Zabytki w Białymstoku niszczeją. Miasto wpadło w spiralę zadłużenia.

Zabytki w Białymstoku niszczeją. Miasto wpadło w spiralę zadłużenia.

Być może nie wszyscy wiedzą, ale w Białymstoku istnieje Miejski Konserwator Zabytków i wbrew pozorom nie jest to jeden z developerów tylko urzędnik białostockiego magistratu. Konserwator – jak sama nazwa wskazuje – teoretycznie powinien zajmować się konserwacją. Jako urzędnik nie musi robić tego sam, ale może to czynić swymi działaniami. W praktyce jednak w Białymstoku Miejski Konserwator Zabytków zajmuje się zgoła czym innym.

 

Jego główna działalność to wydawanie szeroko rozumianych pozwoleń związanych z remontami, konserwacją oraz modyfikacjami wyglądu zabytków, a także gospodarowania roślinnością wokół zabytków (np. wydawanie pozwoleń na usuwanie drzew). Oczywiście miejski konserwator zabytków również wszczyna postępowania, by wpisać dane obiekty do rejestry zabytków. Zgodnie z dokumentacją w BIP możemy się dowiedzieć, że od 2017 roku wpisano 11 budynków do rejestru. Nie będziemy podważać słuszności tych decyzji bo teoretycznie były słuszne. Wszak decyzje dotyczą budynków, które powstały przez II Wojną Światową. W Białymstoku tego typu obiekty to wręcz skarb, gdyż Niemcy podczas wojny zniszczyli praktycznie całe miasto.

 

Zastanawiamy się jednak jaki jest sens wpisywania czegokolwiek na listę zabytków skoro białostockie zabytki latami stoją zdewastowane, niszczeją i czekają na rozkład. Podajmy kilka przykładów: Pałac Lubomirskich na Dojlidach, żydowska Szkoła przy ul. Lipowa, Domen Napoleona – to tylko najbardziej reprezentacyjne budynki, które niszczeją. Do tego należy dorzucić jeszcze mnóstwo kamienic i drewnianych domów, które od lat straszą zamiast cieszyć oko.

 

Problemem są oczywiście pieniądze. Białystok w tym roku przeznaczył 838 000 złotych na dotacje remontów zabytków czyli dokładnie tyle, za ile można kupić 3 mieszkania. Przy renowacji zabytków taka kwota to jednak grosze. Mało tego większość pieniędzy została przeznaczona na doraźne prace techniczne typu „naprawa konstrukcji dachu i stropu”, „wymiana okien”, „konserwacja drzwi” czy „konserwacja rzeźby”. Tymczasem potrzeba generalnych remontów w środku jak i remontów całych elewacji. Miasto też powinno odkupywać niszczejące zabytki.

 

Niestety w Białymstoku nie ma raczej na to szans. Prezydent tak prowadzi finanse miasta, że w najbliższym czasie planuje zaciągnąć 80 milionów złotych kredytu na… spłacenie starych kredytów. Czyli klasyczna spirala zadłużenia.

Partnerzy portalu:

To już czas! Żubry znów zaczynają się pojawiać na polach!

To już czas! Żubry znów zaczynają się pojawiać na polach!

Ten kto nie mieszka w okolicach żubrzych stad zapewne nie wie, że zwierzęta łatwiej obserwować jesienią i zimą aniżeli latem. Wszystko zależy od pogody. Zwierzęta pojawiają się na polach, gdy w lesie trudno im znaleźć żywność. Wtedy chętnie dobierają się do upraw rolniczych. Żeby temu zapobiec w miejscach, gdzie są skupiska żubrów tworzy się paśniki i usypuje stogi siana. Rolnicy za dostarczanie pożywienia otrzymują pieniądze, więc sytuacja jest dla nich korzystna.

 

Tak samo jak i dla miłośników przyrody i fotografów. Otóż duże, piękne zwierzęta, symbol naszego regionu są dostępne niemalże na wyciągnięcie ręki. Warto jednak pamiętać, że to zwierzęta dzikie. Nie wolno podchodzić do nich zbyt blisko i zbyt szybko, gdyż albo je przepłoszymy albo je wystraszymy na tyle, że nas zaatakują.

 

Niewiele osób również wie, że mimo iż to Puszcza Białowieska słynie z żubrów to łatwiej spotkać te zwierzęta w okolicach Puszczy Knyszyńskiej. Największe są szanse na spotkanie tych zwierząt w okolicach Krynek. Wystarczy wybrać się bladym świtem, albo jeszcze przed nim drogą z Supraśla do Krynek właśnie. Wcale nie powinno Was również zdziwić, gdy napotkacie mnóstwo fotografów. Jest to dość popularne miejsce także dlatego, że ukształtowanie tamtych terenów pozwala na robienie świetnych zdjęć szczególnie o świcie. Oczywiście, gdy dopisuje pogoda.

 

A ostatnio pogoda dopisywała cały czas. A fakt, że się ochłodziło skłonił żubry do tego, by zaczęły wychodzić. Dlatego to dopiero „początek sezonu”. Najwięcej zwierząt na polach dostrzeżemy gdy będzie leżał śnieg. Warto więc zaplanować sobie już taki wyjazd podczas którego nie tylko będziemy mogli napotkać żubry, ale też zwiedzić tamte okolice.

Partnerzy portalu:

Połączenie kolejowe Białystok – Siemiatycze? Wystarczy dobra wola, nic więcej!

Połączenie kolejowe Białystok – Siemiatycze? Wystarczy dobra wola, nic więcej!

W 1999 roku województwo podlaskie zostało utworzone jako zlepek województw białostockiego, łomżyńskiego, suwalskiego. Między 1975 a 1998 rokiem w samym województwie białostockim były takie duże miasta (powyżej 10 tys. mieszkańców) jak Białystok, Bielsk Podlaski, Hajnówka, Łapy, Sokółka, Siemiatycze, Mońki, Czarna Białostocka. Wymieniliśmy te wszystkie ośrodki, by zwrócić uwagę na ważną rzecz. Tylko do jednego z nich nie da się dojechać koleją. I nie dlatego, że nie ma w nim torów tylko dlatego że nie ma połączeń. Dlaczego nie ma bezpośredniego, kolejowego połączenia Białystok – Siemiatycze? Jest tylko pośrednie tj. z przesiadką i trwa tyle samo co podróż do Warszawy. Brzmi kuriozalnie? Witajcie na Podlasiu. Na dokładkę możemy powiedzieć, że bezpośrednie połączenie kolejowe z Siemiatyczami ma… Warszawa.

 

Od wielu lat pasażerowie proszą samorządy by można było dojechać bezpośrednio z Białegostoku do Lublina, a nie jak obecnie przez Warszawę. Niestety władze – w tym województwa podlaskiego są głuche. Może by i chciały by taki pociąg był, ale problemem jest brak elektryfikacji. Zatem połączenia najczęściej spotykanym pociągiem, który jeździ dzięki trakcjom na razie być nie może. Ale przypomnijmy, że samorząd województwa podlaskiego dysponuje szynobusami, które nie potrzebują prądu tylko paliwa. Wystarczyłoby się więc dogadać. Tu mamy jednak kolejny problem – dogadać musiałyby się ze sobą aż 3 województwa – podlaskie, mazowieckie i lubelskie. Gdy chodzi o pieniądze to trudno na to liczyć. Szczególnie, gdy trzej marszałkowie nie są z tej samej opcji politycznej. Warto jednak zaznaczyć, że zarówno koleje mazowieckie jak i koleje podlaskie realizują połączenie Czeremcha – Siedlce. Przez cały dzień jeździ aż 6 par pociągów. 

 

Marszałek Województwa Podlaskiego nie musi się oglądać na innych marszałków. Mógłby chociaż sypnąć groszem, by szynobusy jeżdżące z Białegostoku do Czeremchy dojeżdżały aż do Siedlec tak by nie trzeba było się przesiadać. Dobrze by było żeby dojeżdżały chociaż do Siemiatycz (najlepiej z Suwałk) – tak by poruszanie się pociągiem po całym województwie nie było problemem. Dlatego nie ma co się oglądać na innych, trzeba działać. Nie może być tak, że po 20 latach województwo podlaskie nadal jest tworem sztucznym na tyle, że nawet południowa część dawnego województwa białostockiego ma większe związki z Lubelszczyzną i Mazowszem niż ze stolicą własnego województwa.

Partnerzy portalu:

Wielkie polowania w Puszczy Białowieskiej. Królowie strzelali do niedźwiedzi, żubrów i jeleni.

Wielkie polowania w Puszczy Białowieskiej. Królowie strzelali do niedźwiedzi, żubrów i jeleni.

Za każdym razem polowanie było wielkim wydarzeniem. Służby dworu w Białowieży szykowały się na przyjazd władcy i jego świty już dużo wcześniej. Najwyżej „punktowane” było upolowanie niedźwiedzi, żubrów, jeleni czy łosi – czyli zwierząt dużych. Niekiedy zwierząt zabijano tak wiele, że później mięso pakowano w ogromne zasolone beczki i spławiano Narwią do innych miast. W całej historii polowali tu władcy nie tylko z Polski, ale też z ZSRR czy hitlerowskich Niemiec.

Jagiełło szykował się do wojny z Krzyżakami

Puszcza Białowieska dzisiaj słynie z pięknego rezerwatu i ostoi żubrów. W dawnych czasach natomiast miejsce to było znane jako jedno z niewielu w Europie obfitujące w dziką zwierzynę. Szczególnie dużo było tutaj żubrów, co przyciągało władców na polowania. Puszcza była wliczana w dobra królewskie, przez co bez zgody króla nikt nie mógł w niej polować. Namiestnikiem władcy w lesie była osoba powołana na stanowisko łowczego. Czasem jednak dla rozrywki i sam król wybierał się na polowania.

 

Najstarszym udokumentowanym polowaniem w Puszczy Białowieskiej było te w 1409 roku, gdy Władysław Jagiełło wraz ze swoim bratem Witoldem oraz całą świtą przez ponad tydzień polował na dziczyznę. Warto jednak podkreślić, że nie robili tego dla rozrywki. Władca szykował się do wojny z krzyżakami i potrzebował bardzo dużych zapasów jedzenia dla swoich żołnierzy. Władca kazał zasolić mięso i w beczkach przesłać przez Narew i Wisłę do Płocka, a następnie przechować na przyszłą wojnę. Wszyscy doskonale wiemy jaki był rezultat bitwy z krzyżakami pod Grunwaldem, która miała miejsce rok później.

Pies dostał kołdrę z lisich ogonów

Dosyć inne polowanie miało miejsce w 1546 roku. Wówczas Zygmunt II August ze swoją świtą upolował tak dużo zwierzyny, że nie wiedział potem co z nią robić. Kilkadziesiąt beczek mięsa (jedna miała pojemność 150 litrów) postanowił wysłać do Krakowa, Poznania oraz Wilna. Warto dodać, że król był pierwszy władcą, który używał broni palnej podczas polowań. Przed wyjazdem do puszczy zakupił 20 funtów prochu oraz ołów do odlewania kul. Zygmunt miał również ulubionego psa – Gryfa, któremu na polowanie zamówił kołdrę z lisich ogonów, a sobie samemu rękawiczki na futrze z barana. Polowanie było dla władcy ryzykowną rozrywką. Otóż jednego dnia z opresji ratować go musiał kasztelan trocki, który później otrzymał za to nagrodę – 12 florenów. Innego dnia ucierpiał jeden z naganiaczy, którego poranił niedźwiedź.

 

Kolejnym wielkim polowaniem w Puszczy Białowieskiej było te urządzone przez Augusta III Sasa w 1752 roku. Co ciekawe nie było ono klasyczne. W specjalnie przygotowanej konstrukcji strzelano z niewielkich odległości do kilkudziesięciu żubrów, łosi oraz saren. Krew lała się ze zwierząt strumieniami. Warto odnotować, że w tym dziwacznym polowaniu towarzyszył królowi Jan Klemens Branicki.

Wielka impreza

Następne polowanie w naszych rejonach miało miejsce w 1784 roku i urządził je ostatni król Polski Stanisław August Poniatowski w 1784 roku. Tym razem również nie było standardowo. Polowanie zamieniło się bardziej w wielką imprezę, na której jednym z punktów było strzelanie władcy do zwierząt. Na wydarzenie przyjechało razem z królem i jego świtą stu ułanów oraz pięćdziesięciu kozaków. Zamówiono dla wszystkich 260 butelek piwa, 30 butelek araku oraz 20 butelek likieru. Na polowanie wyremontowano i rozbudowano dwór w Białowieży. Król wybrał się polować na kilka godzin. Później wrócił do dworu, tam śpiewano już pieśni i trwa bal. Następnego dnia rano król obdarował zasłużonych w czasie polowania biżuterią.

 

Jeszcze jedno polowanie miało miejsce w 1912 roku czyli tuż przed I Wojną Światową. Polska była 121 rok w pod zaborami, a krajem rządził car Mikołaj II z Romanowów. Na dwa tygodnie przed wydarzeniem ogrodzono teren łowiecki, gdzie zaganiano zwierzynę łowną oraz przygotowywano stanowiska strzelnicze. Rano polujący otrzymywali mapy swoich łowisk, a następnie polowano przez cały dzień z przerwami na jedzenie. Najwyżej „punktowane” były żubry, łosie oraz jelenie.

 

W całej historii królowie, władcy, premierzy, sekretarze, rządzący Polską, ZSRR czy hitlerowskimi Niemcami polowali w Puszczy Białowieskiej kilkadziesiąt razy. Ostatni raz strzelano do zwierząt w PRL. Konkretnie strzelał Józef Ozga-Michalski, prezes ZSL, poeta i pisarz w 1969 roku.

Partnerzy portalu:

Jak się obchodzi Dziady na Podlasiu? Kasza, miód i wódka dla zmarłych.

Jak się obchodzi Dziady na Podlasiu? Kasza, miód i wódka dla zmarłych.

Lada moment jak co roku znów będziemy obchodzić Wszystkich Świętych. To czas, gdy warto nie tylko wspominać zmarłych, ale też kultywować zwyczaje. Jak wiemy nawet najbardziej prymitywne plemiona chowały zmarłych w jakikolwiek ceremonialny sposób. Czy także ich wspominali? Trudno powiedzieć. Jest jednak pewien zwyczaj, który trochę odszedł w zapomnienie, a jest powiązany także Podlasiem. Chodzi o Dziady.

 

Chyba nie ma osoby, która by nie znała tej nazwy za sprawą wielkiego dzieła Adama Mickiewicza, który napisał w całości „Dziady II i Dziady III a nawet Dziady IV, ale pozostawił wiele wątpliwości co do części pierwszej. Dzieło literackie nie tylko ukazuje kresowe zwyczaje, ale też walkę z rosyjskim zaborcą. Co ma wspólnego z Podlasiem? Otóż taki zwyczaj obchodzony był również na obszarach pogranicznych Polski i Białorusi w naszym regionie. Tutaj jednak nikt nie używał nazwy „Dziady” lecz pominki, przewody, radecznica czy najpopularniejsze „zaduszki”. Warto zaznaczyć, że zwrot „Święto Zmarłych” jest negatywnie odbierany przez kościół katolicki. Prawidłowo mówi się „Wszystkich Świętych”. Czy to jednak to samo co „Dziady”? Kompletnie nie.

