To najciekawsza atrakcja  Narwiańskiego Parku Narodowego!

To najciekawsza atrakcja Narwiańskiego Parku Narodowego!

W dolinie Narwi można spotkać nietypowe drewniane łodzie, które pozwalają dostać się w mało dostępne miejsca. Mowa tu o tzw. pychówkach. Nazwa powiązana jest ściśle z techniką pływania. Aby odepchnąć się od dna należy używać długiego wiosła bądź tyczki. Przed laty pychówki służyły głównie do połowu czy przewozu siana. Nieraz umieszczano na nich również zwierzęta.

 

Spływy pychówką należą do jednych z ciekawszych atrakcji Narwiańskiego Parku Narodowego. Takie podróże mogą trwać nawet do pięciu godzin. W ich czasie dostrzeżemy, zwłaszcza latem wiele gatunków ptaków i innych zwierząt. Łodzie pomieszczą dwie osoby i przewodnika, a to ze względu na dosyć ograniczone rozmiary – 4 m. Dzięki flisakom wiele turystów nie musiało błądzić po dolinie. Znając teren jak własną kieszeń zawsze sprowadzą przyjezdnych do przystani.

Był bardzo ciekawski. Za karę zamienił się w bociana.

Był bardzo ciekawski. Za karę zamienił się w bociana.

Przenieśmy się do czasów Jaćwingów. Na Podlasiu żyło wówczas wielu mężczyzn, których można określić jako nieustraszonych. W końcu lasy były pełne dzikiej groźnej zwierzyny. Jedną z takich osób przywołał Wielki Perun, czyli władca gromów. Dał mu zadanie. Worek, w którym umieścił wszelkie plagi i nieszczęścia miał zanieść nad Bug i rzucić w środek rzeki. Nie mógł jednak zajrzeć do środka. Mężczyzna zgodził się. Zmęczony drogą przysiadł na polanie gdzie spotkał duchy.

 

Jeden z nich przemówił i nakazał mu zaspokoić ciekawość. Tak też zrobił. Ze swego więżenia uciekły plagi. Człowiek czym prędzej powrócił do Peruna. Ten nie miał innego wyjścia jak wymierzyć surową karę. Zapowiedział, że od tej pory nie będzie miał własnego kraju ani domu. Perun rzucił w mężczyznę kawałek węgla. Ten przemienił się w bociana. Od tego czasu żałuje swego gniazda, które zostawił w ciepłych krajach. Gdy zaś we wrześniu udaje się do ciepłych krajów, tęskni za podlaskim gniazdem. Z żalu czerwienieją mu dziób i nogi.

Romeo i Julia po podlasku. Myśliwy zastrzelił kochanków w jeziorze.

Romeo i Julia po podlasku. Myśliwy zastrzelił kochanków w jeziorze.

Okolice Tykocina. W czasach potopu szwedzkiego nad brzegiem jeziora Gałduś żyły dwa zwaśnione rody. Wszystko zaczęło się od odmiennych poglądów politycznych. Jedni poparli Janusza Radziwiłła, drudzy Pawła Sapiehę. Po przegnaniu Szwedów konflikt nie ustał. Na przełomie wieków pojawiło się potomstwo. W jednym z rodów na świat przyszła córka, w drugim syn. Mimo sporów rodziców, młodzi dorastali razem.

 

Najpierw połączyła ich przyjaźń potem miłość. Dobrze wiedzieli, że nie mogą żyć szczęśliwie. Pewnej jesieni postanowili spotkać się nad jeziorem i uciec jak najdalej. Kochanków szpiegował jednak już od kilku miesięcy wynajęty myśliwy. Doniósł o romansie rodzicom dziewczyny.

 

Ojciec i bracia młodej niewiasty czekali już nad brzegiem. Para zakochanych nie zdołała nawet osiodłać koni. Dziewczyna podjęła desperacki krok i rzuciła się do jeziora. Za nią podążył ukochany. Padły strzały. Kochankowie już nigdy nie wynurzyli się z głębokiego jeziora. W październikową noc ponoć nadal można ich ujrzeć. Zaznają spokój tylko wtedy, gdy rodziny dojdą do porozumienia.

Studenci poczekają na gwiazdy

Studenci poczekają na gwiazdy

Na jego miejscu powstaną nowoczesne apartamenty. Stworzone dzięki niespotykanej pasji przeszło do historii. Obserwatorium astronomiczne Wydziału Fizyki Uniwersytetu w Białymstoku zostało rozebrane w kwietniu zeszelgo roku. Mieściło się na dachu akademików.

 

Budowa obiektu ruszyła jeszcze w okresie PRL – u. Brak odpowiednich technologii sprawiał duże problemy, lecz nie na tyle aby zahamować pomysł. Trzymetrowa kopuła została wykonana po znajomości przez nauczyciela stolarstwa z miejscowej szkoły. Mimo że było to ogromne wyzywanie, a konstrukcja miała służyć przez wiele lat, ten tworzył ją po godzinach. Pierwsze wyposażenie obiektu stanowiły dwie lunety i teleskop. Dzięki hojności darczyńców z zagranicy pracownię zaopatrzono w katalogi i atlasy nieba.

 

W 2000 r. pojawił się teleskop z możliwością kamerowania. Sterowanie kopułą ze środka było możliwe dzięki odpowiedniemu mechanizmowi.  Ten jednak wymagał programu. Od podstaw napisał go pracownik uczelni Andrzej Branicki, choć nie posiadał on informatycznego wykształcenia. Mimo, że na Podlasiu, jak i całej Polsce warunki do obserwacji są niekorzystne, obserwatorium stanowiło powód do dumy. Studenci nie musieli wyruszać za miasto, nie mieli też powodu by wywinąć się z zajęć. Nowe obserwatorium ma powstać w ciągu dwóch lat, więc wszystkim miłośnikom astronomii życzymy cierpliwości.

Niemcy szkolili tu niewolników. Teraz to siedziba instytucji

Niemcy szkolili tu niewolników. Teraz to siedziba instytucji

Chyba inaczej nie można go było nazwać. Utrzymane w nieskazitelnej bieli tynkowane ściany wzbudzają podziw zwiedzających. Mowa tu o Białym Dworku w Supraślu pod Białymstokiem.

 

Po traktacie w Tylży Białostocczyzna znalazła się pod rosyjskim zaborem. W 1819 władze carskie ogłosiły przetarg na dzierżawę majątku zakonu bazylianów. Ci nie mogli do niego stanąć, gdyż nie zebrali odpowiedniej sumy. Taką kwotę posiadał jednak biskup Leon Jaworowski. Ten zarządzał majątkiem bardzo efektywnie co zaowocowało zbudowaniem dworku. Stał się on swego rodzaju rezydencją duchownego. Na przestrzeni kolejnych lat wielokrotnie zmieniał swoich właścicieli. Toczono o niego liczne spory i kłótnie.

 

W czasie II Wojny Światowej w budynku mieścił się przymusowy oddział szkoły uczącej obsługi bydła i innych prac wymagających sprawności. Oczywiście zajęcia praktyczne tam się nie odbywały. W Białym Dworku przygotowywano posiłki dla uczniów. Młodych chłopców wywożono później do nazistowskich Niemiec, gdzie ”pracowali” za darmo już jako wykształceni robotnicy. Wojna nie oszczędziła dworku. Został odbudowany w 1955 r. stając się siedzibą Szkoły Mechanizacji Rolnictwa. Służył też jako internat.

 

Budynek powoli niszczał, aż w połowie lat 80-tych zgłoszono go do remontu generalnego. Zanim doszło do rozpoczęcia prac, obiekt nie miał przez pewien czas nawet dachu. Odbudowa pod nadzorem Wojewódzkiego Konserwatora Zabytku przywróciła dawny blask. Obecnie mieści się w nim siedziba zarządu Parku Krajobrazowego Puszczy Knyszyńskiej. 

 

Łomża kręci się wokół kapeluszy

Łomża kręci się wokół kapeluszy

W Łomży niemal całe dzieciństwo i młodość spędziła słynna aktorka kabaretowa Hanka Bielicka. Dla jej uczczenia, rok po śmierci artystki, na ulicy Farnej, powstała ławeczka przedstawiająca tą wybitną osobę ze słynnym już kapeluszem. Rzeźba została odlana z brązu, a uroczystemu odsłonięciu patronował sam prezydent miasta Jerzy Brzeziński. Jeszcze dwa lata przed odejściem, Hanka Bielicka otworzyła salonik poświęcony swej osobie. Mieści się on w Centrum Katolickim im. Jana Pawła II, działającym przy nowym kościele św. Krzyża.

 

W jednym pomieszczeniu zgromadzono kostiumy, kapelusze, karykatury, portrety, a także przedmioty osobiste. Obecnie salonik stanowi swoiste miejsce pamięci, a administratorzy Centrum Katolickiego chętnie udostępniają go wszystkim zainteresowanym. Hołd aktorce złożono jeszcze w inny sposób. Dwa skrzyżowania ulic – ronda znajdujące się w pobliżu Teatru Lalki i Aktora nazwano oficjalnie Rondami Hanki Bielickiej.

 

To chyba jedyne w Polsce ronda uliczne będące jednocześnie rondami olbrzymich kapeluszy-kwietników. Place skrzyżowań uformowano na kształt kapeluszy, których kolekcjonowanie i noszenie było życiową pasją pani Hanki Bielickiej.

Kciuk decyduje kto rządzi w rodzinie.

Kciuk decyduje kto rządzi w rodzinie.

Kciuk znajduje się w centrum uwagi ciekawego tatarskiego zwyczaju. Tatarzy to grupa ludów tureckich z Europy wschodniej oraz północnej Azji. Po rozpadzie imperium mongolskiego utworzyli szereg państw tj. Chanat Krymski. Wywodzą się z terenów północno-wschodniej Mongolii i rejonu Bajkału, a najwięcej z nich zamieszkuje tereny Rosji, Kazachstanu oraz Ukrainy. W Polsce też mieszkają Tatarzy – narodowość tatarską deklaruje 2 tys. osób. Zdecydowana większość z nich żyje na Podlasiu, głównie w Białymstoku i powiecie sokólskim.

Kciuk i tatarska ceremonia małżeństwa

Szczególnie interesujące wydają się być tatarskie zwyczaje związane z ceremonią zaślubin. Zawarcie małżeństwa określa się u Tatarów jako Nikah. Ceremonię poprzedza tygodniowy post. Tuż przed ślubem narzeczony przyjmuje w mieszkaniu swoich krewnych oraz imama. Ten recytując modlitwę trzykrotnie oprowadza pana młodego po gospodarstwie. Potem wszyscy kierują się do narzeczonej. Na miejscu narzeczona wita ich chlebem i solą. Narzeczonego czekają również wyzwania. Musi bowiem wykupić wybrankę wykonując polecenia znajomych panny młodej. Jeśli uda mu się pokonać straż dziewcząt, ludzie obsypują go zbożem, co ma sprowadzić bogactwo.

Zwyczaje praktykowane przez Tatarów przy zaślubinach

Pomieszczenie, w którym odbywa się ceremonia zaślubin musi być odpowiednio udekorowane. Koniecznością jest pokrycie stołu białym obrusem i gałązkami mirtu. Na nim stoją dwie płonące świece, szklanka z wodą, a także chleb z solą. Uroczystość zaczyna się od udzielenia błogosławieństwa przez zebranych. Gdy młodzi uzyskają aprobatę, stają na baraniej skórze. Kobieta zawierając małżeństwo traci wszystkie rodowe przywileje. Jednak rodzina pana młodego stara się zadośćuczynić za utratę córki.

