Majówka 2026. To jest rdzeń Podlasia. Musisz go zobaczyć.

Majówka 2026. To jest rdzeń Podlasia. Musisz go zobaczyć.

Siemiatycze, Drohiczyn, Mielnik czy Granne to majówkowa trasa dla tych, którzy chcą odkryć Podlasie mniej oczywiste, ale pełne klimatu i historii. To obszar nad Bugiem – rzeką, która wyznacza rytm życia, tworzy szerokie krajobrazy i daje poczucie przestrzeni, jakiej trudno szukać gdzie indziej. Jest spokojnie, naturalnie i bardzo autentycznie.

Siemiatycze to dobry punkt startowy – miasto nieduże, ale przyjazne i uporządkowane, z ciekawą historią i kilkoma miejscami, które warto zobaczyć. Zalewy w centrum to popularne miejsce spacerów i odpoczynku, szczególnie gdy pogoda dopisuje. To właśnie tutaj można złapać pierwszy oddech przed dalszą drogą. Okolice Siemiatycz zachęcają do spokojnej eksploracji – niewielkie wsie, otwarte przestrzenie i brak tłumów sprawiają, że to dobry kierunek dla tych, którzy chcą uciec od zgiełku. To Podlasie bez pośpiechu, gdzie nie trzeba „zaliczać atrakcji”, żeby dobrze spędzić czas.

Majówka 2026. To jest rdzeń Podlasia. Musisz go zobaczyć.
fot. Urząd Marszałkowski Województwa Podlaskiego

Drohiczyn to jedno z najbardziej klimatycznych miejsc nad Bugiem. Dawna stolica Podlasia zachwyca położeniem na wysokiej skarpie, z której rozciąga się widok na szeroką dolinę rzeki. Spacer wzdłuż krawędzi skarpy, zejście nad sam Bug czy chwila ciszy przy jednym z kościołów pozwalają naprawdę poczuć charakter tego miejsca. To również miasto z historią, którą widać na każdym kroku – od zabytkowych świątyń po spokojne uliczki. Drohiczyn nie jest głośny ani nachalny – raczej zaprasza do zatrzymania się i spojrzenia szerzej, na krajobraz i przeszłość.

Mielnik to z kolei bardziej surowa, naturalna odsłona regionu. Góra Zamkowa z widokiem na Bug, kopalnia kredy i dzikie tereny wokół tworzą klimat, który wyróżnia to miejsce na tle innych. To idealny punkt na krótki postój z widokiem, który naprawdę robi wrażenie. Okolice Mielnika to świetny teren na spacery i rower – szczególnie wzdłuż rzeki, gdzie krajobraz zmienia się z każdym kilometrem. Cisza, przestrzeń i brak komercji sprawiają, że łatwo tu złapać dystans do codzienności.

Granne zamyka tę trasę spokojnie i bez pośpiechu. To niewielka miejscowość nad Bugiem, która nie próbuje być atrakcją – i właśnie dlatego ma swój urok. To dobre miejsce, żeby po prostu usiąść nad rzeką, popatrzeć na wodę i zakończyć majówkę w najprostszy możliwy sposób.

Cały ten region to propozycja dla tych, którzy nie szukają fajerwerków, tylko prawdziwego klimatu. Bug, przestrzeń i cisza robią tu całą robotę – reszta jest tylko tłem.

Partnerzy portalu:

Majówka 2026 – Na południowym wschodzie czeka nas magia
fot. Robert Wielgórski / Wikipedia

Majówka 2026 – Na południowym wschodzie czeka nas magia

Bielsk Podlaski, Hajnówka czy Białowieża to majówkowa podróż w głąb jednego z najbardziej charakterystycznych obszarów Podlasia. To tutaj najmocniej czuć wielokulturowość, tradycję i bliskość natury, która nie została podporządkowana człowiekowi. Drewniane cerkwie, spokojne miasteczka i Puszcza Białowieska tworzą razem przestrzeń, w której wszystko ma swój rytm – wolniejszy, bardziej naturalny.

Bielsk Podlaski to dobry punkt startowy, z wyraźnie zaznaczonym wpływem kultury prawosławnej. Miasto nie przytłacza, ale ma swój charakter – szczególnie widać to w architekturze i układzie przestrzeni. Spacerując po nim, można zobaczyć cerkwie, które nadają temu miejscu wyjątkowy klimat i przypominają, że Podlasie to region wielu tradycji.

Okolice Bielska to także spokojne wsie, gdzie czas płynie inaczej. Drewniane domy, kapliczki przy drogach i otwarte przestrzenie tworzą krajobraz, który trudno znaleźć w innych częściach Polski. To dobry moment, żeby zwolnić i po prostu być – bez napiętego planu zwiedzania.

Hajnówka wprowadza już bezpośrednio w klimat Puszczy Białowieskiej. To miasto jest naturalną bramą do jednego z najcenniejszych przyrodniczo miejsc w Europie. Warto zajrzeć do Soboru Świętej Trójcy – jednego z największych obiektów sakralnych prawosławia w Polsce, który robi wrażenie swoją skalą i architekturą. Warto przejechać się tamtejszą kolejką wąskotorową. Od tego roku można kupować bilety online.

Największym atutem Hajnówki jest jednak jej położenie. Stąd najłatwiej ruszyć w głąb puszczy – pieszo, rowerem albo z przewodnikiem. To miejsce dla tych, którzy chcą poczuć prawdziwy kontakt z naturą, nie tylko ją „zobaczyć”.

Białowieża to finał tej trasy i jednocześnie jej najmocniejszy punkt. Puszcza Białowieska to ostatni w Europie nizinny las o charakterze pierwotnym – miejsce, gdzie przyroda rządzi się własnymi zasadami. Spacer po Rezerwacie Ścisłym czy wycieczka do miejsc, gdzie można zobaczyć żubry, to doświadczenia, które zostają w pamięci na długo.

Sama Białowieża ma spokojny, niemal uzdrowiskowy klimat. Drewniana zabudowa, szerokie drogi i otoczenie lasu sprawiają, że to idealne miejsce na zakończenie majówki. Bez pośpiechu, bez tłumów – za to z poczuciem, że było się w miejscu naprawdę wyjątkowym.

Partnerzy portalu:

Majówka 2026. Na wschód Podlaskiego. Co dobrego tam znajdziemy?

Majówka 2026. Na wschód Podlaskiego. Co dobrego tam znajdziemy?

Supraśl, Czarna Białostocka czy Krynki to majówkowa propozycja dla tych, którzy chcą połączyć kontakt z naturą z nutą historii i klimatem pogranicza. To obszar Puszczy Knyszyńskiej – jednej z największych i najbardziej dzikich puszcz w Polsce, gdzie las nie jest tylko tłem, ale głównym bohaterem całej podróży.

Supraśl to miejsce, które od lat przyciąga spokojem i charakterystycznym, uzdrowiskowym klimatem. Monaster Zwiastowania Przenajświętszej Bogurodzicy z Muzeum Ikon to punkt obowiązkowy – nie tylko ze względu na architekturę, ale też wyjątkową atmosferę, która wprowadza w zupełnie inny rytm. Spacer bulwarami nad rzeką Supraśl czy odpoczynek wśród drewnianej zabudowy miasteczka pozwalają naprawdę zwolnić.

Warto też wyjść poza centrum i zanurzyć się w Puszczy Knyszyńskiej. Liczne szlaki piesze i rowerowe prowadzą przez gęste lasy, gdzie łatwo zapomnieć o cywilizacji. To idealne miejsce na majówkowy reset – bez tłumów, za to z zapachem lasu i ciszą, która działa lepiej niż niejeden weekend w spa.

Czarna Białostocka to z kolei propozycja dla tych, którzy chcą poczuć bardziej „surową” stronę regionu. Miasteczko położone na skraju puszczy jest świetną bazą wypadową na mniej uczęszczane trasy. Zalew Czapielówka to popularne miejsce odpoczynku – szczególnie gdy pogoda sprzyja, można tu złapać chwilę nad wodą, z dala od większych ośrodków turystycznych.

Okolice Czarnej Białostockiej to przede wszystkim lasy i małe drogi, które aż proszą się o rowerową eksplorację. To teren dla tych, którzy lubią odkrywać miejsca bez planu – skręcić w nieznaną ścieżkę i zobaczyć, dokąd zaprowadzi. Puszcza w tej części jest mniej „oswojona”, bardziej dzika, co tylko dodaje jej uroku.

Krynki zamykają tę trasę klimatem pogranicza i historią, która wciąż jest tu obecna. Charakterystyczny, gwiaździsty układ ulic wychodzących z jednego ronda to coś, czego nie zobaczysz w wielu miejscach w Polsce. Spacer po miasteczku pozwala poczuć jego dawną wielokulturowość – ślady żydowskiej przeszłości są tu nadal widoczne.

To również świetna baza do dalszego odkrywania wschodnich rubieży Podlasia. Bliskość granicy, spokojne wsie i rozległe tereny sprawiają, że to miejsce ma w sobie coś surowego, ale jednocześnie bardzo autentycznego. Idealne na zakończenie majówkowej trasy – z poczuciem, że zobaczyło się Podlasie mniej oczywiste, ale przez to jeszcze ciekawsze.

Partnerzy portalu:

Majówka 2026 – Piękne widoki na zachód od stolicy Podlaskiego.

Majówka 2026 – Piękne widoki na zachód od stolicy Podlaskiego.

Narwiański Park Narodowy, Tykocin czy Choroszcz to jedne z tych majówkowych propozycji, które zaskakują spokojem, choć znajdują się zaledwie kilkanaście kilometrów od Białegostoku. To Podlasie bardziej „miękkie” – z rzeką, która nie płynie w jednym kierunku, tylko rozlewa się, tworząc labirynt odnóg i rozlewisk. Idealne miejsce dla tych, którzy chcą odpocząć bez konieczności pokonywania setek kilometrów.

Narwiański Park Narodowy to serce tego obszaru i jedno z najbardziej unikalnych miejsc w Polsce. Narew tworzy tu naturalną deltę śródlądową – sieć koryt, które najlepiej podziwiać z drewnianych kładek, np. w okolicach Śliwna i Waniewa. Spacer nad rozlewiskami daje poczucie obcowania z dziką przyrodą – ptaki, cisza i woda odbijająca niebo tworzą niemal medytacyjny klimat.

To również świetne miejsce dla miłośników fotografii i obserwacji ptaków. Wiosną park tętni życiem – słychać żurawie, widać czaple i dziesiątki innych gatunków. Nie ma tu spektakularnych „atrakcji”, ale jest coś cenniejszego – autentyczność i spokój, który trudno znaleźć gdzie indziej.

Tykocin to z kolei podróż w czasie. Niewielkie miasteczko zachowało historyczny układ i klimat dawnej Rzeczypospolitej. Rynek z pomnikiem Stefana Czarnieckiego, barokowy kościół i odbudowany zamek tworzą spójną, niemal filmową scenografię. Spacerując po Tykocinie, łatwo wyobrazić sobie, jak wyglądało życie kilka wieków temu. Nie można pominąć Wielkiej Synagogi – jednego z najlepiej zachowanych tego typu obiektów w Polsce. To miejsce robi wrażenie nie tylko architekturą, ale też historią, która przypomina o wielokulturowości Podlasia. Wizyta tutaj nadaje całej wycieczce głębszy kontekst.

Majówka 2026 – Piękne widoki na zachód od stolicy Podlaskiego.
Choroszcz domyka tę trasę spokojnym, parkowym klimatem. To idealne miejsce na końcowy przystanek – mniej turystyczne, bardziej lokalne, ale przez to autentyczne. Największą atrakcją jest Pałac Branickich, otoczony rozległym parkiem i wodami Narwi, który zachęca do niespiesznych spacerów.

To miejsce, gdzie można po prostu usiąść na ławce i pozwolić, żeby czas płynął wolniej. Cały region Narwi, Tykocina i Choroszczy nie krzyczy do turysty – raczej zaprasza go cicho. I właśnie dlatego zostaje w pamięci na dłużej.

Partnerzy portalu:

Majówka 2026 – Co kryje w sobie Północ Podlaskiego

Majówka 2026 – Co kryje w sobie Północ Podlaskiego

Majówka w północnym regionie Podlaskiego oczywiście musi uwzględniać Augustów, Sejny i Suwałki. Bowiem to gotowy scenariusz na kilka dni pełnych natury, przestrzeni i prawdziwego oddechu od codzienności. To Podlasie w swojej najbardziej surowej i jednocześnie pięknej odsłonie – bez nadmiaru komercji, za to z krajobrazami, które zostają w głowie na długo.

Augustów to naturalny punkt startowy. Miasto żyje wodą – Kanał Augustowski, jeziora i rozbudowana infrastruktura sprawiają, że można tu spędzić cały dzień aktywnie albo… zupełnie nic nie robić, tylko chłonąć klimat. Rejs statkiem przez śluzy to klasyk, który daje zupełnie inną perspektywę na okolicę, a spacery wzdłuż jezior czy wypady rowerowe wokół Necka i Białego pozwalają poczuć, jak bardzo ten region jest „do życia”, nie tylko do zwiedzania.

Warto też wyjechać kawałek poza centrum Augustowa. Puszcza Augustowska to ogromne, zielone morze ciszy, gdzie łatwo zgubić zasięg… i dobrze. Leśne ścieżki, dzikie jeziora i brak tłumów sprawiają, że to idealne miejsce na reset – czy to pieszo, czy na rowerze, czy nawet kajakiem jedną z mniej uczęszczanych tras.

Sejny to zupełnie inny klimat – bardziej spokojny, refleksyjny, z wyraźnym duchem pogranicza. Miasteczko nie narzuca się atrakcjami, ale właśnie w tym tkwi jego siła. Bazylika Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny robi wrażenie swoją skalą i historią, a Biała Synagoga przypomina o wielokulturowej przeszłości tych ziem. To miejsce, gdzie historia nie jest „opowiedziana”, tylko wciąż obecna.

 

Okolice Sejn to już prawdziwa cisza i przestrzeń. Małe wsie, falujące łąki i jeziora, do których często trafia się przypadkiem, skręcając w boczną drogę. To teren idealny na spokojne rowerowe trasy albo długie spacery bez planu. Jeśli ktoś szuka Podlasia bez filtrów – właśnie tutaj je znajdzie.

Suwałki i Suwalszczyzna zamykają tę trasę mocnym akcentem przyrody. To jeden z najbardziej charakterystycznych krajobrazowo regionów w Polsce – pagórki, jeziora i rozległe przestrzenie tworzą widoki, które bardziej przypominają północ Europy niż centralną część kraju. Suwalski Park Krajobrazowy to obowiązkowy punkt – szczególnie okolice jeziora Hańcza i punktów widokowych, z których widać, jak „pofalowana” jest ta ziemia.

Same Suwałki są dobrym zapleczem wypadowym, ale największe wrażenie robi to, co znajduje się wokół. Cisza, czyste powietrze i brak pośpiechu tworzą klimat, który trudno podrobić. To miejsce dla tych, którzy chcą naprawdę zwolnić – nie przez brak atrakcji, tylko przez ich naturalną harmonię.

Partnerzy portalu:

W Białymstoku działa Urzędomat

W Białymstoku działa Urzędomat

Przy Urzędzie Miejskim w Białymstoku pojawiło się nowe urządzenie, które ma rozwiązać jeden z najbardziej irytujących problemów mieszkańców – konieczność dopasowywania się do godzin pracy urzędu. Mowa o tzw. urzędomacie, ustawionym przy ul. Słonimskiej 1. W teorii brzmi to jak kolejny krok w stronę wygody. W praktyce – zależy, jak często ktoś faktycznie musi coś odebrać.

Urzędomat działa przez całą dobę, siedem dni w tygodniu. To jego największy atut. Jeśli ktoś pracuje do późna albo nie ma czasu w ciągu dnia, może podjechać wieczorem czy w weekend i odebrać dokument bez stania w kolejce. Na razie zakres spraw jest dość wąski – chodzi głównie o dowody rejestracyjne (nowe lub wtórniki) oraz trzecią tablicę rejestracyjną.

Żeby skorzystać z urządzenia, trzeba wcześniej zaznaczyć taką formę odbioru podczas składania wniosku i podać numer telefonu. Gdy dokument będzie gotowy, przychodzi SMS z kodem PIN. Na miejscu wpisuje się numer, kod, składa podpis na ekranie i skrytka się otwiera. Całość ma być szybka i bezproblemowa – o ile ktoś zmieści się w 48 godzinach, bo tyle jest czasu na odbiór. Po tym terminie dokument wraca do urzędu i wszystko wraca do starego trybu.

Nie ma tu wielkiej rewolucji technologicznej – to raczej rozwiązanie znane z paczkomatów, tylko przeniesione do administracji. Różnica polega na tym, że zamiast paczki odbieramy dokument, który i tak wcześniej musieliśmy zamówić w urzędzie. Czyli jedna wizyta mniej, ale nie zero wizyt.

Na plus można zaliczyć dostępność – urządzenie zostało dostosowane do osób z niepełnosprawnościami, ma odpowiednią wysokość, tryb wysokiego kontrastu i możliwość wyboru niższej skrytki. To akurat standard, który dobrze widzieć w praktyce, a nie tylko w dokumentach.

Czy urzędomat realnie zmieni sposób załatwiania spraw? Dla części osób na pewno tak – szczególnie tych, którzy do tej pory traktowali odbiór dokumentów jako zło koniecznie. Dla reszty będzie to po prostu wygodna opcja, z której skorzystają raz na jakiś czas. Największym testem okaże się nie samo urządzenie, tylko to, czy z czasem pojawią się w nim kolejne usługi. Jeśli nie – zostanie ciekawostką. Jeśli tak – może być początkiem czegoś większego.

Partnerzy portalu:

Budują atrakcje dla ludzi, a chcą dotacje na przeciwdziałanie suszy i ochronę przed powodzią.

Budują atrakcje dla ludzi, a chcą dotacje na przeciwdziałanie suszy i ochronę przed powodzią.

Bielsk Podlaski szykuje się na dużą inwestycję – zbiornik retencyjny na rzece Białej, który według zapowiedzi ma przeciwdziałać suszy, chronić przed powodzią, a przy okazji stworzyć nową przestrzeń rekreacyjną dla mieszkańców. Wniosek o dofinansowanie już trafił do odpowiednich instytucji, a wartość projektu szacowana jest na około 40 milionów złotych. W planach są nie tylko same prace hydrotechniczne, ale też infrastruktura wypoczynkowa i nasadzenia zieleni. Na pierwszy rzut oka wszystko brzmi jak klasyczna inwestycja „dla dobra mieszkańców i środowiska”. Jednak kiedy przyjrzeć się bliżej, pojawia się kilka pytań.

Podlaskie od lat zmaga się z problemem spadających poziomów wód. Rzeki i cieki wodne są coraz płytsze, a okresy suszy wydłużają się z roku na rok. W takiej rzeczywistości trudno nie zauważyć pewnej sprzeczności w argumentacji: jednocześnie mówi się o walce z suszą i o funkcji przeciwpowodziowej. Tymczasem te dwa zjawiska rzadko występują równocześnie w sposób, który uzasadniałby budowę dużego zbiornika.

Jeśli wody jest mało – zbiornik nie ma czego magazynować. Jeśli pojawią się intensywne opady i lokalne podtopienia – ich charakter jest zazwyczaj krótkotrwały i gwałtowny. W takich przypadkach niewielki zbiornik nie jest w stanie znacząco wpłynąć na sytuację hydrologiczną, a zgromadzona w nim woda w kolejnych tygodniach po prostu odparuje. To naturalny proces, który szczególnie nasila się w okresach letnich.

Zwraca się uwagę na to, jakie powinno być właściwie podejście do gospodarki wodnej. Czyli takie, które nie polega na „zamykania” wody w zbiornikach, lecz na jej zatrzymywaniu w krajobrazie. W Podlaskiem ogromną rolę odgrywają dawne systemy melioracyjne, często jeszcze z czasów PRL, które przez dekady skutecznie odprowadzały wodę z łąk i terenów podmokłych. Robiono to po to, by rolnicy mieli większe obszary do wykorzystania. W czasach, gdy po wojnie brakowało jedzenia, było to całkiem logiczne. Dziś w XXI wieku nie brakuje  nam jedzenia tylko wody. A ten sam system przyczynia się do przesuszania gleby.