 

W ramach Dziadów przybywające na świat ludzi dusze należało odpowiednio ugościć a także zapewnić sobie ich przychylność. Jednocześnie ważna była pomoc w osiągnięciu spokoju przez duszę w zaświatach. Do najważniejszych zadań domowników było przygotowanie potraw – kaszy, miodu, jajek, kutii oraz wódki. Wieczorem szykowano ucztę w domu lub bezpośrednio na grobie. Bardzo charakterystyczne było upuszczanie części potraw i trunków na stół lub grób. Oznaczało to dzielenie się z nimi. Dziś zapalamy znicze na grobach, dawniej rozpalano ogniska by wędrujące dusze mogły spędzić noc wśród bliskich i się nie zgubić.

 

Dlaczego Dziady? Dusze utożsamia się z żebrakami, którzy wędrują przez swoje życie. W niektórych rejonach w ramach podtrzymywania zwyczajów karmiono żebraków ulubionymi potrawami zmarłych. Osoby te miały także łączyć rodzinę ze zmarłym. Warto także zwrócić uwagę, że bardzo niechętnie podchodzono do samobójców oraz osób zmarłych nagle. Niekiedy takie osoby były utożsamiane z demonami. Co ciekawe po wieczornej wieczerzy nie sprząta się stołu, by dusze nadal mogły się pożywić.

 

Jeżeli chcielibyście w tym roku sami obchodzić Dziady to możecie postępować zgodnie z tradycją: otwórzcie okna i drzwi aby dusze zmarłych mogły swobodnie wejść. Przygotujcie wieczerzę – miód, kasze, kutię, jaja oraz wódkę. Nie zapomnijcie również o wysprzątaniu grobu zmarłych i postawieniu tam zniczy. Jest jeszcze tydzień by się przygotować.

Partnerzy portalu:

Wędrująca szkoła. Dziś jest przodkiem dwóch ogólniaków!

Wędrująca szkoła. Dziś jest przodkiem dwóch ogólniaków!

W obecnym miejscu czyli przy ul. Brukowej, I LO istnieje od 1967 roku, a miało tam być tymczasowo. Tak się złożyło że stoi do dziś. Niejednokrotnie uczniów można było napotkać w pobliskim parku centralnym. Wszyscy w jednolitych strojach do ćwiczeń, pod okiem nauczyciela mieli W-F. W I LO nauczycielem historii był obecny minister edukacji – Dariusz Piontkowski. W 2005 roku natomiast cała Polska słała szkole i jej dzieciom kondolencje. W katastrofie pod Jeżewem, podczas pielgrzymki do Częstochowy zginęło tragicznie 9 maturzystów.

 

Jako że szkoła ma „numer 1”, to wydaje się, że powstała jako pierwsza. Nie jest to jednak aż tak oczywiste. O początkach jej powstania wiemy tyle, że w 1777 roku dzięki Izabeli Branickiej – Komisja Edukacji Narodowej utworzyła Podwydziałową Szkołę Zgromadzenia Akademickiego. Szkoła ta mieściła się przy obecnej ul. Kilińskiego. Pierwszym dyrektorem był ks. Jan Michałowski. W 1784 roku przybyły do Białegostoku król Stanisław August Poniatowski (brat Izabeli Branickiej) odwiedził także funkcjonującą szkołę. Tyle, że to historia wspólna zarówno dla dzisiejszego I LO jak i VI LO.

 

W 1802 roku powołane została przez zaborce pruskiego Wyższe Gimnazjum Białostockie. Nazwa dziś może być myląca, jednak warto dodać że dawniej ukończenie gimnazjum uprawniało do przyjęcia na studia wyższe. Cykl nauczania w tejże szkole trwał 6 lat. Prawie wszystkie przedmioty były w języku niemieckim. Siedziba szkoły znajdowała się w nieistniejącym już budynku gdzieś na Plantach. Wcześniej znajdował się tam teatr dworski, który przestał funkcjonować po śmierci hetmana Branickiego. W 1808 roku gimnazjum przeniesiono po raz kolejny. Tym razem do budynku na skrzyżowaniu Warszawskiej i Pałacowej. Równo 50 lat później gimnazjum wprowadziło się do dzisiejszego VI L.O, które mieści się dziś przy ul. Warszawskiej. Warto dodać, że jednym z absolwentów Gimnazjum Białostockiego był Ludwik Zamenhof.

 

Późniejsze lata to kolejne zmiany. W 1873 roku placówka zaczęła funkcjonować już jako Białostocka Szkoła Realna, która miała profil techniczno-przyrodniczy. Następne lata to kolejne zmiany. Tym razem szkoła była podzielona na Gimnazjum żeńskie i gimnazjum męskie. Edukację zupełnie przerwano podczas II Wojny Światowej. 1 października 1944 roku wznowiło działanie Państwowe Gimnazjum i Liceum nr 1 w Białymstoku. Siedziba znajdowała się dalej w budynku przy dzisiejszej Warszawskiej.

 

W 1950 roku szkoła zostaje kolejny raz przeniesiona. Tym razem do budynku przy ul. Warszawskiej 63 czyli na dzisiejszy wydział ekonomiczny UwB. Po roku remontu szkoła wraca do poprzedniej siedziby na Kościelną 9 (czyli dziś budynek VI L.O). W 1967 roku budynek przy dzisiejszej Warszawskiej jest zagrożony katastrofą budowlaną. I L.O przenosi się „tymczasowo” na Brukową 2, gdzie stoi nowo wybudowany gmach. Tymczasem stary budynek przechodzi remont, a po nim w 1972 roku zostaje utworzone… VI Liceum Ogólnokształcące. Dodatkowo w 1974 otrzymuje imię Zygmunta Augusta, co wywołuje protesty społeczności I L.O. I tak wspólna historia zaczęła się rozchodzić.

 

Szóstka staje się konkurentem jedynki. W 1967 roku placówka przy Brukowej jako pierwsza na całej Białostocczyźnie wprowadza kształcenie w klasach o profilu ogólnym z rozszerzonym językiem angielskim! Przypomnijmy, że w PRL wszędzie językiem „obcym”, a raczej „bratnim” był rosyjski. Do dziś zarówno szóstka jak i jedynka konkurują o uczniów wysokim poziomem nauczania, a także budowaniem społeczności skupionej wokół szkoły. Obie szkoły mają jedną wspaniałą historię.

fot główne: I L.O przy ul. Brukowej, VI L.O przy ul. Warszawskiej, autor simpledot / Wikipedia; zdjęcie archiwalne: Widok z pałacowej bramy na gmach Szkoły Realnej przy ul. Aleksandrowskiej w 1897 r.

Partnerzy portalu:

Białystok pod wpływem jesieni stał się magiczny. Dwa kroki od bajecznej atmosfery!

Białystok pod wpływem jesieni stał się magiczny. Dwa kroki od bajecznej atmosfery!

Białystok zamienił się w magiczną krainę za sprawą jesieni, która powoli ogałaca drzewa z liści oraz zmienia ich kolory. Dlatego też na ulicach jest kolorowo. Nasze miasto ma to do siebie, że wiele u nas miejsc, które sprawiają wrażenie jakbyśmy w mieście wcale nie byli. Jednym z nich jest Rezerwat przyrody Las Zwierzyniecki. Jego ścieżki to idealne miejsce by zaczerpnąć świeżego powietrza, pospacerować w ciszy i spokoju, ale też by uprawiać sport – biegać i jeździć rowerem. Jesienna aura sprawiła, że chce się do Lasu Zwierzynieckiego iść w każdej wolnej chwili.

 

Las Zwierzyniecki w czasach Branickich służył jako miejsce polowań dworskich. Można było tu napotkać jelenie, bażanty, daniele, kuropatwy, łabędzie i dzikie kaczki. Można tylko ubolewać, że charakter tego miejsca już taki nie jest. Wiemy jednak, że istnienie takiej zwierzyny blisko centrum stanowiłoby problem. Dlatego możemy tylko spacerować po pięknej krainie i wyobrażać sobie jak tu było kiedyś.

Warto dodać, że kiedyś było zdecydowanie inaczej. Dzisiejszy rezerwat był ogromnym kompleksem leśnym, który zaczął się kurczyć pod wpływem rozwoju miasta. Z jednej strony zachodnią częśc lasu zabudowano koszarami przez co wykarczowano całe połacie lasu. Inne fragmenty przeznaczono na pola uprawne i ogrody. Las Zwierzyniecki przeistaczał się coraz bardziej w park. Wytyczono alejki spacerowe, wybudowano bufety. Wzniesiono teatr letni, restauracje i inne obiekty rozrywkowe. Do miejsca tego w roku 1895 doprowadzono nawet „konkę” czyli dawną linię tramwajową. Zwierzyniec stał się modnym miejscem.

 

W 1920 roku Zwierzyniec podzielono na 2 części. Pierwszą z nich nazwano „Parkiem Miejskim 3-go maja” i tym samym połączono go z Parkiem Miejskim im. Księcia J. Poniatowskiego, który biegł aż do Teatru Dramatycznego. Druga część to dzisiejszy Las Zwierzyniecki. Warto podkreślić, że Białystok jest jednym z niewielu miast w Polsce, w którym wchodząc do parku w centrum można wyjść poza granicę miasta w zasadzie nie wychodząc z terenów zielonych. Pielęgnujmy te tereny jak możemy, bo wiele mieszkańców innych miasta może ich nam pozazdrościć.

Partnerzy portalu:

Letnia rezydencja Branickich. Przyjeżdżali tu królowie, spalili Niemcy.

Letnia rezydencja Branickich. Przyjeżdżali tu królowie, spalili Niemcy.

W Polsce Choroszcz kojarzy się raczej ze szpitalem psychiatrycznym, na Podlasiu wiele osób wie, że to miasteczko rozwijało się kiedyś prężnie i ma więcej do zaoferowania niż hospitalizacja. Wizytówką miasta jest letnia rezydencja Branickich wraz z otaczającym ją parkiem z 1757 roku. Został spalony w czasie II Wojny Światowej, odbudowany został w 1960 roku. Raz do roku w pierwszą niedzielę sierpnia odbywa się na placu przed rezydencją Jarmark Dominikański.

 

Jeżeli przyjrzymy się budynkowi możemy zauważyć, że bardzo przypomina pałacyk gościnny przy ul. Kilińskiego w Białymstoku. Nie przypadkowo. Zarówno jeden jak i drugi budynek spełniać miały tę samą rolę – miejsce wypoczynku. Przy ul. Kilińskiego były miejsca dla gości, dla których zabrakło miejsca w pokojach pałacu głównego. W Choroszczy podobnie, tyle że goszczono tam zupełnie inne osoby.

 

A to dlatego, że hetman Branicki nie dożył wykończenia pałacyku przy ul. Kilińskiego. Dlatego swoich znakomitych gości mógł przyjmować dotychczas na dworze lub właśnie gościć z wielkim przepychem w Choroszczy. Za jego życia przebywali tu król Augustów III oraz brat Izabeli Branickiej oraz szwagier hetmana – król Stanisław August Poniatowski. To, co się działo podczas przyjęć gości w Choroszczy zostało opisane w książce „Grzechy hetmańskie” – autorstwa Józefa Ignacego Kraszewskiego. Swoją drogą książka ta nadaje się na serial równy superprodukcji TVP – Koronie Królów.

 

Wracając do pałacyku w Choroszczy. Warto tam się wybrać na zwiedzanie. Warto zobaczyć samo muzeum, które znajduje się w pałacyku, ale szczególnie piękny jest park znajdujący się za budynkiem. Najpierw idziemy przez dziedziniec na wyspę, gdzie stoi pałacyk, a następnie alejkami wzdłuż kanału do wzgórza widokowego. Będziemy przemierzać mijając kolejne lipy, które mają ponad 200 lat oraz klony. Na końcu dojdziemy do wzgórza, które zostało sztucznie usypane, które w przeszłości miało służyć jako dwupoziomowa piwnica. Dziś to „górka miłości”, gdzie spotyka się młodzież. Warto tam jednak wybrać się niezależnie od wieku. Spacer wśród starych drzew przy pięknym kanale w otoczeniu pałacyku da nam wiele radości i wewnętrznego spokoju. Tak bowiem działa przyroda na człowieka.

Partnerzy portalu:

Kto powinien kształtować wygląd Centrum? Teraz robią to przypadkowe osoby i developerzy.

Kto powinien kształtować wygląd Centrum? Teraz robią to przypadkowe osoby i developerzy.

Białostoccy urzędnicy mają chyba takie same zdanie jak my na temat jednego z absurdalnych projektów w Budżecie Obywatelskim, który musi być teraz zrealizowany. Póki co nie będzie. Zacznijmy od najważniejszego – nie jesteśmy przeciwnikami budżetu obywatelskiego, jest to świetna inicjatywa, dzięki której mieszkańcy angażują się w lokalne sprawy dla swoich osiedlowych społeczności. Niestety jest coś takiego jak „projekty ogólnomiejskie”, które powinny zostać zlikwidowane. Gdyż ich efektem jest najczęściej zgłaszanie inicjatyw stawiania kolejnych pomników i innych „dekoracji”, a mówiąc literalnie zaśmiecania ładu przestrzennego centrum miasta.

 

I takim kamyczkiem do wspomnianego wyżej ogródka jest inicjatywa „WidziMisie” czyli zrealizowania absurdalnego pomysłu stawiania 15 figurek misiów czy też niedźwiadków w mieście, które mają nawiązywać do szlaku turystycznego, który zostanie wytyczony. Po pierwsze z Białymstokiem bardziej kojarzą się żubry, no może ironicznie też śledziki, ale bynajmniej nie niedźwiedzie. Te są domeną naszych sąsiadów – Suwałk, które mają nawet taką maskotkę – białego misia. Po drugie, chyba również niechętnie do pomysłu stawiania w Białymstoku figurek podchodzą również urzędnicy, gdyż nie mogą się zdecydować na ich wygląd.

 

Ogłoszono konkurs na koncepcję rzeźb niedźwiedzi. Wpłynęły 2 oferty, jednak żadnej nagrody nie przyznano, a jedynie wyróżnienie. Miejmy nadzieję, że ten konkurs nigdy nie zostanie rozstrzygnięty, a miasto ograniczy budżet obywatelski do inicjatyw osiedlowych. To dobre rozwiązanie, że mieszkańcy „meblują” własne osiedla placami zabaw, siłowniami pod chmurką, drogami, parkingami. Niestety nie można pozwolić, by przypadkowe osoby dostawiały co roku nowe bzdety do centrum miasta, bo za kilka lat będzie jeden wieli śmietnik w przestrzeni miasta.

 

O wygląd Centrum i dbanie by wiernie oddawało historyczny wygląd powinni dbać wykształceni architekci. Jednak to raczej fantazje. Naszą przestrzeń w Centrum kształtują obecnie developerzy i przypadkowi mieszkańcy. Miasto to dynamiczna tkanka i nowe powinno zastępować stare, ale bez przesady. Powinniśmy dbać o dziedzictwo miasta i wszystko to czego nie zniszczyli Niemcy. Powinien też panować ład przestrzenny, a nie chaos. Jednak wycofanie projektów ogólnomiejskich z budżetu obywatelskiego to decyzja, z której część osób na pewno nie byłaby zadowolona, a Tadeusz Truskolaski tak kurczowo trzyma się stołka, że już od dawna stara się nie podejmować żadnych kontrowersyjnych decyzji.

Partnerzy portalu:

Lepszego momentu nie będzie. Czas na długą wycieczkę dorzeczami Supraśli oraz Puszczą Knyszyńską!

Lepszego momentu nie będzie. Czas na długą wycieczkę dorzeczami Supraśli oraz Puszczą Knyszyńską!

Chyba nie ma lepszego momentu niż obecny, by zwiedzać Puszczę Knyszyńską. Pogoda jest przepiękna, a kolory jesieni magiczne. Do tego można do domu wrócić z grzybkami, których w lesie obecnie nie brakuje. Czego chcieć więcej? Być może mało kto wie, ale dorzecza Supraśli i tereny Puszczy Knyszyńskiej oplecione są szlakami o łącznej długości 400 km! Jest z czego wybierać. Jesienią można zwiedzać kompleks leśny piechotą, rowerem albo… konno!

 

W tym ostatnim przypadku wystarczy zgłosić się do przesympatycznego Pana Cezarego, który ma swoje stadko wierzchów w Surażkowie. Razem z żoną od wielu lat prowadzi popularne „Ritowisko”. Jeżeli ktoś ma siły w nogach to szlakiem rowerowym może przejechać aż 150 km lub zrobić to samochodem odwiedzając po kolei wszystkie „przystanki”. A po drodze jest naprawdę wiele miejsc, które wyglądają jesienią przepięknie.

Pierwszy przystanek to Królowy Most i Kołodno, które oplecione są przez Wzgórza Świętojańskie. Pierwsza miejscowość ma nazwę znaną z kultowej trylogii Jacka Bromskiego „U Pana Boga”. W rzeczywistości to spokojna wieś, w której zobaczyć można przepiękną cerkiew. Tuż obok w Kołodnie możemy wdrapać się na górę Św. Anny i z wieży widokowej zobaczyć panoramę Puszczy Knyszyńskiej w złotych kolorach.

Kolejny przystanek to Supraśl, do którego dojedziemy w części żwirową drogą przez Cieliczankę. W tym miasteczku koniecznie musimy spróbować babki ziemniaczanej albo kartaczy oczywiście zapijając kwasem chlebowym. Oprócz tego warto zajrzeć nie tylko do najpopularniejszych atrakcji miasteczka jak bulwary czy klasztor, ale też przejść się malowniczą trasą wokół rzeki podziwiając Supraski System Wodny. Początek znajduje się przy ul. Nowy Świat lub na moście przy bulwarach.

Następne miejsce po drodze to Nowodworce, gdzie będziemy mogli podziwiać wspaniałe, stare pojazdy Straży Pożarnej w muzeum tej formacji. Kolejny przystanek to oczywiście Wasilków. Warto zajrzeć nad zalew, a także na świeżo wyremontowany plac w centrum. Potem jedźmy ul. Jurowiecką na Sochonie aż do miejscowości Mostek. Przy tartaku skręćmy w prawo kierując się malowniczą trasą Puszczą Knyszyńską na Ratowiec, Wólkę Ratowiecką oraz Czarną Wieś Kościelną, gdzie będziemy mogli poznać najlepsze tradycje rękodzieła ludowego. Tutaj mała uwaga – jeżeli jedziemy samochodem – warto pojechać z Wasilkowa na Świętą Wodę a dalej Czarną Białostocką, gdzie możemy przy okazji zajrzeć nad zalew.

 

Następnie, z Czarnej Białostockiej możemy pojechać na Janowszczyznę, a dalej na Wierzchlesie, by ostatecznie wyjechać Kopnej Górze i zwiedzić tam Arboretrum. Po drodze miniemy mnóstwo przepięknych krajobrazów i drewnianych wiejskich domów. Takie Podlasie w pigułce. Rowerem natomiast można pojechać przez malownicze bagna kierując się na Budzisk, a dalej Supraśl, a dopiero potem Kopną Górę. Ostatni odcinek naszej wycieczki to trasa Kopna Góra – Kruszyniany przez Silvarium w Poczopku oraz wielkie rondo w Krynkach. Jeżeli nam mało koniecznie jedźmy na Rudaki i Chomontowce do Bobrownik. Wioseczki na samej granicy z Białorusią mają swój niepowtarzalny klimat. Poczujemy się jak na końcu świata!

Z Bobrownik już prosta i krajowa droga do Białegostoku. Możemy jednak skoczyć nad rzekę Świsłocz i miejscowość Mostowlany. Dalej przez Jałówkę, gdzie stoją ruiny kościoła aż do Bondar i Siemianówki. Tam po drodze na Pasieki możemy natrafić na żubry. Pytanie tylko czy ktoś wytrzyma tak długą wycieczkę? Zawsze można rozbić ją na 2 lub 3 dni. Na Podlasiu nikt się z niczym nie śpieszy!

Partnerzy portalu:

Straszny dwór pod Białymstokiem? Barwna historia i sporo legend.

Straszny dwór pod Białymstokiem? Barwna historia i sporo legend.

Dawniej płynęła tutaj tylko rzeczka, dziś to mocno zabudowane tereny. Mowa o gminie Juchnowiec Kościelny, gdzie na jej dzisiejszym terytorium, w czasach I Rzeczypospolitej stało bardzo wiele dworków. Do dziś na cmentarzu w Juchnowcu stoi grobowiec Nowickich – jednych z właścicieli takiego dworów, którego ruiny stoją do dziś. Ostatnio wspomnieliśmy o nim tylko w kilku zdaniach. Dziś postanowiliśmy przytoczyć barwną historię tego miejsca, a także mrożące krew w żyłach legendy jakie o ów miejscu krążą.

Ślub z księżniczką

Dolina rzeczki Niewodnicy już w XV wieku stała się miejscem, gdzie zaczęto przyznawać majątki ziemskie. Wkrótce po tym dwory na tych ziemiach zaczęły rosnąć jak grzyby po deszczu. Każdy nadany majątek ziemski nazywany był Niewodnicą. I tak powstały dwory i folwarki w Niewodnicy Skrybickiej (dziś dwie wsie obok siebie Skrybicze i Bogdaniec), Niewodnicy Nargilewskiej, Niewodnicy Brzoszczyńskiej (już nie istnieje, a dokładna lokalizacja jest nieznana), Niewodnica Lewickie (dziś Lewickie), Niewodnicy Koplańskiej (Koplany), Niewodnicy Brończańskiej (Brończany), Niewodnica Zalesie (Zalesiany), Niewodnica Korycka, Niewodnica Kościelna, a kolejne dwory w Czaplinie, Gajewnikach.

 

W dzisiejszych Lewickich ruiny dworu stoją do dziś. Pierwszy właściciel w 1540 roku Maciej Lewicki – urzędnik sądowy i sędzia bielski zrobił karierę w I RP głównie za sprawą małżeństwa z księżniczką Anną Porycką ze Zbaraża (dziś miasto na Ukrainie pod Tarnopolem). O księżniczce wiadomo było, że była bardzo energiczna. Gdy została wdową po Macieju w 1558 roku to do końca XVI wieku zarządzała dworkiem. Później ofiarowała dworek swoim synom – Maciejowi i Janowi. Majątek objął jednak tylko Maciej, gdyż jego brat zmarł bezpotomnie.

 

Maciej „junior” ożenił się z Anną Wołłowiczówną. Sam nosił tytuł cześnika podlaskiego (osoba w królestwie zajmująca się zarządzaniem piwnicą władcy – by nie brakowało w niej trunków). Wiemy o tym, gdyż w 1621 roku ufundował i wyposażył cerkiew unicką w Kożanach. Małżeństwo miało syna Stanisława, który odziedziczył dwór w Lewickich, ale też dwory w Kożanach, Juchnowszczyźnie i Romejkach.

Zatarg z księdzem

Stanisław Lewicki był w królestwie podczaszym podlaskim czyli pomocnikiem cześnika. W późniejszych latach był również podkomorzym ziemi bielskiej. W 1671 roku zmarł, zaś majątek przed śmiercią zapisał żonie Zofii Karniowskiej. Ta zmarła 5 lat po mężu. Na szczęście para miała syna, więc dwór został jego majątkiem. Samuel, bo tak miał na imię zasłynął w okolicy sporem z lokalnym księdzem Orzeszko. Należy dodać, że to był spór na tyle duży, że Samuel pisał na duchownego skargi – o wykorzystywanie jego podwładnych, o używanie nieprzyzwoitych słów, a nawet o grożenie śmiercią! Niestety nie wiemy jaki był wynik tych skarg. Wiemy za to, że Samuel ożenił się z Joanną Zwierzówną – podczaszankę ziemi bielskiej, która urodziła Samuelowi syna – Stanisława (zapewne po dziadku), który niestety zmarł. Urodziła też córki Antoninę oraz Annę. Ta ostatnia wzięła sobie za męża Szymona Stanisława Gąsowskiego i po śmierci matki (a wcześniej ojca) zamieszkała na dworze w Lewickich. Później losy dworu są tak zawiłe, że trudno je w prosty sposób opisać. Jednym słowem rodzina i rodzina cioteczna tak się rozrosła, że majątek krążył po rodzinie.

W rękach Orsettich

W połowie XVIII wieku Niewodnica Lewickie przeszła w ręce Anieli już nie Lewickiej, ale z Gąsowskich. Była ona żoną Piotra Orsetiego, który miał włoskie korzenie. Spuścizna Orsettich przy każdej ze swych podlaskich włości urządzali mnóstwo ozdób – stawy, sadzawki czy kanały. Niektóre dotrwały do naszych czasów. Rodzina szlachecka w swoich rękach miała także Śliwno, Kowalewszczyznę, Waniewo, Bokiny oraz Kruszewo. Dwór w Lewickich trafił później w ręce wnuka Orsettich – Franciszek, który był szambelanem. Wraz z żoną Joanną Markowską mieszkali jednak w Kruszewie. Zaś na dworze w Lewickich zamieszkała Zuzanna Grądzka, która najprawdopodobniej od szambelana majątek odkupiła.

 

W połowie XIX wieku w posagu Lewickie wniosła córka Grądzkiej – Zofia, która wyszła za Tadeusza Nowickiego z dworu Starzynki nad Niemnem. To właśnie te nazwisko trwale zapisze się w historii majątku, ale też w legendach, o których później. Po śmierci Tadeusza, którego grobowiec stoi w Juchnowcu Kościelnym w majątku zamieszkał brat Michał Nowicki wraz żoną Adolfiną. To właśnie on wzniósł po raz pierwszy pałac w tym miejscu. Przebudowano również ogrody, otoczono je wąskimi kanałami i połączono ze stawami, które zostały po Orsettich. Przed głównym wejściem urządzono podjazd. Do ogrodów natomiast prowadziły drogi spacerowe.

Smutny koniec dworu

Przypomnijmy, że od 1795 roku Polska była pod zaborami. Jednym ze skutków tej sytuacji było przejęcie przez władze carskie majątku w Lewickich (i innych też). W 1903 roku majątek zakupiła Aleksandra Szwajko-Szwajkowska, która w 1908 sprzedała grunty i dwór. Nabyło je towarzystwo włościańskie czyli inaczej miejscowi rolnicy. Chłopi jednak nie dbali o dwór. Rozebrali budynki gospodarcze, część budynku oraz stare drzewa. W 1911 roku zdewastowany dwór trafił w ręce Pawła Brysza. Nowy właściciel przystosował budynek tak, by mogli przyjeżdżać do niego letnicy. Ogrody zamieniły się w pole uprawne.

 

Podczas II Wojny Światowej oberwało się także budynkowi. Po wojnie w zdewastowanym obiekcie (dopóki miał dach) obradowała Gromadzka Rada Narodowa (PRL-owski odpowiednik dzisiejszej rady gminy). Właścicielem budynku była wówczas siostra Pawła Brysza – Stefania Ławranin, która ruiny sprzedała rodzinie Pachulskich (lub Puchalskich), która na polu w dawnym ogrodzie postawiła szklarnie, zaś sami zamieszkali w wyremontowanym budynku. Co się stało z budynkiem po 1989 roku? Nie wiadomo. Wiadomo tylko, że internauci na forach jeszcze kilka lat temu przestrzegali się, by nie podchodzić do ruin, bo właściciele bardzo nerwowo na to reagują.

Czarna magia i zapach siarki

Legend dotyczących dworku jest kilka. Jedna związana jest z wspomnianym wcześniej Nowickim. Niestety nie wiemy czy chodzi o Tadeusza czy Macieja. Któryś z nich mieszkańcy ponoć oskarżali o czarną magię. Cóż mogło być powodem takich oskarżeń? Nie wiadomo. Wszak w archiwalnych kronikach parafialnych Juchnowca Kościelnego zachował się taki fragment: „Gdy wyprowadzono trumnę właściciela, nad pałacem zebrały się ciemne burzowe chmury, a mieszkańcy na całej drodze ustawili beczki z podpaloną smołą na przypomnienie że całą wieczność będzie się smażył w piekle”. Czy dotyczył ten fragment Nowickiego? Nie wiadomo. Pamiętajmy, że jeden z Lewickich miał potężny zatarg z księdzem, który być może złośliwie tak napisał o swoim wrogu?

 

Kolejną legendą jest oczywiście historia, że w ruinach straszy. Podobno czuć też tam zapach siarki, ale tylko nocą. Nie będziemy sprawdzać, ale jeżeli to prawda może to mieć związek z inną legendą, która mówi, że w XIX wieku w ruinach ludzie odbierali sobie życie. Ostatnia legenda z jaką wiąże się to miejsce podobno ma wyjaśniać dlaczego nikt pałacu nie wyremontował. Ponoć każdy, kto się za to zabierał – bankrutował. Trochę jest jak z tym mostem w Kruszewie, który został zniszczony gdy wybuchła I Wojna Światowa oraz odbudowany i ponownie zniszczony gdy wybuchła II Wojna Światowa. W obawie przed trzecią – most już nigdy nie był odbudowany.

fot. Lotek70, Licencja: CC0 1.0

zdjęcie główne: pismo „Spotkania z Zabytkami” nr 1 (35) 1988)

informacje historyczne: Lewickie. Dwór Polski, autor: Józef Maroszek

Partnerzy portalu:

Historyczne Podlasie. Jak zwiedzać to co pozostało? Można zorganizować 4 wycieczki.

Historyczne Podlasie. Jak zwiedzać to co pozostało? Można zorganizować 4 wycieczki.

Turystyka związana z województwem podlaskim głównie skupia się na Puszczy Białowieskiej i jej okolicach. Oczywiście nie brakuje również zachęt by odwiedzić Suwalszczyznę. Jest też wiele miejsc, które proponuje się do zwiedzania ludziom, związanych z Białymstokiem i miasteczkami obok Tykocinem czy Choroszczą. Są też takie atrakcje, które można powiedzieć dopiero zyskują popularność od niedawna – tatarskie Kruszyniany, kładka Śliwno-Waniewo, Biebrzański Park Narodowy. Niewiele jest zachęt dla turystów natomiast, by zwiedzali najbardziej rdzenne tereny Podlasia. A szkoda, bo tam również jest na co popatrzeć!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Na mapie z 1665 roku tereny dzisiejszego województwa podlaskiego były podzielone pomiędzy Księstwo Mazowieckie i Księstwo Litewskie złączone Rzeczpospolitą Obojga Narodów. Na tej samej mapie między Bugiem a Narwią znajdowało się „Masovie Duché et Polaquie” – tak nazwane przez francuskiego kartografa Abrahama Peyrounina, który ów mapę sporządził.

 

Dawną mapę można podzielić na „rejony”. Na północy znajdował się Augustów, Rajgród, Goniadz. Na górnej części województwa, lecz trochę niżej położone były Supraśl, Wasilków, Choroszcz, Waniewo, Tykocin oraz Suraż. Do dziś poniżej przetrwały zupełnie odludne tereny, za którymi znajduje się Brańsk, Bielsk oraz na granicy województwa (rzeką Nur) Ciechanowiec. Na południu znajdowały się takie miasta jak Mielnik, Drohiczyn, Siemiatycze.

 

Dlatego też jeżeli chcemy eksplorować historyczne Podlasie to najlepiej właśnie robić to w takiej kolejności. Wówczas wszystkie zabytki i miejsca historyczne jakie napotkamy będą ze sobą w jakiś sposób powiązane. Oczywiście po ponad 300 latach od stworzenia mapy, na której opieramy się w niniejszej publikacji, trzech rozbiorach, powstaniach, dwóch wojnach światowych i innych bitwach spuścizna z tamtych czasów praktycznie nie istnieje, a jednak coś przetrwało. To polska kultura, architektura, zwyczaje.

 

Podróżując między Augustowem, Rajgrodem i Goniądzem będziemy mogli zaobserwować trochę inne budownictwo niż na przykład w Mielniku, Drohiczynie i Siemiatyczach. Wynika to z tego, że kolejne pokolenia żyjące na tych ziemiach podtrzymywały zupełnie inne kultury i dziedzictwo. Najbardziej to widać po wszelkiej maści dworkach, które były budowane, a także po kościołach, które przetrwały lub zostały w tym samym miejscu odbudowane tak, by były zbliżone do oryginału.

 

Podobnie ze zwiedzaniem Tykocina i Choroszczy, które są do siebie podobne oraz Ciechanowca, Brańska i Bielska oraz Siemiatycz, Drohiczyna i Mielnika. Nie tylko jednak miasta są do siebie podobne w tych rejonach – podobne są także wsie. Dlatego też w każdej możliwej wolnej chwili warto sobie zaplanować aż 4 wycieczki.

  1. Augustów – Rajgród – Goniądz
  2. Supraśl – Wasilków – Choroszcz – Tykocin – Waniewo – Suraż
  3. Ciechanowiec – Brańsk – Bielsk Podlaski
  4. Mielnik – Drohiczyn – Siemiatycze

Partnerzy portalu:

Starosielce mają 100 lat. Wielka historia miasta, które stało się dzielnicą.

Starosielce mają 100 lat. Wielka historia miasta, które stało się dzielnicą.

Starosielce w tym roku świętują 100-lecie istnienia. Jest to dobra okazja by przypomnieć historię dawnego miasta, które stało się częścią Białegostoku. Osada zyskała na znaczeniu dzięki linii kolejowej łączącej Królewiec z Kijowem. Wtedy też była to jeszcze wioseczka, gdzie zjechali kolejarze. Był też ksiądz, który założył rozbudował wspólnotę religijną oraz zmarł tragicznie. Warto  również poznać inne dzieje miasta. Najpierw jednak trzeba uporządkować pewne fakty historyczne, a te na pierwszy rzut oka są bardzo pokręcone!

Wieś Starosielce oraz Osada Starosielce

Otóż spacerując po Białymstoku możemy natrafić na ulicę Starosielce. I nie leży ona na Starosielcach tylko na os. Ścianka. Nie wiemy czy takowe znacie, ale jest to małe osiedle schowane pomiędzy Nowym Miastem a Zielonymi Wzgórzami. Tam też właśnie znajduje się długa ulica, która upamiętnia, że jeszcze przed 1547 rokiem czyli gdy Białystok był małą wsią istniała inna wieś obok – Starosielce. Wówczas Katarzyna z Wołłowiczów została żoną Piotra Wiesiołowskiego. W posagu ofiarowała mu dobra białostockie. Wieś zaznaczyliśmy na mapie na niebiesko. Jak widzicie sąsiadowała ona z wsią Białystok i była bardzo rozległa. Dzisiejsze białostockie osiedle – Starosielce – zostało założone w XIX wieku na ziemiach wsi Klepacze. Dziś to teren zaznaczony na mapie na różowo. Dawniej życie toczyło się po obu stronach torów. Starosielce funkcjonowało jako odrębne miasto od 1919 do 1954 roku. Następnie zostało włączone do Białegostoku.

W 1873 roku w osadzie Starosielce otwarto Zakłady Zaplecza Remontowego dzięki temu że przebiegała tamtędy linia kolejowa Królewiec – Ełk – Grajewo – Bielsk – Brześć – Kijów. Miało to duże znaczenie ekonomiczne. Z terenów dzisiejszej Ukrainy eksportowano pszenicę i węgiel. Natomiast z dzisiejszej eksklawy Rosji – Królewca transportowano materiały wełniane między innymi do białostockich fabryk włókienniczych. Do wsi Starosielce natomiast napłynęli kolejarze oraz robotnicy wyznania rzymskokatolickiego pracujący na kolei co tchnęło w osadę rozwój. Między 1880 – 1914 rokiem spisano geograficzny słownik Polski. O Starosielcach było wiadomo, że znajdują się tam wspomniane warsztaty kolejowe, gdzie naprawiano wagony i parowozy. Była też fabryka sukna i wyrobów wełnianych. Stały też wiatraki. Miasteczko było podzielone torami – umownie było podzielone na Starosielce Wschodnie i Starosielce Zachodnie.

fot. chram.com.pl

Kościół w magazynie wojskowym

Mimo coraz większej liczby wiernych nie było jednak kościoła. Wszystko przez kiepską sytuację Kościoła Katolickiego w Królestwie Polskim złączonym z Rosją i jej carem. Tak jak w Białymstoku nie można było zbudować drugiego kościoła (dzięki czemu katedra dziś stoi dobudowana do maleńkiego kościółka, a nie na wzgórzu św. Rocha), tak też w Starosielcach nie było można świątyni wznosić. Natomiast w 1900 roku prawosławni założyli parafię, a potem cmentarz z kaplicą. Otworzono też szkołę i dwie klasy. To wszystko jednak przestało istnieć. W 1915 roku (I Wojna Światowa) duchowni prawosławni porzucili budynek. Opustoszały zajęli Niemcy przeznaczając go na magazyn wojskowy.

 

Wspaniała postać – ks. Grzybowski

Jedną z bardziej rozpoznawalnych postaci był ks. Paweł Stanisław Grzybowski. Urodzony w 1874 roku zmarł tragicznie spadając z drabiny w 1932 roku. „Pamięć o Tobie przetrwa długie lata” – takimi słowami starosielczanie żegnali swojego duszpasterza. Ksiądz do miasta przybył w 1919 roku, kilka miesięcy po odzyskaniu przez Białystok, a zarazem Starosielce niepodległości. Wtedy też oczywiście zmieniła się sytuacja Kościoła Katolickiego. W wolnej Polsce nowe władze przekazały budynek przy ul. Szkolnej na kaplicę. Wcześniej znajdowała się tam wspomniana cerkiew prawosławna. 25 sierpnia 1919 roku była to już kaplica katolicka.

 

Ksiądz Grzybowski zupełnie od zera zbudował wspólnotę religijną w Starosielcach. W szkole nauczał katechezy, założył też kancelarię gdzie prowadził księgi metryczne, otrzymał też ziemię pod cmentarz (którzy dziś jest przy ulicy jego imienia i tam też jest pochowany). Duchowny zebrał też ofiary, które przeznaczył na naczynia liturgiczne, księgi, szaty oraz wyposażenie wnętrza kościoła. Dzięki tym wszystkim zabiegom biskup wileński w 1922 roku podniósł rangę placówki duszpasterskiej do samodzielnej parafii.

 

O duchownym nawet krążyły anegdoty, że nie dbał o swoje wygody na tyle, że jego sutanna była cała połatana. Ponadto gdy jednemu z chłopów padł koń, to zrozpaczonemu ksiądz podarował pieniądze na nowego. W Starosielcach panowało bogate życie religijne. Zorganizowała się wspólnota parafialna i inne stowarzyszenia skupiające wiernych. Ks. Grzybowski miał również bardzo dobry kontakt z młodzieżą. Szczególnie bliskie mu były idee harcerstwa. Kiedyś goszcząc ich u siebie na parafii miał wystawić wszystko co miał w spiżarni, by nakarmić przybyłych. Miało to zezłościć gospodynię, która dbała o księdza jak mogła. To właśnie na obozie harcerskim ks. Grzybowski spadł z drabiny. 19 sierpnia 1932 roku Żegnali go nie tylko mieszkańcy, ale właśnie też harcerze. Duchowny spoczął w skromnej kapliczce obok swojej matki.

Szkoła, która nie powstała

W 1930 roku miasteczko liczyło 3500 mieszkańców. 15 proc. stanowili Rosjanie i Białorusini. Aż trudno uwierzyć, ale tylko 2 proc. to byli Żydzi, którzy w Białymstoku stanowili większość! Miasteczko zamieszkałe było głównie przez emerytowanych pracowników kolei. W Starosielcach wówczas działała też sekcja teatralna miejscowego Związku Strzeleckiego. Grywali w niej bracia Topiłkowie, pani Gregorczukowa, oraz panowie Rezler i Arciszewski. W miejscowej szkole uczyło się 1000 dzieci. Lekcje odbywały się od 8 rana do godz. 18. W klasach panował ścisk. W kolejnych latach planowano przyjęcie jeszcze 300 dzieci. Lekcje odbywały się w pomieszczeniach kolejowych. W pewnym momencie rozpoczęto budowę nowej, większej szkoły – jednak na którą zrzucali się mieszkańcy nie tylko Starosielc ale też Klepacz. Niestety wybuch II Wojny Światowej spowodował, że budynek nie powstał.

 

W mieście kwitł handel. Mięso można było kupić u pana Popławskiego i u Bieguńskich. Bułki sprzedawał Błaszczyk oraz Wolański. Alkohol można było dostać u Trochimowicza oraz Dudka. Były też restauracje – prowadzone przez Piekutowskiego i Zajączkowskiego. Aptekę prowadził Bojarzyński (nie wiemy czy to ta sama osoba co burmistrz), a leczyło ludzi małżeństwo Niewińskich oraz Pójkiewicz. Można było też kupić lody. Nie brakowało w mieście również kuźni, cegielni i betoniarni. Brakowało jednak kina. Mieszkańcy na seanse jeździli do Białegostoku.

Kto rządził miastem?

Pierwszym burmistrzem Starosielc był pan Banasiak, a następnym Grygorczuk. Później miastem rządzili jeszcze Walery Sosnowski, Władysław Chrzanowski, Aleksy Sacharczuk, Nikodem Jagiełłowicz, a także pan Grabowski oraz Franciszek Bojarzyński. Ostatnim burmistrzem był Romuald Banaszkiewicz, który po wybuchu II Wojny Światowej został wywieziony wgłąb Rosji. Podczas wybuchu II Wojny Światowej – stacja kolejowa w Starosielcach z miejsca stała się miejscem strategicznym. Niemcy wywieźli Żydów do białostockiego getta a w samych Starosielcach założyli karny obóz pracy. Do pobliskiego lasu w Bacieczkach wywożono natomiast ludzi, których tam rozstrzeliwano. Warto dodać jak dzielnie walczyli starosielscy kolejarze z niemieckim oprawcą. Okupant był skazany na współprace z polskimi kolejarzami. Ci potrafili „naprawiać” tak, by wagon nie był zniszczony na miejscu, ale też nie pojeździł zbyt długo. Dlatego niedaleko za Starosielcami napotkać było można porzucone wagony leżące poza torami. Ponadto polscy dyżurni ruchu tak sterowali, by tylko Niemcy powodowali wypadki.

 

Po II Wojnie światowej Starosielce jako miasto istniały przez 6 lat. W tym czasie zlikwidowano prywatne interesy – sklepiki i punkty usługowe. Ponadto wszystkie polskie nazwy ulic zmieniono na komunistyczne. W 1954 roku zapadła decyzja, by włączyć Starosielce do Białegostoku.

Meksyk i wieża ciśnień

Dziś na Starosielce mówi się potocznie „Meksyk”. Prawdopodobnie dlatego, że swego czasu po dzielnicy rządzili krewcy panowie, którzy tylko szukali awantury. Jednak swoich nie zaczepiali. Tylko obcy mieli tarapaty. Ile w tym prawdy – nie wiemy. Nazwa jednak wdzięczna. Warto też słowem wspomnieć o charakterystycznej wieży ciśnień. Dziś stoi ona na terenie firmy prywatnej. Mało kto wie, że jest to druga wieża. Pierwsza stała bliżej torów. Prawdopodobnie zniszczona została podczas II Wojny Światowej.

Partnerzy portalu:

Jak się żyje w Krainie Otwartych Okiennic? Turyści przyjeżdżają z całej Polski i ze świata!

Jak się żyje w Krainie Otwartych Okiennic? Turyści przyjeżdżają z całej Polski i ze świata!

Odkąd Kraina Otwartych Okiennic tj. Trześcianka, Soce i Puchły stały się popularne w przewodnikach turystycznych i wszelkiej maści portalach i blogach, to turyści z całej Polski, a nawet ze świata ruszyli na Podlasie, by na własne oczy zobaczyć przepiękne okiennice, stare drewniane domy oraz ich wyjątkowy wystrój. To wszystko możecie zobaczyć między innymi w kolejnym odcinku „Po drugiej stronie” twórców kultowej „Cząstki Podlasia”.

 

Popularne wioseczki między Zabłudowem a Hajnówką to obecnie miejsca, gdzie silnie zaczęła rozwijać się agroturystyka. Pojawiła się wręcz moda na spędzanie czasu na podlaskiej, cichej i spokojnej wsi. Posiedzieć w starej, drewnianej izbie (lub w nowej stylizowanej na starą) to jednak nie to samo co siedzenie w luksusowym hotelu. Są zupełnie inne przeżycia i odczucia. Do tego natura robi swoje. Ktoś kto przyjeżdża ze Śląska czy Krakowa oddychając tutejszym powietrzem może poczuć się jak w sanatorium. Nie inaczej jest z jedzeniem. Jajka prosto od wiejskiej kury, warzywa prosto z ogródka, a owoce prosto z drzew to najlepsze i najzdrowsze co człowiek może zjeść. Do tego wszystko przyrządzone na piecu kaflowym. Nikogo nie powinno dziwić, że na Podlasiu jest tak dużo stulatków.

 

Warto pamiętać, że czas można spędzić nie tylko w Krainie Otwartych Okiennic. Wybierając się na wycieczkę w te rejony dobrze jest też zahaczyć o Narew, Hajnówkę i Białowieżę. Miejsca te słyną nie tylko z charakterystycznych domów, ale też żubrów, puszczy, pięknych cerkwi i wszystkiego co w Podlasiu najlepsze – pogodnych ludzi, z którymi można porozmawiać na ławeczce przed domem. W dzisiejszych zwariowanych czasach to naprawdę coś, co napawa optymizmem.

Partnerzy portalu:

Via Carpatia powstanie do 2025 roku. Podlaskie powinno się do tego solidnie przygotować.

Via Carpatia powstanie do 2025 roku. Podlaskie powinno się do tego solidnie przygotować.

Z Litwy do Grecji jedną drogą przez województwo podlaskie. W 2025 roku w całości ma być gotowa Via Carpatia. Nasz region do tego czasu powinien się przygotować, by jak najlepiej wykorzystać szansę. Droga nie tylko będzie służyła lokalnemu ruchowi oraz tranzytowi. Będzie też nią podróżować mnóstwo turystów.

 

Wracając do Via Carpatii. Jak się przygotować? Wszystkie podlaskie gminy, przez które będzie droga przebiegać mają kilka lat by przygotować i wdrożyć plan, dzięki któremu wszyscy przejeżdżający drogą turyści będą zatrzymywać się u nich. Wiejski sklepik może nie wystarczyć, być może warto postawić na więcej gastronomii i lokalne przysmaki, ale też pamiątki, mini-muzea, atrakcje dla dzieci czy miejsca noclegowe – w tym pola dla kamperów i namiotów.

 

W Podlaskiem Via Carpatia przebiegnie przez Budzisko na granicy Polski i Litwy, a dalej Suwałki do Ełku. Następnie prawdopodobnie przez obecną drogę do Knyszyna przez Białystok (na tym odcinku jest Biebrzański Park Narodowy, stąd nie wiadomo jak ta trasa dokładnie przebiegnie). Dalej między Białymstokiem a Bielskiem Podlaskim droga przebiegnie trasą, której jeszcze nie ma. Później obecnym odcinkiem z Bielska Podlaskiego do Siemiatycz. Zatem turyści będą mijać takie miejsca jak Suwalszczyznę, Biebrzański Park Narodowy, Białystok, a także południe województwa podlaskiego, które pod względem turystycznym ma wiele do zaoferowania, ale wciąż są to kierunki dopiero rozwijające się. Jak widać jest co robić, by przyciągnąć turystów.

 

Problem w tym, że póki co na rozwój turystyki w Podlaskiem nie ma dotacji. A dziś mało kto za własne pieniądze chce inwestować. Władze przyzwyczaiły ludzi, żeby brać dofinansowanie na każdą inicjatywę. Dlatego też może powstać wielka droga, którą wszystkie samochody będą szybko przemykać, a my nic z tego mieć nie będziemy poza nowocześnie zorganizowanym ruchem lokalnym i tranzytem. To jednak trochę za mało. Trzeba od takich inwestycji wymagać więcej.

Partnerzy portalu:

Deszcz meteorytów pod Białymstokiem w 1827 roku. Wielka eksplozja wystraszyła mieszkańców.

Deszcz meteorytów pod Białymstokiem w 1827 roku. Wielka eksplozja wystraszyła mieszkańców.

5 października 1827 roku przeszedł do historii jako dzień, w którym w pobliżu Białegostoku spadł deszcz meteorytów. Całe zdarzenie miało miejsce o godz. 9.30. Dokładnie we wsi Fasty mieszkańcy zaobserwowali dziwne zjawisko, a jednocześnie przerazili się. Warto dodać, że w XIX wieku wiedza o kosmosie nie była zbyt duża. Tym bardziej na Podlasiu. Jednak był pewien człowiek, który tak opisał całe zdarzenie jakby pochodził z naszych czasów!

 

To Jan Wolski. W Dzienniku Wileńskim napisał tak: (pisownia oryginalna)

fot. Archiwum Państwowe w Białymstoku

Dnia 23 września 1827 r. (w piątek)… – tutaj od razu musimy napisać skąd jest rozbieżność. Otóż w 1827 roku Białystok był pod zaborem rosyjskim. Pierwszy gubernator Obwodu Białostockiego Ignacy Theils wydał w dniu 23 grudnia 1807 r. odezwę, w której zawiadamiał poddanych, że od dnia 13 stycznia 1808 r. rozpoczyna się stosowanie kalendarza juliańskiego (starego stylu) i dzień ten jest 1 stycznia 1808 r. Dlatego też 23 września to tak naprawdę 5 października. Na Białostocczyźnie kalendarz juliański obowiązywał do 15 sierpnia 1915 r., kiedy to podczas I wojny światowej Białystok znalazł się pod zarządem Niemiec.

 

…między godziną 9 a 10 rano, gdy po większej części mieszkańcy wsi Fastów zajęci byli wybieraniem warzywa w ogrodach, dała się słyszeć wielka eksplozja w powietrzu wcale wypogodzonym i naraz wiele innych powtórzonych jakby wystrzałów karabinowych, co zwróciło uwagę obecnych na ogrodach i w różnych miejscach na polu pracujących ludzi, po czym nastąpił mocny świst połączony z dźwiękiem ciał szybko spadających i silne uderzenia w kilku miejscach o ziemię. Zjawisko to zatrwożyło na czas niejaki wszystkich ludzi, ale po przejściu strachu, kiedy jeden z nich odważył się zbliżyć do miejsca spadku i podjął kamień czarny i ukazał skupionemu ludowi, ten ośmielony rozbiegł się na inne przez podniesiony pył zanotowane miejsca i poznachodził podobne kamienie. Za świadectwem ledwo nie całej wsi mieszkańców, spadło wiele innych kamieni na błota i rzekę Supraśl pod samą wsią płynącą. Postać zewnętrzna mniej więcej kulista, powierzchnia nierówna, czarna, lśniącą się lawą pokryta, masa wewnętrzna popielata, mocno przepalona, krucha, wejrzenie pumeksu zbitego mająca, kryształami oliwinów i chlorytu przecięta, odłam drobno ziarnisty, nierówny, ciężkość gatunkowa mierna.

 

(…) Wątpliwości nie ulega, że one się przez ogień utworzyły, i że wielka bryła spadła z bardzo znaczney wysokości, (może i z Xsiężyca); dostawszy się zaś do zagęszczoney atmosfery, dla chyżości i tarcia rozpaliła się i pękła. Ztąd powstała pierwsza silna explozya o kilka mil na około słyszana, po czém nastąpiły cząstkowe pękania, podobne do wystrzałów karabinowych, z czego zrobił się huk i szum w powietrzu: że zaś ciepło bardzo wielkie bydź musiało, przeto powierzchnia ich stopiła się i całkowicie lawą się oblała. Wszystko to już stało się w niewielkiey odległości od ziemi: gdyż obecni, przerażeni byli wystrzałami i świstem (podług ich wyrażenia) jakby muzykalnym nad ich głowami: poczém natychmiast kamienie spadać zaczęły. – Jan Wolski Radca Dworu, Nauczyciel Fizyki Gymnazyum Białostockiego.

 

Naukowcy po latach ustalili, że meteoryt pochodził z planetoidy Westa. Jedyny polski okaz znajduje się w Muzeum Ziemi w Warszawie i waży zaledwie 4 gramy. Większe fragmenty natomiast znajdują się w zbiorach muzeum w Berlinie i Wiedniu. Czy fragmenty powinny być właśnie tam pozostawiamy bez komentarza.

fot główne: Fragment meteorytu Białystok ze zbiorów Muzeum Historii Naturalnej w Wiedniu (fot. Christian Anger, AustroMet).

Partnerzy portalu:

Co z lotniskiem na Krywlanach? Prezydent nie może przespać tego terminu!

Co z lotniskiem na Krywlanach? Prezydent nie może przespać tego terminu!

Gdy lotnisko na Krywlanach było jeszcze w planach, to zauważalna była duża aktywność prezydenta Truskolaskiego by ją doprowadzić do końca. O dziwo udało mu się nawet to zrobić, gdy jeszcze w białostockiej radzie rządził PiS, który posiadając większość utrudniał prezydentowi rządzenie miastem jak tylko mógł. Radni byli bardzo krytycznie nastawieni do inwestycji na Krywlanach i tak naprawdę mogli ją zablokować, szczególnie że forsowali budowę dużego lotniska dalej od miasta. Po wyborach samorządowych w radzie pojawiła się sprzyjająca prezydentowi Platforma czy też teraz już z nową nazwą – Koalicja Obywatelska. W województwie natomiast rządzi PiS. Pod względem inwestycji w lotnisko wszystko ułożyło się wręcz „idealnie”. W Białymstoku prezydent z przychylną radą może nie tylko uruchamiać lotnisko na Krywlanach, ale też je rozbudowywać. PiS natomiast w województwie może budować upragnione lotnisko regionalne. Tymczasem zarówno jedni i drudzy dostali „pełnię władzy” w tym temacie i nagle zaprzestali jakiejkolwiek działalności.

 

Na białostockich Krywlanach oficjalnie proces certyfikacji trwa. Nieoficjalnie – trzeba podjąć kontrowersyjną decyzję, by wyciąć duży kawał lasu. Nie wiemy dlaczego prezydent nagle przystopował z uruchomieniem lotniska w Białymstoku. Być może czeka aż będzie po wyborach parlamentarnych by nie szkodzić startującemu synowi ogłoszeniem jak duży kawał lasu trzeba wyciąć. Jednak jeżeli na Krywlanach ma coś większego wylądować i wystartować w 2020 roku to Tadeusz Truskolaski musi dokończyć inwestycję (czyli zlecić wycinkę) od 15 października do 28 lutego. 1 marca bowiem rozpoczyna się okres lęgowy ptaków. Wtedy drzew nie będzie można wycinać.

 

Problem w tym, że zimy na Podlasiu potrafią być długie. Choć klimat się zmienia, to śnieg może leżeć aż do maja. Wtedy trudno sobie wyobrazić, by ktoś ciął zmarznięte, bardzo twarde drzewa. Dlatego też Tadeusz Truskolaski musi zlecić wycinkę jeszcze w tym roku zanim spadnie pierwszy śnieg. Czasu jednak coraz mniej. Być może do 1 marca nawet nie zapadnie ostateczna decyzja administracyjna. Zwykle przy tego typu inwestycjach są protesty, które mogą wydłużyć czas. Wtedy w 2020 lotnisko jeszcze działać nie będzie.

 

Nic też o lotnisku regionalnym nie wspominają działacze PiS, którzy rządzą w województwie. Czyżby już nie chcieli tej inwestycji? Mieszkańcy województwa podlaskiego muszą się zadowolić lotniskami daleko od Białegostoku.

Partnerzy portalu:

Były zakłady pracy, a potem upadek miasta. Czy jest jeszcze nadzieja dla Łap?

Były zakłady pracy, a potem upadek miasta. Czy jest jeszcze nadzieja dla Łap?

15 grudnia 1862 to chyba najważniejszy dzień w życiu pewnej wsi położonej pośród bagien. Wtedy oddana do użytku została linia kolei warszawsko-petersburskiej. Pociąg jeżdżący na tej trasie zatrzymywał się także we wsi Łapy. Później już w miasteczku, które w swojej historii dawało pracę setkom osób. 1 maja 2004 roku Polska weszła do Unii Europejskiej. Nikt się nie spodziewał tam jeszcze, że to okaże się jak wydanie wyroku na miasto.

 

Unia Europejska kojarzy się Polakom dobrze. Infrastruktura, rolnictwo i wiele wiele innych dziedzin życia zmieniło się na lepsze dzięki dotacjom unijnym. 15 lat po upadku komuny to niezbyt dużo, by zapomnieć puste półki w sklepach, walki z milicją na ulicach czy stan wojenny. Dlatego też do Unii Europejskiej wchodziliśmy z wielkim entuzjazmem. Także w Łapach. 63 proc. mieszkańców zagłosowało za akcesem do wspólnoty. W skali kraju wyniki „za” wynosił jeszcze więcej, bo 77 proc. Być może wielu wydawało się, że Unia rozdaje dotacje bezinteresownie, by w naszym kraju żyło się lepiej, tak jak u nich. Niestety była to transakcja wiązana. Okazało się, że dostaniemy gotówkę jeżeli zamkniemy firmy, które są bardzo konkurencyjne dla tych, które działają w krajach zachodnich unii. I tak padło na łapską cukrownię.

Totalny upadek

Cukrownia w Łapach była jedną z największych firm w regionie. Jej zarząd nie szczędził pieniędzy na inwestycje, rozwój i unowocześnienia. Rocznie produkowano w niej kilkadziesiąt tysięcy ton cukru. Korzystali na tym mieszkańcy, którzy byli zatrudnieni w firmie, korzystali rolnicy, którzy dostarczali buraki do cukrowni, a także korzystał łapski samorząd gdyż otrzymywał podatki z wypracowanych zysków. Eldorado trwało łącznie 34 lata.

 

W 2007 roku ówczesny burmistrz Łap dostał pismo z Krajowej Spółki Cukrowej, której łapska cukrownia podlegała. Spółka poinformowała w piśmie, że w Łapach cukru już produkować nie będzie. Powód? Unia Europejska podjęła decyzję o zmniejszeniu produkcji cukry w krajach unijnych. 267 osób poszło na bruk, zaś 2500 rolników musiało zacząć od zera z innymi uprawami. Dodatkowo zajęcia musiało szukać też 200 pracowników sezonowych. Protesty mieszkańców trwały, ale niestety nic to nie dało. W połowie 2008 roku łapska cukrownia stała się historią.

 

W 2008 roku zaczęły się także problemy drugiego największego pracodawcy w Łapach. Zakłady Naprawcze Taboru Kolejowego zatrudniały 750 osób. Głównym klientem firmy było PKP Cargo, które od roku nie ogłaszało przetargów na naprawy wagonów. Spółka zwolniła 270 osób i ogłosiła upadłość z powodu fatalnej sytuacji finansowej. Pracownicy przestali otrzymywać pensje.

 

Kolejne 10 lat w mieście to kompletna zapaść i postępujące wyludnienie. W ostatnim czasie zbudowano nowoczesną drogę z Białegostoku do miasteczka. W mieście działa też specjalna strefa ekonomiczna. Warto jednak dodać, że jej model działania nie jest dla miasta tak naprawdę atrakcyjny. Bowiem Łapy za swoje pieniądze (czyt. pożyczone) przygotowało tereny inwestorom – czyli uzbroiło je. Wartość inwestycji to 18 mln zł. Dotacje unijne wyniosło ponad 12 mln. Resztę dołożyli od siebie łapscy podatnicy.

 

Dzięki strefie pojawili się oczywiście inwestorzy. Bowiem mogli skorzystać ze zwolnienia podatku od 10 do 15 lat. Cały szkopuł w tym, że podatek ten zasila budżet miasta. Zatem Łapy wyłożyły prawie 6 mln zł, które być może nigdy im się nie zwrócą. Tyle, że ludzie będą mieli pracę. Czy firmy dotrwają do czasu, gdy będzie trzeba płacić podatek? Czas pokaże.

Połączenie z sąsiadami

Czy jest nadzieja dla Łap? Jedno jest pewne – inwestorzy to tylko rozwiązanie problemu bezrobocia (16 proc.). Głównym problemem miasteczka jest oczywiście – brak kasy. Dochody całej gminy (czyli Łap i okolicznych wsi to prawie 93 mln zł zaś wydatki to prawie 96 mln zł. Brakujące 3 miliony będą z zaciągniętego kredytu, który będzie spłacany do końca 2031 roku. Dodatkowo w ciągu najbliższych 10 lat spłaty dotychczasowych pożyczek będą następować przy pomocy… nowych kredytów. Także Łapy wpadają w klasyczną pętlę zadłużenia. Nie jest to zbyt optymistyczna wizja.

 

Ponoć w kupie siła. Gdyby tak graniczące ze sobą gminy: Łapy, Choroszcz, Turośń Kościelna, Juchnowiec Kościelny połączyły się finansowo to razem miałyby około 280 mln zł. Oprócz tego pojawiłyby się duże oszczędności w administracji, bo zamiast czterech byłby jeden wójt, zamiast czterech urzędów byłby jeden. Odległości miedzy głównymi miastami nie są zbyt duże by załatwianie spraw było szczególnie uciążliwe. Dodatkowo jedna gmina mogłaby mieć silną komunikację miejską.

 

To wszystko jednak brzmi jak science fiction. Nikt, za żadne skarby nie odda władzy. Interes gminy nie jest przecież aż tak istotny. Zadłużenie i zaciąganie kolejnych pożyczek na spłatę poprzednich pożyczek mieszkańcy jakoś przełkną. Dlatego ani dla Łap, ani dla Turośni, ani dla Juchnowca, ani dla Choroszczy nie ma nadziei na większy rozwój. Być może kiedyś będą po prostu częścią Białegostoku, tak jak w pewnym momencie stały się nią wieś Starosielce czy Antoniuk. Gdyby się jednak gminy połączyły – szanse na bycie częścią Białegostoku drastycznie by zmalały.

fot główne: Łapy-Osse, Robert Wielgórski / Wikipedia

Partnerzy portalu:

Czy na Podlasiu żyły mamuty?

Czy na Podlasiu żyły mamuty?

Wielkie włochate prehistoryczne zwierzęta wyginęły 12000 lat temu, czyli wtedy gdy zakończyła się epoka lodowcowa. Mamuty żyły na terenie Europy, a także dzisiejszej Polski. Najwięcej odnalezionych szczątków znaleziono w Małopolsce. Stada mamutów jednak żyły także na terenach, gdzie dziś znajduje się Podlasie.

 

Najpierw należy sobie wyobrazić jak dawniej się żyło. Duże połacie Ziemi były pokryte grubymi płatami lodu. Taki stan rzeczy trwał przez tysiąclecia. Dziś po tych czasach pozostały między innymi jeziora na Suwalszczyźnie. Samo ukształtowanie terenów w dzisiejszych województwie podlaskim to także spuścizna epoki lodowcowej. Między innymi pola sandrowe czyli rozległe pola piasków, powstałe pod wpływem wody wypływającej spod lądolodu. Do najbardziej znanych sandrów należy Augustowski. Innym przykładem pozostałości po epoce lodowcowej jest jezioro rynnowe Wigry.

 

Jak życie przetrwało gdy wszystko było pod lodem? Warto sobie uświadomić, że Ziemia zamarzała dwa lub nawet trzykrotnie. Każdy z okresów zlodowacenia trwał 10 milionów lat. Skamieliny pokazują, że w okresie zlodowaceń istniało życie w postaci planktonu, który karmił się fotosyntezą. Epoka lodowcowa zaczęła się kończyć 33 000 lat przed naszą erą. Przez kolejne 13 000 lat zniknęło już tyle pokrywy lodowej, że południe Europy było odsunięte. Tymczasem na północy dalej było wszystko skute pokrywą lodową. Na południu Europy panowała już Tundra (tereny bez drzew, gdzie głównie rósł mech i porosty). Wtedy też zaczęły się pojawiać na Ziemi ssaki.

 

O tego momentu możemy ustalić co się działo również na terenach dzisiejszego województwa podlaskiego. A działo się sporo. Wraz ze znikaniem pokrywy lodowej człowiek wędrował coraz dalej od Afryki. Zamiast dzisiejszych Puszczy Knyszyńskiej wędrować można było po Tundrze, która przesuwała się z południa europy. W dorzeczu Biebrzy i Narwi pojawiły się renifery, a rzecz jasna od razu za nimi ludzie, którzy żywili się mięsem tych zwierząt.

 

Mamuty wyginęły 12 000 lat temu wraz z epoką lodowcową. Na terenie dzisiejszego Krakowa odkryto cmentarzysko mamutów. To właśnie tam zaganiano mamuty i zabijano (być może ogromne kości mamuta były podstawą do powstania legendy o Smoku Wawelskim). Obecne odkrycia szczątków mamuta w Polsce są mniej więcej w tym samym rejonie – Kraków, Wodzisław Śląski czy Dębica. Nie oznacza to, że tylko tam występowały te zwierzęta. Ostatnio szczątku mamuta wykopano podczas budowy metra w Warszawie. A to już duża przesłanka pozwalająca twierdzić, że i na terenie dzisiejszego województwa podlaskiego żyły mamuty. Gdyby tak zbadać dna naszych jezior, to kto wie co by się tam znalazło. Być może na Wigrach, a także pod Augustowem czy Rajgrodem żyły kiedyś mamuty. Póki co twardych dowodów w postaci szczątków brak, ale z pewnością sprawa jest jeszcze otwarta.

fot główne: IJReid / Wikipedia

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Podlaskie Babeczki wymiatają w Białymstoku. Piękne widoki i murale!

Takiego teledysku zrealizowanego w Białymstoku się nie spodziewaliśmy. Podlaskie Babeczki pokazały w klipie to, co mieszkańcy w mieście lubią najbardziej: Rynek Kościuszki, Pałac Branickich, Dojlidy, łąki kwietne i wiele innych ciekawych miejsc. To wszystko w rytm pozytywnej piosenki „Ach kobietą jestem”. Musimy przyznać, że w internecie jest wiele memów, w których bohaterem jest „typowa Grażyna, żona typowego Janusza”. Pierwsze skojarzenie u nas było właśnie takie – że klip będzie jednym wielkim memem. Nic z tego! Babeczki Podlaskie zrobiły taki kawałek, z którego białostoczanie mogą być dumni!

 

Świetna melodia, niebanalny tekst. To wszystko autorstwa Agaty Moniuszko, jednej z babeczek. Pozostałe to Maria Wiśniewolska i Elżbieta Godlewska. Razem panie tworzą zespół muzyczno-kabaretowy. Ich popisy można zobaczyć poniżej:

No cóż, Podlaskie Babeczki twórzcie dalej, czekamy!

Partnerzy portalu:

Darmowe autobusy w Białymstoku? Prezydenta kompletnie nie obchodzi komunikacja miejska.

Darmowe autobusy w Białymstoku? Prezydenta kompletnie nie obchodzi komunikacja miejska.

Ostatnio jak co roku obchodziliśmy Europejski Tydzień Zrównoważonego Transportu. W Białymstoku tradycyjnie obchodzony był nie jako tydzień lecz jako „dzień” bez samochodu. W ramach zachęty, by nie jeździć tego dnia własnym środkiem lokomocji można było przejechać się za darmo autobusem. Nie można powiedzieć niestety, by władze Białegostoku „zrównoważony transport” traktowały zbyt poważnie. U nas chyba nikt nawet nie rozumie co to w ogóle jest.

Dunkierka

Zacznijmy więc od pokazania w praktyce czym jest zrównoważony transport. Dunkierka to takie francuskie miasto, które można było ostatnio oglądać w filmie o takim samym tytule. Nam raczej z niczym innym się nie kojarzy. Tymczasem pod pewnym względem jest podobne do Białegostoku. Nie ma tam tramwajów, nie ma kolei miejskich, więc mieszkańcy Dunkierki tak jak i my mogą korzystać wyłącznie z autobusów i samochodów. W 2014 roku wybory w Dunkierce wygrał mer Patrice Vergriete. W swoim programie wyborczym obiecał darmową komunikację miejską. Po wyborach przygotowywano się do wprowadzenia takiego rozwiązania aż 4 lata. Od roku darmowa komunikacja miejska tam już funkcjonuje. Efekt? Autobusy w godzinach szczytu są pełne, mieszkańcy sprzedają samochody. Czy zniesienie płatności za bilety wystarczyło?

 

Oczywiście, że nie. Zacznijmy od najważniejszego. Darmowa komunikacja miejska nie oznacza, że ona jest za darmo. Mieszkańcy płacą za nią w podatkach a nie w biletach. Tak samo jak na darmową służbę zdrowia płaci się składki, a na darmowe szkoły zrzucają się z naszych podatków rząd i samorząd. Zatem „darmowe” znaczy tyle, że nie trzeba za to płacić dwa razy. Jak wspomnieliśmy, zniesienie płatności za bilety zajęło francuskim urzędnikom aż 4 lata. Dlaczego to było takie skomplikowane? Otóż komunikację w Dunkierce zaplanowano zupełnie od zera, by maksymalnie wykorzystać jej możliwości. Zrezygnowano nie tylko z biletów, które kosztował 1,4 euro czyli około 6 zł. Kupiono także nowe autobusy. W mieście istnieje 17 linii, z czego 5 kursuje przez cały dzień co 10 minut. Jest także komunikacja podmiejska.

 

Po wprowadzeniu zmian przeprowadzono badania, z których wyniki były zaskakujące. Frekwencja w autobusach wzrosła o 65 proc. w dni powszednie zaś w weekendy o 125 proc. Z badań też wynika, że połowa pasażerów to nowe osoby. Ponadto 10 proc. kierowców postanowiło sprzedać samochód lub go nie kupować.

Czy w Białymstoku takie coś jest możliwe?

Niestety nie. Nie dlatego, że nas nie stać. Dlatego, że Tadeusz Truskolaski kompletnie nie interesuje się komunikacją miejską. Ta od wielu lat funkcjonuje dokładnie tak samo. Tak samo źle. A urzędujący prezydent kompletnie nic z tym nie robi. W Białymstoku co prawda bierze się dotacje związane z transportem w mieście, przy okazji kupując nowe autobusy, ale efekt końcowy jest taki, że wygląda to tak jakby brali żeby brać. Bez większego sensu. Na przykład w ramach dotacji buduje się lub remontuje jakąś drogę i organizuje na niej buspas. Bez niego nie można byłoby w ogóle wziąć tej dotacji. W efekcie są buspasy na ul. Sopoćki czy Branickiego, gdzie autobusów jest jak na lekarstwo. Pas przez większość dnia stoi pusty.

 

W Białymstoku jest 29 linii, do tego 10 podmiejskich, 3 działające wyłącznie za miastem. Mamy także linie nocne, które jako jedyne po latach zostały zmienione i działają obecnie tak jak należy. Trasy autobusów dziennych natomiast to jakaś pomyłka. Autobusy krążą przez wszystkie osiedla wydłużając czas podróży. Na przykład „siedemnastka” jedzie z osiedla TBS na osiedle Dojlidy aż godzinę! Samochodem jedzie się 16 minut. Jeszcze bardziej kuriozalna jest trasa „dwójki”. Samochodem można pojechać z Transportowej na Dojlidy Górne w 13 minut. Autobus jedzie godzinę. Można wymienić też inne linie, które działają identycznie. Zatem autobusy nie są żadną konkurencją dla samochodów.

Chore ceny

Kolejna rzecz, która pokazuje ewidentnie że ludzie by korzystali z autobusów gdyby były częste i darmowe są BiKeRy. Białostoczanie chętnie korzystają z rowerów, które są darmowe przez pierwsze 20 minut. Jaki jest średni czas wypożyczenia? 18 minut. Wmawianie komuś, że mieszkańcy kochają rowery jest bzdurą. Korzystają z nich, bo są za darmo w przeciwieństwie do autobusów, których nie oszukujmy się – ceny biletów są po prostu chore. Gdyby było inaczej – średnia czasu wypożyczenia byłaby dłuższa, a wypożyczeń zwyczajnie mniej, bo ludzie nie nabijaliby ich liczby przesiadkami by zyskać darmowy przejazd.

 

Dlatego też w Białymstoku również zniesienie samych płatności za bilety nic by nie zmieniło. Potrzebujemy nowoczesnej, dobrze zorganizowanej, konkurującej z samochodami komunikacji miejskiej. Ponadto potrzebujemy też uruchomienia kolei miejskich. Niewykorzystywanie torów, które biegną przez miasto to zwyczajna głupota.

 

Koronnym argumentem wielbicieli dotychczasowego rozwiązania tj. preferowania samochodów jest stwierdzenie „Przecież w Białymstoku nie ma korków”. To fakt, w porównaniu z innymi miastami nie traci się u nas czasu. Proponuję jednak wszystkim wielbicielom tego rozwiązania w godzinach szczytu zrobić mały spacer. Przejdźcie ul. Lipową oraz Al. Piłsudskiego. Najlepiej w chłodny poranek, by spaliny nie tylko było czuć, ale też doskonale widać. Ponadto liczba samochodów na ulicach wzrasta. To tylko kwestia czasu, gdy miasto będzie zakorkowane jak inne. Wtedy znakomity ekonomista ze Słonimskiej może ogłosi, że skoro mieszkańcy są tacy bogaci, że każdy ma samochód, a autobusy są takie puste, to je zlikwidujmy. A co! Ile oszczędności.

Partnerzy portalu:

Wilki ostatnio są bardzo aktywne. Ludzie najchętniej by je wybili. To nie zwierzęta są problemem.

Wilki ostatnio są bardzo aktywne. Ludzie najchętniej by je wybili. To nie zwierzęta są problemem.

Przyroda i rolnictwo są takimi samymi przeciwieństwami co ogień i woda. Wilki w czasach PRL i ZSRR – czyli w wtedy, gdy w ZSRR i jej satelickiej Polsce intensywnie rozwijało się rolnictwo – bardzo przeszkadzały władzy. Postanowiono je wytępić. Prawie im się to udało. W czasie transformacji ustrojowej w Polsce żyło tylko 200 wilków. W całym ZSRR unicestwiono 1,5 miliona wilków! Ich los był w zasadzie przesądzony. Były skazane na śmierć profilaktycznie, a nie za wyrządzanie szkód. Na szczęście udało się przywrócić przyrodzie jej największego sprzymierzeńca. Wilk bowiem odpowiada za czyszczenie lasu z chorej i starej zwierzyny. Zanim jednak takową upoluje musi się tego nauczyć… Młode wilki uczone są przez rodziców na bydle pasącym się na polach. I tu jest problem.

 

Rolnik traci zwierzę, traci pieniądze, a odszkodowanie nie zawsze dostaje. Bowiem te nie przysługuje, jeżeli szkoda wyrządzona przez wilki powstała od zachodu do wschodu słońca, a zwierzęta pozostawały bez bezpośredniej opieki. Ponadto zagryzione bydło i wniosek o odszkodowanie rozpatruje Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska. Odszkodowanie obejmuje cenę rynkową za padłe zwierzęta, koszt utylizacji padliny, koszt wizyty lekarza weterynarii oraz ewentualne koszty leczenia, gdy zwierzę padnie w trakcie leczenia. Warto jednak dodać, że nim taka decyzja zapadnie – najczęściej przeprowadzane jest postępowanie administracyjne, podczas którego urzędnik musi znaleźć dowody na to, że zwierzę rzeczywiście zostało zagryzione przez wilka, a nie na przykład dzikiego psa. Nim to wszystko się ustali mija sporo czasu. A pieniędzy do tego czasu nie widać. Dlatego dla rolników istnienie wilka jest problemem. Dla przyrody natomiast brak wilka jest problemem. Dlatego też jest to spór nierozwiązywalny.

 

W ostatnim czasie na terenie wsi pod Białymstokiem i Bielskiem Podlaskim uaktywniły się wilki. Znów nastał czas, że młode są uczone przez rodziców polowania. Dlatego też spór o wilki rozgorzał na nowo. W ostatnim czasie nawet doszło do nielegalnego zabicia dwóch wilków przez myśliwych. Dzieci już od dziecka są uczone, że wilk jest zły na przykład w bajce o „Czerwonym kapturku”. Potem ten mit jest utrwalany. Mamy przecież wilkołaki oraz biblijne posyłanie „jak owce między wilki”. Na szczęście na Podlasiu wśród mieszkańców przyleśnych wiosek, którzy z wilkami obcują na co dzień nie jest tak źle. Nikt tu nie nakręca histerii, nie straszy wilkami dzieci. Ot zwykłe dzikie leśne zwierzęta. Gorzej z rolnikami. Istnienie tych zwierząt jest dla nich uciążliwe. Co roku przy okazji wilczych łowów domagają się zrobienia z wilkami „porządku”. Najchętniej sami by wzięli los we własne ręce.

 

Nie można powiedzieć, że żadnego problemu nie ma. Jednak tak jak stwierdziliśmy w tytule – to nie wilki są problemem. Co prawda straty jakie powodują zwierzęta nie są ogromne, lecz odszkodowania powinny być wypłacane rolnikom bardzo szybko. Warto dodać, że obecnie to rolnik musi zadbać o utylizację zagryzionego zwierzęcia. Skoro wilki są pod ochroną państwa, to właśnie państwo powinno to robić, a nie wypłacać za te czynności w odszkodowaniu. Działalność rolnika powinna ograniczać się tylko do wykonania telefonu. Urzędnicy powinni przysłać odpowiednich ludzi do wykonania dokumentacji, utylizacji i natychmiastowej wypłaty odszkodowania.

