Na Podlasiu są miejsca, gdzie czas płynie inaczej. To właśnie tutaj – w cieniu drewnianych cerkwi, między polami i lasami – od pokoleń działają szeptuchy. Kobiety, które leczą nie dotykiem, lecz słowem. Szeptem.
Ich temat wraca co jakiś czas, najczęściej przy okazji kolejnych filmów w mediach społecznościowych. Na przykład za sprawą filmu dokumentalnego „Szepciarze” autorstwa Alexandry Golus. Tym razem widzimy próbę uchwycenia świata, który nie istnieje w oficjalnych rejestrach, ale trwa – w pamięci ludzi, w opowieściach, w doświadczeniu tych, którzy przyjechali „z ciekawości”, a wyjechali z poczuciem, że coś się wydarzyło.
Szeptucha nie jest lekarzem, choć wielu trafia do niej wtedy, gdy medycyna rozkłada ręce. Nie jest też kapłanem, choć jej praktyki często opierają się na modlitwach – najczęściej prawosławnych, czasem przesiąkniętych dawnymi, przedchrześcijańskimi formułami. To osobliwa mieszanka: wiary, intuicji i tradycji przekazywanej nie w książkach, ale ustnie – z pokolenia na pokolenie.
Rytuał bywa prosty. Czasem to tylko kilka słów wypowiedzianych półgłosem, znak krzyża, zapalona świeca. Innym razem dochodzą zioła, woda, gesty, które dla postronnego obserwatora wydają się niezrozumiałe. Ale sedno zawsze pozostaje to samo: słowo. Szept, który ma „odwiązać” chorobę, „odczynić” urok, przywrócić równowagę. Dla jednych to ludowa magia, dla innych – herezja. A jednak w praktyce granice są płynne. W wielu domach obok ikon stoją święcone zioła, a modlitwa przeplata się z dawnym zaklęciem. Podlasie nie lubi prostych definicji.
Największy problem? Ta tradycja powoli znika. Szeptuchy starzeją się, a młodych następców brakuje. To wiedza wymagająca nie tylko nauki, ale i pewnego „powołania”, którego nie da się przekazać na kursie czy w internecie. Dlatego dziś to już nie tylko element folkloru, ale żywe dziedzictwo na granicy zaniku. I może właśnie dlatego temat wraca. Bo w świecie pełnym technologii, algorytmów i szybkich odpowiedzi, coraz więcej osób szuka czegoś, co wymyka się logice. Nie po to, by odrzucać naukę, ale by dotknąć czegoś starszego. Czegoś, co – jak Podlasie – nie daje się do końca zrozumieć, ale zostaje w człowieku na długo.


























