Zalew Siemianówka zostanie osuszony? Zapadły ważne decyzje!
Po lewej przyszłość Siemianówki bez zmian, po prawej - gdy zmiany będą wprowadzone.

Zalew Siemianówka zostanie osuszony? Zapadły ważne decyzje!

Jeszcze niedawno mówienie o zmianie przyszłości Siemianówki brzmiało dla wielu jak fantazja. Gdy pisaliśmy, że obecny model funkcjonowania zbiornika jest problemem dla Narwi, że płytki, nagrzewający się akwen paruje, zarasta, zakwita i coraz słabiej pełni swoją rolę, łatwo było machnąć ręką. Ot, kolejna publicystyczna wizja. Kolejny głos z internetu. Kolejna dyskusja, która pewnie rozejdzie się po kościach.

A jednak coś się zmieniło

Do dyskusji o przyszłości Siemianówki dochodzą kolejne konkrety. 15 czerwca odbyło się następne robocze spotkanie przedstawicieli instytucji zajmujących się tym tematem — między innymi Narwiańskiego Parku Narodowego, Wód Polskich, RDOŚ, Polskiego Związku Wędkarskiego, Białowieskiego Parku Narodowego oraz SGGW. Na razie nie ma jeszcze oficjalnego harmonogramu działań. Ale w niedalekiej przyszłości konieczna będzie aktualizacja wielu dokumentów i analiz. Stąd też można wywodzić bardzo wstępny termin: około 2029 roku mogłyby rozpocząć się głębsze prace naprawcze na Siemianówce.

Już dziś wiadomo jednak jedno: aby ratować Narew, od marca do czerwca potrzebne są interwencyjne zrzuty wody ze zbiornika, które nasycą koryta rzeki i torfy w Narwiańskim Parku Narodowym. Co ważne, mówimy o około 7000 hektarów nieużytków, więc takie okresowe zalewanie nie uderza w mieszkańców ani rolnictwo, a daje ogromną korzyść przyrodzie. Czysty zysk. Szczególnie istotny jest też fakt, że na Siemianówce wstrzymano produkcję prądu właśnie po to, by oszczędzać wodę dla Narwi. To pokazuje, że zmiana myślenia o zbiorniku już się zaczęła. Nieoficjalnie mówi się o stałym spuszczeniu wody (by pozostały tylko mokradła) od torów do granicy państwa.

Dziś o częściowym osuszaniu Siemianówki, ograniczaniu parowania i zmianie sposobu gospodarowania wodą mówimy nie tylko my. Temat wszedł do poważnej debaty instytucjonalnej. Rozmawiają o nim przyrodnicy, Narwiański Park Narodowy, Wody Polskie, Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska, naukowcy i samorządowcy. To ogromny sukces samej idei. Nie dlatego, że ktokolwiek chce komukolwiek coś odebrać. Przeciwnie. Dlatego, że wreszcie zaczynamy rozmawiać o Siemianówce nie jak o świętym obrazku, którego nie wolno dotknąć, ale jak o miejscu, które wymaga nowej, mądrej i odważnej wizji.

Najważniejsze jest jednak coś innego: ta zmiana nie musi oznaczać końca lokalnej turystyki. Może oznaczać jej początek na zupełnie nowym poziomie.

Dziś wielu mieszkańców, przedsiębiorców i samorządowców boi się, że jakakolwiek ingerencja w zbiornik zabije turystykę. Ten lęk jest zrozumiały. Przez ponad trzy dekady wokół Siemianówki powstały gospodarstwa agroturystyczne, miejsca noclegowe, punkty gastronomiczne, plaże, wypożyczalnie sprzętu wodnego, działki rekreacyjne i cały lokalny sposób myślenia o rozwoju. W Siemianówkę zwyczajnie wpompowano miliony złotych. Trudno się teraz pogodzić z faktem, że po 30 latach okazało się to zabójcze.

Dla wielu osób zalew nie jest abstrakcyjnym „obiektem hydrotechnicznym”, tylko źródłem utrzymania, wspomnieniem dzieciństwa, miejscem pracy albo miejscem do życia.

Dlatego nie chcemy mówić o zmianie Siemianówki językiem wojny. To nie może być opowieść: przyrodnicy przeciwko mieszkańcom, Narew przeciwko turystyce, mokradła przeciwko lokalnym biznesom. To byłaby najgorsza możliwa droga. Prawdziwe pytanie brzmi inaczej: jak zmienić Siemianówkę, żeby ratować Narew, ograniczyć straty wody, poprawić stan przyrody, a jednocześnie stworzyć mieszkańcom nowy, silniejszy i bardziej odporny model zarabiania na turystyce?

Bo obecny model wcale nie jest tak bezpieczny, jak się wydaje.

Jeżeli zbiornik będzie coraz płytszy, coraz cieplejszy, coraz bardziej podatny na zakwity i coraz mniej atrakcyjny latem, to lokalna turystyka i tak będzie słabnąć. Jeżeli wody będzie mniej, plaże będą się oddalać. Jakość wody już budzi wątpliwości. Dlatego samo trzymanie się obecnego stanu nie uratuje przedsiębiorców. Może tylko odwlec problem w czasie. A najgorsze w takim scenariuszu jest to, że region zostanie z degradującym się akwenem, coraz większą suszą, coraz słabszą Narwią i turystyką opartą na czymś, co powoli traci swoją atrakcyjność.

Nowa wizja Siemianówki daje szansę, by wyjść z tego zaklętego kręgu. Wyobraźmy sobie nie wysychającą kałużę z zakwitami, ale jeden z najciekawszych obszarów przyrodniczych w Polsce. Mozaikę otwartej wody, trzcinowisk, płycizn, rozlewisk, wysp, bagien, kanałów i punktów widokowych. Miejsce, w którym nadal istnieje akwen, ale obok niego powstaje wielki, żywy system mokradeł. Coś pomiędzy jeziorem, rezerwatem, ptasim rajem i dziką doliną rzeczną. Nie kopia Mazur, bo Podlasie nigdy nie powinno kopiować Mazur. Raczej coś własnego: Siemianówka jako brama do dzikiej Narwi, Puszczy Białowieskiej i wschodnich mokradeł.

To mogłoby być znacznie mocniejsze turystycznie niż dzisiejszy zalew. Współczesna turystyka coraz częściej ucieka od betonu, hałasu i masowości. Ludzie szukają ciszy, krajobrazu, autentyczności, ptaków, ścieżek, wież widokowych, lokalnego jedzenia, opowieści i miejsc, których nie da się podrobić w innym województwie. Siemianówka przekształcona w kierunku mokradeł mogłaby stać się dokładnie takim miejscem. Nie tylko dla wędkarzy i plażowiczów, ale także dla fotografów przyrody, obserwatorów ptaków, rodzin z dziećmi, seniorów, szkół, grup edukacyjnych, kajakarzy, rowerzystów, miłośników slow travel i turystów z zagranicy.

To nie jest mała nisza. Turystyka ornitologiczna, przyrodnicza i krajobrazowa potrafi przyciągać ludzi przez cały rok, a nie tylko w kilka ciepłych weekendów wakacji. Ptaki migrują wiosną i jesienią. Mgły nad rozlewiskami są najpiękniejsze o świcie. Zimą dzikie mokradła też mają swój surowy urok. Taki model wydłuża sezon. A wydłużenie sezonu to więcej noclegów, więcej posiłków, więcej przewodników, więcej lokalnych usług i mniej uzależnienia od tego, czy w lipcu będzie upał i dobra woda do kąpieli. Lokalsi mogliby na tym zyskać bardzo konkretnie.

Gospodarstwa agroturystyczne mogłyby przestać sprzedawać wyłącznie „nocleg nad zalewem”, a zacząć sprzedawać pobyt w jednym z najciekawszych obszarów mokradłowych w Polsce. To zupełnie inny produkt. Można tworzyć pakiety weekendowe: świt z ptakami, kolacja z lokalnych produktów, spacer z przewodnikiem, ognisko, opowieści o zatopionych wsiach, wycieczka rowerowa, obserwacja bielików, czapli, gęsi i żurawi. Taki turysta nie przyjeżdża tylko po to, żeby poleżeć na ręczniku. On zostawia pieniądze w kilku miejscach naraz.

Właściciele wypożyczalni sprzętu również nie musieliby znikać. Mogliby się przebranżowić częściowo z ciężkiej rekreacji motorowodnej na spokojniejszą turystykę wodną: kajaki, canoe, łodzie płaskodenne, rowery wodne w wyznaczonych strefach, rejsy przyrodnicze z przewodnikiem, bezpieczne trasy po otwartej części akwenu. Jeśli najgłębsze fragmenty zbiornika pozostałyby wodą, nadal mogłyby funkcjonować jako przestrzeń rekreacyjna. Różnica polegałaby na tym, że reszta obszaru nie byłaby traktowana jak „stracona woda”, lecz jak nowa atrakcja.

Nowe możliwości!

Przewodnicy lokalni mogliby zyskać zupełnie nowy rynek. Dziś wiele osób przejeżdża przez Podlasie, widzi kilka znanych punktów i jedzie dalej. Tymczasem Siemianówka jako obszar mokradeł mogłaby wymagać opowieści. A tam, gdzie potrzebna jest opowieść, pojawia się praca dla ludzi. Ktoś musi oprowadzać po kładkach. Ktoś musi tłumaczyć, dlaczego Narew jest rzeką wyjątkową. Ktoś musi pokazywać ptaki, dawne wsie, historię budowy zbiornika, relację z Puszczą Białowieską, granicę, kolej, Bondary, Narewkę i Michałowo. To wszystko można zamienić w doświadczenie turystyczne, nie tylko w mapkę z parkingiem.

Restauracje i mała gastronomia mogłyby oprzeć się na kuchni regionalnej, nie na przypadkowej wakacyjnej ofercie. Turysta przyrodniczy bardzo często szuka lokalności. Chce zjeść coś z regionu, kupić miód, sery, kiszonki, zioła, rękodzieło, chleb, coś z tatarskich, białoruskich, podlaskich albo kresowych inspiracji. Jeśli wokół Siemianówki powstałaby silna marka miejsca, zarabialiby nie tylko właściciele noclegów, ale też rolnicy, koła gospodyń, małe przetwórnie, twórcy ludowi i lokalne sklepy.

Samorządy mogłyby zyskać nie problem, lecz nową strategię rozwoju. Zamiast inwestować wyłącznie w klasyczną infrastrukturę nadwodną, można byłoby budować produkt turystyczny oparty na przyrodzie: wieże obserwacyjne, parkingi buforowe, ścieżki rowerowe, kładki edukacyjne, punkty informacji, małe centra interpretacji przyrody, aplikacje terenowe, oznakowane trasy, miejsca odpoczynku, lokalne targowiska, wydarzenia tematyczne i festiwale przyrodnicze. To nie musi być betonowy moloch. W Podlaskiem często największą siłę mają rzeczy proste, dobrze wpisane w krajobraz.

Taką zmianę można też powiązać z pieniędzmi zewnętrznymi. Renaturyzacja, adaptacja do zmian klimatu, ochrona mokradeł, retencja naturalna, edukacja ekologiczna, turystyka zrównoważona, infrastruktura rowerowa i ochrona bioróżnorodności to dziś tematy, na które łatwiej pozyskać środki niż na kolejną zwykłą plażę. Gdyby region dobrze przygotował projekt, Siemianówka mogłaby stać się nie ciężarem, ale wizytówką nowoczesnego myślenia o wodzie, przyrodzie i lokalnym rozwoju.

Najważniejsze jest jednak to, by mieszkańcy nie zostali z tym sami

Jeżeli państwo, przyrodnicy i instytucje chcą zmieniać sposób gospodarowania wodą, muszą równolegle mówić o rekompensacie rozwojowej dla regionu. Nie chodzi o jednorazowe odszkodowania, ale o realny program przejścia z jednego modelu turystyki do drugiego. Szkolenia dla przewodników. Wsparcie dla agroturystyk. Pomoc w zmianie profilu wypożyczalni. Promocję nowej marki Siemianówki. Dofinansowanie małej infrastruktury. Włączenie lokalnych firm w tworzenie produktu turystycznego. Kampanie promujące nie „osuszony zalew”, ale nową perłę przyrodniczą Podlasia.

Bo ludzie nie boją się samej przyrody. Ludzie boją się, że ktoś podejmie decyzję nad ich głowami, a oni zostaną z rachunkami. Dlatego ta rozmowa musi być prowadzona uczciwie. Mieszkańcy Narewki, Michałowa, Bondar, Siemianówki i okolicznych miejscowości nie mogą być przedstawiani jako przeciwnicy ratowania Narwi. To oni powinni być pierwszymi beneficjentami zmiany. Jeżeli Narew ma zostać uratowana, lokalna społeczność musi dostać jasny sygnał: nie zabieramy wam przyszłości, tylko pomagamy zbudować nową.

Warto też powiedzieć rzecz niewygodną: turystyka oparta wyłącznie na dużym, płytkim zbiorniku w czasach suszy hydrologicznej jest ryzykowna. Można przez jakiś czas udawać, że problemu nie ma. Można powtarzać, że „zalew nas utrzymuje”. Ale jeśli ten zalew będzie coraz bardziej nagrzany, coraz płytszy i coraz częściej będzie kojarzony z zakwitami, to sam stanie się zagrożeniem dla lokalnej gospodarki. O wiele rozsądniej jest wyprzedzić kryzys i stworzyć nową markę, zanim stary model zacznie się sypać.

Siemianówka mogłaby stać się podlaskim symbolem mądrej transformacji. Miejscem, w którym nie walczono do końca o utrzymanie problemu, tylko odważnie zamieniono go w szansę. Zamiast opowieści o stracie mogłaby powstać opowieść o odrodzeniu. Zamiast „kiedyś był zalew” — „tu powstał jeden z najciekawszych obszarów przyrodniczych w Polsce”. Zamiast sporu między ekologami a mieszkańcami — wspólny projekt dla Narwi, turystyki i lokalnej gospodarki.

To jest właśnie moment, w którym trzeba zmienić język debaty. Nie pytajmy wyłącznie, ile wody zniknie z płytkiej części zbiornika. Pytajmy, co może się tam pojawić w zamian. Ile wież obserwacyjnych? Ile kilometrów kładek i ścieżek? Ile nowych usług? Ile miejsc pracy dla przewodników, gospodarzy, edukatorów, gastronomii i lokalnych producentów? Ile nowych powodów, by przyjechać tu nie tylko latem, ale także wiosną, jesienią i zimą?

Nasz postulat zaczyna być traktowany poważnie. To sukces, ale nie koniec drogi.

Teraz najważniejsze jest dopilnować, by rozmowa o Siemianówce nie została sprowadzona do prostego konfliktu: osuszyć albo nie osuszyć. Prawdziwa rozmowa powinna dotyczyć tego, jak uratować Narew i jednocześnie zbudować lepszą przyszłość dla ludzi żyjących wokół zbiornika.

Bo jeśli ta zmiana zostanie dobrze zaplanowana, Siemianówka nie straci turystyki. Ona może wreszcie zyskać turystykę, której nie zabije susza, brudna woda ani zakwity. Turystykę opartą na tym, co w Podlaskiem najcenniejsze: dzikiej przyrodzie, ciszy, przestrzeni, ptakach, wodzie, historii i krajobrazie, którego nie da się znaleźć nigdzie indziej.

I właśnie dlatego nie należy bać się nowej wizji Siemianówki. Trzeba ją mądrze zaprojektować, uczciwie skonsultować z mieszkańcami i wykorzystać tak, by Narew odzyskała oddech, a lokalni ludzie dostali nowe źródło rozwoju. To może być nie koniec Siemianówki, ale jej najlepszy początek.

Pierwszy pociąg do Łomży jeszcze nie wyjechał, a już wyprzedany!

Pierwszy pociąg do Łomży jeszcze nie wyjechał, a już wyprzedany!

Bilety na pierwszy pociąg POLREGIO z Ostrołęki do Łomży zostały wyprzedane w aplikacji mPOLREGIO już pierwszego dnia sprzedaży. Oznacza to, że osoby, które liczyły na zakup biletu bezpośrednio u konduktora, nie będą miały takiej możliwości. Inauguracyjny przejazd zaplanowano na jutro, w sobotę 13 czerwca.

Przewoźnik uprzedza, że ze względu na wyjątkowo duże zainteresowanie pierwszym kursem bilety zakupione online będą sprawdzane już przy wejściu na peron w Ostrołęce. Pasażerowie bez ważnego biletu nie zostaną wpuszczeni ani na peron, ani do pociągu. To rozwiązanie ma pomóc w zachowaniu limitów bezpieczeństwa i uniknięciu sytuacji, w której do składu próbowałoby wejść więcej osób, niż przewidziano.

Powrót kolei do Łomży po 33 latach budzi ogromne emocje. Dla wielu mieszkańców regionu to nie tylko wydarzenie komunikacyjne, ale też symboliczny moment przywrócenia miasta na kolejową mapę pasażerskich połączeń. Zainteresowanie pierwszym przejazdem pokazuje, że na takie połączenie czekano od dawna.

Atrakcje w Łomży

Podróżni korzystający z inauguracyjnego przejazdu, a także mieszkańcy Łomży, będą mogli wziąć udział w wydarzeniach przygotowanych przez POLREGIO oraz PKP Polskie Linie Kolejowe. Na rynku w Łomży powstanie specjalna strefa relaksu, która będzie dostępna od godziny 10:00.

Na miejscu zaplanowano między innymi loterię, fotobudkę, kącik dla dzieci, kolorowanki oraz bańki mydlane. Będzie to więc nie tylko okazja do uczestnictwa w historycznym przejeździe, ale też do rodzinnego spędzenia czasu w centrum miasta.

Pociąg POLREGIO w trasę powrotną wyruszy o godzinie 13:30. Również w tym przypadku obowiązywać będą limity bezpieczeństwa.

Regularne kursy od niedzieli

Regularne połączenia kolejowe do Łomży ruszą dzień później, w niedzielę 14 czerwca, wraz z letnią korektą rozkładu jazdy. W dni robocze z Białegostoku do Łomży kursować będą cztery pary pociągów POLREGIO, natomiast w weekendy trzy pary.

Dwa kursy zostaną wydłużone, dzięki czemu pasażerowie zyskają bezpośredni dojazd z Białegostoku do Ostrołęki. Składy do Łomży będą odjeżdżały z Białegostoku o godzinie 5:40, tylko w dni robocze, a także o 11:05, 16:05 i 19:50.

Powrót pociągów pasażerskich do Łomży po ponad trzech dekadach to jedna z najważniejszych zmian komunikacyjnych w regionie. Dla mieszkańców oznacza większą dostępność transportu publicznego, łatwiejsze podróże do Białegostoku i Ostrołęki oraz nowe możliwości codziennych dojazdów.

Bezpłatne przejazdy PKP Intercity

Do świętowania powrotu kolei do Łomży włącza się także PKP Intercity. Już jutro przewoźnik zaprasza na bezpłatne przejazdy promocyjne na trasie Łomża – Ostrołęka – Łomża. Pociągi pojadą według specjalnego rozkładu: z Łomży do Ostrołęki o godz. 14:30, z Ostrołęki do Łomży o godz. 15:11, ponownie z Łomży do Ostrołęki o godz. 15:52 oraz z Ostrołęki do Łomży o godz. 16:33.

Od niedzieli 14 czerwca mieszkańcy zyskają również codzienne połączenia PKP Intercity. Na trasę wyjadą pociągi IC Omulew i IC Orzyc, które połączą Łomżę z Białymstokiem i Olsztynem. Według przewoźnika podróż do Białegostoku zajmie około 1 godziny i 20 minut, a do Olsztyna około 2 godzin i 20 minut. To kolejny element przywracania Łomży na kolejową mapę Polski i zwiększania dostępności połączeń dla mieszkańców mniejszych miast.

To będzie fantastyczny dzień! Rodzinny piknik, ryby z potencjałem i francuska nuta.

To będzie fantastyczny dzień! Rodzinny piknik, ryby z potencjałem i francuska nuta.

Są takie letnie dni, które aż proszą się o to, żeby nie spędzać ich w domu. Wystarczy trochę słońca, dobry pretekst do wyjazdu, dzieciaki gotowe na przygodę i miejsce, w którym od rana do wieczora coś się dzieje. W niedzielę, 21 czerwca 2026 roku, takim miejscem będą Siemiatycze.

W ramach Dni Siemiatycz odbędzie się tam rodzinny piknik „Bardzo Cenne Małocenne” — wydarzenie bezpłatne, całodniowe i pomyślane tak, żeby dobrze czuły się na nim całe rodziny.

To nie będzie zwykły piknik z kilkoma stoiskami i muzyką w tle. Organizatorzy zapowiadają wydarzenie, które połączy rekreację, edukację ekologiczną, dobrą kuchnię, regionalne produkty, atrakcje dla dzieci i koncerty. PodlaskieTV objęło piknik patronatem medialnym, więc tym bardziej zachęcamy: warto wpisać tę datę do kalendarza i wybrać się do Siemiatycz.

Małocenne, czyli bardzo cenne

Nazwa wydarzenia nie jest przypadkowa. Projekt „Bardzo Cenne Małocenne” zwraca uwagę na coś, o czym na co dzień mówi się zdecydowanie za rzadko — na potencjał małocennych gatunków ryb. To ryby często pomijane, niedoceniane, mniej modne od tych, które regularnie pojawiają się na stołach i w sklepach. Tymczasem mądre korzystanie z naturalnych zasobów może być jednocześnie dobre dla środowiska, zdrowia i lokalnej kuchni.

W tym właśnie tkwi najciekawszy wymiar wydarzenia. Nie chodzi tylko o to, żeby przyjechać, pospacerować i coś zjeść. Chodzi też o to, żeby spojrzeć na naturę trochę uważniej. Zobaczyć, że lokalne zasoby nie są czymś oczywistym i niewyczerpanym. Że edukacja ekologiczna nie musi oznaczać nudnego wykładu, ale może wydarzyć się przy dobrej muzyce, rozmowie, warsztatach, degustacji i rodzinnym spędzaniu czasu.

Dzień pełen atrakcji dla dzieci i dorosłych

W programie pikniku znajdą się między innymi zawody wędkarskie, strefa animacji dla dzieci, stoiska z rękodziełem oraz targ produktów regionalnych. To dobra wiadomość dla tych, którzy lubią wydarzenia z klimatem — takie, gdzie można nie tylko popatrzeć na scenę, ale też przejść między stoiskami, porozmawiać z twórcami, spróbować lokalnych smaków i po prostu pobyć wśród ludzi.

Dla rodzin z dziećmi szczególnie ważna będzie strefa animacji. Bo każdy rodzic wie, że udany wyjazd zaczyna się wtedy, gdy najmłodsi nie pytają co pięć minut: „a kiedy wracamy?”. Tu powinno być inaczej. Dzieci będą miały swoją przestrzeń do zabawy, a dorośli — okazję, by złapać trochę oddechu i skorzystać z pozostałych atrakcji.

Nie zabraknie też strefy edukacyjnej z warsztatami i wykładami poświęconymi zdrowemu jedzeniu. To element, który dobrze wpisuje się w ideę całego projektu: pokazać, że jedzenie może być nie tylko smaczne, ale też mądre, lokalne i bardziej świadome.

Kuchnia na żywo i smaki, które mogą zaskoczyć

Jednym z najmocniejszych punktów programu będzie strefa kulinarna z degustacjami oraz live cookingiem prowadzonym przez Mikołaja Reya — kucharza i finalistę programu „MasterChef”. To zapowiada się jako ta część wydarzenia, przy której trudno będzie przejść obojętnie.

Live cooking ma w sobie coś z małego spektaklu. Jest ogień, zapach, tempo, rozmowa z publicznością i ten moment, kiedy zwykłe składniki zaczynają zmieniać się w coś, czego naprawdę chce się spróbować. A jeśli do tego dochodzi temat małocennych gatunków ryb, można spodziewać się nie tylko dobrego jedzenia, ale też inspiracji do własnej kuchni.

Być może właśnie takie wydarzenia są najlepszym sposobem na zmianę przyzwyczajeń. Nie przez moralizowanie, ale przez smak. Przez pokazanie, że coś niedocenianego może być ciekawe, zdrowe i bardzo dobre.

Muzyka, scena i François Martineau

Na scenie głównej wystąpią lokalni artyści, a gwiazdą wieczoru będzie François Martineau — francuski muzyk mieszkający w Polsce, znany między innymi z programu „Mam talent!”. W 2018 roku zdobył złoty przycisk i dotarł do półfinału programu, a publiczność pokochała go za francusko-polskie interpretacje piosenek i wyjątkową sceniczną energię.