Gdyby zlikwidować te melioracje, woda mogłaby naturalnie rozlewać się na okoliczne tereny, zasilać glebę i podnosić poziom wód gruntowych. Przy intensywnych opadach działałoby to jak naturalny bufor, ograniczając gwałtowne spływy. To rozwiązanie mniej widowiskowe, ale bardziej trwałe i zgodne z lokalnym ekosystemem.

Problem w tym, że takie działania rzadko wpisują się w duże programy inwestycyjne. Nie generują spektakularnych projektów infrastrukturalnych, nie tworzą przestrzeni rekreacyjnych, nie przyciągają uwagi w taki sposób jak nowy zalew z pomostami i ścieżkami spacerowymi.

I tu pojawia się druga warstwa tej inwestycji – ta, o której mówi się już bardziej otwarcie. Planowany zbiornik ma stać się miejscem wypoczynku, rekreacji i integracji społecznej. To niewątpliwie wartość dla mieszkańców, szczególnie w miastach, które szukają nowych przestrzeni do życia poza betonem i asfaltem.

W efekcie powstaje projekt, który łączy w sobie dwa światy: oficjalną narrację o retencji i ochronie środowiska oraz bardzo realną potrzebę stworzenia atrakcyjnego miejsca dla ludzi. I być może właśnie w tym połączeniu tkwi klucz do zrozumienia całej inwestycji. Bo czasem najciekawsze nie jest to, co zapisane w dokumentach – lecz to, co znajduje się między wierszami.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Równina Bielska – zobacz te przepiękne widoki!

Równina Bielska to miejsce, które na pierwszy rzut oka może wydawać się spokojne i jednorodne, ale im dłużej się w nim przebywa, tym wyraźniej odsłania swoją prawdziwą naturę. To krajobraz szerokich przestrzeni, gdzie niebo zdaje się być bliżej ziemi niż gdziekolwiek indziej, a horyzont rozciąga się bez pośpiechu, jakby czas płynął tu wolniej.

Dominują tu pola uprawne, łąki i rozproszone zagajniki, które zmieniają swój charakter wraz z porami roku. Wiosną teren ożywa – pojawiają się ptaki, których śpiew niesie się daleko po otwartej przestrzeni, a świeża zieleń kontrastuje z jeszcze wilgotną ziemią. Latem Równina Bielska nabiera intensywnych barw – złote łany zbóż falują na wietrze, a powietrze drży od ciepła i dźwięków owadów. Jesień przynosi spokój i miękkie światło, które podkreśla strukturę krajobrazu, a zimą wszystko przykrywa śnieg, wyrównując granice między polami i drogami.

Choć jest to teren rolniczy, przyroda wciąż ma tu swoje miejsce. W rowach melioracyjnych i niewielkich ciekach wodnych można spotkać płazy, a wśród drzew i krzewów kryją się drobne ssaki i ptaki. Charakterystyczna dla tego regionu jest też obecność bocianów, które od lat wpisują się w rytm lokalnego życia i krajobrazu.

Równina Bielska nie przyciąga spektakularnymi formami terenu, ale właśnie w jej prostocie tkwi siła. To przestrzeń, która pozwala złapać dystans, zatrzymać się na chwilę i zobaczyć więcej – nie przez nadmiar bodźców, ale przez ich brak.

Partnerzy portalu:

Presja ma sens! Urzędnicy wystraszyli się wściekłych rowerzystów!

Presja ma sens! Urzędnicy wystraszyli się wściekłych rowerzystów!

Jeszcze dziś rano pisaliśmy jak kompromitującą decyzję podjęli radni – zakazującą jazdy rowerom po Rynku Kościuszki. Po burzy jaka pojawiła się w sieci, urzędnicy najwyraźniej wystraszyli się wściekłych właściciel jednośladów. Na Rynku są znaki, które wykluczają rowery z ogólnego zakazu wjazdu pojazdom. Ale, trudno powiedzieć czego one dotyczą konkretnie, skoro Rynek nie jest drogą a placem. Znaki drogowe stosujemy do dróg. Tak czy inaczej urzędnicy po dwóch dniach „zastanawiania się” przyznali – jazda rowerem przez Rynek jest legalna.

Oznacza to jedno. Presja ma sens.

Presja społeczna faktycznie zadziałała, ale jednocześnie obnażyła coś znacznie groźniejszego – brak stabilności decyzji. Mieszkańcy dostali jasny sygnał: nie obowiązuje spójna polityka, tylko doraźne reagowanie na kryzysy wizerunkowe. Dziś rowerzyści „wygrali”, jutro ktoś inny może przegrać – w zależności od tego, kto głośniej krzyknie.

Jeżeli miasto chce być traktowane poważnie, nie może działać w ten sposób. Regulamin głównego placu to nie jest eksperyment, który testuje się „na żywym organizmie” i poprawia po komentarzach z Facebooka. To powinien być efekt analizy, konsultacji i świadomej decyzji.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że ta sytuacja była całkowicie do przewidzenia. Wystarczyło wyjść poza salę obrad i zobaczyć, jak wygląda codzienne życie w centrum. Zobaczyć ludzi jadących rano do pracy, uczniów, studentów, mieszkańców, którzy po prostu korzystają z miasta. Zamiast tego dostaliśmy decyzję zza biurka – i jej równie chaotyczną korektę.

Presja ma sens – to fakt. Ale jeszcze większy sens miałoby podejmowanie decyzji, które tej presji nie wymagają.

Partnerzy portalu:

Szokująca decyzja radnych! Zakazują wjazdu rowerom na Rynek Kościuszki.

Szokująca decyzja radnych! Zakazują wjazdu rowerom na Rynek Kościuszki.

Decyzja radnych Białegostoku o zakazie wjazdu rowerów na Rynek Kościuszki i Plac Jana Pawła II to przykład administracyjnej krótkowzroczności w najczystszej postaci. I trudno to nazwać inaczej niż kompromitacją. Miasto od lat szczyciło się tym, że jest przyjazne dla rowerzystów. Liczba ścieżek rowerowych jest imponująca. Tymczasem jednym ruchem ręki radni wykreślają z mapy jedną z kluczowych tras rowerowych w centrum. Bez realnego zrozumienia, jak to miejsce działa w praktyce.

Bo Rynek Kościuszki to nie jest tylko „deptak”. To realny węzeł komunikacyjny. Codziennie rano przejeżdżają tamtędy ludzie jadący do pracy, szkoły, na uczelnie. Nie dlatego, że „tak im się podoba”, tylko dlatego, że nie mają sensownej alternatywy. Ulice takie jak Sienkiewicza czy częściowo Legionowa od lat są dla rowerzystów przestrzenią wrogą – niebezpieczną i niedostosowaną. Rynek był naturalnym obejściem tego problemu. Był – bo właśnie przestał nim być.

Najbardziej absurdalny w tej decyzji jest jednak detal, który mówi wszystko o jakości tego procesu: stacja roweru miejskiego BiKeR znajdująca się w obrębie objętym zakazem. W praktyce oznacza to, że użytkownik może wypożyczyć rower… ale nie może nim legalnie wyjechać. Trudno o bardziej symboliczny przykład oderwania od rzeczywistości. System działa, infrastruktura będzie stała, użytkownicy będą – tylko regulamin został napisany tak, jakby nikt nie pomyślał.

To nie jest kwestia „różnicy zdań” między radnymi a rowerzystami. To jest błąd. Jeżeli miasto chce ograniczać ruch rowerowy w takim miejscu, to najpierw musi stworzyć alternatywę. Spójny ciąg komunikacyjny. Drogę, która realnie przejmie ten ruch. Bez tego zakaz nie porządkuje przestrzeni – tylko przenosi problem gdzie indziej albo go eskaluje. Tak czy inaczej zakaz jest po prostu głupi. Bo Rynek nie jest przestrzenią wyjętą z życia miasta. To jego centrum – miejsce, gdzie różne funkcje się przenikają. Próba wycięcia jednej z nich bez przemyślenia konsekwencji prowadzi do chaosu, a nie do ładu.

Najbardziej niepokojące jest jednak coś innego: tryb podejmowania takich decyzji. Brak analiz, brak odniesienia do realnych potoków ruchu, brak konsultacji, które miałyby jakiekolwiek znaczenie. Zrobiono to na zasadzie „wrzutki”. Dopiero po fakcie pojawia się narracja: „jeśli będą sygnały, przeanalizujemy”. Tu nie ma co analizować, tu trzeba odkręcać głupotę.

Dziś środowiska rowerowe mówią wprost: to jeden z najbardziej absurdalnych zakazów w Polsce. I trudno się z tym nie zgodzić. Bo nie chodzi tu o ideologię, tylko o elementarną spójność decyzji. Jeżeli miasto inwestuje w system roweru miejskiego, promuje ekologiczny transport i jednocześnie blokuje jego podstawowe ciągi komunikacyjne – to znaczy, że ktoś przestał nad tym panować.

Radni mają jeszcze czas, żeby tę decyzję odwrócić. Ale problem jest głębszy niż jeden zapis w regulaminie. To test kompetencji i odpowiedzialności za miasto. Bo Białystok nie potrzebuje kolejnych deklaracji o nowoczesności. Potrzebuje decyzji, które mają sens.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Suwałki to nie tylko biegun zimna. Co jeszcze odkryjesz w tym mieście?

Suwałki mają wizerunek, z którym trudno konkurować – „biegun zimna”, koniec Polski, miejsce bardziej do przetrwania niż do zwiedzania. Problem w tym, że to uproszczenie. Bo kiedy wejdziesz w to miasto głębiej, szybko okazuje się, że Suwałki nie próbują nikogo na siłę zachwycać. One po prostu są – spokojne, konkretne i pełne detali, które zaczynają mieć znaczenie dopiero wtedy, gdy przestajesz patrzeć powierzchownie.

To miasto ma historię, która nie krzyczy, ale zostawia ślad. Spacerem przez Park Konstytucji 3 maja, dalej deptakiem przy ulicy Chłodnej aż do placu Marii Konopnickiej, pozwala złapać pierwszy rytm tego miasta. Nie jest szybki. I właśnie dlatego działa.

Są tu też rzeczy, których nie znajdziesz gdzie indziej. Cmentarz Siedmiu Wyznań – miejsce, które pokazuje, jak bardzo zróżnicowana była kiedyś ta część Polski. Cerkiew Wszystkich Świętych jako kolejny dowód, że Suwałki nie są jednowymiarowe. Nawet były budynek więzienia, dziś wkomponowany w galerię handlową, jest czymś więcej niż ciekawostką – to symbol zmian, jakie przeszło miasto.

Suwałki mają też lekkość, której można się nie spodziewać. Krasnoludki rozsiane po mieście, muzeum Marii Konopnickiej, niewielkie place i zaułki – to wszystko sprawia, że to miejsce zaczyna być bardziej „do przeżycia” niż „do odhaczenia”. Nie chodzi o spektakularne atrakcje. Chodzi o klimat.

I w końcu – okolice. Tu Suwałki pokazują swoją największą siłę. Zalew Arkadia jako szybkie wyjście z miasta, a dalej już tylko więcej przestrzeni. Suwalszczyzna to jeden z najbardziej charakterystycznych krajobrazów w Polsce – pagórki, jeziora, cisza, która nie jest pustką, tylko czymś naturalnym. To nie jest region, który próbuje być modny. On po prostu jest autentyczny. Jeśli patrzysz na to miejsce przez pryzmat temperatury – tracisz połowę obrazu. A druga połowa jest zdecydowanie ciekawsza.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Podlaskie na rowerze. Jak się zwiedza region na dwóch kołach?

Podlaskie najlepiej poznaje się powoli. Nie z okna samochodu, nie w pośpiechu między punktami na mapie, ale z poziomu drogi, którą naprawdę się czuje. Rower daje dokładnie to – kontakt z przestrzenią, ciszą i detalem, który w innym tempie po prostu znika. Dobrym przykładem takiej trasy jest odcinek prowadzący od Grabarki w kierunku Hajnówki. To nie jest tylko przejazd „z punktu A do B”, ale ciąg doświadczeń, które układają się w spójną opowieść o regionie.

Już sam początek ma ciężar symboliczny. Święta Góra Grabarka to jedno z najważniejszych miejsc kultu prawosławnego w Polsce. Setki, a właściwie tysiące krzyży, zapach drewna i żywicy, cisza przerywana tylko krokami pielgrzymów – to przestrzeń, która narzuca tempo. Tu nikt się nie spieszy. U podnóża bije źródełko, z którego wielu zabiera wodę na dalszą drogę, traktując to bardziej jako rytuał niż zwykły postój.

Puszcza Knyszyńska Gravel – Wyprawa rowerowa – 16.05.2026

Dalej trasa otwiera się na zupełnie inne krajobrazy. Pojawia się dolina Bugu – szeroka, spokojna, miejscami niemal dzika. To jeden z tych fragmentów Podlaskiego, gdzie ingerencja człowieka jest ograniczona, a przyroda gra pierwsze skrzypce. Drogi są łagodne, bez większych przewyższeń, co sprawia, że jazda ma bardziej charakter płynięcia niż wysiłku. Po drodze mijasz niewielkie miejscowości, w których widać wielokulturową historię regionu. Drewniane domy, przydrożne kapliczki, cerkwie ukryte między drzewami – to elementy, które nie są tu atrakcją turystyczną w klasycznym rozumieniu. One po prostu są. I właśnie dlatego robią największe wrażenie.

Im bliżej Hajnówki, tym wyraźniej zmienia się charakter przestrzeni. Pojawiają się pierwsze oznaki Puszczy Białowieskiej – las gęstnieje, światło się rozprasza, a ruch samochodowy praktycznie znika. To moment, w którym rower staje się jedynym sensownym środkiem transportu. Pozwala wjechać głębiej, zatrzymać się w dowolnym miejscu i naprawdę poczuć skalę tego terenu.

Podlaskie w wersji rowerowej to nie lista atrakcji do odhaczenia. To raczej ciąg wrażeń, które budują się powoli – od miejsc o dużym znaczeniu kulturowym, przez otwarte krajobrazy, aż po zwarte kompleksy leśne. Bez presji czasu, bez tłumów, bez konieczności planowania co do minuty. I właśnie dlatego rower jest tu najlepszym wyborem. Nie skraca dystansu – przeciwnie, pozwala go w pełni przeżyć.

Partnerzy portalu:

Kolejka wąskotorowa w Hajnówce wraca na szlak! Można kupować bilety.

Kolejka wąskotorowa w Hajnówce wraca na szlak! Można kupować bilety.

Wąskotorowa Kolejka Leśna w Hajnówce rozpoczyna nowy sezon. Nadleśnictwo uruchomiło sprzedaż biletów na pierwsze przejazdy zaplanowane na majówkę. Pierwsze kursy odbędą się 1 maja, a kolejne w dniach 2 i 3 maja. 1 maja kolejka wyruszy o godzinie 9:00, 13:00 i 16:15. Taki sam rozkład obowiązuje 2 maja. 3 maja zaplanowano dwa kursy – o 9:00 i 13:00. Przejazdy realizowane są na trasie Hajnówka – Topiło i z powrotem. W jedną stronę to około 11 kilometrów, a cała podróż wraz z postojem trwa około trzech godzin.

Stacja początkowa znajduje się przy ul. Kolejki Leśne 12 w Hajnówce. Działa tam Ośrodek Edukacji Leśnej „Stacja”, gdzie dostępna jest kasa biletowa, poczekalnia i zaplecze sanitarne. Trasa prowadzi przez obszary Puszczy Białowieskiej, obejmując fragmenty lasów, łąk i terenów podmokłych. Przejazd odbywa się z prędkością około 20 km/h, co pozwala na swobodną obserwację otoczenia. Na końcowej stacji w Topile przewidziano około godzinny postój, który można przeznaczyć na spacer lub odpoczynek.

Kolejka ma charakter historyczny. Powstała w czasie I wojny światowej i pierwotnie służyła do transportu drewna. Po latach została przekształcona w atrakcję turystyczną i obecnie jest jedną z bardziej rozpoznawalnych form zwiedzania Puszczy Białowieskiej.

Sezon przejazdów trwa zazwyczaj do końca września. Majówka jest jego początkiem i jednocześnie okresem największego zainteresowania.

Partnerzy portalu:

Planty miały być gotowe wiosną. Doczekamy się po wakacjach.

Planty miały być gotowe wiosną. Doczekamy się po wakacjach.

Rewitalizacja parku Planty w Białymstoku, która według pierwotnych założeń miała zakończyć się wraz z nadejściem wiosny 2026 roku, potrwa dłużej. Wszystko wskazuje na to, że prace będą kontynuowane przez całe lato, a teren jeszcze przez kilka miesięcy będzie przypominał plac budowy.

Opóźnienia dotyczą natomiast jednego z kluczowych elementów inwestycji – przebudowy fontanny. Zgodnie z założeniami ma ona zyskać multimedialny charakter, z centralną wyspą wyposażoną w system dysz i oświetlenie. To właśnie ten etap prac wpływa na wydłużenie całego harmonogramu. Obecnie za budowlanym płotem, który ją odgradza wszystko jest w gruzach.

Wiosenna pogoda sprzyja spacerom, jednak odwiedzający park muszą liczyć się z utrudnieniami. Bliska zakończenia jest m.in. Aleja Zakochanych. Zakończył się też remont alejek od strony ulicy Akademickiej, jednak sama ulica pozostaje zamknięta dla ruchu. Jej ponowne otwarcie dla kierowców planowane jest na wrzesień.

Całkowity koszt rewitalizacji parku Planty wynosi około 30 milionów złotych. Według aktualnych informacji, zakończenie wszystkich prac i przywrócenie pełnej funkcjonalności parku nastąpi dopiero po okresie wakacyjnym.

Partnerzy portalu:

Puste witryny na każdym kroku. Centrum Białegostoku przestaje istnieć jako miejsce biznesu.

Puste witryny na każdym kroku. Centrum Białegostoku przestaje istnieć jako miejsce biznesu.

Spacer po centrum Białegostoku przestaje być spacerem po mieście wojewódzkim. To przejście z widokiem na puste witryny, wynajęte kiedyś lokale i przestrzenie, które wyglądają jak po odwrocie przedsiębiorców. Jeszcze niedawno działały tu sklepy, usługi, małe firmy. Dziś – żółte plansze „do wynajęcia” i głucha cisza. I nie mówimy o pojedynczych przypadkach. To zjawisko masowe, widoczne gołym okiem, szczególnie w ścisłym centrum. Jeśli ktoś ma wątpliwości – wystarczy przejść się i policzyć. Zobaczcie nasze zdjęcia, wykonane tylko przy głównych ulicach miasta.

To nie jest chwilowe spowolnienie. To proces. Centrum straciło swoją funkcję gospodarczą, a wraz z nią – zanika sens istnienia jako żywego organizmu miejskiego. Miasto, które nie ma aktywnego centrum, zaczyna się rozlewać i degenerować. Białystok już w tę stronę idzie.

Miasto bloków zamiast możliwości

Białystok od lat rozwija się w najprostszy możliwy sposób – przez budowę kolejnych osiedli. Bloki rosną szybciej niż jakakolwiek realna gospodarka. Efekt? Mamy coraz więcej mieszkańców, ale nie mamy dla nich pracy, rozwoju ani przestrzeni do tworzenia czegokolwiek wartościowego.

To zaczyna przypominać rozrośnięte miasto powiatowe, tylko w większej skali. 10. największe miasto w Polsce, które nie oferuje realnych możliwości dla specjalistów. Rynek pracy jest płytki, firmy nie skalują działalności, a ambitni ludzie po prostu wyjeżdżają. Zostaje stagnacja i powolne osuwanie się w przeciętność.

To nie jest kwestia opinii. To jest obserwowalny fakt: brak nowych, silnych inwestycji, brak dynamicznych firm, brak przyciągania kapitału. Lokalny biznes w wielu przypadkach nie rozwija się – on trwa. A trwanie to nie rozwój. To oczekiwanie na koniec. Mało tego, to wszystko trwa od wielu lat na grupie tych samych biznesmenów.

Centrum umiera, bo nikt nim realnie nie zarządza

Największy problem to brak jakiejkolwiek strategii. Centrum Białegostoku nie jest traktowane jak kluczowy obszar gospodarczy, tylko jak przestrzeń „do ładnego utrzymania”. Brakuje aktywnego zarządzania – przyciągania najemców, tworzenia warunków dla biznesu, realnego wsparcia przedsiębiorców. Miasto nie konkuruje o firmy. Nie tworzy impulsów. Nie daje powodów, by ktoś chciał tu inwestować. Efekt jest prosty: kapitał wybiera inne miejsca. A jeśli centrum nie zarabia, to przestaje istnieć.

Ostatnie działania miały miejsce 16 lat temu, gdy postanowiono zabetonować Rynek Kościuszki i postanowiono go „sprofilować” pod gastronomię. Tylko, że dziś po tylu latach, nie ma już z tego powodu żadnego rozwoju.

Co trzeba zrobić w ciągu 5 lat?

Jeśli ten trend ma zostać odwrócony, potrzebne są decyzje, które będą odczuwalne natychmiast – nie za 15 czy 30 lat.

Po pierwsze, jeżeli coś ma się realnie szybko zmienić potrzebna jest agresywna polityka przyciągania biznesu. Zwolnienia podatkowe dla firm w centrum, preferencyjne najmy, realne wsparcie dla nowych działalności. Nie symboliczne działania – tylko konkretne pieniądze i ulgi.

Po drugie, aktywne zarządzanie pustymi lokalami. Zarząd Mienia Komunalnego musi wejść w rolę pośrednika i animatora rynku – łączyć właścicieli z najemcami, tworzyć programy tymczasowego zasiedlania lokali, wspierać start małych biznesów. Pusty lokal to koszt zrzucany na nas wszystkich.

Po trzecie, przyciągnięcie jednego silnego sektora. Cokolwiek, co ma potencjał wzrostu i płacenia dobrych pieniędzy. Bez tego nie będzie klasy średniej, a bez klasy średniej nie będzie życia w centrum.

Po czwarte, zmiana podejścia do przestrzeni miejskiej. Centrum musi być miejscem, gdzie opłaca się być – nie tylko przejść. Potrzebne są wydarzenia, ruch, ludzie. Ale nie jednorazowe imprezy, tylko stała aktywność.

Po piąte, brutalna diagnoza i koniec udawania, że „jest dobrze”. Nie jest. I dopóki ktoś tego jasno nie powie, nic się nie zmieni.

Albo działamy teraz, albo za kilka lat postępujące wyludnianie miasta na tyle się pogłębi, że zostaną tu emeryci, urzędnicy i pracownicy służb. Dokładnie to co obserwujemy obecnie na Białorusi, gdzie gospodarka od lat jest w zapaści.

Białystok stoi w miejscu, a świat idzie dalej. Każdy dzień bez decyzji pogłębia problem. Puste lokale dziś to tylko objaw. Choroba jest głębsza – brak kierunku i odwagi, by coś zmienić. A jeśli nic się nie wydarzy, centrum stanie się tylko tłem dla miasta, które już dawno przestało żyć, a zaczęło wegetować.

Partnerzy portalu:

Marzec był prawie bez deszczu. Temperatura wyższa od średniej. Czeka nas kolejna susza?
Rzeka Narew w Koźlikach

Marzec był prawie bez deszczu. Temperatura wyższa od średniej. Czeka nas kolejna susza?

Miniony marzec był w Polsce ekstremalnie ciepły i jednocześnie skrajnie suchy. Te dwa zjawiska – choć brzmią abstrakcyjnie – w województwie podlaskim mają bardzo konkretne konsekwencje. I widać je już teraz, w terenie.

Z jednej strony mamy efekt śnieżnej zimy. W wielu miejscach Podlasia wciąż utrzymują się skromne rozlewiska – szczególnie w dolinach rzek, na łąkach i terenach bagiennych. Biebrza, Narew czy mniejsze cieki znów tworzą krajobraz, który jest jednym z największych skarbów regionu. Wielu mieszkańców okolic tych rzek jednak przyznaje, że to nie to co kiedyś. Rozlewiska są skromne.

Marzec był też jednym z najsuchszych w historii pomiarów. W Suwałkach – czyli w samym sercu północnego Podlasia – opady praktycznie nie wystąpiły. To oznacza, że obecne rozlewiska nie są efektem bieżących opadów, tylko „zapasem” po zimie. A ten zapas szybko się kończy.

Ciepło dodatkowo przyspiesza parowanie. W praktyce oznacza to, że woda, która dziś jeszcze utrzymuje się na łąkach i w dolinach rzek, może zniknąć znacznie szybciej niż zwykle. Jeśli kwiecień i maj nie przyniosą wyraźnych opadów, Podlasie może wejść w okres suszy hydrologicznej wcześniej niż zazwyczaj.

To szczególnie groźne dla terenów, które są symbolem regionu. Bagna Biebrzańskie, rozlewiska Narwi czy torfowiska – wszystkie te ekosystemy są uzależnione od stabilnego poziomu wody. Bez niego zaczynają wysychać, a to uruchamia cały łańcuch zmian: zanika roślinność bagienna, spada liczba ptaków, rośnie ryzyko pożarów. Jeśli trend ciepłych i suchych miesięcy się utrzyma, zmiany w przyrodzie regionu będą coraz bardziej widoczne. A to już nie jest kwestia jednego sezonu, tylko kierunku, w jakim zmierza cały krajobraz północno-wschodniej Polski. W pewnym momencie będzie u nas jak w Mongolii – jeden wielki step.

W tej sytuacji rola władz – zarówno regionalnych, jak i państwowych – powinna być jednoznaczna: zatrzymywać wodę tam, gdzie naturalnie występuje. Nie ma czasu już na wielkie inwestycje hydrotechniczne, tylko o odtwarzanie i ochronę tego, co już mamy. Kluczowe jest ograniczenie melioracji odwadniających, renaturyzacja rzek takich jak Narew i jej dopływy, odbudowa małej retencji oraz blokowanie odpływu wody z torfowisk. Częściowo się to już dzieje, ale zbyt wolno i na zbyt małą skalę. Kluczowe jest też zlikwidowanie zalewu Siemianówka, który degraduje Narew. Tu niestety władze postępują w drugą stronę – rozbudowują turystykę wokół zalewu. Jest to ogromny błąd.

Podlaskie nie potrzebuje szybkiego zatrzymania wody. Każdej, która spadnie z nieba. Bez tego nawet najlepsze warunki przyrodnicze regionu zostaną stopniowo zdegradowane. Jak mawiał klasyk „Nie będzie niczego”.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Rynek Kościuszki do przebudowy. Czas skończyć z betonem w tym miejscu!

Od kilkunastu lat serce Białegostoku – Rynek Kościuszki – pozostaje przestrzenią, która jest jednym, gigantycznym, betonowym placem. Trudno dziś wskazać realne korzyści z takiej formy zagospodarowania. Beton dominuje nad zielenią, funkcjonalność nad estetyką, a potencjał miejsca – zamiast być wykorzystany – zdaje się być ograniczony przez własną formę.

Oczywiście, nie wszystko jest tu złe. Sam fakt stworzenia długiego, niemal ciągłego deptaka – od ulicy Kilińskiego aż po Lipową – to krok w dobrą stronę. Ograniczenie ruchu samochodowego i oddanie tej przestrzeni pieszym to decyzja, która wpisuje się w nowoczesne myślenie o miastach. Problem zaczyna się jednak tam, gdzie kończy się idea, a zaczyna realizacja.

Bo czym od lat właściwie jest Rynek Kościuszki? Latem – przestrzenią zdominowaną przez ogródki piwne. Te jednak w żaden sposób nie wymagają tak rozległej, zabetonowanej powierzchni. W wielu miastach funkcjonują one wśród zieleni, na bardziej przyjaznych, miękkich nawierzchniach, które sprzyjają odpoczynkowi, a nie odbijają upał i potęgują wrażenie pustki.

Jeszcze większe wątpliwości budzą organizowane tu wydarzenia. Koncerty, które regularnie pojawiają się na rynku, są zwyczajnie uciążliwe. Pomijając już mieszkańców przyzwyczajonych do hałasu, warto zwrócić uwagę chociażby na witraże w katedrze. Nadejdzie dzień, że się rozlecą od tego drżenia przy głośnej muzyce. Hałas niesie się daleko. Tymczasem kilka kroków dalej znajduje się plac przy Teatrze Dramatycznym – miejsce znacznie lepiej przystosowane do organizacji tego typu wydarzeń. Większa przestrzeń, bardziej naturalne „zamknięcie” akustyczne i mniej bezpośrednie sąsiedztwo mieszkań i kruchych witraży sprawiają, że byłby to wybór po prostu rozsądniejszy.

Podobnie wygląda kwestia jarmarków świątecznych. Choć przyciągają mieszkańców i turystów, ich skala wcale nie uzasadnia zajmowania centralnej części rynku. To wydarzenia, które z powodzeniem mogłyby odbywać się w innych punktach miasta – bez konieczności „zabetonowania” przestrzeni.

Po latach widać wyraźnie: zabetonowany Rynek Kościuszki nie spełnia swojej roli tak, jak mógłby. Ludzie niepotrzebnie się tam męczą, gdy chcą zjeść lody czy wypić piwo. Brakuje zieleni, cienia, naturalnych stref odpoczynku. Brakuje pomysłu na codzienne funkcjonowanie tej przestrzeni – takiego, który nie będzie uzależniony od sezonowych ogródków i okazjonalnych wydarzeń.

To nie jest apel o cofnięcie czasu, ale o refleksję. Bo skoro już mamy w centrum miasta tak dużą, wyłączoną z ruchu przestrzeń, warto zadać pytanie: czy naprawdę wykorzystujemy ją najlepiej, jak potrafimy? Odpowiedź brzmi po prostu: nie.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Żegluga Augustowska wróciła na wodę. Pierwsze rejsy już ruszyły.

Wraz z pierwszymi oznakami wiosny na Kanał Augustowski wraca to, co dla wielu jest symbolem sezonu turystycznego w regionie – statki Żeglugi Augustowskiej. Po zimowej przerwie rozpoczęto pierwsze rejsy, a wraz z nimi wraca możliwość zobaczenia Podlaskiego z zupełnie innej perspektywy – spokojnej, wodnej i zdecydowanie bardziej „augustowskiej”.

W tym sezonie dostępne będą dwie dobrze znane trasy. Pierwsza to około trzygodzinny rejs do Studzienicznej – miejsca, które od lat przyciąga turystów nie tylko przyrodą, ale też swoją historią i klimatem. Druga opcja to krótszy, godzinny rejs na jezioro Rospuda, idealny dla tych, którzy chcą szybko „złapać klimat” bez całodniowej wyprawy. Na początek sezonu gotowe są dwa statki – 200-osobowe „Sajno” oraz większa „Swoboda”. Kolejne jednostki mają dołączyć na majówkę.

Na razie rejsy w kwietniu mają charakter pojedynczy i będą uruchamiane w zależności od pogody oraz zainteresowania. Kluczowe jest śledzenie bieżących informacji, bo rozkład nie jest jeszcze stały. Oficjalne otwarcie sezonu, jak co roku, planowane jest na długi weekend majowy – wtedy oferta ma być już pełna, a kursy regularne.

Warto dodać, że mimo niesprzyjających warunków pogodowych w ubiegłym roku Żegluga Augustowska przewiozła ponad 90 tysięcy pasażerów. To pokazuje, że nawet przy kapryśnej aurze zainteresowanie nie słabnie. A teraz, gdy sezon dopiero się zaczyna i wszystko wskazuje na powrót ciepłych dni, można się spodziewać, że statki znów będą pełne.

Dla wielu to nie tylko atrakcja turystyczna, ale też jeden z najprostszych sposobów, by na chwilę zwolnić. Wsiadasz na statek, zostawiasz za sobą asfalt, korki i codzienność – i przez godzinę albo trzy patrzysz na Podlaskie tak, jak powinno się je oglądać. Z poziomu wody.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Białystok z góry. Punkt widokowy na wieży św. Rocha już dostępny.

Białystok można zobaczyć z zupełnie innej perspektywy. Punkt widokowy na wieży kościoła św. Rocha został ponownie otwarty. To jedna z nielicznych okazji, by spojrzeć na miasto szeroko – bez poziomu ulicy, bez pośpiechu, z dystansu, który pozwala lepiej zrozumieć jego układ i charakter.

Taras znajduje się mniej więcej w połowie liczącej blisko 80 metrów wieży. To wysokość, która daje wyraźną panoramę, ale jednocześnie pozwala dostrzec szczegóły – układ ulic, zielone fragmenty miasta i jego naturalne granice. Wejście na wieżę znajduje się od strony budynku parafialnego. Punkt jest czynny od poniedziałku do soboty w godzinach 9.00–16.00, a w niedziele i święta od 14.00 do 17.00. Wstęp jest bezpłatny, co dodatkowo zachęca, by potraktować to miejsce jako krótki, spontaniczny przystanek w ciągu dnia.

Sam kościół św. Rocha to nie tylko punkt widokowy, ale jeden z najważniejszych obiektów architektonicznych w mieście. To przykład modernizmu sakralnego w skali, której trudno szukać gdzie indziej w regionie. Świątynia została wpisana na listę Pomników Historii, co tylko potwierdza jej znaczenie – nie jako lokalnej ciekawostki, ale jako obiektu o randze ogólnopolskiej.

Historia tego miejsca sięga jeszcze czasów Jana Klemensa Branickiego, który ufundował tu pierwszą kaplicę. Przez lata próby budowy większej świątyni blokowały władze carskie. Dopiero po odzyskaniu niepodległości możliwe było rozpoczęcie realnych działań. W 1925 roku powołano parafię, rok później rozstrzygnięto konkurs architektoniczny, a w 1927 roku wmurowano kamień węgielny pod budowę. Prace trwały niemal dwie dekady, a konsekracja odbyła się w 1946 roku.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Podlasie ich całkowicie zaskoczyło. Dlaczego będą tu wracać?

Podlasie nie jest kierunkiem, który planuje się miesiącami. Częściej trafia się tu przypadkiem — z ciekawości, z impulsu, czasem nawet z lekkim sceptycyzmem. I właśnie dlatego potrafi zaskoczyć najmocniej. Bo zamiast gotowych atrakcji dostaje się coś trudniejszego do uchwycenia — przestrzeń, ludzi, rytm, który nie próbuje się nikomu przypodobać. Tu nie ma presji, żeby coś „zaliczyć”. Jest czas, żeby po prostu być.

To miejsce nie działa jak typowa destynacja turystyczna. Nie konkuruje, nie przekonuje, nie krzyczy. A jednak zostaje w głowie dłużej niż wiele bardziej „efektownych” miejsc. Może dlatego, że wszystko jest tu prawdziwe — spotkania, krajobrazy, cisza. I dopiero po powrocie zaczyna się rozumieć, że to nie była zwykła podróż. To było doświadczenie, które trudno nazwać… ale łatwo zapamiętać.

Supraśl ze swoim spokojem i historią, Sokółka z codziennością, która nie udaje niczego więcej, Kruszyniany z tatarskim dziedzictwem, Trześcianka z drewnianą architekturą i PuCHA jako mniej oczywisty przystanek — każde z tych miejsc dokłada własny fragment do tej układanki. Razem tworzą obraz regionu, który nie potrzebuje jednego symbolu, bo jego siła tkwi właśnie w tej różnorodności i autentyczności.

Partnerzy portalu:

Już niedługo stukot kół będzie tu codziennością. Co zmienia powrót kolei w Łomży?

Już niedługo stukot kół będzie tu codziennością. Co zmienia powrót kolei w Łomży?

Po 33 latach ciszy na torach, Łomża wraca na kolejową mapę Polski. Za dwa miesiące ruszą regularne połączenia – do Białegostoku i Olsztyna, docelowo nawet 13 par pociągów dziennie. Sama informacja nie jest już nowa. Ciekawe jest coś innego: co to realnie zmienia i czy Łomża potrafi tę zmianę wykorzystać.

Bo kolej w 2026 roku to nie jest „jeszcze jeden środek transportu”. To infrastruktura, która zmienia zachowania ludzi, kierunki przepływu pieniędzy i atrakcyjność miejsca do życia. Przez trzy dekady Łomża funkcjonowała jak wyspa – komunikacyjnie odcięta od głównych osi regionu. Autobusy i samochody wypełniły tę lukę, ale to rozwiązania indywidualne, rozproszone i wrażliwe na koszty paliwa, korki czy zmiany cen. Pociąg działa inaczej: jest przewidywalny, systemowy i – co najważniejsze – skaluje ruch. Jednym kursem przewozi dziesiątki, a nie pojedyncze osoby.

I tu pojawia się pierwszy realny potencjał: codzienne dojazdy. Jeżeli czas przejazdu będzie konkurencyjny, Łomża może stać się zapleczem dla Białegostoku i Olsztyna. Tańsze nieruchomości, spokojniejsze tempo życia i możliwość dojazdu do pracy bez prowadzenia auta to zestaw, który działa między innymi w Łodzi, gdzie sporo osób dojeżdża pracować w Warszawie.

Drugi obszar to studenci i młodzi ludzie. Dziś wybór uczelni często oznacza wyprowadzkę. Stałe, częste połączenia kolejowe mogą odwrócić tę logikę – pozwolić studiować w Białymstoku czy Olsztynie i nadal mieszkać w Łomży. To oznacza, że część młodych ludzi nie „znika” z miasta na kilka lat. A to z kolei wpływa na lokalny rynek usług, wynajem, gastronomię. Trzeci element to turystyka, która w Podlaskiem dopiero się buduje. Kolej obniża próg wejścia – ktoś z Białegostoku może spontanicznie przyjechać na jednodniowy wypad bez auta. Łomża, jeśli dobrze to rozegra, może stać się punktem startowym do eksploracji regionu – Narwi, okolicznych wsi, mniej znanych tras. Ale to wymaga czegoś więcej niż samych torów: spójnej oferty, informacji, współpracy lokalnych biznesów.

Czwarta rzecz to rynek pracy. Firmy zaczynają patrzeć na dostępność komunikacyjną jako jeden z kluczowych czynników. Miasto bez kolei jest dla wielu inwestorów automatycznie mniej atrakcyjne. Z koleją – nagle pojawia się możliwość zatrudniania ludzi z większego obszaru. To zwiększa pulę pracowników bez konieczności ich relokacji. I wreszcie aspekt mniej oczywisty: zmiana mentalna. Przez 33 lata mieszkańcy przyzwyczaili się, że „tu się nie da”. Kolej jest sygnałem odwrotnym – że jednak się da, że miasto wraca do obiegu. To nie jest mierzalne w kilometrach torów, ale często właśnie takie zmiany uruchamiają nowe inicjatywy.

Czy to oznacza koniec autobusów? Nie. Raczej początek konkurencji, która może poprawić jakość całego rynku transportowego. Autobusy będą musiały się dostosować – ceną, komfortem, elastycznością. Ostatecznie zyska pasażer.

Kluczowe pytanie brzmi jednak inaczej: czy Łomża potraktuje kolej jako szansę rozwojową, czy tylko jako ciekawostkę po latach przerwy. Bo sama infrastruktura niczego nie gwarantuje. Ona daje możliwości – ale to od miasta, przedsiębiorców i mieszkańców zależy, czy zostaną wykorzystane.

Partnerzy portalu:

Nowy film „Podlasie” na Netflixie. Kontrowersje i… prawdziwe cuda natury, które trzeba zobaczyć
Kożyno

Nowy film „Podlasie” na Netflixie. Kontrowersje i… prawdziwe cuda natury, które trzeba zobaczyć

Netflix właśnie pokazał światu nasze podwórko. Film „Podlasie” z Anną Seniuk i Arturem Barcisiem w rolach głównych trafił na platformę i natychmiast rozpalił dyskusje w sieci. Jedni zachwycają się, inni kręcą nosem – ale jedno jest pewne: malownicze wioski, rozlewiska Narwi i drewniane domy z kolorowymi okiennicami zrobiły robotę. I może właśnie o to chodzi.

Gwiazdy, bimber i… udawany akcent

Obsada robi wrażenie. Obok Anny Seniuk i Artura Barciśia na ekranie pojawiają się Piotr Pręgowski czy Cezary Żak – prawdziwe tuzy polskiego kina i telewizji. Mimo to film zdążył już zebrać sporą dawkę krytyki. Widzom przeszkadza fabuła, innym – udawane wschodnie akcenty, a jeszcze innym sceny z piciem bimbru, które ich zdaniem sprowadzają Podlasie do karykatury. Trudno się dziwić mieszkańcom, że reagują z mieszanymi uczuciami.

Ale jest i druga strona medalu. Kamera uchwyciła coś, czego nie da się sfałszować – autentyczne piękno tej ziemi. I to właśnie ono przyciąga wzrok nawet najbardziej sceptycznych widzów.

