Co maska ma wspólnego z Białymstokiem?

Co maska ma wspólnego z Białymstokiem?

Spacerując po centrum Białegostoku prędzej czy później się na nią natkniemy. Rzeźba przedstawiająca maskę, oraz chłopca z marionetką. Co ona ma wspólnego z miastem? To pytanie z pewnością zadają sobie turyści. W stolicy Podlasia działa od lat prężnie szkoła teatralna. Dzieło nawiązuje więc do sztuki lalkarskiej. Autor pracował nad dziełem kilka miesięcy. Początkowo zakładał, że osiągnie 1, 8 m wysokości, lecz ostatecznie powstała rzeźba nieco większa.

 

Pierwotnie miała stanąć na głównym miejskim placu, Rynku Kościuszki. Jednak problemy z siecią wodno-kanalizacyjną uniemożliwiły taką lokalizację. Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków zgodził się na jej instalację tuż przy Placu Uniwersyteckim.  Dzieło kosztowało ok. 75 tys. zł, wliczając wykonanie i jej odpowiednie zamocowanie. Z pewnością będzie intrygowała wielu przyjezdnych.

Dinozaury mieszkają pod Białymstokiem

Dinozaury mieszkają pod Białymstokiem

Jeśli nie wystarczą nam już filmy o prehistorycznych gadach, nie ma co zwlekać. Dinozaury możemy zobaczyć na żywo. Nic nam jednak nie grozi. T-Rex na pewno nie wymknie się spod kontroli. W Jurowcach pod Białymstokiem ok kilku lat prężnie działa jedyny na Podlasiu park jurajski.

 

Atrakcja, choć początkowo może wydawać się atrakcyjna dla dzieci, wciąga również dorosłych. Reakcje milusińskich są różne. Jedni z fascynacją obserwują okazy, drudzy płaczą godzinami. Wielkie zęby mogą w końcu naprawdę przerazić. Czasem nawet sam właściciel żartuje, że zwierzęta nie były karmione od dłuższego czasu, więc powinniśmy mieć się na baczności. Gdy dziecko podchwyci jego słowa, wyobraźnia może zadziałać i siać spustoszenie.

 

W chwili powstania parku, na terenie Polski istniało jedynie pięć podobnych obiektów. Ten w Jurowcach, jako jedyny może jednak pochwalić się systemem nagłośnienia, dzięki czemu usłyszymy ryki dinozaurów. Sam park powstał w dwa miesiące. Początkowym problemem było zaś znalezienie odpowiednich producentów. Modele ktoś w końcu musiał wykonać. Właściciele innych obiektów nie chcieli zaś zdradzić żadnych informacji.  Odpowiednich ludzi do tego zadania znaleziono przez przypadek w internecie.

 

Jurajski Park Dinozaurów odwiedzają liczne wycieczki szkolne. Po parku mogą się poruszać dzięki kolejce linowej. Największy eksponat osiąga rozmiary ponad 27 m. Oprócz gadów dzieci korzystają z trampolin, zwodzonego mostu czy toru przeszkód. Na dorosłych również czekają atrakcje. Paintball to tylko jedna z nich.

Po Tatarach został tylko głaz

Po Tatarach został tylko głaz

Podlasie jest największym skupiskiem tatarskiej społeczności. Stopniowo ślad po nich ginie. Pozostały nieliczne pamiątki, które są swoistym echem przeszłości. Jednym z nich jest Głaz Tatarski w Malawiczach Górnych. Miejscowość znajduje się jedynie 3 km od Bohonik, znanych głównie z meczetu.

 

Malawicze Górne przed laty niemal w całości były zamieszkane przez Tatarów. Teraz próżno ich szukać. Stała tam nawet świątynia, lecz nie przetrwała próby czasu. Głaz narzutowy posiada tabliczkę z informacją, iż na tej ziemi mieszkała rodzina Muchów. Postawił go w 2006 r. Arsłan Mucha, którego nazwisko jest spolszczeniem od Muchamed. Nieopodal głazu odnajdziemy również ruiny drewnianego wiatraka, który kilkadziesiąt lat temu stanowił wizytówkę okolicy.

Kiedyś wozili nią drewno. Teraz turystów.

Co prawda dopiero rozpoczęła się wiosna, ale majówka zbliża się wielkimi krokami. Jeśli lubimy przejażdżki na świeżym powietrzu, idealną propozycją będzie wycieczka kolejką wąskotorową w Hajnówce. Hej przygodo!

 

Trasa główna prowadzi z Hajnówki do niewielkiej, ale uroczej miejscowości Topiło, której wizytówką jest sztuczny, jeszcze przedwojenny zbiornik.  Tam też odnajdziemy miejsca postojowe dla samochodów, a także sprzęt rekreacyjny, głównie dla najmłodszych. Na odcinku liczącym 11 km spotkamy liczne zwierzęta, nie mówiąc już o gatunkach drzew. Śpiew ptaków ukoi z pewnością nasze zmysły.

 

15 lat temu funkcjonować zaczęła druga trasa. Dojedziemy nią do doliny rzeki leśnej. Tym razem podróż będzie trwała trochę dłużej, mianowicie 3 godziny. Z kolejki wąskotorowej mogą korzystać osoby indywidualne oraz grupy zorganizowane, przy czym należy pamiętać o wcześniejszej rezerwacji.

 

Kolejka wąskotorowa do końca lat 80 – tych służyła głównie do przewozu drewna. Na skutek rozwoju innych środków transportu, usuwano kolejne odcinki torów.

Oddał monety dzieciom. Nie wiedział, że to skarb

Oddał monety dzieciom. Nie wiedział, że to skarb

Podlaska ziemia skrywa wiele skarbów. Wiele z nich pewnie nigdy nie zostanie odkrytych. Co robić jednak gdy nam się uda? Przed takim dylematem stanął przed laty mieszkaniec miejscowości Klukowicze niedaleko Siemiatycz.

 

W 1945 r. gospodarz w trakcie prac polowych natknął się na tajemnicze naczynie. W środku brzęczały monety. Jako że zapadał już zmierzch część z nich wsypał do kieszeni i wrócił do domu. Wizja bogactwa okazała się silniejsza. Mimo totalnych ciemności z powrotem dotarł na pole. Gdy wzeszło słońce, okazało się, że nie są to carskie rublówki. Pokryte napisami w obcym języku zmniejszyły jego ciekawość. Zawiedziony mężczyzna część monet rozdał dzieciom do zabawy, część schował na strych, traktując je jako rupieć. Wieść o domniemanym skarbie szybko się jednak rozniosła. Machina ruszyła.

 

Do Klukowicz przybył sławny numizmatyk. Rolnik wskazał mu miejsce odkrycia. Monety, które wykopał to arabskie dirhemy. Przez miejscowość przechodził niegdyś istotny szlak handlowy. Kupcy z Bizancjum przybywali na owe tereny po bursztyn, futra i niewolników. Być może jeden z nich zapomniał o swej gotówce.

Ksiądz organizował drogę krzyżową przy klubie nocnym

Ksiądz organizował drogę krzyżową przy klubie nocnym

Zespoły disco polo traktowały koncert w tym klubie niczym występ na festiwalu w Opolu. W latach 90-tych zjeżdżała do niego cała podlaska młodzież. Teraz imprezy odbywają się tylko dwa razy w roku. Na co dzień produkuje się tam soki. Klub Panderoza w Janowie nieopodal Korycina to prawdziwa legenda.

 

Nazwa lokalu stanowi hołd dla westernu ”Bonanza”. Akcja rozgrywała się na ranczu ”Pandrossa”. Właściciele podchwycili pomysł i w ciągu kilku miesięcy wybudowali budynek, który był w stanie pomieścić 3 tys. osób.Mimo że obiekt znajdował się z dala od zabudowań, muzykę słyszano z wielu kilometrów.  Nie wszystkim oczywiście się to podobało. Największym przeciwnikiem klubu był ksiądz, który przestrzegał wiernych przed siedzibą rozpusty. Zdarzyła się nawet procesja drogi krzyżowej przy obiekcie. Dyskotekę odwiedzały tłumy. W środku panował ścisk, ale nikomu tu nie przeszkadzało. Impreza trwała również na pełnym parkingu. Pod klub podjeżdżały autobusy z sąsiednich miejscowości. Weekendowe dyskoteki wyznaczały rytm tygodnia. Młodzi żyli od imprezy do imprezy. Na nic zdawały się stęki rodziców, którzy uważali, że można tam oberwać siekierą.

 

Sława klubu zainteresowała również filmowców. Nakręcono tam kilka scen kultowej już komedii ”U Pana Boga za piecem”. Właściciele początkowo sceptycznie podeszli do pomysłu. Po przeczytaniu scenariusza zmienili jednak zdanie. Chociaż film nie do końca oddawał atmosferę lokalu, niczego nie żałowali. Klub przez lata dawał pracę wielu osobom. Dzięki niemu poznało się wiele par. Wypromował również wiele obecnych gwiazd muzyki disco polo. 

Bimber uzdrowił wiele osób

Bimber uzdrowił wiele osób

Bimber, znany również jako samogon, to trunek o długiej historii i bogatych tradycjach, który zyskuje coraz większą popularność nie tylko w Polsce, ale także na całym świecie. Jego tajemnicza aura, wytwarzana często w warunkach domowych, oraz unikalny smak sprawiają, że jest przedmiotem zainteresowania zarówno miłośników mocnych trunków, jak i badaczy kultury alkoholu.

W blasku księżyca

Lekcja angielskiego w podstawówce. Poszukujemy słówka na literkę ”m”. Nasz wzrok przykuwa hasło ”moonshine”. Tłumaczy się je jako… bimber. Oczywiście umysł młodego człowieka nie wie jeszcze skąd związek lśniącego księżyca z trunkiem. Minie trochę czasu zanim pozna prawdę. Być może uświadomi go ktoś z rodziny. I tu może coś mu pomieszać. Zwłaszcza gdy z ust wujka ze wsi usłyszy określenie PKWN. W myślach pojawiają się wojenne dzieje naszego pięknego kraju. Z Polskim Komitetem Wyzwolenia Narodowego nie ma jednak nic wspólnego. To nic innego jak polski koniak wyrobiony nocą. No właśnie… W związku z tym wszystko sprowadza się do zmierzchu.