To może być bardzo przyjemny finał całego dnia. Po zawodach, warsztatach, degustacjach, spacerach między stoiskami i zabawie z dziećmi przyjdzie czas na muzykę. A muzyka François Martineau ma w sobie coś, co dobrze pasuje do letniego, rodzinnego wydarzenia — lekkość, uśmiech, kontakt z publicznością i most między polską a francuską kulturą.

Dlaczego warto pojechać?

Bo to jeden z tych wyjazdów, które nie wymagają wielkich przygotowań, a mogą zostawić po sobie bardzo dobre wspomnienia. Wystarczy zebrać rodzinę, zaplanować niedzielę i ruszyć do Siemiatycz. Na miejscu czeka piknik, który łączy wiele światów: naturę, kuchnię, muzykę, edukację, regionalność i rodzinną atmosferę.

„Bardzo Cenne Małocenne” to wydarzenie dla tych, którzy lubią spędzać czas aktywnie, ale bez pośpiechu. Dla tych, którzy chcą pokazać dzieciom coś więcej niż ekran telefonu. Dla tych, którzy cenią lokalne inicjatywy i lubią odkrywać Podlasie przez wydarzenia, ludzi i smaki.

W niedzielę, 21 czerwca 2026 roku, Siemiatycze będą dobrym kierunkiem na rodzinny wyjazd. Bez biletów, bez wielkiej logistyki, za to z całodniowym programem i atmosferą letniego święta. Warto tam być.

Rozkład jazdy – 21 czerwca 2026

7:00: Zawody wędkarskie – nad Zalewem Cypel w Siemiatyczach

13:00: Rozpoczęcie pikniku – ul. Pałacowa w Siemiatyczach

18:00: Koncert François Martineau – ul. Pałacowa w Siemiatyczach

Promocja partnera

PKS Nova ma znów nowego prezesa. O co w tym chodzi?
Nowy Prezes PKS Nova - Wojciech Sienicki, fot. PKS NOVA

PKS Nova ma znów nowego prezesa. O co w tym chodzi?

PKS Nova ma nowego prezesa zarządu. Został nim Wojciech Sienicki, dotychczasowy doradca ds. restrukturyzacji w spółce. To kolejna w tym roku zmiana we władzach przewoźnika podległego samorządowi województwa podlaskiego. I choć na pierwszy rzut oka może to wyglądać jak następny odcinek personalnej karuzeli, tym razem sprawa jest bardziej logiczna, niż mogłoby się wydawać.

Jak poinformowała spółka, 9 czerwca 2026 roku odbyło się posiedzenie Rady Nadzorczej PKS Nova S.A., podczas którego wybrano prezesa zarządu. W toku procedury kwalifikacyjnej wpłynęły dwie oferty. Po zasięgnięciu opinii kancelarii prawnej potwierdzono, że tylko jedna z nich spełniła wszystkie wymogi wynikające z obowiązujących przepisów prawa. Funkcję prezesa powierzono Wojciechowi Sienickiemu.

I tu właśnie dochodzimy do sedna. Adam Byglewski, który od początku roku faktycznie przejął kierowanie spółką, formalnie nie był prezesem zarządu, lecz prokurentem samoistnym. To nie był przypadek ani wyłącznie polityczna konstrukcja językowa. Byglewski, mimo ogromnego doświadczenia w transporcie, logistyce i biznesie, nie spełniał jednego z formalnych wymogów stawianych kandydatom na prezesa zarządu – wymogu posiadania wyższego wykształcenia. Mówiąc prościej: to wysokiej klasy fachowiec, ale „bez papierka”.

W biznesie wykształcenie ma trzecio jak nie czwartorzędne znaczenie. Można mieć imponujące doświadczenie, prowadzić duże przedsięwzięcia, znać branżę od podszewki i wciąż nie mieć na to „papierów”. Ale gdy mówimy o spółce publicznej, wykształcenie jest wymagane.

Dlatego obecna zmiana może wyglądać dziwnie tylko wtedy, gdy patrzymy na nią jak na kolejne „odwołanie i powołanie”. W rzeczywistości bardziej przypomina uporządkowanie stanu, który od początku był tymczasowy. Adam Byglewski został wprowadzony do spółki jako człowiek od operacyjnej naprawy i praktycznego zarządzania, ale nie jako klasyczny prezes zarządu. Teraz, po konkursie, spółka otrzymuje prezesa spełniającego wymogi formalne, a Byglewski ma pozostać w PKS Nova jako dyrektor operacyjny.

Wojciech Sienicki nie przychodzi z zewnątrz jako osoba przypadkowa. Do tej pory pełnił funkcję doradcy ds. restrukturyzacji i – jak informuje spółka – uczestniczył w działaniach związanych z rozwojem oraz zmianami organizacyjnymi. PKS Nova przedstawia więc tę decyzję nie jako zerwanie z dotychczasowym kierunkiem, lecz jako wzmocnienie obecnego pionu zarządczego. Marszałek Łukasz Prokorym mówi o tandemie, który ma doprowadzić do tego, że przewoźnik będzie samowystarczalny.

To słowo – samowystarczalny – brzmi jednak w przypadku PKS Nova wyjątkowo ryzykownie. Bo o tym pisaliśmy już wcześniej: największym problemem tej spółki nigdy nie było samo nazwisko na drzwiach gabinetu prezesa. Problemem był model, w którym od przewoźnika oczekiwano rzeczy wzajemnie sprzecznych. PKS Nova miała nie przynosić strat, a jednocześnie nie zamykać nierentownych połączeń. Miała działać jak przedsiębiorstwo, ale pełnić społeczną misję. Miała wozić mieszkańców tam, gdzie autobus jest potrzebny, choć wiele takich tras nie ma szans utrzymać się wyłącznie z biletów.

W jednym z poprzednich tekstów pisaliśmy, że sama zmiana personalna niczego nie rozwiąże, jeśli za nią nie pójdzie nowy model finansowania i organizacji transportu. Bo autobus publiczny nie jest zwykłym produktem rynkowym. Nie można przykładać do niego wyłącznie miary zysku i straty, a potem dziwić się, że linie do mniejszych miejscowości wypadają z rozkładu. Dla młodzieży, seniorów, osób bez samochodu czy mieszkańców oddalonych wsi takie połączenie nie jest luksusem. To często warunek normalnego życia.

Dlatego ważniejsze od tego, kto formalnie zostaje prezesem, jest pytanie, czy województwo rzeczywiście zbuduje dla PKS Nova stabilne zasady działania. Wcześniej pojawiła się zapowiedź, że od 1 stycznia spółka ma stać się podmiotem powierzonym województwa i działać w formule in-house. To byłaby zmiana znacznie ważniejsza niż każda roszada personalna. Oznaczałaby bowiem, że samorząd województwa traktuje transport autobusowy jako usługę publiczną, a nie jako biznes, który ma sam się bilansować nawet tam, gdzie z definicji jest deficytowy.

Na tym tle nominacja Wojciecha Sienickiego jest raczej domknięciem formalnego układu niż politycznym trzęsieniem ziemi. Adam Byglewski pozostaje w spółce tam, gdzie jego doświadczenie może być najbardziej użyteczne – przy operacyjnym zarządzaniu, zmianach, analizie przewozów i codziennej logistyce. Sienicki ma natomiast wziąć na siebie formalną odpowiedzialność prezesa zarządu. Jeżeli ten tandem rzeczywiście ma działać, to jego sens będzie można ocenić nie po tytułach stanowisk, lecz po rozkładach jazdy, liczbie połączeń i kondycji finansowej spółki.

A ta kondycja wciąż jest trudna. Według informacji podawanych przy okazji sejmikowych dyskusji strata netto PKS Nova na koniec lutego 2026 roku wynosiła ponad 2,6 mln zł. W kwietniu większość w sejmiku zdecydowała o zwiększeniu poręczenia kredytu do 20 mln zł, głównie na działalność bieżącą. To pokazuje, że przed nowym prezesem nie stoi zadanie wizerunkowe, lecz bardzo konkretna i ciężka praca: modernizacja taboru, uporządkowanie siatki połączeń, stabilizacja finansów i przygotowanie spółki do nowego modelu działania.

Nie ma więc sensu sprowadzać tej zmiany do prostego pytania: „dlaczego znowu nowy prezes?”. Ważniejsze jest pytanie, czy tym razem za zmianą personalną idzie realny porządek. W styczniu można było odnieść wrażenie, że władze województwa próbują przykryć głębszy problem wymianą nazwiska. Teraz sytuacja jest inna. Formalny prezes został wybrany w konkursie, a człowiek od praktycznego zarządzania ma zostać w strukturze spółki. To może być logiczne rozwiązanie, pod warunkiem że nie stanie się tylko kolejnym komunikatem do mediów.

Bo mieszkańców Podlasia naprawdę nie obchodzi, czy PKS NOVA prowadzi prezes, prokurent, dyrektor operacyjny czy doradca ds. restrukturyzacji. Mieszkańców interesuje, czy autobus przyjedzie. Czy dowiezie dziecko do szkoły. Czy senior dotrze do lekarza. Czy z mniejszej miejscowości da się wyjechać rano i wrócić po południu. Czy rozkład będzie miał sens, a nie będzie jedynie tabelą pełną martwych godzin.

Dlatego nowy prezes PKS Nova nie dostaje czystej karty. Dostaje spółkę z historią błędów, napięć, politycznych uników i finansowych problemów. Ale dostaje też moment, w którym można jeszcze uporządkować system. Jeśli Wojciech Sienicki i Adam Byglewski rzeczywiście stworzą skuteczny duet, a samorząd województwa nie cofnie się przed odpowiedzialnością za transport publiczny, ta zmiana może okazać się czymś więcej niż kolejną roszadą.

Na razie warto powiedzieć jedno: sama nominacja nie rozwiązuje problemów PKS Nova. Ale tym razem przynajmniej da się ją logicznie wytłumaczyć. To nie tyle wymiana fachowca na fachowca, ile próba pogodzenia praktyki z formalnościami. A w spółce publicznej, niestety, czasem nawet najlepszy kierowca nie pojedzie dalej, jeśli nie ma właściwego prawa jazdy.

Wielki test dla Łomży. Pociągi wracają tam po bardzo wielu latach.

Wielki test dla Łomży. Pociągi wracają tam po bardzo wielu latach.

14 czerwca 2026 roku Łomża ponownie znajdzie się na kolejowej mapie regionu. Po ponad trzech dekadach przerwy z miasta mają ruszyć regularne pociągi pasażerskie. Dla mieszkańców to wiadomość długo wyczekiwana, bo kolej oznacza wygodniejsze dojazdy do Białegostoku, nowe możliwości dla studentów, pracowników, rodzin i przedsiębiorców. To może być jeden z tych momentów, które realnie zmieniają codzienne życie miasta.

Ale powrót pociągów do Łomży będzie też czymś więcej niż transportowym świętem. Będzie wielkim testem odpowiedzialności kierowców, pieszych i rowerzystów. Przez ponad 30 lat mieszkańcy nie funkcjonowali w mieście, w którym regularny ruch kolejowy jest częścią codzienności. Wielu kierowców mogło przyzwyczaić się do przejazdów traktowanych niemal jak zwykły fragment drogi. Od 14 czerwca takie myślenie może być śmiertelnie niebezpieczne.

Ostrzeżenia te nie są przesadą i nie biorą się znikąd. W województwie podlaskim w ostatnich latach dochodziło do wielu niebezpiecznych zdarzeń z udziałem samochodów i pociągów. Szczególnie alarmujący był 2025 rok, gdy w regionie doszło do serii wypadków na przejazdach kolejowych. Według informacji podawanych przez lokalne media i służby, tylko w tym jednym miesiącu odnotowano siedem takich zdarzeń, a dwa z nich zakończyły się tragicznie.

Na początku lipca 2025 roku w Szyszkach pod Sokółką ciężarówka wjechała pod pociąg Polregio relacji Czyżew – Kuźnica. Siła uderzenia była tak duża, że wykoleił się pierwszy wagon. Pasażerowie zostali ewakuowani, kierowca ciężarówki został ranny, a straty po stronie kolei szacowano nawet na kilka milionów złotych. To przykład, że wypadek na przejeździe nie kończy się wyłącznie na uszkodzonym aucie. Może zatrzymać ruch kolejowy, narazić życie pasażerów i doprowadzić do ogromnych strat.

Kilka tygodni później niebezpiecznie zrobiło się także w okolicach Łomży. W miejscowości Modzele-Wypychy samochód osobowy zderzył się z pociągiem relacji Białystok – Ostrołęka. Według relacji świadków kierowca wjechał wprost pod jadący skład, który uderzył w tył auta. Mężczyzna sam wyszedł z pojazdu, ale trafił do szpitala na badania. Pociągiem jechało ponad 70 pasażerów. Tym razem obyło się bez ofiar, ale przebieg zdarzenia pokazuje, jak niewiele potrzeba, by zwykły przejazd przez tory zamienił się w dramat.

Jeszcze tragiczniejsze skutki miał wypadek na trasie Śniadowo – Mężenin. Kierujący volkswagenem 77-letni mężczyzna wjechał przed nadjeżdżający pociąg. Zginął na miejscu. Według wstępnych ustaleń policji najprawdopodobniej nie zatrzymał się przed znakiem STOP. To szczególnie ważna lekcja dla wszystkich kierowców: znak STOP przed torami nie jest formalnością. Nie jest sugestią. Nie jest czymś, co można zignorować, bo „przecież nic nie jedzie”. Przy torach taki odruch może decydować o życiu.

Do groźnego zdarzenia doszło również w Wołyńcach w powiecie sejneńskim, gdzie 19-letni kierowca osobówki wjechał na niestrzeżony przejazd pod nadjeżdżający pociąg towarowy. Mężczyzna został przewieziony do szpitala, a na miejscu interweniowały służby ratunkowe. W Dziękoniach natomiast opel wjechał na niestrzeżony przejazd i zderzył się z lokomotywą PKP Cargo. Kierowca samochodu zginął.

Te zdarzenia układają się w bardzo czytelny obraz. Problemem nie jest sama kolej. Problemem jest rutyna, pośpiech, ignorowanie znaków, jazda „na pamięć” i przekonanie, że skoro przez lata nic się nie działo, to nic się nie stanie również tym razem. W Łomży to ryzyko może być szczególnie duże, bo powrót regularnych pociągów zmieni sytuację, do której wielu uczestników ruchu nie jest przyzwyczajonych.

Dlatego apel, by przy przejazdach kolejowych zachować szczególną ostrożność, trzeba potraktować poważnie. W rejonie torów nie powinno się jechać z głośną muzyką, rozmawiać przez telefon, patrzeć w ekran, przechodzić w słuchawkach odcinających od otoczenia ani przejeżdżać rowerem bez upewnienia się, że nic nie nadjeżdża. Pociąg nie zatrzyma się tak jak samochód. Maszynista może widzieć zagrożenie, może hamować, może użyć sygnału dźwiękowego, ale fizyki nie oszuka.

Powrót kolei do Łomży jest ogromną szansą. Może ułatwić codzienne dojazdy, poprawić dostępność komunikacyjną miasta, wzmocnić lokalną gospodarkę i sprawić, że Łomża stanie się atrakcyjniejszym miejscem do życia, pracy i inwestowania. Ale ten sukces będzie pełny tylko wtedy, gdy mieszkańcy od pierwszych dni potraktują tory z należytą powagą.

14 czerwca nie zaczyna się wyłącznie nowy rozdział w komunikacji. Zaczyna się także test. Test dla kierowców, pieszych i rowerzystów. Test z cierpliwości, wyobraźni i odpowiedzialności. Oby Łomża zdała go bez wypadków.

Featured Video Play Icon

35 lat temu święty Jan Paweł II odwiedził Białystok

5 czerwca 1991 roku Białystok przeżył jeden z najważniejszych dni w swojej najnowszej historii. Tego dnia do stolicy Podlasia przybył Jan Paweł II, odbywający swoją czwartą pielgrzymkę do Polski. Dziś, dokładnie 35 lat później, warto wrócić pamięcią do wydarzenia, które zgromadziło setki tysięcy wiernych i pozostawiło trwały ślad w dziejach miasta, regionu oraz Kościoła białostockiego.

Wizyta Papieża Polaka w Białymstoku była czymś więcej niż tylko wielkim religijnym zgromadzeniem. Była spotkaniem z człowiekiem, który dla wielu Polaków stanowił moralny punkt odniesienia w czasie wielkich przemian. Polska dopiero uczyła się życia w nowej rzeczywistości po upadku komunizmu, a słowa Jana Pawła II o Dekalogu, sumieniu, wolności i odpowiedzialności brzmiały wtedy wyjątkowo mocno.

Centralnym punktem pielgrzymki była Msza święta odprawiona na lotnisku Krywlany. To tam zgromadziły się tłumy wiernych z Białegostoku, Podlasia i całej północno-wschodniej Polski. Dla wielu uczestników był to dzień, którego nie da się zapomnieć: wspólna modlitwa, oczekiwanie, wzruszenie i poczucie uczestniczenia w wydarzeniu historycznym.

Podczas tej Mszy świętej Jan Paweł II dokonał beatyfikacji Bolesławy Marii Lament, założycielki Zgromadzenia Sióstr Misjonarek Świętej Rodziny. Jej życie i działalność były szczególnie związane z ideą jedności chrześcijan, co w wielokulturowym i wielowyznaniowym Białymstoku miało znaczenie wyjątkowe.

Ważnym elementem papieskiej wizyty było także spotkanie ekumeniczne w cerkwi św. Mikołaja. W mieście, w którym od pokoleń współistnieją różne tradycje, języki, religie i kultury, gest ten miał ogromną symboliczną siłę. Jan Paweł II przypominał, że jedność nie oznacza zatarcia różnic, lecz szacunek, dialog i wspólne szukanie dobra.

Po 35 latach warto zapytać, co zostało z tamtego dnia. Czy pamiętamy jeszcze atmosferę spotkania na Krywlanach? Czy słowa Papieża o sumieniu, Dekalogu i odpowiedzialności za Ojczyznę nadal są obecne w naszym życiu publicznym i prywatnym? Czy potrafimy wracać do nich nie tylko przy okazji rocznic, ale również wtedy, gdy podejmujemy codzienne decyzje?

Dla starszych mieszkańców Białegostoku tamten dzień jest osobistym wspomnieniem. Pielgrzymka Jana Pawła II do Białegostoku była bowiem nie tylko wydarzeniem religijnym, ale także ważnym momentem w budowaniu tożsamości regionu.

Nie wiesz, kim jest Edward Warchocki? Twój dzieciak będzie zachwycony, gdy go spotka.

Nie wiesz, kim jest Edward Warchocki? Twój dzieciak będzie zachwycony, gdy go spotka.

W sobotę, 6 czerwca, Dziedziniec Pałacu Branickich w Białymstoku zamieni się w miejsce, w którym spotkają się stare autobusy, klasyczne samochody, rodzinne wspomnienia i… robot, którego dzieci mogą znać lepiej niż wszystkie zabytkowe pojazdy razem wzięte. PKS Nova zaprasza na II Rodzinny Retro Piknik PKS. Start o godzinie 12:00, a wstęp na wszystkie atrakcje jest bezpłatny.

Dla dorosłych będzie to sentymentalna podróż do czasów, gdy autobus PKS był czymś więcej niż środkiem transportu. Był codziennością, przygodą, drogą do szkoły, pracy, rodziny, wakacji albo pierwszej samodzielnej wyprawy. Dla dzieci będzie to natomiast dzień pełen animacji, dmuchańców, mega klocków, malowania twarzy, konkursów, regionalnych smakołyków i spotkania z kimś naprawdę nietypowym.

Tym kimś będzie Edward Warchocki, czyli najsłynniejszy w Polsce humanoidalny roboinfluencer. Jeżeli nazwa nic Ci nie mówi, to bardzo możliwe, że Twoje dziecko i tak od razu uzna go za jedną z największych atrakcji pikniku. Charakterystyczny „Edek” pokazuje, że robotyka i sztuczna inteligencja nie muszą kojarzyć się z czymś odległym, zimnym i trudnym. Wręcz przeciwnie — mogą budzić ciekawość, uśmiech i świetnie oswajać najmłodszych z technologią, która coraz mocniej wchodzi do codziennego życia.

Rodzinny Piknik Retro PKS potrwa od 12:00 do 18:00. W programie znalazły się prezentacje zabytkowych autobusów i klasycznych samochodów, strefa retro, animacje i zabawy dla dzieci, dmuchańce, mega klocki, malowanie twarzy, konkurs wiedzy o PKS oraz województwie podlaskim, foodtrucki, regionalne smakołyki, strzelnica łucznicza oraz spotkanie z Edwardem Warchockim.

Nie zabraknie również tematów związanych z bezpieczeństwem. Swoje stoiska przygotują między innymi Wojskowe Centrum Rekrutacji w Białymstoku oraz Komenda Województwa Policji w Białymstoku. Dzięki temu piknik będzie nie tylko zabawą, ale też okazją do rozmów, pokazów i edukacji.

Wydarzenie łączy dwa światy: z jednej strony historię regionalnego transportu, z drugiej nowoczesność i technologie. PKS Nova podkreśla, że pielęgnuje pamięć o przeszłości, ale jednocześnie inwestuje w rozwój floty, innowacje oraz rozwiązania poprawiające komfort i bezpieczeństwo pasażerów.

Po części piknikowej wydarzenie przeniesie się do pałacowych ogrodów. O godzinie 20:30 rozpocznie się kino plenerowe, podczas którego wyświetlony zostanie kultowy film „Król Lew II”.

Dobra wiadomość dla podlaskiego transportu. Marszałek rozwiązał problem, który wskazywaliśmy.
fot. Urząd Marszałkowski Województwa Podlaskiego

Dobra wiadomość dla podlaskiego transportu. Marszałek rozwiązał problem, który wskazywaliśmy.

To jest jedna z tych informacji, przy których warto na chwilę odłożyć polityczne emocje i powiedzieć wprost: dobrze, że ten kierunek został obrany. Przez ostatnie miesiące wokół PKS Nova narastało wiele pytań, napięć i obaw. Mieszkańcy bali się likwidacji kolejnych połączeń, politycy przerzucali się odpowiedzialnością, a sama spółka tkwiła w modelu, który z góry skazywał ją na konflikt między rachunkiem ekonomicznym a społeczną misją.

Pisaliśmy jakiś czas temu, że największym problemem PKS Nova nie jest konkretne nazwisko na stanowisku prezesa czy prokurenta. Problem był znacznie głębszy. Od spółki oczekiwano, że będzie jednocześnie rentowna i społecznie dostępna. Miała nie przynosić strat, ale też nie zamykać połączeń. Miała obsługiwać trasy potrzebne mieszkańcom, choć wiele z nich z natury rzeczy nie może utrzymać się wyłącznie z biletów. To był układ niemożliwy do utrzymania.

Teraz marszałek województwa podlaskiego Łukasz Prokorym zapowiedział rozwiązanie, które uderza dokładnie w sedno tego problemu. Od 1 stycznia PKS Nova ma stać się podmiotem powierzonym Województwa Podlaskiego i działać w formule in-house. W praktyce oznacza to, że samorząd województwa będzie mógł bezpośrednio powierzać spółce realizację zadań z zakresu publicznego transportu zbiorowego.

To bardzo ważna zmiana. Nie kosmetyczna, nie personalna, nie wizerunkowa, ale systemowa. PKS Nova przestanie być spółką, od której oczekuje się cudów finansowych na nierentownych trasach, a zacznie działać w ramach umowy określającej zakres usług i liczbę kilometrów realizowanych przez autobusy. Innymi słowy: transport publiczny zostanie potraktowany jak transport publiczny, a nie jak zwykła działalność komercyjna, która ma sama się bilansować bez względu na społeczne potrzeby regionu.

Podczas poniedziałkowego spotkania z samorządowcami z powiatów białostockiego i sokólskiego oraz przedstawicielami PKS Nova marszałek przekazał też deklarację, na którą czekało wielu mieszkańców. Zapowiedział, że kilometrów realizowanych przez autobusy będzie więcej niż obecnie. To istotny sygnał szczególnie dla tych miejscowości, które w ostatnich latach coraz mocniej odczuwały wykluczenie komunikacyjne.

Bo o to właśnie chodziło w całej tej sprawie. Autobus w województwie podlaskim nie jest luksusem. Dla wielu osób to jedyny sposób, by dojechać do szkoły średniej, lekarza, urzędu, pracy, na studia albo do większej miejscowości, z której dalej można ruszyć pociągiem. Tam, gdzie znika połączenie, często znika też realna możliwość normalnego funkcjonowania. Szczególnie dla młodzieży, seniorów i osób, które nie mają samochodu.

Nowy model ma dać PKS Nova stabilne i przewidywalne finansowanie. To z kolei powinno pozwolić spółce planować rozwój, zamiast co kilka miesięcy gasić pożary. Władze województwa liczą, że dzięki formule in-house oraz doświadczeniu obecnego kierownictwa PKS Nova w ciągu kilku lat osiągnie pełną stabilność finansową. Ważne jest także to, że nowa organizacja ma ułatwić skuteczniejsze korzystanie ze środków z Rządowego Funduszu Rozwoju Przewozów Autobusowych.

Równie istotna jest zapowiedź zmian w siatce połączeń. Nowy system ma być dostosowany do rzeczywistych potrzeb mieszkańców regionu. Autobusy mają w pierwszej kolejności zapewniać sprawną komunikację między miastami powiatowymi, a następnie między miastami powiatowymi i gminami. Brzmi to prosto, ale właśnie tak powinien działać sensowny transport publiczny: nie jako zbiór przypadkowych kursów, lecz jako logiczna sieć, w której można się przesiąść, zaplanować podróż i nie czekać godzinami na kolejny autobus.

Marszałek zwrócił się też do samorządowców o aktywny udział w tworzeniu nowej siatki połączeń. To bardzo ważne, bo bez wiedzy lokalnych władz trudno będzie zaprojektować komunikację odpowiadającą realnym potrzebom mieszkańców. Gminy i powiaty najlepiej wiedzą, gdzie są szkoły, przychodnie, zakłady pracy, urzędy i miejscowości, które dziś mają największy problem z dojazdem.

Warto więc powiedzieć jasno: jeżeli zapowiadany model rzeczywiście zostanie wdrożony konsekwentnie, będzie to dobra wiadomość dla województwa podlaskiego. Nie dlatego, że rozwiąże wszystkie problemy z dnia na dzień. Tego nie zrobi żadna jedna decyzja. Ale dlatego, że po raz pierwszy od dawna wskazano właściwy kierunek: stabilne finansowanie, jasne zasady, publiczna odpowiedzialność i próba budowy spójnego systemu zamiast doraźnego ratowania pojedynczych kursów.

Wcześniej ostrzegaliśmy, że sama zmiana personalna w PKS Nova niczego nie załatwi, jeśli nie powstanie nowy model organizacyjny i finansowy. Teraz taki model został zapowiedziany. To oznacza, że problem, o którym pisaliśmy, został przynajmniej na poziomie decyzji politycznej zauważony i nazwany. A to w sprawach transportu publicznego jest już duży krok naprzód.

Teraz najważniejsze będzie wykonanie. Mieszkańcy nie ocenią tej zmiany po komunikatach, spotkaniach i deklaracjach. Ocenią ją po tym, czy autobus naprawdę przyjedzie. Czy będzie można nim dojechać do szkoły, lekarza, pracy i powiatowego miasta. Czy rozkład jazdy będzie logiczny. Czy przesiadki będą możliwe. Czy z mniejszych miejscowości da się wydostać nie tylko rano, ale też wrócić po południu.

Jeżeli tak się stanie, województwo podlaskie może zyskać coś więcej niż uratowaną spółkę. Może zyskać fundament nowoczesnego transportu publicznego, który nie udaje, że każda trasa musi być biznesem, lecz rozumie, że komunikacja jest częścią infrastruktury społecznej. Tak samo jak szkoła, droga, przychodnia czy urząd.

I właśnie dlatego ta wiadomość jest dobra. Bo wreszcie nie chodzi tylko o to, kto kieruje PKS Nova. Chodzi o to, na jakich zasadach ta spółka ma działać. A bez jasnych zasad żaden autobus daleko nie zajedzie.

Popularna atrakcja zamknięta. Narew umiera i tylko jedno uratuje „Polską Amazonię”.
Tak mogłaby wyglądać Siemianówka po zmianie jej przeznaczenia.

Popularna atrakcja zamknięta. Narew umiera i tylko jedno uratuje „Polską Amazonię”.

Jedna z największych atrakcji turystycznych Narwiańskiego Parku Narodowego została zamknięta po zaledwie dwóch miesiącach działania. Chodzi o kładkę Waniewo-Śliwno, czyli popularną przeprawę przez dolinę Narwi, która od lat przyciąga turystów chcących zobaczyć jedną z najbardziej niezwykłych rzek w Polsce z bliska. Powód zamknięcia jest bardzo konkretny: stan wody w Narwi jest zbyt niski, by mogła bezpiecznie funkcjonować przeprawa wodna.To nie jest tylko drobna niedogodność dla turystów. To kolejny sygnał ostrzegawczy, że z Narwią dzieje się coś bardzo niepokojącego. Rzeka, która historycznie była wielokorytowa, rozlewiskowa, pełna odnóg, mokradeł i życia, coraz częściej staje się symbolem suszy, zaburzonego przepływu i problemów, których nie da się dłużej zamiatać pod dywan.

Kładka Waniewo-Śliwno działa dzięki połączeniu pomostów i przepraw pływających. Gdy wody jest za mało, cała ta atrakcja przestaje być bezpieczna i funkcjonalna. A skoro tak ważny punkt na turystycznej mapie regionu trzeba zamykać już po dwóch miesiącach, to trudno udawać, że mówimy wyłącznie o „chwilowo niskim stanie wody”. Tu chodzi o kondycję całej doliny Narwi.

15 czerwca ma odbyć się robocze spotkanie urzędników i przedstawicieli instytucji odpowiedzialnych za wodę i przyrodę. Przy jednym stole mają spotkać się między innymi przedstawiciele Wód Polskich oraz Narwiańskiego Parku Narodowego. Tematem ma być to, co dalej robić z Siemianówką i Narwią. I bardzo dobrze, że do takiego spotkania dojdzie, bo ten temat wymaga wreszcie poważnej rozmowy, a nie kolejnych półśrodków.

Problem polega na tym, że Siemianówka od dawna nie jest tylko zbiornikiem rekreacyjnym. To ogromna ingerencja w system Narwi. Woda, która powinna pracować w naturalnym rytmie rzeki, jest zatrzymywana, nagrzewa się, stoi, paruje, a potem trafia dalej w zupełnie innym stanie niż rzeka potrzebowałaby do prawidłowego funkcjonowania. Zbiornik, który miał być rozwiązaniem, coraz częściej wygląda jak część problemu.

fot. Narwiański Park Narodowy, Przeprawa przez kładkę szoruje po dnie. fot. Narwiański Park Narodowy.

Co uratuje Narew?

Dlatego warto wrócić do pomysłu, o którym pisaliśmy już wcześniej: zamiast kurczowo bronić Siemianówki w obecnym kształcie albo sprowadzać rozmowę wyłącznie do hasła „likwidować albo nie likwidować”, trzeba pomyśleć o trzeciej drodze. Siemianówkę można przekształcić w rozległy obszar mokradeł, rozlewisk, trzcinowisk, wysp, płycizn i fragmentów otwartej wody. Innymi słowy: w rezerwat przyrody, który zamiast szkodzić Narwi, zacząłby jej pomagać.

To nie jest fantazja oderwana od rzeczywistości. Płytkie zbiorniki wodne naturalnie przechodzą proces zarastania. Najpierw są otwartym akwenem, później pojawiają się płycizny, roślinność wodna, trzcinowiska i bagna. Siemianówka już dziś zdradza taki kierunek przemian. Zamiast więc walczyć z naturą, można wykorzystać ten proces świadomie i mądrze.

Mokradła są jednymi z najlepszych naturalnych filtrów wody. Roślinność bagienna oraz mikroorganizmy żyjące w osadach wychwytują związki azotu i fosforu, czyli substancje odpowiedzialne między innymi za zakwity glonów i sinic. Taki obszar działa jak ogromna gąbka: zatrzymuje wodę wtedy, gdy jest jej więcej, i oddaje ją powoli w czasie suszy. Dla Narwi mogłoby to oznaczać stabilniejszy przepływ, chłodniejszą wodę i lepsze warunki dla życia biologicznego.

Przekształcenie Siemianówki w kierunku mokradeł nie musi oznaczać zniszczenia turystyki. Wręcz przeciwnie. Może stworzyć coś znacznie cenniejszego niż obecny, problematyczny zbiornik z zakwitającą wodą. Wyobraźmy sobie obszar podobny charakterem do bagien biebrzańskich, ale z fragmentami jeziora, wieżami obserwacyjnymi, ścieżkami przyrodniczymi, kładkami, miejscami do obserwacji ptaków i edukacji ekologicznej. Takie miejsce mogłoby stać się jedną z najważniejszych atrakcji przyrodniczych w regionie.

Brud, zakwity i sinice

Dziś Siemianówka jest często kojarzona z brudem, zakwitami, sinicami i płytką, przegrzaną wodą. Mogłaby być kojarzona z czymś zupełnie innym: z odważną renaturyzacją, ratowaniem Narwi, odbudową mokradeł i nowoczesnym podejściem do ochrony przyrody. Podlaskie nie musi kopiować betonowych pomysłów z innych regionów. Może pokazać, że największą siłą tej ziemi jest przyroda.

Zamknięcie kładki Waniewo-Śliwno po dwóch miesiącach od poprzedniego zamknięcia powinno być potraktowane jak alarm. Bo jeżeli jedna z ikon Narwiańskiego Parku Narodowego przestaje działać z powodu zbyt niskiego stanu wody, to znaczy, że nie rozmawiamy już o teorii. Rozmawiamy o realnych konsekwencjach złej gospodarki wodnej, suszy i decyzji, które przez lata zmieniały naturalny rytm rzeki.

15 czerwca urzędnicy będą rozmawiać o przyszłości Siemianówki i Narwi. Oby nie skończyło się na kolejnych ogólnikach. Narew potrzebuje decyzji, które będą odważne, długofalowe i zgodne z tym, jak działa przyroda. A Siemianówka, zamiast dalej zagrażać rzece swoim istnieniem w obecnej formie, może stać się miejscem, które pomoże ją uratować.

To jest moment, w którym trzeba przestać pytać wyłącznie o to, jak utrzymać zbiornik. Trzeba zacząć pytać, jak ocalić Narew. Bo bez zdrowej Narwi nie będzie ani kładki Waniewo-Śliwno, ani unikalnej doliny, ani tej przyrodniczej magii, dla której ludzie przyjeżdżają do Narwiańskiego Parku Narodowego.

Tama na Siemianówce

Co musi się wydarzyć, by Siemianówka stała się rezerwatem?

Największą przeszkodą nie jest sama przyroda, lecz obecny status zbiornika. Siemianówka formalnie funkcjonuje jako element gospodarki wodnej, związany między innymi z potrzebami rolnictwa, retencji i zarządzania wodą. Dlatego nie wystarczy powiedzieć: „zróbmy tu rezerwat”. Najpierw państwo musiałoby zmienić sposób myślenia o tym miejscu. Zbiornik musiałby przestać być traktowany przede wszystkim jako urządzenie wodne służące określonym celom gospodarczym, a zacząć być traktowany jako obszar o strategicznym znaczeniu przyrodniczym dla Narwi. Potrzebna byłaby więc decyzja na poziomie krajowym, że celem nie jest już konserwowanie obecnego modelu, lecz zmiana funkcji zbiornika w kierunku mokradeł, rozlewisk i obszaru chronionego.

Choć na co dzień za gospodarkę wodną odpowiadają Wody Polskie, to tak duża zmiana nie byłaby zwykłą decyzją administracyjną jednego urzędu. W praktyce musiałaby za nią stać decyzja polityczna: rządu, właściwego ministerstwa oraz instytucji odpowiedzialnych za wodę i środowisko. To one musiałyby uznać, że interes publiczny polega dziś nie na utrzymywaniu Siemianówki jako problematycznego, płytkiego zbiornika, lecz na ochronie Narwi, odbudowie naturalnej retencji i przywracaniu mokradeł. Dopiero wtedy Wody Polskie mogłyby przygotowywać działania techniczne zgodne z nowym celem, a nie jedynie zarządzać zbiornikiem według starej logiki.

Kolejnym etapem byłaby dokumentacja przyrodnicza. Trzeba byłoby dokładnie opisać, które fragmenty Siemianówki i jej otoczenia powinny zostać objęte ochroną, jakie siedliska już tam istnieją, jakie gatunki ptaków, roślin i zwierząt korzystają z tego obszaru oraz jakie działania renaturyzacyjne byłyby potrzebne. Na tej podstawie regionalny dyrektor ochrony środowiska mógłby rozpocząć procedurę ustanowienia rezerwatu przyrody. Rezerwat powstaje bowiem nie przez hasło czy deklarację, ale przez akt prawa miejscowego, który określa jego nazwę, granice, cele ochrony, zakazy oraz zasady funkcjonowania.

W praktyce oznacza to więc kilka równoległych ruchów: zmianę krajowej polityki wobec Siemianówki, aktualizację dokumentów gospodarki wodnej, przygotowanie ekspertyz przyrodniczych, uzgodnienie działań między Wodami Polskimi, administracją rządową, samorządami i służbami ochrony przyrody, a następnie formalne ustanowienie rezerwatu. Dopiero po tym można byłoby bezpiecznie przejść do zmian faktycznych: likwidacji zbiornika w obecnym kształcie, wspierania naturalnego zarastania, tworzenia rozlewisk, odtwarzania trzcinowisk, wyznaczania stref dla ptaków, budowy kładek edukacyjnych i punktów obserwacyjnych.

Najważniejsze jest jednak to, by najpierw zapadła decyzja o zmianie celu. Bez niej Siemianówka pozostanie zbiornikiem, który formalnie trzeba utrzymywać, nawet jeśli przyrodniczo coraz wyraźniej widać, że lepszą przyszłością dla tego miejsca byłyby mokradła. Jeśli państwo naprawdę chce ratować Narew, musi uznać, że Siemianówka nie może być wiecznie traktowana jak techniczny magazyn wody. Powinna stać się obszarem odbudowy przyrody.

Tu potrzebna jest interwencja państwa. Nie da się dzwonić na 112!
Zdjęcie ilustracyjne

Tu potrzebna jest interwencja państwa. Nie da się dzwonić na 112!

Mieszkańcy przygranicznych miejscowości w województwie podlaskim od dawna żyją z problemami, których nie widać z perspektywy dużych miast. Jednym z nich jest zasięg telefonii komórkowej. A dokładniej sytuacja, w której telefon, mimo że znajduje się po polskiej stronie granicy, automatycznie loguje się do sieci białoruskiego operatora.

To nie jest drobna niedogodność technologiczna. To sygnał, że po drugiej stronie granicy nadajnik potrafi być silniejszy niż infrastruktura działająca po naszej stronie. Dla mieszkańców oznacza to konkretne problemy: dodatkowe koszty, ryzyko przypadkowego roamingu, a przede wszystkim niepewność w sytuacjach nagłych.

Pierwszy problem jest finansowy. Telefon może samoczynnie przełączyć się na sieć zagraniczną, a użytkownik nie zawsze od razu to zauważy. Wystarczy rozmowa, transmisja danych, pobranie wiadomości, automatyczna synchronizacja aplikacji albo korzystanie z internetu, by pojawiło się ryzyko naliczenia opłat roamingowych. Dla kogoś, kto nie przekraczał granicy, lecz zwyczajnie przebywał w swojej miejscowości, taki rachunek jest czymś absurdalnym.

Drugi problem jest jednak znacznie poważniejszy. Chodzi o bezpieczeństwo. Jeżeli telefon znajduje się w białoruskiej sieci, pojawia się pytanie, czy w sytuacji zagrożenia życia lub zdrowia mieszkaniec będzie mógł skutecznie połączyć się z polskim numerem alarmowym 112. Dla osób mieszkających przy granicy to nie jest teoretyczna dyskusja. To pytanie o to, czy w chwili wypadku, pożaru, zasłabnięcia albo innego nagłego zdarzenia pomoc zostanie wezwana szybko i we właściwe miejsce.

W normalnym państwie obywatel nie powinien zastanawiać się, do jakiej sieci zalogował się jego telefon, zanim zadzwoni po karetkę, policję albo straż pożarną. Nie powinien sprawdzać, czy na ekranie widzi polskiego operatora, czy nazwę zagranicznej sieci. W sytuacji kryzysowej liczą się sekundy, a nie szukanie operatora w ustawieniach telefonu albo fizyczna zmiana lokalizacji, by go złapać.

Problem przygranicznego zasięgu pokazuje też szerszą sprawę. Miejscowości położone przy granicy nie mogą być traktowane jak techniczny margines kraju. To są normalne polskie wsie i miasteczka, w których ludzie mieszkają, pracują, prowadzą gospodarstwa, firmy, wychowują dzieci i opiekują się seniorami. Mają prawo do stabilnego sygnału polskich sieci komórkowych, tak samo jak mieszkańcy Białegostoku, Warszawy czy Gdańska.

Jeżeli po polskiej stronie granicy telefon częściej „łapie” sieć białoruską niż polską, to nie jest wina mieszkańca. To problem infrastrukturalny, który powinien zostać potraktowany poważnie przez operatorów, Urząd Komunikacji Elektronicznej, administrację rządową i samorządy. Potrzebne są pomiary zasięgu, wskazanie miejsc szczególnie problematycznych oraz konkretne działania wzmacniające polską infrastrukturę telekomunikacyjną.

Nie chodzi tu wyłącznie o wygodę rozmów telefonicznych czy komfort korzystania z internetu. Chodzi o bezpieczeństwo obywateli na terenie Polski. O to, by mieszkaniec przygranicznej miejscowości nie musiał płacić za przypadkowy roaming, choć nigdzie nie wyjechał. I o to, by w razie zagrożenia mógł bez wahania zadzwonić pod 112, mając pewność, że połączenie zostanie obsłużone przez polski system alarmowy.

Granica państwa nie powinna być miejscem, w którym kończy się odpowiedzialność operatorów i instytucji. Przeciwnie — właśnie tam ta odpowiedzialność powinna być szczególnie widoczna. Bo silny polski zasięg przy granicy to nie luksus. To element bezpieczeństwa.

Właśnie dlatego ten szalet kosztował tyle co mieszkanie. Idioci zdewastowali wejście.
Zdjęcie ilustracyjne

Właśnie dlatego ten szalet kosztował tyle co mieszkanie. Idioci zdewastowali wejście.

Białostocki szalet na Plantach znów wrócił do miejskiej debaty. Ten sam, który kilka lat temu stał się bohaterem ogólnopolskich żartów, memów i komentarzy o „toalecie za cenę mieszkania”. Teraz jednak cała ta historia nabiera innego znaczenia. Bo kiedy słyszymy, że publiczna toaleta kosztowała ponad 400 tysięcy złotych, łatwo wzruszyć ramionami i zapytać: „po co aż tyle?”. Przypomnijmy, że kiedy inni wyśmiewali cenę szaletu, pisaliśmy już – że musi tyle kosztować, ponieważ nie brakuje w mieście idiotów, którzy zaraz będą chcieli go zdewastować. Dlatego wszystko musi być w nim niemalże „pancerne”. I cóż… mieliśmy rację. Niedawno ktoś wyrwał ze ściany szaletu panel płatniczy, a naprawa ma kosztować 20–30 tysięcy złotych, odpowiedź sama ciśnie się na usta.

Właśnie dlatego.

Szalet przy bulwarach Kościałkowskiego stanął jesienią 2022 roku. Od początku budził emocje. Jedni mówili, że taka toaleta w centrum miasta, przy Plantach, zabytkach i popularnych trasach spacerowych, jest po prostu potrzebna. Inni wyliczali, że za podobne pieniądze można kupić mieszkanie. Później było jeszcze ciekawiej, bo obiekt przez długi czas nie mógł zostać otwarty, a pierwszy moduł ostatecznie zdemontowano, ponieważ nie spełniał wymogów prawa budowlanego. Temat idealny do kpin. Miasto, szalet, setki tysięcy złotych i brak możliwości skorzystania z toalety. Internet dostał paliwo, jakiego potrzebował.

Tylko że dzisiaj warto spojrzeć na tę sprawę z drugiej strony. Publiczna toaleta to nie jest łazienka w prywatnym mieszkaniu, z której korzystają domownicy i zaproszeni goście. To obiekt stojący w przestrzeni publicznej, dostępny dla tysięcy osób, także nocą, także w weekendy, także wtedy, gdy ktoś wraca z imprezy, nudzi się, chce coś sprawdzić „dla zabawy” albo po prostu jest zwyczajnym idiotą.

I niestety właśnie pod takich ludzi często trzeba projektować miejską infrastrukturę.

Bo w przestrzeni publicznej nie wystarczy, żeby coś było ładne, funkcjonalne i wygodne. To musi być odporne na kopanie, szarpanie, wyrywanie, zalewanie, podpalanie, bazgranie, rozkręcanie i wszystkie inne pomysły, które rodzą się w głowach wandali. Zwykła toaleta, taka jak w mieszkaniu, w takim miejscu nie przetrwałaby długo. Publiczny szalet musi być pancerny nie dlatego, że urzędnicy mają fantazję, tylko dlatego, że część użytkowników zachowuje się tak, jakby jedynym celem istnienia wspólnej przestrzeni było jej zniszczenie.

Według informacji miasta szalet na Plantach został wyłączony z użytkowania właśnie z powodu aktów wandalizmu. Zniszczony został przede wszystkim główny panel, umożliwiający płatności kartą. Mówiąc prościej: ktoś wyrwał go ze ściany. Sprawa została zgłoszona na policję, trwają czynności śledcze, a ponowne uruchomienie obiektu planowane jest do 30 czerwca, o ile nie pojawią się kolejne komplikacje. Szacowany koszt naprawy wynosi 20–30 tysięcy złotych.

I tu dochodzimy do sedna. Można oczywiście dalej śmiać się z „najdroższego szaletu w Białymstoku”. Można liczyć kafelki, moduły, przyłącza i porównywać wszystko do cen mieszkań. Ale każda taka inwestycja w przestrzeni publicznej musi uwzględniać coś, czego nie ma w prywatnym domu: ryzyko konfrontacji z idiotami. A głupota, jak widać, potrafi być bardzo droga.

Od otwarcia w lipcu 2023 roku z toalety miało skorzystać około 16 tysięcy osób. To pokazuje, że obiekt nie był fanaberią. Był potrzebny. Szczególnie w miejscu, gdzie spacerują mieszkańcy, gdzie pojawiają się turyści, gdzie odbywa się normalne życie miasta. Problem nie polega więc na tym, że w centrum Białegostoku postawiono publiczną toaletę. Problem polega na tym, że nawet tak prosta i potrzebna rzecz musi być zabezpieczana tak, jakby miała przetrwać najazd barbarzyńców.

Publiczne pieniądze nie znikają tylko przez nietrafione decyzje, procedury i przetargi. Znikają też wtedy, gdy ktoś niszczy wspólne mienie. Gdy wyrywa panel. Gdy dewastuje ławkę. Gdy rozbija przystanek. Gdy traktuje miasto jak cudzą własność, choć w rzeczywistości niszczy coś, za co płacimy wszyscy. Potem wszyscy płacimy drugi raz: za naprawy, monitoring, solidniejsze materiały, odporniejsze konstrukcje i kolejne zabezpieczenia.

Dlatego białostocki szalet z Plant jest czymś więcej niż tylko miejską ciekawostką. Jest smutnym symbolem tego, jak bardzo przestrzeń publiczna musi być projektowana nie pod normalnych użytkowników, ale pod idiotów. Pod ludzi, którzy nie potrafią skorzystać z toalety, ławki czy przystanku bez zostawienia po sobie śladu zniszczenia.

Więc kiedy następnym razem ktoś zapyta, dlaczego publiczny szalet kosztował tyle co mieszkanie, odpowiedź może być prosta: bo w mieszkaniu nie trzeba zakładać, że ktoś przyjdzie i wyrwie ze ściany panel płatniczy. W mieście, niestety, trzeba.

Featured Video Play Icon

35 lat Straży Granicznej. Jak wygląda służba przy trudnym, białoruskim sąsiedzie?

Podlaski Oddział Straży Granicznej świętował swoje 35-lecie. To ważna rocznica nie tylko dla samej formacji, ale także dla całego regionu Podlaskiego, który od lat znajduje się w szczególnym miejscu na mapie Polski i Europy. Podlasie to województwo graniczne, a sąsiedztwo z Białorusią sprawia, że bezpieczeństwo granicy nie jest tu pojęciem abstrakcyjnym, lecz codzienną rzeczywistością.

Straż Graniczna w naszym regionie pełni rolę wyjątkową. To nie tylko kontrola dokumentów, patrolowanie terenu czy ochrona pasa granicznego. To także stała gotowość do reagowania na sytuacje trudne, nieprzewidywalne i wymagające ogromnej odpowiedzialności. W ostatnich latach mieszkańcy Podlasia szczególnie mocno mogli zobaczyć, jak ważna jest obecność funkcjonariuszy na wschodniej granicy. Granica z Białorusią stała się miejscem presji migracyjnej, prowokacji i napięć, które pokazały, że bezpieczeństwo państwa zaczyna się właśnie tutaj — w małych miejscowościach, przy leśnych drogach, na posterunkach i w codziennej służbie ludzi, którzy często pozostają poza światłem kamer.

35-lecie Podlaskiego Oddziału Straży Granicznej to dobra okazja, by przypomnieć, że za mundurem stoją konkretni ludzie: funkcjonariusze i pracownicy, którzy każdego dnia wykonują trudną, odpowiedzialną i potrzebną pracę. Ich służba wymaga odporności, dyscypliny, spokoju i świadomości, że od pojedynczych decyzji może zależeć bezpieczeństwo innych.

Podlasie od zawsze było regionem pogranicza — miejscem spotkania kultur, języków i historii. Dziś to pogranicze ma również wymiar strategiczny. Wschodnia granica Polski jest jednocześnie zewnętrzną granicą Unii Europejskiej i NATO. Dlatego rola Straży Granicznej w naszym województwie wykracza daleko poza lokalne znaczenie. To służba na pierwszej linii odpowiedzialności za bezpieczeństwo kraju.

Z okazji jubileuszu warto więc wyrazić szacunek wszystkim, którzy przez ostatnie 35 lat budowali i tworzyli Podlaski Oddział Straży Granicznej. To dzięki ich pracy mieszkańcy regionu mogą czuć, że granica jest chroniona, a państwo obecne tam, gdzie jego obecność jest szczególnie potrzebna.

Featured Video Play Icon

Białystok oczami podróżników z Europy. Przyjechali pociągiem i odkryli miasto, którego się nie spodziewali.

Kiedy planuje się podróż po Europie, na liście miejsc do odwiedzenia najczęściej pojawiają się Berlin, Praga, Wiedeń, Helsinki, może Kraków, Warszawa albo Gdańsk. Białystok rzadziej trafia do pierwszego wyboru zagranicznych turystów. I właśnie dlatego potrafi tak mocno zaskoczyć. Para podróżników, która wyruszyła pociągiem w europejską trasę z Berlina do Helsinek, postanowiła zatrzymać się w stolicy Podlasia na dłużej. Spędzili tu miesiąc i — jak sami przyznają — Białystok okazał się dla nich jednym z większych odkryć tej podróży.

To ciekawe spojrzenie, bo nie jest to opowieść mieszkańców, którzy znają każdy skrót, każdą ulicę i każdy park. To Białystok widziany po raz pierwszy. Miasto oglądane świeżym okiem, bez lokalnych przyzwyczajeń i bez gotowych opinii. Z takiej perspektywy stolica Podlasia jawi się jako miejsce spokojne, zielone, zaskakująco kulturalne i znacznie bogatsze, niż można by przypuszczać po szybkim spojrzeniu na mapę.

Pierwsze wrażenie robi oczywiście centrum. Pałac Branickich i jego ogrody są jednym z tych miejsc, które natychmiast budują obraz Białegostoku jako miasta z historią i elegancją. Dla kogoś, kto nigdy wcześniej tu nie był, widok barokowej rezydencji w samym środku miasta może być sporym zaskoczeniem. Nie jest to monumentalność przytłaczająca, ale raczej spokojna, uporządkowana przestrzeń, w której można poczuć dawny charakter miasta. Ogrody, alejki, symetria, architektura — wszystko to tworzy początek opowieści o Białymstoku jako miejscu, które nie krzyczy o swojej urodzie, tylko pozwala ją stopniowo odkrywać.

Zaraz potem pojawia się kolejny ważny punkt: białostocka katedra. Dla przyjezdnych to nie tylko obiekt sakralny, ale także element miejskiego krajobrazu, który mocno wpisuje się w charakter centrum. W Białymstoku historia nie jest zamknięta wyłącznie w muzeach. Widać ją w przestrzeni, w układzie ulic, w architekturze i w miejscach, obok których mieszkańcy przechodzą codziennie często bez większego zastanowienia.

Podróżników szczególnie zaskoczyła kultura. Białystok okazał się dla nich miastem muzeów, koncertów, wydarzeń artystycznych i miejsc, w których można spędzać czas bez konieczności wydawania dużych pieniędzy. To ważne, bo z perspektywy osób podróżujących przez Europę koszty mają znaczenie. W wielu dużych miastach zwiedzanie potrafi być drogie, a tutaj wiele wydarzeń i atrakcji było dostępnych bezpłatnie albo za niewielką opłatą. To sprawia, że Białystok może być atrakcyjnym kierunkiem dla ludzi, którzy chcą czegoś więcej niż szybkiego zdjęcia pod znanym zabytkiem.

Duże wrażenie zrobił na nich także Rynek Kościuszki. To miejsce, które dla mieszkańców jest codziennym punktem spotkań, spacerów i przejść przez centrum, ale dla kogoś z zewnątrz może być wizytówką miasta. Jest tu przestrzeń, architektura, kawiarnie, kościoły, ratusz i miejski rytm, który nie przypomina ani wielkiej metropolii, ani małego prowincjonalnego miasteczka. Białystok w tym ujęciu znajduje się gdzieś pomiędzy: wystarczająco duży, by mieć bogatą ofertę kulturalną, ale wystarczająco spokojny, by dało się go poznawać bez pośpiechu.

Jednym z najmocniejszych punktów ich pobytu było Podlaskie Muzeum Kultury Ludowej. To miejsce idealnie pokazuje, że Podlasie ma własną opowieść, odmienną od reszty Polski. Drewniana architektura, wiejskie zagrody, dawne sprzęty i klimat skansenu pozwalają zrozumieć region nie przez folder reklamowy, lecz przez codzienność ludzi, którzy tu żyli. Dla turystów odwiedzających podobne muzea w innych krajach — od Japonii po Rumunię i Łotwę — białostocki skansen stał się kolejnym elementem większej układanki: sposobem na zobaczenie, jak kultura lokalna przetrwała w domach, narzędziach, strojach i krajobrazie.

Białystok z ich perspektywy to również miasto parków. Zieleń jest tu naturalną częścią zwiedzania, a nie dodatkiem. Można przechodzić z jednej przestrzeni do drugiej, odpoczywać, spacerować i łapać oddech między muzeami, kościołami, kawiarniami i ulicami centrum. To właśnie ta spokojna dostępność miasta mogła być jednym z powodów, dla których para została tu aż miesiąc. Białystok nie musi być zwiedzany w biegu. On lepiej działa powoli.

Osobnym odkryciem okazało się jedzenie. Podróżnicy zwrócili uwagę, że regionalna kuchnia Podlasia różni się od potraw, których próbowali wcześniej w innych częściach Polski. To bardzo ważna obserwacja, bo dla wielu zagranicznych gości Polska bywa kulinarnie kojarzona dość ogólnie: pierogi, żurek, bigos, schabowy. Tymczasem Podlasie pokazuje zupełnie inny smak — bardziej pograniczny, lokalny, często prosty, ale charakterystyczny. Do tego dochodzą kawiarnie, wypieki, ciasta, kawa i miejsca, w których można spokojnie posiedzieć po całym dniu zwiedzania.

Ważnym elementem ich podróży była też wycieczka do Supraśla. To naturalne rozszerzenie pobytu w Białymstoku, bo z miasta łatwo dostać się tam autobusem. Dla turysty, który przyjeżdża bez samochodu, ma to ogromne znaczenie. Supraśl pokazuje inną stronę regionu: bardziej uzdrowiskową, leśną, kameralną. Bliskość Puszczy Knyszyńskiej, monaster, spokojne uliczki i atmosfera miasteczka sprawiają, że jednodniowy wypad z Białegostoku może stać się jedną z najprzyjemniejszych części pobytu.

Najciekawsze w tej historii jest jednak nie to, że para odwiedziła konkretne zabytki. Najciekawsze jest ich zdziwienie. Białystok nie był dla nich oczywistym wyborem, a mimo to dał im kulturę, dobre jedzenie, muzea, koncerty, zieleń, architekturę i łatwy dostęp do ciekawych miejsc w okolicy. Z perspektywy osób, które trafiły tu pierwszy raz, miasto okazało się nie „przystankiem po drodze”, ale pełnoprawnym miejscem do odkrywania.

I może właśnie tak najlepiej opisać Białystok komuś, kto nigdy tu nie był. To miasto, które nie sprzedaje się nachalnie. Nie próbuje udawać Krakowa, Warszawy ani Wilna. Ma swój własny rytm, trochę spokojniejszy, bardziej zielony, bardziej pograniczny. Dla jednych będzie niespodzianką kulinarną, dla innych kulturalną, dla jeszcze innych świetną bazą do poznawania Podlasia.

A dla tych podróżników z pociągowej trasy przez Europę Białystok stał się czymś więcej niż punktem na mapie. Stał się odkryciem. I być może właśnie w tym tkwi największa siła miasta: że najwięcej daje tym, którzy przyjeżdżają bez wielkich oczekiwań, a wyjeżdżają z poczuciem, że trafili w miejsce znacznie ciekawsze, niż się spodziewali.

Białystok – Lublin pociągiem bez przesiadek? Przejazd tajemniczego „Leszka”.
fot. shortlines.pl / SKPL

Białystok – Lublin pociągiem bez przesiadek? Przejazd tajemniczego „Leszka”.

Czy to tylko techniczny przejazd testowy, a może cichy sygnał, że na kolejowej mapie Polski mogłoby wydarzyć się coś więcej? W ostatnich dniach uwagę miłośników kolei przykuł jednorazowy przejazd spalinowego zespołu trakcyjnego SD85-008 „Leszek” należącego do firmy SKPL Shortlines.pl. Pojawiły się więc pytania: czy prywatny przewoźnik mógłby kiedyś uruchomić bezpośrednie połączenie Białystok – Lublin?

Oczywiście „jedna jaskółka wiosny nie czyni”, a wszystko pozostaje w sferze przypuszczeń, obserwacji i kolejowych spekulacji. Sam fakt przejazdu nie oznacza jeszcze planów regularnych kursów. Ale w świecie kolei takie pojedyncze przejazdy czasem bywają początkiem większych rozmów.

Dla wielu mieszkańców Polski Wschodniej temat bezpośredniego połączenia Białegostoku z Lublinem wraca regularnie od lat. Oba miasta wojewódzkie leżą stosunkowo blisko siebie na mapie, jednak podróż koleją wciąż potrafi być zaskakująco skomplikowana. Wymaga przesiadek, wydłużonego czasu przejazdu albo jazdy przez Warszawę. Już wiele razy opisywaliśmy problemy związane z uruchomieniem regularnej relacji między tymi miastami.

Największą przeszkodą dla regularnego połączenia Białystok – Lublin pozostaje brak elektryfikacji około 106-kilometrowego odcinka między Łukowem a Lublinem. To właśnie ten fragment sprawia, że pociągi musiałyby korzystać z trakcji spalinowej albo zmieniać lokomotywę w trakcie podróży, co wydłuża czas przejazdu i obniża atrakcyjność całego połączenia. Bez rozwiązania tego problemu trudno mówić o regularnej, konkurencyjnej ofercie ze strony dużych państwowych przewoźników. Jednocześnie właśnie tutaj można dostrzegać potencjalną szansę dla mniejszych operatorów dysponujących lekkim taborem spalinowym – takich jak SKPL.

W Polsce rynek pasażerskich przewozów kolejowych od lat kojarzy się głównie z gigantami takimi jak PKP Intercity czy Polregio. Tymczasem SKPL to firma działająca nieco obok głównego nurtu, ale posiadająca już doświadczenie w prowadzeniu regularnych przewozów pasażerskich.

Obecnie przewoźnik obsługuje między innymi połączenia na trasie Pleszew – Kowalew, a także turystyczny Retro Express Bieszczady. Sama historia firmy również jest dość nietypowa. SKPL Cargo wyrosło z pasji miłośników kolei związanych ze Stowarzyszeniem Kolejowych Przewozów Lokalnych, które działało już od 2001 roku. Początkowo firma skupiała się na kolejach wąskotorowych i lokalnych liniach wyłączanych ze struktur PKP, z czasem rozwijając działalność również na normalnotorowych liniach pasażerskich i towarowych.

Dziś przedsiębiorstwo posiada odpowiednie licencje i certyfikaty bezpieczeństwa pozwalające na prowadzenie przewozów pasażerskich w Polsce i Unii Europejskiej. Nie oznacza to jednak automatycznie, że prywatny przewoźnik zdecyduje się na wejście na wymagającą trasę między Białymstokiem a Lublinem.

Mimo to sam przejazd „Leszka” wystarczył, by rozbudzić wyobraźnię. Czy był to tylko zwykły przejazd techniczny? A może dyskretne sprawdzenie możliwości trasy?

Featured Video Play Icon

To ukryta, rowerowa perełka. Narew gra tu kluczową rolę.

Łomżyński Park Krajobrazowy Doliny Narwi to jedno z tych miejsc w Podlaskiem, które potrafią zaskoczyć nawet osoby dobrze znające region. Rozległe doliny, wijąca się między łąkami Narew, niewielkie wsie z drewnianą zabudową i ogromna cisza sprawiają, że to idealny kierunek na jednodniową wycieczkę rowerową. Nie ma tu tłumów, głośnych atrakcji ani komercyjnego chaosu. Jest za to natura, przestrzeń i poczucie, że czas płynie wolniej.

Dobrym punktem startowym może być Łomża. Już kilka kilometrów za miastem krajobraz zaczyna się zmieniać. Drogi prowadzą przez tereny pełne pól, pastwisk i nadrzecznych łąk, a nad głową często można zobaczyć krążące ptaki. Dolina Narwi jest jednym z najcenniejszych obszarów przyrodniczych w tej części Polski. To raj dla miłośników obserwacji natury – szczególnie o poranku lub późnym popołudniem, gdy okolica budzi się do życia.

Jedną z ciekawszych tras jest przejazd w kierunku Drozdowa i dalej przez wsie położone nad Narwią. Drozdowo przyciąga nie tylko pięknym położeniem, ale też historią. Znajduje się tu dwór Lutosławskich oraz Muzeum Przyrody, które warto odwiedzić choćby na chwilę odpoczynku od pedałowania. Sama droga prowadząca przez park jest przyjemna i stosunkowo spokojna, dzięki czemu nadaje się również dla mniej doświadczonych rowerzystów.

Największe wrażenie robi jednak sama dolina Narwi. Rzeka nie płynie tu w prosty sposób – rozlewa się tworząc zakola. W wielu miejscach można zatrzymać się na chwilę i po prostu posiedzieć w ciszy. To jedna z tych tras, gdzie bardziej niż tempo liczy się klimat podróży. Warto mieć ze sobą aparat lub telefon, bo widoki potrafią naprawdę zachwycić – szczególnie latem i wczesną jesienią.

Po drodze można trafić na niewielkie drewniane kapliczki, stare gospodarstwa i punkty widokowe, z których rozciąga się panorama doliny. Niektóre odcinki prowadzą asfaltowymi drogami lokalnymi, inne bardziej szutrowymi trasami, dlatego najlepiej sprawdzi się rower trekkingowy lub gravel. Całość można dostosować do własnych możliwości – od spokojnej, rodzinnej przejażdżki po kilkudziesięciokilometrową wyprawę.

Łomżyński Park Krajobrazowy Doliny Narwi to świetny pomysł na aktywny dzień poza miastem. To miejsce dla osób, które chcą odpocząć od pośpiechu, zobaczyć mniej znane oblicze Podlaskiego i poczuć prawdziwy kontakt z naturą. Czasem nie trzeba jechać na drugi koniec Polski, żeby znaleźć trasę, którą będzie się długo wspominać.

Susza w Podlaskiem trwa. Deszcz nie uratuje Narwi, Biebrzy i Bugu bez realnych działań.
fot. Wody Polskie

Susza w Podlaskiem trwa. Deszcz nie uratuje Narwi, Biebrzy i Bugu bez realnych działań.

Ostatnie opady deszczu nad województwem podlaskim mogły sprawić wrażenie, że sytuacja hydrologiczna zaczyna się poprawiać. Mokre ulice, kałuże, chwilowo niższe zagrożenie pożarowe – dla wielu osób to sygnał ulgi. Problem w tym, że natura nie działa według krótkotrwałych emocji. Kilka dni deszczu nie jest w stanie odwrócić wielomiesięcznej suszy, która pustoszy lasy, bagna i doliny rzeczne Podlasia.

Szczególnie dramatycznie wygląda sytuacja w Biebrzańskim Parku Narodowym. Brakuje w nim około 10 milionów metrów sześciennych wody. To liczba wręcz niewyobrażalna. Ostatnie opady praktycznie nie wpłynęły na sytuację hydrologiczną lasów. Poprawa zagrożenia pożarowego jest jedynie chwilowa i niewielka. Największym problemem są dziś gwałtowne ulewy. Woda spływa po wysuszonej ziemi, zamiast spokojnie wsiąkać i zasilać mokradła, torfowiska oraz wody gruntowe. To dlatego po kilku dniach bez deszczu sytuacja wraca do punktu wyjścia. Podlasie wysycha dalej.

I właśnie dlatego coraz trudniej zrozumieć bierność instytucji odpowiedzialnych za gospodarkę wodną.

W lutym Wody Polskie zorganizowały spotkanie eksperckie dotyczące rekultywacji starorzeczy Narwi. Sam kierunek działań można ocenić pozytywnie – renaturyzacja rzek, przywracanie starorzeczy czy poprawa retencji są potrzebne. Problem polega jednak na tym, że podczas całego spotkania praktycznie pominięto temat kluczowy dla przyszłości Narwi: wpływ zbiornika Siemianówka.

To właśnie Siemianówka od lat jest głównym czynnikiem destabilizującym naturalny charakter Narwi. Zbiornik zmienił rytm przepływu wody, wpłynął na temperaturę rzeki, transport osadów i funkcjonowanie ekosystemów w dolinie Narwi. Bez uczciwej rozmowy o roli Siemianówki trudno mówić o realnym ratowaniu rzeki.

Tymczasem lutowe spotkanie skupiło się głównie na technicznych rozwiązaniach dotyczących sześciu starorzeczy. Dyskutowano o zastawkach, bystrzach kamiennych i deflektorach nurtu, ale zabrakło odwagi, by podjąć temat systemowy. To trochę tak, jakby próbować ratować wysychające drzewo, podlewając pojedyncze gałęzie, ale ignorując uszkodzony korzeń.

Susza zaczyna uderzać nie tylko w przyrodę, ale również w turystykę i lokalną gospodarkę. W Biebrzańskim Parku Narodowym część atrakcji już jest niedostępna. Nie działa między innymi popularna przeprawa pływającym pomostem na szlaku Szuszalewo – Nowy Lipsk. Dla regionu żyjącego także z turystyki przyrodniczej to bardzo niepokojący sygnał.

Podlasie potrzebuje dziś czegoś więcej niż pojedynczych konferencji i punktowych działań.

Potrzebna jest prawdziwa strategia ratowania rzek i mokradeł północno-wschodniej Polski. Strategia obejmująca całość problemu: retencję, melioracje, regulacje rzek, wycinkę mokradeł i właśnie wpływ Siemianówki.

Bo jeśli dalej będziemy rozmawiać wyłącznie o skutkach, a nie o przyczynach, to za kilka lat możemy obudzić się w rzeczywistości, w której Narew, Biebrza i Bug będą już nawet nie cieniem dawnych rzek, z których słynęło Podlasie, ale usychającymi strumykami. A wtedy nawet największy deszcz może już nie wystarczyć.

Featured Video Play Icon

Rzucili wszystko i przenieśli pod Sokółkę

Na Wzgórzach Sokólskich nie wszystko da się opowiedzieć słowami. Są miejsca, które milczą, a jednak zostają w człowieku na długo. Są też ludzie, którzy przez lata żyli obok tych wzgórz, lasów i pól, nosząc w sobie historie nigdy wcześniej niewypowiedziane. Właśnie do takich opowieści dociera nowy odcinek projektu „Podlaskie szepty”.

Twórcy w pierwszym odcinku zabierają widzów do Chmielowszczyzny, Zielskiej Kolonii oraz Chaty Knyszewicze. To tam przed kamerą stanęli mieszkańcy Wzgórz Sokólskich – Lech Sawoń wraz z Renatą Szewczyk-Sawoń, Agnieszka Prymaka oraz Piotr Sawicki. Nie są to jednak zwykłe wywiady. To spokojne, szczere opowieści ludzi mocno związanych z miejscem, w którym żyją. O codzienności, pamięci, naturze i życiu toczącym się z dala od pośpiechu współczesnego świata. Bohaterowie porzucili bowiem „miejskie” życie.

Za scenariusz, reżyserię, zdjęcia i montaż odpowiada Wojciech Panow, natomiast warstwę muzyczną, udźwiękowienie oraz wywiady przygotował Michał Gieniusz – MUTANAUM. Wsparciem i patronem serii jest Sokólski Ośrodek Kultury.

Szum drzew, wiatr, stare drewniane zabudowania i ludzkie historie tworzą wspólnie wyjątkową atmosferę, której trudno szukać gdziekolwiek indziej. Pierwszy odcinek pokazuje, że Wzgórza Sokólskie nadal mają wiele do opowiedzenia, dlatego warto czekać na kolejne.

Miasto chce budować parkingi w centrum. Brakuje najważniejszej lokalizacji.
grafika UM Białystok z 2012 roku - pod planowany parking na tyłach ulicy Liniarskiego.

Miasto chce budować parkingi w centrum. Brakuje najważniejszej lokalizacji.

Miasto Białystok w końcu dostrzegło problem z parkowaniem w centrum. To dobrze, bo od lat znalezienie miejsca postojowego graniczy dziś z cudem. Magistrat analizuje sześć lokalizacji pod parkingi wielopoziomowe i podziemne – od Waszyngtona, przez Cieszyńską, aż po plac przed kościołem św. Rocha. Problem w tym, że w całej tej dyskusji pomijana jest najbardziej oczywista i najbardziej strategiczna lokalizacja w centrum miasta – Plac NZS.

To właśnie tam znajduje się ogromny zieleniec, który aż prosi się o stworzenie nowoczesnego parkingu podziemnego z prawdziwego zdarzenia. W tej lokalizacji można byłoby stworzyć parking na 200 miejsc. Co ważne – przy zachowaniu zieleni na powierzchni. W wielu europejskich miastach takie rozwiązania funkcjonują od lat. Nad parkingiem można by było urządzić park, plac lub teren rekreacyjny, a całe zaplecze komunikacyjne przeniosłoby się pod ziemię.

I właśnie dlatego dziwi, że miasto analizuje dziś mniej efektywne i bardziej problematyczne lokalizacje, zamiast skupić się na miejscu, które mogłoby realnie rozwiązać problem parkowania w centrum na długie lata. Gdyby pod Placem NZS powstał duży parking podziemny, prawdopodobnie nie byłoby potrzeby budowy parkingów przy Cieszyńskiej czy pod placem przed św. Rochem. Kierowcy mogliby zostawić samochód praktycznie w sercu miasta i dalej poruszać się pieszo.

Warto przypomnieć, że temat parkingu w tej okolicy pojawiał się już wcześniej. Miasto rozważało kiedyś budowę parkingu na zapleczu Placu NZS (wizualizacja z 2012 roku na grafice powyżej) , czyli za blokami przy ulicy Liniarskiego. To pokazuje, że urzędnicy od dawna wiedzieli, iż właśnie ten rejon jest jednym z kluczowych punktów komunikacyjnych śródmieścia. Ostatecznie jednak temat gdzieś zniknął, a dziś wraca się do pomysłów rozproszonych po różnych częściach miasta.

Oczywiście potrzebny jest parking przy szpitalach na Waszyngtona – tu trudno dyskutować, bo sytuacja od lat jest dramatyczna. Jednak jeśli mowa o rozwiązaniu problemu parkowania w ścisłym centrum, Plac NZS wydaje się lokalizacją wręcz idealną. Centralne położenie, ogromna przestrzeń i możliwość budowy pod ziemią bez niszczenia miejskiej tkanki sprawiają, że trudno znaleźć lepsze miejsce.

Pytanie brzmi więc nie „czy”, ale dlaczego miasto znów omija najbardziej oczywiste rozwiązanie?

Przełom wokół Siemianówki! Dyrektor Parku mówi wprost: Narew umiera
Kładka Waniewo-Śliwno

Przełom wokół Siemianówki! Dyrektor Parku mówi wprost: Narew umiera

Jeszcze niedawno słyszeliśmy głównie ciszę. Gdy alarmowaliśmy, że Siemianówka odbiera Narwi życie, że rzeka wysycha, zarasta i powoli umiera – wielu traktowało to jak kolejną medialną burzę. Tymczasem dziś rano w Radiu Białystok padły słowa, które jeszcze jakiś czas temu wydawały się nie do pomyślenia.

Dyrektor Narwiańskiego Parku Narodowego otwarcie mówił o tym, że Narew umiera. Że trzeba zmniejszyć powierzchnię Siemianówki, która zatrzymuje ogromne ilości wody. Że konieczne będzie naturalne piętrzenie i zatrzymywanie wody w środowisku. To ogromna zmiana. Wcześniej była tylko głucha cisza.

Przez długi czas krytykowaliśmy dyrekcję za bierność. Podkreślaliśmy, że nawet jeśli Park nie ma bezpośredniego wpływu na działania poza swoim obszarem, to może wpływać pośrednio — nagłaśniając problem, wywierając presję społeczną i mobilizując instytucje takie jak Wody Polskie. Bo właśnie od tego są dziś media, organizacje i instytucje publiczne: by mówić głośno o zagrożeniach, zanim będzie za późno.

I wygląda na to, że nasze apele zostały w końcu usłyszane!

Teraz czas, by o Siemianówce i umierającej Narwi usłyszeli także politycy. By przestali traktować temat jak lokalny problem kilku ekologów czy mieszkańców regionu, a zaczęli realnie wpływać na podległe sobie instytucje i podejmować konkretne decyzje. Bez nacisku z góry wiele urzędów nadal będzie wybierało wygodną bezczynność. A Narew nie może już czekać kolejnych lat.

Cieszy nas, że temat ochrony Narwi przestaje być zamiatany pod dywan. Jeśli nasze publikacje i wielomiesięczne alarmowanie choć trochę pomogły przesunąć tę dyskusję do przodu — to znaczy, że warto było o tym mówić. Bo Narew nie ma czasu na polityczne kalkulacje i wygodne milczenie. Ona po prostu potrzebuje wody.

Featured Video Play Icon

Czy wiecie gdzie jest najwyższy szczyt w Podlaskiem?

Województwo podlaskie kojarzy się przede wszystkim z rozległymi lasami, jeziorami i dziką przyrodą. Niewiele osób wie jednak, że właśnie tutaj znajduje się także najwyższy punkt regionu. Jest nim Rowelska Góra położona na Suwalszczyźnie, w pobliżu miejscowości Wiżajny. To miejsce wyjątkowe nie tylko ze względu na swoje położenie, ale również charakterystyczny krajobraz i surowy klimat północno-wschodniej Polski.

Rowelska Góra znajduje się niedaleko drogi wojewódzkiej nr 651, pomiędzy miejscowościami Rowele i Wiżajny. Wzniesienie osiąga około 298 metrów nad poziomem morza i oficjalnie uznawane jest za najwyższy punkt województwa podlaskiego. Choć nazwa może sugerować imponujący szczyt, w rzeczywistości jest to niewielkie wyniesienie terenu charakterystyczne dla polodowcowego krajobrazu Suwalszczyzny.

Okolice Rowelskiej Góry słyną z wyjątkowo chłodnego klimatu. Region ten od lat nazywany jest polskim biegunem zimna. Zimą śnieg utrzymuje się tutaj znacznie dłużej niż w innych częściach kraju, a temperatury należą do najniższych w Polsce. Surowa aura i otwarte przestrzenie sprawiają, że miejsce ma swój niepowtarzalny klimat.

Dotarcie na Rowelską Górę jest stosunkowo proste. Wielu turystów korzysta z nawigacji, wpisując pobliską elektrownię wiatrową znajdującą się niedaleko szczytu. Warto tu jednak dodać, że ze względu na bliskość granicy z Obwodem Królewieckim, systemy GPS mogą nie działać prawidłowo.

Samochód można zostawić przy niewielkim mostku w pobliżu drogi, a następnie udać się pieszo w kierunku widocznych wiatraków. Spacer zajmuje zaledwie kilka minut. W pobliżu jednego z wiatraków znajdują się kamienie oznaczające najwyższy punkt województwa podlaskiego. Współrzędne miejsca to 54.353665, 22.886207.

Dodatkową atrakcją okolicy jest wieża widokowa Rowelska Góra. Obiekt znajduje się niedaleko głównej drogi i pozwala podziwiać rozległe panoramy Suwalszczyzny. Z góry doskonale widać charakterystyczne pagórkowate tereny, pola oraz rozrzucone po okolicy wiatraki. Nawet przy pochmurnej pogodzie widoki potrafią zrobić ogromne wrażenie.

Rowelska Góra to miejsce, które pokazuje inne oblicze Podlasia. Nie ma tutaj tłumów turystów ani rozbudowanej infrastruktury. Jest za to cisza, przestrzeń i krajobrazy, które doskonale oddają charakter północno-wschodniej Polski. Dla osób odwiedzających Suwalszczyznę może być to ciekawy punkt na mapie regionu oraz okazja do zdobycia najwyższego miejsca województwa podlaskiego.

Zaczyna się sezon komunii. Nie kupuj dziecku hulajnogi elektrycznej.

Zaczyna się sezon komunii. Nie kupuj dziecku hulajnogi elektrycznej.

Jeszcze kilka lat temu komunijnym „hitem” był rower. Dziś coraz częściej rodzice, chrzestni i dziadkowie wybierają hulajnogi elektryczne. Problem w tym, że to nie jest zabawka. To pojazd, który potrafi rozpędzić dziecko do prędkości większej niż biegnący człowiek, bez żadnej ochrony, karoserii czy poduszek powietrznych. A lekarze w Podlaskiem coraz częściej mówią wprost: oddziały urazowe zaczynają zapełniać się dziećmi po wypadkach na hulajnogach elektrycznych.

W Uniwersyteckim Dziecięcym Szpitalu Klinicznym w Białymstoku lekarze alarmują o lawinowym wzroście ciężkich urazów. Tylko w pierwszym półroczu do szpitala trafiło już 26 dzieci z poważnymi obrażeniami po wypadkach na hulajnogach elektrycznych. To nie są otarcia kolan jak po upadku z roweru. Mowa o urazach głowy, krwiakach mózgu, złamaniach twarzoczaszki i pobytach na intensywnej terapii. W jednym z przypadków 15-latek po zderzeniu z autem doznał trzech krwiaków i dużego obrzęku mózgu.

W Augustowie 11-latek jadący hulajnogą próbował wyprzedzić kolegę i zderzył się z samochodem. Trafił do szpitala. Policja podkreślała później, że chłopca przed tragedią uratował kask. W innym przypadku dwóch nastolatków jechało jedną hulajnogą elektryczną. Po awarii koła obaj upadli i trafili do szpitala. Takich historii w regionie jest coraz więcej.

Najbardziej przerażające jest jednak to, że wielu dorosłych kompletnie nie rozumie, czym naprawdę jest zderzenie przy nawet niewielkiej prędkości. Na szkoleniach dotyczących bezpieczeństwa ruchu drogowego instruktorzy często pokazują prostą rzecz: już przy 7 km/h ciało człowieka podczas nagłego zatrzymania doświadcza bardzo gwałtownego przeciążenia. To mniej więcej prędkość szybkiego marszu. Człowiek potrafi wtedy rozbić nos o deskę rozdzielczą albo mocno uderzyć głową.

Przy 20 km/h — czyli typowej prędkości hulajnogi elektrycznej — energia uderzenia robi się ogromna. Upadek bez kasku zaczyna przypominać wyskoczenie z okna pierwszego piętra. Organizm dziecka nie ma żadnej ochrony. Nie ma pasów bezpieczeństwa. Nie ma stref zgniotu. Jest asfalt, krawężnik albo samochód.

A teraz warto przypomnieć sobie jedną rzecz: większość dzieci komunijnych ma 9 lat. Tymczasem zgodnie z przepisami dziecko poniżej 10 roku życia nie może samodzielnie poruszać się hulajnogą elektryczną po drodze publicznej. Starsze dzieci muszą posiadać kartę rowerową lub odpowiednie uprawnienia.

Policjanci i lekarze coraz częściej apelują, by nie traktować hulajnogi jako „fajnego gadżetu”. To pojazd wymagający refleksu, wyobraźni i odpowiedzialności. Problem w tym, że dzieci ich jeszcze po prostu nie mają. Dziecko nie przewidzi, że samochód wyjedzie zza zaparkowanego auta. Nie oceni drogi hamowania. Nie zrozumie, że mokra kostka brukowa zmienia hulajnogę w pocisk bez kontroli.

Rodzice często mówią: „przecież będzie jeździł tylko po osiedlu”. Tyle że większość groźnych wypadków właśnie tam się wydarza. Na chodnikach. Na ścieżkach rowerowych. Pod blokiem. Kilka sekund nieuwagi wystarczy, by zwykły komunijny prezent skończył się karetką, operacją albo tragedią, która zostanie z rodziną na całe życie.

Może więc zamiast elektrycznej hulajnogi lepiej kupić dziecku coś, co daje radość bez ryzyka rozbicia głowy o asfalt.

Dramatyczny pożar lasu w sąsiednim województwie. Czy jesteśmy gotowi na podobne zdarzenia u nas?

Dramatyczny pożar lasu w sąsiednim województwie. Czy jesteśmy gotowi na podobne zdarzenia u nas?

Ogromny pożar lasów na Lubelszczyźnie po raz kolejny pokazał, jak szybko natura potrafi zamienić się w żywioł nie do zatrzymania. Pożar wybuchł we wtorek w godzinach popołudniowych na terenie Puszczy Solskiej, obszaru, na którym znajdują się rezerwaty przyrody, parki krajobrazowe, obszary sieci Natura 2000, pomniki przyrody czy ochrona gatunkowa roślin i zwierząt. Pożar w bardzo krótkim czasie objął łącznie 250 hektarów lasów.

Należy sobie zadać pytanie już teraz. Czy Podlaskie – region pełen puszcz, bagien i parków narodowych jest przygotowany na długotrwałą suszę i coraz częstsze zagrożenie pożarowe?

Jeszcze kilkanaście lat temu wielu mieszkańców regionu uważało, że Podlaskie jest naturalnie „odporne” na takie zjawiska. W końcu mamy Biebrzę, Narew, ogromne kompleksy leśne i tereny podmokłe. Problem w tym, że klimat zmienia się szybciej niż nasze myślenie o wodzie. Coraz krótsze zimy, brak stabilnej pokrywy śnieżnej i długie okresy bez opadów powodują, że nawet miejsca uznawane kiedyś za wilgotne zaczynają wysychać.

Najbardziej alarmujące sygnały płyną z Biebrzańskiego Parku Narodowego. To właśnie tam regularnie pojawiają się informacje o suszy hydrologicznej i pożarach trzcinowisk oraz łąk. W ostatnich latach ogień wielokrotnie obejmował rozległe obszary parku. W 2025 roku spłonęły kolejne hektary cennych terenów bagiennych i torfowisk.

To szczególnie niebezpieczne dlatego, że torfowiska są naturalnym magazynem wody. Gdy są nawodnione — chronią przed suszą i ograniczają ryzyko pożarów. Gdy wysychają — zamieniają się w łatwopalny materiał, który może tlić się pod ziemią przez wiele dni. Strażacy dobrze pamiętają dramatyczne akcje gaśnicze na Biebrzy, gdzie ogień był trudny do opanowania właśnie przez przesuszone podłoże i niesłabnący wiatr.

Niepokojące sygnały pojawiają się również w Puszczy Białowieskiej. Eksperci zwracają uwagę na zmiany poziomu wód gruntowych oraz pogarszający się stan siedlisk wilgotnych. Międzynarodowa Unia Ochrony Przyrody (IUCN) uznała ostatnio stan ochrony Puszczy Białowieskiej za „krytyczny”. Oczywiście problemów jest tam więcej niż sama susza, ale coraz częściej mówi się o tym, że brak stabilnych zasobów wodnych będzie jednym z największych zagrożeń dla całego ekosystemu.

Podobne obawy dotyczą również Narwiańskiego Parku Narodowego. Dolina Narwi od lat zmaga się z coraz niższymi poziomami wód i coraz krótszym okresem naturalnych rozlewisk. To zmienia cały charakter tych terenów. Łąki wysychają szybciej, zmienia się roślinność, a miejsca dawniej stale mokre zaczynają przypominać zwykłe suche pola. W praktyce oznacza to również większe ryzyko pożarowe.

Coraz częściej o problemie przesuszenia mówi się także w kontekście Puszczy Knyszyńskiej i Puszczy Augustowskiej. To ogromne kompleksy leśne, które przy długotrwałej suszy stają się bardzo podatne na pożary. Wystarczy kilka tygodni bez opadów, wysoka temperatura i silny wiatr, aby nawet niewielkie źródło ognia doprowadziło do katastrofy. Instytut Badawczy Leśnictwa regularnie publikuje mapy zagrożenia pożarowego pokazujące, że ryzyko w polskich lasach rośnie bardzo szybko.

W tym wszystkim wraca również temat zbiornika Siemianówka. Od lat sztuczny zalew zaburza naturalny obieg wody i wpływa na warunki hydrologiczne Narwi. Ogromne ilości wody są tam magazynowane na płytkim akwenie, gdzie podczas upałów następuje intensywne parowanie. Tymczasem rzeka niżej mogłaby być lepiej zasilana naturalnym przepływem.

Dziś, w czasach coraz częstszych susz, pytanie o sens dalszego utrzymywania Siemianówki wraca z nową siłą. Być może zamiast kolejnych kosztownych prób utrzymywania sztucznego zbiornika należałoby rozpocząć dyskusję o jego stopniowej likwidacji i renaturyzacji całego obszaru. Teren ten mógłby stać się jednym z największych rezerwatów przyrody w Polsce — czymś na wzór nowych obszarów ochronnych podobnych charakterem do Biebrzańskiego Parku Narodowego.

Naturalne bagna, rozlewiska i mokradła działają jak gigantyczna gąbka. Zatrzymują wodę znacznie skuteczniej niż betonowe konstrukcje hydrotechniczne i sztuczne zbiorniki. Co więcej — są odporne na parowanie, wspierają bioróżnorodność i ograniczają skutki ekstremalnych zjawisk pogodowych. Być może właśnie w tym kierunku powinno iść dziś myślenie o bezpieczeństwie wodnym Podlasia.

Pożary na Lubelszczyźnie pokazują jedno bardzo wyraźnie — Polska wchodzi w epokę, w której susza i wielkie pożary przestają być wyjątkiem. Podlaskie wciąż ma ogromny naturalny potencjał: puszcze, bagna, rzeki i parki narodowe. Ale jeśli nie zaczniemy traktować wody jako najcenniejszego zasobu regionu, nawet najbardziej zielone tereny mogą w przyszłości stanąć w ogniu.

Featured Video Play Icon

Dzika przyroda Podlasia. Ekscytujące obrazy natury na żywo.

Podlaskie to jedno z tych miejsc, które nie próbują nikogo przekonywać na siłę. Ono po prostu jest – ciche, rozległe, dzikie. I właśnie dlatego przyciąga ludzi, którzy mają dość zgiełku, ekranów i sztucznie wykreowanych atrakcji. Tutaj nie ogląda się natury zza szyby. Tutaj się w nią wchodzi. To region, w którym obserwowanie zwierząt nie jest „atrakcją turystyczną” w klasycznym sensie. To doświadczenie. Spotkanie. Czasem nagłe, czasem wyczekane godzinami. I zawsze prawdziwe.

W Podlaskiem można zobaczyć półdzikie konie pasące się na rozległych łąkach, szczególnie w dolinach rzek i na terenach bagiennych. Nie są zamknięte w zagrodach ani przygotowane pod turystów. Żyją swoim rytmem – przemieszczają się, reagują na pogodę, czują obecność człowieka. Ich widok o świcie, gdy mgła unosi się nad ziemią, potrafi zatrzymać na dłużej niż jakiekolwiek widowisko.

Jeszcze bardziej surowe wrażenie robią spotkania z łosiami. To jedne z największych dzikich zwierząt w Polsce, a w Podlaskiem mają idealne warunki do życia – rozległe bagna Biebrzańskiego Parku Narodowego są ich naturalnym królestwem. Łoś nie ucieka w panice jak wiele innych zwierząt. Potrafi stać nieruchomo, obserwując. I właśnie ten moment – kiedy człowiek i dzika natura patrzą na siebie bez pośredników – zostaje w pamięci najdłużej.

Żubry to z kolei symbol Podlasia. Największe ssaki Europy, które jeszcze niedawno były na granicy wyginięcia, dziś można spotkać w Puszczy Białowieskiej i okolicznych terenach. Nie w klatce, nie na wybiegu, tylko w ich własnym świecie. Zobaczenie żubra w lesie to coś zupełnie innego niż wizyta w zoo – to poczucie obcowania z czymś pierwotnym, potężnym i jednocześnie spokojnym.

Nad tym wszystkim unosi się jeszcze jeden wymiar – ptaki drapieżne. Podlaskie to raj dla ornitologów i tych, którzy po prostu lubią patrzeć w niebo. Bieliki, myszołowy, orliki krzykliwe – krążą wysoko, wykorzystując prądy powietrza. Ich obecność trudno zaplanować, ale gdy już się pojawią, robią ogromne wrażenie. Cisza, przestrzeń i nagle majestatyczny lot nad głową.

To właśnie odróżnia Podlaskie od miejsc „zorganizowanej przyrody”. Tutaj nic nie jest ustawione pod turystę. Nie ma gwarancji, że zobaczysz konkretne zwierzę o konkretnej godzinie. Ale jeśli dasz sobie czas, zwolnisz i zaczniesz naprawdę patrzeć – natura zacznie się odsłaniać.

I wtedy okazuje się, że największą atrakcją nie jest to, co zobaczysz, ale jak to zobaczysz. Bez barierek, bez tłumu, bez scenariusza. Tylko Ty i świat, który od tysięcy lat działa na własnych zasadach.

5 inwestycji, na które Podlaskie czeka od lat. Co się dzieje, a co wciąż stoi w miejscu?
Przykładowa wizualizacja białostockiego Aquaparku. Cztery pracownie czekają na ogłoszenie zwycięskiej koncepcji.

5 inwestycji, na które Podlaskie czeka od lat. Co się dzieje, a co wciąż stoi w miejscu?

W Podlaskiem od lat powracają te same tematy inwestycyjne. Pojawiają się w kampaniach wyborczych, w planach strategicznych i lokalnych debatach. Zmieniają się szczegóły, pojawiają się nowe dokumenty, czasem kolejne zapowiedzi – ale dla wielu mieszkańców efekt końcowy wciąż pozostaje odległy. Sprawdzamy, na jakim etapie są dziś najważniejsze projekty i kiedy realnie można spodziewać się przełomu.

Lotnisko na Krywlanach – inwestycja, która wciąż czeka na decyzje

Lotnisko na Krywlanach to jeden z najbardziej rozpoznawalnych przykładów inwestycji „w toku” od wielu lat. Pas startowy powstał już w 2018 roku, ale do dziś nie przełożyło się to na realne uruchomienie komunikacji lotniczej. W ostatnich miesiącach temat znów wrócił do debaty publicznej, jednak – jak podkreślały wówczas władze miasta – bez przełomu.

Obecnie prowadzone są działania o charakterze przygotowawczym. W planach jest budowa hangaru z funkcją terminala, który miałby obsługiwać niewielki ruch lotniczy. Jednocześnie trwają rozmowy dotyczące zmiany modelu zarządzania lotniskiem oraz procedury związane z wymianą gruntów, które umożliwiłyby dalszy rozwój infrastruktury.

Kluczowym problemem pozostaje jednak tzw. przeszkoda lotnicza, czyli drzewa w Lesie Solnickim. Bez ich usunięcia pas startowy nie może być w pełni wykorzystywany. Na dziś nie ma konkretnych informacji o rozpoczęciu wycinki ani o terminach rozwiązania tego problemu. Dodatkowo wciąż nie jest gotowy raport zamówiony przez urząd marszałkowski, który ma wskazać dalsze kierunki działań. W efekcie perspektywa regularnych lotów z Białegostoku pozostaje odległa, a projekt nadal znajduje się na etapie przygotowań i analiz.

Połączenie kolejowe Białystok – Lublin

fot. Archiwum PKP PLK SA – po prawej mapa Magistrali Wschodniej

Bezpośrednie połączenie kolejowe między Białymstokiem a Lublinem to projekt, który w dużej mierze wykracza poza granice województwa podlaskiego. Problem nie dotyczy samej infrastruktury w regionie, lecz brakującego ogniwa w województwie lubelskim i częściowo mazowieckim.

Największą barierą jest około 106-kilometrowy odcinek między Łukowem a Lublinem, który nie jest zelektryfikowany. W praktyce oznacza to konieczność zmiany lokomotywy z elektrycznej na spalinową, co znacząco wydłużałoby czas podróży i obniżało atrakcyjność połączenia. Z tego powodu uruchomienie regularnej, konkurencyjnej oferty przewozowej jest obecnie nieuzasadnione.

Sytuacja może się zmienić w przyszłości, ponieważ PKP Polskie Linie Kolejowe podpisały umowę na przygotowanie dokumentacji projektowej dla elektryfikacji tego odcinka. Dokumentacja ma powstać do 2027 roku. Dopiero po jej ukończeniu będzie można mówić o konkretnych terminach realizacji inwestycji i ewentualnym uruchomieniu połączeń. W praktyce oznacza to, że realna dyskusja o bezpośrednich pociągach Białystok–Lublin może rozpocząć się dopiero za kilka lat.

Hajnówka – Białowieża – powrót kolei do serca puszczy

Inaczej wygląda sytuacja w przypadku linii kolejowej nr 52 między Hajnówką a Białowieżą. Tu od lat nie kursują regularne pociągi, a dostęp do jednego z najważniejszych miejsc turystycznych regionu odbywa się głównie połączeniem drogowym.

Niedawno pojawiła się realna szansa na zmianę tej sytuacji. PKP Polskie Linie Kolejowe planują przejęcie tej linii od powiatu hajnowskiego, co jest pierwszym krokiem do jej rewitalizacji. Trwają uzgodnienia dotyczące formy przejęcia, a po ich zakończeniu możliwe będzie rozpoczęcie szczegółowych analiz technicznych.

Kolejnym etapem będzie ocena stanu infrastruktury i określenie zakresu niezbędnych prac. Na tej podstawie zapadną decyzje o modernizacji i przywróceniu ruchu pasażerskiego. Na dziś nie ma jednak konkretnej daty powrotu pociągów ani informacji o częstotliwości kursów. Projekt jest więc na etapie wstępnym, choć bardziej zaawansowanym niż wiele innych inwestycji w regionie.

Aquapark w Białymstoku – projekt gotowy, ale bez finalnej koncepcji

Budowa aquaparku w Białymstoku to inwestycja, która ma już solidne podstawy formalne. Istnieje studium wykonalności, gotowe są dokumenty planistyczne, a realizacją zajmuje się miejska spółka Lech. Mimo to projekt wciąż nie wszedł w fazę wykonawczą.

Na początku 2026 roku zapowiadano wybór ostatecznej koncepcji obiektu, jednak termin ten został przesunięty. Komisja oceniająca nadal analizuje projekty przygotowane przez cztery pracownie, które mają doświadczenie w realizacji podobnych inwestycji w Polsce.

Sam obiekt ma być dużym kompleksem o powierzchni około 17 tysięcy metrów kwadratowych, z basenem sportowym, częścią rekreacyjną, saunarium i zapleczem rehabilitacyjnym. Istotnym elementem projektu jest powiązanie aquaparku ze spalarnią odpadów – ciepło z niej ma zasilać obiekt. Według obecnych założeń inwestycja mogłaby zostać ukończona do końca 2028 roku, ale dopóki nie zostanie wybrana finalna koncepcja, trudno mówić o pewnym harmonogramie.

Hala widowiskowo-sportowa – inwestycja odkładana od dwóch dekad

Budowa hali widowiskowo-sportowej w Białymstoku to jeden z najstarszych projektów inwestycyjnych w regionie. Pierwsze zapowiedzi pojawiły się jeszcze w połowie lat 2000, jednak przez kolejne lata projekt był odkładany.

Obecnie inwestycja weszła w etap przetargowy. Miasto ogłosiło postępowanie na wybór wykonawcy, jednak proces ten napotkał na opóźnienia. Do urzędu wpłynęło ponad 450 pytań od potencjalnych oferentów, co wymusiło przesunięcie terminu składania ofert.

Zakładany harmonogram przewiduje podpisanie umowy jeszcze w 2026 roku i realizację inwestycji w ciągu około 30 miesięcy. Oznaczałoby to zakończenie budowy na początku 2029 roku. Jednocześnie władze miasta podkreślają, że terminy te są uzależnione od przebiegu procedur i ewentualnych opóźnień na etapie przetargu.

Między planami a rzeczywistością

Wszystkie opisane inwestycje łączy jedno – są znane mieszkańcom od lat i każda z nich znajduje się dziś na innym etapie realizacji. W większości przypadków nie można mówić o stagnacji całkowitej, ale też trudno wskazać szybkie terminy zakończenia.

Najbardziej zaawansowane są projekty aquaparku i hali widowiskowej, które mają już konkretne ramy czasowe, choć nadal zależne od procedur. Linia do Białowieży ma realną szansę na powrót, ale wymaga jeszcze wielu decyzji. Z kolei lotnisko i połączenie Białystok–Lublin pozostają projektami długoterminowymi, obciążonymi problemami strukturalnymi i zależnościami od innych instytucji.

Dla mieszkańców oznacza to jedno – większość tych inwestycji nadal znajduje się w fazie przejściowej, a ich realne efekty będą widoczne dopiero w kolejnych latach, o ile obecne plany zostaną konsekwentnie zrealizowane.

Majówka 2026. To jest rdzeń Podlasia. Musisz go zobaczyć.

Majówka 2026. To jest rdzeń Podlasia. Musisz go zobaczyć.

Siemiatycze, Drohiczyn, Mielnik czy Granne to majówkowa trasa dla tych, którzy chcą odkryć Podlasie mniej oczywiste, ale pełne klimatu i historii. To obszar nad Bugiem – rzeką, która wyznacza rytm życia, tworzy szerokie krajobrazy i daje poczucie przestrzeni, jakiej trudno szukać gdzie indziej. Jest spokojnie, naturalnie i bardzo autentycznie.

Siemiatycze to dobry punkt startowy – miasto nieduże, ale przyjazne i uporządkowane, z ciekawą historią i kilkoma miejscami, które warto zobaczyć. Zalewy w centrum to popularne miejsce spacerów i odpoczynku, szczególnie gdy pogoda dopisuje. To właśnie tutaj można złapać pierwszy oddech przed dalszą drogą. Okolice Siemiatycz zachęcają do spokojnej eksploracji – niewielkie wsie, otwarte przestrzenie i brak tłumów sprawiają, że to dobry kierunek dla tych, którzy chcą uciec od zgiełku. To Podlasie bez pośpiechu, gdzie nie trzeba „zaliczać atrakcji”, żeby dobrze spędzić czas.

Majówka 2026. To jest rdzeń Podlasia. Musisz go zobaczyć.
fot. Urząd Marszałkowski Województwa Podlaskiego

Drohiczyn to jedno z najbardziej klimatycznych miejsc nad Bugiem. Dawna stolica Podlasia zachwyca położeniem na wysokiej skarpie, z której rozciąga się widok na szeroką dolinę rzeki. Spacer wzdłuż krawędzi skarpy, zejście nad sam Bug czy chwila ciszy przy jednym z kościołów pozwalają naprawdę poczuć charakter tego miejsca. To również miasto z historią, którą widać na każdym kroku – od zabytkowych świątyń po spokojne uliczki. Drohiczyn nie jest głośny ani nachalny – raczej zaprasza do zatrzymania się i spojrzenia szerzej, na krajobraz i przeszłość.

Mielnik to z kolei bardziej surowa, naturalna odsłona regionu. Góra Zamkowa z widokiem na Bug, kopalnia kredy i dzikie tereny wokół tworzą klimat, który wyróżnia to miejsce na tle innych. To idealny punkt na krótki postój z widokiem, który naprawdę robi wrażenie. Okolice Mielnika to świetny teren na spacery i rower – szczególnie wzdłuż rzeki, gdzie krajobraz zmienia się z każdym kilometrem. Cisza, przestrzeń i brak komercji sprawiają, że łatwo tu złapać dystans do codzienności.

Granne zamyka tę trasę spokojnie i bez pośpiechu. To niewielka miejscowość nad Bugiem, która nie próbuje być atrakcją – i właśnie dlatego ma swój urok. To dobre miejsce, żeby po prostu usiąść nad rzeką, popatrzeć na wodę i zakończyć majówkę w najprostszy możliwy sposób.

Cały ten region to propozycja dla tych, którzy nie szukają fajerwerków, tylko prawdziwego klimatu. Bug, przestrzeń i cisza robią tu całą robotę – reszta jest tylko tłem.

Majówka 2026 – Na południowym wschodzie czeka nas magia
fot. Robert Wielgórski / Wikipedia

Majówka 2026 – Na południowym wschodzie czeka nas magia

Bielsk Podlaski, Hajnówka czy Białowieża to majówkowa podróż w głąb jednego z najbardziej charakterystycznych obszarów Podlasia. To tutaj najmocniej czuć wielokulturowość, tradycję i bliskość natury, która nie została podporządkowana człowiekowi. Drewniane cerkwie, spokojne miasteczka i Puszcza Białowieska tworzą razem przestrzeń, w której wszystko ma swój rytm – wolniejszy, bardziej naturalny.

Bielsk Podlaski to dobry punkt startowy, z wyraźnie zaznaczonym wpływem kultury prawosławnej. Miasto nie przytłacza, ale ma swój charakter – szczególnie widać to w architekturze i układzie przestrzeni. Spacerując po nim, można zobaczyć cerkwie, które nadają temu miejscu wyjątkowy klimat i przypominają, że Podlasie to region wielu tradycji.

Okolice Bielska to także spokojne wsie, gdzie czas płynie inaczej. Drewniane domy, kapliczki przy drogach i otwarte przestrzenie tworzą krajobraz, który trudno znaleźć w innych częściach Polski. To dobry moment, żeby zwolnić i po prostu być – bez napiętego planu zwiedzania.

Hajnówka wprowadza już bezpośrednio w klimat Puszczy Białowieskiej. To miasto jest naturalną bramą do jednego z najcenniejszych przyrodniczo miejsc w Europie. Warto zajrzeć do Soboru Świętej Trójcy – jednego z największych obiektów sakralnych prawosławia w Polsce, który robi wrażenie swoją skalą i architekturą. Warto przejechać się tamtejszą kolejką wąskotorową. Od tego roku można kupować bilety online.

Największym atutem Hajnówki jest jednak jej położenie. Stąd najłatwiej ruszyć w głąb puszczy – pieszo, rowerem albo z przewodnikiem. To miejsce dla tych, którzy chcą poczuć prawdziwy kontakt z naturą, nie tylko ją „zobaczyć”.

Białowieża to finał tej trasy i jednocześnie jej najmocniejszy punkt. Puszcza Białowieska to ostatni w Europie nizinny las o charakterze pierwotnym – miejsce, gdzie przyroda rządzi się własnymi zasadami. Spacer po Rezerwacie Ścisłym czy wycieczka do miejsc, gdzie można zobaczyć żubry, to doświadczenia, które zostają w pamięci na długo.

Sama Białowieża ma spokojny, niemal uzdrowiskowy klimat. Drewniana zabudowa, szerokie drogi i otoczenie lasu sprawiają, że to idealne miejsce na zakończenie majówki. Bez pośpiechu, bez tłumów – za to z poczuciem, że było się w miejscu naprawdę wyjątkowym.

Majówka 2026. Na wschód Podlaskiego. Co dobrego tam znajdziemy?

Majówka 2026. Na wschód Podlaskiego. Co dobrego tam znajdziemy?

Supraśl, Czarna Białostocka czy Krynki to majówkowa propozycja dla tych, którzy chcą połączyć kontakt z naturą z nutą historii i klimatem pogranicza. To obszar Puszczy Knyszyńskiej – jednej z największych i najbardziej dzikich puszcz w Polsce, gdzie las nie jest tylko tłem, ale głównym bohaterem całej podróży.

Supraśl to miejsce, które od lat przyciąga spokojem i charakterystycznym, uzdrowiskowym klimatem. Monaster Zwiastowania Przenajświętszej Bogurodzicy z Muzeum Ikon to punkt obowiązkowy – nie tylko ze względu na architekturę, ale też wyjątkową atmosferę, która wprowadza w zupełnie inny rytm. Spacer bulwarami nad rzeką Supraśl czy odpoczynek wśród drewnianej zabudowy miasteczka pozwalają naprawdę zwolnić.

Warto też wyjść poza centrum i zanurzyć się w Puszczy Knyszyńskiej. Liczne szlaki piesze i rowerowe prowadzą przez gęste lasy, gdzie łatwo zapomnieć o cywilizacji. To idealne miejsce na majówkowy reset – bez tłumów, za to z zapachem lasu i ciszą, która działa lepiej niż niejeden weekend w spa.

Czarna Białostocka to z kolei propozycja dla tych, którzy chcą poczuć bardziej „surową” stronę regionu. Miasteczko położone na skraju puszczy jest świetną bazą wypadową na mniej uczęszczane trasy. Zalew Czapielówka to popularne miejsce odpoczynku – szczególnie gdy pogoda sprzyja, można tu złapać chwilę nad wodą, z dala od większych ośrodków turystycznych.

Okolice Czarnej Białostockiej to przede wszystkim lasy i małe drogi, które aż proszą się o rowerową eksplorację. To teren dla tych, którzy lubią odkrywać miejsca bez planu – skręcić w nieznaną ścieżkę i zobaczyć, dokąd zaprowadzi. Puszcza w tej części jest mniej „oswojona”, bardziej dzika, co tylko dodaje jej uroku.

Krynki zamykają tę trasę klimatem pogranicza i historią, która wciąż jest tu obecna. Charakterystyczny, gwiaździsty układ ulic wychodzących z jednego ronda to coś, czego nie zobaczysz w wielu miejscach w Polsce. Spacer po miasteczku pozwala poczuć jego dawną wielokulturowość – ślady żydowskiej przeszłości są tu nadal widoczne.

To również świetna baza do dalszego odkrywania wschodnich rubieży Podlasia. Bliskość granicy, spokojne wsie i rozległe tereny sprawiają, że to miejsce ma w sobie coś surowego, ale jednocześnie bardzo autentycznego. Idealne na zakończenie majówkowej trasy – z poczuciem, że zobaczyło się Podlasie mniej oczywiste, ale przez to jeszcze ciekawsze.

Majówka 2026 – Piękne widoki na zachód od stolicy Podlaskiego.

Majówka 2026 – Piękne widoki na zachód od stolicy Podlaskiego.

Narwiański Park Narodowy, Tykocin czy Choroszcz to jedne z tych majówkowych propozycji, które zaskakują spokojem, choć znajdują się zaledwie kilkanaście kilometrów od Białegostoku. To Podlasie bardziej „miękkie” – z rzeką, która nie płynie w jednym kierunku, tylko rozlewa się, tworząc labirynt odnóg i rozlewisk. Idealne miejsce dla tych, którzy chcą odpocząć bez konieczności pokonywania setek kilometrów.

Narwiański Park Narodowy to serce tego obszaru i jedno z najbardziej unikalnych miejsc w Polsce. Narew tworzy tu naturalną deltę śródlądową – sieć koryt, które najlepiej podziwiać z drewnianych kładek, np. w okolicach Śliwna i Waniewa. Spacer nad rozlewiskami daje poczucie obcowania z dziką przyrodą – ptaki, cisza i woda odbijająca niebo tworzą niemal medytacyjny klimat.

To również świetne miejsce dla miłośników fotografii i obserwacji ptaków. Wiosną park tętni życiem – słychać żurawie, widać czaple i dziesiątki innych gatunków. Nie ma tu spektakularnych „atrakcji”, ale jest coś cenniejszego – autentyczność i spokój, który trudno znaleźć gdzie indziej.

Tykocin to z kolei podróż w czasie. Niewielkie miasteczko zachowało historyczny układ i klimat dawnej Rzeczypospolitej. Rynek z pomnikiem Stefana Czarnieckiego, barokowy kościół i odbudowany zamek tworzą spójną, niemal filmową scenografię. Spacerując po Tykocinie, łatwo wyobrazić sobie, jak wyglądało życie kilka wieków temu. Nie można pominąć Wielkiej Synagogi – jednego z najlepiej zachowanych tego typu obiektów w Polsce. To miejsce robi wrażenie nie tylko architekturą, ale też historią, która przypomina o wielokulturowości Podlasia. Wizyta tutaj nadaje całej wycieczce głębszy kontekst.

Majówka 2026 – Piękne widoki na zachód od stolicy Podlaskiego.
Choroszcz domyka tę trasę spokojnym, parkowym klimatem. To idealne miejsce na końcowy przystanek – mniej turystyczne, bardziej lokalne, ale przez to autentyczne. Największą atrakcją jest Pałac Branickich, otoczony rozległym parkiem i wodami Narwi, który zachęca do niespiesznych spacerów.

To miejsce, gdzie można po prostu usiąść na ławce i pozwolić, żeby czas płynął wolniej. Cały region Narwi, Tykocina i Choroszczy nie krzyczy do turysty – raczej zaprasza go cicho. I właśnie dlatego zostaje w pamięci na dłużej.

Majówka 2026 – Co kryje w sobie Północ Podlaskiego

Majówka 2026 – Co kryje w sobie Północ Podlaskiego

Majówka w północnym regionie Podlaskiego oczywiście musi uwzględniać Augustów, Sejny i Suwałki. Bowiem to gotowy scenariusz na kilka dni pełnych natury, przestrzeni i prawdziwego oddechu od codzienności. To Podlasie w swojej najbardziej surowej i jednocześnie pięknej odsłonie – bez nadmiaru komercji, za to z krajobrazami, które zostają w głowie na długo.

Augustów to naturalny punkt startowy. Miasto żyje wodą – Kanał Augustowski, jeziora i rozbudowana infrastruktura sprawiają, że można tu spędzić cały dzień aktywnie albo… zupełnie nic nie robić, tylko chłonąć klimat. Rejs statkiem przez śluzy to klasyk, który daje zupełnie inną perspektywę na okolicę, a spacery wzdłuż jezior czy wypady rowerowe wokół Necka i Białego pozwalają poczuć, jak bardzo ten region jest „do życia”, nie tylko do zwiedzania.

Warto też wyjechać kawałek poza centrum Augustowa. Puszcza Augustowska to ogromne, zielone morze ciszy, gdzie łatwo zgubić zasięg… i dobrze. Leśne ścieżki, dzikie jeziora i brak tłumów sprawiają, że to idealne miejsce na reset – czy to pieszo, czy na rowerze, czy nawet kajakiem jedną z mniej uczęszczanych tras.

Sejny to zupełnie inny klimat – bardziej spokojny, refleksyjny, z wyraźnym duchem pogranicza. Miasteczko nie narzuca się atrakcjami, ale właśnie w tym tkwi jego siła. Bazylika Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny robi wrażenie swoją skalą i historią, a Biała Synagoga przypomina o wielokulturowej przeszłości tych ziem. To miejsce, gdzie historia nie jest „opowiedziana”, tylko wciąż obecna.

 

Okolice Sejn to już prawdziwa cisza i przestrzeń. Małe wsie, falujące łąki i jeziora, do których często trafia się przypadkiem, skręcając w boczną drogę. To teren idealny na spokojne rowerowe trasy albo długie spacery bez planu. Jeśli ktoś szuka Podlasia bez filtrów – właśnie tutaj je znajdzie.

Suwałki i Suwalszczyzna zamykają tę trasę mocnym akcentem przyrody. To jeden z najbardziej charakterystycznych krajobrazowo regionów w Polsce – pagórki, jeziora i rozległe przestrzenie tworzą widoki, które bardziej przypominają północ Europy niż centralną część kraju. Suwalski Park Krajobrazowy to obowiązkowy punkt – szczególnie okolice jeziora Hańcza i punktów widokowych, z których widać, jak „pofalowana” jest ta ziemia.

Same Suwałki są dobrym zapleczem wypadowym, ale największe wrażenie robi to, co znajduje się wokół. Cisza, czyste powietrze i brak pośpiechu tworzą klimat, który trudno podrobić. To miejsce dla tych, którzy chcą naprawdę zwolnić – nie przez brak atrakcji, tylko przez ich naturalną harmonię.

W Białymstoku działa Urzędomat

W Białymstoku działa Urzędomat

Przy Urzędzie Miejskim w Białymstoku pojawiło się nowe urządzenie, które ma rozwiązać jeden z najbardziej irytujących problemów mieszkańców – konieczność dopasowywania się do godzin pracy urzędu. Mowa o tzw. urzędomacie, ustawionym przy ul. Słonimskiej 1. W teorii brzmi to jak kolejny krok w stronę wygody. W praktyce – zależy, jak często ktoś faktycznie musi coś odebrać.

Urzędomat działa przez całą dobę, siedem dni w tygodniu. To jego największy atut. Jeśli ktoś pracuje do późna albo nie ma czasu w ciągu dnia, może podjechać wieczorem czy w weekend i odebrać dokument bez stania w kolejce. Na razie zakres spraw jest dość wąski – chodzi głównie o dowody rejestracyjne (nowe lub wtórniki) oraz trzecią tablicę rejestracyjną.

Żeby skorzystać z urządzenia, trzeba wcześniej zaznaczyć taką formę odbioru podczas składania wniosku i podać numer telefonu. Gdy dokument będzie gotowy, przychodzi SMS z kodem PIN. Na miejscu wpisuje się numer, kod, składa podpis na ekranie i skrytka się otwiera. Całość ma być szybka i bezproblemowa – o ile ktoś zmieści się w 48 godzinach, bo tyle jest czasu na odbiór. Po tym terminie dokument wraca do urzędu i wszystko wraca do starego trybu.

Nie ma tu wielkiej rewolucji technologicznej – to raczej rozwiązanie znane z paczkomatów, tylko przeniesione do administracji. Różnica polega na tym, że zamiast paczki odbieramy dokument, który i tak wcześniej musieliśmy zamówić w urzędzie. Czyli jedna wizyta mniej, ale nie zero wizyt.

Na plus można zaliczyć dostępność – urządzenie zostało dostosowane do osób z niepełnosprawnościami, ma odpowiednią wysokość, tryb wysokiego kontrastu i możliwość wyboru niższej skrytki. To akurat standard, który dobrze widzieć w praktyce, a nie tylko w dokumentach.

Czy urzędomat realnie zmieni sposób załatwiania spraw? Dla części osób na pewno tak – szczególnie tych, którzy do tej pory traktowali odbiór dokumentów jako zło koniecznie. Dla reszty będzie to po prostu wygodna opcja, z której skorzystają raz na jakiś czas. Największym testem okaże się nie samo urządzenie, tylko to, czy z czasem pojawią się w nim kolejne usługi. Jeśli nie – zostanie ciekawostką. Jeśli tak – może być początkiem czegoś większego.

Budują atrakcje dla ludzi, a chcą dotacje na przeciwdziałanie suszy i ochronę przed powodzią.

Budują atrakcje dla ludzi, a chcą dotacje na przeciwdziałanie suszy i ochronę przed powodzią.

Bielsk Podlaski szykuje się na dużą inwestycję – zbiornik retencyjny na rzece Białej, który według zapowiedzi ma przeciwdziałać suszy, chronić przed powodzią, a przy okazji stworzyć nową przestrzeń rekreacyjną dla mieszkańców. Wniosek o dofinansowanie już trafił do odpowiednich instytucji, a wartość projektu szacowana jest na około 40 milionów złotych. W planach są nie tylko same prace hydrotechniczne, ale też infrastruktura wypoczynkowa i nasadzenia zieleni. Na pierwszy rzut oka wszystko brzmi jak klasyczna inwestycja „dla dobra mieszkańców i środowiska”. Jednak kiedy przyjrzeć się bliżej, pojawia się kilka pytań.

Podlaskie od lat zmaga się z problemem spadających poziomów wód. Rzeki i cieki wodne są coraz płytsze, a okresy suszy wydłużają się z roku na rok. W takiej rzeczywistości trudno nie zauważyć pewnej sprzeczności w argumentacji: jednocześnie mówi się o walce z suszą i o funkcji przeciwpowodziowej. Tymczasem te dwa zjawiska rzadko występują równocześnie w sposób, który uzasadniałby budowę dużego zbiornika.

Jeśli wody jest mało – zbiornik nie ma czego magazynować. Jeśli pojawią się intensywne opady i lokalne podtopienia – ich charakter jest zazwyczaj krótkotrwały i gwałtowny. W takich przypadkach niewielki zbiornik nie jest w stanie znacząco wpłynąć na sytuację hydrologiczną, a zgromadzona w nim woda w kolejnych tygodniach po prostu odparuje. To naturalny proces, który szczególnie nasila się w okresach letnich.

Zwraca się uwagę na to, jakie powinno być właściwie podejście do gospodarki wodnej. Czyli takie, które nie polega na „zamykania” wody w zbiornikach, lecz na jej zatrzymywaniu w krajobrazie. W Podlaskiem ogromną rolę odgrywają dawne systemy melioracyjne, często jeszcze z czasów PRL, które przez dekady skutecznie odprowadzały wodę z łąk i terenów podmokłych. Robiono to po to, by rolnicy mieli większe obszary do wykorzystania. W czasach, gdy po wojnie brakowało jedzenia, było to całkiem logiczne. Dziś w XXI wieku nie brakuje  nam jedzenia tylko wody. A ten sam system przyczynia się do przesuszania gleby.

Gdyby zlikwidować te melioracje, woda mogłaby naturalnie rozlewać się na okoliczne tereny, zasilać glebę i podnosić poziom wód gruntowych. Przy intensywnych opadach działałoby to jak naturalny bufor, ograniczając gwałtowne spływy. To rozwiązanie mniej widowiskowe, ale bardziej trwałe i zgodne z lokalnym ekosystemem.

Problem w tym, że takie działania rzadko wpisują się w duże programy inwestycyjne. Nie generują spektakularnych projektów infrastrukturalnych, nie tworzą przestrzeni rekreacyjnych, nie przyciągają uwagi w taki sposób jak nowy zalew z pomostami i ścieżkami spacerowymi.

I tu pojawia się druga warstwa tej inwestycji – ta, o której mówi się już bardziej otwarcie. Planowany zbiornik ma stać się miejscem wypoczynku, rekreacji i integracji społecznej. To niewątpliwie wartość dla mieszkańców, szczególnie w miastach, które szukają nowych przestrzeni do życia poza betonem i asfaltem.

W efekcie powstaje projekt, który łączy w sobie dwa światy: oficjalną narrację o retencji i ochronie środowiska oraz bardzo realną potrzebę stworzenia atrakcyjnego miejsca dla ludzi. I być może właśnie w tym połączeniu tkwi klucz do zrozumienia całej inwestycji. Bo czasem najciekawsze nie jest to, co zapisane w dokumentach – lecz to, co znajduje się między wierszami.

Featured Video Play Icon

Równina Bielska – zobacz te przepiękne widoki!

Równina Bielska to miejsce, które na pierwszy rzut oka może wydawać się spokojne i jednorodne, ale im dłużej się w nim przebywa, tym wyraźniej odsłania swoją prawdziwą naturę. To krajobraz szerokich przestrzeni, gdzie niebo zdaje się być bliżej ziemi niż gdziekolwiek indziej, a horyzont rozciąga się bez pośpiechu, jakby czas płynął tu wolniej.

Dominują tu pola uprawne, łąki i rozproszone zagajniki, które zmieniają swój charakter wraz z porami roku. Wiosną teren ożywa – pojawiają się ptaki, których śpiew niesie się daleko po otwartej przestrzeni, a świeża zieleń kontrastuje z jeszcze wilgotną ziemią. Latem Równina Bielska nabiera intensywnych barw – złote łany zbóż falują na wietrze, a powietrze drży od ciepła i dźwięków owadów. Jesień przynosi spokój i miękkie światło, które podkreśla strukturę krajobrazu, a zimą wszystko przykrywa śnieg, wyrównując granice między polami i drogami.

Choć jest to teren rolniczy, przyroda wciąż ma tu swoje miejsce. W rowach melioracyjnych i niewielkich ciekach wodnych można spotkać płazy, a wśród drzew i krzewów kryją się drobne ssaki i ptaki. Charakterystyczna dla tego regionu jest też obecność bocianów, które od lat wpisują się w rytm lokalnego życia i krajobrazu.

Równina Bielska nie przyciąga spektakularnymi formami terenu, ale właśnie w jej prostocie tkwi siła. To przestrzeń, która pozwala złapać dystans, zatrzymać się na chwilę i zobaczyć więcej – nie przez nadmiar bodźców, ale przez ich brak.

Presja ma sens! Urzędnicy wystraszyli się wściekłych rowerzystów!

Presja ma sens! Urzędnicy wystraszyli się wściekłych rowerzystów!

Jeszcze dziś rano pisaliśmy jak kompromitującą decyzję podjęli radni – zakazującą jazdy rowerom po Rynku Kościuszki. Po burzy jaka pojawiła się w sieci, urzędnicy najwyraźniej wystraszyli się wściekłych właściciel jednośladów. Na Rynku są znaki, które wykluczają rowery z ogólnego zakazu wjazdu pojazdom. Ale, trudno powiedzieć czego one dotyczą konkretnie, skoro Rynek nie jest drogą a placem. Znaki drogowe stosujemy do dróg. Tak czy inaczej urzędnicy po dwóch dniach „zastanawiania się” przyznali – jazda rowerem przez Rynek jest legalna.

Oznacza to jedno. Presja ma sens.

Presja społeczna faktycznie zadziałała, ale jednocześnie obnażyła coś znacznie groźniejszego – brak stabilności decyzji. Mieszkańcy dostali jasny sygnał: nie obowiązuje spójna polityka, tylko doraźne reagowanie na kryzysy wizerunkowe. Dziś rowerzyści „wygrali”, jutro ktoś inny może przegrać – w zależności od tego, kto głośniej krzyknie.

Jeżeli miasto chce być traktowane poważnie, nie może działać w ten sposób. Regulamin głównego placu to nie jest eksperyment, który testuje się „na żywym organizmie” i poprawia po komentarzach z Facebooka. To powinien być efekt analizy, konsultacji i świadomej decyzji.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że ta sytuacja była całkowicie do przewidzenia. Wystarczyło wyjść poza salę obrad i zobaczyć, jak wygląda codzienne życie w centrum. Zobaczyć ludzi jadących rano do pracy, uczniów, studentów, mieszkańców, którzy po prostu korzystają z miasta. Zamiast tego dostaliśmy decyzję zza biurka – i jej równie chaotyczną korektę.

Presja ma sens – to fakt. Ale jeszcze większy sens miałoby podejmowanie decyzji, które tej presji nie wymagają.

Szokująca decyzja radnych! Zakazują wjazdu rowerom na Rynek Kościuszki.

Szokująca decyzja radnych! Zakazują wjazdu rowerom na Rynek Kościuszki.

Decyzja radnych Białegostoku o zakazie wjazdu rowerów na Rynek Kościuszki i Plac Jana Pawła II to przykład administracyjnej krótkowzroczności w najczystszej postaci. I trudno to nazwać inaczej niż kompromitacją. Miasto od lat szczyciło się tym, że jest przyjazne dla rowerzystów. Liczba ścieżek rowerowych jest imponująca. Tymczasem jednym ruchem ręki radni wykreślają z mapy jedną z kluczowych tras rowerowych w centrum. Bez realnego zrozumienia, jak to miejsce działa w praktyce.

Bo Rynek Kościuszki to nie jest tylko „deptak”. To realny węzeł komunikacyjny. Codziennie rano przejeżdżają tamtędy ludzie jadący do pracy, szkoły, na uczelnie. Nie dlatego, że „tak im się podoba”, tylko dlatego, że nie mają sensownej alternatywy. Ulice takie jak Sienkiewicza czy częściowo Legionowa od lat są dla rowerzystów przestrzenią wrogą – niebezpieczną i niedostosowaną. Rynek był naturalnym obejściem tego problemu. Był – bo właśnie przestał nim być.

Najbardziej absurdalny w tej decyzji jest jednak detal, który mówi wszystko o jakości tego procesu: stacja roweru miejskiego BiKeR znajdująca się w obrębie objętym zakazem. W praktyce oznacza to, że użytkownik może wypożyczyć rower… ale nie może nim legalnie wyjechać. Trudno o bardziej symboliczny przykład oderwania od rzeczywistości. System działa, infrastruktura będzie stała, użytkownicy będą – tylko regulamin został napisany tak, jakby nikt nie pomyślał.

To nie jest kwestia „różnicy zdań” między radnymi a rowerzystami. To jest błąd. Jeżeli miasto chce ograniczać ruch rowerowy w takim miejscu, to najpierw musi stworzyć alternatywę. Spójny ciąg komunikacyjny. Drogę, która realnie przejmie ten ruch. Bez tego zakaz nie porządkuje przestrzeni – tylko przenosi problem gdzie indziej albo go eskaluje. Tak czy inaczej zakaz jest po prostu głupi. Bo Rynek nie jest przestrzenią wyjętą z życia miasta. To jego centrum – miejsce, gdzie różne funkcje się przenikają. Próba wycięcia jednej z nich bez przemyślenia konsekwencji prowadzi do chaosu, a nie do ładu.

Najbardziej niepokojące jest jednak coś innego: tryb podejmowania takich decyzji. Brak analiz, brak odniesienia do realnych potoków ruchu, brak konsultacji, które miałyby jakiekolwiek znaczenie. Zrobiono to na zasadzie „wrzutki”. Dopiero po fakcie pojawia się narracja: „jeśli będą sygnały, przeanalizujemy”. Tu nie ma co analizować, tu trzeba odkręcać głupotę.

Dziś środowiska rowerowe mówią wprost: to jeden z najbardziej absurdalnych zakazów w Polsce. I trudno się z tym nie zgodzić. Bo nie chodzi tu o ideologię, tylko o elementarną spójność decyzji. Jeżeli miasto inwestuje w system roweru miejskiego, promuje ekologiczny transport i jednocześnie blokuje jego podstawowe ciągi komunikacyjne – to znaczy, że ktoś przestał nad tym panować.

Radni mają jeszcze czas, żeby tę decyzję odwrócić. Ale problem jest głębszy niż jeden zapis w regulaminie. To test kompetencji i odpowiedzialności za miasto. Bo Białystok nie potrzebuje kolejnych deklaracji o nowoczesności. Potrzebuje decyzji, które mają sens.

Featured Video Play Icon

Suwałki to nie tylko biegun zimna. Co jeszcze odkryjesz w tym mieście?

Suwałki mają wizerunek, z którym trudno konkurować – „biegun zimna”, koniec Polski, miejsce bardziej do przetrwania niż do zwiedzania. Problem w tym, że to uproszczenie. Bo kiedy wejdziesz w to miasto głębiej, szybko okazuje się, że Suwałki nie próbują nikogo na siłę zachwycać. One po prostu są – spokojne, konkretne i pełne detali, które zaczynają mieć znaczenie dopiero wtedy, gdy przestajesz patrzeć powierzchownie.

To miasto ma historię, która nie krzyczy, ale zostawia ślad. Spacerem przez Park Konstytucji 3 maja, dalej deptakiem przy ulicy Chłodnej aż do placu Marii Konopnickiej, pozwala złapać pierwszy rytm tego miasta. Nie jest szybki. I właśnie dlatego działa.

Są tu też rzeczy, których nie znajdziesz gdzie indziej. Cmentarz Siedmiu Wyznań – miejsce, które pokazuje, jak bardzo zróżnicowana była kiedyś ta część Polski. Cerkiew Wszystkich Świętych jako kolejny dowód, że Suwałki nie są jednowymiarowe. Nawet były budynek więzienia, dziś wkomponowany w galerię handlową, jest czymś więcej niż ciekawostką – to symbol zmian, jakie przeszło miasto.

Suwałki mają też lekkość, której można się nie spodziewać. Krasnoludki rozsiane po mieście, muzeum Marii Konopnickiej, niewielkie place i zaułki – to wszystko sprawia, że to miejsce zaczyna być bardziej „do przeżycia” niż „do odhaczenia”. Nie chodzi o spektakularne atrakcje. Chodzi o klimat.

I w końcu – okolice. Tu Suwałki pokazują swoją największą siłę. Zalew Arkadia jako szybkie wyjście z miasta, a dalej już tylko więcej przestrzeni. Suwalszczyzna to jeden z najbardziej charakterystycznych krajobrazów w Polsce – pagórki, jeziora, cisza, która nie jest pustką, tylko czymś naturalnym. To nie jest region, który próbuje być modny. On po prostu jest autentyczny. Jeśli patrzysz na to miejsce przez pryzmat temperatury – tracisz połowę obrazu. A druga połowa jest zdecydowanie ciekawsza.

Featured Video Play Icon

Podlaskie na rowerze. Jak się zwiedza region na dwóch kołach?

Podlaskie najlepiej poznaje się powoli. Nie z okna samochodu, nie w pośpiechu między punktami na mapie, ale z poziomu drogi, którą naprawdę się czuje. Rower daje dokładnie to – kontakt z przestrzenią, ciszą i detalem, który w innym tempie po prostu znika. Dobrym przykładem takiej trasy jest odcinek prowadzący od Grabarki w kierunku Hajnówki. To nie jest tylko przejazd „z punktu A do B”, ale ciąg doświadczeń, które układają się w spójną opowieść o regionie.

Już sam początek ma ciężar symboliczny. Święta Góra Grabarka to jedno z najważniejszych miejsc kultu prawosławnego w Polsce. Setki, a właściwie tysiące krzyży, zapach drewna i żywicy, cisza przerywana tylko krokami pielgrzymów – to przestrzeń, która narzuca tempo. Tu nikt się nie spieszy. U podnóża bije źródełko, z którego wielu zabiera wodę na dalszą drogę, traktując to bardziej jako rytuał niż zwykły postój.

Puszcza Knyszyńska Gravel – Wyprawa rowerowa – 16.05.2026

Dalej trasa otwiera się na zupełnie inne krajobrazy. Pojawia się dolina Bugu – szeroka, spokojna, miejscami niemal dzika. To jeden z tych fragmentów Podlaskiego, gdzie ingerencja człowieka jest ograniczona, a przyroda gra pierwsze skrzypce. Drogi są łagodne, bez większych przewyższeń, co sprawia, że jazda ma bardziej charakter płynięcia niż wysiłku. Po drodze mijasz niewielkie miejscowości, w których widać wielokulturową historię regionu. Drewniane domy, przydrożne kapliczki, cerkwie ukryte między drzewami – to elementy, które nie są tu atrakcją turystyczną w klasycznym rozumieniu. One po prostu są. I właśnie dlatego robią największe wrażenie.

Im bliżej Hajnówki, tym wyraźniej zmienia się charakter przestrzeni. Pojawiają się pierwsze oznaki Puszczy Białowieskiej – las gęstnieje, światło się rozprasza, a ruch samochodowy praktycznie znika. To moment, w którym rower staje się jedynym sensownym środkiem transportu. Pozwala wjechać głębiej, zatrzymać się w dowolnym miejscu i naprawdę poczuć skalę tego terenu.

Podlaskie w wersji rowerowej to nie lista atrakcji do odhaczenia. To raczej ciąg wrażeń, które budują się powoli – od miejsc o dużym znaczeniu kulturowym, przez otwarte krajobrazy, aż po zwarte kompleksy leśne. Bez presji czasu, bez tłumów, bez konieczności planowania co do minuty. I właśnie dlatego rower jest tu najlepszym wyborem. Nie skraca dystansu – przeciwnie, pozwala go w pełni przeżyć.

Kolejka wąskotorowa w Hajnówce wraca na szlak! Można kupować bilety.

Kolejka wąskotorowa w Hajnówce wraca na szlak! Można kupować bilety.

Wąskotorowa Kolejka Leśna w Hajnówce rozpoczyna nowy sezon. Nadleśnictwo uruchomiło sprzedaż biletów na pierwsze przejazdy zaplanowane na majówkę. Pierwsze kursy odbędą się 1 maja, a kolejne w dniach 2 i 3 maja. 1 maja kolejka wyruszy o godzinie 9:00, 13:00 i 16:15. Taki sam rozkład obowiązuje 2 maja. 3 maja zaplanowano dwa kursy – o 9:00 i 13:00. Przejazdy realizowane są na trasie Hajnówka – Topiło i z powrotem. W jedną stronę to około 11 kilometrów, a cała podróż wraz z postojem trwa około trzech godzin.

Stacja początkowa znajduje się przy ul. Kolejki Leśne 12 w Hajnówce. Działa tam Ośrodek Edukacji Leśnej „Stacja”, gdzie dostępna jest kasa biletowa, poczekalnia i zaplecze sanitarne. Trasa prowadzi przez obszary Puszczy Białowieskiej, obejmując fragmenty lasów, łąk i terenów podmokłych. Przejazd odbywa się z prędkością około 20 km/h, co pozwala na swobodną obserwację otoczenia. Na końcowej stacji w Topile przewidziano około godzinny postój, który można przeznaczyć na spacer lub odpoczynek.

Kolejka ma charakter historyczny. Powstała w czasie I wojny światowej i pierwotnie służyła do transportu drewna. Po latach została przekształcona w atrakcję turystyczną i obecnie jest jedną z bardziej rozpoznawalnych form zwiedzania Puszczy Białowieskiej.

Sezon przejazdów trwa zazwyczaj do końca września. Majówka jest jego początkiem i jednocześnie okresem największego zainteresowania.

Planty miały być gotowe wiosną. Doczekamy się po wakacjach.

Planty miały być gotowe wiosną. Doczekamy się po wakacjach.

Rewitalizacja parku Planty w Białymstoku, która według pierwotnych założeń miała zakończyć się wraz z nadejściem wiosny 2026 roku, potrwa dłużej. Wszystko wskazuje na to, że prace będą kontynuowane przez całe lato, a teren jeszcze przez kilka miesięcy będzie przypominał plac budowy.

Opóźnienia dotyczą natomiast jednego z kluczowych elementów inwestycji – przebudowy fontanny. Zgodnie z założeniami ma ona zyskać multimedialny charakter, z centralną wyspą wyposażoną w system dysz i oświetlenie. To właśnie ten etap prac wpływa na wydłużenie całego harmonogramu. Obecnie za budowlanym płotem, który ją odgradza wszystko jest w gruzach.

Wiosenna pogoda sprzyja spacerom, jednak odwiedzający park muszą liczyć się z utrudnieniami. Bliska zakończenia jest m.in. Aleja Zakochanych. Zakończył się też remont alejek od strony ulicy Akademickiej, jednak sama ulica pozostaje zamknięta dla ruchu. Jej ponowne otwarcie dla kierowców planowane jest na wrzesień.

Całkowity koszt rewitalizacji parku Planty wynosi około 30 milionów złotych. Według aktualnych informacji, zakończenie wszystkich prac i przywrócenie pełnej funkcjonalności parku nastąpi dopiero po okresie wakacyjnym.

Puste witryny na każdym kroku. Centrum Białegostoku przestaje istnieć jako miejsce biznesu.

Puste witryny na każdym kroku. Centrum Białegostoku przestaje istnieć jako miejsce biznesu.

Spacer po centrum Białegostoku przestaje być spacerem po mieście wojewódzkim. To przejście z widokiem na puste witryny, wynajęte kiedyś lokale i przestrzenie, które wyglądają jak po odwrocie przedsiębiorców. Jeszcze niedawno działały tu sklepy, usługi, małe firmy. Dziś – żółte plansze „do wynajęcia” i głucha cisza. I nie mówimy o pojedynczych przypadkach. To zjawisko masowe, widoczne gołym okiem, szczególnie w ścisłym centrum. Jeśli ktoś ma wątpliwości – wystarczy przejść się i policzyć. Zobaczcie nasze zdjęcia, wykonane tylko przy głównych ulicach miasta.

To nie jest chwilowe spowolnienie. To proces. Centrum straciło swoją funkcję gospodarczą, a wraz z nią – zanika sens istnienia jako żywego organizmu miejskiego. Miasto, które nie ma aktywnego centrum, zaczyna się rozlewać i degenerować. Białystok już w tę stronę idzie.

Miasto bloków zamiast możliwości

Białystok od lat rozwija się w najprostszy możliwy sposób – przez budowę kolejnych osiedli. Bloki rosną szybciej niż jakakolwiek realna gospodarka. Efekt? Mamy coraz więcej mieszkańców, ale nie mamy dla nich pracy, rozwoju ani przestrzeni do tworzenia czegokolwiek wartościowego.

To zaczyna przypominać rozrośnięte miasto powiatowe, tylko w większej skali. 10. największe miasto w Polsce, które nie oferuje realnych możliwości dla specjalistów. Rynek pracy jest płytki, firmy nie skalują działalności, a ambitni ludzie po prostu wyjeżdżają. Zostaje stagnacja i powolne osuwanie się w przeciętność.

To nie jest kwestia opinii. To jest obserwowalny fakt: brak nowych, silnych inwestycji, brak dynamicznych firm, brak przyciągania kapitału. Lokalny biznes w wielu przypadkach nie rozwija się – on trwa. A trwanie to nie rozwój. To oczekiwanie na koniec. Mało tego, to wszystko trwa od wielu lat na grupie tych samych biznesmenów.

Centrum umiera, bo nikt nim realnie nie zarządza

Największy problem to brak jakiejkolwiek strategii. Centrum Białegostoku nie jest traktowane jak kluczowy obszar gospodarczy, tylko jak przestrzeń „do ładnego utrzymania”. Brakuje aktywnego zarządzania – przyciągania najemców, tworzenia warunków dla biznesu, realnego wsparcia przedsiębiorców. Miasto nie konkuruje o firmy. Nie tworzy impulsów. Nie daje powodów, by ktoś chciał tu inwestować. Efekt jest prosty: kapitał wybiera inne miejsca. A jeśli centrum nie zarabia, to przestaje istnieć.

Ostatnie działania miały miejsce 16 lat temu, gdy postanowiono zabetonować Rynek Kościuszki i postanowiono go „sprofilować” pod gastronomię. Tylko, że dziś po tylu latach, nie ma już z tego powodu żadnego rozwoju.

Co trzeba zrobić w ciągu 5 lat?

Jeśli ten trend ma zostać odwrócony, potrzebne są decyzje, które będą odczuwalne natychmiast – nie za 15 czy 30 lat.

Po pierwsze, jeżeli coś ma się realnie szybko zmienić potrzebna jest agresywna polityka przyciągania biznesu. Zwolnienia podatkowe dla firm w centrum, preferencyjne najmy, realne wsparcie dla nowych działalności. Nie symboliczne działania – tylko konkretne pieniądze i ulgi.

Po drugie, aktywne zarządzanie pustymi lokalami. Zarząd Mienia Komunalnego musi wejść w rolę pośrednika i animatora rynku – łączyć właścicieli z najemcami, tworzyć programy tymczasowego zasiedlania lokali, wspierać start małych biznesów. Pusty lokal to koszt zrzucany na nas wszystkich.

Po trzecie, przyciągnięcie jednego silnego sektora. Cokolwiek, co ma potencjał wzrostu i płacenia dobrych pieniędzy. Bez tego nie będzie klasy średniej, a bez klasy średniej nie będzie życia w centrum.

Po czwarte, zmiana podejścia do przestrzeni miejskiej. Centrum musi być miejscem, gdzie opłaca się być – nie tylko przejść. Potrzebne są wydarzenia, ruch, ludzie. Ale nie jednorazowe imprezy, tylko stała aktywność.

Po piąte, brutalna diagnoza i koniec udawania, że „jest dobrze”. Nie jest. I dopóki ktoś tego jasno nie powie, nic się nie zmieni.

Albo działamy teraz, albo za kilka lat postępujące wyludnianie miasta na tyle się pogłębi, że zostaną tu emeryci, urzędnicy i pracownicy służb. Dokładnie to co obserwujemy obecnie na Białorusi, gdzie gospodarka od lat jest w zapaści.

Białystok stoi w miejscu, a świat idzie dalej. Każdy dzień bez decyzji pogłębia problem. Puste lokale dziś to tylko objaw. Choroba jest głębsza – brak kierunku i odwagi, by coś zmienić. A jeśli nic się nie wydarzy, centrum stanie się tylko tłem dla miasta, które już dawno przestało żyć, a zaczęło wegetować.

Marzec był prawie bez deszczu. Temperatura wyższa od średniej. Czeka nas kolejna susza?
Rzeka Narew w Koźlikach

Marzec był prawie bez deszczu. Temperatura wyższa od średniej. Czeka nas kolejna susza?

Miniony marzec był w Polsce ekstremalnie ciepły i jednocześnie skrajnie suchy. Te dwa zjawiska – choć brzmią abstrakcyjnie – w województwie podlaskim mają bardzo konkretne konsekwencje. I widać je już teraz, w terenie.

Z jednej strony mamy efekt śnieżnej zimy. W wielu miejscach Podlasia wciąż utrzymują się skromne rozlewiska – szczególnie w dolinach rzek, na łąkach i terenach bagiennych. Biebrza, Narew czy mniejsze cieki znów tworzą krajobraz, który jest jednym z największych skarbów regionu. Wielu mieszkańców okolic tych rzek jednak przyznaje, że to nie to co kiedyś. Rozlewiska są skromne.

Marzec był też jednym z najsuchszych w historii pomiarów. W Suwałkach – czyli w samym sercu północnego Podlasia – opady praktycznie nie wystąpiły. To oznacza, że obecne rozlewiska nie są efektem bieżących opadów, tylko „zapasem” po zimie. A ten zapas szybko się kończy.

Ciepło dodatkowo przyspiesza parowanie. W praktyce oznacza to, że woda, która dziś jeszcze utrzymuje się na łąkach i w dolinach rzek, może zniknąć znacznie szybciej niż zwykle. Jeśli kwiecień i maj nie przyniosą wyraźnych opadów, Podlasie może wejść w okres suszy hydrologicznej wcześniej niż zazwyczaj.

To szczególnie groźne dla terenów, które są symbolem regionu. Bagna Biebrzańskie, rozlewiska Narwi czy torfowiska – wszystkie te ekosystemy są uzależnione od stabilnego poziomu wody. Bez niego zaczynają wysychać, a to uruchamia cały łańcuch zmian: zanika roślinność bagienna, spada liczba ptaków, rośnie ryzyko pożarów. Jeśli trend ciepłych i suchych miesięcy się utrzyma, zmiany w przyrodzie regionu będą coraz bardziej widoczne. A to już nie jest kwestia jednego sezonu, tylko kierunku, w jakim zmierza cały krajobraz północno-wschodniej Polski. W pewnym momencie będzie u nas jak w Mongolii – jeden wielki step.

W tej sytuacji rola władz – zarówno regionalnych, jak i państwowych – powinna być jednoznaczna: zatrzymywać wodę tam, gdzie naturalnie występuje. Nie ma czasu już na wielkie inwestycje hydrotechniczne, tylko o odtwarzanie i ochronę tego, co już mamy. Kluczowe jest ograniczenie melioracji odwadniających, renaturyzacja rzek takich jak Narew i jej dopływy, odbudowa małej retencji oraz blokowanie odpływu wody z torfowisk. Częściowo się to już dzieje, ale zbyt wolno i na zbyt małą skalę. Kluczowe jest też zlikwidowanie zalewu Siemianówka, który degraduje Narew. Tu niestety władze postępują w drugą stronę – rozbudowują turystykę wokół zalewu. Jest to ogromny błąd.

Podlaskie nie potrzebuje szybkiego zatrzymania wody. Każdej, która spadnie z nieba. Bez tego nawet najlepsze warunki przyrodnicze regionu zostaną stopniowo zdegradowane. Jak mawiał klasyk „Nie będzie niczego”.

Featured Video Play Icon

Rynek Kościuszki do przebudowy. Czas skończyć z betonem w tym miejscu!

Od kilkunastu lat serce Białegostoku – Rynek Kościuszki – pozostaje przestrzenią, która jest jednym, gigantycznym, betonowym placem. Trudno dziś wskazać realne korzyści z takiej formy zagospodarowania. Beton dominuje nad zielenią, funkcjonalność nad estetyką, a potencjał miejsca – zamiast być wykorzystany – zdaje się być ograniczony przez własną formę.

Oczywiście, nie wszystko jest tu złe. Sam fakt stworzenia długiego, niemal ciągłego deptaka – od ulicy Kilińskiego aż po Lipową – to krok w dobrą stronę. Ograniczenie ruchu samochodowego i oddanie tej przestrzeni pieszym to decyzja, która wpisuje się w nowoczesne myślenie o miastach. Problem zaczyna się jednak tam, gdzie kończy się idea, a zaczyna realizacja.

Bo czym od lat właściwie jest Rynek Kościuszki? Latem – przestrzenią zdominowaną przez ogródki piwne. Te jednak w żaden sposób nie wymagają tak rozległej, zabetonowanej powierzchni. W wielu miastach funkcjonują one wśród zieleni, na bardziej przyjaznych, miękkich nawierzchniach, które sprzyjają odpoczynkowi, a nie odbijają upał i potęgują wrażenie pustki.

Jeszcze większe wątpliwości budzą organizowane tu wydarzenia. Koncerty, które regularnie pojawiają się na rynku, są zwyczajnie uciążliwe. Pomijając już mieszkańców przyzwyczajonych do hałasu, warto zwrócić uwagę chociażby na witraże w katedrze. Nadejdzie dzień, że się rozlecą od tego drżenia przy głośnej muzyce. Hałas niesie się daleko. Tymczasem kilka kroków dalej znajduje się plac przy Teatrze Dramatycznym – miejsce znacznie lepiej przystosowane do organizacji tego typu wydarzeń. Większa przestrzeń, bardziej naturalne „zamknięcie” akustyczne i mniej bezpośrednie sąsiedztwo mieszkań i kruchych witraży sprawiają, że byłby to wybór po prostu rozsądniejszy.

Podobnie wygląda kwestia jarmarków świątecznych. Choć przyciągają mieszkańców i turystów, ich skala wcale nie uzasadnia zajmowania centralnej części rynku. To wydarzenia, które z powodzeniem mogłyby odbywać się w innych punktach miasta – bez konieczności „zabetonowania” przestrzeni.