O głowie rodziny decyduje wysokość kciuka – ceremonia

Głową rodziny zostaje ten, którego kciuk przy podaniu sobie prawej dłoni, okaże się być wyżej. Następnie twarz panny młodej przykrywana jest chustą, co ma symbolizować zmianę statusu społecznego.  Słowa składanej przysięgi małżeńskiej muszą też potwierdzić zebrani. Dziewczyna, która ma w planach zamążpójście wyciąga baranią skórę spod stóp młodego małżeństwa. Współcześnie śluby tatarskie nie odbywają się już w domu panny młodej. Cała ceremonia odbywa się w meczecie.

Narew dalej zachwyca. Na Wasze życzenie dłuższa wersja filmu [WIDEO]

Narew dalej zachwyca. Na Wasze życzenie dłuższa wersja filmu [WIDEO]

Po naszej ostatniej publikacji https://podlaskie.tv/rozlewiska-narwi-2017-narew/ odzew z Waszej strony był przeogromny. Dostaliśmy wiele próśb o kolejne filmy. Dlatego tez na Wasze życzenie przedstawiamy dłuższą wersję filmu, na którym możecie podziwiać wspaniałe widoki narwiańskich rozlewisk koło Białegostoku. 

 

 

 

 

Zapusty w skansenie. Jak dawniej balowano na Podlasiu?

Zapusty w skansenie. Jak dawniej balowano na Podlasiu?

Zapusty w skansenie to jeden ze znanych i pięknych zwyczajów, z bogatym dziedzictwem kulturowym i historycznym z województwa podlaskiego. Region ten charakteryzuje się nie tylko malowniczymi krajobrazami, ale również różnorodnością tradycji, obrzędów i zwyczajów, które przetrwały przez wieki.

Zapusty w skansenie – piękne tradycje

Muzeum Kultury Ludowej w Wasilkowie pod Białymstokiem co roku organizuje imprezę pod hasłem ”Zapusty w Skansenie”. Wasilków to dość małe miasto, ale jest położone na północ od miasta wojewódzkiego, więc impreza ta ma swoją popularność. „Zapusty w Skansenie” mają na celu pokazać, jak dawniej na Podlasiu balowano przed rozpoczęciem postu. Wedle tradycji zapusty oznaczają okres przejściowy między Bożym Narodzeniem a Wielkanocą. Od tłustego czwartku aż do Środy Popielcowej odbywały się największe zabawy. Zanik zwyczajów datuje się na przełom lat 50 i 60-tych. Muzeum stara się je wiernie odtworzyć.

Jak wyglądały obrzędy?

Impreza jak za dawanych czasów zaczęła się korowodem przebierańców, do którego mógł dołączyć każdy chętny. Na drewnianym dworze skansenu urządzono przeprowadzono również konkurs skoków przez pień. Niegdyś wierzono, że im wyższy skok, tym większe letnie plony. Gdy już wszyscy spełnili swą powinność, pień polewano wodą. Bez niej bowiem nie urośnie żadna roślina. Istotnym symbolem dla mieszkańców podlaskich wsi był też ogień. Dlatego też palono słomianą kukłę. W związku ze zbliżającym się postem w garnkach, od Środy Popielcowej, nie mogło być ani kropli tłuszczu. Dlatego też naczynia czyszczono popiołem. Skansen również przygotował taką konkurencję. Wcześniej jednak każdy mógł pozwolić na obżarstwo. Na podlaskich wsiach popularne były smażone na wieprzowym tłuszczu placki zwany pampuchami. Skłonności do spożywania tłustych potraw to chyba jedyny zwyczaj jaki pozostał z dawnych lat.

Psoty i samotność

W zapusty nie najlepiej miały się osoby samotne. Prześmiewcze wierszyki czy śledzie przyczepiano do ubrań. Stanowiły one tylko ułamek psot. Na Podlasiu obecnie tylko jedna wieś kultywuje zapusty – Radziłów. Ta miejscowość leży w powiecie grajewskim, na północny wschód od Łomży. Jednak i w Radziłowie imprezy różnią się diametralnie od tych organizowanych przez naszych dziadków.

 

Miłośnicy koni mogą jeździć po Puszczy

Miłośnicy koni mogą jeździć po Puszczy

Duża ilość połączonych ze sobą jezior sprawia, że Augustów nadaje się do aktywnego wypoczynku na wodzie. Jeśli jednak to za mało, możemy spróbować czegoś zupełnie innego – np. jazdy konnej. Jeździectwo uprawia się w każdych warunków pogodowych, niezależnie od pory roku. Szlak konny Puszczy Augustowskiej i Mazur liczy sobie ponad 400 km.

 

Na określonych terenach dopuszcza się także ruch pojazdów zaprzęgowych. Większość trasy w okolicach Augustowa stanowią trakty leśne, a 400-to metrowa przeprawa wodna nad jeziorem Sajno utkwi nam w pamięci na długo. W Augustowie odbywają się ponadto liczne imprezy związane z jeździectwem. Od lat we wrześniu ma miejsce Augustowski Rajd Konny, który trwa przez kilka dni. Wyścigi wierzchem stanowią również jedną z konkurencji ”Biegu przez Kanał Augustowski”.

Zobacz, co niemieccy naziści robili z pacjentami szpitala

Zobacz, co niemieccy naziści robili z pacjentami szpitala

Choroszcz. Początki II Wojny Światowej. Sowieci dostają rozkazy likwidacji szpitala dla umysłowo chorych. Pacjentów wywożono w dalekie strony Związku Radzieckiego, umieszczając ich w placówkach choćby w Kursku czy Dniepropietrowsku. Nie każdy jednak przeżył podróż. Ci nieliczni, którzy dotarli do celu, wkrótce przepadali w niejasnych okolicznościach. Taki nieszczęsny los spotkał ponad 700 osób.

Setka pacjentów znajdowała się w Choroszczy pod opieką pozazakładową, przebywając u okolicznych rodzin. Po wkroczeniu Niemców i oni znaleźli się w niebezpieczeństwie. Niektórych udało się ostrzec, drudzy nie mieli tyle szczęścia. Hitlerowcy działali najpierw po cichu. Dopiero 25 sierpnia 1941 r. do Choroszczy wkroczyły ciężarówki. Niemcy użyli podstępu. Chorych okłamali, że jadą do rodziny. Dlatego też w czasie transportu na ich twarzach gościł uśmiech.Transport nie trwał długo. W niedalekich Nowosiółkach pacjenci zostali rozstrzelani. Życie straciło 464 osoby. W miejscu zbrodni do dziś stoi pomnik poświęcony ofiarom. Co roku odbywają się przy nim podniosłe uroczystości.

To podlaskie miasto powstało dopiero w PRL

To podlaskie miasto powstało dopiero w PRL

Mońki to jedno z najmłodszych miast na Podlasiu. Wsią przestały być dopiero w 1965 r. Do dawnej sytuacji Moniek pasują słowa piosenki góralskiego zespołu Golec Orkiestra: ”Tu na razie jest ściernisko, a powstanie San Francisco”. W okresie komunizmu jak grzyby po deszczu wyrastały okazałe domy. Powstawały one dzięki ciężkiej pracy osób, które przesyłali fundusze z zagranicy. Większość mieszkańców Moniek wyemigrowało bowiem do USA. Całe pensje przeznaczano na inwestycje. Ponoć nawet Pewex działał lepiej niż w dużo większym Białymstoku.

 

Tradycja wyjazdów za ocean sięga jeszcze odleglejszych czasów. Pierwsze wyprawy za chlebem miały miejsce już przed wybuchem II Wojny Światowej. Najpierw wyjeżdżali dziadkowie, potem rodzice, a na końcu dzieci gdy już dorosły. Wpływy amerykańskie zauważyć w Mońkach nie trudno. Większość ulic w mieście zbudowano pod kątem prostym, a do ślubu jeździ się białym Lincolnem. Przykłady można mnożyć bez końca.

 

Według szacunków obecnie na emigracji w USA przebywa kilka tysięcy osób z Moniek. Największe skupisko znajduje się w Chicago, a zloty organizowane są już regularnie. Czasy się jednak powoli zmieniają. Nowe pokolenia wybierają inne kierunki. Otwarcie rynków pracy w Unii Europejskiej okazało się wybawieniem. Praca w Skandynawii czy krajach Beneluksu umożliwia częstsze wizyty nie tylko w święta. Kurs dolara również nie jest tak korzystny jak kiedyś. Zmiany zauważyli zwłaszcza właściciele kantorów. Teraz raczej nikt nie odwiedza ich z walizką ”zielonych”.

Wielka żaba wyleczyła wędkarza

Wielka żaba wyleczyła wędkarza

Brzostowo. Mała wieś w powiecie łomżyńskim. Jedyną rozrywką w okolicy jest wędkowanie. Jan Mocarski udał się nad rzekę z zamiarem złowienia suma. Zarzucił przynętę i czekał. Dopiero o północy ryba połknęła haczyk. Zaczęła się walka. Lina oplątała się wokół dłoni mężczyzny. Po wielu godzinach jednak dopiął swego. Ryba uległa. Sum był tak wielki, że starczył do jedzenia na kilka tygodni. Pojawił się jednak problem. Zraniona ręka za nic nie chciała się goić.

 

Wszelkie znane sposoby nie działały. W ranę dało się zakażeni, więc poprosił syna aby mu ją uciął. Ten nie posłuchał, udając się do szeptuchy. Ta nakazała mężczyźnie nocą pójść nad Biebrzę i przywołać Bagiennika. Miał go zwabić wędzony węgorz i dym z dębowych liści. Jako że sam wzrok i oddech demona może zabić, Jan Mocarski musiał owinąć też głowę lnianym płótnem.

 

Dopiero trzecia próba przywołania Bagiennika okazała się skuteczna. Z wody wynurzyła się wielka głowa przypominająca żabę. Pochwyciła węgorza, a na rzece w tym momencie pojawiła się maź. Jan Mocarski pełen obaw obsmarował nią rękę. Ta cudownie została wyleczona. Po ranie nie było śladu. Jan Mocarski w wielkim zdrowiu dożył 90-tki. Nikt nie wie czy Bagiennik nadal żyje w Biebrzy. Nawet jeśli, nikt raczej nie przeżyłby spotkania w cztery oczy. 

Toksyczna chmura mogła zabić we śnie

Toksyczna chmura mogła zabić we śnie

Pociąg ruszył. 32 wagony i 6 cystern z chlorem zmierzają do NRD. Na zegarze 2:25 nad ranem. Okolicę przeszywa zgrzyt. Niebezpieczny skład wykoleił się w centrum Białegostoku.Tak właśnie było w marcu 1989 r. Cysterny przewróciły się kompletnie niszcząc nasyp kolejowy. Tory i podkłady utworzyły z wagonami plątaninę stali. Nadeszło widmo katastrofy. Wydostanie się chloru stworzyć może trującą chmurę unoszącą się tuż nad ziemią. Byłaby to śmierć w męczarniach. Oparzenia, obrzęk płuc, niewydolność krążenia – czy może być coś straszniejszego?

Rozpoczęła się akcja. Teren odcięto od osób postronnych na 200 m. Zamknięto okoliczne szkoły, sklepy i inne lokale. Mieszkańcy bloków ewakuowani byli z parterów. Pojawiły się zastępy straży i ratownicy z Płocka. Każdy miejski szpital wprowadza ostry dyżur. Dopiero przed południem informacja o katastrofie dostaje się do mediów. Najważniejsza zdawała się naprawa torów. Dźwig musiał w końcu jakoś dojechać. Przy próbie podnoszenia cystern na twarzach ratowników pojawiło się przerażenie. Zgrzyt stali zapowiadał najgorsze. Niektórych elementów nie udało się od razu odłączyć. Koniecznością było użycie palnika acetylowego. Każda iskra mogła spowodować eksplozję więc na cysterny skierowano dwa strumienie wody. Udało się. Niebezpieczeństwo zostało zażegnane. 

50 ton substancji mogło rozprzestrzenić się po całym mieście. Tysiące ludzi straciłoby życie. Władze wyciągnęły konsekwencje. Transporty takiego typu przestały jeździć przez miasto. Część mieszkańców uznało, że cudowne ocalenie to dzieło błogosławionego księdza Michała Sopoćki, którego szczątki rok przed wypadkiem złożono w kościele nieopodal miejsca katastrofy. 

Dziwne wydarzenia w Puszczy Białowieskiej. Dużo samobójstw.

Dziwne wydarzenia w Puszczy Białowieskiej. Dużo samobójstw.

Harcerska Górka to uroczysko położone na skraju Puszczy Białowieskiej. Jej nazwa nie jest związane z jakąś cudowną historią. Po prostu na ogniskach spotykali się tam druhowie. O wiele ciekawsze wydają się być krążące wokół miejsca opowieści. Niestety należą do tych tragicznych. Tuż po zakończeniu II Wojny Światowej na brzozie powiesiło się dwóch szewców. Nikt nie znał przyczyny desperackiego kroku.

 

Obecnie po wisielczej brzozie pozostał jedynie pień, lecz nadal w okolicy czuć pewien niepokój. Być może ta sama siła skłoniła młodych zakochanych harcerzy do pójścia w ich ślady. Ponoć nic nie zwiastowało nieszczęścia. Wydawało się, że nic prócz śmierci ich nie rozłączy. Las po raz kolejny upomniał się o ofiary. Harcerze od tej pory unikali tego miejsca na biwak. Na szczęście jeszcze w lesie nie straszy…chyba, że nikt nie chce się przyznać do spotkania z duchami.

 

Harcerska górka rozpoczyna się przy cmentarzu, przechodząc obok stadionu leśnego. Przez jej teren przebiega ścieżka edukacyjna, co wcale nie przeszkadza uczniom chodzić tam na wagary. Niestety pozostawiają tam góry śmieci.

Księżniczka nie chciała żadnego rycerza. Opluła nawet matkę.

Księżniczka nie chciała żadnego rycerza. Opluła nawet matkę.

Kilka kilometrów od Zabłudowa, między Narwią a Hajnówką bez trudu zauważymy wzniesienie porośnięte tajemniczym lasem. Przez okolicznych mieszkańców nazywana jest Krasną Górą. Late temu nad terenem górował okazały zamek. Mieszkał w nim książę z piękną żoną i równie urodziwą córką. Uroda nie szła jednak w parze z charakterem.

 

Mimo to pod zamkiem pojawiało się wielu rycerzy chcących poślubić księżniczkę. Te w każdym mężczyźnie widziała wady. Jej serce było twarde niczym głaz. Przyszła tzw. noc ognia. Na dwór przybył kolejny kandydat. Dziewczyna również przywitała go z obojętnością. Tym razem w obronie rycerza stanęła jej matka. Bezczelna księżniczka splunęła jej nie twarz. W tej chwili ziemia zadrżała. Powstała przepaść, która pochłonęła wszystko. Wraz z zamkiem przepadły też ludzkie życia.

 

Starsi mieszkańcy twierdzą, że w rocznicę tych wydarzeń wzgórze o północy otwiera się, a z zamku wyjeżdża powóz z damą. Ubrana w biel księżniczka wyrusza wówczas na poszukiwania miłości. Gdy tylko nastaje ranek wraz z końmi znika w przepaści. Ci odważniejsi mogą przyłożyć ucho do ziemi i usłyszeć płacz młodej księżniczki.

Filmowcy w Tykocinie. Grał Paweł Małaszyński.

Filmowcy w Tykocinie. Grał Paweł Małaszyński.

W Tykocinie nieopodal Białegostoku kilkanaście lat temu kręcono kultowy już film z cyklu ”Święta polskie”. Mowa tu o produkcji ”Biała sukienka”, przybliżająca obrzędy Bożego Ciała. W filmie wystąpili wówczas debiutanci, którzy wkrótce stali się gwiazdami, jak choćby Paweł Małaszyński czy Sambor Czarnota. Mimo że produkcja określona jest jako komedia, bez trudu doszukamy się w niej głębszego sensu. Reżyser Michał Kwieciński wybrał Tykocin ze względu na plenery, kościół oraz ”prowincjonalność na właściwym poziomie”. 

 

Na potrzeby filmu zaangażowano wielu statystów, głównie ze względu na scenę procesji. Większość z nich, bo ponad 400-u, to mieszkańcy samego Tykocina. W tej wymagającej scenie wiernych prowadził sam proboszcz parafii Trójcy Przenajświętszej. Wystąpiła również lokalna orkiestra dęta, jaki z zespół folklorystyczny ”Hetmanki”.

 

Jedną z osi fabuły jest podróż samochodem głównych bohaterów, którzy to toczyli dyskusję na temat wiary. Droga, którą  się poruszali znajduje się w okolicy Tykocina. Warto zauważyć, że krajobrazy niekoniecznie oddają rzeczywistość. W filmie zauważymy jedynie łąki i pola. W praktyce owa droga przebiega przez liczne miejscowości z zabudowaniami.

 

Pojawiła się pośród drzew. Pomogła kalece.

Pojawiła się pośród drzew. Pomogła kalece.

Puchły to mała wieś niedaleko Hajnówki należąca do tzw. Krainy Otwartych Okiennic. Centrum miejscowości stanowi cerkiew, która przeszła burzliwe koleje losu. Wokół pierwszej świątyni, jaka powstała w 1568 r.  krążą opowieści. Na wzgórzu pod lipą mieszkał starzec cierpiący na obrzęk nóg. Jedyne ukojenie dawała mu modlitwa. Pewnego dnia zobaczył Matkę Boską pośród gałęzi. Ból kończyn cudownie przeminął. Jako że słowo ”opuchli” w gwarze lokalnej oznacza obrzęknięte kończyny, miejsce zyskało obecną nazwę. Na wzgórzu szybko wybudowano cerkiew, a we wnętrzu umieszczono ikonę. Wkrótce rozeszła się wieść o jej uzdrawiającej mocy, co wywołało ruch pielgrzymkowy.

 

Ludzie przypisywali wstawiennictwu Matki Boskiej ominięcie epidemii i innych nieszczęść, jakie nękały okolice. Stała się ona głównie patronka hodowców. W ofierze składano zwierzęta, a także plony. Podobno ukazywała się mieszkańcom, którzy szukali obrony przed przyjęciem unii brzeskiej. W połowie XVIII w. cerkiew przegrała z naturą. Huragan okazał się silniejszy. Właściciel wsi ufundował nową, lecz doszło do tragedii. Tym razem świątynię strawiły płomienie. Cudowna ikona zmieniła się w popiół. W jej miejsce postawiono małą kapliczkę, którą systematycznie rozbudowano. Tak powstała obecna cerkiew, którą otaczają drzewa stanowiące pomnik przyrody.

Liczne imprezy w regionie. Okazja będzie wyjątkowa.

Liczne imprezy w regionie. Okazja będzie wyjątkowa.

Magiczna noc

Noc Kupały przypada na najkrótszą noc w roku, czyli przesilenie wiosenne 23-24 czerwca.  Na samym Podlasiu określa się ją również jako Sobótka. Nazwa pochodzi od słowiańskiego boga miłości, Kupały, który według wierzeń był jednym z synów Swaroga. Sobótka z kolei oznacza dosłownie ”mały sabat”. Brzmi złowieszczo, gdyż stanowi skutek zwalczania pogańskich wierzeń w okresie chrystianizacji. Kościół nie zdołał do końca zwalczyć przyzwyczajeń, dlatego dołożył do święta własne elementy. Dlatego też patronem święta stał się św. Jan Chrzciciel. W całym województwie podlaskim w Noc Kupały organizowane są liczne imprezy i festyny.  Muzyka, regionalne dania i przemarsz korowodów na stale wpisały się do planu obchodów. Noc Kupały to noc żywiołów – ognia i wody. Wiąże się z nią wiele zwyczajów.

Siła tradycji

Nad brzegami rzek rozpalano ogniska. Do ognia wrzucano zioła, które miały tej nocy szczególną moc. Czarodziejskie właściwości przypisywano głównie bylicy, piołunowi i dziurawcowi. Dym, który przemieszczał się po polach zapewniać miał ochronę przed klęskami. Między ogniskami przeprowadzano również zwierzęta. Pochodnie tej nocy odwiedzały również domostwa aby przegonić złe duchy. Noc Kupały była szczególna zwłaszcza dla ludzi młodych. Stanowiła doskonałą okazję do poznania swej miłosnej przyszłości. Skoki przez ognisko miały nie tylko na celu oczyszczenie z grzechów i wszelkich chorób. Z wysokości płomieni odczytywano rozmiary pomyślności. 

Wiła wianki i…

Noc Kupały nierozerwalnie wiąże się w wiankami. Nie tylko dziewczyny nosiły je wplecione we włosy. Zakładano je również…bydłu na rogi. Wianki miały służyć nie tylko przyciąganiu męskiego wzroku. Puszczane na wodzie decydowały o przyszłych losach. Gdy były puszczane przez pary zakochanych bacznie obserwowano czy płyną obok siebie czy oddzielnie. Oczywiście przychylność zwiastowała ta pierwsza opcja. Zabawa z wiankami stanowiła jednak domenę samotnych. Im szybciej wianek został wyłowiony przez kawalera tym szybciej miało przyjść małżeństwo. Chłopcy wspomagali się łodziami, aby sprostać zadaniu. Co miały powiedzieć te, których wianek przepadł i oddalił się wolno w ciemności? Przede wszystkim musiały uzbroić się w cierpliwość. Wianek zaplątany w roślinność rzeczną informował o pozostaniu w samotności, bądź nawet o śmierci. Pannom nie było więc do śmiechu.

Co jednak gdy w okolicy nie było rzeki? Dziewczyny stawały tyłem i rzucały wianki na dach zabudowań bądź drzewa. Gdy wianek się nie zsunął oznaczało to korzystne wieści.

Trzy miliony złotych pływają po Augustowie

Trzy miliony złotych pływają po Augustowie

Będąc w Augustowie nie sposób nie skorzystać z rejsów po Kanale. Największą jednostką od 2012 r. jest statek ”Swoboda” . Zabiera on na pokład ponad 330-u pasażerów. Imię zostało nadane przez żonę starosty augustowskiego, która rozbiła butelkę szampana o burtę. Nazwa nawiązuje do jednej ze śluz Kanału Augustowskiego, a także do jednego ze stawów nieopodal Augustowa. ”Swoboda” to czwarty statek Żeglugi Augustowskiej. Dołączył do wysłużonego”Perkoza”, ”Serw” i ”Sajna”, które powstały w latach 60-tych.

 

Najnowocześniejsza jednostka śródlądowa w Polsce może pochwalić się restauracją z barem na pokładzie. Na górze odnajdziemy tylko i wyłącznie miejsca siedzące, aby turyści w spokoju podziwiali piękne krajobrazy. Koszt budowy statku wyniósł w sumie 3 mln zł. Wart jest jednak swojej ceny. Długi na 40 i szeroki na 6 m, stanowi dumę Augustowa. Podobnie jak ”Serwy” odbywa kursy do Sanktuarium Maryjnego w Studzienicznej.

Chciał zrobić obiad. Wezwał diabła.

Chciał zrobić obiad. Wezwał diabła.

Niepozorne początki

Zakonnicy na ziemie Suwalszczyzny przybyli z Włoch. Jednym z nich był Brat Barnaba, zajmujący się sprawami kuchennymi. Codziennie musiał sporządzać dania, które miały zadowolić gust przeora.  Gdy ten przechodził raz obok kuchni ruszyła lawina niecodziennych wydarzeń.

Nadprzyrodzony pakt

Przeor spytał Barnabę co jutro przygotuje mu na obiad. Ten z racji postu nie miał dużego wyboru. Koniecznością była ryba. Przeor jednak zapragnął siei, której próżno szukać w miejscowym jeziorze. Barnaba potraktował sprawę poważnie. Wieczorem nie mógł spać. Uznał, że chyba tylko diabeł może mu pomóc. Słowa okazały się mieć wielką siłę. Przez okno wskoczył sam lucyfer. Barnaba początkowo przerażony,  podpisał cyrograf. W zamian za duszę diabeł miał mu przynieść świeżą rybę prostą z Włoch. Barnaba dał szatanowi tylko godzinę. W innym razie umowa miała przestać obowiązywać, a dusza zostać przy zakonniku. Diabeł przystał na propozycję. Barnabę ogarnęła niepewność. Płacz zakonnika usłyszał przeor. Zrobiło mu się żal, że za głupią rybę podpisał pakt z diabłem. Pocieszając brata zapewnił go, że Bóg na pewno im pomoże.

Kontratak

Zamyślony przeor zawędrował na wieżę klasztorną. Nie wiedział, że za nim podążał tez anioł stróż Barnaby. Spoglądając na jezioro zauważył unoszącego się nad wodą diabła. W pazurach trzymał obiecaną rybę. Anioł szepnął na ucho przeorowi aby złapał za sznur i zaczął bić w dzwon. Tak też zrobił. Zakonnicy zbiegli się na poranną modlitwę do kaplicy. Odgłos dzwona zdenerwował diabła, który nie mógł już wkroczyć do klasztornych murów. Upuścił rybę do jeziora i od tej pory sieja występuję w Wigrach. Jeśli na wodzie zobaczymy dużą falę, będzie to oznaczać, że to sprawka diabła.

Kilka pokoleń mieszkało w jednym pokoju

Kilka pokoleń mieszkało w jednym pokoju

Hajnówka od czasów średniowiecznych była otoczona szczególną opieką przez wielkich książąt litewskich a potem królów polskich. Wokół Puszczy powstały liczne małe osady. Warto przenieść się w czasie i poznać warunki życia prostych ludzi. Dla regionu charakterystyczna była słomiana chata.

 

Strzecha ze słomy która mogła przetrwać nawet 50 lat. Swoją długowieczność zawdzięczała temu, że młócono ją cepem. Wewnątrz mieszkały zazwyczaj trzy, czasem cztery pokolenia. W sumie izby mogły pomieścić nawet 18 osób. Papierowe wycinanki na oknach i własnoręcznie wyszywane ręczniki stanowiły za swego rodzaju ozdoby. Taki zwyczaj przetrwał do XX w.

 

Jako że podatki były proporcjonalne do wielkości okna, raczej oczywiste było, że otwory należały do niewielkich. Aby nie panował półmrok wnętrze oświetlano łuczywem. Chatę ogrzewano glinianym piecem. Jego wykonanie wymagało długiej pracy. Suchą glinę należało tłuc przez miesiąc aby stała się elastyczna niczym kauczuk. Czyniono to przez 12 godzin dziennie. Ze względu na brak czasu posiłki przygotowano raz dziennie. Gotowano jednocześnie domownikom i zwierzętom. Potrawy zachowywały ciepło dzięki umieszczeniu w piecu. Dzięki niemu też mieli również świeży chleb. Wytwarzane z żytniej mąki bochenki układano wysoko na półce i przykrywano je lnianym obrusem. Zapobiegało to wysychaniu i pleśnieniu. Mieszkańcy chałup jedli z glinianych a łyżki wykonane z dobrej jakości drewna służyły przez lata.

 

Zniszczyły go bagna. Potem się odrodził.

Zniszczyły go bagna. Potem się odrodził.

Pałacyk w Choroszczy, oddalonej kilka kilometrów od Białegostoku,  stanowił niegdyś letnią rezydencję Jana Klemensa Branickiego. Dziś wstęp ma do niego każdy. W obiekcie mieści się bowiem muzeum posiadające wszelkie eksponaty i dokumenty związane z historią budynku. Gromadzi również meble i wyroby rzemiosła artystycznego. 

 

Wiejski domek odwiedzany był przez samych królów – Augusta III Sasa i Stanisława Augusta Poniatowskiego. Jeden z zagranicznych dyplomatów stwierdził, że poza Francją, nie widział nic piękniejszego. Pałacyk powstał wpierw na sztucznej wyspie. Jako że otoczony był kanałami i położony na bagnie, natura szybko się o niego upomniała. Hetman Branicki w połowie XVIII w. nakazał więc jego rozbiórkę.

 

Początkowo obiekt nie należał do luksusowych. Konsekwentna rozbudowa przyniosła jednak oszałamiające rezultaty. Szczególną chlubę przynosił park typu francuskiego. Otoczony kanałami, z licznymi alejkami i drewnianymi rzeźbami budził podziw wielu możnych. Okres świetności skończył się wraz ze śmiercią hetmana i jego żony. Nikt z rodziny nie przejął rezydencji, a kolejny właściciel przerobił ją pod potrzeby fabryki włókienniczej. Dzieła zniszczenia dopełniła I Wojna Światowa. W połowie lat 50-tych ruiny pałacu z parkiem wpisano do rejestru zabytków. Z oryginalnego wyposażenia pałacu zachowano tylko dwie płyty kominkowe z herbami Branickich i Poniatowskich. Kilka lat temu rozpoczął się remont, który miał na celu przywrócenie elewacji dawnej kolorystyki. Wymieniono również wszystkie okna.

 

Pałacyk o okolice z lotu ptaka mogą Państwo podziwiać w filmie poniżej.

https://www.youtube.com/watch?v=gpLYUyKhLKA

Zgubiła go pazerność. Mógł mieć miłość, dostał śmierć.

Zgubiła go pazerność. Mógł mieć miłość, dostał śmierć.

Czarna magia

Nad brzegiem Narwi koło Łomży stał niegdyś zamek. Mieszkał w nim król, który poślubił kobietę z odległych krain. Trudy panowania osładzała mu ukochana córka. Umierając pozostawił poddanych w rozpaczy. Królowa, która przejęła rządy okazała się okrutna. Praktykowała też czarną magię. Swoim pracownicom zakazała oglądać się za siebie gdy wracały z zamku. Te, które posłuchały mogły liczyć na pieniądze. Jeśli nie, zamiast monet dostawały żaby i węże.

Zemsta z zazdrości

Na wzgórzu tymczasem stał zamek jej brata. Był on całkowitym przeciwieństwem kobiety. Zazdrosna o szacunek, jakim go obdarzała miejscowa ludność, postanowiła go zabić. Dziki koń miał go rozszarpać na strzępy. Książę został jednak uratowany przez jednego z wieśniaków. Wyleczył go siemieniem. Mieszkańcy żądali ustąpienia czarownicy z tronu. Ta postanowiła wrócić do rodzinnej krainy. Córka jednak była przywiązana do swych poddanych i nie miała zamiaru jechać z królową. Matka ją przeklęła a zamek zapadł się z dziewczyną pod ziemię. Złe moce powodowały, że nikt nie dał rady odwalić kamienia.

Trudny wybór

Królewnę postanowił uwolnić jeden z rycerzy, który daleki był od zuchwałości. Przynajmniej tak było na początku. Dostawszy się do lochów, odnalazł tam śpiącą królewnę i wyniósł ją na zewnątrz. Młoda królewna otworzyła swoje oczy. Rycerz nie miał jednak chęci na amory. Opanował go zły czar. Opętany bogactwami, jakie pozostały w ruinach wrócił do środka. Zamek zapadł się już do końca. Mężczyzna zginął przygnieciony przez konstrukcję. Królewna pogrążyła się w rozpaczy i rozpłynęła się niczym mgła.Do dziś u podnóża góra płyną ponoć jej zły.

Efekt Ojca Mateusza nie u nas. Przez zaniedbanie lokalnych władz

Efekt Ojca Mateusza nie u nas. Przez zaniedbanie lokalnych władz

Mija 7 lat od powstania ostatniej części komediowej trylogii Jacka Bromskiego ” U pana Boga za…” Akcja wszystkich z nich rozgrywa się w Królowym Moście. W rzeczywistości jednak na ową podlaską wieś składa się cerkiew i kilka domostw. Na ekranie wykorzystano bowiem głównie obiekty w Sokółce, Supraślu i Tykocinie. Dwie sceny, jakie faktycznie kręcono w Królowym Moście, to były: akcja z policją przy drodze, kiedy to zobaczymy tabliczkę z nazwą miejscowości, a także, gdy komendant charakterystycznie modli się do kapliczki po wezwaniu z pagera.

 

Główny plan zdjęciowy komedii stanowił Supraśl. Centrum Kultury i Rekreacji zostało przerobione na dom komendanta.  Komin, z którego skoczył ojciec głównego bohatera odnajdziemy zaś przy Centrum Edukacji. Na ekranach jednak najczęściej pojawia się uliczka 3-go Maja. Po niej raz po raz maszerował słynny już komendant.

 

W pierwszej części zobaczymy również kilka kadrów z Białegostoku. Chodzi tu o bazar zlokalizowany przy ulicy Kawaleryjskiej. Co prawda obecnie ilość kupców jest dużo mniejsza, ale nadal można posłuchać tam swojskiej muzyki. Dyskoteka, na którą jeden z bohaterów jeździł po pagery mieściła się z kolei w Janowie. Działała ona do 2016 r. Teraz działa tam fabryka soków. Sokółka stanowiła miejsce dowodzenia niezapomnianego proboszcza. Na potrzeby filmu wykorzystano tamtejszy kościół oraz plebanię.

 

W Tykocinie nakręcono większość ujęć do ostatniej części trylogii. Najwięcej pracy wymagały sceny kaskaderskie, w których to samochód przestępcy miał efektownie dachować. Kręcono je na jednej z głównych ulic przy rynku. Mieszkańcy Tykocina bez trudu rozpoznają również budynek banku czy karczmy. 

 

Sukces filmu nie przełożył się w ogóle na rozwój turystyki. A warto tutaj podać przykład Sandomierza, w którym przyjezdni zaczęli pojawiać się masowo po sukcesie Ojca Mateusza. Przyjezdni  w Tykocinie przechodząc obok filmowych obiektów, nie mają najczęściej o tym pojęcia. Sporo winy tu lokalnych władz, które nie starały się w ten sposób promować miejscowości.

Nie dał odpocząć królowi

Nie dał odpocząć królowi

Przeżył ponad 450 lat. Przegrał z wiatrem w połowie lat 70-tych. Tuż przed zwaleniem drzewo dalekie było już od optymalnej kondycji. Do dziury w pniu mogło wejść nawet kilka osób.  Upadek odbił się szerokim echem w mediach. Powstawały reportaże i publikacje. Dąb Jagiełly stanowi nierozerwalny symbol Białowieskiego Parku Narodowego. Turyści dotrą do niego dzięki specjalnie wytyczonej trasie w ścisłym rezerwacie. Jako, że dąb był bardzo wiekowy dosłownie obrósł w legendy.  

 

To przy nim król Władysław Jagiełło rozbił obozowisko na czas przygotowań do bitwy z krzyżakami. Monarcha jednak nie mógł schronić się w cieniu drzewa, gdyż było jeszcze zbyt małe. Okolica doskonale nadawała się do gromadzenia zapasów. Przez okolicę przepływa bowiem rzeka Narewka, którą to transportowano mięso do Płocka. Twórcą legendy jest dyrektor Białowieskiego Parku Narodowego Jan Jerzy Karpiński. W pierwszy publikacjach  drzewo jednak nie miało imienia.  Z osobą króla zostało powiązane w latach 30-tych.

 

Porwania i rozboje. W tle słychać hejnał.

Porwania i rozboje. W tle słychać hejnał.

Kilka kilometrów od przejścia granicznego z Litwą. Dalej na Podlasiu nie można już mieszkać. Z pozoru cicha spokojna wieś Becejły mają jednak swój niepowtarzalny urok. Codzienne o godz. 20:00 z wieży kościelnej odgrywany jest hejnał. Nikt nie wie dlaczego, ale tradycja rzecz święta. Stare zwyczaje należy pielęgnować. Nazwę Becejły odnotowano po raz pierwszy w XV w. Z jej powstaniem wiążą się dwie krótkie, lecz ciekawe opowieści.

 

W zamku w pobliskim Jeleniewie mieszkał książę wraz ze swoją córką. Jadąc do kościoła spotkali na swej drodze syna rybaka. Księżniczka zakochała się od pierwszego wejrzenia. Ojciec jednak nie chciał jednak o tym słyszeć. Syn rybaka zdecydował się na desperacki krok. Postanowił uciec z dziewczyną. Książę widząc, że uczucia córki to nie tylko kaprys w końcu wydal zgodę na ślub. W prezencie otrzymali wieś, którą nazwano na cześć nowego pana – Becejły.

 

Druga wersja pochodzenia nazwy wsi posiada kryminalny wydźwięk. Pewien rozbójnik zarabiał na podróżnych… okradając ich. Nie można było zliczyć osób, na których wymusił okup. Z niemieckiego słowo ”bezahlen” znaczy dosłownie ”płacić”. Stąd też prawdopodobnie nazwa wsi.

Zabawa skończyła się tragedią. Znaleziono ciała.

Zabawa skończyła się tragedią. Znaleziono ciała.

Początki wsi Niewodnica Kościelna, leżącej nieopodal Białegostoku, sięgają połowy XVI w. Wówczas to sędzia ziemski, Maciej Lewickim nadał sobie tytuł dziedzica. Wziął on sobie za żonę księżniczkę Annę Porycką ze Zbaraża, przez co szybko wspinał się w hierarchii społecznej. Jego karierę przerwała śmierć, a majątek  przez ponad pół wieku zarządzany był przez zaradną żonę. To jej dworek zawdzięczał swój rozkwit.

 

Ostatnim jego właścicielem była rodzina Nowickich. Miejscowi oskarżali ich o zawarcie paktu z diabłem. Ze względu na praktykowanie czarnej magii, nikt nie zbliżał się do dworku. Strach brał górę. Po wojnie w budynku dawnego dworku odbywały się zabawy. Miały one tragiczny finał. Wiele osób odebrało sobie życie po skończeniu imprezy. Czy coś ich opętało? Młodzi kończyli powieszeni na sznurku.

 

Dworek szlachecki miał być wielokrotnie remontowany, lecz na planach się kończyło. Dziwnym trafem inwestor szybko bankrutował. Magiczna siła opróżniała jego portfele. Niewytłumaczalne historie mogą mieć związek z pewną historią. Otóż jeden z mieszkańców dworku, jeszcze za czasów rodziny Nowickich, został żywcem zamurowany w piwnicy. Ciała jednak nie odnaleziono. Zapisy parafialne jasno mówią, że w czasie pogrzebu ostatniego właściciela, ludzie ustawiali beczki z płonącą smołą. Twierdzili, że powinien być już w piekle.  Dziwne zjawiska występują tam też obecnie. Ludzie skarzą się na zapach siarki, która to wedle przekazów stanowi zapach demonów.

Nikt nie mógł zdobyć twierdzy. Przegrała jedynie z płomieniami.

Nikt nie mógł zdobyć twierdzy. Przegrała jedynie z płomieniami.

Kiedyś odzwierciedlał potęgę militarną. Teraz nic po nim nie pozostało. Chodząc po okolicy, ciężko uwierzyć, że mógł stanąć tam zamek. Mowa tu o dawnej twierdzy w Mielniku.

Składała się on z dwóch części – górnej i dolnej. Wyposażona w dwie baszty obronne stanowiła solidną fortyfikację. Najwcześniejsze zapiski o niej pochodzą z końca XIV w. z kronik krzyżaka Wiganda z Marburga. Wówczas to zakon podjął nieudaną próbę oblężenia. Zamek okazał się nie do zdobycia. Czasy świetności przypadają na okres panowania króla Kazimierza IV Jagiellończyka. Na początku XVI w. podpisano w nim Unię Mielnicką. Polska i Litwa miały stać się jednym państwem. Na pismach się jednak skończyło. Traktat nie był przestrzegany, gdyż Aleksander Jagiellończyk obawiał się utraty tronu.

Postrachem dla wrogów stanowiła tzw. ”Izba Czarna”. W tym zamkowym więzieniu wyroki odsiadywali głównie moskiewscy kniaziowie. Z biegiem lat zamek stracił swe znaczenie, głównie ze względu na brak modernizacji. Już samo przekształcenie baszty w mieszkalną kamienicę mówi samo za siebie. Najgorsze jednak przyniósł ogień. Pozostał tylko kościół na zamku dolnym, który też wkrótce zamienił się w popiół. Budowli nigdy nie odbudowano. 

Donieśli na kochanków. Miłość przepadła.

Donieśli na kochanków. Miłość przepadła.

Żywioł nadciąga

Niebo w ciągu dnia pociemniało. Zdawało się że zapadła noc. Wraz z chmurami przyszedł wiatr. Fale na jeziorze osiągnęły niebotyczne rozmiary. Wingryna miała zamiar schronić się w domu. Dostrzegła jednak łódź. Mężczyzna walczył z żywiołem. Wingryna przywiązała się liną do drzewa. Na brzegu stała łódź, którą postanowiła wykorzystać do ratunku. Wyruszyła bez chwili zawahania. Rozpoczęła się bitwa z czasem.

Ratunek w ramionach

Mężczyzna wpadł z krzykiem do wody. Lina była na tyle wystarczająca, że pozwoliła na dotarcie do rozbitka. Udało się. Ostatkiem sił dotarli z powrotem na ląd. Mężczyzną okazał się zakonnik z pobliskiego klasztoru. Fabian, gdyż tak było na imię, spojrzał na swoją wybawczynię. Oboje ulegli wzajemnej fascynacji. Musieli jednak wrócić do swych obowiązków. Od tego dnia codziennie pojawiali się nad brzegiem jeziora, lecz los chciał, że ciągle się mijali. Chcieli wyznać w końcu swoje uczucia, aż w końcu nadszedł wielki dzień.

Smutny finał

Ich usta w końcu się spotkały. Namiętne chwile zostały podejrzane przez innych zakonników. Na Fabiana doniesiono do przeora. Mężczyznę zamknięto w wieży. Z tęsknoty za ukochaną nie chciał nic jeść i pić. Wkrótce zmarł. Wingryna  w oddali dostrzegła tylko ducha Fabiana ulatującego do nieba. Dziewczyna nie umiała żyć w samotności. Za jakiś czas i ona odeszła do lepszego świata. Na środku jeziora tuż po jej śmierci wyłoniła się wyspa. Duchy Fabiana i Wingryny nadal próbują się spotkać, lecz zawsze przeszkadza im burza. Klątwa może zostać przerwana wtedy, gdy znajdzie się para bardziej zakochana od nich.

Budynek się zatrząsł. Cudowny przedmiot uratował wszystkich.

Budynek się zatrząsł. Cudowny przedmiot uratował wszystkich.

Synagogę w Tykocinie odwiedza rocznie ok. 60 tys. turystów. Połowa z nich pochodzi z zagranicy, głównie Izraela. W zeszłym roku w konkursie organizowanym przez ”National Geographic”  zajął piąte miejsce w kategorii ”7 nowych cudów Polski”.

Początki synagogi w Tykocinie sięgają początków XVI w. Wówczas to wielki kanclerz litewski Olbracht Gasztołd sprowadził Żydów z Grodna. Szybko powstał ośrodek myśli judaistycznej, obejmujący swym zasięgiem Podlasie, Mazowsze i Litwę. Z dawnej murowanej świątyni do dziś przetrwału polichromie z tekstami modlitw, które pełnią rolę ściągi. Ich konserwację przeprowadzono w latach 70-tych. W czasie II Wojny Światowej synagoga została ograbiona. W mieście przeżyło tylko 21 wyznawców judaizmu. Połowa z nich stała się autorami książki o losach tykocińskich Żydów. Jedyny polski egzemplarz odnajdziemy w lokalnym muzeum.

W pamięci ocalałych przetrwały liczne opowieści. W synagodze przed laty wisieć miał cudowny żyrandol, w którym ukryto magiczne amulety z wypisanymi modlitwami. Ich głównym zadaniem miało być ochrona Żydów od wszelkich nieszczęść. Tak też się działo. Żyrandolowi przypisywano brak ofiar przy niemieckim bombardowaniu. Mimo że świątynia cała się zatrzęsła, obyło się bez rannych. W czasie jednego nabożeństwa żyrandol się urwał. Choć synagoga była pełna wiernych, żyrandol w niewytłumaczalny sposób zmienił trajektorię. Nikomu nic się nie stało. Synagoga w Tykocinie pełna była też skarbów. W połowie XIX w.  przy remoncie podłogi odkryto choćby 9 staropolskich łyżek. Na części z nich widniała data – 1647. Inne posiadały wygrawerowane przysłowia.

Generał był tak bogaty, że nawet konie żyły w luksusie

Generał był tak bogaty, że nawet konie żyły w luksusie

Dowspuda to niewielka miejscowość w powiecie suwalskim położona nad malowniczą rzeka Rospuda.  Niegdyś mogła być głównym ośrodkiem regionu. Losy potoczyły się inaczej. Po dawnym bogactwie pozostały tylko ruiny.

Wizytówka Dowspudy to pozostałości po posiadłości Ludwika Michała Paca, generała wojsk samego Napoleona. O tym jak dawniej musiała to być wspaniała rezydencja świadczy powiedzenie: ”Wart pałac Paca, a Pac Pałaca”. Po upadku cesarza wojskowy udał się do Anglii. Zafascynowany architekturą neogotyku, postanowił przenieść styl do swego kraju. Początki nie należały do łatwych. Co raz zmieniał architektów, którzy nie spełniali jego oczekiwań. W końcu się jednak udało.

Pałac pełen przepychu budził podziw, powstawały tez na jego temat liczne plotki. Ponoć konie w stajniach miała własne pozłacane lustra a jadły z marmurowych żłobów. Ludwik Michał Pac sprowadził z Anglii nie tylko nowinki architektoniczne. Do Dowspudy zawitały nowe techniki uprawy roli i hodowli. Powstała nawet pierwsza fabryka produkująca maszyny rolnicze. Okolica prężnie się rozwijała aż do czasów wybuchu powstania listopadowego. Według legendy właściciel uciekł z pałacu dzięki wybudowanym pod ziemią tunelom. Pałac i otaczające go zabudowania zostały sprzedane. Wkrótce też zostały rozebrane. Cegły posłużyły jako budulec koszar w Suwałkach. Obecnie z pałacu pozostał tylko wejściowy portyk oraz tzw. wieża bociana, na której gniazdują ptaki.

Wojskowe śmigłowce na białostockich Krywlanach

Wojskowe śmigłowce na białostockich Krywlanach

Dziś popołudniu na białostockim lotnisku Krywlany wylądowały wojskowe śmigłowce należące do polskiej armii. To dość niecodzienny widok, gdyż Białystok nigdy nie był strategicznym miastem i tu wojskowe maszyny zazwyczaj nie lądują. Mamy jednostkę wojskową, jednakże ze względu na porozumienia z NATO – kluczowy dla obronności wschodniej granicy jest tak zwany „przesmyk suwalski” – czyli kilkadziesiąt kilometrów granicy między miejscowością Szlamy w powiecie sejneńskim a miejscowością Wiżajny w powiecie suwalskim.

 

Co w Białymstoku robiły wojskowe śmigłowce? Trudno powiedzieć. Maszyny na zdjęciu to W3PL Głuszec, śmigłowce wsparcia bojowego, którymi Wojsko Polskie dysponuje od niedawna. Maszyny są bardzo nowoczesne, a żołnierze sobie je chwalą.

Nadal na niego polują. U nas śpi spokojnie

Nadal na niego polują. U nas śpi spokojnie

W krajach skandynawskich nadal na niego polują. W Polsce znajduje się pod ścisłą ochroną. Mowa to rysiach, które żyją głównie w Puszczy Białowieskiej oraz w mazurskich lasach. W całym kraju naliczono ich 200. Specjaliści z polski i zagranicy przeprowadzili badania, z których wynika, że nic na razie im nie zagraża.

https://www.youtube.com/watch?v=QFbrPJO5syU

Na naukowców czekało wyzwanie. Ryś rzadko opuszcza gęste lasy, a otwarte tereny stanowią dla niego swoistą barierę. Aby zebrać materiały do badań, zamocowano na pniach drzew dywaniki z odpowiednim zapachem. Tak zwabione koty chętnie się ocierały o drzewo, pozostawiając swoje włosy, a więc materiał genetyczny. Zebranie około trzystu próbek umożliwiło szczegółowe badanie. Okazało się, że rysie z Puszczy cechuje niska różnorodność genetyczna. Przyczyną tego stanu jest życie tych kotów w izolacji. Rysie są zdolne do długich wędrówek, lecz muszą mieć do tego odpowiednie warunki. Kompleksy leśne jako, że są porozdzielane przyczyniają się do niskiej zmienności genów. Na razie jednak żadna interwencja nie jest konieczna.

 

Skaczą dla zabawy i pieniędzy

Skaczą dla zabawy i pieniędzy

Nad augustowskimi jeziorami odpoczywają latem tłumy wczasowiczów. Co roku do miasta przyjeżdżają z koncertem gwiazdy muzyki światowego formatu. Odbywają się również liczne imprezy sportowe o dużej randze. Najwięcej śmiechu przynosi jednak konkurs, który zyskał już pełnoletność. Mowa to o ”Mistrzostwach w pływaniu na byle czym”. Konstruktorzy wodowanych na rzece Netta wehikułów, ściągają z całej Polski, by wziąć udział w tym niecodziennym wydarzeniu.

 

Warunkiem jest zbudowanie pojazdu napędzanego „wiatrem, wiosłem, silnikiem lub siłą i godnością osobistą” – jak piszą organizatorzy – oraz przepłynięcie w ten sposób określonego dystansu. Załoga oczywiście musi być na pokładzie. Co roku pula nagród jest coraz większa, dochodząc do 40 tys. zł. Tym, którzy nie mają odwagi stawić czoła takiemu wyzwaniu, radzimy wziąć do Augustowa na tę okoliczność lornetkę i dobry humor. Patronat nad imprezą tradycyjnie obejmuje Polskie Radio Białystok.

Źródło zdjecia: Józef Kowalski, Wikimedia.

Duch seksoholiczki krąży po miejscowości. Zginęła marnie.

Duch seksoholiczki krąży po miejscowości. Zginęła marnie.

Dzień kobiet za nami. Kwiaty powoli więdną, a pudełka po czekoladkach wylądowały w koszu. Liczy się jednak gest. Świat bez płci pięknej byłby pusty i pozbawiony większego sensu. Adam Mickiewicz pisał, że to ”marny puch”. Zapomniał dodać jednak, iż mimo wszystko”wprawia wszystko w ruch”. Nawet pośród kobiet znajdą się czarne owce. O jednej z takich niewiast opowiada poniższa legenda, w której znajdziemy nie jedno ziarno prawdy.

 

We wsi Nieciece nieopodal Tykocina mieszkała przed laty kobieta o imieniu Rzepicha.  Posiadała dziewięcioro rodzeństwa przez które jej życie nie należało od początku do kolorowych. Rodzice Rzepichy często zaglądali do kieliszka. Trud wychowania przypadł więc dziadkom.

 

Po familii odziedziczyła nietypowe zachowanie, które doprowadzało mieszkańców do furii. Już jako małe dziecko kradła kury po czym z uśmiechem na ustach topiła w rzece. Gdy dorosła jej pasją byli mężczyźni,  a także alkohol. Stała się prawdziwą łowczynią męskich serc, a ściśle mówiąc – ciał.

 

Nie przepuściła nawet synowi młynarza, który miał zamiar zostać księdzem. Tknięty grzechem musiał porzucić swoje plany. Pewnej jesieni Rzepichę odnaleziono w gorzelni. Miarka się przebrała. Właściciel karczmy pijaną niemal do nieprzytomności kobietę zamknął w beczce. Następnie wystawił ją na dziedzińcu. Po tygodniu bezwstydna kobieta zmarła. Do dziś duch alkoholiczki krąży po miejscowości. Panowie, miejcie się na baczności!

Miał być kurort dla nazistów z Niemiec. Teraz to wspaniała plaża

Miał być kurort dla nazistów z Niemiec. Teraz to wspaniała plaża

Będąc w okolicy Sokółki nie sposób przeoczyć Zalewu. Lokalizacja łatwa jest do zapamiętania dla turystów, a to ze względu na to, że położony jest przy ulicy…. wodnej. Zalew Sokólski zajmuje łącznie powierzchnię ok. 20 ha. Powstał on już w 1942 r. w czasach okupacji hitlerowskiej. Siłę roboczą stanowili zaś głównie Żydzi.

 

Istnieją dwie wersje celu jego budowy. Pierwsza z nich mówi o obniżeniu poziomu wód gruntowych w związku z osuszaniem bagien, druga zaś, sugeruje chęci utworzenia kurortu dla niemieckich pacjentów. Obecnie zalew stanowi doskonałe miejsce do spędzenie wolnego czasu. Posiada on łącznie dwa zejścia do wody. Funkcjonuje przy nim wypożyczalnia sprzętu rekreacyjnego – kajaków, żaglówek i rowerów wodnych.

 

Z atrakcji można korzystać codziennie w godzinach 10-18. Na miłośników siatkówki czekają dwa piaskowe boiska. Nad wodą organizowane są liczne imprezy – mistrzostwa w skokach na nartach wodnych, zawody skuterów i rywalizacja wędkarzy. W maju 2013 r. nad zalewem postawiono pomnik braci Ejsmontów – słynnych żeglarzy z Węgorzewa. Odnowiono również promenadę, która posiada teraz nową nawierzchnię, barierki i oświetlenie. Wokół zalewu ma powstać kompleks z zapleczem hotelowym, gastronomicznym i kręgielnią. Głównym punktem w przyszłości ma zostać odkryty basen.

Takiego muzeum jeszcze nie było!

Takiego muzeum jeszcze nie było!

To pierwsza taka placówka. W pełni multimedialna zapewnia doskonałą interakcję z gośćmi.  Od 3 miesięcy w Grajewie działa Centrum Tradycji Mleczarstwa – Muzeum Mleka. Całość powstała dzięki wsparciu Unii Europejskiej.

 

Muzeum zaprojektowano tak, aby zarówno dzieci, jak i dorośli mogli dowiedzieć się czegoś nowego o białym napoju. Obiekt podzielono łącznie na siedem stref. Pierwsza z nich to łąka, gdzie odnajdziemy automatyczne zwierzęta. W dziale historycznym zapoznamy się z losami mleka na przestrzeni dziejów. Kolejna wystawa to swoista podróż w czasie. W imitacji obory zawarto wszelkie eksponaty funkcjonujące w branży mleczarskiej. Muzeum uświadomi nam jaką drogę pokonuje mleko, zanim dotrze na nasz stół.

 

W barze mlecznym wrócimy zaś  do PRL-u. Na ekranie telewizora puszczane są też doskonale polskie komedie z dawnej epoki. Dzieci szczególnie ucieszą się z wizyty w laboratorium. W ruch pójdą mikroskopy i wirówki oddzielające śmietanę od mleka. Muzeum czynne jest codzienne w godzinach 10 -18. Dzięki niemu dokładnie zapoznamy się w wyjątkowym naturalnym napojem. Od ilości ciekawostek głowa nie zaboli.

Białostoczanie spacerują po klawiszach

Białostoczanie spacerują po klawiszach

Białystok jako pierwsze miasto w Polsce złożył hołd muzyce bluesowej. Idea powstania Alei Bluesa pojawiła się w 2007 r. Pomysł zrealizowano błyskawicznie. Deptak z chodnikiem w kształcie klawiatury fortepianu powstał w sąsiedztwie Rynku Kościuszki. Spacerowiczów tylko kilkaset metrów dzieli od parku planty.

 

Powstanie Alei  zbiegło się kilkoma istotnymi wydarzeniami. W mieście obchodzono Rok Bluesa, festiwal Jesień z Bluesem, a także rocznicę  śmierci Ryszarda ”Skiby” Skibińskiego. Ten ostatni był legendarnym założycielem Kasy Chorych.  Deptak pełni funkcję edukacyjną, przypominając młodym pokoleniom o osiągnięciach największych muzyków gatunku. Mało kto wie, ale to właśnie w Białymstoku działa wiele znanych kapel, które posiadają fanów  w całej Polsce. Dlatego należy uważać miasto za jeden z istotnych ośrodków Bluesa. Ponadto w Białymstoku odbywa się najstarszy festiwal bluesowy.

 

W Alei Bluesa odsłonięto tabliczki takich gwiazd estradowych, jak Ada Rusowicz czy Martyna Jakubowicz. Regularnie dołączają do nich nowe nazwiska.

 

Wyrodna córka porzuciła chorą matkę

Wyrodna córka porzuciła chorą matkę

Elga mieszkała w drewnianej chatce razem ze swoją matką. Ta spełniała wszystkie jej zachcianki. Mimo że podupadała na zdrowiu, pracowała ciężko u bogatych gospodarzy. W wolnych chwilach, by zarobić jeszcze więcej zbierała owoce lasu. Córka nie odwzajemniała uczuć matki. Z roku na rok stawała się coraz bardziej oschła i zarozumiała. Podczas gdy matka harowała w pocie czoła, Elgę w dzień dopadało lenistwo, a nocą balowała.

 

Dziewczyna nie mogła patrzeć na chorą matkę. Bała się, że na starość też ją czeka taki los. Gdy ”odpoczywała” pod dębem podszedł do niej starzec. Prosił ją aby wróciła do domu i zaopiekowała się matką. Dziewczyna jednak tylko głośno się roześmiała. Mężczyzna zapowiedział, że nie zazna już miłości, dopóki czas i woda nie wyżłobią takich samych ran jak łzy rozpaczy jej matki. Po tych słowach Elga zamieniła się w zimny głaz, który do dziś stoi nieopodal jeziora Pobondze nieopodal Suwałk.

Weekend na Podlasiu. Tu nie wiadomo co to nuda!

Weekend na Podlasiu. Tu nie wiadomo co to nuda!

Miejscówki na majówkę są już zabukowane. Na wymarzony urlop jednak jeszcze trochę poczekamy. Nim rozkwitną pąki na drzewach, a wiosenne słońce opali nasze blade twarze, warto skorzystać już teraz z całego wachlarza możliwości, jakie daje nam Podlaskie.

 

Mieszkańcy Białegostoku i okolic powinni udać się do Tykocina. Skoro kręci się tam filmy, coś musi być w tym miasteczku. Oprócz zwiedzenia nietypowego trapezowego rynku szczególnie polecamy most na rzece Narew. Podobno przyniosła go armia ZSRR z Wrocławia. Miał on trafić dalej na wschód, lecz został w Tykocinie. Trzeba przyznać, że pasuje do barokowych budowli. 

https://www.youtube.com/watch?v=TOUgXcC_A2U

W niewielkim oddaleniu od stolicy Podlasia znajduje się malowniczy Supraśl. Czeka tam na nas choćby Muzeum Sztuki Drukarskiej i Papiernictwa, a także najbardziej oblegane Muzeum Ikon. We wszystkich obiektach poznamy na pewno wiele ciekawostek. Miasteczko wyróżnia się licznymi drewnianymi zabudowaniami. Przykładem takiej perełki jest Stara Poczta nazywana też Domem ogrodnika.

https://www.youtube.com/watch?v=cpEGZG_TwBM

Kto jeszcze nie był w Białowieży, ten niech nadrobi zaległości. Najstarsze muzeum na Podlasiu znajduje się właśnie tam. Prezentacja zbiorów opiera się on na nowoczesnych technologiach i w niczym nie przypomina kojarzącego się ze słowem muzeum zwiedzania wystaw w gablotach za szkłem. Na wystawach podziwiać można fragmenty ekosystemu Puszczy Białowieskiej oraz pełne sceny z życia zwierząt, np. żery wilków. 

 

Jeśli stęskniliśmy się za wodą, najlepszym wyjściem będzie wycieczka do Augustowa. Aby rozprostować kości przyda się spacer, najlepiej po bulwarach. Augustowski deptak to fantastyczny trakt, wyłożony kostką brukową, czysty i prowadzący przez ciekawe zakątki Augustowa. Przy bulwarze powstały hotele, ośrodki wypoczynkowe i restauracje. Stoi tu również piękny Pałac na Wodzie.  Przy moście cumuje często statek wycieczkowy Jaćwież, należący do Żeglugi Augustowskiej. Podczas rejsu tym statkiem poznamy historię Jaćwingów.

 

Śniegi stopniały, więc warto wrócić do aktywnego wypoczynku. W Puszczy Białowieskiej skorzystamy z pewnością ze szlaków do nordic walking, który staje się coraz popularniejszy. Przez Podlasie, warto przypomnieć, przebiega słynny szlak rowerowy Green Velo, liczący w sumie 2000 km. Okolice Łomży, Augustowa czy Suwałk powinny więc w weekend zapełnić się jednośladami. Jeśli lubimy łączyć podziwianie widoków ze spalaniem kalorii, to wręcz idealna propozycja.

 

 

 

Nawiedzone mokradła w Puszczy Białowieskiej. Łatwo się tam zgubić

Nawiedzone mokradła w Puszczy Białowieskiej. Łatwo się tam zgubić

Magia mokradeł

Puszcza Białowieska pełna jest tajemniczych uroczysk. Jedno z nich znajduje się w okolicy wsi Zastawa. Podmokły las nosi imię Knihiniówka, lecz przewodnicy określają się go Knaziewka”. Nazwa pochodzi prawdopodobnie od gwarowej nazwy czajki, która gniazduje właśnie na terenach uroczyska. Dawniej uroczysko stanowiło dla człowieka dużą przeszkodę. Ułożone w poprzek kłody ściętych drzew stanowiły jedyną drogę do okolicznych miejscowości. Dziś przebiega przez nie tzw. ”Kładka Żubra” stanowiąca istotny dla rozwoju turystyki szlak edukacyjny. 

Zagubieni

Podróżni nie są świadomi tego, że mokradła są nawiedzone. Wielu było świadkiem niewyjaśnionych wydarzeń. Pierwsze relacje pochodzą jeszcze sprzed wojny. Mężczyzna wiózł koniem drewno. Gdy zapadł zmrok, zwierzę zarżało w panice. Z mroku wyłoniła się biała postać. Aby lepiej jej się przyjrzeć rolnik podpalił wiązkę siana. Nim płomienie objęły uschniętą trawę, postać rozpłynęła się we mgle.

Innym razem dwóch kłusowników ujrzało na drodze ognisty krzyż, który z wielką prędkością mknął w ich kierunku. Przerażające. Mężczyźni nie mogli uwierzyć własnym oczom. Z krzykiem uciekli do domu. Dziwne zjawiska mają miejsce do tej pory. Nikt nie wie co jest tego przyczyną. Domniemuje się, że mam to związek z dawnymi magicznymi rytuałami.

Jeśli ktoś wybiera się na uroczysko, niech lepiej weźmie dobrą nawigację. Mokradła w tajemniczy sposób wpływają na orientację. Mnóstwo osób nie mogło znaleźć drogi powrotnej. Gdyby nie telefon komórkowy, być może zostaliby tam na zawsze.

Felieton: Miłość na wsi. Od dyskoteki do dyskoteki

Felieton: Miłość na wsi. Od dyskoteki do dyskoteki

Życie w mieście diametralnie różni się od wiejskiej rzeczywistości na Podlasiu. Inne możliwości, inne spojrzenie na świat. A jak jest ze sprawami miłosnymi? Miasta mają to do siebie, że stajemy się anonimowi. W tłumie ciężko wyłapać tą jedyną, tego jedynego, ale od czego są w końcu parki, kluby czy puby. Istnieje więc wiele opcji. Gdy już nam się uda kogoś zdobyć, będzie już z górki. Nie potrzeba zbyt wiele kreatywności. W mieście raczej zakochane pary nie powinny się nudzić. Do wyboru do koloru. Wszystko zależy od upodobań.

 

Kłopotu bogactwa nie znają młodzi mieszkańcy wsi. Ciągle te same twarze, te same obowiązki. Jedyną rozrywkę często stanowią letnie dyskoteki w remizie, o ile mamy fundusze na wejściówkę. Jeśli już nazbieraliśmy drobne, spotyka nas nieszczęście. Wśród świateł i stroboskopów spotykamy znowu znajomych ze szkoły. Od czasu do czasu pojawi się biały kruk. Każdy nowa osoba wzbudza ogromne zainteresowanie. Szybko powstają kółka adoracji. Gdy nastaje ranek, nasza miłość od pierwszego wejrzenia opuszcza wioskę i może już nie wrócić. Wyciągamy białą chusteczkę na pożegnanie i wracamy do krainy marzeń. Jeśli jednak obie strony zapłoną uczuciem, też pojawi się problem. Załóżmy, że nasz ukochany/ukochana wpada do nas na randkę. Z jednej strony myślimy – super, z drugiej – wpadamy w panikę. Na wsi nie ma pizzerii, jedyne kino jakie mamy to zaś ekran laptopa. Do stodoły na pokaz zwierząt też nie zaprosimy. Zbyt skromna bowiem to kolekcja na zoo. Pozostaje jedynie spacer i niekończące się sesje przytulania.

 

Co jednak mają robić samotni?  Gdy lato się skończy, a drzwi dyskoteki zostaną zamknięte, trzeba cierpliwie czekać na poprawę swego losu. Przeglądanie memów w internecie zabije czas. Warto też znaleźć hobby i nie zaszkodzi szklanka wody przy nocnym stoliku. Dla raptusów jedynym rozwiązaniem będzie zrzutka na benzynę i zawitanie do miasta. Hej przygodo!

Na Podlasiu. Gdzie pojechać, co zwiedzić?
fot. SilverTree / Wikipedia

Na Podlasiu. Gdzie pojechać, co zwiedzić?

Na Podlasiu znajdzie się miejsce dla wszystkich tych, którzy lubią podróżować własnym autem i coś zwiedzić. Mamy kilka propozycji, jak zwiedzić Podlaskie, by się nie wykosztować. Wystarczy zatankować i przygotować trochę gotówki na dobre jedzenie i wypoczynek.

Piątek wieczór i rozpoczęcie przygody na Podlasiu

Przypuśćmy, że przyjeżdżacie zaraz po pracy i na Podlasiu meldujecie się w piątek wieczorem. Z pewnością naszą przygodę powinniśmy zacząć w Białymstoku. Wieczorem na Rynku Kościuszki życie tętni na całego. Jest tu bardzo wiele miejsc, gdzie skosztujemy regionalnego jadła czy browarów.

Sobota przed świtem

fot. K. Gopaniuk

Z pewnością jeżeli chcemy kierować samochodem, to nie powinniśmy zbyt wiele tych browarów wypić. Wcześniej niż wstanie świt powinniśmy wybrać się nad zalew Siemianówka. Nieopodoal miejscowości Pasieki znajduje się wieża widokowa, z której przy odrobinie szczęścia o bladym świcie można podziwiać żubry.

fot. K. Gopaniuk

Kolejny przystanek to śniadanie w Kruszynianach. Zwiedzimy tam tatarski meczet (polscy Muzułmanie). Do wyboru mamy kilka miejsc, w których zjemy tradycyjne tatarskie jedzenie. Najsławniejszy jest Pierekaczerwnik. Bez wątpienia możemy polecić baraninę.

Następnie warto zwiedzić Krynki, Poczopek i Kopną Górę. W tej pierwszej miejscowości znajdziemy między innymi stary, żydowski cmentarz, w Poczopku zaś wspaniały rezerwat, a w Kopnej Górze kolejny rezerwat. W konsekwencji obiad będzie smakować doskonale. Tam zdecydowanie polecamy babkę ziemniaczaną. Można ją skosztować przy głównej ulicy w Supraślu.

https://www.youtube.com/watch?v=cpEGZG_TwBM

Na wieczór wróćmy do Białegostoku, by solidnie odpocząć bo całodniowej wycieczce.

Niedziela

Niedzielę zaś możemy spędzić w Augustowie i Suwalszczyźnie. W centrum tego pierwszego znajduje się port, z którego możemy odpłynąć statkiem, by zwiedzić znaną w całej Polsce Dolinę Rospudy. Później, po wspaniałej wodnej wycieczce warto zajechać do klasztoru w Wigrach i Szelmentu, by spróbować swoich sił na wyciągu nart wodnych. Tam też znajduje się restauracja, w której możemy się posilić przed dalszą drogą. Kolejny przystanek to Wiżajny, gdzie znajduje się trójstyk granic Polski, Litwy i Rosji.

fot. K. Gopaniuk

Na zakończenie ostatnim przystankiem będą Stańczyki i wielkie akwedukty. Miejsce warte odwiedzenia, gdyż w Polsce niewiele jest tak wielkich budowli.

Na Podlasiu

fot. K. Gopaniuk

Cała wycieczka zajmie nam nie więcej niż 400 km podróżowania. Dlatego jeżeli ktoś ma samochód na gaz, to będzie go kosztować ta wycieczka jedną, standardowa butla gazu.

Serdecznie zapraszamy!

Biedak zakochał się w bogatej. Poszedł dla niej do piekła.

Biedak zakochał się w bogatej. Poszedł dla niej do piekła.

Zamczysko odżyło

Janek był niezwykle utalentowanym młodym człowiekiem. Nie rozstawał się nigdy ze swoimi skrzypkami. Cieszył się dużym powodzeniem u płci przeciwnej lecz tego nie wykorzystywał. Pewnej nocy gdy wracał z karczmy doszło do czegoś niespotykanego. Pagórki, na których niegdyś istniały zamczysko otworzyły się niczym drzwi. Janek ujrzał kobietę. Na początku myślał, że to halucynacje z powodu alkoholu. Po chwili jednak zrozumiał, iż wszystko dzieje się naprawdę. Kobieta przedstawiła się jako królowa Bona.  Wyznała mu, że w zapadłym zamczysku odbywa karę za grzechy. Zauważywszy skrzypce, poprosiła Janka aby coś jej zagrał. Ten się zgodził, wpadając w muzyczny trans. Bona, tak wzruszona występem, przyrzekła mu pomoc w każdej życiowej sytuacji. 

Spełnione obietnice

Nie trzeba było długo czekać nim Janek wpadł w kłopoty. Za dnia pilnował bydła, lecz często zdarzało mu się zapomnieć o całym świecie. Tak też było i tym razem. Janek pochłonięty grą na skrzypcach nie zauważył, że jedna z młodych krów zniknęła. Jak się potem okazało, powędrowała do lasu, gdzie zjadły ją wilki. Janek nie wiedział co robić. Nie miał pieniędzy, a jakoś musiał zrekompensować straty właściciela. Przypomniał jednak sobie o obietnicy królowej. O jedenastej w nocy udał się na wzgórze. I tym razem ziemia się rozstąpiła. Janek powiedział Bonie o swym problemie. Ta nakazała mu udać się do lochów zapadniętego zamczyska. Mógł jednak wziąć tylko 10 talarów. Inaczej miała spotkać go kara. Janek przełamał strach i zszedł do podziemi. Mimo że bogactw było tam bez liku, do sakiewki włożył tylko kilka monet.

Recepta na miłość

Prawdziwe problemy dopiero nadeszły. Janek zakochał się w córce młynarza – Małgośce. Wiedział jednak w głębi duszy, że do siebie nie pasują, a to ze względu na status majątkowy. Chłopak mógł mieć każdą niewiastę, lecz to bez tej jednej nie mógł żyć. Ponownie udał się po pomoc do Bony. Ta nakazała mu złapać nietoperza, umieścić go w garnku i zakopać w mrowisku. Drugiego dnia w naczyniu miały powstać magiczne grabie, którymi mógł przyciągać i odciągać kobiety. Tak też się stało. Małgośka wpadła mu w ramiona.

Piechotą do piekła

Związkowi sprzeciwiali się jednak jej zamożni rodzice. Janek i tą kwestię postanowił rozwiązać dzięki znajomości z duchem Bony. Wpadł na pomysł kupna opuszczonego gospodarstwa. Po pieniądze znów musiał udać się do podziemia. Tym razem interesowała go kwota 100 talarów. Na miejscu potknął się o piekielne psy strzegące skarbów. Przewróciwszy się zauważył cudowne buty, jakich nigdy nie widział. Mimo że Bona przestrzegła go o konsekwencjach brania czegoś więcej, tym razem jej nie posłuchał. Założył buty, a wtedy na zegarze wybiła dwunasta. Góra zatrzęsła się od piekielnego śmiechu. Buty zaczęły płonąć. Nie było siły aby się ich pozbyć. Rankiem odnaleziono Janka pozbawionego nóg. Do końca życia został kaleką. Czołgał się od wsi do wsi ze swoimi skrzypkami aby mieć co włożyć do ust.

 

Trzęsienia ziemi w Podlaskiem. Jak to możliwe w naszym położeniu geograficznym?

Trzęsienia ziemi w Podlaskiem. Jak to możliwe w naszym położeniu geograficznym?

Jeśli uważaliśmy na lekcjach geograficznych, Polska nie leży na styku płyt tektonicznych. Teoretycznie więc nie musimy obawiać się drgań skorupy ziemskiej. Natura jednak może spłatać psikusa.

 

Wstrząsy o dużej sile miały miejsce jesienią 2004 r. w Suwałkach i Białymstoku.  Odnotowano wówczas wstrząsy o sile 5 – ciu stopni w skali Richtera. Pierwszych lżejszych wstrząsów, nie wszyscy byli świadomi. Niektórzy mogli powiązać zdarzenie z wibracjami przejeżdżających samochodów ciężarowych. Gy jednak po południu zaczęły pękać ściany budynków, szafki same się przesuwały, wszystko było już oczywiste. Drobnym zniszczeniom uległ nawet szpital i dom pielęgniarek w Suwałkach.

 

2 lata później ziemią znowu zatrzęsło. Epicentrum mogło pochodzić z pogranicza polsko – białoruskiego. Prawdopodobnie trzęsienie było spowodowano wielkim wybuchem, o którym jednak nic nie wiadomo. Inny badacze wskazywali również na mróz jako winowajcę. Podobne rzeczy dzieją się bowiem w Skandynawii. Pod wpływem niskiej temperatury pękają bowiem skały granitowe. Większość skłania się jednak ku wersji o ”sztucznej” przyczynie polskiego trzęsienia. Mieszkańców Podlasia należy uspokoić. Z pewnością nie będą świadkami katastrof, jakie znają choćby z hollywoodzkich produkcji.

 

Te ptaki są zagrożone wyginięciem. Ludzie zabijali je, bo dobrze smakują

Te ptaki są zagrożone wyginięciem. Ludzie zabijali je, bo dobrze smakują

Na jego odrodzenie wydano w zeszłym roku ponad 8 mln zł. Pod koniec lat 90. w  całej Polsce naliczono ich jedynie kilkadziesiąt. Mowa tu o głuszcach –  ptakach zagrożonych wyginięciem, o których przeciętny Kowalski wie bardzo niewiele.

 

Głuszec był niegdyś cennym łownym gatunkiem. Zabijano go zarówno dla smacznego mięsa, jak i dla sportu. Stanowił bowiem doskonałe trofeum. Lot głuszca odbywa się wyłącznie w linii prostej. Jest przy tym dosyć hałaśliwy, a to ze względu na jego gabaryty. Głuszcze są bardzo bojaźliwe dlatego ciężko spotkać ich na żywo. Ukrywając się w zakamarkach lasu walczą o przetrwanie. Swoją nazwę zawdzięczają temu, że…głuchną. Dzieje się tak w czasie śpiewów godowych, które powtarzają w ciągu dnia nawet 200 razy. Przyczyny tego stanu nie są jednak dokładnie znane.

 

W celu odrodzenia populacji tych królewskich ptaków sprowadzono z Rosji kilkadziesiąt okazów. Trafiły one do Pusczczy Augustowskiej. Po okresie kwarantanny zaobrączkowano je i wyposażono w nadajniki, które umożliwią bezproblemową obserwację. Dzięki temu badacze uzyskają wiedzę o kierunkach ich przemieszczenia. Program odbudowy populacji będzie prowadzony jeszcze do 2018 r. 

 

Ludzie zginęli przez zdrajcę. Te krzyże to upamiętniają

Ludzie zginęli przez zdrajcę. Te krzyże to upamiętniają

Cień historii

Szubienica to szczególne miejsce pamięci dla mieszkańców Chroszczy, miejscowości oddalonej od Białegostoku o kilka kilometrów. Aby zrozumieć symboliczne znaczenie, należy przenieść się w czasy powstania styczniowego.

Zdrada w szeregach

Chociaż w samej Choroszczy nie doszło do walk, insurekcja przyniosła tragedię. Niewielki oddział dowodzony przez Ksawerego Markowskiego ukrywał się w lesie i stamtąd prowadził działania partyzanckie. Wśród trzydziestu mężczyzn był jeden zdrajca. Do dziś nie są znane powody, jakimi się kierował. Najczęściej mówi się o porachunkach miłosnych. Oddział kozaków wysłany do pacyfikacji otoczył zaskoczonych żołnierzy. Niektórym udało się uciec z oblężenia. Innych czekał tragiczny koniec. Nad pojmanymi odbył się sąd polowy. Wyrok mógł być tylko jeden – śmierć przez powieszenie.

Nieudana ucieczka

Egzekucja miała mieć miejsce na niewielkim wzgórzu na skraju lasu. Współtowarzysze podjęli próbę odbicia skazańców. Powietrze przeszył huk. Doszło do wybuchu zdetonowanej amunicji. Plan powiódł się częściowo. Kilku powstańców uniknęło śmierci, lecz nie wszyscy mieli tyle szczęścia. Schwytanych stratowano końmi bądź zastrzelono. Ciała zaś zostały wrzucone do jednego dołu. Pozostałych zgodnie z pierwotnymi rozkazami powieszono na szubienicy. Stąd też nazwa choroszczańskiego wzgórza.

Upamiętnienie tragedii

Po latach starań,w październiku 1989 r. uroczyście odsłonięto pomnik poświęcony powstańcom. Jest to jedyny taki obiekt w okolicy. Jakiś czas później dodano również marmurowy znicz i godło powstańcze na skarpie.

Czarna dama dusiła wrogów. Jęki i zawodzenia w tunelach słychać do dziś

Czarna dama dusiła wrogów. Jęki i zawodzenia w tunelach słychać do dziś

Twierdza Osowiec powstała w drugiej połowie XIX w. Zbudowana została w miejscu zwężenia biebrzańskich bagien, co miało służyć ochronie linii kolejowej Białystok – Królewiec. Składała się ona z czterech fortów i do dziś sławi się tym, że nigdy nie została zdobyta. Pochłonęła jednak wiele ofiar, co z pewnością miało wpływ na nietypowe zjawiska.

 

W Twierdzy Osowiec przetestowano po raz pierwszy gazy bojowe. Chmura o szerokości kilku kilometrów, która powstała po wypuszczeniu chloru z baterii gazowych, przyniosła śmierć tysiącu Rosjan. Wielu próbowało uciec. Jednym się udało, drudzy nie mieli tyle szczęścia. Ocalałych oskarżono o dezercję. Na sądzie polowym żołnierze przyznali, że w oparach widzieli czarną zjawę, wybierającą swe ofiary. Czarna dama, gdyż tak ją nazwano, dusiła ich za gardło, pozbawiając ostatniego tchnienia. Potwór w ciemnej pelerynie miał mieć ponoć szerokość kilku metrów. Ducha widziano również współcześnie. Przypadek został udokumentowany przez reporterów. Na jednym ze zdjęć, po ich wywołaniu okazało się, że przy dziennikarce stała właśnie złowroga Czarna Dama.

 

Pani w czerni to nie jedyna zjawa, jaką można spotkać bądź usłyszeć na terenie Twierdzy Osowiec. Wiele osób skarżyło się, że w czasie zwiedzania czuło na karku mroźny oddech. Nic nam jednak nie grozi, gdyż jest to ”Dobry duch Twierdzy”. Przed wojną młody rosyjski oficer popełnił samobójstwo z powodu odrzuconych zaręczyn szlachcianki z Goniądza. Jego żywot zakończyła kula w skroń i od tej pory towarzysze broni byli świadkami zjawisk paranormalnych. Pewnego dnia odkryli na ścianie wykonany krwią napis ” Chryste, daj wieczny odpoczynek duszy sługi Twojego”.  Jęki i zawodzenia w tunelach słychać do dziś.  Wszystkich odważnych, nie bojących się upiorów, zapraszamy na wycieczkę po Twierdzy Osowiec.