Wystarczy wyjechać z Białegostoku na północ i w ciągu kilku dni zobaczyć cztery stolice, które rozwijały się w zupełnie różnych warunkach, a jednak wszystkie mogą być dla nas ciekawym punktem odniesienia. Wilno, Ryga, Estonia to duże miasta w małych krajach. Helsinki są już oczywiście inną ligą gospodarczą, ale pod względem klimatu, położenia czy problemów typowych dla północnej Europy są nam znacznie bliższe niż miasta Hiszpanii, Francji czy Włoch. Dlatego zamiast po raz kolejny zachwycać się Kopenhagą albo Amsterdamem, warto popatrzeć na to, co zrobili nasi najbliżsi sąsiedzi. Nie po to, żeby ich bezmyślnie kopiować. Raczej po to, żeby się zainspirować i postarać się wiele rzeczy urządzić zupełnie inaczej.
Dziecko w ruchu
Jedną z pierwszych różnic zauważa się w Rydze, szczególnie gdy podróżuje się z dzieckiem. U nas plac zabaw bardzo często jest dodatkiem do parku albo osiedla. Kilka urządzeń kupionych z katalogu: domek, zjeżdżalnia, dwie huśtawki, może mała ścianka wspinaczkowa. Wszystko kolorowe, bezpieczne, otoczone gumową nawierzchnią i właściwie takie samo jak sto innych placów zabaw. W Rydze widać inną filozofię. Tam tworzy się całe przestrzenie przeznaczone do ruchu. Dobrym przykładem jest ogromny plac w Mežaparksie, zajmujący około 1,5 hektara i podzielony na siedem stref aktywności, ale także nowe inwestycje, jak rozbudowywany Park Zwycięstwa czy piętnastohektarowy teren rekreacyjny w Skanste. Są tam duże konstrukcje do wspinania, tory przeszkód, skateparki, miejsca do ćwiczeń, boiska, wodne place zabaw czy przestrzenie, po których dziecko po prostu może biegać. Nie chodzi więc o to, żeby przez dziesięć minut pozjeżdżało ze zjeżdżalni. Chodzi o to, żeby po dwóch godzinach naprawdę miało dość ruchu.
To jest coś, co Białystok mógłby skopiować niemal natychmiast. Mamy mnóstwo zieleni, duże parki i sporo wolnej przestrzeni. Zamiast budować kolejny niewielki plac zabaw, który różni się od poprzedniego kolorem daszku, można byłoby stworzyć jeden naprawdę potężny park aktywności dla dzieci. Taki, do którego jedzie się specjalnie z drugiego końca miasta. Coś pomiędzy placem zabaw, parkiem linowym, boiskiem, torem przeszkód i miejscem eksperymentowania. Zadziwiające jest, że miasta o znacznie trudniejszym klimacie potrafią projektować przestrzeń z założeniem, że dzieci mają być na zewnątrz i się ruszać, podczas gdy u nas często projektuje się ją przede wszystkim tak, żeby urządzenie miało odpowiedni certyfikat, zmieściło się w budżecie i ładnie wyglądało podczas przecięcia wstęgi.
- Park Zwycięstwa w Rydze
- Park Zwycięstwa w Rydze
- Park Zwycięstwa w Rydze
- Park Zwycięstwa w Rydze
Rowerowe szaleństwo
Jeszcze większa różnica pojawia się w Tallinie, a przede wszystkim w Helsinkach. Chodzi o rower. Nie jako rekreację na niedzielę, ale jako zwyczajny środek transportu. W Białymstoku infrastruktura rowerowa przez ostatnie lata bardzo się poprawiła, ale ciągle w wielu miejscach można odnieść wrażenie, że najpierw projektuje się ulicę dla samochodu, później chodnik, a jeśli zostanie trochę przestrzeni, próbuje się jeszcze gdzieś wcisnąć rowerzystę. W Helsinkach widać podejście odwrotne. Trasa rowerowa jest elementem systemu komunikacyjnego miasta i ma prowadzić gdzieś dalej, a nie kończyć się nagle dlatego, że projektantowi zabrakło miejsca.