 

Populacja wilka w Polsce w ciągu 30 ostatnich lat czyli od transformacji ustrojowej wzrosła pięciokrotnie. W Rosji czyli spadkobiercę ZSRR do dziś walczy się z wilkami. Co roku ginie tam 10 000 osobników. W naszej sąsiedniej Białorusi wilk także nie jest mile widziany. Oficjalnie jest w tym kraju 1200 wilków. W rzeczywistości jest dużo mniej. Warto dodać, że nie brakuje wycieczek polskich myśliwych na Białoruś, gdzie mogą legalnie odstrzelić zwierzę. Warto dodać jeszcze, że myśliwi również nie lubią wilków, bo te sprawiają że ci mogą czuć się zbędni. Bo przecież wilki polują dokładnie na tą samą zwierzynę co myśliwi. Dlatego też nie brakuje z tego środowiska głosów, by wrócić do tępienia wilka.

Partnerzy portalu:

To ostatnia szansa na taką podróż w tym roku. Szkoda, że połączenia nie ma na co dzień.

To ostatnia szansa na taką podróż w tym roku. Szkoda, że połączenia nie ma na co dzień.

Turystyczny pociąg do Walił w sercu Puszczy Knyszyńskiej odjedzie w najbliższy weekend po raz ostatni. Warto wykorzystać ten fakt choćby ze względu na to, że jesień w Puszczy Knyszyńskiej jest przepiękna. Ponadto jeżeli ktoś lubi i zna się na grzybach, to ten kompleks leśny na potężne zasoby pod tym względem. Dlatego bilet w dłoń, koszyk w drugą, nożyk w kieszeń i odjazd!

 

Pociąg do Walił jeździ już czwarty sezon. Można tylko żałować, że połączenia nie ma na co dzień i że pociąg nie dojeżdża do samej granicy państwa. Na pewno by to ułatwiło życie mieszkańcom okolicznych wsi, których po drodze nie jest mało. Skorzystaliby z tego również mieszkańcy Gródka, który położony jest obok stacji Waliły. Patrząc w ogóle na tą część powiatu białostockiego, to można powiedzieć że jest ona poszkodowana pod wieloma względami. Wszystko przez to, że obszar powiatu białostockiego jest rozległy. Zatem władze muszą dbać o miejscowości zarówno na wschodzie – Gródek, Michałowo, Supraśl jak i na zachodzie Tykocin, Choroszcz, Łapy Suraż. Na szczęście z tej puli wyłączony jest Białystok, który stanowi odrębny powiat. Inaczej prawdopodobnie – wymienione miasteczka byłyby w tragicznej sytuacji. Ale w dobrej też nie są co pokazuje właśnie skomunikowanie.

 

Gródek – mógłby mieć stałe połączenie kolejowe, Mieszkańcy Supraśla mają ogromne kłopoty z dojazdem do Białegostoku. Mimo, że miasta dzieli tylko 10 km. Michałowo jakiś czas temu zyskało nową drogę do Białegostoku. Tykocin i Choroszcz również leżą położone w pobliżu ekspresówki, więc też dojazd do tych gmin nie jest najgorszy. Suraż to osobny przypadek – jedno z najmniejszych miast w Polsce, które mimo wspaniałej historii straciło od momentu, gdy kolej przebiegła przez sąsiednie Łapy. To miasteczko natomiast mimo dobrej komunikacji kolejowej ma potężne problemy gospodarcze jakie zafundowało im likwidacja cukrowni oraz Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego. Warto jeszcze wspomnieć o innych miastach powiatu białostockiego.

 

Chodzi o Białostocki Obszar Funkcjonalny, do którego oprócz wymienianych Choroszczy, Łap i Supraśla należą również Czarna Białostocka, Dobrzyniewo Duże, Juchnowiec Kościelny, Turośń Kościelna, Wasilków i Zabłudów oraz oczywiście sam Białystok. Stowarzyszenie tych gmin ma pewne cele, jednak są one dosyć ogólne. Co oczywiście nie jest żadną wadą, gdyż daje bardzo elastyczną możliwość działania. Takie działania jednak nie są zauważalne, a podstawowe działanie, jakie powinny gminy realizować to silna komunikacja miejska.

 

Niestety tu są 2 zasadnicze problemy. Pierwszy to fatalna białostocka komunikacja miejska, która ma tyle wad, że można by było napisać o tym książkę. Dlatego ludzie wolą korzystać z samochodów, a nawet rowerów! Byleby tylko nie jeździć autobusem. Władze miasta nawet się tym chwalą. W skład Białostockiem Komunikacji Miejskiej wchodzą także BiKeRy – które w ostatnim czasie miały trzy milionowe wypożyczenie. Dla władzy jest to oczywiście sukces, tylko ta władza nie chce sobie zadać pytanie – skąd ta popularność roweru? Może właśnie stąd, że Białystok jest mały i jeżeli ktoś może za darmo przejechać 20 minut to nie wybierze autobusu. Gdyby Tadeusz Truskolaski wprowadził pierwsze 20 minut autobusem za darmo, to BiKeRy musiałby likwidować, bo nikt z nich by nie korzystał.

 

Drugi zasadniczy problem jest taki, że Tadeusz Truskolaski nie rozumie interesu miasta w tym, by Białystok był skomunikowany komunikacją miejską z całym obszarem funkcjonalnym. Po pierwsze mieszkańcy podbiałostockich gmin zasilaliby budżet miasta kupując bilety, a po drugie wydawaliby więcej pieniędzy w Białymstoku, bo ich centrum życiowe znajdowałoby się właśnie tutaj. W swojej gminie zaś tylko by odpoczywali po pracy i po szkole. Po drugie gdybyśmy mieli Szybką Kolej Miejską to więcej białostoczan by korzystało z tej formy, bo większe obszary miasta przemierzaliby koleją zamiast zapychać ulice samochodami. To jak źle skomunikowany jest Białystok i jego obszar widać dopiero wtedy, gdy się wyjedzie. Warszawę można pod tym kątem podać za wzór do naśladowania. Natomiast pod względem kolejowym skomunikowanie Dolnego Śląska.

 

I teraz wróćmy do początku. My jesteśmy na etapie, że niektóre połączenia kolejowe są tylko w weekendy w sezonie letnim. Na Dolnym Śląsku natomiast wszystkie trasy kolejowe są czynne cały rok z dużą częstotliwością. Białostocka komunikacja miejska natomiast jest droga i fatalnie zorganizowana. Warszawska natomiast jest tania i mimo wielkiego obszaru można tam się szybko poruszać (nawet jeżeli nie będziemy korzystać z metra). A od tego się zaczyna. Białystok to 10 miasto pod względem liczby mieszkańców, a władze cały czas działają tak jakbyśmy byli gdzieś daleko od świata.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Piękna i nowoczesna architektura w Białymstoku. To warto odwiedzić!

Białystok to nie tylko barwna, ale też tragiczna historia, to nie tylko Pałac Branickich, katedra czy Rynek. Jak każde większe miasto to dynamiczna tkanka, której otoczenie się zmienia. Oczywiście ma to swoje minusy – to, co w naszym dzieciństwie i młodości zajmowało krajobraz nieodwracalnie znikło. Zamiast drewnianych domów pojawiać się zaczęły najpierw pstrokate bloki, a teraz „apartamenty”. Zniknęło też wiele drzew, które zastąpione zostało przez chorobę wielkich miast – betonozę. Jest jednak coś, co w tym całym nowym świecie jaki nas otacza może wzbudzać zachwyt. Mowa tu o niektórych nowoczesnych budynkach, jakie w ostatnich latach pojawiły się w Białymstoku.

Jakieś 2 dekady temu przy ul. Legionowej pojawił się pierwszy w Białymstoku szklany biurowiec. Wyróżniał się bardzo w swoim otoczeniu, które dookoła miało spuściznę PRL i pozostałości po Chanajkach. Był to pierwszy taki budynek w mieście. Dziś aż takiego zachwytu już nie wzbudza. Za to są takie budynki, które w ostatnich latach zostały wybudowane i zrobiły furorę. Spacerując po Białymstoku warto przyjrzeć się im z bliska.

Opera i Filharmonia przy Odeskiej

To budynek, który wzbudził nieco kontrowersji. Jest przepiękny, ale ta wielka bryła będąca dachem nazywana była przez wielu „niepotrzebnym klocem”. Dziś, gdy zarasta zielenią wygląda dużo ładniej niż wtedy, gdy opera zaczynała działalność. Sam budynek posiada łąki kwietne, po których można spacerować, posiada na dachu mini park z rzeźbą. Jest także przepiękny w środku. Wszystko tam błyszczy i zachwyca. Zarówno foyer, widownia jak i to co się znajduje za kurtyną.

Kampus przy Ciołkowskiego

To niesamowite połączenie czterech budynków z placem, na środku którego znajduje się kula to kolejny obiekt, który warto zwiedzić. Już samo jego otoczenie – Las Zwierzyniecki oraz alejki spacerowe za budynkiem – jest bardzo przyjemne. W środku warto zwrócić uwagę na znajdujące się tam ozdoby. Nie można sobie też odmówić przejścia z budynku do budynku szklanym korytarzem.

Stadion Miejski przy ul. Słonecznej

To co prawda nie jest obiekt tak wielki jak Stadion Narodowy, ale na skalę i możliwości Białegostoku absolutnie wystarczający. Stadion to nie tylko miejsce, gdzie rozgrywa swoje mecze Jagiellonia, ale też miejsce wielu innych imprez i koncertów. Obiekt bowiem to nie tylko trybuna i boisko lecz cały kompleks pomieszczeń. To wszystko warto właśnie zwiedzić. Okazji do tego jest wiele. Można też bez okazji.

Centrum Nowoczesnego Kształcenia PB przy Zwierzynieckiej

Ten budynek tak wtopił się w otoczenie, że nie rzuca się w oczy. Jednak z bliska widać z jakim wspaniałym architektonicznym dziełem mamy do czynienia. Dostrzegli to niektórzy twórcy disco polo, a także pary młode – wybierając otoczenie budynku na plener zdjęciowy. Budynek ma z jednej strony schody, na których można posiedzieć, a z drugiej również ciekawy architektonicznie plac. Warto też zajrzeć do środka.

Archiwum Państwowe przy Mickiewicza

To nowy budynek, który bardzo mocno wyróżnia się swoją bryłą oraz przede wszystkim kolorem. Ciemne, rdzawe barwy, które tworzą klimat historii i samego miejsca jakim jest archiwum, gdzie znajduje się mnóstwo pożółkłych już papierów to tylko jeden z elementów jaki zachwyci na miejscu. Całość to kompleks trzech budynków. Warto do nich zajrzeć i zobaczyć co mają do zaoferowania.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Podlasie oczami znanej blogerki. Duuużo jedzenia.

Paulina to urodzona w Luksemburgu blogerka, która szukała swojego miejsca w życiu. W ciągu 8 lat mieszkała w trzech krajach w 7 różnych miastach, by na koniec powrócić do Luksemburga. W ostatnim czasie szczupła dziewczyna przyjechała na Podlasie. Oglądając film można jednak dojść do wniosku, że po tej ilości jedzenia z jaką miała tu do czynienia do ojczyzny wracała z pełnym brzuchem. Takie gościnne nasze Podlasie.

 

Na filmie, w którym Podlasie jest promowane możemy zobaczyć Krainę Otwartych Okiennic i miejscowość Soce, możemy też zobaczyć Białowieski Park Narodowy, a także mnóstwo jedzenia. Oczywiście na talerzu królowały pierogi i kartacze. Paulina także liznęła podlaskiej kultury – tworząc gliniane rękodzieło oraz ugniatając ciasto na tradycyjne wypieki. Oprócz tego Paulina posmakowała co to jest jazda drezyną przez Puszczę oraz lepiła pierogi oraz zjadła prawdziwą zupę grzybową.

 

Musimy przyznać, że Paulina to prawdziwa szczęściara, że mogła wystąpić w takim filmie. Teraz jej czytelnicy przeczytać mogą 10 powodów dla których warto odwiedzić Podlasie. Jakież to powody? Numer pierwszy to żubry. Tam na zachodzie są znane jako „bizony”. Drugi powód – las Puszczy Białowieskiej. Kolejny to jakżeby inaczej – jedzenie. A na zachętę blogerka obrazuje ten powód sękaczem.

 

Kolejne powody to wolno płynący czas oraz wsie zatracone w czasie, a razem z nimi mieszkańcy. Paulina zachwycona jest również kulturą słowiańską oraz florą i fauną Podlasia. W zachwyt wpadła także widząc carski wystrój. Jako zalety wskazała również możliwość obcowania z prawosławiem oraz bliskość granicy z Białorusią, do której też można się wybrać. My od siebie możemy tylko dodać, że w Białowieży i jej okolicach jest niesamowity klimat także zimą. Puszcza wtedy jest naprawdę jak z bajki!

 

Jeżeli nie macie problemów z angielskim, to możecie sami przeczytać co napisała o nas Paulina – tutaj.

Partnerzy portalu:

Lasoterapia na Carskiej Tropinie. Poczuj magię Puszczy Białowieskiej!

Lasoterapia na Carskiej Tropinie. Poczuj magię Puszczy Białowieskiej!

Jesień w Puszczy Białowieskiej jest przepiękna. Złote kolory w połączeniu ze wschodami i zachodami słońca tworzą prawdziwie magiczną aurę. Warto wykorzystać dobrą pogodę na spacery po lesie. Wolne w weekend daje nam namiastkę wakacji. Ostatnie ciepłe dni można wykorzystać na przykład na długi spacer Carską Tropiną w Puszczy Białowieskiej. Warto zarezerwować sobie kilka godzin. Jakie atrakcje nas czekają?

 

Carska Tropina to bardzo stara droga, po której chodzili dawniej królowie. Dziś to miejsce, które ma głównie przyrodnicze walory. Po drodze oprócz bujnej roślinności możemy zobaczyć też panoramę Narewki z wysokiej wieży widokowej. Oprócz tego spacerując mijać będziemy wielkie dęby. To nie wszystko. Wędrując kładką będziemy mijać także bagna. Te w zależności od pory roku wyglądają naprawdę cudownie. Kolory na tafli wody tworzą niesamowitą mozaikę. Warto też wspomnieć o wilkach, których w tamtych rejonach nie brakuje. Oczywiście te mają bardzo dobry węch, dlatego już z dala nas poczują i będą trzymać dystans. Może jednak tak się zdarzyć, że zwierzę przebiegnie w zasięgu naszego wzroku. Nie tylko one – możemy napotkać też ostatnio aktywne jelenie lub inne dzikie stworzenia mieszkające w puszczy. Głównym atutem tego miejsca jest cisza, która przerywana jest tylko śpiewem ptaków. Obcowanie z naturą w tym miejscu daje dużo sił witalnych. Nie tylko odetchniemy pełną piersią, ale także uspokoimy wszystkie zmysły. Jest to tak zwana „lasoterapia”.

 

Jak dojechać na Carską Tropinę? Najlepiej dostać się do Narewki. Potem możemy piechotą iść nawet do Białowieży. Zajmie nam to około 5-6 godzin. 26 km na świeżym powietrzu dobrze nam zrobi. Możemy też skończyć w Teremiskach czyli 5 km wcześniej. Jeżeli chcemy szybciej wrócić, to najlepiej pożyczyć rower w Narewce i dojechać nim do Kosego Mostu. Wtedy pierwsze 8 km przejedziemy, a dopiero potem będziemy mogli wybrać się piechotą lub jeżeli chcemy więcej to zrobić kółko. Pamiętajmy, że szlaki turystyczne są oznaczone, dzięki czemu nie zgubimy się. Jednak dla wszystkiego lepiej mieć w pełni naładowany telefon, zapas jedzenia i wody. Trasa wiedzie przez bardzo głęboki las z dala od cywilizacji.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Obserwowanie godów to świetna atrakcja. Jelenie potrafią toczyć ze sobą bitwy.

