Gazeta Białostocka 1932 r.
Przedwojenny Białystok to nie tylko Chanajki, których klimat można by było porównać do dzisiejszych osiedli „socjalnych” na obrzeżach miasta. Tak samo jak dzisiaj, tak też przed wojną bardziej majętni białostoczanie lubowali się w odwiedzaniu lokali gastronomicznych, których w dzisiejszym centrum nie brakowało – zupełnie jak dziś.
Kiedy w latach 90-tych i kolejnych na Rynku i w okolicach rozwijały się banki i apteki mieszkańcy nie byli z tego faktu zadowoleni, stąd też, gdy do władzy doszedł Tadeusz Truskolaski, to pod jego władzą powoli wypierano z lokali miejskich wszystko, co nie było gastronomią. Później reszta musiała się dostosować do dzisiejszego rynku, by nie splajtować. I tak dziś wychodząc na Rynek nie wyobrazimy sobie, że dawniej były tylko Puby Strych, Gryf, kawiarnia Ratuszowa (w budynku ratusza) czy pizzeria Savona. Dzisiejszy Rynek pełen jest wszelkiej maści lokali gastronomicznych.

Przed wojną wykwintna restauracja mieściła się w hotelu Ritz. W każdą sobotę i niedzielę odbywały się tam „Fajfy” czyli imprezy dla elit. Warto dodać, że scena z kultowego filmu Miś „nie mamy Pana płaszcza i co Pan nam zrobi” jest żywcem wyjęta właśnie z przedwojennego Ritza. Szatniarz miał u siebie taki bałagan, że często oddawał garderobę nie temu komu trzeba. W Ritzu można było nie tylko potańczyć, ale też dobrze zjeść. Restauracja słynęła ze swojej kuchni. Dodatkowo raz na jakiś czas odbywały się tam pokazy paryskiej mody. Naprawdę światowe miejsce!
Inną restauracją z ul. Kilińskiego w Białymstoku, która była prestiżowa był Ermitaż. Można było zjeść tam śniadania, obiady i kolacje. Wszystko ze świeżych produktów. Kuchnia była „ruska” i „francuska”. Restauracja słynęła także z możliwości zamawiania jedzenia… na dowóz. I to nawet pod miasto! Przy Kilińskiego były jeszcze restauracja Leśniewskiego i restauracja Renaissance. Dodatkowo w dawnej loży masońskiej, znanej dzisiejszym białostoczanom jako dawna Książnica Podlaska – była piekarnia, gdzie można było kupić takie cuda jak chlebek turecki oraz Rachatłukum – także turecki wyrób przypominający galaretki w cukrze.

Przy Sienkiewicza można było odwiedzić kawiarnię Buzna Orient, gdzie częstowano napojem Buzna – jest to lekko fermentowany, słodko kwaskowy napój z… kaszy jaglanej z dodatkiem rodzynek. Taka egzotyczna nazwa wzięła się od efektu po wypiciu – wszystko buzuje w żołądku. Kolejnym ciekawym miejscem była restauracja Akwarium na Rynku Kościuszki. Można było tam zaznać kuchni żydowskiej oraz z całego świata.
W restauracjach nie tylko jedzono. Bardzo często występowały różne orkiestry, które przygrywały niejedną wspaniałą melodię. Na przykład w restauracji Renaissance można było posłuchać orkiestry złożonej z samych młodych dziewczyn. Jednak ceny były tam dużo wyższe niż w konkurencyjnym Ermitażu. Dlatego też właściciel tego pierwszego przybytku razem ze szwagrem postanowili spalić konkurencję. Przez co trafili do kryminału. Ermitaż zaś po pożarze nie podniósł się już. Ritz zniknął razem z wojną tak jak i wiele innych wspaniałych miejsc przedwojennego Białegostoku.
Na szczęście życie nie znosi próżni. Po wojnie znów w Białymstoku otworzyło się wiele lokali, a dzisiaj Rynek Kościuszki i Kilińskiego każdego weekendu tętnią życiem.

Trwa kampania wyborcza przed wyborami samorządowymi, a wraz z nią festiwal obietnic. My postanowiliśmy nie angażować się i nie opowiadać po żadnej ze stron, gdyż każdy ma swój rozum i wybierze jak chce. Jednak kandydaci rzucają w przestrzeń pewne pomysły, o których w ogóle warto podyskutować. Właśnie taki pomysł rzucił jeden z kandydatów – by Białystok poszerzył swoje granice administracyjne. Pomysł na pewno zacny, ale Białystok to nie Rosja, a jego prezydent to nie Putin, więc innych gmin w swoje granice zagarniać nie może. Jest to każdorazowo skomplikowana procedura, ale możliwa.
Działa tutaj metoda kija i marchewki. Białemustokowi opłaca się przyłączać ościenne gminy, ale czy w drugą stronę zadziała tak samo? Co zyskają przyłączeni? Otóż jeszcze kilka lat temu zyskaliby dużo więcej, bo nie wszędzie dotarły drogi i kanalizacja. Dzisiaj większość sąsiadów Białegostoku jeździ po asfalcie i jest przyłączona do wszystkich mediów. Jedynie muszą liczyć na autobusy z Białegostoku. Komunikacja miejska działa na podstawie międzygminnej umowy i trzeba dokupować dodatkowe bilety. Cały szkopuł jednak w tym, że w dzisiejszych czasach pod miasto wyprowadzają się ludzie nie dlatego, by było taniej, ale dlatego że ich na to stać. Budują tam domy, mają też nowoczesne samochody, więc z autobusu i tak nie korzystają. Z tego przybytku korzystają najczęściej osoby starsze i młodzież. Zdecydowanie na minus jest bycie w Białymstoku pod względem opłat. W małych gminach podatki lokalne są dużo niższe niż w dużych miastach.
Do Białegostoku swego czasu chcieli przyłączyć się mieszkańcy Porosłów czy Łysek. Mieszkańcy tej pierwszej miejscowości nadal jeżdżą nie najlepszą drogą, intensywnie rozwijają się sąsiednie Krupniki, gdzie też kilku dróg jeszcze brakuje. Dlatego też Białystok może by skusił i przelicytował Choroszcz w zdobywaniu nowych terenów. Raczej nie ma szans na poszerzenie się o tereny gminy Juchnowiec Kościelny. Tam gołym okiem widać, że gospodarz dba o swoje owieczki.
Jeżeli chodzi o wschodnie tereny, to gmina Supraśl w ostatnim czasie walczyła z „rebeliantami”, którzy chcieli odłączenia Grabówki i innych wsi po drugiej stronie Puszczy Knyszyńskiej. Ostatecznie nic z tego nie wyszło, bo całość zablokował rząd PiS. Zatem o przyłączeniu ani jednych ani drugich raczej nie ma mowy. Gmina Wasilków też nie wydaje się być zainteresowana przyłączeniem aczkolwiek trzeba przyznać, że tutaj nie można być pewnym niczego na 100 procent. Wasilków jest pod silnymi wpływami polityków, a Wasilków w zasadzie jest przyklejony do Białegostoku. Dodatkowo dużo mieszkańców zadowolona byłaby z tańszych biletów autobusowych.
Nieznane jest podejście mieszkańców gminy Dobrzyniewo do ewentualnego przyłączenia, ale raczej tutaj także Białystok nie ma za wiele do zaoferowania, gdyż to kolejna dobrze zarządzana „sypialnia”.
Podsumowując, rozszerzenie miasta jest możliwe w stronę Choroszczy i w stronę Wasilkowa. Jednak Białystok musiałby obiecać naprawdę złote góry, by ostatecznie mieszkańców do siebie przekonać, by chcieli płacić wyższe podatki.
W zasadzie każda okazja jest dobra by sadzić drzewa, tym razem można to zrobić z okazji 100-lecia niepodległości. Sadzonki będzie rozdawać Miasto Białystok. Za każdym razem, gdy organizowana jest podobna akcja, to chętnych na drzewka nie brakuje. Tym razem będzie zapewne podobnie, stąd też miasto rozda aż 3000 sadzonek, w trzech terminach i dwóch miejscach.
29 września: skwer przy ul. Augustowskiej oraz Park Lubomirskich,
6 października: teren rekreacyjny na osiedlu Jaroszówka (ul. Wiślana/Niemeńska) oraz Szkoła Podstawowa nr 51 przy ul. J.K. Kluka 11A,
13 października: skwer przy ul. Pułkowej oraz Szkoła Podstawowa nr 14 przy ul. K. Pułaskiego 25.
Za każdym razem w godz. 10 – 14 jednak znając życie to lepiej przyjść rano. Drzewka gotowe do sadzenia będą rozdawane za darmo. Do wyboru będą lipy drobnolistne, brzozy brodawkowate, klony zwyczajne, modrzewie europejskie, świerki pospolite. – Chcemy zachęcić białostoczan do sadzenia drzew na swoich działkach w roku, kiedy obchodzimy stulecie niepodległości Polski – powiedział prezydent Białegostoku Tadeusz Truskolaski. – Jest wiele takich osób, które mają na swoich posesjach sporo miejsca. Wspólnie zadbajmy o to, żeby jeszcze bardziej zazielenić nasze miasto, bo przecież kiedy te drzewa urosną, będą służyły nam wszystkim.
Sadzonki, rozdawane w ramach akcji „Posadź drzewko na swojej działce”, będą miały wysokość od 80 cm do ok. 2 m, w zależności od gatunku. Na każdej będzie wstążka biało-czerwona z plakietką rocznicową dotyczącą stulecia odzyskania niepodległości.
Mieszkałem przez 11 lat w Halickich, a że już od młodości interesowałem się historią, to nasłuchałem się trochę opowieści o tym lotnisku. Powstało ono za pierwszego sowieta. Ten okres był najgorzej wspominany przez mieszkańców Halickich. Żołnierze sowieccy byli zakwaterowani w ziemiankach, wykopanych w lesie koło folwarku Białostoczek (do chwili obecnej doskonale są widoczne ślady po tych ziemiankach).
Na porządku dziennym było wymuszanie od mieszkańców wsi alkoholu. Bardzo często do drzwi wieczorem dobijał się uzbrojony żołnierz, żądając wódki pod groźbą użycia broni. Gdy ją dostawał, stwierdzał że sowiecki żołnierz nie jest złodziejem i w zamian pozostawiał koszulę lub jakieś inne elementy wyposażenia. Następnego dnia do gospodarza przychodził dowódca sołdata z oskarżeniem, że tenże nielegalnie posiada własność armii sowieckiej. Nieborak musiał oddać zostawiony fant i ponownie wykupić się wódką, żeby dowódca nie wniósł oficjalnego oskarżenia.
Inny z mieszkańców wspominał kiedyś, że zimą z 1940 na 1941-był zmuszony do stawiania się z furmanką na lotnisku w celu wywożenia śniegu. Jednego dnia, podczas wyjazdu z terenu lotniska, wartownik – ku jego zdziwieniu, zaczął kontrolować czy nic nie wywozi w śniegu. Niestety okazało się ,że któryś z bojców podrzucił mu łopatę. Delikwent został natychmiast aresztowany i osadzony pod strażą w jednej z ziemianek. Uwolnienie go, kosztowało rodzinę konewkę bimbru.
Władza sowiecka skończyła się w czerwcu 1941. Sowieci uciekali w takim pośpiechu, że w ziemiankach pozostawiali sporo rzeczy, które przygarnęła okoliczna ludność. Szczególnie cenione były elementy umundurowania, które po usunięciu odznaczeń i dystynkcji, po małych przeróbkach krawieckich nadawało się do noszenia przez cywili. Sowieckie odznaki zerwane z mundurów służyły dzieciom do zabawy – jedna z nich dotrwała do moich czasów na strychu starego domu i znajduje się w mojej kolekcji. Jest to odznaka absolwencka 7 Szkoły Dowódców Lotnictwa Wojskowego ZSRR.
Co wydaje się trochę dziwne – najlepiej wspominane były czasy okupacji niemieckiej. Niemcy rozbudowali infrastrukturę lotniska, postawili nowe hangary oraz wieżę kontroli lotów. Piloci byli zakwaterowani w folwarku Białostoczek – natomiast obsługa naziemna we wsi Halickie. Z tego co opowiadali mieszkańcy żołnierze niemieccy bardzo dobrze się do nich odnosili, m.in. dzielili się racjami żywnościowymi, a nawet jak wspominał jeden z mieszkańców, kwaterujący u nich Niemiec pomagał im w pracach polowych przy żniwach. Inny z kolei mieszkaniec Kolonii Halickie, wspominał że jako dziecko pomagał w poszukiwaniach kół zrzucanych przez startujące niemieckie samoloty (prawdopodobnie chodziło mu o szybowce wojskowe, które po starcie odrzucały kołowe podwozie), za co otrzymywał pieniężne gratyfikacje.
Latem 1944, Niemcy opuścili lotnisko – jednak wcześniej zniszczyli hangary i pasy startowe poprzez detonacje wkopanych bomb lotniczych. Niestety nie wszystkie bomby wybuchły. Jedna z nich zaraz po wojnie była przyczyną tragedii, kilkunastoletni mieszkaniec Halickich (niestety już nie pamiętam nazwiska) przy niej majstrował i wywołał eksplozję. Jeszcze do lat 90-tych w miejscu eksplozji stał krzyż upamiętniający to wydarzenie z inskrypcja na metalowej tabliczce.
Inna bomba, która nie wybuchła, była wkopana akurat centralnie po granicy dwóch działek i jeszcze do niedawna robiła za słupek graniczny. Mimo planowej ewakuacji, Niemcy pozostawili elementy wyposażenia. W moich zbiorach z tegoż miejsca i czasu znajduje się, butla tlenowa z samolotu i filiżanka z kantyny Luftwaffe.
Wkrótce po wycofaniu się Niemców, lotnisko ponownie zostało zajęte przez Sowietów. Najpierw się zajęli oni wyrównaniem pasów startowych. Jak opowiadał jeden z mieszkańców – leje po bombach były najpierw wypełniane ściętymi pniami drzew,a następnie zasypywane ziemią.
Sowieci z końca wojny całkiem przyzwoicie się odnosili do mieszkańców wsi. Nie byli już tak izolowani, jak ich pobratymcy w 1939-1941 roku, kwaterowali w domach i Polaków uznawali za sojuszników. Jeden z mieszkańców zapamiętał, że obsługa lotniska pozwalała starszym wyrostkom kompletować taśmy z amunicją do broni pokładowej, za co dostawali konserwy i słodycze (podobno amerykańskie).
Ostatecznie lotnisko zostało opuszczone na początku 1945 roku, w wyniku postępów ,,ofensywy styczniowej” i przesunięcia się frontu. Po bytności ostatnich użytkowników lotniska najwięcej pozostało łusek z broni pokładowej. Co zaradniejsi mieszkańcy oprawiali w nie pilniki i dłuta, spotkałem się nawet z pługami konnymi, w których rączki były zrobione z łusek od działek pokładowych 23mm.
Sowieci pozostawili również jeden z samolotów, prawdopodobnie zbyt mocno uszkodzony żeby nadawał się do naprawy. Podobno jeden z gospodarzy wymontował z niego silnik – udało się mu go uruchomić i przez kilkanaście lat po wojnie był używany do napędu młockarni (ale moim zdaniem to legenda – silnik lotniczy jest za duży do takiej roboty). Z tego okresu i miejsca posiadam w kolekcji, papierową tubę na pociski do 37 mm działka pokładowego samolotu Airacobra.
JACEK ANTONIUK
Jak ostatnio pisaliśmy prace budowlane na Krywlanach już się zakończyły. Teraz kilka miesięcy potrwa proces certyfikacji lotniska. W tym czasie dokładnie zostanie sprawdzone czy są przeszkody lotnicze (np drzewa czy słupy) w pobliżu lotniska i dopiero ich usunięcie umożliwi oficjalne jego otwarcie.
Tutaj właśnie trwa największy spór zwolenników inwestycji z przeciwnikami. Ci drudzy twierdzą, że to tylko pas startowy, drudzy zaś że to lotnisko. Kto ma racje? Zacznijmy od terminologii. Lotnisko jest pojęciem ogólnym. Fachowo mamy do czynienia z portem lotniczym, lądowiskiem czy też lotniskiem miejskim. Zatem przeciwnicy nie mają racji mówiąc o pasie startowym – gdyż jest to tylko część infrastruktury całego obiektu. Wiosną otwarte zostanie w Białymstoku lotnisko miejskie czyli takie, które obsługuje małe samoloty pasażerskie i śmigłowce.
Lotnisko miejskie na Krywlanach będzie mogło obsłużyć samoloty, które zabierają do 50 pasażerów. Polskie firmy oferujące przewóz lotniczy dysponują takimi modelami jak ATR 42, DORNIER 328, FOKKER 50, SAAB340. Są to prywatne firmy oferujące czarter samolotów. Może z tego skorzystać na przykład Jagiellonia, która w sezonie podróżuje na Śląsk, do Małopolski czy do zachodniopomorskiego Szczecina. Od wielu lat w prasie można było przeczytać, że dla zawodników długie podróże autobusem są udręką i wpływają na ogólną formę. Innymi korzystającymi będą prawdopodobnie ośrodki szkoleniowe.
Warto dodać, że dzięki Krywlanom będzie można poszerzyć także ofertę kulturalną miasta. Do tej pory zagraniczne gwiazdy omijały Białystok, bo nie mogły tu wylądować, a przy organizacji wielkich koncertów to często warunek konieczny. Teraz będzie to możliwe. Wszystko oczywiście za odpowiednią cenę.
Obecnie w swojej flocie nie mają odpowiednich samolotów LOT, Ryanair czy Wizzair. Nie oznacza to, że nic się w tej kwestii nie zmieni. Jeżeli dany przewoźnik wykalkuluje sobie, że mu przewozy z Białegostoku się opłacają, to z pewnością szybko znajdzie odpowiedni samolot. Na to jednak poczekamy, gdyż Białystok do stałej obsługi pasażerskiej potrzebuje przede wszystkim hali odpraw. Jeżeli zainteresowanie Białymstokiem będzie rosnąć, to będzie można dyskutować o wydłużeniu pasa.
Nie przyleci do nas także samolotem Prezydent RP, gdyż jego samolot potrzebuje 1800 metrów, pas na Krywlanach ma długość 1450 metrów.
Największy orędownik lotniska miejskiego Tadeusz Truskolaski, który przeforsował inwestycję przez niechętną mu Radę Miasta sam popełnił błąd bowiem ograniczył teren rozbudowy lotniska wpuszczając na wolne tereny przy ul. Mickiewicza (i dzisiejszej Kuronia) strefę ekonomiczną. Warto jednak przypomnieć, że robił to w określonych warunkach politycznych – był mocniej związany z Platformą Obywatelską niż dzisiaj. A to właśnie ta partia nie tylko blokowała Krywlany, ale też postanowiła wydać pieniądze na coś innego niż lotnisko regionalne. Dodatkowo, gdy Elżbieta Bieńkowska z Platformy ogłosiła koniec dotacji na lotniska, to podlascy politycy Platformy wykazali się tradycyjnie zerowymi wpływami w Warszawie. Podobnie jak przy wielu innych inwestycjach.
Warto jednak przypomnieć grzeszki PiS w tej sprawie. To lokalni politycy tej partii, a konkretnie Jan Dobrzyński chciał na Krywlanach budowy kościoła, zaś lotnisko widział w Topolanach. Chociaż na przykład ówczesny marszałek województwa Dariusz Piontkowski forsował port regionalny właśnie na Krywlanach. Dziś budowa takiego typu lotniska pod Białymstokiem jest już niemożliwa. Jedyne na co jeszcze możemy liczyć to wydłużenie pasa i dobudowanie hali odlotów.
Krywlany, to przez najbliższe dekady prawdopodobnie będzie jedyne miejsce, gdzie na Podlasiu wyląduje większy samolot. Mogliśmy mieć lotnisko regionalne, będziemy mieli lotnisko miejskie. Tylko tyle i aż tyle. Wszystko przez polityków-nieudaczników.
Kolejne zdjęcie, któremu chciałbym poświęcić dzisiejszy artykuł, wymagało od Sołowiejczyka przejścia na drugą stronę Placu Bazarnego i wykorzystanie jako platformy widokowej balkonu jednej z kamienic, które uwiecznił na poprzednio omówionym zdjęciu (Rynek Kościuszki 7). Dzięki temu uchwycił fragment północnej pierzei rynku, od wylotu ówczesnej ul. Mikołajewskiej (dziś ul. Sienkiewicza) w kierunku ul. Tykockiej, stanowiącej przedłużenie ul. Lipowej.
Na pierwszym planie widoczne jest skrzydło i fragment elewacji frontowej okazałych rozmiarów kamienicy stojącej na rogu ul. Mikołajewskiej i Placu Bazarnego. Jeśli spytać kogokolwiek żyjącego w tym czasie w Białymstoku, gdzie znajduje się kamienica Zabłudowskich, każdy bez najmniejszego problemu wskazałby właśnie ten budynek. Początki posesji na rogu ul. Sienkiewicza i Rynku Kościuszki sięgają zapewne przełomu XVII i XVIII w., gdy Stefan Mikołaj Branicki nakazał wytyczyć obszar miasteczka Białystok.
W 1756 r. Jan Klemens Branicki nadał prawo wieczystego posiadania tej nieruchomości Antoniemu Wroczyń- skiemu, od 1769 r. pełniącemu funkcję landwójta (na mocy przywileju Branickiego, land- wójt otrzymał uprawnienia sądowicze w sporach cywilnych i karnych, do tej pory spoczywające w rękach burmistrza i rady).
Przed 1771 r. Wroczyński w narożniku rynku i ul. Wasilkowskiej zbudował murowany piętrowy dom, w którym znajdował się zajazd „pod znakiem głowy łosiej”.
Po 1795 r., gdy Białystok znalazł się pod zaborem pruskim, dom stał się własnością Johanna Linkera, określanego w spisach podatkowych jako piekarz i karczmarz. Zmarł on jednak przed 1806 r., gdyż tego roku poświadczeni są jako posiadacze „spadkobiercy Linkera”, którzy wciąż prowadzili tu zajazd z wyszynkiem alkoholi.
Gdzieś między 1806 a 1810 r. dom wraz z posesją przeszły w posiadanie Izaaka (Icka) Zabłudowskiego i z jego potomkami nieruchomość ta będzie związana do II wojny światowej.
Izaak Zabłudowski urodził się w 1781 r. jako syn Dawida. W okresie zaboru rosyjskiego po 1807 r. zajmował się eksploatacją Puszczy Białowieskiej i na sprzedaży pochodzącego z niej drewna dorobił się gigantycznej fortuny, przez co został uznany za pierwszego żydowskiego milionera w Rosji. Świadectwem jego zamożności był fakt posiadania licznych nieruchomości w Białymstoku, w tym oprócz omawianej dziś narożnej posesji jeszcze jednej przy rynku (Rynek Kościuszki 1), przy ówczesnej ul. Nad Kanałem (dziś ul. Kilińskiego 14 i 16), a także przy ul. Nowobojarskiej (dziś ul. Warszawska).
Niektóre z nich przeznaczył na fundacje religijne i charytatywne – przy ul. Żydowskiej (dziś ul. I. Białówny) jego kosztem w 1834 r. zbudowano synagogę zwaną Chóralną, zaś w 1862 r. podarował gminie żydowskiej posesję przy ul. Nowobojarskiej, na której wkrótce powstał szpital nazwany jego imieniem (dziś ul. Warszawska 15).
Izaak Zabłudowski miał czterech synów: Markusa, Mejera, Dawida i Owsieja Michela oraz trzy córki: Chaję Frumę (żona Nochuma Minca), Małkę (żona Sendera Blocha) i Fejgę (żona Eliezera Halbersztrama). W lutym 1865 r. spisał swój testament, zmarł 29 marca 1865 r. i został pochowany na białostockim cmentarzu, gdzie dzieci wystawiły mu okazały grobowiec, który przetrwał do II wojny światowej.
Do tej pory powstałe kamienicy na rogu rynku i ul. Wasilkowskiej datowane było ogólnie na lata 30. XIX w., gdyż jeszcze plan części Białegostoku z 1824 r. odnotował w tym miejscu wciąż murowany piętrowy dom Antoniego Wroczyńskie- go. Odnaleziona przeze mnie dokumentacja techniczna domu Izaaka Zabłudowskiego odnotowała właściwą datę budowy – 1835 r. W 1838 r. od strony podwórza budynek został powiększony o częściowo murowaną, a częściowo drewnianą dobudówkę, poszerzającą główny hol o zaplecze, a drugą kondygnację o dodatkowe pokoje. W 1840 wzniesiono drewniane budynk i ustawione na zapleczu posesji.
W połowie XIX w. był to największy dom mieszkalny w Białymstoku. Według przekazów źródłowych z początku lat 60. XIX w. budynek służył przede wszystkim jako źródło dochodów właściciela.
Był tu prestiżowy hotel, w którym „zatrzymują się osoby urzędowe i bardziej zamożni goście” oraz tzw. resursa obywatelska, gdzie „odbywają się lepsze miejskie rozrywki” i różnego rodzaju oficjalne spotkania mieszkańców Białegostoku lub działających tu instytucji i organizacji.
Nie brakowało tu też mniejszych lokali handlowych, zwłaszcza w parterze i od strony rynku. Dom Izaaka Zabłudowskiego został zaprojektowany został zgodnie z obowiązującymi wówczas wytycznymi architektonicznymi, zawartymi w specjalnym zbiorze fasad, a jego najbardziej charakterystycznym elementem był czterokolumnowy portyk, podtrzymujący belkowanie i trójkątny naczółek (podobną stylistykę miał dom Trębickiego przy ul. Warszawskiej, dziś pod nr 63).
Izaak Zabłudowski zmarł w 1865 r. uprzednio spisując testament, mocą którego cały majątek zapisał dzieciom. Dopiero w 1871 r. dokonały one podziału nieruchomości i plac z domem dochodowym na rogu Placu Bazarnego i ul. Mikołajewskiej przypadł w udziale Dawidowi Zabłudowskiemu.
Wiesław Wróbel
Biblioteka Uniwersytecka w Białymstoku
Za rzeką Dolistówką znajdowaliśmy się już w innym kraju. Ulica Skorupska i dzisiejsze osiedle Skorupy było granicą pomiędzy Koroną a Wielkim Księstwem Litewskim. To mało znany fakt dotyczący tego regionu dzisiejszego Białegostoku. Jeszcze mniej osób wie o tym, że w granicach miasta Skorupy leżą od 100 lat podobnie jak Antoniuk, Białostoczek, Dojlidy, Dziesięciny, Marczuk, Ogrodniczki, Pieczurki, Starosielce czy Wysoki Stoczek. Zaś np. osiedle Piasta zostało wybudowane w latach 70-tych. Wcześniej uprawiano tam zboże.
Patrząc na Skorupy z tej perspektywy można zauważyć, że są one ważną częścią historii naszego miasta. Dziś Skorupy to zabudowane blokami przez deweloperów osiedle mieszkaniowe, do którego prowadzą nowe asfaltowe drogi. 100 lat temu zaś drogi były z kocich łbów, zaś domy z drewna. Każde miasto żyje i rozwija się dynamicznie – dlatego też taki fakt nikogo raczej nie dziwi. Warto jednak pamiętać o tej starej dzielnicy Białegostoku i wybrać się do niej na wycieczkę. Gdyż za kilka lat dawne Skorupy całkowicie znikną, tak jak znikały Bojary.
Co dokładnie warto zwiedzić? Najwięcej zobaczymy na ul. Nowowarszawskiej, a także na ulicach od niej odchodzących. Najlepiej odnajdą się tu fani dawnej architektury, której w Białymstoku już jest jak na lekarstwo. Nie brakuje też eleganckich kamienic. Warto dodać, że są też punkty na Skorupach, z których widoczny jest krajobraz jak dawniej – czyli niezagospodarowane łąki. Wszystkich sekretów dzisiejszych Skorup zdradzać nie będziemy, gdyż warto wędrować tym osiedlem i odbierać je subiektywnie. Niech Was jednak nie zwiodą kiczowate rodzinne budynki-klocki. Pomiędzy nimi często znajdziecie coś ciekawego.
Dla różnej maści złodziejaszków i oszustów zamieszkujących liche drewniaki i murowanki w zaułkach Chanajek prawdziwym eldorado był pobliski Rynek Sienny.
Od rana do wieczora, zwłaszcza w dni targowe, a już obowiązkowo w czerwcowy jarmark na św. Jana, grasowali nań sprytni kieszonkowcy z Marmurowej czy Brukowej, a z nimi do spółki farmazoni od fałszywych obrączek i pierścionków z Krakowskiej bądź Stołecznej.
Bardzo wiele roboty mieli także tzw. potokarze, czyli złodzieje kradnący z jadących albo stojących furmanek. Ci wywodzili się często z wychodzącej wprost na targowy plac uliczki Odeskiej.
Jednym z takich bardziej znanych w latach 30. potokarzy był Berel Farber. Praktykował on w tej profesji od dawna i choć nie stała ona najwyżej w hierarchii złodziejskiej, wcale nie zamierzał jej porzucać. Ten mało zacny Berel nie zapuszczał się raczej w gąszcz furmanek stojących na samym Siennym. Preferował ulice: Młynową, Mazowiecką czy Suraską.
W tej okolicy zatrzymywały się także liczne wozy konne. Potokarz z Odeskiej miał na nie swoje sposoby, a obok siebie kilka małych pomagierów. Jeden taki małolat podbiegał do siedzącego na furmance kmiotka i z bezpiecznej odległości, poza zasięgiem bata, zaczynał go drażnić. Wyzywał od chamów, pluł, rzucał kamykami.
Rzadko kiedy woźnica nie dawał się wyprowadzić z równowagi. Rozsierdzony, zeskakiwał na ziemię i biczyskiem próbował dosięgnąć łobuza. Tymczasem, gdy on zajęty był ratowaniem swojego honoru, Farber podchodził z tyłu wozu i wyjmował z niego buty, kożuszek, paczkę ze skórami, a nawet ciężkawą skrzynkę gwoździ. Przekazywał łup pętakowi, a ten odnosił go do pobliskiej kryjówki. Ekipa potokarzy gotowa była do kolejnej roboty. Specjaliści od wozowych kradzieży wypatrywali także pilnie pojazdów pozostawionych choćby na chwilę bez opieki.
Działo się tak w pobliżu licznych knajpek, sklepików, na podwórkach, a nawet obok posterunku policji. Wtedy oględziny pojazdu były dokładniejsze, lepsza więc trafiała się zdobycz. Znakomity przykład braku czujności u niektórych właścicieli furmanek przybywających z prowincji do Białegostoku opisał w lekkiej formie Dziennik Białostocki.
Wszystko działo się zimą 1935 r. Oto co się zdarzyło: „Moszko Giełczyński z Wizny (pow. łomżyński) znany jest wśród swych znajomych jako człowiek roztrzepany. Jak się zamyśli, o Bożym świecie zapomina. Ktoś mniemałby może, że jest uczonym profesorem matematyki, tymczasem Moszko jest tylko drobnym kupcem z małego miasteczka. 9 grudnia przyjechał
on po towary do Białegostoku i zatrzymał się na ul. Żydowskiej. Kupił nici za 21 zł 50 gr i schował do wozu, lecz zamiast pilnować towaru – patrzył w niebo i myślał o niebieskich migdałach. Kiedy ocknął się z zadumy, jakiś złodziejaszek zabrał mu z wozu paczkę z nićmi. Moszko pokiwał tylko głową nad upadkiem moralnym naszego miasta i pojechał na ul. Szkolną, gdzie kupił kilka par kaloszy za 29 zł 50 gr.
Włożył kalosze do wozu i znowu się zamyślił. Skorzystał z tego drugi poszukiwacz cudzego mienia i ukradł kalosze. Wszystko to stało się na przestrzeni półtorej godziny. Szanowny Moszko G. minął się z powołaniem: powinien ślęczeć nad Talmudem a nie handlować”. Nic nie wiadomo o tym, żeby Berel Farber, potokarz z Odeskiej stał się sprawcą strat zamyślającego się kupczyka z Wizny. Pewne jednak, że działał także poza obszarem wokół Rynku Siennego.
W styczniu 1933 r. próbował ukraść z wozu jadącego ul. Towarową gilzy papierosowe i kilka flaszek wódki. Kilka tygodni później został schwytany na gorącym uczynku, kiedy to ściągał z furki, stojącej przed restauracją Gastronomia, 5 butelek piwa. Kosztowało go to pół roku odsiadki. Kiedy pojawił się znowu na białostockim bruku, powrócił niechybnie od ulubionego potokarstwa.
Włodzimierz Jarmolik
Równo miesiąc przed wyborami samorządowymi na facebookowym profilu Spotted Białystok, który sądząc po treści mocno sympatyzuje z obecnym prezydentem Tadeuszem Truskolaskim, zostało umieszczone zdjęcie z powietrza ukazujące oświetlony pas startowy na Krywlanach. Termin zakończenia prac budowlanych i oddanie pasa ma nastąpić jeszcze w tym miesiącu. O żadnych przesunięciach raczej mowy nie będzie, gdyż wszystko idzie zgodnie z planem, a poza tym wybory idą, więc wszyscy zrobią wszystko by było na czas. Dlatego też przed nami miesiąc wielkiego wyborczego show pod tytułem „Lotnisko na Krywlanach”. Zwolennicy lotniska lokalnego po raz kolejny zmierzą się ze zwolennikami lotniska regionalnego, zostaną użyte te same argumenty co zawsze i kontrargumenty również.
Dlatego też postanowiliśmy streścić racje obu stron:
Za Krywlanami:
1. Lotnisko lokalne w Białymstoku w zupełności wystarcza
2. Nie mamy pieniędzy na lotnisko regionalne, bo Platforma je przejadła, a potem minister Bieńkowska zakończyła dotacje lotnisk.
3. Pas na lotnisku na Krywlanach w razie zainteresowania będzie można wydłużyć, a halę odpraw dobudować
Przeciw Krywlanom:
1. Lotnisko na Krywlanach jest zbyt blisko centrum i zbyt blisko Dojlid Górnych (gdzie mieszka sporo polityków).
2. Tak w ogóle to nie lotnisko tylko pas startowy, na którym nikt nie będzie chciał lądować, bo żadna linia nie ma odpowiednich samolotów
3. Żeby wydłużyć pas startowy trzeba będzie wyburzyć wieżowiec przy ul. Wiadukt i wyciąć cały las Solnicki.
Historia lotniska na Podlasiu to niekończąca się telenowela. Pierwsze lotnisko powstało w 1927 roku! Wtedy jednak wystarczyła duża ilość płaskiego terenu porośniętego trawą. Zaliczane było do II klasy podobnie jak lotniska w Krakowie, Toruniu i Lublinie (do lotnisk I klasy zaliczano wówczas Warszawę, Lwów, Poznań, Wilno i Gdańsk). Obecnie na Krywlanach mogą lądować tylko samoloty sportowe. Przez wiele lat dyskutowano, gdzie zbudować lotnisko. Niektórzy doskonale pamiętają jak jeszcze poprzednie władze wbijały łopaty na Krywlanach. Później następna władza zmieniła zdanie i chciała budować port w Topolanach pod Zabłudowem.
Następni zmienili koncepcję i chcieli budować w Sanikach. Później ówczesna minister Elżbieta Bieńkowska ogłosiła, że zakręca kurek z funduszami europejskimi na budowę lotnisk regionalnych. To dla województwa podlaskiego był wyrok. Obecny prezydent wrócił do koncepcji z Krywlanami i przy milczącej zgodzie radnych PiS przeforsował swoją koncepcję. Burzliwa sesja Rady Miasta toczyła się na zasadzie: PiS wytacza argumenty przeciw, Platforma i Komitet Truskolaskiego argumenty ZA. Całość skończyła się konkluzją, że PiS (które ma większość) jest ZA, ale będzie dążyć do budowy lotniska regionalnego.
Od oddania inwestycji jeszcze około pół roku potrwa certyfikacja lotniska. Później będą mogły wylądować pierwsze samoloty.
To ostateczny dowód na to, że już za momencik przyjdzie zima. Białostocki Ośrodek Sportu i Rekreacji uruchamia na kolejny sezon lodowisko. Co prawda zanim przyjdzie zima poprzedzona zostanie przez jesień. Wszystko jednak dopiero później, gdyż korzystać należy z ostatnich upalnych dni. Warto jednak już dziś wiedzieć co czeka nas na lodowisku w tym roku.
W wypożyczalni czeka 1050 par łyżew w rozmiarach od 27 do 50. Dla dzieci (w zasadzie dla dorosłych też) będą do dyspozycji pingwinki i pandy, dzięki którym można będzie uczyć się utrzymania równowagi na łyżwach. Dostępność lodowiska jest ograniczona. Na co dzień korzystają z niego sportowcy – łyżwiarze i hokeiści. Dla wszystkich dostępne jest one w poniedziałki i czwartki od 17 do 21 (z półgodzinną przerwą o 18.30), a także wtorki, środy i piątki od 17 do 20.30 (także z przerwą od 18.30 do 19). W weekendy zaś lodowisko dostępne jest od 11 do 20.30 z przerwami (12.30-13, 14.30-15, 16.30-17, 18.30-19).
Cennik od ubiegłego roku nie zmienił się. Wypożyczenie łyżew to 6 zł, wstęp kolejne 6 zł. Jeśli mamy własne łyżwy to zapłacimy 10 zł – bilet normalny, zaś 7 zł bilet ulgowy. Lodowisko będzie czynne do 31 marca 2019r.
Białystok otrzymał certyfikat „Gmina Przyjazna Rowerzystom”. Stolica województwa podlaskiego została wyróżniona w kategorii gmin do 500 tysięcy mieszkańców na Międzynarodowych Targach Rowerowych – Kielce Bike-Expo. Do konkursu zgłosiło się ponad pięćdziesiąt gmin z Polski. Trudno jednoznacznie tę informację skomentować, bo skoro nas wyróżnili certyfikatem, to może oznaczać, że:
a) jest u nas super
b) u innych jest dużo gorzej
Jako mieszkańcy Białegostoku, którzy żyją tym miastem na 100 procent bardziej przychylamy się do tej drugiej odpowiedzi. Oczywiście nieuczciwe byłoby stwierdzenie, że w Białymstoku dla rowerzystów jest źle, ale mówienie że nasze miasto jest przyjazne rowerzystom – jak głosi certyfikat to duża przesada. Miasto chwali się, że jest u nas 123 km ścieżek rowerowych. Szkoda, że nic nie wspomina o ich jakości. Pierwszą ścieżką, którą można wyróżnić w mieście jest ta przy ul. Wiosennej. Jest dobrze oznaczona, bardzo szeroka i wystarczająco odseparowana od pieszych. Problem w tym, że jej długość to około 800 metrów. Drugi problem jest taki, że to jedyna tak dobrze zrobiona ścieżka w Białymstoku.
A jak pozostałe? Zdecydowana większość to tak zwane ciągi pieszo-jezdne – czyli oddzielone zwykłą linią chodniki, brukowane drogi i czasem asfalty. Problem z nimi jest taki, że piesi ignorują podział. Drugi problem – to jakość nawierzchni jest zwyczajnie słaba. Warto też wspomnieć o wielu ścieżkach, które z urzędniczej wygody kończą się, by zacząć się ponownie po drugiej stronie ulicy. Tutaj za przykład należy wziąć ciąg na ul. Lipowej. Oficjalnie przejeżdżać przez przejście nie wolno. Wszystko dlatego, że tak przebudowana została Lipowa (a wcześniej zaprojektowana). Ktoś taki projekt zatwierdził, a potem zrealizował. Palcem pokazywać nie będziemy, bo każdy dobrze wie kto od 12 lat „rządzi” na Słonimskiej.
Problemów rowerowych w mieście jest jeszcze dużo więcej, o czym można by napisać książkę. Dlatego też można się pocieszać, że u innych jest jeszcze gorzej. Tylko czy jest to eleganckie i ambitne podejście?
Mieszkańcy województwa podlaskiego, którzy chcieliby zobaczyć na własne oczy Papieża Franciszka mają niepowtarzalną okazję zrobić to bez poniesienia większych kosztów. 250 km od Białegostoku oraz 120 km od Suwałk – głowa kościoła katolickiego będzie odprawiać msze świętą. Papież Franciszek 22 i 23 września będzie przebywać z oficjalną wizytą na Litwie. Pierwszego dnia będzie wizytować między innymi ważną dla Polaków Ostrą Bramę w Wilnie. Później na placu Katedralnym dojdzie do spotkania z młodzieżą. Drugiego dnia zaś głowa kościoła zawita do Kowna, które jest bardzo blisko polskiej granicy. Tam odprawi mszę.
Warto przypomnieć że z Białegostoku Przewozy Regionalne od dwóch lat realizują połączenia kolejowe do Kowna, dzięki którym pociągiem możemy wygodnie dojechać także do stolicy Litwy. Są to połączenia weekendowe nastawione na turystów. Można się spodziewać, że 22 i 23 września pociągi będą przeżywać oblężenie. W szynobusie jest 130 miejsc siedzących. Trasa pociągu do Kowna to: Białystok – Czarna Białostocka – Sokółka – Dąbrowa Białostocka – Augustów – Suwałki – Trakiszki. Koszt przejazdu z Białegostoku wnosi około 50 zł, a z Suwałk około 35 zł (opłata jest w Euro).
Do Kowna można także dostać się autobusami. Czas podróży jest dłuższy, ale dla głowy kościoła chyba warto się poświęcić.
Ksiądz Michał Sopoćko to najbardziej znany białostoczanin na świecie. Ostatnio jego wizerunek został uwieczniony na jednym z bloków osiedla Białostoczek w postaci gigantycznego muralu, co z miejsca Wywołało gigantyczną dyskusję wśród naszych Czytelników. Wiele głosów było w tonie wyrażającym sprzeciw tego typu inicjatywom, by religijne murale były na blokach. Czytelnicy podnosili, że takie powinni znajdować się na… kościołach. Swoją drogą ciekawie wyglądałaby świątynia z muralem.
Znalazło się także sporo Czytelników, którzy muralu bronili podnosząc, że ks. Michał Sopoćko jest patronem Białegostoku i że wiary wstydzić się nie trzeba. Dla jednych i drugich warto przypomnieć kim był ks. Michał Sopoćko. Wbrew pozorom nikim kontrowersyjnym, zaś emocje, które wywołał mural są ogólnym negatywnym nastawieniem do kościoła za nierozliczoną, gigantyczną aferę pedofilską, przez co obrywa się każdemu księdzu – nawet temu, który został beatyfikowany – czyli otoczony lokalnym kultem.
Ksiądz Sopoćko urodził się na Wileńszczyźnie w 1888 roku. W 1914 roku został kapłanem. Do Białegostoku trafił już, gdy Polska odzyskała niepodległość – bo w 1928 roku. Między czasie kapłan spowiadał św. Faustynę Kowalską – siostrę zakonną, która miała boskie objawienia, które skrzętnie spisywała. Sopoćko zaś zaczął głosić kult miłosierdzia bożego, które właśnie zainteresowało go podczas rozmów ze św. Faustyną Kowalską. Do dziś nierozerwalnie wiąże się z tym znany obraz Jezusa Chrystusa Miłosiernego – z napisem „Jezu Ufam Tobie”.

Sopoćko najaktywniej działał na Wileńszczyźnie, jednak w Białymstoku spędził 30 lat życia i tutaj też został pochowany. Jego szczątki spoczywają w kościele pod wezwaniem Miłosierdzia Bożego, który znajduje się niemalże na przeciwko bloku, na którym został namalowany gigantyczny mural, który wywołał tyle kontrowersji. Co ciekawe, w Białymstoku są także trzy inne miejsca nierozerwalnie związane z ks. Michałem Sopoćko. Archidiecezjalne Wyższe Seminarium Duchowne, gdzie kapłan był wykładowcą. Drugie miejsce to dzisiejszy zakon przy ul. Poleskiej gdzie Sopoćko pełnił posługę. Kapłan mieszkał w domu przy ul. Złotej.
Ks. Sopoćko jest najbardziej znanym białostoczaninem na świecie. Jego relikwie znajdują się w sześciuset kościołach i kaplicach na wszystkich kontynentach. Do Białegostoku za jego sprawą przyjeżdża dziesiątki tysięcy pielgrzymów, zaś bardzo wiele katolików na świecie kultywuje „godzinę miłosierdzia”, przez co codziennie o godz. 15 modlą się. Co ciekawe w Zgromadzeniu Jezusa Miłosiernego w kaplicy przy ul. Polskiej, gdzie kiedyś mieszkał ks. Sopoćko – znajduje się stary zegar, który pamięta jeszcze czasy kapłana. Zegar ten kiedyś stanął wskazując kilka minut przed godz. 15. Postanowiono, że mechanizm nie będzie ponownie uruchamiany.
Z ks. Michałem Sopoćko wiąże się także historia „ocalenia Białegostoku”. 9 marca 1989 roku doszło do katastrofy pociągu właśnie w pobliżu zgromadzenia przy ul. Polskiej. Kiedy wszystko szczęśliwie się zakończyło przypisano wstawiennictwo własnie księdzu Sopoćko. Do dziś tamto „ocalenie” upamiętnia krzyż z napisem „Jezu Ufam Tobie”, co symbolizuje wiarę białostoczan w Boże Miłosierdzie i orędownictwo ks. Sopoćko.
Jednym z elementów nowoczesności Białegostoku jest widoczna fontanna. Do mającej dziś ponad 100 lat staruszki bardzo się przyzwyczailiśmy i trudno nam sobie wyobrazić Rynek Kościuszki bez niej.
W 1897 r. fontanna miała za sobą już kilka lat istnienia, ale jej pojawienie się w śródmieściu w ostatniej dekadzie XIX w. było dowodem na bardzo duży awans miasta i istotny krok ku nowoczesności, do którego przygotowywano się przez kilka dekad.
Była nim budowa i uruchomienie miejskich wodociągów w latach 1890-1892. Budowa fontanny stanowiła jeden z pierwszych punktów kontraktu zawartego z budowniczym wodociągów, inż. Michałem Ałtuchowem, nie była to więc sprawa błaha, traktowana wyłącznie w kategoriach estetyki czy przyjemności. Władze miasta zażądały od wykonawcy budowy fontanny analogicznej do tej, którą Ałtuchow wcześniej zbudował w Grodnie, dzięki czemu Białystok stawał w równym rzędzie ze stolicą guberni. Ale istotną kwestią był także prestiż – oto każdy przyjeżdżający do miasta miał dowód na posiadanie przez Białystok wodociągów, co w tym czasie nie było czymś tak oczywistym jak dziś.
Przekaz był jasny: na suchym, pozbawionym wody centralnym placu znajduje się źródło bieżącej wody dostarczanej przy użyciu wodociągu. Radość z posiadania na rynku fonntanny była przyćmiona faktem, że kontrakt zakładał jej używanie tylko raz w tygodniu , a jej teren miał być odgrodzony od reszty placu, tak aby nikt nie mógł swobodnie pobierać z niej wody (ta była bowiem sprzedawana na wiadra w specjalnych punktach rozlokowanych na terenie miasta). Stąd na zdjęciach z 1897 r. widzimy charakterystyczny płotek o misternie wycinanym detalu, który wygradzał fontannę i przylegający do niej teren w formie zielonego skweru. To także efekt wodociągu. Wystarczy bowiem spojrzeć na najstarsze zdjęcie Placu Bazarnego z około 1890 r. aby się przekonać, że w tym czasie był on zupełnie pozbawiony drzew.
Chociaż dwukrotnie zmieniała swoją lokalizację, fontanna nadal stanowi ozdobę Rynku Kościuszki. Fontanna znajdowała się w 1897 r. najbliżej fotografującego, natomiast w tle Placu Bazarnego i nowych kamienic Sołowiejczyk uchwycił inny fragment śródmieścia, a mianowicie dwa ostatnie domy stojące po południowej stronie ówczesnej ul. Niemieckiej, czyli dzisiejszej ul. Kilińskiego. Domy te zamykały zwartą pierzeję tworzoną przez zbudowane w większości w latach 90. XIX w. kamienice na terenie tzw. wyschniętych stawów. Budynki widoczne na omawianym zdjęciu przed 1939 r. otrzymają adres ul. Kilińskiego 23 i 25.
Przetrwały II wojnę światową, ale niedługo później zostały rozebrane w ramach odbudowy śródmieścia i jego reorganizacji. Dom przy ul. Kilińskiego 23 był w przedwojennym Białymstoku kojarzony przede wszystkim jako siedziba różnych instytucji finansowo-kredytowych i ubezpieczeniowych. Jego powstanie związane jest z postacią Ajzyka Horodyszcza, znanego bankiera i budowniczego kamienicy przy Rynk u Kościuszki 3, który budynek przeznaczył najpierw na siedzibę oddziału Wileńskiego Prywatnego Banku Handlowego, a następnie Białostockiego Banku Handlowego.
W 1906 r. od Horodyszcza nieruchomość wykupił Bank Handlowy, a w 1914 r. nabyło ją Białostockie Towarzystwo Wzajemnych Ubezpieczeń od Ognia. W międzywojniu oprócz niego przy ul. Kilińskiego 23 działały m.in. Bank Przemysłowo-Handlowy, Bank Udziałowy sp. z o. o. oraz Białostockie Spółdzielcze Towarzystwo PożyczkowoOszczędnościowe. Mieściła się tu także redakcja gazety „Das Naje Lebn”. Natomiast kamienica przy ul. Kil ińskiego 25, o charakterystycznym trójkątnym rzucie, należała od lat 90. XIX w. do rodziny Kapłan-Kapłańskich.
Budynek wzniesiono przy użyciu żółtej i czerwonej cegły. W parterze do 1939 r. działał sklep i skład wyrobów żelaznych (materiałów budowlanych) prowadzony przez Eliasza Kapłan-Kapłańskiego. Jego firma dostarczała produktów do wielu ważnych miejskich prac budowlanych, m.in. do budowy kościoła farnego. Sklep ten padł ofiarą zamieszek w czasie pogromu żydowskiego w 1906 r.
W 1934 r. Kapłan-Kapłańscy odsprzedali nieruchomość Mojżeszowi i Rochli Szackim. Mojżesz urodził się w 1887 r. Z wykształcenia był lekarzem laryngologiem, dyplom uzyskał w 1916 r. w Charkowie, a po 1919 r. zaczął pracować w Białymstoku. W 1932 r. był kierownikiem przychodni prowadzonej przez Towarzystwo Dobroczynności „Linas-Ha- cedek”. Po wykupieniu w 1934 r. kamienicy przy ul. Kilińskiego 25 przeprowadził się do niej wraz z rodziną, chociaż gabinet lekarski wciąż znajdował się przy ul. Sienkiewicza. W domu przy ul. Kilińskiego Szaccy mieszkali do II wojny światowej.
Wiesław Wróbel
Biblioteka Uniwersytecka w Białymstoku
Czy w okolicach Walił żyły niedźwiedzie? Jeden na pewno, gdyż fragment jego żuchwy leśnicy odnaleźli w bobrzej tamie. Znalezisko może mieć nawet 5 tysięcy lat. Wiadomo, że na pewno nie jest to żuchwa współczesnego niedźwiedzia, gdyż ostatni osobnik w Puszczy Knyszyńskiej wyginął 400 lat temu. Ile lat ma znaleziona żuchwa? To będzie dokładnie wiadomo za 3 miesiące. Jej fragment trafi do analiz. Żuchwa niedźwiedzia zachowała się w dobrym stanie dzięki temu, że przez cały czas znajdowała się w torfowisku.
Leśnicy z Walił razem z białostockimi archeologami planują przeszukać cały teren wokół bobrzej tamy, gdzie znaleźli kawałek szczęki. Być może okaże się, że niedźwiedzi w tym miejscu żyło dużo więcej.
Cały materiał wideo tutaj:
https://bialystok.tvp.pl/38984029/wyjatkowe-odkrycie
Jeszcze tej jesieni miasto zaczyna robić spore zakupy transportowe i w sumie nie byłoby o czym pisać, gdyby nie fakt, że przy ich okazji Białystok planuje zakupić biletomaty. To w naszym mieście nowość. Gdy tylko ekipa Truskolaskiego dostała władze to wzięła się za likwidację drobnych przedsiębiorców. Na pierwszy ogień poszedł bazar na Jurowieckiej, kolejnym celem prezydenta były wolno stojące kioski. W konsekwencji było coraz mniej miejsc, gdzie można kupić bilet. W sklepach takowych często nie posiadali, bo miasto nie dawało zbytnio zarobić na hurtowej sprzedaży. Problem w zasadzie narastał od około 10 lat. W pewnym momencie sprawa stała się tak poważna, że bilet (drożej) można było kupić u kierowcy.
Dlatego ktoś, kto jechał autobusem miał do wyboru: szukać po całym mieście punktów z biletami, kupić drożej u kierowcy lub po prostu jechać na gapę. Warto wspomnieć, że jest jeszcze możliwość zakupienia biletu przez internet czy też telefonem komórkowym, ale jest tak skomplikowana, że szkoda czasu, by ją opisywać. Kolejną rewolucją było wprowadzenie „kart miejskich”. Miały one głównie służyć jako bilet miesięczny, ale też można było przy jej pomocy kupić bilet jednorazowy. Problem w tym, że trzeba wcześniej było doładować konto. Dlatego jeżeli chcielibyśmy gdzieś podjechać, bo „akurat coś musimy załatwić” lub wyjazd nie był wcześniej planowany, to nie dla nas była ta opcja.
Białystok nie dawno wprowadził bilety czasowe, dzięki którym można się przesiadać. Od wielu lat to było normą w wielu miastach, a u nas to dopiero nowość. Podobnie z biletami. Truskolaski i jego ekipa obejrzeli się przed wyborami i dzięki temu na 24 przystankach pojawią się biletomaty oraz w 255 autobusach. Brawo panie Prezydencie, szkoda że czekaliśmy 12 lat aż Pan zrobi coś w tej sprawie. Jeszcze trochę i może dogada się Pan w końcu z PKP (zapłaci) by zainstalować kasowniki w pociągach i uruchomić ze dwie albo trzy linie Szybkiej Kolei Miejskiej. Miejmy nadzieję, że nie będziemy na to czekać kolejnych 12 lat.
Na ulicy Mazowieckiej, a i daleko poza nią, krążyły uporczywie rozmaite słuchy o wielkich oszczędnościach , jakie poczynił niejaki Jan Karny, właściciel młyna elektrycznego. W pierwszej połowie lat 30. w całym kraju, także więc i w Białymstoku panował potężny kryzys gospodarczy i ogólna bieda, a ten jegomość skutecznie ciułał pieniądze. Ponieważ nie dowierzał bankom, miał przechowywać je w swoim młynie, stojącym na posesji nr 68 przy wspomnianej wyżej ulicy. Fama o bogaczu Karnym dotarła rzecz jasna także na pobliskie Chanajki.
Zainteresował się zwłaszcza Chaim Chazan, doświadczony włamywacz z ul. Brukowej. Przeprowadził dokładny wywiad środowiskowy, uznał że sprawa jest warta zachodu i zaplanował skok na kasę. Ponieważ nie do końca wiadomo było w jak zabezpieczonej skrytce młynarz przechowuje swoje zaskórniaki, przedsiębiorczy Chazan zaprosił do złodziejskiej spółki nie byle kogo, a samego Mejera Krynickiego, zwanego przez koleżków z ferajny Krynicą – kasiarza z poważnym przestępczym dorobkiem.
Występ chanajkowskich włamywaczy miał miejsce w nocy z 3 na 4 listopada 1934 r. Ażeby dobrać się do wnętrza młyna wybrali oni niezwykle karkołomną drogę. Ponieważ sforsowanie zablaszowanych drzwi i solidnie okratowanych okien mogło sprawić dużo kłopotów i hałasu, a i podkop metodą a’la Szpicbródka (Stanisław Cichocki, znany przedwojenny kasiarz warszawski, dobierający się do sejfów bankowych przez drążone tunele) także nie wchodził w grę, złodzieje postanowili wejść do środka od góry, przez dach.
Przeszkodę, którą należało koniecznie usunąć stanowił hałaśliwy pies pilnujący sąsiedniej posesji, będącej własnością Icka Lina. Jego przeciągające się ujadanie mogło wzbudzić podejrzenia u rozbudzonych mieszkańców okolicznych domów. Pierwszym celem napowietrznej drogi złodziei był dach jednopiętrowej szopy, przylegającej do młyna.
Do jego usunięcia posłużyła przytargana ze sobą drabina. Będąc już na wierzchu szopy nocni goście usunęli po cichu kilka dachówek, na ich miejsce położyli szeroką deskę, a na nią postawili drugą drabinę. Przygotowali drogę do dalszej wspinaczki. Po dotarciu na wierzch młyna natrafili na kolejną przeszkodę. Okazała się nią krata zabezpieczająca dachowe okienko. W ruch poszły podstawowe akcesoria włamywacza – śrubsztak i mesel. I ta niedogodność została szybko pokonana. Złodzieje znaleźli się w środku.
Teraz rozpoczęło się poszukiwanie schowka, w którym skrzętny młynarz ukrywał swoje pieniądze. Ponieważ nie znaleziono żadnej kasy pancernej, bor i rak, narzędzia Mejera Krynickiego pozostały bezczynne.
Przeszukano skrupulatnie różne zakamarki. Jedna drewniana szafa stojąca na parterze była szczególnie solidnie zamknięta. Jej więc złodzieje poświęcili swoją uwagę. W ruch poszły wytrychy i uniwersalny szaber (łom). Trafienie okazało się celne.
W szafie leżał lniany woreczek ze zwitkami banknotów, garścią ciężkich monet i jakimiś dokumentami. Łup trafił w ręce złodziei. Rozpoczęła się droga powrotna. Najpierw na strych młyna, później na dach i przystawionymi drabinami prosto na ziemię. Wszystko odbyło się sprytnie i po cichu.
Kradzież w młynie Jana Karnego odkryli rankiem sąsiedzi. Dostrzegli przystawione do budynku drabiny, których złodzieje nie zamierzali zabrać ze sobą. Zaalarmowali właściciela, a ten policję.
Karny swoją stratę ocenił na 20 tys. złotych. Duża forsa. Do akcji przystąpili agenci Wydziału Śledczego z ul. Warszawskiej. Po miesiącu było jasne, że „akrobaci” z ul. Mazowieckiej to Krynicki i Chazan. Obaj ukrywali się. W końcu jednak trafili tam gdzie trzeba – za kratki!
Włodzimierz Jarmolik
Trwające lato jest okazją, by odwiedzić dawno zapomniane lub dawno nie odwiedzane miejsca. Takim z pewnością dla niektórych może być Czarna Białostocka, a także jej wyśmienite okolice. Do wszystkiego można dojechać pociągiem, samochodem i rowerem.
To bardzo ciekawe miejsce, w którym możemy odwiedzić Kowala, Garncarza, Tkaczki. To wszystko w Czarnej Wsi Kościelnej. We wsi Zamczysk można zajrzeć do pracowni wyrobu drewnianych łyżek. Wieś Niemczyn natomiast to Centrum rękodzieła ludowego. Zwiedzając samochodem warto zajrzeć jeszcze do Janowa, gdzie są pracownie Tkackie.
Zalew Czapielówka to główna atrakcja Czarnej Białostockiej. To o tyle dobre miejsce, że odnajdą się tu zarówno osoby, które szukają spokoju jak i te, które wolą aktywnie wypoczywać. Wokół zalewu jest aż kilka zejść do wody. Znajduje się też wspaniały pomost.
Zalew Czapielówka latem to dobre miejsce na plażowanie, wieczorem na palenie ogniska, zaś w nocy na campingowanie pod namiotem. Latem działa też wypożyczalnia sprzętu wodnego.
Zbiornik to także raj dla wędkarzy. Można wyciągnąć lina, szczupaka, sandacza, karpia, okonia czy karasia.
Ostatnią atrakcją Czarnej Białostockiej jest leśna droga prowadząca do Supraśla. Najlepiej piechotą (15 km) lub rowerem wybrać się w drogę, by słuchać w Puszczy Knyszyńskiej śpiewu ptaków i oddychać leśnym powietrzem. Po drodze miniemy urocze bagna. Sami nie musimy się martwić, droga, którą będziemy szli jest utwardzona. Warto jednak pamiętać, że pomiędzy Czarną Białostocką a Supraślem nie ma kompletnie nic innego niż Puszcza, zatem lepiej zabrać ze sobą wodę i jakieś jedzenie.
Dziś to wyjątkowa atrakcja turystyczna, która została w Polsce pozostawiona przez Rosjan. Pomniki architektury wojskowej, które przyczyniły się do rozwoju sztuki fortyfikacji. Mowa tu o schronach na tak zwanej „Linii Mołotowa”. Konstrukcje przetrwały do dziś i można je zwiedzać także na Podlasiu.
br> br>
Tak zwana Linia Mołotowa ciągnie się od litewskiej Kłajpedy po Bieszczady. Schrony były budowane z żelbetu wzmacniane kamieniami, które miały osłabiać siłę ataku artyleryjskiego. W praktyce jednak schrony nie spełniły swego zadania. Znajdując się na granicy miały służyć jako zatrzymanie ataku, by zdążyć się zmobilizować. Wszystko przez typowe podejście do weekendu. Bowiem w sobotę życie towarzyskie w Rosji kwitło, zaś Niemcy nieoczekiwanie uderzyli w niedzielę. Picie alkoholu, które towarzyszyło sobotniej nocy osłabiło możliwości bojowe żołnierzy. Na czas obsadzono tylko część schronów, które podczas pierwszego ataku zostały ominięte i zaatakowane dopiero przez drugi front.
br> br>
Schrony przetrwały jednak do dziś. Pierwotnie budynki posiadać miały własne zasilanie w energię, instalację oświetleniową, system wentylacji powietrza, ogrzewanie, a większe również kanalizację. Przewidziany był zapas paliwa na 60 godzin pracy maszyn schronu bez zmniejszania mocy. Mniejsze obiekty były podłączane do sąsiednich schronów. W rzeczywistości jednak większość schronów to betonowe pudełka bez prądu, wody i łączności. Prawdopodobnie właśnie taki można napotkać w okolicach Siemiatycz, co udokumentował nasz Czytelnik Adam Nowaczuk.
br> br>
Warto wybrać się „szlakiem Linii Mołotowa”, by obejrzeć budynki, w których Rosjanie chcieli przetrwać pierwszy atak wroga.
br> br>
Bimbrownie stoją pod znakiem zapytania. Nie raz i nie dwa, a dosyć często słyszymy o policyjnych nalotach. Efekt jest taki, że bimbrownicy swoje urządzenia kryją na coraz większych bagnach, zaś policja nic nie likwiduje tylko uprzykrza życie. Bo w Polsce alkohol musi mieć akcyzę, stąd też nie można tworzyć nawet produktów regionalnych – jakim jest bimber. Prawo nie rozróżnia zwykłej wódy produkowanej w ilościach przemysłowych od produkcji 100 butelek bimbru dla siebie, rodziny i znajomych.
To samo państwo, które tak dzielnie walczy z bimbrownikami, składa się z województw, a jedno z nich – oczywiście, chodzi o nasze Podlaskie – prowadzi pod Białymstokiem Muzeum Kultury Ludowej, gdzie od lat można zwiedzać współczesną bimbrownię. Zatem szczycimy się w tymże muzeum czymś, czego sami zakazujemy. Nie jest to głupie? Dodatkowo, warto zastanowić się nad paradoksem sytuacji, w której władze regionu promują tradycję produkcji bimbru, mimo że ta jest nielegalna i stanowi problem społeczny oraz zdrowotny. Co więcej, historia regionu, bogata w tradycje kulturowe i przyrodnicze, często przeplata się z obyczajami związanymi z destylacją alkoholu, co stanowi istotny element dziedzictwa kulturowego, jednak kontrastuje z obecnymi regulacjami prawno-administracyjnymi dotyczącymi produkcji alkoholu w Polsce.
Ośmielając się sięgnąć pamięcią wstecz, warto przypomnieć, że 8 lat temu na Podlasiu gościł książę Karol. Być może państwo, które organizowało jego wizytę, przypomni sobie, co zrobiło, gdy książę zaczął mówić, że słyszał, że tutaj jest bimber i chciałby go spróbować. A może przedstawiciele władz różnych szczebli administracji publicznej mogliby skonfrontować swoje działania z zasadami i regulacjami dotyczącymi kontroli produkcji alkoholu? Zagryzacie dziczyzną, a czym popijacie? Warto zastanowić się nad spójnością działań podejmowanych w różnych obszarach życia społecznego i kulturalnego.
A co goście piją na weselach przy „wiejskim stole”? Smaczny bimberek zamiast wódy przy stole? A potem bawiący się na tych weselach policjanci likwidują bimbrownię, zaś politycy im przyklaskują, by potem także popijać regionalne trunki. Jak Podlasie długie i szerokie jest u nas bimbru pod dostatkiem. Jest to miły, regionalny, koloryt, który każdy chce spróbować, ale nikt nie robi nic z tym, by bimber był legalny. Skoro tak, po co szczycić się bimbrownią w muzeum? Po co podawać go przy „wiejskim stoliku” na weselach”, po co częstować nim zagranicznych oficjeli? Czy wobec tego głupie jest zakazywanie bimbru? Odpowiedzcie sobie sami.
fot główne, autor: big.d
Nieopodal centrum Białegostoku znajduje się zapomniana stacja kolejowa Białystok-Fabryczny. Co jakiś czas usłyszeć można o planach wznowienia ruchu na stacji, jednak pociąg osobowy zatrzymywał się tam raz na jakiś czas. Mało kto wie, że owa stacja barwną ma historię. Zaś ta skończyła się wraz z odzyskaniem przez Polskę niepodległości. Jak to się stało, że przez ostatnie 100 lat w Białymstoku uchował się dworzec bez znaczenia strategicznego?
Dziś Białystok Fabryczny to opuszczony budynek, w miarę odnowiony peron i nowa tablica informacyjna. Jest także kładka nad torami, która na starą nie wygląda. Jak to możliwe, że PKP utrzymuje dworzec, na których ruch pasażerski jest „od święta”? Dworzec kolejowy znajdujący się przy ul. Romualda Traugutta powstał w 1886 roku. Wówczas rosyjski zaborca rozbudowywał linię łączącą Białystok z Moskwą. Trasa ta biegła przez Baranowicze, Wołkowysk, Mińsk, Smoleńsk aż do Moskwy. Co ciekawe na trasie tej pasażerów było jak na lekarstwo, zaś połączenie służyć miało przede wszystkim do transportu wojska. Budynek dworca wybudowano nieopodal rosyjskich koszarów wojskowych. Sam budynek wyglądał jak miniaturka dworca głównego. Co ciekawe przy obsłudze dworca pracowało bardzo wiele osób! Co najmniej dwadzieścia osób! Naczelnik, rewizor, pomocnicy, kasjerzy, agenci, telegrafiści i inni.
W 1919 roku w Białymstoku zaraz za całą Polską przyszła niepodległość. Naturalnie kierunek Moskwa przestał się liczyć, zatem węzeł kolejowy w tamtą stronę przestał mieć znaczenie. W 1930 roku doszło do zmian organizacyjnych, skutkiem których po raz pierwszy pojawiła się tablica Białystok Fabryczny. Wynikało to z tego, że na stacji zaczął koncentrować się ruch towarowy. I tak pozostało do dziś.

Białystok Fabryczny jest obecnie bocznicą dla Elektrociepłowni oraz dla jednej ze spółek PKP. Wcześniej z bocznicy korzystały jeszcze „Uchwyty”, Gazownia, Huta Szkła oraz centralna składnica żywnościowa na Węglówce. W późniejszych latach funkcjonowała jeszcze Linia kolejowa nr 37. Już nie do Moskwy, lecz do Zubek Białostockich. W PRL dobudowano przystanki Sokole, Zajezierce i Straszewo. W 1987 roku miał miejsce kapitalny remont torów na trasie Białystok Fabryczny – Zubki Białostockie.
Do dziś jednak Białystok upamiętnia „ocalenie miasta”, gdy 9 marca 1989 roku przy ul. Poleskiej w pobliżu dworca wykoleił się pociąg towarowy, który jadąc z ZSRR do NRD przewoził cysternę chloru. Pięć wielkich cystern leżało i w każdej chwili mogło zacząć się ulatniać. Przez całą dobę jednak służby ratunkowe stawiały na tory przewrócone wagony. Gdyby doszło do zniszczenia tylko jednej cysterny, to strefa skażenia zabiłaby 10 tysięcy osób, zaś zaszkodziłaby 40 tysiącom. Na szczęście nic takiego się nie stało, jednak raz do roku w rocznicę katastrofy kolejowej mieszkańcy zbierają się, by pomodlić się i podziękować opatrzności za ocalenie miasta.
Linia nr 37 została zlikwidowana w 2000 roku. Od tamtej pory pociągi pasażerskie na Fabrycznym zatrzymują się już tylko „od święta”. A to z okazji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, a to przy okazji kursowania turystycznego pociągu do Walił. Przy okazji Białystok Fabryczny niszczeje. Budynek pozostaje w rękach prywatnych.
Oto wszystkie nazwy stacji:
1886 – 1915 – Białystok Poleski
1915 – 1918 – Bialystok Ostbahnhof
1918 – 1930 – Białystok Towarowy
1931 – 1939 – Białystok Fabryczny
1939 – 1945 – Białystok Industriebahnhof
od 1945 – Białystok Fabryczny
Zdjęcie główne, autor: Paweł Szrajber
Dziś kontynuujemy wędrówkę wzdłuż południowej pierzei Rynku Kościuszki w 1897 r. trzymając w rękach zdjęcie Józefa Sołowiejczyka z tego roku. Popatrzymy na nie jednak ostatni raz, gdyż kadr fotografii, stanowiącej punkt wyjścia opowiadanych historii, urywa się na domu stojącym niegdyś przy Rynku Kościuszki 11.
W 1897 r. ma on jeszcze formę piętrowego domu mieszkalnego z należącym do właściciela nieruchomości dużym składem win w parterze, natomiast na początku XX w., w ślad za sąsiednimi posesjami, starszy obiekt zostanie zastąpiony okazałych rozmiarów wielkomiejską kamienicą.
Zniszczona w czasie II wojny światowej, musiała po 1944 r. ustąpić miejsca wyższej konieczności, jaką było usprawnienie komunikacji w śródmieściu poprzez przedłużenie ul. H. Sienkiewicza przez Rynek aż do ul. Legionowej. Dzieje posesji przy Rynku Kościuszki 11 możemy śledzić od 1759 r. Jak informuje inwentarz miasta z 1771 r., stał tu „budynek drewniany za prawem wieczystym Jaśnie Oświeconego Pana po wypłaconej za niego do skarbu należytości, w roku 1759 dnia 15 augusti Leyzorowi Berkowiczowi mydlarzowi i Esterze żonie jego danym”.
W okresie zaboru pruskiego budynek najpierw stanowił własność Johanna Salomona Jacksteina, który od 1796 r. pracował przy Kamerze Woj- ny i Domen. W 1799 r. odbył on specjalną misję dyplomatyczną do Petersburga i Wilna, której celem było pozyskanie dokumentów archiwalnych dotyczących terenów dawnej Rzeczypospolitej, włączonych do Prus w wyniku III rozbioru Polski.
Od 1804 r. był już drugim dyrektorem tejże Kamery, po 1807 r. przeniósł się do Królewca, później do Memla i Bydgoszczy. Zmarł w 1828 r. Dom przy białostockim rynku posiadał dość krótko, gdyż już w 1802 r. właścicielami byli nieznani bliżej Bauerowie. Ci zaś w lipcu 1802 r. sprzedali nieruchomość aptekarzowi Johannow i Heinri- chowi Schlegelowi (później pisany Jan Henryk Szlegel). Wcześniej mieszkał on w domu położonym przy zachodniej pierzei rynku. Jan Henryk był prawdopodobnie bratem Józefa Schleg ela, jednego z pierwszych sukienników pracujących w Białymstoku. W latach 1799-1807 pełnił funkcję pierwszego asesora farmaceutycznego przy dep utacji medycznej Kamery Wojny i Domen w Białymstoku.
Jeszcze w 1825 r. odnotowano, że „aptekarz Henryk Szlegiel dom drewniany z apteką i officyną podobnież drewnianą sam z familią zaymuie całe pomieszkanie”. Szlegel zmarł w 1826 r. Jeszcze w 1843 r. odnotowano przy Rynku „dom Szlegela”, ale już dekadę później pojawia się nieznany nam bliżej „kupiec Minken”.