Najbardziej uderzające jest to podczas remontów. Można trafić na sytuację, w której chodnik zostaje zamknięty albo pieszy otrzymuje objazd, a biegnąca obok droga rowerowa pozostaje przejezdna. Nie oznacza to, że fińskie prawo formalnie stawia rowerzystę ponad pieszym. Takiego pierwszeństwa nie ma. Pokazuje jednak sposób myślenia: ciągłość trasy rowerowej traktowana jest podobnie jak ciągłość ulicy. Helsinki budują dodatkowo sieć szybkich tras Baana, która docelowo ma liczyć około 140 kilometrów, a około 160 kilometrów najważniejszych tras rowerowych jest już objętych specjalnym utrzymaniem zimowym. Na części z nich śnieg nie jest nawet klasycznie odgarniany i posypywany piaskiem, lecz usuwany szczotkami, a nawierzchnia zabezpieczana przed śliskością. I nagle brak odśnieżania dróg rowerowych zimą w Białymstoku zaczyna brzmieć dość zabawnie. W Helsinkach zima jest przecież trochę bardziej zimowa niż w Białymstoku.
- Tallin. Od lewej pas jezdni dla samochodów, oddzielony słupkami stary pas drogi dla rowerzystów i pieszych.
Co dzieci robią na W-F?
Helsinki potrafią zaskoczyć także w zupełnie innym miejscu. Na szkolnym boisku można zobaczyć dzieci grające na WF-ie w coś, co my Polacy nazywamy palantem. W rzeczywistości jest to pesäpallo, fińska odmiana gry z kijem i piłką, która stała się jednym z narodowych sportów Finlandii. Grają w nią dzieci, młodzież i zawodnicy profesjonalnych drużyn. Fiński związek prowadzi rozbudowane programy szkolne i młodzieżowe, a sam sport jest mocno związany z systemem edukacji.
I tutaj znów nie chodzi o kopiowanie Finlandii i rozdawanie białostockim uczniom kijów do pesäpallo. Bardziej interesująca jest sama idea. Dlaczego wychowanie fizyczne ma polegać ciągle na tych samych kilku dyscyplinach? Przecież Polska również miała własne gry podwórkowe i zespołowe, które właściwie zniknęły. Palant rozwija bieganie, rzucanie, łapanie, refleks i współpracę, a przy okazji nie wymaga hali za kilkadziesiąt milionów złotych. Czasem rozwój nie musi polegać na wymyślaniu czegoś nowego. Można również przypomnieć sobie coś, co kiedyś działało.
Jak wykorzystać przestrzeń?
Helsinki imponują jeszcze czymś innym – wykorzystywaniem przestrzeni, której na pierwszy rzut oka w ogóle nie widać. Centrum miasta w dużej części ma drugie życie pod ziemią. Galerie handlowe, przejścia, parkingi, metro, dworzec kolejowy i kolejne budynki połączone są systemem podziemnych korytarzy. Z centrum handlowego Forum można pod ziemią dostać się między innymi w kierunku metra, dworca centralnego czy Kamppi. W praktyce w wielu miejscach można przemieszczać się przez centrum miasta, robić zakupy i korzystać z usług niemal bez wychodzenia na powierzchnię. To nie jest jedna gigantyczna galeria handlowa, jak można byłoby pomyśleć podczas pierwszej wizyty, lecz wiele budynków i przestrzeni, które zostały z czasem połączone w jeden organizm. Helsinki mają nawet osobny plan zagospodarowania przestrzeni podziemnej.
Oczywiście pomysł budowania podziemnego Białegostoku byłby absurdem. Nie mamy ani fińskiego klimatu, ani takiej gęstości zabudowy, ani cen gruntów. Ale już filozofia wykorzystywania tego, co istnieje, jest bardzo ciekawa. U nas inwestycja zbyt często zaczyna się od znalezienia pustej działki i postawienia na niej nowego budynku. Tam znacznie częściej szuka się sposobu, żeby nowa funkcja weszła do starej przestrzeni albo została z nią połączona.
Jeszcze lepiej widać to w Tallinie. Wystarczy odejść kilkaset metrów od średniowiecznej starówki, żeby znaleźć się pośród współczesnych biurowców, hoteli i apartamentowców. Teoretycznie nic niezwykłego. Nowoczesne centra biznesowe ma dziś pół Europy. A jednak w Tallinie bardzo wiele nowych budynków wygląda tak, jakby ktoś naprawdę nad nimi siedział, rysował je, zastanawiał się nad proporcjami, materiałami, detalami i tym, jak będą wyglądały obok budynku stojącego tam od stu lat. Nie chodzi o to, że każdy jest arcydziełem. Chodzi o widoczną ambicję, żeby nie tworzyć miasta złożonego wyłącznie ze szklanych pudełek.
