Figurki, park militarny i centrum zabaw – zobacz co powstanie z Budżetu Obywatelskiego

Są znane już wyniki głosowania Budżetu Obywatelskiego 2018. W Białymstoku powstanie między innymi rzeźba św. Floriana, Pręgierz, małe figurki niedźwiadków, park militarny, amfiteatr na osiedlu TBS i centrum zabaw na Leśnej Dolnie. 36 ze zgłoszonych 44 inicjatyw zostanie zrealizowana. Białostoczanie oddali ponad 23 tysiące głosów. Do realizacji zostanie dopuszczona 11 ogólnomiejskich pomysłów i 25 (z 27) osiedlowych.

 

– Dziękuję mieszkańcom za zaangażowanie i włączenie się w tegoroczną edycję Budżetu Obywatelskiego w naszym mieście – powiedział prezydent Białegostoku Tadeusz Truskolaski. – Jestem dumny z pomysłów i kreatywności białostoczan. Co roku mieszkańcy zgłaszają około stu projektów, a to cieszy. Dzięki temu od kilku lat wspólnie budujemy społeczeństwo obywatelskie i naszą małą ojczyznę.

 

Na realizację pomysłów mieszkańców miasto przeznaczyło 10 milionów złotych. Najwięcej głosów dostało utwardzenie terenu i budowa parkingu przy ul. Bułgarskiej (os. Starosielce) – 2707 głosów oraz budowa Centrum Zabaw na Leśnej Dolinie – 2616 głosów.

 

Poniżej wszystkie projekty. W pierwszej kolejności będą realizowane oznaczone na żółto, następnie te na zielono. Oznaczone kolorem różowym nie będą realizowane w ogóle.

Z Chicago do Chanajek

 

  Pierwsze kroki w gangsterskim fachu stawiał  na ulicach Chicago białostocki chojrak Chaim Sarowski. W 1925 r. Sarowski powrócił do Białegostoku. Nie wiadomo, co stało się tego przyczyną. Może była to ciągła wojna bimbrowników i liczne trupy odnajdywane w chicagowskich zaułkach, a może nostalgia za rodzinnymi stronami. W każdym razie opryszek z Chicago szybko znalazł się w miejscowych kronikach kryminalnych. Z grupką pomagierów zaczął siać terror wśród chanajkowskich paserów, sutenerów i prostytutek. Imponował kamratom amerykańskim obywatelstwem i dolarami. Dorobił się nawet przydomku króla Chanajek. Latem 1926 r. Sarowski z wiernym adiutantem Jankielem Kapickim zajmowali się szantażowaniem sklepikarzy z ul. Sosnowej i Suraskiej.
  Ci zanieśli skargę na IV komisariat przy ul. Grunwaldzkiej. Z interwencją pośpieszył przodownik Zadrożny. Naśladowca Al Capone nie pękał jednak przed policją. Nie tylko nawymyślał posterunkowemu, ale też oberwał mu dystynkcję, wyrwał szablę i zaczął formalnie dusić za gardło. Zakapior Kapicki dzielnie sekundował. 22 września odbyła się rozprawa i krewki „Amerykaniec” dostał 2 miesiące bezwzględnego więzienia. Zanim jednak trafił za kratki, wdał się w kolejną bójkę nożową na ul. Krakowskiej. No i zdrowo się naciął. Niejaki Wacław Cieśluk lepiej władał majchrem i Sarowski wylądował w szpitalu, a dopiero później w szarym domu przy Szosie Baranowickiej.
  Przed wojną białostockie powroty z emigracji zdarzały się nie tylko ze Stanów Zjednoczonych. Ot choćby przykład Marii Gołdeszczuk. W 1934 r. zjechała ona do rodzinnego miasta prosto z … Paryża. Do Francji trafiła 10 lat wcześniej i tam, do spółki z mężem, uprawiała wydatnie kradzieże mieszkaniowe. Po odsiedzeniu kilku lat w więzieniu paryskim została wydalona znad Loary. W Białymstoku natychmiast wróciła do złodziejskiej specjalności. Był to tzw. szpryng, czyli okradanie przedpokoi, zwłaszcza z futer i cennych drobiazgów. Gołdeszczuk zmontowała szajkę „skokierów” i ruszyła na podbój białostockich mieszkań.
  Obok niej ważne miejsce w bandzie zajmował Zundel Połter, zwany Jaszkie, paser z ul. Św. Rocha, a także siostra Zofia Filauer. Po licznych kradzieżach doszło do wpadki. Wszystko zaczęło się od kłótni Gołdeszczukowej z paserem Połterem na tle podziału łupów. Wkrótce do aresztu trafili kolejni członkowie szajki. Pod koniec 1935 r. odbyła się rozprawa sądowa. „Francuzka” otrzymała rok więzienia i jeszcze 5 lat domu poprawy. Paser Jaszkie dostał to samo. Na początku następnego roku Marii Gołdeszczuk dołożono jeszcze 10 miesięcy za obrazę sądu. Baba miała niewyparzoną gębę.

Włodzimierz Jarmolik

Kierowcy mogliby się przesiąść do autobusów. Jednak nasza komunikacja odstrasza

Białystok pod względem zakorkowania miasta jest na 120 miejscu w Europie. Dla porównania – na pierwszym miejscu jest… Łódź (tak – najbardziej zakorkowane miasto w Europie to Łódź), w czołówce jest też Bukareszt i Moskwa. Z innych polskich miast dużych korków doświadczymy w Krakowie (17 miejsce), Warszawa (19 miejsce), Wrocław (26 miejsce), Poznań (29 miejsce). Jak widać na tle innych dużych miast nie wypadamy źle. Nie oznacza to jednak, że nie należy się niepokoić. Każdego roku na ulicach polskich miast – także podlaskich przybywa coraz więcej samochodów. W związku z tym są dwa główne problemy – zapchane parkingi i coraz dłuższe korki. Nikt nie może jednak zakazać ludziom jeżdżenia samochodem, ale warto zachęcać ich by się przesiedli do komunikacji miejskiej. Dlaczego kierowcy niechętnie jednak to zrobią w obecnej sytuacji?

Po co jeździć autobusem jak mam samochód?

Władze poszły na łatwiznę. Jeszcze wiele lat temu, gdy zepsuła się droga, to stawiano znaki drogowe z ograniczeniami do 30 km/h zamiast naprawić drogę. Teraz obecne władze postępują podobnie – tworząc buspasy. Przede wszystkim zwężając ulice zakorkowano jeszcze bardziej miasto. Najgorsze jest bowiem marnotrawstwo, gdyż buspas na Branickiego przeważnie stoi pusty, bo niewiele mamy tam połączeń autobusowych. Absurdalnym rozwiązaniem było zwężenie ul. Sienkiewicza, ale też utworzenie buspasa na Al. Piłsudskiego. W pierwszym przypadku tylko zwiększono korki, a na Al. Piłsudskiego jest dostatecznie szeroko, by nikt nie musiał w nich stać. Jednym słowem – jeżeli będą szerokie drogi, to autobusy nie będą stały w korkach, bo nikt nie będzie stał.

 

Wiadomo jednak, że poszerzać dróg w nieskończoność się nie da. Utrzymując obecnego stanu też nie, bo samochodów będzie coraz więcej z każdym rokiem. Dlatego już teraz władze powinny maksymalnie zachęcać do przesiadania się do autobusów. Na razie niewiele robi.

Drogie bilety

Ceny biletów autobusowych są horrendalne, a same bilety dostępne są przeważnie tylko u kierowców po jeszcze wyższych cenach (normalny 2,8 w punkcie, których jest jak na lekarstwo – zaś u kierowcy 3,5 zł). Ostatnio w ogóle białostocka komunikacja wejdzie w XXI wiek – zastosuje bowiem rozwiązania, które wszędzie są od lat – a mianowicie będzie można kupić bilet 60-minutowy, który będzie można używać przez godzinę w różnych autobusach. DO tej pory z takim biletem nie można się przesiadać. Dlaczego? Nie wiadomo.

 

Teraz prosta kalkulacja dlaczego kierowcom nie opłaca się jeździć autobusem. Przede wszystkim podzielmy ich na 2 kategorie – tych, którzy byliby skłonni się przesiąść i tych dla których nie wchodzi to w rachubę. W tym drugim przypadku będą wszystkie rodziny z dziećmi, które rozwożą je po różnych placówkach do szkół czy przedszkoli, a następnie jadą do pracy. Drudzy to tacy, którzy sami jeżdżą samochodem.

 

To właśnie do tych kierowców powinno się czynić zachęty do korzystania z komunikacji. Np. raz do roku można za darmo podróżować komunikacją z dowodem rejestracyjnym. Warto zapytać dlaczego nie cały rok? Bilet miesięczny na wszystkie linie kosztuje 80 zł, w zasadzie tyle samo co miesięczna jazda samochodem na gaz z domu do pracy i odwrotnie. Oczywiście jeżeli mieszkamy i pracujemy w Białymstoku.

Beznadziejne połączenia

Inną kwestią są połączenia. Ktoś kiedyś wymyślił linie w Białymstoku tak, by ludzie nie musieli się przesiadać, tyle że autobusy mają dużo przystanków po drodze i cała wyprawa jest koszmarnie długa. Nie ma u nas wzorem innych miast linii pośpiesznych, a także takich, dzięki którym możemy z łatwością się przesiadać. Istnieje u nas coś takiego jak “centrum przesiadkowe” – jedyne na całe miasto.

 

Już spuścimy zasłonę milczenia na najbardziej wstydliwą rzecz – niemożność dogadania się władz miasta z PKP i utworzenie szybkiej kolei miejskiej. Nie jest to dla nas zrozumiałe jak w mieście, gdzie mamy dobrą infrastrukturę kolejową (przecież miasto w ogóle się rozwinęło dzięki kolei) nie można wprowadzić takiego rodzaju komunikacji.

 

Za rok wybory samorządowe. Białystok przeszedł ogromną metamorfozę, ale żeby być tak ważnym ośrodkiem na mapie jak Poznań, Wrocław czy Gdańsk, to musimy wykonać jeszcze gigantyczną pracę. Odkorkowanie miasta póki jeszcze możemy to łatwo zrobić – jest jedną z takich prac.

To kontrowersyjny pomysł. Czy sprawdzą się śledzie z książkami?

Na białostockich ulicach pojawiły się specjalne regały na książki, które kształtem przypominają śledzia. W środku znajdą się książki, które można sobie pożyczyć, przeczytać, a następnie oddać. Do wyboru jest aż 430 pozycji. – Każdy sposób na wspieranie czytelnictwa jest dobry. Dlatego Białystok zaangażował się w bookcrossing, który sprawdza się w wielu polskich miastach i jest znany na całym świecie – powiedział prezydent Białegostoku Tadeusz Truskolaski. – Liczymy na zainteresowanie białostoczan tym pomysłem. Jesteśmy gotowi rozwijać tę inicjatywę, jeśli spodoba się mieszkańcom naszego miasta.

 

Pomysł jest bardzo odważny. Jest to swoisty test sprawdzający czy nasze społeczeństwo jest już wystarczająco gotowe, by nie trzeba było go zawsze i wszędzie kontrolować. To, że chętnych na czytanie nie zabraknie nie ulega wątpliwości. Pytanie brzmi: ile pojawi się złodziei, wandali i zwyczajnych idiotów, którzy zechcą zabierać książki i nigdy nie oddać, zniszczyć je lub zniszczyć regał książkowy. Odpowiedź na to pytanie pokaże gdzie jesteśmy jako społeczeństwo – czy potrzeba jeszcze więcej kamer, wszelkiej maści zabezpieczeń i nieustającej kontroli – czy w końcu możemy sobie wzajemnie zaufać, bo rozumiemy w końcu słowo “publiczne” jako wspólne czyli coś, na za co płacimy wszyscy swoimi podatkami.

 

Za inicjatywę trzymamy kciuki, ale jesteśmy niepewni czy książki bez nadzoru przetrwają zimę.

 

fot. Wschodzący Białystok

Dworzec kolejowy w Augustowie przestanie straszyć. Jest nowy właściciel.

Dobra wiadomość z Augustowa! Zabytkowy dworzec kolejowy, który przez 8 ostatnich lat zamieniał się w ruinę nareszcie zyska blask. Wszystko za sprawą samorządu. Władze letniej stolicy Polski odkupiły budynek od prywatnej osoby, która miała zainwestować, lecz ostatecznie nic nie zrobiła. Za jakiś czas podróżni będą mieli znów poczekalnię, cały teren wokół zostanie uporządkowany, a być może nawet wyremontowana zostanie ulica dojazdowa. W samym budynku zaś oprócz miejsca oczekiwań może się pojawić też siedziba jakiejś miejskiej instytucji.

 

Obiekt został zamknięty w 2009 roku. Kilka lat później PKP sprzedało budynek prywatnej osobie, która miała przeprowadzić inwestycje. Nic z tego nie wyszło, a budynek do tej pory stoi zamknięty i straszy swoim wyglądem. Warto dodać, że latem miejsce to przeżywa oblężenie, bo wielu turystów, by nie stać w korkach (w letnie weekendy krajowa 8 jest dosłownie zatkana) wybiera podróż pociągiem. Jest także sporo rowerzystów, którzy jeżdżą po Suwalszczyźnie, lecz na wieczór wracają np. do Białegostoku.

 

Dworzec kolejowy w Augustowie powstał w 1897 roku. Wówczas uruchomiono linię kolejową z Suwałk do Grodna. W latach czterdziestych XX wieku obiekt był świadkiem historii. Z tego miejsca wywożono Polaków na Syberię. 

 

Dworzec może być otwarty już wiosną.

Tor Wschodzący Białystok gotowy. Pozostały jeszcze testy

Praktycznie rzecz biorąc Tor Wschodzący Białystok jest już gotowy i wkrótce będzie można z niego korzystać. Zanim to się jednak stanie, pozostały jeszcze testy, bo być może trzeba będzie jeszcze coś poprawić. Trzeba także sprawdzić przepustowość toru, by móc napisać odpowiedni regulamin. Jak możemy przeczytać na Facebooku – Toru – Prawie wszystko jest ok. i opinie zawodników są pozytywne.

 

Jak zapewniają administratorzy Toru okrążenie dłuższe pokonać można w 47 sekund. Można też rozwinąć duże prędkości. Tor powinien przejść jeszcze testy motocyklowe, ale obecnie pogoda jest na to już zbyt kiepska i prawdopodobnie trzeba z tym poczekać do wiosny. 

 

Treningowy Tor Wschodzący Białystok ma asfaltową nawierzchnię, długość ok. 1.6 km m i szerokość od 8 do 10 m. Firma, która realizuje tę inwestycję, zagospodarowała teren na Krywlanach, tuż obok lotniska. Jest to miejsce położone z dala od zabudowań mieszkalnych. Tor jest poprowadzony tak, by dostosować go do ukształtowania terenu, dzięki czemu nie trzeba było wycinać drzew. Jest on atrakcyjny dla kierowców, ma zakręty, pętlę i rondo o szerokości 12 m.

Polskie Wojsko będzie modernizowane. Co to oznacza dla Podlaskiego?

Prezydent Andrzej Duda podpisał nowelizację ustawy o modernizacji i finansowaniu sił zbrojnych. Jej główne założenie to zwiększenie finansowania na obronność. Co to oznacza dla Podlaskiego?

 

Przede wszystkim warto przypomnieć nasze położenie. Województwo Podlaskie styka się z granicą Rosji oraz graniczy z militarnym partnerem tego kraju – Białorusią. Między Trójstykiem w Wiżajnach, a początkiem granicy w okolicach Lipska jest tak zwany “przesmyk Suwalski”. To bardzo newralgiczne miejsce, gdyż łączy Obwód Kaliningradzki z Białorusią, zatem jego zajęcie byłoby strategiczne, gdyby Rosja chciała uderzyć na Polskę.

 

Nie mamy dobrych wieści polska doktryna wojskowa zakłada, że Białystok – stolica województwa podlaskiego nie jest strategicznym celem obronnym (póki co). Przede wszystkim w naszym regionie nie ma żadnego lotniska. Infrastruktura kolejowa od granic do Białegostoku jest w fatalnym stanie. Zatem również nie jest strategiczna. Jedynie kilka lądowisk w całym województwie może posłużyć śmigłowcom. Nasze wojsko nowoczesnych, które mieliśmy zakupić ostatecznie wciąż nie posiada.

 

Ma to oczywiście swoje plusy. W razie wojny jeżeli Rosja będzie chciała zajmować tereny, to prawdopodobnie te po stronie litewskiej, które są łatwiejszym celem. Modernizacja polskiego wojska prawdopodobnie ominie nasz region, bowiem nikt nie wystawia najlepszego sprzętu i najlepszej infrastruktury na pierwszy ogień. A że mamy najbliżej do agresora…

 

Nie można zapominać, że Polska, ale też sąsiadująca Litwa należą do NATO. Jeżeli rzeczywiście ktokolwiek będzie chciał nas bronić, to wojska agresora mogą zacząć gdzieś na Litwie, Łotwie bądź Estonii. Przerzucenie wojsk przez Białoruś pod polską granicę trwałoby dużo dłużej, przez co pozwoliłoby się całemu NATO bardziej przygotować. Modernizacja Wojska Polskiego ma potrwać do 2030 roku. Wtedy nasza armia ma liczyć 200 tys. żołnierzy, z czego 75 proc. będzie zatrudniona tam na etacie. Pozostałe stanowiska przypadną Wojskom Obrony Terytorialnej.

 

To jedyna formacja, która prawdopodobnie zostanie na Podlasiu rozbudowana. O ile przetrwa, bowiem kolejny po ministrze Antonim Macierewiczu może z niej zrezygnować, politycznie uznając że “dziecko” obecnego szefa MON jakim jest WOT nie ma racji bytu.

Policyjne porządki

 

   Jednym ze sposobów policyjnych w walce ze światkiem przestępczym w międzywojennym Białymstoku były obławy i rewizje przeprowadzane przez Urząd Śledczy i komisariaty policji w złodziejskich melinach i kryjówkach. Szczególną plagą w pierwszych latach niepodległej Polski był pospolity bandytyzm. W Białymstoku i w okolicy grasowały liczne szajki zbrojne, zdemoralizowane czasami wojennymi. Przeciwko nim właśnie ówczesny komendant policji Józef Kamala organizował regularne obławy, w których brali udział nie tylko posterunkowi i wywiadowcy policyjni, ale również grupy żandarmów i oddziały żołnierzy. W ten sposób rozbita została m.in. w 1921 roku groźna banda Antoniego Łukaszyńskiego, będąca postrachem podbiałostockich osad.
  W latach 20. a i później, obławy w mieście przeprowadzały zazwyczaj białostockie komisariaty. Szczególnie zapracowane były III i IV. Pierwszy z nich odpowiadał przede wszystkim za to, co działo się na Rybnym Rynku, drugiemu z kolei podlegały groźne zawsze Chanajki, Piaski i Skorupy. Podczas takich akcji do aresztu trafiało często po około 60 osobników, podejrzanych o niecne zamiary. Większość z nich szybko wypuszczano, w sieci pozostawały tylko grubsze ryby. Tak oto wiosną 1931 roku znalazł się w niej Icek Segał, ukrywający się w naszym mieście znany złodziej z Brześcia nad Bugiem.
  Swoją działkę w łapaniu, zwłaszcza przyjezdnych obwiesiów miał V komisariat, mieszczący się na dworcu kolejowym. Wiele energii poświęcał temu jego komendant Franciszek Pierso. Dzięki jego zorganizowanym patrolom wyłapywał on większość przybywających na gościnne występy złodziei, pociągowych rejzerów i podejrzanych włóczęgów.
  Policja miała kilka stałych terminów, w których przeprowadzała profilaktyczne czyszczenie miasta z potencjalnych złodziei i rozmaitych mętów. Były to dni przed świętami wielkanocnymi i bożonarodzeniowymi oraz przed czerwcowym, popularnym jarmarkiem na św. Jana. Wówczas to przybywało do miasta szczególnie dużo opryszków, zwłaszcza z Warszawy, a i miejscowi kieszonkowcy, tombakowi oszuści, loteryjni naciągacze czy szulerzy od trzech kart z utęsknieniem czekali na to świąteczne wydarzenie.
 

   Obławy odbywały się w dzień, ale zwłaszcza w nocy. Kiedy informacje o wzmożonej działalności przestępców były silnie udokumentowane, do akcji mobilizowano nawet 90 funkcjonariuszy policji. Tak była na przykład przed Wielkanocą 1935 roku. W mieście zauważono nadmierną gorliwość złodziejaszków sklepowych i hal targowych. Był to oczywiście dla wielu kanciarzy ważny punkt w ich sezonowej robocie. Szeroką obławę rozpoczęto o godzinie 21., a zakończono o 1. po północy. Kierowało nią dwóch doświadczonych oficerów Policji. W ręce władz trafiło 33 podejrzanych osobników, wygarniętych z chanajkowskich melin i brudnych spelunek w różnych dzielnicach Białegostoku. Byli wśród nich zarówno 17-letni Bolesław Szczygielski, jak też trzydziestoparoletnie małżeństwo Olgi i Eugeniusza Auerów. Tych ostatnich od dawna poszukiwała policja za wcześniejsze, brzydkie występki.
  Policyjne obławy przeprowadzano również po wyjątkowo zuchwałych rabunkach w mieście, jak też w pościgu za szczególnie groźnym kryminalistą. Tę pierwszą niech zilustruje wydarzenie z 1937 roku. Obrabowany został wówczas sklep jubilerski Mejłacha Zyskowicza przy ul. Sienkiewicza 3. Zginęło wiele cennych precjozów. Wydział śledczy zarządził natychmiast przeszukanie wszystkich znanych, złodziejskich adresów. Do aresztu trafili tak poważani na bruku białostockim włamywacze, jak: Nochim Abolewicz, Abram Duczyński, Icek Golsztein, Abram Kolew czy Władysław Paradowicz. Mieli jednak mocne alibi. Jak się wkrótce okazało, jubilera obrobili ich koledzy po fachu z miasta Wilna.
  W 1938 roku białostoccy policjanci urządzili dużą obławę na jednego, ale za to zatwardziałego bandytę, Władysława Szejdę. Uciekł on właśnie z więzienia w Łomży, gdzie odbywał długi wyrok. Za zbiegiem ruszył cały oddział mundurowych. Po wielogodzinnym pościgu po okolicznych lasach, a później poddaszach białostockich domów, Szejda trafił w końcu w ręce władz.

Włodzimierz Jarmolik

Czy tego roku będzie zima stulecia? Podlaskie zamieni się w lodową krainę?

Od kilku tygodni w mediach, ale też w rozmowach między ludźmi dominuje jeden temat – zima stulecia. Z przekazów wynika, że podobno tegoroczna ma być bardzo sroga, a ilości śniegu mają być wręcz niewyobrażalne. Jeżeli przypomnimy sobie ostatnie zimy na Podlasiu, to była zachowana pewna prawidłowość. Pierwszy śnieg spadł stosunkowo szybko, lecz po chwili nie było po nim śladu. Święta Bożego Narodzenia były zielone, zaś Wielkanoc cała na biało, a regularnie sypało od stycznia. Czy w tym roku ma być inaczej?

 

W pogodzie istnieją pewne prawidłowości, jednak wiarygodne prognozy można wykonywać na kilka dni do tyłu. Wszystko dlatego, że to jaką mamy pogodę danego dnia wynika z kilku zmiennych, które kształtują ostatecznie czy będzie ciepło, zimno, sucho, deszczowo itd. Na klimat zachodniej i środkowej Europy największy wpływ mają Wyż Azorski oraz Niż Islandzki. Zaś wschodnia część Europy jest pod wpływem Wyżu Wschodnioazjatyckiego i Niżu Południowoazjatyckiego. Na Północy Europy zaś mamy Wyż Grenlandzki, a na Południe napływa gorące powietrze ze Zwrotniku Raka. Na wskutek przemieszczenia się, a także mieszkania się tych mas powietrza kształtuje się cała pogoda. Zatem z logicznego punktu widzenia nie można dokładnie przewidzieć na jaki czas masy powietrza ułożą się nad Europą zimą. Pewne prawidłowości pokazują, że możemy ustalić skąd masy będą nacierać w danym momencie.

 

Województwo Podlaskie znajduje się w innej strefie klimatycznej niż pozostała część Polski. To dlatego Suwałki uznawane są za polski biegun zimna, to dlatego mróz dotkliwy jest u nas bardziej niż choćby na Dolnym Śląsku. Dlatego też jedno już dziś jest pewne. Jeżeli w Polsce będzie zimno, to u nas będzie jeszcze zimniej. Odpowiadając więc na pytanie tytułowe – czy nastąpi w Polsce zima stulecia? Jeżeli weźmiemy pod uwagę ostatnie 100 lat w Polsce, to pierwsze dane o ostrych mrozach mamy z 1929 roku. Oficjalnie w kilku miejscach zanotowano -40 stopni Celsjusza. Jednak temperatury utrzymywały się w przedziale -13 do 16. W XXI wieku oficjalnie zanotowano spadki do -30 stopni Celsjusza zaś miejscami nawet do -36.

 

Jeżeli spojrzymy na częstotliwość i obfitość opadów śniegu, to śnieg najczęściej leży od grudnia, czasem od stycznia do kwietnia. Zatem jeżeli śnieg spadnie jeszcze w listopadzie albo nawet październiku, a nie zniknie przed końcem kwietnia to wtedy będziemy mogli mówić o jakichś anomaliach. Dlatego też odpowiedź na pytanie czy będziemy mieli do czynienia z zimą stulecia brzmi – jest jeszcze za wcześnie, by to wiedzieć. Póki co pogoda nie zaskakuje. Opowieści o zimie stulecia nie wynikają z naukowych ustaleń, lecz bardziej z regionalnych przekonań osób, które obserwują na co dzień przyrodę.

 

 

Osoby te wskazują na takie czynniki jak: bardzo wczesny odlot bocianów czy wczesne pojawienie się żubrów na łąkach. Warto zaznaczyć, że ptaki czy zwierzęta zmieniają sposób zdobywania pożywienia w zależności od pory roku. Bociany nie odlatują dlatego, że zaczyna być im zimno, lecz dlatego, że grunty zaczynają być być suche i trudno im zdobyć pożywienie. Tak zwany “Sejmik bociani”, to ostatni moment przed odlotem. Bociany wówczas zbierają się na polach, by zdobyć ostatnie pożywienie, które odsłoniło się dzięki żniwom.

 

 

Żubry zaś mają grube futro i sporą masę, dzięki czemu odporne są na mrozy. Zatem nie zmieniają także sposobu zdobywania pożywienia dlatego, że zaczyna im być zimno, lecz dlatego że w lesie coraz trudniej o trawę i inne zielone rośliny, bo te zwyczajnie przekwitają jesienią. Z tego też powodu żubry dokarmiane są sztucznie przez człowieka, by chronić zagrożony gatunek. Na polach tworzy się stogi siana, a w lasach wypełnia paśniki. Zwierzęta są do tego już przyzwyczajone, stąd gdy tylko w lesie zaczyna brakować pokarmu, to wychodzą na łąkę szukać stogów.

 

 

Dlatego też nic nie wskazuje na to (póki co), by ta zima miała różnić się od poprzedniej.

 

Napad w centrum miasta

 

  Chodzenie o zmroku ulicami powojennego Białegostoku było ryzykowne, a nawet lekkomyślne. Brak dostatecznego oświetlenia i mała liczba policyjnych patroli pobudzały do działania drobnych rabusiów szukających łatwego zysku. Na spotkanie z bezczelnymi typkami, kryjącymi twarz pod mocno nasuniętą czapką w pierwszej kolejności narażone były samotne kobiety, powracające późno do swoich domów. Wśród międzywojennych, ulicznych bandziorów stało się modne pytanie przechodniów o czas na zegarku.
  Wrześniowym półmroczem 1921 roku wracała do domu panna Bekerminówna. W pewnym momencie podszedł do niej nieznany młodzieniec i zapytał grzecznie, która może być aktualnie godzina? Ponieważ było już ciemnawo, zapóźniona panienka nie mogła właściwie odpowiedzieć. Zakłopotany chłopak poświecił jej wydobytą z kieszeni małą latarką. Nie patrząc na wskazówki zerwał szybko z ręki zegarek ze złotą bransoletką i zbiegł. Wartość utraconego czasomierza wynosiła 40 tys. marek.
  Zegarkowych przygód nie brakowało też w tym czasie i mężczyznom. Ot na przykład w nocy z 4 na 5 maja 1922 roku na ul. Kraszewskiego zatrzymany został Jakub Fajens. Pytanie brzmiało krótko: która godzina? Gdy ten sięgnął do kieszeni po swoją cymę, poczuł cudzą rękę, która starała się wyrwać zegarek. Całe szczęście, że pojawili się inni przechodnie, którzy spłoszyli napastnika.
  Miesiąc później na ul. Kraszewskiego, być może ten sam złodziejaszek próbował ukraść zegarek z ręki R. Bernera. O godzinę zapytał po niemiecku. Podstęp się nie udał dzięki refleksowi towarzyszącego Bernerowi kolegi. Opryszek musiał wziąć nogi za pas.
Innym sposobem miejskich rabusiów na dokonanie prostej kradzieży, było zaczepianie przechodniów z prośbą o papierosa lub zapałki. Jeśli te słowa wypowiedziane były w sposób kulturalny a powierzchowność zafrasowanego palacza nie wzbudzała podejrzeń, zagadnięty zamożny – sądząc po odzieniu – obywatel przystawał. Wyciągał srebrną papierośnicę czy też pozłacaną zapalniczkę. O to przecież szło! Zwinny złodziejaszek wyrywał z ręki dobrodusznego białostoczanina cenny przedmiot i znikał w najbliższej bramie.
  Kiedy w sierpniu 1921 roku na ul. Szkolnej zaczepiony został w ten sposób niepalący muzyk F. Fidler, także nie obyło się bez straty. Nachalny drab sięgnął po prostu po tkwiące pod pachą muzykanta skrzypce. Do tego nastąpiło jeszcze silne uderzenie pięścią w głowę ofiary.
  Szczególnie niebezpiecznie było spacerować nocą po ul. św. Rocha. Była to najkrótsza droga prowadząca z dworca kolejowego do centrum miasta, gęsto uczęszczana przez przyjezdnych z nocnych pociągów, którzy nie chcieli wykosztowywać się na dorożkę. Tutaj padały zwykle z ust wyłaniającego się z mroku dużego typa dwa proste słowa: dawaj portfel! Typ ów miał zwykle w ręku solidną pałkę, czy też gazrurkę.
  W ten sposób w maju 1923 roku straciła blisko 200 tys. marek Halina Derfasztejn, w październiku tegoż roku teczkę z 5 mln marek postradał Bronisław Ciechowski, zaś nieco później napadnięta została uboga przyjezdna z Ostrołęki, Apolinia Napiórkowska, którą opryszek pozbawił torebki z sześcioma złotymi. Tego akurat amatora łatwego zarobku udało się policji schwytać. Okazał się nim Chil Malsowicz, znany w tym rejonie złodziej i zabijaka.
  Na możliwość ulicznego rabunku narażone były również dzieci. Szczególnie wtedy kiedy rano szły do szkoły. Wiosną 1922 roku policja białostocka zlikwidowała szajkę wyrostków, którzy zaczepiali uczniów pytaniem: co dostałeś na śniadanie? Jeśli któryś był oporny, sami przetrząsali tornister i zabierali co im się podobało.
  Uliczne rabunki odbywały się nagminnie i w dalszych latach międzywojnia. Niektóre z nich były wręcz kuriozalne, ale równie niebezpieczne.
  Oto przykładowo zimą 1927 roku na ul. Fabrycznej dwóch oprychów, Paweł Gertner i Konstanty Sacharke, mający za sobą bogatą przeszłość kryminalną, a aktualnie czujący nieprzepartą chęć wypicia kolejnej butelki wódki, zabrali przygodnemu przechodniowi tylko tyle, ile było im potrzeba na alkohol i zakąskę – 2 zł i 50 groszy.  Sąd jednak nie uznał tego minimalizmu i skazał obu z art. 51 i 589 kodeksu karnego na cały rok więzienia.

Włodzimierz Jarmolik

fot. IPN

Rocznica śmierci ks. Popiełuszki. Jego mordercy są od dawna na wolności

Grzegorz Piotrowski, Waldemar Chmielewski oraz Leszek Pękala – to mordercy ks. Jerzego Popiełuszki, kapelana warszawskiej Solidarności, który urodził się w małej wsi Okopy pod Suchowolą. Do okrutnej zbrodni na duchownym doszło 19 października 1984 roku. W 1974 roku, gdy ks. Jerzy był wikariuszem w podwarszawskich Ząbkach, służby bezpieczeństwa PRL próbowały zwerbować go na tajnego współpracownika. Ten odmówił im. 6 lat później został kapelanem warszawskiej Solidarności, w której słynął ze wsparcia dla prześladowanych i skrzywdzonych przez komunistów działających na rzecz totalitaryzmu PRL. Między innymi uczestniczył w procesach osób aresztowanych za przeciwstawianie się prawom stanu wojennego. Prowadził również działalność duszpasterską. Z głośniejszych działań było przeprowadzenie pogrzebu skatowanego przez milicję na śmierć Grzegorza Przemyka. Odprawił też mszę świętą na Jasnej Górze, gdzie zorganizował pierwszą pielgrzymkę ludzi pracy.

Wróg PRL

Swoimi działaniami zyskał duży autorytet opozycji, przez co władze PRL uznały go za swojego wroga. SB inwigilowało księdza. Został też wezwany na przesłuchanie do Komendy Stołecznej MO, gdzie usłyszał zarzuty posługiwania się kłamstwem i pomówieniami podczas kazań na mszach świętych, przez co miał nadużywać funkcji kapłana i szkodzić PRL. Ksiądz Popiełuszko był przesłuchiwany kilka godzin, a następnie przeprowadzono rewizję w jego mieszkaniu, gdzie rzekomo odnaleziono granaty łzawiące, naboje do karabinu, inne materiały wybuchowe i farby drukarskie. Oczywisty jest fakt, że zostały one podrzucone przez SB. Kapelan Solidarności został zatrzymany, lecz wypuszczony następnego dnia po interwencji arcybiskupa Bronisława Dąbrowskiego u ówczesnego ministra spraw wewnętrznych Czesława Kiszczaka.

 

Dla władz PRL – ksiądz Jerzy Popiełuszko był coraz większym problemem. Dlatego zaczęto go coraz bardziej atakować. Wojciech Jaruzelski miał nakazać Kiszczakowi uciszenie Popiełuszki. Rzecznik rządu PRL – Jerzy Urban nazwał kazania Popiełuszki “seansami nienawiści”. Episkopat otrzymał pismo z Urzędu ds. Wyznań, by przestali tolerować wystąpienia Popiełuszki. Zaś sam zainteresowany otrzymywał listowne pogróżki. 13 października próbowano zamordować księdza pozorując wypadek. Duchowny wracał samochodem z Gdańska do Warszawy. W okolicach Olsztynka – SB-cy rzucili kamieniem w przednią szybę samochodu.

Morderstwo księdza

Tydzień później ksiądz Jerzy został porwany. Na trasie Toruń-Bydgoszcz zatrzymano golfa, którym poruszał się ks. Popiełuszko wraz ze swoim kierowcą. Duchownemu założono kajdanki i knebel. Następnie Piotrowski, Pękala i Chmielewski pobili go i nieprzytomnego wrzucili do bagażnika. Kierowca Popiełuszki uciekł z samochodu w czasie jazdy. Pod Toruniem funkcjonariusze otworzyli bagażnik, a duchowny próbował uciec. Wtedy został pobity do nieprzytomności. Założono mu też sznurek w taki sposób, że gdy spróbuje wyprostować nogi, to zaciśnie mu się pętla na szyi. W obawie przed złapaniem SB-cy przywiązali do nóg księdza worek kamieni. Usta zakleili plastrem. Następnie wyrzucili jeszcze żywego księdza do zalewu Wiślanego w okolicach Włocławka. Dzień później ciało kapelana wyłowiono zmasakrowane ciało. Sprawcy zostali skazani na 25, 15 i 14 lat więzienia. Wszyscy są już na wolności. Wychodzili kolejno w 1990, 1995 i 2001 roku.

fot. Andrzej Iwański

Do dziś uważa się, że ksiądz Popiełuszko został zamordowany na polecenie władz PRL. Dowodów na to nigdy nie znaleziono. Czesław Kiszczak tłumaczył, że kierownictwo MSW nic nie wiedziało o działaniach SB, a funkcjonariusze byli zbyt nadgorliwi. W pogrzebie Księdza Popiełuszki wzięło udział 800 tys. osób. Grób duchownego odwiedziło już 20 mln osób. 6 czerwca 2010 roku ks. Jerzy Popiełuszko został beatyfikowany. Jest szansa, że nastąpi także kanonizacja.

Złote ruble i futro z jedwabną podszewką

 

   Złodziejowi, który włamał się późną nocą 3 kwietnia 1919 roku do mieszkania T. Bucholca przy ul.Skorupskiej 40, szło głównie o ubrania i bieliznę. Wtedy, w nędzy powojennej, to był towar wielce pożądany. Białostoczanie w tym czasie chodzili mocno obdarci.   Przemysł tekstylny dopiero odbudowywał swoją, wcześniejszą potęgę. Więcej możliwości na zakup potrzebnej garderoby zapewniał zakamarek ze starszyzną mieszczący się tuż przy Rynku Siennym. Głównymi jego zaopatrzeniowcami byli oczywiście miejscowi fachowcy od złomu i wytrycha. Największe zapotrzebowanie klientów, zwłaszcza przyjezdnych włościan było na palta.
  Tak przykrego, popołudniowego, majowego dnia 1923 roku pani Grynberg nie spodziewała się. Mieszkała przy ul. Sienkiewicza 39. Akurat zajmowała się pitraszeniem w kuchni, a gdy weszła na chwilę do przedpokoju, spostrzegła z przerażeniem, że wieszak ze znajdującą się tam całą rodzinną garderobą został całkowicie ogołocony. Zeznając później przed policjantem oceniła swoją stratę na 1 milion ówczesnych marek polskich.
  Kiedy w październikowy wieczór tego samego roku Michał Szuszyński z Białegostoczku wszedł do stajni też omal nie zemdlał. Nie było w niej konia, uprzęży i wiszącego na kołku palta. Gniadego szybko odzyskał, a po skradzione wierzchnie okrycie musiał zgłosić się na komisariat.
  W komisariacie siedział już Maciej Paniucho z ul. Kozłowej, który próbował przy Siennym Rynku sprzedać skradzione palto, na czym przyłapał go agent policyjny. Szczęście miał również Józef Mazur, któremu gwizdnięto palto w mroźnym styczniu 1924 roku. Było ono prawie nowe, warte 25 mln marek. Szloma Frydenberg, sprawca tej kradzieży, nie zdążył nawet wynieść towaru na sprzedaż. Policja nakryła go z różnymi fantami w mieszkaniu przy ul. Składowej.
  Szczególny pociąg do konfekcji męskiej i damskiej miał niejaki Stefan Kornholf z ul. Baranowickiej. Zagarniał ją z prywatnych mieszkań, jak i sklepów, biur i urzędów. Kiedy jednak połakomił się na kostium damski w sklepie Jenty Benbaum przy Rynku Kościuszki 8, został nakryty przez ekspedientkę. Ucieczka nic nie dała. Wkrótce trafił za kratki.
  Przedpokoje, gdzie zwykle pozostawiano grubszą odzież, stanowiły pole do popisu dla sprytnych szpringowców. Wchodzili tam pod byle pretekstem, jako omyłkowi goście, roznosiciele gazet, komiwojażerzy z walizeczką tanich perfum, krawatów czy lepu na muchy. Rzut oka na wieszaki i wiadomo już było, co można przy okazji wynieść za drzwi i schować do specjalnego worka.
  W ten sposób w maju 1925 roku stracił swoje palto Maldryk Morgolis z ul. Fabrycznej 13, a nieco później Kazimierz Ryniejski ze Skorupskiej. Ten był bardzo poszkodowany, bowiem w kieszeniach jego palta, jak zeznał później, znajdowało się 15 złotych rubli i pozłacany medalion z łańcuszkiem. Czy była to prawda, kto wie?
  Nieźle trafił natomiast złodziejaszek, który w styczniu 1935 roku puknął lekko w niezamknięte drzwi do mieszkania Mojżesza Duńczyka przy ul. Sienkiewicza 41. Według relacji zamieszczonej w kronice kryminalnej “Dziennika Białostockiego” z przedpokoju zniknęło futro karakułowe, długie, z czarną, jedwabną podszewką i dużym futrzanym kołnierzem ze srebrnego lisa – warte, bagatelka 3500 zł.
  Paltowego pecha zaliczyli również w połowie lat trzydziestych ubiegłego wieku Ajzyk Kobyliński z ul. Różańskiej i Izaak Motylski z ul. Warszawskiej. Do pierwszego zawitał jakiś niepozorny Żyd w celu wynajmu pokoju. Kiedy gospodarz na chwilę pozostawił go samego, ten natychmiast zniknął, a wraz z nim wyparował z wieszaka całkiem zdatny kożuszek i do niego jeszcze dwa srebrne lichtarze.
  Z kolei pana Motylskiego odwiedził starszawy żebrak, prosząc o wsparcie. Kiedy ten wyszedł z przedpokoju po jakąś drobną monetę, mężczyzna zabrał z wieszaka kurtkę wartą 30 zł.
  Dziwna natomiast była kradzież, której dokonała niejaka Anna Falkiewicz, zawodowa żebraczka. Zimą 1927 roku w domu przy ul. Orzeszkowej, w jej rękach, a później torbie znalazła się pstrokatą spódniczka. Jej właścicielem okazał się, ku zaskoczeniu, mężczyzna – Michał Daniłowicz.

