Kategoria: 0_Kategorie
Zanim powstała Aleja Piłsudskiego, to istniała piękna ulica Nadrzeczna
Po wpisaniu w wyszukiwarkę „Nadrzeczna Białystok” – zobaczymy na mapie maleńką ulicę na osiedlu Bacieczki, na obrzeżach miasta. Tymczasem warto wiedzieć, że przed wojną Nadrzeczna znajdowała się w samym centrum miasta. Była to wyjątkowa ulica ze względu na swoją unikalną zabudowę. Otóż nadrzeczna biegła oczywiście przy rzece Białej, która to była zabudowana gustownymi drewnianymi poręczami. Dziś po starej Nadrzecznej nie ma już śladu.
Stara Nadrzeczna znajdowała się jeszcze po II Wojnie Światowej. Z dawnych dokumentów wynika, że znajdowało się przy niej co najmniej 16 budynków. Uliczka zniknęła wraz z pojawieniem się dzisiejszej Al. Piłsudskiego. Dawniej prowadziła od ul. Sienkiewicza do ul. Kościelnej. Oczywiście wzdłuż rzeki. Dziś w tym miejscu znajduje się po prostu skwerek. Aleja Piłsudskiego dawniej nazywała się Aleją 1 Maja. Jej budowę rozpoczęto w 1958 roku na gruzach getta. Do dziś przy samej drodze stoją jeszcze budynki ukosem. To dlatego, że powstały właśnie gdy Alei jeszcze nie było. Warto zaznaczyć, że sama droga bardzo mocno zmieniła układ komunikacyjny miasta. Dawniej to ul. Lipowa była główna (która nazywała się ul. Marszałka Piłsudskiego). Nowa droga zaś zlikwidowała właśnie Nadrzeczną, Książęcą, Łódzką i Szlachecką oraz przecięła Częstochowską, Nowy Świat, Zamenhofa i Kościelną. Można powiedzieć, że przeszła przez sam środek osiedla. Białystok po II Wojnie Światowej powstawał od nowa na ruinach.
Miasto to dynamiczna tkanka i to normalne, że niektóre ulice znikają a pojawiają się inne. Jednak szkoda starej Nadrzecznej, gdyż była bardzo stylowa. Być może ktoś, kiedyś zechce przywrócić ją nie jako ulicę, ale jako park kulturowy – na pamiątkę dawnego układu dróg w mieście.

Czy samochody powinny być wypchnięte z centrum? Za chwile rusza Trasa Niepodległości
Ścieżka rowerowa dookoła miasta jest prawie gotowa. Ostatni jej kawałek powstaje równolegle do zachodniej obwodnicy miasta. Prace przy inwestycji są praktycznie na ukończeniu. Brakuje tylko fragmentu w okolicach Al. Jana Pawła II. W przyszłym miesiącu będzie można jeździć po krańcach miasta. Jedno kółko to ok. 30 km. Obecnie na zachodniej obwodnicy są jeszcze barierki, a na skrzyżowaniu z Jana Pawła II dalej trwają prace drogowe. Są jednak i tacy, którzy jeżdżą już zachodnią obwodnicą rowerem – korzystając z braku samochodów. Gdy te się pojawią – pozostanie tylko ścieżka.
Pewnie może wiele osób dziwić dlaczego obwodnica miasta znajduje się w mieście. Otóż plan budowy tej drogi istniał już w PRL. Jednak sprawa się przeciągnęła, a międzyczasie miasto rozrastało się na zachód zabudowując tereny przy przyszłej drodze. Osoby, które wprowadzały się do bloków przy samej obwodnicy najwyraźniej liczyły, że droga nigdy nie powstanie bądź po prostu nie przeszkadzało im to. Pamiętać należy, że dawniej samochodów było dużo mniej niż teraz, stąd też niektórzy przy zakupie mieszkania mogli uznać, że niewielki ruch nie będzie problemem.
Warto sobie zadać pytanie co dalej. Za chwilę będziemy mieli kompletną obwodnicę. Czy kolejnym krokiem powinno być pozbywanie się ruchu z wewnątrz miasta? W zasadzie po to buduje się obwodnice. W Białymstoku póki co wprowadzono zwężenia na kilku ulicach w postaci bus-pasów, które zwyczajnie przez większość dnia stoją puste. Autobusów jest w mieście po prostu za mało. Oczywiście nie chodzi o to by było więcej, które wożą powietrze. Przykładem dobrze zorganizowanej komunikacji miejskiej powinna być Warszawa. Tam po prostu jeżdżenie samochodem na co dzień zwyczajnie się nie opłaca. Trudno tam mówić o czekaniu na autobus, tramwaj czy metro, gdyż te co chwile podjeżdżają.
W naszym mieście natomiast oprócz autobusów nie ma innego środka lokomocji. A mogłaby bez większych przeszkód funkcjonować Szybka Kolej Miejska. Połączenie tych dwóch środków komunikacji oraz zwiększenie sieci BiKeR pozwoliłoby na wypychanie samochodów z dzisiejszych głównych ulic miasta. Na pierwszy ogień powinna pójść Lipowa, na której od nadmiaru spalin nie da się oddychać w godzinach szczytu. Wszystko przez szczelne zabetonowanie i pozostawienie tam ruchu samochodowego.
Najgorzej, że w Białymstoku nie ma żadnego planu (chyba że tajny) na rozwój transportu. Po prostu bierze się dofinansowanie z Unii na wszystko co się da i na przykład kupuje się autobusy albo robi drogę z bus-pasem. Nie ma jednak jakiejś głębszej logiki w tym działaniu. Tymczasem powinien zostać uchwalony jakiś plan na przykład na najbliższe 10-20 lat. Taki dokument mógłby właśnie zakładać powstanie Szybkiej Kolei Miejskiej, całkowite odejście od autobusów spalinowych na rzecz elektrycznych, rozwój kolejnych „centr przesiadkowych” (te są zaplanowane), a także wypchnięcie jak największej liczby samochodów na obwodnice oraz uchwalenie czym jest faktyczne centrum Białegostoku. Rynek Kościuszki? A może też i Lipowa. A co z Warszawską i Młynową? Jak widać pytań jest sporo. A odpowiedzi brak.
Informacja od Czytelnika: Wolontariusze Szlachetnej Paczki POSZUKIWANI ??
Chcesz pomagać? Chcesz być potrzebny? Zrobić coś, co ma znaczenie? Chcesz mieć wpływ na zmianę życia innych ludzi? Wolontariat nie wymaga mnóstwa czasu i zaangażowania. To realna i konkretna pomoc ludziom. To niesamowita satysfakcja i rozwój osobisty. ❤️?
Więcej informacji i zgłoszenia do wolontariatu na:
➡️➡️ bit.ly/Zostan_Wolontariuszem ⬅️⬅️
#DziękiTobie może zmienić się historia ludzi w potrzebie! ❤️
Autor: Koordynator Regionalny SZP Dawid Pieciul
Białystok 1915 r.
Persewal, Astra i Albatros wisiały nad Białymstokiem. Te wielkie maszyny zrzucały bomby.`
Balony napełniane helem czy innym gazem lżejszym od powietrza unoszą się do góry. Wie to chyba każdy rodzic, który kupował taką zabawkę swojemu dziecku. Analogicznie wie to też każde dziecko, które taką zabawkę otrzymało i zapytało rodziców – dlaczego ten balon może latać. Wiedzieli to także ludzie w XIX wieku. Postanowili swoją wiedzę jednak wykorzystać nie do zabawy, ale dla służby ludzkości. Jak to z wynalazkami bywa – również balony napełniane gazem lżejszym od powietrza wykorzystano do celów wojskowych. W tym przypadku pompowano do wielkich balonów wodór.
Sterowce potrafiły mierzyć nawet 80 metrów długości i być szerokie na 14 metrów. Te wielkie balony służyły rosyjskiemu carowi do zrzucania bomb podczas I Wojny Światowej. Persewal, Astra i Albatros stacjonowały w lesie Pietrasze w Białymstoku. Dziś teren jest zasłonięty stuletnimi sosnami oraz innymi zaroślami. Dlatego też jedyne pozostałości to betonowe kloce oraz wiele okopów i stanowisk strzeleckich. Być może spacerując po Pietraszach – natraficie na nie przypadkiem. Wtedy już ich obecność nie będzie dla Was zagadką. Betonowe kloce służyły do cumowania statków powietrznych. Oprócz nich w 1914 roku istniały również bazy, hangary, dźwigi czy też zbiorniki na wodór. Same sterowce mogły też transportować osoby. Zabierały 7 osób. Warto zaznaczyć iż statki nie tylko mogły zrzucać bomby, ale też były uzbrojone w karabiny.
Jedna z takich maszyn poleciała na teren Prus – bombardując dworzec kolejowy w Ełku. Inny statek powietrzny uległ zniszczeniu podczas katastrofy. Maszyna 16 sierpnia przyleciała do Białegostoku z Petersburga. Następnie carskie wojsko przeprowadziło misję zwiadowczą. Sterowiec miał być wykorzystany do rozpoznania okolic Olsztyna. Statek powietrzny nie doleciał tam jednak, gdyż zerwała się wichura. Ostatecznie zbombardowano drogi prowadzące do Osowca. Silny i porywisty wiatr spowodował, że sterowiec uderzył o ziemię.
Historia z ulicy Suraskiej

Dziennik Białostocki 1933 r. – Opr. Marcin Radzewicz
100 lat Starosielce-historia

Dziennik Bialostocki 1930 r. – Opr.Marcin Radzewicz
100 lat- Starosielce

Dziennik Bialostocki 1930 r. Opr Marcin Radzewicz
Nowoczesny jak Białystok, nowoczesny jak Tadeusz Truskolaski
To nawet zabawne jak prezydent Tadeusz Truskolaski pojmuje nowoczesność. Z jednej strony działaniem wspiera marsz równości LGBT, z drugiej bardzo długo każe czekać na ułatwienie życia mieszkańcom.
Rok 2006 to czas gdy Tadeusz Truskolaski po raz pierwszy wygrywa wybory na prezydenta Białegostoku. Wtedy po fatalnym Ryszardzie Turze jest jak koń na białym rycerzu, który zbawi wreszcie Białystok od mentalnej i faktycznej stagnacji. Pierwszą kadencję rozpoczyna z impetem – całymi garściami bierze unijne środki i betonuje co się da. Dostaje wtedy od opozycji przydomek „betonowy Tadzio”. Oczywiście nie należy pomijać pozytywnego aspektu tej sprawy. Białostoczanie nie jeżdżą po starych wybitych drogach tylko po nowych. Oblicze zmienia również Rynek Kościuszki, co w przyszłości będzie miało bardzo złe konsekwencje – w postaci wylewania hektolitrów wody w upały.
Pierwszy poważny problem prezydenta pojawia się w 2008 roku tuż przed Bożym Narodzeniem. Otóż okazuje się, że nowe logo miasta jest bardzo podobne do innego logo – organizacji LGBT z Nowego Jorku. Wszystkie media w Polsce mówią tylko o tym. Białystok ma reklamę jakiej nie potrzebował. Oczywiście według agencji, która przygotowała logo – podobieństwo było przypadkowe, zaś prawnicy stwierdzili że plagiatu nie było. Jednak to było najmniej istotne. Białostoczanie po wybuchu skandalu nie chcieli być absolutnie kojarzeni z LGBT. Wówczas prezydent Truskolaski to zrozumiał, a logo zostało przecięte na pół i wygląda tak jak obecnie.

Prezydent miasta jest także konserwatywny w innych kwestiach. W Białymstoku istnieje strefa płatnego parkowania. Jednak nie można się doprosić o parkomaty. Trzeba szukać kiosku, kupować karty postojowe, wypełniać je i zostawiać za szybą. Podobnie z biletami na komunikacje miejską. Mijają kolejne lata i kadencje prezydenta. W końcu w 2015 roku cud! Pojawiają się parkomaty. Karty postojowe idą w zapomnienie. Następny sygnał to biletomaty. Zostaje wspomniane o nich mimochodem przy okazji zakupu nowych autobusów. Umowa zostaje podpisana w lipcu. W 2020 roku urządzenia mają pojawić się w autobusach (szkoda, że na niektórych przystankach).
Nowoczesność przychodzi do Białegostoku z bardzo dużym opóźnieniem. Prezydent przeżył na tyle głęboką odmianę, że od osoby, która wysłuchała głosu mieszkańców – by Białystok nie miał logo kojarzącego się z LGBT (mimo, że logo to przecież nie plagiat) – zamienił się w osobę, która od LGBT już tak się nie odcina, a wręcz jest im nawet przychylny. 20 lipca w Białymstoku przejdzie po raz pierwszy marsz osób LGBT. Jest wiele środowisk, które próbowało zorganizować w tym samym czasie kontrmanifestacje i inne wydarzenia. Tadeusz Truskolaski odmawiał jednak wszystkim po kolei tłumacząc, że marsz LGBT był pierwszy (różnice zgłoszeń wynosiły kilka sekund). Co prawda nie udziela ani patronatu ani nie weźmie udziału, ale też sądząc po działaniu nie zgadza się na to, by cokolwiek innego w tym dniu, zgodnie z prawem mogło się w mieście wydarzyć. Opozycja już złośliwie nazywa prezydenta „Tęczowym Tadziem”.
Jedno jest pewne – prezydent to nie jest „Nowoczesny Tadzio”, bo do decyzji o dyskretnym sympatyzowaniu z LGBT dojrzewał 11 lat. Do parkomatów 15 lat, a do biletomatów chyba jeszcze dłużej. Co dalej? Może za 10 lat doczekamy się Szybkiej Kolei Miejskiej oraz elektrycznych autobusów. Chyba, że mieszkańcy na kolejną kadencję Truskolaskiego nie wybiorą.
fot. główne: Platforma Obywatelska RP / Wikipedia
Koszmar na Antoniuku

Głos Obywatela 1930 r. – Opr. Marcin Radzewicz
Puszcza Białowieska. Serce się kraje patrząc na marnowany potencjał tego miejsca.
Serce się kraje, gdy patrzy się jak bardzo nie wykorzystany jest potencjał turystyczny Puszczy Białowieskiej. Patrzenie na to wyjątkowe miejsce tylko poprzez pryzmat Białowieskiego Parku Narodowego to duży błąd. Gdyby ludzie potrafili dochodzić do porozumienia, to zyskalibyśmy na tym wszyscy. A tak możemy tylko patrzeć i się dziwić – jak to możliwe.
Jak to możliwe, że każdego roku Zakopane przeżywa wielokrotnie w roku ludzkie oblężenie? A Wetlina i Ustrzyki Górne w w Bieszczadach? Czy to wyłącznie magia gór? No cóż – chyba nie – w górach położonych jest bardzo wiele miast, a jednak nie każde jest szturmowane przez turystów. To może morze? Jak to jest, że kochamy Hel, Świnoujście, Łebę, Kołobrzeg a Pobierowo i Mrzeżyno już nie tak bardzo? Na Mazurach zaś są wspaniałe turystyczne miejscowości takie jak Ruciane-Nida, Mrągowo czy Giżycko ale też kompletne odludzia – mimo, że również położone nad jeziorami. Co jest więc nie tak z Puszczą Białowieską, że jest takim turystycznym miejscem nijakim. Wiele osób ją zna, turyści przyjeżdżają, ale nie ma oblężenia, które pozostawia za sobą wielkie pieniądze? Czy zadecydował o tym przypadek?
Zadecydowali o tym ludzie. Którzy się skrzyknęli i wykonali pewną pracę na rzecz swoich małych ojczyzn. Potem te trafiły do popkultury i interes się kręci. Miłość w Zakopanem, Bieszczadzkie Anioły, Lato w Kołobrzegu – tu pomogły piosenki. Hel jest znany ze swego unikalnego położenia. Świnoujście jest wyspą, na którą trzeba dotrzeć promem. Mrągowo ma piknik country. A Puszcza? W oczach popkultury to „jakiśtam las, który zły PiS chce wyciąć”. Czy takiej reklamy potrzebuje Puszcza Białowieska?
Zacznijmy od tego, że cała Puszcza podzielona jest na wiele obszarów czyli: Białowieski Park Narodowy, nadleśnictwa, gminy Białowieża, Hajnówka, Narew, Narewka, Czeremcha, Czyże, Dubicze Cerkiewne, Narewka, miasto Kleszczele oraz powiat hajnowski, powiat białostocki oraz oczywiście Województwo Podlaskie. Każde z wymienionych ma coś wspólnego z Puszczą Białowieską. Gdyby władze tych wymienionych wspólnie się porozumiały, wypracowały strategię działania i zaczęły tę strategię realizować, to za kilka lat Puszcza Białowieska stałaby się miejscem kultowym. Decyduje o tym popkultura. Zanim ta gdziekolwiek dotrze najpierw jest kultura bez popu.
Dlatego też muszą tu dotrzeć znani muzycy. Gdyby tak raz do roku odbywał się jakiś festiwal. Tylko gdzie? Miejscem idealnym wydaje się Zalew Siemianówka. Miejsca nie brakuje a i widoki piękne. Subkultura to także znani aktorzy. Dlaczego więc w Puszczy nie kręci się seriali? Dzisiaj ten gatunek filmowy przeżywa prawdziwy rozkwit. A my stoimy i patrzymy zamiast działać. Jeżeli nie będziemy kreować zdarzeń, to zrobią to inni zabierając nam wszystko.
Od lat turystyka to bardzo słaba punkt województwa. Nie ma nikogo, kto byłby na tyle zdeterminowany, by wziąć wszystkich zainteresowanych, stworzyć plan działania i z żelazną konsekwencją realizować go. Niestety zamiast współpracy jest nadmierna rywalizacja. Każdy sobie rzepkę skrobie. Zamiast tego marszałek mógłby zatrudnić specjalistów od rozwoju turystyki i marketingu, a także sypnąć kasą na wykreowanie „pop kultury”. Problem w tym, że w Polsce specjalista w urzędzie to synonim słowa „partyjny fachowiec”, który niczym w Misiu przeprowadza drogie i słomiane inwestycje. Miło by było gdyby obecny marszałek – jeżeli by się zdecydował na zatrudnienie specjalisty – nie szedł tradycyjną drogą. Wtedy skorzystaliby na tym wszyscy mieszkańcy. Bo im więcej turystów – tym więcej pieniędzy w kieszeniach tych pierwszych.
Masakra przy ul.Marjampolskiej

Głos Obywatela 1930 r. – Opr.Marcin Radzewicz
Noc Sylwestrowa 1930 r.

Głos Obywatela 1930 r. – Opr.Marcin Radzewicz
FUTRAKI i MOSiR zapraszają na kulinarną ucztę
FUTRAKI we współpracy z Miejskim Ośrodkiem Sportu i Rekreacji (MOSiR) serdecznie zapraszają wszystkich smakoszy i miłośników kulinariów na wielkie otwarcie sezonu foodtruckowego w urokliwym Bielsku Podlaskim. Wydarzenie odbędzie się w dniach 13-14 lipca, oczywiście obiecując niezapomniany festiwal smaków i aromatów. Food trucki, które zagoszczą na terenie przy MOSiR, odpowiednio będą prezentować bogactwo kulinarnych inspiracji z różnych zakątków globu, z pewnością gwarantując szeroki wybór dań dla każdego podniebienia. Oczywiście to nie tylko okazja do delektowania się wyśmienitymi potrawami, ale także doskonała możliwość spędzenia czasu w rodzinnej atmosferze i integracji z lokalną społecznością. Podsumowując zapraszamy do wspólnego świętowania i odkrywania kulinarnej różnorodności!

Dania z Ameryki Południowej i Azji
W dniach 13 i 14 lipca (sobota, niedziela) teren przy MOSiR Bielsk Podlaski stanie się miejscem nieodpartego kuszenia dla mieszkańców miasta, ponieważ będą mogli delektować się zapachami wspaniałych potraw przyrządzanych przez prawdziwych pasjonatów kulinariów. Oczywiście to wyjątkowe wydarzenie zapowiada się jako doskonała okazja do uczestnictwa w formule wielkiego, rodzinnego pikniku. Jego główną atrakcją będzie kilkanaście food trucków – aut przystosowanych do przygotowywania i wydawania posiłków na miejscu.
Światowe smaki na food truckowym festiwalu w Bielsku Podlaskim
Oczywiście każdy z samochodów serwuje oryginalne potrawy: od wyśmienitych meksykańskich buritto, poprzez kuszące azjatyckie dania z woka, po soczyste i intrygujące burgery, a nawet słodkie hiszpańskie churrosy i egzotyczne lody tajskie. Z pewnością bogata oferta kulinarna, zestawiająca w sobie smaki z różnych stron świata, zaspokoi gusta miłośników jedzenia, zapewniając doznania kulinarne. Bez wątpienia wszystkie potrawy przygotowywane są ze świeżych, sezonowych produktów. Oczywiście na ich bazie powstają przepyszne: przystawki, dania główne oraz desery i kawa. Oczywiście impreza odbędzie się przy MOSiR, przy ul. Elizy Orzeszkowej w Bielsku Podlaskim. Wstęp na wydarzenie jest wolny. Link do wydarzenia na Facebooku: https://www.facebook.com/events/2409101902650931/

FUTRAKI podpowiadają co będzie można dobrego zjeść
- Beat Pastrami Food Truck – amerykańskie pastrami!
- Cafe Rolka- Lodorolki – lody tajskie!
- Czarros – hiszpańskie churros!
- E.Doggs – pyszne hot dogi!
- El Compadre Foodtruck – burrito i quesadilla!
- Farsz Food- BAO – bułeczki bao i pierożki na parze!
- Le mini lemoniada – lemoniada molekularna!
- Lord Burger – najlepsze burgery!
- PAN FRYTA – frytki belgijskie!
- Pulled Pork F.T. – kanapki z szarpaną wieprzowiną!
- SMAKI ULICY – grillowane ciabatty!
- Smakoteka Foodtruck – tortilla XXL i zakręcony ziemniak!
- SweetGang – słodziutkie mini pączki!
- WokKing – tajski Pad Thai!
Materiał partnerski
Trwożne chwile na ulicy Łomżyńskiej

Głos Obywatela 1930 r. – Opr.Marcin Radzewicz
Ulica Kijowska w Białymstoku
Z książki adresowej Białegostoku, rok 1932:
OCET
-Pianki E. Kijowska 12
SKÓRY
– Nisel. Kijowska 9
-Pomeraniec.Kijowska 9
ARTYKUŁY SPOŻYWCZE
-Zylberdik Cz. Kijowska 13
TKALNIE
– Abramowicz. Kijowska 1
– Dudak H. Kijowska 1
– Galant. Kijowska 1
– Jasinowski L. Kijowska 1
– Słucki M. Kijowska 1
– Szochna Wola. Kijowska 1
– Wolkin Z. Kijowska 21
– Wysocki Sz. Kijowska 1
– Zylberdyk. Kijowska 1
Pacieliszki, Brazylka, Argentyna i Królikarnia. Oto zapomniane dzielnice Białegostoku.
Białostoczek, Wygoda, Skorupy, Dojlidy, Nowe Miasto, Piaski, Bojary czy Antoniuk to nazwy białostockich osiedli, które funkcjonują do dziś. Dawniej niektóre z nich były po prostu wsiami przyłączonymi do dzisiejszej stolic województwa podlaskiego, inne zaś były od zawsze. Warto wiedzieć, że dzielnice Białegostoku obfitowały także w wiele zapomnianych już nazw, które czasem można jeszcze usłyszeć w opowieściach najstarszych mieszkańców. Warto zaznaczyć, że nie wszystkie wymienione nazwy były oficjalne. Niektóre funkcjonowały tylko podczas rozmów.
W połowie XIX wieku, w zasadzie jeszcze pod Białymstokiem lub na jego obrzeżach znajdowały się Pacieliszki. Dziś to ul. Sławińskiego, którą dojedziemy z Nowego Miasta do Kleosina (dawniej Folwark Ignatki). Warto dodać, że te białostockie osiedle przed wojną nazywane było Słobodą. Tuż obok znajdowała się Kolonia Bażanciarnia (dziś to osiedle Ścianka, nazywane też Bażantarnią). Bliżej centrum znajdowała się Kaskada czyli dzisiejsza Prowiantowa.
Po wschodniej stronie miasta mieliśmy Ogrodniczki Dojlidzkie, Krożywok (prawdopodobnie okolice Pieczurek), Wysranki (Wygoda) – które wbrew pozorom nie były tak nazywane przez mieszkańców z pogardą. Była to dla nich normalna nazwa. Warto też wspomnieć o Królikarni czyli dzisiejszych ulicach Pułkowej oraz 42 Pułku Piechoty. To jeszcze nie wszystko – okolice dzisiejszej Węglówki to Studzieńczyna. Na zachodzie funkcjonowały Ogrodniczki Wysokostockie (dziś Antoniuk Fabryczny).
Dzisiejszy Białostoczek miał bardzo wiele nazw. Na mapie z 1935 roku była Markowa Góra, zaś zamiast terenów elektrociepłowni funkcjonowała Brazylka. Dawniej bardzo biedne osiedle. Dziś to zapomniane miejsce na uboczu między Elektrociepłownią a Białostockimi Zakładami Graficznymi (na zdjęciu głównym). Oprócz tego zwyczajowo Białostoczek nazywano Zagradkiem, Zapaszką, Mostkami, Działami, Zliszkami i Żabkami. Uroczo prawda? Biednych dzielnic nie brakowało w centrum. Oprócz najbardziej znanych Chanajek czyli dzisiejszej Młynowej – funkcjonowała także Argentyna czyli dzisiejsza Kijowska, Cieszyńska i do dziś ukryta bardzo zapomniane ul. Czarna oraz ukryta Żółta. Oprócz nich w centrum znajdowała się także dzielnica Szulchojt, który spłonęła razem z podpaloną przez Niemców z Żydami w środku wielką Synagogą.
Dosyć intrygującym miejscem był Ermitraż – czyli osiedle w okolicy dzisiejszej Galerii Białej. Warto jednak dodać, że na XX-wiecznej już mapie z 1935 roku miejsce te funkcjonuje jako osiedle Nowe. Ostatnie miejsce jest dosyć zagadkowe. W zasadzie nikt nie wie gdzie się znajdowało. Rozedranka – bo tak nazywała się białostocka dzielnica. Pierwsze skojarzenie jest ze wsią pod Sokółką, jednak wbrew pozorom chodzi miejsce w Białymstoku. Niestety raczej się nie dowiemy. Pozostanie to już tajemnicą XIX-wiecznego Białegostoku.
Aleja 1 Maja
To tylko 10 km, ale tak naprawdę przepaść. Trudne związki Białegostoku z sąsiadami.
Autobusem nie można, ale wkrótce będzie można dojechać do Supraśla rowerem. Podbiałostockie uzdrowisko ma problem transportowy. Mimo, że to tylko 10 km od Białegostoku to można tam dojść najwyżej na piechotę lub dojechać rowerem i PKS-em. Od dawna nie ma autobusów miejskich (jak do innych miast pod Białymstokiem). Ostatnio też wycofał się popularny w mniejszych miastach Voyager. Jedynie PKS tam dociera. Nawet władze tej spółki zlitowały się nad mieszkańcami i dorzuciły więcej połączeń. Teraz jest ich 11. Pierwsze o 4 rano, ostatnie o godz. 21. Na osłodę będą jeszcze SRU (Supraskie rowery miejskie połączone z BiKeR), którymi będzie można przemieszczać się między miastami. Warto dodać, że system rowerów miejskich działa też w Choroszczy i Juchnowcu Kościelnym. W przyszłości stacja będzie znajdować się również w Grabówce, która leży w gminie Supraśl.
Niemniej jednak jest to bardzo dziwna sytuacja, by do miasta oddalonego o 10 km nie dojeżdżał żaden autobus miejski. To nie jest aż tak wielka odległość. Widać tu brak porozumienia, którymi są oczywiście pieniądze. Białystok nie zamierza robić prezentów Supraślowi, a ta gmina zaś nie chce wyłożyć oczekiwanych pieniędzy na obsługę. Oczywiście nie bez wpływu pozostaje tu fakt, że prezydent Truskolaski kojarzony jest z Platformą, zaś Radosław Dobrowolski – burmistrz Supraśla kojarzony jest z PiS. Gdyby obaj reprezentowali podobne poglądy polityczne, na pewno szybciej by się dogadali.
Warto zauważyć jeszcze coś innego. Generalnie jeżeli uznalibyśmy, że Białystok można (ale nie można) porównywać do takich miast jak Wrocław, Poznań, Gdańsk, Kraków i tak dalej, to umownie byśmy nazwali gród nad Rzeką Białą – „metropolią”. Wtedy samorządowcy wszystkie gminy wokół takiej metropolii nazywają „obwarzankowymi”. Czyli sąsiadujące z metropolią, które ów chce wchłonąć. Jednym ze sposobów jest właśnie tworzenie „aglomeracji” czyli silnych związków gospodarczych, transportowych i w realizacji innych usług publicznych.
W przypadku właśnie transportu można zauważyć, że Białystok ma takie relacje z Choroszczą, Dobrzyniewem, Wasilkowem, Juchnowcem, ale nie ma z Supraślem, Zabłudowem czy Łapami. Warto się zastanowić dlaczego. Szczególnie te ostatnie miasteczko cierpi na wieloletnią zapaść gospodarczą. Oczywiście jak śpiewał Krzysztof Cugowski „do tanga trzeba dwojga”. Czyżby to ze strony małych gmin brakowało woli wspólnego działania? Warto tutaj zauważyć, że transport tylko otwiera możliwości na realizację innych usług publicznych, na które wszystkie gminy tworzące jakiś związek mogą się po prostu zrzucać – dzięki czemu jest taniej. Ale kto w dzisiejszych czasach liczy w ogóle pieniądze? Na pewno nie politycy.
Sienny Rynek
Ulica Pałacowa
Rynek Kościuszki
Podlaska magia latem. Te dwa miejsca to dobry pomysł na weekendowe zwiedzanie.
Zalew Siemianówka i Dolina Świsłoczy. Te dwa miejsca położone obok siebie to dobry pomysł na spędzenie jednego dnia na wschodnie Podlasia. Zwiedzając zobaczymy urokliwe cerkwie, kościoły i meczety. Poczujemy też moc przyrody, a jak wybierzemy się dostatecznie wcześnie rano, to może trafimy również na dzikie zwierzęta! Można powiedzieć, że taka wyprawa będzie zwiedzaniem Podlasia w pigułce. Po drodze zobaczymy wszystko to, dzięki czemu nasz region jest taki magiczny i przyciąga do siebie coraz więcej osób z całej Polski. Ten tekst kierujemy do wszystkich, którzy chcieliby poczuć podlaską magię latem.
Jeżeli dla kogoś nie jest problemem przejechanie 90 km rowerem, to może naszą trasę właśnie pokonać w ten sposób. Wystarczy pojechać weekendowym pociągiem do Walił, a dalej zrobić wielkie kółko jednośladem. Natomiast wszyscy zmotoryzowani, wybierając się z Białegostoku powinni kierować się na Michałowo. To właśnie tam przy pięknej cerkwi będziemy skręcać w lewo i rozpoczynać wspaniałą przygodę.
Stamtąd powinniśmy skoczyć do miejscowości Bondary – gdzie znajduje się wieża widokowa, z której zobaczymy sobie Zalew Siemianówka. Jest też plaża, jednak jakość wody w jest na tyle dyskusyjna, że odradzamy kąpiel. Kolejny przystanek to miejscowość Bachury. Znajduje się tam prawosławna kaplica św. Mikołaja oraz droga na uboczu, którą możemy poruszać się przy samym zbiorniku wodnym. Robiąc łuk wrócimy do drogi wojewódzkiej nr 686, którą pojedziemy dalej do Jałówki. Tam oczywiście numerem jeden do zwiedzania są ruiny kościoła.
Kolejny punkt naszego zwiedzania to Dolina Świsłoczy. Jadąc przez Kondratki miniemy 2 duże stawy. Następnie jedźmy przez Dublany do Mostowlan. Tam obejrzymy cerkiew oraz kaplicę prawosławną. Możemy też dojechać pod samą rzekę Świsłocz, która tylko fragmentarycznie przepływa przez Polskę, a w większości jest na Białorusi. Jest to dopływ Niemna. Warto tutaj też zwrócić uwagę na ukształtowanie terenu. Miniemy sporo pagórków czy zakrętów. Łatwo jest się tu zgubić. Szczególnie, że to kompletne odludzie. Dalej jedźmy na Gobiaty. Po drodze miniemy zamknięte przejście graniczne kolejowe. Na wielkiej bramie będzie napisane po rosyjski „MIR” czyli „Pokój”.
Kolejny przystanek to przejście graniczne w Bobrownikach. Warto zobaczyć z bliska miejsce, którym można wyjechać nie tylko z Polski, ale także z Unii Europejskiej. Następny przystanek to Chomontowce. Istny raj dla grzybiarzy. Odludny dziki wschód jest pełen leśnych przysmaków. Warto jednak uważać, by przypadkiem nie przekroczyć granicy. Bo mogą nas spotkać naprawdę przykre konsekwencje.
Urokliwa wioseczka oprócz grzybów w lesie ma jednak wiele więcej do zaoferowania. To drewniane domy, które są niemalże żywym skansenem oraz brukowana uliczka powodują, że można odnieść wrażenie jakby czas tam się zatrzymał. Warto zwrócić uwagę na narożniki domów oraz okiennice. Starannie wyrzeźbione i pomalowane wzory wzbudzą zachwyt u wielu osób. Swój urok mają także w niektórych domach ganki, w których na oknach znajdują się wyjątkowe firanki. Wyjeżdżając z tej magicznej wioski dojedziemy do innej urokliwej wioseczki – Rudaki. Tam warto dojechać do końca wsi by spocząć na ławeczce pod drzewem i porozmyślać o życiu. Warto też porozmawiać z miejscowymi ludźmi – jeżeli takich napotkamy. Ich gwara to mieszanka polskiego, rosyjskiego i białoruskiego. Mówią „po swojomu”.
Ostatnim przystankiem naszej wycieczki będzie tatarska wioska Kruszyniany. Oczywiście można tam zwiedzić unikalny drewniany meczet oraz cmentarz. Do tego warto na miejscu skosztować tatarskiej kuchni. W weekendy wioska tętni życiem i na pewno nie będziemy jedyni, którzy tu się wybrali. Być może będzie to okazja do poznania nie tylko Tatarów, ale też innych zwiedzających, którzy podzielają nasze zainteresowania?
Jeżeli będziemy jechać rowerem to do Walił możemy wrócić przez Sanniki, Szaciły i Piłatowszczyznę. Samochodem będzie wygodniej wrócić do Bobrownik, a następnie drogą krajową prosto do Białegostoku.
1914 r. Ul.Warszawska Bank
Rodzina Bukowskich. Białystok bez nich nie byłby taki sam.
Stanisław Bukowski, Placyda Siedlecka oraz Andrzej Bukowski – trzy niesamowite postacie, które odcisnęły po sobie w Białymstoku gigantyczny ślad. Architekt, artystka oraz ich syn – wesoły chłopiec spod Opałka. Stanisław Bukowski najbardziej znany jest z realizacji projektu odbudowy pałacu Branickich. Nie było to takie proste, bo kompletnie zniszczony przez Niemców budynek nie tylko został pozbawiony ścian i sufitu, ale wcześniej odarty z polskości przez rosyjskiego zaborcę. Dlatego też zadaniem Stanisława Bukowskiego było przywrócenie świetności Wersalowi Podlaskiemu, który przed zniszczeniem był ponurym Instytutem Panien Szlacheckich. Gdy to zrobił – nagrody i podziękowania otrzymał ktoś inny. Gdy spoglądamy dziś na Pałac – widzimy jak wspaniałe jest to dzieło. Przepełnione wielką ilością architektonicznych detali. Placyda pozostawiła po sobie między innymi ogromny, wspaniały witraż, na który nie można patrzeć obojętnie. Andrzejek został zapamiętany jako zawsze uczynny i uśmiechnięty chłopak.
Wskrzesić Białystok
Bukowski urodził się w Rypinie (na Kujawach) w 1904 roku. Tuż przed II Wojną Światową, jako student architektury w Warszawie w 1933 roku otrzymał jako jeden z pierwszych stypendium Wydziału Architektury na roczną podróż zagraniczną. Gdy wrócił został pracownikiem naukowym na wydziale oraz pracował w biurze prof. Przybylskiego. Nie trwało to jednak zbyt długo, bo wkrótce przeniósł się do Wilna (będącego w Polsce). Tam przebywał do 1945 roku czyli do zakończenia II Wojny Światowej. W Wilnie poznał także swoją przyszłą żonę Placydę.
Po II Wojnie Światowej przyjechał z żoną do Białegostoku. Tutaj został jednym z trzech architektów, któremu zostało wyznaczone zadanie – wskrzesić Białystok – miasto kompletnie zniszczone przez Niemców. Przez kolejne 30 lat Stanisław Bukowski zajmował się odbudową zabytków oraz projektowaniem budynków użyteczności publicznej, kościołów oraz ich wnętrz. Dodatkowo architekt uczył w Liceum (a później Technikum Budowlanym) w Białymstoku.
Najważniejszym dziełem Bukowskiego był Pałac Branickich. Architekt w 1947 roku sporządził projekt. Chciał, by odrodzony pałac wyglądał wewnątrz i zewnątrz jak w połowie XVIII wieku oraz pełnił rolę muzeum. W 1949 roku władze zadecydowały, że budynek zostanie przekazany na użytek Akademii Lekarskiej. Bukowski zaprotestował i przez to został odsunięty od kierowania własnym projektem. Nagrody i podziękowania za odbudowę otrzymał ktoś inny.
Bukowskiemu zawdzięczamy nie tylko piękny Pałac Branickich, ale też ukończenie kościoła św. Rocha – projektu Oskara Sosnowskiego, oraz przepięknej odbudowie i zdobieniu Domu Koniuszego (Pałacyk Ślubów), klasztoru Sióstr Miłosierdzia (na przeciwko Kina Ton), Domku Napoleona, budynku Loży Masońskiej (przez lata Książnica Podlaska), dawnego Archiwum Państwowego (przy Kinie Ton), a także prawie całej ul. Lipowej oraz wielu kościołów na Białostocczyźnie. Najbardziej charakterystyczny „stempel” architekta to rzeźba wieńcząca dach Pałacu Branickich od strony ogrodu. To nie hetman spogląda z góry tylko Stanisław. Warto nadmienić, że to nie sam architekt sobie pomnik stawiał. Zrobili to w podziękowaniu przyjaciele, którzy dokończyli za Bukowskiego Pałac po tym, gdy architekt podle został odsunięty od kierownictwa własnego dzieła. W tajemnicy przywieziono rzeźbę z Warszawy do Białegostoku i w roku 1957 postanowiono – wbrew decyzjom władz – umieścić ją właśnie na szczycie (fot. główne).
Wybitny architekt zmarł 1 marca 1979 roku.
Wołał na nią Peliszka
Placyda była artystką – głównie plastyczką oraz malarką. Urodziła się w 1907 roku w Białymstoku. Była tak samo mądra jak i przepiękna. Ukończyła Gimnazjum Żeńskie im. księżnej Anny z Sapiehów Jabłonowskiej z bardzo wysokimi ocenami. Szczególnie z plastyki oraz religii. Następnie przeniosła się do Wilna – gdzie ukończyła z wynikiem bardzo dobrym Wydział Sztuk Pięknych Uniwersytety Stefana Batorego. Placyda po studiach zaangażowała się w życie artystyczne.
Gdy przyjechała do Białegostoku już z mężem – Stanisławem – zatrudniła się jako nauczycielka w Średniej Szkole Sztuk Plastycznych i Ognisku Plastycznym. Następnie współzałożyła, a potem przez kolejne 25 lat pozostawała członkinią i prezesem Związku Polskich Artystów Plastyków. Placyda w 1946 roku urodziła syna Grzegorza. Niestety dziecko Bukowskich przeżyło tylko kilka miesięcy. W 1950 roku urodził im się kolejny chłopiec – Andrzej. Dziecko miało zespół Downa.
To, co najbardziej charakterystyczne zostało po kobiecie to fantastyczny witraż (rozeta) na suficie kościoła św. Rocha oraz płaskorzeźby w kościele na Dojlidach, a także obraz z wizerunkiem Chrystusa znajdujący się w bocznej kaplicy. Warto dodać, że Placyda była wszechstronnie uzdolniona artystycznie. Projektowała nie tylko w sferze sacrum. Projektowała również scenografie teatralne, publikowała oraz aranżowała wystawy. Warto obejrzeć jej obrazy – są przepełnione baśnią i metaforą.
Stanisław wołał na żonę „Peliszku”. To on był dominujący w tym związku. Wielokrotnie krytyczny wobec artystycznych dzieł żony, ale przepełniony miłością. Gdy razem chodzili po Białymstoku to Stanisław szedł pierwszy, zanim szła Pela oglądając się do tyłu za kroczącym na końcu synem Andrzejkiem.
Placyda, zmarła nagle na atak serca. 18 grudnia 1974 roku.
Wesoły Andrzejek
Białostoczanie widywali go w autobusie linii nr 5, gdzie umilał podróż pasażerom śpiewając piosenki. Można było go także spotkać pod sklepem
Opałek, gdzie pomagał ustawiać sklepowe wózki i pakować zakupy. Chociaż to dorosły i siwy mężczyzna, to chyba każdy mieszkaniec pamiętał go jako wesołego chłopaka właśnie za sprawą uśmiechu. Mama odeszła gdy miał 23, a tata gdy miał 28. Młody mężczyzna z zespołem Downa miał na szczęście opiekunów, którzy byli przy nim do końca. Warto podkreślić, że osoby z jego schorzeniem najczęściej dożywają tylko 40 lat. Nasz białostocki wesołek przeżył aż 53 lata. W połowie 2003 roku jego stan zdrowia zaczął się pogarszać. Wtedy też trafił do szpitala na obserwację. Po wyjściu opiekunowie zostali uprzedzeni, że nadchodzi kres jego życia. Tak też się stało w lutym 2004 roku.
Stanisław, Placyda oraz Andrzej Bukowscy pochowani są w rodzinnym grobowcu na cmentarzu Św. Rocha.
fot. główne: Antoni Zdrodowski
Dlaczego jest tak mało połączeń kolejowych? Trzeba to koniecznie zmienić!
Koleje regionalne w województwie podlaskim to bardzo ciekawy przypadek. Z jednej strony można nimi w weekendy pojechać do Kowna na Litwie, przez Puszczę Knyszyńską do Walił pod Gródkiem oraz przez Puszczę Białowieską z Czeremchy do Siemianówki. Z drugiej strony codzienne połączenia w zasadzie opierają się tylko o Białystok. Mimo, że województwo Podlaskie to także Suwałki na północy, Łomża na zachodzie i Siemiatycze na południu. Wszystko wskazuje na to, że Łomżę chyba oddamy Mazowszu. Obecnie, od lat nie można tam dojechać pociągiem. Niedługo to się zmieni. Tylko jest jeden szkopuł. Z Białegostoku dalej nie dojedziemy, bo tory poprowadzą z Mazowsza przez Łomżę na Mazury.
Gdzie można dojechać regionalną koleją z Suwałk? Do Białegostoku przez Augustów i Sokółkę. Natomiast z Siemiatycz dojedziemy do Siedlec, Czeremchy, Warszawy i Hajnówki. Gołym okiem widać, że czegoś tu brakuje. Z Białegostoku brak planów na bezpośrednie połączenie Białystok – Łomża. Nie wiadomo nawet kiedy zakończy się remont torów między Łapami a Łomżą. Z Suwałk brak połączenia z Siemiatyczami i vice-versa. Po drodze z Hajnówką i Bielskiem Podlaskim.
Za wzór należy postawić Koleje Dolnośląskie. Tam nie wszystkie połączenia odbywają się przez Wrocław. Takie miasta jak Jelenia Góra, Wałbrzych, Kłodzko, Głogów są ze sobą skomunikowane. Jelenia Góra, Wałbrzych i Wrocław – między tymi miastami można jeździć przez cały dzień. Jest bardzo dużo połączeń. Jest także połączenie między leżącymi na północy województwa Głogowem oraz Kłodzkiem na południu. Warto też dodać że nawet jeżeli jakieś połączenie zahacza o Wrocław, to nie jest to zawsze miasto końcowe. Ponadto ilość wszystkich połączeń na Dolnym Śląsku jest ogromna!
Oczywiście jest tam 3 razy więcej mieszkańców niż w Podlaskiem, ale połączeń kolejowych więcej jak trzy razy. Dlatego mamy od kogo się uczyć. Nie może tak być, że można dojechać tylko do Białegostoku. Powinno być wiele połączeń regionalnych kursujących na co dzień na trasie Suwałki – Augustów – Sokółka – Białystok – Bielsk Podlaski – Czeremcha – Siemiatycze. To bardzo źle, że ludzie w kwestiach transportu muszą liczyć tylko na siebie – co najczęściej kończy się kupowaniem samochodu. Efekt jest taki, że w rodzinie 3-osobowej są 3 samochody.
Osobną kwestią są połączenia krajowe. Zupełnie nie jest zrozumiałe dlaczego z Suwałk jest jedno połączenie do Krakowa (które miało być zlikwidowane) i jedno do Warszawy. Od dawna odcinek Sokółka – Suwałki nie jest zelektryfikowany. To główna przeszkoda, ale wszystkie pociągi, które kończą bieg w Białymstoku mogłyby w zasadzie dojeżdżać przynajmniej do Sokółki. Z tego miasta na północ mogłyby jeździć często szynobusy. Brakuje też połączenia Suwałki – Białystok – Siedlce – Lublin – Rzeszów. To kuriozalne, że na południe Polski musimy jeździć przez Warszawę.
Najgorsze, że nie ma nawet żadnych planów na zmiany. Nie wiadomo czy kiedykolwiek Białystok będzie połączony kolejowo z Łomża. Linia Suwałki – Sokółka prawdopodobnie może zostać w przyszłości zlikwidowana. Bowiem za kilka lat będzie połączenie Suwałki – Ełk – Białystok. Nie ma też żadnych planów, by jeździły pociągi do Lublina i Rzeszowa. Żal na to patrzeć.
Kładka Śliwno-Waniewo znów całkowicie zamknięta! Nie mamy dobrych wieści.
Tym razem nie było na szczęście żadnego wypadku, ale susza spowodowała, że wody w Narwi jest na tyle mało, że platformy do przechodzenia między kładkami opadły na dno. Niestety nie wiadomo kiedy sytuacja się zmieni i czy w ogóle się zmieni. Najbliższe dni mają być chłodniejsze. Być może coś popada, ale jak wiadomo – jest to loteria. Dopóki stan rzeki nie polepszy się – z kładki nie będzie można korzystać.
Jeżeli już podniesie się poziom Narwi to z kładki będzie można korzystać w całości, a nie jak do tej pory. Wszystkie platformy będą dostępne dla turystów i możliwe będzie przejście ze Śliwna do Waniewa (oraz odwrotnie). Przypomnijmy, że kładka była zamknięta, a później częściowo otwarta po wypadku jaki miał miejsce. Jedna z platform wywróciła się do wody z turystami. Skończyło się na strachu i mokrych ubraniach. Na szczęście ofiar nie było, ale sprawę trzeba było wyjaśnić. Teraz pozostaje tylko czekać na deszcz. Tu jednak może być pewien spory problem.
Warto tutaj zaznaczyć, że brak wody na początku lata na rozlewiskach to wina działalności człowieka. Wiele miesięcy temu pisaliśmy, że Polska pustynnieje a Rzeka Biała w Białymstoku może wsiąknąć. Okazuje się, że jest jeszcze gorzej! Istotną rolę w gromadzeniu wody odgrywają rzeki. Im bardziej są one naturalne tym lepiej. Poprzedni mieszkańcy Białegostoku regulując rzekę spowodowali, że nurt jest szybszy, a woda się nie gromadzi na danym obszarze. Nie ma też naturalnych terenów zalewowych. Swoje dołożyli też developerzy zabudowując dolinę Białej. Na rzece tworzą się siedliska zwierząt i roślin. Te drugie są swoistym filtrem. Rośliny absorbują fosfor i azot. Dla człowieka to zanieczyszczenie, zaś dla rośliny to pokarm. Jeżeli chodzi o Narew to tutaj nie było developerów, ale rolnicy. Adaptując kolejne tereny pod uprawy również zdeformowali naturalny bieg rzeki. Ulewne i gwałtowne deszcze powodują, że woda szybko spływa dalej, a upalne dni doprowadzają do suszy. Czy oprócz rzeki Białej wsiąknie też Narew?
Festiwal Filmów -Kino Pokój
Tuzin spiskowców z pod znaku krwawej gwiazdy
Artykuł Czytelnika: Nowy plan zagospodarowania Rynku Siennego: brak drzew!
Chciałbym zwrócić Państwa uwagę na nową koncepcję Rynku Siennego w Białymstoku. Według nowego planu obecny bruk ma być otoczony… betonem. Niedawno mieliśmy idealny przykład pogodowy, który uświadomił tysiącom Polaków, dlaczego „betonowanie” miasta jest złym pomysłem. Drzewa naturalnie chronią nas przed słońcem, a betonowe pustynie potrafią podwyższyć odczuwalną temperaturę do 15-20 stopni Celsjusza.
Ponadto warto jest zwrócić uwagę na fakt, że zieleń w miastach jest po prostu estetyczna (nie bez powodu każdy sobie chwali odległość od najbliższego parku przy sprzedaży nieruchomości). Obecny Rynek Sienny krzyczy swoją pustką i jest nieużywany. Nowy plan zamiast zachęcić mieszkańców do korzystania z zieleni, stawia na kolejną betonowo-brukową pustynię. Czyli: jest pusto, zainwestujemy miliony i … będzie nadal pusto.
Czy mieszkańcy naprawdę tak bardzo nie lubią zieleni? Czy chodzi o absurdalną oszczędność samorządu, bo po drzewach trzeba raz do roku pozamiatać? Przypominam o drzewach iglastych, które tracą swoje igły raz na kilka lat, więc nawet ten problem ich nie dotyczy.
Autor: P9
Nowy plan i wizualizacja: www.bialystok.pl/pl/wiadomosci/aktualnosci/rynek-sienny-w-nowej-odslonie.html
Jak drzewa naturalnie chłodzą miasta: nauka.rocks/drzewa-w-miescie/
/info-od-czytelnika/
Czy Lotnisko Krywlany wystartuje szybciej? Prezydent ma 3 możliwości.
Prezydent Tadeusz Truskolaski chciał, by kto inny zadecydował o tym ile drzew wyciąć na potrzeby białostockiego lotniska na Krywlanach. Zwrócił się w tej sprawie do Samorządowego Kolegium Odwoławczego, które zadecydowało, że to jednak nie kto inny a Prezydent Truskolaski musi sam zadecydować ile lasu wycinać. O ile nie zabraknie mu odwagi, to Krywlany wystartują szybciej.
Zacznijmy od tego, że lotnisko na Krywlanach ma tyle samo przeciwników co zwolenników. Przed wyborami samorządowymi jednak Truskolaski będąc w opozycji do radnych z PiS przycisnął ich. Musieli zadecydować o tym, czy wziąć dotację z od zarządu Województwa Podlaskiego, który był obsadzone przez sprzymierzeńców Truskolaskiego z PO. Doskonale wiedzieli, że zagłosowanie „przeciw” byłoby katastrofą wizerunkową, zaś na żadne inne lotnisko niż na Krywlanach nie ma szans odkąd minister Bieńkowska za czasów Platformy zakręciła kurek z kasą europejską na lotniska regionalne.
Po wyborach zmienił się krajobraz. W Białymstoku radni są z Platformy (czy też teraz Koalicji Obywatelskiej), zaś zarząd Województwa Podlaskiego z PiS. Zatem nic nie stoi na przeszkodzie, by budować mityczne lotnisko regionalne, za którym optują gorąco politycy PiS. Wystarczy przegłosować i działać. Problem w tym, że jakoś po wyborach nikt z PiS nie wspomina już o lotnisku regionalnym. Dlatego też po czasie widać, że lotnisko na Krywlanach to dobra inwestycja, bo jedyna możliwa. Jednak żeby ją uruchomić trzeba usunąć „przeszkody lotnicze” – czyli wyciąć duży kawałek lasu. Ktoś musi oszacować ile dokładnie i wydać decyzję o wycince. Zgodnie z przepisami musi to zrobić prezydent Truskolaski. Każdy dobrze wie, że wycinanie lasu nie będzie jednak wizerunkowo korzystne. Już pojawiła się petycja w sieci by nie wycinać. Zaraz zawiąże się jakiś Komitet Obrony Lasu i będzie trzeba się użerać. Dlatego prezydent chciał by to inny organ wydał decyzję, bo on mógłby nie być w tym obiektywny, bezstronny i takie tam. Przede wszystkim jednak by dostał gotową decyzję do realizacji i przeciwnikom by odpowiedział, że taka jest decyzja niezależna i on nic nie może zrobić.
Problem w tym, że w matematyce nie ma subiektywnych opinii, są tylko fakty więc trudno o nieobiektywną decyzję w sprawie wycinki lasu. Są parametry techniczne określone liczbami, które to gwarantują, że podczas lądowania samolotu będzie bezpiecznie. Nie ma tu opcji, że prezydent wyjdzie i powie – „no to żeby było miło przeciwnikom wycinki, to wytnę tylko połowę”. Dlatego też jeżeli trzeba wyciąć 80 hektarów lasu (zaznaczony fragment na mapie) to nie będzie tutaj negocjacji. Warto jednak zaznaczyć, że las znajduje się również po drugiej stronie pasa.
Truskolaski ma trzy możliwości. Może wziąć na klatę to co sam forsował przed wyborami samorządowymi i podjąć szybko decyzję o wycince lasu. Przeciwników i tak nie przekona, a zwolennicy wiedzieli przecież o wycince lasu od początku, więc gdyby im to przeszkadzało to by byli przeciwnikami. Jeżeli nie prezydent Truskolaski nie będzie zwlekać, to wtedy lotnisko wystartuje w przyszłym roku i będzie można rozmawiać z przewoźnikami oraz budować halę odpraw i wieżę kontroli lotów.
Jest też druga możliwość. Prezydent może zaskarżyć decyzję Samorządowego Kolegium Odwoławczego do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego i upierać się, by to na przykład prezydent innego miasta decydował o wycince dla jakiejś wymyślonej „bezstronności”. Taki ruch wydłużyłby całe uruchomienie lotniska i skompromitowałby prezydenta Truskolaskiego w oczach swoich zwolenników. Trzecia możliwość to gra na czas. Jeżeli Truskolaski zamierza startować do Parlamentu jesienią, to wtedy kto inny będzie musiał martwić się wycinką. Ponadto gdyby taki scenariusz byłby realizowany, to po ewentualnych wygranych wyborach mógłby podjąć decyzję o wycince na odchodne nie martwiąc się już przeciwnikami.
Jeżeli więc Tadeusz Truskolaski nigdzie nie zamierza startować, to szybka decyzja w sprawie Krywlan byłaby wskazana. W polityce różnie bywa. Teraz w radzie prezydent nie ma opozycji, to powinien korzystać. Wycinać las i budować dalszą infrastrukturę lotniska. Nie raz i nie dwa różne koalicje się rozpadały. W Białymstoku też może tak być. Zauważalna jest w ostatnim czasie aktywność wiceprezydenta Adama Musiuka ze swoją ekipą radnych. Zaczęli budować swój wizerunek, z którego przywiązanie do Koalicji Obywatelskiej nie jest już tak oczywiste.
Nowa atrakcja turystyczna w regionie. Pociąg przewiezie na plażę przez Puszczę!
To niezwykła atrakcja turystyczna. Od dziś można jeździć przez całe wakacje pociągiem z Hajnówki nad Zalew Siemianówka. Podobnie jak z Białegostoku do Walił będą jeździć 2 pary pociągów w soboty i niedziele oraz jedna w piątek wieczorem do Siemianówki a z samego rana w sobotę powrót. Pociąg będzie jechać przez Narewkę. Bilet na całej trasie kosztuje 5 zł. Rozkład został ułożony w taki sposób aby można było bez przeszkód do Siemianówki dojechać z Czeremchy i Siedlec. Z Białegostoku nie ma torów prowadzących bezpośrednio do Hajnówki, dlatego też należy wpierw przesiąść się w Czeremsze. Jeżeli linia będzie cieszyć się zainteresowaniem turystów, to być może w przyszłości zostanie wydłużona tak by przejeżdżać torami przez nasyp na środku zbiornika aż do granicy państwa. Trzeba by było jednak wyremontować tory, gdyż za zbiornikiem nie są w najlepszym stanie.
Rozkład jazdy (ważny do 31 sierpnia 2019):
Piątki: Hajnówka – 20.40 – Narewka – 20.57 – Siemianówka – 21:04
Soboty: Siemianówka – 4:51 – Narewka – 4:58 – Hajnówka – 5:15
Soboty i niedziele:
Hajnówka – 10:44 – Narewka – 11:01 – Siemianówka – 11:08
Siemianówka – 12:39 – Narewka – 12:46 – Hajnówka – 13:03
Hajnówka – 15:40 – Narewka – 15:57 – Siemianówka – 16:04
Siemianówka – 16:12 – Narewka – 16:19 – Hajnówka – 16:36
fot główne. Phil Richards / flickr.com
„Widziałem jak Niemcy pozamykali wyjścia i kordonem otoczyli budynek i podpalili go”
27 czerwca 1941 roku Niemcy spędzili do Wielkiej Synagogi przy ul. Suraskiej (wówczas Bożniczej) białostockich Żydów. Budynek następnie został przez nich szczelnie zamknięty i podpalony. Niemcy dowodzeni przez Gothara Burknera spalili także dzielnicę żydowską. Historycy szacują, że zginęło 2000 -2500 osób. Ponadto w kolejnych latach II Wojny Światowej wielu mieszkańców wywieziono do obozów koncentracyjnych, skąd już białostoczanie nie wrócili.
„…gdy weszli Niemcy poszukując mężczyzn – uciekłem do drugiego pokoju, gdy schowałem się, szwagra Arona Zelmanowicza zabrali. Siostra pobiegła za mężem. Wprowadzili ich do Synagogi na rogu ul. Suraskiej – Szkolnej. Widzieliśmy to ze strychu domu, w którym ukrywaliśmy się. Było ze mną dużo osób. (…) Gdy synagogę zapełniono ludźmi – widziałem jak Niemcy pozamykali wyjścia i kordonem otoczyli budynek i podpalili go…” – to fragment wspomnień świadka wydarzeń. Fragment pochodzi z Kuriera Porannego.
Po II Wojnie Światowej kompletnie zniszczone i wyludnione miasto zostało odbudowane, zaś dawnych mieszkańców zastąpili nowi. To właśnie ci drudzy mogą dziś obchodzić kolejną rocznicę tragedii, po to by nie zapomnieć kto zamordował białostoczan i zrujnował miasto. O godz. 12 przy pomniku upamiętniającym synagogę odbędą się uroczystości.
Wielka Synagoga, która znajdowała się przy ul. Bożniczej (obecnie Suraskiej), została wzniesiona w latach 1909-1913. W okresie międzywojennym była najokazalszą synagogą białostocką i cieszyła się największym prestiżem wśród wszystkich bożnic Białegostoku. Została wybudowana według projektu Samuela J. Rabinowicza. Była świątynią reformowaną, w której kobiety modliły się obok mężczyzn, choć na osobnych galeryjkach. W okresie międzywojennym, podczas świąt i uroczystości państwowych, w synagodze grała orkiestra Gimnazjum Hebrajskiego.
Ul.Św.Rocha 9
OD ŚRODY 26-06-2019 SOBOTY 29-06-2019 (WŁĄCZNIE) ROZPOCZYNAMY WYPRZEDAŻ ASORTYMENTU NA MASOWĄ SKALĘ , NAWET 50% UPUSTU NA WYBRANY ASORTYMENT:-)
OD LIPCA SKLEP ZAMKNIĘTY.
O naszych dalszych losach po wyprowadzce ze Św. Rocha: Drodzy przyjaciele, sympatycy i podglądacze
nie rezygnujemy całkowicie z działalności. Generalnie przeniesiemy się do Internetu i na giełdy staroci i antyków. Sklep internetowy jest już postawiony, ale na razie ma puste półki – brak motywacji do zdjęć i opisów. Po całym zamieszaniu z wyprowadzką i reorganizacją profilu działalności nastąpią spore zmiany. W związku z tym zachęcam do dalszego śledzenia fanpage’u, gdyż właśnie tu poznacie Państwo jego adres i odkryjecie nas na nowo.
TYMCZASEM CHCIAŁBYM PROSIĆ O UDOSTĘPNIANIE TEGO POSTU NA SWOICH PROFILACH.
Zasady i „złote rady” obowiązujące na wyprzedaży:
– po pierwsze proponujesz swoje ceny i targujesz się w sposób kulturalny, pamiętając o naszych słabych sercach ![]()
– jeśli coś się Ci podoba zaproponuj cenę ( sam ze sobą nie będę się targował mimo tego, że jestem gadułą )
– proszę wierzyć, że jesteśmy skorzy do ustępstw. Zawsze lepiej rzeczy pakować zacnym i miłym ludziom niż do swego magazynu.
Niezwykle ciekawa rozprawa
Kobieta-instytucja z Podlasia. Stworzyła tu dzieło, które przetrwało zabory, wojny i komunizm.
Życiorys Stefanii Karpowicz, o której mowa, to doskonały scenariusz na film. Miała majątek, solidne wykształcenie, talent plastyczny, znała wielkich. Mogła być, kim tylko zapragnęła i brylować w świecie. Wybrała skromne życie, które w pełni oddała drugiemu człowiekowi. Jej wielkie, ponadstuletnie dzieło – stworzone z własnych pieniędzy, bez pomocy państwa – przetrwało zabory, obie wojny światowe i komunizm. Dziś trud Stefanii Karpowicz może pójść na marne.
Stefania Karpowicz urodziła się 11 stycznia 1876 roku w Wilnie. Rodzice posiadali majątek ziemski w Janowiczach koło Zabłudowa, gdzie pani Stefania spędziła dzieciństwo. Do nauki sprowadzono francuską guwernantkę, która nauczyła dziewczynę języka francuskiego. 8 maja 1893 roku, kiedy miała 17 lat, zmarł jej ojciec. Pochowano go w Białymstoku. W Warszawie pobierała nauki na prestiżowej pensji u pani Jadwigi Sikorskiej, a następnie w szkole średniej również w stolicy. W Warszawie poznała Stefana Żeromskiego i Władysława Reymonta oraz Marię Skłodowską-Curie, z którą się zaprzyjaźniła.
Podczas pobytu w Paryżu pomagała materialnie przyszłej noblistce. Na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie uczęszczała na wykłady z historii Polski, historii powszechnej i historii sztuki. Malarstwa uczyła się u Jacka Malczewskiego i Włodzimierza Tetmajera. Kurs, w szkole sztuk pięknych Teofili Certowicz, ukończyła ze srebrnym medalem. Następnie, w latach 1900-1901, kontynuowała studia malarskie w Monachium, Paryżu oraz Szwajcarii. Po powrocie do majątku Janowicze postanowiła zagłębić się w życie ludu. Po sprzedaży w 1903 roku majątku w Janowiczach matka pani Stefanii kupiła około 400-hektarowy majątek Krzyżewo, w którym był skromny dom mieszkalny. Ten zakup miał być posagiem córki, jednak ta nigdy nie wyszła za mąż.
W Krzyżewie kobiety postanowiły zbudować szkołę rolniczą dla synów średnich i zamożniejszych rolników. Chciały, aby placówka przygotowywała ich do samodzielnej i nowoczesnej pracy we własnych gospodarstwach. Żeby stworzyć jak najlepsze warunki do kształcenia, wyjechały do Szwecji i Danii, gdzie odwiedziły wiele nowoczesnych szkół rolniczych i gospodarstw. Do Krzyżewa powróciły ze sprecyzowaną wizją szkoły. Między wiosną 1911 roku a jesienią 1912 roku powstała w Krzyżewie szkoła rolnicza z internatem i mieszkaniami dla nauczycieli oraz zabudowania gospodarcze. 28 stycznia 1912 roku umarła matka Stefanii Karpowicz, która spoczęła na cmentarzu w Waniewie koło Krzyżewa.
Po stracie najbliższej osoby pani Stefania dalej realizowała swoją misję. 15 stycznia 1913 roku nastąpiło otwarcie szkoły, w której założycielka przez 47 lat nauczała między innymi języka polskiego, francuskiego, historii, ogrodnictwa, a także kultury towarzyskiej i właściwych manier. Była to pierwsza w regionie północno-wschodnim i trzecia na ziemiach polskich placówka oświatowa tego typu. Ze światłem elektrycznym, centralnym ogrzewaniem, wodociągiem, napędzanym konnym kieratem. Szkoła – co ciekawe – posiadała łaźnię, szpitalik i mleczarnię. Masło i sery wysyłano do polskich miast oraz eksportowano do Anglii. Placówka szybko zyskała opinię jednej z najlepszych w Europie.
Za okupacji radzieckiej pani Karpowicz musiała opuścić dwór i pomieszkiwać u okolicznych mieszkańców. Bardzo z tego powodu cierpiała, uważała, że w takiej sytuacji nie ma po co żyć. Po II wojnie światowej szkoła została upaństwowiona i po 1950 roku przeniesiono ją do Karolewa koło Kętrzyna. A pani Stefania przeszła na emeryturę w wieku 75 lat. Ostatnie 23 lata życia spędziła w pobliskich Roszkach-Ziemakach. Placówkę przywrócono do Krzyżewa w 1958 roku. Natomiast w latach 60. społeczniczce przyznano rentę dla zasłużonych. W 1967 roku rozpoczęto rozbudowę szkoły, a pani Stefania nadal interesowała się losem swojego dzieła. Zapraszana była na ważne uroczystości szkolne jako gość honorowy.
Stefania Karpowicz zmarła 7 stycznia 1974 roku w wieku 98 lat. Spoczęła na cmentarzu w Płonce Kościelnej, w skromnej mogile obok swojej siostry. W uroczystościach pogrzebowych brali udział okoliczni mieszkańcy, byli pracownicy i członkowie ich rodzin, absolwenci, uczniowie oraz grono pedagogiczne szkoły. Od czerwca 1981 roku Zespół Szkół Rolniczych w Krzyżewie nosi imię Stefanii Karpowicz. W szkole stworzono izbę pamięci poświęconą patronce z zachowanymi po niej pamiątkami, które przywiozła z Janowicz, a może nawet i z Wilna. Jest też tablica pamiątkowa, umieszczona na budynku dawnej szkoły. W 2018 roku uczczono Stefanię Karpowicz, nadając rondu w Sokołach jej imię.
Bohaterka z Krzyżewa leczyła bezpłatnie ziołami, sprowadzała na własny koszt lekarza, kupowała lekarstwa dla ubogich, dbała o higienę na wsi. Zwalczała pijaństwo, pomagała dotkniętym wypadkami losowymi, przekazywała drewno na dom lub budynek gospodarski, wyposażała nowożeńców. Jako przedstawicielka inteligencji aktywnie działała w Polskim Towarzystwie Krajoznawczym, radzie opiekuńczej szkół ludowych i ochronek. Propagowała zakładanie kół gospodyń wiejskich, a okolicznej ludności służyła radą i pomocą. Po latach pokojówka wspominała, że Stefania Karpowicz modliła się po francusku i prowadziła rozmowy z gośćmi przybyłymi do Krzyżewa w tym języku. 1931 i 1937 roku została odznaczona przez Prezydenta RP Ignacego Mościckiego Złotym Krzyżem Zasługi.
Stefania Karpowicz została zapamiętana jako dziedziczka o dobrym sercu, która swoją ciężką pracą i determinacją dążyła do polepszenia warunków mieszkańców wsi. Własnymi pieniędzmi finansowała budowę i rozwój szkoły, nigdy nie odmawiała pomocy tym, którzy o nią prosili. Pani Karpowicz stała się wzorem społeczniczki, filantropki i patriotki. Była skromną i niedbającą o zaszczyty kobietą. Nie przywiązywała wagi do wygód osobistych. Mogła zostać wielką, znaną postacią, wybrała proste życie, oddając je w całości służbie społecznej i pedagogicznej. Dzięki swojemu oddaniu to życie było bogate w idee i bardzo wartościowe. Dla Krzyżewa to wielki dar i duma ze wspaniałej historii. Pani Karpowicz powtarzała: Najważniejsze to pracować dla tych, którzy nas potrzebują oraz Zapragnęłam wejść głęboko między lud i dźwigać przed nim kaganek oświaty.
Dzieło pani Stefanii rozwijało się przez wiele dekad, by dziś stać się najlepszą placówką swego typu w województwie podlaskim, posiadającą bogate zaplecze, niezbędne do nauki. W 2019 roku magazyn Perspektywy przyznał szkole w Krzyżewie Złotą Tarczę dla najlepszego technikum. Jednak dziś Zespół Szkół Rolniczych walczy o przetrwanie. Problemem instytucji jest brak naboru przez ostatnie trzy lata. Zresztą miejscowi decydenci też mają swoje wizje dotyczące szkoły, z którymi nie zgadzają się obrońcy szkoły. Twierdzą, że nie ma to nic wspólnego z oświatą. Nie przekonują sukcesy ani wieloletnia tradycja placówki. Radni powiatu wysokomazowieckiego zagłosowali za likwidacją. Nadzieją jest obecnie prowadzony nabór. Oby los uśmiechnął się do szkoły w Krzyżewie, a włodarze zastanowili się nad swoimi decyzjami i pomogli, bo – jak widać po fundatorce – jedna osoba może zdziałać wiele. Szkoda byłoby zatracić to dziedzictwo.
Autor: Rafał Górski
1980
Halina Juchnicka
Znany kucharz upodobał sobie Podlaskie
Znany kucharz, Karol Okrasa, nie tylko dzielił się swoją wiedzą i doświadczeniem podczas warsztatów, ale również inspirował uczestników do eksperymentowania z nowymi smakami i technikami kulinarnymi. Jego entuzjazm i pasja do gotowania przekładały się na zaangażowanie uczestników, którzy z radością angażowali się w proces przygotowywania potraw pod okiem mistrza. W trakcie spotkania nie brakowało także rozmów o znaczeniu tradycji kulinarnej i roli, jaką odgrywa w zachowaniu dziedzictwa kulinarnego. Dla wielu uczestników było to nie tylko okazja do nauki. Także do odkrywania pasji i fascynacji kuchnią, które mogą towarzyszyć im przez całe życie.
Znany kucharz wprowadza w świat wędzenia
Ostatnio wydarzyła się sytuacja godna komedii, kiedy pewien uczeń, skuszony radością nadejścia wakacji, postanowił pozbyć się swoich zeszytów szkolnych… poprzez spalenie ich w piekarniku. Nieszczęśliwy wybór miejsca, kuchni w bloku, skutkował natychmiastowym powstaniem gęstego dymu. Skłoniło to do interwencji strażaków, którzy przybyli na ulicę Wyszyńskiego w Białymstoku, aby uporać się z sytuacją. Niemniej, zupełnie inną perspektywę na wykorzystanie dymu przedstawili uczniowie szkół rolniczych z Podlasia. Brali oni udział w warsztatach z Karolem Okrasą w majątku Howieny w Pomigaczach. Mistrz kuchni, Okrasa, przekazał im nieocenione wskazówki dotyczące prawidłowego wykorzystania dymu w procesie wędzenia. Zamiast zatruwać sąsiadów, uczniowie poznawali sztukę wędzenia, co stanowiło nie tylko formę nauki, ale i zabawy z nowymi smakami. „Dym jest przyprawą, którą jesteśmy w stanie sami zrobić”, zapowiedział Okrasa, podkreślając wagę tej umiejętności.
Zastosowanie dymu w kuchni: od wędzenia do nowych smaków
Podczas warsztatów, Okrasa nie tylko instruował, jak prawidłowo używać dymu. Także pokazał, jak przygotować różne potrawy z wołowiny, wykorzystując różne części mięsa. Uczniowie dowiedzieli się m.in., jak przyrządzić wyśmienite policzki wołowe, tatara wołowego, polędwicę marynowaną, górkę cielęcą oraz stek wołowy. Doświadczenie to otworzyło przed nimi nowe możliwości kulinarne i pogłębiło ich wiedzę na temat obróbki mięsa. Uczestnicy obserwowali również, jak Okrasa używał dymu pochodzącego z palonego siana, aby dodać aromatu i smaku potrawom. Wyjaśniał, że siano łąkowe nadaje się doskonale do tego celu, ponieważ daje lekki, aromatyczny dym przy niskiej temperaturze spalania. Ta nietuzinkowa lekcja nie tylko pokazała, jak dym można wykorzystać w kuchni. Także uświadomiła uczniom znaczenie tradycyjnych technik kulinarnych i ich potencjał w tworzeniu wyjątkowych dań.
fot. Wrota Podlasia
Nocny kurs dorożkarza
Fabryka Buchholtza-Cytrona w Supraślu
Supraśl i jego najpopularniejsza odsłona. Oto 5 miejsc, które trzeba zobaczyć!
Zgodnie z naszymi przewidywaniami – Supraśl to jeden z najpopularniejszych kierunków zwiedzających województwo podlaskie. Na taki stan rzeczy wpływa także fakt, że w miasteczku ostatnio dużo się dzieje. Dlatego też chcielibyśmy przedstawić 5 najważniejszych miejsc Supraśla (wszystkich jest dużo więcej), których pomijać przy zwiedzaniu nie można.
Cmentarz

Wjeżdżając do Supraśla od strony Białegostoku na początku będziemy mijać cmentarz. To właśnie tam warto zacząć zwiedzanie miasta – od odwiedzenia okazałych kaplic osób, które zmieniły oblicze miasteczka. To właśnie te dwie rodziny wywarły największy wpływ na miasto i tchnęły w niego swoją duszę.
Prawosławny Monaster i Muzeum Ikon
Monaster to miejsce, dzięki któremu Supraśl zawdzięcza swoje istnienie. Bowiem istnieje od czasów, gdy nie było to jeszcze miasto, a maleńka osada. Jedną z najważniejszych wydarzeń, jakie miało miejsce w klasztorze było powstanie drukarni. To właśnie tam wydrukowano przepiękne pieśni Franciszka Karpińskiego – kolęda “Bóg się rodzi”, czy też zaczynająca się od słów “Kiedy ranne wstają zorze” – czyli Pieśń poranna. Na terenie monasteru znajduje się także Muzeum Ikon, gdzie możemy podziwiać przepiękną sztukę, jaką jest pisanie prawosławnych ikon. Od razu zaznaczamy, że to nie jest jakieś starodawne muzeum, gdzie po prostu obejrzymy święte obrazki. Muzeum Ikon jest nowoczesne, gdzie spotkamy się ze sztuką przez duże „S”.
Pałac Bucholtzów

Przepiękny budynek, w zasadzie najpiękniejszy w całym Supraślu to właśnie Pałac Bucholtzów, a obecnie Liceum Plastyczne. W skład całego kompleksu wchodzi eklektyczny budynek z elementami neorenesansowymi oraz z ornamentyką secesyjną. Do tego dawna stajnia i wozownia. Wszystko robi przeogromne wrażenie.
Bulwary im. Wiktora Wołkowa
To wspaniałe miejsce na spacer tuż przy rzece Supraśl. Można tam wypocząć na ławkach, na trawie, ale też poćwiczyć na siłowni pod chmurką. Można też pograć w siatkówkę plażową oraz wypożyczyć kajaki, by popływać rzeką. Generalnie bulwary są miejscem, tłumnie odwiedzanym latem – gdyż znajduje się tam plaża.
Kuchnia regionalna
Tłumy zajeżdżają do Supraśla także dla walorów smakowych. To właśnie stamtąd do białostockich knajp przywędrowała moda na babkę ziemniaczaną, kartacze i pierogi. W centrum miasta znajduje się kilka miejsc, gdzie możemy posmakować tych wybornych potraw. Najpopularniejszym przez wiele lat była „Jarzębinka”, aczkolwiek już dziś (oczywiście naszym zdaniem) powstało wiele lepszych restauracji.
Lata 40
Deszcze niespokojne
Ul.Mazowiecka
Ul.Sienkiewicza
Atrakcje Białegostoku. Co zwiedzić w kilka godzin? Zobacz zdjęcia i mapę.
Zwiedzanie Białegostoku i okolic ma różne wymiary. Fanatycy historii szukają czegoś innego, weekendowi przyjezdni jeszcze czegoś innego, mieszkańcy, którzy mają miasto na co dzień także zwiedzają inaczej. Podobnie jak osoby, które mają na to kilka godzin oraz kilka dni. Każdy wolny dzień jest idealny, by poznać miasto. My przygotowaliśmy specjalnie dla Was taki spacer, który zajmie od godziny do trzech (zależy kto jak szybko chodzi i czy będzie wchodzić do budynków. Polecamy zwiedzić miasto w ten sposób zarówno dla osób, które są po raz pierwszy jak i dla tych, które znają je doskonale. Na samym dole mapa. Jeżeli przejdziecie się trasą, to zostawcie w komentarzu jakiś ślad o swoich odczuciach.
Zwiedzanie miasta w kilka godzin
Żeby na szybko obejrzeć Białystok warto przejść konkretną trasę. Załóżmy, że właśnie przyjechaliście do miasta i znajdujecie się na dworcu PKP lub PKS, które stoją obok siebie. Gdzie iść dalej? Najpierw polecamy wycieczkę po centrum. Idziemy do góry w ul. Wyszyńskiego. Mijając osiedle Przydworcowe na początku nie napotkamy nic ciekawego, ale im dalej tym ciekawiej. Pierwsza okazja przy Biedronce. Obok stoi ceglana kamienica o wyjątkowym wyglądzie. Następnie idąc dalej prosto możemy zobaczyć plac, na środku którego znajduje się gwiazda Dawida i miejsca do siedzenia w kształcie… zębów. Właśnie znajdujemy się na dawnym cmentarzu żydowskim, który powstał w tym miejscu, gdy w Białymstoku zapanowała epidemia przez co wielu mieszkańców zmarło. Jak to miejsce wyglądało w przeszłości zobaczymy na tablicy pamiątkowej.
Po odwiedzeniu tego miejsca musimy wyruszyć w lewo ul. Młynową. To dawne żydowskie osiedle Chanajki. Mieszkali tam biedni, przestępcy, biznesmeni i prostytutki. Drewniane chaty i ceglane kamienice wymieszały się ze sobą, a ciasne uliczki przeplatały się. Dziś z Chanajek już prawnie nic nie zostało. Tylko kilka budynków, ale warto je obejrzeć z przodu i z tyłu. Na Młynowej znajduje się obecnie przygotowywany jako miejsce pamięci dawny cmentarz ewangelicki. Póki co nic tam nie zobaczymy, ale gdy prace zostaną ukończone – będzie tam stać pomnik. Może się wydawać, że Białystok to miasto cmentarzy. To mylące, gdyż poruszasz się po miejscach, które znajdowały się dawniej poza miastem. Wejdź w stronę Mariańskiego – tam kiedyś zaczynało się miasto. Przed sobą masz Plac NZS, przy którym stoi pomnik bohaterów Ziemi Białostockiej z napisem „Bóg Honor Ojczyzna”. Napis ten został dostawiony przez antykomunistyczne środowisko już długo po upadku PRL jako „dekomunizację”. Jest także napis „Niepodległość”, który został dostawiony przez inne środowisko z okazji 100 rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości. Warto wspomnieć, że autorzy ani pierwszego ani drugiego napisu nie mieli pozwolenia by je umieścić, ale Polska to wolny kraj i każdy może do pomnika dopisać co chce.
Wchodzimy do ścisłego centrum
Wróćmy do zwiedzania. Obok pomnika stoi wielki budynek z ogromnym tarasem. To Uniwersytet w Białymstoku – wydział historyczno-socjologiczny. Dawniej siedziba komitetu PZPR. Idąc prosto w ul. Suraską zobaczymy pomnik z maską, miniemy też budynek z napisem „Solidarność”, w którym dawniej mieściła się Gazeta Współczesna – organ prasowy PZPR, a po transformacji gazeta należąca do „Solidarności”. Gdy nie było jeszcze internetu, to pod budynkiem gromadzili się kibice Jagiellonii, gdy ta grała na wyjeździe. W jednym z okien redaktorzy gazety pokazywali aktualny wynik. Idźmy dalej. Doszliśmy do najściślejszego centrum miasta. To Rynek Kościuszki. Na jego środku stoi ratusz, który nigdy nie pełnił siedziby Urzędu Miejskiego. W dawnych czasach była to wielka „galeria handlowa”. Kupcy na swoich kramach handlowali w budynku oraz wokół budynku.
Idąc prosto miniemy fontannę „wędrowniczkę”. Stoi ona obecnie obok oryginalnego miejsca. Na początku stała przy zbiegu 4 ulic. Teraz pozostała tylko jedna. Pozostałe 3 znikły na rzecz nowoczesnego rynku. „Wędrowniczka” po II Wojnie Światowej, gdy miasto zostało praktycznie całe zniszczone, została odbudowana ale już w innym miejscu – bliżej ratusza. Przy okazji przebudowy Rynku Kościuszki wróciła obok miejsca, gdzie znajdowała się przed II Wojną Światową. Nasza wycieczka dalej trwa. Pójdziemy teraz w prawo od fontanny. Kilka kroków i jesteśmy w przepięknym parku Planty. Można tu się schronić przed upałami. Przechodząc przez przejście dla pieszych warto pójść w prawo. Miniemy wtedy pomnik psa Kawelina. Tak nazywał się carski pułkownik, który przyjechał na Podlasie pod koniec XIX wieku i zrobił dla miasta wiele dobrego. Legenda głosi, że pułkownik był bardzo brzydki stąd też pies został stworzony w 1936 roku na jego podobieństwo. Pomnik został skradziony przez Niemców podczas II Wojny Światowej. W 2005 roku zrekonstruowano go na podstawie odkrytych zdjęć przedwojennego fotografa Bolesława Augustisa. Dziś stoi przy wejściu dla parku Planty. Dawniej stał w miejscu, do którego dojdziemy później.
Przejdźmy się teraz szeroką aleją na Plantach. Po drodze możemy kupić lody. Dojdźmy do końca drogi czyli do schodów. Miniemy po lewej Pałac Branickich, do którego potem wejdziemy. Teraz idźmy prosto na największą perłę Plant czyli fontanny. Są one po lewej stronie za schodami. Przejdźmy przez plac z fontannami, a potem skręćmy w prawo idąc ścieżkami przy stawie „serce”. Dojdziemy do pomnika Praczek przy kolejnym zbiorniku wodnych. Co ciekawe – pomnik ten został kiedyś ukradziony. Teraz stoi drugi.
Od Praczek pójdźmy w lewo ul. Mickiewicza w stronę bramy wjazdowej Pałacu Branickich. Jest ona bardzo okazała, a w jej konstrukcję wmontowany jest zegar, który mimo kilkuset lat działa znakomicie. Na szczycie znajduje się gryf. Wchodzimy na dziedziniec Pałacu Branickich. Jego obecny wygląd zawdzięczamy staraniom wielu władz. Gdy miasto zostało przejęte przez zabiorcę rosyjskiego usunął on wszelkie zdobienia ukazujące polską kulturę. Budynek wówczas stanął się Instytutem Panien Szlacheckich, gdzie rosyjskie nastolatki uczyły się obycia na salonach. Podczas II Wojny Światowej dawny pałac był mocno zniszczony. Na szczęście ten budynek oraz wiele innych został odwzorowany i odbudowany dzięki architektowi Stanisławowi Bukowskiemu. Obecnie budynek należy do Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku. W prawym skrzydle znajduje się Muzeum Farmacji. Sam budynek główny można zwiedzać bezpłatnie. Można wchodzić śmiało, byleby nie zakłócać pracy ludziom. Warto wejść na piętro i wyjść na balkon, z którego spojrzymy z góry na cały przepiękny ogród. W oryginale był on dwa razy dłuższy i jeszcze bardziej okazały. Warto też następnie zejść na dół i obejrzeć rzeźby, rośliny, fontanny i czarną konstrukcję, gdzie dawniej chodziły piękne ptaki. Zejdźmy z mostu na dół i przejdźmy się obok stawu. Dojdźmy do budynku pałacu i wyjdźmy przez boczną wąską bramkę. Właśnie znajdujemy się przy pomniku ks. Jerzego Popiełuszki, gdzie dawniej stał właśnie pomnik psa Kawelina nim go skradli Niemcy.
Luksusowa dzielnica
Idźmy teraz w prawo do przejścia dla pieszych. Po drugiej stronie ulicy będzie stał dawny Dom Koniuszego, a dziś okazały Pałacyk Ślubów. Dawniej stał tu hotel Ritz. Przejdźmy wąską ul. Kilińskiego, a następnie zatrzymajmy się przy Katedrze. Wejdźmy do środka. Jest on tylko dobudówką do białego kościołka obok, chociaż mogłoby się wydawać że jest odwrotnie. Ten biały kościółek pamięta jeszcze czasy Branickich. W krypcie pochowana jest Izabela Branicka. Tam niestety nie można wejśc. Ale kościół możemy obejrzeć. Następnie przejdźmy w lewo tyłem kościoła do ul. Kościelnej. Idźmy cały czas prosto. Na przejściu dla pieszych dalej prosto. Dojdziemy do rzeki. Przejdźmy przez most idąc cały czas prosto. Miniemy stary, ceglany budynek. Na górze ulicy znajdziemy się na Warszawskiej – historycznym osiedlu bogatych białostoczan. Mieszkały tutaj same znakomite osobistości, które pozostawiły po sobie wiele wspaniałych budynków. Po lewej zobaczymy VI Liceum Ogólnokształcące, a po drugiej stronie Pałac Tryllingów (obecnie w remoncie). Idźmy w prawo. Na horyzoncie zobaczymy wieżę kościoła. To katolicka parafia św. Wojciecha, a dawniej kościół ewangelicki. Idąc w jego stronę miniemy jeszcze Centrum Ludwika Zamenhofa – twórcy międzynarodowego języka Esperanto. Możemy wstąpić do środka.
Za skrzyżowaniem miniemy jeszcze wiele okazałych budynków. Warto wstąpić do Muzeum Historycznego, gdzie znajduje się makieta dawnego Białegostoku. Naprawdę fascynująca ekspozycja! Następnie wejdźmy do kościoła Św. Wojciecha. Obejrzyjmy go w środku i na zewnątrz. Następnie przejdźmy na drugą stronę ulicy cofając się do budynku z numerem 57 obok przystanku. Wejdźmy w bramę, a następnie prosto wchodząc w wąską drogę. Wyjdziemy do ul. Koszykowej, przy której stoi wiele wspaniałych drewnianych domów przypominających dawne osiedle Bojary. Na końcu ulicy idźmy w lewo i wstąpmy jeszcze w ulicę obok o nazwie „Wiktorii”. Wrócimy do ul. Stanisława Staszica. Idźmy tą ulicą w prawo (mając z tyłu ul. Wiktorii). Dojdziemy do ul. Piasta. Dalej idźmy w lewo do ul. Słonimskiej. Tu możemy zakończyć wycieczkę. Do centrum wrócimy autobusem linii – 5. Można wysiąść przy „Lipowej” bądź też przy kościele Św. Rocha z dużą, białą wieżą.
Boże Ciało w Białymstoku to piękne wydarzenie. Ludzie ze sztandarami, dzieci sypiące kwiaty oraz orkiestra.
Gdy było okres między wojenny to w Białymstoku na jednej ulicy przechodziła procesja Bożego Ciała, manifestacja Żydów oraz prawosławny kondukt żałobny. Dziś już tak barwnie nie jest, ale na główną procesję warto przyjść. Tradycyjnie najpierw uroczysta msza w Katedrze, a potem droga wiernych do kościoła Św. Rocha. Odświętnie ubrani ludzie niosący sztandary, dzieci sypiące kwiaty i dzwoniące dzwonkiem oraz orkiestra grająca podniosłe pieśni w tym jedną z najbardziej kojarzących się z Bożym Ciałem czyli „Panie dobry jak chleb”.
Boże Ciało przyszło do nas z Niemiec. Świętujemy je od 1246 roku. Wówczas tylko w jednej niemieckiej diecezji. Później rozszerzono obchody na całą Germianię. Papież Urban IV w 1264 roku jako zadośćuczynienie za znieważenie Chrystusa w Najświętszym Sakramencie, błędy heretyków oraz uczczenie pamiątki ustanowienia Najświętszego Sakramentu ustanowił Boże Ciało jako święto całego kościoła. W Polsce dotarło ono w 1320 roku.
Mszę w Białymstoku celebrować będzie abp Tadeusz Wojda. Początek o godz. 10. Sama procesja potrwa do godz. 14.
Ulica Młynowa
Nasze stare dobre Bojary






































