencji i w najbliższym sąsiedztwie mają powstać budynki mieszkalne. Ośmio i czteropiętrowe. Część mieszkańców jest z tego powodu zadowolona.
– Mój dom nie jest tak zabytkowy – mówił Pan z Grunwaldzkiej 29 – Od wielu lat nie mogę go remontować i modernizować. Natomiast regularnie ofdwiedza mnie Straż Miejska, która kontroluje czystość działki. I za wszelkie śmieci sypią się mandaty. Ja rozumiem pana przywiązanie do rodzinnego domu, ale tu wszędzie wokół budowane są już wyskościowce. Po drugiej stronie ulicy Wyszyńskiego, po drugiej stronie ulicy Sosnowskiego. Tak czy siak Ci ludzie będą nam zaglądać do okien. To jest centrum miasta. Jak Pan sobie wyobraża najbliższe otoczenie za kilka lat? Niech pan powie, może osiągniemy jakiś kompromis? Na czteropiętrowce też się Pan nie chce zgodzić?
– Dowiedziałem się dwa dni temu – odparł Pan Krzysztof – Jeszcze nie wiem. Szukałem dokumentów.
Pojechałem odwiedzić Pana Krzysztofa na ulicy Grunwaldzkiej. Znam ten dom. Jako dziecko byłem tu u krawca. Szył mi paltko
– To mój pradziadek – mówi Pan Krzysztof
– A mój ojciec – mówi Pani Henryka i zaprasza na herbatę – Miał na imię Feliks. To On zbudował ten dom.

– Pochodził z wielodzietnej rodziny – opowiada Pan Krzysztof – Podobno do Białegostoku trafił w samych butach
– Nie mów nawet takich… Zobacz więcej — z: Krzysztof Zdzitowiecki, Wiltoria Kamieńska i Henryka Zdzitowiecka
Siedzimy już przy stole. W dzbanku zaparza się herbata.
– Zachowała się też ksiazka meldunkowa – opowiada Pan Krzysztof – Ile tu nazwisk. Jest nawet Żyd Dawid Klebanow. Był lekarzem. Znaleźliśmy niedawno z Nim wywiad. z 2011 roku
– Przestań takie rzeczy opowiadać! – woła Pani Henryka
– To o esesmanie może? – zapytał Pan Krzysztof – W czasie wojny w tym pokoju mieszkał esesman.

A dziadek do AK należał. Był łącznikiem i miał pseudonim “Dąb”.
– Przynieś zaświadczenie Liniarskiego – woła Pani Henryka – Albo czekaj, ja sama przyniosę!
– Podobno brat pradziadka Konstanty służył na pancerniku Aurora – mówi Pan Krzysztof
– Przestań takie rzeczy opowiadać – woła Pani Henryka – Służył i nawet jakieś odznaczenia przyszły. Ale w rodzinie nikt się do tego nie przyznawał! Niech Pan tego nie pisze!
– Ale to historia przecież! – wołam
– To jest historia – mówi Pani Henryka rozkładając dokumenty – Więc powiada Pan, że mój tata uszył Panu paltko?

Wojciech Koronkiewicz

IV etap naszego konkursu. Mamy pierwszych finalistów!

W III etapie miasta mogły zdobyć kolejne punkty. Niestety nie było zgłoszeń do konkursu Miss i Mistera, wobec tego każde z miast otrzymało 0 punktów. Oznacza to, że 2 miasta z najwyższą punktacją przechodzą do finału! Przypomnijmy, zwycięzcy mieszkańcy zdobędą film promocyjny dla swojego miasta!

Znajdują się w finale!

30 902 – Suchowola

 

632 – Rajgród

 

Są jeszcze 3 miejsca w finale. Mogą tam się znaleźć poniższe miasta. IV etap to wybór zwariowanego dzieciaka.

 

559 – Goniądz

 

455 – Tykocin

 

369 – Dąbrowa Białostocka

 

296 – Stawiski

 

228 – Siemiatycze

 

226 – Supraśl

 

223 – Czarna Białostocka

 

166 – Lipsk

Zwariowany dzieciak

Do końca kwietnia czekamy na Wasze zgłoszenia. Wystarczy wysłać 2 zdjęcia – jedno zwariowane ze swoją pociechą. Drugie weryfikacyjne – gdzie będzie rodzic lub opiekun prawny z dzieckiem ze zdjęcia konkursowego. Na zdjęciu weryfikacyjnym musi również znajdować się kartka z napisem “konkurs miast”. W zgłoszeniu proszę też napisać – z jakiego miasta jest “zwariowany dzieciak”. Jeżeli będą zgłoszenia – to na dzieciaka będzie można głosować od 1 do 13 maja. W innym wypadku do finału wejdą 3 miasta z najwyższa liczbą punktów. 

Na zgłoszenia czekamy pod adresem:

redakcja@podlaskie.tv

lub

wiadomość na Facebooku

To tajemniczy ogród w Puszczy Białowieskiej. Można spotkać Lasowida

Puszcza Białowieska to idealny kierunek na spędzenie weekendu niezależnie od pory roku. Jak już wiecie z naszych artykułów – zimą to naprawdę magiczne miejsce. Wiosną jest nie inaczej. Tym razem chcemy Wam przedstawić Herbarium w Gruszkach.

 

Miejscowość Gruszki należy na terenie Nadleśnictwa Browsk. Znajdziemy tam wiele obiektów, które pełnią funkcję edukacyjną ale nie tylko! Jednym z ważniejszych punktów jest Herbarium, które znajduje się tuż obok siedziby Nadleśnictwa. Po przyjechaniu na miejsce napotkamy Lasowida o czterech twarzach, usłyszymy śpiew ptaków i kumkanie żab. Jeśli zatracimy się w czerpaniu z natury to w każdej chwili Puszczański Poromierz Słoneczny pokaże nam czy obecnie jest pełnia wiosny, złota jesień czy może zima.

 

Czym w zasadzie jest Herbarium? To tajemniczy ogród, w którym rosną różne gatunki drzew i roślin. Jest tu tak różnorodnie, że całe miejsce wprawia w zachwyt. Każdego roku przyjeżdża tu wielu turystów. Warto odwiedzić Herbarium w Gruszkach choćby w najbliższy weekend.

 

fot. Nadleśnictwo Browsk

90-letni zabytek to już kupa gruzu. Nocne wyburzenie na Bojarach

Zabytkowa kamienica mogła zawalić się w każdej chwili. Została prewencyjnie zburzona. Mowa tu o budynku przy ul. Piasta 6.

 

Budynek ten wyglądał ciekawie. Kamienica miała parter, piętro oraz drugie piętro na poddaszu. Na froncie dumnie widniał rok budowy – 1928. W planach był remont budynku, jednak jego stan techniczny zaczął…nagle się szybko pogarszać. Ekspertyza wykazała, że budynek zagraża ludziom. Dlatego postanowiono go zburzyć.

