Czym są białostockie ptaki?

Czym są białostockie ptaki?

Nietypowa instalacja znajduje się na drodze wylotowej do Warszawy i Ełku. Umiejscowienie dzieła nie było przypadkiem. Ma ono związek  z centralnymi dożynkami, które odbyły się w stolicy Podlasia we wrześniu 1973 r. Miasto przygotowało się do wielkiego wydarzenia, w którym uczestniczył premier Piotr Jaroszewicz, oraz I sekretarz KC PZPR Edward Gierek.

 

Na skarpie pod rzeźbą był jeszcze umieszczony herb Białegostoku oraz przestrzenny napis ”Witamy”. Wszystko to z myślą o dożynkowych gościach. Dziś rzecz jasna po tych elementach nie ma już śladu. Przekaz symboliczny rzeźby wydaje się być prosty w odbiorze. Dwa lecące ptaki opowiadają historię o wolności, braterstwie i wzajemnej miłości.

 

Ptaki, określona przez wielu jako ”Żurawie” są dziełem białostockiego  rzeźbiarza Albin Sokołowskiego. Szczyt jego aktywności twórczej przypadł na przełom lat 70 i 80. Zajmował się rzeźbą w drewnie oraz metalu. Innym znanym dziełem artysty jest ”Kompozycja”, znajdująca się na Placu Niepodległości.

Wyroby, które odstraszają turystów

Wyroby, które odstraszają turystów

Wyroby, takie jak podlaski ser koryciński czy pierekaczewnik, coraz częściej trafiają na rynek bez odpowiedniego nadzoru. Pomimo istnienia certyfikatów, konsumenci nie zawsze zwracają uwagę na ich obecność, co sprzyja rozwojowi procederu podrabiania.

Kontrola jakości

Inspekcja Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych ma możliwość kontrolowania jedynie tych producentów, którzy posiadają odpowiednie certyfikaty. Producentów działających nielegalnie jest więc trudniej kontrolować. W praktyce jedynym rozwiązaniem pozostaje zgłoszenie sprawy na policję. Jednak sery i inne produkty bez certyfikatów są dostępne na rynku praktycznie wszędzie, a niewielu z nich posiada zezwolenia na produkcję.

Lewe wyroby a ich wpływ na rynek

Podróbki często są tańsze od oryginałów, choć zasada ta nie zawsze się sprawdza. Jednak największa różnica tkwi w smaku, co stanowi poważny problem dla producentów oryginalnych produktów. Nie tylko niższe zyski, ale także utrata zaufania klientów, zwłaszcza turystów, jest odczuwalna. Zdarza się, że turysta, oczekujący wyjątkowego doświadczenia smakowego, może zostać zawiedziony podróbką, co negatywnie wpływa na reputację produktów regionalnych.

Wartość certyfikowanych produktów

Produkty z certyfikatem muszą spełniać szereg wymogów dotyczących zarówno smaku, jak i procesu produkcji. Kupując towary opatrzone napisem potwierdzającym ich autentyczność, klienci mają gwarancję, że otrzymują wysokiej jakości produkt, który spełnia określone standardy. Jednocześnie wspierają rozwój lokalnych producentów oraz ochronę dziedzictwa kulinarnego regionu.

Walka z nielegalnymi wyrobami

Aby ograniczyć zjawisko nielegalnej produkcji i podrabiania regionalnych produktów, konieczne jest zwiększenie kontroli ze strony odpowiednich organów nadzoru. Przyda się również edukacja konsumentów na temat znaczenia certyfikatów i jakościowych oznaczeń. Ponadto, ścisła współpraca między władzami lokalnymi, producentami oraz organizacjami społecznymi może przyczynić się do skuteczniejszej ochrony regionalnych produktów przed fałszerstwami.

Lewe wyroby

W obliczu rosnącej popularności regionalnych produktów oraz zwiększającej się liczby podróbek istotne jest, aby podejmować działania mające na celu ochronę autentyczności i jakości tych produktów. Świadomość konsumentów oraz skuteczne działania kontrolne są kluczowe w zapewnieniu, że regionalne specjały będą dostępne w swojej prawdziwej postaci, ciesząc podniebienia oraz wspierając lokalną gospodarkę i dziedzictwo kulinarno-kulturowe.

Kradzieże słodyczy były plagą Białegostoku

Kradzieże słodyczy były plagą Białegostoku

8 maja 1956 r. został oficjalnie otwarty pierwszy sklep samoobsługowy w Białymstoku. Pierwotnie miał zostać uruchomiony symbolicznie w święto pracy, ale ku niezadowoleniu władz, nie udało się wówczas zapiąć wszystkiego na ostatni guzik. Lokal miał być wzorowany na na już istniejących chociażby w Czechosłowacji.

 

W sklepie mogło przebywać maksymalnie 20 klientów równocześnie. Tyle też przygotowano wiklinowych koszyczków. Właściciele obawiali się bowiem zamieszania. Klienci zastanawiali się co robić, jeśli do lokalu weszło się z zakupami zrobionymi gdzie indziej. Bali się po prostu posądzenia o kradzież. Były to jednak niepotrzebne obawy. Wszystkie towary posiadały odpowiedni stempel. Sklep wzbudził zachwyt wśród mieszkańców Białegostoku. Szczególnie podobała im się ogólna czystość, jaka panowała w jego wnętrzach.

 

Dziennie sklep odwiedzało ponad 1000 osób. W kasie zostawiali blisko 18 tys. zł. Po miesiącu zaczęły się pojawiać pierwsze problemy. Jednorazowy brak porannej dostawy pieczywa wywołał ostrą krytykę. To jednak jeszcze nic. W kasie sklepu brakowało pieniędzy. Obwiniono zarówno personel, jak i klientów. Ci młodociani kradli przede wszystkim słodycze z chałwą na czele. Zaczęto publicznie z imienia, nazwiska i dokładnego adresu wymieniać złapanych na kradzieży zuchwałych klientów. Kierownik został ostatecznie zwolniony. Jego następca jesienią wprowadził udogodnienia dla personelu w postaci przerwy obiadowej. O godzinie 11 sklep był więc zamykany na cztery spusty.

Młoda para odebrała sobie życie w hotelu

Młoda para odebrała sobie życie w hotelu

Na ulicy Żydowskiej 2 w Białymstoku istniał nietypowy hotel. Goście przybywali do niego nie by odpocząć, ale się zabić. Obiekt nazywał się ”Wiktoria” co jeszcze dodaje pikanterii.

 

Właścicielem hotelu był Samuel Fejgin. Na parterze znajdowały się tam lokale usługowe. Można było tam zaopatrzyć się chociażby w tytoń czy buty. Na piętrze co raz miały miejsce przerażające zdarzenia. Jedno z nich miało miejsce w 1923 r. Nieszczęśliwie zakochana para postanowiła skrócić swe cierpienia. Ojciec dziewczyny nie godził się na związek, więc młodzi podjęli desperackie kroki. W pokoju nr 7 wachmistrz Stanisław Podsiadło z Kielc najpierw zastrzelił swą narzeczoną Eugenię Truskolawską  a potem sam odebrał sobie życie. Cały pokój zbryzgany był krwią. Portier zastawszy martwe ciała zemdlał z wrażenia. Cóż…nie jest to codzienny widok.

 

Podobne zdarzenia mnożyły się na potęgę. Czyżby w hotelu istniała jakaś niewidzialna siła, która skłaniała gości do samobójstwa. Tego już się nie dowiemy. Zagadka ”Wiktorii” pozostanie nierozwiązana.

Gorzałka z pieprzem uratowała miasto od śmierci

Gorzałka z pieprzem uratowała miasto od śmierci

Na początku XIX nad Augustów napłynęło morowe powietrze. Ludność uciekała jak najdalej w głębokie rejony Puszczy, lecz i tam dosięgała ich zaraza. Zwłoki można było napotkać wszędzie. Ciała trzeba było godnie pochować, lecz większość obawiała się o swe życie. Na ochotnika zgłosił się niejaki podstarzały Cimoch. Podobno kopał groby własnymi rękoma. Chorych natomiast dźwigał na barkach do szpitala.

 

Tam też wymyślił lekarstwo. Kuracja była dosyć nietypowa – gorzałka z pieprzem i czołganie się na twardych deskach. Cimoch wywarł ogromny wpływ na pozostałych. Ludność po prostu przestała się bać choroby, co spowodowało stworzenie systemu opieki nad cierpiącymi. Gdy epidemię udało się powstrzymać, Cimoch osiedlił się w drewnianej budce pod miastem. W środku ktoś umieścił w niej modrzewiową figurkę Chrystusa.

 

Przez kilka lat zbierał pieniądze na budowę kaplicy. Wraz z towarzysze, wędrownikiem Szczerbińskim, tułali się po świecie zbierając datki. Po powrocie miejsce obsadził topolami i zbudował parkan. Na kilka dni przed śmiercią po raz pierwszy i ostatni zachorował. Twierdził, że 150 lat to i tak wystarczająco dużo. W rzeczywistości był jednak nieco młodszy. Według danych urzędniczych było ok. 40 lat młodszy. Tak czy siak dożył imponującego wieku.

 

Po Cimochu zostały wspomnienia i kapliczka, przy której po wojnie założono budkę z piwem. Podobno nie ma było dnia bez ”ogonka”. Kolejki po trunek stały się normą. Każdy rolnik po powrocie z pola chciał bowiem ugasić pragnienie.

Czy kobietą można orać pole?

Czy kobietą można orać pole?

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu nikt nie wyobrażał sobie końca żniw na Podlasiu bez tego rytuału. Mowa tu o tzw. przepiórce. Na polu zostawiano garść zboża, a dwa końce kłosów związywano słomą . Przepiórkę wiązano najczęściej przy drodze, w miejscu dobrze widocznym, aby wszystkie przechodzące czy przejeżdżające osoby wiedziały, że na tym zagonie żniwa zostały zakończone.

 

Między poszczególnymi grupami żniwiarzy istniała swego rodzaju konkurencja, kto ładniej przystroi swoją przepiórkę. Przepiórkę starano się więc udekorować w odpowiedni sposób. Główną ozdobę stanowiły kwiaty, gałązki i owoce. Na koniec pozostawiano zwyczaj ”oborania”. Chwytano dziewczęta pod pachy i trzykrotnie ciągano je po ziemi wokół przepiórki. Panny ”orały” więc tylko nogami.

 

Ściernisko wokół przepiórki dokładnie oczyszczano, co miało zapobiec wzrostowi chwastów w zbożu w następnym roku. Gdzieniegdzie w czasie opielania wyrzucano jak najwyżej obcięte resztki słomy ze ścierniska. Miało to spowodować wyrośnięcie wysokiego zboża w przyszłym roku. Po ukończeniu pielenia, układano wokół przepiórki krąg lub rzadziej dwa kręgi z kamieni polnych. Starano się, aby liczba kamieni w kręgu była jak największa, ponieważ miało to wpływać na przyszłe zbiory – ile kamieni ułożono, tyle będzie kop żyta w przyszłych zbiorach.

 

 

Czy to pierwsze białostockie graffiti?

Czy to pierwsze białostockie graffiti?

Napis ten na stałe wpisał się w krajobraz centrum Białegostoku. ”X lat KPN” umiejscowiony na jednym z budynków na ul. M.C. Skłodowskiej to prawdopodobnie pierwsze graffiti w mieście. Chociaż cechuje się prostotą, ma swój wyjątkowy klimat.

Napis powstał z okazji dziesiątej rocznicę powstania KPN. Owy skrót oznacza Konfederację Polski Niepodległej.-partię polityczną założoną w 1979 roku. Nawiązywała ona do tradycji piłsudczykowskich. Jako pierwsze w tej części Europy posiadała antykomunistyczny charakter. Od początku swej działalności posługiwała się barwami biało-czerwonymi. Godłem KPN był Orzeł Biały w złotej koronie ze znakiem Polski Walczącej na piersi, a hasłem „Wolność i Niepodległość”. 

Napis na białostockim budynku trwa od ponad 30 lat. Każdy kto go zauważy, zwykle nie ma pojęcia, co autor miał na myśli. Przekaz był prosty i jasny. Miał na celu przypomnienie oraz zwrócenie uwagi mieszkańców na istnienie KPN.

W budynku po burdelu powstał gabinet ginekologiczny

W budynku po burdelu powstał gabinet ginekologiczny

Największy przedwojenny dom publiczny w Białymstoku istniał na ulicy Krakowskiej, z pozoru cichej i niepozornej. W budynku Hotelu Metropol swoje żądze zaspokajało setki mężczyzn. ”Ćmy nocne”, jak określano prostytutki, zawładnęły zmysłami, zarówno inteligentów, jak i zwykłych meneli.

 

Nad przybytkiem czuwała Chinka Ginzburg, wdowa po kupcu Szeftelu. Działał on z licznymi przerwami, które wynikały głównie z policyjnych interwencji. W następnych okresach istniały tam  kawiarnia, herbaciarnia a także gabinet ginekologiczny prowadzony przez Karola Ginzburga, dziedzica obiektu.

 

W hotelu Metropol działało coraz więcej młodocianych prostytutek . Grupą przewodziła 14-latka, która trudniła się fachem złodzieja.  Dane magistratu mówią, że w 1925 roku zarejestrowane były w mieście 233 ”córki Koryntu”. Tych zawodowych stwierdzono 84, a dorabiających – 149. Skąd te statystyki?

 

Otóż w powojennej Polsce prostytucja była legalna. Wszystko zmieniło się w czasach carskich. Pierwsze przybytki zamknięto w 1910, ale na szczęście dla klienteli szybko się odradzały. Prostytutki były nadzorowane przez komisje sanitarno – obyczajowe. Te, które uchylały się od rejestracji były ścigane przez specjalnych agentów. Zawodowe otrzymywały specjalne książeczki zdrowia.

 

 

Jak kapitan Bruzda uciekł z więzienia?

Jak kapitan Bruzda uciekł z więzienia?

Czasy II Wojny Światowej. Jednym z więźniów łomżyńskiego więzienia jest kapitan Jan Tabortowski, pseudonim Bruzda, szef inspektoratu łomżyńskiego AK. Do celi trafił wraz z kilkunastoma towarzyszami w wyniku zasadzki gestapo. Przyjaciele postanawiają go odbić. Zaczyna się igranie z ogniem.

 

Na szczęście dla żołnierzy wśród Niemców znalazł się zdrajca. Strażnik więzienny umożliwił kontakt z przetrzymywanymi. Wraz z córką dostarczał aresztowanym broń i podrobione do cel klucze. W nocy z 12 na 13 stycznia 1943 r. aresztowani wyszli z cel, sterroryzowali obsługę więzienia i przedostali się na zewnątrz muru okalającego budynek. Ze względu na bezpieczeństwo Bruzdy komendant okręgu Mścisław skierował jego na nowe stanowisko – inspektora Inspektoratu IV Suwałki”.

 

Po wojnie Tabortowski uczestniczył w licznych akcjach zbrojnych, m.in. w maju 1945 r. 200 ludzi pod jego komendą zajęło Grajewo. Mimo amnestii okazało się, że nadal grozi mu aresztowanie i 3 lata później ponownie zszedł do podziemia. Zaczął się ukrywać m.in. na Bagnach Biebrzańskich. Uważa się go za ostatniego akowca, który zginął w walce. Doszło do tego w Przytułach, w obecnym powiecie łomżyńskim.

Do Łomży nie wpuszczano Żydów

Do Łomży nie wpuszczano Żydów

Żydzi w ciągu kilkuset lat stopniowo napływali na teren Mazowsza i Podlasia. Miasta północno-wschodniej Polski ubożały na skutek licznych wojen. Prawo Rzeczpospolitej nie sprzyjało działalności finansowej szlachty,dyskryminowało „stan trzeci”. Dominowały niewielkie miasteczka, których właściciele chętnie godzili się na osiedlenie każdego, kto wnosił jakikolwiek kapitał. Żydzi byli idealnymi wprost kandydatami, zajmując się handlem,
dysponowali ”gotowymi” pieniędzmi

 

Aż do wybuchu wojny sowiecko-niemieckiej (1941) prawie połowę mieszkańców Łomży stanowili Żydzi. Pierwsze wzmianki dotyczące ich obecności w mieście pochodzą z roku 1494. Pół wieku później, a dokładnie w 1556 r., dotknął ich zakaz osiedlania się w obrębie miasta, powtórzony pod koniec XVI stulecia. Przywilej de non tolerandis Judaeis, praktykowany w miastach królewskich, miał chronić chrześcijańskich kupców przed konkurencją.

 

Wyznawcy judaizmu, nie mogąc mieszkać w samej Łomży, osiedlali się w jej okolicach, np. we wsi Rybaki (dziś ulica w obrębie Łomży). Formalną zgodę na ich powrót do miast narodowych (dawniej królewskich) wydały dopiero władze zaborcze w 1822 r. Od tego momentu Żydów w Łomży szybko przybywało. W pierwszych dziesięcioleciach XX w. gmina żydowska dysponowała okazałą synagogą, jesziwą, szpitalem i kilkoma szkołami, wydawała też swoje gazety. Żydzi mieli także własne partie polityczne. Kres temu położyło zajęcie Łomży przez Niemców w czerwcu 1941 r.

 

Tuż po wkroczeniu do miasta hitlerowcy utworzyli getto i do września wymordowali kilka tysięcy Żydów w okolicznych lasach, m.in. koło Giełczyna i Sławca. Likwidacja getta nastąpiła w listopadzie 1942 r., a pozostałych przy życiu Żydów przetransportowano do obozu w Zambrowie, a potem do Treblinki. Warto wspomnieć, że łomżyńskie korzenie miał prezydent Izraela Chaim Herzog (1918–97), który to odwiedził miasto w 1992 r. W Łomży urodził się jego ojciec, Isaak Herzog. Mając kilka lat, Isaak wyjechał z rodzicami do Wielkiej Brytanii. Został następnie naczelnym rabinem Irlandii, a w 1937 r., kiedy przeniósł się do Palestyny – naczelnym rabinem wspólnoty aszkenazyjskiej.

Cud nad jeziorem. Rzeka zmieniła swój kierunek.

Cud nad jeziorem. Rzeka zmieniła swój kierunek.

Nad jeziorem Studzienicznym w Augustowie zlokalizowane jest znane w całym kraju Sanktuarium Maryjne. Prowadzi do niego grobla połączona z lądem. Okoliczna wieś o tej samej nazwie co jezioro, powstała w drugiej połowie XVIII w. i do dziś stanowi ważne miejsce odpustowe, zwłaszcza w Zielone Światki. Świętość tego miejsca wiąże się jeszcze z czasami pogańskimi.

 

Początki kultu maryjnego sięgają niezwykłych zdarzeń, które w chwili klęsk żywiołowych, uznane były za cudowne. Pobliska rzeczka zmieniała bowiem kierunek swego prądu, a na drzewie ukazała się Matka Boska. Pod koniec XIX w. wybudowano kaplicę w stylu neoklasycystycznym. Wewnątrz niej mieści się cudowny obraz Matki Bożej Studzieniczańskiej, ukoronowany złotem papieskim w 1995 roku.

 

Jest to XVIII-wieczna kopia dzieła z Częstochowy, a jej autor do dziś pozostaje nieznany. Za jego wstawiennictwem dokonało się wiele uzdrowień fizycznych i duchowych. 9 czerwca 1999 r. Sanktuarium odwiedził szczególny gość – papież Jan Paweł II. Do Studzienicznej przypłynął ON łodzią w dniu wolnym od apostolskiego trudu. Na cześć tego wydarzenia wybudowano pomnik, przedstawiający pielgrzyma z laską i różańcem. Umieszczono na nim pamiętne słowa: ” Byłem tu wiele razy, ale jako papież po raz pierwszy i chyba ostatni”.

W Hajnówce masowo padają ptaki. Co się dzieje ?

W Hajnówce masowo padają ptaki. Co się dzieje ?

Niepokojące zjawisko ma miejsce ostatnimi czasy w Hajnówce. Na ulicach coraz częściej znajdowane są martwe dorosłe ptaki. Jest ich tak dużo, że nieraz ciężko zrobić krok. Trawniki czy skwery pełne są nadgryzionych ciał. Czy mieszkańcy mają się czego obawiać?

 

Władze uspokajają. O epidemii ptasiej grypy nie ma mowy. Jej ostatnie ognisko wykryto bowiem zimą na Śląsku. Od tej pory nie wykryto przypadków zachorowań. Na ptasią grypę zapadają głównie łabędzie, kaczki czy dzikie gęsie. Przez Hajnówkę przebiega rzeka Leśna, nad którą bez trudu można spotkać te gatunki. Martwych przedstawicieli nad nią jednak nie stwierdzono.

 

Jak do tej pory nie odkryto przyczyny masowej śmierci ptaków. Podejrzewa się, że gdzieś w okolicy musi być źródło skażonej wody. Czy to prawda? Wiadomo tyle, że istną wyżerkę mają dzikie zwierzęta, czyli bezpańskie psy i koty. Trzeba też pilnować pupilów podczas spaceru. W każdej chwili do pyszczka może trafić ptasie skrzydełko.

Plaga włamań do mieszkań w Białymstoku. Złodzieje wchodzili przez okna.

Plaga włamań do mieszkań w Białymstoku. Złodzieje wchodzili przez okna.

Białystok w okresie międzywojennym nie był łatwym miejscem do życia. Miasto, prócz problemów z zaopatrzeniem borykało się również z problemem przestępczości. Najgorszy okazał się rok 1923. Wówczas to nastąpiła prawdziwa plaga włamań do mieszkań. Takich rabusiów określano jako szniferów.

 

Musieli mieć oni dobrą kondycję fizyczną. W końcu jakoś się wspiąć po krzywych ścianach budynków, gzymsach czy balkonach. Większość z nich wyglądała niepozornie, czasem wręcz nieporadni. Gdy jednak nadchodziła noc zmieniali się nie do poznania. Pewnym krokiem szli po swej łupy, poruszając się ze zwinnością pantery.

 

Nie raz mieli jednak ułatwione zadanie. Latem Białostoczanie zostawiali otwarte okna. Dla złodzieja stanowił wyraźny sygnał do akcji. Wewnątrz mieszkania sznifer musiał poruszać się bezszelestnie, co było nie lada wyzwaniem. Obudzenie domowników nie było mu w końcu na rękę.

 

Jako że szniferzy pracowali głównie w lato, ich pracę można określić jako sezonową. Na pokonanie okien mieli własne patenty. Wyposażeni byli w dłuto, diament do cięcia szkła, a także czyli fachową gumową uszczelka do usuwania fragmentów nadrysowanej szyby. Nazywano ją plastrem złodziejskim.

 

Rabusie ”wpadali” do mieszkań około 2, 3 nad ranem. Sen wtedy bowiem jest najtwardszy. Ich łupami padało wszystko co miało jakąkolwiek wartość. Nie gardzili ubraniami, ale najcenniejszą zdobyczą była biżuteria i gotówką. Z szafek nocnych znikały nie raz całe majątki. 

Co ma orlik do rekordu Guinnessa?

Co ma orlik do rekordu Guinnessa?

Na Podlasiu pobito wiele rekordów Guinnessa. Pora przypomnieć jeden z nich. Owa próba nastąpiła w 2012 r. w Goniądzu nad rzeką Biebrzą i dotyczyła…ptaka.

 

Akcję zorganizował Klub Ptaków Polskich, skupiający rodziny o ptasich nazwiskach. Wraz z przyjaciółmi ułożyli sylwetkę orlika grubodziobego. W wydarzenie zaangażowało się w sumie ponad 2, 5 tys. osób przebranych w brązowe, białe i czarne koszulki

 

Miejsce oczywiście nie było przypadkowe. Biebrzański Park Narodowy to już ostatni bastion w Polsce, gdzie można zobaczyć orlika. W zabawie chodziło więc nie tyle o bicie rekordów, co o zwrócenie uwagi na jego ochronę. Ptak wymaga wilgotnych siedlisk, więc koniecznością jest dbanie o odpowiedni poziom wody, m.in. poprzez regularne koszenie łąk.

Puszcza została przeniesiona do Minecrafta

Puszcza została przeniesiona do Minecrafta

Po trzech miesiącach w końcu się udało. W ramach projektu ”Ostatnie drzewo” Puszcza Białowieska została przeniesiona w skali 1:1 do świata wirtualnego, a mianowicie słynnej gry Minecrafta. Autorom przyświecała przede wszystkim dokładność. Odtworzono nie tylko drzewostan, ale i każdy najmniejszy strumyczek.

 

Łącznie do cyfrowej wersji trafiło ponad  700 km kw. powierzchni Puszczy, co zajmuje 18 GB . W praktyce oznacza to, że cała mapa zbudowana jest z ponad 50 miliardów bloków. Zdecydowano się uwzględnić tylko 5 obszarów, na których widać ludzką działalność. Wszystko to oczywiście zobaczymy w typowej dla Minecrafta, kanciastej grafice. Kwadratowe jest więc też…słońce. Powstał również film promocyjny. Przewodnikiem po kompleksie leśnym jest głos niezastąpionej Krystyny Czubównej. 

 

Sięgnięcie do Minecrafta nie jest przypadkiem. Jego użytkownikami są przede wszystkim młodzi ludzie, którzy mogą nie zdawać sobie sprawy z obecnego konfliktu o Puszczę. Dzięki mapie mogą zapoznać się z tematem. Teraz tylko trzeba mieć nadzieję, że kopia zapasowa nie pozostanie jedyną wersją.

 

 

Chinkali – gruzińskie danie, które przyjęło się na Podlasiu

Chinkali – gruzińskie danie, które przyjęło się na Podlasiu

Chinkali, wyjątkowe pierożki znane z gruzińskiej kuchni, stanowią fascynujący element kulinarnego dziedzictwa, który dotarł również na tereny Podlasia, zachęcając do bliższego poznania tego wyjątkowego dania.

Chinkali – sztuka formowania sakiewek

Historia chinkali, jak wiele tradycyjnych dań, sięga odległych czasów. Wprowadzone do kuchni gruzińskiej stały się nieodłącznym elementem narodowej kultury kulinarnej. Pierwotnie spożywane w regionach górskich, te soczyste sakiewki mięsne szybko zyskały popularność, przechodząc z pokolenia na pokolenie. Jednym z charakterystycznych elementów jest sposób formowania. Gruzini doskonale opanowali sztukę tworzenia sakiewek z ciasta, wypełnionych soczystym mięsem i aromatycznymi przyprawami. Ta unikalna technika formowania nadaje chinkali ich charakterystyczny wygląd i smak. Chinkali nie tylko zachwycają swoim wyglądem, ale także bogactwem smaków i aromatów. W zależności od regionu i osobistych preferencji, mięso wykorzystywane do nadzienia może być różnorodne – od baraniny, wołowiny, po wieprzowinę. Dodatkowo, aromatyczne przyprawy, takie jak kolendra, nadają danym niepowtarzalny smak gruzińskiej kuchni.

Ceremonia spożywania

Spożywanie chinkali to prawdziwa ceremonia, która przyciąga uwagę nie tylko smakiem, ale także sposobem konsumpcji. Gdy są gotowe do spożycia, nie używa się sztućców. Zamiast tego, pierożki są chwycone palcami, a po ugryzieniu i wyciśnięciu soczystego bulionu, spożywany jest pozostały miąższ. Ta tradycyjna forma jedzenia przynosi nie tylko smakowe doznania, ale także kulturowe doświadczenie.

Chinkali na Podlasiu

Choć jest tradycyjnym daniem gruzińskim, w ostatnich latach zyskuje popularność także na terenach Podlasia. Obecność tego dania na lokalnych stołach stwarza doskonałą okazję do bliższego poznania kultury i smaków Gruzji. Restauracje na Podlasiu coraz częściej oferują chinkali jako część swojego menu. Tak przyciągają zarówno lokalnych mieszkańców, jak i turystów, którzy pragną posmakować tego wyjątkowego dania.

Wartość kulinarnego dziedzictwa

Oprócz swej wyjątkowej wartości smakowej, stanowi także istotny element kulturowego dziedzictwa Gruzji. Jego obecność na stołach w różnych regionach świata, w tym na terenie Podlasia, potwierdza uniwersalność smaku oraz znaczenie tego wyjątkowego dania w globalnej kuchni. Przekazując tradycję i smak gruzińskiej kuchni, chinkali wzbogacają nie tylko podlaską scenę gastronomiczną, ale także umacniają więzi kulturowe między różnymi narodami i regionami.

Wilki nie były tak groźne od lat.

Wilki nie były tak groźne od lat.

Na obrzeżach Wigierskiego Parku Narodowego doszło do prawdziwej makabry. Takiego ataku wilków na taką skalę nie notowano na Suwalszczyźnie od lat. Drapieżniki poważnie przetrzebiły stado owiec pasące się w Jeglińcu na obrzeżach Wigierskiego Parku Narodowego.

 

Śmierć poniosło blisko 20 zwierząt, a drugie tyle zostało rannych. Obecnie trwa szacowanie strat co nie będzie wcale łatwym zadaniem. Owce po ataku są bardzo nie ufne i nie pozwalają zbliżyć się na krok. Regionalna Dyrekcja Środowiska stara się jednak jak może aby spisać protokół niezbędny do wypłaty odszkodowania.

 

Właściciel stada nie może spać spokojnie. Istnieją bowiem obawy, że wilki powrócą. Wiedzą już przecież, gdzie znajdą swoje ofiary. Na razie nie wiadomo dlaczego doszło do ataku na tak dużą skalę. Uważa się, że jeśli zginie jeden rodzic młodego wilka, drugi idzie na łatwiznę w zdobywaniu pożywienia. Tak też mogło być i w tym przypadku. Obecnie na terenie Wigierskiego Parku Narodowego żyje około 20 wilków. Na terenach tych pojawiają się jednak inne watahy z dalszych stron.

W Bielsku obchodzą dekomunizację sposobem

W Bielsku obchodzą dekomunizację sposobem

Dekomunizacja trwa w najlepsze. Znikają nazwy ulic związane z okresem Polski Ludowej. W Bielsku Podlaskim zmiany idą jednak opornie.  Ulica 30 Lipca, która zdaniem IPN-u upamiętniała wyzwolenie Bielska Podlaskiego przez Armię Czerwoną nowej nazwy nie dostanie.

 

Większość jej mieszkańców jest przeciwna jakimkolwiek zmianom. Zdanie obywateli wzięto pod uwagę. Na sesji rady miasta odbyło się głosowanie  w tej sprawie. Argumentem za pozostawieniem starej nazwy było to, że 30 lipca zakończyła się w Bielsku Podlaskim okupacja niemiecka.

 

Burmistrz miał jednak inną wizję.  Jego zamysłem było nazwanie ulicy imieniem pierwszego burmistrza Bielska Podlaskiego Wojtkowskiego. To on przez dwa lata po odzyskaniu niepodległości, po pierwszej wojnie światowej sprawował ten urząd. Tę nazwę proponowało również Towarzystwo Ziemi Bielskiej, ale przepadła ona w głosowaniu radnych. Czy stara nazwa zostanie zaakceptowana przez IPN?

Czego brakowało w Cristalu?

Czego brakowało w Cristalu?

Hotel Cristal w Białymstoku to jeden z wielu obiektów zaprojektowanych w czasach PRL przez Stanisława Bukowskiego. Otwarto został w 1952 r. jako Hotel Miejski ”Żubr”, lecz na wykończenie trzeba było jednak czekać latami. Obecnie  przyjmuje około 50 tys. gości rocznie.

 

Kilka elementów hotelu nie przetrwało do dnia dzisiejszego. Chodzi tu zwłaszcza o jeden z pierwszych neonów w mieście. Zaprojektowała go Placyda Bukowska, żona projektanta, uczennica Ludomira Sleńdzińskiego na Wydziale Sztuk Pięknych Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie.

 

Fasadę budynku rozświetlała tzw. Dama Kameliowa będącej zarysem kobiecej postaci, która trzyma trójkątny kieliszek do martini. Neon zniknął w latach 90. podczas prac remontowych. Instalacja miała pełnić również reklamową funkcję.  Zatem nie tylko wzbogacała walory estetyczne gmachu, lecz także zachęcała do skorzystania z oferty hotelu.

 

Z okazji zbliżającego się 65-lecia otwarcia hotelu dyrekcja postanowiła odtworzyć neon w pierwotnej formie. Domagali się tego starsi klienci. Co prawda nie znalazł się na elewacji, ale na szklanej dobudówce, gdzie mieści się wejście do restauracji. 

 

Święte miejsce na Podlasiu. Niesamowita Moc Źródełka Rospudy

Święte miejsce na Podlasiu. Niesamowita Moc Źródełka Rospudy

Święte miejsce na Podlasiu. Nad rzeką Rospuda przepływającą przez Puszczę Augustowską odnajdziemy owiane tajemnicą ”święte miejsce”. Jego sława sięga jeszcze czasów pogańskich. Ze wzgórza porośniętego lasem iglastym wypływa źródełko o magicznych właściwościach. Na tle świerków nie sposób nie zauważyć drewnianych i kamiennych krzyży. Jeden z nich jest wyraźnie nadpalony, a w miejscu spękań wetknięto monety. To tutaj, w otoczeniu przyrody, ludzie od wieków przybywają, by szukać uzdrowienia, nadziei, a także zbliżenia do sacrum. Historia i atmosfera tego świętego miejsca na Podlasiu owiana jest mistyczną aurą, która przyciąga podróżników i poszukiwaczy tajemniczych przejawów nadprzyrodzonego.

Święte miejsce na Podlasiu – historia

Święte miejsce na Podlasiu i jego początki wiążą się z objawieniem świętego Jana. W pewien wiosenny dzień ukazał się on staruszce gdy ta przyprowadziła krowy na łąkę. Cała okolica rozbłysła a wielki dąb runął na ziemię, wskutek tego wystraszona uciekła i opowiedziała o wszystkim proboszczowi. Wraz z innymi mieszkańcami udali się wszyscy razem z powrotem na polanę. Tam odnaleziono drewnianą figurkę świętego. Z obalonego dębu zrobiono krzyż, który stał się przedmiotem kultu.

Tajemnice Źródełka Rospudy: Niesamowita Moc Świętego Miejsca na Podlasiu

Od tej pory na dzień św. Jana z odległych zakątków przybywały głównie osoby cierpiące i schorowane. Woda w strumyku miała również zapobiegać przyszłym nieszczęściom. Dzieci kąpały się w rzece a potem zostawiały w niej koszule. Choroba odpływała razem z wodą. Z kolei osoby skarżące się na ból gardła obwiązywali do dolnej krzyża umoczoną chustę. W ten sposób dosłownie zostawiali chorobę. Za carskiego panowania również miało miejsce nietypowe wydarzenie. W miejscowości Kuriany, położonej w sąsiedztwie polany, mieszkał Rosjanin, który zawsze gdy przechodził obok krzyży doznawał ataku szału. Raz nie wytrzymał, nakazując swym pracownikom ściąć je i wyrzucić do rzeki, jednak te nie chciały płynąć z prądem. Wyglądało to jakby magicznie były połączone z ziemią. Krzyże nadal trzymały się świętego miejsca, więc Rosjanin musiał porzucić swe zamiary na zawsze.

W Białymstoku istniał czarny rynek słodyczy

W Białymstoku istniał czarny rynek słodyczy

Chaim Sofer założył swą fabrykę czekolady w 1905 r. Nazywany białostockim Wedlem szybko zdobył uznanie wśród lokalnych łasuchów. Przez wiele lat jego lokal znajdujący się na ulicy Sosnowej funkcjonował jako ”Wiedeński”. Firma mogła sobie pozwolić na liczne reklamy w prasie, w których to zapewniano o jakości, świeżości i niskich cenach słodyczy, takich jak karmelki czy chałwa.

 

Największy ruch panował tradycyjnie przed świętami. Na ten okres Chaim Sofer przygotowywał specjalną ofertę. Sprzedawano jaja, zające, kurczątka i baranki czekoladowe. Nie każdego było jednak stać na taki wydatek. W mieście powstał więc czarny rynek. Ktoś w mieście puścił plotkę, że rarytasy z ulicy zawierają truciznę. Cóż…Każdy chciał mieć dla siebie jak największy kawałek…tortu.

 

Centrum miasta pełne było krzykliwych handlarzy. „Paluszki czekoladoweeee! Reklamoweeee! Trzy sztuki za 10 groszyyy!”. Takie o to wołania budziły mieszkańców lokalnych kamienic. Uliczne słodycze najczęściej stanowiły wytwór podziemnych fabryk. Jedna z nich działała na obecnej ulicy Malmeda. Jej właściciel, nijaki Hirsz Ejger ”Czekoladnik” trafił do więzienia. Wcześniej wzbogacił się o niemałą sumkę. Kusił niską ceną i podrabiał etykiety znanych firm. Proste i genialne. Do czasu.

Miód pitny wpływa na wszystko

Miód pitny wpływa na wszystko

Miód pitny podlaski to nie tylko napój, lecz prawdziwe dzieło sztuki i smakowa podróż przez historię i kulturę tego malowniczego regionu. Każdy kieliszek tego wyjątkowego trunku to spotkanie z tradycją, naturą i aromatem, które rozkoszują się zarówno ciało, jak i ducha.

Miód pitny – korzenie

Historia produkcji miodów pitnych na obszarze województwa podlaskiego sięga XIV wieku. Wtedy to kronikarz województwa zapisał: ”Bielsku karczm miodowych 5, w Narwi karczm miodowych 2, w miasteczku Kleszczele karczm miodowych i piwnych 32”. Z pewnością to pierwsze wzmianki o bogactwie karczm oferujących ten słodki napój, który szybko stał się integralną częścią kultury i tradycji regionu.

Składniki miodu pitnego

Tutejsi producenci przestrzegają starych zasad, korzystając z naturalnych składników. Gwarantuje to pełną autentyczność wyrobu oraz niezmieniony od stuleci smak i właściwości odżywcze. Oczywiście podstawowym składnikiem miodu pitnego podlaskiego jest miód pszczeli naturalny, który jest sercem tego trunku. Dodatkowo używa się soków owocowych, pochodzących z własnych pasiek oraz certyfikowanych ekologicznych upraw sadowniczych. Dzięki temu miód pitny zachowuje wyjątkowy aromat i smak, będąc jednocześnie bogatym źródłem korzyści dla zdrowia i dobrego samopoczucia.

Proces produkcji

Miód pitny podlaski wyróżnia się swoim charakterystycznym miodowym aromatem i słodkim smakiem. Może być delikatnie wzbogacony o przyprawy ziołowo-korzenne, soki owocowe lub chmiel. Jego barwa przybiera odcienie od złocistej po bursztynowo-rubinową, a zawartość alkoholu zwykle oscyluje między 9% a 18%. Fermentacja miodu pitnego trwa zazwyczaj około czterech tygodni, podczas których napój nabiera swojego charakterystycznego smaku i aromatu. Oczywiście po fermentacji następuje etap leżakowania. Może on trwać od roku do kilku lat, w zależności od oczekiwanej jakości i dojrzałości trunku. Kiedy miód pitny osiąga wymagane cechy organoleptyczne, starannie go rozlewamy do butelek szklanych lub ceramicznych.

Miód pitny jako symbol regionu

Miód pitny podlaski od lat cieszy się uznaniem zarówno lokalnych mieszkańców, jak i koneserów na całym świecie. W 2013 roku napój ten został wyróżniony w konkursie „Nasze Kulinarne Dziedzictwo”, co potwierdza jego wyjątkową jakość i tradycyjne walory. Jego produkcja odzwierciedla głęboko zakorzenione tradycje i wartości przekazywane z pokolenia na pokolenie.

Czy Podlasiu grozi inwazja żmij?

Czy Podlasiu grozi inwazja żmij?

W Polsce miejscami, gdzie spotkanie żmii jest najbardziej prawdopodobne, są tereny górzyste, szczególnie Bieszczady i Beskidy. Jednak mieszkańcy nizinnych terenów nie powinni jednak wyzbywać się czujności. Ostatnimi czasy zaobserwowano pojawienie się sporej liczby żmij również na Podlasiu. Przekonała się o tym mieszkanka gminy Rajgród (powiat grajewski).

 

Do jednostki policji zgłosił się mężczyzna z prośbą pomocy dla swej żony, która odczuwa silny ból głowy i nogi. Okazało się, że kobietę ugryzła żmija. Wszystko działo się na terenie posesji letniskowej. Funkcjonariusze bez chwili zawahania umieścili cierpiącą w radiowozie po czym na sygnale popędzili do szpitala. Na szczęście kobieta doszła do siebie.

 

Czy na Podlasiu nie można spokojnie spacerować czy leżakować? Bez przesady. Inwazja żmij nam nie grozi. Najczęściej do ataków gada dochodzi przypadkiem. One również kochają słońce i korzystają z pięknej pogody. Niekiedy nasze drogi dosłownie się krzyżują i dochodzi do nadepnięcia żmii. Tej już instynkt podpowiada atak. Można się jednak zabezpieczyć.

 

Przed wyprawą w tereny, gdzie ryzyko spotkania ze żmiją jest większe, trzeba zwrócić uwagę na odpowiedni strój. By ograniczyć ryzyko ukąszenia przez żmiję, warto nosić długie spodnie włożone w skarpety oraz kryte buty za kostkę.

 

Barszcz znów atakuje na Podlasiu

Barszcz znów atakuje na Podlasiu

Powoduje on mocne oparzenia, które w skrajnych przypadkach mogą zakończyć się zgonem. Władze robią wszystko co w swej mocy aby wyplenić te diabelskie zielsko. Nie jest to jednak łatwe zadanie. Nasiona są lekkie, a przenoszone przez wiatr sieją się na potęgę. Przełom czerwca i lipca to miesiące, kiedy kontakt z barszczem Sosnowskiego jest najbardziej niebezpieczny.

 

Duże skupiska rośliny występują  w Suwałkach i okolicach.Tamtejsza straż miejska wzywa wszystkich mieszkańców, aby informowali o pojawieniu się barszczu na ich posesjach. To właśnie funkcjonariusze zajmą się sprawą osobiście. Służby prowadzą również kampanię informacyjną na temat tego jak zachować się w przypadku kontaktu.

 

Samo wycięcie rośliny nic nie daje. Trzeba użyć odpowiednich środków chemicznych aby nie wyrosła ponownie za rok. Barszcz Sosnowskiego został sprowadzony do Polski w okresie komunizmu, jako roślina pastewna. Jako, że jej wysokość dochodziła do 4 m, szybko stała się popularna wśród rolników. Uprawa jednak wymknęła się spod kontroli. Dlatego też nazywana jest ”zemstą Stalina”. W dużym niebezpieczeństwie są zwłaszcza dzieci, które nie zdają sobie sprawę z zagrożenia. Należy więc uważać na bawiące się pociechy. Barszcz może zostawić blizny do końca życia.

 

 

Ściany będą uczyć historii

Ściany będą uczyć historii

Już wkrótce mieszkańcy Łomży będą mogli podziwiać historyczne postacie na ścianach kilku budynków. Kosztem blisko 60. tys. zł powstaną bowiem murale odnoszące się do ważnych dla miasta wydarzeń. Jest to doskonała metoda  na promocję Łomży. Istotny jest jednak również aspekt edukacyjny.

 

Największy mural zostanie stworzony przy ul. Wojska Polskiego. Będzie przedstawiał epizod powstania styczniowego. Następny upamiętni postać Jakuba Ignacego Wagi, prekursora działalności ekologicznej. Ozdobi on budynek na ul. Polnej.  Z kolei sylwetkę kapitana Mariana Raganowicza i jego 33. Pułk Piechoty. artyści namalują na ul. Rządowej.

 

Grafiką zajmą się studenci z Gdańskiej Szkoły Muralu, założonej przez dr Rafał Roskowiński. Jego podopieczni działali już w regionie, mianowicie w Wiźnie. Czy ścienne malowidła przyciągną do Łomży turystów? Na odpowiedź na to pytanie należy poczekać.

 

Na ulicy Cichej ciężko było o spokój

Na ulicy Cichej ciężko było o spokój

Ulica Cicha znajdowała się w samym centrum żydowskich Chanajek, a więc najbiedniejszej przedwojennej dzielnicy Białegostoku. Do najdłuższych nie należała, gdyż liczyła sobie cztery numery mieszkań. Jej nazwa to też tylko swoista gra pozorów.

 

Nie było takiego dnia by na Cichą nie przyjeżdżali policjanci. A mieli do tego powodu. Prostytucja, nielegalny handel alkoholem czy paserstwo – to tylko nieliczne z grzechów bywalców ulicy. Do największych oprychów należała rodzina Chazanów. Głową rodziny był Szmul, który uchodził za najtwardszego sutenera w mieście.

 

Swoim ”pracownicom” zabierał połowę utargu, a za sprzeciwienie się rozkazom, bił je do nieprzytomności. Na rozprawie sądowej przeciwko oprawcy jednak milczały. Obawiały się o własne życie i odmówiły składania zeznań. Dla alfonsa się więc upiekło. Jego synowie z kolei trudnili się fachem złodzieja. Kradli wszystko i wszędzie. Ilość zdobytych zegarków przez szajkę mogłaby przyprawić o zawrót głowy. Bracia wpadli jednak przy próbie włamania do mleczarni. 

 

Jeśli mowa o złodziejach nie wypada też nie wspomnieć o Bejli Kleinsztejn – prawdziwa tuza wśród paserów.
Jej specjalnością był skup kradzionej garderoby i pościeli. Odwiedzali ją prawie wszyscy strychowi przestępcy zwani popularnie pajęczarzami.  Głównym dostawcą łupów był Abram Kukawka nazywany przez lokalną prasę królem strychów.

Wydmy, które wędrują po Podlasiu.

Wydmy, które wędrują po Podlasiu.

Wcale nie trzeba jechać nad morze aby zobaczyć wydmy. Wystarczy udać się do powiatu zambrowskiego, w okolice wsi Grądów – Woniecko. Wędrujące wydmy stanowią cenny zabytek archeologiczny. Pozostawił je wycofujący się lądolód.

 

Wydmy były zasiedlane przez już w epoce kamienia. Ślady po przodkach odnajdziemy do dziś.  W piasku dostrzeżemy kręgi po paleniskach, ale także części ceramicznych naczyń i niewielkich narzędzi z krzemienia. Najstarsze z nich pochodzą z epoki mezolitu, a znaczy to, że powstały około 8 – 5 tys. lat p.n.e. Odnaleziono ponadto pozostałości po późniejszym osadnictwie, przypadającym na okres kultury łużyckiej, czyli wczesnej epoki żelaza.

 

Charakterystycznym elementem krajobrazu nadrzecznych wydm są różne gatunki traw, które niwelują małą stabilność podłoża. Ekosystem wydm jest jednak zagrożony przez różnego rodzaju zaburzenia. Regeneracja uszkodzonej czy zadeptywanej roślinności jest niezwykle powolna.

Gwiazdor będzie jeździł białostockim rowerem

Gwiazdor będzie jeździł białostockim rowerem

Ile czasu może powstawać wypasiony rower? Wszystko zależy od tego, dla kogo został projektowany. Dla Adama Zdanowicza z Białegostoku stworzenie ”maszyny” dla legendarnego gitarzysty Slasha zajęło blisko rok.

 

W rowerze można odnaleźć wszystkie elementy, jakie ubóstwia muzyk. Rama w kształcie instrumentu, pedały w formie małych gitar, czaszka na kierownicy czy węże na zębatce – od tego wszystkiego każdy pasjonat może umrzeć z zazdrości.

 

A wszystko zaczęło się od…Dody, która supportowała Gun’s N Roses na koncercie w Gdańsku. To ona była pomysłodawczynią nietypowego prezentu. Poprzez wspólną znajomą skontaktowała się z Adamem Zdanowiczem,a ten jako wieloletni fan zespołu, mógł spełnić swoje marzenie. Nie dość, że poznał kultowego muzyka, to jeszcze zrobił mu rower.

 

Z długiego procesu powstawania egzemplarza powstał cały film , a link do niego został zamieszczony w siodełku roweru. Slash uznał produkcję za genialną i umieścił ją na swoim kanale na YT.Już niedługo rower z Białegostoku będzie śmigał po ulicach Los Angeles. Możemy być dumni z dzieła Podlasianina.

Szkoła muzyczna to więzienie

Szkoła muzyczna to więzienie

Kompleks więzień w Łomży zaczął swe funkcjonowanie w 1892 r. Składał się on z kilku murowanych z czerwonej cegły budynków dwu i trzypiętrowych, otoczonych wysokim murem. Na bokach zlokalizowano zaś strażnice. Łącznie gwarantował odsiadkę dla trzystu przestępców.

 

Wycofujący się w 1944 roku Niemcy zniszczyli budynki więzienne. Po wyzwoleniu, w drugiej połowie lat czterdziestych ubiegłego wieku, ruiny, mimo iż były pilnowane przez uzbrojonych ormowców, były penetrowane przez mieszkańców miasta, którzy wykorzystywali niektóre fragmenty (blachy, fragmenty wyposażenia, elementy drewniane) do naprawy zniszczonych w czasie wojny domów, jak też przez szukających przygód młodszych mieszkańców Łomży.

 

Zniszczone wybuchami budynki więzienia, a także ceglane mury ogrodzenia zostały rozebrane prawdopodobnie na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych. O przyczynach tych rozbiórek krążyły różne pogłoski. Słyszało się między innymi, że cegłę i inne materiały pochodzącą z rozbiórek tych budowli łomżyńskie władze przekazały na odbudowę Warszawy. Z większych budowli, pozostał tylko dawny budynek administracyjny z bramą wjazdową, w którym, po przebudowie, znalazła siedzibę szkoła muzyczna.

Piernik z żołędzi? Podlasie potrafi!

Piernik z żołędzi? Podlasie potrafi!

Piernik z mąki żołędziowej to innowacyjna odmiana tradycyjnego piernika. Kryje w sobie nie tylko bogactwo smaku, lecz także historię i kulturę Podlasia. Wytwarzane z popularnej ostatnimi czasy mąki żołędziowej, która stała się już produktem regionalnym. Te pierniki kuszą nie tylko wyjątkowym aromatem i konsystencją, ale także związkiem z naturalnymi surowcami charakterystycznymi dla tego obszaru. Ich receptura, oparta na staropolskich tradycjach piekarskich, wpisuje się w ducha regionu, przynosząc niepowtarzalną nutę smakową.

Tradycyjne receptury w nowej odsłonie: piernik z mąki żołędziowej

Mąka żołędziowa, będąca głównym składnikiem tych wyjątkowych pierniczków, otwiera nowe perspektywy dla kulinarnych eksperymentów, wprowadzając do tradycyjnej receptury nowy smak. Proces przygotowania tej mąki w domowym zaciszu, od moczenia żołędzi w ciepłej wodzie po oddzielenie skorupki i prażenie, stanowi symboliczny rytuał, który łączy się z naturą i tradycją.

Przysmak z natury

Pomimo że pierniki żołędziowe często kojarzą się z Toruniem, Podlasie wkracza na arenę kulinarną z własną wersją tego smakołyku, wzbogacając go o lokalne składniki i tradycje. Wyjątkowa mąka żołędziowa, wykorzystywana od wieków przez ludność tego regionu, staje się fundamentem dla nowoczesnych interpretacji klasycznych przysmaków. To właśnie w tym kontekście pierniki z mąki żołędziowej nabierają znaczenia jako symbol kulinarnej oryginalności Podlasia.

Zdrowe i smakowite

Oprócz walorów smakowych, pierniki z mąki żołędziowej przynoszą ze sobą także bogactwo zdrowotne. Mąka ta, pozyskiwana ze specjalnie przetworzonych żołędzi, obfituje w składniki odżywcze, witaminy i minerały. Sprawia to, że są zdrową alternatywą dla tradycyjnych wypieków. Jej lekko orzechowy posmak i delikatna konsystencja sprawiają, że pierniki te stają się smakowitym przysmakiem.

Pyszne świadectwo lokalnego dziedzictwa: piernik z mąki żołędziowej

Przygotowanie pierniczków z mąki żołędziowej staje się nie tylko kulinarną przygodą, lecz także sposobem na odkrywanie tajemnic i tradycji Podlasia. Oczywiście włączenie się w ten proces, począwszy od zbierania żołędzi, poprzez ich przetwarzanie, aż po wypiekanie i degustację, stanowi nie tylko praktyczne doświadczenie. To właśnie w tych gestach tkwi siła i wyjątkowość lokalnej kuchni, która staje się żywym dziedzictwem. Podsumowując, pierniki z mąki żołędziowej nie tylko wzbogacają kulinarną mapę Podlasia o nowe smaki i aromaty. Także stanowią wyraz lokalnej tożsamości i dziedzictwa kulturowego. Ich receptura, oparta na tradycyjnych metodach i lokalnych składnikach, przynosi ze sobą przyjemność smaku.

Podlaski producent poszedł na rekord

Podlaski producent poszedł na rekord

Przeszukując czeluście internetów natrafiamy często na próby bicia rekordów Guinnessa przez mieszkańców Podlasia. Jedna z nich miała miejsce 2 lata temu. Konkurencja brzmiała następująco: ”Największy obszar łąki skoszony zestawem 3 kosiarek dyskowych w 8 godzin”.

 

Białostocki producent kosiarek przygotowywał się do próby przez miesiące. Przede wszystkim trzeba było spełnić warunki nałożone przez kapitułę i odszukać łąkę o powierzchni około 140 ha w jednym kawałku.  Odnalazła się ona na terenach łąk torfowych w Goślubiu, a więc w województwie łódzkim. Trochę daleko od Podlasia ale cóż…

 

Na kwadrans przed regulaminowym zakończeniem czasu ze względu na bardzo dużą nierówność terenu ciągnik ”zaliczył dziurę”  pikując kosiarką głęboko w ziemię. Po błyskawicznej reakcji naszych serwisantów listwa została oczyszczona z ziemi i trawy, po czym maszyna ruszyła do dalszej pracy. Ostatecznie doczekano happy end. Maszyny pobiła rekord dzięki czemu pewnie jej sprzedaż znacząco wzrosła

Białostockie gejsze miały charakter

Białostockie gejsze miały charakter

W międzywojennym Białymstoku żaden mężczyzna nie miał problemu ze znalezieniem domów rozkoszy. Wystarczyło spytać dorożkarza, recepcjonistę czy nawet bufetową, aby otrzymać konkretne namiary. Większość przybytków zlokalizowana była w najuboższej dzielnicy, Chanajkach.

 

Duża przestępczość okolicy nikomu nie przeszkadzała. Policja i urząd sanitarny co rusz zamykały rozpustne lokale, ale po kilku tygodniach powstawały nowe. Sutenerzy znaleźli również sposób na obławy. Gejszom, gdyż nazywała ich lokalna prasa, załatwiano legalne zameldowanie, więc mogły przyjmować kogo tylko chciały.

 

Jedną z najbardziej znanych gejsz w Białymstoku była nijaka Dejla Jewrejska, znana ze swego ognistego temperamentu. Panowie w wyniku intymnych spotkań oprócz pieniędzy tracili również zdrowie. Upodobała sobie również plakaty filmowe z kina Modern. Wieszała je w swym pokoju, aby klienci mieli porównanie, że obcują z naprawdę piękną kobieta, która niczym nie różni się od gwiazd z ekranu. Pracownicy kina myśleli zaś wcześniej, że fotosy kradnie im konkurencja. Jakież musiało być ich zdziwienie.

 

Gejszą nie zostawało się ze zwykłej zachcianki. Nieraz była to jedyna szansa na zarobek. Zerwanie z procederem natomiast było trudniejsze niż się wydaje. Przekonała się o tym Sara Siedlecka, która poślubiła, na pozór wspaniałego Berela Robotnika. Teściowa, niedługo po ślubie młodych zapragnęła otworzyć spelunkę. Sara zaś musiała spełniać wszystkie zachcianki gości. Gdy się nie godziła była dotkliwie bita przez kochaną teściową i swego męża. Dziewczyna nie wyobrażała sobie takiego dalszego życia i postanowiła opuścić miasto na zawsze.

Na Podlasiu wszystko robi się byle jak

Na Podlasiu wszystko robi się byle jak

Na Podlasiu do niczego nie przywiązuje się wagi.  Na byle czym skacze się do wody w Augustowie, na byle czym zjeżdża się na nartach w Szelmencie. Wyobraźnia mieszkańców naszej krainy nie ma końca. Tylko pozazdrościć pomysłowości.

 

I co z tego, że wehikuły są zwykle jednorazowe. Chociaż praktycznego zastosowania nie posiadają, sprawiają więcej radości niż przejażdżka bolidem formuły 1. W sumie w czym brodzik od prysznica, wykorzystany do przejażdżki na stoku, jest gorszy od super maszyn, jakie znamy z plakatów motoryzacyjnych. Czy Porsche można wstawić do łazienki? Czy schłodzi nasze ciało po upalnym dniu? No właśnie…

 

Chociaż dystanse do pokonania są krótkie, kilka sekund radości, prędzej utkwi nam w pamięci, niż podróż dookoła świata. Globtroterzy pewnie czują się już urażeni…Aby wystartować w skokach czy zjazdach na byle czym, należy włożyć całe serce w przygotowania. Nieraz trwają one wiele miesięcy. Ludzie nie śpią po nocach, dłubiąc w warsztacie, udoskonalając swe pojazdy. Dla kilku metrów lotu czy stu metrów zjazdu naprawdę warto. Zawody to też doskonała okazja na poznanie podobnych sobie freaków. Kto wie, może druga połówka też się znajdzie…

W Supraślu pielęgnują tradycję dzwonienia

W Supraślu pielęgnują tradycję dzwonienia

Cerkiewne dzwonienie jest ginącą na ziemiach polskich tradycją, polegającą na tworzeniu kompozycji wygrywanych na tych instrumentach. Aby ocalić zjawisko od czarnego scenariusza Muzeum Ikon w Supraślu Międzynarodowy Festiwal Cerkiewnego Dzwonienia „Obwieszcza, wychwala, nawołuje”.

 

W prawosławnej tradycji dźwięk z dzwonu wydobywa się poruszając jego sercem. Dzwonnik pociąga za sznury, ale to już od siły i precyzji uderzenia zależy brzmienie. W prawosławiu dzwony wzywają na nabożeństwa, brzmią zależnie od okresu liturgicznego: na Wielkanoc radośnie, a w Wielkim Poście spokojnie.

 

Dzwonienie to sztuka, w której liczy się nie tylko umiejętność skomponowania melodii, ale i zdolności manualne.  W ciągu 15-u minut zawodnicy mają szansę zaprezentować swe zdolności. Niektórzy chronią słuch nausznikami, innym wystarcza wata w uchu. Festiwal odbywa się co dwa lata. Organizatorzy dbają bowiem o zachowanie wysokiego poziomu i atrakcyjności festiwalu, aby po prostu się nie znudził.

 

 

Gdzie w Białymstoku była ulica 22 lipca?

Gdzie w Białymstoku była ulica 22 lipca?

W okresie PRL-u 22 lipca był najważniejszym dniem w kalendarzu. Dla przeciętnego człowieka to tylko jeden z nielicznych dni wolnych. Rocznicę ogłoszenia w 1944 roku Manifestu Lubelskiego PKWN uważano za Narodowe Święto Odrodzenia Polski. Z tego powodu jego nazwę nadawano zakładom pracy i ulicom. Tak też było i w Białymstoku.

 

30 maja 1947 r. rada narodowa tak właśnie przekształciła ulicę” Św. Rocha. Według nich poprzednia nazwa nie miała żadnego związku z rzeczywistością. Kościoła więc nie zauważyli…Do starej nazwy na szczęście wrócono po zmianie ustroju. 

 

Dla Kowalskiego data ta kojarzyła się głównie z lepszym niż w inne dni zaopatrzeniem sklepów. Na kiermaszach pojawiały się bowiem takie towary deficytowe jak…papier toaletowy. Najlepszym robotnikom nadawano medale, lecz otrzymywali też talony i przydziały na dobra określane jako luksusowe.

 

Święta Tekla – co ma wspólnego z ziemniakiem?

Święta Tekla – co ma wspólnego z ziemniakiem?

Święta Tekla była męczennicą. Dzień świętej Tekli, choć może być mało znany wśród osób mieszkających w miastach, był ważnym elementem tradycji wiejskich. Najbardziej znany jest wśród wyznawców prawosławia, którzy licznie zamieszkują nasz i okoliczne regiony. Świętą Teklę, czci się 23 września. Jej dzień obchodzili i czasem nadal obchodzą wieśniacy poprzez różnego rodzaju obrzędy, modlitwy i zwyczaje związane z pracami polowymi i plonami.

Święta Tekla i jej dzień

Dzień św. Tekli, obchodzony 23 września, ma głębokie korzenie w tradycji wiejskiej kultury polskiej. Jest to dzień, który symbolizuje rozpoczęcie ważnego okresu w życiu rolników – żniwa ziemniaków. Choć sama Tekla nie jest postacią znaczącą w polskiej tradycji religijnej, to jednak jej dzień był powodem do radosnego świętowania na wsiach, zwłaszcza w regionach o silnych tradycjach rolniczych. Czasu rolnicy mają niemało, bo aż do 15 października. Powiedzenie „W dzień świętej Tekli, ziemniaki będziem jedli” było nie tylko sposobem na upamiętnienie tego ważnego dnia, ale również praktyczną wskazówką dla rolników. Znaczenie tego dnia w kalendarzu rolniczym było więc niezwykle istotne, a jego obchody wpisywały się w głęboko zakorzenioną w tradycji wiejską kulturę i wiarę w związki między naturą a ludzkimi działaniami. Czy wcześniejsze wykopki mogły przynieść pecha. Należy w to wątpić, ale tradycję podtrzymano.

O świętej Tekli

Kim była św. Tekla? Wyznawcy prawosławia uważają ją za pierwszą męczennicę. Wiążą się z nią liczne niezwykłe opowieści. Wielokrotnie cudem unikała śmierci. Miała spalić się na stosie za zerwanie zaręczyn, lecz egzekucję przerwał deszcz. W Rzymie natomiast, rzucona na pożarcie lwom, wyszła z opresji bez szwanku. Zwierzęta bowiem nie były głodne. Uciekając przed cesarskimi  prześladowcami, natrafiła na wielki blok skalny. Dzięki modlitwom ten się rozstąpił, tworząc wąwóz. Święta Tekla może być dla nas wzorem wiary, męczeństwa i nadziei. Z wszystkich strasznych sytuacji wybawiał ją Bóg. Wszystko to działo się dzięki jej wierze i modlitwom, co daje wierzącym nadzieję i powód do wiary.

Wojska zaatakują dziki

Wojska zaatakują dziki

Tak, to nie żaden fake news. Afrykański pomór świń nadal szaleje na Podlasiu. Przenoszona przez białoruskie dziki zaraza spędza sen z powiek podlaskim gospodarzom. Lokalni działacze wystosowali wcześniej pismo do pani premier Beaty Szydło w celu utworzenia specjalnej grupy do walk z dzikami. 

 

Teraz pojawiła się propozycja użycia Wojsk Obrony Terytorialnej. W końcu chrzest bojowy nowych oddziałów utworzonych przez Antoniego Macierewicza musi kiedyś nastąpić. Ich zadaniem miałby być odstrzał dzików. W niektórych miejscach konieczny jest nawet całkowite usunięcie populacji tych zwierząt. Aż przypominają się słowa piosenki z dzieciństwa ”Dzik jest dziki, dzik jest zły”. 

 

Na razie wszyscy oczekują na decyzję Ministra Obrony Narodowej. Rolnicy i nie tylko twierdzą, że innego wyjścia po prostu nie ma. Nie chcą już dłużej być zdania na pastwę losu. Dziki nie są bowiem ”świętymi krowami”.

Nawiedzony zamek – kto straszy na zamku w Tykocinie?

Nawiedzony zamek – kto straszy na zamku w Tykocinie?

Nawiedzony zamek w Tykocinie, to miejsce, które obfituje w zjawy. Opisywany zamek jest znany z wielu zdarzeń paranormalnych i opowieści o nawiedzeniach.  Są to duchy nie tylko zwykłych  ludzi, lecz też szlachciców, książąt i królów. W swym straszeniu nie ograniczają się do kilku pomieszczeń. Spotkać ich można na terenie całego zamku. Nawet w łazience nie można liczyć na prywatność. Odbudowana konstrukcja w Tykocinie nad brzegiem rzeki Narew przyciąga regularnie szkolne wycieczki.

Nawiedzony zamek w Tykocinie to miejsce nie tylko pełne historii…

Jest to jedno z najbardziej tajemniczych miejsc w Polsce. Znajduje się w województwie podlaskim, około 30 kilometrów od Białegostoku. Zamek został zbudowany w XV wieku i pełnił funkcję warowni obronnej. Z czasem stał się siedzibą różnych możnych rodów, a także inspirował liczne legendy i opowieści o duchach. Wnętrza zamku również budzą grozę i fascynację jednocześnie. Zachowane gotyckie sale, ciasne korytarze i niesamowicie zdobione komnaty sprawiają wrażenie, jakby czas w tym miejscu stanął w miejscu. Są one świadkami licznych wydarzeń z przeszłości, w tym wojen i innych tragicznych wydarzeń, które mogą wpływać na nastroje odwiedzających. Ponadto, nieopodal zamku znajduje się cmentarz żydowski, na którym także ma miejsce wiele zjawisk paranormalnych. Mieszkańcy miasta twierdzą, że wokół niego można wyczuć obecność duchów, a w niektóre noce można usłyszeć tajemnicze wycie wilków.

Spotkanie z duchem w nawiedzonym zamku w Tykocinie

Na szczęście uczniowie, nie są świadomi, że mogą napotkać istoty z innego świata. Smętne zawodzenie, jęki, głośne kroki. Ponoć na zamku straszy nawet król Zygmunt August i Janusz Radziwiłł. Dlaczego? Po śmierci, w trumnie spędzili tam cały rok, zanim doczekali się godnego pochówku. Regularnie na murach zamku pojawia się też Barbara Radziwiłłówna, która to najbardziej zżyła się z nim. Jednego jegomościa odwiedziła w czasie załatwiania potrzeb fizjologicznych. Uruchomiona fotokomórka w łazience tak wystraszyła mężczyznę, że ten uciekł z krzykiem z bezpieczne (teoretycznie) miejsce.

Odważysz się odwiedzić nawiedzony zamek?

Zamek w Tykocinie jest popularnym miejscem dla miłośników historii, ale również dla poszukiwaczy duchów i zjawisk paranormalnych. Coraz więcej osób przybywa tu ze specjalistycznym sprzętem, aby zarejestrować i zbadać zjawiska paranormalne. Wiele z nich przyznaje, że ich doświadczenia były niezwykłe i niespotykane w innych miejscach. To miejsce nie tylko pełne historii, ale także tajemnicze i fascynujące. Jeśli jesteś odważny i zainteresowany zjawiskami paranormalnymi, warto odwiedzić to miejsce i samemu doświadczyć niezwykłych doznań.

Skąd się wzięła nazwa Czarnej Hańczy?

Skąd się wzięła nazwa Czarnej Hańczy?

Czarna Hańcza to malownicza rzeka przepływająca przez Suwalszczyznę. W zeszłym roku zdobyła w prestiżowym konkursie miano rzeki roku. Skąd się wzięła jej nazwa?

 

Aby odpowiedzieć na to pytanie należy przenieść się do XIII w. Były to czasy walk Litwinów z plemieniem Mazowszan. Nad brzegiem rzeki toczono niezwykle zacięte boje.  Krew mogłaby wypełnić do pełna jego koryta. Armia litewska popadła w tarapaty. Jeden po drugim padał od celnych strzałów z łuku. Wielki Książę Trojden już miał w planach odwrót wojsk, lecz niesiony honorem wypowiedział głośno słowa ”Gana cze”. Oznaczają one ”dosyć tutaj”.

 

Niesione echem powtarzane były przez gęste lasy. Los zaczął od tej chwili sprzyjać dla wojownika. Choć bitwa nie została rozstrzygnięta, uratował on wielu swoich towarzyszy. Od tej pory ”Gane cze”powtarzane było z trwogą pośród Mazowszan. Ci trochę je zniekształcili przez swój nieco twardszy język. Po jakimś czasie wykształciło się określenie ”Hane cze”, a potem ”Hancze”. Tak też nazwano rzekę, która była niemym świadkiem odezwy księcia.

 

Leśnicy pomagają sokołom

Leśnicy pomagają sokołom

Już blisko 6 lat trwają starania leśników z Poczopka (Nadleśnictwo Krynki) o przywrócenie populacji sokoła wędrownego. Do tymczasowego gniazda w środku lasu trafiły właśnie dwie opierzone samiczki. Mają kilka tygodni i czują się doskonale w nowym środowisku. Konstrukcja przypominająca klatkę wisi 20 m nad ziemią.

 

Dlaczego tak wysoko? Ptaki muszą trenować skrzydła, a w wyższych partiach drzewa jest to możliwe dzięki większym porywom wiatru. Przez trzy tygodnie sokoły będą szczegółowo obserwowane po czym zostaną wypuszczone w świat. Wraz z otwarciem klatki czeka ich ważny egzamin. Same muszą nauczyć się zdobyć pokarm.

 

W latach 60. liczba sokołów wędrownych drastycznie spadła. Jednak dzięki programowi reintrodukcji, a więc przywracania, udało się uratować te wyjątkowe ptaki, które potrafią pikować nawet do 300 km/h.

 

Zaginioną fokę odnaleziono przy…śmietniku

Zaginioną fokę odnaleziono przy…śmietniku

Gdzie jest foka? Takie pytanie można było usłyszeć nie jeden raz w Augustowie, głównie z ust starszych mieszkańców kurortu. Rzeźba zlokalizowana w centrum miejskiego parku przez ponad 20 lat cieszyła odwiedzających. Jako, że mieściła się w źle zaprojektowanej fontannie, było tylko kwestią czasu, aż dokona żywota. Tak też się stało. 

 

W 1991 r. wadliwą konstrukcję zasypano. Foka natomiast przepadła bez wieści. Zapewne w umysłach mieszkańców powstały różne teorie na temat jej losów. Tych spiskowych też, za pewne, nie brakowało. Jedni byli przekonani, że została zniszczona, drudzy z nieufnością patrzyli na sąsiadów, którzy mogli sobie ją przecież przywłaszczyć. Inni jeszcze przypisywali jej magiczne właściwości. Była więc czymś w rodzaju artefaktu (dobry temat na film swoją drogą). Prawda okazała się zgoła odmienna. Betonowa foka odnalazła się na jednej z posesji spółek miejskich. Stała smutna i opuszczona przy kubłach na śmieci. Czy tak można traktować dawną atrakcję?

 

Na wieść o tym ruszała lawina komentarzy. Co prawda, na ulicach nie pojawiły się transparenty z napisem ”Uwolnić fokę”, ale mnóstwo mieszkańców domagało się powrotu rzeźby z emerytury. Większość planów spaliła jednak na panewce. W końcu rzeźba znalazła nowy dom.  Właściciel sanatorium nad rzeką Nettą umieścił ją, za zgodą władz, w tamtejszym stawie. Przedsiębiorca chciał nawet zwierzę ozłocić. ”Złota foka” – czy to nie brzmi epicko? Niestety na ten, trzeba przyznać, zwariowany pomysł, burmistrz się nie zgodził. 

Augustów rozpoczyna kolejną batalię

Augustów rozpoczyna kolejną batalię

7 lat temu się nie udało. Może tym razem? Władze Augustowa po raz kolejny rozpoczęli batalię o wpisanie Kanału na Listę Światowego Dziedzictwa. Specjalny pełnomocnik już przygotowuje specjalny wniosek. Ważne by nie popełnić błędów z przeszłości, które przekreśliły szansę kurortu.

 

Kanał Augustowski był największą inwestycją XIX-to wiecznej Polski. Liczy sobie 100 km długości, z czego 80 km przebiega przez nasz piękny kraj. 20-oma kilometrami muszą zadowolić się Białorusini.Wpis na listę byłby ogromną promocją miasta. Choć kurort i tak jest oblegany, kilku turystów więcej nie zaszkodzi.

 

Potencjału Kanału nadal nie udało się jednak wykorzystać. Bazy turystyczne powstały w okresie międzywojennym co mówi samo za siebie. Bez inwestycji się nie obędzie. Przedłużą one sezon odwiedzin. Wpis na listę oznaczałby ogromny zastrzyk finansowy. Do miasta trafiłoby kilkadziesiąt milionów złotych.

Białostocki aptekarz sprzedawał narkotyki

Białostocki aptekarz sprzedawał narkotyki

W międzywojennej Polsce odskocznią od szarej codzienności były używki, w tym narkotyki. Najwięcej ich miłośników było rzecz jasna w Warszawie. Kokainę i morfinę kupowali głównie artyści, ale także arystokraci i wojskowi. Również w Białymstoku chętnych nie brakowało. Z tego też powodu w 1922 r. wprowadzono zakaz sprzedaży owych specyfików bez recepty. Spowodowało to powstanie czarnego rynku. Za gram kokainy trzeba było zapłacić 10 zł.

 

Pojawiły się również próby fałszowania recept. Liczna uzależnionych lawinowo rosła. 3 lata przed II Wojną Światową w mieście wybuchła afera. Naczelny Lekarz Ubezpieczalni Społecznej wypisywał według śledczych recepty na lewo i prawo. Okazało się, że on i jego sekretarka, która realizowała recepty byli narkomanami.

 

Z kolei właściciel apteki w Wasilkowie prowadził w domowym zaciszu własną wytwórnię używek. W nielegalnym laboratorium odnaleziono głównie środki odurzające i przeciwbólowe. Chociaż postawiono mu wiele zarzutów, m.in. za dilerkę, skończyło się grzywną w wysokości 500 zł za…brak księgi rozchodów.

 

Popyt na narkotyki nie mógł uciec uwadze przemytnikom. Farmaceutyki sprowadzano głównie z Niemiec. Jednym z punktów składu była Łomża. Tam na czele kontrabandy stał właściciel składu aptecznego. W czasie nalotu na jego mieszkanie odkryto ogromną ilość środków nasennych i torebek kokainy. W gotówce miał ponad 200 tys. zł.

Najlepsze kafle w regionie wytwarzano na Grunwaldzkiej

Najlepsze kafle w regionie wytwarzano na Grunwaldzkiej

Ulica Grunwaldzka w Białymstoku uformowała się na przełomie XVIII i XIX wieku, czyli w tym samym czasie co sąsiadująca z nią dzielnica biedy – Chanajki. Nie mieszkali w niej jednak sami Żydzi, a skład narodowościowy był bardzo zróżnicowany.

 

Wcześniej nazywała się Kaflową, prawdopodobnie od powstałej w 1847 r. fabryki kafli Jana Kucharskiego. W swej ofercie, jeśli wierzyć dawnym ogłoszeniom, miał również stawienie pieców i kominków. Firma ta prężnie się rozwijała, ale wszystko zniweczył wybuch wojny. Po zakończeniu konfliktu synowie Jana doprowadzili przedsiębiorstwo do rozkwitu.

 

Zajęcie w fabryce znalazło ponad 80 osób, a produkty cieszyły się ogromnym zainteresowaniem w całym kraju. Kucharscy dbali o swoich pracowników. Utworzyli chociażby świetlicę, w której to organizowano warsztaty i przedstawienia teatralne. Powstał również żłobek, przedszkole, biblioteka i łaźnia.

 

Oprócz kaflarni na Grunwaldzkiej działały również inne przedsiębiorstwa. Odnaleźć tam można było fabrykę sukna, gwoździ, a także tkalnię. Nie brakowało lokali usługowych. Dzięki masarni czy sklepie z alkoholem ulica tętniła życiem. Nie każdemu jednak wiodło się dobrze. Piękne domy przeplatały się z zaniedbanymi czynszówkami, w których to mieszkali też złodzieje.

Dom ze słomy. Jedyny taki dom w mieście

Dom ze słomy. Jedyny taki dom w mieście

W Białymstoku spośród tysięcy budynków, ten zasługuje na szczególnie uznanie. Jest bowiem jedyny w mieście. Na dom z gliny i słomy zdecydowała się jedna z rodzin.

Jedyny taki dom ze słomy

Na budowie oczywiście cegieł musiało zabraknąć. Bez piasku jednak ani rusz. Potrzebny był on w ilości 9 ton. Do tego 3 razy mniej gliny, sprasowana słoma i można było działać. Naturalne zdrowe materiały stanowią gwarancję ciepła. Zapomnieć można o przykrościach związanych z wilgocią i grzybami, gdyż ściany doskonale przepuszczają powietrze. Całkowity koszt budowy domu ze słomy jest ponad 2 razy mniejszy niż przy standardowych budowach. Dom ze słomy w Białymstoku to unikalna i ekologiczna konstrukcja, którą wykonano z naturalnych materiałów. Słoma, jako główny składnik tego domu, pochodzi bowiem z lokalnych pól i jest łatwo dostępna.

Jak powstaje dom ze słomy?

Podstawowa struktura domu ze słomy składa się z drewnianego stelażu, który tworzy szkielet budynku. Następnie, na ten szkielet są przymocowywane słomiane belki, które pełnią rolę izolacji termicznej. Wykonany jako alternatywa dla tradycyjnego budynku. Główną zaletą domu ze słomy jest jego wysoka izolacyjność termiczna jak i akustyczna. Słoma posiada doskonałe właściwości izolacyjne, co oznacza, że taki dom jest łatwo nagrzewany zimą i utrzymuje chłód latem. Dzięki temu można znacznie obniżyć koszty ogrzewania i klimatyzacji. Innym atutem budynku zbudowanego ze słomy jest jego niska emisja dwutlenku węgla w trakcie produkcji i użytkowania. Materiał ten jest naturalny, odnawialny i biodegradowalny, co przyczynia się do redukcji negatywnego wpływu na środowisko.
Dom ze słomy jest również solidny i trwały. Zastosowanie odpowiednich technik budowlanych i wykorzystanie wytrzymałych materiałów stwarza solidną konstrukcję, która może być trwała przez długie lata. Oczywiście, istnieją również pewne wyzwania związane z budową domu ze słomy. Konieczne jest odpowiednie przygotowanie materiału, aby uniknąć pleśni i rozwoju insektów. Konstrukcja musi być również odpowiednio zaplanowana pod kątem bezpieczeństwa przeciwpożarowego. Ponadto, dom ze słomy jest również przyjazny dla środowiska, ponieważ cechuje się z naturalnych materiałów, które nie emitują toksycznych substancji. Dodatkowo, słoma jest materiałem odnawialnym i biodegradowalnym, co przyczynia się do zmniejszenia negatywnego wpływu na środowisko naturalne.

Podsumowując..

Dom ze słomy w Białymstoku jest alternatywą dla tradycyjnego budynków. Oferuje wysoką izolacyjność termiczną oraz niską emisję CO2. Ekonomia jednak nie przemawia do innych ludzi. Największe obawy wzbudza kwestia łatwopalności słomy. Tak naprawdę w postaci skompresowanej nie powoduje większego zagrożenia. Zachowuje się bowiem jak drewno klejone. Bez stałego źródła ognia sama się wygasza.

Zwierzęta zostały złapane w pułapkę

Zwierzęta zostały złapane w pułapkę

Biebrzański Park Narodowy rozciągający się na kilka powiatów Podlasia pełny jest dzikiej zwierzyny. Ich miłośnicy muszą jednak obejść się z makiem. Zwierzaki najczęściej są nieuchwytne. Aby wyjść na przeciw oczekiwaniom, pracownicy Parku stworzyli sieć fotopułapek. W sumie zainstalowano ponad 60 sztuk.

 

Dzięki nim mieszkańcy Parku mają spokój, a ich fani przynajmniej zobaczą świeże fotki. Choć pierwsze próby monitoringu podejmowane były już 6 lat temu, popularność pułapek przyszła właśnie teraz. W krótkim okresie czasu zarejestrowały tysiące gatunków. Ustawione są w miejscach szlaków wędrówek, a także przy gniazdach szczególnych ptaków, jak orzeł bielik i bocian czarny. 

 

Fotopułapki umożliwiają zdobycie wielu cennych informacji o gatunkach. Dzięki nim leśnicy dowiedzieli się chociażby, że wilki chodzą ścieżkami przeznaczonymi dla turystów. Kładki, mosty i drogi – tam można ich spotkać. Niektóre zwierzęta nie zauważają kamerki, inne wręcz przeciwnie. Pozują przed nimi całymi godzinami.

Białostocki pociąg śmiechu kursował do Gdyni

Białostocki pociąg śmiechu kursował do Gdyni

Jednym z najpopularniejszych kierunków obieranych przez białostockich urlopowiczów w latach 30. była Gdynia. Eskapady do portu były organizowane przez lokalny oddział Orbisu, mieszczący się wówczas na ulicy Sienkiewicza. Swoją cegiełkę dokładały również władze PKP.

 

To dzięki nim można było się przejechać pociągami dancing-bridge, które zapewniały, jak sama nazwa wskazuje, liczne rozrywki nie konieczne związane z samą turystyką. Oferta przez kilka miesięcy była reklamowana w lokalnych mediach. Klientów wabiono orkiestrą i obietnicą taniego bufetu z barem. Na dziewiczą przejażdżkę zgłosiło się ponad 400 chętnych. Konieczne było dostawienie dodatkowych dwóch wagonów. Ile kosztowały uciechy? Koszt przejazdu II klasą wynosił 31 zł, a III – 20,50 zł. Jak na tamte czasy, ceny nie należały do wywindowanych.

 

Pierwszy kurs ruszył przez Warszawę do Gdyni 3 czerwca 1933 r. Wraz z ruszeniem lokomotywy rozpoczęła się prawdziwa impreza. Śmiechom nie było końca. Cytując Mickiewicza były tam ”tańce, hulanki, swawola”. Po kilkudniowym zwiedzaniu atrakcji portu rozbawione towarzystwo wróciło do stolicy Podlasia 6 czerwca.

 

Rok później zorganizowano kolejną edycję pociągu-śmiechu. Tym razem bilety można było nabyć także na białostockim dworcu. W dodatku do pociągu miał być dołączony ekskluzywny wagon restauracyjny z  potrawami w bardzo korzystnych cenach. Kieliszek wódki miał kosztować 30 gr, zaś kanapka – 15. Impreza w pociągu nie była jednak tak udana jak sprzed roku.  Podczas trwania wycieczki nadeszła wiadomość o śmiertelnym zamachu w Warszawie na ministra spraw wewnętrznych Bronisława Pierackiego. Powaga w takiej chwili była koniecznością.

Łomża czyli Mazowsze na Podlasiu. O co w tym chodzi?

Łomża czyli Mazowsze na Podlasiu. O co w tym chodzi?

Łomża i Północne Mazowsze od wielu lat wchodzą w skład województwa podlaskiego. Trzeba jednak stwierdzić, że z regionem, który dał nazwę obecnej jednostce administracyjnej w czasach historycznych wspólną miały przede wszystkim granicę. Do okresu rozbiorów Łomża pozostawała jednym z najważniejszych ośrodków miejskich Mazowsza. Zostało to zmienione przez zaborców. 

 

Ci nie interesowali się w ogóle  tożsamością etniczną zagarniętych terenów. W okresie międzywojennym miasto wchodziło w skład województwa z siedzibą w Białymstoku. Kilka miesięcy przed wybuchem wojny Łomżę włączono w skład województwa warszawskiego. Sytuacja Łomży nie jest w regionie jednak czymś szczególnym. W rzeczywistości tylko jedna trzecia obszaru województwa to historyczne Podlasie.

 

W odróżnieniu od całego Podlasia, cechą Łomży i okolic była w miarę jednolita struktura etniczna i wyznaniowa. Z północno-wschodniego Mazowsza wywodziła się drobna szlachta która, choć niebogata, zachowywała dumę płynącą z przynależności do warstwy nobilitowanej. Wyróżnikiem tutejszej gwary, dziś obecnej jedynie w starszym pokoleniu było tzw. mazowieckie mazurzenie.  Wymawiano c, s, z w miejsce cz, sz, ż.

Polanie napadną na Drohiczyn…znowu

Polanie napadną na Drohiczyn…znowu

Już po raz dwunasty na drohiczyńskiej ziemi odbędzie się Zlot Wojowników Słowian, Bałtów i Wikingów. Nad Bugiem od 8 lipca czekają więc nie lada atrakcje dla wszystkich pasjonatów historii.

 

Takie imprezy to idealne połączenie przyjemnego z pożytecznym. To coś innego niż zdobywanie wiedzy z podręczników. Na własnej skórze można przekonać się jak wyglądało życie we wczesnym średniowieczu. Służyć będzie do tego specjalnie odtworzono wioska rzemieślnicza. Odwiedzimy  warsztaty rzemieślnicze kowala bądź garncarza. Nie zabraknie też…wróżki.

 

Na drohiczyńskim zlocie wojowników jest nie tylko rzemieślnicza praca i wojownicza rywalizacja ( rekonstrukcja napaści Polan na Drohiczyn przewidziana jest w sobotę 8 lipca. Jest również miejsce na zabawę. O nią zadbają zespoły muzyczne. Ten rekonstrukcyjny festiwal historyczny łączy pasjonatów historii – ludzi, którzy na te kilka dni mogą przenieść się w tak odległe, a jednocześnie tak bliskie im średniowiecze.

 

Gdzie w Białymstoku była Krecia ulica?

Gdzie w Białymstoku była Krecia ulica?

Międzywojenna ulica Grochowa w Białymstoku mimo faktu, że przecinała się w główną ulicą miasta, a więc Lipową, miała niewielkie znaczenie handlowe. Nazywano ją wcześniej Grochowym Zaułkiem, co też pewnie miało znaczenie, przy wyborze miejsca pod lokal usługowy. 

 

Było ich zaledwie dziesięć. Na innych równie krótkich uliczkach swoje firmy prowadziło kilkudziesięciu przedsiębiorców, jak choćby na ul. Kilińskiego. Różnica jest więc kolosalna. Na Grochowej można było chociażby kupić wodę sodową czy zrobić sobie zdjęcie.

 

Przed II Wojną Światową tylko trzech mieszkańców ulicy miało telefon. Byli to Chaim Kapłan, dentystka Rachela Zabłudowska i Serok Chaim – właściciel składu papierów. Wszyscy mieszkali w tym samym budynku, zresztą jedynym podłączonym do magistrali.

 

O dziwo Grochową ominęła zmiana nazwy za czasów okupacji sowieckiej. Co się odwlecze, to nie uciecze. Niemcy mianowali ją ulicą…Krecią. Jakie były ich motywy tego nie nikt do dnia dzisiejszego.