Kamera podgląda bociany 24 h na dobę

Kamera podgląda bociany 24 h na dobę

Bociany wróciły już na dobre, więc przyszła najwyższa pora aby je trochę podejrzeć. Coraz modniejsze staje się umieszczenie kamer przy gniazdach tych ptaków. Dzięki temu obserwacja może trwać przez całą dobę. Poprzez dobrodziejstwo internetu, każdy zainteresowany o dowolnej porze, jednym kliknięciem przeniesie się do światu bocianów na żywo. Projekt ten ma trwać przez najbliższe 9 lat.

 

Ostatnia kamera stanęła w miejscowości Rakowy – Czachy w gminie Piątnica. Są to tereny Łomżyńskiego Parku Krajobrazowego Doliny Narwii. Dlatego też oprócz bocianów śmiało podpatrzymy walory przyrodnicze krajobrazy. Kamera odpowie nam na pytania, jak zmiany w środowisku wpływają na zachowania ptaków. Będziemy też być może świadkami wydarzeń z kategorii tragicznych. Nieraz zdarza się bowiem, że bociany wyrzucają jaja czy już narodzone młode. Oczywiście amorów również nie zabraknie. Obecnie trwa konkurs na imiona obserwowanych bocianów. 

 

Link do transmisji znajdziecie poniżej:

Bociany on-line

Śmigus dyngus. Dawniej polewano tylko najładniejsze dziewczyny.

Śmigus dyngus. Dawniej polewano tylko najładniejsze dziewczyny.

Śmigus dyngus to zwyczaj, który praktykuje się w Poniedziałek Wielkanocny. Kiedyś to były czasy. Panny można było wrzucić do koryta i sadzawki bez konsekwencji. Teraz za takie działania, do aresztu może nie trafimy, ale każda ceni sobie nietykalność. Ciało to bowiem świątynia. Dzisiaj w lany poniedziałek w mało kto kultywuje dawne tradycje. Jeśli już ktoś się polewa to w minimalnych ilościach. Zamiast wiader czy konewek używa się mikroskopijnych jajeczek jako sikawkę.

Śmigus dyngus – skąd się wywodzi?

Śmigus dyngus ma interesujące korzenie sięgające czasów pogańskich. Pierwotnie był to rytuał obchodzony w okresie wiosennym, związany z oczyszczeniem oraz przywoływaniem urodzaju. Kościół katolicki, widząc w nim elementy niezgodne z jego doktryną, początkowo potępiał ten zwyczaj. Jednakże, zamiast zaniknąć, Śmigus-Dyngus zaczął stopniowo wtapiać się w kulturowy krajobraz, stając się częścią polskiej tradycji. Polewanie wodą, charakterystyczna praktyka tego dnia, miało pierwotnie symboliczne znaczenie. Uważano, że woda oczyszcza z grzechów i wszelkich nieczystości cielesnych, przygotowując tym samym ludzi na nadchodzący okres wiosenny. Ponadto, wierzyło się, że rytuał ten ma moc przyciągania deszczu, który był kluczowy dla obfitych zbiorów rolniczych. Mimo początkowych oporów ze strony kościoła, Śmigus-Dyngus z czasem stał się integralną częścią polskiej kultury, będąc nie tylko okazją do zabawy i żartów, ale także kontynuując swoje pierwotne znaczenie jako symbol oczyszczenia

Im ładniejsza dziewczyna, tym więcej wody używano

Dziewczyny przed laty nie miały oporów przed polewaniem. Jeśli któraś w poniedziałek była sucha, oznaczało to, że nie ma powodzenia u płci przeciwnej. Panowała zasada – im piękniejsza dziewczyna, tym więcej wody na nią przeznaczano. Wizyta w stawie stanowiła zaś spełnienie najskrytszych marzeń. Dlatego też panny wystawiały się nawet na publiczny widok.

Mokry odwet

Według dawnych zwyczajów, za oblewanie wodą w świąteczny poniedziałek kobiety po świętach wielkanocnych aż do Zielonych Świątek mogły brać odwet na mężczyznach i również lać ich wodą. Było to postrzegane jako zabawna tradycja, przynosząca społeczności radość i integrująca ją.

Woda ze święconki pozwala pozbyć się piegów!

Woda ze święconki pozwala pozbyć się piegów!

Woda ze święconki odgrywa istotną rolę w wielu zwyczajach i tradycjach, szczególnie w kulturze chrześcijańskiej. Jest to woda pobłogosławiona przez duchownego podczas obrzędu nazywanego święceniem wody. Odbywa się on m.in. w okresie Wielkanocy w Kościołach katolickim i prawosławnym. Praktyki te mogą się różnić w zależności od lokalnych tradycji i obrzędów. Woda ze święconki ma symboliczne znaczenie jako symbol oczyszczenia, życia i błogosławieństwa. Ludzie używają jej w różnych celach, zarówno w sferze duchowej, jak i codziennego życia.

Woda ze święconki kluczem do utrzymania dobrego wyglądu na Podlasiu.

Żadna świąteczna okazja nie przemija bez chęci prezentacji się w jak najlepszym świetle, a kiedy wychodzi się w jakieś miejsce publiczne, oczekiwania co do wyglądu mogą być jeszcze większe. Gładka i promienna skóra zawsze przyciąga uwagę, zwłaszcza w tak ważnych momentach. Ciekawym spojrzeniem na tę kwestię jest też tradycja, która sięga nawet pierwszej połowy XX wieku w niektórych domach na Podlasiu. Tamtejsze zwyczaje przypominały, że do koszyczka z święconką często dodawano małą buteleczkę wody, w której wcześniej gotowano jajka. Ta prosta, a zarazem niezwykła praktyka wskazuje, że nie zawsze potrzebne są kosztowne kosmetyki, by osiągnąć efekt nieskazitelnej skóry. Tradycje te, choć niezwykłe (i nie zawsze przynoszące skutki), przypominają nam, że piękno może być czasem proste i naturalne, a kluczem do niego często są rzeczy dostępne w naszym codziennym otoczeniu.

Nieskazitelna skóra?

Po powrocie do domu ze święconką młode dziewczyny obmywały sobie twarz pobłogosławioną przez księdza wodą. Wierzono, że woda pobłogosławiona przez księdza podczas święcenia może mieć właściwości oczyszczające i lecznicze. Z tego powodu używano jej też do pielęgnacji skóry. Młode dziewczyny, po powrocie do domu ze święconką, często obmywały swoje twarze tą wodą. Wierzyły one, że pomoże im pozbyć się wszelkich niedoskonałości, takich jak pryszcze czy piegi. Choć może to brzmieć nieco nietypowo dla dzisiejszych standardów pielęgnacji, dla wielu ludzi było to naturalne rozwiązanie, oparte na wierzeniach i tradycji.

Jajko, które było zakopane rolnicy zjadali w dniu rozpoczęcia żniw

Jajko, które było zakopane rolnicy zjadali w dniu rozpoczęcia żniw

Jajko od wieków zajmuje szczególne miejsce w wielu tradycjach, zwłaszcza podczas świąt, takich jak Wielkanoc. To nie tylko smaczny dodatek do świątecznego stołu, ale również symbol głęboko zakorzeniony w obrzędach i zwyczajach ludowych. Jajko jest symbolizuje początek, życie oraz odrodzenie się przyrody – dlatego jest ono spożywane podczas Wielkanocy. Wielkanoc to najstarsze i najważniejsze święto chrześcijańskie celebrujące misterium paschalne Jezusa Chrystusa.

Jajko – tradycyjnie gości na stołach podczas Wielkanocy

Jednym z elementów świątecznego śniadania jest zwyczaj dzielenia się jajkiem. Choć nie każdy lubi składać życzeń, tego dnia odmówić jednak nie wypada. Jako że Wielkanoc stanowi połączenie tradycji chrześcijańskich i pogańskich, wiąże się z nią wiele przesądów związanych ze święconką. Praktykowano je głównie na terenach nadbużańskich.

Zakopane jajko – dobre zbiory

Czasami jedno poświęcone jajko trzymali aż do późnego maja. Następnie zakopywano je wraz z kością na polu, gdzie rosło żyto, była głęboko zakorzeniona w ludowych tradycjach i przesądach. Gospodarze wykonujący ten obrzęd wierzyli, że ta ceremonia przyniesie im pomyślne plony. Kiedy nadszedł czas, aby zająć się polami, gospodarze udawali się na swoje ziemie wraz z poświęconym jajkiem i kością. Wybierali pole, na którym rosło żyto, i tam, w ziemi, dokładnie zakopywali jajko obok kości. Dodatkowo, obok zakopanego jajka i kości sadzili także poświęconą gałązkę wierzbową. W dniu rozpoczęcia żniw odkopywano jajko i uroczyście zjadano dzieląc się nim jak na Wielkanoc. Taka praktyka miała zapewnić pomyślne zbiory.

Święconka a przesądy

Oprócz tego, istniały także przesądy związane z tzw. „święconką”, czyli poświęconymi pokarmami. Ludowa mądrość nakazywała nie wyrzucać resztek święconki, ponieważ wierzono, że mogą one przynieść szczęście. Jeśli zostały resztki pokarmu, zbierano go i wysypywano pod drzewka owocowe, wierząc że wyrośnie z nich marynka — ziele o białych kwiatkach. Okruchy dawano również kurom by lepiej się niosły. Od nadmiaru jaj głowa przecież nie boli. Dokładnie sprzątano również ich skorupki. Dawano je ptakom lub wysiewano do ziemi podczas siania lnu.

Pożegnanie postu. Zakopane garnki i powieszone śledzie.

Pożegnanie postu. Zakopane garnki i powieszone śledzie.

Pożegnanie postu – w tych czasach się nad nim, poza wizytą w kościele, nie zastanawiamy, ale kiedyś było to szeroko świętowane wydarzenie. Po dłużących się dniach trwania postu, trzeba w końcu coś zjeść – kończy się Wielki Post a zaczyna czas świątecznego obżarstwa. Wielki Post to czas pokuty przygotowujący do przeżycia najważniejszych dla chrześcijan świąt wielkanocnych. W Kościele łacińskim zaczyna się w Środę Popielcową, przypadającą 46 dni przed Niedzielą Wielkanocną (do postu nie wlicza się przypadających w tym okresie 6 niedziel). Czas trwania wielkiego postu ma odniesienie do trwającego 40 dni postu samego Chrystusa. Wielkopostny czas przygotowania jest też niezwykle istotny w kulturze chrześcijańskiej. To także okres refleksji, pokuty i umartwienia, który przygotowuje wiernych na celebrację zmartwychwstania Chrystusa podczas Wielkanocy. Tradycje związane z Wielkim Postem często przypominają o tych duchowych wartościach poprzez różnorodne praktyki, obrzędy i rytuały.

Pożegnanie postu – koniec z żurkiem

Przed laty, również na Podlasiu, okres ten witano w niezwykły sposób. Wszystko działo się późną porą w Wielki Piątek, bądź też rankiem w Wielką Sobotę. Jako, że główną potrawą spożywaną w poście był żurek, wylewano go całymi garnkami na ziemię. Czasem nawet zakopywano całe naczynia. Nieraz do środka dodawano jeszcze trochę popiołu. Był to znak nastania końca pokuty. Ową tradycję nazwano ”pogrzebem żuru”.

Kara dla śledzia

Nie tylko żurek był bohaterem tego symbolicznego pożegnania. Śledź, będący często głównym elementem postnych posiłków, także miał swoją rolę do odegrania. Największego, najokazalszego śledzia wybierano i przybijano do drzewa – czasem mogła to być nawet sztuczna ryba wykonana z drewna lub tektury. Ta nietypowa kara była swoistym wyrazem uznania dla śledzia, który przez cały okres wielkiego postu był „królem stołu”, dominującą potrawą na postnym stole. Wieszanie ryby odbywało się z uśmiechem na twarzy, świadcząc o radości z końca ograniczeń żywieniowych i nadchodzącej obfitości pokarmów.

Tradycje jako element kultury regionu

Te tradycje, choć dziś może praktykowane bardzo rzadko albo niepraktykowane, wciąż stanowią kolorowy i fascynujący element kultury i historii regionu. Przypominają one o głębokim znaczeniu wielkopostnego okresu przygotowania w kulturze chrześcijańskiej i oczekiwania na radosne święta Wielkanocy.

Kursanci przyjeżdżają do Łomży nawet znad morza

Kursanci przyjeżdżają do Łomży nawet znad morza

Zastanawialiście się kiedyś ile razy można zdawać egzamin na prawo jazdy w ciągu dnia? Jeśli komuś powinie się noga, zazwyczaj musi trochę ochłonąć. Zwykle tydzień wystarczy. W Łomży jest jednak inaczej. Kursanci potrafią nawet podchodzić do egzaminu praktycznego w ciągu doby. Przepisy tego nie zabraniają, więc czemu nie? Jeśli znajdzie się szybki termin, wszyscy z niego korzystają. Po co w końcu odwlekać nieuniknione. Z drugiej strony, gdy się człowiek śpieszy, to cię diabeł cieszy…

 

Łomża od lat przyciąga kursantów z różnych zakątków Polski. Miasto jest niewielkie, więc i ruch na drodze będzie mniejszy niż choćby w Białymstoku. Ale co tam stolica Podlasia. Łomżę odwiedzają kandydaci na kierowców nawet znad morza. Dlatego tez mówi się o zjawisko turystyki egzaminowej. Czy na pewno idą oni na łatwiznę? Statystyki mówią, że dziennie zdaje pozytywnie co druga osoba. Gwarancji powodzenia nie ma więc żadnej. Zawsze i tak liczą się nabyte umiejętności.

Misjonarz zginął pod Łomżą. Teraz go czczą.

Misjonarz zginął pod Łomżą. Teraz go czczą.

Osoba św. Brunona jest szczególnie ważna dla Łomży, bowiem uważa się, że to z jego inicjatywy powstała pierwsza miejska świątynia. Niektórzy historycy twierdzą też, że misjonarz mógł ponieść śmierć właśnie w okolicach Łomży. W 1963 r. święty został ogłoszony patronem diecezji łomżyńskiej.

Z pochodzenia był saskim arystokratą. Kształcił się w Magdeburgu, gdzie przyjął święcenia kapłańskie. W 988 r. wstąpił do zakonu benedyktynów, po czym zamieszkał w klasztorze nieopodal Rawenny. Mnichów sprowadził do Polski król Bolesław Chrobry. Swoją pracę rozpoczął oczywiście w Wielkopolsce.Później prowadził misje ewangelizacyjne w Polsce i sąsiednich krajach.  Brunon w roku 1009, wraz towarzyszącymi mu misjonarzami, udał się osobiście  na pogranicze Prus i Rusi, czyli do krainy Jaćwingów.

Według tradycji nawrócił i ochrzcił nad Bugiem tamtejszego króla Nothimera. Wyprawa misyjna szybko zakończyła się tragiczną męczeńską śmiercią arcybiskupa Brunona i jego 18 towarzyszy misjonarzy w dniu 9 marca 1009 roku. Jego ciało wykupił Bolesław Chrobry. Męczeńska śmierć św. Brunona szerokim echem rozeszła się po całej ówczesnej Europie, jak wcześniej śmierć św. Wojciecha. 

Kiszenie kapusty. Beczki zostawiano w rzece.

Kiszenie kapusty. Beczki zostawiano w rzece.

Kiszenie kapusty to nie tylko proces konserwacji warzyw, ale także autentyczna ceremonia, która od wieków stanowi istotny element życia społeczności. W tradycji lubelskiej, podobnie jak na Podlasiu, staranne przygotowanie beczek, precyzyjne sortowanie i układanie główek kapusty oraz ostrożne dozowanie soli to kluczowe aspekty tego kulinarnej rytuału, które przekazywane są z pokolenia na pokolenie. Szczególną uwagę poświęcano starannej kontroli procesu fermentacji. Należało zapewnić odpowiednią jakość i niepowtarzalny smak przyszłego produktu. Podkreślało to znaczenie i dbałość o tradycyjne metody przygotowania.

Kiszenie Kapusty: tradycja, wspólnota i dziedzictwo kulturowe

Wspólne spotkania wokół beczek podczas kiszenia kapusty na Lubelszczyźnie miały głębszy wymiar społeczny niż tylko wymiana praktycznych porad. To także okazja do umocnienia więzi międzyludzkich poprzez wspólne działanie i współpracę. Ludzie z różnych pokoleń i środowisk zbierali się razem, tworząc atmosferę współdziałania i solidarności, co wzmocniło poczucie wspólnoty lokalnej. Było to ważne nie tylko dla przekazania wiedzy, ale także dla zachowania pamięci o przodkach i korzeniach kulturowych. Każdy krok tego procesu, począwszy od starannego sortowania kapusty, aż po precyzyjne fermentowanie, miał swoje korzenie głęboko zakorzenione w historii i tradycji przekazywanej przez wieki. To właśnie te wspólne doświadczenia i praktyki kulturowe tworzyły niepowtarzalny charakter społeczności lubelskiej i ugruntowywały jej tożsamość regionalną. Kiszenie kapusty było więc nie tylko sposobem na przygotowanie pożywienia na zimę. Było także sposobem na budowanie wspólnoty i zachowanie dziedzictwa kulturowego.

Kontynuacja dziedzictwa i jedność społeczności

W dzisiejszych czasach, pomimo postępującej technologii i dostępności nowoczesnych metod konserwacji, tradycyjne metody kiszenia kapusty wciąż są cenione i praktykowane. Ludzie w regionie nadal przestrzegają tradycyjnych zasad i rytuałów, które są przekazywane z pokolenia na pokolenie. Stanowią one istotny element dziedzictwa kulturowego. Kiszenie kapusty nie tylko jest procesem kulinarnym, ale także ma głębokie znaczenie społeczne, symbolizując jedność społeczności i kontynuację tradycji rodzinnych. To praktyka, która nie tylko utrzymuje dawne zwyczaje, ale także wpisuje się w obecną rzeczywistość. Stanowi most między przeszłością a teraźniejszością, jednoczącą społeczność wokół wspólnego dziedzictwa i kultury.

Biskup ocalił świątynię przed hitlerowcami

Biskup ocalił świątynię przed hitlerowcami

Najcenniejszym zabytkiem w Łomży jest bez wątpienia katedra św. Michała Archanioła i Jana Chrzciciela. Powstała ona na początku XVI w. dzięki staraniom księżniczki Anny Mazowieckiej i jej synów. Stanowi najstarszy obiekt w tej części Polski i nigdy nie została poważnie uszkodzona, choć było bardzo blisko tragedii.

 

Gdy Niemcy wycofywali się z miasta mieli zamiar wysadzić katedrę w powietrze. Twierdzili bowiem, że wysokość budynku może pomóc radzieckiej artylerii przy ustalaniu punktu odniesienia. Biskup Stanisław Łukomski prosił niemieckich oficerów, aby Ci wyburzyli wyłącznie dach i wieżę.  Ci jednak nie mieli zamiaru zmieniać decyzji. Duchowny po krótkiej wizycie w świątyni wrócił do żołnierzy z dwoma różańcami. Powiedział im, że jeśli je przyjmą, wrócą do swych domów w szczęściu i zdrowiu. Oficerowie okazali się katolikami. Wzięli różańce i porzucili plany zniszczenia katedry.

Co ma wspólnego królowa Bona ze świnią?

Co ma wspólnego królowa Bona ze świnią?

Z dawnym grodziskiem pod Łomżą wiąże się legenda o patronce jednego ze wzgórz – Królowej Bonie. Miała ona straszyć mieszkańców, ukazując się po śmierci. Według jednej z wersji zamek zapadł się pod ziemię wraz z ogromnym skarbem. W ten sposób z dóbr nie mógł skorzystać syn królowej, który popełnił mezalians, żeniąc się z biedną sierotą. Kosztowności do dnia dzisiejszego ponoć strzegą duchy.

Klątwa mogłaby się skończyć dzięki mszy, na którą przyszłaby procesja z łomżyńskiej fary. Nikt z procesji jednak nie może wrócić do miasta po naczynia do nabożeństwa. Jeden z takich pochodowych skończył się fiaskiem z powodu niespodziewanego pojawienia się świni wystrojonej w ornat. Mszę na wzgórzu św. Wawrzyńca odprawia się również współcześnie, lecz do tej pory nie odnaleziono skarbów.

Antychryst wysadził wzgórze. Odnaleźć tam można skarby.

Antychryst wysadził wzgórze. Odnaleźć tam można skarby.

200 lat temu przez Podlasie nastąpił przemarsz wojsk Napoleona. Kilka miast może pochwalić się prawdziwymi pamiątkami z tego okresu. Więcej jest jednak legend i opowieści, które mijają się z prawdą. W Białostockim Muzeum Historycznym odnajdziemy stolik, który imperator miał podarować na chrzciny Zygmunta Krasińskiego. Jego ojciec, Wincenty faktycznie był generałem wojsk napoleońskich. W rzeczywistości stolik został wykonany wiele lat po narodzinach polskiego twórcy.

 

Podobnie ma się sprawa z tzw. dworkiem Napoleona w Białymstoku. Miało być to miejsce schadzek ze słynną kurtyzaną Marią Walewską. Obiekt powstał wiele lat po śmierci imperatora, pełniąc rolę komory celnej. Udokumentowanym pobytem Napoleona mogą poszczycić się mieszkańcy Łomży. Spędził tam 3 godziny w zajeździe pocztowym. Za armią cesarza podążała armia saksońska, która po drodze siała spustoszenie. Niszczyli świątynie, kradli zwierzęta. Trasa ich przemarszu prowadziła przez Puszczę Knyszyńską. Teraz nazywana jest szlakiem napoleońskim. Nieopodal miejscowości Królowy Most znajduje się tzw. Rozkopana Góra. Ponoć saperzy wysadzili wzgórze w jedną noc, aby tylko mogła przejść przez niego artyleria. Na trakcie ukryte są też skarby.

 

Kolejne ślady po okresie napoleońskim prowadzą do Supraśla. Odkryto tam przed II Wojną Światową szkielety i elementy mundury polskich oddziałów walczących w kampanii moskiewskiej. W tym mieście pod Białymstokiem zlokalizowany był również francuski szpital. Nie każdy w Polsce uważał Napoleona za wybawiciela. Ludność wyznania prawosławnego nazywała do antychrystem. Była to głównie zasługa rosyjskiej machiny propagandowej. Starała się wmówić, iż to car Aleksander II jest prawdziwym wyzwolicielem i gwarantem dobrobytu.

Jedyny taki kościół w Polsce. Otoczył kultem Śnieżną Matkę Boską.

Jedyny taki kościół w Polsce. Otoczył kultem Śnieżną Matkę Boską.

Podlasie pełne jest interesujących budowli sakralnych. Jedną z nich odnajdziemy w Łomży. Kościół Świętej Trójcy i Wniebowstąpienia NMP powstał w połowie XIX i towarzyszą mu klasztorne zabudowania. Wcześniej mieszkały tam benedyktynki, lecz odsprzedały nieruchomość kapucynom.

 

Obecny wygląd świątyni to zasługa odbudowy z 1997 r. Trwała ona wiele lat, a rozpoczęto ją już po wojnie. Od początku wznoszono wszystkie ceglane budynki. Kościół powstał na planie prostokąta z wyodrębnionym prezbiterium. Zaszczytne miejsce w nim zajmuje obraz Matki Boskiej… Śnieżnej. Przywieźli go ze swego macierzystego klasztoru Benedyktynki. Jej wizerunek otaczany był szczególnym kultem. Do wybuchu wojny ściągali dla niego pielgrzymi z całego Mazowsza. 

 

Warto wspomnieć skąd wzięło się określenie Matki Bożej Śnieżnej. Aby to zrozumieć należy przenieść się dawnego Rzymu. W IV w. papież Liberiusz miał sen, w którym to matka kościoła nakazała mu wybudować bazylikę w miejscu, które wskaże śnieg. Nadeszła noc z 4 na 5 sierpnia. Biały puch spadł na jednym z rzymskich wzgórz – Eskwilinie. Tam też powstała bazylika. Jako upamiętnienie tych wydarzeń z sufitu świątynie sypie się białe kwiatki.

Bimber uzdrowił wiele osób

Bimber uzdrowił wiele osób

Bimber, znany również jako samogon, to trunek o długiej historii i bogatych tradycjach, który zyskuje coraz większą popularność nie tylko w Polsce, ale także na całym świecie. Jego tajemnicza aura, wytwarzana często w warunkach domowych, oraz unikalny smak sprawiają, że jest przedmiotem zainteresowania zarówno miłośników mocnych trunków, jak i badaczy kultury alkoholu.

W blasku księżyca

Lekcja angielskiego w podstawówce. Poszukujemy słówka na literkę ”m”. Nasz wzrok przykuwa hasło ”moonshine”. Tłumaczy się je jako… bimber. Oczywiście umysł młodego człowieka nie wie jeszcze skąd związek lśniącego księżyca z trunkiem. Minie trochę czasu zanim pozna prawdę. Być może uświadomi go ktoś z rodziny. I tu może coś mu pomieszać. Zwłaszcza gdy z ust wujka ze wsi usłyszy określenie PKWN. W myślach pojawiają się wojenne dzieje naszego pięknego kraju. Z Polskim Komitetem Wyzwolenia Narodowego nie ma jednak nic wspólnego. To nic innego jak polski koniak wyrobiony nocą. No właśnie… W związku z tym wszystko sprowadza się do zmierzchu.

Bimber – śladem tradycji

Bimbrownictwo na Podlasiu pojawiło się już w XIX w. Wszystko przez władze, które ograniczały swobodę produkcji własnego alkoholu. Nastąpiła carska prohibicja. Rozwojowi procederu sprzyjały też warunki naturalne. Dlatego duża ilość gęstych lasów umożliwiała w miarę swobodną produkcję po zmierzchu. Tak niestety już nie jest.  Na terenie Puszczy Knyszyńskiej czy Augustowskiej służby odnajdują prywatne fabryczki, puszczając je z dymem. Niektórym z pewnością na wieść o takich zdarzeniach popłynęła łza. Nawyk pędzenia bimbru wywodzący się z czasów okupacji niemożliwy był do wykorzenienia. Starych drzew się przecież nie przesadza. W konsekwencji po odzyskaniu wolności kraju, wolność bimbrowników została zachwiana. Polskie władze za wszelką cenę usiłowały przerwać nielegalne produkcje. Budżet kraju musiał się zgadzać.

 

Podlaski samogon powinien mieć ok. 70 proc. Najczęściej jednak wytwórcy zadowalają się już trunkiem 50 proc. Wszystko zależy od wymagań odbiorców. Oczywiście dobry bimber nie obędzie się bez wody. Ta na Podlasiu jest przejrzysta i świeża, co ma znaczenie przy destylacji. Bimber z Podlasia tradycyjnie wyrabia się z żyta. Na jego bazie powstają też inne trunki, jak. np. miodówka. Z Puszczą Knyszyńską wiąże się nierozerwalnie nazwa ”bukwicówka”. Bukwica to roślina rosnąca w lesie przypominająca szczaw. Użyta przy wyrobie zapewnia niepowtarzalny smak i aromat. Wiele osób twierdzi, że ma też właściwości lecznicze.  W rzeczywistości nawet oczyszcza nasze ciało z toksyn.

Duch nie taki straszny

W każdym regionie Polski bimber określa się inaczej. Na Podlasiu rządzi nazwa ”Duch Puszczy” oraz ”Czar PGR-u”. Samo słowo bimber wywodzi się z warszawskiego żargonu złodziejskiego. Oznaczał skradziony przedmiot, który to po schwytaniu przestępców stawał się dowodem winy. Autor definicji uważa, że bimber oznaczał początkowo ”zegarek”. Z czasem zaczęto go używać, mając na myśli towar zakazany. W miarę nowe określenie to ”księżycówka”. Odnosi się do zwyczaju wytwarzania samogonu w późnych porach nocnych. Jako że wiele osób zatruwało się w przeszłości źle sporządzonym bimbrem, ochrzczono go również jako ściemniacz.

Bimber – muzeum

W 2009 r. na terenie Białostockiego Muzeum Wsi otwarto jedyne w swym rodzaju muzeum bimbrownictwa. Zobaczymy w nich wszelkie przedmioty niezbędne do wytworzenia samogonu. Zauważymy bez trudu, że aparatura z biegiem lat ulegała ewolucji. Nowinki techniczne zawsze były chętnie widziane. Cel się nie zmieniał – jak najlepszy trunek.

Stary Rynek przyciąga wszystkich

Stary Rynek przyciąga wszystkich

Najczęstszym punktem wypadowym Łomżynian jest Stary Rynek. Owy prostokątny plac znajduje się w śródmieściu, a jego główny budynek to zlokalizowany we wschodniej części ratusz. Powstał on w XIX w. według projektu Aleksandra Graffe. Podczas późniejszej przebudowy dobudowano do ratusza oficyny, przez co stworzono wewnętrzny dziedziniec.

 

Wokół rynku możemy podziwiać odbudowane kamienice naśladujące styl barokowy. Zastąpiły one zniszczone w czasie drugiej wojny światowej klasycystyczne obiekty. Dzięki staraniom mieszkańców powstał deptak na ulicy Farnej. Wyłożono go bazaltową kostką, wkomponowano stylowe lampy i ławki. Ciekawa szczególnie jest rzeźba słynnej aktorki Hanki Bielickiej, której pomnik-ławka, zachęca do fotografowania.

Podlaskie ślimaki rządzą w Europie

Podlaskie ślimaki rządzą w Europie

Na Podlasiu żyje ich 120 mln. Gdyby jakimś cudem doszło do napromieniowania i urosłyby do ludzkich rozmiarów mielibyśmy problem. Być może dokonałyby zemsty. Mowa to o ślimakach winniczkach. Wizję apokalipsy odłóżmy jednak na później.

 

Co jakiś czas przeprowadza się inwentaryzację winniczków. Jej celem jest określenie limitów zbiorów, które zaczynają się już w kwietniu i trwają przez miesiąc. Najwięcej ślimaków odnajdziemy w gminach Siemiatycze, Bielsk Podlaski i Zabłudów. Są jednak i takie gminy, gdzie winniczki nie występują w ogóle.

 

Ślimak podlega częściowej ochronie, dlatego można zbierać okazy, których muszla przekracza 3 cm. Najlepsi łowcy są w stanie dostarczyć do skupu w okresie zbiorów nawet 30 kg winniczków. Zwykle lądują na stołach we Francji, choć i w Polsce stają się coraz bardziej popularne w kuchni. Łącznie na masową zagładę wysyłamy 240 ton ślimaków. Na szczęście ich populacja jest na tyle duża, że zanik gatunku raczej nie grozi.

 

Wielu biznesmenów zauważyło wysoki popyt na owe zwierzęta. Dlatego też wzięli byka, a właściwie ślimaka za rogi. Powstaje coraz więcej ferm ze ślimakami afrykańskimi. Rosną one sześć razy szybciej więc pozwalają więcej zarobić. Oprócz Francji trafiają do Belgii, Włoch czy Hiszpanii.

 

Tego dnia dziewczyny nie mogły się nawet uczesać

Tego dnia dziewczyny nie mogły się nawet uczesać

25 marca to od wieków szczególny dzień na Podlasiu. Obchodzi się wówczas święto Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny. Do dziś pośród wielu mieszkańców panuje przekonanie, że jest ważniejsze nawet od Wielkanocy. Przenieśmy się na chwilę do przeszłości by poznać dawne zwyczaje.

Tego dnia obowiązywał ścisły post. Zakaz wykonywania wszelkich prac był tak rygorystyczny, że dziewczyny nie mogły nawet rozczesywać włosów. A co z rolnikami? Nawet jeśli był to jedyny dobry czas na prace na polu, musieli pozostać w domu. Jeśli złamali zakaz mogli sprowadzić nieszczęście na całą rodzinę. W celach zapobiegawczych przekazywano z pokolenia na pokolenie informację, że tego dnia na pola wychodzą ze swych kryjówek jadowite węże.

Ze świętem zwiastowania nierozerwalnie wiążą się bociany. Powrót tych ptaków na dachy gospodarstw miał zapewnić dobrobyt. Starano się pomóc szczęściu montując specjalne brony na gniazda. Bociany również obecne były w kuchni. Gospodynie do dzisiaj wypiekają tzw. bocianie łapy. Ze względu na post wyrabia się je tylko z wody i mąki. Czasem wkładano do ciasta monety, a dziecko, które je znalazło w przyszłości miało być zamożne. Tego dnia pieczono ponadto ciastka w kształcie maszyn rolniczych.  Dzięki temu nic złego uprawom nie mogło się stać.

Policja dzieli lokal z biblioteką

Policja dzieli lokal z biblioteką

Pierwszy drewniany dwór w Jedwabnem (powiat łomżyński) powstał w połowie XVIII w. Nikt jednak nie wie, jak wyglądał i przez kogo został wybudowany. Można tylko domniemywać. Obecny dwór, choć nieco zmieniony, powstał dzięki sekretarzowi Stanisława Augusta Poniatowskiego, Stanisławowi Rembielińskiemu. Warto wspomnieć, iż był to pierwszy murowany budynek w mieście.

 

Pierwsza przebudowa nastąpiła po śmierci Rembielińskiego i trwała blisko 50 lat. Dwór został otoczony przez duży park, który rozciągał się od zabudowań gospodarczych aż do stawu. Biegła przez niego główna aleja, a po jej obu stronach powstał ogród ozdobny. Graniczył on z sadem przechodzącym następnie w łąki.

 

W okresie I Wojny Światowej przez Jedwabne przebiegała linia frontu. Dwór ucierpiał tak bardzo, że ówcześni właściciele pozbyli się majątku. Ich następcy, chcąc zdobyć środki na odbudowę, dokonali podziału ziemi. Areał zmniejszał się coraz bardziej. Bez dobrych gospodarzy dwór i jego okolice popadły w ruinę. Sady zostały wycięte, a park zlikwidowano. Wkrótce zabudowania całkowicie się rozpadły. W latach 50 – tych doprowadzono do remontu. Wnętrza zmieniły się całkowicie, lecz jeśli chodzi o wygląd zewnętrzny, przywrócono dworek niemal do pierwotnej wersji. Obecnie w dworku swoją siedzibę ma policja, dom kultury i biblioteka.

Wieśniacy pomogli dokonać zemsty

Wieśniacy pomogli dokonać zemsty

Nieopodal Łomży odnajdziemy niewielkie wzniesienie nazywane Górą Zamkową. Dawne zamczysko było niegdyś własnością królowej Bony. Chociaż dla większości z nas, postać ta kojarzy się raczej pozytywnie, opowieści nie raz wspominają o jej ciemnej stronie. 

 

Syn królowej Bony zakochał się w ubogiej dziewczynie. Królowej nie było to na rękę. Nie chciała nawet słyszeć o ślubie z sierotą. Podjęła więc szybkie działania. Dziewczyna została porwana ze swej skromnej chaty i stracona. Syna natomiast postanowiła okaleczyć a następnie wygnać. Przywiązano go nogami do dzikiego konia, który pomknął w stronę lasu. Młody książę przeżył. Koń zawlókł księcia do jednej z okolicznych wiosek.

 

Miejscowi bez chwili zastanowienia postanowili pomóc. Odwiązali księcia i przystąpili do leczenia. Ten padał z głodu. Nakarmili więc go najlepszą rzeczą jaką mieli. Była to marchew. Minęło wiele dni zanim chłopak doszedł do siebie. Gdy już czuł się wystarczająco dobrze wpadł na pomysł odbicia zamku. O pomoc poprosił swych wybawców. Akcja okazała się udana. Królowa została przepędzona z hukiem. Zemsta smakowała więc dobrze. Na cześć warzywa, którym chłopi nakarmili księcia ich osadę nazwano Marchwinami.

Narew ukrywa cenny skarb

Narew ukrywa cenny skarb

Niecały kilometr od tzw. Starej Łomży, na rzece Narew znajduje się wyspa, tak zwana Kępa. Według przekazów rozegrała się tam w XVII w. wielka potyczka ze Szwedami. Polacy, chcąc przechylić szalę zwycięstwa na swą stronę, urządzili na nich zasadzkę. Podpiłowali most.

 

Gdy tylko wojska nieprzyjaciół wkroczyły na niego, most runął z hukiem. Krzyk rozprzestrzenił się na dziesiątki kilometrów. Jeden po drugim wpadali bezwładnie w objęcia rzeki. Narew i jej brzegi pełne były martwych Szwedów. Polacy odnieśli sukces. W miejscu przeprawy z ciał poległych powstała wyspa. Rybacy twierdzą, że na dnie rzeki nadal można znaleźć liczne monety i kamienne kule. Raz za razem woda wyrzuca kości poległych.

 

 

Noblistka odpoczywała na Podlasiu

Noblistka odpoczywała na Podlasiu

Giełczyn to niewielka wieś w powiecie łomżyńskim. Jak w większości małych miejscowości na Podlasiu, jej centrum stanowi świątynia. Kościół, choć nieczynny jest perełką architektury sakralnej. Przed laty w kościele widywano młodą Marię Skłodowską, uczęszczającą wówczas jeszcze do gimnazjum.

 

W 1884 r. przebywała razem z siostrą Heleną  w domu zamożnego Francuza Ludwika de Fleury – nauczyciela syna hrabiego Potockiego. Jego żona była zaś dawną uczennicą matki dziewczyn. Stąd też wcześniejsza znajomość.

 

Przyszła noblistka przywożona była powozem na mszę z pobliskiego dworku w Kępie Giełczyńskiej. Z pamiętnika Heleny można dowiedzieć się, że to było wyjątkowo szalone lato. Ponoć robiły to, co nie przystoi córkom tak poważnego ojca. Dziewczyny zachwycone pięknem okolicznej przyrody przez długie lata wspominały wyjazd.

Te zwierzęta na Podlasiu zwiastują śmierć

Te zwierzęta na Podlasiu zwiastują śmierć

Wschodnie regiony Polski pełne są mistycyzmu. Liczne przesądy i zabobony niegdyś stanowiły nieodłączny element codzienności. Na Podlasiu wierzy się, że niektóre zwierzęta mogą przewidzieć śmierć. Najczęstszym zwiastunem jest wycie psa. Wydaje się, że to nic szczególnego. Psy bowiem wyją w innych sytuacjach. Gdy jednak ktoś z rodziny przebywa choćby w szpitalu, a pysk wyjącego psa skierowany jest ku ziemi, trzeba być przygotowanym na najgorsze.Rzadziej praktykowana wróżba wiąże się z koniem. Jeśli kopał on pod domem gdzie leżał chory, wkrótce zawita tam śmierć. Dawniej uważano również, iż jeśli konie wiozące księdza, obejrzą się za siebie, lub będą spocone, to kostucha czyha w pobliżu. 

Ciekawym zwiastunem śmierci są krety, a właściwie ich kopce pod domem. Zwierzęta miały w ten sposób wyprowadzać duszę z gospodarstwa. Na wsiach panowało również przekonanie, iż nieszczęście przynosi piejąca kura. Dlatego też praktykowano tzw. przemierzanie. Polegało ona na mierzeniu kurą domostwa. Wygląda to dosyć absurdalnie trzeba przyznać. Gdy na progu wypadła głowa, ptaka należało zabić, jeśli zaś ogon, trzeba było go odciąć. Miało to ochronić domownika od szponów śmierci. Ludzie obawiali się ponadto sowy, a dokładnie jej złowieszczego odgłosu ”pódź, pódź”. Jeśli taki dźwięk unosił się w powietrzu, nie było już ratunku.

Zawodnicy rywalizują na kosy

Zawodnicy rywalizują na kosy

Co roku we wrześniu nad Biebrzą organizowane są mistrzostwa świata. Panowie walczą na kosy. Na szczęście nie miedzy sobą. Mają tylko jedno zadanie – jak najszybsze skoszenie stu metrowego pasa bagiennej łąki. Sędziowie poza czasem sprawdzali czy zachowali odpowiednią dokładność czy szerokość. Tym samym dobrą zabawę łączy się z ochroną przyrody. Cenne siedliska BPN mogą być utrzymane tylko przy ścinaniu krzewów czy trzcin.

W ostatniej edycji zawodów wzięło udział 23 zawodników. Oprócz Polaków na starcie stanęli Belgowie, Czesi czy Białorusini. Dzięki uczestnictwie debiutantów wiadomo, że tradycja sianokosów na razie nie zaginie. Osoby, które nie koniecznie pewnie czują się z kosą w ręku, mogły z kolei zmierzyć się w konkursie wiedzy na temat ochrony biebrzańskich łąk. Sianokosy zawsze kończą się występami muzycznymi.

Łomża kręci się wokół kapeluszy

Łomża kręci się wokół kapeluszy

W Łomży niemal całe dzieciństwo i młodość spędziła słynna aktorka kabaretowa Hanka Bielicka. Dla jej uczczenia, rok po śmierci artystki, na ulicy Farnej, powstała ławeczka przedstawiająca tą wybitną osobę ze słynnym już kapeluszem. Rzeźba została odlana z brązu, a uroczystemu odsłonięciu patronował sam prezydent miasta Jerzy Brzeziński. Jeszcze dwa lata przed odejściem, Hanka Bielicka otworzyła salonik poświęcony swej osobie. Mieści się on w Centrum Katolickim im. Jana Pawła II, działającym przy nowym kościele św. Krzyża.

 

W jednym pomieszczeniu zgromadzono kostiumy, kapelusze, karykatury, portrety, a także przedmioty osobiste. Obecnie salonik stanowi swoiste miejsce pamięci, a administratorzy Centrum Katolickiego chętnie udostępniają go wszystkim zainteresowanym. Hołd aktorce złożono jeszcze w inny sposób. Dwa skrzyżowania ulic – ronda znajdujące się w pobliżu Teatru Lalki i Aktora nazwano oficjalnie Rondami Hanki Bielickiej.

 

To chyba jedyne w Polsce ronda uliczne będące jednocześnie rondami olbrzymich kapeluszy-kwietników. Place skrzyżowań uformowano na kształt kapeluszy, których kolekcjonowanie i noszenie było życiową pasją pani Hanki Bielickiej.

Wielka żaba wyleczyła wędkarza

Wielka żaba wyleczyła wędkarza

Brzostowo. Mała wieś w powiecie łomżyńskim. Jedyną rozrywką w okolicy jest wędkowanie. Jan Mocarski udał się nad rzekę z zamiarem złowienia suma. Zarzucił przynętę i czekał. Dopiero o północy ryba połknęła haczyk. Zaczęła się walka. Lina oplątała się wokół dłoni mężczyzny. Po wielu godzinach jednak dopiął swego. Ryba uległa. Sum był tak wielki, że starczył do jedzenia na kilka tygodni. Pojawił się jednak problem. Zraniona ręka za nic nie chciała się goić.

 

Wszelkie znane sposoby nie działały. W ranę dało się zakażeni, więc poprosił syna aby mu ją uciął. Ten nie posłuchał, udając się do szeptuchy. Ta nakazała mężczyźnie nocą pójść nad Biebrzę i przywołać Bagiennika. Miał go zwabić wędzony węgorz i dym z dębowych liści. Jako że sam wzrok i oddech demona może zabić, Jan Mocarski musiał owinąć też głowę lnianym płótnem.

 

Dopiero trzecia próba przywołania Bagiennika okazała się skuteczna. Z wody wynurzyła się wielka głowa przypominająca żabę. Pochwyciła węgorza, a na rzece w tym momencie pojawiła się maź. Jan Mocarski pełen obaw obsmarował nią rękę. Ta cudownie została wyleczona. Po ranie nie było śladu. Jan Mocarski w wielkim zdrowiu dożył 90-tki. Nikt nie wie czy Bagiennik nadal żyje w Biebrzy. Nawet jeśli, nikt raczej nie przeżyłby spotkania w cztery oczy. 

Zgubiła go pazerność. Mógł mieć miłość, dostał śmierć.

Zgubiła go pazerność. Mógł mieć miłość, dostał śmierć.

Czarna magia

Nad brzegiem Narwi koło Łomży stał niegdyś zamek. Mieszkał w nim król, który poślubił kobietę z odległych krain. Trudy panowania osładzała mu ukochana córka. Umierając pozostawił poddanych w rozpaczy. Królowa, która przejęła rządy okazała się okrutna. Praktykowała też czarną magię. Swoim pracownicom zakazała oglądać się za siebie gdy wracały z zamku. Te, które posłuchały mogły liczyć na pieniądze. Jeśli nie, zamiast monet dostawały żaby i węże.

Zemsta z zazdrości

Na wzgórzu tymczasem stał zamek jej brata. Był on całkowitym przeciwieństwem kobiety. Zazdrosna o szacunek, jakim go obdarzała miejscowa ludność, postanowiła go zabić. Dziki koń miał go rozszarpać na strzępy. Książę został jednak uratowany przez jednego z wieśniaków. Wyleczył go siemieniem. Mieszkańcy żądali ustąpienia czarownicy z tronu. Ta postanowiła wrócić do rodzinnej krainy. Córka jednak była przywiązana do swych poddanych i nie miała zamiaru jechać z królową. Matka ją przeklęła a zamek zapadł się z dziewczyną pod ziemię. Złe moce powodowały, że nikt nie dał rady odwalić kamienia.

Trudny wybór

Królewnę postanowił uwolnić jeden z rycerzy, który daleki był od zuchwałości. Przynajmniej tak było na początku. Dostawszy się do lochów, odnalazł tam śpiącą królewnę i wyniósł ją na zewnątrz. Młoda królewna otworzyła swoje oczy. Rycerz nie miał jednak chęci na amory. Opanował go zły czar. Opętany bogactwami, jakie pozostały w ruinach wrócił do środka. Zamek zapadł się już do końca. Mężczyzna zginął przygnieciony przez konstrukcję. Królewna pogrążyła się w rozpaczy i rozpłynęła się niczym mgła.Do dziś u podnóża góra płyną ponoć jej zły.

Duch seksoholiczki krąży po miejscowości. Zginęła marnie.

Duch seksoholiczki krąży po miejscowości. Zginęła marnie.

Dzień kobiet za nami. Kwiaty powoli więdną, a pudełka po czekoladkach wylądowały w koszu. Liczy się jednak gest. Świat bez płci pięknej byłby pusty i pozbawiony większego sensu. Adam Mickiewicz pisał, że to ”marny puch”. Zapomniał dodać jednak, iż mimo wszystko”wprawia wszystko w ruch”. Nawet pośród kobiet znajdą się czarne owce. O jednej z takich niewiast opowiada poniższa legenda, w której znajdziemy nie jedno ziarno prawdy.

 

We wsi Nieciece nieopodal Tykocina mieszkała przed laty kobieta o imieniu Rzepicha.  Posiadała dziewięcioro rodzeństwa przez które jej życie nie należało od początku do kolorowych. Rodzice Rzepichy często zaglądali do kieliszka. Trud wychowania przypadł więc dziadkom.

 

Po familii odziedziczyła nietypowe zachowanie, które doprowadzało mieszkańców do furii. Już jako małe dziecko kradła kury po czym z uśmiechem na ustach topiła w rzece. Gdy dorosła jej pasją byli mężczyźni,  a także alkohol. Stała się prawdziwą łowczynią męskich serc, a ściśle mówiąc – ciał.

 

Nie przepuściła nawet synowi młynarza, który miał zamiar zostać księdzem. Tknięty grzechem musiał porzucić swoje plany. Pewnej jesieni Rzepichę odnaleziono w gorzelni. Miarka się przebrała. Właściciel karczmy pijaną niemal do nieprzytomności kobietę zamknął w beczce. Następnie wystawił ją na dziedzińcu. Po tygodniu bezwstydna kobieta zmarła. Do dziś duch alkoholiczki krąży po miejscowości. Panowie, miejcie się na baczności!

Biedak zakochał się w bogatej. Poszedł dla niej do piekła.

Biedak zakochał się w bogatej. Poszedł dla niej do piekła.

Zamczysko odżyło

Janek był niezwykle utalentowanym młodym człowiekiem. Nie rozstawał się nigdy ze swoimi skrzypkami. Cieszył się dużym powodzeniem u płci przeciwnej lecz tego nie wykorzystywał. Pewnej nocy gdy wracał z karczmy doszło do czegoś niespotykanego. Pagórki, na których niegdyś istniały zamczysko otworzyły się niczym drzwi. Janek ujrzał kobietę. Na początku myślał, że to halucynacje z powodu alkoholu. Po chwili jednak zrozumiał, iż wszystko dzieje się naprawdę. Kobieta przedstawiła się jako królowa Bona.  Wyznała mu, że w zapadłym zamczysku odbywa karę za grzechy. Zauważywszy skrzypce, poprosiła Janka aby coś jej zagrał. Ten się zgodził, wpadając w muzyczny trans. Bona, tak wzruszona występem, przyrzekła mu pomoc w każdej życiowej sytuacji. 

Spełnione obietnice

Nie trzeba było długo czekać nim Janek wpadł w kłopoty. Za dnia pilnował bydła, lecz często zdarzało mu się zapomnieć o całym świecie. Tak też było i tym razem. Janek pochłonięty grą na skrzypcach nie zauważył, że jedna z młodych krów zniknęła. Jak się potem okazało, powędrowała do lasu, gdzie zjadły ją wilki. Janek nie wiedział co robić. Nie miał pieniędzy, a jakoś musiał zrekompensować straty właściciela. Przypomniał jednak sobie o obietnicy królowej. O jedenastej w nocy udał się na wzgórze. I tym razem ziemia się rozstąpiła. Janek powiedział Bonie o swym problemie. Ta nakazała mu udać się do lochów zapadniętego zamczyska. Mógł jednak wziąć tylko 10 talarów. Inaczej miała spotkać go kara. Janek przełamał strach i zszedł do podziemi. Mimo że bogactw było tam bez liku, do sakiewki włożył tylko kilka monet.

Recepta na miłość

Prawdziwe problemy dopiero nadeszły. Janek zakochał się w córce młynarza – Małgośce. Wiedział jednak w głębi duszy, że do siebie nie pasują, a to ze względu na status majątkowy. Chłopak mógł mieć każdą niewiastę, lecz to bez tej jednej nie mógł żyć. Ponownie udał się po pomoc do Bony. Ta nakazała mu złapać nietoperza, umieścić go w garnku i zakopać w mrowisku. Drugiego dnia w naczyniu miały powstać magiczne grabie, którymi mógł przyciągać i odciągać kobiety. Tak też się stało. Małgośka wpadła mu w ramiona.

Piechotą do piekła

Związkowi sprzeciwiali się jednak jej zamożni rodzice. Janek i tą kwestię postanowił rozwiązać dzięki znajomości z duchem Bony. Wpadł na pomysł kupna opuszczonego gospodarstwa. Po pieniądze znów musiał udać się do podziemia. Tym razem interesowała go kwota 100 talarów. Na miejscu potknął się o piekielne psy strzegące skarbów. Przewróciwszy się zauważył cudowne buty, jakich nigdy nie widział. Mimo że Bona przestrzegła go o konsekwencjach brania czegoś więcej, tym razem jej nie posłuchał. Założył buty, a wtedy na zegarze wybiła dwunasta. Góra zatrzęsła się od piekielnego śmiechu. Buty zaczęły płonąć. Nie było siły aby się ich pozbyć. Rankiem odnaleziono Janka pozbawionego nóg. Do końca życia został kaleką. Czołgał się od wsi do wsi ze swoimi skrzypkami aby mieć co włożyć do ust.

 

To może być wielka atrakcja. Jednak nad zabytkiem ciąży fatum

To może być wielka atrakcja. Jednak nad zabytkiem ciąży fatum

Wieża ciśnień w Łomży to bez wątpienia jedna z wizytówek tego miasta. Swą pracę zakończyła oficjalnie w 1992 r. Od tej pory stoi opuszczona i nic na razie nie wskazuje, by sytuacja miała ulec zmianie. 

 

Budynek powstał na początku lat 50. przez co mógłby już oficjalnie zostać zabytkiem. Wpisanie do rejestru zagwarantowałoby ochronę obiektu i zachowanie dziedzictwa kulturowego. Władze miasta chciały sprzedać wieżę razem z działką, lecz niestety bez skutku. Poprzedni prezydent Łomży, Mieczysław Czerniawski, planował przekształcenie jej w obserwatorium astronomiczne. Byłaby to doskonała rozrywka dla uczniów. Taki pomysł nie spodobał się jednak dla Ministerstwa Edukacji Narodowej. Bez uzyskania dotacji inwestycja nie mogła zostać dopięta na ostatni guzik.

 

Kolejne próby przetargu kończą się niepowodzeniem, mimo obniżki ceny za otaczającą działkę. Warunkiem nabycia jest też konieczność rozpoczęcia inwestycji w ciągu dwóch lat. Obecne władze Łomży oczami wyobraźni widzą w wieży ciśnień hotel z restauracją. Na razie to pobożne życzenia. Obiekt mieści się na terenie wpisanym do rejestru zabytków o ”historycznym układzie urbanistycznym miasta Łomży”. Dlatego tez każda decyzja musi przejść przez Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków. Tymczasem wieża coraz bardziej niszczeje i bardziej odstrasza niż przyciąga.

Muzeum raz w roku staje się operą

Muzeum raz w roku staje się operą

Wizytówką Drozdowa koło Łomży jest bez wątpienia Muzeum Przyrody. Mieści się ono w Dworku Lutosławskich. Od ponad dwudziestu lat na końcu czerwca w jego murach następuje inauguracja i finał Festiwalu Muzyczne Dni Drozdowa. Jest to jedno w ważniejszych wydarzeń w regionie. Dworek rozbrzmiewa w rytm oper, operetek czy musicali. Impreza trwa kilkanaście dni. Składają się na nią koncerty w okolicznych miejscowościach,  choćby w Jedwabnem czy Kolnie. Muzykę można usłyszeć zarówno w kościele, jak i centrum handlowym.

 

Lutosławscy pojawili się w Drozdowie pod koniec XVIII w. Przez lata mieszkało tam kilka pokoleń rodziny jednego z najlepszych współczesnych kompozytorów – Witolda Lutosławskiego. Sam muzyk spędził w tej miejscowości całe dzieciństwo. W Muzeum możemy dogłębnie zapoznać się z jego losami.

10 powodów by zamieszkać na Podlasiu

10 powodów by zamieszkać na Podlasiu

Nie ma problemu ze smogiem

W ostatnim czasie smog dał się we znaki mieszkańcom Polski, ale nie tak bardzo mieszkańcom województwa podlaskiego. Miały wpływ na to zapewne trzy czynniki. Niestety ludzie wrzucają do pieca co popadnie, tak samo jak w innych rejonach Polski, ale… województwo nie jest gęsto zaludnione, dzięki czemu dym nie osiada tak samo jak na przykład w Katowicach czy Chorzowie. Drugim czynnikiem jest większa lesistość terenu, przez co drzewa wchłaniają więcej dwutlenku węgla. Ostatnim czynnikiem jest specyficzne położenie geograficzne choćby Krakowa. Miasto znajduje się na wklęsłym terenie.

Czas płynie bardzo wolno

Jeżeli przemierzacie samochodem czy rowerem przez Podlaskie i zjedziecie z głównych dróg, to natychmiastowo poczujecie jak zatrzymuje się czas. Będą Was otaczać stare domy, natura nieskalana obecnością człowieka, a także spokojnie pasące się zwierzęta. Słoneczny, bezwietrzny dzień tylko spotęguje te uczucie.

Uprzejmi ludzie

Nie ma chyba innego takiego województwa w Polsce, w którym obce osoby zaczepiają się w autobusach, na przystankach czy kolejkach, by sobie po prostu porozmawiać. Sympatyczne towarzystwo często też spotkamy w parkach, skwerach i deptakach.

Jeziora, rzeki, dużo lasów

Podlaskie jest fantastycznie położone. Na jego terenie mamy jeziora, rzeki, a także mnóstwo lasów! Można tu organizować niekończące się piesze wycieczki szlakami, a także wyprawy rowerowe.

Blisko na Litwę, Mazury i nad… Bałtyk z dwóch stron!

Samochodem też pojedziemy w ciekawe miejsca. Bardzo szybko się dostaniemy na Litwę, Mazury a także Bałtyk – ze strony polskiej i litewskiej, a gdy postaramy się o wizę, to możemy również szybko dostać się do Królewca i spędzić czas nad tamtejsza częścią Morza Bałtyckiego.

Rzut beretem do Warszawy

Mówi się, że bezpieczna odległość zamieszkania teściowej od małżeństwa to taka, gdy teściowa nie może przyjść do nas w kapciach. Podobnie jest ze stolicą Polski. Nie pójdziemy do niej w kapciach, ale szybko się dostaniemy choćby po to, by dostać się na któreś lotnisko lub zaczerpnąć naprawdę wielkomiejskiego życia.

Kilkadziesiąt ścieżek rowerowych

Jeżeli jednak postanowimy nie ruszać się z Podlaskiego i akurat kochamy rower, to możemy tutaj jeździć bez końca! Podlaskie na swoim terenie ma kilkadziesiąt ścieżek rowerowych, w tym szlak Green Velo. Jeżeli ktoś ma tyle sił, to może przejechać 100 i 200 km bez obaw, że nie będzie miał gdzie się ruszyć.

Tygiel kulturowy

Ostatnio źle się mówi o sytuacji u zachodnich sąsiadów. Nastąpiła tam wielka mieszanka różnych kultur i jak przyznali odpowiedzialni za to politycy – multi-kulti nie powiodło się. Tymczasem Podlaskie to prawdziwy tygiel kulturowy, miejsce, gdzie ludzie żyją ze sobą we wspaniałej symbiozie. Oczywiście, jak to ludzie – nie obywa się bez antagonizmów i złośliwości, ale jest bezpiecznie i spokojnie. Dlatego na jednym terenie mogą mieszkać ze sobą katolicy, prawosławni, Tatarzy (rdzennie polscy Muzułmanie), a kiedyś pośród nich – i to w zdecydowanej większości Żydzi, którzy podczas II Wojny Światowej zostali wymordowani.

Dziesiątki miejsc, by się zaszyć

Mówi się o Bieszczadach – że można rzucić wszystko i tam jechać. Tam mamy jednak tylko góry, a zaszycie się polega na tym, że zapewne zaszyjemy się w takim górskim domku właśnie. Podlaskie jest o tyle atrakcyjniejsze, że tutaj miejsc, w których możemy się zaszyć jest dziesiątki… Jest duża oferta agroturystyczna, z dala od miejskiego zgiełku, a także… tanie siedliska do kupienia w totalnych… dziurach!

Najwięcej pubów na mieszkańca

Jeżeli ktoś kocha nocne życie, to zapraszamy do Białegostoku. Statystycznie na każdego mieszkańca przypada najwięcej pubów. Ostatnio modne stały się lokalne piwa. Tutaj można spróbować naprawdę bardzo wielu interesujących smakowo wyrobów.

Jesteśmy przekonani, że powodów, dla których warto zamieszkać . Znacie jakieś?

Janusz kontra Krzyżacy. Historia pewnego Jelenia

Janusz kontra Krzyżacy. Historia pewnego Jelenia

Krzyżackie porachunki

Obecny herb Łomży przedstawia jelenia przeskakującego nad czterema kamieniami. Z jego powstaniem się pewna legenda. W pewien upalny dzień książę Janusz zapragnął zapolować na zwierzynę i zaspokoić swój instynkt łowcy. W eskapadzie uczestniczyli też miejscowi młodzi chłopcy, którzy odegrali w sprawie kluczową rolę. Po dłuższym czasie oczekiwania pojawił się cel. Gdy książę napiął łuk i wycelował do jelenia, chłopcy dostrzegli dziwne zachowanie zwierzęcia. Te spłoszyło się obecnością innych ludzi. To byli… Krzyżacy, którzy w krzakach czaili się na Janusza i jego kompanów. Gdy pomocnicy księcia dojrzeli przeciwników, to stwierdzili jedno – to zasadzka.

Janusz podjął natychmiastowe działania. Przypuszczenia młodzieńców bowiem okazały się słuszne. To była zasadzka. Książę przechytrzył jednak złoczyńców, atakując z zaskoczenia. Cisza towarzysząca polowaniu została przerwana krzykiem, stukotem mieczy i zbroi. Wśród konarów nawiązała się krotka potyczka. Zdezorientowani przeciwnicy nie mieli żadnych szans. Napastnikami okazali się… Krzyżacy. Las okazał się dla dziesięciu zakonników miejscem ich śmierci. Suche, martwe liście zostały skąpane ich krwią. Spłoszony jeleń i spostrzegawczość kompanów uratowała księciu życie. Na pamiątkę tych wydarzeń zwierzę umieszczono na herbie ze złotą koroną i ozdobnym wzornictwem.

Z kart historii

Początki Łomży sięgają X w. Gród usytuowany został wówczas na skarpie doliny rzeki Narew. Największy rozkwit miasta przypadł na przełom XV i XVI w. Do dnia dzisiejszego w Łomży krzyżują się  szlaki komunikacyjne północno-wschodniej Polski. Mimo że leży na terenie historycznego Mazowsza, przynależność administracyjna lokują ją w województwie podlaskim.

Co z tym herbem?

Herb Łomży został nadany już w XV w przez książąt mazowieckich. Symbolika dobrze odzwierciedlała sytuację osady, która to była otoczona przez lasy bogate w dziką zwierzynę. Prawdopodobnie herb pojawił się wraz z nadaniem praw miejskich z rąk księcia Janusza I. Najwcześniejsze wersje pochodzą z pieczęci listów wysłanych z Łomży do Gdańska w XV w. Złoty jeleń wieńczył pierwszy miejski ratusz. Widniał również na lokalnych rzemieślniczych wyrobach. Mieszkańcy musieli pożegnać się ze starym herbem w czasach guberni. Jej godłem został statek rzeczny pod żaglami na niebieskim tle. Jeleń symbolicznie wskoczył na stare miejsce  wraz z odzyskaniem niepodległości.

 

 

Jak romans zmienił się w tortury?

Jak romans zmienił się w tortury?

Jak romans zmienił się w tortury. Wizna to mała miejscowość położona nieopodal Łomży, datowana już na XI w. Gród posiadał niegdyś znaczenie strategiczne, strzegąc wschodnich granic Mazowsza i szlaków handlowych, biegnących na Litwę, Ruś i do Prus. Lokalizacja stanowiła jednak przekleństwo. Władający Wizną książęta mazowieccy, toczyli o nią boje z zakonem krzyżackim, którzy w XIII w. spalili gród. 4 wieki później ogień dosięgnął tu…czarownicę.

Jak romans zmienił się w tortury? – bo to zła kobieta była…

W 1664 r. poborca podatkowy ziemi wiskiej, Adam Jeziorkowski, zeznał pod przysięgą o niejakiej Barbarze Królce. Twierdził, że zarówno on, jak i jego dobytek padł ofiarą ciemnej magii. Nikt jednak nie znał jego faktycznych pobudek. Czyżby chodziło o nieodwzajemnione uczucie? Oskarżenia te zbiegły się w czasie z zarazą, która w ciągu dwóch miesięcy uśmierciła blisko pięć tysięcy mieszkańców. Kozła ofiarnego nie trzeba było długo szukać. Kobietę obwiniono o wszelkie zło, nawet o śmierć samej Elżbiety i Barbary Radziwiłównej. W czasie tortur, chcąc zakończyć swe cierpienia, przyznała się do wszystkich stawianych zarzutów. Egzekucja odbyła się na lokalnym rynku przy poklasku mieszkańców Wizny. Barbarę Królkę utopiono w lokalnej rzece. Według tradycji, ciało heretyka miało wypłynąć na wierzch w przypadku jego niewinności. Z kolei ciało, które zostało na dnie, oznaczało, iż wyrok był słuszny. Pozostało tylko mieć nadzieję, że nie dosięgnie nas zemsta zza grobu.

Magia pośród nas

Polowania na czarownice zaczęły się w połowie XV wieku i związane były ściśle z rozwojem ruchu reformatorskiego. Wówczas to papież Mikołaj przekazał inkwizycji prawo do badania przypadków praktykowania czarów. Tym samym w praktyce otworzył furtkę do masowych, najczęściej bezzasadnych prześladowań. Wcześniej heretyków spotykało wygnanie. Teraz czekała na nich śmierć w nieludzkich męczarniach. Uznano, że osoby nadnaturalne, które niszczą porządek świata, można było pokonać wyłącznie za pomocą siły. Karano również tych, którzy uważali czarownice za mit. Na kobiety padł blady strach. Dlaczego tylko na nie? Już samo łacińskie słowo określające kobietę – ”femina” oznaczało kogoś posiadającego mniejszą wiarę. Poza tym, jako, że Jezus był mężczyzną, przedstawiciele tej płci mieli być wolni od wszelkich podejrzeń i konszachtów z diabłem. Nic dziwnego, że owy okres nazywano ciemnymi wiekami. Wszystko to dokładnie opisywał swego rodzaju pierwszy elementarz dla łowców wiedźm, znany pod nazwą ”Młota na czarownice”.

Romeo i Julia z Łomży. Miłość z zabójstwem tle.

Romeo i Julia z Łomży. Miłość z zabójstwem tle.

Romeo i Julia z Łomży. Czy łączy coś Łomżę z włoską Weroną? Ulice tych miast były niemymi świadkami wielkiej miłości, która miała swój tragiczny finał. Romeo i Julia z Łomży, właśnie taki tytuł nosi książka Marii Kaczyńskiej wydanej w 2008 r. przez miejscowe wydawnictwo ”Stopka”.

Romeo i Julia z Łomży – miłość z zabójstwem tle

Leon Kaliwoda, czyli tytułowy Romeo, był komendantem Polskiej Organizacji Wojskowej. Dowództwo nad łomżyńskim oddziałem objął, mając zaledwie 20 lat. Przenosiny z Warszawy przyniosły mu wielkie zmiany, zarówno w życiu zawodowym, jak i prywatnym. W mieście poznał młodszą uczennicę szkoły handlowej Halinę Januszkiewiczównę – naszą łomżyńską Julię i dosyć szybko połączyło ich gorące uczucie. Dorastając w ostatnich latach zaboru, obydwoje dosyć wcześnie zaangażowali się w działalność patriotyczną, zdobywając doświadczenie w harcerstwie. W cieniu wielkiej historii rozegrał się dramat jednostek.

Symbolika

11 listopada nie dla wszystkich okazał się szczęśliwy. Parze nie było pisane doczekanie wolnego kraju. Ostatnia kula, jaką wystrzelono w Łomży, zakończyła żywot Leona Kaliwody. Miasto opuścili Niemcy, lecz Halinę opuściła jej miłość. Dziewczyna nie mogła się z tym pogodzić. Kilka dni później  przy grobie ukochanego skróciła swoje cierpienia. Strzał w głowę na nowo połączył parę, tym razem w innym świecie. Tablica upamiętniająca Leona Kaliwodę została wmurowana w miejscu jego śmierci – kamienicy Śledziewskich. Wcześniej bo w 1933 r.  na grobie komendanta postawiono okazały pomnik.Halina Januszkiewiczówna nie mogła liczyć na honory. Wśród mieszkańców, mimo wymiaru tragedii,  nie znalazła współczucia.

Powrót do przeszłości

W 2011 r., książka „Romeo i Julia z Łomży” na tyle weszła w kanony literackie Podlasia, że  postanowiono odtworzyć dramatyczne wydarzenia. Całość postanowiono uwiecznić za pomocą kamer. W przedsięwzięciu wzięła udział Grupa Rekonstrukcji Historycznej ”Narew” z Łomży,  a także Teatr Form Różnych z Zambrowa.  Największą przeszkodą przy kręceniu reportażu były reklamowe banery obecne w całym mieście, problem stanowiły też znaki drogowe. Łomżynianie wykazali duże zainteresowanie wydarzeniem, najzwyczajniej w świecie cieszyli się, że historia dotrze do większej ilości osób. Musieli przy tym też wykazać się cierpliwością, gdyż zdjęcia na cmentarzu kręcono w okresie listopadowego dnia zmarłych. Reportaż swego czasu można było obejrzeć na antenie TVP INFO I TVP Białystok.

Ludzie polubili nietoperze

Ludzie polubili nietoperze

Co roku w okresie zimowym na terenie Łomżyńskiego Parku Narodowego Dolina Narwii odbywa się swego rodzaju inwentaryzacja nietoperzy. Początki działań badaczy nie należały do łatwych. Jeszcze kilka lat wstecz, mieszkańcy niechętnie udostępniali gospodarcze zabudowania, gdzie mogły skrywać się ssaki. Obecnie z coraz większą wyrozumiałością podchodzą do działań przyrodników. Co więcej, sami są ciekawi, ile tych tajemniczych stworzeń żyje w sąsiedztwie.  Może wynika to ze strachu przed inwazją? Ludzi też, czy któryś z gatunków zadomowił się u nich na dłużej.

Kryjówki władców ciemności

Stanowiska obserwatorów ulokowane są w wielu podłomżyńskich  miejscowościach, dlatego też dzielą się na grupy po obu stronach rzeki. Nietoperze znajdują schronienie głównie w zewnętrznych prywatnych piwnicach i piątnickich fortach. Największą ilość odnotowuje się jednak w piwnicach dawnego browaru. Liczenie nietoperzy nie jest łatwym zadaniem. Wymaga też niemałej odwagi. Obserwatorzy, uzbrojeni tylko w latarki,  na swej drodze napotykają chłód i wilgoć. Ciemność może skrywać poza tym niemiłe niespodzianki. Zwierzęta często kryją się w szczelinach, co utrudnia liczenie. Postępowanie z nietoperzem powinno trwać jak najkrócej. W przeciwnym razie możemy go obudzić. Obowiązuje więc zasada – patrz, ale nie dotykaj. Nie zazdrościmy nikomu, kto musiał wyplątać zwierzę ze swych włosów.

Nic na ślepo

Aby monitoring był skuteczny należy przestrzegać kilku zasad. Termin spisu powinien pokrywać się z tym sprzed roku. Jeśli to nie możliwe, ustala się dwutygodniowy przedział czasowy. Dzięki temu badacze uzyskają większą przewidywalność wyników. Optymalnym rozwiązaniem jest wysłanie do konkretnego obiektu osoby, która wcześniej już go poznała.  Liczący, w ciągu pierwszych kilku sezonów poznaje obiekt, zna rozmieszczenie np. szczelin, w których mogą zimować nietoperze. Jeśli musi nastąpić zmiana liczącego, dobrze by było, żeby zastąpił go ktoś, kto uprzednio towarzyszył mu w przynajmniej 1-2 liczeniach.

 

Grodzisko skrywa sekret

Grodzisko skrywa sekret

Niecałe 5 km od Łomży natkniemy się na ślady dawnego grodziska. Według badań archeologicznych istniało one do XIII w. Z dawną osadą obronną wiąże się legenda o patronce jednego ze wzgórz – Królowej Bonie. Miała ona straszyć mieszkańców, ukazując się po śmierci. Według jednej z wersji zamek zapadł się pod ziemię wraz z ogromnym skarbem. Można jedynie domyśleć, jakie bogactwa zostały pogrzebane.

 

W ten sposób z dóbr nie mógł skorzystać syn królowej, który popełnił mezalians, żeniąc się z biedną sierotą. Kosztowności do dnia dzisiejszego ponoć strzegą duchy. Klątwa mogłaby się skończyć dzięki mszy, na którą przyszłaby procesja z łomżyńskiej fary. Nikt z procesji jednak nie może wrócić do miasta po naczynia do nabożeństwa. Jeden z takich pochodowych skończył się fiaskiem z powodu niespodziewanego pojawienia się świni wystrojonej w ornat. Mszę na wzgórzu św. Wawrzyńca odprawia się również współcześnie, lecz do tej pory nie odnaleziono skarbów.