Home / Posts Tagged "Białystok"


Ostatnio zrobiło się o nim głośno po tym jak zdobył złoty medal i został Mistrzem Europy w Lekkiej Atletyce. Mowa tu o rzucającym młotem Wojciechu Nowickim reprezentującym klub Podlasie Białystok. Kim jest Wojciech Nowicki, który w Berlinie rzucił 80,12m i był najlepszy? To 29-letni, urodzony w Białymstoku lekkoatleta specjalizujący się w rzucie młotem. CO ciekawe – jeszcze w szkole podstawowej trenował piłkę nożną w Jagiellonii Białystok, piłkarzem ostatecznie nie został. W liceum zaczął trenować w Podlasiu Białystok.

 

Pierwsze sukcesy zaczął osiągać po czterech latach treningów. W Młodzieżowych mistrzostwach Europy zdobył 5 miejsce. W 2015 roku czyli po 8 latach od rozpoczęcia treningów zdobył pierwszy brązowy medal na Mistrzostwach świata w Pekinie. W kolejnych latach zdobywał kolejne brązy. W 2017 roku w końcu osiągnął srebro, zaś w tym roku po raz pierwszy złoto. Co ciekawe, Wojciech Nowicki jest z wykształcenia automatykiem-robotykiem, a dyplom uzyskał na Politechnice Białostockiej. Co cieszy, nie uciekł do Warszawy jak wiele innych znanych osób, tylko mieszka w stolicy województwa podlaskiego wraz z żoną i córką.

 

Wojciechowi Nowickiemu życzymy kolejnych sukcesów!

 

fot. Wschodzący Białystok

Budżet Obywatelski w Białymstoku z roku na rok coraz bardziej się rozwija. Tym razem można będzie głosować na projekty miejskie, osiedlowe, oświatowe i zielone. Problem w tym, że budżet obywatelski powinien powoli się… zwijać. Wszystko dlatego, że za kilka lat będziemy mieli miasto zasypane pomnikami, figurkami i innymi bzdetami. Każdy bowiem chce po swojemu miasto „upiększyć”, co powoduje oczywiście zaśmiecenie ładu architektonicznego. Z roku na rok każdy będzie chciał od siebie coś „dostawić” i tak zrobimy śmietnik.

 

W tym roku również ktoś chce stawiać ławeczkę-pomnik Franciszka Karpińskiego czy pomnik Ryszarda Kaczorowskiego. Oczywiście nie można odmówić zasług ani jednemu ani drugiemu, ale czas powiedzieć dość. Żadnych nowych pomników w mieście. Ani one ładne, ani eleganckie, ani potrzebne. Warto więc pomyśleć, by w kolejnych latach wszystkie projekty związane z architekturą były automatycznie odrzucane. Zaś takim projektom jak Park trampolin na Szkolnej, przebudowa ul. Rzemieślniczej, nowy ambulans dla pogotowia, ciąg pieszo-jezdny na Narewskiej, mostek w rezerwacie Zwierzyniec, zegar w Parku Zwierzynieckim tylko trzeba przyklasnąć i życzyć by powstały.

 

Mieszkańcy nie powinni mieć możliwości „upiększania” swego miasta z tego samego powodu co nie budują domów bez projektu architekta. Budżet Obywatelski to powinny być przede wszystkim projekty osiedlowe. Mieszkańcy chcą budować drogi, parkingi, place zabaw, centra rekreacji czy organizować festyny. W tym roku wystartował też „zielony budżet” co jest taką samą pomyłką jak większość projektów ogólnomiejskich. Bowiem mieszkańcy zabierają się znów za architekturę. Tym razem krajobrazową. Zgłosili skwery, nasadzenia krzewów, tworzenie łąk. Zaś tym powinien się zajmować ogrodnik miejski – który jak widać po choćby rondzie Lussy i innych nasadzeniach w mieście – umie to robić.

 

Dlatego do wszystkich autorów projektów możemy zaapelować o opamiętanie się, zaś do radnych i prezydenta o przeprowadzenie zmian w kolejnych budżetach tak, by mieszkańcy za kilka lat z Białegostoku nie zrobili architektonicznego śmietnika.

Podróżni przybywający do Białegostoku pociągiem będą musieli wkrótce liczyć się z utrudnieniami. Lada chwila rusza wielki remont dworca PKP, który zmieni ten obiekt wewnątrz i przed budynkiem nie do poznania. Choć na pierwszy rzut oka budynek nie wygląda jakby tego potrzebował, to projekt metamorfozy wygląda zachęcająco. Wszystko dlatego, że w planach jest przywrócenie historycznego charakteru poczekalni. Odtworzone zostaną dawne posadzki, słupy żeliwne, a także zdobienia ścian i sufitów. Zniknie też obecny „jarmark” komunikacyjny przed dworcem. Przebudowane zostaną także perony. Będą nowe wiaty, oświetlenie, tablice informacyjne i ławki oraz przejścia podziemne.

 

Osoby, które były na dworcach większy miast zauważyły, że perony są całkowicie zadaszone. W Białymstoku jak widać z projektu – nikt o tym nie pomyślał. Po prostu wymienią wiaty, dzięki którym można poczekać na pociąg. Tylko, że wiata jest ciasna, a peron ogromny. Wszyscy pod wiaty się nie zmieszczą. A w deszczu nikomu stać się nie chce.

 

Druga ważna kwestia to (chyba) nikt też nie pomyślał, by do Białegostoku dojechało Pendolino. To ważne, by można było się dostać do Warszawy, Krakowa, Gdańska, Wrocławia czy Poznania z pominięciem małych stacji – sporo zyskując na czasie. Przypomnijmy, że do końca 2020 roku zakończą się prace związane z budową Rail Baltici. Wtedy to z Białegostoku do Warszawy będzie można jechać 160 km/h. Podróż do Warszawy nieznacznie skróci się. Obecnie do Warszawy Wschodniej pociąg z Białegostoku jedzie równo 2 godziny. Po modernizacji jechać będziemy 1,5 godziny. Gdybyśmy pominęli wszystkie stacje – pociąg dojechałby do Warszawy 10-15 minut szybciej. Jednak na połączenie ekspresowe należy patrzeć nie przez pryzmat dojazdu do Warszawy – ten z Białegostoku jest już dziś naprawdę dobry. Chodzi o to, by dużo szybciej dojechać do innych większych miast, oddalonych od stolicy Podlaskiego o kilka godzin drogi. Remont dworca i peronów w Białymstoku skończy się zaś pod koniec 2019 roku. Żeby wpuścić Pendolino – trzeba by było przebudować peron (pociąg Pendolino jest szerszy niż standardowy).

 

Dlatego przyjemnie będzie kupować bilet i czekać na pociąg na wyremontowanym dworcu, ale każda modernizacja dworca powinna być przede wszystkim praktyczna. Tutaj ani nie ma co liczyć na zadaszone perony, ani na peron przystosowany do przyjazdu Pendolino. A potem każdy się dziwi dlaczego Białystok to Polska B. Przecież taki ładny.

 

Mało kto wie, że Pałac Branickich w Białymstoku z dzisiejszych czasów nie jest tym samym miejscem co w czasach swojej świetności czyli w XVIII wieku. Złote czasy całego miasta – w tym Pałacu Branickich skończył III rozbiór Polski. Zaś piekło II Wojny Światowej dokończyły dzieła zniszczenia i dziś mamy replikę Pałacu. W wersji znacznie biedniejszej. Najciekawszych rzeczy dowiedzieć się można jednak ze starych rycin. Otóż dziś ogród pałacu kończy się tuż za mostem. Kiedyś za mostem była dalsza część ogrodu, która była tak samo długa jak ta, którą możemy podziwiać dzisiaj. Ogród sięgał więc aż do dzisiejszego budynku Książnicy Podlaskiej przy ul. Skłodowskiej. Zaś na jego zwieńczeniu była wielka brama z kolumnami. Na krańcu ogrodu znajdowała się także Komedialnia czyli pierwszy na ziemiach polskich teatr, który został założony 17 lat przed Teatrem Narodowym w Warszawie!

 

Białostocki operhaus był piętrowym budynkiem, posiadał loże, wielką scenę, a także wprawiającą w zachwyt kurtynę, która była namalowana olejnymi farbami przez Augustyna Mirysa – polskiego malarza, urodzonego we Francji. Mirys służył swym talentem na dworach Sapiehów czy Krasickich, a później także dla Branickiego – za co dostał od niego dokumenty nadające mu szlacheckie pochodzenie.

 

W Komedialni znajdowały się zapisy 19 oper, 41 baletów i 122 dramatów! Białostocki operhaus miał własną orkiestrę, balet, a na scenie występowały gwiazdy sprowadzane z Rzymu, Wenecji czy Wiednia. Życie kulturalne na dworze Branickiego tętniło tak bardzo, że Białystok był ważnym ośrodkiem kulturalno-społecznym w Europie! Żałować można tylko, że dzisiejszy Pałac to replika z połowę mniejszym ogrodem. To se ne vrati…

 

Białostocki Pałac Branickich to perła, o którą trzeba dbać w najwyższym stopniu. Z tego samego założenia wychodzą także władze Białegostoku, mimo że obecnie pałac Branickich to siedziba władz Uniwersytetu Medycznego. Choćby z tego powodu prezydent Truskolaski mógłby się wypiąć na pałac i stwierdzić, że jego utrzymanie i wygląd zależy od UMB. Na szczęście tak nie jest i władze regularnie odnawiają całkowicie zniszczony podczas wojny pałac.

 

Jeżeli byśmy dokładnie się przeszli przez teren dawnej siedziby Branickich to byśmy zauważyli, że jeszcze sporo jest do odnowienia. W ogrodzie, na boku nowego blasku przydałoby się kaplicy, obok ogrodzone z powodu złego stanu technicznego są cztery filary, zaś od dziedzińca mur jest ogrodzony specjalną siatką, by się nie sypał. Fatalnie też wygląda elewacja pałacu na niektórych fragmentach. Zaś most w ogrodzie to mówiąc wprost – tragedia.

 

Tymczasem z roku na rok sam ogród coraz piękniejszy robi się ogród. Najnowsze zmiany w nim to nowe rzeźby – tych w ogrodzie jest całe mnóstwo. To nie wszystko – w tym roku jeszcze będzie kilka nowych. Miejmy nadzieję, że już niedługo Pałac Branickich w Białymstoku zyska stuprocentowy blask. Nie jest to łatwe gdyż prace remontowe w Pałacu są bardzo drogie – restauracja każdego zabytku to drenaż kieszeni. Same rzeźby z ogrodu kosztywały prawie 740 tys. zł.

Zapadł wyrok na lisy. W podlaskich lasach uznawane za szkodniki – te rude ssaki będą wybijane. Na otarcie łez – podlaskie lasy zostaną zasiedlone zającami, których coraz bardziej ubywa. Sprawa jest dość dziwna.

 

Przez ostatnich kilkadziesiąt lat na naszych terenach liczba zajęcy zmniejszyła się o połowę. Samorząd Województwa Podlaskiego postanowił przejąć kompetencje matki natury i teraz podlaskim lasom chce zające zwrócić. Problem polega na tym, że zające są jednym z wielu przysmaków lisów. Zwierzęta te są prawie wszystkożerne (jedzą owoce i polują na ssaki swoich i mniejszych rozmiarów, a także jak wiemy – kradną kury z kurników).

 

Lisy jak i inne zwierzęta są uczestnikami całego ekosystemu. Wtrącanie się człowieka zawsze przynosi największą szkodę dla natury. Czy zatem powinno się odpuścić lisom? Odpowiedź jest prosta – lisy są w menu wilków. Tak jak myśliwi wybijają jelenie, sarny, a chcą też lisy to dlatego, że przejmują kompetencje wilków do oczyszczania natury z tych osobników. Jak wiadomo myśliwi nienawidzą wilków i marzą o tym by móc na nie polować. Politycy z obawy przed Unią Europejską – która bardzo pilnuje ochrony środowiska – nie mogą się na to zgodzić, ale utrudnić życie wilkom – to jak najbardziej.

 

Dlatego też pomysł samorządu województwa by sztucznie regulować ile w lesie ma być lisów, ile zajęcy powoduje chwianie całym ekosystemem. Stąd też miejmy nadzieję, że cały program pilotażowy jaki planuje Samorząd województwa podlaskiego okaże się niewypałem i zaprzestaną głupich praktyk. Szczególnie, że lisów na świecie jest tak dużo, że wybicie ich na danym obszarze na szczęście nic nie da.

Fundacja Hospicjum Proroka Eliasza na początku września zorganizuje bieg charytatywny na rzecz budowy hospicjum dla mieszkańców wsi. Każdy, kto chciałby dorzucić swoją „cegiełkę” do tej inicjatywy może zapisać się na dystanse: 1,5, 5 i 11 km. Trasa poprowadzi malowniczymi drogami leśnymi na obrzeżach Puszczy Białowieskiej w okolicach Rybak – w dolinie Rzeki Narew. Zgłaszać się może każdy – indywidualni biegacze, kluby biegowe, drużyny szkolne i firmowe, rodziny.

 

Impreza jest bezpłatna, ale ponieważ jej celem jest charytatywna zbiórka pieniędzy organizatorzy chcieliby, by każdy kto się zapisze wpłacił co najmniej 30 zł. Biegowi będzie towarzyszyć impreza integracyjna z pokazami, muzyką czy miejscem zabaw dla dzieci z animatorem. Dodatkowo będzie ognisko z posiłkiem regeneracyjnym. Bieg odbędzie się 8 września.

 

Fundacja Hospicjum Proroka Eliasza ma swoją z siedzibą w Michałowie, gdzie prowadzi społeczne Hospicjum Domowe z dala od większych miast. Placówka niesie bezpłatną pomoc osobom nieuleczalnie chorym, aby mogły godnie przeżyć ostatnie miesiące swego życia. Teraz fundacja chce postawić kolejny krok w rozwoju i zbudować hospicjum stacjonarne. Dzięki takim inicjatywom jak organizacja biegów charytatywnych – ich wizja staje się coraz bardziej realna. 

 

Fundację można wspierać także bez biegania. Wystarczy wpłacić dowolną kwotę na ich konto:

 

Fundacja Hospicjum Proroka Eliasza
ul. Szkolna 20, 16-050 Michałowo
KRS: 0000328837

Nr konta głównego – pomoc medyczna dla pacjentów Hospicjum Domowego i inne cele statutowe Fundacji HPE:
52 8060 0004 0551 0139 2000 0010
Bank Spółdzielczy w Białymstoku, Oddział w Michałowie

 

dla wpłat z zagranicy:
SGB-Bank S.A. SWIFT/BIC CODE: GBWCPLPP
PL 52 8060 0004 0551 0139 2000 0010

 

Nr konta budowy Hospicjum Stacjonarnego:
81 1050 1953 1000 0090 3150 6141
ING Bank Śląski, oddział w Białymstoku

 

dla wpłat z zagranicy:
ING Bank Śląski SWIFT/BIC CODE: INGBPLPW
PL 81 1050 1953 1000 0090 3150 6141

Malutka uliczka odchodząca od Wyszyńskiego, leżąca tuż przy Sosnowskiego czyli Grunwaldzka to pozostałość po dawnym Białymstoku i Chanajkach. Nim powstała ulica Sosnowskiego – przy Kijowskiej było rozwidlenie – kocimi łbami dojechać można było własnie Grunwaldzką do Wyszyńskiego lub żwirową ulicą Sosnową do Sukiennej. Krajobraz zaczął się zmieniać około 20 lat temu. Najpierw wybudowano bloki przy ul. Brukowej w sąsiedztwie I LO, później kolejne – bliżej Sosnowej i Grunwaldzkiej. Kolejne zmiany to znikające kolejne drewniane domy z dawnych Chanajek stojące przy Grunwaldzkiej. Aż w końcu wybudowano tu normalną, szeroką, asfaltową drogę, zaś z dawnych miejsc pozostał tylko Wydział Architektury, kilka domów oraz ciekawy fragment Angielskiej i właśnie pozostałości Grunwaldzkiej – jeden to szary, duży dom drewniany oraz sąsiadująca dawna fabryka.