Gdzie kręcono „Podlasie”? Miejsca, które warto odwiedzić

Ekipa filmowa zawitała między innymi do Kaniuk, Kożyna, Rybołów czy Rzepnik. To nieprzypadkowy wybór – każda z tych wsi skrywa w sobie coś wyjątkowego. Kożyno leży malowniczo nad rzeką Łoknicą. Stare drewniane budynki, brukowana ulica – czas tutaj płynie inaczej, wolniej, jakby świat zewnętrzny jeszcze tu nie dotarł. Do tego niesamowitym widokiem jest rzeka płynąca obok drogi. Zupełnie jak w jakiejś górskiej miejscowości. Na filmie zobaczymy aktorów, którzy przechadzają przez wioskę.

Kaniuki z kolei ciągną się wzdłuż brzegu Narwi – droga we wsi biegnie równolegle do nurtu rzeki, a część domów stoi dosłownie pomiędzy jezdnią a wodą. Widok zapiera dech w piersiach, szczególnie o wschodzie słońca. Znajduje się tu także Izba Twórcza Włodzimierza Naumiuka, znanego ludowego rzeźbiarza, zlokalizowana na początku wsi. Posesja wyróżnia się licznymi rzeźbami w drewnie, a sam artysta tworzy w otoczeniu tradycyjnej podlaskiej architektury. Wspomniane rzeźby są także elementem fabuły filmu.

W Rybołach koniecznie trzeba zatrzymać się przy cerkwi – białej, z miętowymi kopułami. Jadąc dalej przez wieś, miniemy jeszcze drewnianą niebieską cerkiew na cmentarzu, a w drugiej części miejscowości, bliżej Rzepnik, czeka nas prawosławna kapliczka. To właśnie przy niej nagrywano sceny „Podlasia”.

Rzepniki zapamiętamy zaś jako wieś, w której kręcono tajemnicze sceny „kręgów w polu”. Dla porządku warto dodać, że sceny kręcono także na ruinach kościoła w Jałówce, który leży daleko od Rzeki, tuż przy białorusko-polskiej granicy.

Narwiańskie rozlewiska – bajkowa kraina, którą trzeba zobaczyć

Film „Podlasie” to jednak wycinek. Między Zabłudowem a Bielskiem Podlaskim rozciąga się świat sam w sobie. Wiosną, gdy Narew wylewa, cały obszar zamienia się w coś na kształt weneckiej delty – tyle że otoczonej łąkami, a nie kamienicami. Kolorowe chaty z charakterystycznymi ornamentami i otwartymi okiennicami spotęgują ten efekt do maksimum. Zakochać się można od pierwszego spojrzenia.

To tutaj żyją półdzikie konie i czerwone krowy – rasa niemal zapomniana przez nowoczesne rolnictwo, dziś mozolnie odbudowywana. Nad wodą panoszą się czajki, rycyki, dubelty i krwawodzioby. Ptasiarze mają tu raj.

Rzeka meandruje także między miejscowościami Narew, Ancuty, Kaczały, Ciełuszki. Każda z nich jest silnie związana z prawosławiem – po drodze napotkamy kolejne piękne, drewniane cerkwie, z których każda opowiada swoją własną historię. Warto także wspomnieć o Koźlikach, gdzie jest prywatny skansen, ale też piękne widoki na Narew z góry. Do tego to cicha i spokojna wieś.

Kraina Otwartych Okiennic – to trzeba zobaczyć

Nie można też pominąć jednego z najsłynniejszych szlaków turystycznych regionu – Krainy Otwartych Okiennic. Najbardziej rozpoznawalne są Soce, Puchły i Trześcianka, gdzie drewniana architektura z bogato zdobionymi okiennicami przyciąga fotografów i podróżników z całej Polski. Warto jednak pamiętać, że piękno tej okolicy nie kończy się na kilku pocztówkowych wsiach – atrakcyjne przyrodniczo tereny rozciągają się po obu stronach Narwi.

Film przeminie, Podlasie zostanie

„Podlasie” na Netflixie to zjawisko, które – niezależnie od oceny artystycznej – może zrobić dla regionu więcej niż niejeden folder turystyczny. Jeśli choć część widzów, zachęcona widokami z ekranu, wsiądzie w samochód i ruszy odkrywać nasze wioski, to cel zostanie osiągnięty. Bo Podlasie nie potrzebuje hollywoodzkiego scenariusza. Wystarczy przyjechać i zobaczyć na własne oczy.

Partnerzy portalu:

Trzy nowe linie autobusowe skomunikują aż 7 gmin!
fot. Archiwum PKS NOVA

Trzy nowe linie autobusowe skomunikują aż 7 gmin!

W powiecie monieckim pojawiły się nowe linie autobusowe. Dla wielu mieszkańców to może być pierwsza od lat realna alternatywa dla samochodu – szczególnie tam, gdzie komunikacja publiczna praktycznie nie istniała albo była symboliczna.

Trzy linie łączą m.in. Krypno, Mońki, Trzcianne, Jaświły, Goniądz, Jasionówkę i Knyszyn. To właśnie takie lokalne połączenia są w regionach najważniejsze, bo nie chodzi o spektakularne trasy, tylko o codzienne sprawy – dojazd do pracy, szkoły czy lekarza. Jeśli rozkłady będą sensownie dopasowane do realnego życia mieszkańców, może to faktycznie coś zmienić.

Projekt powstał przy współpracy kilku samorządów, a jego organizacją zajmuje się gmina Krypno. Finansowanie? Około miliona złotych, z czego blisko połowa pochodzi z Funduszu Rozwoju Przewozów Autobusowych, reszta z lokalnych budżetów. Ceny biletów startują od 4 zł, co brzmi rozsądnie. Bilety można kupić u kierowcy albo przez internet, a dla chętnych są też bilety miesięczne i karta pasażera.

Na trasy wyjechało pięć autobusów, w tym pojazdy dostosowane do osób z niepełnosprawnością. To akurat ważny element, bo wykluczenie transportowe często najmocniej dotyka właśnie tych, którzy mają najmniej możliwości, by radzić sobie inaczej.

O sukcesie tych linii zdecyduje codzienność: czy autobusy będą jeździły punktualnie, czy rozkłady będą miały sens i czy mieszkańcy faktycznie zaczną z nich korzystać. Jeśli tak – to może być początek odbudowy lokalnej komunikacji. Na razie pozostaje obserwować.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Czas wyciągać rowery! Pogoda w Podlaskiem coraz lepsza.

Wiosna w końcu zaczyna się na dobre rozkręcać. Coraz więcej słońca, wyższe temperatury i dłuższe dni sprawiają, że trudno już szukać wymówek, żeby siedzieć w domu. To moment, w którym natura sama zaprasza do ruchu – a jednym z najprostszych i jednocześnie najprzyjemniejszych sposobów na powrót do formy jest… rower.

Nie trzeba od razu planować dalekich wypraw czy kupować specjalistycznego sprzętu. Wystarczy wyciągnąć rower z garażu, napompować koła i ruszyć przed siebie. Białystok daje sporo możliwości, jeśli chodzi o ścieżki rowerowe, ale prawdziwa przyjemność zaczyna się dopiero wtedy, gdy wyjedziemy trochę dalej – poza miejskie ulice. Ścieżek rowerowych tam nie brakuje. A i nie trzeba stać co chwile na światłach.

Dobrym pomysłem na wiosenny rozruch jest kierunek Księżyno i dalej Turośń Kościelna. To trasa stosunkowo łatwa, idealna na pierwsze kilometry po zimowej przerwie. Spokojne drogi, niewielki ruch i otwarta przestrzeń sprawiają, że można złapać rytm i po prostu cieszyć się jazdą.

Jeśli ktoś woli bardziej „zielony” klimat, świetnym wyborem będzie Wasilków i Jurowce. Już po kilku kilometrach krajobraz zmienia się diametralnie – więcej drzew, więcej cienia i wyraźnie czystsze powietrze. To dobre miejsce na spokojniejszą jazdę, bez pośpiechu, z krótkimi przystankami.

Z kolei Czarna Białostocka i Supraśl to kierunki dla tych, którzy chcą poczuć coś więcej niż tylko rozruch. Tu zaczyna się prawdziwa przygoda – Puszcza Knyszyńska robi swoje. Dłuższe odcinki, leśne trasy i naturalne otoczenie sprawiają, że jazda przestaje być tylko aktywnością fizyczną, a zaczyna być formą odpoczynku od wszystkiego.

Warto pamiętać, że początek sezonu to nie czas na bicie rekordów. Lepiej zacząć spokojnie, nawet od kilkunastu kilometrów, i stopniowo zwiększać dystans. Organizm po zimie potrzebuje chwili, żeby wrócić na właściwe obroty – ale odwdzięczy się szybko, jeśli damy mu szansę. Jedno jest pewne – taka pogoda nie będzie trwała wiecznie. Jeśli więc od kilku dni chodzi po głowie myśl „może by tak pojeździć”, to znak, że nie ma co odkładać. Wystarczy jeden wyjazd, żeby przypomnieć sobie, jak bardzo tego brakowało.

Partnerzy portalu:

Mało znany staw zamienił się w perełkę

Mało znany staw zamienił się w perełkę

Nie każdy zakątek Białegostoku ma swoje pięć minut. Ten przy ul. Bema przez lata raczej ich nie miał. A jednak – wygląda na to, że właśnie się to zmienia. Mało znany staw, który dla wielu mieszkańców był co najwyżej „gdzieś tam obok”, przeszedł gruntowną przebudowę. Miasto wydało na to około 3,4 mln zł, z czego sporą część – blisko 1,5 mln zł – pokryły środki unijne. Sama inwestycja została zakończona jesienią 2025 roku, ale dopiero teraz zaczyna być o niej głośniej.

Zamiast opowieści o „łączeniu natury z nowoczesnością”, warto powiedzieć wprost: zbiornik został uporządkowany i przygotowany tak, żeby w końcu dało się z niego korzystać. Dno pogłębiono, brzegi wzmocniono, poprawiono przepływ wody. Efekt? Staw ma większą zdolność zatrzymywania wody, więc przy okazji trochę lepiej radzi sobie z nadmiarem deszczu. To akurat konkret, a nie slogan.

Ale równie ważne jest to, co powstało wokół. Pojawiły się alejki, pomosty, miejsca do siedzenia, trochę infrastruktury do odpoczynku i aktywności. Innymi słowy – przestrzeń, która przestaje być „dzikim zapleczem”, a zaczyna przypominać miejsce, do którego można przyjść z wyboru, a nie przypadkiem.

I tu jest chyba najciekawszy efekt tej inwestycji. Bo nie chodzi tylko o sam staw. Chodzi o to, że wiele osób w ogóle dowie się o jego istnieniu. Do tej pory był trochę jak białostocka ciekawostka dla wtajemniczonych. Teraz ma szansę stać się normalnym punktem na mapie spacerów. Ten kawałek miasta w końcu dostał swoją szansę.

Partnerzy portalu:

Niedźwiedzie w białostockim ZOO już nie śpią!

Niedźwiedzie w białostockim ZOO już nie śpią!

W Białymstoku wiosna oficjalnie zatwierdzona – nie przez kalendarz, nie przez synoptyków, a przez dwóch najbardziej wiarygodnych specjalistów od drzemek sezonowych. Bracia Chip i Dale, rezydenci Akcentu Zoo, zakończyli właśnie zimowy „tryb samolotowy” i wrócili do świata, w którym – jak się okazuje – nic nie smakuje tak dobrze jak poranna… pobudka przeciągnięta do południa.

Choć formalnie już się obudzili, to nadal operują w trybie „jeszcze pięć minut”. Pierwszy spacer odhaczony, ale zamiast dynamicznego wejścia w wiosnę mamy raczej miękkie lądowanie na trawie. Niedźwiedzie rozłożyły się pod siatką i wyglądały tak, jakby testowały nową usługę: „leżenie w jakości premium, bez reklam i bez pośpiechu”.

Stali bywalcy zoo od kilku tygodni prowadzili nieoficjalny monitoring sytuacji. Były zakłady, były spekulacje, a nawet próby interpretowania ciszy jako „ciszy przed… chrapaniem”. W końcu się udało – niedźwiedzie się wybudziły.

Dla porządku dodajmy, że w ubiegłym roku Chip i Dale zakończyli sen zimowy już 26 marca. W tym sezonie postawili na wersję rozszerzoną – coś pomiędzy „jeszcze chwila” a „jeszcze jedna drzemka dla zdrowia”. W naturze potrafią spać nawet do końca kwietnia, więc i tak można mówić o pewnym kompromisie z rzeczywistością.

A co dalej? Eksperci przewidują stopniowy powrót do aktywności: najpierw przeciąganie, potem spacer, a na końcu – być może – podjęcie poważnej decyzji, czy dziś bardziej się opłaca… poleżeć z lewej czy z prawej strony wybiegu.

Na koniec krótka informacja dla mieszkańców: jeśli czujecie się dziś nieco ospali, spokojnie – to nie brak kawy. To po prostu solidarność z niedźwiedziami. W końcu skoro one dopiero się budzą, to kto powiedział, że my już musimy być w pełni gotowi do życia?

Partnerzy portalu:

Piekło zamarza! Chwalimy ekipę Tadeusza Truskolaskiego!

Piekło zamarza! Chwalimy ekipę Tadeusza Truskolaskiego!

Są takie momenty, kiedy można pochwalić władze Miasta Białystok. Nie jest tajemnicą, że do działań ekipy Tadeusza Truskolaskiego podchodzimy zazwyczaj z dystansem. Czasem neutralnie, często krytycznie. Bo zbyt wiele decyzji przez lata było fatalnych dla miasta albo zwyczajnie oderwanych od realnych problemów mieszkańców. Tym razem czas na dobre słowa. I to nie dlatego, że nagle wszystko zaczęło działać idealnie. Raczej dlatego, że – wyjątkowo – ktoś w urzędzie zrobił coś po prostu sensownego. Rozwiązano konkretny, trudny i bardzo ludzki problem.

Miasto wprowadza funkcję koronera, czyli lekarza, który w sytuacjach „pomiędzy przepisami” będzie mógł stwierdzić zgon i wystawić kartę zgonu. W teorii temat wydaje się techniczny. W praktyce – dotyczy jednych z najtrudniejszych momentów w życiu. Do tego powodował konkretne skutki.

Oto przykład z Białegostoku. Na przystanku autobusowym w centrum umiera mężczyzna. Na miejsce przyjeżdżają kryminalni. Szybko stwierdzają, że nic na to nie wskazuje, by doszło do zabójstwa. Ich czynności się kończą w tym momencie, a ciało należy zabrać do prosektorium. Problem w tym, że nie można go ruszyć dopóki lekarz nie stwierdzi zgonu. Tylko skąd wziąć lekarza? Karetka pogotowia przyjeżdża do żywych.

Co mówią na to przepisy? Zgon musi stwierdzić lekarz leczący w ostatniej chorobie (czyli w szpitalu), lekarz zespołu ratownictwa medycznego (w przypadku zgonu podczas akcji medycznej) lub lekarz podstawowej opieki zdrowotnej. W tym ostatni przypadku policja najczęściej dzwoniła do najbliższej przychodni. I czekała godzinami. Bo lekarz nie był skory porzucić czekających w kolejce. Dlatego czekali policjanci ze zwłokami na ulicy. Cała sytuacja przeciągała się w sposób, który trudno nazwać godnym.

Rozwiązanie z koronerem jest znane, ale z jakiegoś powodu (czyt. pieniądze) nie stosowane. Teoretycznie powinna wejść w życie ustawa, która rozwiązuje ten problem. W praktyce rząd musiałby albo wszystkie gminy – w tym te najbiedniejsze skłonić do kolejnych wydatków tudzież samodzielnie to finansować. A tak obecnie mamy koronera tylko tam, gdzie gmina sobie sama powoła.Takie rozwiązanie jest w Suwałkach czy Poznaniu.

Teraz w Białymstoku policjant zgłosi sprawę do Miejskiego Centrum Zarządzania Kryzysowego, a te na miejsce zgonu wyśle koronera.

Warto podkreślić – przepisy się nie zmieniają. Nadal w pierwszej kolejności robią to lekarze prowadzący, ratownicy czy lekarze POZ. Koroner wchodzi tam, gdzie system do tej pory miał lukę. I właśnie tę lukę w końcu ktoś zauważył. Czy to rewolucja? Nie. Czy to coś, co powinno działać od lat? Zdecydowanie tak.

I tu dochodzimy do sedna. Szkoda, że tak późno. Bo problem nie pojawił się wczoraj. On istniał od dawna i przez lata był zamiatany pod dywan, choć dotykał ludzi w najbardziej wrażliwych momentach. Ale mimo wszystko – lepiej późno niż wcale. Miasto podpisało umowę z firmą medyczną, która będzie pełnić funkcję koronera do końca 2026 roku. Koszt jednej interwencji to 700 zł, a na cały program przeznaczono 7 700 zł. Niewielkie pieniądze, jak na zmianę, która realnie poprawia działanie służb i – co ważniejsze – sytuację mieszkańców.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Niesamowite widoki. Zobacz podlaskie rozlewiska.

Jeszcze przez chwilę Podlaskie wygląda tak, jakby ktoś rozlał po nim spokojne morze. Ale to już ostatnie dni tego spektaklu. Rozlewiska w dolinie Biebrzy zaczynają powoli znikać. Woda, która jeszcze niedawno wdzierała się między łąki, drogi i zagajniki, ustępuje miejsca zieleni. Przyroda wraca do swojego letniego rytmu, a ten wyjątkowy moment – kiedy rzeka pokazuje swoją dziką, nieokiełznaną stronę – powoli dobiega końca.

To właśnie teraz jest ostatnia szansa, by zobaczyć Podlasie w tej najbardziej surowej i jednocześnie hipnotyzującej odsłonie. Najlepsze miejsca? Klasyka, ale nie bez powodu. Okolice Góry Strękowej to jeden z tych punktów, gdzie widać skalę zjawiska. Woda rozlewa się tu szeroko, tworząc krajobraz bardziej przypominający deltę wielkiej rzeki niż północno-wschodnią Polskę. Cisza, przestrzeń i ten specyficzny klimat, którego nie da się podrobić.

Wizna – miejsce historyczne, ale wiosną nabiera zupełnie innego charakteru. Drogi prowadzące przez rozlewiska, odbicia nieba w wodzie, pojedyncze drzewa wystające z tafli jak wyspy. To jeden z tych widoków, które zostają w głowie na długo.

I wreszcie Biebrzański Park Narodowy – serce tego wszystkiego. Tu rozlewiska są najbardziej rozległe, najbardziej dzikie i najbardziej „prawdziwe”. To nie jest park, który się ogląda. To przestrzeń, którą się chłonie – powoli, bez pośpiechu.

Jeśli ktoś odkładał ten wyjazd „na później”, to właśnie to „później” jest teraz. Za chwilę poziom wody spadnie, krajobraz się zmieni, a to co dziś wygląda jak naturalny spektakl na ogromną skalę, stanie się po prostu zieloną doliną. Podlaskie co roku daje kilka takich momentów, kiedy pokazuje swoją prawdziwą siłę i piękno. Rozlewiska są jednym z nich – i właśnie się kończą.

Partnerzy portalu:

Ktoś tu chyba oszalał. Wydają miliony na zalew, gdy wysychają rzeki.
Budowa zalewu podczas zimy | fot. Urząd Gminy Orla

Ktoś tu chyba oszalał. Wydają miliony na zalew, gdy wysychają rzeki.

W Orli trwa budowa zbiorników wodnych w dolinie Orlanki. Inwestycja przedstawiana jest jako retencyjna, potrzebna mieszkańcom i ważna dla rozwoju gminy. W wypowiedziach władz pojawia się wątek „atrakcyjności”, przyciągania ludzi, ożywienia miejsca. W dokumentacji – pełen katalog infrastruktury: pomosty, wieża widokowa, tężnia, ścieżki, oświetlenie, place zabaw, parkingi, rowery wodne, a nawet fontanna z podświetleniem LED.

Problem polega na tym, że wszystko to ma bardzo niewiele wspólnego z realnymi potrzebami tego miejsca.

Dziś nie żyjemy w czasach nadmiaru. W Polsce – także w Podlaskiem – mamy do czynienia z suszą hydrologiczną i spadkiem poziomu wód gruntowych. Rzeki latem osiągają stany, które jeszcze kilkanaście lat temu były sytuacją wyjątkową. W takiej rzeczywistości kluczowe staje się jedno pytanie: czy budowanie zalewów jest odpowiedzią na problem braku wody?

Wbrew intuicji – nie.

Zbiornik retencyjny w formie zalewu zatrzymuje wodę w jednym miejscu, ale jednocześnie zaburza naturalne funkcjonowanie rzeki i jej doliny. Woda zamiast powoli rozlewać się w krajobrazie i zasilać gleby oraz wody gruntowe, zostaje zamknięta w sztucznym akwenie. Tam szybciej się nagrzewa, intensywnie paruje i traci swoje właściwości. To nie jest retencja rozproszona, która stabilizuje system wodny. To punktowe magazynowanie, które w dłuższej perspektywie dokłada problemów.

Jeszcze większe wątpliwości budzi argument o ochronie przeciwpowodziowej. W sytuacji, gdy dominującym zjawiskiem jest niedobór wody, odwoływanie się do powodzi jako głównego uzasadnienia dla takich inwestycji brzmi jak kuriozum. Polska przez dekady prowadziła politykę szybkiego odprowadzania wody – prostowania rzek, melioracji, osuszania terenów. Dziś płacimy za to cenę. Tym bardziej zaskakuje, że odpowiedzią nadal są rozwiązania oparte na tej samej PRL-owskiej logice.

Jeśli przyjrzeć się bliżej inwestycji w Orli, trudno oprzeć się wrażeniu, że jej rzeczywistym celem nie jest retencja, lecz stworzenie miejsca rekreacyjnego. I nie ma w tym nic złego – pod warunkiem, że zostanie to jasno nazwane. Problem zaczyna się wtedy, gdy projekty o charakterze turystycznym uzasadnia się troską o wodę i środowisko.

Bo dobra inwestycja wodna wygląda inaczej.

Zamiast budowy zalewów, które zmieniają naturalny charakter rzek, coraz częściej wskazuje się na potrzebę działań bliższych naturze. Chodzi o spowalnianie przepływu wody w samym korycie rzeki, przywracanie jej naturalnych meandrów, odbudowę terenów zalewowych, odtwarzanie mokradeł i ograniczanie melioracji odwadniającej. To właśnie takie rozwiązania pozwalają zatrzymać wodę w krajobrazie na dłużej, poprawiając warunki dla rolnictwa, przyrody i mieszkańców.

Nie są spektakularne. Nie generują efektownych wizualizacji ani miejsc na weekendowy wypoczynek. Ale działają.

Wydanie kilkunastu milionów złotych na inwestycję, której głównym efektem będzie „atrakcyjność”, a nie realna poprawa sytuacji wodnej, to decyzja, która powinna być przedmiotem poważnej dyskusji. Zwłaszcza w regionie, który w dużej mierze opiera swoją tożsamość na przyrodzie.

Zalew w Orli może stać się miejscem spacerów i spotkań. Może przyciągnąć ludzi na chwilę. Ale nie zmieni faktu, że największym wyzwaniem nadchodzących lat nie będzie brak miejsc do wypoczynku nad wodą. Tylko brak samej wody.

Partnerzy portalu:

Wielcy bohaterowie Podlasia. Bartoszko, Białowarczukowie, Smółkowie ratowali Żydów podczas wojny.

Wielcy bohaterowie Podlasia. Bartoszko, Białowarczukowie, Smółkowie ratowali Żydów podczas wojny.

Narodowy Dzień Pamięci Polaków ratujących Żydów przypadający na 24 marca nie jest datą „od święta”. To moment, który zmusza do zatrzymania się i spojrzenia wstecz – nie tylko na skalę zbrodni, ale też na pojedyncze decyzje ludzi, którzy w tamtym czasie potrafili zrobić coś, co dziś wydaje się niewyobrażalne.

Jedną z takich postaci jest Józef Bartoszko – człowiek, który w samym środku piekła zdecydował się działać.

27 czerwca 1941 roku to jedna z najczarniejszych dat w historii Białegostoku. Niemcy rozpoczęli wtedy brutalną akcję eksterminacyjną, której symbolem stało się spalenie Wielkiej Synagogi. Do środka spędzono około 700 osób. Drzwi zamknięto. Budynek podpalono. W tym samym czasie w mieście trwała rzeź. Płonęły domy, a ludzie byli zabijani na ulicach tylko dlatego, że byli Żydami. Ogień objął dzielnicę Schulhof, okolice Rynku Kościuszki, Suraskiej, Rynku Siennego, Legionowej i Akademickiej. Tego dnia zginęło ponad 2000 osób. W kolejnych dniach liczba ofiar wzrosła do prawie 8000. Dwa tygodnie później powstało getto.

W samym środku tej tragedii był człowiek, który zrobił coś, co zmieniło los kilkudziesięciu osób. Józef Bartoszko, dozorca, wykorzystał chwilę nieuwagi Niemców i otworzył boczne drzwi płonącej synagogi. W przedsionku znajdowali się ludzie, którzy nie mieli już żadnej drogi ucieczki. Dzięki tej decyzji 29 osób wydostało się na zewnątrz. W ostatniej chwili. Pod ostrzałem. To nie był gest. To była decyzja podjęta w sytuacji, w której każda pomoc oznaczała ryzyko natychmiastowej śmierci.

Przez dziesięciolecia ta historia pozostawała niemal zapomniana. Dopiero po 84 latach miasto upamiętniło bohatera. W pobliżu miejsca dawnej synagogi powstał skwer imienia Józefa Bartoszki. Podczas jego otwarcia obecna była wnuczka bohatera, Marta – symboliczny most między historią a teraźniejszością. Ale Bartoszko nie był wyjątkiem.

W Tykocinie mieszkańcy również ryzykowali wszystko, by ratować innych. Wacław i Lucyna Białowarczukowie ukrywali trzyletnią Marysię. Jan i Władysława Smółkowie ocalili dwóch chłopców – Menachema i Mojżesza Turków. Za swoje czyny zostali uhonorowani przez Instytut Yad Vashem tytułem Sprawiedliwych wśród Narodów Świata.

W Tykocinie Muzeum przygotowuje nową, stałą ekspozycję, która ma opowiedzieć te historie w sposób pełny i uporządkowany. To potrzebne, bo pamięć bez konkretu szybko zamienia się w ogólnik. Narodowy Dzień Pamięci Polaków ratujących Żydów nie jest tylko o przeszłości. Jest o tym, co robimy z tą wiedzą dzisiaj. Czy traktujemy ją jak kolejną datę w kalendarzu, czy jak zobowiązanie. Bo historia Józefa Bartoszki nie jest historią o bohaterstwie „z podręcznika”. Jest historią o człowieku, który w najgorszym możliwym momencie zrobił to, co uważał za słuszne.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Klimatyczna wyprawa z fotografem do Białowieży. Cuda natury!

Większość osób jadąc do Białowieży kończy i zaczyna spacer w okolicach parkingu przy Parku Pałacowym, przy rezerwacie żubrów czy gdzieś w samej miejscowości. A wystarczy wejść trochę dalej w las – nie kilometr, nie dwa – żeby zobaczyć zupełnie inny świat. Taki, w którym zwierzęta nie są „atrakcją”, tylko po prostu są u siebie. Puszcza Białowieska w głębi jest gęstsza, ciemniejsza i cichsza. I właśnie tam zaczyna się to, co robi największe wrażenie. Nie trzeba być znawcą przyrody ani mieć szczęścia życia. Wystarczy iść spokojnie i patrzeć. Bladym świtem.

Najłatwiej zauważyć ptaki, bo są praktycznie wszędzie. Dzięcioł – ten, którego każdy zna z obrazków – tutaj nie jest rzadkością. Słychać go częściej niż widać. Wystarczy się zatrzymać i po chwili wiadomo, skąd dochodzi charakterystyczne stukanie. Sikorki, które w mieście traktujemy jak coś oczywistego, w puszczy zachowują się inaczej – są spokojniejsze, mniej płochliwe. Sójka z kolei jest jak strażnik lasu. Głośna, czujna, często pierwsza daje sygnał, że coś się dzieje. Nawet zwykły kos, który w mieście ginie w tle, tutaj brzmi zupełnie inaczej – jego śpiew niesie się daleko i naprawdę robi klimat.

Dalej zaczyna się poziom wyżej, czyli większe zwierzęta. Tu już nie zawsze coś zobaczysz, ale bardzo często zobaczysz ślady. Rozkopana ziemia to niemal pewny znak obecności dzików. I to świeży. Czasem wystarczy chwila ciszy i słychać, jak gdzieś pracują ryjem w ziemi. Sarny pojawiają się nagle – potrafią podejść zaskakująco blisko, a potem znikają w sekundę. Jelenie są bardziej ostrożne, ale ich obecność czuć – ślady, odgłosy, czasem sylwetka między drzewami.

No i żubr. Nie każdy go spotka, ale to nie znaczy, że go tam nie ma. To zwierzę, które zmienia sposób patrzenia na ten las. Nawet jeśli go nie zobaczysz, świadomość, że możesz na niego trafić, sprawia, że idziesz inaczej – uważniej.

Z perspektywy fotografa najciekawsze nie są wcale same zwierzęta, tylko warunki. Światło w puszczy robi robotę. Przebija się przez stare drzewa, tworzy kontrasty, wydobywa szczegóły. Nawet zwykła ścieżka czy kawałek kory wygląda jak gotowy kadr. Dlatego takie wyprawy to nie tylko „polowanie” na zwierzęta, ale też obserwowanie miejsca.

Najważniejsze jest to, że nie trzeba szukać rzadkich gatunków, żeby poczuć, czym jest Puszcza Białowieska. Wystarczy zobaczyć znane rzeczy – dzięcioła, sarnę, dzika czy nawet sikorkę – ale w ich naturalnym środowisku. Bez hałasu, bez ludzi, bez pośpiechu. I wtedy dopiero widać, jak bardzo różni się las „turystyczny” od prawdziwego.

Partnerzy portalu:

Majówka 2026 – Piękne widoki na zachód od stolicy Podlaskiego.

Sezon turystyczny w Podlaskiem rozpoczyna się na dobre

Wraz z pierwszymi naprawdę ciepłymi dniami Podlaskie budzi się do życia. To moment, na który co roku czekają zarówno mieszkańcy, jak i przedsiębiorcy z branży turystycznej. Sezon zaczyna się na dobre – a region, który jeszcze niedawno kojarzony był głównie z ciszą i spokojem poza głównym nurtem, dziś coraz śmielej przyciąga turystów z całej Polski. Widać to szczególnie w weekendy w czterech miejscach, które od lat stanowią turystyczny rdzeń województwa: Augustowie, Białowieży, Tykocinie i Supraślu. Każde z nich oferuje zupełnie inne doświadczenia, ale łączy je jedno – autentyczność, której coraz trudniej szukać w popularnych, przeładowanych kierunkach.

Augustów tradycyjnie przyciąga wodą. Kanał Augustowski, jeziora i rozwinięta infrastruktura sprawiają, że to jedno z najlepszych miejsc w Polsce na aktywny wypoczynek. Kajaki, rowery wodne, rejsy statkami – sezon tutaj rusza dynamicznie, a w letnie weekendy trudno znaleźć wolne miejsca noclegowe.

Z kolei Białowieża to zupełnie inny rytm. Tu nie chodzi o tempo, tylko o doświadczenie. Puszcza Białowieska, jeden z ostatnich pierwotnych lasów Europy, przyciąga ludzi szukających kontaktu z naturą. Spacer ścieżkami, spotkanie z żubrem, cisza, której nie da się „wyprodukować” – to wartości, które dziś stają się luksusem.

Tykocin to podróż w czasie. Niewielkie miasteczko, które zachowało swój historyczny układ, przyciąga turystów klimatem dawnej Rzeczypospolitej. Rynek, synagoga, zamek – wszystko to tworzy spójną, autentyczną przestrzeń, której nie da się podrobić. To miejsce, gdzie zamiast atrakcji „na siłę” dostajemy historię opowiedzianą bez pośpiechu.

Supraśl natomiast łączy naturę z kulturą. Bliskość Białegostoku sprawia, że to popularny kierunek na krótsze wypady, ale jednocześnie miejsce ma swój unikalny charakter. Monaster, Muzeum Ikon, uzdrowiskowy klimat i lasy Puszczy Knyszyńskiej tworzą przestrzeń idealną zarówno do wypoczynku, jak i refleksji.

Co ważne, sezon w Podlaskiem nie zaczyna się jednym wydarzeniem – on po prostu stopniowo narasta. Coraz więcej turystów, coraz więcej otwartych lokali, coraz więcej życia w miejscach, które zimą potrafią być niemal uśpione. Widać to na ulicach, w restauracjach, na szlakach. Podlaskie nie konkuruje z największymi kurortami. I właśnie w tym tkwi jego siła. Tu nie chodzi o tłum i hałas, tylko o przestrzeń, naturę i prawdziwe doświadczenia. Dlatego co roku coraz więcej osób zamiast zatłoczonych plaż wybiera północno-wschodnią Polskę.

Partnerzy portalu:

Czy Białystok to dobre miasto do życia? Są gorsi od nas.

Czy Białystok to dobre miasto do życia? Są gorsi od nas.

Kolejny ranking jakości życia w polskich miastach stawia Białystok na 11 miejscu. Biorąc pod uwagę, że badano 16 stolic województw, oznacza to jedno. Są gorsze miasta do życia niż Białystok. Czy zatem jest się z czego cieszyć? Takie zestawienia powinno prowokować do refleksji.

W dyskusjach o Białymstoku coraz częściej nie chodzi już o rozwój, tylko o usprawiedliwianie bylejakości. Każda krytyka spotyka się z tym samym zestawem argumentów, że to „hejterzy”.

Bo przecież – słyszymy – mamy czyste powietrze. Mamy spokój. Nie mamy korków. Blisko do natury. I jeszcze bezpiecznie. Tylko że to wszystko brzmi trochę jak lista argumentów, dlaczego dobrze jest mieszkać… wszędzie, byle nie tam, gdzie jest praca i pieniądze. Trudno uznać za sukces fakt, że miasto jest wygodne do życia pod warunkiem, że nie musisz pracować i zarabiać. Kto zatem korzysta z takiej sytuacji? Emeryci. Pomijamy już ludzi z wieloma milionami na koncie. Jest ich w mieście tak niewielu, że każdy dokładnie wie kto to jest. Czy miasto ma z tego pożytek, że tu są? Czasami można odnieść wrażenie, że wręcz odwrotnie.

A jak zestawić „brak korków” z tym, że Białystok ma najwyższe bezrobocie wśród miast wojewódzkich? Może po prostu ludzie nie stoją w korkach, bo nie mają gdzie jechać do pracy? Jak zestawić „spokojne tempo życia” z pensją, która pozwala kupić mniej niż metr mieszkania miesięcznie? To nie jest wybór stylu życia.

Jeszcze gorzej brzmi argument o „idealnym miejscu do pracy zdalnej”. Czyli sukcesem miasta ma być to, że można w nim mieszkać, pracując dla kogoś zupełnie gdzie indziej. To już nie jest nawet rozwój – to przyznanie, że lokalna gospodarka nie jest w stanie utrzymać własnych mieszkańców na odpowiednim poziomie. Pomijamy już fakt, że praca zdalna zwyczajnie umiera.

I tak dochodzimy do momentu, w którym 11. miejsce zaczyna wyglądać nie jak powód do zadowolenia, tylko jak sygnał ostrzegawczy. Bo jeśli największym atutem miasta są rzeczy, które nie wymagają żadnej polityki rozwojowej – jak powietrze, brak korków czy cisza – to znaczy, że w tych obszarach, które tej polityki wymagają, po prostu niewiele się dzieje.

Partnerzy portalu:

Patologiczny model rozwoju Białegostoku. Kto zabija nasze miasto?

Patologiczny model rozwoju Białegostoku. Kto zabija nasze miasto?

Coraz częściej czytam w socmediach komentarze tytułujące mnie hejterem i malkontentem. Ilekroć narzekam na kolejny spalony w Białymstoku drewniany dom, na kolejne bloczysko, odpowiedzi są podobne: A co, lepiej, żeby rudera stała i gniła? Lepiej, żeby dalej pusta działka w mieście była? Lepiej, żeby gołębie srały? No to się spalił, i co, teraz ma stać puste?

Wszystkie te komentarze mają jedno wspólne: mierzą w dół – i to jest atytuda mi zupełnie obca.

Kiedy patrzę na zaniedbany przedwojenny dom, to moja wyobraźnia podpowiada mi remont, nową szalówkę, okna, dachówki. Patrząc na pustą działkę, myślę o możliwie estetycznej jej zabudowie. Widząc kolejne pogorzelisko, marzę o skazaniu podpalacza, i nakazie odbudowy tego, co spalił.

Z biegiem lat dotarło nawet do mnie, że na śledztwo w sprawie podpalenia i skuteczną egzekucję prawa przez konserwatora zabytków nie ma co w tym mieście liczyć. Ale mogę chyba wymagać elementarnej racjonalności w planowaniu przestrzennym?

Każdy skrawek ziemi przeznaczany jest pod intensywną zabudowę mieszkaniową. Nawet te niewielkie przestrzenie, które do niedawna zarezerwowane były do poprawy sytuacji ekonomicznej miasta, w miejscowych planach znalazły się pod złowieszczym symbolem MW. Przykładem jest działka vis-à-vis dworca PKS. Przez lata była (słusznie) przeznaczona pod powierzchnie biurowe, do chwili, aż deweloper zaostrzył sobie na nią apetyt. I będzie blok. Powstanie blok – będę narzekał. Będę narzekał, to mi odpowiedzą: A co, lepiej jak klepisko było?

Tymczasem w Białymstoku już naprawdę nie ma gdzie wykonywać działalności gospodarczej. Wszędzie widzimy szyldy reklamujące biura rachunkowe, usługi geodezyjne, IT i wiele innych stricte biurowych działalności na poddaszach domów, lokalach sklepowych, klatkach schodowych. Mikroskopijna podaż lokali biurowych wręcz poraża. Za niską podażą idą oczywiście horrendalne ceny, co skutecznie powstrzymuje przedsiębiorstwa od rozwoju. Kiedy prowadzisz małą firmę i osiągasz pułap, na którym należałoby przekształcić biznes w spółkę kapitałową i zatrudnić kilka-kilkanaście osób, zwyczajnie pójść do przodu – nie ma dokąd iść.

Identycznie sytuacja ma się w sektorze innych usług. Przykładem niech będą warsztaty samochodowe. Mamy ich mnóstwo i przed każdym samochodami zastawione są trawniki, chodniki i wszelkie inne przestrzenie. Masz opłacalny warsztat, mnóstwo zleceń – rozwijasz się, inwestujesz w pół hektara ziemi, stawiasz sobie tam halę, czy inny hangar, zatrudniasz pracowników i ogarniasz zlecenia szybko i skutecznie. Pod warunkiem, że masz gdzie to zrobić. Tymczasem te tereny, które objęte są planami miejscowymi, nakazują budowę bloków, a nie warsztatów. Natomiast tereny, które nie są planami objęte, są absurdalnie drogie. Dlaczego? –Bo brak planu nie wyklucza budowy bloków i dlatego jest łakomym kąskiem dla każdego dysponującego setkami milionów dewelopera. Niejeden mądrala teraz mi odpowie, że to oczywiste, że w centrum miasta nie powstają warsztaty samochodowe. Wnioskuję, że ich miejsce jest na peryferiach. A co mamy na peryferiach, Dojlidach, Skorupach, Pieczurkach, Bacieczkach? –Bloki. Bloki, to znaczy: deweloperów, z którymi trzeba o każdy metr konkurować.

Wracając do centrum, nie zgodzę się też, że jest to przestrzeń do spania w blokach. Centra tych miast, które odnoszą sukces, żyją. W nich się pracuje. Rozejrzyjcie się, gdzie tylko chcecie. Wszystko, co słusznie zwie się metropolią, do swojego centrum wabi przedsiębiorstwa ofertą przestrzeni biurowej lub hybrydowej. Białystok natomiast stał się sypialnią, czy to w centrum, czy na peryferiach. Spaniem się nie dorobimy.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Szeptuchy wzbudzają duże emocje. Kim są kobiety, które uzdrawiają szeptem?

Na Podlasiu są miejsca, gdzie czas płynie inaczej. To właśnie tutaj – w cieniu drewnianych cerkwi, między polami i lasami – od pokoleń działają szeptuchy. Kobiety, które leczą nie dotykiem, lecz słowem. Szeptem.

Ich temat wraca co jakiś czas, najczęściej przy okazji kolejnych filmów w mediach społecznościowych. Na przykład za sprawą filmu dokumentalnego „Szepciarze” autorstwa Alexandry Golus. Tym razem widzimy próbę uchwycenia świata, który nie istnieje w oficjalnych rejestrach, ale trwa – w pamięci ludzi, w opowieściach, w doświadczeniu tych, którzy przyjechali „z ciekawości”, a wyjechali z poczuciem, że coś się wydarzyło.

Szeptucha nie jest lekarzem, choć wielu trafia do niej wtedy, gdy medycyna rozkłada ręce. Nie jest też kapłanem, choć jej praktyki często opierają się na modlitwach – najczęściej prawosławnych, czasem przesiąkniętych dawnymi, przedchrześcijańskimi formułami. To osobliwa mieszanka: wiary, intuicji i tradycji przekazywanej nie w książkach, ale ustnie – z pokolenia na pokolenie.

Rytuał bywa prosty. Czasem to tylko kilka słów wypowiedzianych półgłosem, znak krzyża, zapalona świeca. Innym razem dochodzą zioła, woda, gesty, które dla postronnego obserwatora wydają się niezrozumiałe. Ale sedno zawsze pozostaje to samo: słowo. Szept, który ma „odwiązać” chorobę, „odczynić” urok, przywrócić równowagę. Dla jednych to ludowa magia, dla innych – herezja. A jednak w praktyce granice są płynne. W wielu domach obok ikon stoją święcone zioła, a modlitwa przeplata się z dawnym zaklęciem. Podlasie nie lubi prostych definicji.

Największy problem? Ta tradycja powoli znika. Szeptuchy starzeją się, a młodych następców brakuje. To wiedza wymagająca nie tylko nauki, ale i pewnego „powołania”, którego nie da się przekazać na kursie czy w internecie. Dlatego dziś to już nie tylko element folkloru, ale żywe dziedzictwo na granicy zaniku. I może właśnie dlatego temat wraca. Bo w świecie pełnym technologii, algorytmów i szybkich odpowiedzi, coraz więcej osób szuka czegoś, co wymyka się logice. Nie po to, by odrzucać naukę, ale by dotknąć czegoś starszego. Czegoś, co – jak Podlasie – nie daje się do końca zrozumieć, ale zostaje w człowieku na długo.

Partnerzy portalu:

Kładka Waniewo–Śliwno znów otwarta. Stan Narwi – tragiczny.
fot. Narwiański Park Narodowy

Kładka Waniewo–Śliwno znów otwarta. Stan Narwi – tragiczny.

Kładka Waniewo–Śliwno znów otwarta. Jedno z najbardziej charakterystycznych miejsc Narwiańskiego Parku Narodowego wraca do życia po zimowej przerwie i – przynajmniej na chwilę – znów daje możliwość przejścia przez rozlewiska Narwi suchą stopą. Po kilku miesiącach przerwy turyści mogą ponownie korzystać z tej unikalnej trasy. Drewniane pomosty, pływające platformy i szerokie, wiosenne rozlewiska tworzą krajobraz, którego nie ma nigdzie indziej w Polsce. To właśnie teraz, na przełomie zimy i wiosny, Narew pokazuje swoje najbardziej naturalne oblicze – rozlana, spokojna, pełna ptactwa i życia.

To dobra wiadomość, ale jednocześnie moment, w którym warto powiedzieć coś wprost: jeśli ktoś chce zobaczyć kładkę w pełnej krasie, powinien się pospieszyć.

Bo wszystko wskazuje na to, że za chwilę wody… może po prostu zabraknąć. To nie jest jednorazowy problem. To powtarzający się co roku schemat. Woda opada, rozlewiska znikają, a kładka – zamiast prowadzić przez rzekę – zaczyna prowadzić przez suchą, zarośniętą dolinę. Wtedy nie jest dostępna, bo platformy nie mają na czym pływać. I tu zaczyna się temat, którego od lat nikt nie chce podjąć na serio.

Narew nie wysycha przypadkiem. To efekt wieloletnich zaniedbań i decyzji hydrotechnicznych, które zmieniły jej naturalny charakter. Kluczowym problemem pozostaje zbiornik Siemianówka – konstrukcja, która zaburzyła naturalny rytm rzeki i w praktyce doprowadziła do jej stopniowej degradacji. Zamiast naturalnych wylewów mamy regulowany, często zbyt niski przepływ. Zamiast rozlewisk – coraz częściej suche tereny. Z roku na rok ten proces postępuje. Dlatego trzeba mówić nie o problemach z kładką, tylko o problemie z samą Narwią.

W tym kontekście trudno nie zadać pytania o rolę Narwiańskiego Parku Narodowego. To instytucja, która powinna być pierwszym i najgłośniejszym głosem w obronie rzeki. Tymczasem sprawia wrażenie, jakby jej odpowiedzialność kończyła się na granicach administracyjnych parku. To krótkowzroczne podejście. Rzeka nie kończy się na tablicy z napisem „park narodowy”. Jeśli Narew traci wodę powyżej i poniżej parku, to traci ją również w jego granicach. Jeśli proces degradacji będzie postępował, to w pewnym momencie nie będzie już czego chronić. Park bez rzeki stanie się parkiem bez sensu.

Dlatego potrzebne są działania, a nie tylko zarządzanie istniejącym stanem. Nagłaśnianie problemu, presja na decydentów, realne działania hydrotechniczne – od zwiększenia retencji, przez piętrzenie wody, po odważne decyzje dotyczące przyszłości Siemianówki. Dziś jeszcze można przejść kładką i zobaczyć Narwę taką, jaką powinna być. Pytanie tylko, jak długo jeszcze.

Partnerzy portalu:

Często wyśmiewane, teraz mogą być niezastąpione. Autobusy elektryczne w miastach.

Często wyśmiewane, teraz mogą być niezastąpione. Autobusy elektryczne w miastach.

Mimo, że Iran jest tysiące kilometrów od Podlaskiego, to gospodarka naszego regionu jest podłączona do globalnego systemu. Jednym z najważniejszych punktów na mapie tego systemu jest Cieśnina Ormuz – wąskie przejście między Zatoką Perską a Oceanem Indyjskim, przez które przepływa ogromna część światowych dostaw ropy. Gdy pojawiła się tam wojna, natychmiast ceny za paliwo podskoczyły w górę i pojawiły się obawy o zakłócenia transportu surowca. Ta wojna jest problemem dla gospodarek uzależnionych od ropy. Jak na dłoni wychodzi, że Podlaskie jest w tym gronie.

Wystarczy zagrożenie dla jednego szlaku morskiego, aby cały świat zaczął zastanawiać się nad dostępnością benzyny czy oleju napędowego. Jeszcze kilka lat temu auta elektryczne były często wyśmiewane jako ciekawostka dla entuzjastów nowych technologii. Tymczasem pojazd elektryczny nie potrzebuje ropy transportowanej przez tankowce z drugiego końca świata. Wystarczy energia elektryczna, którą można wytwarzać lokalnie – z różnych źródeł, od elektrowni konwencjonalnych po odnawialne.

Szczególnie ciekawie wygląda to w przypadku transportu publicznego. Autobusy elektryczne, które jeszcze niedawno wydawały się kosztownym eksperymentem, mogą być postrzegane jako inwestycja w niezależność energetyczną miast. Samorządy, które rozwijają flotę takich pojazdów, w mniejszym stopniu uzależniają codzienne funkcjonowanie komunikacji miejskiej od cen ropy i sytuacji geopolitycznej na świecie.

Jak widać zalety elektrycznych autobusów to nie tylko brak spalin czy cisza. W czasach niepewności na globalnych rynkach energii okazuje się, że mogą one pełnić jeszcze jedną rolę – stabilizować funkcjonowanie transportu publicznego niezależnie od tego, co dzieje się na świecie handlu, do którego jesteśmy podłączeni. Dlatego też elektryczne autobusy i samochody mogą mieć przed sobą znacznie większą przyszłość, niż wielu jeszcze niedawno przypuszczało.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Podlaskie potrzebuje nowego szlaku rowerowego. Green Velo to za mało.

Za rok minie dziesięć lat od momentu uruchomienia szlaku Green Velo. Przez ten czas stał się on jedną z najbardziej rozpoznawalnych tras rowerowych w Polsce i przyciągnął do wschodnich regionów mnóstwo turystów. Wystarczy w letni weekend pojawić się na dowolnym odcinku w Podlaskiem, aby zobaczyć rowerzystów z całej Polski, obładowanych sakwami a coraz częściej. To dowód, że turystyka rowerowa ma ogromny potencjał i że ludzie chcą poznawać region właśnie w ten sposób – spokojnie, z bliska i w rytmie pedałowania.

Paradoks polega jednak na tym, że sam szlak Green Velo w wielu miejscach pozostawia sporo do życzenia. Część odcinków jest dobrze przygotowana, ale są też takie, które obok ruchliwej drogi, gdzie trudno mówić o komforcie. W wielu miejscach infrastruktura jest skromna, a baza noclegowa w mniejszych miejscowościach wciąż nie nadąża za rosnącym zainteresowaniem rowerzystów. Turystów jest dużo – ale potencjał regionu jest znacznie większy niż to, co dziś oferuje główny szlak.

Dlatego coraz częściej pojawia się pytanie: czy Podlaskie nie powinno stworzyć nowej, alternatywnej trasy rowerowej, która wykorzysta najciekawsze miejsca regionu i jednocześnie zachęci do powrotu tych, którzy przejechali już Green Velo, a także tych, którzy chcieliby zaliczyć i jedno i drugie?

Propozycja nowego szlaku przez serce Podlasia

Naturalnym pomysłem byłoby poprowadzenie nowego szlaku z północy regionu przez najbardziej charakterystyczne miejsca Podlasia aż nad Bug. Trasa mogłaby zaczynać się w Rygolu, gdzie łączyłaby się z Green Velo, na skraju Puszczy Augustowskiej – jednego z największych kompleksów leśnych w Polsce. To miejsce idealne na początek wyprawy: dzika przyroda, jeziora, kanał Augustowski i ogromna sieć leśnych dróg.

Dalej szlak mógłby prowadzić przez Lipsk i Nowy Dwór w kierunku Kuźnicy i Krynek. Ten fragment Podlasia ma niezwykły, pograniczny charakter – cichy, spokojny i wciąż mało odkryty przez turystów. W Krynkach warto zatrzymać się choćby przy słynnym okrągłym rynku, który należy do najbardziej charakterystycznych układów urbanistycznych w regionie.

Kolejny odcinek prowadziłby przez Kruszyniany – jedną z najbardziej znanych wsi tatarskich w Polsce. Drewniany meczet i mizar przyciągają turystów z całego kraju, a lokalna kuchnia tatarska od lat jest jedną z wizytówek Podlasia.

Stamtąd trasa mogłaby biec przez Gródek i Michałowo w kierunku Zabłudowa, a następnie przez Krainę Otwartych Okiennic – czyli wyjątkowy fragment Podlasia z drewnianą architekturą i kolorowymi zdobieniami domów w miejscowościach takich jak Trześcianka, Soce czy Puchły. To jeden z najbardziej malowniczych obszarów regionu i miejsce, które doskonale nadaje się do spokojnej turystyki rowerowej.

Dalszy odcinek mógłby prowadzić przez Strablę i Pietkowo do Brańska – jednego z najstarszych miast Podlasia (1493 rok). Następnie przez Ciechanowiec, gdzie znajduje się słynne Muzeum Rolnictwa, a dalej przez Granne w kierunku doliny Bugu.

Ostatni fragment trasy mógłby biec właśnie wzdłuż tej rzeki aż do przeprawy promowej w Mielniku. To jedno z najbardziej malowniczych miejsc nad Bugiem – z kredową górą, pięknymi widokami i spokojnym, niemal wakacyjnym klimatem.

Szansa na turystyczny kręgosłup regionu

Taki szlak miałby ogromną zaletę: prowadziłby przez miejsca autentyczne, ciekawe kulturowo i przyrodniczo, a jednocześnie w dużej części przez spokojne drogi lokalne i tereny o niewielkim ruchu samochodowym. Byłby też naturalnym impulsem do rozwoju małej infrastruktury turystycznej – noclegów, punktów gastronomicznych, wypożyczalni rowerów czy miejsc odpoczynku.

Green Velo pokazał, że rowerzyści potrafią przyjechać setki kilometrów, jeśli mają atrakcyjną trasę. Podlasie ma wszystko, by stać się jednym z najważniejszych regionów turystyki rowerowej w Polsce: przestrzeń, przyrodę, historię i niezwykłą atmosferę pogranicza.

Brakuje tylko jednego – zapału, aby stworzyć szlak, który naprawdę pokaże to, co w regionie najciekawsze.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Placki z pokrzywy to przysmak ze Starego Berezowa

Stare Berezowo w gminie Hajnówka to nie tylko wieś, to także przystanek na kulinarnej mapie Podlaskiego. To właśnie tutaj kucharz Krzysztof 'Krystofor’ Tarasiuk spotkał się z miejscowym Kołem Gospodyń Wiejskich, by wspólnie przygotować prostą, ale niezwykle ciekawą potrawę – placki z pokrzywy. Do ich przygotowania wykorzystano około 150–200 gramów młodych liści pokrzywy, sześć jajek, szczypiorek, bułkę tartą oraz sól i pieprz. Całość po wymieszaniu trafia na patelnię z rozgrzanym olejem, gdzie powstają złociste placki o zaskakująco delikatnym smaku.

Samo Stare Berezowo to niewielka wieś położona w powiecie hajnowskim, na terenie gminy Hajnówka. Miejscowość leży na skraju regionu znanego z silnych tradycji prawosławnych. We wsi znajduje się także cmentarz prawosławny założony w XX wieku, a przez miejscowość przebiega linia kolejowa z przystankiem Stare Berezowo.

Spotkanie przy kuchni pokazało jednak coś jeszcze – że w podlaskiej tradycji kulinarnej ogromną rolę odgrywa to, co daje natura. Wiosną pojawiają się młode zioła i dzikie rośliny, które dawniej były naturalnym składnikiem wielu potraw. Pokrzywa, szczaw czy różne leśne dodatki mogą stać się inspiracją do prostych, sezonowych dań. Wystarczy odrobina odwagi, by spróbować w kuchni czegoś nowego i odkryć smaki znane naszym dziadkom.

SKŁADNIKI „Placki z pokrzywy”:

  • 150 – 200 g młodych liści z pokrzywy,
  • 6 jajek,
  • szczypiorek,
  • bułka tarta,
  • sól,
  • pieprz,
  • olej do smażenia.

Partnerzy portalu:

W Puszczy Białowieskiej zatrzymują wodę. Powstają dziesiątki małych progów na leśnych rowach.
fot. Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Białymstoku

W Puszczy Białowieskiej zatrzymują wodę. Powstają dziesiątki małych progów na leśnych rowach.

W Puszczy Białowieskiej rozpoczęto działania, które mają pomóc zatrzymać wodę w lesie. Wspólna akcja Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska oraz żołnierzy Obrony Terytorialnej polega na budowie niewielkich progów na rowach odwadniających. Ich zadaniem jest spowolnienie odpływu wody i poprawa nawodnienia siedlisk przyrodniczych. Podczas jednego dnia prac udało się wykonać około 30 takich konstrukcji. To niewielkie obiekty zbudowane z materiałów dostępnych na miejscu – głównie z martwego drewna, kamieni i ziemi. Ich zasada działania jest bardzo prosta. Woda, która normalnie szybko spływałaby rowami odwadniającymi, zostaje na chwilę zatrzymana i rozlewa się w okolicznym terenie.

Problem, który narasta od lat

Zatrzymywanie wody w puszczy nie jest przypadkowym pomysłem. Spadek poziomu wód gruntowych oraz przesychanie siedlisk przyrodniczych to jedno z najpoważniejszych zagrożeń wskazywanych w dokumentach dotyczących ochrony Puszczy Białowieskiej. Problem został zidentyfikowany zarówno w planie zarządzania obiektem światowego dziedzictwa UNESCO, jak i w projekcie planu ochrony obszaru Natura 2000. Przyczyn jest kilka. Jedną z nich są zmiany klimatu i coraz częstsze okresy suszy. Drugą – historyczna sieć rowów odwadniających, które przez dziesięciolecia przecinały lasy i przyspieszały odpływ wody z terenu puszczy. W wielu miejscach woda po roztopach czy większych opadach potrafi bardzo szybko odpływać z kompleksu leśnego.

Najważniejszy moment na zatrzymanie wody przypada właśnie na koniec zimy i początek wiosny. Wtedy w lasach pojawia się woda z topniejącego śniegu i wczesnowiosennych opadów. Jeśli nie zostanie zatrzymana w terenie, bardzo szybko odpływa rowami do rzek i dalej w dół zlewni. Dlatego część działań ma charakter doraźny. Zanim ruszą większe projekty finansowane ze środków publicznych, które wymagają procedur przetargowych i przygotowania dokumentacji, można wykonać proste prace w terenie. Kilkadziesiąt niewielkich progów na rowach potrafi znacząco spowolnić odpływ wody i pozwolić jej pozostać w lesie na dłużej.

Proste rozwiązania inspirowane naturą

Budowane w puszczy konstrukcje przypominają w dużej mierze to, co w naturze robią bobry. Wykorzystuje się naturalne materiały dostępne w pobliżu – gałęzie, martwe drewno, kamienie i ziemię. Dzięki temu nie ingeruje się w krajobraz w sposób trwały, a jednocześnie osiąga się efekt hydrologiczny. Takie niewielkie progi powodują, że woda zatrzymuje się w rowie i zaczyna rozlewać w okolicznym terenie. W efekcie zwiększa się wilgotność gleby i poprawiają się warunki dla roślin oraz zwierząt związanych z wilgotnymi siedliskami.

Zatrzymywanie wody w lesie ma znaczenie nie tylko dla roślinności. Wilgotne siedliska są niezwykle ważne dla wielu gatunków zwierząt – od płazów po ptaki związane z podmokłymi terenami. Woda zatrzymana w lesie oznacza również większą odporność ekosystemu na okresy suszy. W Puszczy Białowieskiej takie działania mają szczególne znaczenie, ponieważ jest to jeden z najlepiej zachowanych kompleksów leśnych w Europie. Zachowanie naturalnych procesów hydrologicznych jest jednym z kluczowych elementów ochrony tego obszaru.

Choć pojedynczy próg na rowie może wydawać się niewielką zmianą, w skali całego kompleksu leśnego ich znaczenie rośnie. Kilkadziesiąt takich miejsc może zatrzymać znaczną ilość wody i spowolnić jej odpływ z puszczy. Prace prowadzone w ostatnich dniach pokazują, że czasem najprostsze rozwiązania mogą przynieść szybkie efekty. Zwłaszcza wtedy, gdy chodzi o coś tak podstawowego jak woda – jeden z najważniejszych elementów funkcjonowania leśnych ekosystemów.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Nowa wizja dla Siemianówki. Zamiast brudu i zakwitów, coś co uratuje Narew.

Zalew Siemianówka od lat wzbudza emocje. Dla jednych jest miejscem wypoczynku, łowiskiem ryb i ogromnym akwenem wodnym na skraju Puszczy Białowieskiej. Dla innych – przykładem zbiornika, który nadaje się tylko do likwidacji. Zielona woda, zakwity glonów i ogromne płytkie strefy przy brzegach pojawiają się tu niemal co roku. Bez dwóch zdań zbiornik jest „wadliwy”.  Natomiast zamiast likwidacji oraz zostawienia tego w obecnej formie, jest jeszcze trzecia droga. Bowiem Siemianówka znajduje się w naturalnym procesie, który można wykorzystać, zamiast z nim walczyć.

Płytkie zbiorniki wodne na całym świecie przechodzą z czasem bardzo podobną drogę. Najpierw są otwartym akwenem, potem pojawiają się płycizny, roślinność wodna i trzcinowiska. Z biegiem lat zaczynają przypominać mozaikę rozlewisk, wysp i bagien. W hydrologii jest to zjawisko dobrze znane i często prowadzi do powstania jednych z najcenniejszych ekosystemów – mokradeł. Dlatego może warto wykorzystać to czym jest obecnie Siemianówka i przekształcić ją w coś bardzo wartościowego przyrodniczo?

Jeżeli spojrzeć na mapę Podlaskiego, nietrudno zauważyć pewną analogię. Kilkadziesiąt kilometrów dalej znajduje się dolina Biebrzy – jedno z najcenniejszych mokradeł w Europie. To obszar rozległych bagien, płytkich rozlewisk i torfowisk, który przyciąga tysiące ptaków i turystów z całego świata. Siemianówka mogłaby w pewnym sensie pójść podobną drogą, z jedną istotną różnicą. W środku takiego obszaru nadal mogłoby istnieć jezioro. Powstałaby niezwykła mozaika krajobrazów: mokradła, trzcinowiska, zatoki, wyspy i fragmenty otwartej wody. Najprościej można to opisać jednym obrazowym porównaniem – coś na kształt Bagien Biebrzańskich z jeziorem w środku.

Taka wizja nie jest tylko romantyczną fantazją. Mokradła są jednymi z najbardziej efektywnych systemów oczyszczania wody, jakie istnieją w naturze. Roślinność bagienna, taka jak trzciny czy turzyce, wraz z mikroorganizmami żyjącymi w osadach potrafi wychwytywać ogromne ilości fosforu i azotu. Są to dokładnie te substancje, które odpowiadają za zakwity glonów i sinic w zbiornikach wodnych. Woda przepływająca przez mokradła jest stopniowo filtrowana, ochładza się i staje się bardziej stabilna chemicznie. W wielu krajach wykorzystuje się nawet specjalnie tworzone mokradła jako naturalne oczyszczalnie wody. Gdyby podobny system powstał w Siemianówce, mógłby działać jak ogromny filtr dla Narwi.

A właśnie Narew jest w tej historii kluczowa. To jedna z najbardziej niezwykłych rzek w Europie Środkowej. Historycznie była rzeką wielokorytową, która płynęła przez szeroką dolinę bagien i torfowisk. Zbiornik Siemianówka zmienił naturalny rytm tej rzeki. Woda jest zatrzymywana, długo stoi w zbiorniku, nagrzewa się i dopiero to, co nie zdąży później wyparować – trafia do rzeki poniżej zapory. Rozległe mokradła mogłyby częściowo przywrócić naturalne procesy hydrologiczne. Działają one jak ogromna gąbka – zatrzymują nadmiar wody podczas opadów, a w czasie suszy powoli ją oddają. Dzięki temu przepływ w rzece staje się bardziej stabilny i bliższy naturalnemu.

Siemianówka już dziś pokazuje, jak duży potencjał przyrodniczy kryje się w tym miejscu. W czasie migracji zatrzymują się tu tysiące ptaków wodnych. Nad wodą można zobaczyć bieliki, czaple, rybitwy, a wiosną i jesienią ogromne stada gęsi. Dla wielu gatunków zbiorniki z rozległymi płyciznami są idealnym miejscem żerowania i odpoczynku. Gdyby część akwenu zamieniła się w rozległe mokradła, Siemianówka mogłaby stać się obok Biebrzy jednym z najważniejszych miejsc obserwacji ptaków w tej części Europy. W wielu krajach turystyka ornitologiczna generuje znacznie większe dochody niż klasyczna rekreacja nad wodą.

Najbardziej zaskakujące w tej koncepcji jest jednak to, że nie wymaga ona spektakularnych i kosztownych inwestycji. Wbrew powszechnemu przekonaniu przekształcenie części zbiornika w mokradła nie musi oznaczać likwidacji zapory ani całkowitego spuszczenia wody. Wystarczyłoby zmienić sposób gospodarowania poziomem wody w zbiorniku. Siemianówka jest tak płytka, że obniżenie poziomu wody odsłoniłoby ogromne połacie dna. Na takich terenach roślinność bagienna pojawia się bardzo szybko – często już w pierwszym sezonie. W ciągu kilku lat mogłyby powstać rozległe trzcinowiska, płycizny i zatoki. Siemianówka już dziś przyciąga tysiące ptaków w czasie migracji, ale większa powierzchnia mokradeł mogłaby zamienić ją w jedno z najważniejszych ptasich miejsc w tej części Europy.

Drugim elementem mogłoby być przywrócenie bardziej naturalnego przepływu Narwi przez zbiornik. W praktyce oznaczałoby to wyznaczenie głównego koryta rzeki przez środek akwenu. Wtedy rzeka przestałaby „stać” w zbiorniku, a zaczęłaby znów płynąć przez szeroką dolinę. Takie rozwiązanie jest stosowane w wielu projektach renaturyzacji rzek w Europie.

Co szczególnie ważne, taki scenariusz nie oznacza końca turystyki nad Siemianówką. Wręcz przeciwnie. Najgłębsza część zbiornika – w rejonie zapory w Bondarach, gdzie woda może osiągać nawet kilka metrów głębokości – mogłaby pozostać dużym akwenem. Tam nadal mogliby łowić wędkarze, podczas gdy płytsze fragmenty zbiornika stopniowo zamieniałyby się w rozlewiska i mokradła. Jednocześnie powstałaby niezwykła mozaika krajobrazów – rozlewiska, trzcinowiska, wyspy i zatoki. W takich miejscach często buduje się wieże obserwacyjne, kładki przez bagna i ścieżki przyrodnicze. Dla wielu osób to właśnie takie dzikie krajobrazy są największą atrakcją.

Najbardziej fascynujące jest jednak tempo, w jakim przyroda potrafi działać. Mokradła nie powstają wyłącznie w skali dziesięcioleci. W sprzyjających warunkach pierwsze błotniste wyspy i płycizny pojawiają się w ciągu jednego sezonu. W ciągu kilku lat roślinność bagienna może całkowicie zmienić krajobraz zbiornika.

Zmiana byłaby jednak odczuwalna nie tylko na samej Siemianówce, ale również poniżej zapory. Narew wypływająca ze zbiornika mogłaby stopniowo odzyskać bardziej naturalny charakter. Dziś woda długo stoi w zalewie, nagrzewa się i trafia do rzeki już naładowana azotem, fosforem, zakwitnięta z małą ilością tlenu. Jeśli część zbiornika zamieniłaby się w rozległe mokradła, woda przepływająca przez trzcinowiska i płycizny byłaby naturalnie filtrowana i wolniej oddawana do rzeki. Oznaczałoby to stabilniejszy przepływ, chłodniejszą wodę i lepsze warunki dla organizmów żyjących w Narwi.

W praktyce w wielu miejscach nie trzeba byłoby wykonywać żadnych dużych prac hydrotechnicznych. Rzeka sama zaczęłaby odzyskiwać swój naturalny rytm przepływu. W niektórych odcinkach można byłoby jedynie pomóc temu procesowi – na przykład poprzez odtworzenie starorzeczy, połączenie dawnych odnóg rzeki z głównym nurtem lub usunięcie części sztucznych umocnień brzegów. Takie działania nie podnoszą poziomu rzeki w sposób sztuczny, lecz pozwalają wodzie rozlewać się szerzej w dolinie. Dzięki temu Narew zatrzymuje więcej wody w swoim naturalnym systemie rozlewisk, zamiast szybko odprowadzać ją w dół rzeki.

Na razie jest to jednak tylko koncepcja – wizja tego, jak można by wykorzystać naturalne procesy zachodzące w Siemianówce, zamiast ją likwidować. Aby taka zmiana mogła się kiedyś wydarzyć, potrzebne byłyby decyzje polityczne oraz działania instytucji odpowiedzialnych za gospodarkę wodną. A takie decyzje pojawiają się zwykle dopiero wtedy, gdy temat zaczyna żyć w przestrzeni publicznej.

Dlatego pierwszym krokiem nie są koparki ani projekty hydrotechniczne, lecz presja społeczna. Jeśli uznacie, że warto poważnie porozmawiać o przyszłości Siemianówki, najprostszą rzeczą jest nagłośnienie tej wizji i przekazywanie dalej tego artykułu – do radnych, samorządowców, posłów, ministrów czy instytucji zajmujących się wodami i ochroną przyrody. Wasze działanie pokaże, że temat nie jest tylko ciekawostką przyrodniczą, lecz pomysłem, który trzeba zrealizować jak najszybciej, by uratować Rzekę Narew i Narwiański Park Narodowy przez katastrofą jaka je czeka, gdy nie zrobimy nic.

Przekaż ten tekst dalej. Niech przeczytają go ci, którzy mogą zmienić przyszłość Narwi!

Partnerzy portalu:

Dawniej służyły do obrony, dziś są niezwykła atrakcją turystyczną
Fort fot. podlaskie.eu

Dawniej służyły do obrony, dziś są niezwykła atrakcją turystyczną

Forty w Piątnicy to jedno z najciekawszych miejsc historycznych w północno-zachodniej części Podlasia. Położone tuż przy Łomży, nad doliną Narwi, stanowią niezwykłe połączenie historii, militarnej architektury i atrakcyjnego krajobrazu. Dla turystów odwiedzających region to miejsce, w którym można nie tylko zobaczyć imponujące fortyfikacje sprzed ponad stu lat, ale także poczuć atmosferę wydarzeń, które decydowały o losach tej części Polski.

Budowę Twierdzy Łomża rozpoczęto w 1887 roku. Miała ona chronić ważną przeprawę przez Narew oraz strategiczne szlaki komunikacyjne prowadzące przez Łomżę – wówczas stolicę guberni w Imperium Rosyjskim. System obronny składał się z pięciu fortów tworzących tzw. „Główną Osłonę”. Dwa z nich powstały na lewym brzegu Narwi w pobliżu Łomży, natomiast trzy kolejne zbudowano wokół miejscowości Piątnica. Forty były przygotowane do długotrwałej obrony i funkcjonowania w pełnej izolacji – posiadały własne kuchnie, piekarnie, studnie, system ogrzewania oraz wentylacji.

Najbardziej rozbudowane umocnienia powstały właśnie w Piątnicy. Forty oznaczone numerami I, II i III zostały później nazwane literami A, B i W. Obiekty połączono systemem wałów ziemnych, fos oraz osłoniętych dróg, który umożliwiał szybkie przemieszczanie się żołnierzy i zaopatrzenia. W fortach znajdowały się betonowe koszary, kaponiery artyleryjskie, schrony bojowe i podziemne przejścia zwane poternami. Całość tworzyła ciągłą linię obrony oddaloną o około 1,5 kilometra od przeprawy przez Narew.

Choć twierdza została zlikwidowana w 1909 roku, jej znaczenie militarne powróciło jeszcze dwukrotnie w burzliwym XX wieku. W 1920 roku forty odegrały ważną rolę w obronie przed nacierającą Armią Czerwoną. Kilkudniowe powstrzymywanie wojsk sowieckich w rejonie Łomży pozwoliło polskim oddziałom przygotować się do kontruderzenia w decydującej Bitwie Warszawskiej. Z kolei we wrześniu 1939 roku Wojsko Polskie wzmocniło forty dodatkowymi schronami bojowymi, rowami strzeleckimi i zaporami przeciwpiechotnymi. W dniach 7–10 września w Piątnicy rozegrała się zacięta obrona przeciwko oddziałom niemieckim nacierającym od strony Prus Wschodnich.

Do dziś najlepiej zachowane są trzy forty w Piątnicy oraz fort IV przy drodze z Łomży w kierunku Ostrołęki. W jednym z nich działa muzeum forteczne oraz strzelnica sportowa. Zwiedzający mogą zobaczyć potężne ziemne wały, betonowe koszary i fragmenty podziemnych przejść, które do dziś robią ogromne wrażenie.

Forty w Piątnicy są dziś ciekawym przystankiem na turystycznej mapie Podlasia. To miejsce idealne dla miłośników historii, militariów, ale także dla osób szukających nieoczywistych atrakcji podczas podróży po regionie. Spacer po dawnych umocnieniach pozwala przenieść się w czasie i wyobrazić sobie, jak wyglądała obrona tych terenów ponad sto lat temu, gdy dolina Narwi była strategiczną bramą prowadzącą w głąb kraju.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Tak się żyło dawniej w podlaskich chałupach

Na Podlasiu jeszcze sto lat temu wieś wyglądała zupełnie inaczej niż dziś. Domy nie przypominały współczesnych budynków z pustaków i styropianu. Były to proste, drewniane chałupy, budowane z tego, co dawał las i ziemia. Mimo swojej skromności miały w sobie coś niezwykłego – były częścią krajobrazu, rytmu pracy i życia mieszkańców. Jeżeli zagłębimy się w podlaskie wsie to i jeszcze dziś napotkamy pojedyncze chałupy.

Podlaską chałupę najczęściej wznoszono z grubych bali sosnowych lub świerkowych. Drewno ciosano ręcznie i układano jeden bal na drugim, tworząc ściany, które potrafiły przetrwać dziesiątki lat. Dach kryto słomą albo drewnianym gontem. Wokół domu znajdowały się zabudowania gospodarcze – stodoła, obora i spichlerz. Wszystko było podporządkowane pracy na roli, bo życie mieszkańców wsi kręciło się wokół gospodarstwa.

Wnętrze takiej chałupy było bardzo proste. Najważniejszym miejscem był piec – duży, murowany, stojący w centrum domu. To on dawał ciepło zimą, służył do gotowania, pieczenia chleba, a często także do spania. W wielu domach na piecu znajdowało się specjalne miejsce, gdzie zimą kładły się dzieci albo starsi domownicy. Ciepło z pieca rozchodziło się po całej izbie.

W jednej izbie potrafiła mieszkać cała rodzina. Stał tam stół, ławy przy ścianach, skrzynia na ubrania i kilka prostych łóżek. Nad stołem często wisiał obraz święty, a w rogu izby znajdował się niewielki ołtarzyk z ikoną lub krzyżem. W wielu podlaskich wsiach można było zobaczyć domy ozdobione kolorowymi okiennicami i rzeźbionymi detalami przy framugach. Choć życie było ciężkie, ludzie starali się nadać swoim domom odrobinę piękna.

Chałupy ustawiano zazwyczaj wzdłuż jednej drogi, tworząc charakterystyczną wieś ulicówkę. Domy stały blisko siebie, dzięki czemu sąsiedzi byli niemal na wyciągnięcie ręki. Życie toczyło się wspólnie – ludzie pomagali sobie przy żniwach, budowie domów czy pracach gospodarskich. Wieczorami spotykano się, rozmawiano, śpiewano i opowiadano historie.

Partnerzy portalu:

Rolnicy wypalając trawy co roku niszczą Podlaskie. Gigantyczne straty.

Rolnicy wypalając trawy co roku niszczą Podlaskie. Gigantyczne straty.

Każdej wiosny scenariusz wygląda identycznie. Pojawiają się pierwsze cieplejsze dni, trawy wysychają po zimie, a w wielu miejscach Podlasia ktoś podpala łąkę. Później pojawiają się kolejne ognie, a strażacy przez tygodnie gaszą pożary, które nie powinny się wydarzyć. W samym 2025 roku pożary zapoczątkowane wypalaniem traw objęły w Polsce 100 km kwadratowych powierzchni, spowodowały straty w wysokości ponad 28 mln zł i kosztowały życie siedmiu osób. W województwie podlaskim miało miejsce aż 801 takich wydarzeń, osiem osób zostało poszkodowanych.

Równolegle pojawia się drugi stały element tego rytuału: konferencje prasowe i apele. Strażacy, policja i przedstawiciele administracji apelują do rozsądku. Apelują, aby nie wypalać traw, o odpowiedzialność i o to by zgłaszać pożary. W tym roku nie było inaczej. O zaprzestanie wypalania traw apelowali podlascy strażacy, wojewoda podlaski, zastępca komendanta wojewódzkiego Policji oraz dyrektor Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych.

Pytanie brzmi – czy apelowanie to jednak nie jest za mało? Problem polega na tym, że od lat nic z tych apeli nie wynika. Straty liczone są w milionach złotych. W praktyce jest to działanie pozorne, bo apelowanie nie zatrzymuje pożarów.

Wypalanie traw jest w Polsce nielegalne. Grożą za to wysokie grzywny, a nawet kara więzienia. Istnieją przepisy, istnieją sankcje, istnieją kampanie społeczne. A mimo to liczba pożarów jest gigantyczna. To oznacza jedno: sama edukacja nie działa. Jeżeli co roku w tym samym regionie dochodzi do setek podpaleń, to znaczy, że system reaguje dopiero wtedy, gdy ogień już płonie. Cała strategia polega na gaszeniu skutków zamiast zapobieganiu przyczynom.

Tymczasem w ochronie przeciwpożarowej najważniejsza jest jedna rzecz – czas reakcji. Gdy ogień zostanie wykryty w ciągu kilku minut. Dobrym przykładem jest Biebrzański Park Narodowy. Po katastrofalnym pożarze w 2020 roku, który strawił ponad 5500 hektarów torfowisk i trzcinowisk, rozpoczęto rozbudowę systemu wczesnego wykrywania ognia. W ramach projektu wprowadzono monitoring przeciwpożarowy oparty na kamerach i wieżach obserwacyjnych. Do tego są samochody patrolowe i lekkie gaśnicze.

Dzięki temu różnica między wykryciem pożaru po 5 minutach a po godzinie może oznacza niwelację strat między spalonym hektarem a spalonymi tysiącami hektarów. Ogień w suchych trzcinowiskach lub na wyschniętej łące rozprzestrzenia się błyskawicznie. Gdy zostanie zauważony dopiero wtedy, gdy dym widoczny jest z kilku kilometrów, jest już za późno na łatwą akcję gaśniczą.

Jeżeli Podlaskie co roku mierzy się z setkami pożarów traw, to oznacza, że potrzebny jest system wczesnego wykrywania ognia obejmujący większe obszary regionu. Wieże obserwacyjne z kamerami, automatyczne systemy wykrywania dymu, monitoring satelitarny czy nawet drony patrolowe to technologie, które już istnieją. Ich koszt jest niewielki w porównaniu z kosztami wielodniowych akcji gaśniczych, w których uczestniczą setki strażaków, wojsko i lotnictwo.

Przykład Biebrzy pokazuje, że inwestycje w monitoring są możliwe i realne. To jest realna prewencja. Miliony na gaszenie, grosze na zapobieganie. Gdy dochodzi do wielkiego pożaru, uruchamiane są ogromne siły: setki strażaków, śmigłowce, samoloty gaśnicze, wojsko i służby leśne. Koszty takich operacji idą w miliony złotych. Jednocześnie inwestycje w wielkoobszarowe systemy wykrywania ognia są wyjątkiem, a nie standardem.

W efekcie państwo wydaje ogromne pieniądze na gaszenie pożarów, które można byłoby zdusić w zarodku – gdy ogień ma jeszcze kilka metrów, a nie kilka kilometrów frontu. Dopóki będą tylko apele, pożary będą co roku. Nie ma wątpliwości, że wypalanie traw jest głupotą i przestępstwem. Ale równie oczywiste jest to, że same apele nie zmienią rzeczywistości.

Rolnicy, którzy podpalają łąki, robią to od dziesięcioleci. Kampanie społeczne nie zmieniły tego w ciągu ostatnich lat i nie zmienią tego w ciągu kolejnych. Dlatego prawdziwe pytanie nie brzmi: czy powinniśmy apelować? Prawdziwe pytanie brzmi: dlaczego w regionie, w którym co roku płoną setki hektarów traw, nadal nie istnieje powszechny, spójny system wczesnego wykrywania pożarów? I niech nikt nie mówi o braku pieniędzy. Szczególnie patrząc na to, ile w Polsce bezużytecznych projektów unijnych zostało zrealizowanych za gigantyczne kwoty.

Dlatego dopóki jedyną odpowiedzią władz będą konferencje prasowe i apele o rozsądek, Podlaskie będzie płonąć każdej wiosny.

Partnerzy portalu:

Białystok mógł być jak drugi Czarnobyl. O włos od tragedii.

Białystok mógł być jak drugi Czarnobyl. O włos od tragedii.

9 marca 1989 roku. Białystok śpi. Jest godzina 2:25 w nocy. Po torach przecinających miasto powoli sunie ciężki skład towarowy – 32 wagony i sześć cystern wypełnionych chlorem. Pociąg zmierza do NRD. Wszystko wygląda rutynowo. Takich transportów w czasach PRL kursowało wiele. Nikt z mieszkańców miasta nie ma pojęcia, że za chwilę znajdzie się o krok od katastrofy, która mogłaby zabić dziesiątki tysięcy ludzi.

Nagle nocną ciszę rozdziera potężny zgrzyt metalu. Pęka szyna. Skład wypada z torów. W jednej chwili stalowa masa zaczyna się rozpadać. Wagony uderzają o siebie, nasyp kolejowy zostaje zniszczony, a podkłady i fragmenty torów splatają się z wagonami w chaotyczną plątaninę stali. Sześć cystern z chlorem przewraca się na bok. W ich wnętrzu znajduje się około 50 ton jednej z najbardziej niebezpiecznych substancji chemicznych używanych w przemyśle.

Chlor jest ciężkim, duszącym gazem. W razie uwolnienia nie unosi się wysoko – płynie przy samej ziemi jak zielonkawa mgła. Kontakt z nim powoduje poparzenia dróg oddechowych, obrzęk płuc i gwałtowną niewydolność krążenia. Wystarczyłoby jedno rozszczelnienie, aby nad miastem powstała trująca chmura. Na szczęście katastrofa wydarzyła się w miejscu płaskim. Gdyby wykolejenie nastąpiło kilkadziesiąt metrów dalej – na pobliskim wiadukcie – cysterny niemal na pewno pękłyby przy upadku.

Na miejsce natychmiast ruszają pierwsze zastępy straży pożarnej. Teren wokół katastrofy zostaje odcięty w promieniu 200 metrów. Zamknięto szkoły, sklepy i okoliczne budynki. Z parterów pobliskich bloków ewakuowani są mieszkańcy. Do Białegostoku ściągani są także ratownicy z innych miast, między innymi z Płocka. Szpitale wprowadzają ostry dyżur. Ale problem jest ogromny. Cysterny leżą w zniszczonym torowisku, a jedyny dźwig zdolny je podnieść nie może dojechać na miejsce. Tory są całkowicie zniszczone. Najpierw trzeba więc odbudować fragment linii kolejowej.

Ratownicy pracują w napięciu. Każdy ruch przy stalowej konstrukcji może uszkodzić zbiorniki z chlorem. Gdy w końcu udaje się doprowadzić dźwig, rozpoczyna się najbardziej ryzykowna część operacji. Podczas pierwszej próby podnoszenia słychać przerażający zgrzyt metalu. Elementy konstrukcji są ze sobą splątane. Niektórych fragmentów nie da się odłączyć mechanicznie. Trzeba użyć palnika acetylowego.

To moment, który mógł zdecydować o losie miasta. Każda iskra mogła doprowadzić do eksplozji lub rozszczelnienia cystern. Dlatego ratownicy kierują na zbiorniki dwa silne strumienie wody, aby obniżyć temperaturę metalu i zminimalizować ryzyko zapłonu. Po półtorej godziny pierwsza cysterna zostaje podniesiona. Kolejne okazują się znacznie trudniejsze. Jedną z nich podnosi się aż siedem godzin. Cała operacja trwa niemal dobę. Dopiero po około 24 godzinach od wykolejenia można powiedzieć, że najgorsze minęło.

Paradoksalnie większość mieszkańców Białegostoku dowiaduje się o katastrofie dopiero dziewięć godzin po jej rozpoczęciu. Władze PRL długo nie informują opinii publicznej o zagrożeniu. Ewakuacja obejmuje jedynie najbliższe bloki. Kiedy wiadomość zaczyna się rozchodzić pocztą pantoflową, wielu ludzi spontanicznie opuszcza miasto. Inni szukają schronienia na wyższych piętrach budynków, wierząc że ciężki chlor nie dotrze tak wysoko.

Dlaczego w ogóle doszło do tej katastrofy? Przyczyna okazała się banalna i zarazem tragiczna – zaniedbanie. Odcinek torów, na którym doszło do wykolejenia, powinien zostać wymieniony cztery lata wcześniej. Nie zrobiono tego. W końcu zużyta szyna pękła pod ciężarem pociągu. Białystok uniknął katastrofy właściwie o włos. Gdyby doszło do rozszczelnienia choć jednej cysterny, chmura chloru mogłaby rozlać się nad miastem. W najgorszym scenariuszu śmierć mogły ponieść tysiące ludzi.

Po wypadku wprowadzono zakaz transportowania chloru przez centrum Białegostoku. Na miejscu katastrofy przy ulicy Poleskiej stanął krzyż – symbol pamięci o wydarzeniu, które wielu mieszkańców do dziś nazywa „ocaleniem miasta”.

Z biegiem lat wokół tego wydarzenia narosła nawet legenda. Niektórzy wierzyli, że miasto ocalił błogosławiony ksiądz Michał Sopoćko. Rok przed katastrofą jego szczątki przeniesiono do pobliskiego kościoła.

Niezależnie od interpretacji jedno jest pewne: w marcu 1989 roku Białystok znalazł się o krok od tragedii na skalę, której Polska nigdy wcześniej nie doświadczyła. A o tym, że do niej nie doszło, zadecydowało połączenie determinacji ratowników… i ogromnej dawki szczęścia.

Partnerzy portalu:

Nowe połączenie na północy województwa. Czy stanie się niezbędna dla lokalnej społeczności?
fot. PKS NOVA

Nowe połączenie na północy województwa. Czy stanie się niezbędna dla lokalnej społeczności?

Nowe połączenie autobusowe na trasie Suwałki – Sejny przez Szypliszki, Puńsk i Krasnowo uruchomiło PKS NOVA. Dla mieszkańców tej części regionu oznacza to przede wszystkim łatwiejszy dojazd do pracy, szkół, urzędów czy placówek medycznych, bez konieczności korzystania z własnego samochodu. Szczególnie leżące na uboczu, maleńkie Sejny zyskają możliwość częstych i łatwych podróży do większych Suwałk. A w drugą stronę – Sejny oferują niesamowitą, dziką przyrodę na wyciągnięcie ręki, która może być doskonałym miejscem na wypoczynek dla Suwalczan.

Trasę obsługuje nowy autobus elektryczny Automet SmileX. Pojazd wyposażono w klimatyzację, możliwość ładowania telefonów, miejsce dla osób poruszających się na wózkach inwalidzkich oraz systemy zwiększające bezpieczeństwo podróży. Dla pasażerów oznacza to wyższy komfort i dostępność transportu także dla osób z ograniczoną mobilnością czy rodziców z dziećmi.

Autobus został zakupiony ze środków Krajowego Planu Odbudowy w ramach projektu dotyczącego rozwoju zrównoważonego transportu publicznego w województwie podlaskim. W praktyce oznacza to, że do regionu trafiły zewnętrzne środki finansowe, które pozwoliły unowocześnić tabor bez pełnego obciążania lokalnych budżetów. W najbliższym czasie flotę ma zasilić jeszcze 13 autobusów elektrycznych, co z pewnością przełoży się na kolejne nowe trasy lub poprawę jakości już istniejących połączeń.

Rozwój transportu publicznego w północnej części województwa to także kwestia środowiskowa i organizacyjna. Cichsze, bezemisyjne autobusy oznaczają mniej spalin w centrach miejscowości oraz potencjalnie niższe koszty eksploatacji w dłuższej perspektywie.

Dla mieszkańców najważniejsze pozostaje jednak to, czy połączenie będzie regularne, punktualne i dopasowane do realnych potrzeb. Jeśli tak się stanie, nowa linia może stać się istotnym elementem codziennego życia lokalnej społeczności.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Zwiedzanie Białegostoku – co warto zobaczyć w stolicy Podlaskiego?

Czy gdyby nie Opera i Pałac Branickich, w Białymstoku można by było zwiedzać tylko kościoły i cerkwie? Przynajmniej tak wynika z filmu, który pojawił się na YouTube i ma zachęcać do przyjazdu do Białegostoku. Czy tak jest w rzeczywistości?

Jeśli kamera przez pół godziny koncentruje się głównie na świątyniach różnych wyznań, widz otrzymuje obraz miasta sakralnego, niemal jednowymiarowego. Problem polega jednak nie na braku atrakcji, lecz na zawężonej narracji. Owszem, Białystok ma silnie widoczny komponent religijny. Bazyliki, kościoły, cerkwie, dawne synagogi czy meczet, które widzimy w filmie są ważnym elementem krajobrazu oraz świadectwem wielokulturowej historii miasta. Nie można tego negować. Jednak sprowadzanie oferty turystycznej do architektury sakralnej, z dwoma wyjątkami w postaci Opery i Pałacu Branickich, to uproszczenie, które nie wytrzymuje konfrontacji z rzeczywistością. Miasto rozwijało się nie tylko jako ośrodek religijny, lecz także jako ważne centrum przemysłowe XIX wieku. Do dziś w jego tkance urbanistycznej obecne są ślady fabrykanckiej przeszłości, dawne domy robotnicze, zabytkowe kamienice, które opowiadają historię dynamicznego rozwoju gospodarczego.

Białystok to również instytucje kultury, które nie ograniczają się do jednego gmachu opery. Nowoczesne muzea, galerie sztuki współczesnej to też dobre miejsca na zwiedzanie.

Istotnym atutem Białegostoku jest także zieleń. Parki, lasy i rezerwaty w granicach administracyjnych miasta pozwalają łączyć zwiedzanie z wypoczynkiem. Dla wielu turystów to właśnie możliwość spaceru wśród zieleni, przejazdu rowerem stanowi realną wartość. Tego w filmowej narracji niemal nie widać, choć w praktyce jest to jeden z elementów wyróżniających Białystok na tle innych ośrodków.

Dlatego odpowiedź na pytanie z początku artykułu, czy w rzeczywistości można tu zwiedzać tylko kościoły i cerkwie, brzmi jednoznacznie: nie. Można znacznie więcej. Trzeba tylko wyjść poza wąski kadr.

Partnerzy portalu:

Idzie wiosna! Pierwsze żurawie zawitały w Podlaskiem.
Żurawie zaobserwowane nad Narwią w 2026 roku. fot. Narwiański Park Narodowy

Idzie wiosna! Pierwsze żurawie zawitały w Podlaskiem.

W Podlaskiem coś już drgnęło. Jeszcze poranki są chłodne, jeszcze trawy przy ziemi trzyma szron, ale nad rozlewiskami Narwi i Biebrzy pojawiły się pierwsze dzikie ptaki wracające z ciepłych krajów. W Narwiańskim Parku Narodowym i w Biebrzańskim Parku Narodowym obserwatorzy wypatrzyli żurawie – a to znak, którego nie da się pomylić. Idzie wiosna.

Żurawie zawsze przylatują z godnością. Najpierw słychać je z daleka – charakterystyczny, niosący się kilometrami klangor przecina ciszę nad bagnami. Potem na tle jasnego nieba pojawiają się smukłe sylwetki z wyciągniętymi szyjami. Lecą w kluczach, czasem w luźnych formacjach, jakby same jeszcze nie dowierzały, że wracają. Najbardziej niezwykłe jest jednak to, co dzieje się o świcie nad Biebrzą. Kiedy mgła unosi się nad rozlewiskami, a pierwsze światło rozlewa się po torfowiskach, człowiek stoi w ciszy i czeka. I wtedy zaczyna się koncert. Z jednej strony rzeki odpowiada para, z drugiej odzywa się kolejne stado. Klangor odbija się od wody, miesza z szelestem trzcin i tworzy dźwięk, którego nie da się porównać z niczym innym. To nie jest zwykły ptasi śpiew – to zapowiedź nowego sezonu życia.

Warto pamiętać, że żuawie najliczniejsze stanowiska lęgowe mają na Mazurach, Pomorzu Zachodnim, więc Podlaskie jest często dla nich przedostatnim przystankiem. Dlatego słuchanie klangoru jest na wyciągnięcie ręki tylko przez jakiś czas. Potem trzeba sobie zadać sporo trudu, by natrafić na żurawia.

Wyjazd nad Biebrzę o świcie to doświadczenie niemal pierwotne. Zimne powietrze szczypie w policzki, buty grzęzną lekko w wilgotnej ziemi, a nad głową przelatują potężne ptaki, które od wieków wybierają te same miejsca lęgowe. W takich chwilach czuje się, że Podlaskie jest przestrzenią wolności – szeroką, dziką, autentyczną. Wiosna nie przychodzi tu kalendarzem. Przychodzi skrzydłami żurawi. I jeśli chcecie naprawdę ją usłyszeć, nie wystarczy otworzyć okno w mieście. Trzeba wstać przed świtem, pojechać nad Biebrzę albo nad rozlewiska Narwi, stanąć w ciszy i pozwolić, by klangor żurawi przeszył powietrze. Wtedy wiadomo już na pewno – zaczyna się najpiękniejszy czas w roku.

W Kotlinie Biebrzańskiej obserwuje się przez cały rok 302 gatunki ptaków. 198 z nich gniazduje nad Biebrzą. Zdecydowana większość jest tam na stałe. Dolina Biebrzy jest najważniejszą ostoją dubelta, kropiatki, orlika grubodziobego, rybitwy białoskrzydłej i derkacza w Europie Środkowej i Zachodniej. Dla kilkunastu kolejnych gatunków jest najważniejszą krajową ostoją lęgową. Biebrza jest też ważnym „przystankiem” dla migrujących siewkowców, kaczek, gęsi i żurawi. Dlatego też dolina Biebrzy została uznana przez BirdLife International za ostoję ptaków o randze światowej.

Partnerzy portalu:

Wiadomo ile jest żubrów w Puszczy Białowieskiej. Są najnowsze dane.

Wiadomo ile jest żubrów w Puszczy Białowieskiej. Są najnowsze dane.

Blisko 1200 żubrów żyje obecnie na wolności w polskiej części Puszczy Białowieskiej i na terenach do niej przyległych. Najnowsza, zimowa inwentaryzacja przeprowadzona przez Białowieski Park Narodowy wykazała, że na koniec 2025 roku populacja liczy dokładnie 1176 osobników. To największe w Polsce skupisko tych majestatycznych zwierząt, a jednocześnie jedno z najważniejszych stad żubra w Europie. Dane pochodzą z dorocznego liczenia, które tradycyjnie odbywa się zimą – w okresie, gdy warunki sprzyjają dokładniejszym obserwacjom.

Liczenie żubrów w Puszczy Białowieskiej obejmuje nie tylko obszary leśne, ale także okoliczne tereny otwarte, na które zwierzęta regularnie wychodzą. Tegoroczna zima była śnieżna i mroźna, co znacząco ułatwiło pracę terenową. Żubry chętnie gromadziły się przy miejscach dokarmiania, tworząc większe stada. Dzięki temu możliwe było nie tylko ich policzenie, ale również ocena kondycji i stanu zdrowia. Pojedyncze osobniki tropiono po śladach na śniegu.

W trakcie inwentaryzacji rozpoznano 248 samców oraz 505 samic. W części przypadków – z powodu znacznej odległości – nie udało się ustalić płci zwierząt. Szczególnie istotna informacja dotyczy młodych: naliczono 176 cieląt urodzonych w ubiegłym roku. Rok wcześniej wynik zimowego liczenia wskazywał 870 żubrów żyjących na wolności. Trzeba jednak pamiętać, że wówczas ponad sto osobników przemieściło się z Puszczy Białowieskiej w rejon nadleśnictwa Żednia w Puszczy Knyszyńskiej. Jesienią ubiegłego roku część tej grupy wróciła.

Oznacza to, że realny przyrost populacji między 2024 a 2025 rokiem odpowiada w dużej mierze liczbie ubiegłorocznych cieląt. Wzrost nie wynika więc wyłącznie z dynamicznego rozmnażania, lecz także z powrotów wędrujących stad. Choć liczba 1176 osobników robi wrażenie, część żubrów regularnie opuszcza obszar zwartego kompleksu leśnego i żeruje na przedpolach puszczy. Zimą można je spotkać na polach rzepaku czy przy pozostawionej kukurydzy.

Zachowanie zwierząt w dużej mierze zależy od dostępności pokarmu w lesie. W latach obfitych w żołędzie żubry częściej pozostają w głębi puszczy. W okresach suszy, gdy runo leśne jest uboższe, chętniej wychodzą na tereny otwarte. To zjawisko rodzi zarówno wyzwania – m.in. związane z rolnictwem – jak i nowe pytania badawcze dotyczące migracji i przestrzennego wykorzystania siedlisk.

W ostatnim czasie jednemu z żubrów ze stada bytującego na łąkach założono obrożę telemetryczną. Dzięki niej naukowcy będą mogli dokładniej śledzić trasy wędrówek i sezonowe zmiany zachowań. Szczególnie interesujące jest połączenie między populacją z Puszczy Białowieskiej a stadami w Puszczy Knyszyńskiej. Taka wymiana osobników sprzyja zwiększeniu różnorodności genetycznej, co ma kluczowe znaczenie dla długofalowej stabilności populacji. Dane z obroży mogą w przyszłości odpowiedzieć na pytania, czy żubry wracają do puszczy na okres letni oraz jak długo przebywają poza jej zwartym obszarem.

Jedno jest pewne – Puszcza Białowieska pozostaje sercem polskiej populacji żubra. A liczba 1176 wolno żyjących osobników pokazuje, że symbol Podlasia ma się dziś silniej niż kiedykolwiek od czasu swojej powojennej odbudowy.

Partnerzy portalu:

Co za kuriozum! Rzeka umiera, a gmina realizuje turystykę wokół niej za 3 miliony.

Co za kuriozum! Rzeka umiera, a gmina realizuje turystykę wokół niej za 3 miliony.

W Choroszczy podpisano umowę na realizację projektu „Pisa–Narew – szlak aktywnej turystyki wodnej”, w ramach którego ma powstać kładka w miejscu tzw. zerwanego mostu w Kruszewie, a także wieża widokowa oraz infrastruktura dla kajakarzy. To milionowa inwestycja w turystykę wokół Narwi. Problem polega na tym, że prawie nie ma tam… wody.

Rzeka Narew od lat zmaga się z krytycznie niskimi stanami. W okresach letnich miejscami przypomina bardziej zarośnięte trzcinowisko niż rzekę o potencjale kajakowym. Płytkie, zamulone odcinki, brak stabilnego przepływu i postępująca degradacja hydrologiczna sprawiają, że przeprawa kajakiem jest trudna. Najpopularniejszy odcinek z Doktorc do Suraża to niekiedy pływanie w wodzie po kostki. W takich warunkach budowanie infrastruktury dla turystyki wodnej przypomina stawianie mariny przy wysychającym jeziorze.

Zwolennicy inwestycji mogą mówić o rozwoju regionu i przyciąganiu turystów. Tylko że turyści przyjeżdżają po doświadczenie przyrody – po wodę, rozlewiska, ptactwo, krajobraz żywej doliny rzecznej. Jeśli trafią na suche trzciny, zarośnięte starorzecza i brak możliwości spływu, szybko uznają to miejsce za rozczarowanie. Infrastruktura nie zastąpi rzeki. Kładka i pomost nie stworzą przepływu. A widok z wieży na zarośla sprawi, że więcej nikt do nas nie przyjedzie.

Zamiast wydawać kolejne miliony złotych na infrastrukturę turystyczną, trzeba uczciwie powiedzieć jedno: Narwi nie da się „udekorować”. Ją trzeba uratować – i to kompleksowo.

Ratunek nie polega na budowie kolejnych pomostów, lecz na przywróceniu rzece jej naturalnej dynamiki. Oznacza to likwidację zbiornika Siemianówka i realne działania zmierzające do odbudowy naturalnego biegu rzeki – zarówno tam, jak i na wszystkich odcinkach, gdzie przez lata Narew była prostowana, pogłębiana i regulowana. Każde wyprostowane koryto przyspiesza odpływ wody, obniża poziom wód gruntowych i niszczy charakter doliny rzecznej.

Jeżeli chcemy mieć w regionie żywą rzekę, trzeba zakończyć praktykę melioracji prowadzonej ciężkim sprzętem. Rzeka nie może płynąć jak przez betonową rynnę. Musi mieć przestrzeń do meandrowania, tworzenia starorzeczy, rozlewania się w sposób naturalny po okolicznych łąkach i terenach zalewowych. To właśnie rozlewiska, a nie wyprostowane kanały, budują retencję i stabilizują stosunki wodne.

Najważniejsza zasada jest prosta: rzeki nie powinno się tamować, lecz spowalniać w sposób możliwie najbardziej naturalny. Regulowanie jazami może pełnić wyłącznie funkcję pomocniczą wobec naturalnych przeszkód – powalonych drzew, zakoli, roślinności wodnej – a nie zastępować je jako główny mechanizm sterowania przepływem. Inaczej będziemy dalej utrwalać sztuczny system, który przy pierwszej suszy okazuje się bezradny. Dopiero kiedy Narew odzyska swój naturalny charakter, sens będą miały inwestycje turystyczne. Najpierw rzeka. Potem infrastruktura. W odwrotnej kolejności to tylko kosztowna scenografia bez aktora.

Narew od lat nie jest realnie doceniana przez decydentów. A przecież to jedna z najbardziej wyjątkowych rzek w Europie – rzeka anastomozująca, która naturalnie nie płynie jednym korytem, lecz rozdziela się na wiele odnóg, tworząc sieć rozlewisk i kanałów. Jej siłą nie jest szybkość nurtu, lecz właśnie wielokorytowość i zdolność do rozlewania się szeroko po dolinie. Regulowanie jej jak zwykłej rzeki nizinnej oznacza niezrozumienie jej natury.

Partnerzy portalu: