Znów będą zabijać żubry! Nie tylko dziki im przeszkadzają.

Znów będą zabijać żubry! Nie tylko dziki im przeszkadzają.

Nie tylko dziki mają zostać wystrzelane. Mimo ścisłej ochrony – Generalny Dyrektor Ochrony Środowiska zezwolił na odstrzał 40 żubrów! Przypomnijmy, że nie tak dawno temu Mateusz Morawiecki w Biebrzańskim Parku Narodowym mówił coś też o rozprawianiu się z wilkami. Jeszcze za czasów kadencji ministra Szyszko w planach było strzelanie do łosi. Czemu obecna ekipa rządząca tak nienawidzi dzikich zwierząt? Tak jak pisaliśmy ostatnio – bo one nie głosują, a rolnicy, którym zwierzęta przeszkadzają – owszem. Powtórzymy jeszcze raz – należy szukać kompromisów, a nie wybijać zwierzęta!

 

Z żubrami sprawa jest nieco skomplikowana. Leśnicy wybijają najsłabsze i chore jednostki, do zdrowych zwierząt się nie strzela. Ale o tym który osobnik jest zdrowy, a który nie – decyduje… komisja. Wystarczy, że ta uzna, że żubr jest „zbyt słaby” i musi zostać odstrzelony. W ten sposób leśnicy dbają o jakość genów. Zostawienie tego naturze mogłoby się skończyć wymarciem żubra. Jednak w całej tej sprawie jest pewien znak zapytania. Bowiem jest program ochrony żubra w Puszczy Białowieskiej, który określa że liczebność stada powinno liczyć najwyżej 90 zwierząt. Oznacza to, że trzeba coś zrobić z dodatkowymi jednostkami. I tu znak zapytania – czy należy wybijać? Może wystarczy odseparować, by po prostu najsłabsze nie mogły mieszać genów z najsilniejszymi? Co roku Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska zezwala na wybijanie żubrów, tak jakby to był jedyny sposób na załatwienie problemu.

 

Całkowity obraz przyrody w Polsce jest tragiczny. Ogólnie obecna ekipa ma do niej dziwny stosunek. Gdy rządzili w latach 2005-2007 próbowali lekceważąc protesty i zastrzeżenia ze strony instytucji unijnych budować obwodnicę Augustowa przez cenne przyrodniczo problemy. Próbowano nawet przeforsować inwestycję legitymacją w postaci referendum. Na szczęście skończyło się blokadą tego przedsięwzięcia. Od kilkunastu lat zarówno ta jak i poprzednia ekipa rządząca ignorują problem smogu. Teraz mamy już wielki problem. W ostatnim czasie przeprowadzano masową wycinkę w Puszczy Białowieskiej. Na Wiśle skazano na śmierć wiele dzikich ptaków – organizując zrzut wody, zalewający gniazda w okresie lęgowym, by z Płocka do Gdańska mogły przepłynąć barki. Na Mazurach w Puszczy Noteckiej, na terenach cennych przyrodniczo zezwolono na budowę zamku. Były minister Jan Szyszko chciał strzelać do łosi, potem premier Morawiecki bredził o wilkach, teraz mamy sprawę dzików oraz bierne patrzenie na wybijanie żubrów. Warto też wspomnieć o konferencji klimatycznej, gdzie ogłoszono że dalej będziemy truć polskie powietrze węglem. Do tego należy dołożyć prawo uderzające w elektrownie wiatrowe. To wszystko brzmi jak koszmar, ale niestety jest prawdą. 

Partnerzy portalu:

To była luksusowa dzielnica Białegostoku. Mieszkali tu najbogatsi.

To była luksusowa dzielnica Białegostoku. Mieszkali tu najbogatsi.

W dawnym Białymstoku była taka dzielnica, którą można porównać do Nowojorskiej Tribeci. Ta w USA od zawsze aż do dziś była bardzo prestiżowa. Nasza białostocka niestety obecnie nie zachwyca i to jest delikatnie powiedziane. Przed II Wojną Światową była kompletnym przeciwieństwem dzielnicy Chanajki. Na ul. Aleksandrowskiej, a później Pierackiego mieszkali prawnicy, lekarze czy kupcy. Nie brakowało też fabrykantów, którzy woleli Białystok od Łodzi tworząc u nas Manchester Północy. Przyjezdni osiadali się także rejonach Aleksandrowskiej. Generalnie mieszkali tam tylko zamożni. Także tam znajdowała się większość placówek związanych z organami ścigania, stąd też było tam względnie bezpiecznie. Nawet prostytutki nie chciały się tam zapuszczać, gdyż w luksusowej dzielnicy brakowało lokali rozrywkowych czy hoteli.

Dzisiaj te miejsce to ul. Warszawska – gdzie mamy restauracje, puby, pizzerię, a także wiele sklepów. Z dawnych czasów zachowało się bardzo wiele zabytków. Pamiątką po dawnej ekskluzywnej dzielnicy Białegostoku jest chociażby Pałac Tryllingów. W 1871 roku Elżbieta Pilcicka za 2600 rubli sprzedała parcelę, dom murowany, oficynę, stajnię i chlew przy małżeństwu Rozalii i Izraela Bulkowsteinów. To za ich sprawą na działce powstał przepiękny budynek. Pierwsze lata Bulkowsteinowie wynajmowali posiadłość różnym lokatorom.

 

 

W Białymstoku najbogatszymi fabrykantami była rodzina Tryllingów. Mieli tkalnię przy ul. Nowy Świat oraz fabrykę sukna przy ul. Lipowej. Tym drugim zakładem zarządzał Chaim Abram Trylling – syn Izraela. Pod koniec XIX wieku córka małżeństwa Bulkowsteinów – Helena wyszła za mąż za Chaima Tryllinga. Świeżo upieczony małżonek od swoich teściów odkupił posiadłość przy Aleksandrowskiej za 1500 rubli oraz w zamian za uregulowanie długów posiadłości. W miejsce starych budynków zaczął wznosić cudo, które stoi do dziś – przepiękny pałacyk. Niestety Pan młody jeszcze w czasie budowy rezydencji zmarł. Spadkobierczynią została oczywiście Helena oraz jej syn Anatol. Posiadłość była obciążona kolejnymi długami z tytułu niezapłaconych podatków. Helena już w międzywojniu przebywała często w Berlinie. Syn zaś postanowił posiadłość spieniężyć. Okazały pałacyk trafił w ręce Jana Lgockiego – wysokiego urzędnika państwowego oraz Feliksa Serwantowicza. Po II Wojnie Światowej budynek przeszedł na własność Skarbu Państwa.

Dziś przy ul. Warszawskiej oprócz Pałacu Tryllingów przy Warszawskiej znajdują się kamienice, dawny Szpital Żydowski, Pałacyk Cytronów (siedziba Muzeum Historycznego), kościół ewangelicko-augsburski (dziś kościół katolicki św. Wojeciecha) i wiele innych zabytków. Aż dziw bierze dlaczego ulica ta jest obecnie tak niespójna architektonicznie oraz tak zaniedbana. Gdyby prezydentowi zależało – Warszawska byłaby dziś miejscem niezwykłym i atrakcyjnym. A tak mamy okropny misz-masz. Już nie wspominając o wielu zapuszczonych budynkach.

fotografie ze zbiorów Jana Murawiejskiego

Partnerzy portalu:

Białostoccy kolejarze walczyli  o niepodległość

Białostoccy kolejarze walczyli o niepodległość

Batalia o przejęcie białostockiego węzła kolejowego trwała długo. Od połowy grudnia 1918 roku w Łapach znajdowała się siedziba komisji, która miała przejmować od wycofujących się Niemców majątek kolei.

13 lutego 1919 roku komisja specjalnym pociągiem przyjechała z Łap do Białegostoku. Dbając o jej bezpieczeństwo, pociąg ukryto na bocznej linii. Wiadomość o jej przybyciu rozeszła się jednak po mieście. Do pociągu zaczęli zgłaszać się masowo białostoccy kolejarze.  Opisując trzymiesięczne opóźnienie nadejścia białostockiej niepodległości, wspominałem o młodzieży i nauczycielach. Wymieniałem przedstawicieli niepodległościowego środowiska. Osobny, ale jakże ciekawy rozdział tej historii zapisali białostoccy kolejarze.

To oczywiste, że kolej była strategicznym elementem, a Białystok w ostatniej ćwierci XIX wieku stał się jednym z ważniejszych węzłów kolejowych w tej części Europy. Tu krzyżowały się „drogi żelazne” z zachodu na wschód i z południowego wschodu na północ.

To była jedna z głównych przyczyn opóźnienia niepodległości. Rok po jej odzyskaniu w Dzienniku Białostockim ukazały się „Wspomnienia kolejarza”. To bardzo ciekawa relacja, w której przypomniano zapomnianego dziś zupełnie bohatera tamtych wydarzeń – Franciszka Wierzejskiego. Pisano o nim, że „w początku listopada ubiegłego roku [1918] kilku wybitniejszych naszych kolejarzy, w których gronie znajdował się naczelnik naszej stacji p. Franciszek Wierzejski, zorganizowali związek, celem odebrania od Niemców Warszawskiej Dyrekcji Kolejowej”.

Po opanowaniu gmachu w Warszawie, Wierzejski „jako najbardziej odważny i energiczny” objął pierwszy dyżur w kolejowej dyspozytorni. Dalej pisano, że „14 listopada p. Wierzejski jako przedstawiciel Warszawskiej Dyrekcji oddelegowany został do Białegostoku celem ewentualnego porozumienia się z Niemcami i nawiązania komunikacji kolejowej pomiędzy Białymstokiem i Łapami. Do porozumienia nie doszło, Niemcy nawiązać komunikacji nie chcieli i polecili p. Wierzejskiemu w ciągu 24 godzin pod karą aresztowania Białystok opuścić.

Pan Wierzejski jednak dla dobra Ojczyzny i polskiego kolejnictwa z Białegostoku nie wyjechał. Ukrywając się przed Niemcami w warunkach bardzo trudnych zorganizował tajny związek kolejarzy i pozostawał w naszym mieście do czasu ustąpienia okupantów”. Opisywano, jak to 19 lutego 1919 roku Franciszek Wierzejski odegrał znaczącą rolę w przejmowaniu i ratowaniu stacji kolejowej „pod groźbą utraty życia”. Wspominano, że „sam był wszędzie i o ile mógł, ile sił mu starczyło starał się nie dopuścić do ostatecznej grabieży stacji”.

Pisano, że „dzięki jemu wiele cennych rzeczy jak aparaty telefoniczne i telegraficzne, przybory sygnałowe, latarnie, druki i inne zostały przez Niemców pozostawione na miejscu”. W pół godziny po odejściu ostatniego pociągu z ewakuującymi się Niemcami Wierzejski wysłał pierwszy pociąg z Białegostoku do Łap.  W 1921 roku szczegółowo opisywano przebieg batalii o przejęcie białostockiego węzła kolejowego. Od połowy grudnia 1918 roku w Łapach miała swoją siedzibę komisja, która miała przejmować od wycofujących się Niemców majątek kolei. Na czele tej komisji stał pułkownik Stanisław Słupecki. Był doświadczonym oficerem, który ukończył Szkołę Inżynieryjną w Petersburgu.

Zwolniony przez władze sowieckie w styczniu 1918 roku z rosyjskiej armii w grudniu tego roku wstąpił do wojska polskiego.  Do Łap przyjechał jako referent do spraw kolejowych przy Dywizji Litewsko – Białoruskiej. W lutym 1919 roku został mianowany dowódcą kolei litewskich, a od 1920 roku był szefem kolejnictwa I Armii. Obok niego w komisji był inżynier Władysław Korzon, który pochodził z rodziny słynnego polskiego historyka Tadeusza Korzona. Urodził się w Mińsku Litewskim, a studia techniczne ukończył w Petersburgu. Gdy zmarł w 1929 roku, to w nekrologu pisano o jego pracy przy budowie rosyjskich kolei i działalności w „ukochanym przez siebie rodzinnym Mińsku Litewskim, gdzie jako radny położył wielkie zasługi nad rozwojem miasta i podniesieniem w nim kultury polskiej”. W komisji znaleźli się też Józef Maruszkin, który w okresie międzywojennym pracował w Wileńskiej Dyrekcji Kolei Państwowych i inżynier Wacław Michał Pawłowski.

13 lutego 1919 roku komisja specjalnym pociągiem przyjechała z Łap do Białegostoku. Dbając o jej bezpieczeństwo „pociąg ukryto na bocznej linii”. Wiadomość o jej przybyciu rozeszła się jednak po całym mieście. Do „ukrytego” pociągu zaczęli zgłaszać się masowo białostoccy kolejarze „ofiarowując swoją pracę Państwu Polskiemu”. Komisja prowadziła trudne rokowania z niemieckim dowództwem. Pisano, że „zgodnie z umową Niemcy winni byli przekazać Polakom wszystkie przedmioty niezbędne do podtrzymania ruchu kolejowego, jak zwrotnice, semafory, aparaty telefoniczne i telegraficzne itp. Inne natomiast przedmioty, jak maszyny i inwentarz, trzeba było od nich nabywać.

Członek komisji inżynier  Korzon nabył tym sposobem cały szereg maszyn do warsztatów kolejowych za cenę bardzo niską. Podkreślić należy, że zakupy te mogły być uskutecznione tylko dzięki wydatnej pomocy społeczeństwa białostockiego”.  Uprzedzając koniec rokowań członkowie komisji postanowili zastosować taktykę faktów dokonanych. Pisano, że „komisja w nocy z 14 na 15 lutego udała się na linię Białystok – Wołkowyski tu obsadziła wszystkie stacje aż do Andrzejewa, mianując na poczekaniu z braku personelu fachowego zawiadowców stacji spośród maszynistów, nadkonduktorów itp. Następnie przejęto Czarną Wieś i Wasilków.

W Czarnej Wsi ludność tłumnie wyległa, witając Komisję z księdzem na czele”. Jednak pomimo pobytu w Białymstoku komisji i komisarza rządowego, Niemcy zachowywali się tak, jakby toczące się rokowania ich nie dotyczyły. Pisano, że „pijane żołdactwo niemieckie wściekłe, że musi opuścić kraj okupowany, kradło inwentarz kolejowy, niszczyło urządzenia stacyjne, strzelając na wiwat do kolejarzy polskich i obrzucając tor i pociągi granatami ręcznymi. Nikt nie był pewny życia ani na chwilę”.

Szczególnie trudna sytuacja panowała na odcinku Białystok – Grajewo. Tędy jechały transporty niemieckich żołnierzy do Prus Wschodnich. Niemcy uważali, że to ich teren. W związku z tym „terroryzowali ludność okoliczną, a szczególną ansę czuli do przedstawiciela polskich władz kolejowych, który zawdzięczając tylko szczęśliwemu zbiegowi okoliczności uniknął śmierci”. Przypadek ten miał miejsce na odcinku Starosielce – Knyszyn, gdzie Niemcy zburzyli łącznicę telefoniczną. „Ale stróż tamtejszy porwał aparat telefoniczny i ścigany przez Niemców ukrył się na cmentarzu między mogiłami. Tam nocą przyłączył skonfiskowany okupantom aparat do sieci i tym sposobem telefonicznie zawiadomił p. Maruszkina [że] w Knyszynie szaleje żołdactwo niemieckie”. Powiadomiony Maruszkin, który miał właśnie przyjechać do Knyszyna pozostał w Białymstoku, unikając tym samym niebezpieczeństwa.

Opisywano też, jak ludność cywilna mieszkająca wzdłuż linii kolejowych starała się je chronić przed Niemcami. Pisano, że „kiedyś nocą przybył na stację Świsłocz pułkownik Słupecki, nie znalazł tam żywej duszy, prócz jakiegoś chłopa. – Co wy tu robicie? – zapytał pułkownik. – Pilnuję stacji. – Kto wam kazał ? – Kto miał kazać! Ja sam sobie kazałem”.  Znaczenie wydarzeń związanych z przejmowaniem kolei w Białymstoku było doniosłe.

Pamiętano o tym w pierwszą rocznicę odzyskania niepodległości. 11 listopada 1919 roku uroczystości kolejarskie zdominowały inne wydarzenia. Zorganizowane zostały przez białostockie koło Związku Kolejarzy Polskich. Najpierw był pochód ze stacji do kościoła farnego. Po mszy z udziałem władz cywilnych i wojskowych, na Rynku Kościuszki rozpoczęła się patriotyczna manifestacja. Z  balkonu kamienicy stojącej vis a vis kościoła, w której mieściła się  redakcja Dziennika Białostockiego przemawiali kolejarze, prezydent miasta oraz inni oficjele.

Po południu „w domu przy ul. Żółtkowskiej nr 6 zgromadziły się dzieci kolejarzy w towarzystwie rodziców, setki kolejarzy z naczelnikiem Wierzejskim na czele i delegaci związków polskich na uroczysty akt poświęcenia pierwszej szkoły kolejowej”. Tu też były stosowne przemówienia, których głównym motywem były „uczucia patriotyczne kolejarzy polskich”

Andrzej Lechowski
były Dyrektor Muzeum Podlaskiego

Partnerzy portalu:

Masakra dzików przed wyborami. Rolnicy głosują, zwierzęta nie

Masakra dzików przed wyborami. Rolnicy głosują, zwierzęta nie

Przed nami rok wyborczy. Niestety nie wszystkie głosy da się załatwić pieniędzmi z 500 plus. Istnieje bowiem taka grupa, która ma pieniądze, bo przez lata otrzymała potężne sumy z dotacji unijnych. To rolnicy. Dlatego jeżeli rządzący chcą coś ugrać na wsi, to w inny sposób. W jaki? Wybijając dziki. Praktycznie wszystkie jakie są. Skalą przedsięwzięcia są nawet zszokowani myśliwi, którzy zabijać będą zwierzęta. Mają strzelać nawet do loch będących w ciąży! Mimo, że naukowcy alarmują, że to nie ma żadnego sensu. Owszem jest – dziki znikną z oczu rolników, a oni wtedy zagłosują na rządzących. Skalą przedsięwzięcia są nawet zszokowani myśliwi, którzy zabijać będą zwierzęta. Mają strzelać nawet do loch będących w ciąży!

Dlaczego dziki przeszkadzają rolnikom?

Odpowiedź jest bardzo prosta – dziki niszczą uprawy. Locha by w spokoju wychować młode uwija sobie miejsce gdzieś ukryte w polu właśnie ryjąc przy okazji. Drugim problemem jest wirus ASF, który nie jest żadnym zagrożeniem dla człowieka, ale dla świni owszem. Stąd też producenci trzody chlewnej ponoszą gigantyczne straty. Przyjmuje się, że nosicielami tegoż wirusa są dziki. 

Dlaczego masakra dzików nie ma sensu?

Przede wszystkim w walce z ASF nic nie poskutkuje wybicie dzików. Wirus występuje na terenach w pobliżu z Białorusią, Ukrainą oraz Obwodem Kaliningradzkim. Oznacza to, że nawet po wybiciu wszystkich dzików w Polsce – te będą migrować dalej. Nie bez powodu były minister rolnictwa chciał stawiać siatki ochronne na granicy. Abstrahując od absurdalności tego rozwiązania, to jego myślenie było słuszne – nie o wybijanie tu chodzi lecz o powstrzymanie migracji zwierząt ze wschodu. Ponadto naukowcy podnoszą, że masowe wybijanie dzików spowoduje, że przestraszone dziki zaczną jeszcze bardziej migrować rozprzestrzeniając wirusa ASF.

 

ASF rozprzestrzeniany jest także przez rolników – np poprzez buty czy odzież. Jeżeli myśliwi wkroczą do lasów – to oni i ich psy będą kolejnym osobami, które rozprzestrzeniają wirusa. Zamiast tego w w ramach walki z ASF należałoby utworzyć kordon sanitarny.

Po co są dziki?

Dzik to bardzo pożyteczne zwierzę. Ryjąc glebę jednocześnie spulchniają ją i mieszają ze ściółką. Ponadto żywią się larwami i owadami, które zagrażają drzewom. Żywią się też chorymi ssakami i ptakami ograniczając rozprzestrzenianie się innych chorób. Dlatego też wybijając je rządzący poczynią głębokie szkody w naturze. Tylko po to by przed wyborami zrobić dobrze rolnikom.

Czy interes rolników i mieszkańców się nie liczy?

Zarówno w tej spawie jak i w wielu innych gdzie mieszkańcy wsi koegzystują ze środowiskiem naturalnym zawsze powstają konflikty. W ostatnich latach na przykład mieliśmy do czynienia na przykład z wycinką bardzo starych drzew na rzecz bezpieczeństwa lub inwestycji, budowa asfaltowej drogi w puszczy, zagryzanie krów przez wilki oraz wirus ASF właśnie. Sam fakt że Ministerstwo Ochrony Środowiska zmieniło nazwę na Ministerstwo Środowiska już o czymś świadczy. Ponadto warto się zastanowić czy za środowisko i rolnictwo nie powinna odpowiadać jeden a nie dwaj ministrowie. Wtedy zawsze należałoby poszukiwać kompromisu. A ten we wszystkich problemach na styku rolnictwa i ochrony przyrody jest zawsze potrzebny. Wszelka ingerencja w naturę powinna być minimalna jak tylko się da. Tylko wyjątkowe okoliczności powinny sprawiać, że będziemy w nią ingerować. Z drugiej strony nie należy zwyczajnie dziadować. Najczęściej zbyt mocna i krzywdząca ingerencja w naturę wynika z chęci przeprowadzenia jakiejś inwestycji tanio. Lepiej jednak zrobić coś drożej, lecz w taki sposób, by straty dla środowiska były minimalne.

Partnerzy portalu:

Ulica Mikołajewska, czyli Sienkiewicza

Ulica Mikołajewska, czyli Sienkiewicza

    Do tej pory omówiliśmy już znaczną część albumu „Widoki miasta Białegostoku”, zawierającego fotografie Józefa Sołowiejczyka, przedstawiające – zgodnie z tytułem – widoki różnych fragmentów miasta uwiecznionych latem 1897 r., tuż przed przyjazdem cara Mikołaja II do Białegostoku. 
  Jak już kilkakrotnie zauważyłem, prezentowały one ważne miejsca, pozytywne aspekty życia w mieście oraz najnowsze osiągnięcia władz miejskich, znajdujące się wzdłuż trasy przejazdu monarchy podczas pobytu w Białymstoku: od dworca kolejowego, przez ul. Nowoszosową (Dąbrowskiego), Lipową, Tykocką, Plac Bazarny oraz okolice dawnego pałacu Branickich, będącego wówczas siedzibą Instytutu Panien Szlacheckich. 
  Ostatnio omówiliśmy zdjęcie przedstawiające panoramę miasta z bramy pałacowej w kierunku ul. Aleksandrowskiej (dziś ul. Warszawska). Co charakterystyczne, tu kończą się fotografie tej części Białegostoku, po czym aż cztery kolejne karty przeznaczone zostały na zdjęcia przedstawiające fragmenty ówczesnej ul. Mikołajewskiej, czyli dzisiejszej ul. Sienkiewicza. To stara i bardzo ważna arteria miasta. Kluczową rolę komunikacyjną odgrywała już w najstarszym okresie istnienia dóbr białostockich, a od końca XVII w. miasta Białystok i stan ten nie zmienił się do dziś. 
   Analiza dawnych źródeł historycznych i kartograficznych pozwoliła na wniosek, że w XVI i XVII w. droga ta stanowiła przedłużenie dzisiejszej ul. Suraskiej, czyli traktu z miasta Suraż w kierunku granicy z Wielkim Księstwem Litewskim – przez Wasilków i Sokółkę do Grodna.
  W 1661 r. w przywileju dla miejscowego kościoła parafialnego król Jan Kazimierz pisał o gruncie leżącym obok drogi „publicznej która idzie od Suraża do Wasilkowa”. To właśnie po trakcie do Wasilkowa podróżowała w 1612 r. do Wilna Konstancja Habsb urżanka, żona Zygmunta III Wazy, witana przez dostojników litewskich w przygranicznym Wasilk owie. Stąd też dawniej ul. Sienkiewicza nazywano traktem wasilkowskim lub grodzieńs kim, zaś od XVIII w. ul. Wasilkowską.
  Dopiero na moc y represyjnej ustawy zarządu guberni grodzieńskiej z 1864 r. zdecydowano o zmianie nazwy na ul. Mikołajewską, która utrzymała się do 1919 r., gdy władze polskie nadały jej nazwę ul. Sienkiewicza. Od 1949 r. była to ul. 1 Maja, a od 1956 r. powrócono do ul. Sienkiewicza i nazwa ta funkcjonuje do dziś.
  W XVIII w. rangę ulicy podkreślał fakt, że była ona od dawna wybrukowana. Strona wschodnia, parzysta, została wytyczona w połowie XVIII w. i oddana w użytkowanie mieszczanom wyznań chrześcijańskich, w tym między innymi różnym rzemieślnikom dworskim oraz mieszczanom rolnikom (odstępstwem był dom wjezdny „pod znakiem Jelenia” należący do Manesa i Tauby).
  Na końcu ulicy znajdował się „most murowany wielki, o dwóch arkadach, na rzece, z gzymsami na wierzchu futrowanymi”, dalej zaś brama wasilkowska wyznaczająca kres miasta. Pierzeja zachodnia była znacznie starsza, została wytyczona bowiem zapewne pod koniec XVII w. w momencie lokacji przestrzennej Białegostoku, wytyczania siatki ulicznej oraz rozmierzania między nimi parcel miejskich.
  W 1771 r. spotykamy po tej stronie ulicy mieszaną własność chrześcijańską i żydowską, ustanowioną mocą nadań Jana Klemensa Branickiego m.in. w 1756, 1759, 1768 i 1770 r., chociaż część właścicieli nie miała dokumentów legitymujących ich prawa, co może wskazywać na dawność zasiedzenia.
  W XIX w. ul. WasilkowskaMikołajewska bardzo szybko stała się jedną z głównych arterii miejskich, wzdłuż której skupiały się coraz liczniejsze handel i rzemiosło oraz wczesny przemysł, a z czasem coraz więcej przedsiębiorstw usługowych. Łączyło się to ze zmianą stanu własności, w której większość posiadaczy była wyznania żydowskiego reprezentującego warstwę bogatego mieszczaństwa, inwestującego swoje kapitały zarówno w prowadzone przedsiębiorstwa, jak i nowe, murowane domy, które wraz z rozwojem miasta uzyskiwały coraz więcej kondygnacji.
  Ważnym elementem ul. Mikołajewskiej pod koniec XIX w. była linia tramwaju konnego, prowadząca z Placu Bazarnego do stacji kolei poleskiej (dziś ul. Traugutta), a także szerokie bulwary służące spacerom białostoczan, ciągnące się od mostu na rzece Białej w kierunku północnym.                 Zdjęcia Józefa Sołowiejc zyka wyraźnie ukazują zmieniający się stan ulicy, w którym stare drewniane domki ustępują już nowej piętrowej zabudowie. Zachowane zdjęcia z początków XX w. ukazują, że proces ten będzie postępował znacznie szybciej po 1897 r. i w jego rezultacie powstaną pierzeje zwartej, wielkomiejskiej zabudowy złożonej z typowych kamienic czynszowych.
   O  ul. Wasilkowskiej w połowie XIX w. pisał Edward Chłopicki w swoich „Notatkach z różnoczasowych podróży po kraju” (wyd. 1863 r.) dobrze oddając ówczesnego ducha ulicy, który w kolejnych dekadach ulegnie dalszemu rozwojowi: „ulice Bojary (tj. Warszawska – WW) i Wasilkowska, u wjazdu z Wasilkowa schodzące się z sobą pod kątem prostym, za dawnych czasów należały do podrzędniejszych, obecnie zaś, jako uosobicielki całego handlu i miejscowego rękodzielnego ruchu, stały się głównemi arterjami miasta.
   Przy pierwszej z nich, t. j. Wasilkowskiej, oprócz kilku piękniejszych kamienic należących do sławnej tu z zamożności izraelskiej rodziny Za- błudowskich, spotykamy zajazdy, hotele, księgarnię, restaurację, cukiernię i kilka magazynów”. 
  Zdjęcie Józefa Sołowiejczyka stanowiące ilustrację do dzisiejszego tekstu, ukazujące kamienicę przy ul. Sienkiewicza 2, doskonale ukazuje zarówno skalę zabudowy ówczesnej ul. Mikołajewskiej, jak i mnogość działających tu przedsiębiorstw usługowych, handlowych, rzemieślniczych i wielu innych. 

Wiesław Wróbel
Biblioteka Uniwersytecka w  Białymstoku

Partnerzy portalu:

Dlaczego prawosławni są akurat na Podlasiu i kim właściwie są?

Dlaczego prawosławni są akurat na Podlasiu i kim właściwie są?

W Polsce religia prawosławna w zdecydowanej większości dominuje na Podlasiu. Nie jest to raczej nic odkrywczego. Według różnych źródeł w Polsce jest od 0,5 do 1 mln wiernych. Mało kto wie, że prawosławie na ziemiach Polskich obecne jest od tysiąca lat. A dokładnie od 988 roku, kiedy miała miejsce chrystianizacji Rusi. Dlaczego prawosławni są akurat na Podlasiu i jaka jest ich tożsamość? Odpowiedź znajdziecie w tym artykule. Odpowiedź na to pierwsze pytanie znajduje się w historii. Na to drugie w tożsamości narodowej.

Dlaczego akurat na Podlasiu?

Zacznijmy od cofnięcia się do czasu, gdy Polska odzyskała niepodległość i miała inne granice niż obecnie. W 1931 roku przeprowadzono spis ludności. Poniżej mapa (po lewej), na której możemy zobaczyć jakie deklaracje narodowościowe przekazywali ówcześni mieszkańcy. Tereny dzisiejszego województwa podlaskiego – jak widać były mieszanką ludności polskiej, polsko-białoruskiej, białoruskiej, zaś lubelskie i podkarpackie ludności ukraińskiej. Natomiast mapa po prawej pokazuje, gdzie zamieszkują obecnie osoby prawosławne w ostatnich latach.

 

Mapa pokazuje, że religia prawosławna nierozerwalnie łączy się z narodowościami białoruską oraz ukraińską. Czy istnieją też prawosławni Polacy (Polacy w sensie tożsamości narodowej, nie obywatelskim)? Odpowiedź na to pytanie za chwilę ponieważ łączy się z drugim pytaniem, które zadaliśmy pytając o współczesne prawosławie w Polsce. Jak widać w porównaniu pierwszej mapy z drugą – na południu Polski byli Ukraińcy, zaś obecnie nie ma tam osób prawosławnych. Ma to związek z komunistyczną, wojskową akcją „Wisła” w latach 1947-1950, która polegała na wypędzeniu i rozproszeniu praktycznie całej ludności ukraińskiej z zamieszkiwanych terenów w ramach walki z Ukraińską Powstańczą Armią oraz Organizacją Ukraińskich Nacjonalistów, które dążyły do oderwania od Polski części jej południowych terenów. Podczas akcji polskich komunistów nie miały znaczenia fakty czy dany Ukrainiec sympatyzuje z Polską, Ukrainą czy jest obojętny. Nie miał też znaczenia fakt jakie obywatelstwo dana osoba posiada. Dlatego też jednym z czynników decydujących o nakazie wyjazdu był fakt bycia prawosławnym. Akcja „Wisła” została potępiona wielokrotnie przez współczesnych polityków. Jednak jej skutek był nieodwracalny. Stąd też prawosławni zostali jedynie na Podlasiu.

Kim są prawosławni?

Teraz możemy odpowiedzieć kim jest współczesny prawosławny. Wyznawcy tej religii przede wszystkim mają obywatelstwo Polskie. Pytając jednak kim są prawosławni mamy na myśli ich tożsamość narodową. Trzonem tej grupy są etniczni Białorusini, którzy oczywiście posiadają obywatelstwo polskie, jednak identyfikują się jako Białorusini. Jedni należą do grupy opierającej się o obecną Republikę Białoruś (związaną z Rosją) oraz sceptyczną w sprawie jakiejkolwiek ingerencji w wewnętrzne sprawy Białorusi. Druga grupa zaś opiera swój fundament o brak suwerenności państwa białoruskiego oraz wsparcie do takowego poprzez podtrzymywanie języka białoruskiego (który na Białorusi wymiera) oraz historii czy kultury. Osoby te albo nie czują się obywatelami Republiki Białorusi lecz w pełni Polakami, zaś ich ojczyzna to Polska lub wręcz przeciwnie – czują się obywatelami Republiki Białorusi lecz stoją w opozycji do Aleksandra Łukaszenki i braku suwerenności Białorusi. Trzecia grupa to „prawosławni Polacy” – tu również nie ma znaczenia obywatelstwo polskie lecz identyfikacja tożsamości narodowej. Są to osoby, które nie tylko czują się w pełni Polakami a ich ojczyzna to Polska. Dodatkowo osoby te nie mają nic wspólnego z kulturą Białorusi.

 

Na Podlasiu oprócz katolików, prawosławnych mieszkają także polscy muzułmanie czyli Tatarzy. Przed II Wojną Światową mieszkańcy całego regionu w większości byli Żydami. 

Partnerzy portalu:

Przy Mickiewicza 5 zapadały różne wyroki

Przy Mickiewicza 5 zapadały różne wyroki

 

 
    Artykuł 275 przedwojennego Kodeksu Karnego wymagał, aby każdy do kogo zwracał się wysoki Sąd – oskarżony, adwokat czy też świadek, przyjmował jego słowa na stojąco. Formuła: „Proszę wstać, Sąd idzie!”, padała nieodmiennie z ust woźnego sądowego, kiedy przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości zajmowali swoje miejsca w sali rozpraw.
  Tak było rzecz jasna i w białostockim Sądzie Okręgowym, mieszczącym się przez długi czas przy ul. Mickiewicza numer 5. W okresie międzywojennym zasiadało tam na ławie oskarżonych
wielu przestępców, od groźnych bandziorów i złodziei poczynając, a na oszustach i aferzystach kończąc.  Zapadały różne wyroki.
  Niektóre  z owych spraw kryminalnych, niekiedy nawet bardzo brutalnych, chcielibyśmy przypomnieć w rozpoczynającym się dzisiaj cyklu. Będzie to swego rodzaju mini pitawal podlaski. Zacznijmy jednak od samego Sądu Okręgowego, który rozpoczynał swoją działalność w Białymstoku zaraz po odzyskaniu przez miasto niepodległości, czyli w 1919 r.
  W połowie czerwca w świeżo powstałym Dzienniku Białostockim pojawiła się taka oto notatka: „Sąd Okręgowy w Białymstoku rozpocznie swoje czynności w ciągu kilku tygodni. Będzie się mieścił w pałacu Branickich na pierwszym piętrze. Prezesem sądu będzie p. Stra- szewicz, członek Sądu Okręgowego w Warszawie, poprze-
dni adwokat przysięgły w mieście.
  Jednym z sędziów będzie p. Święcicki, dotychczas sędzia pokoju w Grodnie.”  W pałacu Branickich, w którym było aż tłoczno od rozmaitych urzędów miejskich, okręgowy wymiar sprawiedliwości nie bawił długo. Szukano dla niego bardziej spokojnego, ale też i reprezentacyjnego miejsca.
  Wybór padł na budynek przy ul. Warszawskiej 63, gdzie funkcjonowała dotąd żydowska szkoła handlowa. Tutaj orzekanie w sprawach przestępstw kryminalnych popełnianych na terenie całego województwa białostockiego trwać miały przez kilkanaście lat, bo do 1931 r. Wtedy Sąd Okręgowy przeniósł się do specjalnie wybudowanego kompleksu przy ul. Mickiewicza 5. 
  O budowie gmachu dla potrzeb instytucji sądowych, rozproszonych po całym mieście, dyskutowano bez przerwy. Na początku 1928 r. pojawiła się pogłoska, że „nowy pałac sprawiedliwości ma być wzniesiony na placu wojewódzkim przy ul. Legionowej,   róg Wersalskiej”.
  Pod koniec  tegoż roku wyjaśniło się jednak, że miejscem budowy będzie parcela przy ul. Mickiewicza, w sąsiedztwie Gimnazjum Żeńskiego im. Anny Jabłonowskiej. Pod koniec października odbył się przetarg na murarskie roboty. Z 9 ofert najtańszą okazała się ta, złożona przez firmę Mitkiewicza. Opiewała ona na sumę 1 miliona 649 tysięcy złotych.
  W grudniu Ministerstwo Sprawiedliwości zaakceptowało decyzję władz Białegostoku. Według optymistycznych zapowiedzi budowa miała trwać 2 lata.  W połowie kwietnia 1934r. Sąd Okręgowy przeniósł się ostatecznie z ul. Warszawskiej do swojej części gmachu przy ul. Mickiewicza 5.
  Wcześniej wprowadziły się tam inne agendy wymiaru sprawiedliwości. W tym czasie Białystok żył sprawą procesu szajki Salomona Janielewa, która puszczała w obieg fałszywe dolary i złotówki. Miał był dokończony jeszcze w starej siedzibie SO. Herszt fałszerzy otrzymał najwyższy wyrok – 12 lat więzienia. Zajrzyjmy jeszcze do Książki adresowo-handlowej m. Białegostoku za rok 1932.
  Prezesem Sądu był Leon Zubelewicz, który pomieszkiwał w gmachu samego sądu. Zastępowali go jako wiceprezesi – Roman Moszyński i Eustachy Mrozow ski. Przestępców oskarżał i domagał się dla nich surowych kar prokurator Józef Ostruszka. Obroną postawionych przed Sądem gagatków zajmowali się m.in. tak znani adwokaci, jak Bronisław Gruszkiew icz czy Mieczysław Lipko. Ten ostatni wybronił swego czasu od stryczka znanego później pisarza, a dotąd zwykłego bandziora, Icka Farberowicza, pseudo Urke Nachalnik.

Włodzimierz Jarmolik

Partnerzy portalu:

Wielka historia kościoła św. Rocha. Natchnienie w okopie, tajemnicze tunele i dziwne zjawiska

Wielka historia kościoła św. Rocha. Natchnienie w okopie, tajemnicze tunele i dziwne zjawiska

Dzisiejszy kościół św. Rocha ma nie tylko niesamowity i unikalny wygląd, ma też wyjątkową historię powstania. Na projekt doniosłego budynku u zbiegu Krakowskiej, Lipowej, Św. Rocha, Abramowicza oraz Dąbrowskiego wpłynęła historia kościoła będącego dzisiaj katedrą. Jak zapewne wiele osób wie – dzisiejsza neogotycka bazylika miała być tylko dobudówką do małego kościółka, choć sądząc po rozmiarach może się wydawać zupełnie odwrotnie. Pierwotnie jednak Fara miała stanąć na wzgórzu św. Rocha. Przez zakaz „dobudowano” ją właśnie do jedynego kościoła w mieście.

Zanim powstał kościół

W 1749 roku Białystok dzięki staraniom Jana Klemensa Branickiego uzyskał przywilej miejski. Dokument potwierdził stan faktyczny, gdyż od co najmniej od 50 lat Białystok miał miejski charakter. Przez gród nad rzeką Białą przewinęła się niesamowita ilość osób różnych narodowości, kultur i wyznań. Wiele tu osób osiadało na dłużej, a także umierało. Z tego też względu w okolicach granic miasta (dziś centrum) było aż 5 cmentarzy! Dwa katolickie, dwa żydowskie, prawosławny i ewangelicki. Jeden katolicki zorganizowany był wokół jedynej parafii w mieście – przy dzisiejszej katedrze. Drugi cmentarz zaś przy kapliczce na wzgórzu św. Rocha. Nekropolia ta funkcjonowała mniej więcej od 1750 roku. W 10 lat jednak została całkowicie zapełniona. Dlatego też cmentarz został zamknięty i tak pozostał przez 167 lat!

 

Projekt kościoła

W pracowni Józefa Piusa Dziekońskiego zatrudniono zdolnego projektanta – Oskara Sosnowskiego, później już najwybitniejszego polskiego architekta. To jemu przyszło realizować projekt Świątyni Niepodległości na wzgórzu św. Rocha. Podczas I Wojny Światowej, architekt na froncie rozmyślał, modlił się. Doznał wtedy olśnienia, w którym poszczególne nazwania i tytuły przybierać zaczęły kształty architektoniczne – „Arka Przymierz”, „Brama Niebieska”, „Dom Złoty”, „Wieża z Kości Słoniowej”, Stolica Mądrości”, „Zwierciadło Sprawiedliwości”, „Gwiazda Zaranna”, „Pocieszycielka Strapionych”, Uzdrowienie Chorych”, „Róża Duchowna”, „Matka Dobrej Rady”, „Święta Panna nad Pannami”, „Królowa Korony Polskiej”. Każde z tych nazwań to osobny kościół, klasztor, ale też szpitale, przytułki, uczelnie i inne budynki publiczne. Każdy kościół – miał być kamienną litanią znajdującą się na granicach Polski. Wszystko z żelazobetonu, szkła i innych materiałów. Taka „twierdza mistyczna” w oczach architekta nie tylko miała być zgodna z duchem czasu, ale też dodać miała odrodzonej Rzeczypospolitej mocy nie do złamania.

 

Oskar Sosnowski o swoim pomyśle (ukazując szkice) opowiedział pewnemu malarzowi. Ten przebywając w Rzymie napotkał dyrektora banku Józefa Karpowicza, z którym się podzielił wielką wizją architekta. Ten część swego majątku przeznaczył na budowę pierwszego kościoła z Litanii Kamiennej w rodzinnym mieście – czyli Białymstoku. W planach były też kolejne świątynie, lecz dyrektor Karpowicz zmarł, zaś wielkie przedsięwzięcie stanęło. Udało się tylko wybudować z litanii „Gwiazdę Zaranną” czyli dzisiejszy kościół św. Rocha w Białymstoku. „Gwiazda Zaranna” miała zwiastować wschód Niepodległości Polski. Dlatego też w projekcie architekt posłużył się planem gwiazdy. Symbol ten znajdziemy również w dekoracji czy stropach. Uwieńczeniem całej bryły jest postać Matki Boskiej stąpającej na koronie wzorowaną na tej wawelskiej króla Kazimierza Wielkiego. W ten sposób Sosnowski przeszedł od wezwania „Gwiazdy Zarannej” do nowo dodanego w litanii wezwania „Królowej Korony Polskiej”.

 

Sosnowski w projekcie wziął także pod uwagę białostocką urbanistykę. „Gwiazda Zaranna” zastąpić miała znajdującą się wcześniej kaplicę „Św. Rocha”. Wieżę świątyni ustawiono tak, by nie zasłoniła widoku nawy. Projekt nawiązywał też do Powstania Styczniowego. Białystok nim w 1919 stał się częścią niepodległej Polski – należał do guberni Grodzieńskiej – Imperium Rosyjskiego. W 1864 r. w ramach represji za walki powstańcze w ciągu jednej nocy wykopano w Białymstoku 200 krzyży profanując ówczesny cmentarz. „Gwiazda Zaranna” wyrastała z grobów tych, których największym marzeniem była niepodległa Polska.

 

Projekt Sosnowskiego miał być też elementem zgodnym z naturą. Stąd też „Gwiazda Zaranna” miała być niczym skała dominująca nad krajobrazem. Tak też wygląda kościół patrząc na niego z dołu. Niczym skała właśnie. Cała budowla została otoczona „Wałami”. Znajdują się też 4 baszty. To wszystko nawiązuje do architektury gotyckich świątyń w Wilnie, ale też barokowej w Jasnej Górze. „Wały” miały symbolizować silne fortyfikacje. Projekt przewidywał aż 2 kondygnacje tych wałów, jednak nie udało się tego zrealizować właśnie w takiej formie. Najbardziej charakterystyczna jest oczywiście wieża, która ma triumfalny charakter, na której szczycie stoi 3-metrowa figura Matki Boskiej.

Budowa kościoła

Kościół św. Rocha mógł wyglądać jednak zupełnie inaczej. To co opisaliśmy było… tylko projektem, jednym z 75! Proboszcz parafii ks. Adam Abramowicz wybrał właśnie ten, co wzbudziło wiele kontrowersji. Projekt był trudny do zrealizowania ze względu na koszty, a budowa drugiej parafii w Białymstoku była zadaniem numer 1 księdza Abramowicza. Otrzymał on od poprzednika zebrane datki od wiernych, otrzymał też pozwolenie na rozebranie kaplicy na nieczynnym od lat cmentarzu. W 1926 roku powstała kaplica tymczasowa. Ogłoszono też na łamach czasopisma „Architektura i budownictwo” konkurs na projekt świątyni. Jury przyznało nagrodę projektowi, który przedstawiał modernistyczną świątynię. Nastąpił jednak drugi etap konkursu, w którym właśnie ks. Abramowicz wybrał właśnie projekt Sosnowskiego. Proboszczowi spodobała się koncepcja „Gwiazdy Zarannej” będącej jednocześnie pomnikiem wdzięczności za odzyskaną niepodległość.

 

 

W 1927 roku przystąpiono do budowy. Zanim jednak wylano fundamenty należało coś zrobić z dawnym cmentarzem. Stąd też wpierw przeprowadzono ekshumację grobów, zaś szczątki przeniesiono wraz z kaplicą na cmentarz znajdujący się dzisiaj na Wysokim Stoczku. Chociaż na kościół brakowało pieniędzy, to upór ks. Abramowicza doprowadził do tego, że w 1935 roku była gotowa już kopuła nad nawą centralną. W 1936 roku ukończono budowę 76-metrowej wieży. W 1939 roku do miasta wkroczyli Niemcy. Kościół zaczął pełnić funkcję wojskowych koszar. Później wkroczył kolejny okupant – Rosjanie, którzy chcieli w kościele urządzić cyrk. Mimo trwającej okupacji w 1941 roku w kościele rozpoczęto odprawiać nabożeństwa. W 1945 roku była gotowa galeria otaczająca świątynię, nad „Ostrą Bramą” stanęła wielka rzeźba Chrystusa Dobrego Pasterza, której autorem był Stanisław Horno-Popławski. W 1945 roku ukończono także ołtarz. W 1946 roku dokonano poświęcenia kościoła, zaś prace wykończeniowe trwały jeszcze do 1966 roku.

Tajemnicze tunele i dziwne zjawiska

Na temat kościoła Św. Rocha istnieją także fakty zapomniane lub mało znane. Niewiele osób wie, że kościół św. Rocha posiada podziemne tunele! Jeszcze w latach 60 i 70 ubiegłego wieku istniały całkiem dobrze zachowane wejścia. Co prawda zamurowane, ale widoczne. Obecnie tunele znajdują się pod chodnikiem. Tunele prowadzą dookoła górki. Miejmy nadzieję, że kiedyś zostaną odkopane i będą stanowić wspaniałą atrakcję turystyczną. Do końca nie jest znane ich przeznaczenie, być może miał być to schron? Warto też wspomnieć zdarzenie sprzed wielu lat. Kościół to nie tylko świątynia, ale też pomnik niepodległości. W rocznicę jej odzyskania przez Białystok – 19 lutego 2002 roku – w 3-metrową figurkę Matki Boskiej uderzył piorun! Ta nie spadła jednak, lecz wbiła się w kopułę dachu wieży. Przez jakiś czas na samym szczycie było pusto… 

fot główne: Muzeum Historyczne w Białymstoku

Partnerzy portalu:

Coraz więcej rzeźb w Pałacu Branickich

Coraz więcej rzeźb w Pałacu Branickich

Choć ogród Branickich nie będzie już nigdy taki wspaniały jak w oryginale, to powolne jego odtwarzanie daje efekty. Raz na jakiś czas przychodząc tam na spacer napotkać możemy coś nowego. Nawet zimą. Tak też i było tym razem. Od niedawna można podziwiać nowe rzeźby takich znaków zodiaków jak Baran, Byk czy Bliźnięta. Do tego jest jeszcze rzeźba przedstawiająca żywioł wody. Łącznie można oglądać rzeźby 12 znaków zodiaku i 4 żywiołów.   Autorem rzeźb i postumentów, które zostały ustawione w ogrodzie Branickich, jest artysta-rzeźbiarz Grzegorz Kwapisiewicz z Suchedniowa. 

 

Nie ma co liczyć jednak, by ogród został kiedykolwiek powiększony do oryginalnych rozmiarów. Raczej niewiele jest szans, by odtworzyć w tym ogrodzie wspaniałą komedialnię-teatr, ani też raczej nie będzie można napotkać tam danieli. W pierwszej kolejności są remonty, a Wersal Podlaski to studnia bez dna. Przez wiele lat udało się przywrócić go do stanu świetności. Podczas II Wojny Światowej Niemcy zniszczyli naszą perłę architektoniczną. Dopiero w ostatnich latach cały obiekt przeszedł wiele zmian. Naprawdę dużo odtworzono. Niestety spacerując po kompleksie widać, że jeszcze nie jeden remont tam jest potrzebny. Trzymamy kciuki za rozwój tego wspaniałego miejsca. Pałac Branickich to w końcu chluba Białegostoku.

 

fot. Marcin Jakowiak – Urząd Miejski w Białymstoku

Partnerzy portalu:

Wieża obserwacyjna Miejskiej Straży Ogniowej

Wieża obserwacyjna Miejskiej Straży Ogniowej

Dziś mowa o wieży obserwacyjnej miejskiej straży ogniowej, widocznej ponad linią drzew między fabryką Frischów a gmachem Szkoły Realnej. To bardzo ważny obiekt, którego znaczenia w ówczesnym mieście, wciąż w dużej mierze zabudowanego drewnianymi domami, nikomu nie trzeba tłumaczyć. Zresztą na dalszych kartach albumu „Widoki miasta Białegostoku” znalazło się osobne zdjęcie ukazujące wieżę obserwacyjną oraz garaże miejskiej straży ogniowej, przed którymi prezentowane są trzy wozy strażackie, stanowiące wyposażenie komendy. Pamiętajmy, że Sołowiejczyk fotografował to, co uznawano za istotne osiągnięcia organizacyjne miasta, natomiast posesja przy ówczesnej ul. Aleksandrowskiej stanowiła jeden z przystanków na trasie wizyty w Białymstoku cara Mikołaja II.

 

W zbiorach Muzeum Historycznego w Białymstoku zachowała się fotografia ukazująca front i bramę wjazdową domu stojącego od ulicy, odświętnie przystrojonego w oczekiwaniu na monarchę. Trzeba wreszcie podkreślić, że miejsce to do dziś służy jako siedziba straży pożarnej i przyporządkowane jest do ul. Warszawskiej 3. Posesja została ukształtowana po 1802 r. z istniejących tu wcześniej ogrodów właścicieli gospodarstw przy ul. Bojarskiej. Pierwszym właścicielem był Henryk Dedekind, dyrektor policji miejskiej w Białymstoku w ramach Kamery Wojny i Domen. Przed 1807 r. zbudował tu okazałych rozmiarów murowany, piętrowy dom, który (przebudowany) zachował się do dzisiaj  od frontu posesji.

 

W 1810 r. budynek przejęły władze Obwodu Białostockiego i urządziły w nim siedzibę gubernatora. Rezydowali tu Siemion Szczerbinin i Joachim Wołłowicz. Warto wspomnieć, że w latach 1830-1831, w czasie powstania listopadowego, budynek pełnił funkcję szpitala wojskowego. Po likwidacji obwodu budynek pozostawał bez konkretnej funkcji. W 1845 r. zaadoptowano go na siedzibę sądu powiatowego (funkcjonował na parterze) oraz na lokale mieszkalne dla osób przyjezdnych. Rolę sądowniczą gmach spełniał do 1865 r.

 

Tego roku przy budynku podjęto poważne prace budowlane według projektu architekta gubernialnego Chersońskiego. W rezultacie dom Dedekinda został znacząco poszerzony, a w miejscu głównego wejścia ulokowano przejazd bramny. Rozmach prac spowodowany był nowym przeznaczeniem budynku – w miejsce sądu wprowadził się urząd policyjny, mieszczący się dotychczas przy ówczesnej ul. Niemieckiej (ul. Kilińskiego 10) oraz miejska straż ogniowa.

 

W ramach funkcjonowania miejscowej policji działały  także służby ogniowe, ale przed uruchomieniem wodociągów ich funkcjonowanie i skuteczność działania były raczej symboliczne. Statystyka gubernialna podaje, że w 1887 r. w Białymstoku było 3769 domów mieszkalnych, w tym 3268 drewnianych i 501 murowanych (a więc ledwie 15 proc.  stan ten zaczął zmieniać się dopiero po 1890 r.).

 

Chociaż od 1753 r. Białegostoku nie nawiedził żaden wielki pożar, nieustannie zdarzały się wypadki zgorzenia dużych obiektów fabrycznych, domów lub całych kamienic w śródmieściu. W latach 1880-1890 zanotowano 18 pożarów, z których 8 dotyczyło domów, sklepów i składów, a 10 fabryk (w tym m.in. fabryki tabacznej Zilberblata i włókienniczej Blochów).  Poczucie nieustannego zagrożenia podsycały pożary miast i wsi w regionie (Krynki, Zabłudów, Świsłocz, Goniądz, Klepacze, Białostoczek).

 

Duże wrażenie na białostoczanach wywołał dramatyczny pożar Grodna 29 maja 1885 r., w którym spłonęła znaczna część gubernialnej stolicy.  Nie wystarczały zarządzenia i ustawodawstwo przeciwpożarowe, zmiany w budownictwie, usuwanie fabryk poza zabudowę mieszkalną. Dlatego też już w 1875 r. służby ogniowe przekształcono w samodzielną Miejską Straż Ogniową. Na jej potrzeby na zapleczu gmachu policji wzniesiono garaże oraz w 1891 r. wieżę. Plany jej budowy pojawiły się wcześniej, już w 1865 r., ale trudno jednoznacznie stwierdzić, czy rzeczywiście je zrealizowano, natomiast data 1891 widoczna jest na wieży i na zdjęciu z 1897 r., i na istniejącym obecnie obiekcie, więc na pewno należy uznać ją za datę budowy zachowanego do dziś punktu obserwacyjnego.

 

Wraz z rozwojem białostockiej straży pożarnej rozszerzono zabudowę o dodatkowe budynki mieszkalno-garażowe, które stanęły w latach 1894 i 1900 na sąsiedniej posesji Lejby Leona Zakhejma (ul. Warszawska 5). Przez długi czas komendantem (brand- majstrem) straży ogniowej był Aleksander Kaljuchiewicz. Utrzymywanie straży pożarnej kosztowało władze miejskie ogromne sumy pieniędzy (na początku XX w. była to druga największa po oświetleniu elektrycznym pozycja w budżecie miejskim). Policmajster i straż pożarna zajmowały budynek do 1915 r. Wycofujący się z miasta Rosjanie wywieźli ze sobą praktycznie cały sprzęt pożarniczy. W czasie okupacji niemieckiej w latach 1915-1919 miała tu siedzibę komenda etapowej 9 armii (Ortskom mend antur), którą uwieczniono nawet na pocztówce wydrukowanej około 1916 r.  Po 1919 r. budynek powrócił do swojej pierwotnej roli siedziby Miejskiej Straży Pożarnej oraz głównego komisariatu Policji Państwowej na miasto Białystok.

 

W 1932 r. komendantem straży pożarnej był Zygmunt Świderski, a sierżantem Borys Predko. Po II wojnie światowej budynki wzięła w wyłączne posiadanie komenda Państwowej Straży Pożarnej i stan ten utrzymany jest do dzisiaj.

Wiesław Wróbel
Biblioteka Uniwersytecka w Białymstoku

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Niesamowity film „Moje Podlasie”. Te obrazy Cię zachwycą.

Niewiele jest filmów o Podlasiu, więc o wszystkich trzeba mówić wszędzie gdzie się da – bowiem to niezaprzeczalne dowody na magię naszego regionu. Jednym z takich niesamowitych i klimatycznych filmów jest „Moje Podlasie” Marka Waskiela – fotografika i dziennikarza. Autor poskładał zdjęcia robione metodą „timelapse” tworząc animację, a także ukazał wiele swoich innych pojedynczych zdjęć. Wszystko to dało efekt końcowy, który można oglądać i oglądać.

 

To właśnie dzięki takim filmom ukazywane jest Podlasie jako miejsce wyjątkowe i magiczne, w podobny sposób jak myślimy o Bieszczadach. Czyli jak o miejscu, gdzie można wyjechać i „schować się” przed całym światem. Takie samo jest także Podlasie a kadry z powyższego filmu właśnie to potwierdzają. Miłego seansu!

Partnerzy portalu:

Tak wyglądała Szkoła Realna w Białymstoku

Tak wyglądała Szkoła Realna w Białymstoku

 

   Pierwszy plan zdjęcia zajmuje zbudowany ok. 1885 r. trójkondygnacyjny gmach fabryki włókienniczej Frydrycha Frischa, który stał na posesji dziś przyporządkowanej do ul. Kilińskiego 6. Natomiast dopiero na drugim planie widzimy gmach, który wydawcę „Widoków miasta Białegostoku” najbardziej na tej fotografii interesował – siedzibę Szkoły Realnej. Budynek ten, położony na rogu ul. Warszawskiej i Kościelnej, zachował się do dziś i nadal służy jako siedziba placówki szkolnej – współcześnie lokatorem jest VI Liceum Ogólnokształcące. Jednak nie zawsze działały w nim szkoły, a jego pierwotne przeznaczenie było zupełnie inne.

Działka, na której stoi budynek, w XVIII w. była podzielona na mniejsze części i znajdowały się tu gospodarstwa domowe mieszkańców ul. Bojarskiej. Ale w okresie rządów pruskich w latach 1795-1807, gdy nowi właściciele miasta podejmowali się licznych inwestycji budowlanych, posesje zostały wykupione przez państwo i scalone w dużą parcelę, przeznaczoną na cele inwestycyjne. Na przełomie 1807 i 1808 r. odnotowano, że planowano tu budowę cerkwi unickiej, ale pomysłu nie zrealizowano. Posesja pozostawała niezabudowana do lat 30. XIX w., gdy władze Obwodu Białostockiego, korzystające z różnych wynajmowanych domów i pomieszczeń, zdecydowały o wzniesieniu gmachu, w którym zmieściłby się Rząd Obwodowy, Sąd Okręgowy, władze miasta, policja i archiwum. Ze względów finansowych, a także w duchu pragmatyzmu architektonicznego czasów Mikołaja I, podjęto decyzję o realizacji projektu architekta Dominika Kułakowskiego. Budowę rozpoczęto w 1831 r., a jej wykonawcą został Henryk Zdrodowski. Po oddaniu gmachu do użytku publicznego ostatecznie umieszczono w nim jedynie instytucje Rządu Obwodowego Białostockiego.

Władze obwodowe zajmowały budynek stosunkowo krótko, gdyż w 1843 r. terytorium obwodu włączono w granice guberni grodzieńskiej likwidując odrębność tej jednostki administracyjnej. Opuszczony budynek zajęło wojsko, które przeprowadziło prace adaptacyjne we wnętrzu. Dopiero w 1858 r. zdecydowano o przeznaczeniu budynku na potrzeby Gimnazjum Białostockiego.

Placówka ta powstała w 1802 r. z przekształcenia istniejącej w Białymstoku od lat 70. XVIII w. szkoły podwydziałowej KEN. Po 1807 r. ranga gimnazjum szybko urosła, przede wszystkim dzięki wykwalifikowanej kadrze. W 1 poł. XIX w. w gimnazjum o profilu humanistycznym uczyła się przede wszystkim młodzież szlachecka z całego regionu, a placówkę ukończyło wiele wybitnych postaci XIX wieku (po więcej szczegółów z dziejów gimnazjum i jego absolwentów odsyłam wszystkich do wspaniałej pracy Jana Trynkowskiego pt. „Gimnazjum Białostockie”). W każdym razie po 1807 r. szkołę najpierw umieszczono w gmachu Deputacji Ceł i Akcyz, wzniesionego przez Prusaków na rogu ul. Bojarskiej i Młynowej (dziś róg ul. Warszawskiej i Pałacowej), gdzie przez kilka lat rezydował także gubernator Obwodu Białostockiego, a dopiero w 1858 r. przeniesiono do nowej siedziby w dawnym gmachu Rządu Obwodowego. Jeden z absolwentów, Władysław Jabłonowski, wspominał o przenosinach „ze starego gimnazjalnego gmachu do nowego, obszerniejszego i przynajmniej z pozoru wyglądającego na istotną świątynię nauki. W przenosinach tych kilkunastu nas wybranych przez nauczyciela p. Kuklińskiego, wzięło wyjątkowy udział. Pomagaliśmy bowiem przy przenoszeniu biblioteki do nowego gmachu. A porządkując i ustawiając książki, odczytywaliśmy ich tytuły, przekonując się, jak w naszej bibliotece posiadamy wiele dzieł nieznanych i ciekawych, których jednak nie wydawano uczniom. Wiele bardzo było tam dzieł polskich, a także sporo w obcych językach, rozmaite atlasy dotyczące geografii i botaniki, a nie brakowało też i poezyj. Przenoszenie książek zabrało nam kilka dni, w ciągu których byliśmy uwolnieni od uczęszczania na lekcje i jako wynagrodzenie po tego rodzaju robocie otrzymaliśmy od nauczyciela przyrzeczenie, że będzie nam wypożyczać książki do czytania, lecz tylko historyczne, a i z tych te tylko, które są pozwolone przez władze”. Po powstaniu styczniowym biblioteka uległa rozproszeniu, a księgozbiór dostosowano do nowego profilu szkoły.

W wyniku reformy z 1864 r. gimnazja w Rosji zostały przekształcone w realne (matematyczno-przyrodnicze) i klasyczne (humanistyczne). Gimnazjum Białostockie zostało w 1865 r. przemianowane na Szkołę Realną i w tej formie, znacznie bardziej poddanej procesom rusyfikacyjnym, funkcjonowało do ewakuacji w 1915 r. Szkołę polską zainstalowano tu już w okresie okupacji niemieckiej, a w 1919 r. utworzono Państwowe Gimnazjum Męskie im. Króla Zygmunta Augusta, przekształcone następnie w VI Liceum Ogólnokształcące. Gmach przy ul. Warszawskiej 8 wypadnie więc zaliczyć do grona najstarszych i najciekawszych zabytków Białegostoku.

Wiesław Wróbel

Biblioteka Uniwersytecka

Partnerzy portalu:

Złodziejskie meliny, pokoiki z prostytutkami, paserka, szulerka, nielegalny handel wódką na ul. Cichej

Złodziejskie meliny, pokoiki z prostytutkami, paserka, szulerka, nielegalny handel wódką na ul. Cichej

 

   Z ul. Pieszą i jej zadziornymi chojrakami, o których była mowa przed tygodniem, w przedwojennych Chanajkach z powodzeniem mogła konkurować odchodząca na lewo od Krakowskiej, równie króciutka jak Piesza, uliczka Cicha. Panował na niej stale duży harmider wywoływany przez tamtejszych rozrabiaków, jak i przybywających w odwiedziny różnych gości. Policjanci z IV komisariatu także często tam zaglądali. Cztery domy, a ile hałasu. Złodziejskie meliny, pokoiki z prostytutkami, paserka, szulerka, nielegalny handel wódką, a wszystko to na długości kilkudziesięciu metrów.

W drewniaku nr 1, od frontu mieszkała rodzinka Chazanów. Ważni byli przede wszystkim ojciec – Szmul i dwaj jego synalkowie – Chone i Chaim. Szmul stanowił przykład twardego sutenera. Tą profesją zajął się jeszcze przed I wojną światową. Swoje podopieczne trzymał krótko. Zabierał im połowę zarobków, a w razie nieposłuszeństwa potrafił mocno poturbować. W 1934 r. przed białostockim Sądem Okręgowym miała miejsce głośna rozprawa o wykorzystywanie kobiet trudniących się nierządem. Głównym bohaterem był Szmul Chazan. Jeszcze przed wejściem do sali sądowej wezwane kobiety twierdziły głośno, że odmówią zeznań. Synowie Chazana grozili im śmiercią, a jedna z koleżanek po fachu, niejaka Helena Szadurska, namawiała do kłamania. Chanajkowski alfons wywinął się więc od zasłużonej kary.

Synowie Chazana, choć dopiero w wieku młodzieńczym, byli już zatwardziałymi złodziejami. Wyróżniał się zwłaszcza Chone. Kradł przy każdej nadarzającej się okazji. W 1932 r. opróżnił z zegarków i portmonetek kieszenie bywalców zakładu kąpielowego przy ul. Warszawskiej. Trzy lata później wpadł na gorącym uczynku, kiedy ze swoim pomagierem Szlomą Kukawką polewał kwasem solnym skobel i kłódkę przy drzwiach sklepu mleczarskiego na ul. Żwirki i Wigury i z ogromnym zawzięciem suwał piłką do metalu. Jego młodszy braciszek niewiele od niego odstawał. Działał jako kieszonkowiec na Rybnym Rynku.

W drugiej części domu przy ul. Cichej nieduży przybytek płatnej miłości prowadziło małżeństwo Mendla i Zlaty Wasilkowskich. Mąż był poza tym znanym awanturnikiem, który w pijanym widzie sięgał często po nóż fiński i w ten sposób udowadniał swoje racje.

Pod numerem 2 mieszkała też wcale niezła parka. Był to Mordko Lis, również wielki amator wszelkich rozrób. Kręcił się po ul. Krakowskiej i jej bocznych dopływach i od przechodniów dopominał się pieniężnych datków. Oczywiście na alkohol. Z kolei prostytutka Taube Wolfson znana była z sympatii do kolejarzy. Do swojej klitki sprowadzała ich z dworca. Niektórzy miłośnicy wdzięków Taube szli nawet ze sobą na ostre. W 1927 r. niejaki Michał Potocki, pracownik warsztatów kolejowych w Łapach tak przyłożył koledze Aleksandrowi Matulisowi w głowę butelką z piwem, że aż pękła czaszka. Sąd wycenił zazdrość o pannę Wolfsonównę na 6 miesięcy więzienia.

W domu nr 3 urzędowała z dużym powodzeniem Bejla Kleinsztejn. Była to znana w okolicy paserka i właścicielka potajemki z zakazanym wyszynkiem. Specjalizowała się zwłaszcza w skupowaniu kradzionej garderoby i pościeli. Nic więc dziwnego, że drogę do niej znali wszyscy chanajkowscy pajęczarze, czyli złodzieje strychowi.

No i wreszcie domek z nr 4. Tu gwiazdą występku była Maria Szczerbak ze złodziejskiej rodzinki Ejsmontów. Jej brat Antoni należał do czołówki przedwojennych białostockich włamywaczy. Kradł z kolesiami w całym mieście, zaś jego liczne siostry zajmowały się sprzedażą fantów. Maria obok paserki trudniła się też najstarszym zawodem świata. W 1932 r. skradła klientowi portfel, a w nim 200 dolarów. Jeleniem tym był Jankiel Kapica. Żeby z taką forsą iść na dziwki i to do Chanajek. Przesada!

Włodzimierz Jarmolik

Partnerzy portalu:

Grudzień 1918 roku w Białymstoku

Grudzień 1918 roku w Białymstoku

Stan kompletnego chaosu i niepewności pogłębiały ogromne trudności zaopatrzeniowe. Brakowało wszystkiego – głównie żywności i opału. W tym ponurym obrazie trudno było poczuć atmosferę zbliżających się świąt Bożego Narodzenia. Ale jednak pojawiły się pierwsze zwiastuny odmiany sytuacji.

Zbliżające się Boże Narodzenie skłania do podejmowania świątecznych tematów. Pomny jednak zobowiązania o trzymaniu się niepodległościowej tematyki zajmę się Bożym Narodzeniem, czy raczej grudniem 1918 r. w Białymstoku. O tamtych tygodniach tak pisał Henryk Mościcki. „W grudniu wydelegował Rząd polski do Białegostoku w charakterze swego komisarza Ignacego Mrozowskiego. Komisarz Mrozowski utworzył biuro, nawiązał stały kontakt z Warszawą i w porozumieniu z Centralnym Komitetem przystąpił do stopniowego przejmowania władzy z rąk niemieckich”.

Niestety o Ignacym Mrozowskim nic nie wiemy. Wszyscy autorzy piszący o tym okresie przytaczają jedynie jego nazwisko i funkcję, którą piastował do 1 marca 1919 r. Jego następcą był Napoleon Cydzik. Tymczasem w grudniu 1918 r., jak pisał Henryk Mościcki, „obecność w mieście komisarza rządowego nie krępowała bynajmniej Niemców. Białymstokiem rządził nadal Soldatenrat, a właściwie nie rządził nim nikt”. Na tych żołnierskich rządach profesor Mościcki nie pozostawiał suchej nitki. Pisał, że w mieście „rozpoczęły się pijatyki, napady, grabieże i krwawe bójki, zwłaszcza w miejscowościach podmiejskich. Chłopi, mszcząc się za doznane krzywdy, organizowali napady na Niemców, ci zaś z kolei wysyłali karne ekspedycje. Przez miasto przepływała ogromna armia Mackensena, powracająca z Ukrainy. Zdemoralizowane żołdactwo rabowało i niszczyło po drodze, co się dało. Słowem zapanował bezład, jakiego nigdy jeszcze ziemia białostocka nie oglądała”. Jerzy Milewski pisał, że w grudniu 1918 r. „miejscowy garnizon powiększył się z jednego do około 6 tysięcy żołnierzy”. W związku z tym sytuacja w mieście z tygodnia na tydzień stawała się groźniejsza. Jerzy Milewski dodawał, że „Rady Żołnierskie oskarżano, nie bez podstaw, o rewolucyjne sympatie i wspieranie powstających wówczas rad robotniczych (w Białymstoku taka rada powstała już 11 listopada)”.

To właśnie owa Tymczasowa Rada Robotnicza, przy słabnącej roli Rady Żołnierskiej i chyba iluzorycznej pozycji Komisarza Rządowego, w grudniu 1918 r. zaczęła nadawać główny ton wydarzeniom w mieście. Jak pisał Adam Miodowski, składała się z 30 osób reprezentujących „wszystkie działające w Białymstoku partie lewicowe: SDKPiL, Budn, nowo powstałą w 1918 r. żydowską partię Ferejnigte (Zjednoczenie), Poalej Syjon oraz związki zawodowe”. Ten stan kompletnego chaosu i niepewności pogłębiały ogromne trudności zaopatrzeniowe. Brakowało wszystkiego – głównie żywności i opału. W tym ponurym obrazie trudno było poczuć atmosferę zbliżających się świąt Bożego Narodzenia. Ale jednak pojawiły się pierwsze zwiastuny odmiany sytuacji. Do Białegostoku zaczęli powracać aresztowani i uwięzieni przez Niemców liderzy niepodległościowego środowiska. Jako jeden z pierwszych przyjechał ksiądz Stanisław Hałko. Ksiądz Adam Szot pisał, że uznany za „niebezpiecznego pedagoga i Polaka” Hałko, po pobycie w obozach jenieckich „w Bytowie, następnie w Celle-Schloss koło Hanoweru i w Czersku w Prusach […] doświadczając głodu, poniżenia moralnego, wyczerpania fizycznego” został zwolniony. „Na wieść o kapitulacji Niemiec, 17 listopada 1918 r., wyruszył w drogę powrotną. Pod koniec listopada 1918 r., ks. Hałko powrócił do Białegostoku”.

O kolejnym więźniu niemieckim, Kazimierzu Goławskim pisali Zbigniew Romaniuk i Jan Trynkowski. „Kazimierz Goławski został aresztowany [wiosną 1916 r.] za przeciwstawianie się niemieckiej rabunkowej gospodarce w podległych mu instytucjach. Powodem aresztowania miało być też dopuszczenie do zniszczenia elektrowni przez ustępujących Rosjan [ w lipcu 1915 r.]. Dyrektor Goławski musiał zapłacić karę 5000 marek. Uwięziony w Chociebużu przebywał tam półtora roku”. Autorzy opierając się na wspomnieniach jego syna, Michała dodawali, że w grudniu 1918 r. do domu w Białymstoku powrócił „inny człowiek”, tak wielkie piętno odcisnęła na nim niewola.

Wrócił też do rodzinnego miasta opisywany już w poprzednich Albumach Michał Motoszko. Bartłomiej Snarski i Janusz Danieluk pisali, że „w marcu 1917 r. Motoszkę zwolniono z pracy, a następnie w charakterze jeńca wywieziono do Havelberga (Brandenburgia). Znajdował się tam obóz miejski, w którym więziono głównie legionistów i członków POW. W obozie razem z Motoszką przebywali m. in. przyszły generał wojska polskiego, piłsudczyk – Gustaw Orlicz Dreszer oraz prezes pierwszej Rady Miejskiej Białegostoku – Feliks Filipowicz. W grudniu 1918 r. […] Motoszko powrócił do Białegostoku”. Zaś o powrocie Feliksa Filipowicza Zbigniew Romaniuk pisał, że „aktywność niepodległościowa F. Filipowicza zaniepokoiła okupantów. Miesiąc później, w lipcu 1917 r. Niemcy aresztowali go i wywieźli do obozu Havelberg, w kraju związkowym Saksonia-Anhalt. W listopadzie pismo „Ojczyzna i Postęp” wzmiankowało, że „Z Białegostoku został wywieziony do obozu jeńców aptekarz Filipowicz, opiekujący się legionistami”. W tamtejszym obozie przebywał do stycznia 1918 r. Następnie został przewieziony do twierdzy w Modlinie, gdzie przetrzymywano go do września. Po zwolnieniu, Niemcy zabronili mu powrotu do Białegostoku”. Feliks Filipowicz przyjechał do Białegostoku na przełomie 1918 i 1919 r.

Do miasta zaczęli też powracać ci, którzy byli na wschodzie. Wrócił Bolesław Szymański, który w październiku 1919 r. został prezydentem Białegostoku. Tak jak więzionym przez Niemców nigdy nie wypominano później ich okupacyjnego losu, tak wywiezionym na wschód lub wcielonym do rosyjskiej armii w następnych latach, które przyniosły bardzo ostrą walkę polityczną wielokrotnie wypominano ich los i przypisywano im wprost niewiarygodne przewiny. Tak było właśnie z Bolesławem Szymańskim. W 1926 r. pisano, co nie było prawdą, że przed wojną był „zupełnie nieznanym człowiekiem bez wszelkiej wagi społecznej”. Dodawano, że przed wybuchem I wojny światowej był dyrektorem bliżej nie określonego z nazwy banku w Białymstoku i dzięki temu cieszył się opinią specjalisty bankowca. Ale to właśnie praca w banku była przyczyną dla której w 1915 r. został wywieziony w głąb Rosji, gdzie za „bolszewików głodował jak wszyscy”. Sprawiedliwie podawano jednak, że na przełomie 1918 i 1919 r. „do kraju powrócił prawie że goły, w załatanych portugałach, jak każdy porządny człowiek, który wyrwał się z okropnego piekła bolszewickiego”. Wiadomo natomiast, że w 1905 r. był Bolesław Szymański wśród założycieli Towarzystwa „Muza”, które odegrało istotną rolę w budzeniu ducha narodowego. W 1910 r. wyjechał do Smoleńska, gdzie otrzymał posadę urzędnika bankowego. Kolejnym miejscem jego pobytu były Liwiny, niewielkie miasteczko w guberni orłowskiej położone 500 kilometrów od Smoleńska. W 1915 r. wrócił wraz z rodziną do Białegostoku i został zmobilizowany do armii carskiej. Miał już 38 lat, więc do służby liniowej raczej się nie nadawał. Przydatne natomiast mogły być jego kwalifikacje zawodowe. Tak więc w stopniu chorążego służył w sztabie bliżej nieznanej nam jednostki. Być może była to intendentura. Nie znamy dokładnie jego losów w latach I wojny światowej, a i on sam nie wspominał o swojej karierze wojskowej, co może wskazywać na jego drugoplanową rolę gdzieś na zapleczu frontu.

Podobny los był udziałem Zygmunta Siemaszki, który wcielony do carskiej armii służył jako lekarz wojskowy. Z kolei Władysław Olszyński, który przez cały okres międzywojenny był jednym z najaktywniejszych białostockich samorządowców oskarżany był nawet absurdalnie o sympatie komunistyczne.

W grudniu 1918 r. powrócił też do Białegostoku Józef Karol Puchalski, który już za kilka tygodni miał odegrać jedną z kluczowych ról w mieście. Przed wybuchem wojny zasiadał w radzie miejskiej. Był też zastępcą rosyjskiego prezydenta miasta Włodzimierza Djakowa. Rosjanie wycofujący się przed Niemcami w 1915 r. ewakuowali z Białegostoku wszystkie urzędy. Zarząd miasta wywieziony został do Kaługi, gdzie Puchalski spędził lata wojny. W tych białostockich domach wigilia 1918 r. była niezwykłym spotkaniem. Dawała nadzieję, że wraz z Bożym Narodzeniem nadejdą do Białegostoku nowe, lepsze, z dawna oczekiwane czasy.

Andrzej Lechowski
były Dyrektor Muzeum Podlaskiego

Partnerzy portalu:

Żony i córki opryszków też nie próżnowały

Żony i córki opryszków też nie próżnowały

 

    W złodziejskich familiach zamieszkujących posępne Chanajki za przestępczy proceder brały się często także kobiety. Nic dziwnego! Ojcowie, mężowie czy synowie co i rusz trafiali za kratki, albo z różnych powodów, na tamten świat. Trzeba było jakoś radzić.
  Kiedy na początku 1933 r. zginął w nożowej rozprawie Jankieczkie, czyli Jankiel Rozengarten, słynny bandzior i sutener z ul. Orlańskiej, interes rodzinny prowadziły dalej jego żona Rachela i córka Taube.
   W kronikach kryminalnych miejscowych gazet częstym gościem była zwłaszcza ta ostatnia. W marcu 1933 r. 21-letnia Taube Rozengarten, po mężu Szulc, doczekała się procesu sądowego z art. 209 KK o czerpaniu zysków z cudzego nierządu. Już wcześniej pomagała ojcu w prowadzeniu nielegalnego domu schadzek. Jankieczkie miał również stanąć przed sądem, ale nie doczekał. Cała wina spadła na młodą burdelmamę.
   Sąd Okręgowy po szybkim rozpatrzeniu sprawy skazał rajfurkę z Orlańskiej na rok więzienia. Ponieważ nie została wpłacona kaucja, Taube z sali sądowej powędrowała wprost do celi szarego domu przy Szosie Baranowickiej. Zanim na dobre tam się rozgościła, znowu wezwano ją przed oblicze sprawiedliwości. Pozew złożyła na nią inna ośmielona prostytutka, Czesława Masalska. Obwiniona o złe traktowanie, a przede wszystkim odbieranie większej części i tak skromnych zarobków.
   Tym razem obok córki na ławie oskarżonych zasiadła również Rachela Rozengartenowa. Sąd miał już ustaloną w tej materii karę. Przysolił obu kobietom po roku kratek.
  Po przymusowej odsiadce córka Jankieczkie wcale się nie zmieniła. Nadal brała aktywny udział w życiu chanajkowskiego półświatka. Tym razem jednak zajmowała się głównie paserką. Jednym z jej stałych klientów był Abram Duczyński, znany w zaułkach włamywacz i kieszonkowiec z ul. Brukowej. Kiedy powinęła się mu noga, Szulcowa miała być świadkiem oskarżenia. Złożyła fałszywe zeznania, za co w grudniu 1935 r. znowu pojawiła się w gmachu sądu przy ul. Mickiewicza 5. Nie była jednak sama.
  W śledztwie okazało się bowiem, że do wybielenia Duczyńskiego zmusiła ją poważnymi groźbami żona złodzieja, Rywka Duczyńska, sama zresztą z upodobaniem uprawiająca doliniarstwo, zwłaszcza wśród przekupek i klientów Rybnego Rynku.
  Pomagały jej w zastraszaniu Taube Fejga Chazanowa, żona innego rzezimieszka z Brukowej i krewka prostytutka z ul. Cichej, Maria Szczerbak. Oskarżyciel, prokurator Kuźnicki zażądał surowego ukarania wszystkich kobiet, które określił mianem „najgorszych szumowin w naszym mieście”. Przewodniczący sędziowskiemu trybunałowi sędzia Olędzki znalazł wobec Taube Szulc okoliczności łagodzące (wymuszone zeznania) i skazał ją na 3 miesiące aresztu w zawieszeniu. Pozostałe damy z zaszarganą opinią musiał pożegnać się z wolnością na cały rok.
  Jesienią 1937 r. Taube z domu Rozengarten, primo voto Szulc, a aktualnie Perlis, znowu trafiła do kroniki kryminalnej. O dziwo, jako poszkodowana. Chociaż, jak się okazało, nie do końca. Z jej mieszkania przy ul. Orlańskiej 6 skradziono 5 garniturów męskich.
   Przeprowadzone przez agentów Wydziału Śledczego dochodzenie doprowadziło do ujęcia złodzieja. Był nim Josel Igielnik z ul. Marmurowej. Skradziony przez niego łup odnalazł się w skrytkach innego chanajkowskiego pasera, Hirsza Pieniążka, zamieszkałego przy ul. Odeskiej 2. Garnitury nie wróciły na Orlańską, ale znalazły się w policyjnym magazynie. Teraz Taube Perlis czekało śledztwo co do pierwotnego pochodzenia garderoby.
  Z kolei latem 1938 r. w Dzienniku Białostockim pojawiła się taka oto notatka: „18-letnia Elka Rozengartenówna (Brukowa 8) zameldowała policji, że brat jej Połter Rozengarten zmusza ją do uprawiania nierządu, żądając za to pieniędzy.
   Dochodzenie w toku”. Pomimo śmierci osławionego Jankieczkie, jego rodzinka nie dawała białostoczanom o sobie zapomnieć.

Włodzimierz Jarmolik

Partnerzy portalu:

Niekoronowani władcy zakazanej dzielnicy

Niekoronowani władcy zakazanej dzielnicy

 

    Kończy się rok. To dobra pora żeby zakończyć cykl naszych opowieści o przedwojennej, żydowskiej dzielnicy – Chanajki. 
  Egzotykę Chanajek na tle reszty miasta stanowiło zamieszkałe tam licznie szemrane bractwo spod znaku wytrycha, noża, a nawet rewolweru.
  Zapuszczone i brudne  uliczki skupione wokół ul. Krakowskiej, pełne rozmaitych złodziejaszków, wydrwigroszy i awanturników. Nie brakowało tam też alfonsów i ich podopiecznych – prostytutek. Nad całym tym mrocznym półświatkiem kontrolę sprawowali szczególnie twardzi  i gotowi na wszystko bandziorzy.   Szukający sensacji ówcześni  dziennikarze nazywali ich z upodobaniem – królami Chanajek. Napisałem już o nich wiele. Przypomnę jeszcze raz tych najważniejszych, bez których nie byłoby chanajkowskiej ferajny i sznytu. 
   Przez wiele lat wrogiem publicznym numer 1 w przedwojennym Białymstoku, według określenia, którym w tym czasie posługiwali się sędziowie amerykańscy wobec takich gangsterów, jak John Dillinger czy Al Capone, był niewątpliwie Jankiel Rozengarten, znany w całym mieście pod przezwiskiem Jankieczkie. Ten, jeszcze od czasów carskich sutener i paser zamieszkujący przy ul. Orlańskiej, zajmujący się osobiście włamaniami do sklepów i składów kupców białostockich i puszczający przy okazji w obieg fałszywe pieniądze, zakończył swój żywot na początku 1933 r., w noż owym pojedynku ze Szmulem Gorfinkielem, jednym z najsprawniejszych włamywaczy, jakich wydały Chanajki. 
   Jankieczkie, w paserskim fachu dorównywał, a może nawet go nawet przewyższał inny „król”, Ela Mowszowski, niepozorny handlarz z ul. Sosnowej. Kulas, jak przezywano go w zaułkach, reflektował tylko na lepsze złodziejskie łupy – złoto, biżuterię, futra czy kupony drogich materiałów. Szmokty (drobne rzeczy) pozostawiał innym okolicznym paserom, takim jak Hirsz Pieniążek z ul. Odeskiej, Szymel Kacenelbogen z Kijowskiej czy Bejla Kleinsztejn z Cichej.
   Kiedy na początku lat 30. posuniętemu już w latach Mowszowskiemu zaczęła grozić za uprawiony proceder poważna odsiadka, zwinął interes i wybył z Białegostoku aż do Argentyny.  Innymi członkami złodziejskiej dintojry, czyli władzy nad chanajkowskim półświatkiem byli z pewnością Jankiel Najdorf i Izaak Kantor.
   Ten pierwszy, hazardzista i spekulant, urzędował zwykle w bilardowni „Polonia’’ przy ul. Lipowej. Pożyczał pieniądze na wszelkie, zakazane geszefty. Miał dobre układy z policjantami i urzędnikami sądowymi, też potrzebującymi finansowego wsparcia.
Z kolei Izaak Kantor, według słów Adama  Wysokińskiego, naczelnika Wydziału Bezpieczeństwa w Białymstoku, to był naprawdę twardy gość. Na podstawie posiadanej przez policję kartoteki można byłoby napisać o Kantorze niejedną powieść kryminalną. Złodziej, oszust, fałszerz i wymuszacz, zajmował się też pokątnym doradztwem prawnym. Rzadko dawał się złapać na gorącym uczynku. 
  W swoim działaniu przypominał Maksa Bornsteina, zwanego „Ślepym Maksem”, znanego w całej II Rzeczypospolitej wszechwładnego bandziora z Łodzi, który trząsł tamtejszym światem przestępczym, korzystając ze znajomości wśród miejscowych oficjeli. 
  Wśród blatnych chanajkowskich złodziei wyróżniał się z pewnością także Szmul Zawiński, mistrz kradzieży kieszonkowych, nie bez powodu zwany Złotą Rączką. Kraść zaczął jeszcze za cara Mikołaja II. Pierwsza wpadka i wyrok przytrafiły się mu w 1913 r. Ostatni raz trafił do celi więzienia przy Szosie Baranowickiej w 1938 r.
  W Chanajkach często zmieniał miejsce zamieszkania. Wszędzie jednak miał mir wśród tamtejszej ferajny.  Od nowego roku nowe, złe historie z przedwojennego Białegostoku i okolic będą znakowane szyldem „Proszę wstać, Sąd idzie”. Zapraszam do czytania.

Włodzimierz Jarmolik

Partnerzy portalu:

A może by tak rzucić wszystko i zamieszkać w Hajnówce?

A może by tak rzucić wszystko i zamieszkać w Hajnówce?

W ostatnich latach bardzo modne było rzucanie pracy w dużej korporacji na rzecz realizowania własnych pasji na przykład w Bieszczadach. Powstał nawet na ten temat ciekawy dokument Discovery – Przystanek Bieszczady. Pokazano w nim ludzi na co dzień mieszkających w tych przepięknych górach, które rokrocznie przyciągają wielu marzycieli nucących Bieszczadzkie Anioły i roztaczających wizje nad małym, niszowym biznesikiem w otoczeniu przepięknych gór. Od razu uprzedzimy – nie namawiamy do takich ruchów, bo mogą skończyć się bardzo źle. Jednak czasem pomysł na niszowy biznes w małym miasteczku może okazać się strzałem w dziesiątkę. Dlatego czysto hipotetycznie, postanowiliśmy roztoczyć wizję rzucenia pracy w korporacji i zamieszkania na Podlasiu… na przykład w Hajnówce.

 

Hajnówka to bardzo urokliwe miejsce tuż przy samej Puszczy Białowieskiej. Wydaje się „eko”? Nic bardziej mylnego – Hajnówka to najbardziej zanieczyszczone miasto w całym województwie. Stężenie smogu (dane z 2017 r.) jest tu najwyższe. Pozom zalecany przez WHO to 20µg/m3. Przy Puszczy średnioroczne stężenie to 27,5, zaś liczba dni z przekroczeniami wynosi 30. Oczywiście nie ma tu co porównywać z Krakowem, ale miasteczko, które powinno kojarzyć się z najbardziej czystym powietrzem na Podlasiu – ma je najbardziej zanieczyszczone.

 

 

Na plus można zaliczyć dla Hajnówki brak problemu bezrobocia. Wskaźnik ten w październiku 2018 wynosił tylko 7,4 proc. dla całego powiatu. Oznacza to, że każdy kto chce – pracuje. Zejście do zera nie jest możliwe, zaś bezrobocie poniżej 7 proc. jest uznawane za naturalne. Wiadomo nie od dziś, że nie każdy chce pracować. Niektórym wygodnie na zasiłkach. Dlatego jeżeli nie wypali pomysł z własnym biznesem, ale małe podlaskie miasteczko przypadnie do gustu – pracy tu nie braknie. W 2019 roku minimalna krajowa wyniesie 2250 zł brutto. Przy umowie o pracę jest to 1634 zł na rękę. Czy za taką kwotę można wyżyć w Hajnówce? To zależy co nazywamy życiem. Jeżeli wynajmowanie mieszkania i kupowanie jedzenia i innych artykułów domowych to zdecydowanie tak. Wynajem pokoju lub całego mieszkania to koszt kilkuset złotych miesięcznie. 

 

 

Hajnówka i jej okolice są typowo turystyczne. Każdy, kto się pojawi w tych okolicach nie powinien sobie odmówić zwiedzenia Puszczy Białowieskiej oraz oglądania żubrów. Dodatkową atrakcją jest kolejka wąskotorowa i drezyny, którymi można zwiedzić Puszczę. Ostatnim ważnym elementem całej układanki jest Kraina Otwartych Okiennic. W zasadzie jeżeli mamy pomysł na biznes, to powinien być z tym związany jeżeli liczymy na duże szanse jego powodzenia. Wszystkie te tereny zachwycają zarówno latem jak i zimą. W cieplejsze dni warto pojeździć tamtędy rowerem, zimą zaś warto spróbować nart biegówek lub kuligu. Dla odważniejszych jest także możliwość przejażdżki na koniu.

 

Hajnówka, Białowieża oraz okolice

 

Niestety transportowo Hajnówka i okolice mają się średnio. Dojazd jest możliwy tylko samochodem lub autobusami. Dojazd w tamte rejony pociągiem to póki co katorga. Można dojechać tylko z Czeremchy lub Siedlec. Z Białegostoku, Warszawy, Suwałk czy Olsztyna bezpośrednio póki co nie. W przyszłości prawdopodobnie będzie to możliwe. Po remontach prawdopodobnie pojawi się weekendowe połączenie z Warszawy aż do Białowieży.

 

Czy mieszkając w tamtych okolicach na co dzień jest co robić? I tak i nie. Jeżeli interesuje nas coś więcej niż chodzenie do małej galerii handlowej w Hajnówce czy do kilku lokali gastronomicznych to do wyboru jest tylko basen. Sama Białowieża to wieś jak każda inna. Dlatego też – jeżeli myślicie o rzuceniu pracy w korporacji i zamieszkaniu w Hajnówce, by poczuć „slow life”, zamiast życia w pędzie, to jest to dobre miejsce. Nie wiemy jednak czy na pewno na całe życie. Jeśli ktoś szuka nocnego, miejskiego życia, imprez, szerokiej oferty kulturalnej – to lepiej o tym mieście w ogóle zapomnieć. Wszyscy, którzy wstają wcześnie rano, kochają piękne widoki, leśne wycieczki oraz aktywny tryb życia, a także chcą żyć z żubrami jak z sąsiadami, to Hajnówka będzie dobrym wyborem.

 

Partnerzy portalu:

Jak zobaczyć magiczne Podlasie? Oto prosty przepis

Jak zobaczyć magiczne Podlasie? Oto prosty przepis

Wiele serwisów internetowych, szczególnie tych z siedzibą w Warszawie ukazując Podlasie i jego magię skupia się na tych samych miejscach – Tykocin, Drohiczyn, Supraśl. Do zjedzenia proponują babkę i kartacze. Zaś do podglądania żubry czy łosie. Nie ukrywamy, że sami też czasem ulegamy pokusie, by w ten sposób ukazywać Podlasie. Reakcje nie kłamią – prezentowanie wyżej wymienionych na 100 różnych sposobów to przykład na sukces. Ten sposób narracji upodobał sobie szczególnie jeden z popularnych blogów traktujących o Białymstoku i Podlasiu właśnie. Tymczasem Podlasie jest magiczne nie tylko dlatego, że przedstawiane jest niczym kraina z baśni. To miejsce, w którym naocznie możemy poczuć magię. Po prostu stojąc i patrząc. Dlatego też wybraliśmy dla Was 9 fotografii, których wskazanie na mapie niewiele by wniosło. Jednak wszystkie te zdjęcia będą odpowiedzią jak na własne oczy ujrzeć magię Podlasia.

 

Fenomenem baśniowej krainy, Podlasia, gdzie można spotkać łosia i żubra, gdzie można zjeść babkę i kartacze, gdzie można napawać się niesamowitością Tykocina, Drohiczyna i Supraśla, jest niezliczona ilość miejsc, które są zupełnie anonimowe, opustoszałe, dzikie, a jednocześnie znajdują się zupełnie obok miast, miasteczek i wsi, tuż obok ludzi. Wystarczy pójść o krok dalej, wyjrzeć za zakręt, ruszyć a horyzont.

 

Magia Podlasia uchwycona na zdjęciach

 

Jak więc ujrzeć magię Podlasia? Teoretycznie w bardzo prosty sposób, w praktyce bardzo trudny. Przede wszystkim trzeba albo wyruszyć jeszcze w nocy, albo być na miejscu o świcie. To właśnie wtedy wszystko ma niesamowitą aurę. Budzący się dzień, lekkie światło, pierwsi ludzie na ulicach, dzikie zwierzęta poza lasem. Do tego mgły i słońce. Warto dodać, że jeżeli ktoś lubi pospać, to po południu, przed zachodem słońca robi się równie pięknie. Wtedy jednak już nie ma mgieł, które napawają wszystkie miejsca mistycyzmem.

 

Dlatego też nie wybierajcie konkretnego miejsca. Po prostu wyruszcie z miasta A do miasta B na Podlasiu, a gdy zacznie wschodzić słońce – zjeździcie z głównej drogi jadąc przez wsie czy lasy. Jeżeli chcecie – fotografujcie, jeżeli nie chcecie – po prostu oglądajcie. Zachwyt będzie gwarantowany.

Partnerzy portalu:

Obywatel Czesław Sadowski

Obywatel Czesław Sadowski

    Takiego cudownego zakątka jak białostockie Bojary nie miało żadne duże miasto w Polsce.

Przepraszam, zacznę od siebie, choć nie mam rodzinnych koneksji białostockich. W 1972 roku przyjechałem do Białegostoku, by podjąć pracę w Filii Uniwersytetu Warszawskiego. Dzięki tzw. puli dla specjalistów (miałem już stopień doktora nauk historycznych) zamieszkałem po kilku miesiącach przy ul. Piastowskiej 17. „Klocki” na Osiedlu Piasta z płyt betonowych rosły szybko, ale przerażały bylejakością, koszarowym porządkiem. Ucieczką były spacery po pobliskich Bojarach, tu czułem się bosko. Z tym większym entuzjazmem dołączyłem za sprawą Białostockiego Towarzystwa Kultury do grona propagatorów „Karty Bojarskiej”, powziętej w 1988 roku przez architektów obradujących w Hołnach Majera. Oficjalnie wszyscy byli w zasadzie za ratowaniem Bojar, bo takiego cudownego zakątka nie miało żadne duże miasto w Polsce. W rzeczywistości sekretarzy z KW i KM PZPR radował szybki przyrost puli lokali, podobnie jak i prezesów spółdzielni mieszkaniowych, a władze administracyjne nie miały kasy na dużą inwestycję. Zamieszkali na Bojarach też nie wyglądali na krezusów, mieli za to dosyć palenia w piecach, noszenia wody i chodzenia do „sławojek”. I tak ginęła dzielnica z bajki. Jakimś cudem przetrwały do dziś zakątki Bojar, a ostatnimi czasy ich królową staje się ulica Wiktorii.

Z wizytą u pani Sabiny

Sabina Ewa Konecka reprezentuje sobą typ kobiety ideowej, przekonanej o słuszności swych zamiarów, energicznej, ale i skłonnej do romantycznych porywów. Razem z panem Robertem Włostowskim przedstawili mi pomysł, który po prostu trzeba zrealizować. Nie mam wątpliwości, że trzeba i to na tyle szybko, by nie dodać go lekkomyślnie do bogatego już zbioru białostockich straconych szans.

Jeszcze stoi, ale w stanie niemal agonalnym, dom drewniany ze strychem i podwórkiem przy ul. Wiktorii 9. W pobliżu misternie odrestaurowanego cacka przy ul. Wiktorii 5 (tu się ulokowała dyr. Jola Szczygieł-Rogowska ze współpracownikami z Galerii Ślendzińskich) i niedaleko od dramatycznie wyglądających szczątków spalonego domu przy ul. Wiktorii 6. Domu, w którym przebywał tow. „Wiktor”, czyli Józef Piłsudski, ówczesny redaktor „Robotnika”, emisariusz Polskiej Partii Socjalistycznej. Daruję sobie dalsze wyliczanie domów przy tej ulicy z bardzo bogatą przeszłością. Słusznie Zbigniew Klimaszewski, prezes Stowarzyszenia „Nasze Bojary” dowodzi, że to jest unikalne muzeum pod gołym niebem. Wciąż doceniane przez nielicznych, a mogłoby być nawiedzane nie tylko przez białostoczan.

  Dlaczego tak ważny jest dom przy ul. Wiktorii 9? Bo tu mieszkała przez dziesiątki lat rodzina Sadowskich i skoligaconych z nią rodzina Koneckich. Na potwierdzenie proszę obejrzeć załączoną fotografię, wybraną z bogatego archiwum pani Sabiny.
Rodzina Sadowskich
Trzeba starannych badań, by odtworzyć pokolenia rodu Sadowskich. Prawdopodobnie tkacz Józef poślubił Rozalę i małżeństwo dochowało się czwórki dzieci: Czesława (malarz, rysownik i karykaturzysta), Tadeusza (rzeźbiarz, ułan z 1 pułku krechowiaków), Sabiny (malowała na ceramice i szkle) i Haliny. Sabina wyszła za mąż za Stanisława Koneckiego spod Tykocina, ci z kolei doczekali się synów: Wiesława i Andrzeja. Moja rozmówczyni jest córką Wiesława, zatem bliską krewną Czesława i teraz jej relację przytoczę.

„Czesław był ozdobą nie tylko rodziny, ale i przedwojennego Białegostoku. Pozostały po nim arcydzieła i okruchy wspomnień. Najpierw jednak opowiem o moich dziadkach Koneckich. Stanisław w 1939 roku został wcielony do wojska, znalazł się na ziemiach wschodnich, wpadł do niewoli sowieckiej, ale zdołał uciec i wrócić do Białegostoku. Miał ponoć pełne kieszenie cukru, którym żywił się w czasie wojennej wędrówki. Okazało się już w okresie rządów niemieckich, że w pobliżu mieszkał fryzjer – donosiciel Gestapo, więc babcia Sabina zarządziła ewakuację z domu przy Wiktorii 9 i cała trójka (rodzice i malutki Wiesio) zamieszkała przy ul. Szczygłej, też na Bojarach. Nie zagrzeli tam jednak długo miejsca i dobrze, bo gestapowcy wpadli na trop konspiratorów, przeprowadzili aresztowania. Kolejne lokum zajęli Koneccy przy ul. Kilińskiego (tu obecnie WOAK), ale też na krótko. Akcja zmieniała się jak w kalejdoskopie, mieszkanie pożydowskie przy ul. Kilińskiego zajęli Niemcy i moi dziadkowie musieli przynieść się na ul. Wojskową 3. Dziadek Stanisław był w Armii Krajowej, lub ściśle z nią współpracował. Oddał akowcom usługi jako pracownik urzędu gminnego w Zabłudowie, gdzie miał dostęp do dokumentów, uprzedzał mieszkańców przed zagrożeniami. Stryj Andrzej pamięta, jak po wojnie na rynku ludzie dziękowali Stanisławowi za ratunek. Trudno ustalić kiedy miały miejsce te zdarzenia zabłudowskie, wiadomo jednak, że i stamtąd rodzina uciekła, ukrywała się w Janowiczach.”

Prze cały ten czas przy ul. Wiktorii 9 mieszkała – aż do śmierci – Rozalia Sadowska, matka wspomnianej czwórki dzieci, kobieta niezwykle dzielna. Natomiast Czesław w 1938 roku wyjechał do Lwowa, tam miał zatrudnienie przy teatrze jako choreograf. Zapamiętał dramaty czerwcowe 1941 roku, najpierw sceny z wywózki na wschód, a po agresji niemieckiej mordy enkawudzistów na więźniach.Spiritus movens białostockiej bohemy
   

Tak można postrzegać Czesława Sadowskiego. Urodzony 9 lipca 1902 roku w Białymstoku, tu objawił swój talent i zaczął pracować jako nauczyciel rysunków. Odnieść się trzeba do wieści rodzinnych, które wskazują na udział Czesława w walkach o Niepodległą i zakopaniu – po wrześniu 1939 roku – swych odznaczeń bojowych przy ul. Wiktorii. Dzięki wsparciu Józefa Rapackiego Sadowski podjął studia w Warszawskiej Szkole Sztuk Pięknych, jego mistrzem był prof. Karol Tichy. Z kolei stypendium białostockiego magistratu i dodane 300 zł przez Koło Przyjaciół Akademików umożliwiły młodemu artyście pobyt w latach 1929-1931 w Paryżu. Tam okrzepł, wzbogacił swój warsztat, nabrał pewności, rzutkości, ale zachował „samodzielny styl”. Jego prace w Domu dla studentów Polaków podziwiały Maria Skłodowska-Curie i wnuczka Adama Mickiewicza.

Pierwsza znacząca wystawa prac Czesława Sadowskiego w Białymstoku przypadła na 1928 rok. Zlokalizowano ją w pawilonie Ogrodu Miejskiego, przed późniejszym teatrem. Reporter „Dziennika Białostockiego” napisał z entuzjazmem, że amatorzy sztuki nabywali ochoczo obrazy „mające bezsprzecznie wartość artystyczną”, co też ułatwiło wspomniany wyjazd nad Sekwanę. „Prace cechuje na ogół szczery rozmach pędzla czy też ołówka, o całej skali uczuć i wrażeń”. Podobał się zwłaszcza widok na dachy miasta o zachodzie słońca. Mamy również prasową relację z wystawy w maju 1932 roku w kawiarni „Lux” przy ul. Sienkiewicza – „Ostatnie eksponaty świadczą wymownie o niewyczerpanych możliwościach twórczych tego zdolnego artysty”.
Pojawiła się nadzieja
   

  O obrazach i grafikach, drzeworytach, pocztówkach itp. Czesława Sadowskiego można przeczytać, niektóre z nich obejrzeć w książkach, a bywały i powojenne wystawy mistrza, który zmarł w 1958 roku w Łodzi. Natomiast Sabina Konecka ma przebogaty zbiór mistrza, także listy, zdjęcia. Można ponadto ściągnąć do Białegostoku rzeźby Tadeusza Sadowskiego, przechowywane w Bytomiu. Można dodać inne pamiątki po przedstawicielach białostockiej rodziny Sadowskich. Wiele z nich nie było dotychczas eksponowanych, niektóre jednak wymagają pilnej konserwacji. To wszystko można i trzeba. Szybko, oczywiście przy ul. Wiktorii 9. Pani Sabina nie zamierza rozprzedawać rodzinnego skarbu, ma poczucie odpowiedzialności. Marzy, pragnie, szuka wsparcia, czeka na decyzję. A ja za tydzień zaproszę na ciąg dalszy opowieści o tej niedocenionej rodzinie.

Prof. Adam Czesław Dobroński

Partnerzy portalu:

Niczego nie będzie? Białystok za dużo chce, a za mało ma pieniędzy

Niczego nie będzie? Białystok za dużo chce, a za mało ma pieniędzy

Czy powstanie węzeł intermodalny przy dworcu PKP i PKS? W planach jest budowa centrum przesiadkowego zamiast Centrum Park przy dworcu PKS. Problem w tym, że nie mamy pieniędzy i nie wiadomo kiedy inwestycja miałaby zostać zrealizowana. Na razie wiadome jest jedno, że miasto nie ma wystarczająco dużo pieniędzy, by zrealizować swoich wizji.  Jedną z nich miał być tunel pod torami łączący Św. Rocha i Zwycięstwa. Byłby to przesmyk tylko dla autobusów, by nie musiały krążyć między Poleską i wiaduktem Dąbrowskiego. Ostatecznie będzie po staremu. Na tego typu inwestycję nie ma pieniędzy. Za drogo.

 

Być może jakieś prace zaczną się w przyszłym roku na ul. Bohaterów Monte Cassino. Przypomnijmy, że ulica ta została poszerzona przy „Galeriowcu” aż do sklepu Kaufland. W przeszłości te miejsce było często zakorkowane, teraz usprawniono wjazd i wyjazd autobusów na dworzec. W dalszej części inwestycji w 2019 roku urzędnicy chcieliby puścić nową drogę poprzez dzisiejsze tereny nieużytkowe, gdzieś między złomowiskiem a osiedlem domów jednorodzinnych oraz terenami kolejowymi. Droga łączyłaby się z ul. Kopernika jeszcze przed tunelem. W efekcie codziennie zatkana Łomżyńska by odetchnęła. Z tych wszystkich „wizji” ta jest najsensowniejsza. Niestety i tu trzeba położyć nacisk na „może powstanie”. Tak jak wyżej napisalibyśmy – urzędnicy chcieliby ruszyć z inwestycją w 2019 roku, ale nie jest to takie oczywiste. Przypomnijmy, że najwyższy priorytet ma inwestycja w zupełnie innym miejscu. Jest to wylot na Warszawę. Miało być tam skrzyżowanie bezkolizyjne, okazuje się że z braku kasy będzie coś mniejszego. Może być i taka sytuacja, że skupiając się na tej inwestycji, urzędnicy ostrożnie będą podchodzić do innych – by starczyło pieniędzy. A warto wiedzieć, że przy budowie dróg wiele się zmienia – koszty pracy, koszty materiałów. Teoretycznie firma, która wygra przetarg musi zrealizować inwestycję po cenach, jakie zadeklarowała. W praktyce jednak firmom opłaca się porzucać place budowy i płacić kary aniżeli dokończyć inwestycję. Wtedy miasto rozpisuje nowy przetarg i się okazuje, że realizacja kosztować będzie dużo więcej niż pierwotnie planowano. 

 

W planach miasta jest również modernizacja ulic Zwycięstwa, Kolejowej, Wyszyńskiego, Kopernika i Łomżyńskiej. Jednak nie wiadomo kiedy miałoby to nastąpić i czy w ogóle nastąpi. Plany budowy dróg już są, ale ostatecznie może być tak, że niczego nie będzie. Brzmi znajomo?

Partnerzy portalu:

Konstanty Kosiński – charyzmatyczny matematyk

Konstanty Kosiński – charyzmatyczny matematyk

 

    Był czołową postacią polskiego środowiska niepodległościowego w Białymstoku. Po zajęciu miasta przez Niemców w sierpniu 1915 roku odegrał jedną z pierwszoplanowych ról przy organizacji polskiego szkolnictwa. Kontynuuję cykl opowieści o dochodzeniu Białegostoku do niepodległości. Kolejnym nauczycielem, który odegrał historyczną rolę, umiejscawiającą go w gronie wybitnych postaci 100lecia naszej niepodległości był Konstanty Kosiński.
  To on 19 lutego 1919 roku napisał poruszający tekst wyrażający uczucia środowiska polskiego w Białymstoku. „Nareszcie pójdą. Dziś pójdą ci, co jak zmora dusili nas przez półczwarta roku, co paragrafami oberostu zasłonili nam świat, by żaden promień słoneczny nie miał do nas dostępu. Pójdą na zawsze ! Dzień mglisty, ponury. Myśl przywalona ciężarem olbrzymim przez tyle, tyle strasznych dni z trudem zaczyna się poruszać. Powtarzamy, że pójdą, ale ogarnia nas lęk, by nie zaszła przeszkoda, która odejście ich opóźni… Na placu przed kościołem stoją karabiny maszynowe. Obok – żołnierze niemieccy w hełmach stalowych. Ponurym patrzą wzrokiem na miasto, które przystrajać się zaczyna i na ludzi, którym radość z oczu przebłyskuje … Poszli… Zmora znikła. Spadł ciężar wielki z piersi. Radość długo tłumiona wybuchła. Rzucono się do dekorowania domów flagami biało-amaranto- wemi lub biało-czerwonemi i Orłami Białemi… Wieczór. Tłumy wyległy na ulice miasta. Radosne oczekiwanie rozpiera piersi… Na skręcie ulicy ukazują się dwaj konni, żołnierze polscy. Jakiś prąd elektryczny przeleciał przez tłum, który drgnął, zakołysał się, czapki i kapelusze poleciały w powietrze, a z piersi wyrwały się okrzyki: Niech żyje
Polska! Wiwat armia! Nasi przyszli”. 
  Ale zanim Konstanty Kosiński mógł napisać te słowa, to przez kilka lat robił wiele, aby w 1919 roku cieszyć się z wolności. Urodził się w 1887 roku. Do Białegostoku przyjechał przypuszczalnie w 1899 roku i podjął  naukę w Szkole Realnej.
  Tu też po raz pierwszy zaangażował się w działalność niepodległościową. W październiku 1905 roku był jednym z organizatorów protestu białostockiej młodzieży, która żądała wprowadzenia do nauczania języka polskiego. Szkołę Realną ukończył w tymże 1905 roku, a przez następny rok uczęszczał na zorganizowane przez szkołę kursy uzupełniające. 
  Następnie wyjechał do Petersburga, gdzie rozpoczął studia matematyczne, które ze względów finansowych musiał przerwać i powrócił do Białegostoku. Tu zaczął uczyć matematyki, ale największą jego pasją okazało się dziennikarstwo.
  18 listopada 1912 roku ukazał się pierwszy numer Gazety Białostockiej. Redaktorem i wydawcą był Konstanty Kosiński. W słowie wstępnym pisał: „Do rąk Waszych oddajemy dziś pierwszy numer Gazety Białostockiej – pierwszej stałej gazety polskiej w kraju tutejszym…” W 1921 roku tak wspominał to historyczne dla Białegostoku wydarzenie. Pierwszy numer Gazety „witany był z przychylnością wielką, ale też wywołał słuszną i ostrą krytykę niektórych, może nawet i zbyt ostrą, która młodemu redaktorowi, borykającemu się z różnorodnymi trudnościami przyniosła sporo gorzkich chwil”. 
  Gazeta z przerwami po 1914 roku ukazywała się do 24 października 1915 roku. W chwili ukazania się jej pierwszego numeru Konstanty Kosiński miał zaledwie 25 lat, a już był czołową postacią polskiego środowiska niepodległościowego w Białymstoku. Po zajęciu miasta przez Niemców w sierpniu 1915 roku odegrał jedną z pierwszoplanowych ról przy organizacji polskiego szkolnictwa. Tu blisko współpracował między innymi z Michałem Motoszko, o którym pisałem w poprzednim Albumie. Obaj różnili się charakterami zasadniczo. Motoszkę temperament pchał do czynu. Stąd jego zaangażowanie w działalność POW.
  Kosiński skupiony, typ intelektualisty, nie angażował się w tego typu działalność. Uniknął tym samym większych represji, które spadły na środowisko polskie w latach 1916-  1918. Jak pisał Michał Goławski, w latach 1915-16 na potrzeby zakładanych polskich szkół „trzeba było zbierać inwentarz szkolny i pomoce naukowe pozostałe po szkołach rosyjskich, które pozostawiono bez dozoru i opieki, częściowo rabowane przez różne indywidua, należało ratować przed ostatecznym zniszczeniem. Akcją tą kierował Konstanty Kosiński, którego komendant miasta na wniosek Komitetu Obywatelskiego wyznaczył opiekunem inwentarza szkolnego”. 
  Po odzyskaniu niepodległości Konstanty Kosiński z powodzeniem łączył pracę nauczyciela matematyki w Gimnazjum Męskim im. Króla Zygmunta Augusta z działalnością organizatorską jako sekretarz Dozoru Szkolnego, pracą samorządową, bo wszedł do pierwszej rady miejskiej wybranej we wrześniu 1919 roku i dziennikarstwem. 6 kwietnia 1919 roku ukazał się pierwszy numer Dziennika Białostockiego. Jego redaktorem naczelnym był mecenas Władysław Olszyński. Kosiński wraz z Władysławem Kolendo tworzył zespół redakcyjny. Z Dziennikiem związany był do lipca 1920 roku.
  Później, bo w 1924 roku wspólnie z Olszyńskim zaczął wydawać tygodnik Nowiny Białostockie. W pierwszym numerze pisał: „Puszczając w świat pierwszy numer Nowości Białostockich mamy przed sobą jasno wytknięty cel – niesienia twardej służby społeczeństwu naszemu, przyczynienia się dać choć w drobnej mierze do wzrostu i utrwalenia potęgi Państwa Polskiego i szczęśliwości jego obywateli”.
   Nowości były odzwierciedleniem postawy Kosińskiego – poświęcały dużo uwagi sprawom społecznym i oświacie. Relacjonowały też obiektywnie wydarzenia polityczne.
  Mimo, że ukazało się zaledwie 11 numerów pisma, to badaczka białostockiej prasy Zofia Sokół stwierdzała, że „było ono jednym z najbardziej interesujących tygodników lokalnych”.
  W 1929 roku Kosiński wraz z Kolendo rozpoczął wydawanie miesięcznika Łącznik Towarzystwa Nauczycieli Szkół Średnich. Jednocześnie w marcu 1926 roku reaktywował praktycznie nieistniejący w Białymstoku oddział Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego i został jego prezesem. Bodaj największym sukcesem Kosińskiego –  krajoznawcy było założenie schroniska turystycznego nad Wigrami. Niespodziewanie w 1935 roku Konstanty Kosiński wyjeżdża z Białegostoku. Otrzymał propozycję kierowania gimnazjum w Prużanach. 
  Do Białegostoku wrócił w 1939 roku i ponownie został nauczycielem matematyki w Gi- mnazjum im. Króla Zygmunta Augusta. Po napaści Sowietów na Polskę nie zaprzestał pracy nauczycielskiej.       Jak pisała Maria Kolendo, „po wyjeździe dyrektora Stanisława Hałki w październiku 1939 roku do Warszawy, Kosiński został dyrektorem Gimnazjum i Liceum im. Króla Zygmunta Augusta”. Tam też pracował po utworzeniu przez Sowietów Pełnej Szkoły Średniej Nr 1. Po zajęciu Białegostoku przez Niemców w czerwcu 1941 roku w mieście rozpoczyna się intensywne organizowanie tajnego nauczania.
  Maria Kolendo wspominała, że „w pierwszych dniach sierpnia przedostał się przez zieloną granicę z Warszawy do Białegostoku dr Stanisław Hałko (…) z jego inicjatywy odbyło się tajne zebranie w mieszkaniu Konstantego Kosińskiego przy ul. Słonimskiej 31”. Omówiono wówczas podstawy organizacyjne tajnego nauczania. Od tego spotkania Kosiński był jedną z najważniejszych osób oświatowej konspiracji. Wraz z Marią Kolendo był głównym organizatorem sieci tajnych kompletów i odpowiadał za ich zaopatrzenie. Sam też nauczał na poziomie gimnazjalnym i licealnym.
  W listopadzie 1942 roku Niemcy w odwecie za rzekome zabicie volksdeutschów aresztowali 50 przedstawicieli polskiej inteligencji. Wśród nich był też Konstanty Kosiński. Po blisko dwóch miesiącach wszyscy zostali zwolnieni. Ponownie aresztowano go w kwie- tniu 1943 roku, ale i tym razem po kilku tygodniach został wypuszczony na wolność.  Po zakończeniu wojny objął stanowisko dyrektora Państwowego Gimnazjum i Liceum Męskiego nr 2 w Białymstoku.
   Po jego niespodziewanej likwidacji w 1950 roku został nauczycielem w Liceum Ogólnokształcącym nr 1 i w Liceum Mierniczym. W 1953 roku w związku z  represjami stalinowskimi przeniesiony został w stan spoczynku. Udało mu się jednak w charakterze nauczyciela kontraktowego uczyć dalej w Technikum Geodezyjnym. Gdy w 1956 roku przywrócono mu pełne prawo do wykonywania zawodu, to pozostał w Technikum nie przyjmując innych propozycji. 
  Zmarł 11 stycznia 1961 roku. Jego zasługi dla Białegostoku są wręcz fundamentalne. Postać Konstantego Kosińskiego jest symbolem 100-lecia niepodległości

Andrzej Lechowski
Dyrektor Muzeum Podlaskiego

Partnerzy portalu:

Pałacowa 16. Dom rodziny Lange

Pałacowa 16. Dom rodziny Lange

 

    Przyglądając się widocznemu na zdjęciu Sołowiejczyka z 1897 r. terenowi dawnego stawu pałacowego i pracom przygotowującym ten obszar pod przyszły park miejski, moglibyśmy pominąć kilka innych interesujących szczegółów z otoczenia tego miejsca. 
   Północno-zachodnią granicę dawnego stawu wyznaczała od początku jego istnienia dzisiejsza ulica Pałacowa.
   Droga ta została ukształtowana zapewne w latach 20. lub 30. XVIII w., gdy Jan Klemens Branicki realizował pierwszą wielką akcję przebudowy i modernizacji odziedziczonego niedawno pałacu i otaczających go ogrodów. Wówczas powstały dwa dziedzińce – paradny i przedwstępny – rozdzielone murem i niską bramą, natomiast całe założenie podporządkowano głównej osi kompozycyjnej, którą podkreślono właśnie za pomocą nowej ulicy, nazwanej w XVIII w. Zamkową.
   Po niej wjeżdżali do pałacu podróżni jadący od strony Warszawy, poruszający się po dzisiejszych ulicach Mickiewicza, Świętojańskiej i Warszawskiej.  Do ulicy z obu stron przyporządkowano po siedem w miarę podobnych posesji, na których stanęły domy skarbowe z muru pruskiego, w których swoje lokale mieszkalne mieli wyżsi rangą oficjaliści i dworzanie Branickich, m.in. znany malarz Augustyn Mirys, murgrabia pałacowy Obsto- wski, rotmistrz Piramowicz, muzykant Henkiel, felczer Zychling i inni. 
  Od strony pałacu nad rzeką przerzucone zostały dwa drewniane mosty posiadające murowane balustrady z kulami na wierzchu. Most był oczywiście w kolejnych latach wielokrotnie przebudowywany i remontowany, chociaż była to często tzw. prowizorka.
  Ale w 1897 r. stał w tym miejscu już jeden, zupełnie nowy, wreszcie murowany obiekt, do architektury którego nawiązano w czasie niedawnej modernizacji węzła drogowego naprzeciw pałacowej bramy. 
W XVIII w. pod dwoma mostami znajdowały się upusty wody z wielkiego stawu pałacowego. Był on zarówno ozdobą dworu, jak i efektem spiętrzenia rzeki Białej na potrzeby młyna wodnego, który stanął tuż za dwoma mostami.
  Według opisu inwentarzowego z 1771 r., był to „młyn wielki pod pałacem o dwu kołach ze wszystkimi należyłościami, pruskim murem budowany, w którym jest młynarzem Karol Jedliński z Ewą żoną, którzy [mają] Stefana, Jakuba i Macieja synów, Elżbietę i Mariannę córki. Na boku którego po prawej stronie oparkanienie pobielane, o trzech przęsłach, wrót nie masz”.
    Budynek ten, opisywany już jako zrujnowany, stał w tym samym miejscu, w którym na zdjęciu z 1897 r. widzimy ów charakterystyczny, piętrowy i białotynkowany gmach. W 1799 r. jeden z pokoi w młynie wynajmował dr Jakub de Michelis, nadworny lekarz Izabeli Branickiej, późniejszy dyrektor Instytutu Akuszeryjnego w Białymstoku. Jeszcze na mapie z 1810 r. odnotowano istniejący wciąż młyn wzniesiony z muru pruskiego, który nadal funkcjonował jako „młyn skarbowy” w 1825 r.
  Trudno powiedzieć tak naprawdę, kiedy stary budynek został zastąpiony nowym, ale musiało to nastąpić przed 1841 r., gdy na planie części miasta z tego roku odnotowano już obiekt ceglany.     
  Biorąc pod uwagę tzw. wzornikową architekturę budynku widocznego na zdjęciu z 1897 r., został on wzniesiony jeszcze przed likwidacją Obwodu Białostockiego.
   Miał on jednak wyłącznie funkcje mieszkalne, podczas gdy młyn funkcjonował na sąsiedniej działce, w stojącym nad samą rzeką mniejszym, parterowym budynku. Teren ten dzierżawili od 1878 r. przedsiębiorcy Sulkes i Kac, ale ich młyn spłonął w 1883 r., o czym pisano w „Kraju”: „spalił się doszczętnie, w środku miasta, nad stawem leżący, drewniany młyn parowy Szulkiesa i Katza. Stosy żyta, pszenicy i gotowej już mąki tleją dziś jeszcze.
   Szkody, zrządzone przez powstały z niewiadomej dotąd przyczyny ogień, poszkodowani obliczają na 60 tys. rubli srebrem; wynagrodzenia zaś otrzymać mają od towarzystw ogniowych zaledwie 20 tys. rubli”.  Z tego powodu obiektu nie odbudowano, przez co zakoń
czyła się historia młynarstwa w tym miejscu. Oba budynki są doskonale widoczne na fotografii z serii najstarszych widoków Białegostoku z początków lat 80. XIX w. (ciekawych odsyłam do albumu „Białystok. Urok starych klisz” autorstwa Andrzeja Lechow skiego).
  Ziemia, na której znajdował się omawiany piętrowy budynek pozostawała własnością skarbową do 1852 r., gdy wraz z położonymi przy ówczesnej ul. Zamkowej (dziś ul. Kilińskiego) wyschniętymi stawami pałacowymi, została ona wydzierżawiona na okres 50 lat pruskiemu poddanemu Augustowi Lange.
   Później majątek ten przeszedł w użytkowanie syna Augusta, Eugeniusza Lange, z którym w 1873 r. przedłużono kontrakt dzierżawny. Natomiast w 1886 r. władze miasta zezwoliły Eugeniuszowi na wykupienie ziemi państwowej na własność. On i jego potomkowie pozostawali właścicielami nieruchomości do II wojny światowej. 
  W okresie międzywojennym był to adres ul. Pałacowa 16. Przed 1915 r. miał tu siedzibę zarząd Drugiego Towarzystwa Kred ytowego Miejskiego, a w okresie międzywojennym mieszkania wynajmowali m.in. dr Adam Zabłocki (gabinet rentgenowski) czy technik urzędu pocztowego Aleksander Artem iowicz, był tu także sklep „Zjednoczenia” i sklep drzew ny Mojżesza Dworec kiego. Budynek uległ zniszczeniu w czasie II wojny światowej.

Wiesław Wróbel
Biblioteka Uniwersytecka w  Białymstoku

Partnerzy portalu:

Tajemnice Wersalu Podlaskiego. To nie tylko pałac i ogród.

Tajemnice Wersalu Podlaskiego. To nie tylko pałac i ogród.

 

Pałac Branickich to prawdziwa perła. Sam budynek jak i ogród zachwycają chyba wszystkich. Warto jednak dodać, że to nie wszystko co ma do zaoferowania te miejsce. Budynek Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku składa się również z dwóch muzeów. Zarówno jedno jak i drugie jest niezwykle klimatyczne, a także ciekawe.

 

Pierwsze z nich to Muzeum Historii Medycyny i Farmacji. W zabytkowych wnętrzach dawnego Pałacu Branickich można poznać tajniki medycyny, proces kształtowania się przez stulecia tradycji leczniczych, poczuć zapach i atmosferę apteki z przełomu XIX i XX wieku. Można obejrzeć ekspozycję poświęconą dawnemu aptekarstwu z terenu Podlasia. Druga ekspozycja to „Kamienie milowe białostockiego szpitalnictwa”. Muzeum zajmuje pomieszczenia na parterze prawej oficyny pałacowej. Według źródeł historycznych, w XVIII i na początku XIX wieku lewa część tej oficyny pałacowej służyła celom mieszkalnym. Kwaterowano tu gości przybyłych do Branickich, oficjalistów. Po 1771 roku tj. po śmierci Jana Klemensa Branickiego, pomieszczenia te w miesiącach zimowych zamieszkiwała wdowa po hetmanie – Izabela z Poniatowskich Branicka. Prawa, niższa część oficyny, posiada cechy architektoniczne świadczące o dłuższej historii. W XVIII wieku, parter tej części oficyny służył jako stajnia. Do dziś zachowały się oryginalne, kamienne żłoby końskie, pochodzące z tego okresu.

 

fot. Muzeum Historii Medycyny i Farmacji

 

Drugie Muzeum znajduje się w piwnicach, które zostały specjalnie wyremontowane. Pomieszczenie nie przypomina tradycyjnego muzeum. Historia pokazana jest w nim w sposób nowoczesny z zastosowaniem obecnych technologii. Jest multimedialnie. Żeby wybrać się na spacer po podziemiach, trzeba najpierw zadzwonić do muzeum od numer 85 748 54 05.

Partnerzy portalu:

Ta wieś jest kwintesencją wielokulturowego Podlasia

Ta wieś jest kwintesencją wielokulturowego Podlasia

Na pewno bardzo wiele razy spotkaliście się z takim twierdzeniem, że Podlasie jest wielokulturowe. Idąc jednak przez Białystok – obecną stolicę województwa podlaskiego ta wielokulturowość nie jest specjalnie rzucająca się w oczy. I nie ma prawa, gdyż istnieje ona jedynie w świadomości i historii miasta. Czy jest jednak miejsce na Podlasiu, które jest niemalże ikoną wielokulturowości? Tak to Orla – wieś ukryta głęboko na podlaskiej ziemi.

 

Zacznijmy najpierw od definicji – czym jest ta cała wielokulturowość? Skąd się bierze jej różnorodność? Odpowiedź nie jest prosta, ale możliwa do ustalenia. Przede wszystkim gdy mówimy o tym, że Podlasie jest wielokulturowe, to mamy na myśli, że koegzystują tutaj ze sobą różne religie. Zmaterializowanie tego wyobrażenia dokonało się własnie w Orli. W tej małej wsi, głęboko ukrytej na Podlasiu jest prawdziwa mozaika różnorodności. Stoją tam kościół, cerkiew i synagoga. Swego czasu można było tam także odwiedzić szeptuchę, która według naprawdę wielu deklaracji miała cudowną moc uzdrawiania. Osobiście jej nie odwiedziliśmy, ale jednym ze znanych obrządków uzdrawiających, które wykonują szeptuchy jest palenie lnu nad głową oraz plucie, co przez kościół uznane jest za pogańskie obrządki. Orla to także miejsce, w którym znaki drogowe są pisane alfabetem łacińskim jak i cyrylicą. Dodatkowo w urzędzie gminy można załatwić sprawy po polsku oraz po białorusku. Wszystko dlatego, by bardziej zaakcentować istnienie różnych kultur w jednym miejscu.

 

 

Mała wieś na Podlasiu ma bogatą historię. Istnieje od XVI wieku. Dziś mieszka tam zdecydowana większość osób deklarujących narodowość białoruską lub ukraińską. Przed II Wojną Światową połowa mieszkańców Orli to byli Żydzi. Jeżeli ktoś jeszcze nie był w Orli, to naprawdę warto tam się wybrać, by nie tylko pospacerować ale też przede wszystkim po to by porozmawiać z ludźmi. Zobaczyć jak żyją. Może nas to do czegoś zainspiruje? Skłoni do zmiany?

Partnerzy portalu:

Na Krakowskiej ulicy biło serce dzielnicy

Na Krakowskiej ulicy biło serce dzielnicy

 

   W   poprzednich  odcinkach niniejszej rubryki wspominana była wielokrotnie ulic a Krakowska. Położenie w centrum Chanajek angażowało ją nieustannie w szemrane życie całej dzielnicy.                   Ponieważ łączyła ul. Sosnową z ul. Św. Rocha, tędy trwała pielgrzymka ludzi i pojazdów z Dworca Głównego na Rynek Sienny, i z powrotem. Z Krakowską łączyły się takie kryminogenne uliczki, jak Siedlecka, Wołkowycka, Cicha, Orlańska, Stołeczna czy Brukowa. Tamtejsza ferajna była szczególnie ruchliwa i hałaśliwa. A i sami lokatorzy dwudziestu kilku domów przy Krakowskiej także przysparzali nielichych kłopotów posterunkowym z IV komisariatu i  agentom służby śledczej.     Wytrawni włamywacze, sprytni doliniarze, permanentnie podpici awanturnicy. Nie brakowało oczywiście i natrętnych koryntianek, czyli prostytutek poszukujących i przy okazji okradających klientów. Trafiali się co prawda na Krakowskiej prawie uczciwi obywatele miasta no i padali ofiarami swoich niecnych sąsiadów.
   Na przykład taki  Efraim Orlański. Efraim Orlański był właścicielem murowanego domu pod nr 8. Można rzec kamienicznik całą gębą. Odnajmował mieszkania i ściągał z lokatorów solidny czynsz. Kiedy ktoś zalegał z opłatą, sięgał po bardzo brzydkie metody.
  Kiedy jesienią 1936 r. niejaka Jadwiga Gajewska nie chciała opuścić zadłużonego lokal, zgodnie z postanowieniem Sądu Grodzkiego, gospodarz polecił zdjąć dachówki nad jej pokoikiem, aby siąpiący deszcz zrobił eksmisję. 
     Ferajna z Krakowskiej dobrze wiedziała, kto to jest Efraim Orlański, a także jego główny sublokator Tewel Spektor. Robili oni różne lewe interesy, musieli więc liczyć  się także ze stratami. Kiedy podpadli łobuzom z ulicy, ich spekulancka łapczywość została ukarana. 
   Spektora chanajkowscy złodzieje obrobili dokładnie w lutym 1928 r. Późnym wieczorem jego drzwi od mieszkania zostały zgrabnie otwarte, zaś z szuflad i innych schowków zniknęło 3 tysiące  złotych, ponad 200 dolarów i do tego kolekcja monet staropolskich. Pan Tewel był bowiem zagorzałym numizmatykiem. 
   Z kolei na Efraima Orlańskiego spece z Krakowskiej uwzięli się jeszcze bardziej. Obok wynajmowania mieszkań w swojej czynszówce posiadał on jeszcze rozmaite handle. No i w nich za sprawą swoich mściwych sąsiadów ponosił co i rusz mniejsze lub większe straty. W 1934 r. zainwestował część swoich zysków w biżuterię. Wiadomo, czasy kryzysu, pieniądz tracił na wartości. 
   Kiedy wracał ze sklepu jubilerskiego Mełacha Zyskowicza, mieszczącego się na ul. Sienkiewicza pod 3, na rogu Krakowskiej, w sztucznym zamieszaniu, biegły kieszonkowiec wyciągnął mu z palta zakupiony pakuneczek ze złotymi precjozami. Straty były spore – 4 tysiące złotych. 
   Kiedy Efraim Orlański zainteresował się handlem rybami, także nie obyło się bez kłopotów. Zimą 1936 r. ograbiono go z dwóch skrzyń zawierających wędzone szprotki.
   W następnym roku z wozu stojącego na ul. Miodowej bezczelny potokarz świsnął mu 5 kartonów ze śledziami. Wszystkie te złodziejskie akcje musiały kosztować kamienicznika i handlarza z ul. Krakowskiej kawałek zdrowia.     
   Nie wiadomo czy przypadkiem sprawcami biedy mieszkańców z Krakowskiej 8, nie byli sąsiedzi z przeciwka, czyli spod numeru 11. Mieszkała tam liczna rodzina Azjów. Choć główny lokator Mendel Azja prowadził w latach 30. małą restauracyjkę, jego synalkowie zajmowali się mniej uczciwym procederem.
   Było ich kilku, a szczególnie wyróżniał się Abram. Zdolny młodzieniaszek kradł portfele i portmonetki w kinach i restauracjach. Był też wspólnikiem do skoków mieszkaniowych. Na robotę brał go taki tuz wśród chanajkowski klawiszników, jak Icek Goldsztajn, mieszkający po sąsiedzku pod numerem 9. Jeśli Efraim Orlański podpadł z jakiegoś powodu Abramowi Azji, to mógł spodziewać się ciągłych kłopotów.

Włodzimierz Jarmolik

Partnerzy portalu:

Błyskotliwa kariera i upadek Abrama Kukawki

Błyskotliwa kariera i upadek Abrama Kukawki

 

  W drugiej połowie lat 30. stara gwardia z chanajkowskiej ferajny , pamiętająca jeszcze Białystok czasów cara Mikołaja II, mocno się wyszczerbiła. Jedni szubrawcy trafili na cmentarz, inni, po licznych odsiadkach i utracie zdrowia w więzieniu przeszli na zasłużoną emeryturę, a byli i tacy, co przed wymiarem sprawiedliwości, albo dintojrą ze strony swoich kompanów, schronili się za granicą.
  Ich umiejętności próbowali zając młodzi złodzieje z dużymi ambicjami. Niektórym nawet to się powiodło. Od  1936 r. w kronikach kryminalnych białostockich gazet głośno było zwłaszcza o Abramie Kukawce z ulicy Brukowej. Skończył właśnie 16 lat, a miał już na swoim koncie ze dwie dziesiątki oczyszczonych strychów i trzy krótkie wyroki.
  Kukawka wybrał bowiem karierę pajęczarza.  Spec od strychowych kradzieży miał stałą ekipę pomagierów. Byli to Jankiel Winnik, ociężały umysłowo, ale za to silny w rękach złodziejaszek z ul. Sienkiewicza i małolat Rubin Siedlecki.
  Trójka ta grasowała po mieście długo i bezkarnie. Niepozorny Rubin przeprowadzał rozpoznanie terenu, wyszukując domy, w których szykowało się wielkie pranie. W czasie roboty do jego zadań należało pilnowanie schodów wiodących na strych. Głupawy Winnik potrafił jednym ruchem łomu ukręcić każdą kłódkę, a potem dźwigał ciężkie tobołki z bielizną i pościelą.   Szef Kukawka wnosił do spółki fachową wiedzę i doświadczenie w posługiwaniu się szpyrekami, czyli wytrychami. Z szajką współpracowała paserka Bejla Kleinsztein, która kupowała, co prawda za grosze, każdy szmaciany fant.  Nawet najdłuższy fart musi się jednak złodziejowi skończyć. Przekonał się o tym Kukawka, i to dwukrotnie. Najpierw, w pewną majową noc, maszerując ul. Dąbrowskiego, wpadł razem z małym Rubinem w ręce starszego posterunkowego Grzegorzewskiego. Policjant zainteresował się wypchanym workiem, który dźwigali.
  Za jego zawartość pochodzącą ze strychu przy ul. Legionowej, Sąd Grodzki skazał Kukawkę na sześć miesięcy więzienia, a jego pomocnika na dom poprawczy w zawieszeniu.  Przed pójściem do paki Kukawce jeszcze raz powinęła się noga. Postanowił wyprawić swoim kompanom ucztę pożegnalną, wszelako nie mając gotówki sprzedał stadko kur, niestety cudzych. Sędzia nie docenił gestu złodzieja i dołożył mu następne osiem  miesięcy. Winnik, który także maczał palce w kradzieży, dzięki opinii psychiatry sądowego wywinął się od kary. Wiosną 1938 r. Abram Kukawka znowu pojawił się na białostockim bruku. Zbliżała się chrześcijańska Wielkanoc  i żydowskie święto Pe- sach. W wielu mieszkaniach trwało pranie, strychy pęczniały od suszących się na sznurach prześcieradeł i pokrowców.
  Na to  pajęczarze czekali cały rok. Triumfalny pochód Kukawki wraz z Winnikiem rozpoczął się od strychu przy ul. Zalewnej , potem złodzieje obeszli kolejno: Młynową, Sosnową i Polną. Nocne wizyty składali po kilka razy. Początkowo sprawców kradzieży nie udawało się wykryć. Doświadczony Kukawka starannie zacierał  ślady. W końcu agenci z Wydziału Śledczego skojarzyli spustoszenie na białostockich poddaszach z wypuszczonym na wolność pajęczarzem z Brukowej. Pod obserwację wzięli ulicę i sąsiednie zaułki. Do akcji ruszyli konfidenci.
  Szybko okazało się, że Kukawka bywał ostatnio nader często u Bejli Kleinsztein, paserki z ul. Cichej. Przeprowadzona rewizja przyniosła rezultaty. Pod łóżkiem Klein- szteinowej policjanci znaleźli bieliznę ze strychu przy ul. Polnej. Madame Bejla nie zamierzała kryć swoich zaopatrzeniowców. Kukawka i Winnik znaleźli się w areszcie, a wzięci w krzyżowy ogień pytań przyznali się do wszystkiego. W kwietniu 1938 r. zapadł wyrok.
  Abram Kukawka jako szef pajęczarzy dostał 2 lata więzienia. Jego pomagier Winnik miał spędzić za kratkami 3 miesiące. Tym razem opinia psychiatry nie pomogła.

Włodzimierz Jarmolik

Partnerzy portalu:

Zimowe szaleństwa na Podlasiu. Gdzie można jechać i co robić?

Zimowe szaleństwa na Podlasiu. Gdzie można jechać i co robić?

Kiedy za oknem widać śnieg to od razu myślimy o aktywnościach z nim związanych. Czasy mamy takie, że zimą biało jest już nie zawsze. Przymrozki też już nie są tak intensywne i długotrwałe jak kiedyś. Oto nasze propozycje do spędzenia czasu na zimowych aktywnościach:

Narty i snowboard

fot. WOSiR Szelment
fot. WOSiR Szelment

 

Dla miłośników jeżdżenia na nartach lub snowboardzie mamy dobrą wiadomość. Nie trzeba wyjeżdżać zbyt daleko. Niektórzy mają takie miejsca na zimowy sport praktycznie na miejscu. W Podlaskim 3 takie miejsca.

WOSiR Szelment

Fantastyczny ośrodek na Suwalszczyźnie, który działa cały rok. Latem – wyciąg nart wodnych i plaża, zimą wyciąg narciarski i możliwość zjeżdżania różnymi trasami. Do tego baza hotelowa i restauracja z bardzo dobrym jedzeniem. Od razu należy zaznaczyć, chętnych jest tak wielu, że jeżeli chcecie nocować na miejscu, to nie planujcie wyjazdu spontanicznie tylko z wyprzedzeniem. Z dojazdem łatwo się pomylić, gdyż jest miejscowość Szelment oraz Jezioro Szelment. Wpisywanie w nawigację pokaże nam miejscowość. Dlatego należy wpisać „WOSIR SZELMENT”. Tak czy inaczej na miejsce dojedziemy kierując się z Suwałk na granicę z Litwą. Gdy miniemy Żubryn, to 2 km dalej będzie skrzyżowanie. Wtedy jedziemy w lewo i już nie powinniśmy się dalej zgubić. Gdy pogoda będzie kapryśna w Szelmencie dośnieżają stok. Oczywiści na miejscu wypożyczymy sprzęt, a także będziemy mogli skorzystać z serwisu – gdy mamy własny. Atrakcje jakie oferuje WOSiR Szelment to Narty, snowboard, snowtubing (zjeżdżanie na dmuchanych kołach), a także sauna.

Dąbrówka

Kolejnym miejscem na narciarskie i snowboardowe szaleństwa jest podsuwalska Dąbrówka nad jeziorem o takiej nazwie. Ośrodek ten znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie Wigierskiego Parku Narodowego. Latem organizowane są tam spływy kajakowe czy wyprawy rowerowe, a także regaty jazda konna, paintball i inne. Zimą zaś można zjeżdżać z 300 metrowej trasy. Stok tak jak w Szelmencie jest sztucznie dośnieżany. Jest też wyciąg o przepustowości 900 osób na godzinę. Na miejscu wypożyczymy sprzęt narciarski, snowboardowy, skorzystamy też z baru i sauny.

Rybno

Podłomżyńska miejscowość oferuje warunki do uprawiania białego szaleństwa dla całej rodziny. Tak jak w powyższych przypadkach w razie kiepskiej pogody dośnieżane jest wszystko sztucznie. Trasy narciarskie mają łączną długość 2300 metrów. Wszystkie są łatwe i sprzyjają narciarstwu rodzinnemu. Na miejscu dostępne są trzy wyciągi, wypożyczalnia sprzętu, a także instruktorzy jazdy na nartach. Nie brakuje oczywiście baru i… pięknych widoków na dolinę Narwi. Zimą jest tak jak w bajce!

Piesze wycieczki

 

Dla tych, co wolą za narty się nie brać to proponujemy zimowe wycieczki. W tym przypadku również w góry nie trzeba wyjeżdżać, gdyż Podlaskie ma własne. Co prawda mniejsze, ale na całodzienne spacery w zupełności wystarczy.

Góry Krzemienne

W Puszczy Knyszyńskiej pod Supraślem znajduje się wspaniały szlak, a w nim Góry Krzemienne. Trasa jest przede wszystkim ciekawa krajobrazowo. Szlak rozpoczyna się w Grabówce i wiedzie przez najciekawsze fragmenty Puszczy Knyszyńskiej, przez Supraśl – centrum turystyczne Puszczy Knyszyńskiej i skupisko zabytków XVII-XIX- wiecznych, a kończy się w Kopnej Górze, gdzie dodatkową atrakcją jest możliwość obejrzenia arboretum. Z uwagi na fakt, że jest on stosunkowo łatwy do przebycia (więcej trudności może sprawić jedynie pokonanie Krzemiennych Gór) mogą go przemierzać turyści zarówno zaawansowani jak i początkujący. Piękne bory w dorzeczu Supraśli oraz mocno pofałdowany teren w okolicach Krzemiennego to największe atuty tego szlaku.

Wzgórza świętojańskie

W małej, zapomnianej wsi Kołodno (gdzie kończy się droga) można wspiąć się na najwyższy szczyt w województwie podlaskim. Mówimy tutaj dokładnie o Wzgórzach Świętojańskich składających się z Góry Kopnej, Góry Św. Jana oraz Góry Św. Anny. Ta druga jest najwyższa, bo znajduje się 209 metrów n.p.m. Ostatnia góra jest 7 metrów niższa. Trafić na górę jest bardzo łatwo. Można to zrobić aż trzema drogami. Pierwsza znajduje się jeszcze w Królowym Moście, a w zasadzie na jego granicy. Idziemy szeroką drogą, a w pewnym momencie w lewo wydeptaną ścieżką zaczynamy się wspinać w górę. Druga droga znajduje się w Kołodnie i prowadzi prosto na górę Św. Anny, do mogiły Powstańców. Stamtąd już blisko do wieży widokowej. Trzecie wejście jest lepsze jako zejście – gdyż prowadzi leśną drogą do asfaltowej ulicy. Niestety jest ona kręta i idąc pod górę łatwiej się zgubić. Na pierwszy raz warto wybrać wejście w Kołodnie. Widoki z dwupiętrowej wieży są piękne przez cały rok.

Siemiatycze-Mielnik

Ostatnią propozycją jest wędrówka trasą Siemiatycze – Grabarka – Mielnik. Po drodze miniemy górzyste tereny, będziemy mogli podziwiać przepiękne widoki na Bug z góry zamkowej, klasztor przyciągający pielgrzymów z całej Polski, a także inne osobliwe miejsca jak miejscowość Końskie Góry. Cała trasa to lekko ponad 30 km – czeka nas cały dzień drogi, ale dla tych widoków warto!

Lodowiska

Należy pamiętać także o możliwości jazdy na Łyżwach. Lodowiska dostępne są w Białymstoku, Suwałkach i Łomży. Wszystkie obiekty są zadaszone i mają wypożyczalnie. Tylko korzystać! Warto pamiętać, by lepiej nie ryzykować i nie wchodzić na tafle jezior i innych zbiorników wodnych. Lód bywa zdradliwy, a wypadków i tragedii co nie miara. 

Partnerzy portalu:

To dzikie i odludne tereny. Warto tam się wybrać na spacer lub przejażdżkę

To dzikie i odludne tereny. Warto tam się wybrać na spacer lub przejażdżkę

W województwie podlaskim jest tak wiele miejsc, które warto zobaczyć, że nie sposób ich wymienić w jednym tekście. Jednakże najpopularniejsze kierunki to Puszcza Białowieska lub Puszcza Knyszyńska, Ziemia Łomżyńska oraz Suwalszczyzna. Na tej ostatniej większość jeździ spędzać czas nad Wigrami lub nad augustowskimi jeziorami. Tymczasem często pomijana jest Puszcza Augustowska, która ma również bardzo wiele miejsc, które warto zobaczyć. Jest ich dokładnie 34 i znajdują się na Szlaku Orła Białego. Cała trasa liczy 80 km więc lepiej pokonać ją rowerem lub 2-3 dni pieszo. Po drodze miniemy 1000 różnych gatunków roślin.

 

 

Cała trasa prowadzi przez tereny dzikie i odludne. Dlatego turyści powinni cały czas się trzymać znaków na drzewach (kolor biało -czerwony). Należy też uwzględnić, że w ciągu wielu godzin może zmienić się pogoda. Miejsca gdzie można będzie używać ognia i biwakować są oznaczone. Powinniśmy robić to tylko tam. Czego będzie potrzebować przechodząc Szlakiem Orła Białego? Na pewno wygodne buty jeżeli zamierzamy go zwiedzać piechotą. Do tego kurtkę, ciepły sweter, jedzenie, wodę, latarkę, zapałki, kompas lub GPS, mapę. Przyda się też lornetka, aparat fotograficzny, telefon komórkowy, a gdy będziemy jechać rowerem to też klucze i pompkę. Może się zdarzyć, że po drodze napotkamy dzikie zwierzęta. Pamiętajmy, że one atakują człowieka tylko w sytuacji zagrożenia. Dlatego krzyk, machanie rękoma, i inne próby straszenia mogą skończyć się dla nas tragicznie. Należy zachować spokój i postarać się oddalić. Absolutnie nie należy zbliżać się do młodych. 

 

Jedną z najnowszym atrakcji na szlaku jest Uroczysko Grądziki, gdzie Nadleśnictwo odbudowało bunkier-ziemiankę. Znajduje się na wydmie, wśród bagien i służyło to jako schronienie podczas wojny. Było bezpiecznym miejscem właśnie dzięki swemu położeniu. W środku są dwie prycze i „koza”, na której przyrządzić można posiłek. Ziemianka pierwotnie powstała w 1943 roku i była częścią większego kompleksu partyzanckiego. W pobliżu znajdowały się również szałasy, magazyny czy też kuchnia polowa. Jeżeli natrafimy na bunkier spacerując lub jadąc po szlaku, to nie wchodźmy do środka. Jeżeli zamkną się drzwi, to będzie można je otworzyć tylko od góry. Dlatego chętni na obejrzenie bunkra powinni najpierw zadzwonić do Nadleśnictwa w Augustowie. Szlak rozpoczyna się przy Tartaku Lipowiec.

Partnerzy portalu:

Randka na Podlasiu. Oto najlepsze miejsca, by kogoś lepiej poznać

Randka na Podlasiu. Oto najlepsze miejsca, by kogoś lepiej poznać

Przyjęło się, że na randki chodzimy tylko do restauracji czy pubu. Takie podejście jednak może sprawić, że zanim poznamy wybrankę lub wybranka to wypłukamy się z pieniędzy. Dlatego też przedstawiamy propozycje romantycznych miejsc, gdzie podczas spaceru będzie Wam łatwiej zdobyć serce drugiej połówki. Nasze propozycje miejsc są na tyle uniwersalne, że można tam jeździć przez cały rok.

Kładka Waniewo – Śliwno

 

Po przerwie na remont w 2019 roku będzie można już wybrać się na kładki łączące Waniewo i Śliwno, które znajdują na rozlewiskach Narwi. Idealne miejsce by kogoś przytulić, złapać za rękę i zrobić wspólne selfie. Do tego ręczna przeprawa promami sprawdzi czy umiecie ze sobą współpracować, by przedostać się na drugi brzeg. Na miejsce można dotrzeć zarówno od wsi Waniewo jak i od wsi Śliwno. Tak czy inaczej jeżeli przyjedziemy samochodem to będziemy musieli do niego wrócić. Jeżeli jednak przyjedziemy od strony Śliwna, to warto zobaczyć przy okazji zerwany most w Kruszewie. Po drugiej stronie można zobaczyć siedzibę Narwiańskiego Parku Narodowego w Kurowie.

Spacer nad Nettą w Augustowie

 

W Augustowie poznałem Cię – śpiewał o Beacie Janusz Laskowski w swoim wielkim hicie. Poznać kogoś w letniej stolicy Polski to zdecydowanie dobry pomysł. Najprzyjemniejsze miejsce to bulwary prowadzące na plażę. Można także skorzystać z usług żeglugi i zabrać się z partnerem lub partnerką na rejs statkiem, z którego zobaczyć będzie można wspaniałą Rospudę. Latem możemy także wypożyczyć sprzęt wodny, by popatrzeć na Augustów z tafli jeziora lub rzeki. Jeżeli zdecydujemy się na kajaki to możemy płynąć Kanałem Augustowskim aż do granicy z Białorusią.

Bagna w Krzemiance

 

Rezerwat przyrody Krzemianka pod Białymstokiem to dobre miejsce dla wszystkich tych, którzy lubią styl „eko”. Wędrówka po bagnistym lesie ma nie tylko walor edukacyjny, ale też leczniczy. Można odetchnąć naprawdę świeżym powietrzem, którego w miastach w ostatnim czasie ciągle brakuje. W czasach pradawnych ludzie wydobywali w dzisiejszym rezerwacie krzemień. Wędrując możemy mieć takowy pod nogami. Niezależnie od pory roku warto mieć dobre buty, gdyż nie wszędzie jest kładka, a podłoże może być błotniste. Jak to w głębokim lesie.

Planty w Białymstoku

 

W naszym zestawieniu nie mogło zabraknąć Alei Zakochanych na białostockich Plantach. To miejsce jest dobre na każdą okazję, także na randkę. Można przejść nie tylko cały park Planty, ale też pójść do parku Zwierzynieckiego, a następnie do Lasu Zwierzynieckiego. Byleby nie wystraszyć naszej wybranki proponując od razu przechadzki po lesie. Lepiej poczekać z tym do kolejnego spotkania. Warto też przejść przez ogrody i dziedziniec okazałego Pałacu Branickich – najlepszej wizytówki miasta.

Bulwary w Supraślu

 

Supraśl jest modnym uzdrowiskiem. Niemalże w każdy weekend przyjeżdżają tam tłumy. Warto zabrać ukochanego lub ukochaną na spacer wzdłuż bulwarów, a gdy lubicie dużo chodzić to także na szlaki w Puszczy Knyszyńskiej. Tak naprawdę cały Supraśl to jedno wielkie miejsce do spacerów – każdy jego zakątek dosłownie zachwyca. Jeżeli ktoś lubi bardziej aktywnie, to może skoczyć także do Kołodna, by wspólnie wdrapać się na Wzgórza Świętojańskie. A na wieży widokowej, przytulić i wreszcie pocałować swoją wybrankę. W samym Supraślu grzechem byłoby nie spróbować kartaczy czy też babki ziemniaczanej z kapustą kiszoną.

Partnerzy portalu:

Kim była Beata z Albatrosa? Czy ona naprawdę istnieje?

Kim była Beata z Albatrosa? Czy ona naprawdę istnieje?

W 1965 roku Augustów tak jak dziś był bardzo popularnym miejscem wypoczynkowym. 19-letni Janusz Laskowski, jako początkujący muzyk grał tam nie raz do kotleta. To tam ujrzał Beatę, która go tak oczarowała, że napisał o niej piosenkę, która to stała się ogromnym hitem. Wielu ludzi zaczęło sobie zadawać pytanie – kim jest Beata. Pytanie jest cały czas aktualne, gdyż nigdy nie zostało to ostatecznie przesądzone, szczególnie że sam Janusz Laskowski nie chce tego ujawnić, zaś starsi mieszkańcy Augustowa, którzy potencjalnie wiedzą także wiedzą się nie dzielą. Najbardziej jednak prawdopodobnym tropem jest zdjęcie, jakie znajduje się w augustowskim muzeum. A na nim widnieje 7 dziewczyn pracujących w Albatrosie. Brzmi znajomo?

 

 

Dziewczyna ponoć była szczupłą blondynką z lokami. Kochało się w niej pół Augustowa, stąd też piosenkarz nie pozostał również wobec niej. Czy oprócz tekstu „siedem dziewcząt z Albatrosa tyś jedyna” w piosence jest jeszcze coś prawdziwego? Biorąc pod uwagę realia lat 60-tych XX wieku, oprócz tego że dziewczyna miała 17 lat i Laskowski spotkał ją w Augustowie, bo tam znajduje się Albatros, to raczej reszta jest fikcją – łącznie z imieniem.

 

Beata to tak naprawdę Bogusia? Takie opinie też można znaleźć. Jest to bardzo prawdopodobne. Dzięki temu – wszyscy bowiem szukają Beaty. Poza tym Bogumiła w latach sześćdziesiątych było bardziej popularnym imieniem niż Beata. Fregaty także raczej nie są prawdopodobne. 19-letni Janusz Laskowski był początkującym muzykiem i raczej nie miał takich „dojść”, by móc zabrać młodą dziewczynę na łódź, by z nią popływać.

 

Augustowski Albatros został otwarty w 1962 roku. To był jeden z najmodniejszych lokali w mieście. Codziennie odbywały się tam dancingi. W 2017 roku w letniej stolicy Polski pojawiła się ławeczka z „Beatą z Albatrosa”, przy której można usiąść i zrobić sobie zdjęcie.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Królowa z Korony Królów pochodzi z województwa podlaskiego!

Być może nie wszyscy wiedzą, ale Aleksandra Przesław – znana z serialu Korona Królów, gdzie gra drugą żonę Kazimierza Wielkiego – królową Adelajdę Heską pochodzi z województwa podlaskiego! 24-letnia aktorka urodziła się w Wysokiem Mazowieckiem, ukończyła I Liceum Ogólnokształcące w Łomży. W serialu wcieliła się w rolę dzięki wygranemu castingowi.

 

Na ekranie zadebiutowała już w 2015 roku, zaś studia na Wydziale Aktorskim Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi ukończyła w 2018 roku. Aleksandrę Przesław można oglądać w serialu Korona Królów lecz można też zobaczyć jako pielęgniarkę w filmie Uzurpator oraz lekarkę w filmie Soyer. Młoda aktorka po ukończeniu liceum (gdzie była na profilu biologiczno-chemicznym) chciała studiować zarówno aktorstwo jak i weterynarię. Aleksandra Przesław jeździ od dziecka konno. Ostatecznie dostała się do szkoły filmowej.

 

Na planie Korony Królów aktorka spędza po 12 godzin dziennie. Musi się pojawić tam już o 6 rano. Najpierw charakteryzacja, ubranie kostiumu, a potem ciężka praca, która na pewno zaprocentuje w przyszłości. Aleksandra Przesław marzy o tym by łączyć pracę w teatrze z pracą na planie filmowych. Dopełnieniem tego wszystkiego powinna być jazda konno. Tego wszystkiego aktorce z naszego regionu serdecznie żyjemy.

Partnerzy portalu:

Przedwojenne zakłady fryzjerskie w Białymstoku

Przedwojenne zakłady fryzjerskie w Białymstoku

    W 1935 roku starosta ogłosił rozporządzenie o zakładach fryzjerskich. Każdy zakład musi posiadać umywalnię z wodą bieżącą, dostateczny zapas czystej bielizny, wycieraczki do obuwia, kosze na śmieci i napis: Nie pluć na podłogę. A fryzjerzy nie mogą dmuchać na klienta.
    Niegdyś o prawdziwych fryzjerach pisano wzniosłe ody. W 1936 r. białostocki rymopis ułożył o nich taki oto rym. „Kto chce niech wierzy Lecz fryzjerzy To szczególnie miła nacja. Ondulacja, Farbowanie, Odmładzanie. To strzyżenie, To golenie Mycie głowy i fryzurki Raz nożyczki, to znów rurki. Oj te wszystkie Władysławy, Stanisławy Lub Henryki – To chłopczyki Wielce psotne, A wesołe, a obrotne Brać fryzjerska niech nam żyje, Niech nam goli łby po szyję!”
  Jednym z najsłynniejszych mistrzów grzebienia w międzywojennym Białymstoku był maestro Wincenty Karp.  Jesienią 1934 roku podekscytowane elegantki opowiadały sobie o niezwykłych nowościach jakie nastały u Karpia. Sprowadził on „trzy różnorodne aparaty najlepszych firm światowych do trwałej ondulacji”.
  Pierwszy aparat elektryczny spiralny, „nadawał włosom fale bez układania”. Drugi, też elektryczny, służył do skręcania loków. Trzeci był na parę. Mistrz uspokajał, że „obawa spalenia włosów jest wykluczona” i w ogóle cała elektryczno-parowa operacja na główkach nadobnych białostoczanek jest najzupełniej bezpieczna. Nad całym przedsięwzięciem czuwała „specjalistka” przeszkolona w Ameryce!
  Karp, chcąc zachęcić panie do korzystania z tych nowości, 20 listopada 1934 r. ogłosił „miesiąc trwałej ondulacji po rewelacyjnie niskich cenach”. Ale tak pięknie i elegancko to wszędzie nie było. W 1935 r. ogłoszono, kolejne już, rozporządzenie „o zakładach fryzjerskich”.
  To, że „fryzjernie” miały mieć ściany pomalowane na jasne kolory, z olejnymi, a więc zmywalnymi, lamperiami oraz szczelne podłogi, było zrozumiałe. Sprzeciw budził już jednak zakaz łączenia mieszkania i zakładu. Ale to czego dalej wymagano, to już był istny zamach na fryzjerskie kanony. „Każdy zakład fryzjerski musi posiadać umywalnię z wodą bieżącą, dostateczny zapas czystej bielizny, wycieraczki do obuwia, kosze na śmieci i napis: Nie pluć na podłogę”. A co robić jak przy strzyżeniu włos człekowi do gębuli się dostanie i świerzbi nie do wytrzymania? No, ale że „nie wolno dmuchać na klienta”, to już przesada. To jak mu zza kołnierza ścinki jego włosów wyciągnąć?
  Albo zarządzili, że „nie wolno wprowadzać psów”, a na dodatek kazano napisać, że „uprasza się o wycieranie obuwia”. To szewc, czy fryzjer? A dalej, że „pracownik fryzjerski musi mieć zdrową jamę ustną, gdyż podczas pracy, oddychając jest zwrócony twarzą do klienta”. To na czczo ma strzyc? A jak przekąsi śledzia z cebulką, to tyłem ma stać do klienta? Dalej zarządzający już całkiem powariowali, nakazując „twarz klienta zmywać wyłącznie za pomocą czystej serwetki”, oraz przestrzegali przed ponownym używaniem zużytych wacików do pudrowania.
  Fryzjer nie mógł też nosić brzytwy w kieszeni. To niby gdzie miał ją mieć? Starosta, któremu podlegała kontrola zakładów fryzjerskich miał sprawdzać, czy golibroda ma „czyste i obcięte paznokcie”. Spróbował by taki mądrala bez długiego paznokcia na małym palcu wytyczyć idealny przedziałek na głowie klienta.
  Wszyscy narzekali, ale cóż. Niestosującym się do tych zaleceń zamykano zakłady. Można było łatwo przewidzieć, że pojawi się wnet podziemie fryzjerskie. Zaczęto strzyc „przy drzwiach zamkniętych”.
  W maju 1937 r. procederem tym zajęła się białostocka Izba Rzemieślnicza. Postanowiono zwrócić się „do odnośnych władz z prośbą o wydanie surowych zarządzeń, zmuszających do zlikwidowania nielegalnej pracy”.
  Oj ciężki był los fryzjera za sanacji.

Andrzej Lechowski
Dyrektor Muzeum Podlaskiego w Białymstoku

                                                                 Gazeta Bialostocka 1933 r.

Partnerzy portalu:

Pałac Branickich był instytutem. Uczyły się tu młode dziewczyny

Pałac Branickich był instytutem. Uczyły się tu młode dziewczyny

W 1795 roku nastąpił III rozbiór Polski, który zmiótł z mapy nasz kraj na 123 lata o czym wszyscy doskonale wiedzą, a gdy nawet jak ktoś nie wiedział to mógł się dowiedzieć w tym roku – gdy świętowaliśmy 100-lecie odzyskania Niepodleglości. O tym co się działo w Białymstoku i na Podlasiu podczas zaborów można powiedzieć wiele. Jedną z ważniejszych pamiątek jest ta, która służy do dziś – tory kolejowe, dzięki którym Białystok się rozwinął na tyle, że przyćmił ważniejsze wtedy Tykocin, Suraż czy Drohiczyn.

Można powiedzieć, że budowa torów akurat przez Białystok nie była przypadkiem. Nie wiadomo czy w tym przypadku świadomie czy nie, ale rosyjski zaborca chciał wyplenić ze świadomości Polaków – kulturę, tradycje i historię. Dlatego miasta silnie związane z historią Królestwa Polskiego musiały tracić na znaczeniu. Białystok – będący prywatnym miastem magnata Branickiego zbyt wiele pamiątek po Królestwie nie Posiadał.

Podczas ostatniego rozbioru Podlasie trafiło w ręce Niemców. Dopiero w 1809 roku (czyli 14 lat po rozbiorze) dobra białostockie od zaborcy odkupił car Aleksander I. Wpierw chciał wybudować sobie w Białymstoku letnią rezydencję. W 1826 roku wzięto się za Pałac Branickich. Remont miał sprawić, by nie przypominał on już polskich czasów szlacheckich, tylko służyć carowi. W 1833 roku jednak porzucono ten plan, zaś w 1836 roku rozpoczęto likwidację siedziby carskiej w Białymstoku.

Były to już czasy innego cara – Mikołaja I. Ten wpadł na pomysł, by dawny Pałac Branickich przekształcić w szkołę – Instytutu Panien Szlacheckich. Następnie wydał odpowiedni ukaz i ponownie rozpoczęto remont. Rosjanie zabudowali kolumnady, zlikwidowano dach typowy dla zabudowy barokowej (który dziś znów jest) zamieniając go na zwykłe zadaszenie. Usunięto też rzeźby, herby Branickich. Pałac przestał wyglądać już jak rezydencja. Powstały za to apteka, szwalnia, cerkiew, kuchnia, umywalnia oraz pokoje przyjęć. Pokoje hetmana zajęła dyrektor nowego Instytutu. Na górze stworzono pokoje rekreacyjne, kaplice katolicką, klasy oraz mieszkania dla wychowawczyń i samych uczennic.

Pałac po rosyjskiej rewolucji wyglądał dużo biedniej oraz stracił swój majestat. Zniknął cały dawny wystrój. Oto właśnie zaborcy chodziło. Symbol kultury polskiej zawarty w dawnym wyglądzie został zdewastowany.

W Instytucie było 120 miejsc. 20 z nich przeznaczone było dla córek urzędników rosyjskich. Pozostała setka to uczennice, za które ktoś zapłacił oraz te, za które płaciła Rosja. Oczywiście jak sama nazwa wskazuje – Instytut Panien Szlacheckich – oznaczało to, że wszystkie pensjonariuszki musiały pochodzić z rodzin szlacheckich. Wszystkim zaś zarządzała Rosjanka, a jej pomocnicą miała być osoba miejscowa. Jedna prawosławna, jedna katoliczka.

Mimo, że miejsc było 120, to przy otwarciu w 1841 roku w instytucie znalazły się 24 wychowanki. Zaborca usunął dawne symbole kultury polskiej, jednak do 1863 roku, czyli przez 22 lata wykładany był w instytucie język polski.

Instytutem opiekowała się carowa Maria. W szkole szlacheckie pochodzenie miało znaczenie tylko na początku. Później zaczęto przyjmować także córki urzędników czy wojskowych – tylko rodowitych Rosjan. Instytut miał 3 klasy z dwuletnim nauczaniem. Dopiero w 1903 roku utworzono 7 klas, które trwały rok. 

Żeby zostać przyjętą do szkoły – pensjonariuszka musiała zdać egzaminy z modlitw, a także wiedzy o Biblii. Co ciekawe egzaminy z religii były zdawane w zależności od wyznania. Katoliczki po polsku, luteranki po niemiecku zaś prawosławne po rosyjsku. Wszystkie dziewczęta jednak musiały znać język rosyjski – czytać i pisać, a także czytać i pisać po francusku. Nie obyło się też bez wiedzy matematycznej. Każda z wychowanek musiała umieć liczyć do stu oraz odejmować i dodawać do stu. W Instytucie nie przyjmowano chorych dziewcząt. Mile widziana była gra na fortepianie.

W instytucie zaś pensjonariuszki uczyły się takich przedmiotów jak religia, rosyjski, polski, francuski, niemiecki, historia, geografia, matematyka, fizyka, filozofia, kaligrafia i rysunek, higiena, nauki biologiczne dotyczące człowieka, a także pedagogiki, śpiewu, muzyki, gry na fortepianie, robótek ręcznych, gimnastyki. Ponadto dziewczyny uczyły się na temat starożytności oraz kosmosu. Pensjonariuszki miały od 10 do 16 lat. 

Instytut Panien Szlacheckich istniał w białostockim pałacu Branickich do 1915 roku. Później I Wojna Światowa zmusiła pensjonariuszki do ewakuacji do Petersburga. W 1918 roku Instytut został rozwiązany.

fot główne: Muzeum Podlaskie w Białymstoku

Partnerzy portalu:

Czy liczba wypożyczeń BiKeR jest prawdziwa?

Czy liczba wypożyczeń BiKeR jest prawdziwa?

Koniec sezonu BiKeR-a to dobry moment na podsumowania – czego nie odmówiło sobie miasto, które system wypożyczalni rowerów miejskich utrzymuje. Z liczb wynika jasno – lubimy BiKeR, korzystamy chętnie i dość często. Rowery w tym sezonie wypożyczono 680 tysięcy razy i na tle całej Polski w Białymstoku jest najpopularniejsza wypożyczalnia. Pytanie brzmi czy na pewno tak jest? To, że białostoczanie korzystają chętnie, nie oznacza również, że BiKeR jest najlepszą opcją. Z tego co jest do wyboru: taxi, skuter, autobus, rower – jest po prostu najtańszą. Zaś liczba wypożyczeń nie musi wskazywać prawdziwego stanu wypożyczeń? Nie zarzucamy nikomu świadomej manipulacji, ale… 

 

Największe zastrzeżenia mamy do jakości rowerów. Natrafienie na 100-procentowo sprawny czasem graniczy z cudem – szczególnie późnym popołudniem czy wieczorem, gdy każdy z rowerów był wypożyczany przez wiele osób. Każdego wieczora rowery są zabierane oraz rozstawiane po stacjach tak, by nigdzie ich nie brakowało. Być może przy takiej liczbie wypożyczeń warto rozważyć, by ekipa od rowerów pojawiała się 2 razy dziennie – by prawdopodobieństwo trafienia sprawnego roweru było wyższe. Drugi problem, który należy rozwiązać to zgłaszanie popsutych rowerów, by nie można było ich wypożyczyć. Gdyby było można w aplikacji wpisywać nr zepsutego roweru ułatwiłoby to życie. Wystarczy, by przy każdym słupku paliła się czerwona lampka. Efektem takiego rozwiązania byłby oczywiście spadek liczby wypożyczeń. Gdyby jednak zastosować te rozwiązanie, to firma obsługująca system miałaby problem PR-owy, bo nagle liczba wypożyczeń mogłaby mocno spaść. Jest wiele takich przypadków, gdy wiele osób wypożycza rower i za chwilę go zwraca, bo okazuje, że nie da się nim jechać. Co nie znaczy, że BiKeR-y nie są popularne. Jednak liczba wypożyczeń prawdopodobnie jest zawyżona. Nawet, gdy na pierwszy rzut oka rower wygląda sprawnie, to po chwili może poluzować się kierownica, siodełko albo pojawić się problem z przerzutkami czy hamulcami. Wtedy niestety trzeba zawracać do stacji i szukać kolejnego roweru przy okazji generując kolejne wypożyczenie.

 

Innym alternatywnym źródłem transportu jest Blinkee – skutery elektryczne, które są całkowicie prywatną inicjatywą. Stąd też droższą i bardziej ograniczoną. Skuterów nie można zostawiać na terenie całego miasta – mogą stać tylko w centrum i jego okolicach. Dodatkowo – z racji tego, że miasto nie dotuje tego środka transportu jak Bikera – to wypożyczenie go jest dużo droższe – bo jak każdy biznes musi się właścicielowi kalkulować.

 

Chętnych na wypożyczenia jednak także nie brakuje. Dostępnych jest 40 skuterów, które były wypożyczane 18 tys. razy. Warto więc rozważyć podobną dotację jak na BiKeRy z miasta również i na tą inicjatywę. Niższa cena i większa flota o większym zasięgu – dałaby dobry efekt – mniej ludzi korzystałoby latem z autobusów – co po redukcji ich kursów mogłoby się przełożyć nawet na oszczędności).

Partnerzy portalu:

Sylwester Miejski – gdzie będzie najlepsza impreza?

Sylwester Miejski – gdzie będzie najlepsza impreza?

Koniec roku 2018 zbliża się wielkimi krokami. Wiele osób planuje już co robić na Sylwestra. Dla tych, co nie przepadają za imprezami domowymi – Białystok zapewni jak co roku zabawę miejską. Gwiazdą wieczoru będzie De Mono. Zespołu nikomu nie trzeba przedstawiać. Impreza rozpocznie się już o 21.30. Jako pierwszy wystąpi zespół MegaBand. Zagrają znane i lubiane covery. Z zespołem wystąpi białostocki raper Cira. Zespół De Mono na scenie pojawi się o godz. 22.45 i zapewne zagra swoje największe przeboje. O północy na scenę wyjdzie prezydent miasta Tadeusz Truskolaski, by złożyć życzenia. Podobnie jak w poprzednim roku żadnych fajerwerków nie będzie. Na koniec białostoczanom zagra zespół Live Orkiestra. Impreza potrwa do godz. 1.30.

 

Dużo ciekawiej zapowiada się natomiast w Łomży. Na Starym Rynku mieszkańcy mogą liczyć na konkursy i zabawy, a przede wszystkim na koncerty zespołów Manchester oraz After Party. W Łomży fajerwerków nie zabraknie.

 

 

W Suwałkach nie wiadomo nic o imprezie pod chmurką. W Suwalskim Ośrodku Kultury natomiast ma odbyć się biletowana impreza „Sylwestrowy Wieczór Wiedeński”. Będzie można posłuchać w wykonaniu artystów najpiękniejsze arie, duety, walce i polki Johanna Straussa.

 

fot. główne: Bialystok.pl 

Partnerzy portalu:

Białostocki Instytut Cara Mikołaja I

Białostocki Instytut Cara Mikołaja I

 

    W albumie „Widoki miasta Białegostoku”, ofiarowanym carowi Mikołajowi II w czasie jego wizyty w mieście latem 1897 r. i zawierającym zdjęcia wykonane przez Józefa Sołowiejczyka, nie mogło zabraknąć fotografii przedstawiającej dawny pałac Branickich. Oczywiście nie chodziło o uwiecznienie pałacu jako pamiątki po barokowej świetności Białegostoku i splendorze dworu Jana Klemensa Branickiego.
   Tym razem autor fotografii zdecydował się skierować swój obiektyw na gmach pałacu z powodu funkcjonowania w nim państwowej placówki edukacyjnej dla dziewcząt pochodzących ze szlacheckich i zamożnych rodzin.
  W tym czasie – chociaż wkrótce miało się to zmienić – była to jedyna w Białymstoku i okolicy szkoła kształcąca dziewczęta na poziomie szkoły średniej.
  Pałac i otaczające go założenie parkowo-ogrodowe, jako część dóbr białostockich, został sprzedany w 1802 r. przez spadkobierców Jana Klemensa Branickiego najpierw królowi pruskiemu, a w 1809 r. – już po śmierci Izabeli Branickiej – carowi Aleksandrowi I, jako nowemu rządcy Białostocczyzny na mocy postanowień traktatu pokojowego w Tylży. Zdecydowano wówczas, że pałac będzie miał charakter rezydencji przeznaczonej na czasowe pobyty cara w czasie jego podróży po kraju, chociaż przez większość czasu korzystali z niego wyżsi rangą urzędnicy i wojskowi. 
  Pałac powierzono opiece specjalnej komisji, a od 1820 r. komisji powołanej przez księcia Konstantego, która przeprowadziła szereg remontów wewnątrz pałacu, w tym urządziła kaplicę pw. św. Aleksandra Newskiego, planowała też pewne przebudowy i przekształcenia elewacji. W każdym razie na początku XIX w. pałac Branickich znacznie zu
bożał, a wiele elementów jego wyposażenia usunięto lub wywieziono.
   Istotna zmiana w statusie pałacu nastąpiła w 1837 r., gdy car Mikołaj I przekazał zarząd nad rezydencją generał-gubernatorowi wileńskiemu, polecając mu organizację w niej Instytutu Żeńskiego (Panien Dobrze Urodzonych), jako jednej z placówek powołanych w guberniach Białoruskiego Okręgu Szkolnego. Tego też roku opracowano regulamin placówki oraz ustalono podstawy materialne jej funkcjonowania (w 1839 r. oddano części założenia pałacowo-ogrodowego na rzecz miasta Białystok).
  Głównym działaniem zmierzającym do uruchomienia Instytutu były prace budowlane, które przeprowadzono wewnątrz pałacu według projektu S. Smolikowskiego. Adaptacja rezydencji na Instytut trwała do 1841 r. i tego roku, 1 listopada, nastąpiło jego oficjalne uruchomienie.
  Początkowo zarząd placówki spoczywał w rękach rady, na czele której stał generał-gubernator, ale po likwidacji obwodu białostockiego w 1843 r. oraz z powodu trudności w pracach rady, w 1855 r. dokonano jej usamodzielnienia się, dzięki czemu rada miała pełnię władzy nad instytutem (na jej czele stanęła przełożona oraz powiatowy marszałek szlachty, a  w skład wchodzili dyrektorzy do spraw  nauczania i do spraw  gospodarczych). W szkole przewidziano miejsce
dla 100 uczennic, z których 30 miało być kształconych na koszt państwa. 
  Kandydatki korzystające z bezpłatnej nauki musiały być w wieku 10,5 roku lub 12,5 lat, natomiast dziewczęta kształcące się za pieniądze rodziców musiały być o rok starsze. W Instytucie zaplanowano podział na trzy klasy z dwuletnim kursem nauczania (religia, język rosyjski, francuski, niemiecki i polski, historia, geografia, matematyka, przyroda, rysunek i kaligrafia, taniec, śpiew oraz roboty ręczne). 
  Instytut był placówką rosyjską, a początkowo obecne w niej akcenty polskie (nauka języka i polscy nauczyciele, przyjaźnie nastawiona przełożona, Wilhelmina Doppelm eier) zostały po powstaniu styczniowym całkowicie usunięte. Po 1863 r. wymieniono kadrę na nauczycieli sprowadzonych z Moskwy i Petersburga.
  Wśród nich ciekawą postacią był pedagog Mikołaj Artiuchow, który jako zwolennik nowoczesnych metod kształcenia, zaczął reformować strukturę szkoły, ale prace przerwała jego śmierć. Do 1896 r. struktura i sposób funkcjonowania placówki pozostawały spetryfikowane. 
  W 1896 r. obok pałacu wzniesiono kompleks zabudowań mieszczących sale wykładowe oraz rekreacyjne, do których przeniesiono edukację, podczas gdy w pałacu pozostały głównie mieszkania przełożonej i nauczycieli, internat i biblioteka. W tym samym roku szkołę przekształcono w Białostocki Instytut Cara Mikołaja I, co podkreślono zamontowanym na elewacji frontowej napisie, zamontowanym już po 1897 r. i wizycie w Białymstoku cara Mikołaja II.
  Modernizacja placówki przeprowadzona na przełomie XIX i XX w. pozwoliła instytutowi znacznie poprawić swój poziom kształcenia i uczynić z niej jedną z lepszych szkół żeńskich w Rosji.
  Po 1905 r. edukację ponownie poszerzono o język polski i nauczanie religii. Ze szkołą związanych było wielu białostockich działaczy społecznych i kulturalnych.
  Instytut Mikołaja I działał do 1915 r. gdy został ewakuowany wraz z kadrą i uczennicami do Petersburga, gdzie działał do rewolucji bolszewickiej i na początku 1918 r. uległ likwidacji.

Wiesław Wróbel
Biblioteka Uniwersytecka w  Białymstoku

Partnerzy portalu:

Koniec remontu Synagogi w Tykocinie. Już nie jest biała…

Koniec remontu Synagogi w Tykocinie. Już nie jest biała…

Zakończył się remont XVII wiecznej Wielkiej Synagogi w Tykocinie, która nie jest już taka jak na powyższym zdjęciu. Zabytek przeszedł renowację dachu, elewacji i stolarki. Budynek należący do Muzeum Podlaskiego odzyskując blask znów będzie przyciągał turystów, których w małym miasteczku pod Białymstokiem nie brakuje. 

 

Historycznie to Tykocin był kiedyś ważniejszy. Białystok dorównywać mu zaczął dopiero, gdy pojawili się Braniccy. Potem dzisiejsza stolica województwa podlaskiego zaczęła zyskiwać gdy masowo przeprowadzano się tu z centralnej Polski, by produkować i handlować na granicy z Imperium Rosyjskim. Podczas zaborów Białystok dostał również połączenie kolejowe z Moskwą i Warszawą. To już przechyliło szalę zwycięstwa nad Tykocinem i innymi starszymi miastami w regionie.

 

Synagoga zyskała elewację w oryginalnych kolorach – łososiowym z fragmentami koloru miętowo – zielonego. Kolory te zostały ustalone na podstawie odkrywek – czyli najgłębszych warstw starej elewacji. Warto zaznaczyć, że remont mógł się odbyć dopiero nie dawno, gdyż od 4 lat uregulowane są sprawy własnościowe świątyni. Obecnie należy do Skarbu Państwa. W 2019 roku w Wielkiej Synagodze odbędzie się Festiwal Kultury Żydów Polskich.

 

fot. Muzeum Podlaskie w Białymstoku

Partnerzy portalu:

Na Podlasiu kolej się zwija? Za kilka dni popularne połączenie będzie zlikwidowane!

Na Podlasiu kolej się zwija? Za kilka dni popularne połączenie będzie zlikwidowane!

Na polskiej kolei jest bardzo wiele różnych spółek kolejowych zajmujących się różnymi aspektami działalności. Przewozy Regionalne, TLK, Cargo, Energeytyka – to wszystko nazwy spółek zreszonych dawniej pod nazwą PKP. Dlatego do dziś przyjęło się, że za błędy jednej spółki obrywają wizerunkowo wszystkie. To co się dzieje jednak w ostatnim czasie w województwie podlaskim i na ścianie wschodniej wymaga jednak stwierdzenia, że „Na PKP nadal obowiązuje hasło z podsłuchów poprzedniej ekipy rządzącej – „Ch** z tą Polską wschodnią”. Przyjrzyjmy się poniższej mapie.

 

 

Grubymi liniami zaznaczone są szlaki dwutorowe, zaś cienką – jednotorowe. Jak widać Podlaskie pod tym względem to dziura. Nie oczekujemy jednak, że jak za dotknięciem magicznej różdżki coś tu się zmieni. Wielokrotnie pisaliśmy o inwestycjach kolejowych i powoli się to zmienia na lepsze. To jedyny obszar, za który można pochwalić PKP (jako ogół firm kolejowych),  Analizując jednak mapę można zauważyć, że:

1. Suwałki to absolutna dziura. Wyjazd gdziekolwiek zawsze odbywa się tylko i wyłącznie przez Białystok. Nawet do Olsztyna i dalej na północny zachód.

 

2. Z Białegostoku wydostać się można tylko przez Warszawę

 

3. Łomży nie ma nawet na mapie

 

Co ma w planach PKP? (jako ogół firm kolejowych)

1. Za kilka dni zlikwidowane zostanie popularne połączenie kolejowe „TLK Hańcza” z Suwałk do Krakowa. Tutaj ze względów oczywistych podróż odbywać się będzie przez Białystok, jednak już nie bezpośrednio tylko na raty (w zależności od połączenia Suwałki Białystok, Białystok – Kraków lub Suwałki – Białystok , Białystok – Warszawa, Warszawa – Kraków). Na pocieszenie – będzie więcej połączeń Białystok – Warszawa.

 

2. W ostatnim czasie pisaliśmy, że przesunięto środki na inwestycje pod Sokółką, zabierając z budowy połączenia kolejowego do Łomży. Miasto te mogłoby korzystać z siatki kolejowych połączeń. Niestety szanse na coś innego niż autobusy są póki co marne. Może za kilka lat… Póki co wykonana zostanie tylko dokumentacja projektowa.

 

3. Jak widać na mapie na południu województwa podlaskiego jest cienka niteczka pod granicę z Białorusią, a potem gruba linia. Potem znowu cienka do Lublina. Niżej już kilka wariantów. Warto zaznaczyć, że nie ma technicznych przeciwwskazań, by jeździł pociąg relacji Suwałki – Rzeszów (od niedawna można dojechać nawet w same Bieszczady). Oczywiście czegoś takiego w planach PKP (jako ogół firm kolejowych) nie ma. Chcecie bezpośrednio do Lublina czy Rzeszowa? Jedźcie przez Warszawę.

 

Dlaczego tak się dzieje, że jesteśmy wykluczeni? Tak jak pisaliśmy – poprzednia ekipa rządząca miała zdanie o Polsce wschodniej nienajlepsze. Najważniejsze inwestycje ciągnęły się latami. Mocno wypłakana ekspresową ósemkę w całości otwarto dopiero w tym roku, już w czasach innej władzy (co nie znaczy, że dzięki nim). Dzięki inwestycjom skrócił się też czas podróży pociągiem do Warszawy… o 30 minut. Ale co nam z nowej infrastruktury skoro PKP likwiduje kolejne połączenia?

 

Warto też zaznaczyć, że na Podlasiu wybiera się polityków różnych opcji, o różnych poglądach. Jednak mimo wszelkich różnic – jedno ich łączy – to nieudacznicy, którzy w Warszawie nie mają żadnej siły przebicia. Nic dla swego regionu nie załatwili. Nawet ministrowie!

Poniżej kilka przykładów, że można:

1. Euro 2012 – Gdańsk i Wrocław zyskały nowoczesne stadiony i możliwość organizacji imprezy. Przypadkowo to miasta Grzegorza Schetyny i Donalda Tuska.

 

2. Między Warszawą a Krakowem jest Centralna Magistrala Kolejowa, na której pociągi mogą pędzić z maksymalnym dopuszczalnym w Polsce limitem – 160 km/h. Po drodze pociąg zatrzymuje się na stacji Włoszczowa. Gdzie??? To rodzinna miejscowość nieżyjącego już posła PiS – Przemysława Gosiewskiego, który nim zginął w katastrofie smoleńskiej skutecznie załatwił zatrzymywanie się pociągów (miasteczko ma 10 tys. mieszkańców).

 

3. Piotr Liroy-Marzec – swoim uporem załatwił wiele uproszczeń dla kierowców oraz najbardziej kontrowersyjną i głośną sprawę – możliwość leczenia medyczną marihuaną. I to kiedy? Za czasów konserwatywnej ekipy rządzącej.

 

Województwo podlaskie wybiera 15 posłów. Czy któryś z nich coś dla swego regionu załatwił? Jakieś mikroinwestycje może i tak. A rządowe? Dlatego też – spójrzcie jeszcze raz mapę i sami sobie odpowiedzcie – dlaczego jest tak jak jest. Dlaczego nie mamy lotniska regionalnego? Dlaczego w regionie jest tylko jedna ekspresówka? Dlaczego likwidują połączenia kolejowe? Bo wszyscy Podlaskie mają w d… Stawiamy dolary przeciwko orzechom, że jak przy każdej kampanii do Sejmu kandydaci na posłów będą jak przy każdych wyborach obiecywać: drogi ekspresowe, lotnisko, więcej połączeń kolejowych. Oni doskonale wiedzą, że tego brakuje. Lecz to nieudacznicy, którzy nie potrafią z tym nic zrobić. Nie potrafią z rządu wyszarpać ani grosza.

Partnerzy portalu:

W zaułkach chanajek wciąż wyrastały nowe kadry

W zaułkach chanajek wciąż wyrastały nowe kadry

 

    Przed wojną doświadczeni, chanajkowscy złodzieje nie tylko sami kradli na potęgę, ale też przysposabiali do przestępczego fachu dorastających w ich otoczeniu pacanów. Takich małolatów na białostockich podwórkach kręciło się mnóstwo.
  Zaniedbani przez bezrobotnych często rodziców, przeważnie głodni łatwo dawali się skusić na cudzą własność. Z małych złodziejaszków wyrastali później zawodowi włamywacze, kieszonkowcy, pajęczarze czy potokarze. 
W pierwszej połowie lat 30. do szczególnie pracowitych złodziei ulicznych należał Chaim Wajcman z ul. Rabińskiej. Zbliżał się do 30-tki, miał na koncie kilka wyroków i, jak się okazało, spory talent pedagogiczny. Skupił wokół siebie gromadkę kilkunastolatków i przy ich pomocy okradał wozy na Siennym Rynku, penetrował podwórka i sienie domków wzdłuż ul. Sosnowej i Suraskiej, nie omijał otwartych okien.
  Uczył dzieciaków też wyrywania torebek z rąk samotnych kobiet. Pomagali mu zwłaszcza, nabywając złodziejskiego doświadczenia, Jankiel Waner (15 lat) z Sosnowej i Jankiel Winnik (16 lat) z ul. Sienkiewicza.
  Na ul. Pieszej przez pewien czas pomieszkiwał Szmul Zawiński, zwany Złotą Rączką, najsłynniejszy z chanajkowskich kieszonkowców. Nic dziwnego, że jego wyczyny wpłynęły na tamtejszą dziec iarnię. Szczególnie pojętne okazało się rodzeństwo Miny i Milka Wintermanów.
  W 1936 r. dziewczyna miała 16 lat, zaś chłopak tylko 12. Na dolinę chodzili w okolice kościoła Św. Rocha, gdzie, zwłaszcza w dni świąteczne, sięgali do kieszeni przejętych nabożeństwem wiernych. Z kolei idolem dla wyrostków z ul. Stołecznej był niewątpliwie Jankiel Geller, wykwalifikowany włamywacz i amator cudzej biżuterii .
  W 1938 r. złodziej ten po kolejnej odsiadce postanowił mniej udzielać się osobiście. Znalazł na sąsiednich podwórkach kilku sprytnych chłopaczków, podszkolił i zaczął posyłać na przygotowane przez siebie roboty. Trwało to jednak niedługo. 
  W czerwcu 1939 r. dwóch małych złodziejaszków – Jankiel Bik i Abram Kłaczko wpadli przy wynoszeniu z mieszkania Efroima Zyberblata przy ul. Polnej zabytkowych lamp. Po krótkim przesłuchaniu przyznali się, że ich instruktorem i mentorem był Jankiel Geller.
  W pierwszej połowie lat 30. w Białymstoku głośno było o tzw. Czarnej Ręce, szajce opryszków wymuszających haracze od miejscowych sklepikarzy i szoferaków. Wyczyny owe (i ich bohaterowie) nie mogły pozostać bez echa wśród ulicznych łobuziaków. Przykładem niech będzie 14letni Szyja Szuster z ul. Wesołej. Skrzyknął on grupkę rówieśników i rozpoczął swoją mini gangsterkę.
  Choć sklepikarze z ul. Wesołej i Mazowieckiej czy Suraskiej nie traktowali początkowo żądań niepozornego chłopaczka zbyt poważnie, brali za kołnierz i wyrzucali za drzwi, to jednak szybko mogli tego żałować. Szyja bowiem usunięty ze sklepiku w dzień, wracał do niego w nocy z pomagierami.
  Kiedy pewnego razu Owsiej Wechter wyrzucił go ze swojej budki z wodą sodową przy ul. Mazowieckiej, zamiast jednej złotówki, o którą został grzecznie poproszony, stracił towar na blisko 100 złotych.
  Inny kupiec, niejaki Dryngiel, który przy ul. Suraskiej trzymał interes papierosowy, pożegnał się z tytoniem na blisko 80 zł, a przecież wystarczyło złożyć na ręce Szyi drobny pieniądz.  Policja, która skrupulatnie odnotowywała mnożące się włamania do sklepików, budek i kiosków, wkrótce trafiła na trop młodocianych reketerów.
  Zaczęło się od doniesienia złożonego w IV komisariacie przez kupca z Suraskiej, Zygmunta Rzepkę. Odwiedził go natrętny smarkacz z żądaniem złotówki „na pomoc dla bezrobotnych”. Posterunkowi urządzili zasadzkę. Szyja Szuster z kompanami pojawił się w nocy, no i wpadł w ręce stróżów prawa.
  Sąd okazał się łagodny. Za kilkanaście włamań skazał czarnorękowców na dom poprawczy w zawieszeniu.

Włodzimierz Jarmolik

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Upór się opłacił. Szukali mogił powstańców. Dziś możemy upamiętniać ich czyny na cmentarzu

188 lat temu pod Supraślem w Kopnej górze odbyła się jedna z walk Powstania Listopadowego. Dopiero kilka lat temu odnaleziono szczątki żołnierzy walczących z zaborcą rosyjskim, dzięki czemu mógł powstać cmentarz. Pamięć po tym wydarzeniu jest pielęgnowana co roku przez lokalne władze, a także służby mundurowe, harcerzy czy uczniów. Zanim było wiadomo, gdzie znajdują się mogiły powstańców – bardzo angażował się w ich odnalezienie Radosław Dobrowolski, historyk a dziś burmistrz Supraśla. Potencjalne tereny mogił były wielokrotnie przeczesywane georadarem, który pokazuje anomalia pod ziemią. Można powiedzieć, że poszukiwanie ukrytych grobów było jak szukanie igły w stogu siana, ale w końcu się to udało pod koniec 2009 roku.

 

Jak szukano mogił cz. 1

 

Ekshumacje odbyły się w 2010 roku. Zaś cmentarz dopiero w 2013 roku. Odnaleziono mogiły 56 żołnierzy. Każdy z nich dostał metr kwadratowy ziemi, o którą walczył. Dziś cmentarz w Kopnej Górze to jedyne i niepowtarzalne miejsce. W przekładach dawnych mieszkańców Kopnej Góry wiadomo, że bitwa była bardzo krwawa. Jeszcze przez wielee lat okoliczna rzeka Sokołda miała mieć czerwoną barwę.

 

„Roku Pańskiego tysiącznego osiemsetnego trzydziestego pierwszego miesiąca czerwca dwudziestego piątego dnia rano we wsi Sokołdzie wojsko polskie w przechodzie na spoczynku rozlokowane, napadnięte przez wojsko rossyjskie, w części pobite, w części potopione w rzece Sokołdzie. Wojsko polskie pobite, grzebanem było bez żadnej zwłoki zaraz w różnych miejscach wsi Sokołdy przez sołdatów wojska rosyjskiego. Jednemu tylko żołnierzowi polskiemu ciężko ranionemu uprosiłem pozwolenia dać ostatnią absolucyją i namaszczenie Oleju Świętego jako przypadkowie iadący do chorego i tamże w Sokołdzie zachwycony. Potopieni żołnierze w liczbie pięćdziesiąt sześciu pochowani zostali w innej mogile na tej stronie rzeki przed groblą do rzeki, idąc po prawej stronie pod górą. Niech odpoczywają w pokoju.
Ksiądz Andruszkiewicz

 

Te słowa były napisane przez proboszcza parafii w Szudziałowie – świadka tamtych wydarzeń. To dzięki niemu pamięć o powstańcach przetrwała do dziś, co nie było łatwe, bo Rosja za swoje zbrodnie nigdy Polski nie przeprosiła.

 

Jak szukano mogił cz. 2

 

Partnerzy portalu:

Budynek za 1 zł nie dla Lucy Lisowskiej. To ostatnia osoba, która powinna cokolwiek dostać!

Budynek za 1 zł nie dla Lucy Lisowskiej. To ostatnia osoba, która powinna cokolwiek dostać!

Dobra wiadomość dla wszystkich mieszkańców Białegostoku. Upór może poskutkować tym, że władza wycofa się z głupiego pomysłu, a takim niewątpliwie należy nazwać próba oddania za 1 zł dawnej meliny w centrum miasta pod żydowskie muzeum w Białymstoku. Mieszkańcy ul. Bohaterów Getta mogą czuć się usatysfakcjonowani, gdyż żadne muzeum pod ich blokiem nie powstanie. Główna zainteresowana przejęciem budynku za 1 zł – Lucy Lisowska, reprezentująca Centrum Edukacji Obywatelskiej Polska-Izrael obawiała się, że ktoś podpaliłby ewentualne muzeum, stąd też nie zgłosi się do prezydenta po budynek – dowiadujemy się na stronie internetowej Kuriera Porannego.

 

To dobrze, że prezes CEO Lucy Lisowska zrezygnowała. Jest ostatnią osobą, która powinna cokolwiek w Białymstoku dostać. Najpierw chciała by w kamienicy przy ul. Waryńskiego – gdzie także zapowiadała powstanie Muzeum Żydowskiego. Co do czego przyszło była zainteresowana otwarciem tam kawiarni, do tego płacąc 10 proc. czynszu. Miasto na coś takiego się na szczęście nie zgodziło. Kolejny adres, gdzie miało powstać muzeum białostockich Żydów to zrujnowany budynek przy Kijowskiej 1. Tym razem miasto postanowiło, że jeżeli z Panią Lucy Lisowską i organizacją, której ona przewodniczy nie dojdą do porozumienia, to gmina będzie samodzielnie prowadzić instytucję. Na łamach Kuriera Porannego wiceprezydent Rafał Rudnicki zapowiadał, że remont zakończy się w 2016 roku. Tymczasem mamy koniec 2018 roku a budynek nie wygląda jakby miało tam cokolwiek powstać.

 

Dlatego też dobrze się stało, że kolejny budynek nie jest już w kręgu zainteresowania Centrum Edukacji Obywatelskiej Polska – Izrael. Dzięki temu melina bez wartości historycznej – jaka znajduje się przy ul. Bohaterów Getta zostanie rozebrana. Tak stałaby i czekała lata na remont, który prawdopodobnie nigdy nie doszedłby do skutku podobnie jak Waryńskiego i Kijowska. Wiceprezydentowi Rudnickiemu zaś przypomnimy o budynkach, które niszczeją, a mają wartość historyczną. Oto one:

 

 

 

Partnerzy portalu:

Wygnany król spędzał czas w Białymstoku

Wygnany król spędzał czas w Białymstoku

Izabela Branicka z Poniatowskich, siostra króla Stanisława Augusta tchnęła w Białystok bardzo wiele życia czyniąc gród nad rzeką Białą miejscem, gdzie nie tylko rozwijało się szkolnictwo, ale też kwitło życie artystyczno-kulturalne. W księgozbiorze Izabeli znajdowało się ponad 200 dzieł literatury polskiej i zagranicznej w tym mapy, ryciny, plany architektoniczne, teleskopy, globusy oraz albumy. Nie brakowało też podręczników szkolnych i czasopism. Izabela Branicka została małżonką Hetmana Jana Klemensa Branickiego będąc 18-latką w 1748 roku. Jeszcze za jej życia, bo W 1789 roku we Francji wybuchła wielka rewolucja, której jednym ze skutków było obalenie monarchii. Rodzina królewska musiała uciekać. Ludwik XVI został zgilotynowany, zaś władzę regencyjną (jako 8-latek) przejął Ludwik XVII. Dwa lata później młody chłopiec jednak zmarł, a królem okrzyknięty został 40-letni Ludwik XVIII.

 

Zanim został okrzyknięty królem przebywał na dzisiejszych ziemiach Belgii, Niemiec, Francji i Włoch. W momencie okrzyknięcia go królem przebywał w Weronie, będącej wówczas terytorium republiki Wenecji. Z racji trwającej rewolucji nie mógł on jednak objąć tronu, stąd też politykę prowadził właśnie za granicami Francji. Rok po ogłoszeniu go królem wydał akt będący deklaracją odrzucającą przemiany rewolucji francuskiej oraz zapowiadający odtworzenie monarchii. W efekcie władze Republiki Weneckiej nakazały mu opuszczenie terytorium kraju. Król, który nie mógł objąć swego urzędu zaczął tułać się po całej Europie. 1798 roku Ludwik XVIII trafił również do Białegostoku, gdzie mieszkał w Pałacu Branickich. O samym jego pobycie w Białymstoku niewiele wiadomo. Tylko tyle, ze był tu prawdopodobnie przejazdem. Ile czasu trwał pobyt nie wiadomo. W czasach panowania Branickich gród nad Białą odwiedzało wielu cudzoziemców, którzy w pamiętnikach wyrażali zachwyt nad rezydencją oraz czystością miasta – co było wtedy rzadkością. Nie brakowało też francuskich artystów, stąd też Ludwik XVIII nie czuł się u nas osamotniony.

 

Ludwik XVIII prawdopodobnie pojawił się także w Białymstoku po raz drugi w 1804 roku, gdyż opuszczał wtedy w atmosferze skandalu Warszawę, gdzie próbowano go otruć. Wtedy wybrał się do Grodna. Trudno przypuszczać, by król tak gościnne miasto jak Białystok zechciał ominąć. Szczęście do króla-tułacza uśmiechnęło się dopiero 1814 roku. Wówczas Napoleon Bonaparte poniósł klęskę w Rosji tracąc większość swojej armii. Zaraz po tym Napoleon abdykował. Zgodnie z zasadą legitymizmu – skoro rewolucja zakończyła żywot – Ludwik XVIII mógł w końcu objąć tron we Francji.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Powrót do przeszłości! Pan Mirek nagrał Białystok podczas podróży maluchem

Pan Mirek nagrał centrum Białegostoku gdzieś między 1993 a 1995 rokiem. Dziś odświeżył film po latach i postanowił opublikować nagranie w internecie. Na nagraniu można zobaczyć jak autor wraz z kolegą białym maluchem „zwiedzają” centrum miasta. Można między innymi zobaczyć przejazd dzisiejszym deptakiem na Rynku Kościuszki, a także ulicę Wyszyńskiego, gdy jeszcze nie było tam charakterystycznego budynku restauracji McDonald’s.  – Trochę myśmy jaja robili – napisał Pan Mirek umieszczając film na Facebooku. Może ktoś rozpozna siebie?

 

Podróż rozpoczyna się na ul. Branickiego pod dzisiejszym Departamentem Obsługi Mieszkańców Urzędu Miejskiego. Tam można dostrzec wyjeżdżający samochód z rejestracją BTO 0001. Czyżby ktoś własnie go zarejestrował pierwszy pojazd z serii BTO? Kolejne kadry to brama Pałacu Branickich, a także diametralnie zmieniona już kamienica przy ul. Kilińskiego. Następnie autorzy jadą przez Rynek Kościuszki – dziś zamknięty deptak, mijając przystanki przy kinie Ton oraz pod Ratuszem. Na filmie są nie tylko budynki, ale też ludzie z charakterystycznymi dla tamtych czasów strojami oraz ubraniami. Podróż kończy się w okolicach dworca PKS – który od niedawna również jest już zupełnie inny. Dokładnie to na nie istniejącym już parkingu przy Komecie na Wyszyńskiego. Za udostępnienie powyższego filmu Panu Mirkowi serdecznie dziękujemy!

 

To nie jedyny film jaki powstał w tamtych latach. Inny został nagrany jeszcze w 1989 roku oraz kolejny w 1991 roku również z samochodu przez nieznanego autora oraz jego kolegę „Czabana”:

 

Białystok 1989:

 

Białystok 1991:

Partnerzy portalu:

Klub Literacki w Siemiatyczach świętował 25-lecie!

Klub Literacki w Siemiatyczach świętował 25-lecie!

 

Klub Literacki w Siemiatyczach miał swój benefis. 22 listopada 2018r. świętowano 25-lecie istnienia. Z tej okazji zorganizowano imprezę urodzinową. Spotkanie było przede wszystkim okazją do podsumowania ćwierćwiecza pracy stowarzyszenia na rzecz krzewienia kultury i wspierania miejscowych twórców, poetów i prozaików; było również okazją do wspomnień. Klub Literacki jest też wydawcą wielu publikacji książkowych i kwartalnika ”Ścieżki Literackie”. Ukoronowaniem 25. lat działalności jest wydana specjalnie z tej okazji obszerna publikacja książkowa pt. ‘’Srebrna wstęga’’, której to oficjalna premiera miała miejsce właśnie podczas wspomnianej uroczystości. Klubowi Literackiemu przewodniczy pani Helena Masiel-Martinko, która wszystkim Przyjaciołom stowarzyszenia serdecznie dziękuje za wspólne 25 lat.

 

Autor artykułu: Krzysztof Nowaczuk, Klub Literacki

 

Partnerzy portalu: