Oto pilne zadania dla Narwi i Siemianówki. Co trzeba zrobić w ramach interwencji?
Potrzebujemy piętrzenia wody na Narwi i interwencyjnych zrzutów z Siemianówki.

Oto pilne zadania dla Narwi i Siemianówki. Co trzeba zrobić w ramach interwencji?

Trzeba jasno oddzielić dwie rzeczy: długofalową przebudowę sposobu funkcjonowania Siemianówki oraz pilne działania ratunkowe dla Narwi. Ta pierwsza ścieżka już zaczyna się toczyć — o przyszłości zbiornika rozmawiają instytucje, potrzebne będą analizy, dokumentacje, uzgodnienia środowiskowe i decyzje administracyjne. Realnie większych zmian można spodziewać się zapewne dopiero w okolicach 2029 roku. Problem w tym, że Narew nie ma tylu lat zapasu.

Narwiański Park Narodowy, torfowiska, rozlewiska i cała dolina rzeki potrzebują wody tu i teraz, a także w najbliższych sezonach. Dlatego zanim wejdą w życie duże, systemowe decyzje, potrzebny jest program interwencyjny: szybkie, niskie piętrzenia od Bondar w stronę Narwiańskiego Parku Narodowego oraz kontrolowane zrzuty wody z Siemianówki w miesiącach krytycznych – maju, czerwcu, lipcu i sierpniu. To nie ma zastępować docelowej reformy zbiornika. To ma kupić Narwi czas, zanim jakakolwiek reforma w ogóle zacznie działać.

Nie chodzi o „spuszczenie wody z Siemianówki”. Chodzi o uruchomienie wody dla Narwi

Wokół Siemianówki narosło wiele emocji, a wraz z nimi bardzo prosty lęk: że ktoś chce „opróżnić cały zalew”, zostawić po nim błoto i zniszczyć wszystko, co przez lata wokół niego powstało. Owszem można by było to uznać za działanie pozytywne, ale w obecnych realiach politycznych – niemożliwe. Tak czy inaczej całkowita likwidacja Siemianówki działa na wyobraźnię, ale nie opisuje tego, o czym naprawdę powinniśmy rozmawiać.

Bo w przypadku ratowania Narwi nie chodzi o jednorazowe opróżnienie zbiornika. Chodzi o mądre, sezonowe, interwencyjne zrzuty wody, które obniżą poziom Siemianówki, ale nie zlikwidują zbiornika. Chodzi o to, by część wody, która dziś stoi w płytkim, nagrzewającym się akwenie, zaczęła pracować dla doliny Narwi.

To jest zasadnicza różnica. Siemianówka nie musi zostać „wyłączona”. Powinna zostać przestawiona na inną funkcję. Z biernego zbiornika, który magazynuje wodę głównie dla samego siebie, powinna stać się aktywnym narzędziem ratowania Narwi, Narwiańskiego Parku Narodowego i całego układu mokradeł. Zamiast pytać, czy zalew ma być pełny albo pusty, trzeba zapytać inaczej: ile wody można co roku oddać Narwi tak, by rzeka przetrwała maj, czerwiec, lipiec i sierpień?

Orientacyjne wyliczenia pokazują, że realny program interwencyjny mógłby opierać się na rezerwie rzędu 20–30 mln m³ wody w sezonie. Dla uproszczenia przyjmijmy 25 mln m³. To duża ilość, bo oznaczałaby wyraźne obniżenie poziomu Siemianówki, miejscami zapewne bardzo widoczne dla mieszkańców, turystów i wędkarzy. Ale to nadal nie jest spuszczenie całego zbiornika. Siemianówka ma około 79 mln m³ pojemności całkowitej i około 62 mln m³ pojemności użytkowej. Oznacza to, że nawet przy takim sezonowym programie woda w zbiorniku nadal pozostaje. Zmienia się jednak jej rola: z wody stojącej w zalewie na wodę krążącą w rzece, starorzeczach, rozlewiskach, torfowiskach i mokradłach.

A właśnie krążenia wody najbardziej dziś brakuje Narwi.

Sama ulewa nie uratuje rzeki

Ostatnie tygodnie bardzo dobrze pokazały, że argument „niech popada, to wszystko wróci do normy” jest zbyt prosty. Opady mogą chwilowo podnieść poziom rzek, ale jeśli dolina jest przesuszona, rowy melioracyjne nadal działają jak kanalizacja, a woda szybko odpływa dalej, to po kilku dniach problem wraca. Deszcz spada gwałtownie, nie wsiąka głęboko w przesuszoną ziemię, nie odbudowuje torfowisk i nie zostaje w krajobrazie na długo. Spływa. A potem znów mamy suszę hydrologiczną.

Dlatego zrzuty z Siemianówki nie powinny polegać na prostym otwarciu upustów i puszczeniu wody w dół Narwi. To byłoby marnowanie zasobu. Najpierw trzeba przygotować dolinę tak, by ta woda miała gdzie się zatrzymać. Innymi słowy: zanim zaczniemy większe interwencyjne zrzuty, trzeba zbudować system niskich, naturalnych piętrzeń na odcinku od Bondar do wejścia Narwi w Narwiański Park Narodowy.

Nie chodzi o betonowe zapory. Nie chodzi o wielkie hydrotechniczne budowle, które zamienią rzekę w kanał schodkowy. Chodzi o rozwiązania bliskie naturze: progi z kamienia i drewna, bystrza, zastawki na rowach odpływowych, przetamowania bocznych kanałów, odbudowę dawnych rozlewisk, lokalne spiętrzenia w miejscach, gdzie woda może wejść w łąki, starorzecza i obniżenia terenu. Mówiąc obrazowo: trzeba częściowo zastąpić bobry tam, gdzie ich praca została usunięta, ograniczona albo nie wystarcza wobec skali problemu.

Najpierw piętrzenia, potem zrzuty

Jeżeli chcemy, żeby interwencyjne zrzuty miały sens, potrzebny jest prosty plan: najpierw spowolnić odpływ, potem zasilić rzekę. Od Bondar, czyli od zapory Siemianówki, do rejonu Suraża i wejścia Narwi w obszar Narwiańskiego Parku Narodowego mamy mniej więcej 90 km doliny. To wystarczająco długi odcinek, by woda spuszczona ze zbiornika mogła albo zostać wykorzystana dobrze, albo zostać zmarnowana.

Dlatego na tym odcinku powinien powstać kaskadowy system około 10–12 niskich piętrzeń i stref retencyjnych. Nie jedno wielkie spiętrzenie, lecz seria małych progów, rozlewisk i zastawek rozmieszczonych co kilka kilometrów tam, gdzie rzeka przecina drogi, dawne przeprawy, starorzecza, boczne kanały i obniżenia doliny. Taki układ działałby jak sznur małych hamulców wodnych. Każdy z nich zatrzymywałby część zrzutu, podnosił lokalnie zwierciadło wody, zasilał glebę i mokradła, a dopiero nadmiar przepuszczał dalej.

Roboczo można wskazać następujący układ:

  • Pierwsze piętrzenie powinno znaleźć się tuż poniżej zapory w Bondarach. Jego zadaniem byłoby ustabilizowanie wypływu ze zbiornika i niedopuszczenie do tego, by zrzut od razu gwałtownie uciekał w dół rzeki. To powinien być próg rozpraszający energię wody, a nie tama.
  • Drugie piętrzenie powinno powstać na odcinku między Bondarami a ujściem Narewki do Narwi. To ważne miejsce, bo właśnie tam można zacząć budować pierwszy bufor wodny poniżej zbiornika i wykorzystać naturalne obniżenia doliny.
  • Trzecie piętrzenie powinno znaleźć się poniżej połączenia Narwi z Narewką, w rejonie, gdzie rzeka zaczyna wyraźniej nieść wodę z całego układu puszczańskiego. Chodzi o to, by zrzut z Siemianówki nie był jedynym impulsem, ale łączył się z wodą dopływającą z Narewki i pracował dalej jako wspólny zasób.
  • Czwarte piętrzenie powinno powstać w rejonie miejscowości Narew, najlepiej przy istniejącej przeprawie drogowej i starorzeczach. To jedno z najważniejszych miejsc na całym odcinku, bo daje dostęp techniczny, możliwość kontroli i naturalny punkt zatrzymania wody przed dalszym biegiem rzeki.
  • Piąte piętrzenie powinno objąć odcinek poniżej Narwi, w stronę rozgałęzień i starorzeczy w rejonie Skaryszewa, Nowosiółki i Doratynki. Tam nie chodzi o podniesienie rzeki o metr, lecz o przywrócenie kontaktu wody z bocznymi formami doliny.
  • Szóste piętrzenie powinno znaleźć się w rejonie Plosek, gdzie dolina Narwi jest szeroka, czytelna i przecięta ważną infrastrukturą drogową. To miejsce powinno działać jako większy węzeł retencyjny: próg na rzece, zastawki na odpływach bocznych i kontrolowane rozlewanie wody na tereny, które mogą ją przyjąć bez szkody dla zabudowy.
  • Siódme piętrzenie powinno powstać poniżej Plosek, na odcinku w stronę Ryboł i Strabli. Ten fragment powinien zatrzymywać wodę, która po przejściu przez Ploski nadal miałaby tendencję do szybkiego odpływu głównym korytem.
  • Ósme piętrzenie powinno zostać zaplanowane w rejonie Strabli lub pobliskich obniżeń doliny, gdzie można wykorzystać istniejące starorzecza i łąki jako naturalny magazyn wody.
  • Dziewiąte piętrzenie powinno znaleźć się w rejonie Doktorc i Samułek, czyli tam, gdzie woda powinna być już nie tylko przepuszczana, ale aktywnie rozprowadzana po dolinie. To byłby odcinek szczególnie ważny dla zasilania gleb i mokradeł przed wejściem Narwi w system parkowy.
  • Dziesiąte piętrzenie powinno powstać przed Surażem, jako ostatni bufor przed Narwiańskim Parkiem Narodowym. Jego zadaniem byłoby nie tyle zatrzymanie wody na stałe, ile wyrównanie przepływu i doprowadzenie do Parku wody stabilniejszej, wolniejszej i dłużej obecnej w krajobrazie.

Do tego należałoby dodać 2–3 mniejsze piętrzenia boczne na rowach melioracyjnych i odpływach z doliny, szczególnie tam, gdzie widać szybkie odprowadzanie wody z łąk. Bo jeśli zatrzymamy wodę tylko w głównym korycie, a rowy nadal będą ją odsysać z boków, efekt będzie połowiczny. Prawdziwe ratowanie Narwi zaczyna się nie w samym nurcie, ale w całej dolinie.

Podkreślmy jeszcze raz: mówimy o niskich, naturalnych piętrzeniach, a nie o betonowych tamach. Takie progi powinny być wykonywane z materiałów pasujących do doliny rzeki: kamieni polnych, głazów narzutowych, żwiru, faszyny, gałęzi, pni drzew, drewnianych pali, wikliny, darni, mat kokosowych lub jutowych oraz lokalnego urobku ziemnego używanego tylko tam, gdzie trzeba ustabilizować brzegi albo zamknąć boczny odpływ. Ich zadaniem nie byłoby zatrzymanie Narwi jak na zaporze, lecz spowolnienie odpływu, lekkie podniesienie zwierciadła wody, rozproszenie nurtu i skierowanie części wody z powrotem w starorzecza, obniżenia terenu, łąki i mokradła. To mają być konstrukcje „bobrowe” w logice działania: proste, niskie, przepuszczalne, możliwe do korygowania i wpisane w krajobraz, a nie ciężka infrastruktura hydrotechniczna. Najważniejsze – ma być to szybkie do wykonania, bo nie mamy już czasu.

Jak powinny wyglądać zrzuty?

Po zbudowaniu takiego systemu można mówić o interwencyjnych zrzutach wody z Siemianówki. Najbardziej sensowny wariant to nie jeden wielki zrzut, ale sezonowe „dopalenie” Narwi od maja do sierpnia. Właśnie wtedy rzeka i mokradła najbardziej cierpią, a upały, parowanie i susza hydrologiczna najszybciej obniżają poziom wody.

Można to sobie wyobrazić jako dwa poziomy działania. Pierwszy to stałe, łagodne zasilanie Narwi, na przykład rzędu 1–2 m³/s w okresach suszy. Drugi to krótsze impulsy, na przykład 3–4 m³/s przez kilka lub kilkanaście dni, uruchamiane wtedy, gdy poziom wody w Parku spada do wartości alarmowych albo gdy prognozy pokazują dłuższy okres bez opadów.

Przelicznik jest prosty: 1 m³/s przez dobę to 86 400 m³ wody. Zrzut 2 m³/s przez tydzień to około 1,2 mln m³. Zrzut 3 m³/s przez tydzień to około 1,8 mln m³. Przy sezonowej rezerwie około 25 mln m³ można więc przez kilka miesięcy prowadzić realny program wsparcia Narwi: częściowo stały, częściowo impulsowy, zależny od pogody, poziomu wody i potrzeb przyrodniczych.

Takie działanie obniżyłoby Siemianówkę. Trzeba to powiedzieć uczciwie. Nie da się jednocześnie utrzymywać maksymalnie wysokiego poziomu zalewu i skutecznie ratować Narwi w dole rzeki. Woda nie może być naraz w dwóch miejscach. Ale to obniżenie nie oznacza zniknięcia zbiornika. Oznacza zmianę priorytetu: w okresach krytycznych część wody z zalewu powinna trafić tam, gdzie daje największą korzyść przyrodniczą.

Dlaczego to się opłaca przyrodzie?

Narew nie jest zwykłą rzeką, którą można oceniać wyłącznie po poziomie wody w jednym przekroju. To cały system naczyń połączonych: główne koryto, boczne odnogi, starorzecza, rozlewiska, łąki, torfowiska, trzcinowiska i mokradła. Kiedy brakuje wody, nie cierpi tylko sama rzeka. Cierpią ptaki wodno-błotne, ryby, płazy, owady, roślinność szuwarowa, torfy i cała naturalna zdolność doliny do zatrzymywania wilgoci.

Interwencyjne zrzuty połączone z piętrzeniami mogłyby odtworzyć przynajmniej część tego mechanizmu. Woda nie szłaby szybko głównym korytem, tylko rozlewałaby się wolniej, podsiąkała w gleby, zasilała boczne obniżenia, podnosiła poziom w starorzeczach i dłużej utrzymywała wilgoć. To właśnie jest najważniejszy efekt. Nie chodzi o to, by przez kilka dni „podnieść rzekę” na wykresie. Chodzi o to, by przywrócić wodę krajobrazowi.

W praktyce oznacza to większą odporność Narwi na upały, dłuższe utrzymywanie wody w dolinie, lepsze warunki dla ptaków i płazów, mniejsze ryzyko gwałtownego przesychania torfowisk oraz realne wsparcie dla Narwiańskiego Parku Narodowego. A przy okazji także dla turystyki, bo Park bez wody traci swój najważniejszy sens. Nie da się promować „Polskiej Amazonii”, jeśli Amazonia zaczyna przypominać przesuszoną łąkę.

Dlaczego to się opłaca także Siemianówce?

Paradoksalnie, obniżenie poziomu Siemianówki może być korzystne również dla samego zbiornika. Dzisiejszy problem polega na tym, że duży, płytki, nagrzewający się akwen jest bardzo podatny na parowanie, zakwity i degradację jakości wody. Im więcej płytkiej, stojącej, ciepłej wody, tym większe ryzyko problemów w środku sezonu. Trzymanie zalewu „na siłę” w wysokim stanie nie musi oznaczać ochrony turystyki. Może oznaczać odsuwanie w czasie kryzysu, który i tak będzie wracał.

Niższy poziom wody, utrzymany w sposób kontrolowany, może otworzyć drogę do nowego modelu Siemianówki: częściowo rekreacyjnego, częściowo mokradłowego, bardziej odpornego na suszę, bardziej przyrodniczego i mniej uzależnionego od masowej plażowej turystyki. To nie musi być koniec lokalnego rozwoju. To może być jego przebudowa.

Oczywiście nikt rozsądny nie powinien udawać, że taka zmiana będzie bezbolesna. Mieszkańcy, przedsiębiorcy, wędkarze, właściciele działek i gospodarstwa agroturystyczne muszą dostać jasny plan, konsultacje i wsparcie. Ale nie wolno też udawać, że obecny model jest dobry. Jeśli wody w regionie będzie coraz mniej, a Narew będzie coraz częściej spadała poniżej stanów krytycznych, to ucierpią wszyscy: Park, przyroda, turystyka, lokalna gospodarka i wizerunek całego Podlasia.

Najważniejsze: nie spuszczać bez planu

Najgorszy możliwy scenariusz wyglądałby tak: otwieramy Siemianówkę, spuszczamy wodę, ona szybko przepływa przez Narwią w dół, a po kilku tygodniach mamy niższy zalew i nadal przesuszoną dolinę. Tego właśnie trzeba uniknąć. Dlatego kolejność musi być odwrotna niż w najprostszych hasłach.

Najpierw inwentaryzacja doliny od Bondar do Suraża. Potem wybór miejsc pod 10–12 niskich piętrzeń i 2–3 dodatkowe zastawki na odpływach bocznych. Następnie szybkie prace interwencyjne w miejscach najmniej konfliktowych, najlepiej tam, gdzie można działać na gruntach publicznych, przy istniejących przeprawach, starorzeczach i rowach. Dopiero potem sezonowe zrzuty z Siemianówki, prowadzone według poziomu wody w Narwi i potrzeb Narwiańskiego Parku Narodowego.

To powinien być program ratunkowy, a nie eksperyment na ślepo.

Siemianówka może stać się narzędziem ratowania Narwi

Najważniejsze jest dziś odczarowanie hasła „spuszczanie wody”. Bo ono brzmi tak, jakby ktoś chciał wyjąć korek z wanny i patrzeć, jak znika jezioro. Tymczasem prawdziwa propozycja jest zupełnie inna. Chodzi o kontrolowane, sezonowe, interwencyjne zrzuty wody połączone z zatrzymywaniem jej w dolinie. Chodzi o obniżenie Siemianówki po to, by Narew mogła żyć. Chodzi o to, by woda nie była tylko powierzchnią do oglądania, ale zasobem, który krąży, zasila, podsiąka, chłodzi, nawadnia i utrzymuje przy życiu cały krajobraz.

Jeżeli 25 mln m³ wody zostanie po prostu wypuszczone w dół rzeki, efekt może być krótkotrwały. Ale jeśli ta sama ilość zostanie rozprowadzona przez system naturalnych piętrzeń, rozlewisk, starorzeczy i mokradeł, może pracować dla Narwi przez całe lato.

Dla skali warto dodać jeszcze jedno: gdyby potraktować Siemianówkę jak zamknięty zbiornik, do którego nie wpada już ani kropla wody — bez opadów, bez roztopów, bez dopływów, w warunkach zupełnie teoretycznej, totalnej suszy — to sezonowe wykorzystanie 25 mln m³ oznaczałoby zapas na około 2,5 roku, licząc pojemność użytkową zbiornika, albo nieco ponad 3 lata, licząc całą jego pojemność. W realnym świecie oczywiście tak to nie działa, bo zbiornik jest zasilany wodą, a bilans zależy od opadów, dopływów, parowania i decyzji hydrologicznych. Ale ten prosty rachunek pokazuje jedno: interwencyjne zrzuty nie są pomysłem na „opróżnienie Siemianówki w jeden sezon”, tylko na kupienie Narwi czasu. A ten czas musi zostać dobrze wykorzystany. Najpóźniej do 2030 roku powinny wejść w życie duże zmiany systemowe, po których Siemianówka przestanie być klasycznym jeziorem-zalewem, a stanie się przede wszystkim obszarem mokradeł, rozlewisk i retencji naturalnej — czyli miejscem, które nie trzyma wody dla samego widoku tafli, lecz oddaje ją całemu żywemu systemowi Narwi.

I właśnie o to powinna dziś toczyć się rozmowa. Nie o straszenie ludzi pustym zalewem. Nie o wojnę między Siemianówką a Narwią. Nie o konflikt turystyki z przyrodą. Tylko o mądre zarządzanie wodą w świecie, w którym każda jej ilość będzie coraz cenniejsza.

Siemianówka nie powinna być symbolem sporu. Powinna stać się magazynem ratunkowym dla Narwi. Ale żeby tak się stało, trzeba przestać traktować ją jak nietykalny akwen, a zacząć traktować jak część większego organizmu. Tym organizmem jest cała dolina Narwi — od Bondar, przez Narew, Ploski, Strablę, Doktorce i Suraż, aż po serce Narwiańskiego Parku Narodowego. Woda musi ruszyć. Ale zanim ruszy, trzeba ją nauczyć zostawać.

Panie Marszałku, dobrze, że korzysta Pan z naszych pomysłów. Teraz czas na Koleje Podlaskie.
Marszałek Województwa Podlaskiego - Łukasz Prokorym (po środku), na zdjęciu z Wojciechem Sienickim (po lewej, aktualny prezes PKS Nova), oraz Adamem Byglewskim (po prawej, poprzednim - pełniącym obowiązki prezesa PKS Nova) - fot. podlaskie.eu

Panie Marszałku, dobrze, że korzysta Pan z naszych pomysłów. Teraz czas na Koleje Podlaskie.

Panie Marszałku, cieszymy się, że nasze postulaty dotyczące PKS Nova przebiły się do realnych decyzji. Nie będziemy udawać fałszywej skromności: w sprawie tej spółki transportowej przez wiele miesięcy pisaliśmy dokładnie o tym, co dziś zaczyna się dziać. Gdy dyskusja publiczna kręciła się wokół nazwisk, prezesów, prokurentów i kolejnych personalnych roszad, my konsekwentnie wskazywaliśmy, że problem PKS Nova nie leży w samym gabinecie prezesa, lecz w modelu działania.

Pisaliśmy, że spółka nie może jednocześnie wykonywać misji społecznej i być rozliczana tak, jakby każda linia miała zarabiać sama na siebie. Pisaliśmy, że transport autobusowy w regionie trzeba potraktować jako usługę publiczną, a nie komercyjny dodatek do życia mieszkańców. Pisaliśmy też, że bez stabilnego finansowania, współpracy samorządów i jasnego powierzenia zadań przewoźnikowi każda kolejna zmiana personalna będzie tylko przesuwaniem krzeseł na pokładzie.

Najpierw były więc teksty o tym, że sama wymiana prezesa niczego nie rozwiąże. Potem była krytyka fikcji, w której od PKS Nova oczekiwano rentowności, a jednocześnie oburzano się na likwidację nierentownych połączeń. Później wskazywaliśmy, że prawdziwym przełomem nie będzie kolejne nazwisko w zarządzie, lecz przekształcenie spółki w narzędzie województwa do realizacji transportu publicznego — z jasnym finansowaniem, planowaniem połączeń i odpowiedzialnością po stronie samorządu.

I co nastąpiło potem?

Władze województwa zaczęły mówić dokładnie tym językiem: o misji społecznej, przeciwdziałaniu wykluczeniu transportowemu, stabilizacji finansowej, modelu in-house, bezpośrednim powierzaniu zadań publicznych oraz zwiększeniu pracy przewozowej z około 9 do około 15 milionów wozokilometrów.

Dlatego tak, Panie Marszałku — cieszymy się, że korzysta Pan z naszych pomysłów. Nie dlatego, że chodzi tu o ambicję redakcji czy przypięcie sobie medalu. Chodzi o coś ważniejszego: skoro diagnoza była trafna przy PKS Nova, to warto pójść za nią dalej. Bo ten sam błąd systemowy, który przez lata niszczył regionalną komunikację autobusową, widać również na kolei. Województwo płaci ogromne pieniądze, pasażerowie oczekują stabilnych połączeń, a odpowiedzialność rozmywa się między urzędem, operatorem, taborem, przeglądami i komunikacją zastępczą. Skoro przy autobusach zaczynamy odchodzić od prowizorki, to czas zrobić kolejny krok: powołać Koleje Podlaskie.

Jeżeli spółka PKS Nova ma stać się podmiotem wewnętrznym województwa, jeżeli ma dostać stabilniejszy model finansowania, jeżeli transport autobusowy ma być wreszcie traktowany jako usługa publiczna, a nie jako zwykły biznes liczony wyłącznie tabelką zysków i strat, to jest to krok w dobrą stronę. Dokładnie o to chodziło. Publiczna komunikacja nie jest luksusem. To część infrastruktury społecznej, tak samo ważna jak szkoła, przychodnia czy droga.

Ale jeśli powiedziało się „A” przy PKS Nova, trzeba powiedzieć „B” przy kolei. Bo największym błędem byłoby teraz zatrzymać się w połowie drogi i uznać, że wystarczy uporządkować autobusy, a kolej nadal może funkcjonować według starego modelu: województwo płaci, Polregio jeździ, a pasażerowie mają nadzieję, że pociąg rzeczywiście wyjedzie. Podlasie potrzebuje własnego regionalnego przewoźnika kolejowego. Potrzebuje Kolei Podlaskich.

PKS Nova pokazuje, że da się zmienić sposób myślenia

W sprawie PKS Nova przez długi czas udawano, że problemem jest prezes. Zmieniano nazwiska, komentowano decyzje personalne, mówiono o restrukturyzacji, samowystarczalności i nowym otwarciu. Tymczasem prawdziwy problem był prostszy i brutalniejszy: od spółki oczekiwano rzeczy sprzecznych. Miała nie przynosić strat, ale nie zamykać nierentownych połączeń. Miała działać jak firma, ale wykonywać misję społeczną. Miała wozić ludzi tam, gdzie autobus jest potrzebny, choć wiele takich tras nigdy nie utrzyma się wyłącznie z biletów.

Dopiero uznanie, że transport autobusowy jest zadaniem publicznym, otwiera drogę do realnej naprawy. Model in-house, bezpośrednie powierzanie zadań, długofalowe planowanie, mniejsze autobusy na mniej obciążone trasy, współpraca z samorządami, lepsza siatka połączeń — to są konkretne narzędzia. Nie gwarantują sukcesu automatycznie, ale przynajmniej porządkują logikę działania.

I właśnie dlatego trzeba pójść dalej. Skoro województwo zaczyna rozumieć, że autobus nie może być pozostawiony wyłącznie rynkowi, to dlaczego kolej regionalna ma być dalej zlecana zewnętrznemu operatorowi, który przez lata pokazywał, że w Podlaskiem nie potrafi zapewnić stabilności na poziomie oczekiwanym przez pasażerów?

Polregio w Podlaskiem miało zbyt wiele momentów, których pasażerowie długo nie zapomną

Nie chodzi o jednorazowe opóźnienie, awarię czy incydent na torach. Każdy przewoźnik może mieć problemy. Kolej to trudny organizm: tabor, przeglądy, infrastruktura, pogoda, wypadki, remonty, braki kadrowe. Ale w Podlaskiem problem z Polregio przez długi czas miał charakter powtarzalny i systemowy.

Wystarczy przypomnieć sytuację, o której pisaliśmy wcześniej: od 24 listopada 2024 roku do 24 stycznia 2025 roku odwołanych zostało 139 kursów pociągów. To nie jest drobna niedogodność. To nie jest „chwilowe utrudnienie”. To jest komunikacyjna wyrwa w życiu ludzi, którzy planują dojazdy do pracy, szkoły, lekarza, urzędu, na uczelnię albo do rodziny. Jeżeli ktoś kupuje bilet na pociąg, to chce jechać pociągiem. Zastępcza komunikacja autobusowa może być rozwiązaniem awaryjnym, ale nie może stać się codzienną protezą systemu kolejowego.

Szczególnie niepokojące było to, że województwo użyczało Polregio 17 pojazdów szynowych, a do pełnej obsługi zaplanowanych kursów potrzeba było 24 pojazdów. Brakujący tabor operator miał uzupełniać we własnym zakresie. Jeżeli jednak przeglądy, naprawy gwarancyjne, naprawy powypadkowe czy modernizacje szynobusów powodują masowe odwołania połączeń, to znaczy, że system jest zbyt kruchy. A pasażera nie interesuje, czy zawinił harmonogram przeglądów, brak rezerwy taborowej, organizacja przewoźnika czy zbyt słaby nadzór zamawiającego. Pasażera interesuje jedno: czy pociąg przyjedzie.

I właśnie dlatego nie wystarczy kara umowna. Nie wystarczy powiedzieć, że przewoźnik nie dostaje pieniędzy za niezrealizowane kursy. To może poprawiać formalny bilans urzędu, ale nie naprawia życia pasażerów. Człowiek, który nie dojechał do pracy, nie odzyska straconego dnia tylko dlatego, że operator zapłacił karę. Uczeń, który nie dotarł na zajęcia, senior, który nie zdążył do lekarza, pracownik, który musiał przesiąść się do samochodu — oni wszyscy płacą za niewydolność systemu realną cenę.

Skoro płacimy setki milionów, powinniśmy budować własny system

Województwo podlaskie podpisało z Polregio umowę na przewozy kolejowe do 2030 roku. Mowa o kwocie bliskiej 400 mln zł. To ogromne publiczne pieniądze. I dlatego trzeba postawić proste pytanie: czy po 2030 roku naprawdę chcemy znów podpisać podobną umowę z zewnętrznym operatorem, czy wreszcie zaczniemy budować własne Koleje Podlaskie?

Bo problem nie polega wyłącznie na tym, kto dziś prowadzi pociąg. Problem polega na tym, kto ma kontrolę nad rozwojem regionalnej kolei. Jeżeli województwo samo organizuje przewozy, posiada tabor, zna potrzeby mieszkańców, planuje rozkład, buduje integrację z autobusami, rozwija połączenia aglomeracyjne i turystyczne, to może tworzyć spójny system. Jeżeli natomiast co kilka lat zleca usługę operatorowi zewnętrznemu, staje się bardziej płatnikiem niż prawdziwym gospodarzem kolei.

A Podlasie potrzebuje gospodarza.

Potrzebuje kogoś, kto będzie myślał nie tylko o tym, żeby „wykonać pracę przewozową”, ale o tym, jak kolej ma zmienić region. Jak połączyć Białystok z Łapami, Wasilkowem, Czarną Białostocką, Sokółką, Bielskiem Podlaskim, Hajnówką, Czeremchą, Choroszczą, Mońkami, Grajewem, Suwałkami i Łomżą. Jak stworzyć realną kolej aglomeracyjną wokół Białegostoku. Jak zintegrować rozkłady z PKS Nova. Jak zrobić jeden bilet na autobus i pociąg. Jak sprawić, żeby mieszkaniec mniejszej miejscowości nie musiał posiadać samochodu tylko dlatego, że państwo i samorząd nie potrafią zapewnić mu normalnego transportu.

Koleje Dolnośląskie pokazują, że własny przewoźnik może być sukcesem

Nie trzeba wymyślać tego od zera. Wystarczy popatrzeć na Dolny Śląsk. Koleje Dolnośląskie są spółką samorządową województwa dolnośląskiego i dziś można je stawiać jako jeden z najlepszych przykładów regionalnego przewoźnika w Polsce. To nie jest idealny świat bez problemów, bo taki w transporcie nie istnieje. Ale jest to model, który udowodnił, że samorządowa kolej może się rozwijać, przyciągać pasażerów i budować nawyk codziennego korzystania z transportu publicznego.

W styczniu 2024 roku Koleje Dolnośląskie przewiozły prawie 1,9 mln pasażerów, bijąc swój miesięczny rekord. W całym 2024 roku było to ponad 22,5 mln podróżnych. To są liczby, za którymi stoi coś znacznie ważniejszego niż statystyka: zaufanie. Ludzie zaczęli traktować kolej jako normalny środek codziennego transportu. Nie jako awaryjną alternatywę. Nie jako romantyczną wycieczkę raz na rok. Jako realny wybór.

Podlasie też może pójść tą drogą. Oczywiście nie skopiujemy Dolnego Śląska jeden do jednego. Mamy inną gęstość zaludnienia, inne odległości, inną sieć osadniczą, inne potoki pasażerskie i inne problemy. Ale właśnie dlatego potrzebujemy własnego przewoźnika, a nie uniwersalnego modelu obsługi z zewnątrz. Koleje Podlaskie mogłyby być zaprojektowane pod Podlasie: pod Białystok, pod mniejsze miasta, pod ruch szkolny, studencki, pracowniczy, turystyczny, weekendowy, przygraniczny i aglomeracyjny.

Białystok bez kolei miejskiej to komunikacyjny absurd

Największym niewykorzystanym potencjałem jest Białystok i jego otoczenie. Mamy infrastrukturę kolejową, mamy miejscowości satelickie, mamy codzienne dojazdy, mamy zakorkowane ulice, rosnącą liczbę samochodów i parkingi puchnące od aut. A mimo to wciąż nie mamy prawdziwej kolei miejskiej czy aglomeracyjnej.

To powinien być jeden z pierwszych celów Kolei Podlaskich.

Nie chodzi o wielkie hasła, tylko o proste pytania. Czy mieszkaniec Łap powinien mieć możliwość wygodnego, regularnego dojazdu koleją do Białegostoku? Czy Wasilków, Czarna Białostocka, Choroszcz, Sokółka czy Bielsk Podlaski powinny być mocniej wpięte w codzienny rytm stolicy województwa? (Regularne połączenia to nie jest to, co mamy teraz – proszę porównać rozkłady jazdy Ożarów Mazowiecki – Warszawa vs Łapy – Białystok).

Czy uczniowie i studenci powinni móc planować dzień bez lęku, że po południu nie będą mieli czym wrócić? Czy pracownik powinien realnie rozważać pociąg zamiast samochodu? Odpowiedź jest oczywista. Ale oczywiste odpowiedzi wymagają decyzji politycznych.

PKS Nova i Koleje Podlaskie powinny być jednym systemem

Największy błąd polegałby na tym, żeby naprawiać PKS Nova osobno, a kolej osobno. Podlasie potrzebuje jednego organizmu transportowego, w którym autobus i pociąg nie konkurują ze sobą chaotycznie, lecz wzajemnie się uzupełniają.

PKS Nova powinna dowozić do stacji kolejowych. Kolej powinna obsługiwać główne korytarze. Autobusy powinny wypełniać białe plamy tam, gdzie torów nie ma. Rozkłady powinny być układane razem, a nie obok siebie. Bilet powinien być wspólny. Informacja pasażerska powinna być wspólna. A województwo powinno wreszcie przestać patrzeć na transport jak na zbiór oddzielnych problemów, tylko jak na jeden system dostępności.

To jest właśnie prawdziwa walka z wykluczeniem komunikacyjnym. Nie konferencja prasowa. Nie zmiana prezesa. Nie kolejna deklaracja, że „będzie lepiej”. Tylko konkretny układ połączeń, w którym człowiek z mniejszej miejscowości może rano wyjechać, załatwić sprawę i wrócić bez proszenia rodziny o podwózkę.

Panie Marszałku, czas przygotować decyzję na 2030 rok już teraz

Umowa z Polregio obowiązuje do 2030 roku. To może brzmieć jak odległa przyszłość, ale w transporcie publicznym cztery lata to wcale nie jest dużo. Jeżeli Koleje Podlaskie mają naprawdę powstać, nie można obudzić się w 2029 roku z konferencją prasową i pomysłem zapisanym na jednej kartce.

Trzeba działać teraz. Przygotować analizę prawną. Sprawdzić model organizacyjny. Policzyć tabor. Oszacować koszty. Zaplanować zaplecze techniczne. Określić, które linie powinny być priorytetowe. Przygotować integrację z PKS Nova. Rozpocząć rozmowę o kolei aglomeracyjnej wokół Białegostoku. Sprawdzić możliwości finansowania zewnętrznego. Zbudować zespół, który nie będzie myślał kategorią „jak dotrwać do końca umowy”, tylko „jak stworzyć najlepszą regionalną kolej w tej części Polski”.

Bo jeśli województwo już dziś potrafi mówić o PKS Nova jako o narzędziu walki z wykluczeniem transportowym, to dokładnie tym samym językiem powinno mówić o kolei. Nie wystarczy mieć pociągi. Trzeba mieć politykę kolejową. Nie wystarczy płacić operatorowi. Trzeba mieć kontrolę nad systemem. Nie wystarczy karać za niewykonane kursy. Trzeba zbudować przewoźnika, który będzie częścią strategii rozwoju województwa.

Podlasie nie jest skazane na komunikacyjną prowizorkę

Przez lata przyzwyczajano nas do myślenia, że w Podlaskiem „się nie da”. Że jest za mało ludzi. Że za duże odległości. Że za słabe potoki pasażerskie. Że transport publiczny zawsze będzie deficytowy. Że najważniejsze, żeby jakoś przeżyć kolejny rok. To jest mentalność, która prowadzi donikąd.

Transport publiczny nie musi zarabiać jak prywatna firma. Ma działać tak, żeby region nie tracił ludzi, energii i szans rozwojowych. Jeżeli dzięki dobrym połączeniom młody człowiek może dojechać do szkoły, senior do lekarza, pracownik do pracy, turysta do atrakcji, a rodzina może żyć z jednym samochodem zamiast z trzema, to zysk pojawia się gdzie indziej: w gospodarce, edukacji, zdrowiu, rynku pracy i jakości życia.

Dlatego Koleje Podlaskie nie powinny być polityczną fantazją. Powinny być następnym logicznym krokiem po uporządkowaniu PKS Nova. Panie Marszałku, skoro przy autobusach zaczynacie iść w stronę modelu, o którym pisaliśmy od dawna, to prosimy nie zatrzymywać się w połowie drogi. PKS Nova jako spółka wewnętrzna województwa to dobry kierunek. Ale prawdziwa zmiana zacznie się wtedy, gdy Podlasie przestanie tylko kupować usługę kolejową, a zacznie budować własną kolej.

Czas na Koleje Podlaskie. Nie przeciwko komuś. Nie dla ambicji politycznej. Nie po to, żeby wymienić logo na pociągu. Po to, żeby mieszkańcy Podlasia wreszcie mieli transport publiczny, któremu można zaufać.

Kładka Waniewo-Śliwno działała tylko kilka dni. Narew umiera i czas działać natychmiast!

Kładka Waniewo-Śliwno działała tylko kilka dni. Narew umiera i czas działać natychmiast!

Jeszcze kilka dni temu można było usłyszeć dobrze znany argument: „wystarczy, że popada i wszystko wróci do normy”. Tak mówili ci, którzy nie widzieli związku między sposobem funkcjonowania Siemianówki a kondycją Narwi. Tak mówili ci, którzy uważali, że problem suszy hydrologicznej w dolinie Narwi jest przejściowy, sezonowy, chwilowy. Ot, kilka suchych tygodni,  miesięcy, trochę niższy poziom wody, potem przyjdzie deszcz i natura sama wszystko naprawi.

Deszcz przyszedł i to bardzo obfity, wielodniowy. I widać, że nic to nie dało. Bo problem jest systemowy.

Dlatego czas na działanie jest teraz, nie dopiero za kilka lat. Owszem, większych zmian wokół Siemianówki należy spodziewać się najwcześniej w okolicach 2029 roku, bo tego wymagają dokumenty, analizy, uzgodnienia i decyzje instytucjonalne. Ale Narew nie może czekać do 2029 roku. Już dziś potrzebne są działania interwencyjne: kontrolowane zrzuty wody ze zbiornika wtedy, gdy rzeka i torfowiska najbardziej jej potrzebują, oraz naturalne piętrzenia na trasie do Narwiańskiego Parku Narodowego. Mówiąc najprościej: tam, gdzie bobry przez lata potrafiły zatrzymywać wodę w krajobrazie, człowiek musi dziś pomóc naturze i częściowo „zastąpić bobry”.

Przed nami zapewne letnie ulewy, które mogą dawać krótkie, gwałtowne dopływy wody. Tyle że taka woda, zamiast spokojnie wsiąkać w przesuszoną ziemię i zasilać mokradła, bardzo często błyskawicznie spływa rowami melioracyjnymi i uregulowanymi ciekami dalej — aż w stronę morza. Systemu melioracji nie da się odwrócić z dnia na dzień, ale można i trzeba już teraz zatrzymywać każdy możliwy impuls wody w dolinie. Bo jeśli nie zaczniemy działać natychmiast, kolejne deszcze znów tylko przez chwilę poprawią statystyki, a Narew nadal będzie wysychać.

Po obfitych opadach wiele rzek w regionie rzeczywiście odżyło. Na mapie HydroIMGW widać wyraźnie, że stany wód w wielu miejscach się podniosły. Część cieków zareagowała szybko, zgodnie z tym, czego można byłoby oczekiwać po intensywnych opadach. Ale Narew, szczególnie w newralgicznym odcinku związanym z Narwiańskim Parkiem Narodowym, nadal pozostała oznaczona dramatycznie. Czarno. Czytelnie. Bez miejsca na wygodne złudzenia.

I to jest sedno sprawy. Jeżeli po solidnych opadach część rzek podnosi się wyraźnie, a Narew wciąż nie odzyskuje bezpiecznego poziomu, to nie mamy już do czynienia wyłącznie z „brakiem deszczu”. Mamy do czynienia z problemem systemowym.

Najlepszym dowodem jest komunikat Narwiańskiego Parku Narodowego. Kładka Waniewo – Śliwno została ponownie udostępniona turystom 19 czerwca 2026 roku, po poprawie warunków hydrologicznych. Ale radość trwała bardzo krótko. Już 25 czerwca Park musiał ją ponownie zamknąć. Powód? Bardzo szybki spadek poziomu wody w Narwi. Utrzymująca się susza hydrologiczna sprawiła, że korzystanie z pływającej przeprawy stało się niebezpieczne dla turystów.

To nie jest abstrakcyjny spór przyrodników, hydrologów i samorządowców. To jest konkret, który dotyka całego Narwiańskiego Parku Narodowego — jednej z najcenniejszych dolin rzecznych w Polsce, królestwa rozlewisk, trzcinowisk, turzycowisk, starorzeczy, ptaków, płazów, ryb, owadów i torfowisk, które przez wieki działały jak naturalna gąbka zatrzymująca wodę w krajobrazie. Kładka Waniewo – Śliwno jest tylko najbardziej widocznym symbolem tego kryzysu, bo turyści natychmiast widzą, że nie da się z niej bezpiecznie korzystać. Ale za zamkniętą kładką stoi znacznie poważniejszy problem: przesychająca dolina, osłabione mokradła, coraz trudniejsze warunki dla ptaków wodno-błotnych, zaburzony rytm rzeki i krajobraz, który bez wody traci swoją najważniejszą funkcję. Deszcz pomógł na chwilę, ale nie rozwiązał problemu. Woda przyszła i szybko odeszła. A Narew znowu została zbyt niska — nie tylko dla turystów, ale przede wszystkim dla całego żywego świata, który od tej rzeki zależy.

To właśnie dlatego rozmowa o Siemianówce nie może być dalej odkładana

W poprzednim tekście pisaliśmy, że przyszłość Siemianówki musi zostać przemyślana na nowo. Nie jako wojna z mieszkańcami. Nie jako likwidacja lokalnej turystyki. Nie jako emocjonalne hasło „zlikwidować zalew”. Chodzi o coś znacznie poważniejszego: o zmianę sposobu gospodarowania wodą tak, by Narew odzyskała oddech, a region zyskał nowy, odporniejszy model rozwoju.

Dzisiejsza sytuacja tylko wzmacnia nasz postulat. Bo jeśli ktoś twierdził, że problem rozwiąże się po deszczu, to teraz powinien spojrzeć na mapę HydroIMGW i komunikat Narwiańskiego Parku Narodowego. Opady były. Rzeki w wielu miejscach zareagowały. A mimo to Narew nadal nie wróciła do stabilnego, bezpiecznego stanu. Kładka Waniewo – Śliwno musiała zostać zamknięta niemal natychmiast po krótkim otwarciu.

To pokazuje, że w dolinie Narwi dzieje się coś głębszego niż zwykłe wahania pogody. Oczywiście sama mapa nie jest pełną ekspertyzą hydrologiczną. Nie zastępuje modeli, pomiarów, wieloletnich analiz ani decyzji instytucji odpowiedzialnych za gospodarkę wodną. Ale mapa pokazuje coś, czego nie da się zbyć wzruszeniem ramion. Pokazuje, że Narew nie reaguje tak, jak powinna reagować zdrowa rzeka w krajobrazie zdolnym do zatrzymywania i oddawania wody. Pokazuje, że nawet wielodniowe opady nie wystarczają, jeżeli cały system jest osłabiony.

A Siemianówka jest jednym z kluczowych elementów tego systemu.

Nie chodzi o to, czy Siemianówka „drenuje” Narew w jednym prostym sensie

Nie chodzi o jedno magiczne zdanie, które wszystko wyjaśnia. Chodzi o bilans wody. O to, ile wody zatrzymujemy. Ile tracimy przez parowanie. Ile zostaje w płytkim, nagrzewającym się zbiorniku. Ile trafia do Narwi wtedy, gdy rzeka i torfowiska najbardziej tego potrzebują. Jak pracuje cały układ od wiosny do lata. Czy Siemianówka pomaga Narwi przetrwać suszę, czy raczej sama staje się elementem, który w warunkach zmian klimatu pogłębia deficyt wody.

Dzisiejszy komunikat Narwiańskiego Parku Narodowego powinien być dla wszystkich sygnałem alarmowym. Skoro po opadach kładkę można było otworzyć tylko na kilka dni, a potem trzeba było ją zamknąć z powodu szybkiego spadku poziomu wody, to znaczy, że nie wystarczy czekać na deszcz. Nie wystarczy mówić: „przyroda sama sobie poradzi”. Nie poradzi sobie, jeśli człowiek przez dekady przekształcał krajobraz, regulował rzeki, budował zbiorniki, odcinał mokradła i zmieniał naturalną retencję.

Dlatego przyszłość Siemianówki musi być tematem pilnym, a nie odkładanym na później.

Najgorsze, co możemy zrobić, to udawać, że nic się nie dzieje

Można oczywiście dalej bronić obecnego modelu za wszelką cenę. Można mówić, że zalew jest atrakcją turystyczną, że ludzie się do niego przyzwyczaili, że powstały wokół niego biznesy, że są plaże, działki, wspomnienia i lokalne interesy. To wszystko prawda. Tych argumentów nie wolno lekceważyć. Ale trzeba uczciwie dopowiedzieć drugą część: obecny model też nie daje bezpieczeństwa.

Zbiornik robi się coraz płytszy, coraz cieplejszy, coraz bardziej zakwita i coraz mniej jest skutecznym elementem gospodarki wodnej. W ten sposób nie ochroni lokalnej turystyki. Bo ta oparta na płytkim, nagrzewającym się akwenie w czasach suszy hydrologicznej nie ma żadnego sensu. Można ją bronić jeszcze przez kilka sezonów, ale nie można budować na niej spokojnej przyszłości regionu.

Dzisiejsze zamknięcie kładki Waniewo – Śliwno jest symbolem tego kryzysu. Bo to miejsce nie jest przypadkowe. To jedna z ikon Narwiańskiego Parku Narodowego. Kładka, pływające pomosty, przeprawy, szeroka dolina Narwi, ptaki, trzciny, woda, przestrzeń — to wszystko tworzyło obraz rzeki żywej, dzikiej, wyjątkowej. Jeżeli nawet tam zaczyna brakować wody w sposób zagrażający bezpieczeństwu turystów, to znaczy, że problem nie jest teoretyczny.

To już nie jest dyskusja o dalekiej przyszłości. To dzieje się teraz.

W poprzednim tekście pisaliśmy, że zmiana Siemianówki nie powinna być przedstawiana jako koniec turystyki. Przeciwnie. Może być początkiem znacznie mądrzejszego, bardziej odpornego modelu.

Zamiast upierać się przy wizji dużego, płytkiego zbiornika, który coraz bardziej przegrywa z suszą, parowaniem i zakwitami, można zaprojektować Siemianówkę jako mozaikę wody, mokradeł, trzcinowisk, rozlewisk, wysp, kanałów, punktów widokowych i ścieżek edukacyjnych. Jako bramę do dzikiej Narwi, Puszczy Białowieskiej i wschodnich mokradeł. Jako miejsce, które nie udaje Mazur, lecz pokazuje to, co w Podlaskiem najcenniejsze: dzikość, przestrzeń, ptaki, ciszę, wodę i krajobraz nie do podrobienia.

Ale żeby tak się stało, decyzje muszą zapaść odpowiednio wcześnie. Nie wtedy, gdy kryzys będzie już tak głęboki, że wszyscy będą działać pod presją. Nie wtedy, gdy lokalni przedsiębiorcy zostaną sami z problemem. Potrzebny jest plan przejścia.

Mieszkańcy Michałowa, Narewki, Bondar, Siemianówki i okolicznych miejscowości nie mogą zostać potraktowani jak przeszkoda. Muszą być partnerami tej zmiany. Jeżeli państwo i instytucje publiczne chcą ratować Narew, powinny równolegle zaproponować regionowi nową strategię rozwoju: wsparcie dla agroturystyk, przewodników, wypożyczalni, gastronomii, lokalnych producentów, edukacji przyrodniczej, ścieżek, wież widokowych, kładek i promocji nowej marki miejsca. Bo ludzie nie boją się mokradeł. Ludzie boją się, że ktoś podejmie decyzję nad ich głowami, a oni zostaną z rachunkami.

Deszcz nie wystarczył. To najważniejsza lekcja ostatnich dni

Dzisiejsza sytuacja powinna zakończyć najprostszy argument przeciwników zmian: że wystarczy poczekać na opady. Nie wystarczy. Opady przyszły, ale Narew nadal pozostała w kryzysie. Kładka Waniewo – Śliwno została otwarta tylko na chwilę. Po kilku dniach trzeba było ją ponownie zamknąć, bo poziom wody bardzo szybko spadł. To pokazuje, że mamy do czynienia z problemem retencji, sposobu gospodarowania wodą i funkcjonowania całego układu hydrologicznego.

Dlatego pytanie nie brzmi już: czy rozmawiać o zmianach na Siemianówce? Pytanie brzmi: jak długo jeszcze będziemy udawać, że ta rozmowa może poczekać? Narew nie potrzebuje kolejnych sporów na Facebooku. Nie potrzebuje zaklinania rzeczywistości. Nie potrzebuje zapewnień, że „jakoś to będzie”. Potrzebuje realnej wody, realnej retencji, realnego planu i odwagi instytucji, które przestaną traktować Siemianówkę jak nietykalny pomnik dawnych decyzji.

Bo jeśli deszcz podniósł poziomy wielu rzek, a Narew nadal została w dramatycznym stanie, to znaczy, że natura właśnie wystawiła nam bardzo czytelny rachunek. I ten rachunek dotyczy nie tylko Narwiańskiego Parku Narodowego. Dotyczy całego Podlasia.

Siemianówka musi się zmienić. Nie przeciwko ludziom, ale dla ludzi i dla Narwi. Nie chaotycznie, nie z dnia na dzień, nie bez konsultacji. Mądrze, etapami, z programem wsparcia dla lokalnej społeczności i z jasnym celem: zatrzymać wodę tam, gdzie jest najbardziej potrzebna, odbudować mokradła i sprawić, by Narew znowu była rzeką, a nie wspomnieniem po rzece.

Dzisiejsza sytuacja w Narwiańskim Parku Narodowym to nie drobna niedogodność dla turystów. To ostrzeżenie, że cały wyjątkowy ekosystem doliny Narwi znalazł się pod presją, której nie da się już tłumaczyć wyłącznie chwilowym brakiem deszczu. I jeśli potraktujemy ten sygnał poważnie, może stać się początkiem dobrej zmiany — dla rzeki, mokradeł, przyrody i ludzi, którzy żyją z tym krajobrazem na co dzień.

Nad Narwią w bocianich gniazdach zostały niewyklute jaja

Nad Narwią w bocianich gniazdach zostały niewyklute jaja

Przyrodnicy z Łomżyńskiego Parku Krajobrazowego Doliny Narwi zauważyli nietypową sytuację w wielu bocianich gniazdach nad Narwią.

W gniazdach zostały jaja, z których nie wykluły się pisklęta. Według wstępnych obserwacji przyczyn może być kilka, od późnych lęgów po możliwe wady rozwojowe.

Przyrodnicy wykluczają, by główną przyczyną była susza. Podkreślają, że sytuacja wymaga dalszych obserwacji i konsultacji ze specjalistami.

Wpływ tegorocznych lęgów na liczbę bocianów będzie można ocenić dopiero po wakacjach, gdy znane będą dane z monitoringu gniazd.

Zdjęcie ilustracyjne

Featured Video Play Icon

To ostatnie takie konie nad Narwią

W sercu Podlasia są jeszcze miejsca, gdzie czas płynie wolniej, a natura wyznacza rytm codzienności. To właśnie tam, w malowniczej dolinie Narwi, można zobaczyć obrazki, które coraz rzadziej spotyka się we współczesnym świecie: rozległe pastwiska, spokojny nurt rzeki i majestatyczne polskie konie zimnokrwiste żyjące blisko człowieka, ziemi i wody.

Na powyższym filmie zobaczymy stado koni podczas kąpieli w Narwi, ich przeprawę przez rzekę i codzienne życie na podlaskich łąkach. To widok pełen siły, harmonii i prostego piękna, które nie potrzebuje żadnych ozdobników. Ten film to opowieść o spokoju, naturze i wiejskim dziedzictwie Podlasia. O koniach, które od pokoleń były częścią tutejszego krajobrazu, o ludziach, którzy nadal pielęgnują dawną więź ze zwierzętami, i o miejscach, w których można naprawdę poczuć oddech podlaskiej ziemi.

Polskie konie zimnokrwiste od dawna wpisane są w krajobraz podlaskiej wsi. Silne, spokojne i dostojne, przez pokolenia pomagały ludziom w pracy, były częścią gospodarstw i codziennego życia na ziemi. Dziś coraz częściej patrzymy na nie nie tylko jak na zwierzęta użytkowe, ale także jak na żywe dziedzictwo dawnych czasów — symbol cierpliwości, bliskości z naturą i świata, który mimo wielu zmian wciąż potrafi zachwycać swoją prostotą.

Samotny ojciec z Topolan odbudowuje dom po pożarze. Małe dzieci mieszkają w kontenerach.

Samotny ojciec z Topolan odbudowuje dom po pożarze. Małe dzieci mieszkają w kontenerach.

17 lipca 2025 roku, we wczesnych godzinach porannych, w Topolanach w gminie Michałowo wydarzyła się tragedia, która w jednej chwili odebrała rodzinie poczucie bezpieczeństwa, dach nad głową i dorobek życia. Dom Cezarego Szuberta, samotnego ojca 4-letniego Kacpra i 2-letniej Nikoli, stanął w ogniu.

Czarny dym wydobywający się z dachu jako pierwsza zauważyła matka pana Cezarego, pani Małgorzata. Zaczęła krzyczeć i walić w drzwi, próbując zaalarmować syna. Ten zdążył wynieść z domu śpiące dzieci. Wybiegli na podwórko w samych piżamach. Po chwili budynek był już zajęty ogniem. Dom spłonął doszczętnie. Rodzina została praktycznie z niczym. Od tamtego dnia trwa walka o powrót do normalnego życia. Pan Cezary, z pomocą dobrych ludzi i znajomych, próbuje odbudować dom dla swoich dzieci.

Od prawie roku samotny ojciec z dwójką małych dzieci mieszka w wynajętych kontenerach ustawionych przy zgliszczach dawnego domu. Tam rodzina przetrwała zimę. Warunki są trudne, a koszty bardzo wysokie. Sam wynajem kontenerów to 1600 zł miesięcznie. Do tego doszło 6-miesięczne wyrównanie za prąd w wysokości 16 800 zł. Faktura jest już po terminie, a rodzina boi się, że zostanie bez energii elektrycznej.

Dla tej rodziny brak prądu oznacza znacznie więcej niż zaległy rachunek. To brak światła, brak ciepła, brak ciepłej wody i realne zagrożenie dla dalszej odbudowy domu. Bez prądu trudno kontynuować prace budowlane. Bez prądu trudno żyć w kontenerach z 2-letnią Nikolą i 4-letnim Kacprem.

Pani Małgorzata, mama pana Cezarego i babcia dzieci, napisała do naszej redakcji poruszający list z prośbą o pomoc. Przyznaje w nim, że zaczyna tracić siły. Jako matka patrzy na walkę syna, a jako babcia na dzieci, które od miesięcy nie mają normalnego domu, własnego pokoju i spokojnego dzieciństwa.

„Zostaliśmy sami. Syn z dwójką maluchów i ja jako babcia, która widziała ten dym o świcie” — pisze pani Małgorzata.

Rodzina podkreśla, że po pożarze na początku pojawiła się pomoc. Ludzie przynosili ubrania, jedzenie i najpotrzebniejsze rzeczy. Z czasem jednak zainteresowanie zaczęło słabnąć. Zbiórka, która miała pomóc w odbudowie domu, przygasła, choć potrzeby wciąż są ogromne. Do ukończenia prac nadal brakuje pieniędzy, a przed rodziną kolejne miesiące walki o bezpieczny dach nad głową.

W liście pojawia się także bolesna relacja o poczuciu osamotnienia i o tym, że rodzina musiała mierzyć się nie tylko ze skutkami pożaru, ale również z trudnościami urzędowymi, wysokimi rachunkami oraz stratami rzeczy, które — według relacji bliskich — udało się częściowo wynieść lub zabezpieczyć po tragedii.

Dziś najważniejsze jest jedno: pomóc tej rodzinie wrócić do normalnego życia, zanim nadejdzie kolejna zima.

Pan Cezary nie prosi o luksus. Odbudowuje dom dla swoich dzieci. Potrzebuje środków na dalsze prace, opłacenie zaległości, utrzymanie kontenerów i doprowadzenie budowy do takiego etapu, by Kacper i Nikola mogli znów zamieszkać pod prawdziwym dachem.

Każda wpłata ma znaczenie. Każde udostępnienie może sprawić, że historia rodziny z Topolan dotrze do kolejnych osób. Zbiórka potrzebuje nowego impulsu, bo bez wsparcia dobrych ludzi samotnemu ojcu będzie bardzo trudno udźwignąć to wszystko samemu.

Pomóc można poprzez wpłatę na zbiórkę oraz udostępnienie apelu dalej — wśród znajomych, lokalnych społeczności, firm i osób, które mogą wesprzeć rodzinę finansowo, materiałami budowlanymi lub konkretną pomocą przy odbudowie.

To historia ojca, który po pożarze nie uciekł od odpowiedzialności. Historia babci, która o świcie zobaczyła dym i do dziś walczy o bezpieczeństwo swoich wnuków. Historia dwójki małych dzieci, które zasługują na ciepły dom, własny pokój i spokojne dzieciństwo.

Nie pozwólmy, by ta zbiórka zgasła tak, jak ogień zabrał ich dom.

Wesprzyjmy Cezarego, Kacpra i Nikolę z Topolan. Pomóżmy im odbudować dom przed kolejną zimą.

LINK DO ZBIÓRKI TUTAJ

Zalew Siemianówka zostanie osuszony? Zapadły ważne decyzje!
Po lewej przyszłość Siemianówki bez zmian, po prawej - gdy zmiany będą wprowadzone.

Zalew Siemianówka zostanie osuszony? Zapadły ważne decyzje!

Jeszcze niedawno mówienie o zmianie przyszłości Siemianówki brzmiało dla wielu jak fantazja. Gdy pisaliśmy, że obecny model funkcjonowania zbiornika jest problemem dla Narwi, że płytki, nagrzewający się akwen paruje, zarasta, zakwita i coraz słabiej pełni swoją rolę, łatwo było machnąć ręką. Ot, kolejna publicystyczna wizja. Kolejny głos z internetu. Kolejna dyskusja, która pewnie rozejdzie się po kościach.

A jednak coś się zmieniło

Do dyskusji o przyszłości Siemianówki dochodzą kolejne konkrety. 15 czerwca odbyło się następne robocze spotkanie przedstawicieli instytucji zajmujących się tym tematem — między innymi Narwiańskiego Parku Narodowego, Wód Polskich, RDOŚ, Polskiego Związku Wędkarskiego, Białowieskiego Parku Narodowego oraz SGGW. Na razie nie ma jeszcze oficjalnego harmonogramu działań. Ale w niedalekiej przyszłości konieczna będzie aktualizacja wielu dokumentów i analiz. Stąd też można wywodzić bardzo wstępny termin: około 2029 roku mogłyby rozpocząć się głębsze prace naprawcze na Siemianówce.

Już dziś wiadomo jednak jedno: aby ratować Narew, od marca do czerwca potrzebne są interwencyjne zrzuty wody ze zbiornika, które nasycą koryta rzeki i torfy w Narwiańskim Parku Narodowym. Co ważne, mówimy o około 7000 hektarów nieużytków, więc takie okresowe zalewanie nie uderza w mieszkańców ani rolnictwo, a daje ogromną korzyść przyrodzie. Czysty zysk. Szczególnie istotny jest też fakt, że na Siemianówce wstrzymano produkcję prądu właśnie po to, by oszczędzać wodę dla Narwi. To pokazuje, że zmiana myślenia o zbiorniku już się zaczęła. Nieoficjalnie mówi się o stałym spuszczeniu wody (by pozostały tylko mokradła) od torów do granicy państwa.

Dziś o częściowym osuszaniu Siemianówki, ograniczaniu parowania i zmianie sposobu gospodarowania wodą mówimy nie tylko my. Temat wszedł do poważnej debaty instytucjonalnej. Rozmawiają o nim przyrodnicy, Narwiański Park Narodowy, Wody Polskie, Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska, naukowcy i samorządowcy. To ogromny sukces samej idei. Nie dlatego, że ktokolwiek chce komukolwiek coś odebrać. Przeciwnie. Dlatego, że wreszcie zaczynamy rozmawiać o Siemianówce nie jak o świętym obrazku, którego nie wolno dotknąć, ale jak o miejscu, które wymaga nowej, mądrej i odważnej wizji.

Najważniejsze jest jednak coś innego: ta zmiana nie musi oznaczać końca lokalnej turystyki. Może oznaczać jej początek na zupełnie nowym poziomie.

Dziś wielu mieszkańców, przedsiębiorców i samorządowców boi się, że jakakolwiek ingerencja w zbiornik zabije turystykę. Ten lęk jest zrozumiały. Przez ponad trzy dekady wokół Siemianówki powstały gospodarstwa agroturystyczne, miejsca noclegowe, punkty gastronomiczne, plaże, wypożyczalnie sprzętu wodnego, działki rekreacyjne i cały lokalny sposób myślenia o rozwoju. W Siemianówkę zwyczajnie wpompowano miliony złotych. Trudno się teraz pogodzić z faktem, że po 30 latach okazało się to zabójcze.

Dla wielu osób zalew nie jest abstrakcyjnym „obiektem hydrotechnicznym”, tylko źródłem utrzymania, wspomnieniem dzieciństwa, miejscem pracy albo miejscem do życia.

Dlatego nie chcemy mówić o zmianie Siemianówki językiem wojny. To nie może być opowieść: przyrodnicy przeciwko mieszkańcom, Narew przeciwko turystyce, mokradła przeciwko lokalnym biznesom. To byłaby najgorsza możliwa droga. Prawdziwe pytanie brzmi inaczej: jak zmienić Siemianówkę, żeby ratować Narew, ograniczyć straty wody, poprawić stan przyrody, a jednocześnie stworzyć mieszkańcom nowy, silniejszy i bardziej odporny model zarabiania na turystyce?

Bo obecny model wcale nie jest tak bezpieczny, jak się wydaje.

Jeżeli zbiornik będzie coraz płytszy, coraz cieplejszy, coraz bardziej podatny na zakwity i coraz mniej atrakcyjny latem, to lokalna turystyka i tak będzie słabnąć. Jeżeli wody będzie mniej, plaże będą się oddalać. Jakość wody już budzi wątpliwości. Dlatego samo trzymanie się obecnego stanu nie uratuje przedsiębiorców. Może tylko odwlec problem w czasie. A najgorsze w takim scenariuszu jest to, że region zostanie z degradującym się akwenem, coraz większą suszą, coraz słabszą Narwią i turystyką opartą na czymś, co powoli traci swoją atrakcyjność.

Nowa wizja Siemianówki daje szansę, by wyjść z tego zaklętego kręgu. Wyobraźmy sobie nie wysychającą kałużę z zakwitami, ale jeden z najciekawszych obszarów przyrodniczych w Polsce. Mozaikę otwartej wody, trzcinowisk, płycizn, rozlewisk, wysp, bagien, kanałów i punktów widokowych. Miejsce, w którym nadal istnieje akwen, ale obok niego powstaje wielki, żywy system mokradeł. Coś pomiędzy jeziorem, rezerwatem, ptasim rajem i dziką doliną rzeczną. Nie kopia Mazur, bo Podlasie nigdy nie powinno kopiować Mazur. Raczej coś własnego: Siemianówka jako brama do dzikiej Narwi, Puszczy Białowieskiej i wschodnich mokradeł.

To mogłoby być znacznie mocniejsze turystycznie niż dzisiejszy zalew. Współczesna turystyka coraz częściej ucieka od betonu, hałasu i masowości. Ludzie szukają ciszy, krajobrazu, autentyczności, ptaków, ścieżek, wież widokowych, lokalnego jedzenia, opowieści i miejsc, których nie da się podrobić w innym województwie. Siemianówka przekształcona w kierunku mokradeł mogłaby stać się dokładnie takim miejscem. Nie tylko dla wędkarzy i plażowiczów, ale także dla fotografów przyrody, obserwatorów ptaków, rodzin z dziećmi, seniorów, szkół, grup edukacyjnych, kajakarzy, rowerzystów, miłośników slow travel i turystów z zagranicy.

To nie jest mała nisza. Turystyka ornitologiczna, przyrodnicza i krajobrazowa potrafi przyciągać ludzi przez cały rok, a nie tylko w kilka ciepłych weekendów wakacji. Ptaki migrują wiosną i jesienią. Mgły nad rozlewiskami są najpiękniejsze o świcie. Zimą dzikie mokradła też mają swój surowy urok. Taki model wydłuża sezon. A wydłużenie sezonu to więcej noclegów, więcej posiłków, więcej przewodników, więcej lokalnych usług i mniej uzależnienia od tego, czy w lipcu będzie upał i dobra woda do kąpieli. Lokalsi mogliby na tym zyskać bardzo konkretnie.

Gospodarstwa agroturystyczne mogłyby przestać sprzedawać wyłącznie „nocleg nad zalewem”, a zacząć sprzedawać pobyt w jednym z najciekawszych obszarów mokradłowych w Polsce. To zupełnie inny produkt. Można tworzyć pakiety weekendowe: świt z ptakami, kolacja z lokalnych produktów, spacer z przewodnikiem, ognisko, opowieści o zatopionych wsiach, wycieczka rowerowa, obserwacja bielików, czapli, gęsi i żurawi. Taki turysta nie przyjeżdża tylko po to, żeby poleżeć na ręczniku. On zostawia pieniądze w kilku miejscach naraz.

Właściciele wypożyczalni sprzętu również nie musieliby znikać. Mogliby się przebranżowić częściowo z ciężkiej rekreacji motorowodnej na spokojniejszą turystykę wodną: kajaki, canoe, łodzie płaskodenne, rowery wodne w wyznaczonych strefach, rejsy przyrodnicze z przewodnikiem, bezpieczne trasy po otwartej części akwenu. Jeśli najgłębsze fragmenty zbiornika pozostałyby wodą, nadal mogłyby funkcjonować jako przestrzeń rekreacyjna. Różnica polegałaby na tym, że reszta obszaru nie byłaby traktowana jak „stracona woda”, lecz jak nowa atrakcja.

Nowe możliwości!

Przewodnicy lokalni mogliby zyskać zupełnie nowy rynek. Dziś wiele osób przejeżdża przez Podlasie, widzi kilka znanych punktów i jedzie dalej. Tymczasem Siemianówka jako obszar mokradeł mogłaby wymagać opowieści. A tam, gdzie potrzebna jest opowieść, pojawia się praca dla ludzi. Ktoś musi oprowadzać po kładkach. Ktoś musi tłumaczyć, dlaczego Narew jest rzeką wyjątkową. Ktoś musi pokazywać ptaki, dawne wsie, historię budowy zbiornika, relację z Puszczą Białowieską, granicę, kolej, Bondary, Narewkę i Michałowo. To wszystko można zamienić w doświadczenie turystyczne, nie tylko w mapkę z parkingiem.

Restauracje i mała gastronomia mogłyby oprzeć się na kuchni regionalnej, nie na przypadkowej wakacyjnej ofercie. Turysta przyrodniczy bardzo często szuka lokalności. Chce zjeść coś z regionu, kupić miód, sery, kiszonki, zioła, rękodzieło, chleb, coś z tatarskich, białoruskich, podlaskich albo kresowych inspiracji. Jeśli wokół Siemianówki powstałaby silna marka miejsca, zarabialiby nie tylko właściciele noclegów, ale też rolnicy, koła gospodyń, małe przetwórnie, twórcy ludowi i lokalne sklepy.

Samorządy mogłyby zyskać nie problem, lecz nową strategię rozwoju. Zamiast inwestować wyłącznie w klasyczną infrastrukturę nadwodną, można byłoby budować produkt turystyczny oparty na przyrodzie: wieże obserwacyjne, parkingi buforowe, ścieżki rowerowe, kładki edukacyjne, punkty informacji, małe centra interpretacji przyrody, aplikacje terenowe, oznakowane trasy, miejsca odpoczynku, lokalne targowiska, wydarzenia tematyczne i festiwale przyrodnicze. To nie musi być betonowy moloch. W Podlaskiem często największą siłę mają rzeczy proste, dobrze wpisane w krajobraz.

Taką zmianę można też powiązać z pieniędzmi zewnętrznymi. Renaturyzacja, adaptacja do zmian klimatu, ochrona mokradeł, retencja naturalna, edukacja ekologiczna, turystyka zrównoważona, infrastruktura rowerowa i ochrona bioróżnorodności to dziś tematy, na które łatwiej pozyskać środki niż na kolejną zwykłą plażę. Gdyby region dobrze przygotował projekt, Siemianówka mogłaby stać się nie ciężarem, ale wizytówką nowoczesnego myślenia o wodzie, przyrodzie i lokalnym rozwoju.

Najważniejsze jest jednak to, by mieszkańcy nie zostali z tym sami

Jeżeli państwo, przyrodnicy i instytucje chcą zmieniać sposób gospodarowania wodą, muszą równolegle mówić o rekompensacie rozwojowej dla regionu. Nie chodzi o jednorazowe odszkodowania, ale o realny program przejścia z jednego modelu turystyki do drugiego. Szkolenia dla przewodników. Wsparcie dla agroturystyk. Pomoc w zmianie profilu wypożyczalni. Promocję nowej marki Siemianówki. Dofinansowanie małej infrastruktury. Włączenie lokalnych firm w tworzenie produktu turystycznego. Kampanie promujące nie „osuszony zalew”, ale nową perłę przyrodniczą Podlasia.

Bo ludzie nie boją się samej przyrody. Ludzie boją się, że ktoś podejmie decyzję nad ich głowami, a oni zostaną z rachunkami. Dlatego ta rozmowa musi być prowadzona uczciwie. Mieszkańcy Narewki, Michałowa, Bondar, Siemianówki i okolicznych miejscowości nie mogą być przedstawiani jako przeciwnicy ratowania Narwi. To oni powinni być pierwszymi beneficjentami zmiany. Jeżeli Narew ma zostać uratowana, lokalna społeczność musi dostać jasny sygnał: nie zabieramy wam przyszłości, tylko pomagamy zbudować nową.

Warto też powiedzieć rzecz niewygodną: turystyka oparta wyłącznie na dużym, płytkim zbiorniku w czasach suszy hydrologicznej jest ryzykowna. Można przez jakiś czas udawać, że problemu nie ma. Można powtarzać, że „zalew nas utrzymuje”. Ale jeśli ten zalew będzie coraz bardziej nagrzany, coraz płytszy i coraz częściej będzie kojarzony z zakwitami, to sam stanie się zagrożeniem dla lokalnej gospodarki. O wiele rozsądniej jest wyprzedzić kryzys i stworzyć nową markę, zanim stary model zacznie się sypać.

Siemianówka mogłaby stać się podlaskim symbolem mądrej transformacji. Miejscem, w którym nie walczono do końca o utrzymanie problemu, tylko odważnie zamieniono go w szansę. Zamiast opowieści o stracie mogłaby powstać opowieść o odrodzeniu. Zamiast „kiedyś był zalew” — „tu powstał jeden z najciekawszych obszarów przyrodniczych w Polsce”. Zamiast sporu między ekologami a mieszkańcami — wspólny projekt dla Narwi, turystyki i lokalnej gospodarki.

To jest właśnie moment, w którym trzeba zmienić język debaty. Nie pytajmy wyłącznie, ile wody zniknie z płytkiej części zbiornika. Pytajmy, co może się tam pojawić w zamian. Ile wież obserwacyjnych? Ile kilometrów kładek i ścieżek? Ile nowych usług? Ile miejsc pracy dla przewodników, gospodarzy, edukatorów, gastronomii i lokalnych producentów? Ile nowych powodów, by przyjechać tu nie tylko latem, ale także wiosną, jesienią i zimą?

Nasz postulat zaczyna być traktowany poważnie. To sukces, ale nie koniec drogi.

Teraz najważniejsze jest dopilnować, by rozmowa o Siemianówce nie została sprowadzona do prostego konfliktu: osuszyć albo nie osuszyć. Prawdziwa rozmowa powinna dotyczyć tego, jak uratować Narew i jednocześnie zbudować lepszą przyszłość dla ludzi żyjących wokół zbiornika.

Bo jeśli ta zmiana zostanie dobrze zaplanowana, Siemianówka nie straci turystyki. Ona może wreszcie zyskać turystykę, której nie zabije susza, brudna woda ani zakwity. Turystykę opartą na tym, co w Podlaskiem najcenniejsze: dzikiej przyrodzie, ciszy, przestrzeni, ptakach, wodzie, historii i krajobrazie, którego nie da się znaleźć nigdzie indziej.

I właśnie dlatego nie należy bać się nowej wizji Siemianówki. Trzeba ją mądrze zaprojektować, uczciwie skonsultować z mieszkańcami i wykorzystać tak, by Narew odzyskała oddech, a lokalni ludzie dostali nowe źródło rozwoju. To może być nie koniec Siemianówki, ale jej najlepszy początek.

Dobra wiadomość dla podlaskiego transportu. Marszałek rozwiązał problem, który wskazywaliśmy.
fot. Urząd Marszałkowski Województwa Podlaskiego

Dobra wiadomość dla podlaskiego transportu. Marszałek rozwiązał problem, który wskazywaliśmy.

To jest jedna z tych informacji, przy których warto na chwilę odłożyć polityczne emocje i powiedzieć wprost: dobrze, że ten kierunek został obrany. Przez ostatnie miesiące wokół PKS Nova narastało wiele pytań, napięć i obaw. Mieszkańcy bali się likwidacji kolejnych połączeń, politycy przerzucali się odpowiedzialnością, a sama spółka tkwiła w modelu, który z góry skazywał ją na konflikt między rachunkiem ekonomicznym a społeczną misją.

Pisaliśmy jakiś czas temu, że największym problemem PKS Nova nie jest konkretne nazwisko na stanowisku prezesa czy prokurenta. Problem był znacznie głębszy. Od spółki oczekiwano, że będzie jednocześnie rentowna i społecznie dostępna. Miała nie przynosić strat, ale też nie zamykać połączeń. Miała obsługiwać trasy potrzebne mieszkańcom, choć wiele z nich z natury rzeczy nie może utrzymać się wyłącznie z biletów. To był układ niemożliwy do utrzymania.

Teraz marszałek województwa podlaskiego Łukasz Prokorym zapowiedział rozwiązanie, które uderza dokładnie w sedno tego problemu. Od 1 stycznia PKS Nova ma stać się podmiotem powierzonym Województwa Podlaskiego i działać w formule in-house. W praktyce oznacza to, że samorząd województwa będzie mógł bezpośrednio powierzać spółce realizację zadań z zakresu publicznego transportu zbiorowego.

To bardzo ważna zmiana. Nie kosmetyczna, nie personalna, nie wizerunkowa, ale systemowa. PKS Nova przestanie być spółką, od której oczekuje się cudów finansowych na nierentownych trasach, a zacznie działać w ramach umowy określającej zakres usług i liczbę kilometrów realizowanych przez autobusy. Innymi słowy: transport publiczny zostanie potraktowany jak transport publiczny, a nie jak zwykła działalność komercyjna, która ma sama się bilansować bez względu na społeczne potrzeby regionu.

Podczas poniedziałkowego spotkania z samorządowcami z powiatów białostockiego i sokólskiego oraz przedstawicielami PKS Nova marszałek przekazał też deklarację, na którą czekało wielu mieszkańców. Zapowiedział, że kilometrów realizowanych przez autobusy będzie więcej niż obecnie. To istotny sygnał szczególnie dla tych miejscowości, które w ostatnich latach coraz mocniej odczuwały wykluczenie komunikacyjne.

Bo o to właśnie chodziło w całej tej sprawie. Autobus w województwie podlaskim nie jest luksusem. Dla wielu osób to jedyny sposób, by dojechać do szkoły średniej, lekarza, urzędu, pracy, na studia albo do większej miejscowości, z której dalej można ruszyć pociągiem. Tam, gdzie znika połączenie, często znika też realna możliwość normalnego funkcjonowania. Szczególnie dla młodzieży, seniorów i osób, które nie mają samochodu.

Nowy model ma dać PKS Nova stabilne i przewidywalne finansowanie. To z kolei powinno pozwolić spółce planować rozwój, zamiast co kilka miesięcy gasić pożary. Władze województwa liczą, że dzięki formule in-house oraz doświadczeniu obecnego kierownictwa PKS Nova w ciągu kilku lat osiągnie pełną stabilność finansową. Ważne jest także to, że nowa organizacja ma ułatwić skuteczniejsze korzystanie ze środków z Rządowego Funduszu Rozwoju Przewozów Autobusowych.

Równie istotna jest zapowiedź zmian w siatce połączeń. Nowy system ma być dostosowany do rzeczywistych potrzeb mieszkańców regionu. Autobusy mają w pierwszej kolejności zapewniać sprawną komunikację między miastami powiatowymi, a następnie między miastami powiatowymi i gminami. Brzmi to prosto, ale właśnie tak powinien działać sensowny transport publiczny: nie jako zbiór przypadkowych kursów, lecz jako logiczna sieć, w której można się przesiąść, zaplanować podróż i nie czekać godzinami na kolejny autobus.

Marszałek zwrócił się też do samorządowców o aktywny udział w tworzeniu nowej siatki połączeń. To bardzo ważne, bo bez wiedzy lokalnych władz trudno będzie zaprojektować komunikację odpowiadającą realnym potrzebom mieszkańców. Gminy i powiaty najlepiej wiedzą, gdzie są szkoły, przychodnie, zakłady pracy, urzędy i miejscowości, które dziś mają największy problem z dojazdem.

Warto więc powiedzieć jasno: jeżeli zapowiadany model rzeczywiście zostanie wdrożony konsekwentnie, będzie to dobra wiadomość dla województwa podlaskiego. Nie dlatego, że rozwiąże wszystkie problemy z dnia na dzień. Tego nie zrobi żadna jedna decyzja. Ale dlatego, że po raz pierwszy od dawna wskazano właściwy kierunek: stabilne finansowanie, jasne zasady, publiczna odpowiedzialność i próba budowy spójnego systemu zamiast doraźnego ratowania pojedynczych kursów.

Wcześniej ostrzegaliśmy, że sama zmiana personalna w PKS Nova niczego nie załatwi, jeśli nie powstanie nowy model organizacyjny i finansowy. Teraz taki model został zapowiedziany. To oznacza, że problem, o którym pisaliśmy, został przynajmniej na poziomie decyzji politycznej zauważony i nazwany. A to w sprawach transportu publicznego jest już duży krok naprzód.

Teraz najważniejsze będzie wykonanie. Mieszkańcy nie ocenią tej zmiany po komunikatach, spotkaniach i deklaracjach. Ocenią ją po tym, czy autobus naprawdę przyjedzie. Czy będzie można nim dojechać do szkoły, lekarza, pracy i powiatowego miasta. Czy rozkład jazdy będzie logiczny. Czy przesiadki będą możliwe. Czy z mniejszych miejscowości da się wydostać nie tylko rano, ale też wrócić po południu.

Jeżeli tak się stanie, województwo podlaskie może zyskać coś więcej niż uratowaną spółkę. Może zyskać fundament nowoczesnego transportu publicznego, który nie udaje, że każda trasa musi być biznesem, lecz rozumie, że komunikacja jest częścią infrastruktury społecznej. Tak samo jak szkoła, droga, przychodnia czy urząd.

I właśnie dlatego ta wiadomość jest dobra. Bo wreszcie nie chodzi tylko o to, kto kieruje PKS Nova. Chodzi o to, na jakich zasadach ta spółka ma działać. A bez jasnych zasad żaden autobus daleko nie zajedzie.

Featured Video Play Icon

35 lat Straży Granicznej. Jak wygląda służba przy trudnym, białoruskim sąsiedzie?

Podlaski Oddział Straży Granicznej świętował swoje 35-lecie. To ważna rocznica nie tylko dla samej formacji, ale także dla całego regionu Podlaskiego, który od lat znajduje się w szczególnym miejscu na mapie Polski i Europy. Podlasie to województwo graniczne, a sąsiedztwo z Białorusią sprawia, że bezpieczeństwo granicy nie jest tu pojęciem abstrakcyjnym, lecz codzienną rzeczywistością.

Straż Graniczna w naszym regionie pełni rolę wyjątkową. To nie tylko kontrola dokumentów, patrolowanie terenu czy ochrona pasa granicznego. To także stała gotowość do reagowania na sytuacje trudne, nieprzewidywalne i wymagające ogromnej odpowiedzialności. W ostatnich latach mieszkańcy Podlasia szczególnie mocno mogli zobaczyć, jak ważna jest obecność funkcjonariuszy na wschodniej granicy. Granica z Białorusią stała się miejscem presji migracyjnej, prowokacji i napięć, które pokazały, że bezpieczeństwo państwa zaczyna się właśnie tutaj — w małych miejscowościach, przy leśnych drogach, na posterunkach i w codziennej służbie ludzi, którzy często pozostają poza światłem kamer.

35-lecie Podlaskiego Oddziału Straży Granicznej to dobra okazja, by przypomnieć, że za mundurem stoją konkretni ludzie: funkcjonariusze i pracownicy, którzy każdego dnia wykonują trudną, odpowiedzialną i potrzebną pracę. Ich służba wymaga odporności, dyscypliny, spokoju i świadomości, że od pojedynczych decyzji może zależeć bezpieczeństwo innych.

Podlasie od zawsze było regionem pogranicza — miejscem spotkania kultur, języków i historii. Dziś to pogranicze ma również wymiar strategiczny. Wschodnia granica Polski jest jednocześnie zewnętrzną granicą Unii Europejskiej i NATO. Dlatego rola Straży Granicznej w naszym województwie wykracza daleko poza lokalne znaczenie. To służba na pierwszej linii odpowiedzialności za bezpieczeństwo kraju.

Z okazji jubileuszu warto więc wyrazić szacunek wszystkim, którzy przez ostatnie 35 lat budowali i tworzyli Podlaski Oddział Straży Granicznej. To dzięki ich pracy mieszkańcy regionu mogą czuć, że granica jest chroniona, a państwo obecne tam, gdzie jego obecność jest szczególnie potrzebna.

Wasilków. Zielone Świątki w skansenie odbędą się 24 maja

Wasilków. Zielone Świątki w skansenie odbędą się 24 maja

W Podlaskim Muzeum Kultury Ludowej w Wasilkowie w niedzielę 24 maja odbędą się Zielone Świątki w skansenie. W programie są III Targi Sztuki Ludowej, stoiska rękodzielników z Polski i Litwy oraz regionalne przysmaki.

Na scenie wystąpią zespoły folklorystyczne, a organizatorzy zaplanowali też widowisko obrzędowe „Chodzenie z Królewną”. Wydarzenie potrwa od godz. 11:00 do 18:00.

Zdjęcie ilustracyjne

Featured Video Play Icon

Białystok oczami podróżników z Europy. Przyjechali pociągiem i odkryli miasto, którego się nie spodziewali.

Kiedy planuje się podróż po Europie, na liście miejsc do odwiedzenia najczęściej pojawiają się Berlin, Praga, Wiedeń, Helsinki, może Kraków, Warszawa albo Gdańsk. Białystok rzadziej trafia do pierwszego wyboru zagranicznych turystów. I właśnie dlatego potrafi tak mocno zaskoczyć. Para podróżników, która wyruszyła pociągiem w europejską trasę z Berlina do Helsinek, postanowiła zatrzymać się w stolicy Podlasia na dłużej. Spędzili tu miesiąc i — jak sami przyznają — Białystok okazał się dla nich jednym z większych odkryć tej podróży.

To ciekawe spojrzenie, bo nie jest to opowieść mieszkańców, którzy znają każdy skrót, każdą ulicę i każdy park. To Białystok widziany po raz pierwszy. Miasto oglądane świeżym okiem, bez lokalnych przyzwyczajeń i bez gotowych opinii. Z takiej perspektywy stolica Podlasia jawi się jako miejsce spokojne, zielone, zaskakująco kulturalne i znacznie bogatsze, niż można by przypuszczać po szybkim spojrzeniu na mapę.

Pierwsze wrażenie robi oczywiście centrum. Pałac Branickich i jego ogrody są jednym z tych miejsc, które natychmiast budują obraz Białegostoku jako miasta z historią i elegancją. Dla kogoś, kto nigdy wcześniej tu nie był, widok barokowej rezydencji w samym środku miasta może być sporym zaskoczeniem. Nie jest to monumentalność przytłaczająca, ale raczej spokojna, uporządkowana przestrzeń, w której można poczuć dawny charakter miasta. Ogrody, alejki, symetria, architektura — wszystko to tworzy początek opowieści o Białymstoku jako miejscu, które nie krzyczy o swojej urodzie, tylko pozwala ją stopniowo odkrywać.

Zaraz potem pojawia się kolejny ważny punkt: białostocka katedra. Dla przyjezdnych to nie tylko obiekt sakralny, ale także element miejskiego krajobrazu, który mocno wpisuje się w charakter centrum. W Białymstoku historia nie jest zamknięta wyłącznie w muzeach. Widać ją w przestrzeni, w układzie ulic, w architekturze i w miejscach, obok których mieszkańcy przechodzą codziennie często bez większego zastanowienia.

Podróżników szczególnie zaskoczyła kultura. Białystok okazał się dla nich miastem muzeów, koncertów, wydarzeń artystycznych i miejsc, w których można spędzać czas bez konieczności wydawania dużych pieniędzy. To ważne, bo z perspektywy osób podróżujących przez Europę koszty mają znaczenie. W wielu dużych miastach zwiedzanie potrafi być drogie, a tutaj wiele wydarzeń i atrakcji było dostępnych bezpłatnie albo za niewielką opłatą. To sprawia, że Białystok może być atrakcyjnym kierunkiem dla ludzi, którzy chcą czegoś więcej niż szybkiego zdjęcia pod znanym zabytkiem.

Duże wrażenie zrobił na nich także Rynek Kościuszki. To miejsce, które dla mieszkańców jest codziennym punktem spotkań, spacerów i przejść przez centrum, ale dla kogoś z zewnątrz może być wizytówką miasta. Jest tu przestrzeń, architektura, kawiarnie, kościoły, ratusz i miejski rytm, który nie przypomina ani wielkiej metropolii, ani małego prowincjonalnego miasteczka. Białystok w tym ujęciu znajduje się gdzieś pomiędzy: wystarczająco duży, by mieć bogatą ofertę kulturalną, ale wystarczająco spokojny, by dało się go poznawać bez pośpiechu.

Jednym z najmocniejszych punktów ich pobytu było Podlaskie Muzeum Kultury Ludowej. To miejsce idealnie pokazuje, że Podlasie ma własną opowieść, odmienną od reszty Polski. Drewniana architektura, wiejskie zagrody, dawne sprzęty i klimat skansenu pozwalają zrozumieć region nie przez folder reklamowy, lecz przez codzienność ludzi, którzy tu żyli. Dla turystów odwiedzających podobne muzea w innych krajach — od Japonii po Rumunię i Łotwę — białostocki skansen stał się kolejnym elementem większej układanki: sposobem na zobaczenie, jak kultura lokalna przetrwała w domach, narzędziach, strojach i krajobrazie.

Białystok z ich perspektywy to również miasto parków. Zieleń jest tu naturalną częścią zwiedzania, a nie dodatkiem. Można przechodzić z jednej przestrzeni do drugiej, odpoczywać, spacerować i łapać oddech między muzeami, kościołami, kawiarniami i ulicami centrum. To właśnie ta spokojna dostępność miasta mogła być jednym z powodów, dla których para została tu aż miesiąc. Białystok nie musi być zwiedzany w biegu. On lepiej działa powoli.

Osobnym odkryciem okazało się jedzenie. Podróżnicy zwrócili uwagę, że regionalna kuchnia Podlasia różni się od potraw, których próbowali wcześniej w innych częściach Polski. To bardzo ważna obserwacja, bo dla wielu zagranicznych gości Polska bywa kulinarnie kojarzona dość ogólnie: pierogi, żurek, bigos, schabowy. Tymczasem Podlasie pokazuje zupełnie inny smak — bardziej pograniczny, lokalny, często prosty, ale charakterystyczny. Do tego dochodzą kawiarnie, wypieki, ciasta, kawa i miejsca, w których można spokojnie posiedzieć po całym dniu zwiedzania.

Ważnym elementem ich podróży była też wycieczka do Supraśla. To naturalne rozszerzenie pobytu w Białymstoku, bo z miasta łatwo dostać się tam autobusem. Dla turysty, który przyjeżdża bez samochodu, ma to ogromne znaczenie. Supraśl pokazuje inną stronę regionu: bardziej uzdrowiskową, leśną, kameralną. Bliskość Puszczy Knyszyńskiej, monaster, spokojne uliczki i atmosfera miasteczka sprawiają, że jednodniowy wypad z Białegostoku może stać się jedną z najprzyjemniejszych części pobytu.

Najciekawsze w tej historii jest jednak nie to, że para odwiedziła konkretne zabytki. Najciekawsze jest ich zdziwienie. Białystok nie był dla nich oczywistym wyborem, a mimo to dał im kulturę, dobre jedzenie, muzea, koncerty, zieleń, architekturę i łatwy dostęp do ciekawych miejsc w okolicy. Z perspektywy osób, które trafiły tu pierwszy raz, miasto okazało się nie „przystankiem po drodze”, ale pełnoprawnym miejscem do odkrywania.

I może właśnie tak najlepiej opisać Białystok komuś, kto nigdy tu nie był. To miasto, które nie sprzedaje się nachalnie. Nie próbuje udawać Krakowa, Warszawy ani Wilna. Ma swój własny rytm, trochę spokojniejszy, bardziej zielony, bardziej pograniczny. Dla jednych będzie niespodzianką kulinarną, dla innych kulturalną, dla jeszcze innych świetną bazą do poznawania Podlasia.

A dla tych podróżników z pociągowej trasy przez Europę Białystok stał się czymś więcej niż punktem na mapie. Stał się odkryciem. I być może właśnie w tym tkwi największa siła miasta: że najwięcej daje tym, którzy przyjeżdżają bez wielkich oczekiwań, a wyjeżdżają z poczuciem, że trafili w miejsce znacznie ciekawsze, niż się spodziewali.

Białystok – Lublin pociągiem bez przesiadek? Przejazd tajemniczego „Leszka”.
fot. shortlines.pl / SKPL

Białystok – Lublin pociągiem bez przesiadek? Przejazd tajemniczego „Leszka”.

Czy to tylko techniczny przejazd testowy, a może cichy sygnał, że na kolejowej mapie Polski mogłoby wydarzyć się coś więcej? W ostatnich dniach uwagę miłośników kolei przykuł jednorazowy przejazd spalinowego zespołu trakcyjnego SD85-008 „Leszek” należącego do firmy SKPL Shortlines.pl. Pojawiły się więc pytania: czy prywatny przewoźnik mógłby kiedyś uruchomić bezpośrednie połączenie Białystok – Lublin?

Oczywiście „jedna jaskółka wiosny nie czyni”, a wszystko pozostaje w sferze przypuszczeń, obserwacji i kolejowych spekulacji. Sam fakt przejazdu nie oznacza jeszcze planów regularnych kursów. Ale w świecie kolei takie pojedyncze przejazdy czasem bywają początkiem większych rozmów.

Dla wielu mieszkańców Polski Wschodniej temat bezpośredniego połączenia Białegostoku z Lublinem wraca regularnie od lat. Oba miasta wojewódzkie leżą stosunkowo blisko siebie na mapie, jednak podróż koleją wciąż potrafi być zaskakująco skomplikowana. Wymaga przesiadek, wydłużonego czasu przejazdu albo jazdy przez Warszawę. Już wiele razy opisywaliśmy problemy związane z uruchomieniem regularnej relacji między tymi miastami.

Największą przeszkodą dla regularnego połączenia Białystok – Lublin pozostaje brak elektryfikacji około 106-kilometrowego odcinka między Łukowem a Lublinem. To właśnie ten fragment sprawia, że pociągi musiałyby korzystać z trakcji spalinowej albo zmieniać lokomotywę w trakcie podróży, co wydłuża czas przejazdu i obniża atrakcyjność całego połączenia. Bez rozwiązania tego problemu trudno mówić o regularnej, konkurencyjnej ofercie ze strony dużych państwowych przewoźników. Jednocześnie właśnie tutaj można dostrzegać potencjalną szansę dla mniejszych operatorów dysponujących lekkim taborem spalinowym – takich jak SKPL.

W Polsce rynek pasażerskich przewozów kolejowych od lat kojarzy się głównie z gigantami takimi jak PKP Intercity czy Polregio. Tymczasem SKPL to firma działająca nieco obok głównego nurtu, ale posiadająca już doświadczenie w prowadzeniu regularnych przewozów pasażerskich.

Obecnie przewoźnik obsługuje między innymi połączenia na trasie Pleszew – Kowalew, a także turystyczny Retro Express Bieszczady. Sama historia firmy również jest dość nietypowa. SKPL Cargo wyrosło z pasji miłośników kolei związanych ze Stowarzyszeniem Kolejowych Przewozów Lokalnych, które działało już od 2001 roku. Początkowo firma skupiała się na kolejach wąskotorowych i lokalnych liniach wyłączanych ze struktur PKP, z czasem rozwijając działalność również na normalnotorowych liniach pasażerskich i towarowych.

Dziś przedsiębiorstwo posiada odpowiednie licencje i certyfikaty bezpieczeństwa pozwalające na prowadzenie przewozów pasażerskich w Polsce i Unii Europejskiej. Nie oznacza to jednak automatycznie, że prywatny przewoźnik zdecyduje się na wejście na wymagającą trasę między Białymstokiem a Lublinem.

Mimo to sam przejazd „Leszka” wystarczył, by rozbudzić wyobraźnię. Czy był to tylko zwykły przejazd techniczny? A może dyskretne sprawdzenie możliwości trasy?

Featured Video Play Icon

To ukryta, rowerowa perełka. Narew gra tu kluczową rolę.

Łomżyński Park Krajobrazowy Doliny Narwi to jedno z tych miejsc w Podlaskiem, które potrafią zaskoczyć nawet osoby dobrze znające region. Rozległe doliny, wijąca się między łąkami Narew, niewielkie wsie z drewnianą zabudową i ogromna cisza sprawiają, że to idealny kierunek na jednodniową wycieczkę rowerową. Nie ma tu tłumów, głośnych atrakcji ani komercyjnego chaosu. Jest za to natura, przestrzeń i poczucie, że czas płynie wolniej.

Dobrym punktem startowym może być Łomża. Już kilka kilometrów za miastem krajobraz zaczyna się zmieniać. Drogi prowadzą przez tereny pełne pól, pastwisk i nadrzecznych łąk, a nad głową często można zobaczyć krążące ptaki. Dolina Narwi jest jednym z najcenniejszych obszarów przyrodniczych w tej części Polski. To raj dla miłośników obserwacji natury – szczególnie o poranku lub późnym popołudniem, gdy okolica budzi się do życia.

Jedną z ciekawszych tras jest przejazd w kierunku Drozdowa i dalej przez wsie położone nad Narwią. Drozdowo przyciąga nie tylko pięknym położeniem, ale też historią. Znajduje się tu dwór Lutosławskich oraz Muzeum Przyrody, które warto odwiedzić choćby na chwilę odpoczynku od pedałowania. Sama droga prowadząca przez park jest przyjemna i stosunkowo spokojna, dzięki czemu nadaje się również dla mniej doświadczonych rowerzystów.

Największe wrażenie robi jednak sama dolina Narwi. Rzeka nie płynie tu w prosty sposób – rozlewa się tworząc zakola. W wielu miejscach można zatrzymać się na chwilę i po prostu posiedzieć w ciszy. To jedna z tych tras, gdzie bardziej niż tempo liczy się klimat podróży. Warto mieć ze sobą aparat lub telefon, bo widoki potrafią naprawdę zachwycić – szczególnie latem i wczesną jesienią.

Po drodze można trafić na niewielkie drewniane kapliczki, stare gospodarstwa i punkty widokowe, z których rozciąga się panorama doliny. Niektóre odcinki prowadzą asfaltowymi drogami lokalnymi, inne bardziej szutrowymi trasami, dlatego najlepiej sprawdzi się rower trekkingowy lub gravel. Całość można dostosować do własnych możliwości – od spokojnej, rodzinnej przejażdżki po kilkudziesięciokilometrową wyprawę.

Łomżyński Park Krajobrazowy Doliny Narwi to świetny pomysł na aktywny dzień poza miastem. To miejsce dla osób, które chcą odpocząć od pośpiechu, zobaczyć mniej znane oblicze Podlaskiego i poczuć prawdziwy kontakt z naturą. Czasem nie trzeba jechać na drugi koniec Polski, żeby znaleźć trasę, którą będzie się długo wspominać.

Susza w Podlaskiem trwa. Deszcz nie uratuje Narwi, Biebrzy i Bugu bez realnych działań.
fot. Wody Polskie

Susza w Podlaskiem trwa. Deszcz nie uratuje Narwi, Biebrzy i Bugu bez realnych działań.

Ostatnie opady deszczu nad województwem podlaskim mogły sprawić wrażenie, że sytuacja hydrologiczna zaczyna się poprawiać. Mokre ulice, kałuże, chwilowo niższe zagrożenie pożarowe – dla wielu osób to sygnał ulgi. Problem w tym, że natura nie działa według krótkotrwałych emocji. Kilka dni deszczu nie jest w stanie odwrócić wielomiesięcznej suszy, która pustoszy lasy, bagna i doliny rzeczne Podlasia.

Szczególnie dramatycznie wygląda sytuacja w Biebrzańskim Parku Narodowym. Brakuje w nim około 10 milionów metrów sześciennych wody. To liczba wręcz niewyobrażalna. Ostatnie opady praktycznie nie wpłynęły na sytuację hydrologiczną lasów. Poprawa zagrożenia pożarowego jest jedynie chwilowa i niewielka. Największym problemem są dziś gwałtowne ulewy. Woda spływa po wysuszonej ziemi, zamiast spokojnie wsiąkać i zasilać mokradła, torfowiska oraz wody gruntowe. To dlatego po kilku dniach bez deszczu sytuacja wraca do punktu wyjścia. Podlasie wysycha dalej.

I właśnie dlatego coraz trudniej zrozumieć bierność instytucji odpowiedzialnych za gospodarkę wodną.

W lutym Wody Polskie zorganizowały spotkanie eksperckie dotyczące rekultywacji starorzeczy Narwi. Sam kierunek działań można ocenić pozytywnie – renaturyzacja rzek, przywracanie starorzeczy czy poprawa retencji są potrzebne. Problem polega jednak na tym, że podczas całego spotkania praktycznie pominięto temat kluczowy dla przyszłości Narwi: wpływ zbiornika Siemianówka.

To właśnie Siemianówka od lat jest głównym czynnikiem destabilizującym naturalny charakter Narwi. Zbiornik zmienił rytm przepływu wody, wpłynął na temperaturę rzeki, transport osadów i funkcjonowanie ekosystemów w dolinie Narwi. Bez uczciwej rozmowy o roli Siemianówki trudno mówić o realnym ratowaniu rzeki.

Tymczasem lutowe spotkanie skupiło się głównie na technicznych rozwiązaniach dotyczących sześciu starorzeczy. Dyskutowano o zastawkach, bystrzach kamiennych i deflektorach nurtu, ale zabrakło odwagi, by podjąć temat systemowy. To trochę tak, jakby próbować ratować wysychające drzewo, podlewając pojedyncze gałęzie, ale ignorując uszkodzony korzeń.

Susza zaczyna uderzać nie tylko w przyrodę, ale również w turystykę i lokalną gospodarkę. W Biebrzańskim Parku Narodowym część atrakcji już jest niedostępna. Nie działa między innymi popularna przeprawa pływającym pomostem na szlaku Szuszalewo – Nowy Lipsk. Dla regionu żyjącego także z turystyki przyrodniczej to bardzo niepokojący sygnał.

Podlasie potrzebuje dziś czegoś więcej niż pojedynczych konferencji i punktowych działań.

Potrzebna jest prawdziwa strategia ratowania rzek i mokradeł północno-wschodniej Polski. Strategia obejmująca całość problemu: retencję, melioracje, regulacje rzek, wycinkę mokradeł i właśnie wpływ Siemianówki.

Bo jeśli dalej będziemy rozmawiać wyłącznie o skutkach, a nie o przyczynach, to za kilka lat możemy obudzić się w rzeczywistości, w której Narew, Biebrza i Bug będą już nawet nie cieniem dawnych rzek, z których słynęło Podlasie, ale usychającymi strumykami. A wtedy nawet największy deszcz może już nie wystarczyć.

Featured Video Play Icon

Rzucili wszystko i przenieśli pod Sokółkę

Na Wzgórzach Sokólskich nie wszystko da się opowiedzieć słowami. Są miejsca, które milczą, a jednak zostają w człowieku na długo. Są też ludzie, którzy przez lata żyli obok tych wzgórz, lasów i pól, nosząc w sobie historie nigdy wcześniej niewypowiedziane. Właśnie do takich opowieści dociera nowy odcinek projektu „Podlaskie szepty”.

Twórcy w pierwszym odcinku zabierają widzów do Chmielowszczyzny, Zielskiej Kolonii oraz Chaty Knyszewicze. To tam przed kamerą stanęli mieszkańcy Wzgórz Sokólskich – Lech Sawoń wraz z Renatą Szewczyk-Sawoń, Agnieszka Prymaka oraz Piotr Sawicki. Nie są to jednak zwykłe wywiady. To spokojne, szczere opowieści ludzi mocno związanych z miejscem, w którym żyją. O codzienności, pamięci, naturze i życiu toczącym się z dala od pośpiechu współczesnego świata. Bohaterowie porzucili bowiem „miejskie” życie.

Za scenariusz, reżyserię, zdjęcia i montaż odpowiada Wojciech Panow, natomiast warstwę muzyczną, udźwiękowienie oraz wywiady przygotował Michał Gieniusz – MUTANAUM. Wsparciem i patronem serii jest Sokólski Ośrodek Kultury.

Szum drzew, wiatr, stare drewniane zabudowania i ludzkie historie tworzą wspólnie wyjątkową atmosferę, której trudno szukać gdziekolwiek indziej. Pierwszy odcinek pokazuje, że Wzgórza Sokólskie nadal mają wiele do opowiedzenia, dlatego warto czekać na kolejne.

Białystok. Sąd skazał cudzoziemca w sprawie oszustwa na 3,7 mln zł wobec PZDW

Białystok. Sąd skazał cudzoziemca w sprawie oszustwa na 3,7 mln zł wobec PZDW

Sąd Okręgowy w Białymstoku skazał na półtora roku więzienia cudzoziemca uznanego za winnego udziału w oszustwie, wskutek którego Podlaski Zarząd Dróg Wojewódzkich stracił 3,7 mln zł. Mężczyzna założył konta, przez które transferowano część wyłudzonych pieniędzy.

Wyrok obejmuje też obowiązek naprawienia szkody w wysokości blisko 257 tys. euro i nie jest prawomocny.

Zdjęcie ilustracyjne

Miasto chce budować parkingi w centrum. Brakuje najważniejszej lokalizacji.
grafika UM Białystok z 2012 roku - pod planowany parking na tyłach ulicy Liniarskiego.

Miasto chce budować parkingi w centrum. Brakuje najważniejszej lokalizacji.

Miasto Białystok w końcu dostrzegło problem z parkowaniem w centrum. To dobrze, bo od lat znalezienie miejsca postojowego graniczy dziś z cudem. Magistrat analizuje sześć lokalizacji pod parkingi wielopoziomowe i podziemne – od Waszyngtona, przez Cieszyńską, aż po plac przed kościołem św. Rocha. Problem w tym, że w całej tej dyskusji pomijana jest najbardziej oczywista i najbardziej strategiczna lokalizacja w centrum miasta – Plac NZS.

To właśnie tam znajduje się ogromny zieleniec, który aż prosi się o stworzenie nowoczesnego parkingu podziemnego z prawdziwego zdarzenia. W tej lokalizacji można byłoby stworzyć parking na 200 miejsc. Co ważne – przy zachowaniu zieleni na powierzchni. W wielu europejskich miastach takie rozwiązania funkcjonują od lat. Nad parkingiem można by było urządzić park, plac lub teren rekreacyjny, a całe zaplecze komunikacyjne przeniosłoby się pod ziemię.

I właśnie dlatego dziwi, że miasto analizuje dziś mniej efektywne i bardziej problematyczne lokalizacje, zamiast skupić się na miejscu, które mogłoby realnie rozwiązać problem parkowania w centrum na długie lata. Gdyby pod Placem NZS powstał duży parking podziemny, prawdopodobnie nie byłoby potrzeby budowy parkingów przy Cieszyńskiej czy pod placem przed św. Rochem. Kierowcy mogliby zostawić samochód praktycznie w sercu miasta i dalej poruszać się pieszo.

Warto przypomnieć, że temat parkingu w tej okolicy pojawiał się już wcześniej. Miasto rozważało kiedyś budowę parkingu na zapleczu Placu NZS (wizualizacja z 2012 roku na grafice powyżej) , czyli za blokami przy ulicy Liniarskiego. To pokazuje, że urzędnicy od dawna wiedzieli, iż właśnie ten rejon jest jednym z kluczowych punktów komunikacyjnych śródmieścia. Ostatecznie jednak temat gdzieś zniknął, a dziś wraca się do pomysłów rozproszonych po różnych częściach miasta.

Oczywiście potrzebny jest parking przy szpitalach na Waszyngtona – tu trudno dyskutować, bo sytuacja od lat jest dramatyczna. Jednak jeśli mowa o rozwiązaniu problemu parkowania w ścisłym centrum, Plac NZS wydaje się lokalizacją wręcz idealną. Centralne położenie, ogromna przestrzeń i możliwość budowy pod ziemią bez niszczenia miejskiej tkanki sprawiają, że trudno znaleźć lepsze miejsce.

Pytanie brzmi więc nie „czy”, ale dlaczego miasto znów omija najbardziej oczywiste rozwiązanie?

Pilnie potrzebna krew grupy 0. W poniedziałek ambulans stanie w Grajewie

Pilnie potrzebna krew grupy 0. W poniedziałek ambulans stanie w Grajewie

Regionalne Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa w Białymstoku pilnie potrzebuje krwi grupy 0 Rh- i 0 Rh+.

Centrum informuje, że zapasy szybko się kurczą, a szpitale zgłaszają zwiększone zapotrzebowanie po transfuzjach wymagających dużej liczby jednostek krwi. W poniedziałek, 11 maja 2026 roku, ambulans ma stanąć w Grajewie przy Urzędzie Gminy przy ul. Strażackiej 6A, a rejestracja dawców potrwa od 9:00 do 12:00.

Zdjęcie ilustracyjne

Featured Video Play Icon

Czy wiecie gdzie jest najwyższy szczyt w Podlaskiem?

Województwo podlaskie kojarzy się przede wszystkim z rozległymi lasami, jeziorami i dziką przyrodą. Niewiele osób wie jednak, że właśnie tutaj znajduje się także najwyższy punkt regionu. Jest nim Rowelska Góra położona na Suwalszczyźnie, w pobliżu miejscowości Wiżajny. To miejsce wyjątkowe nie tylko ze względu na swoje położenie, ale również charakterystyczny krajobraz i surowy klimat północno-wschodniej Polski.

Rowelska Góra znajduje się niedaleko drogi wojewódzkiej nr 651, pomiędzy miejscowościami Rowele i Wiżajny. Wzniesienie osiąga około 298 metrów nad poziomem morza i oficjalnie uznawane jest za najwyższy punkt województwa podlaskiego. Choć nazwa może sugerować imponujący szczyt, w rzeczywistości jest to niewielkie wyniesienie terenu charakterystyczne dla polodowcowego krajobrazu Suwalszczyzny.

Okolice Rowelskiej Góry słyną z wyjątkowo chłodnego klimatu. Region ten od lat nazywany jest polskim biegunem zimna. Zimą śnieg utrzymuje się tutaj znacznie dłużej niż w innych częściach kraju, a temperatury należą do najniższych w Polsce. Surowa aura i otwarte przestrzenie sprawiają, że miejsce ma swój niepowtarzalny klimat.

Dotarcie na Rowelską Górę jest stosunkowo proste. Wielu turystów korzysta z nawigacji, wpisując pobliską elektrownię wiatrową znajdującą się niedaleko szczytu. Warto tu jednak dodać, że ze względu na bliskość granicy z Obwodem Królewieckim, systemy GPS mogą nie działać prawidłowo.

Samochód można zostawić przy niewielkim mostku w pobliżu drogi, a następnie udać się pieszo w kierunku widocznych wiatraków. Spacer zajmuje zaledwie kilka minut. W pobliżu jednego z wiatraków znajdują się kamienie oznaczające najwyższy punkt województwa podlaskiego. Współrzędne miejsca to 54.353665, 22.886207.

Dodatkową atrakcją okolicy jest wieża widokowa Rowelska Góra. Obiekt znajduje się niedaleko głównej drogi i pozwala podziwiać rozległe panoramy Suwalszczyzny. Z góry doskonale widać charakterystyczne pagórkowate tereny, pola oraz rozrzucone po okolicy wiatraki. Nawet przy pochmurnej pogodzie widoki potrafią zrobić ogromne wrażenie.

Rowelska Góra to miejsce, które pokazuje inne oblicze Podlasia. Nie ma tutaj tłumów turystów ani rozbudowanej infrastruktury. Jest za to cisza, przestrzeń i krajobrazy, które doskonale oddają charakter północno-wschodniej Polski. Dla osób odwiedzających Suwalszczyznę może być to ciekawy punkt na mapie regionu oraz okazja do zdobycia najwyższego miejsca województwa podlaskiego.

Zaczyna się sezon komunii. Nie kupuj dziecku hulajnogi elektrycznej.

Zaczyna się sezon komunii. Nie kupuj dziecku hulajnogi elektrycznej.

Jeszcze kilka lat temu komunijnym „hitem” był rower. Dziś coraz częściej rodzice, chrzestni i dziadkowie wybierają hulajnogi elektryczne. Problem w tym, że to nie jest zabawka. To pojazd, który potrafi rozpędzić dziecko do prędkości większej niż biegnący człowiek, bez żadnej ochrony, karoserii czy poduszek powietrznych. A lekarze w Podlaskiem coraz częściej mówią wprost: oddziały urazowe zaczynają zapełniać się dziećmi po wypadkach na hulajnogach elektrycznych.

W Uniwersyteckim Dziecięcym Szpitalu Klinicznym w Białymstoku lekarze alarmują o lawinowym wzroście ciężkich urazów. Tylko w pierwszym półroczu do szpitala trafiło już 26 dzieci z poważnymi obrażeniami po wypadkach na hulajnogach elektrycznych. To nie są otarcia kolan jak po upadku z roweru. Mowa o urazach głowy, krwiakach mózgu, złamaniach twarzoczaszki i pobytach na intensywnej terapii. W jednym z przypadków 15-latek po zderzeniu z autem doznał trzech krwiaków i dużego obrzęku mózgu.

W Augustowie 11-latek jadący hulajnogą próbował wyprzedzić kolegę i zderzył się z samochodem. Trafił do szpitala. Policja podkreślała później, że chłopca przed tragedią uratował kask. W innym przypadku dwóch nastolatków jechało jedną hulajnogą elektryczną. Po awarii koła obaj upadli i trafili do szpitala. Takich historii w regionie jest coraz więcej.

Najbardziej przerażające jest jednak to, że wielu dorosłych kompletnie nie rozumie, czym naprawdę jest zderzenie przy nawet niewielkiej prędkości. Na szkoleniach dotyczących bezpieczeństwa ruchu drogowego instruktorzy często pokazują prostą rzecz: już przy 7 km/h ciało człowieka podczas nagłego zatrzymania doświadcza bardzo gwałtownego przeciążenia. To mniej więcej prędkość szybkiego marszu. Człowiek potrafi wtedy rozbić nos o deskę rozdzielczą albo mocno uderzyć głową.

Przy 20 km/h — czyli typowej prędkości hulajnogi elektrycznej — energia uderzenia robi się ogromna. Upadek bez kasku zaczyna przypominać wyskoczenie z okna pierwszego piętra. Organizm dziecka nie ma żadnej ochrony. Nie ma pasów bezpieczeństwa. Nie ma stref zgniotu. Jest asfalt, krawężnik albo samochód.

A teraz warto przypomnieć sobie jedną rzecz: większość dzieci komunijnych ma 9 lat. Tymczasem zgodnie z przepisami dziecko poniżej 10 roku życia nie może samodzielnie poruszać się hulajnogą elektryczną po drodze publicznej. Starsze dzieci muszą posiadać kartę rowerową lub odpowiednie uprawnienia.

Policjanci i lekarze coraz częściej apelują, by nie traktować hulajnogi jako „fajnego gadżetu”. To pojazd wymagający refleksu, wyobraźni i odpowiedzialności. Problem w tym, że dzieci ich jeszcze po prostu nie mają. Dziecko nie przewidzi, że samochód wyjedzie zza zaparkowanego auta. Nie oceni drogi hamowania. Nie zrozumie, że mokra kostka brukowa zmienia hulajnogę w pocisk bez kontroli.

Rodzice często mówią: „przecież będzie jeździł tylko po osiedlu”. Tyle że większość groźnych wypadków właśnie tam się wydarza. Na chodnikach. Na ścieżkach rowerowych. Pod blokiem. Kilka sekund nieuwagi wystarczy, by zwykły komunijny prezent skończył się karetką, operacją albo tragedią, która zostanie z rodziną na całe życie.

Może więc zamiast elektrycznej hulajnogi lepiej kupić dziecku coś, co daje radość bez ryzyka rozbicia głowy o asfalt.

5 inwestycji, na które Podlaskie czeka od lat. Co się dzieje, a co wciąż stoi w miejscu?
Przykładowa wizualizacja białostockiego Aquaparku. Cztery pracownie czekają na ogłoszenie zwycięskiej koncepcji.

5 inwestycji, na które Podlaskie czeka od lat. Co się dzieje, a co wciąż stoi w miejscu?

W Podlaskiem od lat powracają te same tematy inwestycyjne. Pojawiają się w kampaniach wyborczych, w planach strategicznych i lokalnych debatach. Zmieniają się szczegóły, pojawiają się nowe dokumenty, czasem kolejne zapowiedzi – ale dla wielu mieszkańców efekt końcowy wciąż pozostaje odległy. Sprawdzamy, na jakim etapie są dziś najważniejsze projekty i kiedy realnie można spodziewać się przełomu.

Lotnisko na Krywlanach – inwestycja, która wciąż czeka na decyzje

Lotnisko na Krywlanach to jeden z najbardziej rozpoznawalnych przykładów inwestycji „w toku” od wielu lat. Pas startowy powstał już w 2018 roku, ale do dziś nie przełożyło się to na realne uruchomienie komunikacji lotniczej. W ostatnich miesiącach temat znów wrócił do debaty publicznej, jednak – jak podkreślały wówczas władze miasta – bez przełomu.

Obecnie prowadzone są działania o charakterze przygotowawczym. W planach jest budowa hangaru z funkcją terminala, który miałby obsługiwać niewielki ruch lotniczy. Jednocześnie trwają rozmowy dotyczące zmiany modelu zarządzania lotniskiem oraz procedury związane z wymianą gruntów, które umożliwiłyby dalszy rozwój infrastruktury.

Kluczowym problemem pozostaje jednak tzw. przeszkoda lotnicza, czyli drzewa w Lesie Solnickim. Bez ich usunięcia pas startowy nie może być w pełni wykorzystywany. Na dziś nie ma konkretnych informacji o rozpoczęciu wycinki ani o terminach rozwiązania tego problemu. Dodatkowo wciąż nie jest gotowy raport zamówiony przez urząd marszałkowski, który ma wskazać dalsze kierunki działań. W efekcie perspektywa regularnych lotów z Białegostoku pozostaje odległa, a projekt nadal znajduje się na etapie przygotowań i analiz.

Połączenie kolejowe Białystok – Lublin

fot. Archiwum PKP PLK SA – po prawej mapa Magistrali Wschodniej

Bezpośrednie połączenie kolejowe między Białymstokiem a Lublinem to projekt, który w dużej mierze wykracza poza granice województwa podlaskiego. Problem nie dotyczy samej infrastruktury w regionie, lecz brakującego ogniwa w województwie lubelskim i częściowo mazowieckim.

Największą barierą jest około 106-kilometrowy odcinek między Łukowem a Lublinem, który nie jest zelektryfikowany. W praktyce oznacza to konieczność zmiany lokomotywy z elektrycznej na spalinową, co znacząco wydłużałoby czas podróży i obniżało atrakcyjność połączenia. Z tego powodu uruchomienie regularnej, konkurencyjnej oferty przewozowej jest obecnie nieuzasadnione.

Sytuacja może się zmienić w przyszłości, ponieważ PKP Polskie Linie Kolejowe podpisały umowę na przygotowanie dokumentacji projektowej dla elektryfikacji tego odcinka. Dokumentacja ma powstać do 2027 roku. Dopiero po jej ukończeniu będzie można mówić o konkretnych terminach realizacji inwestycji i ewentualnym uruchomieniu połączeń. W praktyce oznacza to, że realna dyskusja o bezpośrednich pociągach Białystok–Lublin może rozpocząć się dopiero za kilka lat.

Hajnówka – Białowieża – powrót kolei do serca puszczy

Inaczej wygląda sytuacja w przypadku linii kolejowej nr 52 między Hajnówką a Białowieżą. Tu od lat nie kursują regularne pociągi, a dostęp do jednego z najważniejszych miejsc turystycznych regionu odbywa się głównie połączeniem drogowym.

Niedawno pojawiła się realna szansa na zmianę tej sytuacji. PKP Polskie Linie Kolejowe planują przejęcie tej linii od powiatu hajnowskiego, co jest pierwszym krokiem do jej rewitalizacji. Trwają uzgodnienia dotyczące formy przejęcia, a po ich zakończeniu możliwe będzie rozpoczęcie szczegółowych analiz technicznych.

Kolejnym etapem będzie ocena stanu infrastruktury i określenie zakresu niezbędnych prac. Na tej podstawie zapadną decyzje o modernizacji i przywróceniu ruchu pasażerskiego. Na dziś nie ma jednak konkretnej daty powrotu pociągów ani informacji o częstotliwości kursów. Projekt jest więc na etapie wstępnym, choć bardziej zaawansowanym niż wiele innych inwestycji w regionie.

Aquapark w Białymstoku – projekt gotowy, ale bez finalnej koncepcji

Budowa aquaparku w Białymstoku to inwestycja, która ma już solidne podstawy formalne. Istnieje studium wykonalności, gotowe są dokumenty planistyczne, a realizacją zajmuje się miejska spółka Lech. Mimo to projekt wciąż nie wszedł w fazę wykonawczą.

Na początku 2026 roku zapowiadano wybór ostatecznej koncepcji obiektu, jednak termin ten został przesunięty. Komisja oceniająca nadal analizuje projekty przygotowane przez cztery pracownie, które mają doświadczenie w realizacji podobnych inwestycji w Polsce.

Sam obiekt ma być dużym kompleksem o powierzchni około 17 tysięcy metrów kwadratowych, z basenem sportowym, częścią rekreacyjną, saunarium i zapleczem rehabilitacyjnym. Istotnym elementem projektu jest powiązanie aquaparku ze spalarnią odpadów – ciepło z niej ma zasilać obiekt. Według obecnych założeń inwestycja mogłaby zostać ukończona do końca 2028 roku, ale dopóki nie zostanie wybrana finalna koncepcja, trudno mówić o pewnym harmonogramie.

Hala widowiskowo-sportowa – inwestycja odkładana od dwóch dekad

Budowa hali widowiskowo-sportowej w Białymstoku to jeden z najstarszych projektów inwestycyjnych w regionie. Pierwsze zapowiedzi pojawiły się jeszcze w połowie lat 2000, jednak przez kolejne lata projekt był odkładany.

Obecnie inwestycja weszła w etap przetargowy. Miasto ogłosiło postępowanie na wybór wykonawcy, jednak proces ten napotkał na opóźnienia. Do urzędu wpłynęło ponad 450 pytań od potencjalnych oferentów, co wymusiło przesunięcie terminu składania ofert.

Zakładany harmonogram przewiduje podpisanie umowy jeszcze w 2026 roku i realizację inwestycji w ciągu około 30 miesięcy. Oznaczałoby to zakończenie budowy na początku 2029 roku. Jednocześnie władze miasta podkreślają, że terminy te są uzależnione od przebiegu procedur i ewentualnych opóźnień na etapie przetargu.

Między planami a rzeczywistością

Wszystkie opisane inwestycje łączy jedno – są znane mieszkańcom od lat i każda z nich znajduje się dziś na innym etapie realizacji. W większości przypadków nie można mówić o stagnacji całkowitej, ale też trudno wskazać szybkie terminy zakończenia.

Najbardziej zaawansowane są projekty aquaparku i hali widowiskowej, które mają już konkretne ramy czasowe, choć nadal zależne od procedur. Linia do Białowieży ma realną szansę na powrót, ale wymaga jeszcze wielu decyzji. Z kolei lotnisko i połączenie Białystok–Lublin pozostają projektami długoterminowymi, obciążonymi problemami strukturalnymi i zależnościami od innych instytucji.

Dla mieszkańców oznacza to jedno – większość tych inwestycji nadal znajduje się w fazie przejściowej, a ich realne efekty będą widoczne dopiero w kolejnych latach, o ile obecne plany zostaną konsekwentnie zrealizowane.

Majówka 2026 – Co kryje w sobie Północ Podlaskiego

Majówka 2026 – Co kryje w sobie Północ Podlaskiego

Majówka w północnym regionie Podlaskiego oczywiście musi uwzględniać Augustów, Sejny i Suwałki. Bowiem to gotowy scenariusz na kilka dni pełnych natury, przestrzeni i prawdziwego oddechu od codzienności. To Podlasie w swojej najbardziej surowej i jednocześnie pięknej odsłonie – bez nadmiaru komercji, za to z krajobrazami, które zostają w głowie na długo.

Augustów to naturalny punkt startowy. Miasto żyje wodą – Kanał Augustowski, jeziora i rozbudowana infrastruktura sprawiają, że można tu spędzić cały dzień aktywnie albo… zupełnie nic nie robić, tylko chłonąć klimat. Rejs statkiem przez śluzy to klasyk, który daje zupełnie inną perspektywę na okolicę, a spacery wzdłuż jezior czy wypady rowerowe wokół Necka i Białego pozwalają poczuć, jak bardzo ten region jest „do życia”, nie tylko do zwiedzania.

Warto też wyjechać kawałek poza centrum Augustowa. Puszcza Augustowska to ogromne, zielone morze ciszy, gdzie łatwo zgubić zasięg… i dobrze. Leśne ścieżki, dzikie jeziora i brak tłumów sprawiają, że to idealne miejsce na reset – czy to pieszo, czy na rowerze, czy nawet kajakiem jedną z mniej uczęszczanych tras.

Sejny to zupełnie inny klimat – bardziej spokojny, refleksyjny, z wyraźnym duchem pogranicza. Miasteczko nie narzuca się atrakcjami, ale właśnie w tym tkwi jego siła. Bazylika Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny robi wrażenie swoją skalą i historią, a Biała Synagoga przypomina o wielokulturowej przeszłości tych ziem. To miejsce, gdzie historia nie jest „opowiedziana”, tylko wciąż obecna.

 

Okolice Sejn to już prawdziwa cisza i przestrzeń. Małe wsie, falujące łąki i jeziora, do których często trafia się przypadkiem, skręcając w boczną drogę. To teren idealny na spokojne rowerowe trasy albo długie spacery bez planu. Jeśli ktoś szuka Podlasia bez filtrów – właśnie tutaj je znajdzie.

Suwałki i Suwalszczyzna zamykają tę trasę mocnym akcentem przyrody. To jeden z najbardziej charakterystycznych krajobrazowo regionów w Polsce – pagórki, jeziora i rozległe przestrzenie tworzą widoki, które bardziej przypominają północ Europy niż centralną część kraju. Suwalski Park Krajobrazowy to obowiązkowy punkt – szczególnie okolice jeziora Hańcza i punktów widokowych, z których widać, jak „pofalowana” jest ta ziemia.

Same Suwałki są dobrym zapleczem wypadowym, ale największe wrażenie robi to, co znajduje się wokół. Cisza, czyste powietrze i brak pośpiechu tworzą klimat, który trudno podrobić. To miejsce dla tych, którzy chcą naprawdę zwolnić – nie przez brak atrakcji, tylko przez ich naturalną harmonię.

Cztery osoby zatrzymane po nielegalnym przekroczeniu granicy w gminie Rutka-Tartak

Cztery osoby zatrzymane po nielegalnym przekroczeniu granicy w gminie Rutka-Tartak

W gminie Rutka-Tartak funkcjonariusze Straży Granicznej zatrzymali cztery osoby po nielegalnym przekroczeniu granicy polsko-litewskiej. Według służb trzech obywateli Pakistanu i jeden obywatel Afganistanu nie mieli dokumentów uprawniających do wjazdu i pobytu w Polsce, dlatego zostali przekazani stronie litewskiej w trybie readmisji uproszczonej.

Od początku 2026 roku Podlaski Oddział Straży Granicznej przekazał w tym trybie już 178 cudzoziemców.

Fot. Podlaski Oddział Straży Granicznej

Featured Video Play Icon

Czy takie zimy jeszcze wrócą na Podlasie?

Prognozy długoterminowe nie zapowiadają, by w tym roku w Podlaskiem spadł śnieg. Poprzednie lata pokazywały, że jak popadało to biały puch leżał tylko przez moment. Ale warto wiedzieć, że w takich miejscach jak Puszcza Knyszyńska, Białowieska czy Augustowska – gdy napada – to leży dłużej niż w mieście. Dlatego jeżeli zaśnieży Białystok, a kolejnego dnia wszystko popłynie, to wcale nie musi być tak samo nieopodal w Czarnej Białostockiej. Tam przy słynnym zalewie możecie dreptać tak, że będzie chrupało wam pod nogami.

Patrząc szerzej na kolejne lata, meteorolodzy są dość zgodni – zimy w Polsce będą coraz krótsze, cieplejsze i bardziej „wahadłowe”. To oznacza, że śnieg będzie pojawiał się rzadziej, ale za to bardziej gwałtownie. Zamiast spokojnych, wielotygodniowych zimowych krajobrazów czekają nas raczej krótkie epizody: dwa, trzy dni bieli i szybki powrót temperatur dodatnich. Największe szanse na opady śniegu przypadać będą nadal na styczeń i luty, choć nawet wtedy nie ma już gwarancji, że śnieg utrzyma się na dłużej niż kilka dni. W prognozach na nadchodzące zimy częściej pojawiają się scenariusze z opadami mieszanymi, deszczem ze śniegiem i gwałtownymi roztopami tuż po większym ochłodzeniu.

Podlaskie jednak od lat rządzi się nieco innymi prawami niż reszta kraju. Geograficznie jesteśmy bliżej wpływów klimatu kontynentalnego niż morskiego, który dominuje na zachodzie Polski. Tu zimy potrafią być ostrzejsze, z większymi spadkami temperatur i dłużej utrzymującym się mrozem przy gruncie. To właśnie dlatego statystycznie mamy więcej dni ze śniegiem niż centralna czy zachodnia Polska. Nawet jeśli ogólnokrajowe prognozy sugerują szybkie roztopy, Podlasie wciąż ma większą szansę na kilka prawdziwie zimowych epizodów w sezonie — szczególnie na obszarach oddalonych od miast, w dolinach, na polanach i w otulinach dużych kompleksów leśnych.

Dlaczego więc w lesie śnieg potrafi leżeć długo, a w mieście znika niemal natychmiast? Wszystko rozbija się o temperaturę podłoża, wilgotność i ingerencję człowieka. W lesie ziemia jest chłodniejsza, osłonięta od wiatru i słońca przez gęste korony drzew. Brak asfaltu, betonu i kostki brukowej sprawia, że podłoże wolniej się nagrzewa, a śnieg topnieje znacznie wolniej. Do tego dochodzi też większa wilgotność powietrza, która sprzyja utrzymywaniu się niskich temperatur przy gruncie.

W mieście działa dokładnie odwrotny mechanizm. Nagrzany asfalt, ciepło oddawane przez budynki, ruch samochodów i systemy ogrzewania powodują tzw. „miejską wyspę ciepła”. Nawet gdy w nocy spadnie kilka centymetrów śniegu, rano często zostaje po nim tylko brudna breja. Sól, piasek i intensywny ruch dodatkowo przyspieszają topnienie.

Dlatego właśnie bywa tak, że w centrum Białegostoku w południe nie ma już po śniegu śladu, a kilkanaście kilometrów dalej, w lesie czy nad zalewem, nadal panuje prawdziwa zima. I choć prawdziwie śnieżne zimy stają się coraz rzadsze, to w podlaskich lasach wciąż można jeszcze czasem znaleźć tę cichą, skrzypiącą pod butami biel – nawet wtedy, gdy miasto o zimie już dawno zapomniało.

Featured Video Play Icon

We dwie postanowiły odkryć magię Podlasia. Wspólny wyjazd tutaj odkrył wiele.

Kanał na YouTube Cząstka Podlasia, który swego czasu stworzył jedno z piękniejszych dzieł – hołdów złożonych naturze i duchowi Podlasia – tym razem zaserwował widzom film „One nie są stąd”. Choć od premiery minęło 6 miesięcy, to i tak warto go obejrzeć (lub przypomnieć sobie). Dlatego jeśli nie mieliście jeszcze okazji go zobaczyć — teraz jest doskonały moment, by nadrobić tę zaległość.

Film „One nie są stąd” opowiada historię Agaty i Igi, dwóch dziewczyn pochodzących z różnych zakątków Polski, które wyruszają na wspólną wyprawę na wschód, by odkryć przyrodę, kulturę i magię Podlasia. Ich podróż rozpoczyna się nad Biebrzą, gdzie spotykają tajemniczego „Króla” – przewodnika po świecie dzikiej natury i lokalnych opowieści. To właśnie on inspiruje je do dalszej wędrówki przez malownicze krajobrazy, wioski i lasy, w których czas zdaje się płynąć inaczej.

Kamera Cząstek Podlasia po raz kolejny zachwyca ujęciami. To obraz, który nie tylko pokazuje Podlasie, ale pozwala je poczuć. Dla tych, którzy tęsknią za spokojem, ciszą i autentycznością — ten film będzie jak powrót do źródeł. A dla tych, którzy jeszcze nie znają Cząstki Podlasia, może stać się doskonałym początkiem fascynującej podróży po filmowym świecie twórców, którzy od lat dokumentują piękno północno-wschodniej Polski.

Najlepsze trasy na długie spacery po Podlasiu

Najlepsze trasy na długie spacery po Podlasiu

Podlasie, ze swoją niespieszną aurą, szerokimi horyzontami i mozaiką krajobrazów, to idealna przestrzeń dla tych, którzy szukają długich, spokojnych spacerów z dala od zgiełku cywilizacji. Tutejsze ścieżki wiją się przez lasy pachnące żywicą, ciągną wzdłuż meandrujących rzek, mijają wiekowe cerkwie i drewniane chaty, których kolorowe zdobienia przypominają o wielokulturowych korzeniach regionu. Długi spacer po Podlasiu to nie tylko kontakt z przyrodą – to wędrówka przez czas, tradycję i przestrzeń, która niezmiennie zadziwia swoją autentycznością. Spośród wielu tras wybraliśmy te, które najlepiej oddają charakter tego niezwykłego regionu.

Na początek Kruszyniany

Meczet w Kruszynianach

Pierwszą z nich jest ścieżka, która powadzi przez Puszczę Knyszyńską, ale tak naprawdę jest spacerem przez historię. Szlak zaczyna się w tatarskiej wsi Kruszyniany, znanej z drewnianego meczetu i tatarskiego cmentarza (mizaru), i prowadzi przez pagórkowaty teren otoczony starymi sosnami i świerkami. Po drodze napotkamy także zalew. Trasa prowadzi przez Jaryłówkę, Bobrowniki, Chomontowce, Rudaki, Ozierany Wielkie i Ozierany Małe.

Powietrze jest tu rześkie, przesiąknięte zapachem igliwia, a cisza przerywana jedynie śpiewem ptaków. Trasa nie jest trudna, ale długa – idealna na powolny spacer z zatrzymywaniem się przy różnych ciekawych miejscach napotkanych po drodze Spacer kończy się tam, gdzie rozpoczął – w Kruszynianach, gdzie warto zakończyć dzień posłuchaniem lokalnego przewodnika o historii Tatarów, a także napiciem się herbaty spróbowaniem tatarskich przysmaków.

Narwiański Park Narodowy z dwóch stron

fot. Narwiański Park Narodowy

Chociaż wody w Narwi jest tyle co kot napłakał, to i tak warto jako drugie miejsce na spacer warto wybrać to, które zachwyca zarówno przyrodą, jak i spokojem. Mowa o trasie wzdłuż doliny Narwi – od miejscowości Waniewo do Śliwna. A w zasadzie to dwie trasy, bo słynna kładka łącząca dwie miejscowości po obu stronach rozlewiska (Waniewo i Śliwno) nie działa, z powodu wspomnianych niskich stanów wód.

Po jednej stronie mamy Kruszewo, Śliwno, Izbiszcze, Topilec, a po drugiej równie ciekawe Waniewo i Kurowo – z siedzibą Narwiańskiego Parku Narodowego. Pierwsza trasa to 12 km w jedną strnę, druga to 6 km. Idealne na dwa dni spacerów.

Przechodząc tędy, można poczuć się jak na wodnym safari – trzciny szumią, czaple przelatują nisko nad głową, a w oddali widać siedliska bobrów. To miejsce, gdzie woda i ląd przeplatają się nieustannie, a cały krajobraz żyje własnym rytmem. Idealne dla tych, którzy kochają przyrodę i chcą doświadczyć jej bliskości w niemal intymny sposób.

Wokół Wigier

fot. A. Tarasiuk

Trzeci szlak, który warto przejść, to pętla wokół jeziora Wigry. Znajduje się na terenie Wigierskiego Parku Narodowego, a trasa wiedzie przez zróżnicowany krajobraz – od lasów liściastych po wysokie pagórki z widokiem na taflę jeziora. Żeby obejść cały akwen należy się przygotować na dwa dni wyprawy, bo to łącznie około 50-60 km – w zależności ile chcemy zobaczyć, bo miejsc wartych zobaczenia tam nie brakuje.

Spacer zaczyna się zwykle przy klasztorze pokamedulskim w Wigrach, który sam w sobie jest miejscem wartym odwiedzenia, a potem prowadzi wzdłuż brzegu jeziora, gdzie co chwilę otwierają się nowe perspektywy – raz na trzcinowiska, innym razem na zatoczki, gdzie cumują łódki wędkarzy, a jeszcze innym razem kładki i gęsty las. To teren dla tych, którzy szukają zarówno przestrzeni, jak i kontaktu z historią oraz duchowością. Jego dopełnieniem niech będzie nocowanie w celach klasztoru.

Biebrza zaprasza

fot. P. Jakubczyk

Czwarta propozycja to długa wędrówka przez Biebrzański Park Narodowy, szczególnie zwiedzanie osobno Osowca-Twierdzy i chodzenia z Dolistowa Starego wzdłuż Biebrzy do Polkowa i z powrotem. Ta druga trasa w obie strony to 22 km.

Po drodze nie tylko będziecie mogli nacieszyć się widokiem jednej z ostatnich dzikich rzek Europy, ale też będziecie mogli przejść przez tereny, gdzie natura wciąż gra pierwsze skrzypce. Rozległe bagna, torfowiska, otwarte łąki i gęste olsy tworzą krajobraz niemal pierwotny. Po drodze można napotkać łosie, żurawie. Dla miłośników długich, nieco surowych wędrówek, to miejsce niemal mistyczne.

Bez Białowieży ani rusz!

Piąta i ostatnia trasa to zupełnie inna opowieść – to wędrówka przez Puszczę Białowieską, od Białowieży do rezerwatu ścisłego, gdzie potrzebny będzie przewodnik. Konieczne trzeba zobaczyć też rezerwat żubrów i szlak dębów królewskich. To będzie jedyne w swoim rodzaju doświadczenie. Wędrując wśród drzew mających kilkaset lat, można poczuć siłę i majestat przyrody, która trwa tu nieprzerwanie od wieków. Stare dęby, niektóre nazwane imionami dawnych władców Polski i Litwy, są niczym pomniki historii zaklęte w drewnie. To trasa, która skłania do refleksji i ciszy. Jej długość – w zależności od wariantu – pozwala na całodzienną wędrówkę, pełną przystanków, obserwacji i kontemplacji. Do tego jest jeszcze park pałacowy w Białowieży. Oj, jest gdzie chodzić.

Podlasie proponuje przestrzeń, w której można zwolnić, posłuchać własnych myśli i zanurzyć się w świecie, gdzie rytm wyznaczają ptaki, rzeki i drzewa. Długie spacery po tym regionie to nie tylko rekreacja – to sposób na spotkanie z czymś większym, spokojniejszym i bardziej prawdziwym.

Majówka 2025 na łonie przyrody? Tylko te 3 miejsca w pełni się nadają.

Majówka 2025 na łonie przyrody? Tylko te 3 miejsca w pełni się nadają.

Topiło w Puszczy Białowieskiej, Wyżary, Supraśl i Puszcza Knyszyńska po Sokółkę, Rajgród – to miejscowości, gdzie strefa stanów rzek jest określana jako średnia. W pozostałych miejscowościach stan rzek jest niski. Oznacza to, że jeżeli planujecie majówkę w na łonie przyrody w pobliżu rzeki, to przeważnie zobaczycie suche koryta. Dlatego w tegoroczną majówkę warto przejechać się kolejką wąskotorową z Hajnówki do Topiła, wybrać się rowerem przez rezerwaty przyrody w pobliżu Wyżar, Supraśla, Dworzyska aż po Sokółkę. Albo wypożyczyć sprzęt wodny i popływać po jeziorze Rajgrodzkim.

Każde z tych miejsc oferuje wyjątkowe doznania przyrodnicze. Topiło to ukryta w sercu Puszczy Białowieskiej osada, otoczona torfowiskami, stawami i lasami, w których można spotkać żubry, jelenie i liczne gatunki ptaków. Trasa kolejki wąskotorowej sama w sobie jest atrakcją – to podróż przez dziką puszczę, gdzie niemal każda mijana polana zachęca do krótkiego postoju i odpoczynku w cieniu drzew.

Rejon Wyżar to z kolei mozaika lasów, bagien i łąk, a pobliskie rezerwaty, to prawdziwe oazy ciszy i kontaktu z naturą. Supraśl, z zabytkowym monasterem i malowniczymi ścieżkami, łączy historię z krajobrazem. Rowerowa trasa Supraśl – Sokółka to nie tylko przyjemna droga przez Puszczę Knyszyńską, ale też możliwość obserwacji bocianów, saren i dzików na tle ciągnących się wzgórz i wąwozów.

W Rajgrodzie i okolicach z kolei króluje woda – Jezioro Rajgrodzkie jest jednym z najczystszych w regionie. To idealne miejsce na kajak czy rowerek wodny wśród malowniczych okoliczności przyrody.

Niestety, mimo tych naturalnych bogactw, wiele rzek w regionie cierpi z powodu niskich stanów wód. Susze, regulacje koryt oraz osuszanie terenów pod uprawy sprawiły, że niegdyś tętniące życiem strumienie dziś stają się tylko wspomnieniem. Dlatego coraz więcej mówi się o konieczności renaturyzacji rzek – przywracania im naturalnych meandrów, odbudowy mokradeł i odtwarzania łąk zalewowych. Tylko dzięki takim działaniom możliwe będzie zachowanie wodnej bioróżnorodności, poprawa mikroklimatu i przywrócenie życia wielu miejscom, które dziś wysychają na naszych oczach.

Featured Video Play Icon

Suchowola. Zobacz, dlaczego warto zobaczyć geograficzny środek Europy.

Suchowola, to małe miasto położone w powiecie sokólskim, może nie jest często wymieniane na liście głównych atrakcji turystycznych Podlaskiego, ale kryje w sobie wiele powodów, dla których warto je odwiedzić. Znana przede wszystkim jako miejsce, w którym wyznaczono geograficzny środek Europy. Gmina oferuje znacznie więcej niż tylko ten tytuł.

Historia Suchowoli jako geograficznego środka Europy sięga roku 1775, kiedy to królewski kartograf i astronom Szymon Antoni Sobiekrajski wyznaczył to miejsce. Dla wielu turystów jest to główna atrakcja, która przyciąga ich do tego uroczego miasteczka. Można tam znaleźć głaz symbolizujący ten punkt oraz tablice informacyjne opisujące jego historię.

Suchowola otoczona jest pięknymi terenami przyrodniczymi. Nieopodal meandruje rzeka Biebrza, jest też Puszcza Knyszyńska w pobliżu. Szczególnie wartościowym elementem krajobrazu są Bagna Bachmackie wraz z jeziorem Jurdyga, gdzie można spotkać unikalne gatunki ptaków i roślin, takie jak czapla biała czy łabędź krzykliwy. To raj dla miłośników natury i fotografów, a także miłośników botaniki, którzy mogą tu znaleźć owadożerne rośliny, takie jak rosiczka.

Dzięki malowniczemu otoczeniu, tereny Suchowoli są idealnym miejscem do rozwoju gospodarstw agroturystycznych. A to dlatego, że miasteczko jest doskonałym miejscem by wypocząć w miejsko-wiejskim klimacie, a także jest świetnym punktem wypadowym dla aktywnych. Blisko jest do Białegostoku, Augustowa, Biebrzańskiego Parku Narodowego.  Jest to także część szlaku tatarskiego. Innymi słowy mówiąc – każdego dnia możemy organizować inną wycieczkę – pieszą, rowerową czy samochodową.

Suchowola ma także swoje miejsce w historii kultury Polski. To tutaj urodził się i wychował błogosławiony ksiądz Jerzy Popiełuszko. Park Miejski w Suchowoli oraz liceum, do którego uczęszczał, noszą teraz jego imię. Miejscowość Okopy stała się celem licznych pielgrzymek organizowanych, by uczcić pamięć tego wyjątkowego duchownego. Planowane jest również otwarcie muzeum jego imienia.

Na terenie miasta działa Centrum Trzech Kultur, gdzie można zobaczyć wystawy poświęcone kulturze polskiej, żydowskiej i tatarskiej. Tatarskie Centrum Kultury Islamu to miejsce, gdzie można poznać tradycje i współczesność Tatarów, polskich muzułmanów. Ponadto, na terenie miasta znajduje się wiele zabytków, takich jak XIX-wieczny kościół pw. Św. Apostołów Piotra i Pawła, w którym przechowywane są relikwie bł. ks. Jerzego Popiełuszki.