Chociaż minęło lato, to w Podlaskiem nie ma nudy. Wciąż można liczyć na wspaniałe atrakcje. Jedną z nich jest rykowisko. Czyli spędzenie nocy w lesie, by posłuchać godów jeleni. Można to zrobić na dwa sposoby – z leśnikami i samodzielnie. Wbrew pozorom noc w lesie nie jest taka straszna. Oczywiście lepiej wybrać się z kimś niż samemu. Wtedy nie będziemy bali się każdego szmeru. A tych nie zabraknie, bowiem gdy jest ciemno nasz zmysł słuchu wyostrzy się. Oczywiście to dobra okazja, by to wykorzystać do słuchania godów jeleni lub przy odrobinie szczęścia i umiejętności również obserwowania.

 

Czym właściwie jest rykowisko? Dorodne samce jak na facetów przystało spotykają się i zaczynają popisy przed innymi, próbując udowodnić sobie nawzajem kto jest mocniejszy. Robią to rycząc, co stanowi o ich wielkości czy sile. Gdy „samców-alfa” jest zbyt wiele w jednym stadzie, to dochodzi do bójek. Generalnie sceny przypominające zachowanie ludzi. Leśnicy i przyrodnicy wykorzystują czas rykowiska do obserwacji tych godów, a także do ich słuchania. Robią to także często turyści. Warto jednak pamiętać, że u jeleni hormony buzują i przez to mogą zaatakować również człowieka – dlatego nie należy absolutnie podchodzić do zwierzęcia zbyt blisko.

/napotkac-jelenia-lesie/

Jeżeli nie chcemy siedzieć w lesie samotnie lub nawet z kimś, to warto skorzystać z ofert nadleśnictw i parków narodowych, któe cyklicznie organizują wypady na rykowiska połączone z ogniskiem. Świetne przeżycie, dlatego polecamy!

Partnerzy portalu:

Dziewczynka z konewką wkrótce zniknie? Jej czas zaczyna mijać…

Dziewczynka z konewką wkrótce zniknie? Jej czas zaczyna mijać…

Każdy wie i udaje że nie ma problemu. A problem jest. Oto mamy wspaniały mural – Dziewczynkę z konewką, który wzbudza zachwyt na całym świecie (skopiowano go w  Chinach czy Chorwacji). Niestety jest on namalowany na starej elewacji budynku, który powinien być wyremontowany. To kwestia czasu, gdy Dziewczynka z z konewką zniknie przez starość elewacji. Właścicielem budynku jest Uniwersytet w Białymstoku, który chciałby go sprzedać. Jeden potencjalny kupujący już był, ale wszystko rozeszło się po kościach. Mieszkańcy mocno protestowali, gdy zobaczyli plany inwestora. A w nich odnowienie elewacji całego budynku, po których Dziewczynka z konewką byłaby już przeszłością. Ostatecznie wszystko zablokował Minister Kultury, a budynek jest w rejestrze zabytków. Od tamtej sprawy minęło parę lat, a budynek jak stał tak stoi. Bez remontu, bez użytku, bo Wydział Chemii UwB jest już na kampusie.

 

W latach 30 ubiegłego wieku, gdy jeszcze nie było Al. 1 Maja (czyli dzisiejszej Al. Piłsudskiego) to w budynku przy nieistniejącej już ul. Szlacheckiej znajdowało się prywatne, żydowskie gimnazjum Dawida Druskina. W międzywojniu uznawana byłą ta szkoła za jedną z lepszych szkół prywatnych w mieście. Szkołę tą ukończyła między innymi znana wówczas aktorka Nora Ney, która ma swoją uliczkę w pobliżu ul. Skłodowskiej. Szkoła przestała działać w 1939 roku. Wybuchła wojna, a uczniowie już do szkoły nie poszli.

Sprawa z niesprzedaną kamienicą to cichy problem dla Uniwersytetu, bo mają budynek, w atrakcyjnym miejscu, którego nie mogą się pozbyć. Potencjalnych inwestorów odstrasza właśnie Dziewczynka z konewką. A konkretnie boczna elewacja budynku, która się sypie, a której nie można wyremontować, bo mural. Jeżeli jej się przyjrzymy to zauważymy w jak bardzo kiepskim stanie malowidło jest. Powstało 6 lat temu. Uczelnia nie planuje remontu, bo po co miałaby to robić skoro budynek jest na sprzedaż. Tylko nie ma nikogo, kto by budynek odkupił. Nawet białostocki magistrat nie jest nim zainteresowany.

 

Problem polega na tym, że inwestorzy chcieli kupić budynek za 2 miliony złotych. To było jednak w 2016 roku. Niszczejący budynek wciąż traci na wartości. Zaś Dziewczynka z konewką będzie się sypać razem ze starą elewacją. Wielkie, piękne malowidło, które ma gigantyczny potencjał promocyjny i przebojem stało się jednym z symboli miasta dziś jest także wielkim problemem. Trudno w tej sytuacji czekać aż mural zaniknie. Nie wiadomo nawet czy autorka Natalia Rak chciałaby go znów odmalować. To przecież kosztuje, a nie wiadomo kto miałby za to zapłacić. Zanim jednak by to zrobiła – to elewacja musiałaby zostać odnowiona, bo odmalowywanie muralu na starej nie ma sensu. Żeby jednak elewacja była wyremontowana budynek musi zostać sprzedany. A nowy właściciel wcale nie musi być zainteresowany odnawianiem muralu. Szczególnie, że ten sam w sobie nie jest pod żadną ochroną. Zabytkiem jest budynek. Jedno jest pewne, nie można stać z założonymi rękami – trzeba działać.

Partnerzy portalu:

Kolej planuje Kolejową Obwodnicę Białegostoku. Protestom nie będzie końca.

Kolej planuje Kolejową Obwodnicę Białegostoku. Protestom nie będzie końca.

PKP zaczyna się przymierzać do nowej inwestycji – Kolejowej Obwodnicy Białegostoku. Brzmi to bardzo ciekawie na pierwszy rzut oka, ale oglądając wstępne plany to misja samobójcza. Żeby je zrealizować spółka PKP Polskie Linie Kolejowe S.A. Centrum Realizacji Inwestycji Region Centralny będzie miała przeciwko sobie mieszkańców, którym chce pod domami budować tory, a także ekologów bo chce budować na terenach cennych przyrodniczo. Biorąc pod uwagę na to na jakim etapie jest planowana inwestycja można powiedzieć, że szanse na nią są marne.

 

Obecnie należy wykonać tak zwane „Studium Wykonalności” czyli przekładając na język ludzki – należy sporządzić taki dokument, w którym przeprowadzi się analizę czy obiektywnie jest sens robić ten projekt czy nie. Powody „za” są atrakcyjne. Mało kto wie, ale na naszych białostockich torach ruch jest całkiem spory – kursują pociągi osobowe, pośpieszne, towarowe. Korków nie ma, ale gdy będzie w pełni funkcjonować Rail Baltica oraz „Szprycha” na Centralny Port Komunikacyjny, to z pewnością połączeń kolejowych będzie jeszcze więcej niż teraz.

 

Dlatego ktoś wpadł na pomysł zbudowania „Kolejowej Obwodnicy Białegostoku” czyli nowej dwutorowej, zelektryfikowanej linii kolejowej, umożliwiającej połączenie linii Białystok – Warszawa i Białystok – Ełk w rejonie Stacji Białystok. Raczej nie po to by pociągi pasażerskie omijały Białystok, ale raczej te towarowe. Dodatkowo taka linia ma umożliwiać przejazd pociągów pasażerskich przez Stacje Białystok, bez konieczności zmiany czoła. Chodzi o to, że jeżeli pociąg starego typu ma podłączoną lokomotywę tylko z jednej strony (w nowych czoło jest z dwóch stron), to nie będzie trzeba odpinać tej lokomotywy, wyjeżdżać ze stacji, przestawiać torów i robić „oblotu” tak by pociąg mógł ustawić się z drugiej strony wagonów. Po prostu pociąg pojedzie dalej prosto, a następnie nową trasą zawróci w drugą stronę.

 

Wszystko brzmi pięknie, ale na pierwszy rzut oka widać już tu kilka minusów, które będą musiały być uwzględnione w takim Studium Wykonalności. Przede wszystkim zacznijmy od trasy tej obwodnicy. Są 4 warianty. Pierwsze 3 zakładają, że nowe tory będą skręcać na os. Białostoczek. Rzecz jasna częściowo ulegną likwidacji ogródki działkowe. Przypomnijmy ile czasu Tadeusz Truskolaski budował 900-metrowe połączenie Białostoczka i Dziesięcin, który również postanowił przebijać się przez działki. Protestów i problemów nie było końca. Zanim więc ruszyła inwestycja minęło bardzo wiele lat. Tym razem jest trochę łatwiej, bo działa tak zwana ustawa wywłaszczeniowa, ale w Polsce bardzo szybko zrozumiano jak ważna dla Unii Europejskiej jest ekologia. Dlatego też pierwszy wariant może mieć kłopoty bo już raz na działkach odnaleziono gatunek ptaka, którego nie można się pozbyć. Właśnie przy okazji realizacji 900-metrowej drogi.

 

Druga część pierwszych trzech wariantów to droga przeprowadzona przez Las Pietrasze. Co prawda nie jest on przyrodniczo wartościowy, bo został posadzony dość niedawno przez człowieka, ale wycinanie drzew w czasach mocnego kryzysu klimatycznego może nie być najlepszym pomysłem. Ponadto warto zobaczyć ile protestów jest przy okazji wycince Lasu Solnickiego pod lotnisko na Krywlanach.

 

W trzech pierwszych wariantach tory mają wychodzić z lasu w okolicy Kolonii Zawady oraz miejscowości Kolonia Osowicze. Co na to mieszkańcy? Wiadomo, że są zaskoczeni, że ktoś chce im budować tory pod domem. Mimo, że trasa nie będzie przebiegać bezpośrednio przez wsie tylko w oddaleniu, to każdy kto mieszka w pobliżu dworca wie jak głośne są pociągi. Tym bardziej słychać będzie je na wsiach. O ile w dzień nie będzie to problem, to nocą ciężkie składy towarowe dadzą popalić nieprzyzwyczajonym i tym, którzy uciekli z miasta od hałasu. Zapewne szykują się protesty.

 

Kolejnym problemem trzech pierwszych wariantów jest to, że trasa ma przebiegać przez dolinę rzeki Supraśl. Tą samą, którą na tym odcinku urzędnicy raz już zniszczyli dokonując niepotrzebnej melioracji. Mało kto wie, ale istnieje też unijna dyrektywa, która nakazuje przywracać naturalny stan rzek. Taki dokument może stanowić kolejny powód, by naprawić tereny cenne przyrodniczo, a nie budować na nich tory. Ponadto nie będzie można ich zbudować tak po prostu, bo każdej wiosny byłyby pod wodą. Dlatego w ramach inwestycji byłby wybudowany most kolejowy.

 

Jest jeszcze czwarty wariant. Również wiąże się z wycinką w lesie. Tory będą przebiegać pomiędzy miejscowościami Sielachowskie oraz Osowicze. Następnie mostem kolejowym nad rzeką Supraśl. Dalej, we wszystkich wariantach w okolicach Nowego Aleksandrowa przebiegać ma trasa aż do Dobrzyniewa Kościelnego, a dalej łącząc się z linią ełcką oraz warszawską.

 

Nie ma „najlepszego” wariantu. Pierwsze trzy zakładają dużą ingerencję – zabierając tereny działkowcom, wycinając drzewa, wywołują konflikt z mieszkańcami Kolonia Zawady i Kolonia Osowicze, ingeruje w tereny cenne przyrodniczo. W czwartym wariancie natomiast nic nie tracą działkowcy, ale linia przebiega pomiędzy większymi niż kolonie – Osowiczami i Sielachowskimi. Także ingeruje w tereny cenne przyrodniczo. Warto też dodać, że każdy z wariantów zakłada również zakłócenie spokoju mieszkańców Aleksandrowa oraz Dobrzyniewa Kościelnego.

 

Czy cenna dla Białegostoku inwestycja dojdzie do skutku? Trudno powiedzieć. Jeszcze bardzo wiele może się zmienić, ale jedno jest pewne protestom nie będzie końca.

Partnerzy portalu:

Czy na Siennym Rynku coś można było kupić? Oj wiele…

Czy na Siennym Rynku coś można było kupić? Oj wiele…

Wielki plac na Siennym Rynku może sugerować, że znajdował się tam wcześniej bazar. Obecnie zagrodzony i pusty. Jaka była historia tego miejsca? Bardzo barwna. Zacznijmy od tego, że za czasów Branickiego dzisiejszy Sienny Rynek był poza miastem, dlatego też to miejsce było częścią większego obszaru, gdzie znajdowały się cmentarze. W tym konkretnym chowano ewangelików. Podczas ostatniego remontu ul. Młynowej, gdy wymieniano nawierzchnię – odkryto tam 400 grobów. Nekropolia funkcjonowała od końca XVIII wieku przez kolejne 100 lat.

 

XX wiek to czas bardzo krwawy dla Białegostoku i wielokrotna zmiana okupanta miasta. Międzyczasie na Siennym Rynku rozwijało się wielkie drewniane osiedle Chanajki. Rynek Sienny znajdował się pomiędzy ulicami Mazowiecką, Młynową, Suchą, Piękną, Surażską i Odeską. To właśnie tam białostoccy włodarze postanowili utworzyć nowy bazar i przenieść handlarzy spod gwarnego ratusza. Powstał też Rynek Rybny przy ul. Piwnej. Oba miejsca były połączone wyżej wspomnianą ul. Suchą.

 

Na Siennym Rynku można było kupić wszystko to wyprodukowali rolnicy. Po II Wojnie Światowej na Rynku Siennym pojawili się już wszyscy handlarze. Nie na długo, gdyż w PRL zaczęto odbudowywać zniszczone miasto co wiązało się także z jego rozwojem. Bazar z dotychczasowych obrzeży zaczął się przesuwać w kierunku ul. Bema, gdzie funkcjonował do 1992 roku. Międzyczasie zanikły ul. Sucha i Odeska. Surażska zmieniła się na Suraską.

Lata 90-te na Rynku Siennym to czas, gdy stał się on wielkim postojem dla taksówek bagażowych. Od rana do wieczora stali tam kierowcy gotowi na przewóz dużych gabarytów. W 1996 roku na dawnym cmentarzu postawiono wielką scenę i zorganizowano „Inwazję Mocy RMF FM”. Wielkie tłumy bawiły się na koncercie. Kolejne lata to kompletna zapaść tego miejsca. Po każdej ulewie tonęło ono w błocie. Kierowcy podskakiwali przejeżdżając przez „kocie łby”. Po dwóch stronach ul. Młynowej stały jednak drewniane domy, gdzie mieszkało wiele osób.

 

Od strony ul. Legionowej a wcześniej Mazowieckiej – wybudowano biały pasaż z żółtymi oknami i czerwonym dachem. Typowy fikuśny styl z lat 90-tych XX wieku. Obok powstały też inny budynek, który do dziś nie jest wykończony. W XXI wieku białostoczanie doczekali się wielkiego remontu Młynowej. Wymieniono tam nawierzchnię na kostkę, położono nowe proste chodniki. Zanikła także ul. Mazowiecka, zaś zastąpiła ją wielka Kaczorowskiego. Po Rynku Siennym został tylko pusty plac ograniczony do terenu dawnego cmentarza. Obecnie jest ogrodzony i przygotowywany pod skwer z miejscem pamięci.

Wizualizacja miejsca pamięci, gdy będzie ukończone.

Partnerzy portalu: