Zepsuło się na amen. W tym roku na Plantach fontanny nie będzie.

Zepsuło się na amen. W tym roku na Plantach fontanny nie będzie.

Nie mamy dobrych wieści dla wszystkich, którzy kochają spacerować po Plantach. Ich główna atrakcja – fontanny w ostatnim czasie doznały awarii. Niestety jest tak poważna, że w tym roku już woda nie tryśnie. Jak przekazała Kamila Bogacewicz z Urzędu Miasta – Kurierowi Porannemu – zepsuła się pompa, a także napędy przepustnic (takie urządzenie co otwiera i zamyka dysze). Żeby fontannę naprawić potrzeba więc części zamiennych. Miasto ogłosiło przetarg, by takowe zdobyć. Procedury urzędowe trwają. Zatem dopiero po rozstrzygnięciu kto dostarczy i kiedy będzie można urządzenie naprawić. Dlatego mało prawdopodobne, by w tym roku można było jeszcze wybrać się na Planty, by podziwiać wspaniałe fontanny, które wieczorami dzięki oświetleniu były kolorowe.

 

Na pocieszenie możemy dodać, że w Białymstoku podziwiać można także fontannę na Rynku Kościuszki oraz na skwerku przy pomniku Ludwika Zamenhofa. Dla leniwych zaś mamy film, na którym można zachwycać się kolorowymi strumieniami wody bez wychodzenia z domu.

 

 

fot. Gumisza / Wikipedia

Będzie co oglądać! Błotna Liga Mistrzów zawita do Korycina

Będzie co oglądać! Błotna Liga Mistrzów zawita do Korycina

Już w najbliższą niedzielę w Korycinie odbędzie się Swampions Soccer League czyli Błotna Liga Mistrzów. Nad zalewem zostanie stworzone specjalne boisko, na którym zmierzy się ze sobą osiem drużyn męskich i cztery żeńskie. Zawodnicy zawalczą o Błotną Tarczę Podlasia. Występujący zawodnicy na swoim koncie mają: Mistrzostwo Świata, złote, srebrne i brązowe medale Mistrzostw i Pucharu Polski, Pucharu Podlasia oraz medale rozgrywek Błotnej Ligi Mistrzów, dlatego też nie ma co się martwić o poziom. Ten będzie naprawdę wysoki, zaś sam mecz nie będzie zwyczajnym taplaniem się w błocie. Co najmniej finezyjnym taplaniem się w błocie. Tak naprawdę nie mamy wątpliwości, że to będzie wspaniałe widowisko dla wszystkich. Dlatego też warto do Korycina się wybrać.

 

Rozgrywki zaczynają się o godz. 9.00. Przyjezdni powinni kierować się nad zalew. Nie sposób nie trafić. Mijamy wiatrak i skręcamy w prawo. A na filmie powyżej można zobaczyć jak wyglądały rozgrywki w 2014 roku – w Surażu.

 

U Pana Boga za piecem po 20 latach. Odwiedziliśmy miejsca z kultowego filmu [ZDJĘCIA]

U Pana Boga za piecem po 20 latach. Odwiedziliśmy miejsca z kultowego filmu [ZDJĘCIA]

Film zaczyna się niczym kryminał. Do Polski z Białorusi wjeżdża stary autobus, który zaraz za granicą zostaje napadnięty, a pasażerowie okradzeni. Jedną z ofiar jest młoda dziewczyna Marusia, która postanawia nie odpuszczać bandytom. Trafia do Królowego Mostu, gdzie pod wpływem okoliczności zostaje wśród lokalnej społeczności mieszkańców Królowego Mostu – tak zaczyna się wspaniała historia „U Pana Boga za piecem”, która 20 lat temu zachwyciła całą Polskę.

 

Jacek Bromski – reżyser zaadoptował scenariusz Tadeusza Chmielewskiego, gdzie miejsce akcji toczyło się gdzie indziej, a bohaterowie różnili się od tych, których widzieliśmy na ekranach. Decyzja reżysera okazała się strzałem w dziesiątkę, gdyż film tak zachwycił, że doczekał się kolejnych dwóch części i serialu w TVP. – Czytając pamiętniki Marii Dąbrowskiej natknąłem się na refleksję dotyczącą jakiejś wizyty w małym miasteczku, jakiejś kolacji w towarzystwie lekarza, proboszcza i aptekarza: „Jakaż ta prowincja duchowo samowystarczalna, jak właściwie ona nas do niczego nie potrzebuje…”. Pomyślałem sobie, że jeśli mamy gdzieś szukać jakichś wartości, o których w mieście dawno zapomnieliśmy, to właśnie w prowincjonalnym miasteczku na Białostocczyźnie” – powiedział w wywiadzie reżyser filmu Jacek Bromski.

 

 

U Pana Boga za piecem było pewnym eksperymentem. Akcja toczyła się na prowincji, występowali nieznani szerzej aktorzy Białostockiego Teatru Lalek i… ukazanie magii Podlasia zadziałało. W 1997 roku, gdy film kręcono, a w lokalnej prasie ukazały się ogłoszenia o castingu do filmu. Producenci szukali statystów. Pod Białostockim Teatrem Lalek, gdzie przeprowadzono casting ustawiły się tłumy. Nie wszyscy otrzymali szansę, ale osoby które ją dostały mogły poczuć na własnej skórze jak wielką harówką jest tworzenie filmu. Zdjęcia ze statystami nagrywano między innymi w lesie pod Sokółką (scena napadu na autobus), a także w dyskotece Panderoza w Janowie, na bazarze w Białymstoku oraz samej Sokółce – w kościele (scena ślubu). Wyjazd na plan odbył się w zasadzie jeszcze w nocy, tak by bladym świtem statyści wraz z aktorami mogli już kręcić sceny. Każdą z nich powtarzano wielokrotnie.

 

My po 20 latach postanowiliśmy jeszcze raz odwiedzić miejsca, w których nagrywano film. Naprawdę wiele się zmieniło! Akcja toczyła się głównie w Sokółce – obok kościoła, ale też w Wierzchlesiu oraz w tytułowym Królowym Moście, gdzie do nazwy, przy pomocy magii kina dobudowano nieistniejące w rzeczywistości miasteczko. Poniżej zdjęcia przedstawiające kadry z filmu oraz dzisiejszą próbę odwzorowania kadrów sprzed lat.

 

 

kadry pochodzą z filmu U Pana Boga za piecem – dystrybucja: Vision

Reżyseria: Jacek Bromski, scenariusz: Tadeusz Chmielewski (pseudonim Zofia Miller), adaptacja scenariusza: Jacek Bromski, zdjęcia: Ryszard Lenczewski

Produkcja: Telewizja Polska – Telewizyjna Agencja Produkcji Teatralnej i Filmowej, Studio Filmowe Oko. Dystrybucja: Vision.

Premiera: 13 listopada 1998.

Rozengarten przed obliczem sprawiedliwości

Rozengarten przed obliczem sprawiedliwości

   

  Wieść o tym, że Połtyjer Rozengarten, syn nieżyjącego króla Chanajek Jankiela Rozengartena zwanego Jankieczkie staje przed sądem, zelektryzowała miejscowe podziemie. W kwietniowe przedpołudnie 1933 r. salę rozpraw białostockiego Sądu Okręgowego przy ul. Mickiewicza zapełniły tłumy hałaśliwej publiki: panienki z domów publicznych prowadzonych przez obie powaśnione rodziny Rozengart enów i Gorfinkielów, złodzieje kieszonkowi oraz inni stali klienci sędziów śledczych i urzędu prokuratorskiego. 
  Przewodniczący rozprawie wiceprezes  sądu Tadeusz Giedroić z namaszczeniem odczytał akt oskarżenia. 18-letni Połtyjer Rozengarten nie próbował nawet zaprzeczać. Wiedział, że fakty  świadczą  przeciwko niemu. Przede wszystkim jednak świadectwo jego postępku dawała niedoszła ofiara, ciotka Małka Gorfinkielowa.  Poinstruowany dobrze przez swojego adwokata Bronisława Gruszkiewicza, młody Rozengarten przedstawił ostatnią rozmowę z umierającym ojcem. Ten czując zbliżającą się śmierć miał ponoć kazać przysiąc synowi, że go pomści.
  Połtyjer opowiedział także, jak to Gorfinkiel, zadając ojcu ciosy nożem podczas ulicznej bijatyki, wykrzykiwał słowa: To samo czeka całą twoją rodzinę! Rewolwer, z którego strzelał później do ciotki także otrzymał od umierającego tatulka.    Wezwani na rozprawę świadkowie, poza poszkodowaną Gorfinkielową, nie mieli wiele do powiedzenia. Nikt nie chciał dostać nożem od chanajkow skich chojraków, koleżków oskarżonego. Niektórzy nawet zmienili swoje wcześniejsze zeznania, złożone w śledztwie. Ogólną wesołość na sali wzbudził rzeźnik, którego jatka mieściła się w pobliżu miejsca krwawej wendety. Przewodniczący sądu zwrócił uwagę, że mówi teraz co innego niż u sędziego śledczego. Ten zaś wyjaśnił z powagą, iż właśnie w gabinecie pana śledczego był niedokładny, ponieważ w dniu przesłuchania nie mógł skupić się z powodu wielkiego zmartwienia. Jak się okazało, zmartwieniem tym była rewizja w jatce świadka i konfiskata mięsa z potajemnego uboju. 
  Pod koniec rozprawy obrońca oskarżonego wystąpił z wnioskiem, ażeby jego klienta zbadał psychiatra. Sąd zgodził się na to i dwaj lekarze, biegli sądowi, wzięli Połtyjera w obroty. Niedługo potem ogłosili swoją diagnozę: u oskarżonego brak co prawda oznak choroby psychicznej, jednak śmierć ojca mogła oddziałać na niego ujemnie. Po wypowiedzi lekarzy młody Rozengarten wyraźnie poweselał. Dawało mu to szansę na łagodniejszy wyrok.  Rozprawa zbliżała się do końca. Przyszła kolej na ostatnie wystąpienia – prokuratora i obrońcy.
  Wszyscy wiedzieli z góry co powie prokurator: winien, wymierzyć najsurowszą karę przewidzianą w kodeksie.  Znacznie bardziej urozmaicona była oracja mecenasa Gruszkiewicza. Powołał się on w niej na haniebne warunki w jakich przyszło żyć oskarżonemu, jego młody wiek i to, że działał pod wpływem wzruszenia i żalu po zabitym ojcu. Obrońca domagał się zmiany kodyfikcji czynu, a przez to zmniejszenie kary.
Po krótkiej naradzie sędziowie ogłosili wyrok. Połtyjer skazany został na trzy lata więzienia za usiłowanie zabójstwa w stanie wzruszenia. Argumenty obrony wzięto więc pod uwagę.  Nie chcąc nadużywać wyrozumiałości wymiaru sprawiedliwości, uradowany niskim wyrokiem młodzian z Chanajek zrezygnował z przysługującej mu apelacji.
  O dziwo, również prokurator nie zapowiedział odwołania się od wyroku.  Z wyroku mogła być niezadowolona tylko Małka Gorfinkielowa. Co prawda, jej prześladowca znalazł się za kratkami, ale przecież nie nazbyt długo. Poza tym, jak gadano wśród wychodzącej z gmachu Sądu Okręgowego publiki, z Ameryki miał ponoć wrócić starszy syn zabitego Rozengartena. Ktoś nawet słyszał, że wyrażał się o ciotce niezbyt wyszukanymi słowami.

Włodzimierz Jarmolik

Wspólnoty lokalne mogą otrzymać 5000 zł na swoje inicjatywy

Wspólnoty lokalne mogą otrzymać 5000 zł na swoje inicjatywy

W wielu miejscowościach są mieszkańcy, którzy lubią angażować się społecznie. To dla nich ciekawa propozycja – by otrzymać mikrodotację na swoją inicjatywę. Od 11 sierpnia, młode organizacje pozarządowe, grupy nieformalne (minimium 3 osoby) oraz samopomocowe mogą starać się o dofinansowanie swoich pomysłów w ramach projektu Podlaskie Lokalnie realizowanego przez fundację Podlaski Instytut Rzeczypospolitej Suwerennej oraz fundację Okno na Wschód. Wnioski można składać do 31 sierpnia Realizatorzy udzielą wybranym projektom dofinansowania w wysokości do 5 000 zł. Podmiotami uprawnionymi są wnioskowania o dotację są nie tylko organizacje społeczne, lecz także nieformalne grupy, w skład których wchodzą mieszkańcy województwa podlaskiego. Wszystko po to, by rozwijać społeczeństwo obywatelskie.

 

W planach są także kolejne konkursy. Jeszcze w tym roku odbędzie się konkurs na rozwój instytucjonalny, w ramach którego młode organizacje pozarządowe będą mogły uzyskać dotację np. na zakup sprzętu, umeblowanie biura, szkolenie merytoryczne kadr czy sfinansowanie innych działań potrzebnych do bieżących prac i realizacji celów statutowych. Łącznie w latach 2018-2019 w ramach projektu Podlaskie Lokalnie przewidzianych jest 5 konkursów, w trakcie których do rozdania jest 650 tysięcy złotych.

 

Spotkania informacyjne:

Suwałki: 21 sierpnia godz. 17:00 – Centrum Trójki, ul. Kościuszki 71

Suchowola: 22 sierpnia godz. 17:00 – Sala Płomyk, Plac Kościuszki 13

Łomża: 23 sierpnia godz. 17.00 – Sala konferencyjna Radia Nadzieja, ul. Sadowa 3

Wysokie Mazowieckie: 24 sierpnia godz. 17.00 – Miejski Ośrodek Kultury, ul. Ludowa 19

 

Szczegółowe informacje dostępne są pod adresem www.podlaskielokalnie.pl, tam również będzie można złożyć wniosek poprzez elektroniczny generator. Zachęcamy także do odwiedzenia profilu projektu na Facebooku: www.facebook.com/podlaskielokalnie/

 

Featured Video Play Icon

„Jak się dowiedziałem o tym raku, że jest nieuleczalny, płakałem w nocy żeby dzieci nie widziały”

Jarosław Dziemian był człowiekiem, który nierozerwalnie kojarzy się nie tylko z Białymstokiem, ale też z tym wszystkim co po sobie pozostawił – Najpopularniejsze radio w Białymstoku – Jard, Hotel Turkus, Zajazd Wiking, Klub Rozrywki Krąg, Hotel nad Zalewem w Wasilkowie, a także wiele wiele innych przedsięwzięć. W wieku 68 lat, 15 sierpnia zmarł po długiej i ciężkiej chorobie, której nigdy się nie wstydził. O tym, że cierpi na raka prostaty wiedzieli nie tylko członkowie rodziny, ale też jego współpracownicy, pracownicy czy koledzy. – Ja już przeżyłem śmierć, płakałem. Jak się dowiedziałem o tym raku, że jest nieuleczalny, płakałem w nocy żeby dzieci nie widziały. Poduszka była mokra rano – wspominał Jarosław Dziemian w wywiadzie przeprowadzonym 2 lata temu przez Krystiana Skowrona, który możecie obejrzeć powyżej.

 

Mało kto już pamięta, że w 2002 roku Jarosław Dziemian startował w wyborach na prezydenta Białegostoku. Chciał, by jego doświadczenie i umiejętności można było wykorzystać w rozwoju miasta i regionu. Współpracownicy Jarosława Dziemiana wspominają go jako kreatora, który nigdy nie był odtwórcą. – Żył marzeniami, większość z nich udało mu się spełnić dzięki ciężkiej pracy i konsekwencji w działaniu. Kochał życie, ludzi, świat. Nie potrafił przejść obojętnie obok czyjegoś nieszczęścia. Był kimś niespotykanym. Łamał kanony, nie działał sztampowo, nie lubił schematów. Kochany mąż, ojciec, dziadek. Nietuzinkowy pracodawca, który spędzał z pracownikami większą część każdej doby. Miłośnik muzyki i motoryzacji. Człowiek wielu pasji. Z każdym potrafił znaleźć wspólny język, właściciel firmy, którą prowadził całym sercem. Spełniał marzenia licznego grona dzieci i młodzieży, chcących prowadzić audycje w radiu i telewizji. – przeczytać możemy na stronie Facebookowej Radia Jard.

 

– Lepiej się dwa razy zapytać o drogę niż błądzić po lesie – powiedział Jarosław Dziemian w wywiadzie 2 lata temu. I taki właśnie był. Nigdy nie podejmował pochopnych decyzji. Jarosław Dziemian miał 68 lat.

Bitwa Białostocka 1920. To będzie prawdziwe show!

Bitwa Białostocka 1920. To będzie prawdziwe show!

Na ulicach Białegostoku po raz kolejny odbędzie się inscenizacja Bitwy Białostockiej. Warto zobaczyć na własne oczy rekonstrukcję tego zdarzenia z 1920 roku. Bitwa odbyła się pomiędzy 1 Pułkiem Piechoty Legionów a wycofującymi się spod Warszawy resztkami armii radzieckiej. Jej wynik końcowy był zadowalający dla nas – gdyż siły bolszewików zostały rozbite. W wyniku tej bitwy 209 polskich żołnierzy zostało zabitych i rannych. Zaś w bolszewickim wojsku 600 osób zginęło i zostało rannych, zaś 8200 osób było jeńcami. Dodatkowo bolszewicy stracili 22 działa, 147 ckm-y, 1 samolot a także 3 pociągi wypełnione bronią, innym sprzętem i jedzeniem. Setki żołnierzy radzieckiej armii uciekło do pobliskich lasów, gdzie przez kilka kolejnych dni byli wyłapywani przez Polaków. Wszyscy żołnierze radzieccy zostali pochowani na cmentarzu razem z żołnierzami niemieckimi – z I wojny światowej. Cmentarz znajduje się przy ul. Świerkowej w Białymstoku.

 

Jeżeli coś upamiętniać to z pewnością sukcesy, a nie porażki. Dlatego też z powodów technicznych (potrzeba dużo miejsca) inscenizacja odbędzie się na Placu Niezależnego Zrzeszenia Studentów (Plac Uniwersytecki). Warto dodać, że nie będzie to powtórka z poprzedniego roku. Tym razem inscenizacja najpierw pokaże życie codzienne w tamtych czasach, a następnie przeniesie widzów na pole wojennej potyczki z udziałem kawalerii. W tym roku będzie można zobaczyć na pewno więcej strojów i mundurów z epoki oraz więcej zróżnicowanego sprzętu wojskowego.

 

Pokaz odbędzie się 19 sierpnia o godz. 12.30. Weźmie w nim udział ok. 120 rekonstruktorów, 3 repliki wozów militarnych, armaty i konie. Inscenizacja zostanie wzbogacona o scenografię, efekty dźwiękowe i pirotechniczne. Na specjalnie ustawionym telebimie widzowie będą mogli zobaczyć film oraz pokaz slajdów obejmujący zdjęcia z poprzednich rekonstrukcji i historyczne fotografie z epoki. Widowisko potrwa kilkadziesiąt minut. Potem rekonstruktorzy i pojazdy biorące w niej udział, udadzą się pod Muzeum Wojska w Białymstoku. Tam będzie można obejrzeć z bliska pojazdy i armaty, porozmawiać z uczestnikami inscenizacji. Będzie też możliwość bezpłatnego zwiedzania ekspozycji muzealnych. Chętni poczęstują się wojskową grochówką.

 

fot. Wschodzący Białystok

Ogłoszono rozkład lotów z Warszawy  przez Białystok

Ogłoszono rozkład lotów z Warszawy przez Białystok

 

    O lotnisku pasażerskim się opowiada, a sanitarni latają. Przed wojną było podobnie. Ogłoszono już nawet rozkład lotów z Warszawy via Białystok do Rygi. I nici z tego wyszły. Tymczasem lotnisko sanitarne od 1925 roku już w naszym mieście było. Białostoczanie już znacznie wcześniej stali się entuzjastami jak wówczas określano awiacji.
    Pierwszy pokaz lotniczy odbył się w Białymstoku już w 1911 roku. Na łąkach wsi Krywlany legendarny pionier polskiego lotnictwa hrabia Michał Scipio del Campo zadziwił zgromadzonych licznie mieszkańców miasta swoim wyczynem i odwagą.
  Na aeroplanie, który bardziej przypominał szkielet ryby niż współczesny samolot wzbił się w przestworza na wysokość 150 metrów! 
  Tuż po odzyskaniu niepodległości w Białymstoku stacjonowała Eskadra Lotnicza. Jej kwaterą był pałacyk Rüdygierów w Dojlidach. Muzealną pamiątką jest zdjęcie wykonane z przelatującego nad Białymstokiem samolotu. Skrupulatnie zaznaczone zostało, że lot odbył się 9 września 1920 roku, a zdjęcie wykonano z wysokości 1000 metrów. Idea powstania białostockiego lotnictwa sanitarnego zrodziła się też w kręgach wojskowych.
  Podchwycona została przez Ligę Obrony Przeciwlotniczej I Przeciwgazowej, popularne LOPP. Poparł ją także wojewoda białostocki Marian Rembowski.
  W niedzielę 15 marca 1925 roku w salach pałacu Branickich uroczyście otwarto wystawę gazowo – lotniczą. Pokazano na niej „samoloty, silniki oraz modele samolotów różnych systemów”. Duże zainteresowanie wzbudzały też ” demonstrowane również modele latające jakoż bomby lotnicze”.
  Wystawa czynna była codziennie od 9 rano „aż do zmierzchu” . Do 22 marca, kiedy ją zamknięto, zwiedziło ją 2780 osób. Przeważnie młodzież szkolna i wojskowi. Z Białegostoku przeniesiona została do Lidy. Następnego dnia, 23 marca, w Sali posiedzeń rady miejskiej odbyło się spotkanie, którego celem miało być powołanie Komitetu Lotnictwa Sanitarnego. Zagaił je pułkownik Michał Ostrowski, dowódca miejscowego garnizonu, który w 1927 roku na krótko został prezydentem Białegostoku.
  W swoim przemówieniu zaapelował do społeczeństwa o ufundowanie jednego samolotu sanitarnego. Następnym mówcą był lekarz wojskowy major Lew. Opowiadał o początkach lotnictwa sanitarnego. Tu palma pierwszeństwa należała się Francuzom, którzy w 1917 roku po raz pierwszy użyli samolotu do transportu rannych. Później Amerykanie „w ostatnich latach stworzyli dużą flotę sanitarną, powietrzną, posiadając przeszło 600 płatowców”.
  Polska przy tych przykładach wypadała blado. To znaczy nijak. Dyskutanci, zgromadzeni w gmachu przy Warszawskiej, byli przekonani, że tę sytuację trzeba zmienić. W ogólnym entuzjazmie powołano Komitet Lotnictwa Sanitarnego. W jego składzie byli: wiceprezydent miasta Witold Łuszczewski, dyrektor Wysocki z urzędu wojewódzkiego, dyrektor Tomaszewski, prezes Ogniska Kolejowego Edmund Burczyński, ksiądz Aleksander Chodyko, ksiądz Guszkiewicz, pastor Teodor Zirkwitz, rabin Gedali Rozenman, fabrykant Oswald Trylling, mecenas Witold Sławiński, sędzia Aleksander Zdrojewski, dr Rajnicka, Władysław Filipowicz przewodniczący związku zawodowego Praca oraz przedstawiciel chrześcijańskiej demokracji. Ster w tym Komitecie trzymali płk Ostrowski i mjr Lew.
  Ustalono, że zakupiony ze składek społecznych samolot ochrzczony będzie imieniem „Białystok”. Zastanawiano się jedynie czy zbierać pieniądze na czteroosobowy samolot za 37 tysięcy zł., czy może dwuosobowy, którego cena była o 10 tysięcy niższa. W tym samym czasie bardzo aktywna białostocka organizacja LOPP wystąpiła z inicjatywą aby w białostockich szkołach powstały „modelarnie aparatów lotniczych”. Uważano bowiem, że tego rodzaju działalność przyczyni się do większej akceptacji projektu powstania lotnictwa sanitarnego.
  Kolejne spotkanie Komitetu odbyło się 12 maja 1925 roku. Przewodniczył mu znów pułkownik Ostrowski. Przedstawił zebranym szczegółowy projekt organizacyjny. Zaproponował utworzenie trzech sekcji. Zaczął od „sekcji zabawowej”. Zająć się ona miała „organizowaniem zabaw i igrzysk”. Sekcja finansowa miała dbać o kasę. Była te sekcja „agitacyjno – zbiórkowa”.
  Zebrani zaakceptowali pułkownikowe propozycje. Rozpoczęła się dyskusja. Aktywnie uczestniczyli w niej duchowni. Ksiądz Chodyko pytał o zbiórki pieniężne. Pastora Zirkwitza interesowały zadania stawiane przed lotnictwem sanitarnym. Rabin Rozenman apelował o „zaproszenie pań do współpracy”.
  Tak to Komitet zaczął działać formalnie. Można więc przyjąć, że 12 maja 1925 powstało białostockie lotnictwo sanitarne. Znając lotniczą fantazję mniemam, że nadal działa sekcja zabawowa.

Andrzej Lechowski
Dyrektor Muzeum Podlaskiego w Białymstoku

Dom na Mazowieckiej jak wrzód na d…? Urzędnicy od lat ignorują ten problem.

Dom na Mazowieckiej jak wrzód na d…? Urzędnicy od lat ignorują ten problem.

Przy ul. Mazowieckiej stoi żółty, stary, zabytkowy drewniany dom. Wokół niego zmieniło się wszystko – powstała nowa, szeroka ulica Kaczorowskiego, obok wyrosły apartamentowce i biurowce, zaś w okolicy znikło praktycznie wszystko z dawnych lat. Dom ten jest w fatalnym stanie, zabity deskami. Nic nie wskazuje na to, by ktoś miał jakikolwiek pomysł na zagospodarowanie tego domu. Można rzec, że jest on pryszczem na d… dla lokalnej władzy. Wszystko dlatego, że swoim przymykaniem oczy na drewniane zabytki najchętniej by chcieli, bo dom ktoś podpalił, a jego miejsce powstał kolejny apartamentowiec. Tak samo jak z wieloma domami na Bojarach, a ostatnio też na osiedlu Bema/Przydworcowe.

 

W 2013 roku czyli 5 lat temu można było przeczytać w lokalnym Kurierze Porannym, że ten dom „czeka na pomysł”. Mamy 2018 rok i co? Wciąż czeka? Dom należy do miasta, które próbowało wydzierżawić budynek. Zacznijmy od tego – że budynek jest ruderą, więc żeby wydzierżawić – albo powinno miasto ustalić czynsz na 1 zł na najbliższe 10 lat – tak by gruntowny remont się opłacał dla najemcy bądź też wyremontować budynek za własne pieniądze i wtedy dzierżawić. Niestety Tadeusz Truskolaski i jego ekipa są słynne z rozrzutności. Wydają pieniądze na lewo i prawo, niestety nie na to co trzeba. Przykładem mogą być śledzie książkowe (wiecznie puste – bo mieszkańcy książek nie oddają) czy hamaki (które idioci zdążyli już popsuć). Władza nie szczędzi też kasy na fanaberie mieszkańców – typu pomniki z budżetu obywatelskiego – o czym już wspominaliśmy. Przykładów można by wymieniać jeszcze więcej.

 

Dlatego też urzędnicy, dla których dom jest pryszczem na d… najprawdopodbniej marzą, by zabytek po prostu się rozpadł. Wtedy problem będzie z głowy. Wyda się decyzję zezwalającą na budowę kolejnego apartamentowca i wszyscy będa szczęśliwi. Po co w mieście hołdować ruderom, jak prawdziwe dzieła sztuki tworzą developerzy.

Rynek Kościuszki 1

Rynek Kościuszki 1

 

    Naszą wędrówkę po nieistniejącej dziś zabudowie Rynku Kościuszki, którą w 1897 r. uwiecznił na kilku fotografiach Józef Sołowiejczyk, rozpocznijmy od pierzei południowej, posiadającej od 1919 r. numerację nieparzystą.
   Posesja przy Rynku Kościuszki 1 została bardzo szczegółowo opisana w inwentarzu Białegostoku, sporządzonym na przełomie 1771 i 1772 r. po śmierci Jana Klemensa Branickiego. Stał tu wówczas „budynek skarbowy drewniany tynkowany, dachówką kryty, z dwoma kominami murowanymi na dach wywiedzionymi, z lukarną w dachu i oknem w ołów oprawnym, w nim rezyduje Jmci Pan Trzeciak generał. Przy którym  przy sztachetach ogrodu dolnego pałacowego w środku wrota między dwoma słupami murowanymi fasowane podwójne szaro malowane, na wspomnianych słupach dwa kupidyny z laurami  i kwiatami szaro malowane na gzymsach blachą obitych siedzące”.
  Budynek był skarbowy, a więc został wzniesiony przez właściciela miasta i należał do dworu. Po III rozbiorze Polski i zainstalowaniu w Białymstoku władz pruskich, znaczna część dworskich budynków na terenie miasta została wydzierżawiona na potrzeby urzędów i na mieszkania dla urzędników.
  W 1799 r. w omawianym domu mieszkali m.in. radca Kamery Schmidt, chirurg powiatowy Lipiński, kancelista hipoteki Lange oraz kowal dworski Michał Jabłoński i stelmach dworski Kasper Czaczkowski.
  Jednak przed 1806 r. dom przy późniejszym Rynku Kościuszki 1 Izabela Branicka przekazała na własność Ignacego Paca. Po śmierci jego syna Jana, nieznana z imienia wdowa po nim wraz z małoletnią córką zostały przygarnięte przez Ignacego, który przekazał na ich potrzeby całą nieruchomość przy rynku.
  Wdowę Pacową odnotowano w 1806 r. oraz w 1825 r., była ona jednak tylko właścicielką, natomiast „tradycyjnym possessorem” był w tym czasie Mateusz Giewartowski, który w 1812 r. był drugim adiunktem ustanowionego przez administrację Napoleona nowego prezydenta miasta Franciszka Wołkowickiego. „Possessor” wynajmował dom w całości stolarzowi Puszmanowi za 20 rubli rocznie.
  W nieznanych bliżej okolicznościach omawianą nieruchomość wykupili dwaj najbogatsi Żydzi w Białymstoku – Kopel Halpern oraz jego szwagier Izaak Zabłudowski. Kopel zmarł w 1856 r., pozostawiając po sobie okazały majątek, na który składały się głównie domy i kamienice w Brześciu Litewskim, Grodnie, Białymstoku i Brańsku. Natomiast Izaak zmarł w 1864 r.
  Po ich śmierci dokonywano szczegółowego podziału majątku między spadkobiercami. W wyniku tych działań połowa praw własności do posesji przypadła Szejnie Małce, wdowie po zmarłym w międzyczasie wnuku Kopela, Danielu Halpernie.
  Natomiast po śmierc  i Izaaka prawa własności otrzymał Markus, zaś po jego śmierci Benjamin. Już w 1873 r. Szejna Małka Halpern, nosząca po powtórnym zamążpójściu nazwisko Halpern-Tumarkin, odkupiła od Benjamina prawa własności, stając się wyłączną posiadaczką posesji aż do 1910 r. To właśnie ona w latach 1896 – 1898 wzniosła w miejscu starego parterowego domu dwie, przylegające do siebie trzypiętrowe kamienice, tworzące w charakterystyczny sposób załamany początek pierzei rynku.
  Jednak inwestycja pochłonęła znaczne fundusze, pozyskane w większości od Wileńskiego Banku Ziemskiego. Na początku XX w. właścicielka miała już duże trudności w spłacie długu, toteż w 1910 r. jej nieruchomość zasekwestrowano i wystawiono na publiczną licytację.
  Rzadki to przypadek, ale tym razem kupnem majątku zainteresowały się władze miasta. Rada Miejska wyraziła zgodę na zakup nieruchomości z dużą kamienicą, którą zamierzano przeznaczyć na wynajem różnym instytucjom i organizacjom, czerpiąc z tego zyski do budżetu.
  Tak  też się stało – 14 października 1910 r. miasto nabyło posesję z dwiema trójkondygnacyjnymi kamienicami i pozostawała w ich posiadaniu do II wojny światowej. Zgodnie z intencją nabywcy, budynek był przeznaczony w całości pod wynajem.
  Z działających tu instytucji i organizacji warto wymienić przede wszystkim Miejską Bibliotekę Publiczną, założoną w 1919 r. i uruchomioną przy Rynku Kościuszki w maju 1920 r.
  Przez całe międzywojnie mieściła się tu redakcja „Dziennika Białostockiego” oraz mieszkanie jej redaktora naczelnego, Antoniego Lubkiewicza (zm. w 1928 r.).

  Warto wymienić działającą tu także księgarnię Jadwigi Klimkiewicz, kupioną w 1929 r. przez Zygmunta Skąpskiego.
  Kamienica przy Rynku Kościuszki 1 nie przetrwała II wojny światowej, a dziś jej miejsce zajmuje nowa zabudowa blokowa.

Wiesław Wróbel
Biblioteka Uniwersytecka w  Białymstoku

Podlaskie chce ściągnąć do siebie Warszawiaków. Oto sposób organizacji turystycznej.

Podlaskie chce ściągnąć do siebie Warszawiaków. Oto sposób organizacji turystycznej.

Kiedy powstawał portal Podlaskie.Tv – główną jego ideą była promocja województwa podlaskiego jako miejsca przypominającego Bieszczady. Czyli ziemi zapomnianej, mało rozwiniętej, uspokojonej, gdzie żyje się powoli, zaś widoki są magicznego. To wszystko od początku istnienia staramy się ukazywać. Dodatkowo promujemy Białystok – jako miejsce, które powinno stanąć w szranki z największymi – Warszawą, Wrocławiem, Poznaniem, Krakowem czy Gdańskiem. Wszystko po to by gospodarczo dorównać im. Stolica województwa podlaskiego powinna być silnym ośrodkiem, zaś wszystkie okolice spokojne i magiczne. Do podobnych przekonań doszła Podlaska Regionalna Organizacja Turystyczna. W ostatnim czasie w internecie zaczęła promować walory regionu przez pryzmat wyzwań współczesnego życia. Przedstawia Podlaskie jako przestrzeń, gdzie nieskażona przyroda i zanurzona w niej kultura pozwalają naturalnie “zasilić się” i odzyskać utraconą równowagę.

 

Celem kampanii reklamowej województwa jest zakorzenienie obrazu Podlaskiego w świadomości mieszkańców Warszawy i innych dużych aglomeracji jako najlepszego miejsca naturalnego wypoczynku. Atutem ma być tylko 2 godziny jazdy od centrum Warszawy, zaś do zwiedzania puszcze, parki narodowe, rozlewiska rzek oraz. Jednym słowem „cyfrowy detoks”. Z taką różnicą, że w Bieszczadach internet mobilny i zasięg telefoniczny praktycznie nie działa. U nas tak. Zdjęcia na potrzeby kampanii wykonali podlascy fotografowie.

 

Kampania jest kierowana przede wszystkim do mieszkańców Warszawy. Podlaska Regionalna Organizacja Turystyczna jest stowarzyszeniem, które pracuje na rzecz wspierania turystyki w regionie. Działania Organizacji skupiają się na promowaniu lokalnych walorów turystycznych oraz kreowaniu pozytywnego wizerunku województwa podlaskiego. Głównym celem Organizacji jest zwiększenie zainteresowania całorocznym wypoczynkiem w regionie oraz wzrost liczby turystów w regionie.

 

Podlaska Regionalna Organizacja Turystyczna została powołana w 2002 roku. Wśród członków Organizacji znajdują się samorządy, instytucje, organizacje pozarządowe, osoby fizyczne oraz reprezentujące branżę turystyczną podmioty działające na rzecz rozwoju turystyki w województwie podlaskim.

 

 

fot. Podlaska Regionalna Organizacja Turystyczna

W mieście będą stały ule. Urzędnicy chcą, by pszczoły znalazły się pośród mieszkańców mieszkańców

W mieście będą stały ule. Urzędnicy chcą, by pszczoły znalazły się pośród mieszkańców mieszkańców

Podobnie jak w Warszawie i Lublinie – w Siemiatyczach napotkać będzie można ule. Nie będzie to hodowla prywatna… tylko miejska. Samorząd Województwa wyłożył pieniądze, zaś gmina ma się pszczołami zajmować. Zanim podjęto decyzję – przeprowadzono badania jakości miodu tworzonego w warunkach miejskich. Okazało się, że ten nie zawiera substancji toksycznych, ani metali ciężkich.

 

Dlatego też pięć uli stanie na ulicach Siemiatycz. Samorząd przeznaczył 5000 zł. Gmina będzie musiała opiekować się nad ulami i rodzinami pszczół, w razie wyrojenia się – podjąć interwencję, będzie też musiała kupować i aplikować preparaty lecznicze, a także środki dzięki którym pszczoły nie zginą przez zimę. Faktyczną opiekę nad pszczołami będą sprawować doświadczeni pszczelarze. W przyszłości zostaną zamontowane też kamery w ulach – by można było podglądać ich życie online.

 

Warto wiedzieć, że kiedy zginie na kuli ziemskiej ostatnia pszczoła, ludzkości pozostaną tylko cztery lata życia. Dlatego warto dbać o to, by pszczół było jak najwięcej. Tak naprawdę ule w Siemiatyczach będą raczej o tym przypominać, by rzetelnie zadbać o pszczoły – ule powinny znajdować się w każdej gminie. Wbrew pozorom – realizacja takiego planu to byłby koszt – około 10 mln zł. W skali kraju? Grosze. Efekt – bezcenny.

 

fot. Urząd Marszałkowski Województwa Podlaskiego

Posypały się kule i listy z Hondurasu

Posypały się kule i listy z Hondurasu

 

     Przed tygodniem w tym miejscu uliczka Orlańska, leżąca w samym środku przedwojennych Chanajek, była świadkiem nożowego pojedynku dwóch największych miejscowych zakapiorów – Jankiela Rozengartena i Szmula Gorfinkiela.     Przegranym okazał się ten pierwszy i 8 lutego 1939 r. odprawiono gona cmentarz żydowski przy ul.Sosnowej. Jego zabójca ratował się ucieczką aż do AmerykiPołudniowej.
  Tymczasem w chanajkowskich zaułkach wszyscy, od pętaka z chederu po najstarszego żydowskiego bałaguła (wozaka) dobrze wiedzieli, że rodzina zabitego opryszka oraz jego najbliżsi
kamraci z ferajny niechybnie myślą o zemście. Zapalczywy syn Jankieczkie Połtyjer musiał jednak najpierw zająć się  pogrzebem ojca. Miał z tym niejakie kłopoty.
  Oto bowiem firma „Ostatnia posługa” odmówiła dokonania obrzędów rytualnych i przybycia do domu zmarłego, twierdząc że dom jest nazbyt publiczny. Wyprowadzenie zwłok nastąpiło
zatem bezpośrednio z kostnicy szpitala św. Rocha przy ul. Piwnej, skąd okazały kondukt ruszył ku Sosnowej.
  Ponieważ szwagier Rozengartena, sprawca śmierci był nieosiągalny, tak dla policji, jak i dla złodziejskiej dintojry, synalek Jankie czkie postanowił zemścić się na żonie Gorfinkiela, a swojej ciotce, Małce. Drugi akt rodzinnych porachunków rozegrał się również na uliczce Orlańskiej.
  Stało się to niemal w miesiąc po pierwszym zdarzeniu. 2 marca 1933 r. młody Rozengarten wypatrzył ciotkę wracającą do domu z zakupami. Dopędził ją przed samą bramą domu nr 4, wydobył z kieszeni rewolwer i ze słowami: to za śmierć ojca! – zaczął strzelać. Gorfinkielowa próbowała uciekać, lecz ugodzona już pierwszym strzałem, upadła na ziemię. Jak się później okazało, następne kule też nie minęły celu.
  Ochłonąwszy z pierwszego wrażenia mściciel króla chanajkowskich bandziorów rzucił się do ucieczki. Popędził do wylotu ulicy Krakowskiej, gdzie niespodziewanie trafiła się mu taksówka. Miał jednak tego dnia wyraźnego
pecha: policja białostocka, która nie grzeszyła raczej pośpiechem w działaniu, tym razem okazała się nad wyraz skuteczna.
 

  O strzałach przy Orlańskiej i ich sprawcy po kilku minutach wiedział już starszy przodownik
Okoński, kierownik IV komisariatu, któremu podlegały Chanajki. Zarządził natychmiastowy pościg.
  Taksówka z Połtyjerem  Rozengartenem dojechała tylko do Rynku Kościuszki. Tutaj zauważył ją posterunkowy Wyszyński. Zamachał ręką i szofer zatrzymał rozpędzone auto. Rozengarten, widząc co się dzieje, wyskoczył ze stojącego pojazdu i z pistoletem w ręku próbował utorować sobie drogę ucieczki.
  Natknął się jednak na lufę broni policjanta i usłyszał okrzyk: stój albo strzelam! Opryszek upuścił swoją pukawkę na ziemię i niechętnie uniósł ręce do góry. Podczas rewizji znaleziono przy nim jeszcze sztylet i woreczek z kulami.
  Ranna Małka Gorfinkielowa przeżyła. Uratowali ją lekarze ze szpitala PCK, gdzie trafiła zaraz po zamachu.
   Po operacji i intensywnej kuracji wróciła na tyle do zdrowia, że mogła niebawem, jako świadek oskarżenia, wziąć udział w procesie swojego mściwego siostrzeńca.
  Teraz natomiast jeszcze o losach zbiegłego z Białegostoku Szmula Gorfinkiela. Otóż jesienią 1937 r. do Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w naszym mieście nadszedł list, aż z Hondurasu. Tamtejsza gmina informowała, że zmarł  właśnie białostoczanin, niejaki Białogórski, który pozostawił spadek dla rodziny w Polsce.
  Szybko okazało się, że ów Białogórski był w rzeczywistości Szmulem Gorfinkielem, który przed zemstą chanajkowskiej ferajny schował się za Oceanem.
  Policja, po otrzymaniu oficjalnego potwierdzenia zgonu umorzyła śledztwo przeciwko Gorfinkielowi o zabójstwo osławionego Jankieczkie.

Włodzimierz Jarmolik

Wojciech Nowicki – kim jest złoty medalista z Białegostoku?

Wojciech Nowicki – kim jest złoty medalista z Białegostoku?

Ostatnio zrobiło się o nim głośno po tym jak zdobył złoty medal i został Mistrzem Europy w Lekkiej Atletyce. Mowa tu o rzucającym młotem Wojciechu Nowickim reprezentującym klub Podlasie Białystok. Kim jest Wojciech Nowicki, który w Berlinie rzucił 80,12m i był najlepszy? To 29-letni, urodzony w Białymstoku lekkoatleta specjalizujący się w rzucie młotem. CO ciekawe – jeszcze w szkole podstawowej trenował piłkę nożną w Jagiellonii Białystok, piłkarzem ostatecznie nie został. W liceum zaczął trenować w Podlasiu Białystok.

 

Pierwsze sukcesy zaczął osiągać po czterech latach treningów. W Młodzieżowych mistrzostwach Europy zdobył 5 miejsce. W 2015 roku czyli po 8 latach od rozpoczęcia treningów zdobył pierwszy brązowy medal na Mistrzostwach świata w Pekinie. W kolejnych latach zdobywał kolejne brązy. W 2017 roku w końcu osiągnął srebro, zaś w tym roku po raz pierwszy złoto. Co ciekawe, Wojciech Nowicki jest z wykształcenia automatykiem-robotykiem, a dyplom uzyskał na Politechnice Białostockiej. Co cieszy, nie uciekł do Warszawy jak wiele innych znanych osób, tylko mieszka w stolicy województwa podlaskiego wraz z żoną i córką.

 

Wojciechowi Nowickiemu życzymy kolejnych sukcesów!

 

fot. Wschodzący Białystok

Budżet Obywatelski 2019. Czas na zmiany, zanim będzie za późno.

Budżet Obywatelski 2019. Czas na zmiany, zanim będzie za późno.

Budżet Obywatelski w Białymstoku z roku na rok coraz bardziej się rozwija. Tym razem można będzie głosować na projekty miejskie, osiedlowe, oświatowe i zielone. Problem w tym, że budżet obywatelski powinien powoli się… zwijać. Wszystko dlatego, że za kilka lat będziemy mieli miasto zasypane pomnikami, figurkami i innymi bzdetami. Każdy bowiem chce po swojemu miasto „upiększyć”, co powoduje oczywiście zaśmiecenie ładu architektonicznego. Z roku na rok każdy będzie chciał od siebie coś „dostawić” i tak zrobimy śmietnik.

 

W tym roku również ktoś chce stawiać ławeczkę-pomnik Franciszka Karpińskiego czy pomnik Ryszarda Kaczorowskiego. Oczywiście nie można odmówić zasług ani jednemu ani drugiemu, ale czas powiedzieć dość. Żadnych nowych pomników w mieście. Ani one ładne, ani eleganckie, ani potrzebne. Warto więc pomyśleć, by w kolejnych latach wszystkie projekty związane z architekturą były automatycznie odrzucane. Zaś takim projektom jak Park trampolin na Szkolnej, przebudowa ul. Rzemieślniczej, nowy ambulans dla pogotowia, ciąg pieszo-jezdny na Narewskiej, mostek w rezerwacie Zwierzyniec, zegar w Parku Zwierzynieckim tylko trzeba przyklasnąć i życzyć by powstały.

 

Mieszkańcy nie powinni mieć możliwości „upiększania” swego miasta z tego samego powodu co nie budują domów bez projektu architekta. Budżet Obywatelski to powinny być przede wszystkim projekty osiedlowe. Mieszkańcy chcą budować drogi, parkingi, place zabaw, centra rekreacji czy organizować festyny. W tym roku wystartował też „zielony budżet” co jest taką samą pomyłką jak większość projektów ogólnomiejskich. Bowiem mieszkańcy zabierają się znów za architekturę. Tym razem krajobrazową. Zgłosili skwery, nasadzenia krzewów, tworzenie łąk. Zaś tym powinien się zajmować ogrodnik miejski – który jak widać po choćby rondzie Lussy i innych nasadzeniach w mieście – umie to robić.

 

Dlatego do wszystkich autorów projektów możemy zaapelować o opamiętanie się, zaś do radnych i prezydenta o przeprowadzenie zmian w kolejnych budżetach tak, by mieszkańcy za kilka lat z Białegostoku nie zrobili architektonicznego śmietnika.

Skandale na kąpieliskach

Skandale na kąpieliskach

 

   Dziś na Dojlidach mamy pełen przekrój rozrywek.  A jak było w latach 20. i 30. XX wieku ?
Jolanta Szczygieł-Rogowska: Właściwie bardzo podobnie. Może siatkówka była mniej popularna, bo grywano w tenisa, ale były zawody w pływaniu, a w latach 30. były nawet wybory miss.

Stawy wyglądały tak samo?

  Było ich dużo więcej. Sięgają swoją historią do czasów Jana Klemensa Branickiego, w XIX wieku należały też do majątku Kruzensztermów.

  Przy pałacyku Hasbachów również funkcjonowały stawy. Były traktowane jako prywatne kąpielisko, ale z czasem, idąc za potrzebą mieszkańców miasta, zaczęto szukać miejsc, w których białostoczanie mogą spędzić wolny czas latem. Funkcjonowały Jurowce, Supraśl – jako podmiejskie kąpieliska, ale Dojlidy były najbliżej. W związku z tym uporządkowano ten teren, znalazły się kajaki, pola tenisowe i zaczęto organizować konkursy w pływaniu, zabawy taneczne, wybory miss. Bardzo modne były też, kiedy opalenizna stała się już modna, konkursy na najpiękniej opaloną panią. Organizowano tam również noce świętojańskie. Więc Dojlidy były miejscem bardzo obleganym w latach 30.

A coś więcej o wyborach miss?

  Nie zachowały się informacje o kandydatkach, ani zdjęcia, ale to były bardzo popularne konkursy. Zwyciężczynie miały pewnie nadzieję na karierę filmową. Wybierano miss najzgrabniejszych nóg, najładniejszą opaleniznę, aż po miss sezonu.

Kto wybierał?

  Oczywiście powoływano komisję składającą się z osób, które były związane z miejscem, gdzie odbywał się konkurs.

Jak wyglądały stroje kąpielowe?

  Na początku lat 20. stroje męskie niewiele różniły się od damskich. Przypominały kombinezony, których nogawka kończyła się na długości połowy uda. Strój był na ramiączkach, u pań zasłaniał piersi. Dodatkiem były wiązane buty, a panie na głowach nosiły specjalne czepki chroniące przed słońcem.

A wcześniej?

  Panie tylko wchodziły do wody, pływały w stroju zakrywającym całe ciało i zaraz szły do przebieralni, żeby włożyć tzw. strój plażowy. Strój kąpielowy to były po prostu długie spodnie i bluzka z długim rękawem, bo oczywiście trzeba było unikać słońca. Jak się ogląda te stroje to widać, że nie dodawały one uroku ani paniom, ani panom, dlatego dopiero w latach 30. przyszła moda na wybory miss.

A strój plażowy?

  Nie było mowy o opalaniu, dlatego przeważnie były to sukienki w jasnym kolorze, a w latach 30. nawet spodnie i wtedy panie z tzw. riwiery polskiej, czyli Gdyni, pokazywały się w szerokich, pięknych spodniach. Mężczyźni mieli również jasne stroje, modne były wtedy hełmy korkowe. Do stroju plażowego zakładało się muszki i krawaciki. Właściwie różniły się od codziennego stroju kolorem i lekkością materiału.

Kiedy weszły stroje współczesne?

Około lat 30. Wtedy były spodenki z krótkimi nogawkami, staniki. Były też stroje jednoczęściowe.

Jaki sport był najbardziej popularny?

Tenis. Były korty na Zwierzyńcu, bardziej zamożni mieli prywatne. Tu też odbywały się mistrzostwa Polski, a poza tym mieliśmy bardzo zdolne tenisistki -m.in. Ewę Hasbach, redaktor dziennika Białostockiego Marię Lubkiewicz.

Na Dojlidach można było kiedyś spożywać alkohol?

Nie, ale było to dozwolone w Jurowcach. Tam nawet mówiono, że „jurowiecką wodą” handlował każdy: od baby wiejskiej aż po wyrostków.

A czy w Dojlidach zdarzały się jakieś skandale?

Ja nie trafiłam na żaden. O Dojlidach prasa pisała typowe zapowiedzi – co i kiedy odbędzie się w najbliższym czasie. Ale zdarzały się skandale w Jurowcach czy – czasami – w Supraślu. Na plaży w Jurowcach było to związane z tym, że można było tam spotkać często pijanych wypoczywających. Poza tym w Jurowcach, jak pisała lokalna prasa, „nierzadko w biały dzień przybywa oddział żołnierzy i w oczach publiczności na „ plaży” zgromadzonej rozbiera się do kąpieli. Tak po swojsku, po jurowiecku bez „ ścieśniania się”. Nikt za złe tego żołnierzom nie poczytuje, boć w Jurowcach publiczność ma silniej wyrobiony zmysł demokratyczny i dlatego darzy tutaj większą sympatią podoficerów i szeregowych, niż panny białostockie w ogrodzie miejskim poruczników”.

Dla kogo były Dojlidy?

W przeciwieństwie do Jurowiec, gdzie wypoczywali raczej ubożsi, na Dojlidach można było spotkać przedstawicieli średnio zamożnego społeczeństwa. Dziś z kąpieliska korzystają wszyscy.

Marta Laszewicz

Sinice na popularnej plaży! Kąpielisko zamknięte

Sinice na popularnej plaży! Kąpielisko zamknięte

Na popularnej plaży w Siemiatyczach, nad zalewem zakwitły sinice – poinformował nas Czytelnik Adam Nowaczuk. W związku z tym kąpielisko zostało zamknięte. Sinice są bakteriami i pojawiają się także na wodzie, gdy przez dłuższy czas panuje wysoka temperatura. Gdy dojdzie do zakwitu, to na tafli wody pojawia się zielona „kołdra”. Kąpiel w wodzie, gdzie zakwitły te bakterie może powodować wysypkę, swędzenie skóry, zapalenia, bóle brzucha, gorączkę, dreszcze, bóle, duszności czy zawroty głowy. Czasem nawet może dojść do uszkodzeń wątroby czy nerek.

 

W normalnych warunkach jednak Zalew w Siemiatyczach warto odwiedzić. Można tam wypocząć na plaży, spacerować deptakiem i na molo, wypożyczyć sprzęt wodny, poćwiczyć, pograć w siatkówkę plażową czy po prostu posiedzieć na ławeczce.

 

Kąpielisko jest strzeżone od 1 lipca do 31 sierpnia od godz. 11.00 – 18.00. Plaża znajduje się przy ul. Sportowej.

 

fot. Adam Nowaczuk

Lada chwila rusza remont dworca PKP. Zapomnieli o najważniejszym!

Lada chwila rusza remont dworca PKP. Zapomnieli o najważniejszym!

Podróżni przybywający do Białegostoku pociągiem będą musieli wkrótce liczyć się z utrudnieniami. Lada chwila rusza wielki remont dworca PKP, który zmieni ten obiekt wewnątrz i przed budynkiem nie do poznania. Choć na pierwszy rzut oka budynek nie wygląda jakby tego potrzebował, to projekt metamorfozy wygląda zachęcająco. Wszystko dlatego, że w planach jest przywrócenie historycznego charakteru poczekalni. Odtworzone zostaną dawne posadzki, słupy żeliwne, a także zdobienia ścian i sufitów. Zniknie też obecny „jarmark” komunikacyjny przed dworcem. Przebudowane zostaną także perony. Będą nowe wiaty, oświetlenie, tablice informacyjne i ławki oraz przejścia podziemne.

 

Osoby, które były na dworcach większy miast zauważyły, że perony są całkowicie zadaszone. W Białymstoku jak widać z projektu – nikt o tym nie pomyślał. Po prostu wymienią wiaty, dzięki którym można poczekać na pociąg. Tylko, że wiata jest ciasna, a peron ogromny. Wszyscy pod wiaty się nie zmieszczą. A w deszczu nikomu stać się nie chce.

 

Druga ważna kwestia to (chyba) nikt też nie pomyślał, by do Białegostoku dojechało Pendolino. To ważne, by można było się dostać do Warszawy, Krakowa, Gdańska, Wrocławia czy Poznania z pominięciem małych stacji – sporo zyskując na czasie. Przypomnijmy, że do końca 2020 roku zakończą się prace związane z budową Rail Baltici. Wtedy to z Białegostoku do Warszawy będzie można jechać 160 km/h. Podróż do Warszawy nieznacznie skróci się. Obecnie do Warszawy Wschodniej pociąg z Białegostoku jedzie równo 2 godziny. Po modernizacji jechać będziemy 1,5 godziny. Gdybyśmy pominęli wszystkie stacje – pociąg dojechałby do Warszawy 10-15 minut szybciej. Jednak na połączenie ekspresowe należy patrzeć nie przez pryzmat dojazdu do Warszawy – ten z Białegostoku jest już dziś naprawdę dobry. Chodzi o to, by dużo szybciej dojechać do innych większych miast, oddalonych od stolicy Podlaskiego o kilka godzin drogi. Remont dworca i peronów w Białymstoku skończy się zaś pod koniec 2019 roku. Żeby wpuścić Pendolino – trzeba by było przebudować peron (pociąg Pendolino jest szerszy niż standardowy).

 

Dlatego przyjemnie będzie kupować bilet i czekać na pociąg na wyremontowanym dworcu, ale każda modernizacja dworca powinna być przede wszystkim praktyczna. Tutaj ani nie ma co liczyć na zadaszone perony, ani na peron przystosowany do przyjazdu Pendolino. A potem każdy się dziwi dlaczego Białystok to Polska B. Przecież taki ładny.

 

Ogród Pałacu Branickich był dwa razy większy, a na jego końcu pierwszy teatr w Polsce!

Ogród Pałacu Branickich był dwa razy większy, a na jego końcu pierwszy teatr w Polsce!

Mało kto wie, że Pałac Branickich w Białymstoku z dzisiejszych czasów nie jest tym samym miejscem co w czasach swojej świetności czyli w XVIII wieku. Złote czasy całego miasta – w tym Pałacu Branickich skończył III rozbiór Polski. Zaś piekło II Wojny Światowej dokończyły dzieła zniszczenia i dziś mamy replikę Pałacu. W wersji znacznie biedniejszej. Najciekawszych rzeczy dowiedzieć się można jednak ze starych rycin. Otóż dziś ogród pałacu kończy się tuż za mostem. Kiedyś za mostem była dalsza część ogrodu, która była tak samo długa jak ta, którą możemy podziwiać dzisiaj. Ogród sięgał więc aż do dzisiejszego budynku Książnicy Podlaskiej przy ul. Skłodowskiej. Zaś na jego zwieńczeniu była wielka brama z kolumnami. Na krańcu ogrodu znajdowała się także Komedialnia czyli pierwszy na ziemiach polskich teatr, który został założony 17 lat przed Teatrem Narodowym w Warszawie!

 

Białostocki operhaus był piętrowym budynkiem, posiadał loże, wielką scenę, a także wprawiającą w zachwyt kurtynę, która była namalowana olejnymi farbami przez Augustyna Mirysa – polskiego malarza, urodzonego we Francji. Mirys służył swym talentem na dworach Sapiehów czy Krasickich, a później także dla Branickiego – za co dostał od niego dokumenty nadające mu szlacheckie pochodzenie.

 

W Komedialni znajdowały się zapisy 19 oper, 41 baletów i 122 dramatów! Białostocki operhaus miał własną orkiestrę, balet, a na scenie występowały gwiazdy sprowadzane z Rzymu, Wenecji czy Wiednia. Życie kulturalne na dworze Branickiego tętniło tak bardzo, że Białystok był ważnym ośrodkiem kulturalno-społecznym w Europie! Żałować można tylko, że dzisiejszy Pałac to replika z połowę mniejszym ogrodem. To se ne vrati…

Pałac Branickich w Białymstoku z rok na rok zyskuje coraz większy blask

Pałac Branickich w Białymstoku z rok na rok zyskuje coraz większy blask

 

Białostocki Pałac Branickich to perła, o którą trzeba dbać w najwyższym stopniu. Z tego samego założenia wychodzą także władze Białegostoku, mimo że obecnie pałac Branickich to siedziba władz Uniwersytetu Medycznego. Choćby z tego powodu prezydent Truskolaski mógłby się wypiąć na pałac i stwierdzić, że jego utrzymanie i wygląd zależy od UMB. Na szczęście tak nie jest i władze regularnie odnawiają całkowicie zniszczony podczas wojny pałac.

 

Jeżeli byśmy dokładnie się przeszli przez teren dawnej siedziby Branickich to byśmy zauważyli, że jeszcze sporo jest do odnowienia. W ogrodzie, na boku nowego blasku przydałoby się kaplicy, obok ogrodzone z powodu złego stanu technicznego są cztery filary, zaś od dziedzińca mur jest ogrodzony specjalną siatką, by się nie sypał. Fatalnie też wygląda elewacja pałacu na niektórych fragmentach. Zaś most w ogrodzie to mówiąc wprost – tragedia.

 

Tymczasem z roku na rok sam ogród coraz piękniejszy robi się ogród. Najnowsze zmiany w nim to nowe rzeźby – tych w ogrodzie jest całe mnóstwo. To nie wszystko – w tym roku jeszcze będzie kilka nowych. Miejmy nadzieję, że już niedługo Pałac Branickich w Białymstoku zyska stuprocentowy blask. Nie jest to łatwe gdyż prace remontowe w Pałacu są bardzo drogie – restauracja każdego zabytku to drenaż kieszeni. Same rzeźby z ogrodu kosztywały prawie 740 tys. zł.

Gdy Pałac Branickich stał się Pałacem Pracy

Gdy Pałac Branickich stał się Pałacem Pracy

 

   29 lipca 1920 r. wojska bolszewickie zajęły Białystok. W mieście utworzono Białostocki Komitet Wojskowo-Rewolucyjny.
 
   Od 5 lipca 1920 r. oddziały polskie cofały się w kierunku Warszawy. W zwycięskim pochodzie Armii Czerwonej ku Zachodowi, ostatnią poważną przeszkodą naturalną były rzeki Bug i Narew. Na tej linii wódz naczelny Józef Piłsudski zamierzał położyć kres długotrwałemu odwrotowi. Niepoślednią rolę w tym przedsięwzięciu miały odegrać twierdza w Osowcu i miasto Białystok.
  Skoncentrowane w Białymstoku siły polskie miały osłaniać kierunek Grodno – Warszawa, podczas gdy z okolic Brześcia poszłoby decydujące przeciwnatarcie sił polskich. Białystok nie został jednak przed lipcem 1920 r. przygotowany do obrony. Miasto nigdy się nie broniło przed wojskami nieprzyjacielskimi nacierającymi od Wschodu.
  Polski garnizon w Białymstoku zorganizowany po 19 lutym 1919 r. utworzył grupę pod dowództwem płk. Stanisława Dziewulskiego, pełniącego również wcześniej obowiązki wojskowego komendanta miasta i wyruszył na front wschodni. Natomiast batalion Białostockiego Pułku Strzelców zajął kwatery w koszarach przy ul. Romualda Traugutta i z jego to głównie składu wydzielano patrole do pełnienia całodobowej służby, a pluton kompanii technicznej ochraniał biuro werbunkowe w Pałacu Branickich.
  W mieście tworzono m.in.: szpital polowy na 250 łóżek i magazyn etapowy dla Dywizji Litewsko-Białoruskiej, Okręgowe Warsztaty Uzbrojenia. W kwietniu 1919 r. powołano w Białymstoku Inspektorat Żandarmerii Wojskowej, który miał chronić miasto przed aktami dywersji oraz z obawy przed bojkotem poboru do wojska. Białystok odgrywał znaczną rolę jako ośrodek zaplecza polskiego Frontu Północnego-Wschodniego.
  Plany Józefa Piłsudskiego nie zostały jednak zrealizowane, gdyż najpierw upadł Brześć, a później Osowiec (twierdza zamykająca jedno z nielicznych przejść przez pasmo bagien nadbiebrzańskich). Osowiec zdobyła kawaleria bolszewicka (III Korpus dowodzony przez Gaja Bżyszkiana). Bolszewicka kawaleria zaczęła oskrzydlać siły skoncentrowane w Białymstoku.
  Po upadku Osowca stało się jasne, że nie można utrzymać przedpola Białegostoku i trzeba opuścić miasto, co nastąpiło 28 lipca 1920 r. o godz. 3. Dowodzona przez komendanta Stanisława Chluskiego policja białostocka osłaniała odwrót oddziałów polskich, które miały bronić drogi do Warszawy na linii Narwi.
  Grupa Operacyjna generała Lucjana Żeligowskiego liczyła 7-8 tys. bagnetów i zajmowała odcinek od Suraża do Wizny długości ok. 60 km. Pierwsza Armia posiadała ok. 12-13 tys. bagnetów. Bolszewicy nacierający na oddziały polski mieli czterokrotną przewagę liczebną.
  29 lipca 1920 r. wojska bolszewickie zajęły Białystok. W mieście utworzono Białostocki Komitet Wojskowo-Rewolucyjny. Na jego czele stanął nauczyciel – dziennikarz J. Oszerowicz, sekretarzem został J. Kowalski. Na czele wojskowej komendantury miasta stanął Rosjanin Szypow. Władze wprowadziły rosyjski i jidysz jako języki urzędowe i powierzały stanowiska administracyjne tym, którzy nimi władali.
  W ciągu kilku dni Komitet upaństwowił banki, kasy pożyczkowo-oszczędnościowe, zarejestrował i zamknął składy żywności, oparł aprowizację miasta na przymusowych dostawach, ogłosił rejestrację bezrobotnych i przekazywania fabryk robotnikom.
  Dowódcy poszczególnych armii tworzyli w terenie tymczasowy aparat administracyjny podporządkowany tzw. „rewkomom”. Trochę wcześniej, bo 23 lipca 1920 r. Lenin zadecydował, iż po zajęciu Polski władzę przejmie Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski, któremu przewodniczył Julian Marchlewski.
  W tym czasie Feliks Dzierżyński zebrał kilkudziesięciu towarzyszy w Moskwie. 25 lipca 1920 r. członkowie przyszłego TKRP odbyli zebranie, a Marchlewski zobowiązał się napisać manifest rządu. W Moskwie pozostało tzw. Małe Biuro Polskie, kierowane przez Zofię Dzierżyńską, które miało pośredniczyć w kontaktach pomiędzy TKRP a Leninem.
  TKRP tworzyli: Julian Marchlewski – przewodniczący, Edward Próchniak – sekretarz, Feliks Dzierżyński – nieformalny przewodniczący, Feliks Kon – oświata, Józef Unszlicht – sprawy partyjne, Bernard Zaks – przemysł, Stanisław Bobiński – rolnictwo, Tadeusz Rydwański – propaganda i agitacja.
 

   W dniu zajęcia Białegostoku przez oddziały Armii Czerwonej do Wilna przyjechali Julian Marchlewski i Feliks Dzierżyński. Tam zakończyli pracę nad manifestem TKRP. Za swą siedzibę obrali Pałac Branickich, który przemianowano na Pałac Pracy. Przez sieć Czerzwyczajki poinformowali Lenina o zredagowaniu manifestu. 30 lipca 1920 r. w Białymstoku ogłoszony został Manifest do polskiego ludu roboczego miast i wsi, który m.in. zapowiadał utworzenie Polskiej Republiki Rad, nacjonalizację ziemi, oddzielenie Kościoła od państwa oraz wzywał masy robotnicze do przepędzenia kapitalistów i obszarników, zajmowania fabryk i ziemi oraz tworzenia komitetów rewolucyjnych jako organów nowej władzy.
  Marchlewski dotarł do Białegostoku nocą z 1 na 2 sierpnia. Następnego dnia przybyli Dzierżyński i Feliks Kon, a Edward Próchniak dopiero 5 sierpnia. Nowi czerwoni dygnitarze na swoją działalność otrzymali ponad 2 miliardy rubli. Jedną z pierwszych decyzji, jaką podjęli przywódcy TKRP było odwołanie Szypowa i mianowanie na jego miejsce Mieczysława Łoganowskiego. Udało się też zstąpić rosyjski i jidysz językiem polskim, zarówno w administracji, jak i w szkolnictwie.
  Na początku Marchlewski usiłował względną tolerancją i łagodnością w postępowaniu zapewnić sobie poparcie społeczeństwa dla komunistycznej polityki. Jego zarządzenia musiały być jednak zatwierdzane przez wojennych komisarzy, a ci, na skutek przesuwania się frontu ciągle się zmieniali, a w dodatku jako „rasowi” rewolucjoniści byli zwolennikami stosowania terroru wobec społeczeństwa polskiego.
  Zorganizowano Trybunały Rewolucyjne, składające się z trzech osób. Wyroki przez nie wydawane były ostateczne i nie podlegały kasacie. Fabryki zostały znacjonalizowane. Ich właściciele mieli być przeniesieni do innych miejsc pracy.
  14 sierpnia 1920 r. głównodowodzący Armią Czerwoną Siergiej Kamieniew wydał rozkaz o formowaniu Polskiej Armii Czerwonej. Miała to być formacja ochotnicza. 15 sierpnia dowódca frontu zachodniego Michaił Tuchaczewski i Józef Unszlicht podpisali rozkaz o formowaniu Pierwszej Polskiej Armii Ochotniczej.
  Na jej dowódcę mianowano Romana Łągwę (działacza Polskiej Partii Socjalistycznej „Lewica”). Intensywną rekrutację do tej formacji przeprowadzano wśród jeńców polskich. Formowanie armii przebiegało bardzo niemrawo. Ułożona została nawet rota przysięgi, w której żołnierz „syn ludu pracującego, obywatel Republiki Radzieckiej Polski, nie szczędząc krwi miał walczyć za sprawę socjalizmu i braterstwo ludów”. W razie niewykonania rozkazów żołnierza miała dosięgnąć karząca ręka rewolucyjnej sprawiedliwości.
  W szeregi Białostockiego Pułku Strzelców zgłosiło się tylko 70 ochotników. Dzierżyński przerażony tak miernymi wynikami rekrutacji zwrócił się do Lwa Trockiego o przysłanie do Białegostoku specjalnego batalionu „Czeki”. Na szczęście oddział ten nie zdążył dotrzeć do miasta.
  Program TKRP poparła niewielka część społeczeństwa Białegostoku. Wśród nich znalazła się Komunistyczna Partia Robotniczej Polski. W sierpniu rozwiązała się Polska Partia Socjalistyczna, a jej niektórzy działacze wstąpili w szeregi KPRP i współpracowali z komunistami z Rosji.
 

   Także niektóre środowiska żydowskie poszły na współpracę z komunistami (szczególnie członkowie Bundu i Poalej-Syjonu). Większość robotników wrogo odniosła się do inicjatyw „Polaków” służących komunistycznej Rosji. Jak pisali w swych wspomnieniach niektórzy działacze TKRP ludność Białegostoku była niechętnie nastawiona do nowych władz.
  Na ulicach wymyślano im od komunistów, bojkotowano zarządzenia nowych władz. Chłopi nie wierzyli, iż komuniści dotrzymają obietnicy o nietykalności ziemi chłopskiej pochodzącej ze skonfiskowanych majątków. Nie obyło się również bez aktów terroru ze strony bolszewików, którzy zamordowali 15 obywateli polskich: Karola Berenta – wywiadowcę Policji Państwowej, Mieczysława Falkowskiego – właściciela majątku Renszczyzna, Icko Firera, I. Garbowskiego, Józefa Karpowicza, księdza Ryszarda Knobelsdorfa, Zachariasza Olejnika – starszego przodownika Policji Państwowej, I. Oponowicza, Hieronima i Feliksa Ostrowskich – ziemian spod Łomży, A. Podolskiego – Tatara z pochodzenia, oraz dwóch nieznanych z nazwiska oficerów polskich.
  W kilka dni przed zbiorową egzekucją władze sowieckie zamordowały Bolesława Jarosławskiego, członka Związku Zawodowego Robotników Włókniarzy „Praca”. Gdy wojska polskie zbliżały się do Białegostoku, członkowie TKRP w popłochu uciekli samochodami na wschód 20 sierpnia 1920 r. Niektórzy z nich stali się później ofiarami czystek przeprowadzonych przez Józefa Stalina.
  Archiwum Państwowe w Białymstoku ma ciekawy zasób dokumentów obrazujących tamte wydarzenia. Znajdują się one w zespołach archiwalnych Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, na mikrofilmach zespołu Tymczsowego Komitetu Rewolucyjnego Polskiego. Archiwalia uzupełnia cenna publikacja Białystok Ilustrowany, zeszyt pamiątkowy zredagowany przez Antoniego Lubkiewicza w 1921 r.

Marek Kietliński

Na ul.Orlańskiej poszło na noże

Na ul.Orlańskiej poszło na noże

Uliczka Orlańska, leżąca w przedwojennych Chanajkach słynna była z co najmniej dwóch swoich mieszkańców – sędziwego dorożkarza Chone Sybirskiego, wożącego klientów do czasów cara Mikołaja II i Jankiela Rozengartena, zwanego Jankieczkie, największego bandziora nie tylko na dzielnicy, ale i w całym Białymstoku. Ten ostatni gościł w tej rubryce już niejednokrotnie. Teraz zawitał do niej po raz ostatni. Późną zimą 1933 r. spotkała go bowiem bardzo duża nieprzyjemność. Został zabity przez swojego wspólnika od szemranych interesów, a jednocześnie szwagra, Szmula Gorfinkiela, pseudo Kokoszkie.

Wszystko zaczęło się od kłótni, która rozgorzała między żonami Rozengartena i Gorfinkiela, a rodzonymi siostrami, Rachelą i Miłką. Pod koniec lat 20., pod nieobecność mężów, odsiadujących w więzieniu wyroki za włamanie i oszustwa, połowice obu opryszków prowadziły w ich zastępstwie w domach przy Orlańskiej potajemne przybytki płatnej miłości.  W kraju panował kryzys, a więc i dochody z pracy „dziewczynek” mocno spadły. Pomiędzy obu rodzinkami rozpoczęła się ostra walka o klienta. Zwłaszcza, że ich głowy znajdowały się czasowo na wolności. Pod koniec 1932 r. jedna ze sponiewieranych przez  Jankieczkie prostytutek uciekła od niego do sąsiedniego burdelu jego szwagra Kokoszkie. Doniosła też do prokuratora o brutalnym traktowaniu przez byłego pracodawcę. Rozengarten znowu trafił za kratki. 

 

Po kilku tygodniach był już znowu wolny. Sprawiła to kaucja złożona przez kochającą rodzinkę. Miał jednak siedzieć w domu i czekać na rozprawę o sutenerstwo. Jego sytuacja nie wyglądała najlepiej. Prostytutka, od pobicia której wszystko się zaczęło, mając nowego opiekuna pomimo różnych perswazji nie chciała wycofać skargi. Na pomoc ojcu ruszył syn, 18-letni Połtyjer Rozengarten. 4 lutego 1933 r., kiedy panienka lekkich obyczajów wracała z kolejnego pobytu w sądzie, zaczaił się na nią przy winklu Krakowskiej i Orlańskiej i dotkliwie pobił.

 

Posiniaczona i płacząca dziewczyna pobiegła na skargę do Szmula Gorfinkiela. Ten, nie zastanawiając się długo wysłał ją z żoną Małką na IV komisariat przy ul. J. Piłsudskiego (Lipowa) aby złożyła kolejne doniesienie. Tym razem zaszedł im drogę sam Jankieczkie. Po wyczynie synalka wiedział czym może zrewanżować się wredny szwagier siedzący pod pantoflem żony. Od słowa do słowa między Jankieczkie i Małką rozpoczęła się potężna pyskówka, po której obie strony przeszły do rękoczynów.

 

Rozengarten przeliczył się jednak z siłami. Jego pięści nie potrafiły powstrzymać dwóch rozwydrzonych kobiet, uzbrojonych w ciężkie torebki i ostre paznokcie. Nie chcąc opuścić w niesławie pola walki sięgnął po nóż. Głośny krzyk Gorfinkielowej, którą trafił sprężynowiec chanajkowskiego oprycha, zaalarmował jej męża Szmula. Ten nadbiegł czym prędzej na ratunek żonie. Wywiązała się bezpardonowa bitka między szwagrami. W końcu Gorfinkielowi udało się uderzyć Rozengartena nożem w pierś. Za pierwszym celnym pchnięciem poszły następne. Jankieczkie, cały we krwi, zwalił się na ziemię. Jego przeciwnik rzucił się do ucieczki.

 

Na nic zdały się starania lekarzy ze szpitala św. Rocha, do którego szybko przewieziono pokłutego Jankieczkie. Rany okazały się śmiertelne. W nocy z 6 na 7 lutego osławiony król Chanajek wyzionął ducha. Dzień później na cmentarzu przy ul. Sosnowej odbył się pogrzeb Rozengartena. Stawili się niemal wszyscy białostoccy włamywacze, kieszonkowcy i oszuści. Przybyli koledzy sutenerzy i ich podopieczne. Takiej publiki miasto nie oglądało dotychczas na żadnej tego typu uroczystości.  Świat przestępczy  Białegostoku godnie żegnał jednego ze swoich największych autorytetów.

Włodzimierz Jarmolik

Politycy będą się bawić w matkę naturę. Na lisa zapadł już wyrok

Politycy będą się bawić w matkę naturę. Na lisa zapadł już wyrok

Zapadł wyrok na lisy. W podlaskich lasach uznawane za szkodniki – te rude ssaki będą wybijane. Na otarcie łez – podlaskie lasy zostaną zasiedlone zającami, których coraz bardziej ubywa. Sprawa jest dość dziwna.

 

Przez ostatnich kilkadziesiąt lat na naszych terenach liczba zajęcy zmniejszyła się o połowę. Samorząd Województwa Podlaskiego postanowił przejąć kompetencje matki natury i teraz podlaskim lasom chce zające zwrócić. Problem polega na tym, że zające są jednym z wielu przysmaków lisów. Zwierzęta te są prawie wszystkożerne (jedzą owoce i polują na ssaki swoich i mniejszych rozmiarów, a także jak wiemy – kradną kury z kurników).

 

Lisy jak i inne zwierzęta są uczestnikami całego ekosystemu. Wtrącanie się człowieka zawsze przynosi największą szkodę dla natury. Czy zatem powinno się odpuścić lisom? Odpowiedź jest prosta – lisy są w menu wilków. Tak jak myśliwi wybijają jelenie, sarny, a chcą też lisy to dlatego, że przejmują kompetencje wilków do oczyszczania natury z tych osobników. Jak wiadomo myśliwi nienawidzą wilków i marzą o tym by móc na nie polować. Politycy z obawy przed Unią Europejską – która bardzo pilnuje ochrony środowiska – nie mogą się na to zgodzić, ale utrudnić życie wilkom – to jak najbardziej.

 

Dlatego też pomysł samorządu województwa by sztucznie regulować ile w lesie ma być lisów, ile zajęcy powoduje chwianie całym ekosystemem. Stąd też miejmy nadzieję, że cały program pilotażowy jaki planuje Samorząd województwa podlaskiego okaże się niewypałem i zaprzestaną głupich praktyk. Szczególnie, że lisów na świecie jest tak dużo, że wybicie ich na danym obszarze na szczęście nic nie da.

Charlie Chaplin  w Białymstoku

Charlie Chaplin w Białymstoku

                                                         

                                               Gazeta Białostocka Dzień Dobry! : dziennik ilustrowany 193104.01 
                                                                               Przedwojenny prima -aprilis  ? 

       

Dzięki Tobie może powstać hospicjum. Zapisz się na bieg charytatywny

Dzięki Tobie może powstać hospicjum. Zapisz się na bieg charytatywny

Fundacja Hospicjum Proroka Eliasza na początku września zorganizuje bieg charytatywny na rzecz budowy hospicjum dla mieszkańców wsi. Każdy, kto chciałby dorzucić swoją „cegiełkę” do tej inicjatywy może zapisać się na dystanse: 1,5, 5 i 11 km. Trasa poprowadzi malowniczymi drogami leśnymi na obrzeżach Puszczy Białowieskiej w okolicach Rybak – w dolinie Rzeki Narew. Zgłaszać się może każdy – indywidualni biegacze, kluby biegowe, drużyny szkolne i firmowe, rodziny.

 

Impreza jest bezpłatna, ale ponieważ jej celem jest charytatywna zbiórka pieniędzy organizatorzy chcieliby, by każdy kto się zapisze wpłacił co najmniej 30 zł. Biegowi będzie towarzyszyć impreza integracyjna z pokazami, muzyką czy miejscem zabaw dla dzieci z animatorem. Dodatkowo będzie ognisko z posiłkiem regeneracyjnym. Bieg odbędzie się 8 września.

 

Fundacja Hospicjum Proroka Eliasza ma swoją z siedzibą w Michałowie, gdzie prowadzi społeczne Hospicjum Domowe z dala od większych miast. Placówka niesie bezpłatną pomoc osobom nieuleczalnie chorym, aby mogły godnie przeżyć ostatnie miesiące swego życia. Teraz fundacja chce postawić kolejny krok w rozwoju i zbudować hospicjum stacjonarne. Dzięki takim inicjatywom jak organizacja biegów charytatywnych – ich wizja staje się coraz bardziej realna. 

 

Fundację można wspierać także bez biegania. Wystarczy wpłacić dowolną kwotę na ich konto:

 

Fundacja Hospicjum Proroka Eliasza
ul. Szkolna 20, 16-050 Michałowo
KRS: 0000328837

Nr konta głównego – pomoc medyczna dla pacjentów Hospicjum Domowego i inne cele statutowe Fundacji HPE:
52 8060 0004 0551 0139 2000 0010
Bank Spółdzielczy w Białymstoku, Oddział w Michałowie

 

dla wpłat z zagranicy:
SGB-Bank S.A. SWIFT/BIC CODE: GBWCPLPP
PL 52 8060 0004 0551 0139 2000 0010

 

Nr konta budowy Hospicjum Stacjonarnego:
81 1050 1953 1000 0090 3150 6141
ING Bank Śląski, oddział w Białymstoku

 

dla wpłat z zagranicy:
ING Bank Śląski SWIFT/BIC CODE: INGBPLPW
PL 81 1050 1953 1000 0090 3150 6141

Malutka ulica przypomina o dawnych Chanajkach. Ochrona budynków przyszła w samą porę.

Malutka ulica przypomina o dawnych Chanajkach. Ochrona budynków przyszła w samą porę.

Malutka uliczka odchodząca od Wyszyńskiego, leżąca tuż przy Sosnowskiego czyli Grunwaldzka to pozostałość po dawnym Białymstoku i Chanajkach. Nim powstała ulica Sosnowskiego – przy Kijowskiej było rozwidlenie – kocimi łbami dojechać można było własnie Grunwaldzką do Wyszyńskiego lub żwirową ulicą Sosnową do Sukiennej. Krajobraz zaczął się zmieniać około 20 lat temu. Najpierw wybudowano bloki przy ul. Brukowej w sąsiedztwie I LO, później kolejne – bliżej Sosnowej i Grunwaldzkiej. Kolejne zmiany to znikające kolejne drewniane domy z dawnych Chanajek stojące przy Grunwaldzkiej. Aż w końcu wybudowano tu normalną, szeroką, asfaltową drogę, zaś z dawnych miejsc pozostał tylko Wydział Architektury, kilka domów oraz ciekawy fragment Angielskiej i właśnie pozostałości Grunwaldzkiej – jeden to szary, duży dom drewniany oraz sąsiadująca dawna fabryka.

 

Ostatnio pożal się Boże miejscy urbaniści w planach zagospodarowania przestrzennego nie uwzględnili przeszłości obu budynków. W ich miejsce wkrótce zapewne pojawiłyby się „apartamenty”. Na szczęście wkrótce będą wybory, więc politycy uważają co robią i tym razem zmiany zablokowali i odpowiednie przepisy pojawią się w nowym projekcie planu zagospodarowania przestrzennego. A warto dbać o historię miasta zachowując to, co jeszcze może przypominać o dawnej historii miasta. Wyjątkowy dom – zaprojektowany przez znanego w międzywojniu architekta – Szymona Pappe oraz fabryka Szlachtera – w której są warsztaty szkolne, to zdecydowanie miejsca, które nie zasługują jeszcze na śmierć na rzecz kolejnych „apartamentów”.

 

Póki co developerzy muszą szukać sobie innych miejsca.

Podlaska Korona Królów. Tu było historyczne „trójmiasto” Podlasia Podlasia

Podlaska Korona Królów. Tu było historyczne „trójmiasto” Podlasia Podlasia

Tak zwany rdzeń Podlasia to jego dawna stolica i okolice – to tam dawniej toczyło się dworskie życie. Trzy najważniejsze miejscowości Podlasia na mapie leżały tuż przy Bugu. Mielnik, Drohiczyn oraz Granne. W Drohiczyn to właśnie dawna stolica Podlasia – które leżało na terytorium Królestwa Polskiego. Po odkupieniu grodu przez Jagiellonów – na rynku w Drohiczynie tętniło życie. Damy mogły tam zdobyć piękne ubrania, można było skorzystać z łaźni czy też zakupić świece. Nie zabrakło oczywiście budynku ratusza i wagi. XVI wiek to okres największego rozkwitu Drohiczyn. Później w mieście pojawiły się trzy kościoły, cerkwie unickie i prawosławne oraz cztery klasztory. Był też szpital, apteka i szkoła. Dopiero Potop szwedzki sprawił, że miasto zostało zniszczone i utracono 68 proc. ludności. 

 

Nieopodal Drohiczyna w Mielniku do dziś stoją ruiny kościoła, który był częścią zamku. Wszystko to oczywiście na wzgórzu – by doskonale z daleka widać czy nie czai się wróg. 23 października 1501 roku na zamku w Mielniku podpisano Unię mielnicką między Królestwem Polski i Wielkim Księstwem Litewskim. Wieża zamkowa miała aż trzy kondygnacje i dodatkową wieżyczkę, a także na specjalny ganek z widokiem na dziedziniec. Druga kondygnacja była połączona z basztami. Na dziedzińcu znajdowało się też więzienie. W XVI wieku niestety zamek spłonął, a pozostał tylko kościół i wieża wjazdowa. To co pozostało i to co naprawiono zniszczone zostało podczas Potopu szwedzkiego.

 

Granne było prywatną osadą należącą do Niemirowiczów-Szczyttów. Znajdowała się tam kamienna przeprawa przez rzekę Bug, którą stanowiła najkrótszą drogę z Królestwa Polskiego do Wielkiego Księstwa Litewskiego. Prowadziła od Warszawy do Wilna. Do dziś – gdy niski jest poziom wody resztki przeprawy odsłaniają się i można je zobaczyć na własne oczy.

 

Dlatego też wybierając się na południe województwa podlaskiego warto własnie zwiedzić te historyczne „trójmiasto” i jeszcze bardziej zagłębić jego historię.

 

mapa z 1665 roku

Uprowadzenie pięknej panny

Uprowadzenie pięknej panny

a

                                                                       

                                                             

                                                    Gazeta Białostocka Dzień Dobry! : dziennik ilustrowany 1931
Ta ulica ma 900 metrów, a jej zbudowanie zajęło całe lata!

Ta ulica ma 900 metrów, a jej zbudowanie zajęło całe lata!

Ul. Sitarska w Białymstoku to malutka ulica na Białostoczku. W planach od lat było jej przedłużenie i połączenie z sobą osiedli Centrum i Białostoczek z Dziesięcinami. Problem polegał na tym, że pomiędzy Sitarską, a ówczesną ulicą Berlinga (teraz Hallera) były ogródki działkowe, tory kolejowe i puste pola. A pomiędzy Al. Piłsudskiego a Poleską drewniane domy pamiętające czasy żydowskiego Getta. Międzyczasie powstała ulica Świętokrzyska łącząca Antoniukowską z ówczesną Berlinga i obwodnicą miasta oraz Bohaterów Getta łączącą Al. Piłsudskiego z Poleską. Było wiadomo, że trzeba szukać pieniędzy także na Sitarską by „dzieło” było ukończone.

 

Gdy w końcu ogłoszono, że inwestycja rusza, to nieoczekiwanie do akcji wkroczyli ekolodzy, którzy dopatrzyli się na ogródkach działkowych unikalnych kwiatów i ptaków. Oczywiście inwestycja nie podobała się też właścicielom ogródków działkowych, które były na trasie nowej drogi. Ostatecznie udało się uzgodnić niezbędne pozwolenia z Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska. Kiedy można było ruszać, to pojawił się kolejny problem. Miasto nie mogło wyłonić w przetargu wykonawcy. Po kilku razach ostatecznie udało się to uczynić w tamtym roku.

 

Droga została wreszcie ukończona. 900-metrowy odcinek ma po 2 pasy ruchu – przy czym jeden to buspas. Oznacza to, że miasto na tym odcinku puści nową linię autobusową (lub zmieni trasę istniejącej). Dodatkowo nowa droga odciąży wiadukt Dąbrowskiego. Szybciej też dostaniemy się na Dziesięciny i Bacieczki z centrum. 

 

 

Kładka Waniewo – Śliwno kompletnie rozebrana. Została sterta drewna

Kładka Waniewo – Śliwno kompletnie rozebrana. Została sterta drewna

Kładka Waniewo – Śliwno jest nieczynna, ale od przyszłego roku się to zmieni. Obecnie w Narwiańskim Parku Narodowym trwają prace remontowe. Po starej kładce nic nie zostało, gdyż została rozebrana. Teraz robotnicy stawiają nową, która będzie służyć wszystkim od przyszłego roku. A wybrać się do Waniewa lub Śliwna zawsze warto.

 

Między miejscowościami Śliwno i Waniewo, oddalonymi od Białegostoku o około 30 km znajdują się rozlewiska Narwi, które w zależności od pory roku znajdują się gruncie bądź są na powierzchni. Na niektórych fragmentach jest tak dużo wody, że jest ona cały rok. Wtedy musimy użyć siły mięśni aby przyciągnąć platformę, która pozwoli dostać się na drugi brzeg wody. Znajdujące się na kołowrotku liny nie powinny sprawić żadnego kłopotu. Dlatego też siłować się mogą też dzieci. Łącznie na trasie przygotowano cztery takie tratwy.

 

Kilometrowa drewniana kładka posiada także wieżę obserwacyjną, na której można odpoczywać lub obserwować ptaki, gdyż jest ich tam całkiem sporo. Kładkę można zwiedzać z obu stron – przyjeżdżając do Sliwna (jadąc przez Kurowo od Choroszczy) lub przyjeżdżając do Waniewa (jadąc ekspresówką przez Jeżewo). Niezależnie, z której strony zaczniemy wycieczkę, to naprawdę warto. Mimo wszystko, trzeba z tym poczekać do przyszłego roku.

 

fot. Narwiański Park Narodowy

O kilku niecnych wyskokach kasiarza

O kilku niecnych wyskokach kasiarza

 

   Pisałem już niegdyś w tej rubryce o Chaimie Garberze, który na przełomie lat 20 i 30 ub. wieku królował wśród białostockich kasiarzy, czyli szczególnie doświadczonych włamywaczy okradających sejfy bankowe. Swoich skoków dokonywał zarówno w mieście, jak i na prowincji. W kasiarskim fachu nieodzowni są pomocnicy. Prucie kasy za pomocą raku i boru, a do tego jeszcze machając szabrem czy sztamajzą wymagało sporego wysiłku. Garber upatrzył sobie na pomagiera zdolnego młodzieńca z Chanajek, Mejera Krynickiego, wśród ferajny znanego jako Krynica. Kiedy mistrz zaliczał kolejną odsiadkę, poduczony już nieźle Krynica zaczął działać na własny szczot.

  W nocy z 23 na 24 stycznia 1931 r. miało miejsce włamanie do Banku Ludowego w Wołpie (powiat grodzieński przedwojennego województwa białostockiego). Złodzieje za pomocą łomu ukręcili potężną kłódkę przy drzwiach wejściowych i zabrali się do kasy. Łupem nocnych klientów bankowych padło kilkaset dolarów i pewną ilość obligacji pożyczki budowlanej. Choć przestępcom udało się niepostrzeżenie zbiec, to sposób dokonania kradzieży był dziwnie znajomy. Widać było szkołę białostockiego kasoera Chaima Garbera. Ponieważ jednak ten siedział w więzieniu, policja kryminalna z ul. Warszawskiej zainteresowała się jego znanym uczniem Mejerem Krynickim. Krynica został niezwłocznie zatrzymany, o czym z entuzjazmem doniosły miejscowe gazety, zaś Dziennik Białostocki podsumował swoją notatkę wcale trafną uwagą: „Tak to przeważnie bywa, że kto otwiera, tego później zamykają”.

  Pomimo uzasadnionych podejrzeń kasiarz Krynica po kilku dniach znowu spacerował na wolności. Przedstawił po prostu alibi, które wykluczało jego udział na bank w Wołpie. Udał się od razu na Rynek Kościuszki 1, do lokalu, w którym mieściła się redakcja Dziennika Białostockiego. Tam zażądał widzenia się z naczelnym i wyraził swoje oburzenie za nieprawdziwe słowa. Powołał się przy tym na swoje źródlanie czyste nazwisko. Może by redakcja i napisała jakieś sprostowanie, gdyby nie jeden fakt. Oto kilka dni później Krynica został przyłapany w Brześciu nad Bugiem w momencie gdy zabierał się do otwierania kasy pancernej stojącej spokojnie w składzie meblowym Chaima Olickiego. Trafił do pudła.

  A teraz mamy lato 1933 r. Posterunkowy patrolujący uliczki sennego Supraśla zatrzymał do wylegitymowania dwóch podejrzanie wyglądających osobników. I co się okazało! Trafił na Mejera Krynickiego i jego mentora Chaima Garbera, którzy będąc na warunkowym zwolnieniu przymierzali się właśnie do nowego skoku. Podczas rewizji znaleziono przy nich komplet precyzyjnych narzędzi do otwierania zamków i kas.

  Wpadka w Supraślu nie spowodowała jednak dla Krynicy większych nieprzyjemności. Już kilka miesięcy później rozpoczął on całą serię występów na terenie miasta Białegostoku. Najpierw pozbawił Szlomę Orlańskiego (Polna 6) garści biżuterii o niebagatelnej wartości 3435 złotych. Następnie, 24 listopada, razem z Garberem, włamali się do biura rzeźni miejskiej i po rozpruciu rakiem kasy ogniotrwałej, zainkasowali 2 tysiące złotych i 10 dolarów. Łup mógł być pięciokrotnie większy, gdyby tego właśnie dnia Magistrat nie zażyczył sobie ok. 7 tys. złotych na wypłatę dla swoich urzędników.

  Z kolei w marcu następnego roku uparty Majer Krynicki postanowił prawdopodobnie podciągnąć się nieco w literaturze, odwiedził bowiem nocną porą Księgarnię Nauczycielską przy ul. Kilińskiego. Jednak najpierw zajął się oczywiście kasetką z pieniędzmi.

  Jesienią 1934 r. dokonał Krynica jeszcze jednego, mocno spektakularnego skoku – na młyn elektryczny przy ul. Mazowieckiej, będący własnością Jana Karnego. Ale ta historia zasługuje na osobne potraktowanie. Nieco później.

Włodzimierz Jarmolik

Anna Omielan zdobyła wiele medali. Podlasianka marzy o powrocie do sportu

Anna Omielan zdobyła wiele medali. Podlasianka marzy o powrocie do sportu

Ania Omielan to 25-latka urodzona w Dąbrowie Białostockiej, znakomita pływaczka białostockiego klubu, która osiągnęła w życiu już bardzo wiele. Brała udział w mistrzostwach świata, igrzyskach, zdobywając wiele medali na arenie krajowej i międzynarodowej. Mało kto w tak młodym wieku może się pochwalić własną stroną na Wikpedii. Jednak przy swoich osiągnięciach, te wydaje się najmniejsze. Między 2007 a 2013 rokiem zdobyła w Tajwanie, Berlinie, Pekinie, Islandii, Niemczech, Holandii, Grecji i też wiele razy w Polsce – medale.

 

– Pływanie wiele mnie nauczyło, ukształtowało mój charakter, nauczyło wytrwałości i przezwyciężania słabości. – pisze sama o sobie. Jednak mimo odwagi i pogody ducha Anna nie jest w stanie poradzić sobie ze wszystkimi problemami. A jej największy to brak nogi, którą utraciła podczas wypadku rolniczego w wieku 2 lat. – Zawsze starałam się żyć bez ograniczeń, 2 treningi na basenie, dodatkowo 1 trening na siłowni, jednak brak nogi, złej jakości proteza, stale okaleczony kikut i kolejne operacje sprawiły, iż sport musiałam odstawić na drugie miejsce, a rozpocząć walkę o zdrowie. 

 

Anna Omielan marzy o powrocie do sportu. Nie jest to jednak możliwe bez odpowiedniej protezy, bez której nie da się normalnie funkcjonować a tym bardziej trenować. Za każdym razem otarcia na kikucie wykluczają dziewczynę z normalnego życia. 25-latka postanowiła wziąć sprawę w swoje ręce. Próbuje uzbierać 60 000 zł na odpowiednią protezę. Prawie jedna trzecia tej kwoty już jest. Jeżeli ktoś ma wątpliwości, czy jej pomóc niech tylko spojrzy na jej osiągnięcia i zastanowi się czy nie warto, by dziewczyna osiągała dla Polski znów znakomite wyniki.

 

Pieniądze na protezę można przekazać przy pomocy portalu:
https://pomagam.pl/plywaniedlaani

 

Osiągnięcia:
Mistrzostwa Świata Juniorów IWAS Tajwan 2007 – I i II miejsce;
Otwarte Mistrzostwa Niemiec – Berlin 2009 – I i II miejsce;
Igrzyska Paraolimpijskie Pekin 2008 – udział w 5 konkurencjach; IX miejsce
Zimowych i letnich Mistrzostwa Polski 2009 – II miejsce;
Integracyjne zawody pływackie, Warszawa 2008 – I miejsce;
Mistrzostwa Europy w pływaniu na Islandii, Reykjavik 2009 – II i III miejsce;
Otwarte Mistrzostwa Niemiec, Berlin 2009 – I, II, III miejsce;
Zimowe Mistrzostwa Polski w Pływaniu, Kalisz 2009 – II miejsce II miejsce;
Puchar Białegostoku w pływaniu, Białystok 2009 – I miejsce;
Zimowe Mistrzostwa Polski w Pływaniu, Białystok 2010 – II miejsce ;
Letnie Mistrzostwa Polski w Pływaniu, Gorzów Wielkopolski 2010 – II miejsce;
Otwarte Mistrzostwa Niemiec w pływaniu, Berlin 2010 – III miejsce;
Zawody Nadziei Paraolimpijskich, Warszawa 2010 – I miejsce;
Mistrzostwa Świata w Pływaniu, Eindhoven 2010 – VI, VII, VIII miejsce;
Letnie Mistrzostwa Polski w Pływaniu, Szczecin 2011 – II miejsce;
Otwarte Mistrzostwa Grecji w Pływaniu, Naoussa 2012 – 3 złote medale;
Letnie Mistrzostwa Polski w Pływaniu, Szczecin 2013 – I i II miejsce;

 

fot. Facebook Anny Omielan

Ludwik Waryński przetrwał dekomunizację ulic. Niewiele osób wie dlaczego

Ludwik Waryński przetrwał dekomunizację ulic. Niewiele osób wie dlaczego

W całej Polsce miała miejsce dekomunizacja, w związku z czym wiele ulic zmieniło swoją nazwę. Bardzo wiele osób jednak zastanawia się dlaczego mamy wciąż w Białymstoku, Suwałkach czy Augustowie ulicę Waryńskiego oraz w przypadku Białegostoku Proletariacką. Przecież Ludwik Waryński widniał na starym banknocie 100 zł i jest jednoznacznie kojarzony z PRL. Żeby wytłumaczyć to – trzeba się zagłębić w szczegóły – gdyż jak mówi stare porzekadło – tam tkwi diabeł.

 

Oddajmy głos najpierw samemu Waryńskiemu. Twierdził on, że przyczyną nędzy i wszelkiego ucisku w społeczeństwach dzisiejszych jest nierówność i niesłuszność przy podziale bogactw między rozmaite społeczeństw onych klasy. Jakkolwiek bogactwa są rezultatem pracy, nie przypadają jednak w udziale tym, którzy pracowali nad ich wytworzeniem. Przy dzisiejszym ustroju społecznym klasy uprzywilejowane (klasy posiadające), nie pracując wytwórczo (produkcyjnie), zagarniają przeważną część bogactw pracą zdobytych, klasa zaś robotnicza (klasa nieuprzywilejowana, nieposiadająca), ograbiana z owoców swej pracy, nędzę i upodlenie znosić musi.

 

Takie słowa to wypisz wymaluj Lenin czy Dzierżyński. Mimo wszystko, to kojarzenie Waryńskiego z PRL-em ubóstwiających dwóch wyżej wymienionych panów jest efektem propagandy. Komunistyczne władze PRL zwyczajnie sobie wzięły Waryńskiego na „autorytet” przez zbieżność poglądów, jednak Ludwik Waryński żył w XIX wieku, zaś PRL był wytworem XX wieku. Więc można jedynie spekulować czy gdyby Waryński żył to wspierałby Lenina i Dzierżyńskiego. Poważni historycy jednak nie mają wątpliwości – tego typu snucie wizji byłoby działaniem ahistorycznym i oderwanym od faktów.

 

Stąd też, mimo zbieżności poglądów – jasna jest interpretacja obecnej dekomunizacji. Samo posiadanie poglądów komunistycznych nie jest propagowaniem ustroju totalitarnego. Dopiero czynny udział w tym zbrodniczym systemie spowodował, by patron ulicy zniknął. Dlatego też zmiana ulic Waryńskiego czy Proletariackiej byłoby zwyczajną nadgorliwością ze strony urzędników, gdyż nie można było propagować systemu totalitarnego nie żyjąc w tych czasach.

Białystok goni zachód, ale grozi nam zapaść gospodarcza!

Białystok goni zachód, ale grozi nam zapaść gospodarcza!

Droga ekspresowa z Białegostoku do Warszawy coraz dłuższa. Drogowcy oddali kolejny remontowany odcinek. Tym razem od granicy województwa podlaskiego do Ostrowi Mazowieckiej. Oznacza to, że z samego Białegostoku aż do końca obwodnicy Ostrowi Mazowieckiej można jechać nową drogą. Następnie, będziemy jechać przez jeszcze jeden remontowany, 30-kilometrowy odcinek. Potem od Wyszkowa do samej Warszawy znów piękną, nową drogą.

 

Ostatni remontowany odcinek ma być skończony w trzecim kwartale 2018 roku. Czyli jeszcze przed zimą powinniśmy jeździć ekspresówką do stolicy. Jak już pisaliśmy za trzy lata pojedziemy do Warszawy pociągiem z prędkością 160 km/h. Bardzo ważnym elementem transportowej układanki powinno być jeszcze lotnisko. Tak naprawdę gdyby udało się stworzyć lokalne połączenia lotnicze do Krakowa, Gdańska oraz Poznania – to wreszcie byśmy mogli powiedzieć, że nic Białemustokowi nie brakuje pod względem innych dużych polskich miast.

 

Problem wciąż leży jednak po stronie zarobków. W Białymstoku nadal zarabia się tragicznie w porównaniu z takimi miastami jak Poznań, Wrocław, Gdańsk czy Kraków. Jeżeli nadal nic z tym nikt nie będzie robić, to w Białymstoku będzie rosnąć tylko zadłużenie. A problem jest wielki – bo pieniędzy na inwestycji z Unii Europejskiej nie będzie już aż tyle, by robić w mieście jakieś większe przedsięwzięcia. O planach przebudowy Bohaterów Monte Cassino można raczej zapomnieć jeszcze przez lata. Wątpliwe jest to, by znalazły się na to pieniądze.

 

Dlatego wątpliwe jest też to, by Białystok dalej się rozwijał skoro zaraz skończą się inwestycje. Teraz musimy odbudować akademicką pozycję Białegostoku, a także zrobić wszystko by ludzie zarabiali tu tak samo jak w innych dużych miastach. W innym przypadku grozić nam może zapaść gospodarcza.

Tajemnica pożaru Warrantu. Czy było to podpalenie?

Tajemnica pożaru Warrantu. Czy było to podpalenie?

 

   W  1926 r., 23 października, niedługo po północy wybuchł pożar w magazynach Towarzystwa Handlowo-Transportowego Warrant przy ul. Kolejowej 12. Szybko powiadomiona straż ogniowa walczyła z żywiołem do godziny 6 rano. Nie tylko gaszono płonący budynek, ale też zabezpieczono sąsiednie domy przed zachłannym ogniem. Na miejsce katastrofy przybyła delegacja władz miejskich z prezesem Filipowiczem na czele. Pojawił się też komendant powiatowej Policji Państwowej Sobociński, a dochodzenie rozpoczął szef
Urzędu Śledczego – Makare- wicz. Miało trwać ono blisko sześć lat.  Firma Warrant stanowiła własność kilku wspólników. Należeli do nich bracia Mejer i Tewel Krugmanowie, Lejzor Kugel i Abel Furman. Budynek, który zajmowała, stanowił własność Towarzystwa Akcyjnego Wieczorek. Był to jednopiętrowy magazyn, całkiem murowany, zapełniony różnymi towarami. Na dole w beczkach stały oliwa, stearyna, kalafonia i inne żywice. Na pierwszym piętrze znajdowały się składy towarów kolonialnych, należących do białostockich kupców.  Według późniejszych zeznań właścicieli nagromadzony w Warrancie dobytek wart był około miliona złotych. Np. Alter Grynberg, kupiec branży futrzarskiej oświadczył, że trzymał w magazynie dziewięć koszów skórek soboli,
gronostajów, tchórzy, lisów i wiewiórek. Ich ubezpieczenie  wynosiło 20 tys. dolarów. Taką samą kwotę ubezpieczeniową zgłosił Berek Lew, właściciel największego w Białymstoku interesu obuwniczego. Pretensje wnieśli też inni handlowcy, którzy mieli stracić w pożarze wiele cennych rzeczy. Wszyscy o dziwo byli wysoko ubezpieczeni.  Po mieście od razu zaczęły krążyć przeróżne plotki na temat spalenia się Warrantu. Zastanawiano się przede wszystkim, dlaczego owej fa
talnej nocy w magazynie nagromadziło się tak wiele drogich towarów? Dlaczego budynek spalił się tak szybko i doszczętnie? Dlaczego też kupcy składujący w Warrancie swoje towary ubezpieczyli je na różne sposoby w odległych często od Białegostoku towarzystwach asekuracyjnych? Odpowiedź na te pytania miało dać śledztwo policyjne i dociekanie miejscowej prokuratury.  Dopiero w październiku 1932 r. nastąpił białostocki finał sprawy pożaru Warrantu. Określono ją jako umyślne podpalenie i chęć wymuszenia wysokiej asekuracji. Na ławie oskarżonych Sądu Okręgowego zasiadło 11 osób, w tym m.in. Lejzer Kugel, Abel Furman, Berel Lis i Chackiel Geldsztejn. Obok nich znalazło się także miejsce dla Jankiela Najdorfa i Izaaka Kantora, dwóch osobi
stości z chanajkowskiej ferajny. Według aktu oskarżenia to właśnie oni mieli odpowiadać za werbunek właściwych podpalaczy. Oczywiście za odpowiednie wynagrodzenie. Zeznawało blisko 250 świadków. Był wśród nich również doprowadzony z więzienia Jankiel Rozengarten, znany chanajk ow ski bandzior o ksywce Jankieczkie. Ponoć w jego domu odbywały się spiskowe rozmowy na temat zamiaru podpalenia składów przy ul. Kolejowej. 9 grudnia 1932 r. sąd ogłosił wyrok. Furman, Kugel i Lis
za zorganizowanie  podpalenia i próbę wyłudzenia półmilionowego ubezpieczenia skazani zostali na cztery lata więzienia. Kilku innych oskarżonych kupców dostało po roku. Chanajkowskich opryszków z braku wystarczających dowodów uniewinniono. Tym razem im się upiekło.  Sprawa podpalenia Warrantu na tym rzecz jasna się nie skończyła. Nastąpiły odwołania do Sądu Apelacyjnego w Warszawie. Ten znalazł niedociągnięcia proceduralne i siedzących już za kratkami skazanych uniewinnił. Materiał dowodowy przejął Sąd Najwyższy. Ten podtrzymał tylko zarzut próby oszustwa ubezpieczeniowego. Wyrok brzmiał 3 lata więzienia dla głównych kombinatorów. Ostatni opuścili kryminał przy Rakowieckiej w Warszawie Abel Furman i Lejzor Kugel. Był sierpień 1938 r.

Włodzimierz Jarmolik

Featured Video Play Icon

Basowiszcza 2018. Kto nie był, może obejrzeć w każdej chwili!

 

Odbywający się w ubiegły weekend Festiwal Basowiszcza w Gródku był transmitowany w internecie przez Radio Racyja. Całość jest dostępna na YouTube, dzięki czemu osoby, które na przykład wybrały w tym samym czasie mecz Jagiellonii bądź festiwal w Czeremsze – mogą nadrobić zaległości. A jest co oglądać – na scenie wystąpiło wiele znakomitych zespołów m.in. Lao Che czy tradycyjnie Ilo & Friends, znany białostoczanom Ostrov oraz takie zespoł jak The Glitchhh. Więcej pisać nie trzeba. Czas na ucztę!

 

Część pierwsza
Konkurs młodych kapel, Will’N’Ska, Nagual, Lao Che, Ilo & Friends, Razbitaje Sierca Pacana, Pjetlja Pristrastija

 

Część druga
Laureat konkursu młodych kapel, Ostrov, Teleport, Monroe’s Mysterious Death, Krambambula, Neuro Dubel, The Glitchhh, :B:N:, Warsaw Balkan Madness

 

Powyżej część pierwsza, poniżej część druga. Miłego oglądania.

 

 

Wielki pożar w Białymstoku

Wielki pożar w Białymstoku

                                                                                                 
                                                                                                                            Dziennik Białostocki

Cud z białym barszczem i schabowy z żubra

Cud z białym barszczem i schabowy z żubra

 

  Tym razem przytoczę kilka historii o przygodach kulinarnych  czasów PRL. Generalnie kroniką opisującą kolizje klienta z zakładem gastronomicznym czy sklepem były wszechobecne wówczas książki życzeń i zażaleń. Jednak w miarę upływu czasu ich stosowania, przeciętny Kowalski  przestał pokładać jakąkolwiek nadzieję w tym, że wpisując swoje wrażenia do owej książki, cokolwiek zmieni. Bowiem stosowaną powszechnie praktyką były dwie książki w jednej placówce.
  Jedna dla niezadowolonych klientów,  i tę widział tylko Kowalski i kierownik sklepu czy baru, a druga oficjalna, którą z kolei widział tylko kierownik i ewentualny kontroler. Nie muszę wyjaśniać, kto wpisywał się do tej drugiej. Niemniej obywatele nabici w butelkę przez handel czy gastronomię nie myśleli, aby bez walki ustąpić z pola. Pozostało więc pisanie do gazet. Te o dziwo chętnie publikowały co lepsze historyjki.
  Oto i przykłady. Pewna pani  w lipcu 1968 roku nabrała ochoty na „wyborowy barszcz biały na wędzonce”. Tę fanaberię można jedynie tłumaczyć niezbyt ładną pogodą w lipcu tamtego lata. W celu zrealizowania swojej (męża) zachcianki udała się do Delikatesów na Suraską i kupiła koncentrat owego przysmaku. Chyba nie była zbyt doświadczoną kucharką, bo dopiero po ugotowaniu okazało się, „że barszcz zamienił się w … grochówkę”. No trudno. Następnego dnia ponownie pomaszerowała do Delikatesów. Naiwna. Znowu kupiła to samo i znowu miała to samo. Personel Delikatesów bezradnie rozkładał ręce. Każdemu przecież może zdarzyć się pomylić etykiety, a zupa zawsze zupą. 
  To nie był udany lipiec dla białostockiego Społem. Ledwo przebrzmiały echa cudu przemiany barszczu w grochówkę,  to wypaliła afera zrazów po węgiersku w Astorii. Lokal ten szczycił się dobrą kuchnią, a kierownictwo z dumą podkreślało, że Astoria jest „wytwornym lokalem I kategorii”.
  Pewnego dnia w obiadowej porze jeden z klientów po zjedzeniu wyśmienitego ponoć chłodnika zamówił właśnie owe zrazy. Gdy kelner postawił przed nim ów specjał, to amator madziarskiej kuchni stwierdził, że zrazy „po prostu śmierdziały i nie było żadnych wątpliwości co do ich jakości”. Rozsierdzony klient zażądał widzenia z kierownikiem Astorii . Od słowa do słowa doszło do propozycji, aby kierownik sam spróbował zraza. Kierownik okazał się na tyle inteligentny, że stanowczo odmówił, a na dodatek ostentacyjnie obraził się i natarczywość wybrednego konsumenta potraktował „jako zamach na swą godność”. Bohatersko odparła też atak, czyli propozycję zjedzenia zrazów szefowa kuchni.
  W końcu to ona dokładnie wiedziała co wypitrasiła, nazywając to zrazami po węgiersku. Całe zajście obserwowali liczni o tej porze klienci, którzy ponoć zaczęli zakładać się, kto w końcu zje czekające na wyrok zrazy. Na wieść o tym incydencie następnego dnia do redakcji Gazety Białostockiej zaczęli zgłaszać się inni stołownicy Astorii, których próbowano nakarmić owym „daniem dnia”, nazwanym też „szef kuchni poleca”.
  Po tych wyczynach w Astorii  utyskiwanie na menu w Turoblance  wydaje się wykwitem najczystszego malkontenctwa. Ale po kolei. Pewna, jakbyśmy to dziś powiedzieli, recenzentka kulinarna wybrała się w 1966 roku właśnie do Turoblanki.       Najpierw zgodnie z regułami recenzji dała wstęp do owej wizyty. Pisała więc: „gdy jadłospis restauracji lub nawet szyld w witrynie tejże informuje nas o t.zw. specjalności zakładu, przyzwyczailiśmy się – zgodnie z sugestią reklamy – uważać, iż rzeczywiście może to być potrawa wyjątkowo dobrze i smacznie przyrządzona. I aczkolwiek niekiedy srodze szef kuchni zawodzi, to jednak przy każdej następnej okazji – dajemy się znowu skusić”.
  Ten wstęp dotyczył specjalności Turoblanki, czyli schabowego. No cóż, widać szef kuchni nie miał nadmiaru fantazji. Schabowy, jak słusznie zauważyła recenzentka, to „ oklepane i dostępne w każdej restauracji danie”, choć zaraz mitygowała się, że „wytrawni smakosze twierdzą, iż z potrawami – jak z utworami muzycznymi – można komponować przeróżne wariacje na ten lub ów temat”.
  Kompozycja schabowego w Turoblance polegała na panierowaniu samym jajkiem bez tartej bułki.  Ale nie o schabowego tutaj szło, choć ten zdaniem recenzentki był całkiem, całkiem. Sednem sprawy była sama Turoblanka. Turoblanka bowiem to po esperancku Białowieża. No i tu cię mamy – co ma poczciwy schaboszczak do puszczy i żubrów? Szef kuchni z Turoblanki widać był przyjezdny. Recenzentka słusznie więc zauważała, że po pierwsze restauracja znajduje się na szlaku potencjalnego turysty, a po drugie intrygująca nazwa – Turoblanka – mogłaby zapowiadać coś bardziej intrygującego niż kotlet schabowy. I w tym momencie puszczała wodze swojej fantazji pisząc: „nie mówię o pieczeni z żubra, sarny czy dzika… Nierealną mrzonką byłaby specjalność zakładu: dziczyzna. Ale już bigos myśliwski po białowiesku  ma szanse stać się rarytasem specjalnym Turoblanki”.
  Zdobędę się na śmiałość i spróbuję coś w esperanto jednak bąknąć, wyobrażając sobie w witrynie restauracji napis, który nigdy się w niej jednak nie pojawił. Bigoso Turoblanka. I pod spodem specjalność kuchni.
  Problem sam się rozwiązał, bo z krajobrazu ulicy Lipowej zniknęła nasza  Turoblanka, ustępując miejsce kosmopolitycznym kulinarnym sieciówkom. 
  Alternatywą dla restauracji i barów były stołówki. Obsługiwały przede wszystkim pracowników zakładu czy instytucji, przy której funkcjonowały, ale też mogły w nich stołować się osoby postronne.   Pierwszym gmachem wybudowanym przy Rynku Kościuszki była siedziba Banku Rolnego (dziś mieści się w nim Bank PKO SA). Była w nim też oczywiście stołówka.
   W 1953 roku stołownicy bankowej kuchni oniemieli. Czegoś podobnego nigdy wcześniej nikt im nie serwował. Po ponad 60 latach od tego wyczynu wydaje się, że osiągnięcie kucharzy z Banku Rolnego traktować można w kategoriach rekordu – mam nadzieję, że nie do pobicia.
  W Gazecie Białostockiej skomentowano to tytułem notatki: „Dziwne menu stołówki w Banku Rolnym”. A oto i ono (cytuję w całości, bo to klasyka gastronomii). „Wczoraj w stołówce przy Banku Rolnym obiad składał się z osobliwych dań. Z zupy ze stęchłego grochu, z kaszanki o specyficznym zapaszku, surówki, sałatki z kapusty z pleśnią i niedojedzonych przez wcześniejszych gości kawałków chleba”. Aby pogrążyć do końca personel, dodawano że „ponadto w stołówce jest tak brudno, że nawet gdyby obiad był lepszy – wątpliwe, czy w podobnych warunkach mógłby smakować”.  Osobną historię białostockiej gastronomii i handlu pisali kelnerzy i ekspedientki. To już dzieje  obyczaju, kultury i hierarchii społecznej. Zostawmy to na inną opowieść. Smacznego

Andrzej Lechowski, dyrektor Muzeum Podlaskiego

Basowiszcza 2018 czas zacząć! Dzisiaj zagra Lao Che. Można dojechać i wrócić pociągiem

Basowiszcza 2018 czas zacząć! Dzisiaj zagra Lao Che. Można dojechać i wrócić pociągiem

Mamy kolejny weekend oraz żadnej wątpliwości co robić. Dziś wieczorem na gródeckim Boryku rozpoczyna się festiwal Muzyki Młodej Białorusi „Basowiscza”. To doskonałe miejsce, by się wyszaleć przy rockowych brzmieniach. Gwiazdą dzisiejszego wieczoru będzie Lao Che. Nie zabraknie też tradycyjnie Ilo & Friends, zaś na koniec wieczoru zagra znany ze Zmiany Klimatu DJ Lou Badgers.

 

 

W sobotę między innymi posłuchać można znanego białostoczanom Ostrova, po północy The Glitchhh, zaś wieczór zamknie Warsaw Balkan Madness. Z piątku na sobotę można zostać na polu namiotowym. Koszt to tylko 30 zł. Wstęp na imprezę jest darmowy. Warto dodać, że do Walił – przy Gródku dojechać będzie można pociągiem! Kiedyś na „Basy” jeździło się samochodem, autostopem, bądź jedynym PKS-em. Powrót też jak najbardziej wchodzi w grę. Zwykle pociąg kursuje 2 razy dziennie w weekendy. Tym razem w piątek odjedziemy o 16:05 i 19:35, zaś pociąg wyjedzie do Białegostoku z Walił o 17:10 i 00:20.

 

 

Program:

 

piątek (20.07)
godz. 18 – Konkurs młodych kapel

godz. 20 – Will’N’Ska

godz. 21 – Nagual

godz. 22.00 – Lao Che

godz. 23.30 – Ilo & Friends

godz. 00.30 – Razbitaje Sierca Pacana

godz. 01.30 – Pjetlja Pristrastija

godz. 02.30 – Lou Badgers

 

Sobota (21.07)
godz. 18.30 – Laureat konkursu młodych kapel

godz. 19 – Ostrov

godz. 20 – Teleport

godz. 21 – Monroe’s Mysterious Death

godz. 22 – Krambambula

godz. 23.15 – Neuro Dubel

godz. 00.30 – The Glitchhh

godz. 01.30 – :B:N:

godz. 02.30 – Warsaw Balkan Madness

Podrabiacze dolarów z Chanajek

Podrabiacze dolarów z Chanajek

 
   W przedwojennej Polsce fałszowanie pieniędzy, a zwłaszcza dolarów było zajęciem szczególnie ryzykownym. Za jego uprawianie sądy wlepiały sprawcom bardzo wysokie wyroki. Śmiałków jednak nie brakowało. Liczyli oni na szczęście, zdobycie fortuny i udaną ucieczkę za granicę.
   Na ówczesnym bruku białostockim sławę w tym niecnym procederze zyskał niejaki Salomon Jenielew o przezwisku Rudy, skromny zdawałoby się, 40-letni majster brukarski.
   Swoje fałszerskie działania Jenielew rozpoczął jeszcze w połowie lat 20. Wkrótce jednak zorganizowana przez niego szajka została rozbita przez policję. Poniektórzy członkowie poszli siedzieć. M. in. Berek Lew, zwany Kozą i brat Jenielewa Jochel. Szef jednak ocalał. Nie było przeciwko niemu wystarczających dowodów. Kiedy sprawa nieco przycichła, Rudy znowu zabrał się za swój trefny interes. Tym razem spiknął się z doświadczonymi drukarzami z Warszawy. On organizował bezpieczne miejsca do drukowania fałszywych banknotów, stołeczni fachowcy precyzyjnie je wykonywali. Policja białostocka przez pięć lat była bezradna wobec zalewu fałszywek w mieście i okolicy. Do akcji wkroczyli wreszcie specjaliści z Warszawy.  Jenielew często bywał w stolicy. Zatrzymywał się wtedy u Jakuba Iglickiego, fabrykanta chusteczek, notowanego kombinatora.
   Stołeczni śledczy doszli też do wniosku, że szajka fałszerzy musi mieć wtyczkę w białostockim Urzędzie Śledczym. Podejrzenie padło na Josela Siedleckiego, funkcjonariusza mocno zaangażowanego w aferę dolarową. Trop okazał się dobry. Odkryto, że Siedlecki to ni mniej ni więcej tylko szwagier Jenielewa. W ten sposób wyjaśniła się tajemnica pasma porażek białostockiej kryminalnej. Warszawiacy działali dalej. Komisarz Władysław Piniński, kierownik sekcji podsłuchów telefonicznych przez 5 miesięcy sprawdzał wszystkie rozmowy prowadzone z telefonu Iglickiego.
  Z kolei agent Nesterowicz wszedł w kontakt z Josifem Buchbind erem, członkiem szajki fałszerzy, a swoim dawnym konfidentem. Ten za 5 tys. złotych zgodził się sprzedać kumpli. Inni agenci, udając dopiero co wypuszczonych z więzienia na Mokotowie fałszerzy dotarli do innych koleżków Jenielew a. Młody wywiadowca Górak trafił do Jenielew a można by rzec  „kuchennymi schodami”. Poderwał po prostu  jego służącą i odwiedzał  ją często  w charakterze  „narzeczonego”. Dowiedział się od niej, że gospodarz zawsze trzyma w szufladach paczki całkiem nowych pieniędzy. 
  Los białostocko-warszawskiej szajki był już przesądzony. Latem 1930 r., w ciągu tygodnia, policja kryminalna aresztowała nad Białką i nad Wisłą 16 osób. Za kratki trafił też sam szef – Salomon Jenielew. Sprawność i profesjonalizm  przestępców wzbudził podziw u doświadczonych śledczych. Fałszerze pracowali na maszynach drukarskich najnowocześniejszych systemów. Swoją fabryczkę przenosili z miejsca na miejsce. Instalowano ją np. w zagrodach wiejskich, choćby w osadzie Kolbiel (powiat wysokomazowiecki) albo na plebanii w Niewodnicy Kościelnej. Praca szła pełną
parą przez całą dobę.
  Za techniczną stronę interesu odpowiadał Abram Basior, 34-letni drukarz z Warszawy. Do pomocy miał dwójkę grawerów. To byli rzeczywiście zawodowcy. Potrafili przez kilka dni niszczyć wyprodukowane już dolary, jeśli te nie uzyskały odpowiedniego wyglądu. 
  Proces szajki Salomona Jenielewa rozpoczął się w kwietniu 1931 r. Był głośny nie tylko w Białymstoku, pisała o nim prasa w całym kraju. Trafił na łamy krakowskiego „Tajnego Detektywa”. Wyroki były bardzo wysokie. Jenielew i jego najważniejsi pomagierzy dostali po 12 lat paki. Do tego dochodziły kilkudziesięciotysięczne grzywny. Po apelacji w Warszawie niektórym złoczyńcom karę zmniejszono do 9 i 6 lat. Wyrok dla rudego brukarza z Białegostoku pozostał niezmieniony.

Włodzimierz Jarmolik

Pociągi Białystok – Warszawa pojadą 160 km/h

Pociągi Białystok – Warszawa pojadą 160 km/h

Jeszcze 3 lata poczekamy na to, by do stolicy z Białegostoku można było jechać 160 km/h. Nie wygląda to zbyt rozwojowo, szczególnie że już teraz pociągi jeżdżą na tej trasie 120 km/h. W Warszawie Wschodniej obecnie wysiądziemy po równo 2 godzinach podróży. W 2021 roku podróż potrwa jeszcze krócej. Oczywiście należy się cieszyć z tego co mamy, ale warto sobie uświadomić, że obecny rekord prędkości osiągnięty na świecie to 603 km/h.

 

Żeby w Polsce w ogóle było można marzyć o podobnych prędkościach musi się zmienić myślenie. Mimo, że komunizmu formalnie nie ma od 1989 roku, to mentalnie jest on w urzędnikach cały czas. Niczym w piosence Perfectu – Nie Płacz Ewka – w głowach urzędników telewizor, meble, mały fiat – oto marzeń szczyt. Dlatego potem wszystko co inwestujemy, to nie robimy tego perspektywicznie. Drogi mają po 2 pasy ruchu (gdzie samochodów przybywa), pociągi osiągają zawrotną prędkość 160 km/h zamiast budować takie tory jak we Francji czy Japonii i tak dalej…

 

Jeżeli chcemy rzeczywiście dogonić zachód, to musimy przyspieszyć i to mocno, a my będziemy gonić jeszcze 50 lat i i tak nie dogonimy. Polska dziś jest tam, gdzie zachód był, gdy rozszerzono Unię Europejską o nowe kraje. Tak – nasz rozwój obecnie to 2004 rok w Niemczech, Francji, Holandii czy Anglii. Jesteśmy zapóźnieni prawie o 20 lat. To teraz spójrzmy na jeszcze bardziej zastopowane Podlasie – o ile jesteśmy cofnięci? Dlatego z inwestycji PKP można się cieszyć przez łzy.

Dobra wiadomość dla turystów. W Puszczy Białowieskiej lokalsi otworzyli dla nich miejsce

Dobra wiadomość dla turystów. W Puszczy Białowieskiej lokalsi otworzyli dla nich miejsce

Teremiski to jedna z miejscowości w Puszczy Białowieskiej. Turyści często tam się zatrzymują, by poczuć klimat pierwotnego kompleksu leśnego. Teraz dodatkowo w Teremiskach będzie można skorzystać z Puszczańskiego Punktu Informacyjnego. Każdy, kto przyjedzie do Teremisek będzie mógł dowiedzieć się o ciekawych miejscach w Puszczy, trasach, a także jak zorganizować wyprawę do rezerwatu ścisłego, gdzie można pożyczyć kajak na spływ Narewką czy też gdzie wypożyczyć rower, by popedałować przez las oraz gdzie warto przenocować, gdzie zjeść i co w ogóle zwiedzić. Punkt prowadzą za darmo lokalni społecznicy, którzy chcą dzielić się swoją wiedzą lokalną z przyjezdnymi, których w Puszczy Białowieskiej nie brakuje.

 

Teremiski to bardzo ciekawy punkt na mapie nie tylko Puszczy Białowieskiej, ale w ogóle całego województwa podlaskiego. We wsi znajdują się domy agroturystyczne, ale też niekiedy można spotkać żubra. Co ciekawe w miejscowości jest też nieformalna uczelnia – Uniwersytet Powszechny im. Jana Józefa Lipskiego. Współtworzył go Jacek Kuroń. Oprócz tego jest też Teatr – współprowadzony przez tą samą organizację co uniwersytet. We wsi można spotkać także znanego ekologa Adama Wajraka, który tam mieszka.

 

To wszystko powoduje, że licząca niecałe 100 mieszkańców wieś jest pełna życia i kolorytu. Dlatego warto ją odwiedzić. A teraz, by dowiedzieć się od „lokalsów” jak najwięcej o Puszczy – Teremiski są punktem obowiązkowym każdej wyprawy do Puszczy Białowieskiej.

 

 

Grzyby w naszych lasach! Zobacz, gdzie je zbierać

Grzyby w naszych lasach! Zobacz, gdzie je zbierać

Grzyby pojawiły się w lasach! To bardzo dobra informacja dla miłośników tych owoców leśnych. Szczególnie bogate w grzyby tereny Puszczy Knyszyńskiej stają się teraz prawdziwym rajem dla miłośników grzybobrania. Zanim jednak wyruszymy na poszukiwania, ważne jest zabezpieczenie się przed kleszczami, które również aktywują się po deszczach. Ale gdy już mamy odpowiednią ochronę, możemy śmiało wyruszyć w drogę! Każdy grzybiarz ma swoje ukochane „miejscówki”, których tajemnic nie zdradzi nawet w najbardziej intymnych sytuacjach.

Odkrywanie grzybowych tajemnic Puszczy Knyszyńskiej

Jednakże dzielenie się informacjami na temat miejsc, gdzie można znaleźć pyszne okazy grzybów, to prawdziwa przyjemność – zwłaszcza gdy możemy zarazić kogoś pasją do zbierania grzybów. Dlatego też, z radością „podpowiemy”, gdzie warto szukać grzybów w Puszczy Knyszyńskiej, zaczynając od mapy terenu, a następnie opisując konkretne miejsca, które są znane ze swojej obfitości w grzyby. Niezależnie od tego, czy jesteśmy doświadczonymi grzybiarzami czy też dopiero zaczynamy swoją przygodę z tym fascynującym hobby, poszukiwanie grzybów w Puszczy Knyszyńskiej obiecuje niezapomniane doznania i niezliczone odkrycia przyrody.

 

 

Grzyby w Żednia (Kozi Las)

To miejsce, w którym napotkać można sporo innych grzybiarzy, więc tutaj obowiązuje zasada – kto pierwszy ten ma kurki. Wjazd jest przy samej miejscowości Żednia. Wystarczy wejść do lasu i zbierać. Przy odrobinie szczęścia możemy napotkać Rysia. Nie przestraszmy się tego dużego kota.

 

Grzyby w Ruda (Waliły Stacja)

To mały lasek, ale sporo w nim grzybów. Wystarczy dobrze się rozejrzeć. Dojeżdżamy do Walił, a następnie skręcamy na Waliły-Stacja. Kilkaset metrów dalej po prawej stronie szukamy wejścia do lasu i można zaczynać zbiory.

 

Zubry

Miejsce najbardziej odległe, ale najlepsze bo mało tam grzybiarzy, więc sporo możemy zebrać tylko dla siebie. Zubry znajdują się niedaleko granicy z Białorusią. Dojeżdżamy do wsi i po prostu wchodzimy do lasu.

 

Grzyby w Krzemienne

Tutaj miejsce dla osób z dobrą kondycją, gdyż znajdziemy się w górach Krzemiennych. Dlatego nasza przechadzka zajmie nam dużo więcej czasu. Ale dla grzybków warto, prawda?

 

Wyżary

Najmniej dostępne miejsce. Trzeba iść kładką przez bagna. Dopiero za nimi w lesie możemy zacząć spokojnie zbierać grzybki.

 

Udanych znalezisk!

Wkrótce znów będzie można zwiedzić wielką atrakcję, a zimą obejrzymy wspaniałe obrazy

Wkrótce znów będzie można zwiedzić wielką atrakcję, a zimą obejrzymy wspaniałe obrazy

Muzeum Podlaskie w Białymstoku w ostatnim czasie było bardzo aktywne, dzięki czemu będziemy mogli niedługo ponownie zwiedzać Dom talmudyczny w Tykocinie, a także podziwiać portrety Jana Klemensa oraz Izabeli Branickich. Kierownictwo Muzeum doprowadziło do wylicytowania ich na monachijskiej aukcji. Obrazy zakupiono za 55 tysięcy euro. Dom talmudyczny czyli tak zwana „mała synagoga” to jedna z atrakcji Tykocina, budynek stojący przy synagodze, w którym właśnie kończy się remont. Obrazy zaś było można oglądać od lutego, teraz potrwa ich ważna renowacja.

 

Dom talmudyczny w Tykocinie będzie otwarty dla zwiedzających już od 22 lipca. Budynek postawiono w latach 1772-1798. Było to bardzo ważne miejsce na mapie polskich Żydów. Podczas II Wojny Światowej Niemcy doszczętnie zniszczyli synagogę. Dopiero w 1974 roku odnowiono ją. Teraz budynek przechodził po raz kolejny remont. Zwiedzający będą mogli obejrzeć w środku cztery różne wystawy.

 

Obrazy Branickich są namalowane przez nieznanego autora bądź autorów. Prace konserwatorskie być może wyjaśnią kim był twórca. Będzie też próba odpowiedzi na pytanie czy ktoś przemalowywał obrazy i kiedy, z jakiego kręgu artystycznego pochodzą oraz kiedy zostały namalowane. To, co zostało namalowane sugeruje, że portrety powstały około 1766 roku. Już w grudniu będzie można znów oglądać odrestaurowane obrazy przedstawiające Branickich.

 

fot. Emmanuel Dyan

Urywki wspomnienień  z Brukowej 3

Urywki wspomnienień z Brukowej 3

 
    „Tego dnia od rana pada. Jest koniec lata, a na zewnątrz ciemne chmury i tylko deszcz i deszcz. Mamy rok 1938, muszę o nim wspomnieć bo to dla mnie ważny rok. Zaczynam wchodzić w dorosłe życie. Mój ojciec jest murarzem i właśnie teraz zabiera mnie na pierwszą w moim życiu budowę. Jestem naprawdę przejęty i podekscytowany. Ojciec pokłada wielką nadzieję, że niedługo przejmę jego interes i będę…
… właśnie rozładowałem z ojcem dużą partie cegieł. Cegła po cegle układałem je wzdłuż naszej kamienicy grupami i kolorem. Szybko udało się nam z tym uporać, lecz byliśmy i tak cali mokrzy, gdyż z kamienicy woda lała się wprost na nasze głowy strumieniami.
   Cegły policzone i zapisane ilości- jest ich 6859. Dobrze, że ojciec nauczył mnie rachować, bo przy takich ilościach nie trudno o pomyłkę. „Każda sztuka jest ważna”- to słowa mojego ojca- „gdyż całość materiału pójdzie na budowę domu Chaima Zyfelda”. To już jutro więc nie mogę się doczekać.
   O nie, zamoczyłem kartkę papieru. Zapomniałem, że jestem cały mokry.
Po południu jeszcze zdążyliśmy zawieść cegły i narzędzia pod dom Pana Zyfelda. W pewnym momencie mieliśmy chwilę strachu, gdyż koń nam się spłoszył i galopem z furmanką przemknął ulicą Sosnową mało co nie wpadając na płot cmentarza Rabinackiego.
Jestem bardzo podekscytowany i ciekawy jak będzie wyglądał następny dzień.”
   
 
Kamienica przy Brukowej 3 stanowi pozostałość po dawnych Chanajkach. Chanajki to kryminalna dzielnica Białegostoku. Dzielnica biedoty żydowskiej. Tutaj burdele i speluny można było spotkać na każdym kroku. Tutaj też planowano skoki rabunkowe, tutaj młodzież uczyła się jak kraść lub oszukiwać w grach karcianych lub kościach. Bieda i bogactwo, bandyci, prostytutki oraz knajpy i pijackie meliny- taka była postać Chanajek. Tutaj wymiar sprawiedliwości docierał bardzo rzadko, bo sprawiedliwość wymierzano na własną rękę za pomocą noża lub broni palnej.