Partactwo w Wasilkowie. Kto tak budował ścieżkę dla rowerów?

Partactwo w Wasilkowie. Kto tak budował ścieżkę dla rowerów?

Ktoś, kto chciałby pojechać bezpiecznie do Wasilkowa z Białegostoku rowerem może nareszcie to zrobić. Niestety po partackiej ścieżce rowerowej. Wcześniej przejazd mógł odbywać się z duszą na ramieniu, gdyż za plecami, tuż obok koła miało się pędzące samochody. Jak wiadomo kierowcy w większości nie wiedzą co to bezpieczny odstęp, więc ich pojazd przejeżdżający prędkością kilkadziesiąt kilometrów na godzinę można poczuć przy samej nodze. Niestety nie możemy pochwalić urzędników za budowę ścieżki odseparowanej od ulicy. Znowu ktoś podjął decyzję, by ścieżkę wybrukować, a nie wyasfaltować. To co Państwo widzą na zdjęciu, to początek ścieżki asfaltowej, na której lepiej się nie rozpędzać (mimo, że jest z górki), bo można wjechać w słup. Ścieżka nagle skręca i dalej jest już brukowana do samego Wasilkowa.

 

Chyba jeszcze wiele wody musi upłynąć w wasilkowskiej Supraśli, by to urzędnicy-rowerzyści budowali ścieżki mieszkańcom-rowerzystom. Jak na razie to nie wiadomo kto buduje, skoro wpada na idiotyczny pomysł, by ścieżkę rowerową brukować. Można by napisać „lepszy rydz niż nic”, niestety nie ma naszej zgody na dziadostwo. Skoro ktoś przeprowadza inwestycję powinien to zrobić tak, by służyła na lata zamiast robić byle jak.

 

 

 

Niedźwiedź odwiedził Puszczę! Dlaczego na Podlasiu nie ma już tych zwierząt?

Niedźwiedź odwiedził Puszczę! Dlaczego na Podlasiu nie ma już tych zwierząt?

W Polsce ostatnio nie ma klimatu dla dzikich zwierząt – minister Kowalczyk najchętniej wybiłby wszystko co się rusza. Tymczasem w Puszczy Augustowskiej prawdopodobnie pojawił się niedźwiedź! Zwierzę odwiedziło tylko knieję. Jak wynika z obserwacji – na co dzień urzęduje między Białorusią a Litwą. 

 

Mało kto wie, że na Podlasiu, bo w Puszczy Białowieskiej do XVIII wieku żyły normalnie niedźwiedzie brunatne. Ich pożywieniem były żubry i jelenie. I to właśnie dieta misia narobiła mu tyle kłopotów. Niedźwiedzie bowiem „konkurowali” z władającymi terenami, którzy także lubili polować na dziczyznę. Sytuacja bardzo podobna z tym, co się dzieje nad polskim morzem – rybacy mordują foki, bo te wyjadają ryby z siatek. Myśliwi pragną strzelać do wilków, bo te polują na dziczyznę i odbierają przyjemność zabijania – konkurując z myśliwymi. Dlatego mało prawdopodobne by niedźwiedzie zechciały wrócić. Po prostu Polacy „swoje niedźwiedzie” wybili. Pozostałe osobniki zaś nie przeprowadzają się jeżeli nikt ich nie nęka. Białorusini musieliby po prostu wypędzić je do nas.

 

Jedyną szansą na to, by móc dzielić Puszczę Augustowską, Knyszyńską lub Białowieską z niedźwiedziem jest reintrodukcja. Z ministrem, który chce robić dobrze myśliwym jednak w ogóle nie ma co zaczynać na ten temat dyskusji.

Featured Video Play Icon

Znany YouTuber na Podlasiu jadł śledzie i jeździł drezyną

 

Akcja #VisitPoland zorganizowana przez Polską Organizację Turystyczną nie ominęła Podlasia. Zagraniczni YouTuberzy (tacy bardziej znani) zostali zaproszeni do Polski, by nagrać tu filmy, w których przedstawią nasz kraj. Popularny (ponad 600 tys. subskrybentów) YouTuber LeBlanc odwiedził województwo podlaskie. Pokazał innym nasz wspaniały region dużo lepiej niż nie jeden film promocyjny czy ogólnopolska telewizja.

 

YouTuber odwiedził Tykocin, Supraśl, Białowieżę, Drohiczyn. O wyborze akurat tych miejsc zapewne decydował organizator, który wszędzie YouTuberów woził. Dla „znawców” tematu film może się nie spodobać. Bowiem w Podlaskiem nie istnieje coś takiego jak spójna strategia promocyjna. Każdy sobie rzepkę skrobie. Tym razem mogliśmy obejrzeć Podlaskie pod tytułem „odlotowe miejsca na Podlasiu, których nie ma gdzie indziej” i to jest prawda, a także na pewno wizerunkowi nie szkodzi, ale… pokazywanie Podlasia przez pryzmat powyższych miejscowości może sprawić wrażenie, że cały region jest dokładnie taki.

 

Czyli jaki? W filmie możemy zobaczyć wszystko tak jak widziałby to YouTuber, którego interesowało przede wszystkim jedzenie – i tutaj ciągle je chwalił. Niestety widać ewidentnie, że nie pokazał tego czego by oczekiwali organizatorzy. Najwięcej można obejrzeć na temat jedzenia, a także specyficzne zajęcia – pływanie łodzią po Narwi (raczej nie dostępne normalnym turystom), wygłupy na rowerze na ścieżce rowerowej Supraśla – zapewne nigdzie nie pojechali, bo jak wiadomo ścieżka obecnie donikąd nie prowadzi. Jedyna ciekawostka to białowieskie drezyny, z których naprawdę może skorzystać każdy. No i Drohiczyn – pływanie kajakiem (YouTuber pokazał samą rzekę i restaurację).

 

Film ogólnie jest sympatyczny, ale efekt końcowy jest lekko komiczny. Dlatego, że organizatorzy są zafiksowani na „perełkach”, ale nie wzięli pod uwagę, że młodych ludzi te perełki w ogólnie nie będą obchodzić, stąd też w filmie nie obejrzymy Podlasia takiego jakie jest naprawdę. Oceńcie sami.

Nowe stado żubrów powiększyło się! Mały cielaczek przyszedł na świat

Nowe stado żubrów powiększyło się! Mały cielaczek przyszedł na świat

Nie tak dawno temu pisaliśmy, że utworzono w wielkim kompleksie leśnym Suwalszczyzny pierwsze stado żubrów. Okazało się, że na świat przyszedł już pierwszy cielak! Leśniczy podejrzewają, że matką jest najstarsza krowa (pani żubr), która jednocześnie przewodzi stadu. Warto wiedzieć, że żubrzyca nie cieli się co roku tylko co dwa – trzy lata. Podczas tworzenia stada w Puszczy Augustowskiej żubrzyca była już ciężarna. Jak widać transport i nowe otoczenie wcale jej nie zaszkodziły ani też cielaczkowi, który ma jasnobrązowy kolor sierści. Dodatkowo stado powiększyło się o dwa dzikie żubry, które dołączyły do osobników, a wcześniej wędrowały po kompleksie leśnym samotnie. Dlatego możliwe jest, że niedługo stado dalej będzie się rozmnażać.

 

Warto dodać, że w całej Polsce żyje około 1500 żubrów. Najwięcej przebywa w Puszczy Białowieskiej – 654 sztuki. To właśnie skupienie zwierząt w jednym miejscu niepokoiło leśników, gdyż zagrażało rozwijaniu się populacji żubra. Stąd pomysł do założenia stada w Puszczy Augustowskiej. Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę.

Oszukańczy majstersztyk

Oszukańczy majstersztyk

 

 
      Przypomniałem już w tym miejscu wyczyny chanajkowskiego farmazona z ul. Głuchej Ignacego Galińskiego. Oprócz metody „ na kopertę” wyłudzał on także od naiwnych ludzi różne sumy dolarów za pomocą tzw. kantmaszynki. Na czym polegał ten oszukańczy trik, bardzo dokładnie pokazał w jednej ze swoich autobiograficznych powieści pt. „Spojrzę ja przez okno” były przemytnik, złodziej i bywalec sanacyjnych więzień, a później znany pisarz Sergiusz Piasecki. Zrobienie frajera na kantma- szynkę to był prawdziwy majstersztyk.
  W Białymstoku początku lat 30. popisywał się tym wytrwale osiadły tu wilnianin Chaim Ginsburg. Kiedy w Wilnie policja wzięła się wreszcie za tamtejszą potężną organizację przestępczą o nazwie Bruderferajn, jej członkowie rozpełzli się po miastach całej II Rzeczypospolitej. Niektórzy trafili nawet do gangów Nowego Jorku i Chicago. Wspomniany Ginsburg schronił się w zakamarkach Chanajek i na bruku białostockim kontynuował swój kanciarski proceder.
  Pewnego razu w kawiarni Kozińskiego przy ul. Krakowskiej spotkał rodaka znad Wilii, niejakiego Hersza Gutelmana. Dowiedział się, że ów przywiózł ze sobą pokaźną paczkę dolarów i chciałby zrobić jakiś dobry interes. Nie bacząc na dawne sentymenty postanowił gościa oskubać. Ginsburg zaproponował Gutelmanowi… podrabianie dolarów. Powołał się na znajomego inżyniera, który skonstruował urządzenie powielające prawdziwe dolary tak dokładnie, że nikt nie rozpoznaje fałszywek. Cóż kiedy zabrakło forsy na drogie chemikalia i odpowiedni lakier. Potrzebny cichy wspólnik.  Żeby Gutelman nie wchodził w ciemno do interesu, miała się najpierw odbyć demonstracja rewelacyjnej maszynki.
  W jednej z melin przy ul. Marmurowej „genialny konstruktor” dokonał pokazu. Wziął od gościa z Wilna nową, oryginalną  5-dolarówkę, zamoczył w jakiejś cieczy i z obu stron obłożył dopasowanym, białym papierem. Tak przygotowana próbka trafiła do czegoś przypominającego wyżymaczkę. W ruch poszła korbka. Z drugiej strony maszynki ukazała się pięcio dolarówka, a na towarzyszących jej kartkach odbiły się obie strony banknotu. W istocie były to spreparowane wcześniej egzemplarze dolarowe. Majster wziął obie połówki, skleił i jeszcze raz przepuścił przez maszynkę. Po całej procedurze z dumą podał nowy banknot Gutelmanowi.
  Wilnianin był zachwycony. Podrobiony „lincoln” niczym nie różnił się od prawdziwego. Nie domyślił się biedak,że jest to również oryginał, umiejętnie podsunięty mu przez oszusta. Pomimo propozycji Ginsburga, nie chciał iść nawet do najbliższego banku, żeby całkowicie upewnić się co do pełnego bezpieczeństwa interesu z kantmaszynką. Między trójką wspólników została sporządzona pise- mna umowa, zaś Gutelman wyłożył na stół 100 dolarów na niezbędne komp onenty do ruszającej produkcji.
  Kiedy mężczyźni opuścili dom przy ul. Marmurowej, wokół nich powstało raptem jakieś zamieszanie. Odezwały się krzyki: Łapaj! Trzymaj! Ktoś kogoś gonił, ktoś przed kimś uciekał. Towarzysze Gutelmana dali drapaka w chanajkowskie zaułki, wołając do niego, żeby zrobił to samo.
  Wieczorem w tejże kawiarni na Krakowskiej Hersz Gutelman natknął się znowu na Chaima Ginsburga. Ten miał zatroskaną minę. Okazało się, że inżynier wpadł w  ręce policji. Agenci z Wydziału Śledczego odkryli też fabryczkę fałszywych dolarów. Trzeba jakoś wyciągnąć kamrata z aresztu. Może sypać. Koniec końców skołowany Gutelman wyciągnął z portfela kolejne 100 dolarów na adwokata, żeby tylko nie być zamieszanym w  całą aferę z kantmaszynką. Kiedy po kilku dniach zrozumiał, że został ordynarnie nabity w butelkę, pomimo rozterek zgłosił się na policję i wszystko opowiedział. A hochsztapler Chaim Ginsburg? Ten wkrótce wpadł, ponieważ nadal kręcił interes z wyżymaczką. Chętnych na dolarowe eldorado nie brakowało.

Włodzimierz Jarmolik

Drewniany Białystok

Drewniany Białystok

 

   W jednej z najpiękniejszych książek poetyckich o Podlasiu, „Cisówce” Jacka Podsiadło, autor umieścił wiersz o Białymstoku „Czarne zbocza”. Pozwolę sobie zacytować jego fragment:

„Kiedyś to było podobno największe drewniane miasto

W Europie, a dzisiaj? Smród i beton jak wszędzie [ ]

Donikąd prowadzą nasze pasaże i trotuary, posrebrzane ciągi

Rur, liczb, świateł, aut, pięter, wiaduktów, obwodnic i słów”

Ten wiersz został napisany  dwadzieścia lat temu, ale naprawdę aktualny stał się dzisiaj. To opowieść o umierającym mieście posiadającym swoją historię i tradycję, które stopniowo wypierane są przez nowe anonimowe osiedla mogące pojawić się zawsze i wszędzie i czyniące miasto może bardziej nowoczesnym, ale pozbawionym tożsamości.

Doskonale pamiętam drewniany Białystok. Przez kilka lat chodziłem do biblioteki uniwersyteckiej na Bojarach i kiedy miałem czas, lubiłem zapuszczać się w drewniane uliczki i zaułki, które trochę kojarzyły mi się z kolonijnymi zabudowami kurpiowskich wiosek (często właśnie drewnianych). Do pracy jeździłem rowerem przez okolice ulicy Angielskiej i te zaułki również doskonale znałem. Jeszcze jako studenci chodziliśmy nocą do drewnianego domu przy ulicy Żelaznej, gdzie znajdowała się meta. Pamiętam też porozrzucane po mieście drewniane wille, które trochę przypominały mi architekturą drewnianą kamienicę naprzeciwko domu mojej babci. Teraz to wszystko umiera. Drewniane Bojary się kurczą, w dziwnym pośpiechu przerabia się też na nowoczesną enklawę w okolicach ulicy Angielskiej. Gdzieniegdzie stoją jeszcze drewniane domy i wille, ale w murowanym otoczeniu wyglądają coraz bardziej obco.

Opowiadał mi kiedyś student, że pracuje w dużej fabryce drewnianych domów, które trafiają do Skandynawii. Tam z drewna buduje się domy, kamienice, szpitale, szkoły, urzędy, architektura jest zwykle dopasowana do lokalnych tradycji architektonicznych. W ten sposób nowe harmonijnie miesza się ze starym. To byłaby jakaś alternatywa i powrót do tradycji największego drewnianego miasta w Europie. Nikt tego jednak nie robi, a betonowe bloki wdzierają się już wszędzie.

Dlaczego nie wracamy do drewnianego Białegostoku? Mam wrażenie, że nie ma tu wcale złej woli władzy, bo to się dzieje od dawna niezależnie do tego, kto rządzi. Obawiam się, że jest to realizacja oczekiwań przeciętnego mieszkańca miasta, który albo sam jest przyjezdnym, albo potomkiem przyjezdnych. Ktoś taki mieszkania w drewnianym bloku nie kupi po prostu. Drewno kojarzy się mu często z zacofaniem. W moich rodzinnych stronach wielu ludzi dosłownie wychodziło z siebie, żeby zburzyć stary drewniany dom i zbudować nową dużą „murowankę” krytą praktycznym eternitem. Nic, że stary dom był przytulny i funkcjonalny, a nowy wiecznie niedogrzany i coraz bardziej zawilgocony. Mur to mur, bogactwo, trwałość i bezpieczeństwo. Sam jako dziecko to, czy dana wieś jest bogata, czy biedna oceniałem po proporcji między domami drewnianymi i murowanymi. Tak rozumowali prawie wszyscy wokół mnie.

Nie mam złudzeń, że drewniany Białystok będzie nadal odchodził. Ludzi z Angielskiej się przesiedli, domy zburzy, zrobi uliczkę i parking, a bloki zasłonią przed widokiem obcych te obciachowe domki, które jeszcze zostaną. Również na Bojarach co jakiś czas albo się dom zapali, albo będzie doprowadzony do stanu, w którym już będzie można go tylko rozebrać. A my będziemy dalej dyskutować o tym, jak to wszystko chronić. I dalej będą to słowa, słowa, słowa, jak napisał klasyk. A może mało kogo to już obchodzi?

Dariusz Kiełczewski, profesor Uniwersytetu w Białymstoku

Białystok ma skutery jak BiKeRy. Można wypożyczać na minuty

Białystok ma skutery jak BiKeRy. Można wypożyczać na minuty

Po Białymstoku można się poruszać nie tylko BiKeRem, ale także skuterem. W Białymstoku można odnaleźć jeden z 20 skuterów do wynajęcia. Z czasem ma być ich więcej. BiKeR oferuje 20 pierwszych minut za darmo. Za skuter się płaci, ale niewiele. Pytanie brzmi czy białostoczanie są gotowi na skutery. Zanim ktoś oskarży nas oskarżanie wszystkich, niech przypomni sobie ile czasu działały „Śledzie książkowe”, które teraz są puste, jak działają hamaki na Plantach, a także ile razy wypożyczaliście BiKeRa, a potem okazało się, że jest cały popsuty i ledwo jedzie?

 

Warto sobie uświadomić, że książki ze „Śledzi” nie znikły same tylko nie oddali ich mieszkańcy, hamaki zostały zdewastowane przez wandali, a rowery (są słabej jakości) nie są szanowane przez wypożyczających i dlatego tak często są popsute. Ludzie wciąż nie mogą zrozumieć, że „publiczne” to nie oznacza „niczyje” tylko „wspólne” czyli każdego mieszkańca. Że za „Śledzie”, książki, hamaki i BiKeRy – władze zapłaciły nie ze swojej kieszeni, nie ze swojego budżetu tylko z wcześniej zebranych podatków od mieszkańców.

 

Nie będziemy edukować przez internet wandali, bo wierzymy, że nasi Czytelnicy to osoby mądre, a idioci-wandale nic nie czytają, więc naszego portalu też nie. Jednak wróćmy do pytania – czy białostoczanie są gotowi na skutery? Jeżeli jest grupka idiotów, a reszta mieszkańców jest normalna, to skutery powinny trzymać się nieźle, ale żeby takie urządzenie zniszczyć nie potrzeby większości tylko jednego idioty. Firma, która będzie skutery utrzymywać (za swoje prywatne pieniądze) będzie miała dane każdego wypożyczającego oraz dane karty płatniczej. Co jeśli karta będzie bez pieniędzy? Dochodzenie za szkody w polskim sądzie trwa latami.

 

Efekt może być taki, że firma w Białymstoku zwinie interes i nie będzie można jeździć skuterami tak jak w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Trójmieście czy na Węgrzech i w Hiszpanii. Miejmy nadzieję, że jednak tak się nie stanie. A do tego przyczynić się może każdy normalny białostoczanin, który to teraz czyta. Wystarczy, że wszelki akty wandalizmu będzie tępił. W naszym kraju donosy nie są mile widziane, należy jednak rozróżnić działanie z zawiści od działania w imię dobra społeczeństwa – reagowanie na wandalizm – zgłaszając wszelkie przypadki Policji to obowiązek. Dlatego nie przechodźcie obojętnie takich zdarzeń – gdy zobaczycie, że ktoś celowo niszczy dobro wspólne. Tylko w ten sposób zbudujemy dojrzałe społeczeństwo, które może korzystać ze wspólnych rzeczy.

Featured Video Play Icon

Skandaliczne słowa ministra środowiska Henryka Kowalczyka. Będzie wybijać żubry, łosie, wilki i bobry?

Jak wszyscy wiemy żubry, łosie, wilki i bobry to są obecnie zwierzęta pod ochroną, do których myśliwi mogą strzelać tylko w przypadku, gdyby te zagrażały ludziom. Zanim jednak padnie strzał każdorazowo zgodę musi wydać regionalna dyrekcja ochrony środowiska. 1 lipca minister środowiska Henryk Kowalczyk spotkał się z mieszkańcami Mławy, gdzie wyraził swój plugawy stosunek do tych wspaniałych zwierząt.

Minister Henryk Kowalczyk:

Żyjemy w czasach nadmiernej wrażliwości w ochornie zwierząt. Minister Szyszko wydał zgodę na odstrzał łosi i musiał ją prawie że na drugi dzień odwoływać. My prowadzimy w tej chwili taką zasadę. RDOŚie (Regionalne Dyrekcje Ochrony Środowiska – dop. red) mają taką sugestię żeby bardzo chętnie wyrażać zgodę na odstrzały zwierząt chronionych gatunkowo. Łosie, żubry, bobry… żubry też tam sporo szkód robią. Co do wilków te potrzeby na razie nie są tak mocno zgłaszane, ale myślę że za chwile zajdzie taka potrzeba. Ten wypadek, który był na podkarpaciu myślę że też otrzeźwi co niektórych.

 

Co najsmutniejsze, minister Kowalczyk wprost wyraża, że ma gdzieś ochronę gatunkową, a nie może jej zdjąć, bo obawia się konfliktu z Unią Europejską i wszystkimi innymi instytucjami. Zaś uważa, że lepiej robić to małymi krokami – co jest też skuteczne.  Tak skandaliczne słowa powodują, że minister środowiska powinien być natychmiast wyrzucony! Jak może zarządzać polską ochroną środowiska ktoś, kto chce niszczyć ekosystem? Przecież to chore!

 

Czy widzieliście kiedyś łosia? Te żyją głównie na mokradłach Biebrzańskiego Parku Narodowego, więc raczej większości ich nie widziała. Ich populacja jednak rośnie, więc raz na jakiś czas dochodzi do wypadków, podczas których łoś wchodzi na leśną drogę i uderza w niego samochód. Mamy więc dwa rozwiązania – ogrodzić drogę i zbudować korytarze (jak to się robi wszędzie) albo wystrzelać łosie.

 

O strzelaniu do wilków marzą myśliwi – o czym pisaliśmy, więc na te wspaniałe zwierzęta trwa nieustannie nagonka. Dlatego też minister Kowalczyk chętnie by do nich strzelał.

Tutaj więcej:

Po 20 latach znów będą polowania na wilki? Myśliwi tego pragną!

 

Bobry w oczach wielu ludzi są szkodnikami. I rzeczywiście po bobrzej robocie wypłacane są odszkodowania. Ale eksperci nie mają wątpliwości, bez bobrów straty w rolnictwie i w środowisku byłyby gigantyczne. Wszystko dlatego, że Polska pustynnieje, a bobry zatrzymują ten proces.

Tutaj więcej:

Czy Rzeka Biała wsiąknie? Duże prawdopodobieństwo jeśli nic nie zrobimy.

 

No i na koniec żubry. Piękne, dostojne zwierzęta, które żyją w symbiozie z ludźmi z okolicznych wiosek Puszczy Białowieskiej i Puszczy Knyszyńskiej. Kiedy zwierzę jest stare i słabe to stado je odrzuca. Wtedy takie pojedyncze sztuki chadzają samotnie, nie zwarzając na żadne zagrożenia. Jeżeli nic się ze zwierzęciem nie da zrobić i zagraża ludziom, to najpierw je się wabi, a potem wywozi w głąb Puszczy. Jeżeli to nie pomaga, to dopiero wtedy niestety trzeba je odstrzelić. Strzela się też do osobników chorych, które nie zostały wyrzucone ze stada. Wtedy w celu ochrony całego gatunku także do zwierzęcia tzeba strzelać.

 

I tu właśnie dochodzi do sedna. Czy do zwierząt, do których trzeba czasem strzelać naprawdę potrzeba myśliwych? Nie mógłby robić tego ktoś pod okiem weterynarza? By po prostu uśpić zwierzę? Żeby zwierzę było utylizowane, a nie zabierane jako trofeum? Strzelanie do zwierząt w Polsce to niezły biznes. Bogaci myśliwy uprawiają swoje chore hobby, zaś państwo na ich fanaberii zarabia. Tak samo zarabiają te osoby, które handlują bronią i amunicją. Zaś polowania to bardzo często po prostu pijackie imprezy z bronią, w których nie raz ktoś postronny został postrzelony lub zastrzelony.

 

Polska pod każdym względem zaczyna przypominać republikę bananową. Wszędzie tam, gdzie swoje łapy pchają politycy zaczyna się dziać coraz gorzej. Wszystko dlatego, że rozum zastępowany jest ideologią.

Wielka obława na Chanajkach

Wielka obława na Chanajkach

 

   Urząd Śledczy mieszczący się przed wojną na ul. Warszawskiej 6 nie tylko tropił sprawców rozmaitych przestępstw dokonywanych na terenie całego miasta, ale też starał się im zapobiegać. W obu przypadkach były to regularne obławy i rewizje przeprowadzane z udziałem policji mundurowej w złodziejskich melinach i kryjówkach.
   Zaułki Chanajek były oczywiście zawsze na pierwszym miejscu. Na początku niepodległej Polski szczególną plagą był pospolity bandytyzm. W Białymstoku i okolicy grasowały liczne szajki uzbrojone w karabiny i pistolety. Przeciwko nim właśnie ówczesny komendant policji Józej Kamala organizował regularne obławy, w których brali udział nie tylko posterunkowi i wywiadowcy policyjni, ale również grupy żandarmów i żołnierzy. W 1921 r. rozbita została m.in. groźna banda Antoniego Łukaszyńskiego – postrach podbiałostockich osad. Kres jej położyła obława dokonana na ul. Sosnowej.
   W latach 20, a i później, łapanki w mieście przeprowadzały zazwyczaj białostockie komisariaty. Szczególnie III i IV. Pierwszy z nich odpowiadał przede wszystkim za to, co się działo wokół Rybnego Rynku, drugiemu podlegały Chanajki. Podczas takich akcji pod klucz trafiało często po pół setki osobników podejrzanych o niecne zamiary. Większość z nich szybko wypuszczano. W sieci pozostawały tylko grubsze ryby. Swoją działkę w łapaniu, zwłaszcza przyjezdnych obwiesiów, miał V komisariat na dworcu kolejowym. Wiele sił wkładał w to jego komendant Franciszek Pierso. Dzięki zorganizowanym patrolom wyłapywał on większość przybywających na gościnne występy złodziei, pociągowych rejzerów, a także kurierów z komunistyczną bibułą, zanim zdołali się schronić w mrocznych zakamarkach Chanajek. 
   Policja miała kilka stałych terminów, w których przeprowadzała profilaktyczne czyszczenie miasta. Były to dni przed świętami wielkanocnymi i bożonarodzeniowymi oraz przed czerwcowym popularnym jarmarkiem na św. Jana. Wówczas to przybywało do Białegostoku szczególnie dużo opryszków, zwłaszcza ze stolicy, ale i chanajkowcy z utęsknieniem czekali na to wieloludne wydarzenie. Zwłaszcza doliniarze, tombakowi oszuści czy karciani i loteryjni naciągacze. Obławy odbywały się w dzień, ale nocna pora dawała lepsze rezultaty. Kiedy informacje o wzmożonej działalności przestępców były szczególnie niepokojące, do akcji mobilizowano nawet 90 funkcjonariuszy policji.
   Tak było przed Wielkanocą 1935 r. W mieście zauważono nadmierną gorliwość złodziejaszków sklepowych i hal targowych. Był to dla wielu kanciarzy ważny punkt w ich sezonowej robocie. Szeroką obławę rozpoczęto o godz. 21, a skończono grubo po północy. W ręce władz wpadło wówczas 33 podejrzanych indywiduów, wygarniętych z chanajkowskich melin i brudnych spelunek w innych dzielnicach miasta.  Było wśród m.in. małżeństwo Olgi i Eugeniusza Auerów. Policja poszukiwała ich już od dawna za różne, brzydkie sprawki. Policyjne obławy przeprowadzano również po wyjątkowo zuchwałych rabunkach w mieście a także w pościgu za groźnym kryminalistą czy zbiegiem z więzienia.
   Ilustracją niech będzie wydarzenie z 1937 r., kiedy to obrabowany został sklep jubilerski Mejłacha Zyskowicza przy ul. Sienkiewicza 3. Zginęło wiele cennych precjozów . Wydział Śledczy zarządził natychmiastowe przeszukanie wszystkich znanych, złodziejskich adresów. Do aresztu trafili tak poważani na bruku białostockim włamywacze, jak Hochim Abelewicz z ul. Malimowskiego, Abram Duczyński z ul. Brukowej czy Icek Goldsztein z ul. Krakowskiej. Mieli jednak mocne alibi. Jak się wkrótce okazało jubilera „zrobili” ich koledzy po fachu, ale z miasta Wilna. Chanajkowscy złodzieje, przewidując obławy policyjne starali się przetrwać je na prowincji. Tam oczywiście robili swoje.

Włodzimierz Jarmolik

Czy Białystok ma coś do zaoferowania?

Czy Białystok ma coś do zaoferowania?

Mieszkańcy Białegostoku to nie jest szara masa. Mamy do czynienia z różnorodnością. Żyją tutaj studenci – uniwersytetów – medycznego, muzycznego i tego „w Białymstoku”, a także politechniki białostockiej. Stolicę województwa podlaskiego zamieszkują także ludzie, którzy zajmują się pracami – umownie nazywanymi prostymi (choć wcale takie nie są!) – produkcja, sprzedaż, gastronomia. Kolejna grupa to urzędnicy – urzędów miejskiego, marszałkowskiego i wojewódzkiego, a także innych „urzędzików”. Na samym końcu należy wymienić tych, którzy zajmują się dziedzinami specjalistycznymi. To tak zwani „ostatni Mohikanie” – czyli osoby, które mieszkają w Białymstoku mimo, że na identycznym stanowisku pobliskiej Warszawie zarobiliby co najmniej 2 razy tyle i mogliby zrobić „karierę”. Wszystkie te osoby mają zupełnie inne oczekiwania od miasta, w którym mieszkają. Są jednak uniwersalne rozwiązania, które powodują, że nie tylko lokalni patrioci pokochają to miasto. W swojej historii Białystok tylko 2 razy był mocnym ośrodkiem, gdzie zjeżdżano z całego świata. Gdy Izabela Branicka dbała o kulturę i edukację – Wersal Podlaski był modnym miejscem. Drugi raz – pod koniec XIX wieku, gdy fabrykanci masowo przenosili się z Łodzi i stworzyli u nas „Manchester Północy”. 

 

Białystok jest na 10 miejscu pod względem liczby mieszkańców w Polsce. Wydaje się, że aspirujemy do tego, by być metropolią, ale drugą nogą cały czas stoimy w Polsce powiatowej. Takie coś jak kultura u nas praktycznie nie istnieje. Oto prosty przykład: w 2006 roku zaczął materializować się pomysł wybudowania nowej Opery w Białymstoku. Krzykom, wiskom i krytyce nie było końca. Na szczęście politycy dopięli swego i wybudowali „wielkiego kloca”, który diametralnie różnił się od tego co na projekcie. Jednak z biegiem lat zaczął przypominać już inwestycję z obrazka. Przepiękne wnętrza są jednak bardziej zachęcające. Najbardziej jednak to co na scenie. Kiedyś żeby obejrzeć musical na żywo trzeba było jechać od Warszawy. Teraz nie. Warto dodać, że odbywają się tu także koncerty i tradycyjne opery. Generalnie, by dostać się np. na musical trzeba zarezerwować miejsce kilka miesięcy wcześniej. To tylko dobrze świadczy o tej instytucji – jest prestiżowa i chętnie odwiedzana.

 

Teraz przeskoczmy o 10 lat. Właśnie kończy się kilkudziesięcioletni serial pod tytułem „lotnisko”. Sytuacja jest identyczna – ci którzy chcą by Białystok dalej był powiatowy cały czas krytykują Krywlany. Że to nie będzie lotnisko, a tylko pas, że nikt tu nie będzie chciał lądować ani startować, że blisko do Warszawy więc po co tutaj. Prawda jest zupełnie inna. To czy ktoś tu będzie startować i lądować i jak szybko rozbudujemy pas i dobudujemy halę odlotów zależy od tego samego co w Operze – kto będzie zarządzać. Jeżeli będzie to sprawny, dobrze opłacany manager, który jest mocnym nazwiskiem w swoim środowisku i nie będzie układać się z politykami – to będzie sukces. Jeżeli wepchniemy na to stanowisko polityka – katastrofa murowana.

 

Jeżeli spróbujemy porównać Białystok z Warszawą pod względem możliwości, to pomijając skalę (w Warszawie wszystkiego jest po prostu więcej) widać od razu, że wielu rzeczy u nas brakuje.

 

Komunikacja miejska – tutaj Warszawa jest bezkonkurencyjna. W Białymstoku żeby gdziekolwiek dojechać trzeba ciągać się autobusami objeżdżając 5000 przystanków po drodze. Stolica ma do dyspozycji metro, tramwaje i autobusy – zwykłe i pospieszne. U nas można by było stworzyć Szybką Kolej Miejską, lecz prezydent nie potrafi dogadać się z PKP w sprawie kasowników (naprawdę!). Mamy też wiecznie zepsute bikery, którymi ledwo można dojechać od stacji do stacji. W Warszawie rowerów miejskich – nie testowaliśmy.

 

Kolejna kwestia to dostęp do kultury. Tutaj już wymienialiśmy przykład krzyku z operą, na którą niektórzy mieszkańcy nie byli gotowi. Bo po co wydawać pieniądze? Lepiej dziadować na wszystkim! Lotnisko? Lepiej jechać do Warszawy. Kultura? W Warszawie są wszyscy aktorzy z telewizji. Tylko, że jakby Białystok miał czym płacić to by wielu aktorów z Warszawy grało w naszych teatrach i do Warszawy by sobie jeździli. Jest jeszcze jedna kwestia – mamy 3 kina od jednego właściciela, teatr, operę i filharmonię – wojewódzkie oraz jeden teatr miejski. Imponująca liczba jak na wielkie miasto. A no i pewnie zdziwieni jesteście, że ceny biletów są koszmarnie drogie.

 

To teraz dla równowagi dwie rzeczy, które pokazują że z Warszawą można konkurować: gastronomia i sport. Jagiellonia z Legią gra na podobnym poziomie – rok w rok ścigając się do końca o mistrzostwo, zaś centrum (pomijając skalę) pod względem gastronomicznym i rozrywkowym ma do zaoferowania równie dużo w obu miastach.

 

Warszawa niestety bije nas na głowę pod względem korporacji. U nas pod tym względem jest mizeria i to chyba za mało powiedziane. Ktoś zaraz powie, że jesteśmy małym miastem, a Warszawa stolicą. Jeżeli popatrzymy na mapę szerzej niż do własnych granic miasta, to tak naprawdę Kraków czy Poznań mają większe możliwości niż Warszawa ze względu na bliskość do granic z innymi krajami. Dlaczego więc tej bliskości Białystok nie potrafi wykorzystać? Zobaczcie, że w Warszawie wszystko jest droższe i koszta prowadzenia firmy wyższe. Dlaczego mimo to, wielkie firmy wybierają drogą Warszawę, a nie tani Białystok? Dlatego, że w korporacjach pracują specjaliści od zarabiania pieniędzy, więc koszta im nie straszne. Dlatego argumentem przemawiającym jest danie im większych możliwości. A takie są właśnie u nas – szybkie dojazdy do pracy, taka sama rozrywka co w Warszawie… tylko jest pewien problem. Nie można stąd nigdzie polecieć samolotem, nie odjeżdża stąd Pendolino, tylko ekspresówkę zbudowali, bo w końcu zlitowali się nad nami, jak zginęło kilkanaście młodych osób w katastrofie pod Jeżewem.

 

Ostatnią kwestią ważną do poruszenia jest akademickość miasta. Jesteśmy tak marnym ośrodkiem, że plany połączenia się uniwersytetu z politechniką cały czas wiszą w powietrzu, zaś byle reforma zmiotłaby akademicki Białystok w mgnieniu oka. Z tęsknotą w oczach można spoglądać na miasto, gdy było tu 50 000 studentów. Dziś nie ma połowy. Nie ma czemu się dziwić – tylko 2 wydziały liczą się w kraju – lekarski oraz prawa. Reszta? Służy jedynie mieszkańcom całego Podlasia. A to za mało, by studentów było w mieście dużo. Czy da się coś zrobić? Tak – zainwestować w wyższą jakość, co zaprocentuje, gdy tylko pojawimy się w rankingach.

 

Wniosek jest prosty – musimy bez kompleksów rozbudowywać komunikację, kulturę, akademickość i tworzyć najlepsze warunki do biznesu. Wtedy będziemy mogli zaoferować co najmniej tyle samo co Warszawa, z tym że my mamy więcej – bo pod samym nosem mamy Puszcze Białowieską, Supraśl, Augustów, Suwalszczyznę, Biebrzański Park Narodowy i wiele innych wspaniałych miejsc. A z Warszawy trzeba tu długo jechać…

To były charakterystyczne miejsca w Białymstoku.  Dziś nie ma po nich śladu

To były charakterystyczne miejsca w Białymstoku. Dziś nie ma po nich śladu

Kiedy dziś spacerujemy po Białymstoku nie zdajemy sobie sprawy jak bardzo zmieniło się to miasto. Najczęściej można usłyszeć, że w ostatnich latach stolica województwa podlaskiego wypiękniała. Bardzo wiele osób chwali przede wszystkim deptak. Są też inne charakterystyczne miejsca – choćby nowa Opera i jej ogród, wieżowiec zwany „Maczugą” na Kaczorowskiego czy też białostockie Planty i tamtejsze fontanny. Zanim do Białegostoku dotarło piekło II wojny światowej, to miasto również miało swoje charakterystyczne miejsca. Dziś przedstawimy 5 takich miejsc.

Staw przy Elektrycznej – Argentyna

Nim powstał budynek Teatru Dramatycznego i jego plac, to w tym samym miejscu znajdowała się „Argentyna” czyli staw z intensywnie niebieską wodą. Niestety nie było to spowodowane stopniem zasolenia, lecz regularnym wlewaniem tam chemikaliów z okolicznych fabryk. Staw mimo wszystko regularnie zarastał. W końcu podjęto decyzję, że się go zasypie.

Hotel Ritz

Zupełnie obok „Argentyny” znajdował się prestiżowy Hotel Ritz. Była to najbardziej reprezentacyjna budowla przedwojennego Białegostoku. Budynek miał 4 kondygnacje oraz drewniane windy! Goście oprócz wypoczynku w pokojach mogli zagrać w bilard czy napić się piwa. Hotel zniknął w 1944 roku, gdy Niemcy zniszczyli większość miasta. Dziś w tym miejscu są po prostu tereny zielone.

Ul. Zamkowa

Mało kto wie, że tuż obok dzisiejszej ul. Kilińskiego – fragment drogi którą dziś nazywamy placem Jana Pawła II (choć to nie jest plac) nazywał się ul. Zamkową. Zaś zamiast parkingu przy boku Pałacu Branickich znajdował się okazała kamienica, w której mieszkali ludzie. O tym miejscu niewiele wiadomo, gdyż prawdziwe życie toczyło się zupełnie obok – przy ul. Kilińskiego.

Ul. Nadrzeczna

Było to miejsce wyjątkowe. Przede wszystkim dlatego, że jak sama nazwa wskazuje ulica znajdowała się nad rzeką. Oczywiście naszą „Białką”. Ulicę od rzeki odgradzał drewniany płotek po obu stronach, który dzięki temu nadawał całej ulicy wielkiego uroku. Przypominało to bowiem 2 pasy drogi oddzielone rzeką. Nadrzeczna znajdowała się pomiędzy Kościelną a Sienkiewicza.

 

Synagoga przy Suraskiej

Wielka Synagoga przy ul. Bożniczej (dziś Suraska) gdyby dziś istniała, to z okien wysokich budynków byłaby tak samo zauważalna jak cerkiew Św. Mikołaja, Katedra czy Kościół Św. Rocha. Niemcy jednak spędzili Żydów do bożnicy i spalili ją razem z nimi. Po synagodze został dziś jedynie pomnik będący odwzorowaniem spalonej kopuły. Świątynia przy Suraskiej była bardzo charakterystycznym budynkiem, aczkolwiek architekci uważali że jest kiczowata. Budynek był murowany i posiadał blaszany dach oraz wspomnianą wcześniej kopułę o średnicy 10 metrów oraz 4 mniejsze kopuły w rogach kwadratowego budynku.

 

Białystok cały czas się zmienia. Dziś już prawie znikły Bojary, wkrótce pewnie znikną stare domy na Młynowej, Angielskiej oraz na dzisiejszym osiedlu Przydworcowym i Bema. Za jakiś czas pewnie nie będzie też żółtego domku przy Mazowieckiej, a wszystko to zostanie obudowane blokami. I tak w pewnym sensie historia zatacza koło. Dzisiaj czasy są takie, że pozbywamy się wszystkiego co „PRL-owskie”, więc nie zdziwcie się, gdy za jakiś czas nie będzie już takiego budynku na Placu Uniwersyteckim (dziś plac NZS), nie zdziwcie się gdy znikną też inne monumentalne budynki z centrum – jak np ten, który zajmuje dzisiaj sąd przy ul. Skłodowskiej. Tak samo znikały wcześniej „stare drewniane chaty”, by zastąpiły je „nowoczesne bloki”, tak samo zniknęła synagoga wraz z Żydami, by zastąpili ich „nowi mieszkańcy”, tak samo hotel Ritz nie został odbudowany po wojnie, bo pierwowzór powstał rękami zaborcy. Tak samo jak znikła Nadrzeczna na rzecz wielkiej „Alei Piłsudskiego” i tak dalej. To, że nowe wypiera stare wiemy od dawna. To że nie da się tego zatrzymać, bo zawsze towarzyszy temu jakaś ideologia też wiemy. Musimy się więc przyzwyczaić, że „To se ne vrati pane Havranek”.

Featured Video Play Icon

Ta rzeka jest dumą Suwalszczyzny. Pływał tu Jan Paweł II

 

Na podmokłych dolinach wśród wzniesień morenowych swoje życie zaczyna rzeka znana wszystkim jako Czarna Hańcza. Skąd taka osobliwa nazwa? Aby odpowiedzieć na to pytanie należy przenieść się do XIII w. Były to czasy walk Litwinów z Mazowszanami. Nad brzegiem rzeki toczono niezwykle zacięte boje. Krew mogłaby wypełnić do pełna jego koryta. Armia litewska popadła w tarapaty. Jeden po drugim padał od celnych strzałów z łuku. Wielki Książę Litewski Trojden już miał w planach odwrót wojsk, lecz niesiony honorem wypowiedział głośno słowa ”Gana cze”. Oznaczają one ”dosyć tutaj”.

 

Niesione echem powtarzane były przez gęste lasy. Los zaczął od tej chwili sprzyjać dla wojownika. Choć bitwa nie została rozstrzygnięta, uratował on wielu swoich towarzyszy. Od tej pory ”Gane cze” powtarzane było z trwogą pośród Mazowszan. Ci trochę je zniekształcili przez swój nieco twardszy język. Po jakimś czasie wykształciło się określenie ”Hane cze”, a potem ”Hancze”. Tak też nazwano rzekę, która była niemym świadkiem odezwy księcia. Inna teoria mówi o tym, że w wymarłym już języku jaćwieskim oznacza kaczkę. Zaś przydomek „czarna” otrzymała zapewne ze względu na ilość mułu.

 

Tak czy inaczej Czarna Hańcza posiada niezwykłą przyrodę, uwielbiana przez papieża Jana Pawła II, a także turystów przepływa miejscami niczym górski potok, w którym pływają pstrągi, by połączyć się z Kanałem Augustowskim i ostatecznie złączyć się z kolejną – większą rzeką nad Niemnem, którą znamy choćby z literatury.

 

Rzeka Czarna Hańcza to doskonałe miejsce do uprawiania sportów kajakowych. Doskonale bawić się tam będą zarówno zawodowcy jak i amatorzy. Na trzech szlakach można spędzić od 4 do 9 dni podziwiając niesamowitą przyrodę. Najpierw płynie się przez rozlewiska i podmokłe łąki, potem biegnie w dolinie przy Puszczy Augustowskiej. W kolejnych punktach wpada do Kanału Augustowskiego, którym dopłyniemy do granicy z Białorusią.

 

Rzeka Czarna Hańcza to także miejsce kultu Staroobrzędowców. Na trasie rzeki znajduje się Molenna w Wodziłkach. 3 kilometry na wschód od Bachanowa. Mała miejscowość, gdzie możemy odwiedzić unikalną perłę architektury czyli obiekt sakralny należący do Wschodniego Kościoła Staroobrzędowego (niekanoniczny Kościół prawosławny). Świątynia powstała w 1921 roku. Jest drewniana. Posiada wieżę, którą dobudowano w 1928 roku. Molenna znajduje się w rejestrze zabytków. Została gruntownie wyremontowana w 1997 roku.

 

Nad dumę Suwalszczyzny warto wybrać się chociaż raz. Nawet, gdy ktoś nie lubi kajaków to warto spędzić czas biwakując nad jej brzegiem (jest wiele pól namiotowych i kempingów) lub po prostu odwiedzić kilka punktów.

Featured Video Play Icon

Kolorowe Jarmarki dostały „zero”. Janusz Laskowski i tak rozkochał publiczność

 

Kiedy w 1977 roku Janusz Laskowski wykonał w Opolu „Kolorowe Jarmarki”, to wręcz został przez jury „zniszczony”. Nikogo z nich nie przekonywało, że publiczność bardzo dobrze przyjęła jego piosenkę. „Eksperci” uznali, że Laskowski śpiewa kiczowate, banalne kawałki. Zaś „Kolorowe Jarmarki” otrzymału 0 punktów! Mało tego – krytyk muzyczny Andrzej Wróblewski przyznający tak druzgocącą ocenę przed kamerami i widzom ostentacyjnie zaprezentował „Zero”.

 

Piosenka stała się jednocześnie wielkim sukcesem artysty jak i przekleństwem. Jej popularność spowodowała, że latami Janusz Laskowski nie mógł przebić się z nowymi piosenkami. Wcześniej znany był z „Żółtego jesiennego liścia” i oczywiście „Beaty z Albatrosa” – hitu, który do dziś nuci się w każde wakacje w Augustowie.

 

Prawdziwy przełom nadszedł dopiero w 1995 roku. Wówczas Telewizja Polsat zaczęła nadawać dwa programy – w sobotę – Disco Polo Live, zaś w niedzielę Disco Relax. Oba programy przed telewizory przyciągnęły miliony Polaków, zaś artyści pokazywani tam z miejsca stawali się gwiazdami. Wtedy też swoją ponowną szansę dostał Janusz Laskowski, który w teledysku jadąc renaultem po Białymstoku śpiewał, że „Świat nie wierzy łzom”. W teledysku mogliśmy zobaczyć dawne białostockie „Chanajki”, „Amfiteatr”, a także wiele innych miejsc.

 

Na początku 2018 roku Janusz Laskowski znów przypomniał o swoim istnieniu. Tym razem wystąpił w świetnej piosence z białostockim raperem Lukasyno, a takżę Niziołem. Utwór „Bez sentymentu” pokazuje Młynową, okolice aresztu śledczego, białostocką Węglówkę, a także zajazd w Czarnej Białostockiej.

 

Pan Janusz Laskowski nagrał bardzo wiele piosenek, jednak prawdziwe szczyty zdobywał tylko kilka razy. Nie przeszkodziło mu to koncertować w wielu krajach. Pochodzący z Wileńszczyzny, a mieszkający w Białymstoku piosenkach jest także działaczem charytatywnym, który mocno udziela się w instytucjach powiązanych z Kościołem katolickim. Jego występy można często obejrzeć podczas koncertów i uroczystości religijnych, które pokazuje TV Trwam.

 

To wyjątkowa atrakcja. Kolejka wąskotorowa w Puszczy Białowieskiej

To wyjątkowa atrakcja. Kolejka wąskotorowa w Puszczy Białowieskiej

Ten artykuł jest już nieaktualny, zapraszamy do przeczytania aktualnego:

/kolejka-waskotorowa-hajnowka-topilo

Kiedyś służyły do transportu drewna, dzisiaj przewozi turystów. Mowa tu o kolejce wąskotorowej z Hajnówki. Podróż kolejką przez Puszczę Białowieską to wyjątkowa atrakcja.

 

Kolejkę wąskotorową mamy w spadku zaborze. W 1916 roku, gdy Polski jeszcze nie było na mapie na terenie Puszczy Białowieskiej urzędowali Niemcy. Potrzebowali drewna, więc wybudowali w Białowieży tartaki i stolarnie, zaś w Hajnówce fabrykę półproduktów chemicznych z drewna. Stąd też potrzeba było przewozić drewno. Kiedy na terenach zaborczych nastała już Rzeczypospolita Polska to do II Wojny Światowej państwo polskie rozbudowało sieć kolejek leśnych. W 1939 roku było ich łącznie 360 km! Dopiero w 1992 roku zakończono eksploatację kolejek.

 

 

Dziś kolejka służy turystom. Dzięki niej z Hajnówki można pojechać do miejscowości Topiło lub w wersji skróconej do Doliny Leśnej. Jest to wyjątkowa podróż. Przez godzinę zwiedzamy Puszczę Białowieską od środka, przejeżdżając niemal przez dzikie tereny, gdzie nie spotkamy ludzi. Kolejki funkcjonują od 12 maja do 30 czerwca w każdą sobotę o godz 10.00 oraz 14.00. Zaś od 1 lipca do 31 sierpnia we wtorki, czwartki, soboty i niedziele także w godzinach 10.00 oraz 14.00. Od 1 września do 29 września w czwartki i soboty. Wyjazdy 10.00 oraz 14.00. Kolejka funkcjonuje także w niektóre długie weekendy.

 

Bilet normalny kosztuje 30 zł. Ulgowy 20 zł. Przewóz roweru i psa – 5 zł. Dzieci do lat 4 za darmo. Bilety kupimy na dworcu przy stacji kolejek. Płatność gotówką.

 

Dodatkowe informacje: tel. 693 337 290 lub [email protected]

Białystok w dziesiątce najbardziej innowacyjnych miast w Polsce. Czy aby na pewno?

Białystok w dziesiątce najbardziej innowacyjnych miast w Polsce. Czy aby na pewno?

Białystok został jednym z dziesięciu miast w Polsce okrzykniętych najbardziej innowacyjnym. Nagradzał magazyn „Forbes”. Białystok zajął 9 miejsce i znalazł się w gronie takich miast jak Częstochowa, Warszawa, Kraków, Toruń, Wrocław, Gdańsk, Rzeszów, Poznań oraz Olsztyn. Szczerze powiedziawszy wjeżdżając do tych miast nie odczuwa się tych wszystkich nowoczesności. Szczególnie w Częstochowie na słynnym placu z budkami, gdzie można kupić frytki. Podobnie rejon dworca w Olsztynie przypomina klimatem lata 90-te.

 

Tymczasem magazyn Forbes innowacyjność definiuje inaczej. Przydzielał punkty za strategiczny program rozwoju miasta, system informatyczny ułatwiający kontakt mieszkańcom, serwisy internetowe miasta, budynki użyteczności publicznej, szkoły, otwarta przestrzeń miejsca, inne miejsca, pokrycie powierzchni miasta dostępem do internetu, automatyczne sterowanie infrastrukturą, elektroniczny system informacji przestrzennej, SMS-owy system informacji lub ostrzeżeń, aplikacja mobilna do komunikacji z mieszkańcami, program wsparcia finansowego i najważniejsze projekty innowacyjne.

 

Trudno powiedzieć co najbardziej przypadło gustu jury, gdyż magazyn o tym nie wspomina. Opisuje tylko inne miasta. Naszego akurat nie. My z perspektywy mieszkańca możemy powiedzieć, że Białystok na pewno jest bardzo innowacyjny dzięki nowoczesnemu systemowi kanalizacji. Po każdej ulewie w mieście czuć klimat niczym z włoskiej Wenecji. Tak samo komunikacja miejska, w której mimo tego że jest klimatyzacja – to otwiera się na szeroko okna. Nie można nie wspomnieć też o innowacyjnym systemie świateł drogowym zwanym „czerwona fala”. System inteligentnie rozpoznaje samochody i daje im czerwone światło. Gdy ulica pusta – świeci się zielone. No i wisienka na torcie – stare, stuletnie chaty puszczono z dymem i postawiono nowoczesne bloki.

 

Trzeba oddać ekipie Truskolaskiego że w innowacjach udało im się jedno. Zlikwidowali koszmarne kolejki do wydziału komunikacji. Już nie trzeba od 6 rano bić się o numerek. Cały departament onbsługi mieszkańca to nowoczesny, klimatyzowany budynek z kolejkomatem. Jednak jak to się mówi – jedna jaskółka wiosny nie czyni. Zatem w rankingach osób, które tu nie żyją na co dzień może i wypadamy dobrze, ale z rzeczywistością nie ma to za wiele wspólnego.

Patrzyli biernie na płonące Bojary. Teraz chcą odbudować cudzymi pieniędzmi

Patrzyli biernie na płonące Bojary. Teraz chcą odbudować cudzymi pieniędzmi

Urzędnicy z białostockiego magistratu mają poczucie humoru. Latami patrzyli „bezradnie” jak płonęły kolejne domy na Bojarach. Teraz chcą odbudowywać zabytki cudzymi pieniędzmi. Wiadomo, że najlepiej wydaje się nie swoje pieniądze. Urzędnicy są w tym specjalistami bowiem żyją z naszych podatków i gospodarują naszymi podatkami na rzecz miasta. Po to wybieramy radnych, po to wybieramy prezydenta – by mógł dobrać wiceprezydentów i razem rządzić miastem. Tadeusz Truskolaski w Białymstoku jest już od 12 lat. Wiele osób jest z niego zadowolona, a sondaże pokazują, że ma szansę zwyciężyć także kolejne wybory w mieście. W tym czasie oprócz totalnego zadłużenia miasta i wydojenia budżetu na rzecz wielkich inwestycji popełnił też wiele karygodnych błędów. Hasło: „zabytki” są najlepszym tego przykładem. W skrócie: uchwalono plan zagospodarowania przestrzennego dla osiedla Bojary, który w miejscu zabytkowych drewnianych domów dopuszczał budowę bloków. Dziwnym przypadkiem domy zaczęły płonąć, zaś wkrótce w tym miejscu pojawiły się bloki. 

 

Czytaj więcej: Płoną i niszczeją zabytki w Białymstoku. Developer i znana spółka medyczna właścicielami działek

 

Po trzech kadencjach ekipa Truskolaskiego jakby miała wyrzuty sumienia, że miała gdzieś płonące zabytki. Nagle w dziale „przetargi” znalazło się ogłoszenie, w którym dopuszcza się sprzedaż działki przy ul. Chopina 3 – gdzie stał XIX wieczny zabytkowy dom i został spalony. Teraz działkę można odkupić – cena wywoławcza 281 000 zł. Jest jeden warunek – trzeba odbudować dom według sporządzonej inwentaryzacji.

 

Wniosek tego taki – nie odbudujemy zabytku (słusznie) za pieniądze podatników, tylko podatnik sam może kupić i sobie wyremontować jeśli ma taką fanaberię, ale musi to zrobić tak, żebyśmy mogli się pochwalić, że przywróciliśmy dawny blask Chopina 3. Słusznie, że nie odbudują tego za pieniądze podatników bo to strata pieniędzy. Po totalnej dewastacji Bojar nie ma co tam odbudowywać. Obecnie ostatnią ostoją starego Białegostoku zostały okolice między Wyszyńskiego, a Bema i Młynową. W ostatnim czasie i tam zaczęły się pożary. Czy Tadeusz Truskolaski coś z tym zrobi? Zabezpieczy plany zagospodarowania tak – by nie można było stawiać tam bloków? Czy ostatnie drewniane domy pójdą wkrótce z dymem jak wcześniej Bojary?

 

Sensacyjne odkrycie w Puszczy Knyszyńskiej! O Żelaznej Żabie na Podlasiu już zapomnieli…

Sensacyjne odkrycie w Puszczy Knyszyńskiej! O Żelaznej Żabie na Podlasiu już zapomnieli…

Niesamowite odkrycie w Puszczy Knyszyńskiej. Marta Potocka z Polskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków zaobserwowała żółwia błotnego w rezerwacie przyrody „Jezioro Wiejki”! Jezioro jest nieco ukryte, a dzięki temu zapomniane przez człowieka. Prawdopodobnie właśnie dzięki temu żółw błotny założył tam siedlisko. Żółwie błotne nie były widziane w tych rejonach od wielu lat! Ogólnie mówiąc – rejony jeziora Wiejki (czyli okolice Gródka) to trochę dzikie miejsce. Oprócz żółwia błotnego, napotkać tam możemy żubra, wilki, jastrzębia, a także jelenie, sarny i dziki. Są to już „głębokie” rejony Puszczy, gdzie przyrodę można chłonąć dużymi ilościami.

 

Żółw błotny to jedyny gatunek żółwia, który żyje w Polsce i dożywa powyżej 100 lat! Gatunek jest pod ścisłą ochroną od 1935 roku. Na Podlasiu błotnego żółwia, gdy jeszcze tutaj był dawniej widywany, nazywano „Żelazną Żabą”. Osobniki można też napotkać w Puszczy Augustowskiej na Suwalszczyźnie.

 

Odkrycie tego osobnika oznacza, że Podlaskie to coraz lepsze miejsce do życia dla różnych zwierząt. Żółw błotny jest przykładem takiego, który trzyma się z dala od ludzi. Im bardziej dzikie miejsca tym bardziej egzotyczne osobniki możemy napotkać. Ciekawi tylko czy żółw przywędrował czy cały czas w rezerwacie niezauważony przebywał. To bardzo możliwe – bo Jezioro Wiejki jest ukryte między drzewami. Nie da się tam wejść przypadkowo, należy się natrudzić.

 

fot. Polskie Towarzystwo Ochrony Ptaków

Więcej zdjęć: https://web.facebook.com/PTOP-Polskie-Towarzystwo-Ochrony-Ptak%C3%B3w-171836891682/

Białostocka  Czarna Ręka

Białostocka Czarna Ręka

 

   Na początek trzeba odwołać się do znakomitej encyklopedii  Carla Sifakisa pt. „Mafia amerykańska”, w której autor pod hasłem Czarna Ręka pisał m.in. : „Proceder Czarnej Ręki polegał na wymuszaniu haraczy pod groźbą śmierci i był praktykowany niemal we wszystkich włoskich społecznościach na terenie USA”. Działo się tak w pierwszych dziesięcioleciach XX w., kiedy z Sycylii emigrowali na potęgę tamtejsi mafiosi, przyzwyczajeni już bardzo do życia na koszt swoich rodaków.
    W okresie międzywojennym zawołanie „Czarna Ręka” stało się niebywale modne w miastach i miasteczkach II Rzeczypospolitej. Posługiwały się nim rozmaite szajki opryszków, którym zachciało się zdobyć łatwe pieniądze. Ówczesny Białystok nie mógł być  oczywiście gorszy.         
 

  Wszystko zaczęło się w 1930 r. Najpierw doświadczyli tego zapóźnieni przechodnie w centrum miasta, którzy tracili portfele i obrywali guzy. Wkrótce niebezpiecznie zrobiło się w okolicznych restauracjach, barach i salach bilardowych. Niosły się słuchy, że wszystko to jest dziełem bandy o groźnej nazwie „Czarna Ręka”. Policja nie mogła przez dłuższy czas nikogo aresztować. Poszkodowani nie chcieli składać zeznań w obawie przed zemstą.
  Tymczasem białostocka „Czarna Ręka”, składająca się z kilkunastu chanajkowskich oprychów w wieku od 15 do 27 lat stawała się coraz bardziej bezczelna. Po pewnym czasie nie tylko wymuszano pieniądze i poczęstunek od właścicieli i gości sal bilardowych i potajemek, ale pięściami i nożami załatwiano prywatne porachunki. Uszkadzano opony w autobusach zamiejscowych i wykonywano tzw. dintojry. Strach  przed bandą był tak wielki, że człowiek pokrojony nożem w jednej z restauracji nawet na łożu śmierci nie chciał ujawnić policji swoich oprawców. 
 

   Terror „Czarnej Ręki” trwał w Białymstoku około dwóch lat. Pewnego lutowego wieczoru 1932 r. do sali bilardowej Polonia przy Rynku Kościuszki wkroczyło dwóch członków osławionej  szajki: Lejba Kagan i Zorach Tyszlerman. Zaczęli zaczepiać gości. Jednemu zrzucili z głowy kapelusz, drugiego poczęstowali kułakiem w pierś. W końcu podeszli do niejakiego Szlomy Fina, też nielichego rozrabiaki i zażądali od niego 100 złotych. Ten jednak wcale nie poczuł „mojry”, kazał się odczepić i spokojnie wrócił do przerwanej gry w bilard. Kagan, herszt bandy, widząc to lekceważenie, wyrwał Finowi z ręki kij bilardowych i zaczął go nim okładać. Potem sięgnął jeszcze po sprężynowca. Fin podniósł krzyk.
Hałasy z sali bilardowej  sprowadziły do środka policjanta patrolującego właśnie ulicę. Zatrzymał Tyszlermana, który nie zdążył uciec.  To pierwsze aresztowanie w sali Polonii sprawiło, że zastraszeni dotąd kupcy i przedsiębiorcy białostoccy zaczęli zeznawać. Za kratki trafili następni członkowie „Czarnej Ręki”, noszący przeważnie bardzo egzotyczne przezwiska: Karaban, Szames, Snajteta i inne.
 

 
   Jesienią 1932 r. sprawa białostockiej mafii była już zakończona. 14 października odbył się proces. Tego dania sala Sądu Okręgowego przy ul. Mickiewicza przedstawiała niezwykły widok. Zapełniali ją złodzieje kieszonkowi, włamywacze na zwolnieniu warunkowym, no i oczywiście panienki lekkich obyczajów. Na ławie oskarżonych zasiedli zaś ich bliscy kompani: Lejba i Josel Kaga- nowie, Abram i Zorach Tyszlermanowie, Israel Fiszer, Szepsel Chiński i jeszcze kilku innych.
  Przed obliczem sądowego trybunału przewinęło się kilkudziesięciu świadków. Choć przejęci lękiem opowiadali o swoich krzywdach, doznanych od rozwydrzonych wyrostków. Na koniec prokurator Bartoszewicz w mocnej przemowie zażądał surowych kar dla wszystkich oskarżonych. Następnego dnia Sąd wydał wyrok. Najbardziej  krewcy wymuszacze dostali po trzy lata kratek. Białystok odetchnął. Ale czy na długo?

Włodzimierz Jarmolik

Niemcy urządzili w Białymstoku rzeź. Tak wybili prawie wszystkich Żydów w mieście

Niemcy urządzili w Białymstoku rzeź. Tak wybili prawie wszystkich Żydów w mieście

Niemcy, którzy okupowali nasz kraj podczas II Wojny Światowej przebywali też w Białymstoku. 27 czerwca 1941 roku spędzili Żydów z okolicznych Chanajek (dziś ul. Młynowa i okoliczne) do wielkiej synagogi, która stała w miejscu, w którym dziś stoją bloki i budynek Krajowej Izby Rozliczeniowej (okolice Suraskiej). Następnie Niemcy zamknęli świątynie i podpalili ją ze wszystkimi ludźmi w środku.

 

„…gdy weszli Niemcy poszukując mężczyzn – uciekłem do drugiego pokoju, gdy schowałem się, szwagra Arona Zelmanowicza zabrali. Siostra pobiegła za mężem. Wprowadzili ich do Synagogi na rogu ul. Suraskiej – Szkolnej. Widzieliśmy to ze strychu domu, w którym ukrywaliśmy się. Było ze mną dużo osób. (…) Gdy synagogę zapełniono ludźmi – widziałem jak Niemcy pozamykali wyjścia i kordonem otoczyli budynek i podpalili go…” – to fragment wspomnień świadka wydarzeń. Fragment pochodzi z Kuriera Porannego.

 

W synagodze spłonęło około 700 osób. Następnie Niemcy zgotowali rzeź na ulicach miasta. Zginęło kolejne 1000 osób. Łącznie w „czarny piątek” w Białymstoku Niemcy zabili ponad 2000 osób. Niemcy spalili synagogę, dzielnice Chanajki, a także wiele budynków z Rynku Kościuszki, Suraskiej, Rynku Siennego, a także to co napotkali na Legionowej i Akademickiej. W kolejnych dniach Niemcy dalej masowo mordowali Żydów. Do 12 lipca zamordowano łącznie prawie 8000 osób. 2 tygodnie później utworzono w mieście getto. To prawie 20 proc. wszystkich Żydów z miasta.

 

2 lata później Niemcy zamordowali w getcie około 800 osób. Zaś kolejne 30 tys. wywieziono do niemieckiego obozu zagłady w Treblince oraz Auschwitz-Birkenau. W Białymstoku Niemcy zgotowali w ciągu 2 lat okupacji zgotowali piekło, w którym straciło życie bardzo wiele osób. Po wojnie w Białymstoku żyło około 1100 żydów. Przed okupacją Niemiecką 60 000.

To jedna z najpiękniejszych rzek w Polsce. Zarówno z wody jak i powietrza

To jedna z najpiękniejszych rzek w Polsce. Zarówno z wody jak i powietrza

Rzeka Bug jest jedną z najpiękniejszych w Polsce. Zarówno z góry jak i poziomu tafli wody. Dorzecze biegnące slalomem, a także piękna przyroda wokół sprawia, że Bug warto zobaczyć na własne oczy. Można to zrobić na 2 sposoby. Przyjeżdżając na Podlasie i jadąc wzdłuż rzeki bądź wybrać się na kajaki i przepłynąć się. Naszą wycieczkę zacząć powinniśmy w Niemirowie – czyli na trójgraniczu województw podlaskiego, mazowieckiego i lubelskiego. W tym samym miejscu jest także granica Polski i Białorusi. To wszystko powoduje, że miejsce na styku tylu granic na raz ma w sobie pewną dozę magii oraz aurę tajemniczości.

 

Jadąc wzdłuż Bugu kolejnym przystankiem powinien być Mielnik. Tak zwiedzić możemy Odkrywkową kopalnię kredy oraz Górę Zamkową. Jest też wieża widokowa. Następnie powinniśmy zatrzymać się w Maćkowiczach. Tam znajduje się wyspa, przez którą przebiega most kolejowy. Jadąc wzdłuż Bugu kolejny przystanek powinniśmy sobie zrobić nieopodal miejscowości Turna Mała. Tam znajduje się Wyspa Kózki, na której stoi osobliwy zamek z kamieni, który własnymi rękami zbudował jeden człowiek!

 

Kolejne trzy wyspy po drodze to Wyspa Dzika i Wyspa Judasza. Skąd taka nazwa dokładnie nie wiadomo, jednak w tych rejonach nie topi się po zimie Marzanny lecz Judasza. Jest to jakaś wskazówka. Wszak warto wybrać się na miejsce i popytać miejscowych – dlaczego Judasz ma swoją wyspę. Trzecia wyspa zwana jest Krąpia. Jadąc dalej powinniśmy odwiedzić Drohiczyn, niegdyś stolicę województwa podlaskiego. Było to bardzo ważne miejsce w naszym regionie. Dziś znajduje się tam Góra Zamkowa oraz wiele budynków sakralnych, które warto zobaczyć.

 

Następny przystanek znajduje się w miejscowości Tonkiele. Tam zbudowany jest most, który jest też miejscem widokowym. Warto się rozejrzeć. Kolejne ciekawe miejsce jest w miejscowości Granne. Tam Bug tworzy przepiękne rozlewisko, które zakończy naszą wycieczkę. Jeżeli chcemy natomiast przepłynąć podlaski Bug kajakiem, to potrzebujemy 4 dni. Odcinek mierzy bowiem 85 km. Gdy będziemy chcieli przepłynąć cały Bug (czyli aż do Zalewu Zegrzyńskiego), to potrzebować będziemy około 10 dni gdyż odcinek wtedy będzie miał odległość około 200 km.

 

Rzeka Bug kajakiem:

Asfaltowa droga w środku Puszczy Białowieskiej? Takie mają plany

Asfaltowa droga w środku Puszczy Białowieskiej? Takie mają plany

Puszcza Białowieska krzyżuje dwa interesy. Jeden z nich to interes mieszkańców drugi to interes środowiska. Ich połączenie to jak próba połączenia wody i ognia, o czym mogliśmy się przekonać nie raz, gdy ktoś podejmował decyzję w interesie mieszkańców lub właśnie przeciwko nim. Jak bowiem pogodzić fakt, że stuletnie drzewo (skarb przyrodniczy) wisi nad drogą i może w każdej chwili runąć i kogoś zabić? Co z takim drzewem zrobić musiał zadecydować wójt Białowieży. Nakazał drzewo ściąć za co „z Polski” posypały się na wójta gromy, a mieszkańcy byli wdzięczni. Warto też przypomnieć różne protesty w Puszczy Białowieskiej dotyczące wycinki. To że jest takowa prowadzona poza obszarem rezerwatu, dla mieszkańców nie jest niczym nowym, bowiem pozyskują oni drewno na własny użytek właśnie z przydomowego lasu. Z ich perspektywy nakaz importu drewna brzmi kuriozalnie. Dla „reszty Polski” brak cięć i utworzenie rezerwatu na całym obszarze Puszczy to konieczność.

 

Najnowszy problem to tak zwana „droga Narewkowska” czyli leśna, szeroka droga prowadząca z północy Puszczy Białowieskiej na Południe. Droga biegnie przez sam środek polskiej części lasu. Teraz dla wygody mieszkańców, którzy drogi tej używają najczęściej (także po deszczu i gdy leży śnieg) władze chcą wyasfaltować. Co na to „reszta Polski”? Zacytujmy białostocką Gazetę Wyborczą: „Jej wyasfaltowanie to karygodne lekceważenie wymogów ochrony przyrody i prawa środowiskowego” – napisali do ministra Kowalczyka przed kilkoma dniami naukowcy i organizacje pozarządowe.

 

Tak naprawdę ten problem nie dotyczy asfaltu. To problem znacznie głębszy, bowiem należy zadać sobie pytanie – ile mogą mieszkańcy Puszczy Białowieskiej? Czy mają takie same prawa jak mieszkańcy innych gmin? Na pierwszy rzut oka widać, że nie. Od razu rodzi się pytanie – „skoro im to przeszkadza, to po co tam mieszkają”. Otóż należy jeszcze raz powtórzyć – co nie jest zabronione, jest dozwolone. Mieszkanie w Puszczy Białowieskiej jest tak samo dozwolone jak mieszkanie w Warszawie. Nie ma żadnych formalnych zakazów ani ograniczeń dla mieszkańców z tego powodu, że tam mieszkają. Skoro Puszcza Białowieska w całości nie jest rezerwatem, to mieszkańcy mają prawo żyć tak, jak inni.

 

Czy powinniśmy na to się zgodzić? To trudne pytanie. Gdybyśmy zrobili referendum – czy Puszcza Białowieska w całości powinna stać się rezerwatem, to czyja siła głosu byłaby ważniejsza – mieszkańców, których dotyczy interes czy „reszty Polski”? Problem jest trudny do rozwiązania. Warto jednak zauważyć, że od 1915 roku obszar Puszczy – a dokładnie Hajnówka stała się obszarem przemysłowym, w którym przetwarzano drewno. Rozpoczęli to jeszcze Niemcy, którzy okupowali tamte tereny. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości praktycznie cały przemysł przeszedł w ręce państwa, zaś w rejony Hajnówki zaczęli napływać ludzie z całego kraju, którzy chcieli tam pracować.

 

W tym roku mija 100 lat od odzyskania przez Polskę Niepodległości. Jak widzimy, eksploatowanie przez człowieka Puszczy i środowiska w ciągu 100 ostatnich lat nie jest aż tak szkodliwe jakby się „reszcie Polski” wydawało. Na zakończenie warto jako przeciwwagę do zdania „reszty Polski” zacytować też samych mieszkańców, którzy powtarzają: „Nikt nie zadba o Puszczę tak, jak ludzie, którzy mieszkają tu od zawsze”.

 

 

4 młode jastrzębie wchodzą w dorosłość. Można je podglądać na żywo

4 młode jastrzębie wchodzą w dorosłość. Można je podglądać na żywo

Instytut Biologii UwB obserwuje życie dwóch dorosłych i czterech młodych jastrzębi w Nadleśnictwie Dojlidy. W ich gnieździe zamontowana jest kamera, a jej sygnał udostępniony jest na żywo w internecie. Młode od starszych odróżniać będzie można poprzez podłużne, a nie poprzeczne prążkowanie piersi. Jednak tylko przez rok. Młode ptaki oddalają się już od gniazda, ale dokarmiane są jeszcze przez rodziców. To właśnie teraz pisklęta uczą się samodzielności. Jastrzębie, to gatunek ptaków, który jako pierwszy opuszcza swoje gniazdo. Inne ptaki szponiaste robią to później.

 

Oglądając transmisję, nawet jak nie zastaniemy ptaków w gnieździe, to możemy je usłyszeć. Młode ptaki nawołują rodziców, bo w ten sposób chcą przykuć ich uwagę, gdy starsze ptaki nadlatują z pokarmem. Jastrzębie żywią się innymi ptakami – najczęściej gołębiami i innymi małymi ptakami, ale zdarza się też upolować wiewiórkę. A dostęp do pokarmu jest bardzo ważny. Różnica między wykluciem się pierwszego i ostatniego jastrzębia wynosi zaledwie 5 dni. Oznacza to, że wszystkie ptaki konkurują równo o pokarm, dzięki czemu cała czwórka ma szansę wkroczyć w ptasią samodzielność. Warto zaznaczyć, że natura eliminuje słabe jednostki, dlatego to ważne, by ptaki rozwijały się równomiernie.

 

Jastrzębia nie można zauważyć zbyt często na niebie. Ptaki te podczas polowania czatują na drzewach w lesie. Zaś gdy chce dopaść ofiarę uprawia krótką pogoń. Przez to nawet dla wprawnego ornitologa jastrząb nie jest łatwy do zaobserwowania. Z tym drapieżnikiem jest jeszcze inny problem. Osoby hodujące kury nie znoszą go. Dla nich jastrząb to szkodnik, który kradnie kury z podwórka. Dlatego zdarza się, że jastrząb oberwie od człowieka, gdy chce porwać kurę. Dla przyrodników wspaniały to jednak ptak, którego warto obserwować.

 

Transmisja z gniazda jastrzębia tutaj:
https://podlaskie.tv/kamery-online

Znany głos w białostockich autobusach? Kto mógłby mówić jaki jest następny przystanek?

Znany głos w białostockich autobusach? Kto mógłby mówić jaki jest następny przystanek?

W warszawskiej komunikacji miejskiej dowiemy się jaki jest następny przystanek słuchając głosów Tomasza Knapika czy Macieja Gudowskiego. W Gdańsku niedługo będzie informować nas Lech Wałęsa. W Krakowie zaś można usłyszeć kultowego aktora Krzysztofa Globisza oraz Annę Dymną. W Białymstoku zaś nazwy przystanków czyta syntezator. A po drodze pasażerowie mogą usłyszeć na co ich zaprasza „Prezydent Miasta Tadeusz Truskolaski”.

 

https://www.youtube.com/watch?v=akRr-A_cwek

 

I tu dochodzimy do sedna. Czy mamy w Białymstoku charakterystyczny, rozpoznawalny głos, który mógłby nas raczyć w autobusach informacjami o następnym przystanku? Na pewno tak! Pierwszy, który przychodzi na myśl to Andrzej Beya-Zabroski – czyli kultowy komendant z Królowego Mostu. Jego głos jest na tyle znany, by każdy podróżny wiedział kto go informuje. Drugim znanym głosem jest Tomasz Frankowski – były piłkarz, który zakończył karierę w swoim rodzinnym mieście czyli w Białymstoku właśnie. Każdy nie tylko pamięta jego przepiękne bramki, ale też jego głos nie jest anonimowy. Bowiem Frankowski raz na jakiś czas pojawia się w mediach.

 

A skoro jesteśmy w tematyce okołosportowej, to bardzo znany głos posiada Jerzy Kułakowski – dziennikarz sportowy w Radiu Białystok. To on żywiołowo komentuje mecze na antenie oraz prowadzi audycję sportową. Nawet jak ktoś nie słucha Radia Białystok, to powinien wiedzieć, że jaki jest następny przystanek powie mu Kułakowski. Przedostatnim z kandydatów, który mógłby nam swego głosu użyczyć jest Paweł Małaszyński. Aktor i wokalista obecnie mieszka w Warszawie, ale wychował się na Słonecznym Stoku. Dziś jest znanym aktorem z równie znanym głosem.

 

Ostatnim z kandydatów, którego znają naprawdę wszyscy jest oczywiście nasz nowy ambasador Województwa Podlaskiego czyli Zenon Martyniuk. Lider zespołu akcent mógłby informować nas o kolejnych przystankach śpiewająco. Tak jak informuje kibiców Jagiellonii i o strzelonej bramce. Popularny Zenek ma miły i ciepły głos, na pewno każdy chętnie by wysłuchał jaki jest kolejny przystanek.

A Wy jakie macie propozycje?

Domy Pełczyńskiego, Halpern i marszałka szlachty

Domy Pełczyńskiego, Halpern i marszałka szlachty

 

   Budynek mający dziś adres ul. Lipowa 30 powstał na przełomie XIX i XX w., prawdopodobnie poprzez rozbudowę stojącego tu wcześniej i widocznego na zdjęciu  Sołowiejczyka z 1897 r. domu zbudowanego przez pruskiego urzędnika Jacoba von Braesicke. Był to budynek murowany, piętrowy i nakryty dachem naczółkowym, podobnie jak sąsiedni dom Jana Hollanda, stojący do dziś na posesji przy ul. Lipowej 24. Posesja przy ul. Lipowej 30 (przed 1939 r. mająca nr 50), w ciągu XIX stulecia dość często zmieniała właściciela – po rodzinie Braesicke posiadał ją białostocki mieszczanin Jan Olfart, następnie Michał Kośmierski, po którego śmierci przeszła ona w spadku na pięć jego córek: Łucję, Antoninę, Zofię, Konstancję i Teofilę.
  W 1896 r. wszystkie prawa własności wykupił mąż Konstancji Kośmierskiej, Bronisław Pełc zyński, wiceprezydent Białegostoku. Jednak we wrześniu 1897 r. wyzbył się majątku, wraz z domem pamiętającym czasy pruskie, pochodzącemu z Wilna Szmulowi Tanchelowi Rejzenbergowi. 
  Nowy właściciel postanowił znacznie powiększyć dom rodziny Braesicke poprzez jego rozszerzenie i nadbudowę o dodatkową kondygnację do rozmiarów i wyglądu zachowanego do dzisiaj.
  Około 1899 r. Rejzenberg wzniósł także na wolnej części posesji nowy, zachowany do dziś dom przy ul. Lipowej 28.  Sąsiedni dom przy ul. Lipowej 24 (dawniej posesja ta miała numer 46) także powstał przed  1807 r., a jego budowniczym był Johann Holland, kasjer Kamery Wojny i Domen. Dzisiejszy wygląd budynku w znacznej mierze odpowiada temu, jaki miał on w pierwszych latach XIX w., wynikający z ogólnie przyjętych wzorców architektonicznych w Prusach.
  Po śmierci Johanna nieruchomość przejął jego syn Maurycy, ale w 1829 r. odsprzedał ją Antoniemu Szczuce, marszałkowi szlachty Obwodu Białostockiego, który po dokonaniu remontu i adaptacji budynku przeznaczył go na siedzibę Rady Szlacheckiej oraz instytucji samorządu szlacheckiego. Do 1863 r. marszałkowie byli wybierani przez szlachtę, natomiast po powstaniu styczniowym ich naznaczanie leżało w gestii cara.
  W 1897 r. górne piętro dawnego domu Hollanda zajmowało mieszkanie marszałka, którym w tym czasie był Anatol Jeryn. Dom przy ul. Lipowej 24 spełniał swoją funkcję do 1915 r., w międzyczasie otrzymując nowy, neoklasycystyczny wystrój elewacji frontowej z elementami dekoracyjnymi, nawiązującymi do instytucji mieszczących się w jego murach. Po I wojnie światowej dom przy ul. Lipowej 24 przez jakiś czas użytkowany był przez dyrekcję Polskich Kolei Państwowych, a tuż przed 1930 r. magistrat ulokował w nim siedzibę Szkoły Powszechnej nr 15. Za siedzibą marszałka szlachty do II wojny światowej stał parterowy dom, który na zdjęciu z 1897 r. ukryty jest gdzieś za gęstymi lipami. Dziś w tym miejscu znajduje się nowy blok, natomiast do 1939 r. była tu posesja przy ul. Lipowej 44. Ona także została ukształtowana w okresie pruskim.
  W 1806 r. określono ją jako „plac budowlany” kontrolera kasy Jerzego Kadgien, wcześniej pracującego w urzędzie domenalnym w Małym Płocku. Kadgien zbudował tu przed 1807 r. parterowy, szerokofrontowy dom nakryty naczółkowym dachem. Jako właściciela odnotowuje go jeszcze spis posesjonatów z 1810 r., ale przed 1825 r. nieruchomość przes zła w ręce Stefana Terpiło- wskiego, aby następnie trafić do jego zięcia, konsyliarza drugiego departamentu Sądu Głównego, Jakuba Janiewicza Janiewskiego, żonatego ze Scholastyką Terpiłowską. W 1843 r. w domu przy ul. Lipowej mieszkała Scholastyka z synem Kazimierzem i córką Zofią, a „radca Janiewicz” występował jeszcze w 1853 r. jako właściciel nieruchomości. W latach 60. XIX w. dom i posesja przy ul. Lipowej 44 przeszły w posiadanie Chany (Anny) Sory Halpern, żony zamożnego kupca Dawida Halperna, właściciela banku w Kownie i domu handlowego w Kownie i Kłajpedzie.
  Chana Sora zmarła w 1900 r. w Kownie, a należące do niej nieruchomości w Białymstoku, w tym przy ul. Lipowej, przeszły w posiadanie jej spadkobierców. W 1939 r. dawny dom Kadgiena należał do Szabtaja Halperna i Rochli Szapiro. II wojnę światową przetrwał w stanie ruiny, i na początku lat 50. XX w. został rozebrany i zastąpiony nową zabudową blokową.

Wiesław Wróbel

Bejla Jewrejska i jej koleżanki

Bejla Jewrejska i jej koleżanki

Wśród kilkuset dam lekkich obyczajów stale rezydujących w zaułkach przedwojennych Chanajek i promenujących nocami po pryncypialnychh ulicach miasta, była garstka takich, które wyróżniały się z tłumu. Im  gazetowe   kroniki kryminalne poświęcały zwykle więcej miejsca i uwagi. Za cóż były te fawory? Ot choćby za popularność wśród miejscowej klienteli, awanturniczy charakter, albo też niepokojącą tajemniczość.  Do tych pierwszych należała niewątpliwie Bejla Jewrejska.

Już w wieku 16 lat popadła ona w konflikt z prawem. W 1927 r. przyjęta została na posadę służącej w domu M. Henclera przy Nowym Świecie. Nie zabawiła tam długo. Pod nieobecność gospodarza „zaopiekowała się“ jego gotówką i garderobą (około 580 zł) i „udała się w nieznanym kierunku”. Powrót do uczciwego życia został zamknięty. W połowie lat 30. spotykamy już Bejlę Jewrejską na chanajkowskim „targu próżności”.

Mieszkała na ul. Marmurowej pod 8, a jej słodka buzia, ognisty temperament dobrze były znane wśród miejscowych amatorów zabaw i hulanek. Niektórzy kawalerowie (i żonaci) przez słabość do niej doznawali nawet poważnego uszczerbku na kieszeni i zdrowiu. Pewnego razu urzędnik pocztowy zapragnął przekonać o zaletach Bejli swojego kolegę. Udali się więc w nocy dorożką na Marmurową.

Poczciarz najpierw sam odwiedził prostytutkę, po czym wysłał tam towarzysza. Czekając na niego w dorożce usnął. Zobaczyli to dwaj, powracający do domu tragarze. Napadli gościa, zabrali zegarek, portfel i palto, a na dodatek jeszcze zafundowali mu kilka bolesnych szturc hańców.

W 1935 r. urodziwa Bejla stała się bohaterką głośnej w Białymstoku afery fotosowej. Od pewnego czasu z gablot kina Modern, rozmieszczonych w różnych punktach miasta, ginęły fotosy reklamujące  filmy. Wolf Kajmers, współwłaściciel kina sądził, że robi to wredna konkurencja. Kiedy sprawą zajęli się agenci śledczy z ul. Warszawskiej, okazało się, że kradzieży zdjęć dokonywała grupka wyrostków pracujących na zlecenie krasawicy z Marmurowej.

Otóż Bejla chętnie oklejała fotosami swój pokoik, żeby na tle polskich i zagranicznych artystek jeszcze bardziej doceniano jej urodę.  Z zupełnie innego powodu do kroniki kryminalnej trafiły siostry Maria i Luba Nesterówny z ul. Brukowej. Ta pierwsza nie grzeszyła raczej wdziękami, za to piła jak szewc, a klęła jak dorożkarz. Przez swój ordynarny sposób bycia nie mogła liczyć na zbyt wyszukaną klientelę, za to interesowali się nią co i rusz posterunkowi wzywani na miejsce urządzanych przez krewką Manię awantur. Obie siostry sprawiały także kłopoty swoim „opiekunom”, którzy je bili i poniewierali.

W 1934 r. Alfons (nomen omen) Niewodziński stanął przed sądem. Za znęcanie się nad Lubą Nester („narzeczoną”, jak ją określał) skazany został na 3 lata ) i utratę praw obywatelskich na lat 5.  Wiosną 1924 r. sensacją wieczornego Białegostoku stała się „Czarna dama”, którą można było spotkać na ul. Sienkiewicza, w pobliżu kina  Apollo, gdzie polowała na młodych amatorów seansów filmowych. Późniejsze opowieści przypisywały jej tajemnicze spojrzenie, subtelne maniery i niebanalną urodę. Po mieście krążyły także plotki o śmiertelnych ofiarach wśród jej adoratorów. Prawda okazała się prozaiczną, kiedy posterunkowy strzegący moralności białostoczan zatrzymał na ulicy kobietę w czerni zaczepiającą przechodniów i dostarczył ją na komisariat.

W ową Czarną damę wcieliła się niejaka Aleksandra Janina Sacońs ka rodem z Kresowej Woli w powiecie Wysokie Mazowieckie. Była blisko 40-letnia prostytutka, przebywająca w Białymstoku na „gościnnych występach”. W młodości kursowała po ulicach  Warszawy i Wilna. Dziś uwiodła białostockich filmowców, którzy „Czarną Damę” rzucili na ekran.

Włodzimierz Jarmolik