Bimber – śladem tradycji

Bimbrownictwo na Podlasiu pojawiło się już w XIX w. Wszystko przez władze, które ograniczały swobodę produkcji własnego alkoholu. Nastąpiła carska prohibicja. Rozwojowi procederu sprzyjały też warunki naturalne. Dlatego duża ilość gęstych lasów umożliwiała w miarę swobodną produkcję po zmierzchu. Tak niestety już nie jest.  Na terenie Puszczy Knyszyńskiej czy Augustowskiej służby odnajdują prywatne fabryczki, puszczając je z dymem. Niektórym z pewnością na wieść o takich zdarzeniach popłynęła łza. Nawyk pędzenia bimbru wywodzący się z czasów okupacji niemożliwy był do wykorzenienia. Starych drzew się przecież nie przesadza. W konsekwencji po odzyskaniu wolności kraju, wolność bimbrowników została zachwiana. Polskie władze za wszelką cenę usiłowały przerwać nielegalne produkcje. Budżet kraju musiał się zgadzać.

 

Podlaski samogon powinien mieć ok. 70 proc. Najczęściej jednak wytwórcy zadowalają się już trunkiem 50 proc. Wszystko zależy od wymagań odbiorców. Oczywiście dobry bimber nie obędzie się bez wody. Ta na Podlasiu jest przejrzysta i świeża, co ma znaczenie przy destylacji. Bimber z Podlasia tradycyjnie wyrabia się z żyta. Na jego bazie powstają też inne trunki, jak. np. miodówka. Z Puszczą Knyszyńską wiąże się nierozerwalnie nazwa ”bukwicówka”. Bukwica to roślina rosnąca w lesie przypominająca szczaw. Użyta przy wyrobie zapewnia niepowtarzalny smak i aromat. Wiele osób twierdzi, że ma też właściwości lecznicze.  W rzeczywistości nawet oczyszcza nasze ciało z toksyn.

Duch nie taki straszny

W każdym regionie Polski bimber określa się inaczej. Na Podlasiu rządzi nazwa ”Duch Puszczy” oraz ”Czar PGR-u”. Samo słowo bimber wywodzi się z warszawskiego żargonu złodziejskiego. Oznaczał skradziony przedmiot, który to po schwytaniu przestępców stawał się dowodem winy. Autor definicji uważa, że bimber oznaczał początkowo ”zegarek”. Z czasem zaczęto go używać, mając na myśli towar zakazany. W miarę nowe określenie to ”księżycówka”. Odnosi się do zwyczaju wytwarzania samogonu w późnych porach nocnych. Jako że wiele osób zatruwało się w przeszłości źle sporządzonym bimbrem, ochrzczono go również jako ściemniacz.

Bimber – muzeum

W 2009 r. na terenie Białostockiego Muzeum Wsi otwarto jedyne w swym rodzaju muzeum bimbrownictwa. Zobaczymy w nich wszelkie przedmioty niezbędne do wytworzenia samogonu. Zauważymy bez trudu, że aparatura z biegiem lat ulegała ewolucji. Nowinki techniczne zawsze były chętnie widziane. Cel się nie zmieniał – jak najlepszy trunek.

Konie mechaniczne zastąpiły zwierzęta

Konie mechaniczne zastąpiły zwierzęta

Obecnie raczej nikt nie wyobraża sobie życia bez komunikacji miejskiej. Stanowi nieodłączny element naszej rzeczywistości. Dzięki niej dojedziemy do pracy czy szkoły. Ba! Może nawet odnajdziemy tam swoją drugą połówkę! Zanim jednak na ulice wjechały hybrydowe pojazdy, było zupełnie inaczej. Komunikacja miejska w Białymstoku działa grubo ponad 120 lat.

Wszystko zaczęło się pod koniec XVIII w. Dzięki zawarciu kontraktu z Belgijskim Towarzystwem Akcyjnym, na ulicę miasta wjechały tramwaje konne. Na początek powstały trzy regularne linie. Czy były opóźnienia? Pogoda na Podlasiu płata figle, a zwierzęta też mają swoje granice i nie zawsze chodzą jak w zegarku. Mieszkańcy mogli wybrać komfort podróżowania. Tramwaje posiadały bowiem dwie klasy.

Pierwszy autobus w Białymstoku pojawił się po I Wojnie Światowej. Stopniowo oczywiście ich przybywało. Rosła bowiem liczba mieszkańców, których trzeba było obsłużyć. Rozkwit komunikacji nastąpił w latach 70-tych. Wówczas to wybudowaną nową zajezdnię. Wkrótce pojawiły się Jelcze i Ikarusy. Obecny tabor w Białymstoku należy do najbardziej nowoczesnych w kraju. Rocznie przewozi ponad 100 mln pasażerów. Gdyby nagle każdy chciał skorzystać z autobusów, pomieszczą one 32 tys. osób.

Krynki konkurują tylko z Paryżem

Krynki konkurują tylko z Paryżem

Krynki to niepozorne miasteczko w powiecie sokólskim. W pewnej kwestii nie ma sobie równych w całej Polsce. Konkurować może z Krynkami tylko sam Paryż. Miejscowość może pochwalić się największym rondem w tej części świata.

 

Skrzyżowanie odzwierciedla historyczny układ przestrzenny z XVIII w. Plan Krynek posiada kształt gwiazdy. Takie nietypowe rozwiązanie to zasługa reformatora, Antoniego Tyzenhauza. Trzeba przyznać, że całość robi wrażenie. Jest to bowiem unikat. Na wszystkich dwunastu ulicach odchodzących od Ronda odnajdziemy jakiś zabytek. Odchodzą od nich liczne przecznice i zaułki. W sercu rodna mieści się park, którego drzewa uchronią mieszkańców przed skwarem w letni dzień. Problem niejednokrotnie mają kursanci na prawo jazdy, ale i doświadczeni kierowcy. Nauka poprawnych zachowań na tym kolosie wymaga trochę czasu.

Buczy zamiast ryczeć. Poznaj łosia znad Biebrzy.

Buczy zamiast ryczeć. Poznaj łosia znad Biebrzy.

Ulubionym miejscem łosia są tereny podmokłe i bagienne. Mimo pokracznego wyglądu świetnie się w nich odnajduje. Doskonałe warunki znajduje więc w Dolinie Biebrzy. Szacuje się, że żyje tam około półtora tysiąca osobników. Łosie zmieniają ubarwienie w zależności od pory roku. Wiosną i jesienią ich sierść jest rdzawobrązowa. Wraz z nadejściem chłodu ciemnieje. Wówczas zdecydowanie wyróżniają się jaśniejsze kończyny i…zad. Łosie są znakomitymi nurkami. W celu zdobycia pożywienia zanurzą się nawet na głębokość przekraczającą 5 m. 

 

Sezon godowy rozpoczyna się w okolicy września. Tzw. bukowisko odbywa się w tym samym okresie co rykowisko jeleni. Jest jednak zdecydowanie cichsze. Stąd też nazwa nawiązująca do buczenia. Leśnicy mówią, że słychać jedynie stęki. Trwają one tak długo, aż dwóch samców stoczy walkę o względy klempy. Czasem dochodzi do walkoweru. Wówczas samiec pokazuje rywalowi swoją szyję na znak uległości. W okresie rui samce myślą tylko o jednym, zapominając o jedzeniu. Dlatego też czas amorów oznacza dużą utratę wagi. Szybko jednak dochodzi do siebie. Po zapłodnieniu wraca do samotniczego trybu życia więc z łatwością może odbudować masę.

 

Młode łosie już po kilku dniach od urodzenia podążają za matką. Dorosłości jednak dożyje co drugi z nich. Matka otacza ich opiekę przez rok, później muszą sobie radzić same. Wędrówki nieraz kończą się tragicznie. Nieraz słyszymy o wypadkach samochodowych z udziałem łosi. Na drodze musimy być ŁOŚstrożni. Wiele z nich w poszukiwaniu lepszych terenów zapuszcza się nawet do wielkich miast. 

Stary Rynek przyciąga wszystkich

Stary Rynek przyciąga wszystkich

Najczęstszym punktem wypadowym Łomżynian jest Stary Rynek. Owy prostokątny plac znajduje się w śródmieściu, a jego główny budynek to zlokalizowany we wschodniej części ratusz. Powstał on w XIX w. według projektu Aleksandra Graffe. Podczas późniejszej przebudowy dobudowano do ratusza oficyny, przez co stworzono wewnętrzny dziedziniec.

 

Wokół rynku możemy podziwiać odbudowane kamienice naśladujące styl barokowy. Zastąpiły one zniszczone w czasie drugiej wojny światowej klasycystyczne obiekty. Dzięki staraniom mieszkańców powstał deptak na ulicy Farnej. Wyłożono go bazaltową kostką, wkomponowano stylowe lampy i ławki. Ciekawa szczególnie jest rzeźba słynnej aktorki Hanki Bielickiej, której pomnik-ławka, zachęca do fotografowania.

Dziewczyna zakochała się w wężu

Dziewczyna zakochała się w wężu

Nad jeziorem Szurpiły mieszkała przed laty córka strażnika leśnego o imieniu Jegla. Słynęła ze swej nieskazitelnej urody, lecz zalotników odprawiała z kwitkiem. Nadszedł jednak wielki dzień. Dziewczyna wybrała się nad brzeg aby zrobić pranie. Nagle z wody wyłonił się on, król wody Żaltis, który potrafił przybrać postać złotego węża. Jego królestwo znajdowało się na dnie jeziora. Oboje nie mogli bez siebie żyć. Posiadając cudowną moc, Żaltis sprawił, iż ukochana mogła swobodnie żyć w wodzie.

 

Po latach pobytu w wodnym królestwie, Jegla zatęskniła za rodziną. W dawnej chacie odnalazła jedynie swych braci, którzy nie potrafili zająć się gospodarstwem. Za wszelką cenę usiłowali powstrzymać siostrę przed ponownym odejściem. Przywołali podstępem jej męża. Uznali, że jedynym wyjściem będzie jego zabójstwo. Tak też uczynili. Na brzegu nie mieli litości dla króla. Bóg nad bogami,  Perunas ożywił wkrótce Żaltisa, choć był on już niewidzialny. Srogo ukarał braci za ich bestialstwo. Przemienił ich w kamienie, które stoją nad jeziorem do dzisiaj. Dziewczynę, która bardzo cierpiała, zdecydował zmienić w świerk. Tym samym nie mogła już ronić łez z rozpaczy.

 

Zapomnianą  drogę odsłania żywioł

Zapomnianą drogę odsłania żywioł

Przez niewielką miejscowość w powiecie siemiatyckim, Granne przebiegał niegdyś istotny szlak. Kamienna przeprawa stanowiła najkrótszą drogę z Królestwa Polskiego do Wielkiego Księstwa Litewskiego. Prowadziła od Warszawy do Wilna.

 

Zapiski historyczne z końca XVIII w. wspominają o przejeździe samego króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Przeprawa przez rzekę Bug była modernizowana w celach wojskowych, głównie w okresie wojen napoleońskich. Wcześniej rozegrała się tam jedna z ostatnich bitew w obronie Konstytucji 3 Maja. Trakt możemy podziwiać obecnie tylko w przypadku..suszy. Niski poziom wody odsłania malowniczą przeprawę na krótko, wiec jeśli zaistnieje okazja, warto ją zobaczyć na własne oczy. To w końcu kawał historii. Przeprawę musiało pokonać wielu rycerzy i władców.

Wojskowi za uratowanie życia zdradzili przepis

Wojskowi za uratowanie życia zdradzili przepis

W 2012 r. został wpisany do unijnego rejestru jako Chronione Oznaczenie Geograficzne. Od wieków stanowi powód do dumy mieszkańców. Ser koryciński produkuje się w niezmienionej formule od lat. Nie do końca jednak wiadomo skąd wziął się sam przepis.

 

W połowie XVIII w. na okoliczne ziemie przybyli Szwajcarzy. Był to okres szwedzkiego potopu. Bitwę, która rozegrała się pod Korycinem opisał sam Henryk Sienkiewicz. Ranni żołnierze zostali przeniesieni do lokalnego folwarku. W zamian za pomoc, oczarowani gościnnością postanowili podzielić się sposobem na wyrób sera. Do mleka dodawano młode cielęce żołądki, tzw. podpuszczki. Takie sery dojrzewały w kamiennych piwnicach przez wiele tygodni.

 

Inna wersja mówi, że początki tradycji wytwarzania serów związane są z reformami rolnymi hrabiego Antoniego Tyzenhausa. Był on zarządcą ziem z polecenia króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Hrabia sprowadzić miał  fachowców z różnych dziedzin. Wśród nich znaleźli się holenderscy serowarzy. Pozostawili oni po sobie liczne wiatraki w pobliżu miasteczka. Od nas samych zależy, w którą wersję wydarzeń uwierzymy. 

 

Podlaskie ślimaki rządzą w Europie

Podlaskie ślimaki rządzą w Europie

Na Podlasiu żyje ich 120 mln. Gdyby jakimś cudem doszło do napromieniowania i urosłyby do ludzkich rozmiarów mielibyśmy problem. Być może dokonałyby zemsty. Mowa to o ślimakach winniczkach. Wizję apokalipsy odłóżmy jednak na później.

 

Co jakiś czas przeprowadza się inwentaryzację winniczków. Jej celem jest określenie limitów zbiorów, które zaczynają się już w kwietniu i trwają przez miesiąc. Najwięcej ślimaków odnajdziemy w gminach Siemiatycze, Bielsk Podlaski i Zabłudów. Są jednak i takie gminy, gdzie winniczki nie występują w ogóle.

 

Ślimak podlega częściowej ochronie, dlatego można zbierać okazy, których muszla przekracza 3 cm. Najlepsi łowcy są w stanie dostarczyć do skupu w okresie zbiorów nawet 30 kg winniczków. Zwykle lądują na stołach we Francji, choć i w Polsce stają się coraz bardziej popularne w kuchni. Łącznie na masową zagładę wysyłamy 240 ton ślimaków. Na szczęście ich populacja jest na tyle duża, że zanik gatunku raczej nie grozi.

 

Wielu biznesmenów zauważyło wysoki popyt na owe zwierzęta. Dlatego też wzięli byka, a właściwie ślimaka za rogi. Powstaje coraz więcej ferm ze ślimakami afrykańskimi. Rosną one sześć razy szybciej więc pozwalają więcej zarobić. Oprócz Francji trafiają do Belgii, Włoch czy Hiszpanii.

 

Kościół w Sokółce stanie się sanktuarium

Kościół w Sokółce stanie się sanktuarium

Już w najbliższą sobotę, 25 marca, kościół św. Antoniego Padewskiego w Sokółce uzyska status sanktuarium. Jest to miejsce szczególne dla wiernych nie tylko z Podlasia. W 2008 r. doszło tam do cudownych wydarzeń. Na odstawionym do naczynia liturgicznego komunikancie odnaleziono ślady tkanki sercowej. Wiadomość szybko obiegła cały kraj.

 

Od tej pory kościół stał się celem pielgrzymek nie tylko z Polski. Świątynia gościła przybyszy choćby z Chin czy Indonezji. Modlitwy przy sokólskiej hostii przyniosły ukojenie wielu cierpiącym. Szczególną moc posiadają również jej wizerunki utrwalone w postaci obrazków. Wszystkie przypadki uzdrowień zostały udokumentowane medycznie. To wszystko zadecydowało o ustanowieniu świątyni sanktuarium. Z pewnością teraz pielgrzymów będzie jeszcze więcej.

Czarna Hańcza poruszyła tlumy

Czarna Hańcza poruszyła tlumy

Czarna Hańcza, której źródło znajduje się na terenie Suwalskiego Parku Krajobrazowego została uznana ”Rzeką Roku 2016”. Konkurs zorganizowany został przez Klub Gaja, od wielu lat realizujący kampanie ekologiczne. Głównym zadaniem plebiscytu jest zwiększenie pielęgnowanie dziedzictwa przyrodniczego w ramach projektu ”Zaadoptuj rzekę”. Była to już czwarta edycja konkursu.

 

Internauci mogli głosować w sumie na 11 propozycji. Czarną Hańczę na kandydata zgłosiła Podlaska Organizacja Turystyczna. Było to strzał w dziesiątkę. Według danych organizatora, łącznie napłynęło 14 tys. ważnych głosów. Czarną Hańczę poparło ponad 5 tys. osób. Za nią znalazł się fragment Wisły w okolicy Bydgoszczy, a następnie rzeka Bzura. Konkurs stanowi doskonałą okazje na promowanie atrakcji turystycznych regionu. Pozwala też na mobilizację lokalnej społeczności.

Tego dnia dziewczyny nie mogły się nawet uczesać

Tego dnia dziewczyny nie mogły się nawet uczesać

25 marca to od wieków szczególny dzień na Podlasiu. Obchodzi się wówczas święto Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny. Do dziś pośród wielu mieszkańców panuje przekonanie, że jest ważniejsze nawet od Wielkanocy. Przenieśmy się na chwilę do przeszłości by poznać dawne zwyczaje.

Tego dnia obowiązywał ścisły post. Zakaz wykonywania wszelkich prac był tak rygorystyczny, że dziewczyny nie mogły nawet rozczesywać włosów. A co z rolnikami? Nawet jeśli był to jedyny dobry czas na prace na polu, musieli pozostać w domu. Jeśli złamali zakaz mogli sprowadzić nieszczęście na całą rodzinę. W celach zapobiegawczych przekazywano z pokolenia na pokolenie informację, że tego dnia na pola wychodzą ze swych kryjówek jadowite węże.

Ze świętem zwiastowania nierozerwalnie wiążą się bociany. Powrót tych ptaków na dachy gospodarstw miał zapewnić dobrobyt. Starano się pomóc szczęściu montując specjalne brony na gniazda. Bociany również obecne były w kuchni. Gospodynie do dzisiaj wypiekają tzw. bocianie łapy. Ze względu na post wyrabia się je tylko z wody i mąki. Czasem wkładano do ciasta monety, a dziecko, które je znalazło w przyszłości miało być zamożne. Tego dnia pieczono ponadto ciastka w kształcie maszyn rolniczych.  Dzięki temu nic złego uprawom nie mogło się stać.

W tym domu straszy. Nikt nie chce do niego wejść.

W tym domu straszy. Nikt nie chce do niego wejść.

Od lat nikt w nim nie mieszka. Mieszkańcy omijają go szerokim łukiem. Duży piętrowy budynek w Grajewie od lat jest bohaterem opowieści. Czy któraś z nich jest prawdziwa? Dom uważa się za nawiedzony. Choć okna są zabite deskami, znalazło się wielu śmiałków, którzy postanowili spędzić tam noc. Odczucia były różne. Jedni skarżyli się na dziwne odgłosy, drudzy nic niepokojącego nie słyszeli.

 

Wszystko zaczęło się od dwóch zgonów. Najpierw w szopie przy domu zmarł majster, a wkrótce po nim śmierć upomniała się o właściciela. Kolejni domownicy nie wytrzymali tam długo. Tajemnicze siły ponoć manifestowały swą obecność. Inni o niewyjaśnione zjawiska obwiniają krzyż. Kiedyś stał niemal na środku posesji. Na potrzeby budowy został jednak przeniesiony. Od tej pory miejsce zdawało się być przeklęte. Z ust starszych mieszkańców można usłyszeć, że na działce pochowano wielu żydów. Co prawda kości znajdowano nie raz, ale jako że dawniej obok mieściła się rzeźnia miejska, były to raczej zwierzęce szkielety. Obecności duchów nikt nie może potwierdzić, ani zaprzeczyć. Zagadka zostaje nierozwiązana.

 

Leśnicy przenieśli Puszczę do komórki

Leśnicy przenieśli Puszczę do komórki

Jeśli kiedykolwiek mieliśmy problem z odnalezieniem atrakcji Puszczy Białowieskiej, teraz to niemożliwe. Wszystko dzięki aplikacji mobilnej ”Obieżylas”. Przygotowali ją niezwykle starannie pracownicy nadleśnictwa Białowieża, Browsk i Hajnówka. Aplikację można pobrać bezpośrednio na stronie internetowej e-puszcza.pl bądź też za pośrednictwem sklepu obsługującego nasz system w komórce.

 

Program umożliwia m.in. rozpoznawanie ptaków czy roślin. Analizowana jest pora roku, otoczenie środowiskowe, a także barwa kwiatów. Przewodnik stanowi swoistą encyklopedię okolicy. Oprócz szlaków turystycznych, ścieżek edukacyjnych czy atrakcji przyrodniczych, bez trudu odnajdziemy miejsca noclegowe i lokale gastronomiczne. System GPS zaprowadzi nas już do celu. Opisywane atrakcje mieszczą się na zarówno na obszarze Białowieskiego Parku Narodowego, jak i tzw. gospodarczej części Puszczy. Baza powstała dzięki wsparciu lokalnych samorządów i organizacjom turystycznym.

Rękopis traktowano niczym relikwię

Rękopis traktowano niczym relikwię

Przez kilkaset leżał pokryty kurzem w bibliotece Monasteru Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny w Supraślu. Odkrył go przypadkiem na początku XIX w. ksiądz Michał Bobrowski. Mowa tu o średniowiecznym manuskrypcie spisanym w języku staro cerkiewnym – kodeksie supraskim. Domniemuje się, że trafił on do miasteczka za sprawą patriarchy Joachima. Odnajdziemy w nim żywoty świętych i kazania czołowych postaci kościoła. Odnalezione pismo składało się łącznie z ośmiu kart.

Po opuszczeniu Supraśla XI-to wieczne dzieło przeszło długą drogę. Podzielono je na trzy części. Większość stron znajduje się w Bibliotece Narodowej w Warszawie. Pozostałe możemy podziwiać w Słowenii i Rosji. W czasie II Wojny Światowej został wywieziony przez hitlerowców. Odnalazł się lata później w USA. Do kraju wrócił na pokładzie statku ”Batory”. Traktowano go niczym relikwie świętego. Dziesięć lat temu Kodeks Supraski wpisano na listę ”Pamięci Świata” UNESCO.

Kajakiem przekroczymy granicę Polski

Kajakiem przekroczymy granicę Polski

Wycieczki kajakowe łączą przyjemne z pożytecznym. Idealne warunki do uprawiania takiej formy turystyki znajdziemy na Suwalszczyźnie. Drogą wodną możemy również przekroczyć granicę kraju w Rudawce. Aby bez problemu dostać się na Białoruś należy zabrać paszport, wizę oraz ubezpieczenie. Należy również zgłosić zamiar przekroczenia granicy trochę wcześniej. Formalności załatwia się w konsulacie Republiki Białoruskiej w Białymstoku.

 

Co roku z wodnej odprawy korzysta kilkaset turystów. Może to dziwić, ale do oddziału straży granicznej zgłaszają się częściej osoby indywidualne. Organizatorzy wycieczek rzadko zgłaszają zbiorowe przekroczenie granicy. Na Białoruś dostaniemy się dzięki Kanałowi Augustowskiemu, który sięga 19 km poza nasze terytorium.  Granica znajduje się zaś na śluzie Kurzyniec.

W Ciechanowcu zatrzymał się czas

W Ciechanowcu zatrzymał się czas

Muzeum Rolnictwa w Ciechanowcu, leżącego na granic Podlasia i Mazowsza, zebrało od lat 60-tych ponad 28 tys. eksponatów. Możemy je podziwiać w ramach kilkudziesięciu stałych ekspozycji. Jako że mieści się przy zespole pałacowo-parkowym rodziny Starzeńskich, całość jest niezwykle zadbana. Od zbiorów może zakręcić się w głowie. Dawne maszyny rolnicze, wyroby rzemiosła czy obrazy religijne to tylko ułamek z bogatej kolekcji.

 

Największe wrażenie robią drewniane chaty i zabudowania gospodarcze z XVIII w. Większość z nich pokryta jest strzechą. Część pełni nawet funkcję domków gościnnych dla przyjezdnych. Budynki otaczają różnego typu plecione płoty, a także zadbane ogródki. Między zagrodami utrzymanymi w dawnym stylu przechadzają się zwierzęta, jak kozy czy gęsie, co tylko nadaje uroku. Na szczególną uwagę zasługuje ogród roślin. Każda z nich została opatrzona tabliczką informacyjną. Warto wspomnieć, iż cały zbiór gatunków może posłużyć do celów medycznych.

 

Rozwój placówki trwał przez lata i w tej materii nic się nie zmieniło. Obecnie istnieją dwie filie Muzeum. W każdej z nich podziwiać drewniane wiatraki. Na terenie skansenu odbywają się imprezy o cyklicznym charakterze. Do najważniejszych należą Święto Chleba i Konkurs Gry Na Instrumentach Ludowych Pasterskich.

Policja dzieli lokal z biblioteką

Policja dzieli lokal z biblioteką

Pierwszy drewniany dwór w Jedwabnem (powiat łomżyński) powstał w połowie XVIII w. Nikt jednak nie wie, jak wyglądał i przez kogo został wybudowany. Można tylko domniemywać. Obecny dwór, choć nieco zmieniony, powstał dzięki sekretarzowi Stanisława Augusta Poniatowskiego, Stanisławowi Rembielińskiemu. Warto wspomnieć, iż był to pierwszy murowany budynek w mieście.

 

Pierwsza przebudowa nastąpiła po śmierci Rembielińskiego i trwała blisko 50 lat. Dwór został otoczony przez duży park, który rozciągał się od zabudowań gospodarczych aż do stawu. Biegła przez niego główna aleja, a po jej obu stronach powstał ogród ozdobny. Graniczył on z sadem przechodzącym następnie w łąki.

 

W okresie I Wojny Światowej przez Jedwabne przebiegała linia frontu. Dwór ucierpiał tak bardzo, że ówcześni właściciele pozbyli się majątku. Ich następcy, chcąc zdobyć środki na odbudowę, dokonali podziału ziemi. Areał zmniejszał się coraz bardziej. Bez dobrych gospodarzy dwór i jego okolice popadły w ruinę. Sady zostały wycięte, a park zlikwidowano. Wkrótce zabudowania całkowicie się rozpadły. W latach 50 – tych doprowadzono do remontu. Wnętrza zmieniły się całkowicie, lecz jeśli chodzi o wygląd zewnętrzny, przywrócono dworek niemal do pierwotnej wersji. Obecnie w dworku swoją siedzibę ma policja, dom kultury i biblioteka.

Wieśniacy pomogli dokonać zemsty

Wieśniacy pomogli dokonać zemsty

Nieopodal Łomży odnajdziemy niewielkie wzniesienie nazywane Górą Zamkową. Dawne zamczysko było niegdyś własnością królowej Bony. Chociaż dla większości z nas, postać ta kojarzy się raczej pozytywnie, opowieści nie raz wspominają o jej ciemnej stronie. 

 

Syn królowej Bony zakochał się w ubogiej dziewczynie. Królowej nie było to na rękę. Nie chciała nawet słyszeć o ślubie z sierotą. Podjęła więc szybkie działania. Dziewczyna została porwana ze swej skromnej chaty i stracona. Syna natomiast postanowiła okaleczyć a następnie wygnać. Przywiązano go nogami do dzikiego konia, który pomknął w stronę lasu. Młody książę przeżył. Koń zawlókł księcia do jednej z okolicznych wiosek.

 

Miejscowi bez chwili zastanowienia postanowili pomóc. Odwiązali księcia i przystąpili do leczenia. Ten padał z głodu. Nakarmili więc go najlepszą rzeczą jaką mieli. Była to marchew. Minęło wiele dni zanim chłopak doszedł do siebie. Gdy już czuł się wystarczająco dobrze wpadł na pomysł odbicia zamku. O pomoc poprosił swych wybawców. Akcja okazała się udana. Królowa została przepędzona z hukiem. Zemsta smakowała więc dobrze. Na cześć warzywa, którym chłopi nakarmili księcia ich osadę nazwano Marchwinami.

Mężczyzna nie chciał słyszeć o dziecku. Zamurował żywcem ukochaną.

Mężczyzna nie chciał słyszeć o dziecku. Zamurował żywcem ukochaną.

Początek II Wojny Światowej. Rosjanie wzdłuż rzeki Biebrza tworzą umocnienia. Pośród cierpień wielu niewinnych ludzi narodziła się miłość. Gruziński konstruktor  Olek zakochał się bez pamięci w miejscowej dziewczynie o imieniu Maria. W obawie o przyszłość zgromadzili oszczędności, ukrywając je w bunkrze. Młodzi nie chcieli czekać. Szybko wzięli ślub i przygotowywali się do ucieczki za granicę.  Plany zniweczyli Niemcy.

 

Młody inżynier zaginął w czasie walk. Ukochana starała się ze wszystkich sił go odszukać. Ślad doprowadził ją aż do łagru w Grodnie. Tam przekupiła strażnika aby choć na chwilę porozmawiać z mężem. Na miejscu oznajmiła, że spodziewa się dziecka. Wtedy usta mężczyzny wypełniły się krwią. Kula przeszyła jego głowę na wylot. Wydarzenie doprowadziło dziewczynę do załamania. Chciała popełnić samobójstwo. Nie mogła liczyć na rodzinę. Gdy myślała, że zostanie sama, zainteresował się nią jej dawny znajomy, zwany Kulawcem. Mimo że zakochał się w Marii, do dziecka czuł tylko nienawiść.  

 

Kilka dni przed porodem zamurował dziewczynę w bunkrze. Przez mały otwór codziennie dostarczał jej jedzenie. Nakazał też zabić dziecko gdy te tylko przyjdzie na świat. Maria nie miała sumienia tak postąpić. Gdy Kulawcem rankiem usłyszał płacz niemowlaka, wpadł w furię. Odmurował otwór i…no właśnie. Nikt dokładnie nie wie, co się wydarzyło dalej. Jedni twierdzą, że zabił Marię i dziecko. Drudzy są przekonani, że ocalił ich w zamian za ukryte wcześniej skarby. Na biebrzańskich bagnach nieraz jednak widywano kobietę pogrążoną w obłędzie. Tam też znaleziono jej martwe ciało. Wiele osób widziało białą sowę wlatującą do bunkra, gdzie niegdyś zamurowano Marię. Nad Biebrzą wierzy się, że dusze dziewczyn zmarłych z miłości zmieniają się w śnieżnego ptaka.

 

Młodzi bawią się na polanie od lat

Młodzi bawią się na polanie od lat

Fani muzyki alternatywnej nie mogą przejść obojętnie wokół tego wydarzenia. Basowiszcza, czyli Festiwal Młodej Białorusi, przyciągają gości z całego kraju i zagranicy. Miejscem imprezy tradycyjnie jest polana Boryk nieopodal Gródka w powiecie białostockim. Kto bawił się tam raz, wróci na pewno za rok. Wyjątkowa atmosfera wciągnęła już wielu. Pierwsza edycja miała miejsce w 1990 r. 

 

Na scenie prezentują się głównie białoruskie zespoły rockowe, przez co festiwal stanowi istotne wydarzenie dla tej mniejszości narodowej. Pierwszy dzień imprezy zaczyna się zazwyczaj konkursem młodych kapel, który zawsze wyłoni nową gwiazdę. Wcześniej zostały one wyselekcjonowane przez odpowiednie jury. Na deser zostaje koncert czołowych zespołów specjalizujących się w srogich riffach i genialnych solówkach na gitarze. Do tej pory na Festiwalu zagrał chociażby Kult czy Pidżama Porno. Basowiszcza to jednak nie tylko doznania muzyczne. Organizatorzy przewidują liczne konkursy, naukę podstaw języka białoruskiego czy warsztaty kulinarne. 

Janusz z Suwałk zostawił wiadomość

Janusz z Suwałk zostawił wiadomość

Polacy od lat wyjeżdżają za granicę za chlebem. Częstym kierunkiem emigracji są Niemcy, a głównym zajęciem prace budowlane. Kilka dni temu jeden z robotników odnalazł ślady po polskich pracownikach sprzed 35 lat. W ścianie przeznaczonej do wyburzenia ukryta była bowiem buteleczka.

W środku znajdowała się krótka wiadomość spisana na karteczce. Widniała na niej data 14 stycznia 1982 r. Dowiadujemy się też, że dwaj budowlańcy – Janusz z Suwałk i Krzysztof z Kielc, kładli tam tynki przed swoją podróżą do Australii. Ciekawe czy udało im się dotrzeć na miejsce. Być może i tam oddawali się pracom przy wykończeniówce. Obecnie trwają poszukiwania nadawców. Życzymy powodzenia!

Na Podlasiu nikogo nie dziwią. Krzyże szokują przyjezdnych.

Na Podlasiu nikogo nie dziwią. Krzyże szokują przyjezdnych.

O tym że Podlasie jest wyjątkowe nie trzeba nikogo przekonywać. W krajobrazie wsi i małych miasteczek jest jednak coś czego próżno szukać w innych miejscach Polski. Mowa to o przydrożnych krzyżach i kapliczkach. Modlitwy nabierają tam materialnego charakteru.

 

Większość krzyży pochodzi jeszcze z czasów zaborów. Na przełomie XIX i XX w. doszło bowiem do wzrostu aktywności ruchów narodowych i religijnych. W ten sposób starano się również zapomnieć o ciemiężycielu. Liczba krzyży na mieszkańcach Podlasia nie robi szczególnego wrażenia. Traktują je jako coś zupełnie naturalnego. Przyjezdni jednak mogą być nieco zszokowani. Przy wjeździe do wsi – krzyż, na wyjeździe – to samo! Czasem zdarzają się podwójne krzyże. Jeden z nich postawili wyznawcy prawosławia, drugi zaś katolicy.

 

Przydrożny krzyż odgrywał wśród mieszkańców wsi szczególną rolę. Nie każdy miał szansę dojechać do kościoła, dlatego często stanowił imitację świątyni. Przy nim dziękowano za otrzymane łaski, jak i proszono o zakończenie klęsk żywiołowych. Niejednokrotnie stawiano je też właśnie dla ochrony miejscowości przed zarazą. Do dziś przetrwały liczne zwyczaje, jak zdejmowanie czapki, czy zwykłe przeżegnanie się na widok wbitych w ziemię belek. Kondukt pogrzebowy zatrzymuje się zaś z odkrytą trumną przy najbliższym krzyżu. W ten sposób zmarły może pożegnać się ze swoim sąsiedztwem.

Łzy wędrowca przerwały klątwę

Łzy wędrowca przerwały klątwę

Na dawnych ziemiach Suwalszczyzny, pośród gęstej puszczy,  istniało osiedle myśliwych. Mieszkali oni w szałasach, żywiąc się tym, co zdołali upolować. Nad jedną z rodzin osady wisiała straszliwa klątwa. Z pokolenia na pokolenie była przekazywana na najstarszego syna. Młodzieniec pogodzony z losem czekał na dzień śmierci. Cierpiąc na nieznaną dolegliwość nie mógł ani chwili cieszyć się promieniami słońca.

 

W osadzie pewnego lata pojawił się starzec, którego wiedza wykraczała poza ludzki rozum. Gdy zobaczył chłopaka ogarnął go żal. Z jego oczu zaczęły płynąć łzy, tworząc to coraz większe zagłębienie w ziemi. Pustelnik nakazał młodzieńcowi napić się wody ze Zdroju Przyszłości. Ten jednak nie miał pojęcia gdzie ono się znajduje. Starzec powiedział, że wskaże mu je własne serce.

 

Następnego ranka chłopak dostrzegł strumień pod swoją chatą. Bił od niego cudowny blask. To właśnie łzy pustelnika stworzyły źródełko. Młodzieniec nie zwlekając wziął jeden łyk. Wszystkie dolegliwości ustały jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Przy źródełku wykopano studnię, przez co osadę nazwano Studzieniczną.

Narew ukrywa cenny skarb

Narew ukrywa cenny skarb

Niecały kilometr od tzw. Starej Łomży, na rzece Narew znajduje się wyspa, tak zwana Kępa. Według przekazów rozegrała się tam w XVII w. wielka potyczka ze Szwedami. Polacy, chcąc przechylić szalę zwycięstwa na swą stronę, urządzili na nich zasadzkę. Podpiłowali most.

 

Gdy tylko wojska nieprzyjaciół wkroczyły na niego, most runął z hukiem. Krzyk rozprzestrzenił się na dziesiątki kilometrów. Jeden po drugim wpadali bezwładnie w objęcia rzeki. Narew i jej brzegi pełne były martwych Szwedów. Polacy odnieśli sukces. W miejscu przeprawy z ciał poległych powstała wyspa. Rybacy twierdzą, że na dnie rzeki nadal można znaleźć liczne monety i kamienne kule. Raz za razem woda wyrzuca kości poległych.

 

 

Nad miastem przeleciał tajemniczy obiekt

Nad miastem przeleciał tajemniczy obiekt

W Sokółce na Podlasiu dochodzi do tajemniczych zjawisk. Chyba nie ma nikogo, kto nie słyszałby o przemienieniu hostii w ludzkie serce. Mało jednak wie o tym, że nad miastem kilkanaście lat temu przeleciał niezidentyfikowany obiekt. Czyżby to sprawka Białorusinów? 

 

Dochodziło do północy. Świadek, leżąc w łóżku, na chwilę doznał paraliżu. Gdy niedowład ustąpił, udał się do okna. Odsłonił zasłony. Ku wielkiemu zdziwieniu zauważył jasne światło przypominające gwiazdę. To nie były złudzenia. Obiekt widzieli również inni domownicy. Ten poruszał się chaotycznie. Przybliżał się i oddalał. Jego zachowanie nie przypominało żadnego samolotu czy innej konstrukcji. Rodzina postanowiła przypatrzeć się zjawisku z bliska. Wyszli na zewnątrz. Jako że obiekt zaczął się oddalać, zaczął się pościg.

 

Jadąc samochodem dostrzegli, że na trasie przelotu tajemniczego pojazdu gasną wszystkie światła. Mimo nocnego chłodu, temperatura otoczenia była zaskakująco wysoka. Obiekt zatrzymał się nad łąką. Zniżył swój lot do kilkunastu metrów. Kształtem przypominał autobus. Miał 10 m. długości i ok. 3 m. wysokości. Wydawał też dźwięk przypominający buczenie. Od spodu wydawał się posiadać konstrukcję przypominającą poduszkowca. Reszta była w metalicznym charakterze.

 

Pojazd wykonał kilka nagłych obrotów po czym odleciał z nietypową trajektorią. Próba uchwycenia go w obiektywie aparatu w komórce skończyła się niepowodzeniem. Obiekt był widziany tej nocy przez wiele osób. Niestety zjawisko ze względu na brak specjalistów w okolicy nie mogło być zbadane. Możemy domniemywać, iż mógł być to tajny wojskowy pojazd.

Niemcy zmienili zabytek w bunkier

Niemcy zmienili zabytek w bunkier

Pałacyk zlokalizowany na białostockich Dojlidach, powstał w latach 60-tych XIX w samym środku folwarku. Wybudował go senator Alekander Kruzensztern. Jego okazały taras umożliwiał podziwianie największego z sąsiadujących stawów. Budynek stylizowano na neorenesansową wille włoską, choć posiadał również wstawki klasycystyczne. Największe wrażenie robi skierowana ku północy fasada.

 

Do dziś nie wiadomo nic o wystroju pałacowych komnat. Nie zachowały się żadne fotografie i rysunki. Jako że gościły samego cara Mikołaja II musiały opływać w luksusy. W czasie wizyty właścicielką pałacu była hrabina Zofia Rudigerowa. Największy rozkwit obiektu nastąpił dzięki staraniom Jerzego Lubomirskiego. Rozbudował on okoliczny browar, przez co stał się głównym zakładem w regionie. Lubomirski znacznie rozbudował okalający pałac park, zajął się też stawami, które dawały 50 tys. kilogramów ryb rocznie.

 

Okres prosperity skończyła II Wojna Światowa. Wpierw Rosjanie zniszczyli wnętrza, zaś Niemcy rozebrali wschodnie skrzydło na rzecz budowy bunkra. Szef niemieckiej administracji nie spędził  w nim zbyt wiele czasu. Dowiedziawszy się o planowanym zamachu wytrzymał w pałacu tylko jedną noc. Po zakończeniu wojny pałac został przekazany szkole rolniczej, a następnie prywatnej uczelni, która doprowadziła do remontu generalnego, przywracając obiektowi dawny blask.

 

 

 

 

 

 

Nawet dzieci mogą spróbować swych sił

Nawet dzieci mogą spróbować swych sił

Do najczęstszych rozrywek wybieranych przez turystów przebywających w Augustowie i okolicach, należą zdecydowanie spływy kajakowe. Co najważniejsze,  każdy ma wpływ na wybór trasy i jej długość. Dzięki temu w takich wyprawach uczestniczą również dzieci. Spływy mogą być zarówno jednodniowe, jak i trwać przez prawie cały tydzień. Wówczas to po drodze zapewnione są inne atrakcje, uwieńczane nocowaniem nad brzegiem jezior. Trasy wiodą przez malownicze tereny Puszczy Augustowskiej – bagna i łąki.

 

Spotkamy na swej drodze różnego rodzaju ptactwo i rzadkie rośliny. Najczęściej wybiera się spływy po Czarnej Hańczy, jeziorze Sajno, Rospudzie i Netcie. Niezwykle ciekawa jest trasa biegnąca przez Dolinę Rospudy. Miejscami możemy mieć wrażenie, że jest to rzeka górska. Kamieniste dno, szybki nurt i powalone drzewa – to jej cechy charakterystyczne. Cała podróż może trwać nawet do pięciu dni, a jej łączna długość liczy łącznie około 105 km.

Turyści nie wejdą do świątyni

Turyści nie wejdą do świątyni

Na terenie Bielska Podlaskiego odnajdziemy liczne budowle sakralne. Jedną z ciekawszych jest bez wątpienia drewniana cerkiew św. Michała Archanioła. Działkę pod jej budowę podarował sam król Zygmunt I Stary, lecz sama cerkiew powstała za pieniądze wiernych. Większa część konstrukcji pochodzi z końca XVIII w. Niektóre fragmenty, w tym też dzwonnicę dobudowano znacznie później.

 

Świątynia posiada oprócz głównej wieży, jeszcze trzy mniejsze. Ciekawostką jest fakt, że ikony zdobią cerkiew zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz.Ponad wejściem do świątyni zauważymy ikonę jej patrona – św. Michała Archanioła. Na tyłach cerkwi ulokowano baptysterium, a tuż przy niej dom parafialny.Wnętrze obiektu nie jest dostępne dla turystów.

Odstraszały wroga. Nikt nie zdołał ich zdobyć.

Odstraszały wroga. Nikt nie zdołał ich zdobyć.

Dużą atrakcją dla fanów historii i militariów jest Twierdza Osowiec, nazywana również polskim ”Verdun”. Odnajdziemy ją kilkadziesiąt kilometrów na północ od Białegostoku, w powiecie monieckim. W 1988 r. wpisano ją do rejestru zabytków. Niegdyś stanowiła istotny element umocnień imperium rosyjskiego, doskonale wykorzystując walory obronne bagien biebrzańskich. Budowę twierdzy zaczęto w 1882 r. by zakończyć 10 lat później. Towarzyszył jej rozkwit gospodarczy regionu.

 

Wzrósł transport kolejowy i rozwinął się handel. Do wybuchu I wojny światowej prowadzono prace modernizacyjne, które skupiały się na wzmacnianiu ceglanych budowli dolewkami betonu. W sumie stworzono cztery forty – Centralny, Zarzeczny, Szwedzki i Nowy. Umocnienia zdały swój egzamin celująco. Żołnierze opuścili twierdzę dopiero ze względu na niekorzystną sytuację na froncie. W czasie II Wojny Światowej, sam fakt jej istnienia odstraszył wroga, do czego przyczyniły się również zapory przeciwczołgowe.

 

Na terenie tego pierwszego fortu, dzięki Osowieckiemu Towarzystwu Fortyfikacyjnemu, utworzono Muzeum Twierdzy Osowiec. Oddano również do zwiedzania trasę historyczno – przyrodniczą. W podziemiach budowli wojskowych znajduje się jedno z największych zimowych nietoperzy w Polsce. Ze schronami wiążą się liczne legendy. Oprócz czarnej damy mamy tu też tunel śmierci, gdzie pokutuje duch rosyjskiego oficera.

Noblistka odpoczywała na Podlasiu

Noblistka odpoczywała na Podlasiu

Giełczyn to niewielka wieś w powiecie łomżyńskim. Jak w większości małych miejscowości na Podlasiu, jej centrum stanowi świątynia. Kościół, choć nieczynny jest perełką architektury sakralnej. Przed laty w kościele widywano młodą Marię Skłodowską, uczęszczającą wówczas jeszcze do gimnazjum.

 

W 1884 r. przebywała razem z siostrą Heleną  w domu zamożnego Francuza Ludwika de Fleury – nauczyciela syna hrabiego Potockiego. Jego żona była zaś dawną uczennicą matki dziewczyn. Stąd też wcześniejsza znajomość.

 

Przyszła noblistka przywożona była powozem na mszę z pobliskiego dworku w Kępie Giełczyńskiej. Z pamiętnika Heleny można dowiedzieć się, że to było wyjątkowo szalone lato. Ponoć robiły to, co nie przystoi córkom tak poważnego ojca. Dziewczyny zachwycone pięknem okolicznej przyrody przez długie lata wspominały wyjazd.

Te zwierzęta na Podlasiu zwiastują śmierć

Te zwierzęta na Podlasiu zwiastują śmierć

Wschodnie regiony Polski pełne są mistycyzmu. Liczne przesądy i zabobony niegdyś stanowiły nieodłączny element codzienności. Na Podlasiu wierzy się, że niektóre zwierzęta mogą przewidzieć śmierć. Najczęstszym zwiastunem jest wycie psa. Wydaje się, że to nic szczególnego. Psy bowiem wyją w innych sytuacjach. Gdy jednak ktoś z rodziny przebywa choćby w szpitalu, a pysk wyjącego psa skierowany jest ku ziemi, trzeba być przygotowanym na najgorsze.Rzadziej praktykowana wróżba wiąże się z koniem. Jeśli kopał on pod domem gdzie leżał chory, wkrótce zawita tam śmierć. Dawniej uważano również, iż jeśli konie wiozące księdza, obejrzą się za siebie, lub będą spocone, to kostucha czyha w pobliżu. 

Ciekawym zwiastunem śmierci są krety, a właściwie ich kopce pod domem. Zwierzęta miały w ten sposób wyprowadzać duszę z gospodarstwa. Na wsiach panowało również przekonanie, iż nieszczęście przynosi piejąca kura. Dlatego też praktykowano tzw. przemierzanie. Polegało ona na mierzeniu kurą domostwa. Wygląda to dosyć absurdalnie trzeba przyznać. Gdy na progu wypadła głowa, ptaka należało zabić, jeśli zaś ogon, trzeba było go odciąć. Miało to ochronić domownika od szponów śmierci. Ludzie obawiali się ponadto sowy, a dokładnie jej złowieszczego odgłosu ”pódź, pódź”. Jeśli taki dźwięk unosił się w powietrzu, nie było już ratunku.

Król zgubił się w lesie. Pomógł mu pszczelarz.

Król zgubił się w lesie. Pomógł mu pszczelarz.

Królewski fach

W XVI w. granice Rzeczypospolitej sięgały daleko na zachód. Większość obszaru pokrywały gęste lasy z dziką zwierzyną. Możni traktowali polowania  głównie jako rozrywkę. Młodszym pozwalały też udowodnić swoje męstwo. Na jedną z takich wypraw do puszczy wyruszył król Zygmunt August z dynastii Jagiellonów. Towarzyszyła mu świta i lokalna szlachta. Król niejednokrotnie już odwiedzał obfitujące w jelenie tereny łowieckie. W jego pamięci zapadła też dziewczyna o imieniu Netta, która w czasie jednej eskapady uratowała mu życie. Ten jednak nie zraził się i nadal gustował w polowaniach.

Domek w głębi lasu

Nowa przygoda rozpoczęła się od nieudanego strzału. Ostrze nie zatopiło się wystarczająco głęboko w korpus jelenia. Zranione przez króla zwierzę uciekło w popłochu w głąb lasu. Król rozpoczął pogoń. Bicie jego serca było równie szybkie jak galop. Reszta kompanów została zaś daleko z tyłu. Wysiłek i determinacja łowcy został nagrodzony. Zwierzę padło, lecz Zygmunt August nie potrafił odnaleźć drogi powrotnej. Las wydawał się nie mieć końca. Przez wiele godzin włóczył się pośród gęstwin. Jego jedynym towarzyszem była zaś cisza. Gdy już opadał z sił natknął się na drewnianą chatkę.

 

W progu przywitał go młody mężczyzna z żoną i trojgiem dzieci. Ten nie miał pojęcia kim jest jego niespodziewany gość. Król zaproponował wymianę. Jeleń za ciepłe danie.  Między mężczyznami nawiązała się szczera rozmowa. Gospodarz okazał się bartnikiem, który chcąc wyżywić rodzinę, musiał opuszczać dom na wiele tygodni. Zygmunt przejął się opowieścią, nie pozostając obojętnym. Obiecał pomoc. Następnego dnia bartnik wskazał królowi właściwą drogę. Tuż po jego wyjściu pod chatką pojawiła się cała świta. Na twarzy mężczyzny zagościł szok i niedowierzanie.

Obietnica

Minął dłuższy czas od królewskiej wizyty. Bartnik nadal był zmuszony do dalekich wypraw. Obietnica króla odeszła w niepamięć. Jeden z powrotów okazał się być najszczęśliwszym dniem w życiu mężczyzny. Wokół chatki pracowała setka ludzi. Na krześle w środku domu siedział zaś król. Bartnik z łzami w oczach padł na kolana. Władca kazał mu jednak wstać i oznajmił mu, że wybuduje tu miasto, a nazywać się będzie Augustowem. Tym samym bartnik znajdzie kupców pośród nowych mieszkańców.

 

Był wizytówką miasta. Legł w gruzach.

Był wizytówką miasta. Legł w gruzach.

Po upadku powstania listopadowego w Białymstoku nastąpił rozwój przemysłu. Między Królestwem Polski a Rosją wprowadzono granicę celną, powstała też kolej na linii Warszawa – Petersburg. Prym wiodło włókiennictwo dzięki czemu miasto określono jako ”Manchester Północy”. Doskonałe warunki handlowe zauważyli biznesmeni rosyjscy i francuscy. Postanowiono wybudować hotel dla kupców. Carl Ritz wyraził zgodę na firmowanie obiektu swoim nazwiskiem. Miał być to jego piąty obiekt w Europie.

Trzypiętrowy budynek powstał tuż przy Pałacu Branickich. Szybko stał się wizytówką miasta zyskując miano najbardziej eleganckiego hotelu. Przejście obrotowych drzwi dawało dostęp do świata luksusu. Jako pierwszy w mieście posiadał windę. Marmurowa podłoga i schody robiły wrażenie na gościach, których większość stanowili oficerowie i właściciele fabryk. Hotel gościł w swych progach liczne sławy i wybitne osobistości, jak choćby Polę Negri czy Hankę Ordonównę. Nie każdego oczywiście było stać na pobyt. Bez  smokingu nikt z panów nie mógł przekroczyć progu.

Na parterze umieszczono bank, zakład fryzjerski i restaurację, która serwowała wykwintne dania. Powstały jednak o niej liczne humorystyczne opowieści. Jeden kotlet, który gość uznał za nieświeży został przewieziony na policję w celu przeprowadzenia badań i analizy. W ofercie hotelu znajdowało się ponad 50 ekskluzywnych pokoi. Co jakiś czas odbywały się w nim pokazy paryskiej mody. Wkrótce zaczęło funkcjonować kino ”Gryf”, którego nazwa nawiązywała do bramy wjazdowej Pałacu Branickich. Hotel zniszczyli w 1944 r. wycofujący się Niemcy. Odbudowa miasta nie uwzględniała hotelu więc postanowiono całkowicie go wyburzyć.

Lwy wykopały mu grób. Świętego czczą głównie na Podlasiu.

Lwy wykopały mu grób. Świętego czczą głównie na Podlasiu.

Święty Onufry czczony był głównie w nadbużańskich podlaskich miejscowościach przez wyznawców kościołów wschodnich, prawosławia i grekokatolicyzmu. Tradycja przedstawia go jako starca z długą brodą, która stanowi często jego jedyne odzienie. Jaki syn perskiego króla, wyrzekł się bogactw i został mnichem. Przez ponad 60 lat mieszkał potem samotnie na pustyni. Tam też umarł, a grób wykopały mu dwa lwy.

Kult rozpoczął się za sprawą cudu. Święty ukazał się rybakom w czasie połowu mówiąc: ”W tym miejscu będą sławić moje imię”. Kilka chwil później z nurtem rzeki Bug przypłynęła ikona. Wieść szybko się rozeszła po okolicy. Nad rzekę przybywały liczne procesje. Kilka mężczyzn musiało pełnić straż nad ikoną aby ta w żaden sposób nie uległa uszkodzeniu. Cała postać świętego jest troszkę przyciemniona. Św. Onufry przyjmuje w niej pozycję siedzącą, a jego broda wydaje się być spleciona w warkocz. Cała postać otoczona jest przez poświatę.

W miejscowości Drelowo odnajdziemy świątynię pod jego wezwaniem, gdzie 12 czerwca odbywają się huczne uroczystości. Z kolei obrazy przedstawiające udzielanie komunii przez anioła umieszczono w kościele w Leśnej Podlaskiej. Św. Onufry pomaga szczególnie tym, którzy nie mogą doczekać się potomstwa lub mają trudności z wyborem drugiej połówki.

Turcy wywieźli z Bialegostoku złoto i zwierzęta

Turcy wywieźli z Bialegostoku złoto i zwierzęta

W polskiej telewizji ostatnimi czasy modne są tureckie seriale. Jedne z nich rozgrywają się w czasach współczesnych, drugie setki lat wstecz. Te ostatnie całkiem dobrze oddają realia polityki sprzed kilkuset lat. Posłowie tureccy odwiedzili niegdyś Białystok. Istniał wówczas zwyczaj, że przed wizytą u króla, wpierw przyjeżdżali do hetmana wielkiego koronnego.  To on musiał ponieść wszelkie koszty utrzymania delegacji a były one olbrzymie. Nieraz trwały one całe miesiące, lecz hetman Branicki miał na tyle szczęścia, że Turcy przebywali w Białymstoku 17 dni.

Przedłużanie odwiedzin było na rękę Turkom. Kto bowiem nie lubi pławić się w luksusie? Wizyta posłów, którzy przybyli do Białegostoku po blisko 50-cio dniowej podróży, odbiła się szerokim echem. Większość wydatków związana była z drogimi podarunkami. Posłowie otrzymywali złoto, srebro, tkaniny, broń a nawet psy rasy brytan, niezwykle cenione w Turcji. Hetman przygotował ponad 12 zwierząt. Sułtan z pewnością się ucieszył. Wydatki jakie musiał ponieść hetman w części zostały zwrócone przez Skarb Państwa.

Ksiądz postawił na swoim

Ksiądz postawił na swoim

Kościół św. Rocha to jedna z wizytówek miasta. Zanim przystąpiono do budowy odbył się nietypowy konkurs architektoniczny. Warunkiem zgłoszenia się było stworzenie projektu świątyni mieszczącej do 3 tys.osób.  Chętni nie mieli zbyt dużo czasu, gdyż tylko pół roku. Nadesłano ponad 75 prac. Wszystkie z nich pokazano na specjalnej wystawie zorganizowanej w Pałacu Branickich. Organizatorzy zapomnieli wcześniej wystawić ogłoszenie o tym wydarzeniu, co odkręcono dopiero po kilku dniach.

 

Choć ogłoszenie zwycięzcy miało być formalnością, tak się nie stało. Organizator akcji, proboszcz Adam Abramowicz już wcześniej dogadał się z autorem i inwestorem. Jury ku jego zdziwieniu wybrało inne prace. Odwiedzającym wystawę z kolei spodobały się bardziej ekstrawaganckie propozycje.

 

Jakież musiało być zdziwienie zwycięskiego zespołu architektów, gdy przyjechawszy na miejsce, dowiedzieli się, że z ich planów nici. Ksiądz postawił na swoim. Dlaczego więc odbył się konkurs? Wszystko jest owiane tajemnicą. Wiadomo jednak, że większość projektów w ogóle nie przypominała budowli sakralnych. Proboszcz A. Abramowicz określił je jako ”dziwolągi w sztuce kościelnej”.

Ten las miejscowi omijają szerokim łukiem

Ten las miejscowi omijają szerokim łukiem

Powiat białostocki. Okolice Płonki Kościelnej. Mały las nazywany przez mieszkańców Sękowce od lat skrywa swoje tajemnice. Niedaleko od niego odnajdziemy Sanktuarium Matki Bożej Podlasia. Przepływa tam też rzeka Narew. Spacerowicze bez trudu dotrą też do kładki w Waniewie.

 

Przy lesie przed laty powstał szlachecki zaścianek. Nawiedziła go zaraza, którą przetrwała tylko jedna rodzina. Morowe powietrze miało być bożą karę za zasypanie źródełka. Inne wsie wyszły bowiem bez szwanku. Chorzy, wiedząc jaki los ich czeka, wykopali podłużny rów. Siadali przy nim, a gdy nadszedł ich kres bezwładnie staczali się do środka. Wieś wyludniła się. Po latach rozpoczęły się powroty krewnych, którzy postanowili upamiętnić tamte wydarzenia. Zaplanowano budowę kościoła na skraju lasu. Fundamenty jednak zapadły się pod ziemię a wokół lasu spadł ziemie. Uznano to za znak. Mieszkańcy wspomogli budowę innej świątyni.

 

W lesie dzieją się naprawdę niepokojące rzeczy. Wielu na polnej drodze widziało konia, który znikał niczym mgła. Wieczorami można spotkać złotą karetę z białymi końmi. Woźnicy jednak próżno szukać. Najbardziej znana jest historia o Żydzie, który niegdyś skupywał zwierzęta. Pewnego dnia zauważył on czarnego barana. Zapakował go na wóz, lecz koń nie dał rady odjechać. Zdziwiony mężczyzna udał się do wioski. Gdy wrócił jego pojazd wisiał na drzewie, a po zwierzętach nie było śladu. 

 

 

Ludzie z balkonu odbierali nadzieję

Ludzie z balkonu odbierali nadzieję

Balkon Pałacu Branickich w Białymstoku przez niektórych określany jest jako symbol przekazywania niekorzystnych informacji. Wszystko zaczęło się w 1920 r. Tymczasowy Komitet Rewolucyjny ogłosił powstanie Socjalistycznej Republiki Rad. Robotnicy zostali wezwani do ostatecznej rozprawy z kapitalistami. Zgromadzeni na dziedzińcu Białostoczanie byli zszokowani. Wolność znów została odebrana.

Na szczęście rządy bolszewików trwały niecałe trzy tygodnie. Tablica informująca o dawnej siedzibie TKR wylądowała w podziemiach, choć przez długi czas była umieszczona na froncie obiektu. Koszmar powrócił jednak 20 lat później. Dowódca Armii Czerwonej ogłosił włączenie Białegostoku do Zachodniej Białorusi. Po II Wojnie Światowej Pałac stał się siedzibą uczelni medycznej. Tak zostało do dzisiaj.

Puszczę przeniesiono pod dach

Puszczę przeniesiono pod dach

Najstarszym muzeum w województwie podlaskim jest Muzeum Przyrodniczo-Leśne w Białowieży. Prezentacja zbiorów opiera się on na nowoczesnych technologiach i w niczym nie przypomina kojarzącego się ze słowem muzeum zwiedzania wystaw w gablotach za szkłem. Na wystawach podziwiać można fragmenty ekosystemu Puszczy Białowieskiej oraz pełne sceny z życia zwierząt, np. żery wilków. W muzeum zobaczymy również fazy rozkładu drewna i inne procesy ekologiczne.

 

Twórcy wystaw zadbali o pełną oprawę dźwiękową i świetlną ekspozycji, dlatego zwiedzając poszczególne wystawy towarzyszą nam odgłosy zwierząt, śpiewy ptaków i inne dźwięki puszczy. Ponadto, przygotowane makiety są otoczone wielkoformatowymi fotografiami. Wszystko to sprawia, że zwiedzający muzeum mogą poczuć się niemal jak w puszczy. Wystawom przyrodniczym towarzyszy również ekspozycja kulturowa ukazująca sposoby użytkowania puszczy na przestrzeni dziejów.

 

Po Muzeum Przyrodniczo-Leśnym w Białowieży oprowadza przewodnik, jednak innowacyjny charakter muzeum pozwala na pozyskiwanie dodatkowych informacji na temat puszczy w zainstalowanych przy wystawach ekranach dotykowych. Istnieje możliwość zwiedzania muzeum samodzielnie (wejście grupy kilkuosobowej). Pomocne wtedy stają się elektroniczne przewodniki po wystawach.

 

W cenie biletu otrzymujemy audio-przewodnik, który opisuje poszczególne ekspozycje. Muzeum Przyrodniczo-Leśne w Białowieży ma jeszcze jedną ważną zaletę. Cały obiekt jest przystosowany do potrzeb osób niepełnosprawnych – budynek nie stwarza barier architektonicznych, sprzyja poruszaniu się na wózku, a w przypadku osób niewidomych możliwe jest dotykowe poznawanie niektórych eksponatów.

Na Rynku kwitł handel i przestępczość

Na Rynku kwitł handel i przestępczość

Dziś wizytówka Białegostoku. Dawniej daleki był od ideału. Obok renomowanych restauracji, niektóre lokale siały zgorszenie. Uroczystości państwowe i wizyty ważnych osobistości mieszały się ze spotkaniami białostockiego półświatka. Poznajcie dzieje Rynku Kościuszki.

Szczęście w nieszczęściu

XVIII-to wieczny Białystok znajdował się na skrzyżowaniu traktów handlowych prowadzących z Choroszczy, Suraża i Wasilkowa. Dokładną lokalizacją owego skrzyżowania był właśnie Rynek Kościuszki, nazywany wówczas placem bazarnym. Układ miejski był wynikiem…nieszczęścia. Pożar jaki nawiedził miasto w 1753 r. oznaczał konieczność przebudowy centrum.

 

Na wschodniej części placu postawiono figurę św. Floriana, czyli patrona strażaków. Obok niego umiejscowiono dwie pompy z wodą. Na zachodniej stronie można podziwiać było drewnianą rzeźbę bogini sprawiedliwości – Temidy. Na wylocie obecnej ulicy Sienkiewicza zainstalowano zaś w 1892 r. fontannę. Działała jednak tylko przez dwie godziny i to w dni świąteczne. W okresie międzywojennym pełniła rolę urzędu pracy na świeżym powietrzu. Zbierali się przy niej głównie bezrobotni. Na placu rynkowym umieszczono także tzw. pal hańby. Wykonywano tam wyroki, które miały miejsce podczas jarmarków. Najważniejszy z nich odbywał się 24 czerwca na św. Jana.

 

Ciemny zaułek

Jako że przez rynek przechodziło tysiące osób dziennie, stanowił idealne miejsce dla złodziei. Nie było praktycznie dnia bez kradzieży. Oszustów też nie brakowało. Gra w trzy karty nie jednego wpędziła w kłopoty. Mnogość lokali została zauważona przez poważniejszych przestępców. Postrach budziła grupa nazywana Czarną Ręką.  Zanim została rozbita trudniła się haraczami i wymuszeniami. Handlowcy musieli im płacić więc ”za ochronę”.

Ratusz wielofunkcyjny

Żaden mieszkaniec Białegostoku nie wyobraża sobie Rynku bez ratusza. Jego historia zaczęła się w w połowie XVIII-go wieku. Ratusz, mimo że przechodziły obok niego tłumu nigdy nie stanowił siedziby władz miasta. Na początku był zwykłym parterowym obiektem. Mieściły się w nim sklepy, wkrótce też dobudowano narożne pawilony. Wszystko to zasługa żydowskich kupców. Szacuje się że w pewnym momencie znajdowało się w nim ponad sto lokali.

 

Wieża w ratuszu pojawiła się w 1761 r. Warto wiedzieć, że pierwotnie była ona sporo niższa niż obecna. Kolejna kondygnacja powstała dużo później.  Ulokowano w niej areszt i salę sądową, przez co raczej kryminaliści nie mieli o niej dobrych wspomnień. Używali jej też strażacy do obserwacji miasta. Nie tylko ogień jednak był niebezpieczny. Nieuregulowana Białka zmieniała się przed laty nieraz w rwący potok.

 

Dobra passa ratusza trwała do II Wojny Światowej. Rosjanie rozebrali konstrukcję i w jej miejsce planowali postawić pomnik Stalina. Odbudowa nastąpiła dopiero w 1953 r. dzięki konserwatorowi zabytków Władysławowi Paszkowskiemu. Ratusz przestał być jednak swego rodzaju centrum handlowym. Od tej pory służył kulturze, a obecnie mieści się w nim Muzeum Podlaskie.

Bazar wiecznie żywy

Rynek bazarny stał się oficjalnie Rynkiem Kościuszki w 1919 r. Oprócz funkcji handlowej stał się miejscem obchodzenia świąt religijnych i państwowych. Na okazję obchodów powstania styczniowego wzniesiono pomnik z białym orłem. Okazał się jednak mało odporny na zmiany pogody przez co wkrótce został zmieniony na Płytę Nieznanego Żołnierza. Jako że Rynek stanowił równocześnie miejsce różnego rodzaju reklam nieraz doszło do większych lub mniejszych ekscesów. W dniu uchwalenia konstytucji 3 maja pojawił się na rynku wielki plakat zwiastujący film o nimfomance.

Tacy sami

Rynek Kościuszki zarówno dzisiaj, jak i dawniej stanowił ulubione miejsce spotkań Białostoczan. Z pewnością każdy znajdzie tam coś dla siebie. Kawa, ciastko, kwiaty, pamiątki – do wyboru, do koloru. Cukiernie i restauracje istnieją tam od dawna i nic nie zanosi się na to abyśmy przestawali wydawać tam pieniądze. 

 

Zawodnicy rywalizują na kosy

Zawodnicy rywalizują na kosy

Co roku we wrześniu nad Biebrzą organizowane są mistrzostwa świata. Panowie walczą na kosy. Na szczęście nie miedzy sobą. Mają tylko jedno zadanie – jak najszybsze skoszenie stu metrowego pasa bagiennej łąki. Sędziowie poza czasem sprawdzali czy zachowali odpowiednią dokładność czy szerokość. Tym samym dobrą zabawę łączy się z ochroną przyrody. Cenne siedliska BPN mogą być utrzymane tylko przy ścinaniu krzewów czy trzcin.

W ostatniej edycji zawodów wzięło udział 23 zawodników. Oprócz Polaków na starcie stanęli Belgowie, Czesi czy Białorusini. Dzięki uczestnictwie debiutantów wiadomo, że tradycja sianokosów na razie nie zaginie. Osoby, które nie koniecznie pewnie czują się z kosą w ręku, mogły z kolei zmierzyć się w konkursie wiedzy na temat ochrony biebrzańskich łąk. Sianokosy zawsze kończą się występami muzycznymi.

Osadnicy umierali z głodu. Winowajcę wskazały ptaki.

Osadnicy umierali z głodu. Winowajcę wskazały ptaki.

Setki a nawet tysiące lat temu na pewnym wzgórzu otoczonym z każdej strony lasami żył król Bokobrody wraz ze swoją żoną Klementyną. Czasy szczęśliwego panowania zostały jednak przerwane. W osadzie pojawił się głód. Wielu nie przeżyło. Król nakazał rycerzom udać się na wyprawę po zwierzynę. Tą ciężko było odnaleźć. Tereny wydawały się całkowicie opustoszałe. Nagle na niebie dostrzegli przelatujące sokoły.

 

Rycerze z zaciekawieniem ruszyli za nimi. Po kilku godzinach natknęli się na pieczarę, w której żył dwugłowy smok. To on był przyczyną głodu. Zwierzęta bowiem w strachu uciekały z okolicznych lasów. Do walki z bestią wyznaczono jednego z rycerzy. Ostrza dosięgły winowajcę. Po ciężkiej walce udało się. Skąpany krwią potwora wojownik mógł zatriumfować. Na cześć ptaków, które wskazały jaskinię smoka osadę nazwano Sokoły. Mieszkańcy już nigdy nie zaznali głodu.

Maluch z Suwałk poleci do Ameryki

Maluch z Suwałk poleci do Ameryki

Jakiś czas temu media obiegło zdjęcie z Tomem Hanksem pozującego przy bordowym Fiacie 126p. Aktor pochwalił się w mediach społecznościowych, że to jego nowo auto. Choć fotografię zrobił na Węgrzech, to właśnie w Polsce wybuchł prawdziwy szał. Mieszkańcy Bielsko-Białej, gdzie produkowano ten kultowy pojazd, wpadli na pomysł sprezentowania popularnego malucha. Najpierw jednak należało znaleźć odpowiedni egzemplarz. Po ulicach Stanów Zjednoczonych samochody zabytkowe muszą pochodzić co najmniej z rocznika 75. Inaczej nie są dopuszczone do ruchu.

 

Odpowiedniego Malucha znaleziono w Suwałkach.  Stamtąd przewieziono go za darmo do pomysłodawców akcji. W symbolicznym wyjeździe malucha z Suwałk wziął udział Czesław Renkiewicz, prezydent miasta, który na ręce inicjatorki przekazał list skierowany do Toma Hanksa oraz obraz, na którym widnieje suwalski urząd miejski. W Bielsko-Białej przeprowadzono generalny remont, choć pojazd miał tylko nadżarte progi.  Akcją zainteresował się słynny polski rajdowiec Rafał Sonik. To on sfinansował Malucha w całości. Zebrane podczas zbiórki pieniądze przekazano na szpital pediatryczny. Auto wkrótce polecieć ma za ocean.