W 1863 r. posesję nabyli małżonkowie Aleksander i Józefa Ignatowic zowie, którzy w 1872 r. zbyli ją braciom Lejbie i Boruchowi Lifszycom (czasem pisanych „Lipszyc”). Lejb, posiadający tytuł wołkowyskiego kupca pierwszej gildii, w 1876 r. odstąpił bratu i jego żonie, Baszy, swoje prawa do nieruchomości. W sporządzonym akcie kupna sprzedaży znajdujemy istniejący już „murowany piętrowy dom z dobudówkami”. Wydaje się najbardziej prawdopodobne, że to właśnie ten sam budynek, który widzimy na zdjęciu z 1897 r., o charakterystycznej ciemnej elewacji i z przejazdem bramnym na centralnej osi domu.
Wiadomo, że rodzina Lifszyców wywodziła się z Wołkowyska. Boruch był obecny w Białymstoku na początku lat 70. XIX w. Był już wówczas żonaty. Z Baszą doczekał się kilkorga dzieci, w tym Hersza (później inżyniera), Izaaka, Marii, Gitli, Abrama, Jakuba i Lejba (zmarłego młodo). Głównym zajęciem Borucha Lifszyca było prowadzenie od 1864 r. składu win krajowych i zagranicznych, który ulokowany był w parterze jego domu przy Placu Bazarnym.
W tym samym budynku, ale w jego zachodnim skrzydle, działała apteka prowizora Mowszy Ajzensztadta, kontynuująca działalność apteki Szlegela z początków XIX stulecia. W 1897 r. pracował tu doktor Maksym Kopelman. Na początku XX w. Boruch Lifszyc zasiadał w radzie nadzorczej szpitala żydowskiego oraz zarządzie Towarzystwa Pomocy Biednym Żydom.
W 1912 r. Boruch pożyczył pod zastaw swojej nieruchomości 10 tys. rubli. Na działce wciąż stał murowany piętrowy dom, który wkrótce został zastąpiony trójkondygnacyjną kamienicą, znaną z wielu zdjęć z okresu międzywojennego. Po śmierci Borucha i Baszy Lifszyców majątek przy Rynku Kościuszki 11 przeszedł w spa- dku na ich dzieci: Hersza, Abrama, Izaaka i Jakuba. Z nich szczególnie aktywny był Hersz, prowadzący m.in. wytwórnię wódek „Rodzima Siła”, gwoździ i drutu „Metal” oraz biuro sprzedaży wyrobów zakładów „Radiotechnika”.
Od 1929 r. w ojcowskim domu uruchomił biuro inżynieryjno-budowlane. Jednak tego samego roku spadkobiercy sprzedali omawianą nieruchomość Josznie Gryn- sztejn, która pozostawała właścicielką do II wojny światowej. Przez całe międzywojnie pod nr 11 działała apteka „M. Ajzensztadta”, prowadzona przez kilku wspólników.
Z najemców lokali w kamienicy przy Rynku Kościuszki 11 warto wymienić rodzinę Gurwiczów. Hersz Gurwicz wywodzący się z małego miasteczka na Wileńszczyźnie przeprowadził się do Białegostoku na początku lat 90. XIX w. i w domu Lifszyca założył przedsiębiorstwo introligatorskie, rozszerzone następnie o działalność typograficzną.
Jego synowie: Noson i Eliasz prowadzili w Białymstoku większe przedsiębiorstwa handlowo-usługowe, a Noson był ostatnim przed II wojną światową właścicielem domu przy ul. Kilińskiego 3. Na przełomie lat 80. i 90. w „maison du Lifszyc” działało jedno ze studiów Józefa Sołowiejczyka. Wykonane przez niego w 1897 r. zdjęcia do „Widoków miasta Białegostoku” stanowią ilustrację kolejnych części cyklu poświęconego miastu w tym okresie.
Wiesław Wróbel
Biblioteka Uniwersytecka w Białymstoku
Połter Zundel, mieszkaniec ul. Św. Rocha, leżącej na obrzeżach Chanajek i łączącej dworzec kolejowy ze śródmieściem Białegostoku był już bohaterem jednego z wcześniejszych odcinków tej rubryki. Jako młody farmazon (oszust) w początkach lat 20. specjalizował się w szulerce i handlu tombakowymi obrączkami oraz fałszywą biżuterią. Później się ustatkował, jeśli w ten sposób można określić zawodowe paserstwo. Dla złodziejaszków z całych Chanajek znany był pod ksywką tata Jaszkie.
Jaszkie kupował od swoich szemranych dostawców niemal każdy cokolwiek wart fant. Płacił mało, ale miał w ferajnie duży respekt. Nadawał robotę, służył pożyczką, a co znaczniejszym oprychom zapewniał, w razie wpadki, dobrego adwokata. W 1934 r. pod skrzydłami tego cwanego pasera znalazła się grupa chanajkowskich złodziei, których w poważnej literaturze kryminalistycznej określano mianem szpryngowców. Szpryng, znaczyło tyle, co ukraść szybko w biały dzień z jakiegoś mieszkania, najlepiej przez okno albo z przedpokoju, jakąś rzecz i zmyć się niepostrzeżenie.
Szpryngowcy szukając lepszego łupu wybierali najchętniej mieszkania należące do zamożnych właścicieli. Popularnym sposobem ich działania był chwyt „na pomyłkę’”. Ubrany nawet całkiem przyzwoicie złodziej pukał lub
dzwonił do drzwi pod wytypowanym wcześniej adresem i służącej, która mu otwierała (u bogatych mieszczuchów były zazwyczaj takowe), anonsował się z wizytą do jej pana. Kiedy ta pozostawiała gościa w przedpokoju i szła zawiadomić pryncypała, złodziej skwapliwie penetrował wieszaki i stoliki z ich szufladkami, a następnie, umiejętnie, blokował od wewnątrz zamek przy drzwiach.
Po pojawieniu się właściciela mieszkania szpryngowiec udawał zaskoczenie i gorąco przepraszał za zaistniałą pomyłkę i zakłócanie spokoju. Odwracał się i czym prędzej wychodził. Nie zapomniał jednakże starannie zamknąć spreparowanych już do dalszej operacji drzwi. Postał nieco na klatce schodowej i po cichu wracał do znajomego przedpokoju. Szybko wynosił upatrzone wcześniej futro, palto czy lichtarz, i czmychał tym razem na dobre. Innym trikiem chanajko- wskich szpryngowców było wizytowanie wartych tego lokali pod płaszczykiem domokrążnych sprzedawców czy szukających wsparcia rzekomych pogorzelców albo powodzian.
Właśnie w ten sposób działała szajka zorganizowana przez pasera Jaszkie. Przez szereg miesięcy nękała ona mieszkańców naszego miasta. Wydział Śledczy z ul. Warszawskiej, do którego napływały doniesienia o przedpokojowych kradzieżach przez dłuższy czas nie mógł nic na to poradzić. Złodzieje nie pozostawiali po sobie żadnych śladów, a zeznania poszkodowanych, co do okoliczności kradzieży znacznie się różniły. W końcu jednak sprawa znalazła swój finał.
W szajce, która tak sprytnie szpryngowała, doszło do konfliktu interesów. Jaszkie, patron całego procederu, chciał mieć znacznie większą dolę niż jego pomagierzy. Było ich kilkoro: malarz pokojowy, handlarz świętymi obrazkami, zawodowy żebrak, a przede wszystkim Maria Gołaszczuk, złodziejka mieszkaniowa z praktyką odbytą w samym Paryżu. Właśnie to ona postawiła się swojemu szefowi. Po szczególnie zyskownej robocie ukryła część łupu. Tata Jaszkie był jednak nie w ciemię bity. Zorientował się w przewalance i nasłał na mieszkanie „Francuzki” znajomych speców od łomu i wytrycha. Ci wydobyli z różnych zakamarków towaru na blisko 2 tys. zł. Jak widać paser okradany był ze swojej doli od dawna. O dziwo Gołaszczuk poszła ze swoją stratą na IV komisariat i złożyła skargę.
Gorzej zrobić nie mogła. Agenci śledczy wnikliwie zajęli się sprawą i po nitce doszli do kłębka. Aresztowano całą szajkę szpryngowców. Za kratki trafił także paser Połter Zundel. Dostał rok odsiadki. Publiczność wychodząca z sali sądowej przy ul. Mickiewicza zastanawiała się głośno czy to aby nie za mało.
Włodzimierz Jarmoli
Jeszcze 8 lat temu jego początki można było obejrzeć na YouTube. Naśladował głosy znanych osób i szło mu całkiem nieźle. Dziś jego głos można usłyszeć w filmie 303. Bitwa o Anglię, gdzie dubbinguje jedną z postaci. Mowa tu Macieju Sikorskim, który pochodzi z miejscowości Kobylin-Borzymy (pow. wysokomazowiecki).
Maciej Sikorski później dał się poznać jako uczestnik programu „Mam talent”. Wówczas 21-letni student Wydziału Sztuki Lalkarskiej w Białymstoku przeszedł eliminacje i wystąpił w odcinku programu na żywo. Za swój występ od jury usłyszał „3 razy tak”. Niestety w pierwszym półfinale chłopak odpadł. Parodiował Kamila Durczoka, co nie przypadło do gustu jury. Dziś Maciej Sikorski jest dyplomowanym aktorem, który ukończył Akademie Teatralną w Warszawie, a także wspominany Wydział Sztuki Lalkarskiej w Białymstoku na kierunku aktorskim. Od 2013 roku Sikorski jest aktorem Teatru Lalek Pleciuga w Szczecinie, współpracuje też z innymi teatrami ze Szczecina. Mężczyzna jest także wokalistą w kapeli Domofon. Reżyseruje teledyski i etiudy filmowe.
W najnowszym filmie „303. Bitwa o Anglię” dubbinguje Iwana Rheona grającego Jana Zumbacha. Jest to główny bohater w filmie. Jak sobie poradził? Zobaczcie sami – film emitowany jest w kinach. My składamy gratulację dla pochodzącego z Podlasia aktora i życzymy kolejnych sukcesów.
Białystok testował pod koniec sierpnia autobus elektryczny. Testy te zostały jednak przedłużone do 7 września. W 2020 roku w planach jest zakup 25 takich pojazdów. Dlatego warto sobie zadać pytanie o rozwój transportu w mieście. Obecnie w stolicy województwa podlaskiego można poruszać się autobusami trzech operatorów: KPK, KPKM oraz KZK. Wszystkie trzy firmy to spółki miejskie. W latach 90-tych miał miejsce wielki strajk, po którym jedną spółkę rozbito na trzy, by w razie kolejnych strajków uniknąć paraliżu, takiego jaki miał miejsce właśnie wtedy. Chociaż widmo strajku dziś nie grozi, to trzy spółki funkcjonują obsługując różne linie. Dla pasażera nie ma to większego znaczenia, gdyż wszystkie autobusy są oznaczone tak samo.
Jeżeli chodzi o inne formy transportu w mieście, to w 1918 roku przestał funkcjonować tramwaj konny. W czasach PRL były w planach tramwaje elektryczne, ale ostatecznie z pomysłu zrezygnowano. Dlatego dziś miasto nie jest oszpecone wiszącymi drutami. Nie ma też trolejbusów. Autobusy elektryczne mają to do siebie, że kabli nie potrzebują, gdyż zasilane są akumulatorami, zaś te ładowane są na pętlach. Zaletą oczywiście jest brak emisji spalin.
W mieście funkcjonuje też coś na kształt SKM. Można kupić bilet miejski i podróżować pociągiem np ze Starosielc do dworca głównego – pociągami, które akurat przejeżdżają. Nie jest ich zbyt wiele, dodatkowo bilet kupuje się od PKP, zaś białostocka komunikacja miejska nie ma nic z tym wspólnego. A mogłoby, gdyby prezydent miasta raczył porozumieć się z Przewozami Regionalnymi. Wtedy wstawiono by normalne kasowniki oraz SKM mogłoby funkcjonować oddzielnie z własnym rozkładem jazdy. Potrzebna by była też niewielka modernizacja. Póki co, nie ma politycznej woli do wprowadzenia takich rozwiązań.
Dlatego też podróż po mieście ogranicza się jedynie do autobusów. Czy stopniowa zmiana ich na elektryczne coś zmieni? Oprócz braku spalin nic. Obecnie dzięki specjalnej ustawie na Śląsku funkcjonuje związek gmin metropolitalnych. Dzięki niemu wszystkie gminy należące do związku mogą liczyć na wspólną komunikację miejską w ramach jednego biletu. Za jakiś czas zapewne podobne rozwiązania będą obowiązywać w Warszawie, Trójmieście czy Wrocławiu. W Białymstoku o wspólnej „aglomeracji” nie ma raczej co marzyć. Tutaj występuje typowy problem, na jaki zwracają uwagę eksperci od metropolii. Zbyt wielka konkurencja gmin, zamiast współpracy przekreśla wszelkie szanse na podobne rozwiązania.
Dlatego też w najbliższych latach oprócz autobusów w Białymstoku nic nowego raczej się nie pojawi. A szkoda, bo temat wad białostockiej komunikacji miejskiej jest tak szeroki, że można by było napisać o nim książkę. Miejmy nadzieję, że kiedykolwiek ktoś się za to weźmie i stworzy komunikację w mieście na miarę dużego miasta. Bo to co mamy obecnie to „śmiech na sali”.
Przed obliczem każdego sądu, oprócz pozwanego i powodu, stają także świadkowie. W latach 30. minionego wieku kilku kombinatorów białostockich wymyśliło sposób, jak na instytucji świadka można wcale dobrze zarobić. Na czele przedsiębiorczej szajki stał znany rzezimieszek z Chanajek Izaak Kantor.
Przestępczą karierę Kantor zaczął jeszcze w pierwszych latach 20. Już wtedy miał smykałkę do różnych przekrętów. Najpierw z O. Szlapakiem i Sz. Glikmanem założył kantorek zajmujący się rozprowadzaniem kradzionej galanterii.
Później przerzucił się na pokątne doradztwo prawne. Za rzekome chody w sferach sądowych i policyjnych liczył sobie pokaźne sumki w dolarach. Na tym procederze wpadł pod koniec 1925 r., kiedy naciągnął na 100 dolarów niejakiego Motela Buraka z Bociek. Trafił do aresztu, a jego policyjna kartoteka wzbogaciła się o kolejny wpis.
Dziesięć lat później Kantor nadal prowadził swój nielegalny kantorek pisania podań i próśb do różnych władz w mieście. Mając do pomocy Szlomę Fina i Izaaka Dynow i- cza zajmował się także wymuszaniem fałszywych zeznań od świadków wskazanych przez swoich „klientów”. Szajka była bezwzględna. Zastraszeni przez nią świadkowie zmieniali wcześniejsze zeznania lub mówili tylko, co im kazano.
Jak to zwykle bywa i tym opryszkom w końcu powinęła się noga. Wszystko zaczęło się od sporu jaki wynikł między właścicielem domu Szwarcem a jego lokatorem Notowiczem. Poszło oczywiście o komorne. Ponieważ nie potrafili się ugodzić, sprawa trafiła do sądu. Jednym z ważniejszych świadków był pracownik Centralnego Związku Właścicieli Realności o nazwisku Gryc. Gdy czekał w wyznaczonym dniu przed salą rozpraw, podszedł do niego z groźną miną Izaak Kantor i oświadczył grobowym głosem, że jeśli powie choć słówko przeciwko Notowiczowi, to zostanie „bez płuc i wątroby”.
Podobne zapowiedzi w razie przegranej Notowicza jego „adwokaci” skierowali także do kamienicznika Szwarca. Gryc pomimo niewybrednej przestrogi zeznał przed sądem prawdę o wiadomym mu konflikcie. Opryszki okazały się słowne. Już na drugi dzień nieposłuszny świadek został mocno obity. Chociaż Gryc bał się dalszych szykan, złożył mimo wszystko skargę do prokuratora.
Wkrótce w Echu Białostockim pojawił się artykuł pt. „Systemem Czarnej Ręki”. Opisano w nim fakt pojawienia się w mieście nowej bandy wymuszaczy i szantażystów. Wymieniony w gazecie z imienia i nazwiska Szloma Fin poczuł się wielce obrażony. Ni mniej ni więcej tylko zaskarżył o zniesławienie kierującego Echem redaktora Faranowskiego.
Kiedy jednak przyszedł termin rozprawy Fin i jego kompani nie stawili się w sądzie. Sprawa była jeszcze kilka razy odraczana, aż wymuszacze znaleźli się za kratkami. Proces Kantora i jego wspólników z przestępczego kantorku rozpoczął się 6 listopada 1935 r. i trwał dwa dni. Wzbudził tak wielkie zainteresowanie w mieście, że dla części przybyłej publiczności zabrakło miejsca na sali rozpraw. Koronnym świadkiem oskarżenia był oczywiście Gryc. Opowiedział wszystkie swoje perypetie. Spośród reszty wezwanych świadków na uwagę zasługiwały zeznania niejakiego Pławkina. Początkowo nie chciał mówić. Bał się o dziecko, które mogło paść ofiarą zemsty ze strony oskarżonych.
W końcu jednak zaczął. Z jego słów wynikało, że Szloma Fin werbowaniem fałszywych świadków zajmował się od dawna. Np. przy głośnej sprawie podpalenia składów Warrantu. Obiecywano mu pieniądze, grożono rodzinie. Adwokaci oskarżonych także nie próżnowali. Wynaleźli dwóch typków, którzy zeznali, że to właśnie Pławkin namawiał ich do fałszywych zeznań przeciwko Kantorowi i spółce. Końcowy wyrok był niezwykle łagodny: 5 miesięcy więzienia w zawieszeniu na 3 lata. Mimo to oburzony Izaak Kantor zapowiedział apelację
Włodzimierz Jarmolik
Mieszkańcy województwa podlaskiego oraz turyści muszą nastawić się na utrudnienia. Do 20 października 2018 będzie obowiązywać zmieniony rozkład jazdy pociągów REGIO. Rozpoczęła się modernizacja linii kolejowych. Największe zmiany czekają pasażerów podróżujących na trasie z Hajnówki do Czeremchy i Siedlec, gdzie odwołano kursowanie wszystkich pociągów relacji Hajnówka – Czeremcha – Hajnówka oraz porannego pociągu relacji Hajnówka – Siedlce oraz pociągu Siedlce – Hajnówka.
Zamiast nich będzie kursować autobus komunikacji zastępczej, który na pasażerów będzie czekał w Czeremsze. Autobusy komunikacji zastępczej nie będą obsługiwały wszystkich przystanków kolejowych położonych na odcinku Hajnówka – Czeremcha. Np. przystanek Witowo zostanie przeniesiony do miejscowości Długi Bród, a w Dobrowodzie autobus będzie się zatrzymywał na tymczasowym przystanku.
Komunikacja zastępcza została również wprowadzona na trzy tygodnie, od poniedziałku 3 września do 24 września, na trasie Białystok – Czeremcha. Po drodze nie będzie obsługiwany przystanek kolejowy w Podbielu, a zamiast w Gregorowcach autobus będzie się zatrzymywał w miejscowości Malinniki. Również w Zimnochach, Rajsku, Lewkach, Suchowolcach i Kleszczelach nie będą obsługiwane przystanki kolejowe, a autobusy będą się zatrzymywały na przystankach PKS w tych miejscowościach.
Przejazd w autobusach komunikacji zastępczej, oznakowanych logo POLREGIO, odbywa się na podstawie biletów kolejowych. W autobusach nie ma możliwości przewozu rowerów i wózków.
Zmienią się też godziny odjazdów innych pociągów. Na przykład pociąg REGIO relacji Szepietowo – Białystok, odjeżdżający z Szepietowa o godz. 18:22, będzie odjeżdżał 11 minut wcześniej, tj. o godz. 18:11, a pociąg REGIO relacji Białystok – Ełk, który obecnie odjeżdża z Białegostoku o godz. 15:18, od 2 września odjeżdża 8 minut wcześniej, tj. o godz. 15:10. Natomiast wieczorny pociąg REGIO z Białegostoku do Suwałk PODLASIAK relacji Szczecin – Suwałki, został przesunięty na godz. 20:37.
Kilkuminutowe zmiany w rozkładach jazdy będą dotyczyły większości pociągów kursujących w Podlaskiem.
Supraśl, to miasteczko, które jest atrakcyjne pod wieloma względami. Ludzie odwiedzają przede wszystkim monastyr, wpadają na kartacze i babkę ziemniaczaną bądź też spacerują bulwarami lub po lesie. Mało kto jednak zwraca uwagę na przyrodę, jaka otacza urokliwe miasteczko. Wszak położone jest one w Puszczy Knyszyńskiej, o czym przypominają dwie sosny leżące przy drogach. Potężne drzewa znajdują się pod zadaszeniem.
Natura obdarzyła je tak wielkim rozmiarem ze względu na gęstość Puszczy. Drzew obok siebie jest tak wiele, że wzajemnie zasłaniają sobie światło słoneczne, zatem najsilniejsze pnęły się ku górze, nie wypuszczając gałęzi u dołu. Dawniej drzewa były wykorzystywane jako maszty do żagli. W Puszczy Knyszyńskiej na drzewach zawieszano również kapliczki, dzięki czemu wiele sosen uszło z życiem, gdyż rezygnowano z ich ścięcia. Podczas Powstania Styczniowego, które rozgrywało się także w Puszczy Knyszyńskiej – drzewa z kapliczkami stanowiły też miejsce, gdzie powstańcy zostawiali sobie listy.
Dwie sosny leżące przy supraskich drogach można oglądać przy rondzie Aleja Niepodległości / Nowy Świat oraz na drodze wojewódzkiej do Krynek, tuż za mostem po prawej stronie. Warto do nich podejść i przejść z jednego końca na drugi, by zobaczyć ich ogrom.
Dwie kolejne karty albumu „Widoki miasta Białegostoku” z 1897 r. zawierają fotografie cerkwi św. Mikołaja oraz jej wnętrza. Także tu wybór fotografowanego obiektu przez Józefa Sołowiejczyka nie był przypadkowy. Jak pamiętamy, autor uwieczniał trasę przejazdu cara Mikołaja II oraz obiekty, które znajdowały się przy niej, m.in. dworzec kolejowy, gdzie był witany, wiadukt, fabrykę Commichau i dom Aleksandra Satina, wreszcie koszary artyleryjskie i zabudowę ul. Lipowej, głównej arterii ówczesnego miasta. W związku z tym oczywistym było, aby w podarowanym władcy albumie znalazły się także fotografie głównej świątyni prawosławnej w Białymstoku.
Wydaje się, że był w tym jeszcze jeden powód. Otóż cerkiew odwiedził Mikołaj II osobiście. Cytowany już przeze mnie Dziennik Warszawski relacjonował: „po przyjeździe do miasta w drodze na manewry ich cesarskie mości najjaśniejsi państwo odwiedzili sobór prawosławny. Po obu stronach drogi przejazdu stali wychowańcy i wychowankowie szkoły parafialnej. W soborze zgromadziły się damy miejskie. Wkrótce odgłosy uroczystego ‘hura’ zwiastowały, że ich cesarskie mości najjaśniejsi państwo nadjeżdżają. Rozpoczęło się uroczyste bicie w dzwony, których dźwięki zlewały się z wrzawą uroczystych okrzyków. Dzieci z przytułku zaśpiewały harmonijnie „Zbaw Boże ludzi Twoich”. Ich cesarskie mości najjaśniejsi państwo, ucałowawszy krzyż, zostali pokropieni wodą święconą i weszli do soboru, skąd, wysłuchawszy krótkiej modlitwy przy radosnych okrzykach ludu, odjechali do miejsca manewrów do wsi Bacieczki na szosie warszawskiej, dokąd przybyli w chwili zupełnego ataku armii wschodniej”. Pamiątką carskiej wizyty w świątyni był ewangeliarz w srebrnej oprawie, zakupiony przez przedstawicieli miejscowych elit społeczno-gospodarczych.
Historia cerkwi pw. św. Mikołaja jest dobrze znana. Obecnie zachowana świątynia w styli klasycystycznym powstała w latach 1843-1846, obok zamkniętej w 1839 r. cerkwi unickiej. Chociaż pierwsza źródłowa informacja mówiąca o jej istnieniu pochodzi dopiero z 1727 r., pierwsza fundacja świątyni w tym miejscu miała miejsce prawdopodobnie już w latach 90. XVII w., a jej dobroczyńcą był Stefan Mikołaj Branicki, założyciel miasta Białystok. Świątynia była w tym czasie filią utworzonej w XVI w. parafii unickiej w Dojlidach. W 1845 r. budowla była gotowa w stanie surowym, po czym przystąpiono do jej wyposażania, w tym budowy ikonostasu, ozdobionego ikonami autorstwa artysty-malarza Adriana Kuźmicza Małachowa, właściciela pracowni w Moskwie. W 1846 r. cerkiew konsekrował metropolita litewski Józef Siemaszko.
Ostatnim akcentem budowy było otoczenie świątyni murem w latach 1848-1850. Jak słusznie zauważyła Małgorzata Dolistowska, w niewielkiej miejscowości, jaką był w tym czasie Białystok, tak monumentalna budowla musiała robić ogromne wrażenie i dominowała w krajobrazie przez długie lata, gdy zaczęły stopniowo przysłaniać ją rosnące na przełomie XIX i XX w. piętrowe domy i kamienice. Zdjęcie wnętrza wykonane przez Sołowiejczyka ukazuje ściany jeszcze pozbawione zachowanych do dziś polichromii. Wykonał je w 1910 r. malarz Michał Awiłow, czerpiący swoje inspiracje z malowideł soboru kijowskiego autorstwa Wiktora Wasniecowa. Wówczas też świątynię powtórnie wyświęcił biskup grodzieński i brzeski Michał.
Zdjęcie z 1897 r. ukazuje w pełnej krasie cerkiew św. Mikołaja, ale w kadrze po lewej stronie Sołowiejczyk „złapał” narożnik murowanego, parterowego domu, którego wygląd można poznać z różnych innych fotografii i pocztówek przedstawiających cerkiew i jej sąsiedztwo. Ów budynek, a w zasadzie cała posesja, należały w 1897 r. do Abrama Wellera.
Posesja ta powstała zapewne wraz z utworzeniem miasta Białystok, jednak jej istnienie poświadczone jest po raz pierwszy w 1771 r. Mieściła się tu wówczas tzw. austeria wjezdna z muru pruskiego, którą zbudował w 1770 r. Benedykt Włoskiewicz. W 1804 r. sprzedał on ten majątek Gedalemu Grodzieńskiemu. Nowy właściciel zbudował tu parterowy murowany budynek, który najprawdopodobniej przetrwał do końca XIX w. i to właśnie jego narożnik uchwycił Sołowiejczyk w 1897 r. Budynek ten zresztą przetrwał znacznie dłużej i widoczny jest jeszcze na fotografiach z okresu międzywojennego.
W połowie XIX w. majątek należał do Michela Gordona, po czym w 1878 r. nabyli go Zilberblatowie, a w 1889 r. drogą licytacji przeszedł w ręce Lejby Wajnrejcha. Pozostawiając stary dom od strony ul. Lipowej, na pozostałej części posesji od strony ul. Sosnowej, vis-a-vis cerkwi św. Mikołaja, wzniósł okazałą, trójkondygnacyjną kamienicę z piwnicą i poddaszem, w której ulokował swoją fabrykę tabaczną. W 1893 r. odsprzedał nieruchomość Abramowi Wellerowi, a po jego śmierci spadkobiercy wyzbyli się majątku na rogu ul. Lipowej i Sosnowej na rzecz znanego białostockiego dentysty, Abrama Jossema. Warto wspomnieć, że Abram Weller w 1879 r. nabył nieruchomość przy ul. Mikołajewskiej, gdzie zbudował dom stojący do dziś przy ul. H. Sienkiewicza 63. W okresie międzywojennym od spadkobierców Abrama Jossema posesję kupił Mejer Prużański, jeden z większych miejscowych drukarzy. On też był jej właścicielem do II wojny światowej.
W przeciwieństwie do cerkwi św. Mikołaja, domy Prużańskiego na rogu ówczesnych ulic Lipowej i Sosnowej uległy wypaleniu i wkrótce później wyburzeniu. Dziś w tym miejscu znajduje się ul. W. Liniarskiego i Hotel „Cristal”.
Wiesław Wróbel
Biblioteka Uniwersytecka
Okazały 2-piętrowy budynek nie rzuca się białostoczanom w oczy. Wszystko dlatego, że schowany jest w podwórku między ulicami Sienkiewicza a Al. Piłsudskiego. Mowa tu o kamienicy z Sienkiewicza 26A. Dawniej zamieszkiwały tu rodziny żydowskie, po II Wojnie Światowej był to posterunek milicji. Zabytek to tak zwana białostocka szkoła muratorska. Piękna kamienica powstała najprawdopodobniej w 1889 roku!
– W tym roku planujemy zlecić wykonanie dokumentacji projektowej. Później poszukamy pieniędzy. Remont mógłby się rozpocząć najszybciej w przyszłym roku – to słowa Andrzeja Ostrowskiego z Zarządu Mienia Komunalnego dla Kuriera Porannego… z 2013 roku. Minęło 5 lat od tamtych słów, a kamienica niszczeje jak niszczała a miasto podobnie jak inne wspaniałe zabytki ma w d… Tak podsumować można politykę Tadeusza Truskolaskiego względem białostockich zabytków. Stoją opuszczone i zapuszczone a mogłyby wspaniale służyć. Niestety nie w Białymstoku. Tutaj konserwatorem zabytków są prawdopodobnie developerzy. Historia niszczenia Bojar czy Młynowej, a także bierne podejście do drewnianych domów np. z ul. Mazowieckiej tylko to potwierdza.
To że Białystok jako miasto to dynamiczna tkanka społeczna i nieustannie się zmienia jest wiadome. Jednak nie można zaakceptować faktu, że prezydent kompletnie nic nie robił tyle lat, by ratować zabytki, które płonęły i niszczały. Jedynie co się robi, to zabija się je deskami. To Panie Prezydencie trochę za mało. Jeżeli nie będziemy dbali o dziedzictwo własnego miasta, to utraci ono swoją tożsamość. Już raz tak się stało, gdy Niemcy w 95 procentach zniszczyli Białystok podczas II Wojny Światowej. Niech ten fakt da do myślenia osobom odpowiedzialnym za to, że dawny Białystok kompletnie znika.
Kościół św. Wojciecha w Białymstoku jest charakterystycznym punktem Białegostoku. Mieści się przy ul. Warszawskiej. Jedyny budynek w mieście w stylu neoromańskim. Dawniej był świątynią ewangelicko-augsburska w 1910 roku. Na początku XX wieku w Białymstoku społeczność ewangelików liczyła aż 5000 osób, w związku z czym potrzebowali swojego miejsca modlitw. I tak powstała „Kircha św. Jana”. Z dawnych czasów w obecnym kościele zachował się krzyż i ołtarz, a także boczne balkony zwane emporami.
Po wojnie, już w kościele katolickim miało miejsce wiele wydarzeń historycznych. Był to kościół seminaryjny, gdzie kardynał Karol Wojtyła odprawiał rekolekcje. Z tym kościołem związany jest także patron nowej ulicy (przedłużenia Sitarskiej) – ks. Michał Sopoćko. W 2013 roku wybuchł pożar na wieży kościoła, przez co kościół przez jakiś czas nie miał jej wykończenia. Na dziedzińcu przed kościołem można napotkać krzyż, który wtedy spadł podczas gaszenia pożaru.
Kościół św. Wojciecha w Białymstoku bez wątpienia jest jednym, który wpisał się w centrum miasta. Wysoka budowla widziana jest z wielu punktów Białegostoku. Dlatego też zwiedzając miasto warto świątynię odwiedzić.
fot. Xorik / Wikipedia
Ponownie ożył temat, by cała Puszcza Białowieska stała się parkiem narodowym. Zabiega o to stu polskich naukowców, którzy otwarcie o to apelują do premiera Mateusza Morawieckiego, argumentując że to dobry moment, bo stulecie odzyskania przez Polskę niepodległości. Oczywiście żaden z naukowców zapewne nie brał pod uwagę, że na terenie Puszczy Białowieskiej znajdują się gminy, w których mieszkają ludzie. Zaś naukowcy najwyraźniej chcą ich jak Indian zamknąć w rezerwacie. Chociaż wydaje nam się, że najchętniej tych ludzi by wszyscy wypędzili. No może nie wszystkich. Jest taki znany ekolog, który mieszka w Teremiskach. Jego to nikt by nie wypędzał, bo najprawdopodobniej postulat naukowców mu pasuje.
Rozszerzenie granic Białowieskiego Parku Narodowego o całą Puszczę spowodowałoby przede wszystkim katastrofę dla mieszkańców Białowieży. Ich możliwość rozwoju zamknęłaby się jedynie do turystyki. Ponadto cały powiat hajnowski musiałby importować drewno. Wszystkie okoliczne tartaki oraz firmy zajmujące się przetwórstwem drewna by splajtowały. W przeciągu 20 lat miasteczka prawdopodobnie wyludniłyby się, bo nie mogłyby się rozwijać. Hajnówka prawdopodobnie zostałaby zdegradowana do gminy o charakterze wiejskim.
W obrębie Puszczy Białowieskiej mieści się 8 gmin. Wszystkie musiałyby zostać „poświęcone” na rzecz ochrony przyrody. Koszty społeczne i gospodarcze takiego przedsięwzięcia byłyby gigantyczne, gdyż mówimy o zmuszeniu 20 tysięcy ludzi do przekwalifikowania się, wypłaty im zasiłków lub wyprowadzki. Jednym słowem miejmy nadzieję, że dążenia naukowców w tej kwestii pozostaną jedynie w sferze fantazji.
Serial TVP „Blondynka” ma się dobrze. Filmowcy znów wrócili na Podlasie, by nagrywać kolejne odcinki już siódmego sezonu. Tym razem zdjęcia były realizowane w Kiermusach pod Tykocinem. Między innymi na dworku oraz kasztelu. „Blondynka” głównie nagrywana jest w Supraślu. I to od kilku lat! Dlatego raz na jakiś czas w tym miasteczku napotkać można aktorów znanych z różnych filmów. W Kiermusach na przykład byli Natalia Rybicka, Andrzej Grabowski, Hanna Śleszyńska, a także Magdalena Schejbal i Lesław Żurek. Efekt pracy filmowców można będzie obejrzeć w grudniu.
Cieszy fakt, że Województwo Podlaskie jest postrzegane jako sielskie, spokojne miejsce. Coraz więcej filmowców postanawia tutaj realizować swoje scenariusze. Największą barierą jaka jest, to brak infrastruktury filmowej w Białymstoku. Żeby stworzyć profesjonalną produkcję trzeba wszystko ściągać z Warszawy, przez co koszty produkcji są dużo wyższe. Mowa tutaj nie tylko o kamerach, ale też garderobach, kostiumach oraz sztabie ludzi – reżyserów, operatorów kamer, kierownika produkcji, aktorów, fryzjerki, stylistki, osoby od kostiumów, dźwiękowcy, osoby od światła. To wszystko armia ludzi oraz tony sprzętu. Dlatego też łatwo jest realizować filmy w Warszawie czy Łodzi, gdzie wszystko jest na miejscu.
W tym tygodniu pozostaniemy na Placu Bazarnym, uwiecznionym latem 1897 r. na zdjęciu wykonanym przez Józefa Sołowiejczyka. Dzięki niemu mamy wyjątkową możliwość przyjrzeć się ówczesnej zabudowie, która – jak wspomniałem poprzednim razem – w ostatniej dekadzie XIX w. stawała się coraz bardziej wielkomiejska. Do tej pory poznaliśmy dzieje kamienic, które po 1919 r. przyporządkowano do adresów Rynek Kościuszki 1 i 3.
Następny budynek to oczywiście dawny klasztor Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia (Rynek Kościuszki 5). O tym cennym zabytku z epoki baroku pisałem już jakiś czas temu. Przypomnę tylko, że został on ufundowany przez Jana Klemensa Branickiego w 1768 r. Sprowadzone tu Siostry Miłosierdzia zaczęły prowadzić szpital. Siostry zostały zmuszone do opuszczenia murów klasztoru w 1864 r., a ich miejsce zajęło utworzone w 1855 r. Towarzystwo Dobroczynności, prowadzące przytułek dla dzieci i kobiet.
Szarytki powróciły tu dopiero na początku lat 20. XX w. Kolejna posesja pod nr 7 to temat naszego dzisiejszego spotkania. Obszar tej posesji, dziś zajęty przez zupełnie nowe budownictwo, został wydzielony na pewno jeszcze pod koniec XVII lub na początku XVIII w., w czasie powstawania miasta. Jednak pierwsze informacje na jej temat pochodzą dopiero z 1771/1772 r. Pierwotnie między klasztorem a omawianą dziś posesją stał „budynek skarbowy pruskim murem budowany”, który nazywano rezydencją, był on jednak w tym czasie już zupełnie zrujnowany, chociaż stał jeszcze w 1810 r. Obok rezydencji stał natomiast „budynek drewniany skarbowy na półkoszkach przybijanych tynkowany, w którym ma stancję jej mość pani Klemowa, pułkownikowa”.
Mieszkanką domu była Katarzyna z Borodziców, żona Jana Henryka Klemma, architekta zatrudnionego na dworze Branickich oraz dowódcy 4. Regimentu Pieszego Buławy Wielkiej Koronnej. Jako własność skarbowa budynek ten został po 1795 r. wydzierżawiony władzom pruskim i w 1799 r. mieszkał w nim dyrektor Kamery Wojny i Domen Johan Christian Mirus oraz kilku radców tejże Kamery.
W 1806 r. odnotowano mieszkającego tu pocztmistrza, Antoniego Sudnika, który najwidoczniej wykupił w międzyczasie prawa własności do nieruchomości, skoro wymieniono go jako jej posiadacza w 1810 r. Gdzieś między 1810 a 1825 omawiana posesja przeszła na własność Markusa Ickowicza, który w miejsce starego domu drewnianego zbudował dom murowany, który w całości zajmował na swoje potrzeby. Owym Markusem Ickowi czem zdaje się być Markus Zabłudowski, syn Izaaka (Icka), znanego w dziejach Białegostoku jako najbogatszy mieszkaniec miasta i jeden z najbogatszych Żydów w Rosji, zajmujący się handlem drewnem. Skupił on w swoich rękach olbrzymi majątek, w tym posesję na rogu ul. Mikołajewskiej i Placu Bazarnego (róg ul. Sienkiewicza i Rynku Kościuszki), gdzie zbudował okazały dom, był też fundatorem synagogi przy ul. Żydowskiej (tzw. Chóralna) oraz szpitala przy ul. Bojarskiej (dziś ul. Warszawska 15). Markus także posiadał niemały majątek w postaci kilku placów w Białymstoku oraz nieruchomości w Grodnie.
Zmarł w 1869 r., a w 1871 r. jego dzieci: Benjamin, Mojsiej, Isser Estera (po mężu Błoch), Tauba (po mężu Szyrwindt) i Pesza Zabłudowska dokonały podziału majątku tak, że działka przy ul. Bazarnej z murowanym piętrowym domem przypadła Esterze Błoch. Po niej zaś omawianą dziś nieruchomość odziedziczyła w 1894 r. jej córka Tauba, która dwa lata później zdecydowała się sprzedać ją Pinchusowi i Rywie Korniańskim.
Pinchus urodził się w 1863 r. w Orli. W Białymstoku zamieszkał w 1886 r., tu ożenił się z Rywką Kozelczyk. Mieli kilkoro dzieci, w tym Rejzlę, Leję, Mojsieja, Małkę oraz bliźnięta Bera i Hersza. Nie wiadomo, czym zajmował się na co dzień Pinchus, ale ze źródeł wynika, że był człowiekiem bardzo zamożnym, który skupował w mieście liczne nieruchomości oraz udzielał pokaźnych pożyczek pod zastaw.
Do 1896 r. Korniańscy mieszkali na obrzeżach miasta przy ul. Zamiejskiej. Zakup od Zabłud owskiej musiał być pomyślany jako główna inwestycja małżonków – między wrześniem 1896 r. a majem 1897 r. sfinansowali budowę okazałej, trójkondygnacyjnej kamienicy, o charakterystycznym detalu elewacji opracowanym przy użyc iu żółtej cegły.
Zdjęcie Sołowiejczyka zostało wykonane w czasie, gdy budynek był gotowy w stanie surowym. Na dokończenie prac Korniań- scy zaciągnęli pożyczkę pod zastaw tej nieruchomości. Nieco później Korniańscy dokupili jeszcze drugą nieruchomość z piętrową kamienicą, położoną na rogu Placu Bazarnego i Suraskiej (Rynek Kościuszki 42). Jeszcze przed 1911 r. poddasze omawianej kamienicy zostało znacznie rozbudowane i przekształcone w dodatkowe, czwarte piętro. W takim właśnie stanie majątek Korniańs kich został zasekwestrowany za długi i wystawiony na licytację, którą 23 lipca 1911 r. wygrali małżonkowie Boruch i Mera Gwinowie. Oni też pozostawali właścicielami majątku przy Rynku Kościuszki 7 do II wojny światowej, gdy kamienica została zniszczona.
Do 1915 r. w kamienicy Korniańskich, a potem Gwinów, działał duży hotel „Belle-Vieu”. Do długo działających pod omawianym adresem firm należą: sklep z trumnami rodziny Knefel i „Księgarnia św. Kazimierz” prowadzona przez Albina Brzostowskiego. Do czasu wybudowania nowego gmachu, przy Rynku Kościuszki 7 działała Izba Skarbowa, a część lokali wynajmowano pod biura wojewódzkiego sekretariatu Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem. Gabinety lekarskie mieli tu Betty Mielnik Wygodzka, Moryc Szyrota i Jakub Gawze.
Wiesław Wróbel
Biblioteka Uniwersytecka w Białymstoku
To odkrycie spod Suchowoli wstrząsnęło dotychczasową wiedzą historyczną. W ostatnim czasie archeolodzy w miejscowości Jatwieź Duża wykopali osadę, która powstała między VIII a VI wiekiem przed naszą erą. Do tej pory najstarszą osadą w Polsce była uznawana ta w Biskupinie – to właśnie o niej uczyliśmy się na lekcjach historii. Czy niedługo uczniowie będą słyszeć o Jatwiezi Dużej? O tym, że osada jest naprawdę z epoki brązu świadczy fakt, że do wzniesienia dużej osady (mając do dyspozycji jedynie prymitywne narzędzia) potrzebna by była stabilna struktura społeczna – czyli musiałby być ktoś, kto budowę osady zaplanował, przeprowadził „inwestycję”, a także zarządzał ludźmi by to zbudowali.
Odkrycie osady wyszło przypadkiem. Naukowcy analizowali zdjęcia satelitarne i badali teren w celu wykrycia potencjalnych obszarów zalewowych. Co dalej z wykopaną osadą? Nic. Miejsce prac zostanie zasypane.
Osada mogła wyglądać podobnie jak ta w Biskupinie. Ludzie mieszkali w dorzeczu, więc mieli dostęp do wody, zaś na terenie dzisiejszego Biebrzańskiego Parku Narodowego panował podobny klimat jaki mamy dziś w Bieszczadach… tyle, że bez gór. Za to mogły występować tak egzotyczne dziś zwierzęta jak renifery – na które polowano. Ludzie posługiwali się już prymitywnymi narzędziami, wiedzieli też co to pasterstwo, hodowla bydła i rolnictwo. Budowa wielkiej osady oznaczała też, że musi ona posiadać funkcje obronne przed obcymi. Na co dzień jednak występował tradycyjny podział ról – mężczyźni zajmowali się łowiectwem, zaś kobiety zbieractwem.
Na zdjęciu osada w Biskupinie