Lawina komentarzy przeciwko policji. Komunistyczna mentalność nadal tkwi w ludziach.

Lawina komentarzy przeciwko policji. Komunistyczna mentalność nadal tkwi w ludziach.

Wystarczy, że policja opublikuje informację o kierowcy, który znacznie przekroczył prędkość, albo o człowieku zatrzymanym z narkotykami, żeby pod tekstem niemal natychmiast pojawił się ten sam zestaw komentarzy. „Nie mają się czym zajmować?”, „Niech łapią prawdziwych przestępców”, „Najłatwiej gnębić zwykłych ludzi”. Można odnieść wrażenie, że część społeczeństwa uważa policję za jedną wielką brygadę, która każdego ranka musi zdecydować, czy ścigać morderców, czy kontrolować prędkość. Jeśli funkcjonariusz stoi z radarem, to najwyraźniej gdzieś obok bezkarnie działa mafia, bo przecież policjant nie może jednocześnie robić dwóch rzeczy. Tak jak w starym żarcie o milicjantach – jeden pisał, drugi czytał.

Ten sposób myślenia jest absurdalny już na poziomie organizacyjnym, ale ciekawsze jest coś innego. Policja nie stanowi prawa. Policjant nie wymyśla ograniczenia prędkości, nie tworzy kodeksu karnego i nie decyduje samodzielnie, które substancje są legalne, a które nie. Policja ma prawo egzekwować. Jeśli ktoś uważa, że ograniczenie do 50 km/h w konkretnym miejscu jest bezsensowne, może domagać się jego zmiany. Jeśli uważa, że przepisy dotyczące narkotyków są zbyt surowe, może popierać ich liberalizację. Od tego są wybory, parlament, debata publiczna, samorządy i inicjatywy obywatelskie. Nie od tego jest jednak policjant zatrzymujący kierowcę czy przeszukujący człowieka podejrzanego o popełnienie przestępstwa.

W Polsce problem jest jednak głębszy. Bardzo mocno zakorzenił się u nas pogląd, że prawo nie służy temu, żeby go przestrzegać, lecz temu, żeby znaleźć sposób na jego obejście. Ograniczenie prędkości nie oznacza więc dla części ludzi „tu wolno jechać 70”, ale „ciekawe, czy tutaj stoją”. Zakaz nie oznacza „nie wolno”, tylko „jakie jest prawdopodobieństwo, że mnie złapią”. Procedura urzędowa nie prowadzi do pytania „co mam zrobić”, lecz „czy nie znasz tam kogoś”. Spryt często nie polega na tym, żeby dobrze funkcjonować w ramach systemu, tylko żeby go przechytrzyć.

I właśnie tutaj pojawia się coś, co można nazwać dziedzictwem PRL. W państwie komunistycznym system nie był traktowany jak wspólne dobro obywateli. Państwo było „ich”. Milicja była „ich”. Urząd był „ich”. Zakład pracy też był „ich”. Jeśli udało się coś wynieść z fabryki, coś załatwić po znajomości, coś zdobyć spod lady albo obejść przepisy, często nie było to postrzegane jako coś nagannego. Przeciwnie, potrafiło uchodzić za dowód zaradności. Państwo oszukiwało obywatela, więc obywatel oszukiwał państwo. W tamtej rzeczywistości była w tym nawet pewna logika.

Problem polega na tym, że PRL upadł prawie 40 lat temu, a sposób myślenia przetrwał. Polska od ponad dwóch dekad jest w Unii Europejskiej, gospodarczo należy do Zachodu, korzysta z zachodnich rynków, technologii, pieniędzy, infrastruktury i swobody podróżowania. Polacy bogacą się w świecie zachodnim i urządzili się w nim znacznie lepiej, niż mogli sobie wyobrazić nasi rodzice czy dziadkowie w latach osiemdziesiątych. Mimo to w codziennych zachowaniach wciąż bardzo łatwo odnaleźć człowieka, który mentalnie nadal mieszka w PRL. Państwo wciąż jest dla niego przeciwnikiem, policjant wrogiem, przepis przeszkodą, a przestrzegający zasad obywatel frajerem.

Co gorsza, ta mentalność nie skończyła się wraz z pokoleniem, które żyło w komunizmie. Została przekazana dzieciom. Dziecko słyszy w samochodzie, że „pały stoją z suszarką”. Widzi, jak rodzic zwalnia wyłącznie przed radiowozem, a kilkaset metrów dalej ponownie przyspiesza. Słyszy, że „głupi przepis trzeba umieć obejść”, że „wszyscy kombinują”, że „tylko idiota wszystko robi zgodnie z prawem”. W ten sposób człowiek urodzony wiele lat po upadku PRL może mieć wobec państwa dokładnie taki sam odruch jak jego dziadek w czasach Gomułki czy ojciec za Gierka. Zmieniła się epoka, ale wzorzec wychowania pozostał.

Świetnie widać to na drogach. Sam fakt istnienia aplikacji ostrzegających kierowców o kontrolach prędkości jest zresztą fascynujący. W praktyce mamy narzędzie, które może służyć poprawie bezpieczeństwa, ostrzegać przed wypadkami, robotami drogowymi czy niebezpiecznym odcinkiem, ale bardzo często jest używane przede wszystkim do jednego: sprawdzania, gdzie można bezkarnie złamać przepisy. Kierowca zwalnia przed kontrolą, mija radiowóz, po czym wraca do poprzedniej prędkości. Nie dlatego, że zrozumiał sens ograniczenia, tylko dlatego, że chwilowo wzrosło ryzyko kary. Wystarczy wspomnieć filmiki idiotów na Tik-Toku, którzy publikują swoją jazdę ponad 200 km/h z tego typu aplikacją w ręku. To już kolejne pokolenie.

To jest właśnie zasadnicza różnica między społeczeństwem obywatelskim a społeczeństwem kombinującym. W pierwszym człowiek przestrzega większości zasad także wtedy, kiedy nikt go nie pilnuje. W drugim przestrzega ich głównie wtedy, kiedy boi się konsekwencji. Oczywiście nie oznacza to, że każde prawo jest dobre. Przepisy mogą być głupie, źle napisane, przesadnie restrykcyjne albo zwyczajnie nieaktualne. Cywilizowany sposób reagowania polega jednak na tym, żeby próbować je zmienić, a nie budować całą kulturę społeczną wokół pytania, jak skutecznie je obejść.

Podobnie wygląda sprawa narkotyków. Można dyskutować, czy człowiek posiadający niewielką ilość substancji na własny użytek powinien być traktowany jak przestępca. To jest poważny temat prawny i społeczny. Czym innym jest jednak prywatne zażywanie narkotyków w domu, a czym innym handel nimi, prowadzenie pojazdu pod wpływem, popełnianie innych przestępstw pod wpływem albo posiadanie narkotyków ujawnione przy okazji zatrzymania za zupełnie inne czyny.

Zwłaszcza handel narkotykami trudno przedstawiać jako niewinną „sprawę prywatną”. Ktoś na tym zarabia, ktoś buduje sieć dystrybucji, ktoś trafia do coraz młodszych ludzi, ktoś finansuje z tego kolejną działalność przestępczą. Za handlem często idą długi, przemoc, kradzieże, wymuszenia i całe środowiska żyjące z cudzych uzależnień. Dlatego kiedy policja zatrzymuje dilera, a pod informacją pojawia się komentarz „nie mają się czym zajmować”, trudno nie odnieść wrażenia, że komuś kompletnie odwróciła się hierarchia wartości.

Tu właśnie wyjątkowo dobrze pasuje pojęcie „homo sovieticus”. Nie dlatego, że każdy kierowca przekraczający prędkość jest oczywiście jakimś reliktem komunizmu, lecz dlatego, że w opisywanych zachowaniach można odnaleźć zaskakująco wiele cech przypisywanych temu typowi mentalności. Homo sovieticus ucieka od osobistej odpowiedzialności: jeśli przekroczył prędkość, winny jest policjant, który „poluje”, znak ustawiony przez „idiotę” albo państwo, które chce zarobić na mandatach — właściwie każdy, tylko nie człowiek, który nacisnął pedał gazu.

Jest oportunistą, więc nie pyta, jaka zasada obowiązuje, lecz czy w danym momencie opłaca się jej przestrzegać. Gdy widzi patrol, zwalnia; gdy aplikacja pokazuje, że patrolu nie ma, zasada nagle przestaje mieć znaczenie. Oczekuje również, że „ktoś coś załatwi”: najlepiej, żeby państwo zapewniło bezpieczne drogi, policja łapała „prawdziwych przestępców”, sądy działały sprawnie i wszędzie panował porządek, ale jednocześnie jego samego przepisy mają możliwie mało ograniczać.

Widać tu również charakterystyczny brak szacunku do tego, co wspólne. Droga publiczna nie jest postrzegana jako przestrzeń, w której wszyscy przyjmujemy pewne ograniczenia dla bezpieczeństwa innych, lecz niemal jak teren, na którym każdy próbuje ugrać dla siebie jak najwięcej. Podobnie było kiedyś ze wspólną własnością: skoro coś należało do państwa, czyli w potocznym rozumieniu „do nikogo”, można było z zakładu wynieść worek cementu czy kilka desek i jeszcze opowiadać o tym z dumą. Dzisiaj przedmiot się zmienił, ale mechanizm bywa ten sam — wspólna reguła jest czymś zewnętrznym, co należy obejść, jeśli tylko nadarzy się okazja.

Do tego dochodzi jedna z najbardziej charakterystycznych sprzeczności homo sovieticusa: agresja wobec słabszych i uniżoność wobec silniejszych. Łatwo wylać wiadro pomyj na zwykłego policjanta drogówki, urzędnika czy strażnika miejskiego, ale równocześnie fascynować się politycznym „silnym człowiekiem”, który zrobi porządek, zakaże, nakaże i wszystkich ustawi. Człowiek deklaruje umiłowanie wolności, lecz niekoniecznie chce ponosić odpowiedzialność, która z wolnością się wiąże.

Chce wolności od mandatu, od podatku, od ograniczenia prędkości i od niewygodnego przepisu, ale jednocześnie oczekuje sprawnego państwa, dobrych dróg, bezpieczeństwa i ochrony przed innymi ludźmi, którzy także chcieliby traktować przepisy jako niezobowiązującą sugestię. I być może właśnie dlatego ta mentalność tak dobrze przeżyła Związek Radziecki i PRL: nie potrzebuje już komitetu partyjnego ani propagandowej gazety. W XXI wieku wystarczą jej media społecznościowe, grupa ostrzegająca przed kontrolami i przekonanie, że skoro udało się po raz kolejny przechytrzyć system, to znaczy, że człowiek okazał się od niego sprytniejszy.

Jeszcze bardziej niepokojące jest to, że podobne emocje zaczynają być politycznie zagospodarowywane. W Polsce rośnie popularność środowisk, które flirtują z antyzachodnimi narracjami, relatywizują rosyjską agresję albo przedstawiają Zachód jako głównego winowajcę niemal wszystkich naszych problemów. Oczywiście nie można powiedzieć, że każdy wyborca takich partii sympatyzuje z Rosją. Ludzie głosują z bardzo różnych powodów: podatków, niechęci do obecnych elit, spraw obyczajowych czy zwykłego protestu. Nie zmienia to jednak faktu, że poglądy, które jeszcze kilkanaście lat temu były politycznym marginesem, dziś potrafią być prezentowane bez większego wstydu i znajdują niemałe grono odbiorców.

Dlaczego tak się dzieje? Między innymi dlatego, że pamięć społeczna jest krótka. Dla trzydziestolatka PRL jest opowieścią rodziców. Dla dwudziestolatka bywa już niemal egzotycznym obrazkiem z filmów, memów i starych fotografii. Nie pamięta cenzury, pustych półek, paszportów trzymanych przez państwo, milicji, reglamentacji, ogromnej przepaści technologicznej i gospodarczej wobec Zachodu. Łatwo więc sprzedać mu romantyczną opowieść o „porządku”, „suwerenności”, „silnym państwie” albo świecie wolnym od rzekomej zachodniej dekadencji, pomijając rachunek, który takie systemy zawsze wystawiają obywatelom.

Jest też drugi powód. Demokracja i wolność są trudniejsze niż wieczne narzekanie na „onych”. W demokracji obywatel nie może już całkowicie zrzucić odpowiedzialności na system. Może głosować, protestować, zakładać stowarzyszenia, prowadzić firmę, kandydować w wyborach, pisać do radnych i posłów, iść do sądu. A skoro ma wpływ, to ma również odpowiedzialność. Znacznie wygodniej powiedzieć, że policja „czepia się ludzi”, niż przyznać, że człowiek jechał za szybko. Znacznie łatwiej stwierdzić, że państwo jest opresyjne, niż zaakceptować, że część zasad istnieje dlatego, że życie w dużej wspólnocie bez zasad po prostu nie działa.

I chyba właśnie tutaj widać jedną z najbardziej niedokończonych części polskiej transformacji. Gospodarczo uciekliśmy od PRL bardzo daleko. Jeździmy nowymi samochodami po drogach, o których czterdzieści lat temu można było tylko marzyć. Mamy dostęp do świata, pieniędzy, technologii i możliwości, jakich poprzednie pokolenia nie miały. Politycznie i gospodarczo jesteśmy częścią Zachodu. A mimo to w głowach części społeczeństwa wciąż funkcjonuje bardzo stary system operacyjny.

Państwo nadal bywa „ich”. Policjant nadal bywa „wrogiem”. Przepis nadal jest czymś, co trzeba obejść. A człowiek, który po prostu przestrzega prawa, nadal bywa uznawany za naiwnego. Zmienił się samochód, zmieniła się droga i zmieniło się państwo. Tylko homo sovieticus czasami nadal siedzi za kierownicą.

Featured Video Play Icon

Podlaska granica to jeden z ciekawszych kierunków turystycznych

Kiedy dziś mówi się o wschodniej granicy województwa podlaskiego, najczęściej pojawiają się obrazy patroli, samochodów służb, żołnierzy, Straży Granicznej i ciągnącej się przez las zapory. To wszystko rzeczywiście stało się częścią krajobrazu tego regionu. Łatwo jednak zapomnieć, że podlaska granica to również jeden z ciekawszych i najbardziej charakterystycznych kierunków turystycznych w tej części Polski.

Wystarczy ruszyć wzdłuż granicy od południa, aby zobaczyć zupełnie inne Podlasie niż to znane z głównych dróg i największych miast. Nad Bugiem znajdują się niewielkie miejscowości, stare cerkwie, drewniane domy i wsie, w których wciąż można poczuć atmosferę dawnego pogranicza. Jednym z takich miejsc jest Niemirów, położony niemal na samym krańcu województwa, nad rzeką Bug.

Dalej na północ zaczyna się kraina, w której przez wieki mieszały się religie, języki i tradycje. Prawosławne cerkwie stoją tu obok katolickich kościołów, a w wielu miejscowościach lokalna historia jest znacznie bardziej skomplikowana, niż mogłoby się wydawać osobie przejeżdżającej tędy po raz pierwszy.

Jednym z najważniejszych punktów na tej trasie jest oczywiście Święta Góra Grabarka. To najważniejsze prawosławne sanktuarium w Polsce, szczególnie niezwykłe podczas sierpniowego święta Przemienienia Pańskiego, kiedy na Grabarkę przybywają tysiące pielgrzymów. Nawet poza okresem uroczystości jest to miejsce mające wyjątkową atmosferę i zdecydowanie warte odwiedzenia.

Im bliżej Puszczy Białowieskiej, tym krajobraz staje się bardziej dziki. Małe miejscowości i pola ustępują wielkim kompleksom leśnym. Właśnie tutaj najbardziej widoczny jest również kontrast pomiędzy turystycznym charakterem regionu a współczesną sytuacją na granicy. W wielu miejscach obok spokojnych wsi, szlaków i lasów pojawia się infrastruktura graniczna, patrole oraz wysoka zapora oddzielająca Polskę od Białorusi.

Nie oznacza to jednak, że cały region przygraniczny stał się niedostępny dla turystów. Nadal znajduje się tutaj mnóstwo miejsc, które można zwiedzać, pamiętając oczywiście o obowiązujących ograniczeniach i o tym, że w bezpośrednim sąsiedztwie granicy należy stosować się do oznakowania oraz poleceń służb.

Naturalnym finałem takiej podróży jest Puszcza Białowieska. Białowieża jest najbardziej znanym punktem regionu, ale warto potraktować ją jako początek poznawania puszczy, a nie jedyny cel wycieczki. Szlaki piesze i rowerowe, leśne drogi oraz mniejsze miejscowości pozwalają zobaczyć krajobraz, który przez wiele osób uznawany jest za jeden z symboli Podlasia.

Podróż wzdłuż wschodniej granicy pokazuje więc Podlaskie z trochę innej perspektywy. Z jednej strony jest to dziś jeden z najmocniej strzeżonych fragmentów Polski. Z drugiej — wciąż pozostaje miejscem pełnym historii, zabytków, przyrody i niewielkich miejscowości, których próżno szukać na trasach masowej turystyki.

Jak wygląda taka podróż od Bugu aż po Puszczę Białowieską? Można zobaczyć to na filmie, który jest świetnym przewodnikiem po tej części województwa. Kamperowa trasa prowadzi przez Niemirów, okolice Grabarki, przygraniczne wsie i miasteczka, aż do Białowieży i serca Puszczy Białowieskiej.

To dobry dowód na to, że podlaska granica nie musi być kojarzona wyłącznie z komunikatami służb i wydarzeniami politycznymi. Czasami warto spojrzeć na nią po prostu jak na niezwykle ciekawy fragment Podlasia, który najlepiej poznaje się powoli — zatrzymując się w małych miejscowościach, zaglądając do drewnianych cerkwi i zjeżdżając z głównych dróg.

Maszyniści zwalniają do 20 km/h. Problemem jest Polska robiona po taniości.

Maszyniści zwalniają do 20 km/h. Problemem jest Polska robiona po taniości.

W piątek maszyniści w całej Polsce protestują, przejeżdżając przez przejazdy kolejowo-drogowe z prędkością nie większą niż 20 km/h. Pierwotnie akcja miała trwać przez całą dobę, ale po spotkaniu z ministrem infrastruktury została skrócona do godziny 12.00. Bezpośrednim impulsem była tragedia w Sokolnikach Suchych, gdzie pociąg Intercity zderzył się na przejeździe z ciężarówką. Zginęła jedna osoba, a kilkanaście kolejnych zostało rannych. Związkowcy mówią wprost: została przekroczona czerwona linia.

Łatwo byłoby teraz napisać kolejny tekst o kierowcach, którzy ignorują czerwone światło, objeżdżają rogatki albo wjeżdżają ciężarówką na przejazd, mimo że nie mają pewności, czy zdołają z niego zjechać. Tyle że to byłaby tylko połowa prawdy. Bo druga połowa jest znacznie mniej wygodna: Państwo Polskie przez dziesięciolecia kolej zwyczajnie zaniedbywało. Budowaliśmy drogi, autostrady, ekspresówki, obwodnice, skrzyżowania i parkingi, a ogromna część sieci kolejowej pozostawała technologicznie w poprzedniej epoce. Dopiero gigantyczny dopływ pieniędzy europejskich pozwolił nadrabiać wieloletnie zaległości.

Maszyniści mają rację

I nadrabiamy je naprawdę. Obecna perspektywa unijna oznacza około 33 mld zł przeznaczonych na kolej z różnych funduszy europejskich. Sam FEnIKS to ponad 17 mld zł przyznanych PKP PLK, a z KPO ponad 10 mld zł dofinansowania idzie na inwestycje w linie kolejowe. Na liście projektów znajdują się również przedsięwzięcia dotyczące wprost poprawy bezpieczeństwa na skrzyżowaniach torów z drogami. Problem polega na tym, że kilku dekad zaniedbań nie da się zlikwidować w kilka lat.

Według danych Europejskiej Agencji Kolejowej w Polsce funkcjonują tysiące przejazdów kolejowo-drogowych. To tysiące miejsc, w których rozpędzony pociąg spotyka się na jednym poziomie z samochodem osobowym, autobusem, ciągnikiem albo ważącym kilkadziesiąt ton zestawem ciężarowym. I możemy oczywiście prowadzić kampanie społeczne. Możemy stawiać znaki. Możemy apelować. Możemy pokazywać rozbite samochody i powtarzać po raz tysięczny, że czerwone światło oznacza „stój”.

Tylko że nowoczesne państwo powinno projektować infrastrukturę także z założeniem, że człowiek popełnia błędy. Nawet tacy Rosjanie – kraj, który można stawiać w większości spraw za antywzór, na części przejazdów stosują rozwiązanie brutalnie proste: oprócz klasycznych rogatek istnieją fizyczne urządzenia UZP podnoszące element jezdni i blokujące możliwość wjazdu samochodu na przejazd. Nie apelują wtedy do rozsądku kierowcy. Po prostu uniemożliwiają mu wykonanie najbardziej niebezpiecznego manewru.

W Wielkiej Brytanii ogromną wagę przykłada się do fizycznego oddzielenia kolei od otoczenia. Network Rail utrzymuje ogrodzenia wzdłuż swojej infrastruktury właśnie po to, żeby utrudnić wejście ludzi i wjazd pojazdów na teren kolejowy. Oczywiście także tam istnieją przejazdy kolejowe, ale sama filozofia jest inna: tor kolejowy ma być przestrzenią możliwie odseparowaną od przypadkowego ruchu.

Jeszcze dalej poszli Francuzi i Japończycy. Francuskie linie dużych prędkości budowano bez przejazdów kolejowo-drogowych. Na zwykłych liniach takie przejazdy oczywiście nadal istnieją i także dochodzi na nich do wypadków. Ale TGV może pędzić z ogromną prędkością właśnie dlatego, że na jego wydzielonej trasie nie pojawi się nagle ciężarówka próbująca zdążyć przed szlabanem. Japoński Shinkansen to już niemal podręcznikowy przykład tej filozofii. Ma własne tory, nie dzieli ich z normalnymi pociągami i nie ma na nich przejazdów drogowych. JR Central wskazuje wprost, że pełna separacja poziomów eliminuje ryzyko kolizji pociągu z samochodem na przejeździe.

I tu dochodzimy do sedna protestu maszynistów. Oni mają rację, kiedy mówią, że problemu nie da się dłużej sprowadzać do haseł „kierowco, uważaj”. Maszynista prowadzący kilkusettonowy skład przy dużej prędkości nie ma magicznego przycisku zatrzymującego pociąg w miejscu. Jeżeli ktoś wjedzie mu ciężarówką na tory, może jedynie patrzeć na to, co za chwilę się wydarzy lub uciekać licząc że przeżyje.

Jest też druga czarna strona

Ale druga strona tej historii również zasługuje na bardzo niewygodną rozmowę. Polski transport drogowy przez lata zbudował swoją potęgę między innymi na cenie. Mieliśmy wozić dużo, szybko i tanio. Przewoźnicy ścigali się o kontrakty, spedytorzy o kolejne grosze na kilometr, klienci żądali jeszcze niższych stawek, a cała presja tego systemu spadała ostatecznie na człowieka siedzącego w kabinie.

Tylko ekonomii nie da się oszukiwać w nieskończoność. Jeżeli transport ma być coraz tańszy, ktoś musi za tę taniość zapłacić. Kierowca płaci tygodniami poza domem, spaniem w kabinie na parkingach, presją czasu, nocną jazdą i stresem związanym z terminami. Firma próbuje ograniczać koszty. Rynek cierpi dziś na gigantyczny niedobór pracowników — według danych przytaczanych przez PAP brakuje w Polsce około 120 tysięcy zawodowych kierowców, a firmy coraz częściej szukają pracowników za granicą.

Samo zatrudnianie cudzoziemców oczywiście nie jest żadnym problemem. Problem zaczyna się wtedy, gdy branża zamiast uczynić zawód atrakcyjnym, dobrze płatnym i prestiżowym, próbuje przede wszystkim znaleźć kolejnego człowieka gotowego wykonywać niezwykle odpowiedzialną pracę w warunkach, których coraz więcej Polaków zwyczajnie nie chce zaakceptować. Bo prowadzenie czterdziestotonowego zestawu powinno być zawodem wysoko odpowiedzialnym. To człowiek, który każdego dnia operuje maszyną zdolną w jednej chwili zabić kilka osób.

Taniocha wrogiem Polski

Tymczasem model „byle taniej” produkuje dokładnie odwrotne bodźce: szybciej, dłużej, jeszcze jeden kurs, jeszcze kilkadziesiąt kilometrów. I nie jest to teoria.

Inspekcja Transportu Drogowego regularnie opisuje przypadki dziesiątek naruszeń czasu pracy ujawnianych podczas pojedynczej kontroli. W jednym z przypadków kierowca przejechał około 2200 kilometrów, a jego najdłuższy odpoczynek wynosił zaledwie cztery godziny. W innym przypadku podczas analizy jednego okresu pracy ujawniono 84 naruszenia.

Jeszcze ciekawiej wygląda to na naszym podwórku. Okręgowy Inspektorat Pracy w Białymstoku podał, że w przeprowadzonych w 2025 roku kontrolach dotyczących czasu pracy kierowców nieprawidłowości wykryto u wszystkich 25 kontrolowanych pracodawców. Oczywiście 25 kontroli nie oznacza, że każda firma transportowa w województwie łamie przepisy. Pokazuje jednak, że nie rozmawiamy o problemie wymyślonym przy kawie. I właśnie tutaj kolej spotyka się z czymś znacznie większym niż transport. Z polskim modelem robienia biznesu „po taniości”.

Przez wiele lat nauczyliśmy się uważać niską cenę za dowód przedsiębiorczości. Firma ma zarobić. Jak najwięcej. Koszt ma być jak najmniejszy. A jeśli część kosztów można wyrzucić poza fakturę firmy — jeszcze lepiej. Fabryka zarabia, jeżeli taniej pozbędzie się ścieków. Rachunek za zniszczoną rzekę dostaje społeczeństwo.

Dostawczak wjeżdża na chodnik, bo kierowca będzie miał dziesięć metrów bliżej do sklepu. Oszczędzi trzy minuty. Za popękane płyty chodnikowe zapłaci później miasto, czyli my wszyscy.

Deweloper wciska kolejny blok w każdy wolny metr działki, bo każdy dodatkowy metr mieszkania można sprzedać. Zysk zostaje w przedsiębiorstwie. Koszt braku zieleni, korków, przegrzewających się osiedli i konieczności późniejszej rozbudowy infrastruktury ponoszą mieszkańcy.

Firma transportowa zdobywa kontrakt, bo była o kilka procent tańsza. Kierowca dostaje kolejną trasę i kolejny termin. Jeżeli wszystko pójdzie dobrze — firma ma zysk. Jeżeli źle — na przejeździe kolejowym spotyka się czterdziestotonowa ciężarówka i kilkusettonowy pociąg. I wtedy koszt przestaje być pozycją w Excelu. Płacą pasażerowie. Płaci maszynista, który czasem przez resztę życia pamięta kilka sekund przed zderzeniem, jeśli przeżyje. Płacą rodziny ofiar. Płaci kolej. Płaci państwo. Płacimy wszyscy.

Prywatny zysk. Społeczny koszt.

To jest wspólny mianownik znacznie większej liczby polskich problemów, niż chcielibyśmy przyznać. Dlatego protest kolejarzy można wyśmiać. Można zdenerwować się, że pociąg przyjedzie godzinę później. Można powiedzieć, że przecież winny jest kierowca ciężarówki, który nie powinien znaleźć się na torach. I zapewne w wielu konkretnych wypadkach rzeczywiście to kierowca popełnia bezpośredni błąd.

Tyle że państwo nie może budować bezpieczeństwa wyłącznie na nadziei, że kilka milionów ludzi każdego dnia nigdy się nie pomyli, nie zagapi, nie zaśnie, nie spanikuje i nie złamie przepisu. Nowoczesne państwa próbują sprawić, żeby jeden głupi błąd nie kończył się katastrofą. Budują wiadukty i tunele zamiast przejazdów. Oddzielają tory od dróg. Grodzą linie. Stosują fizyczne zabezpieczenia. Projektują szybką kolej całkowicie bezkolizyjnie.

Polska dopiero nadrabia dziesięciolecia kolejowych zaległości i dzięki miliardom z Unii rzeczywiście robi to dziś szybciej niż kiedykolwiek wcześniej. Nie oszukujmy się jednak, że za dwa czy trzy lata wszystkie niebezpieczne przejazdy nagle znikną. Nie znikną. Dlatego kolejarze mają prawo powiedzieć: dość. A branża transportowa powinna przy tej okazji usłyszeć coś jeszcze.

Nie da się bez końca budować przewagi konkurencyjnej na tym, że człowiek będzie pracował taniej, dłużej i w gorszych warunkach niż powinien. Tak samo jak nie da się bez końca produkować taniej, wylewając ścieki do rzeki. Nie da się budować taniej, przerzucając wszystkie problemy na przyszłych mieszkańców. Nie da się dostarczać wszystkiego taniej i szybciej, traktując drogę publiczną jak prywatny plac manewrowy. Bo koszt zawsze istnieje. Można go tylko na jakiś czas ukryć.

A później przychodzi dzień taki jak ten i rachunek dostaje ktoś, kto w ogóle nie był stroną interesu.

Ten wyjazd może sprawić wiele problemów czekającym na pozytywną decyzję Polski

Ten wyjazd może sprawić wiele problemów czekającym na pozytywną decyzję Polski

Andrzej Poczobut wrócił na Białoruś. Po pięciu latach spędzonych w białoruskim więzieniu, zaledwie kilka miesięcy po odzyskaniu wolności, przekroczył 8 września granicę w Bobrownikach i pojechał do Grodna. Jego decyzję można rozumieć. To jego rodzinne miasto, tam mieszka część jego bliskich, tam działają ludzie ze Związku Polaków na Białorusi. Sam Poczobut mówił wcześniej wprost: w Grodnie jest jego dom.

Można jednak jednocześnie podziwiać jego odwagę i uważać, że z punktu widzenia innych ludzi była to decyzja bardzo ryzykowna. Nie tylko dla niego.

Kilka dni przed wyjazdem Poczobuta Związek Polaków na Białorusi zdecydował o przełożeniu swojego zaplanowanego na wrzesień zjazdu aż do marca 2027 roku. Oficjalnym powodem były względy bezpieczeństwa. Nie ma podstaw, aby twierdzić, że decyzja zapadła z powodu samego Poczobuta — tym bardziej że uczestniczył on w posiedzeniu, podczas którego ją podjęto. Trudno jednak nie zauważyć kontrastu: organizacja polskiej mniejszości uznaje sytuację na Białorusi za na tyle niebezpieczną, że odkłada duże spotkanie o pół roku, a jeden z najbardziej znanych represjonowanych działaczy chwilę później sam jedzie do Grodna.

I właśnie tutaj pojawia się problem, o którym mówi się znacznie mniej.

Od lat tysiące Białorusinów próbują w Polsce udowodnić, że powrót do ich kraju może wiązać się z represjami. Są wśród nich opozycjoniści, dziennikarze, uczestnicy protestów, działacze społeczni czy osoby, które po prostu znalazły się na celowniku tamtejszych służb. W 2025 roku Białorusini byli jedną z największych grup występujących w Polsce o ochronę międzynarodową. Taka ochrona przysługuje jednak nie dlatego, że ktoś jest Białorusinem, lecz wtedy, gdy grozi mu prześladowanie albo rzeczywiste niebezpieczeństwo utraty życia lub zdrowia. Każda sprawa jest więc oceniana indywidualnie.

I teraz wyobraźmy sobie taką rozmowę w urzędzie.

Człowiek tłumaczy, że boi się wrócić na Białoruś, ponieważ działał przeciwko reżimowi albo był związany z niezależnym środowiskiem. Po drugiej stronie biurka może paść bardzo proste pytanie: skoro Andrzej Poczobut, jeden z najbardziej znanych przeciwników białoruskich władz, człowiek skazany tam na osiem lat więzienia, mógł po uwolnieniu dobrowolnie wrócić do Grodna, spędzić tam kilka dni i ponownie wyjechać do Polski, to dlaczego właśnie panu ma grozić niebezpieczeństwo?

Oczywiście byłoby to ogromne uproszczenie. Bezpieczeństwo Poczobuta nie oznacza bezpieczeństwa każdego Białorusina. Wręcz przeciwnie — właśnie dlatego, że Poczobut jest osobą znaną na świecie, jego sytuacja może być zupełnie inna. Reżim doskonale wie, że ponowne zatrzymanie człowieka, którego uwolnienie było wynikiem międzynarodowych negocjacji, natychmiast stałoby się wydarzeniem politycznym. Zwykły działacz z Grodna, Brześcia czy Mińska takiej ochrony rozgłosu nie ma.

Problem polega jednak na tym, że administracja lubi argumenty proste.

Poczobut sam podkreśla, że represje wobec Związku Polaków na Białorusi się nie skończyły. Także sam ZPB nie zachowuje się jak organizacja działająca obecnie w normalnych, bezpiecznych warunkach — skoro właśnie z powodów bezpieczeństwa przesuwa swój zjazd o pół roku. Dlatego jeżeli Poczobut zgodnie z planem po około tygodniu wróci do Polski cały i zdrowy, powstaną dwa zupełnie różne obrazy tej samej Białorusi.

Pierwszy: państwa, które przez pięć lat więziło polskiego dziennikarza, nadal represjonuje przeciwników politycznych i członków niezależnych organizacji. Drugi: państwa, do którego ten sam były więzień polityczny kilka miesięcy po uwolnieniu dobrowolnie przyjeżdża w odwiedziny, porusza się po Grodnie, spotyka ze znajomymi, a następnie spokojnie wyjeżdża.

Dla Poczobuta może to być manifestacja wolności i pokazanie białoruskim władzom, że nie są w stanie wypędzić go z własnego domu. Z jego osobistej perspektywy można to nawet podziwiać. Tyle że bohaterstwo jednej osoby potrafi czasem skomplikować życie ludziom, których nazwisk nikt nie zna. Nie chodzi przy tym o wszystkich Białorusinów starających się w Polsce o pobyt stały. Posiadacze Karty Polaka czy osoby polskiego pochodzenia mają odrębne podstawy prawne i powrót Poczobuta na Białoruś niczego tutaj automatycznie nie zmienia.

Znacznie bardziej kłopotliwa może być jego historia dla osób, które muszą przekonać polskie instytucje, że właśnie ze względu na represje nie mogą bezpiecznie wrócić do swojego kraju. I oby żaden urzędnik nigdy nie sprowadził ich sytuacji do zdania: „skoro Poczobut mógł wrócić, to pan też może”. Bo byłby to fatalny argument. Ale po tej podróży Andrzeja Poczobuta taki argument właśnie dostał do ręki.

Wilno, Ryga, Tallin, Helsinki i inne miasta bałtyckie – czy Białystok i Podlaskie mogą coś zaczerpnąć od sąsiadów?

Wilno, Ryga, Tallin, Helsinki i inne miasta bałtyckie – czy Białystok i Podlaskie mogą coś zaczerpnąć od sąsiadów?

Wystarczy wyjechać z Białegostoku na północ i w ciągu kilku dni zobaczyć cztery stolice, które rozwijały się w zupełnie różnych warunkach, a jednak wszystkie mogą być dla nas ciekawym punktem odniesienia. Wilno, Ryga, Estonia to duże miasta w małych krajach. Helsinki są już oczywiście inną ligą gospodarczą, ale pod względem klimatu, położenia czy problemów typowych dla północnej Europy są nam znacznie bliższe niż miasta Hiszpanii, Francji czy Włoch. Dlatego zamiast po raz kolejny zachwycać się Kopenhagą albo Amsterdamem, warto popatrzeć na to, co zrobili nasi najbliżsi sąsiedzi. Nie po to, żeby ich bezmyślnie kopiować. Raczej po to, żeby się zainspirować i postarać się wiele rzeczy urządzić zupełnie inaczej.

Dziecko w ruchu

Jedną z pierwszych różnic zauważa się w Rydze, szczególnie gdy podróżuje się z dzieckiem. U nas plac zabaw bardzo często jest dodatkiem do parku albo osiedla. Kilka urządzeń kupionych z katalogu: domek, zjeżdżalnia, dwie huśtawki, może mała ścianka wspinaczkowa. Wszystko kolorowe, bezpieczne, otoczone gumową nawierzchnią i właściwie takie samo jak sto innych placów zabaw. W Rydze widać inną filozofię. Tam tworzy się całe przestrzenie przeznaczone do ruchu. Dobrym przykładem jest ogromny plac w Mežaparksie, zajmujący około 1,5 hektara i podzielony na siedem stref aktywności, ale także nowe inwestycje, jak rozbudowywany Park Zwycięstwa czy piętnastohektarowy teren rekreacyjny w Skanste. Są tam duże konstrukcje do wspinania, tory przeszkód, skateparki, miejsca do ćwiczeń, boiska, wodne place zabaw czy przestrzenie, po których dziecko po prostu może biegać. Nie chodzi więc o to, żeby przez dziesięć minut pozjeżdżało ze zjeżdżalni. Chodzi o to, żeby po dwóch godzinach naprawdę miało dość ruchu.

To jest coś, co Białystok mógłby skopiować niemal natychmiast. Mamy mnóstwo zieleni, duże parki i sporo wolnej przestrzeni. Zamiast budować kolejny niewielki plac zabaw, który różni się od poprzedniego kolorem daszku, można byłoby stworzyć jeden naprawdę potężny park aktywności dla dzieci. Taki, do którego jedzie się specjalnie z drugiego końca miasta. Coś pomiędzy placem zabaw, parkiem linowym, boiskiem, torem przeszkód i miejscem eksperymentowania. Zadziwiające jest, że miasta o znacznie trudniejszym klimacie potrafią projektować przestrzeń z założeniem, że dzieci mają być na zewnątrz i się ruszać, podczas gdy u nas często projektuje się ją przede wszystkim tak, żeby urządzenie miało odpowiedni certyfikat, zmieściło się w budżecie i ładnie wyglądało podczas przecięcia wstęgi.

Rowerowe szaleństwo

Jeszcze większa różnica pojawia się w Tallinie, a przede wszystkim w Helsinkach. Chodzi o rower. Nie jako rekreację na niedzielę, ale jako zwyczajny środek transportu. W Białymstoku infrastruktura rowerowa przez ostatnie lata bardzo się poprawiła, ale ciągle w wielu miejscach można odnieść wrażenie, że najpierw projektuje się ulicę dla samochodu, później chodnik, a jeśli zostanie trochę przestrzeni, próbuje się jeszcze gdzieś wcisnąć rowerzystę. W Helsinkach widać podejście odwrotne. Trasa rowerowa jest elementem systemu komunikacyjnego miasta i ma prowadzić gdzieś dalej, a nie kończyć się nagle dlatego, że projektantowi zabrakło miejsca.

Najbardziej uderzające jest to podczas remontów. Można trafić na sytuację, w której chodnik zostaje zamknięty albo pieszy otrzymuje objazd, a biegnąca obok droga rowerowa pozostaje przejezdna. Nie oznacza to, że fińskie prawo formalnie stawia rowerzystę ponad pieszym. Takiego pierwszeństwa nie ma. Pokazuje jednak sposób myślenia: ciągłość trasy rowerowej traktowana jest podobnie jak ciągłość ulicy. Helsinki budują dodatkowo sieć szybkich tras Baana, która docelowo ma liczyć około 140 kilometrów, a około 160 kilometrów najważniejszych tras rowerowych jest już objętych specjalnym utrzymaniem zimowym. Na części z nich śnieg nie jest nawet klasycznie odgarniany i posypywany piaskiem, lecz usuwany szczotkami, a nawierzchnia zabezpieczana przed śliskością. I nagle brak odśnieżania dróg rowerowych zimą w Białymstoku zaczyna brzmieć dość zabawnie. W Helsinkach zima jest przecież trochę bardziej zimowa niż w Białymstoku.

Co dzieci robią na W-F?

Helsinki potrafią zaskoczyć także w zupełnie innym miejscu. Na szkolnym boisku można zobaczyć dzieci grające na WF-ie w coś, co my Polacy nazywamy palantem. W rzeczywistości jest to pesäpallo, fińska odmiana gry z kijem i piłką, która stała się jednym z narodowych sportów Finlandii. Grają w nią dzieci, młodzież i zawodnicy profesjonalnych drużyn. Fiński związek prowadzi rozbudowane programy szkolne i młodzieżowe, a sam sport jest mocno związany z systemem edukacji.

I tutaj znów nie chodzi o kopiowanie Finlandii i rozdawanie białostockim uczniom kijów do pesäpallo. Bardziej interesująca jest sama idea. Dlaczego wychowanie fizyczne ma polegać ciągle na tych samych kilku dyscyplinach? Przecież Polska również miała własne gry podwórkowe i zespołowe, które właściwie zniknęły. Palant rozwija bieganie, rzucanie, łapanie, refleks i współpracę, a przy okazji nie wymaga hali za kilkadziesiąt milionów złotych. Czasem rozwój nie musi polegać na wymyślaniu czegoś nowego. Można również przypomnieć sobie coś, co kiedyś działało.

Jak wykorzystać przestrzeń?

Helsinki imponują jeszcze czymś innym – wykorzystywaniem przestrzeni, której na pierwszy rzut oka w ogóle nie widać. Centrum miasta w dużej części ma drugie życie pod ziemią. Galerie handlowe, przejścia, parkingi, metro, dworzec kolejowy i kolejne budynki połączone są systemem podziemnych korytarzy. Z centrum handlowego Forum można pod ziemią dostać się między innymi w kierunku metra, dworca centralnego czy Kamppi. W praktyce w wielu miejscach można przemieszczać się przez centrum miasta, robić zakupy i korzystać z usług niemal bez wychodzenia na powierzchnię. To nie jest jedna gigantyczna galeria handlowa, jak można byłoby pomyśleć podczas pierwszej wizyty, lecz wiele budynków i przestrzeni, które zostały z czasem połączone w jeden organizm. Helsinki mają nawet osobny plan zagospodarowania przestrzeni podziemnej.

Oczywiście pomysł budowania podziemnego Białegostoku byłby absurdem. Nie mamy ani fińskiego klimatu, ani takiej gęstości zabudowy, ani cen gruntów. Ale już filozofia wykorzystywania tego, co istnieje, jest bardzo ciekawa. U nas inwestycja zbyt często zaczyna się od znalezienia pustej działki i postawienia na niej nowego budynku. Tam znacznie częściej szuka się sposobu, żeby nowa funkcja weszła do starej przestrzeni albo została z nią połączona.

Jeszcze lepiej widać to w Tallinie. Wystarczy odejść kilkaset metrów od średniowiecznej starówki, żeby znaleźć się pośród współczesnych biurowców, hoteli i apartamentowców. Teoretycznie nic niezwykłego. Nowoczesne centra biznesowe ma dziś pół Europy. A jednak w Tallinie bardzo wiele nowych budynków wygląda tak, jakby ktoś naprawdę nad nimi siedział, rysował je, zastanawiał się nad proporcjami, materiałami, detalami i tym, jak będą wyglądały obok budynku stojącego tam od stu lat. Nie chodzi o to, że każdy jest arcydziełem. Chodzi o widoczną ambicję, żeby nie tworzyć miasta złożonego wyłącznie ze szklanych pudełek.

Najlepiej widać to w kwartale Rotermanna. Dawny obszar przemysłowy był pod koniec XX wieku mocno zdegradowany. Najprościej byłoby go wyburzyć, sprzedać deweloperom i zbudować wszystko od początku. Tymczasem stara zabudowa została objęta ochroną, a pomiędzy dawnymi młynami, magazynami i fabrykami zaczęły pojawiać się odważne współczesne budynki. Dziś właśnie kontrast między jednym a drugim jest największą wartością tego miejsca. Nowoczesność nie udaje tam XIX wieku, a XIX wiek nie przeszkadza nowoczesności.

W Białymstoku ta lekcja powinna szczególnie boleć. Tutaj stary budynek bardzo często staje się problemem. Przeszkadza w inwestycji, jest drogi w remoncie, ma niewygodny układ, konserwator czegoś nie pozwala. Potem przez lata stoi pusty i niszczeje, aż w końcu okazuje się, że jego stan jest tak zły, iż niczego już nie da się zrobić. Czasem dodatkowo „pomaga” pożar. I nagle problem znika, a działka staje się niezwykle atrakcyjna. Tallin pokazuje coś dokładnie odwrotnego: stary budynek może być nie przeszkodą inwestycyjną, lecz najcenniejszym elementem całej inwestycji. Nowoczesny biurowiec można przecież postawić wszędzie. Stuletniej fabryki, magazynu czy kamienicy nie da się już później odtworzyć.

Zakaz dla hulajnóg elektrycznych

Ciekawym doświadczeniem jest też samo Wilno. To miasto pod wieloma względami wydaje się Białemustokowi najbliższe, ale coraz wyraźniej próbuje odzyskiwać przestrzeń zdominowaną przez samochody. Jednocześnie Litwini pokazują, że promowanie rowerów i hulajnóg nie oznacza automatycznej zgody na to, żeby ich użytkownicy robili wszystko, co chcą. W Wilnie (i innych litewskich miastach) istnieją miejsca, w których znaki po prostu zabraniają jazdy hulajnogami elektrycznymi i rowerami. Na części Starego Miasta oraz na mostach obowiązuje ograniczenie do 12 km/h, a na najbardziej zatłoczonych ulicach wprowadzono zakazy ruchu takich pojazdów. Miasto wyznaczyło też specjalne miejsca do pozostawiania współdzielonych hulajnóg, żeby nie walały się po całych chodnikach. To dość zdroworozsądkowe podejście: mikromobilność jest dobra, dopóki nie odbywa się kosztem pieszego.

Podobne wrażenie robi jazda samochodem po Litwie. Bardzo szybko człowiek przestaje tam traktować ograniczenie prędkości jako sugestię. Fotoradary i odcinkowe pomiary prędkości są tak powszechne, że nawet krótkie ograniczenie z 90 do 70 km/h lepiej potraktować poważnie. Nie jest to wyłącznie subiektywne wrażenie kierowcy. Według danych przywołanych przez Komisję Europejską na litewskich drogach państwowych działa 212 stałych urządzeń kontroli prędkości: 78 mierzących prędkość w konkretnym punkcie oraz 134 systemy mierzące średnią prędkość na odcinku.

Można oczywiście dyskutować, czy wszystkie radary stoją w idealnych miejscach i czy każde ograniczenie ma sens. Sama zasada jest jednak godna uwagi. Znak drogowy działa wtedy, kiedy większość kierowców zakłada, że jego zignorowanie może mieć konsekwencje. W Polsce wciąż mamy mnóstwo dróg, na których ograniczenie do 70 km/h oznacza w praktyce jazdę 90, a ograniczenie do 50 – około 70. Litwa pokazuje, że kulturę jazdy można zmieniać nie tylko apelami i kampaniami społecznymi, ale również zwyczajną nieuchronnością kontroli.

Gdzie się podziała chińszczyzna?

Podczas podróży przez Litwę, Łotwę, Estonię i Finlandię można zauważyć jeszcze jedną drobną rzecz. Oczywiście są tam sklepy z tanimi gadżetami, plastikowymi zabawkami i importowanym towarem z Chin. Nie ma sensu tworzyć mitu, że kraje bałtyckie odgrodziły się od chińskiej produkcji, bo byłaby to nieprawda. Jednak w centrach miast znacznie słabiej rzuca się w oczy handel przypadkową tandetą. Więcej jest lokalnego wzornictwa, miejscowych produktów, normalnych sklepów czy lokali usługowych, a mniej punktów, które wyglądają jak zawartość kontenera sprowadzonego prosto z azjatyckiej hurtowni. To oczywiście obserwacja, której nie da się uczciwie zamienić w statystykę importu. Ale na poziomie estetyki miasta różnica jest zauważalna.

Nie tylko zachwyty

Nie wszystko u sąsiadów powinno jednak budzić zachwyt. Najbardziej zaskakująca jest pod tym względem Narwa. Polski turysta przyjeżdżający tam po doświadczeniach z granicy polsko-białoruskiej może doznać lekkiego szoku. Na Podlasiu mamy mur graniczny, system elektroniczny, wojsko, Straż Graniczną oraz strefy, do których zwykły człowiek nie może wejść. W niektórych miejscach samo zbliżenie się do granicy jest niemożliwe. Tymczasem Narwa leży dosłownie naprzeciw rosyjskiego Iwangorodu. Po drugiej stronie rzeki zaczyna się państwo, które kilka lat wcześniej napadło na Ukrainę i którego potencjalna agresja jest jednym z najważniejszych scenariuszy bezpieczeństwa całej Estonii. A mimo to nad Narwą ludzie spacerują, jeżdżą rowerami i robią zdjęcia rosyjskiej twierdzy.

Na pierwszy rzut oka wygląda to wręcz jak kompletna beztroska. Na moście są betonowe przeszkody, ale samo miasto nie przypomina przygranicznej twierdzy. Dopiero dokładniejsze sprawdzenie pokazuje, że jest to w dużej części zamierzone. Estonia wraz z Łotwą i Litwą buduje Bałtycką Linię Obrony. Po estońskiej stronie ma powstać do 600 bunkrów oraz system przygotowanych przeszkód przeciwpancernych, drutu kolczastego, punktów oporu i rowów przeciwczołgowych. Część elementów ma być magazynowana i rozwijana dopiero w razie zagrożenia. Estońskie ministerstwo obrony wprost podkreśla, że drogi, lasy i pola w pobliżu umocnień mają w czasie pokoju w dużej części pozostać normalnie dostępne.

To oznacza, że pierwsze wrażenie – „oni chyba kompletnie się Rosji nie boją” – jest mylące. Ale sam kontrast pozostaje fascynujący. Polska i Estonia przyjęły dwie różne filozofie. Polska bardzo mocno pokazuje swoją ochronę granicy i ogranicza dostęp do części pogranicza w związku z trwającą presją migracyjną ze strony Białorusi. Estonia przygotowuje się przede wszystkim do potencjalnego konfliktu militarnego, ale jednocześnie stara się nie zamieniać Narwy w koszary, dopóki wojny nie ma. Trudno jednoznacznie powiedzieć, która filozofia okaże się lepsza.

Ukraina ważna dla wszystkich

Jest jeszcze jedna rzecz, której właściwie nie sposób było nie zauważyć podczas podróży przez Litwę, Łotwę, Estonię i Finlandię. Ukraińskie flagi. Na budynkach publicznych, w centrum miast, przy instytucjach, hotelach, lokalach. Oczywiście nie oznacza to, że każdy Litwin, Łotysz, Estończyk czy Fin ma identyczne zdanie na temat wojny, ale skala widocznej solidarności jest uderzająca. Te państwa nie traktują przetrwania Ukrainy jak odległego konfliktu gdzieś na wschodzie Europy. Doskonale wiedzą, że Ukraina wiąże dziś znaczną część rosyjskiego potencjału militarnego, a jej zdolność do obrony ma bezpośredni związek z bezpieczeństwem całego regionu.

Litwa wprost deklaruje, że zwycięstwo Ukrainy jest związane z bezpieczeństwem Litwy i Europy, Łotwa konsekwentnie przeznacza ogromne w stosunku do swojej wielkości środki na pomoc, w Finlandii ponad 90 proc. ankietowanych uznaje pomoc humanitarną dla Ukrainy za ważną, a w Estonii potępienie rosyjskiej agresji od lat pozostaje bardzo wysokie. I tutaj Polska zaczyna wyglądać coraz bardziej paradoksalnie.

To my graniczymy z Białorusią, mamy obwód królewiecki tuż obok i jesteśmy jednym z państw najbardziej zagrożonych rosyjską polityką, a jednocześnie w debacie publicznej coraz mocniej narasta fala niechęci i agresji wobec Ukraińców. W lipcu 2026 roku po raz pierwszy w badaniach CBOS przeciwnicy przyjmowania uchodźców z Ukrainy stanowili większość – 52 proc., przy 42 proc. popierających ich przyjmowanie. Nie jest to oczywiście to samo co poparcie lub brak poparcia dla samej Ukrainy, ale dobrze pokazuje zmianę społecznej atmosfery.

Kraje bałtyckie i Finlandia zdają się znacznie mocniej pamiętać o prostej zależności: im dłużej niepodległa Ukraina jest w stanie powstrzymywać Rosję, tym dalej rosyjska armia pozostaje od Wilna, Rygi, Tallina, Helsinek – i również od Białegostoku.

Nie ma tajemnej wiedzy

I właśnie to chyba jest najciekawsze po przejechaniu Wilna, Rygi, Tallina i Helsinek i Narwy na dokładkę. Nie ma tam żadnej tajemnej wiedzy, której nie moglibyśmy zastosować w Białymstoku czy w Podlaskiem. Większość rzeczy, które robią wrażenie, nie wymaga nawet poziomu zamożności Finlandii. Wielki park aktywności dla dzieci nie jest technologią kosmiczną. Zachowanie starego magazynu i wkomponowanie go w nowy budynek nie wymaga wynalezienia nowego materiału budowlanego. Spójna droga rowerowa jest kwestią projektu, a nie odkrycia naukowego. Zakaz jazdy hulajnogą po zatłoczonej ulicy kosztuje mniej więcej tyle, co znak drogowy.

Różnica tkwi gdzie indziej. Widać tam częściej myślenie o mieście jako o całości. Jeśli buduje się drogę rowerową, to dlatego, że ma ona tworzyć sieć. Jeśli powstaje park, ma dawać mieszkańcom konkretną możliwość spędzania czasu. Jeśli zachowuje się stary budynek, szuka się dla niego funkcji. Jeśli miasto chce ograniczyć ruch samochodów, buduje alternatywę. Jeśli hulajnogi zaczynają przeszkadzać pieszym, wprowadza zasady. Nie każda decyzja jest trafiona, nie każdy system działa idealnie i w każdym z tych miast znajdziemy korki, zaniedbane miejsca, brzydkie bloki, nieudane inwestycje czy rozwiązania, które mieszkańcy krytykują.

Białystok przez ostatnie dwadzieścia lat także zmienił się nie do poznania. Problem w tym, że ogromna część tej zmiany polegała na remontowaniu. Nowa ulica, nowy chodnik, nowa elewacja, odnowiony park, przebudowane skrzyżowanie. To wszystko było potrzebne. Tyle że po dwóch dekadach korzystania z miliardów złotych europejskich pieniędzy warto chyba zacząć stawiać sobie trudniejsze pytanie: nie co jeszcze możemy wyremontować, ale czym Białystok ma się wyróżniać i jak właściwie chcemy w nim żyć za dwadzieścia lat.

Nie musimy stawać się drugim Wilnem, Rygą, Tallinem ani Helsinkami. Zresztą byłoby to bez sensu. Ale moglibyśmy zacząć robić to, co nasi sąsiedzi robią najlepiej: patrzeć na miasto nie jak na zbiór inwestycji do zrealizowania w kolejnej kadencji, lecz jak na miejsce, które trzeba świadomie zaprojektować dla ludzi. I chyba właśnie tego najbardziej warto od nich zaczerpnąć.

Bez kompleksów ale i bez kasy

Statystyki mówią same za siebie, ale dopiero wtedy, gdy spojrzymy na nie z dwóch stron. W badaniu jakości życia przeprowadzonym dla Komisji Europejskiej aż 92,8 proc. mieszkańców Wilna deklarowało zadowolenie z życia w swoim mieście. Białystok osiągnął bardzo podobne 91,8 proc., Tallin 91,5 proc., Helsinki 91,1 proc., Warszawa 90,4 proc., a wyraźnie słabiej wypadła Ryga – 80,1 proc. Gdyby zatrzymać się w tym miejscu, można byłoby dojść do wniosku, że Białystok właściwie niczym sąsiadom nie ustępuje.

Jeszcze wyraźniej różnicę widać po zwykłych zarobkach. W Białymstoku przeciętna miesięczna pensja na rękę to około 5800 zł. W Rydze jest bardzo podobnie – po przeliczeniu również około 5800 zł. Ale już w Wilnie przeciętne zarobki netto to mniej więcej 7400 zł miesięcznie, w Tallinie około 8100 zł, a w Helsinkach prawie 12 000 zł. Oczywiście w Finlandii czy Estonii część rzeczy kosztuje więcej niż w Polsce, więc nie oznacza to, że mieszkaniec Helsinek jest dwa razy bogatszy od białostoczanina. Pokazuje jednak coś bardzo prostego: Wilno, Tallin i Helsinki mają znacznie silniejszy rynek pracy i więcej dobrze płatnych miejsc pracy.

I właśnie to jest chyba najbardziej interesujący paradoks Białegostoku: mieszkańcy bardzo dobrze oceniają samo życie w mieście, mimo że gospodarczo funkcjonuje ono w jednym z najsłabszych regionów Polski i daleko mu do ekonomicznej siły Wilna, Tallina czy Helsinek. Jeśli do stosunkowo wysokiego komfortu życia udałoby się dołożyć gospodarkę zdolną tworzyć więcej dobrze płatnych, specjalistycznych miejsc pracy, Białystok mógłby przestać być miastem, z którego dobrze się żyje tym, którzy już mają tu swoją pozycję, a stać się miejscem, do którego ludzie rzeczywiście przyjeżdżają po rozwój zawodowy.

Czas decyzji. Siemianówka niedługo wyschnie. Czy musimy niszczyć też Narew?

Czas decyzji. Siemianówka niedługo wyschnie. Czy musimy niszczyć też Narew?

Siemianówka w obecnym kształcie nie ma przyszłości. To nie jest zbiornik, którym wystarczy jeszcze trochę „lepiej zarządzać”, żeby wszystko wróciło do normy. Normy już nie ma. Warunki klimatyczne, dla których projektowano ten gigantyczny, płytki akwen, przestały istnieć. Śnieżne zimy, regularne roztopy i wysokie wiosenne przepływy, które miały zasilać zbiornik, znikają. Zamiast nich mamy długie okresy suszy, coraz wyższe temperatury i coraz mniejsze dopływy. Jeżeli będziemy próbować za wszelką cenę utrzymać Siemianówkę taką jak dziś, rezultat będzie jeden: stracimy i zbiornik, i Narew.

Najczarniejszy scenariusz nie jest dziś straszeniem ekologów. To logiczna konsekwencja tego, co już obserwujemy. Zbiornik zwyczajnie „rozpada się w oczach”. Przegrzewa się, kwitną w nim sinice i spada poziom wody. Narew poniżej zapory straciła wezbrania, boczne koryta i rozlewiska. Cały system działa fatalnie, a kolejne suche sezony tylko zabijają Narew i Siemianówkę. Jeśli nic nie zmienimy, około 2037 roku Siemianówka prawdopodobnie zniknie, zarośnie. A my pozostaniemy ze śmierdzącym od rozkładających się ryb bagnem. Górna Narew będzie okazjonalnie widocznym strumykiem, która zachowa już tylko nazwę.

To nie jest już problem do „monitorowania”. To problem do naprawienia. Najgorsze, co możemy dziś zrobić, to bronić obecnego stanu tylko dlatego, że przyzwyczailiśmy się do widoku wielkiej tafli wody. Ta tafla nie jest żadnym dowodem bezpieczeństwa hydrologicznego. Jest gigantyczną, płytką powierzchnią, która latem nagrzewa się jak patelnia i oddaje do atmosfery miliardy litrów wody. W czasie suszy wygląda to wręcz groteskowo: brakuje wody w Narwi, brakuje jej w starorzeczach i mokradłach, a my trzymamy ją w miejscu, gdzie część po prostu wyparowuje.

Przy obecnej powierzchni Siemianówki straty przez parowanie mogą wynosić około 12 miliardów litrów rocznie. To ogromna ilość, której potem zwyczajnie nie ma ani w rzece, ani w dolinie. Oczywiście część wody wyparowałaby również z naturalnych mokradeł, ale różnica jest zasadnicza. W naturalnej dolinie woda najpierw zasila glebę, torfowiska, starorzecza i wody gruntowe, a dopiero później wraca do atmosfery. W Siemianówce znaczna część leży na rozgrzanej, płytkiej tafli i znika bez żadnej korzyści dla całego systemu rzecznego poniżej zapory.

Tymczasem Narew nie potrzebuje „minimum egzystencjalnego”, które pozwoli jej tylko jakoś płynąć jednym korytem. Potrzebuje wezbrań. Potrzebuje momentów, kiedy wody jest na tyle dużo, żeby wejść w boczne ramiona, starorzecza i rozlewiska. Bez tego wielokorytowa rzeka po prostu przestaje być wielokorytowa. To już się dzieje. Kolejne odnogi zarastają, część z nich traci kontakt z głównym nurtem, a mokradła wysychają. Narwiański Park Narodowy może zachować granice administracyjne, ale bez wody będzie już tylko Muzeum Narwiańskiego Parku Narodowego.

Potrzeba 15 zrzutów rocznie

Dlatego pierwsze działanie powinno rozpocząć się od najbliższej wiosny. Od kwietnia do lipca powinny rozpocząć się regularne, kontrolowane zrzuty imitujące naturalne wezbrania. Około 15 takich okresów, z przepływem rzędu 6 m³/s, pozwoliłoby Narwi przestać funkcjonować na kroplówce i zacząć znowu pracować jak rzeka. Nie chodzi o „spuszczenie Siemianówki jak w toalecie”, jak lubią to przedstawiać przeciwnicy zmian. Zbiornik ma nadal się napełniać. Ma gromadzić wodę, kiedy jest jej więcej, a potem oddawać ją wtedy, kiedy rzeka naprawdę jej potrzebuje. Tyle że dziś robimy odwrotnie: bronimy wielkiej tafli wody jak świętości, a Narwi dajemy resztki. To nie jest retencja. To jest konserwowanie złego systemu.

Jeżeli takie wezbrania ruszą od 2027 roku i kolejne sezony nie będą katastrofalnie suche, Narew zacznie reagować bardzo szybko. Woda wróci do bocznych koryt, część starorzeczy odzyska kontakt z rzeką, a mokradła przestaną wysychać tak gwałtownie. Pierwsze efekty będzie można zobaczyć po jednym sezonie. Po kilku latach regularnego zasilania dolina zacznie odzyskiwać zdolność do zatrzymywania wody. To właśnie wtedy zacznie się prawdziwa odbudowa.

Koniec wielkiego jeziora

Rok 2029 powinien być końcem starego modelu gospodarowania Siemianówką. Wtedy wygasa obecna instrukcja i nowa nie może być kolejnym dokumentem napisanym tak, żeby przede wszystkim utrzymać jak największe jezioro. Priorytet musi się odwrócić. Jeżeli nie ma realnego zagrożenia powodziowego, woda ma służyć Narwi. Zbiornik ma być narzędziem, a nie celem samym w sobie.

Równocześnie trzeba zacząć trwałe zmniejszanie Siemianówki. Najbardziej oczywisty pierwszy etap to część za nasypem kolejowym, w stronę granicy z Białorusią. To około jednej szóstej obecnego akwenu. Jeżeli decyzje zapadną w 2027 roku, około 2030 roku ten fragment powinien już przestać być płytkim jeziorem i zacząć wracać do natury. Nie jako pustynia, tylko jako mokradła, trzcinowiska, płytkie rozlewiska i nowe koryta Narwi.

I nie ma sensu udawać, że jedna szósta wystarczy. Nie wystarczy. To będzie dopiero symboliczny początek. Przy dzisiejszych stratach przez parowanie i przy objętości wody potrzebnej do prawdziwych wezbrań docelowa redukcja musi być dużo większa. Matematycznie wychodzi, że otwarte lustro powinno zostać ograniczone nawet o około 65 procent. To oznacza, że mniej więcej jedna trzecia obecnej Siemianówki mogłaby pozostać jako mniejszy, głębszy i bardziej stabilny zbiornik, a reszta powinna wrócić do Narwi i mokradeł.

To właśnie taka Siemianówka ma szansę przetrwać. Mniejsza, głębsza i mniej podatna na przegrzewanie. Nadal z rybami, rekreacją i turystyką, ale bez absurdalnego obowiązku utrzymywania gigantycznej, płytkiej tafli wody w warunkach, w których zwyczajnie brakuje jej w całej zlewni. Pozostałe tereny nie będą żadną „stratą”. Mogą stać się jednym z najcenniejszych obszarów przyrodniczych północno-wschodniej Polski. Rozległe mokradła, trzcinowiska, wyspy, naturalne koryta, wieże obserwacyjne, kładki i szlaki kajakowe mogą stworzyć coś znacznie bardziej wartościowego niż zbiornik, który przez pół roku walczy z sinicami, parowaniem i spadającym poziomem.

2037 to rok, gdy może zniknąć Siemianówka… razem z Narwią

Jeżeli tego nie zrobimy, 2037 rok nie będzie żadnym „ostrzeżeniem”. Będzie rachunkiem. Siemianówka będzie najwyżej do kostek, zarośnięta i niezdatna do niczego. Problem w tym, że ucierpi też Górna Narew, która będzie coraz bardziej przypominała sezonowy ciek niż rzekę, dla której powstał park narodowy. Wtedy nie będziemy już decydować, czy zmniejszyć Siemianówkę. Natura zrobi to za nas. Tyle że zrobi to chaotycznie, bez planu, bez ochrony turystyki, bez rezerwatu i bez pomocy Narwi. Zostaniemy z błotem, rozkładającą się materią, cofniętą linią brzegową i rzeką, która może pozostać wspomnieniem.

Dlatego wybór jest prosty. Albo zaczynamy w 2027 roku, odwracamy zasady gospodarowania wodą w 2029, zmniejszamy zbiornik od około 2030 i przez kolejne lata odbudowujemy całą dolinę, albo za dekadę będziemy patrzeć na efekt własnej bezczynności. Siemianówka w obecnym kształcie umrze. Proszę przyjąć to wreszcie do wiadomości. Nie musimy przez to zabijać Narwi bezczynnością.

Awantura o Skolima w Białymstoku. Czy dzieci trzeba chronić przed koncertem o godzinie 17?

Awantura o Skolima w Białymstoku. Czy dzieci trzeba chronić przed koncertem o godzinie 17?

Skolim osiągnął już ten poziom polskiej kariery, na którym samo śpiewanie byłoby zwyczajnym marnowaniem potencjału. Król Latino koncertuje, sprzedaje perfumy, ma stację paliw, a jego nazwiskiem sygnowane są kiełbasy, kabanosy i parówki. I trudno się dziwić, że taką gwiazdę każdy chce mieć u siebie.

W piątek 28 sierpnia Skolim pojawi się więc w Białymstoku. O godzinie 17 na Rynku Kościuszki rozpocznie koncert w ramach imprezy „Białystok Pełen Muzyki”. Wstęp jest bezpłatny, imprezę współorganizuje miasto, wcześniej działać będzie rodzinna strefa przygotowana przez Wodociągi Białostockie.

I tu zaczyna się problem. Oczywiście tylko dostrzegany przez niektórych.  Bo akurat kilka dni przed białostockim występem przez Polskę przetoczyła się awantura o repertuar Króla Latino. Internet obiegły nagrania z dziećmi bawiącymi się przy utworach, których teksty trudno pomylić z repertuarem Fasolek. Są przekleństwa, seks, bardzo bezpośrednie aluzje i cała reszta tego, dzięki czemu siedmiolatek może wrócić z koncertu bogatszy o kilka nowych pytań do rodziców.

Natychmiast pojawiło się więc pytanie: czy taki artysta powinien występować o godzinie 17, gdy pod sceną mogą stać dzieci? Może lepiej po 22? Może powinno być ostrzeżenie? Może urzędnicy powinni wcześniej ocenić repertuar? Wysłać alert RCB? A może przed wejściem na Rynek Kościuszki należy ustawić komisję, która będzie sprawdzała akty urodzenia i znajomość tekstów piosenek?

Problem jest ciekawy, bo dotyczy czegoś znacznie większego niż sam Skolim. Dzieci nie są oczywiście ani własnością państwa, ani własnością rodziców. Ale to rodzice ponoszą za nie odpowiedzialność i na co dzień podejmują tysiące decyzji dotyczących tego, co mogą oglądać, czego słuchać i gdzie chodzić. Jeżeli ktoś uważa, że siedmiolatek nie powinien słuchać Skolima, rozwiązanie wydaje się wyjątkowo skomplikowane: nie zabiera siedmiolatka na Skolima.

Nie trzeba do tego uchwały Rady Miasta, zarządzenia prezydenta, konsultacji społecznych ani powoływania pełnomocnika do spraw ochrony dzieci przed latino. Tyle że jest również druga strona tej historii.

Białostocki koncert nie jest prywatną imprezą w klubie. To bezpłatne wydarzenie w centrum miasta, współorganizowane przez samorząd i reklamowane jako pożegnanie wakacji dla mieszkańców. Organizator naprawdę może się zastanowić, czy o 17 powinien wyjść artysta z repertuarem zdecydowanie niepisanym dla najmłodszych. Można więc dyskutować o godzinie. Można informować rodziców, czego mają się spodziewać. Można nawet uznać, że przy miejskiej imprezie lepiej byłoby ustawić Skolima później.

Tylko nie udawajmy przy okazji, że właśnie odkryliśmy Skolima. Człowiek nie pojawił się wczoraj. Od dawna jest jedną z największych gwiazd muzyki tanecznej w Polsce. Gra dziesiątki koncertów, jego piosenki mają gigantyczne zasięgi, na występy przychodzą całe rodziny, a dzieci znają jego utwory zapewne znacznie lepiej niż większość oburzonych komentatorów.

Repertuar również nie zmienił mu się radykalnie w miniony wtorek. Skolim nie śpiewał wcześniej o dokarmianiu sikorek zimą, żeby nagle w sierpniu 2026 roku przejść na erotyczne disco. Dlatego najbardziej zabawne w całej aferze jest zbiorowe zdziwienie.

Przez długi czas Skolim jeździł po Polsce, zapełniał place, dożynki i festyny, dzieci stały pod scenami, rodzice nagrywali telefonami i wszystko było dobrze. Teraz nagle część Polski odkryła teksty jego piosenek i rozpoczęła debatę, czy państwo powinno chronić najmłodszych przed Królem Latino. A może wystarczyłoby coś znacznie prostszego?

Organizator informuje, jaki artysta wystąpi i czego można spodziewać się po jego repertuarze. Rodzic sprawdza, gdzie prowadzi swoje dziecko. A Skolim robi to, co robił do tej pory. Śpiewa. Potem jedzie na kolejny koncert. A po drodze być może zatrzymuje się na swojej stacji po kabanosy Skolima.

Bo wygląda na to, że największym problemem nie jest dziś to, czego słuchają dzieci, tylko kto akurat postanowił się tym oburzyć.

To już się dzieje. Niż demograficzny jest jak wyrok na Podlaskie.

To już się dzieje. Niż demograficzny jest jak wyrok na Podlaskie.

O niżu demograficznym mówi się w Polsce od lat. Zazwyczaj jednak w taki sposób, jakby był problemem przyszłości – czymś, czym będziemy musieli martwić się za 10 albo 20 lat. Tymczasem na Podlasiu jego skutki zaczynają być widoczne już teraz. I bardzo dobrze pokazują to przedszkola.

W województwie podlaskim działa 645 placówek przedszkolnych. Łącznie oferują one 47 172 miejsca, podczas gdy zapisanych jest 40 913 dzieci. Według dostępnych danych szacunkowo wolnych pozostaje aż 6937 miejsc. To niemal 15 proc. całej dostępnej infrastruktury. To nie jest też wyłącznie problem małych miejscowości. W samym Białymstoku działa 171 placówek przedszkolnych, które łącznie wykazują 2077 wolnych miejsc. Tylko w 24 placówkach nie ma już żadnego wolnego miejsca, natomiast aż 68 deklaruje co najmniej 10 wolnych miejsc. W 11 placówkach wolnych jest ponad 40 miejsc, a rekordzista wykazuje ich aż 126.

Tak duża liczba wolnych miejsc nie oznacza już pojedynczych pustych krzeseł przy stolikach. W praktyce może oznaczać, że w wielu placówkach nie udało się utworzyć części planowanych grup albo że istniejąca infrastruktura została przygotowana dla znacznie większej liczby dzieci, niż obecnie jest chętnych. Jeżeli taki stan będzie się pogłębiał, część przedszkoli będzie musiała ograniczać liczbę oddziałów, zatrudnienie, a w dalszej perspektywie niektóre placówki mogą po prostu znikać lub już to właśnie robią.

Zaczną znikać przedszkola

Przedszkole nie staje się znacznie tańsze tylko dlatego, że zamiast 100 dzieci chodzi do niego 70. Nadal trzeba ogrzać budynek, zapłacić za prąd, sprzątanie, administrację i utrzymanie obiektu. Nadal potrzebni są nauczyciele, woźne, kuchnia czy obsługa techniczna. Przy spadającej liczbie dzieci koszt utrzymania jednego miejsca zaczyna więc rosnąć. W pewnym momencie samorządy staną przed prostym rachunkiem ekonomicznym: czy utrzymywać kilka częściowo pustych placówek, czy połączyć grupy i skoncentrować dzieci w mniejszej liczbie budynków. A wiemy jak to jest, gdy politycy (szczególnie przed wyborami) muszą coś zlikwidować. Wolą utrzymywać pustą fikcję za nasze pieniądze – tak jak robią to ze szpitalami.

Szczególnie mocno będzie to odczuwalne w małych miejscowościach. Tam likwidacja przedszkola to wyrok na społeczność. Likwidacja i tak małej liczby miejsc pracy: dla nauczycieli, administracji, kucharek, pracowników obsługi i osób zajmujących się utrzymaniem budynku. Pośrednio tracą również firmy dostarczające żywność, środki czystości czy wykonujące remonty. Demografia zaczyna więc przekładać się na lokalną gospodarkę.

Za chwilę ta sama fala dotrze do szkół

Dzisiejsze przedszkolaki za moment staną się uczniami. Jeżeli dzieci rodzi się mniej, nie istnieje żaden mechanizm, dzięki któremu nagle więcej pojawi się ich w pierwszych klasach szkół podstawowych. Niż po prostu przesuwa się razem z kolejnymi rocznikami. Najpierw zmniejsza się liczba grup przedszkolnych. Następnie klas w szkołach podstawowych. Później problem dociera do liceów, techników i szkół zawodowych. I tutaj konsekwencje mogą być jeszcze większe.

W małych miejscowościach szkoła zaraz po urzędzie często jest jednym z największych pracodawców finansowanych przez samorząd. Jeżeli zamiast dwóch klas pierwszych będzie można utworzyć jedną, potrzeba mniej godzin nauczycielskich. Jeżeli uczniów będzie jeszcze mniej, pojawi się pytanie o sens utrzymywania całej szkoły. Możliwe będą łączenia klas, ograniczanie etatów, łączenie placówek, a w skrajnych przypadkach ich zamykanie.

Dla gmin oznacza to bardzo trudny wybór. Utrzymywanie prawie pustej szkoły jest kosztowne, ale jej likwidacja sprawia jednocześnie, że politycy opozycji powiedzą – a my nie zlikwidujemy. I w ten sposób może powstać demograficzne błędne koło.

Potem przyjdzie czas na uczelnie

Kolejna fala dotrze do szkół średnich, a następnie na uczelnie. Największe i najbardziej rozpoznawalne kierunki prawdopodobnie poradzą sobie stosunkowo dobrze. Znacznie trudniejsza sytuacja może czekać mniej popularne kierunki oraz mniejsze szkoły wyższe. W Białymstoku w zasadzie wszystkie uczelnie prywatne już zniknęły lub ledwo przędą. Jeżeli maturzystów będzie coraz mniej, może to oznaczać zamykanie kierunków, łączenie grup, ograniczanie zatrudnienia.

Biorąc pod uwagę jak już Białystok jest mało atrakcyjny dla studentów, których przez ostatnie lata liczba zmniejszyła się o kilkadziesiąt tysięcy. To dla stolicy województwa podlaskiego niska demografia oznacza wyrok. Studenci wynajmują mieszkania, korzystają z gastronomii, sklepów, transportu i usług. Mniej studentów oznacza więc nie tylko problem uniwersytetu czy politechniki. To również mniej pieniędzy pozostających w mieście.

A później zabraknie pracowników

Dzisiejsze dzieci za kilkanaście czy dwadzieścia lat wejdą na rynek pracy. A będzie ich znacznie mniej niż osób z licznych roczników, które będą wtedy przechodziły na emeryturę. GUS w głównym scenariuszu prognozy ludności przewiduje, że województwo podlaskie może zmniejszyć swoją populację z około 1,143 mln mieszkańców w 2022 roku do około 1,101 mln w 2030 roku, 1,035 mln w 2040 roku i zaledwie około 885 tys. w 2060 roku.

Nie będzie to więc wyłącznie problem tego, że „będzie nas trochę mniej”. Zmieni się również struktura wieku mieszkańców. Coraz mniej będzie ludzi młodych i osób w wieku produkcyjnym, a większą część społeczeństwa będą stanowić seniorzy. To już zaczyna być dostrzegalne gołym okiem teraz. To oznacza mniej pracowników utrzymujących gospodarkę i jednocześnie większe zapotrzebowanie na ochronę zdrowia, opiekę i usługi skierowane do osób starszych.

Firmy będą walczyły o życie

Podlaskie może wejść w znacznie trudniejszy scenariusz niż zwykły „brak pracowników”. Już dziś rynek pracy w Białymstoku jest po prostu bardzo słaby. Małe firmy regularnie znikają, część przedsiębiorców ogranicza działalność, a duże zakłady nie tworzą takiej liczby nowych miejsc pracy, która mogłaby zatrzymać młodych ludzi w regionie. Nie mamy tu zbyt wiele stanowisk dla wysokiej jakości specjalistów. Główny pracodawca to urząd i budżetówka. Czyli coś, co nie wytwarza PKB, a je zużywa.

W takim układzie niż demograficzny nie musi wcale spowodować, że nagle pracodawcy zaczną bić się o każdego pracownika. Może wydarzyć się coś znacznie gorszego: razem z liczbą mieszkańców będzie kurczył się cały lokalny rynek. Mniej ludzi to mniej klientów sklepów, restauracji, usług, mieszkań na wynajem czy lokalnych firm. Dla przedsiębiorcy oznacza to mniejsze obroty i jeszcze mniejszą opłacalność inwestowania w regionie.

Kolejne firmy mogą więc ograniczać zatrudnienie albo całkowicie znikać, a młody człowiek, który nie znajdzie tu odpowiedniej pracy, wyjedzie tam, gdzie rynek oferuje mu większy wybór i wyższe zarobki. Czyli to co już się dzieje, ale w wersji ekstremalnej. W ten sposób powstaje bardzo niebezpieczne sprzężenie zwrotne: mieszkańców jest mniej, więc gospodarka słabnie, a ponieważ gospodarka słabnie, kolejni mieszkańcy wyjeżdżają.

Samorządy również będą miały problem

Mniej mieszkańców oznacza także mniejszą bazę podatkową. Jeżeli z gminy wyjeżdżają osoby młode i pracujące, zmniejszają się wpływy związane z ich dochodami i lokalną konsumpcją. Jednocześnie drogi, wodociągi, szkoły, urzędy czy komunikację nadal trzeba utrzymywać. Infrastruktura nie kurczy się razem z liczbą mieszkańców. Droga o długości 10 kilometrów kosztuje podobnie niezależnie od tego, czy korzysta z niej 10 tys., czy 7 tys. osób. Dlatego depopulacja szczególnie dotkliwa może być dla niewielkich gmin wiejskich. Koszt utrzymania infrastruktury w przeliczeniu na jednego mieszkańca będzie tam systematycznie rósł. Podobnie odczuwa to Białystok, z którego młodzi uciekają do gmin sąsiednich. Zatem miasto jest drenowane podwójnie – niżem demograficznym oraz ucieczką do sąsiada.

Przedszkola są dopiero pierwszym ostrzeżeniem

Dane dotyczące wolnych miejsc w podlaskich przedszkolach warto więc potraktować jako coś więcej niż ciekawostkę. To pierwszy etap znacznie większej zmiany. Dzisiaj mamy za dużo miejsc w części przedszkoli. Za kilka lat problem przejdzie do podstawówek. Potem do szkół średnich i uczelni. Jeszcze później odczują go przedsiębiorcy. Prognozy demograficzne nie pozostawiają przy tym wiele miejsca na optymizm. Urząd Statystyczny w Białymstoku w najnowszym opracowaniu dotyczącym sytuacji demograficznej regionu przedstawia już prognozy aż do 2060 roku, również w podziale na poszczególne gminy.

Niż demograficzny nie jest więc czymś, co dopiero nadchodzi. On już trwa. Na razie można go zobaczyć w pustych miejscach w przedszkolach. Za kilkanaście lat zobaczymy go w kolejnych miejscach. I właśnie dlatego zamiast zastanawiać się wyłącznie nad tym, jak utrzymać wszystkie istniejące placówki, Podlaskie powinno już dziś odpowiedzieć sobie na znacznie trudniejsze pytanie: jak zorganizować region, jego edukację, gospodarkę i usługi publiczne tak, aby mogły dobrze funkcjonować także wtedy, gdy mieszkańców będzie znacznie mniej?

Zamieszkali w Puszczy, a teraz chcą odstrzelić wilki. Może czas wracać do Białegostoku?

Zamieszkali w Puszczy, a teraz chcą odstrzelić wilki. Może czas wracać do Białegostoku?

W ostatnich dniach znów wraca temat wilków pojawiających się w okolicach Dąbrówek, Ogrodniczek, Studzianek i Wasilkowa. Pojawiają się głosy o zagrożeniu, żądania zdecydowanych działań, a nawet oczekiwania, że drapieżniki zostaną z okolicy usunięte.

Warto więc powiedzieć coś, co być może nie wszystkim się spodoba: jeżeli ktoś zdecydował się zamieszkać przy Puszczy Knyszyńskiej albo w jej otulinie, to zdecydował się również zamieszkać obok dzikiej przyrody. A wilk jest jej częścią.

Nie dodatkiem. Nie problemem do usunięcia. Nie zwierzęciem, które ma zniknąć dlatego, że człowiek kupił działkę, wybudował dom i oczekuje teraz takiego samego komfortu jak na osiedlu w centrum miasta. Kto chciał mieszkać w miejscu, gdzie nie ma wilków, mógł wybrać Białystok.

Puszcza nie jest dekoracją za płotem

Przez ostatnie lata okolice Wasilkowa, Dąbrówek czy Ogrodniczek stały się atrakcyjnym miejscem do budowy domów. Blisko miasta, dużo zieleni, cisza, las, świeże powietrze. Można powiedzieć: idealne miejsce do życia. Tylko że las nie jest parkiem miejskim. Nie można kupić sobie działki przy jednym z największych kompleksów leśnych północno-wschodniej Polski, cieszyć się śpiewem ptaków, widokiem saren i zapachem lasu, a następnie uznać, że drapieżniki są już elementem niepożądanym.

Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Białymstoku już w kwietniu 2025 roku informowała o obecności wilków w okolicach Ogrodniczek, Dąbrówek, Wasilkowa. Nie była to więc informacja ukrywana przed mieszkańcami. RDOŚ przypominał jednocześnie, że wilki są zwierzętami płochliwymi, zazwyczaj unikającymi ludzi, ale mogą pojawiać się w pobliżu zabudowań. To jest właśnie cena mieszkania na styku miasta i dzikiej przyrody. Można mieć las niemal pod domem. Ale nie można oczekiwać, że będzie to las pozbawiony wszystkiego, co człowiekowi akurat przeszkadza.

Wilk nie jest bezpańskim psem do „usunięcia”

Wilk w Polsce jest objęty ścisłą ochroną gatunkową. Wprost wymienia go załącznik do obowiązujących przepisów dotyczących ochrony gatunkowej zwierząt. Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska wielokrotnie podkreślała, że wilk pozostaje gatunkiem ściśle chronionym. Odstrzał nie jest zwykłym narzędziem regulowania tego, czy mieszkańcom odpowiada obecność zwierzęcia. Może być dopuszczony wyjątkowo, wobec konkretnego problemowego osobnika i w określonych prawem okolicznościach.

To zasadnicza różnica. Widok wilka przy drodze nie oznacza automatycznie, że mamy do czynienia z wilkiem niebezpiecznym. Wilk przechodzący przez wieś nie staje się automatycznie „agresywnym wilkiem”. A wilk polujący na zwierzę nie zachowuje się nienaturalnie. Zachowuje się dokładnie tak, jak zachowuje się drapieżnik. Oczywiście strata kota, psa, kozy czy innego zwierzęcia jest dla właściciela bolesna i nie ma powodu jej lekceważyć. Dlatego istnieją procedury odszkodowawcze, działania prewencyjne, zabezpieczenia hodowli czy możliwość płoszenia.

Ale czym innym jest rozwiązanie konkretnego konfliktu, a czym innym stworzenie zasady: wilk pojawił się w pobliżu naszych nowych domów, więc wilk ma zniknąć.

A może to nie wilk wszedł do naszego świata?

Warto odwrócić perspektywę. To nie wilki wybudowały osiedla w sąsiedztwie Puszczy Knyszyńskiej. To ludzie coraz głębiej wchodzą z zabudową w tereny znajdujące się na styku ogromnego kompleksu leśnego. Budujemy domy, drogi, ogrodzenia i osiedla. Fragmentujemy przestrzeń. Pojawiają się psy, koty, odpady spożywcze, kompostowniki i łatwo dostępne źródła pokarmu. A później jesteśmy zdziwieni, że dzikie zwierzę przeszło drogą pomiędzy domami.

RDOŚ zaleca mieszkańcom tych terenów bardzo proste rzeczy: nie zostawiać karmy na zewnątrz, zabezpieczać zwierzęta domowe, nie wypuszczać psów samopas, prowadzić je w lesie na smyczy i nie przyzwyczajać drapieżników do możliwości zdobywania pokarmu w pobliżu człowieka. To nie są zalecenia szczególnie wygórowane dla kogoś, kto świadomie wybiera życie na skraju puszczy.

Po co nam właściwie wilk?

Wilki są w lesie potrzebne z bardzo prostego powodu: pilnują, żeby nie było w nim zbyt dużo dużych roślinożerców. Polują przede wszystkim na jelenie, sarny i dziki, a często wybierają osobniki słabsze, chore albo mniej ostrożne. Dzięki temu liczba tych zwierząt nie rośnie bez końca. Gdy jeleni i saren jest za dużo, zaczynają zjadać młode drzewa, pędy i krzewy szybciej, niż las jest w stanie je odtworzyć. W efekcie młody las ma problem z odrastaniem, a szkody pojawiają się też na polach i w uprawach. Wilk działa więc jak naturalny regulator liczebności zwierzyny.

Jego obecność zmienia również zachowanie innych zwierząt. Jelenie i sarny nie stoją godzinami w jednym miejscu i nie wyjadają całej roślinności, lecz częściej się przemieszczają. Dzięki temu presja na konkretne fragmenty lasu jest mniejsza.

Dlatego wilk nie jest w puszczy „dodatkiem”. Jest jednym z elementów, które pomagają utrzymać las w równowadze. Usunięcie dużego drapieżnika może uruchomić cały łańcuch zmian: więcej roślinożerców, większe szkody w młodym lesie, słabsze odnawianie się drzew i większe problemy także dla rolników. Wilk jest jednym z mechanizmów, dzięki którym puszcza pozostaje puszczą.

A co z bezpieczeństwem ludzi?

Każde spotkanie z dużym dzikim zwierzęciem należy traktować rozsądnie. Nie należy do wilka podchodzić, próbować go karmić, fotografować z bliska ani pozwalać psu go gonić. Nie ma jednak podstaw, aby każde pojawienie się wilka przedstawiać jako zapowiedź ataku na ludzi. Ministerstwo Klimatu i Środowiska podaje, że dostępne dane nie wskazują na wzrost zagrożenia ludzi ze strony wilków w Polsce, a bezpośrednie incydenty są niezwykle rzadkie. Resort wskazuje również, że wilki z reguły unikają kontaktu z człowiekiem. Strach rodzica widzącego dużego drapieżnika niedaleko domu można zrozumieć. Ale polityki ochrony przyrody nie powinno się prowadzić na podstawie samego strachu.

Puszcza Knyszyńska z wilkiem albo bez puszczy

Jeżeli chcemy mieć obok Białegostoku ogromny, żywy kompleks leśny, pełen saren, jeleni, łosi, żubrów, rysi i wilków, musimy zaakceptować również niedogodności wynikające z sąsiedztwa dzikiej przyrody. Nie istnieje wersja Puszczy Knyszyńskiej „premium”, w której zostawiamy drzewa, ścieżki rowerowe, grzyby, ptaki i piękne widoki, ale usuwamy zwierzęta, które mogą podejść zbyt blisko naszego płotu. To nie jest ogród zoologiczny. To nie jest park miejski. I przede wszystkim nie jest to teren, który natura ma opuszczać za każdym razem, gdy człowiek przesuwa zabudowę o kolejne kilkaset metrów w stronę lasu.

Mieszkańcy mają pełne prawo oczekiwać od samorządu i służb reakcji w sytuacji rzeczywistego zagrożenia. Mają prawo do pomocy w zabezpieczaniu gospodarstw i zwierząt. Mają prawo do odszkodowań za szkody przewidzianych prawem. Ale oczekiwanie, że dla poprawienia naszego komfortu zaczniemy eliminować wilki żyjące w jednym z najcenniejszych kompleksów przyrodniczych regionu, prowadzi donikąd.

Wilk był w Puszczy Knyszyńskiej przed nami. I dobrze byłoby, żeby został w niej również po nas. Jeżeli wybieramy życie przy puszczy, wilk naprawdę jest częścią pakietu.

Pojechaliśmy sprawdzić Narew na granicy. Tego widoku się nie spodziewaliśmy.

Pojechaliśmy sprawdzić Narew na granicy. Tego widoku się nie spodziewaliśmy.

Tego miejsca nie da się dziś odwiedzić podczas zwykłego spaceru czy turystycznej wycieczki. Odcinek granicy polsko-białoruskiej, w którym Narew wpływa do Polski, znajduje się w strefie całkowicie zamkniętej dla osób postronnych. My jednak mieliśmy możliwość zobaczyć rzekę właśnie tam, jeszcze zanim dotrze do zbiornika Siemianówka. Od razu zaznaczamy: zdjęcie wykonaliśmy całkowicie legalnie. Ze względu na charakter miejsca i bezpieczeństwo Państwa Polskiego, nie mogliśmy pokazać go jeszcze bardziej szczegółowo.

Pojechaliśmy tam przede wszystkim, by sprawdzić jak Narew wygląda przed Siemianówką, zanim jej wody trafią do zbiornika. Szczególnie interesował nas poziom rzeki w środku sierpnia, kiedy po cieplejszych i bardziej suchych tygodniach można byłoby spodziewać się znacznie skromniejszego przepływu.

Tymczasem na miejscu czekało nas pozytywne zaskoczenie. Narew wygląda całkiem nieźle. Wody jest dużo, zwłaszcza jak na tę porę roku. Oczywiście trudno mówić o dokładnej głębokości bez wykonania pomiarów, ale można ją ocenić nawet na okolice pasa (około 80 – 100 cm). Nie widać tu obrazu niemal wyschniętego cieku czy pojedynczej strugi przeciskającej się pomiędzy roślinnością.

Rzeka płynie przez szeroką, zieloną dolinę, miejscami rozlewa się pomiędzy trzcinami i wysokimi trawami. Otoczenie wygląda bardzo naturalnie — łąki, zarośla, podmokłe fragmenty terenu i las tworzą krajobraz charakterystyczny dla górnej Narwi. Patrząc na to miejsce trudno odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z rzeką znajdującą się w sierpniowym kryzysie wodnym.

To oczywiście tylko obserwacja dwóch miejsc i jednego dnia, a nie profesjonalny pomiar hydrologiczny. Mimo to daje ona ciekawy obraz sytuacji. Zanim Narew dociera do zbiornika Siemianówka, niesie ze sobą wyraźną ilość wody i na granicy polsko-białoruskiej prezentuje się jak pełnoprawna, żywa rzeka.

Chcieliśmy zobaczyć to na własne oczy, zamiast opierać się wyłącznie na mapach, zdjęciach satelitarnych czy danych z dalszych odcinków. I po tej wizycie można powiedzieć jedno: jak na sierpień, Narew przed Siemianówką wygląda naprawdę dobrze. I właśnie dlatego ten obraz powinien skłaniać do zadania bardzo prostego pytania: skoro rzeka wpływa do Polski z taką ilością wody, to co dzieje się z nią dalej? Zbiornik Siemianówka nie jest przecież neutralnym elementem krajobrazu. Zatrzymuje naturalny przepływ rzeki, zmienia jej charakter i wpływa na to, ile wody oraz w jakim rytmie trafia dalej w dolinę Narwi.

Dla nas to kolejny argument za tym, by poważnie rozmawiać o przyszłości Siemianówki. Jeśli chcemy chronić Narew jako żywą rzekę, musimy patrzeć nie tylko na poziom wody w samym zbiorniku, ale przede wszystkim na cały system rzeczny przed i za zaporą. Widok Narwi na granicy pokazuje, że problem nie zaczyna się tam, gdzie rzeka wpływa do Polski.

Czy Białystok może jeszcze wygrać przyszłość? Sztuczna inteligencja to ostatnia szansa.
Zdjęcie wygenerowane przez Sztuczną Inteligencję

Czy Białystok może jeszcze wygrać przyszłość? Sztuczna inteligencja to ostatnia szansa.

Od wejścia Polski do Unii Europejskiej minęły ponad dwie dekady. Białystok przez ten czas zmienił się wizualnie nie do poznania. Wyremontowano ulice, chodniki, place, budynki i przestrzenie publiczne. Powstały nowe drogi, stadion, kampus, parki i kolejne miejsca rekreacji. Miasto jest niewątpliwie bardziej estetyczne i wygodniejsze do życia niż w 2004 roku. Tylko że piękne miasto nie musi być miastem silnym gospodarczo.

Największym problemem Białegostoku ostatnich dwóch dekad nie jest bowiem brak inwestycji. Problem polega na tym, że ogromna część publicznej energii została skierowana na nadrabianie zaległości infrastrukturalnych, podczas gdy nie udało się stworzyć dziedziny, z którą Białystok byłby jednoznacznie kojarzony w Polsce i Europie.

Poznań ma silny przemysł, logistykę, handel i technologie. Wrocław przez lata budował pozycję jednego z najważniejszych polskich ośrodków IT, nowych technologii, przemysłu i centrów badawczo-rozwojowych. Kraków wykorzystał potencjał swoich uczelni, przyciągając międzynarodowe firmy technologiczne i centra usług.

A Białystok? Trudno wskazać odpowiedź. I właśnie to powinno niepokoić najbardziej.

Nie można przez kolejne 20 lat remontować miasta

Inwestycje infrastrukturalne były potrzebne. Problem zaczyna się wtedy, gdy stają się właściwie jedyną wizją rozwoju. Nie da się bez końca budować przewagi gospodarczej miasta na kolejnych remontach ulic, rewitalizacjach placów czy wymianie nawierzchni chodników. Takie inwestycje poprawiają jakość życia, ale nie powodują automatycznie, że powstają wysoko płatne miejsca pracy. Nie zatrzymują absolwentów uczelni. Nie ściągają naukowców. Nie tworzą przedsiębiorstw sprzedających swoje produkty na świecie. Potrzebna jest specjalizacja.

Białystok prawdopodobnie nie zostanie drugim Poznaniem pod względem przemysłu. Nie dogoni Warszawy jako centrum finansowego. Trudno będzie również powtórzyć drogę Krakowa czy Wrocławia, które swoją przewagę w sektorze międzynarodowych usług i IT budowały przez lata. Ale właśnie teraz pojawiło się coś, czego dwadzieścia lat temu praktycznie nie było. To sztuczna inteligencja. To jedna z największych zmian technologicznych od czasu upowszechnienia internetu. I jednocześnie rynek, którego podział dopiero trwa.

Wyścig już się rozpoczął

Problem w tym, że inne miasta również to zauważyły. Poznań buduje dziś swoją pozycję między innymi wokół PIAST-AI. Poznańskie Centrum Superkomputerowo-Sieciowe wraz z partnerami tworzy jedną z polskich fabryk sztucznej inteligencji należących do europejskiej sieci AI Factories. Komisja Europejska zalicza PIAST AIF do europejskiej infrastruktury mającej umożliwiać przedsiębiorstwom, naukowcom i startupom korzystanie z zaawansowanych zasobów AI.

To niezwykle ważne, bo za kilka czy kilkanaście lat zdanie „Poznań jest jednym z polskich centrów sztucznej inteligencji” może być równie naturalne jak dzisiejsze skojarzenie Wrocławia z sektorem IT. Białystok nie ma jeszcze takiej pozycji. Ale nie oznacza to, że startuje od zera.

Białystok ma ludzi. Tylko trzeba stworzyć im miejsce.

Politechnika Białostocka posiada Wydział Informatyki i już prowadzi projekty dotyczące sztucznej inteligencji. Jest między innymi liderem międzynarodowego projektu MAESTRO-AI, realizowanego wspólnie z uczelniami z Grecji, Rumunii i Portugalii, dotyczącego wykorzystania AI w nauczaniu matematyki i programowania. Uczelnia wprowadziła również własne zasady dotyczące stosowania generatywnej sztucznej inteligencji, rozwija kompetencje pracowników i studentów oraz wykorzystanie AI w badaniach, dydaktyce i administracji.

Jest Uniwersytet w Białymstoku, na którym w roku akademickim 2025/2026 kształci się ponad 8,5 tys. studentów. Są kolejne uczelnie, przedsiębiorcy oraz młodzi ludzie, którzy dziś po ukończeniu informatyki, matematyki czy kierunków technicznych nie zawsze znajdują w Białymstoku pracę odpowiadającą ich ambicjom. I tutaj pojawia się zasadnicze pytanie.

Co by się stało, gdyby Białystok podjął polityczną i gospodarczą decyzję, by być jednym z najważniejszych polskich ośrodków zastosowań sztucznej inteligencji?

Nie jako hasło promocyjne na konferencję. Jako plan na dziesięć lat.

Białystok nie musi budować własnego ChatGPT

Sztuczna inteligencja to znacznie więcej niż ChatGPT i generowanie tekstów. W dużym uproszczeniu jest to grupa technologii, które pozwalają komputerom analizować ogromne ilości danych, rozpoznawać w nich wzorce, przewidywać zdarzenia i podejmować lub wspierać decyzje. AI potrafi analizować zdjęcia rentgenowskie, wykrywać wady produktów na linii produkcyjnej, przewidywać awarie maszyn, sterować ruchem, rozpoznawać choroby roślin, optymalizować zużycie energii czy pomagać w projektowaniu nowych leków. Chatboty są więc tylko jednym z najbardziej widocznych zastosowań sztucznej inteligencji. Jej prawdziwa gospodarcza siła kryje się przede wszystkim tam, gdzie pozwala wykonywać zadania szybciej, dokładniej i taniej albo rozwiązywać problemy, których człowiek nie byłby w stanie samodzielnie przeanalizować ze względu na ogromną ilość danych.

Próba konkurowania z największymi światowymi firmami w tworzeniu gigantycznych modeli AI byłaby absurdalna. Potrzebne są do tego miliardy, ogromna infrastruktura obliczeniowa i tysiące specjalistów. Ale gospodarka oparta na sztucznej inteligencji jest znacznie szersza. Największą szansą Białegostoku mogłyby być praktyczne zastosowania AI w konkretnych branżach. Podlaskie jest jednym z najważniejszych regionów rolniczych i spożywczych w Polsce. Można rozwijać tutaj AI dla rolnictwa, mleczarstwa i przemysłu spożywczego: analizę obrazu, automatykę, robotykę, przewidywanie produkcji, wykrywanie chorób roślin, kontrolę jakości czy optymalizację zużycia energii.

Białystok posiada silne środowisko medyczne. To naturalna przestrzeń dla rozwoju systemów wspierających diagnostykę, analizę obrazów medycznych, zarządzanie ochroną zdrowia czy badania nad wykorzystaniem danych. Mamy przemysł maszynowy, firmy technologiczne i produkcyjne. Tutaj sztuczna inteligencja może być wykorzystywana do automatyzacji, analizy jakości produkcji, robotyki czy przewidywania awarii urządzeń. To właśnie w takich niszach można budować specjalizację. Nie „AI do wszystkiego”. AI do rzeczy, w których Podlasie już posiada doświadczenie.

Pierwszy krok już wykonano. Ale to zdecydowanie za mało.

W lipcu 2026 roku ogłoszono projekt „AI4Business – Centrum Sztucznej Inteligencji i Wsparcia Transformacji Cyfrowej Przedsiębiorstw”. Jego wartość wynosi 6,3 mln zł, z czego 5,3 mln zł pochodzi z funduszy europejskich. Projekt ma pomóc co najmniej 65 podlaskim małym i średnim przedsiębiorstwom między innymi w audytach, pilotażach i przygotowaniu wdrożeń wykorzystujących AI. To bardzo dobry kierunek. Tylko że 65 przedsiębiorstw nie zmieni gospodarczej pozycji regionu. Potrzebujemy myślenia w znacznie większej skali.

Wyobraźmy sobie Białostockie Centrum Sztucznej Inteligencji stworzone wspólnie przez miasto, województwo, Politechnikę Białostocką, Uniwersytet w Białymstoku, środowisko medyczne oraz przedsiębiorców. Nie kolejny urząd z sekretariatem, dyrektorem i kilkoma konferencjami rocznie. Prawdziwe centrum badawczo-wdrożeniowe.

Miejsce posiadające infrastrukturę obliczeniową, laboratoria, zespoły badawcze i fundusz umożliwiający finansowanie eksperymentalnych projektów. Miejsce, do którego przedsiębiorca przychodzi z problemem technologicznym, a naukowcy i programiści pomagają stworzyć rozwiązanie wykorzystujące AI. Obok niego powinien powstać program przyciągania startupów technologicznych. Tanie lub bezpłatne biura. Dostęp do infrastruktury. Granty na pierwsze projekty. Współpraca z uczelniami. Dostęp do przedsiębiorstw, w których można testować rozwiązania.

A przede wszystkim bardzo jasny komunikat wysyłany przez następne dziesięć lat: Jeżeli chcesz rozwijać sztuczną inteligencję w Polsce, możesz robić to w Białymstoku.

Trzeba zatrzymać najlepszych studentów

Białystok co roku kształci młodych ludzi, a następnie wysyła ich do Warszawy, Krakowa, Wrocławia czy za granicę. To jeden z najbardziej absurdalnych mechanizmów rozwojowych. Państwo i samorządy wydają pieniądze na szkoły. Miasto tworzy infrastrukturę. Uczelnie kształcą specjalistę przez pięć lat. A kiedy człowiek osiąga wiek, w którym zaczyna generować największą wartość gospodarczą, wyjeżdża, ponieważ gdzie indziej czeka na niego lepsza praca.

Jeżeli Białystok chce zatrzymywać ambitnych dwudziesto- i trzydziestolatków, potrzebuje gospodarki oferującej im coś więcej niż argument, że tutaj są mniejsze korki i tańsze mieszkania niż w Warszawie. Potrzebuje ambitnych miejsc pracy. AI może takie miejsca stworzyć.

Być może właśnie małe miasto ma swoją przewagę

Białystok nie musi kopiować Warszawy. Odległości są niewielkie. Uczelnie, przedsiębiorcy i administracja znajdują się blisko siebie. Znacznie łatwiej stworzyć środowisko, w którym rektor, przedsiębiorca, prezydent miasta, marszałek i twórca startupu rzeczywiście mogą współpracować. Na równych zasadach. W technologiach często właśnie takie skupiska tworzą największą wartość. Warunek jest jeden: wszyscy muszą wiedzieć, dokąd zmierzają.

Jeżeli każdy będzie realizował własny niewielki projekt, organizował własną konferencję i wydawał kolejne kilka milionów złotych z funduszy europejskich, za dziesięć lat prawdopodobnie będziemy dokładnie w tym samym miejscu. Tylko chodniki będą jeszcze równiejsze.

Potrzeba decyzji

Najważniejszą rzeczą, której brakowało Białemustokowi po 2004 roku, nie były pieniądze. Tych dzięki członkostwu Polski w Unii Europejskiej pojawiło się bardzo dużo. Brakowało wielkiej gospodarczej ambicji. Odpowiedzi na pytanie w czym Białystok ma być naprawdę dobry. Przez ponad dwadzieścia lat takiej odpowiedzi nie znaleźliśmy. Sztuczna inteligencja daje możliwość, aby spróbować jeszcze raz.

Nie chodzi o ogłoszenie Białegostoku „polską Doliną Krzemową”. Takie hasło szybko stałoby się karykaturalne. Nie chodzi również o kolejną strategię liczącą 200 stron, która po konferencji trafi na półkę archiwum. Potrzeba kilku konkretnych decyzji: specjalizacji, centrum badawczo-wdrożeniowego, pieniędzy na startupy i badania, współpracy uczelni z przedsiębiorstwami, przyciągania specjalistów oraz konsekwentnego budowania marki miasta przez wiele lat.

Efekty nie pojawią się po jednej kadencji samorządu. Ale właśnie w ten sposób rozwijały się miasta, którym dziś zazdrościmy ich pozycji. W 2040 roku Białystok może być miastem, o którym mówi się w Polsce: tam powstają ciekawe rozwiązania wykorzystujące sztuczną inteligencję. Może też być miastem z kolejnymi pięknie wyremontowanymi ulicami, z którego najbardziej ambitni młodzi ludzie nadal wyjeżdżają rozwijać przyszłość gdzie indziej. Tym razem warto nie przespać swojej szansy.

Zwykli ludzie protestują, a milionerzy, deweloperzy i pseudobiznesmeni na tym wygrywają.

Zwykli ludzie protestują, a milionerzy, deweloperzy i pseudobiznesmeni na tym wygrywają.

W Polsce udała się rzecz zdumiewająca. Części polityków i związanych z nimi środowisk przez lata skutecznie przekonywała ludzi, że ochrona przyrody jest czymś wymierzonym przeciwko zwykłemu człowiekowi. Że ekolog to ktoś, kto chce zamknąć las, zabronić zbierania grzybów, odebrać rolnikowi pole, rybakowi jezioro, a mieszkańcowi możliwość wejścia nad rzekę. Powstało nawet pogardliwe określenie „ekooszołom”, którym można było wygodnie przykleić łatkę każdemu, kto zadawał niewygodne pytania o wycinkę drzew, zabudowę wydm, osuszanie mokradeł czy betonowanie kolejnego kawałka wybrzeża.

Konstytucyjna ochrona

Tymczasem ochrona środowiska nie jest żadnym lewicowym wynalazkiem, fanaberią organizacji pozarządowych ani pomysłem przywiezionym z Brukseli. Jest wpisana wprost do Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej. Artykuł 5 mówi, że państwo zapewnia ochronę środowiska, kierując się zasadą zrównoważonego rozwoju. Artykuł 74 idzie jeszcze dalej: ochrona środowiska jest obowiązkiem władz publicznych, a polityka państwa ma zapewniać bezpieczeństwo ekologiczne również przyszłym pokoleniom. I warto o tym przypominać szczególnie dziś, kiedy słowo „ochrona” zaczęło się wielu osobom kojarzyć przede wszystkim z zakazami.

Paradoks polega na tym, że część środowiska politycznego, które dzisiaj tak chętnie straszy ludzi „zamykaniem lasów”, sama pokazała już, jak wygląda prawdziwe zamknięcie lasów. W kwietniu 2020 roku, podczas epidemii COVID-19, po rekomendacji rządowego zespołu kryzysowego wprowadzono ogólnopolski zakaz wstępu do lasów. Straż Leśna miała go egzekwować. Zakaz obowiązywał od 3 kwietnia, a dostęp do lasów przywrócono 20 kwietnia. To właśnie był zakaz wstępu.

Ochrona przyrody zazwyczaj wygląda zupełnie inaczej. Nie polega na ustawieniu szlabanu przed każdym lasem i wypędzeniu z niego człowieka. Najbardziej restrykcyjne ograniczenia dotyczą szczególnych obszarów i wyjątkowo cennych fragmentów przyrody. W ogromnej części chronionych terenów nadal funkcjonują drogi, szlaki, turystyka, rolnictwo czy lokalne społeczności. Nawet przy obecnym sporze o planowany rezerwat Uroczysko Mszar koło Krasnopola Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska podkreśla, że utworzenie rezerwatu nie musi oznaczać zakazu zbierania grzybów, jagód czy żurawiny. Problem leży gdzie indziej.

Najważniejszą funkcją ochrony przyrody jest dzisiaj często obrona wspólnego dobra przed człowiekiem, który ma wystarczająco dużo pieniędzy, aby próbować to dobro zamienić we własny biznes. Bo czym właściwie jest piękne jezioro? Dla mieszkańca jest miejscem spaceru, kąpieli, łowienia ryb, krajobrazem i częścią jego małej ojczyzny. Dla inwestora może być przede wszystkim działką, której wartość wzrośnie kilkukrotnie, jeżeli uda się postawić apartamentowiec wystarczająco blisko brzegu.

Czym jest nadmorski las? Dla tysięcy ludzi to wspólna przestrzeń. Dla dewelopera może być „potencjałem inwestycyjnym”. Czym jest widok na góry? Dobrem wspólnym czy produktem premium sprzedawanym za kilkadziesiąt tysięcy złotych za metr? Na tym właśnie polega konflikt, o którym zbyt rzadko mówi się wprost. Nie pomiędzy „ekologiem” i „zwykłym człowiekiem”. Pomiędzy interesem wspólnym a prywatną maksymalizacją zysku. Polska zna już wystarczająco dużo historii pokazujących, do czego prowadzi sytuacja, w której grunt jest wyjątkowo atrakcyjny, a przepisy ochronne zaczynają inwestorowi przeszkadzać.

W Mechelinkach nad Bałtykiem inwestor próbował wykorzystać specjalne przepisy covidowe, aby bez standardowego pozwolenia postawić dziesięć dwukondygnacyjnych domków. Oficjalnym uzasadnieniem miało być przeciwdziałanie COVID-19, możliwość kwarantanny i rekonwalescencji ozdrowieńców. Problem w tym, że inwestycja powstała na terenie objętym zakazem zabudowy, w sąsiedztwie rezerwatu Mechelińskie Łąki i w otulinie Nadmorskiego Parku Krajobrazowego. Co więcej, jeszcze przed pandemią ten sam inwestor zabiegał o możliwość budowy w tym miejscu i jej nie uzyskał. Sprawa zakończyła się nakazem rozbiórki zabudowy i przywrócenia terenu do poprzedniego stanu.

W Zakopanem powstała historia niemal groteskowa. Na Bachledzkim Wierchu pojawiły się drewniane obiekty, choć teren objęty był ograniczeniami zabudowy. Inwestor przekonywał początkowo, że chodzi między innymi o „poidło dla koni”. Ostatecznie stanęło pięć domków turystycznych pod wynajem. W sierpniu 2026 roku zapadło prawomocne rozstrzygnięcie nakazujące ich rozebranie i przywrócenie działki do wcześniejszego stanu.

Nad morzem presję inwestycyjną widać jeszcze lepiej. W Dźwirzynie, które należy do gminy Kołobrzeg – a nie do miasta Kołobrzeg, co warto wyraźnie podkreślić – powstaje The Elements Resort. Inwestycja znajduje się około 50 metrów od plaży, w pierwszej linii brzegowej, i ma obejmować około 350 apartamentów. Materiały branżowe reklamują ją właśnie bliskością morza, widokiem i inwestycyjnym modelem zakupu lokali.

Sama legalna inwestycja nie jest oczywiście przestępstwem. Jest jednak świetnym obrazem tego, jak ogromną wartość finansową ma możliwość zabudowania przestrzeni znajdującej się tuż obok czegoś, czego nikt nie wyprodukował: plaży, morza, lasu czy jeziora. A w tej samej gminie pojawił się jeszcze dużo poważniejszy wątek.

We wrześniu 2022 roku CBA zatrzymało ówczesnego wójta gminy Kołobrzeg. Według śledczych chodziło o 300 tys. zł łapówki w zamian za korzystne zmiany w miejscowym planie zagospodarowania przestrzennego. Sprawa dotyczyła między innymi terenów w Dźwirzynie i inwestycji sanatoryjno-hotelowych. Prokuratura skierowała później akt oskarżenia przeciwko sześciu osobom.

Czy naprawdę trudno zrozumieć, dlaczego planowanie przestrzenne i ochrona środowiska muszą mieć mocne zabezpieczenia?

Jeżeli zmiana kilku kresek na mapie może zmienić wartość gruntów o miliony złotych, presja zawsze będzie gigantyczna. Najbardziej spektakularnym symbolem tej logiki pozostaje jednak Stobnica. W środku obszaru Natura 2000 wyrósł kilkunastopiętrowy obiekt stylizowany na zamek. Budowa przez lata była przedmiotem sporów administracyjnych, śledztw i postępowań sądowych. W kwietniu 2026 roku Naczelny Sąd Administracyjny zakończył jeden z najważniejszych administracyjnych wątków sprawy, uznając, że nie ma podstaw do wzruszenia zgody na budowę. Jednocześnie nadal toczył się proces karny dotyczący nieprawidłowości przy realizacji inwestycji. I właśnie dlatego ochrona przyrody nie może być uzależniona wyłącznie od tego, kto ma większy kapitał, droższą kancelarię i więcej cierpliwości do prowadzenia postępowań przez kolejne lata.

A teraz wróćmy na Podlaskie rejony. W Krasnopolu mieszkańcy protestują przeciwko utworzeniu rezerwatu Uroczysko Mszar. Argumentują, że od pokoleń chodzą tam po grzyby, jagody czy żurawinę i obawiają się ograniczeń. Gmina wcześniej sprzeciwiała się także utworzeniu innych rezerwatów, a pod jednym z protestów podpisało się prawie tysiąc osób. Te obawy trzeba traktować poważnie. Nie wolno mieszkańców pouczać ani traktować jak ludzi, którzy „nie rozumieją ekologii”.

Ale warto zadać inne pytanie. Kto najbardziej skorzysta na tym, że określony teren nigdy nie dostanie silniejszej ochrony? Czy człowiek chodzący tam dwa razy w roku po grzyby? Czy może ktoś, kto za dziesięć lub dwadzieścia lat kupi odpowiednio położoną działkę? Podobny mechanizm widzimy wokół Siemianówki.

Dyskusja o ograniczeniu zbiornika w celu poprawy sytuacji Narwi wywołuje potężne emocje. Mieszkańcy i przedsiębiorcy związani z turystyką obawiają się utraty źródeł dochodu. Padają argumenty o bankructwach, spadku wartości nieruchomości i zniszczeniu gospodarki stworzonej wokół zbiornika. Przyrodnicy zwracają natomiast uwagę na wpływ wielkiego sztucznego akwenu na hydrologię Narwi i problem parowania ogromnych ilości wody.

I znowu: rozmowa o rekompensatach czy interesie mieszkańców jest potrzebna. Ale rzeka nie jest własnością właściciela pensjonatu stojącego nad zbiornikiem. Tak samo jak jezioro nie jest własnością właściciela działki przy brzegu. Rzeka jest systemem, od którego zależą całe regiony. Jeżeli jej funkcjonowanie zostaje zaburzone, koszty ponoszą ludzie oddaleni od konkretnego biznesu o dziesiątki, a czasem setki kilometrów.

Podlaskie powinno tę lekcję znać najlepiej. Przecież już kiedyś słyszeliśmy, że garstka „ekologów” przeszkadza w rozwoju regionu. Że przez Dolinę Rospudy musi przejść droga. Że protestujący komplikują życie normalnym ludziom. Że kilka roślin, ptaków czy bagien nie może być ważniejszych od inwestycji. Ludzi broniących Doliny Rospudy nazywano oszołomami. Symbolem protestu stały się desperackie próby zatrzymania budowy. Po latach mało kto chciałby już powiedzieć, że zachowanie Rospudy było błędem. To samo może dotyczyć kolejnych miejsc.

Największym sukcesem przeciwników ochrony przyrody było wmówienie zwykłemu człowiekowi, że ekolog stoi po drugiej stronie barykady. Tymczasem bardzo często ekolog stoi dokładnie po tej samej stronie co zwykły mieszkaniec. Po stronie człowieka, który nie ma miliona złotych na działkę nad jeziorem. Który nie kupi apartamentu za dwa miliony przy samej plaży. Który nie będzie miał prywatnego pomostu, zamkniętego osiedla ani tarasu z widokiem na morze.

Ale który chciałby nadal móc przyjechać nad tę plażę, wejść do lasu, popatrzeć na rzekę i pokazać ją swoim dzieciom. Bo kiedy ochrona przyrody przegrywa, przyroda bardzo często wcale nie staje się bardziej dostępna dla „zwykłych ludzi”. Najpierw znika las. Potem pojawia się płot. Za płotem apartamenty. A na końcu reklama:

„Ekskluzywna inwestycja w otoczeniu dziewiczej natury”. I właśnie przed tym przede wszystkim jest nam potrzebna ochrona przyrody.

Featured Video Play Icon

Nietypowe hobby w Podlaskiem. Wystarczy leśna wędrówka.

Podlaskie lasy można przemierzać z wielu powodów. Jedni szukają grzybów, inni fotografują zwierzęta, a jeszcze inni wypatrują czegoś znacznie bardziej niezwykłego – poroża zrzuconego przez jelenie i łosie. Tak zwane zrzuty można znaleźć podczas zwykłej leśnej wędrówki, ale doświadczeni poszukiwacze doskonale wiedzą, że przypadek to tylko część sukcesu. Poroże nie jest tym samym co rogi. Samce jeleniowatych każdego roku pozbywają się starego poroża, a następnie zaczynają budować nowe. Właśnie dlatego zimą i na przedwiośniu w podlaskich lasach można trafić na prawdziwy leśny skarb leżący gdzieś pomiędzy trawami, gałęziami albo w ściółce.

Kiedy najlepiej ruszyć do lasu?

Terminy zależą przede wszystkim od gatunku. Łosie zrzucają poroże wcześniej – zwykle od grudnia do lutego. W przypadku jeleni najważniejszy okres rozpoczyna się na przełomie lutego i marca i może potrwać nawet do końca kwietnia. Starsze i silniejsze jelenie zazwyczaj pozbywają się poroża wcześniej, młodsze mogą nosić je znacznie dłużej. Dlatego osoby marzące o znalezieniu łopaty łosia powinny zainteresować się zimowymi wyprawami, natomiast poszukiwanie zrzutów jelenia najlepiej zaplanować na koniec zimy i początek wiosny. Dodatkową zaletą tego okresu jest niewielka ilość roślinności. Zanim las zazieleni się na dobre, poroże znacznie łatwiej dostrzec na ziemi.

Podlaskie jest pod tym względem wyjątkowo interesujące. Rozległe kompleksy leśne i duża liczba terenów podmokłych tworzą środowisko odpowiednie zarówno dla jeleni, jak i łosi. Te ostatnie szczególnie chętnie przebywają w wilgotnych borach, lasach bagiennych, olsach, brzezinach czy zaroślach wierzbowych.

Jak zwiększyć szansę na znalezienie zrzutu?

Najważniejsza zasada brzmi: nie należy chodzić po lesie całkowicie przypadkowo. Najpierw warto nauczyć się obserwować ślady zwierząt. Wydeptane ścieżki, tropy, miejsca żerowania oraz inne oznaki obecności jeleniowatych mówią znacznie więcej niż mapa. Szczególnie pomocny bywa świeży śnieg. Widoczne na nim tropy pozwalają rozpoznać miejsca regularnie odwiedzane przez zwierzęta. Lasy Państwowe wskazują, że najlepsze warunki do obserwowania tropów występują wcześnie rano po świeżych opadach śniegu.

Warto przyglądać się również miejscom, w których zwierzęta przechodzą pomiędzy lasem a żerowiskiem. Zrzut może spaść podczas chodzenia, gwałtowniejszego ruchu czy potrząśnięcia głową. Dawni i doświadczeni zbieracze zwracają też uwagę na nasłonecznione fragmenty lasu, gdzie zwierzyna chętnie przebywa zimą. Nie należy jednak spodziewać się, że po godzinie spacerowania wrócimy z porożem pod pachą. Poszukiwacze potrafią przemierzyć jednego dnia kilkanaście kilometrów lasu. To hobby dla cierpliwych. Czasem pierwszy zrzut znajduje się po kilku wyprawach, a czasem leży kilka metrów od leśnej drogi.

Warto także patrzeć nie tylko kilka metrów przed siebie. Zrzut jelenia potrafi niemal idealnie zlać się z gałęziami i ściółką. Dobrą metodą jest powolne przemieszczanie się i regularne spoglądanie na boki. Z czasem oko zaczyna automatycznie wychwytywać charakterystyczne kształty.

Znalezione poroże można zabrać, ale są wyjątki

Samo zbieranie naturalnie zrzuconego poroża jest w Polsce legalne. Jeżeli znajdziemy je w lesie gospodarczym, możemy je zabrać i stajemy się jego właścicielem. Nie wolno jednak zbierać zrzutów w parkach narodowych oraz rezerwatach przyrody. Ograniczenia dotyczą również m.in. niektórych ostoi zwierząt, powierzchni doświadczalnych, drzewostanów nasiennych czy upraw leśnych o wysokości do czterech metrów.

Ma to ogromne znaczenie szczególnie w Podlaskiem, gdzie duża część najcenniejszych przyrodniczo terenów objęta jest różnymi formami ochrony. Przed wyprawą warto więc sprawdzić, czy miejsce, które zamierzamy odwiedzić, nie znajduje się w parku narodowym, rezerwacie albo na terenie objętym zakazem wstępu.

Jest jeszcze jedna zasada ważniejsza od wszystkich metod poszukiwania: zrzutów szukamy, a nie „zdobywamy”. Nie wolno przepędzać zwierząt, podchodzić do odpoczywających stad ani próbować zmuszać jelenia lub łosia do zgubienia poroża. Płoszenie zwierzyny zimą powoduje niepotrzebny stres i utratę energii w okresie, kiedy zwierzęta mają najtrudniejszy dostęp do pokarmu. Lasy Państwowe regularnie prowadzą w sezonie akcje przeciwko takim praktykom.

Poszukiwanie zrzutów może być natomiast świetnym pretekstem do wielogodzinnej wędrówki przez podlaskie lasy. Nawet jeśli wrócimy z pustymi rękami, zaczynamy dostrzegać rzeczy, obok których podczas zwykłego spaceru przeszlibyśmy obojętnie: tropy łosia, miejsca żerowania jeleni, ślady dzików czy leśne ścieżki używane przez zwierzęta od wielu lat. A kiedy któregoś dnia spomiędzy suchych liści albo gałęzi wyłoni się pierwsza jelenia tyka czy łopata łosia, zwykły spacer po lesie może przerodzić się w hobby, które będzie przyciągało do podlaskich puszcz każdej kolejnej zimy.

Kto zarabia, a kto płaci? Podlasie między młotem a kowadłem.
Tarcza Wschód w budowie - fot. gov.pl

Kto zarabia, a kto płaci? Podlasie między młotem a kowadłem.

Na Podlasiu coraz częściej ścierają się dwie wizje przyszłości regionu. Pierwsza zakłada rozwój gospodarczy, nowe inwestycje, modernizację infrastruktury i wykorzystanie lokalnych zasobów. Druga stawia na ochronę krajobrazu, ciszę, przyrodę oraz zachowanie charakteru miejsca, który dla wielu mieszkańców jest największą wartością województwa. Żadnej z tych wizji nie można łatwo uznać za słuszną albo błędną. Problem zaczyna się wtedy, gdy korzyści z inwestycji otrzymują konkretne osoby lub przedsiębiorstwa, natomiast jej koszty ponosi znacznie większa grupa mieszkańców.

Panele zamiast łąk

Dobrym przykładem jest planowana budowa wielkopowierzchniowej elektrowni słonecznej w gminie Zabłudów. Inwestycja miałaby objąć ponad 200 hektarów prywatnych gruntów, z czego około 130 hektarów zostałoby zajętych przez panele. Część mieszkańców okolicznych miejscowości protestuje, wskazując na skalę przedsięwzięcia, bliskość zabudowań oraz możliwy wpływ na krajobraz i działalność gospodarstw agroturystycznych.

Zwolennicy podobnych inwestycji mogą odpowiedzieć, że energia odnawialna jest potrzebna, prywatni właściciele mają prawo korzystać ze swojej ziemi, a gmina nie może pozostawać na uboczu przemian gospodarczych. Podlasie nie powinno być traktowane jak skansen, w którym każda większa inwestycja jest z góry uznawana za zagrożenie. Przeciwnicy pytają jednak, czy rozwój musi oznaczać ustawienie przemysłowej instalacji tuż obok ich domów. Z ich perspektywy nie jest to abstrakcyjny spór o transformację energetyczną, lecz trwała zmiana otoczenia, w którym mieszkają, odpoczywają i niekiedy prowadzą działalność turystyczną.

Panele mogą produkować czystą energię, ale jednocześnie zmieniają krajobraz. To, co dla inwestora jest źródłem dochodu, dla sąsiada może oznaczać utratę widoku, poczucia przestrzeni oraz dotychczasowego charakteru miejscowości. Obie strony patrzą więc na tę samą inwestycję, ale widzą zupełnie inne rzeczy.

Przyroda, bezpieczeństwo i granice wolności

Podobne napięcie pojawia się przy planach związanych z przyrodniczym komponentem Tarczy Wschód. Ministerstwo Obrony Narodowej oraz Ministerstwo Klimatu i Środowiska zapowiedziały zmiany w sposobie gospodarowania lasami przy wschodniej granicy. W debacie pojawiły się określenia stref „no-go” i „slow-go”, których zasadniczym celem ma być utrudnienie przemieszczania się potencjalnych wojsk przeciwnika poprzez odpowiednie kształtowanie terenu i roślinności.

Z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa oraz ochrony przyrody taki projekt może wydawać się korzystny. Ograniczenie wycinki, pozostawianie większej ilości martwego drewna, odtwarzanie mokradeł czy zwiększanie naturalnej retencji mogą służyć zarówno środowisku, jak i obronności. Mieszkańcy terenów przygranicznych mogą jednak obawiać się, że decyzje podejmowane na poziomie centralnym będą coraz mocniej wpływały na ich codzienne życie. Pojawiają się pytania o dostęp do lasów i terenów przygranicznych, możliwość prowadzenia działalności gospodarczej, korzystania z własności oraz rozwijania turystyki.

W tym przypadku konflikt nie przebiega wyłącznie pomiędzy rozwojem a ochroną przyrody. Dotyczy także granicy pomiędzy interesem państwa a swobodą mieszkańców. Przyroda może zyskać, bezpieczeństwo może zostać wzmocnione, ale jednocześnie część ludzi może odczuwać, że traci wpływ na otoczenie, w którym żyje.

Żwirownia daje miejsca pracy, ale zabiera krajobraz

Jeszcze wyraźniej problem widać w przypadku żwirowni działających w okolicach Sokółki. Wzgórza Sokólskie są obszarem cenionym ze względu na urozmaiconą rzeźbę terenu oraz walory przyrodnicze, krajobrazowe, kulturowe i wypoczynkowe. Jednocześnie znajdują się tam złoża, których wydobycie może przynosić przedsiębiorcom znaczne dochody, zapewniać zatrudnienie i dostarczać materiałów potrzebnych między innymi w budownictwie.

Z punktu widzenia właściciela złoża lub przedsiębiorstwa wydobywczego eksploatacja kruszywa jest legalną działalnością gospodarczą. Z punktu widzenia mieszkańców oznacza jednak ciężki transport, hałas, pył, zmianę stosunków wodnych oraz trwałe przekształcenie terenu. Żwir zostaje sprzedany, pieniądze trafiają do przedsiębiorstwa, a powstałe wyrobisko pozostaje na miejscu. Nawet jeżeli teren zostanie później poddany rekultywacji, pierwotny krajobraz może już nigdy nie powrócić.

Właśnie tutaj najlepiej widać nierównowagę pomiędzy prywatnym zyskiem a społecznym kosztem. Korzyść można stosunkowo łatwo policzyć w złotówkach. Znacznie trudniej wycenić utracony krajobraz, pogorszenie komfortu życia albo fakt, że dana okolica przestaje być atrakcyjna turystycznie i mieszkaniowo.

Konfliktu nie da się całkowicie rozwiązać

Takich przykładów można znaleźć znacznie więcej. Budowa drogi w Puszczy poprawia komunikację, ale ingeruje w przyrodę. Elektrownia wiatrowa produkuje energię, ale zmienia panoramę okolicy i wprowadza hałas. Nowe osiedle przynosi podatki i mieszkania, ale zabiera pola oraz tereny zielone. Rezerwat chroni przyrodę, ale może ograniczać działalność gospodarczą.

Nie istnieje rozwiązanie, które jednocześnie zapewni nieograniczony rozwój, pełną ochronę krajobrazu, całkowitą swobodę właścicieli gruntów i brak uciążliwości dla sąsiadów. Te interesy są ze sobą sprzeczne i prawdopodobnie zawsze będą prowadziły do konfliktów. Nie oznacza to jednak, że społeczeństwo powinno bezradnie przyglądać się każdej inwestycji albo automatycznie ją blokować. Najważniejsze pytanie może brzmieć inaczej: kto otrzymuje korzyści, a kto ponosi koszty?

Jeżeli inwestycja przynosi prywatny zysk, ale powoduje mierzalne straty po stronie lokalnej społeczności, rozsądne wydaje się stworzenie mechanizmu rekompensaty. Mogłyby to być dodatkowe opłaty przeznaczone bezpośrednio na rozwój danej miejscowości, fundusze dla mieszkańców, inwestycje w drogi i przestrzeń publiczną, pasy zieleni osłaniające instalacje, ograniczenia dotyczące transportu lub inne rozwiązania uzgodnione ze społecznością.

Rekompensata nie sprawi, że farma fotowoltaiczna zniknie z krajobrazu, żwirownia przestanie być żwirownią, a ograniczenia przy granicy nie będą odczuwalne. Może jednak przywrócić elementarną równowagę. Skoro mieszkańcy mają ponosić część kosztów inwestycji lub decyzji podejmowanej w interesie innych podmiotów, powinni również otrzymać część wynikających z niej korzyści.

Spór pomiędzy rozwojem a spokojem pozostanie nierozwiązywalny, ponieważ obie wartości są potrzebne. Podlasie nie musi wybierać wyłącznie pomiędzy byciem przemysłowym zapleczem a przyrodniczym skansenem. Powinno natomiast wypracować zasadę, zgodnie z którą rozwój nie odbywa się cudzym kosztem bez rozmowy, udziału mieszkańców i uczciwego wyrównania ponoszonych strat.

Podlaskie kupuje pociągi za miliony, ale własnej kolei nadal nie ma.

Podlaskie kupuje pociągi za miliony, ale własnej kolei nadal nie ma.

Władze województwa podlaskiego ogłosiły zakup dwóch pierwszych w regionie hybrydowych zespołów trakcyjnych. Pojazdy wyprodukuje firma NEWAG, a wartość umowy wynosi niemal 118 mln zł. Jeden skład będzie więc kosztował blisko 59 mln zł. Zakup otrzymał 80 mln zł unijnego dofinansowania, natomiast pozostała część zostanie pokryta z budżetu województwa. Nowoczesny tabor jest oczywiście potrzebny. Pasażerowie oczekują komfortowych, dostępnych i niezawodnych pociągów. Problem polega jednak na tym, że województwo podlaskie konsekwentnie inwestuje dziesiątki milionów złotych w pojazdy kolejowe, lecz nadal nie posiada własnego regionalnego przewoźnika.

Samorząd kupuje pociągi, a następnie w przetargu wybiera zewnętrzną firmę, która będzie nimi (ale także swoimi) wozić pasażerów. Obecnie województwo dysponuje sześcioma elektrycznymi i jedenastoma spalinowymi zespołami trakcyjnymi. Wszystkie te pojazdy, stanowiące majątek samorządu, zostały przekazane w dzierżawę Polregio, które otrzymało także kontrakt na realizowanie przewozów w latach 2026–2030. Wartość pięcioletniej umowy wynosi blisko 400 mln zł.

Dolny Śląsk pokazał, że można inaczej

W innych częściach kraju samorządy wybrały zupełnie inną drogę. Najlepszym przykładem są Koleje Dolnośląskie — spółka należąca do samorządu województwa, która samodzielnie organizuje przewozy, rozwija połączenia, zatrudnia pracowników i buduje własną markę. Dzięki temu odpowiedzialność jest jasna. Samorząd posiada tabor, zarządza przewoźnikiem i bezpośrednio odpowiada przed mieszkańcami za jakość połączeń.

W Podlaskiem wygląda to inaczej. Województwo kupuje pociągi za publiczne pieniądze, a następnie płaci kolejnej spółce za ich obsługę. Trudno uznać taki model za najlepszy z możliwych, szczególnie gdy mówimy o inwestycjach liczonych już nie w milionach, ale w setkach milionów złotych.

Historia przetargów na podlaskie przewozy pokazuje ponadto, że wybór operatora nie zawsze przebiegał bez sporów. W jednym z postępowań Polregio odwołało się do Krajowej Izby Odwoławczej, gdy rozstrzygnięcie było dla tej spółki niekorzystne. W kolejnym postępowaniu odwołanie składała Arriva, kwestionując część wyjaśnień dotyczących oferty Polregio. KIO rozpatrywała te sprawy, nakazywała ponowne badanie określonych elementów postępowania albo oddalała zarzuty. Ostatecznie kontrakt na lata 2026–2030 otrzymało Polregio.

Pokazuje to jak skomplikowany i konfliktogenny jest obecny system. Co kilka lat samorząd musi przeprowadzać wielkie postępowanie, rozpatrywane są odwołania, a przyszłość regionalnych połączeń zależy od wyniku rywalizacji zewnętrznych operatorów. Własna spółka kolejowa pozwoliłaby budować stabilny system na dziesięciolecia, a nie tylko od jednego przetargu do następnego.

Hybrydowe pociągi mają sens. Trzeba tylko wiedzieć, dokąd mają jeździć.

Nowe składy będą mogły korzystać zarówno z napędu elektrycznego, jak i spalinowego. To bardzo ważna cecha w województwie, w którym duża część linii kolejowych nadal nie posiada sieci trakcyjnej. Takie pojazdy mogą sprawdzić się między innymi na trasie z Białegostoku przez Sokółkę do Augustowa i Suwałk. Odcinek na północ od Sokółki nie jest zelektryfikowany i obecnie nic nie wskazuje na to, aby sieć trakcyjna pojawiła się tam w najbliższych latach. Hybryda mogłaby więc wyjechać z Białegostoku, korzystając z energii elektrycznej, a następnie kontynuować podróż po niezelektryfikowanej linii bez konieczności zmiany pojazdu.

Ale jest jeszcze jedna trasa, o której niedawno pisaliśmy na Podlaskie.TV. Białystok nadal nie ma normalnego, regularnego i bezpośredniego połączenia kolejowego z Lublinem przez Bielsk Podlaski, Czeremchę, Siedlce, Łuków, Radzyń Podlaski i Parczew. Pasażerowie najczęściej muszą podróżować przez Warszawę, choć wszystkie potrzebne odcinki kolejowe istnieją i są wykorzystywane w ruchu pasażerskim.

Przeszkodą pozostaje brak elektryfikacji znacznej części trasy pomiędzy Białymstokiem a Siedlcami. Tak jak pisaliśmy, nie uniemożliwia to wprowadzenia już teraz połączenia, ale jest przeszkodą. I właśnie tutaj zakup hybrydowych zespołów trakcyjnych nabiera szczególnego znaczenia.

Skoro województwo kupuje pojazdy potrafiące poruszać się zarówno pod siecią trakcyjną, jak i bez niej, to argument o braku elektryfikacji przestaje być wystarczającym usprawiedliwieniem dla braku połączenia Białystok–Lublin. Oczywiście uruchomienie takiej trasy wymaga współpracy trzech województw (bo chyba dla żartu autorzy reformy samorządowej w 1999 roku wcisnęli kawałek Mazowieckiego pomiędzy Podlaskie i Lubelskie), uzgodnienia rozkładu, finansowania i dostępu do infrastruktury. Nie jest to jednak problem technicznie niemożliwy do rozwiązania.

Nowoczesny pociąg nie powinien być jedynie eksponatem prezentowanym podczas konferencji prasowych. Powinien służyć do uruchamiania połączeń, których mieszkańcy rzeczywiście potrzebują.

Marszałku, czas na Koleje Podlaskie

Już wcześniej apelowaliśmy na Podlaskie.TV o utworzenie Kolei Podlaskich. Podtrzymujemy ten apel. Skoro województwo posiada siedemnaście pojazdów, kupuje dwa kolejne za niemal 118 mln zł i rozważa zamówienie następnych czterech, to najwyższy czas zadać podstawowe pytanie: dlaczego cały ten majątek nie może być wykorzystywany przez własną spółkę samorządową?

Koleje Podlaskie nie musiałyby od pierwszego dnia przejmować wszystkich tras. Spółkę można rozwijać stopniowo — rozpocząć od obsługi wybranych połączeń, zbudować zaplecze techniczne, zatrudnić maszynistów i pracowników, a później rozszerzać działalność. Dokładnie tak rozwijały się samorządowe koleje w innych województwach. Własny przewoźnik oznaczałby większą kontrolę nad rozkładem jazdy, standardem obsługi, stanem taboru i informacją dla pasażerów.

Zakup hybrydowych pociągów może być dobrym krokiem. Ale sam zakup taboru nie jest jeszcze polityką transportową. Prawdziwym historycznym wydarzeniem byłoby stworzenie spójnej, odpowiedzialnej i zarządzanej w regionie kolei.

Panie Marszałku, skoro województwo potrafi kupować własne pociągi, powinno również potrafić stworzyć własnego przewoźnika. Czas na Koleje Podlaskie.

Featured Video Play Icon

Motocyklem po Podlasiu. Same piękne widoki!

Podlasie to jeden z tych regionów, które najlepiej poznaje się bez pośpiechu. Motocykl daje tu szczególną swobodę — pozwala zjechać z głównych tras, zatrzymać się przy jeziorze, w środku lasu albo na skraju rozległych bagien i po prostu cieszyć się widokiem.

Podczas podróży w powyższym filmie odwiedzamy Suwałki oraz wyjątkową Suwalszczyznę, której krajobraz został ukształtowany przez lodowiec. Kręte drogi, wzgórza, jeziora i otwarte przestrzenie sprawiają, że jest to jeden z najciekawszych regionów w Polsce dla miłośników jazdy motocyklem. Niedaleko znajduje się jezioro Wigry — otoczone lasami, spokojne i niezwykle malownicze. Kolejnym punktem podróży jest Augustów, kojarzony z jeziorami, Kanałem Augustowskim i Puszczą Augustowską. To miejsce, w którym woda i las niemal cały czas towarzyszą podróżującym. Trasy prowadzące przez okolice Augustowa potrafią zachwycić zarówno rozległymi widokami, jak i zacisznymi drogami biegnącymi wśród drzew.

Na trasie nie mogło zabraknąć Białegostoku — największego miasta regionu i naturalnego punktu wypadowego do wielu podlaskich atrakcji. Stąd można wyruszyć między innymi w stronę Supraśla, niewielkiego uzdrowiska położonego w samym sercu Puszczy Knyszyńskiej. Droga prowadząca do miasteczka, otoczona lasami, już sama w sobie jest częścią podróży.

Podlasie to jednak przede wszystkim niezwykła przyroda. Biebrzański Park Narodowy oferuje bezkresne bagna, podmokłe łąki i otwarte przestrzenie, które ciągną się aż po horyzont. Krajobraz zmienia się tutaj wraz z porami roku, pogodą i poziomem wody. Każdy przejazd może więc wyglądać zupełnie inaczej.

Ciekawym, mniej oczywistym przystankiem jest również Kopalnia Surowców Mineralnych. Jej przemysłowy krajobraz mocno kontrastuje z zielonymi lasami i spokojnymi jeziorami regionu, pokazując zupełnie inne oblicze Podlasia.

Dalsza trasa prowadzi do Białowieży oraz Puszczy Białowieskiej — jednego z najcenniejszych obszarów leśnych w Europie, wpisanego na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. To miejsce wyjątkowe nie tylko ze względu na żubry, ale także ze względu na zachowane fragmenty naturalnego lasu, ogromne drzewa i atmosferę, której trudno doświadczyć gdziekolwiek indziej.

Motocyklowa podróż po Podlasiu to połączenie pięknych krajobrazów, spokojnych dróg, dzikiej przyrody i niezwykle różnorodnych miejsc. Od Suwałk i jeziora Wigry, przez Augustów, Białystok, Supraśl i dolinę Biebrzy, aż po Białowieżę — każdy odcinek trasy oferuje coś innego. To region, w którym nie trzeba szukać jednej najważniejszej atrakcji. Największą atrakcją jest sama droga, zmieniające się widoki i możliwość zatrzymania się wszędzie tam, gdzie Podlasie wygląda szczególnie pięknie.

Dajcie spokój z tymi syrenami na rocznice. Politycy – znajdźcie sobie inną zabawkę!

Dajcie spokój z tymi syrenami na rocznice. Politycy – znajdźcie sobie inną zabawkę!

W sobotę o godzinie 17.00 w wielu polskich miastach ponownie zawyją syreny. Oficjalnie będzie to symboliczne uczczenie 82. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. Stolica zatrzyma się na minutę w godzinę „W”, a podobne sygnały zostaną uruchomione również w innych częściach kraju. Piękny gest? Owszem. Pod warunkiem że syrena jest dzwonem, hejnałem albo instrumentem w orkiestrze dętej. Tyle że nie jest.

Syrena alarmowa jest urządzeniem służącym do alarmowania (a to ciekawe!) ludzi o niebezpieczeństwie. Jej dźwięk powinien oznaczać mniej więcej tyle: przerwij to, co robisz, sprawdź komunikaty, znajdź schronienie, bo być może za chwilę stanie się coś bardzo złego.

W Polsce oznacza natomiast wszystko

Rocznicę. Ćwiczenia. Test techniczny. Pamięć historyczną. Zagrożenie. Odwołanie zagrożenia. Czasami uroczystość państwową, czasami samorządową, a czasami fakt, że ktoś w urzędzie postanowił sprawdzić, czy przycisk nadal działa. Nie mamy już systemu alarmowania. Mamy narodową trąbkę do obsługi dowolnej okazji. Dziesięć dni temu test. Wczoraj prawdziwe zagrożenie. Jutro rocznica.

21 lipca w całym kraju odbywały się ćwiczenia „ALARM-26”. W godzinach od 7.00 do 19.00 uruchamiano systemy ostrzegania, sprawdzając między innymi procedury, słyszalność syren i działanie infrastruktury. Mieszkańców uprzedzano, że to tylko trening i nie należy się niepokoić. Czyli syrena wyje, ale spokojnie. Nad ranem 30 lipca syreny obudziły mieszkańców Lubelszczyzny. Tym razem nie chodziło o akademię, rekonstrukcję ani test głośników. Alarm uruchomiono w związku z rosyjskim atakiem na Ukrainę, aktywnością lotnictwa przy polskiej granicy i pojawieniem się niezidentyfikowanego obiektu. Czyli syrena wyje i tym razem być może naprawdę należy się bać. A jutro znów zawyje. Ale spokojnie, tym razem czcimy rocznicę.

Jeszcze kilka takich rund i obywatel po usłyszeniu alarmu będzie zastanawiał się nie nad tym, gdzie jest najbliższe bezpieczne miejsce, lecz nad tym, czy przypadkiem nie wypada dziś jakaś bitwa, powstanie, katastrofa albo lokalny jubileusz koła gospodyń wiejskich.

Państwo uczy ludzi ignorowania własnych alarmów

Zjawisko jest banalne i znane każdemu, kto kiedykolwiek miał w samochodzie wadliwy czujnik. Pierwszy sygnał niepokoi. Drugi sprawdzasz. Przy trzecim wzdychasz. Po dziesiątym podgłaśniasz radio. Tak właśnie powstaje zobojętnienie alarmowe. Im częściej sygnał ostrzegawczy pojawia się bez realnego zagrożenia, tym mniejszą wywołuje reakcję. Nie dlatego, że ludzie są głupi, leniwi albo niepatriotyczni. Dlatego, że ich mózg całkiem rozsądnie uczy się, iż ten dźwięk najczęściej niczego od nich nie wymaga.

Państwo prowadzi więc bardzo osobliwy program szkoleniowy: regularnie trenuje obywateli, żeby ignorowali system, który może kiedyś uratować im życie. Najpierw informuje: „usłyszycie syreny, ale nie reagujcie”. Potem: „usłyszeliście syreny, to było prawdziwe zagrożenie”. Następnie: „jutro znów usłyszycie syreny, ale tym razem stańcie na baczność”. Jeszcze brakuje tylko komunikatu: „W środę syreny zostaną użyte do przypomnienia o odbiorze odpadów wielkogabarytowych”.

Pamięć o powstańcach nie wymaga psucia systemu bezpieczeństwa

Krytyka używania syren nie jest krytyką Powstania Warszawskiego ani pamięci o jego uczestnikach. To wygodny chwyt tych, którzy każdą dyskusję chcą zamknąć pytaniem: „Czy przeszkadza panu oddawanie hołdu bohaterom?”. Nie. Przeszkadza mi używanie urządzenia alarmowego do celów ceremonialnych w państwie leżącym przy kraju napadniętym przez Rosję. Powstańców można uczcić minutą ciszy. Zatrzymaniem ruchu. Dzwonami kościelnymi. Hejnałem. Sygnałem emitowanym z miejskich głośników. Komunikatem w radiu i telefonach. Flagami. Uroczystościami. Światłami. Dosłownie setką sposobów, które nie polegają na rozmywaniu znaczenia podstawowego narzędzia obrony cywilnej.

Syrena powinna wyć wtedy, gdy człowiek ma coś zrobić. Nie wtedy, gdy ma coś wspominać. To rozróżnienie naprawdę nie wymaga doktoratu z zarządzania kryzysowego. Halyna, baczność. Albo i nie. Jutro więc znów zawyje. Jedni staną. Inni nagrają film telefonem. Ktoś pomyśli, że są ćwiczenia. Ktoś inny sprawdzi kalendarz. Większość nawet nie oderwie wzroku od ekranu, bo przecież syreny ostatnio wyją regularnie i prawie zawsze po chwili okazuje się, że „nie ma powodów do niepokoju”.

A kiedy pewnego dnia powody naprawdę będą, usłyszymy zapewne zdziwione pytanie: dlaczego ludzie nie zareagowali? Ano dlatego, że wcześniej przez lata tresowano ich, żeby nie reagowali. Bohater mema przynajmniej próbował zachować się patriotycznie. Pomylił powstania, pożegnał się z Halyną, wyszedł oddać hołd i dopiero wtedy zobaczył błysk. My jesteśmy już o etap dalej. Usłyszymy syrenę, przewrócimy się na drugi bok i pomyślimy: „Dajcie spokój. Pewnie znowu jakaś rocznica”.

Featured Video Play Icon

Suwałki i Suwalszczyzna na aktywny weekend. Tu naprawdę trudno się nudzić.

Suwalszczyzna bywa nazywana jednym z najbardziej niezwykłych regionów Polski. Nie bez powodu. Są tu jeziora, wzgórza, lasy, rzeki, niewielkie miejscowości z własną historią i Suwałki — miasto, które może stać się bardzo dobrą bazą do poznawania całej okolicy. Powyższy film zabiera widzów w podróż po Suwałkach i najciekawszych zakątkach regionu. Pokazuje, że na północno-wschodnim krańcu Polski można spędzić weekend bardzo aktywnie, a jednocześnie bez pośpiechu. Jednego dnia można zwiedzać miasto, drugiego wsiąść na rower, popłynąć kajakiem albo ruszyć nad jedno z najbardziej charakterystycznych jezior Suwalszczyzny.

Same Suwałki są miastem kompaktowym, które można poznawać pieszo. Nie brakuje tu miejsc związanych z historią, kulturą i ważnymi postaciami regionu. Na uwagę zasługują między innymi murale, nietypowe muzeum Marii Konopnickiej oraz Cmentarz Siedmiu Wyznań, przypominający o wielokulturowej przeszłości miasta. Suwałki potrafią jednak pokazać również bardziej rozrywkowe oblicze. Jednym z najważniejszych wydarzeń odbywających się w mieście jest Suwałki Blues Festival, przyciągający muzyków i publiczność z różnych części kraju oraz zagranicy. Wieczorne koncerty można połączyć z dziennym poznawaniem miasta i całej Suwalszczyzny.

Największą siłą regionu pozostaje jednak przyroda. Suwalski Park Krajobrazowy zachwyca ukształtowaniem terenu, które jest efektem działalności lodowca. Krajobraz tworzą tu wzgórza, doliny, jeziora i rozległe panoramy. To jedno z tych miejsc, w których nawet zwykła przejażdżka rowerowa może stać się główną atrakcją dnia. Na trasie nie może zabraknąć jeziora Hańcza, uznawanego za najgłębsze jezioro w Polsce. W jego sąsiedztwie znajduje się również Głazowisko Bachanowo, gdzie można zobaczyć tysiące głazów pozostawionych przez lodowiec. Razem tworzą one krajobraz, który trudno pomylić z jakimkolwiek innym regionem kraju.

Suwalszczyzna to także historie ludzi i społeczności, które przez lata nadawały temu miejscu wyjątkowy charakter. W Wodziłkach można poznać dzieje staroobrzędowców, czyli wspólnoty religijnej, która osiedliła się na tych terenach kilka wieków temu. Ich obecność jest jednym z przykładów kulturowej różnorodności regionu. Miłośnicy aktywnego wypoczynku mogą wybrać spływ Czarną Hańczą. To jedna z najbardziej znanych tras kajakowych w Polsce, prowadząca przez spokojne, zielone tereny. Rzeka pozwala oglądać Suwalszczyznę z zupełnie innej perspektywy i na chwilę odciąć się od miejskiego pośpiechu.

Innym sposobem na poznanie okolicy jest podróż Wigierską Kolejką Wąskotorową. Trasa prowadzi przez lasy Wigierskiego Parku Narodowego, w sąsiedztwie jezior i miejsc związanych z dawną gospodarką leśną. Sama przejażdżka jest atrakcją zarówno dla dzieci, jak i dorosłych. Wigierski Park Narodowy oferuje jednak znacznie więcej. To rozległy obszar jezior, lasów i szlaków, który można poznawać pieszo, na rowerze lub z kajaka. Centralnym punktem regionu jest jezioro Wigry, otoczone zatokami, półwyspami i wyspami.

Podróż po Suwalszczyźnie warto zakończyć również poznawaniem lokalnej kultury i kuchni. Dobrym kierunkiem jest Puńsk, będący ważnym ośrodkiem mniejszości litewskiej w Polsce. Można tu zetknąć się z językiem litewskim, lokalnymi tradycjami i potrawami, które dodatkowo podkreślają pograniczny charakter regionu. Film pokazuje Suwalszczyznę jako miejsce różnorodne i pełne możliwości. Można tu przyjechać dla przyrody, historii, sportu, muzyki albo lokalnej kuchni. Najlepiej jednak połączyć wszystkie te elementy i przekonać się, że nawet krótki weekend może wystarczyć, by zobaczyć naprawdę wiele.

Suwałki mogą być początkiem tej podróży, ale to właśnie cała Suwalszczyzna sprawia, że chce się tu zostać dłużej.

Featured Video Play Icon

Łomża w 1994 roku. Tak wyglądało miasto ponad trzy dekady temu

Ponad trzydzieści lat temu Łomża wyglądała znajomo, a jednocześnie zupełnie inaczej. Archiwalny film z 1994 roku pozwala na chwilę wrócić do miasta z czasów, gdy codzienność płynęła spokojniejszym rytmem, ulice wyglądały inaczej, a wiele miejsc dopiero czekało na zmiany, które przyniosły kolejne dekady.

Na nagraniu możemy zobaczyć Łomżę taką, jaką pamiętają jej mieszkańcy z lat dziewięćdziesiątych. Są miejskie ulice, budynki, samochody oraz ludzie zajęci zwyczajnymi sprawami. Dziś właśnie te pozornie zwyczajne obrazy mają największą wartość. Pokazują bowiem nie tylko architekturę i wygląd miasta, ale również atmosferę tamtych czasów. Szczególną uwagę przyciągają kadry znad Narwi. Widać plażę, wypoczywających mieszkańców i rzekę, która od zawsze była jednym z najważniejszych elementów krajobrazu Łomży. Dla wielu osób takie obrazy mogą przywoływać wspomnienia wakacji, spotkań ze znajomymi i letnich dni spędzanych nad wodą.

Rok 1994 był okresem, w którym Polska szybko się zmieniała. Na ulicach pojawiało się coraz więcej samochodów, rozwijał się handel, zmieniały się sklepy, reklamy i sposób spędzania wolnego czasu. Łomża również przechodziła tę przemianę, choć oglądana dziś na archiwalnym filmie sprawia wrażenie spokojniejszej i mniej zatłoczonej. Na takim nagraniu warto zwrócić uwagę na szczegóły. Dawne szyldy, witryny sklepowe, przystanki, ubrania przechodniów, modele samochodów czy niezabudowane jeszcze miejsca opowiadają historię miasta równie ciekawie jak oficjalne kroniki. To właśnie one pokazują, jak wyglądało codzienne życie mieszkańców.

Dla młodszych odbiorców film może być okazją do zobaczenia Łomży sprzed wielkich remontów, nowych inwestycji i zmian przestrzennych. Dla starszych będzie prawdopodobnie sentymentalną podróżą do czasów młodości, dzieciństwa lub pierwszych lat dorosłego życia. Miasta zmieniają się powoli, dlatego na co dzień nie zawsze dostrzegamy skalę tych przeobrażeń. Dopiero gdy zestawimy współczesną Łomżę z obrazami sprzed ponad trzydziestu lat, widzimy, jak wiele miejsc zmieniło swoje oblicze. Niektóre budynki zniknęły, inne zostały przebudowane, pojawiły się nowe drogi, osiedla i obiekty. Jednocześnie część charakterystycznych punktów nadal pozostaje rozpoznawalna.

Archiwalny film z 1994 roku jest więc czymś więcej niż tylko zapisem miasta. To fragment lokalnej pamięci — opowieść o Łomży i jej mieszkańcach uchwyconych w zwyczajnym momencie, który po latach stał się historią. Obejrzyjcie nagranie i sprawdźcie, ile miejsc uda się Wam rozpoznać. Być może ktoś odnajdzie znajomą ulicę, dawny sklep, fragment plaży, a nawet siebie lub swoich bliskich. Napiszcie również, jak wspominacie Łomżę z połowy lat dziewięćdziesiątych.

Czy Białoruś zabiera wodę Narwi, a nie Siemianówka?
Tak wygląda rzeka Narew tuż przy granicy polsko-białoruskiej, jeszcze przed zalewem Siemianówka.

Czy Białoruś zabiera wodę Narwi, a nie Siemianówka?

Za każdym razem, gdy publikujemy tekst dotyczący konieczności zmniejszenia Siemianówki, by ratować Narew, bo brudny i zdegradowany zalew zabiera rzece wodę – pojawia się ten sam typ komentarzy. Próbujący tłumaczyć, że to nie Siemianówka jest winna, a Białoruś, która miałaby swoimi inwestycjami wpływać na poziom rzeki. Sprawdziliśmy dogłębnie rosyjskojęzyczny internet. Jakie wnioski z tego przeszukania płyną?

Narew nie zaczyna się w zbiorniku Siemianówka. Jej źródła znajdują się na Białorusi, w rejonie bagna Dzikie i Puszczy Białowieskiej. Zanim rzeka przekroczy granicę z Polską i wpłynie do zbiornika, pokonuje po białoruskiej stronie około 44 kilometrów. Może więc pojawić się pytanie, czy przyczyn niskiego poziomu Narwi należy szukać właśnie tam.

Dostępne materiały nie dają jednak nawet cienia podstaw do takiego wniosku. Przeciwnie, w białoruskich opracowaniach przyrodniczych Narew jest opisywana jako rzeka, która spośród cieków Puszczy Białowieskiej ucierpiała wskutek melioracji stosunkowo najmniej. Bezpośrednio z jej systemem związany jest tylko jeden większy obszar melioracyjny – „Borki–Popielewo” o powierzchni około 470 hektarów – oraz pojedyncze, stare kanały w górnym biegu rzeki.

Taki system może lokalnie przyspieszać odpływ wody z gruntów i mokradeł. Nie jest jednak odpowiednikiem dużej zapory ani zbiornika retencyjnego. Nie znaleźliśmy również informacji, by na białoruskim odcinku Narwi funkcjonowała budowla pozwalająca zatrzymywać znaczne ilości wody, regulować przepływ do Polski albo przekierowywać go do innej zlewni.

Warto też uważać na częste pomieszanie Narwi z Narewką. To właśnie Narewka, będąca dopływem Narwi, została na białoruskim odcinku znacznie silniej wyprostowana, skanalizowana i zasilona wodami z rowów melioracyjnych. W ostatnich latach rozpoczęto tam nawet odtwarzanie naturalnych zakoli. Nie należy jednak przenosić informacji o silnym przekształceniu Narewki na główną rzekę Narew.

Nie oznacza to, że stan białoruskich mokradeł jest zupełnie obojętny. Narew wypływa z bagna Dzikie, dlatego osuszanie torfowisk, zarastanie kanałów, zmiany klimatyczne oraz długie okresy bez opadów mogą wpływać na ilość wody docierającej do granicy. Mokradła działają jak naturalna gąbka: zatrzymują wodę po roztopach i deszczach, a następnie stopniowo oddają ją rzece. Jeżeli tracą zdolność retencji, rzeka może gwałtowniej reagować na opady, a jednocześnie szybciej słabnąć podczas suszy. Bagno Dzikie leży jednak na dziale wodnym i zasila źródłowe obszary kilku rzek, dlatego bez dokładnych pomiarów nie można określić, jak zmienia się ilość wody trafiającej stamtąd do Narwi.

Najważniejszy wniosek z naszych poszukiwań jest więc taki: nie ma dowodów, że Białoruś zatrzymuje Narew, odbiera jej wodę albo poprzez rozległą meliorację doprowadziła do obecnego kryzysu rzeki w Polsce. Białoruski odcinek jest krótki, słabo zagospodarowany i pozbawiony dużych obiektów regulujących przepływ. Znajdujące się tam urządzenia melioracyjne mogą mieć znaczenie lokalne, ale system „Borki–Popielewo”, obejmujący 4,7 kilometra kwadratowego, trudno uznać za wyjaśnienie problemów całej górnej Narwi.

Dlatego przyczyn niskich stanów rzeki należy szukać przede wszystkim w całym układzie: coraz słabszych zimowych roztopach, suszach, utracie naturalnej retencji, regulacji koryta oraz sposobie funkcjonowania zbiornika Siemianówka. Białoruska część zlewni może wpływać na wielkość dopływu – bo każda część zlewni ma takie znaczenie – ale dostępne informacje nie wskazują, by to właśnie działalność Białorusi była głównym źródłem problemu.

Mówiąc najprościej: Narew może już przy granicy nie być potężną rzeką, lecz nie dlatego, że Białoruś zatrzymuje jej wodę. Jest to naturalnie niewielki, źródłowy ciek wypływający z mokradeł. Poważne przekształcenie jej rytmu następuje dopiero dalej, gdy rzeka wpływa do wielkiego, sterowanego przez człowieka zbiornika Siemianówka.

Białystok może mieć bezpośredni pociąg do Lublina. Brakuje tylko decyzji.

Białystok może mieć bezpośredni pociąg do Lublina. Brakuje tylko decyzji.

Podróż koleją z Białegostoku do Lublina wygląda dziś tak, jakby oba miasta leżały po przeciwnych stronach Polski. Pasażer najczęściej musi jechać przez Warszawę, choć istnieje znacznie bardziej naturalna trasa przez Bielsk Podlaski, Czeremchę, Siedlce, Łuków, Radzyń Podlaski i Parczew. Nie jest to jednak trasa pozbawiona problemów. Znaczna jej część między Białymstokiem a Siedlcami nie ma sieci trakcyjnej, dlatego zwykły pociąg elektryczny nie może przejechać nią od początku do końca.

Nie oznacza to jednak, że bezpośrednie połączenie jest niemożliwe. Najlepszym dowodem jest kursujący tą trasą Bocian, prowadzony lokomotywą spalinową SU160. Dociera on z Białegostoku przez Czeremchę do Siedlec, skąd dalej w kierunku Lublina jeździ elektryczna Inka. Dwa istniejące pociągi pokazują więc, że wszystkie potrzebne odcinki są czynne i obsługują ruch pasażerski. Problemem nie jest brak torów, lecz konieczność zastosowania lokomotywy spalinowej, dwunapędowej albo zmiany lokomotywy w Siedlcach.

Dwa pociągi, z których mógłby powstać jeden

Bocian prowadzi wagony z Białegostoku przez Bielsk Podlaski, Hajnówkę, Czeremchę i Siedlce w kierunku Warszawy. Inka również przejeżdża przez Siedlce, ale następnie kieruje się przez Łuków, Radzyń Podlaski i Parczew do Lublina. Siedlce są więc naturalnym punktem, w którym spotykają się dwie części potencjalnej trasy między stolicami województw podlaskiego i lubelskiego.

Nie chodzi nawet o dosłowne połączenie dwóch obecnych pociągów. Można byłoby wydłużyć relację jednego z nich, zmienić obieg składu albo uruchomić nową parę pociągów korzystającą z istniejących tras i infrastruktury. Od strony pasażera efekt byłby prosty: wsiadamy w Białymstoku, a wysiadamy w Lublinie – bez podróży przez Warszawę i bez przesiadania się w Siedlcach.

Dzisiaj jedziemy naokoło

Brak bezpośredniego pociągu pomiędzy Białymstokiem a Lublinem jest jednym z przykładów tego, jak polska kolej nadal bywa podporządkowana połączeniom ze stolicą kraju. Osobno można dojechać z Białegostoku do Warszawy i z Warszawy do Lublina, ale podróż pomiędzy sąsiednimi regionami okazuje się znacznie trudniejsza. Na mapie widać wyraźnie, że jazda przez Warszawę oznacza nadrabianie drogi. Najpierw trzeba pojechać z Białegostoku na zachód, a następnie z Warszawy ponownie skierować się na południowy wschód. Trasa przez Czeremchę i Siedlce prowadzi znacznie bardziej naturalnym korytarzem.

Bezpośredni pociąg nie służyłby zresztą wyłącznie mieszkańcom dwóch największych miast. Zapewniłby także nowe możliwości podróżowania mieszkańcom Bielska Podlaskiego, Hajnówki i Czeremchy. Po drugiej stronie połączyłby te miejscowości z Łukowem, Radzyniem Podlaskim, Parczewem i Lublinem. Powstałoby połączenie spinające wschodnią Polskę, zamiast kolejnego pociągu prowadzącego wszystkich pasażerów do Warszawy.

Połączenie ważne również dla turystyki

Taka relacja miałaby znaczenie nie tylko dla osób podróżujących do pracy, na uczelnię czy do rodziny. Mogłaby połączyć dwa regiony o ogromnym potencjale turystycznym. Mieszkańcy Lubelszczyzny otrzymaliby bezpośrednie połączenie kolejowe z Hajnówką i Puszczą Białowieską. Z kolei mieszkańcy województwa podlaskiego mogliby łatwiej dotrzeć do Lublina i innych miejscowości leżących przy tej trasie.

W sezonie pociąg mógłby obsługiwać również przewóz rowerów. Trasa przebiega przecież przez obszary, które są atrakcyjne dla turystów szukających przyrody, spokojnych miasteczek i miejsc położonych z dala od najpopularniejszych szlaków.

Problemem nie są tory

Oczywiście uruchomienie bezpośredniego połączenia nie polega wyłącznie na dopisaniu nazwy miasta do rozkładu. Trzeba znaleźć odpowiedni skład, zamówić trasę u zarządcy infrastruktury, ustalić finansowanie i przekonać organizatorów przewozów, że pociąg będzie miał wystarczającą liczbę pasażerów. W przypadku połączeń dalekobieżnych kluczowa byłaby decyzja Ministerstwa Infrastruktury oraz PKP Intercity. Potrzebna byłaby również współpraca samorządów województw podlaskiego i lubelskiego, które powinny wspólnie zabiegać o stworzenie takiej relacji.

Najważniejsze jest jednak to, że nie trzeba czekać na budowę nowej linii kolejowej. Poszczególne odcinki trasy są przejezdne i wykorzystywane przez pociągi pasażerskie. Bocian i Inka są najlepszym dowodem, że bezpośrednie połączenie Białegostoku z Lublinem nie jest nierealnym pomysłem. Dzisiaj kolej potrafi dowieźć pasażera z Białegostoku do Siedlec oraz z Siedlec do Lublina. Pozostaje więc pytanie, dlaczego nie potrafi zrobić tego jednym pociągiem.

Białystok i Lublin są stolicami sąsiednich województw. Łączą je relacje gospodarcze, akademickie, rodzinne i turystyczne. Bezpośredni pociąg między nimi nie wymaga budowy nowej linii, ale nie powstanie również przez proste wydłużenie elektrycznej Inki. Potrzebny byłby skład mogący przejechać przez niezelektryfikowany odcinek między Białymstokiem, Czeremchą i Siedlcami.

Takie rozwiązanie już częściowo funkcjonuje, bo Bocian pokonuje ten fragment na czele z lokomotywą spalinową. Pozostaje więc pytanie, czy zamiast kończyć jego użyteczną dla wschodniej Polski trasę w Warszawie, nie warto stworzyć pociągu, który z Siedlec pojedzie dalej przez Łuków i Parczew do Lublina.

Nie byłoby to zresztą rozwiązanie niespotykane na podlaskiej kolei. W podobny sposób funkcjonują dalekobieżne pociągi jadące do Suwałk przez Białystok i Sokółkę. Ponieważ linia z Białegostoku do Suwałk nadal nie jest zelektryfikowana, skład może przyjechać do Białegostoku pod lokomotywą elektryczną, a następnie po zmianie lokomotywy ruszyć dalej z lokomotywą spalinową. Tak obsługiwana jest między innymi Hańcza, prowadzona na suwalskim odcinku przez SU160.

Podobną operację można byłoby zastosować w pociągu Białystok–Lublin: niezelektryfikowany odcinek pokonać z lokomotywą spalinową, a na stacji leżącej pod siecią trakcyjną zmienić ją na elektryczną. Alternatywnie lokomotywa spalinowa mogłaby poprowadzić skład przez całą trasę. Nie jest to więc pomysł pozbawiony trudności technicznych i organizacyjnych, ale z pewnością jest realny.

Czy w tężniach mieszkańcy wdychają kał? Szokujące doniesienia.
Tężnia w Wasilkowie. Aktualnie wyłączona od dłuższego czasu (ale nie wiadomo z jakiego powodu).

Czy w tężniach mieszkańcy wdychają kał? Szokujące doniesienia.

Miały poprawiać odporność, ułatwiać oddychanie i tworzyć w środku miasta namiastkę nadmorskiego mikroklimatu. Najnowsze wyniki badań krakowskich tężni stawiają jednak te obietnice pod dużym znakiem zapytania. W solance oraz w unoszącej się wokół instalacji mgiełce naukowcy znaleźli bakterie, których nikt rozsądny nie chciałby świadomie wdychać. Czy oznacza to, że tężnie masowo budowane także w województwie podlaskim powinny zostać zamknięte? Odpowiedź nie jest tak prosta, ponieważ pod wspólną nazwą „tężni” funkcjonują dwa zupełnie różne rodzaje instalacji.

Więcej bakterii niż w rzece i gospodarskiej oborze

Badania prowadzone przez prof. Katarzynę Wolny-Koładkę z Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie objęły trzy miejskie tężnie. W krążącej w nich solance wykrywano między innymi bakterie Escherichia coli, Enterococcus faecalis oraz Clostridium perfringens. W mgiełce obecne były również alergenne grzyby i promieniowce.

Najnowsze wyniki, przedstawione w lipcu 2026 roku w Radiu Kraków, brzmią jeszcze bardziej niepokojąco. We wszystkich trzech badanych obiektach stężenie bakterii E. coli w solance miało być wyższe niż w Zalewie Nowohuckim i rzece Dłubni. Badaczka poinformowała również, że w mgiełce wokół tężni znalazła więcej bakterii kałowych niż podczas prowadzonych wcześniej badań w oborach.

To ważne, ponieważ tężnia nie jest fontanną, którą oglądamy z daleka. Jej podstawowym zadaniem jest wytwarzanie aerozolu, który trafia bezpośrednio do dróg oddechowych osób siedzących w pobliżu. Jeżeli w krążącej cieczy rozwijają się bakterie, część z nich może zostać uniesiona wraz z drobnymi kroplami.

Szczególnie niepokojące jest to, że z takich miejsc najczęściej korzystają seniorzy, małe dzieci, alergicy oraz osoby cierpiące na choroby układu oddechowego. Czyli właśnie ludzie, dla których ewentualna infekcja może być bardziej niebezpieczna niż dla zdrowego dorosłego.

Tężnia tężni nierówna

W tym miejscu trzeba jednak dokonać bardzo ważnego rozróżnienia. W Podlaskiem, a szczególnie w Białymstoku, powstały zarówno tradycyjne tężnie mokre, jak i nowoczesne instalacje suche, nazywane potocznie tężniami elektrycznymi.

Tężnia mokra to konstrukcja wypełniona najczęściej gałązkami tarniny. Pompa tłoczy solankę na górę, a następnie ciecz spływa po roślinnym złożu, rozbijając się na mniejsze krople. Ta sama solanka może wielokrotnie krążyć w obiegu. Do zbiornika i na tarninę dostają się kurz, pyłki, liście, owady oraz odchody ptaków. W wilgotnej konstrukcji powstaje środowisko, w którym mogą rozwijać się mikroorganizmy. To właśnie takich instalacji dotyczą alarmujące badania z Krakowa.

Drugi rodzaj to tężnia sucha, w której aerozol solny powstaje mechanicznie przy użyciu urządzenia elektrycznego. Nie ma tam ściany z tarniny, po której miesiącami spływa ta sama ciecz. W białostockiej tężni na Plantach powietrze pobierane z zewnątrz jest filtrowane, osuszane i poddawane obróbce, a następnie rozprowadzany jest w nim suchy aerozol solny.

W Białymstoku suche instalacje zbudowano między innymi na Plantach, przy ulicy Szkolnej oraz w parku przy Spodkach. Taka instalacja jest też w Supraślu. Tradycyjna mokra tężnia, w której solanka spływa po tarninie, działa natomiast na Pieczurkach czy też w Wasilkowie nad zalewem.

Nie można więc automatycznie przenosić wyników badań krakowskich konstrukcji mokrych na każdą altanę reklamowaną jako tężnia solankowa. W suchej instalacji nie występuje ten sam problem wielokrotnie krążącej solanki i stale wilgotnego złoża roślinnego.

Nie oznacza to jednak, że tężni elektrycznych nie trzeba kontrolować. Filtry, kanały wentylacyjne, urządzenia wytwarzające aerozol oraz używany materiał solny także wymagają właściwego serwisowania. Ryzyko ma jednak inny charakter i powinno być oceniane oddzielnie.

Wielka moda wyprzedziła przepisy

Największym problemem nie jest nawet samo wykrycie bakterii. Jest nim fakt, że przez lata samorządy wydawały publiczne pieniądze na obiekty przedstawiane jako inwestycje w zdrowie, choć państwo nie stworzyło dla nich jasnych norm sanitarnych.

Główny Inspektorat Sanitarny dopiero w maju 2026 roku opublikował zalecenia dotyczące takich instalacji. Jednocześnie oficjalnie uznał, że miejskie mikrotężnie nie są urządzeniami lecznictwa uzdrowiskowego. To jedynie „obiekty małej architektury wodnej”, pełniące przede wszystkim funkcję rekreacyjną i dekoracyjną. Nie podlegają więc takim samym wymaganiom i nadzorowi jak prawdziwe tężnie działające w uzdrowiskach.

GIS zwrócił nawet uwagę, że zarządcy nie powinni sugerować mieszkańcom efektów leczniczych porównywalnych z działaniem profesjonalnych urządzeń uzdrowiskowych. Opracowane zalecenia dotyczą projektowania, uruchamiania, eksploatacji i sezonowego wyłączania instalacji, ale nie są obowiązującym prawem. Stanowią jedynie zbiór dobrych praktyk.

W praktyce oznacza to, że tężnie mogą działać, choć nie istnieje powszechny obowiązek regularnego sprawdzania solanki i aerozolu pod kątem obecności bakterii. Zarządca może prowadzić takie badania z własnej inicjatywy, ale nie jest to system porównywalny z kontrolowaniem wody w basenach czy kąpieliskach.

Czy podlaskie tężnie będą zamykane?

Na razie nie ma podstaw, by twierdzić, że wszystkie zostaną zamknięte. Nie wydano ogólnopolskiego nakazu wyłączenia takich obiektów. Same wyniki z Krakowa nie dowodzą również, że identyczne skażenie występuje w każdej tężni w Polsce. Powinny jednak zakończyć epokę korzystania z tych instalacji na zasadzie wiary, że skoro woda jest słona, konstrukcja pachnie drewnem, a na tablicy zapisano hasło o zdrowiu, to wszystko musi być bezpieczne.

W pierwszej kolejności przebadane powinny zostać podlaskie tężnie mokre, w których solanka krąży w obiegu i spływa po tarninie lub innym wilgotnym wypełnieniu. Badaniu powinna podlegać nie tylko ciecz znajdująca się w zbiorniku, ale również aerozol obecny w strefie oddychania użytkowników. To właśnie zawartość mgiełki rozstrzyga, co rzeczywiście trafia do płuc.

Jeżeli badania wykażą obecność bakterii kałowych albo innych potencjalnie niebezpiecznych mikroorganizmów, instalacja powinna zostać natychmiast wyłączona do czasu skutecznego usunięcia przyczyny. Nie wystarczy umycie tarniny, zebranie liści czy wymiana solanki raz w sezonie. Krakowska badaczka informuje, że również po czyszczeniu i wymianie cieczy nie obserwowała istotnej poprawy parametrów mikrobiologicznych.

Tężnie suche trzeba natomiast oceniać według zasad odpowiednich dla urządzeń mechanicznie wytwarzających aerozol: kontrolować źródło soli, stan filtrów, kanałów powietrznych, generatorów oraz dokumentację serwisową. Nie powinno się wrzucać ich do jednego worka z konstrukcjami tarninowymi, ale nie można też uznawać ich za bezpieczne wyłącznie na podstawie zapewnień producenta lub samorządowej informacji prasowej.

Najpierw badania, później zaproszenia do „głębokiego oddechu”

W Podlaskiem wydano na tężnie niemałe pieniądze. Pierwsza mokra tężnia w Białymstoku, zbudowana na osiedlu Pieczurki w ramach budżetu obywatelskiego, kosztowała około 654 tys. złotych. Solanka krąży tam w obiegu i spływa po konstrukcji wypełnionej tarniną, a więc działa ona na podobnej zasadzie jak obiekty badane przez krakowskich naukowców.

Tradycyjna tężnia solankowa powstała również nad zalewem w Wasilkowie. Była częścią znacznie większej, wartej ponad 10 mln złotych modernizacji terenów rekreacyjnych, obejmującej także plażę, pomosty, wypożyczalnię sprzętu i plac zabaw. Nie podano jednak osobnego kosztu samej tężni.

Po doniesieniach z Krakowa to właśnie takie instalacje powinny zostać przebadane w pierwszej kolejności. Nie dlatego, że już wiadomo, iż są skażone, lecz dlatego, że wykorzystują ten sam mechanizm: solanka jest pompowana na górę, spływa po roślinnym złożu, zbiera się w zbiorniku i ponownie trafia do obiegu. Bez wyników badań mikrobiologicznych nie da się odpowiedzialnie zapewnić mieszkańców, że unosząca się wokół nich mgiełka jest bezpieczna.

Czy pole golfowe w Wasilkowie zatruje Supraśl? Jest duże ryzko.
Koncepcja wygenerowana przez Urząd Miejski w Wasilkowie

Czy pole golfowe w Wasilkowie zatruje Supraśl? Jest duże ryzko.

Pole golfowe w okolicach Białegostoku samo w sobie nie jest złym pomysłem. Może być atrakcją sportową, przyciągać gości, uzupełniać ofertę rekreacyjną aglomeracji i tworzyć przestrzeń, której dotąd w regionie brakowało. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy spojrzymy nie na samą inwestycję, lecz na miejsce wybrane do jej realizacji. Pełnowymiarowe pole ma powstać na prawie stu hektarach w Nowodworcach, na terenie gminy Wasilków. Projekt znajduje się dopiero na etapie przygotowywania planu zagospodarowania przestrzennego, dlatego nie znamy jeszcze szczegółów dotyczących nawadniania, odwodnienia, nawożenia ani zabezpieczenia wód.

Nie ma więc podstaw, aby już dziś twierdzić, że pole golfowe zatruje Supraśl albo zagrozi wodzie pitnej mieszkańców. Takie stwierdzenie byłoby przedwczesne. Jest jednak wystarczająco dużo powodów, aby zapytać, czy samorządy nie wybierają lokalizacji, w której margines błędu jest wyjątkowo mały.

Zielony trawnik nie powstaje sam

Teren przeznaczony pod inwestycję to dziś przede wszystkim łąki, nieużytki, podmokłe obniżenia i grunty porośnięte naturalną roślinnością. Dla kogoś patrzącego z daleka mogą to być po prostu chwasty i niewykorzystana ziemia. Z punktu widzenia gospodarki wodnej taki obszar pełni jednak ważną funkcję. Podmokłe łąki zatrzymują wodę po opadach, spowalniają jej odpływ i pozwalają jej stopniowo wsiąkać w grunt. Nie wymagają regularnego koszenia do wysokości kilku milimetrów, intensywnego nawadniania ani pielęgnacji koniecznej do utrzymania murawy sportowej.

Pole golfowe wygląda naturalnie, ponieważ dominuje na nim zieleń. W rzeczywistości jego najbardziej reprezentacyjne fragmenty są precyzyjnie zaprojektowanym i stale kontrolowanym środowiskiem. Trawa ma pozostać równa, gęsta i zielona także podczas suszy. Grunt nie może być zbyt mokry po ulewie, bo na podmokłym greenie nie da się grać. Konieczne stają się więc systemy nawadniania i odwodnienia, odpowiednie przygotowanie podłoża, regularne nawożenie oraz ochrona murawy przed chorobami i chwastami.

Nie musi to automatycznie prowadzić do skażenia rzeki. Współczesne pole można zaprojektować znacznie rozsądniej niż obiekty budowane kilkadziesiąt lat temu. Można ograniczać intensywnie pielęgnowaną powierzchnię, pozostawiać naturalne łąki pomiędzy torami, tworzyć strefy buforowe, zbierać wodę opadową i kontrolować odpływ.

Nie da się jednak uczciwie powiedzieć, że ryzyka nie ma. Szczególnie gdy inwestycja ma powstać na terenach podmokłych w sąsiedztwie rzeki.

To nie jest dowolna rzeka

Supraśl jest miejscem cennym przyrodniczo, ale jej znaczenie jest znacznie większe. Z systemem tej rzeki związane jest zaopatrzenie w wodę Wasilkowa i Białegostoku. Zakład uzdatniania Pietrasze–Wasilków wykorzystuje ujęcia powierzchniowe, infiltracyjne i podziemne bazujące na zasobach Supraśli.

Nie chodzi zatem o abstrakcyjny spór między miłośnikami golfa a obrońcami kilku mokrych łąk. Mówimy o obszarze pozostającym w sąsiedztwie jednego ze strategicznych systemów wodnych całej aglomeracji. Oczywiście woda dostarczana mieszkańcom jest badana i uzdatniana. Nie oznacza to jednak, że racjonalną polityką jest dokładanie nowych potencjalnych źródeł presji tam, gdzie można ich uniknąć. Uzdatnianie wody nie powinno zastępować ochrony miejsca, z którego jest ona pobierana.

Największe obawy budzi nie tylko możliwość spływania nawozów zawierających azot i fosfor. Równie istotna może być przebudowa stosunków wodnych. Aby na podmokłym terenie można było utrzymać murawę odpowiednią do gry, część obszaru trzeba będzie prawdopodobnie ukształtować, ustabilizować i odwodnić. Woda, która dziś zatrzymuje się na łąkach, może zostać skierowana do rowów, drenów lub zbiorników.

Dopiero szczegółowa dokumentacja pokaże, czy rzeczywiście będzie to konieczne i w jakiej skali. Właśnie dlatego nie należy dziś ogłaszać katastrofy, ale też nie wolno zadowolić się zapewnieniem, że wszystko zostanie wykonane zgodnie z przepisami.

Przepisy nie odpowiadają na najważniejsze pytanie

Samorząd zapewne zleci odpowiednie opracowania. Powstanie prognoza oddziaływania planu na środowisko, a inwestycja będzie musiała przejść wymagane procedury i uzgodnienia. Projektanci mogą zaproponować pasy ochronne, retencję, kontrolowane odwodnienie, ograniczone nawożenie oraz monitoring wód. Możliwe jest więc stworzenie pola znacznie mniej uciążliwego niż stereotypowy, intensywnie nawożony zielony dywan. Nadal pozostaje jednak podstawowe pytanie: po co podejmować takie ryzyko właśnie tutaj?

Procedura środowiskowa może odpowiedzieć, czy inwestycję da się zrealizować pod określonymi warunkami. Nie zawsze odpowie natomiast, czy z punktu widzenia mieszkańców i długoterminowej ochrony zasobów wodnych jest to najlepsza z dostępnych lokalizacji.

To zasadnicza różnica. Coś może być prawnie dopuszczalne, a jednocześnie niepotrzebnie ryzykowne. Można zaprojektować zabezpieczenia, ale każde zabezpieczenie wymaga później konserwacji, kontroli i przestrzegania zasad przez kolejne dziesięciolecia. Zmieni się zarządca pola, zmieni się burmistrz, mogą zmienić się również warunki klimatyczne. Mokre lata będą przeplatały się z suszami i gwałtownymi ulewami. Wybór odpowiedniej lokalizacji jest zabezpieczeniem znacznie skuteczniejszym niż najbardziej rozbudowana instrukcja nawożenia.

Topilec powiedział „nie”

To nie jest pierwsza próba znalezienia miejsca na pełnowymiarowe pole golfowe w pobliżu Białegostoku. Wcześniej rozważano jego budowę w okolicach Topilca, w otulinie Narwiańskiego Parku Narodowego. Mieszkańcy Topilca i okolic stanowczo sprzeciwili się inwestycji. Obawiali się utraty ziemi, wywłaszczeń, problemów dla gospodarstw oraz degradacji środowiska. Ostatecznie właściciele nie zgodzili się na sprzedaż gruntów, a samorządowcy odstąpili od realizacji pomysłu.

Wtedy część sporu dotyczyła prawa własności i sposobu prowadzenia rozmów z rolnikami. Z dzisiejszej perspektywy widać jednak, że mieszkańcy mogli mieć rację również w sprawie samej lokalizacji.

Otulina Narwiańskiego Parku Narodowego, sąsiedztwo terenów Natura 2000 i dolina jednej z najcenniejszych rzek regionu rzeczywiście nie wydają się miejscem, do którego należy na siłę wprowadzać pełnowymiarowe pole golfowe. Mieszkańcy Topilca ochronili swoją ziemię, ale być może uchronili również dolinę Narwi przed inwestycją, której oddziaływanie trudno byłoby później całkowicie cofnąć.

Po odrzuceniu Topilca pomysł nie zniknął. Przeniesiono go w okolice Wasilkowa. Problem polega na tym, że zamiast znaleźć teren wyraźnie mniej wrażliwy, ponownie wybrano obszar związany z ważną rzeką, mokradłami i ochroną zasobów wodnych.

Nie chodzi o walkę z golfem

Najłatwiej byłoby sprowadzić całą dyskusję do konfliktu między rozwojem a ekologią. Zwolennicy inwestycji mogliby przedstawiać jej krytyków jako ludzi przeciwnych każdej zmianie, każdej rekreacji i każdej większej inwestycji. Tylko że nie chodzi o zakaz budowy pola golfowego w województwie podlaskim. Nie ma powodu, by mieszkańcy regionu nie mogli korzystać z takiego obiektu. Nie ma również podstaw, by z góry zakładać, że każde pole golfowe jest katastrofą ekologiczną.

Chodzi o proporcje i odpowiedzialność

Pole golfowe jest inwestycją rekreacyjną. Supraśl, tereny podmokłe i system zaopatrzenia mieszkańców w wodę należą natomiast do zasobów podstawowych. Jeżeli te dwa interesy zaczynają ze sobą kolidować, pierwszeństwo powinno mieć bezpieczeństwo wody i zachowanie naturalnej retencji.

To inwestor i samorząd powinni przedstawić konkretne odpowiedzi. Skąd będzie pobierana woda do podlewania? Co wydarzy się podczas suszy? Dokąd trafi woda odprowadzana z murawy po gwałtownej ulewie? Ile terenu zostanie osuszone? Jakie nawozy i środki ochrony roślin będą dopuszczone? Kto będzie stale kontrolował ich stosowanie? Jak szerokie strefy naturalnej roślinności pozostaną przy ciekach i podmokłych obniżeniach? Czy monitoring rozpocznie się jeszcze przed budową, aby można było później porównać jakość wód?

A przede wszystkim: jakie inne lokalizacje zostały zbadane i dlaczego je odrzucono?

Samorząd powinien udowodnić nie tylko, że zna sposoby ograniczenia szkód. Powinien wykazać, że rozważył inne lokalizacje i że nie istnieje rozsądna alternatywa poza doliną Supraśli. Jeżeli taka alternatywa istnieje, ryzykowanie obszarem podmokłym w pobliżu strategicznego systemu wodnego trudno uznać za racjonalne.

Białystok wyda pół miliarda na halę, która nie jest nikomu potrzebna

Białystok wyda pół miliarda na halę, która nie jest nikomu potrzebna

Ten tytuł może zabrzmieć jak jakaś herezja, ale gdy zapoznacie się z merytorycznymi argumentami, sami powiecie, że Białystok wyda pół miliarda na halę, która nie jest nikomu potrzebna.

Stolica województwa jest coraz bliżej budowy hali widowiskowo-sportowej. Do przetargu zgłosiły się trzy firmy, a najtańsza oferta opiewa na blisko 485 milionów złotych. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, po podpisaniu umowy wykonawca będzie miał 30 miesięcy na zakończenie inwestycji.

Można byłoby więc powiedzieć: wreszcie. O hali mówi się przecież w Białymstoku od kilkunastu lat. Problem polega na tym, że przez te kilkanaście lat zmieniło się miasto, zmienił się rynek wydarzeń, zmieniły się oczekiwania publiczności i zmieniła się skala przedsięwzięć organizowanych w Polsce. Tymczasem Białystok nadal próbuje zrealizować pomysł będący odpowiedzią na potrzeby z zupełnie innej epoki.

To nie jest zarzut do prezydenta Tadeusza Truskolaskiego, że hali wcześniej nie zbudował. Historia tej inwestycji sięga co najmniej 2012 roku, kiedy rozstrzygnięto konkurs architektoniczny. Później przedsięwzięcie na lata utknęło między kolejnymi procedurami, dokumentami, decyzjami i zastrzeżeniami dotyczącymi planowanej lokalizacji. Pozwolenie na budowę miasto otrzymało dopiero w 2024 roku. Można więc przyjąć, że władze Białegostoku rzeczywiście próbowały doprowadzić projekt do końca, lecz przez wiele lat nie mogły tego zrobić.

Tyle że właśnie dlatego należało w pewnym momencie zatrzymać się i zadać podstawowe pytanie: czy hala wymyślona kilkanaście lat temu nadal jest tym, czego Białystok potrzebuje najbardziej?

Hala dla sportu, którego w Białymstoku nie ma

Planowany obiekt ma mieć ponad 30 tysięcy metrów kwadratowych powierzchni, cztery kondygnacje i widownię na około 6,4 tysiąca osób. W środku powstaną boiska, trybuny, zaplecze treningowe, strefa odnowy biologicznej, przestrzenie dla zawodników, artystów i mediów, lokale gastronomiczne oraz centrum konferencyjne.

Na papierze wygląda to imponująco. Tylko komu właściwie ma służyć największa funkcja tego obiektu, czyli arena sportowa na kilka tysięcy widzów?

Białystok nie ma dziś ani w koszykówce, ani w siatkówce, ani w piłce ręcznej zespołu grającego w najwyższej klasie rozgrywkowej. Tym bardziej nie ma drużyny, której regularne mecze przyciągałyby sześć tysięcy kibiców. Duża hala może pomóc klubom się rozwinąć, ale nie stworzy automatycznie silnej drużyny, sponsorów, wieloletniego finansowania ani tysięcy kibiców. Wznoszenie ogromnego obiektu z nadzieją, że kiedyś pojawi się zespół, który będzie go regularnie zapełniał, przypomina budowę portu w oczekiwaniu, że później znajdą się statki. Najpierw musi być popyt.

Na największe koncerty hala będzie za mała

Drugim argumentem mają być koncerty. I tu problem z wielkością obiektu staje się jeszcze bardziej widoczny. Stadion miejski ma ponad 22 tysiące miejsc na trybunach. Podczas koncertów dochodzi do tego publiczność stojąca na płycie. Koncert Sanah pokazał, że w Białymstoku można zgromadzić około 25 tysięcy widzów. Stadion, który przede wszystkim służy Jagiellonii, jest jednocześnie miejscem zdolnym przyjąć największe wydarzenia muzyczne organizowane w regionie.

Hala z widownią na około 6,4 tysiąca osób, nawet po ustawieniu części publiczności na płycie, pozostanie obiektem kilka razy mniejszym. Nie będzie więc realną konkurencją dla stadionów, na których występują największe gwiazdy. Stadion ma 22 372 miejsca na trybunach, a sam obiekt reklamuje się również jako przestrzeń do organizowania koncertów i dużych wydarzeń kulturalnych.

Nowa hala może oczywiście przyciągnąć wykonawców, dla których stadion jest za duży. Ale w tym segmencie rynku Białystok nie znajduje się na pustyni. Są kluby, sale widowiskowe, kampus Uniwersytetu w Białymstoku, obiekty sportowe, a przede wszystkim Opera i Filharmonia Podlaska. Nie chodzi więc o to, że w hali nie odbędzie się żaden koncert. Odbędą się. Pytanie brzmi, czy sporadyczne występy na kilka tysięcy osób uzasadniają wydanie niemal pół miliarda złotych i późniejsze ponoszenie kosztów utrzymania całego obiektu.

Opera już ma scenę, której może pozazdrościć wiele miast

W oficjalnych zapowiedziach hali pojawiają się również spektakle i wydarzenia kulturalne. Tyle że Białystok posiada Operę i Filharmonię Podlaską – obiekt stworzony właśnie do realizacji wymagających przedsięwzięć scenicznych.

Duża Scena Opery ma około 20 metrów szerokości i 16 metrów głębokości. Wyposażono ją w cztery dwupoziomowe zapadnie, scenę obrotową, 53 sztankiety, automatyczną mechanikę sceniczną oraz rozbudowany system oświetlenia i nagłośnienia. Widownia może być konfigurowana na ponad tysiąc osób. To nie jest zwykła sala ze sceną ustawioną na końcu parkietu, lecz jeden z najbardziej zaawansowanych technologicznie obiektów teatralnych w tej części Polski.

Hala sportowa może przyjąć objazdowy musical, kabaret, widowisko telewizyjne albo koncert z własną produkcją. Nie zastąpi jednak Opery jako miejsca stworzonego do wystawiania spektakli. Będzie po prostu kolejną przestrzenią, którą trzeba będzie zapełnić wydarzeniami, aby nie świeciła pustkami.

Konferencje i targi? Miejsce już jest

Kolejnymi funkcjami mają być konferencje, wystawy i wydarzenia biznesowe. Również tutaj trudno wskazać brak infrastruktury, który uzasadniałby inwestycję tej skali.

Stadion miejski dysponuje dwunastoma salami rozmieszczonymi na czterech kondygnacjach. Największe przestrzenie mają prawie 1300 metrów kwadratowych i mogą przyjmować kilkaset osób. Sam stadion oferuje organizację konferencji, szkoleń, wydarzeń firmowych i targów. Do wykorzystania są również powierzchnie wystawiennicze wewnątrz i na zewnątrz obiektu, a w szczególnych przypadkach nawet płyta główna o powierzchni około 7500 metrów kwadratowych.

Do tego dochodzą hotele, uczelnie, Opera, Białostocki Park Naukowo-Technologiczny oraz liczne prywatne centra konferencyjne. Białystok może potrzebować lepszej koordynacji i promocji tych przestrzeni, ale trudno twierdzić, że cierpi na brak sal, w których da się przeprowadzić konferencję.

Pół miliarda za uzupełnienie istniejącej oferty

Najtańsza oferta w przetargu wynosi niemal 485 milionów złotych brutto. Najdroższa przekracza 537 milionów. Do tego trzeba będzie doliczyć późniejsze wyposażenie, bieżące utrzymanie, ogrzewanie, ochronę, remonty, obsługę techniczną i ewentualne dopłaty do funkcjonowania obiektu. Za te pieniądze Białystok nie otrzyma ani hali odpowiadającej na potrzeby istniejącego klubu z wielotysięczną publicznością, ani największej areny koncertowej we wschodniej Polsce, ani obiektu kulturalnego przewyższającego możliwości Opery, ani jedynego miejsca zdolnego przyjmować targi i kongresy.

Otrzyma bardzo drogi obiekt, który będzie po trochu halą sportową, salą koncertową, centrum konferencyjnym, powierzchnią targową i zapleczem rekreacyjnym. Każdą z tych funkcji będzie spełniał, ale w niemal każdej będzie konkurował z miejscami, które już w Białymstoku istnieją.

I właśnie tutaj znajduje się największa słabość tej inwestycji. Nie chodzi o to, że hala będzie całkowicie bezużyteczna. Z pewnością znajdzie zastosowanie. W tak dużym mieście zawsze da się zorganizować mecze, gale, targi, koncerty, widowiska, kongresy i imprezy szkolne. Pytanie nie brzmi jednak: czy cokolwiek będzie się tam odbywać? Pytanie brzmi: czy korzyści będą warte pół miliarda złotych?

Albo naprawdę duża arena, albo znacznie tańszy obiekt

Gdyby Białystok zdecydował się stworzyć obiekt o rzeczywiście ponadregionalnej skali, zdolny przyciągać największe koncerty i wydarzenia z całej Polski oraz krajów sąsiednich, rozmowa wyglądałaby inaczej. Musiałaby to jednak być arena mieszcząca dziesiątki tysięcy osób – w skrajnym wariancie nawet około 40–50 tysięcy – a więc obiekt o znaczeniu krajowym, nie lokalna hala powiększona o centrum konferencyjne.

Taka inwestycja również byłaby niezwykle droga i obarczona ogromnym ryzykiem. Miałaby jednak przynajmniej czytelny cel: sprawić, aby Białystok stał się jednym z najważniejszych miejsc wielkich wydarzeń w Polsce.

Alternatywą byłaby dużo mniejsza i tańsza hala sportowa, odpowiadająca realnym potrzebom miejscowych klubów, szkół, zawodników i mieszkańców. Bez monumentalnej formy, bez kosztownego udawania centrum wszystkiego i bez tworzenia obiektu, który od pierwszego dnia będzie musiał walczyć o wydarzenia z Operą i stadionem.

Miasto wybrało rozwiązanie pośrednie, a rozwiązania pośrednie bywają najdroższe. Hala będzie zbyt duża dla większości lokalnych drużyn, ale za mała dla największych koncertów. Będzie oferowała rozbudowaną scenę wydarzeń, choć Białystok ma Operę. Będzie posiadała sale konferencyjne i powierzchnie targowe, choć takie przestrzenie działają już na stadionie.

Kilkanaście lat temu hala na 6,4 tysiąca miejsc mogła być symbolem skoku cywilizacyjnego Białegostoku. Dzisiaj wygląda raczej jak spóźniona odpowiedź na pytanie, którego nikt już nie zadaje.

Najgorszym argumentem za jej budową byłoby stwierdzenie, że skoro mieszkańcy czekali na nią tak długo, to teraz trzeba ją wybudować za wszelką cenę. Czasem długo oczekiwana inwestycja staje się jeszcze bardziej potrzebna. Czasem jednak po latach okazuje się, że świat poszedł dalej, a projekt został w miejscu.

Białystok powinien więc jeszcze raz policzyć nie tylko koszt budowy hali, lecz także cenę jej późniejszego utrzymania i realną liczbę wydarzeń, których nie da się zorganizować w żadnym z istniejących obiektów. Bo pół miliarda złotych to zbyt duża kwota, by wydawać ją wyłącznie po to, aby po kilkunastu latach móc powiedzieć: wreszcie ją mamy.

Featured Video Play Icon

Co za piękne widoki! Drewniane cerkwie i domy wzbudzają zachwyt turystów.

Są miejsca, które najlepiej poznaje się bez pośpiechu. Bez odhaczania kolejnych atrakcji, bez tłumu, bez wielkich parkingów i krzykliwych reklam. Podlasie z całą pewnością do takich miejsc należy. Jego prawdziwy urok kryje się często nie przy głównych drogach, lecz w niewielkich wsiach, wśród drewnianych domów, starych cerkwi, przydrożnych krzyży i pól ciągnących się aż po horyzont.

Piękny film opublikowany w serwisie YouTube pokazuje właśnie takie Podlasie. Widzimy w nim drewniane świątynie, wiejskie zabudowania, zdobione szczyty domów i charakterystyczne okiennice, które przez dziesięciolecia były jednym z najbardziej rozpoznawalnych elementów miejscowej architektury. Autor filmu opisuje Podlasie jako krainę żubrów, drewnianych cerkwi i niezwykłej przyrody. Miejsce, w którym tradycja spotyka się z naturą, a każdy zakątek zachwyca spokojem i wyjątkową atmosferą. Trudno o lepsze podsumowanie tego, czego szukają tutaj przyjezdni.

Drewniana architektura Podlasia nie jest bowiem jedynie ładnym tłem do zdjęć. To zapis historii ludzi, którzy przez pokolenia mieszkali na styku kultur, religii i języków. Każda świątynia, każdy dom i każdy rzeźbiony detal opowiadają historię miejscowych budowniczych oraz mieszkańców, którzy potrafili nadawać nawet prostym budynkom niepowtarzalny charakter. Szczególne wrażenie robią drewniane cerkwie. Czasem stoją w centrum miejscowości, a czasem ukryte są pośród drzew, z dala od najpopularniejszych turystycznych tras. Ich smukłe kopuły, barwne elewacje i niewielkie cmentarze tworzą krajobraz, którego nie da się pomylić z żadnym innym regionem Polski.

Równie ważne są tradycyjne drewniane domy. W wielu wsiach wciąż można zobaczyć budynki ozdobione misternie wycinanymi nadokiennikami, gankami i kolorowymi okiennicami. Niektóre są odnowione, inne powoli ulegają upływowi czasu. Wszystkie jednak tworzą niezwykłą opowieść o dawnym Podlasiu. To właśnie ta autentyczność przyciąga ludzi z różnych stron świata. Podlasie nie zachwyca rozmachem. Zachwyca ciszą, detalem i poczuciem, że czas płynie tu nieco inaczej. Przyjezdni szukają tutaj nie tylko żubrów i dzikiej przyrody, lecz także krajobrazu kulturowego, który w wielu innych miejscach już dawno zniknął.

Film przypomina również, jak kruche jest to dziedzictwo. Drewniane budynki wymagają stałej opieki, remontów i ludzi, którzy rozumieją ich wartość. Każdy znikający dom z okiennicami i każda zaniedbana świątynia oznaczają utratę fragmentu regionalnej tożsamości, którego nie da się później odbudować za pomocą nowoczesnych materiałów i przypadkowych imitacji. Warto więc oglądać takie filmy, ale przede wszystkim warto ruszyć w drogę i zobaczyć Podlasie na własne oczy. Nie trzeba planować wielkiej wyprawy. Czasem wystarczy zjechać z głównej trasy, zatrzymać się w niewielkiej miejscowości i rozejrzeć dookoła.

Może właśnie wtedy zobaczymy drewnianą cerkiew odbijającą się w porannej mgle, stary dom z błękitnymi okiennicami albo pustą drogę prowadzącą między polami. I zrozumiemy, dlaczego ludzie z całego świata potrafią zakochać się w Podlasiu.

Featured Video Play Icon

Drewniane kościoły w Podlaskiem są rzadkością. Ten to prawdziwy unikat.

Podlaskie powszechnie kojarzy się z drewnianą architekturą. Zachowały się tu stare wiejskie domy, cerkwie, kapliczki, dzwonnice, a nawet zabytkowe meczety. Znacznie trudniej odnaleźć jednak drewniane kościoły katolickie, szczególnie takie, które pamiętają jeszcze czasy Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Dlatego niewielka świątynia stojąca w Ciborach-Kołaczkach w gminie Zawady jest obiektem naprawdę wyjątkowym.

Kościół filialny pod wezwaniem Narodzenia Najświętszej Maryi Panny zbudowano w 1742 roku. Należy do najcenniejszych zachowanych przykładów drewnianej architektury sakralnej na pograniczu Mazowsza i Podlasia. Reprezentuje typ barokowej świątyni bezwieżowej – jej bryłę tworzą korpus nawowy, węższe prezbiterium oraz wysunięta część frontowa, przykryte wspólnym dachem. Nad całością góruje niewielka, ozdobna sygnaturka zwieńczona krzyżem.

Choć dziś kościół stoi w Ciborach-Kołaczkach, pierwotnie znajdował się w pobliskich Zawadach. Powstał tam w miejscu wcześniejszych drewnianych świątyń i przez ponad dwa stulecia służył jako kościół parafialny. Był wielokrotnie remontowany, ale mimo upływu czasu zachował swoją historyczną formę oraz znaczną część dawnego wystroju.

Szczególnie cenne jest wnętrze świątyni. W 1839 roku zostało ono pokryte polichromią wykonaną przez Jana Czarnowskiego z Tykocina. Jej fundatorem był dziedzic Zawad Józef Suchodolski. Kolejne malowidła wykonano w 1883 roku. Na stropach przedstawiono między innymi Matkę Bożą Niepokalaną, Baranka Apokaliptycznego oraz symbole Wiary, Nadziei i Miłości.

Kościół posiada trójnawowe wnętrze z arkadami oddzielającymi nawę główną od bocznych. Między nawą a prezbiterium znajduje się profilowana belka tęczowa z krucyfiksem. Nad kruchtą umieszczono chór muzyczny z ażurową balustradą. Zachowały się również trzy eklektyczne ołtarze, neomanierystyczna ambona oraz późnobarokowy obraz Matki Bożej Różańcowej w ołtarzu głównym.

W drugiej połowie XX wieku dalsze losy starego kościoła stanęły pod znakiem zapytania. W 1956 roku w Zawadach zbudowano nową, murowaną świątynię. Drewniany kościół przestał pełnić swoją dotychczasową funkcję, jednak na szczęście nie został pozostawiony własnemu losowi. W 1979 roku budowlę rozebrano, a następnie przeniesiono do Ciborów-Kołaczek. Operacja ta uratowała jeden z najważniejszych drewnianych zabytków sakralnych tej części regionu. Po przeprowadzeniu gruntownej konserwacji kościół odzyskał funkcję religijną i do dziś służy jako świątynia filialna.

Sam fakt przeniesienia budynku jest interesującym fragmentem jego historii. Drewniane konstrukcje zrębowe można było rozebrać, oznaczyć poszczególne elementy, przewieźć w inne miejsce i ponownie złożyć. Dzięki temu świątynia, która mogła podzielić los wielu niepotrzebnych już kościołów, przetrwała i nadal pozostaje żywą częścią lokalnego krajobrazu. Z zewnątrz uwagę zwraca harmonijna, typowa dla baroku sylwetka budowli. Ściany zostały oszalowane pionowymi deskami, a fasadę wieńczy trójkątny szczyt. Ozdobna sygnaturka ma kopulasty hełm i dekoracyjne woluty w narożach. Charakterystyczne są również stare drzwi z motywem rombów, nabijane metalowymi ćwiekami.

Kościół w Ciborach-Kołaczkach nie jest monumentalną katedrą ani miejscem obleganym przez autokary turystów. Właśnie w tym tkwi jednak jego siła. Stoi w niewielkiej miejscowości, na ogrodzonym terenie dawnego cmentarza przykościelnego, w otoczeniu zwyczajnego podlaskiego krajobrazu. Można tu zobaczyć, jak wyglądały wiejskie kościoły w czasach, gdy większość świątyń wznoszono z materiału dostępnego na miejscu – z drewna.

Województwo podlaskie posiada wiele wspaniałych cerkwi drewnianych, będących jednym z najbardziej rozpoznawalnych elementów kulturowego krajobrazu regionu. Drewnianych kościołów katolickich tej klasy i wieku zachowało się jednak znacznie mniej. Tym bardziej warto pamiętać o świątyni w Ciborach-Kołaczkach, która jest jednym z najciekawszych przykładów dawnej architektury mazowiecko-podlaskiego pogranicza.

Obiekt można swobodnie oglądać z zewnątrz. Wnętrze jest udostępniane przede wszystkim podczas nabożeństw. Nawet jeżeli nie uda się wejść do środka, warto przyjechać tu dla samej bryły zabytku i świadomości, że oglądamy budowlę liczącą niemal trzy stulecia – rozebraną, przeniesioną do innej miejscowości i uratowaną dla kolejnych pokoleń.

Cibory-Kołaczki nie leżą na głównych turystycznych trasach województwa. Dla osób poszukujących mniej oczywistych miejsc jest to jednak ogromna zaleta. Tutejszy kościół nie jest rekonstrukcją ani stylizowanym obiektem przygotowanym dla turystów. To autentyczna XVIII-wieczna świątynia, która wciąż pełni swoją pierwotną funkcję. Prawdziwy unikat, który zdecydowanie warto zobaczyć podczas podróży po zachodniej części Podlaskiego.

Puszcza Białowieska wchodzi w nową epokę. Bez rewolucji, ale z końcem dotychczasowego modelu.

Puszcza Białowieska wchodzi w nową epokę. Bez rewolucji, ale z końcem dotychczasowego modelu.

Ministerstwo Klimatu i Środowiska przyjęło Plan zarządzania Obiektem Światowego Dziedzictwa Białowieża Forest, który ma obowiązywać do 2051 roku. Dokument obejmuje nie tylko Białowieski Park Narodowy, ale również puszczańskie tereny zarządzane przez nadleśnictwa Białowieża, Browsk i Hajnówka. W praktyce oznacza to początek głębokiej zmiany w sposobie zarządzania Puszczą Białowieską.

Nie będzie żadnego gwałtownego przewrotu

Nadleśnictwa nie zostaną jutro zlikwidowane, leśnicy nie przestaną z dnia na dzień pracować, a minister nie przejmie bezpośrednio zarządzania każdym fragmentem lasu. Nie powstanie też jeden „dyrektor Puszczy”, który od poniedziałku będzie wydawał wszystkim polecenia. Nowy plan jest mapą drogową na następne ćwierć wieku. Wyznacza kierunek, do którego stopniowo będą dostosowywane plany urządzenia lasu, dokumenty ochronne, inwestycje, działania turystyczne i sposób pracy instytucji odpowiedzialnych za Puszczę.

To rozwiązanie można uznać za polityczny kompromis. Państwo nie powiększa Białowieskiego Parku Narodowego na całą Puszczę i nie odbiera Lasom Państwowym zarządzanych przez nie terenów. Jednocześnie bardzo wyraźnie ogranicza możliwość prowadzenia na obszarze UNESCO zwykłej gospodarki nastawionej na produkcję drewna.

Plan obejmuje znacznie więcej niż park narodowy

Plan obejmuje całą polską część obiektu światowego dziedzictwa UNESCO Białowieża Forest. W jego granicach znajduje się Białowieski Park Narodowy, ale także znaczne powierzchnie pozostające w zarządzie Lasów Państwowych. To właśnie na tych terenach zmiana może być największa. Przez wiele lat Puszcza Białowieska była zarządzana według dwóch różnych logik. Na terenie parku narodowego nadrzędnym celem była ochrona naturalnych procesów. Na terenach nadleśnictw ochrona przyrody łączyła się natomiast z gospodarką leśną, wykonywaniem cięć, odnawianiem drzewostanów oraz pozyskiwaniem i sprzedażą drewna.

Nowy plan zakłada, że cały obiekt UNESCO powinien być traktowany przede wszystkim jako jeden ekosystem i jedno dobro światowego dziedzictwa, niezależnie od tego, czy danym fragmentem zarządza park narodowy, nadleśnictwo czy inna instytucja. Granice administracyjne nie znikają, ale mają przestać decydować o podstawowym celu zarządzania lasem.

Nadleśnictwa pozostaną

Plan nie przewiduje likwidacji nadleśnictw Białowieża, Browsk ani Hajnówka. Nie oznacza także automatycznego przekazania zarządzanych przez nie lasów Białowieskiemu Parkowi Narodowemu. Nadleśnictwa nadal będą posiadały swoich pracowników, budynki, sprzęt, drogi, obowiązki i budżety. Nadal będą odpowiadały za bezpieczeństwo, ochronę przeciwpożarową, utrzymanie infrastruktury, udostępnianie lasu, monitoring, działania związane z ochroną zwierząt i siedlisk oraz obsługę ruchu turystycznego. Zmienić ma się przede wszystkim charakter ich pracy.

Na większości obszaru UNESCO nadleśnictwa mają stopniowo przestać funkcjonować jako jednostki, których jednym z podstawowych zadań jest produkcja surowca drzewnego. W coraz większym stopniu będą wykonywały zadania przypominające zarządzanie obszarem chronionym. Leśnicy nadal będą więc potrzebni. Tyle że coraz mniej ich pracy ma polegać na planowaniu zrębów, trzebieży i pozyskania drewna, a coraz więcej na ochronie przeciwpożarowej, retencji wody, monitorowaniu przyrody, zwalczaniu gatunków obcych, utrzymaniu szlaków, edukacji, zabezpieczaniu dróg oraz wykonywaniu ściśle określonych zabiegów ochronnych.

Brak zwykłej gospodarki leśnej nie oznacza pozostawienia Puszczy bez ludzi. Oznacza pozostawienie większej części lasu naturalnym procesom, przy jednoczesnym zachowaniu administracji odpowiedzialnej za bezpieczeństwo i ochronę.

Cztery strefy, czyli różne zasady dla różnych fragmentów lasu

Podstawowym narzędziem nowego planu jest podział Puszczy na strefy. Nie wszystkie miejsca będą chronione w dokładnie taki sam sposób. W strefie pierwszej ma obowiązywać ochrona ścisła. Naturalne procesy mają tam przebiegać bez ingerencji człowieka, a dostęp ludzi pozostanie mocno ograniczony. Strefa druga obejmuje przede wszystkim obszary chronione częściowo, w tym park narodowy i rezerwaty. Działania człowieka również mają być tam podporządkowane ochronie przyrody, choć możliwe będzie szersze udostępnianie terenu.

Największa powierzchniowo jest strefa trzecia. Obejmuje ona znaczną część lasów pozostających dziś w zarządzie nadleśnictw. Ma to być obszar wyłączony ze zwykłego użytkowania gospodarczego, na którym nie będzie prowadzone pozyskanie drewna. Strefa czwarta przeznaczona jest dla aktywnej ochrony. To tam możliwe będą określone zabiegi leśne, na przykład przebudowa sztucznych drzewostanów, usuwanie części świerków lub sosen posadzonych na niewłaściwych siedliskach, ochrona świetlistych dąbrów albo działania związane z konkretnymi gatunkami. Nie oznacza to jednak powrotu do normalnej gospodarki surowcowej. Drewno pozyskane podczas takich prac ma być skutkiem ubocznym zabiegu ochronnego, a nie jego głównym celem. To zasadnicza różnica.

Dotychczas można było planować zabieg leśny, którego jednym z podstawowych rezultatów było pozyskanie określonej ilości drewna. Po pełnym wdrożeniu nowego modelu najpierw trzeba będzie wykazać konkretny cel przyrodniczy, a dopiero później określić, czy jego realizacja wymaga usunięcia części drzew.

Czy to prawdziwa rewolucja?

Na mapie i w założeniach – tak. W codziennym funkcjonowaniu Puszczy – jeszcze nie. Jeżeli spojrzymy na ostateczny cel planu, mamy do czynienia z bardzo poważną zmianą. Na zdecydowanej większości polskiej części obiektu UNESCO zwykłe pozyskiwanie drewna ma zostać wykluczone. Naturalne zamieranie drzew, działalność kornika, przewracanie się pni i obecność martwego drewna mają być traktowane jako element funkcjonowania ekosystemu, a nie jako automatyczne uzasadnienie wycinki. To wyraźne odejście od wizji Puszczy jako lasu, który trzeba stale porządkować, odnawiać i użytkować podobnie jak inne kompleksy zarządzane przez Lasy Państwowe.

Nie jest to jednak rewolucja, która wydarzy się jednego dnia. Sam plan zarządzania nie zastępuje wszystkich obowiązujących dokumentów i przepisów. Nie unieważnia automatycznie planów urządzenia lasu, planów ochrony rezerwatów, dokumentów Natura 2000, decyzji inwestycyjnych czy przepisów przeciwpożarowych. Wyznacza natomiast wspólny kierunek, do którego wszystkie te dokumenty mają być stopniowo dostosowywane.

Nie będzie jednego zarządcy, który od jutra przejmie Puszczę

Puszcza Białowieska nadal pozostanie podzielona pomiędzy różne instytucje. Białowieskim Parkiem Narodowym będzie zarządzał dyrektor parku. Lasami Państwowymi nadal będą zarządzali nadleśniczowie. Swoje zadania zachowają Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska, samorządy, służby graniczne, zarządcy dróg i inne instytucje. Plan zakłada jednak powołanie pełnomocnika odpowiedzialnego za koordynację zarządzania całym obiektem światowego dziedzictwa.

Nie będzie on jednak dyrektorem całej Puszczy. Nie zastąpi nadleśniczych, dyrektora parku ani innych organów. Jego zadaniem ma być pilnowanie, by poszczególne instytucje działały według wspólnie przyjętego kierunku i nie tworzyły dokumentów wzajemnie ze sobą sprzecznych. Do tej pory jednym z największych problemów Puszczy było właśnie rozproszenie odpowiedzialności. Inaczej działał park narodowy, inaczej nadleśnictwa, inaczej administracja ochrony środowiska, a jeszcze inaczej samorządy i służby odpowiedzialne za infrastrukturę. Nowy model ma ten chaos stopniowo porządkować.

Jeżeli nadleśnictwo będzie przygotowywało nowy plan urządzenia lasu, dokument powinien być zgodny z planem UNESCO. Jeżeli ma powstać inwestycja, trzeba będzie ocenić jej wpływ na wyjątkową wartość Puszczy. Jeżeli przygotowywany będzie plan ochrony Natura 2000, również powinien uwzględniać strefy i cele zapisane w dokumencie obowiązującym do 2051 roku. Nie będzie więc jednego polecenia: od dziś wszystko robimy inaczej. Będzie za to długi proces sprawdzania, poprawiania i uzgadniania kolejnych dokumentów.

Zmiana będzie odbywać się przez plany urządzenia lasu

Dla codziennego funkcjonowania nadleśnictw najważniejsze pozostają plany urządzenia lasu. To w nich zapisuje się, co w konkretnym fragmencie lasu może zostać wykonane w ciągu kolejnych lat. Nowy plan UNESCO nie zastępuje tych dokumentów. Powoduje jednak, że następne plany urządzenia lasu będą musiały uwzględniać nowe strefowanie i nowe zasady. To właśnie na tym etapie okaże się, jak duża będzie praktyczna zmiana.

Jeżeli dane wydzielenie leśne znajduje się w strefie trzeciej, nowy plan urządzenia lasu nie powinien przewidywać tam zwykłego pozyskania drewna. Jeżeli znajduje się w strefie aktywnej ochrony, każdy zabieg będzie musiał mieć dokładnie określony cel przyrodniczy. Podobnie dostosowywane będą plany ochrony rezerwatów, działania dotyczące obszaru Natura 2000, ochrona przeciwpożarowa, infrastruktura turystyczna i gospodarka wodna.

Dlatego nie należy oczekiwać, że po podpisaniu dokumentu z Puszczy natychmiast znikną wszystkie piły, ciągniki i samochody wywożące drewno. Część prac może jeszcze wynikać z obowiązujących dokumentów, część będzie związana z bezpieczeństwem, a część z aktywną ochroną. Zmianę będzie można oceniać dopiero na podstawie kolejnych planów urządzenia lasu i konkretnych decyzji podejmowanych dla poszczególnych fragmentów Puszczy.

Naturalny las nie oznacza lasu bez żadnej ingerencji

Nowy plan nie zakłada również, że cała Puszcza zostanie pozostawiona sama sobie. Na większości obszaru naturalne procesy rzeczywiście mają być podstawową zasadą. Martwe drzewa nie będą automatycznie usuwane, a pojawienie się kornika nie będzie samo w sobie powodem do prowadzenia masowych cięć. Jednocześnie dokument pozostawia możliwość działania tam, gdzie jest ono potrzebne dla ochrony konkretnych siedlisk, zachowania otwartych polan, przebudowy sztucznych drzewostanów, ochrony przeciwpożarowej albo bezpieczeństwa ludzi.

Drzewa zagrażające użytkownikom dróg lub szlaków nadal będą mogły być usuwane. Nadal trzeba będzie utrzymywać drogi pożarowe, prowadzić monitoring, reagować na pożary i wykonywać działania związane z gatunkami inwazyjnymi. Plan nie oznacza więc całkowitego zakazu dotykania lasu. Wprowadza raczej zasadę, że ingerencja powinna być wyjątkiem uzasadnionym konkretną potrzebą, a nie normalnym sposobem gospodarowania całym kompleksem.

Kompromis zamiast powiększenia parku narodowego

Spór o przyszłość Puszczy Białowieskiej od wielu lat krążył wokół pytania o powiększenie parku narodowego. Przyrodnicy wskazywali, że cała Puszcza powinna być chroniona jako jeden ekosystem. Część samorządów i mieszkańców obawiała się utraty wpływu na teren, ograniczenia dostępu do drewna, zmniejszenia dochodów i podporządkowania całego regionu jednej instytucji ochronnej. Nowy plan próbuje ominąć ten konflikt. Puszcza formalnie nie staje się jednym wielkim parkiem narodowym. Nadleśnictwa zachowują swoje tereny, pracowników i kompetencje. Samorządy nie tracą automatycznie możliwości podejmowania decyzji dotyczących rozwoju miejscowości. Mieszkańcy i turyści nadal będą mogli korzystać z większości lasu.

Jednocześnie na niemal całym obszarze UNESCO wprowadzany jest model ochrony bardzo zbliżony do tego, czego od lat domagali się przyrodnicy: rezygnacja ze zwykłej gospodarki surowcowej, ochrona naturalnych procesów i podporządkowanie wszystkich działań zachowaniu wyjątkowej wartości Puszczy. Można więc powiedzieć, że państwo nie rozszerza parku narodowego administracyjnie, ale stopniowo rozszerza jego podstawową filozofię na lasy zarządzane przez nadleśnictwa. To właśnie istota tego kompromisu.

Dlaczego plan obowiązuje aż do 2051 roku?

Termin nie jest przypadkowy. Zmiana sposobu zarządzania tak dużym i skomplikowanym obszarem nie może zostać przeprowadzona w ciągu jednego roku. Trzeba przygotować nowe dokumenty, przeprowadzić inwentaryzacje, dostosować plany urządzenia lasu, określić źródła finansowania, przeszkolić pracowników, stworzyć system monitoringu i wypracować zasady współpracy pomiędzy instytucjami. Trzeba też stopniowo zmienić ekonomiczny model funkcjonowania nadleśnictw, które nie będą mogły opierać części swojej działalności na sprzedaży drewna w takim stopniu jak wcześniej.

Ochrona Puszczy będzie kosztowała. Utrzymywanie dróg, zabezpieczenie przeciwpożarowe, monitoring, turystyka, retencja wody i ochrona gatunków nie przestają być potrzebne tylko dlatego, że ogranicza się wycinkę.

Jeżeli państwo chce, by nadleśnictwa wykonywały przede wszystkim funkcje ochronne, musi zapewnić im finansowanie niezależne od ilości sprzedanego drewna. W przeciwnym razie system będzie wewnętrznie sprzeczny: leśnicy będą mieli chronić las bez pozyskania drewna, ale jednocześnie nadal będą rozliczani z ekonomicznego wyniku jednostki. To jeden z najważniejszych testów dla całego planu.

Największe znaczenie będzie miało wykonanie

Sam dokument nie ochroni ani jednego drzewa. Nie zatrzyma piły, nie nawodni mokradła i nie przywróci migracji zwierząt przeciętej zaporą graniczną. O wszystkim zdecyduje wykonanie. Znaczenie będą miały nowe plany urządzenia lasu, decyzje ministrów, budżety nadleśnictw, działania pełnomocnika, sposób interpretowania granic stref oraz reakcje na naciski polityczne. Historia Puszczy Białowieskiej pokazuje, że dokumenty ochronne mogą być traktowane bardzo różnie w zależności od tego, kto akurat rządzi i jak interpretuje przepisy. Dlatego przyjęcie planu nie kończy sporu o Puszczę. Przenosi go raczej na bardziej szczegółowy poziom. Zamiast ogólnego pytania, czy w Puszczy wolno wycinać drzewa, pojawią się pytania o konkretne wydzielenia, konkretne zabiegi, konkretne drogi i konkretne cele ochronne.

Spokojna zmiana, ale zmiana trwała

Nie należy przedstawiać nowego planu ani jako natychmiastowej rewolucji, ani jako nic nieznaczącego dokumentu. Od jutra w Puszczy prawdopodobnie niewiele będzie wyglądało inaczej. Nadal będą działały trzy nadleśnictwa, park narodowy, rezerwaty, służby i samorządy. Nadal będą obowiązywały istniejące dokumenty, dopóki nie zostaną zmienione lub zastąpione. Jednocześnie wyznaczony został kierunek, z którego kolejnym rządom i instytucjom będzie coraz trudniej się wycofać. Puszcza ma przestać być traktowana jako zwykły kompleks gospodarczy z wydzielonymi wyspami ochrony. Cały obiekt UNESCO ma być zarządzany przede wszystkim jako wspólne dziedzictwo przyrodnicze. Największa zmiana NIE POLEGA więc na tym, że od dziś wszystko jest zakazane. Polega na odwróceniu podstawowej zasady.

Do tej pory na terenach nadleśnictw gospodarka leśna była normą, a ograniczenia wynikały z ochrony konkretnych fragmentów, siedlisk lub gatunków. Docelowo normą ma być zachowanie naturalnych procesów, a każda większa ingerencja będzie musiała zostać osobno uzasadniona. Nie jest to rewolucja przeprowadzona jedną decyzją. To zaplanowana na 25 lat przebudowa całego systemu zarządzania Puszczą. Być może właśnie dlatego ma szansę okazać się trwalsza niż kolejne polityczne deklaracje i spory o to, kto ma rację w konflikcie pomiędzy leśnikami a przyrodnikami.

Co to oznacza dla mieszkańców Białowieży i Hajnówki?

Dla mieszkańców Białowieży, Hajnówki i okolic plan może przynieść zarówno korzyści, jak i realne problemy. Po stronie pozytywów jest przede wszystkim większa szansa na trwałą ochronę Puszczy, a więc także na rozwój turystyki, usług, gastronomii, noclegów, edukacji przyrodniczej i lokalnych produktów opartych na marce światowego dziedzictwa UNESCO. Stabilne zasady mogą zakończyć wieloletni chaos, w którym każdy kolejny rząd próbował zarządzać Puszczą inaczej, a region regularnie trafiał do mediów głównie z powodu konfliktów o wycinkę.

Z drugiej strony ograniczenie pozyskania drewna oznacza mniej surowca dostępnego lokalnie, trudniejszą sytuację części firm związanych z leśnictwem i transportem oraz konieczność zmiany sposobu finansowania nadleśnictw. Część mieszkańców może również obawiać się kolejnych ograniczeń w korzystaniu z lasu, nawet jeżeli plan nie zakłada zamknięcia większości Puszczy dla ludzi.

Największym ryzykiem byłoby więc wprowadzenie ochrony bez równoczesnego wsparcia lokalnej gospodarki. Jeżeli państwo ogranicza tradycyjną działalność leśną, powinno jednocześnie inwestować w nowe miejsca pracy, transport, turystykę, ochronę przeciwpożarową, usługi publiczne i przedsiębiorstwa korzystające z renomy Puszczy bez jej niszczenia. W przeciwnym razie mieszkańcy mogą uznać, że ponoszą koszty ochrony prowadzonej w interesie całego kraju i świata, podczas gdy korzyści trafiają głównie do turystów, instytucji i administracji.

Featured Video Play Icon

Człowiek, który ocalił kawałek dawnego Podlasia

Stare drewniane domy zwykle znikają po cichu. Najpierw przestają w nich mieszkać ludzie. Później zaczyna przeciekać dach, próchnieją belki, wypadają okna. W końcu przyjeżdża koparka albo ktoś rozbiera budynek na opał. Razem z nim znika jednak coś więcej niż tylko sterta desek. Znika fragment krajobrazu, lokalnej historii i świata, który przez setki lat kształtował podlaską wieś.

Mirosław Angielczyk od ponad dwóch dekad próbuje ten proces zatrzymać. Przedsiębiorca, zielarz i ekologiczny rolnik stworzył w Korycinach Ziołowy Zakątek — miejsce, w którym dawna architektura nie jest martwą dekoracją, lecz ponownie staje się częścią codziennego życia. W najnowszym filmie Jonathan Ramsey zabiera widzów w podróż po tym niezwykłym świecie. Razem z Mirosławem Angielczykiem zagląda do drewnianych domów, stodół, budynków gospodarczych i jednego z najcenniejszych obiektów znajdujących się na terenie Ziołowego Zakątka — trzystuletniego drewnianego kościoła.

Nie jest to jednak klasyczny skansen, w którym eksponaty ogląda się zza sznurka. W wielu uratowanych budynkach nadal toczy się życie. Przyjmowani są goście, odbywają się spotkania, przygotowywane jest jedzenie, a stare wnętrza ponownie wypełniają się rozmowami, zapachem ziół i odgłosami gospodarstwa.

Ponad 45 budynków uratowanych przed zniszczeniem

W ciągu ponad dwudziestu lat Mirosław Angielczyk ocalił przeszło 45 historycznych obiektów. Część z nich została dokładnie rozebrana w swoich dawnych lokalizacjach, przewieziona do Korycin, a następnie złożona ponownie. Belka po belce, ściana po ścianie. Nie zawsze dało się jednak uratować cały dom. Zdarzało się, że dach już się zawalił, część konstrukcji była spróchniała albo budynek przez lata stał opuszczony. W takich przypadkach odzyskiwano to, co jeszcze mogło przetrwać — drewniane bale, drzwi, okna, elementy zdobień i więźby dachowe.

Z tych fragmentów powstawały później nowe obiekty, które zachowały ducha dawnego budownictwa. Jednym z najbardziej niezwykłych przykładów jest siedemnastopokojowy budynek agroturystyczny stworzony z części aż ośmiu starych domów. W innym miejscu stoi monumentalna brama przypominająca wjazd do XIX-wiecznego dworu. Choć dziś stanowi część jednej spójnej przestrzeni, składa się z elementów, które wcześniej mogły być rozproszone po różnych podlaskich wsiach i skazane na powolne zniszczenie.

Budynki to nie wszystko

W filmie Jonathana Ramseya kamera nie skupia się wyłącznie na samych budynkach. Pojawiają się zwierzęta, ogrody, podlaska przyroda oraz ludzie, dzięki którym to miejsce nie zamieniło się w nieruchomą wystawę. W centrum opowieści pozostaje jednak Mirosław Angielczyk i pytanie, które trudno pozostawić bez odpowiedzi: co sprawia, że ktoś poświęca dużą część swojego życia, aby ocalać cudze, stare domy?

Być może świadomość, że gdy raz pozwolimy im zniknąć, nie będziemy już mogli ich odtworzyć. Można postawić drewniany budynek stylizowany na dawną chatę, ale nie da się przyspieszyć czasu o sto czy dwieście lat. Nie da się wyprodukować historii, śladów siekiery na belkach ani pamięci zapisanej w kolejnych warstwach drewna.

W Korycinach ta historia nadal istnieje. Nie dlatego, że przetrwała przypadkiem, lecz dlatego, że ktoś postanowił jej nie porzucać.

Leje, a Narew nadal wysycha. Są konkretne wyliczenia o ile zmniejszyć Siemianówkę.

Leje, a Narew nadal wysycha. Są konkretne wyliczenia o ile zmniejszyć Siemianówkę.

Podstawę merytoryczną niniejszego tekstu stanowią raport z 2021 roku oraz artykuł naukowy z 2022 roku poświęcone gospodarowaniu wodą w Siemianówce i jej wpływowi na Dolinę Górnej Narwi.

W ostatnim czasie na Podlasiu regularnie pada. Przechodzą ulewy, a mimo to Dolina Górnej Narwi nadal pozostaje na krytycznie niskim poziomie. To pokazuje, że problem nie sprowadza się już tylko do braku deszczu. Narew przez lata została pozbawiona naturalnych wezbrań, które powinny nawadniać całą dolinę. Badania wskazują jasno, że jednym z głównych powodów jest sposób gospodarowania wodą w zbiorniku Siemianówka.

Kiedy po wielu dniach deszczu patrzymy na niemal pustą Dolinę Górnej Narwi, trudno nie zadać prostego pytania: gdzie podziała się cała ta woda? Problem powstał dawno temu. Nie w lipcu, nie podczas ostatniej suszy i nawet nie w czasie tegorocznej wiosny. To efekt trwającej od ponad 30 lat zmiany naturalnego rytmu Narwi.

Siemianówka nie zabiera rzece każdej kropli. Wręcz przeciwnie – podczas największej suszy zbiornik może podtrzymywać minimalny przepływ i nie pozwalać, by Narew tuż pod zaporą całkowicie przestała płynąć. Tyle że rzeka nie potrzebuje wyłącznie minimalnej ilości wody sączącej się przez cały rok.

Zamiast rzeki powstał system podtrzymywania minimalnego przepływu

Przed uruchomieniem Siemianówki Narew regularnie wylewała na okoliczne łąki, wypełniała starorzecza, boczne koryta i zagłębienia terenu. Nie były to katastrofalne powodzie zalewające miasta. Były to naturalne wezbrania rzeki nizinnej, od których zależało funkcjonowanie całej doliny. Woda rozlewała się szeroko, wsiąkała w gleby, zasilała mokradła i podnosiła poziom wód podziemnych. Później, gdy przychodziły cieplejsze i suchsze miesiące, stopniowo wracała do rzeki. Dolina działała jak gigantyczny naturalny zbiornik.

Po wybudowaniu zapory i zbiornika Siemianówka ten mechanizm został przerwany. Badacze porównali przepływy Narwi w Bondarach z okresu przed uruchomieniem Siemianówki i z lat, w których zbiornik już działał. Przed powstaniem zalewu średnia wartość najwyższych rocznych przepływów wynosiła 31,8 m³ na sekundę. Po uruchomieniu zbiornika spadła do 10,6 m³ na sekundę.

To oznacza, że typowa wysoka woda została ograniczona mniej więcej do jednej trzeciej wcześniejszej wartości. Zmniejszył się również średni przepływ Narwi – z 5,54 do około 4 m³ na sekundę. Jednocześnie nieco wzrosły przepływy najniższe: z 1,21 do 1,82 m³ na sekundę. I właśnie te liczby najlepiej pokazują, co Siemianówka zrobiła z Narwią. Zbiornik spłaszczył rzekę. Ograniczył największe wezbrania i nieznacznie podniósł najniższe stany. Zabrał wielką wiosenną falę, a w zamian zaoferował dolinie niewielki, bardziej równomierny odpływ.

Tyle że dolina nie potrzebuje kroplówki. Potrzebuje okresowego napełnienia wodą.

Najbardziej wymowne są dane dotyczące przepływu brzegowego, czyli takiej ilości wody, przy której Narew w Bondarach zaczyna wypełniać koryto i może dochodzić do terenów położonych w dolinie. Naukowcy określili ten przepływ na 6,65 m³ na sekundę. Przed powstaniem Siemianówki w większości lat pomiędzy początkiem kwietnia a połową maja występowało ponad 15 dni z takim przepływem. Po uruchomieniu zbiornika sytuacja zmieniła się radykalnie. W 15 spośród 28 analizowanych lat Narew ani przez jeden dzień nie osiągnęła wiosną przepływu brzegowego. Nie chodzi więc o to, że wezbrania stały się trochę mniejsze. W ponad połowie badanych lat praktycznie przestały istnieć.

Dlaczego pada, a dolina nadal pozostaje sucha?

To właśnie brak wiosennych wezbrań pozwala wyjaśnić obecny paradoks. Kilka tygodni deszczowej pogody może podnieść poziom w rowach, małych ciekach i samym korycie Narwi. Nie jest jednak w stanie w krótkim czasie odbudować zapasu wody, który wcześniej był gromadzony przez całą dolinę podczas długiego wiosennego rozlewiska. Przesuszona dolina nie zachowuje się jak nasiąknięta gąbka. Woda szybko spływa do koryta i odpływa dalej. Nie wypełnia już w takim stopniu starorzeczy, odnóg i mokradeł, ponieważ poziom rzeki jest zbyt niski, a połączenia pomiędzy korytem i doliną są coraz słabsze.

Badania terenowe wskazują dodatkowo, że dno Narwi poniżej Siemianówki najprawdopodobniej się obniża. W okolicach Bondar stwierdzono możliwość pogłębienia koryta o około 15–20 centymetrów. Może się wydawać, że to niewiele. W płaskiej dolinie rzecznej kilkanaście centymetrów ma jednak ogromne znaczenie. Im głębiej znajduje się dno, tym więcej wody potrzeba, by rzeka osiągnęła brzegi. Pogłębione koryto zaczyna też działać jak kanał odwadniający, który przyspiesza odpływ wód powierzchniowych i podziemnych.

W ten sposób powstaje błędne koło. Siemianówka ogranicza wysokie przepływy, przez co Narew rzadziej wychodzi z koryta. Dolina wysycha, a samo koryto stopniowo się pogłębia. Później potrzeba jeszcze większego przepływu, aby woda ponownie dotarła na łąki i mokradła.

Dlatego nawet deszczowy okres nie wystarcza. Dzisiejsza Narew coraz częściej działa jak kanał, którym woda ma odpłynąć, zamiast jak rozbudowany system, który potrafi ją zatrzymać.

Siemianówka nie tylko zatrzymuje wodę

Negatywne oddziaływanie zbiornika nie kończy się na zmniejszeniu wiosennych wezbrań. Siemianówka jest bardzo rozległa i płytka. Przy normalnym poziomie piętrzenia ma średnio zaledwie około 2,5 metra głębokości. Wielkie, płytkie lustro wody szybko się nagrzewa, a podczas ciepłych miesięcy intensywnie paruje. Ma to coraz większe znaczenie, ponieważ temperatura w regionie wyraźnie rośnie. W analizowanym okresie średnia roczna temperatura zwiększyła się z około 6,6 stopnia w latach sześćdziesiątych do niemal 8 stopni obecnie. Roczna suma opadów nie wzrosła w podobnym stopniu.

Oznacza to, że coraz więcej wody jest tracone przez parowanie. Jeżeli jednocześnie próbuje się utrzymywać wysokie i możliwie stabilne napełnienie Siemianówki, straty trzeba uzupełniać wodą, która w innych warunkach mogłaby popłynąć Narwią. Zbiornik wpływa również na jakość wody poniżej zapory. Woda opuszczająca Siemianówkę jest cieplejsza niż woda rzeczna docierająca do akwenu. Badacze obserwowali to nie tylko latem, ale także poza sezonem wegetacyjnym.

W rzece poniżej zbiornika stwierdzono większe stężenie azotu całkowitego, fosforu całkowitego oraz zawieszonych i rozpuszczonych form węgla organicznego. W Siemianówce i w Narwi pod zaporą występowało również ponad dwukrotnie większe zapotrzebowanie na tlen potrzebny do rozkładu materii organicznej niż w Narwi przed wpłynięciem do zbiornika.

Zbiornik zatrzymuje część azotanów i łatwo przyswajalnych form fosforu, więc nie każda zmiana jakości wody jest negatywna. Jednocześnie jednak w osadach dennych Siemianówki zgromadzone są ogromne ilości fosforu. Przy niedoborze tlenu może on być uwalniany do wody, a ponieważ płytki zbiornik jest często mieszany przez wiatr, trafia do warstw powierzchniowych i zasila rozwój glonów.

Siemianówka nie jest więc neutralnym magazynem, w którym przechowuje się tę samą wodę, jaka wcześniej płynęła rzeką. Zmienia jej temperaturę, natlenienie, skład chemiczny i ilość materii organicznej. Najpierw zatrzymuje naturalną wodę rzeczną, a później oddaje Narwi wodę przetworzoną przez płytki, nagrzewający się i podatny na zakwity zbiornik.

Dla Narwi w obecnej instrukcji nie przewidziano konkretnej ilości wody

Największy absurd kryje się jednak w zasadach gospodarowania Siemianówką. Obecna instrukcja bardzo dokładnie określa zadania zbiornika. Minimalny przepływ Narwi ma wynosić 1 m³ na sekundę. Jedna turbina elektrowni może wykorzystywać do 1,46 m³ na sekundę, a dwie łącznie do 2,92 m³. Określono również poziomy potrzebne gospodarce rybackiej, terminy obniżania zbiornika przed odłowami ryb, sezon turystyczny oraz wielkość rezerwy przeciwpowodziowej.

W instrukcji zapisano także ochronę walorów przyrodniczych Doliny Górnej Narwi. Tyle że w tym przypadku nie podano ani wymaganej ilości wody, ani terminu jej wypuszczania, ani czasu trwania zrzutu. W efekcie wszystkie funkcje gospodarcze mają konkretne wartości, a Narew ma wyłącznie ogólne zdanie.

W modelu przygotowanym przez naukowców zapotrzebowanie doliny na wodę musiało zostać więc w podstawowym wariancie przyjęte jako równe zeru. Nie dlatego, że dolina nie potrzebuje wody. Dlatego, że obowiązująca instrukcja nie określa, ile tej wody należy jej zapewnić. Jeszcze bardziej wymowny jest podział pojemności zbiornika. Kiedy Siemianówka jest nisko napełniona, woda może być wypuszczana wyłącznie dla zachowania minimalnego przepływu. Przy wyższym poziomie dostęp do niej uzyskuje jedna turbina, a następnie obie turbiny elektrowni.

W sezonie wegetacyjnym dopiero po przekroczeniu 53,6 mln m³ w zbiorniku pojawia się warstwa, z której wodę można przeznaczyć na inne zadania, w tym na potrzeby doliny. W praktyce oznacza to, że Narew może dostać więcej wody dopiero wtedy, gdy wcześniej zabezpieczono minimalny przepływ i odpowiednio wysokie napełnienie Siemianówki. Rzeka znajduje się na końcu kolejki po własną wodę.

Badania pokazują, jak to zmienić

Najważniejszą zmianą musi być wpisanie do instrukcji konkretnego obowiązku zasilania Narwi wiosną. Naukowcy przeanalizowali wariant, w którym od 1 kwietnia do 15 maja przepływ w Bondarach miał osiągać przynajmniej 6,65 m³ na sekundę. Jest to poziom odpowiadający wodzie brzegowej, a więc momentowi, w którym Narew zaczyna odzyskiwać kontakt z doliną. Nie oznacza to, że przez półtora miesiąca zbiornik zawsze musi wypuszczać dokładnie taką samą ilość wody. Instrukcja powinna określać, przy jakim napełnieniu Siemianówki rozpoczyna się zrzut, jak długo powinien trwać i ile dni w danym sezonie należy utrzymać wymagany przepływ.

W latach zasobnych w wodę należałoby dążyć do przywrócenia co najmniej kilkunastu dni z przepływem brzegowym. Przed wybudowaniem Siemianówki było to naturalne zjawisko. Po uruchomieniu zbiornika stało się wyjątkiem.

Zrzut nie powinien przy tym przypominać nagłego spuszczenia wody, która w ciągu kilku godzin przejdzie korytem i odpłynie dalej. Potrzebna jest możliwie długa, spokojna fala, naśladująca naturalne wiosenne wezbranie. Tylko wtedy woda ma szansę dotrzeć do bocznych odnóg i podnieść poziom wód w dolinie.

Mniejsza Siemianówka jest ceną za większą Narew

Wypuszczanie większej ilości wody wiosną ma oczywiście konsekwencje. Latem Siemianówka częściej będzie miała niższy poziom. Linia brzegowa miejscami się cofnie, część płycizn zostanie odsłonięta, a wielkie napełnienia przekraczające 50 czy 60 mln m³ będą występowały rzadziej. To może pogorszyć warunki dla rekreacji, gospodarki rybackiej i wędkarstwa nad samym zbiornikiem. Nie należy tego ukrywać.

Tyle że dzisiaj cały koszt utrzymywania wysokiego poziomu Siemianówki ponosi Narew. Rzeka otrzymuje 1 m³ na sekundę i zapewnienie, że przepływ minimalny został zachowany. Badania wskazują jednocześnie, że zwiększenie wiosennych przepływów nie powinno zaszkodzić rolnikom korzystającym z doliny. Woda pojawiałaby się przed sianokosami i głównym okresem wypasu. Mogłaby nawet poprawić wilgotność i żyzność łąk, ograniczając skutki późniejszej suszy. Prawdziwy konflikt nie przebiega więc pomiędzy Narwią i rolnikami. Przebiega pomiędzy żywą doliną a przekonaniem, że Siemianówka powinna wyglądać jak pełne jezioro.

Jeżeli chcemy uratować rzekę, musimy pogodzić się z mniejszym zbiornikiem. Na początku nie musi to oznaczać rozbierania zapory. Wystarczy, że Siemianówka zostanie zmniejszona funkcjonalnie – będzie utrzymywana na niższym poziomie, a większa część wody zostanie wcześniej oddana Narwi.

Dopiero kolejnym etapem powinna być analiza fizycznego zmniejszenia powierzchni stale zalanej wodą. Najgłębsza część wzdłuż dawnego koryta mogłaby pozostać zbiornikiem, natomiast rozległe płycizny mogłyby stać się terenami okresowo zalewanymi, mokradłami i trzcinowiskami. Badania nie przedstawiają gotowego projektu takiej przebudowy. Wyraźnie pokazują jednak, że nie da się jednocześnie utrzymywać wielkiego, płytkiego i możliwie pełnego akwenu oraz zapewnić Narwi regularnych wiosennych wezbrań. Trzeba wybrać priorytet.

Nie uratujemy Narwi jednym letnim zrzutem

Najgorszym możliwym rozwiązaniem byłoby czekanie do momentu, gdy Narew ponownie osiągnie krytyczny poziom, a następnie domaganie się jednorazowego otwarcia zapory. Kiedy dolina jest już wysuszona, a zbiornik ma mało wody, pole manewru jest niewielkie. Duży zrzut może na kilka dni poprawić sytuację, ale większość wody szybko odpłynie pogłębionym korytem. Siemianówka zostanie dodatkowo opróżniona, a kryzys niedługo później powróci.

Narwi nie da się ratować dopiero wtedy, gdy zaczyna wysychać. Trzeba ją zasilić kilka miesięcy wcześniej. Woda powinna być wypuszczana wiosną, zanim rozpocznie się okres największego parowania. Musi docierać do doliny wtedy, gdy może podnieść poziom wód gruntowych, wypełnić starorzecza i stworzyć zapas na lato.

Równocześnie poniżej zapory należy ograniczać dalsze odwadnianie doliny, przywracać połączenia rzeki z bocznymi korytami oraz zatrzymywać wodę w miejscach, z których dziś szybko odpływa. Samo wypuszczenie jej z Siemianówki nie pomoże, jeżeli Narew nadal będzie funkcjonowała jak pogłębiony kanał.

Siemianówka nie jest jedyną przyczyną kryzysu. Znaczenie mają także zmiany klimatu, osuszone tereny, melioracje i coraz mniejsze zasoby wód podziemnych. Zbiornik jest jednak najważniejszym elementem, którym można świadomie sterować.

To właśnie na zaporze można zdecydować, czy wiosenna woda pozostanie w wielkim, płytkim akwenie, czy popłynie dalej i zasili całą Dolinę Górnej Narwi z Narwiańskim Parkiem Narodowym włącznie. Dziś ten wybór niemal zawsze dokonywany jest na korzyść Siemianówki.

Trzeba odwrócić kolejność. Najpierw należy zapewnić wodę Narwi, później rybactwu i turystyce. Zbiornik powinien służyć rzece, a nie rzeka zbiornikowi. Pada, a Dolina Górnej Narwi nadal wysycha, ponieważ kilka tygodni deszczu nie naprawi szkód wywoływanych przez dziesięciolecia. Rzece zabrano regularne wiosenne wezbrania, odcięto ją od doliny i pozostawiono minimalny przepływ, który wystarcza do wypełnienia instrukcji, ale nie do utrzymania żywego systemu rzecznego.

Dlatego zmniejszenie Siemianówki jest konieczne. Najpierw poprzez obniżenie poziomu wody zarezerwowanego dla rekreacji i gospodarki rybackiej. Następnie poprzez zmianę rezerwy przeciwpowodziowej i zapewnienie wiosennego przepływu wynoszącego przynajmniej 6,65 m³ na sekundę w Bondarach. W dalszej perspektywie również poprzez przebudowę zbiornika tak, aby zajmował mniejszą powierzchnię i tracił mniej wody przez parowanie.

Nie da się zachować obecnej Siemianówki i jednocześnie odzyskać dawnej Narwi. Im większy zbiornik będziemy próbowali utrzymywać, tym mniejsza będzie rzeka poniżej zapory.

Burmistrz Wasilkowa strzelił sobie w stopę. Bezmyślne kopiowanie Białegostoku.
fot. UM Wasilków

Burmistrz Wasilkowa strzelił sobie w stopę. Bezmyślne kopiowanie Białegostoku.

Wasilków przez lata wygrywał z Białymstokiem czymś bardzo prostym: był blisko miasta, ale nie próbował go bezmyślnie kopiować. Można było tu mieszkać spokojniej, dojechać nad zalew bez analizowania aplikacji parkingowych, parkometrów i regulaminów, a przestrzeń publiczna nie była jeszcze traktowana wyłącznie jako okazja do pobierania kolejnych opłat.

Od 10 lipca ma się to zmienić. Parking przy zalewie od strony ul. Jurowieckiej będzie płatny przez całą dobę, siedem dni w tygodniu. Każda godzina postoju ma kosztować 5 zł, doba 35 zł, a za brak opłaty kierowca może zapłacić dodatkowe 200 zł. Darmowych godzin jak w galerii handlowej czy innym sklepie – brak. Innymi słowy – skok na kasę.

I trudno oprzeć się wrażeniu, że burmistrz Wasilkowa – Adrian Łuckiewicz właśnie strzelił sobie w stopę.

Wasilków nie konkuruje przecież z Białymstokiem liczbą biurowców, apartamentowców, parkometrów i miejskich zakazów. Wygrywa właśnie tym, że nie ma tu jeszcze wszystkich „wielkomiejskich” głupot. Nie trzeba płacić za każdą chwilę postoju. Nie wciska się bloków w każdy możliwy kawałek wolnej ziemi. Nie tworzy się regulaminu, systemu opłat i aplikacji mobilnej tylko dlatego, że ktoś zostawił samochód na kilka godzin.

Oczywiście urząd przedstawia całą sprawę inaczej. Płatny parking ma zwiększyć rotację pojazdów, poprawić dostępność miejsc dla osób wypoczywających i ograniczyć parkowanie samochodów pracowników okolicznych firm. Dodatkowo gmina liczy na wpływy pozwalające pokrywać koszty utrzymania zalewu oraz odzyskanie 350 tys. zł zapłacone przy budowie obiektu.

Brzmi rozsądnie — dopóki nie spojrzymy na cennik. Pięć złotych za każdą godzinę oznacza, że rodzina, która przyjedzie nad zalew na pięć godzin, zapłaci 25 zł wyłącznie za możliwość pozostawienia samochodu. Jeśli ktoś chce spędzić nad wodą niemal cały dzień, bardziej opłaca mu się kupić postój dobowy za 35 zł. To nie jest symboliczna opłata porządkowa. To stawka znana z centrów większych miast albo komercyjnych parkingów przy atrakcjach turystycznych. Tymczasem mówimy o gminnym zalewie, wybudowanym z publicznych pieniędzy, który miał służyć mieszkańcom.

Szczególnie kuriozalnie brzmi informacja, że system będzie działał 24 godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu. Jeszcze dziwniej wygląda argument, że parking zajmowali pracownicy okolicznych firm. Jeżeli rzeczywiście to był główny problem, można było wprowadzić ograniczenie czasu postoju i kontrolę w wybranych godzinach albo bezpłatny okres parkowania. Zamiast precyzyjnego rozwiązania wybrano najprostsze: zapłacą wszyscy, przez całą dobę.

Urząd zachęca jednocześnie, by nad zalew przyjeżdżać komunikacją publiczną, rowerem miejskim albo przychodzić pieszo. To klasyczna urzędowa odpowiedź, która dobrze wygląda w komunikacie, ale gorzej w codziennym życiu. Nie każdy mieszka obok zalewu. Nie każdy może przyjechać rowerem z dziećmi, torbami, ręcznikami, jedzeniem, parasolem i sprzętem plażowym. Nie każdy w gminie Wasilków ma dogodne połączenie autobusowe.

Wasilków stał się atrakcyjnym miejscem do życia (według rankingów drugie miejsce po Supraślu) właśnie dlatego, że dawał wygody miasta bez jego uciążliwości. Był blisko Białegostoku, ale pozostawał bardziej dostępny, swobodny i ludzki. Decyzja o płatnym parkingu nad zalewem idzie dokładnie w przeciwnym kierunku.

Dziś parkometr pojawia się nad zalewem. Jutro może paść argument, że kolejne miejsce też jest oblegane przez pracowników lokalnej firmy i również powinno „na siebie zarabiać”. Potem następne i następne. W ten sposób małe miasto przestaje oferować alternatywę dla dużego, a zaczyna kopiować jego najgorsze pomysły.

Gmina oczywiście ma prawo szukać pieniędzy na utrzymanie obiektu. Powinna jednak pamiętać, że przestrzeń publiczna nie jest zwykłym biznesem, a mieszkaniec nie jest klientem, którego należy obciążyć opłatą przy każdej możliwej okazji.

Burmistrz Wasilkowa być może zyska wpływy i ładne tabelki w budżecie. Może jednak stracić coś znacznie ważniejszego: przekonanie mieszkańców, że Wasilków jest miejscem przyjaznym, prostym i wolnym od absurdów, z których coraz częściej słyną większe miasta.

Będą nowe rezerwaty rezerwaty w Podlaskiem? Trwają konsultacje.

Będą nowe rezerwaty rezerwaty w Podlaskiem? Trwają konsultacje.

W województwie podlaskim może przybyć niemal 1000 hektarów terenów objętych ochroną rezerwatową. Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Białymstoku rozpoczęła konsultacje społeczne w sprawie utworzenia pięciu nowych rezerwatów przyrody oraz powiększenia trzech już istniejących. Łącznie chodzi o 943,89 ha.

Chodzi o fragmenty lasów, torfowisk, dolin rzecznych, rozlewisk bobrowych i terenów wokół wyjątkowych jezior, które mają zostać zabezpieczone przed zniszczeniem, wycinką, osuszaniem albo zwyczajnym „zagospodarowaniem” w stylu: najpierw wjedzie sprzęt, a potem będziemy się zastanawiać, co właściwie straciliśmy.

Nowe rezerwaty mają powstać między innymi w Puszczy Augustowskiej i Puszczy Knyszyńskiej. Planowane jest utworzenie rezerwatu Uroczysko Mszar w gminie Krasnopol, gdzie chroniona ma być chamedafne północna – rzadka roślina związana z chłodniejszym, borealnym klimatem. W Puszczy Knyszyńskiej proponowane są między innymi Uroczysko Skarbacinka, Dolina Świnobródki oraz Misiowa Chatka. To miejsca ważne dla ptaków, owadów, starych lasów, martwego drewna, bagiennych borów i naturalnych dolin rzecznych.

Sama nazwa „Misiowa Chatka” może brzmieć jak atrakcja dla dzieci, ale chodzi o bardzo poważną sprawę: ochronę leśnych siedlisk, w których przyroda może funkcjonować bez ciągłego poprawiania jej przez człowieka. W takich miejscach martwe drewno nie jest bałaganem, tylko domem dla owadów, grzybów i ptaków. Stare drzewa nie są „surowcem”, tylko elementem ekosystemu, którego nie da się odtworzyć w kilka lat.

Na liście jest też Uroczysko Giedź w Puszczy Augustowskiej, gdzie występują rzadkie porosty uznawane za wskaźniki starych lasów. To ważne, bo porosty nie dają się oszukać. Nie wystarczy postawić tabliczki „las naturalny” i zrobić zdjęcia do folderu promocyjnego. Jeżeli przez dekady prowadzono intensywną gospodarkę, takie gatunki po prostu znikają.

Powiększone mają zostać również trzy istniejące rezerwaty: Koryciny, Dolina Rospudy oraz Jezioro Hańcza. Szczególnie symboliczna jest Rospuda. To miejsce, które lata temu stało się jednym z najgłośniejszych przykładów sporu o to, czy rozwój musi oznaczać niszczenie najcenniejszej przyrody. Dziś część terenów, które kiedyś mogły zostać przecięte inwestycją drogową, ma trafić pod mocniejszą ochronę.

W przypadku Hańczy chodzi nie tylko o samą wodę, ale także o lasy w zlewni jeziora. To ważne, bo jeziora nie da się chronić wyłącznie przy brzegu. To, co dzieje się w otoczeniu, wpływa później na jakość wody. Jeżeli dookoła pozwolimy na degradację, spływy zanieczyszczeń i presję inwestycyjną, to samo jezioro prędzej czy później za to zapłaci.

I tu dochodzimy do sedna. Rezerwaty nie są fanaberią urzędników ani zabawką przyrodników. Są jedną z ostatnich skutecznych form ochrony miejsc, które jeszcze nie zostały zajechane, osuszone, rozkopane albo pocięte drogami. W Podlaskiem przez lata wiele decyzji podejmowano według prostego schematu: przyroda jakoś sobie poradzi. Tyle że coraz częściej widać, że nie zawsze sobie radzi. Wysychające rzeki, zanikające mokradła, presja na lasy i coraz większy apetyt na tereny atrakcyjne inwestycyjnie pokazują, że granica została w wielu miejscach przekroczona.

Oczywiście rezerwat nie rozwiązuje wszystkich problemów. Nie zastąpi rozsądnej polityki wodnej, nie zatrzyma suszy, nie naprawi błędów melioracji i nie sprawi, że nagle wszyscy zaczną traktować przyrodę poważnie. Ale jest jasnym sygnałem: są miejsca, których nie powinniśmy już ruszać. Nie dlatego, że „ekolodzy zabraniają”, tylko dlatego, że bez takich miejsc województwo podlaskie straci dokładnie to, czym tak chętnie chwali się w folderach turystycznych.

Warto też pamiętać, że rezerwat nie zawsze oznacza całkowity zakaz wejścia. Część takich obszarów może być udostępniana turystycznie, edukacyjnie czy nawet do zbioru runa leśnego, jeżeli nie szkodzi to celom ochrony. Kluczowe jest jednak to, by człowiek był tam gościem, a nie właścicielem z koparką, piłą i planem „zagospodarowania potencjału”.

Nie dajcie się robić w wała ruskim i putinowi. Wołyń to nie powód, by prześladować Ukraińców.

Nie dajcie się robić w wała ruskim i putinowi. Wołyń to nie powód, by prześladować Ukraińców.

11 lipca to jedna z wielu bolesnych dat w polskiej pamięci historycznej. Tego dnia będziemy wspominać ofiary rzezi wołyńskiej – ludobójstwa dokonanego na Polakach przez ukraińskich nacjonalistów. To nie jest temat do zamiatania pod dywan, rozmywania, relatywizowania ani udawania, że „jakoś to było”. Była zbrodnia. Były spalone wsie, mordowane rodziny, dzieci, kobiety, starcy. Była nienawiść, która zamieniła sąsiadów w oprawców. Pamięć o tych ofiarach jest obowiązkiem państwa polskiego, historyków, rodzin i każdego, kto rozumie, czym jest narodowa wspólnota.

Ale jest też druga prawda, równie ważna dziś, w lipcu 2026 roku.

Pamięć o Wołyniu nie może być pretekstem do popierania rosji w wojnie przeciw Ukrainie. Z perspektywy prawdziwego polskiego patriotyzmu jest to po prostu niedopuszczalne.

Bo patriotyzm nie polega na tym, by dać się prowadzić za rękę państwu, które od pokoleń traktowało Polskę jak teren do podporządkowania, rozbioru, zniewolenia albo zastraszenia. Patriotyzm nie polega na tym, by w imię słusznego bólu po polskich ofiarach powtarzać dzisiaj hasła korzystne dla rosji. Patriotyzm nie polega na tym, by tak nienawidzić Ukraińców za zbrodnię sprzed ponad 80 lat, żeby nie zauważyć, że obecnie to rosja prowadzi brutalną wojnę, niszczy miasta, morduje cywilów i testuje, jak daleko może przesunąć granicę strachu w Europie.

A Polska jest w tej układance następna. Nie dlatego, że ktoś straszy dla efektu. Dlatego, że historia rosyjskiego imperializmu nie zna pojęcia „wystarczy”. Jeśli moskwie udałoby się złamać Ukrainę, granica zagrożenia przesunęłaby się na Polskę. I wtedy wielu dzisiejszych internetowych „realistów”, którzy dziś z zapałem powtarzają po ruskich botach antyukraińskie narracje, mogłoby się bardzo zdziwić, komu naprawdę pomogli.

Jedno jest pewne. Jeszcze przed 11 lipca rosja eskaluje działania informacyjne wymierzone jednocześnie w Polskę i Ukrainę. Obecnie trwa aktywna faza rosyjskiej operacji, której celem jest zerwanie relacji między naszymi krajami. W tym celu wykorzystywana jest właśnie rocznica zbrodni wołyńskiej, bo Kreml doskonale wie, że to temat bolesny, emocjonalny i łatwy do podpalenia. Szczególnie, że na dokładkę bardzo głupio postąpił ukraiński prezydent Wołodymyr Zełenski gloryfikując zbrodniarzy UPA w ostatnim czasie.

Mechanizm jest prosty. Najpierw rosja może „odtajnić” dokumenty dotyczące Wołynia. Potem będą pojawiać się fake newsy, anonimowe konta, fałszywe przekazy, prowokacyjne wygenerowane przez sztuczną inteligencję plakaty i sugestie, że „Ukraińcy w Polsce” mają rzekomo specjalnie obrażać Polaków przed rocznicą.

Wszystko po to, by zwykły człowiek zobaczył obrazek w internecie, zagotował się z emocji i podał dalej. Dlatego nie dajcie się robić w wała ruskim i putinowi.

Obrazek nie musi nikogo nawet przekonywać, że putin jest dobry. Wystarczy, że przekona, iż Ukraina jest naszym głównym wrogiem. Nie musi mówić: „kochajcie rosję”. Wystarczy, że podsunie: „nienawidźcie Ukraińców”. Nie musi wysyłać czołgów na polską granicę, jeśli wcześniej uda się zatruć polską debatę publiczną tak, by Polacy sami zaczęli powtarzać rosyjskie tezy, kłócić się między sobą i osłabiać własne bezpieczeństwo.

To jest wojna informacyjna. Brudna, cyniczna i bardzo skuteczna, jeśli trafia na ludzi, którzy mylą pamięć historyczną z plemienną nienawiścią.

Bo można i trzeba mówić prawdę o Wołyniu. Można domagać się ekshumacji, godnego pochówku, uczciwej edukacji historycznej, jasnego – negatywnego stanowiska władz Ukrainy wobec zbrodni UPA. Można krytykować ukraińską politykę pamięci tam, gdzie jest ona ślepa, niesprawiedliwa albo raniąca dla Polaków. To wszystko mieści się w dojrzałym patriotyzmie. Ale czymś zupełnie innym jest przechodzenie od pamięci o ofiarach do nienawiści wobec całego narodu.

Historia Europy jest pełna zbrodni, które mogłyby być paliwem dla wiecznej wojny wszystkich ze wszystkimi. Potop szwedzki nie jest dziś powodem, by nienawidzić Szwedów. Holocaust, niemieckie obozy zagłady, pacyfikacje wsi i mordowanie Polaków podczas II wojny światowej nie są powodem, by nienawidzić współczesnych Niemców jako narodu. Katyń, zorganizowany przez rosję, nie powinien prowadzić do ślepej nienawiści wobec każdego rosjanina, choć oczywiście obecne państwo rosyjskie i jego imperialna polityka muszą być negatywnie oceniane bez złudzeń.

Tak samo rzeź wołyńska nie może być podstawą do nienawiści wobec wszystkich Ukraińców. Może być podstawą do pamięci. Do bólu. Do żądania prawdy. Do upominania się o groby. Do mówienia, że pojednanie bez prawdy jest puste. Ale nie może być podstawą do tego, by dziś kibicować rosyjskim rakietom spadającym na ukraińskie miasta.

Tu trzeba postawić granicę bardzo wyraźnie: kto używa Wołynia do usprawiedliwiania rosyjskiej agresji, ten profanuje polską pamięć i obraża Polaków.

Bo ofiary Wołynia nie zginęły po to, by ich tragedia stała się narzędziem w rękach kremla. Nie zginęły po to, by rosyjska propaganda mogła dziś rozgrywać polskie emocje jak tanią kartę w internetowej wojnie. Nie zginęły po to, by ktoś w Polsce, siedząc wygodnie przed komputerem, z oburzeniem pisał o ukraińskich zbrodniach sprzed dekad, a jednocześnie milczał wobec rosyjskich zbrodni dziejących się teraz.

Prawdziwy patriotyzm wymaga pamięci, ale też rozumu. Wymaga serca dla polskich ofiar, ale też zimnej oceny współczesnych zagrożeń. A największym zagrożeniem dla Polski w tej części świata nie jest dziś ukraińska matka z dzieckiem, która uciekła przed wojną. Nie jest ukraiński pracownik, który mieszka obok. Nie jest naród ukraiński, który sam płaci gigantyczną cenę za rosyjską agresję.

Największym zagrożeniem jest rosja – imperialna, agresywna, zakłamana i gotowa podpalać cudze konflikty historyczne, byle tylko osłabić tych, którzy stoją jej na drodze.

Dlatego 11 lipca trzeba pamiętać. Trzeba zapalić znicz. Trzeba oddać hołd pomordowanym. Trzeba mówić prawdę o Wołyniu bez lęku i bez poprawnościowych uników.

Ale trzeba też uważać, kto stoi obok z zapałkami.

Featured Video Play Icon

Podlaskie to miejsce coraz większych sporów z przyrodnikami. Dlaczego?

Podlaskie coraz częściej staje się miejscem sporów, które z pozoru wyglądają bardzo prosto: są ludzie, którzy chcą coś robić, budować, wydobywać, pływać, gospodarować albo inwestować — i są przyrodnicy, którzy rzekomo wszystkiego zabraniają. W takiej opowieści łatwo zrobić z ekologów wygodnego wroga. Bo przecież „bronią ptaków”, „blokują rozwój”, „stawiają żubra ponad człowiekiem”, „nie pozwalają pływać”, „utrudniają rolnikom życie”.

Tylko że to jest bardzo wygodne uproszczenie. I bardzo niebezpieczne.

Bo prawda jest taka, że Podlasie przez dekady było drenowane z zasobów. Ziemię kopano, rzeki prostowano, bagna osuszano, jeziora traktowano jak tor wodny, lasy jak magazyn drewna, a przyrodę jak przeszkodę, którą trzeba jakoś obejść. Przez lata zawsze znajdowało się uzasadnienie: rozwój, potrzeby ludzi, miejsca pracy, produkcja rolna, wygoda, inwestycje. Tyle że każde „jeszcze trochę” w końcu prowadzi do momentu, w którym ktoś musi powiedzieć: stop.

I właśnie ten moment coraz częściej widzimy w Podlaskiem.

Ziemia sokólska, jedna z najpiękniejszych części regionu, coraz bardziej przypomina wielką kopalnię żwiru. Tam, gdzie powinny być zielone wzgórza, przestrzeń, krajobraz i cisza, pojawiają się hałdy piachu, wyrobiska i ciężki transport. Oczywiście, żwir jest potrzebny. Drogi same się nie zbudują. Tylko że pytanie brzmi: ile jeszcze? Czy naprawdę każdy piękny pagórek, każde pole, każdy fragment krajobrazu ma być potraktowany wyłącznie jako surowiec? Czy Podlasie ma być regionem, który najpierw sam siebie rozkopie, a potem będzie się dziwił, że stracił to, co czyniło go wyjątkowym?

Podobny dramat rozgrywa się wokół wody. Przez lata melioracja była słowem niemal świętym. Osuszano, prostowano, odprowadzano wodę jak najszybciej, bo kiedyś miało to sens. Po wojnie Polska była krajem biednym, głodnym, odbudowującym się. Potrzebne były pola, plony, żywność. Tyle że czasy się zmieniły, a my dalej często myślimy kategoriami sprzed kilkudziesięciu lat. Dziś problemem nie jest nadmiar wody, lecz jej brak. Coraz częściej widzimy suszę, niskie stany rzek, wysychające mokradła, ginące siedliska.

Najbardziej bolesnym symbolem jest Narew i Narwiański Park Narodowy. Siemianówka przez lata miała dawać korzyści, ale dziś coraz wyraźniej widać, że system wodny został naruszony. Rzeka, która powinna żyć swoim rytmem, została podporządkowana ludzkiej kontroli. A kiedy umiera dolina Narwi, nie umiera tylko „jakiś teren przyrodniczy”. Umiera jedno z najważniejszych miejsc na mapie Podlasia. Miejsce, które powinno być dumą regionu, jego wizytówką i naturalnym skarbem.

To samo dotyczy mniejszych rzek, rowów, łąk i bagien. Przez dekady powtarzano, że trzeba „uporządkować” wodę. Tyle że natura nie jest bałaganem. Bagno nie jest nieużytkiem. Meandrująca rzeka nie jest wadą krajobrazu. Mokradło nie jest przeszkodą w rozwoju. To są systemy, które magazynują wodę, chłodzą otoczenie, chronią przed suszą, dają życie tysiącom gatunków. Kiedy je niszczymy, nie wygrywamy z naturą. Podcinamy gałąź, na której sami siedzimy.

Kolejny spór to jeziora augustowskie i konflikt między przyrodnikami a motorowodniakami. Z jednej strony mamy ludzi, którzy chcą korzystać z wody, pływać, odpoczywać, rozwijać turystykę. Z drugiej — tych, którzy mówią, że dzikie jeziora, Rospuda, cisza i kajakarze też mają prawo istnieć. I znowu: najłatwiej powiedzieć, że ekolodzy przesadzają. Ale każdy, kto próbował spokojnie płynąć kajakiem, gdy obok przelatuje motorówka, wie, że to nie jest drobna niedogodność. To hałas, spaliny, fale, stres dla ludzi i zwierząt. To zmiana charakteru miejsca.

Nie każde jezioro musi być akwenem do szybkiego pływania. Nie każda rzeka musi być dostępna dla motorowego sprzętu. Nie każde dzikie miejsce musi zostać podporządkowane rekreacji rozumianej jako hałas i prędkość.

Podlasie nie wygra tym, że stanie się kopią Mazur z największych wakacyjnych koszmarów. Wygra wtedy, gdy zachowa to, czego gdzie indziej już prawie nie ma: ciszę, dzikość, przestrzeń i naturę, która nie została całkowicie skomercjalizowana.

Są też konflikty najbardziej emocjonalne, bo dotyczą bezpośrednio ludzi. Żubry wchodzą zimą na pola, niszczą uprawy, zadeptują teren. Wilki zagryzają bydło pozostawione na pastwiskach. Rolnicy czują się bezradni i trudno się temu dziwić. Dla kogoś z miasta żubr może być symbolem pięknej przyrody, a wilk znakiem dzikości. Dla gospodarza to czasem realna strata, stres i poczucie, że państwo chroni zwierzęta, ale człowieka zostawia samego z problemem.

Tego nie wolno lekceważyć. Ochrona przyrody nie może polegać na tym, że mieszkańcom wsi mówi się z wyższością: „macie się cieszyć, bo to cenny gatunek”. Jeżeli państwo obejmuje gatunki ścisłą ochroną, musi też uczciwie i szybko rekompensować szkody, pomagać w zabezpieczeniach i rozwiązywać konflikty. Ale z drugiej strony nie można udawać, że rozwiązaniem jest powrót do czasów, w których wszystko, co przeszkadza człowiekowi, można było po prostu odstrzelić, przepłoszyć albo zniszczyć. Żubr i wilk nie są intruzami w Podlaskiem. One były tu przed naszymi ogrodzeniami i mapami działek.

Podobnie jest z ptakami. Dziś każda większa inwestycja musi brać pod uwagę okresy lęgowe, siedliska i gatunki chronione. Dla części mieszkańców brzmi to jak absurd: „znowu jakieś ptaki blokują robotę”. Ostatnio w Juszkowym Grodzie prace zostały wstrzymane ze względu na ptaki właśnie. Jednak w emocjach łatwiej było obwinić przyrodników, a nie tego kto powinien uwzględnić okres lęgu w harmonogramie prac. To pokazuje szerszy problem. Kiedy inwestycja jest źle przygotowana, winni rzadko są ci, którzy popełnili błąd. Najłatwiej wskazać „ekologów”, bo oni w tej opowieści od dawna pełnią rolę czarnego charakteru.

Tymczasem ochrona ptaków w okresie lęgowym nie jest fanaberią. To element cywilizowanego planowania. Prace można prowadzić, inwestycje można realizować, drogi można budować, remonty można wykonywać. Trzeba tylko robić to z głową.

W tle tych wszystkich sporów jest jedno zasadnicze pytanie: czy Podlasie ma być regionem, który zachowa swoje najcenniejsze zasoby, czy miejscem, które sprzeda je kawałek po kawałku, a potem będzie organizować konferencje o „ratowaniu dziedzictwa przyrodniczego”?

Bo łatwo jest mówić o rozwoju. Trudniej zapytać, jaki to ma być rozwój. Czy taki, po którym zostają dziury po żwirowniach, wyschnięte rzeki, hałaśliwe jeziora, zniszczone siedliska i mieszkańcy skłóceni z przyrodą? Czy taki, który rozumie, że natura nie jest luksusem dla bogatych ani przeszkodą dla inwestycji, lecz podstawą życia, turystyki, rolnictwa, zdrowia i lokalnej tożsamości?

Przyrodnicy nie są całym złem tego świata. Nie są też nieomylni i nie powinni być zwolnieni z rozmowy z mieszkańcami. Ale w wielu przypadkach to właśnie oni mówią dziś rzeczy, których inni nie chcą słyszeć. Że nie można bez końca kopać, osuszać, hałasować, betonować, regulować i eksploatować. Że przyroda ma granice wytrzymałości. Że Podlasie nie jest niewyczerpalnym magazynem surowców, wody, przestrzeni i ciszy.

Największy paradoks polega na tym, że ci, którzy dziś krzyczą, że przyrodnicy blokują rozwój regionu, często bronią modelu, który ten region po cichu niszczył przez dekady. A potem, kiedy zostaną suche rzeki, rozkopane wzgórza i jeziora bez spokoju, będzie już za późno na zdziwienie.

Podlasie nie potrzebuje wojny ludzi z przyrodą. Potrzebuje uczciwej rozmowy o granicach. O tym, że rolnik ma prawo do ochrony swoich upraw, ale rzeka ma prawo płynąć. Że inwestycje są potrzebne, ale nie mogą być prowadzone byle jak. Że turystyka jest ważna, ale nie każda forma rekreacji pasuje do każdego miejsca. Że żwir, pola, jeziora i lasy mają wartość ekonomiczną, ale ich wartość nie kończy się na tym, ile można z nich natychmiast wyciągnąć.

Bo jeżeli dziś nikt nie powie „stop”, jutro możemy obudzić się w regionie, który nadal będzie nazywał się Podlasiem, ale z tego, za co naprawdę je kochamy, zostaną już tylko zdjęcia, foldery promocyjne i wspomnienia.

Czy rowerem można bezpiecznie przejechać trasę Białystok – Augustów?

Czy rowerem można bezpiecznie przejechać trasę Białystok – Augustów?

Między Knyszynem a Krypnem ma powstać blisko 6-kilometrowa droga dla pieszych i rowerów. Na razie nie mówimy jeszcze o samej budowie, lecz o przygotowaniu dokumentacji projektowej. To jednak ważny pierwszy krok, bo ten odcinek od dawna prosił się o bezpieczne oddzielenie rowerzystów i pieszych od samochodów. Inwestycja ma objąć trasę o długości około 5,8 km wzdłuż drogi wojewódzkiej nr 671 na odcinku Knyszyn – Krypno.

Dla mieszkańców obu gmin to oczywiście poprawa codziennego bezpieczeństwa. Obecnie poruszanie się pieszo lub rowerem przy drodze wojewódzkiej nie należy do komfortowych. Jezdnia jest wąska, samochodów nie brakuje, a ruch lokalny sprawia, że rowerzysta często czuje się tam jak nieproszony gość. To zresztą problem wielu podlaskich dróg. Nawet jeżeli są daleko od ekspresówek i dróg krajowych, nie oznacza to jeszcze, że są spokojne. Dziś w wielu rodzinach są po dwa albo trzy auta, a lokalne drogi przejęły ogromną część codziennego ruchu.

Dlatego budowa drogi rowerowej między Knyszynem a Krypnem to dobra wiadomość nie tylko dla mieszkańców. To także ważny fragment większej układanki, czyli bezpiecznego rowerowego połączenia Białegostoku z Augustowem.

Taka trasa już dziś jest możliwa, ale nie wszędzie jest wygodna i bezpieczna. Z Białegostoku można jechać przez Fasty, Dobrzyniewo Duże, Krypno, Knyszyn, Dolistowo Stare, Biebrzański Park Narodowy, a dalej Białobrzegi, by stamtąd lasem dojechać do samego Augustowa, unikając najbardziej nieprzyjaznych rowerzystom dróg. To jeden z ciekawszych kierunków rowerowych w województwie, bo łączy podmiejskie tereny Białegostoku, okolice Knyszyna, dolinę Biebrzy i leśne odcinki prowadzące ku Augustowowi.

Problem w tym, że „da się przejechać” to jeszcze nie znaczy „da się przejechać spokojnie”. Rowerzyści coraz częściej szukają tras, na których nie trzeba co chwilę oglądać się przez ramię i zastanawiać, czy kolejny kierowca zachowa bezpieczny odstęp. Właśnie dlatego potrzebne są nie pojedyncze, przypadkowe kawałki infrastruktury, lecz logiczne ciągi rowerowe, które realnie łączą miejscowości. Odcinek Knyszyn – Krypno może być jednym z takich elementów.

Największe pytanie brzmi jednak: co dalej? Bo jeżeli naprawdę chcemy mówić o bezpiecznej trasie rowerowej z Białegostoku w stronę Biebrzy i Augustowa, to sam fragment między Knyszynem a Krypnem nie wystarczy. Potrzebny byłby cały szlak od Białegostoku przez Dobrzyniewo Duże, Krypno, Knyszyn aż do Dolistowa. Dopiero wtedy rowerzysta mógłby ruszyć z miasta i bez nerwów dojechać w stronę jednych z najpiękniejszych terenów północno-wschodniej Polski.

To ważne nie tylko dla rekreacji. Dobre drogi rowerowe to także alternatywa dla krótkich przejazdów samochodem, szansa na rozwój lokalnej turystyki i sposób na połączenie małych miejscowości z większymi ośrodkami. Podlasie ma ogromny potencjał rowerowy, ale przez lata infrastruktura powstawała punktowo, bez wystarczającego myślenia o długich, bezpiecznych trasach.

Dlatego informacja o przygotowaniach do budowy drogi dla pieszych i rowerów z Knyszyna do Krypna jest dobrą wiadomością. Nie dlatego, że 5,8 km rozwiąże wszystkie problemy. Nie rozwiąże. Ale dlatego, że może być początkiem szerszego myślenia o trasie, którą kiedyś będzie można bezpiecznie pojechać z Białegostoku aż do Augustowa — nie poboczem, nie w stresie, nie między rozpędzonymi samochodami, tylko normalnie, jak w regionie, który naprawdę traktuje rower jako środek transportu i sposób na turystykę.

Featured Video Play Icon

Co za film! Tak wyglądała Łomża 25 lat temu. Niewiarygodne zmiany.

Dwadzieścia pięć lat to niby niewiele. W życiu miasta to zaledwie chwila. A jednak wystarczy włączyć archiwalne nagranie z Łomży, żeby poczuć, że patrzymy już na trochę inny świat. Niby te same ulice, znajome budynki, ten sam ruch, ten sam rytm miasta, a jednak wszystko wydaje się jakby spokojniejsze, prostsze i bardziej „analogowe”.

Na filmie nagranym w okolicach dworca PKS widać Łomżę sprzed dwudziestu kilku lat. Dla jednych będzie to zwykły zapis miasta z tamtego czasu. Dla innych — sentymentalna podróż do miejsc, które pamiętają z codziennych dojazdów, powrotów ze szkoły, pierwszych samodzielnych wyjazdów albo rodzinnych wypraw autobusem.

Dworzec PKS przez lata był jednym z ważniejszych punktów na mapie Łomży. To tu zaczynały się i kończyły trasy do Białegostoku, Warszawy, Ostrołęki, Zambrowa, Kolna czy mniejszych miejscowości regionu. Dla wielu mieszkańców nie był tylko budynkiem z kasami i stanowiskami autobusowymi. Był miejscem oczekiwania, spotkań, pożegnań i powrotów. Miał swój własny klimat: odgłos silników, zapach spalin, zapowiedzi odjazdów, ludzie z torbami, uczniowie, pracownicy, podróżni, którzy po prostu chcieli gdzieś dotrzeć.

Dziś takie nagrania ogląda się zupełnie inaczej niż wtedy, gdy powstawały. W momencie nagrywania były zwyczajnym filmem z miasta. Ot, ktoś wziął kamerę, przeszedł się lub przejechał przez okolicę i zarejestrował codzienność. Dopiero czas sprawił, że ten zwykły obraz nabrał wartości. Bo właśnie codzienność starzeje się najciekawiej.

Na takich filmach widać rzeczy, na które kiedyś nikt nie zwracał uwagi: stare szyldy, samochody, ulice, elewacje budynków, przystanki, reklamy, chodniki, sposób ubierania się ludzi. Widać też tempo miasta. Nie ma jeszcze tak wszechobecnych smartfonów, nie wszystko jest podporządkowane ekranom, a miejska przestrzeń wygląda mniej „wygładzona” niż dziś. To Łomża z czasów, które wielu pamięta doskonale, choć jednocześnie wydają się już zamkniętym rozdziałem.

Dziś, gdy oglądamy Łomżę sprzed 25 lat, łatwo złapać się na myśli: „przecież to było tak niedawno”. A potem przychodzi drugie wrażenie — że jednak zmieniło się bardzo dużo. Miasto wyglądało inaczej, ludzie żyli trochę inaczej, podróżowało się inaczej. I choć nie wszystko z tamtych lat było lepsze, to takie filmy mają w sobie szczególny urok. Przypominają, że historia miasta nie składa się wyłącznie z wielkich wydarzeń. Tworzą ją także zwykłe ulice, autobusy, dworce, sklepy, przechodnie i codzienny ruch.

Właśnie dlatego warto oglądać takie nagrania. Nie tylko z nostalgii, ale też po to, by zobaczyć, jak szybko zmienia się świat wokół nas. Bo za kolejne 25 lat dzisiejsza Łomża też będzie wyglądać jak archiwum. A ktoś obejrzy współczesny film i powie dokładnie to samo: „pamiętam, tak kiedyś było”.

Featured Video Play Icon

Rower, Suwałki i Wigry. Ten kierunek to gotowy przepis na świetny dzień.

Są takie miejsca, które najlepiej ogląda się nie zza szyby samochodu, nie w pośpiechu i nie z telefonem przyklejonym do dłoni. Suwałki i okolice Wigier należą właśnie do tej kategorii. Tu warto przyjechać z rowerem, zwolnić tempo i pozwolić, żeby krajobraz robił swoje. A robi bardzo dużo.

Suwałki często traktowane są jako miasto „po drodze”. Ktoś jedzie na Litwę, ktoś w stronę Sejn, ktoś nad jeziora, ktoś jeszcze dalej na północ. Tymczasem warto się tu zatrzymać choćby na kilka godzin. Miasto ma spokojny rytm, szerokie ulice, ciekawą historię i klimat pogranicza. Można przejechać się przez centrum, zajrzeć w okolice ulicy Chłodnej, odwiedzić park Konstytucji 3 Maja, zatrzymać się przy pomniku Marii Konopnickiej i poczuć, że Suwałki nie są tylko punktem na mapie, ale dobrą bazą wypadową do jednej z najpiękniejszych rowerowych tras w tej części Polski.

Bo prawdziwa przygoda zaczyna się kawałek dalej – przy jeziorze Wigry.

Pętla wokół Wigier to propozycja dla tych, którzy lubią, gdy trasa rowerowa ma wszystko: wodę, las, pagórki, widoki, zabytki, drewniane pomosty, ciche wsie, miejsca na odpoczynek i ten charakterystyczny suwalski krajobraz, który raz jest sielski, raz dziki, a raz wygląda tak, jakby ktoś specjalnie ustawił go pod pocztówkę.

Sama trasa wokół jeziora ma około 48 kilometrów. To dystans, który dla wprawionych rowerzystów będzie przyjemną jednodniową wycieczką, ale nie warto robić go na zasadzie „byle szybciej”. Wokół Wigier co chwilę jest coś, przy czym chce się zejść z roweru. A to widok na jezioro, a to drewniana kładka, a to ścieżka przez las, a to miejsce, w którym cisza jest tak gęsta, że człowiek automatycznie przestaje mówić za głośno.

Jednym z najważniejszych punktów na trasie jest oczywiście pokamedulski klasztor w Wigrach. Położony na półwyspie, górujący nad wodą, jest jednym z tych miejsc, które robią wrażenie nawet na osobach, które deklarują, że „zabytki to nie dla mnie”. Tu historia, architektura i krajobraz sklejają się w jedną całość. Można wejść na teren klasztoru, popatrzeć na jezioro z góry i zrozumieć, dlaczego Wigry od lat przyciągają turystów, fotografów, kajakarzy i rowerzystów.

Kolejny punkt, którego nie warto omijać, to Stary Folwark i Muzeum Wigier. To dobre miejsce, by lepiej zrozumieć, czym właściwie jest Wigierski Park Narodowy, dlaczego ten teren jest tak cenny i co żyje w wodzie, lesie oraz na torfowiskach. Przy okazji Stary Folwark może być też praktycznym miejscem startu dla tych, którzy nie chcą zaczynać całej wyprawy z Suwałk.

Po drodze pojawiają się też punkty widokowe, pomosty, leśne odcinki i fragmenty prowadzące przez spokojne miejscowości. Warto zahaczyć o okolice Bryzgla, skąd rozciągają się piękne widoki na jezioro. Warto też mieć oczy szeroko otwarte w rejonie Krusznika, gdzie krajobraz potrafi wynagrodzić każdy podjazd. Bo tak, trzeba to uczciwie powiedzieć: Suwalszczyzna nie jest płaska. Kto spodziewa się trasy jak po bulwarach, może się zdziwić. Są podjazdy, są zjazdy, są odcinki leśne i drogi, na których rower trekkingowy albo górski sprawdzi się lepiej niż delikatna szosówka.

Ale właśnie w tym tkwi urok tej wyprawy. To nie jest nudna ścieżka rowerowa, na której odlicza się kilometry. To trasa, która zmienia się co kilka chwil. Raz jedzie się przez las, potem obok pól, potem znów pojawia się tafla jeziora, potem jakaś zatoka, wieża widokowa, cichy pomost, droga przez wieś. Wigry mają bardzo urozmaiconą linię brzegową, więc jezioro za każdym razem wygląda trochę inaczej. Nie ma tu jednego widoku. Jest ich kilkadziesiąt.

Na taką wycieczkę najlepiej zaplanować cały dzień. Nie dlatego, że same kilometry są nie do pokonania, ale dlatego, że szkoda byłoby przejechać tę trasę jak trening. Warto zabrać wodę, coś do jedzenia, wygodne ubranie, zapasową dętkę i trochę cierpliwości do postojów, bo tych będzie sporo. Przyda się też naładowany telefon z mapą, choć szlak jest znany i popularny. W parku narodowym trzeba też pamiętać o podstawowej zasadzie: jesteśmy gośćmi. Nie hałasujemy, nie zjeżdżamy tam, gdzie nie wolno, nie zostawiamy śmieci i nie traktujemy lasu jak prywatnego placu zabaw.

Dla mieszkańców Podlasia to świetny pomysł na jednodniowy albo weekendowy wypad. Można zacząć od spokojnego zwiedzania Suwałk, zjeść coś w mieście, a potem ruszyć w stronę Wigier. Można też potraktować Suwałki jako bazę, przenocować i następnego dnia zrobić pętlę wokół jeziora bez pośpiechu. Wersja idealna? Jeden dzień na miasto i okolice, drugi na Wigry. Wtedy nie trzeba wybierać między kawą w Suwałkach, klasztorem w Wigrach, widokiem w Bryzglu a odpoczynkiem nad wodą.

Suwalszczyzna ma to do siebie, że nie krzyczy. Ona nie próbuje być modna na siłę. Nie udaje kurortu, nie świeci neonami i nie obiecuje atrakcji co pięć metrów. Zamiast tego daje przestrzeń, pagórki, jeziora, lasy i poczucie, że naprawdę gdzieś się pojechało. A rower jest tu chyba najlepszym środkiem transportu, bo pozwala zobaczyć więcej niż pieszo i poczuć więcej niż z samochodu.

Dlatego jeżeli szukacie pomysłu na aktywny wyjazd, który nie wymaga wielkiej logistyki, warto spojrzeć na północ województwa. Suwałki i Wigry to duet, który działa znakomicie. Najpierw miasto, potem jezioro. Najpierw spokojne ulice, potem lasy i widoki. Najpierw kawa, potem kilometry.

A na koniec zmęczenie, które naprawdę ma sens.

Potrzebne są pilne działania! Kończy się tlen w rzece Supraśl. Ryby będą się masowo dusić.
fot. Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Białymstoku

Potrzebne są pilne działania! Kończy się tlen w rzece Supraśl. Ryby będą się masowo dusić.

Na Podlasiu znów wraca problem, który kilka lat temu zakończył się dramatycznymi obrazami martwych ryb wyławianych z rzek. Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Białymstoku oraz Polski Związek Wędkarski Okręg w Białymstoku alarmują, że w rzece Supraśl poziom tlenu zbliża się miejscami do wartości krytycznych. Zagrożona jest także Sokołda.

To nie jest zwykła letnia niedogodność. Gdy w wodzie zaczyna brakować tlenu, ryby po prostu nie mają czym oddychać. Zjawisko to nazywane jest przyduchą. W upalne, suche dni ryzyko jego wystąpienia rośnie bardzo szybko, szczególnie tam, gdzie poziom wody jest niski, nurt słaby, a temperatura wysoka. Według pomiarów wykonanych przez Polski Związek Wędkarski Okręg w Białymstoku poziom tlenu rozpuszczonego w wodzie na rzece Supraśl spadł miejscami do 3,6 mg/l. To już bardzo niepokojąca wartość. Dla porównania, optymalny poziom natlenienia wody powinien wynosić około 8–12 mg/l. Gdy stężenie tlenu spada poniżej 2 mg/l, może dochodzić do masowego śnięcia ryb.

Podlasie zna już takie sceny. W 2021 roku przyducha występowała między innymi na Supraśli, Biebrzy i Narwi. Z rzek wyławiano wtedy tony martwych ryb. Dziś instytucje odpowiedzialne za ochronę środowiska i gospodarkę wodną ostrzegają, że sytuacja znów zaczyna iść w niebezpiecznym kierunku.

Problem pogłębiają obecne upały. Mimo, że w ostatnim czasie spadło bardzo dużo deszczu, to rzeki mają bardzo niski stan wody. A ta nagrzana znacznie gorzej utrzymuje tlen.

Do tego dochodzi jeszcze jeden czynnik, o którym często się zapomina: skoszona, ale niezebrana trawa pozostawiona na łąkach przy rzece. Gdy zaczyna się rozkładać, pochłania tlen z wody. A jeśli przyjdą deszcze, woda może spłukać do rzeki substancje powstające podczas murszenia łąk i torfowisk. W praktyce oznacza to kolejne obciążenie dla i tak osłabionego ekosystemu.

Dlatego Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Białymstoku oraz PZW apelują do rolników o możliwie szybkie zebranie siana z terenów przylegających do rzek. Chodzi o to, by zrobić to jeszcze przed zapowiadanymi opadami. Każdy dzień zwłoki może zwiększać ryzyko strat — zarówno dla środowiska, jak i dla samych gospodarstw.

Apel kierowany jest także do instytucji odpowiedzialnych za egzekwowanie dobrych praktyk rolniczych. W tej sytuacji nie chodzi o biurokrację, tylko o realne działania, które mogą ograniczyć ryzyko katastrofy ekologicznej. RDOŚ wskazuje również na potrzebę zatrzymywania wody w rowach doprowadzających ją do rzek, zamiast szybkiego odprowadzania jej z krajobrazu.

Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska zwróciła się również do Wód Polskich o podjęcie działań zapobiegawczych. Wśród propozycji znalazło się między innymi rozważenie budowy progów, bystrzy i bystrotoków, które mogłyby pomóc w podniesieniu poziomu wody oraz poprawie jej natlenienia. Wskazano także na możliwość stosowania urządzeń napowietrzających, odpowiednie sterowanie jazami i zastawkami oraz opóźnienie koszenia roślinności w ciekach wodnych, jeśli aktualna sytuacja hydrologiczna tego wymaga.

To ważne, bo rzeka nie jest kanałem technicznym, który można dowolnie kosić, prostować i odwadniać, a potem dziwić się, że latem zaczyna umierać. Supraśl, Sokołda, Narew czy Biebrza to żywe systemy. Jeżeli w takim systemie brakuje wody i tlenu, konsekwencje ponoszą nie tylko ryby. Cierpi cały ekosystem: bezkręgowce, ptaki, roślinność wodna i ludzie, którzy z tej przyrody korzystają.

Przyducha jest jednym z tych zjawisk, które najpierw widać po rybach. Ale w rzeczywistości jest to komunikat dużo szerszy. Rzeka mówi nam, że ma za mało wody, za dużo ciepła, za mało naturalnej retencji i za dużo presji ze strony człowieka.

Na razie sytuacja jest ostrzeżeniem. Ale jeśli nie zostaną podjęte szybkie działania, ostrzeżenie zamieni się w kolejną smutną powtórkę z 2021 roku. A wtedy nie będzie już mowy o profilaktyce. Zostanie tylko liczenie strat i pytanie, dlaczego znów zareagowaliśmy za późno.

Featured Video Play Icon

Pamięć o białostockich Żydach jest obowiązkiem wobec historii

Są takie tematy, przy których łatwo wpaść w pułapkę uproszczeń. A jeszcze łatwiej w czasach, gdy świat dzieli się w mediach społecznościowych na obozy, hasła i natychmiastowe wyroki. Jednym z takich tematów jest pamięć o Żydach zamordowanych przez Niemców podczas II wojny światowej i dzisiejsza ocena państwa Izrael.

Te dwie sprawy trzeba umieć od siebie oddzielić. I to bardzo wyraźnie.

Dzisiejszy Izrael jako państwo zasługuje na ocenę skrajnie krytyczną. Działania izraelskich władz w Strefie Gazy, polityka wobec Palestyńczyków, okupacja, przemoc wobec ludności cywilnej, niszczenie infrastruktury, blokady humanitarne, przymusowe przesiedlenia i język polityczny oparty na etnicznej wyższości — to wszystko są sprawy, obok których nie wolno przechodzić obojętnie. Nie da się udawać, że chodzi wyłącznie o „skomplikowany konflikt”, w którym każdy argument unieważnia poprzedni. Są granice, po których przekroczeniu należy mówić jasno: państwo może stać się sprawcą przemocy, a jego działania mogą nosić znamiona zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości.

Izrael coraz częściej nie jest już postrzegany jedynie jako państwo broniące swojego bezpieczeństwa. Jest postrzegany jako państwo nacjonalistyczne, brutalne, oparte na polityce uprzywilejowania jednej grupy kosztem drugiej. To nie jest antysemityzm. To jest krytyka konkretnego państwa, konkretnych władz, konkretnych decyzji i konkretnego systemu politycznego. Tak samo jak krytyka Rosji putina nie jest nienawiścią do wszystkich Rosjan, krytyka Turcji Erdogana nie jest nienawiścią do Turków, a krytyka Chin nie jest nienawiścią do Chińczyków.

I właśnie dlatego trzeba bardzo mocno powiedzieć drugą rzecz: krytyka Izraela nie może być przenoszona na Żydów jako ludzi, na judaizm, na żydowską kulturę ani na pamięć o żydowskich mieszkańcach Polski. Tym bardziej nie może dotyczyć tych, którzy nie mieli z dzisiejszym Izraelem nic wspólnego, bo zostali zamordowani kilkadziesiąt lat przed powstaniem dzisiejszego porządku politycznego na Bliskim Wschodzie.

Białostoccy Żydzi byli częścią naszego miasta. Nie byli „obcym elementem”, nie byli przypisem do historii, nie byli wyłącznie ofiarami opisanymi w podręcznikach. Przez stulecia współtworzyli Białystok — jego handel, rzemiosło, kulturę, religijność, język ulicy, codzienność i charakter. Miasto, które dziś znamy, wyrasta także z ich obecności. Z tego, że tu mieszkali, pracowali, modlili się, zakładali rodziny, prowadzili sklepy, warsztaty, szkoły, drukarnie, organizacje społeczne. Byli sąsiadami.

27 czerwca 1941 roku rozpoczęła się jedna z najczarniejszych kart w historii miasta. Niemieccy okupanci rozpoczęli zagładę białostockich Żydów. Tego dnia spalili Wielką Synagogę przy ulicy Bożniczej, obecnie Suraskiej, wraz z setkami uwięzionych w niej ludzi. Do tych, którzy próbowali uciekać, strzelano. Szacuje się, że w płomieniach zginęło od 700 do nawet 2,5 tysiąca osób.

To nie była „śmierć w czasie wojny”. To był mord. Zaplanowany, wykonany z zimną konsekwencją, wymierzony w ludzi tylko dlatego, że byli Żydami. Dlatego pamięć o nich nie jest dodatkiem do lokalnej historii. Jest jednym z jej fundamentów.

W 85. rocznicę tamtych wydarzeń Białystok oddał hołd ofiarom „Czarnego piątku”. Pod Pomnikiem-Kopułą Wielkiej Synagogi przy ul. Suraskiej spotkali się mieszkańcy, przedstawiciele władz samorządowych, organizacji i środowisk żydowskich oraz zaproszeni goście. Wspominano ludzi, których świat został brutalnie przerwany. Nie abstrakcyjną grupę, nie symbol, nie polityczny argument, ale konkretnych mieszkańców miasta, którzy mieli swoje domy, rodziny, imiona i życie.

I tutaj właśnie zaczyna się najważniejsza lekcja. Oddanie hołdu białostockim Żydom zamordowanym przez Niemców nie oznacza poparcia dla polityki dzisiejszego Izraela. Tak samo jak krytyka dzisiejszego Izraela nie zwalnia nikogo z obowiązku pamięci o Żydach zamordowanych w Polsce przez niemieckich okupantów. Łączenie tych spraw jest intelektualnie fałszywe i moralnie niebezpieczne.

Bo jeżeli ktoś mówi: „Nie będę upamiętniał Żydów, bo nie popieram Izraela”, to w rzeczywistości popełnia dokładnie ten błąd, który prowadzi do zbiorowej odpowiedzialności. Przenosi winę państwa i jego współczesnej polityki na ludzi, którzy żyli w innym czasie, w innym miejscu i zostali zamordowani jako bezbronne ofiary niemieckiego ludobójstwa. To nie jest krytyka Izraela. To jest wejście na drogę antysemickiego uproszczenia.

Można — a nawet trzeba — stanowczo potępiać zbrodnie wojenne. Można krytykować izraelski nacjonalizm, kolonizację, okupację, przemoc wobec Palestyńczyków i politykę władz w Tel Awiwie oraz Jerozolimie. Można domagać się odpowiedzialności karnej przed trybunałami międzynarodowymi. Można mówić, że cierpienie Palestyńczyków nie może być relatywizowane Holocaustem. Można mówić, że pamięć o Zagładzie nie daje żadnemu państwu immunitetu na łamanie prawa międzynarodowego.

Ale nie wolno z tej krytyki robić nienawiści do Żydów. Nie wolno niszczyć pamięci o dawnych mieszkańcach Białegostoku. Nie wolno udawać, że białostocki Żyd z 1941 roku jest politycznym reprezentantem rządu Izraela z XXI wieku. To absurdalne, okrutne i historycznie fałszywe.

Pamięć o Wielkiej Synagodze jest pamięcią o Białymstoku. O mieście, którego część została spalona razem z ludźmi zamkniętymi w świątyni. O sąsiadach, których Niemcy najpierw odczłowieczyli, potem zamknęli, a następnie zamordowali. O świecie, którego już nie ma, ale którego ślady nadal są pod naszymi stopami — w nazwach ulic, w pustych miejscach, w archiwalnych zdjęciach, w rodzinnych historiach, w miejskiej tożsamości.

Dlatego obecność pod Pomnikiem-Kopułą Wielkiej Synagogi nie jest gestem wobec dzisiejszego państwa Izrael. Jest gestem wobec dawnych mieszkańców Białegostoku. Wobec ofiar niemieckiej zbrodni. Wobec historii, która wydarzyła się tutaj, w naszym mieście, nie gdzieś daleko.

W świecie, w którym polityka coraz częściej próbuje zawłaszczać pamięć, trzeba jej bronić przed prostymi hasłami. Można jednocześnie płakać nad losem Palestyńczyków i oddawać hołd Żydom zamordowanym przez Niemców. Można potępiać izraelskie zbrodnie i zapalić znicz pod pomnikiem Wielkiej Synagogi. Można nie zgadzać się na nacjonalizm państwa Izrael i jednocześnie uznawać żydowskie dziedzictwo Białegostoku za część naszego wspólnego dziedzictwa.

Nie ma w tym sprzeczności. Jest dojrzałość.

Bo pamięć nie powinna być zakładnikiem bieżącej polityki. A ofiary nie powinny po raz drugi tracić swojego miejsca w historii tylko dlatego, że współczesne państwo, które powołuje się na żydowską tożsamość, prowadzi politykę zasługującą na potępienie.

27 czerwca 1941 roku w Białymstoku Niemcy spalili ludzi żywcem. To jest fakt, którego nie wolno rozmywać. I o tych ludziach mamy obowiązek pamiętać — niezależnie od tego, jak surowo oceniamy dzisiejszy Izrael.

Oto pilne zadania dla Narwi i Siemianówki. Co trzeba zrobić w ramach interwencji?
Potrzebujemy piętrzenia wody na Narwi i interwencyjnych zrzutów z Siemianówki.

Oto pilne zadania dla Narwi i Siemianówki. Co trzeba zrobić w ramach interwencji?

Trzeba jasno oddzielić dwie rzeczy: długofalową przebudowę sposobu funkcjonowania Siemianówki oraz pilne działania ratunkowe dla Narwi. Ta pierwsza ścieżka już zaczyna się toczyć — o przyszłości zbiornika rozmawiają instytucje, potrzebne będą analizy, dokumentacje, uzgodnienia środowiskowe i decyzje administracyjne. Realnie większych zmian można spodziewać się zapewne dopiero w okolicach 2029 roku. Problem w tym, że Narew nie ma tylu lat zapasu.

Narwiański Park Narodowy, torfowiska, rozlewiska i cała dolina rzeki potrzebują wody tu i teraz, a także w najbliższych sezonach. Dlatego zanim wejdą w życie duże, systemowe decyzje, potrzebny jest program interwencyjny: szybkie, niskie piętrzenia od Bondar w stronę Narwiańskiego Parku Narodowego oraz kontrolowane zrzuty wody z Siemianówki w miesiącach krytycznych – maju, czerwcu, lipcu i sierpniu. To nie ma zastępować docelowej reformy zbiornika. To ma kupić Narwi czas, zanim jakakolwiek reforma w ogóle zacznie działać.

Nie chodzi o „spuszczenie wody z Siemianówki”. Chodzi o uruchomienie wody dla Narwi

Wokół Siemianówki narosło wiele emocji, a wraz z nimi bardzo prosty lęk: że ktoś chce „opróżnić cały zalew”, zostawić po nim błoto i zniszczyć wszystko, co przez lata wokół niego powstało. Owszem można by było to uznać za działanie pozytywne, ale w obecnych realiach politycznych – niemożliwe. Tak czy inaczej całkowita likwidacja Siemianówki działa na wyobraźnię, ale nie opisuje tego, o czym naprawdę powinniśmy rozmawiać.

Bo w przypadku ratowania Narwi nie chodzi o jednorazowe opróżnienie zbiornika. Chodzi o mądre, sezonowe, interwencyjne zrzuty wody, które obniżą poziom Siemianówki, ale nie zlikwidują zbiornika. Chodzi o to, by część wody, która dziś stoi w płytkim, nagrzewającym się akwenie, zaczęła pracować dla doliny Narwi.

To jest zasadnicza różnica. Siemianówka nie musi zostać „wyłączona”. Powinna zostać przestawiona na inną funkcję. Z biernego zbiornika, który magazynuje wodę głównie dla samego siebie, powinna stać się aktywnym narzędziem ratowania Narwi, Narwiańskiego Parku Narodowego i całego układu mokradeł. Zamiast pytać, czy zalew ma być pełny albo pusty, trzeba zapytać inaczej: ile wody można co roku oddać Narwi tak, by rzeka przetrwała maj, czerwiec, lipiec i sierpień?

Orientacyjne wyliczenia pokazują, że realny program interwencyjny mógłby opierać się na rezerwie rzędu 20–30 mln m³ wody w sezonie. Dla uproszczenia przyjmijmy 25 mln m³. To duża ilość, bo oznaczałaby wyraźne obniżenie poziomu Siemianówki, miejscami zapewne bardzo widoczne dla mieszkańców, turystów i wędkarzy. Ale to nadal nie jest spuszczenie całego zbiornika. Siemianówka ma około 79 mln m³ pojemności całkowitej i około 62 mln m³ pojemności użytkowej. Oznacza to, że nawet przy takim sezonowym programie woda w zbiorniku nadal pozostaje. Zmienia się jednak jej rola: z wody stojącej w zalewie na wodę krążącą w rzece, starorzeczach, rozlewiskach, torfowiskach i mokradłach.

A właśnie krążenia wody najbardziej dziś brakuje Narwi.

Sama ulewa nie uratuje rzeki

Ostatnie tygodnie bardzo dobrze pokazały, że argument „niech popada, to wszystko wróci do normy” jest zbyt prosty. Opady mogą chwilowo podnieść poziom rzek, ale jeśli dolina jest przesuszona, rowy melioracyjne nadal działają jak kanalizacja, a woda szybko odpływa dalej, to po kilku dniach problem wraca. Deszcz spada gwałtownie, nie wsiąka głęboko w przesuszoną ziemię, nie odbudowuje torfowisk i nie zostaje w krajobrazie na długo. Spływa. A potem znów mamy suszę hydrologiczną.

Dlatego zrzuty z Siemianówki nie powinny polegać na prostym otwarciu upustów i puszczeniu wody w dół Narwi. To byłoby marnowanie zasobu. Najpierw trzeba przygotować dolinę tak, by ta woda miała gdzie się zatrzymać. Innymi słowy: zanim zaczniemy większe interwencyjne zrzuty, trzeba zbudować system niskich, naturalnych piętrzeń na odcinku od Bondar do wejścia Narwi w Narwiański Park Narodowy.

Nie chodzi o betonowe zapory. Nie chodzi o wielkie hydrotechniczne budowle, które zamienią rzekę w kanał schodkowy. Chodzi o rozwiązania bliskie naturze: progi z kamienia i drewna, bystrza, zastawki na rowach odpływowych, przetamowania bocznych kanałów, odbudowę dawnych rozlewisk, lokalne spiętrzenia w miejscach, gdzie woda może wejść w łąki, starorzecza i obniżenia terenu. Mówiąc obrazowo: trzeba częściowo zastąpić bobry tam, gdzie ich praca została usunięta, ograniczona albo nie wystarcza wobec skali problemu.

Najpierw piętrzenia, potem zrzuty

Jeżeli chcemy, żeby interwencyjne zrzuty miały sens, potrzebny jest prosty plan: najpierw spowolnić odpływ, potem zasilić rzekę. Od Bondar, czyli od zapory Siemianówki, do rejonu Suraża i wejścia Narwi w obszar Narwiańskiego Parku Narodowego mamy mniej więcej 90 km doliny. To wystarczająco długi odcinek, by woda spuszczona ze zbiornika mogła albo zostać wykorzystana dobrze, albo zostać zmarnowana.

Dlatego na tym odcinku powinien powstać kaskadowy system około 10–12 niskich piętrzeń i stref retencyjnych. Nie jedno wielkie spiętrzenie, lecz seria małych progów, rozlewisk i zastawek rozmieszczonych co kilka kilometrów tam, gdzie rzeka przecina drogi, dawne przeprawy, starorzecza, boczne kanały i obniżenia doliny. Taki układ działałby jak sznur małych hamulców wodnych. Każdy z nich zatrzymywałby część zrzutu, podnosił lokalnie zwierciadło wody, zasilał glebę i mokradła, a dopiero nadmiar przepuszczał dalej.

Roboczo można wskazać następujący układ:

  • Pierwsze piętrzenie powinno znaleźć się tuż poniżej zapory w Bondarach. Jego zadaniem byłoby ustabilizowanie wypływu ze zbiornika i niedopuszczenie do tego, by zrzut od razu gwałtownie uciekał w dół rzeki. To powinien być próg rozpraszający energię wody, a nie tama.
  • Drugie piętrzenie powinno powstać na odcinku między Bondarami a ujściem Narewki do Narwi. To ważne miejsce, bo właśnie tam można zacząć budować pierwszy bufor wodny poniżej zbiornika i wykorzystać naturalne obniżenia doliny.
  • Trzecie piętrzenie powinno znaleźć się poniżej połączenia Narwi z Narewką, w rejonie, gdzie rzeka zaczyna wyraźniej nieść wodę z całego układu puszczańskiego. Chodzi o to, by zrzut z Siemianówki nie był jedynym impulsem, ale łączył się z wodą dopływającą z Narewki i pracował dalej jako wspólny zasób.
  • Czwarte piętrzenie powinno powstać w rejonie miejscowości Narew, najlepiej przy istniejącej przeprawie drogowej i starorzeczach. To jedno z najważniejszych miejsc na całym odcinku, bo daje dostęp techniczny, możliwość kontroli i naturalny punkt zatrzymania wody przed dalszym biegiem rzeki.
  • Piąte piętrzenie powinno objąć odcinek poniżej Narwi, w stronę rozgałęzień i starorzeczy w rejonie Skaryszewa, Nowosiółki i Doratynki. Tam nie chodzi o podniesienie rzeki o metr, lecz o przywrócenie kontaktu wody z bocznymi formami doliny.
  • Szóste piętrzenie powinno znaleźć się w rejonie Plosek, gdzie dolina Narwi jest szeroka, czytelna i przecięta ważną infrastrukturą drogową. To miejsce powinno działać jako większy węzeł retencyjny: próg na rzece, zastawki na odpływach bocznych i kontrolowane rozlewanie wody na tereny, które mogą ją przyjąć bez szkody dla zabudowy.
  • Siódme piętrzenie powinno powstać poniżej Plosek, na odcinku w stronę Ryboł i Strabli. Ten fragment powinien zatrzymywać wodę, która po przejściu przez Ploski nadal miałaby tendencję do szybkiego odpływu głównym korytem.
  • Ósme piętrzenie powinno zostać zaplanowane w rejonie Strabli lub pobliskich obniżeń doliny, gdzie można wykorzystać istniejące starorzecza i łąki jako naturalny magazyn wody.
  • Dziewiąte piętrzenie powinno znaleźć się w rejonie Doktorc i Samułek, czyli tam, gdzie woda powinna być już nie tylko przepuszczana, ale aktywnie rozprowadzana po dolinie. To byłby odcinek szczególnie ważny dla zasilania gleb i mokradeł przed wejściem Narwi w system parkowy.
  • Dziesiąte piętrzenie powinno powstać przed Surażem, jako ostatni bufor przed Narwiańskim Parkiem Narodowym. Jego zadaniem byłoby nie tyle zatrzymanie wody na stałe, ile wyrównanie przepływu i doprowadzenie do Parku wody stabilniejszej, wolniejszej i dłużej obecnej w krajobrazie.

Do tego należałoby dodać 2–3 mniejsze piętrzenia boczne na rowach melioracyjnych i odpływach z doliny, szczególnie tam, gdzie widać szybkie odprowadzanie wody z łąk. Bo jeśli zatrzymamy wodę tylko w głównym korycie, a rowy nadal będą ją odsysać z boków, efekt będzie połowiczny. Prawdziwe ratowanie Narwi zaczyna się nie w samym nurcie, ale w całej dolinie.

Podkreślmy jeszcze raz: mówimy o niskich, naturalnych piętrzeniach, a nie o betonowych tamach. Takie progi powinny być wykonywane z materiałów pasujących do doliny rzeki: kamieni polnych, głazów narzutowych, żwiru, faszyny, gałęzi, pni drzew, drewnianych pali, wikliny, darni, mat kokosowych lub jutowych oraz lokalnego urobku ziemnego używanego tylko tam, gdzie trzeba ustabilizować brzegi albo zamknąć boczny odpływ. Ich zadaniem nie byłoby zatrzymanie Narwi jak na zaporze, lecz spowolnienie odpływu, lekkie podniesienie zwierciadła wody, rozproszenie nurtu i skierowanie części wody z powrotem w starorzecza, obniżenia terenu, łąki i mokradła. To mają być konstrukcje „bobrowe” w logice działania: proste, niskie, przepuszczalne, możliwe do korygowania i wpisane w krajobraz, a nie ciężka infrastruktura hydrotechniczna. Najważniejsze – ma być to szybkie do wykonania, bo nie mamy już czasu.

Jak powinny wyglądać zrzuty?

Po zbudowaniu takiego systemu można mówić o interwencyjnych zrzutach wody z Siemianówki. Najbardziej sensowny wariant to nie jeden wielki zrzut, ale sezonowe „dopalenie” Narwi od maja do sierpnia. Właśnie wtedy rzeka i mokradła najbardziej cierpią, a upały, parowanie i susza hydrologiczna najszybciej obniżają poziom wody.

Można to sobie wyobrazić jako dwa poziomy działania. Pierwszy to stałe, łagodne zasilanie Narwi, na przykład rzędu 1–2 m³/s w okresach suszy. Drugi to krótsze impulsy, na przykład 3–4 m³/s przez kilka lub kilkanaście dni, uruchamiane wtedy, gdy poziom wody w Parku spada do wartości alarmowych albo gdy prognozy pokazują dłuższy okres bez opadów.

Przelicznik jest prosty: 1 m³/s przez dobę to 86 400 m³ wody. Zrzut 2 m³/s przez tydzień to około 1,2 mln m³. Zrzut 3 m³/s przez tydzień to około 1,8 mln m³. Przy sezonowej rezerwie około 25 mln m³ można więc przez kilka miesięcy prowadzić realny program wsparcia Narwi: częściowo stały, częściowo impulsowy, zależny od pogody, poziomu wody i potrzeb przyrodniczych.

Takie działanie obniżyłoby Siemianówkę. Trzeba to powiedzieć uczciwie. Nie da się jednocześnie utrzymywać maksymalnie wysokiego poziomu zalewu i skutecznie ratować Narwi w dole rzeki. Woda nie może być naraz w dwóch miejscach. Ale to obniżenie nie oznacza zniknięcia zbiornika. Oznacza zmianę priorytetu: w okresach krytycznych część wody z zalewu powinna trafić tam, gdzie daje największą korzyść przyrodniczą.

Dlaczego to się opłaca przyrodzie?

Narew nie jest zwykłą rzeką, którą można oceniać wyłącznie po poziomie wody w jednym przekroju. To cały system naczyń połączonych: główne koryto, boczne odnogi, starorzecza, rozlewiska, łąki, torfowiska, trzcinowiska i mokradła. Kiedy brakuje wody, nie cierpi tylko sama rzeka. Cierpią ptaki wodno-błotne, ryby, płazy, owady, roślinność szuwarowa, torfy i cała naturalna zdolność doliny do zatrzymywania wilgoci.

Interwencyjne zrzuty połączone z piętrzeniami mogłyby odtworzyć przynajmniej część tego mechanizmu. Woda nie szłaby szybko głównym korytem, tylko rozlewałaby się wolniej, podsiąkała w gleby, zasilała boczne obniżenia, podnosiła poziom w starorzeczach i dłużej utrzymywała wilgoć. To właśnie jest najważniejszy efekt. Nie chodzi o to, by przez kilka dni „podnieść rzekę” na wykresie. Chodzi o to, by przywrócić wodę krajobrazowi.

W praktyce oznacza to większą odporność Narwi na upały, dłuższe utrzymywanie wody w dolinie, lepsze warunki dla ptaków i płazów, mniejsze ryzyko gwałtownego przesychania torfowisk oraz realne wsparcie dla Narwiańskiego Parku Narodowego. A przy okazji także dla turystyki, bo Park bez wody traci swój najważniejszy sens. Nie da się promować „Polskiej Amazonii”, jeśli Amazonia zaczyna przypominać przesuszoną łąkę.

Dlaczego to się opłaca także Siemianówce?

Paradoksalnie, obniżenie poziomu Siemianówki może być korzystne również dla samego zbiornika. Dzisiejszy problem polega na tym, że duży, płytki, nagrzewający się akwen jest bardzo podatny na parowanie, zakwity i degradację jakości wody. Im więcej płytkiej, stojącej, ciepłej wody, tym większe ryzyko problemów w środku sezonu. Trzymanie zalewu „na siłę” w wysokim stanie nie musi oznaczać ochrony turystyki. Może oznaczać odsuwanie w czasie kryzysu, który i tak będzie wracał.

Niższy poziom wody, utrzymany w sposób kontrolowany, może otworzyć drogę do nowego modelu Siemianówki: częściowo rekreacyjnego, częściowo mokradłowego, bardziej odpornego na suszę, bardziej przyrodniczego i mniej uzależnionego od masowej plażowej turystyki. To nie musi być koniec lokalnego rozwoju. To może być jego przebudowa.

Oczywiście nikt rozsądny nie powinien udawać, że taka zmiana będzie bezbolesna. Mieszkańcy, przedsiębiorcy, wędkarze, właściciele działek i gospodarstwa agroturystyczne muszą dostać jasny plan, konsultacje i wsparcie. Ale nie wolno też udawać, że obecny model jest dobry. Jeśli wody w regionie będzie coraz mniej, a Narew będzie coraz częściej spadała poniżej stanów krytycznych, to ucierpią wszyscy: Park, przyroda, turystyka, lokalna gospodarka i wizerunek całego Podlasia.

Najważniejsze: nie spuszczać bez planu

Najgorszy możliwy scenariusz wyglądałby tak: otwieramy Siemianówkę, spuszczamy wodę, ona szybko przepływa przez Narwią w dół, a po kilku tygodniach mamy niższy zalew i nadal przesuszoną dolinę. Tego właśnie trzeba uniknąć. Dlatego kolejność musi być odwrotna niż w najprostszych hasłach.

Najpierw inwentaryzacja doliny od Bondar do Suraża. Potem wybór miejsc pod 10–12 niskich piętrzeń i 2–3 dodatkowe zastawki na odpływach bocznych. Następnie szybkie prace interwencyjne w miejscach najmniej konfliktowych, najlepiej tam, gdzie można działać na gruntach publicznych, przy istniejących przeprawach, starorzeczach i rowach. Dopiero potem sezonowe zrzuty z Siemianówki, prowadzone według poziomu wody w Narwi i potrzeb Narwiańskiego Parku Narodowego.

To powinien być program ratunkowy, a nie eksperyment na ślepo.

Siemianówka może stać się narzędziem ratowania Narwi

Najważniejsze jest dziś odczarowanie hasła „spuszczanie wody”. Bo ono brzmi tak, jakby ktoś chciał wyjąć korek z wanny i patrzeć, jak znika jezioro. Tymczasem prawdziwa propozycja jest zupełnie inna. Chodzi o kontrolowane, sezonowe, interwencyjne zrzuty wody połączone z zatrzymywaniem jej w dolinie. Chodzi o obniżenie Siemianówki po to, by Narew mogła żyć. Chodzi o to, by woda nie była tylko powierzchnią do oglądania, ale zasobem, który krąży, zasila, podsiąka, chłodzi, nawadnia i utrzymuje przy życiu cały krajobraz.

Jeżeli 25 mln m³ wody zostanie po prostu wypuszczone w dół rzeki, efekt może być krótkotrwały. Ale jeśli ta sama ilość zostanie rozprowadzona przez system naturalnych piętrzeń, rozlewisk, starorzeczy i mokradeł, może pracować dla Narwi przez całe lato.

Dla skali warto dodać jeszcze jedno: gdyby potraktować Siemianówkę jak zamknięty zbiornik, do którego nie wpada już ani kropla wody — bez opadów, bez roztopów, bez dopływów, w warunkach zupełnie teoretycznej, totalnej suszy — to sezonowe wykorzystanie 25 mln m³ oznaczałoby zapas na około 2,5 roku, licząc pojemność użytkową zbiornika, albo nieco ponad 3 lata, licząc całą jego pojemność. W realnym świecie oczywiście tak to nie działa, bo zbiornik jest zasilany wodą, a bilans zależy od opadów, dopływów, parowania i decyzji hydrologicznych. Ale ten prosty rachunek pokazuje jedno: interwencyjne zrzuty nie są pomysłem na „opróżnienie Siemianówki w jeden sezon”, tylko na kupienie Narwi czasu. A ten czas musi zostać dobrze wykorzystany. Najpóźniej do 2030 roku powinny wejść w życie duże zmiany systemowe, po których Siemianówka przestanie być klasycznym jeziorem-zalewem, a stanie się przede wszystkim obszarem mokradeł, rozlewisk i retencji naturalnej — czyli miejscem, które nie trzyma wody dla samego widoku tafli, lecz oddaje ją całemu żywemu systemowi Narwi.

I właśnie o to powinna dziś toczyć się rozmowa. Nie o straszenie ludzi pustym zalewem. Nie o wojnę między Siemianówką a Narwią. Nie o konflikt turystyki z przyrodą. Tylko o mądre zarządzanie wodą w świecie, w którym każda jej ilość będzie coraz cenniejsza.

Siemianówka nie powinna być symbolem sporu. Powinna stać się magazynem ratunkowym dla Narwi. Ale żeby tak się stało, trzeba przestać traktować ją jak nietykalny akwen, a zacząć traktować jak część większego organizmu. Tym organizmem jest cała dolina Narwi — od Bondar, przez Narew, Ploski, Strablę, Doktorce i Suraż, aż po serce Narwiańskiego Parku Narodowego. Woda musi ruszyć. Ale zanim ruszy, trzeba ją nauczyć zostawać.

Panie Marszałku, dobrze, że korzysta Pan z naszych pomysłów. Teraz czas na Koleje Podlaskie.
Marszałek Województwa Podlaskiego - Łukasz Prokorym (po środku), na zdjęciu z Wojciechem Sienickim (po lewej, aktualny prezes PKS Nova), oraz Adamem Byglewskim (po prawej, poprzednim - pełniącym obowiązki prezesa PKS Nova) - fot. podlaskie.eu

Panie Marszałku, dobrze, że korzysta Pan z naszych pomysłów. Teraz czas na Koleje Podlaskie.

Panie Marszałku, cieszymy się, że nasze postulaty dotyczące PKS Nova przebiły się do realnych decyzji. Nie będziemy udawać fałszywej skromności: w sprawie tej spółki transportowej przez wiele miesięcy pisaliśmy dokładnie o tym, co dziś zaczyna się dziać. Gdy dyskusja publiczna kręciła się wokół nazwisk, prezesów, prokurentów i kolejnych personalnych roszad, my konsekwentnie wskazywaliśmy, że problem PKS Nova nie leży w samym gabinecie prezesa, lecz w modelu działania.

Pisaliśmy, że spółka nie może jednocześnie wykonywać misji społecznej i być rozliczana tak, jakby każda linia miała zarabiać sama na siebie. Pisaliśmy, że transport autobusowy w regionie trzeba potraktować jako usługę publiczną, a nie komercyjny dodatek do życia mieszkańców. Pisaliśmy też, że bez stabilnego finansowania, współpracy samorządów i jasnego powierzenia zadań przewoźnikowi każda kolejna zmiana personalna będzie tylko przesuwaniem krzeseł na pokładzie.

Najpierw były więc teksty o tym, że sama wymiana prezesa niczego nie rozwiąże. Potem była krytyka fikcji, w której od PKS Nova oczekiwano rentowności, a jednocześnie oburzano się na likwidację nierentownych połączeń. Później wskazywaliśmy, że prawdziwym przełomem nie będzie kolejne nazwisko w zarządzie, lecz przekształcenie spółki w narzędzie województwa do realizacji transportu publicznego — z jasnym finansowaniem, planowaniem połączeń i odpowiedzialnością po stronie samorządu.

I co nastąpiło potem?

Władze województwa zaczęły mówić dokładnie tym językiem: o misji społecznej, przeciwdziałaniu wykluczeniu transportowemu, stabilizacji finansowej, modelu in-house, bezpośrednim powierzaniu zadań publicznych oraz zwiększeniu pracy przewozowej z około 9 do około 15 milionów wozokilometrów.

Dlatego tak, Panie Marszałku — cieszymy się, że korzysta Pan z naszych pomysłów. Nie dlatego, że chodzi tu o ambicję redakcji czy przypięcie sobie medalu. Chodzi o coś ważniejszego: skoro diagnoza była trafna przy PKS Nova, to warto pójść za nią dalej. Bo ten sam błąd systemowy, który przez lata niszczył regionalną komunikację autobusową, widać również na kolei. Województwo płaci ogromne pieniądze, pasażerowie oczekują stabilnych połączeń, a odpowiedzialność rozmywa się między urzędem, operatorem, taborem, przeglądami i komunikacją zastępczą. Skoro przy autobusach zaczynamy odchodzić od prowizorki, to czas zrobić kolejny krok: powołać Koleje Podlaskie.

Jeżeli spółka PKS Nova ma stać się podmiotem wewnętrznym województwa, jeżeli ma dostać stabilniejszy model finansowania, jeżeli transport autobusowy ma być wreszcie traktowany jako usługa publiczna, a nie jako zwykły biznes liczony wyłącznie tabelką zysków i strat, to jest to krok w dobrą stronę. Dokładnie o to chodziło. Publiczna komunikacja nie jest luksusem. To część infrastruktury społecznej, tak samo ważna jak szkoła, przychodnia czy droga.

Ale jeśli powiedziało się „A” przy PKS Nova, trzeba powiedzieć „B” przy kolei. Bo największym błędem byłoby teraz zatrzymać się w połowie drogi i uznać, że wystarczy uporządkować autobusy, a kolej nadal może funkcjonować według starego modelu: województwo płaci, Polregio jeździ, a pasażerowie mają nadzieję, że pociąg rzeczywiście wyjedzie. Podlasie potrzebuje własnego regionalnego przewoźnika kolejowego. Potrzebuje Kolei Podlaskich.

PKS Nova pokazuje, że da się zmienić sposób myślenia

W sprawie PKS Nova przez długi czas udawano, że problemem jest prezes. Zmieniano nazwiska, komentowano decyzje personalne, mówiono o restrukturyzacji, samowystarczalności i nowym otwarciu. Tymczasem prawdziwy problem był prostszy i brutalniejszy: od spółki oczekiwano rzeczy sprzecznych. Miała nie przynosić strat, ale nie zamykać nierentownych połączeń. Miała działać jak firma, ale wykonywać misję społeczną. Miała wozić ludzi tam, gdzie autobus jest potrzebny, choć wiele takich tras nigdy nie utrzyma się wyłącznie z biletów.

Dopiero uznanie, że transport autobusowy jest zadaniem publicznym, otwiera drogę do realnej naprawy. Model in-house, bezpośrednie powierzanie zadań, długofalowe planowanie, mniejsze autobusy na mniej obciążone trasy, współpraca z samorządami, lepsza siatka połączeń — to są konkretne narzędzia. Nie gwarantują sukcesu automatycznie, ale przynajmniej porządkują logikę działania.

I właśnie dlatego trzeba pójść dalej. Skoro województwo zaczyna rozumieć, że autobus nie może być pozostawiony wyłącznie rynkowi, to dlaczego kolej regionalna ma być dalej zlecana zewnętrznemu operatorowi, który przez lata pokazywał, że w Podlaskiem nie potrafi zapewnić stabilności na poziomie oczekiwanym przez pasażerów?

Polregio w Podlaskiem miało zbyt wiele momentów, których pasażerowie długo nie zapomną

Nie chodzi o jednorazowe opóźnienie, awarię czy incydent na torach. Każdy przewoźnik może mieć problemy. Kolej to trudny organizm: tabor, przeglądy, infrastruktura, pogoda, wypadki, remonty, braki kadrowe. Ale w Podlaskiem problem z Polregio przez długi czas miał charakter powtarzalny i systemowy.

Wystarczy przypomnieć sytuację, o której pisaliśmy wcześniej: od 24 listopada 2024 roku do 24 stycznia 2025 roku odwołanych zostało 139 kursów pociągów. To nie jest drobna niedogodność. To nie jest „chwilowe utrudnienie”. To jest komunikacyjna wyrwa w życiu ludzi, którzy planują dojazdy do pracy, szkoły, lekarza, urzędu, na uczelnię albo do rodziny. Jeżeli ktoś kupuje bilet na pociąg, to chce jechać pociągiem. Zastępcza komunikacja autobusowa może być rozwiązaniem awaryjnym, ale nie może stać się codzienną protezą systemu kolejowego.

Szczególnie niepokojące było to, że województwo użyczało Polregio 17 pojazdów szynowych, a do pełnej obsługi zaplanowanych kursów potrzeba było 24 pojazdów. Brakujący tabor operator miał uzupełniać we własnym zakresie. Jeżeli jednak przeglądy, naprawy gwarancyjne, naprawy powypadkowe czy modernizacje szynobusów powodują masowe odwołania połączeń, to znaczy, że system jest zbyt kruchy. A pasażera nie interesuje, czy zawinił harmonogram przeglądów, brak rezerwy taborowej, organizacja przewoźnika czy zbyt słaby nadzór zamawiającego. Pasażera interesuje jedno: czy pociąg przyjedzie.

I właśnie dlatego nie wystarczy kara umowna. Nie wystarczy powiedzieć, że przewoźnik nie dostaje pieniędzy za niezrealizowane kursy. To może poprawiać formalny bilans urzędu, ale nie naprawia życia pasażerów. Człowiek, który nie dojechał do pracy, nie odzyska straconego dnia tylko dlatego, że operator zapłacił karę. Uczeń, który nie dotarł na zajęcia, senior, który nie zdążył do lekarza, pracownik, który musiał przesiąść się do samochodu — oni wszyscy płacą za niewydolność systemu realną cenę.

Skoro płacimy setki milionów, powinniśmy budować własny system

Województwo podlaskie podpisało z Polregio umowę na przewozy kolejowe do 2030 roku. Mowa o kwocie bliskiej 400 mln zł. To ogromne publiczne pieniądze. I dlatego trzeba postawić proste pytanie: czy po 2030 roku naprawdę chcemy znów podpisać podobną umowę z zewnętrznym operatorem, czy wreszcie zaczniemy budować własne Koleje Podlaskie?

Bo problem nie polega wyłącznie na tym, kto dziś prowadzi pociąg. Problem polega na tym, kto ma kontrolę nad rozwojem regionalnej kolei. Jeżeli województwo samo organizuje przewozy, posiada tabor, zna potrzeby mieszkańców, planuje rozkład, buduje integrację z autobusami, rozwija połączenia aglomeracyjne i turystyczne, to może tworzyć spójny system. Jeżeli natomiast co kilka lat zleca usługę operatorowi zewnętrznemu, staje się bardziej płatnikiem niż prawdziwym gospodarzem kolei.

A Podlasie potrzebuje gospodarza.

Potrzebuje kogoś, kto będzie myślał nie tylko o tym, żeby „wykonać pracę przewozową”, ale o tym, jak kolej ma zmienić region. Jak połączyć Białystok z Łapami, Wasilkowem, Czarną Białostocką, Sokółką, Bielskiem Podlaskim, Hajnówką, Czeremchą, Choroszczą, Mońkami, Grajewem, Suwałkami i Łomżą. Jak stworzyć realną kolej aglomeracyjną wokół Białegostoku. Jak zintegrować rozkłady z PKS Nova. Jak zrobić jeden bilet na autobus i pociąg. Jak sprawić, żeby mieszkaniec mniejszej miejscowości nie musiał posiadać samochodu tylko dlatego, że państwo i samorząd nie potrafią zapewnić mu normalnego transportu.

Koleje Dolnośląskie pokazują, że własny przewoźnik może być sukcesem

Nie trzeba wymyślać tego od zera. Wystarczy popatrzeć na Dolny Śląsk. Koleje Dolnośląskie są spółką samorządową województwa dolnośląskiego i dziś można je stawiać jako jeden z najlepszych przykładów regionalnego przewoźnika w Polsce. To nie jest idealny świat bez problemów, bo taki w transporcie nie istnieje. Ale jest to model, który udowodnił, że samorządowa kolej może się rozwijać, przyciągać pasażerów i budować nawyk codziennego korzystania z transportu publicznego.

W styczniu 2024 roku Koleje Dolnośląskie przewiozły prawie 1,9 mln pasażerów, bijąc swój miesięczny rekord. W całym 2024 roku było to ponad 22,5 mln podróżnych. To są liczby, za którymi stoi coś znacznie ważniejszego niż statystyka: zaufanie. Ludzie zaczęli traktować kolej jako normalny środek codziennego transportu. Nie jako awaryjną alternatywę. Nie jako romantyczną wycieczkę raz na rok. Jako realny wybór.

Podlasie też może pójść tą drogą. Oczywiście nie skopiujemy Dolnego Śląska jeden do jednego. Mamy inną gęstość zaludnienia, inne odległości, inną sieć osadniczą, inne potoki pasażerskie i inne problemy. Ale właśnie dlatego potrzebujemy własnego przewoźnika, a nie uniwersalnego modelu obsługi z zewnątrz. Koleje Podlaskie mogłyby być zaprojektowane pod Podlasie: pod Białystok, pod mniejsze miasta, pod ruch szkolny, studencki, pracowniczy, turystyczny, weekendowy, przygraniczny i aglomeracyjny.

Białystok bez kolei miejskiej to komunikacyjny absurd

Największym niewykorzystanym potencjałem jest Białystok i jego otoczenie. Mamy infrastrukturę kolejową, mamy miejscowości satelickie, mamy codzienne dojazdy, mamy zakorkowane ulice, rosnącą liczbę samochodów i parkingi puchnące od aut. A mimo to wciąż nie mamy prawdziwej kolei miejskiej czy aglomeracyjnej.

To powinien być jeden z pierwszych celów Kolei Podlaskich.

Nie chodzi o wielkie hasła, tylko o proste pytania. Czy mieszkaniec Łap powinien mieć możliwość wygodnego, regularnego dojazdu koleją do Białegostoku? Czy Wasilków, Czarna Białostocka, Choroszcz, Sokółka czy Bielsk Podlaski powinny być mocniej wpięte w codzienny rytm stolicy województwa? (Regularne połączenia to nie jest to, co mamy teraz – proszę porównać rozkłady jazdy Ożarów Mazowiecki – Warszawa vs Łapy – Białystok).

Czy uczniowie i studenci powinni móc planować dzień bez lęku, że po południu nie będą mieli czym wrócić? Czy pracownik powinien realnie rozważać pociąg zamiast samochodu? Odpowiedź jest oczywista. Ale oczywiste odpowiedzi wymagają decyzji politycznych.

PKS Nova i Koleje Podlaskie powinny być jednym systemem

Największy błąd polegałby na tym, żeby naprawiać PKS Nova osobno, a kolej osobno. Podlasie potrzebuje jednego organizmu transportowego, w którym autobus i pociąg nie konkurują ze sobą chaotycznie, lecz wzajemnie się uzupełniają.

PKS Nova powinna dowozić do stacji kolejowych. Kolej powinna obsługiwać główne korytarze. Autobusy powinny wypełniać białe plamy tam, gdzie torów nie ma. Rozkłady powinny być układane razem, a nie obok siebie. Bilet powinien być wspólny. Informacja pasażerska powinna być wspólna. A województwo powinno wreszcie przestać patrzeć na transport jak na zbiór oddzielnych problemów, tylko jak na jeden system dostępności.

To jest właśnie prawdziwa walka z wykluczeniem komunikacyjnym. Nie konferencja prasowa. Nie zmiana prezesa. Nie kolejna deklaracja, że „będzie lepiej”. Tylko konkretny układ połączeń, w którym człowiek z mniejszej miejscowości może rano wyjechać, załatwić sprawę i wrócić bez proszenia rodziny o podwózkę.

Panie Marszałku, czas przygotować decyzję na 2030 rok już teraz

Umowa z Polregio obowiązuje do 2030 roku. To może brzmieć jak odległa przyszłość, ale w transporcie publicznym cztery lata to wcale nie jest dużo. Jeżeli Koleje Podlaskie mają naprawdę powstać, nie można obudzić się w 2029 roku z konferencją prasową i pomysłem zapisanym na jednej kartce.

Trzeba działać teraz. Przygotować analizę prawną. Sprawdzić model organizacyjny. Policzyć tabor. Oszacować koszty. Zaplanować zaplecze techniczne. Określić, które linie powinny być priorytetowe. Przygotować integrację z PKS Nova. Rozpocząć rozmowę o kolei aglomeracyjnej wokół Białegostoku. Sprawdzić możliwości finansowania zewnętrznego. Zbudować zespół, który nie będzie myślał kategorią „jak dotrwać do końca umowy”, tylko „jak stworzyć najlepszą regionalną kolej w tej części Polski”.

Bo jeśli województwo już dziś potrafi mówić o PKS Nova jako o narzędziu walki z wykluczeniem transportowym, to dokładnie tym samym językiem powinno mówić o kolei. Nie wystarczy mieć pociągi. Trzeba mieć politykę kolejową. Nie wystarczy płacić operatorowi. Trzeba mieć kontrolę nad systemem. Nie wystarczy karać za niewykonane kursy. Trzeba zbudować przewoźnika, który będzie częścią strategii rozwoju województwa.

Podlasie nie jest skazane na komunikacyjną prowizorkę

Przez lata przyzwyczajano nas do myślenia, że w Podlaskiem „się nie da”. Że jest za mało ludzi. Że za duże odległości. Że za słabe potoki pasażerskie. Że transport publiczny zawsze będzie deficytowy. Że najważniejsze, żeby jakoś przeżyć kolejny rok. To jest mentalność, która prowadzi donikąd.

Transport publiczny nie musi zarabiać jak prywatna firma. Ma działać tak, żeby region nie tracił ludzi, energii i szans rozwojowych. Jeżeli dzięki dobrym połączeniom młody człowiek może dojechać do szkoły, senior do lekarza, pracownik do pracy, turysta do atrakcji, a rodzina może żyć z jednym samochodem zamiast z trzema, to zysk pojawia się gdzie indziej: w gospodarce, edukacji, zdrowiu, rynku pracy i jakości życia.

Dlatego Koleje Podlaskie nie powinny być polityczną fantazją. Powinny być następnym logicznym krokiem po uporządkowaniu PKS Nova. Panie Marszałku, skoro przy autobusach zaczynacie iść w stronę modelu, o którym pisaliśmy od dawna, to prosimy nie zatrzymywać się w połowie drogi. PKS Nova jako spółka wewnętrzna województwa to dobry kierunek. Ale prawdziwa zmiana zacznie się wtedy, gdy Podlasie przestanie tylko kupować usługę kolejową, a zacznie budować własną kolej.

Czas na Koleje Podlaskie. Nie przeciwko komuś. Nie dla ambicji politycznej. Nie po to, żeby wymienić logo na pociągu. Po to, żeby mieszkańcy Podlasia wreszcie mieli transport publiczny, któremu można zaufać.

Kładka Waniewo-Śliwno działała tylko kilka dni. Narew umiera i czas działać natychmiast!

Kładka Waniewo-Śliwno działała tylko kilka dni. Narew umiera i czas działać natychmiast!

Jeszcze kilka dni temu można było usłyszeć dobrze znany argument: „wystarczy, że popada i wszystko wróci do normy”. Tak mówili ci, którzy nie widzieli związku między sposobem funkcjonowania Siemianówki a kondycją Narwi. Tak mówili ci, którzy uważali, że problem suszy hydrologicznej w dolinie Narwi jest przejściowy, sezonowy, chwilowy. Ot, kilka suchych tygodni,  miesięcy, trochę niższy poziom wody, potem przyjdzie deszcz i natura sama wszystko naprawi.

Deszcz przyszedł i to bardzo obfity, wielodniowy. I widać, że nic to nie dało. Bo problem jest systemowy.

Dlatego czas na działanie jest teraz, nie dopiero za kilka lat. Owszem, większych zmian wokół Siemianówki należy spodziewać się najwcześniej w okolicach 2029 roku, bo tego wymagają dokumenty, analizy, uzgodnienia i decyzje instytucjonalne. Ale Narew nie może czekać do 2029 roku. Już dziś potrzebne są działania interwencyjne: kontrolowane zrzuty wody ze zbiornika wtedy, gdy rzeka i torfowiska najbardziej jej potrzebują, oraz naturalne piętrzenia na trasie do Narwiańskiego Parku Narodowego. Mówiąc najprościej: tam, gdzie bobry przez lata potrafiły zatrzymywać wodę w krajobrazie, człowiek musi dziś pomóc naturze i częściowo „zastąpić bobry”.

Przed nami zapewne letnie ulewy, które mogą dawać krótkie, gwałtowne dopływy wody. Tyle że taka woda, zamiast spokojnie wsiąkać w przesuszoną ziemię i zasilać mokradła, bardzo często błyskawicznie spływa rowami melioracyjnymi i uregulowanymi ciekami dalej — aż w stronę morza. Systemu melioracji nie da się odwrócić z dnia na dzień, ale można i trzeba już teraz zatrzymywać każdy możliwy impuls wody w dolinie. Bo jeśli nie zaczniemy działać natychmiast, kolejne deszcze znów tylko przez chwilę poprawią statystyki, a Narew nadal będzie wysychać.

Po obfitych opadach wiele rzek w regionie rzeczywiście odżyło. Na mapie HydroIMGW widać wyraźnie, że stany wód w wielu miejscach się podniosły. Część cieków zareagowała szybko, zgodnie z tym, czego można byłoby oczekiwać po intensywnych opadach. Ale Narew, szczególnie w newralgicznym odcinku związanym z Narwiańskim Parkiem Narodowym, nadal pozostała oznaczona dramatycznie. Czarno. Czytelnie. Bez miejsca na wygodne złudzenia.

I to jest sedno sprawy. Jeżeli po solidnych opadach część rzek podnosi się wyraźnie, a Narew wciąż nie odzyskuje bezpiecznego poziomu, to nie mamy już do czynienia wyłącznie z „brakiem deszczu”. Mamy do czynienia z problemem systemowym.

Najlepszym dowodem jest komunikat Narwiańskiego Parku Narodowego. Kładka Waniewo – Śliwno została ponownie udostępniona turystom 19 czerwca 2026 roku, po poprawie warunków hydrologicznych. Ale radość trwała bardzo krótko. Już 25 czerwca Park musiał ją ponownie zamknąć. Powód? Bardzo szybki spadek poziomu wody w Narwi. Utrzymująca się susza hydrologiczna sprawiła, że korzystanie z pływającej przeprawy stało się niebezpieczne dla turystów.

To nie jest abstrakcyjny spór przyrodników, hydrologów i samorządowców. To jest konkret, który dotyka całego Narwiańskiego Parku Narodowego — jednej z najcenniejszych dolin rzecznych w Polsce, królestwa rozlewisk, trzcinowisk, turzycowisk, starorzeczy, ptaków, płazów, ryb, owadów i torfowisk, które przez wieki działały jak naturalna gąbka zatrzymująca wodę w krajobrazie. Kładka Waniewo – Śliwno jest tylko najbardziej widocznym symbolem tego kryzysu, bo turyści natychmiast widzą, że nie da się z niej bezpiecznie korzystać. Ale za zamkniętą kładką stoi znacznie poważniejszy problem: przesychająca dolina, osłabione mokradła, coraz trudniejsze warunki dla ptaków wodno-błotnych, zaburzony rytm rzeki i krajobraz, który bez wody traci swoją najważniejszą funkcję. Deszcz pomógł na chwilę, ale nie rozwiązał problemu. Woda przyszła i szybko odeszła. A Narew znowu została zbyt niska — nie tylko dla turystów, ale przede wszystkim dla całego żywego świata, który od tej rzeki zależy.

To właśnie dlatego rozmowa o Siemianówce nie może być dalej odkładana

W poprzednim tekście pisaliśmy, że przyszłość Siemianówki musi zostać przemyślana na nowo. Nie jako wojna z mieszkańcami. Nie jako likwidacja lokalnej turystyki. Nie jako emocjonalne hasło „zlikwidować zalew”. Chodzi o coś znacznie poważniejszego: o zmianę sposobu gospodarowania wodą tak, by Narew odzyskała oddech, a region zyskał nowy, odporniejszy model rozwoju.

Dzisiejsza sytuacja tylko wzmacnia nasz postulat. Bo jeśli ktoś twierdził, że problem rozwiąże się po deszczu, to teraz powinien spojrzeć na mapę HydroIMGW i komunikat Narwiańskiego Parku Narodowego. Opady były. Rzeki w wielu miejscach zareagowały. A mimo to Narew nadal nie wróciła do stabilnego, bezpiecznego stanu. Kładka Waniewo – Śliwno musiała zostać zamknięta niemal natychmiast po krótkim otwarciu.

To pokazuje, że w dolinie Narwi dzieje się coś głębszego niż zwykłe wahania pogody. Oczywiście sama mapa nie jest pełną ekspertyzą hydrologiczną. Nie zastępuje modeli, pomiarów, wieloletnich analiz ani decyzji instytucji odpowiedzialnych za gospodarkę wodną. Ale mapa pokazuje coś, czego nie da się zbyć wzruszeniem ramion. Pokazuje, że Narew nie reaguje tak, jak powinna reagować zdrowa rzeka w krajobrazie zdolnym do zatrzymywania i oddawania wody. Pokazuje, że nawet wielodniowe opady nie wystarczają, jeżeli cały system jest osłabiony.

A Siemianówka jest jednym z kluczowych elementów tego systemu.

Nie chodzi o to, czy Siemianówka „drenuje” Narew w jednym prostym sensie

Nie chodzi o jedno magiczne zdanie, które wszystko wyjaśnia. Chodzi o bilans wody. O to, ile wody zatrzymujemy. Ile tracimy przez parowanie. Ile zostaje w płytkim, nagrzewającym się zbiorniku. Ile trafia do Narwi wtedy, gdy rzeka i torfowiska najbardziej tego potrzebują. Jak pracuje cały układ od wiosny do lata. Czy Siemianówka pomaga Narwi przetrwać suszę, czy raczej sama staje się elementem, który w warunkach zmian klimatu pogłębia deficyt wody.

Dzisiejszy komunikat Narwiańskiego Parku Narodowego powinien być dla wszystkich sygnałem alarmowym. Skoro po opadach kładkę można było otworzyć tylko na kilka dni, a potem trzeba było ją zamknąć z powodu szybkiego spadku poziomu wody, to znaczy, że nie wystarczy czekać na deszcz. Nie wystarczy mówić: „przyroda sama sobie poradzi”. Nie poradzi sobie, jeśli człowiek przez dekady przekształcał krajobraz, regulował rzeki, budował zbiorniki, odcinał mokradła i zmieniał naturalną retencję.

Dlatego przyszłość Siemianówki musi być tematem pilnym, a nie odkładanym na później.

Najgorsze, co możemy zrobić, to udawać, że nic się nie dzieje

Można oczywiście dalej bronić obecnego modelu za wszelką cenę. Można mówić, że zalew jest atrakcją turystyczną, że ludzie się do niego przyzwyczaili, że powstały wokół niego biznesy, że są plaże, działki, wspomnienia i lokalne interesy. To wszystko prawda. Tych argumentów nie wolno lekceważyć. Ale trzeba uczciwie dopowiedzieć drugą część: obecny model też nie daje bezpieczeństwa.

Zbiornik robi się coraz płytszy, coraz cieplejszy, coraz bardziej zakwita i coraz mniej jest skutecznym elementem gospodarki wodnej. W ten sposób nie ochroni lokalnej turystyki. Bo ta oparta na płytkim, nagrzewającym się akwenie w czasach suszy hydrologicznej nie ma żadnego sensu. Można ją bronić jeszcze przez kilka sezonów, ale nie można budować na niej spokojnej przyszłości regionu.

Dzisiejsze zamknięcie kładki Waniewo – Śliwno jest symbolem tego kryzysu. Bo to miejsce nie jest przypadkowe. To jedna z ikon Narwiańskiego Parku Narodowego. Kładka, pływające pomosty, przeprawy, szeroka dolina Narwi, ptaki, trzciny, woda, przestrzeń — to wszystko tworzyło obraz rzeki żywej, dzikiej, wyjątkowej. Jeżeli nawet tam zaczyna brakować wody w sposób zagrażający bezpieczeństwu turystów, to znaczy, że problem nie jest teoretyczny.

To już nie jest dyskusja o dalekiej przyszłości. To dzieje się teraz.

W poprzednim tekście pisaliśmy, że zmiana Siemianówki nie powinna być przedstawiana jako koniec turystyki. Przeciwnie. Może być początkiem znacznie mądrzejszego, bardziej odpornego modelu.

Zamiast upierać się przy wizji dużego, płytkiego zbiornika, który coraz bardziej przegrywa z suszą, parowaniem i zakwitami, można zaprojektować Siemianówkę jako mozaikę wody, mokradeł, trzcinowisk, rozlewisk, wysp, kanałów, punktów widokowych i ścieżek edukacyjnych. Jako bramę do dzikiej Narwi, Puszczy Białowieskiej i wschodnich mokradeł. Jako miejsce, które nie udaje Mazur, lecz pokazuje to, co w Podlaskiem najcenniejsze: dzikość, przestrzeń, ptaki, ciszę, wodę i krajobraz nie do podrobienia.

Ale żeby tak się stało, decyzje muszą zapaść odpowiednio wcześnie. Nie wtedy, gdy kryzys będzie już tak głęboki, że wszyscy będą działać pod presją. Nie wtedy, gdy lokalni przedsiębiorcy zostaną sami z problemem. Potrzebny jest plan przejścia.

Mieszkańcy Michałowa, Narewki, Bondar, Siemianówki i okolicznych miejscowości nie mogą zostać potraktowani jak przeszkoda. Muszą być partnerami tej zmiany. Jeżeli państwo i instytucje publiczne chcą ratować Narew, powinny równolegle zaproponować regionowi nową strategię rozwoju: wsparcie dla agroturystyk, przewodników, wypożyczalni, gastronomii, lokalnych producentów, edukacji przyrodniczej, ścieżek, wież widokowych, kładek i promocji nowej marki miejsca. Bo ludzie nie boją się mokradeł. Ludzie boją się, że ktoś podejmie decyzję nad ich głowami, a oni zostaną z rachunkami.

Deszcz nie wystarczył. To najważniejsza lekcja ostatnich dni

Dzisiejsza sytuacja powinna zakończyć najprostszy argument przeciwników zmian: że wystarczy poczekać na opady. Nie wystarczy. Opady przyszły, ale Narew nadal pozostała w kryzysie. Kładka Waniewo – Śliwno została otwarta tylko na chwilę. Po kilku dniach trzeba było ją ponownie zamknąć, bo poziom wody bardzo szybko spadł. To pokazuje, że mamy do czynienia z problemem retencji, sposobu gospodarowania wodą i funkcjonowania całego układu hydrologicznego.

Dlatego pytanie nie brzmi już: czy rozmawiać o zmianach na Siemianówce? Pytanie brzmi: jak długo jeszcze będziemy udawać, że ta rozmowa może poczekać? Narew nie potrzebuje kolejnych sporów na Facebooku. Nie potrzebuje zaklinania rzeczywistości. Nie potrzebuje zapewnień, że „jakoś to będzie”. Potrzebuje realnej wody, realnej retencji, realnego planu i odwagi instytucji, które przestaną traktować Siemianówkę jak nietykalny pomnik dawnych decyzji.

Bo jeśli deszcz podniósł poziomy wielu rzek, a Narew nadal została w dramatycznym stanie, to znaczy, że natura właśnie wystawiła nam bardzo czytelny rachunek. I ten rachunek dotyczy nie tylko Narwiańskiego Parku Narodowego. Dotyczy całego Podlasia.

Siemianówka musi się zmienić. Nie przeciwko ludziom, ale dla ludzi i dla Narwi. Nie chaotycznie, nie z dnia na dzień, nie bez konsultacji. Mądrze, etapami, z programem wsparcia dla lokalnej społeczności i z jasnym celem: zatrzymać wodę tam, gdzie jest najbardziej potrzebna, odbudować mokradła i sprawić, by Narew znowu była rzeką, a nie wspomnieniem po rzece.

Dzisiejsza sytuacja w Narwiańskim Parku Narodowym to nie drobna niedogodność dla turystów. To ostrzeżenie, że cały wyjątkowy ekosystem doliny Narwi znalazł się pod presją, której nie da się już tłumaczyć wyłącznie chwilowym brakiem deszczu. I jeśli potraktujemy ten sygnał poważnie, może stać się początkiem dobrej zmiany — dla rzeki, mokradeł, przyrody i ludzi, którzy żyją z tym krajobrazem na co dzień.

Featured Video Play Icon

Żar poleje się z nieba. Nawet 40°C! Gdzie na Podlasiu szukać ochłody?

Podlasie szykuje się na pogodę z gatunku: „wyjdę tylko na chwilę po bułki”, po czym człowiek wraca jak pieróg wyjęty z wrzątku. Według prognoz nad region nadciąga fala ekstremalnych upałów, a temperatura miejscami może dobijać nawet do 40 stopni. To już nie jest zwykłe lato. To jest moment, w którym cień pod drzewem staje się dobrem luksusowym, klimatyzacja w sklepie brzmi jak zaproszenie do sanatorium, a człowiek zaczyna rozumieć, dlaczego koty całymi dniami leżą i niczego od życia nie oczekują.

Dlatego przygotowaliśmy pięć miejscówek, w których można będzie jakoś przetrwać ten żar. Nie obiecujemy, że człowiek od razu poczuje się jak na Alasce, ale przynajmniej nie będzie miał wrażenia, że jest bohaterem filmu Hydrozagadka.

Jezioro Rajgrodzkie

Pierwszy kierunek to Jezioro Rajgrodzkie. I tu nie ma żartów, bo to naprawdę jedna z najlepszych opcji na upalne dni. Woda, przestrzeń, plaże, widoki i ten cudowny moment, gdy człowiek zanurza się po szyję i nagle przypomina sobie, że życie jednak ma sens. Rajgród i okolice to dobry wybór na cały dzień, szczególnie jeśli ktoś chce połączyć kąpiel, odpoczynek i małą ucieczkę od miejskiego betonu.

Uciekaj do lasu

Druga propozycja to Supraśl i Puszcza Knyszyńska. Gdy miasto zamienia się w piekarnik, las robi to, co las robi najlepiej: daje cień, zapach żywicy i złudzenie, że świat jeszcze nie zwariował. Spacer nad rzeką, odpoczynek wśród drzew i powolne tempo to dokładnie to, czego potrzeba, gdy słońce próbuje przeprowadzić na człowieku eksperyment kulinarny.

Perła północy

Trzecia miejscówka to Wigry i okolice Wigierskiego Parku Narodowego. To już trochę dalszy kierunek, ale w zamian dostajemy jezioro, lasy i klimat, który potrafi uratować dzień. Wigry mają w sobie coś z wakacyjnej pocztówki, tylko bez filtra z Instagrama. W upał najlepiej celować tam wcześnie rano albo pod wieczór, bo w południe nawet najpiękniejszy krajobraz nie pomoże, jeśli człowiek zaczyna się topić we własnych sandałach.

Czy znacie Giby?

Czwarta propozycja to Giby i okolice jeziora Gieret. To już kierunek dla tych, którzy naprawdę chcą uciec przed upałem, a nie tylko symbolicznie stanąć w cieniu przystanku. Lasy, jeziora, spokojniejszy klimat i wrażenie, że telefon sam zaczyna mówić ciszej. W największy skwar można tu złapać oddech, schować się pod drzewami i przypomnieć sobie, że lato nie musi oznaczać człowieka przyklejonego do fotela jak ser do zapiekanki.

Wśród starych drzew

Piąte miejsce to Puszcza Białowieska. Stare drzewa, głęboki cień i leśny chłód to zestaw, którego nie da się podrobić żadnym wiatrakiem z marketu. W czasie upałów las jest jak naturalna klimatyzacja, tylko bez pilota, bez rachunku za prąd i bez sąsiada, który narzeka, że mu buczy. Trzeba tylko pamiętać o wodzie, nakryciu głowy i rozsądku, bo nawet w lesie organizm nie działa na zasadzie „jakoś to będzie”.

A skoro już o rozsądku mowa: w największe upały lepiej nie udawać niezniszczalnego. Między 11:00 a 17:00 słońce potrafi być mniej więcej tak delikatne jak urząd skarbowy po terminie. Warto pić dużo wody, unikać alkoholu, zakładać jasne ubrania, chronić głowę i pilnować dzieci, seniorów oraz zwierząt. Samochód zostawiony na słońcu nagrzewa się błyskawicznie, więc nie zostawiamy w nim nikogo „tylko na chwilkę”. Ta chwilka może być bardzo niebezpieczna.

Pewnie zauważyliście, że na naszej liście nie ma Augustowa. Nie dlatego, że przestał być piękny. Wręcz przeciwnie – właśnie dlatego, że podczas takich upałów wpada na ten sam pomysł pół Polski. Efekt? Zamiast relaksu będziecie leżeć na plaży jak sardynki. Tyle że nie na Sardynii, tylko w puszce. Dlatego tym razem postawiliśmy na miejsca trochę mniej oczywiste, gdzie szansa na znalezienie kawałka plaży większego niż ręcznik jest zdecydowanie wyższa.

Podsumowując: będzie gorąco. Bardzo gorąco. Tak gorąco, że nawet komary mogą zacząć latać wolniej. Dlatego zamiast walczyć z upałem na środku rozgrzanego parkingu, lepiej zaplanować ucieczkę nad wodę, do lasu albo w miejsce, gdzie cień nie jest tylko wspomnieniem z dzieciństwa.

Featured Video Play Icon

Pociąg dojeżdża do Walił. A mógłby dalej – aż pod samą granicę.

Dziś dla pasażera linia kolejowa nr 37 kończy się w Waliłach. To właśnie tam dojeżdża sezonowy pociąg z Białegostoku, który od lat jest jedną z ciekawszych wakacyjnych propozycji dla mieszkańców regionu, turystów i rowerzystów. Sama podróż ma swój urok: skład powoli wyjeżdża z miasta, mija kolejne przystanki i wprowadza podróżnych w zielony świat Puszczy Knyszyńskiej. Problem w tym, że ta historia mogłaby mieć znacznie mocniejsze zakończenie.

Bo Waliły nie musiałyby być końcem tej wyprawy. Historycznie linia kolejowa nr 37 prowadziła dalej, w kierunku Zubek Białostockich i granicy państwa. Dziś za Waliłami zaczyna się inna opowieść: o torach, które mogłyby pracować dla turystyki, lokalnej gospodarki i bezpieczeństwa, ale zamiast tego pozostają na uboczu. Po drodze jest między innymi opuszczona stacja kolejowa w Zubkach Białostockich – miejsce, które samo w sobie mogłoby stać się punktem na mapie wypraw po zapomnianym Podlasiu.

Warto zadać proste pytanie: skoro pociąg może dojechać do Walił, to dlaczego w dłuższej perspektywie nie miałby dojeżdżać dalej, bliżej granicy? Nie chodzi o sentyment do starych rozkładów jazdy ani o kolejarską nostalgię. Chodzi o bardzo praktyczny pomysł na turystykę we wschodniej części województwa.

Na pasie przygranicznym, w promieniu wygodnej jednodniowej lub weekendowej wyprawy, znajduje się wiele miejsc, które już dziś przyciągają ludzi szukających czegoś więcej niż deptaka, lodów i parkingu pod atrakcją. Są ruiny kościoła św. Antoniego w Jałówce – jedno z najbardziej klimatycznych miejsc w regionie. Są Kruszyniany z tatarskim dziedzictwem, drewnianym meczetem, mizarem i kuchnią, której smak trudno pomylić z czymkolwiek innym. Są Krynki – miasteczko pogranicza, wielu kultur, starej historii i charakterystycznego układu urbanistycznego. Do tego dochodzą wsie, lasy, szutrowe drogi, ciche cmentarze, dawne trakty i cały krajobraz, który dla turysty z Białegostoku, Warszawy czy Gdańska może być czymś absolutnie unikalnym.

Taki pociąg nie musiałby być zwykłym środkiem transportu. Mógłby być osią gotowego produktu turystycznego: „koleją na pogranicze”. Rano wyjazd z Białegostoku, po drodze rowery, dalej trasy do Jałówki, Kruszynian, Krynek, Nietupy, Gródka czy Michałowa. Pociąg stałby się nie tylko atrakcją samą w sobie, ale też kręgosłupem komunikacyjnym dla całego fragmentu regionu.

Jest jeszcze drugi wymiar tej sprawy, którego nie da się dziś pominąć. Granica polsko-białoruska od kilku lat nie jest zwykłą kreską na mapie. To miejsce realnego napięcia, obecności służb i wojska, a także stałego myślenia o bezpieczeństwie państwa. W takim kontekście czynna linia kolejowa w stronę granicy nie jest fanaberią. To infrastruktura o znaczeniu strategicznym.

Kolej ma w logistyce wojskowej ogromne znaczenie. Pozwala przewozić ludzi, sprzęt, materiały, paliwo, zapasy i elementy zaplecza szybciej oraz bardziej efektywnie niż wiele innych form transportu. Oczywiście nikt rozsądny nie będzie twierdził, że każda lokalna linia powinna natychmiast stać się magistralą wojskową. Ale utrzymywanie i przywracanie infrastruktury kolejowej w regionach przygranicznych powinno być traktowane poważnie – nie tylko jako kwestia rozwoju lokalnego, lecz także odporności państwa.

Dlatego odtworzenie lub przynajmniej etapowe uporządkowanie odcinka za Waliłami warto byłoby analizować nie tylko z perspektywy turystyki, ale też obronności. Skoro w Polsce i Europie mówi się dziś o mobilności wojskowej, infrastrukturze krytycznej i wzmacnianiu wschodniej flanki, to Podlasie powinno umieć upominać się o swoje. Czynna linia kolejowa przy granicy to skarb – nawet jeśli na co dzień woziłaby turystów, rowery i mieszkańców.

Waliły już udowodniły, że kolej turystyczna w tym kierunku ma sens. Pociąg z Białegostoku nie jeździ w próżnię – wozi ludzi do lasu, na rowery, na wypoczynek, po oddech od miasta. Teraz warto zapytać, czy nie czas zrobić krok dalej. Dosłownie dalej: za Waliły, w stronę opuszczonych stacji, zapomnianych torów i miejsc, które mogłyby dostać drugie życie. Bo Podlasie ma takich miejsc mnóstwo. Tylko trzeba do nich dojechać.

Rafał Rudnicki zablokował mnie na Facebooku. Pękniecie ze śmiechu – gdy poznacie powód.

Rafał Rudnicki zablokował mnie na Facebooku. Pękniecie ze śmiechu – gdy poznacie powód.

Od 1 lipca w Białostockiej Komunikacji Miejskiej mają wejść nowe zasady podróżowania. W skrócie: pasażerowie będą musieli częściej korzystać z przycisków. Żeby wejść do autobusu, trzeba będzie nacisnąć guzik przy drzwiach. Żeby wysiąść, też trzeba będzie nacisnąć guzik. A na przystankach na żądanie trzeba będzie odpowiednio wcześniej zasygnalizować kierowcy, że chce się wsiąść lub wysiąść.

Miasto tłumaczy, że chodzi o oszczędności, komfort, ograniczenie uciekania ciepła zimą i lepsze działanie klimatyzacji latem. Czyli generalnie: mniej otwierania drzwi bez potrzeby, więcej odpowiedzialności po stronie pasażera. Zmiana jak zmiana. Można ją popierać, można mieć wątpliwości, można zapytać o sens, szczegóły albo praktykę.

No więc zapytałem.

Pod postem Rafała Rudnickiego, wiceprezydenta Białegostoku, który nadzoruje między innymi Białostocką Komunikację Miejską, napisałem komentarz. Nie był to elaborat. Nie była to tyrada. Nie było tam wyzwisk, wielkich liter, teorii spiskowych ani mema z autobusem jadącym do piekła.

Mój komentarz brzmiał dosłownie:

„Po co?”

I wtedy wydarzyła się rzecz piękna w swojej absurdalności.

Zostałem zablokowany.

Tak, dobrze czytacie. W mieście, w którym pasażer ma naciskać guziki, ja najwyraźniej nacisnąłem ten niewłaściwy. Nie „stop” w autobusie. Nie przycisk otwierania drzwi. Tylko obywatelski guzik z napisem: „zadaj proste pytanie”.

I ten guzik najwyraźniej uruchomił procedurę awaryjną.

Nie mogę już obserwować postów Rafała Rudnickiego. Czyli moje skrajnie agresywne, brutalne i destabilizujące system samorządowy pytanie „Po co?” doprowadziło do sytuacji, w której dialog z mieszkańcami najwyraźniej uznano za ryzyko komunikacyjne.

Przyznaję: nie doceniłem mocy języka polskiego.

Myślałem, że „Po co?” to normalne pytanie. Takie, które można zadać, gdy miasto wprowadza zmianę dotyczącą tysięcy pasażerów. Myślałem, że urzędnik może odpowiedzieć: „Po to, żeby autobusy nie traciły ciepła zimą”, „Po to, żeby zmniejszyć koszty”, „Po to, żeby dostosować system do rozwiązań znanych z innych miast”.

Ale po co odpowiadać, skoro można zablokować?

Rafał Rudnicki dostosował swój poziom do poziomu komunikacji miejskiej. Mieszkaniec pyta: „Po co?”. Władza odpowiada: „Nie będzie pan już więcej pytał”. Elegancko. Szybko. Bez zbędnych konsultacji. Bez marnowania energii. Prawdziwa oszczędność — nie tylko ciepła w autobusie, ale też słów w debacie publicznej.

Najzabawniejsze jest to, że cała sprawa dotyczy przycisków. Miasto mówi mieszkańcom: teraz musicie nauczyć się naciskać przyciski. A ja nacisnąłem jeden przycisk za dużo — przycisk zdrowego rozsądku. I nagle okazało się, że system działa znakomicie. Tylko nie ten autobusowy. Przycisk „blokuj” zadziałał natychmiast. Przycisk „odpowiedz mieszkańcowi” najwyraźniej był chwilowo nieczynny.

Nie mam problemu z tym, że miasto zmienia zasady działania komunikacji. Być może te zmiany mają sens. Być może rzeczywiście przyniosą oszczędności. Być może pasażerowie szybko się przyzwyczają i po kilku tygodniach nikt nie będzie pamiętał, że kiedyś kierowca otwierał wszystkie drzwi.

Ale mam problem z tym, że pytanie „Po co?” wystarczy, żeby człowiek zniknął z dyskusji. Bo jeżeli osoba publiczna informuje mieszkańców o zmianach, to musi liczyć się z tym, że mieszkańcy będą pytać. Czasem długo. Czasem krótko. Czasem uprzejmie. Czasem kąśliwie. A czasem po prostu: „Po co?”. To nie jest hejt. To nie jest atak. To nie jest naruszenie powagi urzędu. To jest najprostsze pytanie świata. I może właśnie dlatego tak bardzo zabolało.

Bo „Po co?” ma w sobie coś niebezpiecznego. Otwiera drzwi. Nie te autobusowe, tylko te dużo ważniejsze — drzwi do rozmowy o sensie decyzji. O tym, czy mieszkańcy są tylko odbiorcami komunikatów, czy jednak mają prawo zapytać, dlaczego coś się dzieje. O tym, czy profil polityka samorządowego służy do rozmowy z ludźmi, czy tylko do nadawania komunikatów w jedną stronę.

W Białymstoku od lipca pasażerowie będą musieli naciskać przyciski, żeby wejść i wyjść z autobusu. Ja nacisnąłem przycisk wcześniej. Zapytałem: „Po co?” i wysiadłem z dyskusji przymusowo.

Featured Video Play Icon

Siemiatycze pachniały rybą, serem, miodem i Francją. Za nami piknik „Bardzo Cenne Małocenne”

W Siemiatyczach odbył się rodzinny piknik „Bardzo Cenne Małocenne”, zorganizowany w ramach Dni Siemiatycz. Było to wydarzenie, które połączyło lokalną kuchnię, edukację ekologiczną, regionalne produkty, występy artystyczne, atrakcje dla dzieci i muzyczny finał z francuskim akcentem. PodlaskieTV objęło wydarzenie patronatem medialnym.

Gotowanie na żywo

Dzień rozpoczął się od zawodów wędkarskich, które trwały od rana do wczesnego popołudnia. Później impreza przeniosła się do centrum Siemiatycz, gdzie rozpoczął się piknik rodzinny. Na miejscu czekały stoiska, degustacje, animacje dla dzieci, występy lokalnych artystów oraz spotkania z ekspertami, którzy opowiadali o tym, dlaczego ryby małocenne są w rzeczywistości bardzo cenne.

Sama idea wydarzenia zwracała uwagę na mniej popularne gatunki ryb słodkowodnych. To ryby, które często są pomijane w codziennej kuchni, choć mogą być smaczne, wartościowe i ważne z punktu widzenia rozsądnego korzystania z naturalnych zasobów. Podczas pikniku można było przekonać się, że edukacja ekologiczna nie musi mieć formy wykładu — może odbywać się przez rozmowę, gotowanie na żywo, degustację i rodzinne spotkanie w plenerze.

Jednym z najmocniejszych punktów programu było gotowanie na żywo z Mikołajem Reyem, kucharzem znanym między innymi z programu „MasterChef”. Publiczność mogła zobaczyć, jak przygotowywać ryby słodkowodne i dlaczego warto częściej sięgać po lokalne, niedoceniane produkty. Pokazy kulinarne połączone były z degustacją, więc uczestnicy nie tylko słuchali o nowych smakach, ale mogli ich po prostu spróbować.

Święto sera

W Siemiatyczach pojawił się też mocny wątek regionalny. Obecni byli lokalni wystawcy, którzy prezentowali swoje produkty, między innymi miody. Nie zabrakło również święta sera, co w Siemiatyczach ma szczególne znaczenie — to właśnie tutaj powstają popularne sery camembert. Ten element bardzo dobrze połączył lokalną tożsamość miasta z francuskimi inspiracjami obecnymi podczas całej imprezy.

Francuskich akcentów było zresztą więcej. Występy dzieci z siemiatyckich przedszkoli i szkół nawiązywały do francuskiej kultury, muzyki i atmosfery. Dzięki temu motyw Francji nie pojawił się jedynie przy okazji gwiazdy wieczoru, ale przewijał się przez cały program wydarzenia, tworząc ciekawy most między Siemiatyczami, serem camembert, kuchnią i muzyką.

Na scenie wystąpili najmłodsi artyści z Przedszkola numer 5, Szkoły Podstawowej numer 1, Przedszkola numer 3 i Szkoły Podstawowej numer 3. Publiczność mogła też posłuchać Siemiatyckiego Bractwa Akordeonistów, Orkiestry Dętej OSP Siemiatycze oraz muzyków związanych ze Szkołą Muzyczną. Dzięki temu wydarzenie miało bardzo lokalny, rodzinny i wspólnotowy charakter.

Była zabawa i koncerty

Nie zabrakło też atrakcji dla dzieci. Najmłodsi mieli swoją przestrzeń do zabawy, animacji i aktywności, a całe rodziny mogły spędzić niedzielę w spokojnej, letniej atmosferze. Był to jeden z tych pikników, na których można było jednocześnie czegoś się dowiedzieć, czegoś spróbować, posłuchać muzyki i po prostu pobyć razem.

Finałem wydarzenia był koncert François Martineau — francuskiego muzyka mieszkającego w Polsce, znanego między innymi z programu „Mam talent!”. Jego występ zamknął piknik w radosnym, energetycznym stylu i dopełnił francuski charakter tegorocznego spotkania.

„Bardzo Cenne Małocenne” pokazało, że lokalne wydarzenia mogą łączyć wiele tematów w naturalny i ciekawy sposób. W Siemiatyczach spotkały się ryby, sery, miody, dziecięce występy, regionalni twórcy, nauka, kuchnia i muzyka. A wszystko to w rodzinnej atmosferze, która najlepiej pokazuje, że Podlasie potrafi opowiadać o sobie smakiem, dźwiękiem i dobrym spotkaniem.

Materiał partnerski

To już jutro! Będzie fantastyczny dzień! Rodzinny piknik, ryby z potencjałem i francuska nuta.

To już jutro! Będzie fantastyczny dzień! Rodzinny piknik, ryby z potencjałem i francuska nuta.

Już jutro Siemiatycze staną się jednym z tych miejsc, do których naprawdę warto wybrać się całą rodziną. Wystarczy wolna niedziela, trochę letniego nastroju, dzieci gotowe na przygodę i chęć spędzenia dnia poza domem. 21 czerwca 2026 roku w ramach Dni Siemiatycz odbędzie się rodzinny piknik „Bardzo Cenne Małocenne” — wydarzenie bezpłatne, całodniowe i przygotowane z myślą o dzieciach, dorosłych oraz wszystkich, którzy lubią lokalne klimaty, dobrą kuchnię i letnie spotkania pod gołym niebem.

Nie będzie to zwykły piknik, na którym przez chwilę można przejść obok kilku stoisk i posłuchać muzyki w tle. Organizatorzy zapowiadają dzień pełen atrakcji: rekreację, edukację ekologiczną, regionalne produkty, strefę dla dzieci, warsztaty, degustacje, gotowanie na żywo i koncerty. PodlaskieTV objęło wydarzenie patronatem medialnym, dlatego tym bardziej zachęcamy — jutro warto obrać kierunek na Siemiatycze.

Małocenne, czyli naprawdę bardzo cenne

Nazwa pikniku nie jest przypadkowa. „Bardzo Cenne Małocenne” to projekt, który zwraca uwagę na potencjał małocennych gatunków ryb. Chodzi o ryby często pomijane, mniej popularne i rzadziej wybierane, choć mogą być wartościowe, smaczne i ważne z punktu widzenia mądrego korzystania z naturalnych zasobów.

I właśnie w tym tkwi sens całego wydarzenia. To nie tylko okazja, żeby przyjechać, pospacerować, posłuchać muzyki i coś zjeść. To także szansa, by spojrzeć na lokalną przyrodę trochę uważniej. Zobaczyć, że to, co mamy blisko siebie, nie jest oczywiste ani niewyczerpane. A edukacja ekologiczna wcale nie musi kojarzyć się z nudnym wykładem — może wydarzyć się przy dobrej rozmowie, warsztatach, degustacji i rodzinnej atmosferze.

Atrakcje dla dzieci, dorosłych i miłośników lokalnego klimatu

W programie znajdą się między innymi zawody wędkarskie, strefa animacji dla dzieci, stoiska z rękodziełem oraz targ produktów regionalnych. To propozycja dla tych, którzy lubią wydarzenia z prawdziwym klimatem — takie, gdzie można spokojnie przejść między stoiskami, porozmawiać z twórcami, spróbować lokalnych smaków i po prostu pobyć wśród ludzi.

Rodziny z dziećmi szczególnie ucieszy strefa animacji. Każdy rodzic wie, że dobry wyjazd zaczyna się wtedy, gdy najmłodsi mają co robić i nie pytają co kilka minut: „a kiedy wracamy?”. Jutro w Siemiatyczach dzieci będą miały własną przestrzeń do zabawy, a dorośli zyskają chwilę oddechu i możliwość skorzystania z pozostałych atrakcji.

Nie zabraknie także części edukacyjnej, warsztatów i wykładów poświęconych zdrowemu jedzeniu. To dobrze łączy się z ideą całego projektu: pokazać, że jedzenie może być smaczne, lokalne, świadome i bardziej przyjazne dla środowiska.

Gotowanie na żywo i smaki, które mogą zaskoczyć

Jednym z najmocniejszych punktów jutrzejszego programu będzie strefa kulinarna z degustacjami oraz live cookingiem prowadzonym przez Mikołaja Reya — kucharza i finalistę programu „MasterChef”. To ta część wydarzenia, przy której trudno będzie przejść obojętnie.

Gotowanie na żywo zawsze ma w sobie coś z małego spektaklu. Jest zapach, ruch, rozmowa z publicznością i ten moment, kiedy proste składniki zaczynają zamieniać się w coś, czego od razu chce się spróbować. A jeśli głównym tematem są małocenne gatunki ryb, można liczyć nie tylko na dobry smak, ale też na inspirację do własnej kuchni.

Bo czasem najlepiej zmienia się przyzwyczajenia nie przez pouczanie, ale przez doświadczenie. Przez spróbowanie czegoś nowego. Przez odkrycie, że to, co niedoceniane, może być naprawdę ciekawe, zdrowe i bardzo dobre.

Muzyczny finał z François Martineau

Na scenie głównej wystąpią lokalni artyści, a gwiazdą wieczoru będzie François Martineau — francuski muzyk mieszkający w Polsce, znany między innymi z programu „Mam talent!”. W 2018 roku zdobył złoty przycisk i dotarł do półfinału, a publiczność zapamiętała go dzięki francusko-polskim interpretacjom piosenek, lekkości i wyjątkowej energii scenicznej.

To zapowiada się na bardzo przyjemne zakończenie całego dnia. Po zawodach, warsztatach, degustacjach, spacerach między stoiskami i dziecięcych animacjach przyjdzie czas na muzykę. A twórczość François Martineau świetnie pasuje do letniego, rodzinnego wydarzenia — jest w niej uśmiech, kontakt z publicznością i naturalny most między polską a francuską kulturą.

Dlaczego warto być jutro w Siemiatyczach?

Bo to jeden z tych wyjazdów, które nie wymagają wielkich przygotowań. Nie trzeba biletów, skomplikowanej logistyki ani planowania z dużym wyprzedzeniem. Wystarczy zebrać rodzinę, zaplanować niedzielę i ruszyć do Siemiatycz.

„Bardzo Cenne Małocenne” to piknik dla tych, którzy lubią spędzać czas aktywnie, ale bez pośpiechu. Dla rodziców, którzy chcą pokazać dzieciom coś więcej niż ekran telefonu. Dla osób, które cenią lokalne inicjatywy, regionalne produkty, dobrą kuchnię i wydarzenia, w których naprawdę czuć Podlasie.

Już jutro, w niedzielę 21 czerwca 2026 roku, Siemiatycze będą bardzo dobrym kierunkiem na rodzinny wyjazd. Bez biletów, bez wielkiej organizacji, za to z całodniowym programem, letnią atmosferą i atrakcjami dla małych i dużych. Warto tam być.

Rozkład jazdy — 21 czerwca 2026

7:00 — Zawody wędkarskie nad Zalewem Cypel w Siemiatyczach

13:00 — Rozpoczęcie pikniku przy ul. Pałacowej w Siemiatyczach

18:00 — Koncert François Martineau przy ul. Pałacowej w Siemiatyczach

Promocja partnera

Featured Video Play Icon

To ostatnie takie konie nad Narwią

W sercu Podlasia są jeszcze miejsca, gdzie czas płynie wolniej, a natura wyznacza rytm codzienności. To właśnie tam, w malowniczej dolinie Narwi, można zobaczyć obrazki, które coraz rzadziej spotyka się we współczesnym świecie: rozległe pastwiska, spokojny nurt rzeki i majestatyczne polskie konie zimnokrwiste żyjące blisko człowieka, ziemi i wody.

Na powyższym filmie zobaczymy stado koni podczas kąpieli w Narwi, ich przeprawę przez rzekę i codzienne życie na podlaskich łąkach. To widok pełen siły, harmonii i prostego piękna, które nie potrzebuje żadnych ozdobników. Ten film to opowieść o spokoju, naturze i wiejskim dziedzictwie Podlasia. O koniach, które od pokoleń były częścią tutejszego krajobrazu, o ludziach, którzy nadal pielęgnują dawną więź ze zwierzętami, i o miejscach, w których można naprawdę poczuć oddech podlaskiej ziemi.

Polskie konie zimnokrwiste od dawna wpisane są w krajobraz podlaskiej wsi. Silne, spokojne i dostojne, przez pokolenia pomagały ludziom w pracy, były częścią gospodarstw i codziennego życia na ziemi. Dziś coraz częściej patrzymy na nie nie tylko jak na zwierzęta użytkowe, ale także jak na żywe dziedzictwo dawnych czasów — symbol cierpliwości, bliskości z naturą i świata, który mimo wielu zmian wciąż potrafi zachwycać swoją prostotą.

Samotny ojciec z Topolan odbudowuje dom po pożarze. Małe dzieci mieszkają w kontenerach.

Samotny ojciec z Topolan odbudowuje dom po pożarze. Małe dzieci mieszkają w kontenerach.

17 lipca 2025 roku, we wczesnych godzinach porannych, w Topolanach w gminie Michałowo wydarzyła się tragedia, która w jednej chwili odebrała rodzinie poczucie bezpieczeństwa, dach nad głową i dorobek życia. Dom Cezarego Szuberta, samotnego ojca 4-letniego Kacpra i 2-letniej Nikoli, stanął w ogniu.

Czarny dym wydobywający się z dachu jako pierwsza zauważyła matka pana Cezarego, pani Małgorzata. Zaczęła krzyczeć i walić w drzwi, próbując zaalarmować syna. Ten zdążył wynieść z domu śpiące dzieci. Wybiegli na podwórko w samych piżamach. Po chwili budynek był już zajęty ogniem. Dom spłonął doszczętnie. Rodzina została praktycznie z niczym. Od tamtego dnia trwa walka o powrót do normalnego życia. Pan Cezary, z pomocą dobrych ludzi i znajomych, próbuje odbudować dom dla swoich dzieci.

Od prawie roku samotny ojciec z dwójką małych dzieci mieszka w wynajętych kontenerach ustawionych przy zgliszczach dawnego domu. Tam rodzina przetrwała zimę. Warunki są trudne, a koszty bardzo wysokie. Sam wynajem kontenerów to 1600 zł miesięcznie. Do tego doszło 6-miesięczne wyrównanie za prąd w wysokości 16 800 zł. Faktura jest już po terminie, a rodzina boi się, że zostanie bez energii elektrycznej.

Dla tej rodziny brak prądu oznacza znacznie więcej niż zaległy rachunek. To brak światła, brak ciepła, brak ciepłej wody i realne zagrożenie dla dalszej odbudowy domu. Bez prądu trudno kontynuować prace budowlane. Bez prądu trudno żyć w kontenerach z 2-letnią Nikolą i 4-letnim Kacprem.

Pani Małgorzata, mama pana Cezarego i babcia dzieci, napisała do naszej redakcji poruszający list z prośbą o pomoc. Przyznaje w nim, że zaczyna tracić siły. Jako matka patrzy na walkę syna, a jako babcia na dzieci, które od miesięcy nie mają normalnego domu, własnego pokoju i spokojnego dzieciństwa.

„Zostaliśmy sami. Syn z dwójką maluchów i ja jako babcia, która widziała ten dym o świcie” — pisze pani Małgorzata.

Rodzina podkreśla, że po pożarze na początku pojawiła się pomoc. Ludzie przynosili ubrania, jedzenie i najpotrzebniejsze rzeczy. Z czasem jednak zainteresowanie zaczęło słabnąć. Zbiórka, która miała pomóc w odbudowie domu, przygasła, choć potrzeby wciąż są ogromne. Do ukończenia prac nadal brakuje pieniędzy, a przed rodziną kolejne miesiące walki o bezpieczny dach nad głową.

W liście pojawia się także bolesna relacja o poczuciu osamotnienia i o tym, że rodzina musiała mierzyć się nie tylko ze skutkami pożaru, ale również z trudnościami urzędowymi, wysokimi rachunkami oraz stratami rzeczy, które — według relacji bliskich — udało się częściowo wynieść lub zabezpieczyć po tragedii.

Dziś najważniejsze jest jedno: pomóc tej rodzinie wrócić do normalnego życia, zanim nadejdzie kolejna zima.

Pan Cezary nie prosi o luksus. Odbudowuje dom dla swoich dzieci. Potrzebuje środków na dalsze prace, opłacenie zaległości, utrzymanie kontenerów i doprowadzenie budowy do takiego etapu, by Kacper i Nikola mogli znów zamieszkać pod prawdziwym dachem.

Każda wpłata ma znaczenie. Każde udostępnienie może sprawić, że historia rodziny z Topolan dotrze do kolejnych osób. Zbiórka potrzebuje nowego impulsu, bo bez wsparcia dobrych ludzi samotnemu ojcu będzie bardzo trudno udźwignąć to wszystko samemu.

Pomóc można poprzez wpłatę na zbiórkę oraz udostępnienie apelu dalej — wśród znajomych, lokalnych społeczności, firm i osób, które mogą wesprzeć rodzinę finansowo, materiałami budowlanymi lub konkretną pomocą przy odbudowie.

To historia ojca, który po pożarze nie uciekł od odpowiedzialności. Historia babci, która o świcie zobaczyła dym i do dziś walczy o bezpieczeństwo swoich wnuków. Historia dwójki małych dzieci, które zasługują na ciepły dom, własny pokój i spokojne dzieciństwo.

Nie pozwólmy, by ta zbiórka zgasła tak, jak ogień zabrał ich dom.

Wesprzyjmy Cezarego, Kacpra i Nikolę z Topolan. Pomóżmy im odbudować dom przed kolejną zimą.

LINK DO ZBIÓRKI TUTAJ

Zalew Siemianówka zostanie osuszony? Zapadły ważne decyzje!
Po lewej przyszłość Siemianówki bez zmian, po prawej - gdy zmiany będą wprowadzone.

Zalew Siemianówka zostanie osuszony? Zapadły ważne decyzje!

Jeszcze niedawno mówienie o zmianie przyszłości Siemianówki brzmiało dla wielu jak fantazja. Gdy pisaliśmy, że obecny model funkcjonowania zbiornika jest problemem dla Narwi, że płytki, nagrzewający się akwen paruje, zarasta, zakwita i coraz słabiej pełni swoją rolę, łatwo było machnąć ręką. Ot, kolejna publicystyczna wizja. Kolejny głos z internetu. Kolejna dyskusja, która pewnie rozejdzie się po kościach.

A jednak coś się zmieniło

Do dyskusji o przyszłości Siemianówki dochodzą kolejne konkrety. 15 czerwca odbyło się następne robocze spotkanie przedstawicieli instytucji zajmujących się tym tematem — między innymi Narwiańskiego Parku Narodowego, Wód Polskich, RDOŚ, Polskiego Związku Wędkarskiego, Białowieskiego Parku Narodowego oraz SGGW. Na razie nie ma jeszcze oficjalnego harmonogramu działań. Ale w niedalekiej przyszłości konieczna będzie aktualizacja wielu dokumentów i analiz. Stąd też można wywodzić bardzo wstępny termin: około 2029 roku mogłyby rozpocząć się głębsze prace naprawcze na Siemianówce.

Już dziś wiadomo jednak jedno: aby ratować Narew, od marca do czerwca potrzebne są interwencyjne zrzuty wody ze zbiornika, które nasycą koryta rzeki i torfy w Narwiańskim Parku Narodowym. Co ważne, mówimy o około 7000 hektarów nieużytków, więc takie okresowe zalewanie nie uderza w mieszkańców ani rolnictwo, a daje ogromną korzyść przyrodzie. Czysty zysk. Szczególnie istotny jest też fakt, że na Siemianówce wstrzymano produkcję prądu właśnie po to, by oszczędzać wodę dla Narwi. To pokazuje, że zmiana myślenia o zbiorniku już się zaczęła. Nieoficjalnie mówi się o stałym spuszczeniu wody (by pozostały tylko mokradła) od torów do granicy państwa.

Dziś o częściowym osuszaniu Siemianówki, ograniczaniu parowania i zmianie sposobu gospodarowania wodą mówimy nie tylko my. Temat wszedł do poważnej debaty instytucjonalnej. Rozmawiają o nim przyrodnicy, Narwiański Park Narodowy, Wody Polskie, Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska, naukowcy i samorządowcy. To ogromny sukces samej idei. Nie dlatego, że ktokolwiek chce komukolwiek coś odebrać. Przeciwnie. Dlatego, że wreszcie zaczynamy rozmawiać o Siemianówce nie jak o świętym obrazku, którego nie wolno dotknąć, ale jak o miejscu, które wymaga nowej, mądrej i odważnej wizji.

Najważniejsze jest jednak coś innego: ta zmiana nie musi oznaczać końca lokalnej turystyki. Może oznaczać jej początek na zupełnie nowym poziomie.

Dziś wielu mieszkańców, przedsiębiorców i samorządowców boi się, że jakakolwiek ingerencja w zbiornik zabije turystykę. Ten lęk jest zrozumiały. Przez ponad trzy dekady wokół Siemianówki powstały gospodarstwa agroturystyczne, miejsca noclegowe, punkty gastronomiczne, plaże, wypożyczalnie sprzętu wodnego, działki rekreacyjne i cały lokalny sposób myślenia o rozwoju. W Siemianówkę zwyczajnie wpompowano miliony złotych. Trudno się teraz pogodzić z faktem, że po 30 latach okazało się to zabójcze.

Dla wielu osób zalew nie jest abstrakcyjnym „obiektem hydrotechnicznym”, tylko źródłem utrzymania, wspomnieniem dzieciństwa, miejscem pracy albo miejscem do życia.

Dlatego nie chcemy mówić o zmianie Siemianówki językiem wojny. To nie może być opowieść: przyrodnicy przeciwko mieszkańcom, Narew przeciwko turystyce, mokradła przeciwko lokalnym biznesom. To byłaby najgorsza możliwa droga. Prawdziwe pytanie brzmi inaczej: jak zmienić Siemianówkę, żeby ratować Narew, ograniczyć straty wody, poprawić stan przyrody, a jednocześnie stworzyć mieszkańcom nowy, silniejszy i bardziej odporny model zarabiania na turystyce?

Bo obecny model wcale nie jest tak bezpieczny, jak się wydaje.

Jeżeli zbiornik będzie coraz płytszy, coraz cieplejszy, coraz bardziej podatny na zakwity i coraz mniej atrakcyjny latem, to lokalna turystyka i tak będzie słabnąć. Jeżeli wody będzie mniej, plaże będą się oddalać. Jakość wody już budzi wątpliwości. Dlatego samo trzymanie się obecnego stanu nie uratuje przedsiębiorców. Może tylko odwlec problem w czasie. A najgorsze w takim scenariuszu jest to, że region zostanie z degradującym się akwenem, coraz większą suszą, coraz słabszą Narwią i turystyką opartą na czymś, co powoli traci swoją atrakcyjność.

Nowa wizja Siemianówki daje szansę, by wyjść z tego zaklętego kręgu. Wyobraźmy sobie nie wysychającą kałużę z zakwitami, ale jeden z najciekawszych obszarów przyrodniczych w Polsce. Mozaikę otwartej wody, trzcinowisk, płycizn, rozlewisk, wysp, bagien, kanałów i punktów widokowych. Miejsce, w którym nadal istnieje akwen, ale obok niego powstaje wielki, żywy system mokradeł. Coś pomiędzy jeziorem, rezerwatem, ptasim rajem i dziką doliną rzeczną. Nie kopia Mazur, bo Podlasie nigdy nie powinno kopiować Mazur. Raczej coś własnego: Siemianówka jako brama do dzikiej Narwi, Puszczy Białowieskiej i wschodnich mokradeł.

To mogłoby być znacznie mocniejsze turystycznie niż dzisiejszy zalew. Współczesna turystyka coraz częściej ucieka od betonu, hałasu i masowości. Ludzie szukają ciszy, krajobrazu, autentyczności, ptaków, ścieżek, wież widokowych, lokalnego jedzenia, opowieści i miejsc, których nie da się podrobić w innym województwie. Siemianówka przekształcona w kierunku mokradeł mogłaby stać się dokładnie takim miejscem. Nie tylko dla wędkarzy i plażowiczów, ale także dla fotografów przyrody, obserwatorów ptaków, rodzin z dziećmi, seniorów, szkół, grup edukacyjnych, kajakarzy, rowerzystów, miłośników slow travel i turystów z zagranicy.

To nie jest mała nisza. Turystyka ornitologiczna, przyrodnicza i krajobrazowa potrafi przyciągać ludzi przez cały rok, a nie tylko w kilka ciepłych weekendów wakacji. Ptaki migrują wiosną i jesienią. Mgły nad rozlewiskami są najpiękniejsze o świcie. Zimą dzikie mokradła też mają swój surowy urok. Taki model wydłuża sezon. A wydłużenie sezonu to więcej noclegów, więcej posiłków, więcej przewodników, więcej lokalnych usług i mniej uzależnienia od tego, czy w lipcu będzie upał i dobra woda do kąpieli. Lokalsi mogliby na tym zyskać bardzo konkretnie.

Gospodarstwa agroturystyczne mogłyby przestać sprzedawać wyłącznie „nocleg nad zalewem”, a zacząć sprzedawać pobyt w jednym z najciekawszych obszarów mokradłowych w Polsce. To zupełnie inny produkt. Można tworzyć pakiety weekendowe: świt z ptakami, kolacja z lokalnych produktów, spacer z przewodnikiem, ognisko, opowieści o zatopionych wsiach, wycieczka rowerowa, obserwacja bielików, czapli, gęsi i żurawi. Taki turysta nie przyjeżdża tylko po to, żeby poleżeć na ręczniku. On zostawia pieniądze w kilku miejscach naraz.

Właściciele wypożyczalni sprzętu również nie musieliby znikać. Mogliby się przebranżowić częściowo z ciężkiej rekreacji motorowodnej na spokojniejszą turystykę wodną: kajaki, canoe, łodzie płaskodenne, rowery wodne w wyznaczonych strefach, rejsy przyrodnicze z przewodnikiem, bezpieczne trasy po otwartej części akwenu. Jeśli najgłębsze fragmenty zbiornika pozostałyby wodą, nadal mogłyby funkcjonować jako przestrzeń rekreacyjna. Różnica polegałaby na tym, że reszta obszaru nie byłaby traktowana jak „stracona woda”, lecz jak nowa atrakcja.

Nowe możliwości!

Przewodnicy lokalni mogliby zyskać zupełnie nowy rynek. Dziś wiele osób przejeżdża przez Podlasie, widzi kilka znanych punktów i jedzie dalej. Tymczasem Siemianówka jako obszar mokradeł mogłaby wymagać opowieści. A tam, gdzie potrzebna jest opowieść, pojawia się praca dla ludzi. Ktoś musi oprowadzać po kładkach. Ktoś musi tłumaczyć, dlaczego Narew jest rzeką wyjątkową. Ktoś musi pokazywać ptaki, dawne wsie, historię budowy zbiornika, relację z Puszczą Białowieską, granicę, kolej, Bondary, Narewkę i Michałowo. To wszystko można zamienić w doświadczenie turystyczne, nie tylko w mapkę z parkingiem.

Restauracje i mała gastronomia mogłyby oprzeć się na kuchni regionalnej, nie na przypadkowej wakacyjnej ofercie. Turysta przyrodniczy bardzo często szuka lokalności. Chce zjeść coś z regionu, kupić miód, sery, kiszonki, zioła, rękodzieło, chleb, coś z tatarskich, białoruskich, podlaskich albo kresowych inspiracji. Jeśli wokół Siemianówki powstałaby silna marka miejsca, zarabialiby nie tylko właściciele noclegów, ale też rolnicy, koła gospodyń, małe przetwórnie, twórcy ludowi i lokalne sklepy.

Samorządy mogłyby zyskać nie problem, lecz nową strategię rozwoju. Zamiast inwestować wyłącznie w klasyczną infrastrukturę nadwodną, można byłoby budować produkt turystyczny oparty na przyrodzie: wieże obserwacyjne, parkingi buforowe, ścieżki rowerowe, kładki edukacyjne, punkty informacji, małe centra interpretacji przyrody, aplikacje terenowe, oznakowane trasy, miejsca odpoczynku, lokalne targowiska, wydarzenia tematyczne i festiwale przyrodnicze. To nie musi być betonowy moloch. W Podlaskiem często największą siłę mają rzeczy proste, dobrze wpisane w krajobraz.

Taką zmianę można też powiązać z pieniędzmi zewnętrznymi. Renaturyzacja, adaptacja do zmian klimatu, ochrona mokradeł, retencja naturalna, edukacja ekologiczna, turystyka zrównoważona, infrastruktura rowerowa i ochrona bioróżnorodności to dziś tematy, na które łatwiej pozyskać środki niż na kolejną zwykłą plażę. Gdyby region dobrze przygotował projekt, Siemianówka mogłaby stać się nie ciężarem, ale wizytówką nowoczesnego myślenia o wodzie, przyrodzie i lokalnym rozwoju.

Najważniejsze jest jednak to, by mieszkańcy nie zostali z tym sami

Jeżeli państwo, przyrodnicy i instytucje chcą zmieniać sposób gospodarowania wodą, muszą równolegle mówić o rekompensacie rozwojowej dla regionu. Nie chodzi o jednorazowe odszkodowania, ale o realny program przejścia z jednego modelu turystyki do drugiego. Szkolenia dla przewodników. Wsparcie dla agroturystyk. Pomoc w zmianie profilu wypożyczalni. Promocję nowej marki Siemianówki. Dofinansowanie małej infrastruktury. Włączenie lokalnych firm w tworzenie produktu turystycznego. Kampanie promujące nie „osuszony zalew”, ale nową perłę przyrodniczą Podlasia.

Bo ludzie nie boją się samej przyrody. Ludzie boją się, że ktoś podejmie decyzję nad ich głowami, a oni zostaną z rachunkami. Dlatego ta rozmowa musi być prowadzona uczciwie. Mieszkańcy Narewki, Michałowa, Bondar, Siemianówki i okolicznych miejscowości nie mogą być przedstawiani jako przeciwnicy ratowania Narwi. To oni powinni być pierwszymi beneficjentami zmiany. Jeżeli Narew ma zostać uratowana, lokalna społeczność musi dostać jasny sygnał: nie zabieramy wam przyszłości, tylko pomagamy zbudować nową.

Warto też powiedzieć rzecz niewygodną: turystyka oparta wyłącznie na dużym, płytkim zbiorniku w czasach suszy hydrologicznej jest ryzykowna. Można przez jakiś czas udawać, że problemu nie ma. Można powtarzać, że „zalew nas utrzymuje”. Ale jeśli ten zalew będzie coraz bardziej nagrzany, coraz płytszy i coraz częściej będzie kojarzony z zakwitami, to sam stanie się zagrożeniem dla lokalnej gospodarki. O wiele rozsądniej jest wyprzedzić kryzys i stworzyć nową markę, zanim stary model zacznie się sypać.

Siemianówka mogłaby stać się podlaskim symbolem mądrej transformacji. Miejscem, w którym nie walczono do końca o utrzymanie problemu, tylko odważnie zamieniono go w szansę. Zamiast opowieści o stracie mogłaby powstać opowieść o odrodzeniu. Zamiast „kiedyś był zalew” — „tu powstał jeden z najciekawszych obszarów przyrodniczych w Polsce”. Zamiast sporu między ekologami a mieszkańcami — wspólny projekt dla Narwi, turystyki i lokalnej gospodarki.

To jest właśnie moment, w którym trzeba zmienić język debaty. Nie pytajmy wyłącznie, ile wody zniknie z płytkiej części zbiornika. Pytajmy, co może się tam pojawić w zamian. Ile wież obserwacyjnych? Ile kilometrów kładek i ścieżek? Ile nowych usług? Ile miejsc pracy dla przewodników, gospodarzy, edukatorów, gastronomii i lokalnych producentów? Ile nowych powodów, by przyjechać tu nie tylko latem, ale także wiosną, jesienią i zimą?

Nasz postulat zaczyna być traktowany poważnie. To sukces, ale nie koniec drogi.

Teraz najważniejsze jest dopilnować, by rozmowa o Siemianówce nie została sprowadzona do prostego konfliktu: osuszyć albo nie osuszyć. Prawdziwa rozmowa powinna dotyczyć tego, jak uratować Narew i jednocześnie zbudować lepszą przyszłość dla ludzi żyjących wokół zbiornika.

Bo jeśli ta zmiana zostanie dobrze zaplanowana, Siemianówka nie straci turystyki. Ona może wreszcie zyskać turystykę, której nie zabije susza, brudna woda ani zakwity. Turystykę opartą na tym, co w Podlaskiem najcenniejsze: dzikiej przyrodzie, ciszy, przestrzeni, ptakach, wodzie, historii i krajobrazie, którego nie da się znaleźć nigdzie indziej.

I właśnie dlatego nie należy bać się nowej wizji Siemianówki. Trzeba ją mądrze zaprojektować, uczciwie skonsultować z mieszkańcami i wykorzystać tak, by Narew odzyskała oddech, a lokalni ludzie dostali nowe źródło rozwoju. To może być nie koniec Siemianówki, ale jej najlepszy początek.

Pierwszy pociąg do Łomży jeszcze nie wyjechał, a już wyprzedany!

Pierwszy pociąg do Łomży jeszcze nie wyjechał, a już wyprzedany!

Bilety na pierwszy pociąg POLREGIO z Ostrołęki do Łomży zostały wyprzedane w aplikacji mPOLREGIO już pierwszego dnia sprzedaży. Oznacza to, że osoby, które liczyły na zakup biletu bezpośrednio u konduktora, nie będą miały takiej możliwości. Inauguracyjny przejazd zaplanowano na jutro, w sobotę 13 czerwca.

Przewoźnik uprzedza, że ze względu na wyjątkowo duże zainteresowanie pierwszym kursem bilety zakupione online będą sprawdzane już przy wejściu na peron w Ostrołęce. Pasażerowie bez ważnego biletu nie zostaną wpuszczeni ani na peron, ani do pociągu. To rozwiązanie ma pomóc w zachowaniu limitów bezpieczeństwa i uniknięciu sytuacji, w której do składu próbowałoby wejść więcej osób, niż przewidziano.

Powrót kolei do Łomży po 33 latach budzi ogromne emocje. Dla wielu mieszkańców regionu to nie tylko wydarzenie komunikacyjne, ale też symboliczny moment przywrócenia miasta na kolejową mapę pasażerskich połączeń. Zainteresowanie pierwszym przejazdem pokazuje, że na takie połączenie czekano od dawna.

Atrakcje w Łomży

Podróżni korzystający z inauguracyjnego przejazdu, a także mieszkańcy Łomży, będą mogli wziąć udział w wydarzeniach przygotowanych przez POLREGIO oraz PKP Polskie Linie Kolejowe. Na rynku w Łomży powstanie specjalna strefa relaksu, która będzie dostępna od godziny 10:00.

Na miejscu zaplanowano między innymi loterię, fotobudkę, kącik dla dzieci, kolorowanki oraz bańki mydlane. Będzie to więc nie tylko okazja do uczestnictwa w historycznym przejeździe, ale też do rodzinnego spędzenia czasu w centrum miasta.

Pociąg POLREGIO w trasę powrotną wyruszy o godzinie 13:30. Również w tym przypadku obowiązywać będą limity bezpieczeństwa.

Regularne kursy od niedzieli

Regularne połączenia kolejowe do Łomży ruszą dzień później, w niedzielę 14 czerwca, wraz z letnią korektą rozkładu jazdy. W dni robocze z Białegostoku do Łomży kursować będą cztery pary pociągów POLREGIO, natomiast w weekendy trzy pary.

Dwa kursy zostaną wydłużone, dzięki czemu pasażerowie zyskają bezpośredni dojazd z Białegostoku do Ostrołęki. Składy do Łomży będą odjeżdżały z Białegostoku o godzinie 5:40, tylko w dni robocze, a także o 11:05, 16:05 i 19:50.

Powrót pociągów pasażerskich do Łomży po ponad trzech dekadach to jedna z najważniejszych zmian komunikacyjnych w regionie. Dla mieszkańców oznacza większą dostępność transportu publicznego, łatwiejsze podróże do Białegostoku i Ostrołęki oraz nowe możliwości codziennych dojazdów.

Bezpłatne przejazdy PKP Intercity

Do świętowania powrotu kolei do Łomży włącza się także PKP Intercity. Już jutro przewoźnik zaprasza na bezpłatne przejazdy promocyjne na trasie Łomża – Ostrołęka – Łomża. Pociągi pojadą według specjalnego rozkładu: z Łomży do Ostrołęki o godz. 14:30, z Ostrołęki do Łomży o godz. 15:11, ponownie z Łomży do Ostrołęki o godz. 15:52 oraz z Ostrołęki do Łomży o godz. 16:33.

Od niedzieli 14 czerwca mieszkańcy zyskają również codzienne połączenia PKP Intercity. Na trasę wyjadą pociągi IC Omulew i IC Orzyc, które połączą Łomżę z Białymstokiem i Olsztynem. Według przewoźnika podróż do Białegostoku zajmie około 1 godziny i 20 minut, a do Olsztyna około 2 godzin i 20 minut. To kolejny element przywracania Łomży na kolejową mapę Polski i zwiększania dostępności połączeń dla mieszkańców mniejszych miast.