 

Ostatnio pożal się Boże miejscy urbaniści w planach zagospodarowania przestrzennego nie uwzględnili przeszłości obu budynków. W ich miejsce wkrótce zapewne pojawiłyby się „apartamenty”. Na szczęście wkrótce będą wybory, więc politycy uważają co robią i tym razem zmiany zablokowali i odpowiednie przepisy pojawią się w nowym projekcie planu zagospodarowania przestrzennego. A warto dbać o historię miasta zachowując to, co jeszcze może przypominać o dawnej historii miasta. Wyjątkowy dom – zaprojektowany przez znanego w międzywojniu architekta – Szymona Pappe oraz fabryka Szlachtera – w której są warsztaty szkolne, to zdecydowanie miejsca, które nie zasługują jeszcze na śmierć na rzecz kolejnych „apartamentów”.

 

Póki co developerzy muszą szukać sobie innych miejsca.

Ul. Sitarska w Białymstoku to malutka ulica na Białostoczku. W planach od lat było jej przedłużenie i połączenie z sobą osiedli Centrum i Białostoczek z Dziesięcinami. Problem polegał na tym, że pomiędzy Sitarską, a ówczesną ulicą Berlinga (teraz Hallera) były ogródki działkowe, tory kolejowe i puste pola. A pomiędzy Al. Piłsudskiego a Poleską drewniane domy pamiętające czasy żydowskiego Getta. Międzyczasie powstała ulica Świętokrzyska łącząca Antoniukowską z ówczesną Berlinga i obwodnicą miasta oraz Bohaterów Getta łączącą Al. Piłsudskiego z Poleską. Było wiadomo, że trzeba szukać pieniędzy także na Sitarską by „dzieło” było ukończone.

 

Gdy w końcu ogłoszono, że inwestycja rusza, to nieoczekiwanie do akcji wkroczyli ekolodzy, którzy dopatrzyli się na ogródkach działkowych unikalnych kwiatów i ptaków. Oczywiście inwestycja nie podobała się też właścicielom ogródków działkowych, które były na trasie nowej drogi. Ostatecznie udało się uzgodnić niezbędne pozwolenia z Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska. Kiedy można było ruszać, to pojawił się kolejny problem. Miasto nie mogło wyłonić w przetargu wykonawcy. Po kilku razach ostatecznie udało się to uczynić w tamtym roku.

 

Droga została wreszcie ukończona. 900-metrowy odcinek ma po 2 pasy ruchu – przy czym jeden to buspas. Oznacza to, że miasto na tym odcinku puści nową linię autobusową (lub zmieni trasę istniejącej). Dodatkowo nowa droga odciąży wiadukt Dąbrowskiego. Szybciej też dostaniemy się na Dziesięciny i Bacieczki z centrum. 

 

 

Kładka Waniewo – Śliwno jest nieczynna, ale od przyszłego roku się to zmieni. Obecnie w Narwiańskim Parku Narodowym trwają prace remontowe. Po starej kładce nic nie zostało, gdyż została rozebrana. Teraz robotnicy stawiają nową, która będzie służyć wszystkim od przyszłego roku. A wybrać się do Waniewa lub Śliwna zawsze warto.

 

Między miejscowościami Śliwno i Waniewo, oddalonymi od Białegostoku o około 30 km znajdują się rozlewiska Narwi, które w zależności od pory roku znajdują się gruncie bądź są na powierzchni. Na niektórych fragmentach jest tak dużo wody, że jest ona cały rok. Wtedy musimy użyć siły mięśni aby przyciągnąć platformę, która pozwoli dostać się na drugi brzeg wody. Znajdujące się na kołowrotku liny nie powinny sprawić żadnego kłopotu. Dlatego też siłować się mogą też dzieci. Łącznie na trasie przygotowano cztery takie tratwy.

 

Kilometrowa drewniana kładka posiada także wieżę obserwacyjną, na której można odpoczywać lub obserwować ptaki, gdyż jest ich tam całkiem sporo. Kładkę można zwiedzać z obu stron – przyjeżdżając do Sliwna (jadąc przez Kurowo od Choroszczy) lub przyjeżdżając do Waniewa (jadąc ekspresówką przez Jeżewo). Niezależnie, z której strony zaczniemy wycieczkę, to naprawdę warto. Mimo wszystko, trzeba z tym poczekać do przyszłego roku.

 

fot. Narwiański Park Narodowy

Ania Omielan to 25-latka urodzona w Dąbrowie Białostockiej, znakomita pływaczka białostockiego klubu, która osiągnęła w życiu już bardzo wiele. Brała udział w mistrzostwach świata, igrzyskach, zdobywając wiele medali na arenie krajowej i międzynarodowej. Mało kto w tak młodym wieku może się pochwalić własną stroną na Wikpedii. Jednak przy swoich osiągnięciach, te wydaje się najmniejsze. Między 2007 a 2013 rokiem zdobyła w Tajwanie, Berlinie, Pekinie, Islandii, Niemczech, Holandii, Grecji i też wiele razy w Polsce – medale.

 

– Pływanie wiele mnie nauczyło, ukształtowało mój charakter, nauczyło wytrwałości i przezwyciężania słabości. – pisze sama o sobie. Jednak mimo odwagi i pogody ducha Anna nie jest w stanie poradzić sobie ze wszystkimi problemami. A jej największy to brak nogi, którą utraciła podczas wypadku rolniczego w wieku 2 lat. – Zawsze starałam się żyć bez ograniczeń, 2 treningi na basenie, dodatkowo 1 trening na siłowni, jednak brak nogi, złej jakości proteza, stale okaleczony kikut i kolejne operacje sprawiły, iż sport musiałam odstawić na drugie miejsce, a rozpocząć walkę o zdrowie. 

 

Anna Omielan marzy o powrocie do sportu. Nie jest to jednak możliwe bez odpowiedniej protezy, bez której nie da się normalnie funkcjonować a tym bardziej trenować. Za każdym razem otarcia na kikucie wykluczają dziewczynę z normalnego życia. 25-latka postanowiła wziąć sprawę w swoje ręce. Próbuje uzbierać 60 000 zł na odpowiednią protezę. Prawie jedna trzecia tej kwoty już jest. Jeżeli ktoś ma wątpliwości, czy jej pomóc niech tylko spojrzy na jej osiągnięcia i zastanowi się czy nie warto, by dziewczyna osiągała dla Polski znów znakomite wyniki.

 

Pieniądze na protezę można przekazać przy pomocy portalu:
https://pomagam.pl/plywaniedlaani

 

Osiągnięcia:
Mistrzostwa Świata Juniorów IWAS Tajwan 2007 – I i II miejsce;
Otwarte Mistrzostwa Niemiec – Berlin 2009 – I i II miejsce;
Igrzyska Paraolimpijskie Pekin 2008 – udział w 5 konkurencjach; IX miejsce
Zimowych i letnich Mistrzostwa Polski 2009 – II miejsce;
Integracyjne zawody pływackie, Warszawa 2008 – I miejsce;
Mistrzostwa Europy w pływaniu na Islandii, Reykjavik 2009 – II i III miejsce;
Otwarte Mistrzostwa Niemiec, Berlin 2009 – I, II, III miejsce;
Zimowe Mistrzostwa Polski w Pływaniu, Kalisz 2009 – II miejsce II miejsce;
Puchar Białegostoku w pływaniu, Białystok 2009 – I miejsce;
Zimowe Mistrzostwa Polski w Pływaniu, Białystok 2010 – II miejsce ;
Letnie Mistrzostwa Polski w Pływaniu, Gorzów Wielkopolski 2010 – II miejsce;
Otwarte Mistrzostwa Niemiec w pływaniu, Berlin 2010 – III miejsce;
Zawody Nadziei Paraolimpijskich, Warszawa 2010 – I miejsce;
Mistrzostwa Świata w Pływaniu, Eindhoven 2010 – VI, VII, VIII miejsce;
Letnie Mistrzostwa Polski w Pływaniu, Szczecin 2011 – II miejsce;
Otwarte Mistrzostwa Grecji w Pływaniu, Naoussa 2012 – 3 złote medale;
Letnie Mistrzostwa Polski w Pływaniu, Szczecin 2013 – I i II miejsce;

 

fot. Facebook Anny Omielan

W całej Polsce miała miejsce dekomunizacja, w związku z czym wiele ulic zmieniło swoją nazwę. Bardzo wiele osób jednak zastanawia się dlaczego mamy wciąż w Białymstoku, Suwałkach czy Augustowie ulicę Waryńskiego oraz w przypadku Białegostoku Proletariacką. Przecież Ludwik Waryński widniał na starym banknocie 100 zł i jest jednoznacznie kojarzony z PRL. Żeby wytłumaczyć to – trzeba się zagłębić w szczegóły – gdyż jak mówi stare porzekadło – tam tkwi diabeł.

 

Oddajmy głos najpierw samemu Waryńskiemu. Twierdził on, że przyczyną nędzy i wszelkiego ucisku w społeczeństwach dzisiejszych jest nierówność i niesłuszność przy podziale bogactw między rozmaite społeczeństw onych klasy. Jakkolwiek bogactwa są rezultatem pracy, nie przypadają jednak w udziale tym, którzy pracowali nad ich wytworzeniem. Przy dzisiejszym ustroju społecznym klasy uprzywilejowane (klasy posiadające), nie pracując wytwórczo (produkcyjnie), zagarniają przeważną część bogactw pracą zdobytych, klasa zaś robotnicza (klasa nieuprzywilejowana, nieposiadająca), ograbiana z owoców swej pracy, nędzę i upodlenie znosić musi.

 

Takie słowa to wypisz wymaluj Lenin czy Dzierżyński. Mimo wszystko, to kojarzenie Waryńskiego z PRL-em ubóstwiających dwóch wyżej wymienionych panów jest efektem propagandy. Komunistyczne władze PRL zwyczajnie sobie wzięły Waryńskiego na „autorytet” przez zbieżność poglądów, jednak Ludwik Waryński żył w XIX wieku, zaś PRL był wytworem XX wieku. Więc można jedynie spekulować czy gdyby Waryński żył to wspierałby Lenina i Dzierżyńskiego. Poważni historycy jednak nie mają wątpliwości – tego typu snucie wizji byłoby działaniem ahistorycznym i oderwanym od faktów.

 

Stąd też, mimo zbieżności poglądów – jasna jest interpretacja obecnej dekomunizacji. Samo posiadanie poglądów komunistycznych nie jest propagowaniem ustroju totalitarnego. Dopiero czynny udział w tym zbrodniczym systemie spowodował, by patron ulicy zniknął. Dlatego też zmiana ulic Waryńskiego czy Proletariackiej byłoby zwyczajną nadgorliwością ze strony urzędników, gdyż nie można było propagować systemu totalitarnego nie żyjąc w tych czasach.

Droga ekspresowa z Białegostoku do Warszawy coraz dłuższa. Drogowcy oddali kolejny remontowany odcinek. Tym razem od granicy województwa podlaskiego do Ostrowi Mazowieckiej. Oznacza to, że z samego Białegostoku aż do końca obwodnicy Ostrowi Mazowieckiej można jechać nową drogą. Następnie, będziemy jechać przez jeszcze jeden remontowany, 30-kilometrowy odcinek. Potem od Wyszkowa do samej Warszawy znów piękną, nową drogą.

 

Ostatni remontowany odcinek ma być skończony w trzecim kwartale 2018 roku. Czyli jeszcze przed zimą powinniśmy jeździć ekspresówką do stolicy. Jak już pisaliśmy za trzy lata pojedziemy do Warszawy pociągiem z prędkością 160 km/h. Bardzo ważnym elementem transportowej układanki powinno być jeszcze lotnisko. Tak naprawdę gdyby udało się stworzyć lokalne połączenia lotnicze do Krakowa, Gdańska oraz Poznania – to wreszcie byśmy mogli powiedzieć, że nic Białemustokowi nie brakuje pod względem innych dużych polskich miast.

 

Problem wciąż leży jednak po stronie zarobków. W Białymstoku nadal zarabia się tragicznie w porównaniu z takimi miastami jak Poznań, Wrocław, Gdańsk czy Kraków. Jeżeli nadal nic z tym nikt nie będzie robić, to w Białymstoku będzie rosnąć tylko zadłużenie. A problem jest wielki – bo pieniędzy na inwestycji z Unii Europejskiej nie będzie już aż tyle, by robić w mieście jakieś większe przedsięwzięcia. O planach przebudowy Bohaterów Monte Cassino można raczej zapomnieć jeszcze przez lata. Wątpliwe jest to, by znalazły się na to pieniądze.

 

Dlatego wątpliwe jest też to, by Białystok dalej się rozwijał skoro zaraz skończą się inwestycje. Teraz musimy odbudować akademicką pozycję Białegostoku, a także zrobić wszystko by ludzie zarabiali tu tak samo jak w innych dużych miastach. W innym przypadku grozić nam może zapaść gospodarcza.

 

Odbywający się w ubiegły weekend Festiwal Basowiszcza w Gródku był transmitowany w internecie przez Radio Racyja. Całość jest dostępna na YouTube, dzięki czemu osoby, które na przykład wybrały w tym samym czasie mecz Jagiellonii bądź festiwal w Czeremsze – mogą nadrobić zaległości. A jest co oglądać – na scenie wystąpiło wiele znakomitych zespołów m.in. Lao Che czy tradycyjnie Ilo & Friends, znany białostoczanom Ostrov oraz takie zespoł jak The Glitchhh. Więcej pisać nie trzeba. Czas na ucztę!

 

Część pierwsza
Konkurs młodych kapel, Will’N’Ska, Nagual, Lao Che, Ilo & Friends, Razbitaje Sierca Pacana, Pjetlja Pristrastija

 

Część druga
Laureat konkursu młodych kapel, Ostrov, Teleport, Monroe’s Mysterious Death, Krambambula, Neuro Dubel, The Glitchhh, :B:N:, Warsaw Balkan Madness

 

Powyżej część pierwsza, poniżej część druga. Miłego oglądania.

 

 

Mamy kolejny weekend oraz żadnej wątpliwości co robić. Dziś wieczorem na gródeckim Boryku rozpoczyna się festiwal Muzyki Młodej Białorusi „Basowiscza”. To doskonałe miejsce, by się wyszaleć przy rockowych brzmieniach. Gwiazdą dzisiejszego wieczoru będzie Lao Che. Nie zabraknie też tradycyjnie Ilo & Friends, zaś na koniec wieczoru zagra znany ze Zmiany Klimatu DJ Lou Badgers.

 

 

W sobotę między innymi posłuchać można znanego białostoczanom Ostrova, po północy The Glitchhh, zaś wieczór zamknie Warsaw Balkan Madness. Z piątku na sobotę można zostać na polu namiotowym. Koszt to tylko 30 zł. Wstęp na imprezę jest darmowy. Warto dodać, że do Walił – przy Gródku dojechać będzie można pociągiem! Kiedyś na „Basy” jeździło się samochodem, autostopem, bądź jedynym PKS-em. Powrót też jak najbardziej wchodzi w grę. Zwykle pociąg kursuje 2 razy dziennie w weekendy. Tym razem w piątek odjedziemy o 16:05 i 19:35, zaś pociąg wyjedzie do Białegostoku z Walił o 17:10 i 00:20.

 

 

Program:

 

piątek (20.07)
godz. 18 – Konkurs młodych kapel

godz. 20 – Will’N’Ska

godz. 21 – Nagual

godz. 22.00 – Lao Che

godz. 23.30 – Ilo & Friends

godz. 00.30 – Razbitaje Sierca Pacana

godz. 01.30 – Pjetlja Pristrastija

godz. 02.30 – Lou Badgers

 

Sobota (21.07)
godz. 18.30 – Laureat konkursu młodych kapel

godz. 19 – Ostrov

godz. 20 – Teleport

godz. 21 – Monroe’s Mysterious Death

godz. 22 – Krambambula

godz. 23.15 – Neuro Dubel

godz. 00.30 – The Glitchhh

godz. 01.30 – :B:N:

godz. 02.30 – Warsaw Balkan Madness

Jeszcze 3 lata poczekamy na to, by do stolicy z Białegostoku można było jechać 160 km/h. Nie wygląda to zbyt rozwojowo, szczególnie że już teraz pociągi jeżdżą na tej trasie 120 km/h. W Warszawie Wschodniej obecnie wysiądziemy po równo 2 godzinach podróży. W 2021 roku podróż potrwa jeszcze krócej. Oczywiście należy się cieszyć z tego co mamy, ale warto sobie uświadomić, że obecny rekord prędkości osiągnięty na świecie to 603 km/h.

 

Żeby w Polsce w ogóle było można marzyć o podobnych prędkościach musi się zmienić myślenie. Mimo, że komunizmu formalnie nie ma od 1989 roku, to mentalnie jest on w urzędnikach cały czas. Niczym w piosence Perfectu – Nie Płacz Ewka – w głowach urzędników telewizor, meble, mały fiat – oto marzeń szczyt. Dlatego potem wszystko co inwestujemy, to nie robimy tego perspektywicznie. Drogi mają po 2 pasy ruchu (gdzie samochodów przybywa), pociągi osiągają zawrotną prędkość 160 km/h zamiast budować takie tory jak we Francji czy Japonii i tak dalej…

 

Jeżeli chcemy rzeczywiście dogonić zachód, to musimy przyspieszyć i to mocno, a my będziemy gonić jeszcze 50 lat i i tak nie dogonimy. Polska dziś jest tam, gdzie zachód był, gdy rozszerzono Unię Europejską o nowe kraje. Tak – nasz rozwój obecnie to 2004 rok w Niemczech, Francji, Holandii czy Anglii. Jesteśmy zapóźnieni prawie o 20 lat. To teraz spójrzmy na jeszcze bardziej zastopowane Podlasie – o ile jesteśmy cofnięci? Dlatego z inwestycji PKP można się cieszyć przez łzy.

Po wielkiej suszy, jaka dotknęła nasz region nareszcie przyszły deszcze. Dzięki ich obfitości w lasach pojawiły się grzyby! Puszcza Knyszyńska to idealne miejsce by je zbierać. Warto zabezpieczyć się przed kleszczami i można wyruszać w drogę! Wiadomo, że każdy grzybiarz ma „swoje miejscówki”, których nie zdradziłby nawet na łożu śmierci, ale dzielenie się informacjami jest przyjemnością – szczególnie wtedy, gdy można kogoś zarazić pasją zbierania grzybów. Dlatego też „podpowiemy” gdzie szukać grzybów w Puszczy Knyszyńskiej. Najpierw mapa, następnie opis miejsc.

 

 

Żednia (Kozi Las)

To miejsce, w którym napotkać można sporo innych grzybiarzy, więc tutaj obowiązuje zasada – kto pierwszy ten ma kurki. Wjazd jest przy samej miejscowości Żednia. Wystarczy wejść do lasu i zbierać. Przy odrobinie szczęścia możemy napotkać Rysia. Nie przestraszmy się tego dużego kota.

 

Ruda (Waliły Stacja)

To mały lasek, ale sporo w nim grzybów. Wystarczy dobrze się rozejrzeć. Dojeżdżamy do Walił, a następnie skręcamy na Waliły-Stacja. Kilkaset metrów dalej po prawej stronie szukamy wejścia do lasu i można zaczynać zbiory.

 

Zubry

Miejsce najbardziej odległe, ale najlepsze bo mało tam grzybiarzy, więc sporo możemy zebrać tylko dla siebie. Zubry znajdują się niedaleko granicy z Białorusią. Dojeżdżamy do wsi i po prostu wchodzimy do lasu.

 

Krzemienne

Tutaj miejsce dla osób z dobrą kondycją, gdyż znajdziemy się w górach Krzemiennych. Dlatego nasza przechadzka zajmie nam dużo więcej czasu. Ale dla grzybków warto, prawda?

 

Wyżary

Najmniej dostępne miejsce. Trzeba iść kładką przez bagna. Dopiero za nimi w lesie możemy zacząć spokojnie zbierać grzybki.

 

Udanych znalezisk!

Muzeum Podlaskie w Białymstoku w ostatnim czasie było bardzo aktywne, dzięki czemu będziemy mogli niedługo ponownie zwiedzać Dom talmudyczny w Tykocinie, a także podziwiać portrety Jana Klemensa oraz Izabeli Branickich. Kierownictwo Muzeum doprowadziło do wylicytowania ich na monachijskiej aukcji. Obrazy zakupiono za 55 tysięcy euro. Dom talmudyczny czyli tak zwana „mała synagoga” to jedna z atrakcji Tykocina, budynek stojący przy synagodze, w którym właśnie kończy się remont. Obrazy zaś było można oglądać od lutego, teraz potrwa ich ważna renowacja.

 

Dom talmudyczny w Tykocinie będzie otwarty dla zwiedzających już od 22 lipca. Budynek postawiono w latach 1772-1798. Było to bardzo ważne miejsce na mapie polskich Żydów. Podczas II Wojny Światowej Niemcy doszczętnie zniszczyli synagogę. Dopiero w 1974 roku odnowiono ją. Teraz budynek przechodził po raz kolejny remont. Zwiedzający będą mogli obejrzeć w środku cztery różne wystawy.

 

Obrazy Branickich są namalowane przez nieznanego autora bądź autorów. Prace konserwatorskie być może wyjaśnią kim był twórca. Będzie też próba odpowiedzi na pytanie czy ktoś przemalowywał obrazy i kiedy, z jakiego kręgu artystycznego pochodzą oraz kiedy zostały namalowane. To, co zostało namalowane sugeruje, że portrety powstały około 1766 roku. Już w grudniu będzie można znów oglądać odrestaurowane obrazy przedstawiające Branickich.

 

fot. Emmanuel Dyan

Ktoś, kto chciałby pojechać bezpiecznie do Wasilkowa z Białegostoku rowerem może nareszcie to zrobić. Niestety po partackiej ścieżce rowerowej. Wcześniej przejazd mógł odbywać się z duszą na ramieniu, gdyż za plecami, tuż obok koła miało się pędzące samochody. Jak wiadomo kierowcy w większości nie wiedzą co to bezpieczny odstęp, więc ich pojazd przejeżdżający prędkością kilkadziesiąt kilometrów na godzinę można poczuć przy samej nodze. Niestety nie możemy pochwalić urzędników za budowę ścieżki odseparowanej od ulicy. Znowu ktoś podjął decyzję, by ścieżkę wybrukować, a nie wyasfaltować. To co Państwo widzą na zdjęciu, to początek ścieżki asfaltowej, na której lepiej się nie rozpędzać (mimo, że jest z górki), bo można wjechać w słup. Ścieżka nagle skręca i dalej jest już brukowana do samego Wasilkowa.

 

Chyba jeszcze wiele wody musi upłynąć w wasilkowskiej Supraśli, by to urzędnicy-rowerzyści budowali ścieżki mieszkańcom-rowerzystom. Jak na razie to nie wiadomo kto buduje, skoro wpada na idiotyczny pomysł, by ścieżkę rowerową brukować. Można by napisać „lepszy rydz niż nic”, niestety nie ma naszej zgody na dziadostwo. Skoro ktoś przeprowadza inwestycję powinien to zrobić tak, by służyła na lata zamiast robić byle jak.

 

 

 

 

Akcja #VisitPoland zorganizowana przez Polską Organizację Turystyczną nie ominęła Podlasia. Zagraniczni YouTuberzy (tacy bardziej znani) zostali zaproszeni do Polski, by nagrać tu filmy, w których przedstawią nasz kraj. Popularny (ponad 600 tys. subskrybentów) YouTuber LeBlanc odwiedził województwo podlaskie. Pokazał innym nasz wspaniały region dużo lepiej niż nie jeden film promocyjny czy ogólnopolska telewizja.

 

YouTuber odwiedził Tykocin, Supraśl, Białowieżę, Drohiczyn. O wyborze akurat tych miejsc zapewne decydował organizator, który wszędzie YouTuberów woził. Dla „znawców” tematu film może się nie spodobać. Bowiem w Podlaskiem nie istnieje coś takiego jak spójna strategia promocyjna. Każdy sobie rzepkę skrobie. Tym razem mogliśmy obejrzeć Podlaskie pod tytułem „odlotowe miejsca na Podlasiu, których nie ma gdzie indziej” i to jest prawda, a także na pewno wizerunkowi nie szkodzi, ale… pokazywanie Podlasia przez pryzmat powyższych miejscowości może sprawić wrażenie, że cały region jest dokładnie taki.

 

Czyli jaki? W filmie możemy zobaczyć wszystko tak jak widziałby to YouTuber, którego interesowało przede wszystkim jedzenie – i tutaj ciągle je chwalił. Niestety widać ewidentnie, że nie pokazał tego czego by oczekiwali organizatorzy. Najwięcej można obejrzeć na temat jedzenia, a także specyficzne zajęcia – pływanie łodzią po Narwi (raczej nie dostępne normalnym turystom), wygłupy na rowerze na ścieżce rowerowej Supraśla – zapewne nigdzie nie pojechali, bo jak wiadomo ścieżka obecnie donikąd nie prowadzi. Jedyna ciekawostka to białowieskie drezyny, z których naprawdę może skorzystać każdy. No i Drohiczyn – pływanie kajakiem (YouTuber pokazał samą rzekę i restaurację).

 

Film ogólnie jest sympatyczny, ale efekt końcowy jest lekko komiczny. Dlatego, że organizatorzy są zafiksowani na „perełkach”, ale nie wzięli pod uwagę, że młodych ludzi te perełki w ogólnie nie będą obchodzić, stąd też w filmie nie obejrzymy Podlasia takiego jakie jest naprawdę. Oceńcie sami.

Po Białymstoku można się poruszać nie tylko BiKeRem, ale także skuterem. W Białymstoku można odnaleźć jeden z 20 skuterów do wynajęcia. Z czasem ma być ich więcej. BiKeR oferuje 20 pierwszych minut za darmo. Za skuter się płaci, ale niewiele. Pytanie brzmi czy białostoczanie są gotowi na skutery. Zanim ktoś oskarży nas oskarżanie wszystkich, niech przypomni sobie ile czasu działały „Śledzie książkowe”, które teraz są puste, jak działają hamaki na Plantach, a także ile razy wypożyczaliście BiKeRa, a potem okazało się, że jest cały popsuty i ledwo jedzie?

 

Warto sobie uświadomić, że książki ze „Śledzi” nie znikły same tylko nie oddali ich mieszkańcy, hamaki zostały zdewastowane przez wandali, a rowery (są słabej jakości) nie są szanowane przez wypożyczających i dlatego tak często są popsute. Ludzie wciąż nie mogą zrozumieć, że „publiczne” to nie oznacza „niczyje” tylko „wspólne” czyli każdego mieszkańca. Że za „Śledzie”, książki, hamaki i BiKeRy – władze zapłaciły nie ze swojej kieszeni, nie ze swojego budżetu tylko z wcześniej zebranych podatków od mieszkańców.

 

Nie będziemy edukować przez internet wandali, bo wierzymy, że nasi Czytelnicy to osoby mądre, a idioci-wandale nic nie czytają, więc naszego portalu też nie. Jednak wróćmy do pytania – czy białostoczanie są gotowi na skutery? Jeżeli jest grupka idiotów, a reszta mieszkańców jest normalna, to skutery powinny trzymać się nieźle, ale żeby takie urządzenie zniszczyć nie potrzeby większości tylko jednego idioty. Firma, która będzie skutery utrzymywać (za swoje prywatne pieniądze) będzie miała dane każdego wypożyczającego oraz dane karty płatniczej. Co jeśli karta będzie bez pieniędzy? Dochodzenie za szkody w polskim sądzie trwa latami.

 

Efekt może być taki, że firma w Białymstoku zwinie interes i nie będzie można jeździć skuterami tak jak w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Trójmieście czy na Węgrzech i w Hiszpanii. Miejmy nadzieję, że jednak tak się nie stanie. A do tego przyczynić się może każdy normalny białostoczanin, który to teraz czyta. Wystarczy, że wszelki akty wandalizmu będzie tępił. W naszym kraju donosy nie są mile widziane, należy jednak rozróżnić działanie z zawiści od działania w imię dobra społeczeństwa – reagowanie na wandalizm – zgłaszając wszelkie przypadki Policji to obowiązek. Dlatego nie przechodźcie obojętnie takich zdarzeń – gdy zobaczycie, że ktoś celowo niszczy dobro wspólne. Tylko w ten sposób zbudujemy dojrzałe społeczeństwo, które może korzystać ze wspólnych rzeczy.

Jak wszyscy wiemy żubry, łosie, wilki i bobry to są obecnie zwierzęta pod ochroną, do których myśliwi mogą strzelać tylko w przypadku, gdyby te zagrażały ludziom. Zanim jednak padnie strzał każdorazowo zgodę musi wydać regionalna dyrekcja ochrony środowiska. 1 lipca minister środowiska Henryk Kowalczyk spotkał się z mieszkańcami Mławy, gdzie wyraził swój plugawy stosunek do tych wspaniałych zwierząt.

Minister Henryk Kowalczyk:

Żyjemy w czasach nadmiernej wrażliwości w ochornie zwierząt. Minister Szyszko wydał zgodę na odstrzał łosi i musiał ją prawie że na drugi dzień odwoływać. My prowadzimy w tej chwili taką zasadę. RDOŚie (Regionalne Dyrekcje Ochrony Środowiska – dop. red) mają taką sugestię żeby bardzo chętnie wyrażać zgodę na odstrzały zwierząt chronionych gatunkowo. Łosie, żubry, bobry… żubry też tam sporo szkód robią. Co do wilków te potrzeby na razie nie są tak mocno zgłaszane, ale myślę że za chwile zajdzie taka potrzeba. Ten wypadek, który był na podkarpaciu myślę że też otrzeźwi co niektórych.

 

Co najsmutniejsze, minister Kowalczyk wprost wyraża, że ma gdzieś ochronę gatunkową, a nie może jej zdjąć, bo obawia się konfliktu z Unią Europejską i wszystkimi innymi instytucjami. Zaś uważa, że lepiej robić to małymi krokami – co jest też skuteczne.  Tak skandaliczne słowa powodują, że minister środowiska powinien być natychmiast wyrzucony! Jak może zarządzać polską ochroną środowiska ktoś, kto chce niszczyć ekosystem? Przecież to chore!

 

Czy widzieliście kiedyś łosia? Te żyją głównie na mokradłach Biebrzańskiego Parku Narodowego, więc raczej większości ich nie widziała. Ich populacja jednak rośnie, więc raz na jakiś czas dochodzi do wypadków, podczas których łoś wchodzi na leśną drogę i uderza w niego samochód. Mamy więc dwa rozwiązania – ogrodzić drogę i zbudować korytarze (jak to się robi wszędzie) albo wystrzelać łosie.

 

O strzelaniu do wilków marzą myśliwi – o czym pisaliśmy, więc na te wspaniałe zwierzęta trwa nieustannie nagonka. Dlatego też minister Kowalczyk chętnie by do nich strzelał.

Tutaj więcej:

Po 20 latach znów będą polowania na wilki? Myśliwi tego pragną!

 

Bobry w oczach wielu ludzi są szkodnikami. I rzeczywiście po bobrzej robocie wypłacane są odszkodowania. Ale eksperci nie mają wątpliwości, bez bobrów straty w rolnictwie i w środowisku byłyby gigantyczne. Wszystko dlatego, że Polska pustynnieje, a bobry zatrzymują ten proces.

Tutaj więcej:

Czy Rzeka Biała wsiąknie? Duże prawdopodobieństwo jeśli nic nie zrobimy.

 

No i na koniec żubry. Piękne, dostojne zwierzęta, które żyją w symbiozie z ludźmi z okolicznych wiosek Puszczy Białowieskiej i Puszczy Knyszyńskiej. Kiedy zwierzę jest stare i słabe to stado je odrzuca. Wtedy takie pojedyncze sztuki chadzają samotnie, nie zwarzając na żadne zagrożenia. Jeżeli nic się ze zwierzęciem nie da zrobić i zagraża ludziom, to najpierw je się wabi, a potem wywozi w głąb Puszczy. Jeżeli to nie pomaga, to dopiero wtedy niestety trzeba je odstrzelić. Strzela się też do osobników chorych, które nie zostały wyrzucone ze stada. Wtedy w celu ochrony całego gatunku także do zwierzęcia tzeba strzelać.

 

I tu właśnie dochodzi do sedna. Czy do zwierząt, do których trzeba czasem strzelać naprawdę potrzeba myśliwych? Nie mógłby robić tego ktoś pod okiem weterynarza? By po prostu uśpić zwierzę? Żeby zwierzę było utylizowane, a nie zabierane jako trofeum? Strzelanie do zwierząt w Polsce to niezły biznes. Bogaci myśliwy uprawiają swoje chore hobby, zaś państwo na ich fanaberii zarabia. Tak samo zarabiają te osoby, które handlują bronią i amunicją. Zaś polowania to bardzo często po prostu pijackie imprezy z bronią, w których nie raz ktoś postronny został postrzelony lub zastrzelony.

 

Polska pod każdym względem zaczyna przypominać republikę bananową. Wszędzie tam, gdzie swoje łapy pchają politycy zaczyna się dziać coraz gorzej. Wszystko dlatego, że rozum zastępowany jest ideologią.

Mieszkańcy Białegostoku to nie jest szara masa. Mamy do czynienia z różnorodnością. Żyją tutaj studenci – uniwersytetów – medycznego, muzycznego i tego „w Białymstoku”, a także politechniki białostockiej. Stolicę województwa podlaskiego zamieszkują także ludzie, którzy zajmują się pracami – umownie nazywanymi prostymi (choć wcale takie nie są!) – produkcja, sprzedaż, gastronomia. Kolejna grupa to urzędnicy – urzędów miejskiego, marszałkowskiego i wojewódzkiego, a także innych „urzędzików”. Na samym końcu należy wymienić tych, którzy zajmują się dziedzinami specjalistycznymi. To tak zwani „ostatni Mohikanie” – czyli osoby, które mieszkają w Białymstoku mimo, że na identycznym stanowisku pobliskiej Warszawie zarobiliby co najmniej 2 razy tyle i mogliby zrobić „karierę”. Wszystkie te osoby mają zupełnie inne oczekiwania od miasta, w którym mieszkają. Są jednak uniwersalne rozwiązania, które powodują, że nie tylko lokalni patrioci pokochają to miasto. W swojej historii Białystok tylko 2 razy był mocnym ośrodkiem, gdzie zjeżdżano z całego świata. Gdy Izabela Branicka dbała o kulturę i edukację – Wersal Podlaski był modnym miejscem. Drugi raz – pod koniec XIX wieku, gdy fabrykanci masowo przenosili się z Łodzi i stworzyli u nas „Manchester Północy”. 

 

Białystok jest na 10 miejscu pod względem liczby mieszkańców w Polsce. Wydaje się, że aspirujemy do tego, by być metropolią, ale drugą nogą cały czas stoimy w Polsce powiatowej. Takie coś jak kultura u nas praktycznie nie istnieje. Oto prosty przykład: w 2006 roku zaczął materializować się pomysł wybudowania nowej Opery w Białymstoku. Krzykom, wiskom i krytyce nie było końca. Na szczęście politycy dopięli swego i wybudowali „wielkiego kloca”, który diametralnie różnił się od tego co na projekcie. Jednak z biegiem lat zaczął przypominać już inwestycję z obrazka. Przepiękne wnętrza są jednak bardziej zachęcające. Najbardziej jednak to co na scenie. Kiedyś żeby obejrzeć musical na żywo trzeba było jechać od Warszawy. Teraz nie. Warto dodać, że odbywają się tu także koncerty i tradycyjne opery. Generalnie, by dostać się np. na musical trzeba zarezerwować miejsce kilka miesięcy wcześniej. To tylko dobrze świadczy o tej instytucji – jest prestiżowa i chętnie odwiedzana.

 

Teraz przeskoczmy o 10 lat. Właśnie kończy się kilkudziesięcioletni serial pod tytułem „lotnisko”. Sytuacja jest identyczna – ci którzy chcą by Białystok dalej był powiatowy cały czas krytykują Krywlany. Że to nie będzie lotnisko, a tylko pas, że nikt tu nie będzie chciał lądować ani startować, że blisko do Warszawy więc po co tutaj. Prawda jest zupełnie inna. To czy ktoś tu będzie startować i lądować i jak szybko rozbudujemy pas i dobudujemy halę odlotów zależy od tego samego co w Operze – kto będzie zarządzać. Jeżeli będzie to sprawny, dobrze opłacany manager, który jest mocnym nazwiskiem w swoim środowisku i nie będzie układać się z politykami – to będzie sukces. Jeżeli wepchniemy na to stanowisko polityka – katastrofa murowana.

 

Jeżeli spróbujemy porównać Białystok z Warszawą pod względem możliwości, to pomijając skalę (w Warszawie wszystkiego jest po prostu więcej) widać od razu, że wielu rzeczy u nas brakuje.

 

Komunikacja miejska – tutaj Warszawa jest bezkonkurencyjna. W Białymstoku żeby gdziekolwiek dojechać trzeba ciągać się autobusami objeżdżając 5000 przystanków po drodze. Stolica ma do dyspozycji metro, tramwaje i autobusy – zwykłe i pospieszne. U nas można by było stworzyć Szybką Kolej Miejską, lecz prezydent nie potrafi dogadać się z PKP w sprawie kasowników (naprawdę!). Mamy też wiecznie zepsute bikery, którymi ledwo można dojechać od stacji do stacji. W Warszawie rowerów miejskich – nie testowaliśmy.

 

Kolejna kwestia to dostęp do kultury. Tutaj już wymienialiśmy przykład krzyku z operą, na którą niektórzy mieszkańcy nie byli gotowi. Bo po co wydawać pieniądze? Lepiej dziadować na wszystkim! Lotnisko? Lepiej jechać do Warszawy. Kultura? W Warszawie są wszyscy aktorzy z telewizji. Tylko, że jakby Białystok miał czym płacić to by wielu aktorów z Warszawy grało w naszych teatrach i do Warszawy by sobie jeździli. Jest jeszcze jedna kwestia – mamy 3 kina od jednego właściciela, teatr, operę i filharmonię – wojewódzkie oraz jeden teatr miejski. Imponująca liczba jak na wielkie miasto. A no i pewnie zdziwieni jesteście, że ceny biletów są koszmarnie drogie.

 

To teraz dla równowagi dwie rzeczy, które pokazują że z Warszawą można konkurować: gastronomia i sport. Jagiellonia z Legią gra na podobnym poziomie – rok w rok ścigając się do końca o mistrzostwo, zaś centrum (pomijając skalę) pod względem gastronomicznym i rozrywkowym ma do zaoferowania równie dużo w obu miastach.

 

Warszawa niestety bije nas na głowę pod względem korporacji. U nas pod tym względem jest mizeria i to chyba za mało powiedziane. Ktoś zaraz powie, że jesteśmy małym miastem, a Warszawa stolicą. Jeżeli popatrzymy na mapę szerzej niż do własnych granic miasta, to tak naprawdę Kraków czy Poznań mają większe możliwości niż Warszawa ze względu na bliskość do granic z innymi krajami. Dlaczego więc tej bliskości Białystok nie potrafi wykorzystać? Zobaczcie, że w Warszawie wszystko jest droższe i koszta prowadzenia firmy wyższe. Dlaczego mimo to, wielkie firmy wybierają drogą Warszawę, a nie tani Białystok? Dlatego, że w korporacjach pracują specjaliści od zarabiania pieniędzy, więc koszta im nie straszne. Dlatego argumentem przemawiającym jest danie im większych możliwości. A takie są właśnie u nas – szybkie dojazdy do pracy, taka sama rozrywka co w Warszawie… tylko jest pewien problem. Nie można stąd nigdzie polecieć samolotem, nie odjeżdża stąd Pendolino, tylko ekspresówkę zbudowali, bo w końcu zlitowali się nad nami, jak zginęło kilkanaście młodych osób w katastrofie pod Jeżewem.

 

Ostatnią kwestią ważną do poruszenia jest akademickość miasta. Jesteśmy tak marnym ośrodkiem, że plany połączenia się uniwersytetu z politechniką cały czas wiszą w powietrzu, zaś byle reforma zmiotłaby akademicki Białystok w mgnieniu oka. Z tęsknotą w oczach można spoglądać na miasto, gdy było tu 50 000 studentów. Dziś nie ma połowy. Nie ma czemu się dziwić – tylko 2 wydziały liczą się w kraju – lekarski oraz prawa. Reszta? Służy jedynie mieszkańcom całego Podlasia. A to za mało, by studentów było w mieście dużo. Czy da się coś zrobić? Tak – zainwestować w wyższą jakość, co zaprocentuje, gdy tylko pojawimy się w rankingach.

 

Wniosek jest prosty – musimy bez kompleksów rozbudowywać komunikację, kulturę, akademickość i tworzyć najlepsze warunki do biznesu. Wtedy będziemy mogli zaoferować co najmniej tyle samo co Warszawa, z tym że my mamy więcej – bo pod samym nosem mamy Puszcze Białowieską, Supraśl, Augustów, Suwalszczyznę, Biebrzański Park Narodowy i wiele innych wspaniałych miejsc. A z Warszawy trzeba tu długo jechać…

Kiedy dziś spacerujemy po Białymstoku nie zdajemy sobie sprawy jak bardzo zmieniło się to miasto. Najczęściej można usłyszeć, że w ostatnich latach stolica województwa podlaskiego wypiękniała. Bardzo wiele osób chwali przede wszystkim deptak. Są też inne charakterystyczne miejsca – choćby nowa Opera i jej ogród, wieżowiec zwany „Maczugą” na Kaczorowskiego czy też białostockie Planty i tamtejsze fontanny. Zanim do Białegostoku dotarło piekło II wojny światowej, to miasto również miało swoje charakterystyczne miejsca. Dziś przedstawimy 5 takich miejsc.

Staw przy Elektrycznej – Argentyna

Nim powstał budynek Teatru Dramatycznego i jego plac, to w tym samym miejscu znajdowała się „Argentyna” czyli staw z intensywnie niebieską wodą. Niestety nie było to spowodowane stopniem zasolenia, lecz regularnym wlewaniem tam chemikaliów z okolicznych fabryk. Staw mimo wszystko regularnie zarastał. W końcu podjęto decyzję, że się go zasypie.

Hotel Ritz

Zupełnie obok „Argentyny” znajdował się prestiżowy Hotel Ritz. Była to najbardziej reprezentacyjna budowla przedwojennego Białegostoku. Budynek miał 4 kondygnacje oraz drewniane windy! Goście oprócz wypoczynku w pokojach mogli zagrać w bilard czy napić się piwa. Hotel zniknął w 1944 roku, gdy Niemcy zniszczyli większość miasta. Dziś w tym miejscu są po prostu tereny zielone.

Ul. Zamkowa

Mało kto wie, że tuż obok dzisiejszej ul. Kilińskiego – fragment drogi którą dziś nazywamy placem Jana Pawła II (choć to nie jest plac) nazywał się ul. Zamkową. Zaś zamiast parkingu przy boku Pałacu Branickich znajdował się okazała kamienica, w której mieszkali ludzie. O tym miejscu niewiele wiadomo, gdyż prawdziwe życie toczyło się zupełnie obok – przy ul. Kilińskiego.

Ul. Nadrzeczna

Było to miejsce wyjątkowe. Przede wszystkim dlatego, że jak sama nazwa wskazuje ulica znajdowała się nad rzeką. Oczywiście naszą „Białką”. Ulicę od rzeki odgradzał drewniany płotek po obu stronach, który dzięki temu nadawał całej ulicy wielkiego uroku. Przypominało to bowiem 2 pasy drogi oddzielone rzeką. Nadrzeczna znajdowała się pomiędzy Kościelną a Sienkiewicza.

 

Synagoga przy Suraskiej

Wielka Synagoga przy ul. Bożniczej (dziś Suraska) gdyby dziś istniała, to z okien wysokich budynków byłaby tak samo zauważalna jak cerkiew Św. Mikołaja, Katedra czy Kościół Św. Rocha. Niemcy jednak spędzili Żydów do bożnicy i spalili ją razem z nimi. Po synagodze został dziś jedynie pomnik będący odwzorowaniem spalonej kopuły. Świątynia przy Suraskiej była bardzo charakterystycznym budynkiem, aczkolwiek architekci uważali że jest kiczowata. Budynek był murowany i posiadał blaszany dach oraz wspomnianą wcześniej kopułę o średnicy 10 metrów oraz 4 mniejsze kopuły w rogach kwadratowego budynku.

 

Białystok cały czas się zmienia. Dziś już prawie znikły Bojary, wkrótce pewnie znikną stare domy na Młynowej, Angielskiej oraz na dzisiejszym osiedlu Przydworcowym i Bema. Za jakiś czas pewnie nie będzie też żółtego domku przy Mazowieckiej, a wszystko to zostanie obudowane blokami. I tak w pewnym sensie historia zatacza koło. Dzisiaj czasy są takie, że pozbywamy się wszystkiego co „PRL-owskie”, więc nie zdziwcie się, gdy za jakiś czas nie będzie już takiego budynku na Placu Uniwersyteckim (dziś plac NZS), nie zdziwcie się gdy znikną też inne monumentalne budynki z centrum – jak np ten, który zajmuje dzisiaj sąd przy ul. Skłodowskiej. Tak samo znikały wcześniej „stare drewniane chaty”, by zastąpiły je „nowoczesne bloki”, tak samo zniknęła synagoga wraz z Żydami, by zastąpili ich „nowi mieszkańcy”, tak samo hotel Ritz nie został odbudowany po wojnie, bo pierwowzór powstał rękami zaborcy. Tak samo jak znikła Nadrzeczna na rzecz wielkiej „Alei Piłsudskiego” i tak dalej. To, że nowe wypiera stare wiemy od dawna. To że nie da się tego zatrzymać, bo zawsze towarzyszy temu jakaś ideologia też wiemy. Musimy się więc przyzwyczaić, że „To se ne vrati pane Havranek”.

 

Kiedy w 1977 roku Janusz Laskowski wykonał w Opolu „Kolorowe Jarmarki”, to wręcz został przez jury „zniszczony”. Nikogo z nich nie przekonywało, że publiczność bardzo dobrze przyjęła jego piosenkę. „Eksperci” uznali, że Laskowski śpiewa kiczowate, banalne kawałki. Zaś „Kolorowe Jarmarki” otrzymału 0 punktów! Mało tego – krytyk muzyczny Andrzej Wróblewski przyznający tak druzgocącą ocenę przed kamerami i widzom ostentacyjnie zaprezentował „Zero”.

 

Piosenka stała się jednocześnie wielkim sukcesem artysty jak i przekleństwem. Jej popularność spowodowała, że latami Janusz Laskowski nie mógł przebić się z nowymi piosenkami. Wcześniej znany był z „Żółtego jesiennego liścia” i oczywiście „Beaty z Albatrosa” – hitu, który do dziś nuci się w każde wakacje w Augustowie.

 

Prawdziwy przełom nadszedł dopiero w 1995 roku. Wówczas Telewizja Polsat zaczęła nadawać dwa programy – w sobotę – Disco Polo Live, zaś w niedzielę Disco Relax. Oba programy przed telewizory przyciągnęły miliony Polaków, zaś artyści pokazywani tam z miejsca stawali się gwiazdami. Wtedy też swoją ponowną szansę dostał Janusz Laskowski, który w teledysku jadąc renaultem po Białymstoku śpiewał, że „Świat nie wierzy łzom”. W teledysku mogliśmy zobaczyć dawne białostockie „Chanajki”, „Amfiteatr”, a także wiele innych miejsc.

 

Na początku 2018 roku Janusz Laskowski znów przypomniał o swoim istnieniu. Tym razem wystąpił w świetnej piosence z białostockim raperem Lukasyno, a takżę Niziołem. Utwór „Bez sentymentu” pokazuje Młynową, okolice aresztu śledczego, białostocką Węglówkę, a także zajazd w Czarnej Białostockiej.

 

Pan Janusz Laskowski nagrał bardzo wiele piosenek, jednak prawdziwe szczyty zdobywał tylko kilka razy. Nie przeszkodziło mu to koncertować w wielu krajach. Pochodzący z Wileńszczyzny, a mieszkający w Białymstoku piosenkach jest także działaczem charytatywnym, który mocno udziela się w instytucjach powiązanych z Kościołem katolickim. Jego występy można często obejrzeć podczas koncertów i uroczystości religijnych, które pokazuje TV Trwam.

 

Urzędnicy z białostockiego magistratu mają poczucie humoru. Latami patrzyli „bezradnie” jak płonęły kolejne domy na Bojarach. Teraz chcą odbudowywać zabytki cudzymi pieniędzmi. Wiadomo, że najlepiej wydaje się nie swoje pieniądze. Urzędnicy są w tym specjalistami bowiem żyją z naszych podatków i gospodarują naszymi podatkami na rzecz miasta. Po to wybieramy radnych, po to wybieramy prezydenta – by mógł dobrać wiceprezydentów i razem rządzić miastem. Tadeusz Truskolaski w Białymstoku jest już od 12 lat. Wiele osób jest z niego zadowolona, a sondaże pokazują, że ma szansę zwyciężyć także kolejne wybory w mieście. W tym czasie oprócz totalnego zadłużenia miasta i wydojenia budżetu na rzecz wielkich inwestycji popełnił też wiele karygodnych błędów. Hasło: „zabytki” są najlepszym tego przykładem. W skrócie: uchwalono plan zagospodarowania przestrzennego dla osiedla Bojary, który w miejscu zabytkowych drewnianych domów dopuszczał budowę bloków. Dziwnym przypadkiem domy zaczęły płonąć, zaś wkrótce w tym miejscu pojawiły się bloki. 

 

Czytaj więcej: Płoną i niszczeją zabytki w Białymstoku. Developer i znana spółka medyczna właścicielami działek

 

Po trzech kadencjach ekipa Truskolaskiego jakby miała wyrzuty sumienia, że miała gdzieś płonące zabytki. Nagle w dziale „przetargi” znalazło się ogłoszenie, w którym dopuszcza się sprzedaż działki przy ul. Chopina 3 – gdzie stał XIX wieczny zabytkowy dom i został spalony. Teraz działkę można odkupić – cena wywoławcza 281 000 zł. Jest jeden warunek – trzeba odbudować dom według sporządzonej inwentaryzacji.

 

Wniosek tego taki – nie odbudujemy zabytku (słusznie) za pieniądze podatników, tylko podatnik sam może kupić i sobie wyremontować jeśli ma taką fanaberię, ale musi to zrobić tak, żebyśmy mogli się pochwalić, że przywróciliśmy dawny blask Chopina 3. Słusznie, że nie odbudują tego za pieniądze podatników bo to strata pieniędzy. Po totalnej dewastacji Bojar nie ma co tam odbudowywać. Obecnie ostatnią ostoją starego Białegostoku zostały okolice między Wyszyńskiego, a Bema i Młynową. W ostatnim czasie i tam zaczęły się pożary. Czy Tadeusz Truskolaski coś z tym zrobi? Zabezpieczy plany zagospodarowania tak – by nie można było stawiać tam bloków? Czy ostatnie drewniane domy pójdą wkrótce z dymem jak wcześniej Bojary?

 

Niesamowite odkrycie w Puszczy Knyszyńskiej. Marta Potocka z Polskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków zaobserwowała żółwia błotnego w rezerwacie przyrody „Jezioro Wiejki”! Jezioro jest nieco ukryte, a dzięki temu zapomniane przez człowieka. Prawdopodobnie właśnie dzięki temu żółw błotny założył tam siedlisko. Żółwie błotne nie były widziane w tych rejonach od wielu lat! Ogólnie mówiąc – rejony jeziora Wiejki (czyli okolice Gródka) to trochę dzikie miejsce. Oprócz żółwia błotnego, napotkać tam możemy żubra, wilki, jastrzębia, a także jelenie, sarny i dziki. Są to już „głębokie” rejony Puszczy, gdzie przyrodę można chłonąć dużymi ilościami.

 

Żółw błotny to jedyny gatunek żółwia, który żyje w Polsce i dożywa powyżej 100 lat! Gatunek jest pod ścisłą ochroną od 1935 roku. Na Podlasiu błotnego żółwia, gdy jeszcze tutaj był dawniej widywany, nazywano „Żelazną Żabą”. Osobniki można też napotkać w Puszczy Augustowskiej na Suwalszczyźnie.

 

Odkrycie tego osobnika oznacza, że Podlaskie to coraz lepsze miejsce do życia dla różnych zwierząt. Żółw błotny jest przykładem takiego, który trzyma się z dala od ludzi. Im bardziej dzikie miejsca tym bardziej egzotyczne osobniki możemy napotkać. Ciekawi tylko czy żółw przywędrował czy cały czas w rezerwacie niezauważony przebywał. To bardzo możliwe – bo Jezioro Wiejki jest ukryte między drzewami. Nie da się tam wejść przypadkowo, należy się natrudzić.

 

fot. Polskie Towarzystwo Ochrony Ptaków

Więcej zdjęć: https://web.facebook.com/PTOP-Polskie-Towarzystwo-Ochrony-Ptak%C3%B3w-171836891682/

Niemcy, którzy okupowali nasz kraj podczas II Wojny Światowej przebywali też w Białymstoku. 27 czerwca 1941 roku spędzili Żydów z okolicznych Chanajek (dziś ul. Młynowa i okoliczne) do wielkiej synagogi, która stała w miejscu, w którym dziś stoją bloki i budynek Krajowej Izby Rozliczeniowej (okolice Suraskiej). Następnie Niemcy zamknęli świątynie i podpalili ją ze wszystkimi ludźmi w środku.

 

„…gdy weszli Niemcy poszukując mężczyzn – uciekłem do drugiego pokoju, gdy schowałem się, szwagra Arona Zelmanowicza zabrali. Siostra pobiegła za mężem. Wprowadzili ich do Synagogi na rogu ul. Suraskiej – Szkolnej. Widzieliśmy to ze strychu domu, w którym ukrywaliśmy się. Było ze mną dużo osób. (…) Gdy synagogę zapełniono ludźmi – widziałem jak Niemcy pozamykali wyjścia i kordonem otoczyli budynek i podpalili go…” – to fragment wspomnień świadka wydarzeń. Fragment pochodzi z Kuriera Porannego.

 

W synagodze spłonęło około 700 osób. Następnie Niemcy zgotowali rzeź na ulicach miasta. Zginęło kolejne 1000 osób. Łącznie w „czarny piątek” w Białymstoku Niemcy zabili ponad 2000 osób. Niemcy spalili synagogę, dzielnice Chanajki, a także wiele budynków z Rynku Kościuszki, Suraskiej, Rynku Siennego, a także to co napotkali na Legionowej i Akademickiej. W kolejnych dniach Niemcy dalej masowo mordowali Żydów. Do 12 lipca zamordowano łącznie prawie 8000 osób. 2 tygodnie później utworzono w mieście getto. To prawie 20 proc. wszystkich Żydów z miasta.

 

2 lata później Niemcy zamordowali w getcie około 800 osób. Zaś kolejne 30 tys. wywieziono do niemieckiego obozu zagłady w Treblince oraz Auschwitz-Birkenau. W Białymstoku Niemcy zgotowali w ciągu 2 lat okupacji zgotowali piekło, w którym straciło życie bardzo wiele osób. Po wojnie w Białymstoku żyło około 1100 żydów. Przed okupacją Niemiecką 60 000.

Instytut Biologii UwB obserwuje życie dwóch dorosłych i czterech młodych jastrzębi w Nadleśnictwie Dojlidy. W ich gnieździe zamontowana jest kamera, a jej sygnał udostępniony jest na żywo w internecie. Młode od starszych odróżniać będzie można poprzez podłużne, a nie poprzeczne prążkowanie piersi. Jednak tylko przez rok. Młode ptaki oddalają się już od gniazda, ale dokarmiane są jeszcze przez rodziców. To właśnie teraz pisklęta uczą się samodzielności. Jastrzębie, to gatunek ptaków, który jako pierwszy opuszcza swoje gniazdo. Inne ptaki szponiaste robią to później.

 

Oglądając transmisję, nawet jak nie zastaniemy ptaków w gnieździe, to możemy je usłyszeć. Młode ptaki nawołują rodziców, bo w ten sposób chcą przykuć ich uwagę, gdy starsze ptaki nadlatują z pokarmem. Jastrzębie żywią się innymi ptakami – najczęściej gołębiami i innymi małymi ptakami, ale zdarza się też upolować wiewiórkę. A dostęp do pokarmu jest bardzo ważny. Różnica między wykluciem się pierwszego i ostatniego jastrzębia wynosi zaledwie 5 dni. Oznacza to, że wszystkie ptaki konkurują równo o pokarm, dzięki czemu cała czwórka ma szansę wkroczyć w ptasią samodzielność. Warto zaznaczyć, że natura eliminuje słabe jednostki, dlatego to ważne, by ptaki rozwijały się równomiernie.

 

Jastrzębia nie można zauważyć zbyt często na niebie. Ptaki te podczas polowania czatują na drzewach w lesie. Zaś gdy chce dopaść ofiarę uprawia krótką pogoń. Przez to nawet dla wprawnego ornitologa jastrząb nie jest łatwy do zaobserwowania. Z tym drapieżnikiem jest jeszcze inny problem. Osoby hodujące kury nie znoszą go. Dla nich jastrząb to szkodnik, który kradnie kury z podwórka. Dlatego zdarza się, że jastrząb oberwie od człowieka, gdy chce porwać kurę. Dla przyrodników wspaniały to jednak ptak, którego warto obserwować.

 

Transmisja z gniazda jastrzębia tutaj:
http://podlaskie.tv/kamery-online

W warszawskiej komunikacji miejskiej dowiemy się jaki jest następny przystanek słuchając głosów Tomasza Knapika czy Macieja Gudowskiego. W Gdańsku niedługo będzie informować nas Lech Wałęsa. W Krakowie zaś można usłyszeć kultowego aktora Krzysztofa Globisza oraz Annę Dymną. W Białymstoku zaś nazwy przystanków czyta syntezator. A po drodze pasażerowie mogą usłyszeć na co ich zaprasza „Prezydent Miasta Tadeusz Truskolaski”.

 

 

I tu dochodzimy do sedna. Czy mamy w Białymstoku charakterystyczny, rozpoznawalny głos, który mógłby nas raczyć w autobusach informacjami o następnym przystanku? Na pewno tak! Pierwszy, który przychodzi na myśl to Andrzej Beya-Zabroski – czyli kultowy komendant z Królowego Mostu. Jego głos jest na tyle znany, by każdy podróżny wiedział kto go informuje. Drugim znanym głosem jest Tomasz Frankowski – były piłkarz, który zakończył karierę w swoim rodzinnym mieście czyli w Białymstoku właśnie. Każdy nie tylko pamięta jego przepiękne bramki, ale też jego głos nie jest anonimowy. Bowiem Frankowski raz na jakiś czas pojawia się w mediach.

 

A skoro jesteśmy w tematyce okołosportowej, to bardzo znany głos posiada Jerzy Kułakowski – dziennikarz sportowy w Radiu Białystok. To on żywiołowo komentuje mecze na antenie oraz prowadzi audycję sportową. Nawet jak ktoś nie słucha Radia Białystok, to powinien wiedzieć, że jaki jest następny przystanek powie mu Kułakowski. Przedostatnim z kandydatów, który mógłby nam swego głosu użyczyć jest Paweł Małaszyński. Aktor i wokalista obecnie mieszka w Warszawie, ale wychował się na Słonecznym Stoku. Dziś jest znanym aktorem z równie znanym głosem.

 

Ostatnim z kandydatów, którego znają naprawdę wszyscy jest oczywiście nasz nowy ambasador Województwa Podlaskiego czyli Zenon Martyniuk. Lider zespołu akcent mógłby informować nas o kolejnych przystankach śpiewająco. Tak jak informuje kibiców Jagiellonii i o strzelonej bramce. Popularny Zenek ma miły i ciepły głos, na pewno każdy chętnie by wysłuchał jaki jest kolejny przystanek.

A Wy jakie macie propozycje?

Bez żadnych zakłóceń przebiega budowa pasa startowego na Krywlanach (wersja dla zwolenników PiS) czy jak kto woli lotniska o ograniczonej certyfikacji (wersja dla zwolenników Tadeusza Truskolaskiego). Marszałek województwa przekazał w końcu 16 mln zł na inwestycję. Zakłóceń raczej nie będzie, bo pas/lotnisko mają być gotowe na jesień czyli akurat przed samymi wyborami samorządowymi. Ciekawe czy Tadeusz Truskolaski dotrzyma słowa i w dniu otwarcia lotniska wyjedzie z miasta – by nie przecinać wstęgi i się nie lansować przed wyborami. Warto dodać, że pierwsze samoloty będą mogły wylądować najwcześniej na wiosnę. Wtedy prawdopodobnie uda nam się osiągnąć potrzebną certyfikację.

 

Jedno jest pewne – nawet najbardziej krytyczni wobec niego przeciwnicy polityczni mogą pozazdrościć Truskolaskiemu, że uciął trwające od wielu lat dyskusje i nie patrząc na nikogo doprowadził do realizacji inwestycji. A wszyscy, którzy latami się przepychali czy lotnisko ma być w Topolanach, Sannikach, Żukach czy Krywlanach mają teraz okazję zamilczeć, jeśli przez gardło nie przejdą im gratulacje.

 

Warto przypomnieć dlaczego nie mamy dużego lotniska regionalnego i dlaczego budujemy sam pas startowy. Przede wszystkim politycy wszystkich opcji po kolei, które były u władzy o lotnisku tylko dyskutowały. Najpierw mocno faworyzowane były Topolany, później poprzedni prezydent miasta Ryszard Tur razem z Karolem Tylendą (z Urzędu Marszałkowskiego) wbijali łopaty na Krywlanach. Te miejsce jednak nie w smak innymi ważnym politykom, którzy mieszkają na Dojlidach (czyli obok Krywlan). Robili co mogli, by to nie nad ich, tylko cudzymi głowami lądowały samoloty.

 

Następnie marszałek Jarosław Dworzański zaczął tworzyć obszerną dokumentację pod lotnisko w okolicach Tykocina (Sanniki). Jednak tak długo tworzył, że ówczesna minister rozwoju (od kasy z UE) Elżbieta Bieńkowska powiedziała, że zakręca kurek na lotniska regionalne. Wtedy było wiadomo, że swoje dokumenty Dworzański może wrzucić do śmietnika.

 

Później mieliśmy kolejne wieści – lotnisko w Radomiu czy Zielonej Górze okazały się wielkimi niewypałami. Najbardziej głośno było o tym pierwszym, które zostało wyśmiane jako lotnisko-widmo. Mądrość (a zarazem przymus) Truskolaskiego polega właśnie na tym, że nie chciał od razu budować lotniska takiego jak w Radomiu. Zaczynamy od pasa i drogi kołowania. Jeżeli będzie to atrakcyjne miejsce dla przewoźników – dostawi się halę odlotów i przylotów, a także wydłuży pas tak, by mogły tu siadać także duże maszyny. Przymus jest taki, że zwyczajnie nas nie stać na coś większego. Truskolaski szastał pieniędzmi na lewo i prawo.

 

Warto tutaj podać przykład podobnego lotniska jak nasze. W Wielkiej Brytanii jest znane na całym świecie miasto Cambridge, które ma własne lotnisko – gdzie mogą siadać także wielkie maszyny. Chociaż śmietanka naukowa zlatuje się tam z całego świata to lądują na jednym z trzech lotnisk w Londynie. Najbliżej jest z lotniska Stansted – 40 km do Cambridge. Lotnisko w Cambridge służy głównie do tego, by serwisować maszyny wojskowe. Dla mieszkańców okolicy lotniska lądowanie kilkadziesiąt metrów nad głową wielkiego transportera wojskowego albo myśliwca to nic nowego. Oprócz serwisu można jednak odlecieć do Edynburga. EasyJet ma małe samoloty (do 50 osób), które świadczą właśnie taką usługę.4

 

Dlatego też powinniśmy się wzorować na Cambridge. Przede wszystkim niedaleko nas znajduje się „przesmyk Suwalski” – miejskie strategiczne z punktu widzenia NATO. Serwis maszyn wojskowych, które nad krajami Bałtyckimi ciągle manewrują mógłby odbywać się w Białymstoku. Tak samo prezydent Truskolaski wręcz stanąć na uszach, by ściągnąć do Białegostoku chociażby jednego przewoźnika typu EasyJet, który obsługiwałby połączenia z Tallinem, Rygą, Wilnem, Mińskiem, Kijowem, Pragą, Krakowem, Gdańskiem czy Berlinem. Dzięki temu regionalny ruch lotniczy kwitł w najlepsze, a my byśmy z tego korzystali.

 

Nikt zdrowy na umyśle nie oczekuje odlotów do Chicago, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Tokio czy Sydney – takie loty odbywają się z wielkich portów. A że akurat budowany będzie CPK – to należy właśnie wykorzystać lukę w postaci zagarnięcia jak największej ilości połączeń regionalnych, które na CPK odbywać się z pewnością nie będą (wysokie opłaty lotniskowe). 

 

Tadeusz Truskolaski po 12 latach rządzenia miastem uzbierał gigantyczną listę rzeczy, za które należy go krytykować. Jednak trzeba uczciwie przyznać – nawet jeśli na początku nikt tu nie będzie lądować, to nic na tym nie stracimy. A w przyszłości jest szansa by to zmienić. Łatwiej bowiem wydłużyć pas i dobudować halę niż zaczynać dyskusję od zera.

 

fot. Ondřej Franěk, www.lkpr.info

Rowerowanie po Białymstoku to prawdziwa katorga. Choć mamy dużo ścieżek rowerowych, to jeżdżenie po mieście nie jako transport, ale jako rekreacja nie sprawia przyjemności. Wszystko za sprawą nieustannego stania na światłach, a także nieustannego wchodzenia na ścieżkę rowerową pieszych, rodziców z wózkami (nie wiem dlaczego myślą że to pas dla nich), rolkarzy, biegaczy, a niekiedy nawet spacerowiczów z psami.

 

Ścieżki rowerowe są jednak dobre, gdy chcemy wyjechać z Białegostoku jak najszybciej żeby móc w spokoju porowerować bez ciągłego zatrzymywania się i zwracania uwagi lub dzwonienia na przeszkadzaczy. Do tej pory jeżeli chcieliśmy wyjechać z centrum w stronę Jurowiec to przez Białostoczek musieliśmy jechać ulicą, teraz prowadzi tamtędy ścieżka rowerowa, która zaczyna się na Sitarskiej i prowadzi przez Bitwy Białostockiej aż do obwodnicy, którą też możemy dojechać do wylotu na Augustów lub szybciej z Radzymińskiej do Sokólskiej, a dalej osiedlami i chodnikami bezpośrednio do augustowskiej wylotówki.

 

To nie koniec dobrych wieści. W najbliższym czasie powstanie jeszcze więcej ścieżek rowerowych, których zawsze brakowało. Między innymi przy okazji remontu drogi – pojedziemy ścieżką wzdłuż ul. Ciołkowskiego – od ul. Mickiewicza aż do obwodnicy. Ścieżki nie zabraknie też na nowo wybudowanej Sitarskiej, która wreszcie połączy Białostoczek z Dziesięcinami. Ścieżka pojawi się także w końcu na Hetmańskiej. Łącznie 140 km dróg.

 

Cieszy też inna sprawa – urzędnicy przestali budować drogi dla rowerów z bruku. Nowe ścieżki są asfaltowe. Oczywiście mieszanka jest prawdopodobnie najtańsza, bo rower szybciej i wygodniej jedzie ulicą, ale jak to się mówi lepszy rydz niż bruk… czy jakoś tak.

Budowa kuriozalnej estakady w środku Puszczy Knyszyńskiej trwa. Znów na 5 dni całkowicie zamknięto drogę Białystok – Supraśl. Od dziś do niedzieli należy korzystać z objazdów. Ciężarówki muszą jechać do Sokółki, potem do Krynek, a dopiero wtedy do Supraśla. Autobusy oraz samochody osobowe dojadą do Supraśla przez Zapieczki rozjeżdżając szutrową drogę tuż obok rezerwatu. Swoją drogą dziwne jest, że tymczasowo nie wpuszczono osobówek i autobusów na asfaltową drogę od Majówki. Tam mogą jeździć tylko służby leśne. Pozostali mogą liczyć na mandat.

 

Przypomnijmy, że droga Białystok – Supraśl jest drogą wojewódzką. Oznacza to, że nie musi być tak szeroka i mieć estakadę – tak jakby była drogą krajową. Wszystko rozchodzi się o pieniądze. Podlaski Wojewódzki Zarząd Dróg – inwestor – otrzymał gigantyczne dofinansowanie na tę drogę – 100 mln zł. Wkład własny wyniósł ich 20 mln zł. Pytaliśmy się różnych specjalistów od dróg czy dałoby się zbudować drogę za 20 mln zł. Wszyscy odpowiedzieli to samo – wyremontowanie drogi bez wycinania drzew w Puszczy, poszerzania drogi i budowania kuriozalnej estakady mogłaby zostać zrealizowana za kwotę wkładu własnego.

 

Można z tego wynikać, że estakadę i szeroką drogę wymyślono tylko po to by zawyżyć wysokość projektu i uzyskać wysokie dofinansowanie. Teraz musi ona być zamykana, by bezpiecznie estakadę zbudować.

Tomasz Bednarek odwiedził Białystok – stolicę Podlasia, w której zachowało się wiele pamiątek po dawnej wielokulturowej Rzeczypospolitej. Tak zaczyna się wstęp do programu „Zakochaj się w Polsce” wyemitowanego w TVP1. Widzowie z całego kraju zostali zabrani na wycieczkę po mieście. Autor programu chciał przede wszystkim pokazać wielokulturowość miasta. Jaki był efekt?

 

Wycieczka Tomasza Bednarka zaczyna się w Pałacu Branickich, później widzimy ratusz, katedrę, cerkiew, następnie trochę o historii Żydów w mieście, potem o Tatarach, by na koniec opowiedzieć o Zamenhofie i Operze i pożegnać się widokiem z okna hotelu w galerii Jurowieckiej. Efekt przedstawienia Białegostoku w 20-kilku minutach w taki sposób był nudny. Przede wszystkim program zdominowali urzędnicy. Autor programu poszedł na łatwiznę. Przez co tylko przedstawiciel cerkwi oraz przedstawicielka Tatarów opowiadali bardzo ciekawie. Pozostali? Klepali wyuczone formułki, które wypowiadali zapewne setki razy przy każdej możliwej okazji. Motyw przewodni był widoczny – wielokulturowość, która miała szansę zostać połączona językiem Esperanto. Jest to powtarzane przez urzędników od promocji miasta / województwa od lat niczym wielka legenda, która tak naprawdę jest już nudna. Białystok naprawdę miał ciekawsze epizody w swojej historii, które spowodowały, że dziś jesteśmy takim miastem właśnie, a nie innym. Choćby ten o Manchesterze Północy – gdy masowo przenoszono się z Łodzi do Białegostoku, albo o drugim największym po warszawskim powstaniu w Getcie. 

 

Ogólne wrażenie jest średnie. Pokazywanie w letnią pogodę zaśnieżonego miasta może wywołać poczucie, że u nas naprawdę chodzą białe niedźwiedzie po ulicach.  Ogólnie gdybyśmy byli turystami, to po tym programie do Białegostoku raczej byśmy nie przyjechali. Już więcej ciekawych rzeczy o mieście można znaleźć na Wikipedii niż w programie „Zakochaj się w Polsce”. Nie ma co oczekiwać od autora programu jakiejś specjalnej znajomości Białegostoku, ale wszystko wygląda tak jakby pan Bednarek zadzwonił nie tam gdzie trzeba, by potem pokazać wszystko bez polotu. 

 

Dostaliśmy w ogólnopolskiej telewizji prawie półgodzinną reklamę. Nie wykorzystaliśmy niestety tego, by pokazać się z jak najlepszej strony. Pokazaliśmy się jako kolejne miasto, w którym są jakieś zabytki, jakieś kościoły, jako ciekawostka – cerkiew i meczet, a także mamy Operę, pomnik (po zgładzonych Żydach) oraz pomnik po Ludwiku Zamenhofie i centrum jego imienia. Fascynujące!

 

Odcinek do obejrzenia tutaj:
https://vod.tvp.pl/video/zakochaj-sie-w-polsce,bialystok,37280448

 

 

 

Trwa piąty sezon BiKeR w Białymstoku. Liczba użytkowników rośnie, a także liczba wypożyczeń. Tylko od początku wciąż ten sam problem. BiKeR-y są w większości zdezelowane. Zamiast przytaczać tu niebotyczne liczby i wychwalać pod niebiosa BiKeRy – jak to robią inne media, my niestety będziemy (chyba jako jedyni) krytyczni. Owszem – trzeba przyznać obiektywnie, że uruchomienie BiKeR-ów w Białymstoku było bardzo dobrym pomysłem. Tylko, że to był dawno temu i nie będziemy z tego powodu świętować rocznic.

 

Problem jest taki, że płacimy bardzo duże pieniądze za produkt o bardzo niskiej jakości. Jak podaje portalsamorzadowy.pl – systemy miejskich wypożyczalni rowerów finansowo w żaden sposób się nie opłacają, ale to nie powstrzymuje samorządów przed inwestowaniem w tego typu rozwiązania. Statystyki pokazują, że liczby wypożyczeń jednośladów z każdym rokiem rosną. – czytamy. Za rowery o wartości 200-400 zł płaci się często dziesięć razy więcej. – podają autorzy na portalu.

 

W Białymstoku przetarg na miejskie rowery wygrała firma NextBike. Zaoferowała 4,4 mln zł. Przypomnijmy jeszcze słowa prezydenta Tadeusza Truskolaskiego – Poważna firma z uwagi na swoje doświadczenie gwarantuje wykonanie zamówienia w terminie i w dobrej jakości. Każdy, kto przejechał się choć kilka razy BiKeR-em mógł natrafić na zdezelowany rower. Niesprawne hamulce, opadające siodełko, nie działające przerzutki – to najczęstsze problemy z rowerami miejskimi.

 

Są także problemy ze stacjami. Te potrafią w systemie oznaczyć wypożyczenie i liczyć czas jednak nie zwalniając blokady – i nie oddając roweru. Podobnie jest w drugą stronę. Gdy nie ma wolnych miejsc, trzeba dopiąć rower szyfrem do innego. Zgłoszenie w systemie tego faktu potrafi zignorować ten fakt i naliczać czas (i pieniądze) dalej. Oczywiście wszystko można odkręcić, ale trzeba spędzić długi czas na infolinii.

 

Firma NextBike będzie obsługiwać Białystok do 2020 roku. Miasto zapłaciło za to 6,7 mln zł. Potężne pieniądze jak na produkt, z którym są wiecznie jakieś problemy. Białostoczanie, którzy za to płacą mają prawo domagać się rozwiązania powyższych problemów lub za dziadostwo, które serwuje nam NextBike nie powinniśmy aż tyle płacić.

 

fot. Henryk Borawski

Gdy mówiono o tym, że powstanie Green Velo, to chyba wszyscy myśleli, że na całej długości będzie można przejechać jedną wielką ścieżką rowerową – przez 5 województw. Nadzieje okazały się złudne. Projekt zrealizowano, kasę z Unii wyciągnięto, zaś co dostali rowerzyści? Nie chcemy pisać brzydkich słów, ale jedno na „g…” można by tu przytoczyć. Green Velo to praktycznie przede wszystkim to samo co było, tyle że dostawiono pomarańczowe tabliczki z rysunkiem roweru. W kilkunastu miejscach jest też asfalt (kilka dłuższych odcinków) i tak zwane „MOR-y” – czyli budka, ławki i kosz na śmieci. Tak żeby sobie odpocząć.

 

Każdy, kto przejeżdżał Green Velo od razu widzi, że cały pomysł powstał nie w głowie rowerzysty tylko jakiegoś urzędnika, który prawdopodobnie nie wstaje od biurka. Zapewne to ten sam, który wymyślił kiedyś by robić ścieżki dla rowerów brukowane. Wiele wody w Białce, Narwi, Supraśli, Bugu i innych rzekach upłynęło zanim zaczęto robić asfaltowe.

 

Na poniższym filmie można zobaczyć trasę Green Velo, która zaczyna się w Elblągu, a kończy się w Białymstoku (normalnie kończy się na Podkarpaciu)

 

Warto też zwrócić uwagę na jeszcze jeden istotny brak. Na mapie między Augustowem a Tykocinem nie zaznaczono żadnych atrakcji. Czy takowych tam nie ma? Oczywiście że są, ale zza biurka ich nie widać. Jeżeli chcecie się przejechać Green Velo – to proszę bardzo, ale my polecamy wam drogi asfaltowe – jedzie się dużo przyjemniej i szybciej. Ruch na wiejskich drogach też nie za wielki. A to ważne, gdy robi się dłuższy dystans. Wiadomo, że wszelkie wytyczne szlaku urzędników będziemy czuli pod siodełkiem.

Rzeka Biała, od której nazwy istnieje Białystok (biały stok to po staropolsku biały potok), to zaledwie dopływ Supraśli, lecz jednocześnie rzeka z którą mieszkańcy z pewnością utożsamiają się. Mało kto wie, że w 1922 roku w Białymstoku doszło do powodzi. Na szczęście nie uczyniło to nikomu większych szkód. Można powiedzieć, że ta powódź była zemstą za szyderstwa. Dziennikarze „Gazety Białostockiej” pisali o niej „Któż bowiem mógł traktować poważnie, mały, brudny strumyk przepływający przez miasto, w którym zawsze brakuje wody”. W nocy 26 lipca zaczął padać rzęsisty deszcz. Woda przybrała, zaś na ulicach rozległy się syreny. Zalało ulicę Nadrzeczną (która już nie istnieje), Sienkiewicza, Kupiecką (Malmeda), Zamenhofa i Branickiego. Dodatkowo woda dotarła aż do elektrowni (która znajdowała się w miejscu dzisiejszej galerii Arsenał – przy ul. Elektrycznej). Maszyny zostały wyłączone, a miasto pogrążyło się w ciemnościach. Na szczęście 28 lipca woda już się nie podnosiła.

 

Tamto zdarzenie wpłynęło na to co się dzieje dzisiaj. Po powodzi postanowiono, że rzeka zostanie uregulowana. Tak też zrobiono. Po latach naukowcy jednak wskazują, że był to błąd. Nie tylko Biała nie powinna być regulowana, ale żadna inna rzeka. Jak podaje Szkoła Główna Gospodarstwa Wiejskiego na swoich stronach – Polska pustynnieje. Z analiz naukowców wynika, że na przykład Jezioro Zdworskie (Mazowsze) nie powinno już istnieć. Jest tam tylko dlatego, że w jeziorze znajduje się rurociąg, który każdego roku pompuje ponad milion metrów sześciennych wody. Powodem jest zmiana klimatyczna. Kilkanaście lat temu średnie temperatury były niższe. Zimą padał śnieg, a pokrywa utrzymywała się długo. Wiosną rośliny zaczynają pobierać wodę i czyniły to właśnie podczas roztopów.

 

Obecnie zimą częściej pada deszcz niż śnieg. Woda nie jest pobierana przez rośliny, więc odpływa. Obecnie także lata są gorętsze – co skutkuje ekstremalnymi ulewami (o czym w Białymstoku mieszkańcy wiedzą doskonale). Wtedy nadmiar wody nie nadąża wsiąkać w grunt i woda odpływa – powodując znane nam w Białymstoku powodzie. Zatem intensywne deszcze nie powodują zwiększenia się zasobów wodnych. Dlatego do magazynowania wody buduje się zbiorniki retencyjne. W Polsce nie ma terenów do budowy wielkich zbiorników (podobnych do Zalewu Siemianówka). Dlatego tworzy się małe zbiorniki. Na Podlasiu mamy też sprzymierzeńca – jest tu dużo lasów, które są naturalnymi zbiornikami retencyjnymi. Ściółka pochłania wilgoć. Dlatego Lasy Państwowe od wielu lat prowadzą skuteczną gospodarkę wodną. Problem w tym, że w Białymstoku lasy się wycina a nie sadzi.

 

I tutaj dochodzimy do sedna problemu. Istotną rolę w gromadzeniu wody odgrywają rzeki. Im bardziej są one naturalne tym lepiej. Poprzedni mieszkańcy Białegostoku regulując rzekę spowodowali, że nurt jest szybszy, a woda się nie gromadzi na danym obszarze. Nie ma też naturalnych terenów zalewowych. Warto też pamiętać, że na rzece tworzą się siedliska zwierząt i roślin. Te drugie są swoistym filtrem. Rośliny absorbują fosfor i azot. Dla człowieka to zanieczyszczenie, zaś dla rośliny to pokarm.

 

Dlatego może być taka sytuacja, że za kilkanaście lat rzeka Biała zostanie przemianowana na Biały Strumyk. Idąc przez Centrum można zauważyć, że miejscami rzeki jest po kostki. Wszystko dlatego, że dawni mieszkańcy wyregulowali rzekę, zaś przywrócenie dawnego stanu nie jest całkowicie możliwe, bo obecni mieszkańcy zabudowali dolinę rzeczną – gdzie okresowo mogła się gromadzić woda. Warto jednak rozważyć renaturalizację koryta rzeki tam gdzie się da. By przyszłe wnuki, a być może dzieci dzisiejszych maturzystów mogły jeszcze mieszkać w mieście, gdzie istnieje rzeka. 

 

Źródło Białej znajduje się w okolicy Protas, jednak regularne koryto można zauważyć dopiero przy stawach Dojlidzkich.

 

źródła: SGGW, Kurier Poranny

foto: Henryk Borawski / Wikipedia

Honorary Województwo Podlaskie Way, Poland – taka tablica zawiśnie wkrótce w Chicago – w dzielnicy River Grove. Wszystko za sprawą miejscowej polonii, która stworzyła taką inicjatywę. Na nazwę honorową województwa podlaskiego zgodzili się radni dzielnicy. Teraz nazwa ta będzie nadana części ulicy West Belmont Avenue. Na miejsce wybiera się Jerzy Leszczyński – marszałek województwa podlaskiego. W realizację pomysłu zaangażowały się różne środowiska polonijne – biznesowe, samorządowe, polityczne. Dlatego marszałek liczy, że uroczystość nadania honorowej nazwy ulicy będzie dobrą okazją do pobudzenia kontaktów rodzinnych i biznesowych z chicagowską Polonią. Podczas wizyty w Chicago marszałek Leszczyński ma zaplanowane spotkania m.in. z Polsko-Amerykańską Izbą Handlową, Kongresem Polonii Amerykańskiej. Przewidziano też wystąpienia w polonijnych mediach, spotkania z politykami, przedsiębiorcami i wizytę u Konsula RP w Chicago.

 

Przypomnijmy, że w Chicago swoją ulice mają już podlaskie Mońki. Teraz czas na kolejne „nasze” miejsce w USA. Czy coś z tego wszystkiego wyjdzie? Istnienie tych ulic nas nic nie kosztuje, a być może więzi polonii zostaną wzmocnione z naszymi, zaś środowiska biznesowe będą chciały zainwestować na Podlasiu. Na razie brzmi to oczywiście jak pobożne życzenia, bo Polska z USA w kwestiach gospodarczych nie ma czym konkurować, lecz należy pamiętać, że niektórzy prowadzą biznes także z pobudek patriotycznych.

 

Ostatecznie, jeżeli nic z tego nie wyjdzie, to w Chicago będzie można napotkać fajną tabliczkę. 

 

fot. wrotapodlasia.pl

 

Podlasie jest ostatnio na fali wznoszącej. Wszystko za sprawą mema, który całej Polsce – niczym szybko rozprzestrzeniająca się reklama – pokazuje coś, co nie wzbudza w nas Podlasianach aż tak wielkich emocji. A mianowicie nie mówienie „Tobie” tylko „Dla Ciebie” i tak dalej… Oczywiście są tacy, którzy się tak bardzo wstydzą „dla”, że popełniają błąd w drugą stronę – unikając „dla” za wszelką cenę. Na przykład pod Topolanką na Wasilkowskiej w Białymstoku możemy zobaczyć napis na znaku „parking klientom baru”.

 

Pytanie brzmi – czy jest się czego wstydzić? A może warto „dla” promować? Kiedyś w Białymstoku wymyślono, że będzie nowe logo miasta. Skończyło się to potwornym skandalem na całą Polskę, gdy nowe logo było niemalże identyczne jak logo organizacji osób homoseksualnych z Nowego Jorku. Ostatecznie logo przepołowiono i teraz „Wschodzący Białystok” już mógł odetchnąć od całego szumu. Wracamy do tamtych wydarzeń, bo przy okazji powstawania logo – szef grupy zajmującej się cała koncepcją forsował promowanie „śledzikowania”, nawet pokusił się o stwierdzenie, że „śledzikowanie jest sexy”. Finał tego pomysłu był taki, że każdy obśmiał propozycję i szybko o niej zapomniano.

 

Czy taki sam los powinien spotkać podlaskie „dla”? Przede wszystkim nie wywołuje ono negatywnych emocji tylko pozytywne, więc dlaczego by tego nie wykorzystać? Wiele lat temu znany do dziś Krzysztof Kononowicz w swoim sławnym spocie reklamowym wielokrotnie używał podwójnego „się” np. mówiąc „co się stało się”. Te stwierdzenia i popularność kandydata na prezydenta spowodowały, że wiele osób myślało, że u nas tak mówią wszyscy.

 

Zatem skoro pojawił się ten mem i wzbudza powszechnie uśmiechy na ustach, może by temat „Dla” kontynuować? Wszak każdy region z czegoś słynie? Nasz z tego, że jest tu bieda. Może warto zmienić to na jakieś bardziej wartościowe skojarzenia? Co sądzicie? Piszcie w komentarzach.

Dwie dekady spokoju, jakie zaoferował człowiek wilkowi w Polsce skończyło się tym, że populacja tego wspaniałego zwierzęcia zwiększa się. Po takich wiadomościach pewne lobby już rozmyśla o wznowieniu polowań i zaczyna forsować swój idiotyczny pomysł. Na razie trwają dyskusje, ale wystarczy minister-szkodnik i może dojść do katastrofy. Na szczęście ministra-szkodnika zastąpił minister, który z niczym się nie wychyla. Wprowadził trochę spokoju w obszary środowiska. Nie oznacza to, że w jego ślad poszło też lobby.

 

Największą szansę na spotkanie wilka człowiek ma zimą. Warto dodać, że nawet jeżeli wiemy gdzie mniej więcej przebywają te zwierzęta, to nasz zapach spowoduje, że żaden wilk do nas nie wyjdzie. Technicznie rzecz biorący wilki nie boją się tylko okolicznej ludności, bo jej zapach znają. Dlatego na przykład, gdy ktoś obcy chce sfotografować watahę, to musi często chodzić drogami, którymi chodzą też wilki, aż do oswojenia ich ze swoim zapachem. Jak widzicie spotkać wilka nie jest łatwo.

 

Na przełomie 2017 i 2018 roku zaczęła się kampania nienawiści skierowana w te zwierzęta. – Wilki terroryzują mieszkańców bieszczadzkich miejscowości. „Jeszcze nie chodzą po miastach, ale drogami, ulicami chodzą. Może dojść do dramatu. Dzieci nie chcą w tej chwili już chodzić do szkoły” – twierdził poseł PSL Mieczysław Kasprzak. Tego typu bzdury wygłaszał z trybuny sejmowej. W styczniu w branżowym czasopiśmie „Łowiec Polski” ukazał się na okładce wilk z podpisem „Święty drapieżnik”. „Kto chce wspierać wilki, musi popierać ich odstrzał”. Tak twierdzi David Mech – przedstawiany przez czasopismo jako „jeden z największych ekspertów na świecie, który całe swoje życie poświęcił na badanie tego gatunku”.

 

Ostatnio myśliwi nie mają dobrej prasy, przez co Sejm uchwalił prawo, które dla branży łowieckiej jest mocno nie w smak. Uparcie jednak dążą do celu, by wilki zabijać. Można się dowiedzieć o tym z najnowszego raportu naukowców dot. ochrony Wilka w Wigierskim Parku Narodowym. Czytamy tam – Zachowanie właściwego stanu ochrony tego gatunku wymaga utrzymania odpowiednich parametrów liczebności jego populacji. Tymczasem proponowane zmiany w zarządzaniu populacją wilka w Polsce, które zmierzają do przywrócenia polowania na ten gatunek, miałyby negatywny wpływ na stan ochrony gatunku w obu obszarach chronionych. Mało tego – naukowcy na podstawie obserwacji wilka fotopułapkami wskazali, że osobniki z Wigierskiego Parku Narodowego wpadały we wnyki kłusowników, a nawet zostały postrzelone!

 

Za co myśliwi tak nienawidzą wilków? Otóż za to, że robią im konkurencję w lesie. Wilki żywią się chorą i słabą zwierzyną czyniąc przez to inne populacje silniejszymi, gdyż eliminują z nich najsłabsze ogniwa. Czyli robią dokładnie to samo co myśliwi. Dlatego im nie podoba się, że wilków w lasach przybywa. Więcej wilków, to coraz mniej myśliwych. Miejmy nadzieję, że po zaostrzonym prawie dla myśliwych pójdą kolejne zakazy powoli likwidując ten zawód na rzecz humanitarnego eliminowania zwierząt zagrażających reszcie stada choćby poprzez usypianie.

 

W województwie podlaskim wilki żyją przede wszystkim w Puszczy Białowieskiej, Puszczy Knyszyńskiej oraz Wigierskim Parku Narodowym i Puszczy Augustowskiej.

 

fot. internet – takie zdjęcia można znaleźć w internecie, które zachęcają myśliwych do wyjazdu na Białoruś, gdzie urządzane są polowania na wilki

Wczoraj ruszyła parada studencka i oficjalnie rozpoczęto Juwenalia 2018 w Białymstoku. To impreza, w której mogą uczestniczyć nie tylko studenci, ale też pozostali mieszkańcy Białegostoku oraz całej Polski (jeśli ktoś ma ochotę przyjechać). A powody do przyjazdu lub przyjścia na Juwenalia są. Tymi powodami są oczywiście gwiazdy, których można posłuchać w niskich cenach. W czwartek wieczorem na scenie wystąpią kabaret Czwarta Fala, Czadoman, Big Cyc, MIG oraz Bracia Figo Fagot.

 

W piątek Cochise (zespół znany z tego, że występuje w nim Paweł Małaszyński), Akcent, O.S.T.R, a takżę Kult (który uwielbia dawać długie koncerty). W sobotę posłuchamy Alfa Boys, Kękę, Bright Ophidia, Hunter oraz Beata i zespół Bajm, która zapewne zaśpiewa swoje największe przeboje oraz najnowsze hity.

 

Karnety – 25 zł

Na osiedlu Skorupy nowa ulica została przez radnych nazwana imieniem Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”. Jest to postać bardzo kontrowersyjne oceniania przez historyków. Gdy tylko pojawiła się tablica z nazwą ulicy – w pobliżu, na płocie z płyt OSB na prywatnej posesji znalazł się napis „Ulica Mordercy!!!”, a także „Miejsce zbrodniarzy jest na śmietniku historii Łupaszko to ludobójca”. Dodatkowo naklejono na samą tablicę z nazwą doklejono kartkę z napisem „ZBRODNIARZ”. To bardzo czytelny sygnał, że nie każdemu pasuje patron nowej ulicy. Jeszcze nigdy w historii miasta, żaden patron nie wzbudzał takich emocji.

 

Zygmunt Szendzielarz ps. „Łupaszko” należał do „Żołnierzy Wyklętych”. Już w PRL historycy pisali o nim jako „krwawy herszt wileńskich bandytów” i „imperjalistyczny szpieg anglosaski”. Propaganda PRL przedstawiała go jako tego, który organizował „napady terrorystyczno-rabunkowe. Nie tylko o Łupaszcze w PRL mieli takie zdanie, lecz o wszystkich „Żołnierzach Wyklętych”. Łupaszko ostatecznie osadzony przez komunistów w więzieniu na ul. Rakowieckiej w Warszawie. Tam przez 2,5 roku był torturowany. Ostatecnie w procesie został „osiemnastokrotnie” skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano 8 lutego 1951 roku.

 

Może się wydawać, że powyższe napisy i naklejki umieścili osoby, które nadal wierzą w propagandę PRL. Bardziej jednak prawdopodobne jest to, że wiele osób zarzuca Łupaszcze, że z jego inspiracji, żołnierze którymi dowodził dokonali zbrodni na polskiej, białoruskiej i żydowskiej ludności cywilnej na Wileńszczyźnie, a także za zbrodnie cywilne np. w podlaskiej Narewce, gdzie jak pisano – „zastrzelił Białorusinów chcących żyć raczej w państwie białoruskim niż polskim”.

 

Niewątpliwie sprawa Łupaszki dotyka najbardziej mniejszości narodowych. Dlatego do dziś wywołuje wiele kontrowersji nadanie jego imieniem jednej z ulic w Białymstoku. Mamy tutaj więc próbę czynienia bohatera, z osoby która była „Żołnierzem wyklętym”, znienawidzonej przez władze PRL, a jednocześnie, któremu zarzuca się zbrodnie wojenne.

Budżet Obywatelski w Białymstoku po kilku latach istnienia wymaga dwóch istotnych poprawek. Pierwsza z nich to ochrona Centrum, drugi to ochrona przed politykami.

 

Budżet Obywatelski to inicjatywa, która się sprawdziła. Oddało się część pieniędzy mieszkańcom, by zagospodarowali swoje miasto tak jak chcą. Po kilku latach warto jednak poprawić jego funkcjonowanie. Przede wszystkim powinniśmy wyłączyć z budżetu centrum miasta, w którym za chwile będzie jak na jarmarku. Bowiem mieszkańcy ciągle chcą tam wstawiać jakieś figurki i inne duperele. Rynek Kościuszki i jego wygląd może utonąć w kolejnych wątpliwej jakości ozdobach.

 

Drugi problem jest jeszcze bardziej irytujący. Otóż do Budżetu Obywatelskiego zgłaszają się politycy, którzy mogą załatwiać swoje pomysły poprzez radę miejską. Zamiast tego pchają się tam, gdzie ich nikt prosi. Oczywiście nie da się wyegzekwować tego zakazu, bo politycy mogą realizować swoje pomysły „na słupa”. Dlatego apelujmy, piętnujmy i bojkotujmy ich pomysły. Tylko w ten sposób zniechęcimy ich do tego typu działań.

 

Mieszkańców pozostałych osiedli warto pochwalić. Chcą budowy dróg i placów zabaw, a także realizowania pomysłów edukacyjno-społecznych i infrastrukturalnych.

 

Prezydent Tadeusz Truskolaski przedstawia wyniki głosowania na projekty Budżetu Obywatelskiego – fot. Bialystok.pl

Na murach Pałacu Branickich w Białymstoku sypie się ogrodzenie. Trzeba przeprowadzić jego remont. Póki co pojawiły się siatki ochronne, lecz tylko tyle. Nie wiadomo kiedy obiekt zostanie wyremontowany. Przede wszystkim Wersal Podlaski to najważniejszy zabytek w mieście, a ewentualne remonty muszą być uzgadniane z wojewódzkim konserwatorem zabytków. Jak na razie ten nie wydał opinii w tej sprawie, lecz nawet jak to zrobi to wciąż data remontu nie będzie jasna.

 

Tegoroczny budżet przewidział 100 tys. zł na przygotowanie dokumentacji technicznej potrzebnej do remontu. Jej opracowanie zajmie jakiś czas. Dlatego zamiast ładnego, odnowionego muru będziemy przez najbliższy czas oglądać szpetne siatki ochronne. Miejmy tylko nadzieję, że w przyszłym roku – gdy w Białymstoku pojawią się wiosną pierwsze grupy wycieczkowe, to będą mogły oglądać Pałac Branickich w Białymstoku w pełnej okazałości.

 

Warto dodać, że Wersal Podlaski w 1944 roku, gdy z Białegostoku wycofywali się Niemcy, został zniszczony. Zaś ich dzieła dokończyła jeszcze Armia Czerwona.  Po wojnie pozostało tylko 30 procent tego co mamy dziś. Do lat 60-tych ubiegłego wieku znaczną część odbudowano w pośpiechu, jednak dopiero w 1990 roku odbudowano Pawilon Toskański oraz kaplicę pałacową z kopułą. W 2006 roku na bramie pałacowej pojawił się herb Branickich –  Gryf. Ostatni raz tam był w 1806 roku. W 2011 roku zrekonstruowano Pawilon pod Orłem (gdzie przebywały ptaki). 

 

Rekonstrukcja dawnego Pałacu Branickich ciągle trwa, ale niestety kosztuje gigantyczne pieniądze, dlatego rozłożone jest w czasie.

Do jesieni jeżdżąc po Białymstoku będzie można zwiedzać miasto. Znany z poprzednich lat „Ogórek” oraz trochę nowszy „Jelcz” zawiozą nas w różne miejsca. Ogórek będzie nas wozić po Białymstoku szlakiem białostockich koszar, białostockich cmentarzy oraz szlakiem bitwy o Białystok. Natomiast jelczem zwiedzić będziemy mogli Białystok wielokulturowy, Białystok przemysłowy i Białystok niepodległościowy.

 

Odjazdy ogórka odbywać się będą o godz. 11 i 12 – 20 i 27 maja, a także 11 czerwca, 11 lipca i 11 sierpnia o godz. 11 i 17.

 

Zaś do września w soboty i niedziele o godz. 13, 14 i 15 pojedziemy jelczem. 

 

Godz. 13 – Białystok Wielokulturowy
Godz. 14 – Białystok przemysłowy
Godz. 15 – Białystok niepodległościowy

 

Odjazdy są z parkingu na boku Pałacu Branickich (od strony Kilińskiego). Przejazdy są bezpłatne.

 

Wielki Gościniec Litewski – to nowy szlak turystyczny, który prowadzi z Warszawy przez historyczne Podlasie i Białoruś aż do Wilna. Czyli tereny, które należały do Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Szlak ten istniał od XI wieku, lecz największą rolę odgrywał w XV wieku, gdy Polska i Litwa miały unormowane stosunki w postaci unii obu państw. Wtedy na trasie tej przewożono towary na handel, podróżowali posłowie, a także przewożono pocztę.

 

Szlak zaczynał się na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, gdzie znajdowała się poczta. Następnie wiódł przez Liw, gdzie była granica pomiędzy Mazowszem a Wielkim Księstwem Litewskim. Kolejny punkt to Sokołów Podlaski, gdzie swoje majątki mieli Kiszkowie i Radziwiłłowie. W XVIII wieku powstały kolejne stacje, gdy funkcjonowała już regularna poczta królewska. Wówczas na znaczeniu zyskały stacje w Grannem na Bugu, Bielsku Podlaskim i Białymstoku, w którym zachwycano się Wersalem Podlaskim – rządzonym przez Jana Klemensa Branickiego.

 

Kolejne przystanki wiodły przez Wasilków z odnogą do Supraśla, Czarną Białostocką, Sokółkę i Kuźnicę. Później Grodno, Druskienniki, Troki i Wilno. Wielkie Gościniec Litewski stracił na znaczeniu, gdy pojawiła się na tej samej trasie kolej. Dziś szlak turystyczny ma się odrodzić. Ministerstwo Sportu i Turystyki chce go oznaczyć specjalnymi tabliczkami. Po drodze powinniśmy napotkać zabytki, które zachowały się, a pełniły rolę w obsłudze traktu.

Zabawę czas zacząć! Ruszyły Medykalia, a zaraz po nich ruszają Juwenalia. Białystok zostaje opanowany przez studentów, którzy najbliższy czas będą się bawić w najlepsze. Inni też mogą się bawić, propozycji będzie co nie miara. Medykalia oficjalnie wystartowały dzisiaj z dziedzińca Pałacu Branickich – czyli z siedziby Uniwersytetu Medycznego. Start miał formę wyścigu po zdrowie – rowerami. A wieczorem na Zaherkach (teren między budynkami UMB, Plantami a Pałacem Branickich) będzie można posiedzieć przy kiełbaskach, karkówce i napojach.

 

Będą też koncerty. Posłuchać będziemy mogli Finest Spirits oraz Dispelled Reality. Nie zabraknie też zespołu Fiłoń. W Herkulesach tradycyjnie już „Fartuch Party”.
Start wieczornych imprez na dawnym „Wembley” i w pobliżu o godz. 19. Natomiast jutro na Plaży W Dojlidach odbędą się Regaty o Puchar Rektora. Medykalia potrwają do jutra do godz. 22.

 

Juwenalia ruszają 24 maja. Na terenie kampusu PB wystąpią Czwarta Fala Kabaret, Bracia Figo Fagot, Big Cyc, Mig. Dzień później koncert Kult, O.S.T.R oraz Cochise i Akcent. Ostatniego dnia Kękę, Bright Ophidia oraz Bajm.

 

Zapowiada się świetna zabawa!

20 lat temu na ekranach kin mogliśmy oglądać „U Pana Boga za piecem” w reżyserii Jacka Bromskiego. Film ten dziś już jest kultowy, tak jak i jego niektóre sceny. Sama historia filmowa też urzeka. Jednak, to za co kochamy pierwszą część trylogii, to za ukazaną magię Podlasia, która bije już od pierwszej sceny, gdy to ksiądz jedzie na rowerze po polu otoczonym unikalnymi, drewnianymi płotami. Dwie dekady później postanowiliśmy pojechać do Wierzchlesia, by znów zobaczyć kultowe miejsce. Musimy przyznać, że zostaliśmy oczarowani magią płotów. Gdybyśmy mieli rower, sami byśmy się przejechali tamtą drogą, by poczuć się jak w filmie.

 

Sami zobaczcie jak dzisiaj wygląda miejsce z pierwszej sceny filmu „U Pana Boga za piecem”

 

 

A tą drogą pod górę wjeżdżał Krzysztof Dzierma odgrywający rolę księdza. Niestety po prawej stronie został już tylko fragment płotu…

 

W najbliższym czasie czekają nas upały. Warto ten czas wykorzystać, bo jak wiadomo pogoda zmienna jest i może to się wkrótce zmienić. Szczególnie, że w połowie maja jest tak zwana „zimna Zośka”. Zanim do niej dojdzie warto jeszcze gdzieś pojechać rowerem w wolnej chwili, choćby po pracy albo w weekend. Jednym z takich miejsc może być zwiedzanie najbliższych okolic. Atrakcji pod Białymstokiem nie brakuje, aczkolwiek te najbliższe są w trakcie remontów. Do najbliżej położonego Supraśla nie dojedziemy zbyt łatwo, gdyż droga jest zamknięta, zaś w samym Wasilkowie przy głównej drodze, w samym centrum trwa remont i też trzeba jechać objazdem. Podobnie jest także w Choroszczy – gdzie trwa rewitalizacja centrum. Dlatego jeżeli wybieraliśmy się w te miejsca rowerem – to lepiej wybrać inne miasteczka.

 

Całkiem przyjemnie jest za to w Jurowcach – gdzie możemy posiedzieć nad wodą i łatwo dojechać. Podobnie możemy ruszyć na białostockie Dojlidy. By tam odpocząć na plaży lub posiedzieć na wyspie. Dla tych, co chcą przejechać więcej kilometrów polecamy wypad nad zerwany most w Kruszewie, by podziwiać rozlewiska Narwi. Tak samo ciekawie będzie w Tykocinie, gdzie można posiedzieć w pobliżu tej samej rzeki – lub jeszcze bliżej Białegostoku – w Dobrzyniewie Fabrycznym – nad zaporą wodną (tam płynie Supraśl).

 

Jak widać możliwości jest wiele. Lepiej korzystać z nich, bo w naszym kraju mamy taki klimaty, że lato może zostać niezauważone – tak jak w zeszłym roku. Dlatego korzystajmy póki jest słońce!

Od środy (9.05) do poniedziałku nie będzie możliwe dojechanie z Białegostoku do Supraśla. Jedyna droga prowadzić będzie przez Wasilków tuż przy samym rezerwacie przyrody. Wszystko przez najbardziej idiotyczną decyzję Podlaskiego Zarządu Dróg Wojewódzkich w Białymstoku. Droga do Supraśla z Białegostoku jest właśnie remontowana. Można by było przyklasnąć tej decyzji, gdyby nie sposób wykonania. Otóż nie jest to jakoś wyjątkowo ruchliwa droga – bo korki tworzą się tam co najwyżej w weekendy, gdy nadmiar turystów chce wjechać z Białegostoku lub wrócić z Supraśla. 

 

Tymczasem inwestor (Podlaski Zarząd Dróg Wojewódzkich) postanowił wydać swoich pieniędzy jak najmniej kosztem przyrody i krajobrazu. Wszystko po to by zawyżyć wartość projektu dofinansowania unijnego (i dzięki temu je otrzymać). W efekcie dostaniemy bardzo szeroką drogę w środku Puszczy Knyszyńskiej, ale jakby tego było mało budowana jest wielka estakada, która w tym miejscu wygląda komicznie. Gigantyczne, betonowe kloce, a na nich droga. Wszystko na poziomie czubków drzew. Często w takich sytuacjach mówi się, że sam Bareja by tego nie wymyślił. 

 

Kto normalny stawia wielkie betonowe kloce w środku Puszczy? Na dodatek w miejscu, gdzie ruch nie jest zbyt wielki i odnowiona nawierzchnia by w zupełności wystarczyła. Żeby estakadę można było zbudować w całości trzeba więc zamknąć drogę całkowicie na 5 dni, a że innej nie ma? Że trzeba będzie jechać z Białegostoku albo przez Sokółkę (zamiast 10 km robiąc 100 km) albo przez leśną drogę (nie możemy się doczekać aż spadnie duży deszcz) Ale kogo to interesuje? Na pewno nie urzędników. Najważniejszy jest przecież fakt, że dostali dofinansowanie, więc muszą wydać unijne pieniądze. Bo jak Unia daje, to trzeba brać, nieważne że nasze dzieło jest idiotyczne, a my ośmieszyliśmy sami siebie. Trzeba brać!

 

P.S inwestycja ma kosztować 120 mln zł (z kasy unijnej dostaniemy 100 mln zł). Cieszycie się?

25 maja 2018 roku weszło w życie Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 roku tzw. RODO. Nowe prawo nałożyło na nas obowiązek uzyskania Twojej zgody na przetwarzanie przez nas danych osobowych w plikach cookies. Oświadczam, iż zapoznałem sie z Polityką prywatności i zgadzam się na zapisywanie i przechowywanie w mojej przeglądarce internetowej tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie zaszyfrowanych w nich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania z innych stron internetowych, serwisów oraz parametrów zapisywanych w plikach cookies, w tym na profilowanie i w celach analitycznych przez podlaskie.tv, oraz ZAUFANYCH PARTNERÓW. Administratorzy danych / Podmioty którym powierzenie przetwarzania powierzono AAOO.pl Kamil Gopaniuk z siedzibą w Białymstoku, 15-875 Białystok, ul. Kalinowskiego 8/51 Cele przetwarzania danych 1.profilowanie i cele analityczne 2.świadczenie usług drogą elektroniczną 3.dopasowanie treści stron internetowych do preferencji i zainteresowań 4.wykrywanie botów i nadużyć w usługach 5.pomiary statystyczne i udoskonalenie usług Podstawy przetwarzania danych 1.profilowanie oraz cele analityczne – zgoda 2.świadczenie usług drogą elektroniczną - niezbędność danych do świadczenia usługi 3.pozostałe cele - uzasadniony interes administratora danych Odbiorcy danych Podmioty przetwarzające dane na zlecenie administratora danych, w tym podmioty ZAUFANI PARTNERZY, oraz podmioty uprawnione do uzyskania danych na podstawie obowiązującego prawa. Prawa osoby, której dane dotyczą Prawo żądania sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania danych; prawo wycofania zgody na przetwarzanie danych osobowych. Inne prawa osoby, której dane dotyczą. Informacje dodatkowe Więcej o zasadach przetwarzania danych w "Polityce prywatności" Polityka prywatności

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close