Sprzedawali klejnoty za bezcen. Oszukali setki ludzi.

Sprzedawali klejnoty za bezcen. Oszukali setki ludzi.

W latach 20. Białostoccy oszuści do swego kanciarskiego repertuaru dorzucili coś nowego. Chodzi tu o sprzedaż domniemanych brylantów z carskiej korony. Ofiary procederu należy liczyć w setkach. Najczęściej byli to wieśniacy, którzy na chwilę przyjechali do miasta. Wracali zwykle w dobrych humorach, sądząc że zrobili interes życia, kupując cenne klejnoty.

 

W rzeczywistości oszuści wciskali szkło i tomblak. Nie jeden z nich posiadał umiejętności aktorskie. Zwykle sprzedawali bajeczkę o konieczności wyjeździe do Warszawy. Łamiącym się głosem opowiadali kupcom o chorych i głodnych dzieciach. Pieniądze na bilet do lepszego świata mogli zaś zdobyć pozbywając się za odpowiednią kwotę rodzinnych pamiątek.

 

Historie były tak poruszające, że chwytały za serce, głównie panie. Czar prysł, gdy klejnoty zanoszono do jubilera. Kosztowności, za które zapłacono kilkadzieścia złotych były warte dosłownie grosze. Chociaż zgłoszenie sprawy do Urzędu Śledczego zakończyło przygodę kilku kanciarzy, to pieniędzy zwykle nie udawało się odzyskać.

 

 

Bociany rozmnażają się na potęgę…i to bez 500 Plus

Bociany rozmnażają się na potęgę…i to bez 500 Plus

Bocianom nic nie przeszkadza. Ani hałasy przejeżdżających samochodów, ani kapryśna pogoda. Ptasie gniazda w podlaskich wsiach wszystkie są zajęte. Najczęściej przez rodziny wielodzietne. Cztery młode to tegoroczny standard.

 

Teraz przed zgrają potomków nie lada wyzywanie. Trzeba nauczyć się latać. Podlasie to tylko przystanek. Najpierw jednak należy porządnie się najeść. Pokarmu na podlaskich wsiach nie brakuje. Łąki i bagna pełne są bocianich przysmaków. Mokra wiosna sprawiła, że stanowią one krainę dostatku dla ptaków.

 

W ostatnich latach populacja bocianów spadła, wszystko przez susze. Ostatnia dekada to upływ ponad dziesięciu tysięcy par. Teraz pora na wyż demograficzny. Ile dokładnie nowych bocianów pojawiło się w kraju będzie wiadomo za 3 tygodnie kiedy to Towarzystwo Ochrony Ptaków skończy spis ptaków.

Warszawscy złodzieje plądrowali Białystok

Warszawscy złodzieje plądrowali Białystok

Białostoccy policjanci z 5-go komisariatu nie mogli się nudzić. Do miasta pociągiem z Warszawy przyjeżdżali złodzieje, przemytnicy czy uciekinierzy z wojska. Funkcjonariusze musieli więc mieć czujne oko.

 

Przepełnione wagony stanowiły istny raj dla złodziejaszków. Kieszenie, torebki, walizki – opróżniali wszystko co się dało. Podróżni najczęściej po wyjściu z pociągu dowiadywali się o swej stracie. Część przestępców wysiadała na wcześniejszych stacjach w Szepietowie i Łapach, będąc już zadowolonych z łupów. Ci bardziej zuchwali wjeżdżali do Białegostoku. Chęć pomnożenie bogactwa była silniejsza od strachu przed złapaniem. Nie na każdego jednak czekał happy end. Latem 1934 r. nakryto na gorącym uczynku  stołeczny kieszonkowiec, nijaki Izrael Feld.

 

Na początku lat 20. Białystok odwiedzali spece od kas pancernych. O ich wyczynach rozpisywała się lokalna prasa. Ich ofiarą padło m.in. Towarzystwo Pożyczkowo-Oszczędnościowe zlokalizowane wówczas na ul. Kilińskiego 29. Kilka lat później okradziono również znaną firmę transportową Scheneker i S-ka. Fachowcy od kas byli raczej nieuchwytni. W okresie międzywojennym złapano tylko jednego, ale za to znanego w całym kraju złodzieja Jana Kuryłowicza. Dworcowa policja miała więc czym się chwalić.

 

Najczęściej przestępców dosięgała sprawiedliwość tuż przed ucieczką pociągiem. Dzięki rewizjom bagaży, funkcjonariusze mogli podziwiać ich cały złodziejski ekwipunek – żyletki do przecinania kieszeni, wytrychy, latarki i inne gadżety-niezbędniki rzezimieszka.

 

Brama getta okazała się…kanałem

Brama getta okazała się…kanałem

Z wielkiej chmury mały deszcz chciałoby się powiedzieć. Miały być pamiątkowe tablice i gabloty. Plany spełzły na niczym. Fragment drewnianej konstrukcji na ulicy Czystej w Białymstoku, uważany za bramę getta, to nic innego jak część kanału melioracyjnego. Tak mówią wyniki prac archeologicznych przeprowadzonych przez Muzeum Podlaskie.

 

Pierwotnie wszystko się zgadzało. Umiejscowienie pala, który został objęty szczególną ochroną, wskazywało na przełomowe odkrycie. Wstępne oględziny były obiecujące. Rzeczywistość okazała się jednak brutalna.  Konstrukcja nie ma żadnego związku z gettem. Powstała według szacunków na początku XX wieku. Świadczą o tym chociażby wykopane obok belek monety z czasów cara Mikołaja II oraz polskie grosze z okresu międzywojennego.

 

Znalezisko nie posiada więc żadnej wartości archeologicznej. Może być jedynie gratką dla miłośników historii miejskiej melioracji. Po ostatnich opadach deszczu w Białymstoku za pewne wzrosła ich ilość…

 

Coraz mniej wiejskich ławeczek. Czy obyczaj zaniknie na dobre?

Coraz mniej wiejskich ławeczek. Czy obyczaj zaniknie na dobre?

Wiejska ławeczka. Dla przejezdnych to lokalny monitoring. Dla mieszkańców osad to miejsce spotkań, szczerych rozmów czy nawet śpiewów. Oczywiście młodych na niej nie zobaczymy. Do ławeczki trzeba bowiem…dojrzeć. Niestety, nawet wśród starszych mieszkańców wsi są już rzadziej wykorzystywane. Obyczaj powoli zanika.

 

Jeszcze 10 lat temu nie można było wyobrazić podlaskiej wsi bez ławeczki. Zdawałoby się, że na stałe wpisały się w tamtejszy idylliczny krajobraz. Czasy się jednak zmieniają. Dzisiejsze osady coraz częściej przypominają miasta. Przybywa murowanych budynków, często bogato zdobionych. Ich właścicielami są bowiem uciekinierzy z aglomeracji. Rosnąca liczna ”obcych” na wsi zmienia jej obraz.

 

Trudno sobie wyobrazić, aby Warszawiak pasjonował się przejeżdżającymi autami po jedynej drodze na wsi. Bo co innego można obserwować z wiejskiej ławeczki. Starszych na ławeczce można porównać do obserwatorów wyścigów formuły 1. Głowę przekręcają z lewa do prawa, skupiając wzrok na maszynie.

 

Podlasie wsie, zresztą jak w całym kraju powoli się wyludniają. Z wielu zabudowań zamieszkałych zostaje kilka. Są to najczęściej Ci, których rodzina nie rusza się ze wsi od pokoleń. Zbyt bardzo przywiązani do rodzinnej ziemi, nawet nie myślą o przeprowadzce, nawet jeśli nie ma już z kim porozmawiać. Wiejskie ławeczki służyły właśnie konwersacjom, zapewne nie raz przy małym piwku.  

 

To tam plotkowano, gadano o wszystkim i o niczym, a więc o przysłowiowych tirach i naczepach. Do ławeczki trzeba jednak dotrzeć. Ci, którzy pamiętają czasy jej świetności, często są już schorowani. Nieraz poruszanie się po domostwie sprawia problem. Dojście do ławeczki stanowi więc swego rodzaju mission immposible.

 

Każda ławka to inna historia. Często poniszczone stanowiły jedyne źródło rozrywki dla mieszkańców wsi. Widząc je mamy mieszane uczucia. Jedni pytają ”Po co oni tak się gapią’?’, drudzy stwierdzają ”Ależ to urocze”. Miejmy nadzieje, że ławeczki nie znikną na stałe. Na wiejskie salony raczej nie wrócą, ale tradycja być musi!

 

W sokólskich wsiach rządzą kobiety

W sokólskich wsiach rządzą kobiety

W powiecie sokólskim pełni funkcję sołtysa pełni ponad 81 kobiet. Jeszcze pół wieku temu kobiet na tych stanowiskach można było szukać ze święcą. Przez długie lata bowiem funkcja sołtysa była zarezerwowana niemal wyłącznie dla mężczyzn. Nieraz dziedziczyli zacny urząd z pokolenia na pokolenie.

 

Czasy się jednak zmieniają, a wybory na sołtysa danej miejscowości niejednokrotnie przypominają wybory samorządowe. Organizowane są prawdziwe kampanie wyborcze, a kandydaci walczą o poparcie, formułując programy. Normalnie Ameryka!

 

Kobiety w roli sołtysa wcale nie są traktowane z przymrużeniem oka. Wręcz przeciwnie, patrzy im się na ręce bardziej niż mężczyznom. Nie ma więc żadnej ulgi przy zajmowaniu się codziennymi sprawami sołectwa. Władająca wsią płeć piękna przyczynia się również do aktywizacji innych mieszkanek. Na każdym zebraniu zgłaszają one wiele konkretnych propozycji zmian.  Kobiety znają się na rzeczach, które dotychczas uważane były za męskie sprawy. Wiedzą, co trzeba i jak trzeba zrobić, tak by było dobrze. Jeśli zajdzie taka potrzeba, to potrafią same to wykonać.

 

Inwazję kornika można było zahamować

Inwazję kornika można było zahamować

Rok 2007. 29 świerków Puszczy Białowieskiej atakuje kornik drukarz. Drzewa zajęte przez szkodnika rosły na terenie ścisłego rezerwatu. Z tego powodu do wycinki niezbędna była zgoda Wojewódzkiego Konserwatora Przyrody. Tej jednak nie uzyskano.

 

Działania ekologów z Pracowni na Rzecz Wszystkich Istot skutecznie zahamowały wycinkę. W pismach skierowanych do urzędu, ekolodzy przytaczali chociażby argument, że kornik to istota, która zwyczajnie ma prawo zjadać świerki. Ich działania były na tyle skuteczne, że wycinkę drzew z kornikiem wstrzymano na całe lata. Kornik w tym czasie rozprzestrzenił się na wielką skalę. Najnowsze dane mówią o tym, że kornik drukarz zajął ponad 800 tys. świerków. Stanowi to 8% ogółu zasobów leśnych Puszczy.

 

Ekolodzy uważają, że tę sprawę należy pozostawić sprawy matce naturze. Uważają, że w Puszczy jest zbyt duża populacja świerków, a w ich miejsce pojawią się inne gatunki. Strona rządząca zaś uważa, że Puszczę należy prowadzić po gospodarsku. A zatem zaatakowane przez kornika drzewa usuwać, a zostawiać tylko zdrowe. W ciągu tylko trzech majowych dni leśnicy odłowili ponad 164 litry korników. Przekłada się to na ponad 6, 5 mln owadów. 

 

W tym sporze zarówno jedna i druga strona konfliktu mają rację. Z tym, że każdy wybór rodzi inne konsekwencje. Prowadzenie lasu po gospodarsku – tak jak robi robi to rząd powoduje, że w Puszczy utrzymywany jest obecny stan. Czyli ubywa tylko zainfekowanych drzew, zostają jedynie zdrowe. Z racji tego, że kornik przez lata pożerał, to obecna wycinka jest sporych wielkości. Jeżeli jednak wybierzemy rozwiązanie ekologów – kornik będzie nadal zjadać świerki – co jest naturalne – a las będzie się naturalnie odradzać. Warto jednak zaznaczyć, że gdyby kornik zdegradował cały las, to jego pełny proces odrodzenia trwałby około 200 lat. 

W Osmoli strzelają na wózkach

W Osmoli strzelają na wózkach

W Osmoli (powiat siemiatycki) organizowana jest jedyna taka impreza w Europie. Jedną z czterech konkurencji Amatorskiego Turnieju Paintballowego stanowi rywalizacja osób niepełnosprawnych na wózkach. Turniej zorganizowało Paintball Podlasie, które udostępniło zawodnikom sprzęt, stroje, maski oraz miejsce do gry. Wszyscy uczestnicy otrzymali dyplomy, drobne upominki od sponsorów oraz ufundowane przez Gminę Dziadkowice.

 

Jak nie łatwo się domyśleć ostrzeliwania się na wózkach nie jest łatwym zadaniem. Jako, że plac był wyboisty nie obyło się bez pomocy kolegów, których zadaniem było pchanie pojazdów. Przy trudniejszym terenie trzeba bardziej uważać, gdyż łatwiej się wywrócić. Jednocześnie trzeba pilnować gry. Rywalizujące drużyny nie kryły wdzięczności dla organizatorów. Dzięki nim mogli poczuć dreszczyk emocji. Przypływ adrenaliny potrzebny jest przecież dla każdego.

 

W rozgrywkach na wózkach wzięło udział łącznie pięć drużyn, w tym jedna kobieca oraz jedna z przewagą liczebną pań. Imprezę docenił marszałek województwa obejmując nad nią patronat.

Helena Bohle – Szacka. Zapomniana białostocka projektantka.

Helena Bohle – Szacka. Zapomniana białostocka projektantka.

Helena Bohle-Szacka to jedna z tych wielkich Białostoczanek, o której większość mieszkańców nie ma pojęcia. Pora przybliżyć sylwetkę tej wspaniałej kobiety. Jej matka pochodziła ze zasymilowanej rodziny żydowskiej z Łodzi. Ojciec z kolei był potomkiem spolonizowanych Niemców. Rodzice poznali się w Białymstoku i tam też Helena Bohle, zwana od dzieciństwa Lilką, spędziła swoje najmłodsze lata.

 

W czasie wojny trafiła do obozów koncentracyjnych Ravensbrück i Flossenbürg. Udało się jej jednak przeżyć holocaust. Po wyzwoleniu podjęła studia na Wydziale Grafiki Państwowej Wyższej Szkoły Nauk Sztuk Plastycznych w Łodzi. W kraju pracowała m.in. jako projektantka mody i kierowniczka artystyczna znanych domów mody w Łodzi i Warszawie, osiągając zresztą wiele sukcesów. Wykładała także na macierzystej uczelni. Projektowała logo wielkich przedsiębiorstw, opakowania i reklamy kosmetyków, papierosów, tworzyła rysunek żurnalowy.

 

W 1968 roku, po antysemickiej nagonce wyemigrowała do Berlina Zachodniego. Współpracowała z polskimi wydawnictwami emigracyjnymi i niemieckimi oficynami jako autorka ilustracji i projektów okładek do wielu książek, głównie tomików poezji. Sama wydała dwie autorskie książki, „Od drzewa do drzewa” oraz „Ślady i cienie”. Swe prace Helena Bohle-Szacka prezentowała na ponad czterdziestu wystawach, m.in. w Berlinie, Paryżu, Warszawie, Łodzi, Krakowie, Pradze, Wiedniu, Londynie i Kopenhadze.

 

Kracze jak wrona a wygląda jak papuga

Kracze jak wrona a wygląda jak papuga

Można ją spotkać od maja do września głównie na terenach Kurpiowszczyzny. Niestety populacji Kraski, nazywanej papugą Europy, jest coraz mniejsza. W całym kraju żyje jedynie kilkadziesiąt par tego barwnie upierzonego ptaka. Jest to więc gatunek zagrożony wyginięciem. A jeszcze trzydzieści lat temu kraski występowały w lasach między Piątnicą a Wizną, czyli na terenie całego Parku Krajobrazowego Doliny Narwi.

 

Mierzy trzydzieści centymetrów, a dźwięki, które wydaje można pomylić z krakaniem wrony. Łomżyński Park Krajobrazowy by uratować losy kraski. Wybudowano specjalnie dla nich specjalne budki lęgowe, na skraju lasu, między gałęziami starych olch. Nie mogły być to miejsca przypadkowe. Kraska, jako że poluje w powietrzu, musi posiadać w okolicy punkty widokowe, a więc słupy czy linie wysokiego napięcia.

 

Głównym zagrożeniem dla kraski są zmiany w krajobrazie rolniczym. Ptak potrzebuje śródpolnych drzew i krzewów, obszarów o ekstensywnym użytkowaniu. Do spadku liczebności przyczyniło się zaś nadmierne stosowanie środków ochrony roślin.

Książę złożył wizytę Tatarom

Książę złożył wizytę Tatarom

Tatarzy potrafią się bawić jak mało kto. Co roku udowadniają to na Festiwalu Kultury i Tradycji w Kruszynianach. Ten szczególny dzień rozpoczyna się uroczystą mszą. Głównym punktem imprezy są pokazy kulinarne. Kuchnia tatarska jest wyjątkowa i raczej ciężko będzie przejść obok stoisk obojętnie. Dzięki kuchni przyjezdni dowiadują się o tradycji i historii tej fascynującej kultury. Festiwal to również doskonałe muzyka. Na scenie występują zespołu z zagranicy. Wśród gości odnajdziemy zawsze przedstawicieli ambasad krajów muzułmańskich.

 

Wiele osób usłyszało o Kruszynianach gdy książę Karol odwiedził tamtejszy maczet. Chociaż wizyta w nim trwała kilkanaście minut, na zawsze zostanie w pamięci mieszkańców. Skosztował również specjałów tatarskich w lokalnej restauracji. Szczególnie przypadły mu do gustu pierekaczewnik oraz pieremiacz. Odwiedziny brytyjskiego następcy tronu stanowiły świetną promocję miejscowości. Do dziś turyści pytają, jak to się stało, że książę trafił na te ziemie.

Młodzież wędkuje na potęgę

Młodzież wędkuje na potęgę

Czy wędkarstwo to pasja tylko podstarzałych mężczyzn, którzy uciekają od swych żon, aby mieć spokój na kilka godzin? Obserwując wydarzenia w Jedwabnem koło Łomży można stwierdzić coś całkiem innego. Już od 23 lat nad stawami odbywają się tam zawody najmłodszych wędkarzy.

 

Konkurencja ma rodzinny charakter i jest przyjazna także rybom, które po złowieniu, zważeniu i sfotografowaniu wracają do stawu. W tym roku na starcie stanęło 44 młodych pasjonatów. Ryby, pod opieką dorosłych lecz bez ich pomocnej dłoni łowiono przed dwie i pół godziny. Liczyło się kto złowi najwięcej i największych ryb, a nad przestrzeganiem zasad czuwali doświadczeni sędziowie. Największym okazem w tej edycji okazał się karp. Swoja drogą ciekawe czy dożyje on świąt…

 

Tegoroczne zawody należy udać za udane. ryby ochoczo brały, choć zazwyczaj były to niewielkie sztuki. Kolejne edycje nie odbyłyby się gdyby nie wsparcie lokalnych władz i hojnych sponsorów.

Białostoczanie pokochali brutalne filmy

Białostoczanie pokochali brutalne filmy

Czy Białostoczanie w okresie powojennym byli masochistami? Jeśli przyjrzeć się im upodobaniom kinematograficznym, należy stwierdzić, że tak. Rekordy popularności biły bowiem produkcje przedstawiające zło wyrządzone przez bolszewików.

 

W lato 1921. w prasie pojawiły się komunikaty o projekcji filmu na temat najazdu Rosjan na Białystok. Na premierę rozprowadzane były specjalne książeczki z bilecikami. Cały dochód ze sprzedaży miał być przeznaczony, o ironio, na pomoc dla wdów i sierot, które ucierpiały przez okupanta.

 

Mniej więcej w tym samym czasie w kinie Apollo wyświetlano filmy związane z carem Mikołajem II. Jako, że jego rządu określane są jako niezwykle krwawe, pokaz musiał zrobić duże wrażenie na widzach. ”Apollo”, ”Taniec na wulkanie” czy ”Niewinna ofiara” – miały również odpowiedzieć na pytanie, jak doszło do powstania komunistów.

 

Na szczęście Białostoczanie mieli do wyboru również inne filmy. ”Jak powstaje człowiek. Od zapłodnienia do porodu” wzbudził niemałe zamieszanie. Wyświetlano go po północy, a kino Apollo dzielona na oddzielne sektory dla panów i pań. Na pokaz wpuszczano tylko osoby pełnoletnia, a dokumenty dokładnie sprawdzano, gdyż nie raz dochodziło do prób fałszerstwa. Po kilku tygodniach projekcji, film zdjęto, gdyż erotyzmu jednak było zbyt wiele.

 

Tą ulicę omijały nawet prostytutki

Tą ulicę omijały nawet prostytutki

W przedwojennym Białymstoku mało kto czuł się bezpieczny. 5 komisariatów i działający po cywilnemu agenci Urzędu Śledczego nie dawali gwarancji spokoju. Jako, że większość placówek tego typu znajdowała się na obecnej ulicy Warszawskiej, jedynie tam mieszkańcy mogli sobie spacerować bez większych obaw.

 

Okolice zazwyczaj omijał cały półświatek przestępczy. W sumie nie mieli tam czego szukać. Nie istniał tam żaden lokal rozrywkowy, kino czy hotel. Nawet żebracy, których można było spotkać w każdym zakątku Białegostoku, nie interesowali się dzielnicą. Tak samo kobiety lekkich obyczajów. Znaleźć tam klienta, to jak wygrać na loterii.

 

Czy to oznacza, że dawna ulica Pierackiego odznaczała się zerową przestępstw? Nic podobnego. Mieszkali tam bowiem zamożni obywatele miasta, głównie lekarze, adwokaci i kupcy. Ich majątki przyciągały złodziei, którzy często przez jakiś czas mieszkali z nimi pod jednym dachem. Tak było w przypadku służącej, Michaliny Sulżyckiej, która to wyniosła z domu pracodawcy towary o łącznej wartości tysiąca złotych. Za kobietą wystawiono list gończy. Złapano ją dopiero na drugim końcu kraju, mianowicie w Krakowie. 

 

Obiektem pożądania złodziejaszków były rowery. Znikały one zarówno ze strychów, jak i balkonów. Największa ilość przestępstw takiego typu miała miejsce na ul. Kościelnej, która sąsiaduje z Warszawską. Z tego też powodu policja umieściła przy tamtejszej poczcie specjalne czujki. Dzięki nim wpadło kilku fanatyków dwóch kołek.

Co Podlasie ma wspólnego z Grunwaldem?

Co Podlasie ma wspólnego z Grunwaldem?

Już niedługo rocznica bitwy pod z Zakonem Krzyżackim więc po prostu nie wypada wspomnieć, o związku Podlasia z tym wielkim zdarzeniem historycznym. Z pewnością mieszkańcy naszych terenów nie raz słyszeli pytanie typu ”Którędy na Grunwald?”.

 

Trasę przemarszu przez nasze tereny ustalono wcześniej na grudniowej tajnej naradzie w Brześciu. Po niej król Jagiełło, wielki książę Witold i tatarski chan Dżalal ad-Din udali się na polowanie do Puszczy Białowieskiej. 30 – sto tysięczna armia musiała mieć w końcu co jeść. Mięso zakonserwowane solą było spławiane beczkami rzeką Narew, która w tym czasie miała nieocenione znaczenie logistyczne. Następnie Wisłą trafiało do Czerwińska, punktu koncetracji.

 

Według szacunków Podlasie przemierzało wtedy ok. 10 tys. wojskowych.  Trzeba jednak dodać, że towarzyszyła im również służba. Co ciekawe podlaskie miasta liczyły wówczas najwyżej maksymalnie 2 tys. mieszkańców. Na obszar obecnego województwa podlaskiego wojska Wielkiego Księcia Litewskiego wkroczyły w Krynkach. Następnie z Bielska, gdzie przez długi czas odpoczywały, udały się w kierunku Brańska, a następnie poruszały się wzdłuż Bugu.

Biedacy sprzedawali starocie na bazarze

Biedacy sprzedawali starocie na bazarze

Każde większe miasto w przedwojennej Polsce miało swój charakterystyczny bazarek. Warszawiacy kupowali na Karcelaku, Białostoczanie zaś na Rynku Siennym mieszczącym się u wylotu ulicy Mazowieckiej.

 

Wśród sprzedawców przeważali mieszkańcy najuboższej dzielnicy – Chanajków. Jako, że w tamtejszym środowisku nie brakowało przestępców, starali się wykorzystać bazar jako źródło łupów. Do kradzieży dochodziło co najmniej kilka razy dziennie. Nie brakowało również oszustów próbujących naciągnąć przechodniów na trefny towar.

 

Na zatłumionym placu można było kupić wszystko co…stare. Handlarze pukali od drzwi do drzwi poszukując nieprzydatnych rzeczy. W ten sposób na rynek trafiły zniszczone buty, porwane sukienki i inna nieciekawie wyglądająca konfekcja. Wiele zarobić się na tym nie dało, aby tylko starczyło na chleb.

 

Nieco lepszej jakości były krawaty, spinki czy mankiety. Dlatego też starano się je sprzedać za wszelką cenę, przekrzykując się na oferty. Ciszej handlowali jedynie sprzedawcy książek. Pasjonaci literatury mieli z czego wybierać. Kupić powieść Tołstoja za 5 gr stanowiło doskonała okazję. W arsenale prozy handlowcy posiadali pozycje polskie, żydowskie, rosyjskie czy niemieckie. 

Pierwszy kościół w Łomży powstał dzięki świętemu

Pierwszy kościół w Łomży powstał dzięki świętemu

Pierwszy kościół w Łomży powstał na wzgórzu św. Wawrzyńca. Usytuowany został tuż przy grodzisku, dziś nazywanym tzw. Starą Łomżą. Założenie świątyni około 1000 r. w miejscu pogańskiego kultu przypisywane jest przez niektórych autorów św. Brunonowi z Kwerfurtu, podążającemu śladami św. Wojciecha.

 

Podstawę do takiej hipotezy daje fakt męczeńskiej śmierci Brunona na pograniczu prusko-jaćwieskim, która to według zapisków historycznych miała miejsce w 1009 r. Wypis z tablicy erekcyjnej kościoła parafialnego brzmi: ”Kościół łomżyński ufundowany w Starej Łomży około roku 1000 przy wzroście wiary na Mazowszu, później przeniesiony do kościoła Panny Maryi, gdzie obecnie klasztor kapucynów się znajduje”. Prawda jest jednak nieco inna.

 

Wątpliwości co daty wzniesienia kościoła św. Wawrzyńca rozwiały chyba wykopaliska przeprowadzone w 2000 r. Dowodzą one, że ruiny kościoła pochodzą z końca XIV wieku. Odkopane fragmenty budowli pod kościołem nie zostały uznane więc za pozostałości świątyni jedenastowiecznej.

 

Kościół pod wezwanie św. Wawrzyńca w I połowie XVIII wieku był już bardzo zniszczony, że za zezwoleniem biskupa płockiego w 1765 roku został rozebrany, a część materiału została wykorzystana do budowy klasztoru kapucynów.

Czy dorożki wrócą do Augustowa?

Czy dorożki wrócą do Augustowa?

Nie tylko w Białymstoku można było przejechać się dorożką. Do lat 60. służyły jako główny środek transportu również w Augustowie. Mieszkańcom aż łezka kręci się oku na myśl o dostojnych zaprzęgach.Być może jeszcze wrócą na ulicę jako turystyczna atrakcja.

 

Na ulicach powojennego Augustowa można było spotkać dorożki nowe i stare. Te drugie woziły głównie…emerytów. Dominowały jednak karety sprowadzane z Wiednia. Obsługujący je lokaje mieli nawet w kwiaty w butonierkach. Powoźnicy natomiast traktowali bat niczym marszałkowską buławę, trzymając go przy biodrze. Pojazdy kursowały po okolicznych miejscowościach, odwożąc gości czy rodzinę.

 

Dorożki zwykle numerowano. Im niższy numer, tym większy komfort podróżowania i jakość usług. Dzięki popularności karet rozwijał się przemysł rymarski. Pojazdów używano do różnych celów i często je przerabiano. Do polowań używano dorożek przypominających powóz na cztery koła. Na podłużnej ławie opierali się myśliwi z bronią.

Matka Boska zahamowała inwazję kamieni

Matka Boska zahamowała inwazję kamieni

Książka ”Słońce na miedzy” autorstwa Józefa Rybińskiego opisuje stare, przedwojenne Podlasie z całym bogactwem tradycyjnych obrzędów i obyczajów. Pisarz przenosi nas do wspomnień z rodzinnej miejscowości Saczkowce (powiat sokólski).

 

Publikacja przedstawia miejscowe ziemie jako niełatwą do uprawy, pełne pagórków i przede wszystkim… kamieni. Ponoć od setek lat wybierano je zarówno z głębi ziemi, jak i z jej powierzchni. Było więc to zajęcie pokoleniowe. Brukami grodzono ulice, obejścia i pola. Sterty kamieni nazywane kruszniami osiągały imponujące rozmiary. Każde użycie pługa skutkowało pojawieniem się nowych ”okazów”.

 

Podobno kamienie wyrastały jak grzyby po deszczu. Dziwne zjawisko zostało jednak przerwane. Przez okoliczne pola uciekała bowiem z Egiptu…Matka Boska. Dzieciątko niosła zawinięte we wzorzysty dywan. A że było ciemno, nie widziała dobrze drogi i skaleczyła palec o nieszczęsny kamień. Z bólu popłynęły jej zły i  zawołała: ”A żeby wy więcej już nie rośli”. Tak też się stało. Inwazja kamieni została wstrzymana, ale głęboko pod ziemią kryją się ich niezliczone ilości.

Przedwojennym Białymstokiem władały gangi

Przedwojennym Białymstokiem władały gangi

Międzywojenny Białystok aż roił się od przestępców. Specjalności mieli wiele. Jedni podrabiali banknoty, drudzy lubowali się w kradzieży.  Zwykle działali w większych grupach, przez co można śmiało twierdzić, że postrachem ulic Białegostoku były gangi. Wyróżniały się one niezwykłą brutalnością.

 

Jednym z bossów był bez wątpienia Aleksander Zawadzki. Gdy tylko wychodził z więzienia na miasto padał blady strach. Służby wiedziały, że wkrótce po odsiadce wróci do przestępczego procederu. Z tego powodu konieczna była dyskretna inwigilacja.

 

Przypuszczenia się potwierdziły. Już w kilka dni uruchomił swoje kontakty w półświatku. Uwagę szajki przyciągnął dom zlokalizowany na ulicy Kościelnej. Na parterze mieszkał tam zamożny kupiec tkanin. Napadu mieli dokonać w dniu wyjazdu mężczyzny do Warszawy. Grupa była doskonale przygotowana na wszelkie okoliczności. Zaopatrzyli się w broń i granaty.

 

Policja postanowiła przygotować zasadzkę. O północy z dorożki wysiadło czterech przestępców. Dwóch stanęło na straży, pozostała dwójka zajęła się włamaniem, dokonując odwierty. Wtedy do działania wkroczyła policja. Rozpoczęła się strzelanina. Część złodziejaszków rzuciła się do ucieczki, znikając w ciemnych ulicach miasta.

 

W ręce policji wpadł sam Aleksander Zawadzki i jego najbliższy współpracownik Józef Lalus. Ten drugi trenował zapasy przez co sprawił wiele kłopotów przy pojmaniu. Opór przestał stawiać dopiero po otrzymaniu ciosu w głowę kolbą pistoletu. Funkcjonariusze przypuszczali, że ktoś jeszcze z oprychów może się zjawić w mieszkaniu. Tak też się stało. Nie minęło pól godziny a po łupy pofatygowała się kochanka jednego z członków gangu. Próbowała przekupić policjanta, oferując swe wdzięki, ale jej próby spełzły na niczym. Gang został więc rozbity.

 

Jaskoła – napój z podlaskich terenów leczy raka

Jaskoła – napój z podlaskich terenów leczy raka

Jaskoła, czyli sok brzozowy, to niezwykły napój wytwarzany od połowy marca do pojawienia się pierwszych pąków na drzewach. Jego wyjątkowy słonawy smak oraz bogactwo właściwości zdrowotnych zawdzięcza nie tylko czystemu środowisku, lecz także specyficznym warunkom klimatycznym, głównie na terenie otuliny Biebrzańskiego Parku Narodowego oraz obrzeży Puszczy Augustowskiej. Krótki, lecz intensywny okres wegetacji sprawia, że jaskoła płynie szybko, ale tylko przez krótki czas, co dodaje jej unikalnego charakteru.

Tradycja i wyróżnienie

Napój z brzozy, znany jako jaskoła, od dawna jest częścią tradycji kulinarnych i leczniczych polskich regionów. W 2013 roku został uhonorowany w konkursie „Nasze Kulinarne Dziedzictwo”, co potwierdza jego szczególne znaczenie i popularność w społeczności.

Jaskoła – właściwości lecznicze

W medycynie ludowej oskołę stosuje się jako lek przeciwnowotworowy oraz do łagodzenia bóli reumatycznych i objawów choroby wrzodowej. Sok z pnia brzozy, a także z młodych liści i pączków, bogaty jest w witaminy i minerały, co czyni go cennym źródłem zdrowia i witalności. Regularne spożywanie soku z brzozy wzmacnia układ odpornościowy, co pomaga w zapobieganiu infekcjom wirusowym, szczególnie wczesną wiosną. Osoby podatne na zakażenia, jak dzieci czy osoby starsze, mogą znaleźć w sokach brzozowych skuteczną formę wsparcia dla swojego zdrowia.

Kulinarne zastosowania

Jaskoła nie tylko ma walory zdrowotne, ale także cieszy się popularnością w kuchni. Jej subtelny słonawy smak i aromat sprawiają, że jest idealnym dodatkiem do wielu potraw, zarówno słodkich, jak i słonych. Staje się także inspiracją dla kreatywnych kucharzy, którzy eksperymentują z jej zastosowaniem w różnorodnych daniach i napojach.

Jaskoła – bogactwo natury

Jaskoła to nie tylko sok, lecz również symbol związku z przyrodą i jej obfitością. Wydobycie tego naturalnego eliksiru wiąże się z bliskością z przyrodą oraz szacunkiem dla jej darów. Przygotowanie i spożywanie oskoły to także sposób na podkreślenie więzi z tradycją i lokalnym dziedzictwem kulinarnym.

Siła natury w butelce

Jaskoła, czyli sok brzozowy, to nie tylko napój o unikalnym smaku i właściwościach zdrowotnych, lecz także symbol bliskości z naturą i dziedzictwa kulturowego. Jego popularność i znaczenie w kulturze społeczności lokalnych potwierdzają liczne wyróżnienia i tradycje przekazywane z pokolenia na pokolenie. Dzięki swojej wyjątkowej naturze i wszechstronnym zastosowaniom, jaskoła pozostaje niezwykłym darem natury, który inspiruje i odżywia ciała oraz dusze.

Łabędzie zwiastują przyszłość

Łabędzie zwiastują przyszłość

Łabędzie znają przyszłość? Amerykanie mają świstaka, a Podlasianie… łabędzie. W kontekście tego stwierdzenia, Amerykanie mają „groundhog” (czyli świstaka) jako postać kulturową związana z dniem świstaka (Groundhog Day), podczas gdy Podlasianie mają łabędzie – oba zwierzęta przewidują przyszłość. Krynki to urokliwe miasto w Polsce, położone w województwie podlaskim, dokładniej w powiecie sokólskim. Jest to również siedziba gminy miejsko-wiejskiej Krynki. Miasto to znane jest nie tylko ze swojej historycznej i kulturowej wartości, ale także z pięknej przyrody oraz różnorodności etnicznej i kulturowej. Sprawia to, że jest fascynującym miejscem do odwiedzenia i poznania.

Łabędzie przewidują przyszłość

W Nadleśnictwie Krynki, gdzie istnieje ośrodek ich rehabilitacji, pogodę przepowiadają ptaki. Od tego jak zachowa się pierwszy puszczony wolno łabędź zależy prognoza na całe lato. Gdy ptak czym prędzej biegnie w stronę wody – lato ma nadejść szybko. Jeśli mu się nie śpieszy, na promienie słońca trzeba będzie poczekać. Ważne jest również zachowanie ptaka w bajorku. Wszyscy czekają na to, czy zanurzy głowę szukając w nim pokarmu. Jeśli nie, oznacza to niezbyt dobry rok dla rolnictwa i całej gospodarki.

Tańce łabędzi a problemy polityczne

Tradycja przepowiadania przyszłości przez łabędzie może być niezwykle ciekawa i przydatna. Ich obserwacje mają większą skuteczność niż prognozy ekspertów. Może to być nie tylko fascynujące zjawisko kulturowe, ale również praktyczne narzędzie do przewidywania pewnych zdarzeń. Jeśli obserwatorzy zauważają, że brak tańców łabędzi zapowiada problemy polityczne, może to sugerować pewną zależność między zachowaniem tych ptaków a stabilnością społeczną. Może to być na przykład odzwierciedlenie zmian w środowisku naturalnym, które wpływają na migracje ptaków. Te z kolei mogą być wskaźnikiem pewnych nadchodzących wydarzeń. Zwyczaj przepowiadania przyszłości przez łabędzie raczej nie osiągnie sukcesu świstaka Philla. Wychodzi on ze swojej nory i wróży pogodę dla całej Ameryki na kilka tygodni wprzód. Pamiętajmy jednak, że jak w przypadku każdej metody prognozowania. Ważne jest zachowanie zdrowego sceptycyzmu i stosowanie danych z wielu różnych źródeł w celu uzyskania kompleksowego obrazu sytuacji.

Akceptowała romans męża. Poznajcie postać Zofii Chylińśkiej.

Akceptowała romans męża. Poznajcie postać Zofii Chylińśkiej.

Urodzona w Łomży, Zofia Chylińska, już jako dziecko wykazywała talent plastyczny. Gdy miała 16 lat poznała Wojciecha Gersona, co zaowocowało zostania jego uczennicą w warszawskiej pracowni. Po śmierci mentora postanowiła wyjechać do Paryża. Tam obracała się wśród największych sław, ale zachowała niezależność artystyczną. We Francji poprzez przyjaciółkę poznała Bolesława Leśmiana.

 

Stała się wierną towarzyszką życia poety, znanego z nieporadności życiowej. Leśmian poświęcił żonie tylko jeden erotyk – ”Usta i oczy”. Jako kobieta i żona wykazała się niezwykłą cierpliwością i tolerancją. W milczeniu cierpiała, bez reszty poświęcając się rodzinie. Miała bowiem pełną świadomość romansu męża z Dorą Lebenthal. Wiedziała, że to dla niej, wziętej lekarki warszawskiej, Bolesław poświęcił cykl wierszy ”W malinowym chruśniaku”. Życie osobiste i szczęście poświęciła rodzinie. Raz tylko wróciła do Łomży w roku 1929, kiedy Bolesław nie uregulował długów spowodowanych przez jego zastępcę.

 

To właśnie Zofii Chylińskiej, Łomżyniance, która lubiła szokować otoczenie bliższe i dalsze,  literatura polska zawdzięcza uratowanie, zabezpieczenie i następnie opublikowanie większej części twórczości poetyckiej Bolesława Leśmiana. Pomimo tego w 1960 r. ówczesny reżim odmówił jej prawa wjazdu do kraju, gdzie Zofia miała do załatwienia pilne sprawy związane z edycją dzieł swego męża. Co więcej, pozbawiono ją praw do należnego honorarium, co jeszcze bardziej pogorszyło jej sytuację materialną. Prace artystyczne Zofii Chylińskiej, które swego czasu wzbudzały tyle emocji i bardzo podobały się zarówno publiczności, jak i krytykom sztuki, są rozproszone. Los większości z nich jest nieznany, a przecież cieszyły się ogromną popularnością na wystawach sztuk plastycznych w Paryżu i warszawskiej Zachęcie.

 

Gdzie na Podlasiu odnajdziemy drzewko szczęścia?

Gdzie na Podlasiu odnajdziemy drzewko szczęścia?

W marcu 2012 r. na terenie Szpitala Psychiatrycznego w Choroszczy wyrosło niezwykłe drzewo – grusza szczęścia. Na jego gałęziach pojawiło się niemal dwieście listków, na których wszyscy chętni wypisali, co jest im potrzebne do szczerego uśmiechu, zdrowia i pomyślności.

 

Wydarzenie cieszyło się dużą popularnością – przybyli na nie i młodzi, i ci nieco starsi. Razem z większą lub nieco mniejszą wprawą nanosili napisy i grafiki na liście mieszkańcy Choroszczy, pensjonariusze szpitala im. Stanisława Deresza oraz goście. Pomiędzy zebranymi w twórczym działaniu grupkami poruszała się na szczudłach kobieta symbolizująca oderwanie od szarej codzienności.

 

Happening stanowił część programu ”Chcę tu być z moją sztuką. Nagraj to!” finansowanego przez Polsko-Amerykańską Fundację Wolności i wpisał się w jej misję wyrównania szans na dobry start w dorosłe życie młodzieży w wieku gimnazjalnym i ponadgimnazjalnym (13-19 lat) z małych miejscowości.

Gdzie Białostoczanie dawniej wyjeżdżali na wakacje?

Gdzie Białostoczanie dawniej wyjeżdżali na wakacje?

W latach międzywojennych sygnałem do rozpoczęcia wakacji był zazwyczaj krótki komunikat prasowy. Oznaczała to jedno – wyjazd na letniska. Taki obyczaj wyjeżdżania z miasta na  pojawił się pod koniec XIX wieku i trwał blisko 100 lat. Białegostoku również nie mógł ominąć.

 

Na ulicy Kilińskiego mieścił się Związek Popierania Turystyki Województwa Białostockiego. Posiadał on również swoje oddziały w Augustowie i Grodnie. Udzielał on całkowicie bezpłatnie informacji w sprawach turystycznych i letniskowych. Oferował również oraz pomoc organizacyjną w letnich wypadach. Ponadto gromadził oferty dworków i pensjonatów.

 

Głównym kierunkiem Białostoczan był…Wasilków. Miejska plaża z przystanią kajakową i bufetem zapewniała dobre warunki do relaksu. Spora liczba lokali ułatwiała zorganizowanie czasu wolnego dzieciom, które zwykły wybierały lokalną cukiernię.

 

Dużym powodzeniem cieszył się również Supraśl. Mnogość pensjonatów na skraju parku leśnego dawały strudzonym Białostoczan chwilę wytchnienia. Przybywający do Supraśla wczasowicze mieli do swej dyspozycji plażę, korty tenisowe, kręgielnię i…skocznię narciarską.

Jedyny taki zegar na świecie. Mamy go na Podlasiu.

Jedyny taki zegar na świecie. Mamy go na Podlasiu.

Jednym z najdoskonalszych wytworów natury w świecie roślin są drzewa – milczący świadkowie przemian w środowisku przyrodniczym. Każde z nich to niepowtarzalny egzemplarz. Jedną z atrakcji parku leśnego w Poczopku jest techniczno-słoneczny zegar dendrologiczny.

 

Do wykonania tarczy zegara posłużył pień potężnego dębu, który rósł na terenie Puszczy Knyszyńskiej. Do tarczy przymocowano wskazówki. Obok znajdują się małe blaszki z numerami. O ich znaczeniu opowiada ustawiona w pobliżu tablica. Dąb, który posłużył do wykonania tarczy zegara, zakiełkował w 1821 roku. Był to okres, kiedy raptowne zmiany w pogodzie, zwiastowały coś groźnego i niebezpiecznego.

 

Kiedy dąb miał dziewięć lat, w 1830 roku wybuchło powstanie listopadowe. Tragiczny epizod wyzwoleńczej wojny miał miejsce nad Sokołdą nieopodal Kopnej Góry koło Supraśla. W momencie, kiedy dąb przekroczył czterdziestkę, wybuchło powstanie styczniowe. 93. urodziny drzewa zbiegły się z początkiem największego konfliktu zbrojnego od czasów wojen napoleońskich – I wojną światową. Jako 97-latek dąb był świadkiem odzyskania przez Polskę niepodległości. Drzewo rosło 186 lat – aż do 2008 r., kiedy to zostało wycięte, aby na zajmowanym przez nie miejscu poprowadzić drogę.

W Białymstoku skakali aż miło

W Białymstoku skakali aż miło

W przedwojennym Białymstoku nie można było się nudzić. Jedną z atrakcji cieszącego się ogromną popularnością Parku Zwierzynieckiego była wieża spadochronowa. Obecnie w tym miejscu znajduje się hala sportowa Uniwersytetu Medycznego. 

 

Białostocką wieżę wysoką na blisko 30 m. zbudowano w 1937 roku i. Niekiedy obok niej stawał cygański tabor, ale jeszcze przed wojną upodobali inne miejsce i  przenieśli się w rejon obecnej ulicy Kawaleryjskiej. Obiekt nie cieszył się długim żywotem. Nie przetrwał czasu konfliktów. Nowa wieża powstała w 1952 r.  a rozebrano ją 11 lat później.

 

Przed 1939 r. w całym kraju istniało 17 wież. Służyły one jako miejsce ćwiczeń przyszłych prawdziwych skoczków.  Na ich szczytach instalowano okrągłe balustrady, które dawały szansę na skoki w dowolnym kierunku. Zawsze jednak wykonywano je od strony zawietrznej.

Ryby z Biebrzy smakują wszystkim

Ryby z Biebrzy smakują wszystkim

Ryby z Biebrzy stanowią niezwykłą atrakcję dla smakoszy i pasjonatów kulinariów. Otoczona bujną naturą, rzeka Biebrza zapewnia unikalne warunki dla ryb, co przekłada się na ich wyjątkowy smak i aromat. Bezpośrednie oddziaływanie czystych, niezanieczyszczonych wód na te delikatne stworzenia sprawia, że mięso leszcza, jednego z lokalnych gatunków, jest niezwykle delikatne, białe i ubogie w tłuszcz. To prawdziwa uczta dla koneserów, którzy cenią sobie jakość i świeżość potraw.

Receptura biebrzańskiej ryby w zalewie octowej

Wyjątkowa jakość mięsa ryb z Biebrzy stanowi podstawę dla lokalnej potrawy, która przetrwała przez wieki i jest dumą regionu. Dzięki odpowiedniej konsystencji oraz zastosowaniu naturalnych składników, potrawa ta może przechowywać się w lodówce nawet do trzech miesięcy. Im dłużej od jej przygotowania, tym bardziej intensywny i wyjątkowy staje się jej smak. To kulinarne arcydzieło, które podbija podniebienia i pozostawia niezapomniane wrażenia smakowe.

Kulinarna gwiazda Biebrzy: sukces na talerzu

W 2011 roku biebrzański leszcz w zalewie octowej został uhonorowany pierwszym miejscem w prestiżowym konkursie „Nasze Kulinarne Dziedzictwo”, co potwierdziło jego wyjątkowość i walory smakowe. Rok później, na poznańskich targach, potrawie tej przyznano nagrodę „Perły”, cementując jej pozycję jako niekwestionowanej gwiazdy kulinarnego nieba. To nie tylko zaszczyt dla lokalnej kuchni, lecz także dowód na to, że tradycyjne przepisy i autentyczne składniki potrafią zdobyć uznanie na szeroką skalę. Biebrzański leszcz w zalewie octowej nie tylko delektuje podniebienia, lecz także opowiada historię regionu i jego związku z przyrodą. Smak tej potrawy jest nie tylko smakiem przeszłości, lecz także odzwierciedleniem troski o zachowanie dziedzictwa przyrodniczego dla przyszłych pokoleń.

Ryby z Biebrzy

Biebrzański leszcz w zalewie octowej to nie tylko potrawa, lecz także symbol bogactwa przyrodniczego i kulinarnego regionu Biebrza. Jego wyjątkowy smak, pochodzący z czystych wód i tradycyjnych receptur, podbija serca smakoszy na całym świecie. Zdobywa on uznanie na prestiżowych konkursach kulinarnej sztuki. To prawdziwa perła kulinarnego dziedzictwa, która kontynuuje tradycję i historię, jednocześnie inspirując do odkrywania piękna natury i kuchni Podlasia.

Pod Zielonym Dębem straszy od lat

Pod Zielonym Dębem straszy od lat

Miejscowość Reduty pod Bielskiem Podlaskim nazywa się od wieków ”wielką wsią w wielkiej głuszy”. Jest to bowiem najdłużej istniejąca osada w okolicy. To tam na skraju Puszczy krzyżował się szlak z Bielska do Kamieńca Litewskiego i Brześcia. Podobnie jak w innych wsiach Podlasia, niemal każde pole, każdy pagórek i drzewo miały swoje lokalne określenia. Nazwy powstawały spontanicznie, zwykle od jakiejś cechy charakterystycznej. Tak też było z uroczyskiem ”Pod zielonym dębem”. Podobno nie jest to zbyt bezpieczne miejsce na nocne wycieczki.

 

Aby dojść do uroczyska należy przejść przez Czarny Las. Wielu wędrowcom ta sztuka się nie udała. Wśród gęstych drzew kryją się zjawy potępieńców, które wciąż wypatrują kolejnej ofiary. Zdezorientowani ludzie zbaczają ze szlaku i nie kiedy zdarza się, że nie znajdują drogi powrotnej. Złośliwe duchy mogą więc sporo namieszać.  Tak przynajmniej mówią opowieści.  

 

Niepokojące zdarzenia miały miejsce również w położonych nieopodal Diabelskich Wrotach. Już sama nazwa nie wskazuje na nic dobrego. Pewien rolnik po obfitym posiłku w pobliskiej karczmie położył się na wozie i zasnął. Konie wkrótce same poprowadziły wóz po lokalnych bagnach. Gdy rano gospodarz  obudził się w obcym miejscu, przetarł oczy ze zdumienia, twierdząc, że ”całą noc po wertepach prowadziła siła nieczysta”. 

Małżeństwo upiększało miasto

Małżeństwo upiększało miasto

Choć chcieli zamieszkać na stałe w Wilnie, wojenna zawierucha i sprawy rodzinne sprawiły, że osiedlili się  w Białymstoku. Uzdolnione małżeństwo – Stanisław i Placyda Bukowscy przyczynili się jak mało kto do odbudowy miasta.

 

Architekt Bukowski szybko znalazł pracę przy odbudowie zniszczonych białostockich zabytków. Wraz z ówczesnym wojewódzkim konserwatorem, przywrócił do czasów świetności centrum miasta zniszczone na skutek wojny. To jemu zawdzięcza się odbudowę chociażby Rynku Kościuszki i strategicznych obiektów.

 

Niedługo po przybyciu do miasta objął dowodzenie nad budową kościoła Świętego Rocha. Zaprojektował ołtarze, a także skonstruował mur, mający na celu zaprzestanie osuwania się skarpy. Żona Placyda, absolwentka Wydziału Sztuk Pięknych Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie, zajęła się z kolei witrażami.

 

Architekt zajmował się również budynkami o publicznej użyteczności. To spod jego ręki wyszedł między innymi Dom Partii przy Placu Uniwersyteckim oraz Hotel Cristal.  Warto nadmienić, że budynek hotelu zdobił pierwotnie neon który ukazywał  Damę Kameliową autorstwa Placydy.

 

Najważniejszym projektem była jednak Pałac Branickich wraz z ogrodami. Nie zgadzał się z władzami komunistycznymi, co do jego przeznaczenia. Umieszczono w nim Akademię Medyczną, choć wedle jego projektu miał powstać dom kultury. Spór doprowadził do usunięcia architekta od dalszych prac. Stanisława nagrodzili jednak znajomi, którzy zamówili jego popiersie i w tajemnicy umieścili je na tympanonie ogrodowej fasady pałacu.

 

Podlasie krzyżami stoi

Podlasie krzyżami stoi

Ręcznie kute żelazne krzyże, które umieszcza się na wierzchołkach kapliczek i krzyży drewnianych należą do charakterystycznych wytworów polskiej sztuki ludowej. Na Podlasiu tradycja takiego zdobnictwa sięga XVIII w. Jednak większość tych, które się zachowały, ufundowana została na przełomie XIX I XX w. Krzyże były sponsorowane zarówno przez katolików i wyznawców prawosławia.

 

Podlaskie kute krzyże stanowią nie tylko świadectwo pobożności wiejskich społeczności. Wyróżniają się walorami plastycznymi, bogactwem form oraz kunsztem artystycznym miejscowych rzemieślników. Różnorodność rozwiązań kompozycyjnych zaskoczy nie jednego obserwatora. Nie oznacza to jednak, że każdy krzyż posiada bogate dekoracje. W krajobrazie Podlasia można również odnaleźć skromniejsze formy formy. Śmiało mogą więc konkurować z krzyżami litewskimi, które zostały wpisane na listę dziedzictwa kultury UNESCO.

 

Z roku na rok niszczeją kapliczki, a więc i krzyże. W społecznościach lokalnych należy więc zaszczepić ideę ochrony tych tych niezwykłych form kowalskich. Inaczej znikną z krajobrazu kulturowego na dobre.

 

Pedałując można poznać historię regionu

Pedałując można poznać historię regionu

Nie od dzisiaj wiadomo, że każdy uczeń czekał na lekcje w plenerze. Ile można w końcu siedzieć w ławce. Solidną dawkę wiedzy zapewnić może chociażby Szlak Orla Białego w Augustowie. Rozległe tereny Puszczy stwarzały niegdyś doskonałe warunki do działań partyzanckich. Wytyczeniem szlaku zajęli się pracownicy nadleśnictwa. Odnajdziemy na nim ponad 34 ciekawe miejsca. Można dojść do nich na pieszo, bądź też podjechać rowerem.

 

Chętni mają do wyboru kilka wariantów trasy. Każda ma inną długość. W zależności od kondycji można wybrać 12-sto kilometrową drogę po okolicach Augustowa, bądź też pętlę o łącznej długości ponad 70-ciu kilometrów. Jest to jednak propozycja dla wytrwałych cyklistów. Również z okazji uruchomienia szlaku zorganizowano wyścig rowerowy. Piękno przyrody możemy podziwiać obok samotnych krzyży, mogił czy odbudowanych schronów.

Gdzie podział się dzwon?

Gdzie podział się dzwon?

W 1938 r. trwała zbiórka pieniędzy na dzwon rosnącego w oczach kościoła św. Rocha w Białymstoku. Darczyńców nie brakowało. Gdy już cała kwota została zebrana, ksiądz prałat Adam Abramowicz zlecił wylanie dzwona dla firmy z Przemyśla. 

 

W sierpniu 1939. dzwon wyruszył w drogę do Białegostoku. Nigdy jednak nie dotarł na miejsce. Na przeszkodzie stanęła wojna. Po latach został odnaleziony niespodziewanie w Wilnie, w drewnianej szopie dworca towarowego. Były na nim odlane odlane nazwiska ofiarodawców począwszy od sędziego Alojzego Stankiewicza i jego żony Genowefy. Dzwon miał być jednak zakopany, aby sowieci nie znaleźli darczyńcy.

 

Przy renowacji wileńskiego kościoła św. Katarzyny odnaleziono trzy dzwony.  Obecności białostockiego jednak nie stwierdzono. Ponoć dzwon, który miał trafić do świątyni św. Rocha, przeszedł w ręce innego kościoła wileńskiego. Do tej pory jednak nie wiadomo czy to prawda. 

 

Na białostockim stadionie wybuchły zamieszki

Na białostockim stadionie wybuchły zamieszki

W 1957 r. o Białymstoku było szczególnie głośno wśród pasjonatów sportu. Rozgrywki trzeciej ligi piłki nożnej. Wolne tempo, nie najwyższe umiejętności – wydawać by się mogło, że nic spektakularnego stać się nie może. Na boisku może nie, ale poza nim już tak.

 

Mecz Gwardii Białystok z Mazurem Karczew zapisał się niechlubnie w historii. Zawodnicy nie przebierali w środkach. Zawody uznano za wyjątkowe brutalne. Piłkarze co chwilę stawali sobie do gardeł. Krew kibiców burzyła się do granic. Gdy usłyszeli ostatni gwizdek, grupa młodzieńców w wieku 14 – 16 lat wtargnęła na murawę. Część rzuciła się na sędziego, część zablokowała drogę do szatni. W ruch poszły kamienie.

 

Jako, że mecz ochraniało tylko 4 milicjantów, musieli oni wezwać wsparcie. Oddział ZOMO dał kibicom ultimatum. Albo rozejdą się do domów, albo zostaną użyte odpowiednie środki. Tłum wpadł w furię. Koniecznością stało się rozpylenie gazu łzawiącego. Nie zabrakło również świec dymnych.

 

Grupka pseudokibiców ”pod wpływem” udała się potem do wesołego miasteczka na Rynku Siennym. Tam również porządku pilnowała garstka służbistów. ZOMO zostało wezwane po raz kolejny. Jako, że cały gaz zużyli na stadionie, tym razem w ruch poszły pałki.

 

Gwardia swoje mecze rozgrywała na stadionie Jagiellonii w Zwierzyńcu. Zajścia spowodowały, że decyzją Okręgowego Związku Piłki nożnej został on zamknięty. Poza tym klub musiał zapłacić 2000 zł. za brak zabezpieczenia porządku.  Warto dodać, że w tamtym czasie Gwardia Białystok była klubem…milicyjnym.

Ogórki kwaszone – jedyne takie w kraju

Ogórki kwaszone – jedyne takie w kraju

Ogórki kwaszone ”Narwiańskie” to niezwykły produkt, którego wyjątkowość tkwi w połączeniu naturalnych walorów środowiska uprawy i tradycyjnych metod produkcji. Otulina Narwiańskiego Parku Narodowego, gdzie te ogórki są hodowane, oferuje idealne warunki do uprawy, dzięki swojemu czystemu ekologicznie środowisku. Właśnie ten unikalny ekosystem przyczynia się do wyjątkowej jakości i smaku ”Narwiańskich” kwaszonych ogórków.

Ogórki kwaszone i ich produkcja na obszarze Narwiańskiego Parku Narodowego

Uprawa ogórków na obszarze otuliny Narwiańskiego Parku Narodowego obejmuje kilka gmin, w tym Choroszcz, Kobylin Borzymy, Sokoły, Łapy, Suraż, Turośń Kościelna i Tykocin. Oczywiście metoda produkcji opiera się na tradycyjnych praktykach, które promują zrównoważone wykorzystanie zasobów naturalnych. Gospodarstwa stosują głównie nawozy organiczne, minimalizując użycie nawozów sztucznych. Ponadto, wybierane są odmiany ogórków charakteryzujące się wysoką odpornością na choroby, co pozwala ograniczyć stosowanie środków ochrony roślin. Oczywiście cały proces produkcji odbywa się w trosce o zachowanie naturalnej równowagi i czystości ekosystemu.

Tradycja produkcji w dolinie rzeki Narew

Historia produkcji ogórków kwaszonych w dolinie rzeki Narew ma swoje korzenie w latach 60. XX wieku, kiedy to Spółdzielnia Ogrodniczo-Pszczelarska ”Witamina” rozpoczęła skup zielonych ogórków od lokalnych rolników i proces kwaszenia. Pierwotnie, ogórki były kwaszone w drewnianych beczkach zanurzonych w rzece Narew. Dziedzictwo kulinarnych praktyk, opartych na lokalnych surowcach i tradycyjnych metodach, stanowi nieodłączną część historii i kultury regionu.

Promocja zrównoważonego rolnictwa i lokalnej kultury

Kultywowanie tradycji uprawy ogórków kwaszonych w otulinie Narwiańskiego Parku Narodowego przynosi korzyści nie tylko dla lokalnej społeczności, ale również dla środowiska. Oczywiście współczesne gospodarstwa rolnicze, które kontynuują tę praktykę, przyczyniają się do zachowania bioróżnorodności i ochrony ekosystemu. Ponadto, produkcja ”Narwiańskich” kwaszonych ogórków promuje zrównoważone rolnictwo i świadome spożycie, inspirując konsumentów do wyboru lokalnych, ekologicznych produktów.

Ogórki kwaszone i ich dziedzictwo kulinarnych tradycji

Te wyjątkowe ogórki, wraz z ich historią i tradycją, stanowią ważny składnik dziedzictwa kulinarnego Podlasia. Przekazują nie tylko smak, ale również historię i wartości regionu. Poprzez kontynuowanie praktyk uprawy i produkcji ogórków kwaszonych, społeczność lokalna pielęgnuje swoje dziedzictwo kulturowe i ekologiczne, budując jednocześnie więzi społeczne i promując lokalną tożsamość.

Bocian został nowym logo Łomży

Bocian został nowym logo Łomży

Powiat Łomżyński już wkrótce będzie miał nowe logo. Wybór padł na bociana, który na terenie starostwa zakłada liczne gniazda. Jako, że budzi on raczej pozytywne emocje, na pewno nie wzbudzi kontrowersji. Grafice  towarzyszy hasło ”Powiat Łomżyński. Ja tu zostaję”. Bocian więc z logo nigdzie nie odleci. 

 

Ptak nie posiada jednak biało – czerwonej kolorystyki. Uznano, że kolor niebieski, bardziej będzie odpowiadał założeniom, nawiązując do przepływającej przez powiat rzeki Narew. Zarówno logo jak i hasło jeszcze w tym roku pojawią się na materiałach promocyjnych Starostwa. Życzymy powodzenia w propagowaniu bociana.

Zabytkowa wieś na Podlasiu

Zabytkowa wieś na Podlasiu

Zabytkowa wieś na Podlasiu to Soce jako nieliczna może pochwalić się tym, że cała jest zabytkiem. To wyjątkowe wyróżnienie nadaje jej niepowtarzalny charakter i sprawia, że jest ona obiektem podziwu zarówno dla mieszkańców, jak i odwiedzających. Początkowo, gdy ogłoszono decyzję konserwatora dotycząca uznania całej wsi za zabytek, niektórzy mieszkańcy byli sceptyczni i nieufni wobec tego pomysłu. Obawy głównie koncentrowały się wokół kwestii inwestycyjnych, które w przypadku zabytkowych miejsc są znacznie bardziej skomplikowane i wymagające. Jednakże z biegiem czasu i rozwojem świadomości kulturowej, mieszkańcy Soce zaczęli dostrzegać pozytywne aspekty tego unikatowego statusu. Dziś, zamiast obawiać się ograniczeń, są dumni z dziedzictwa kulturowego, jakie reprezentuje ich wieś. Uznając wartość zachowania historycznego dziedzictwa, mieszkańcy Soce przyczyniają się do ochrony i promocji unikatowej tożsamości swojej społeczności oraz kultury regionu Podlasia.

Soce: Unikalna zabytkowa wieś na Podlasiu

Wieś Soce znajduje się w północno-wschodniej Polsce, w gminie Narew, w województwie podlaskim. Liczba mieszkańców wynosi około 200 osób. W Soce można ponadto zobaczyć wiele zabytkowych drewnianych domów oraz kościół pw. św. Jana Chrzciciela z XIX wieku. Dodatkowo dookoła wsi są piękne lasay, a w okolicy można znaleźć liczne szlaki turystyczne i rowerowe.

Historia o zabytkowej wsi na Podlasiu

Miejscowość powstała w XVI w i do dnia dzisiejszego zachował się w niej układ urbanistyczny. Wieś składa się z dwóch równoległych odcinków. Dodatkowo tzw. ulicówki mieszczą się po obu brzegach rzeki Rudni i są połączone dwiema drogami biegnącymi z północy na południe. Część na południe od rzeki nazywano Mokrawami, a część północną Suchlanami. Wszystko to powoduje, że Soce przypominają dwie wsie – dwie oddzielne miejscowości.

Większość domów jest drewniana i bogato zdobiona, co jeszcze zwiększa urok wsi. Budowano je z bali sosnowych lub świerkowych na fundamentach z kamienia polnego. Ich ściany zabezpieczano szalówką, układaną w geometryczne wzory – kwadraty, trójkąty i romby. Również w okresie międzywojennym rozpowszechniło się zdobnictwo. Wzorce przywieźli wracający z Rosji repatrianci, którzy wyjechali ze wsi w 1915 roku. Wśród motywów znalazły się także przedstawienia zwierząt, ornamenty roślinne, krzyże, gwiazdy czy układy przypominające hafty.

Dowódca Dywizjonu 303 urodził się na Podlasiu

Dowódca Dywizjonu 303 urodził się na Podlasiu

Nie wiele osób wie, że urodził się na Podlasiu, mianowicie we wsi Olszanka (powiat augustowski).  To m.in. o nim Churchill powiedział: „Nigdy w dziejach ludzkich konfliktów tak wielu nie zawdzięczało tak wiele tak nielicznym”. Witold Urbanowicz był jednym z najlepszych polskich pilotów myśliwskich, dowódcą słynnego dywizjonu 303.

 

Swoją karierę wojskową rozpoczął w 1925 r., służąc w chełmskim korpusie kadetów. Do Wielkiej Brytanii trafił poprzez Bejrut i francuską Marsylię. Rok po rozpoczęciu II Wojny Światowej objął dowództwo nad Dywizjonem 303, symbolem odradzającego się polskiego lotnictwa. Zestrzeliwując 15 samolotów Luftwaffe okazał się jednym z najskuteczniejszych pilotów w Bitwie o Anglię.

 

Rodzinną miejscowość odwiedził po zakończeniu wojny w 1947 roku. Nie minęło kilka dni a  zatrzymał go Urząd Bezpieczeństwa.  Do ojczyzny wracał jeszcze kilkakrotnie po upadku PRL-u. W 2006 roku szkoła podstawowa w Olszance otrzymała jego imię. W budynku szkoły mieści się izba pamięci poświęcona bohaterowi.

W tym lokalu nikt się nie nudził

W tym lokalu nikt się nie nudził

Podlasianka, czyli najstarsza kawiarnia w Białymstoku działa już 60 lat. W latach 60. pod jednym dachem spotykali się na szklaneczkę piwa lekarze, prawnicy, ale i zwykli menele. Nikogo to jednak nie dziwiło. Spokojnie w lokalu było zazwyczaj wieczorem. Za dnia ”normalnych” klientów przepędzała młodzież swym awanturniczym zachowaniem. Nic w tym dziwnego. Raz pewien żartowniś rozpylił gaz łzawiący przez co Podlasiankę trzeba było wietrzyć przez tydzień.

 

W Podlasiance nie sposób było się nudzić. Gdy jednak rozmowa się nie kleiła, ktoś rozpoczynał bijatykę. Tak po prostu, bez żadnego powodu. Liczyła się ”zabawa”. Z tej przyczyny nikt nie wydawał również inicjatora ustawki. Lokal przyciągał również przestępców. Grupa gwałcicieli polowała w nim na swe ofiary. Proceder trwał do 1966 r.

 

Zwykłych oszustów również nie brakowało. Jeden z jegomości udawał przez lata oficera szukając naiwnych kobiet. Polegając na haśle ”za mundurem panny sznurem” uwodził je a następnie sprzedawał różnego rodzaju historyjki. Opowieści o śmierci żony czy chorobie jedynego dziecka miały na celu zdobycie pieniędzy. Oszustwa przyniosły mu 1000 zł grzywny i 1.5 r. więzienia.

Muzeum w Ciechanowcu idzie z duchem czasu

Muzeum w Ciechanowcu idzie z duchem czasu

Muzeum Rolnictwa w Białymstoku zmieniło się w plac budowy. Wszystkie zabytkowe budynki, a także same pawilony doczekają się liftingu. Dawny blask odzyskała już chociażby stajnia, w której mieści się muzeum weterynarii. To samo dotyczy się piwnicy, która do tej pory pełniła funkcję chłodni.

 

Wszystko to oczywiście dla turystów. Skończą się czasy przeciekającego dachu i deszczu kropiącego na eksponaty. Nowe granitowe i kamienne nawierzchnie dróg zadbają o komfort spacerowiczów.  Na 350 m2 już będą odbywać się wystawy i pokazy filmowo – muzyczne. Pojawi się też nowa ekspozycja poświęcona w całości historii rolnictwa – od feudalizmu po czasy obecne. Połączy ona nowoczesność z tradycyjnymi elementami.

 

Całość remontu, szacowana na 7 mln zł. jest możliwa dzięki dofinansowaniu z UE. Prace potrwają do końca przyszłego roku i zamkną okres dziesięcioletniej modernizacji obiektu.

5 ciakawostek o Gadożerze

5 ciakawostek o Gadożerze

Tak. Gdyby nie zdjęcie, z pewnością nie wiedzielibyście o jaki gatunek zwierzęcia chodzi. Gadożer zwyczajny zwany również popularnie krótkoszponem jest ptakiem, którego ciężko zaobserwować na co dzień. Niegdyś występował na terenie całej Polski, teraz główną siedzibę ma na Podlasiu, a dokładniej w Puszczy Białowieskiej oraz nad rzeką Biebrzą.

 

1.  Gadożer jest doskonałym lotnikiem. W powietrzu spędza dużo wcześniej czasu niż krewniacy. Jako jeden z nielicznych ptaków posiadł umiejętność zwisania.

 

2. W sezonie lęgowym emituje dosyć głośne charakterystyczne dźwięki. Ma ich cały repertuar – od melancholijnych pisków bo swego rodzaju znane nam kurze gdakanie.

 

3. Już sama nazwa wskazuje, że ptak poluje na gady. Nie raz obserwowano epickie boje z wężami. Niegdyś wierzono, że jest on odporny na jad, ale należy to włożyć między bajki.

 

4. W Niemczech gadożera uznaje się za ptaka wymarłego. W Polsce żyje z kolei 15 par lęgowych.

 

5. Poluje dopiero w godzinach południowych, kiedy to gady są najbardziej aktywne. Rewiry łowieckie tych ptaków sięgają często ponad 40 km2, a lot w poszukiwaniu pożywienia może mieć zasięg 10 km.

 

Białystok – miasto z drewna

Białystok – miasto z drewna

W okresie przedwojennym handlarze drewnem osiągali ogromne zyski. Niektórzy stawali się wręcz krezusami. W połowie XIX w. jedynie w centrum Białegostoku można było odnaleźć murowane domy. Dane historyczne mówią, że w 1857 roku w Białymstoku stało 174 ceglanych kamienic i aż 606 drewnianych obiektów. Nieraz jednak domki drewniane tynkowano aby stworzyć pozory zamożności. Moda na drewno trwała tak do międzywojnia.

 

Na terenie miasta działało ponad 11 firm z tej branży, co przekładało się na 30 składowisk. Szczególnie ludziom podobały się dykty. Najlepsze z nich ponoć znajdowały się na ul. Złotej.  Dykty pojawiły się nawet w  synagodze Cytronów na obecnej ulicy Waryńskiego. Tamtejsze boazeria i strop były podziwiane były przez lata.

 

O tym jak bardzo dochodowy był drzewny interes świadczy wystawne życie właścicieli przedsiębiorstw. Jeden z białostockich ”baronów” został przyłapany w Warszawie na orgiach w jednym z domów publicznych. Każdy wyjazd do stolicy kosztować go miał o zgrozo ponad 5 tys. zł. Jak na tamte czasy to bajońska suma. 

Soczewiaki dodadzą Ci energii

Soczewiaki dodadzą Ci energii

Soczewiaki, choć dziś mogą być traktowane jako danie regionalne, mają głębokie korzenie w kuchni ludowej, będąc przykładem prostoty i oszczędności w przetwarzaniu dostępnych składników. Kiedyś uważane za potrawę ludzi ubogich, stały się integralną częścią kulinarnego dziedzictwa regionu. Ich historia sięga czasów przedwojennych, a nawet jeszcze dalej, tworząc bogaty wątek w kulturze kulinarnej okolic Sejn. Soczewiaki, będące rodzajem pierogów wypełnionych zmieloną soczewicą i skwarkami, łączą w sobie prostotę wykonania z bogatym smakiem, przypominającym o tradycjach i przekazach z pokolenia na pokolenie.

Soczewiaki w czasach powojennych

W okresie powojennym, kiedy obfitość nie zawsze była normą, potrawy takie jak soczewiaki nabierały szczególnego znaczenia. Ich tłuste polewanie skwarkami i pieczenie w piekarniku zapewniały sytość i ciepło, co było istotne, szczególnie gdy dostęp do różnorodnych składników był ograniczony. Stawały się więc nie tylko pożywnym posiłkiem, ale także symbolem siły i wytrwałości, umożliwiającym przetrwanie trudnych czasów.

Receptura soczewiaków

Sekret soczewiaków tkwi nie tylko w ich smaku, ale także w prostocie wykonania. Ciasto, przygotowywane z ugotowanych i utłuczonych ziemniaków, stanowi bazę dla nadzienia zmielonej soczewicy i skwarek. Starsi przekazują młodszym przepis na ten wspaniały wyrób. Tak tworzą spójną i niezmienną tradycję kulinarnej rodziny.

Soczewiaki jako element regionalnej tożsamości

Okolice Sejn, znane ze swojego bogactwa kulturowego i przyrodniczego, z dumą pielęgnują tradycję soczewiaków. Potrawa ta nie tylko smakuje wyśmienicie, ale także jest ważnym elementem lokalnej tożsamości. Soczewiaki nadal są symbolem wspólnoty i tradycji, łącząc ludzi wokół stołu i przekazując wartości rodzinne. Pochodzenie soczewiaków można odnaleźć w tradycji kulinarnych Litwy, co dodaje im nie tylko smakowej głębi, ale także kulturowej wartości.

Współczesne wzloty

Choć czasy się zmieniają, a diety i gusta kulinarne podlegają ewolucji, soczewiaki nadal znajdują swoje miejsce w kuchni wielu domów. Ich prostota, smak i wartości odżywcze sprawiają, że są one chętnie sięgane. Soczewiaki, będące symbolem tradycji i odporności, przenoszą w sobie historię i wartości, które przetrwają przez wieki.

Ziołowy show na Podlasiu

Ziołowy show na Podlasiu

Ziołowy show w Korycinach to wyjątkowe wydarzenie, które ma miejsce w malowniczej wsi położonej w województwie podlaskim. Koryciny, znane swoją urodą i bogactwem przyrody, stają się areną dla pasjonatów ziół i miłośników natury. To właśnie tutaj, w sercu pięknej polskiej przyrody, odbywają się „Nadbużańskie Ziołowe Spotkania”, organizowane przez Ziołowy Zakątek. W czerwcu, gdy przyroda roztacza swoje bogactwo i zieloność, zbieracze ziół mają idealny czas na poszukiwanie różnorodnych gatunków roślin leczniczych i aromatycznych. Skrzyp polny, liście malin, czy inne dobroczynne zioła stają się celem poszukiwań entuzjastów, którzy podczas tego wyjątkowego wydarzenia mogą się podzielić swoją wiedzą i pasją z innymi. „Nadbużańskie Ziołowe Spotkania” nie tylko promują zbieractwo ziół, ale także stanowią doskonałą okazję do edukacji i promocji zdrowego stylu życia.

Ziołowy show i jego atrakcje

Wydarzenie było pełne atrakcji i nie zabrakło w nim różnorodnych zajęć. Jedną z głównych atrakcji był konkurs „Co to za zioło”, w którym każdy mógł spróbować swoich sił w rozpoznawaniu roślin po samym zapachu. Okazało się to niezwykle trudnym zadaniem, nawet dla doświadczonych pasjonatów ziół. Dodatkowo, uczestnicy mieli okazję stworzyć swoje własne, unikalne mieszanki ziół, co zaowocowało powstaniem wielu oryginalnych receptur. Nie mogło zabraknąć również aromaterapii, gdzie uczestnicy mogli zanurzyć się w cudownych zapachach, których nie brakowało na wydarzeniu. Jednakże, nie tylko zmysły były tu zachwycone, ale także umysły, gdyż prezentacja pozyskiwania naturalnych barwników roślinnych przyciągała uwagę wielu osób. To był prawdziwy pokaz natury i kreatywności, który dodatkowo wzbogacał doświadczenie uczestników.

Ziołowy zakątek

Ziołowy Zakątek to jedyne takie miejsce w regionie. Na ponad 12 ha zgromadzono blisko 1500 gatunków roślin. Obiekt powstał w 2002 r. ale przygotowania do jego uruchomienia poczyniono już na początku lat. 90. Placówka zrodziła się z pasji, miłości do przyrody i do otaczającego nas świata. Jej właściciel już jako dziecko zbierał zioła ze swoją babcią. Zarobione pieniądze ze skupu przeznaczał na atlasy roślin i inne przyrodnicze publikacje.

Kim była białostocka Wydra?

Kim była białostocka Wydra?

W okresie międzywojennym wydrą nazywano głównie pomocnicę sklepowego złodzieja. Miała ona jednak inne określenia. Wydrą ochrzczono chociażby zrzędliwą pannę lekkich obyczajów.

 

W świecie kryminalnym popularne było określenie kradzieży na wydrę, co oznaczało nic innego jak kradzież z rąk torebki czy innego pakunku. Sprytni młodociani przestępcy wywodzili się przede wszystkim z Chanajek, Piasków czyli biednych, dzielnic leżących w samym pobliżu bogatego centrum miasta. Działali oni głównie w centrum miasta, na ul. Lipowej, Rynku Kościuszki, Sienkiewicza czy Warszawskiej, gdzie mogli liczyć na niezłe łupy. Umiejętności mieli niezwykle wysokie. Potrafili bez trudu podmienić sakiewkę nie zwracając na siebie uwagi.

 

Częste kradzieże miały miejsce pod kinem Apollo. Tam złodzieje stosowali inną technikę. Jeden z nich, nieco starszy ubierał się elegancko i zagadywał panie, twierdząc że są dawnymi znajomymi. Jego wspólnik natomiast przypuszczał szturm na torebkę. Elegancik nadal tworząc pozory, ruszał za nim by odbić torebkę dla kobiety. Jak nie trudno się domyśleć, nigdy już nie wracał do swej domniemanej znajomej.

 

Nie raz na tych ulicach dochodziło do pościgów. W ich trakcie złodzieje porzucali torebki, ale ku niezadowoleniu właścicieli, w środku już nic nie było. Złodziej jednego dnia mógł się wzbogacić nawet o milion marek. Rzadko udawało się ich złapać. Ich atutem oprócz szybkości była również znajomość wszelkich zakamarków miasta.

 

Poznaj dzieje pomnika Marszałka

Poznaj dzieje pomnika Marszałka

Lokalizacja pomnika J. Piłsudskiego była przedmiotem długich dyskusji. Proponowano m.in. teren kościoła św. Rocha, czy też park przed Teatrem Dramatycznym A. Węgierki, który powstał jako jako gmach Teatru Ludowego im. Marszałka. Znani Białostoczanie w tym duchowieństwu nie widziało jednak innego rozwiązania niż Rynek Tadeusza Kościuszki. Choć pomysł miał wielu przeciwników, większość postawiła na swoim.

 

6 stycznia 1990 roku powołano został Społeczny Komitet, składający się „z miłośników postaci i czynów Pierwszego Marszałka Polski”. Sprawy przybrały takk szybki obrót, że skoro w 55 rocznicę śmierci J. Piłsudskiego czyli 12 maja, nastąpiło już wmurowanie kamienia węgielnego. Koszt budowy oszacowano na 100 mln ówczesnych złotych. A by zdobyć fundusze organizowano kwesty podczas mszy, odpustów i jarmarków.  Przyjmowano ponadto złom metali kolorowych. Jakiś czas potem okazało się, że potrzeba dwa razy więcej środków. Apele o wsparcie nie pozostały bez odzewu.

 

Teraz pozostało stworzyć godny projekt. Po długich rozmowach wybór padł na sylwetę zamyślonego Marszałka w pozycji stojącej, opartego o szablę. Jego wzrok skierowany został na ukochane Wilno, a w znacznie bliższej odległości na Katedrę pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Montaż pomnika o łącznej wadze 3, 5 tony nastąpił nocą, z 10 na 11 listopada przy nieocenionej pomocy żołnierzy.

 

W 2008 r. w wyniku przebudowy centrum pomnik przeniesiono.  Ostateczną lokalizacją okazało się miejsce gdzie w 1921 Józef Piłsudski odbierał, podczas oficjalnej wizyty w Białymstoku defiladę wojskową. Od 6 sierpnia 2008 pomnik marszałka Józefa Piłsudskiego stoi przed Archiwum Państwowym.

Pomnik, którego nie znają mieszkańcy

Pomnik, którego nie znają mieszkańcy

Białostocki pomnik Konstytucji 3. Maja powstał w 130. rocznicę jej ogłoszenia. Mieści się on między ZOO a ul. Zwierzyniecką. W 1919 r. wojsko, cywile i dzieci wzięły udział w uroczystym zasadzeniu dęba i dwóch lip, które dały początek pomnikowi wyzwolenia.

 

Rok później owe drzewa zostały zniszczone przez nieznanych sprawców. Potem dla celów bezpieczeństwa rośliny otoczono drewnianym płotkiem. Jednocześnie podkreślało to rangę miejsca. W okresie komunizmu władze starały się robić wszystko by zatrzeć ślady wolności kraju. Alejka wokół pomnika wkrótce zniknęła a lipy uschły.  Dopiero w maju 2009 r., na mocy uchwały Rady Miasta, Parkowi Zwierzynieckiemu nadano ponownie nazwę Park im. Konstytucji 3. Maja.

 

W 2006 r.  rozpoczął istnienie Społeczny Komitet Opieki nad Pomnikiem. Jego celem było  odtworzenie kształtu pomniku nadanego mu w międzywojniu. Honorowy patronat nad akcją objął Ryszard Kaczorowski,  Prezydent Rzeczpospolitej Polskiej na uchodźstwie. Rok później pomnik odnowiono. Okolica została uporządkowana, utworzono alejkę otaczającą dęby, a także posadzone trzy lipy. Ustawiono również obelisk o piramidowym kształcie.

Park ogłasza konkurs dla ekologów

Park ogłasza konkurs dla ekologów

Ogrody Przyjazne Przyrodzie. Tak właśnie nazywa się organizowany przez Biebrzański Park Narodowy konkurs dla mieszkańców gmin lezących na jego terenie. We wzorowym ogródku nic nie może się marnować. Pozornie niepotrzebne przedmioty mogą stać się dekoracją, która zachwyci nie tylko znajomych.

 

Ogród stanowić powinien schronienie dla licznych zwierząt, jeży czy też drobnych płazów i gadów. Dlatego też najlepszym rozwiązaniem jest tradycyjny drewniany płot. Obecnie wiejskie ogrody upodobniają się do tych z miast. Idealnie przystrzyżona trawa czy krzewy nie są jednak dobrym miejscem dla dzikiej przyrody.

 

Każdy właściciel posesji, których ogród spełnia ”naturalne” kryteria może przystąpić do konkursu. W sumie zasięg akcji obejmuje 14 nadbiebrzańskich gmin. Ma ona na celu promocję przyjaznych praktyk ogrodniczych i zachęcenie do obcowania z przyrodą. Na zgłoszenia organizatorzy czekają do 10 sierpnia. Po więcej informacji zapraszamy na stronę: https://www.biebrza.org.pl/

Utwory Łomżanina grają na całym świecie

Utwory Łomżanina grają na całym świecie

Urodził się w Łomży, lecz mieszkał w niej kilkadziesiąt dni. Obawiając się wojny, jego rodzina uciekła do Lublina. Do rodzinnego miasta wrócił jeszcze w latach 70-tych na zlot Łomżynian.  Zbigniew Bargielski to słynny kompozytor, którego nazwisko niewiele mówi Podlasianom. Pora to zmienić.

 

Pierwsze kroki w muzycznym świecie stawiał w Warszawie, skąd przeprowadził się do Paryża. Na stałe osiadł jednak w Wiedniu, a więc mieście wielkich artystów. Pierwszą nagrodę zdobył w 1970 r. wygrywając konkurs ”Młodych kompozytorów Polskich”. Za całość pracy został odznaczony Krzyżem Oficerskim. Jedno z jego dzieł było rekomendowane przez Międzynarodową Trybunę Kompozytorów UNESCO w Paryżu. W 2008 r. wspólnie z Łomżyńską Orkiestrą Kameralną pracował nad nowymi utworami.

 

Rynek Sienny nie należał do bezpiecznych miejsc

Rynek Sienny nie należał do bezpiecznych miejsc

Rynek Sienny w Białymstoku powstał w latach 30. Znajdował się w granicach żydowskiej ubogiej dzielnicy – Chajnakach. Największy ruch odnotowywano w czwartki kiedy to odbywały się targi. Pierwsi kupcy zjawiali się już o drugiej nad ranem, budząc stukotem furmanek okolicznych mieszkańców.

 

Na Rynku Siennym można było kupić wszystko. Dużym zainteresowaniem cieszyły się sprzęty rolnicze jak grabie, ale też i naczynia czy drewniane łyżki. Cały Rynek przepełniało cenione białostockie płótno. Płachty nie raz raziły przechodniów swoją bielą. Przekroczenie parawanowej granicy oznaczało wkroczenie do innego świata. Podejrzane speluny z typami z pod ciemnej gwiazdy, nie jednego przyprawiały o mocniejsze bicie serca. Na szczycie niebezpiecznych lokali była pijalnia Staromiejska. Nie było wieczoru, aby ktoś tam nie oberwał. Za to piwo z beczki ponoć smakowało wybornie.

 

Rynek działał prężnie do lat 50. Często odwiedzały go studentki poszukujące zachodnich ubrań. Miejsce oferowało wszystko to, czego nie można było zobaczyć na sklepowych półkach. Gdy w latach 70. powstało targowisko na ul. Bema, właśnie tam przeniósł się cały handel.