Najlepiej widać to w kwartale Rotermanna. Dawny obszar przemysłowy był pod koniec XX wieku mocno zdegradowany. Najprościej byłoby go wyburzyć, sprzedać deweloperom i zbudować wszystko od początku. Tymczasem stara zabudowa została objęta ochroną, a pomiędzy dawnymi młynami, magazynami i fabrykami zaczęły pojawiać się odważne współczesne budynki. Dziś właśnie kontrast między jednym a drugim jest największą wartością tego miejsca. Nowoczesność nie udaje tam XIX wieku, a XIX wiek nie przeszkadza nowoczesności.
W Białymstoku ta lekcja powinna szczególnie boleć. Tutaj stary budynek bardzo często staje się problemem. Przeszkadza w inwestycji, jest drogi w remoncie, ma niewygodny układ, konserwator czegoś nie pozwala. Potem przez lata stoi pusty i niszczeje, aż w końcu okazuje się, że jego stan jest tak zły, iż niczego już nie da się zrobić. Czasem dodatkowo „pomaga” pożar. I nagle problem znika, a działka staje się niezwykle atrakcyjna. Tallin pokazuje coś dokładnie odwrotnego: stary budynek może być nie przeszkodą inwestycyjną, lecz najcenniejszym elementem całej inwestycji. Nowoczesny biurowiec można przecież postawić wszędzie. Stuletniej fabryki, magazynu czy kamienicy nie da się już później odtworzyć.
- Nowoczesne centrum biznesowe w Tallinie
- Nowoczesne centrum biznesowe w Tallinie
- Nowoczesne centrum biznesowe w Tallinie
- Nowoczesne centrum biznesowe w Tallinie
Zakaz dla hulajnóg elektrycznych
Ciekawym doświadczeniem jest też samo Wilno. To miasto pod wieloma względami wydaje się Białemustokowi najbliższe, ale coraz wyraźniej próbuje odzyskiwać przestrzeń zdominowaną przez samochody. Jednocześnie Litwini pokazują, że promowanie rowerów i hulajnóg nie oznacza automatycznej zgody na to, żeby ich użytkownicy robili wszystko, co chcą. W Wilnie (i innych litewskich miastach) istnieją miejsca, w których znaki po prostu zabraniają jazdy hulajnogami elektrycznymi i rowerami. Na części Starego Miasta oraz na mostach obowiązuje ograniczenie do 12 km/h, a na najbardziej zatłoczonych ulicach wprowadzono zakazy ruchu takich pojazdów. Miasto wyznaczyło też specjalne miejsca do pozostawiania współdzielonych hulajnóg, żeby nie walały się po całych chodnikach. To dość zdroworozsądkowe podejście: mikromobilność jest dobra, dopóki nie odbywa się kosztem pieszego.
Podobne wrażenie robi jazda samochodem po Litwie. Bardzo szybko człowiek przestaje tam traktować ograniczenie prędkości jako sugestię. Fotoradary i odcinkowe pomiary prędkości są tak powszechne, że nawet krótkie ograniczenie z 90 do 70 km/h lepiej potraktować poważnie. Nie jest to wyłącznie subiektywne wrażenie kierowcy. Według danych przywołanych przez Komisję Europejską na litewskich drogach państwowych działa 212 stałych urządzeń kontroli prędkości: 78 mierzących prędkość w konkretnym punkcie oraz 134 systemy mierzące średnią prędkość na odcinku.
Można oczywiście dyskutować, czy wszystkie radary stoją w idealnych miejscach i czy każde ograniczenie ma sens. Sama zasada jest jednak godna uwagi. Znak drogowy działa wtedy, kiedy większość kierowców zakłada, że jego zignorowanie może mieć konsekwencje. W Polsce wciąż mamy mnóstwo dróg, na których ograniczenie do 70 km/h oznacza w praktyce jazdę 90, a ograniczenie do 50 – około 70. Litwa pokazuje, że kulturę jazdy można zmieniać nie tylko apelami i kampaniami społecznymi, ale również zwyczajną nieuchronnością kontroli.
- Zakaz jazdy hulajnogom elektrycznym na Litwie
Gdzie się podziała chińszczyzna?
Podczas podróży przez Litwę, Łotwę, Estonię i Finlandię można zauważyć jeszcze jedną drobną rzecz. Oczywiście są tam sklepy z tanimi gadżetami, plastikowymi zabawkami i importowanym towarem z Chin. Nie ma sensu tworzyć mitu, że kraje bałtyckie odgrodziły się od chińskiej produkcji, bo byłaby to nieprawda. Jednak w centrach miast znacznie słabiej rzuca się w oczy handel przypadkową tandetą. Więcej jest lokalnego wzornictwa, miejscowych produktów, normalnych sklepów czy lokali usługowych, a mniej punktów, które wyglądają jak zawartość kontenera sprowadzonego prosto z azjatyckiej hurtowni. To oczywiście obserwacja, której nie da się uczciwie zamienić w statystykę importu. Ale na poziomie estetyki miasta różnica jest zauważalna.
- Sklepy z pamiątkami są na każdym kroku starówek i centrów miast
Nie tylko zachwyty
Nie wszystko u sąsiadów powinno jednak budzić zachwyt. Najbardziej zaskakująca jest pod tym względem Narwa. Polski turysta przyjeżdżający tam po doświadczeniach z granicy polsko-białoruskiej może doznać lekkiego szoku. Na Podlasiu mamy mur graniczny, system elektroniczny, wojsko, Straż Graniczną oraz strefy, do których zwykły człowiek nie może wejść. W niektórych miejscach samo zbliżenie się do granicy jest niemożliwe. Tymczasem Narwa leży dosłownie naprzeciw rosyjskiego Iwangorodu. Po drugiej stronie rzeki zaczyna się państwo, które kilka lat wcześniej napadło na Ukrainę i którego potencjalna agresja jest jednym z najważniejszych scenariuszy bezpieczeństwa całej Estonii. A mimo to nad Narwą ludzie spacerują, jeżdżą rowerami i robią zdjęcia rosyjskiej twierdzy.
Na pierwszy rzut oka wygląda to wręcz jak kompletna beztroska. Na moście są betonowe przeszkody, ale samo miasto nie przypomina przygranicznej twierdzy. Dopiero dokładniejsze sprawdzenie pokazuje, że jest to w dużej części zamierzone. Estonia wraz z Łotwą i Litwą buduje Bałtycką Linię Obrony. Po estońskiej stronie ma powstać do 600 bunkrów oraz system przygotowanych przeszkód przeciwpancernych, drutu kolczastego, punktów oporu i rowów przeciwczołgowych. Część elementów ma być magazynowana i rozwijana dopiero w razie zagrożenia. Estońskie ministerstwo obrony wprost podkreśla, że drogi, lasy i pola w pobliżu umocnień mają w czasie pokoju w dużej części pozostać normalnie dostępne.
To oznacza, że pierwsze wrażenie – „oni chyba kompletnie się Rosji nie boją” – jest mylące. Ale sam kontrast pozostaje fascynujący. Polska i Estonia przyjęły dwie różne filozofie. Polska bardzo mocno pokazuje swoją ochronę granicy i ogranicza dostęp do części pogranicza w związku z trwającą presją migracyjną ze strony Białorusi. Estonia przygotowuje się przede wszystkim do potencjalnego konfliktu militarnego, ale jednocześnie stara się nie zamieniać Narwy w koszary, dopóki wojny nie ma. Trudno jednoznacznie powiedzieć, która filozofia okaże się lepsza.
- Przejście graniczne pomiędzy Rosją a Estonią w Narwie
- Widok na Rosję z Estonii
- Rosyjski Iwanogrod – widok z Estonii
- Przejście graniczne Rosja – Estonia
Ukraina ważna dla wszystkich
Jest jeszcze jedna rzecz, której właściwie nie sposób było nie zauważyć podczas podróży przez Litwę, Łotwę, Estonię i Finlandię. Ukraińskie flagi. Na budynkach publicznych, w centrum miast, przy instytucjach, hotelach, lokalach. Oczywiście nie oznacza to, że każdy Litwin, Łotysz, Estończyk czy Fin ma identyczne zdanie na temat wojny, ale skala widocznej solidarności jest uderzająca. Te państwa nie traktują przetrwania Ukrainy jak odległego konfliktu gdzieś na wschodzie Europy. Doskonale wiedzą, że Ukraina wiąże dziś znaczną część rosyjskiego potencjału militarnego, a jej zdolność do obrony ma bezpośredni związek z bezpieczeństwem całego regionu.
Litwa wprost deklaruje, że zwycięstwo Ukrainy jest związane z bezpieczeństwem Litwy i Europy, Łotwa konsekwentnie przeznacza ogromne w stosunku do swojej wielkości środki na pomoc, w Finlandii ponad 90 proc. ankietowanych uznaje pomoc humanitarną dla Ukrainy za ważną, a w Estonii potępienie rosyjskiej agresji od lat pozostaje bardzo wysokie. I tutaj Polska zaczyna wyglądać coraz bardziej paradoksalnie.
To my graniczymy z Białorusią, mamy obwód królewiecki tuż obok i jesteśmy jednym z państw najbardziej zagrożonych rosyjską polityką, a jednocześnie w debacie publicznej coraz mocniej narasta fala niechęci i agresji wobec Ukraińców. W lipcu 2026 roku po raz pierwszy w badaniach CBOS przeciwnicy przyjmowania uchodźców z Ukrainy stanowili większość – 52 proc., przy 42 proc. popierających ich przyjmowanie. Nie jest to oczywiście to samo co poparcie lub brak poparcia dla samej Ukrainy, ale dobrze pokazuje zmianę społecznej atmosfery.
Kraje bałtyckie i Finlandia zdają się znacznie mocniej pamiętać o prostej zależności: im dłużej niepodległa Ukraina jest w stanie powstrzymywać Rosję, tym dalej rosyjska armia pozostaje od Wilna, Rygi, Tallina, Helsinek – i również od Białegostoku.
- Flagi Litwy, Ukrainy i Unii Europejskiej
- Flagi Ukrainy, Estonii i Unii Europejskiej powieszone na murach zamku w Narwie tak, by były dobrze widoczne z Rosji,
- Polska ambasada w Tallinie
- Rosyjska ambasada w Tallinie
- Rosyjska ambasada w Tallinie
- Rosyjska ambasada w Tallinie
Nie ma tajemnej wiedzy
I właśnie to chyba jest najciekawsze po przejechaniu Wilna, Rygi, Tallina i Helsinek i Narwy na dokładkę. Nie ma tam żadnej tajemnej wiedzy, której nie moglibyśmy zastosować w Białymstoku czy w Podlaskiem. Większość rzeczy, które robią wrażenie, nie wymaga nawet poziomu zamożności Finlandii. Wielki park aktywności dla dzieci nie jest technologią kosmiczną. Zachowanie starego magazynu i wkomponowanie go w nowy budynek nie wymaga wynalezienia nowego materiału budowlanego. Spójna droga rowerowa jest kwestią projektu, a nie odkrycia naukowego. Zakaz jazdy hulajnogą po zatłoczonej ulicy kosztuje mniej więcej tyle, co znak drogowy.
Różnica tkwi gdzie indziej. Widać tam częściej myślenie o mieście jako o całości. Jeśli buduje się drogę rowerową, to dlatego, że ma ona tworzyć sieć. Jeśli powstaje park, ma dawać mieszkańcom konkretną możliwość spędzania czasu. Jeśli zachowuje się stary budynek, szuka się dla niego funkcji. Jeśli miasto chce ograniczyć ruch samochodów, buduje alternatywę. Jeśli hulajnogi zaczynają przeszkadzać pieszym, wprowadza zasady. Nie każda decyzja jest trafiona, nie każdy system działa idealnie i w każdym z tych miast znajdziemy korki, zaniedbane miejsca, brzydkie bloki, nieudane inwestycje czy rozwiązania, które mieszkańcy krytykują.
Białystok przez ostatnie dwadzieścia lat także zmienił się nie do poznania. Problem w tym, że ogromna część tej zmiany polegała na remontowaniu. Nowa ulica, nowy chodnik, nowa elewacja, odnowiony park, przebudowane skrzyżowanie. To wszystko było potrzebne. Tyle że po dwóch dekadach korzystania z miliardów złotych europejskich pieniędzy warto chyba zacząć stawiać sobie trudniejsze pytanie: nie co jeszcze możemy wyremontować, ale czym Białystok ma się wyróżniać i jak właściwie chcemy w nim żyć za dwadzieścia lat.
Nie musimy stawać się drugim Wilnem, Rygą, Tallinem ani Helsinkami. Zresztą byłoby to bez sensu. Ale moglibyśmy zacząć robić to, co nasi sąsiedzi robią najlepiej: patrzeć na miasto nie jak na zbiór inwestycji do zrealizowania w kolejnej kadencji, lecz jak na miejsce, które trzeba świadomie zaprojektować dla ludzi. I chyba właśnie tego najbardziej warto od nich zaczerpnąć.
- Wilno
- Wilno
- Wilno
- Ryga
- Ryga
- Ryga
- Tallin
- Tallin
- Tallin
- Helsinki
- Helsinki
- Helsinki
Bez kompleksów ale i bez kasy
Statystyki mówią same za siebie, ale dopiero wtedy, gdy spojrzymy na nie z dwóch stron. W badaniu jakości życia przeprowadzonym dla Komisji Europejskiej aż 92,8 proc. mieszkańców Wilna deklarowało zadowolenie z życia w swoim mieście. Białystok osiągnął bardzo podobne 91,8 proc., Tallin 91,5 proc., Helsinki 91,1 proc., Warszawa 90,4 proc., a wyraźnie słabiej wypadła Ryga – 80,1 proc. Gdyby zatrzymać się w tym miejscu, można byłoby dojść do wniosku, że Białystok właściwie niczym sąsiadom nie ustępuje.
Jeszcze wyraźniej różnicę widać po zwykłych zarobkach. W Białymstoku przeciętna miesięczna pensja na rękę to około 5800 zł. W Rydze jest bardzo podobnie – po przeliczeniu również około 5800 zł. Ale już w Wilnie przeciętne zarobki netto to mniej więcej 7400 zł miesięcznie, w Tallinie około 8100 zł, a w Helsinkach prawie 12 000 zł. Oczywiście w Finlandii czy Estonii część rzeczy kosztuje więcej niż w Polsce, więc nie oznacza to, że mieszkaniec Helsinek jest dwa razy bogatszy od białostoczanina. Pokazuje jednak coś bardzo prostego: Wilno, Tallin i Helsinki mają znacznie silniejszy rynek pracy i więcej dobrze płatnych miejsc pracy.
I właśnie to jest chyba najbardziej interesujący paradoks Białegostoku: mieszkańcy bardzo dobrze oceniają samo życie w mieście, mimo że gospodarczo funkcjonuje ono w jednym z najsłabszych regionów Polski i daleko mu do ekonomicznej siły Wilna, Tallina czy Helsinek. Jeśli do stosunkowo wysokiego komfortu życia udałoby się dołożyć gospodarkę zdolną tworzyć więcej dobrze płatnych, specjalistycznych miejsc pracy, Białystok mógłby przestać być miastem, z którego dobrze się żyje tym, którzy już mają tu swoją pozycję, a stać się miejscem, do którego ludzie rzeczywiście przyjeżdżają po rozwój zawodowy.













































































Piąta i ostatnia trasa to zupełnie inna opowieść – to wędrówka przez Puszczę Białowieską, od Białowieży do rezerwatu ścisłego, gdzie potrzebny będzie przewodnik. Konieczne trzeba zobaczyć też rezerwat żubrów i szlak dębów królewskich. To będzie jedyne w swoim rodzaju doświadczenie. Wędrując wśród drzew mających kilkaset lat, można poczuć siłę i majestat przyrody, która trwa tu nieprzerwanie od wieków. Stare dęby, niektóre nazwane imionami dawnych władców Polski i Litwy, są niczym pomniki historii zaklęte w drewnie. To trasa, która skłania do refleksji i ciszy. Jej długość – w zależności od wariantu – pozwala na całodzienną wędrówkę, pełną przystanków, obserwacji i kontemplacji. Do tego jest jeszcze park pałacowy w Białowieży. Oj, jest gdzie chodzić.