Po latach widać wyraźnie: zabetonowany Rynek Kościuszki nie spełnia swojej roli tak, jak mógłby. Ludzie niepotrzebnie się tam męczą, gdy chcą zjeść lody czy wypić piwo. Brakuje zieleni, cienia, naturalnych stref odpoczynku. Brakuje pomysłu na codzienne funkcjonowanie tej przestrzeni – takiego, który nie będzie uzależniony od sezonowych ogródków i okazjonalnych wydarzeń.

To nie jest apel o cofnięcie czasu, ale o refleksję. Bo skoro już mamy w centrum miasta tak dużą, wyłączoną z ruchu przestrzeń, warto zadać pytanie: czy naprawdę wykorzystujemy ją najlepiej, jak potrafimy? Odpowiedź brzmi po prostu: nie.

Featured Video Play Icon

Żegluga Augustowska wróciła na wodę. Pierwsze rejsy już ruszyły.

Wraz z pierwszymi oznakami wiosny na Kanał Augustowski wraca to, co dla wielu jest symbolem sezonu turystycznego w regionie – statki Żeglugi Augustowskiej. Po zimowej przerwie rozpoczęto pierwsze rejsy, a wraz z nimi wraca możliwość zobaczenia Podlaskiego z zupełnie innej perspektywy – spokojnej, wodnej i zdecydowanie bardziej „augustowskiej”.

W tym sezonie dostępne będą dwie dobrze znane trasy. Pierwsza to około trzygodzinny rejs do Studzienicznej – miejsca, które od lat przyciąga turystów nie tylko przyrodą, ale też swoją historią i klimatem. Druga opcja to krótszy, godzinny rejs na jezioro Rospuda, idealny dla tych, którzy chcą szybko „złapać klimat” bez całodniowej wyprawy. Na początek sezonu gotowe są dwa statki – 200-osobowe „Sajno” oraz większa „Swoboda”. Kolejne jednostki mają dołączyć na majówkę.

Na razie rejsy w kwietniu mają charakter pojedynczy i będą uruchamiane w zależności od pogody oraz zainteresowania. Kluczowe jest śledzenie bieżących informacji, bo rozkład nie jest jeszcze stały. Oficjalne otwarcie sezonu, jak co roku, planowane jest na długi weekend majowy – wtedy oferta ma być już pełna, a kursy regularne.

Warto dodać, że mimo niesprzyjających warunków pogodowych w ubiegłym roku Żegluga Augustowska przewiozła ponad 90 tysięcy pasażerów. To pokazuje, że nawet przy kapryśnej aurze zainteresowanie nie słabnie. A teraz, gdy sezon dopiero się zaczyna i wszystko wskazuje na powrót ciepłych dni, można się spodziewać, że statki znów będą pełne.

Dla wielu to nie tylko atrakcja turystyczna, ale też jeden z najprostszych sposobów, by na chwilę zwolnić. Wsiadasz na statek, zostawiasz za sobą asfalt, korki i codzienność – i przez godzinę albo trzy patrzysz na Podlaskie tak, jak powinno się je oglądać. Z poziomu wody.

Featured Video Play Icon

Białystok z góry. Punkt widokowy na wieży św. Rocha już dostępny.

Białystok można zobaczyć z zupełnie innej perspektywy. Punkt widokowy na wieży kościoła św. Rocha został ponownie otwarty. To jedna z nielicznych okazji, by spojrzeć na miasto szeroko – bez poziomu ulicy, bez pośpiechu, z dystansu, który pozwala lepiej zrozumieć jego układ i charakter.

Taras znajduje się mniej więcej w połowie liczącej blisko 80 metrów wieży. To wysokość, która daje wyraźną panoramę, ale jednocześnie pozwala dostrzec szczegóły – układ ulic, zielone fragmenty miasta i jego naturalne granice. Wejście na wieżę znajduje się od strony budynku parafialnego. Punkt jest czynny od poniedziałku do soboty w godzinach 9.00–16.00, a w niedziele i święta od 14.00 do 17.00. Wstęp jest bezpłatny, co dodatkowo zachęca, by potraktować to miejsce jako krótki, spontaniczny przystanek w ciągu dnia.

Sam kościół św. Rocha to nie tylko punkt widokowy, ale jeden z najważniejszych obiektów architektonicznych w mieście. To przykład modernizmu sakralnego w skali, której trudno szukać gdzie indziej w regionie. Świątynia została wpisana na listę Pomników Historii, co tylko potwierdza jej znaczenie – nie jako lokalnej ciekawostki, ale jako obiektu o randze ogólnopolskiej.

Historia tego miejsca sięga jeszcze czasów Jana Klemensa Branickiego, który ufundował tu pierwszą kaplicę. Przez lata próby budowy większej świątyni blokowały władze carskie. Dopiero po odzyskaniu niepodległości możliwe było rozpoczęcie realnych działań. W 1925 roku powołano parafię, rok później rozstrzygnięto konkurs architektoniczny, a w 1927 roku wmurowano kamień węgielny pod budowę. Prace trwały niemal dwie dekady, a konsekracja odbyła się w 1946 roku.

Featured Video Play Icon

Podlasie ich całkowicie zaskoczyło. Dlaczego będą tu wracać?

Podlasie nie jest kierunkiem, który planuje się miesiącami. Częściej trafia się tu przypadkiem — z ciekawości, z impulsu, czasem nawet z lekkim sceptycyzmem. I właśnie dlatego potrafi zaskoczyć najmocniej. Bo zamiast gotowych atrakcji dostaje się coś trudniejszego do uchwycenia — przestrzeń, ludzi, rytm, który nie próbuje się nikomu przypodobać. Tu nie ma presji, żeby coś „zaliczyć”. Jest czas, żeby po prostu być.

To miejsce nie działa jak typowa destynacja turystyczna. Nie konkuruje, nie przekonuje, nie krzyczy. A jednak zostaje w głowie dłużej niż wiele bardziej „efektownych” miejsc. Może dlatego, że wszystko jest tu prawdziwe — spotkania, krajobrazy, cisza. I dopiero po powrocie zaczyna się rozumieć, że to nie była zwykła podróż. To było doświadczenie, które trudno nazwać… ale łatwo zapamiętać.

Supraśl ze swoim spokojem i historią, Sokółka z codziennością, która nie udaje niczego więcej, Kruszyniany z tatarskim dziedzictwem, Trześcianka z drewnianą architekturą i PuCHA jako mniej oczywisty przystanek — każde z tych miejsc dokłada własny fragment do tej układanki. Razem tworzą obraz regionu, który nie potrzebuje jednego symbolu, bo jego siła tkwi właśnie w tej różnorodności i autentyczności.

Już niedługo stukot kół będzie tu codziennością. Co zmienia powrót kolei w Łomży?

Już niedługo stukot kół będzie tu codziennością. Co zmienia powrót kolei w Łomży?

Po 33 latach ciszy na torach, Łomża wraca na kolejową mapę Polski. Za dwa miesiące ruszą regularne połączenia – do Białegostoku i Olsztyna, docelowo nawet 13 par pociągów dziennie. Sama informacja nie jest już nowa. Ciekawe jest coś innego: co to realnie zmienia i czy Łomża potrafi tę zmianę wykorzystać.

Bo kolej w 2026 roku to nie jest „jeszcze jeden środek transportu”. To infrastruktura, która zmienia zachowania ludzi, kierunki przepływu pieniędzy i atrakcyjność miejsca do życia. Przez trzy dekady Łomża funkcjonowała jak wyspa – komunikacyjnie odcięta od głównych osi regionu. Autobusy i samochody wypełniły tę lukę, ale to rozwiązania indywidualne, rozproszone i wrażliwe na koszty paliwa, korki czy zmiany cen. Pociąg działa inaczej: jest przewidywalny, systemowy i – co najważniejsze – skaluje ruch. Jednym kursem przewozi dziesiątki, a nie pojedyncze osoby.

I tu pojawia się pierwszy realny potencjał: codzienne dojazdy. Jeżeli czas przejazdu będzie konkurencyjny, Łomża może stać się zapleczem dla Białegostoku i Olsztyna. Tańsze nieruchomości, spokojniejsze tempo życia i możliwość dojazdu do pracy bez prowadzenia auta to zestaw, który działa między innymi w Łodzi, gdzie sporo osób dojeżdża pracować w Warszawie.

Drugi obszar to studenci i młodzi ludzie. Dziś wybór uczelni często oznacza wyprowadzkę. Stałe, częste połączenia kolejowe mogą odwrócić tę logikę – pozwolić studiować w Białymstoku czy Olsztynie i nadal mieszkać w Łomży. To oznacza, że część młodych ludzi nie „znika” z miasta na kilka lat. A to z kolei wpływa na lokalny rynek usług, wynajem, gastronomię. Trzeci element to turystyka, która w Podlaskiem dopiero się buduje. Kolej obniża próg wejścia – ktoś z Białegostoku może spontanicznie przyjechać na jednodniowy wypad bez auta. Łomża, jeśli dobrze to rozegra, może stać się punktem startowym do eksploracji regionu – Narwi, okolicznych wsi, mniej znanych tras. Ale to wymaga czegoś więcej niż samych torów: spójnej oferty, informacji, współpracy lokalnych biznesów.

Czwarta rzecz to rynek pracy. Firmy zaczynają patrzeć na dostępność komunikacyjną jako jeden z kluczowych czynników. Miasto bez kolei jest dla wielu inwestorów automatycznie mniej atrakcyjne. Z koleją – nagle pojawia się możliwość zatrudniania ludzi z większego obszaru. To zwiększa pulę pracowników bez konieczności ich relokacji. I wreszcie aspekt mniej oczywisty: zmiana mentalna. Przez 33 lata mieszkańcy przyzwyczaili się, że „tu się nie da”. Kolej jest sygnałem odwrotnym – że jednak się da, że miasto wraca do obiegu. To nie jest mierzalne w kilometrach torów, ale często właśnie takie zmiany uruchamiają nowe inicjatywy.

Czy to oznacza koniec autobusów? Nie. Raczej początek konkurencji, która może poprawić jakość całego rynku transportowego. Autobusy będą musiały się dostosować – ceną, komfortem, elastycznością. Ostatecznie zyska pasażer.

Kluczowe pytanie brzmi jednak inaczej: czy Łomża potraktuje kolej jako szansę rozwojową, czy tylko jako ciekawostkę po latach przerwy. Bo sama infrastruktura niczego nie gwarantuje. Ona daje możliwości – ale to od miasta, przedsiębiorców i mieszkańców zależy, czy zostaną wykorzystane.

Nowy film „Podlasie” na Netflixie. Kontrowersje i… prawdziwe cuda natury, które trzeba zobaczyć
Kożyno

Nowy film „Podlasie” na Netflixie. Kontrowersje i… prawdziwe cuda natury, które trzeba zobaczyć

Netflix właśnie pokazał światu nasze podwórko. Film „Podlasie” z Anną Seniuk i Arturem Barcisiem w rolach głównych trafił na platformę i natychmiast rozpalił dyskusje w sieci. Jedni zachwycają się, inni kręcą nosem – ale jedno jest pewne: malownicze wioski, rozlewiska Narwi i drewniane domy z kolorowymi okiennicami zrobiły robotę. I może właśnie o to chodzi.

Gwiazdy, bimber i… udawany akcent

Obsada robi wrażenie. Obok Anny Seniuk i Artura Barciśia na ekranie pojawiają się Piotr Pręgowski czy Cezary Żak – prawdziwe tuzy polskiego kina i telewizji. Mimo to film zdążył już zebrać sporą dawkę krytyki. Widzom przeszkadza fabuła, innym – udawane wschodnie akcenty, a jeszcze innym sceny z piciem bimbru, które ich zdaniem sprowadzają Podlasie do karykatury. Trudno się dziwić mieszkańcom, że reagują z mieszanymi uczuciami.

Ale jest i druga strona medalu. Kamera uchwyciła coś, czego nie da się sfałszować – autentyczne piękno tej ziemi. I to właśnie ono przyciąga wzrok nawet najbardziej sceptycznych widzów.

Gdzie kręcono „Podlasie”? Miejsca, które warto odwiedzić

Ekipa filmowa zawitała między innymi do Kaniuk, Kożyna, Rybołów czy Rzepnik. To nieprzypadkowy wybór – każda z tych wsi skrywa w sobie coś wyjątkowego. Kożyno leży malowniczo nad rzeką Łoknicą. Stare drewniane budynki, brukowana ulica – czas tutaj płynie inaczej, wolniej, jakby świat zewnętrzny jeszcze tu nie dotarł. Do tego niesamowitym widokiem jest rzeka płynąca obok drogi. Zupełnie jak w jakiejś górskiej miejscowości. Na filmie zobaczymy aktorów, którzy przechadzają przez wioskę.

Kaniuki z kolei ciągną się wzdłuż brzegu Narwi – droga we wsi biegnie równolegle do nurtu rzeki, a część domów stoi dosłownie pomiędzy jezdnią a wodą. Widok zapiera dech w piersiach, szczególnie o wschodzie słońca. Znajduje się tu także Izba Twórcza Włodzimierza Naumiuka, znanego ludowego rzeźbiarza, zlokalizowana na początku wsi. Posesja wyróżnia się licznymi rzeźbami w drewnie, a sam artysta tworzy w otoczeniu tradycyjnej podlaskiej architektury. Wspomniane rzeźby są także elementem fabuły filmu.

W Rybołach koniecznie trzeba zatrzymać się przy cerkwi – białej, z miętowymi kopułami. Jadąc dalej przez wieś, miniemy jeszcze drewnianą niebieską cerkiew na cmentarzu, a w drugiej części miejscowości, bliżej Rzepnik, czeka nas prawosławna kapliczka. To właśnie przy niej nagrywano sceny „Podlasia”.

Rzepniki zapamiętamy zaś jako wieś, w której kręcono tajemnicze sceny „kręgów w polu”. Dla porządku warto dodać, że sceny kręcono także na ruinach kościoła w Jałówce, który leży daleko od Rzeki, tuż przy białorusko-polskiej granicy.

Narwiańskie rozlewiska – bajkowa kraina, którą trzeba zobaczyć

Film „Podlasie” to jednak wycinek. Między Zabłudowem a Bielskiem Podlaskim rozciąga się świat sam w sobie. Wiosną, gdy Narew wylewa, cały obszar zamienia się w coś na kształt weneckiej delty – tyle że otoczonej łąkami, a nie kamienicami. Kolorowe chaty z charakterystycznymi ornamentami i otwartymi okiennicami spotęgują ten efekt do maksimum. Zakochać się można od pierwszego spojrzenia.

To tutaj żyją półdzikie konie i czerwone krowy – rasa niemal zapomniana przez nowoczesne rolnictwo, dziś mozolnie odbudowywana. Nad wodą panoszą się czajki, rycyki, dubelty i krwawodzioby. Ptasiarze mają tu raj.

Rzeka meandruje także między miejscowościami Narew, Ancuty, Kaczały, Ciełuszki. Każda z nich jest silnie związana z prawosławiem – po drodze napotkamy kolejne piękne, drewniane cerkwie, z których każda opowiada swoją własną historię. Warto także wspomnieć o Koźlikach, gdzie jest prywatny skansen, ale też piękne widoki na Narew z góry. Do tego to cicha i spokojna wieś.

Kraina Otwartych Okiennic – to trzeba zobaczyć

Nie można też pominąć jednego z najsłynniejszych szlaków turystycznych regionu – Krainy Otwartych Okiennic. Najbardziej rozpoznawalne są Soce, Puchły i Trześcianka, gdzie drewniana architektura z bogato zdobionymi okiennicami przyciąga fotografów i podróżników z całej Polski. Warto jednak pamiętać, że piękno tej okolicy nie kończy się na kilku pocztówkowych wsiach – atrakcyjne przyrodniczo tereny rozciągają się po obu stronach Narwi.

Film przeminie, Podlasie zostanie

„Podlasie” na Netflixie to zjawisko, które – niezależnie od oceny artystycznej – może zrobić dla regionu więcej niż niejeden folder turystyczny. Jeśli choć część widzów, zachęcona widokami z ekranu, wsiądzie w samochód i ruszy odkrywać nasze wioski, to cel zostanie osiągnięty. Bo Podlasie nie potrzebuje hollywoodzkiego scenariusza. Wystarczy przyjechać i zobaczyć na własne oczy.

Trzy nowe linie autobusowe skomunikują aż 7 gmin!
fot. Archiwum PKS NOVA

Trzy nowe linie autobusowe skomunikują aż 7 gmin!

W powiecie monieckim pojawiły się nowe linie autobusowe. Dla wielu mieszkańców to może być pierwsza od lat realna alternatywa dla samochodu – szczególnie tam, gdzie komunikacja publiczna praktycznie nie istniała albo była symboliczna.

Trzy linie łączą m.in. Krypno, Mońki, Trzcianne, Jaświły, Goniądz, Jasionówkę i Knyszyn. To właśnie takie lokalne połączenia są w regionach najważniejsze, bo nie chodzi o spektakularne trasy, tylko o codzienne sprawy – dojazd do pracy, szkoły czy lekarza. Jeśli rozkłady będą sensownie dopasowane do realnego życia mieszkańców, może to faktycznie coś zmienić.

Projekt powstał przy współpracy kilku samorządów, a jego organizacją zajmuje się gmina Krypno. Finansowanie? Około miliona złotych, z czego blisko połowa pochodzi z Funduszu Rozwoju Przewozów Autobusowych, reszta z lokalnych budżetów. Ceny biletów startują od 4 zł, co brzmi rozsądnie. Bilety można kupić u kierowcy albo przez internet, a dla chętnych są też bilety miesięczne i karta pasażera.

Na trasy wyjechało pięć autobusów, w tym pojazdy dostosowane do osób z niepełnosprawnością. To akurat ważny element, bo wykluczenie transportowe często najmocniej dotyka właśnie tych, którzy mają najmniej możliwości, by radzić sobie inaczej.

O sukcesie tych linii zdecyduje codzienność: czy autobusy będą jeździły punktualnie, czy rozkłady będą miały sens i czy mieszkańcy faktycznie zaczną z nich korzystać. Jeśli tak – to może być początek odbudowy lokalnej komunikacji. Na razie pozostaje obserwować.

Featured Video Play Icon

Czas wyciągać rowery! Pogoda w Podlaskiem coraz lepsza.

Wiosna w końcu zaczyna się na dobre rozkręcać. Coraz więcej słońca, wyższe temperatury i dłuższe dni sprawiają, że trudno już szukać wymówek, żeby siedzieć w domu. To moment, w którym natura sama zaprasza do ruchu – a jednym z najprostszych i jednocześnie najprzyjemniejszych sposobów na powrót do formy jest… rower.

Nie trzeba od razu planować dalekich wypraw czy kupować specjalistycznego sprzętu. Wystarczy wyciągnąć rower z garażu, napompować koła i ruszyć przed siebie. Białystok daje sporo możliwości, jeśli chodzi o ścieżki rowerowe, ale prawdziwa przyjemność zaczyna się dopiero wtedy, gdy wyjedziemy trochę dalej – poza miejskie ulice. Ścieżek rowerowych tam nie brakuje. A i nie trzeba stać co chwile na światłach.

Dobrym pomysłem na wiosenny rozruch jest kierunek Księżyno i dalej Turośń Kościelna. To trasa stosunkowo łatwa, idealna na pierwsze kilometry po zimowej przerwie. Spokojne drogi, niewielki ruch i otwarta przestrzeń sprawiają, że można złapać rytm i po prostu cieszyć się jazdą.

Jeśli ktoś woli bardziej „zielony” klimat, świetnym wyborem będzie Wasilków i Jurowce. Już po kilku kilometrach krajobraz zmienia się diametralnie – więcej drzew, więcej cienia i wyraźnie czystsze powietrze. To dobre miejsce na spokojniejszą jazdę, bez pośpiechu, z krótkimi przystankami.

Z kolei Czarna Białostocka i Supraśl to kierunki dla tych, którzy chcą poczuć coś więcej niż tylko rozruch. Tu zaczyna się prawdziwa przygoda – Puszcza Knyszyńska robi swoje. Dłuższe odcinki, leśne trasy i naturalne otoczenie sprawiają, że jazda przestaje być tylko aktywnością fizyczną, a zaczyna być formą odpoczynku od wszystkiego.

Warto pamiętać, że początek sezonu to nie czas na bicie rekordów. Lepiej zacząć spokojnie, nawet od kilkunastu kilometrów, i stopniowo zwiększać dystans. Organizm po zimie potrzebuje chwili, żeby wrócić na właściwe obroty – ale odwdzięczy się szybko, jeśli damy mu szansę. Jedno jest pewne – taka pogoda nie będzie trwała wiecznie. Jeśli więc od kilku dni chodzi po głowie myśl „może by tak pojeździć”, to znak, że nie ma co odkładać. Wystarczy jeden wyjazd, żeby przypomnieć sobie, jak bardzo tego brakowało.

Mało znany staw zamienił się w perełkę

Mało znany staw zamienił się w perełkę

Nie każdy zakątek Białegostoku ma swoje pięć minut. Ten przy ul. Bema przez lata raczej ich nie miał. A jednak – wygląda na to, że właśnie się to zmienia. Mało znany staw, który dla wielu mieszkańców był co najwyżej „gdzieś tam obok”, przeszedł gruntowną przebudowę. Miasto wydało na to około 3,4 mln zł, z czego sporą część – blisko 1,5 mln zł – pokryły środki unijne. Sama inwestycja została zakończona jesienią 2025 roku, ale dopiero teraz zaczyna być o niej głośniej.

Zamiast opowieści o „łączeniu natury z nowoczesnością”, warto powiedzieć wprost: zbiornik został uporządkowany i przygotowany tak, żeby w końcu dało się z niego korzystać. Dno pogłębiono, brzegi wzmocniono, poprawiono przepływ wody. Efekt? Staw ma większą zdolność zatrzymywania wody, więc przy okazji trochę lepiej radzi sobie z nadmiarem deszczu. To akurat konkret, a nie slogan.

Ale równie ważne jest to, co powstało wokół. Pojawiły się alejki, pomosty, miejsca do siedzenia, trochę infrastruktury do odpoczynku i aktywności. Innymi słowy – przestrzeń, która przestaje być „dzikim zapleczem”, a zaczyna przypominać miejsce, do którego można przyjść z wyboru, a nie przypadkiem.

I tu jest chyba najciekawszy efekt tej inwestycji. Bo nie chodzi tylko o sam staw. Chodzi o to, że wiele osób w ogóle dowie się o jego istnieniu. Do tej pory był trochę jak białostocka ciekawostka dla wtajemniczonych. Teraz ma szansę stać się normalnym punktem na mapie spacerów. Ten kawałek miasta w końcu dostał swoją szansę.

Niedźwiedzie w białostockim ZOO już nie śpią!

Niedźwiedzie w białostockim ZOO już nie śpią!

W Białymstoku wiosna oficjalnie zatwierdzona – nie przez kalendarz, nie przez synoptyków, a przez dwóch najbardziej wiarygodnych specjalistów od drzemek sezonowych. Bracia Chip i Dale, rezydenci Akcentu Zoo, zakończyli właśnie zimowy „tryb samolotowy” i wrócili do świata, w którym – jak się okazuje – nic nie smakuje tak dobrze jak poranna… pobudka przeciągnięta do południa.

Choć formalnie już się obudzili, to nadal operują w trybie „jeszcze pięć minut”. Pierwszy spacer odhaczony, ale zamiast dynamicznego wejścia w wiosnę mamy raczej miękkie lądowanie na trawie. Niedźwiedzie rozłożyły się pod siatką i wyglądały tak, jakby testowały nową usługę: „leżenie w jakości premium, bez reklam i bez pośpiechu”.

Stali bywalcy zoo od kilku tygodni prowadzili nieoficjalny monitoring sytuacji. Były zakłady, były spekulacje, a nawet próby interpretowania ciszy jako „ciszy przed… chrapaniem”. W końcu się udało – niedźwiedzie się wybudziły.

Dla porządku dodajmy, że w ubiegłym roku Chip i Dale zakończyli sen zimowy już 26 marca. W tym sezonie postawili na wersję rozszerzoną – coś pomiędzy „jeszcze chwila” a „jeszcze jedna drzemka dla zdrowia”. W naturze potrafią spać nawet do końca kwietnia, więc i tak można mówić o pewnym kompromisie z rzeczywistością.

A co dalej? Eksperci przewidują stopniowy powrót do aktywności: najpierw przeciąganie, potem spacer, a na końcu – być może – podjęcie poważnej decyzji, czy dziś bardziej się opłaca… poleżeć z lewej czy z prawej strony wybiegu.

Na koniec krótka informacja dla mieszkańców: jeśli czujecie się dziś nieco ospali, spokojnie – to nie brak kawy. To po prostu solidarność z niedźwiedziami. W końcu skoro one dopiero się budzą, to kto powiedział, że my już musimy być w pełni gotowi do życia?