Włodzimierz Jarmolik

Płoną i niszczeją zabytki w Białymstoku. Developer i znana spółka medyczna właścicielami działek

Na Bojarach od kilku lat regularnie płoną zabytkowe domy. Scenariusz jest zawsze ten sam. Ogień zostaje zatuszowany przez nieustalonych sprawców, zawsze w nocy. Czasem zdarzają się ofiary śmiertelne, np. bezdomni. Dwie działki, na których wcześniej stały drewniane chatki, które spłonęły są własnością jednego z białostockich developerów. Inny dawny budynek co prawda nie płonie, ale zostaje nagle wykreślony z rejestru budynków zabytkowych. Właścicielem działki jest znana spółka medyczna. Stare Bojary znikają w oczach, a w ich miejsce rosną kolejne bloki i lokale usługowe niczym grzyby po deszczu. 

 

Kolejny pożar na dawnych Bojarach miał miejsce kilka dni temu. Tym razem ogień pojawił się przy ul. Piasta 32. Jest to zabytkowy dom, wybudowany jeszcze w XIX wieku. Stoi on na rogu z ul. Skorupską. Miejski Konserwator Zabytków złożył do prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa. Żeby dostrzec co się w zasadzie stało trzeba spojrzeć na ten fragment miasta trochę szerzej. W otoczeniu domu stoją same bloki – także wybudowane niedawno. Dla osób, które nie interesują się historią trzeba wyjaśnić – dom przy ul. Piasta 32 wyglądał jak jedna z wielu drewnianych ruder, które szpecą miasto. Nikt o to nie dbał. Wszystko dlatego, że kilkanaście lat temu urzędnicy ignorowali apele mieszkańców, by Stare Bojary zostały objęte ścisłą ochroną. Zanim urzędnicy coś postanowili, to inwestorzy zdążyli postawić już sporo bloków. Po uchwaleniu planu zagospodarowania przestrzennego pożary na Bojarach nie ustawały, pojawiały się także kolejne inwestycje. To, co się wydarzyło w ciągu ostatnich kilkunastu lat w tej części miasta, to obraz ignorancji lub celowego sabotażu urzędników.

 

Dom przy ul. Piasta 32

 

Jak wspomnieliśmy na początku – kilka dni temu spłonął dom przy ul. Piasta 32. Wcześniej spłonął dom na sąsiedniej działce – przy Skorupskiej 19. W tym samym otoczeniu odnotowano również pożary na Piasta 19 i Piasta 35. Same numery na pewno nic nie mówią. Dlatego trzeba spojrzeć na mapę Białegostoku. Wszystkie te domy stoją w sąsiedztwie. Uchwalony w 2007 roku miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego na adresach Piasta 19 i 35 dopuszczał budowę bloków wraz z częścią usługową. Właścicielem działki przy Piasta 35 jest jeden z białostockich developerów.

 

Piasta 35. Tu spłonął zabytkowy dom

Wróćmy do 2005 roku. 800 metrów od wyżej wymienionych budynków, przy ul. Chopina, gdzie znajdują się stare domy płonie ten przy adresie z numerem 5. XIX wieczny budynek to pamiątka po dawnych mieszkańcach pracujących w przemyśle włókienniczym. W 2005 roku teren należał do Zarządu Mienia Komunalnego, które nie przejęło się pożarem. Dla tej części dzielnicy nie obowiązywał jeszcze plan zagospodarowania przestrzennego. Urzędnicy przygotowywali takowy, a międzyczasie pojawił się pomysł by całość była parkiem kulturowym. Nagle jednak urzędnicy zaczęli kręcić nosem na takie rozwiązanie. Mijają kolejne miesiące, a planu dalej brak. W tym czasie znikają kolejne stare domy, a lokalna Gazeta Współczesna alarmuje – Stare Bojary odchodzą bezpowrotnie. Między zabytkowe domu wgryzają się koparki deweloperów. Ocalcie Bojary! – proszą włodarzy mieszkańcy. Do 2007 roku developerzy zabudowali blokami ulice Kraszewskiego, Sobieskiego i Starobojarską. Budynki pojawiły się także przy Słonimskiej, a nawet malutkiej i wąskiej Glinianej. Ze starych Bojar pozostały strzępy. W końcu urzędnicy przyjęli nowy plan zagospodarowania przestrzennego. Wydawałoby się, że wraz z nowym planem osiedle będzie chronione. Tak miało być, lecz rzeczywistość okazała się bardziej bolesna.

 

Mamy rok 2008. Stary dom przy ul. Chopina palił się już 3-krotnie. Kilka miesięcy później miasto wystawia działkę na sprzedaż. Plan jest taki, że ewentualny kupiec ma odbudować identyczny dom. Jakież musiało towarzyszyć zdziwienie na twarzach urzędników, gdy okazało się że chętnych na kupno nie ma. Miasto wystawia na sprzedaż ponownie z obniżoną ceną. Ponownie nikt nie chce kupić działki, gdzie trzeba odtworzyć spalony dom. To nie jedyna działka na sprzedaż na Starych Bojarach. W końcu udaje się urzędnikom zachęcić pierwszą osobę do kupienia działki, gdzie nabywca będzie musiał odtworzyć drewniany dom według wzoru. Przy ul. Wróblej 7 nabywca otrzymuje działkę za 151 895 zł. Jest rok 2010. Miasto planuje sprzedać 10 kolejnych działek na Starych Bojarach. W tym ciągle tą z Chopina 3.

 

Działka przy Chopina 3 wciąż stoi pusta

Rok później 13 budynków z osiedla zostaje wykreślona z ewidencji zabytków. Dlaczego? Bo już nie istnieją. Lub utraciły wartość zabytku. Jeden z drewnianych domów został obity… sidingiem. Status zabytku traci również dom z ul. Piasta 17 – czyli sąsiadujący z numerem 19 – spalonym w 2016 zabytku. Międzyczasie miastu udaje się sprzedać kolejne działki, na których pojawią się domy według specjalnego wzornika. Warto przypomnieć, że przy ul. Piasta według nowego planu mogą powstawać także bloki. Tak też się dzieje. W 2011 roku – konserwator wyłącza z ewidencji XIX wieczny dom przy ul. Staszica 21. Na wniosek inwestora, który chce budować w tym miejscu pensjonat. Nagle się okazuje, że w stosunku co do niektórych budynków na Starych Bojarach nie obowiązuje plan – odbudowy domu według wzornika. Dom przy Staszica 21 można byłoby wyremontować, jednak inwestor utrzymuje, że zabytkowi grozi katastrofa budowlana. Na łamach gazet specjaliści mówią, że wystarczyłoby wymienić stropy.

 

Staszica 21. Właścicielem działki jest znana spółka medyczna

 

Pod koniec 2011 roku na Bojarach płonie kolejny dom. Starobojarska 30. Według planu zagospodarowania przestrzennego można na tym terenie budować bloki. Koniec stycznia 2012. Przy ul. Łąkowej (sąsiedstwo Starobojarskiej) pali się kolejny drewniany dom. Kolejny pożar następuje w lutym – tym razem przy ul. Skorupskiej. W kwietniu pożar wybucha przy ul. Wiktorii. Rok 2012 – płonie dom przy ul. Piasta 35. Jak już wspominaliśmy plan zagospodarowania dopuszcza budowanie bloku w tym miejscu. Dziś jeden z deweloperów planuje tam swoją inwestycję. Po tak wielu pożarach drewnianych budynków miasto nagle otwiera oczy i na Starych Bojarach zakłada czujniki dymu i ruchu.

 

Starobojarska 30. Stał tu zabytkowy dom, w którym mieszkał prezydent Białegostoku Bolesław Szymański. Gościł tam nawet  Józef Piłsudski. Obecnie właścicielem jest ten sam developer co działki przy Piasta 35

 

Rok 2013 – jak zawsze pod osłoną nocy płonie drewniany dom. Tym razem przy ul. Glinianej 6/1. Międzyczasie przy ul. Modlińskiej w planach jest budowa budynku o 3 kondygnacjach. Znów się okazało, że zamiast drewnianego domu powstanie coś innego. W kolejnych budynkach, nie tylko na Bojarach pojawiają się kolejne czujniki. Mamy rok 2017. Przy Piasta 19 uporządkowano teren. Sąsiedztwo to nowe budynki, zaś na rogu zostaje jeszcze jeden bardzo ładny, drewniany dom z początku XX wieku. Jego adres to Piasta 21. Gdyby nie on, to byłby całkiem pokaźny kawałek wolnego terenu, gdzie można by było wybudować kolejne bloki, na które pozwala plan zagospodarowania przestrzennego.

 

Piasta 21. Obok duży kawałek działki, gdzie kiedyś spłonął dom. Można tu stawiać bloki.

 

Po drugiej stronie ulicy, przed kilkoma dniami spłonął zabytkowy drewniany dom. Co prawda nie można na tej działce, ani sąsiedniej (też spalonej) budować bloków. Jednak za 5 lat rzeczywistość może wyglądać zupełnie inaczej. Zupełnie jak przy przy ul. Piasta 35 czy Starobojarskiej 30.

 

Skorupska 19. Budynek sąsiedni, który stawał w ogniu podobnie jak ten sprzed kilku dni przy Piasta 32.

Wielki skok

 

   Kasiarz, kasaor, pudlarz, to osobnicy tego samego, przestępczego fachu. Jego najsłynniejszym, acz mocno pechowym przedstawicielem w II Rzeczypospolitej był niewątpliwie Stanisław Cichocki, z zawodu fryzjer, znany  z pierwszych stron gazet jako Szpicbródka. Jego złodziejskie ekipy robiły podkopy pod różne banki Warszawy, Częstochowy czy Łodzi. Przeważnie jednak kończyło się to klapą oraz kilkuletnim pobytem za kratkami.
  Tuż przed II wojną światową swój ostatni wyrok Szpicbródka odsiadywał w więzieniu białostockim. W naszym mieście jego występów nie odnotowano, ale i tak w Białymstoku nie brakowało spryciarzy, którzy przy pomocy bora, raka, bądź palnika acetylenowego próbowali dobrać się do pancernych skarbców, znajdujących się w bankach, urzędach i prywatnych mieszkaniach. Tu spotykał ich często głęboki zawód.
  Szczególnie niepomyślne dla białostockich kasiarzy były kryzysowe lata 30. Ogólna bieda, brak zagranicznych inwestycji, odpływ kapitału z kraju. Kasy pancerne nie były więc przepełnione. Mimo to śmiałków, żeby do nich po kryjomu zajrzeć, kusiły.
  W marcu 1931 roku nocną porą trzech włamywaczy próbowało dobrać się do Banku Właścicieli Nieruchomości przy Rynku Kościuszki 17. Rabusiów spłoszył jednak czujny dozorca. Równie uważny policjant podczas pościgu postrzelił jednego z nich. W śledztwie okazało się, że był on znanym złodziejem, działającym w Białymstoku i w Warszawie. Opryszkom nie udało się nic ukraść – za to uciekając w popłochu, pozostawili w pobliżu banku cały komplet drogich narzędzi do prucia sejfów.
  Z kolei w sierpniu 1924 roku obiektem zainteresowania włamywaczy stała się kasa stojąca spokojnie jak dotąd w mieszkaniu fabrykanta włókienniczego Józefa Złotnikowa przy ul. Polnej 21. Jej właściciel bawił beztrosko na letnisku w Ignatkach. Zaś jego prawdopodobne zasoby skusiły białostockich kasiarzy. Do mieszkania dostali się za pomoc podrobionego klucza, zaś kasę ogniotrwałą rozpruli klasycznymi dla tej operacji środkami – borem i rakiem. Wewnątrz pancernego pudła z gotówki był tylko jeden funt angielski, a poza tym damski zegarek ze złota i skromniutki łańcuszek również z tego samego kruszcu. Trudno tutaj mówić o wielkim sukcesie nieproszonych gości.
  Nie obłowiła się też szajka, która dokonała w styczniu 1935 roku włamu do biura fabryki produktów chemicznych J. Rajskiego przy ul. Białostoczańskiej 6. W rozbitym sejfie znaleźli gotowizny coś około 20 zł bilonem, złotą monetę 7,5 rublową oraz małą, srebrną skarbonkę. Rozczarowani przestępcy zabrali więc swoje złodziejskie przybory i ulotnili się jak niepyszni. Poważniej zapowiadało się włamanie do komunalnej Kasy Oszczędności pow. białostockiego, mieszczącej się przy ul. Sienkiewicza 28.
  Dokonane o typowej dla tego typu robót, w nocy z piątku na sobotę. Złodzieje dostali się przy pomocy sznurowej drabiny na balkon I piętra od podwórza, następnie wyjęli szybę i zabrali się natychmiast do prucia aparatem acetylenowym podręcznej kasy znajdującej się w pierwszym pokoju. Zawiedli się srodze, kasa była całkiem pusta. Następnie przeszli do sąsiedniego pomieszczenia, gdzie znajdował się główny sejf KKO. Ale tutaj nic nie wskórali. Sejf miał specjalną konstrukcję, a nie było już wiele czasu na dokonanie kradzieży. Gdyby pancerz ustąpił, opryszków i tak by czekała niespodzianka. Były w niej bowiem nieznaczne pieniądze, przewidziane do obsługi tylko następnego dnia i to rano. Włamywacze zostawili więc rozbabraną robotę wraz z aparatem, butlami tlenowymi i drabinką sznurową, i dali drapaka.
  Również niewiele straty w 1933 roku po rozpruciu ich sejfów ponieśli Owsiej Welpern, właściciel fabryki waty (Fabryczna 9) i W. i I. Charin, posiadacze fabryki kopert (Jurowiecka 25). I kto by pomyślał coś takiego o kasiarzach, taki nakład sił i środków, a rezultat szkoda gadać!

Włodzimierz Jarmolik

Popularna trasa turystyczna zyska ścieżkę rowerową!

Powstaje 7 kilometrów ścieżki rowerowej na trasie Augustów – Przewieź. To dobra wiadomość dla wszystkich tych, którzy uwielbiają spędzać czas na Pojezierzu Augustowskim, bowiem trasa będzie prowadzić wzdłuż międzynarodowej trasy. 

Dzisiaj jeżeli chcemy dojechać do Przewięzi, to jedyny dojazd prowadzi drogą krajową nr 16. Każdy rowerzysta doskonale wie jak bardzo niebezpiecznie jest jeździć tą trasą, gdyż prowadzi ona do granicy z Litwą. Ruch samochodowy jest na niej spory, a jak wiemy kierowcy bardzo często mają w złym zwyczaju wymijać rower przy samych nogach. Teraz to się zmieni, bowiem ścieżka będzie odseparowana od jezdni, a cykliści będą mogli dojechać bezpieczniej do Przewięzi, gdzie mogą wypocząć lub jechać dalej bezpieczniejszą drogą lokalną, która łączy się z miejscowością Rudawka.

 

Przypomnijmy, że z Mikaszówki wybudowana zostanie dalsza część drogi rowerowej biegnącej wzdłuż Kanału Augustowskiego aż do Grodna! Już dziś by tam pojechać innymi środkami lokomocji niż samochód nie potrzebujemy wizy, a jedynie specjalne zezwolenie z białoruskiego biura turystycznego, dzięki któremu w obwodzie grodzieńskim możemy przebywać 5 dni! 

 

 

Wyrodne matki

 

   Mizeria codziennego życia, bądź inne, równie dramatyczne powody sprawiały, że w okresie międzywojennym niektóre młode dziewczyny pozbywały się swoich, urodzonych dopiero co dzieci.
  Głównym miejscem dokąd trafiały porzucone przez matki bezbronne, najczęściej nieślubne niemowlaki, był miejski zakład opiekuńczo-wychowawczy “Żłobek” przy ul. Dąbrowskiego 2. Ochronka ta przyjmowała wszystkie dzieci bez względu na wyznanie. Niektóre podrzucano w pobliże samego zakładu, inne z kolei znajdowano w różnych rejonach miasta. Były to najczęściej niemowlęta 4 -6-tygodniowe. Oto tylko wybrane przykłady bezradności i braku instynktu opiekuńczego dawnych, młodych kobiet.
  W styczniu 1925 roku w bramie domu przy ul. Kilińskiego 16 dozorca znalazł dziewczynkę mającą około półtora tygodnia. Do lichych pieluszek miała przypiętą kartkę z informacją, że jest to dziecko polskie, nieochrzczone. Niemowlę szybko trafiło do “Żłobka”. Miesiąc później na ul. Pułkowej pod nr 10 lokator tego domu, wracając późno z pracy, natknął się na zawiniątko opatulające też około dwutygodniowego chłopca. Zawiadomiona natychmiast ochronka natychmiast pośpieszyła z interwencją. W tym akurat przypadku, co zdarzało się raczej rzadko, sprawczyni podrzucenia została rozpoznana. Była nią Joanna Burzyńska, lat 22, służąca, pochodząca ze wsi Niewiarowo w gminie Trzcianne. Po wyjściu ze szpitala położniczego nie mając żadnych widoków na pracę, ani kąta do spania, zdecydowała się na ten rozpaczliwy czyn.
  Kilka miesięcy później tegoż 1925 roku, tuż przed północą, na podwórzu przy ul. Nadrzecznej 12, ktoś z domowników usłyszał ciche piski. Szybko odnaleziono tam noworodka. Był przy nim również karteluszek napisany w języku żydowskim o treści: “Opuszczam dziecko dlatego, że jest z nieprawego łoża”. Z kolei na początku 1933 roku w sieni siedziby “Żłobka” podrzucono jednomiesięczną dziewczynkę. Dochodzenie ustaliło, że zrobiła to Maria Kłosowska, mieszkanka Tykocina.
 

   Oprócz ochronki przy ul. Dąbrowskiego podrzutków przyjmował także dom sierot ulokowany przy ul. Jurowieckiej 7. Tutaj również nieszczęśliwe albo wyrodne matki porzucały swoje maleństwa bezpośrednio w korytarzu tego zakładu. Tak było np. w marcu 1924 roku z kilkutygodniowym chłopczykiem. Niemowlaki trafiały tu również z różnych miejsc Białegostoku. W październiku 1933 roku przyniesiono na Jurowiecką kilkutygodniowego oseska, na którego natrafił stróż pilnujący synagogę żydowską przy ul. Bożniaczej.
  Malutkich podrzutków znajdowano niemal wszędzie: pod bramami domów, na korytarzach urzędów, w przychodni kasy chorych, poczekalni dworcowej klasy III, obok kuchni żydowskiej czy katolickiej plebanii. Dzięki litości ludzkiej trafiały one pod właściwą opiekę. Czy młode matki, które pozbywały się z różnych powodów swoich dzieci, były karane? Jeśli udało się ich tożsamość, to tak.
  W 1923 roku aresztowano i skazano na karę więzienia niejaką Aurelię Etinger, która urodziła dziecko w warunkach urągających wszelkim zasadom higieny, a zaraz po porodzie pozostawiła na niechybną śmierć.
  Dziesięć lat później Sąd Okręgowy skazał 20-letnią Julię Płoskowską na sześć miesięcy więzienia. Wyrok był stosunkowo niski, gdyż kilkumiesięczny chłopczyk położony został ostrożnie na samym progu ochronki. Natomiast tak oto wiadomość podał “Dziennik Białostocki” w czerwcu 1933 roku: “Przy ulicy Orzeszkowej 7 w Wilnie znaleziono podrzutka w wieku około 18 miesięcy, którego umieszczono w przytułku”. Jak wykazało policyjne śledztwo, matką dziecka była Judea Wiwerska z Białegostoku. Dzieci pozbywano się, jak widać i z dala od rodzinnego miasta.
  Najtragiczniejsze było jednak to, kiedy niemowlaków znajdowano martwych. Jakże drastycznie brzmiały słowa z gazetowej kroniki kryminalnej – trup dziecka znaleziony przy bramie cmentarnej, w Białce, czy szczególnie ohydne w kloace.

Włodzimierz Jarmolik

Zakaz wycinki w Puszczy podtrzymany. Minister: KE nie rozumie unijnych zasad

Wniosek o kary finansowe dla Polski za wycinki w Puszczy Białowieskiej został podtrzymany przez Komisję Europejską. Został też utrzymany w nocy nakaz zaprzestania wszelkich prac na terenie kompleksu leśnego. Komisja Europejska uważa, że wstępny nakaz wstrzymania wycinki jest konieczny, by chronić cenne gatunki ptaków i siedlisk przyrodniczych, a obecny wyrąb służy wyłącznie celom estetyczno-komercyjnym.

 

Minister środowiska Jan Szyszko uważa zaś, że zarzuty Komisji Europejskiej są bezpodstawne i że instytucja nie rozumie unijnych zasad ochrony środowiska obowiązujących na terenie Natura 2000.

Zenek Martyniuk z zespołu Akcent. Ten człowiek to fenomen

O takiej karierze chyba marzy każdy artysta. Zarówno aktorzy jak i muzycy bardzo często mają swoje 5 minut, a później ich sława przemija. W tym przypadku jest zupełnie odwrotnie. Na czym polega fenomen Zenka, że z roku na rok jest coraz bardziej popularny? W 2017 roku miała miejsce premiera jego książki “Życie to są chwile”, premiera napoju energetycznego “Zenek Energy Drink”, a także skorzystał syn lidera Akcentu – otwierając nową knajpę w centrum Białegostoku (którą już sprzedano komuś innemu). Zenek odtwarzany jest także podczas meczów Jagiellonii, gdy drużyna strzeli gola. Wtedy z głośników leci “przez twe bramki, brameczki strzelone, oszalałem…”. Nie można nie wspomnieć o premierze filmu “Zenek”, w którym można zobaczyć barwną historię z Podlasiem w tle. Naprawdę dobry film! Do obejrzenia tutaj: https://vod.tvp.pl/website/zenek,45547913

 

Kiedy w 2002 roku zniknął z anteny program Disco Relax, a w polskich domach nie przybywało nowych kaset, wydawało się że koniec disco polo jest bliski. Gatunek ten nie miał nigdy dobrej prasy. Ogólnopolskie rozgłośnie radiowe kompletnie ignorowały nowości tego gatunku, a Polacy nucili znane przeboje przeważnie tylko na weselach. Kolejne nuty były dostępne w internecie, lecz wciąż disco polo było gatunkiem niszowym. Nawet zespół Akcent między 2001 a 2016 rokiem nie wydał żadnej płyty!

 

Aż nagle następuje rok 2012. 22 czerwca w serwisie YouTube pojawia się nowy teledysk zespołu Weekend – Ona tańczy dla mnie. Od tego dnia cała branża Disco Polo powinna Radosława Liszewskiego całować po stopach, a hejterzy przeklinać. Boom na nowoczesne, odrodzone disco polo ogarnia całą Polskę. Przyczyniają się do tego także media, a także legendarny już finał Mazury Orlen Grand Slam w Starych Jabłonkach i słynny już taniec plażowych siatkarzy, którzy przy wielkiej publiczności dali prawdziwy popis, co pokazały chyba wszystkie media w kraju.

Zachwytów nad zespołem Weekend nie ma końca. Teraz to oni przejęli pałeczkę, a inni twórcy disco polo mogą mu zazdrościć. W prasie można było przeczytać, że Radosław Liszewski razem z ekipą ma tyle koncertów jednego dnia, że musi latać na nie helikopterem. Rok później na scenę z nowym hitem wraca Zenek. Już w nowoczesnej aranżacji możemy posłuchać “Biorę urlop od Ciebie”, później nowoczesną wersję gigantycznego przeboju “Życie to są chwile”, którą gra wiele klubów w Polsce.

 

Później możemy zachwycać się piosenką “Przez twe oczy zielone”. Popularność Zenka nie maleje. Każdy jego nowy kawałek to hit, który rzuca na kolana. Można je słyszeć w radiu, telewizji, a na YouTube bije kolejne rekordy odsłon. W 2015 roku przezywający na scenie “drugą młodość” Zenek występuje też u Kuby Wojewódzkiego – pokazując, że mimo jest człowiekiem, który osiągnął już szczyt szczytów, to pozostał bardzo skromnym człowiekiem.

 

Kiedy trafił do szpitala z powodu wyrostka, jego stanem zdrowia był zaniepokojony cały kraj. Pod koniec 2015 roku już pełen sił wręcz wywraca do góry nogami całą scenę z kawałkiem “Przekorny los”. Zenka można zobaczyć też w Sylwestra 2016/2017 na TVP. Tam był gwiazdą wieczoru! Wkrótce na rynku pojawia się “Zenek Energy Drink”, a syn wokalisty otwiera swój własny lokal w centrum Białegostoku. Międzyczasie premierę ma książka artysty “Życie to są chwile”, a jej fragmenty można usłyszeć na antenie Polskiego Radia Białystok.

Rok 2020 to premiera Filmu “Zenek”. Wspaniała historia o młodym chłopaku, który marzył o śpiewaniu i został wielką gwiazdą. Wszystko to z Podlasiem w tle. Co ciekawe, w całym filmie usłyszymy tylko jedną piosenkę disco polo… w napisach końcowych. Koronawirus spowodował, że artyści trochę zniknęli z naszego życia. Miejmy nadzieję, że nasz król wróci z jeszcze większym impetem. Nie da się ukryć, że prosto z grobu cały gatunek wyciągnął Radosław Liszewski, ale największy profit całej sytuacji zanotował Zenek Martyniuk, cały czas pozostając bardzo skromnym człowiekiem. Można powiedzieć, że to szok. Wiele osób od tak gigantycznej sławy (i pieniędzy) oszalałoby do reszty. A tymczasem Zenek Martyniuk wraz z żoną mieszkają sobie spokojnie w Grabówce pod Białymstokiem. Po prostu FENOMEN.

Ukształtowany kieszonkowiec

 

   Po I wojnie światowej ciągnęły do Białegostoku całe zastępy złodziei i oszustów, którym w Rosji bolszewickiej po piętach deptali agenci CzK. Z Petersburga wyniósł cało swoją głowę młody, ale ukształtowany kieszonkowiec, Szmul Chajtowicz.
  Był rok 1921. Uciekinier znad Newy otrzymał swój pierwszy wyrok od białostockiego sądu. Tylko dwa miesiące. Niedługo potem przyszła jednak kolejna odsiadka, dwa razy dłuższa. Z kolei w 1924 roku prokurator zażądał dla coraz zuchwalszego doliniarza jednego roku więzienia. Po wyjściu na wolność 22-letni Szmul nie widział już przed sobą innej kariery, jak tylko sięganie do cudzych kieszeni. W celi nasłuchał się wiele o sztuczkach stosowanych przez warszawskich worów i postanowił niektóre z nich włączyć do swego repertuaru.
  Na początek dokonał pewnych zmian w swoim dosyć pospolitym wyglądzie, który jednak już dobrze znali policjanci z miejskich komisariatów. Zwłaszcza zaś cywilni wywiadowcy z Ekspozytury Urzędu Śledczego. U chanajkowskiej paserki nabył przyzwoity, choć kradziony garnitur i buty lakierki, dopasował do tego okulary w eleganckiej oprawie, nawet zdecydował się na noszenie na przemian laski i czarnego parasola. Tak odmieniony zaczął uczęszczać do banków, kin i na poczty, które stały się teraz miejscem jego podstawowej działalności.
  Szczególną sympatią Szmula Chajtowicza cieszył się białostocki oddział Banku Polskiego, mieszczący się przy ul. Warszawskiej pod numerem 14. W odstępach kilkudniowych, ażeby nie wzbudzić podejrzeń woźnych bankowych, zjawiał się przed kasami i przyglądał się klientom, a raczej banknotom, które podejmowali. Gdy dostrzegł odpowiedni dla siebie obiekt, nie spuszczał już z niego oka. Dopiero kiedy zorientował się, gdzie jego przyszła ofiara chowa pieniądze, przystępował do misternej operacji kieszonkowej.
  Jeżeli złodziejaszkowi nie udało się dopaść swojego klienta bezpośrednio w banku czy też w drzwiach wyjściowych, podczas umyślnie spowodowanego, sztucznego tłoku, szedł wówczas za nim na ulicę i tam, wykorzystując jedną ze swoich licznych sztuczek, starał się dobrać do jego kieszeni. Ulubionym trikiem cwanego młodzieńca było rzucanie się w objęcia swojej ofierze, niby przypadkowo spotkanemu znajomemu sprzed lat.
  Oczywiście, po wyjaśnieniu pomyłki następowały serdeczne przeprosiny i szybkie ulotnienie się z wyciągniętymi zręcznie portfelem. Tak było w przypadku Berka Brochowskiego z ul. Mazowieckiej. Oprócz 20 dolarów i 200 złotych stracił on również przy okazji zegarek z amerykańskiego złota. U pracującego intensywnie doliniarza dobra passa nie trwa nigdy zbyt długo. Kolejna zasypa spotkała również i Szmula Chajtowicza. 10 czerwca 1926 roku okradł on w swoim ulubionym Banku Polskim przy Warszawskiej mieszkankę Łap – Bejlę Adelską. Ta jednak dobrze zapamiętała kręcącego się wokół niej osobnika i zgłaszając stratę 25 dolarów, podała w sekretariacie EUS dokładny jego rysopis.
  Idąc tym tropem po niecałych dwóch tygodniach wywiadowca Marian Czernik zatrzymał przed Bankiem Polskim mężczyznę odpowiadającego opisowi poszkodowanej łapianki. Był to oczywiście Szmul Chajtowicz. Co prawda początkowo twierdził, że nazywa się Boruch Rabinowicz, jednak gdy odnaleziono w archiwum EUS jego dossier, niechętnie przyznał się do swoich prawdziwych personaliów. Kradzieży jednak wypierał się do końca.
  Aby zejść z oczu białostockim glinom postanowił Szmul Chajtowicz na jakiś czas zmienić klimat i przewietrzyć się na prowincji. W okolicznych małych miasteczkach podlaskich i mazowieckich nagminnie odbywały się rozmaite jarmarki i targi, a także kościelne odpusty – po prostu raj dla wydrwigroszy.  Doświadczony kieszonkowiec ze stolicy województwa doskonale sobie radził wśród odświętnie odzianych włościan. Noga powinęła mu się dopiero w kwietniu 1927 roku na jarmarku w Goniądzu. Kilka miesięcy później, jako niepoprawny złodziej – recydywista, został Szmul Chajtowicz skazany na trzy lata więzienia. Jak na doliniarza był to wyrok całkiem

Włodzimierz Jarmolik

Historia pewnego zegara

 

   Cały ambaras z białostockimi zegarami rozpoczął się w październiku 1938 roku. A stało się to za przyczyną zegara zamontowanego wówczas na wieży kościoła ewangelickiego przy ulicy Warszawskiej. Zegar ten był na wskroś nowoczesny. Miał elektryczny napęd. Stał się wnet tematem krążącej po Białymstoku plotki. Powiadano, że to wcale nie zegar, ale szpiegowska radiostacja służąca do informowania niemieckiego wywiadu.  Pogłoska ta padała na podatny grunt przygotowany przez ówczesnego pastora ewangelickiej gminy, Benno Kreatera. Jego antypolskie nastawienie znane było w całym mieście i nie przysparzało mu zwolenników.
  Ale wracajmy do zegarów. W styczniu 1939 roku władze miejskie stwierdziły, że gdyby za Branickiego była elektryczność, to hetman z pewnością zamówiłby taki sam zegar, jaki ufundowali sobie ewangelicy. Był bowiem Branicki czuły na wszelkie nowości. Znane było jego polecenie, gdy w 1724 roku kazał kupić sobie w Warszawie odpowiedni czasomierz, “bo niepodobna być bez zegarka”. Elektryczności nie było w XVIII wieku, ale gości zjeżdżających do białostockiego pałacu witał zegar na bramie. Niestety psuł się często.
  W 1739 roku Branicki do jego kolejnej naprawy wezwał pewnego warszawskiego ślusarza. W 1749 roku przygotowując się do budowy nowej bramy wjazdowej zamówił hetman, tym razem u białostockiego majstra, nowy zegar. W Gdańsku zaś polecił odlać do niego dwa dzwony. Jeden wybijał godziny, a drugi dzielące je kwadranse.
  Kolejny białostocki zegar, pochodzący zapewne też z fundacji Branickiego, znajdował się na wieży parafialnego kościoła. Do dziś, pod hełmem ją przykrywającym widoczne są zamurowane okrągłe otwory. To w nich niegdyś umieszczone były cyferblaty.
  W 1790 roku i ten zegar zaczął szwankować. Władająca wówczas Białymstokiem Izabela Branicka wezwała na pomoc zegarmistrza warszawskiego, niejakiego Krukowskiego. Następny białostocki zegar pojawił się na ratuszowej wieży. W 1868 roku wykonał go “uczony zegarmistrz Trop”.
  To już były inne czasy. Nie trzeba było sprowadzać mędrków z Warszawy. Już bowiem w 1850 roku na Wasilkowskiej, wkrótce przemianowanej na Mikołajewską, czyli na Sienkiewicza, tuż przed mostem nad Białą, otworzył zakład zegarmistrzowski Baraks. To on pierwszy uzyskał w Białymstoku koncesję na sprzedaż słynnych szwajcarskich Omeg. Po nim swoje zakłady otworzyli Gotlib i Łapszyc. Sklep Łapszyca znajdował się przy ulicy Niemieckiej (Kilińskiego) w kamienicy Leona Zabłudowskiego.
 

   Gotlib oprócz zegarków w swoim magazynie przy Lipowej, naprzeciw cerkwi, sprzedawał maszyny do szycia. Ba, był oficjalnym przedstawicielem wybornej firmy Singer. Był też pionierem w prowadzeniu salonu rowerowego. To właśnie od warsztatu mechanicznego Gotliba zaczęła swoją historię późniejsza fabryka Przyrządów i Uchwytów.
  W sumie w ostatnim dziesięcioleciu XIX wieku w Białymstoku działało 5 zegarmistrzów. Żaden jednak nie miał smykałki do antyków. Tak więc do starego pałacowego zegara w latach 1880-1900 władze Instytutu Panien Szlacheckich, który mieścił się w pałacu, wzywały zegarmistrza z Grodna. Jego syn, po latach, gdy sprawa zegarów miejskich zainteresowała wszystkich, w 1937 roku opowiadał, że ojciec na dzwonach zamawianych do bramy widział datę – 1727. Nikt tego nie mógł już sprawdzić, bo dzwony w 1915 roku zarekwirowali Rosjanie i tyle je widziano. Zniknął też zegar z kościelnej wieży.Przypuszczalnie popsuty, został zdemontowany około 1900 roku gdy rozpoczęła się budowa neogotyckiej fary.
  W dobrej kondycji trwał natomiast ratuszowy zegar. W 1916 roku okupujący Białystok Niemcy odwrócili nawet proporcje tej nazwy. To już nie był ratuszowy zegar, tylko zegarowy ratusz, a raczej zegarowa wieża – Uhr Thurm.
  Tykały więc sobie te białostockie zegary, aż do tego wspomnianego stycznia 1939 roku. Magistrat postanowił wyrzucić zabytkowy mechanizm i zastąpić go nowym. W budżecie miejskim przewidziano na tę inwestycję 8 tysięcy złotych. Postanowiono przeprowadzić też “dokładne wyremontowanie zegara na wieży ratuszowej”.
  Zniweczyła wszystkie te plany historia, która miała się już wkrótce wydarzyć. Zegar “uczonego Tropa” zniknął wraz z ratuszem w 1940 roku za sprawą Sowietów. Znikł również zegar, sprawca całego zamieszania, z wieży kościoła św. Wojciecha. Elektrycznego napędu nie zastosowano też na pałacowej bramie. Dzięki temu zachowała nam się pamiątka po hetmanie, co to uważał, że bez zegarka żyć niepodobna.

Andrzej Lechowski

Pajęczarz z bielizną pod pachą

 

   Pajęczarstwo w przestępczym światku nie było zajęciem zbyt prestiżowym ani też zyskownym. Cóż można było wynieść ze strychu. Tłumok suszącego się tam prania. Ale i takich złodziei w międzywojennym Białymstoku nie brakowało. Głównymi narzędziami pajęczarza podczas roboty były – tak jak w przypadku rasowego włamywacza – wytrychy do otwierania zamków oraz zgrabny rympałek, mały łom, ażeby wyrwać nim skobel z kłódką. Nieodzowny był także worek na łupy.
  W pierwszej połowie lat 20-tych minionego wieku dużą sławą w fachu pajęczarskim cieszył się dwudziestolatek Josel Zalmanowicz, zwany Sałatą.Był to młodzian szczególnie ambitny, a o jego licznych, strychowych wyczynach krążyły barwne opowieści, nie tylko na ulicy Cygańskiej, gdzie mieszkał, ale i w całych Chanajkach. Ta historia wydarzyła się wiosną 1923 roku.
  Łupem Joska Sałaty padła bielizna wartości 500 tys. marek wyniesiona ze strychu przy ul. Sienkiewicza. Było to jeszcze przed reformą Grabskiego, kiedy pół miliona kosztowało kilka podkoszulków i męskich gaci. Trofeum nie było więc zbyt obfite.  Za to właściciel skradzionej bielizny, niejaki Perl, okazał się człowiekiem zarozumiałym i nieostrożnym. Ogłosił on wszem i wobec, że pajęczarze pierwszy i ostatni raz dobrali się do jego strychu, który od tej pory chroniony będzie przez specjalne patentowe zabezpieczenie. Wieść o tym buńczucznym oświadczeniu szybko dotarła do Sałaty – złodziej postanowił podjąć wezwanie.
  Kilka miesięcy czekał na odpowiedni moment. Wreszcie, w pewną lipcową noc, gdy cały Białystok spał spokojnie przy otwartych oknach, złożył wizytę w domu pana Perla. Nazajutrz ten samochwała rwał sobie włosy z głowy. Mniejsza o stracony kosz świeżo upranych prześcieradeł i nawleczek, honor perlowy doznał poważnego uszczerbku, a to za sprawą kartki wetkniętej w otwór “antyzłodziejskiego” zamka. Według reportera “Dziennika Białostockiego” zawierała ona krótki wierszyk następującej treści:
  “Nasz połów jasno poucza, że kiedy złodziej nie cherla, nie ma dlań zamka ni klucza, nawet na zamku pana Perla”.  W tamtejszych czasach złodzieje mieli poczucie humoru.
  Kolejna, krótka odsiadka spotkała Joska Zelmanowicza w 1924 roku. Wyprawił się on pewnego, kwietniowego przedświtu na strych domu przy ul. Sosnowej 18. Swoją bieliznę stracił wówczas Mojżesz Guz, tamtejszy sublokator. Złodziejskiej wyprawie towarzyszyła Sałacie jego pomocnica Estra Bekowska z tejże Sosnowej. Właśnie ona, handlując później skradzionymi klamotami wpadła na Rynku Siennym w ręce agenta EUS i chcąc czy też nie chcąc zasypała wspólnika.
 

   Trzeba powiedzieć, że w tym czasie właśnie kobiety chętnie brały się do, jak to mówiono, wyrabiania pająków. Oto na przykład w lutym 1923 roku niejaka Janina Karpińska z dwoma wspólnikami oporządziła strych M. Wajera przy ul. Nowy Świat 28. Wartość skradzionej bielizny wyceniono na 800 tys. marek. Choć sprawców policja schwytała, cały, mokry jeszcze majdan przepadł bezpowrotnie. Z kolei dwa miesiące później na gorącym uczynku wpadła na strychu pani Sobieszczańskiej (Słonimska 37) nieletnia Katarzyna Kudriawcewa. Kiedy ją przesłuchiwano w biurze Ekspozytury US, z rozbrajającą niewinnością stwierdziła, że dlatego weszła na wspomniany stryszek, ponieważ drzwi do niego były uchylone.
  Sam Josek Zelmanowicz po wyjściu z więzienia postanowił sobie na razie odpuścić mieszczańskie poddasze. Zabrał się za bardziej bezpieczną, jak się wydawało, paserkę. Oficjalnie pracował jako tragarz, zaś po kryjomu pod nowym adresem zamieszkania – Stolarska 1, prowadził skup i sprzedaż rzeczy znalezionych przez złodziei. Wpadł w 1926 roku, kiedy to od notorycznej szpryngówki (kradzież z przedpokoju) Sury Szpiro nabył dwa lichtarze za 20 złotych, choć wiedział, że do niedawna były one własnością Tauby Edelsztejn. Sąd ocenił ten zakup na jeden rok więzienia.
  W latach trzydziestych Josel Zelmanowicz był znany w okolicach Rynku Siennego ze swoich nożowych rozpraw. Raz jego krajali, innym razem on szybciej posunął finką. Z jego powodu w marcu 1936 roku do szpitala św. Rocha trafił Oszer Gurwicz z ul. Marmurowej. Ponieważ rana była lekka, Sałata wywinął się od kratek.

Włodzimierz Jarmolik

Białystok okiem rapera z Częstochowy. Zobacz niezwykły film

1 free 1 miasto – tak nazywa się projekt muzyczny rapera z Częstochowy – Miksera, który w jego ramach przyjechał także do Białegostoku. Na filmie jego oczami możemy zobaczyć stolicę województwa Podlaskiego zupełnie inaczej niż dotychczas. Dla tych, którzy tu mieszkają, ulica Lipowa to ulica Lipowa, dla Miksera zaś przypomina ona częstochowskie Aleje. Oczywiście raper zauważył też specyficzny akcent u mieszkańców Białegostoku. Na filmie jest też odrobina historii. Twórca wspomina o Ludwiku Zamenhofie oraz o tramwajach konnych, jakie jeździły po Białymstoku na początku XX wieku.  

 

Cały projekt polega na tym, że Miser przyjeżdża do danego miasta, zwiedza je, rozmawia z mieszkańcami, a dla niektórych uprawia freestyle – czyli rapuje to co przyjdzie mu do głowy w aktualnej chwili. Wystarczą 3 losowe słowa od publiczności, głośnik i jazda… Obejrzyjcie sami. Pół godzinny film pokazuje nasze miasto okiem kogoś, kto tu nie mieszka, ale też pokazuje naszych mieszkańców – młodzież, która niekiedy nie jest świadoma, że właśnie jest ambasadorem tego miasta i to jak się zachowuje – wpływa na wizerunek całej społeczności. Dlatego na filmie momentami możemy usłyszeć wulgaryzmy i wrzucanie niedopałka do rzeki – na co zwraca uwagę sam Mikser.

Złodziejaszki ze stolycy i okolycy

 

   W listopadzie 1927 roku bawili krótko w Białymstoku Jankiel Rozenberg i Chil Rozen, fachowcy – włamywacze z miasta Łodzi. Odwiedzili zakład fryzjerski Zelmana Jezierskiego przy Rynku Kościuszki 3. Ale nie mieli zamiaru tam się strzyc. Białostocki mistrz grzebienia i nożyczek stracił narzędzie pracy warte co najmniej 600 zł. Dwaj złodzieje zostali ujęci dopiero po kilkunastu miesiącach w stolicy, przy daleko idącej współpracy policji białostockiej i warszawskiej. Skradzione rzeczy, a przynajmniej ich część, odnalazły się w sklepiku pasera z ul. Krochmalnej, Abrama Krauzego. W kwietniu 1929 roku przed Sądem Okręgowym w Białymstoku odbyła się gruntowna rozprawa z Rozenbergiem i Rozenem. Zatwardziali kryminaliści zostali skazani na 4 i 4,5 roku więzienia. Kara została im jednak zmniejszona o jedną trzecią na mocy ustawy amnestyjnej.
  Gościnne występy w przedwojennym Białymstoku w wykonaniu złodziejaszków z innych miast, takie jak ten przedstawiony powyżej, były normą. O takich zdarzeniach czytało się w miejscowej prasie niemal co kilka dni.  Do Białegostoku przybywali przestępcy o różnych specjalnościach, od zręcznych kieszonkowców poczynając, a na kasiarzach – rutyniarzach kończąc. Pochodzili oni przede wszystkim z Warszawy i Wilna. Pomocne było tutaj dogodne połączenie kolejowe. Po Białymstoku grasowali też opryszki z Grodna, Łodzi a nawet odległego bardzo Lwowa, który miał swoją słynną szkołę kradzieży. Wielu z nich szybkie i udane roboty uchodziły na sucho, choć policjanci z Ekspozytury Urzędu Śledczego robili, co tylko mogli, ażeby schwytać sprawców.
 

   Szczególnie niegościnnie zachował się w 1925 roku Judel Szmurkiewicz, zawodowy złodziej z Warszawy, który niemal na oczach wszystkich klientów Banku Polskiego przy ul. Warszawskiej ściągnął sprzed okienka kasjerskiego 17 tysięcy złotych w grubych banknotach. Schwytano go dużo później, a sąd wlepił mu cztery lata pobytu w zakratowanym odosobnieniu.
  Na początku 1928 roku pojawiła się w Białymstoku silna ekipa włamywaczy z Wilna. Byli w niej główny spec od mieszkaniowych zamków, Icek Szmulewicz, gość od ochrony Feliks Skoryński, używający też innych nazwisk, jak Nowak, Sakowicz czy Wille, no i wywiadowczyni grupy – Basia Galperowicz. Skwapliwie obrobili kilka mieszkań. Ostatnie należało do Konstantego Masyglińskiego. Trafili tam fantów na ponad dwa tysiące złotych. Kiedy chcieli już wyjechać z dworca do swojego rodzinnego miasta, zwinęła ich policja.
  Z kolei zupełnie nieudany występ na bruku białostockim zanotowali w styczniu 1932 roku goście z Warszawy – Stanisław Bartoszewicz i Hieronim Stryjewski, bezrobotni złodzieje stołeczni. Kiedy o godzinie 3 minut 25 po północy wygruzili się z pociągu pośpiesznego relacji Warszawa – Wilno, policjanci z komisariatu dworcowego od razu wzięli ich na celownik. Jak się okazało podczas drobiazgowej rewizji, bagaż zatrzymanych zawierał: duży tasak kuchenny, latarki elektryczne, wytrychy (francuskie) do otwierania wszystkich zamków, żyletki do przecinania kieszeni w specjalnych drewnianych oprawkach i inne złodziejskie akcesoria. Zawiadomiony o zatrzymanych osobnikach Warszawski Urząd Śledczy pogratulował kolegom z Białegostoku dużego sukcesu.
 

   Kryzys początku lat trzydziestych sprawił, że warszawska, złodziejska ferajna bardzo często przybywała w gości do Białegostoku. Próbowali tutaj poczęstunku, ale jakoś go nie skonsumowali tacy gwiazdorzy od złodziejskiej fuchy, jak: Jan Kuryłowicz, znany w całej II Rzeczypospolitej kasiarz, włamywacze Szmul Eksztejn i Milek Toplicki, a zwłaszcza wyjątkowo pechowy klawisznik Marian Szymanowski. Pracował on intensywnie przez kilka miesięcy 1933 roku w naszym mieście. Kradł przede wszystkim biżuterię i futra. Miał on na nie zamówienie od warszawskich paserów. Straty ponieśli wówczas m. in. mieszkańcy domów przy ul. Monopolowej i Wojskowej. Wpadł bardzo głupio. Podczas okazania policjantowi fałszywej legitymacji. Szybko został rozpoznany. Rok więzienia to był i tak dla niego duży prezent.
  Żeby było sprawiedliwie, białostoccy złodzieje jeździli w gości do Warszawy i Wilna, ale nie wiodło się im tam najlepiej.

Włodzimierz Jarmolik

7 miejsc, których nie możesz przegapić w Podlaskiem

Od południa na północ. Tak można podróżować po Podlasiu, a następnie po Suwalszczyźnie, by nie ominęły nas najciekawsze miejsca w województwie Podlaskim. Nieprzypadkowo przyjeżdżają dla nich ludzie z całej Polski i nie przypadkowo właśnie one najczęściej są pokazywane w telewizji. Warto dodać, że miejsc wartych odwiedzenia na Podlasiu jest dużo, dużo więcej, ale przedstawimy te najpopularniejsze z perspektywy przyjezdnych.

 

Wybrane przez nas miejsca będziemy prezentować od południa, na północ:

Grabarka

Miejsce wyjątkowo mistyczne. Katolicy mają Jasną Górę w Częstochowie, a prawosławni Górę Grabarkę. W dniu Przemienienia Pańskiego okolice Siemiatycz przeżywają oblężenie.

 

Najstarsze dzieje góry pokryte są mgłą tajemnicy. W XIII w. okoliczne lasy stanowiły idealne miejsce schronienia. Takiego zdania byli też mnisi z mielnickiego zakonu, ukrywając się przed tatarami. Szczególną ochroną objęli ikonę Spasa Izbawnika. Zapiski historyczne mówią, że przed nią modlił się sam książę Rusi Halickiej, Daniel. Duchowni ikonę ukryli prawdopodobnie właśnie na grabarce. Ze względu na patrona ikony, do dziś istnieje stwierdzenie, że ”jedziemy na Spasa”.

 

Według wyliczeń na górze obecnie spotkamy ponad 10 tys. krzyży. Każdy z nich to inna intencja, ale też podziękowanie za otrzymane łaski. Co ciekawe raczej nie odnajdziemy dwóch podobnych krzyży. Wzrok oczywiście przyciągają te najbardziej masywne, niekiedy metalowe. Coraz częściej można na nich przeczytać imię właściciela i jego prośbę skierowaną do Boga. Na krzyżach odnajdziemy też napisy ”Spasi i Sochrani” co oznacza ”Zbaw i zachowaj”.

 

Dlatego wybierając się na Grabarkę, weźmy ze sobą krzyż i zostawmy go tam ze swoją intencją. Na Grabarce znajduje się także cudowne źródełko.

Białowieża

Dużo popularnością w regionie cieszy się Hajnówka i przylegająca do niej Białowieża – siedziba najstarszego Parku Narodowego w Polsce. Historię okolicy poznamy w czasie wycieczki kolejką wąskotorową. Po drodze spotkać można samego króla puszczy – Żubra. O bogactwie natury przekonamy się jedynie wędrując podmokłą ścieżką o nazwie ”Kładka Żubra”. Trasa, która liczy sobie niecałe 5 km ma swój koniec w rezerwacie pokazowym.

 

W samej siedzibie BPN możemy zwiedzić Dworek Gubernatora. Jest to najstarszy budynek w polskiej części Puszczy Białowieskiej. Wybudowano go w 1845 r. Od lat tłumnie odwiedzany jest przez turystów.

 

Szeptucha w Orli

Gdy medycyna konwencjonalna zawodzi, wizyta u szeptuchy może okazać się ostatnią deską ratunku. Taka uzdrowicielka przyjmuje także w Orli. Każdy mieszkaniec wsi bez trudu wskaże drogę do poszukiwanego domostwa. Nie każdy jednak może być przyjęty. Kobiety wyczuwają kto jest godny pomocy. Spoglądają więc prosto w duszę i serce człowieka. Swoich usług nie wyceniają zbyt wysoko. Zwykle biorą ”co łaska”. Dlatego też mimo wielu klientów żyją w skromnych warunkach.

 

Do szeptuchy przyjeżdżają klienci z różnymi schorzeniami. Osoba, która pragnie zostać wyleczona, musi być wpierw oczyszczona ze złej energii. Wielkie spustoszenie sieją uroki. Nie trzeba być wielkim czarownikiem aby kogoś przekląć. Niektórzy nawet nieświadomie mogą doprowadzić do czyjegoś nieszczęścia. Słowa i myśli mają bowiem wielką siłę. Uważa się, że wielu ludzi nie wie o tym, że wisi nad nimi klątwa. Jej zdejmowanie jest bardzo trudne i wymaga czasu.

Usuwanie złej energii dla osoby przypatrującej się z boku może wydawać się czymś strasznym. Każdy z nas odznacza się inną wrażliwością. Niektórzy w czasie procesu oczyszczenia wpadają w trans. Trzęsie się cale ciało. Może przypominać to atak padaczki. Są też osoby, które przy odganianiu złych mocy nie reagują w żaden sposób. Osoby zdrowe także mogą pojechać do Orli. Jest to wspaniała wieś, gdzie ludzie mówią “po svojomu” czyli mieszanką polskiego, białoruskiego i rosyjskiego. Nawet na znakach drogowych informacje są w dwóch językach. Warto to zobaczyć na własne oczy.

Magiczny Supraśl

To tutaj były kręcone “U Pana Boga w ogródku” i “U Pana Boga za miedzą” – filmy Jacka Bromskiego, tutaj także kręcono “Blondynkę” – popularny serial TVP. Supraśl przyciąga ludzi także babką ziemniaczaną i kartaczami. W miasteczku jest także prawosławny monastyr oraz Muzeum Ikon. Jest także wspaniałe miejsce – bulwary, gdzie można odpocząć od codziennych trosk. W weekend droga wojewódzka 676 prowadząca z Białegostoku do Supraśla jest zakorkowana. Wcześniej z powodu nadmiaru chętnych na spędzenie czasu w Supraślu, teraz z powodu remontu – gdyż droga jest poszerzana. W Supraślu warto także zobaczyć wspaniałe rzeźby na terenie Liceum Plastycznego oraz sam Pałach Bucholtzów.

 

 

Kruszyniany

Słowo Pierekaczewnik zostało chyba odmienione przez wszystkie przypadki we wszystkich telewizjach. Tak się stało, gdy TVP i TVN odkryły, że w Polsce istnieją Tatarzy i mieszkają na Podlasiu. Oprócz swojej pięknej, drewnianej zabytkowej świątyni – Tatarzy w Kruszynianach mają również swoją naprawdę dobrą kuchnię! Takiego jedzenia nie dostaniecie gdzie indziej. Kruszyniany to mała wioseczka, jednak jeżeli chcemy poznać wielokulturowość Podlasia, to nie możemy jej ominąć.

Kanał Augustowski

Kanał Augustowski biegnie przez Polskę, ale także Białoruś. Możemy na przykład kajakiem płynąć przez kolejne jeziora, które wspólnym kanałem właśnie są połączone. Największą atrakcją jest wpłynięcie do środka, trzymanie się kurczowo łańcuchów i oczekiwanie aż w kanał osiągnie pożądany poziom wody. Konstrukcję można obserwować także od góry. Dobry punkt widokowy jest na przykład w Paniewie. Tam śluza jest podwójna!

Klasztor w Wigrach

Ostatni punkt na mapie to Klasztor w Wigrach, którego początki datuje się na XVII wiek. Z wieży kościoła możemy podziwiać przepiękne widoki na jezioro Wigry. Dodatkowo możemy przejśc się przez cały kompleks budynków i podziwiać wspaniałą architekturę.

 

 

Wall Street na kocich łbach

  
   W 1920 roku powstała w Białymstoku nielegalna czarna giełda. Nikt jednak z jej działalnością się nie krył.  Białostocka Wall Street ulokowała się w popularnej cukierni Karola Metza, przy Sienkiewicza 4. Ruszała codziennie o godzinie 19.  Już w 1912 roku na dziewięć istniejących w mieście kantorów bankierskich aż siedem znajdowało się właśnie na Sienkiewicza.   Najlepszą renomą cieszył się kantor Markusa i Perlisa. Niewiele ustępowały mu kantory Samuela Goldberga i Józefa Knyszyńskiego.  Ale kantory to dobre były za cara. Rubel stał mocno to i można było z niego żyć. W 1920 roku wszystko się zmieniło. Marka, która była wówczas polską walutą, nie była stabilna. Ten kto nie czuł praw ekonomii, rano mógł być milionerem aby wieczorem stać się bankrutem. Niewtajemniczeni w proceder goście cukierni przyglądali się zdumieni obserwując kilkudziesięciu mężczyzn, którzy “stali w miejscu i krzyczeli jednym głosem”. Postulowano, aby ukrócić te spekulacyjne praktyki.  Ale praw rynku walutowego nie da się stłumić ot tak sobie. Przeto białostocka Wall Street vel Sienkiewicza funkcjonowała w najlepsze.
  Pretendowała też ta ulica do miana jednego z cudów świata, zazdroszcząc antycznej sławy wiszącym ogrodom Semiramidy. Oszałamiających ogrodów przy Sienkiewicza nie było, ale za to był wiszący most.
  Oczywiście chodziło o most nad Białą. Po dżdżystej jesieni 1922 roku jego przyczółki zostały podmyte. Sam most stał więc na palach wbitych w dno rzeki, a pomiędzy nim a brzegami były pokaźne dziury. Taki most na środku rzeki, nawet tak niepozornych rozmiarów jak nasza, to żaden most, acz mógłby uchodzić za lokalną ciekawostkę. Magistraccy technicy postanowili połączyć go jednak ze stałym lądem. Uczynili to jednak na tyle nieporadnie, że deski przybite do jezdni mostu znalazły się ponad poziomem ulicy. Dzięki temu, jak żartowano sobie w mieście, z mostu zrobiono trampolinę.  Złośliwcy twierdzili, że “magistrat dbały o splendor miasta, celowo toleruje tę osobliwość w stylu babilońskim, aby odróżnić Wielki Białystok od różnych niewielkich Kozich Wólek i Baranich Rogów”.
  Miała też Sienkiewicza aspiracje do konkurowania z paryskimi Champs Elysees. Jeszcze na początku XX wieku dużym wysiłkiem władz miejskich, niewielki fragment Sienkiewicza, za jej skrzyżowaniem z Ogrodową, przebudowano tworząc w tym miejscu wielkomiejski bulwar. Robił naprawdę dobre wrażenie. Jezdnie rozdzielał szeroki trotuar, okolony barierami. Wzdłuż nich rosły starannie przycinane drzewka, stały proste ławki. Przez kilka lat było to modne, ulubione przez białostoczan miejsce spacerów. Niestety czas nie obszedł się z tym przeniesionym nad Białą paryskim sznytem dobrze.
  W połowie 1926 roku stan tej reprezentacyjnej promenady był opłakany. Pisano, że “cała prawa strona jezdni począwszy od Ogrodowej, a skończywszy przed torem dworca poleskiego przedstawia obraz nieprzebytych wprost przestrzeni. Karkołomne wyboje, bajury występujące na chodniki, zalewające podczas ulewy całe przestrzenie, kamień na kamieniu i goły szkielet toru tramwajowego, robią wrażenie terenu po groźnym trzęsieniu ziemi”. Magistrat dostrzegał fatalny stan było nie było jednej z najważniejszych ulic w mieście. Postanowił więc działać. Zadziwieni przechodnie obserwowali jak po owych bajurach telepały się fury wypełnione kamieniami brukarskimi. Jechały one w kierunku placu na rogu Sienkiewicza i Traugutta. Po kilku tygodniach w miejscu tym wyrosła ogromna pryzma “kocich łbów” i w tym momencie wszelkie prace ustały. Białystok aż kipiał od plotek. Zastanawiano się komu opłacało się zebrać wszystkie kamienie z całego powiatu i przywieść je na Sienkiewicza.
  Wkrótce okazało się, że w miejskiej kasie po zakupie kamieni zabrakło już pieniędzy na jego ułożenie. Krytyka skierowana pod adresem władz była druzgocąca. Co praktyczniejsi twierdzili, że zamiast planować nierealne inwestycje trzeba może zrobić mniej kosztowną naprawę powybijanych bruków. Dyskusja trwała, a tu zbliżała się kolejna słotna jesień, a bajury jak były tak były.

Andrzej Lechowski

Nadchodzi niebezpieczny okres na podlaskich drogach

Najbliższe miesiące na podlaskich drogach będą bardziej niebezpieczne. Może dochodzić dużo częściej do wypadków z udziałem dzikich zwierząt, które przemieszczają się po zmierzchu. Ten następować będzie coraz szybciej, a na drogach po pracy i szkole panuje wzmożony ruch. Dlatego kierowcy podróżujący drogą krajową nr 65 od Granicy z Białorusią niemal do samego Białegostoku powinni uważać, gdyż droga otoczona jest Puszczą Knyszyńską. Tak samo na drodze wojewódzkiej 676 z Krynek do Supraśla.

 

Zagrożeni mogą być również Ci kierowcy, którzy po zmierzchu będą dojeżdżać do Michałowa przez Żednię. W powiecie hajnowskim należy uważać jadąc z Hajnówki do Białowieży, ale też z Hajnówki do Narwi bądź Narewki. Choć w tym pierwszym przypadku możemy napotkać żubry, które będą raczej niedaleko drogi, jednak należy zachować ostrożność. 

 

Kierowcy podróżujący z Białegostoku do Grajewa powinni uważać w okolicach Goniądza. To bardzo niebezpieczne miejsce. Na dzikie zwierzęta natrafić też możemy jadąc przez Lipsk do Augustowa. Należy też uważać na drodze Augustów – Suwałki – jeżeli wybierzemy starą drogę. Zwierzęta z jakimi możemy się zderzyć w podlaskich lasach to przede wszystkim łosie, jelenie i sarny. Warto uważać też na niepozorne zające, które nie zniszczą samochodu, ale mogą urwać na przykład chłodnicę.

 

Jeżeli przed nami ani za nami nie ma żadnych samochodów możemy co raz użyć klaksonu, by spłoszyć ewentualną zwierzynę. Lepiej zapobiegać takim wypadkom, bo zderzenie choćby z łosiem może być dla nas śmiertelne. Nawet jeżeli ujdziemy z życiem, to z samochodu raczej nic nie zostanie.

 

na zdjęciu samochód po zderzeniu z łosiem / fot. warmińsko-mazurska policja

Kradzież i sąd honorowy

 

   Herszon Zelikowicz zaprosił na spotkanie biznesowe Dawida Taszmana i Borysa Frenkla. Po wyjściu gości gospodarz ze zdumieniem stwierdził, że z kasetki na etażerce zniknął 100-dolarowy banknot. O kradzież oskarżył Frenkla. Ten urażony niesłusznym posądzeniem wezwał Zelikowicza na sąd honorowy. I Zelikowicz został skazany.
  Na Częstochowskiej, pod jedynką mieszkał Herszon Zelikowicz. Zajmował się interesami w branży naftowej oraz prowadził przedsiębiorstwo komunikacji autobusowej. Pod koniec września 1925 r. Zelikowicz zaprosił do siebie na biznesoe spotkanie Dawida Taszmana i Borysa Frenkla. Taszman też od wielu lat działał w branży naftowej. Jego sukcesem było uzyskanie koncesji Galicyjskiego Towarzystwa Naftowego “Galicja”. Zajmował się również handlem smołą. Miał też fabryczkę “ręcznego wyrobu smarów”. Borys Frenkiel był zaś ex fabrykantem. Tuż przed wybuchem wojny przy Białostoczańskiej (Włókiennicza) uruchomił niewielką mechaniczną przędzalnię wełny. Zatrudniał w niej 20 robotników.
  Jeszcze w pierwszych latach powojennych fabryczka jako tako funkcjonowała, ale pierwsza dekoniunktura była dla niej zabójcza. Frenkel zamknął ją i zaczął rozglądać się za jakimś zajęciem. Herbatka u Zelikowicza przebiegała w miłej atmosferze. Po wyjściu gości gospodarz, z przyzwyczajenia zajrzał do kasetki na etażerce i ze zdumieniem stwierdził, że zniknął z niej 100-dolarowy banknot. Z grona podejrzanych gości wyeliminował Taszmana, który opływał w dostatki i na 100 dolarów by się nie połasił. Co innego Frenkiel. Dla niego to była gratka.  Zelikowicz z domu. Wiedział, że Frenkiel lubi przesiadywać w popularnej cukierni Karola Metza przy Sienkiewicza 4.
  I rzeczywiście. Przez witrynę zobaczył jak Frenkiel rozsiadł się przy stoliku, zamówił herbatę i zaczął przeglądać gazety. Nie tracąc ani chwili pognał więc na Warszawską 6, do Ekspozytury Urzędu Śledczego. Tymczasem nieświadom niczego Frenkiel dokończył herbatę, odwiesił gazetę na wieszak i wyszedł z cukierni. Na to tylko czekał Zelikowicz z agentem.
  Policjant dyskretnie podszedł do Frenkla, ujął go pod łokieć i cicho, aby uniknąć skandalu, na ulicy “zaprosił go do Ekspozytury”. Zdumiony ex fabrykant dał się bez przeszkód zaprowadzić na Warszawską. Cały czas, w pewnym oddaleniu, podążał za nimi Zelikowicz. Na Warszawskiej w biurze Ekspozytury “dokonano ścisłej rewizji osobistej przy czem Frenkla rozebrano do stroju adamowego”.
  Jednak 100 dolarów nie odnaleziono. Zelikowicz nie ustępował, twierdził że złodziejem jest Frenkiel. Przepychanki trwały do północy. W końcu śledczy zrezygnowali i zwolnili podejrzanego do domu. Następnego dnia o skandalicznym postępku Zelikowicza wiedział już cały Białystok. Oburzenie było wielkie. Niesłusznie oskarżony “cieszył się bowiem opinią nieskazitelną”. Opowiadając sobie tę historię w kawiarniach, zadawano pytania czy banknot naprawdę zginął. W tej sytuacji Frenklowi nie pozostało nic innego niż wezwać Zelikowicza na sąd honorowy.
  Niefortunny oskarżyciel na wieść o tym czym prędzej wydał stosowne oświadczenie. Stwierdzał w nim, że Taszmana i Frenkla wcale do siebie nie zapraszał, tylko oni sami odwiedzili go “z własnej inicjatywy we własnym interesie”. 100-dolarówkę miał, i leżała w kasetce, a po wyjściu gości już nie.
  Na koniec listu przechodził do kwestii najdelikatniejszej. Pal licho te 100 dolarów gdy “cała ta historia jest dla mnie nad wyraz przykrą, że w wyżej opisanym stanie rzeczy uważałem za swój obowiązek zameldować władzom policyjnym o wypadku, że winy doznanej przez p. F. przykrości nie mogę brać na siebie, że jednak skoro pośrednio do tej przykrości przyczyniłem się, gotów jestem p. F. przeprosić, równocześnie zaś wyrażam swój żal z powodu powyższego zajścia”.
  Mimo tego pojednawczego gestu w październiku 1925 r. zabrał się sąd honorowy. Uznał, że czyn Zelikowicza zasługuje na “najwyższej miary potępienie”. Wyrok był srogi. Zelikowicz musi przeprosić Frenkla. Zostaje skazany na 3 dni aresztu domowego. Oraz ma “przejąć na siebie miesięczny koszt utrzymania jednego dziecka w ochronce przy Jurowieckiej”. I na koniec sąd zażądał od obydwóch panów “nawiązania tych samych stosunków koleżeńskich i zupełnego zapomnienia tej przykrej sprawy”. To i po przeczytaniu też proszę o niej zapomnieć!

Andrzej Lechowski

Skandaliczny proceder! Polscy myśliwi zabijają wilki oraz żubry!

W Puszczy Białowieskiej od dłuższego czasu mamy do czynienia ze skandalicznym procederem. Od wielu lat, z niemałym trudem odtwarza się w naszym kraju zagrożone populacje żubra i wilka. Tymczasem jest grupa osób, która niweczy te starania. Bowiem Puszcza Białowieska, gdzie żyją zarówno wilki jak i żubry, znajduje się w dwóch krajach – Polsce i Białorusi. U naszych sąsiadów taka ochrona zwierząt niestety nie istnieje, co skrzętnie wykorzystują polscy myśliwi. Organizują wyprawy, by kilka kilometrów od polskiej granicy zabijać chronione zwierzęta.

Tak wygląda  przykładowe ogłoszenie:

 
Sprzedam polowanie na Wilki
 
 
W cenie polowania jest 
 
3 dni polowania 
4 dni zakwaterowanie z pełnym wyżywieniem 
Transport w łowisku 
Podprowadzający 1:1 
Pełna dokumentacja pozwolenia- licencje 
Odstrzał 1 Wilka 
Pilot 
 
 
Cena: 1950 zł.

 

Tego typu ogłoszenia pojawiają się w internecie dosyć często, zachęcając to raz do wyprawy na zabijanie żubrów lub wilków. 

 

Do normalnych myśliwych mamy stosunek ambiwalentny, bo są kimś w rodzaju kata. Jeżeli wyrok zapada na dzika czy jelenia, bo populacja jest zbyt duża, to muszą po gospodarsku zmniejszyć liczebność w postaci najczęściej chorych i starych jednostek. Tutaj, na Białorusi, mimo że legalnie to myśliwi zabijają tylko i wyłącznie dla przyjemności, co nie tylko negatywnie wpływa na powoli odradzające się w Polsce zagrożone gatunki wilka i żubra, ale też na postrzeganie samych myśliwych, którzy w Polsce są widziany wyłącznie poprzez negatywne zachowania.

 

Oczywiście irytujący jest fakt, że zabite zwierze traktuje się jak trofeum, ale istnienie myśliwych jest wypadkową błędu, który kiedyś spowodował człowiek. W Polsce jest za mało wilków, bo tylko 900. Za taki stan rzeczy odpowiadają ludzie, którzy masowo zabijali je ze strachu. A te zwierzę nie zjada ludzi tylko właśnie poluje w lesie na jednostki stare i chore tym samym eliminując je z natury, pozbawiając tym samym myśliwych roboty.

 

Ze strzelaniem do wilka i żubra w białoruskiej części Puszczy jest trochę jak z aborcją czy paleniem marihuany. U nas nie można, a u sąsiadów jednych czy drugich jak najbardziej. Ukarać myśliwych nie można, na edukację już też za późno. Jedynym i najbardziej skutecznym ciosem byłoby odebranie takim osobom broni. Jednak Polski Związek Łowiecki to bardzo hermetyczne środowisko i reakcji na to, co się dzieje od lat raczej spodziewać się nie można.

Nielegalny hazard

 

   Gra w trzy karty była prosta. Wystarczyło wskazać tę właściwą spośród trzech stachlowanych przez ulicznego krupiera na prymitywnym stoliku. Stawka sto za sto robiła wrażenie. Oczywiście na frajerach. W międzywojennym Białymstoku kasyna pod chmurką działały intensywnie, bez względu na usilne starania sił policyjnych, ażeby udaremnić ten proceder. Zawodowi kanciarze zawsze znajdowali dla siebie naiwne audytorium z kilkoma złotymi do wyłudzenia. Na potrzeby oszustów pracowali liczni naganiacze, pozoranci wygrywający duże pieniądze, a także wyrostki ostrzegający przed zbliżającą się gliną. Najwięcej lotnych szulerek było oczywiście w pobliżu Rynku Siennego i Rybnego, zwłaszcza w dni targowe.
  Przenośne stoliki z trzema kartami, kostkami czy naparstkami mnożyły się na ulicach miasta i jego podwórzach, zwłaszcza wtedy, gdy pracujący białostoczanie otrzymywali wypłatę. Niektórzy z nich szli od razu na wódkę, inni zaś chcieli spróbować swojego szczęścia w nielegalnej loterii, ruletce czy kartach. Pomysł był to raczej lichy. Do domu, gdzie czekała żona i głodne niekiedy dzieci, docierały najczęściej resztki miesięcznego zarobku. Panoramę hazardowych zakątków reprezentował przede wszystkim placyk przy ul. Nadrzecznej 1, obok niezbyt miło pachnącej rzeczki Białej. Tutaj zwykle zatrzymywał się przyjezdny cyrk lub kręciły się karuzele lunaparku. Miejscem tym zawiadywali zarówno szulerzy białostoccy, jak też i przyjezdni.
 

   Latem 1937 r. niejaki Josel Zakin, łokietnik, który za tysiąc rzutów na swoim warsztackim krośnie zarabiał 8 – 9 groszy, przegrał w ciągu kilku minut 20 zł. Wręcz się rozpłakał. Oddajcie moje pieniądze – krzyczał – oszusty jedne! Bez skutku. Nieczuły szuler karciany nie chciał mu zwrócić nawet złotówki. Ponieważ pora była późna, hałasy z Nadrzecznej zwabiły policję. Kanciarze czmychnęli, zaś pan Zakin został zapisany do protokołu za zakłócanie spokoju publicznego.
  Pryncypialne ulice Białegostoku, takie jak Rynek Kościuszki, Lipowa czy Sienkiewicza także nie mogły pozbyć się amatorów szybkiego hazardu. Tutaj królowały zwłaszcza naparstki i trzy kostki. Ta ostatnia gierka była równie prosta jak trzy karty. Potrzebna do niej była tylko 9-polowa plansza z wypisanymi cyframi i przebicie postawionej stawki. Po pierwszych, szczęśliwych rzutach, kolejna ofiara hazardowych emocji zwykle przegrywała wszystko. Taki los spotkał m. in. jesienią 1934 r. Zygfryda Hosażewskiego z Łap. Postawił on parokrotnie, ostrożnie, dwa złote przy stoliku na Rynku Kościuszki. Na dobry początek wygrał 15 zł. Na końcu zaś stracił, według zeznania na policji, 147 zł i 57 gr.
  Oszuści prowadzący nielegalny biznes zostali zatrzymani. 34-letni Stanisław Borusewicz i 29-letni jego pomagier Edward Budkiewicz starali się wyjaśniać przed sądem grodzkim, że mają zezwolenia na prowadzenie ulicznych gier liczbowych. Ciekawe, że również inni, licznie prowadzący uliczne loterie i gry planszowe, także używali tego argumentu. Nigdy nie udało się jednak ustalić, który to urzędnik magistracki miał je wystawić.
  Pora roku i kapryśna niekiedy aura nie pozwalały często na hazard na świeżym powietrzu. Trzeba było szukać zacisznych zakątków. Późną jesienią 1935 r. , jak ujawnił “Dziennik Białostocki”, pewien rzemieślnik z Nowego Jorku założył w swoim warsztacie całodobową karciarnię. W końcu jego żona, która nie widziała od dawna męża na oczy, udała się na komisariat. Bank został rozbity, ale przez policję.

Włodzimierz Jarmolik

Zobaczyć wilka. Nocna wyprawa do Puszczy Knyszyńskiej to prawdziwa przygoda!

Za dnia piękny, barwny – szczególnie jesienią i działający uspokajająco. Nocą zaś bardzo jednolity, czarny i wzbudzający strach. Mowa tu niemal każdym lesie. Jeżeli człowiek czegoś dobrze nie widzi, to wyobraźnia mu pomaga ukazać resztę. To prawdopodobnie dlatego tak bardzo boimy się chodzić nocą do lasu. Żeby poczuć na własnej skórze jak to jest, postanowiliśmy spędzić noc w Puszczy Knyszyńskiej. To jak sobie wszystko wyobrażaliśmy, a jak się okazało – ostatecznie bardzo nas zaskoczyło.

 

Początkowy cel był zupełnie inny. Pełnia księżyca i bezchmurne niebo było doskonałą okazję by obserwować zamieszkujące Puszczę Knyszyńską wilki. Niestety tak dobra pogoda spowodowała, że myśliwi rozochocili się na strzelanie do dzików i pozajmowali wszystkie ambony. Dlatego musieliśmy zmienić plany i na punkt obserwacyjny wybraliśmy wieżę widokową na Wyżarach. Żeby tam się jednak dostać trzeba było najpierw przejść bagiennym terenem około 1,5 km. (jest kładka i luźno położone deski).

 

Na miejscu pojawiliśmy się około północy. Pełny i wielki księżyc oświetlał zbiornik wodny i okolicę tak dobrze, że nie było potrzebne żadne oświetlenie. Widok można było porównać do tego, jaki możemy zastać godzinę przed świtem. Kiedy weszliśmy do lasu już tak jasno nie było. Uruchomiliśmy latarki i przemierzaliśmy leśną drogą, następnie kładką w stronę wieży. Po drodze najedliśmy się sporo strachu… jednak było to spowodowane działalnością człowieka. Po drodze znajduje się galeria rzeźb drewnianych. Wystająca z ziemi wielka ręka, a także leżąca postać – w nocy przypominająca zwłoki jelenia naprawdę spowodowała, że chcieliśmy uciekać. Na szczęście zimna krew i przyjrzenie się odkryciu z bliska trochę nas uspokoiło.

 

Później trzeba było iść bagnistym terenem, na którym leżały luźno deski. Jeden fałszywy krok i można było utopić buta. Później jeszcze kawałek drogą leśną i w końcu udało się dotrzeć do wieży z widokiem na polanę. Na miejscu rozłożyliśmy karimaty, śpiwory i wyczekiwaliśmy tego co się będzie działo na polanie. Mijały kolejne godziny, a na polanie… nic się nie działo. Nie wyszło żadne zwierzę. Nie ich słychać nawet z oddali. A w pobliżu mieszkają żubry, jelenie i wilki. No cóż, mieliśmy tego dnia pecha.

 

Kiedy tak mijały kolejne godziny w lesie, cały czas panowała wręcz przeszywająca, głucha cisza, przerywana hukiem silników, przelatujących wysoko samolotów. Wyprawa obserwacyjna do lasu to zajęcie dla osób bardzo cierpliwych. Przede wszystkim żeby zwierzęta nas nie wyczuły musimy być maksymalnie ubrani, minimalizować wydzielanie zapachów, trzeba też się ukryć i w zasadzie nie ruszać. Niestety i to nie zawsze to pomaga.

 

Jednak takie wyprawy w nocy do lasu kształtują charakter, bo dzięki nim możemy przełamywać kolejne bariery wewnętrznego strachu, który nakazuje nam siedzieć w domu i nie narażać się na niebezpieczeństwa świata zewnętrznego.

 

Samobójstwo dentystki

 

   Doskonale płatnym zajęciem był zawód dentysty. Pod koniec XIX wieku w Białymstoku praktykowało zaledwie sześciu stomatologów, a właśnie wtedy miasto dobijało do liczby 100 tysięcy mieszkańców. Wychodził więc prosty rachunek: jeden dentysta przypadał na blisko 17 tysięcy białostoczan.  Tamte lata miały swoje gwiazdy stomatologii. Byli to: Abram i Szarlota Jossemowie, Lew i Maria Makowscy, Cezary Mauermeister, Markus Abramski, Lew Miński, Dawid Natanson i Szymon Cytryn.
  Gdy wybuchła wojna, białostoccy stomatolodzy nieoczekiwanie stali się strategicznym elementem. Oto 14 stycznia 1916 r. nadburmistrz Białegostoku Lehman zarządził, że “wykonane z platyny i spławów platyny wszystkie stare sztuczne zęby pojedyncze, jak również całe nieużywane szczęki powinny być oddane jednemu z tutejszych dentystów dla sprzedaży. Dentyści zakupy te robią na rzecz stacji surowych materiałów, służących wojnie. Płaci się za gram platyny 4,5 mk., a za sztuczny ząb 25-35 fenigów. Nie oddane zapasy do 25 kwietnia 1916 r. zostają skonfiskowane. Oprócz tego uznana będzie kara pieniężna do 3000 marek lub kara więzienia do 6 miesięcy”. Na stomatologów padł blady strach. Co robić – oddawać zęby, czy też nie? Jeszcze bardziej hiobowe wieści krążyły po Białymstoku. Ewentualni pacjenci zastanawiali się czym też będą gryźli wielkanocne potrawy jak tu zęby skonfiskowali. Ale wkrótce wojna się skończyła i można było spokojnie żyć dalej.
  Krokiem milowym w białostockiej stomatologii było wprowadzenie w 1924 r. dentystów do szkół. Zawdzięczano to dr. Witoldowi Bajenkiewiczowi, ordynatorowi miejskiego szpitala. W tym samym roku miało w Białymstoku tragiczne wydarzenie, które lotem błyskawicy obiegło całe miasto.
 

   Przy ulicy Pięknej, pod dziewiątką, mieszkała młoda, 35 letnia, niezamężna dentystka Leja Rabinowicz. Pod koniec lutego tegoż roku zmarł jej ojciec Aron Rabinowicz. Leja mocno związana z ojcem, w sobotę 1 marca “w porywie nieutulonego żalu i rozpaczy zażyła trucizny i w kilkanaście minut zakończyła życie”. Przybita podwójnym nieszczęściem rodzina nie powiadomiła o tym dramacie władz, tylko w niedzielę, 2 marca “fakt samobójstwa zachowała w tajemnicy i dokonała pogrzebu zwłok desperatki”.
  Jednak nie udało się ukryć przyczyny śmierci dentystki. O wszystkim dowiedziała się policja, która zarządziła ekshumację. Opinia publiczna była po stronie Rabinowiczów. Uważano, że “w zgangrenowanych moralnie czasach powojennych, w dobie skrajnego materializmu ogólnego zaniku obyczajności, kiedy zewsząd słyszy się jeno o najwyuzdańszych występkach wstrząsających zbrodniach”, tak poruszający przykład miłości córki do ojca powinien zostać uszanowany.
  Tymczasem w mieście koniunktura stomatologiczna trwała w najlepsze. W 1932 r. praktykowało w Białymstoku 57 dentystów. Na jednego lekarza przypadało więc już tylko około 1700 potencjalnych pacjentów. Przez 40 lat udało się zmniejszyć ten współczynnik dziesięciokrotnie! Z tej stomatologicznej statystyki wynikało jeszcze i to, że w 1897 roku na 6 lekarzy 5 było Żydami. W 1913 r. na 22 nadal tylko jeden był chrześcijaninem, a w 1932 r. lekarzy żydowskich było 46.
   Najlepszymi dla stomatologii ulicami były przez te wszystkie lata Lipowa i Sienkiewicza. W 1897 r. połowa gabinetów była przy Lipowej. W 1913 r. nieznacznie na czoło wysunęła się Sienkiewicza z 7 gabinetami, a przy Lipowej było ich 6. W 1932 r. był sprawiedliwy remis – po 10 gabinetów na jednej i drugiej ulicy. A z nestorów, którzy przeżyli i pamiętali te wszystkie daty, adresy, cyfry pozostali już jedynie Markus Abramski i Szymon Cytryn. Obaj praktykowali jeszcze w 1938 r.

Andrzej Lechowski 

Pyskówka, nóż i połamane krzesła

 

   Powodów, żeby pokłócić się, było w międzywojennym Białymstoku bardzo dużo. Szczególnie kłótliwi okazywali się tragarze, dorożkarze i furmani, wstawieni żołnierze na przepustce, no i uliczni miłośnicy wszelkiej rozróby.Często takie awantury rozgrywały się wewnątrz małych sklepików, restauracyjek bądź piwiarni.
  Był marzec roku 1923. W buzie macedońskiej przy ul. Sienkiewicza pewien obywatel o inicjałach S. K. poprosił o szklankę wody. Gdy przyszło do płacenia, właściciel pijalnego przybytku zażyczył sobie 500 marek. Dla spragnionego mieszczucha cena ta wydała się zbyt wygórowana. Gospodarz obrzucił go wyzwiskami, ten nie był dłużny. Sprawa trafiła do sądu grodzkiego.
  Dziewięć lat później, również w buzie, ale tym razem przy ul. Piłsudskiego 16, której właścicielem był Temel Stajonowicz, odbyła się bardziej poważna awantura. Otóż, jak zeznał on później na policji, w jego interesie pojawiło się pewnego wieczoru sześciu nieznanych mu osobników. Rozsiedli się przy stole i zamówili chłodny napój i chałwę. Zachowywali się hałaśliwie i nieakuratnie. Wkrótce cały stół był mokry od buzy. Właściciel zwrócił więc im delikatnie uwagę. Wtedy owi chuligani rozbili mu gablotkę z ciastkami, rozpadła się również na kawałki szyba wystawowa. O zapłaceniu rachunku nie było mowy. Sprawcy szybko się ulotnili. Przechodnie będący w pobliżu buzy zatrzymali jednego z nich. Był to Icek Meller, jak się później okazało w sądzie, ordynarny tragarz z dworca kolejowego, mający już na swoim koncie podobne wybryki.
  Jeszcze groźniej miała się sprawa w lutym 1933 r. w piwiarni Józefa Pleskacza przy Sienkiewicza 80. Czterej podpici mężczyźni, którzy doń wstąpili, zażądali kwasu i przekąsek. Kiedy przyszło do płacenia okazało się, że żaden z nich nie ma pieniędzy. Rozpoczęła się więc najpierw pyskówka, a później całkiem poważna awantura. Niewypłacalni klienci zabrali się do tłuczenia zastawy i łamania krzeseł. Nawet sprowadzony migiem policjant nie potrafił opanować sytuacji. Wezwał posiłki i dopiero wtedy obezwładniono krewkich młodzieńców. Okazali się nimi bracia Zalewscy oraz Z. Gęślicki i A. Sokołowski. Zwłaszcza ten ostatni był znanym na bruku białostockim zabijaką i notorycznym bywalcem komisariatów i aresztu miejskiego.
  Szczególnie groźne były jednak awantury, w których za główny argument służył sprężynowiec lub nóż fiński. Odbywały się one w miejscach publicznych, jak i mieszkaniach prywatnych. Kiedy dochodziło do porachunków pomiędzy mieszkańcami białostockich przedmieść, były one szczególnie krwawe.
  W 1925 r. walczyły ze sobą Marczuk z Wysokim Stoczkiem. Były to zarówno porachunki osobiste, jak też dbanie o honor własnej dzielnicy. Ot choćby 11 czerwca, Stanisław Sawicki i Wacław Kuźniel natknęli się przypadkowo na Adolfa Rypsemona. Od słów doszło do czynów. Dwóch na jednego. Pokłuty nożami Rypsemon trafił do szpitala św. Rocha, jego prześladowców zatrzymała wkrótce policja.
  Z kolei w 1926 r. przed sądem okręgowym stanął Antoni Chańko, który już wcześniej trzykrotnie dostąpił tego wątpliwego zaszczytu. Powód: na zabawie w domu przy ul. Mickiewicza 12 zranił ciężko nożem Zygmunta Ozorowskiego. Tłumaczył się niepoczytalnością alkoholową. Sąd ocenił jego wyczyn na miesiąc aresztu.
  W lutym 1932 r. na Rynku Kościuszki, tuż obok ratusza, doszło do bójki dwóch grupek furmanów. W ruch poszły noże. W czasie kryzysu ekonomicznego walka z konkurencją szła na ostre. Na ziemi został jeden z wozaków, Szmul Szmierkie. Przywieziony do szpitala żydowskiego, zmarł, nie odzyskawszy przytomności.

Włodzimierz Jarmolik

Piękne miejsce w Puszczy Knyszyńskiej. Jest kłopot z dojazdem

Zbiornik Wyżary to jedno z ciekawszych miejsc w Puszczy Knyszyńskiej. Na miejscu znajduje się urokliwy zbiornik wodny w środku lasu, przy którym można na przykład grillować przy specjalnie wybudowanej wiacie. Jest jednak pewno ale… Do zbiornika oficjalnie nie można dojechać samochodem, gdyż jazda po lesie jest zabroniona. Zaś od miejsca postojowego (miejscowości Radunin) do Wyżar jest prawie 3 km! Wyobrażacie sobie marsz z grillem na takiej odległości, a potem powrót? Nawet bez grilla przejście 6 km w dwie strony może być kłopotliwe na przykład dla rodzin z dziećmi. Warto dodać, że tylko do samego zbiornika trzeba iść 3 km, zaś do kolejnej atrakcji kładki na bagnach (na zdj.) jest jeszcze kolejny kilometr. Mniej więcej tyle samo do wieży widokowej. Zatem jeżeli chcielibyśmy zwiedzić miejsce kompleksowo, to piechotą musimy przejść 10 km! Nie jest to bardzo dużo, ale taka odległość mocno ogranicza – bo potrzeba dużo więcej czasu na cały wyjazd. Tylko z Białegostoku do Radunina jest 25 km.

 

Sprawa została ostatnio poruszona przez Nadleśnictwo Waliły Lasów Państwowych. Na ich facebookowej stronie czytamy: Drodzy turyści, grzybiarze, fotografowie, spacerowicze i wszyscy odwiedzający Nadleśnictwo Waliły! Kto z Was był dziś na Wyżarach? Przyjechaliście na rowerze czy może zrobiliście sobie spacer? Serdecznie informujemy, że wbrew temu co podpowiadają nam rozliczne mapy i gpsy NIE MA TAKIEJ DROGI, którą moglibyśmy dojechać samochodem do zbiornika Wyżary nie łamiąc przy tym przepisów. Niezależnie od tego czy na drodze stoi zakaz, szlaban, czy jest otwarta NA KAŻDEJ DRODZE LEŚNEJ obowiązuje zakaz poruszania się pojazdami silnikowymi. Prosimy serdecznie o pozostawienie samochodu przed wjazdem do lasu i zapraszamy na spacer lub podróż rowerem. Przybywacie nad zbiornik Wyżary po spokój i ciszę i niech tak pozostanie! Wszyscy zgadzamy się co do tego, że jest to unikatowe miejsce! Nie zniszczmy tego!

 

Trudno winić leśników za taki stan rzeczy, przepisy dotyczą wszystkich lasów tak samo. Jednak władze gminy Gródek (teren administracyjny Wyżar) mogłyby zmienić ten stan rzeczy ustanawiając na 3 km odcinku ruch lokalny. Weźmy też pod uwagę fakt, że zakaz został pominięty chociażby podczas organizacji Dnia Dziecka na Wyżarach przez apelujących o nie wjeżdżanie samochodami do lasu. W czerwcu pojawiły się przy zbiorniku różne samochody. O co oczywiście nie mamy pretensji, jednak widać jak na dłoni, że zakazu wjazdu na Wyżary być nie powinno.

 

Puszcza Knyszyńska to fantastyczne miejsce, a ochrona przyrody jest bardzo ważna, ale nie oszukujmy się małe ustępstwa powinny być dopuszczalne, szczególnie że na Wyżarach i tak samochody można spotkać. Więc niewiele by się zmieniło.

Złodziejska plaga

 

   Międzywojenny Białystok, ze swoimi licznymi kramami i sklepami był polem do popisu dla złodziei – miejscowych i przyjezdnych. Do Białegostoku na gościnne występy chętnie udawali się szopenfeldziarze z Wilna i Grodna. Wstępowali przede wszystkim do sklepów z materiałami i gotowymi ubraniami. Tutaj było najłatwiej zbajerować ekspedientkę, no i trafić jakiś kupon droższej tkaniny, modną spódnicę lub sweter.
  Jesienią 1926 r. przybyła do Białegostoku znad Willi parka doświadczonych szopenfeldziarek: 30-letnia Fryda Kapłan i o 10 lat młodsza Sonia Lewin. W ciągu dnia kobiety obeszły szereg sklepów. Największy łup trafił im się u tekstylarza Jakuba Łoszczyńskiego przy Rynku Kościuszki 6. Jak później ocenił właściciel na posterunku policji, strata wyniosła 350 zł. Zdobycz wilniczanek udało się jednak odzyskać. Miała je na przechowaniu paserka Rywka Segeł z ulicy Surażskiej 12.
  Lepiej obłowił się Józef Zuzel z Grodna, który w listopadzie 1926 r. zawitał do składu sukiennego kupca Margolisa przy Sienkiewicza 15. Korzystając z nieuwagi właściciela skradł 12-metrowy kupon materiału o wartości 500 zł. Uciekał z nim tak nieostrożnie, że na ul. Zamenhofa wpadł w ręce czujnego policjanta. Margolis, którego nagminnie okradali szopenfeldziarze, tym razem odzyskał swoją stratę.
  Wczesną wiosną 1935 r. zawitała z kolei do Białegostoku solidna ekipa specjalistów od podbierania ze sklepowej lady i półek, m.in. Boruch Gittis z Łodzi i małżeństwo Symche i Chai Segałów z Wilna. A pomagała im w robocie miejscowa “sklepikarka” Fryda Dukat z ul. Wersalskiej. W ciągu tygodnia ofiarami złodziei padło kilkanaście sklepów z manufakturą.  Wśród nich był oczywiście nieszczęsny Margolis z Sienkiewicza, a poza tym Ch. Kaszniewski (Rynek Kościuszki 15), Rafałowska (Giełdowa 2) czy też Sznajder (Kupiecka 5). Tym razem jednak policja i sąd grodzki stanęły na wysokości zadania. Złodzieje zainkasowali od 1 do 2 lat pobytu za kratkami. Nie tylko tekstylia leżały w kręgu zainteresowań złodziejaszków sklepowych.
 

   Handlowcom ginęły także buty, papierosy, wyroby cukiernicze. Korzystając z tłoku szopenfeldziarze, a przy okazji i doliniarze sięgali po rzeczy cenniejsze, jak choćby złote zegarki, papierośnice czy nawet pieniądze. I tak w czerwcu 1922 r. w sklepie tytoniowym przy ul. Sienkiewicza, jakiś porządnie odziany młodzian zażyczył sobie 5 pudełek drogich papierosów. Eleganckie palto położył na stole, obok kasetki z pieniędzmi. Gdy wyszedł, właściciel trafiki zobaczył tylko puste miejsce po swoim utargu.
  Innym sposobem na dokonanie przestępstwa było zdobycie zaufania właściciela stojącego za ladą. Wystarczyło zaproponować sprzedaż za niską cenę pakunku herbaty, pudełka z pończochami czy kilku nielegalnych zapalniczek. Kiedy kupiec wychodził na zaplecze z trefnym towarem, klienci znikali, a z nim wszystko to, co można było zagarnąć ze sklepu w parę minut.

Włodzimierz Jarmolik

Młodzi z Podlaskiego zginęli w USA. Ciał Doroty i Łukasza nigdy nie znaleziono

Byli młodzi, mieli plany i całe życie przed sobą. Podlasianie, którzy zginęli w ataku na World Trade Center.

 

Wiele ich łączyło: byli Polakami, pochodzili z Podlasia, pracowali w tym samym budynku na sąsiadujących ze sobą piętrach; młodzi, ambitni, zdolni. Mieli swoje marzenia i plany na przyszłość. Niestety, nie mogli ich zrealizować przez ludzi, którzy bez skrupułów pozbawili życia bezbronnych. Po tych wspaniałych osobach pozostały rodzinom, przyjaciołom i znajomym pamiątki materialne oraz pamięć przywołująca wspomnienia ze wspólnie spędzonych chwil. Pamięć, dzięki której Dorota i Łukasz są wciąż żywi.

 

Dorota Kopiczko urodziła się 1 czerwca 1975 roku w Augustowie. W dniu śmierci miała 26 lat. Do USA przyleciała wraz z rodzicami jako licealistka. Szkołę ukończyła z wyróżnieniem. Maturę zdała jako jedna z dziesięciu najlepszych uczennic. Na studiach radziła sobie bardzo dobrze, otrzymywała stypendium. Zatrudnienie znalazła jako księgowa w korporacji Marsh & McLennan na setnym piętrze północnej wieży WTC. Długowłosa blondynka, lubiana w towarzystwie, otwarta wobec innych, pomocna i sympatyczna. Była świetna z przedmiotów ścisłych oraz posiadała talent plastyczny. Za swoje prace malarskie i rysunkowe zdobywała nagrody.

 

Ambitna dziewczyna chciała zostać biegłym księgowym, dlatego zapisała się na kurs dający uprawnienia, mimo że kosztował 10 tysięcy dolarów. Wytrwale dążyła do swoich celów, szybko awansowała i podróżowała służbowo za granicę. Marzyła, aby w przyszłości posiadać willę i dobry samochód. 11 września miała zostać w domu z powodu przeziębienia, jednak postanowiła choć na chwilę wstąpić do biura po dokumenty i dowiedzieć się, co słychać, ponieważ poprzedniego dnia miała wolne. Z pracy już nie wróciła. Jej ciała nigdy nie odnaleziono. Po Polce zostały dwie nadpalone karty kredytowe, które jej matka dostała od policji. W Nutley, miejscu zamieszkania, jest upamiętniona w trzech miejscach: przy wjeździe do osiedla, obok urzędu miasta i w jednej ze szkół. Na cmentarzu w Augustowie ma symboliczny grób.

 

Druga ofiara to urodzony 13 listopada 1979 roku w Suwałkach Łukasz Tomasz Milewski, miał wówczas 22 lata. Studiował w Białymstoku marketing i zarządzanie. Do Stanów Zjednoczonych przybył w lipcu 2001 roku, by odwiedzić rodziców i podjąć wakacyjną pracę. Chciał zarobić na studia. Pracował jako asystent managera w kafeterii prowadzonej przez Forte Food Service dla Cantor Fitzgerald na 101. piętrze. Był miłym, wesołym i przyjacielskim chłopcem. Interesował się historią Nowego Jorku, w przyszłości chciał zostać maklerem giełdowym. Podczas pobytu za oceanem wysłał swojej babci pocztówkę przedstawiającą nowojorskie wieże. Na północnym budynku zaznaczył piętro, gdzie znajdowało się jego miejsce pracy. Widokówka po stracie wnuka stała się dla niej relikwią.

 

Do Polski planował wrócić 26 września przed rozpoczęciem nowego roku akademickiego. Miał już kupiony bilet powrotny. W kraju czekał jego pies Max, który zdechł niedługo po zamachu. Ciała suwalczanina także nie znaleziono. W listopadzie tego samego roku odbył się pogrzeb na cmentarzu przy ul. Bakałarzewskiej w Suwałkach. Do trumny włożono płyty kompaktowe, koszulki sportowe, listy i kasety z kreskówką „Simpsonowie” (ulubiony serial Łukasza). Jego symboliczny grób robi wrażenie. To dwie wieże połączone krzyżem, symbolizujące budynki World Trade Center. W Kościele pw. Chrystusa Króla znajduje się tablica poświęcona Łukaszowi. Wewnątrz 27-metrowej dzwonnicy umieszczone są trzy dzwony: Chrystusa Króla, Matki Bożej Częstochowskiej i Łukasza Milewskiego.

 

W miejscu fundamentów dawnych wież zbudowano ogromne fontanny będące pomnikiem pamięci. Na tych wodotryskach wypisane są nazwiska tych, którzy zginęli. Pod ziemią znajduje się muzeum. Mieszczą się w nim m.in.: pozostałości wież i samolotów, zniszczony wóz strażacki, nagrania dramatycznych rozmów telefonicznych, pamiątki po zabitych, zdjęcia oraz filmy ilustrujące tragedię. W Parku Skaryszewskim im. Ignacego Jana Paderewskiego w Warszawie uczczono polskie ofiary pamiątkową płytą.

 

 

Ataki terrorystyczne miały miejsce 11 września 2001 roku. Zostały one przeprowadzone w Stanach Zjednoczonych za pomocą uprowadzonych samolotów pasażerskich. Jednym z celów zamachowców były bliźniacze wieże na nowojorskim Dolnym Manhattanie, gdzie zginęły 2602 osoby, a 26 zostało uznane za zaginione. Wśród ofiar różnych nacji było ośmioro Polaków, w tym dwoje Podlasian – Dorota i Łukasz.

Rafał Górski

Kładka Waniewo – Śliwno została zamknięta!

Niestety nie mamy dobrych wieści dla wszystkich tych, którzy uwielbiali przeprawiać się na rozlewiskach Narwi z Waniewa do Śliwna lub odwrotnie. Popularna kładka została przez władze Narwiańskiego Parku Narodowego zamknięta. 

 

Jej stan techniczny pozostawiał wiele do życzenia. Postanowiono, że zostanie odremontowana. Niestety nie potrwa to krótko, bo aż do końca 2018 roku! Dlatego na odnowioną wybrać się będziemy mogli dopiero w 2019 roku. Do tego czasu będziemy mogli wybrać się na kładki do Kurowa. Tam znajduje się siedziba Narwiańskiego Parku Narodowego. Na miejscu znajduje się zabytkowy dworek i park. Tuż obok znajduje się właśnie “Kładka wśród bagien”. Jest to kilometrowy odcinek, który prowadzi przez tereny podmokłe, bagna znajdujące się w okolicy Narwi. Fani przyrody znajdą tam między innymi takie ekosystemy jak trzcinowisko, turzycowisko, rzekę, łąkę i zarośla wierzbowe.

 

„Kładka wśród bagien” – trasa o długości około 1 km. Zwiedzanie rozpoczyna się tuż za dworkiem w Kurowie i prowadzi przez drewniany pomost wśród podmokłych, bagiennych okolic Narwi. Mimo, iż trasa nie jest długa to zobaczyć na niej można kilka ekosystemów Parku. Jest także wieża widokowa. 

 

Dodatkową atrakcją w Kurowie, której nie ma w Waniewie są “Pychówki”, czyli specjalne łodzie, którymi możemy pływać po Narwi, oglądając dziką przyrodę z poziomu rzeki. Wcześniej jednak trzeba się skontaktować z przewodnikiem. 

 

Wiesław Rutkowski, tel. 86  476 47 86

 

Tadeusz  Bańkowski,  tel. 86 476 49 35

 

Służba nie drużba

 

   Zaraz po rewolucji bolszewickiej w Rosji, do Białegostoku spłynęły rzesze Polaków – uciekinierów wraz z rodzinami. Trzeba było sobie jakoś radzić. Wywiezione złote ruble i kosztowności w mieście powojennego kryzysu nie starczały na długo. O pracę było trudno. Nawet panienki z wyższych sfer Sankt Petersburga czy Moskwy musiały godzić się na rolę służących bądź opiekunek do dzieci. Mimo wszystko zamożni w miarę jeszcze fabrykanci żydowscy, obrotni, polscy kupcy czy wyżsi urzędnicy miejscy potrzebowali takiej pomocy. Zwłaszcza ich wygodne żony.
  Kiedy pod koniec roku 1921 pp. Poreccy z ul. Nowy Świat 7 przyjęli kolejną służącą, która przybyła z bolszewii, byli zadowoleni. Poprzednia okazała się wulgarna. Niestety nastąpił kolejny zawód. Nowa służba domowa wypowiedziała obowiązki po kilku dniach. Wraz z jej odejściem pani domu nie mogła doliczyć się tuzina koszul męża, 10 funtów cukru, 10 funtów mięsa i dorodnej gęsi. Poza tym owa schludna i potulna dziewczyna zdążyła też pożyczyć od krewnej Poreckich, w ich imieniu, karakułowe futro, niby dla swojej pani. A był to początek stycznia 1922 r., czyli pretekst całkiem usprawiedliwiony. Bolesna strata, w sumie 200 tys. marek nigdy nie została odzyskana.
  Kilka następnych również nie było zbyt optymistycznych co do uczciwości panienek na służbie. Oto np. w styczniu 1923 r. Blum Peszy z ul. Polnej 3 dostrzegł brak na swoim biurku srebrnego, pamiątkowego zegarka i złotego sygnetu – aresztowana służąca Stefania Grabowska przyznała się do winy. Wskazała też narzeczonego, który przejął te dobra. Wiosną tego samego roku agenci Urzędu Śledczego aż trzykrotnie musieli fatygować się do różnych mieszkań w Białymstoku, gdzie umiejętności złodziejskie demonstrowała Merka Borowicz, mająca zawsze solidne referencje.
  Ciekawe przykłady na lepkie ręce pomocy domowej można znaleźć w notatkach prasowych z 1925 r. Np. w kwietniu obywatel Bolesław Szemiok z ul. Warszawskiej 95, nieopatrznie pozostawił na widoku walizkę podróżną. Ledwo się obejrzał, jak zniknęło z niej kilkadziesiąt dolarów, a mieszkanie opuściła nagle służąca Jadwiga Nicówna. Wkrótce wpadła ona w ręce policji, ale oczywiście już bez skradzionych zielonych.
  Z kolei w grudniu zmartwienie mieli pp. Lewinowie. Służąca Tonia Łukaszuk wyszła z domu w pluszowym palcie swojej chlebodawczyni i nie wróciła. Niebawem pani Lewinowa otrzymała poufną wiadomość, że panienka bawi się w najlepsze na potańcówce w koszarach. Powiadomiono EUS. Tonia, zbierająca się właśnie do wyjścia w towarzystwie dwóch żołnierzy została zatrzymana. Choć było mroźno agenci policyjni rozebrali ją z kradzionego przyodziewku. Swój postępek panna Łukaszuk tłumaczyła chęcią zaimponowania znajomemu żołnierzowi z tej samej wsi.
  Inną metodę przyjęła służąca Anna Karpowicz. Pracowała ona właśnie u pp. Sokólskich (Sienkiewicza 39). W sprzyjającym momencie podebrała z kasetki pani domu kilka złotych precjozów. U pobliskiego jubilera Abrama Zyskinda, który prowadził interes przy Sienkiewicza 19 zaproponowała zamianę pary kolczyków na skromniejsze, z dopłatą kilku złotych. Złotnik stwierdził, że kolczyki mają wartość ok. 200 dolarów. Nabrał podejrzeń co do ich pochodzenia i do czasu wyjaśnienia personaliów sprzedającej, rzecz zatrzymał.
  Karpowiczówna zaczęła straszyć policją nachalnego jubilera. Ten odczekał do wieczora, a potem sam udał się do Urzędu Śledczego. Policja szybko ustaliła miejsce pobytu złodziejki. Jak się wkrótce okazało, skradła ona również złotą bransoletkę i zegarek ze złotą kopertą. Te trofea próbowała wymienić w sklepie jubilerskim przy Rynku Kościuszki 12. Aresztowana przyznała się do winy.

Włodzimierz Jarmolik 

5 najbardziej dzikich terenów na Podlasiu. Niebezpieczne i kompletnie odludnione

Gdyby tak rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady? – Zapewne słyszeliście to lub nawet sami tak mówiliście wiele razy. Każdy kto był w Bieszczadach wie, że to przyjemne miejsce, ale… jeżeli szukacie prawdziwej dzikości, to powinniście jej szukać na Podlasiu. Przedstawimy 5 miejsc, w których gdybyście teoretycznie się zaszyli, to nie zobaczylibyście żywego ducha prawdopodobnie przez lata bądź nigdy. Wyprawa w te miejsca jednak byłaby zbyt ryzykowna, bo można utknąć na bagnach, nie ma czegoś takiego jak zasięg telefoniczny lub zostać zaatakowanym przez wystraszone dzikie zwierzęta. Choć niedźwiedzi u nas nie ma (chyba), to taki jeleń mógłby zabić równie szybko uderzając rozłożystym porożem.

 

Trzeba mieć jednak świadomość, że na Podlasiu jest takich miejsc co najmniej 5. Oto i one:

 

1. Okolice Suraża. O tym miejscu już wspominaliśmy jakiś czas temu. Teren między Surażem, Pietkowem, Topczewem i Samułkami to prawdziwa pustynia! Tyle, że zamiast piachu mamy niekończące się łąki, bagna i cieki wodne. Oczywiście miejscowe władze doskonale sobie zdają sprawę jaki skarb posiadają i że ciekawscy i tak tu będą próbować dotrzeć. Dlatego też jest miejsce, gdzie utworzono wieżę widokową, wiatę biwakową i czatownię do obserwacji ptaków! Dzikich rzecz jasna.

 

Żeby się tam dostać najłatwiej jest dojechać do Pietkowa, a następnie na Pietkowo Drugie i Ostrów. W Ostrowie dojeżdżamy do ogromnego zbiornika wodnego i odpoczywamy od ludzi.

 

2. Puszcza Białowieska. W ścisłym rezerwacie jest takie miejsce, gdzie nie ma szans na dotarcie. Nawet jeśli ktoś się uprze, to i tak lepiej się tam nie zapuszczać także, bo można napotkać żubra, wilka albo rysia. Te spłoszone zwierzęta mogą nas poturbować i rozszarpać, a słuch po nas zaginie na zawsze.

 

Te miejsce to bardzo gęsta część Puszczy między rzeczkami Swożna oraz Orłówka.

 

3. Puszcza Knyszyńska. Bardziej bezpieczne (to nie znaczy, że zupełnie bezpieczne) będzie wybranie się do Puszczy Knyszyńskiej. Tam w miejscowości Królowe Stojło można przejść 10 km odcinek, gdzie będzie tylko gęsta Puszcza i nic więcej. Należy pamiętać, że i tam bogato jest w dzikie zwierzęta.

 

4. Biebrzański Park Narodowy. To już dzicz totalna. Las i bagna. Ostatnia miejscowość, gdzie jest cywilizacja to Grzędy. Dalej na zachodzie tylko totalna, kompletna i niebezpieczna dzicz.

 

5. Puszcza Augustowska. Ostatnie miejsce to kolejna Puszcza. Tym razem Augustowska. Jest takie miejsce, że od Augustowa idąc prosto do najbliższej miejscowości moglibyśmy dojść (lub i nie) dopiero po pokonaniu 20 km. Dlatego zgubić się w Puszczy Augustowskiej to byłby duży problem. Tam także nie brakuje dzikich zwierząt i trudnych terenów. Żeby tam się dostać wystarczy wybrać się 5 km na południe od Suchej Rzeczki. Będziemy pośrodku niczego.

 

Ten artykuł powinien mieć tytuł – Podlaskie – gdzie absolutnie nigdy się nie wybierać. Znamy jednak wariatów, którzy tego typu miejsca odwiedzają z wielką lubością. Jeden nawet w takiej dziczy się wychował – pozdrawiam Dawid 😉

Kasyno w Supraślu

 

   Oszukać w przedwojennym Białymstoku było stosunkowo łatwo. Niekiedy wykorzystywano międzynarodowe fortele, kiedy indziej wystarczyła prymitywna zagrywka. Miejscowi hochsztaplerzy pomysłów mieli co niemiara.
  Wiosną 1929 r. chodziły po mieście pary całkiem elegancko ubranych panów, którzy zbierali pieniądze na “Album ku czci Berka Joselewicza”. Publikację tę miał wydać niezbyt rozpoznawalny komitet wileński. Żydowska społeczność miasta przyjęła tę inicjatywę z dużym uznaniem. Owi emisariusze przedstawili okazały dokument z pieczęcią i podpisami prezesów. Była w nim mowa, że akcję popierają czynniki miarodajne w mieście, a w razie odmowy jej wsparcia, mogą być przykre konsekwencje. Prawie wszystkie firmy zaabonowały album. Miał on być dostarczony w ciągu miesiąca. Niestety, mijały kolejne terminy, a książki nikt nie otrzymał. Tygodnik “Prożektor” zdobył adres kankciarskiej firmy: Wilno, ul. Mickiewicza 12 m 8. Tam odesłał wszystkich, którzy nieopatrznie wpłacili gotówkę na album.
  Szczególnie wiele kantów miało miejsce przy pożyczaniu pieniędzy od znajomych przedsiębiorców, którym powodziło się nieco lepiej. Pożyczkobiorcy do oddawania długu nie byli skorzy. Taką oto rozmowę zanotował białostocki tygodnik w 1929 r.: Mam weksel pański, dziś płatny. Papa ist krank (chory) i nic z tego nie będzie. Co znaczy, nie będzie! To jest żadna odpowiedź! Pański papa jest dziś chory, a jutro może wyjechać do jakiegoś badu i będzie tam kilka miesięcy, to co będzie z wekslem?
 

   Na początku 1936 r. Białystok miał do czynienia z niesamowitą kaczką dziennikarską. Popularny tygodnik “Tempo”, powołując się na źródła warszawskie, zakomunikował ni mniej ni więcej, iż w Polsce bawił niedawno jeden z dyrektorów kasyna gry w Monte Carlo, Leon Rene, i szukał miejsca na założenie filii przybytku hazardu. Jego interesy miał reprezentować mieszkający na stałe w Wiedniu Cezary Segalini, pochodzący z Białegostoku. Miał on ponoć zaproponować na lokalizację kasyna miasteczko Supraśl. Oczywiście sprawa ta była mocno dęta. Polskie prawo nie zezwalało na prowadzenie publicznych gier hazardowych. Zwolennicy tego nałogu mogli co najwyżej jeździć do Sopotu, gdzie na terytorium Wolnego Miasta Gdańska działało oficjalne, cenione w ówczesnej Europie kasyno, lub korzystać z ulicznych czy podwórzowych szulerek. Jednak miejscowa prasa sprawę kasyna ciągnęła dalej. Choć nie był to sezon ogórkowy.
  W lutym 1936 r. pojawiła się informacja, że kasyno będzie miało lokum w supraskim pałacu Bucholtzów. Rozpowszechnił ją warszawski dziennik “ABC”. Oczywiście, przez dobrych kilka dni w kawiarniach i restauracjach było o czym mówić. Dyrekcja hotelu Ritz już planowała odnowienie swoich pokoi, dla spodziewanych gości zza granicy. Pani Grajerowa, która po śmierci Adeli Bucholtzowej, otrzymała pałac supraski w spadku, także przejęła się dziennikarską sensacją. Pono zażyczyła sobie od ewentualnych inwestorów 200 tys. zł gotówką, a także wyasfaltowanie drogi z Białegostoku do Supraśla, oraz naprawienie bruków w samym miasteczku. Poza tym urząd miejski miałby otrzymywać odsetki od obrotów domu gry. Ze skąpych mimo wszystko informacji prasowych trudno dzisiaj dociec komu zależało na tej gazetowej bzdurze. Po kilku miesiącach tygodnik “Tempo” napisał na swoich łamach: Monte Carlo w Supraślu – blamaż!

Włodzimierz Jarmolik

Tak wygląda początek rzeki Supraśl. Dotarcie tam jest praktycznie niemożliwe

Supraśl, to przepiękna, miejscami dzika rzeka o długości prawie 100 kilometrów. Dawniej nazywana Sprząślą. Przepływa przez Puszczę Knyszyńską, Gródek, miejscowość Supraśl, Wasilków i Białystok. Jej niezwykłość to malownicze zakola. Dzięki jej istnieniu możemy mówić o rozwoju Białostocczyzny. Właśnie woda z Supraśla płynie w naszych kranach. Rzeka Supraśl jest popularną trasą spływów kajakowych. Przy rzece zbudowano zalewy w Gródku, Supraślu i Wasilkowie. To atrakcyjne przyrodniczo i bogate w ryby miejsce na mapie Białostocczyzny.

 

Postanowiliśmy zobaczyć na własne oczy jak wygląda źródło Supraśli. Przeżyliśmy spore zaskoczenie, bo w miejscu, gdzie wskazywała mapa nie było nawet śladu po rzece, choćby w postaci koryta. Stało się wtedy dla nas jasne, że Supraśl nie ma źródła, lecz obszar źródliskowy. Postanowiliśmy odszukać miejsce, w którym rzeka wypływa na powierzchnie.  Nie było to łatwe zadanie. Na pierwsze ślady rzeki natrafiliśmy dopiero 3 kilometry dalej niż zostało to oznaczone na mapie jako początek rzeki. Jednak to nie było jeszcze to. 500 metrów dalej odkryliśmy bagnisty teren w zaroślach. To był znak, że początek Supraśli jest już blisko. Dokładne miejsce, gdzie bagno staje się rzeką znajdowało się 900 metrów dalej.

 

Dotarcie tam nie jest w zasadzie możliwe. Teren dookoła jest zarośnięty i zabagniony. Próba wejścia tam nie jest bezpieczna i może zakończyć się utknięciem. Suche dni i pora roku pozwoliły jednak dotrzeć na miejsce. To była wspaniała przygoda!

Mobbing w fabryce

 

  W niektórych przedwojennych fabrykach Białegostoku dola robotników była nie do pozazdroszczenia. Wprawdzie mężczyźni radzili sobie, jak mogli, natomiast robotnice przechodziły istną golgotę. W skandalicznym traktowaniu robotników, a zwłaszcza kobiet przodowała fabryka Wolfa Szlachtera, który dorobił się kapitału wyzyskiem i potem pracowników. Manufaktura białostockiego przemysłowca znajdowała się przy ulicy Mickiewicza.
   Jedna z jego pracownic, zatrudniona od kilku godzin przy maszynie, zaczepiana była przez jurnego “chlebodawcę”. Mizdrzenie się do robotnicy, zalewającej się potem, wywołało oburzenie innych pracowniczek. Obojętność napastowanej kobiety i oburzenie współtowarzyszek doprowadziło Szlachtera do szewskiej pasji. Bez namysłu, człowiek-zwierzę począł okładać swą ofiarę pięściami, targając za włosy. Bierność maltretowanej rozzuchwaliła nieopanowanego fabrykanta tak dalece, że począł ją kopać w jamę brzuszną. Nie wiadomo, jak zakończyłoby się bestialskie traktowanie, gdyby nie pomoc nadbiegłych robotnic. Szloch pobitej kobiety wywołał ponowny atak furii Szlachtera. Schwyciwszy pobitą za kołnierz, rozgniewany fabrykant wyrzucił swą ofiarę za bramę, krzycząc: “precz z pracy!”.
 

   Tydzień po tym zdarzeniu, na wiecu robotniczym jedna z mówczyń opowiedziała o tym godnym pożałowania zajściu. Przestraszony Szlachter natychmiast zjawił się w mieszkaniu zmaltretowanej robotnicy, namawiając ją, by nie robiła z tej historii użytku. Za cenę milczenia łaskawy chlebodawca chciał zaofiarować pracę pobitej kobiecie. Czyż nie był to szczyt bezczelności?
  Władze prokuratorskie i administracyjne rychło zainteresowały się niesamowitymi praktykami Szlachterów. Także tutejszy Związek Przemysłowców, cieszący się ogólnym szacunkiem białostoczan, obiecał zająć się “parszywą owcą”, zatruwającą zdrową atmosferę białostockiego przemysłu.