Litwa obniżyła ceny biletów kolejowych o połowę! Idealna okazja, by odwiedzić Wilno i Kowno przed świętami.

Litwa obniżyła ceny biletów kolejowych o połowę! Idealna okazja, by odwiedzić Wilno i Kowno przed świętami.

Litwini znaleźli sposób na rosnące ceny paliw. Zamiast zachęcać mieszkańców do oszczędzania na podróżach, postanowili obniżyć ceny biletów kolejowych aż o 50 procent. Promocja LTG Link obowiązuje do końca 2026 roku. To świetna wiadomość również dla mieszkańców Podlaskiego, którzy planują odwiedzić Wilno, Kowno lub inne litewskie miasta. Szczególnie że za chwilę rozpocznie się sezon jarmarków bożonarodzeniowych, a na kolei ponownie może zagościć świąteczna atmosfera.

Litewski przewoźnik LTG Link wprowadził 9 października promocję, dzięki której bilety na krajowe połączenia kolejowe kosztują połowę dotychczasowej ceny. Obniżka potrwa aż do 31 grudnia i obejmuje wszystkie klasy pociągów, zarówno bilety jednorazowe, jak i okresowe. Co ważne, nie trzeba szukać specjalnych kodów promocyjnych ani spełniać dodatkowych warunków. Niższe ceny są automatycznie uwzględniane podczas zakupu.

Powodem tej decyzji są wysokie ceny paliw. Litewski rząd uznał, że mieszkańcy nie powinni być zakładnikami rosnących kosztów transportu. Zamiast więc wyłącznie mówić o potrzebie korzystania z komunikacji publicznej, zdecydował się uczynić ją znacznie bardziej atrakcyjną finansowo. Podobna promocja obowiązywała już wiosną. Wówczas skorzystało z niej ponad milion pasażerów, a liczba podróżujących pociągami wzrosła o 23 procent.

Dla mieszkańców województwa podlaskiego szczególnie interesująca może być podróż do Wilna i Kowna. Trzeba jednak pamiętać o jednym istotnym szczególe: 50-procentowa zniżka dotyczy litewskich połączeń krajowych, a nie międzynarodowych biletów z Polski. Można natomiast skorzystać z niej podczas dalszego zwiedzania Litwy. Przykładowo przejazd z Wilna do Kowna, kosztujący standardowo 8,60 euro, w ramach promocji kosztuje 4,30 euro, czyli około 18 zł. W ten sposób można podczas jednej wycieczki odwiedzić oba miasta, nie wydając fortuny na transport.

Z Białegostoku, Sokółki, Augustowa czy Suwałk można wybrać się na Litwę pociągiem, przesiadając się w Mockavie do składu LTG Link. Jest to zatem ciekawa alternatywa dla podróży samochodem, zwłaszcza jeśli zamierzamy spędzić za granicą cały weekend. Oczywiście przed wyjazdem warto sprawdzić aktualne godziny kursowania i ceny biletów międzynarodowych.

Wilno przed Bożym Narodzeniem to zupełnie inne miasto

Tym bardziej że zbliża się jeden z najpiękniejszych okresów na odwiedzenie litewskiej stolicy. Już 28 listopada na placu Katedralnym w Wilnie zostanie uroczyście rozświetlona choinka, a jednocześnie rozpocznie się jarmark bożonarodzeniowy, który potrwa do 27 grudnia. Historyczne centrum miasta wypełnią iluminacje, stoiska z rękodziełem, świąteczne smakołyki i zapach grzanego wina.

Od 29 listopada na placu Ratuszowym będzie działać lodowisko. Na ulice wileńskiej starówki powróci także specjalna świąteczna kolejka turystyczna, która od 28 listopada do 3 stycznia będzie wozić mieszkańców i turystów wśród bożonarodzeniowych dekoracji.

Miłośnicy kolei mogą również wypatrywać powrotu świątecznych pociągów LTG Link. W poprzednich latach litewski przewoźnik przygotowywał specjalnie udekorowane składy, w których podróż odbywała się wśród iluminacji i świątecznych ozdób. Takie pociągi kursowały między innymi na trasach Wilno–Kowno, Wilno–Troki oraz Wilno–Mockava, czyli również na odcinku wykorzystywanym przez pasażerów przyjeżdżających z Polski. Harmonogram tegorocznej edycji nie został jeszcze oficjalnie potwierdzony.

Nie można też zapominać o Kownie. Tam świąteczna atmosfera rozpocznie się nawet wcześniej niż w Wilnie. Uroczyste rozświetlenie miejskiej choinki zaplanowano na 27 listopada o godzinie 18.00 na placu Ratuszowym. Tego dnia rozpocznie działalność również świąteczne miasteczko, które ma funkcjonować do 6 stycznia. Kowno, ze swoją klimatyczną starówką i reprezentacyjną aleją Wolności, jest znakomitym miejscem na kilkugodzinny spacer albo całodniową wycieczkę.

Wilno nie musi być drogim wyjazdem

Co istotne, Wilno wcale nie musi oznaczać dużych wydatków. Na tle wielu zachodnioeuropejskich stolic pozostaje stosunkowo przystępnym cenowo kierunkiem. Można znaleźć niedrogie hostele, lokale serwujące tradycyjne litewskie potrawy i atrakcje, których zwiedzanie nie wymaga kupowania kosztownych biletów. Warto jednak mieć świadomość, że ceny w litewskich sklepach i restauracjach bywają wyższe niż w Polsce. Najwięcej można zaoszczędzić, wybierając odpowiedni nocleg i korzystając z transportu publicznego.

Samo zwiedzanie Wilna może być przecież niemal darmowe. Spacer uliczkami starówki, odwiedzenie Ostrej Bramy, placu Katedralnego, Zarzecza czy podziwianie panoramy miasta to atrakcje, które nie wymagają wielkich pieniędzy. Do tego dochodzi możliwość spróbowania litewskiej kuchni, z cepelinami, kibinami i chłodnikiem na czele.

Dla mieszkańców Podlaskiego Litwa ma jeszcze jedną ogromną zaletę – jest po prostu blisko. Nie trzeba organizować wielkiej zagranicznej wyprawy, żeby poczuć atmosferę innego kraju, zobaczyć piękne zabytki i spędzić weekend wśród świątecznych iluminacji.

A tegoroczna promocja litewskich kolei daje dodatkowy powód, żeby nie ograniczać się wyłącznie do Wilna. Skoro za przejazd do Kowna można zapłacić zaledwie kilka euro, warto wykorzystać okazję i poznać więcej niż jedno miasto. Zwłaszcza że świąteczna Litwa potrafi być naprawdę urokliwa.

Bilety i aktualne rozkłady jazdy można sprawdzić na stronie www.ltglink.lt

Coraz więcej bajek w sieci o tanich działkach w Podlaskiem. Co stoi za tym zjawiskiem?

Coraz więcej bajek w sieci o tanich działkach w Podlaskiem. Co stoi za tym zjawiskiem?

W mediach społecznościowych coraz częściej pojawiają się filmiki przedstawiające województwo podlaskie jako niemal opuszczoną krainę. Wsie świecą pustkami, domy stoją porzucone, a całe siedliska można podobno kupić za grosze. Co więcej, nikt nie chce tych nieruchomości, więc ceny mają być wręcz absurdalnie niskie. Dla mieszkańca Warszawy, Krakowa czy Wrocławia, który za kawalerkę musi zapłacić kilkaset tysięcy złotych, brzmi to jak odkrycie życiowej okazji. Wystarczy sprzedać mieszkanie, kupić wiejski dom, wyremontować go i rozpocząć nowe życie wśród lasów, łąk i śpiewu ptaków. Jest tylko jeden problem. Rzeczywistość może okazać się wyjątkowo brutalna.

Zacznijmy od tego, że województwo podlaskie składa się ze 119 gmin. Nie jest jednym wielkim skansenem, w którym ostatni mieszkaniec zgasił światło i wyjechał do Warszawy. Owszem, problem wyludniania jest poważny i nie ma sensu mu zaprzeczać. Liczba mieszkańców spada w zdecydowanej większości podlaskich samorządów. Ale czym innym jest stopniowy ubytek ludności, a czym innym dramatyczna depopulacja, w wyniku której całe miejscowości tracą swoją dotychczasową funkcję.

Według rankingu czasopisma samorządowego „Wspólnota” pięć podlaskich gmin wiejskich straciło w latach 2009–2024 ponad jedną czwartą mieszkańców, a osiem kolejnych co najmniej 20 procent. Najtrudniejsza sytuacja występuje między innymi w gminach Czyże, Dubicze Cerkiewne, Czeremcha, Milejczyce i Orla. Tymczasem w tym samym województwie są miejscowości, które dynamicznie się rozwijają. Wasilków zwiększył w analizowanym okresie liczbę mieszkańców o ponad połowę. Rosną również inne gminy w otoczeniu Białegostoku.

Internetowe filmiki najczęściej pomijają te proporcje. Wystarczy pokazać kilka opuszczonych gospodarstw, dorzucić melancholijną muzykę i opowiedzieć o regionie, z którego wszyscy uciekają. Tym sposobem z lokalnego problemu powstaje obraz całego województwa. A przecież Podlaskie jest bardzo zróżnicowane. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja nieruchomości pod Białymstokiem, a inaczej w niewielkiej miejscowości oddalonej o kilkadziesiąt kilometrów od większego miasta.

Jeszcze ciekawsza jest jednak druga część tej internetowej opowieści. Siedliska za grosze. Stary drewniany dom, kawałek ziemi, kilka drzew, cisza, spokój i cena, za którą w dużym mieście trudno byłoby kupić miejsce parkingowe. W komentarzach natychmiast pojawiają się zachwyty. Jak to możliwe, że takie nieruchomości są tak tanie? Dlaczego nikt ich jeszcze nie kupi

A może właśnie dlatego, że wcale nie są tanie?

Cena zakupu nieruchomości to tylko jedna z pozycji w rachunku. I często najmniej przerażająca. Za kilkadziesiąt tysięcy złotych rzeczywiście można znaleźć na Podlasiu stare gospodarstwo. Tyle że słowo „dom” bywa w takich przypadkach mocno umowne. Dach może wymagać wymiany, fundamenty naprawy, instalacja elektryczna wykonania od podstaw, a ogrzewanie całkowitej przebudowy. Do tego dochodzi wilgoć, przegniłe elementy konstrukcyjne, nieszczelne okna czy brak kanalizacji. W pewnym momencie może się okazać, że taniej byłoby wszystko rozebrać i wybudować od nowa.

A przecież budynek to dopiero początek. Działka może mieć nieuregulowany dostęp do drogi publicznej, dojazd może prowadzić przez błoto, a doprowadzenie mediów kosztować fortunę. Czasem problemem okazują się granice nieruchomości, współwłasność, stan prawny zabudowań albo ograniczenia dotyczące możliwości przebudowy. Nagle okazuje się, że wymarzony azyl w środku natury jest miejscem, w którym nawet zwykłe zamówienie ekipy remontowej staje się operacją logistyczną.

I właśnie tutaj warto przypomnieć znakomitą amerykańską komedię z 1986 roku pod tytułem „Skarbonka”, z Tomem Hanksem i Shelley Long w rolach głównych. Bohaterowie kupują piękną willę za niezwykle atrakcyjną cenę. Wydaje im się, że trafili na okazję życia. Dopiero później odkrywają, że dom dosłownie rozpada się na ich oczach. Każda kolejna naprawa ujawnia następny problem, wydatki rosną w absurdalnym tempie, a wymarzona nieruchomość zamienia się w finansową katastrofę.

Film jest komedią, więc możemy śmiać się z rozpadających schodów, zapadającej się podłogi czy kolejnych remontowych nieszczęść. Tyle że dla człowieka, który wydał oszczędności życia na podobną nieruchomość, takie sytuacje przestają być zabawne.

Nie ma co wierzyć w cuda

To właśnie największa pułapka internetowych opowieści o tanich podlaskich siedliskach. Pokazują cenę zakupu, ale nie pokazują ceny doprowadzenia nieruchomości do stanu, w którym da się normalnie mieszkać. Pokazują piękną przyrodę, ale nie pokazują zimowego dojazdu. Pokazują ciszę, ale nie wspominają, że do lekarza, szkoły czy większego sklepu trzeba pokonać kilkadziesiąt kilometrów. Pokazują romantyczne życie na wsi, ale nie jego codzienne koszty.

Oczywiście, można znaleźć prawdziwą okazję. Są ludzie, którzy kupują stare domy, przywracają im świetność i tworzą wspaniałe miejsca do życia. Tyle że często dysponują odpowiednim kapitałem, doświadczeniem, umiejętnościami budowlanymi albo po prostu czasem, którego większość pracujących ludzi nie ma. Dla nich zaniedbane siedlisko może być inwestycją. Dla kogoś, kto całe życie mieszkał w bloku i nigdy nie musiał samodzielnie naprawiać przeciekającego dachu, może okazać się katastrofą.

Warto też zadać sobie jedno proste pytanie. Skoro te nieruchomości są tak niewiarygodnie atrakcyjne, dlaczego nie zostały już dawno wykupione? Przecież Podlasie nie jest ukrytą wyspą na Pacyfiku, o której istnieniu dowiedzieliśmy się dopiero dzięki TikTokowi. Są tu agenci nieruchomości, inwestorzy, przedsiębiorcy budowlani i ludzie szukający domów na weekend. Wiele osób od lat interesuje się zakupem ziemi i gospodarstw w regionie. Trudno uwierzyć, że wszyscy oni przeoczyli gigantyczną okazję, którą przypadkowo odkrył autor trzydziestosekundowego filmiku.

Rynek oczywiście nie jest nieomylny. Zdarzają się niedoszacowane nieruchomości, pilne sprzedaże czy sprzedający, którzy po prostu chcą szybko pozbyć się majątku. Jednak kiedy jakaś oferta przez długi czas nie znajduje nabywcy, należy przede wszystkim zastanowić się, dlaczego tak się dzieje. Być może nie jest to żaden ukryty skarb. Być może cena doskonale odzwierciedla stan nieruchomości, jej lokalizację i ryzyko, które trzeba wziąć na siebie.

Czego nie widać?

Największym absurdem całej tej historii jest jednak przekonanie, że niska cena automatycznie oznacza okazję. Tymczasem nieruchomość jest warta tyle, ile ktoś chce i może za nią zapłacić. Dom stojący daleko od miejsc pracy, z fatalnym dojazdem i koniecznością kosztownego remontu może być wart znacznie mniej, niż sugeruje jego powierzchnia czy wielkość działki. A jego późniejsza sprzedaż może być jeszcze trudniejsza niż zakup.

Dlatego zamiast zachwycać się kolejnym filmikiem o podlaskich siedliskach za grosze, warto zainteresować się tym, czego autor nie pokazał. Stanem technicznym, dokumentami, dojazdem, mediami, kosztami remontu i rzeczywistą możliwością późniejszej odsprzedaży. Bo prawda jest taka, że na Podlasiu można znaleźć piękne miejsca do życia. Można również znaleźć nieruchomości, których zakup będzie jedną z najgorszych decyzji finansowych w życiu.

A jeżeli ktoś naprawdę wierzy, że odkrył dom marzeń za ułamek jego wartości, powinien najpierw obejrzeć „Skarbonkę”. Najlepiej dwa razy. Za pierwszym razem można się pośmiać. Za drugim warto już potraktować ją jak film instruktażowy.

Komuny już nie ma. Czy ksiądz Jerzy Popiełuszko ma nam jeszcze coś do powiedzenia?

Komuny już nie ma. Czy ksiądz Jerzy Popiełuszko ma nam jeszcze coś do powiedzenia?

Nie dawno minęły 42 lata od śmierci księdza Jerzego Popiełuszki. Polska, za którą oddał życie, jest dziś zupełnie innym państwem. Nie ma już komunistycznej dyktatury, cenzury, Służby Bezpieczeństwa ani prześladowań za działalność w „Solidarności”. Tymczasem w rodzinnych Okopach powstaje nowoczesne muzeum poświęcone zamordowanemu kapłanowi. Można więc postawić prowokacyjne pytanie: po co właściwie budować za dziesiątki milionów złotych muzeum człowieka, którego walka zakończyła się zwycięstwem ponad trzy dekady temu? Odpowiedź okazuje się znacznie ciekawsza, niż mogłoby się wydawać.

19 października 2026 roku minęły dokładnie 42 lata od zamordowania księdza Jerzego Popiełuszki przez funkcjonariuszy komunistycznej Służby Bezpieczeństwa. W Okopach niedaleko Suchowoli, gdzie przyszedł na świat, trwa budowa poświęconego mu muzeum. Inwestycja osiągnęła już około 60 procent zaawansowania, a jej otwarcie zapowiedziano na wrzesień 2027 roku, kiedy przypadnie 80. rocznica urodzin kapłana.

Na pierwszy rzut oka to kolejny sposób upamiętnienia ważnej postaci polskiej historii. Tylko że od wydarzeń, które uczyniły księdza Jerzego symbolem walki o wolność, minęło już tyle czasu, że dla ogromnej części społeczeństwa są one historią równie odległą jak inne wydarzenia poznawane ze szkolnych podręczników. Ludzie, którzy świadomie przeżywali stan wojenny, rozumieli atmosferę strachu, uczestniczyli w działalności opozycyjnej albo choćby pamiętają, jak wyglądała codzienność w cieniu komunistycznej władzy, są dziś przeważnie po sześćdziesiątce. Młodsi pamiętają co najwyżej dzieciństwo w PRL, a całe pokolenia urodziły się już w wolnej Polsce.

Zresztą spójrzmy wokół siebie. Żyjemy w nowoczesnym europejskim kraju. Możemy podróżować, prowadzić przedsiębiorstwa, krytykować polityków, głosować na opozycję, publicznie spierać się o religię, gospodarkę czy światopogląd. Mamy internet, sztuczną inteligencję, rozwiniętą infrastrukturę i możliwości, o których Polacy w 1984 roku mogli tylko marzyć. Oczywiście Polska ma swoje problemy, ale trudno poważnie porównywać współczesne państwo demokratyczne z komunistyczną dyktaturą.

Dlaczego więc mamy wracać do tamtych czasów? Po co kolejne miejsce przypominające o cierpieniu, represjach i walce, skoro nikt rozsądny nie chciałby przywrócenia rzeczywistości, z którą walczył ksiądz Jerzy? Czy jego spuścizna nie jest przypadkiem czymś, co wraz z upadkiem komunizmu wypełniło już swoje historyczne zadanie?

To prowokujące do myślenia pytania. Ale warto je postawić, ponieważ odpowiedź wymaga spojrzenia na księdza Popiełuszkę nie tylko jak na ofiarę komunistycznego systemu, lecz przede wszystkim jak na człowieka, który pozostawił po sobie pewną koncepcję życia społecznego. I właśnie ona może okazać się zaskakująco aktualna pod koniec 2026 roku.

Co pozostawił po sobie ks. Jerzy?

Najczęściej przywoływane przesłanie księdza Jerzego brzmi: „Zło dobrem zwyciężaj”. To słowa zaczerpnięte z Listu świętego Pawła do Rzymian, które kapłan uczynił jednym z fundamentów swojego nauczania. Dzisiaj brzmią może nieco banalnie. Ładnie prezentują się na pomnikach, tablicach pamiątkowych i podczas rocznicowych przemówień. Problem w tym, że bardzo łatwo powtarzać je wtedy, gdy nie trzeba ich stosować.

Popiełuszko rozumiał je w sposób znacznie bardziej wymagający. Zwyciężanie zła dobrem nie oznaczało dla niego biernego przyglądania się niesprawiedliwości, udawania, że nic się nie dzieje, ani rezygnacji z walki o własne przekonania. Przeciwnie. Publicznie krytykował władzę, upominał się o więzionych i represjonowanych, pomagał ich rodzinom, wspierał ludzi pracy. Wiedział, jakie grożą mu konsekwencje. Jednocześnie odrzucał nienawiść i przemoc jako metody działania.

I tutaj pojawia się pierwsza lekcja dla współczesnej Polski. Żyjemy w czasach, w których coraz częściej utożsamiamy odwagę z agresją. Najgłośniejszy polityk uchodzi za najbardziej zdecydowanego, najbardziej obraźliwy komentarz zdobywa największy zasięg, a przeciwnik światopoglądowy przestaje być człowiekiem o innych poglądach i staje się wrogiem, którego należy publicznie upokorzyć. Internet tylko wzmacnia ten mechanizm, ponieważ emocje, zwłaszcza negatywne, znakomicie przyciągają uwagę.

Tymczasem ksiądz Jerzy proponował coś trudniejszego: można bezkompromisowo sprzeciwiać się złu, nie stając się przy tym podobnym do tych, z którymi się walczy. Można stanowczo bronić prawdy bez pogardy dla człowieka. Można nie zgadzać się z kimś fundamentalnie, a jednocześnie szanować jego godność. To nie jest wezwanie do politycznej obojętności ani do zgadzania się ze wszystkimi. To przypomnienie, że nawet słuszna sprawa nie usprawiedliwia wszystkich metod jej prowadzenia.

Dobro, ale i prawda

Drugim wielkim tematem nauczania Popiełuszki była prawda. W rzeczywistości PRL miała ona szczególne znaczenie. Państwo potrafiło budować całe oficjalne opowieści na kłamstwie, a propaganda była jednym z podstawowych narzędzi sprawowania władzy. Ksiądz Jerzy przekonywał, że życie w prawdzie jest niezbędnym warunkiem zachowania ludzkiej godności i wewnętrznej wolności.

Dzisiaj nikt nie musi odbierać potajemnie drukowanych ulotek ani słuchać zagranicznych rozgłośni, żeby dowiedzieć się, co dzieje się w kraju. Informacji mamy wręcz za dużo. Problem polega na tym, że obok prawdy pojawiła się niemal nieograniczona możliwość produkowania fałszu. Dezinformacja, manipulacje, spreparowane nagrania, fałszywe zdjęcia i materiały generowane przez sztuczną inteligencję sprawiają, że coraz trudniej odróżnić rzeczywistość od starannie przygotowanej fikcji.

Co więcej, bardzo często sami nie chcemy znać prawdy. Wolimy informację, która potwierdza nasze przekonania. Jesteśmy gotowi uwierzyć w najbardziej absurdalną historię, jeżeli przedstawia w złym świetle polityka, którego nie lubimy, albo grupę społeczną, do której czujemy niechęć. Prawda przestała być dla wielu ludzi wartością samą w sobie. Stała się narzędziem wykorzystywanym wtedy, kiedy jest wygodna.

Popiełuszko przypominał, że prawda wymaga odwagi właśnie dlatego, że nie zawsze jest wygodna. I to przesłanie dotyczy dziś nie tylko polityków czy dziennikarzy, ale każdego, kto udostępnia niesprawdzone informacje, powtarza oskarżenia albo świadomie przemilcza fakty niewygodne dla własnego środowiska.

Godność i sprawiedliwość

Jest jeszcze jeden, nieco zapomniany element jego nauczania. Ksiądz Jerzy był przecież przede wszystkim duszpasterzem ludzi pracy. Nie tylko symbolem antykomunistycznego oporu, ale człowiekiem, który mówił o godności robotników, sprawiedliwości społecznej i prawie do uczciwego traktowania. W kazaniu ze stycznia 1984 roku przestrzegał przed sprowadzaniem człowieka do roli narzędzia produkcji i przed pracą, która wyniszcza jego siły.

To wyjątkowo interesujące, gdy spojrzymy na współczesną gospodarkę. Polska stała się znacznie bogatsza, lecz nie zniknęły problemy ludzi pracujących ponad siły, pozbawionych stabilności zatrudnienia, traktowanych wyłącznie przez pryzmat wyników, kosztów i wydajności. Wielu ludzi żyje dziś w świecie nieustannej konkurencji, kredytów, presji finansowej i lęku przed utratą źródła utrzymania.

Oczywiście współczesnych relacji pracowniczych nie można porównywać z represjami komunistycznego państwa. Jednak zasada, że gospodarka powinna służyć człowiekowi, a nie człowiek być wyłącznie narzędziem gospodarki, nie straciła aktualności. Dotyczy zarówno wielkich korporacji, jak i niewielkich przedsiębiorstw. Dotyczy pracowników, pracodawców, polityków i konsumentów, którzy chcą kupować coraz taniej, nie zawsze zastanawiając się, kto ponosi rzeczywisty koszt tej taniości.

Wreszcie pozostaje kwestia solidarności. Nie tej pisanej wielką literą, będącej nazwą historycznego związku zawodowego, lecz zwyczajnej ludzkiej solidarności. Popiełuszko nie ograniczał się do wygłaszania przemówień o krzywdzie. Organizował realną pomoc osobom represjonowanym, interesował się ich rodzinami i konkretnymi problemami. Wiedział, że samo oburzenie na niesprawiedliwość niewiele znaczy, jeżeli nie towarzyszy mu działanie.

A my? Żyjemy w społeczeństwie, w którym niezwykle łatwo deklarować solidarność. Możemy w kilka sekund poprzeć internetową akcję, zamieścić odpowiedni symbol w mediach społecznościowych albo wyrazić publiczne oburzenie. Znacznie trudniej poświęcić komuś swój czas, stanąć w obronie niesłusznie atakowanej osoby, pomóc człowiekowi samotnemu czy sprzeciwić się niesprawiedliwości wtedy, gdy robią ją ludzie z naszego własnego środowiska.

I być może właśnie tutaj znajduje się najważniejszy sprawdzian aktualności nauczania księdza Jerzego.

Łatwo bowiem czcić człowieka, który sprzeciwiał się złu czterdzieści lat temu. Znacznie trudniej przyjąć, że jego zasady mogłyby dziś wymagać od nas wystąpienia przeciwko własnemu środowisku politycznemu, pracodawcy, przełożonemu. Trudno wyobrazić sobie, żeby ksiądz głoszący prymat prawdy, godności i sumienia uważał, że można usprawiedliwiać krzywdę tylko dlatego, że dopuszcza się jej ktoś stojący po naszej stronie.

To również powód, dla którego nie warto pozwolić, aby pamięć o Popiełuszce stała się własnością jednego obozu politycznego czy wyłącznie elementem kościelnej tradycji. Był katolickim kapłanem, jego wiara stanowiła źródło działania i nie ma sensu tego pomijać. Ale wartości, w obronie których występował, mogą być zrozumiałe również dla ludzi niewierzących. Prawda, wolność sumienia, godność człowieka, sprzeciw wobec przemocy i odpowiedzialność za słabszych nie są przecież zarezerwowane dla jednej grupy.

To już inne czasy

Warto przy tym zachować właściwe proporcje. Współczesna Polska nie jest PRL-em. Dzisiejsze spory polityczne, nawet bardzo ostre, nie są odpowiednikiem działalności komunistycznej bezpieki. Nie potrzebujemy sztucznego tworzenia nowych dyktatur po to, aby udowodnić, że przesłanie księdza Jerzego pozostaje aktualne. Byłoby to zarówno nadużycie historyczne, jak i pomniejszenie rzeczywistego dramatu jego życia.

Nie musimy jednak żyć w dyktaturze, żeby potrzebować uczciwości, odwagi i solidarności. Nie musimy doświadczać politycznych represji, żeby stanąć przed wyborem między wygodą a sumieniem. Nie musimy walczyć z komunizmem, żeby sprzeciwić się krzywdzie.

I dlatego powstające w Okopach muzeum może mieć znacznie większy sens, niż wynikałoby to z samego obowiązku pielęgnowania pamięci historycznej. Oczywiście powinno pokazywać realia PRL, działalność „Solidarności”, represje i tragiczne okoliczności śmierci kapłana. Jednak jeśli ograniczy się wyłącznie do opowieści o bohaterze i jego oprawcach, będzie przede wszystkim miejscem wspominania przeszłości.

Znacznie cenniejsze byłoby muzeum, z którego młody człowiek wyjdzie nie tylko z wiedzą o tym, jak straszliwym systemem był komunizm, ale również z pytaniem o własne życie. Czy potrafię zachować się przyzwoicie, kiedy jest to nieopłacalne? Czy umiem przyznać rację człowiekowi, którego nie lubię? Czy jestem gotów bronić kogoś, kto nie należy do mojej grupy? Czy odwaga oznacza dla mnie obronę zasad, czy jedynie głośne atakowanie przeciwników?

Przez 42 lata zmieniło się niemal wszystko. Ustrój, granice naszych możliwości, technologia, gospodarka, sposób komunikowania się i codzienne problemy. Nie zmienił się jednak człowiek ze swoją skłonnością do kłamstwa, strachu, wygodnictwa, nienawiści, ale również zdolnością do odwagi, poświęcenia i czynienia dobra. Może więc największym paradoksem historii księdza Jerzego Popiełuszki jest to, że człowiek, którego zamordowano w imię obrony systemu już dawno nieistniejącego, pozostawił po sobie przesłanie wykraczające daleko poza tamten system.

Żołnierz postrzelił migranta na granicy. 3 lata ciągali go po sądach!

Żołnierz postrzelił migranta na granicy. 3 lata ciągali go po sądach!

Żołnierz Wojska Polskiego, który w listopadzie 2023 roku przypadkowo postrzelił nielegalnie przekraczającego granicę obywatela Syrii, został uniewinniony przez Wojskowy Sąd Garnizonowy w Warszawie. Sąd nie dopatrzył się zaniedbań w jego postępowaniu. I choć sprawa zakończyła się dla oficera pomyślnie, pozostaje pytanie znacznie poważniejsze: czy państwo, które wysyła uzbrojonych żołnierzy do ochrony granicy, powinno jednocześnie stawiać ich w sytuacji, w której użycie broni może oznaczać wieloletnie problemy z wymiarem sprawiedliwości?

Do zdarzenia doszło w okolicach Topiła, w południowej części Puszczy Białowieskiej. Żołnierz uczestniczył w pościgu za grupą migrantów, którzy nielegalnie przekroczyli granicę polsko-białoruską. Podczas biegu przez las potknął się i upadł, a z jego broni padł niekontrolowany strzał. Pocisk ranił obywatela Syrii. Żołnierze natychmiast udzielili poszkodowanemu pomocy.

Sprawa trafiła do prokuratury po zawiadomieniu złożonym przez pełnomocnika rannego migranta. Oficer usłyszał zarzuty nieostrożnego obchodzenia się z bronią i nieumyślnego spowodowania obrażeń ciała. Prokuratura zaproponowała warunkowe umorzenie postępowania oraz nawiązkę w wysokości 2 tysięcy złotych. Pełnomocnik Syryjczyka domagał się 50 tysięcy złotych. Obrona żołnierza nie zgodziła się na takie rozwiązanie i konsekwentnie żądała uniewinnienia.

Ostatecznie 21 października 2026 roku zapadł wyrok uniewinniający. Sąd uznał, że nie udowodniono żołnierzowi zaniedbań, a do wystrzału mogło dojść samoczynnie. I na tym można byłoby zakończyć tę historię. Tyle że najważniejszy problem wcale nie dotyczy tego jednego wystrzału.

Żołnierz ma bronić granicy, a nie analizować kodeks karny

Spróbujmy na chwilę przyjąć niewygodny punkt widzenia. Państwo wysyła człowieka z bronią do lasu, na granicę będącą od lat miejscem zorganizowanej presji migracyjnej ze strony Białorusi. Każe mu ścigać ludzi, zatrzymywać ich, reagować na zagrożenia i wykonywać rozkazy. Jednocześnie oczekuje, że w ułamku sekundy będzie potrafił dokonać bezbłędnej oceny prawnej każdej sytuacji.

Czy może dobyć broni? Czy wolno mu oddać strzał ostrzegawczy? Czy zagrożenie jest już wystarczająco poważne? Czy użycie broni będzie proporcjonalne? A co, jeśli podczas pościgu przewróci się, broń przypadkowo wystrzeli i ktoś zostanie ranny? Czy za kilka lat będzie musiał tłumaczyć się przed sądem?

Z punktu widzenia demokratycznego państwa prawa odpowiedzi na te pytania są oczywiste. Broń palna nie jest zabawką, a życie człowieka podlega ochronie bez względu na to, czy przekroczył granicę legalnie, czy nielegalnie. Żołnierz również musi przestrzegać przepisów. Nikt rozsądny nie powinien postulować prawa do bezkarnego strzelania do uciekających ludzi.

Tylko że z punktu widzenia żołnierza biegnącego nocą przez las teoria wygląda już zupełnie inaczej. Nie ma tam czasu na konsultację z prawnikiem, analizowanie orzecznictwa ani rozważanie, jak konkretne zachowanie zostanie ocenione za trzy lata przez sąd. Jest ciemność, stres, pościg, nieprzewidywalne zachowanie drugiego człowieka i broń, którą żołnierz dostał właśnie dlatego, że państwo uznało sytuację za wymagającą obecności wojska.

Żołnierz nie powinien zastanawiać się, czy za prawidłowe wykonanie zadania zostanie kiedyś oskarżony. Powinien wiedzieć, kiedy wolno mu użyć broni, i mieć pewność, że jeśli działa zgodnie z prawem, państwo stanie za nim murem.

Granica nie może być poligonem dla prokuratorów

Oczywiście można odpowiedzieć, że przecież wszystko zadziałało prawidłowo. Był człowiek ranny, więc sprawę zbadano. Prokuratura postawiła zarzuty, obrona przedstawiła argumenty, a niezawisły sąd uniewinnił oskarżonego. Tak właśnie powinno funkcjonować demokratyczne państwo. Formalnie trudno temu rozumowaniu cokolwiek zarzucić. Ale spróbujmy zadać inne pytanie. Czy naprawdę musiały minąć niemal trzy lata, aby żołnierz dowiedział się, że nie ponosi odpowiedzialności karnej za przypadkowy wystrzał podczas wykonywania obowiązków służbowych?

Przez ten czas nad oficerem wisiała perspektywa odpowiedzialności karnej. I nie chodzi wyłącznie o niego. Każdy inny żołnierz pełniący służbę na granicy może wyciągnąć z tej historii własne wnioski. Niekoniecznie takie, jakich oczekiwaliby dowódcy. Bo jeżeli za nieszczęśliwy wypadek podczas pościgu można przez lata odpowiadać przed wymiarem sprawiedliwości, to być może następnym razem bezpieczniej będzie zrezygnować z pościgu? Nie podejmować ryzyka? Nie angażować się ponad niezbędne minimum?

To właśnie ten mechanizm powinien nas niepokoić. Państwo nie może wymagać od żołnierzy zdecydowania i odwagi, a jednocześnie pozostawiać ich w niepewności, czy za działania podjęte w dobrej wierze i zgodnie z obowiązującymi zasadami nie zapłacą własną karierą.

Nie chodzi o prawo do strzelania do migrantów

Warto wyraźnie oddzielić dwie rzeczy, które w politycznych sporach są często celowo mieszane. Nielegalne przekroczenie granicy samo w sobie nie daje nikomu prawa do strzelania do człowieka. Ale też przypadkowe zranienie człowieka nie oznacza automatycznie, że żołnierz popełnił przestępstwo. Między tymi skrajnościami istnieje ogromna przestrzeń, w której państwo musi umieć odróżnić rzeczywiste nadużycie od nieszczęśliwego wypadku, nieostrożność od zdarzenia niemożliwego do uniknięcia, a świadome przekroczenie uprawnień od działania w warunkach szczególnego ryzyka.

W tej konkretnej sprawie sąd nie stwierdził winy oficera. To jednak nie przesądza, że samo wszczęcie postępowania było bezpodstawne. Przesądza natomiast coś innego: żołnierz, któremu ostatecznie nie udowodniono zaniedbań, musiał przez blisko trzy lata mierzyć się z zarzutami karnymi. Nie twórzmy przy tym fikcji, że ochronę polsko-białoruskiej granicy można prowadzić bez żadnego ryzyka. Ludzie z bronią, poruszający się w trudnym terenie, uczestniczący w pościgach i działający pod presją, mogą popełniać błędy. Mogą też uczestniczyć w wypadkach, którym nie sposób było zapobiec. To rzeczywistość służby, a nie dowód, że każdy taki przypadek musi kończyć się poszukiwaniem winnego.

Najbardziej absurdalna byłaby sytuacja, w której żołnierz zaczyna bać się nie przeciwnika, lecz własnego państwa. Dlatego z uniewinnienia podporucznika należałoby wyciągnąć znacznie szerszy wniosek. Nie potrzebujemy żołnierzy z nieograniczonym prawem do używania broni. Potrzebujemy takich, którzy mają jasne zasady, są dobrze wyszkoleni i nie muszą obawiać się odpowiedzialności karnej za zdarzenia, których nie zawinili.

Podlaskie szykuje się na wojnę. A może na niej zarabiać?

Podlaskie szykuje się na wojnę. A może na niej zarabiać?

Europa się zbroi, Polska wydaje miliardy na obronność, a Podlaskie, jako sąsiad sprzymierzonej z Rosją Białorusi, znajduje się w szczególnym położeniu. Nie oznacza to, że za chwilę na naszych ulicach pojawią się czołgi. Znacznie bardziej realnym zagrożeniem jest eskalacja trwających już działań hybrydowych, które pewnego dnia mogą przybrać znacznie groźniejszą postać, choćby ataków dronowych czy rakietowych, i pociągnąć za sobą ofiary śmiertelne. Dlatego przygotowania do takich zagrożeń są potrzebne, ale nie powinny sprowadzać się do budowania schronów, fortyfikacji i wzbudzania niepokoju. Warto jednocześnie dostrzec ogromną szansę gospodarczą dla naszego biednego gospodarczo regionu. Obecny wyścig zbrojeń może stać się impulsem, który na trwałe zmieni gospodarkę naszego województwa.

Skoro Europa zamierza przez najbliższe lata kupować uzbrojenie, rozwijać technologie wojskowe i wzmacniać swoją odporność, Podlaskie powinno spróbować zdobyć jak największy kawałek tego rynku. Nie chodzi o budowę jednej wielkiej fabryki amunicji. Chodzi o uruchomienie całego regionalnego przemysłu, który będzie zarabiał na potrzebach związanych z bezpieczeństwem.

Pierwszy kierunek to technologie bezzałogowe. Drony, roboty terenowe, elektronika, podzespoły i serwis. Drugi to przemysł metalowy i maszynowy, który już dziś ma na Podlasiu solidne podstawy. Istniejące zakłady mogłyby dostarczać konstrukcje, elementy wyposażenia i części dla producentów sprzętu wojskowego. Trzeci obszar to informatyka i cyberbezpieczeństwo. Oprogramowanie, systemy łączności i zabezpieczanie infrastruktury. Czwarty to logistyka i zaplecze techniczne, czyli transport, magazynowanie, naprawy i obsługa sprzętu. Piąty to budownictwo ochronne. Mamy na myśli prefabrykowane schronienia, konstrukcje modułowe i zabezpieczenia obiektów. Szósty to technologie podwójnego zastosowania, takie jak mobilne źródła energii, systemy awaryjne czy wyposażenie ratownicze, które można sprzedawać zarówno wojsku, jak i odbiorcom cywilnym.

Te branże mogą wzajemnie napędzać swój rozwój. Białostocka firma projektuje robota, grajewski zakład produkuje jego konstrukcję, a lokalni informatycy dostarczają oprogramowanie, zaś kolejne przedsiębiorstwa zajmują się transportem i serwisem. Jeden produkt może dawać zarobek całemu łańcuchowi podwykonawców.

Marszałek może uruchomić tę machinę

Nie trzeba czekać, aż rząd postawi na Podlasiu fabrykę. Marszałek województwa i zarząd mają narzędzia pozwalające wspierać rozwój gospodarczy, finansować innowacje i przyciągać inwestorów. Zamiast kolejnych konferencji o potencjale regionu można zorganizować konkretne przedsięwzięcie: zebrać podlaskie firmy metalowe, informatyczne, elektroniczne i budowlane, a następnie połączyć je z producentami uzbrojenia poszukującymi podwykonawców. Regionalne pieniądze można wykorzystać na prototypowanie, badania, certyfikację i dostosowanie istniejących zakładów do nowych zamówień — w ramach dostępnych programów i zasad finansowania.

Samorząd może też występować w roli pierwszego klienta. Jeżeli wojewódzkie szpitale potrzebują awaryjnego zasilania, systemów łączności i zabezpieczeń, to takie rozwiązania można rozwijać we współpracy z lokalnymi przedsiębiorcami, a później sprzedawać innym odbiorcom.

To nie jest pomysł oderwany od rzeczywistości. Podlaskie przedsiębiorstwa już interesują się przemysłem obronnym, a samorząd województwa wraz z Klastrem Przemysłowym Evoluma rozwija inicjatywę „Sojusz dla Regionu”. W zmienionym programie Fundusze Europejskie dla Podlaskiego przewidziano również środki na bezpieczeństwo, technologie i rozwój zdolności przemysłowych. Fundamenty więc istnieją.

Nie chodzi jednak o to, żeby kolejne miliony z funduszy europejskich trafiły do wąskiego grona tych samych przedsiębiorstw, które od lat doskonale odnajdują się w systemie dotacji. Prawdziwym sukcesem nie będzie rozdysponowanie całej dostępnej puli pieniędzy, lecz stworzenie warunków do powstania setek nowych firm: producentów podzespołów, dostawców technologii, zakładów usługowych, start-upów i wyspecjalizowanych podwykonawców. Takich, które będą zarabiały przede wszystkim na sprzedaży swoich produktów i usług, a nie na pozyskiwaniu kolejnych dofinansowań. Istniejące duże przedsiębiorstwa mogą stać się motorem tego procesu, zamawiając rozwiązania u mniejszych, lokalnych dostawców.

Bo celem nie powinno być stworzenie kolejnej grupy beneficjentów unijnych dotacji, lecz całej nowej generacji podlaskich przedsiębiorców. Takich, którzy za kilka lat nie będą zastanawiać się, skąd wziąć następne dofinansowanie, tylko jak zrealizować rosnącą liczbę zamówień z Polski i zagranicy.

Wojny może nie być. Przemysł zostanie.

Największa zaleta takiego kierunku polega na tym, że nie wymaga on wybuchu wojny, aby się opłacał. Przeciwnie — najlepiej, żeby wojny nigdy nie było. Europejski wyścig zbrojeń już jednak trwa, a przedsiębiorstwa, które dziś zdobędą technologie, doświadczenie i kontrakty, mogą korzystać z nich przez kolejne dziesięciolecia. Nowoczesny zakład metalowy może obsługiwać zarówno producentów pojazdów wojskowych, jak i cywilnych. Firma rozwijająca drony może dostarczać je także rolnictwu i ratownictwu. Technologie awaryjnego zasilania znajdą zastosowanie w szpitalach, przedsiębiorstwach i samorządach.

Podlaskie nie musi więc wybierać między przygotowaniem do wojny a rozwojem gospodarczym. Może robić jedno i drugie. Skoro nasze województwo ze względu na swoje położenie ponosi szczególne ryzyko, powinno również wykorzystać szczególne możliwości. Niech na europejskich miliardach wydawanych na bezpieczeństwo zarabiają także podlaskie firmy, pracownicy i mieszkańcy. Bo jeśli wojny nie będzie, schrony pozostaną schronami. Ale nowoczesny przemysł może służyć regionowi przez następne pokolenia.

Policja wreszcie złapała podpalaczy w Białymstoku. Chyba tylko dlatego, że to byli nastolatkowie.

Policja wreszcie złapała podpalaczy w Białymstoku. Chyba tylko dlatego, że to byli nastolatkowie.

Białostocka policja może wreszcie pochwalić się sukcesem w sprawie płonących drewnianych domów. Zatrzymano czworo nastolatków podejrzewanych o podpalenie pustostanu przy ulicy Poleskiej. Tyle że trudno oprzeć się wrażeniu, że tym razem śledczy dostali sprawę niemal na tacy. Pożar wybuchł w biały dzień, byli świadkowie, którzy widzieli młodych ludzi wchodzących do budynku, a następnie z niego uciekających. Chwilę później pojawił się ogień. Pozostało ustalić tożsamość podejrzewanych i ich zatrzymać. I rzeczywiście, policjanci sobie poradzili. Brawo. Tylko co z pozostałymi pożarami, przy których nikt nie zostawił policji tak wygodnych wskazówek?

13 października po południu zapalił się stary drewniany budynek przy ulicy Poleskiej. Ogień był na tyle duży, że dym rozprzestrzenił się na sąsiednie ulice. Na miejsce przyjechały służby, a policjanci rozpoczęli ustalanie przyczyn zdarzenia. Szybko okazało się, że tuż przed pożarem w pustostanie przebywała grupa nieletnich. Trzech chłopaków weszło do środka, dziewczyna została na zewnątrz. Kiedy wszyscy uciekli, budynek zaczął płonąć. Zatrzymano czworo podejrzewanych w wieku od 12 do 14 lat. Straty oszacowano na około 800 tysięcy złotych. Sprawą zajmie się sąd rodzinny.

Oczywiście zatrzymanie podejrzewanych jest dobrą wiadomością. Tyle że w Białymstoku drewniane domy płoną od lat. Nierzadko nocą, kiedy ulice są puste, świadków brakuje, a ewentualni sprawcy mogą spokojnie zniknąć. I właśnie wtedy zaczyna się prawdziwa praca śledcza. Taka, której efektów mieszkańcy Białegostoku od dawna mają prawo się domagać.

A efektów nie widać

Nie jest przecież tajemnicą, że problem pozostaje nierozwiązany od wielu lat. Już w 2017 roku Radio Białystok informowało o umorzeniu postępowań dotyczących pożarów drewnianych domów przy ulicach Stołecznej, Ostrowieckiej i Angielskiej. Powód? Przede wszystkim niewykrycie sprawców ewentualnych podpaleń. Minęło dziewięć lat, kolejne budynki znikały z krajobrazu miasta, a mieszkańcy wciąż słyszą o następnych pożarach.

I tu dochodzimy do zasadniczego pytania. Czy białostocka policja traktuje te sprawy jak pojedyncze, niezwiązane ze sobą zdarzenia, czy ktoś wreszcie analizuje je jako szersze zjawisko? Czy sprawdzane są możliwe powiązania pomiędzy pożarami, historią nieruchomości, ich właścicielami, potencjalnymi motywami i osobami pojawiającymi się w pobliżu? Czy ktoś próbuje ustalić, komu zniknięcie konkretnego budynku mogłoby przynieść korzyść? Nie dlatego, że każdy pożar musi być wynikiem przestępczego spisku, lecz dlatego, że wykluczanie takich hipotez również należy do obowiązków śledczych. Nic nie wskazuje na to, by policja tak robiła.

Policja dysponuje przecież znacznie szerszym arsenałem niż przesłuchiwanie świadków i przeglądanie monitoringu. Istnieją czynności operacyjno-rozpoznawcze, obserwacja, praca z osobowymi źródłami informacji, analiza powiązań, a w określonych prawem przypadkach również kontrola operacyjna, w tym podsłuchy wymagające odpowiednich zgód. To narzędzia znane ze spraw dotyczących poważnej przestępczości. I nie ma powodu, aby z góry zakładać, że umyślne wywoływanie groźnych pożarów nie zasługuje na równie poważne potraktowanie. Brak świadka nie powinien automatycznie oznaczać końca możliwości śledczych.

Zatrważająco marne rezultaty śledztw

Bo jeśli ktoś celowo podpala drewniany dom w zwartej zabudowie miasta, nie niszczy wyłącznie cudzej nieruchomości. Stwarza zagrożenie dla sąsiadów, przechodniów i strażaków. Ogień nie sprawdza przecież w księdze wieczystej, gdzie kończy się działka właściciela pustostanu. Może przenieść się na sąsiedni budynek, w którym śpią ludzie. Dlatego sprowadzenie takiego pożaru do kategorii kolejnego spalonego pustostanu byłoby niebezpiecznym lekceważeniem problemu.

Nie wiemy, jakie niejawne czynności policja rzeczywiście prowadziła przy wcześniejszych pożarach. I właśnie dlatego nie można uczciwie stwierdzić, że nie robiła nic. Można natomiast oceniać rezultaty. A te, przynajmniej w części historycznych spraw, były zatrważająco marne. Jeżeli pożary powtarzają się przez lata, a kolejne postępowania kończą się niewykryciem sprawców, to mieszkańcy mają pełne prawo pytać o skuteczność służb i nadzorujących je prokuratorów.

Zatrzymanie czworga nastolatków przy Poleskiej nie rozwiązuje problemu białostockich pożarów. To jedna sprawa, w której policjantom pomogli świadkowie. Nadal pozostaje natomiast pytanie, kto odpowiada za inne pożary i dlaczego tak trudno ustalić ich przyczyny oraz ewentualnych sprawców. Bo chyba dla wszystkich jest jasne, że to nie te same nastolatki.

Białystok nie potrzebuje policji skutecznej wyłącznie wtedy, gdy przestępstwo odbywa się w biały dzień, a świadkowie niemal wskazują palcem podejrzewanych. Potrzebuje śledczych, którzy potrafią rozwiązywać również trudne sprawy, wymagające miesięcy pracy, kojarzenia faktów i prowadzenia działań operacyjnych.

Wielka Kronika Białegostoku – miasta, którego już nie ma. Część V.

Wielka Kronika Białegostoku – miasta, którego już nie ma. Część V.

EPILOG. OSTATNI SPACER PRZEZ NIEISTNIEJĄCE ULICE

Wróćmy jeszcze na chwilę do rynku, od którego wszystko się zaczęło. W wyobraźni ustawmy ratusz w jego dawnej, handlowej roli. Niech za jego drzwiami otwierają się kramy, niech wokół fontanny zbierają się ludzie, którzy próbują znaleźć pracę. Niech restauracje kuszą zapachem potraw, a sąsiednie sklepy wystawiają towary w kilku językach. Dalej idzie się na Warszawską, gdzie pałacyki i kamienice podkreślają zamożność gospodarzy. Potem zawraca się ku Krakowskiej, ogląda kamienicę Ginzburgów i schodzi w zaułki Chanajek, w których życie jest ciaśniejsze, biedniejsze i równie rzeczywiste.

W tym spacerze nie ma jednego bohatera. Bohaterami są ludzie. Żydowski kupiec, który dorabia się na suknie. Robotnik, który płaci za prąd zbyt wiele i przyłącza się do strajku. Kobieta prowadząca kawiarnię, nauczycielka zapisująca uczniom zadania, dziewczęta uczące się niegdyś w pałacu, ksiądz marzący o kamiennej Gwieździe Zarannej. Jest budowniczy ratusza, jest też człowiek postulujący jego usunięcie. Jest przybysz szukający w mieście przyszłości i emigrant, który dawne ulice już na zawsze nosi w pamięci po drugiej stronie oceanu.

A potem ten spacer nagle urywa się w najciemniejszym miejscu całej historii. Płonie synagoga. Powstaje getto. Giną mieszkańcy, których obecność była podstawą białostockiej codzienności. Front wraca, miasto płonie ponownie, a z ulic zostają ruiny. Tego rozdziału nie wolno zamknąć wzruszeniem nad utratą ładnej architektury. To byłaby zamiana tragedii ludzi w żal po dekoracji. Musimy pamiętać o zabitych i wypędzonych także wtedy, gdy nie mamy żadnej fotografii ich twarzy.

Po wojnie przychodzą nowi mieszkańcy i zaczynają żyć na nowo. Odbudowują, uczą się, pracują, zakładają rodziny. Powstaje Białystok, który znamy, i który sam po latach zacznie się zmieniać. On również ma prawo do wspomnień, swoich domów i swoich marzeń. Nie trzeba mu odbierać wartości po to, żeby uczcić dawny. Historia nie jest konkursem piękności między dwoma stuleciami. Jest rozmową o tym, co zrobiliśmy z otrzymanym dziedzictwem i czego nie zdołaliśmy ocalić.

Stara fotografia ma niezwykłą moc: potrafi zatrzymać człowieka, który już dawno umarł, przy ulicy, która już nie istnieje. Gdy ją powiększamy i odtwarzamy szczegóły, na moment wydaje się, że dystans pomiędzy nami a dawnym miastem maleje. Możemy zobaczyć szyld, cegłę, okno, twarz przechodnia. Nie usłyszymy jednak jego myśli, nie dowiemy się, do kogo szedł i co miał robić następnego dnia. Dobra kronika nie udaje, że zna te odpowiedzi. Pokazuje nam za to, jak wiele pytań warto nadal zadawać.

Jeżeli więc ktoś zapyta, gdzie podział się najpiękniejszy Białystok, odpowiedź nie zmieści się w jednym zdaniu. Część zniszczyła wojna. Część przekształciliśmy sami. Część nigdy nie była tak piękna, jak sugerują pocztówki. A część — najważniejsza — wciąż istnieje: w ocalałych murach, dawnych artykułach, starych zdjęciach, nazwach ulic i pamięci ludzi. Trzeba jedynie zechcieć spojrzeć uważniej.

Bo miasto umiera ostatecznie nie wtedy, kiedy runie jego ostatnia kamienica. Umiera wtedy, kiedy nikt już nie potrafi opowiedzieć, kto przez nią kiedyś przechodził.

Wielka Kronika Białegostoku – miasta, którego już nie ma. Część IV.

Wielka Kronika Białegostoku – miasta, którego już nie ma. Część IV.

SIERPIEŃ, W KTÓRYM MIASTO STRACIŁO GŁOS — 1943

W sierpniu 1943 roku Niemcy przystąpili do ostatecznej likwidacji białostockiego getta. Mieszkańców wprowadzano w błąd komunikatami o planowanych wyjazdach do pracy. W rzeczywistości trwała operacja wymierzona w całą uwięzioną społeczność. Wielu ludzi miało zostać deportowanych do niemieckich ośrodków Zagłady, inni zamordowani na miejscu. W tym momencie zniknęły resztki nadziei, że okupant traktuje pracę jako gwarancję życia. Wielu dotychczasowych robotników nie było już dla niego ludźmi, nawet w tym okrutnie użytkowym znaczeniu, które wcześniej dawało złudną szansę przeżycia.

Żydowscy bojownicy podjęli zbrojny opór. Dysponowali niewielką liczbą broni i środków, które z trudem można było zestawić z uzbrojeniem przeciwnika. Pojawiały się plany podpalenia ogrodzenia, sforsowania niemieckiego kordonu, wydostania się poza zamkniętą przestrzeń. W źródłowych opisach powracają karabiny, rewolwery, granaty improwizowane, butelki zapalające, narzędzia używane jako broń. Był to opór ludzi doprowadzonych do ostateczności, a nie regularna bitwa dwóch równych armii. Mierzenie go wyłącznie liczbą zdobytych pozycji byłoby niezrozumieniem sensu walki.

W pamięci przetrwał również epizod ataku na niemieckiego funkcjonariusza za pomocą żrącej substancji. Nawet w sytuacji niemal zupełnego osaczenia ludzie szukali sposobu, by przeciwstawić się oprawcom. Niemcy odpowiadali ostrzałem, mordowali ludzi zgromadzonych w punktach deportacyjnych, pędzili ocalałych do transportów. Ulice getta były sceną walki i zagłady, a następnie opustoszały. Wcześniej można było związać je z handlem, warsztatami i codziennym życiem żydowskiego Białegostoku. Teraz znikało nie tylko to życie, lecz także jego ciągłość pokoleniowa. Rodziny rozdzielano, wywożono do Treblinki i Auschwitz-Birkenau. Dla ogromnej części deportowanych nie było już powrotu.

Trzeba tu zachować rzeczowy język, choć właśnie tutaj język wydaje się najbiedniejszy. Można napisać, że miasto straciło swoich mieszkańców. Można też napisać, że zlikwidowano getto. Oba zdania są za słabe, jeśli nie nazwie się sprawców i celu działań. Niemieccy okupanci prowadzili planową zagładę Żydów. Zniszczenie białostockiej społeczności żydowskiej było częścią tej zbrodni, a nie ubocznym skutkiem przesuwania się wojennego frontu. Front zabiera budynki i żołnierzy. Tutaj zamierzano odebrać istnienie całym rodzinom.

Z przedwojennych fotografii spoglądają na nas ludzie, którzy nie wiedzieli, co przyniosą kolejne lata. Siedzą przy fontannie, idą z koszem przez rynek, wychodzą z kawiarni, pracują przy sklepowej ladzie. Nigdy nie będzie można powiedzieć, jaką przyszłość mieliby ich potomkowie, gdyby wojna nie zniszczyła tego świata. Nie da się odtworzyć niewydanych książek, niezbudowanych domów i dzieci, które nigdy się nie urodziły. To właśnie czyni stratę niepoliczalną. Fotografia może odzyskać ostrość, ale nie odzyska rzeczywistości za kadrem.

Po likwidacji getta Białystok nadal znajdował się pod okupacją. Pozostali mieszkańcy próbowali przetrwać, fabryki i urzędy funkcjonowały na potrzeby wojny, a propaganda pokazywała wybrane fragmenty miejskiego pejzażu. Coraz częściej jednak należało pytać, czy miasto, które stoi, jest jeszcze tym samym miastem. Po zagładzie jego żydowskich obywateli nie mogło już nim być. Nadchodził rok następny, w którym do utraty ludzi dołączyła utrata samych ulic.

LIPIEC POPIOŁU — 1944

Kiedy w 1944 roku front zaczął zbliżać się do Białegostoku, niemiecka okupacja zbliżała się do końca. Nie oznaczało to jednak, że mieszkańcy będą mogli po prostu odetchnąć, otworzyć okna i zacząć liczyć straty z wcześniejszych lat. Wycofujące się niemieckie formacje przystąpiły do niszczenia miasta. Podpalano gmachy, wysadzano obiekty infrastruktury, obracano w ruinę zakłady przemysłowe i całe fragmenty centrum. To, czego nie zdążyła zniszczyć wcześniejsza wojna, płonęło teraz w chwili odwrotu. Dla mieszkańca, który wciąż miał dach nad głową, finał okupacji oznaczał nieraz utratę właśnie tego ostatniego oparcia.

Zniszczenia dotknęły dworca kolejowego, mostów, koszar, fabryk przy kilku ważnych ulicach i Pałacu Branickich. Centrum, ze swoimi historycznymi ulicami, sklepami i kamienicami, zostało w ogromnej mierze spustoszone. W opowieściach o końcu wojny często używa się słowa „wyzwolenie”, jakby wystarczyło odnotować dzień zmiany wojska w mieście. Tymczasem w Białymstoku nowa władza zastawała ulice pogrążone w ruinach. Pomiędzy zwycięską wojskową datą a możliwością zamieszkania w bezpiecznym domu rozciągały się miesiące, a potem lata ciężkiej pracy.

Ulica Lipowa, Rynek Kościuszki, Kilińskiego, Sienkiewicza, części Warszawskiej — wszystkie te nazwy oznaczały konkretne miejsca, w których kiedyś kupowano jedzenie, spotykano znajomych, prowadzono interesy. Teraz nazwy pozostawały na mapie, lecz wygląd miejsc zmieniał się nie do poznania. To szczególny rodzaj utraty: człowiek zna drogę, ale nie rozpoznaje jej kolejnych punktów. Może powiedzieć, że tu była kamienica, tam hotel, dalej fabryka; słuchacz widzi jednak sterty cegieł. Miasto staje się opowieścią opowiadaną na tle własnego braku.

Los zakładów przemysłowych był równie wymowny. Białystok przez całe XIX stulecie budował swoją pozycję na fabrykach, magazynach i pracowitości pokoleń przedsiębiorców oraz robotników. W 1944 roku znikały jedne z fundamentów tego świata. Niszczenie zakładu to nie tylko strata murów i maszyn. To przerwanie zatrudnienia, sieci dostaw, kontaktów, przyzwyczajeń. Jeśli zakład przestał istnieć, jego pracownicy nie mogli nazajutrz po prostu wrócić na stanowiska. Odbudowa miasta musiała więc obejmować gospodarkę, mieszkania i podstawową infrastrukturę naraz.

Nawet gdy niemiecka armia została wyparta, los Białegostoku nie zamienił się w opowieść o prostej poprawie. W źródłowych relacjach powraca obraz sowieckich żołnierzy rabujących majątek i wyposażenie tego, co przetrwało zniszczenia. Wywożono maszyny, zabierano mienie z fabryk i innych obiektów, niszczono elementy infrastruktury. Dla ludzi żyjących w ruinach oznaczało to kolejne poczucie bezsilności. Wraz z Armią Czerwoną pojawiały się struktury nowej władzy, politycznie związanej ze Związkiem Sowieckim. Wojna jeszcze trwała, a o przyszłym ustroju zaczynano decydować w sposób, który pozostawiał obywatelom niewiele swobody.

Niektóre budowle jednak ocalały. Kościół św. Rocha, mimo wojennego wykorzystania i dramatycznych wydarzeń, przetrwał zniszczenie miasta. Stara fara również uniknęła losu znacznej części śródmieścia. Ocalał budynek późniejszego kina Ton, a także wybrane kamienice, w tym Krakowska 1. Nie było w tym żadnego powszechnego prawa, według którego piękne budynki zostają, a brzydkie giną. Wojna nie kieruje się estetyką. Ocalałe miejsca były po prostu szczęśliwymi wyjątkami, które nabrały po 1944 roku szczególnego znaczenia: pozwalały zobaczyć fragment świata istniejącego wcześniej.

Tak skończyła się epoka starego Białegostoku. Nie w jednym momencie, bo miasto traciło mieszkańców, budynki i wolność stopniowo, przez lata. Ale lipiec 1944 roku stał się jej brutalną klamrą. Najpierw odebrano ogromnej części białostoczan prawo do życia, później odebrano ocalałym samo miasto, które pamiętali. Widziane z lotu ptaka ruiny mogły wyglądać jak problem urbanistyczny. Z bliska były historią ludzi szukających rodziny, dokumentów, pracy i miejsca, gdzie można przespać noc. To z ich wysiłku miało powstać nowe miasto.

TEATR W OCALAŁYM DOMU — 1944–1953

Jeszcze podczas wojny, w 1944 roku, w ocalałym budynku przy farze odbyła się premiera teatralna. Trudno znaleźć lepszy symbol powojennej woli życia niż aktorzy wychodzący na scenę w mieście, które dopiero co przeszło przez ogień. Obiekt wywodził się z dawnego przytułku, przechodził w XIX i XX wieku wiele przeobrażeń, gościł handel, kino, drukarnie i artystów. Teraz służył potrzebie jeszcze bardziej podstawowej: żeby ludzie mogli znów spotkać się w jednym miejscu nie na rozkaz okupanta, nie po przydział żywności i nie przed komisją wojskową, ale po to, by wspólnie czegoś wysłuchać.

Nie należy tej sceny nadmiernie upiększać. Teatr nie naprawiał zburzonych ulic, a udział w przedstawieniu nie usuwał traumy wojny. Ale pomagał odzyskać język zwyczajnego życia. Przez kolejne lata budynek pozostawał ważnym miejscem kultury, choć przyjmował rozmaite funkcje. Gdy w przyszłości będzie kojarzony z kinem Ton, niewielu widzów zastanowi się, ile epok mieści się za ścianą, na którą rzucany jest obraz. Czasami największą wartością starego budynku jest właśnie to, że pozwala wielu pokoleniom robić w jednym miejscu rzeczy zupełnie od siebie odmienne.

Powojenni mieszkańcy Białegostoku podejmowali wysiłek odbudowy. Przyjeżdżali ludzie z okolicznych wsi i miasteczek, szukali zatrudnienia w odradzających się zakładach, zakładali rodziny. Miasto, którego skład społeczny został dramatycznie zmieniony przez okupację i Zagładę, zyskiwało nowych obywateli. Współczesnemu mieszkańcowi łatwo uznać powojenny napływ ludności za naturalny rozwój dużego miasta. Trzeba jednak zobaczyć także drugi sens tej zmiany. Nowi przybysze często nie mieli już kogo zapytać, jak wyglądały niektóre przedwojenne ulice. Znikały żywe łańcuchy pamięci przekazywane przez dawne społeczności.

Odbudowa oznaczała zarazem konieczność wyboru: co przywrócić, co zmienić, co pozostawić w przeszłości. Zrujnowana kamienica mogła zostać odbudowana, ale mogła też ustąpić miejsca zupełnie innemu budynkowi. Po zniszczeniu wielkiej części centrum przed projektantami otwierała się przestrzeń, o której marzyli czasem przedwojenni reformatorzy urbanistyki. Różnica była zasadnicza. Wcześniej dyskutowali nad zmianą żywego, choć zatłoczonego miasta. Teraz musieli projektować w miejscu ran, których nikt dobrowolnie nie zadałby własnemu domowi.

Ważną rolę w przywracaniu historycznych punktów odniesienia odegrał wojewódzki konserwator zabytków Władysław Paszkowski. Dzięki staraniom związanym z ochroną dziedzictwa w 1953 roku zaczęto odbudowę białostockiego ratusza. Budowla nie wróciła jednak w dokładnie tej samej postaci. Zmieniono rozwiązania związane z dawnymi pawilonami, nie odtworzono wszystkich elementów towarzyszących handlowi. To przykład odbudowy, która musiała zdecydować, czy odtwarza historię dosłownie, czy przede wszystkim przywraca charakterystyczny symbol. Dziś wielu ludziom trudno wyobrazić sobie Rynek bez ratusza. A przecież były lata, kiedy tego symbolu na placu nie było.

Nowe państwo narzucało przy tym własny porządek polityczny. W dawnych budynkach kulturalnych odbywały się procesy pokazowe, a w kolejnych latach władze komunistyczne wykorzystywały publiczną przestrzeń do legitymizowania swojego panowania. Ocalałe mury mogły służyć jednego dnia sztuce, a innego — sądzeniu przeciwników politycznych. Ten kontrast warto odnotować bez efektownych metafor: powrót życia kulturalnego nie oznaczał pełnej wolności obywatelskiej. Powojenna normalność miała własne ograniczenia i własne ofiary.

Kościół św. Rocha domykał swój długi proces budowy. Po wojnie kontynuowano wyposażanie i wykańczanie świątyni; odbyło się poświęcenie, lecz prace trwały jeszcze wiele lat. Architektoniczna „Gwiazda Zaranna”, pomyślana jako znak niepodległości, przeżyła okupację i zaczynała pełnić stałą funkcję w pejzażu nowego Białegostoku. Można w tym widzieć gorzki paradoks: pomnik wolnej Polski doczekał czasu, w którym kraj pozostawał pod głębokim wpływem nowego mocarstwa. Budowla nie potrzebowała jednak zgody aktualnej polityki, by przypominać o swoim pierwotnym zamyśle.

Po kilku latach centrum odzyskało więc niektóre formy dawnej twarzy. Ratusz wracał, ocalałe świątynie stały, powstawały nowe zakłady i osiedla. Był to jednak Białystok nieodwracalnie różny od miasta sprzed 1939 roku. Zmieniła się ludność, funkcje budynków, organizacja ulic i polityczne tło. Odbudowa jest zwycięstwem życia nad ruiną. Nie należy mylić jej z cofnięciem historii.

MIASTO, KTÓRE PRZYKRYŁO SWOJE ŚLADY — 1953–1989

Nowe dziesięciolecia przyniosły rozwój Białegostoku w realiach Polski Ludowej. Fabryki znów dawały zatrudnienie, powstawała zabudowa mieszkaniowa, ulice przyjmowały nowe nazwy i kształty. Do miasta napływali ludzie, dla których przedwojenny Rynek i Chanajki były już tylko zasłyszanymi opowieściami. Codzienność nowego pokolenia wytworzyła własne wspomnienia: o szkołach, pracy, kinach, spacerach i życiu rodzinnym. Nie trzeba przeciwstawiać ich pamięci wcześniejszych pokoleń. Trzeba jedynie wiedzieć, że nie wszystkie powojenne zmiany szanowały ślady po tych, którzy mieszkali tu poprzednio.

Najboleśniej widać to w historii dawnych cmentarzy. Rozrastający się organizm miejski od dawna przesuwał nekropolie na obrzeża. W XX wieku część starych terenów pochówku przestała być czytelna w przestrzeni miasta. Powstawały w ich miejscu miejsca handlu, parkingi, obszary rekreacji, a z czasem również budowle kultury. Kamienne świadectwa życia dawnych mieszkańców znajdowano później w miejscach, do których nigdy nie powinny trafić. Macewa użyta jak zwykły budulec mówi o zapomnieniu więcej niż najbardziej uroczysty pomnik. Nie ma tu jednak potrzeby malować całych pokoleń jednym kolorem. W różnych czasach pamięć bywała lekceważona, ale bywali też ludzie, którzy próbowali ją ratować.

Dawne wzgórze świętej Marii Magdaleny, strefa dawnych pochówków, szczególnie dobrze pokazuje, jak wiele warstw kryje miasto pod nowymi inwestycjami. Prace archeologiczne prowadzone już znacznie później przypomniały o grobach, przedmiotach osobistych i śladach dawnych obrządków. Każdy znaleziony guzik, krzyżyk czy fragment wyposażenia był świadectwem czyjegoś niepozornego życia. To rzeczy, których nie ogląda się w muzeum z takim zachwytem jak zdobiony pałacowy fotel, choć dla opowieści o mieszkańcach mogą mieć znaczenie równie duże. Bo pałac opowiada o elicie, a guzik — o człowieku, którego imienia nie znamy.

Zmieniały się też funkcje dawnych budowli. Elektrownia, której uruchomienie przed I wojną światową było symbolem postępu, weszła w system powojennej gospodarki. Zakłady przemysłowe przechodziły państwowe przekształcenia, łączono je i reorganizowano. Przedwojenna wytwórnia tlenu również przeszła drogę od prywatnej inicjatywy do nowych form własności. To, co niegdyś było dumą pojedynczych fabrykantów, stawało się częścią większego organizmu gospodarczego. Zmieniały się szyldy, lecz wiele starych murów nadal stało tam, gdzie wyznaczono im miejsce przed wojną.

Kino Ton przyciągało publiczność, a stary budynek przy farze przyjmował kolejnych widzów, którzy oglądali obrazy z dalekich światów, niekoniecznie zdając sobie sprawę, że sam budynek jest podróżą przez trzy stulecia. Przy kościele św. Rocha rozmawiano czasem o tajemniczych podziemnych przejściach i tunelach. Zachowały się opowieści o zamurowanych wejściach; co dokładnie kryły i do czego wszystkie służyły, pozostawało niejasne. Tak rodzą się miejskie legendy. Mówią coś ważnego o wyobraźni mieszkańców i o tym, jak miasto obudowuje swoje zabytki opowieściami.
Największe przemiany dotknęły wszak nie tyle konkretne ściany, ile sposób patrzenia na Białystok. Dawne wielowyznaniowe centrum, świat żydowskich sklepów i fabryk, starych cmentarzy, gwaru czterech języków, przestawały być doświadczeniem codziennym. Stawały się archiwum. A archiwum jest miejscem wymagającym wysiłku: trzeba do niego pójść, szukać, porównywać, czasem przyznać, że nie rozumie się już nazwy ulicy ani nazwiska na szyldzie. Jeśli tego wysiłku zabraknie, zostaje tylko gładka historia budynków bez ludzi.

W 1989 roku zakończyła się epoka władzy komunistycznej. Przed Białymstokiem otworzyły się kolejne możliwości i konflikty. Zmiana ustroju nie przywróciła utraconej przedwojennej społeczności, ale dała nowe narzędzia do opowiadania jej historii. Można było dokładniej pytać o zapomniane miejsca, dokumentować dawne pochówki, przywracać pamięć o wydarzeniach okupacji. Nie każda taka próba przyniosła sukces. Lecz samo postawienie pytania było ważnym krokiem: do kogo właściwie należy historia miasta?

CZY MIASTO MOŻNA ODZYSKAĆ? — OD LAT DZIEWIĘĆDZIESIĄTYCH DO DZIŚ

Po przemianach ustrojowych ulice dalej się zmieniały. Działy się rzeczy dobre, potrzebne i nieuniknione, ale zdarzały się także decyzje, które budziły sprzeciw obrońców dawnej architektury. Na Warszawskiej przetrwał niezwykły zbiór budynków związanych z dawną zamożniejszą częścią Białegostoku. W innych miejscach historyczne fasady stały się wyspami wśród zupełnie nowej zabudowy. Z kolei Krakowska 1 przypominała o losach mieszczańskiej kamienicy, która przetrwała niemal wszystko, chociaż współczesne remonty mogły zniekształcać niektóre pierwotne rozwiązania. Walka o dziedzictwo przestała być abstrakcją. Stała się pytaniem o konkretny dach, elewację, ulicę i decyzję urzędnika.

Ratusz, odbudowany po wojnie, wyrósł na symbol tak oczywisty, że pamięć o jego wcześniejszym zburzeniu bywa zaskoczeniem. Rynek przeszedł kolejną wielką przemianę, zwłaszcza po modernizacji otoczenia w 2010 roku. Zniknęło wiele problemów dawnego placu targowego, pojawiła się przestrzeń dogodna do spacerów, spotkań i gastronomii. I tutaj powraca paradoks dawnych dziennikarzy, którzy w latach trzydziestych marzyli o uporządkowanym rynku o szerokiej perspektywie. W pewnym sensie ich pragnienie zrealizowano — lecz po całym wieku wojen, rozbiórek i odbudów, których nikt z nich nie potrafiłby sobie wyobrazić.

Nie wszystko, co ocalało, zachowało dawną funkcję. Budynek dawnej elektrowni służy sztuce, znany dziś jako siedziba Galerii Arsenał. Fabryczna przeszłość różnych rejonów miasta kryje się w nowych funkcjach budynków. Kino Ton w końcu przestało być regularnie działającym kinem, choć samo miejsce pozostało świadectwem niezwykłej drogi od przytułku do kultury. Kościół św. Rocha nadal góruje nad Białymstokiem, a legenda architekta i jego kamiennej litanii daje jego bryle dodatkowy sens. Można przechodzić obok tych obiektów codziennie i nie pomyśleć ani razu o ludziach, którzy musieli przekonywać innych, żeby je zbudować.

Dawne cmentarze potrafiły przypomnieć o sobie podczas robót ziemnych i badań archeologicznych. Znaleziska przy dawnych nekropoliach mówiły, że historia miasta nie kończy się na tym, co wystaje ponad chodnik. Ślady pochówków znajdują się tam, gdzie nowe pokolenia widzą dziś zieleń, parkingi, budynki kultury albo ulice. To jeden z najpoważniejszych obowiązków pamięci: nie traktować miejsc spoczynku poprzednich mieszkańców jak przeszkód pozbawionych znaczenia. W mieście, które tak wiele razy przechodziło od jednej władzy do drugiej, szacunek dla dawnych nekropolii jest zarazem szacunkiem dla całej różnorodności jego historii.

Istnieje jeszcze Białystok odległy, przechowywany w pamięci potomków emigrantów. W Nowym Jorku do dziś znaleźć można ślady dawnych białostockich wspólnot, nazw i tradycji. Dla jednych Białystok jest ulicą Lipową i ścieżką na św. Rocha. Dla innych bywa nazwą świątyni, wspomnieniem dziadków, słowem odnalezionym w książce. Może nie wiedzą, gdzie dokładnie przebiegała Młynowa, i nigdy nie widzieli Warszawskiej. A jednak miasto istnieje również w ich pamięci. Nie zawsze zgodnej z prawdą topograficzną, lecz prawdziwej jako ślad rodzinnego doświadczenia.
Jak więc rozstrzygnąć pytanie, czy dawny Białystok był piękniejszy? Jeżeli porównać same eleganckie fasady, reprezentacyjne ulice i widoki sprzed wojny z niektórymi późniejszymi stratami, odpowiedź może być dla wielu oczywista. Ale jeśli w tym samym obrazie umieścimy biedę Chanajek, fatalne warunki sanitarne, bezrobocie i przemoc społeczną, fotografia przestanie być prostym argumentem za wyższością przeszłości. Stare miasto mogło być piękniejsze w pewnych miejscach i znacznie trudniejsze do życia w innych. Właśnie ta sprzeczność czyni je fascynującym, a nie mniej wartym poznania.

Najważniejsze jest jednak coś innego. Białystok nie stracił wyłącznie urody dawnych kamienic. Stracił całe pokolenia mieszkańców, ulice zapisane w różnych językach, sąsiedztwa i tradycje. Tego nie da się odbudować przez skopiowanie neorenesansowej fasady. Można natomiast odbudować wiedzę: porządkować źródła, pokazywać fotografie, przywracać zapomniane nazwy i mówić o tych, których nie ma już kto wspominać. Jeżeli stara fotografia skłoni współczesnego mieszkańca do pytania, kto mieszkał w widocznej na niej kamienicy, stanie się czymś więcej niż obrazkiem do udostępnienia.

I dlatego najlepsza podróż przez dawne miasto nie powinna kończyć się zachwytem. Powinna kończyć się ciekawością — czasem niewygodną, czasem bolesną. Bo przeszłość ma wartość nie wtedy, gdy jest ładniejsza od teraźniejszości, lecz wtedy, gdy potrafi ją wyjaśnić.

Wielka Kronika Białegostoku – miasta, którego już nie ma. Część V.

Wielka Kronika Białegostoku – miasta, którego już nie ma. Część III.

Wielka Kronika Białegostoku – miasta, którego już nie ma. Część III.

OSTATNIE LATA STAREGO MIASTA — 1935–SIERPIEŃ 1939

W połowie lat trzydziestych Białystok miał za sobą niemal całe stulecie przemysłowego rozrostu i kilkanaście lat polskiej niepodległości. Równocześnie wciąż pozostawał miastem kontrastów. W jednych dzielnicach bogactwo dawało się mierzyć wysokością kamienicy i ceną restauracyjnego rachunku. W innych ludzie zmagali się z biedą, chorobami i niepewną pracą. Przy rynku trwał handel, na Warszawskiej stały reprezentacyjne budynki, w Chanajkach kłębiła się codzienność ubogich rodzin, zaś do pałacu, przebudowanego kiedyś na rosyjską szkołę, powracały kolejne funkcje publiczne. Żaden architekt nie mógłby zaprojektować takiej różnorodności od zera. Wytworzyły ją dekady przeciwstawnych interesów.

Poczucie nowoczesności wzmacniały nowe zakłady i techniczne przedsięwzięcia. W 1938 roku w mieście uruchomiono wytwórnię tlenu związaną z firmą Perun. Zajęła budynek po wcześniejszym przedsiębiorstwie przy dzisiejszej Orzeszkowej. Dla kogoś, kto kojarzy dawne miasto wyłącznie z włókiennictwem, był to zaskakujący szczegół. Produkowano tutaj gazy techniczne potrzebne przemysłowi, a działalność wpisywała się w szerszy świat zakładów naprawczych, browarów, kolei i warsztatów. Nie był to już Białystok ograniczony do sukna i kramów. Rozwijały się rozmaite potrzeby nowoczesnej gospodarki, nawet jeśli wiele inwestycji wciąż rozgrywało się na skromną skalę.

Miasto miało również życie sceniczne. W budynku przy starym kościele, wywodzącym się z osiemnastowiecznego przytułku, rozpoczęło działalność kino i miejsce występów artystycznych. Przyjeżdżali popularni artyści, odbywały się spotkania i odczyty. W 1937 roku przemawiał tu Melchior Wańkowicz. Los miejsca był niemal niewiarygodnym skrótem dziejów: od opieki nad potrzebującymi, przez handel i działalność religijną, po rozrywkę, literaturę i publiczne wystąpienia. Kto pomyślałby wcześniej, że jedne mury pomieszczą tyle odmiennych sposobów mówienia do ludzi?

Z drugiej strony budowanej z uporem nowoczesności kryły się nierozwiązane sprawy starego miasta. Rynek domagał się porządku, bieda nie znikała, a wielkie budowle miały dopiero dowieść, czy potrafią unieść historyczne znaczenie przypisane im przez projektantów. Kościół św. Rocha górował już nad miastem, lecz prace przy nim nie dobiegły końca. Kamienice przy najważniejszych ulicach świadczyły o aspiracjach mieszkańców, ale wiele z nich wymagało utrzymania i naprawy. Przemysł także miał własne zależności i słabości. Nie był to raj. Było to za to miasto pełne nieukończonych zamiarów — a taki stan bywa najlepszym dowodem, że miasto żyje.

Szczególną historię opowiadała Krakowska 1. Hotelowe i obyczajowe skandale odchodziły stopniowo w przeszłość; mieszkańcy i osoby prowadzące w kamienicy biura lub gabinety nadawali jej coraz bardziej zwykły charakter. W adresach można odnaleźć adwokatów, tłumaczy, lekarzy, nauczycieli. Jeśli dobrze się zastanowić, właśnie te pozornie nudne zawody świadczą o dojrzałym mieście równie mocno jak fabryki. Potrzebuje ono nie tylko przedsiębiorcy i robotnika, ale także człowieka, który przetłumaczy pismo, udzieli porady prawnej lub nauczy dziecko pisać.

A gdzieś daleko, w Nowym Jorku, żyli potomkowie emigrantów, dla których Białystok był już w znacznej mierze opowieścią rodzinną. Powstawały organizacje, świątynie i miejsca spotkań odwołujące się do białostockiej tożsamości. Nazwa miasta trwała na szyldach i w książkach, przekształcana przez pamięć w symbol utraconego domu. Tak oto istniały jednocześnie dwa Białestoki: jeden rzeczywisty, z błotem, podatkami i kolejowymi ambicjami, oraz drugi — wyobrażony, odległy i prawie baśniowy. Nie musiały do siebie pasować. Pamięć emigranta rządzi się własnymi prawami, szczególnie gdy świat, który opuścił, nadal się zmienia.

W sierpniu 1939 roku niewielu mieszkańców mogło przewidzieć pełnię nadchodzącego koszmaru. Wiedzieli, że Europa staje się niebezpieczna, że słychać groźby i przygotowania wojenne. Prezydent miasta Seweryn Nowakowski wrócił wcześniej z urlopu, apelował o spokój i przygotowanie zapasów. Ludzie kupowali żywność, budowali schronienia, z niepokojem obserwowali wydarzenia. I zapewne nadal załatwiali zwykłe sprawy: ktoś kupował buty, ktoś się żenił, ktoś martwił się o czynsz. Tak dzieje się przed wielką katastrofą. Przyszłość stoi już niemal u drzwi, lecz życie uporczywie domaga się, żeby ugotować obiad.

Ostatnie lato starego Białegostoku miało zatem smak zwyczajności podszytej lękiem. Kamienice stały, fabryki pracowały, mieszkańcy chodzili po tych samych ulicach co ich rodzice. Potrzeba było zaledwie kilku lat, żeby wiele z tych ulic zmieniło się w pustkę, a całe społeczności przestały istnieć. Nie zapominajmy więc obrazu miasta sprzed wojny: prawdziwego, pięknego i brzydkiego zarazem. Tylko wtedy późniejsza zagłada nie będzie dla nas abstrakcyjną liczbą spalonych budynków. Będzie utratą konkretnego, złożonego świata.

DWIE ARMIE, JEDEN DZIEDZINIEC — WRZESIEŃ 1939

Pierwszego września 1939 roku wojna przestała być pogłoską i stała się faktem. Nad miastem pojawiły się niemieckie samoloty. Władze i mieszkańcy przygotowywali się na najgorsze, lecz powszechnie rozumiano, że walka o każdy dom mogłaby zakończyć się dla Białegostoku katastrofą. Duża część zabudowy pozostawała drewniana. Ogień był przeciwnikiem równie groźnym jak żołnierz. W połowie września do miasta weszli Niemcy. Polska, atakowana przez III Rzeszę, nie miała już możliwości obrony wszystkich swoich ziem.

Ale to, co nastąpiło potem, najlepiej pokazuje, jak mało warte bywa słowo „porządek” w ustach mocarstw dzielących cudzy kraj. Siedemnastego września ze wschodu uderzył Związek Sowiecki. Niemcy i Sowieci uzgodnili przekazanie Białegostoku. W pałacu Branickich spotkali się przedstawiciele obydwu armii, a na dziedzińcu urządzono uroczysty ceremoniał przekazania miasta. Mury, niegdyś przeznaczone do magnackich przyjęć, a potem szkolnego wychowania córek szlachty, oglądały teraz żołnierzy dwóch okupantów. Jakby los Białegostoku był podarunkiem, który jeden ofiarowuje drugiemu przy akompaniamencie orkiestry.

W zachowanych relacjach i materiale filmowym scena wygląda niemal groteskowo. Opuszcza się jedna flaga, wciąga drugą. Orkiestra gra hymny. Oficerowie salutują, podają sobie dłonie, odjeżdżają samochody i motocykle. Cała ceremonia ma dowodzić sprawności, zgody i wojskowego honoru. Zabrakło tylko najważniejszego pytania: co na to mieszkańcy miasta? Nikt nie zamierzał pytać. Białystok był przedmiotem porozumienia, a nie uczestnikiem rozmowy. Tak wyglądała dyplomacja okupantów, jeśli oglądać ją z perspektywy człowieka stojącego po niewłaściwej stronie szabli.

Film pokazujący przekazanie miasta ma wartość szczególną: zachował gesty, mundury i atmosferę oficjalnego widowiska. Właśnie dlatego trzeba podchodzić do niego nie tylko jak do dokumentu, lecz także jak do propagandy. Kamera doskonale rejestruje to, co dowódcy życzą sobie pokazać. Nie musi pokazywać strachu tych, którzy na dziedziniec nie zostali zaproszeni. Obrazy uroczystych parad lubią wyglądać porządnie. Historia za kadrem rzadko tak wygląda.

Sowiecki aparat władzy szybko przystąpił do urządzania miasta według własnych zasad. Białystok wcielono do porządku politycznego Zachodniej Białorusi w ZSRR. Nastąpiły represje wobec mieszkańców, aresztowania i wywózki. Przedstawiciele polskiej administracji zostali pozbawieni wpływu na sprawy miasta. Los prezydenta Seweryna Nowakowskiego stał się jednym z bolesnych symboli tego czasu: został aresztowany, a jego dalsze losy wiąże się z przypuszczeniem o śmierci w sowieckim więzieniu. Nawet jeśli na ulicy dało się otworzyć sklep, a fabryka ruszała do pracy, nie znaczyło to, że państwo zapewniało ludziom bezpieczeństwo.

Zmiana okupanta, która w 1939 roku dla części mieszkańców oznaczała odroczenie niemieckiej przemocy, nie była przecież wyzwoleniem. Trzeba wyraźnie odróżnić względne ocalenie niektórych grup przed bezpośrednią groźbą niemieckiego antysemityzmu od stwierdzenia, że pod sowieckimi rządami panował spokój. Wielu białostoczan cierpiało i wtedy. Wojna rzadko udziela człowiekowi przywileju wyboru dobrego okupanta. Zdarza się najwyżej, że wybiera on, przed którym strachem w danym momencie próbuje się schronić.

Tak zakończył się pierwszy akt wojennego dramatu. Ratusz jeszcze stał, pałac nadal miał dach, stare dzielnice jeszcze tętniły życiem. Kto znał Białystok przed rokiem 1939, nadal mógł odnaleźć na ulicy większość znanych sobie miejsc. I może dlatego groza była trudna do pojęcia. Przecież kamienica przy Krakowskiej wyglądała jak dawniej, przecież na rynku było miejsce po fontannie, przecież widać było wieże kościołów. Człowiek przywiązuje się do przekonania, że skoro mury pozostały, przetrwa również świat, do którego należą. Historia miała wkrótce obalić to przekonanie z okrucieństwem, którego nie sposób usprawiedliwić.

MIASTO Z NOWYMI TABLICAMI — 1939–CZERWIEC 1941

Sowiecka administracja przystąpiła do zmiany Białegostoku nie tylko poprzez aresztowania i instytucje, lecz także poprzez symbole. Miasto zaczęło obrastać nowymi hasłami, plakatami, znakami władzy. Gdzie przedtem spór dotyczył wysokości czynszu albo widoku na rynek, teraz pytano, jakie słowa wolno wypowiadać, komu ufać, czego lepiej nie zapisywać. Zmiana szyldu nie była jedynie kosmetyką, a zmiana pomnika nie była sporem o gust. Władza totalitarna chciała przestawiać nie tylko ulice, ale także ludzką pamięć.

Najbardziej widocznym przykładem stał się los ratusza. W okresie międzywojennym słychać było głosy domagające się usunięcia starej budowli z rynku. Dziennikarze marzyli o wielkim, uporządkowanym placu, dogodnym dla komunikacji i publicznych wydarzeń. Wtedy nie zrealizowano tych pomysłów. W 1940 roku Sowieci rozebrali ratusz, przygotowując przestrzeń pod własną wizję centralnego placu i nowego symbolu politycznego. Zamierzano umieścić tam pomnik Stalina. Ostatecznie plan ten nie przybrał przewidzianej postaci, ale ratusz już zniknął.

Warto zatrzymać się przy tej scenie. Budynek, który wyrósł z handlowej energii dawnego Białegostoku, przez pokolenia mieścił sklepy i był symbolem ruchu, został potraktowany jak przeszkoda w urządzeniu nowej ideologicznej dekoracji. Nie przetrwał dlatego, że miejscowi przedwojenni krytycy nie mieli dość siły, by go usunąć. Nie przetrwał też dlatego, że obca władza tę siłę znalazła. Dwa odmienne pomysły spotkały się w jednym skutku, choć ich polityczny sens był zupełnie inny. Historia bywa subtelna. Rozbiórka, niestety, subtelnością nie grzeszy.

Sowieckie porządki objęły również gospodarkę. Dla przedsiębiorców zmieniał się właściciel, zakres uprawnień, sens wcześniejszych umów. Wytwórnia tlenu, uruchomiona zaledwie rok przed wojną, została przejęta przez nowe władze, lecz nie przestała produkować. Dostarczała gazów technicznych i wykonywała usługi spawalnicze, obsługując odbiorców w szerokim regionie. To bardzo charakterystyczny obraz okupacyjnej normalności: zakład pracuje, pociąg jedzie, ktoś wystawia dokumenty, a mimo to całe miasto znajduje się pod przemocą polityczną. Maszyna nie rozróżnia ustrojów. Człowiek musi.

Z tego okresu zachowała się także osobliwa lekcja propagandy. Na fotografiach widać ulice, tłum, uroczyste dekoracje i nowe sztandary. Obraz sugeruje, że przyszła pewna władza i oto nastał nowy czas. Gdy jednak uważniej przyjrzeć się mieszkańcom, trudno uznać ich wszystkich za statystów w jednym państwowym widowisku. Każdy miał własną pamięć: o carze, wojnie, polskiej niepodległości, pracy w fabryce, życiu religijnym, rodzinnych wyjazdach za ocean. Sowieckie państwo mogło powiesić nową flagę, ale nie mogło z dnia na dzień wymazać tych wszystkich wspomnień.

Na początku 1941 roku Białystok pozostawał miastem, w którym dawny kształt zabudowy ciągle pozwalał rozpoznawać ulice sprzed wojny. To złudzenie ciągłości miało zostać zniszczone razem z kruchą zgodą dwóch okupantów. W czerwcu niemieckie wojska uderzyły na Związek Sowiecki. Dawni partnerzy w uroczystym przekazaniu miasta zamienili się w otwartych wrogów. Dla mieszkańców oznaczało to kolejną zmianę władzy. Dla białostockich Żydów — początek zagłady, której rozmiary wykraczają poza zwykłe słowa „kolejna okupacja”.

Nie sposób już opowiadać tych lat z ironicznym uśmiechem. Historia doprowadziła nas do miejsca, w którym słowa powinny być oszczędniejsze, a nazwiska sprawców — wyraźniejsze. Mury pałacu widziały przyjazne powitania oficerskie. Mury synagogi zobaczą za chwilę coś, czego nie wolno nazywać ani losem, ani wojenną koniecznością. To był zbrodniczy wybór ludzi sprawujących władzę i dzierżących broń.

CZARNY PIĄTEK — CZERWIEC I LIPIEC 1941

Dnia 22 czerwca 1941 roku Niemcy rozpoczęli wojnę przeciwko Związkowi Sowieckiemu. Białystok znalazł się pod atakiem lotnictwa, a po kolejnych dniach działań wojennych niemieckie oddziały wkroczyły do miasta. Razem z nimi pojawiły się formacje bezpieczeństwa i policji przeznaczone nie do zwykłego utrzymywania porządku, lecz do przeprowadzania terroru. Dla żydowskich mieszkańców Białegostoku był to początek działań zmierzających do ich systematycznego wyniszczenia. Skala przemocy nie pozwala sprowadzić wydarzeń do hasła „okrutne czasy”. Nie czasy mordowały. Mordowali konkretni okupanci, przy użyciu broni, rozkazów i zaplanowanych akcji.

Dwudziestego siódmego czerwca Niemcy urządzili w mieście masową zbrodnię. Spędzali Żydów z okolicznych domów i ulic, zamykali ich w Wielkiej Synagodze, po czym podpalili świątynię. Ludzie, którzy zdołali wydostać się z płonącego budynku albo szukali ratunku przez okna, znajdowali się pod ogniem oprawców. Wśród tych, którzy próbowali pomóc, był dozorca Józef Bartoszko. Według opublikowanej relacji otworzył boczne drzwi i umożliwił ucieczkę grupie uwięzionych. Jeden taki gest nie mógł powstrzymać zbrodni. Potrafił jednak ocalić konkretne ludzkie istnienia. W historii zapisanej przez sprawców strzałami i ogniem pozostawił niewielkie, bezcenne świadectwo człowieczeństwa.

Płonęła nie tylko synagoga. Niemcy zabijali na ulicach i podpalali okoliczną zabudowę, zwłaszcza w rejonach związanych z żydowską społecznością miasta. Schulhof i sąsiednie obszary poniosły dramatyczne straty. Nad Białymstokiem wisiał dym, którego nie sposób porównać z przemysłowym dymem dawnych fabryk. Kiedyś kominy oznaczały pracę i handel. Teraz płomienie oznaczały zaplanowaną eksterminację. W ciągu następnych dni i tygodni okupanci kontynuowali rozstrzeliwania i akcje terroru. Miasto, które jeszcze niedawno znane było jako wielojęzyczny ośrodek handlu, patrzyło na wymordowywanie sąsiadów.

W tej tragedii kryje się szczególnie bolesna sprzeczność. Białostoccy Żydzi nie byli przybyszami z obcej opowieści. Od pokoleń współtworzyli handel, przemysł, życie kulturalne i społeczne. Kupiec przy rynku, właściciel fabryki, nauczyciel, rzemieślnik, ubogi robotnik z Chanajek — wszyscy należeli do historii tego miasta. Hitlerowska polityka rasowa próbowała potraktować ich tak, jakby nie mieli prawa istnieć. To nie była tylko próba wymordowania ludzi. Była to próba wycięcia całej gałęzi pamięci Białegostoku.

Kiedy okupanci urządzali nowe administracyjne struktury, w tym Okręg Białystok, przemoc nie ustawała. Najpierw były egzekucje i grabieże. Potem pojawiły się rozkazy dotyczące mienia, pracy, poruszania się i obowiązków oznaczania ludności żydowskiej. Zabierano pieniądze i kosztowności, wywożono cenne zbiory oraz książki, a część dobytku przeznaczano na zniszczenie. Okrucieństwo polityki okupacyjnej nie polegało wyłącznie na mordowaniu. Polegało też na systematycznym odbieraniu ludziom praw, majątku, możliwości poruszania się i zwykłego poczucia godności.

W końcu lipca 1941 roku Niemcy utworzyli getto. Powstał zamknięty świat, w którym życie miało być stale zależne od polecenia z zewnątrz. Nie było już swobody dojścia do znajomego sklepu albo odwiedzenia dawnego sąsiada. Na mapie miasta pojawiły się granice, które dla jednych były przeszkodą, dla drugich wyrokiem. To wydarzenie zmieniło sens przestrzeni Białegostoku: ulica przestawała służyć do chodzenia, a zaczynała oddzielać tych, którym wolno żyć trochę swobodniej, od tych, których przeznaczono do stopniowego unicestwienia.

Przywołane fotografie i opisy przemocy wymagają szczególnej ostrożności. Obrazy zniszczonych synagog i ulic nie oddadzą cierpienia ludzi zamkniętych w płomieniach. Nie wolno też przedstawiać całej tragedii wyłącznie jako tła do efektownej opowieści o utraconej architekturze. Budynek można odbudować. Społeczności wymordowanej nie odtworzy żaden mur, żadna kopia dawnego szyldu ani najdoskonalsze odtworzenie fotografii. I jeśli człowiek chce zrozumieć, co Białystok stracił w czasie wojny, musi od tej prawdy zacząć.

BRAMA NA GUMIENNEJ — 1941–1943

Na jednej z okupacyjnych fotografii widać skrzyżowanie w centrum miasta, sklep tekstylny, przechodniów i bramę oddzielającą świat getta od świata poza nim. Sam kadr mógłby uchodzić za zwykły obraz uliczny, gdyby nie szczegóły. Niemiecki strażnik, znak gwiazdy Dawida na odzieży żydowskiej kobiety, zamknięte przejście, ludzie po dwóch stronach bariery. Nazwy ulic okupant zmieniał według własnych upodobań, lecz niezależnie od szyldów różnica była brutalnie prosta: po jednej stronie człowiek mógł wejść do sklepu, po drugiej jego swobodę regulował przymus i groźba śmierci.

Warto w tym miejscu pomyśleć o samej ulicy. Niedawno była jedną z tych, którymi chodziło się do pracy, na targ, do sąsiadów. Teraz stała się granicą dwóch porządków. Dla ludzi uwięzionych w getcie załatwienie najprostszej potrzeby wymagało zezwolenia albo narażenia życia. Wprowadzono oznakowanie odzieży gwiazdą Dawida. Pracę przymusową organizowano na potrzeby niemieckiej machiny wojennej, a racje żywnościowe były głodowe. Przemyt jedzenia i pomoc udzielana przez ludzi z zewnątrz mogły decydować o przetrwaniu dnia. Cały aparat okupacyjny został skierowany ku temu, żeby pozbawić mieszkańców własnego życia, zanim jeszcze odebrano im je ostatecznie.

W getcie istniała produkcja. Właśnie ten fakt bywał źródłem tragicznej nadziei. Skoro niemiecka armia potrzebuje pracy, skoro warsztaty wykonują zamówienia, to może robotnik będzie dla okupanta przydatny, a przydatność pozwoli mu przeżyć? Taką logikę rozumiało wiele uwięzionych osób, próbujących ratować siebie i rodziny. Jednak polityka Zagłady nie była zwykłym rachunkiem gospodarczym, w którym człowiek potrzebny do pracy ma zagwarantowane bezpieczeństwo. Praca mogła odwlekać śmierć, lecz nie dawała pewności ocalenia.

Władze okupacyjne urządzały także własne widowiska propagandowe. W 1943 roku powstały filmowe ujęcia Białegostoku przedstawiające wybrane fragmenty miasta: hotel Ritz, Pałac Branickich, sklepy, świątynie, uliczne widoki. Kiedy ogląda się taki film bez wiedzy o epoce, można odnieść wrażenie, że ludzie wciąż zajmują się zakupami i spacerami. Kamera pokazuje elegancki gmach, pogodny dzień, wybrany fragment przestrzeni. Nie pokazuje tego, co znajduje się zaraz poza kadrem. Zdziwienie widza staje się wtedy prawdziwą lekcją o propagandzie: nie zawsze trzeba skłamać wprost. Czasami wystarczy tak ustawić obiektyw, żeby prawda o otaczającym świecie nie zmieściła się na taśmie.

Tak samo niemiecki zarząd starał się oswoić podległe miasto przy pomocy nowych nazw ulic, szyldów i instytucji. W dawnych przestrzeniach polskiej codzienności pojawiała się niemiecka administracja, a niektóre sklepy obsługiwały nową klientelę. Rozpoznawalne budynki nadal stały — hotel Ritz, pałac, katedra, kościół św. Rocha — lecz ich rola zmieniała się dramatycznie. Dla jednego przechodnia były dowodem ciągłości, dla drugiego znakiem utraconej wolności. Ten sam pałac, pod którego murami niegdyś obchodzono powrót Polski, służył teraz niemieckiemu aparatowi okupacyjnemu.

Najtrudniejsza do uchwycenia pozostaje jednak codzienna perspektywa człowieka zamkniętego w getcie. Fotografia bramy nic nie mówi o jego dzieciństwie, aspiracjach, pracy, miłościach ani wspomnieniach. Opowiada wyłącznie o granicy, jaką ktoś postawił przed jego przyszłością. A przecież za bramą żyli także dawni mieszkańcy fabrycznego Białegostoku, ludzie z rodzin przez lata wpisanych w historię miasta. Trzeba pamiętać, że słowo „getto” nie oznaczało abstrakcyjnej liczby ani jednego ujęcia z filmu. Oznaczało świat nieustannie zmniejszanych możliwości, w którym każda decyzja odbywała się pod nadzorem przemocy.

Kiedy w 1943 roku okupanci przygotowywali likwidację getta, złudzenie związane z pracą i tymczasowością uwięzienia zostało ostatecznie obalone. Ci, którzy nadal liczyli, że najgorsze można przeczekać, zobaczyli, do jakiego końca dąży polityka nazistowska. Wtedy część mieszkańców postanowiła stawić opór. Nie dlatego, że wierzyła w łatwe zwycięstwo. Dlatego, że człowiekowi można odebrać niemal wszystko, a jednak pozostaje w nim niekiedy decyzja, by ostatnich chwil nie oddać bez walki.

Wielka Kronika Białegostoku – miasta, którego już nie ma. Część IV.

Wielka Kronika Białegostoku – miasta, którego już nie ma. Część II.

Wielka Kronika Białegostoku – miasta, którego już nie ma. Część II.

WOJNA, KTÓRA ZGASIŁA MASZYNY — 1914–1918

Latem 1914 roku na europejskich dworach i w sztabach wojskowych zapadły decyzje, których skutki dotarły również nad Białą. Wojna światowa przerwała rytm pracy i handlu. Rosyjskie władze wprowadzały nadzwyczajne porządki: mobilizację, aresztowania, wysiedlenia, kontrolę przedsiębiorstw. Zakłady zamykano, później niektóre uruchamiano dla potrzeb armii, lecz to nie był zwykły powrót do interesów. Fabryka potrafiła produkować, a mimo to przedsiębiorca nie mógł decydować, komu sprzeda towar i za ile. Robotnik mógł otrzymać zajęcie, ale żyć coraz gorzej. Wojna z łatwością odbiera ludziom korzyści, które uprzednio obiecywała cywilizacja.

W 1915 roku rosyjskie wojsko opuściło Białystok. Weszli Niemcy, obejmując miasto wojskowym zarządem. Jedna okupacyjna administracja zastąpiła drugą, lecz rachunek zapłacili ci sami mieszkańcy. Konfiskowano majątek, kontrolowano handel, reglamentowano żywność, kierowano ludzi do pracy poza domem. Niedostatek opału i jedzenia nie był tu abstrakcyjnym pojęciem z podręcznika. Oznaczał zimno w mieszkaniu i coraz dłuższe kalkulowanie, czy z oszczędzonych pieniędzy starczy na chleb. Epidemie korzystały z pogarszających się warunków sanitarnych. Niegdyś głośna od produkcji dzielnica przemysłowa słyszała nagle przede wszystkim ciszę przerwanych zmian.

Okupanci z czasem poluzowali część restrykcji kulturalnych i dopuścili wznowienie pewnej działalności gospodarczej. Nie stało się to z powodu nagłego wzruszenia nad losem mieszkańców. Armia potrzebowała materiałów, a warsztat pozostawiony bezczynnie nie dostarczał wojsku niczego. Wojenne imperia bywają bardzo praktyczne: ideologia służy im do przemówień, produkcja do prowadzenia wojny. Wśród fabrykantów, z którymi współpracowano, ważną rolę odgrywali przedsiębiorcy żydowscy. Nie usuwało to codziennych napięć ani nie oddawało mieszkańcom utraconej samodzielności.

W pałacu trwał jeszcze przez pewien czas dawny porządek Instytutu Panien Szlacheckich, lecz nawet ta instytucja nie uniknęła konsekwencji wojny. Wychowanki ewakuowano, a z czasem szkoła zakończyła działalność. Kiedyś rosyjska władza zmieniła pałac w placówkę służącą własnej wizji wychowania. Teraz wielka wojna pokazała, że wizje władców są mniej trwałe od murów, w których urządzają swoje gabinety. Uczennice wyjechały, programy nauczania straciły znaczenie, a budowla została jako świadek kolejnego zerwania.

Tak samo niepewne stały się państwowe mapy. Cesarstwa, które wydawały się nieruchome, chyliły się ku upadkowi. W listopadzie 1918 roku Polska zaczęła odzyskiwać niepodległość. W wielu miastach można było mówić o końcu obcej władzy. W Białymstoku sprawa okazała się bardziej skomplikowana. Choć na świecie kończyła się wojna, lokalni niemieccy żołnierze pozostawali uzbrojeni i nie mieli zamiaru znikać na jedno skinienie. W mieście mieszały się nadzieje i strach, z jednej strony słyszano o Polsce, z drugiej wciąż widziano obce mundury.

Jest w tej chwili historycznej ironia, od której trudno uciec. Wielkie imperia rozpadały się z hukiem, nowe państwa powstawały na mapach, a mieszkaniec Białegostoku mógł wciąż nie wiedzieć, kto nazajutrz będzie kontrolował ulicę. Miał prawo sądzić, że politycy gdzieś daleko zapomnieli o jego mieście. Albo że pamiętali o nim aż nazbyt dobrze i dlatego każdy chciał je mieć pod własnym zarządem. Trzeba było jeszcze kilku miesięcy, zanim można będzie powiedzieć: Białystok znalazł się w niepodległej Polsce.

NIEPODLEGŁOŚĆ SPÓŹNIONA O TRZY MIESIĄCE — 1918–1920

Jedenastego listopada niepodległość była w Białymstoku przede wszystkim nadzieją. Nie brakowało rozmów, ustaleń, deklaracji, chwilowej euforii i nagłych rozczarowań. Lokalni przedstawiciele polskiego życia publicznego próbowali porozumieć się z niemiecką Radą Żołnierską. Mieszkańcy czekali na wycofanie obcych oddziałów. Wieści o przybyciu polskiego wojska raz wzbudzały entuzjazm, a raz kończyły się tak szybko, jak się zaczęły. Żołnierze pojawiali się i znikali, zaś miasto pozostawało na granicy porządku i chaosu.

W politycznej próżni zdarza się rzecz niebezpieczna: wiele osób naraz zaczyna wierzyć, że to właśnie im przypadło prawo rozstrzygania o losie pozostałych. Był nawet epizod z samozwańczym przedstawicielem białoruskiej państwowości, ogłaszającym przyłączenie miasta do Białorusi. Najbardziej trwałym skutkiem tych zapowiedzi nie była jednak zmiana granicy, lecz kolejny dowód, jak niepewna pozostawała sytuacja. O przynależności Białegostoku decydowano w negocjacjach, przy wojskowych sztabach i na drogach odwrotu.

Dopiero w lutym 1919 roku nastąpił przełom. Niemieckie wojska wyszły, a 19 lutego do miasta wkroczyły oddziały polskie. Kilka dni później mieszkańcy uroczyście je witali przed katedrą. Ta data ma dla Białegostoku znaczenie szczególne. Ogólnopolski kalendarz wskazuje listopad jako symbol powrotu państwa; miejscowa pamięć dopisuje luty jako dzień, w którym zmiana stała się faktem.
Wieloetniczny Białystok nie był przy tym wspólnotą jednej wizji przyszłości. Polacy chcieli miasta w granicach odrodzonej Rzeczypospolitej. W części żydowskiej społeczności żywe pozostawały obawy o stabilność nowego państwa i pomysły autonomiczne, przypominające ideę wolnego miasta. Później, kiedy polskie władze zaczęły wyglądać na bardziej trwałe, nastroje ulegały zmianie. Coraz ważniejsza była współpraca mieszkańców nad sprawami praktycznymi. Państwowość stała się faktem, a fakty — jak zwykle — wymagały urzędników, szkół, budżetu i ludzi gotowych zamiast dyskutować o wielkich koncepcjach, naprawić zwykłą ulicę.

Taką rolę otrzymał Józef Puchalski, tymczasowy gospodarz miasta. Pierwsze uroczystości, organizowanie samorządu, trudne przejście od rządów okupacyjnych do polskiej administracji — wszystko to stanowiło zadania bardziej przyziemne od podniosłych przemówień. Późniejsza kariera polityczna Puchalskiego nie przyniosła mu wielkiej popularności, ale kronika nie powinna mierzyć znaczenia człowieka wyłącznie liczbą głosów zebranych w następnych wyborach. Są urzędy, które obejmuje się w chwili, gdy nie ma jeszcze porządnego biurka, a trzeba już odpowiadać za całe miasto.

Niepodległość nie zdążyła jednak na dobre zadomowić się w Białymstoku, gdy w 1920 roku pojawiła się nowa groźba. W czasie wojny polsko-bolszewickiej miasto stało się miejscem działania Tymczasowego Komitetu Rewolucyjnego Polski, podporządkowanego bolszewickiej wizji przyszłości. Zapowiadano zupełnie nowy ustrój, tworzono trybunały i stosowano terror. W sierpniu doszło do walk, a polskie oddziały odbiły miasto. Wyobraźmy sobie mieszkańca, który jeszcze niedawno oglądał polskie wojsko wśród uroczystych powitań, a już musi sprawdzać, jaki rozkaz obowiązuje nazajutrz. Dla takiego człowieka wielka historia nie miała końca rozdziału. Miała zaledwie kolejną przerwę między nieszczęściami.

Dopiero po tych wydarzeniach Białystok mógł zacząć odbudowywać spokojniejsze życie. Nadeszły lata szkół, gazet, restauracji, miejskich kłótni i inwestycji. Przyszły też nowe spory, co świadczyło paradoksalnie o pewnym powodzeniu. Miasto znów miało czas zajmować się sprawami, które nie wymagały ucieczki ani barykadowania drzwi. Jednak odetchnęło przede wszystkim to, które miało mieszkanie i pracę. Drugie, stojące w kolejce po zarobek, od dawna czekało na swoją kolej.

CHANAJKI, CZYLI MIASTO BEZ POCZTÓWKOWEGO UŚMIECHU — LATA DWUDZIESTE

Wystarczyło odejść od reprezentacyjnych kamienic, żeby zobaczyć zupełnie inny Białystok. Chanajki nie były dekoracją do romantycznego filmu o dawnej Polsce. Były plątaniną ulic i uliczek, domów drewnianych oraz murowanych, podwórek gęstych od ludzi, warsztatów i sklepów. Żyli tu przede wszystkim ludzie, którym życie nie rozdawało hojnie. Robotnicy, drobni handlarze, chałupnicy, bezrobotni, całe rodziny utrzymujące się z pracy rozciągniętej od świtu do zmroku. W opisach prasowych pojawiały się brud, smród i przestępczość. Tak widzieli dzielnicę reporterzy, często z pozycji człowieka, który mógł po całym dniu opuścić jej zaułki. Mieszkańcy musieli w nich zostać.

Były tam spelunki i domy publiczne, sutenerzy oraz ludzie zarabiający na cudzej zależności. Głośne nazwiska miejscowego półświatka potrafiły obiegać całe miasto. Jankiel Rozengarten, określany jako król Chanajek, stał się jednym z symboli kryminalnej legendy dzielnicy. Wspominano Taubę Wolfson, znaną prostytutkę, i liczne historie o szantażach, pobiciach czy rozbojach. Łatwo byłoby teraz zrobić z tego smakowitą gawędę o łotrzykach, którzy niejednego kupca przyprawili o drżenie rąk. Ale byłaby to gawęda niewiarygodnie wygodna — dla kogoś, kto nie musiał tam mieszkać. Bo przestępcza sława zwykle przykrywała tysiące ludzi, którzy nie mieli z przestępczością nic wspólnego poza nieszczęściem sąsiedztwa.

Chanajki miały również codzienną gospodarkę: sklepy z suknem, obuwiem, meblami, cementem, warsztaty, apteki i gabinety usługowe. Działała produkcja, którą można było zobaczyć tylko wtedy, kiedy zajrzało się do piwnicy albo na zaplecze. Prasa pisała choćby o małych zakładach wytwarzających lemoniadę i wodę sodową w fatalnych warunkach sanitarnych. Gdy ktoś narzekał, że napój jest podejrzany, skargi nie wynikały więc wyłącznie z kaprysu. Nowoczesne miasto miało własną fabrykę prądu, a równocześnie sprzedawało czasem napoje przygotowywane w warunkach godnych co najwyżej zamknięcia. Postęp nie wchodził do wszystkich drzwi jednocześnie.

A przecież i tu działały interesy, które dostarczały mieszkańcom rzeczy przyjemnych. Chaim Sofer prowadził przy dawnej Sosnowej fabrykę czekolady, na tyle cenioną, że porównywano go do Wedla. To drobny szczegół, a jak wiele mówi o mieście. W tym samym rejonie, który gazeta potrafiła przedstawiać jako siedlisko występku, robiono słodycze kupowane przez ludzi różnych wyznań. Pod tym samym niebem jedni żyli z cudzej słabości, drudzy z uczciwej pracy, a trzeci próbowali zwyczajnie wychować dzieci. Historia dzielnicy zaczyna być ludzka dopiero wtedy, gdy uznamy istnienie wszystkich tych postaci naraz.

Na pograniczu Chanajek stała kamienica przy Krakowskiej 1. W latach międzywojennych budynek Ginzburgów miał szczególnie barwną historię. Hotel Metropol, restauracja, kawiarnie, dancing i dom publiczny funkcjonujący pod pozorami eleganckiej działalności — wszystko to przyciągało klientów, policję oraz moralistów. Prasa oburzała się, obyczajowi strażnicy domagali się porządku, a interesy trwały. W końcu zniknął najbardziej osławiony przybytek, lecz nie zniknęła mieszczańska chęć kontrolowania innych. W tej samej kamienicy później niechęć budził gabinet ginekologiczny prowadzony przez członka rodziny właścicieli. Świat, który tolerował setki rzeczy z punktu widzenia prawa i etyki wątpliwych, potrafił równocześnie rozpętać awanturę o lekarza chcącego badać kobiety.

Nieco dalej całe miasto prezentowało się już inaczej. Elegancka Warszawska miała pałacyki, okazałe kamienice, lekarzy i kupców. Chanajki miały ludzi, którzy z trudem szukali pracy i miejsca dla siebie. Nie był to podział między narodami, bo i tutaj, i tam żyli mieszkańcy rozmaitych wyznań i pochodzenia. Był to także podział majątku. W XIX i XX wieku Białystok wyrósł na gospodarczą potęgę regionu, ale nie nauczył się sprawiedliwie dzielić wszystkimi owocami tego wzrostu. Nie był pod tym względem wyjątkowy. Wyjątkowe stało się później to, jak gwałtownie oba światy — bogaty i biedny — miały zostać rozerwane przez historię.

Warto zapamiętać Chanajki inaczej niż w kronice policyjnej. Zapamiętać chodzących do pracy ludzi, żydowskie szkoły religijne, rodziny przy kuchennych stołach, rzemieślników, dzieci. Gdy za kilkanaście lat opowieść doprowadzi nas do okupacji niemieckiej, wszystkie te codzienne zajęcia przestaną być tylko obyczajowym tłem. Będą konkretnym dowodem istnienia świata, któremu odebrano przyszłość. Tymczasem w latach dwudziestych toczył się on nadal: głośny, niesprawiedliwy, pełen sporów, ale żywy. I właśnie dlatego nie można go sprowadzić do egzotycznej ciekawostki.

GWIAZDA, KTÓRA WYROSŁA Z CMENTARZA — 1926–1936

Na wzgórzu świętego Rocha długo było inne życie, niż to, które znamy z dzisiejszego pejzażu Białegostoku. Była kaplica, był cmentarz, były ścieżki prowadzące do miejsca spoczynku. Gdy miasto rosło, miejsce dawnego pochówku znalazło się pośród ulic coraz bliższych centrum. Z czasem nekropolia przestała pełnić swoją funkcję, lecz pamięć o niej wcale nie musiała zniknąć. Wszystko zmienił pomysł, aby wznieść właśnie tutaj świątynię, której znaczenie wykraczałoby daleko poza potrzeby parafii. Nowa Polska otrzymała niepodległość, a Białystok miał odcisnąć tę radość w architekturze.

Wielkim rzecznikiem budowy był ksiądz Adam Abramowicz. Wyobraźmy sobie jego zadanie: trzeba przekonać ludzi, zdobyć pieniądze, rozstrzygnąć spór o projekt i rozpocząć prace w miejscu mającym własną, trudną historię. Gdyby proboszcz marzył wyłącznie o budynku praktycznym, wybór byłby prostszy. Tymczasem jego zamiarem stała się świątynia-pomnik, mająca jednocześnie służyć wiernym i przypominać, że Polska przetrwała okres niewoli. Tego rodzaju pomysł doskonale nadaje się do przemówienia. Trudniej zamienić go w rachunki za materiały i pracę murarzy.

Projekt Oskara Sosnowskiego wyróżniał się niezwykłą symboliką. Architekt wiązał go z koncepcją kamiennej litanii — zespołu świątyń, w których wezwania maryjne miały przemieniać się w architektoniczne formy. Białostocka świątynia otrzymała ideę „Gwiazdy Zarannej”. Gwiazda miała oznaczać nowy początek, a sam budynek — wyrastający na wyniesieniu ponad miasto — nieco przypominać fortecę. Mury oporowe, baszty, wysoka wieża i rysunek bryły składały się na dzieło, którego nie sposób pomylić z szeregową parafialną zabudową. Do projektu prowadziła droga długa i pełna sporów, bo na stole leżały liczne różne propozycje, a wybrano rozwiązanie ambitne i kosztowne.

Budowę rozpoczęto pod koniec lat dwudziestych. Wymagało to wcześniejszego uporządkowania terenu dawnego cmentarza, ekshumacji i przeniesienia szczątków. W ten sposób dosłownie spotkały się dwie warstwy dziejów: pochówki mieszkańców dawnego miasta i monumentalna świątynia, którą miało oglądać miasto nowe. Nie ma w tym nic łatwego ani wyłącznie malowniczego. Każde takie przedsięwzięcie przypomina, że ziemia w centrum starego miasta nie jest pusta, nawet jeżeli mapy przedstawiają ją jako wolną parcelę.

Budowa posuwała się naprzód mimo kłopotów finansowych. Rosła kopuła, potem wieża. W połowie lat trzydziestych zarys świątyni był już na tyle wyraźny, by można było z daleka zobaczyć, że Białystok otrzymuje nowy punkt odniesienia. Jedni zachwycali się oryginalnością, inni mogli uznać przedsięwzięcie za zbyt śmiałe. Niezależnie od opinii stało się jasne, że miasto, które przez lata rosło głównie dzięki handlowi i przemysłowi, potrafi też nadać wielkiej budowli znaczenie polityczne, religijne i emocjonalne. Nie chodziło już wyłącznie o to, by zmieścić wiernych pod dachem. Chodziło o opowieść, która miała przetrwać pokolenia.

Warto pamiętać również o tym, czego projekt nigdy w pełni nie osiągnął. Sosnowski planował rozwiązania bardziej rozbudowane od ostatecznie wykonanych, zwłaszcza w otoczeniu świątyni. Budowa wielkich symboli najczęściej kończy się kompromisem z budżetem. Nie umniejsza to dziełu, lecz czyni je bardziej ludzkim. Kościół św. Rocha stał się znakiem rozpoznawczym Białegostoku właśnie w niedoskonałym świecie, w którym istnieją faktury, terminy, protesty i pogoda.

Tego samego świata, który wkrótce zamieni marzenia architektów w wojskowe kwatery i plany okupanta. Gdy nadejdzie nowa wojna, świątynia — ledwie wzniesiona — zostanie wciągnięta w wydarzenia, dla których nie została zaprojektowana. A jednak przetrwa. Nie wszystkie wielkie budowle miasta będą miały tyle szczęścia.

FONTANNA, FAJFY I WOJNA O ŻARÓWKĘ — 1927–1935

Jeśli ktoś pragnął poczuć Białystok nie jako fabrykę, lecz jako miasto przyjemności, powinien zajrzeć do centrum w okresie międzywojennym. Eleganckie restauracje, kawiarnie, sale taneczne i miejsca spotkań tworzyły osobny teatr codzienności. W hotelu Ritz odbywały się weekendowe fajfy dla zamożniejszych gości. Było jedzenie, muzyka, stroje, rozmowy i cały społeczny rytuał pokazywania się w odpowiednim towarzystwie. Od czasu do czasu prezentowano mody z Paryża. Dla miasta, które niegdyś liczyło głównie kramy przy błotnistym placu, był to znak wielkomiejskiej pewności siebie. Tyle tylko że do Ritza nie chodził każdy, kto miał ochotę potańczyć.

Przy Kilińskiego można było zjeść w Ermitażu, którego kuchnia sięgała po tradycje rosyjskie i francuskie. Funkcjonowały inne restauracje, a niektóre oferowały nawet dostawę jedzenia poza centrum. Dzisiaj taka usługa nie budzi zdumienia, lecz w mieście bez aplikacji i elektronicznych zamówień była przedsięwzięciem wymagającym znacznie więcej organizacji. Z kolei przy Sienkiewicza podawano w jednej z kawiarni napój zwany buzą, przygotowywany z kaszy jaglanej i dodatków. Przy Rynku można było skosztować dań żydowskich i potraw z różnych stron świata. Gastronomia Białegostoku mówiła wieloma językami równie wymownie jak jego przechodnie.

W restauracjach grano muzykę, czasem występowały orkiestry złożone z młodych kobiet. Były też konflikty konkurencyjne, które trudno zaliczyć do uczciwej przedsiębiorczości. Jeden ze sporów między lokalami skończył się, według przywołanej relacji, podpaleniem konkurenta. Tak oto wykwintne menu i bandyckie metody potrafiły współistnieć w niemal tej samej przestrzeni. Kto chce oglądać przedwojenny Białystok wyłącznie przez okno kawiarnianej witryny, musi pamiętać, że za szkłem nie zawsze siedzieli ludzie o manierach równie eleganckich jak ich garnitury.

Przy fontannie skupiało się inne towarzystwo. Początkowo była ozdobą rynku i miejscem spotkań, lecz w okresie międzywojennym stała się także swoistym punktem zbierania się bezrobotnych. Fotografia, na której siedzą mężczyźni w czapkach i płaszczach, może wyglądać niemal sielsko. Dopiero wiedza o tym, na co czekali, odbiera jej pocztówkową niewinność. Nie każdy bezczynny człowiek w centrum miasta odpoczywał. Niektórzy polowali na najprostszy zarobek, nie wiedząc, czy dzień zakończy się obiadem. I właśnie to miejsce — ozdobione, centralne, otoczone kamienicami — nadawało się do pokazania kontrastów lepiej niż niejeden wykład o nierównościach.

Jeszcze inny konflikt toczył się o elektryczność. Monopolista dostarczający prąd podnosił ceny, a prywatni odbiorcy płacili za energię znacznie więcej niż część innych użytkowników. Mieszkańcy i kupcy buntowali się przeciwko takim warunkom, magistrat się spierał, a z czasem od protestu słownego przechodzono do czynów. Na początku lat trzydziestych urządzano strajki elektryczne. Sklepy i mieszkania rezygnowały z oświetlenia, by pokazać, że dostawca bez odbiorców nie zarabia. Miasto, które niedawno z dumą przyjęło nowoczesną elektrownię, zaczęło ostentacyjnie korzystać z nafty.

Była w tej akcji niezwykła siła wspólnego działania. Człowiek sam nie miał wielkich możliwości negocjacyjnych wobec przedsiębiorstwa dysponującego wyłącznym prawem dostaw. Ale gdy podobną decyzję podejmowały setki i tysiące odbiorców, rachunek ekonomiczny zaczynał się zmieniać. Długotrwały protest doprowadził ostatecznie do porozumienia i obniżek. Białostoczanie pokazali, że potrafią współpracować nie tylko w chwilach państwowych uroczystości, lecz także przy sprawie bardzo przyziemnej: ile kosztuje światło nad własnym stołem.

Tymczasem w centrum wrzała jeszcze jedna debata, dziś brzmiąca niemal niewiarygodnie. Niektórzy publicyści zaczęli domagać się wyburzenia ratusza. Budowla była stara, ciasna, nieporządna, a rynek — przepełniony. Pojawiały się pomysły urządzenia w tym miejscu wygodniejszej przestrzeni komunikacyjnej, nawet dworca autobusowego. Z dzisiejszego punktu widzenia łatwo osądzić te głosy jako zamach na symbol miasta. Z punktu widzenia mieszkańca ówczesnego Białegostoku był to jednak także spór o brud, tłok i użyteczność centrum. Historia urbanistyki uwielbia takie przewrotne sceny: jedni proszą o ratowanie tradycji, inni chcą wreszcie móc przejść przez plac bez uważania na każdy krok.

Wszystko to działo się obok siebie — fajfy w Ritzu, poszukiwanie zatrudnienia przy fontannie, strajk przeciwko cenom prądu i publiczne pomysły usunięcia ratusza. Miasto nie układało tych historii w osobne rozdziały. Tego samego dnia jedni tańczyli, inni czekali na pracę, a ktoś w redakcji pisał, że centrum trzeba gruntownie przewietrzyć. Na tym polega urok i okrucieństwo kroniki: każdy człowiek przeżywał swoje życie jako najważniejsze, nie wiedząc, że po latach znajdzie się w zbiorowym portrecie pod jednym tytułem.

Wielka Kronika Białegostoku – miasta, którego już nie ma. Część III.

Wielka Kronika Białegostoku – miasta, którego już nie ma. Część I.

Wielka Kronika Białegostoku – miasta, którego już nie ma. Część I.

GDY RYNEK BYŁ WAŻNIEJSZY OD RATUSZA — XVII I XVIII WIEK

Zanim Białystok otrzymał wielkomiejskie ambicje, był miejscem o wiele skromniejszym. W okolicy większe znaczenie miały Suraż, Tykocin i Grodno. Nad Białą zaś życie toczyło się wśród drewnianej zabudowy, przy drogach, którymi jechało się do sąsiednich osad. Stary kościół, którego dzieje sięgają pierwszej połowy siedemnastego wieku, stanowił jeden ze stałych punktów krajobrazu. Wśród świątyń, kaplic i cmentarzy zaczynała się historia ludzi, nie tylko architektury. Najpierw było miejsce do życia i umierania, dopiero potem miejsce do pokazywania gościom.

W osiemnastym stuleciu sytuacja zmieniła się zasadniczo. Jan Klemens Branicki, człowiek o odpowiednich wpływach, środkach i ambicjach, zadbał o rozwój swego ośrodka. Przywilej miejski z 1749 roku porządkował formalnie coś, co w pewnej mierze już istniało: miasteczko od dawna miało miejskie obyczaje. Kupcy przyjeżdżali z towarem, rzemieślnicy mieli swoje zajęcia, a drogi przecinające osadę coraz wyraźniej układały się w gospodarczy kręgosłup. Pożar z 1753 roku — nieszczęście dla mieszkańców — stworzył zarazem konieczność przebudowy centrum. Niejedno miasto dostało swój porządek urbanistyczny dopiero wtedy, gdy żywioł brutalnie przypomniał, jak łatwo płoną drewniane domy.

Rynek był przecięciem traktów z kierunku Choroszczy, Suraża i Wasilkowa. Tu skupiała się praktyczna mądrość miasta: jeśli ktoś chce kupić, trzeba go spotkać; jeśli ktoś chce sprzedać, lepiej stanąć tam, gdzie przechodzi najwięcej ludzi. Wzniesiono więc budowlę, którą z czasem zaczęto nazywać ratuszem, choć urząd miasta nigdy nie uczynił z niej swojej właściwej siedziby. Był to w istocie dom handlowy, z kramami i pawilonami, rozbudowywany stopniowo. Z biegiem lat przybywały sklepy, pojawiała się wieża, a kupcy — w dużej mierze żydowscy — dokładali swoje cegły do handlowego serca Białegostoku.

Z ratuszem wiązała się osobliwa sprzeczność. Z wyglądu symbol władzy miejskiej, z przeznaczenia przede wszystkim symbol handlu. A jednak obok towarów znalazło się miejsce również dla spraw sądowych i aresztu. Kto nazbyt energicznie negocjował cudzą własność, mógł więc w tej samej okolicy stracić swobodę, którą rano tak ochoczo wykorzystywał. Na rynku stanęła figura świętego Floriana, patrona strażaków. Były pompy wodne, była i rzeźba Temidy, jakby miasto chciało zapewnić przechodniów, że ogień i bezprawie zostaną tutaj przynajmniej symbolicznie otoczone opieką. W praktyce gwarancje te miały różną skuteczność.

Nieodłącznym sąsiadem wzrostu ludności była śmierć. Pierwsze cmentarze powstawały przy kościołach i kaplicach, ale wraz z rozrastaniem się miasta obszary dawniej leżące poza jego granicami zaczęły znajdować się w samym środku. Stare nekropolie katolickie, żydowskie, ewangelickie i prawosławne opowiadały o wielości wyznań na długo przed tym, nim zaczęto używać modnego słowa „wielokulturowość”. Dla mieszkańców nie była to żadna reklamowa etykieta. Było to pytanie o ślub, szkołę, święto, sposób pochówku i miejsce, w którym wolno postawić nagrobek.

Przy starej farze powstał również przytułek związany z dobroczynną działalnością Branickiego. Miał opiekować się ludźmi starszymi i potrzebującymi. Warto o nim pamiętać właśnie teraz, kiedy łatwo sprowadzić epokę magnacką do pałacowych sal. Za zdobionymi ścianami kryło się bowiem miasto mniej reprezentacyjne: chore, zmęczone, zależne od dobroczynności. Budynek przy farze przeżyje później zdumiewające przemiany. Będzie mieścił handel, druk, występy, kino i rozprawy polityczne. Niektóre mury mają dłuższą pamięć od całych rodów.

Oto zatem początki: drogi, rynek, handel, dawne wyznania, dym po pożarze i budowle, które jeszcze nie wiedziały, do ilu różnych światów przyjdzie im należeć. Białystok dopiero zaczynał się rozglądać po Europie. Europa natomiast szykowała mu pierwszy wielki żart, choć śmiać się nie było z czego: postanowiła zmienić mu państwo bez pytania mieszkańców o zdanie.

PRUSKI URZĘDNIK, ROSYJSKI CAR I PAŁAC BEZ HETMANA — 1795–1841

Rok 1795 nie był zwyczajną zmianą szyldu na urzędzie. Trzeci rozbiór Polski sprawił, że Białystok trafił pod panowanie pruskie. Władza, która dotąd wynikała z układu dawnej Rzeczypospolitej i prywatnych posiadłości, musiała odnaleźć się w nowym porządku. Przyszli urzędnicy, wojskowi, rzemieślnicy z rodzinami; przybyły zasady i pieczęcie. Białystok stał się ośrodkiem administracji Prus Nowowschodnich. Dla monarchy nowe terytorium było elementem mapy. Dla człowieka mieszkającego pod tą mapą wszystko sprowadzało się do podatku, zgody na handel, prawa do własności i tego, w jakim języku przemawia władza.

Pruski rozdział okazał się krótki. W 1807 roku po traktacie tylżyckim miasto znalazło się w granicach Imperium Rosyjskiego. Zmiana była tak gwałtowna, że mieszkańcy mogli dopiero nauczyć się nowych formularzy, a już trzeba było poznawać następne. Rosyjskie rządy przyniosły miastu nową rolę administracyjną, ale także wieloletnią presję polityczną i kulturową. Rozwój miasta i ograniczanie wolności wcale nie musiały się wykluczać. Historia zna mnóstwo miejsc, w których jedną ręką budowano fabrykę, a drugą pilnowano, żeby robotnik nie wyobrażał sobie zbyt wiele.

Najlepszą ilustracją tych ambicji jest Pałac Branickich. Monumentalna siedziba dawnego właściciela miasta była dla zaborcy zbyt znacząca, by po prostu ją pozostawić. Planowano wykorzystać ją jako rezydencję carską. Rozpoczęto prace, zmieniano wnętrza i wygląd, próbowano dostosować budowlę do nowej władzy. Później koncepcję porzucono. Pałac, jak dworzanin, któremu co chwilę każą przebierać się do nowej uroczystości, przeszedł od roli magnackiej siedziby ku roli państwowej instytucji.

Ostatecznie za czasów Mikołaja I podjęto decyzję o urządzeniu w nim Instytutu Panien Szlacheckich. Zniknęła część dawnych ozdób, przekształcono dach, pomieszczenia podporządkowano szkolnym potrzebom. W miejscu związanym z reprezentacją hetmana pojawiły się klasy, pokoje wychowawczyń, pomieszczenia mieszkalne i gospodarcze, kaplice, szwalnia, kuchnia. Było w tym coś z surowej lekcji historii: rezydencję nie tyle zburzono, ile nauczono ją mówić cudzym językiem.

Instytut otwarto w 1841 roku. Miał służyć wychowaniu dziewcząt z rodzin uprzywilejowanych. Nauka obejmowała języki, religię, matematykę, historię, muzykę, rysunek i inne przedmioty, lecz sam program nie oddaje najważniejszej rzeczy. Kształcenie było jednocześnie narzędziem porządkowania społeczeństwa. Dziewczęta miały wyrastać na osoby wykształcone, a zarazem na przyszłe obywatelki pożądanego przez władzę świata. Przez pewien czas w instytucie uczono także języka polskiego. Gdy patrzy się na historię tej szkoły z perspektywy całego stulecia, widać nieustanne przeciąganie liny między lokalną pamięcią a imperialnym zamiarem.

Nie wszyscy mieli jednak szczęście uczyć się w pałacu. W 1831 roku miasto dotknęła epidemia cholery, która zabrała wielu mieszkańców. Choroba nie pytała o pochodzenie, ale bieda i warunki sanitarne decydowały, gdzie mogła uderzyć szczególnie mocno. Powstawały nowe miejsca pochówku, a dawne cmentarze coraz częściej przestawały wystarczać. Tam, gdzie urzędnicy rozważali wygląd państwowych gmachów, zwyczajni ludzie szukali miejsca dla zmarłych i czystej wody dla żywych.

Tak budowała się pierwsza wielka sprzeczność nowego Białegostoku. Z jednej strony władza, która chciała nadać mu przewidzianą rolę w imperium. Z drugiej społeczność składająca się z wielu grup, znacznie mniej skłonna podporządkować swoje codzienne życie jednolitej wizji. Miasto było jak rzeka: można było wyprostować jej brzegi na mapie, lecz nurt wciąż płynął własnym sposobem. A nurt ten wkrótce przyspieszył. Nadeszła epoka, w której o znaczeniu Białegostoku miały rozstrzygać nie komnaty, lecz maszyny i kolejowe rozkłady.

MANCHESTER NAD BIAŁĄ — 1834–1889

W pewnym momencie XIX wieku Białystok przestał być tylko miastem, do którego przyjeżdżało się z okolicy po towar. Zaczął być miejscem, do którego warto było przyjechać po przyszłość. Przemysł włókienniczy rósł, a fabrykantów przyciągały warunki handlu z rosyjskim imperium. Granice celne i gospodarcze, narzucane przez odległe stolice, wytworzyły lokalną korzyść: bardziej opłacało się inwestować po tej stronie niż w części ziem polskich objętej innymi zasadami. Co dla człowieka z fabrykanckiej Łodzi było kłopotem politycznym, dla przedsiębiorcy w Białymstoku mogło okazać się rachunkiem zysków. Stąd brały się fabryki, magazyny, warsztaty i kolejne ulice zamieszkane przez ludzi zarabiających na produkcji.

W 1862 roku miasto zyskało połączenie kolejowe na trasie warszawsko-petersburskiej. Nie trzeba było szczególnej wyobraźni, by dostrzec, co to oznacza. Od tej chwili towary, surowce i ludzie nie musieli poruszać się wyłącznie tempem konnego zaprzęgu. Kolej była arterią, dzięki której Białystok mógł zasysać pracowników i wysyłać własne wyroby daleko poza region. Kominy wyrastały tam, gdzie wcześniej dominowały dachy domów. Ulice zapełniały się ludźmi mówiącymi odmiennymi językami, ale doskonale rozumiejącymi słowo „zarobek”.

Mówiono o Białymstoku „Manchester Północy”. Przydomek działał na ambicję: stawiał prowincjonalny niegdyś ośrodek obok przemysłowego symbolu Europy. Brzmiał godnie, prawie dumnie. Należało tylko pamiętać, że Manchester to nie jedynie maszyny i sukces przemysłu. To również hałas pracy, twarde warunki zatrudnienia, nierówności i ludzie, dla których bogactwo miasta oznaczało głównie większe zmęczenie po powrocie do domu. Przemysł budował pałacyki tym, którzy posiadali fabryki, i przepełnione podwórka tym, którzy w fabrykach pracowali. Oba światy rosły obok siebie, nieustannie złączone, choć rzadko sobie równe.

Wielką rolę w tej przemianie odgrywała żydowska społeczność Białegostoku: kupcy, rzemieślnicy, przedsiębiorcy, robotnicy. Łatwo popełnić tu błąd, traktując ją jak jedną grupę o jednakowej pozycji. Między zamożnym fabrykantem a ubogim mieszkańcem Chanajek rozciągała się niemal cała drabina społeczna. Tak samo między żydowską rodziną prowadzącą duży handel a żydowską rodziną, która z trudem opłacała skromne mieszkanie. Wielokulturowość nie oznaczała automatycznie wspólnoty losów ani zamożności; częściej oznaczała tłum odmiennych biografii na jednej ulicy.

Równolegle miasto powiększało swoje nekropolie. Stary porządek cmentarzy położonych przy centrum przestał odpowiadać potrzebom szybko rosnącej ludności. W drugiej połowie wieku wytyczano nowe miejsca pochówku poza gęstą zabudową. Świadczyło to o wzroście miasta tak samo dobitnie jak fabryczny komin. Budowniczy mógł liczyć nowe piętra; lekarz i urzędnik musieli myśleć o epidemiach, higienie oraz zmarłych. Miasto żywych przesuwało swoje granice, pozostawiając za sobą miasto zmarłych.

Wraz z bogactwem rosły ambicje reprezentacyjne. Dzisiejsza Warszawska, znana w przeszłości pod innymi nazwami, kojarzyła się z lepiej sytuowanymi mieszkańcami. Lekarze, prawnicy, kupcy, fabrykanci wybierali okolice, w których elegancka fasada i względny spokój były częścią codzienności. Tu mniej miejsca pozostawało dla ciasnoty i hałaśliwych rozrywek; tu pokazywano, że Białystok nie musi wyglądać jak osada przy fabryce. Jednocześnie właśnie w tej dzielnicy widać było, jak mocno przedsiębiorczy sukces zależy od ryzyka, rodzinnych umów i kredytu. Wielkie pieniądze wcale nie chroniły przed długami.

Na parceli związanej z rodziną Bulkowsteinów wyrósł pałacyk Tryllingów, zachowany do naszych czasów. Za efektowną architekturą stały rodzinne transakcje, powiązania przemysłowe i nie zawsze szczęśliwe koleje losu. Można było posiadać tkalnie, budować rezydencję i nadal nie mieć pewności, komu ostatecznie przypadną mury. Śmierć właściciela, należności podatkowe, konieczność sprzedaży — wszystko to mieszało się z marzeniem o domu, który zostanie na pokolenia. I oto paradoks: po rodzinach mógł nie pozostać wielki majątek, a pałacyk trwał dalej, przyjmując kolejnych gospodarzy.

W tym czasie Białystok stawał się naprawdę wielki na swój regionalny sposób. Nie wielkością cesarskiego miasta, lecz nagromadzeniem przedsiębiorczości, ludzi i sprzeczności. Kto patrzył z zewnątrz, widział rozwój. Kto stał przy maszynie, widział cenę rozwoju. Kto przyjeżdżał pociągiem z marzeniem o pracy, widział nadzieję. Kto już od lat mieszkał w ciasnym domu, słyszał, jak nadzieja stuka za ścianą coraz głośniej. Z tego właśnie hałasu rodzi się następny rozdział.

PIĘKNA FASADA, CIEMNE PODWÓRZE — 1890–1904

Kto chciał zobaczyć białostocką ambicję w kamieniu, mógł stanąć u zbiegu Krakowskiej i Lipowej. Tam pod koniec XIX wieku wyrastała kamienica Ginzburgów — obiekt, który ze strony reprezentacyjnej prezentował się tak, jakby jego twórca koniecznie chciał przekonać przechodniów, że zna europejskie mody. Historia parceli była jednak daleka od bajki o człowieku, który znalazł pieniądze, zatrudnił architekta i szczęśliwie zamieszkał w marmurowych salonach. W 1886 roku stały tam jeszcze drewniane domy. Ich właściciele, zadłużeni Nowińscy, utracili nieruchomość. Kupił ją Josel Ginzburg, a po jego śmierci odziedziczył syn Szeftel. Kamienicę wzniesiono w ostatnich latach stulecia — akurat wtedy, kiedy miejscowy rynek budowlany przechodził trudny czas. Udało się ją ukończyć, lecz kredyt nie przestał ciążyć na właścicielach.

Ten budynek był podręcznikiem białostockiej rzeczywistości napisanym na murze. Od ulicy — elegancja, styl, rozmach. Od oficyn — zwyczajna funkcja i znacznie skromniejsza uroda. Od frontu widać było aspiracje. Na zapleczu życie odsłaniało rachunki. Miasto właśnie tak działa: fasadę pokazuje gościom, podwórze zostawia mieszkańcom. Jedno podkreśla prestiż, drugie sprawdza, czy prestiż da się ogrzać zimą.

Podobne przeciwieństwa ukazywał sam Rynek Kościuszki. Kramy, sklepy i ciągły ruch nie czyniły go miejscem czystym ani uporządkowanym. Ratusz można było oglądać jako symbol miasta, lecz w codziennym życiu był miejscem tłoku, targowania i interesów. Na placu działała fontanna, uruchomiona pod koniec XIX wieku, która początkowo cieszyła mieszkańców tylko przez ograniczony czas, w świąteczne dni. Z biegiem dekad będzie zmieniała położenie i rolę w zbiorowej pamięci. Niektóre miejskie ozdoby są jak aktorzy: mają własne wejścia, wyjścia i nieoczekiwane drugie życie.

Rynek przyciągał także tych, którzy cudze pieniądze woleli zdobywać bez uczciwej wymiany. Kieszonkowcy, oszuści i wymuszający haracze korzystali z tego samego prawa, które sprzyjało kupcom: gdzie jest tłum, tam jest okazja. W historii placu pojawiała się Czarna Ręka, grupa kojarzona z wymuszaniem opłat za „ochronę”. Gdy handlowiec musi płacić za ochronę temu, przed kim potrzebuje ochrony, logika przestępstwa staje się zaskakująco prosta. Tylko dla ofiary mało zabawna.

W ratuszu zdążyła też zagościć starość, której żadna nazwa zabytku nie potrafi oszukać. Budowla szarzała, przestrzeń targowa gęstniała. Przybywało głosów, że centrum należy uporządkować, oczyścić, może nawet gruntownie przerobić. Była to sprzeczka miasta, które dorosło do własnych rozmiarów i zaczęło się denerwować, że buty przestały na nie pasować.

Za ulicami reprezentacyjnymi rozciągały się obszary dużo mniej pocztówkowe. Stare drewniane domy, podwórka, warsztaty, małe sklepy, robotnicze mieszkania: całe osobne dzielnice, bez których wielkie zakłady nie miałyby rąk do pracy. Niedługo światło reflektorów miejskiej kroniki padnie na najbardziej niespokojną z nich — Chanajki. Ale zanim to nastąpi, trzeba przypomnieć, że miasto fabryk stawało się też miastem złości. Przemysłowe bogactwo nie likwidowało nędzy, a nierówność wciąż znajdowała nowych świadków. W początku nowego wieku zabrzmi to z siłą, której nie da się już zagłuszyć stukotem maszyn.

NOWY WIEK, STARE KRZYWDY — 1905–1913

Początek XX wieku wszedł do Białegostoku nie jak elegancki gość, któremu należy podać herbatę, lecz jak tłum pod fabryczną bramą. Miasto było bogatsze i większe niż sto lat wcześniej, lecz nie stało się przez to spokojniejsze. Narastały konflikty społeczne, robotnicy domagali się zmian, a władza rosyjska odpowiadała przemocą. Rewolucja 1905 roku i represje stały się częścią miejskiej codzienności. Zdarzenia, o których z perspektywy gabinetów władzy można było mówić jako o „przywracaniu porządku”, z perspektywy ulic oznaczały niepewność i śmierć. Kilka lat później na starych fotografiach znowu zobaczymy ludzi w odświętnych płaszczach. Trudno jednak uważać, że odświętny płaszcz dowodzi istnienia spokojnego świata.

W tym samym czasie społeczność żydowska doświadczyła antysemickiej przemocy. Pogromy, obecne w politycznym krajobrazie Imperium Rosyjskiego także wcześniej, rozbijały poczucie bezpieczeństwa i popychały rodziny do wyjazdu. Właśnie tu bierze początek ważny, choć na białostockiej ulicy słabo widoczny wątek: miasto zaczęło istnieć również daleko od siebie. Emigranci przenosili za ocean nazwy, wspomnienia, smaki, język i tę trudną do opisania mieszaninę dumy oraz żalu, która zostaje po opuszczeniu domu. Z czasem Białystok odnajdzie się w nowojorskiej pamięci jako miejsce niemal mityczne, być może piękniejsze niż kiedykolwiek był w rzeczywistości.

Nie znaczyło to jednak, że miasto stanęło. Przemysł wymagał inwestycji. Żeby maszyny pracowały sprawniej, a wieczorna ulica nie zdawała się wyłącznie na lampy naftowe, potrzebny był prąd. W 1908 roku miasto zawarło porozumienie z niemieckim przedsiębiorstwem elektrycznym, które zobowiązało się wznieść elektrownię. Umowa miała wielką zaletę: inwestycję. I poważną wadę: monopol na długie lata. Trudno zresztą oczekiwać, by prywatny przedsiębiorca zechciał budować kosztowny zakład dla samej przyjemności patrzenia, jak jego przyszli konkurenci sprzedają energię taniej. Białystok dostał zatem nie tylko elektryczność, ale również zalążek przyszłego sporu o rachunki.

W 1913 roku elektrownia przy dzisiejszej Elektrycznej rozpoczęła pracę. Fabryki, przedsiębiorcy, prywatni odbiorcy — wszyscy mieli powody, by interesować się nową techniką. Lecz niemal od pierwszych lat elektryczne światło miało swoją drugą twarz: koszt. Każda innowacja obiecuje postęp, a potem przychodzi rachunek, żeby sprawdzić, ilu ludzi naprawdę na ten postęp stać. Ten rachunek powróci w naszej kronice z taką siłą, że białostoczanie na pewien czas dobrowolnie wrócą do nafty. Na razie jednak miasto patrzyło naprzód, ku dwudziestemu stuleciu, które zdawało się otwierać przed nim drzwi.

To był także świat hotelu Metropol w kamienicy przy Krakowskiej. Budynek Ginzburgów nie tylko dostarczał mieszkaniom reprezentacyjnej oprawy. Z czasem pojawiły się tam usługi, restauracja, kawiarnie, miejsca rozrywki i interesy mniej oficjalne. Kamienica, która z ulicy wyglądała jak pochwała wielkomiejskiej elegancji, okazała się sceną ludzkich ambicji o bardzo różnym charakterze. Niejedna inwestycja potrzebowała reklamy; niejedna — dyskrecji. Zabawne, jak często te dwie potrzeby spotykały się pod jednym dachem.

W nowy wiek Białystok wchodził więc w stanie niezwykłego napięcia. Posiadał kolej, kominy fabryczne, coraz śmielsze budownictwo i elektryczność. Posiadał również robotniczą biedę, lęk przed przemocą i całe społeczności, które zadawały sobie pytanie, czy przyszłość należy budować tutaj, czy raczej gdzieś po drugiej stronie oceanu. Żadne miasto nie bywa tylko sumą dobrych wiadomości. A to, które nazywało się Manchesterem Północy, nie miało zostać wyjątkiem.

Wielka Kronika Białegostoku – miasta, którego już nie ma. Część II.

Featured Video Play Icon

Wideo – Wielka Kronika Białegostoku – miasta, którego już nie ma. – Zapowiedź

Spójrzcie! Tak wyglądał Białystok, którego już nie ma! Pod ratuszem gwar handlarzy, stukot kół, tłumy ludzi. Miasto tętniło życiem! Ale za pięknymi kamienicami krył się też inny świat. Chanajki pełne biedy, błota i ludzkich dramatów. A potem przyszła wojna. I całe ulice obróciły się w gruzy.

A wcześniej stawiano tu bramy ku czci cara. Rynek kipiał życiem, przy fontannie czekano na pracę, a przy Świętojańskiej huczała fabryka. To nie było miasto idealne. Ale miało niezwykły charakter, wspaniałą architekturę i własną duszę.

Czy przypadkiem nie straciliśmy piękniejszego Białegostoku niż ten, który mamy dzisiaj?

Wielka Kronika Białegostoku – miasta, którego już nie ma. Część I.

Histeria wokół wilków. Politycy nakręcają mieszkańców.

Histeria wokół wilków. Politycy nakręcają mieszkańców.

Podlaskie samorządy znalazły sobie nowego przeciwnika. Nie jest nim wyludnianie się miejscowości ani żaden z problemów, których rozwiązanie wymagałoby wieloletniej pracy. Tym razem przeciwnikiem jest wilk. Zwierzę, które od tysięcy lat robi dokładnie to samo – poluje, przemieszcza się, poszukuje pożywienia i wychowuje młode. Problem polega na tym, że wilk nie czyta komunikatów urzędowych, nie zna granic administracyjnych i nie rozumie, że pojawienie się w pobliżu ludzkich zabudowań może wywołać polityczną burzę. Za to samorządowcy doskonale rozumieją, jak wykorzystać strach mieszkańców. Wystarczy kilka doniesień o zagryzionych zwierzętach, trochę emocji w internecie i już można wystąpić w roli obrońcy lokalnej społeczności przed krwiożerczą bestią. Najpierw podobne przedstawienie oglądaliśmy w Wasilkowie. Teraz do akcji coraz zdecydowaniej wkracza Gmina Sokółka.

15 października Urząd Miejski w Sokółce opublikował apel do mieszkańców, wzywając do zgłaszania ataków wilków oraz wszelkich niepokojących zdarzeń z ich udziałem. Samo dokumentowanie rzeczywistych zagrożeń jest zadaniem samorządu. Z komunikatu dowiadujemy się, że zgromadzone materiały mogą posłużyć do wystąpienia do Generalnego Dyrektora Ochrony Środowiska o zezwolenie na odstrzał wilków. Gmina informuje również, że posiada już zezwolenia na ich płoszenie i zaprasza zainteresowanych mieszkańców do wpisywania się na listę osób uprawnionych do takich działań. Innymi słowy, urzędnicy organizują zbieranie dokumentacji, z której może powstać wniosek o zabicie chronionego zwierzęcia. Wszystko oczywiście pod szlachetnym hasłem bezpieczeństwa mieszkańców.

Co ciekawe, to nie pierwsza taka inicjatywa. Już 4 lutego 2026 roku burmistrz Sokółki informował, że wystąpił do RDOŚ o zgodę na płoszenie i odłowienie wilków, a do GDOŚ o odstrzał wilka. Tymczasem tego samego dnia Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Białymstoku opublikowała komunikat, w którym wyjaśniała, że zaobserwowany w Sokółce osobnik był w dobrej kondycji i nie wykazywał agresji ani objawów choroby. Powołano się przy tym na opinię profesor Sabiny Pierużek-Nowak, badaczki wilków z ponad trzydziestoletnim doświadczeniem. RDOŚ przypomniała, że pojawianie się wilków w pobliżu zabudowań nie jest niczym nadzwyczajnym. Zwróciła też uwagę na sensacyjne doniesienia medialne, które niepotrzebnie wywołują strach. Trudno o bardziej wymowny kontrast: samorząd już występuje o odstrzał, a przyrodnicy tłumaczą, że samo pojawienie się wilka w mieście nie oznacza zagrożenia.

Podobny mechanizm mogliśmy obserwować w gminie Wasilków. W sierpniu rozpoczęto tam płoszenie wilka pojawiającego się w okolicach Dąbrówek i Studzianek. We wrześniu przeprowadzono kolejną akcję. Burmistrz Adrian Łuckiewicz tłumaczył, że chodzi o bezpieczeństwo ludzi oraz ich zwierząt, wyrażając nadzieję, że płoszenie pozwoli uniknąć odstrzału. Warto jednak zauważyć, że samo pojawienie się wilka w pobliżu miejscowości nie jest jeszcze dowodem jego niebezpiecznego zachowania. Podobnie jak upolowanie psa czy innego zwierzęcia nie dowodzi, że mamy do czynienia z osobnikiem agresywnym wobec ludzi. Drapieżnik polujący na łatwo dostępną zdobycz nie łamie żadnych zasad natury. To człowiek powinien rozumieć, że pozostawienie zwierzęcia bez odpowiedniego zabezpieczenia na terenie występowania dużych drapieżników wiąże się z ryzykiem.

I tutaj dochodzimy do największego absurdu całej sytuacji. Dlaczego w publicznej dyskusji tak często odpowiedzialność za bezpieczeństwo zwierząt domowych i gospodarskich próbuje się przerzucać z ich właścicieli na dzikie zwierzęta? Jeżeli ktoś mieszka na obrzeżach lasu, powinien liczyć się z obecnością jego mieszkańców. Pies pozostawiony bez opieki, otwarta zagroda, niezabezpieczony inwentarz czy resztki jedzenia przyciągające drapieżniki to nie są problemy, które można rozwiązać, eliminując kolejne wilki. Zamiast każdą tragedię przedstawiać jako dowód konieczności walki z wilkiem, należałoby najpierw ustalić, w jakich okolicznościach doszło do zdarzenia i czy można było mu zapobiec.

Co szczególnie istotne, o takim problemie mówi sama Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Białymstoku. W lutowym komunikacie wskazała, że mieszkańcy puszczańskich miejscowości niejednokrotnie sami zachęcają wilki do odwiedzania posesji, pozostawiając otwarte bramy i niezabezpieczone zwierzęta. To bardzo ważne spostrzeżenie, które powinno stać się podstawą lokalnej edukacji. Zamiast tego znacznie łatwiej zorganizować kolejną akcję płoszenia, opublikować alarmujący komunikat i zapewnić mieszkańców, że władza trzyma rękę na pulsie. Bo przecież znacznie trudniej powiedzieć własnemu wyborcy, że powinien lepiej zabezpieczać swoje zwierzęta, niż obiecać mu interwencję przeciwko wilkowi.

Na szczęście pomiędzy politycznymi emocjami a możliwością zabicia wilka istnieje jeszcze prawo i instytucje ochrony przyrody. Wilk jest w Polsce gatunkiem objętym ścisłą ochroną od 1998 roku. Nie jest to przypadkowy zapis ani urzędniczy kaprys. To efekt wiedzy o znaczeniu dużych drapieżników dla funkcjonowania ekosystemów i potrzeby odbudowy ich populacji po dziesięcioleciach prześladowań. Wilki regulują liczebność dzikich zwierząt kopytnych (konkurują o to z myśliwymi), wpływają na relacje między gatunkami i są ważnym elementem naturalnych procesów zachodzących w lasach. Ich obecność przynosi również korzyści gospodarce leśnej i rolnictwu, między innymi poprzez ograniczanie presji jeleniowatych na uprawy i odnowienia lasu. Tego wszystkiego nie da się sprowadzić do historii o zagryzionym psie. Ale od razu widać jakiej grupie społecznej zależy najbardziej na straszeniu wilkiem. Oczywiście myśliwym. Nie brakuje takich, którzy jeżdżą na Białoruś, gdzie jak na safari – legalnie zabijają wilki. Chcieliby to robić również w Polsce.

Ale przepisy przewidują określoną kolejność postępowania. Zezwolenie na umyślne płoszenie wilków wydaje co do zasady Regionalny Dyrektor Ochrony Środowiska, a na ich zabicie – Generalny Dyrektor Ochrony Środowiska. Wnioski muszą być odpowiednio uzasadnione i udokumentowane. Najpierw rozważa się metody nieletalne, w tym odstraszanie lub odłów, a eliminacja konkretnego osobnika jest rozwiązaniem wyjątkowym, wymagającym spełnienia przesłanek ustawowych. Nie oznacza to, że rzeczywiście niebezpieczny wilk jest nietykalny. Oznacza natomiast, że samorządowa presja, liczba oburzonych komentarzy i strach mieszkańców nie mogą zastępować dowodów. I bardzo dobrze, że organy ochrony środowiska potrafią publicznie przeciwstawiać się nagonce, zamiast automatycznie przyjmować narrację lokalnych polityków.

Warto przy tym przypomnieć, że pod koniec września sama Sokółka potrafiła wydać rozsądny komunikat, w którym przypominała o konieczności zabezpieczania zwierząt, zamykania bram i niepozostawiania pożywienia na zewnątrz. Tym bardziej zastanawia, dlaczego w październiku tak mocno wyeksponowano już zbieranie materiałów mogących posłużyć do uzyskania zgody na odstrzał. Z perspektywy przyrody jest to niebezpieczny kierunek. Skoro wilk pojawia się w okolicy, najpierw należy przygotować mieszkańców do odpowiedzialnego sąsiedztwa z nim, a nie budować przekonanie, że rozwiązaniem konfliktu może być usunięcie zwierzęcia.

W tym właśnie objawia się słabość lokalnej polityki. Samorządowiec teoretycznie powinien być człowiekiem, który potrafi mieszkańcom wyjaśniać trudne sprawy, nawet wtedy, gdy prawda jest niewygodna. W praktyce znacznie łatwiej stanąć na czele społecznego oburzenia. Jeżeli mieszkańcy boją się wilków, polityk może zaproponować walkę z wilkami. Jeżeli mieszkańcy domagają się odstrzału, polityk może wystąpić o odstrzał. A jeżeli przyrodnicy odmówią, zawsze można rozłożyć ręce i powiedzieć, że samorząd chciał pomóc, ale przepisy nie pozwalają. To niezwykle wygodny układ. Emocje przekładają się na polityczną aktywność, a odpowiedzialność za trudną decyzję spada na kogoś innego.

Nie oznacza to, że mieszkańcy powinni ignorować rzeczywiście niebezpieczne zachowania wilków. Przeciwnie. Osobnik wykazujący agresję, utratę naturalnej płochliwości czy inne niepokojące zachowania wymaga fachowej oceny i odpowiedniej reakcji. Tak samo rzeczywiste szkody w gospodarstwach trzeba dokumentować, a poszkodowanym umożliwiać korzystanie z przewidzianego prawem systemu odszkodowań. Ale czym innym jest reagowanie na konkretne zagrożenia, a czym innym tworzenie atmosfery, w której każdy wilk staje się podejrzanym tylko dlatego, że został zauważony w pobliżu ludzkich domów.

Podlasie lubi przedstawiać się jako region wyjątkowej przyrody. Chwalimy się Puszczą Białowieską, rozległymi lasami, parkami narodowymi i dzikimi krajobrazami. Na tych walorach budujemy turystykę, promocję regionu i własną tożsamość. Ale kiedy ta sama przyroda wychodzi poza granice folderu reklamowego i zaczyna funkcjonować zgodnie ze swoimi prawami, nagle okazuje się, że nie wszystkim to odpowiada. Chcielibyśmy dzikiej natury, pod warunkiem że pozostanie daleko od naszych posesji, nie będzie polować na nasze zwierzęta i nie zakłóci nam wygodnego życia. Tylko że dzika przyroda nie jest dekoracją przygotowaną na potrzeby turystów. Nie można jej włączać i wyłączać według własnych oczekiwań.

Wilk nie potrzebuje samorządowego pozwolenia, żeby być wilkiem. Nie musi przepraszać za polowanie, nie musi tłumaczyć się z obecności w lesie i nie ma obowiązku znać granic cudzych nieruchomości. Za to od ludzi, a szczególnie od osób sprawujących władzę, można wymagać odrobiny wiedzy, odpowiedzialności i odwagi w tłumaczeniu rzeczywistości. Zamiast nakręcać spiralę niechęci do chronionego drapieżnika, samorządowcy powinni uczyć mieszkańców, jak z nim bezpiecznie współistnieć.

Bo największym problemem podlaskiej przyrody nie jest dziś wilk, który robi to, do czego stworzyła go natura. Znacznie większym problemem jest człowiek, który od natury wymaga posłuszeństwa, a kiedy go nie dostaje, biegnie po pomoc do polityka. Ten zaś, zamiast wyjaśnić mu, jak działa przyroda, z ochotą przyłącza się do polowania. Tyle że nie na wilka. Na społeczne emocje i polityczne korzyści.

Co za kuriozum! Białystok zamyka się na noc. Ostatni pociąg o 20.15.

Co za kuriozum! Białystok zamyka się na noc. Ostatni pociąg o 20.15.

W Polsce są dworce kolejowe, na których życie trwa przez całą noc. Pociągi przyjeżdżają, odjeżdżają, ludzie przesiadają się między składami, wracają z pracy, koncertów, spotkań i podróży. Jest też Białystok. Stolica województwa podlaskiego, która pod względem połączeń kolejowych z Warszawą (i resztą Polski) zachowuje się tak, jakby zaraz po godzinie 20.00 obowiązywała cisza nocna. Kto nie zdążył, ten niech czeka do rana.

Wystarczy zajrzeć do rozkładu jazdy. Ostatni pociąg z Białegostoku do Warszawy odjeżdża o godzinie 20.19. Z kolei ostatni pociąg z Warszawy Centralnej do Białegostoku rusza o 20.57. Tak, dobrze czytacie. Nie o 23.57, nie o pierwszej w nocy, nawet nie o 22.30. O 20.57! O godzinie, o której w wielu domach dopiero kończy się kolację, a ludzie wychodzący do kina zastanawiają się, co obejrzeć.

I mówimy tutaj o połączeniu stolicy województwa z Warszawą, czyli najważniejszym węzłem komunikacyjnym w Polsce. Nie o lokalnej kolejce kursującej między dwiema wioskami. Mówimy o trasie, na której za ogromne pieniądze modernizowano infrastrukturę, przebudowywano stacje, podnoszono prędkości i skracano czas przejazdu. Dziś między Białymstokiem a Warszawą można podróżować pociągiem w niespełna dwie godziny. Pod warunkiem, że człowiek zamierza żyć według kolejowego rozkładu dnia.

Warszawa może żyć nocą. Białystok ma iść spać.

Wyobraźmy sobie zupełnie zwyczajną sytuację. Mieszkaniec Białegostoku jedzie do Warszawy na koncert. Wydarzenie zaczyna się o 19.00 i kończy około 22.00. Chciałby wrócić do domu. Nie może. Przynajmniej nie pociągiem. Może oczywiście zarezerwować hotel, znaleźć autobus albo pojechać samochodem. Tylko dlaczego człowiek mieszkający niespełna dwie godziny jazdy koleją od stolicy ma w ogóle rozważać nocleg z powodu tak banalnej rzeczy jak wieczorne wydarzenie?

Podobnie wygląda sytuacja w odwrotnym kierunku. Ktoś przyjeżdża do Białegostoku na spotkanie biznesowe, konferencję, rodzinne wydarzenie albo po prostu odwiedzić znajomych. Jeśli spotkanie przeciągnie się do wieczora, może zapomnieć o powrocie pociągiem do Warszawy. Po 20.15 możliwość takiego wyjazdu znika. Kolejne połączenie dopiero rano.

Jeszcze bardziej absurdalnie wygląda to w kontekście lotniska Chopina. Warszawa jest dla mieszkańców Podlasia również bramą do świata. Samoloty lądują tam przecież późnym wieczorem i nocą. Człowiek może wrócić z drugiego końca Europy, wylądować w Warszawie o 22.00 i odkryć, że pokonanie ostatnich 200 kilometrów do Białegostoku jest większym problemem logistycznym niż wcześniejszy lot przez pół kontynentu.

Owszem, funkcjonują FlixBus, PlusBus i inni przewoźnicy autobusowi. Tyle że istnienie komercyjnych połączeń autobusowych nie jest usprawiedliwieniem dla braku wieczornej i nocnej oferty kolejowej. Autobusy stanowią ważne uzupełnienie transportu, ale nie zastępują kolei dalekobieżnej. Zwłaszcza że ta ostatnia ma być podstawą nowoczesnego systemu komunikacyjnego, w który państwo inwestuje miliardy złotych.

W innych miastach pociągi kursują nawet po północy

Wystarczy spojrzeć na większe węzły kolejowe. Z Warszawy Centralnej odjeżdżają późnym wieczorem pociągi dalekobieżne, między innymi w kierunku Gdyni, Wrocławia czy Zakopanego. Kraków Główny obsługuje połączenia także po północy. Pociągi kursują nocą, ponieważ transport kolejowy nie musi kończyć działalności wraz z zamknięciem biur i urzędów.

Ponadto Białystok jest szczególnym przypadkiem, ponieważ niemal cały jego dalekobieżny kontakt z centralną i zachodnią Polską opiera się na połączeniu z Warszawą. Kiedy znika możliwość podróży do najważniejszego węzła przesiadkowego w kraju, znika również możliwość skorzystania z wielu dalszych połączeń. To także zasadnicza różnica między Białymstokiem a miastami położonymi na wielkich magistralach przecinających Polskę. Przez tamte przejeżdżają pociągi tranzytowe, również nocne. Białystok pozostaje na uboczu tej sieci, a rozkład jazdy tylko pogłębia jego komunikacyjną peryferyjność.

Można oczywiście tłumaczyć, że późnowieczorny kurs byłby mniej rentowny. Zapewne miałby mniej pasażerów niż pociąg o 16.00. Tyle że z tej logiki wynikałoby również, że nocą należałoby zamykać wiele innych usług publicznych, bo przecież korzysta z nich mniej osób niż w ciągu dnia. Transport publiczny nie może być oceniany przez pryzmat tego, czy każde pojedyncze połączenie przyniesie zysk. Liczy się dostępność całej sieci i możliwość podróżowania wtedy, kiedy rzeczywiście jest to potrzebne.

Zresztą nikt rozsądny nie domaga się pociągów z Białegostoku do Warszawy co pół godziny przez całą noc. Ale czy naprawdę tak wielkim wyzwaniem byłoby uruchomienie choćby jednego dodatkowego połączenia po 22.00 lub około 23.00, a także umożliwienie późniejszego powrotu ze stolicy? Taki kurs mógłby całkowicie zmienić możliwości podróżowania mieszkańców regionu.

Przez 22 lata przesunęliśmy ostatni pociąg o 30 minut

Najbardziej zdumiewające jest jednak coś innego. Ten problem wcale nie jest nowy. W październiku 2004 roku, a więc dokładnie 22 lata temu, ukazał się artykuł zatytułowany „Kryzys kolejowy na Podlasiu: brak nocnych połączeń”. Opisywano w nim niemal identyczną sytuację. Ostatni pociąg z Białegostoku do Warszawy odjeżdżał wtedy o 19.50, a na następny trzeba było czekać do rana. Już wówczas alarmowano, że stolica województwa podlaskiego wieczorem zostaje komunikacyjnie odcięta od reszty kraju.

Minęły 22 lata. Polska zmodernizowała setki kilometrów linii kolejowych. Białystok doczekał się odnowionego dworca, nowych peronów, tuneli, wind i szybkich pociągów. A ostatni wieczorny odjazd do Warszawy? W porównaniu z 2004 rokiem przesunął się z 19.50 na około 30 minut.

Dwadzieścia dwa lata rozwoju i zaledwie pół godziny różnicy. Trudno o bardziej wymowny symbol kolejowej stagnacji w godzinach wieczornych.

Problem polega bowiem na tym, że rozwój infrastruktury nie jest równoznaczny z rozwojem dostępności transportowej. Można wyremontować dworzec za ogromne pieniądze, zbudować piękne perony, postawić nowoczesne wyświetlacze i kupić szybkie pociągi. Jeśli jednak pasażer, który chce wrócić do domu o 23.00, dowiaduje się, że najbliższy skład odjedzie dopiero następnego dnia, to cała ta nowoczesność staje się dla niego bezużyteczna.

Białystok potrzebuje nie tylko szybszych pociągów, ale również normalnego rozkładu jazdy. Takiego, który uwzględnia fakt, że ludzie żyją także wieczorem i nocą. Pracują, podróżują, uczestniczą w wydarzeniach kulturalnych, odwiedzają rodziny i wracają z lotnisk. Bo dziś wygląda to tak, jakby ktoś uznał, że mieszkańcom Podlasia wystarczy możliwość podróżowania w godzinach urzędowania.

Białystok bez zmian. Znowu spalił się stary drewniany dom. Tyle że już nikogo to nie obchodzi.

Białystok bez zmian. Znowu spalił się stary drewniany dom. Tyle że już nikogo to nie obchodzi.

W Białymstoku wszystko po staremu. We wtorek, 13 października, przy ulicy Poleskiej znów płonął drewniany dom. Przyjechali strażacy, pojawiły się wozy gaśnicze, nad miastem uniósł się czarny dym. Budynek spłonął. I właściwie na tym można byłoby zakończyć informację. Bo w mieście, w którym stare drewniane domy płoną od kilkudziesięciu lat, trudno już mówić o jakimkolwiek zaskoczeniu.

Tym razem ogień pojawił się w opuszczonym budynku na Białostoczku, w okolicach skrzyżowania ulic Poleskiej i Włókienniczej. Strażacy walczyli z pożarem, kierowcy musieli uważać na utrudnienia, a mieszkańcy mogli przez chwilę popatrzeć na kłęby dymu. Kolejny pożar, kolejny pustostan, kolejny fragment starego Białegostoku, który znika z miejskiego krajobrazu. Przyczyny pożaru nie są jeszcze znane. I oczywiście nie ma podstaw, żeby z góry przesądzać, co się wydarzyło. Ale chyba każdy wie jak jest. Tylko nie policja i prokuratorzy.

Problem w tym, że Białystok ma już tak bogatą historię pożarów drewnianych domów, że można byłoby poświęcić im osobny rozdział w miejskiej kronice. Bojary, Młynowa, Piasta, Skorupska, Starobojarska, Grunwaldzka. Przez lata płonęły budynki stare, opuszczone, zaniedbane, niekiedy zabytkowe. Czasami pożary wzbudzały ogromne emocje. Mieszkańcy protestowali, społecznicy alarmowali, dziennikarze zadawali pytania, urzędnicy udawali że to nie ich sprawa. I co? I nic. A przynajmniej niewiele, skoro po tylu latach znowu oglądamy dokładnie te same obrazki.

Kiedyś każdy taki pożar wywoływał dyskusję o ochronie dziedzictwa, interesach właścicieli nieruchomości i przyszłości historycznej zabudowy. Dzisiaj można odnieść wrażenie, że wszyscy już przywykli. Ogień? Trudno. Drewniany dom? Pewnie i tak był do rozbiórki. Pustostan? To nawet lepiej, bo przynajmniej nikt tam nie mieszkał. Za chwilę zostanie pogorzelisko, później pusta działka, a potem być może coś zupełnie nowego. Białystok przecież musi się rozwijać.

I właśnie ta obojętność jest w całej historii najbardziej przygnębiająca. Nie chodzi nawet o to, że każdy stary drewniany budynek powinien zostać zabytkiem i stać przez następne trzysta lat. Chodzi o to, że miasto przez dekady traciło swoją tożsamość kawałek po kawałku, a jego mieszkańcy zdążyli się do tego przyzwyczaić. Dawne ulice, charakterystyczne domy, podwórka, ogrody i całe fragmenty przedwojennego Białegostoku znikały, ustępując miejsca coraz bardziej przypadkowej zabudowie. Nie wszystko dało się uratować, ale z pewnością można było uratować więcej.

Najbardziej ironiczne jest to, że Białystok jednocześnie uwielbia opowiadać o swojej historii. Powstają szlaki turystyczne, tablice informacyjne, publikacje, wystawy i materiały promocyjne. Zachwycamy się wielokulturowym dziedzictwem, dawnymi mieszkańcami i niepowtarzalnym charakterem miasta. Tyle że tę historię najłatwiej pielęgnować wtedy, gdy została już tylko na archiwalnych fotografiach. Nie wymaga remontów, pieniędzy, konfliktów z inwestorami ani trudnych decyzji urzędniczych.

Nie wiemy, dlaczego zapalił się dom przy Poleskiej. Ale wiemy jaki los czeka teraz tę działkę (nie dotyczy policji i prokuratury). Wiemy też natomiast, że w Białymstoku kolejny pożar starego drewnianego domu nie jest już żadną sensacją. To wydarzenie niemal rutynowe, na które reagujemy wzruszeniem ramion.

I być może właśnie to jest największa porażka Białegostoku. Nie fakt, że kolejny dom spłonął. Ale to, że po tylu latach niszczenia starej zabudowy przestaliśmy nawet pytać, dlaczego wciąż się to dzieje. Bo przecież w Białymstoku bez zmian. Znowu się paliło. Strażacy ugasili. Można się rozejść.

Lotnisko na Krywlanach znów zagrożone? Politycy boją się, że nie polecimy samolotami, które i tak nie latają.

Lotnisko na Krywlanach znów zagrożone? Politycy boją się, że nie polecimy samolotami, które i tak nie latają.

W Białymstoku wybuchła kolejna awantura o lotnisko na Krywlanach. Tym razem powodem są unijne pieniądze, które mają pomóc w rozbudowie infrastruktury na potrzeby wojska i służb. Część polityków alarmuje, że przyjęcie dotacji przekreśli marzenia o lotach pasażerskich. Brzmi dramatycznie, szczególnie że tych lotów nie ma, nigdy nie było regularnych połączeń, a samo lotnisko od lat pozostaje pomnikiem lokalnej niemocy. Jest jednak coś znacznie ciekawszego. Zapis, na który powołują się politycy opozycyjni do obecnej koalicji w Sejmiku, wcale nie oznacza automatycznego zakazu rozwoju lotniska cywilnego. Dotyczy przede wszystkim tego, na co wolno wydać konkretne pieniądze.

Politycy odkryli, że nie można latać z lotniska, z którego się nie lata

Historia Krywlan jest tak długa, że spokojnie można byłoby nakręcić o niej serial. Najpierw przez lata obiecywano lotnisko regionalne, później powstał pas startowy, który miał być początkiem wielkiej lotniczej przyszłości Białegostoku. Następnie okazało się, że w pobliżu rośnie las, który przeszkadza samolotom. Od tego czasu kolejne lata upływają na dyskusjach, analizach, zapowiedziach i szukaniu sposobu na rozwiązanie problemu.

Teraz pojawił się nowy dramat. Unia Europejska może przeznaczyć około 10 milionów euro na rozwój infrastruktury Krywlan związanej z bezpieczeństwem, ratownictwem i potrzebami wojska. Wydawałoby się, że to znakomita wiadomość. Skoro od lat nie potrafimy zrobić z tego miejsca normalnego lotniska pasażerskiego, to przynajmniej można rozbudować je za zewnętrzne pieniądze i stworzyć infrastrukturę, która naprawdę będzie do czegoś potrzebna.

W lokalnej polityce każda dobra wiadomość musi mieć drugie, najlepiej katastroficzne dno. Były marszałek województwa Artur Kosicki ostrzega, że przyjęcie takich warunków może zablokować rozwój przewozów pasażerskich. Obecny marszałek Łukasz Prokorym przekonuje natomiast, że dzięki połączeniu różnych źródeł finansowania z lotniska będą mogły korzystać zarówno samoloty wojskowe, jak i cywilne. I tak oto znów rozmawiamy o przyszłości lotniska, zamiast oglądać samoloty startujące z Białegostoku.

Przeczytajmy, co tam właściwie napisano

Całe zamieszanie dotyczy kryteriów dofinansowania inwestycji związanych z bezpieczeństwem i infrastrukturą krytyczną. Wśród warunków pojawia się wymóg wykazania, że realizowany projekt nie doprowadzi do zwiększenia skali cywilnych lotów komercyjnych. I właśnie tutaj warto zatrzymać polityczną karuzelę.

Czym innym jest zakaz finansowania rozwoju działalności komercyjnej z pieniędzy przeznaczonych na bezpieczeństwo, a czym innym zakaz prowadzenia lub rozwijania takiej działalności w ogóle.

Jeżeli Unia Europejska przekazuje pieniądze na infrastrukturę służącą wojsku, ratownictwu czy bezpieczeństwu, to oczywiste, że nie chce, aby samorząd wykorzystał tę dotację do sfinansowania terminala pasażerskiego, którego głównym zadaniem będzie obsługa wakacyjnych czarterów. To zupełnie zrozumiałe. Pieniądze przyznane na określony cel powinny być wydawane zgodnie z przeznaczeniem.

Ale z tego nie wynika, że na tym samym lotnisku nie można prowadzić działalności cywilnej albo realizować odrębnych inwestycji z innych środków. Przecież nikt nie twierdzi, że jeśli samorząd otrzyma unijną dotację na budowę remizy strażackiej, to w całej miejscowości nie będzie już można wybudować prywatnego warsztatu samochodowego. Jedno z drugim nie ma nic wspólnego, dopóki nie próbuje się finansować warsztatu pieniędzmi przeznaczonymi na remizę.

Podobnie powinno wyglądać podejście do Krywlan. Oczywiście jest tutaj istotny szczegół. Jeżeli infrastruktura sfinansowana z dotacji wojskowej miałaby jednocześnie służyć do zwiększenia komercyjnego ruchu pasażerskiego, należałoby sprawdzić, czy nie narusza to warunków pomocy. Samo rozdzielenie faktur albo nazwanie części inwestycji wojskową, a części cywilną, nie wystarczy. Znaczenie ma rzeczywisty sposób wykorzystania infrastruktury. To jednak problem prawidłowego przygotowania i rozliczenia inwestycji, a nie dowód, że lotnisko pasażerskie zostało na zawsze zakazane.

A gdyby nawet trzeba było oddać dotację?

Pójdźmy jednak o krok dalej i rozważmy scenariusz, którym próbuje się straszyć mieszkańców. Wyobraźmy sobie, że Krywlany otrzymują dofinansowanie, infrastruktura zostaje rozbudowana, a po kilku latach pojawia się realna możliwość uruchomienia regularnych lotów pasażerskich. Jest przewoźnik, jest zainteresowanie, są pieniądze i wreszcie ktoś chce zrobić to, czego nie udało się osiągnąć przez poprzednie dwadzieścia lat.

I wtedy pojawia się problem. Instytucja finansująca stwierdza, że nowe wykorzystanie infrastruktury narusza warunki otrzymanej dotacji. Co wtedy?

Otóż nawet w takim scenariuszu nie oznacza to, że trzeba porzucić marzenia o lotnisku. Można przeanalizować zmianę warunków projektu, ograniczenie wykorzystania dotowanej infrastruktury albo konsekwencje zwrotu dofinansowania. W zależności od umowy i przepisów mogłoby to oznaczać zwrot całości lub części środków, być może także z odsetkami. I tutaj pojawia się pytanie, którego jakoś nie słychać w politycznej awanturze: czy naprawdę lepiej nie budować niczego, niż dopuścić możliwość, że za kilka lat trzeba będzie oddać część otrzymanych pieniędzy?

Przecież gdyby za kilka lat lotnisko w Białymstoku rzeczywiście miało szansę obsługiwać regularne połączenia pasażerskie, to należałoby policzyć koszty i korzyści. Być może nawet pełny zwrot dotacji okazałby się ekonomicznie uzasadniony w porównaniu z korzyściami wynikającymi z uruchomienia lotniska. Nie twierdzimy, że zwrot środków zawsze byłby możliwy ani że automatycznie rozwiązałby wszystkie problemy prawne. Ale przecież taki scenariusz należy przeanalizować, a nie udawać, że każda dotacja jest dożywotnim wyrokiem na infrastrukturę.

Tym bardziej że mówimy o sytuacji czysto hipotetycznej. Najpierw musiałoby bowiem wydarzyć się coś, na co Białystok bezskutecznie czeka od dekad: ktoś musiałby wreszcie uruchomić stąd regularne loty pasażerskie.

Na Krywlanach większym problemem od unijnych zapisów jest rzeczywistość

Najbardziej absurdalne w całej dyskusji jest to, że politycy znaleźli kolejny powód do straszenia utratą lotniska pasażerskiego, choć takiego lotniska w praktyce nie mamy. Mamy pas startowy, którego pełne wykorzystanie nadal utrudniają przeszkody lotnicze. Mamy wieloletnie zapowiedzi terminali, rozbudowy, modernizacji i połączeń. Mamy dziesiątki politycznych deklaracji i niezliczone wizje przyszłości.

Nie mamy natomiast regularnych rejsów, którymi mieszkaniec Białegostoku mógłby polecieć choćby do Warszawy. Co więcej, nie ma dziś przekonującego dowodu, że gdyby wszystkie problemy techniczne rozwiązano jutro, natychmiast pojawiliby się przewoźnicy gotowi uruchomić opłacalne połączenia. Lotnisko to nie tylko asfaltowy pas i budynek z poczekalnią. To również koszty utrzymania, procedury, infrastruktura, obsługa oraz przede wszystkim pasażerowie i linie lotnicze, którym taki biznes musi się opłacać.

Zamiast więc rozstrzygać, czy Krywlanom zaszkodzi dotacja na wojsko, warto byłoby najpierw odpowiedzieć na pytanie, jaki właściwie jest realny plan uruchomienia połączeń pasażerskich. Ile będzie to kosztować? Kto miałby stąd latać? Dokąd? I dlaczego akurat z Białegostoku?

Bez tych odpowiedzi dyskusja o rzekomej blokadzie rozwoju lotniska przypomina kłótnię o to, czy można dobudować garaż do domu, którego nikt jeszcze nie potrafił postawić.

Bierzcie pieniądze i wreszcie zróbcie coś pożytecznego

Krywlany powinny się rozwijać. Jeżeli można pozyskać środki na infrastrukturę potrzebną wojsku, służbom ratunkowym i bezpieczeństwu regionu, to warto z tej możliwości skorzystać. Szczególnie że województwo podlaskie leży przy granicy z Białorusią i w obecnej sytuacji geopolitycznej zdolności logistyczne oraz ratownicze mają rzeczywiste znaczenie. Równocześnie trzeba zadbać o to, by inwestycje były prawidłowo zaprojektowane, a warunki dofinansowania nie tworzyły niepotrzebnych przeszkód dla przyszłego rozwoju lotnictwa cywilnego. Jeżeli istnieją wątpliwości interpretacyjne, należy uzyskać pisemne stanowisko instytucji finansującej, zanim podpisze się zobowiązania.

I tyle. To nie jest zagadnienie wymagające kolejnej politycznej wojny. Najbardziej interesujące jest jednak coś innego. W Białymstoku przez całe lata nie udało się stworzyć normalnego lotniska pasażerskiego. Teraz pojawia się okazja, by za zewnętrzne pieniądze rozbudować istniejącą infrastrukturę, a część lokalnych polityków już przekonuje, że lepiej uważać, bo może to zaszkodzić przyszłym planom.

Planom, które od lat pozostają głównie planami.  Może więc zamiast martwić się, że w przyszłości trzeba będzie oddać dotację z powodu uruchomienia lotów pasażerskich, warto najpierw doprowadzić do sytuacji, w której rzeczywiście będziemy mieli takie loty? Bo na razie największym zagrożeniem dla lotniska na Krywlanach nie są ani unijne przepisy, ani wojskowe samoloty, ani nawet słynny las.

Największym zagrożeniem jest to, że od kilkudziesięciu lat białostoccy politycy zdecydowanie lepiej radzą sobie z lataniem po konferencjach prasowych niż z uruchamianiem prawdziwych połączeń lotniczych.

Dziewczynka z konewką będzie odratowana. Taki przedsiębiorca to wzór!

Dziewczynka z konewką będzie odratowana. Taki przedsiębiorca to wzór!

W Białymstoku przez lata przyzwyczailiśmy się do osobliwego modelu „rozwoju”. Stary budynek? Najlepiej zburzyć lub spalić. Cenny kawałek miasta? Wycisnąć z niego tyle metrów kwadratowych, ile pozwoli plan miejscowy – albo spróbować przekonać urzędników, żeby pozwolili na jeszcze więcej. Zieleń przeszkadza? Wyciąć i zaorać. Historia komplikuje inwestycję? Tym gorzej dla historii. Dlatego warto zauważyć sytuację odwrotną. Są jeszcze przedsiębiorcy, którzy potrafią kupić nieruchomość nie po to, by wycisnąć z niej wszystko do ostatniego metra, lecz po to, by połączyć biznes z szacunkiem do miejsca.

Tak właśnie może być z budynkiem dawnego żydowskiego Gimnazjum Dawida Druskina przy al. Piłsudskiego i znajdującą się na jego ścianie słynną „Dziewczynką z konewką”. Mural Natalii Rak ma już 13 lat i dziś jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych obrazów Białegostoku. Powstał w ramach „Folk on the Street”, ale szybko przestał być po prostu kolejnym miejskim muralem. Dziewczynka podlewająca prawdziwe drzewo stała się wizytówką miasta, fotografowaną przez turystów i wielokrotnie reprodukowaną także poza Polską.

Tyle że czas robi swoje. Farba blednie, tynk odpada, a mural coraz wyraźniej potrzebuje ratunku. I tutaj zaczyna się historia, która na tle wielu wcześniejszych białostockich inwestycji jest zwyczajnie budująca.

Można było powiedzieć: przeszkadza

Budynek przez lata należał do Uniwersytetu w Białymstoku. Gdy uczelnia próbowała go sprzedać, pojawił się inwestor, którego koncepcja przebudowy nie przewidywała zachowania muralu. Wywołało to protest mieszkańców i organizacji społecznych. W 2016 roku radni zmienili plan zagospodarowania przestrzennego, obejmując ochroną zarówno mural, jak i stojące przed nim drzewo będące integralną częścią całej kompozycji. Mural otrzymał status dobra kultury współczesnej, sam budynek znajduje się natomiast pod ochroną konserwatorską.

Dla inwestora nastawionego wyłącznie na maksymalizację powierzchni użytkowej taki zakup wygląda jak zestaw problemów. Zabytkowy budynek. Chroniona elewacja. Mural, którego nie można usunąć. Drzewo, którego też nie można potraktować piłą mechaniczną pierwszego dnia budowy.

A jednak w 2025 roku nieruchomość znalazła nabywcę

Kupił ją podlaski przedsiębiorca Tadeusz Wojtkowski, związany między innymi z firmami Tedi Spedycja, Tedi Logistic oraz Grupą Chorten. I zamiast rozpoczynać kolejną batalię o to, jak przeszkody zlikwidować, przygotowano projekt, który uwzględnia istniejące ograniczenia i historię tego miejsca. I tu się należą Panu Tadeuszowi wielkie brawa.

Planowana jest przebudowa i rozbudowa dawnych budynków gimnazjum, częściowe usunięcie wtórnych elementów i uporządkowanie terenu. Obiekt ma zostać przeznaczony na nowe funkcje. Sam właściciel mówił w TVP3 Białystok między innymi o szkole językowej. Najważniejsze jest jednak co innego: mural ma pozostać.

I właśnie tak powinien wyglądać biznes w mieście

Nie chodzi o to, żeby przedsiębiorca zajmował się działalnością charytatywną. Firma ma zarabiać. Inwestycja ma się opłacać. Nikt rozsądny nie oczekuje, że prywatny właściciel kupi nieruchomość za własne pieniądze, a później urządzi tam bezpłatne muzeum ku chwale miasta. Ale między zarabianiem pieniędzy a traktowaniem miasta jak kopalni metrów kwadratowych istnieje ogromna przestrzeń.

Białystok niestety przez dziesięciolecia widział aż za wiele inwestycji, w których wartość miejsca sprowadzała się do powierzchni działki, współczynnika zabudowy i liczby mieszkań, które da się sprzedać. Kolejne fragmenty dawnego miasta znikały, zabytkowa zabudowa przegrywała z nową, a architektura bardzo często podporządkowana była jednej zasadzie: ma się zmieścić jak najwięcej.

Wiele fortun powstałych jeszcze w latach 90., a czasem wcześniej, nie przełożyło się niestety na równie wielkie ambicje dotyczące przestrzeni miejskiej. Można mieć ogromną firmę, olbrzymi majątek i dziesiątki nieruchomości, a jednocześnie pozostawić po sobie w mieście głównie kolejne bloki, ogrodzenia i parkingi.

Tym bardziej trzeba pokazywać przykłady przeciwne. Bo przedsiębiorca może zostawić po sobie coś więcej. Może wziąć stary budynek i zamiast zastąpić go kolejną anonimową bryłą, nadać mu nowe życie. Może zachować coś, co już stało się częścią lokalnej tożsamości. Może zarabiać na swojej inwestycji, jednocześnie sprawiając, że miasto po jej zakończeniu jest ciekawsze, a nie uboższe.

To nie jest wielkie bohaterstwo. Tak naprawdę powinien to być standard. Tyle że w Białymstoku przez lata standardem zdecydowanie nie było.

Dziewczynka ma szansę przetrwać

Teraz pojawiła się także realna szansa na odnowienie samego muralu. Doszło do pierwszego spotkania przedstawicieli instytucji i firm zainteresowanych renowacją. Podlaski Instytut Kultury ma przygotować projekt odnowienia w uzgodnieniu z Natalią Rak i sfinansować prace. To ważne również dlatego, że przez lata kwestia renowacji nie była oczywista. Sama autorka wcześniej podchodziła sceptycznie do ingerowania w swoje dzieło. Dziś sytuacja się zmieniła. Według zastępcy dyrektora Podlaskiego Instytutu Kultury Bartłomieja Trzeciaka artystka jest zainteresowana udziałem w przedsięwzięciu i chce doprowadzić do odnowienia muralu.

Właściciel nieruchomości również deklaruje zainteresowanie zachowaniem dzieła. I nagle okazuje się, że można. Można mieć prywatny biznes, zabytkowy budynek, ograniczenia konserwatorskie, chroniony mural, drzewo stojące przed elewacją i mimo wszystko przygotować inwestycję.

Nie trzeba zaczynać od pytania: „jak się tego wszystkiego pozbyć?”. Można zacząć od pytania: „jak zrobić z tego atut?”.

Miasto potrzebuje takich inwestorów

Najciekawsze w całej tej historii nie jest więc nawet to, czy dziewczynka dostanie nową warstwę farby w przyszłym roku czy trochę później. Najważniejsza jest pewna zmiana myślenia. Bogaty przedsiębiorca nie musi traktować miasta wyłącznie jako miejsca, z którego można coś wziąć. Może również coś po sobie zostawić. Przedwojenny budynek może nadal stać. Może dostać nowe funkcje. Mural może zostać odnowiony. Drzewo może nadal być częścią kompozycji. W środku może działać normalny komercyjny biznes. Właściciel może na tym zarabiać. I nikt na tym nie traci. Wręcz przeciwnie.

Właśnie takich inwestycji Białystok potrzebuje znacznie więcej. Nie kolejnego wyścigu o to, kto wciśnie więcej metrów mieszkalnych na działkę. Nie kolejnych budynków, które mogłyby równie dobrze stać w dowolnym mieście w Polsce. Potrzebujemy ludzi, którzy rozumieją, że prowadzenie biznesu w mieście oznacza również korzystanie z czegoś, czego samemu się nie stworzyło: jego historii, ulic, przestrzeni, mieszkańców i całej wartości budowanej przez poprzednie pokolenia.

Czasami warto więc coś temu miastu oddać. Choćby zostawiając w spokoju dziewczynkę z konewką.

Będzie kolejowa rewolucja na Podlasiu. Ale po tym, gdy ostatni zgasi światło.

Będzie kolejowa rewolucja na Podlasiu. Ale po tym, gdy ostatni zgasi światło.

Polska się kurczy. I to nie trochę. Prognozy demograficzne pokazują, że wyludniać będzie się większość kraju, a ludzie coraz mocniej skupiać się będą wokół największych miast i ich przedmieść. Według eksperymentalnej symulacji GUS, jeśli utrzyma się bardzo niska dzietność, w 2060 roku może nas być już tylko około 28,4 mln – o kilka milionów mniej niż dziś. I właśnie w takim momencie dostajemy informację o wielkiej kolejowej rewolucji na Podlasiu. Nowe linie, nowe połączenia, wielkie magistrale, szybsze pociągi. Brzmi świetnie.

Jest tylko jeden szczegół: zasadnicze efekty tych planów mamy zobaczyć dopiero po 2035 roku.

Czyli najpierw przez kolejną dekadę będziemy się wyludniać, starzeć i przenosić do kilku większych ośrodków, a potem zaczniemy budować sieć kolejową, która naprawdę przydałaby się nam już dzisiaj. Budować trzeba jak najszybciej. A problem polega na tym, że w Polsce infrastruktura transportowa powstaje wtedy, gdy potrzeba jej budowy była oczywista dwadzieścia lat wcześniej. Dlatego zapowiedź kolejowej rewolucji na Podlasiu cieszy. Tylko trochę trudno pozbyć się pytania, ilu pasażerów zostanie tutaj do czasu jej zakończenia.

W Białymstoku kolej będzie wtedy, gdy ktoś w końcu powie: budujemy

Województwo podlaskie może doczekać się największej kolejowej rewolucji od czasów zaborów. Nowe linie, szybkie połączenia z Lublinem i Rzeszowem, kolej w Kolnie czy Zambrowie, elektryfikacja kolejnych tras i wreszcie prawdziwa magistrala biegnąca przez całą Polskę Wschodnią. Jest tylko jeden drobny szczegół: mówimy o perspektywie po 2035 roku. Czyli nawet przy optymistycznym scenariuszu na pierwsze efekty tej wielkiej rewolucji będziemy czekać przynajmniej dekadę.

I jest jeszcze jeden paradoks. Państwo zaczyna właśnie rysować wielką kolejową oś od Suwałk przez Białystok i Lublin aż do Rzeszowa, tymczasem sam Białystok od niemal 20 lat nie potrafi zdecydować się na wykorzystanie torów, które już ma, do stworzenia prawdziwej kolei miejskiej.

Zacznijmy jednak od dobrych wiadomości. Zintegrowana Sieć Kolejowa przewiduje budowę około 150 kilometrów nowych linii kolejowych tylko w województwie podlaskim. Region ma znaleźć się na przecięciu dwóch dużych osi kolejowych. Jedna ma prowadzić od Warszawy przez Ostrołękę, Łomżę, Grajewo i Ełk do Suwałk i dalej na Litwę. Druga ma połączyć północny wschód Polski z południem kraju – przez Ełk, Białystok, Lublin i Rzeszów. Oficjalne założenia przewidują realizację ZSK w horyzoncie rozpoczynającym się po 2035 roku.

Wreszcie ktoś zauważył, że Polska Wschodnia istnieje

Na łamach Podlaskie.TV wielokrotnie pisaliśmy o czymś, co z punktu widzenia mapy wydaje się wręcz oczywiste: trzeba kolejowo połączyć Polskę Wschodnią od Suwałk aż po Rzeszów. Przez dziesięciolecia polska kolej była projektowana przede wszystkim tak, by można było dostać się do Warszawy. Jeżeli natomiast ktoś chciał przemieszczać się wzdłuż wschodniej części kraju, zaczynała się podróżnicza gimnastyka.

Według przedstawionych założeń z Białegostoku do Lublina mamy kiedyś dojeżdżać w około 2 godziny i 10 minut, a do Rzeszowa w około 3 godziny i 10 minut. Jeżeli rzeczywiście kiedyś uda się stworzyć taki układ, zmieni on nie tylko podróże dalekobieżne. Zmieni sposób funkcjonowania całej wschodniej części kraju. Ciekawe są też plany odbudowania samej sieci. Nowa linia ma połączyć Łomżę z Grajewem. Dzięki temu kolej pojawi się również w rejonie Kolna i Białej Piskiej. W planach dla województwa mówi się także o doprowadzeniu torów do kolejnych miast pozbawionych dziś sensownego dostępu do kolei. Łącznie chodzi o około 150 kilometrów nowych linii.

To jest prawdziwa zmiana filozofii. Przez wiele lat w Podlaskiem przede wszystkim remontowaliśmy to, co pozostawiła nam historia. Teraz po raz pierwszy od bardzo dawna poważnie mówi się nie tylko o odnawianiu starych torów, lecz również o rysowaniu nowych. Problem polega wyłącznie na tym, że na razie rysujemy je głównie na mapach. Realizacja tych elementów Zintegrowanej Sieci Kolejowej przewidywana jest po 2035 roku. To nie jest więc program inwestycyjny, którego efekty zobaczymy za chwilę, tylko wizja rozwoju infrastruktury na kolejne dekady. W tym czasie kilka razy zmienią się rządy i plany mogą trafić do kosza, potem być wyciągane, by ostatecznie znów zostać wyrzucone.

A w Białymstoku? Tutaj od 20 lat jest polityczne NIE

I tu dochodzimy do najciekawszego kontrastu. Państwo planuje właśnie setki kilometrów nowych torów w Polsce Wschodniej, a Białystok od dwóch dekad nie chce komunikacji miejskiej na torach, które już przebiegają przez miasto. Opracowanie dotyczące szybkiej kolei pasażerskiej w Białymstoku i aglomeracji powstało już w 2007 roku, czyli podczas pierwszej kadencji Tadeusza Truskolaskiego.

Od tego czasu zmieniło się właściwie wszystko. Przebudowano stację Białystok. Powstało centrum przesiadkowe. Pojawił się nowy przystanek Białystok Zielone Wzgórza. Rozbudowały się miejscowości otaczające miasto. Każdego dnia tysiące ludzi wjeżdżają do Białegostoku z Wasilkowa, Klepacz, Fast, Łap, Czarnej Białostockiej i dziesiątek innych miejscowości. Nie zmieniło się jedno: stanowisko Tadeusza Truskolaskiego wobec kolei miejskiej. Prezydent nadal nie widzi uzasadnienia dla tworzenia połączeń kolejowych wewnątrz Białegostoku.

Raport nie mówi: „nie wolno”. Miasto mówi: „nie chcemy”

Warto przy tym oddzielić dwie rzeczy, które zaczynają się niebezpiecznie zlewać. Najnowsza analiza Centrum Unijnych Projektów Transportowych rzeczywiście studzi marzenia o białostockim metrze, które obiecał Władysław Kosiniak-Kamysz. I trudno się temu szczególnie dziwić. Przy wielkości Białegostoku kopanie dziesiątek kilometrów tuneli za miliardy złotych należałoby bardzo solidnie uzasadnić.

CUPT wskazuje, że w Białymstoku znacznie bardziej racjonalny może być szybki transport autobusowy wykorzystujący szerokie ulice oraz istniejącą rezerwę terenową. Jednocześnie jednak analiza rekomenduje wykorzystanie istniejących linii kolejowych do częstych połączeń aglomeracyjnych, które mogłyby przejmować część ruchu z gmin otaczających Białystok. Sam CUPT zaznacza również, że raport ma być punktem odniesienia do dalszych analiz. Jego rekomendacje nie są dla samorządu wiążące.

Czyli raport nie zamyka przed Białymstokiem kolejowych rogatek. Nie mówi: nie wolno. Nie mówi nawet: kolej jest niepotrzebna. Przeciwnie – wskazuje kolej aglomeracyjną jako jeden z elementów przyszłego systemu transportowego. To władze Białegostoku mówią, że nie widzą potrzeby tworzenia połączeń kolejowych wewnątrz miasta. I tak naprawdę na tym można zakończyć trwającą prawie 20 lat dyskusję. Kolej miejska powstanie wtedy, gdy ktoś po prostu zechce ją zbudować

Jeżeli pociąg jedzie z Wasilkowa przez Białystok dalej w stronę Klepacz albo z Czarnej Białostockiej przez centrum w kierunku Łap, to dla pasażera nie ma większego znaczenia, czy nazwiemy go „koleją miejską”, „aglomeracyjną”, „regionalną” czy jeszcze inaczej. Ma przyjeżdżać często i zatrzymywać się w odpowiednich miejscach, a do tego ma być skoordynowany z autobusami. A podstawą jest wspólny bilet.

Po niemal 20 latach prezydentury Tadeusza Truskolaskiego trudno oczekiwać, że nagle nastąpi w tej sprawie zasadnicza zmiana podejścia. Prezydent i jego administracja konsekwentnie stawiają przede wszystkim na transport autobusowy i rowery. Dlatego białostocka kolej miejska zacznie się dopiero wtedy, kiedy po Tadeuszu Truskolaskim przyjdzie do Urzędu Miejskiego ktoś, kto spojrzy na mapę istniejących torów i zamiast zamawiać dwudziestą pierwszą analizę po prostu powie: budujemy.

Niezbyt optymistyczne wieści

W tej historii są więc problemy, które składają się w jedną niezbyt optymistyczną całość. Polska Wschodnia rzeczywiście potrzebuje nowej sieci kolejowej. Połączenie Suwałk, Ełku, Białegostoku, Lublina i Rzeszowa ma sens gospodarczy, komunikacyjny i cywilizacyjny. Przez dziesięciolecia rozwijaliśmy kolej głównie promieniście – do Warszawy i z Warszawy – zamiast stworzyć także sprawny kręgosłup wschodniej części kraju. Dobrze więc, że ktoś wreszcie zaczął ten brak zauważać.

Problemem jest czas. Wielka kolejowa rewolucja ma zacząć materializować się dopiero po 2035 roku, podczas gdy region już dziś się wyludnia, starzeje i traci mieszkańców. Jeżeli takie inwestycje naprawdę mają zatrzymać degradację komunikacyjną Polski Wschodniej, to powinny być realizowane teraz, a nie wtedy, gdy za dziesięć czy piętnaście lat zaczniemy się zastanawiać, ilu ludzi jeszcze zostało w miejscowościach, które chcemy podłączać do torów.

W Białymstoku natomiast nie trzeba czekać na wielką krajową rewolucję kolejową, żeby zacząć działać. Tory już są, infrastruktura w dużej mierze istnieje, aglomeracja się rozrosła, a codzienne potoki są faktem. Brakuje przede wszystkim decyzji politycznej. Dopóki władze miasta mówią „nie widzimy potrzeby”, dopóty żadnej kolei miejskiej nie będzie. I najpewniej zmieni się to dopiero wtedy, gdy do białostockiego magistratu przyjdzie ktoś, kto zamiast kolejnych analiz powie po prostu: robimy.

Bo największy paradoks całej tej historii jest taki, że na Podlasiu chcemy budować setki kilometrów nowych torów za kilkanaście lat, a jednocześnie dziś nie potrafimy porządnie wykorzystać tych, które już leżą.

Forsa w błoto! 5 miliardów złotych żeby skrócić podróż o 20 minut.

Forsa w błoto! 5 miliardów złotych żeby skrócić podróż o 20 minut.

Stało się. Podpisano historyczną umowę. Rekordową. Wielką. Strategiczną. Za około 5,22 miliarda złotych brutto przebudujemy linię kolejową z Białegostoku do Ełku. Dzięki temu za kilka lat będzie można dojechać w jedną albo drugą stronę w 55 minut, a nie 75 jak teraz. Brzmi śmiesznie, ale pieniądze już nie są śmieszne.

PKP Polskie Linie Kolejowe podpisały kontrakt na przebudowę około 94 kilometrów trasy. Powstanie drugi tor, linia zostanie dostosowana do prędkości nawet 200 km/h, przebudowane zostaną stacje, przystanki, wiadukty i systemy sterowania ruchem. To największa pojedyncza umowa inwestycyjna w historii PKP PLK. Można więc powiedzieć: fantastycznie. Wreszcie mieszkaniec Białegostoku, który obudzi się rano z gwałtowną potrzebą znalezienia się w Ełku, będzie mógł zrealizować swoje marzenie 20 minut szybciej.

Cała inwestycja ma sens jako fragment Rail Baltiki – wielkiego europejskiego korytarza kolejowego mającego połączyć Warszawę przez Białystok, Ełk, Litwę, Łotwę i Estonię aż z Tallinnem. Idea jest piękna. Wsiadamy kiedyś w Tallinnie, jedziemy przez Rygę i Wilno, przekraczamy polską granicę, przez Białystok docieramy do Warszawy, a stamtąd Europa stoi otworem.

Tyle że między piękną mapą a jeżdżącym pociągiem znajduje się jeszcze pewien drobiazg: trzeba tę kolej zbudować. I właśnie z tym na północ od Polski jest pewien problem.

Komisja Europejska już w 2025 roku oficjalnie zapisała, że z powodów technicznych i finansowych cały projekt Rail Baltica nie zostanie ukończony przed końcem 2030 roku. Pierwszy etap okrojono między innymi do pojedynczego toru na części trasy Tallinn–Kaunas, odkładając pełny standard na później.

Jeszcze zabawniej zrobiło się we wrześniu 2026 roku. Estonia, Łotwa i Litwa ponownie zadeklarowały, że oczywiście Rail Baltica jest projektem strategicznym, ważnym dla bezpieczeństwa, gospodarki i połączenia z Europą. Jednocześnie ich wspólna deklaracja mówi już o uruchamianiu głównej linii w ramach następnej wieloletniej perspektywy finansowej Unii Europejskiej. Litewskie media informowały następnie, że państwa bałtyckie uzgodniły przesunięcie pierwszego etapu do 2034 roku, choć Litwa zapewnia, że swój fragment chce wykonać wcześniej.

Czyli Polska właśnie wykłada ponad pięć miliardów złotych na bardzo szybki fragment międzynarodowej magistrali, podczas gdy na drugim końcu przyszłej magistrali trwa ustalanie, kiedy właściwie magistrala będzie magistralą.

Oczywiście można odpowiedzieć: ale przecież Białystok i Ełk też potrzebują dobrej kolei. Jasne. Tylko wtedy wypadałoby zapytać o proporcje. Bo kilkadziesiąt kilometrów na północ od Białegostoku leży inny kolejowy świat. Sokółka, Dąbrowa Białostocka i Augustów znajdują się przy linii prowadzącej dalej w stronę Suwałk i Litwy. Linia nr 40 Sokółka–Augustów–Suwałki wciąż nie jest zelektryfikowana. Problem jest tak oczywisty, że w 2026 roku trafił ponownie do Sejmu w interpelacji dotyczącej elektryfikacji podlaskich tras kolejowych. Wskazano tam wprost, że jest to najkrótsze połączenie kolejowe Warszawa–Białystok–Suwałki–granica państwa i że jego elektryfikacja mogłaby istotnie skrócić czas przejazdu.

I tu zaczyna się najciekawsze pytanie. Skoro Rail Baltica w krajach bałtyckich jest opóźniona, jej pełny kształt odsuwany jest w czasie, a na realizację całego przedsięwzięcia brakuje gigantycznych pieniędzy, to czy rzeczywiście akurat teraz trzeba było wydawać ponad pięć miliardów złotych na doprowadzenie odcinka Białystok–Ełk do standardu 200 km/h? Czy naprawdę największym problemem komunikacyjnym północno-wschodniej Polski było to, że do Ełku jedzie się za 75 minut?

Bo jest jeszcze wariant mniej widowiskowy. Nie ma konferencji z wielkimi planszami, nie ma „rekordowego kontraktu”, nie ma obowiązkowego słowa „historyczny”. Można było konsekwentnie modernizować i elektryfikować istniejący korytarz Białystok–Sokółka–Augustów–Suwałki. Przy okazji poprawiłoby to kolej nie tylko na wielkiej przyszłej mapie Europy, ale ludziom mieszkającym tutaj i teraz – w Sokółce, Dąbrowie Białostockiej, Augustowie i Suwałkach.

Rail Baltica przez Ełk ma oczywiście swoje argumenty. Dwutorowa trasa zwiększy przepustowość, poprawi bezpieczeństwo, będzie służyła nie tylko ruchowi pasażerskiemu, ale również towarowemu i – co dziś szczególnie istotne – mobilności wojskowej. Władze Polski i państw bałtyckich właśnie bezpieczeństwo i połączenie europejską szerokością toru wymieniają jako jedne z głównych powodów realizacji inwestycji. Tyle że właśnie dlatego warto patrzeć na Rail Baltikę jako na całość, a nie zachwycać się jednym błyszczącym kawałkiem torów.

Superszybkie 94 kilometry z Białegostoku do Ełku nie połączą nas ani z Rygą, ani z Tallinnem. Żeby inwestycja spełniła swój międzynarodowy sens, ktoś musi zbudować następne kilkaset kilometrów. Tymczasem wspólny audyt najwyższych organów kontroli Estonii, Łotwy i Litwy już w 2024 roku ostrzegał przed luką finansową.

I tu dochodzimy do istoty całej historii. Za kilka lat Polska będzie mogła pochwalić się znakomitym, dwutorowym fragmentem europejskiej magistrali, po którym pociągi będą mogły mknąć nawet 200 km/h. Z Białegostoku do Ełku. W 55 minut. Za ponad pięć miliardów złotych. Rozwiążemy problem polegający na skróceniu czas przejazdu wynoszącego 20 minut.

A gdzieś pomiędzy Ełkiem a Tallinnem wciąż będziemy czekać, aż reszta wielkiej europejskiej układanki zechce dogonić ten jeden niezwykle drogi kawałek. Ale spokojnie. Najważniejsze, że jeżeli ktoś w Białymstoku naprawdę bardzo pilnie będzie musiał dostać się do Ełku, to przynajmniej zrobimy wszystko, żeby nie stracił po drodze ani minuty.

Nikt nie chce tam inwestować. Trzeba być niespełna rozumu, by wyłożyć pieniądze.

Nikt nie chce tam inwestować. Trzeba być niespełna rozumu, by wyłożyć pieniądze.

Wyobraźmy sobie przedsiębiorcę, który ma dziesięć milionów złotych. Może otworzyć zakład produkcyjny, może rozbudować firmę, może wejść w zupełnie nową branżę. Kiedyś najważniejsze pytanie brzmiało: na czym można zarobić? Dziś coraz częściej brzmi zupełnie inaczej: na co można dostać dotację?  I właściwie w tym jednym pytaniu mieści się duża część problemu z inwestycjami w Podlaskiem.

Przez ostatnie dwadzieścia lat przyzwyczailiśmy się do unijnych pieniędzy tak bardzo, że niemal przestaliśmy zauważać, jak mocno zmieniły sposób podejmowania decyzji. Jest program na fotowoltaikę – nagle wszyscy chcą fotowoltaiki. Jest dofinansowanie na cyfryzację – firmy zaczynają się cyfryzować. Są pieniądze na turystykę – powstają pensjonaty. Jest program na żłobki – budujemy żłobki.

A co się dzieje, gdy dotacji nie ma?

Przez dwadzieścia lat nauczyliśmy przedsiębiorców, że jeżeli państwo albo Unia uzna jakiś rodzaj inwestycji za pożądany, to można dostać na niego pieniądze. A skoro jeden biznes trzeba sfinansować w całości z własnej kieszeni, a do drugiego ktoś dopłaci 30, 40 czy 50 procent, to nie trzeba kończyć ekonomii, żeby przewidzieć, który będzie wyglądał atrakcyjniej. W ten sposób logika zaczyna się odwracać.

Normalnie przedsiębiorca powinien najpierw zobaczyć potrzebę: w mieście brakuje hotelu, fabryka potrzebuje nowej linii produkcyjnej, ludzie chcą konkretnej usługi. Dopiero później powinien zastanawiać się, skąd wziąć pieniądze. Tymczasem coraz częściej najpierw pojawia się informacja: „jest 20 milionów do rozdania na X”. A chwilę później przedsiębiorcy zaczynają się zastanawiać, jak zrobić X.

Nie oznacza to oczywiście, że każdy właściciel firmy siedzi rano przy kawie i przegląda konkursy unijne zamiast szukać klientów. Ale skala publicznego finansowania jest na tyle duża, że wpływa na warunki gry. Państwo może nie wydawać przedsiębiorcy polecenia, w co ma inwestować. Wystarczy, że do jednego rodzaju działalności dopłaci połowę kosztów, a do drugiego nie dopłaci nic.

I tu pojawia się jeszcze większy paradoks. Bo mimo gigantycznego strumienia publicznych pieniędzy Polska przez lata miała bardzo niski poziom inwestycji. Według danych Eurostatu nakłady brutto na środki trwałe stanowiły u nas około 17,7 proc. PKB, podczas gdy średnia Unii Europejskiej wynosiła około 22 proc. Czyli pieniędzy na inwestycje rozdawaliśmy mnóstwo, ale jako gospodarka nadal inwestowaliśmy stosunkowo mało.

W 2026 roku sytuacja zaczęła wyglądać lepiej. W pierwszym półroczu inwestycje badanych przez GUS przedsiębiorstw niefinansowych wzrosły realnie o 13,7 proc. rok do roku. To dobra wiadomość. Nie zmienia jednak pytania, które warto sobie postawić po dwóch dekadach życia od konkursu do konkursu: czy nauczyliśmy przedsiębiorców inwestować dlatego, że widzą szansę, czy dlatego, że ktoś właśnie ogłosił nabór?

A na tym problem się dopiero zaczyna. Bo przedsiębiorca, który próbuje działać za własne pieniądze i na własne ryzyko, coraz częściej konkuruje już nie tylko z innym przedsiębiorcą. Konkuruje również z państwem i samorządem.

Gmina też została przedsiębiorcą

Najłatwiej zobaczyć to na usługach, które mogą być świadczone zarówno przez podmioty prywatne, jak i publiczne. Weźmy żłobki. Jeszcze kilka lat temu ogromną większość takich placówek prowadziły podmioty prywatne. Według danych GUS w 2022 roku 74,8 proc. żłobków i klubów dziecięcych należało do sektora prywatnego. Jednocześnie państwo zaczęło potężnie finansować rozwój publicznej opieki. Już program Maluch+ miał tworzyć tysiące nowych miejsc w placówkach samorządowych, a kolejne programy jeszcze mocniej zwiększały dostępność opieki.

Samo zwiększanie liczby żłobków jest oczywiście korzystne dla rodziców. Problem zaczyna się wtedy, kiedy spojrzymy na to oczami przedsiębiorcy. Wyobraźmy sobie kogoś, kto za własne pieniądze wynajął lokal, zrobił remont, kupił wyposażenie, zatrudnił ludzi i otworzył prywatny żłobek. Wszystkie koszty musi pokryć z przychodów. Jeśli źle policzył biznes – bank nie zapyta go, czy jego działalność była społecznie potrzebna.

Kilkaset metrów dalej gmina może natomiast uruchomić podobną działalność w swoim budynku, pokryć dużą część inwestycji z programu publicznego, a później finansować funkcjonowanie placówki z budżetu. Formalnie obie placówki oferują tę samą usługę. Ekonomicznie grają jednak w zupełnie różnych dyscyplinach.

Trzeba przy tym uczciwie zaznaczyć, że również podmioty niepubliczne korzystają z części programów. W programie „Aktywny Żłobek – sale sensoryczne” na 2026 rok pieniądze otrzymały zarówno placówki gminne, jak i niepubliczne. Tyle że z około 41,9 mln zł po korekcie niemal 29,7 mln zł przypadło instytucjom gminnym, a około 12,2 mln zł niepublicznym. Obecnie dochodzi jeszcze potężny niż demograficzny. W największych miastach pozostają tysiące wolnych miejsc w przedszkolach i same samorządy zaczynają likwidować oddziały. Problem nierówności ryzyka pozostaje.

Prywatny inwestor stawia własny majątek. Samorząd inwestuje cudzymi pieniędzmi i wykonuje zadanie publiczne. I właśnie dlatego samorząd może wejść w przedsięwzięcie, którego prywatny przedsiębiorca przy określonym poziomie ryzyka nawet nie będzie rozważał.

A gdy prywatny kapitał naprawdę jest potrzebny, nagle go nie ma

I tu dochodzimy do Sejn. To niemal laboratoryjny przykład całego problemu. Miasto dostało kilka milionów złotych na przygotowanie terenów inwestycyjnych. Uzbroiło około czterech hektarów gruntów. Miały pojawić się firmy, inwestycje i miejsca pracy. Nie pojawiły się. Do 2025 roku przeprowadzono kilkanaście przetargów i nikt nie chciał działek kupić. Miasto zeszło nawet z cenami do połowy ich wartości rynkowej. Nadal chętnych brakowało. I tu historia robi się szczególnie ciekawa.

Bo przez ostatnie lata cała Polska usłyszała setki razy o „przesmyku suwalskim”. O potencjalnym ataku Rosji. O miejscu, które może stać się jednym z pierwszych celów konfliktu NATO z Rosją. Temat wyszedł nawet poza programy informacyjne i analizy wojskowe. W 2025 roku powstał przecież serial „Przesmyk”, thriller szpiegowski wykorzystujący właśnie geopolityczne zagrożenia tego regionu.

Można więc przez lata przekonywać całą Polskę, że określony kawałek kraju jest potencjalnym polem przyszłej wojny. Tylko później nie należy być szczególnie zdziwionym, że ktoś posiadający kilka czy kilkanaście milionów złotych zastanowi się dwa razy, zanim wybuduje tam fabrykę. Co ciekawe, same Sejny tłumaczyły brak inwestorów między innymi trudną sytuacją gospodarczą i geopolityczną regionu. Ostatecznie województwo odstąpiło od żądania zwrotu blisko 3 mln zł dotacji. Dopiero niedawno jedną z działek kupił przedsiębiorca z Augustowa, który zapowiedział stworzenie niewielkiego zakładu.

Podobnie mówi prezydent Suwałk Czesław Renkiewicz. W kwietniu 2026 roku wskazywał, że od pandemii i wybuchu wojny w Ukrainie w Suwalskiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej praktycznie nie pojawiają się nowi inwestorzy i nie powstają nowe obiekty przemysłowe. I tutaj dochodzimy do kapitalnego paradoksu.

Skoro prywatny kapitał uważa inwestowanie w tym miejscu za zbyt ryzykowne, to właśnie tutaj państwo i samorząd mogłyby pokazać, że same wierzą we własne zapewnienia o bezpieczeństwie regionu. Nie poprzez kolejną konferencję, kongres przedsiębiorców, prezentację ulg. Tylko poprzez realną inwestycję.

Państwo mówi: inwestujcie. Przedsiębiorcy pytają: a wy?

W Sejnach w 2025 roku zorganizowano Transgraniczny Kongres Gospodarczy. Byli przedstawiciele strefy ekonomicznej, Banku Gospodarstwa Krajowego, instytucji rozwoju regionalnego. Mówiono o ulgach, preferencyjnych pożyczkach, dotacjach i możliwościach inwestowania. Tylko że przedsiębiorca może odpowiedzieć bardzo prosto. Skoro to takie dobre miejsce na inwestycję, to pokażcie. Wybudujcie zakład komunalny. Centrum logistyczne. Instalację przetwarzania odpadów. Przedsiębiorstwo produkcyjne. Cokolwiek, co ma ekonomiczny sens i stworzy trwałe miejsca pracy.

Samorząd ma przecież coś, czego przedsiębiorca nie ma: wieloletnią perspektywę funkcjonowania, dochody podatkowe, możliwość korzystania z funduszy publicznych, znacznie łatwiejszy dostęp do finansowania i zupełnie inną tolerancję ryzyka. Nie oznacza to oczywiście „nieograniczonej zdolności kredytowej”. Samorządy podlegają ustawowym limitom zadłużenia i spłaty zobowiązań. Ale porównywanie ryzyka gminy i niewielkiej prywatnej firmy nadal jest trochę jak porównywanie skoku do basenu ze skokiem z klifu. Przedsiębiorca może zbankrutować. Gmina raczej nie znika z mapy dlatego, że jedna inwestycja okazała się nieudana. I właśnie dlatego dochodzimy do największego absurdu całej układanki.

Tam, gdzie biznes jest atrakcyjny i stosunkowo bezpieczny, sektor publiczny coraz częściej potrafi wejść na rynek i konkurować z prywatnym kapitałem. Tam natomiast, gdzie ryzyko jest wysokie i prywatnego kapitału brakuje, władza najchętniej przygotowuje działkę, organizuje konferencję i apeluje: Przedsiębiorco, zainwestuj.

Gospodarka sterowana bez zakazów

Nie jest to oczywiście gospodarka centralnie planowana w historycznym znaczeniu tego pojęcia. Nikt nie wydaje przedsiębiorcy polecenia, że od jutra ma produkować traktory, a nie meble. Nikt nie zabrania mu otwarcia zakładu bez pozwolenia komisji planowania. Mechanizm jest subtelniejszy. Państwo nie mówi: „musisz inwestować tutaj”. Państwo mówi: „jeżeli zainwestujesz tutaj, dostaniesz 40 procent kosztów. Jeżeli gdzie indziej – radź sobie sam”. To gigantyczna różnica.

Ale po dwudziestu latach takiego systemu warto zadać pytanie, jak bardzo zaczęło to wpływać na sposób myślenia przedsiębiorców. Jeżeli mam do wyboru przedsięwzięcie, którego sens muszę sam ocenić, sam znaleźć klientów, sam sfinansować i ponieść całe ryzyko, albo przedsięwzięcie, do którego ktoś dopłaci mi kilka milionów – wybór staje się oczywisty. I nie można mieć o to pretensji do przedsiębiorcy. On zachowuje się racjonalnie. To system stworzył bodziec.

W najgorszym wariancie powstaje więc gospodarka, w której przedsiębiorca coraz rzadziej pyta: „czego ludzie potrzebują?”, a coraz częściej: „na co właśnie ogłosili nabór?”. Tymczasem największe prywatne pieniądze nadal szukają tego, co państwu znacznie trudniej zastąpić: ziemi, mieszkań, magazynów, nieruchomości i przedsięwzięć, w których można policzyć wartość aktywa i wyjść z inwestycji.

Może dlatego tak łatwo znaleźć chętnego na kolejny blok, a tak trudno na fabrykę w Sejnach. I być może po dwóch dekadach zachwytu nad słowem „dofinansowanie” należałoby zacząć zadawać inne pytanie. Nie: ile pieniędzy jeszcze możemy rozdać przedsiębiorcom? Tylko: co zrobić, żeby znów opłacało im się ryzykować własnymi?

Droga do Białowieży. Po co wciskać rowerzystów między samochody?

Droga do Białowieży. Po co wciskać rowerzystów między samochody?

Droga wojewódzka nr 689 z Hajnówki w kierunku Białowieży od dawna wymaga poważnej przebudowy. I wreszcie pojawiły się na nią ogromne pieniądze. Samorząd województwa wpisał inwestycję do Wieloletniej Prognozy Finansowej, jej wartość oszacowano na ponad 125,5 mln zł, z czego aż 125 mln zł ma pochodzić z Rządowego Funduszu Rozwoju Dróg. Dokumentacja ma powstawać w latach 2026–2028, a roboty budowlane zaplanowano na lata 2028–2030.

To bardzo dobra wiadomość. Problem zaczyna się wtedy, gdy przy okazji remontu zwykłej drogi samochodowej znowu wraca pomysł, żeby rozwiązać przy niej także ruch pieszy i rowerowy.

W samej Hajnówce jest to oczywiście naturalne. W terenie zabudowanym potrzebne są chodniki, przejścia, bezpieczna infrastruktura rowerowa i oświetlenie. Modernizacja ma objąć 6,9 km przejścia przez miasto oraz kolejne 3,5 km w kierunku Białowieży. Na tym drugim, znacznie trudniejszym przyrodniczo fragmencie, drogowcy zapowiadają pozostanie w granicach istniejącego pasa drogowego, a pieszym i rowerzystom ma służyć poszerzone, utwardzone pobocze.

I właśnie tutaj warto zadać pytanie: czy naprawdę wszystko, co dotyczy transportu, musi zostać przyklejone do asfaltowej drogi?

Rowerem do Białowieży jedziemy dla Puszczy, a nie dla szosy

Trasa Hajnówka–Białowieża jest wyjątkowa. Nie łączy dwóch dzielnic dużego miasta ani osiedla mieszkaniowego ze strefą przemysłową. Prowadzi przez jeden z najcenniejszych kompleksów leśnych Europy do miejscowości, której największym kapitałem jest właśnie przyroda.  Jeżeli ktoś wybiera się z Hajnówki do Białowieży na rowerze, to bardzo często właśnie po to, żeby jechać przez Puszczę. Słuchać lasu, a nie silników. Oglądać drzewa, a nie ciężarówki. Oddychać leśnym powietrzem, a nie spalinami samochodów jadących obok z prędkością 70 czy 90 km/h.

I co najważniejsze – alternatywa nie jest pomysłem wymyślonym dziś przy biurku. Dokumentacja przygotowana w poprzednich latach analizowała kilka przebiegów. Jeden prowadził wzdłuż DW689, ale inne wykorzystywały linię kolejową i istniejące drogi leśne. Wariant II miał prowadzić w części wzdłuż torów, a następnie drogami leśnymi. Wariant III wykorzystywał m.in. drogę przez Sacharewo i kolejne leśne trakty. Wariant IV prowadził przez Tryb Hajnowski, Drogę Zwierzyniecką, Budy, Teremiski i Pogorzelce.

Czyli dokładnie to, czego należałoby oczekiwać w takim miejscu: rozważano stworzenie prawdziwej trasy przez Puszczę, a nie tylko asfaltowego dodatku do szosy.

I tu pojawia się problem własności

Dlaczego więc tak łatwo wraca wariant przy drodze wojewódzkiej? Najprostsza odpowiedź wcale nie musi mieć nic wspólnego z tym, co jest najatrakcyjniejsze dla rowerzystów. Podlaski Zarząd Dróg Wojewódzkich zarządza drogą wojewódzką i jej pasem drogowym. Tam może projektować, budować i później utrzymywać własną infrastrukturę. Gdy zejdziemy z drogi w Puszczę, zaczynają się grunty Lasów Państwowych, tereny kolejowe, drogi innych zarządców, obszary chronione, uzgodnienia środowiskowe i cała lista instytucji, z którymi trzeba się dogadać.

Oficjalna analiza z 2023 roku pokazuje ten problem bardzo dobrze. Warianty leśne miały zalety przyrodnicze i krajobrazowe, ale pojawiały się przy nich problemy prawne, własnościowe, związane z dostępem ratowników oraz koniecznością budowania bezpiecznych przecięć z DW689. Zespół ostatecznie uznał wariant przy drodze za najlepszy przede wszystkim pod względem bezpieczeństwa i bezpośredniego dostępu do atrakcji.

Tyle że z punktu widzenia mieszkańca albo turysty można odwrócić to rozumowanie. To, że coś jest najłatwiejsze dla zarządcy drogi, nie oznacza automatycznie, że jest najlepszym rozwiązaniem przestrzennym.

Zbudujmy drogę jako drogę

Województwo dostało gigantyczne pieniądze na DW689. Niech więc zrobi za nie przede wszystkim znakomitą drogę, wymieni konstrukcję, poprawi zakręty, odwodnienie, mosty, skrzyżowania i bezpieczeństwo. A w Hajnówce powstaną porządne chodniki i infrastruktura rowerowa, bo tam rzeczywiście mamy miejski ruch pieszy i rowerowy. Na odcinku przez Puszczę trzeba natomiast uważać, żeby pod hasłem „poprawy bezpieczeństwa” nie stworzyć kolejnego pasa infrastruktury technicznej tam, gdzie można wykorzystać zupełnie inną przestrzeń.

A trasę Hajnówka–Białowieża dla rowerzystów należałoby potraktować jako osobny projekt turystyczny. Nie jako dodatek do szosy, pobocze czy miejsce, w którym rodzina z dziećmi będzie jechała kilka metrów od samochodów. Tylko jako atrakcyjną trasę prowadzącą istniejącymi traktami przez Puszczę, wykorzystującą w maksymalnym stopniu drogi, które już tam są.

Co ciekawe, część takiej infrastruktury istnieje już dziś. Analiza z 2023 roku wskazywała chociażby wariant przez Budy, Teremiski i Pogorzelce, który pokrywa się z Green Velo i już obecnie może pełnić rolę alternatywnego połączenia rowerowego Hajnówki z Białowieżą. Być może nie trzeba więc wszystkiego budować od zera, ale istniejącą sieć leśną uporządkować, poprawić nawierzchnię w potrzebnych miejscach, oznakować, połączyć brakujące fragmenty i stworzyć z niej produkt turystyczny z prawdziwego zdarzenia.

A może chodzi o pieniądze?

Tu dochodzimy do pytania, które przy inwestycjach drogowych warto zawsze zadawać. Rządowy Fundusz Rozwoju Dróg w swoich kryteriach rzeczywiście mocno akcentuje bezpieczeństwo niechronionych uczestników ruchu. W dokumentach dotyczących oceny inwestycji pojawiają się wprost drogi dla pieszych, pobocza, infrastruktura rowerowa czy inne elementy poprawiające bezpieczeństwo. Osobne nabory RFRD są wręcz przeznaczane na drogi dla pieszych i rowerów.

Można więc postawić zasadne pytanie: czy dokładanie infrastruktury pieszej i rowerowej do projektu drogowego ułatwia zdobywanie pieniędzy i wykazywanie, że inwestycja realizuje cele związane z bezpieczeństwem? Niemal cała wartość tej ogromnej inwestycji ma zostać pokryta ze środków zewnętrznych.

Czym właściwie ma być połączenie rowerowe Hajnówki z Białowieżą?

Czy przede wszystkim transportową rurą umożliwiającą jak najszybsze dotarcie z punktu A do B? A może częścią doświadczenia Puszczy Białowieskiej? Jeżeli racjonalnie zakładamy, że odpowiedzią jest to drugie, prowadzenie rowerzystów wzdłuż ruchliwej drogi samochodowej wydaje się bardzo ubogim wykorzystaniem możliwości tego miejsca. I dlatego najlepszym rozwiązaniem nie jest to, w którym wszyscy dostaną trochę, ale nikt nie dostanie tego, czego naprawdę potrzebuje.

PZDW niech przebuduje DW689. Porządnie, nowocześnie i bezpiecznie. Natomiast samorząd województwa wspólnie z Lasami Państwowymi, samorządami Hajnówki i Białowieży oraz zarządcami pozostałych terenów powinien równolegle przygotować osobną trasę pieszo-rowerową wykorzystującą istniejącą sieć dróg leśnych. Bo turysta jadący rowerem do Białowieży nie potrzebuje widoku na asfalt. Ma obok Puszczę Białowieską. I grzechem jest z niej nie skorzystać.

Potrzebujemy szybko schronów. Dostaliśmy konkurs piękności między gminami.

Potrzebujemy szybko schronów. Dostaliśmy konkurs piękności między gminami.

Cztery i pół roku temu Rosja napadła na Ukrainę. Jeśli istniał moment, w którym polskie państwo powinno było zrozumieć, że ochrona ludności cywilnej przestała być teoretycznym zagadnieniem z podręcznika zarządzania kryzysowego, to był właśnie 24 lutego 2022 roku. Można nawet powiedzieć, że powinni zacząć coś robić w październiku 2021.

W ostatnich latach Polska kupowała czołgi, samoloty, wyrzutnie rakiet i amunicję. Rozbudowywano armię, wzmacniano granicę, powstawały kolejne plany obronne. Tymczasem zwykły mieszkaniec Polski nadal może usłyszeć syrenę alarmową, dostać SMS od Rządowego Centrum Bezpieczeństwa z poleceniem znalezienia bezpiecznego miejsca i… zacząć się zastanawiać, gdzie właściwie ma się schować.

17 września 2026 roku RCB wysłało mieszkańcom województw lubelskiego i podkarpackiego komunikat: „Zagrożenie atakiem z powietrza. Znajdź bezpieczne miejsce”. Kilka dni wcześniej mieszkańcy części Lubelszczyzny otrzymali jeszcze bardziej jednoznaczną instrukcję: „Udaj się w bezpieczne miejsce”.

Tylko gdzie?

I właśnie to pytanie obnaża jedno z największych kuriozów polskich przygotowań do możliwego konfliktu. Po rozpoczęciu wojny Państwowa Straż Pożarna zinwentaryzowała obiekty mogące służyć ochronie ludności. Wyniki przedstawione w 2023 roku były porażające. W całym kraju stwierdzono 1903 schrony oraz 8719 ukryć. Reszta z ponad 234 tysięcy zinwentaryzowanych miejsc to przede wszystkim obiekty mogące służyć jako doraźne miejsca schronienia – piwnice, garaże i inne przestrzenie, których nie należy mylić z prawdziwymi schronami.

Nie ma przy tym aktualnego oficjalnego zestawienia pozwalającego uczciwie stwierdzić, że dokładnie 1903 schrony istnieją również we wrześniu 2026 roku. Część dawnych obiektów po dokładniejszej weryfikacji może nie spełniać wymaganych parametrów. Ale właśnie w tym tkwi problem: po ponad czterech latach od rozpoczęcia największej wojny w Europie od II wojny światowej nadal nie możemy wskazać wielkiej sieci nowych schronów wybudowanych w całej Polsce. Możemy za to wskazać ustawy, rozporządzenia, programy, kryteria, nabory, punktacje i procedury.

I tu przestaje być śmiesznie

Bo kiedy polskie państwo naprawdę chce coś wybudować szybko, doskonale wie, jak to zrobić. Gdy Polska przygotowywała Mistrzostwa Europy w piłce nożnej, już w 2007 roku przyjęto specjalną ustawę o przygotowaniu finałowego turnieju UEFA EURO 2012. Ustawa określała specjalne zasady realizacji inwestycji niezbędnych do przeprowadzenia imprezy, w tym dotyczące projektowania, budowy, przebudowy i remontów obiektów. Miała nawet osobny rozdział dotyczący postępowania administracyjnego dla tych przedsięwzięć.

Kiedy państwo uznało za strategiczną budowę Centralnego Portu Komunikacyjnego, również powstała osobna ustawa. Określono w niej specjalny tryb przygotowania i realizacji inwestycji, zasady pozyskiwania nieruchomości, decyzji lokalizacyjnych, a w określonych sytuacjach nawet możliwość niezwłocznego zajęcia nieruchomości z rygorem natychmiastowej wykonalności. Czyli można.

Można powiedzieć: ta inwestycja jest dla państwa tak ważna, że nie będziemy jej przepychać przez dokładnie ten sam biurokratyczny labirynt, przez który przechodzi zwykła inwestycja. Tworzymy szczególne przepisy, skracamy procedury, ustalamy jednoznaczne kompetencje i budujemy.

Skoro można było stworzyć specustawę po to, żeby zdążyć ze stadionami i infrastrukturą na turniej piłkarski, a później osobną ustawę dla wielkiego lotniska i prowadzących do niego inwestycji, to tym bardziej można było stworzyć SPECUSTAWĘ SCHRONOWĄ. I należało zrobić to już w 2022 roku. Jej filozofia powinna być banalnie prosta: budujemy jak najwięcej i jak najszybciej.

Państwo powinno wskazać strategiczne lokalizacje, przygotować katalog powtarzalnych projektów schronów, uprościć procedury budowlane i administracyjne, zapewnić wieloletnie finansowanie, umożliwić błyskawiczną modernizację istniejących obiektów i uruchomić masowy program budowy schronów przy szkołach, szpitalach, blokach, parkingach podziemnych i budynkach publicznych.

Dostaliśmy konkurs piękności między gminami

Nie sytuację, w której jeden samorząd dostanie dodatkowe punkty za to, że jest biedniejszy, drugi za położenie przy granicy, trzeci za większy obiekt, a czwarty ma kombinować, jak do inwestycji dopisać kolejne elementy, żeby zdobyć wymagane punkty. Tylko państwowy program budowy infrastruktury krytycznej.

Tymczasem na Podlasiu samorządy mają właśnie przechodzić przez system kryteriów i punktacji dotyczących obiektów ochrony zbiorowej. Według zasad premiowane mają być m.in. inwestycje już zaawansowane, większe obiekty, określone wyposażenie i lokalizacja w powiatach przygranicznych. Innymi słowy: zamiast rozpocząć wyścig z czasem, organizujemy wyścig po punkty. A przecież nie chodzi o kolejny plac zabaw, ścieżkę rowerową albo projekt rewitalizacji rynku. Chodzi o miejsca, w których ludzie mają przeżyć atak.

Obecny rząd może oczywiście wskazywać na ustawę o ochronie ludności i obronie cywilnej przyjętą pod koniec 2024 roku oraz ogromne pieniądze przeznaczone na program w latach 2025–2026. To blisko 34 miliardy złotych, z których finansowane są jednak nie tylko schrony, lecz cały szeroki system ochrony ludności: sprzęt, łączność, szkolenia, służby, zapasy, alarmowanie i wiele innych zadań.

I bardzo dobrze, że te pieniądze w końcu się pojawiły. Tylko nie zmienia to podstawowego pytania.

Dlaczego dopiero teraz?

Od lutego 2022 roku Polska miała dwa rządy, różnych premierów i zmieniającą się większość parlamentarną. Za stan ochrony ludności po czterech latach wojny nie da się więc uczciwie obciążyć wyłącznie jednej partii. Można natomiast obciążyć polskie państwo jako całość. Bo sygnałów alarmowych nie brakowało. Mateusz Morawiecki mówił przed komisją sejmową, że już pod koniec października 2021 roku otrzymał od Amerykanów informacje o przygotowywanej rosyjskiej agresji. Wojna rozpoczęła się cztery miesiące później.

Dziś kolejny rząd również mówi obywatelom, że zagrożenie jest poważne. Polskie lotnictwo jest podrywane podczas rosyjskich ataków na Ukrainę. RCB wysyła ostrzeżenia. Na Lubelszczyźnie wyją syreny. Władze mówią mieszkańcom, żeby śledzili komunikaty i znajdowali bezpieczne miejsca. Tyle że państwo najpierw powinno takie miejsca przygotować. Bo co właściwie ma zrobić mieszkaniec, gdy telefon zacznie wyć, a na ekranie przeczyta:

„Zagrożenie atakiem z powietrza. Znajdź bezpieczne miejsce”?

Jeżeli obok jego domu nie ma schronu, nie wie, gdzie znajduje się najbliższe ukrycie, a jedyną realną możliwością jest piwnica własnego bloku, to alert nie rozwiązuje najważniejszego problemu. Ostrzeganie ludności jest potrzebne. Syreny są potrzebne. Alerty RCB są potrzebne. Ale syrena nie zatrzymuje odłamków. SMS nie zastępuje stropu.

A aplikacja pokazująca, gdzie kiedyś znajdował się schron, nie zastąpi schronu, którego przez cztery lata nie wybudowano. Polskie państwo potrafiło stworzyć nadzwyczajne przepisy, żeby zdążyć na mistrzostwa Europy w piłce nożnej.  Potrafiło stworzyć nadzwyczajne przepisy dla budowy wielkiego lotniska. Po największym konflikcie zbrojnym w Europie od dziesięcioleci powinno było zrobić dokładnie to samo dla ochrony własnej ludności.

Specustawa. Wieloletni budżet. Gotowe projekty. Uproszczone procedury. Jednoznaczne standardy. I zasada nadrzędna: budujemy jak najwięcej i jak najszybciej. Bo jeśli rządzący sami mówią ludziom, że nadchodzą niebezpieczne miesiące, to po czterech latach od rosyjskiej napaści obywatel ma prawo oczekiwać czegoś więcej niż kolejnego SMS-a z instrukcją: „Znajdź bezpieczne miejsce”. Państwo powinno móc od razu dodać: „Tutaj ono jest”.

Dzień bez samochodu w Białymstoku. BKM nie daje żadnego powodu, by zostawić auto.

Dzień bez samochodu w Białymstoku. BKM nie daje żadnego powodu, by zostawić auto.

Dziś Europejski Dzień Bez Samochodu. Białostocka Komunikacja Miejska zapewnia przejazdy autobusami bezpłatnie. To dobra okazja, by zapytać, czy BKM jest dziś rzeczywiście systemem, który może stanowić wygodną alternatywę dla własnego samochodu.

I tu zaczynają się problemy. Bo Białystok przez ostatnie kilkadziesiąt lat zmienił się ogromnie. Powstały nowe osiedla, inne zostały radykalnie dogęszczone, zabudowa mieszkaniowa przesunęła się daleko poza miejsca, które kiedyś wyznaczały naturalne granice miasta. Tymczasem podstawowy układ białostockich linii autobusowych prawie się nie zmienił.

Trzon siatki połączeń wciąż stanowią linie oznaczone numerami od 1 do 30. Do tego doszła w tym roku linia 50. Oficjalne rozkłady BKM pokazują również osobną grupę linii podmiejskich oznaczanych numerami od 100 wzwyż oraz sześć linii nocnych N1–N6. Sam numer oczywiście o niczym nie przesądza. Problem w tym, że rozwój sieci autobusowej trudno porównywać z tempem, w jakim rozwijało się samo miasto.

Bardzo charakterystyczna jest linia 50. Nie powstała jako element wielkiej przebudowy systemu transportowego przygotowanej przez BKM. Została uruchomiona 2 lutego 2026 roku jako realizacja projektu Budżetu Obywatelskiego. Połączenie prowadzące przez Trasę Niepodległości i łączące między innymi Nowe Miasto, Starosielce, Leśną Dolinę i Bacieczki zostało więc w praktyce wywalczone przez mieszkańców w głosowaniu.

I właśnie ten przypadek doskonale pokazuje szerszy problem. Aleja Niepodległości jest jedną z najważniejszych nowych osi komunikacyjnych zachodniej części Białegostoku. Jeżeli połączenie autobusowe wykorzystujące tę trasę musiało pojawić się poprzez Budżet Obywatelski, można zasadnie pytać, gdzie wcześniej była inicjatywa organizatora transportu.

Kto zarządza komunikacją?

Białostocką komunikacją miejską od dziesięcioleci zarządza w gruncie rzeczy bardzo wąskie grono ludzi. Do 2003 roku organizatorem transportu był Zakład Obsługi Komunikacji Miejskiej kierowany przez Alicję Wróbel. ZOKM został zlikwidowany w 2004 roku, a jego zadania przejął Urząd Miejski. Niedługo później ujawniono poważne nieprawidłowości z okresu funkcjonowania zakładu, a jego była dyrektorka została skazana. Tymczasem już od 2002 roku przy organizacji białostockiej komunikacji pracował Bogusław Prokop. Po likwidacji ZOKM pozostał w strukturach odpowiedzialnych za transport, kierował organizacją przewozów, a od 2007 roku odpowiadał za funkcjonowanie transportu zbiorowego w mieście. W 2010 roku został dyrektorem nowo utworzonego Zarządu Białostockiej Komunikacji Miejskiej i pozostaje nim do dziś. Nie mówimy więc o szesnastu latach. Mówimy o człowieku, który ma wpływ na kształt białostockiej komunikacji od niemal ćwierć wieku, a za jej funkcjonowanie na szczeblu kierowniczym odpowiada od około dziewiętnastu lat.

Nie można przy tym BKM odmówić zmian technologicznych ani unowocześniania taboru. W lipcu miasto informowało choćby o kolejnych 30 autobusach elektrycznych i łącznie 50 pojazdach bezemisyjnych. Warto jednak pamiętać o konstrukcji całego systemu. Przewozy wykonują trzy miejskie spółki: KPKM, KPK i KZK, natomiast ZBKM jest organizatorem komunikacji – odpowiada między innymi za politykę transportową, linie, rozkłady i nadzór nad przewoźnikami. Nowy autobus jest więc bardzo widocznym symbolem zmian, ale nawet najlepszy autobus nie rozwiąże problemu, jeżeli jeździ po siatce połączeń niedostosowanej do współczesnego miasta.

Brak odwagi i ambicji

Białemustokowi brakuje przede wszystkim odważniejszego myślenia o całej sieci. Nie ma miejskich linii ekspresowych, które łączyłyby duże osiedla i najważniejsze punkty miasta z ograniczoną liczbą przystanków. Nie powstał też system komunikacji aglomeracyjnej, który dla mieszkańca Wasilkowa, Choroszczy, Supraśla czy coraz większych miejscowości bezpośrednio otaczających Białystok tworzyłby jeden spójny organizm z transportem miejskim.

Owszem, autobusy BKM wyjeżdżają poza granice miasta. Oficjalnie system obejmuje również gminy Choroszcz, Dobrzyniewo Duże, Grabówka, Juchnowiec Kościelny, Supraśl, Wasilków i Zabłudów. To jednak wciąż przede wszystkim przedłużenie komunikacji autobusowej, a nie pełnoprawny system transportu aglomeracyjnego zbudowany wokół szybkich przesiadek, kolei i wspólnej, czytelnej oferty.

Szczególnie zastanawiający jest brak kolei miejskiej lub aglomeracyjnej wykorzystującej istniejące linie kolejowe. W wielu rozwijających się miastach właśnie kolej staje się kręgosłupem transportu między centrum i przedmieściami. W Białymstoku dyskusje na ten temat wracają od lat, ale dla przeciętnego mieszkańca nadal nie istnieje coś, co można byłoby nazwać białostocką SKM.

W tym samym czasie miasto konsekwentnie rozwija rower miejski BiKeR. W 2026 roku system wrócił z 55 stacjami i 500 rowerami, w tym aż 210 elektrycznymi, a obecna umowa obejmuje sezony do 2029 roku. I bardzo dobrze. Rower miejski jest potrzebny.

Tylko rower powinien być uzupełnieniem dobrej komunikacji zbiorowej, a nie jej substytutem. Nie zawiezie rodziny z dzieckiem zimą z jednego końca miasta na drugi. Nie rozwiąże problemu codziennych dojazdów mieszkańców aglomeracji. Nie zastąpi szybkiego autobusu ani kolei. Można mieć świetny system rowerowy i jednocześnie mieć znacznie bardziej ambitną komunikację autobusową.

Nocą trzeba spać, a nie jeździć

Jeszcze bardziej widać słabość systemu późnym wieczorem i w nocy. Białystok ma sześć linii nocnych – N1, N2, N3, N4, N5 i N6. To lepiej niż nic, szczególnie że przez pewien czas komunikacja nocna była zawieszona. Jednak jak na miasto wojewódzkie Białystok nadal bardzo szybko wieczorem przechodzi w tryb: radź sobie sam. I tutaj właśnie samochód wygrywa z komunikacją zbiorową nie dlatego, że mieszkańcy mają szczególne zamiłowanie do stania w korkach. Wygrywa dlatego, że daje pewność powrotu. Można zostać dłużej u znajomych, wyjść z restauracji, kina, koncertu czy pracy i nie zastanawiać się, czy właśnie odjechał ostatni sensowny autobus.

Tego problemu nie rozwiążą przystanki na żądanie, czyli jedna z największych tegorocznych zmian BKM. Równocześnie wprowadzono tzw. „ciepły guzik” – pasażer sam otwiera drzwi autobusu. To akurat rozwiązanie racjonalne: ogranicza niepotrzebne otwieranie wszystkich drzwi, poprawia komfort termiczny i pozwala zmniejszyć zużycie energii. Znacznie bardziej dyskusyjny jest sposób korzystania z przystanków na żądanie. BKM instruuje, że osoba stojąca na takim przystanku ma „wyraźnie zasygnalizować kierowcy chęć wejścia do pojazdu”. Innymi słowy: pasażer ma dodatkowo pokazać kierowcy, że stojąc na przystanku autobusowym, rzeczywiście czeka na autobus.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że jest to przykład ulepszania szczegółów w systemie, który potrzebuje znacznie poważniejszej dyskusji o swojej konstrukcji. Białystok nie potrzebuje kolejnej wielkiej debaty o tym, czy pasażer powinien machać ręką. Potrzebuje odpowiedzi na pytanie, jak za pięć, dziesięć i dwadzieścia lat ludzie mają poruszać się po całej aglomeracji.

Co z biletami?

Podobnie wygląda kwestia sprzedaży biletów. BKM ma elektroniczną kartę miejską, biletomaty i system Smart Taryfa. Bilety przez telefon można jednak kupować za pośrednictwem zewnętrznych aplikacji mPay, SkyCash i PeoPay. To działa, ale trudno nazwać taki model szczególnie ambitnym cyfrowo jak na rok 2026. Organizator transportu posiadający setki tysięcy potencjalnych klientów nie ma własnej kompletnej aplikacji będącej jednym centrum podróży: z biletem, rzeczywistym położeniem autobusów, planowaniem przejazdu, informacją o utrudnieniach, przesiadkami i obsługą konta pasażera. Podamy przykład Tallina. W stolicy Estonii wsiadamy do autobusu, przykładamy kartę płatniczą do czytnika i… tyle.

Dochodzi cena. Od sierpnia 2026 roku papierowy bilet jednoprzejazdowy w pierwszej strefie kosztuje 5 zł, elektroniczny 4 zł, bilet 30-minutowy również 5 zł, a 60-minutowy 7 zł. Miesięczny bilet imienny kosztuje 130 zł. Przy regularnych dojazdach miesięczny abonament nadal ma oczywisty sens. Znacznie gorzej wygląda konkurencyjność pojedynczego przejazdu dla dwóch czy trzech osób. W takim przypadku różnica między komunikacją zbiorową a okazjonalnym przejazdem samochodem lub usługą przewozową potrafi szybko stopnieć.

Jakiego sukcesu potrzebujemy?

I właśnie tutaj dochodzimy do sedna Dnia Bez Samochodu. Można raz w roku zrobić darmowe autobusy. Można kupować pojazdy elektryczne. Można postawić kolejne stacje BiKeRa, wprowadzić przyciski do drzwi i przystanki na żądanie. Każda z tych rzeczy może mieć sens. Ale prawdziwym sukcesem nie będzie sytuacja, w której mieszkaniec zostawi samochód 22 września, bo autobus jest akurat bezpłatny. Sukcesem będzie dzień, w którym zostawi go 23 września, mimo że za autobus trzeba już zapłacić – ponieważ będzie szybciej, wygodniej i równie pewnie.

I właśnie tego sprawdzianu Białostocka Komunikacja Miejska wciąż nie zdała. Co więcej, nie jest to problem, który pojawił się wczoraj. Dyskusja o sposobie zarządzania białostockim transportem publicznym trwa już ponad dwie dekady. Jeszcze na początku lat 2000. krytykowano działalność ówczesnego Zakładu Obsługi Komunikacji Miejskiej, którym kierowała Alicja Wróbel. ZOKM został później zlikwidowany, jego zadania przejęły struktury Urzędu Miejskiego, a wokół działalności dawnego zakładu ujawniono poważne nieprawidłowości. Była dyrektorka została następnie skazana przez sąd w sprawie dotyczącej m.in. sprzedaży biletów z wysokimi upustami bez przetargu.

W tym samym czasie w systemie pojawił się Bogusław Prokop. Spór o to, czy Białystok ma nowoczesną, ambitną i odpowiadającą rozwojowi miasta komunikację publiczną, nie trwa od kilku lat. Trwa od ponad dwudziestu. Zmieniały się nazwy jednostek, struktury organizacyjne, autobusy, technologie i kolejne programy inwestycyjne. Nie zmieniło się natomiast podstawowe pytanie: czy system rozwija się wystarczająco szybko w stosunku do miasta, które w tym czasie rozrosło się, zagęściło i funkcjonalnie wyszło daleko poza swoje dawne granice.

I być może właśnie to jest najbardziej gorzką puentą tegorocznego Dnia Bez Samochodu. Białystok od ponad dwóch dekad dyskutuje o problemach swojej komunikacji. Tymczasem mieszkaniec wciąż ma zostać przekonany do zostawienia auta głównie jednym argumentem: że akurat dziś autobus jest za darmo.

Co będzie, gdy Truskolaski wreszcie odejdzie z urzędu

Co będzie, gdy Truskolaski wreszcie odejdzie z urzędu

Zegar tyka i nic nie wskazuje na to, by obecnie obowiązująca dwukadencyjność w samorządzie miała zostać wyrzucona do kosza. A to oznacza, że w 2029 roku Tadeusz Truskolaski po ponad 20 latach będzie musiał się pożegnać z urzędem. Wcześniej mamy wybory do Sejmu i Senatu – być może obecny prezydent skusi się razem z synem startować którejś z izb Parlamentu. Wtedy urząd opróżniłby jeszcze szybciej. Ale uczciwie trzeba przypomnieć, że prezydent po wyborach w 2024 roku zapowiedział, że nawet gdyby zmieniły się przepisy, kolejny raz już nie wystartuje.

Tak czy inaczej warto już teraz zadać sobie pytanie – co będzie, gdy Truskolaski wreszcie odejdzie.

Dla części mieszkańców będzie to sytuacja niemal abstrakcyjna, bo całe ich dorosłe życie upłynęło pod rządami jednego człowieka. Truskolaski wygrał pięć kolejnych wyborów, a w tym czasie zmieniali się premierzy, prezydenci Polski, marszałkowie województwa, radni i burmistrzowie okolicznych miejscowości. W białostockim ratuszu pozostawał jednak ten sam prezydent.

Dlatego pytanie o Białystok po Truskolaskim nie powinno sprowadzać się wyłącznie do pytania o nazwisko następcy. Znacznie ciekawsze jest to, co stanie się z tematami, które przez ostatnie kilkanaście lat były przez obecne władze miasta odrzucane, odsuwane albo uznawane za nieopłacalne. Każda wieloletnia prezydentura ma bowiem swoją naturalną konsekwencję: z czasem decyzje przestają być postrzegane jako wybór jednego z kilku możliwych kierunków, a zaczynają funkcjonować niemal jak obowiązująca doktryna. Skoro przez kilkanaście lat czegoś nie robiono, kolejne pokolenie urzędników zaczyna traktować to jako dowód, że robić tego nie należy.

Nie chodzi przy tym o kwestionowanie wszystkiego, co w Białymstoku wydarzyło się od 2006 roku. Bilans dwóch dekad obejmuje ogromne inwestycje drogowe, przebudowę centrum, nowe obiekty publiczne, rozwój infrastruktury i wykorzystanie środków unijnych. Sam urząd miasta podaje, że od 2007 roku Białystok zdobył około 2 miliardów złotych dofinansowania do inwestycji wartych około 3 miliardów złotych.

Po ponad dwudziestu latach warto jednak zadać inne pytanie: czy model rozwoju wypracowany w pierwszych latach po wejściu Polski do Unii Europejskiej nadal odpowiada na problemy miasta, które będzie funkcjonowało w latach trzydziestych XXI wieku? Tym bardziej że najnowsze dane nie dają powodów do samozadowolenia. W opublikowanym w sierpniu 2026 roku rankingu Business Insidera, porównującym 16 miast wojewódzkich pod względem m.in. bezrobocia, wynagrodzeń, cen mieszkań, dostępu do lekarzy, bezpieczeństwa i jakości powietrza, Białystok znalazł się na ostatnim, 16. miejscu. Epoka Truskolaskiego kończy się zatem paradoksem.

Polega on na tym, że początki tej prezydentury przypadały na okres, gdy Białystok potrafił być przedstawiany jako jedno z najlepszych miejsc do życia. Już pierwsze europejskie badania jakości życia w miastach, prowadzone od 2006 roku, pokazywały bardzo wysokie zadowolenie białostoczan, a kilka lat później „Gazeta Prawna” pisała wręcz o Białymstoku jako – według jego mieszkańców – najlepszym mieście do życia. Dwie dekady później stolica Podlasia przez kolejne edycje rankingu Business Insidera regularnie znajdowała się na samym dole zestawienia 16 miast wojewódzkich. Metodologii tych badań nie można bezpośrednio porównywać, ale zestawienie pokazuje coś istotnego: im dłużej Truskolaski rządzi Białymstokiem, tym gorzej dla Białegostoku.

Kolej Miejska niezasadna

Jednym z najlepszych przykładów jest kolej. Przez Białystok przebiegają linie kolejowe, a układ torów przecina miasto w kilku kierunkach. Od lat pojawiają się więc pomysły wykorzystania istniejącej infrastruktury do stworzenia kolei miejskiej lub aglomeracyjnej, która nie byłaby wyłącznie połączeniem Białegostoku z innymi miejscowościami, lecz także elementem codziennego transportu wewnątrz miasta. Problem polega na tym, że przez lata dyskusja bardzo szybko dochodziła do punktu, w którym wskazywano, dlaczego obecna infrastruktura się do tego nie nadaje: za mało przystanków, niewłaściwe położenie torów, problemy z częstotliwością kursowania, konieczność współpracy z koleją i samorządem województwa.

To wszystko są realne argumenty, ale właśnie tutaj ujawnia się charakterystyczny dla białostockiego ratusza sposób myślenia. Skoro infrastruktura kolejowa nie jest dziś dostosowana do pełnienia funkcji kolei miejskiej, to projekt zostaje uznany za niezasadny. Tymczasem można przecież odwrócić pytanie: co należałoby zrobić, aby za pięć czy dziesięć lat była dostosowana? Gdzie potrzebne są nowe przystanki, jak połączyć je z autobusami, które połączenia mają największy potencjał i ile kosztowałby pilotaż? W odpowiedzi na jedną z interpelacji Truskolaski wprost wskazywał, że szybka kolej miejska nie jest zasadna, ponieważ istniejąca infrastruktura nie zapewni oczekiwanych korzyści mieszkańcom. Po zmianie prezydenta będzie można więc po prostu wrócić do tematu i policzyć go od początku, bez założenia, że skoro przez dwie dekady kolei miejskiej nie zbudowano, to nie należy jej budować również przez następne dwie.

Białystok ma pozostać w swoich granicach

Jeszcze bardziej czytelnym przykładem jest kwestia powiększania miasta. Już w 2012 roku większość radnych opowiadała się za rozpoczęciem procedury przyłączenia do Białegostoku terenów położonych po jego zachodniej stronie, między innymi kolonii Porosły, Krupnik, Łysek i Porosłów. Truskolaski nie poparł tego pomysłu, argumentując, że byłoby to zbyt dużym obciążeniem finansowym dla miasta. Podobne stanowisko prezentował również później, wskazując na koszty, jakie Białystok poniósł po wcześniejszym przyłączeniu Dojlid Górnych i Zawad.

Ekonomiczny argument da się zrozumieć: nowe tereny oznaczają konieczność budowy ulic, kanalizacji, oświetlenia, szkół czy komunikacji. Tylko że po kilkunastu latach sytuacja przestrzenna Białegostoku wygląda inaczej. Zabudowa nie zatrzymała się na granicy administracyjnej miasta. Porosły, Kleosin, Zaścianki, Grabówka czy inne miejscowości otaczające Białystok są z nim funkcjonalnie coraz silniej związane. Tysiące ludzi codziennie przekraczają granice gmin, żeby pracować, uczyć się, robić zakupy i korzystać z usług w stolicy województwa. Nowa gmina Grabówka zaczęła działać w 2025 roku, a Truskolaski deklarował, że nie będzie dążył do włączenia jej terenów do Białegostoku.

Po 2029 roku temat może więc wrócić w zupełnie innej formie. Być może przyszłe władze dojdą do tego samego wniosku i uznają, że powiększanie granic się nie opłaca. Ale równie dobrze mogą uznać, że miasta nie można planować wyłącznie według administracyjnej mapy stworzonej kilkadziesiąt lat wcześniej. Można rozważać zarówno rozszerzenie Białegostoku, jak i znacznie silniejszy model aglomeracyjny: wspólny transport, taryfę, planowanie przestrzenne, infrastrukturę i inwestycje obejmujące miasto oraz otaczające je gminy. Co ciekawe, sam Truskolaski jako prezes Unii Metropolii Polskich mówił o potrzebie integracji transportu, planowania przestrzennego i rozwoju gospodarczego w obszarach metropolitalnych. W Białymstoku takie rozwiązania wciąż jednak pozostają daleko od skali znanej z największych polskich aglomeracji.

Trzy spółki autobusowe, bo tak jest od lat

Podobny konserwatyzm instytucjonalny widać w samej Białostockiej Komunikacji Miejskiej. Białystok pozostaje jednym z niewielu dużych miast, w których przewozy autobusowe wykonują trzy komunalne spółki: KPK, KPKM i KZK. O pomyśle ich połączenia mówi się od lat. Zwolennicy wskazują na jeden zarząd, wspólne zaplecze administracyjne, warsztaty i możliwość łatwiejszego zarządzania całym taborem. Truskolaski konsekwentnie bronił jednak modelu trzech przedsiębiorstw, argumentując, że konkurują one między sobą o zlecenia miasta i dzięki temu mogą świadczyć usługi taniej. Takie stanowisko przywoływano między innymi przy kolejnych dyskusjach o kosztach funkcjonowania komunikacji miejskiej.

Czy rzeczywiście trzy miejskie zarządy, trzy administracje i trzy struktury organizacyjne są dla prawie 300-tysięcznego miasta rozwiązaniem najbardziej efektywnym? Być może tak. Tyle że po 2029 roku po raz pierwszy od bardzo dawna będzie można zlecić niezależną analizę i sprawdzić to bez konieczności bronienia modelu, którego przez kilkanaście lat broniły te same władze. Nowy prezydent może dojść do wniosku, że obecnego systemu nie należy ruszać. Może jednak również stwierdzić, że zamiast trzech przewoźników konkurujących o miejskie zlecenia potrzebny jest jeden silny operator przygotowany do integracji autobusów z koleją aglomeracyjną i transportem gmin ościennych.

Historia bezpłatnych przejazdów dla uczniów pokazuje zresztą, że rzeczy uznawane początkowo za trudne lub zbyt kosztowne mogą po pewnym czasie stać się normalnym elementem miejskiej polityki. W 2017 roku pomysł bezpłatnych przejazdów dla uczniów pojawił się jako inicjatywa radnych opozycji i został wpisany do budżetu poprzez poprawkę. Od września 2018 roku bezpłatna komunikacja dla uczniów szkół podstawowych już funkcjonowała, a dziś nikt nie traktuje jej jako rewolucji. To dobry przykład tego, że „nie da się” w samorządzie często oznacza po prostu „nie chcemy tego robić w tej chwili albo w tej formule”.

Lotnisko, którego przez lata nie dało się uruchomić

Jeszcze ciekawszym symbolem białostockiej polityki inwestycyjnej są Krywlany. Tutaj nie można powiedzieć, że Truskolaski był przeciwnikiem lotniska. Przeciwnie, był jednym z jego najważniejszych orędowników. Problem polega jednak na czymś innym: historia Krywlan pokazuje, jak długo w Białymstoku może trwać realizacja projektu, który formalnie cały czas pozostaje priorytetem.

Wybudowano pas startowy, ale regularne połączenia pasażerskie nie ruszyły. Później pojawiły się problemy dotyczące przeszkód lotniczych i Lasu Solnickiego, postępowania administracyjne, sądy, kwestie środowiskowe, terminal oraz pytanie o operatora i finansowanie. W 2024 roku, przed kolejnymi wyborami, Truskolaski deklarował już, że w następnej kadencji lotnisko powinno zostać uruchomione, jednocześnie zastrzegając, że wymaga to współpracy miasta, województwa i innych instytucji. Dwa lata później temat nadal pozostaje otwarty.

Nie chodzi nawet o to, żeby kolejny prezydent wyrzucił dotychczasowy projekt do kosza. Wręcz przeciwnie. Powinien dostać na biurko całe dossier Krywlan i odpowiedzieć mieszkańcom na proste pytanie: co konkretnie trzeba jeszcze zrobić, ile to będzie kosztowało, kto ma za to zapłacić i kiedy z Białegostoku rzeczywiście odleci pierwszy regularny samolot pasażerski? Po dwóch dekadach można będzie zacząć rozliczać takie inwestycje nie z kolejnych zapowiedzi, lecz z efektu.

A gdzie jest miejska kultura z prawdziwego zdarzenia?

Jest jeszcze jedna dziedzina, której na pierwszy rzut oka trudno cokolwiek zarzucić, bo kalendarz wydarzeń w Białymstoku nigdy nie jest pusty. Są festiwale, wystawy, spektakle, koncerty, Dni Miasta i dziesiątki mniejszych przedsięwzięć. Kiedy jednak przyjrzeć się temu, kto właściwie tworzy najważniejsze instytucje artystyczne w Białymstoku, obraz zaczyna wyglądać inaczej. Białystok prowadzi siedem instytucji kultury, ale tylko jedną z nich klasyfikuje jako instytucję artystyczną. Jest nią Białostocki Teatr Lalek. Pozostałe to Białostocki Ośrodek Kultury, Dom Kultury „Śródmieście”, Galerie Arsenał i Sleńdzińskich oraz Muzeum Wojska i Muzeum Pamięci Sybiru.

To zestaw ważnych i potrzebnych instytucji, ale zwraca uwagę czego w nim nie ma. Białystok nie prowadzi dużej sceny muzycznej, filharmonii ani teatru dramatycznego. Opera i Filharmonia Podlaska, będąca największą instytucją muzyczną miasta, jest prowadzona przez Województwo Podlaskie wspólnie z Ministerstwem Kultury. Podlaski Instytut Kultury również jest instytucją wojewódzką. Tym samym znacząca część najbardziej rozpoznawalnej oferty artystycznej dostępnej mieszkańcom stolicy województwa powstaje nie dzięki samorządowi Białegostoku, lecz dzięki instytucjom innych szczebli.

Nie oznacza to, że miasto na kulturę nie wydaje pieniędzy. W 2024 roku na kulturę i ochronę dziedzictwa przeznaczyło ponad 73 mln zł, czyli około 2,5 proc. wszystkich wydatków budżetowych. W 2026 roku przyznano również 50 dotacji na przedsięwzięcia kulturalne o łącznej wartości ponad 2,2 mln zł. Pytanie dotyczy więc raczej tego, jaki efekt po ponad dwóch dekadach przyniósł ten model i czy następne władze miasta powinny go po prostu kontynuować.

Szczególnie dobrze widać to przy koncertach. Białystok potrafi zorganizować duży bezpłatny koncert plenerowy podczas Dni Miasta — w 2026 roku wystąpili między innymi Alicja Majewska, Ania Rusowicz, Aga Zaryan, Mietek Szcześniak i Wojtek Cugowski. Jednocześnie przez znaczną część roku ciekawsza oferta koncertowa wymagająca regularnego śledzenia repertuaru skupia się w miejscach takich jak Opera i Filharmonia Podlaska czy prywatna Zmiana Klimatu. Ta ostatnia tylko we wrześniu i na początku października 2026 roku miała w kalendarzu koncerty, wydarzenia literackie, jazz i kilka innych formatów muzycznych.

Można oczywiście odpowiedzieć, że urząd miasta nie musi prowadzić klubu muzycznego ani organizować co tydzień koncertu. I będzie to prawda. Tylko po ponad dwudziestu latach można również zapytać, czy niemal 300-tysięczny Białystok nie powinien mieć silniejszej własnej infrastruktury dla muzyki i dużych wydarzeń artystycznych, zamiast opierać znaczną część najbardziej atrakcyjnej oferty na Operze należącej do województwa, prywatnych klubach oraz kilku dużych imprezach plenerowych w roku.

To również będzie pytanie dla następcy Truskolaskiego. Nie o to, czy zorganizować jeszcze jeden koncert na Rynku Kościuszki, lecz czy miasto chce samo stać się poważnym organizatorem życia artystycznego, czy nadal przede wszystkim finansować istniejące instytucje i liczyć, że najbardziej interesującą ofertę zapewnią województwo, organizacje społeczne oraz prywatni przedsiębiorcy.

Po 2 dekadach można zapytać jeszcze raz

I właśnie na tym może polegać najważniejsza zmiana po 2027 lub 2029 roku. Nie na tym, że następca Tadeusza Truskolaskiego będzie musiał zrobić wszystko odwrotnie. Część obecnych rozwiązań może okazać się najlepsza również po ponownym przeliczeniu. Kolej miejska może być tak kosztowna, że nie będzie się opłacać nawet w modelu dofinansowania. Ewentualna oferta mieszkańcom, by wstąpili do Białegostoku może nie przynosić miastu korzyści nawet po wielu latach. Trzy spółki autobusowe mogą rzeczywiście okazać się efektywniejsze niż jedna. Krywlany mogą nadal napotykać problemy i kolejne lata funkcjonować tak jak teraz. W kulturze ktoś może dojść do wniosku, że obecny podział między miasto, województwo i sektor prywatny działa wystarczająco dobrze.

Różnica będzie polegała na czymś innym. Po raz pierwszy od 2006 roku do gabinetu prezydenta wejdzie ktoś, kto nie będzie autorem decyzji podejmowanych przez ponad 20 lat. Nie będzie musiał bronić własnej odpowiedzi sprzed dekady ani tłumaczyć, dlaczego kiedyś uznał jakiś projekt za niezasadny. Będzie mógł wziąć do ręki te same dokumenty, liczby i mapy i dojść do zupełnie innych wniosków.

Po ponad dwóch dekadach Białystok nie potrzebuje więc burzenia wszystkiego, co powstało za Truskolaskiego. Potrzebuje natomiast sprawdzenia, czy odpowiedzi udzielone przez jego administrację wiele lat temu nadal są właściwymi odpowiedziami dla miasta w latach trzydziestych XXI wieku. Bo największym problemem tak długiego sprawowania władzy nie musi być nawet to, że podejmuje się złe decyzje. Problem zaczyna się wtedy, kiedy przestaje się zadawać pytania, ponieważ odpowiedzi na nie zostały udzielone pięć, dziesięć albo piętnaście lat wcześniej, a skutkiem jest zajmowanie ostatnich miejsc w rankingach i ucieczka mieszkańców poza granice Białegostoku.

Podlaskie pilnie potrzebuje rozbudowy płotu na granicy!

Podlaskie pilnie potrzebuje rozbudowy płotu na granicy!

Na polsko-białoruskiej granicy trwa wyścig technologiczny, którego jeszcze kilka lat temu niemal nikt nie brał pod uwagę. Wielometrowy płot, kamery termowizyjne i patrole skutecznie utrudniają przekraczanie granicy na ziemi, ale coraz większym problemem staje się to, co przelatuje nad zaporą. Drony oraz balony meteorologiczne wykorzystywane do przemytu papierosów pokazują, że fizyczna bariera jest tylko jednym z elementów ochrony granicy. Kolejnym musi być możliwie szczelny system obserwacji przestrzeni powietrznej.

Skala procederu przestała być marginalna. Tylko pod koniec sierpnia Podlaski Oddział Straży Granicznej informował o zatrzymaniu dziewięciu osób zaangażowanych w przemyt papierosów z Białorusi przy pomocy balonów meteorologicznych. Ujawniono wtedy ponad 3900 kartonów papierosów o wartości przekraczającej 621 tys. zł. Od początku 2026 roku do końca sierpnia podlascy pogranicznicy zatrzymali już 40 osób związanych z tego rodzaju przemytem.

Kilka tygodni wcześniej skala wyglądała równie niepokojąco. W lipcu funkcjonariusze ujawnili w ciągu zaledwie kilku dni 1760 kartonów papierosów przemyconych balonami o wartości blisko 420 tys. zł. Jeden z takich ładunków przechwycono dopiero w gminie Suraż, kilkadziesiąt kilometrów od granicy. W marcu Straż Graniczna informowała natomiast, że od początku roku wartość kontrabandy przemyconej z Białorusi przy pomocy balonów przekroczyła już 3,3 mln zł. Przy szczątkach balonów znajdowano również nadajniki GPS służące odbiorcom do lokalizowania przesyłek.

Jeszcze bardziej wymowny jest przypadek grupy działającej od maja 2025 do kwietnia 2026 roku. Według Krajowej Administracji Skarbowej i Straży Granicznej wykorzystała ona do przemytu aż 160 balonów meteorologicznych. Balony z kontrabandą lądowały na terenie województw podlaskiego, lubelskiego i mazowieckiego. Nie mówimy więc już o pojedynczym eksperymencie przemytników, lecz o metodzie, która została sprawdzona, powtarzana i rozwinięta na dużą skalę.

Do tego dochodzą drony. Prokuratura Okręgowa w Białymstoku poinformowała w lipcu o skierowaniu do sądu aktu oskarżenia dotyczącego przemytu przy pomocy bezzałogowego statku powietrznego aż 4600 paczek białoruskich papierosów o wartości ponad 94 tys. zł. Dron ma przy tym nad balonem ogromną przewagę: można sterować jego trasą, wybierać wysokość lotu i stosunkowo precyzyjnie wskazać miejsce dostarczenia ładunku.

Problem nie polega jednak wyłącznie na tym, że państwo traci pieniądze z akcyzy.

Granica z Białorusią jest jednocześnie zewnętrzną granicą NATO i Unii Europejskiej. Po drugiej stronie znajduje się państwo będące najbliższym wojskowym sojusznikiem Rosji. Dlatego każdy skuteczny przelot niezidentyfikowanego obiektu powinien być traktowany również jako informacja o skuteczności naszego systemu ochrony.

Jeżeli balon może wystartować po białoruskiej stronie, przelecieć kilkadziesiąt kilometrów nad Polską i dostarczyć paczki papierosów, to pozostaje pytanie: w którym miejscu został wykryty? Czy został wykryty natychmiast po przekroczeniu granicy, czy dopiero wtedy, gdy kontrabandę znaleziono na ziemi? Jeżeli dron może przekroczyć granicę, dostarczyć kilka tysięcy paczek papierosów i wrócić albo wylądować po polskiej stronie, to dokładnie te same pytania są jeszcze ważniejsze.

Z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa należy zakładać, że informacje o tym, jakie obiekty potrafią przekroczyć granicę, którędy lecą, na jakiej wysokości i gdzie system ma problemy z ich wykrywaniem, mogą mieć wartość znacznie większą niż paczka przemyconych papierosów. Każdy udany przemyt jest bowiem w praktyce testem systemu.

Dzisiaj pod balonem znajduje się kontrabanda. Technicznie nic nie stoi na przeszkodzie, aby podobny nośnik transportował niewielki aparat fotograficzny, czujnik, urządzenie łączności albo inny ładunek. Dron daje jeszcze większe możliwości. Dlatego problemu nie można traktować wyłącznie jako kolejnej odsłony wieloletniej walki celników z przemytnikami papierosów.

Państwo zaczęło już reagować. W marcu 2026 roku w Podlaskiem uruchomiono pierwszy moduł systemu antydronowego zintegrowanego z istniejącą zaporą graniczną. Według MSWiA inwestycja kosztowała ponad 60 mln zł. System wykorzystuje radary do wykrywania obiektów oraz skanery radiowe umożliwiające ich identyfikowanie, a w określonych sytuacjach również przechwytywanie lub neutralizację. Ministerstwo zapowiedziało budowę kolejnych modułów i docelowe objęcie podobną ochroną całej wschodniej granicy Polski.

To bardzo ważny krok. Jednocześnie wydarzenia ostatnich miesięcy pokazują, że rozbudowy tego systemu nie można traktować jako projektu na odległą przyszłość.

Na ochronę granicy wydaliśmy 3 miliardy zł

MSWiA samo informuje, że na ochronę granicy wydano już blisko 3 mld zł, wzmacniając zaporę fizyczną, budując drugą linię zabezpieczeń, wieże obserwacyjne oraz elektroniczne systemy ochrony. Dzisiaj naturalnym kolejnym etapem powinno być możliwie szybkie zagęszczenie sieci radarów, czujników i innych urządzeń pozwalających obserwować nisko lecące obiekty na całej długości szczególnie zagrożonych odcinków granicy.

Nie wystarczy wiedzieć, że gdzieś w lesie pod Sokółką, Krynkami czy Surażem spadł balon z papierosami. System powinien wiedzieć, kiedy ten balon przekroczył granicę, skąd nadleciał, w jakim kierunku się porusza i gdzie prawdopodobnie wyląduje. W przypadku drona reakcja powinna być jeszcze szybsza.

Bariera na granicy spełniła swoją podstawową funkcję. Straż Graniczna informowała we wrześniu, że w 2026 roku na podlaskim odcinku odnotowano ponad 410 prób nielegalnego przekroczenia granicy i wszystkie zostały udaremnione. Ochrona lądowa stała się więc znacznie skuteczniejsza. Teraz podobną szczelność trzeba osiągnąć kilka, kilkadziesiąt i kilkaset metrów nad ziemią.

Bo z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa najważniejsze pytanie nie brzmi już: ile kosztowały papierosy podwieszone pod balonem? Najważniejsze pytanie brzmi: skąd wiedzieli, że właśnie tędy można przelecieć?

Przypominamy: Rosja napadła na Polskę, wymordowała polskich żołnierzy, wywiozła Polaków na Sybir, zamordowała elitę w Katyniu.

Przypominamy: Rosja napadła na Polskę, wymordowała polskich żołnierzy, wywiozła Polaków na Sybir, zamordowała elitę w Katyniu.

17 września powinien być w Polsce dniem szczególnym nie tylko dlatego, że przypomina o tragedii sprzed 87 lat. Powinien być przede wszystkim dniem trzeźwego patrzenia na Rosję. 17 września 1939 roku Związek Sowiecki zaatakował Polskę walczącą już z hitlerowskimi Niemcami, realizując ustalenia zawarte wcześniej przez oba totalitarne państwa. Do sowieckiej niewoli trafiły setki tysięcy polskich żołnierzy, a na zajętych terenach rozpoczęły się aresztowania, terror, sowietyzacja i deportacje. W czterech wielkich falach z lat 1940–1941 wywożono obywateli polskich w głąb ZSRR, a według ostrożnych szacunków IPN różnymi formami sowieckich represji zostało objętych około pół miliona obywateli II Rzeczypospolitej.

Symbolem tej polityki pozostaje Katyń. 5 marca 1940 roku sowieckie kierownictwo z Józefem Stalinem na czele podjęło decyzję, na podstawie której zamordowano tysiące polskich oficerów, policjantów, urzędników i przedstawicieli inteligencji więzionych przez NKWD. Było to uderzenie nie tylko w konkretnych ludzi, ale także w państwo polskie i jego elity. Równolegle deportacje miały usuwać z zajętych ziem ludzi najbardziej związanych z polską państwowością i ułatwiać pełną sowietyzację terenów zabranych Rzeczypospolitej.

Od tamtych wydarzeń minęły dziesięciolecia. Związek Radziecki przestał istnieć, z Kremla zniknęła czerwona flaga, rozwiązano Układ Warszawski, a państwa Europy Środkowej i Wschodniej odzyskały możliwość samodzielnego wybierania swojej drogi. Można było mieć nadzieję, że również Rosja zaakceptuje tę zmianę i stanie się po prostu jednym z europejskich państw: ogromnym, wpływowym i dysponującym bronią jądrową, ale uznającym, że Litwini, Łotysze, Estończycy, Ukraińcy czy Polacy sami decydują, z kim zawierają sojusze i w jakim systemie bezpieczeństwa chcą funkcjonować. Przez pewien czas Zachód właśnie na takim założeniu budował stosunki z Moskwą. Jeszcze Akt Stanowiący NATO–Rosja z 1997 roku odwoływał się do poszanowania suwerenności państw, ich niepodległości i prawa do samodzielnego wyboru środków zapewniających bezpieczeństwo.

Pierwsze sygnały, że Rosja nie zamierza pogodzić się z utratą imperialnej pozycji, pojawiły się zresztą dużo wcześniej. W latach 90. i na początku XXI wieku przyszły dwie krwawe wojny w Czeczenii, w których Moskwa pokazała, że na obszarze uznawanym przez siebie za własną strefę kontroli jest gotowa używać brutalnej siły, by nie dopuścić do utraty wpływów. Potem, w 2008 roku, była wojna z Gruzją. Rosyjskie wojska wkroczyły głęboko na jej terytorium, a Moskwa następnie uznała niepodległość Abchazji i Osetii Południowej, mimo że społeczność międzynarodowa nadal uznaje je za część Gruzji. NATO już wtedy alarmowało, że rosyjskie działania podważają suwerenność i integralność terytorialną tego państwa.

Jeszcze wyraźniejszy sygnał przyszedł w 2014 roku. Rosja zajęła i nielegalnie anektowała Krym, a następnie wsparła zbrojnie separatystów w Donbasie, którzy przejęli część obwodów donieckiego i ługańskiego. To właśnie wtedy wojna rosyjsko-ukraińska rozpoczęła się naprawdę — osiem lat przed pełnoskalową inwazją z lutego 2022 roku. Kreml po raz kolejny pokazał, że granice uznaje tak długo, jak długo odpowiadają jego interesom, a gdy przestają odpowiadać, jest gotów zmieniać je siłą.

Historia następnych lat pokazała jednak, że rosyjska polityka coraz wyraźniej wracała do znacznie starszej koncepcji: Europy podzielonej na strefy wpływów, w której wielkie mocarstwo ma prawo mówić mniejszym sąsiadom, co wolno im robić. To właśnie w taki sposób ówczesny sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg opisywał rosyjskie podejście jeszcze w grudniu 2021 roku, wskazując, że Moskwa traktowała członkostwo Polski i państw bałtyckich w NATO jako problem i chciała powrotu do świata, w którym wielkie państwa decydują o wyborach swoich mniejszych sąsiadów.

Kilka tygodni później przekonaliśmy się, do czego takie myślenie prowadzi w praktyce. Ukraina została zaatakowana na pełną skalę, bo zdecydowała się budować własne państwo poza rosyjską kontrolą. W tym samym czasie Rosja jasno pokazała, że jej ambicje nie kończą się na Ukrainie. W przedstawionych Zachodowi w grudniu 2021 roku propozycjach „gwarancji bezpieczeństwa” Moskwa domagała się nie tylko zamknięcia NATO na nowych członków. Żądała również wycofania wojsk i infrastruktury Sojuszu z państw przyjętych po 1997 roku. Polska weszła do NATO w 1999 roku, Litwa, Łotwa i Estonia w 2004. Gdyby przyjąć rosyjską wizję, państwa naszej części Europy pozostałyby wprawdzie formalnie członkami Sojuszu, ale ich bezpieczeństwo zostałoby radykalnie osłabione. Sam Stoltenberg mówił wprost, że prowadziłoby to w praktyce do stworzenia członków NATO pierwszej i drugiej kategorii.

Nie trzeba więc fantazjować o tajnym planie Kremla, w którym ktoś rozpisał na mapie ponowne wcielenie Litwy, Łotwy i Estonii do Federacji Rosyjskiej oraz utworzenie w Warszawie nowego PRL. Takiego dokumentu nie znamy i nie ma potrzeby go wymyślać. Wystarczy patrzeć na to, co Rosja rzeczywiście robi i czego rzeczywiście żąda. Wobec Ukrainy zastosowała siłę wojskową, aby podporządkować sobie państwo, które próbowało wyrwać się z rosyjskiej strefy wpływów. Wobec NATO zażądała ograniczenia wojskowej obecności Sojuszu w państwach Europy Środkowo-Wschodniej. W tej wizji Polska może istnieć, Litwa może istnieć, Łotwa i Estonia mogą istnieć — byle ich najważniejsze decyzje dotyczące bezpieczeństwa nie były sprzeczne z interesem Moskwy. Dla Polaków jest to model aż nazbyt dobrze znany. PRL również posiadała własną flagę, rząd, parlament i granice. Tyle że każdy wiedział, gdzie ostatecznie przebiegała granica jej politycznej samodzielności.

I właśnie 17 września szczególnie trudno zrozumieć, że w Polsce wciąż można spotkać ludzi, którzy w sporze Rosji z Ukrainą kibicują Moskwie albo powtarzają jej podstawowe usprawiedliwienia. Nie chodzi tu o boty, anonimowe konta ani zawodowych internetowych prowokatorów. Znacznie bardziej niepokojący jest człowiek siedzący przy stole, przy grillu albo w pracy i przekonujący z pełnym przekonaniem, że „Putin miał rację”, „Rosja musiała się bronić”, „Ukraina sama jest sobie winna” albo że najlepiej byłoby, gdyby Rosjanie szybko zakończyli sprawę po swojemu. To zjawisko istnieje poza internetem i nie można udawać, że każda prorosyjska wypowiedź w Polsce została napisana przez farmę botów gdzieś pod Petersburgiem.

Trzeba przy tym bardzo wyraźnie oddzielić dwie rzeczy, bo inaczej sami ułatwiamy życie rosyjskiej propagandzie. Krytyka Ukrainy nie jest poparciem dla Rosji. Można domagać się prawdy o Wołyniu, ekshumacji ofiar, twardej polityki gospodarczej, ochrony polskiego rolnictwa, ograniczenia części świadczeń dla obywateli Ukrainy albo innego rozłożenia kosztów pomocy i nadal jednoznacznie uważać rosyjską agresję za zagrożenie dla Polski. Co więcej, nastroje społeczne rzeczywiście bardzo mocno się zmieniły: w lipcu 2026 roku CBOS po raz pierwszy od rozpoczęcia swoich pomiarów odnotował przewagę przeciwników dalszego przyjmowania uchodźców z Ukrainy — 52 proc. wobec 42 proc. zwolenników. To jednak nie jest sondaż poparcia dla Putina i nie wolno tych dwóch rzeczy utożsamiać.

Granica przebiega gdzie indziej. Czym innym jest powiedzieć: „Polska powinna przede wszystkim dbać o własny interes”, a czym innym cieszyć się z rosyjskich sukcesów wojskowych. Czym innym jest krytykować Zełenskiego, a czym innym usprawiedliwiać państwo, które przekroczyło granicę sąsiada z wojskiem. Czym innym jest spierać się o skalę pomocy dla Ukrainy, a czym innym powtarzać rosyjską tezę, że państwa pomiędzy Niemcami a Rosją powinny uwzględniać szczególne prawo Moskwy do decydowania o ich bezpieczeństwie. Można mieć najgorsze zdanie o ukraińskich władzach i jednocześnie rozumieć banalnie prostą zasadę polskiej geopolityki: lepiej mieć za wschodnią granicą niepodległą Ukrainę niż rosyjskie wojsko.

Rosyjska propaganda jest zresztą starsza niż internet i zadziwiająco mało oryginalna. 17 września 1939 roku Moskwa nie powiedziała Polakom: „napadamy was, bo chcemy zabrać wam ziemię”. Sowiecka nota przekonywała, że państwo polskie właściwie przestało istnieć, a Armia Czerwona przekracza granicę, żeby objąć opieką ludność i „uwolnić naród polski” od wojny. Propaganda miała agresję przedstawić jako moralną konieczność i działanie obronne. Dzisiaj słownictwo jest inne, media są inne, przywódcy noszą inne mundury i garnitury, ale mechanizm brzmi znajomo: Rosja nie napada, Rosja „reaguje”; Rosja nie odbiera innym prawa wyboru, tylko „broni swojego bezpieczeństwa”; Rosja nie buduje imperium, tylko „chroni własną strefę interesów”.

I właśnie dlatego 17 września nie powinien być kolejną rocznicą sprowadzoną do złożenia kwiatów, kilku przemówień i czarno-białych zdjęć na Facebooku. Sens pamięci historycznej nie polega przecież na tym, żeby doskonale wiedzieć, co zrobił Stalin w 1939 roku, a jednocześnie nie rozpoznawać podobnego sposobu myślenia wtedy, kiedy pojawia się we współczesnej polityce. Związek Radziecki nie istnieje, ale rosyjska tęsknota za strefą wpływów, w której mniejsze państwa mają ograniczoną suwerenność, bynajmniej nie zniknęła razem z nim.

Dlatego można w Polsce kłócić się o Ukrainę. Można krytykować jej rząd, jej politykę historyczną, sposób wydawania polskich pieniędzy, politykę migracyjną czy gospodarczą. Można nawet uważać, że Polska zrobiła dla Ukrainy znacznie więcej, niż powinna. Ale ktoś, kto świadomie życzy zwycięstwa Rosji, usprawiedliwia jej agresję i popiera rosyjskie żądanie przywrócenia Moskwie prawa do decydowania o bezpieczeństwie państw naszej części Europy, nie broni w ten sposób polskiego interesu. Działa dokładnie przeciwko niemu.

Bo Polska już przeżyła świat, w którym Moskwa decydowała, jakie sojusze wolno nam zawierać, gdzie mogą stać obce wojska i jak daleko sięga nasza polityczna samodzielność. Nasi dziadkowie i pradziadkowie zapłacili za ten świat więzieniami, Sybirem, Katyniem, dziesięcioleciami podporządkowania i utratą pełnej suwerenności. Dlatego człowiek świadomie pomagający rosyjskiemu imperializmowi odzyskiwać wpływy w naszej części Europy może nazywać siebie patriotą, realistą albo przeciwnikiem Ukrainy. Nazwa niczego tu nie zmienia.

Wspieranie rosyjskiej agresji i rosyjskiego prawa do podporządkowywania sąsiadów jest działaniem przeciw bezpieczeństwu i niepodległości Polski. 17 września powinniśmy pamiętać przede wszystkim właśnie o tym.

Lawina komentarzy przeciwko policji. Komunistyczna mentalność nadal tkwi w ludziach.

Lawina komentarzy przeciwko policji. Komunistyczna mentalność nadal tkwi w ludziach.

Wystarczy, że policja opublikuje informację o kierowcy, który znacznie przekroczył prędkość, albo o człowieku zatrzymanym z narkotykami, żeby pod tekstem niemal natychmiast pojawił się ten sam zestaw komentarzy. „Nie mają się czym zajmować?”, „Niech łapią prawdziwych przestępców”, „Najłatwiej gnębić zwykłych ludzi”. Można odnieść wrażenie, że część społeczeństwa uważa policję za jedną wielką brygadę, która każdego ranka musi zdecydować, czy ścigać morderców, czy kontrolować prędkość. Jeśli funkcjonariusz stoi z radarem, to najwyraźniej gdzieś obok bezkarnie działa mafia, bo przecież policjant nie może jednocześnie robić dwóch rzeczy. Tak jak w starym żarcie o milicjantach – jeden pisał, drugi czytał.

Ten sposób myślenia jest absurdalny już na poziomie organizacyjnym, ale ciekawsze jest coś innego. Policja nie stanowi prawa. Policjant nie wymyśla ograniczenia prędkości, nie tworzy kodeksu karnego i nie decyduje samodzielnie, które substancje są legalne, a które nie. Policja ma prawo egzekwować. Jeśli ktoś uważa, że ograniczenie do 50 km/h w konkretnym miejscu jest bezsensowne, może domagać się jego zmiany. Jeśli uważa, że przepisy dotyczące narkotyków są zbyt surowe, może popierać ich liberalizację. Od tego są wybory, parlament, debata publiczna, samorządy i inicjatywy obywatelskie. Nie od tego jest jednak policjant zatrzymujący kierowcę czy przeszukujący człowieka podejrzanego o popełnienie przestępstwa.

W Polsce problem jest jednak głębszy. Bardzo mocno zakorzenił się u nas pogląd, że prawo nie służy temu, żeby go przestrzegać, lecz temu, żeby znaleźć sposób na jego obejście. Ograniczenie prędkości nie oznacza więc dla części ludzi „tu wolno jechać 70”, ale „ciekawe, czy tutaj stoją”. Zakaz nie oznacza „nie wolno”, tylko „jakie jest prawdopodobieństwo, że mnie złapią”. Procedura urzędowa nie prowadzi do pytania „co mam zrobić”, lecz „czy nie znasz tam kogoś”. Spryt często nie polega na tym, żeby dobrze funkcjonować w ramach systemu, tylko żeby go przechytrzyć.

I właśnie tutaj pojawia się coś, co można nazwać dziedzictwem PRL. W państwie komunistycznym system nie był traktowany jak wspólne dobro obywateli. Państwo było „ich”. Milicja była „ich”. Urząd był „ich”. Zakład pracy też był „ich”. Jeśli udało się coś wynieść z fabryki, coś załatwić po znajomości, coś zdobyć spod lady albo obejść przepisy, często nie było to postrzegane jako coś nagannego. Przeciwnie, potrafiło uchodzić za dowód zaradności. Państwo oszukiwało obywatela, więc obywatel oszukiwał państwo. W tamtej rzeczywistości była w tym nawet pewna logika.

Problem polega na tym, że PRL upadł prawie 40 lat temu, a sposób myślenia przetrwał. Polska od ponad dwóch dekad jest w Unii Europejskiej, gospodarczo należy do Zachodu, korzysta z zachodnich rynków, technologii, pieniędzy, infrastruktury i swobody podróżowania. Polacy bogacą się w świecie zachodnim i urządzili się w nim znacznie lepiej, niż mogli sobie wyobrazić nasi rodzice czy dziadkowie w latach osiemdziesiątych. Mimo to w codziennych zachowaniach wciąż bardzo łatwo odnaleźć człowieka, który mentalnie nadal mieszka w PRL. Państwo wciąż jest dla niego przeciwnikiem, policjant wrogiem, przepis przeszkodą, a przestrzegający zasad obywatel frajerem.

Co gorsza, ta mentalność nie skończyła się wraz z pokoleniem, które żyło w komunizmie. Została przekazana dzieciom. Dziecko słyszy w samochodzie, że „pały stoją z suszarką”. Widzi, jak rodzic zwalnia wyłącznie przed radiowozem, a kilkaset metrów dalej ponownie przyspiesza. Słyszy, że „głupi przepis trzeba umieć obejść”, że „wszyscy kombinują”, że „tylko idiota wszystko robi zgodnie z prawem”. W ten sposób człowiek urodzony wiele lat po upadku PRL może mieć wobec państwa dokładnie taki sam odruch jak jego dziadek w czasach Gomułki czy ojciec za Gierka. Zmieniła się epoka, ale wzorzec wychowania pozostał.

Świetnie widać to na drogach. Sam fakt istnienia aplikacji ostrzegających kierowców o kontrolach prędkości jest zresztą fascynujący. W praktyce mamy narzędzie, które może służyć poprawie bezpieczeństwa, ostrzegać przed wypadkami, robotami drogowymi czy niebezpiecznym odcinkiem, ale bardzo często jest używane przede wszystkim do jednego: sprawdzania, gdzie można bezkarnie złamać przepisy. Kierowca zwalnia przed kontrolą, mija radiowóz, po czym wraca do poprzedniej prędkości. Nie dlatego, że zrozumiał sens ograniczenia, tylko dlatego, że chwilowo wzrosło ryzyko kary. Wystarczy wspomnieć filmiki idiotów na Tik-Toku, którzy publikują swoją jazdę ponad 200 km/h z tego typu aplikacją w ręku. To już kolejne pokolenie.

To jest właśnie zasadnicza różnica między społeczeństwem obywatelskim a społeczeństwem kombinującym. W pierwszym człowiek przestrzega większości zasad także wtedy, kiedy nikt go nie pilnuje. W drugim przestrzega ich głównie wtedy, kiedy boi się konsekwencji. Oczywiście nie oznacza to, że każde prawo jest dobre. Przepisy mogą być głupie, źle napisane, przesadnie restrykcyjne albo zwyczajnie nieaktualne. Cywilizowany sposób reagowania polega jednak na tym, żeby próbować je zmienić, a nie budować całą kulturę społeczną wokół pytania, jak skutecznie je obejść.

Podobnie wygląda sprawa narkotyków. Można dyskutować, czy człowiek posiadający niewielką ilość substancji na własny użytek powinien być traktowany jak przestępca. To jest poważny temat prawny i społeczny. Czym innym jest jednak prywatne zażywanie narkotyków w domu, a czym innym handel nimi, prowadzenie pojazdu pod wpływem, popełnianie innych przestępstw pod wpływem albo posiadanie narkotyków ujawnione przy okazji zatrzymania za zupełnie inne czyny.

Zwłaszcza handel narkotykami trudno przedstawiać jako niewinną „sprawę prywatną”. Ktoś na tym zarabia, ktoś buduje sieć dystrybucji, ktoś trafia do coraz młodszych ludzi, ktoś finansuje z tego kolejną działalność przestępczą. Za handlem często idą długi, przemoc, kradzieże, wymuszenia i całe środowiska żyjące z cudzych uzależnień. Dlatego kiedy policja zatrzymuje dilera, a pod informacją pojawia się komentarz „nie mają się czym zajmować”, trudno nie odnieść wrażenia, że komuś kompletnie odwróciła się hierarchia wartości.

Tu właśnie wyjątkowo dobrze pasuje pojęcie „homo sovieticus”. Nie dlatego, że każdy kierowca przekraczający prędkość jest oczywiście jakimś reliktem komunizmu, lecz dlatego, że w opisywanych zachowaniach można odnaleźć zaskakująco wiele cech przypisywanych temu typowi mentalności. Homo sovieticus ucieka od osobistej odpowiedzialności: jeśli przekroczył prędkość, winny jest policjant, który „poluje”, znak ustawiony przez „idiotę” albo państwo, które chce zarobić na mandatach — właściwie każdy, tylko nie człowiek, który nacisnął pedał gazu.

Jest oportunistą, więc nie pyta, jaka zasada obowiązuje, lecz czy w danym momencie opłaca się jej przestrzegać. Gdy widzi patrol, zwalnia; gdy aplikacja pokazuje, że patrolu nie ma, zasada nagle przestaje mieć znaczenie. Oczekuje również, że „ktoś coś załatwi”: najlepiej, żeby państwo zapewniło bezpieczne drogi, policja łapała „prawdziwych przestępców”, sądy działały sprawnie i wszędzie panował porządek, ale jednocześnie jego samego przepisy mają możliwie mało ograniczać.

Widać tu również charakterystyczny brak szacunku do tego, co wspólne. Droga publiczna nie jest postrzegana jako przestrzeń, w której wszyscy przyjmujemy pewne ograniczenia dla bezpieczeństwa innych, lecz niemal jak teren, na którym każdy próbuje ugrać dla siebie jak najwięcej. Podobnie było kiedyś ze wspólną własnością: skoro coś należało do państwa, czyli w potocznym rozumieniu „do nikogo”, można było z zakładu wynieść worek cementu czy kilka desek i jeszcze opowiadać o tym z dumą. Dzisiaj przedmiot się zmienił, ale mechanizm bywa ten sam — wspólna reguła jest czymś zewnętrznym, co należy obejść, jeśli tylko nadarzy się okazja.

Do tego dochodzi jedna z najbardziej charakterystycznych sprzeczności homo sovieticusa: agresja wobec słabszych i uniżoność wobec silniejszych. Łatwo wylać wiadro pomyj na zwykłego policjanta drogówki, urzędnika czy strażnika miejskiego, ale równocześnie fascynować się politycznym „silnym człowiekiem”, który zrobi porządek, zakaże, nakaże i wszystkich ustawi. Człowiek deklaruje umiłowanie wolności, lecz niekoniecznie chce ponosić odpowiedzialność, która z wolnością się wiąże.

Chce wolności od mandatu, od podatku, od ograniczenia prędkości i od niewygodnego przepisu, ale jednocześnie oczekuje sprawnego państwa, dobrych dróg, bezpieczeństwa i ochrony przed innymi ludźmi, którzy także chcieliby traktować przepisy jako niezobowiązującą sugestię. I być może właśnie dlatego ta mentalność tak dobrze przeżyła Związek Radziecki i PRL: nie potrzebuje już komitetu partyjnego ani propagandowej gazety. W XXI wieku wystarczą jej media społecznościowe, grupa ostrzegająca przed kontrolami i przekonanie, że skoro udało się po raz kolejny przechytrzyć system, to znaczy, że człowiek okazał się od niego sprytniejszy.

Jeszcze bardziej niepokojące jest to, że podobne emocje zaczynają być politycznie zagospodarowywane. W Polsce rośnie popularność środowisk, które flirtują z antyzachodnimi narracjami, relatywizują rosyjską agresję albo przedstawiają Zachód jako głównego winowajcę niemal wszystkich naszych problemów. Oczywiście nie można powiedzieć, że każdy wyborca takich partii sympatyzuje z Rosją. Ludzie głosują z bardzo różnych powodów: podatków, niechęci do obecnych elit, spraw obyczajowych czy zwykłego protestu. Nie zmienia to jednak faktu, że poglądy, które jeszcze kilkanaście lat temu były politycznym marginesem, dziś potrafią być prezentowane bez większego wstydu i znajdują niemałe grono odbiorców.

Dlaczego tak się dzieje? Między innymi dlatego, że pamięć społeczna jest krótka. Dla trzydziestolatka PRL jest opowieścią rodziców. Dla dwudziestolatka bywa już niemal egzotycznym obrazkiem z filmów, memów i starych fotografii. Nie pamięta cenzury, pustych półek, paszportów trzymanych przez państwo, milicji, reglamentacji, ogromnej przepaści technologicznej i gospodarczej wobec Zachodu. Łatwo więc sprzedać mu romantyczną opowieść o „porządku”, „suwerenności”, „silnym państwie” albo świecie wolnym od rzekomej zachodniej dekadencji, pomijając rachunek, który takie systemy zawsze wystawiają obywatelom.

Jest też drugi powód. Demokracja i wolność są trudniejsze niż wieczne narzekanie na „onych”. W demokracji obywatel nie może już całkowicie zrzucić odpowiedzialności na system. Może głosować, protestować, zakładać stowarzyszenia, prowadzić firmę, kandydować w wyborach, pisać do radnych i posłów, iść do sądu. A skoro ma wpływ, to ma również odpowiedzialność. Znacznie wygodniej powiedzieć, że policja „czepia się ludzi”, niż przyznać, że człowiek jechał za szybko. Znacznie łatwiej stwierdzić, że państwo jest opresyjne, niż zaakceptować, że część zasad istnieje dlatego, że życie w dużej wspólnocie bez zasad po prostu nie działa.

I chyba właśnie tutaj widać jedną z najbardziej niedokończonych części polskiej transformacji. Gospodarczo uciekliśmy od PRL bardzo daleko. Jeździmy nowymi samochodami po drogach, o których czterdzieści lat temu można było tylko marzyć. Mamy dostęp do świata, pieniędzy, technologii i możliwości, jakich poprzednie pokolenia nie miały. Politycznie i gospodarczo jesteśmy częścią Zachodu. A mimo to w głowach części społeczeństwa wciąż funkcjonuje bardzo stary system operacyjny.

Państwo nadal bywa „ich”. Policjant nadal bywa „wrogiem”. Przepis nadal jest czymś, co trzeba obejść. A człowiek, który po prostu przestrzega prawa, nadal bywa uznawany za naiwnego. Zmienił się samochód, zmieniła się droga i zmieniło się państwo. Tylko homo sovieticus czasami nadal siedzi za kierownicą.

Featured Video Play Icon

Podlaska granica to jeden z ciekawszych kierunków turystycznych

Kiedy dziś mówi się o wschodniej granicy województwa podlaskiego, najczęściej pojawiają się obrazy patroli, samochodów służb, żołnierzy, Straży Granicznej i ciągnącej się przez las zapory. To wszystko rzeczywiście stało się częścią krajobrazu tego regionu. Łatwo jednak zapomnieć, że podlaska granica to również jeden z ciekawszych i najbardziej charakterystycznych kierunków turystycznych w tej części Polski.

Wystarczy ruszyć wzdłuż granicy od południa, aby zobaczyć zupełnie inne Podlasie niż to znane z głównych dróg i największych miast. Nad Bugiem znajdują się niewielkie miejscowości, stare cerkwie, drewniane domy i wsie, w których wciąż można poczuć atmosferę dawnego pogranicza. Jednym z takich miejsc jest Niemirów, położony niemal na samym krańcu województwa, nad rzeką Bug.

Dalej na północ zaczyna się kraina, w której przez wieki mieszały się religie, języki i tradycje. Prawosławne cerkwie stoją tu obok katolickich kościołów, a w wielu miejscowościach lokalna historia jest znacznie bardziej skomplikowana, niż mogłoby się wydawać osobie przejeżdżającej tędy po raz pierwszy.

Jednym z najważniejszych punktów na tej trasie jest oczywiście Święta Góra Grabarka. To najważniejsze prawosławne sanktuarium w Polsce, szczególnie niezwykłe podczas sierpniowego święta Przemienienia Pańskiego, kiedy na Grabarkę przybywają tysiące pielgrzymów. Nawet poza okresem uroczystości jest to miejsce mające wyjątkową atmosferę i zdecydowanie warte odwiedzenia.

Im bliżej Puszczy Białowieskiej, tym krajobraz staje się bardziej dziki. Małe miejscowości i pola ustępują wielkim kompleksom leśnym. Właśnie tutaj najbardziej widoczny jest również kontrast pomiędzy turystycznym charakterem regionu a współczesną sytuacją na granicy. W wielu miejscach obok spokojnych wsi, szlaków i lasów pojawia się infrastruktura graniczna, patrole oraz wysoka zapora oddzielająca Polskę od Białorusi.

Nie oznacza to jednak, że cały region przygraniczny stał się niedostępny dla turystów. Nadal znajduje się tutaj mnóstwo miejsc, które można zwiedzać, pamiętając oczywiście o obowiązujących ograniczeniach i o tym, że w bezpośrednim sąsiedztwie granicy należy stosować się do oznakowania oraz poleceń służb.

Naturalnym finałem takiej podróży jest Puszcza Białowieska. Białowieża jest najbardziej znanym punktem regionu, ale warto potraktować ją jako początek poznawania puszczy, a nie jedyny cel wycieczki. Szlaki piesze i rowerowe, leśne drogi oraz mniejsze miejscowości pozwalają zobaczyć krajobraz, który przez wiele osób uznawany jest za jeden z symboli Podlasia.

Podróż wzdłuż wschodniej granicy pokazuje więc Podlaskie z trochę innej perspektywy. Z jednej strony jest to dziś jeden z najmocniej strzeżonych fragmentów Polski. Z drugiej — wciąż pozostaje miejscem pełnym historii, zabytków, przyrody i niewielkich miejscowości, których próżno szukać na trasach masowej turystyki.

Jak wygląda taka podróż od Bugu aż po Puszczę Białowieską? Można zobaczyć to na filmie, który jest świetnym przewodnikiem po tej części województwa. Kamperowa trasa prowadzi przez Niemirów, okolice Grabarki, przygraniczne wsie i miasteczka, aż do Białowieży i serca Puszczy Białowieskiej.

To dobry dowód na to, że podlaska granica nie musi być kojarzona wyłącznie z komunikatami służb i wydarzeniami politycznymi. Czasami warto spojrzeć na nią po prostu jak na niezwykle ciekawy fragment Podlasia, który najlepiej poznaje się powoli — zatrzymując się w małych miejscowościach, zaglądając do drewnianych cerkwi i zjeżdżając z głównych dróg.

Maszyniści zwalniają do 20 km/h. Problemem jest Polska robiona po taniości.

Maszyniści zwalniają do 20 km/h. Problemem jest Polska robiona po taniości.

W piątek maszyniści w całej Polsce protestują, przejeżdżając przez przejazdy kolejowo-drogowe z prędkością nie większą niż 20 km/h. Pierwotnie akcja miała trwać przez całą dobę, ale po spotkaniu z ministrem infrastruktury została skrócona do godziny 12.00. Bezpośrednim impulsem była tragedia w Sokolnikach Suchych, gdzie pociąg Intercity zderzył się na przejeździe z ciężarówką. Zginęła jedna osoba, a kilkanaście kolejnych zostało rannych. Związkowcy mówią wprost: została przekroczona czerwona linia.

Łatwo byłoby teraz napisać kolejny tekst o kierowcach, którzy ignorują czerwone światło, objeżdżają rogatki albo wjeżdżają ciężarówką na przejazd, mimo że nie mają pewności, czy zdołają z niego zjechać. Tyle że to byłaby tylko połowa prawdy. Bo druga połowa jest znacznie mniej wygodna: Państwo Polskie przez dziesięciolecia kolej zwyczajnie zaniedbywało. Budowaliśmy drogi, autostrady, ekspresówki, obwodnice, skrzyżowania i parkingi, a ogromna część sieci kolejowej pozostawała technologicznie w poprzedniej epoce. Dopiero gigantyczny dopływ pieniędzy europejskich pozwolił nadrabiać wieloletnie zaległości.

Maszyniści mają rację

I nadrabiamy je naprawdę. Obecna perspektywa unijna oznacza około 33 mld zł przeznaczonych na kolej z różnych funduszy europejskich. Sam FEnIKS to ponad 17 mld zł przyznanych PKP PLK, a z KPO ponad 10 mld zł dofinansowania idzie na inwestycje w linie kolejowe. Na liście projektów znajdują się również przedsięwzięcia dotyczące wprost poprawy bezpieczeństwa na skrzyżowaniach torów z drogami. Problem polega na tym, że kilku dekad zaniedbań nie da się zlikwidować w kilka lat.

Według danych Europejskiej Agencji Kolejowej w Polsce funkcjonują tysiące przejazdów kolejowo-drogowych. To tysiące miejsc, w których rozpędzony pociąg spotyka się na jednym poziomie z samochodem osobowym, autobusem, ciągnikiem albo ważącym kilkadziesiąt ton zestawem ciężarowym. I możemy oczywiście prowadzić kampanie społeczne. Możemy stawiać znaki. Możemy apelować. Możemy pokazywać rozbite samochody i powtarzać po raz tysięczny, że czerwone światło oznacza „stój”.

Tylko że nowoczesne państwo powinno projektować infrastrukturę także z założeniem, że człowiek popełnia błędy. Nawet tacy Rosjanie – kraj, który można stawiać w większości spraw za antywzór, na części przejazdów stosują rozwiązanie brutalnie proste: oprócz klasycznych rogatek istnieją fizyczne urządzenia UZP podnoszące element jezdni i blokujące możliwość wjazdu samochodu na przejazd. Nie apelują wtedy do rozsądku kierowcy. Po prostu uniemożliwiają mu wykonanie najbardziej niebezpiecznego manewru.

W Wielkiej Brytanii ogromną wagę przykłada się do fizycznego oddzielenia kolei od otoczenia. Network Rail utrzymuje ogrodzenia wzdłuż swojej infrastruktury właśnie po to, żeby utrudnić wejście ludzi i wjazd pojazdów na teren kolejowy. Oczywiście także tam istnieją przejazdy kolejowe, ale sama filozofia jest inna: tor kolejowy ma być przestrzenią możliwie odseparowaną od przypadkowego ruchu.

Jeszcze dalej poszli Francuzi i Japończycy. Francuskie linie dużych prędkości budowano bez przejazdów kolejowo-drogowych. Na zwykłych liniach takie przejazdy oczywiście nadal istnieją i także dochodzi na nich do wypadków. Ale TGV może pędzić z ogromną prędkością właśnie dlatego, że na jego wydzielonej trasie nie pojawi się nagle ciężarówka próbująca zdążyć przed szlabanem. Japoński Shinkansen to już niemal podręcznikowy przykład tej filozofii. Ma własne tory, nie dzieli ich z normalnymi pociągami i nie ma na nich przejazdów drogowych. JR Central wskazuje wprost, że pełna separacja poziomów eliminuje ryzyko kolizji pociągu z samochodem na przejeździe.

I tu dochodzimy do sedna protestu maszynistów. Oni mają rację, kiedy mówią, że problemu nie da się dłużej sprowadzać do haseł „kierowco, uważaj”. Maszynista prowadzący kilkusettonowy skład przy dużej prędkości nie ma magicznego przycisku zatrzymującego pociąg w miejscu. Jeżeli ktoś wjedzie mu ciężarówką na tory, może jedynie patrzeć na to, co za chwilę się wydarzy lub uciekać licząc że przeżyje.

Jest też druga czarna strona

Ale druga strona tej historii również zasługuje na bardzo niewygodną rozmowę. Polski transport drogowy przez lata zbudował swoją potęgę między innymi na cenie. Mieliśmy wozić dużo, szybko i tanio. Przewoźnicy ścigali się o kontrakty, spedytorzy o kolejne grosze na kilometr, klienci żądali jeszcze niższych stawek, a cała presja tego systemu spadała ostatecznie na człowieka siedzącego w kabinie.

Tylko ekonomii nie da się oszukiwać w nieskończoność. Jeżeli transport ma być coraz tańszy, ktoś musi za tę taniość zapłacić. Kierowca płaci tygodniami poza domem, spaniem w kabinie na parkingach, presją czasu, nocną jazdą i stresem związanym z terminami. Firma próbuje ograniczać koszty. Rynek cierpi dziś na gigantyczny niedobór pracowników — według danych przytaczanych przez PAP brakuje w Polsce około 120 tysięcy zawodowych kierowców, a firmy coraz częściej szukają pracowników za granicą.

Samo zatrudnianie cudzoziemców oczywiście nie jest żadnym problemem. Problem zaczyna się wtedy, gdy branża zamiast uczynić zawód atrakcyjnym, dobrze płatnym i prestiżowym, próbuje przede wszystkim znaleźć kolejnego człowieka gotowego wykonywać niezwykle odpowiedzialną pracę w warunkach, których coraz więcej Polaków zwyczajnie nie chce zaakceptować. Bo prowadzenie czterdziestotonowego zestawu powinno być zawodem wysoko odpowiedzialnym. To człowiek, który każdego dnia operuje maszyną zdolną w jednej chwili zabić kilka osób.

Taniocha wrogiem Polski

Tymczasem model „byle taniej” produkuje dokładnie odwrotne bodźce: szybciej, dłużej, jeszcze jeden kurs, jeszcze kilkadziesiąt kilometrów. I nie jest to teoria.

Inspekcja Transportu Drogowego regularnie opisuje przypadki dziesiątek naruszeń czasu pracy ujawnianych podczas pojedynczej kontroli. W jednym z przypadków kierowca przejechał około 2200 kilometrów, a jego najdłuższy odpoczynek wynosił zaledwie cztery godziny. W innym przypadku podczas analizy jednego okresu pracy ujawniono 84 naruszenia.

Jeszcze ciekawiej wygląda to na naszym podwórku. Okręgowy Inspektorat Pracy w Białymstoku podał, że w przeprowadzonych w 2025 roku kontrolach dotyczących czasu pracy kierowców nieprawidłowości wykryto u wszystkich 25 kontrolowanych pracodawców. Oczywiście 25 kontroli nie oznacza, że każda firma transportowa w województwie łamie przepisy. Pokazuje jednak, że nie rozmawiamy o problemie wymyślonym przy kawie. I właśnie tutaj kolej spotyka się z czymś znacznie większym niż transport. Z polskim modelem robienia biznesu „po taniości”.

Przez wiele lat nauczyliśmy się uważać niską cenę za dowód przedsiębiorczości. Firma ma zarobić. Jak najwięcej. Koszt ma być jak najmniejszy. A jeśli część kosztów można wyrzucić poza fakturę firmy — jeszcze lepiej. Fabryka zarabia, jeżeli taniej pozbędzie się ścieków. Rachunek za zniszczoną rzekę dostaje społeczeństwo.

Dostawczak wjeżdża na chodnik, bo kierowca będzie miał dziesięć metrów bliżej do sklepu. Oszczędzi trzy minuty. Za popękane płyty chodnikowe zapłaci później miasto, czyli my wszyscy.

Deweloper wciska kolejny blok w każdy wolny metr działki, bo każdy dodatkowy metr mieszkania można sprzedać. Zysk zostaje w przedsiębiorstwie. Koszt braku zieleni, korków, przegrzewających się osiedli i konieczności późniejszej rozbudowy infrastruktury ponoszą mieszkańcy.

Firma transportowa zdobywa kontrakt, bo była o kilka procent tańsza. Kierowca dostaje kolejną trasę i kolejny termin. Jeżeli wszystko pójdzie dobrze — firma ma zysk. Jeżeli źle — na przejeździe kolejowym spotyka się czterdziestotonowa ciężarówka i kilkusettonowy pociąg. I wtedy koszt przestaje być pozycją w Excelu. Płacą pasażerowie. Płaci maszynista, który czasem przez resztę życia pamięta kilka sekund przed zderzeniem, jeśli przeżyje. Płacą rodziny ofiar. Płaci kolej. Płaci państwo. Płacimy wszyscy.

Prywatny zysk. Społeczny koszt.

To jest wspólny mianownik znacznie większej liczby polskich problemów, niż chcielibyśmy przyznać. Dlatego protest kolejarzy można wyśmiać. Można zdenerwować się, że pociąg przyjedzie godzinę później. Można powiedzieć, że przecież winny jest kierowca ciężarówki, który nie powinien znaleźć się na torach. I zapewne w wielu konkretnych wypadkach rzeczywiście to kierowca popełnia bezpośredni błąd.

Tyle że państwo nie może budować bezpieczeństwa wyłącznie na nadziei, że kilka milionów ludzi każdego dnia nigdy się nie pomyli, nie zagapi, nie zaśnie, nie spanikuje i nie złamie przepisu. Nowoczesne państwa próbują sprawić, żeby jeden głupi błąd nie kończył się katastrofą. Budują wiadukty i tunele zamiast przejazdów. Oddzielają tory od dróg. Grodzą linie. Stosują fizyczne zabezpieczenia. Projektują szybką kolej całkowicie bezkolizyjnie.

Polska dopiero nadrabia dziesięciolecia kolejowych zaległości i dzięki miliardom z Unii rzeczywiście robi to dziś szybciej niż kiedykolwiek wcześniej. Nie oszukujmy się jednak, że za dwa czy trzy lata wszystkie niebezpieczne przejazdy nagle znikną. Nie znikną. Dlatego kolejarze mają prawo powiedzieć: dość. A branża transportowa powinna przy tej okazji usłyszeć coś jeszcze.

Nie da się bez końca budować przewagi konkurencyjnej na tym, że człowiek będzie pracował taniej, dłużej i w gorszych warunkach niż powinien. Tak samo jak nie da się bez końca produkować taniej, wylewając ścieki do rzeki. Nie da się budować taniej, przerzucając wszystkie problemy na przyszłych mieszkańców. Nie da się dostarczać wszystkiego taniej i szybciej, traktując drogę publiczną jak prywatny plac manewrowy. Bo koszt zawsze istnieje. Można go tylko na jakiś czas ukryć.

A później przychodzi dzień taki jak ten i rachunek dostaje ktoś, kto w ogóle nie był stroną interesu.

Ten wyjazd może sprawić wiele problemów czekającym na pozytywną decyzję Polski

Ten wyjazd może sprawić wiele problemów czekającym na pozytywną decyzję Polski

Andrzej Poczobut wrócił na Białoruś. Po pięciu latach spędzonych w białoruskim więzieniu, zaledwie kilka miesięcy po odzyskaniu wolności, przekroczył 8 września granicę w Bobrownikach i pojechał do Grodna. Jego decyzję można rozumieć. To jego rodzinne miasto, tam mieszka część jego bliskich, tam działają ludzie ze Związku Polaków na Białorusi. Sam Poczobut mówił wcześniej wprost: w Grodnie jest jego dom.

Można jednak jednocześnie podziwiać jego odwagę i uważać, że z punktu widzenia innych ludzi była to decyzja bardzo ryzykowna. Nie tylko dla niego.

Kilka dni przed wyjazdem Poczobuta Związek Polaków na Białorusi zdecydował o przełożeniu swojego zaplanowanego na wrzesień zjazdu aż do marca 2027 roku. Oficjalnym powodem były względy bezpieczeństwa. Nie ma podstaw, aby twierdzić, że decyzja zapadła z powodu samego Poczobuta — tym bardziej że uczestniczył on w posiedzeniu, podczas którego ją podjęto. Trudno jednak nie zauważyć kontrastu: organizacja polskiej mniejszości uznaje sytuację na Białorusi za na tyle niebezpieczną, że odkłada duże spotkanie o pół roku, a jeden z najbardziej znanych represjonowanych działaczy chwilę później sam jedzie do Grodna.

I właśnie tutaj pojawia się problem, o którym mówi się znacznie mniej.

Od lat tysiące Białorusinów próbują w Polsce udowodnić, że powrót do ich kraju może wiązać się z represjami. Są wśród nich opozycjoniści, dziennikarze, uczestnicy protestów, działacze społeczni czy osoby, które po prostu znalazły się na celowniku tamtejszych służb. W 2025 roku Białorusini byli jedną z największych grup występujących w Polsce o ochronę międzynarodową. Taka ochrona przysługuje jednak nie dlatego, że ktoś jest Białorusinem, lecz wtedy, gdy grozi mu prześladowanie albo rzeczywiste niebezpieczeństwo utraty życia lub zdrowia. Każda sprawa jest więc oceniana indywidualnie.

I teraz wyobraźmy sobie taką rozmowę w urzędzie.

Człowiek tłumaczy, że boi się wrócić na Białoruś, ponieważ działał przeciwko reżimowi albo był związany z niezależnym środowiskiem. Po drugiej stronie biurka może paść bardzo proste pytanie: skoro Andrzej Poczobut, jeden z najbardziej znanych przeciwników białoruskich władz, człowiek skazany tam na osiem lat więzienia, mógł po uwolnieniu dobrowolnie wrócić do Grodna, spędzić tam kilka dni i ponownie wyjechać do Polski, to dlaczego właśnie panu ma grozić niebezpieczeństwo?

Oczywiście byłoby to ogromne uproszczenie. Bezpieczeństwo Poczobuta nie oznacza bezpieczeństwa każdego Białorusina. Wręcz przeciwnie — właśnie dlatego, że Poczobut jest osobą znaną na świecie, jego sytuacja może być zupełnie inna. Reżim doskonale wie, że ponowne zatrzymanie człowieka, którego uwolnienie było wynikiem międzynarodowych negocjacji, natychmiast stałoby się wydarzeniem politycznym. Zwykły działacz z Grodna, Brześcia czy Mińska takiej ochrony rozgłosu nie ma.

Problem polega jednak na tym, że administracja lubi argumenty proste.

Poczobut sam podkreśla, że represje wobec Związku Polaków na Białorusi się nie skończyły. Także sam ZPB nie zachowuje się jak organizacja działająca obecnie w normalnych, bezpiecznych warunkach — skoro właśnie z powodów bezpieczeństwa przesuwa swój zjazd o pół roku. Dlatego jeżeli Poczobut zgodnie z planem po około tygodniu wróci do Polski cały i zdrowy, powstaną dwa zupełnie różne obrazy tej samej Białorusi.

Pierwszy: państwa, które przez pięć lat więziło polskiego dziennikarza, nadal represjonuje przeciwników politycznych i członków niezależnych organizacji. Drugi: państwa, do którego ten sam były więzień polityczny kilka miesięcy po uwolnieniu dobrowolnie przyjeżdża w odwiedziny, porusza się po Grodnie, spotyka ze znajomymi, a następnie spokojnie wyjeżdża.

Dla Poczobuta może to być manifestacja wolności i pokazanie białoruskim władzom, że nie są w stanie wypędzić go z własnego domu. Z jego osobistej perspektywy można to nawet podziwiać. Tyle że bohaterstwo jednej osoby potrafi czasem skomplikować życie ludziom, których nazwisk nikt nie zna. Nie chodzi przy tym o wszystkich Białorusinów starających się w Polsce o pobyt stały. Posiadacze Karty Polaka czy osoby polskiego pochodzenia mają odrębne podstawy prawne i powrót Poczobuta na Białoruś niczego tutaj automatycznie nie zmienia.

Znacznie bardziej kłopotliwa może być jego historia dla osób, które muszą przekonać polskie instytucje, że właśnie ze względu na represje nie mogą bezpiecznie wrócić do swojego kraju. I oby żaden urzędnik nigdy nie sprowadził ich sytuacji do zdania: „skoro Poczobut mógł wrócić, to pan też może”. Bo byłby to fatalny argument. Ale po tej podróży Andrzeja Poczobuta taki argument właśnie dostał do ręki.

Wilno, Ryga, Tallin, Helsinki i inne miasta bałtyckie – czy Białystok i Podlaskie mogą coś zaczerpnąć od sąsiadów?

Wilno, Ryga, Tallin, Helsinki i inne miasta bałtyckie – czy Białystok i Podlaskie mogą coś zaczerpnąć od sąsiadów?

Wystarczy wyjechać z Białegostoku na północ i w ciągu kilku dni zobaczyć cztery stolice, które rozwijały się w zupełnie różnych warunkach, a jednak wszystkie mogą być dla nas ciekawym punktem odniesienia. Wilno, Ryga, Estonia to duże miasta w małych krajach. Helsinki są już oczywiście inną ligą gospodarczą, ale pod względem klimatu, położenia czy problemów typowych dla północnej Europy są nam znacznie bliższe niż miasta Hiszpanii, Francji czy Włoch. Dlatego zamiast po raz kolejny zachwycać się Kopenhagą albo Amsterdamem, warto popatrzeć na to, co zrobili nasi najbliżsi sąsiedzi. Nie po to, żeby ich bezmyślnie kopiować. Raczej po to, żeby się zainspirować i postarać się wiele rzeczy urządzić zupełnie inaczej.

Dziecko w ruchu

Jedną z pierwszych różnic zauważa się w Rydze, szczególnie gdy podróżuje się z dzieckiem. U nas plac zabaw bardzo często jest dodatkiem do parku albo osiedla. Kilka urządzeń kupionych z katalogu: domek, zjeżdżalnia, dwie huśtawki, może mała ścianka wspinaczkowa. Wszystko kolorowe, bezpieczne, otoczone gumową nawierzchnią i właściwie takie samo jak sto innych placów zabaw. W Rydze widać inną filozofię. Tam tworzy się całe przestrzenie przeznaczone do ruchu. Dobrym przykładem jest ogromny plac w Mežaparksie, zajmujący około 1,5 hektara i podzielony na siedem stref aktywności, ale także nowe inwestycje, jak rozbudowywany Park Zwycięstwa czy piętnastohektarowy teren rekreacyjny w Skanste. Są tam duże konstrukcje do wspinania, tory przeszkód, skateparki, miejsca do ćwiczeń, boiska, wodne place zabaw czy przestrzenie, po których dziecko po prostu może biegać. Nie chodzi więc o to, żeby przez dziesięć minut pozjeżdżało ze zjeżdżalni. Chodzi o to, żeby po dwóch godzinach naprawdę miało dość ruchu.

To jest coś, co Białystok mógłby skopiować niemal natychmiast. Mamy mnóstwo zieleni, duże parki i sporo wolnej przestrzeni. Zamiast budować kolejny niewielki plac zabaw, który różni się od poprzedniego kolorem daszku, można byłoby stworzyć jeden naprawdę potężny park aktywności dla dzieci. Taki, do którego jedzie się specjalnie z drugiego końca miasta. Coś pomiędzy placem zabaw, parkiem linowym, boiskiem, torem przeszkód i miejscem eksperymentowania. Zadziwiające jest, że miasta o znacznie trudniejszym klimacie potrafią projektować przestrzeń z założeniem, że dzieci mają być na zewnątrz i się ruszać, podczas gdy u nas często projektuje się ją przede wszystkim tak, żeby urządzenie miało odpowiedni certyfikat, zmieściło się w budżecie i ładnie wyglądało podczas przecięcia wstęgi.

Rowerowe szaleństwo

Jeszcze większa różnica pojawia się w Tallinie, a przede wszystkim w Helsinkach. Chodzi o rower. Nie jako rekreację na niedzielę, ale jako zwyczajny środek transportu. W Białymstoku infrastruktura rowerowa przez ostatnie lata bardzo się poprawiła, ale ciągle w wielu miejscach można odnieść wrażenie, że najpierw projektuje się ulicę dla samochodu, później chodnik, a jeśli zostanie trochę przestrzeni, próbuje się jeszcze gdzieś wcisnąć rowerzystę. W Helsinkach widać podejście odwrotne. Trasa rowerowa jest elementem systemu komunikacyjnego miasta i ma prowadzić gdzieś dalej, a nie kończyć się nagle dlatego, że projektantowi zabrakło miejsca.

Najbardziej uderzające jest to podczas remontów. Można trafić na sytuację, w której chodnik zostaje zamknięty albo pieszy otrzymuje objazd, a biegnąca obok droga rowerowa pozostaje przejezdna. Nie oznacza to, że fińskie prawo formalnie stawia rowerzystę ponad pieszym. Takiego pierwszeństwa nie ma. Pokazuje jednak sposób myślenia: ciągłość trasy rowerowej traktowana jest podobnie jak ciągłość ulicy. Helsinki budują dodatkowo sieć szybkich tras Baana, która docelowo ma liczyć około 140 kilometrów, a około 160 kilometrów najważniejszych tras rowerowych jest już objętych specjalnym utrzymaniem zimowym. Na części z nich śnieg nie jest nawet klasycznie odgarniany i posypywany piaskiem, lecz usuwany szczotkami, a nawierzchnia zabezpieczana przed śliskością. I nagle brak odśnieżania dróg rowerowych zimą w Białymstoku zaczyna brzmieć dość zabawnie. W Helsinkach zima jest przecież trochę bardziej zimowa niż w Białymstoku.

Co dzieci robią na W-F?

Helsinki potrafią zaskoczyć także w zupełnie innym miejscu. Na szkolnym boisku można zobaczyć dzieci grające na WF-ie w coś, co my Polacy nazywamy palantem. W rzeczywistości jest to pesäpallo, fińska odmiana gry z kijem i piłką, która stała się jednym z narodowych sportów Finlandii. Grają w nią dzieci, młodzież i zawodnicy profesjonalnych drużyn. Fiński związek prowadzi rozbudowane programy szkolne i młodzieżowe, a sam sport jest mocno związany z systemem edukacji.

I tutaj znów nie chodzi o kopiowanie Finlandii i rozdawanie białostockim uczniom kijów do pesäpallo. Bardziej interesująca jest sama idea. Dlaczego wychowanie fizyczne ma polegać ciągle na tych samych kilku dyscyplinach? Przecież Polska również miała własne gry podwórkowe i zespołowe, które właściwie zniknęły. Palant rozwija bieganie, rzucanie, łapanie, refleks i współpracę, a przy okazji nie wymaga hali za kilkadziesiąt milionów złotych. Czasem rozwój nie musi polegać na wymyślaniu czegoś nowego. Można również przypomnieć sobie coś, co kiedyś działało.

Jak wykorzystać przestrzeń?

Helsinki imponują jeszcze czymś innym – wykorzystywaniem przestrzeni, której na pierwszy rzut oka w ogóle nie widać. Centrum miasta w dużej części ma drugie życie pod ziemią. Galerie handlowe, przejścia, parkingi, metro, dworzec kolejowy i kolejne budynki połączone są systemem podziemnych korytarzy. Z centrum handlowego Forum można pod ziemią dostać się między innymi w kierunku metra, dworca centralnego czy Kamppi. W praktyce w wielu miejscach można przemieszczać się przez centrum miasta, robić zakupy i korzystać z usług niemal bez wychodzenia na powierzchnię. To nie jest jedna gigantyczna galeria handlowa, jak można byłoby pomyśleć podczas pierwszej wizyty, lecz wiele budynków i przestrzeni, które zostały z czasem połączone w jeden organizm. Helsinki mają nawet osobny plan zagospodarowania przestrzeni podziemnej.

Oczywiście pomysł budowania podziemnego Białegostoku byłby absurdem. Nie mamy ani fińskiego klimatu, ani takiej gęstości zabudowy, ani cen gruntów. Ale już filozofia wykorzystywania tego, co istnieje, jest bardzo ciekawa. U nas inwestycja zbyt często zaczyna się od znalezienia pustej działki i postawienia na niej nowego budynku. Tam znacznie częściej szuka się sposobu, żeby nowa funkcja weszła do starej przestrzeni albo została z nią połączona.

Jeszcze lepiej widać to w Tallinie. Wystarczy odejść kilkaset metrów od średniowiecznej starówki, żeby znaleźć się pośród współczesnych biurowców, hoteli i apartamentowców. Teoretycznie nic niezwykłego. Nowoczesne centra biznesowe ma dziś pół Europy. A jednak w Tallinie bardzo wiele nowych budynków wygląda tak, jakby ktoś naprawdę nad nimi siedział, rysował je, zastanawiał się nad proporcjami, materiałami, detalami i tym, jak będą wyglądały obok budynku stojącego tam od stu lat. Nie chodzi o to, że każdy jest arcydziełem. Chodzi o widoczną ambicję, żeby nie tworzyć miasta złożonego wyłącznie ze szklanych pudełek.

Najlepiej widać to w kwartale Rotermanna. Dawny obszar przemysłowy był pod koniec XX wieku mocno zdegradowany. Najprościej byłoby go wyburzyć, sprzedać deweloperom i zbudować wszystko od początku. Tymczasem stara zabudowa została objęta ochroną, a pomiędzy dawnymi młynami, magazynami i fabrykami zaczęły pojawiać się odważne współczesne budynki. Dziś właśnie kontrast między jednym a drugim jest największą wartością tego miejsca. Nowoczesność nie udaje tam XIX wieku, a XIX wiek nie przeszkadza nowoczesności.

W Białymstoku ta lekcja powinna szczególnie boleć. Tutaj stary budynek bardzo często staje się problemem. Przeszkadza w inwestycji, jest drogi w remoncie, ma niewygodny układ, konserwator czegoś nie pozwala. Potem przez lata stoi pusty i niszczeje, aż w końcu okazuje się, że jego stan jest tak zły, iż niczego już nie da się zrobić. Czasem dodatkowo „pomaga” pożar. I nagle problem znika, a działka staje się niezwykle atrakcyjna. Tallin pokazuje coś dokładnie odwrotnego: stary budynek może być nie przeszkodą inwestycyjną, lecz najcenniejszym elementem całej inwestycji. Nowoczesny biurowiec można przecież postawić wszędzie. Stuletniej fabryki, magazynu czy kamienicy nie da się już później odtworzyć.

Zakaz dla hulajnóg elektrycznych

Ciekawym doświadczeniem jest też samo Wilno. To miasto pod wieloma względami wydaje się Białemustokowi najbliższe, ale coraz wyraźniej próbuje odzyskiwać przestrzeń zdominowaną przez samochody. Jednocześnie Litwini pokazują, że promowanie rowerów i hulajnóg nie oznacza automatycznej zgody na to, żeby ich użytkownicy robili wszystko, co chcą. W Wilnie (i innych litewskich miastach) istnieją miejsca, w których znaki po prostu zabraniają jazdy hulajnogami elektrycznymi i rowerami. Na części Starego Miasta oraz na mostach obowiązuje ograniczenie do 12 km/h, a na najbardziej zatłoczonych ulicach wprowadzono zakazy ruchu takich pojazdów. Miasto wyznaczyło też specjalne miejsca do pozostawiania współdzielonych hulajnóg, żeby nie walały się po całych chodnikach. To dość zdroworozsądkowe podejście: mikromobilność jest dobra, dopóki nie odbywa się kosztem pieszego.

Podobne wrażenie robi jazda samochodem po Litwie. Bardzo szybko człowiek przestaje tam traktować ograniczenie prędkości jako sugestię. Fotoradary i odcinkowe pomiary prędkości są tak powszechne, że nawet krótkie ograniczenie z 90 do 70 km/h lepiej potraktować poważnie. Nie jest to wyłącznie subiektywne wrażenie kierowcy. Według danych przywołanych przez Komisję Europejską na litewskich drogach państwowych działa 212 stałych urządzeń kontroli prędkości: 78 mierzących prędkość w konkretnym punkcie oraz 134 systemy mierzące średnią prędkość na odcinku.

Można oczywiście dyskutować, czy wszystkie radary stoją w idealnych miejscach i czy każde ograniczenie ma sens. Sama zasada jest jednak godna uwagi. Znak drogowy działa wtedy, kiedy większość kierowców zakłada, że jego zignorowanie może mieć konsekwencje. W Polsce wciąż mamy mnóstwo dróg, na których ograniczenie do 70 km/h oznacza w praktyce jazdę 90, a ograniczenie do 50 – około 70. Litwa pokazuje, że kulturę jazdy można zmieniać nie tylko apelami i kampaniami społecznymi, ale również zwyczajną nieuchronnością kontroli.

Gdzie się podziała chińszczyzna?

Podczas podróży przez Litwę, Łotwę, Estonię i Finlandię można zauważyć jeszcze jedną drobną rzecz. Oczywiście są tam sklepy z tanimi gadżetami, plastikowymi zabawkami i importowanym towarem z Chin. Nie ma sensu tworzyć mitu, że kraje bałtyckie odgrodziły się od chińskiej produkcji, bo byłaby to nieprawda. Jednak w centrach miast znacznie słabiej rzuca się w oczy handel przypadkową tandetą. Więcej jest lokalnego wzornictwa, miejscowych produktów, normalnych sklepów czy lokali usługowych, a mniej punktów, które wyglądają jak zawartość kontenera sprowadzonego prosto z azjatyckiej hurtowni. To oczywiście obserwacja, której nie da się uczciwie zamienić w statystykę importu. Ale na poziomie estetyki miasta różnica jest zauważalna.

Nie tylko zachwyty

Nie wszystko u sąsiadów powinno jednak budzić zachwyt. Najbardziej zaskakująca jest pod tym względem Narwa. Polski turysta przyjeżdżający tam po doświadczeniach z granicy polsko-białoruskiej może doznać lekkiego szoku. Na Podlasiu mamy mur graniczny, system elektroniczny, wojsko, Straż Graniczną oraz strefy, do których zwykły człowiek nie może wejść. W niektórych miejscach samo zbliżenie się do granicy jest niemożliwe. Tymczasem Narwa leży dosłownie naprzeciw rosyjskiego Iwangorodu. Po drugiej stronie rzeki zaczyna się państwo, które kilka lat wcześniej napadło na Ukrainę i którego potencjalna agresja jest jednym z najważniejszych scenariuszy bezpieczeństwa całej Estonii. A mimo to nad Narwą ludzie spacerują, jeżdżą rowerami i robią zdjęcia rosyjskiej twierdzy.

Na pierwszy rzut oka wygląda to wręcz jak kompletna beztroska. Na moście są betonowe przeszkody, ale samo miasto nie przypomina przygranicznej twierdzy. Dopiero dokładniejsze sprawdzenie pokazuje, że jest to w dużej części zamierzone. Estonia wraz z Łotwą i Litwą buduje Bałtycką Linię Obrony. Po estońskiej stronie ma powstać do 600 bunkrów oraz system przygotowanych przeszkód przeciwpancernych, drutu kolczastego, punktów oporu i rowów przeciwczołgowych. Część elementów ma być magazynowana i rozwijana dopiero w razie zagrożenia. Estońskie ministerstwo obrony wprost podkreśla, że drogi, lasy i pola w pobliżu umocnień mają w czasie pokoju w dużej części pozostać normalnie dostępne.

To oznacza, że pierwsze wrażenie – „oni chyba kompletnie się Rosji nie boją” – jest mylące. Ale sam kontrast pozostaje fascynujący. Polska i Estonia przyjęły dwie różne filozofie. Polska bardzo mocno pokazuje swoją ochronę granicy i ogranicza dostęp do części pogranicza w związku z trwającą presją migracyjną ze strony Białorusi. Estonia przygotowuje się przede wszystkim do potencjalnego konfliktu militarnego, ale jednocześnie stara się nie zamieniać Narwy w koszary, dopóki wojny nie ma. Trudno jednoznacznie powiedzieć, która filozofia okaże się lepsza.

Ukraina ważna dla wszystkich

Jest jeszcze jedna rzecz, której właściwie nie sposób było nie zauważyć podczas podróży przez Litwę, Łotwę, Estonię i Finlandię. Ukraińskie flagi. Na budynkach publicznych, w centrum miast, przy instytucjach, hotelach, lokalach. Oczywiście nie oznacza to, że każdy Litwin, Łotysz, Estończyk czy Fin ma identyczne zdanie na temat wojny, ale skala widocznej solidarności jest uderzająca. Te państwa nie traktują przetrwania Ukrainy jak odległego konfliktu gdzieś na wschodzie Europy. Doskonale wiedzą, że Ukraina wiąże dziś znaczną część rosyjskiego potencjału militarnego, a jej zdolność do obrony ma bezpośredni związek z bezpieczeństwem całego regionu.

Litwa wprost deklaruje, że zwycięstwo Ukrainy jest związane z bezpieczeństwem Litwy i Europy, Łotwa konsekwentnie przeznacza ogromne w stosunku do swojej wielkości środki na pomoc, w Finlandii ponad 90 proc. ankietowanych uznaje pomoc humanitarną dla Ukrainy za ważną, a w Estonii potępienie rosyjskiej agresji od lat pozostaje bardzo wysokie. I tutaj Polska zaczyna wyglądać coraz bardziej paradoksalnie.

To my graniczymy z Białorusią, mamy obwód królewiecki tuż obok i jesteśmy jednym z państw najbardziej zagrożonych rosyjską polityką, a jednocześnie w debacie publicznej coraz mocniej narasta fala niechęci i agresji wobec Ukraińców. W lipcu 2026 roku po raz pierwszy w badaniach CBOS przeciwnicy przyjmowania uchodźców z Ukrainy stanowili większość – 52 proc., przy 42 proc. popierających ich przyjmowanie. Nie jest to oczywiście to samo co poparcie lub brak poparcia dla samej Ukrainy, ale dobrze pokazuje zmianę społecznej atmosfery.

Kraje bałtyckie i Finlandia zdają się znacznie mocniej pamiętać o prostej zależności: im dłużej niepodległa Ukraina jest w stanie powstrzymywać Rosję, tym dalej rosyjska armia pozostaje od Wilna, Rygi, Tallina, Helsinek – i również od Białegostoku.

Nie ma tajemnej wiedzy

I właśnie to chyba jest najciekawsze po przejechaniu Wilna, Rygi, Tallina i Helsinek i Narwy na dokładkę. Nie ma tam żadnej tajemnej wiedzy, której nie moglibyśmy zastosować w Białymstoku czy w Podlaskiem. Większość rzeczy, które robią wrażenie, nie wymaga nawet poziomu zamożności Finlandii. Wielki park aktywności dla dzieci nie jest technologią kosmiczną. Zachowanie starego magazynu i wkomponowanie go w nowy budynek nie wymaga wynalezienia nowego materiału budowlanego. Spójna droga rowerowa jest kwestią projektu, a nie odkrycia naukowego. Zakaz jazdy hulajnogą po zatłoczonej ulicy kosztuje mniej więcej tyle, co znak drogowy.

Różnica tkwi gdzie indziej. Widać tam częściej myślenie o mieście jako o całości. Jeśli buduje się drogę rowerową, to dlatego, że ma ona tworzyć sieć. Jeśli powstaje park, ma dawać mieszkańcom konkretną możliwość spędzania czasu. Jeśli zachowuje się stary budynek, szuka się dla niego funkcji. Jeśli miasto chce ograniczyć ruch samochodów, buduje alternatywę. Jeśli hulajnogi zaczynają przeszkadzać pieszym, wprowadza zasady. Nie każda decyzja jest trafiona, nie każdy system działa idealnie i w każdym z tych miast znajdziemy korki, zaniedbane miejsca, brzydkie bloki, nieudane inwestycje czy rozwiązania, które mieszkańcy krytykują.

Białystok przez ostatnie dwadzieścia lat także zmienił się nie do poznania. Problem w tym, że ogromna część tej zmiany polegała na remontowaniu. Nowa ulica, nowy chodnik, nowa elewacja, odnowiony park, przebudowane skrzyżowanie. To wszystko było potrzebne. Tyle że po dwóch dekadach korzystania z miliardów złotych europejskich pieniędzy warto chyba zacząć stawiać sobie trudniejsze pytanie: nie co jeszcze możemy wyremontować, ale czym Białystok ma się wyróżniać i jak właściwie chcemy w nim żyć za dwadzieścia lat.

Nie musimy stawać się drugim Wilnem, Rygą, Tallinem ani Helsinkami. Zresztą byłoby to bez sensu. Ale moglibyśmy zacząć robić to, co nasi sąsiedzi robią najlepiej: patrzeć na miasto nie jak na zbiór inwestycji do zrealizowania w kolejnej kadencji, lecz jak na miejsce, które trzeba świadomie zaprojektować dla ludzi. I chyba właśnie tego najbardziej warto od nich zaczerpnąć.

Bez kompleksów ale i bez kasy

Statystyki mówią same za siebie, ale dopiero wtedy, gdy spojrzymy na nie z dwóch stron. W badaniu jakości życia przeprowadzonym dla Komisji Europejskiej aż 92,8 proc. mieszkańców Wilna deklarowało zadowolenie z życia w swoim mieście. Białystok osiągnął bardzo podobne 91,8 proc., Tallin 91,5 proc., Helsinki 91,1 proc., Warszawa 90,4 proc., a wyraźnie słabiej wypadła Ryga – 80,1 proc. Gdyby zatrzymać się w tym miejscu, można byłoby dojść do wniosku, że Białystok właściwie niczym sąsiadom nie ustępuje.

Jeszcze wyraźniej różnicę widać po zwykłych zarobkach. W Białymstoku przeciętna miesięczna pensja na rękę to około 5800 zł. W Rydze jest bardzo podobnie – po przeliczeniu również około 5800 zł. Ale już w Wilnie przeciętne zarobki netto to mniej więcej 7400 zł miesięcznie, w Tallinie około 8100 zł, a w Helsinkach prawie 12 000 zł. Oczywiście w Finlandii czy Estonii część rzeczy kosztuje więcej niż w Polsce, więc nie oznacza to, że mieszkaniec Helsinek jest dwa razy bogatszy od białostoczanina. Pokazuje jednak coś bardzo prostego: Wilno, Tallin i Helsinki mają znacznie silniejszy rynek pracy i więcej dobrze płatnych miejsc pracy.

I właśnie to jest chyba najbardziej interesujący paradoks Białegostoku: mieszkańcy bardzo dobrze oceniają samo życie w mieście, mimo że gospodarczo funkcjonuje ono w jednym z najsłabszych regionów Polski i daleko mu do ekonomicznej siły Wilna, Tallina czy Helsinek. Jeśli do stosunkowo wysokiego komfortu życia udałoby się dołożyć gospodarkę zdolną tworzyć więcej dobrze płatnych, specjalistycznych miejsc pracy, Białystok mógłby przestać być miastem, z którego dobrze się żyje tym, którzy już mają tu swoją pozycję, a stać się miejscem, do którego ludzie rzeczywiście przyjeżdżają po rozwój zawodowy.

Czas decyzji. Siemianówka niedługo wyschnie. Czy musimy niszczyć też Narew?

Czas decyzji. Siemianówka niedługo wyschnie. Czy musimy niszczyć też Narew?

Siemianówka w obecnym kształcie nie ma przyszłości. To nie jest zbiornik, którym wystarczy jeszcze trochę „lepiej zarządzać”, żeby wszystko wróciło do normy. Normy już nie ma. Warunki klimatyczne, dla których projektowano ten gigantyczny, płytki akwen, przestały istnieć. Śnieżne zimy, regularne roztopy i wysokie wiosenne przepływy, które miały zasilać zbiornik, znikają. Zamiast nich mamy długie okresy suszy, coraz wyższe temperatury i coraz mniejsze dopływy. Jeżeli będziemy próbować za wszelką cenę utrzymać Siemianówkę taką jak dziś, rezultat będzie jeden: stracimy i zbiornik, i Narew.

Najczarniejszy scenariusz nie jest dziś straszeniem ekologów. To logiczna konsekwencja tego, co już obserwujemy. Zbiornik zwyczajnie „rozpada się w oczach”. Przegrzewa się, kwitną w nim sinice i spada poziom wody. Narew poniżej zapory straciła wezbrania, boczne koryta i rozlewiska. Cały system działa fatalnie, a kolejne suche sezony tylko zabijają Narew i Siemianówkę. Jeśli nic nie zmienimy, około 2037 roku Siemianówka prawdopodobnie zniknie, zarośnie. A my pozostaniemy ze śmierdzącym od rozkładających się ryb bagnem. Górna Narew będzie okazjonalnie widocznym strumykiem, która zachowa już tylko nazwę.

To nie jest już problem do „monitorowania”. To problem do naprawienia. Najgorsze, co możemy dziś zrobić, to bronić obecnego stanu tylko dlatego, że przyzwyczailiśmy się do widoku wielkiej tafli wody. Ta tafla nie jest żadnym dowodem bezpieczeństwa hydrologicznego. Jest gigantyczną, płytką powierzchnią, która latem nagrzewa się jak patelnia i oddaje do atmosfery miliardy litrów wody. W czasie suszy wygląda to wręcz groteskowo: brakuje wody w Narwi, brakuje jej w starorzeczach i mokradłach, a my trzymamy ją w miejscu, gdzie część po prostu wyparowuje.

Przy obecnej powierzchni Siemianówki straty przez parowanie mogą wynosić około 12 miliardów litrów rocznie. To ogromna ilość, której potem zwyczajnie nie ma ani w rzece, ani w dolinie. Oczywiście część wody wyparowałaby również z naturalnych mokradeł, ale różnica jest zasadnicza. W naturalnej dolinie woda najpierw zasila glebę, torfowiska, starorzecza i wody gruntowe, a dopiero później wraca do atmosfery. W Siemianówce znaczna część leży na rozgrzanej, płytkiej tafli i znika bez żadnej korzyści dla całego systemu rzecznego poniżej zapory.

Tymczasem Narew nie potrzebuje „minimum egzystencjalnego”, które pozwoli jej tylko jakoś płynąć jednym korytem. Potrzebuje wezbrań. Potrzebuje momentów, kiedy wody jest na tyle dużo, żeby wejść w boczne ramiona, starorzecza i rozlewiska. Bez tego wielokorytowa rzeka po prostu przestaje być wielokorytowa. To już się dzieje. Kolejne odnogi zarastają, część z nich traci kontakt z głównym nurtem, a mokradła wysychają. Narwiański Park Narodowy może zachować granice administracyjne, ale bez wody będzie już tylko Muzeum Narwiańskiego Parku Narodowego.

Potrzeba 15 zrzutów rocznie

Dlatego pierwsze działanie powinno rozpocząć się od najbliższej wiosny. Od kwietnia do lipca powinny rozpocząć się regularne, kontrolowane zrzuty imitujące naturalne wezbrania. Około 15 takich okresów, z przepływem rzędu 6 m³/s, pozwoliłoby Narwi przestać funkcjonować na kroplówce i zacząć znowu pracować jak rzeka. Nie chodzi o „spuszczenie Siemianówki jak w toalecie”, jak lubią to przedstawiać przeciwnicy zmian. Zbiornik ma nadal się napełniać. Ma gromadzić wodę, kiedy jest jej więcej, a potem oddawać ją wtedy, kiedy rzeka naprawdę jej potrzebuje. Tyle że dziś robimy odwrotnie: bronimy wielkiej tafli wody jak świętości, a Narwi dajemy resztki. To nie jest retencja. To jest konserwowanie złego systemu.

Jeżeli takie wezbrania ruszą od 2027 roku i kolejne sezony nie będą katastrofalnie suche, Narew zacznie reagować bardzo szybko. Woda wróci do bocznych koryt, część starorzeczy odzyska kontakt z rzeką, a mokradła przestaną wysychać tak gwałtownie. Pierwsze efekty będzie można zobaczyć po jednym sezonie. Po kilku latach regularnego zasilania dolina zacznie odzyskiwać zdolność do zatrzymywania wody. To właśnie wtedy zacznie się prawdziwa odbudowa.

Koniec wielkiego jeziora

Rok 2029 powinien być końcem starego modelu gospodarowania Siemianówką. Wtedy wygasa obecna instrukcja i nowa nie może być kolejnym dokumentem napisanym tak, żeby przede wszystkim utrzymać jak największe jezioro. Priorytet musi się odwrócić. Jeżeli nie ma realnego zagrożenia powodziowego, woda ma służyć Narwi. Zbiornik ma być narzędziem, a nie celem samym w sobie.

Równocześnie trzeba zacząć trwałe zmniejszanie Siemianówki. Najbardziej oczywisty pierwszy etap to część za nasypem kolejowym, w stronę granicy z Białorusią. To około jednej szóstej obecnego akwenu. Jeżeli decyzje zapadną w 2027 roku, około 2030 roku ten fragment powinien już przestać być płytkim jeziorem i zacząć wracać do natury. Nie jako pustynia, tylko jako mokradła, trzcinowiska, płytkie rozlewiska i nowe koryta Narwi.

I nie ma sensu udawać, że jedna szósta wystarczy. Nie wystarczy. To będzie dopiero symboliczny początek. Przy dzisiejszych stratach przez parowanie i przy objętości wody potrzebnej do prawdziwych wezbrań docelowa redukcja musi być dużo większa. Matematycznie wychodzi, że otwarte lustro powinno zostać ograniczone nawet o około 65 procent. To oznacza, że mniej więcej jedna trzecia obecnej Siemianówki mogłaby pozostać jako mniejszy, głębszy i bardziej stabilny zbiornik, a reszta powinna wrócić do Narwi i mokradeł.

To właśnie taka Siemianówka ma szansę przetrwać. Mniejsza, głębsza i mniej podatna na przegrzewanie. Nadal z rybami, rekreacją i turystyką, ale bez absurdalnego obowiązku utrzymywania gigantycznej, płytkiej tafli wody w warunkach, w których zwyczajnie brakuje jej w całej zlewni. Pozostałe tereny nie będą żadną „stratą”. Mogą stać się jednym z najcenniejszych obszarów przyrodniczych północno-wschodniej Polski. Rozległe mokradła, trzcinowiska, wyspy, naturalne koryta, wieże obserwacyjne, kładki i szlaki kajakowe mogą stworzyć coś znacznie bardziej wartościowego niż zbiornik, który przez pół roku walczy z sinicami, parowaniem i spadającym poziomem.

2037 to rok, gdy może zniknąć Siemianówka… razem z Narwią

Jeżeli tego nie zrobimy, 2037 rok nie będzie żadnym „ostrzeżeniem”. Będzie rachunkiem. Siemianówka będzie najwyżej do kostek, zarośnięta i niezdatna do niczego. Problem w tym, że ucierpi też Górna Narew, która będzie coraz bardziej przypominała sezonowy ciek niż rzekę, dla której powstał park narodowy. Wtedy nie będziemy już decydować, czy zmniejszyć Siemianówkę. Natura zrobi to za nas. Tyle że zrobi to chaotycznie, bez planu, bez ochrony turystyki, bez rezerwatu i bez pomocy Narwi. Zostaniemy z błotem, rozkładającą się materią, cofniętą linią brzegową i rzeką, która może pozostać wspomnieniem.

Dlatego wybór jest prosty. Albo zaczynamy w 2027 roku, odwracamy zasady gospodarowania wodą w 2029, zmniejszamy zbiornik od około 2030 i przez kolejne lata odbudowujemy całą dolinę, albo za dekadę będziemy patrzeć na efekt własnej bezczynności. Siemianówka w obecnym kształcie umrze. Proszę przyjąć to wreszcie do wiadomości. Nie musimy przez to zabijać Narwi bezczynnością.

Awantura o Skolima w Białymstoku. Czy dzieci trzeba chronić przed koncertem o godzinie 17?

Awantura o Skolima w Białymstoku. Czy dzieci trzeba chronić przed koncertem o godzinie 17?

Skolim osiągnął już ten poziom polskiej kariery, na którym samo śpiewanie byłoby zwyczajnym marnowaniem potencjału. Król Latino koncertuje, sprzedaje perfumy, ma stację paliw, a jego nazwiskiem sygnowane są kiełbasy, kabanosy i parówki. I trudno się dziwić, że taką gwiazdę każdy chce mieć u siebie.

W piątek 28 sierpnia Skolim pojawi się więc w Białymstoku. O godzinie 17 na Rynku Kościuszki rozpocznie koncert w ramach imprezy „Białystok Pełen Muzyki”. Wstęp jest bezpłatny, imprezę współorganizuje miasto, wcześniej działać będzie rodzinna strefa przygotowana przez Wodociągi Białostockie.

I tu zaczyna się problem. Oczywiście tylko dostrzegany przez niektórych.  Bo akurat kilka dni przed białostockim występem przez Polskę przetoczyła się awantura o repertuar Króla Latino. Internet obiegły nagrania z dziećmi bawiącymi się przy utworach, których teksty trudno pomylić z repertuarem Fasolek. Są przekleństwa, seks, bardzo bezpośrednie aluzje i cała reszta tego, dzięki czemu siedmiolatek może wrócić z koncertu bogatszy o kilka nowych pytań do rodziców.

Natychmiast pojawiło się więc pytanie: czy taki artysta powinien występować o godzinie 17, gdy pod sceną mogą stać dzieci? Może lepiej po 22? Może powinno być ostrzeżenie? Może urzędnicy powinni wcześniej ocenić repertuar? Wysłać alert RCB? A może przed wejściem na Rynek Kościuszki należy ustawić komisję, która będzie sprawdzała akty urodzenia i znajomość tekstów piosenek?

Problem jest ciekawy, bo dotyczy czegoś znacznie większego niż sam Skolim. Dzieci nie są oczywiście ani własnością państwa, ani własnością rodziców. Ale to rodzice ponoszą za nie odpowiedzialność i na co dzień podejmują tysiące decyzji dotyczących tego, co mogą oglądać, czego słuchać i gdzie chodzić. Jeżeli ktoś uważa, że siedmiolatek nie powinien słuchać Skolima, rozwiązanie wydaje się wyjątkowo skomplikowane: nie zabiera siedmiolatka na Skolima.

Nie trzeba do tego uchwały Rady Miasta, zarządzenia prezydenta, konsultacji społecznych ani powoływania pełnomocnika do spraw ochrony dzieci przed latino. Tyle że jest również druga strona tej historii.

Białostocki koncert nie jest prywatną imprezą w klubie. To bezpłatne wydarzenie w centrum miasta, współorganizowane przez samorząd i reklamowane jako pożegnanie wakacji dla mieszkańców. Organizator naprawdę może się zastanowić, czy o 17 powinien wyjść artysta z repertuarem zdecydowanie niepisanym dla najmłodszych. Można więc dyskutować o godzinie. Można informować rodziców, czego mają się spodziewać. Można nawet uznać, że przy miejskiej imprezie lepiej byłoby ustawić Skolima później.

Tylko nie udawajmy przy okazji, że właśnie odkryliśmy Skolima. Człowiek nie pojawił się wczoraj. Od dawna jest jedną z największych gwiazd muzyki tanecznej w Polsce. Gra dziesiątki koncertów, jego piosenki mają gigantyczne zasięgi, na występy przychodzą całe rodziny, a dzieci znają jego utwory zapewne znacznie lepiej niż większość oburzonych komentatorów.

Repertuar również nie zmienił mu się radykalnie w miniony wtorek. Skolim nie śpiewał wcześniej o dokarmianiu sikorek zimą, żeby nagle w sierpniu 2026 roku przejść na erotyczne disco. Dlatego najbardziej zabawne w całej aferze jest zbiorowe zdziwienie.

Przez długi czas Skolim jeździł po Polsce, zapełniał place, dożynki i festyny, dzieci stały pod scenami, rodzice nagrywali telefonami i wszystko było dobrze. Teraz nagle część Polski odkryła teksty jego piosenek i rozpoczęła debatę, czy państwo powinno chronić najmłodszych przed Królem Latino. A może wystarczyłoby coś znacznie prostszego?

Organizator informuje, jaki artysta wystąpi i czego można spodziewać się po jego repertuarze. Rodzic sprawdza, gdzie prowadzi swoje dziecko. A Skolim robi to, co robił do tej pory. Śpiewa. Potem jedzie na kolejny koncert. A po drodze być może zatrzymuje się na swojej stacji po kabanosy Skolima.

Bo wygląda na to, że największym problemem nie jest dziś to, czego słuchają dzieci, tylko kto akurat postanowił się tym oburzyć.

To już się dzieje. Niż demograficzny jest jak wyrok na Podlaskie.

To już się dzieje. Niż demograficzny jest jak wyrok na Podlaskie.

O niżu demograficznym mówi się w Polsce od lat. Zazwyczaj jednak w taki sposób, jakby był problemem przyszłości – czymś, czym będziemy musieli martwić się za 10 albo 20 lat. Tymczasem na Podlasiu jego skutki zaczynają być widoczne już teraz. I bardzo dobrze pokazują to przedszkola.

W województwie podlaskim działa 645 placówek przedszkolnych. Łącznie oferują one 47 172 miejsca, podczas gdy zapisanych jest 40 913 dzieci. Według dostępnych danych szacunkowo wolnych pozostaje aż 6937 miejsc. To niemal 15 proc. całej dostępnej infrastruktury. To nie jest też wyłącznie problem małych miejscowości. W samym Białymstoku działa 171 placówek przedszkolnych, które łącznie wykazują 2077 wolnych miejsc. Tylko w 24 placówkach nie ma już żadnego wolnego miejsca, natomiast aż 68 deklaruje co najmniej 10 wolnych miejsc. W 11 placówkach wolnych jest ponad 40 miejsc, a rekordzista wykazuje ich aż 126.

Tak duża liczba wolnych miejsc nie oznacza już pojedynczych pustych krzeseł przy stolikach. W praktyce może oznaczać, że w wielu placówkach nie udało się utworzyć części planowanych grup albo że istniejąca infrastruktura została przygotowana dla znacznie większej liczby dzieci, niż obecnie jest chętnych. Jeżeli taki stan będzie się pogłębiał, część przedszkoli będzie musiała ograniczać liczbę oddziałów, zatrudnienie, a w dalszej perspektywie niektóre placówki mogą po prostu znikać lub już to właśnie robią.

Zaczną znikać przedszkola

Przedszkole nie staje się znacznie tańsze tylko dlatego, że zamiast 100 dzieci chodzi do niego 70. Nadal trzeba ogrzać budynek, zapłacić za prąd, sprzątanie, administrację i utrzymanie obiektu. Nadal potrzebni są nauczyciele, woźne, kuchnia czy obsługa techniczna. Przy spadającej liczbie dzieci koszt utrzymania jednego miejsca zaczyna więc rosnąć. W pewnym momencie samorządy staną przed prostym rachunkiem ekonomicznym: czy utrzymywać kilka częściowo pustych placówek, czy połączyć grupy i skoncentrować dzieci w mniejszej liczbie budynków. A wiemy jak to jest, gdy politycy (szczególnie przed wyborami) muszą coś zlikwidować. Wolą utrzymywać pustą fikcję za nasze pieniądze – tak jak robią to ze szpitalami.

Szczególnie mocno będzie to odczuwalne w małych miejscowościach. Tam likwidacja przedszkola to wyrok na społeczność. Likwidacja i tak małej liczby miejsc pracy: dla nauczycieli, administracji, kucharek, pracowników obsługi i osób zajmujących się utrzymaniem budynku. Pośrednio tracą również firmy dostarczające żywność, środki czystości czy wykonujące remonty. Demografia zaczyna więc przekładać się na lokalną gospodarkę.

Za chwilę ta sama fala dotrze do szkół

Dzisiejsze przedszkolaki za moment staną się uczniami. Jeżeli dzieci rodzi się mniej, nie istnieje żaden mechanizm, dzięki któremu nagle więcej pojawi się ich w pierwszych klasach szkół podstawowych. Niż po prostu przesuwa się razem z kolejnymi rocznikami. Najpierw zmniejsza się liczba grup przedszkolnych. Następnie klas w szkołach podstawowych. Później problem dociera do liceów, techników i szkół zawodowych. I tutaj konsekwencje mogą być jeszcze większe.

W małych miejscowościach szkoła zaraz po urzędzie często jest jednym z największych pracodawców finansowanych przez samorząd. Jeżeli zamiast dwóch klas pierwszych będzie można utworzyć jedną, potrzeba mniej godzin nauczycielskich. Jeżeli uczniów będzie jeszcze mniej, pojawi się pytanie o sens utrzymywania całej szkoły. Możliwe będą łączenia klas, ograniczanie etatów, łączenie placówek, a w skrajnych przypadkach ich zamykanie.

Dla gmin oznacza to bardzo trudny wybór. Utrzymywanie prawie pustej szkoły jest kosztowne, ale jej likwidacja sprawia jednocześnie, że politycy opozycji powiedzą – a my nie zlikwidujemy. I w ten sposób może powstać demograficzne błędne koło.

Potem przyjdzie czas na uczelnie

Kolejna fala dotrze do szkół średnich, a następnie na uczelnie. Największe i najbardziej rozpoznawalne kierunki prawdopodobnie poradzą sobie stosunkowo dobrze. Znacznie trudniejsza sytuacja może czekać mniej popularne kierunki oraz mniejsze szkoły wyższe. W Białymstoku w zasadzie wszystkie uczelnie prywatne już zniknęły lub ledwo przędą. Jeżeli maturzystów będzie coraz mniej, może to oznaczać zamykanie kierunków, łączenie grup, ograniczanie zatrudnienia.

Biorąc pod uwagę jak już Białystok jest mało atrakcyjny dla studentów, których przez ostatnie lata liczba zmniejszyła się o kilkadziesiąt tysięcy. To dla stolicy województwa podlaskiego niska demografia oznacza wyrok. Studenci wynajmują mieszkania, korzystają z gastronomii, sklepów, transportu i usług. Mniej studentów oznacza więc nie tylko problem uniwersytetu czy politechniki. To również mniej pieniędzy pozostających w mieście.

A później zabraknie pracowników

Dzisiejsze dzieci za kilkanaście czy dwadzieścia lat wejdą na rynek pracy. A będzie ich znacznie mniej niż osób z licznych roczników, które będą wtedy przechodziły na emeryturę. GUS w głównym scenariuszu prognozy ludności przewiduje, że województwo podlaskie może zmniejszyć swoją populację z około 1,143 mln mieszkańców w 2022 roku do około 1,101 mln w 2030 roku, 1,035 mln w 2040 roku i zaledwie około 885 tys. w 2060 roku.

Nie będzie to więc wyłącznie problem tego, że „będzie nas trochę mniej”. Zmieni się również struktura wieku mieszkańców. Coraz mniej będzie ludzi młodych i osób w wieku produkcyjnym, a większą część społeczeństwa będą stanowić seniorzy. To już zaczyna być dostrzegalne gołym okiem teraz. To oznacza mniej pracowników utrzymujących gospodarkę i jednocześnie większe zapotrzebowanie na ochronę zdrowia, opiekę i usługi skierowane do osób starszych.

Firmy będą walczyły o życie

Podlaskie może wejść w znacznie trudniejszy scenariusz niż zwykły „brak pracowników”. Już dziś rynek pracy w Białymstoku jest po prostu bardzo słaby. Małe firmy regularnie znikają, część przedsiębiorców ogranicza działalność, a duże zakłady nie tworzą takiej liczby nowych miejsc pracy, która mogłaby zatrzymać młodych ludzi w regionie. Nie mamy tu zbyt wiele stanowisk dla wysokiej jakości specjalistów. Główny pracodawca to urząd i budżetówka. Czyli coś, co nie wytwarza PKB, a je zużywa.

W takim układzie niż demograficzny nie musi wcale spowodować, że nagle pracodawcy zaczną bić się o każdego pracownika. Może wydarzyć się coś znacznie gorszego: razem z liczbą mieszkańców będzie kurczył się cały lokalny rynek. Mniej ludzi to mniej klientów sklepów, restauracji, usług, mieszkań na wynajem czy lokalnych firm. Dla przedsiębiorcy oznacza to mniejsze obroty i jeszcze mniejszą opłacalność inwestowania w regionie.

Kolejne firmy mogą więc ograniczać zatrudnienie albo całkowicie znikać, a młody człowiek, który nie znajdzie tu odpowiedniej pracy, wyjedzie tam, gdzie rynek oferuje mu większy wybór i wyższe zarobki. Czyli to co już się dzieje, ale w wersji ekstremalnej. W ten sposób powstaje bardzo niebezpieczne sprzężenie zwrotne: mieszkańców jest mniej, więc gospodarka słabnie, a ponieważ gospodarka słabnie, kolejni mieszkańcy wyjeżdżają.

Samorządy również będą miały problem

Mniej mieszkańców oznacza także mniejszą bazę podatkową. Jeżeli z gminy wyjeżdżają osoby młode i pracujące, zmniejszają się wpływy związane z ich dochodami i lokalną konsumpcją. Jednocześnie drogi, wodociągi, szkoły, urzędy czy komunikację nadal trzeba utrzymywać. Infrastruktura nie kurczy się razem z liczbą mieszkańców. Droga o długości 10 kilometrów kosztuje podobnie niezależnie od tego, czy korzysta z niej 10 tys., czy 7 tys. osób. Dlatego depopulacja szczególnie dotkliwa może być dla niewielkich gmin wiejskich. Koszt utrzymania infrastruktury w przeliczeniu na jednego mieszkańca będzie tam systematycznie rósł. Podobnie odczuwa to Białystok, z którego młodzi uciekają do gmin sąsiednich. Zatem miasto jest drenowane podwójnie – niżem demograficznym oraz ucieczką do sąsiada.

Przedszkola są dopiero pierwszym ostrzeżeniem

Dane dotyczące wolnych miejsc w podlaskich przedszkolach warto więc potraktować jako coś więcej niż ciekawostkę. To pierwszy etap znacznie większej zmiany. Dzisiaj mamy za dużo miejsc w części przedszkoli. Za kilka lat problem przejdzie do podstawówek. Potem do szkół średnich i uczelni. Jeszcze później odczują go przedsiębiorcy. Prognozy demograficzne nie pozostawiają przy tym wiele miejsca na optymizm. Urząd Statystyczny w Białymstoku w najnowszym opracowaniu dotyczącym sytuacji demograficznej regionu przedstawia już prognozy aż do 2060 roku, również w podziale na poszczególne gminy.

Niż demograficzny nie jest więc czymś, co dopiero nadchodzi. On już trwa. Na razie można go zobaczyć w pustych miejscach w przedszkolach. Za kilkanaście lat zobaczymy go w kolejnych miejscach. I właśnie dlatego zamiast zastanawiać się wyłącznie nad tym, jak utrzymać wszystkie istniejące placówki, Podlaskie powinno już dziś odpowiedzieć sobie na znacznie trudniejsze pytanie: jak zorganizować region, jego edukację, gospodarkę i usługi publiczne tak, aby mogły dobrze funkcjonować także wtedy, gdy mieszkańców będzie znacznie mniej?

Zamieszkali w Puszczy, a teraz chcą odstrzelić wilki. Może czas wracać do Białegostoku?

Zamieszkali w Puszczy, a teraz chcą odstrzelić wilki. Może czas wracać do Białegostoku?

W ostatnich dniach znów wraca temat wilków pojawiających się w okolicach Dąbrówek, Ogrodniczek, Studzianek i Wasilkowa. Pojawiają się głosy o zagrożeniu, żądania zdecydowanych działań, a nawet oczekiwania, że drapieżniki zostaną z okolicy usunięte.

Warto więc powiedzieć coś, co być może nie wszystkim się spodoba: jeżeli ktoś zdecydował się zamieszkać przy Puszczy Knyszyńskiej albo w jej otulinie, to zdecydował się również zamieszkać obok dzikiej przyrody. A wilk jest jej częścią.

Nie dodatkiem. Nie problemem do usunięcia. Nie zwierzęciem, które ma zniknąć dlatego, że człowiek kupił działkę, wybudował dom i oczekuje teraz takiego samego komfortu jak na osiedlu w centrum miasta. Kto chciał mieszkać w miejscu, gdzie nie ma wilków, mógł wybrać Białystok.

Puszcza nie jest dekoracją za płotem

Przez ostatnie lata okolice Wasilkowa, Dąbrówek czy Ogrodniczek stały się atrakcyjnym miejscem do budowy domów. Blisko miasta, dużo zieleni, cisza, las, świeże powietrze. Można powiedzieć: idealne miejsce do życia. Tylko że las nie jest parkiem miejskim. Nie można kupić sobie działki przy jednym z największych kompleksów leśnych północno-wschodniej Polski, cieszyć się śpiewem ptaków, widokiem saren i zapachem lasu, a następnie uznać, że drapieżniki są już elementem niepożądanym.

Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Białymstoku już w kwietniu 2025 roku informowała o obecności wilków w okolicach Ogrodniczek, Dąbrówek, Wasilkowa. Nie była to więc informacja ukrywana przed mieszkańcami. RDOŚ przypominał jednocześnie, że wilki są zwierzętami płochliwymi, zazwyczaj unikającymi ludzi, ale mogą pojawiać się w pobliżu zabudowań. To jest właśnie cena mieszkania na styku miasta i dzikiej przyrody. Można mieć las niemal pod domem. Ale nie można oczekiwać, że będzie to las pozbawiony wszystkiego, co człowiekowi akurat przeszkadza.

Wilk nie jest bezpańskim psem do „usunięcia”

Wilk w Polsce jest objęty ścisłą ochroną gatunkową. Wprost wymienia go załącznik do obowiązujących przepisów dotyczących ochrony gatunkowej zwierząt. Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska wielokrotnie podkreślała, że wilk pozostaje gatunkiem ściśle chronionym. Odstrzał nie jest zwykłym narzędziem regulowania tego, czy mieszkańcom odpowiada obecność zwierzęcia. Może być dopuszczony wyjątkowo, wobec konkretnego problemowego osobnika i w określonych prawem okolicznościach.

To zasadnicza różnica. Widok wilka przy drodze nie oznacza automatycznie, że mamy do czynienia z wilkiem niebezpiecznym. Wilk przechodzący przez wieś nie staje się automatycznie „agresywnym wilkiem”. A wilk polujący na zwierzę nie zachowuje się nienaturalnie. Zachowuje się dokładnie tak, jak zachowuje się drapieżnik. Oczywiście strata kota, psa, kozy czy innego zwierzęcia jest dla właściciela bolesna i nie ma powodu jej lekceważyć. Dlatego istnieją procedury odszkodowawcze, działania prewencyjne, zabezpieczenia hodowli czy możliwość płoszenia.

Ale czym innym jest rozwiązanie konkretnego konfliktu, a czym innym stworzenie zasady: wilk pojawił się w pobliżu naszych nowych domów, więc wilk ma zniknąć.

A może to nie wilk wszedł do naszego świata?

Warto odwrócić perspektywę. To nie wilki wybudowały osiedla w sąsiedztwie Puszczy Knyszyńskiej. To ludzie coraz głębiej wchodzą z zabudową w tereny znajdujące się na styku ogromnego kompleksu leśnego. Budujemy domy, drogi, ogrodzenia i osiedla. Fragmentujemy przestrzeń. Pojawiają się psy, koty, odpady spożywcze, kompostowniki i łatwo dostępne źródła pokarmu. A później jesteśmy zdziwieni, że dzikie zwierzę przeszło drogą pomiędzy domami.

RDOŚ zaleca mieszkańcom tych terenów bardzo proste rzeczy: nie zostawiać karmy na zewnątrz, zabezpieczać zwierzęta domowe, nie wypuszczać psów samopas, prowadzić je w lesie na smyczy i nie przyzwyczajać drapieżników do możliwości zdobywania pokarmu w pobliżu człowieka. To nie są zalecenia szczególnie wygórowane dla kogoś, kto świadomie wybiera życie na skraju puszczy.

Po co nam właściwie wilk?

Wilki są w lesie potrzebne z bardzo prostego powodu: pilnują, żeby nie było w nim zbyt dużo dużych roślinożerców. Polują przede wszystkim na jelenie, sarny i dziki, a często wybierają osobniki słabsze, chore albo mniej ostrożne. Dzięki temu liczba tych zwierząt nie rośnie bez końca. Gdy jeleni i saren jest za dużo, zaczynają zjadać młode drzewa, pędy i krzewy szybciej, niż las jest w stanie je odtworzyć. W efekcie młody las ma problem z odrastaniem, a szkody pojawiają się też na polach i w uprawach. Wilk działa więc jak naturalny regulator liczebności zwierzyny.

Jego obecność zmienia również zachowanie innych zwierząt. Jelenie i sarny nie stoją godzinami w jednym miejscu i nie wyjadają całej roślinności, lecz częściej się przemieszczają. Dzięki temu presja na konkretne fragmenty lasu jest mniejsza.

Dlatego wilk nie jest w puszczy „dodatkiem”. Jest jednym z elementów, które pomagają utrzymać las w równowadze. Usunięcie dużego drapieżnika może uruchomić cały łańcuch zmian: więcej roślinożerców, większe szkody w młodym lesie, słabsze odnawianie się drzew i większe problemy także dla rolników. Wilk jest jednym z mechanizmów, dzięki którym puszcza pozostaje puszczą.

A co z bezpieczeństwem ludzi?

Każde spotkanie z dużym dzikim zwierzęciem należy traktować rozsądnie. Nie należy do wilka podchodzić, próbować go karmić, fotografować z bliska ani pozwalać psu go gonić. Nie ma jednak podstaw, aby każde pojawienie się wilka przedstawiać jako zapowiedź ataku na ludzi. Ministerstwo Klimatu i Środowiska podaje, że dostępne dane nie wskazują na wzrost zagrożenia ludzi ze strony wilków w Polsce, a bezpośrednie incydenty są niezwykle rzadkie. Resort wskazuje również, że wilki z reguły unikają kontaktu z człowiekiem. Strach rodzica widzącego dużego drapieżnika niedaleko domu można zrozumieć. Ale polityki ochrony przyrody nie powinno się prowadzić na podstawie samego strachu.

Puszcza Knyszyńska z wilkiem albo bez puszczy

Jeżeli chcemy mieć obok Białegostoku ogromny, żywy kompleks leśny, pełen saren, jeleni, łosi, żubrów, rysi i wilków, musimy zaakceptować również niedogodności wynikające z sąsiedztwa dzikiej przyrody. Nie istnieje wersja Puszczy Knyszyńskiej „premium”, w której zostawiamy drzewa, ścieżki rowerowe, grzyby, ptaki i piękne widoki, ale usuwamy zwierzęta, które mogą podejść zbyt blisko naszego płotu. To nie jest ogród zoologiczny. To nie jest park miejski. I przede wszystkim nie jest to teren, który natura ma opuszczać za każdym razem, gdy człowiek przesuwa zabudowę o kolejne kilkaset metrów w stronę lasu.

Mieszkańcy mają pełne prawo oczekiwać od samorządu i służb reakcji w sytuacji rzeczywistego zagrożenia. Mają prawo do pomocy w zabezpieczaniu gospodarstw i zwierząt. Mają prawo do odszkodowań za szkody przewidzianych prawem. Ale oczekiwanie, że dla poprawienia naszego komfortu zaczniemy eliminować wilki żyjące w jednym z najcenniejszych kompleksów przyrodniczych regionu, prowadzi donikąd.

Wilk był w Puszczy Knyszyńskiej przed nami. I dobrze byłoby, żeby został w niej również po nas. Jeżeli wybieramy życie przy puszczy, wilk naprawdę jest częścią pakietu.

Pojechaliśmy sprawdzić Narew na granicy. Tego widoku się nie spodziewaliśmy.

Pojechaliśmy sprawdzić Narew na granicy. Tego widoku się nie spodziewaliśmy.

Tego miejsca nie da się dziś odwiedzić podczas zwykłego spaceru czy turystycznej wycieczki. Odcinek granicy polsko-białoruskiej, w którym Narew wpływa do Polski, znajduje się w strefie całkowicie zamkniętej dla osób postronnych. My jednak mieliśmy możliwość zobaczyć rzekę właśnie tam, jeszcze zanim dotrze do zbiornika Siemianówka. Od razu zaznaczamy: zdjęcie wykonaliśmy całkowicie legalnie. Ze względu na charakter miejsca i bezpieczeństwo Państwa Polskiego, nie mogliśmy pokazać go jeszcze bardziej szczegółowo.

Pojechaliśmy tam przede wszystkim, by sprawdzić jak Narew wygląda przed Siemianówką, zanim jej wody trafią do zbiornika. Szczególnie interesował nas poziom rzeki w środku sierpnia, kiedy po cieplejszych i bardziej suchych tygodniach można byłoby spodziewać się znacznie skromniejszego przepływu.

Tymczasem na miejscu czekało nas pozytywne zaskoczenie. Narew wygląda całkiem nieźle. Wody jest dużo, zwłaszcza jak na tę porę roku. Oczywiście trudno mówić o dokładnej głębokości bez wykonania pomiarów, ale można ją ocenić nawet na okolice pasa (około 80 – 100 cm). Nie widać tu obrazu niemal wyschniętego cieku czy pojedynczej strugi przeciskającej się pomiędzy roślinnością.

Rzeka płynie przez szeroką, zieloną dolinę, miejscami rozlewa się pomiędzy trzcinami i wysokimi trawami. Otoczenie wygląda bardzo naturalnie — łąki, zarośla, podmokłe fragmenty terenu i las tworzą krajobraz charakterystyczny dla górnej Narwi. Patrząc na to miejsce trudno odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z rzeką znajdującą się w sierpniowym kryzysie wodnym.

To oczywiście tylko obserwacja dwóch miejsc i jednego dnia, a nie profesjonalny pomiar hydrologiczny. Mimo to daje ona ciekawy obraz sytuacji. Zanim Narew dociera do zbiornika Siemianówka, niesie ze sobą wyraźną ilość wody i na granicy polsko-białoruskiej prezentuje się jak pełnoprawna, żywa rzeka.

Chcieliśmy zobaczyć to na własne oczy, zamiast opierać się wyłącznie na mapach, zdjęciach satelitarnych czy danych z dalszych odcinków. I po tej wizycie można powiedzieć jedno: jak na sierpień, Narew przed Siemianówką wygląda naprawdę dobrze. I właśnie dlatego ten obraz powinien skłaniać do zadania bardzo prostego pytania: skoro rzeka wpływa do Polski z taką ilością wody, to co dzieje się z nią dalej? Zbiornik Siemianówka nie jest przecież neutralnym elementem krajobrazu. Zatrzymuje naturalny przepływ rzeki, zmienia jej charakter i wpływa na to, ile wody oraz w jakim rytmie trafia dalej w dolinę Narwi.

Dla nas to kolejny argument za tym, by poważnie rozmawiać o przyszłości Siemianówki. Jeśli chcemy chronić Narew jako żywą rzekę, musimy patrzeć nie tylko na poziom wody w samym zbiorniku, ale przede wszystkim na cały system rzeczny przed i za zaporą. Widok Narwi na granicy pokazuje, że problem nie zaczyna się tam, gdzie rzeka wpływa do Polski.

Czy Białystok może jeszcze wygrać przyszłość? Sztuczna inteligencja to ostatnia szansa.
Zdjęcie wygenerowane przez Sztuczną Inteligencję

Czy Białystok może jeszcze wygrać przyszłość? Sztuczna inteligencja to ostatnia szansa.

Od wejścia Polski do Unii Europejskiej minęły ponad dwie dekady. Białystok przez ten czas zmienił się wizualnie nie do poznania. Wyremontowano ulice, chodniki, place, budynki i przestrzenie publiczne. Powstały nowe drogi, stadion, kampus, parki i kolejne miejsca rekreacji. Miasto jest niewątpliwie bardziej estetyczne i wygodniejsze do życia niż w 2004 roku. Tylko że piękne miasto nie musi być miastem silnym gospodarczo.

Największym problemem Białegostoku ostatnich dwóch dekad nie jest bowiem brak inwestycji. Problem polega na tym, że ogromna część publicznej energii została skierowana na nadrabianie zaległości infrastrukturalnych, podczas gdy nie udało się stworzyć dziedziny, z którą Białystok byłby jednoznacznie kojarzony w Polsce i Europie.

Poznań ma silny przemysł, logistykę, handel i technologie. Wrocław przez lata budował pozycję jednego z najważniejszych polskich ośrodków IT, nowych technologii, przemysłu i centrów badawczo-rozwojowych. Kraków wykorzystał potencjał swoich uczelni, przyciągając międzynarodowe firmy technologiczne i centra usług.

A Białystok? Trudno wskazać odpowiedź. I właśnie to powinno niepokoić najbardziej.

Nie można przez kolejne 20 lat remontować miasta

Inwestycje infrastrukturalne były potrzebne. Problem zaczyna się wtedy, gdy stają się właściwie jedyną wizją rozwoju. Nie da się bez końca budować przewagi gospodarczej miasta na kolejnych remontach ulic, rewitalizacjach placów czy wymianie nawierzchni chodników. Takie inwestycje poprawiają jakość życia, ale nie powodują automatycznie, że powstają wysoko płatne miejsca pracy. Nie zatrzymują absolwentów uczelni. Nie ściągają naukowców. Nie tworzą przedsiębiorstw sprzedających swoje produkty na świecie. Potrzebna jest specjalizacja.

Białystok prawdopodobnie nie zostanie drugim Poznaniem pod względem przemysłu. Nie dogoni Warszawy jako centrum finansowego. Trudno będzie również powtórzyć drogę Krakowa czy Wrocławia, które swoją przewagę w sektorze międzynarodowych usług i IT budowały przez lata. Ale właśnie teraz pojawiło się coś, czego dwadzieścia lat temu praktycznie nie było. To sztuczna inteligencja. To jedna z największych zmian technologicznych od czasu upowszechnienia internetu. I jednocześnie rynek, którego podział dopiero trwa.

Wyścig już się rozpoczął

Problem w tym, że inne miasta również to zauważyły. Poznań buduje dziś swoją pozycję między innymi wokół PIAST-AI. Poznańskie Centrum Superkomputerowo-Sieciowe wraz z partnerami tworzy jedną z polskich fabryk sztucznej inteligencji należących do europejskiej sieci AI Factories. Komisja Europejska zalicza PIAST AIF do europejskiej infrastruktury mającej umożliwiać przedsiębiorstwom, naukowcom i startupom korzystanie z zaawansowanych zasobów AI.

To niezwykle ważne, bo za kilka czy kilkanaście lat zdanie „Poznań jest jednym z polskich centrów sztucznej inteligencji” może być równie naturalne jak dzisiejsze skojarzenie Wrocławia z sektorem IT. Białystok nie ma jeszcze takiej pozycji. Ale nie oznacza to, że startuje od zera.

Białystok ma ludzi. Tylko trzeba stworzyć im miejsce.

Politechnika Białostocka posiada Wydział Informatyki i już prowadzi projekty dotyczące sztucznej inteligencji. Jest między innymi liderem międzynarodowego projektu MAESTRO-AI, realizowanego wspólnie z uczelniami z Grecji, Rumunii i Portugalii, dotyczącego wykorzystania AI w nauczaniu matematyki i programowania. Uczelnia wprowadziła również własne zasady dotyczące stosowania generatywnej sztucznej inteligencji, rozwija kompetencje pracowników i studentów oraz wykorzystanie AI w badaniach, dydaktyce i administracji.

Jest Uniwersytet w Białymstoku, na którym w roku akademickim 2025/2026 kształci się ponad 8,5 tys. studentów. Są kolejne uczelnie, przedsiębiorcy oraz młodzi ludzie, którzy dziś po ukończeniu informatyki, matematyki czy kierunków technicznych nie zawsze znajdują w Białymstoku pracę odpowiadającą ich ambicjom. I tutaj pojawia się zasadnicze pytanie.

Co by się stało, gdyby Białystok podjął polityczną i gospodarczą decyzję, by być jednym z najważniejszych polskich ośrodków zastosowań sztucznej inteligencji?

Nie jako hasło promocyjne na konferencję. Jako plan na dziesięć lat.

Białystok nie musi budować własnego ChatGPT

Sztuczna inteligencja to znacznie więcej niż ChatGPT i generowanie tekstów. W dużym uproszczeniu jest to grupa technologii, które pozwalają komputerom analizować ogromne ilości danych, rozpoznawać w nich wzorce, przewidywać zdarzenia i podejmować lub wspierać decyzje. AI potrafi analizować zdjęcia rentgenowskie, wykrywać wady produktów na linii produkcyjnej, przewidywać awarie maszyn, sterować ruchem, rozpoznawać choroby roślin, optymalizować zużycie energii czy pomagać w projektowaniu nowych leków. Chatboty są więc tylko jednym z najbardziej widocznych zastosowań sztucznej inteligencji. Jej prawdziwa gospodarcza siła kryje się przede wszystkim tam, gdzie pozwala wykonywać zadania szybciej, dokładniej i taniej albo rozwiązywać problemy, których człowiek nie byłby w stanie samodzielnie przeanalizować ze względu na ogromną ilość danych.

Próba konkurowania z największymi światowymi firmami w tworzeniu gigantycznych modeli AI byłaby absurdalna. Potrzebne są do tego miliardy, ogromna infrastruktura obliczeniowa i tysiące specjalistów. Ale gospodarka oparta na sztucznej inteligencji jest znacznie szersza. Największą szansą Białegostoku mogłyby być praktyczne zastosowania AI w konkretnych branżach. Podlaskie jest jednym z najważniejszych regionów rolniczych i spożywczych w Polsce. Można rozwijać tutaj AI dla rolnictwa, mleczarstwa i przemysłu spożywczego: analizę obrazu, automatykę, robotykę, przewidywanie produkcji, wykrywanie chorób roślin, kontrolę jakości czy optymalizację zużycia energii.

Białystok posiada silne środowisko medyczne. To naturalna przestrzeń dla rozwoju systemów wspierających diagnostykę, analizę obrazów medycznych, zarządzanie ochroną zdrowia czy badania nad wykorzystaniem danych. Mamy przemysł maszynowy, firmy technologiczne i produkcyjne. Tutaj sztuczna inteligencja może być wykorzystywana do automatyzacji, analizy jakości produkcji, robotyki czy przewidywania awarii urządzeń. To właśnie w takich niszach można budować specjalizację. Nie „AI do wszystkiego”. AI do rzeczy, w których Podlasie już posiada doświadczenie.

Pierwszy krok już wykonano. Ale to zdecydowanie za mało.

W lipcu 2026 roku ogłoszono projekt „AI4Business – Centrum Sztucznej Inteligencji i Wsparcia Transformacji Cyfrowej Przedsiębiorstw”. Jego wartość wynosi 6,3 mln zł, z czego 5,3 mln zł pochodzi z funduszy europejskich. Projekt ma pomóc co najmniej 65 podlaskim małym i średnim przedsiębiorstwom między innymi w audytach, pilotażach i przygotowaniu wdrożeń wykorzystujących AI. To bardzo dobry kierunek. Tylko że 65 przedsiębiorstw nie zmieni gospodarczej pozycji regionu. Potrzebujemy myślenia w znacznie większej skali.

Wyobraźmy sobie Białostockie Centrum Sztucznej Inteligencji stworzone wspólnie przez miasto, województwo, Politechnikę Białostocką, Uniwersytet w Białymstoku, środowisko medyczne oraz przedsiębiorców. Nie kolejny urząd z sekretariatem, dyrektorem i kilkoma konferencjami rocznie. Prawdziwe centrum badawczo-wdrożeniowe.

Miejsce posiadające infrastrukturę obliczeniową, laboratoria, zespoły badawcze i fundusz umożliwiający finansowanie eksperymentalnych projektów. Miejsce, do którego przedsiębiorca przychodzi z problemem technologicznym, a naukowcy i programiści pomagają stworzyć rozwiązanie wykorzystujące AI. Obok niego powinien powstać program przyciągania startupów technologicznych. Tanie lub bezpłatne biura. Dostęp do infrastruktury. Granty na pierwsze projekty. Współpraca z uczelniami. Dostęp do przedsiębiorstw, w których można testować rozwiązania.

A przede wszystkim bardzo jasny komunikat wysyłany przez następne dziesięć lat: Jeżeli chcesz rozwijać sztuczną inteligencję w Polsce, możesz robić to w Białymstoku.

Trzeba zatrzymać najlepszych studentów

Białystok co roku kształci młodych ludzi, a następnie wysyła ich do Warszawy, Krakowa, Wrocławia czy za granicę. To jeden z najbardziej absurdalnych mechanizmów rozwojowych. Państwo i samorządy wydają pieniądze na szkoły. Miasto tworzy infrastrukturę. Uczelnie kształcą specjalistę przez pięć lat. A kiedy człowiek osiąga wiek, w którym zaczyna generować największą wartość gospodarczą, wyjeżdża, ponieważ gdzie indziej czeka na niego lepsza praca.

Jeżeli Białystok chce zatrzymywać ambitnych dwudziesto- i trzydziestolatków, potrzebuje gospodarki oferującej im coś więcej niż argument, że tutaj są mniejsze korki i tańsze mieszkania niż w Warszawie. Potrzebuje ambitnych miejsc pracy. AI może takie miejsca stworzyć.

Być może właśnie małe miasto ma swoją przewagę

Białystok nie musi kopiować Warszawy. Odległości są niewielkie. Uczelnie, przedsiębiorcy i administracja znajdują się blisko siebie. Znacznie łatwiej stworzyć środowisko, w którym rektor, przedsiębiorca, prezydent miasta, marszałek i twórca startupu rzeczywiście mogą współpracować. Na równych zasadach. W technologiach często właśnie takie skupiska tworzą największą wartość. Warunek jest jeden: wszyscy muszą wiedzieć, dokąd zmierzają.

Jeżeli każdy będzie realizował własny niewielki projekt, organizował własną konferencję i wydawał kolejne kilka milionów złotych z funduszy europejskich, za dziesięć lat prawdopodobnie będziemy dokładnie w tym samym miejscu. Tylko chodniki będą jeszcze równiejsze.

Potrzeba decyzji

Najważniejszą rzeczą, której brakowało Białemustokowi po 2004 roku, nie były pieniądze. Tych dzięki członkostwu Polski w Unii Europejskiej pojawiło się bardzo dużo. Brakowało wielkiej gospodarczej ambicji. Odpowiedzi na pytanie w czym Białystok ma być naprawdę dobry. Przez ponad dwadzieścia lat takiej odpowiedzi nie znaleźliśmy. Sztuczna inteligencja daje możliwość, aby spróbować jeszcze raz.

Nie chodzi o ogłoszenie Białegostoku „polską Doliną Krzemową”. Takie hasło szybko stałoby się karykaturalne. Nie chodzi również o kolejną strategię liczącą 200 stron, która po konferencji trafi na półkę archiwum. Potrzeba kilku konkretnych decyzji: specjalizacji, centrum badawczo-wdrożeniowego, pieniędzy na startupy i badania, współpracy uczelni z przedsiębiorstwami, przyciągania specjalistów oraz konsekwentnego budowania marki miasta przez wiele lat.

Efekty nie pojawią się po jednej kadencji samorządu. Ale właśnie w ten sposób rozwijały się miasta, którym dziś zazdrościmy ich pozycji. W 2040 roku Białystok może być miastem, o którym mówi się w Polsce: tam powstają ciekawe rozwiązania wykorzystujące sztuczną inteligencję. Może też być miastem z kolejnymi pięknie wyremontowanymi ulicami, z którego najbardziej ambitni młodzi ludzie nadal wyjeżdżają rozwijać przyszłość gdzie indziej. Tym razem warto nie przespać swojej szansy.

Zwykli ludzie protestują, a milionerzy, deweloperzy i pseudobiznesmeni na tym wygrywają.

Zwykli ludzie protestują, a milionerzy, deweloperzy i pseudobiznesmeni na tym wygrywają.

W Polsce udała się rzecz zdumiewająca. Części polityków i związanych z nimi środowisk przez lata skutecznie przekonywała ludzi, że ochrona przyrody jest czymś wymierzonym przeciwko zwykłemu człowiekowi. Że ekolog to ktoś, kto chce zamknąć las, zabronić zbierania grzybów, odebrać rolnikowi pole, rybakowi jezioro, a mieszkańcowi możliwość wejścia nad rzekę. Powstało nawet pogardliwe określenie „ekooszołom”, którym można było wygodnie przykleić łatkę każdemu, kto zadawał niewygodne pytania o wycinkę drzew, zabudowę wydm, osuszanie mokradeł czy betonowanie kolejnego kawałka wybrzeża.

Konstytucyjna ochrona

Tymczasem ochrona środowiska nie jest żadnym lewicowym wynalazkiem, fanaberią organizacji pozarządowych ani pomysłem przywiezionym z Brukseli. Jest wpisana wprost do Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej. Artykuł 5 mówi, że państwo zapewnia ochronę środowiska, kierując się zasadą zrównoważonego rozwoju. Artykuł 74 idzie jeszcze dalej: ochrona środowiska jest obowiązkiem władz publicznych, a polityka państwa ma zapewniać bezpieczeństwo ekologiczne również przyszłym pokoleniom. I warto o tym przypominać szczególnie dziś, kiedy słowo „ochrona” zaczęło się wielu osobom kojarzyć przede wszystkim z zakazami.

Paradoks polega na tym, że część środowiska politycznego, które dzisiaj tak chętnie straszy ludzi „zamykaniem lasów”, sama pokazała już, jak wygląda prawdziwe zamknięcie lasów. W kwietniu 2020 roku, podczas epidemii COVID-19, po rekomendacji rządowego zespołu kryzysowego wprowadzono ogólnopolski zakaz wstępu do lasów. Straż Leśna miała go egzekwować. Zakaz obowiązywał od 3 kwietnia, a dostęp do lasów przywrócono 20 kwietnia. To właśnie był zakaz wstępu.

Ochrona przyrody zazwyczaj wygląda zupełnie inaczej. Nie polega na ustawieniu szlabanu przed każdym lasem i wypędzeniu z niego człowieka. Najbardziej restrykcyjne ograniczenia dotyczą szczególnych obszarów i wyjątkowo cennych fragmentów przyrody. W ogromnej części chronionych terenów nadal funkcjonują drogi, szlaki, turystyka, rolnictwo czy lokalne społeczności. Nawet przy obecnym sporze o planowany rezerwat Uroczysko Mszar koło Krasnopola Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska podkreśla, że utworzenie rezerwatu nie musi oznaczać zakazu zbierania grzybów, jagód czy żurawiny. Problem leży gdzie indziej.

Najważniejszą funkcją ochrony przyrody jest dzisiaj często obrona wspólnego dobra przed człowiekiem, który ma wystarczająco dużo pieniędzy, aby próbować to dobro zamienić we własny biznes. Bo czym właściwie jest piękne jezioro? Dla mieszkańca jest miejscem spaceru, kąpieli, łowienia ryb, krajobrazem i częścią jego małej ojczyzny. Dla inwestora może być przede wszystkim działką, której wartość wzrośnie kilkukrotnie, jeżeli uda się postawić apartamentowiec wystarczająco blisko brzegu.

Czym jest nadmorski las? Dla tysięcy ludzi to wspólna przestrzeń. Dla dewelopera może być „potencjałem inwestycyjnym”. Czym jest widok na góry? Dobrem wspólnym czy produktem premium sprzedawanym za kilkadziesiąt tysięcy złotych za metr? Na tym właśnie polega konflikt, o którym zbyt rzadko mówi się wprost. Nie pomiędzy „ekologiem” i „zwykłym człowiekiem”. Pomiędzy interesem wspólnym a prywatną maksymalizacją zysku. Polska zna już wystarczająco dużo historii pokazujących, do czego prowadzi sytuacja, w której grunt jest wyjątkowo atrakcyjny, a przepisy ochronne zaczynają inwestorowi przeszkadzać.

W Mechelinkach nad Bałtykiem inwestor próbował wykorzystać specjalne przepisy covidowe, aby bez standardowego pozwolenia postawić dziesięć dwukondygnacyjnych domków. Oficjalnym uzasadnieniem miało być przeciwdziałanie COVID-19, możliwość kwarantanny i rekonwalescencji ozdrowieńców. Problem w tym, że inwestycja powstała na terenie objętym zakazem zabudowy, w sąsiedztwie rezerwatu Mechelińskie Łąki i w otulinie Nadmorskiego Parku Krajobrazowego. Co więcej, jeszcze przed pandemią ten sam inwestor zabiegał o możliwość budowy w tym miejscu i jej nie uzyskał. Sprawa zakończyła się nakazem rozbiórki zabudowy i przywrócenia terenu do poprzedniego stanu.

W Zakopanem powstała historia niemal groteskowa. Na Bachledzkim Wierchu pojawiły się drewniane obiekty, choć teren objęty był ograniczeniami zabudowy. Inwestor przekonywał początkowo, że chodzi między innymi o „poidło dla koni”. Ostatecznie stanęło pięć domków turystycznych pod wynajem. W sierpniu 2026 roku zapadło prawomocne rozstrzygnięcie nakazujące ich rozebranie i przywrócenie działki do wcześniejszego stanu.

Nad morzem presję inwestycyjną widać jeszcze lepiej. W Dźwirzynie, które należy do gminy Kołobrzeg – a nie do miasta Kołobrzeg, co warto wyraźnie podkreślić – powstaje The Elements Resort. Inwestycja znajduje się około 50 metrów od plaży, w pierwszej linii brzegowej, i ma obejmować około 350 apartamentów. Materiały branżowe reklamują ją właśnie bliskością morza, widokiem i inwestycyjnym modelem zakupu lokali.

Sama legalna inwestycja nie jest oczywiście przestępstwem. Jest jednak świetnym obrazem tego, jak ogromną wartość finansową ma możliwość zabudowania przestrzeni znajdującej się tuż obok czegoś, czego nikt nie wyprodukował: plaży, morza, lasu czy jeziora. A w tej samej gminie pojawił się jeszcze dużo poważniejszy wątek.

We wrześniu 2022 roku CBA zatrzymało ówczesnego wójta gminy Kołobrzeg. Według śledczych chodziło o 300 tys. zł łapówki w zamian za korzystne zmiany w miejscowym planie zagospodarowania przestrzennego. Sprawa dotyczyła między innymi terenów w Dźwirzynie i inwestycji sanatoryjno-hotelowych. Prokuratura skierowała później akt oskarżenia przeciwko sześciu osobom.

Czy naprawdę trudno zrozumieć, dlaczego planowanie przestrzenne i ochrona środowiska muszą mieć mocne zabezpieczenia?

Jeżeli zmiana kilku kresek na mapie może zmienić wartość gruntów o miliony złotych, presja zawsze będzie gigantyczna. Najbardziej spektakularnym symbolem tej logiki pozostaje jednak Stobnica. W środku obszaru Natura 2000 wyrósł kilkunastopiętrowy obiekt stylizowany na zamek. Budowa przez lata była przedmiotem sporów administracyjnych, śledztw i postępowań sądowych. W kwietniu 2026 roku Naczelny Sąd Administracyjny zakończył jeden z najważniejszych administracyjnych wątków sprawy, uznając, że nie ma podstaw do wzruszenia zgody na budowę. Jednocześnie nadal toczył się proces karny dotyczący nieprawidłowości przy realizacji inwestycji. I właśnie dlatego ochrona przyrody nie może być uzależniona wyłącznie od tego, kto ma większy kapitał, droższą kancelarię i więcej cierpliwości do prowadzenia postępowań przez kolejne lata.

A teraz wróćmy na Podlaskie rejony. W Krasnopolu mieszkańcy protestują przeciwko utworzeniu rezerwatu Uroczysko Mszar. Argumentują, że od pokoleń chodzą tam po grzyby, jagody czy żurawinę i obawiają się ograniczeń. Gmina wcześniej sprzeciwiała się także utworzeniu innych rezerwatów, a pod jednym z protestów podpisało się prawie tysiąc osób. Te obawy trzeba traktować poważnie. Nie wolno mieszkańców pouczać ani traktować jak ludzi, którzy „nie rozumieją ekologii”.

Ale warto zadać inne pytanie. Kto najbardziej skorzysta na tym, że określony teren nigdy nie dostanie silniejszej ochrony? Czy człowiek chodzący tam dwa razy w roku po grzyby? Czy może ktoś, kto za dziesięć lub dwadzieścia lat kupi odpowiednio położoną działkę? Podobny mechanizm widzimy wokół Siemianówki.

Dyskusja o ograniczeniu zbiornika w celu poprawy sytuacji Narwi wywołuje potężne emocje. Mieszkańcy i przedsiębiorcy związani z turystyką obawiają się utraty źródeł dochodu. Padają argumenty o bankructwach, spadku wartości nieruchomości i zniszczeniu gospodarki stworzonej wokół zbiornika. Przyrodnicy zwracają natomiast uwagę na wpływ wielkiego sztucznego akwenu na hydrologię Narwi i problem parowania ogromnych ilości wody.

I znowu: rozmowa o rekompensatach czy interesie mieszkańców jest potrzebna. Ale rzeka nie jest własnością właściciela pensjonatu stojącego nad zbiornikiem. Tak samo jak jezioro nie jest własnością właściciela działki przy brzegu. Rzeka jest systemem, od którego zależą całe regiony. Jeżeli jej funkcjonowanie zostaje zaburzone, koszty ponoszą ludzie oddaleni od konkretnego biznesu o dziesiątki, a czasem setki kilometrów.

Podlaskie powinno tę lekcję znać najlepiej. Przecież już kiedyś słyszeliśmy, że garstka „ekologów” przeszkadza w rozwoju regionu. Że przez Dolinę Rospudy musi przejść droga. Że protestujący komplikują życie normalnym ludziom. Że kilka roślin, ptaków czy bagien nie może być ważniejszych od inwestycji. Ludzi broniących Doliny Rospudy nazywano oszołomami. Symbolem protestu stały się desperackie próby zatrzymania budowy. Po latach mało kto chciałby już powiedzieć, że zachowanie Rospudy było błędem. To samo może dotyczyć kolejnych miejsc.

Największym sukcesem przeciwników ochrony przyrody było wmówienie zwykłemu człowiekowi, że ekolog stoi po drugiej stronie barykady. Tymczasem bardzo często ekolog stoi dokładnie po tej samej stronie co zwykły mieszkaniec. Po stronie człowieka, który nie ma miliona złotych na działkę nad jeziorem. Który nie kupi apartamentu za dwa miliony przy samej plaży. Który nie będzie miał prywatnego pomostu, zamkniętego osiedla ani tarasu z widokiem na morze.

Ale który chciałby nadal móc przyjechać nad tę plażę, wejść do lasu, popatrzeć na rzekę i pokazać ją swoim dzieciom. Bo kiedy ochrona przyrody przegrywa, przyroda bardzo często wcale nie staje się bardziej dostępna dla „zwykłych ludzi”. Najpierw znika las. Potem pojawia się płot. Za płotem apartamenty. A na końcu reklama:

„Ekskluzywna inwestycja w otoczeniu dziewiczej natury”. I właśnie przed tym przede wszystkim jest nam potrzebna ochrona przyrody.

Featured Video Play Icon

Nietypowe hobby w Podlaskiem. Wystarczy leśna wędrówka.

Podlaskie lasy można przemierzać z wielu powodów. Jedni szukają grzybów, inni fotografują zwierzęta, a jeszcze inni wypatrują czegoś znacznie bardziej niezwykłego – poroża zrzuconego przez jelenie i łosie. Tak zwane zrzuty można znaleźć podczas zwykłej leśnej wędrówki, ale doświadczeni poszukiwacze doskonale wiedzą, że przypadek to tylko część sukcesu. Poroże nie jest tym samym co rogi. Samce jeleniowatych każdego roku pozbywają się starego poroża, a następnie zaczynają budować nowe. Właśnie dlatego zimą i na przedwiośniu w podlaskich lasach można trafić na prawdziwy leśny skarb leżący gdzieś pomiędzy trawami, gałęziami albo w ściółce.

Kiedy najlepiej ruszyć do lasu?

Terminy zależą przede wszystkim od gatunku. Łosie zrzucają poroże wcześniej – zwykle od grudnia do lutego. W przypadku jeleni najważniejszy okres rozpoczyna się na przełomie lutego i marca i może potrwać nawet do końca kwietnia. Starsze i silniejsze jelenie zazwyczaj pozbywają się poroża wcześniej, młodsze mogą nosić je znacznie dłużej. Dlatego osoby marzące o znalezieniu łopaty łosia powinny zainteresować się zimowymi wyprawami, natomiast poszukiwanie zrzutów jelenia najlepiej zaplanować na koniec zimy i początek wiosny. Dodatkową zaletą tego okresu jest niewielka ilość roślinności. Zanim las zazieleni się na dobre, poroże znacznie łatwiej dostrzec na ziemi.

Podlaskie jest pod tym względem wyjątkowo interesujące. Rozległe kompleksy leśne i duża liczba terenów podmokłych tworzą środowisko odpowiednie zarówno dla jeleni, jak i łosi. Te ostatnie szczególnie chętnie przebywają w wilgotnych borach, lasach bagiennych, olsach, brzezinach czy zaroślach wierzbowych.

Jak zwiększyć szansę na znalezienie zrzutu?

Najważniejsza zasada brzmi: nie należy chodzić po lesie całkowicie przypadkowo. Najpierw warto nauczyć się obserwować ślady zwierząt. Wydeptane ścieżki, tropy, miejsca żerowania oraz inne oznaki obecności jeleniowatych mówią znacznie więcej niż mapa. Szczególnie pomocny bywa świeży śnieg. Widoczne na nim tropy pozwalają rozpoznać miejsca regularnie odwiedzane przez zwierzęta. Lasy Państwowe wskazują, że najlepsze warunki do obserwowania tropów występują wcześnie rano po świeżych opadach śniegu.

Warto przyglądać się również miejscom, w których zwierzęta przechodzą pomiędzy lasem a żerowiskiem. Zrzut może spaść podczas chodzenia, gwałtowniejszego ruchu czy potrząśnięcia głową. Dawni i doświadczeni zbieracze zwracają też uwagę na nasłonecznione fragmenty lasu, gdzie zwierzyna chętnie przebywa zimą. Nie należy jednak spodziewać się, że po godzinie spacerowania wrócimy z porożem pod pachą. Poszukiwacze potrafią przemierzyć jednego dnia kilkanaście kilometrów lasu. To hobby dla cierpliwych. Czasem pierwszy zrzut znajduje się po kilku wyprawach, a czasem leży kilka metrów od leśnej drogi.

Warto także patrzeć nie tylko kilka metrów przed siebie. Zrzut jelenia potrafi niemal idealnie zlać się z gałęziami i ściółką. Dobrą metodą jest powolne przemieszczanie się i regularne spoglądanie na boki. Z czasem oko zaczyna automatycznie wychwytywać charakterystyczne kształty.

Znalezione poroże można zabrać, ale są wyjątki

Samo zbieranie naturalnie zrzuconego poroża jest w Polsce legalne. Jeżeli znajdziemy je w lesie gospodarczym, możemy je zabrać i stajemy się jego właścicielem. Nie wolno jednak zbierać zrzutów w parkach narodowych oraz rezerwatach przyrody. Ograniczenia dotyczą również m.in. niektórych ostoi zwierząt, powierzchni doświadczalnych, drzewostanów nasiennych czy upraw leśnych o wysokości do czterech metrów.

Ma to ogromne znaczenie szczególnie w Podlaskiem, gdzie duża część najcenniejszych przyrodniczo terenów objęta jest różnymi formami ochrony. Przed wyprawą warto więc sprawdzić, czy miejsce, które zamierzamy odwiedzić, nie znajduje się w parku narodowym, rezerwacie albo na terenie objętym zakazem wstępu.

Jest jeszcze jedna zasada ważniejsza od wszystkich metod poszukiwania: zrzutów szukamy, a nie „zdobywamy”. Nie wolno przepędzać zwierząt, podchodzić do odpoczywających stad ani próbować zmuszać jelenia lub łosia do zgubienia poroża. Płoszenie zwierzyny zimą powoduje niepotrzebny stres i utratę energii w okresie, kiedy zwierzęta mają najtrudniejszy dostęp do pokarmu. Lasy Państwowe regularnie prowadzą w sezonie akcje przeciwko takim praktykom.

Poszukiwanie zrzutów może być natomiast świetnym pretekstem do wielogodzinnej wędrówki przez podlaskie lasy. Nawet jeśli wrócimy z pustymi rękami, zaczynamy dostrzegać rzeczy, obok których podczas zwykłego spaceru przeszlibyśmy obojętnie: tropy łosia, miejsca żerowania jeleni, ślady dzików czy leśne ścieżki używane przez zwierzęta od wielu lat. A kiedy któregoś dnia spomiędzy suchych liści albo gałęzi wyłoni się pierwsza jelenia tyka czy łopata łosia, zwykły spacer po lesie może przerodzić się w hobby, które będzie przyciągało do podlaskich puszcz każdej kolejnej zimy.

Kto zarabia, a kto płaci? Podlasie między młotem a kowadłem.
Tarcza Wschód w budowie - fot. gov.pl

Kto zarabia, a kto płaci? Podlasie między młotem a kowadłem.

Na Podlasiu coraz częściej ścierają się dwie wizje przyszłości regionu. Pierwsza zakłada rozwój gospodarczy, nowe inwestycje, modernizację infrastruktury i wykorzystanie lokalnych zasobów. Druga stawia na ochronę krajobrazu, ciszę, przyrodę oraz zachowanie charakteru miejsca, który dla wielu mieszkańców jest największą wartością województwa. Żadnej z tych wizji nie można łatwo uznać za słuszną albo błędną. Problem zaczyna się wtedy, gdy korzyści z inwestycji otrzymują konkretne osoby lub przedsiębiorstwa, natomiast jej koszty ponosi znacznie większa grupa mieszkańców.

Panele zamiast łąk

Dobrym przykładem jest planowana budowa wielkopowierzchniowej elektrowni słonecznej w gminie Zabłudów. Inwestycja miałaby objąć ponad 200 hektarów prywatnych gruntów, z czego około 130 hektarów zostałoby zajętych przez panele. Część mieszkańców okolicznych miejscowości protestuje, wskazując na skalę przedsięwzięcia, bliskość zabudowań oraz możliwy wpływ na krajobraz i działalność gospodarstw agroturystycznych.

Zwolennicy podobnych inwestycji mogą odpowiedzieć, że energia odnawialna jest potrzebna, prywatni właściciele mają prawo korzystać ze swojej ziemi, a gmina nie może pozostawać na uboczu przemian gospodarczych. Podlasie nie powinno być traktowane jak skansen, w którym każda większa inwestycja jest z góry uznawana za zagrożenie. Przeciwnicy pytają jednak, czy rozwój musi oznaczać ustawienie przemysłowej instalacji tuż obok ich domów. Z ich perspektywy nie jest to abstrakcyjny spór o transformację energetyczną, lecz trwała zmiana otoczenia, w którym mieszkają, odpoczywają i niekiedy prowadzą działalność turystyczną.

Panele mogą produkować czystą energię, ale jednocześnie zmieniają krajobraz. To, co dla inwestora jest źródłem dochodu, dla sąsiada może oznaczać utratę widoku, poczucia przestrzeni oraz dotychczasowego charakteru miejscowości. Obie strony patrzą więc na tę samą inwestycję, ale widzą zupełnie inne rzeczy.

Przyroda, bezpieczeństwo i granice wolności

Podobne napięcie pojawia się przy planach związanych z przyrodniczym komponentem Tarczy Wschód. Ministerstwo Obrony Narodowej oraz Ministerstwo Klimatu i Środowiska zapowiedziały zmiany w sposobie gospodarowania lasami przy wschodniej granicy. W debacie pojawiły się określenia stref „no-go” i „slow-go”, których zasadniczym celem ma być utrudnienie przemieszczania się potencjalnych wojsk przeciwnika poprzez odpowiednie kształtowanie terenu i roślinności.

Z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa oraz ochrony przyrody taki projekt może wydawać się korzystny. Ograniczenie wycinki, pozostawianie większej ilości martwego drewna, odtwarzanie mokradeł czy zwiększanie naturalnej retencji mogą służyć zarówno środowisku, jak i obronności. Mieszkańcy terenów przygranicznych mogą jednak obawiać się, że decyzje podejmowane na poziomie centralnym będą coraz mocniej wpływały na ich codzienne życie. Pojawiają się pytania o dostęp do lasów i terenów przygranicznych, możliwość prowadzenia działalności gospodarczej, korzystania z własności oraz rozwijania turystyki.

W tym przypadku konflikt nie przebiega wyłącznie pomiędzy rozwojem a ochroną przyrody. Dotyczy także granicy pomiędzy interesem państwa a swobodą mieszkańców. Przyroda może zyskać, bezpieczeństwo może zostać wzmocnione, ale jednocześnie część ludzi może odczuwać, że traci wpływ na otoczenie, w którym żyje.

Żwirownia daje miejsca pracy, ale zabiera krajobraz

Jeszcze wyraźniej problem widać w przypadku żwirowni działających w okolicach Sokółki. Wzgórza Sokólskie są obszarem cenionym ze względu na urozmaiconą rzeźbę terenu oraz walory przyrodnicze, krajobrazowe, kulturowe i wypoczynkowe. Jednocześnie znajdują się tam złoża, których wydobycie może przynosić przedsiębiorcom znaczne dochody, zapewniać zatrudnienie i dostarczać materiałów potrzebnych między innymi w budownictwie.

Z punktu widzenia właściciela złoża lub przedsiębiorstwa wydobywczego eksploatacja kruszywa jest legalną działalnością gospodarczą. Z punktu widzenia mieszkańców oznacza jednak ciężki transport, hałas, pył, zmianę stosunków wodnych oraz trwałe przekształcenie terenu. Żwir zostaje sprzedany, pieniądze trafiają do przedsiębiorstwa, a powstałe wyrobisko pozostaje na miejscu. Nawet jeżeli teren zostanie później poddany rekultywacji, pierwotny krajobraz może już nigdy nie powrócić.

Właśnie tutaj najlepiej widać nierównowagę pomiędzy prywatnym zyskiem a społecznym kosztem. Korzyść można stosunkowo łatwo policzyć w złotówkach. Znacznie trudniej wycenić utracony krajobraz, pogorszenie komfortu życia albo fakt, że dana okolica przestaje być atrakcyjna turystycznie i mieszkaniowo.

Konfliktu nie da się całkowicie rozwiązać

Takich przykładów można znaleźć znacznie więcej. Budowa drogi w Puszczy poprawia komunikację, ale ingeruje w przyrodę. Elektrownia wiatrowa produkuje energię, ale zmienia panoramę okolicy i wprowadza hałas. Nowe osiedle przynosi podatki i mieszkania, ale zabiera pola oraz tereny zielone. Rezerwat chroni przyrodę, ale może ograniczać działalność gospodarczą.

Nie istnieje rozwiązanie, które jednocześnie zapewni nieograniczony rozwój, pełną ochronę krajobrazu, całkowitą swobodę właścicieli gruntów i brak uciążliwości dla sąsiadów. Te interesy są ze sobą sprzeczne i prawdopodobnie zawsze będą prowadziły do konfliktów. Nie oznacza to jednak, że społeczeństwo powinno bezradnie przyglądać się każdej inwestycji albo automatycznie ją blokować. Najważniejsze pytanie może brzmieć inaczej: kto otrzymuje korzyści, a kto ponosi koszty?

Jeżeli inwestycja przynosi prywatny zysk, ale powoduje mierzalne straty po stronie lokalnej społeczności, rozsądne wydaje się stworzenie mechanizmu rekompensaty. Mogłyby to być dodatkowe opłaty przeznaczone bezpośrednio na rozwój danej miejscowości, fundusze dla mieszkańców, inwestycje w drogi i przestrzeń publiczną, pasy zieleni osłaniające instalacje, ograniczenia dotyczące transportu lub inne rozwiązania uzgodnione ze społecznością.

Rekompensata nie sprawi, że farma fotowoltaiczna zniknie z krajobrazu, żwirownia przestanie być żwirownią, a ograniczenia przy granicy nie będą odczuwalne. Może jednak przywrócić elementarną równowagę. Skoro mieszkańcy mają ponosić część kosztów inwestycji lub decyzji podejmowanej w interesie innych podmiotów, powinni również otrzymać część wynikających z niej korzyści.

Spór pomiędzy rozwojem a spokojem pozostanie nierozwiązywalny, ponieważ obie wartości są potrzebne. Podlasie nie musi wybierać wyłącznie pomiędzy byciem przemysłowym zapleczem a przyrodniczym skansenem. Powinno natomiast wypracować zasadę, zgodnie z którą rozwój nie odbywa się cudzym kosztem bez rozmowy, udziału mieszkańców i uczciwego wyrównania ponoszonych strat.

Podlaskie kupuje pociągi za miliony, ale własnej kolei nadal nie ma.

Podlaskie kupuje pociągi za miliony, ale własnej kolei nadal nie ma.

Władze województwa podlaskiego ogłosiły zakup dwóch pierwszych w regionie hybrydowych zespołów trakcyjnych. Pojazdy wyprodukuje firma NEWAG, a wartość umowy wynosi niemal 118 mln zł. Jeden skład będzie więc kosztował blisko 59 mln zł. Zakup otrzymał 80 mln zł unijnego dofinansowania, natomiast pozostała część zostanie pokryta z budżetu województwa. Nowoczesny tabor jest oczywiście potrzebny. Pasażerowie oczekują komfortowych, dostępnych i niezawodnych pociągów. Problem polega jednak na tym, że województwo podlaskie konsekwentnie inwestuje dziesiątki milionów złotych w pojazdy kolejowe, lecz nadal nie posiada własnego regionalnego przewoźnika.

Samorząd kupuje pociągi, a następnie w przetargu wybiera zewnętrzną firmę, która będzie nimi (ale także swoimi) wozić pasażerów. Obecnie województwo dysponuje sześcioma elektrycznymi i jedenastoma spalinowymi zespołami trakcyjnymi. Wszystkie te pojazdy, stanowiące majątek samorządu, zostały przekazane w dzierżawę Polregio, które otrzymało także kontrakt na realizowanie przewozów w latach 2026–2030. Wartość pięcioletniej umowy wynosi blisko 400 mln zł.

Dolny Śląsk pokazał, że można inaczej

W innych częściach kraju samorządy wybrały zupełnie inną drogę. Najlepszym przykładem są Koleje Dolnośląskie — spółka należąca do samorządu województwa, która samodzielnie organizuje przewozy, rozwija połączenia, zatrudnia pracowników i buduje własną markę. Dzięki temu odpowiedzialność jest jasna. Samorząd posiada tabor, zarządza przewoźnikiem i bezpośrednio odpowiada przed mieszkańcami za jakość połączeń.

W Podlaskiem wygląda to inaczej. Województwo kupuje pociągi za publiczne pieniądze, a następnie płaci kolejnej spółce za ich obsługę. Trudno uznać taki model za najlepszy z możliwych, szczególnie gdy mówimy o inwestycjach liczonych już nie w milionach, ale w setkach milionów złotych.

Historia przetargów na podlaskie przewozy pokazuje ponadto, że wybór operatora nie zawsze przebiegał bez sporów. W jednym z postępowań Polregio odwołało się do Krajowej Izby Odwoławczej, gdy rozstrzygnięcie było dla tej spółki niekorzystne. W kolejnym postępowaniu odwołanie składała Arriva, kwestionując część wyjaśnień dotyczących oferty Polregio. KIO rozpatrywała te sprawy, nakazywała ponowne badanie określonych elementów postępowania albo oddalała zarzuty. Ostatecznie kontrakt na lata 2026–2030 otrzymało Polregio.

Pokazuje to jak skomplikowany i konfliktogenny jest obecny system. Co kilka lat samorząd musi przeprowadzać wielkie postępowanie, rozpatrywane są odwołania, a przyszłość regionalnych połączeń zależy od wyniku rywalizacji zewnętrznych operatorów. Własna spółka kolejowa pozwoliłaby budować stabilny system na dziesięciolecia, a nie tylko od jednego przetargu do następnego.

Hybrydowe pociągi mają sens. Trzeba tylko wiedzieć, dokąd mają jeździć.

Nowe składy będą mogły korzystać zarówno z napędu elektrycznego, jak i spalinowego. To bardzo ważna cecha w województwie, w którym duża część linii kolejowych nadal nie posiada sieci trakcyjnej. Takie pojazdy mogą sprawdzić się między innymi na trasie z Białegostoku przez Sokółkę do Augustowa i Suwałk. Odcinek na północ od Sokółki nie jest zelektryfikowany i obecnie nic nie wskazuje na to, aby sieć trakcyjna pojawiła się tam w najbliższych latach. Hybryda mogłaby więc wyjechać z Białegostoku, korzystając z energii elektrycznej, a następnie kontynuować podróż po niezelektryfikowanej linii bez konieczności zmiany pojazdu.

Ale jest jeszcze jedna trasa, o której niedawno pisaliśmy na Podlaskie.TV. Białystok nadal nie ma normalnego, regularnego i bezpośredniego połączenia kolejowego z Lublinem przez Bielsk Podlaski, Czeremchę, Siedlce, Łuków, Radzyń Podlaski i Parczew. Pasażerowie najczęściej muszą podróżować przez Warszawę, choć wszystkie potrzebne odcinki kolejowe istnieją i są wykorzystywane w ruchu pasażerskim.

Przeszkodą pozostaje brak elektryfikacji znacznej części trasy pomiędzy Białymstokiem a Siedlcami. Tak jak pisaliśmy, nie uniemożliwia to wprowadzenia już teraz połączenia, ale jest przeszkodą. I właśnie tutaj zakup hybrydowych zespołów trakcyjnych nabiera szczególnego znaczenia.

Skoro województwo kupuje pojazdy potrafiące poruszać się zarówno pod siecią trakcyjną, jak i bez niej, to argument o braku elektryfikacji przestaje być wystarczającym usprawiedliwieniem dla braku połączenia Białystok–Lublin. Oczywiście uruchomienie takiej trasy wymaga współpracy trzech województw (bo chyba dla żartu autorzy reformy samorządowej w 1999 roku wcisnęli kawałek Mazowieckiego pomiędzy Podlaskie i Lubelskie), uzgodnienia rozkładu, finansowania i dostępu do infrastruktury. Nie jest to jednak problem technicznie niemożliwy do rozwiązania.

Nowoczesny pociąg nie powinien być jedynie eksponatem prezentowanym podczas konferencji prasowych. Powinien służyć do uruchamiania połączeń, których mieszkańcy rzeczywiście potrzebują.

Marszałku, czas na Koleje Podlaskie

Już wcześniej apelowaliśmy na Podlaskie.TV o utworzenie Kolei Podlaskich. Podtrzymujemy ten apel. Skoro województwo posiada siedemnaście pojazdów, kupuje dwa kolejne za niemal 118 mln zł i rozważa zamówienie następnych czterech, to najwyższy czas zadać podstawowe pytanie: dlaczego cały ten majątek nie może być wykorzystywany przez własną spółkę samorządową?

Koleje Podlaskie nie musiałyby od pierwszego dnia przejmować wszystkich tras. Spółkę można rozwijać stopniowo — rozpocząć od obsługi wybranych połączeń, zbudować zaplecze techniczne, zatrudnić maszynistów i pracowników, a później rozszerzać działalność. Dokładnie tak rozwijały się samorządowe koleje w innych województwach. Własny przewoźnik oznaczałby większą kontrolę nad rozkładem jazdy, standardem obsługi, stanem taboru i informacją dla pasażerów.

Zakup hybrydowych pociągów może być dobrym krokiem. Ale sam zakup taboru nie jest jeszcze polityką transportową. Prawdziwym historycznym wydarzeniem byłoby stworzenie spójnej, odpowiedzialnej i zarządzanej w regionie kolei.

Panie Marszałku, skoro województwo potrafi kupować własne pociągi, powinno również potrafić stworzyć własnego przewoźnika. Czas na Koleje Podlaskie.

Featured Video Play Icon

Motocyklem po Podlasiu. Same piękne widoki!

Podlasie to jeden z tych regionów, które najlepiej poznaje się bez pośpiechu. Motocykl daje tu szczególną swobodę — pozwala zjechać z głównych tras, zatrzymać się przy jeziorze, w środku lasu albo na skraju rozległych bagien i po prostu cieszyć się widokiem.

Podczas podróży w powyższym filmie odwiedzamy Suwałki oraz wyjątkową Suwalszczyznę, której krajobraz został ukształtowany przez lodowiec. Kręte drogi, wzgórza, jeziora i otwarte przestrzenie sprawiają, że jest to jeden z najciekawszych regionów w Polsce dla miłośników jazdy motocyklem. Niedaleko znajduje się jezioro Wigry — otoczone lasami, spokojne i niezwykle malownicze. Kolejnym punktem podróży jest Augustów, kojarzony z jeziorami, Kanałem Augustowskim i Puszczą Augustowską. To miejsce, w którym woda i las niemal cały czas towarzyszą podróżującym. Trasy prowadzące przez okolice Augustowa potrafią zachwycić zarówno rozległymi widokami, jak i zacisznymi drogami biegnącymi wśród drzew.

Na trasie nie mogło zabraknąć Białegostoku — największego miasta regionu i naturalnego punktu wypadowego do wielu podlaskich atrakcji. Stąd można wyruszyć między innymi w stronę Supraśla, niewielkiego uzdrowiska położonego w samym sercu Puszczy Knyszyńskiej. Droga prowadząca do miasteczka, otoczona lasami, już sama w sobie jest częścią podróży.

Podlasie to jednak przede wszystkim niezwykła przyroda. Biebrzański Park Narodowy oferuje bezkresne bagna, podmokłe łąki i otwarte przestrzenie, które ciągną się aż po horyzont. Krajobraz zmienia się tutaj wraz z porami roku, pogodą i poziomem wody. Każdy przejazd może więc wyglądać zupełnie inaczej.

Ciekawym, mniej oczywistym przystankiem jest również Kopalnia Surowców Mineralnych. Jej przemysłowy krajobraz mocno kontrastuje z zielonymi lasami i spokojnymi jeziorami regionu, pokazując zupełnie inne oblicze Podlasia.

Dalsza trasa prowadzi do Białowieży oraz Puszczy Białowieskiej — jednego z najcenniejszych obszarów leśnych w Europie, wpisanego na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. To miejsce wyjątkowe nie tylko ze względu na żubry, ale także ze względu na zachowane fragmenty naturalnego lasu, ogromne drzewa i atmosferę, której trudno doświadczyć gdziekolwiek indziej.

Motocyklowa podróż po Podlasiu to połączenie pięknych krajobrazów, spokojnych dróg, dzikiej przyrody i niezwykle różnorodnych miejsc. Od Suwałk i jeziora Wigry, przez Augustów, Białystok, Supraśl i dolinę Biebrzy, aż po Białowieżę — każdy odcinek trasy oferuje coś innego. To region, w którym nie trzeba szukać jednej najważniejszej atrakcji. Największą atrakcją jest sama droga, zmieniające się widoki i możliwość zatrzymania się wszędzie tam, gdzie Podlasie wygląda szczególnie pięknie.

Dajcie spokój z tymi syrenami na rocznice. Politycy – znajdźcie sobie inną zabawkę!

Dajcie spokój z tymi syrenami na rocznice. Politycy – znajdźcie sobie inną zabawkę!

W sobotę o godzinie 17.00 w wielu polskich miastach ponownie zawyją syreny. Oficjalnie będzie to symboliczne uczczenie 82. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. Stolica zatrzyma się na minutę w godzinę „W”, a podobne sygnały zostaną uruchomione również w innych częściach kraju. Piękny gest? Owszem. Pod warunkiem że syrena jest dzwonem, hejnałem albo instrumentem w orkiestrze dętej. Tyle że nie jest.

Syrena alarmowa jest urządzeniem służącym do alarmowania (a to ciekawe!) ludzi o niebezpieczeństwie. Jej dźwięk powinien oznaczać mniej więcej tyle: przerwij to, co robisz, sprawdź komunikaty, znajdź schronienie, bo być może za chwilę stanie się coś bardzo złego.

W Polsce oznacza natomiast wszystko

Rocznicę. Ćwiczenia. Test techniczny. Pamięć historyczną. Zagrożenie. Odwołanie zagrożenia. Czasami uroczystość państwową, czasami samorządową, a czasami fakt, że ktoś w urzędzie postanowił sprawdzić, czy przycisk nadal działa. Nie mamy już systemu alarmowania. Mamy narodową trąbkę do obsługi dowolnej okazji. Dziesięć dni temu test. Wczoraj prawdziwe zagrożenie. Jutro rocznica.

21 lipca w całym kraju odbywały się ćwiczenia „ALARM-26”. W godzinach od 7.00 do 19.00 uruchamiano systemy ostrzegania, sprawdzając między innymi procedury, słyszalność syren i działanie infrastruktury. Mieszkańców uprzedzano, że to tylko trening i nie należy się niepokoić. Czyli syrena wyje, ale spokojnie. Nad ranem 30 lipca syreny obudziły mieszkańców Lubelszczyzny. Tym razem nie chodziło o akademię, rekonstrukcję ani test głośników. Alarm uruchomiono w związku z rosyjskim atakiem na Ukrainę, aktywnością lotnictwa przy polskiej granicy i pojawieniem się niezidentyfikowanego obiektu. Czyli syrena wyje i tym razem być może naprawdę należy się bać. A jutro znów zawyje. Ale spokojnie, tym razem czcimy rocznicę.

Jeszcze kilka takich rund i obywatel po usłyszeniu alarmu będzie zastanawiał się nie nad tym, gdzie jest najbliższe bezpieczne miejsce, lecz nad tym, czy przypadkiem nie wypada dziś jakaś bitwa, powstanie, katastrofa albo lokalny jubileusz koła gospodyń wiejskich.

Państwo uczy ludzi ignorowania własnych alarmów

Zjawisko jest banalne i znane każdemu, kto kiedykolwiek miał w samochodzie wadliwy czujnik. Pierwszy sygnał niepokoi. Drugi sprawdzasz. Przy trzecim wzdychasz. Po dziesiątym podgłaśniasz radio. Tak właśnie powstaje zobojętnienie alarmowe. Im częściej sygnał ostrzegawczy pojawia się bez realnego zagrożenia, tym mniejszą wywołuje reakcję. Nie dlatego, że ludzie są głupi, leniwi albo niepatriotyczni. Dlatego, że ich mózg całkiem rozsądnie uczy się, iż ten dźwięk najczęściej niczego od nich nie wymaga.

Państwo prowadzi więc bardzo osobliwy program szkoleniowy: regularnie trenuje obywateli, żeby ignorowali system, który może kiedyś uratować im życie. Najpierw informuje: „usłyszycie syreny, ale nie reagujcie”. Potem: „usłyszeliście syreny, to było prawdziwe zagrożenie”. Następnie: „jutro znów usłyszycie syreny, ale tym razem stańcie na baczność”. Jeszcze brakuje tylko komunikatu: „W środę syreny zostaną użyte do przypomnienia o odbiorze odpadów wielkogabarytowych”.

Pamięć o powstańcach nie wymaga psucia systemu bezpieczeństwa

Krytyka używania syren nie jest krytyką Powstania Warszawskiego ani pamięci o jego uczestnikach. To wygodny chwyt tych, którzy każdą dyskusję chcą zamknąć pytaniem: „Czy przeszkadza panu oddawanie hołdu bohaterom?”. Nie. Przeszkadza mi używanie urządzenia alarmowego do celów ceremonialnych w państwie leżącym przy kraju napadniętym przez Rosję. Powstańców można uczcić minutą ciszy. Zatrzymaniem ruchu. Dzwonami kościelnymi. Hejnałem. Sygnałem emitowanym z miejskich głośników. Komunikatem w radiu i telefonach. Flagami. Uroczystościami. Światłami. Dosłownie setką sposobów, które nie polegają na rozmywaniu znaczenia podstawowego narzędzia obrony cywilnej.

Syrena powinna wyć wtedy, gdy człowiek ma coś zrobić. Nie wtedy, gdy ma coś wspominać. To rozróżnienie naprawdę nie wymaga doktoratu z zarządzania kryzysowego. Halyna, baczność. Albo i nie. Jutro więc znów zawyje. Jedni staną. Inni nagrają film telefonem. Ktoś pomyśli, że są ćwiczenia. Ktoś inny sprawdzi kalendarz. Większość nawet nie oderwie wzroku od ekranu, bo przecież syreny ostatnio wyją regularnie i prawie zawsze po chwili okazuje się, że „nie ma powodów do niepokoju”.

A kiedy pewnego dnia powody naprawdę będą, usłyszymy zapewne zdziwione pytanie: dlaczego ludzie nie zareagowali? Ano dlatego, że wcześniej przez lata tresowano ich, żeby nie reagowali. Bohater mema przynajmniej próbował zachować się patriotycznie. Pomylił powstania, pożegnał się z Halyną, wyszedł oddać hołd i dopiero wtedy zobaczył błysk. My jesteśmy już o etap dalej. Usłyszymy syrenę, przewrócimy się na drugi bok i pomyślimy: „Dajcie spokój. Pewnie znowu jakaś rocznica”.

Featured Video Play Icon

Suwałki i Suwalszczyzna na aktywny weekend. Tu naprawdę trudno się nudzić.

Suwalszczyzna bywa nazywana jednym z najbardziej niezwykłych regionów Polski. Nie bez powodu. Są tu jeziora, wzgórza, lasy, rzeki, niewielkie miejscowości z własną historią i Suwałki — miasto, które może stać się bardzo dobrą bazą do poznawania całej okolicy. Powyższy film zabiera widzów w podróż po Suwałkach i najciekawszych zakątkach regionu. Pokazuje, że na północno-wschodnim krańcu Polski można spędzić weekend bardzo aktywnie, a jednocześnie bez pośpiechu. Jednego dnia można zwiedzać miasto, drugiego wsiąść na rower, popłynąć kajakiem albo ruszyć nad jedno z najbardziej charakterystycznych jezior Suwalszczyzny.

Same Suwałki są miastem kompaktowym, które można poznawać pieszo. Nie brakuje tu miejsc związanych z historią, kulturą i ważnymi postaciami regionu. Na uwagę zasługują między innymi murale, nietypowe muzeum Marii Konopnickiej oraz Cmentarz Siedmiu Wyznań, przypominający o wielokulturowej przeszłości miasta. Suwałki potrafią jednak pokazać również bardziej rozrywkowe oblicze. Jednym z najważniejszych wydarzeń odbywających się w mieście jest Suwałki Blues Festival, przyciągający muzyków i publiczność z różnych części kraju oraz zagranicy. Wieczorne koncerty można połączyć z dziennym poznawaniem miasta i całej Suwalszczyzny.

Największą siłą regionu pozostaje jednak przyroda. Suwalski Park Krajobrazowy zachwyca ukształtowaniem terenu, które jest efektem działalności lodowca. Krajobraz tworzą tu wzgórza, doliny, jeziora i rozległe panoramy. To jedno z tych miejsc, w których nawet zwykła przejażdżka rowerowa może stać się główną atrakcją dnia. Na trasie nie może zabraknąć jeziora Hańcza, uznawanego za najgłębsze jezioro w Polsce. W jego sąsiedztwie znajduje się również Głazowisko Bachanowo, gdzie można zobaczyć tysiące głazów pozostawionych przez lodowiec. Razem tworzą one krajobraz, który trudno pomylić z jakimkolwiek innym regionem kraju.

Suwalszczyzna to także historie ludzi i społeczności, które przez lata nadawały temu miejscu wyjątkowy charakter. W Wodziłkach można poznać dzieje staroobrzędowców, czyli wspólnoty religijnej, która osiedliła się na tych terenach kilka wieków temu. Ich obecność jest jednym z przykładów kulturowej różnorodności regionu. Miłośnicy aktywnego wypoczynku mogą wybrać spływ Czarną Hańczą. To jedna z najbardziej znanych tras kajakowych w Polsce, prowadząca przez spokojne, zielone tereny. Rzeka pozwala oglądać Suwalszczyznę z zupełnie innej perspektywy i na chwilę odciąć się od miejskiego pośpiechu.

Innym sposobem na poznanie okolicy jest podróż Wigierską Kolejką Wąskotorową. Trasa prowadzi przez lasy Wigierskiego Parku Narodowego, w sąsiedztwie jezior i miejsc związanych z dawną gospodarką leśną. Sama przejażdżka jest atrakcją zarówno dla dzieci, jak i dorosłych. Wigierski Park Narodowy oferuje jednak znacznie więcej. To rozległy obszar jezior, lasów i szlaków, który można poznawać pieszo, na rowerze lub z kajaka. Centralnym punktem regionu jest jezioro Wigry, otoczone zatokami, półwyspami i wyspami.

Podróż po Suwalszczyźnie warto zakończyć również poznawaniem lokalnej kultury i kuchni. Dobrym kierunkiem jest Puńsk, będący ważnym ośrodkiem mniejszości litewskiej w Polsce. Można tu zetknąć się z językiem litewskim, lokalnymi tradycjami i potrawami, które dodatkowo podkreślają pograniczny charakter regionu. Film pokazuje Suwalszczyznę jako miejsce różnorodne i pełne możliwości. Można tu przyjechać dla przyrody, historii, sportu, muzyki albo lokalnej kuchni. Najlepiej jednak połączyć wszystkie te elementy i przekonać się, że nawet krótki weekend może wystarczyć, by zobaczyć naprawdę wiele.

Suwałki mogą być początkiem tej podróży, ale to właśnie cała Suwalszczyzna sprawia, że chce się tu zostać dłużej.

Featured Video Play Icon

Łomża w 1994 roku. Tak wyglądało miasto ponad trzy dekady temu

Ponad trzydzieści lat temu Łomża wyglądała znajomo, a jednocześnie zupełnie inaczej. Archiwalny film z 1994 roku pozwala na chwilę wrócić do miasta z czasów, gdy codzienność płynęła spokojniejszym rytmem, ulice wyglądały inaczej, a wiele miejsc dopiero czekało na zmiany, które przyniosły kolejne dekady.

Na nagraniu możemy zobaczyć Łomżę taką, jaką pamiętają jej mieszkańcy z lat dziewięćdziesiątych. Są miejskie ulice, budynki, samochody oraz ludzie zajęci zwyczajnymi sprawami. Dziś właśnie te pozornie zwyczajne obrazy mają największą wartość. Pokazują bowiem nie tylko architekturę i wygląd miasta, ale również atmosferę tamtych czasów. Szczególną uwagę przyciągają kadry znad Narwi. Widać plażę, wypoczywających mieszkańców i rzekę, która od zawsze była jednym z najważniejszych elementów krajobrazu Łomży. Dla wielu osób takie obrazy mogą przywoływać wspomnienia wakacji, spotkań ze znajomymi i letnich dni spędzanych nad wodą.

Rok 1994 był okresem, w którym Polska szybko się zmieniała. Na ulicach pojawiało się coraz więcej samochodów, rozwijał się handel, zmieniały się sklepy, reklamy i sposób spędzania wolnego czasu. Łomża również przechodziła tę przemianę, choć oglądana dziś na archiwalnym filmie sprawia wrażenie spokojniejszej i mniej zatłoczonej. Na takim nagraniu warto zwrócić uwagę na szczegóły. Dawne szyldy, witryny sklepowe, przystanki, ubrania przechodniów, modele samochodów czy niezabudowane jeszcze miejsca opowiadają historię miasta równie ciekawie jak oficjalne kroniki. To właśnie one pokazują, jak wyglądało codzienne życie mieszkańców.

Dla młodszych odbiorców film może być okazją do zobaczenia Łomży sprzed wielkich remontów, nowych inwestycji i zmian przestrzennych. Dla starszych będzie prawdopodobnie sentymentalną podróżą do czasów młodości, dzieciństwa lub pierwszych lat dorosłego życia. Miasta zmieniają się powoli, dlatego na co dzień nie zawsze dostrzegamy skalę tych przeobrażeń. Dopiero gdy zestawimy współczesną Łomżę z obrazami sprzed ponad trzydziestu lat, widzimy, jak wiele miejsc zmieniło swoje oblicze. Niektóre budynki zniknęły, inne zostały przebudowane, pojawiły się nowe drogi, osiedla i obiekty. Jednocześnie część charakterystycznych punktów nadal pozostaje rozpoznawalna.

Archiwalny film z 1994 roku jest więc czymś więcej niż tylko zapisem miasta. To fragment lokalnej pamięci — opowieść o Łomży i jej mieszkańcach uchwyconych w zwyczajnym momencie, który po latach stał się historią. Obejrzyjcie nagranie i sprawdźcie, ile miejsc uda się Wam rozpoznać. Być może ktoś odnajdzie znajomą ulicę, dawny sklep, fragment plaży, a nawet siebie lub swoich bliskich. Napiszcie również, jak wspominacie Łomżę z połowy lat dziewięćdziesiątych.

Czy Białoruś zabiera wodę Narwi, a nie Siemianówka?
Tak wygląda rzeka Narew tuż przy granicy polsko-białoruskiej, jeszcze przed zalewem Siemianówka.

Czy Białoruś zabiera wodę Narwi, a nie Siemianówka?

Za każdym razem, gdy publikujemy tekst dotyczący konieczności zmniejszenia Siemianówki, by ratować Narew, bo brudny i zdegradowany zalew zabiera rzece wodę – pojawia się ten sam typ komentarzy. Próbujący tłumaczyć, że to nie Siemianówka jest winna, a Białoruś, która miałaby swoimi inwestycjami wpływać na poziom rzeki. Sprawdziliśmy dogłębnie rosyjskojęzyczny internet. Jakie wnioski z tego przeszukania płyną?

Narew nie zaczyna się w zbiorniku Siemianówka. Jej źródła znajdują się na Białorusi, w rejonie bagna Dzikie i Puszczy Białowieskiej. Zanim rzeka przekroczy granicę z Polską i wpłynie do zbiornika, pokonuje po białoruskiej stronie około 44 kilometrów. Może więc pojawić się pytanie, czy przyczyn niskiego poziomu Narwi należy szukać właśnie tam.

Dostępne materiały nie dają jednak nawet cienia podstaw do takiego wniosku. Przeciwnie, w białoruskich opracowaniach przyrodniczych Narew jest opisywana jako rzeka, która spośród cieków Puszczy Białowieskiej ucierpiała wskutek melioracji stosunkowo najmniej. Bezpośrednio z jej systemem związany jest tylko jeden większy obszar melioracyjny – „Borki–Popielewo” o powierzchni około 470 hektarów – oraz pojedyncze, stare kanały w górnym biegu rzeki.

Taki system może lokalnie przyspieszać odpływ wody z gruntów i mokradeł. Nie jest jednak odpowiednikiem dużej zapory ani zbiornika retencyjnego. Nie znaleźliśmy również informacji, by na białoruskim odcinku Narwi funkcjonowała budowla pozwalająca zatrzymywać znaczne ilości wody, regulować przepływ do Polski albo przekierowywać go do innej zlewni.

Warto też uważać na częste pomieszanie Narwi z Narewką. To właśnie Narewka, będąca dopływem Narwi, została na białoruskim odcinku znacznie silniej wyprostowana, skanalizowana i zasilona wodami z rowów melioracyjnych. W ostatnich latach rozpoczęto tam nawet odtwarzanie naturalnych zakoli. Nie należy jednak przenosić informacji o silnym przekształceniu Narewki na główną rzekę Narew.

Nie oznacza to, że stan białoruskich mokradeł jest zupełnie obojętny. Narew wypływa z bagna Dzikie, dlatego osuszanie torfowisk, zarastanie kanałów, zmiany klimatyczne oraz długie okresy bez opadów mogą wpływać na ilość wody docierającej do granicy. Mokradła działają jak naturalna gąbka: zatrzymują wodę po roztopach i deszczach, a następnie stopniowo oddają ją rzece. Jeżeli tracą zdolność retencji, rzeka może gwałtowniej reagować na opady, a jednocześnie szybciej słabnąć podczas suszy. Bagno Dzikie leży jednak na dziale wodnym i zasila źródłowe obszary kilku rzek, dlatego bez dokładnych pomiarów nie można określić, jak zmienia się ilość wody trafiającej stamtąd do Narwi.

Najważniejszy wniosek z naszych poszukiwań jest więc taki: nie ma dowodów, że Białoruś zatrzymuje Narew, odbiera jej wodę albo poprzez rozległą meliorację doprowadziła do obecnego kryzysu rzeki w Polsce. Białoruski odcinek jest krótki, słabo zagospodarowany i pozbawiony dużych obiektów regulujących przepływ. Znajdujące się tam urządzenia melioracyjne mogą mieć znaczenie lokalne, ale system „Borki–Popielewo”, obejmujący 4,7 kilometra kwadratowego, trudno uznać za wyjaśnienie problemów całej górnej Narwi.

Dlatego przyczyn niskich stanów rzeki należy szukać przede wszystkim w całym układzie: coraz słabszych zimowych roztopach, suszach, utracie naturalnej retencji, regulacji koryta oraz sposobie funkcjonowania zbiornika Siemianówka. Białoruska część zlewni może wpływać na wielkość dopływu – bo każda część zlewni ma takie znaczenie – ale dostępne informacje nie wskazują, by to właśnie działalność Białorusi była głównym źródłem problemu.

Mówiąc najprościej: Narew może już przy granicy nie być potężną rzeką, lecz nie dlatego, że Białoruś zatrzymuje jej wodę. Jest to naturalnie niewielki, źródłowy ciek wypływający z mokradeł. Poważne przekształcenie jej rytmu następuje dopiero dalej, gdy rzeka wpływa do wielkiego, sterowanego przez człowieka zbiornika Siemianówka.

Białystok może mieć bezpośredni pociąg do Lublina. Brakuje tylko decyzji.

Białystok może mieć bezpośredni pociąg do Lublina. Brakuje tylko decyzji.

Podróż koleją z Białegostoku do Lublina wygląda dziś tak, jakby oba miasta leżały po przeciwnych stronach Polski. Pasażer najczęściej musi jechać przez Warszawę, choć istnieje znacznie bardziej naturalna trasa przez Bielsk Podlaski, Czeremchę, Siedlce, Łuków, Radzyń Podlaski i Parczew. Nie jest to jednak trasa pozbawiona problemów. Znaczna jej część między Białymstokiem a Siedlcami nie ma sieci trakcyjnej, dlatego zwykły pociąg elektryczny nie może przejechać nią od początku do końca.

Nie oznacza to jednak, że bezpośrednie połączenie jest niemożliwe. Najlepszym dowodem jest kursujący tą trasą Bocian, prowadzony lokomotywą spalinową SU160. Dociera on z Białegostoku przez Czeremchę do Siedlec, skąd dalej w kierunku Lublina jeździ elektryczna Inka. Dwa istniejące pociągi pokazują więc, że wszystkie potrzebne odcinki są czynne i obsługują ruch pasażerski. Problemem nie jest brak torów, lecz konieczność zastosowania lokomotywy spalinowej, dwunapędowej albo zmiany lokomotywy w Siedlcach.

Dwa pociągi, z których mógłby powstać jeden

Bocian prowadzi wagony z Białegostoku przez Bielsk Podlaski, Hajnówkę, Czeremchę i Siedlce w kierunku Warszawy. Inka również przejeżdża przez Siedlce, ale następnie kieruje się przez Łuków, Radzyń Podlaski i Parczew do Lublina. Siedlce są więc naturalnym punktem, w którym spotykają się dwie części potencjalnej trasy między stolicami województw podlaskiego i lubelskiego.

Nie chodzi nawet o dosłowne połączenie dwóch obecnych pociągów. Można byłoby wydłużyć relację jednego z nich, zmienić obieg składu albo uruchomić nową parę pociągów korzystającą z istniejących tras i infrastruktury. Od strony pasażera efekt byłby prosty: wsiadamy w Białymstoku, a wysiadamy w Lublinie – bez podróży przez Warszawę i bez przesiadania się w Siedlcach.

Dzisiaj jedziemy naokoło

Brak bezpośredniego pociągu pomiędzy Białymstokiem a Lublinem jest jednym z przykładów tego, jak polska kolej nadal bywa podporządkowana połączeniom ze stolicą kraju. Osobno można dojechać z Białegostoku do Warszawy i z Warszawy do Lublina, ale podróż pomiędzy sąsiednimi regionami okazuje się znacznie trudniejsza. Na mapie widać wyraźnie, że jazda przez Warszawę oznacza nadrabianie drogi. Najpierw trzeba pojechać z Białegostoku na zachód, a następnie z Warszawy ponownie skierować się na południowy wschód. Trasa przez Czeremchę i Siedlce prowadzi znacznie bardziej naturalnym korytarzem.

Bezpośredni pociąg nie służyłby zresztą wyłącznie mieszkańcom dwóch największych miast. Zapewniłby także nowe możliwości podróżowania mieszkańcom Bielska Podlaskiego, Hajnówki i Czeremchy. Po drugiej stronie połączyłby te miejscowości z Łukowem, Radzyniem Podlaskim, Parczewem i Lublinem. Powstałoby połączenie spinające wschodnią Polskę, zamiast kolejnego pociągu prowadzącego wszystkich pasażerów do Warszawy.

Połączenie ważne również dla turystyki

Taka relacja miałaby znaczenie nie tylko dla osób podróżujących do pracy, na uczelnię czy do rodziny. Mogłaby połączyć dwa regiony o ogromnym potencjale turystycznym. Mieszkańcy Lubelszczyzny otrzymaliby bezpośrednie połączenie kolejowe z Hajnówką i Puszczą Białowieską. Z kolei mieszkańcy województwa podlaskiego mogliby łatwiej dotrzeć do Lublina i innych miejscowości leżących przy tej trasie.

W sezonie pociąg mógłby obsługiwać również przewóz rowerów. Trasa przebiega przecież przez obszary, które są atrakcyjne dla turystów szukających przyrody, spokojnych miasteczek i miejsc położonych z dala od najpopularniejszych szlaków.

Problemem nie są tory

Oczywiście uruchomienie bezpośredniego połączenia nie polega wyłącznie na dopisaniu nazwy miasta do rozkładu. Trzeba znaleźć odpowiedni skład, zamówić trasę u zarządcy infrastruktury, ustalić finansowanie i przekonać organizatorów przewozów, że pociąg będzie miał wystarczającą liczbę pasażerów. W przypadku połączeń dalekobieżnych kluczowa byłaby decyzja Ministerstwa Infrastruktury oraz PKP Intercity. Potrzebna byłaby również współpraca samorządów województw podlaskiego i lubelskiego, które powinny wspólnie zabiegać o stworzenie takiej relacji.

Najważniejsze jest jednak to, że nie trzeba czekać na budowę nowej linii kolejowej. Poszczególne odcinki trasy są przejezdne i wykorzystywane przez pociągi pasażerskie. Bocian i Inka są najlepszym dowodem, że bezpośrednie połączenie Białegostoku z Lublinem nie jest nierealnym pomysłem. Dzisiaj kolej potrafi dowieźć pasażera z Białegostoku do Siedlec oraz z Siedlec do Lublina. Pozostaje więc pytanie, dlaczego nie potrafi zrobić tego jednym pociągiem.

Białystok i Lublin są stolicami sąsiednich województw. Łączą je relacje gospodarcze, akademickie, rodzinne i turystyczne. Bezpośredni pociąg między nimi nie wymaga budowy nowej linii, ale nie powstanie również przez proste wydłużenie elektrycznej Inki. Potrzebny byłby skład mogący przejechać przez niezelektryfikowany odcinek między Białymstokiem, Czeremchą i Siedlcami.

Takie rozwiązanie już częściowo funkcjonuje, bo Bocian pokonuje ten fragment na czele z lokomotywą spalinową. Pozostaje więc pytanie, czy zamiast kończyć jego użyteczną dla wschodniej Polski trasę w Warszawie, nie warto stworzyć pociągu, który z Siedlec pojedzie dalej przez Łuków i Parczew do Lublina.

Nie byłoby to zresztą rozwiązanie niespotykane na podlaskiej kolei. W podobny sposób funkcjonują dalekobieżne pociągi jadące do Suwałk przez Białystok i Sokółkę. Ponieważ linia z Białegostoku do Suwałk nadal nie jest zelektryfikowana, skład może przyjechać do Białegostoku pod lokomotywą elektryczną, a następnie po zmianie lokomotywy ruszyć dalej z lokomotywą spalinową. Tak obsługiwana jest między innymi Hańcza, prowadzona na suwalskim odcinku przez SU160.

Podobną operację można byłoby zastosować w pociągu Białystok–Lublin: niezelektryfikowany odcinek pokonać z lokomotywą spalinową, a na stacji leżącej pod siecią trakcyjną zmienić ją na elektryczną. Alternatywnie lokomotywa spalinowa mogłaby poprowadzić skład przez całą trasę. Nie jest to więc pomysł pozbawiony trudności technicznych i organizacyjnych, ale z pewnością jest realny.

Czy w tężniach mieszkańcy wdychają kał? Szokujące doniesienia.
Tężnia w Wasilkowie. Aktualnie wyłączona od dłuższego czasu (ale nie wiadomo z jakiego powodu).

Czy w tężniach mieszkańcy wdychają kał? Szokujące doniesienia.

Miały poprawiać odporność, ułatwiać oddychanie i tworzyć w środku miasta namiastkę nadmorskiego mikroklimatu. Najnowsze wyniki badań krakowskich tężni stawiają jednak te obietnice pod dużym znakiem zapytania. W solance oraz w unoszącej się wokół instalacji mgiełce naukowcy znaleźli bakterie, których nikt rozsądny nie chciałby świadomie wdychać. Czy oznacza to, że tężnie masowo budowane także w województwie podlaskim powinny zostać zamknięte? Odpowiedź nie jest tak prosta, ponieważ pod wspólną nazwą „tężni” funkcjonują dwa zupełnie różne rodzaje instalacji.

Więcej bakterii niż w rzece i gospodarskiej oborze

Badania prowadzone przez prof. Katarzynę Wolny-Koładkę z Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie objęły trzy miejskie tężnie. W krążącej w nich solance wykrywano między innymi bakterie Escherichia coli, Enterococcus faecalis oraz Clostridium perfringens. W mgiełce obecne były również alergenne grzyby i promieniowce.

Najnowsze wyniki, przedstawione w lipcu 2026 roku w Radiu Kraków, brzmią jeszcze bardziej niepokojąco. We wszystkich trzech badanych obiektach stężenie bakterii E. coli w solance miało być wyższe niż w Zalewie Nowohuckim i rzece Dłubni. Badaczka poinformowała również, że w mgiełce wokół tężni znalazła więcej bakterii kałowych niż podczas prowadzonych wcześniej badań w oborach.

To ważne, ponieważ tężnia nie jest fontanną, którą oglądamy z daleka. Jej podstawowym zadaniem jest wytwarzanie aerozolu, który trafia bezpośrednio do dróg oddechowych osób siedzących w pobliżu. Jeżeli w krążącej cieczy rozwijają się bakterie, część z nich może zostać uniesiona wraz z drobnymi kroplami.

Szczególnie niepokojące jest to, że z takich miejsc najczęściej korzystają seniorzy, małe dzieci, alergicy oraz osoby cierpiące na choroby układu oddechowego. Czyli właśnie ludzie, dla których ewentualna infekcja może być bardziej niebezpieczna niż dla zdrowego dorosłego.

Tężnia tężni nierówna

W tym miejscu trzeba jednak dokonać bardzo ważnego rozróżnienia. W Podlaskiem, a szczególnie w Białymstoku, powstały zarówno tradycyjne tężnie mokre, jak i nowoczesne instalacje suche, nazywane potocznie tężniami elektrycznymi.

Tężnia mokra to konstrukcja wypełniona najczęściej gałązkami tarniny. Pompa tłoczy solankę na górę, a następnie ciecz spływa po roślinnym złożu, rozbijając się na mniejsze krople. Ta sama solanka może wielokrotnie krążyć w obiegu. Do zbiornika i na tarninę dostają się kurz, pyłki, liście, owady oraz odchody ptaków. W wilgotnej konstrukcji powstaje środowisko, w którym mogą rozwijać się mikroorganizmy. To właśnie takich instalacji dotyczą alarmujące badania z Krakowa.

Drugi rodzaj to tężnia sucha, w której aerozol solny powstaje mechanicznie przy użyciu urządzenia elektrycznego. Nie ma tam ściany z tarniny, po której miesiącami spływa ta sama ciecz. W białostockiej tężni na Plantach powietrze pobierane z zewnątrz jest filtrowane, osuszane i poddawane obróbce, a następnie rozprowadzany jest w nim suchy aerozol solny.

W Białymstoku suche instalacje zbudowano między innymi na Plantach, przy ulicy Szkolnej oraz w parku przy Spodkach. Taka instalacja jest też w Supraślu. Tradycyjna mokra tężnia, w której solanka spływa po tarninie, działa natomiast na Pieczurkach czy też w Wasilkowie nad zalewem.

Nie można więc automatycznie przenosić wyników badań krakowskich konstrukcji mokrych na każdą altanę reklamowaną jako tężnia solankowa. W suchej instalacji nie występuje ten sam problem wielokrotnie krążącej solanki i stale wilgotnego złoża roślinnego.

Nie oznacza to jednak, że tężni elektrycznych nie trzeba kontrolować. Filtry, kanały wentylacyjne, urządzenia wytwarzające aerozol oraz używany materiał solny także wymagają właściwego serwisowania. Ryzyko ma jednak inny charakter i powinno być oceniane oddzielnie.

Wielka moda wyprzedziła przepisy

Największym problemem nie jest nawet samo wykrycie bakterii. Jest nim fakt, że przez lata samorządy wydawały publiczne pieniądze na obiekty przedstawiane jako inwestycje w zdrowie, choć państwo nie stworzyło dla nich jasnych norm sanitarnych.

Główny Inspektorat Sanitarny dopiero w maju 2026 roku opublikował zalecenia dotyczące takich instalacji. Jednocześnie oficjalnie uznał, że miejskie mikrotężnie nie są urządzeniami lecznictwa uzdrowiskowego. To jedynie „obiekty małej architektury wodnej”, pełniące przede wszystkim funkcję rekreacyjną i dekoracyjną. Nie podlegają więc takim samym wymaganiom i nadzorowi jak prawdziwe tężnie działające w uzdrowiskach.

GIS zwrócił nawet uwagę, że zarządcy nie powinni sugerować mieszkańcom efektów leczniczych porównywalnych z działaniem profesjonalnych urządzeń uzdrowiskowych. Opracowane zalecenia dotyczą projektowania, uruchamiania, eksploatacji i sezonowego wyłączania instalacji, ale nie są obowiązującym prawem. Stanowią jedynie zbiór dobrych praktyk.

W praktyce oznacza to, że tężnie mogą działać, choć nie istnieje powszechny obowiązek regularnego sprawdzania solanki i aerozolu pod kątem obecności bakterii. Zarządca może prowadzić takie badania z własnej inicjatywy, ale nie jest to system porównywalny z kontrolowaniem wody w basenach czy kąpieliskach.

Czy podlaskie tężnie będą zamykane?

Na razie nie ma podstaw, by twierdzić, że wszystkie zostaną zamknięte. Nie wydano ogólnopolskiego nakazu wyłączenia takich obiektów. Same wyniki z Krakowa nie dowodzą również, że identyczne skażenie występuje w każdej tężni w Polsce. Powinny jednak zakończyć epokę korzystania z tych instalacji na zasadzie wiary, że skoro woda jest słona, konstrukcja pachnie drewnem, a na tablicy zapisano hasło o zdrowiu, to wszystko musi być bezpieczne.

W pierwszej kolejności przebadane powinny zostać podlaskie tężnie mokre, w których solanka krąży w obiegu i spływa po tarninie lub innym wilgotnym wypełnieniu. Badaniu powinna podlegać nie tylko ciecz znajdująca się w zbiorniku, ale również aerozol obecny w strefie oddychania użytkowników. To właśnie zawartość mgiełki rozstrzyga, co rzeczywiście trafia do płuc.

Jeżeli badania wykażą obecność bakterii kałowych albo innych potencjalnie niebezpiecznych mikroorganizmów, instalacja powinna zostać natychmiast wyłączona do czasu skutecznego usunięcia przyczyny. Nie wystarczy umycie tarniny, zebranie liści czy wymiana solanki raz w sezonie. Krakowska badaczka informuje, że również po czyszczeniu i wymianie cieczy nie obserwowała istotnej poprawy parametrów mikrobiologicznych.

Tężnie suche trzeba natomiast oceniać według zasad odpowiednich dla urządzeń mechanicznie wytwarzających aerozol: kontrolować źródło soli, stan filtrów, kanałów powietrznych, generatorów oraz dokumentację serwisową. Nie powinno się wrzucać ich do jednego worka z konstrukcjami tarninowymi, ale nie można też uznawać ich za bezpieczne wyłącznie na podstawie zapewnień producenta lub samorządowej informacji prasowej.

Najpierw badania, później zaproszenia do „głębokiego oddechu”

W Podlaskiem wydano na tężnie niemałe pieniądze. Pierwsza mokra tężnia w Białymstoku, zbudowana na osiedlu Pieczurki w ramach budżetu obywatelskiego, kosztowała około 654 tys. złotych. Solanka krąży tam w obiegu i spływa po konstrukcji wypełnionej tarniną, a więc działa ona na podobnej zasadzie jak obiekty badane przez krakowskich naukowców.

Tradycyjna tężnia solankowa powstała również nad zalewem w Wasilkowie. Była częścią znacznie większej, wartej ponad 10 mln złotych modernizacji terenów rekreacyjnych, obejmującej także plażę, pomosty, wypożyczalnię sprzętu i plac zabaw. Nie podano jednak osobnego kosztu samej tężni.

Po doniesieniach z Krakowa to właśnie takie instalacje powinny zostać przebadane w pierwszej kolejności. Nie dlatego, że już wiadomo, iż są skażone, lecz dlatego, że wykorzystują ten sam mechanizm: solanka jest pompowana na górę, spływa po roślinnym złożu, zbiera się w zbiorniku i ponownie trafia do obiegu. Bez wyników badań mikrobiologicznych nie da się odpowiedzialnie zapewnić mieszkańców, że unosząca się wokół nich mgiełka jest bezpieczna.

Czy pole golfowe w Wasilkowie zatruje Supraśl? Jest duże ryzko.
Koncepcja wygenerowana przez Urząd Miejski w Wasilkowie

Czy pole golfowe w Wasilkowie zatruje Supraśl? Jest duże ryzko.

Pole golfowe w okolicach Białegostoku samo w sobie nie jest złym pomysłem. Może być atrakcją sportową, przyciągać gości, uzupełniać ofertę rekreacyjną aglomeracji i tworzyć przestrzeń, której dotąd w regionie brakowało. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy spojrzymy nie na samą inwestycję, lecz na miejsce wybrane do jej realizacji. Pełnowymiarowe pole ma powstać na prawie stu hektarach w Nowodworcach, na terenie gminy Wasilków. Projekt znajduje się dopiero na etapie przygotowywania planu zagospodarowania przestrzennego, dlatego nie znamy jeszcze szczegółów dotyczących nawadniania, odwodnienia, nawożenia ani zabezpieczenia wód.

Nie ma więc podstaw, aby już dziś twierdzić, że pole golfowe zatruje Supraśl albo zagrozi wodzie pitnej mieszkańców. Takie stwierdzenie byłoby przedwczesne. Jest jednak wystarczająco dużo powodów, aby zapytać, czy samorządy nie wybierają lokalizacji, w której margines błędu jest wyjątkowo mały.

Zielony trawnik nie powstaje sam

Teren przeznaczony pod inwestycję to dziś przede wszystkim łąki, nieużytki, podmokłe obniżenia i grunty porośnięte naturalną roślinnością. Dla kogoś patrzącego z daleka mogą to być po prostu chwasty i niewykorzystana ziemia. Z punktu widzenia gospodarki wodnej taki obszar pełni jednak ważną funkcję. Podmokłe łąki zatrzymują wodę po opadach, spowalniają jej odpływ i pozwalają jej stopniowo wsiąkać w grunt. Nie wymagają regularnego koszenia do wysokości kilku milimetrów, intensywnego nawadniania ani pielęgnacji koniecznej do utrzymania murawy sportowej.

Pole golfowe wygląda naturalnie, ponieważ dominuje na nim zieleń. W rzeczywistości jego najbardziej reprezentacyjne fragmenty są precyzyjnie zaprojektowanym i stale kontrolowanym środowiskiem. Trawa ma pozostać równa, gęsta i zielona także podczas suszy. Grunt nie może być zbyt mokry po ulewie, bo na podmokłym greenie nie da się grać. Konieczne stają się więc systemy nawadniania i odwodnienia, odpowiednie przygotowanie podłoża, regularne nawożenie oraz ochrona murawy przed chorobami i chwastami.

Nie musi to automatycznie prowadzić do skażenia rzeki. Współczesne pole można zaprojektować znacznie rozsądniej niż obiekty budowane kilkadziesiąt lat temu. Można ograniczać intensywnie pielęgnowaną powierzchnię, pozostawiać naturalne łąki pomiędzy torami, tworzyć strefy buforowe, zbierać wodę opadową i kontrolować odpływ.

Nie da się jednak uczciwie powiedzieć, że ryzyka nie ma. Szczególnie gdy inwestycja ma powstać na terenach podmokłych w sąsiedztwie rzeki.

To nie jest dowolna rzeka

Supraśl jest miejscem cennym przyrodniczo, ale jej znaczenie jest znacznie większe. Z systemem tej rzeki związane jest zaopatrzenie w wodę Wasilkowa i Białegostoku. Zakład uzdatniania Pietrasze–Wasilków wykorzystuje ujęcia powierzchniowe, infiltracyjne i podziemne bazujące na zasobach Supraśli.

Nie chodzi zatem o abstrakcyjny spór między miłośnikami golfa a obrońcami kilku mokrych łąk. Mówimy o obszarze pozostającym w sąsiedztwie jednego ze strategicznych systemów wodnych całej aglomeracji. Oczywiście woda dostarczana mieszkańcom jest badana i uzdatniana. Nie oznacza to jednak, że racjonalną polityką jest dokładanie nowych potencjalnych źródeł presji tam, gdzie można ich uniknąć. Uzdatnianie wody nie powinno zastępować ochrony miejsca, z którego jest ona pobierana.

Największe obawy budzi nie tylko możliwość spływania nawozów zawierających azot i fosfor. Równie istotna może być przebudowa stosunków wodnych. Aby na podmokłym terenie można było utrzymać murawę odpowiednią do gry, część obszaru trzeba będzie prawdopodobnie ukształtować, ustabilizować i odwodnić. Woda, która dziś zatrzymuje się na łąkach, może zostać skierowana do rowów, drenów lub zbiorników.

Dopiero szczegółowa dokumentacja pokaże, czy rzeczywiście będzie to konieczne i w jakiej skali. Właśnie dlatego nie należy dziś ogłaszać katastrofy, ale też nie wolno zadowolić się zapewnieniem, że wszystko zostanie wykonane zgodnie z przepisami.

Przepisy nie odpowiadają na najważniejsze pytanie

Samorząd zapewne zleci odpowiednie opracowania. Powstanie prognoza oddziaływania planu na środowisko, a inwestycja będzie musiała przejść wymagane procedury i uzgodnienia. Projektanci mogą zaproponować pasy ochronne, retencję, kontrolowane odwodnienie, ograniczone nawożenie oraz monitoring wód. Możliwe jest więc stworzenie pola znacznie mniej uciążliwego niż stereotypowy, intensywnie nawożony zielony dywan. Nadal pozostaje jednak podstawowe pytanie: po co podejmować takie ryzyko właśnie tutaj?

Procedura środowiskowa może odpowiedzieć, czy inwestycję da się zrealizować pod określonymi warunkami. Nie zawsze odpowie natomiast, czy z punktu widzenia mieszkańców i długoterminowej ochrony zasobów wodnych jest to najlepsza z dostępnych lokalizacji.

To zasadnicza różnica. Coś może być prawnie dopuszczalne, a jednocześnie niepotrzebnie ryzykowne. Można zaprojektować zabezpieczenia, ale każde zabezpieczenie wymaga później konserwacji, kontroli i przestrzegania zasad przez kolejne dziesięciolecia. Zmieni się zarządca pola, zmieni się burmistrz, mogą zmienić się również warunki klimatyczne. Mokre lata będą przeplatały się z suszami i gwałtownymi ulewami. Wybór odpowiedniej lokalizacji jest zabezpieczeniem znacznie skuteczniejszym niż najbardziej rozbudowana instrukcja nawożenia.

Topilec powiedział „nie”

To nie jest pierwsza próba znalezienia miejsca na pełnowymiarowe pole golfowe w pobliżu Białegostoku. Wcześniej rozważano jego budowę w okolicach Topilca, w otulinie Narwiańskiego Parku Narodowego. Mieszkańcy Topilca i okolic stanowczo sprzeciwili się inwestycji. Obawiali się utraty ziemi, wywłaszczeń, problemów dla gospodarstw oraz degradacji środowiska. Ostatecznie właściciele nie zgodzili się na sprzedaż gruntów, a samorządowcy odstąpili od realizacji pomysłu.

Wtedy część sporu dotyczyła prawa własności i sposobu prowadzenia rozmów z rolnikami. Z dzisiejszej perspektywy widać jednak, że mieszkańcy mogli mieć rację również w sprawie samej lokalizacji.

Otulina Narwiańskiego Parku Narodowego, sąsiedztwo terenów Natura 2000 i dolina jednej z najcenniejszych rzek regionu rzeczywiście nie wydają się miejscem, do którego należy na siłę wprowadzać pełnowymiarowe pole golfowe. Mieszkańcy Topilca ochronili swoją ziemię, ale być może uchronili również dolinę Narwi przed inwestycją, której oddziaływanie trudno byłoby później całkowicie cofnąć.

Po odrzuceniu Topilca pomysł nie zniknął. Przeniesiono go w okolice Wasilkowa. Problem polega na tym, że zamiast znaleźć teren wyraźnie mniej wrażliwy, ponownie wybrano obszar związany z ważną rzeką, mokradłami i ochroną zasobów wodnych.

Nie chodzi o walkę z golfem

Najłatwiej byłoby sprowadzić całą dyskusję do konfliktu między rozwojem a ekologią. Zwolennicy inwestycji mogliby przedstawiać jej krytyków jako ludzi przeciwnych każdej zmianie, każdej rekreacji i każdej większej inwestycji. Tylko że nie chodzi o zakaz budowy pola golfowego w województwie podlaskim. Nie ma powodu, by mieszkańcy regionu nie mogli korzystać z takiego obiektu. Nie ma również podstaw, by z góry zakładać, że każde pole golfowe jest katastrofą ekologiczną.

Chodzi o proporcje i odpowiedzialność

Pole golfowe jest inwestycją rekreacyjną. Supraśl, tereny podmokłe i system zaopatrzenia mieszkańców w wodę należą natomiast do zasobów podstawowych. Jeżeli te dwa interesy zaczynają ze sobą kolidować, pierwszeństwo powinno mieć bezpieczeństwo wody i zachowanie naturalnej retencji.

To inwestor i samorząd powinni przedstawić konkretne odpowiedzi. Skąd będzie pobierana woda do podlewania? Co wydarzy się podczas suszy? Dokąd trafi woda odprowadzana z murawy po gwałtownej ulewie? Ile terenu zostanie osuszone? Jakie nawozy i środki ochrony roślin będą dopuszczone? Kto będzie stale kontrolował ich stosowanie? Jak szerokie strefy naturalnej roślinności pozostaną przy ciekach i podmokłych obniżeniach? Czy monitoring rozpocznie się jeszcze przed budową, aby można było później porównać jakość wód?

A przede wszystkim: jakie inne lokalizacje zostały zbadane i dlaczego je odrzucono?

Samorząd powinien udowodnić nie tylko, że zna sposoby ograniczenia szkód. Powinien wykazać, że rozważył inne lokalizacje i że nie istnieje rozsądna alternatywa poza doliną Supraśli. Jeżeli taka alternatywa istnieje, ryzykowanie obszarem podmokłym w pobliżu strategicznego systemu wodnego trudno uznać za racjonalne.

Białystok wyda pół miliarda na halę, która nie jest nikomu potrzebna

Białystok wyda pół miliarda na halę, która nie jest nikomu potrzebna

Ten tytuł może zabrzmieć jak jakaś herezja, ale gdy zapoznacie się z merytorycznymi argumentami, sami powiecie, że Białystok wyda pół miliarda na halę, która nie jest nikomu potrzebna.

Stolica województwa jest coraz bliżej budowy hali widowiskowo-sportowej. Do przetargu zgłosiły się trzy firmy, a najtańsza oferta opiewa na blisko 485 milionów złotych. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, po podpisaniu umowy wykonawca będzie miał 30 miesięcy na zakończenie inwestycji.

Można byłoby więc powiedzieć: wreszcie. O hali mówi się przecież w Białymstoku od kilkunastu lat. Problem polega na tym, że przez te kilkanaście lat zmieniło się miasto, zmienił się rynek wydarzeń, zmieniły się oczekiwania publiczności i zmieniła się skala przedsięwzięć organizowanych w Polsce. Tymczasem Białystok nadal próbuje zrealizować pomysł będący odpowiedzią na potrzeby z zupełnie innej epoki.

To nie jest zarzut do prezydenta Tadeusza Truskolaskiego, że hali wcześniej nie zbudował. Historia tej inwestycji sięga co najmniej 2012 roku, kiedy rozstrzygnięto konkurs architektoniczny. Później przedsięwzięcie na lata utknęło między kolejnymi procedurami, dokumentami, decyzjami i zastrzeżeniami dotyczącymi planowanej lokalizacji. Pozwolenie na budowę miasto otrzymało dopiero w 2024 roku. Można więc przyjąć, że władze Białegostoku rzeczywiście próbowały doprowadzić projekt do końca, lecz przez wiele lat nie mogły tego zrobić.

Tyle że właśnie dlatego należało w pewnym momencie zatrzymać się i zadać podstawowe pytanie: czy hala wymyślona kilkanaście lat temu nadal jest tym, czego Białystok potrzebuje najbardziej?

Hala dla sportu, którego w Białymstoku nie ma

Planowany obiekt ma mieć ponad 30 tysięcy metrów kwadratowych powierzchni, cztery kondygnacje i widownię na około 6,4 tysiąca osób. W środku powstaną boiska, trybuny, zaplecze treningowe, strefa odnowy biologicznej, przestrzenie dla zawodników, artystów i mediów, lokale gastronomiczne oraz centrum konferencyjne.

Na papierze wygląda to imponująco. Tylko komu właściwie ma służyć największa funkcja tego obiektu, czyli arena sportowa na kilka tysięcy widzów?

Białystok nie ma dziś ani w koszykówce, ani w siatkówce, ani w piłce ręcznej zespołu grającego w najwyższej klasie rozgrywkowej. Tym bardziej nie ma drużyny, której regularne mecze przyciągałyby sześć tysięcy kibiców. Duża hala może pomóc klubom się rozwinąć, ale nie stworzy automatycznie silnej drużyny, sponsorów, wieloletniego finansowania ani tysięcy kibiców. Wznoszenie ogromnego obiektu z nadzieją, że kiedyś pojawi się zespół, który będzie go regularnie zapełniał, przypomina budowę portu w oczekiwaniu, że później znajdą się statki. Najpierw musi być popyt.

Na największe koncerty hala będzie za mała

Drugim argumentem mają być koncerty. I tu problem z wielkością obiektu staje się jeszcze bardziej widoczny. Stadion miejski ma ponad 22 tysiące miejsc na trybunach. Podczas koncertów dochodzi do tego publiczność stojąca na płycie. Koncert Sanah pokazał, że w Białymstoku można zgromadzić około 25 tysięcy widzów. Stadion, który przede wszystkim służy Jagiellonii, jest jednocześnie miejscem zdolnym przyjąć największe wydarzenia muzyczne organizowane w regionie.

Hala z widownią na około 6,4 tysiąca osób, nawet po ustawieniu części publiczności na płycie, pozostanie obiektem kilka razy mniejszym. Nie będzie więc realną konkurencją dla stadionów, na których występują największe gwiazdy. Stadion ma 22 372 miejsca na trybunach, a sam obiekt reklamuje się również jako przestrzeń do organizowania koncertów i dużych wydarzeń kulturalnych.

Nowa hala może oczywiście przyciągnąć wykonawców, dla których stadion jest za duży. Ale w tym segmencie rynku Białystok nie znajduje się na pustyni. Są kluby, sale widowiskowe, kampus Uniwersytetu w Białymstoku, obiekty sportowe, a przede wszystkim Opera i Filharmonia Podlaska. Nie chodzi więc o to, że w hali nie odbędzie się żaden koncert. Odbędą się. Pytanie brzmi, czy sporadyczne występy na kilka tysięcy osób uzasadniają wydanie niemal pół miliarda złotych i późniejsze ponoszenie kosztów utrzymania całego obiektu.

Opera już ma scenę, której może pozazdrościć wiele miast

W oficjalnych zapowiedziach hali pojawiają się również spektakle i wydarzenia kulturalne. Tyle że Białystok posiada Operę i Filharmonię Podlaską – obiekt stworzony właśnie do realizacji wymagających przedsięwzięć scenicznych.

Duża Scena Opery ma około 20 metrów szerokości i 16 metrów głębokości. Wyposażono ją w cztery dwupoziomowe zapadnie, scenę obrotową, 53 sztankiety, automatyczną mechanikę sceniczną oraz rozbudowany system oświetlenia i nagłośnienia. Widownia może być konfigurowana na ponad tysiąc osób. To nie jest zwykła sala ze sceną ustawioną na końcu parkietu, lecz jeden z najbardziej zaawansowanych technologicznie obiektów teatralnych w tej części Polski.

Hala sportowa może przyjąć objazdowy musical, kabaret, widowisko telewizyjne albo koncert z własną produkcją. Nie zastąpi jednak Opery jako miejsca stworzonego do wystawiania spektakli. Będzie po prostu kolejną przestrzenią, którą trzeba będzie zapełnić wydarzeniami, aby nie świeciła pustkami.

Konferencje i targi? Miejsce już jest

Kolejnymi funkcjami mają być konferencje, wystawy i wydarzenia biznesowe. Również tutaj trudno wskazać brak infrastruktury, który uzasadniałby inwestycję tej skali.

Stadion miejski dysponuje dwunastoma salami rozmieszczonymi na czterech kondygnacjach. Największe przestrzenie mają prawie 1300 metrów kwadratowych i mogą przyjmować kilkaset osób. Sam stadion oferuje organizację konferencji, szkoleń, wydarzeń firmowych i targów. Do wykorzystania są również powierzchnie wystawiennicze wewnątrz i na zewnątrz obiektu, a w szczególnych przypadkach nawet płyta główna o powierzchni około 7500 metrów kwadratowych.

Do tego dochodzą hotele, uczelnie, Opera, Białostocki Park Naukowo-Technologiczny oraz liczne prywatne centra konferencyjne. Białystok może potrzebować lepszej koordynacji i promocji tych przestrzeni, ale trudno twierdzić, że cierpi na brak sal, w których da się przeprowadzić konferencję.

Pół miliarda za uzupełnienie istniejącej oferty

Najtańsza oferta w przetargu wynosi niemal 485 milionów złotych brutto. Najdroższa przekracza 537 milionów. Do tego trzeba będzie doliczyć późniejsze wyposażenie, bieżące utrzymanie, ogrzewanie, ochronę, remonty, obsługę techniczną i ewentualne dopłaty do funkcjonowania obiektu. Za te pieniądze Białystok nie otrzyma ani hali odpowiadającej na potrzeby istniejącego klubu z wielotysięczną publicznością, ani największej areny koncertowej we wschodniej Polsce, ani obiektu kulturalnego przewyższającego możliwości Opery, ani jedynego miejsca zdolnego przyjmować targi i kongresy.

Otrzyma bardzo drogi obiekt, który będzie po trochu halą sportową, salą koncertową, centrum konferencyjnym, powierzchnią targową i zapleczem rekreacyjnym. Każdą z tych funkcji będzie spełniał, ale w niemal każdej będzie konkurował z miejscami, które już w Białymstoku istnieją.

I właśnie tutaj znajduje się największa słabość tej inwestycji. Nie chodzi o to, że hala będzie całkowicie bezużyteczna. Z pewnością znajdzie zastosowanie. W tak dużym mieście zawsze da się zorganizować mecze, gale, targi, koncerty, widowiska, kongresy i imprezy szkolne. Pytanie nie brzmi jednak: czy cokolwiek będzie się tam odbywać? Pytanie brzmi: czy korzyści będą warte pół miliarda złotych?

Albo naprawdę duża arena, albo znacznie tańszy obiekt

Gdyby Białystok zdecydował się stworzyć obiekt o rzeczywiście ponadregionalnej skali, zdolny przyciągać największe koncerty i wydarzenia z całej Polski oraz krajów sąsiednich, rozmowa wyglądałaby inaczej. Musiałaby to jednak być arena mieszcząca dziesiątki tysięcy osób – w skrajnym wariancie nawet około 40–50 tysięcy – a więc obiekt o znaczeniu krajowym, nie lokalna hala powiększona o centrum konferencyjne.

Taka inwestycja również byłaby niezwykle droga i obarczona ogromnym ryzykiem. Miałaby jednak przynajmniej czytelny cel: sprawić, aby Białystok stał się jednym z najważniejszych miejsc wielkich wydarzeń w Polsce.

Alternatywą byłaby dużo mniejsza i tańsza hala sportowa, odpowiadająca realnym potrzebom miejscowych klubów, szkół, zawodników i mieszkańców. Bez monumentalnej formy, bez kosztownego udawania centrum wszystkiego i bez tworzenia obiektu, który od pierwszego dnia będzie musiał walczyć o wydarzenia z Operą i stadionem.

Miasto wybrało rozwiązanie pośrednie, a rozwiązania pośrednie bywają najdroższe. Hala będzie zbyt duża dla większości lokalnych drużyn, ale za mała dla największych koncertów. Będzie oferowała rozbudowaną scenę wydarzeń, choć Białystok ma Operę. Będzie posiadała sale konferencyjne i powierzchnie targowe, choć takie przestrzenie działają już na stadionie.

Kilkanaście lat temu hala na 6,4 tysiąca miejsc mogła być symbolem skoku cywilizacyjnego Białegostoku. Dzisiaj wygląda raczej jak spóźniona odpowiedź na pytanie, którego nikt już nie zadaje.

Najgorszym argumentem za jej budową byłoby stwierdzenie, że skoro mieszkańcy czekali na nią tak długo, to teraz trzeba ją wybudować za wszelką cenę. Czasem długo oczekiwana inwestycja staje się jeszcze bardziej potrzebna. Czasem jednak po latach okazuje się, że świat poszedł dalej, a projekt został w miejscu.

Białystok powinien więc jeszcze raz policzyć nie tylko koszt budowy hali, lecz także cenę jej późniejszego utrzymania i realną liczbę wydarzeń, których nie da się zorganizować w żadnym z istniejących obiektów. Bo pół miliarda złotych to zbyt duża kwota, by wydawać ją wyłącznie po to, aby po kilkunastu latach móc powiedzieć: wreszcie ją mamy.