 

Na szczęście to nie jest tak, że budynek zniknie na zawsze. Zgodnie z przepisami planu zagospodarowania przestrzennego – na tym terenie może jedynie powstać replika budynku. Szkoda tylko, że to już nie będzie ten sam budynek, któremu zabrakło 10 lat by osiągnąć setne urodziny.

 

Św. Rocha 14. Fabryka R. Commichau

 

   Pozostaniemy jeszcze w temacie nieistniejących nieruchomości, które przed II wojną światową zlokalizowane były przy ul. św. Rocha. Ilustracją  do dzisiejszego tekstu jest również zdjęcie, wykonane przez Józefa Sołowiejczyka w 1897 r. Został na nim uwieczniony zespół budynków określonych przez autora jako „fabryka Commichau”.
  Fotograf ustawił się po stronie ul. Nowoszosowej (dziś  to  ul. H. Dąbrowskiego) i skierował obiektyw na południe, obejmując teren rozciągający się między stacją kolejową (po prawej stronie widzimy wieżę ciśnień oraz  fragment gmachu dworcowego) a wzgórzem z kaplicą i cmentarzem św. Rocha. Obszar ten, przed II wojną przyporządkowany do ul. św. Rocha 14, współcześnie zajęty jest pod ul. Bohaterów Monte Cassino, Park im. J. Dziekońskiej, Spodki i handlowce  przy ul. św. Rocha. Jak już wspominałem, znaczna część terenów położonych przy tej ulicy jeszcze na początku lat 70. XIX w. stanowiła własność gospodarzy ze wsi Białostoczek i dopiero później znalazły się one w granicach Białegostoku.
  Pierwsze informacje na temat terenów, na których stanęła fabryka Commichau, pochodzą z lat 70. XIX w. W 1871 r. część tych gruntów przedstawiciele gminy wydzierżawili Chaimow i Lublińskiemu. W kolejnych latach prawo do dzierżawy przechodziło z rąk do rąk – w 1876 r. Lubliński odstąpił je Ickowi Halpernowi, który oddał je grodzieńskiemu mieszczaninowi Abramowi Izabelińskiemu. Izabeliński wzniósł na dzierżawionym gruncie drewniany dom, po czym podzielił teren na dwie części, z których jedną odstąpił Wolfowi Gradowi, ten zaś w 1882 r. Wolfowi Epsztejnowi.
  Inną część gruntów pod przyszłą fabryką w 1879 r. przedstawiciele wsi odsprzedali kupcowi Filipowi Timofiejewowi. Na jego temat nie wiemy w zasadzie nic poza faktem, że jeszcze tego samego roku wzniósł  tu pierwsze zabudowania fabryczne, w tym frontowy piętrowy dom oraz trzypiętrową halę produkcyjną z dwiema oficynami, mieszczącymi w sobie maszynę parową i kocioł. W grudniu 1879 r. grunt i fabrykę kupca Filipa Timofiejewa nabył pruski poddany i kupiec 2 gildii Rudolf Commichau, zaś w  listopadzie 1882 r. odkupił on
od Abrama Izabelińskiego i Wol- fa Epsztejna sąsiadujące grunty wraz z zabudowaniami, stając się  wyłącznym właścicielem rozległej posesji przy ul. św. Rocha 14. Rodzina Commichau sprowadziła się do Białegostoku w latach 40. XIX w. z Colditz w Saksonii.
  Wykorzystując dawny młyn Antoniuk bracia: August, Herman, Rudolf   i Albert  założyli jedną z największych i najlepiej prosperujących firm włókienniczych. Z czasem firmę na Antoniuku, rozszerzoną o zespół fabryczny przy ul. Warszawskiej 59, przejął Herman Commichau.
  Tymczasem Rudolf w 1880 r. usamodzielnił się, zakładając własną fabrykę sukna i kołder przy ul. św. Rocha. W 1853 r. wstąpił w związek mażeński z Blanką von Hane, z którą miał aż piętnaścioro dzieci. Wieku dorosłego dożyli Julia Clara (żona Franza Lippischa), Alfred, Maria Helena (żona Wilhelma Gustawa Teetzmanna), Aleksander, Hugo, Karol, Oskar, Hedwiga i Marga- rethe. Rudolf zmarł w 1901 r. Z licznego grona dzieci Rudolfa interesować nas będą szczególnie Alfred, Aleksander i Hugo Commichau, którym 29 kwietnia 1889 r. ojciec podarował prawa własności do nieruchomości przy ul. św. Rocha 14. W 1890 r. była to druga największa fabryka w mieście – prym wiódł najstarszy zakład Hermana Commichau, zatrudniający 215 robotników i wyrabiający towary o wartości 150 tys.  rubli rocznie, na drugim miejscu był natomiast zakład Rudolfa i synów, który chociaż miał 213 zatrudnionych, osiągał produkcję wysokości 250 tys.  rubli rocznie, w czym był wówczas bezkonkurencyjny. Pomocny w osiągnięciu tych efektów był zapewne nowoczesny silnik parowy o mocy 40 KM, najwyższej w ówczesnym Białymstoku. W 1897 r. firma została nagrodzona przez cara Mikołaja II najwyższym medalem uznania.
  Firma „Rudolf Commichau i Synowie” działała do I wojny światowej. Zabudowania fabryczne przetrwały okres okupacji niemieckiej, ale dzieje posesji przy ul. św. Rocha 14  w pierwszych chwilach po odzyskaniu niepodległości pozostają niejasne. Po sierpniu 1920 r. obiekty zostały przejęte przez wojsko i zlokalizowano w nich siedzibę i skład intendentury Dowództwa Okręgu Generalnego Białystok. Dopiero w 1925 r. wyrok Sądu Okręgowego w Grod nie przysądził prawa własności do całej nieruchomości Oskarowi Schoenowi. Wówczas też ponownie zawarczały tu wrzeciona maszyn tkackich – Schoen wraz ze swoim wspólnikiem Szołemem Fajnsz- tejnem prowadzili od 1919 r. wytwórnię sukna i kołder przy ul. Konopnickiej 1.
  Po 1925 r. wspólnicy przenieśli produkcję na ul. św. Rocha 14.  Budynki przy ul. św. Rocha 14 w okresie międzywojennym służyły także innym przedsiębiorcom, którzy dzierżawili w nich powierzchnię, m.in. skup i sprzedaż materiałów drzewnych Mozesa Szlac htera od 1929 r., wykończalnia i farbiarnia sukna „Zelman Brajnin, Jakub Glikfeld i Spółka, spółka firmowa” od 1931 r. czy sprzedaż szkła taflowego „Szyba” od 1938 r.  Oskar Schoen zmarł w 1925 r., uprzednio zapisując prawa własności dzieciom Emilii i Leonowi Schoenom. Przed 1939 r. Oskar, a potem jego spadkobiercy, stopniowo  wyprzedawali  nieruchomości.  Budynki przy ul. św. Rocha 14 uległy spaleniu w okresie II wojny światowej, najpewniej w 1944 r., a stan ten potwierdza zdjęcie lotnicze z września tego roku. Zostały rozebrane na początku lat 50. XX w.

Wiesław Wróbel
Biblioteka Uniwersytecka w  Białymstoku

Myśliwi mieli strzelać do żubrów. Nic z tego nie będzie

Z jednej strony żubry są pod ochroną, z drugiej jednak raz na jakiś czas trzeba odstrzelić takie sztuki, które są chore i zagrażają reszcie stada lub okolicznym mieszkańcom. Nadleśnictwa zwykle robiły z tego świetny biznes. Gdyż odsprzedawały za duże pieniądze możliwość zastrzelenia zwierzęcia. Tym razem nic z tego. Odstrzeliwać zwierzęta – to ważne – pod nadzorem weterynarza – będą pracownicy Lasów Państwowych w ramach swoich obowiązków.

 

Wbrew pozorom to bardzo dobre rozwiązanie. Oczywiście nadleśnictwa nie będa miały przez to więcej pieniędzy, lecz nareszcie będziemy postępować etycznie. Nikt nie będzie tu handlować śmiercią zwierząt, wyeliminuje się tym strzelanie dla przyjemności. Po prostu trzeba będzie zastrzelić z obowiązku pod nadzorem weterynarza. Chory osobnik zginie w sposób bardziej humanitarny. Oczywiście kulka to kulka, a śmierć to śmierć – lecz wykonywana z odpowiednim podejściem – ma inny wymiar, dzięki któremu okazujemy przyrodzie większy szacunek.

Ubój rytualny po białostocku

 

    Mało kto wie, że przedwojenny Białystok był jednym z ważniejszych, europejskich ośrodków teorii rytualnego uboju. Stało się to za sprawą białostockiego rabina rządowego Gedali Rozenmana.
  Objął on to stanowisko w 1920 roku i był przywódcą miejscowych Żydów do 1943 roku, gdy wraz ze swymi współwyznawcami został zamordowany w Treblince. Był Rozenman autorytetem naukowym w sprawach szechity, czyli właśnie uboju rytualnego.
  W 1936 roku w białostockiej drukarni Technograf, która znajdowała się przy Sienkiewicza 20, wydał książkę “Zagadnienia uboju rytualnego”. Była ona polemiką z poglądami księdza Stanisława Trzeciaka, znanego w całej Polsce ze swych poglądów. Rozenman podejmując dyskusję z duchownym katolickim pisał z właściwym sobie wyważeniem słów, że “celem tej pracy jest na podstawie rzeczowego i źródłowego wyświetlenia całokształtu zagadnienia uboju rytualnego przedstawić faktyczny stan rzeczy. Czynię to w przeświadczeniu, że nie wygasł jeszcze płomień prawdy w sercach ludzi dobrej woli. Do nich się z tą rozprawą zwracam i tuszę, że zechcą oni w tej tak palącej kwestii zapoznać się z prawdziwym stanem rzeczy i poznawszy prawdę mężnie stanąć w jej obronie”.

W jednym z rozdziałów wspomniał Rozenman o dwóch innych białostoczanach, którzy odegrali doniosłą rolę w kwestii uboju. Jednym z nich był rabin S. Malin, który w książce “Szechita a Bedika” (Ubój rytualny i oględziny) wydanej również w Techografie opisał dokładnie urządzenie do dokonywania uboju rytualnego. Pisał Malin, że “maszyna ta przedstawia dużą klatkę żelazną, do której wprowadza się bydlę i umacnia przy pomocy odpowiednich drążków, by stało spokojnie. Przez następny obrót kołowy obraca się maszyna, a z nią i bydlę, zajmujące w tej chwili pozycję leżącą nadającą się bardzo wygodnie do momentalnego cięcia nożem w szyję. Dzięki temu systemowi pokładanie zwierząt odbywa się spokojnie, bez szarpania go lub wyrządzania mu jakiegoś bólu”.
  Kolejnym białostockim śladem w historii uboju rytualnego było to, że konstruktorem tej żelaznej klatki był urodzony w Białymstoku Izaak Wajnberg. Urządzenie to znane było na całym świecie pod nazwą “Klatka Wajnberga”. Cóż jednak z tego, że białostoczanie tyle znaczyli w nauce i praktyce regulującej ubój. W ich mieście właśnie praktyka daleko odbiegała od tych nowości. Wszędzie spotkać można było pokątny, nielegalny ubój. Urągał on przede wszystkim warunkom sanitarnym. Dokonywany w prymitywnych warunkach stanowił poważne zagrożenie dla zdrowia wyznawców judaizmu.
 

W 1936 roku cech rzeźników żydowskich Białegostoku protestował przeciwko tym praktykom. Postulowano wprowadzenie kontroli i stworzenie specjalnego funduszu, który wspomagać miał wykrywanie nielegalnych ubojni. Jednak przez cały okres międzywojenny nie uporano się z tym zjawiskiem. Obok siebie funkcjonowały więc dwa światy. Ten nowoczesny z rabinami Rozenmanem i Malinem i drugi, który skrywał się na biednych Chanajkach.

Andrzej Lechowski dyrektor Muzeum Podlaskiego w Białymstoku

Drewniane domy będą dalej znikać lub płonąć. Jest jeszcze czas na ratunek.

Działania władz z ostatnich lat – o czym już pisaliśmy – spowodowały, że znikły historyczne Bojary, teraz znikają dawne okolice “Bema”. Przypomnijmy – na osiedlu Bojary zaczęły znikać stare drewniane domy, a w ich miejsce pojawiać się zaczęły bloki. Gdy na drodze stał zabytek, to w dziwnych, niewyjaśnionych okolicznościach wybuchały pożary tych domów. Co najciekawsze policja nigdy nie znalazła żadnego podpalacza. Podobne historie zaczynają się dziać na osiedlu Bema. Tutaj też zaczynają znikać drewniane domy, a w ich miejsce buduje się wysokie bloki, które niezależnie czy to kawalerka czy mieszkanie na 8 piętrze – właściciel nazywa apartamentami.

 

Po starym Białymstoku w tych okolicach zostały już resztki. Drewniane domy można zobaczyć na małym fragmencie Grunwaldzkiej, Angielskiej, Młynowej, Kochanowskiego czy Mławskiej. Prawdopodobnie to kwestia czasu, gdy wszystko zamieni się w blokowisko… o przepraszam – apartamentowisko. Warto w tym miejscu podkreślić, to nie jest tak, że każdy może budować wszędzie co mu się podoba. Są plany zagospodarowania przestrzennego i ich trzeba się trzymać. Z tym że urzędnicy plany potrafią zmienić… i tak w miejscu gdzie stoi jakiś stary drewniany dom dopuszczają zabudowę wysokich wieżowców. Tak samo zrobili w ostatnim czasie przy ul. Grunwaldzkiej na fragmencie ulicy między Wyszyńskiego a Sosnowskiego. Los drewnianych budynków w tym miejscu w zasadzie jest przesądzony.

 

Oczywiście nie ma co przesadnie walczyć z blokami, wszak racjonalnie patrząc – ktoś tam mieszka. Zaś drewniane chaty to często pustostany. Zanim jednak je rozbierzemy warto pokusić się o dyskusję w której główne pytanie będzie brzmieć – jak nie zaorać tożsamości miasta?  My stoimy na stanowisku, że warto wrócić do dawnego pomysłu, by wszystkie zabytkowe i inne wartościowe chaty porozbierać i odbudować na specjalnie wyznaczonym do tego terenie. Zbudować drewniane osiedle, ścieżki ułożyć z kocich łbów, a następnie całość potraktować jako muzeum.

 

Warto sobie uświadomić jedno – proces znikania tych chat już jest w zaawansowanej fazie. Za 10-15 lat być może nie będzie już ani jednej. Wtedy tylko obejrzymy je na zdjęciach. Im szybciej pogodzimy się z faktem, że czas tych domów niestety przemija i za późno już na ratunek – czyli na pozostawienie ich na miejscu – tym szybciej zaczniemy je przenosić i realnie ratować.

Św. Rocha 8. Dom rodziny Goławskich

  

   Ul. św. Rocha 8 – teraz w tym miejscu znajdują się budynki handlowo-usługowe, natomiast do lat 90. XX w. stał pod tym adresem murowany piętrowy dom, w którym wychowywał się i przez jakiś czas mieszkał Michał Goławski, znany, ale wciąż wymagający przypominania ,pedagog i działacz społeczny.
  Posesja pod nr 8, podobnie jak działka Pastorów pod nr. 10, po raz pierwszy została odnotowana na mapie gminy białostoczańskiej z 1864 r., gdy tereny wzdłuż ul. św. Rocha wciąż stanowiły część wsi Białostoczek (dopiero w 1876 r. zostały one włączone w granice miasta). Przez analogię możemy przypuszczać, że stanowiła ona wówczas część gruntów któregośz włościan wsi Białostoczek. Nie udało się ustalić, kiedy dokładnie wydzielono posesję przy ul. św. Rocha 8 oraz kto był jej pierwszym posiadaczem. Najwcześniejsze informacje na ten temat pochodzą dopiero z 1895 r. Przed tą datą właścicielem omawianej dziś nieruchomości był Pejsach Wasilkowski. Wasilkowski mieszkał w Białymstoku na pewno w 1871 r.
  Tego roku wstąpił w związek małżeński z Sorą Merjam Sokolską, córką Owsieja. Z aktu ślubu niewiele dowiadujemy się na temat pochodzenia nowożeńców, można jedynie odnotować fakt, że Pejsach urodził się w 1846 r., zaś jego wybranka w 1853 r. W 1874 r. urodził się im syn Mendel (zmarł rok później), w 1876 r. Doba, zaś w 1877 r. Fejga Chaja. O życiu i zajęciach Pejsacha Wasilkowskiego nie wiemy praktycznie nic.
  Przed 1885 r. posiadał nieruchomość przy ul. św. Rocha, którą tego roku wykupił Nachman Ambasz, późniejszy właściciel majątku przy ul. św. Rocha 5. Być może około tego roku Wasilkowski nabył też nową działkę po przeciwnej stronie ulicy. Musiało to nastąpić przed 1889 r. ( wówczas to zmarł). W 1895 r. prawa własności do majątku Pejsacha zostały wystawione na publiczną licytację z powodu niespłaconych długów zmarłego. Za kwotę 5400 rubli wykupiła je wdowa Sora Merjam. Sporządzony przy tej okazji tzw. akt nadawczy odnotowuje, że wówczas na działce stały trzymurowane budynki, w tym frontowy piętrowy dom z dostawionym do niego budynkiem handlowym. W kolejnym roku Wasilkowska zastawiła nieruchomośw Wileńskim Banku Ziemskim, ale kredytu nie zdołała spłacić, toteż bank w 1902 r. zasekwestrował majątek, po czym wystawił go na licytację. Tym razem wygrała ją spółka dwóch wileńskich przedsiębiorców budowlanych: Konrada Huszczy i Władysława Malinowskiego. Zajmowali się oni skupowaniem licytowanych nieruchomości, po czym sprzedawali je z zyskiem.
 
  Przed lipcem 1906 r. Goławscy przeprowadzili się do Białegostoku, tu bowiem urodziła się ich druga córka Irena (zmarła jednak w 1907 r.). W 1910 r. Kazimierz i Zofia z dziećmi mieszkali przy ul. Instytutowej, a od 1910 r.przeprowadzili się na ul. św. Rocha 8. Kazimierz Goławski bardzo szybko odnalazł się w miejscowym środowisku.
  W 1913 r. był już członkiem komisji rewizyjnej Banku Handlowego w Białymstoku, członkiem zarządu Towarzystwa Dobroczynności oraz kandydatem do zarządu Towarzystwa Wzajemnego Ubezpieczenia od Ognia. W domu przy ul. św. Rocha 8 przed 1915 r. funkcjonował komisariat czwartego rewiru policyjnego, był tu także sklep z nabiałem pod nazwą „Higiena”. Rodzina Kazimierza Goławskiego pozostała w Białymstoku w czasie I wojny światowej.
  W pierwszych tygodniach po wkroczeniu do miasta wojsk niemieckich inż. Goławski przejął na pewien czas zarząd nad wodociągiem i elektrownią. Spis wiernych białostockiej parafii z 1916 r. wymienia „Dom Goławskiego”, w którym mieszkali Kazimierz z Zofią oraz dziećmi Michałem i Heleną. Michał w tym czasie uczył się już w polskim gimnazjum, w którym razem z grupą uczniów utworzył tajną bibliotekę uczniów „Nad Poziomy”, do której podarował posiadane książki (egzemplarze zachowały się w zbiorach Biblioteki Uniwersyteckiej). Od 1923 r. Michał studiował
w Wilnie. Po powrocie do Białegostoku zamieszkał w domu przy ul. Staszica 14, w 1928 r. ożenił się z Marią Nowicką,
a od 1931 r. rozpoczął pracę w magistracie na stanowisku kierownika Sekcji Kulturalno-Oświatowej.
  Przez rok był dyrektorem Prywatnego Gimnazjum Koedukacyjnego im. H. Sienkiewicza, gdzie pracował także jako nauczyciel historii.
  W czasie II wojny światowej został zesłany z rodziną do Kazachstanu (tu w 1941 r. zmarł jego ojciec Kazimierz),
a po latach tułaczki w 1948 r. trafił do Anglii, gdzie wspierał polskie szkolnictwo emigracyjne.
  Zmarł w Londynie w 1974 r. (po więcej szczegółów z życia i pracy M. Goławskiego odsyłam do jego biografii autorstwa Jana Trynkowskiego i Zbigniewa Romaniuka). Posesja przy ul. św. Rocha 8 należała do Kazimierza Goławskiego do 1934 r., gdy sprzedał ją pochodzącemu z Brańska Ignacemu Płońskiemu, który pozostawał właścicielem nieruchomości do II wojny światowej.
  W 1932 r. w jednym z budynków pod nr 8 działał dom handlowy „Dohan” Karola Pichlera oraz piwiarnia Grymaszewskich.

  Tak też stało się z posesją przy ul. św. Rocha 8, którą w 1910 r. odsprzedali inżynierowi Kazimierzowi Goławskiemu. Kazimierz Goławski ukończył Ryską Szkołę Politechniczną w 1892 r. z tytułem inżyniera. Przed 1901 r. ożenił się z Zofią z Bogdańskich. W latach 1901-1904 na świat przyszła dwójka ich pierwszych dzieci: Helena i Michał. Wówczas rodzina mieszkała w majątku Hermanowo w powiecie warszawskim.

Wiesław Wróbel
Biblioteka Uniwersyteckaw Białymstoku

Mam pański weksel, płatny dzisiaj

 

  I znowu będzie o pieriepałkach z wekslami, bo tych w handlującym, przedwojennym Białymstoku nie brakowało. Powiadano wtedy w sferach mających do czynienia z interesami, że żona i weksel zawsze wracają. Żona wracała zwykle prawdziwa, choć nadużyta, a weksel najczęściej fałszywy, choć wykorzystany.
  Zacznijmy od obrazka z natury, który ukazał się na łamach popularnego Prożektora. Był rok 1929. “Biuro znanego przemysłowca. Szefa nie ma, jest chory. Zastępuje go syn. W biurze zjawia się starszy subiekt innego przedsiębiorstwa z tej samej ulicy. Czeka pół godziny, nim staje przed obliczem fabrykanckiego synalka: Co pan chcesz? – pada groźne pytanie. – Mam pański weksel, płatny dzisiaj! – Papa jest krank i nic z tego nie będzie!
– Co znaczy nie będzie? To jest żadna odpowiedź! Pański papa jest dzisiaj chory, a jutro pański papa może wyjechać do jakiegoś badu i będzie tam kilka miesięcy, to co będzie z wekslem? – Proszę tu dużo nie gadać. – Dlaczego? – Dlatego, że ja pana uważam tylko za stróża. – Jeśli pan mnie uważa za stróża, to i ja pana mogę uważać za stróża. – Mach cu di morde! Inaczej ja każę woźnemu wyrzucić pana stąd natychmiast. Ignac, wybrasit jemu! We drzwiach ukazuje się groźny Ignac. Interesant mocno wkurzony mówi: Jeśli pan rozkazuje mnie wyrzucić, to dopiero ja będę wiedział, że pan jest tu zwyczajnym wikidajłem. Fabrykant Fils podchodzi do interesanta i daje mu w pysk. Giewałt… skandal. Ignac wyrzuca subiekta z wekslem za drzwi. Sprawa załatwiona!”
  A teraz już o wekslach fałszywych. Również w 1929 r. ukazały się w Białymstoku w obiegu weksle z żyrem firmy Cytron z Supraśla. Kiedy pierwszy weksel został oprotestowany, jego posiadacz zwrócił się do żyranta o wykupienie trefnego kwitu.
  Okazało się wówczas, że podpis akceptanta, jak i żyro są sfałszowane. Wiadomość rozniosła się błyskawicznie po białostockiej giełdzie. I oto pewnego dnia na ul. Giełdowej zatrzymano osobnika, który usiłował wcisnąć 3 weksle asekurowane przez firmę Cytron. Po jego zatrzymaniu, okazał się nim Józef Chomczyk, mieszkaniec Supraśla. Policja szybko ustaliła, że osobiście podrabiał owe weksle, zaś puszczać je w obieg pomagała cała rodzinka.
  Za weksle te nabyte zostały kamasze w firmie Dobrobut oraz inne zakupy w szeregu białostockich sklepach. Ustalenie szczegółów działalności hochsztaplerskiej gromadki trwało długo. Na początku 1931 r. przed Sądem Okręgowym odbył się proces familii Chomczyków. Na ławie oskarżonych, obok fałszerza weksli Józefa, zasiedli: brat Mikołaj z żoną Lidią i szwagier Aleksander Kłusiewicz. Wyrok zapadł bardzo szybko – 1,5 roku, rok i rok. Bratowa Chomczyka oraz matka zostały uniewinnione. Z kolei w 1936 r. przed surowym obliczem sądowym stanął były sekretarz parafii św. Rocha, Stanisław Słobodzki, także oskarżony o sfałszowanie szeregu weksli właściciela składu aptecznego Stefana Sulikowskiego.
  Wszystko zaczęło się pod koniec 1932 r., kiedy to Słobodzki w czasie trwającego kryzysu, podjął decyzję o budowie domu. Znalazł się w trudnościach finansowych. Zwrócił się więc do znajomego aptekarza z ul. Dąbrowskiego 2, Stefana Sulikowskiego z prośbą o podżyrowanie kilku weksli. Ten nie odmówił. Tymczasem sekretarz parafialny coraz bardziej brnął w długi. Znowu poprosił znajomka o podżyrowanie dalszych weksli. Ten okazał się życzliwość, ale i nieroztropność, zgodził się.
  Kiedy jednak w obiegu znalazła się większa ilość weksli z żyrem Sulikowskiego, a Słobodzki znowu nagabywał go o ratunek, spotkał się ze zdecydowaną odprawą. Co zatem zrobił pechowy budowniczy domu? Zaczął podrabiać podpis aptekarza na swoich wekslach. Ten dowiedział się o tej mistyfikacji, lecz nie chciał początkowo nic z tym zrobić.   Dopiero kiedy zaczął być nawiedzany przez posiadaczy fałszywych walorów, zdecydował się złożyć zawiadomienie do prokuratury.
  Na rozprawie sądowej Słobodzki przyznał się co prawda do podrabiania podpisu, twierdził, że czynił to za wiedzą Sulikowskiego. Bo to przecież aptekarz namówił go do budowy feralnego domu, przyczyny jego finansowego krachu. Sąd nie podzielił argumentów Słobodzkiego. Dostał 1,5 roku więzienia i tylko amnestia złagodziła nieco ten wyrok.

Włodzimierz Jarmolik 

Tragiczny koniec Szymka Blausteina

 

   Na przełomie XIX i XX stulecia opuścił chyłkiem Białystok kilkunastoletni wyrostek, Szymek Blaustein. Może wmieszał się w którąś z licznych podówczas awantur partyjnych albo też w hecę z carskim stójkowym – nie wiadomo.
  Bez grosza dotarł do Warszawy. Tutaj zapracował na bilet kolejowy do Berlina. Harując w garkuchni zarobił na drogę do Rotterdamu. Interesował go zwłaszcza tamtejszy port, okno Europy na cały świat. Długo nikt w Białymstoku nie wiedział, co się dalej działo z młodym Blausteinem. Aż wreszcie objawił się on w Afryce Południowej w szeregach awanturników, którzy pod auspicjami Anglików, zwycięskich w wojnie z Burami, rozdrapywali rządowe działki na złoto- i diamentonośnych polach. Białostoczanin nie dokopał się wymarzonych skarbów, ale zbudował za to na swoim terenie drewniany barak i otworzył w nim pierwszy w okolicy bar.
  Pomysł był dobry. Pomogły Szymkowi doświadczenia berlińskie. W barze zawsze było pełno fartownych górników. Były też draki i strzelaniny. Obrotny barman potrafił jednak dogadać się z miejscową policją. Przymykała ona oczy na bójki i trupy.
  Południowy zakątek Afryki zapełniał się coraz bardziej przybyszami z Europy. Obok złota i diamentów odkryto tam również bogate pokłady węgla. A Blaustein zakładał coraz nowe bary i zwiększał swoje dochody. Gdy zaczęło robić się mu za ciasno w Rodezji, za zgodą władz zmienił nazwisko na, nomen omen, Barman i przeniósł się do Konga belgijskiego. Tutaj wziął się do handlu z krajowcami i to na olbrzymią skalę. Cały kraj pokryły jego faktoria, pracujący dla niego agenci dysponowali zawsze dużym kapitałem.
  Nikt nie mógł wytrzymać konkurencji z firmą Barmana. Wkrótce eksbiałostoczanin był już właścicielem rozległych plantacji bawełny. Surowiec ten eksportował do Europy. W tym celu utworzył własną flotę handlową. Po kilkunastu latach, kiedy obrzydły mu afrykańskie upały, zlikwidował swoje kongijskie interesy i z całym, olbrzymim majątkiem wrócił na Stary Kontynent.
  Osiadł w Brukseli. Ponieważ nie mógł żyć bezczynnie, założył tu bank zajmujący się finansowaniem nowych przedsiębiorstw kolonialnych. W Brukseli przypomniał sobie też, że zostawił kiedyś w Białymstoku liczną rodzinę. Odwiedził więc swoją niepodległą już ojczyznę, pospacerował po ulicach rodzinnego miasta i choć nie ulokował tu nic ze swojego bogactwa, zabrał do Brukseli młodszego brata. Uczynił go ważną figurą w swoim banku, zapewniając udział w zyskach.
  Tymczasem w osieroconym przez Barmana Kongu powstało wiele małych przedsiębiorstw, prowadzących nadal handel z tubylcami. Lecz nie było to już to, co za dawnych czasów. Barman postanowił powrócić, chociaż w małym stopniu, do kongijskich interesów. Tak powstała firma “Papageo”, w którą brukselski bank zainwestował cały milion franków.
  Pod koniec 1930 r. prezes Barman otrzymał od dyrektora “Papageo”, Cypryjczyka Georghiona, alarmującą depeszę. Koniunktura w handlu załamała się, powstały duże straty, potrzebny jest kolejny zastrzyk gotówki. Barman szybko oszacował wszystkie za i przeciw otrzymanej informacji, rozważył trendy światowe, nieco uwagi poświęcił osobie dyrektora “Papageo” i odtelegrafował: dalszego finansowania nie będzie!
  Chociaż natarczywe depesze przychodziły jeszcze przez następnych kilka tygodni, prezes Barman wrzucał je beznamiętnie do kosza. Kiedy korespondencja ustała, odetchnął z ulgą. Nie wiedział tylko, czy feralna firma wygrzebała się z tarapatów, czy też pogrążyła się całkowicie i została zlikwidowana.
  3 stycznia 1931 r. około południa Szymon Barman, jak zwykle zasiadł za swoim imponującym biurkiem w brukselskim banku. W pewnym momencie, bez zwyczajowej zapowiedzi, do jego gabinetu wszedł elegancki mężczyzna. Barman rozpoznał w nim dyrektora Georghiona. Kiedy godzinę później zamówiony szofer przyjechał po szefa, zastał w pokoju na podłodze dwa trupy.
  Jak ustaliła policja belgijska, krewki Cypryjczyk strzelił trzy razy w plecy swojego pryncypała, a potem popełnił samobójstwo. Tak skończył żywot bogacz Szymon Blaustein-Barman, który opuścił niegdyś Białystok bez grosza przy duszy.

Włodzimierz Jarmolik

Nowe stado żubrów już na wolności

Puszcza Augustowska ma nowych mieszkańców. Po pobycie w zagrodzie adaptacyjnej nowe stado siedmiu żubrów trafiło na wolność. Teraz będą obserwowane przy pomocy obroży telemetrycznej, którą nosi krowa ze stada. Miejsce, gdzie przebywa nowe stado to specjalnie przygotowane pola i łąki, gdzie zwierzęta bez szkód będą mogły żerować. To też nie jest tak, że z zamkniętej zagrody zwierzęta zostały od razu “wypędzone na wolność”. Żubry mogą wracać do zagrody – brama jest otwarta.

 

Początkowo miejscowa ludność była przeciwna zasiedlaniu żubrami lokalnych terenów. Jednak wszystko się z czasem zmieniło, dlatego że mieszkańcy kiedyś nastawieni byli na działalność rolniczą, dzisiaj skupieni są na turystyce. A wiadomo, że dzikie żubry przyciągają. Szczególnie, gdy na dokładkę ma się takie walory jak krystalicznie czyste jeziora. Jeżeli do tego dodamy, że rolnicy z gminy powiatu hajnowskiego za dostarczanie siana żubrom na zimowe stogi otrzymują spore pieniądze… i rolnicy z gminy Augustów też mogą się o to postarać, to okaże się, że dzikie zwierzęta naprawdę nikomu nie będą przeszkadzać.

 

Oczywiście przewożenie żubrów nie jest robione „pod turystów” ani „dla pieniędzy”. Ochrona żubra polega przede wszystkim na zminimalizowaniu zjawiska wsobności genetycznej. A mówiąc ludzkim językiem – by żubry ze sobą spokrewnione nie rozmnażały się, bo będą rodzić się sztuki słabe i niedorozwinięte. Dlatego też mieszanie stad chroni te piękne zwierzęta przed samozagładą.

 

fot. Ministerstwo Środowiska

Nie trać głowy i miej tupet

 

   W styczniu 1924 r. Liza Ajer, zamieszkała przy ul. Giełdowej 6, wyjechała wraz z dziećmi na zimowe ferie.
Tydzień później w domu tym pojawili się trzej mężczyźni, którzy otworzyli wytrychem drzwi do mieszkania pani Ajerowej i najspokojniej w świecie zaczęli plądrować szafy, kredensy i biurka. Wydobywali ze środka garderobę i inne cenne przedmioty. Cały ten majdan ładowali do przyniesionych ze sobą worków.
  Wkrótce przed dom przy ul. Giełdowej zajechały sanie zaprzężone w dwa konie. Złodzieje wynieśli swój łup i umieścili na saniach. Sąsiad z przeciwka, który zainteresował się całą operacją, otrzymał odpowiedź, że jest to tylko zwykła przeprowadzka, jeden z włamywaczy zaproponował mu nawet, aby pomógł w wynoszeniu mebli.
  Kiedy rodzina Ajerów wróciła z wakacji, była oczywiście mocno zmartwiona. Policjantom z Ekspozytury Urzędu Śledczego pomimo starań nie udało się odnaleźć tupeciarskich opryszków, ani skradzionych rzeczy.
  Inna przygoda spotkała jesienią 1927 r. Zelmana Jezierskiego, prowadzącego zakład fryzjerski przy Rynku Kościuszki 3. Do jego salonu zaszło dwóch klientów, zażyczyli golenie. Mistrz brzytwy i nożyczek wykonywał zlecenie i jednocześnie bawił swoich gości rozmową. Ci byli bardzo ciekawi, jaka jest cena poszczególnych narzędzi fryzjerskich i innych zawodowych przedmiotów. Interesował ich też dzienny utarg fryzjerni. Po skropieniu się wodą kolońską grzecznie opuścili salon.
  Kiedy następnego dnia pan Jezierski przyszedł do swojego zakładu, zdumiał się niezmiernie. Drzwi były wyrwane z zawiasów, a w środku lokalu wielki bałagan. Przybyła policja. Szybko okazało się, że zniknęły fryzjerskie narzędzia, a nawet wieszaki na ubranie.
  Wiele miesięcy później ujęto w Warszawie dwóch gagatków, którzy bawiąc w Białymstoku, obrabowali kilku fryzjerów, w tym i Zelmana Jezierskiego. Okazało się także, że zapotrzebowanie na narzędzia fryzjerskie złożył Abram Krauze, zawodowy paser fryzjerskich akcesoriów.
  W pierwszej połowie lat 20. klasą samym dla siebie był znany również na bruku białostockim stołeczny złodziej i oszust Dawid Dąb. W 1924 r. sąd udowodnił mu aż 142 przestępstwa popełnione zarówno w Warszawie, jak i na prowincji. Dąb miał w swoim repertuarze wiele rozmaitych sztuczek. Do każdej roboty zakładał inny strój, golił bądź zapuszczał wąsy, przylepiał sztuczną brodę, zmieniał okulary i laski. Właśnie dlatego policja warszawska, białostocka i inne z całego kraju nie mogły połączyć go z różnymi kradzieżami.
  Dąb upodobał sobie zwłaszcza robotę w sklepach jubilerskich. Zachodził tam zwykle jako bogaty, wymagający ziemianin z Kresów. Inną sztuczką stosowaną przez pomysłowego oszusta, było wyłudzanie towarów za pomocą sfałszowanych rachunków.
  Sposób był niesłychanie prosty. Najpierw płacił niewielki zadatek, później zmieniał sumę na otrzymanym pokwitowaniu. Po dodaniu niewielkiej kwoty, wychodził ze sklepu z różnymi atrakcyjnymi towarami. Również zabawiał się w ten sposób, że odbierał z lady sklepowej przedmioty zamówione i zapłacone przez innych klientów. Proceder ten wymagał zimnej krwi i dużej pewności siebie.
  Dąb jednak lubił ryzyko. Naciął się dopiero w sklepie futrzarskim. Zamówił kilkanaście najpiękniejszych skórek i polecił je odnieść pod wskazany adres. Tam miał uregulować rachunek. Na schodach wskazanego domu spotkał woźnego sklepowego z pakunkiem., Sprytnie zamienił paczkę na inną i odmówił zakupu. Woźny odniósł pakunek do sklepu, a tam się okazało, że drogie futerka zostały zastąpione jakąś lichotą. Zdesperowany woźny rozpoznał Dęba kilka miesięcy później na ulicy i wskazał policjantowi. Sześć lat więzienia to była cena za owocną działalność króla szopenfeldu.

Włodzimierz Jarmolik

Św. Rocha 10. Posesja rodziny Pastorów

 

   Najwcześniejsze informacje o tej nieruchomości pochodzą z 1864 r. Stanowiła ona część większej działki sąsiadującej od północy z cmentarzem parafialnym przy kaplicy pw. św. Rocha oraz od zachodu z posesją należącą do cerkwi prawosławnej pw. św. Mikołaja. 
  Posesja została wydzielona w 1877 r. Tego roku wykupił ją od włościan gminy Białostoczek Johann Wilhelm Pastor. Od tej chwili do II wojny światowej to on i jego potomkowie pozostawali właścicielami nieruchomości przy ul. św. Rocha 10. 
  Co wiemy na temat rodziny Pastorów ? Protoplasta rodziny, Johann Wilhelm urodził się w 1818 r. w miasteczku Burtscheida, dziś stanowiącym dzielnicę Akwizgranu. Najprawdopodobniej przybył na teren Królestwa Polskiego w latach 30. XIX w., po czym trafił do Supraśla, gdzie odnotowano go w 1846 r. Był żonaty z Otylią Rothert i tego roku na świat przyszedł jego pierwszy syn Wilhelm Otto. W metryce chrztu odnotowano, że Johann Wilhelm był „właścicielem fabryki”, co potwierdza przypuszczenie, że jego podróż z okolic Akwizgranu do Królestwa Polskiego (najpewniej do Zgierza lub Łodzi), a następnie do Supraśla, związana była z pracą w rozwijającym się przemyśle tekstylnym.
  W 1847 r. małżonkom urodziła się córka Maria Zofia. Na przełomie lat 50. i 60. XIX w. Johann Wilhelm i Otylia Pastorowie przeprowadzili się z Supraśla do podbiałostockich Dojlid, gdzie znaleźli zatrudnienie w jednej z fabryk włókienniczych. Tu urodził się ich kolejny syn Maksymilian Leopold (1852 r.). Jakiś czas później mieszkali już w Białymstoku,  w następnych latach przyszli na świat  Karol Ryszard (1856), Eugeniusz Aleksander (1864) oraz Hugo Teodor (data urodzin nieznana). Nie wiadomo, gdzie dokładnie mieszkali Pastorowie przed 1877 r., ani gdzie mieścił się ich zakład.
  W 1877 r. Pastor kupił posesję przy ul. św. Rocha, gdzie wkrótce postawił dom, o którego istnieniu dowiadujemy się w 1883 r. Co ciekawe, w 1852 r. Johann Pastor rozpoczął dodatkową działalność handlową, zakładając jeden z pierwszych w mieście sklepów dostarczających farb anilinowych. Warto wspomnieć, że w latach 50. XIX w. Dojlidach mieszkał Emil August Pastor, niewątpliwie brat Johanna Wilhelma. Był on synem Johanna Antoniego Heinricha Pastora, urodzonym również pod Akwiz- gran em.
  W 1852 r. ożenił się z pochodzącą z Supraśla Fryderyką Wilhelminą Luisą Klein, zachodziły więc między nimi wyraźne powiązania rodzinne i zawodowe. W 1869 r., tego samego dnia, zawarte zostały dwa śluby najstarszych dzieci Johanna Wilhelma: Wilhelm Otto ożenił się z Augustą Albertyną Arndt, córką przedsiębiorcy z Knyszyna, natomiast Maria Zofia wyszła za brata Augusty Albertyny, Friedricha Juliusa Arndta. W 1887 r. Maksymilian Leopold ożenił się z Marią Otylią Wagner, natomiast Hugo Teodor z Marią Wilhelminą Auguer. Johann Wilhelm Pastor zmarł w 1885 r., zaś wdowa po nim pięć lat później.

    Dopiero 8 marca 1895 r. w Petersburgu, gdzie mieszkała wówczas część spadkobierców, potomkowie Johanna podzielili się prawami do otrzymanej w testamencie nieruchomości w ten sposób, że pełnię władzy nad nią otrzymał Hugo Teodor Pastor. W 1914/1915 r. razem z młodszym bratem mieszkał Maksymilian Leopold (pisany zwykle jako Maks).
  Księga adresowa z 1897 r. odnotowuje, że synowie Johanna Wilhelma prowadzili we własnym domu przy ul. św. Rocha skład węgla (co mogło być przyczyną, dla której Pastorowie kupili dom w pobliżu stacji kolejowej) oraz agenturę towarzystwa ubezpieczeniowego „Petersburg”, jednego z najstarszych i największych w Rosji.
  Agentura i skład węgla działały do I wojny światowej (wymieniają je księgi adresowe z lat 1913/1914). W 1913 r. mieszkała tu Maria Szers zewicka, nauczycielka rękodzieła w Instytucie Imperatora Mikołaja I (dawnym Instytucie Panien Szlacheckich) oraz Ryszard Otto, będący w tym roku członkiem Rosyjskiego Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami.   W okresie międzywojennym nadal funkcjonowała firma węglowa dzieci Johanna Wilhelma. Maksymilian Leopold żył jeszcze w 1926 r., prowadził wówczas pod omawianym adresem istniejącą od 1852 r. firmę sprzedaży farb, natomiast w 1932/1933 r. mieścił się tu także dom sprzedaży komisowej.
  Pod koniec lat 20. XX w. właścicielką posesji przy ul. św. Rocha 10 została córka Hugo Teodora, urodzona w 1885 r. Maria Wilhelmina, nosząca po mężu nazwisko Spaska.
  W 1929 r. odsprzedała ona część nieruchomości Dymitrowi Maciejewskiemu, co doprowadziło do powstania dwóch posesji przy ul. św. Rocha 10 i 10/2. Wkrótce po 1929 r. Maciejewski zbudował murowany dom, który niedawno został rozebrany. Spaska była właścicielką pozostałej części ojcowizny do 1937 r., gdy odsprzedała ją Antoniemu Karpińskiemu. Zarówno Maciejewski, jak i Karpiński zostali odnotowali jako posiadacze praw własnościowych jeszcze w 1941 r.

Wiesław Wróbel
Biblioteka Uniwersytecka w  Białymstoku

Mają chronić żubry, a po ich działaniach jeden zdechł

Uparli się by wywozić żubra, który nikomu nie zagrażał. Popularny “Wojtek” zdechł po drugiej wywózce. To władze Białowieskiego Parku Narodowego za wszelką cenę chciały pozbyć się żubra ze wsi Budy. 

 

We wsi Budy – mieszkał samotny żubr. Warto wiedzieć, że jest to zwierzę stadne, a każdy “samotnik” powinien być bacznie obserwowany, gdyż jest stary, często chory i może zagrażać ludziom. W tym wypadku tak jednak nie było. Żubr “Wojtek” nie atakował ludzi, a był ulubieńcem mieszkańców. Często spacerował po Budach, nie reagował na ludzi robiących mu zdjęcia, zaglądał ludziom w okna i był przez nich czasem dokarmiany. Sami mieszkańcy bud nie czuli się zagrożeni jego obecnością.

 

Mimo tego władze Białowieskiego Parku Narodowego postanowili odłowić zwierzę i wywieźć do Puszczy Białowieskiej. Wojtek nie dał jednak za wygraną i wrócił do Bud. Władze BPN uważały jednak, że żubr nie powinien przebywać wśród ludzi. Było to bardziej działanie prewencyjne, bo stare zwierzę nikomu nie szkodziło. Po drugiej wywózce odnaleziono zwłoki Wojtka w pobliżu wsi Topiło – gdzie został przewieziony po kolejnym odłowieniu. Tak smutno kończy się historia wesołego żubra, który przeszkadzał tylko władzom Białowieskiego Parku Narodowego – których głównym zadaniem paradoksalnie jest ochrona żubra.

Chcą odremontować stare tory. Zobacz, gdzie będzie można dojechać

Z Łap do Śniadowa w przyszłości będzie można dojechać pociągiem. PKP PLK szuka już firm, które zaprojektuja ten odcinek na nowo i poprowadzi tam prace budowlane. Czy to oznacza, że PKP chce uruchomić tam regularne kursy pasażerskie? Tego jeszcze nie wiadomo, bo o tym decyduje inna spółka należąca do PKP – Regio, która pozyskuje pieniądze na połączenia regionalne z Urzędu Marszałkowskiego. Zatem to politycy zdecydują w przyszłości czy uruchamiać linię z Łap (lub Białegostoku) do Śniadowa. 

 

Przypomnijmy, że marszałek Leszczyński doprowadził do uruchomienia innej – nieużywanej linii. Szynobus zawiezie nas latem w weekendy z Białegostoku do Walił. Trasa wiedzie przez Puszczę Knyszyńską i ma wielu zwolenników, którzy chętnie wybierają się w tamte rejony. Bardzo ciekawe miejsce jest choćby w Sokołach – gdzie zatrzymuje się pociąg. Warto też odwiedzić Gródek. Druga linia, która została niedawno uruchomiona prowadzi z Białegostoku do Kowna na Litwie. 

 

Czy idąc śladem pierwszej i drugiej linii powstanie też trzecia – weekendowa dla turystów, czy też może przydałaby się regularna, by do Śniadowa można było dojechać każdego dnia?