Featured Video Play Icon

Rekordowy przyrost populacji żubrów w Puszczy Knyszyńskiej!

Co roku zimą w województwie podlaskim odbywa się inwentaryzacja żubrów. To kluczowy moment, w którym eksperci oraz pracownicy parków narodowych i nadleśnictw sprawdzają liczebność tych majestatycznych zwierząt. Najnowsze wyniki przyniosły rekordowy wzrost populacji w Puszczy Knyszyńskiej, podczas gdy w Puszczy Białowieskiej zaobserwowano nieznaczny spadek liczby osobników.

Tegoroczna inwentaryzacja odbyła się 4 i 5 lutego, ale obserwacje prowadzone są przez cały rok. Pracownicy Lasów Państwowych oraz naukowcy wykorzystują nie tylko tradycyjne metody naziemne, ale również nowoczesne technologie, takie jak drony, które pozwalają na bardziej precyzyjne obliczenia bez niepokojenia zwierząt. W tym roku w Puszczy Knyszyńskiej odnotowano aż 562 żubry, co oznacza znaczący wzrost w porównaniu do ubiegłego roku, gdy liczba osobników wynosiła 322. To rekordowy przyrost, który wskazuje na bardzo dobre warunki dla żubrów w tym rejonie.

W Puszczy Białowieskiej odnotowano 870 żubrów, w tym 107 cieląt. To nieco mniej niż przed rokiem, gdy populacja liczyła 892 osobniki. Spadek liczebności wynika jednak głównie z naturalnych migracji – około 120-130 żubrów przeniosło się na teren Nadleśnictwa Żednia, co zostało potwierdzone telemetrycznie. To pierwszy udokumentowany przypadek przemieszczania się nie tylko pojedynczych byków, ale także całych grup mieszanych, co świadczy o zdrowym przepływie genów między populacjami.

Tegoroczne wyniki inwentaryzacji potwierdzają, że populacja podlaskich żubrów rozwija się w naturalny sposób, a zarządzanie ich siedliskami przynosi wymierne korzyści. Ochrona tego gatunku, choć nadal wymagająca, zdaje się przebiegać w dobrym kierunku.

Featured Video Play Icon

Podlaskie miejsca, które zachwycają

Podlasie, malowniczy region Polski, kryje w sobie wiele nieodkrytych skarbów, które zachwycą każdego turystę. Odwiedzając tę część kraju, warto zwrócić uwagę na miejsca takie jak Supraśl, ruiny kościoła w Jałówce, Dąb Dunin oraz okolice Grądów-Woniecka.​

Supraśl – perła Podlasia

Supraśl to niewielkie miasteczko położone nad rzeką o tej samej nazwie, otoczone lasami Puszczy Knyszyńskiej. Jego historia sięga XV wieku, kiedy to powstał tu prawosławny monaster, który stał się centrum duchowym i kulturalnym regionu. Dziś Supraśl przyciąga turystów nie tylko ze względu na swoje walory historyczne, ale także jako uzdrowisko oferujące spokój i relaks w otoczeniu przyrody.​

Najważniejszym zabytkiem miasta nadal jest monaster, który zachwyca swoją architekturą i bogatą historią. W jego murach mieści się Muzeum Ikon, prezentujące jedną z najbogatszych kolekcji ikon w Polsce. Spacerując po Supraślu, warto zwrócić uwagę na urokliwe drewniane domy z XIX wieku oraz Pałac Buchholtzów, będący przykładem secesyjnej architektury.​ Najprzyjemniej spędza się czas na bulwarach im. Wiktora Wołkowa, a także w całej leśnej okolicy.

Ruiny kościoła w Jałówce – świadectwo historii

Jałówka to niewielka wieś położona blisko granicy z Białorusią, która kryje w sobie niezwykły zabytek – ruiny kościoła św. Antoniego. Świątynia została zbudowana na początku XX wieku w stylu neogotyckim, jednak podczas I wojny światowej została poważnie uszkodzona i nigdy jej nie odbudowano. Dziś ruiny stanowią malownicze miejsce, które przyciąga miłośników historii i fotografii. Spacerując pośród ceglanych ścian i strzelistych łuków, można poczuć ducha minionych czasów i zastanowić się nad burzliwymi losami tego miejsca.​

Dąb Dunin – strażnik Puszczy Białowieskiej

W okolicach wsi Przybudki rośnie imponujący Dąb Dunin, nazywany również Strażnikiem Puszczy. To potężne drzewo o obwodzie pnia wynoszącym około 700 cm i wysokości około 13 metrów jest symbolem siły i długowieczności przyrody Podlasia. 400-letnie drzewo w 2022 roku zdobyło tytuł Europejskiego Drzewa Roku, co świadczy o jego wyjątkowości i znaczeniu dla lokalnej społeczności oraz miłośników przyrody. Odwiedzając to miejsce, można nie tylko podziwiać majestatyczny Dąb, ale także poczuć więź z naturą i historią regionu.​

Grądy-Woniecko i okolice – kraina wydm nad Narwią

Grądy-Woniecko to niewielka miejscowość położona w dolinie Narwi, otoczona unikalnym krajobrazem wydm śródlądowych. Te piaszczyste wzniesienia, porośnięte sosnowymi lasami, tworzą niepowtarzalny pejzaż, który zachęca do pieszych wędrówek i obserwacji przyrody. Okolice Grądów-Woniecka są również siedliskiem wielu gatunków ptaków, co czyni je atrakcyjnym miejscem dla ornitologów i miłośników dzikiej fauny. Spacerując po tych terenach, można poczuć się jak na nadmorskiej plaży, mimo znacznej odległości od morza.​

Ciekawe są także wiosenne rozlewiska – gdy nie ma suszy. Jak widać na powyższym filmie – woda potrafi pozostawić zaledwie cienkie pasy drogi. Niesamowity klimat przyciąga wiele osób, które nie mogą sobie odmówić interesującej fotografii w tym miejscu.

Podlasie to region pełen kontrastów i niezwykłych miejsc, które warto odkryć. Supraśl zachwyca swoją historią i architekturą, ruiny kościoła w Jałówce przypominają o burzliwych dziejach tych ziem, Dąb Dunin symbolizuje potęgę przyrody, a okolice Grądów-Woniecka oferują unikalne krajobrazy wydmowe. Odwiedzając te miejsca, można doświadczyć różnorodności i bogactwa kulturowego oraz przyrodniczego Podlasia, które na długo pozostaną w pamięci każdego turysty.

Featured Video Play Icon

Dlaczego powinniśmy zlikwidować Zalew Siemianówka, by uratować rzekę Narew?

Podlaska Narew – rzeka, która przez stulecia kształtowała krajobraz i ekosystemy regionu – dziś przypomina cień samej siebie. To, co kiedyś było tętniącą życiem arterią natury, coraz bardziej zamienia się w zanieczyszczony kanał. Wina? Zalew Siemianówka, inżynieryjny eksperyment, który miał pomóc w zarządzaniu wodą, a w rzeczywistości stał się gwoździem do trumny dla Narwi. Choć miał zatrzymywać wodę i wspierać turystykę, dziś coraz wyraźniej widać, że efekty jego istnienia są odwrotne. Ekosystem rzeki jest w kryzysie, poziomy wód są skrajnie niestabilne, a jakość wody dramatycznie spada. Lokalne władze zdają się ignorować problem, lecz fakty mówią same za siebie.

Sinice, które zabijają rzekę

Siemianówka stała się idealnym miejscem dla sinic – toksycznych mikroorganizmów, które w odpowiednich warunkach potrafią zmienić wodę w trujący koktajl. Eutrofizacja, czyli nadmierne namnażanie się glonów wskutek nagromadzenia zanieczyszczeń i nawozów spływających z pól, to jeden z głównych powodów, dla których woda w zalewie przestaje nadawać się do życia. Sytuacja jest na tyle poważna, że władze, chcąc ratować zalew, zdecydowały się na radykalne obniżanie poziomu wody. Efekt? Niszczenie siedlisk ptactwa wodnego i ryb, które nie miały szans na przystosowanie się do tych drastycznych zmian. Dodatkowo, w 2019 roku doszło do masowego śnięcia ryb w Kanale Rudnia – przyczyną był niski poziom tlenu w wodzie, wynikający z wysokich temperatur, braku wiatru i ograniczonego przepływu.

Kreatywna turystyka czy zwykłe oszustwo?

Jednym z oficjalnych argumentów za istnieniem zalewu była turystyka. Urzędnicy twierdzili, że zbiornik stanie się atrakcją dla mieszkańców i turystów. Ale rzeczywistość jest zupełnie inna. Siemianówka nie stała się Mazurami Podlasia. Co więcej, zakwit sinic sprawił, że zamiast promować kąpielisko, lokalne władze stosują sprytną sztuczkę: nie organizują oficjalnej plaży pod nadzorem Sanepidu, ale budują infrastrukturę turystyczną wokół. W ten sposób można zapraszać ludzi do korzystania z zalewu, jednocześnie unikając odpowiedzialności za jakość wody.

Zamiast pomóc – szkodzi

Największym problemem Siemianówki jest to, że nie spełnia ona swojej podstawowej funkcji – stabilizacji poziomu wód. W rzeczywistości działa wręcz odwrotnie. W okresach suszy woda w zbiorniku jest zatrzymywana, co prowadzi do dramatycznego spadku poziomu Narwi i wysychania jej koryta. Kiedy z kolei woda jest nagle uwalniana, rzeka nie jest w stanie przyjąć jej tak gwałtownie, co skutkuje powodziami.

Zamiast wyrównywać naturalne wahania poziomu wody, zbiornik sprawia, że są one jeszcze bardziej ekstremalne. Co gorsza, osady z pól i rzeki, zamiast być naturalnie przenoszone dalej, osiadają na dnie zalewu. W efekcie woda, która z niego wypływa, nie ma już naturalnych minerałów i zaczyna „zjadać” dno rzeki, prowadząc do erozji i dalszej degradacji ekosystemu.

Czas na odważną decyzję

Dziś wiemy już, że sztuczne zbiorniki, takie jak Zalew Siemianówka, to przestarzałe rozwiązania, które przynoszą więcej szkody niż pożytku. Zamiast trzymać się złych decyzji z przeszłości, powinniśmy skupić się na renaturyzacji Narwi. I to jak najszybciej! Bo zaraz nie będzie czego renaturyzować! Odbudowa naturalnych rozlewisk rzeki, przywrócenie bagiennych terenów i przyjęcie strategii ochrony przyrody zamiast jej kontroli to najlepsza droga do uratowania Narwi.

Siemianówka to symbol złych decyzji, które latami były usprawiedliwiane fałszywymi argumentami o retencji i turystyce. Jeśli naprawdę zależy nam na przyszłości Narwi, nadszedł czas, aby pozwolić jej znów swobodnie płynąć. Jak wyglądałaby Narew bez sztucznej regulacji i betonowych ingerencji?

Wbrew obiegowej opinii, to właśnie naturalne rzeki najlepiej magazynują wodę. Narew bez zalewu mogłaby znów swobodnie rozlewać się po swoim dawnym korycie, wsiąkać w bagna i torfowiska, zasilając wody gruntowe. To mechanizm, który przez wieki chronił okoliczne tereny przed suszami i powodziami. Dziś, gdy klimat staje się coraz bardziej nieprzewidywalny, właśnie takie naturalne sposoby zarządzania wodą mogą uratować region przed dramatycznymi niedoborami.

To był dom dla setek gatunków

Dolina Narwi była kiedyś domem dla setek gatunków ptaków, ryb i roślin. Przywrócenie jej naturalnego biegu oznaczałoby odbudowę siedlisk, powrót tarłowych terenów dla ryb, a także odrodzenie się bogatego świata ptaków wodnych. Bez sztucznej zapory, stojącej wody i zalegających w mule zanieczyszczeń, Narew mogłaby znów zacząć się samooczyszczać. Przepływająca swobodnie rzeka transportuje osady, rozkłada organiczne substancje i nie pozwala sinicom na rozwój w takim stopniu, jak dzieje się to w stojących zbiornikach. To czysta woda nie tylko dla ekosystemu, ale także dla ludzi, którzy mieszkają w pobliżu rzeki.

Zamiast zbiornika, który przez większą część roku jest biologiczną bombą, Narew mogłaby stać się prawdziwą perłą ekoturystyki. Wyobraźmy sobie szlaki kajakowe wijące się przez naturalne rozlewiska, bogactwo dzikiej przyrody przyciągające fotografów i przyrodników, a nawet możliwości rozwoju zrównoważonej gospodarki rybackiej. W miejscach, gdzie rzeki przywrócono naturze, turystyka przeżywa renesans – i to nie ta oparta na wątpliwych kąpieliskach, ale na autentycznych doznaniach przyrodniczych. Tereny, które widzicie na filmie powyżej to miejsce, gdzie można przeżyć niesamowita przygodę na kajaku. Tylko, że jak nie ma wody, to można najwyżej szorować po dnie.

Nie chcemy powodzi

To może brzmieć paradoksalnie, ale to właśnie regulacja rzek zwiększa zagrożenie powodziowe. W momencie, gdy rzeka traci naturalne rozlewiska, każda nadwyżka wody staje się problemem, który kumuluje się na dolnym odcinku biegu rzeki. Naturalne doliny rzek działają jak gigantyczne gąbki, pochłaniając nadmiar wody w czasie ulewnych deszczy i uwalniając ją stopniowo. Renaturyzacja Narwi mogłaby pomóc w zapobieganiu przyszłym katastrofalnym powodziom, na które narażone są coraz bardziej niektóre rejony Polski. W tym my. Każda kolejna ogromna ulewa będzie nasilać problem.

Zalew Siemianówka to relikt przeszłości, który dziś bardziej szkodzi, niż pomaga. Zamiast trzymać się starych, błędnych decyzji, możemy zrobić krok w przyszłość – w stronę rzeki, która znów stanie się naturalnym bogactwem regionu. Czas, by zamiast regulować i niszczyć, pozwolić Narwi być tym, czym zawsze była: wolną i żywą rzeką, która od tysięcy lat radzi sobie bez naszej ingerencji.

Featured Video Play Icon

Holubcie to podlaskie gołąbki. Znacie je?

Podlasie to region, w którym tradycja i smak idą w parze. W tutejszych domach od pokoleń przygotowuje się dania, które przetrwały próbę czasu, nie tylko ze względu na prostotę składników, ale i na niezrównany smak. Jednym z takich specjałów są holubcie – podlaska odmiana gołąbków, których podstawą jest farsz z ziemniaków, otulony miękkimi liśćmi kapusty. To potrawa, którą trudno pomylić z innymi – lekko kwaśna, aromatyczna i niezwykle sycąca.

Gołąbki w różnych wersjach są popularne w wielu zakątkach Europy Wschodniej, ale na Podlasiu przybrały unikalną formę. Tradycyjnie przygotowywano je z ziemniaków, ponieważ to właśnie one, obok kapusty, stanowiły podstawę diety mieszkańców regionu. Mięso było rzadziej dostępne, a gospodynie musiały wykazywać się pomysłowością w przygotowywaniu sycących potraw dla całej rodziny. Dawniej holubcie były bardziej kwaśne niż te, które znamy dzisiaj. Starsi mieszkańcy Podlasia wspominają, że ich babcie przechowywały gołąbki w beczkach z kiszoną kapustą, gdzie nabierały intensywnego smaku. Dziś kwaśność nadaje im dodatek kiszonej kapusty, który sprawia, że danie staje się bardziej wyraziste.

Podlaskie gołąbki to potrawa, która łączy pokolenia. Kiedyś były symbolem prostoty i codziennej kuchni, dziś wracają na stoły jako kulinarny skarb regionu. Ich smak to mieszanka delikatnej kapusty, ziemniaczanego farszu i charakterystycznej kwaśnej nuty kiszonej kapusty. Jeśli chcesz poczuć prawdziwy smak Podlasia, warto spróbować przygotować je samemu. To doskonały sposób, by przenieść się do kuchni naszych babć i doświadczyć prawdziwego, regionalnego smaku.

Featured Video Play Icon

Ostatnie dni karnawału na Podlasiu – jakie tradycje przetrwały do dziś?

Karnawał to czas radości, zabawy i świętowania, który przez wieki miał na Podlasiu wyjątkowy charakter. Choć dziś kojarzy się głównie z balami i ostatkami, dawne zwyczaje były znacznie bogatsze i pełne lokalnych rytuałów. Jak świętowano kiedyś, a jak wygląda to dziś? Czy tradycje karnawałowe na Podlasiu przetrwały w niezmienionej formie, czy może zmieniły się wraz z upływem czasu?

W dawnych czasach karnawał na Podlasiu był okresem pełnym zabawy i biesiad, szczególnie na wsiach, gdzie ludzie cieszyli się ostatnimi chwilami przed okresem Wielkiego Postu. Organizowano wesela, kuligi, a także wieczory pełne śpiewu i tańca. Nie brakowało też obrzędów związanych z przepędzaniem zimy – to właśnie na Podlasiu można było zobaczyć grupy przebierańców, które odwiedzały domostwa, śpiewając i psocąc, w zamian za poczęstunek.

Dziś te tradycje są mniej popularne, ale wciąż można je spotkać w niektórych miejscowościach. Nie brakuje w regionie zabaw karnawałowych w nowoczesnym wydaniu – z DJ-em zamiast kapeli ludowej, ale wciąż z dużą dawką radości i tańców do białego rana. Jedną z najbardziej charakterystycznych tradycji karnawałowych na Podlasiu są kuligi. Dawniej były one nieodłącznym elementem zimowego świętowania – orszaki sanek, ciągniętych przez konie, przemierzały zaśnieżone drogi, a uczestnicy popijali grzane wino lub herbatę z miodem. Po przejażdżce odbywały się ogniska, podczas których śpiewano i biesiadowano. Dziś niestety nie można na to liczyć ze względu na brak śniegu.

Tłusty czwartek to jedno z najważniejszych wydarzeń karnawałowych, znane w całej Polsce, ale na Podlasiu miał on swoje lokalne odmiany. Oprócz pączków popularne były również chrusty (faworki), racuchy i pampuchy. W wielu domach ostatni tydzień karnawału był czasem szczególnej obfitości jedzenia. Pieczono placki, smażono skwarki, a na wsiach organizowano wspólne gotowanie i biesiady.

Dziś przeważnie świętowanie Tłustego czwartku ogranicza się do wystania w ogromnej kolejce, by kupić mnóstwo pączków. Aczkolwiek, jeżeli nie chcemy jeść dziadostwa z marketu, tylko pożądne wypieki, to ceny przysmaku przyprawiają o zawrót głowy. Wiele osób stawia jednak na jakość, a nie ilość. Co też ma znaczenie dla naszego zdrowia.

Jak przyroda budzi się po zimie? Przed nami miesiąc przejściowy.

Jak przyroda budzi się po zimie? Przed nami miesiąc przejściowy.

Marzec to miesiąc przejściowy w przyrodzie – zima powoli ustępuje miejsca wiośnie, choć noce bywają jeszcze mroźne, a w głębi lasów można spotkać śnieżne połacie. To czas, gdy przyroda na Podlasiu budzi się do życia, a wędrowcy i miłośnicy natury mogą dostrzec pierwsze oznaki nadchodzącej zmiany. Co warto wypatrywać podczas spacerów po podlaskich lasach w marcu?

Już w pierwszej połowie marca, na obrzeżach lasów, w wilgotnych miejscach i pod osłoną starych drzew, można dostrzec pierwsze kwiaty. Przebiśniegi i śnieżyce wiosenne to jedne z pierwszych roślin, które przebijają się przez resztki śniegu. W dolinach rzek oraz w pobliżu mokradeł mogą pojawiać się kaczeńce – ich żółte kwiaty stanowią piękny kontrast do jeszcze szaroburego krajobrazu.

Marzec to czas, gdy do podlaskich lasów powracają pierwsze ptaki wędrowne. Można już usłyszeć śpiew skowronków i czajek, które zwiastują nadchodzącą wiosnę. Do swoich lęgowisk wracają także bociany – pierwsze osobniki można zaobserwować już pod koniec lutego. W koronach drzew zaczynają być bardziej aktywne dzięcioły, które stukaniem w pnie oznajmiają rozpoczęcie okresu lęgowego. To również czas, gdy w borach sosnowych można usłyszeć charakterystyczne nawoływania żurawi, które przylatują na rozlewiska Narwi i Biebrzy.

Pod koniec marca, gdy temperatura wzrośnie powyżej 10 stopni, można zobaczyć pierwsze owady. Szczególnie warto wypatrywać cytrynków – żółtych motyli, które jako jedne z pierwszych budzą się z zimowego letargu. W ciepłe dni nad leśnymi polanami zaczynają się pojawiać pszczoły oraz trzmiele, które szukają pierwszych kwitnących roślin.

Jelenie i sarny zaczynają zmieniać zimową sierść na letnią. Ich futro staje się jaśniejsze i mniej puszyste. To również czas, gdy można zauważyć młode sarny, które uczą się samodzielności i powoli odłączają się od matek. Choć wilki i rysie są trudne do spotkania, ich ślady można jeszcze dostrzec na resztkach śniegu. Marzec to czas, gdy młode wilki zaczynają większą samodzielność i oddalają się od stada. Drapieżniki w tym okresie mają mniej łatwej zdobyczy, ponieważ inne zwierzęta stają się bardziej czujne i aktywne.

Nowy ośrodek w Rajgrodzie. To szansa dla turystyki i lokalnej gospodarki?

Nowy ośrodek w Rajgrodzie. To szansa dla turystyki i lokalnej gospodarki?

Rajgród, malowniczo położony nad Jeziorem Rajgrodzkim, wkrótce zyska nowy ośrodek wypoczynkowy. Mieszkańcy z entuzjazmem przyjęli informację o sprzedaży terenu, który przez lata pozostawał niewykorzystany. Dzięki nowej inwestycji miasto ma szansę na jeszcze większy rozwój turystyki oraz napływ nowych środków do lokalnej gospodarki.

Teren, na którym powstanie ośrodek, należał wcześniej do Szpitala Wojewódzkiego w Białymstoku i przez wiele lat pozostawał w zarządzie samorządu województwa podlaskiego. Znalezienie inwestora nie było łatwe – przez kilkanaście lat działka nie mogła znaleźć nabywcy. W końcu jednak, w 2025 roku, udało się sfinalizować sprzedaż. Powierzchnia działki to ponad 4 hektary. Sprzedaż udała się za sumę 2 miliony 20 tysięcy złotych plus VAT.

Zgodnie z planem zagospodarowania przestrzennego teren przeznaczony jest pod działalność usługowo-wypoczynkową, co oznacza, że powstanie tu nowoczesny ośrodek, który ma przyciągać turystów przez cały rok. To nie tylko korzyść dla turystów, ale przede wszystkim dla lokalnych przedsiębiorców. Większy ruch turystyczny oznacza większy popyt na usługi gastronomiczne, rekreacyjne i transportowe. Skorzystają na tym zarówno restauracje i sklepy, jak i właściciele domków letniskowych czy firm organizujących atrakcje wodne. Działka od lat pozostawała niezagospodarowana, a jej stan wymaga gruntownej modernizacji.

Rajgród od lat cieszy się opinią jednego z najpiękniejszych miejsc wypoczynkowych w województwie podlaskim. Malownicze Jezioro Rajgrodzkie, bogata oferta rekreacyjna i bliskość natury sprawiają, że to idealne miejsce dla miłośników aktywnego wypoczynku. Nowa inwestycja ma szansę wzmocnić pozycję Rajgrodu jako jednego z czołowych ośrodków turystycznych w regionie. Jeżeli uda się stworzyć nowoczesną infrastrukturę, miasto może przyciągnąć jeszcze więcej gości – nie tylko latem, ale i poza sezonem.

Mieszkańcy mają nadzieję, że ta długo wyczekiwana inwestycja rzeczywiście przyczyni się do dynamicznego rozwoju ich miejscowości. Jak podkreślają, turystyka to szansa na nowe miejsca pracy, większe przychody dla lokalnych firm i ogólną poprawę jakości życia w Rajgrodzie. Czy nowy ośrodek stanie się symbolem nowej ery dla turystyki w tym regionie? Czas pokaże, ale już teraz wiadomo, że inwestycja ta może zmienić oblicze Rajgrodu na długie lata.

Featured Video Play Icon

Podziemny Białystok – tajemnice, legendy i zapomniane miejsca

Białystok, miasto o bogatej historii i wielokulturowym dziedzictwie. Mimo wojennych zniszczeń, skrywa w sobie niejedną tajemnicę. Pod jego ulicami, placami i budynkami rozciągają się zapomniane piwnice, tunele i schrony, które przez lata owiane były legendami. Niektóre z nich to pamiątki po dawnych czasach świetności, inne – świadectwa dramatycznych momentów w historii miasta.

Jednym z najbardziej znanych podziemnych miejsc jest system piwnic i korytarzy znajdujących się pod dawnym Pałacem Branickich. To właśnie tu, według miejskich opowieści, znajdowały się tajemne przejścia, którymi można było uciec w razie zagrożenia. Istnieją spekulacje, że niektóre z tych korytarzy mogły prowadzić aż do pobliskich kompleksów budynków, a nawet do Pałacyku w Choroszczy. Dziś część piwnic jest udostępniona zwiedzającym, ale wiele miejsc pozostaje zamkniętych i owianych tajemnicą.

Białystok, podobnie jak inne miasta, posiada sieć schronów z czasów zimnej wojny. Wiele z nich wybudowano w latach 50. i 60. XX wieku jako element systemu obronnego na wypadek konfliktu nuklearnego. Niektóre schrony są opuszczone, inne zaadaptowane na magazyny lub pomieszczenia techniczne. Jednym z ciekawszych przykładów jest schron pod budynkiem Lasów Państwowych w Białymstoku. Inny z infrastrukturą jest przy Al. Piłsudskiego 15. Dobrze zorganizowany jest również pod hotelem BOSiR. Łącznie w Białymstoku istnieją 182 obiekty zakwalifikiwowane jako prawdziwe schrony – a nie tylko miejsca doraźnego schronienia – które można uznać niemalże podziemia każdego budynku w mieście.

Nie sposób mówić o podziemiach Białegostoku bez wspomnienia o miejskich legendach. Jedna z najbardziej znanych mówi o rzekomo istniejących tunelach pod centrum miasta, które miały być wykorzystywane przez różne grupy – od szlachty Branickich po partyzantów w czasie II wojny światowej. Wiele osób twierdziło, że widziało plany wskazujące na tajemnicze przejścia pod ulicami Białegostoku. To oczywiście wymysły, ale jest pewien tunel, który istnieje w centrum naprawdę. To dawna kanalizacja ściekowa pod ul. Kilińskiego, którą możemy zobaczyć tylko z jednej strony – przy samym moście obok Pałacu Branickich nad Rzeką Białą. Dawniej służyła Hotelowi Ritz.

Wiadomo także, że Kościół Św. Rocha ma jakieś podziemia, ale trudno powiedzieć w tej kwestii więcej. Warto jednak pamiętać, że najwięcej ciekawskich przyciągają raz do roku krypty pod białostocką katedrą.

Warto też wspomnieć o tunelu na Hetmańskiej, który jeszcze przez lata od zamknięcia drogi był dostępny. Teraz niestety już wstępu do środka nie ma. Jak to było? Możecie zobaczyć na filmie powyżej.

Podziemny Białystok to fascynujący świat pełen historii i nieodkrytych miejsc. Dla miłośników tajemnic i eksploracji miasto kryje jeszcze wiele zagadek, które czekają na swoje odkrycie. Może pewnego dnia uda się odnaleźć kolejne zapomniane przejścia i dodać nowy rozdział do tej niezwykłej opowieści.

Featured Video Play Icon

Zielona wyspa pośród zamarzniętego stawu. Nietypowy krajobraz zimowy w Podlaskiem.

To Zalew Arkadia w Suwałkach tak wyjątkowo prezentuje się tej zimy. Pokryta lodem tafla wody otula wyspę niczym naturalna rama, podkreślając jej niezwykły urok. Wśród nagich drzew i białego krajobrazu, zielona roślinność na wyspie przypomina, że natura nigdy nie zasypia całkowicie – nawet w najmroźniejsze dni.

Mieszkańcy Suwałk dobrze znają to miejsce jako letnią oazę spokoju, gdzie można odpocząć nad wodą lub popływać. Jednak zimą Zalew Arkadia odsłania swoje inne, bardziej surowe i jednocześnie magiczne oblicze. Spokojna tafla lodu przyciąga spacerowiczów, którzy ostrożnie przemierzają brzegi, podziwiając krajobraz. Czasem wiatr przynosi ciche trzaski pękającego lodu, a ptaki krążące nad wodą przypominają, że życie toczy się tu nieprzerwanie.

Choć Zalew Arkadia zimą wydaje się miejscem uśpionym, to jego piękno nie traci blasku. Wręcz przeciwnie – skuta lodem woda, błękitne niebo i smugi pary unoszącej się nad wodą tworzą widok, który można podziwiać godzinami. A zielona wyspa, niezmiennie tkwiąca pośród lodowego pustkowia, przypomina, że zima to tylko jeden z etapów cyklu natury – i że wiosna nadejdzie szybciej, niż się wydaje.

Featured Video Play Icon

To hobby dla wytrwałych. Zrzuty poroży przyciągają chętnych.

To hobby dla wytrwałych. Zrzuty poroży przyciągają chętnych. Gdy tylko wiosenne słońce zaczyna rozgrzewać lasy i łąki, pasjonaci tropienia ruszają w teren, licząc na znalezienie unikalnych trofeów. Marzec i kwiecień to czas, gdy jelenie szlachetne gubią swoje imponujące poroża, dając naturze znak, że zima odchodzi w zapomnienie, a cykl życia zaczyna się od nowa. Tymczasem mamy luty, a w internecie można już zobaczyć pierwszych z trofeami.

Każdy tropiciel wie, że to zadanie wymaga cierpliwości i wytrwałości. Samo przejście kilku kilometrów przez las nie gwarantuje sukcesu – trzeba znać zwyczaje zwierząt, rozumieć ich szlaki i wiedzieć, gdzie najczęściej przebywają w okresie linienia. Jelenie, zmęczone zimowym wysiłkiem, szukają teraz spokoju i obfitego pożywienia, a to oznacza, że najlepsze miejsca na znalezienie poroży to śródleśne polany, gęste zagajniki i okolice wodopojów.

Niektórym udaje się znaleźć pojedyncze tyki, inni trafiają na pary, które są marzeniem każdego zbieracza. Każde poroże to ślad natury, unikalna pamiątka i dowód na siłę oraz zdrowie zwierzęcia. Dla wielu to nie tylko kolekcjonerska pasja, ale także okazja do obserwacji przyrody i wędrówek wśród budzącego się lasu.

Idzie wiosna, a z nią nowy początek. Jelenie wkrótce rozpoczną budowanie nowego poroża, które stanie się jeszcze większe i potężniejsze. Tymczasem ich zeszłoroczne korony stają się trofeum dla tych, którzy potrafią patrzeć uważnie, szanować naturę i podążać jej śladami.

Wyjątkowa atrakcja w Podlaskiem rozbuduje się
Fot. Maciej Gryguc) / UWMP - podlaskie.eu)

Wyjątkowa atrakcja w Podlaskiem rozbuduje się

Skansen w Nowogrodzie, rzeki Narew i Pisa, historia – to wszystko ma w sobie gigantyczny potencjał turystyczny. Jednak sama w sobie instytucja ma za małe możliwości, by go wykorzystać. To wszystko jednak może się zmienić. Zarząd Województwa Podlaskiego oraz gmina Nowogród chcą bardziej zainwestować w atrakcję. Nie chodzi jednak o same pieniądze. Przede wszystkim Skansen ma wejść w posiadanie gminnych nieruchomości, dzięki którym będzie miał jak się rozbudować. W grę wchodzi nawet wykup prywatnych działek.

Do rozwiązania są m. in. także problemy niezbędnej w Skansenie stolarni, która ma siedzibę z niezwykle trudnym dojazdem, wygospodarowanie miejsca na kilka kolejnych obiektów zabytkowej architektury kurpiowskich wsi, dogodnych ścieżek i dróg dojazdu, z których mogłyby korzystać także osoby z niepełnosprawnościami lub niewielkie elektryczne pojazdy. Tu także samorząd deklaruje współpracę.

Terenem o największym potencjale turystycznym jest, według nowogrodzkich samorządowców, skarpa nad Narwią w pobliżu mostu, jednego ze schronów zapisanych w historii walk z września 1939 roku i czołgu upamiętniającego wojenne czasy. Byłoby to idealne miejsce dla kurpiowskiego centrum kultury, albo na obiekty wypoczynkowe. Już przed laty rozważana była tam nawet budowa toru zjazdowego czy odkrytego basenu.

Dlatego, po rekonesansie najwięcej uwagi skupiła działka, należąca już do Skansenu, która położona jest niezbyt daleko od dawnego młyna. Czy sam budynek mógłby zostać jakoś wykorzystany, zadecydują dokładniejsze analizy. Skansen Kurpiowski w Nowogrodzie został założony przez badacza Kurpiowszczyzny Adama Chętnika w 1927 roku i jest jednym z dwóch najstarszych w Polsce muzeów budownictwa ludowego. W 2022 roku Województwo Podlaskie przejęło Muzeum od samorządu Łomży.

Jest już połączenie kolejowe Białystok – Wilno – Ryga – Tallin. W bonusie Helsinki.

Jest już połączenie kolejowe Białystok – Wilno – Ryga – Tallin. W bonusie Helsinki.

10 lutego wystartowało wspólne połączenie kolejowe z Wilna przez Rygę do Tallina. Oznacza to, że z Białegostoku bezpośrednio dojedziemy nie tylko jak dotychczas do stolicy Litwy, ale też do stolic Łotwy i Estonii. Podróż w dwie strony to koszt 500 zł.

Pierwszy etap jest już znany. Kupujemy bilet za 77 zł i wsiadamy na stacji w Białymstoku (albo Sokółce, Augustowie, Suwałkach) i dojeżdżamy do litewskiej Mockawy. Tam na tym samym peronie będzie stać pociąg LTG Link, którym dojedziemy do Wilna. Na trasie obowiązuje ten sam bilet. Wyjazd ze stolicy Podlaskiego jest o godz. 10.30. Na granicy czeka nas zmiana czasu, to też dojedziemy o 17.29 tracąc godzinę w sekundę. Teraz mamy 13,5 godziny przerwy. Możemy ją wykorzystać na zwiedzanie Wilna wieczorową porą. A w weekend nawet zasmakować nocnego życia. Alternatywnie możemy po prostu przenocować.

Następnego dnia meldujemy się na stacji kolejowej, kupujemy bilet do Tallina za 39 Euro (około 160 zł). O 7.05 następnego dnia meldujemy się na stacji i odjeżdżamy. Najpierw dojedziemy do Valgi, gdzie musimy zmienić pociąg (bez dokupowania biletu), by po 10,5 godzinach zameldować się w stolicy Estonii. Tu możemy zwiedzać miasto wieczorową porą, przenocować by zwiedzać je jeszcze w dzień. Możemy też dodatkowo wybrać się promem do Helsinek (stolica Finlandii). Gdy już zobaczymy wszystko, to powrót jest każdego kolejnego dnia o 10.25.

Nie zapominajmy jeszcze o Rydze! W stolicy Łotwy będziemy o 16.37. Zatem kolejny wieczór przed nami. Następnego dnia, gdy będziemy wracać, wyjazd do Wilna jest o 16.55. Na miejscu będziemy o 21:03. Powrót do Białegostoku jest kolejnego dnia o 12.35. Na miejscu będziemy o 17.28. Tu odzyskamy straconą przy wyjeździe za granicę godzinę.

Jak widzicie – by realnie objechać 4 bałtyckie stolice trzeba nam co najmniej 5 noclegów. Hotele nie są zbyt drogie – w porównaniu z Polską. Cały wyjazd na jedną osobę powinien kosztować w okolicach 2000 zł, nie licząc jedzenia i ewentualnego imprezowania. Warto? Ocenę pozostawiamy Wam.

Jak kupić bilety? Najlepiej online:

Białystok – Wilno oraz Wilno – Białystok:

https://ebilet.intercity.pl/

Wilno – Tallin, Tallin – Ryga, Ryga – Wilno

https://ltglink.lt/en/vilnius-tallinn

Promy Tallin – Helsinki

https://www.directferries.pl/helsinki_tallinn_prom.htm

 

Featured Video Play Icon

Co za piękne widoki! Łomżyńskie rozlewiska to coś, co trzeba zobaczyć wiosną.

Powyższy film został nagrany w ubiegłym roku, ale jesteśmy przekonani, że i w tym będzie równie pięknie w okolicach Łomży, gdzie Narew rozlewa się gęsto. To miejsce jest prawdziwym rajem dla miłośników przyrody – rozległe łąki, poranne mgły i dzikie ptaki tworzą tu spektakularne widoki, które co roku przyciągają zarówno mieszkańców, jak i turystów.

O każdej porze dnia można dostrzec coś niezwykłego. Rankiem świat spowity jest delikatną mgiełką, przez którą przebijają promienie wschodzącego słońca. W ciągu dnia woda odbija błękit nieba, a wieczorem złote refleksy zachodzącego słońca malują krajobraz w ciepłych odcieniach. Nie brakuje tu też dzikiej fauny – od stad żurawi czy dzikich gęsi, które już przyleciały i bocianów co są w drodze.

Jeśli planujesz wycieczkę w te strony, warto zabrać ze sobą aparat fotograficzny i chwilę zatrzymać się na jednym z licznych punktów widokowych. Przy odrobinie szczęścia można uchwycić nie tylko piękne krajobrazy, ale także sceny z życia dzikiej przyrody, które na długo zapadną w pamięć. Wytęż także słuch, bo ptaki dają tu prawdziwy koncert.

A już niedługo pełna wiosna. Okolica rozkwitnie feerią barw – pola będą pełne kwiatów, rozśpiewane ptaki i zapach świeżej trawy to coś, co na długo zostanie w pamięci. Jedno jest pewne. Każda wizyta przynosi nowe, wyjątkowe wrażenia, które można kolekcjonować niczym pamiątki z najpiękniejszych podróży.

Rowerzyści długo czekali na tą inwestycję. Kładka nad rzeką już gotowa.
fot. UM Białystok / Dawid Gromadzki

Rowerzyści długo czekali na tą inwestycję. Kładka nad rzeką już gotowa.

Białystok ma mnóstwo tras rowerowych, co niewątpliwie jest jednym z bardzo niewielu plusów z dorobku obecnego prezydenta Białegostoku. Gdy jedziemy od strony Dojlid, możemy przy Ciołkowskiego wjechać w przyjemne bulwary przy Białej. Dalej kontynuujemy trasę przy rzece ulicą Branickiego. Szczególnie przyjemnie zaczyna się w okolicach Pałacu Branickich w kierunku centrum. Tam można jechać specjalnymi tunelami przy naszym cieku wodnym, by następnie dojechać do mostu przy zabytkowej poczcie na Warszawskiej, a dalej wjechać w kolejny tunel przy Galerii Jurowieckiej.

Dalej trasa rozchodziła się w trzy strony. W lewo do ścisłego centrum miasta na Rynek Kościuszki, prosto Aleją Piłsudskiego na dworzec kolejowy, zachodnie obrzeża miasta, a także Antoniuk. Była też trasa w prawo przez bulwary przy basenie na Włókienniczej. I to było problematycznie, bo droga rowerowa, która znajduje się przy tej ulicy jest tak fatalna, że w zasadzie albo trzeba by było ją zlikwidować albo wyremontować całą ulicę. Teraz wszystko się zmieniło. Jadąc bulwarami przy rzece, zamiast w Włókienniczą możemy skręcić w nowy mostek nad Białą, by dostać się do ulicy Jurowieckiej. Tu droga otwiera się na nowoczesne drogi rowerowe osiedla Białostoczek, którymi możemy kontynuować naszą podróż wzdłuż rzeki Białej, dojechać do obwodnicy lub kierować się na Jurowce.

Niby taki mostek, a tak wiele zmienia. W ramach inwestycji wybudowana została kładka o wymiarach 14,3 x 5,3 m o konstrukcji w formie belki jednoprzęsłowej wspartej na przyczółkach. Powstał też podwieszany chodnik (na palach żelbetowych), chodnik łączący kładkę z ciągiem pieszym i rowerowym oraz instalacja oświetleniowa. Prace związane z inwestycją (dokumentacja, roboty, opinie, nadzór dendrologiczny) kosztowały ponad 1 mln 73 tys. zł (same roboty – ponad 1 mln 14 tys. zł).

Burmistrzu nie idź tą drogą, bo zabijesz turystykę!

Burmistrzu nie idź tą drogą, bo zabijesz turystykę!

Supraśl to nie tylko według badań najlepsza gmina do życia w Podlaskiem, która wyprzedza Wasilków (2 miejsce) i Białystok (3 miejsce) (dane z rankingu Serwis Samorządowego PAP „Gmina Dobra do Życia” – przyp. red). Miasteczko w Puszczy Knyszyńskiej to także turystyczny hit. Wystarczy trochę dobrej pogody i jest już zapełnione przyjezdnymi. To takie nasze małe Zakopane. Na szczęście Bulwary im. Wiktora Wołkowa, to nie pełne straganów Krupówki, a na każdym rogu nie czyha chciwy baca, który chce dutków za pogłaskanie konia. I bez tego – turyści w Supraślu zostawiają mnóstwo pieniędzy chociażby posilając się w lokalnych restauracjach.

Niestety w budżecie gminy Supraśl zrobił się poważny wyłom. Wszystko to za sprawą mieszkańców Grabówki, którzy latami walczyli o to, by odciąć się od gminy Supraśl. Teraz jako odrębna gmina z długami zapewne za jakiś czas staną się kolejnym osiedlem Białegostoku. A wiele na to wskazuje. Tymczasem Supraśl musi mierzyć się ze szkodami jakie wywołała secesja. Jednym z problemów jest zmniejszenie budżetu. Nowy zakłada 61 milionów złotych wpływów i 65 milionów złotych wydatków. Miasteczko ma także kredyt do spłacenia – 20 milionów złotych.

I tu niestety w urzędzie gminy wpadli na zły pomysł. Dodatkowych źródeł dochodów upatrzono w utworzeniu strefy płatnego parkowania. O ile – samo w sobie płatne parkowanie nie jest złe, o tyle ustawa nakazuje tworzyć strefy po to, by wymuszać rotację pojazdów, by nie zostawiać godzinami samochodów. Wszystko po to, by dać szasnę na zaparkowanie innym. To ważne na przykład tam, gdzie jest mało miejsc parkingowych, a wielu chętnych – by na przykład załatwić sprawy urzędowe.

Tymczasem w Supraślu miejsc parkingowych nie brakuje. Ponadto – wymuszanie rotacji jest zupełnie bezsensowne, bo przecież wiele osób przyjeżdża do uzdrowiska na długie spacery. Opłaty parkingowe spowodują, że wiele osób zacznie parkować w lesie, a nie w mieście. A burmistrz pieniędzy nie zobaczy. Poza tym – płatne parkowanie to coś, co zwyczajnie zniechęca. Turyści pojadą tam, gdzie płacić nie trzeba.

Dlatego, wracając do tytułu. Burmistrzu nie idź tą drogą, bo zabijesz turystykę! Przypomnijmy, że Supraśl żyje właśnie dzięki niej. Jak to się mówi, nie zażyna się kury znoszącej złote jaja.

Featured Video Play Icon

Wiosny nie ma, a są już rozlewiska na Podlasiu!

Gdy myślimy o zimowym krajobrazie, wyobrażamy sobie najczęściej zaspy śniegu, zamarznięte jeziora i ciszę przenikającą lasy. Niestety, to w dużej mierze nasze wyobrażenia z dawnych czasów, bo takich zim nie ma nawet i na Podlasiu. Ale na szczęście jesteśmy położeni na mokradłach, przez co zimą magiczne potrafią być rozlewiska rzeki. Dolina Narwi, kojarzona głównie z wiosennymi i letnimi wędrówkami wśród bagiennych ostępów i ptasich odgłosów, zimą odkrywa swoje zupełnie nowe, zaskakujące oblicze. To właśnie wtedy staje się miejscem, gdzie cisza nabiera szczególnego znaczenia, a zimowa pustka pozwala dostrzec to, co w innych porach roku często umyka.

Podczas tej pory roku, gdy temperatura spadnie poniżej zera, woda która latem i wiosną rozlewa się po szerokich terenach doliny, stopniowo zamarza. Powstają tu różnorodne wzory lodowe, które przypominają artystyczne dzieła tworzone przez naturę. Mróz skuwa nie tylko powierzchnię rozlewisk, ale też wprowadza niezwykłą harmonię w krajobrazie – białe połacie śniegu ciągną się aż po horyzont, a gdzieniegdzie wystające trzciny czy nagie drzewa tworzą graficzne akcenty na tej spokojnej scenerii. To idealny moment na długie spacery, ponieważ szlaki, zwykle otoczone wodą, teraz stają się bardziej dostępne i ciche. I mówimy tu o sytuacji, gdzie tego śniegu nie musi spaść zbyt dużo.

Największą atrakcją dla miłośników natury pozostaje jednak ptactwo. Choć wiosną i latem rozlewiska Narwi pełne są ptaków migrujących, to zimą również można spotkać wiele interesujących gatunków, takich jak łabędzie krzykliwe czy bieliki majestatycznie szybujące nad rzeką. Ptaki drapieżne, jak myszołowy czy pustułki, patrolują teren w poszukiwaniu małych gryzoni, co daje możliwość unikalnych obserwacji. Warto jednak dodać, że w tym roku wiosenne powietrze przyciągnęło już dzikie gęsi. Mimo, że mamy styczeń.

Nie trzeba być zagorzałym przyrodnikiem, by docenić piękno zimowych rozlewisk Narwi. To miejsce, które działa na zmysły, niezależnie od tego, czy jest się doświadczonym podróżnikiem, czy osobą szukającą chwili wytchnienia od codziennego zgiełku. Cisza, przestrzeń i naturalne piękno sprawiają, że zima nad Narwią jest nie tylko przygodą, ale także sposobem na odnalezienie wewnętrznego spokoju. Wyruszajcie!

Co się dzieje z Podlaską koleją? 139 kursów odwołanych!

Co się dzieje z Podlaską koleją? 139 kursów odwołanych!

Mało kto wie, że istnieje taka strona na Facebooku jak „Czy ZKA w Podlaskim dziś wyjechało?”. Jedno jest pewne – musi być ona solą w oku Polregio i Urzędu Marszałkowskiego. Ten duet w ostatnim czasie stanowił antyreklamę kolei, a wspomniana strona boleśnie o tym przypominała niemalże każdego dnia.

139 kursów odwołanych

Żeby zrozumieć tą skomplikowaną sytuację, potrzebny jest szerszy kontekst. Tylko od 24 listopada 2024 roku do 24 stycznia 2025 roku odwołanych zostało 139 kursów pociągiem. Polregio zapewnia, że utrudnienia w ruchu już nie występują. Ale ile napsuli krwi pasażerom, to zostanie z nami jeszcze na długo. Warto jednak dodać, że do obsługi połączeń kolejowych województwo użycza spółce Polregio 17 pojazdów szynowych. Jednak tabor, którego właścicielem jest województwo, nie zabezpiecza w pełni obsługi wszystkich zaplanowanych kursów (potrzeba do tego 24 pojazdy – dop. red). Zgodnie z umową, operator jest zobowiązany do uzupełnienia brakującego taboru we własnym zakresie.

Jak zapewnia Polregio, problemy na liniach z trakcją spalinową wynikały z niezbędnych przeglądów technicznych połączonych z modernizacją szynobusów, co wiąże się z potrzebą wyłączenia pojazdów z ruchu. – poinformowała nas Renata Gerasimiuk – specjalista z działu handlowego POLREGIO S.A. Dodatkowe problemy wynikały z konieczności przeprowadzenia napraw gwarancyjnych oraz powypadkowych. – dodała. Widać jak na dłoni, że Polregio ma za małą liczbę pociągów do swojej dyspozycji, skoro 17 maszyn użycza jej Województwo Podlaskie, a do tego niezbędne przeglądy i naprawy paraliżują funkcjonowanie  kolejowych przewozów pasażerskich w naszym regionie. Bo nie oszukujmy się, jeżeli ktoś kupił bilet na pociąg – to chce jechać pociągiem, a nie autobusem. Zatem podstawianie komunikacji zastępczej nie jest rozwiązaniem. Polregio powinno dysponować takim taborem, by przeglądy czy naprawy nie powodowały odwoływania kursów.

To całkiem poważny problem, bo przez właśnie takie sytuacje parkingi w miastach puchną od samochodów, a ruch na wszystkich drogach się nasila. Nic dziwnego – skoro cztery osoby w rodzinie (ojciec, matka, córka, syn) muszą mieć cztery osobne samochody. Gdyby mogli liczyć na solidną komunikację – być może potrzebowaliby ich mniej.

Przyszłość pod znakiem zapytania

Zapytaliśmy Polregio o to jak planuje rozwiązać problem w przyszłości. W odpowiedzi czytamy, że spółka planuje wypuścić w trasę… wagon piętrowy. Tak, to nie jest żart. Weźmy na to 16 stycznia 2025. Tego dnia odwołane zostały: PR 10441 Czeremcha 06:44 – Hajnówka 07:10, PR 10430 Hajnówka 07:45 – Czeremcha 08:12, PR 10415 Czeremcha 10:28 – Białystok 11:45, PR 10404 Białystok 15:05 – Czeremcha 16:24, PR 10302 Białystok 16:15 – Ostrołęka 18:07, na odcinku Łapy – Ostrołęka, PR 10312 Ostrołęka 18:33 – Białystok 20:32, na odcinku Ostrołęka – Łapy. Chociaż spółka zapewnia, że utrudnienia w ruchu już nie występują – co przytaczaliśmy powyżej – to przecież nie znaczy, że już takich utrudnień nie będzie. I co wtedy ma dać jeden wagon?

Na szczęście, Polregio jest świadome, że trzeba coś robić przyszłościowo. Priorytetem obecnych władz POLREGIO jest – obok stałego rozwijania oferty spółki – wymiana najstarszych i najbardziej wyeksploatowanych pojazdów. Pozyskanie nowego taboru jest kluczowe dla poprawy sytuacji i komfortu pasażerów. Zarząd spółki jest w trakcie rozmów dotyczących finansowania takiego zakupu. Jego wartość w skali wszystkich zakładów POLREGIO szacowana jest na wiele miliardów złotych, co sprawia, że proces ten jest ogromnym wyzwaniem i wymaga czasu. Mamy nadzieję, że prowadzone obecnie rozmowy zakończą się pomyślnie. My też mamy nadzieję, ale życie nadzieją to trochę jednak za mało.

Co na to marszałek?

O sytuację z tak wielką liczbą odwołanych połączeń kolejowych zapytaliśmy tego, kto płaci naszymi pieniędzmi za przewozy czyli Urząd Marszałkowski Województwa Podlaskiego. Zgodnie z umową o świadczenia usług publicznych w zakresie kolejowych przewozów pasażerskich, finansuje jedynie zrealizowane połączenia. W przypadku niewykonania przewozów operator nie otrzymuje rekompensaty i dodatkowo jest naliczana kara umowną za każdy niezrealizowany kurs. – napisała nam w mailu Barbara Likowska-Matys, Zastępca Dyrektora Departamentu Polityki Informacyjnej i dodaje – Jeżeli jest to komunikacja zastępcza – autobusowa, to traktujemy to jako zrealizowanie kursu, przy czym nakładamy karę w związku niedotrzymaniem warunków umowy. 

Na koniec warto się zastanowić jak to jest, że spółka, która ma wystarczającej liczby taboru (brakuje pociągów przy przeglądach i naprawach, musi też „pożyczać” od województwa), nie dość, że realizuje połączenia dla województwa podlaskiego, to jeszcze może wygrać kolejne konkursy na przewozy. Zgodnie z najnowszą umową z listopada 2024 – Polregio ma zapewniać usługi naszemu województwu aż do 2030 roku. W dni robocze na trasy kolejowe Podlaskiego pociągi powinny wyjechać 75 razy. Tabor do obsługi połączeń w regionie to 24 pojazdy. Firma obsługuje 94 stacje i przystanki osobowe, a podczas wakacji 99.

Jak można rozwiązać ten problem?

Wystarczy popatrzeć na Koleje Dolnośląskie. Można stawiać je za wzór. W styczniu 2024 roku z jej usług skorzystało prawie 1,9 miliona pasażerów. W ponad 15-letniej historii przewoźnika jego pociągi nigdy nie przewiozły tak wielu osób w ciągu jednego miesiąca. Rekordy popularności biją także Koleje Wielkopolskie. Jaki jest wspólny mianownik obu? Tam samorządy województw nie zlecają nikomu przewozów pasażerskich tylko organizują je same. Dlatego nie mamy wątpliwości, że w 2030 roku żadnej z umowy z Polregio ani nikim innym podpisywać nie powinniśmy. Za to muszą powstać Koleje Podlaskie.

Dlaczego to ważne? Bo samorząd realizuje zadania publiczne i nie musi jak spółka – zarabiać. Wystarczy bilansować się na zero. To wystarczy – by komunikacja publiczna działała naprawdę dobrze. Ponadto nie jest zrozumiałe dlaczego – mimo tak okazałej infrastruktury kolejowej – w Białymstoku i całej aglomeracji nie ma kolei miejskiej? Taką usługę mogłyby również prowadzić wspomniane Koleje Podlaskie. Wystarczą decyzje polityczne i można działać. Warto jednak pamiętać, że politycy sami z siebie nigdy nic nie robią – zawsze potrzebna jest presja społeczna.

Featured Video Play Icon

To największa inwestycja w historii powiatu. Powstanie przed czasem.

Największa inwestycja w historii powiatu siemiatyckiego powstanie przed czasem dzięki łagodnej zimie. Czym jest most za 101 milionów złotych we wsi Granne najlepiej definiuje cytat z kultowego filmu pt. Miś.

Wiesz co robi ten miś? On odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa. To jest miś na skalę naszych możliwości. Ty wiesz, co my robimy tym misiem? My otwieramy oczy niedowiarkom. Patrzcie – mówimy – to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo i nikt nie ma prawa się przyczepić, bo to jest miś społeczny, w oparciu o sześć instytucji, który sobie zgnije, do jesieni na świeżym powietrzu…

Najśmieszniejsze w tym cytacie z filmu Stanisława Barei – pt. Miś jest chyba fakt, że most w Grannem jest budowany właśnie w oparciu o sześć instytucji. Województw podlaskiego i mazowieckiego, powiatów siemiatyckiego i sokołowskiego oraz gmin Perlejewo i Jabłonna Lacka. Most będzie miał 412 metrów długości, będzie szeroki od 11,7 do 13,7 metrów. Do tego powstanie jeszcze droga o długości ponad 2 km w Podlaskiem i podobnej długości w Mazowieckiem.

Dlaczego piszemy, że ta inwestycja to jest „miś”? Wystarczy spojrzeć na mapę. Budowa powstaje nad rzeką Bug. Najbliższe dwa mosty znajdują się 15 i 20 km od Grannego. Z takiej perspektywy może się wydawać, że most jest potrzebny. Owszem, ale nie taki za 100 milionów złotych. Bowiem tak doniosła inwestycja powinna zakładać, że przyjmie ona duży ruch pojazdów. Tymczasem most jest budowany właściwie pośród niczego.

Gdyby jeszcze to było po trasie gdziekolwiek, to można by było uznać ten most za sensowny. Najbliższe miasto po tej hipotetycznej trasie do Grannego to Sokołów Podlaski. Dzięki inwestycji szybciej dojedziemy z niego do Brańska (3,6 tys. mieszkańców). Mało tego – gdyby zgodnie z życzeniami lokalnych władz podnieść parametry dróg dojazdowych do mostu z gminnych i powiatowych do wojewódzkich, a nawet krajowych, to nadal nie byłyby to trasy, które cokolwiek by zmieniły w transporcie.

Najzwyczajniej w świecie – lokalnym samorządom udało się naciągnąć władze województw oraz Rządowy Fundusz Wsparcia Rozwoju Dróg (który dał na tą farsę 81 milionów) na inwestycję ku uciesze swoich mieszkańców. Oni cieszyć się na pewno będą, nie ulega to wątpliwości. Tylko problem polega na tym, że cały powiat siemiatycki i sokołowski liczą mniej więcej tyle co cztery Sokółki. Zatem wpompowano gigantyczne pieniądze i planuje się kolejne pompowanie po to, by pokazać swoim mieszkańcom swoją sprawczość. To, że będzie tam hulać wiatr – już nikogo nie obchodzi.

Najśmieszniejsze jest to, że most będzie miał „certyfikację NATO”. To taki bat na wszystkich rozsądnych, którzy by się czepiali o te wyrzucanie w błoto 100 milionów złotych – tak jak my. Bo jak to! Wojna u naszych bram, więc taka inwestycja jest potrzebna żeby mogły przejechać czołgi. Tak się jednak składa, że czołgi mają ogromne spalanie. Przykładowo słynny Abrams potrafi spalić 1500 litrów paliwa na 100 km. Dlatego nikt nie będzie czołgiem jeździć przez most, bo po to mamy kolej, by sprzęt wojskowy wozić bez zużywania ton paliwa.

Serce wielokulturowości, historii i natury w jednym miejscu. Taka jest Sokółka i jej okolice.

Serce wielokulturowości, historii i natury w jednym miejscu. Taka jest Sokółka i jej okolice.

Sokółka, leżąca na pograniczu kultur i tradycji, zachwyca odwiedzających nie tylko swoją historią, ale również unikatowym połączeniem przyrody i różnorodności kulturowej. Wizyta w tym urokliwym miasteczku i jego okolicach to podróż przez wieki i przestrzenie, które oferują zarówno możliwość zanurzenia się w przeszłości, jak i aktywnego wypoczynku w otoczeniu natury. Zimą – bonusowo możemy natrafić na ogromne stado dziko żyjących żubrów!

Pierwszym miejscem, które przyciąga uwagę każdego odwiedzającego Sokółkę, jest rynek. W jego sercu znajduje się zabytkowy kościół św. Antoniego Padewskiego, wzniesiony w XIX wieku. Ta monumentalna, barokowa budowla jest nie tylko świadkiem długiej historii regionu, ale także symbolem religijnej i kulturowej różnorodności Sokółki. Świątynia zachwyca swoją architekturą, a jej odnowione wnętrza, pełne detali, emanują spokojem. Niewątpliwie jest to wielkie dzieło sztuki. Przyciąga zarówno turystów, jak i pielgrzymów. To miejsce, w którym przeszłość spotyka się z teraźniejszością, tworząc niezwykłą atmosferę. A tuż obok znajduje się cerkiew pw. św. Aleksandra Newskiego również z XIX wieku. We wnętrzu świątyni znajduje się ikonostas pochodzący z 1905 roku. Na wyposażeniu świątyni pozostaje także ikona Świętych Mikołaja i Aleksandry stanowiąca dar cara Mikołaja II i jego małżonki Aleksandry Fiodorówny. Cerkiew posiada jedną dużą kopułę i cztery boczne.

Mówiąc o Sokółce i jej okolicach nie sposób nie wspomnieć o Tatarach, którzy osiedlili się w tych okolicach już w XVII wieku, wnosząc do regionu swoje tradycje, religię i kuchnię. Przemierzając szlak, można odwiedzić wsie takie jak Bohoniki czy Kruszyniany, gdzie znajdują się zabytkowe meczety – jedne z najstarszych w Polsce. Każdy krok na tym szlaku to spotkanie z historią, która jest wciąż żywa, pielęgnowana przez potomków tatarskich osadników. Można tu również spróbować tradycyjnych potraw, takich jak pierekaczewnik czy czebureki, które są kulinarnym symbolem tego regionu. Warto też zajrzeć do Muzeum Ziemi Sokólskiej, gdzie znajduje się stała wystawa poświęcona osadnictwu tatarskiemu.

Latem, idealnym miejscem na odpoczynek jest Zalew Sokólski. To sztuczny zbiornik otoczony malowniczymi terenami zielonymi, jest ulubionym miejscem rekreacji mieszkańców i turystów. Nad wodą można nie tylko złapać oddech, ale także aktywnie spędzić czas, korzystając z tras spacerowych czy wypożyczalni sprzętu wodnego. Zalew jest idealnym miejscem zarówno na spokojny piknik z rodziną, jak i na bardziej aktywne formy relaksu.

W bliskim sąsiedztwie Sokółki kryją się kolejne skarby regionu, które doskonale uzupełniają opowieść o tej części Podlasia. Dąbrowa Białostocka, sanktuarium w Różanymstoku i malownicze Wzgórza Sokólskie tworzą krajobraz, w którym historia i duchowość przeplatają się z dzikim pięknem natury.

Dąbrowa Białostocka to niewielkie miasteczko, które na pierwszy rzut oka wydaje się spokojne i niepozorne. Warto jednak przejechać się malowniczą trasą z Sokółki, a także zobaczyć zabytkowy wiatrak. Zaledwie kilka kilometrów od Dąbrowy Białostockiej znajduje się Różanystok – miejsce, które jest znane na całym Podlasiu z jednego z najważniejszych sanktuariów maryjnych w Polsce. To miejsce pielgrzymek, wzniesione w stylu barokowym z domieszką rokoko. Wnętrza, pełne złoconych detali, zapraszają do kontemplacji i modlitwy. Otoczenie sanktuarium, z malowniczymi alejkami i cichymi zakątkami, sprzyja refleksji i wyciszeniu.

Podążając dalej na południe, trafiamy na jedno z najbardziej malowniczych miejsc w regionie – Wzgórza Sokólskie. Ta część Podlasia, mniej znana i rzadziej odwiedzana przez turystów, kryje w sobie niezwykłe krajobrazy, które zmieniają się wraz z porami roku. Wzgórza te, ukształtowane przez lodowiec, porośnięte są mozaiką lasów, łąk i pól, tworząc obraz rodem z pocztówki. To idealne miejsce dla miłośników pieszych wędrówek i rowerowych wycieczek. Wędrówki po wzgórzach pozwalają poczuć bliskość natury – wiosną można tu podziwiać kwitnące łąki, latem cieszyć się ciszą wśród bujnej zieleni, a jesienią spacerować wśród złocistych liści. To także raj dla obserwatorów ptaków i fotografów przyrody, którzy znajdują tu nieograniczone możliwości uchwycenia piękna Podlasia w kadrze.

Niepozorna Sokółka i jej okolice mają do zaoferowania całe mnóstwo fantastycznych, ciekawych i pięknych miejsc. Niezależnie od pory roku to doskonały kierunek wycieczki.

Rocznice historyczne to dobra okazja do refleksji nad teraźniejszością

Rocznice historyczne to dobra okazja do refleksji nad teraźniejszością

162. rocznica być może nie jest okrągła, ale i tak warto to przypomnieć. W nocy z 22 na 23 stycznia 1863 roku wybuchło Powstanie Styczniowe. Był to największy zryw niepodległościowy w XIX wieku. Do dziś jednak warto pamiętać, ze klęska powstania – nie oznacza, że wystąpienie przeciwko zaborcy było bezsensowne. Chociaż cena była bardzo wysoka – bo kilkadziesiąt tysięcy osób straciło życie, wiele osób zesłano na Syberię, a jeszcze inni potracili całe swoje majątki.

Polska XVI wieku była prawdziwym mocarstwem. Obszar naszego kraju wynosił 1 milion km2 – trzy razy więcej niż obecnie. Ważniejsze jednak było to, że Polska nie tylko miała dużo ziemi, ale co na niej robiła – intensywnie się rozwijała nasza gospodarka i kultura – podstawy, by być Wielkim Narodem. Na tle dzisiejszej Europy byliśmy o wiele lat do przodu w rozwoju. Krajem rządziła monarchia parlamentarna szlacheckiej wspólnoty. Z praw dla wszystkich najważniejsze były prawo nietykalności osobistej, nienaruszalności mienia, również wolności wyznania. Kwitła także edukacja.

Później przyszedł wiek XVII, który zaczął powolny upadek naszego kraju. Wszystkie powyższe wartości powoli zanikały pod wpływem kolejnych królów, którzy z rozwiniętej jak na tamte czasy monarchii parlamentarnej zaczęli skłaniać się ku zamordyzmowi – eufemistycznie zwanego absolutyzmem. Zaczęliśmy prowadzić politykę izolacjonistyczną, upadła tolerancja religijna i wiele innych spraw zmieniło się na gorsze. To wszystko pod panowaniem Wazów. Na szczęście po nich nastąpił pozytywny zwrot – Z Bożej łaski król Polski, wielki książę litewski, ruski, pruski, mazowiecki, żmudzki, inflancki, smoleński, siewierski i czernihowski, Obrońca Wiary – Jan III Sobieski uważany był za jednej z najwybitniejszych polskich monarchów i wodzów. Już samo określenie historyczne, które przytoczyliśmy wiele o nim mówiło.

Upadek wielkiego mocarstwa jaki była Polska zaczął się od tego, że nasze wojsko po czasach Sobieskiego liczyło zaledwie 16 tys. żołnierzy. Tymczasem armia rosyjska składała się z 350 tys. żołnierzy, austriacka – 250 tys., pruska – 200 tys. żołnierzy. Każdy ten kraj z osobna mógł na Polskę napaść i zagarnąć wszystko dla siebie. A że chcieli wszyscy, to się podzielili i zagarnęli – każdy po trochu. Wybór na króla kochanka carycy – Stanisława Augusta Poniatowskiego – był tylko formalnością. Później krojono nasz kraj na raty – aż w końcu wymazano z mapy.

Jak widzicie, minęły 162 lata a Polska dopiero budzi się ze swojego snu o tym, że świat jest bezpieczny i wspaniały. Gdyby nie trwająca tak długo wojna na Ukrainie, dziś byśmy już tak spokojnie nie spali. A tak mamy jeszcze ostatnie chwile na zbudowanie ogromnej i mocnej armii. Czas, który albo wykorzystamy albo znów zaczniemy być krojeni – jak w XVII wieku. Historia pokazała nam też, że posiadanie kochanka carycy – również w niczym nie pomaga. Możemy liczyć tylko na siebie.

Featured Video Play Icon

Tak było w 1994! Co się zmieniło przez 3 dekady?

Nie dawno minęło 30 lat od denominacji złotówki. To ważna, okrągła rocznica, która powinna nam przypomnieć ile mieliśmy pieniędzy, a ile mamy dziś. Jak czytamy w Głosie Kolneńskim z 1994 roku – budżet miasta wynosił wówczas 24 miliony złotych. Gdyby uwzględnić wszystkie propozycje radnych na inwestycje w mieście – do budżetu trzeba by było dosypać 10 miliardów złotych. Tymczasem zaledwie 10 proc. budżetu – czyli niecałe 2,5 miliona przeznaczono na inwestycje. W co inwestowano pieniądze 30 lat temu? W budowę trzeciej szkoły podstawowej, rozbudowę cmentarza, infrastrukturę osiedla Południe II.

W 2025 roku budżet Kolna wynosi 67 milionów złotych. Przypomnijmy, że w 1990 roku inflacja w Polsce wynosiła 585 proc., a w 1994 po drastycznych reformach Leszka Balcerowicza i denominacji już „tylko” 27 proc. Inflacja do normalnych poziomów spadła po raz pierwszy dopiero w 2002 roku. Zatem czy budżet Kolna, który jest obecnie 3 razy większy – oznacza, że jest tam 3 razy więcej pieniędzy niż 30 lat temu? Według kalkulatora „PoliczMi.pl” inflacja skumulowana wyniosła: 355,78%, a dzisiejsze 67 milionów w 1995 roku byłoby warte zaledwie 14,5 miliona. Zatem – 30 lat temu Kolno miało realnie więcej pieniędzy niż teraz – bo 24 miliony. Dodajmy, że chodzi oczywiście o pieniądze własne. Bo gdyby doliczyć wszystkie dofinansowania unijne od 2004 roku, to zapewne te kwoty prezentowałyby się inaczej. Tak czy inaczej – jeżeli Kolno ma dziś realnie mniej własnych pieniędzy niż 30 lat temu, to znaczy że coś poszło nie tak.

Patrząc jednak na powyższy film – jedno jest pewne. Wówczas było tam zielono jak nigdy. Zapewne podobnie jak w innych miastach. Dlatego dziś warto sobie, po tych 30 latach zadać pytanie – czy naprawdę jest lepiej? Lata 90. kojarzą nam się z biedą. Ale jak się okazuje, sami nie wykorzystaliśmy szansy jaką otrzymaliśmy. Owszem – po wejściu do Unii Europejskiej – czerpaliśmy całymi garściami. Ale czy jeżeli byśmy „doili” członka rodziny przez 30 lat, to oznaczałoby to że się wzbogaciliśmy?

Po tych 30 latach od denominacji złotówki – zastanówmy się nad kolejnymi trzydziestoma latami. Czy teraz jesteśmy bogatym krajem? W 1994 roku wszyscy byliśmy jeszcze milionerami. Dziś już nikt takim „milionerem” jednak nikt być nie chce. Dlatego – być może nie powinniśmy dążyć do tego – by mieć coraz więcej, ale by móc kupić za tyle samo co mamy coraz więcej. Warto o tym pamiętać przy każdych wyborach w Polsce.

Białowieża jak wymarła. Spotkać kogoś – to jak spotkać ducha.

Białowieża jak wymarła. Spotkać kogoś – to jak spotkać ducha.

Jak wiadomo na Podlasiu – świętuje się dwa razy – najpierw obchodziliśmy Boże Narodzenie i Nowy Rok – 25 grudnia i 1 stycznia, by 7 stycznia obchodzić Boże Narodzenie, a 13 stycznia Nowy Rok. Zgodnie z kalendarzem gregoriańskim oraz juliańskim. W takim okresie ludzie zajęci są swoimi sprawami, więc nie jest to dobry czas na obserwacje tego „jak jest”. Ale gdy już czasy świąteczne minęły i wróciła zwykła codzienność, to jak najbardziej można jakieś wnioski wysuwać. Postanowiliśmy pojechać do Białowieży, by zobaczyć jak się ma turystyczna wieś po covidzie, kryzysie migracyjnym na granicy, stanach wyjątkowych, budowach płotów.

Na wyprawę wybraliśmy weekendową sobotę – bo wtedy ludzie mają wolne i czas na wyjazdy. Już jadąc z Białegostoku do Białowieży można było poczynić pierwsze obserwacje. Na krajowej 19 – pomiędzy Białymstokiem a Zabłudowem był spory ruch. Na dalszym odcinku – Zabłudów – Hajnówka niemalże pusto. Samochody można było policzyć na palach obu rąk. Dopiero w samej Hajnówce można było zobaczyć ożywienie. Ruch samochodowy był naprawdę spory. Następnie odcinek Hajnówka – Białowieża – znów puściutki. Samochodów tyle co kot napłakał.

Po drodze do Białowieży rzuca się w oczy także to – o co było wiele politycznych kłótni – całe stosy powalonych drzew. Jak wiadomo droga jest bardzo wąska, więc trzeba jechać ostrożnie. Po obu stronach jezdni mamy dziką Puszczę. A to znaczy, że człowiek w nią nie ingeruje. W praktyce wygląda to tak jakby przez las przeszło jakieś tornado, bo pomiędzy rosnącymi drzewami – leży mnóstwo starych powalonych mniejszych i większych drzew. Widok dość zaskakujący – bo w lasach gospodarczych (tam gdzie można prowadzić wycinkę na handel drewnem) panuje pod tym kątem duży porządek. Czy to źle, że po drodze do Białowieży jest odwrotnie? Pod względem przyrodniczym – idealnie. W takich warunkach panuje gigantyczna bioróżnorodność. Natura w czystej postaci!

Dojeżdżamy do Białowieży, by zacząć od spaceru po Parku Pałacowym. Po drodze napotykamy kilka osób. Co ciekawe – mimo kompletnego braku turystów dwie rzeczy działają – jarmark z pamiątkami oraz płatny parking. Okoliczna gastronomia pozamykana na cztery spusty. Kolejny punkt to Białowieża Towarowa. Tam napotykamy dwie osoby. Restauracja z hotelem w dawnej stacji jest otwarta. Samochody na parkingu też stoją. Co ciekawe, po drodze widzimy nowoczesne osiedle z domami typu bliźniak. Jak widać i do Białowieży dotarli już deweloperzy.

Kolejny punkt, który zdążymy odwiedzić przed szybko przychodzącym zachodem słońca to rezerwat pokazowy żubrów. Tam również jarmark działa w najlepsze, ale ludzi niewiele. Na parkingu tylko kilka samochodów. Kilku spacerujących widać też na drodze do Dębów Królewskich. Tam już nie jedziemy, bo za chwile będzie się ściemniać.

Czy można z tego wyciągać wnioski absolutne? Oczywiście, że nie, ale jak widzimy Białowieżę i jej okolice jako miejsce niemalże wymarłe, to wiadome jest że brakuje turystów i to mocno. Jeżeli będziemy tak się dalej przyglądać – to nikt nie będzie chciał tam prowadzić biznesu. Tym bardziej nie będzie sensu remontować linii kolejowej – co jest w planach – ani budować nowych ścieżek rowerowych. Turyści pojadą tam, gdzie jest modnie. A Białowieża po wszystkich swoich „przygodach” modna nie jest. Wszyscy, którym zależy na tym, by wróciła turystyka na Podlasie, muszą ten trend odwrócić.

Białystok się wyludnia. Te dane porażają!

Białystok się wyludnia. Te dane porażają!

Białystok, największe miasto w północno-wschodniej Polsce, zmaga się z zauważalnym spadkiem liczby mieszkańców. Jak wynika z najnowszych danych statystycznych, pod koniec 2024 roku miasto zamieszkiwało nieco ponad 267 tysięcy osób. W porównaniu z końcem 2023 roku, kiedy populacja wynosiła ponad 270 tysięcy, to wyraźny spadek. Jeszcze bardziej uderzające są dane z 2020 roku, kiedy w Białymstoku mieszkało aż 298 tysięcy osób.

Na koniec ubiegłego roku na pobycie stałym w Białymstoku zameldowanych było 261 907 osób, a na pobycie czasowym 5 739 osób. Dane te pokazują, że część mieszkańców miasta wybiera meldunek tymczasowy lub opuszcza miasto na stałe. Urząd Statystyczny w Białymstoku natomiast podaje, że liczba ludności w dniu 30 czerwca 2024 r. wynosiła – 290 900 osób. Skąd zatem ta rozbieżność? Zapewne 24 000 osób mieszka w Białymstoku – ale bez meldunku. Czy ta liczba jest prawdziwa? Jeżeli doliczymy do zameldowanych – liczbę studentów, Białorusinów, Ukraińców to mogłoby się okazać, że jest nas tu ponad 300 000. Co prawda wszyscy napędzają gospodarkę miasta, ale podatki płacą gdzie indziej. Dlatego teza, że Białystok się wyludnia – jest jak najbardziej uprawniona.

Wyludnienie Białegostoku to nie tylko problem demograficzny, ale także wyzwanie gospodarcze i społeczne, które wpływa na rozwój regionu. Przyczyn spadku liczby mieszkańców można upatrywać w wielu czynnikach, takich jak migracja młodych ludzi do atrakcyjniejszych miast takich jak Warszawa, Kraków, Gdańsk, Wrocław czy Poznań. Tam w poszukiwaniu lepszych perspektyw zawodowych, z dużo lepszymi zarobkami, rozwiniętą kulturą i nauką.

Wbrew ogólnemu trendowi spadku liczby mieszkańców, w Białymstoku w 2024 roku więcej osób się urodziło niż zmarło. W białostockim Urzędzie Stanu Cywilnego zarejestrowano 4 570 aktów urodzenia, podczas gdy aktów zgonu było 3 651. To może być zafałszowany obraz, bo nie wszystkie urodzone dzieci w Białymstoku – są białostoczanami. W stolicy województwa podlaskiego rodzą się dzieci, które mieszkają także w całej okolicy.

Spadek liczby mieszkańców powinno stanowić wyzwanie dla władz miasta, które muszą znaleźć sposób na zatrzymanie mieszkańców i przyciągnięcie nowych. Obserwując jednak poczynania włodarza i jego ekipy można odnieść wrażenie, że ten problem w ogóle go nie interesuje. Ważnym elementem, który mógłby wpłynąć na wybór Białegostoku jako miejsca do życia może być rozwój rynku pracy, by zarobki nie były jedne z najgorszych w kraju. Ponadto należy intensywnie pracować, by studenci mieli co robić w Białymstoku po zajęciach. Tymczasem u nas rozrywki ograniczają się głównie do chodzenia po knajpach. Jeżeli już są jakieś godne uwagi koncerty, to bilety albo rozchodzą się w kilka minut albo ich cena jest gigantyczna i zdecydowanie nie na studencką kieszeń. W mieście jest też malutka oferta teatralna. Kino w czasach serwisów VOD to także nie jest atrakcja. Baseny są przepełnione, a inne miejsca rozrywek – można policzyć na placach jednej, może dwóch rąk. Wszystkiego jest za mało.

Kolejny problem to komunikacja miejska, która pod kątem rozwoju jest na takim dnie, że można by było napisać o tym książkę. Wystarczy pojechać do Warszawy, by zobaczyć jak tamtejsza komunikacja wyprzedza nas o epokę. W zasadzie to stolica wysysa z Białegostoku mieszkańców – oferując większe zarobki, znakomitą komunikację, ofertę kulturalną i miejsca rozrywek. Nie chodzi o to, by dorównać stolicy, ale by w ogóle podjąć wyzwanie – i choć trochę być atrakcyjną alternatywą dla ogromnej Warszawy. Jeżeli nadal będziemy udawać, że wszystko jest ok, to problem wyludniania jeszcze bardziej się pogłębi, co wpłynie jeszcze bardziej negatywnie na nasz region.

Featured Video Play Icon

Tak wygląda podróż Kanałem Augustowskim.

Przez długie lata żeglowania zaliczylismy prawie wszystkie małe i duże jeziora w Polsce, ale na ten kanał nigdy nie mieliśmy czasu. Takimi słowami rozpoczyna autor filmu opis na YouTube. Cały rejs trwał dwa tygodnie – czego można pozazdrościć, a patrząc na zimową pogodę za oknem – nawet rozmarzyć. Warto więc zanurzyć się na te 20 minut w podróży po Kanale Augustowskim odwiedzając popularne śluzy.

Na szczególną uwagę warto zwrócić przy Śluzie Paniewo, bo poziomy wody są tak wysokie, że cała konstrukcja jest dwukomorowa. To popularne miejsce odwiedzane przez turystów, którzy patrzą na przeprawy z góry. Dzięki filmowi możecie obejrzeć, jak to wygląda od dołu.

Kanał Augustowski, zbudowany w pierwszej połowie XIX wieku, jest jednym z najważniejszych zabytków hydrotechnicznych w Polsce i centralnym punktem turystycznym Augustowa. Początkowo stworzony z myślą o celach politycznych i ekonomicznych, dziś stanowi jedną z największych atrakcji turystycznych regionu, przyciągając zarówno miłośników historii, jak i entuzjastów sportów wodnych.

Budowa kanału rozpoczęła się w 1824 roku, głównie z inicjatywy generała Ignacego Prądzyńskiego, który miał za zadanie stworzenie alternatywnego szlaku wodnego omijającego Prusy, by ułatwić eksport towarów do portów bałtyckich. Kanał miał strategiczne znaczenie, umożliwiając transport towarów takich jak zboże i drewno, które były kluczowymi eksportami regionu. Prace nad kanałem zakończono w 1839 roku, a jego trasa liczyła 101 km, z czego 82 km przebiegało przez terytorium Polski, a reszta przez Litwę i Białoruś. Kanał, mimo że nigdy w pełni nie spełnił swoich ekonomicznych założeń z powodu zmian politycznych, stał się nieocenionym dziedzictwem techniki inżynierskiej tamtego okresu.

Dziś Kanał Augustowski jest jednym z głównych punktów atrakcji turystycznych miasta. Rejsy kanałem są doskonałą okazją, by podziwiać piękno okolicznych krajobrazów. Trasa wiedzie przez jeziora i lasy, oferując widoki zapierające dech w piersiach. Ponadto, na trasie znajdują się liczne śluzy, które są atrakcją samą w sobie, demonstrując zaawansowaną technologię hydrotechniczną XIX wieku.

Czy pociągi będą wozić powietrze 200 km/h?
fot. A. Ludwiczak / UM Białystok

Czy pociągi będą wozić powietrze 200 km/h?

Gdyby patrzeć na ekonomię, to ta inwestycja kompletnie nie miałyby sensu, ale na szczęście na kolej patrzy się pod kątem tego, by mieszkańcy w całej Polsce patrzyli na nią jak na wartościowy środek transportu. Dlatego pod tym względem modernizacja linii Białystok – Ełk jest ważna. Tylko, trzeba jeszcze wykonać pewną pracę w regionach podlaskim i warmińsko-mazurskim, by tu także kolej była atrakcyjna.

W teorii Rail Baltica – łącząca kraje bałtyckie z Polską, a dalej z zachodem Europy to projekt, dzięki któremu można będzie przejechać kawał kontynentu jednym pociągiem. W praktyce jednak ludzie są wygodni i nadal będą latać samolotami. Chyba, że ktoś tego zabroni i będzie to opcja tylko dla polityków i celebrytów.

Niezależnie od tego, kolej zawsze musi pełnić przede wszystkim rolę transportu lokalnego. Tak, by ludzie załatwiając swoje różne interesy nie musieli mieszkać blisko, ale by mogli szybko dojechać. Taki Białystok jest kompaktowym miastem, a władze miasta nie rozbudowują się na obrzeżach, tylko pozwalają wciskać jeszcze więcej bloków w każdą możliwą dziurę. Gdy już skończy się jakikolwiek wolny kawałek przestrzeni, a korki totalnie zapchają ulice, to kolej miejska będzie zbawieniem. Na razie nie ma jej i nic nie zapowiada, by była. A wystarczy popatrzeć na Warszawę – tam, gdyby nie dobrze zorganizowana komunikacja – łącząca autobusy, metro, tramwaje i kolej miejską – nie dałoby się funkcjonować.

I tu wracamy do linii kolejowej Białystok – Ełk. Patrząc na nią z dzisiejszej perspektywy – modernizacja nie ma kompletnie żadnego ekonomicznego sensu. Na szczęście w naszym kraju nikt się tym nie przejmuje i inwestycja trwa, by z prędkością 200 km/h wozić powietrze. Nie piszemy tego ze złośliwością. Podlaskie się wyludnia, a Warmińsko-Mazurskie jeszcze bardziej. Kto zatem w tym 2029 roku będzie jeździć po trasie? Raczej będzie to dogodne połączenie dla mieszkańców Grajewa i Moniek – by szybko coś załatwić w Białymstoku, albo dla mieszkańców całego Podlaskiego – by szybko skoczyć nad jeziora. Alternatywnie mieszkańcy Ełku zechcą zwiedzać Białowieżę i w Białymstoku dokonają przesiadki, albo wpadną tu na Rynek Kościuszki, by zjeść, wypić i poimprezować.

Popatrzmy na liczby – 61 903 mieszkańców to stan Ełku na koniec 2024 roku. W Grajewie 20 899 mieszkańców, Mońki 14 795. Prawie 100 000 osób. Dla zobrazowania skali – jeden Stadion Narodowy pomieści 50 000 osób. W drugą stronę Białystok to 300 000 osób. Warto jednak zaznaczyć, że o ile Ełk, Grajewo czy Mońki mogą przyjeżdżać do Białegostoku w wielu sprawach, to w drugą stronę jest to raczej wypad okazjonalny, turystyczny. Zatem frekwencja nie będzie równa w obie strony. Tym bardziej nie będzie wysoka, bo tych ludzi – szczególnie w warunkach wyludniania się – przybywać nie będzie.

Jaki z tego wniosek? Kolej musi się modernizować i oferować wysokie prędkości, ale… równolegle ktoś musi intensywnie przekonywać Polaków, że jazda pociągiem jest naprawdę przyjemniejsza i wygodniejsza niż stanie w korkach. Tymczasem w Białymstoku robi się wszystko, by ludzie myśleli odwrotnie. Kolei miejskiej nie ma bo nie, białostocka komunikacja miejska to dno, a samochody  królują ponad wszystko. Mimo, że korków jeszcze nie ma – to jest to kwestia nieodległego czasu. Parkingi dosłownie puchną, wszędzie masowo przybywa bloków zapychając to kolejne ulice, a kolejne pokolenie dorasta i zaraz będzie miało własny samochód. Więc jeżeli na takim poziomie – nie zachęcamy ludzi do korzystania z komunikacji, to potem nikt do pociągu z Białegostoku do Ełku też nie wsiądzie.

A jest co robić, bo statystyczny Polak pociągiem jeździ 9 razy w roku. Dla porównania statystyczny Szwajcar jeździ 50 razy w roku, więc od razu widać, że przekonanie naszych rodaków, że kolej jest rozrywką „dla biednych”, a samochód to „luksus” nie jest prawdziwe. Warto dodać, że średnia w przypadku Podlaskiego i Warmii i Mazur jest zawyżona. Takie Koleje Dolnośląskie funkcjonują wyśmienicie, Koleje Mazowieckie też nie gorzej. U nas funkcjonuje to kiepsko. Dlatego, jeżeli w tym 2029 roku nie chcemy by pociągi szybko woziły powietrze, władze muszą zacząć działać już teraz. 5 lat to wystarczająco dużo, by wypracować i wcielić w życie szereg zachęt do korzystania z pociągu – nawet, gdy ma się samochód.

Początkiem dobrych zmian powinna być rezygnacja z Polregio i powołanie Kolei Podlaskich. Ale to już temat na inną dyskusję.

Zima odwiedziła Białystok. Kiedyś śnieg w styczniu to było coś oczywistego.

Zima odwiedziła Białystok. Kiedyś śnieg w styczniu to było coś oczywistego.

Mimo, że od dłuższego czasu mówi się o zmianach klimatycznych na świecie, to brak śniegu w styczniu cały czas zaskakuje tak samo. Dlatego, gdy ostatnio popadało i lekko pokryło białym puchem w regionie, to wiadomo było, że to dobry czas, by uwiecznić zaśnieżone miasto na pamiątkę.

Szczególnie pięknie prezentuje się Pałac Branickich, który przyciągnął wielu spacerowiczów. Posągi, odnowiony most, ptaszarnia – to wszystko punkty, które wyłaniały się z wszechogarniającej bieli. Ciekawie się również obserwuje zamarznięty staw, który kaczkom służy za chodnik (mimo, że mają skrzydła i mogą wszędzie podlecieć). Jeżeli macie sanki, to z pewnością Wasze dzieci w Pałacu Branickich miałyby niezwykła frajdę, bo jest gdzie jeździć i zjeżdżać.

Na białostockich Dojlidach natomiast królują morsy. Co chwilę można było zobaczyć jak pojawia się nowa grupka, rozbiera do rosołu, rozgrzewa i chlup do wody. A po kąpieli, szybkie wycieranie, zakładanie ubrań i bieganie na dogrzanie. Sporą frajdę miały też dzieci na placach zabaw, bo ślizgawka była jakby bardziej śliska. A co najważniejsze dla wszystkich – plaża zimą jest za darmo! Warto więc korzystać. Jeżeli komuś zimno, to na miejscu jest Sauna, w której można solidnie się wygrzać.

Ten rezerwat przyrody skończy 100 lat. Dawniej w nim walczono, dziś to ostoja ciszy i spokoju.
Rezerwat Czerwone Bagno, fot. Jerzy Opioła / Wikipedia

Ten rezerwat przyrody skończy 100 lat. Dawniej w nim walczono, dziś to ostoja ciszy i spokoju.

Rok 2025 zapisze się w historii polskiej przyrody jako jubileusz 100-lecia powstania rezerwatu Czerwone Bagno. Ten niezwykły obszar, leżący w sercu Kotliny Biebrzańskiej, od stulecia stanowi bastion dzikiej natury i świadectwo nieugiętej walki o zachowanie bioróżnorodności w Polsce.

Czerwone Bagno to miejsce wyjątkowe, które przetrwało niemal nietknięte mimo burzliwych wydarzeń historycznych. Obszar ochrony ścisłej o powierzchni 2569 ha jest domem dla łosi, wilków i rzadkich ptaków drapieżnych, takich jak bielik czy orlik krzykliwy. To właśnie tutaj rosną także unikalne gatunki roślin, w tym rosiczka okrągłolistna i brzoza niska, które znajdują się pod ścisłą ochroną. Bogactwo flory i fauny sprawia, że Czerwone Bagno jest nie tylko obszarem chronionym, ale także żywą lekcją ekologii.

Dzięki powstaniu ścieżek dydaktycznych i platform widokowych, Czerwone Bagno przyciąga miłośników natury z całego kraju. Turystyka ekologiczna, odpowiedzialnie prowadzona, pozwala na poznanie piękna podlaskich mokradeł bez szkody dla ich unikalnego ekosystemu.

Czerwone Bagno nie tylko zachwyca naturą, ale także skrywa ślady dramatycznych wydarzeń z przeszłości. Podczas II wojny światowej teren ten stał się schronieniem dla partyzantów, a bitwa z września 1944 roku, w której poległo około 100 żołnierzy Armii Krajowej, jest jednym z najbardziej pamiętnych epizodów z jego historii. Tragiczne losy wsi Grzędy, spacyfikowanej przez Niemców, przypominają o ludzkiej determinacji w walce o wolność.

Setna rocznica utworzenia rezerwatu to doskonała okazja, aby spojrzeć w przyszłość. Ochrona Czerwonego Bagna to nie tylko troska o przyrodę, ale także o nasze wspólne dziedzictwo kulturowe. Niech te sto lat będą inspiracją do dalszej ochrony tego niezwykłego miejsca – symbolu harmonii między człowiekiem a naturą, a także żywego pomnika historii, który przetrwał, by opowiadać o dawnych czasach i przypominać o wartości dzikiej przyrody w XXI wieku.

Featured Video Play Icon

Zimowy spektakl wśród majestatu puszcz – żubry wychodzą z lasów

W miarę jak kończy się rok, natura nieubłaganie zapisuje kolejną stronę swojego cyklu. Puszcza Białowieska i Puszcza Knyszyńska – dwie perły dzikiej przyrody w sercu Podlasia – budzą się do życia w zupełnie inny sposób. Najpierw szron, a później śnieg pokryje ziemię jak puszysta kołdra, drzewa coraz częściej stają się posągowe w swojej bezlistnej prostocie, a w tym chłodnym pejzażu rozgrywa się fascynujące zjawisko – żubry opuszczają głębokie zakamarki lasu i ruszają w poszukiwaniu pożywienia.

Wczesny poranek, gdy słońce nieśmiało przebija się przez zamglone horyzonty, to najlepszy czas na wyprawę do puszczy. Na skraju lasu, wśród otwartych polan i młodników, można dostrzec pierwsze ślady – głębokie odciski racic. Ślady te prowadzą wprost do ich majestatycznych właścicieli. Żubry, największe ssaki lądowe Europy, przemierzają otwarte przestrzenie w poszukiwaniu traw, krzewów i resztek zeszłorocznych zbiorów. Ich ciche kroki zdają się odbijać echem w spokojnym krajobrazie, jakby przyroda wstrzymywała oddech, by nie zakłócić tego widowiska.

Spotkanie z żubrem w jego naturalnym środowisku to przeżycie jedyne w swoim rodzaju. Te potężne zwierzęta, choć wyglądają na groźne i nieco surowe, emanują spokojem i dostojnością. Żyją w harmonii z otoczeniem, a ich obecność jest przypomnieniem o potędze dzikiej przyrody, która przetrwała wieki. W Puszczy Białowieskiej i Knyszyńskiej można je zobaczyć, jak powoli przemierzają polany.

Przełom roku to najlepszy moment, by zanurzyć się w zimowej scenerii puszcz i spróbować dostrzec żubry. Mniej liści na drzewach i zaszronione, a czasem i śnieżne otoczenie sprawiają, że te zwierzęta są łatwiejsze do wypatrzenia. Ponadto, zimowe słońce, choć krótkie, rzuca miękkie światło, które podkreśla piękno puszczańskiego krajobrazu. Ale obserwacja żubrów to nie tylko okazja do bliskiego kontaktu z naturą. To również szansa na chwilę refleksji, na zatrzymanie się w biegu codzienności i na nowo odkrycie świata, który tętni życiem nawet w najzimniejszym okresie roku. Spacer po puszczy, dźwięki łamania butem lekko zmarzniętych traw, albo skrzypiącego śniegu, odgłos żubra chrupiącego pożywienie – wszystko to tworzy doświadczenie, które pozostaje w pamięci na zawsze.

Wyruszając w podróż, pamiętaj, by odpowiednio się przygotować. Ciepłe ubrania, termos z herbatą i lornetka to podstawowe wyposażenie. Na przełomie roku Puszcza Białowieska i Puszcza Knyszyńska zamieniają się w magiczną krainę, w której natura otwiera przed nami swoje tajemnice. To czas, gdy majestatyczne żubry wychodzą z cienia lasu, a my mamy okazję, choć na chwilę, stać się częścią ich świata. Warto więc spakować plecak i wyruszyć w podróż, która dostarczy niezapomnianych wrażeń – bo gdzie indziej, jeśli nie w sercu dzikiego Podlasia, można tak blisko poczuć puls życia?

Koniec remontu to nie koniec. Wiadomo kiedy do Warszawy pociąg pojedzie 200 km/h.
Fot. PKP Intercity

Koniec remontu to nie koniec. Wiadomo kiedy do Warszawy pociąg pojedzie 200 km/h.

Pociągi z Białegostoku do Warszawy pojadą 200 km/h. Jest już znana data – kiedy to nastąpi. Przypomnijmy, że niedawno trwały testy lokomotywy, która rozpędzała się do takiej prędkości na szlaku. Zakończyły się pozytywnie. Dlatego warto wiedzieć do dalej.

Zmodernizowana linia na trasie Białystok – Warszawa ma umożliwić pociągom pasażerskim osiąganie prędkości do 200 km/h, co w praktyce skróci podróż między Warszawą a Białymstokiem do mniej niż 90 minut. Wpłynie to też na wyższy poziom bezpieczeństwa – szczególnie dzięki bezkolizyjnym skrzyżowaniom. Warto jednak tutaj dodać, że należy patrzeć na trasę pod względem województw – czyli Białystok – Czyżew oraz Czyżew – Warszawa Wschodnia. Prace przygotowawcze to prędkości 200 km/h będą trwały na tych odcinkach osobno.

Na tym pierwszym odcinku pociągi pojadą z zakładaną prędkością w 2029 roku. Natomiast od Czyżewa do stolicy poczekamy do końca 2033 roku. Harmonogram zależy jednak od rozwoju systemu GSM-R, który musi zostać zainstalowany, by umożliwić podwyższenie prędkości. Warto też podnieć to, co zdążyli zauważyć już niektórzy miłośnicy kolei – PKP musi zadbać nie tylko o parametry samej linii, ale też o to, by pociągi nie stały pod Warszawą. Na odcinku mazowieckim – w Warszawie panuje bardzo duży ruch kolejowy. Może się tak zdarzyć, że pociąg dojedzie o czasie, ale nie będzie mógł wjechać na stację, bo z powodu jakichś problemów technicznych wjazd w perony nie będzie możliwy. Im większy ruch – tym więcej problemów. Dlatego trzeba o tym myśleć już teraz. Ale tu na Podlasiu – niestety nic do gadania nie mamy.

Aktualnie najszybsza podróż z Białegostoku do Warszawy Wschodniej zajmuje 83 minuty. Pozostaje więc tylko czekać, aż na nowoczesnej, zmodernizowanej linii pojawią się składy śmigające z prędkością 200 km/h, spełniając zapowiedzi inwestora o szybkiej, komfortowej i bezpiecznej podróży między stolicą a Podlasiem.

Featured Video Play Icon

Na wschodnim Podlasiu też była szlachta. Historia dworu Eynarowiczów w Kudrawce.

Gdy spojrzymy na stare mapy, to niewątpliwie tereny zachodniego województwa Podlaskiego były mocniej zasiedlone przez szlachtę, a na wschodnich częściach – obejmujących dzisiejsze tereny powiatu hajnowskiego, wschodu powiatu białostockiego, sokólskiego czy augustowskiego już nie. Wynikało to zapewne z biegnącej pomiędzy wschodem i zachodem dzisiejszego Podlaskiego granicy Królestwa Polskiego z Koroną Księstwa Litewskiego. Na zachodzie dominowało osadnictwo polskie, a drobna szlachta była bardziej liczna. Na wschodzie dominowały dobra magnackie i wielkie majątki ziemskie, często należące do rodów litewskich lub ruskich, z mniejszym udziałem drobnej szlachty. Dla porządku przypomnijmy, że szlachta posiadała skromne majątki i miała wpływy lokalne, będąc wiernymi króla, zaś magnateria miała ogromne majątki i wpływy nie tylko na cały kraj, ale też możliwość ubiegania się o tron króla.

Dlatego Eynarowicze to doskonały przykład rodu, który niewątpliwie miał korzenie litewsko-ruskie, ale istnienie Rzeczypospolitej Obojga Narodów granice etniczne i kulturowe zatarła. Wielu przedstawicieli szlachty litewskiej czy ruskiej przejmowało język polski i kulturę szlachecką Korony, stając się częścią polskiej, lokalnej elity. Dwór w Kudrawce, którego początki sięgają XVI wieku, nabrał szczególnego znaczenia w rękach rodziny Eynarowiczów, będących właścicielami majątku od końca XVIII wieku. To właśnie za ich czasów miejsce to przeszło największe zmiany i osiągnęło szczyt swojej świetności. To jeden z nielicznych dworów w tej części historycznego Podlasia.

W pierwszej połowie XIX wieku właścicielem majątku był Józef Eynarowicz, który zmarł w 1845 roku, przekazując dobra swojemu synowi Wincentemu. To właśnie za jego rządów Kudrawka została gruntownie przebudowana i znacząco rozbudowana. Eklektyczna kompozycja obejmowała zarówno regularne, geometryczne ogrody, jak i bardziej swobodne grupy drzew oraz krzewów, a także rozległy park leśny. Dzięki sukcesywnemu powiększaniu założenia, pod koniec XIX wieku całość obejmowała już około 55 hektarów. Ogrody użytkowe i ozdobne, tarasy oraz stawy tworzyły wyjątkowy krajobraz, który przyciągał gości z kraju i zagranicy.

Po śmierci Wincentego w 1856 roku zarząd nad majątkiem przejęła jego żona Teodora z Barcewiczów, a następnie ich syn Kazimierz, który gospodarował aż do swojej śmierci w 1908 roku. Kolejne dekady to okres intensywnych zmian. Dwór stawał się miejscem spotkań towarzyskich, a nasadzenia wzbogacano o egzotyczne rośliny. Funkcjonowały tu szkółki ogrodnicze i inspekty, co świadczyło o dbałości o detale oraz wysokim poziomie zarządzania majątkiem.

Po 1908 roku Kudrawką zarządzał młodszy syn Kazimierza – Wincenty. Dwór kontynuował tradycję gościnności, ale również pod jego opieką założenie podlegało starannej pielęgnacji. Jednak w latach 30. XX wieku brat Wincentego, Stanisław, sprzedał część lasu grabowego, co zapoczątkowało stopniowy upadek świetności Kudrawki.

W czasie II wojny światowej majątek doznał poważnych zniszczeń – spalono budynki, wycięto drzewa, a wiele elementów ogrodowych zostało zdewastowanych. Po wojnie majątek został rozparcelowany, a pozostałości dworskich ogrodów i budynków stopniowo znikały. W dworze mieściła się szkoła, a dawny park leśny został przejęty przez Nadleśnictwo Nowy Dwór. Do dziś z dawnej świetności Kudrawki przetrwały jedynie fundamenty niektórych budynków, zdziczałe drzewa i krzewy oraz dwa stawy. Mimo to historia Eynarowiczów w Kudrawce pozostaje świadectwem wyjątkowego dziedzictwa tego miejsca.

Polegli polscy żołnierze mają nowe nagrobki
fot. UM Białystok

Polegli polscy żołnierze mają nowe nagrobki

Dwadzieścia uszkodzonych, z ubytkami nagrobków polskich żołnierzy wymieniono na nowe. To wszystko na białostockim cmentarzu wojskowym przy ul. 11 Listopada.

Z uwagi na stan nagrobków, występujące ubytki i uszkodzenia spowodowane korozją betonu, w 2023 roku Miasto Białystok wystąpiło z wnioskiem do ministra kultury i dziedzictwa narodowego o przyznanie dotacji w ramach programu „Groby i cmentarze wojenne w kraju”. W kolejnym roku dofinansowanie zostało przyznane. Następnie opracowano plan dotyczący wymiany nagrobków wraz z krzyżami. Z powodu lokalizacji cmentarza na terenie zabytkowym uzyskano również pozwolenie na pracę miejskiego konserwatora zabytków.

W ramach prac wykonano rozbiórkę istniejących betonowych płyt nagrobnych wraz z betonowymi krzyżami. Wykonano żelbetowe płyty fundamentowe, na których zostały zamontowane kamienne płyty nagrobkowe. Zamontowano także kamienne krzyże z wykutymi inskrypcjami. Łącznie prace kosztowało ponad 200 000 zł.

Cmentarz przy ul. 11 listopada założono dla żołnierzy poległych w walce 1920 r. Dawniej w pobliżu znajdował się niedaleko szpital polowy.

Warto też dodać, że prace renowacyjne wcześniej trwały również w innym miejscu pamięci. W Lesie Pietrasze znajduje się cmentarz pomordowanych. W Lasku Pietrasze znajduje się 7 zbiorowych mogił, gdzie leżą prochy ofiar hitlerowców: 5.000 białostockich Żydów (podawane są także liczby pomiędzy 3000, a 4000) rozstrzelanych w dn. 3 i 12 lipca 1941r oraz ok. 100 Polaków i Białorusinów pomordowanych w latach późniejszych.

fot. UM Białystok
Supraśl zamieni się w świąteczną krainę. To będą niezapomniane chwile!

Supraśl zamieni się w świąteczną krainę. To będą niezapomniane chwile!

Już 14 i 15 grudnia Supraśl zamieni się w prawdziwą, świąteczną krainę dzięki Jarmarkowi Świątecznemu, który odbędzie się w samym sercu miasteczka. Przez dwa dni mieszkańcy i goście będą mieli okazję poczuć magię nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia, spacerując wśród klimatycznych stoisk wypełnionych piernikami, domowymi wypiekami, wędlinami, miodami i ręcznie robionymi ozdobami. Zapach choinek i cynamonu unosić się będzie w powietrzu, tworząc niezapomnianą atmosferę.

Jarmark w sobotę rozpocznie się o godzinie 9:00, a niedzielne atrakcje ruszają już od 10:00. Głównym punktem programu będzie uroczyste rozpoczęcie sezonu świątecznego o godzinie 15:30 w niedzielę, kiedy to otwarta zostanie szopka, a plac wypełnią dźwięki kolęd. Wszystko to przy zapaleniu świątecznych świateł. Wspólne śpiewanie i występy artystyczne wprowadzą każdego w radosny, świąteczny nastrój. Na najmłodszych czekają niezapomniane chwile z alpakami, spotkanie z samym Świętym Mikołajem oraz możliwość wysłania listów dzięki elfiej poczcie.

Jarmark w Supraślu to nie tylko okazja do zakupu wyjątkowych, regionalnych produktów, ale przede wszystkim możliwość spędzenia czasu w gronie bliskich, ciesząc się magią świąt i urokiem malowniczego miasteczka. Pachnące lasem stoisko z choinkami, ciepłe światło lampek i serdeczna atmosfera sprawiają, że wydarzenie to przyciągnie zarówno mieszkańców, jak i turystów. To doskonały moment, aby oderwać się od codziennego pośpiechu i na nowo odkryć, co w świętach jest najważniejsze – wspólnota, radość i magia małych chwil. Nie przegapcie tej okazji, by zanurzyć się w świątecznej aurze Supraśla!

Stulecie urodzin Dagny Rosé. To była legendarna, białostocka aktorka!
Zdjęcie z realizacji Adwokat i róże | Teatr Dramatyczny, Wałbrzych 1966-03-27 | fot. Wyszomirska Grażyna | sygnatura: IT/T/66243

Stulecie urodzin Dagny Rosé. To była legendarna, białostocka aktorka!

Sto lat temu ( 8 grudnia 1924 r.) w Warszawie urodziła się wybitna aktorka scen polskich Dagny Rosé (właśc. D. Pugacz-Muraszkiewicz) – niezrównana, legendarna artystka Teatru Dramatycznego im. A. Węgierki w Białymstoku, na scenach którego zagrała 49 wspaniałych ról w ważnych (także historycznych dla tej instytucji) spektaklach w ciągu 22 lat (1967–1989). Pierwszą jej rolą w Białymstoku była Berta w »Niemcach« L. Kruczkowskiego (reż. Bronisław Orlicz), ostatnią – Rebeka Nurse w »Czarownicach z Salem« A. Millera (reż. Andrzej Jakimiec).

Pisano o niej m.in.: „Wspaniała aktorzyca Dagny Rosé, jedna z tych wielkości, co przywiązana do zawodu, teatru i miasta, które wybrała nie dba o ogólnopolską sławę”,

„Dagny Rosé, druga wybitna aktorka białostockiej sceny (obok Alicji Telatyckiej), którą widzowie pamiętają w rolach godnych pierwszych scen kraju (ostatnia Pani Moniszki w sztuce »Święta rodzina« Gyorgy Schwajdy – aż żal, że nikt jej nie opisał, a mało kto mógł widzieć) jako Maria Józefa wprowadza do akcji »Domu Bernardy Alba« nieco cieplejszy i jaśniejszy przerywnik”,

„Zupełnie wyjątkowa była natomiast Dagny Rosé. W stworzonej przez nią postaci zawarty został realizm i groteska, liryzm i brutalność. Rolę tę będzie się pamiętać!”.

Aktorka występowała również na scenach Teatru Wybrzeże w Gdańsku, Teatrze Ziemi Opolskiej w Opolu i Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu. Łącznie wzięła udział w ponad 100 realizacjach teatralnych, kreując zróżnicowane postacie w szerokim repertuarze polskim i powszechnym.

Zmarła 21 kwietnia 1998 r. w Białymstoku. Pochowana została na białostockim Cmentarzu Miejskim.

Rafał Górski

Łatwo dojedziesz pociągiem z Podlaskiego do stolic Litwy, Łotwy i Estonii!

Łatwo dojedziesz pociągiem z Podlaskiego do stolic Litwy, Łotwy i Estonii!

Dobra wiadomość dla pasażerów z Podlaskiego. Do tej pory mogą łatwo dojechać z Czyżewa, Szepietowa, Łap, Białegostoku, Sokółki, Augustowa, Suwałk do litewskiej Mockavy, gdzie czeka podstawiony pociąg do Wilna. Od 6 stycznia 2025 dojedziemy z Podlaskiego do Wilna – stolicy Litwy, Rygi – stolicy Łotwy i Tallina – stolicy Estonii. Dodajmy tylko, że pomiędzy Tallinem a fińskimi Helsinkami są regularne promy. Oznacza to doskonałą okazję do zwiedzenia Litwy, Łotwy, Estonii i Finlandii za jednym razem!

Przewoźnicy trzech krajów bałtyckich – „LTG Link”, „Vivi” i „Elron” – uzgadniają rozkłady jazdy pociągów, aby zapewnić połączenie kolejowe między stolicami trzech krajów. Dotychczas nie było możliwości dotarcia w ciągu jednego dnia pociągiem z Wilna do Tallina. Teraz to się zmieni! Po tym, jak Litwa w grudniu ubiegłego roku uruchomiła pociąg Wilno–Ryga, uzgodniono, że kolejnym etapem będzie połączenie wszystkich trzech stolic (Wilna, Rygi i Tallina). Przewiduje się, że w początkowej fazie, po skoordynowaniu rozkładów jazdy pociągów wszystkich trzech przewoźników, pasażerowie z Wilna dotrą do Tallina z dwiema przesiadkami.

„LTG Link” wraz z partnerami przeprowadziło testowy przejazd na trasie Wilno–Valga, aby sprawdzić techniczną kompatybilność pociągu PESA 730 ML z infrastrukturą olejową Estonii. Od 15 grudnia tego roku rusza pociąg „Vivi” na trasie Ryga–Valga, którego godzina odjazdu z Rygi zostanie dostosowana do przyjazdu pociągu „LTG Link” Wilno–Ryga na dworzec w Rydze. Te pociągi zostaną skoordynowane również w kierunku przeciwnym, tzn. pociąg z Valgi do Rygi dotrze przed odjazdem pociągu Ryga–Wilno, zapewniając podróżnym około 20 minut na przesiadkę.

W kolejnym etapie, od 6 stycznia 2025 r., do przyjazdu pociągu „Vivi” Ryga–Valga do stacji Valga, „Elron” dostosuje dodatkowy pociąg Tallin–Valga–Tallin. W ten sposób powstanie w pełni funkcjonujące codzienne połączenie kolejowe między Wilnem, Rygą i Tallinem w obu kierunkach. Czas podróży będzie znany, gdy „Elron” ustali rozkład jazdy dodatkowego pociągu Tallin–Valga–Tallin.

Oczekuje się, że rozpoczynające działanie nowe połączenie będzie alternatywą dla podróży samochodem i stanie się podstawą do dalszego udoskonalania komunikacji, której ostatecznym celem jest bezpośrednie, konkurencyjne, codzienne połączenie kolejowe między stolicami krajów bałtyckich.

Featured Video Play Icon

Tak było dawniej na wsi. Czy wiele się zmieniło?

Jeżeli pojedziemy do Podlaskiego Muzeum Kultury Ludowej i obejrzymy tamtejsze wnętrza, a następnie pojechalibyśmy po małych podlaskich wioskach, z dala od głównych dróg, to zobaczylibyśmy niezwykłe podobieństwo. Widać jak na dłoni, że ludzie żyjący dotąd w miastach – uciekają na wieś i wybierają lokalizacje blisko głównych dróg. W tych wsiach stoi obecnie mnóstwo nowoczesnych domów, czasem przeplatają się ze starszymi, ale generalnie podlaska wieś jest bardziej nowoczesna niż dawna. Wyjątki jednak się zdarzają, wystarczy bowiem zapuścić się na południowy wschód województwa, by odkryć – że tam czas stanął w miejscu.

Podlaskie Muzeum Kultury Ludowej to także miejsce, gdzie czas wydaje się płynąć wolniej. Położone na obrzeżach Białegostoku, otoczone lasami, muzeum jest jak podróż w przeszłość, do czasów, gdy życie w podlaskich wsiach toczyło się w rytmie natury, a codzienność była pełna prostoty i pracy. W jego sercu znajdują się chałupy – skromne, drewniane domy, które opowiadają o życiu zwykłych ludzi sprzed dziesięcioleci.

Spacerując między zabytkowymi budynkami, trudno nie zauważyć ich różnorodności. Każda chałupa ma swoją historię i charakter. Wiele z nich pochodzi z małych podlaskich wsi, gdzie dawniej mieszkały wielopokoleniowe rodziny. W chałupach odtworzono nie tylko układ wnętrz, ale także atmosferę. Meble są proste, drewniane, często ręcznie wykonane przez mieszkańców wsi. Na ścianach wiszą obrazy o tematyce religijnej, które były nieodłącznym elementem każdego domu. W kuchni zobaczymy piec chlebowy, wokół którego koncentrowało się życie rodziny – to tu gotowano, pieczono, a zimą także ogrzewano dom. Na stołach leżą tradycyjne naczynia, a w kącie można dostrzec żarna, służące do mielenia zboża na mąkę.

Gdy zajrzelibyście do jednej z takich chatek na prawdziwych wsiach, to zobaczylibyście jak niewiele się one różnią od tych z muzeum. Zarówno w podbiałostockiej placówce jak i na wsiach każdy szczegół jest świadectwem dawnej codzienności. Możemy wyobrazić sobie, jak wyglądał dzień typowego gospodarza. Rankiem kobiety przygotowywały posiłki, zajmowały się dziećmi i szyły odzież, podczas gdy mężczyźni pracowali w polu lub zajmowali się zwierzętami. Dzieci, gdy tylko podrosły, pomagały w obowiązkach – pasły krowy, zbierały drewno na opał czy uczestniczyły w żniwach. Wieczory spędzano przy świetle lamp naftowych, na rozmowach, śpiewie lub drobnych pracach ręcznych.

W jednej z stodół na terenie muzeum prezentowane są tradycyjne środki transportu. To nie tylko narzędzia pracy, ale także ważny element codziennych podróży – czy to do kościoła, na targ, czy w odwiedziny do sąsiedniej wioski. Te proste środki lokomocji pokazują, jak bardzo życie było uzależnione od natury i jak wiele wysiłku kosztowało przetrwanie zimowych miesięcy.

Podlaskie Muzeum Kultury Ludowej to miejsce, które przyciąga nie tylko pasjonatów historii, ale także tych, którzy szukają inspiracji do bardziej świadomego życia. Spacer pośród chałup i stodół daje nie tylko wiedzę o przeszłości, ale też pozwala zrozumieć, jak kiedyś wyglądała codzienność – pełna pracy, ale też zakorzeniona w tradycjach i bliskości natury. To doskonała okazja, by zatrzymać się na chwilę i spojrzeć na współczesność z innej perspektywy. Może warto znów żyć podobnie?

Cerkiew w Orli wyremontowana. Obejrzyj te piękne wnętrza!
fot. Parafia Prawosławna p/w świętego Michała Archanioła w Orli

Cerkiew w Orli wyremontowana. Obejrzyj te piękne wnętrza!

Po prawie półrocznej przerwie, związanej z kapitalnym remontem cerkwi parafialnej w Orli, podczas której nabożeństwa odbywały się w kaplicy cmentarnej, wierni ponownie mogli powrócić do swojej ulubionej świątyni. 3 grudnia w wigilię święta Wprowadzenia Najświętszej Bogurodzicy do świątyni w obecności licznej społeczności wiernych, odbyło się pierwsze nabożeństwo – Wsienoszcznoje Bdienije / Całonocne Czuwanie, podczas którego nastąpiło poświęcenie odnowionej świątyni. Od tego dnia wszystkie nabożeństwa ponownie będą odbywały się w cerkwi p.w. św. Archanioła Michała.

Parafia w Orli powstała już w XVI wieku! W 1512 właściciel Orli Bohusz Bohowitynowicz ufundował w tej podbielskiej miejscowości aż dwie świątynie prawosławne. Jedna została powierzona pod opiekę świętemu Janowi Teologowi, a druga Symeonowi Słupnikowi. Ta druga niestety spłonęła w czasie wielkiego pożaru w 1794. Po pożarze w tym samym miejscu zbudowano obecną cerkiew św. Michała Archanioła, wyświęconą w 1796. Warto odnotować, że obecnie cerkiew pod wezwaniem św. Szymona Słupnika także istnieje – ale w innym miejscu. Cerkiew została wzniesiona w latach 1991–1995 na miejscu, zajmowanym wcześniej przez zniszczoną w XVIII wieku cerkiew św. Jana Teologa, w celu upamiętnienia tej świątyni.

Samozapłon deweloperski na Młynowej. Kolejny stary dom poszedł z dymem.
fot. kpt. Piotr Wyszyński/KM PSP Białystok

Samozapłon deweloperski na Młynowej. Kolejny stary dom poszedł z dymem.

Dziś przed godz. 4 rano Państwowa Straż Pożarna w Białymstoku otrzymała zgłoszenie o pożarze przy Młynowej 63. Palił się pustostan, na którym widniał napis „na sprzedaż”. I tu pytanie zasadnicze do Policji – komu zależało na podpaleniu tegoż budynku? Bo chyba nikt nie jest na tyle głupi, uwierzyć, że to przypadek.

Kolejny dom płonie w mieście, a potem w jego miejscu powstaje blok. Ten scenariusz jest już w Białymstoku znany od wielu lat. I akceptowany przez wszystkich – Prezydenta, Radę Miasta, Policję i Prokuraturę. Dlaczego tak uważamy? Bo mimo spalenia całej dawnej dzielnicy Bojary, a teraz wypalania Przydworcowego – nigdy nie udało się złapać sprawcy. Ba! Radni mogli tak zmienić prawo lokalne, by nikomu się nie opłacało wypalać budynków. Śmiemy twierdzić, że podpalacze mogą się różnić, ale zleceniodawca jest zawsze ten sam – mafia deweloperska.

Mafia, która w Białymstoku rządzi. Ma na tyle silne wpływy, że wszyscy patrzą biernie jak wypalane są kolejne osiedla w Białymstoku. Od zawsze powtarzamy, że Białystok jak każde duże miasto to dynamicznie rozwijająca się tkanka, natomiast nie ma naszej zgody na ten bandytyzm. Nie ma naszej zgody na obciążanie strażaków tego typu akcjami. Nie ma naszej zgody na bezprawie. I tak panie Truskolaski, tak Rado Miasta, tak Policjo i Prokuraturo – WEŹCIE SIĘ W KOŃCU DO ROBOTY! TO WASZA WINA I WASZA ODPOWIEDZIALNOŚĆ, ŻE NADAL PODPALENIA MAJĄ MIEJSCE. ILE JESZCZE?

Niezwykła podróż po biżuterii w Białymstoku – odkryj sekrety lokalnych jubilerów

Niezwykła podróż po biżuterii w Białymstoku – odkryj sekrety lokalnych jubilerów

Biżuteria ma w sobie coś magicznego – potrafi podkreślić naszą osobowość, uświetnić ważne chwile i stać się piękną pamiątką na lata. W białostockich salonach jubilerskich odkryjesz prawdziwe skarby, które łączą bogatą tradycję z nowoczesnym designem. Dzięki różnorodności wzorów i materiałów każdy może znaleźć coś wyjątkowego dla siebie lub bliskiej osoby. Jeśli zastanawiasz się, gdzie rozpocząć poszukiwania, warto odwiedzić stronę Marko, lokalnej firmy z ponad dwudziestoletnim doświadczeniem, której salony znajdziesz na terenie Białegostoku.

Czym wyróżnia się lokalna biżuteria w Białymstoku?

Białystok szczyci się długą i bogatą tradycją jubilerską, co widać w precyzji i kunszcie wyrobów dostępnych w miejscowych salonach. Marko, jako jedna z najbardziej znanych białostockich marek, od ponad dwóch dekad łączy wysoką jakość z unikalnym wzornictwem, stając się dumą naszego regionu. Adresy ich wszystkich salonów jubilerskich działających w naszym mieście znajdziesz pod adresem https://www.marko.pl/jubiler-bialystok (jest ich więcej niż się spodziewasz!).

Nie tylko pierścionki zaręczynowe

Choć pierścionki zaręczynowe to symbol jednych z najważniejszych decyzji w życiu, oferta lokalnych jubilerów jest o wiele bogatsza. W salonach w Białymstoku znajdziesz obrączki, naszyjniki, bransoletki czy kolczyki, idealne na rocznicę, urodziny czy inne wyjątkowe okazje. Szczególną uwagę warto zwrócić na kolekcje personalizowane – grawerowany tekst lub symbol nadadzą biżuterii niepowtarzalny charakter i głębsze znaczenie.

Jak wybrać coś wyjątkowego?

Wybór biżuterii na ważną okazję to nie lada wyzwanie. Kluczowe jest, by kierować się gustem osoby obdarowywanej. Czy preferuje minimalistyczne wzory, czy może ceni bogato zdobione projekty? Istotny jest też wybór materiału – złoto w różnych odcieniach, srebro, a może kamienie szlachetne? Doświadczeni jubilerzy z lokalnych salonów chętnie pomogą rozwiać wszelkie wątpliwości i doradzą najlepszą opcję.

Kamienie szlachetne i ich magia

Diamenty to klasyka, symbolizują trwałość i elegancję, często wybierane na pierścionki zaręczynowe. Jednak rubiny, szafiry czy szmaragdy również zachwycają swoim blaskiem i mogą stać się sercem wyjątkowych projektów. Coraz większą popularnością cieszą się także kamienie półszlachetne, które dodają biżuterii unikalnego uroku i niosą ze sobą ciekawą historię. Warto zapytać lokalnego jubilera, jak dbać o te wyjątkowe wyroby, by cieszyły oko przez wiele lat.

Biżuteria na co dzień i od święta

Biżuteria nie musi być zarezerwowana wyłącznie dla wielkich okazji. Może być drobnym, ale znaczącym gestem wyrażającym wdzięczność czy sympatię. W białostockich salonach znajdziesz zarówno eleganckie, jak i codzienne wzory, które doskonale dopełnią każdą stylizację. Wybierając prezent, warto postawić na coś, co odda osobowość obdarowywanej osoby – subtelny wisiorek, efektowna bransoletka czy delikatne kolczyki.

Odkryj swój unikalny styl

Lokalna oferta jubilerska zachęca do eksperymentowania i poszukiwania biżuterii, która podkreśli Twój indywidualny charakter. Bogactwo wzorów i materiałów sprawia, że każdy może znaleźć coś dla siebie. Jeśli potrzebujesz inspiracji lub porady, salony Marko w Białymstoku stoją przed Tobą otworem, oferując profesjonalne wsparcie i szeroki wybór kolekcji.

Doceniajmy lokalne piękno

Wspierając lokalnych jubilerów, nie tylko nabywamy wyjątkowe produkty, ale także przyczyniamy się do rozwoju naszego regionu i podtrzymania jego tradycji. Białostockie firmy, takie jak Marko, są dowodem na to, że pasja i zaangażowanie przekładają się na wysoką jakość i zadowolenie klientów.

Wyjątkowe chwile zasługują na wyjątkowe dodatki

Biżuteria to coś więcej niż ozdoba – to wyraz emocji i sposób na zachowanie najpiękniejszych wspomnień. Niezależnie od okazji, warto wybrać coś, co nie tylko zachwyca wyglądem, ale także ma dla nas głębsze znaczenie. To właśnie takie detale tworzą historie, które pozostają z nami na zawsze. A oferta lokalnych, białostockich sklepów z pewnością zaspokoi oczekiwania nawet najbardziej wymagających miłośników stylowych ozdób ciała.

Materiał partnera

Wieża widokowa w Kołodnie. Piękne widoki przez cały rok!

Wieża widokowa w Kołodnie. Piękne widoki przez cały rok!

W sercu malowniczej Puszczy Knyszyńskiej, nieopodal wsi Kołodno, wznosi się Góra Św. Anny, najwyższe wzniesienie Wzgórz Świętojańskich, osiągające 211 metrów nad poziomem morza. To właśnie na jej szczycie zbudowano drewnianą wieżę widokową, która stała się jednym z najbardziej urokliwych punktów obserwacyjnych regionu.

Wieża oferuje odwiedzającym panoramiczne widoki na rozległe połacie Puszczy Knyszyńskiej oraz dolinę rzeki Płoska. Z jej szczytu można podziwiać nie tylko bogactwo przyrodnicze okolicy, ale także dostrzec pobliską wieś Kołodno. To miejsce przyciąga zarówno miłośników przyrody, jak i entuzjastów fotografii krajobrazowej, którzy pragną uchwycić piękno podlaskich pejzaży.

Dojście do wieży wymaga pewnego wysiłku, ale malownicze trasy prowadzące przez zalesione tereny rekompensują trud wspinaczki. Jedna z popularnych ścieżek wiedzie od strony Królowego Mostu, gdzie żwirowa droga niedaleko cmentarza prowadzi w głąb lasu, a następnie stromą ścieżką na szczyt wzgórza. Inna trasa rozpoczyna się we wsi Kołodno, skąd polna drog prowadzi do lasu, a dalej leśne ścieżki prowadzą bezpośrednio do wieży. Dotarcie do wieży jest możliwe też na dwóch kółkach.

Wieża widokowa jest również częścią ścieżki turystycznej „Szlakiem Powstania Styczniowego Puszczy Knyszyńskiej”, co czyni ją atrakcyjnym punktem dla osób zainteresowanych historią regionu. Spacerując tym szlakiem, można nie tylko podziwiać piękno przyrody, ale także zgłębiać dzieje walk niepodległościowych, które toczyły się na tych terenach.

W miastach zielono, w Puszczy Biało. Podlaskie pełne kontrastów pogodowych!

W miastach zielono, w Puszczy Biało. Podlaskie pełne kontrastów pogodowych!

Jeszcze w niedzielę 25 listopada 2024 mieliśmy taką oto sytuację, że w Białymstoku było zielono, a w Puszczy i na wschodzie województwa było biało. Dlatego, jeżeli komuś brakowało śniegu, to mógł się nim nacieszyć jadąc choćby do Czarnej Białostockiej, która położona jest w Puszczy Knyszyńskiej. Różnica była już widoczna pomiędzy Wasilkowem a Czarną Białostocką, które dzielą od siebie zaledwie 10 km.

Tego typu zjawisko, nazywane lokalną zmiennością pogodową, wynika z różnic w ukształtowaniu terenu, roślinności oraz mikroklimacie regionu. W przypadku Puszczy Knyszyńskiej znaczącą rolę odgrywa gęsty las, który działa jak naturalna izolacja. Drzewa ograniczają wpływ wiatru, co sprzyja utrzymywaniu niższej temperatury na danym obszarze. Dodatkowo, wilgotność w lesie jest wyższa niż w otwartych terenach miejskich, co sprzyja powstawaniu i utrzymywaniu pokrywy śnieżnej. W miastach, takich jak Białystok, ciepło generowane przez budynki, ruch uliczny i infrastrukturę techniczną powoduje szybsze topnienie śniegu i podwyższenie temperatury, tworząc efekt tzw. miejskiej wyspy ciepła.

Niską temperaturę, a także zasypany śniegiem las odczuły także żubry, które licznie powychodziły na pola. Sieć obiegły zdjęcia i filmy między innymi z Szudziałowa, gdzie potężne, kilkudziesięcioosobnikowe stado fotografowało i nagrywało wiele osób. Na wiejskiej drodze był ustawiony cały sznur aut. W tej sytuacji przypomnijmy tylko, że żubry to dzikie zwierzęta i by nie zbliżać się do nich – na przykład w celu „selfie”. Z najlepszym wypadku przepłoszymy zwierzęta, w najgorszym zostaniemy zaatakowane co może skończyć się dla nas pobytem w szpitalu, a nawet jeszcze gorszym.

Featured Video Play Icon

Ta się prezentuje Kanał Augustowski z lotu ptaka. To prawdziwa perła.

Kanał Augustowski to jeden z niewielu obiektów w Polsce, który jest naprawdę wyjątkowy. Łączy ze sobą rzeki i jeziora specjalnymi śluzami, które wyrównują wodę. Dzięki temu miał być doskonałą alternatywą dla transportu w Królestwie Polskim. Towary miały omijać Prusy, a także cło nakładane w tamtejszym kraju. Dziś to miejsce dla turystów, którzy mogą podziwiać piękno podlaskiej przyrody płynąc kajakiem, barką czy inną łodzią.

Inwestycja ma długość 100 km i liczy sobie 18 śluz. Do dziś zdecydowana większość działa. Dlatego każdy zwiedzający może kontemplować przyrodę Puszczy Augustowskiej, a także jej dzikie tereny. Augustów oraz kanał przyciągają każdego roku mnóstwo turystów. Zarówno z portu – odpływają statki Żeglugi Augustowskiej. Podobne wycieczki świadczą też prywatni przedsiębiorcy, którzy swoje łodzie wycieczkowe cumują w centrum miasta.

Warto przypomnieć, że Augustów jest uzdrowiskiem, toteż warto tam pojechać również późnią jesienią i zimą. Mnóstwo terenów do spacerowania, a także możliwość zwiedzania śluz Kanału Augustowskiego to nie jedyne powody by tam jechać. Turyści przez cały rok mogą kosztować wyjątkowych pyszności – od kuchni regionalnej, po specjalność znaną w mieście – jagodzianki.

Featured Video Play Icon

Góra Cisowa – niesamowite miejsce na Suwalszczyźnie

To regularnie uformowane wzgórze o stożkowatym kształcie, często nazywane „Suwalską Fudżijamą,” „Górą Gulbieniszkowską” lub „Górą Sypaną.” Według ludowej legendy, góra ta powstała z ziemi wydobytej podczas kopania miejsca, gdzie dziś znajduje się jezioro Kopane. Sama nazwa „Góra Cisowa” prawdopodobnie pochodzi od dawno rosnącego na jej szczycie potężnego drzewa cisa.

Geologicznie jest to morena czołowa o wysokości 256 m n.p.m., wyróżniająca się swoim regularnym kształtem. Góra Cisowa jest znakomitym punktem widokowym na Park, oferującym szeroką panoramę na dolinę Szeszupy. Widać stąd malowniczy krajobraz, pełen jezior, łąk, torfowisk oraz wzgórz, które tworzą unikalną scenerię tego regionu.

Suwalszczyzna zachwyca bez wątpienia. Warto się wybrać na Górę Cisową, gdy już będziecie odwiedzać tą wyjątkową część województwa Podlaskiego. Nie są to zbyt wysokie wzniesienia, ale robią ogromne wrażenie w naszym malowniczym i stosunkowo płaskim regionie.

Featured Video Play Icon

Tak się prezentuje powstająca ekspresówka na odcinku Białystok – Krynice

W dobie dronów możemy oglądać między innymi postępy inwestycji, gdzie normalnie nie mielibyśmy wstępu do czasu ukończenia. A tak z wygodnej pozycji fotela czy kanapy obejrzymy co się dzieje na budowie fragmentu ekspresówki S19 na odcinku Białystok Zachód – Krynice.

Jak widać na powyższym filmie widać już konkrety, bo nie tylko rozkopany teren, ale też wylany asfalt. Oznacza to, że prace są już zaawansowane. Zwykle, gdy powstaje droga to w pierwszej kolejności przygotowywany jest teren. Wycinane są wszystkie drzewa, krzaki i inne zarośla. Następnie koparki rozkopują teren pod przyszłą drogę, bo nie wystarczy wylać sam asfalt. Zanim to następuje należy odpowiednio utwardzić podłoże. Im wyższa klasa drogi – tym wszystko musi być bardziej wytrzymałe. I tak lejemy asfalt dopiero, gdy podłoże jest gotowe. Z filmu możemy dowiedzieć się, że w 2024 roku „zamknięcie masy bitumicznej” – czyli mówiąc nie po fachowemu – wylanie asfaltu – nastąpi na 45 proc. odcinka, który liczy sobie nieco ponad 10 km.

W przyszłym roku przed drogowcami największe wyzwanie – a mianowicie wybudowanie największego węzła drogowego w regionie – łączącego ze sobą drogi S19 i S8. Będzie nosić on dumną nazwę Białystok – Zachód.

Czy powinniśmy strzelać do balonów z papierosami?

Czy powinniśmy strzelać do balonów z papierosami?

W ostatnim czasie nad podlaskim regionem zaczęły latać białoruskie balony, które lądują w różnych miejscach. W piątek, 15 listopada jeden z takich balonów wylądował w Sochoniach tuż obok Białegostoku. W mediach możecie przeczytać o nowym procederze przemytników papierosów. Czy to na pewno sprawa tylko dla Krajowej Administracji Skarbowej, czy może jednak dla polskiego wojska? Stawiamy hipotezę, że nie o żadne papierosy tu chodzi. Do tych balonów należy strzelać już na granicy. Dlaczego?

Federacja rosyjska razem z podległą sobie Białorusią prowadzą przeciwko Polsce wojnę hybrydową. Slogan ten utarł się nieco, więc przypomnijmy co on właściwie oznacza. A nie mniej, nie więcej chodzi o działania uderzające w polskie państwo poniżej progu wojny kinetycznej (czyli takiej, gdzie uderzają czołgi, samoloty, bomby, szturmują żołnierze). Nie ma dnia, by hackerzy nie atakowali w internecie państwowych instytucji czy nie próbowali wyłudzać danych. W serwisach społecznościowych cała armia ludzi i zautomatyzowanych programów produkuje mnóstwo komentarzy, w których nieustannie atakują Polskę za pomoc Ukrainie w agresywnej wojnie rozpoczętej przez rosję. Wielokrotnie zdarzało się też, że samoloty i helikoptery rosjan i Białorusinów przekraczały  na moment Polską granicę bądź wlatywały nad polskie morze. Te balony z papierosami przy tym wszystkim wyglądają niewinnie.

Prawda jest jednak taka, że na Białorusi przemyt jest ściśle kontrolowany przez tamtejszych celników. To oni zarabiają krocie na tym procederze i bez ich udziału próby przemytu by w zasadzie nie występowały. Kilka lat temu to samo robiły drony, które przelatywały z Białorusi, zrzucały ładunek po polskiej stronie i wracały. Balony są jednak tańsze w użyciu. Problem w tym, że ten przemyt to również test działania polskich służb. Sprawdzana jest wykrywalność, szybkość reakcji oraz możliwy zasięg do osiągnięcia przez balon. Po co to wszystko?

Wygląda to jak jeden z elementów przygotowujących rosję do wojny. Nie oznacza to, że ta wojna musi nastąpić, ale plany ataków posiada i cały czas je aktualizuje. Także może być w tym uwzględnione nie marnowanie pieniędzy na drodzy tylko wysyłanie balonów z ładunkami wybuchowymi. Brzmi abstrakcyjnie? W ostatnich latach, w toczących się konfliktach – na Ukrainie oraz na Bliskim Wschodzie wiele elementów mogło zaskoczyć. Współczesna wojna to już nie tylko czołgi i żołnierze z karabinami. To całe mnóstwo nowoczesnej, a także niekonwencjonalnej broni. Balony, które dziś transportują papierosy to też w przyszłości taka niekonwencjonalna broń. Dlatego z całą stanowczością państwo Polskie powinno bacznie obserwować granicę i zestrzeliwać balony.

Nie jest to oczywiście łatwe zadanie, bo radary na tak niskich wysokościach nic nie wyłapują. Obserwacja „na własne oczy” też nie sprawdzi się na tak dużym obszarze. Szukanie białego balona na białym lub niebieskim niebie to jak szukanie igły w stogu siana. Jednym z warunków do uzyskania przewagi na współczesnym polu walki jest zdobycie kontroli nad przestrzenią powietrzną. W tym Polska niestety cały czas kuleje. O ile w mediach możecie usłyszeć o różnych inicjatywach – w tym o Tarczy Wschód, to na całej granicy z Białorusią oraz z Obwodem Królewieckim powinna zostać wybudowana nie tylko fizyczna zapora, ale też gęsta sieć radarów radiolokacyjnych.

Taka infrastruktura pozwoliła by wykrywać nam obiekty o niskiej skutecznej powierzchni odbicia fal radarowych, w tym samoloty, pociski rakietowe i bezzałogowe statki powietrzne – także małych rozmiarów. Ponadto wykrywane byłyby obiekty poruszające się na niskich wysokościach. Nie tylko pociski manewrujące, śmigłowce, ale też tego typu balony. Ponadto byśmy kontrolowali też wlot obiektów poruszających się się z dużymi prędkościami tj. głowice taktycznych pocisków balistycznych oraz hipersoniczne rakiety i manewrujące pociski szybujące.

Dlatego te balony z papierosami, to takie przypomnienie, że Polska nadal ma problem i powinna jak najszybciej go rozwiązać.

Featured Video Play Icon

Jest nowy film od Cząstki Podlasia. Odkrywa kulisy popularnego programu.

Autor popularnej serii „Cząstka Podlasia”, gdzie możemy podziwiać przepiękne podlaskie pejzaże, cudowne spektakle natury, wyjątkowe i nieznane, dzikie miejsca – to także ta sama osoba, która współtworzy Zasilanych – popularny program na YouTube, w którym Magdalena Gołaszewska i Petros Psyllos odwiedzają wiele zakątków i ludzi Podlasia. W ostatnim czasie na kanale wspomnianej „Cząstki Podlasia” pojawił się film „zza kulis” Zasilanych. To bardzo interesujący projekt – szczególnie, że nagrywany kamerą starego typu, co daje wyjątkowy klimat całemu przedsięwzięciu.

Magda i Petros wspólnie odbyli 99 podróży w ramach cyklu „Zasilani”. Dwójka prowadzących zwiedzała skrupulatnie region przez dwa lata, poznając niezwykłe miejsca i wyjątkowych ludzi, którzy tu mieszkają. Po zakończeniu programu Magda i Petros siadają w pewien piękny, letni dzień w Narewce, aby wrócić wspomnieniami do początku ich przygody. W tym filmie to oni sami wraz z ekipą – stają się bohaterami, którzy odkrywają kulisy realizacji programu.

A wszystko po to, by wierni widzowie „Zasilanych” – a bywało ich dziesiątki tysięcy – mieli ochotę ponownie wrócić do rozmów z gośćmi, których Magda i Petros spotkali na swojej drodze. A może znajdzie się też ktoś nowy, kto zechce poznać „Zasilanych”? I wrócić do ich pierwszej podróży?

Jesienna fotografia w Białymstoku. Gdzie są ciekawe plenery?

Jesienna fotografia w Białymstoku. Gdzie są ciekawe plenery?

Podlaskie jesienią to raj dla fotografów. Kolory zmieniających się liści, mgły unoszące się nad porannymi łąkami i złote promienie słońca przenikające przez korony drzew tworzą idealne warunki do robienia zapierających dech w piersiach zdjęć, a także szaro-bure widoki ja z kina noir. Fotografowie, zarówno amatorzy, jak i profesjonaliści, mają w regionie wiele miejsc, które jesienią stają się szczególnie fotogeniczne. Dziś skupimy się na Białymstoku.

Pałac Branickich i jego ogrody są bez wątpienia jednym z najczęściej fotografowanych miejsc w mieście. Symetria barokowych ogrodów, kolorowe liście pokrywające aleje oraz majestatyczny pałac w tle tworzą kompozycję godną fotografii artystycznych. Szczególnie malownicze są zdjęcia robione o poranku, gdy słońce wschodzi nad ogrodami, a rosa połyskuje na liściach. Innym świetnym miejscem do fotografowania jesiennej przyrody jest Las Zwierzyniecki, który oferuje nieskończoną liczbę ujęć natury w jesiennych barwach. Leśne ścieżki, stawy oraz różnorodne gatunki drzew dają wiele możliwości kreatywnego uchwycenia zmieniającej się przyrody. Wczesnym rankiem, gdy mgła wciąż unosi się nad ziemią, a słońce dopiero zaczyna przedzierać się przez drzewa, można uchwycić naprawdę magiczne momenty.

Również centrum Białegostoku jesienią prezentuje się wspaniale. Rynek Kościuszki, otoczony kamienicami, w jesiennym świetle i przyozdobiony opadającymi liśćmi nabiera romantycznego charakteru, który warto uwiecznić na zdjęciach. Mniejsze, ukryte uliczki miasta także oferują fotografom wiele okazji do uchwycenia codziennego życia Białegostoku w pięknym, jesiennym otoczeniu. Dlatego warto zejść z głównych arterii miasta i wybrać się na cudowny spacer.

Najciekawsze zdjęcia wychodzą, gdy posiadamy obiektyw, który potrafi osiągnąć wysoką ogniskową. Wtedy w kadrach możemy uwiecznić obrazy, których normalnie ludzkie oko nie jest w stanie zobaczyć.

Dobra pogoda zrobiła swoje. Ekspresówka będzie szybciej oddana do użytku!

Dobra pogoda zrobiła swoje. Ekspresówka będzie szybciej oddana do użytku!

Dobre wiadomości. Powstający fragment ekspresówki S19 z Krynic do Białegostoku powstanie przed czasem. A to dlatego, że nie wynikły żadne problemy z realizacją inwestycji.

Przypomnijmy, że w okolicach miejscowości Krynice w gminie Dobrzyniewo Duże powstaje ogromny węzeł drogowy, który w przyszłości połączy drogi S8 i S19. Inaczej mówiąc – ciężarówki jadące do krajów bałtyckich z zachodu i południa Polski będą omijać Białystok. Dziś widzimy te wszystkie TIR-y między innymi na osiedlu Dojlidy i Piasta w Białymstoku, a także na Białostoczku i obwodnicy miasta. Zniknięcie tranzytu z tych miejsc, z pewnością poprawi bezpieczeństwo na drogach.

Najtrudniejszym etapem odcinka Krynice – Białystok będzie budowa węzła „Zachód” w Białymstoku. Będzie to realizowane przy stałym ruchu pojazdów. A ten – jadący w stronę Warszawy, a także z Warszawy – jest naprawdę spory. Obecnie jadący mogą zobaczyć jak infrastruktura pnie się w górę. Od strony Krynic jest o tyle łatwiej, że inwestycja powstaje głównie w szczerym polu. Cała ekspresowa S19 poprowadzi od granicy z Białorusią w Kuźnicy, przez Sokółkę, Krynice, Dobrzyniewo, Białystok – Zachód (formalnie to za miastem), a dalej przez Ploski, Haćki, Bielsk Podlaski, Chlebczyn – do granicy województwa na Bugu. Odcinek Krynice – Białystok Zachód będzie przejezdny już pod koniec przyszłego roku.

Powstanie tej drogi to dopiero preludium. Najważniejsze – z perspektywy wyrzucenia tranzytu z miejskich dróg – będzie budowa odcinka Krynice – Suchowola, a dalej budowę ekspresówki z Suchowoli do Augustowa. To inwestycja, która dopiero jest w planach, więc większych szczegółów brak.

Trwa intensywny remont. Pawilon w zespole pałacowym Branickich będzie jak nowy!
fot. Muzeum Podlaskie

Trwa intensywny remont. Pawilon w zespole pałacowym Branickich będzie jak nowy!

W Choroszczy ruszyły właśnie intensywne prace remontowe pawilonu wschodniego w zabytkowym zespole pałacowym Branickich! Stojący obok głównego – pałacyku – murowany budynek, był dawniej częścią barokowego kompleksu. Teraz, dzięki gruntownej renowacji, odzyska dawny blask. Obiekt jest zabytkiem. Po zakończeniu prac pod koniec 2025 roku, powstanie tam punkt informacji muzealnej, sklepik z biletami oraz pomieszczenia biurowe dla personelu muzeum.

Pałac Branickich w Choroszczy powstał jako letnia rezydencja. Wzorowano go na siedzibach francuskich arystokratów. Budowlę wzniesiono przed 1729 rokiem na sztucznie utworzonej wyspie. Jego rozbudowa i aranżacja trwały niemal pól wieku (ok. 1725–1771).

Obiekt można zwiedzać, podobnie jak cały przepiękny park znajdujący się wokół dawnej rezydencji magnata. Szczególnie pięknie jest tam teraz – gdy mamy jesień. Złote, czerwone kolory liści  w połączeniu ze słoneczną pogodą tworzą wyjątkową mozaikę oraz plenery fotograficzne. Tylko chodzić, zwiedzać i uwieczniać pamiątki!

Miejskie trasy rowerowe jesienią – tak samo dobre jak latem

Miejskie trasy rowerowe jesienią – tak samo dobre jak latem

Jesień to idealny czas na rowerowe wycieczki po Białymstoku. Chłodniejsze dni i złote krajobrazy zachęcają do odkrywania miasta na dwóch kółkach, zwłaszcza że Białystok jest doskonale przygotowany dla miłośników rowerowych przejażdżek. Miasto posiada rozbudowaną sieć ścieżek rowerowych, które prowadzą zarówno przez centrum, jak i do jego urokliwych przedmieść i pobliskich parków. Wybierając rower jesienią, możesz odkryć Białystok w zupełnie nowej odsłonie.

Jedną z najpopularniejszych tras jest przejazd przez Park Zwierzyniecki, który jesienią wygląda szczególnie pięknie. Liście w różnych odcieniach żółci, czerwieni i brązu tworzą naturalny dywan, który mieni się w jesiennym słońcu. Trasa prowadzi przez malownicze alejki parku, a następnie wzdłuż rezerwatu przyrody aż do Stadionu Miejskiego. Często można spotkać tu wiewiórki i ptaki, co dodaje uroku rowerowej przejażdżce.

Innym ciekawym szlakiem jest trasa wzdłuż rzeki Białej, która pozwala na swobodne przemieszczanie się między różnymi dzielnicami miasta. Jazda rowerem po tej trasie daje nie tylko okazję do podziwiania jesiennych pejzaży, ale także do odwiedzenia kilku kluczowych punktów na mapie miasta, takich jak Planty czy Rynek Kościuszki. Ścieżka ta jest dość łatwa, co czyni ją odpowiednią zarówno dla doświadczonych rowerzystów, jak i tych, którzy preferują spokojniejszą jazdę. Najciekawsze w niej są tunele biegnące przy rzece Białej, od ul. Branickiego do Jurowieckiej.

Ostatnią propozycją, która jest ciekawa to przejazd dookoła Białegostoku. Wszystkie skrajne drogi – Trasa Generalska, Aleja Niepodległości, trasa od ul. Ciołkowskiego do Baranowickiej – posiadają ścieżkę rowerową. Objechanie miasta może być fantastycznym dokonaniem.

Rower pozwala dotrzeć do miejsc, które pieszym mogą wydawać się zbyt odległe, a jednocześnie daje swobodę eksplorowania okolicznych lasów i parków. Wystarczy ubrać się trochę cieplej i można jechać! Podczas jazdy najbardziej na chłód narażone będą stopy. Dlatego pamiętajcie o ciepłych skarpetkach i ciepłych butach. Kolejny element garderoby, który się przyda to rękawiczki. Najważniejsza jest głowa – zainwestujcie w kominiarkę, która osłoni twarz przy niskich temperaturach. Nie zapominajcie o kasku na głowę.

Featured Video Play Icon

Ogrody Pałacu Branickich w jesiennej odsłonie

Jesienią Białystok nabiera niezwykłego uroku, a jednym z najpiękniejszych miejsc w tej scenerii jest Pałac Branickich i jego ogrody. Ten barokowy pałac, znany często jako „Wersal Podlaski”, zachwyca turystów o każdej porze roku, ale to właśnie jesienią ogrody wokół niego nabierają magicznego charakteru. Barokowa rezydencja magnacka, zbudowana przez Jana Klemensa Branickiego posiada starannie zaprojektowane ogrody w stylu francuskim, które przyciągają spacerowiczów swoimi alejkami, fontannami i rzeźbami.

Jesienią ogrody te stają się szczególnie malownicze. Drzewa przypałacowym parku zmieniają kolor na odcienie złota, czerwieni i brązu, a opadające liście pokrywają ścieżki, nadając miejscu romantyczny, nostalgiczny charakter. Gdy promienie jesiennego słońca padają na barokowe formy, cała przestrzeń staje się niczym obraz zatrzymany w czasie. W tym okresie mniejsza liczba turystów pozwala cieszyć się spokojem tego miejsca. Jesienny spacer wśród alejek pałacowych, z dźwiękiem opadających liści pod stopami, to idealna okazja, aby przenieść się myślami w czasy dawnej świetności rezydencji Branickich, którzy z pałacu uczynili centrum życia kulturalnego i towarzyskiego XVIII-wiecznego Białegostoku.

Spacer po ogrodach Pałacu Branickich jesienią to także doskonała okazja do obserwacji przyrody. Weźcie ze sobą orzeszki. W parku jest wiele wiewiórek, które chętnie zapozują Wam do zdjęcia, gdy tylko wyciągnięcie smakołyk.