To znalezisko może mieć nawet 2000 lat! Odkryli je pracownicy leśnictwa Józefowo w Nadleśnictwie Waliły. Mowa tutaj o grocie od włóczni, który najprawdopodobniej używany był do polowań.
– Podłużny ok. 30-40 cm kawałek metalu znaleziony został pod powierzchnią ściółki na zrębie. Jego kształt wyraźnie wskazywał, że jest to grot włóczni bądź innego narzędzia używanego jako broń. – czytamy na facebookowej stronie nadleśnictwa.
Miejsce znaleziska zostało zabezpieczone, a następnie powiadomiony został Podlaski Wojewódzki Konserwator Zabytków. – Wraz z archeologiem zbadaliśmy dokładnie okolicę i wydobyliśmy z ziemi znalezisko. W trakcie oględzin nie natrafiono na żadne inne zabytki. Grot to bardzo cenne odkrycie. Szczególnie dołoży od siebie informacji o wczesnośredniowiecznym uzbrojeniu na terenie Podlasia. Teraz będzie analizowany w Muzeum Podlaskim.
Warto przypomnieć, że to nie jest pierwsze znalezisko nadleśnictwa. Jakiś czas temu na bagnach znaleziono fragment żuchwy niedźwiedzia w bobrzej tamie. Znalezisko mogło mieć nawet 5 tysięcy lat. Wiadomo, że na pewno nie była to żuchwa współczesnego niedźwiedzia, gdyż ostatni osobnik w Puszczy Knyszyńskiej wyginął 400 lat temu.
Mimo, że jest zabytkiem to na co dzień jest zamknięty. Mowa tu o jednym cmentarzu żydowskim w Białymstoku, który przetrwał do naszych czasów. Drugi – jeszcze starszy zakopany jest w samym centrum miasta. Nad nim znajduje się Park Centralny. Trzeci cmentarz jest miejscem pamięci – dokładnie to odgrodzony teren przy budynku ZUS.
Cmentarz na ul. Wschodniej w Białymstoku to w zasadzie ostatnia pamiątka po dawnych mieszkańcach naszego miasta. Spoczywają na nim przedstawiciele znanych rodów, które przed XX-wieczną zawieruchą żyły w Białymstoku. Łącznie na 10 hektarach cmentarza znajduje się 6 tysięcy macew. Najstarsza pochodzi z 1876 roku. Nekropolia oficjalnie jednak została otwarta później bo w 1890 roku. Wówczas ogrodzono ją ceglanym murem z bramą. W 1906 roku miał miejsce pogrom ludności żydowskiej. W centralnej części cmentarza znajduje się marmurowy obelisk upamiętniający tragiczną śmierć 80 Żydów. W 1922 roku ku czci białostockiego rabina Chaima Herzoga Halperna nowojorscy żydzi ufundowali ohel (namiot).
Po II Wojnie Światowej cmentarz był zaniedbany i systematycznie dewastowany. Nie ma już pierwotnego ogrodzenia. To co pozostało jest cennym zabytkiem naszego miasta. Nekropolia bowiem ma wartości historyczne ale też artystyczne. Niestety cmentarza nie można zwiedzać kiedy się chce. Miejsce pochówku białostockich Żydów jest zamknięte na kłódkę. Nie bez przyczyny. W 2008 jacyś idioci zniszczyli nagrobki oraz pomazali je sprayem. Żydzi stanowili większość mieszkańców Białegostoku i jest to fakt niezaprzeczalny. Gdyby nie Holocaust zapewne niektórzy z nich mieszkaliby w stolicy Podlaskiego do tej pory. Macewy to niezaprzeczalne świadectwo historii Białegostoku. Kto z tym walczy – walczy z tożsamością własnego miasta.
Żeby wejść na teren nekropolii trzeba wcześniej zadzwonić do Lucy Lisowskiej, która sprawuje opiekę nad zabytkiem. Jest to prezes Centrum Edukacji Obywatelskiej Polska – Izrael. Nr kontaktowy to: + 48 501 458 792
Dziś odwiedzamy groby bliskich, stawiamy znicze by uczcić ich pamięć. Wieczorami cmentarze zamieniają się natomiast w przepiękne morza świateł. Wiele osób wtedy wybiera się, by zobaczyć efektowny wygląd białostockich nekropolii. My natomiast proponujemy również wybrać się w dzień. Konkretnie do Wasilkowa. Znajdujący się tam obiekt jest bardzo piękny za sprawą wielkich rzeźby jakie stoją obok siebie. Figury aniołów oraz Jezusa mają również przesłanie dla wszystkich.
Cmentarz w Wasilkowie to największy zabytek gminy. Znajduje się on na wylocie z miasta w kierunku na Świętą Wodę. Nekropolia powstała pod koniec XIX wieku i zajmuje powierzchnię 4,5 hektara. Łącznie na terenie obiekty znajduje się siedem grup rzeźb. Wszystkie nawiązują do Pasji i Zmartwychwstania Jezusa. Ponadto są też dwie fontanny i 60 zabytkowych nagrobków. Najstarszy pochodzi z 1896 roku.
Oprócz wielkich rzeźb na cmentarzu znajdują się również wyryte w murach wersety z Pisma Świętego. Ponadto zwiedzając wasilkowską nekropolię natkniemy się również na okazały nagrobek ks. Wacława Rabczyńskiego, którego dokonania na rzecz lokalnej społeczności są ogromne. Duchowny nie tylko przyczynił się do wybudowania kościoła pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny Matki Miłosierdzia, ale również dzięki niemu powstała kaplica w Świętej Wodzie. To właśnie także za sprawą ks. Rabczyńskiego możemy podziwiać przepiękne rzeźby na cmentarzu.
Na cmentarzu znajduje się również grób legionistów polskich Aleksandra i Michała Żukowskich, nagrobek z 1896 r., grób 34 mieszkańców Wasilkowa i Studzianek rozstrzelonych w 1943 r. oraz groby ofiar II wojny światowej. Warto zaznaczyć również, że nekropolia jest obfita w małą architekturę. Wszystko razem przepięknie się komponuje.
Składa się z dwóch 11-piętrowych wieżowców, mieszka tam około 440 osób, a samych mieszkań jest 214 do których wchodzi się nie z klatki schodowej lecz przez długie balkony tzw. galerie. Stąd jego nazwa – Galeriowiec. Od 1970 roku wita przyjezdnych, bo stoi blisko dworca PKP i PKS. Moloch swoją konstrukcją miał sobą reprezentować „superjednostkę” naśladując styl „Le Corbusiera” – francuskiego architekta zwanego „papieżem” modernizmu.
Koniec plątaniny uliczek
Najpierw mała powtórka z historii architektury Białegostoku. Podczas II Wojny Światowej Niemcy zniszczyli miasto doszczętnie. Jednak mówimy tutaj o budynkach. Przedwojenna plątanina ulic i uliczek została. Aż do momentu, gdy nowa PRL-owska zabudowa wyparła je całkowicie. Aleja Pierwszego Maja (dziś Aleja Piłsudskiego) przecięła wiele takich uliczek tworząc super-drogę. Dom Partii przy Próchnickiej (dziś Plac NZS) to budynek-moloch, który powstał w latach 50-tych. Był on autorstwa Stanisława Bukowskiego, który dostał od ówczesnych władz zadanie – odbudować centrum miasta.
Tutaj powstała pewna oś sporu. Otóż Bukowski przyczynił się do wskrzeszenia wielu budynków będących żywymi pomnikami polskiej historii – choćby Pałac Branickich, budynki przy Kilińskiego czy też zabudowa wokół katedry. Niestety – to co mają mu za złe historycy, chwalą urbaniści. Bukowski postanowił rozprawić się z plątaniną uliczek projektując miasto zastępując je kwartałami – czyli tak, by zasadniczo każdy fragment przecinały 4 ulice. Gdy spojrzymy na dawną mapę i obecną to widać zmiany jak na dłoni. Warto jednak pokusić się o pewne wyjaśnienie – to co dzisiaj my definiujemy jako zabytki, wówczas w świadomości władz i także architektów stanowiło chaotyczną przedwojenną zabudowę, której należałoby się pozbyć.
Dlatego też dzisiejszy Białystok różni się architektonicznie od innych dużych miast. Nie ma u nas klasycznej starówki, która trochę sztucznie powstała 10 lat temu. Po II Wojnie Światowej wokół ratusza pojawił się skwer, który został zlikwidowany po ostatniej przebudowie. Wówczas oblepiony reklamami Rynek Kościuszki zamienił się z ulicy w plac. Niestety do przedwojennego wyglądu nawiązano luźno jedynie poprzez przesunięcie fontanny bliżej skrzyżowania. Zabrakło jednak pięknego ogrodu. Zamiast tego mamy pusty, betonowy fragment. Po drugiej stronie ratusza natomiast zamiast skwerku są schody i kolejny kawałek betonu zwanego przez mieszkańców „patelnią”.
Czy dbać o modernizm?
Bukowski pozostawił po sobie charakterystyczne budynki w kwartałach na ul. Lipowej, które wszystkie są do siebie podobne i ciągną się aż do kościoła św. Rocha. Dalej mamy już architektoniczny chaos. Każdy budynek jest zupełnie inny. Styl Bukowskiego to modernizm, który nie został przez niego wymyślony. Tak została odbudowana cała Polska po odzyskaniu Niepodległości w 1918 roku. Najpierw urzędy i instytucje państwowe, później bloki mieszkalne.
W latach 60-tych przyszła nowa „fala” modernizmu, a wraz z nią inni architekci. Budynki, które zaczęły się pojawiać było nieco futurystyczne. Spójrzmy chociaż na Central, spodki, pawilony-restauracje przy ul. Akademickiej. Jednym z takich budynków właśnie był też Galeriowiec autorstwa Wiktora Łazarczyka i Jana Citko. Moloch oprócz charakterystycznych galerii, z których wchodzi się do mieszkań ma również jeszcze inną cechę. Na parterze jest „opierany” przez filary w kształcie litery „V”.
fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Od lat trwają spory czy modernizm i jego spuściznę uznawać za zabytki czy nie. Niestety nie ma jednej odpowiedzi na to pytanie (gdyby była to nie byłoby sporów). Nie można odmówić budynkom modernistycznym pewnych unikatowych cech, które warto by było chronić i zachować dla przyszłych pokoleń. Tylko w z zasadzie po co? Tutaj najpierw trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie drugie – do jakiej historii Polski chcemy nawiązywać? Którą RP chcemy podtrzymywać dla przyszłych pokoleń? I RP i jej królewski rodowód? A może II RP i PRL połączone modernizmem? W III RP także powstało wiele budynków, które w przyszłości mogą zostać zabytkowe. Czy można nawiązywać do wszystkich RP? Architektonicznie wygląda to koszmarnie.
Katastrofalny misz-masz
Wystarczy przejść się od dworca kolejowego – gdzie mamy obecnie budynek w remoncie, któremu przywraca się świetność z czasów zaborów, obok stoi modernistyczna poczta. Za kładką natomiast modernistyczny galeriowiec koło którego na pustej działce powstaje właśnie nowoczesny „apartamentowiec”. Tuż obok wytwór zachodu McDonald’s i nowoczesny dworzec autobusowy. Jest jeszcze murowano-sidingowe Centrum Park. Idąc ulicą Św. Rocha miniemy modernistyczne bloki, drewniane domy, zabytkowy budynek dawnego kina, nowoczesne biurowce, a także budynki z lat 90-tych XX wieku. Na samym końcu Kościół Św. Rocha. Później idąc Lipową mijamy modernistyczną ul. Lipową dochodząc do Rynku Kościuszki, który nieco ma przypominać ten przedwojenny. Spacer kończymy mijając neogotycką katedrę w otoczeniu barokowych budynków z Pałacem Branickich na czele. Od tego wszystkiego można dostać niewątpliwie zawrotu głowy.
Co w takim razie chcemy zostawić przyszłym pokoleniom? Ten cały architektoniczny bałagan? A może jednolity styl. Tylko, który? Jak widzicie jest to błędne koło. Nie można wybrać jednego, a wybranie wszystkich również nie jest dobre. W jednym z tekstów optowaliśmy za wyburzeniem obecnego pomnika przy Centralu, a także dawnego „Domu partii”. Zdanie to podtrzymujemy, bo gdybyśmy to my mieli wybierać, to architektonicznie wskrzesilibyśmy I RP (oczywiście zdroworozsądkowo, bo miasto to tkanka nieustannie i dynamicznie zmieniającą się). Była kiedyś taka koncepcja, by Białystok było miastem-ogrodem. Ku temu powinniśmy zmierzać, szczególnie że w obliczu katastrofy klimatycznej jaka właśnie następuje roślinnością powinniśmy wręcz zarastać.
Wracając do Galeriowca. W skali Białegostoku jest to jedyny takiego typu budynek. W Polsce jednak nie. W Gdańsku również istnieją budynki, w których do mieszkań wchodzi się z galerii. Są to „Falowce”. We Wrocławiu mamy 3 Galeriowce złączone w jeden przy ul. Powstańców Śląskich. Budynki takie stoją również w Poznaniu, Rudzie Śląskiej, Krakowie, Szczecinie, Koninie i oczywiście Warszawie.
Podlaski chleb, pieczony w tradycyjnym piecu kaflowym, stanowi nie tylko smakowitą przysmak, lecz także niezwykłe dziedzictwo kulturowe, które przenosi nas w głąb historii i tradycji Podlasia.
Filmowiec ukazujący dziedzictwo Podlasia
Ireneusz Prokopiuk to niezwykle utalentowany filmowiec z Podlasia, który swoją pasję i zaangażowanie oddaje w licznych filmach dokumentalnych. Ukazuje on bogactwo tradycji i zwyczajów naszego regionu. Jeden z najbardziej znanych jego dzieł to „Rudaki”, produkcja, która już w czasach, gdy YouTube nie istniał, a internet nie był jeszcze tak rozwinięty, cieszyła się popularnością na antenie Canal+. Dzięki postępowi technologicznemu, dziś możemy cieszyć się dostępem do tych filmowych arcydzieł, które rzucą światło na historię i kulturę Podlasia. Jedną z takich „perełek” jest film „Historie Podlaskie: Chleb”.
W tym filmie Prokopiuk zabiera nas w podróż do serca podlaskiej wsi. Tam gdzie tradycyjnie piecze się chleb w charakterystycznym, ceramicznym piecu kaflowym. Obserwujemy, jak mieszkańcy przygotowują ciasto. Jak ostrożnie wkładają je do pieca, a następnie czekają na magiczny moment, gdy pachnący chleb wyjmuje się z pieca. Warto zauważyć, że proces pieczenia chleba w tradycyjnym piecu kaflowym to kulinarna sztuka.
Filmowa podróż do serca podlaskiej wsi
W filmie możemy usłyszeć cenne wskazówki od miejscowych mieszkańców, którzy dzielą się swoimi doświadczeniami. Przekazują oni wiedzę na temat tego, jak powinien być przyrządzany prawdziwy, tradycyjny chleb. Jedna z mieszkanek regionu podkreśla, że podlaski chleb powinien być czysty, wolny od dodatków, które mogą zaburzyć jego autentyczny smak. Przede wszystkim troska o tradycję i jakość produktów sprawia, że chleb pieczony w tradycyjnym piecu kaflowym ma niepowtarzalny smak.
Podlaski chleb – smak i tradycja
Dla wielu osób, które miały okazję skosztować podlaskiego chleba pieczonego w ten sposób, doświadczenie to jest niezwykle pamiętne i wyjątkowe. Smak tego chleba, pełen aromatu i nuty tradycji, pozostaje w pamięci na długo, stanowiąc niezapomniane doświadczenie kulinarno-kulturowe. Dzięki filmowi Ireneusza Prokopiuka, który ukazuje proces przygotowywania i pieczenia chleba w tradycyjnym piecu kaflowym, możemy choć na chwilę przenieść się do magicznego świata podlaskiej wsi i cieszyć się autentycznym smakiem, który od wieków kultywuje się na tym terenie.
Aromatyczna podróż przez podlaskie smaki
Podsumowując, film „Historie Podlaskie: Chleb” to nie tylko opowieść o procesie pieczenia chleba. To także podróż w głąb tradycji i kultury Podlasia. Dzięki niemu możemy lepiej zrozumieć znaczenie chleba w życiu mieszkańców tego regionu oraz docenić piękno i autentyczność tradycyjnych metod wypieku. To także hołd dla tych, którzy ze starannością i pasją przekazują kolejnym pokoleniom sztukę pieczenia chleba w tradycyjny sposób.
Być może nie wszyscy wiedzą, ale w Białymstoku istnieje Miejski Konserwator Zabytków i wbrew pozorom nie jest to jeden z developerów tylko urzędnik białostockiego magistratu. Konserwator – jak sama nazwa wskazuje – teoretycznie powinien zajmować się konserwacją. Jako urzędnik nie musi robić tego sam, ale może to czynić swymi działaniami. W praktyce jednak w Białymstoku Miejski Konserwator Zabytków zajmuje się zgoła czym innym.
Jego główna działalność to wydawanie szeroko rozumianych pozwoleń związanych z remontami, konserwacją oraz modyfikacjami wyglądu zabytków, a także gospodarowania roślinnością wokół zabytków (np. wydawanie pozwoleń na usuwanie drzew). Oczywiście miejski konserwator zabytków również wszczyna postępowania, by wpisać dane obiekty do rejestry zabytków. Zgodnie z dokumentacją w BIP możemy się dowiedzieć, że od 2017 roku wpisano 11 budynków do rejestru. Nie będziemy podważać słuszności tych decyzji bo teoretycznie były słuszne. Wszak decyzje dotyczą budynków, które powstały przez II Wojną Światową. W Białymstoku tego typu obiekty to wręcz skarb, gdyż Niemcy podczas wojny zniszczyli praktycznie całe miasto.
Zastanawiamy się jednak jaki jest sens wpisywania czegokolwiek na listę zabytków skoro białostockie zabytki latami stoją zdewastowane, niszczeją i czekają na rozkład. Podajmy kilka przykładów: Pałac Lubomirskich na Dojlidach, żydowska Szkoła przy ul. Lipowa, Domen Napoleona – to tylko najbardziej reprezentacyjne budynki, które niszczeją. Do tego należy dorzucić jeszcze mnóstwo kamienic i drewnianych domów, które od lat straszą zamiast cieszyć oko.
Problemem są oczywiście pieniądze. Białystok w tym roku przeznaczył 838 000 złotych na dotacje remontów zabytków czyli dokładnie tyle, za ile można kupić 3 mieszkania. Przy renowacji zabytków taka kwota to jednak grosze. Mało tego większość pieniędzy została przeznaczona na doraźne prace techniczne typu „naprawa konstrukcji dachu i stropu”, „wymiana okien”, „konserwacja drzwi” czy „konserwacja rzeźby”. Tymczasem potrzeba generalnych remontów w środku jak i remontów całych elewacji. Miasto też powinno odkupywać niszczejące zabytki.
Niestety w Białymstoku nie ma raczej na to szans. Prezydent tak prowadzi finanse miasta, że w najbliższym czasie planuje zaciągnąć 80 milionów złotych kredytu na… spłacenie starych kredytów. Czyli klasyczna spirala zadłużenia.
W 1999 roku województwo podlaskie zostało utworzone jako zlepek województw białostockiego, łomżyńskiego, suwalskiego. Między 1975 a 1998 rokiem w samym województwie białostockim były takie duże miasta (powyżej 10 tys. mieszkańców) jak Białystok, Bielsk Podlaski, Hajnówka, Łapy, Sokółka, Siemiatycze, Mońki, Czarna Białostocka. Wymieniliśmy te wszystkie ośrodki, by zwrócić uwagę na ważną rzecz. Tylko do jednego z nich nie da się dojechać koleją. I nie dlatego, że nie ma w nim torów tylko dlatego że nie ma połączeń. Dlaczego nie ma bezpośredniego, kolejowego połączenia Białystok – Siemiatycze? Jest tylko pośrednie tj. z przesiadką i trwa tyle samo co podróż do Warszawy. Brzmi kuriozalnie? Witajcie na Podlasiu. Na dokładkę możemy powiedzieć, że bezpośrednie połączenie kolejowe z Siemiatyczami ma… Warszawa.
Od wielu lat pasażerowie proszą samorządy by można było dojechać bezpośrednio z Białegostoku do Lublina, a nie jak obecnie przez Warszawę. Niestety władze – w tym województwa podlaskiego są głuche. Może by i chciały by taki pociąg był, ale problemem jest brak elektryfikacji. Zatem połączenia najczęściej spotykanym pociągiem, który jeździ dzięki trakcjom na razie być nie może. Ale przypomnijmy, że samorząd województwa podlaskiego dysponuje szynobusami, które nie potrzebują prądu tylko paliwa. Wystarczyłoby się więc dogadać. Tu mamy jednak kolejny problem – dogadać musiałyby się ze sobą aż 3 województwa – podlaskie, mazowieckie i lubelskie. Gdy chodzi o pieniądze to trudno na to liczyć. Szczególnie, gdy trzej marszałkowie nie są z tej samej opcji politycznej. Warto jednak zaznaczyć, że zarówno koleje mazowieckie jak i koleje podlaskie realizują połączenie Czeremcha – Siedlce. Przez cały dzień jeździ aż 6 par pociągów.
Marszałek Województwa Podlaskiego nie musi się oglądać na innych marszałków. Mógłby chociaż sypnąć groszem, by szynobusy jeżdżące z Białegostoku do Czeremchy dojeżdżały aż do Siedlec tak by nie trzeba było się przesiadać. Dobrze by było żeby dojeżdżały chociaż do Siemiatycz (najlepiej z Suwałk) – tak by poruszanie się pociągiem po całym województwie nie było problemem. Dlatego nie ma co się oglądać na innych, trzeba działać. Nie może być tak, że po 20 latach województwo podlaskie nadal jest tworem sztucznym na tyle, że nawet południowa część dawnego województwa białostockiego ma większe związki z Lubelszczyzną i Mazowszem niż ze stolicą własnego województwa.
W obecnym miejscu czyli przy ul. Brukowej, I LO istnieje od 1967 roku, a miało tam być tymczasowo. Tak się złożyło że stoi do dziś. Niejednokrotnie uczniów można było napotkać w pobliskim parku centralnym. Wszyscy w jednolitych strojach do ćwiczeń, pod okiem nauczyciela mieli W-F. W I LO nauczycielem historii był obecny minister edukacji – Dariusz Piontkowski. W 2005 roku natomiast cała Polska słała szkole i jej dzieciom kondolencje. W katastrofie pod Jeżewem, podczas pielgrzymki do Częstochowy zginęło tragicznie 9 maturzystów.
Jako że szkoła ma „numer 1”, to wydaje się, że powstała jako pierwsza. Nie jest to jednak aż tak oczywiste. O początkach jej powstania wiemy tyle, że w 1777 roku dzięki Izabeli Branickiej – Komisja Edukacji Narodowej utworzyła Podwydziałową Szkołę Zgromadzenia Akademickiego. Szkoła ta mieściła się przy obecnej ul. Kilińskiego. Pierwszym dyrektorem był ks. Jan Michałowski. W 1784 roku przybyły do Białegostoku król Stanisław August Poniatowski (brat Izabeli Branickiej) odwiedził także funkcjonującą szkołę. Tyle, że to historia wspólna zarówno dla dzisiejszego I LO jak i VI LO.
W 1802 roku powołane została przez zaborce pruskiego Wyższe Gimnazjum Białostockie. Nazwa dziś może być myląca, jednak warto dodać że dawniej ukończenie gimnazjum uprawniało do przyjęcia na studia wyższe. Cykl nauczania w tejże szkole trwał 6 lat. Prawie wszystkie przedmioty były w języku niemieckim. Siedziba szkoły znajdowała się w nieistniejącym już budynku gdzieś na Plantach. Wcześniej znajdował się tam teatr dworski, który przestał funkcjonować po śmierci hetmana Branickiego. W 1808 roku gimnazjum przeniesiono po raz kolejny. Tym razem do budynku na skrzyżowaniu Warszawskiej i Pałacowej. Równo 50 lat później gimnazjum wprowadziło się do dzisiejszego VI L.O, które mieści się dziś przy ul. Warszawskiej. Warto dodać, że jednym z absolwentów Gimnazjum Białostockiego był Ludwik Zamenhof.
Późniejsze lata to kolejne zmiany. W 1873 roku placówka zaczęła funkcjonować już jako Białostocka Szkoła Realna, która miała profil techniczno-przyrodniczy. Następne lata to kolejne zmiany. Tym razem szkoła była podzielona na Gimnazjum żeńskie i gimnazjum męskie. Edukację zupełnie przerwano podczas II Wojny Światowej. 1 października 1944 roku wznowiło działanie Państwowe Gimnazjum i Liceum nr 1 w Białymstoku. Siedziba znajdowała się dalej w budynku przy dzisiejszej Warszawskiej.
W 1950 roku szkoła zostaje kolejny raz przeniesiona. Tym razem do budynku przy ul. Warszawskiej 63 czyli na dzisiejszy wydział ekonomiczny UwB. Po roku remontu szkoła wraca do poprzedniej siedziby na Kościelną 9 (czyli dziś budynek VI L.O). W 1967 roku budynek przy dzisiejszej Warszawskiej jest zagrożony katastrofą budowlaną. I L.O przenosi się „tymczasowo” na Brukową 2, gdzie stoi nowo wybudowany gmach. Tymczasem stary budynek przechodzi remont, a po nim w 1972 roku zostaje utworzone… VI Liceum Ogólnokształcące. Dodatkowo w 1974 otrzymuje imię Zygmunta Augusta, co wywołuje protesty społeczności I L.O. I tak wspólna historia zaczęła się rozchodzić.
Szóstka staje się konkurentem jedynki. W 1967 roku placówka przy Brukowej jako pierwsza na całej Białostocczyźnie wprowadza kształcenie w klasach o profilu ogólnym z rozszerzonym językiem angielskim! Przypomnijmy, że w PRL wszędzie językiem „obcym”, a raczej „bratnim” był rosyjski. Do dziś zarówno szóstka jak i jedynka konkurują o uczniów wysokim poziomem nauczania, a także budowaniem społeczności skupionej wokół szkoły. Obie szkoły mają jedną wspaniałą historię.
fot główne: I L.O przy ul. Brukowej, VI L.O przy ul. Warszawskiej, autor simpledot / Wikipedia; zdjęcie archiwalne: Widok z pałacowej bramy na gmach Szkoły Realnej przy ul. Aleksandrowskiej w 1897 r.
Białystok zamienił się w magiczną krainę za sprawą jesieni, która powoli ogałaca drzewa z liści oraz zmienia ich kolory. Dlatego też na ulicach jest kolorowo. Nasze miasto ma to do siebie, że wiele u nas miejsc, które sprawiają wrażenie jakbyśmy w mieście wcale nie byli. Jednym z nich jest Rezerwat przyrody Las Zwierzyniecki. Jego ścieżki to idealne miejsce by zaczerpnąć świeżego powietrza, pospacerować w ciszy i spokoju, ale też by uprawiać sport – biegać i jeździć rowerem. Jesienna aura sprawiła, że chce się do Lasu Zwierzynieckiego iść w każdej wolnej chwili.
Las Zwierzyniecki w czasach Branickich służył jako miejsce polowań dworskich. Można było tu napotkać jelenie, bażanty, daniele, kuropatwy, łabędzie i dzikie kaczki. Można tylko ubolewać, że charakter tego miejsca już taki nie jest. Wiemy jednak, że istnienie takiej zwierzyny blisko centrum stanowiłoby problem. Dlatego możemy tylko spacerować po pięknej krainie i wyobrażać sobie jak tu było kiedyś.
Warto dodać, że kiedyś było zdecydowanie inaczej. Dzisiejszy rezerwat był ogromnym kompleksem leśnym, który zaczął się kurczyć pod wpływem rozwoju miasta. Z jednej strony zachodnią częśc lasu zabudowano koszarami przez co wykarczowano całe połacie lasu. Inne fragmenty przeznaczono na pola uprawne i ogrody. Las Zwierzyniecki przeistaczał się coraz bardziej w park. Wytyczono alejki spacerowe, wybudowano bufety. Wzniesiono teatr letni, restauracje i inne obiekty rozrywkowe. Do miejsca tego w roku 1895 doprowadzono nawet „konkę” czyli dawną linię tramwajową. Zwierzyniec stał się modnym miejscem.
W 1920 roku Zwierzyniec podzielono na 2 części. Pierwszą z nich nazwano „Parkiem Miejskim 3-go maja” i tym samym połączono go z Parkiem Miejskim im. Księcia J. Poniatowskiego, który biegł aż do Teatru Dramatycznego. Druga część to dzisiejszy Las Zwierzyniecki. Warto podkreślić, że Białystok jest jednym z niewielu miast w Polsce, w którym wchodząc do parku w centrum można wyjść poza granicę miasta w zasadzie nie wychodząc z terenów zielonych. Pielęgnujmy te tereny jak możemy, bo wiele mieszkańców innych miasta może ich nam pozazdrościć.
W Polsce Choroszcz kojarzy się raczej ze szpitalem psychiatrycznym, na Podlasiu wiele osób wie, że to miasteczko rozwijało się kiedyś prężnie i ma więcej do zaoferowania niż hospitalizacja. Wizytówką miasta jest letnia rezydencja Branickich wraz z otaczającym ją parkiem z 1757 roku. Został spalony w czasie II Wojny Światowej, odbudowany został w 1960 roku. Raz do roku w pierwszą niedzielę sierpnia odbywa się na placu przed rezydencją Jarmark Dominikański.
Jeżeli przyjrzymy się budynkowi możemy zauważyć, że bardzo przypomina pałacyk gościnny przy ul. Kilińskiego w Białymstoku. Nie przypadkowo. Zarówno jeden jak i drugi budynek spełniać miały tę samą rolę – miejsce wypoczynku. Przy ul. Kilińskiego były miejsca dla gości, dla których zabrakło miejsca w pokojach pałacu głównego. W Choroszczy podobnie, tyle że goszczono tam zupełnie inne osoby.
A to dlatego, że hetman Branicki nie dożył wykończenia pałacyku przy ul. Kilińskiego. Dlatego swoich znakomitych gości mógł przyjmować dotychczas na dworze lub właśnie gościć z wielkim przepychem w Choroszczy. Za jego życia przebywali tu król Augustów III oraz brat Izabeli Branickiej oraz szwagier hetmana – król Stanisław August Poniatowski. To, co się działo podczas przyjęć gości w Choroszczy zostało opisane w książce „Grzechy hetmańskie” – autorstwa Józefa Ignacego Kraszewskiego. Swoją drogą książka ta nadaje się na serial równy superprodukcji TVP – Koronie Królów.
Wracając do pałacyku w Choroszczy. Warto tam się wybrać na zwiedzanie. Warto zobaczyć samo muzeum, które znajduje się w pałacyku, ale szczególnie piękny jest park znajdujący się za budynkiem. Najpierw idziemy przez dziedziniec na wyspę, gdzie stoi pałacyk, a następnie alejkami wzdłuż kanału do wzgórza widokowego. Będziemy przemierzać mijając kolejne lipy, które mają ponad 200 lat oraz klony. Na końcu dojdziemy do wzgórza, które zostało sztucznie usypane, które w przeszłości miało służyć jako dwupoziomowa piwnica. Dziś to „górka miłości”, gdzie spotyka się młodzież. Warto tam jednak wybrać się niezależnie od wieku. Spacer wśród starych drzew przy pięknym kanale w otoczeniu pałacyku da nam wiele radości i wewnętrznego spokoju. Tak bowiem działa przyroda na człowieka.
Białostoccy urzędnicy mają chyba takie same zdanie jak my na temat jednego z absurdalnych projektów w Budżecie Obywatelskim, który musi być teraz zrealizowany. Póki co nie będzie. Zacznijmy od najważniejszego – nie jesteśmy przeciwnikami budżetu obywatelskiego, jest to świetna inicjatywa, dzięki której mieszkańcy angażują się w lokalne sprawy dla swoich osiedlowych społeczności. Niestety jest coś takiego jak „projekty ogólnomiejskie”, które powinny zostać zlikwidowane. Gdyż ich efektem jest najczęściej zgłaszanie inicjatyw stawiania kolejnych pomników i innych „dekoracji”, a mówiąc literalnie zaśmiecania ładu przestrzennego centrum miasta.
I takim kamyczkiem do wspomnianego wyżej ogródka jest inicjatywa „WidziMisie” czyli zrealizowania absurdalnego pomysłu stawiania 15 figurek misiów czy też niedźwiadków w mieście, które mają nawiązywać do szlaku turystycznego, który zostanie wytyczony. Po pierwsze z Białymstokiem bardziej kojarzą się żubry, no może ironicznie też śledziki, ale bynajmniej nie niedźwiedzie. Te są domeną naszych sąsiadów – Suwałk, które mają nawet taką maskotkę – białego misia. Po drugie, chyba również niechętnie do pomysłu stawiania w Białymstoku figurek podchodzą również urzędnicy, gdyż nie mogą się zdecydować na ich wygląd.
Ogłoszono konkurs na koncepcję rzeźb niedźwiedzi. Wpłynęły 2 oferty, jednak żadnej nagrody nie przyznano, a jedynie wyróżnienie. Miejmy nadzieję, że ten konkurs nigdy nie zostanie rozstrzygnięty, a miasto ograniczy budżet obywatelski do inicjatyw osiedlowych. To dobre rozwiązanie, że mieszkańcy „meblują” własne osiedla placami zabaw, siłowniami pod chmurką, drogami, parkingami. Niestety nie można pozwolić, by przypadkowe osoby dostawiały co roku nowe bzdety do centrum miasta, bo za kilka lat będzie jeden wieli śmietnik w przestrzeni miasta.
O wygląd Centrum i dbanie by wiernie oddawało historyczny wygląd powinni dbać wykształceni architekci. Jednak to raczej fantazje. Naszą przestrzeń w Centrum kształtują obecnie developerzy i przypadkowi mieszkańcy. Miasto to dynamiczna tkanka i nowe powinno zastępować stare, ale bez przesady. Powinniśmy dbać o dziedzictwo miasta i wszystko to czego nie zniszczyli Niemcy. Powinien też panować ład przestrzenny, a nie chaos. Jednak wycofanie projektów ogólnomiejskich z budżetu obywatelskiego to decyzja, z której część osób na pewno nie byłaby zadowolona, a Tadeusz Truskolaski tak kurczowo trzyma się stołka, że już od dawna stara się nie podejmować żadnych kontrowersyjnych decyzji.
Chyba nie ma lepszego momentu niż obecny, by zwiedzać Puszczę Knyszyńską. Pogoda jest przepiękna, a kolory jesieni magiczne. Do tego można do domu wrócić z grzybkami, których w lesie obecnie nie brakuje. Czego chcieć więcej? Być może mało kto wie, ale dorzecza Supraśli i tereny Puszczy Knyszyńskiej oplecione są szlakami o łącznej długości 400 km! Jest z czego wybierać. Jesienią można zwiedzać kompleks leśny piechotą, rowerem albo… konno!
W tym ostatnim przypadku wystarczy zgłosić się do przesympatycznego Pana Cezarego, który ma swoje stadko wierzchów w Surażkowie. Razem z żoną od wielu lat prowadzi popularne „Ritowisko”. Jeżeli ktoś ma siły w nogach to szlakiem rowerowym może przejechać aż 150 km lub zrobić to samochodem odwiedzając po kolei wszystkie „przystanki”. A po drodze jest naprawdę wiele miejsc, które wyglądają jesienią przepięknie.
Pierwszy przystanek to Królowy Most i Kołodno, które oplecione są przez Wzgórza Świętojańskie. Pierwsza miejscowość ma nazwę znaną z kultowej trylogii Jacka Bromskiego „U Pana Boga”. W rzeczywistości to spokojna wieś, w której zobaczyć można przepiękną cerkiew. Tuż obok w Kołodnie możemy wdrapać się na górę Św. Anny i z wieży widokowej zobaczyć panoramę Puszczy Knyszyńskiej w złotych kolorach.
Kolejny przystanek to Supraśl, do którego dojedziemy w części żwirową drogą przez Cieliczankę. W tym miasteczku koniecznie musimy spróbować babki ziemniaczanej albo kartaczy oczywiście zapijając kwasem chlebowym. Oprócz tego warto zajrzeć nie tylko do najpopularniejszych atrakcji miasteczka jak bulwary czy klasztor, ale też przejść się malowniczą trasą wokół rzeki podziwiając Supraski System Wodny. Początek znajduje się przy ul. Nowy Świat lub na moście przy bulwarach.
Następne miejsce po drodze to Nowodworce, gdzie będziemy mogli podziwiać wspaniałe, stare pojazdy Straży Pożarnej w muzeum tej formacji. Kolejny przystanek to oczywiście Wasilków. Warto zajrzeć nad zalew, a także na świeżo wyremontowany plac w centrum. Potem jedźmy ul. Jurowiecką na Sochonie aż do miejscowości Mostek. Przy tartaku skręćmy w prawo kierując się malowniczą trasą Puszczą Knyszyńską na Ratowiec, Wólkę Ratowiecką oraz Czarną Wieś Kościelną, gdzie będziemy mogli poznać najlepsze tradycje rękodzieła ludowego. Tutaj mała uwaga – jeżeli jedziemy samochodem – warto pojechać z Wasilkowa na Świętą Wodę a dalej Czarną Białostocką, gdzie możemy przy okazji zajrzeć nad zalew.
Następnie, z Czarnej Białostockiej możemy pojechać na Janowszczyznę, a dalej na Wierzchlesie, by ostatecznie wyjechać Kopnej Górze i zwiedzić tam Arboretrum. Po drodze miniemy mnóstwo przepięknych krajobrazów i drewnianych wiejskich domów. Takie Podlasie w pigułce. Rowerem natomiast można pojechać przez malownicze bagna kierując się na Budzisk, a dalej Supraśl, a dopiero potem Kopną Górę. Ostatni odcinek naszej wycieczki to trasa Kopna Góra – Kruszyniany przez Silvarium w Poczopku oraz wielkie rondo w Krynkach. Jeżeli nam mało koniecznie jedźmy na Rudaki i Chomontowce do Bobrownik. Wioseczki na samej granicy z Białorusią mają swój niepowtarzalny klimat. Poczujemy się jak na końcu świata!
Z Bobrownik już prosta i krajowa droga do Białegostoku. Możemy jednak skoczyć nad rzekę Świsłocz i miejscowość Mostowlany. Dalej przez Jałówkę, gdzie stoją ruiny kościoła aż do Bondar i Siemianówki. Tam po drodze na Pasieki możemy natrafić na żubry. Pytanie tylko czy ktoś wytrzyma tak długą wycieczkę? Zawsze można rozbić ją na 2 lub 3 dni. Na Podlasiu nikt się z niczym nie śpieszy!
Dawniej płynęła tutaj tylko rzeczka, dziś to mocno zabudowane tereny. Mowa o gminie Juchnowiec Kościelny, gdzie na jej dzisiejszym terytorium, w czasach I Rzeczypospolitej stało bardzo wiele dworków. Do dziś na cmentarzu w Juchnowcu stoi grobowiec Nowickich – jednych z właścicieli takiego dworów, którego ruiny stoją do dziś. Ostatnio wspomnieliśmy o nim tylko w kilku zdaniach. Dziś postanowiliśmy przytoczyć barwną historię tego miejsca, a także mrożące krew w żyłach legendy jakie o ów miejscu krążą.
Ślub z księżniczką
Dolina rzeczki Niewodnicy już w XV wieku stała się miejscem, gdzie zaczęto przyznawać majątki ziemskie. Wkrótce po tym dwory na tych ziemiach zaczęły rosnąć jak grzyby po deszczu. Każdy nadany majątek ziemski nazywany był Niewodnicą. I tak powstały dwory i folwarki w Niewodnicy Skrybickiej (dziś dwie wsie obok siebie Skrybicze i Bogdaniec), Niewodnicy Nargilewskiej, Niewodnicy Brzoszczyńskiej (już nie istnieje, a dokładna lokalizacja jest nieznana), Niewodnica Lewickie (dziś Lewickie), Niewodnicy Koplańskiej (Koplany), Niewodnicy Brończańskiej (Brończany), Niewodnica Zalesie (Zalesiany), Niewodnica Korycka, Niewodnica Kościelna, a kolejne dwory w Czaplinie, Gajewnikach.
W dzisiejszych Lewickich ruiny dworu stoją do dziś. Pierwszy właściciel w 1540 roku Maciej Lewicki – urzędnik sądowy i sędzia bielski zrobił karierę w I RP głównie za sprawą małżeństwa z księżniczką Anną Porycką ze Zbaraża (dziś miasto na Ukrainie pod Tarnopolem). O księżniczce wiadomo było, że była bardzo energiczna. Gdy została wdową po Macieju w 1558 roku to do końca XVI wieku zarządzała dworkiem. Później ofiarowała dworek swoim synom – Maciejowi i Janowi. Majątek objął jednak tylko Maciej, gdyż jego brat zmarł bezpotomnie.
Maciej „junior” ożenił się z Anną Wołłowiczówną. Sam nosił tytuł cześnika podlaskiego (osoba w królestwie zajmująca się zarządzaniem piwnicą władcy – by nie brakowało w niej trunków). Wiemy o tym, gdyż w 1621 roku ufundował i wyposażył cerkiew unicką w Kożanach. Małżeństwo miało syna Stanisława, który odziedziczył dwór w Lewickich, ale też dwory w Kożanach, Juchnowszczyźnie i Romejkach.
Zatarg z księdzem
Stanisław Lewicki był w królestwie podczaszym podlaskim czyli pomocnikiem cześnika. W późniejszych latach był również podkomorzym ziemi bielskiej. W 1671 roku zmarł, zaś majątek przed śmiercią zapisał żonie Zofii Karniowskiej. Ta zmarła 5 lat po mężu. Na szczęście para miała syna, więc dwór został jego majątkiem. Samuel, bo tak miał na imię zasłynął w okolicy sporem z lokalnym księdzem Orzeszko. Należy dodać, że to był spór na tyle duży, że Samuel pisał na duchownego skargi – o wykorzystywanie jego podwładnych, o używanie nieprzyzwoitych słów, a nawet o grożenie śmiercią! Niestety nie wiemy jaki był wynik tych skarg. Wiemy za to, że Samuel ożenił się z Joanną Zwierzówną – podczaszankę ziemi bielskiej, która urodziła Samuelowi syna – Stanisława (zapewne po dziadku), który niestety zmarł. Urodziła też córki Antoninę oraz Annę. Ta ostatnia wzięła sobie za męża Szymona Stanisława Gąsowskiego i po śmierci matki (a wcześniej ojca) zamieszkała na dworze w Lewickich. Później losy dworu są tak zawiłe, że trudno je w prosty sposób opisać. Jednym słowem rodzina i rodzina cioteczna tak się rozrosła, że majątek krążył po rodzinie.
W rękach Orsettich
W połowie XVIII wieku Niewodnica Lewickie przeszła w ręce Anieli już nie Lewickiej, ale z Gąsowskich. Była ona żoną Piotra Orsetiego, który miał włoskie korzenie. Spuścizna Orsettich przy każdej ze swych podlaskich włości urządzali mnóstwo ozdób – stawy, sadzawki czy kanały. Niektóre dotrwały do naszych czasów. Rodzina szlachecka w swoich rękach miała także Śliwno, Kowalewszczyznę, Waniewo, Bokiny oraz Kruszewo. Dwór w Lewickich trafił później w ręce wnuka Orsettich – Franciszek, który był szambelanem. Wraz z żoną Joanną Markowską mieszkali jednak w Kruszewie. Zaś na dworze w Lewickich zamieszkała Zuzanna Grądzka, która najprawdopodobniej od szambelana majątek odkupiła.
W połowie XIX wieku w posagu Lewickie wniosła córka Grądzkiej – Zofia, która wyszła za Tadeusza Nowickiego z dworu Starzynki nad Niemnem. To właśnie te nazwisko trwale zapisze się w historii majątku, ale też w legendach, o których później. Po śmierci Tadeusza, którego grobowiec stoi w Juchnowcu Kościelnym w majątku zamieszkał brat Michał Nowicki wraz żoną Adolfiną. To właśnie on wzniósł po raz pierwszy pałac w tym miejscu. Przebudowano również ogrody, otoczono je wąskimi kanałami i połączono ze stawami, które zostały po Orsettich. Przed głównym wejściem urządzono podjazd. Do ogrodów natomiast prowadziły drogi spacerowe.
Smutny koniec dworu
Przypomnijmy, że od 1795 roku Polska była pod zaborami. Jednym ze skutków tej sytuacji było przejęcie przez władze carskie majątku w Lewickich (i innych też). W 1903 roku majątek zakupiła Aleksandra Szwajko-Szwajkowska, która w 1908 sprzedała grunty i dwór. Nabyło je towarzystwo włościańskie czyli inaczej miejscowi rolnicy. Chłopi jednak nie dbali o dwór. Rozebrali budynki gospodarcze, część budynku oraz stare drzewa. W 1911 roku zdewastowany dwór trafił w ręce Pawła Brysza. Nowy właściciel przystosował budynek tak, by mogli przyjeżdżać do niego letnicy. Ogrody zamieniły się w pole uprawne.
Podczas II Wojny Światowej oberwało się także budynkowi. Po wojnie w zdewastowanym obiekcie (dopóki miał dach) obradowała Gromadzka Rada Narodowa (PRL-owski odpowiednik dzisiejszej rady gminy). Właścicielem budynku była wówczas siostra Pawła Brysza – Stefania Ławranin, która ruiny sprzedała rodzinie Pachulskich (lub Puchalskich), która na polu w dawnym ogrodzie postawiła szklarnie, zaś sami zamieszkali w wyremontowanym budynku. Co się stało z budynkiem po 1989 roku? Nie wiadomo. Wiadomo tylko, że internauci na forach jeszcze kilka lat temu przestrzegali się, by nie podchodzić do ruin, bo właściciele bardzo nerwowo na to reagują.
Czarna magia i zapach siarki
Legend dotyczących dworku jest kilka. Jedna związana jest z wspomnianym wcześniej Nowickim. Niestety nie wiemy czy chodzi o Tadeusza czy Macieja. Któryś z nich mieszkańcy ponoć oskarżali o czarną magię. Cóż mogło być powodem takich oskarżeń? Nie wiadomo. Wszak w archiwalnych kronikach parafialnych Juchnowca Kościelnego zachował się taki fragment: „Gdy wyprowadzono trumnę właściciela, nad pałacem zebrały się ciemne burzowe chmury, a mieszkańcy na całej drodze ustawili beczki z podpaloną smołą na przypomnienie że całą wieczność będzie się smażył w piekle”. Czy dotyczył ten fragment Nowickiego? Nie wiadomo. Pamiętajmy, że jeden z Lewickich miał potężny zatarg z księdzem, który być może złośliwie tak napisał o swoim wrogu?
Kolejną legendą jest oczywiście historia, że w ruinach straszy. Podobno czuć też tam zapach siarki, ale tylko nocą. Nie będziemy sprawdzać, ale jeżeli to prawda może to mieć związek z inną legendą, która mówi, że w XIX wieku w ruinach ludzie odbierali sobie życie. Ostatnia legenda z jaką wiąże się to miejsce podobno ma wyjaśniać dlaczego nikt pałacu nie wyremontował. Ponoć każdy, kto się za to zabierał – bankrutował. Trochę jest jak z tym mostem w Kruszewie, który został zniszczony gdy wybuchła I Wojna Światowa oraz odbudowany i ponownie zniszczony gdy wybuchła II Wojna Światowa. W obawie przed trzecią – most już nigdy nie był odbudowany.
fot. Lotek70, Licencja: CC0 1.0
zdjęcie główne: pismo „Spotkania z Zabytkami” nr 1 (35) 1988)
informacje historyczne: Lewickie. Dwór Polski, autor: Józef Maroszek
Turystyka związana z województwem podlaskim głównie skupia się na Puszczy Białowieskiej i jej okolicach. Oczywiście nie brakuje również zachęt by odwiedzić Suwalszczyznę. Jest też wiele miejsc, które proponuje się do zwiedzania ludziom, związanych z Białymstokiem i miasteczkami obok Tykocinem czy Choroszczą. Są też takie atrakcje, które można powiedzieć dopiero zyskują popularność od niedawna – tatarskie Kruszyniany, kładka Śliwno-Waniewo, Biebrzański Park Narodowy. Niewiele jest zachęt dla turystów natomiast, by zwiedzali najbardziej rdzenne tereny Podlasia. A szkoda, bo tam również jest na co popatrzeć!
Na mapie z 1665 roku tereny dzisiejszego województwa podlaskiego były podzielone pomiędzy Księstwo Mazowieckie i Księstwo Litewskie złączone Rzeczpospolitą Obojga Narodów. Na tej samej mapie między Bugiem a Narwią znajdowało się „Masovie Duché et Polaquie” – tak nazwane przez francuskiego kartografa Abrahama Peyrounina, który ów mapę sporządził.
Dawną mapę można podzielić na „rejony”. Na północy znajdował się Augustów, Rajgród, Goniadz. Na górnej części województwa, lecz trochę niżej położone były Supraśl, Wasilków, Choroszcz, Waniewo, Tykocin oraz Suraż. Do dziś poniżej przetrwały zupełnie odludne tereny, za którymi znajduje się Brańsk, Bielsk oraz na granicy województwa (rzeką Nur) Ciechanowiec. Na południu znajdowały się takie miasta jak Mielnik, Drohiczyn, Siemiatycze.
Dlatego też jeżeli chcemy eksplorować historyczne Podlasie to najlepiej właśnie robić to w takiej kolejności. Wówczas wszystkie zabytki i miejsca historyczne jakie napotkamy będą ze sobą w jakiś sposób powiązane. Oczywiście po ponad 300 latach od stworzenia mapy, na której opieramy się w niniejszej publikacji, trzech rozbiorach, powstaniach, dwóch wojnach światowych i innych bitwach spuścizna z tamtych czasów praktycznie nie istnieje, a jednak coś przetrwało. To polska kultura, architektura, zwyczaje.
Podróżując między Augustowem, Rajgrodem i Goniądzem będziemy mogli zaobserwować trochę inne budownictwo niż na przykład w Mielniku, Drohiczynie i Siemiatyczach. Wynika to z tego, że kolejne pokolenia żyjące na tych ziemiach podtrzymywały zupełnie inne kultury i dziedzictwo. Najbardziej to widać po wszelkiej maści dworkach, które były budowane, a także po kościołach, które przetrwały lub zostały w tym samym miejscu odbudowane tak, by były zbliżone do oryginału.
Podobnie ze zwiedzaniem Tykocina i Choroszczy, które są do siebie podobne oraz Ciechanowca, Brańska i Bielska oraz Siemiatycz, Drohiczyna i Mielnika. Nie tylko jednak miasta są do siebie podobne w tych rejonach – podobne są także wsie. Dlatego też w każdej możliwej wolnej chwili warto sobie zaplanować aż 4 wycieczki.
Odkąd Kraina Otwartych Okiennic tj. Trześcianka, Soce i Puchły stały się popularne w przewodnikach turystycznych i wszelkiej maści portalach i blogach, to turyści z całej Polski, a nawet ze świata ruszyli na Podlasie, by na własne oczy zobaczyć przepiękne okiennice, stare drewniane domy oraz ich wyjątkowy wystrój. To wszystko możecie zobaczyć między innymi w kolejnym odcinku „Po drugiej stronie” twórców kultowej „Cząstki Podlasia”.
Popularne wioseczki między Zabłudowem a Hajnówką to obecnie miejsca, gdzie silnie zaczęła rozwijać się agroturystyka. Pojawiła się wręcz moda na spędzanie czasu na podlaskiej, cichej i spokojnej wsi. Posiedzieć w starej, drewnianej izbie (lub w nowej stylizowanej na starą) to jednak nie to samo co siedzenie w luksusowym hotelu. Są zupełnie inne przeżycia i odczucia. Do tego natura robi swoje. Ktoś kto przyjeżdża ze Śląska czy Krakowa oddychając tutejszym powietrzem może poczuć się jak w sanatorium. Nie inaczej jest z jedzeniem. Jajka prosto od wiejskiej kury, warzywa prosto z ogródka, a owoce prosto z drzew to najlepsze i najzdrowsze co człowiek może zjeść. Do tego wszystko przyrządzone na piecu kaflowym. Nikogo nie powinno dziwić, że na Podlasiu jest tak dużo stulatków.
Warto pamiętać, że czas można spędzić nie tylko w Krainie Otwartych Okiennic. Wybierając się na wycieczkę w te rejony dobrze jest też zahaczyć o Narew, Hajnówkę i Białowieżę. Miejsca te słyną nie tylko z charakterystycznych domów, ale też żubrów, puszczy, pięknych cerkwi i wszystkiego co w Podlasiu najlepsze – pogodnych ludzi, z którymi można porozmawiać na ławeczce przed domem. W dzisiejszych zwariowanych czasach to naprawdę coś, co napawa optymizmem.
Z Litwy do Grecji jedną drogą przez województwo podlaskie. W 2025 roku w całości ma być gotowa Via Carpatia. Nasz region do tego czasu powinien się przygotować, by jak najlepiej wykorzystać szansę. Droga nie tylko będzie służyła lokalnemu ruchowi oraz tranzytowi. Będzie też nią podróżować mnóstwo turystów.
Wracając do Via Carpatii. Jak się przygotować? Wszystkie podlaskie gminy, przez które będzie droga przebiegać mają kilka lat by przygotować i wdrożyć plan, dzięki któremu wszyscy przejeżdżający drogą turyści będą zatrzymywać się u nich. Wiejski sklepik może nie wystarczyć, być może warto postawić na więcej gastronomii i lokalne przysmaki, ale też pamiątki, mini-muzea, atrakcje dla dzieci czy miejsca noclegowe – w tym pola dla kamperów i namiotów.
W Podlaskiem Via Carpatia przebiegnie przez Budzisko na granicy Polski i Litwy, a dalej Suwałki do Ełku. Następnie prawdopodobnie przez obecną drogę do Knyszyna przez Białystok (na tym odcinku jest Biebrzański Park Narodowy, stąd nie wiadomo jak ta trasa dokładnie przebiegnie). Dalej między Białymstokiem a Bielskiem Podlaskim droga przebiegnie trasą, której jeszcze nie ma. Później obecnym odcinkiem z Bielska Podlaskiego do Siemiatycz. Zatem turyści będą mijać takie miejsca jak Suwalszczyznę, Biebrzański Park Narodowy, Białystok, a także południe województwa podlaskiego, które pod względem turystycznym ma wiele do zaoferowania, ale wciąż są to kierunki dopiero rozwijające się. Jak widać jest co robić, by przyciągnąć turystów.
Problem w tym, że póki co na rozwój turystyki w Podlaskiem nie ma dotacji. A dziś mało kto za własne pieniądze chce inwestować. Władze przyzwyczaiły ludzi, żeby brać dofinansowanie na każdą inicjatywę. Dlatego też może powstać wielka droga, którą wszystkie samochody będą szybko przemykać, a my nic z tego mieć nie będziemy poza nowocześnie zorganizowanym ruchem lokalnym i tranzytem. To jednak trochę za mało. Trzeba od takich inwestycji wymagać więcej.
5 października 1827 roku przeszedł do historii jako dzień, w którym w pobliżu Białegostoku spadł deszcz meteorytów. Całe zdarzenie miało miejsce o godz. 9.30. Dokładnie we wsi Fasty mieszkańcy zaobserwowali dziwne zjawisko, a jednocześnie przerazili się. Warto dodać, że w XIX wieku wiedza o kosmosie nie była zbyt duża. Tym bardziej na Podlasiu. Jednak był pewien człowiek, który tak opisał całe zdarzenie jakby pochodził z naszych czasów!
To Jan Wolski. W Dzienniku Wileńskim napisał tak: (pisownia oryginalna)
fot. Archiwum Państwowe w Białymstoku
Dnia 23 września 1827 r. (w piątek)… – tutaj od razu musimy napisać skąd jest rozbieżność. Otóż w 1827 roku Białystok był pod zaborem rosyjskim. Pierwszy gubernator Obwodu Białostockiego Ignacy Theils wydał w dniu 23 grudnia 1807 r. odezwę, w której zawiadamiał poddanych, że od dnia 13 stycznia 1808 r. rozpoczyna się stosowanie kalendarza juliańskiego (starego stylu) i dzień ten jest 1 stycznia 1808 r. Dlatego też 23 września to tak naprawdę 5 października. Na Białostocczyźnie kalendarz juliański obowiązywał do 15 sierpnia 1915 r., kiedy to podczas I wojny światowej Białystok znalazł się pod zarządem Niemiec.
…między godziną 9 a 10 rano, gdy po większej części mieszkańcy wsi Fastów zajęci byli wybieraniem warzywa w ogrodach, dała się słyszeć wielka eksplozja w powietrzu wcale wypogodzonym i naraz wiele innych powtórzonych jakby wystrzałów karabinowych, co zwróciło uwagę obecnych na ogrodach i w różnych miejscach na polu pracujących ludzi, po czym nastąpił mocny świst połączony z dźwiękiem ciał szybko spadających i silne uderzenia w kilku miejscach o ziemię. Zjawisko to zatrwożyło na czas niejaki wszystkich ludzi, ale po przejściu strachu, kiedy jeden z nich odważył się zbliżyć do miejsca spadku i podjął kamień czarny i ukazał skupionemu ludowi, ten ośmielony rozbiegł się na inne przez podniesiony pył zanotowane miejsca i poznachodził podobne kamienie. Za świadectwem ledwo nie całej wsi mieszkańców, spadło wiele innych kamieni na błota i rzekę Supraśl pod samą wsią płynącą. Postać zewnętrzna mniej więcej kulista, powierzchnia nierówna, czarna, lśniącą się lawą pokryta, masa wewnętrzna popielata, mocno przepalona, krucha, wejrzenie pumeksu zbitego mająca, kryształami oliwinów i chlorytu przecięta, odłam drobno ziarnisty, nierówny, ciężkość gatunkowa mierna.
(…) Wątpliwości nie ulega, że one się przez ogień utworzyły, i że wielka bryła spadła z bardzo znaczney wysokości, (może i z Xsiężyca); dostawszy się zaś do zagęszczoney atmosfery, dla chyżości i tarcia rozpaliła się i pękła. Ztąd powstała pierwsza silna explozya o kilka mil na około słyszana, po czém nastąpiły cząstkowe pękania, podobne do wystrzałów karabinowych, z czego zrobił się huk i szum w powietrzu: że zaś ciepło bardzo wielkie bydź musiało, przeto powierzchnia ich stopiła się i całkowicie lawą się oblała. Wszystko to już stało się w niewielkiey odległości od ziemi: gdyż obecni, przerażeni byli wystrzałami i świstem (podług ich wyrażenia) jakby muzykalnym nad ich głowami: poczém natychmiast kamienie spadać zaczęły. – Jan Wolski Radca Dworu, Nauczyciel Fizyki Gymnazyum Białostockiego.
Naukowcy po latach ustalili, że meteoryt pochodził z planetoidy Westa. Jedyny polski okaz znajduje się w Muzeum Ziemi w Warszawie i waży zaledwie 4 gramy. Większe fragmenty natomiast znajdują się w zbiorach muzeum w Berlinie i Wiedniu. Czy fragmenty powinny być właśnie tam pozostawiamy bez komentarza.
fot główne: Fragment meteorytu Białystok ze zbiorów Muzeum Historii Naturalnej w Wiedniu (fot. Christian Anger, AustroMet).
Gdy lotnisko na Krywlanach było jeszcze w planach, to zauważalna była duża aktywność prezydenta Truskolaskiego by ją doprowadzić do końca. O dziwo udało mu się nawet to zrobić, gdy jeszcze w białostockiej radzie rządził PiS, który posiadając większość utrudniał prezydentowi rządzenie miastem jak tylko mógł. Radni byli bardzo krytycznie nastawieni do inwestycji na Krywlanach i tak naprawdę mogli ją zablokować, szczególnie że forsowali budowę dużego lotniska dalej od miasta. Po wyborach samorządowych w radzie pojawiła się sprzyjająca prezydentowi Platforma czy też teraz już z nową nazwą – Koalicja Obywatelska. W województwie natomiast rządzi PiS. Pod względem inwestycji w lotnisko wszystko ułożyło się wręcz „idealnie”. W Białymstoku prezydent z przychylną radą może nie tylko uruchamiać lotnisko na Krywlanach, ale też je rozbudowywać. PiS natomiast w województwie może budować upragnione lotnisko regionalne. Tymczasem zarówno jedni i drudzy dostali „pełnię władzy” w tym temacie i nagle zaprzestali jakiejkolwiek działalności.
Na białostockich Krywlanach oficjalnie proces certyfikacji trwa. Nieoficjalnie – trzeba podjąć kontrowersyjną decyzję, by wyciąć duży kawał lasu. Nie wiemy dlaczego prezydent nagle przystopował z uruchomieniem lotniska w Białymstoku. Być może czeka aż będzie po wyborach parlamentarnych by nie szkodzić startującemu synowi ogłoszeniem jak duży kawał lasu trzeba wyciąć. Jednak jeżeli na Krywlanach ma coś większego wylądować i wystartować w 2020 roku to Tadeusz Truskolaski musi dokończyć inwestycję (czyli zlecić wycinkę) od 15 października do 28 lutego. 1 marca bowiem rozpoczyna się okres lęgowy ptaków. Wtedy drzew nie będzie można wycinać.
Problem w tym, że zimy na Podlasiu potrafią być długie. Choć klimat się zmienia, to śnieg może leżeć aż do maja. Wtedy trudno sobie wyobrazić, by ktoś ciął zmarznięte, bardzo twarde drzewa. Dlatego też Tadeusz Truskolaski musi zlecić wycinkę jeszcze w tym roku zanim spadnie pierwszy śnieg. Czasu jednak coraz mniej. Być może do 1 marca nawet nie zapadnie ostateczna decyzja administracyjna. Zwykle przy tego typu inwestycjach są protesty, które mogą wydłużyć czas. Wtedy w 2020 lotnisko jeszcze działać nie będzie.
Nic też o lotnisku regionalnym nie wspominają działacze PiS, którzy rządzą w województwie. Czyżby już nie chcieli tej inwestycji? Mieszkańcy województwa podlaskiego muszą się zadowolić lotniskami daleko od Białegostoku.
15 grudnia 1862 to chyba najważniejszy dzień w życiu pewnej wsi położonej pośród bagien. Wtedy oddana do użytku została linia kolei warszawsko-petersburskiej. Pociąg jeżdżący na tej trasie zatrzymywał się także we wsi Łapy. Później już w miasteczku, które w swojej historii dawało pracę setkom osób. 1 maja 2004 roku Polska weszła do Unii Europejskiej. Nikt się nie spodziewał tam jeszcze, że to okaże się jak wydanie wyroku na miasto.
Unia Europejska kojarzy się Polakom dobrze. Infrastruktura, rolnictwo i wiele wiele innych dziedzin życia zmieniło się na lepsze dzięki dotacjom unijnym. 15 lat po upadku komuny to niezbyt dużo, by zapomnieć puste półki w sklepach, walki z milicją na ulicach czy stan wojenny. Dlatego też do Unii Europejskiej wchodziliśmy z wielkim entuzjazmem. Także w Łapach. 63 proc. mieszkańców zagłosowało za akcesem do wspólnoty. W skali kraju wyniki „za” wynosił jeszcze więcej, bo 77 proc. Być może wielu wydawało się, że Unia rozdaje dotacje bezinteresownie, by w naszym kraju żyło się lepiej, tak jak u nich. Niestety była to transakcja wiązana. Okazało się, że dostaniemy gotówkę jeżeli zamkniemy firmy, które są bardzo konkurencyjne dla tych, które działają w krajach zachodnich unii. I tak padło na łapską cukrownię.
Totalny upadek
Cukrownia w Łapach była jedną z największych firm w regionie. Jej zarząd nie szczędził pieniędzy na inwestycje, rozwój i unowocześnienia. Rocznie produkowano w niej kilkadziesiąt tysięcy ton cukru. Korzystali na tym mieszkańcy, którzy byli zatrudnieni w firmie, korzystali rolnicy, którzy dostarczali buraki do cukrowni, a także korzystał łapski samorząd gdyż otrzymywał podatki z wypracowanych zysków. Eldorado trwało łącznie 34 lata.
W 2007 roku ówczesny burmistrz Łap dostał pismo z Krajowej Spółki Cukrowej, której łapska cukrownia podlegała. Spółka poinformowała w piśmie, że w Łapach cukru już produkować nie będzie. Powód? Unia Europejska podjęła decyzję o zmniejszeniu produkcji cukry w krajach unijnych. 267 osób poszło na bruk, zaś 2500 rolników musiało zacząć od zera z innymi uprawami. Dodatkowo zajęcia musiało szukać też 200 pracowników sezonowych. Protesty mieszkańców trwały, ale niestety nic to nie dało. W połowie 2008 roku łapska cukrownia stała się historią.
W 2008 roku zaczęły się także problemy drugiego największego pracodawcy w Łapach. Zakłady Naprawcze Taboru Kolejowego zatrudniały 750 osób. Głównym klientem firmy było PKP Cargo, które od roku nie ogłaszało przetargów na naprawy wagonów. Spółka zwolniła 270 osób i ogłosiła upadłość z powodu fatalnej sytuacji finansowej. Pracownicy przestali otrzymywać pensje.
Kolejne 10 lat w mieście to kompletna zapaść i postępujące wyludnienie. W ostatnim czasie zbudowano nowoczesną drogę z Białegostoku do miasteczka. W mieście działa też specjalna strefa ekonomiczna. Warto jednak dodać, że jej model działania nie jest dla miasta tak naprawdę atrakcyjny. Bowiem Łapy za swoje pieniądze (czyt. pożyczone) przygotowało tereny inwestorom – czyli uzbroiło je. Wartość inwestycji to 18 mln zł. Dotacje unijne wyniosło ponad 12 mln. Resztę dołożyli od siebie łapscy podatnicy.
Dzięki strefie pojawili się oczywiście inwestorzy. Bowiem mogli skorzystać ze zwolnienia podatku od 10 do 15 lat. Cały szkopuł w tym, że podatek ten zasila budżet miasta. Zatem Łapy wyłożyły prawie 6 mln zł, które być może nigdy im się nie zwrócą. Tyle, że ludzie będą mieli pracę. Czy firmy dotrwają do czasu, gdy będzie trzeba płacić podatek? Czas pokaże.
Połączenie z sąsiadami
Czy jest nadzieja dla Łap? Jedno jest pewne – inwestorzy to tylko rozwiązanie problemu bezrobocia (16 proc.). Głównym problemem miasteczka jest oczywiście – brak kasy. Dochody całej gminy (czyli Łap i okolicznych wsi to prawie 93 mln zł zaś wydatki to prawie 96 mln zł. Brakujące 3 miliony będą z zaciągniętego kredytu, który będzie spłacany do końca 2031 roku. Dodatkowo w ciągu najbliższych 10 lat spłaty dotychczasowych pożyczek będą następować przy pomocy… nowych kredytów. Także Łapy wpadają w klasyczną pętlę zadłużenia. Nie jest to zbyt optymistyczna wizja.
Ponoć w kupie siła. Gdyby tak graniczące ze sobą gminy: Łapy, Choroszcz, Turośń Kościelna, Juchnowiec Kościelny połączyły się finansowo to razem miałyby około 280 mln zł. Oprócz tego pojawiłyby się duże oszczędności w administracji, bo zamiast czterech byłby jeden wójt, zamiast czterech urzędów byłby jeden. Odległości miedzy głównymi miastami nie są zbyt duże by załatwianie spraw było szczególnie uciążliwe. Dodatkowo jedna gmina mogłaby mieć silną komunikację miejską.
To wszystko jednak brzmi jak science fiction. Nikt, za żadne skarby nie odda władzy. Interes gminy nie jest przecież aż tak istotny. Zadłużenie i zaciąganie kolejnych pożyczek na spłatę poprzednich pożyczek mieszkańcy jakoś przełkną. Dlatego ani dla Łap, ani dla Turośni, ani dla Juchnowca, ani dla Choroszczy nie ma nadziei na większy rozwój. Być może kiedyś będą po prostu częścią Białegostoku, tak jak w pewnym momencie stały się nią wieś Starosielce czy Antoniuk. Gdyby się jednak gminy połączyły – szanse na bycie częścią Białegostoku drastycznie by zmalały.
fot główne: Łapy-Osse, Robert Wielgórski / Wikipedia
Takiego teledysku zrealizowanego w Białymstoku się nie spodziewaliśmy. Podlaskie Babeczki pokazały w klipie to, co mieszkańcy w mieście lubią najbardziej: Rynek Kościuszki, Pałac Branickich, Dojlidy, łąki kwietne i wiele innych ciekawych miejsc. To wszystko w rytm pozytywnej piosenki „Ach kobietą jestem”. Musimy przyznać, że w internecie jest wiele memów, w których bohaterem jest „typowa Grażyna, żona typowego Janusza”. Pierwsze skojarzenie u nas było właśnie takie – że klip będzie jednym wielkim memem. Nic z tego! Babeczki Podlaskie zrobiły taki kawałek, z którego białostoczanie mogą być dumni!
Świetna melodia, niebanalny tekst. To wszystko autorstwa Agaty Moniuszko, jednej z babeczek. Pozostałe to Maria Wiśniewolska i Elżbieta Godlewska. Razem panie tworzą zespół muzyczno-kabaretowy. Ich popisy można zobaczyć poniżej:
No cóż, Podlaskie Babeczki twórzcie dalej, czekamy!
Ostatnio jak co roku obchodziliśmy Europejski Tydzień Zrównoważonego Transportu. W Białymstoku tradycyjnie obchodzony był nie jako tydzień lecz jako „dzień” bez samochodu. W ramach zachęty, by nie jeździć tego dnia własnym środkiem lokomocji można było przejechać się za darmo autobusem. Nie można powiedzieć niestety, by władze Białegostoku „zrównoważony transport” traktowały zbyt poważnie. U nas chyba nikt nawet nie rozumie co to w ogóle jest.
Dunkierka
Zacznijmy więc od pokazania w praktyce czym jest zrównoważony transport. Dunkierka to takie francuskie miasto, które można było ostatnio oglądać w filmie o takim samym tytule. Nam raczej z niczym innym się nie kojarzy. Tymczasem pod pewnym względem jest podobne do Białegostoku. Nie ma tam tramwajów, nie ma kolei miejskich, więc mieszkańcy Dunkierki tak jak i my mogą korzystać wyłącznie z autobusów i samochodów. W 2014 roku wybory w Dunkierce wygrał mer Patrice Vergriete. W swoim programie wyborczym obiecał darmową komunikację miejską. Po wyborach przygotowywano się do wprowadzenia takiego rozwiązania aż 4 lata. Od roku darmowa komunikacja miejska tam już funkcjonuje. Efekt? Autobusy w godzinach szczytu są pełne, mieszkańcy sprzedają samochody. Czy zniesienie płatności za bilety wystarczyło?
Oczywiście, że nie. Zacznijmy od najważniejszego. Darmowa komunikacja miejska nie oznacza, że ona jest za darmo. Mieszkańcy płacą za nią w podatkach a nie w biletach. Tak samo jak na darmową służbę zdrowia płaci się składki, a na darmowe szkoły zrzucają się z naszych podatków rząd i samorząd. Zatem „darmowe” znaczy tyle, że nie trzeba za to płacić dwa razy. Jak wspomnieliśmy, zniesienie płatności za bilety zajęło francuskim urzędnikom aż 4 lata. Dlaczego to było takie skomplikowane? Otóż komunikację w Dunkierce zaplanowano zupełnie od zera, by maksymalnie wykorzystać jej możliwości. Zrezygnowano nie tylko z biletów, które kosztował 1,4 euro czyli około 6 zł. Kupiono także nowe autobusy. W mieście istnieje 17 linii, z czego 5 kursuje przez cały dzień co 10 minut. Jest także komunikacja podmiejska.
Po wprowadzeniu zmian przeprowadzono badania, z których wyniki były zaskakujące. Frekwencja w autobusach wzrosła o 65 proc. w dni powszednie zaś w weekendy o 125 proc. Z badań też wynika, że połowa pasażerów to nowe osoby. Ponadto 10 proc. kierowców postanowiło sprzedać samochód lub go nie kupować.
Czy w Białymstoku takie coś jest możliwe?
Niestety nie. Nie dlatego, że nas nie stać. Dlatego, że Tadeusz Truskolaski kompletnie nie interesuje się komunikacją miejską. Ta od wielu lat funkcjonuje dokładnie tak samo. Tak samo źle. A urzędujący prezydent kompletnie nic z tym nie robi. W Białymstoku co prawda bierze się dotacje związane z transportem w mieście, przy okazji kupując nowe autobusy, ale efekt końcowy jest taki, że wygląda to tak jakby brali żeby brać. Bez większego sensu. Na przykład w ramach dotacji buduje się lub remontuje jakąś drogę i organizuje na niej buspas. Bez niego nie można byłoby w ogóle wziąć tej dotacji. W efekcie są buspasy na ul. Sopoćki czy Branickiego, gdzie autobusów jest jak na lekarstwo. Pas przez większość dnia stoi pusty.
W Białymstoku jest 29 linii, do tego 10 podmiejskich, 3 działające wyłącznie za miastem. Mamy także linie nocne, które jako jedyne po latach zostały zmienione i działają obecnie tak jak należy. Trasy autobusów dziennych natomiast to jakaś pomyłka. Autobusy krążą przez wszystkie osiedla wydłużając czas podróży. Na przykład „siedemnastka” jedzie z osiedla TBS na osiedle Dojlidy aż godzinę! Samochodem jedzie się 16 minut. Jeszcze bardziej kuriozalna jest trasa „dwójki”. Samochodem można pojechać z Transportowej na Dojlidy Górne w 13 minut. Autobus jedzie godzinę. Można wymienić też inne linie, które działają identycznie. Zatem autobusy nie są żadną konkurencją dla samochodów.
Chore ceny
Kolejna rzecz, która pokazuje ewidentnie że ludzie by korzystali z autobusów gdyby były częste i darmowe są BiKeRy. Białostoczanie chętnie korzystają z rowerów, które są darmowe przez pierwsze 20 minut. Jaki jest średni czas wypożyczenia? 18 minut. Wmawianie komuś, że mieszkańcy kochają rowery jest bzdurą. Korzystają z nich, bo są za darmo w przeciwieństwie do autobusów, których nie oszukujmy się – ceny biletów są po prostu chore. Gdyby było inaczej – średnia czasu wypożyczenia byłaby dłuższa, a wypożyczeń zwyczajnie mniej, bo ludzie nie nabijaliby ich liczby przesiadkami by zyskać darmowy przejazd.
Dlatego też w Białymstoku również zniesienie samych płatności za bilety nic by nie zmieniło. Potrzebujemy nowoczesnej, dobrze zorganizowanej, konkurującej z samochodami komunikacji miejskiej. Ponadto potrzebujemy też uruchomienia kolei miejskich. Niewykorzystywanie torów, które biegną przez miasto to zwyczajna głupota.
Koronnym argumentem wielbicieli dotychczasowego rozwiązania tj. preferowania samochodów jest stwierdzenie „Przecież w Białymstoku nie ma korków”. To fakt, w porównaniu z innymi miastami nie traci się u nas czasu. Proponuję jednak wszystkim wielbicielom tego rozwiązania w godzinach szczytu zrobić mały spacer. Przejdźcie ul. Lipową oraz Al. Piłsudskiego. Najlepiej w chłodny poranek, by spaliny nie tylko było czuć, ale też doskonale widać. Ponadto liczba samochodów na ulicach wzrasta. To tylko kwestia czasu, gdy miasto będzie zakorkowane jak inne. Wtedy znakomity ekonomista ze Słonimskiej może ogłosi, że skoro mieszkańcy są tacy bogaci, że każdy ma samochód, a autobusy są takie puste, to je zlikwidujmy. A co! Ile oszczędności.
Przyroda i rolnictwo są takimi samymi przeciwieństwami co ogień i woda. Wilki w czasach PRL i ZSRR – czyli w wtedy, gdy w ZSRR i jej satelickiej Polsce intensywnie rozwijało się rolnictwo – bardzo przeszkadzały władzy. Postanowiono je wytępić. Prawie im się to udało. W czasie transformacji ustrojowej w Polsce żyło tylko 200 wilków. W całym ZSRR unicestwiono 1,5 miliona wilków! Ich los był w zasadzie przesądzony. Były skazane na śmierć profilaktycznie, a nie za wyrządzanie szkód. Na szczęście udało się przywrócić przyrodzie jej największego sprzymierzeńca. Wilk bowiem odpowiada za czyszczenie lasu z chorej i starej zwierzyny. Zanim jednak takową upoluje musi się tego nauczyć… Młode wilki uczone są przez rodziców na bydle pasącym się na polach. I tu jest problem.
Rolnik traci zwierzę, traci pieniądze, a odszkodowanie nie zawsze dostaje. Bowiem te nie przysługuje, jeżeli szkoda wyrządzona przez wilki powstała od zachodu do wschodu słońca, a zwierzęta pozostawały bez bezpośredniej opieki. Ponadto zagryzione bydło i wniosek o odszkodowanie rozpatruje Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska. Odszkodowanie obejmuje cenę rynkową za padłe zwierzęta, koszt utylizacji padliny, koszt wizyty lekarza weterynarii oraz ewentualne koszty leczenia, gdy zwierzę padnie w trakcie leczenia. Warto jednak dodać, że nim taka decyzja zapadnie – najczęściej przeprowadzane jest postępowanie administracyjne, podczas którego urzędnik musi znaleźć dowody na to, że zwierzę rzeczywiście zostało zagryzione przez wilka, a nie na przykład dzikiego psa. Nim to wszystko się ustali mija sporo czasu. A pieniędzy do tego czasu nie widać. Dlatego dla rolników istnienie wilka jest problemem. Dla przyrody natomiast brak wilka jest problemem. Dlatego też jest to spór nierozwiązywalny.
W ostatnim czasie na terenie wsi pod Białymstokiem i Bielskiem Podlaskim uaktywniły się wilki. Znów nastał czas, że młode są uczone przez rodziców polowania. Dlatego też spór o wilki rozgorzał na nowo. W ostatnim czasie nawet doszło do nielegalnego zabicia dwóch wilków przez myśliwych. Dzieci już od dziecka są uczone, że wilk jest zły na przykład w bajce o „Czerwonym kapturku”. Potem ten mit jest utrwalany. Mamy przecież wilkołaki oraz biblijne posyłanie „jak owce między wilki”. Na szczęście na Podlasiu wśród mieszkańców przyleśnych wiosek, którzy z wilkami obcują na co dzień nie jest tak źle. Nikt tu nie nakręca histerii, nie straszy wilkami dzieci. Ot zwykłe dzikie leśne zwierzęta. Gorzej z rolnikami. Istnienie tych zwierząt jest dla nich uciążliwe. Co roku przy okazji wilczych łowów domagają się zrobienia z wilkami „porządku”. Najchętniej sami by wzięli los we własne ręce.
Nie można powiedzieć, że żadnego problemu nie ma. Jednak tak jak stwierdziliśmy w tytule – to nie wilki są problemem. Co prawda straty jakie powodują zwierzęta nie są ogromne, lecz odszkodowania powinny być wypłacane rolnikom bardzo szybko. Warto dodać, że obecnie to rolnik musi zadbać o utylizację zagryzionego zwierzęcia. Skoro wilki są pod ochroną państwa, to właśnie państwo powinno to robić, a nie wypłacać za te czynności w odszkodowaniu. Działalność rolnika powinna ograniczać się tylko do wykonania telefonu. Urzędnicy powinni przysłać odpowiednich ludzi do wykonania dokumentacji, utylizacji i natychmiastowej wypłaty odszkodowania.
Populacja wilka w Polsce w ciągu 30 ostatnich lat czyli od transformacji ustrojowej wzrosła pięciokrotnie. W Rosji czyli spadkobiercę ZSRR do dziś walczy się z wilkami. Co roku ginie tam 10 000 osobników. W naszej sąsiedniej Białorusi wilk także nie jest mile widziany. Oficjalnie jest w tym kraju 1200 wilków. W rzeczywistości jest dużo mniej. Warto dodać, że nie brakuje wycieczek polskich myśliwych na Białoruś, gdzie mogą legalnie odstrzelić zwierzę. Warto dodać jeszcze, że myśliwi również nie lubią wilków, bo te sprawiają że ci mogą czuć się zbędni. Bo przecież wilki polują dokładnie na tą samą zwierzynę co myśliwi. Dlatego też nie brakuje z tego środowiska głosów, by wrócić do tępienia wilka.
Turystyczny pociąg do Walił w sercu Puszczy Knyszyńskiej odjedzie w najbliższy weekend po raz ostatni. Warto wykorzystać ten fakt choćby ze względu na to, że jesień w Puszczy Knyszyńskiej jest przepiękna. Ponadto jeżeli ktoś lubi i zna się na grzybach, to ten kompleks leśny na potężne zasoby pod tym względem. Dlatego bilet w dłoń, koszyk w drugą, nożyk w kieszeń i odjazd!
Pociąg do Walił jeździ już czwarty sezon. Można tylko żałować, że połączenia nie ma na co dzień i że pociąg nie dojeżdża do samej granicy państwa. Na pewno by to ułatwiło życie mieszkańcom okolicznych wsi, których po drodze nie jest mało. Skorzystaliby z tego również mieszkańcy Gródka, który położony jest obok stacji Waliły. Patrząc w ogóle na tą część powiatu białostockiego, to można powiedzieć że jest ona poszkodowana pod wieloma względami. Wszystko przez to, że obszar powiatu białostockiego jest rozległy. Zatem władze muszą dbać o miejscowości zarówno na wschodzie – Gródek, Michałowo, Supraśl jak i na zachodzie Tykocin, Choroszcz, Łapy Suraż. Na szczęście z tej puli wyłączony jest Białystok, który stanowi odrębny powiat. Inaczej prawdopodobnie – wymienione miasteczka byłyby w tragicznej sytuacji. Ale w dobrej też nie są co pokazuje właśnie skomunikowanie.
Gródek – mógłby mieć stałe połączenie kolejowe, Mieszkańcy Supraśla mają ogromne kłopoty z dojazdem do Białegostoku. Mimo, że miasta dzieli tylko 10 km. Michałowo jakiś czas temu zyskało nową drogę do Białegostoku. Tykocin i Choroszcz również leżą położone w pobliżu ekspresówki, więc też dojazd do tych gmin nie jest najgorszy. Suraż to osobny przypadek – jedno z najmniejszych miast w Polsce, które mimo wspaniałej historii straciło od momentu, gdy kolej przebiegła przez sąsiednie Łapy. To miasteczko natomiast mimo dobrej komunikacji kolejowej ma potężne problemy gospodarcze jakie zafundowało im likwidacja cukrowni oraz Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego. Warto jeszcze wspomnieć o innych miastach powiatu białostockiego.
Chodzi o Białostocki Obszar Funkcjonalny, do którego oprócz wymienianych Choroszczy, Łap i Supraśla należą również Czarna Białostocka, Dobrzyniewo Duże, Juchnowiec Kościelny, Turośń Kościelna, Wasilków i Zabłudów oraz oczywiście sam Białystok. Stowarzyszenie tych gmin ma pewne cele, jednak są one dosyć ogólne. Co oczywiście nie jest żadną wadą, gdyż daje bardzo elastyczną możliwość działania. Takie działania jednak nie są zauważalne, a podstawowe działanie, jakie powinny gminy realizować to silna komunikacja miejska.
Niestety tu są 2 zasadnicze problemy. Pierwszy to fatalna białostocka komunikacja miejska, która ma tyle wad, że można by było napisać o tym książkę. Dlatego ludzie wolą korzystać z samochodów, a nawet rowerów! Byleby tylko nie jeździć autobusem. Władze miasta nawet się tym chwalą. W skład Białostockiem Komunikacji Miejskiej wchodzą także BiKeRy – które w ostatnim czasie miały trzy milionowe wypożyczenie. Dla władzy jest to oczywiście sukces, tylko ta władza nie chce sobie zadać pytanie – skąd ta popularność roweru? Może właśnie stąd, że Białystok jest mały i jeżeli ktoś może za darmo przejechać 20 minut to nie wybierze autobusu. Gdyby Tadeusz Truskolaski wprowadził pierwsze 20 minut autobusem za darmo, to BiKeRy musiałby likwidować, bo nikt z nich by nie korzystał.
Drugi zasadniczy problem jest taki, że Tadeusz Truskolaski nie rozumie interesu miasta w tym, by Białystok był skomunikowany komunikacją miejską z całym obszarem funkcjonalnym. Po pierwsze mieszkańcy podbiałostockich gmin zasilaliby budżet miasta kupując bilety, a po drugie wydawaliby więcej pieniędzy w Białymstoku, bo ich centrum życiowe znajdowałoby się właśnie tutaj. W swojej gminie zaś tylko by odpoczywali po pracy i po szkole. Po drugie gdybyśmy mieli Szybką Kolej Miejską to więcej białostoczan by korzystało z tej formy, bo większe obszary miasta przemierzaliby koleją zamiast zapychać ulice samochodami. To jak źle skomunikowany jest Białystok i jego obszar widać dopiero wtedy, gdy się wyjedzie. Warszawę można pod tym kątem podać za wzór do naśladowania. Natomiast pod względem kolejowym skomunikowanie Dolnego Śląska.
I teraz wróćmy do początku. My jesteśmy na etapie, że niektóre połączenia kolejowe są tylko w weekendy w sezonie letnim. Na Dolnym Śląsku natomiast wszystkie trasy kolejowe są czynne cały rok z dużą częstotliwością. Białostocka komunikacja miejska natomiast jest droga i fatalnie zorganizowana. Warszawska natomiast jest tania i mimo wielkiego obszaru można tam się szybko poruszać (nawet jeżeli nie będziemy korzystać z metra). A od tego się zaczyna. Białystok to 10 miasto pod względem liczby mieszkańców, a władze cały czas działają tak jakbyśmy byli gdzieś daleko od świata.
Białystok to nie tylko barwna, ale też tragiczna historia, to nie tylko Pałac Branickich, katedra czy Rynek. Jak każde większe miasto to dynamiczna tkanka, której otoczenie się zmienia. Oczywiście ma to swoje minusy – to, co w naszym dzieciństwie i młodości zajmowało krajobraz nieodwracalnie znikło. Zamiast drewnianych domów pojawiać się zaczęły najpierw pstrokate bloki, a teraz „apartamenty”. Zniknęło też wiele drzew, które zastąpione zostało przez chorobę wielkich miast – betonozę. Jest jednak coś, co w tym całym nowym świecie jaki nas otacza może wzbudzać zachwyt. Mowa tu o niektórych nowoczesnych budynkach, jakie w ostatnich latach pojawiły się w Białymstoku.
Jakieś 2 dekady temu przy ul. Legionowej pojawił się pierwszy w Białymstoku szklany biurowiec. Wyróżniał się bardzo w swoim otoczeniu, które dookoła miało spuściznę PRL i pozostałości po Chanajkach. Był to pierwszy taki budynek w mieście. Dziś aż takiego zachwytu już nie wzbudza. Za to są takie budynki, które w ostatnich latach zostały wybudowane i zrobiły furorę. Spacerując po Białymstoku warto przyjrzeć się im z bliska.
Opera i Filharmonia przy Odeskiej
To budynek, który wzbudził nieco kontrowersji. Jest przepiękny, ale ta wielka bryła będąca dachem nazywana była przez wielu „niepotrzebnym klocem”. Dziś, gdy zarasta zielenią wygląda dużo ładniej niż wtedy, gdy opera zaczynała działalność. Sam budynek posiada łąki kwietne, po których można spacerować, posiada na dachu mini park z rzeźbą. Jest także przepiękny w środku. Wszystko tam błyszczy i zachwyca. Zarówno foyer, widownia jak i to co się znajduje za kurtyną.
Kampus przy Ciołkowskiego
To niesamowite połączenie czterech budynków z placem, na środku którego znajduje się kula to kolejny obiekt, który warto zwiedzić. Już samo jego otoczenie – Las Zwierzyniecki oraz alejki spacerowe za budynkiem – jest bardzo przyjemne. W środku warto zwrócić uwagę na znajdujące się tam ozdoby. Nie można sobie też odmówić przejścia z budynku do budynku szklanym korytarzem.
Stadion Miejski przy ul. Słonecznej
To co prawda nie jest obiekt tak wielki jak Stadion Narodowy, ale na skalę i możliwości Białegostoku absolutnie wystarczający. Stadion to nie tylko miejsce, gdzie rozgrywa swoje mecze Jagiellonia, ale też miejsce wielu innych imprez i koncertów. Obiekt bowiem to nie tylko trybuna i boisko lecz cały kompleks pomieszczeń. To wszystko warto właśnie zwiedzić. Okazji do tego jest wiele. Można też bez okazji.
Centrum Nowoczesnego Kształcenia PB przy Zwierzynieckiej
Ten budynek tak wtopił się w otoczenie, że nie rzuca się w oczy. Jednak z bliska widać z jakim wspaniałym architektonicznym dziełem mamy do czynienia. Dostrzegli to niektórzy twórcy disco polo, a także pary młode – wybierając otoczenie budynku na plener zdjęciowy. Budynek ma z jednej strony schody, na których można posiedzieć, a z drugiej również ciekawy architektonicznie plac. Warto też zajrzeć do środka.
Archiwum Państwowe przy Mickiewicza
To nowy budynek, który bardzo mocno wyróżnia się swoją bryłą oraz przede wszystkim kolorem. Ciemne, rdzawe barwy, które tworzą klimat historii i samego miejsca jakim jest archiwum, gdzie znajduje się mnóstwo pożółkłych już papierów to tylko jeden z elementów jaki zachwyci na miejscu. Całość to kompleks trzech budynków. Warto do nich zajrzeć i zobaczyć co mają do zaoferowania.
Chociaż minęło lato, to w Podlaskiem nie ma nudy. Wciąż można liczyć na wspaniałe atrakcje. Jedną z nich jest rykowisko. Czyli spędzenie nocy w lesie, by posłuchać godów jeleni. Można to zrobić na dwa sposoby – z leśnikami i samodzielnie. Wbrew pozorom noc w lesie nie jest taka straszna. Oczywiście lepiej wybrać się z kimś niż samemu. Wtedy nie będziemy bali się każdego szmeru. A tych nie zabraknie, bowiem gdy jest ciemno nasz zmysł słuchu wyostrzy się. Oczywiście to dobra okazja, by to wykorzystać do słuchania godów jeleni lub przy odrobinie szczęścia i umiejętności również obserwowania.
Czym właściwie jest rykowisko? Dorodne samce jak na facetów przystało spotykają się i zaczynają popisy przed innymi, próbując udowodnić sobie nawzajem kto jest mocniejszy. Robią to rycząc, co stanowi o ich wielkości czy sile. Gdy „samców-alfa” jest zbyt wiele w jednym stadzie, to dochodzi do bójek. Generalnie sceny przypominające zachowanie ludzi. Leśnicy i przyrodnicy wykorzystują czas rykowiska do obserwacji tych godów, a także do ich słuchania. Robią to także często turyści. Warto jednak pamiętać, że u jeleni hormony buzują i przez to mogą zaatakować również człowieka – dlatego nie należy absolutnie podchodzić do zwierzęcia zbyt blisko.
/napotkac-jelenia-lesie/
Jeżeli nie chcemy siedzieć w lesie samotnie lub nawet z kimś, to warto skorzystać z ofert nadleśnictw i parków narodowych, któe cyklicznie organizują wypady na rykowiska połączone z ogniskiem. Świetne przeżycie, dlatego polecamy!
Każdy wie i udaje że nie ma problemu. A problem jest. Oto mamy wspaniały mural – Dziewczynkę z konewką, który wzbudza zachwyt na całym świecie (skopiowano go w Chinach czy Chorwacji). Niestety jest on namalowany na starej elewacji budynku, który powinien być wyremontowany. To kwestia czasu, gdy Dziewczynka z z konewką zniknie przez starość elewacji. Właścicielem budynku jest Uniwersytet w Białymstoku, który chciałby go sprzedać. Jeden potencjalny kupujący już był, ale wszystko rozeszło się po kościach. Mieszkańcy mocno protestowali, gdy zobaczyli plany inwestora. A w nich odnowienie elewacji całego budynku, po których Dziewczynka z konewką byłaby już przeszłością. Ostatecznie wszystko zablokował Minister Kultury, a budynek jest w rejestrze zabytków. Od tamtej sprawy minęło parę lat, a budynek jak stał tak stoi. Bez remontu, bez użytku, bo Wydział Chemii UwB jest już na kampusie.
W latach 30 ubiegłego wieku, gdy jeszcze nie było Al. 1 Maja (czyli dzisiejszej Al. Piłsudskiego) to w budynku przy nieistniejącej już ul. Szlacheckiej znajdowało się prywatne, żydowskie gimnazjum Dawida Druskina. W międzywojniu uznawana byłą ta szkoła za jedną z lepszych szkół prywatnych w mieście. Szkołę tą ukończyła między innymi znana wówczas aktorka Nora Ney, która ma swoją uliczkę w pobliżu ul. Skłodowskiej. Szkoła przestała działać w 1939 roku. Wybuchła wojna, a uczniowie już do szkoły nie poszli.
Sprawa z niesprzedaną kamienicą to cichy problem dla Uniwersytetu, bo mają budynek, w atrakcyjnym miejscu, którego nie mogą się pozbyć. Potencjalnych inwestorów odstrasza właśnie Dziewczynka z konewką. A konkretnie boczna elewacja budynku, która się sypie, a której nie można wyremontować, bo mural. Jeżeli jej się przyjrzymy to zauważymy w jak bardzo kiepskim stanie malowidło jest. Powstało 6 lat temu. Uczelnia nie planuje remontu, bo po co miałaby to robić skoro budynek jest na sprzedaż. Tylko nie ma nikogo, kto by budynek odkupił. Nawet białostocki magistrat nie jest nim zainteresowany.
Problem polega na tym, że inwestorzy chcieli kupić budynek za 2 miliony złotych. To było jednak w 2016 roku. Niszczejący budynek wciąż traci na wartości. Zaś Dziewczynka z konewką będzie się sypać razem ze starą elewacją. Wielkie, piękne malowidło, które ma gigantyczny potencjał promocyjny i przebojem stało się jednym z symboli miasta dziś jest także wielkim problemem. Trudno w tej sytuacji czekać aż mural zaniknie. Nie wiadomo nawet czy autorka Natalia Rak chciałaby go znów odmalować. To przecież kosztuje, a nie wiadomo kto miałby za to zapłacić. Zanim jednak by to zrobiła – to elewacja musiałaby zostać odnowiona, bo odmalowywanie muralu na starej nie ma sensu. Żeby jednak elewacja była wyremontowana budynek musi zostać sprzedany. A nowy właściciel wcale nie musi być zainteresowany odnawianiem muralu. Szczególnie, że ten sam w sobie nie jest pod żadną ochroną. Zabytkiem jest budynek. Jedno jest pewne, nie można stać z założonymi rękami – trzeba działać.
PKP zaczyna się przymierzać do nowej inwestycji – Kolejowej Obwodnicy Białegostoku. Brzmi to bardzo ciekawie na pierwszy rzut oka, ale oglądając wstępne plany to misja samobójcza. Żeby je zrealizować spółka PKP Polskie Linie Kolejowe S.A. Centrum Realizacji Inwestycji Region Centralny będzie miała przeciwko sobie mieszkańców, którym chce pod domami budować tory, a także ekologów bo chce budować na terenach cennych przyrodniczo. Biorąc pod uwagę na to na jakim etapie jest planowana inwestycja można powiedzieć, że szanse na nią są marne.
Obecnie należy wykonać tak zwane „Studium Wykonalności” czyli przekładając na język ludzki – należy sporządzić taki dokument, w którym przeprowadzi się analizę czy obiektywnie jest sens robić ten projekt czy nie. Powody „za” są atrakcyjne. Mało kto wie, ale na naszych białostockich torach ruch jest całkiem spory – kursują pociągi osobowe, pośpieszne, towarowe. Korków nie ma, ale gdy będzie w pełni funkcjonować Rail Baltica oraz „Szprycha” na Centralny Port Komunikacyjny, to z pewnością połączeń kolejowych będzie jeszcze więcej niż teraz.
Dlatego ktoś wpadł na pomysł zbudowania „Kolejowej Obwodnicy Białegostoku” czyli nowej dwutorowej, zelektryfikowanej linii kolejowej, umożliwiającej połączenie linii Białystok – Warszawa i Białystok – Ełk w rejonie Stacji Białystok. Raczej nie po to by pociągi pasażerskie omijały Białystok, ale raczej te towarowe. Dodatkowo taka linia ma umożliwiać przejazd pociągów pasażerskich przez Stacje Białystok, bez konieczności zmiany czoła. Chodzi o to, że jeżeli pociąg starego typu ma podłączoną lokomotywę tylko z jednej strony (w nowych czoło jest z dwóch stron), to nie będzie trzeba odpinać tej lokomotywy, wyjeżdżać ze stacji, przestawiać torów i robić „oblotu” tak by pociąg mógł ustawić się z drugiej strony wagonów. Po prostu pociąg pojedzie dalej prosto, a następnie nową trasą zawróci w drugą stronę.
Wszystko brzmi pięknie, ale na pierwszy rzut oka widać już tu kilka minusów, które będą musiały być uwzględnione w takim Studium Wykonalności. Przede wszystkim zacznijmy od trasy tej obwodnicy. Są 4 warianty. Pierwsze 3 zakładają, że nowe tory będą skręcać na os. Białostoczek. Rzecz jasna częściowo ulegną likwidacji ogródki działkowe. Przypomnijmy ile czasu Tadeusz Truskolaski budował 900-metrowe połączenie Białostoczka i Dziesięcin, który również postanowił przebijać się przez działki. Protestów i problemów nie było końca. Zanim więc ruszyła inwestycja minęło bardzo wiele lat. Tym razem jest trochę łatwiej, bo działa tak zwana ustawa wywłaszczeniowa, ale w Polsce bardzo szybko zrozumiano jak ważna dla Unii Europejskiej jest ekologia. Dlatego też pierwszy wariant może mieć kłopoty bo już raz na działkach odnaleziono gatunek ptaka, którego nie można się pozbyć. Właśnie przy okazji realizacji 900-metrowej drogi.
Druga część pierwszych trzech wariantów to droga przeprowadzona przez Las Pietrasze. Co prawda nie jest on przyrodniczo wartościowy, bo został posadzony dość niedawno przez człowieka, ale wycinanie drzew w czasach mocnego kryzysu klimatycznego może nie być najlepszym pomysłem. Ponadto warto zobaczyć ile protestów jest przy okazji wycince Lasu Solnickiego pod lotnisko na Krywlanach.
W trzech pierwszych wariantach tory mają wychodzić z lasu w okolicy Kolonii Zawady oraz miejscowości Kolonia Osowicze. Co na to mieszkańcy? Wiadomo, że są zaskoczeni, że ktoś chce im budować tory pod domem. Mimo, że trasa nie będzie przebiegać bezpośrednio przez wsie tylko w oddaleniu, to każdy kto mieszka w pobliżu dworca wie jak głośne są pociągi. Tym bardziej słychać będzie je na wsiach. O ile w dzień nie będzie to problem, to nocą ciężkie składy towarowe dadzą popalić nieprzyzwyczajonym i tym, którzy uciekli z miasta od hałasu. Zapewne szykują się protesty.
Kolejnym problemem trzech pierwszych wariantów jest to, że trasa ma przebiegać przez dolinę rzeki Supraśl. Tą samą, którą na tym odcinku urzędnicy raz już zniszczyli dokonując niepotrzebnej melioracji. Mało kto wie, ale istnieje też unijna dyrektywa, która nakazuje przywracać naturalny stan rzek. Taki dokument może stanowić kolejny powód, by naprawić tereny cenne przyrodniczo, a nie budować na nich tory. Ponadto nie będzie można ich zbudować tak po prostu, bo każdej wiosny byłyby pod wodą. Dlatego w ramach inwestycji byłby wybudowany most kolejowy.
Jest jeszcze czwarty wariant. Również wiąże się z wycinką w lesie. Tory będą przebiegać pomiędzy miejscowościami Sielachowskie oraz Osowicze. Następnie mostem kolejowym nad rzeką Supraśl. Dalej, we wszystkich wariantach w okolicach Nowego Aleksandrowa przebiegać ma trasa aż do Dobrzyniewa Kościelnego, a dalej łącząc się z linią ełcką oraz warszawską.
Nie ma „najlepszego” wariantu. Pierwsze trzy zakładają dużą ingerencję – zabierając tereny działkowcom, wycinając drzewa, wywołują konflikt z mieszkańcami Kolonia Zawady i Kolonia Osowicze, ingeruje w tereny cenne przyrodniczo. W czwartym wariancie natomiast nic nie tracą działkowcy, ale linia przebiega pomiędzy większymi niż kolonie – Osowiczami i Sielachowskimi. Także ingeruje w tereny cenne przyrodniczo. Warto też dodać, że każdy z wariantów zakłada również zakłócenie spokoju mieszkańców Aleksandrowa oraz Dobrzyniewa Kościelnego.
Czy cenna dla Białegostoku inwestycja dojdzie do skutku? Trudno powiedzieć. Jeszcze bardzo wiele może się zmienić, ale jedno jest pewne protestom nie będzie końca.
Wielki plac na Siennym Rynku może sugerować, że znajdował się tam wcześniej bazar. Obecnie zagrodzony i pusty. Jaka była historia tego miejsca? Bardzo barwna. Zacznijmy od tego, że za czasów Branickiego dzisiejszy Sienny Rynek był poza miastem, dlatego też to miejsce było częścią większego obszaru, gdzie znajdowały się cmentarze. W tym konkretnym chowano ewangelików. Podczas ostatniego remontu ul. Młynowej, gdy wymieniano nawierzchnię – odkryto tam 400 grobów. Nekropolia funkcjonowała od końca XVIII wieku przez kolejne 100 lat.
XX wiek to czas bardzo krwawy dla Białegostoku i wielokrotna zmiana okupanta miasta. Międzyczasie na Siennym Rynku rozwijało się wielkie drewniane osiedle Chanajki. Rynek Sienny znajdował się pomiędzy ulicami Mazowiecką, Młynową, Suchą, Piękną, Surażską i Odeską. To właśnie tam białostoccy włodarze postanowili utworzyć nowy bazar i przenieść handlarzy spod gwarnego ratusza. Powstał też Rynek Rybny przy ul. Piwnej. Oba miejsca były połączone wyżej wspomnianą ul. Suchą.
Na Siennym Rynku można było kupić wszystko to wyprodukowali rolnicy. Po II Wojnie Światowej na Rynku Siennym pojawili się już wszyscy handlarze. Nie na długo, gdyż w PRL zaczęto odbudowywać zniszczone miasto co wiązało się także z jego rozwojem. Bazar z dotychczasowych obrzeży zaczął się przesuwać w kierunku ul. Bema, gdzie funkcjonował do 1992 roku. Międzyczasie zanikły ul. Sucha i Odeska. Surażska zmieniła się na Suraską.
Lata 90-te na Rynku Siennym to czas, gdy stał się on wielkim postojem dla taksówek bagażowych. Od rana do wieczora stali tam kierowcy gotowi na przewóz dużych gabarytów. W 1996 roku na dawnym cmentarzu postawiono wielką scenę i zorganizowano „Inwazję Mocy RMF FM”. Wielkie tłumy bawiły się na koncercie. Kolejne lata to kompletna zapaść tego miejsca. Po każdej ulewie tonęło ono w błocie. Kierowcy podskakiwali przejeżdżając przez „kocie łby”. Po dwóch stronach ul. Młynowej stały jednak drewniane domy, gdzie mieszkało wiele osób.
Od strony ul. Legionowej a wcześniej Mazowieckiej – wybudowano biały pasaż z żółtymi oknami i czerwonym dachem. Typowy fikuśny styl z lat 90-tych XX wieku. Obok powstały też inny budynek, który do dziś nie jest wykończony. W XXI wieku białostoczanie doczekali się wielkiego remontu Młynowej. Wymieniono tam nawierzchnię na kostkę, położono nowe proste chodniki. Zanikła także ul. Mazowiecka, zaś zastąpiła ją wielka Kaczorowskiego. Po Rynku Siennym został tylko pusty plac ograniczony do terenu dawnego cmentarza. Obecnie jest ogrodzony i przygotowywany pod skwer z miejscem pamięci.
Wizualizacja miejsca pamięci, gdy będzie ukończone.
Mołotow oświadczył, że wystąpienie zbrojne Związku Sowieckiego nastąpi zaraz, być może nawet jutro (…) Stalin przyjął mnie o drugiej w nocy w obecności Mołotowa i Woroszyłowa i oświadczył, że Armia Czerwona przekroczy dziś rano o godzinie szóstej granicę sowiecką na całej długości od Połocka do Kamieńca Podolskiego. Dla uniknięcia nieporozumień prosił usilnie, aby lotnictwo niemieckie od dzisiaj nie przekraczało na wschód linii Białystok-Brześć-Lwów. Samoloty sowieckie rozpoczną już dzisiaj bombardowanie terenów na wschód od Lwowa.
— Friedrich-Werner von der Schulenburg, Ściśle tajne, nr 371
O 3 nad ranem oddziały Armii Czerwonej przekraczały polską granicę kierując się na Wilno, Grodno, Nowogródek i Kobryń. Zaskoczeni polscy żołnierze pełniący warte na pograniczach (kiedyś ochroną granic zajmowało się wojsko) szybko ulegli wrogowi. Sprawy nie ułatwił naczelny wódz Polski, który zalecił by unikać konfrontacji z Sowietami. Po kilku dniach z jednej strony armia niemiecka stała na linii Knyszyn – Białystok – Narew – Hajnówka – Brześć Litewski. Zaś po drugiej stronie Białostocczyzny znajdowała się armia rosyjska, która wyparła polskich żołnierzy z Białegostoku w nocy z 21 na 22 września 1939r.
fot. IPN
fot. IPN
fot. IPN
fot. IPN
fot. IPN
fot. IPN
5 dni po ataku Rosji na Polskę w 1939 roku żołnierze radzieccy dotarli do Białegostoku. Wtedy też okupujący miasto Niemcy przekazali Rosjanom władanie grodem. Akt przekazania odbył się w dzisiejszym Pałacu Branickich. Wówczas budynek nie przypominał go, gdyż został ogołocony całkowicie z „polskości”. Tylko w pokoju, gdzie spotkały się delegacje obu agresorów na ścianie uchował się polski orzeł.
Orkiestra grała „Deutschland, Deutschland uber Alles”. Obie kompanie sprezentowały broń i flaga ze swastyką zaczęła się opuszczać. Do masztu podszedł oficer sowiecki i założył inną, czerwoną flagę, z sierpem i młotem. Na balkonie Pałacu zawisł wielki portret Stalina. Po oficjalnym przekazaniu miasta – Rosjanie i Niemcy udali się na wspólny obiad do hotelu Ritz. Białostoczanie automatycznie stali się obywatelami ZSRR, Białystok zaś stolicą Zachodniej Białorusi. Z takiego obrotu spraw cieszyli się Żydzi, którzy uważali że przy Sowietach będą bezpieczniejsi. Słyszeli bowiem jak traktowani są inni Żydzi w Niemczech. Nie były to jeszcze czasy Holocaustu, ale spirala nienawiści już narastała.
Z nową sytuacją nie mieli problemu również mieszkający w mieście Ukraińcy i Białorusini. Rosjanie byli im bliżsi kulturowo niż Niemcy. Ponadto pamiętali „Bieżeństwo” czyli masowe wygnania i wysiedlenia osób prawosławnych w 1915 roku. Z obszarów na wschód od Białegostoku wyjechało nawet osiemdziesiąt procent mieszkańców. Wędrowali w skwarze, bez wody i jedzenia. Niemieckie samoloty bombardowały wojsko, nie szczędząc uciekinierów. Przy drogach pozostały mogiły, a część ciał była niepogrzebana. Wybuchły epidemie oraz doszło do masowej śmierci dzieci.
Po takich pamiątkach trudno więc winić za przyjazne nastawienie Żydów, Ukraińców oraz Białorusinów do Rosjan. Polacy naturalnie traktowali ich jak agresorów i wrogów. Niestety, prawda jest brutalna niewiele mogli. Cios z Rosji był potężny, ale nie oszukujmy się, nawet gdyby takowy nie nastąpił, to Hitler bez problemu by zajął pozostałe polskie Kresy, do których jeszcze niemieckie wojska nie dotarły.
Polskie wojsko w II RP było fatalne. W czasie wybuchu II Wojny Światowej – mieliśmy milion żołnierzy przeciwko prawie 2 milionowej armii Niemiec. Ta w 2 tygodnie zajęła połowę kraju. Dlatego, gdy Stalin 17 września dołożył do siebie jeszcze 600 000 żołnierzy, to tym bardziej nie mieliśmy szans. I to na własne życzenie. W 1939 roku mężczyzn zdolnych do służby wojskowej było w Polsce około 4,5 mln. Tylko połowa miała przeszkolenie wojskowe. Polacy na modernizację armii, fortyfikacje i zapasy mobilizacyjne wydawali 1/8 wojskowego budżetu. Reszta była przejadana przez żołnierzy, oficerów oraz przeznaczana była na utrzymanie potężnej ilości koni, gdy prężnie rozwijała się już motoryzacja. Swoje dołożyła także rozdmuchana administracja wojskowa. Przegraliśmy, bo militarnie byliśmy gotowi na kolejną I Wojną Światową oraz dlatego, że wierzyliśmy że przyjdą nam z pomocą sojusznicy.
Okupacja Białegostoku przez Rosjan trwała do 22 czerwca 1941 roku. Wówczas wybuchła wojna niemiecko-sowiecka.
„Jesteśmy wizytówką miasta, chcemy tu dorastać, razem tworzyć, w nas jest pasja”. To główne przesłanie najnowszego klipu, gdzie raper Cira razem z grupą Winnica bardzo ciepło pokazują Białystok. Warto zwrócić uwagę również na sam montaż, gdyż jest bardzo nietypowy. Otóż sceny nawiązują do nazwy całego mini-albumu „Pocztówki z miasta B. cz.2”. Na klipie możemy zobaczyć Rynek Kościuszki, katedrę, Pałac Branickich, Teatr Dramatyczny czy też Operę.
Przesłanie piosenki „Wizytówka miasta” jest proste, by młodzi pomagali mamie, odwiedzili dziadków, a przede wszystkim zajęli się czymś pożyteczniejszym niż granie w gierki. W tekście są także przedstawiane propozycje spędzania czasu w mieście. Zajęcia w Młodzieżowym Domu Kultury, chodzenie do galerii sztuki zamiast do galerii handlowych czy też pójście do skateparku. Młodzi zaś w odpowiedzi dla Ciry śpiewają o tym właśnie, że są wizytówką miasta, chcemy tu dorastać, razem tworzyć bo w nich jest pasja. Wszystko ma bardzo ciepły charakter. Wspominani młodzi to członkowie scholi „Winnica”, która prowadzona jest przez księdza Wojtka Trzaskę.
Z albumu „Pocztówki z miasta B. cz. 2” pochodzi również kawałek „Druga pocztówka”, gdzie Cira zabiera widzów na spacer po mieście nocą.
Dawniej większość polskich filmów realizowano w Warszawie bądź w Łodzi. Każdorazowo realizacja pochłaniała gigantyczne kwoty. Z biegiem czasu technika jednak się zmieniła, dzięki czemu można zaoszczędzić wiele pieniędzy. Dziś żyjemy w czasach, gdzie filmy kręcić można telefonem komórkowym – co już w praktyce można było zobaczyć na przykład u Smarzowskiego w Drogówce. W czasach, gdy się kręciło filmy na taśmie mimo wspomnianych lokalizacji – byli tacy, co nagrywali także w dzisiejszym województwie podlaskim. Warto też wspomnieć o wielu wspomnieniach o naszych terenach w dialogach.
Filmy, gdzie wspominano o nas
Zacznijmy właśnie od tego. Na pewno wszyscy pamiętają kultowy film Miś. Jego bohaterem jest Ryszard Ochódzki (Stanisław Tym), który wciela się w role chytrego prezesa klubu sportowego „Tęcza”. Na swoim stanowisku może robić różne „wałki”. Film został zrealizowany przez Stanisława Bareję. Kiedy reżyser zmarł, to Sylwester Chęciński postanowił kontynuować „przygody” Ochódzkiego. Akcję filmu Rozmowy kontrolowane osadził w czasach stanu wojennego. Jednym z wątków była przeprowadzka Ochódzkiego do Suwałk, gdzie mówiąc krótko „narobił bigosu” tak dużego, że ponoć sam Jaruzelski nie spał. Kadry dotyczące Suwałk były dość ogólne lub w pomieszczeniach, więc raczej nie były realizowane w Suwałkach. Jednak najbardziej zapamiętanym tekstem z filmu było „Niech i Suwalszczyzna odznaczy się politycznie”.
Sam Bareja w „Nie ma róży bez ognia” robił nawiązania do Łomży. Mieszkała tam porzucona przez Dąbczaka żona. Samego miasta nie pokazano. Podobnie jak w serialu 07 zgłoś się. Realizowało go kilku reżyserów. Głównie jednak Krzysztof Szmagier, który był autorem scenariusza. W jednym z odcinków jest nawiązanie do Białegostoku. Podczas dialogu porucznika Borewicza z prostytutką rozmawiali o naszym mieście jako o miejscu przypominającym zesłanie. W innym odcinku akcja toczyła się rzekomo w Augustowie.
Filmy, gdzie nas pokazano
Sztandarowym produktem i jednocześnie ponadczasową laurką jest U Pana Boga za piecem. Nie będziemy po raz kolejny rozpływać się nad tym filmem, ale zachęcamy do przeczytania i obejrzenia zdjęć w naszym materiale, gdy odwiedziliśmy sceny filmu po 20 latach. Dodajmy tylko, że 3 filmy U Pana Boga za piecem były kręcone w Sokółce, Wierzchlesiu, Supraślu, Tykocinie i w Białymstoku.
Ekranizacja lektury szkolnej – Nad Niemnem również była częściowo realizowana u nas. Po drodze z Zabłudowa do Bielska Podlaskiego znajduje się miejscowość Koźliki. To tam została nagrana scena żniw. Ponadto tytułowy Niemen to tak naprawdę Bug. W miejscowościach Gnojno i Wasilewo. Trochę dalej bo w Bielsku Podlaskim realizowano natomiast kultowego Znachora. Dziś już miasteczko wygląda trochę inaczej.
Kolejny kultowy film – Piłkarski Poker – został także częściowo realizowany w Białymstoku. W jednej ze scen można zobaczyć jak przy dworcu kolejowym stoją… furmanki. W filmie padł również kultowy tekst „Co jak co, ale społeczeństwo białostockie jest ofiarne” – w kontekście tego, jak kibice zrzucili się na łapówkę dla sędziego, by ten nie skrzywdził fikcyjnej drużyny „Biała Białystok”.
Warto też wspomnieć o filmie Smarzowskiego – Wołyń. Reżyserowi tak przypadł do gustu most w podłomżyńskim Bronowie, że zrealizował tam jedną ze scen. Można też przypomnieć o tym, jak w kompletnej tajemnicy z samego Hollywood przyjechała ekipa nad Siemianówkę, by zrealizować jedną ze scen Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa.
Seriale
Akcja kultowego serialu Blondynka dzieje się w Supraślu. Natomiast produkcja serialu Kruk była częściowo realizowana w Czarnej Białostockiej (także w charakterystycznym zajeździe), Kruszynianach oraz w Białymstoku. W TVN można było oglądać Chyłka – Zaginięcie. Akcja toczyła się w Kolnie i Augustowie. Białystok odwiedził też Tomasz Karolak i Małgorzata Kożuchowska gdzie nagrywano odcinek serialu Rodzinka.pl. Warto podkreślić, że to nie wszystkie produkcje. Było ich dużo więcej, ale są znane prawdziwym koneserom kina!
Kruszewo to miejsce, które raz do roku ściąga do siebie tłumy za sprawą Dnia Ogórka. W tym roku ne było inaczej. Warto jednak wiedzieć, że Kruszewo dobrze jest odwiedzić nie tylko od święta, ale przy każdej możliwej okazji. Znajduje się tam bowiem zerwany most oraz od niedawna prywatna wieża widokowa. Dobrze jest też się wybrać na drugą zerwanego mostu czyli do Kurowa. Tam zwiedzający mogą spacerować po kładce przyrodniczej nad rzeką. Raz do roku odbywa się tam także Biesiada Miodowa. Idealnie by było zahaczyć jeszcze o pobliskie Śliwno i Waniewo. Jednak w tym roku to pechowe miejsce. Najpierw było zamknięte z powodu remontu. Po ponownym otwarciu nadmiar chętnych doprowadził do wywrócenia jednej z platform służącej do przepraw. To spowodowało zamknięcie kładki. Gdy po kolejnej dłuższej przerwie otwarto kładkę, to stan wody w Narwi spadł na tyle, że przeprawa znów stała się niemożliwa.
Ten swoisty czworokąt w Narwiańskim Parku Narodowym ma wiele do zaoferowania. W Kurowie oprócz kładki znajduje się też zabytkowy dworek z parkiem. Sama kładka ma 1 km długości i prowadzi przez bagna. Zwiedzający zobaczyć mogą z bliska trzcinowisko, turzycowisko, rzekę, dziką łąkę oraz zarosła. Wszystko na miejscu jest obszernie opisane na tablicach. Dodatkowo – gdy Narew pozwala – można skorzystać z Pychówek. Są to specjalne łódki, którymi można zwiedzać park narodowy z pozycji tafli wody. Po drugiej stronie zerwanego mostu w Kruszewie jest doskonałe miejsce widokowe. Siedząc na skraju konstrukcji można wypocząć. Warto też dodać, że sama droga prowadząca do mostu jest atrakcyjna. Po obu stronach znajdują się bowiem rozległe bagna i zarośla. Przy odrobinie szczęścia można napotkać łabędzie.
Waniewo oprócz kładki ma do zaproponowania jeszcze wieżę widokową, z której możemy podziwiać nie tylko przyrodę. Otóż w zarośla przy rzece jeden z gospodarzy często wypuszcza swoje konie. Ich obserwacja może być fascynująca. W Śliwnie natomiast również możemy napotkać koniki. Znajduje się tam również wiata, gdzie możemy urządzić sobie piknik. Jeżeli wybierzemy się na środek kładki łączącej obie wsie to tam również jest wieża obserwacyjna. Świetne miejsce by posiedzieć i porozmyślać patrząc na przyrodę.
O tym jak zła jest Białostocka Komunikacja Miejska można napisać książkę. Tym razem przebito chyba wszystko do tej pory. Otóż ktoś wpadł na „genialny” plan wyposażenia kontrolerów w terminale płatnicze. Teraz będzie taka oto sytuacja. Gapowicz został przyłapany? A to nie szkodzi może na miejscu zapłacić za swoje przewinienie kartą. Dodatkowo dostanie w promocji 100 zł zniżki. Jest to tak kuriozalne, że aż trudno uwierzyć, że prawdziwie.
Każdemu zapewne zdarzyło się jechać na gapę. Mogła to być sytuacja losowa. Dawniej były w mieście kioski (ale prezydent w większości kazał je likwidować, żeby brzydko się nie prezentowały), gdzie było można kupić bilet papierowy. Dzisiaj trzeba szukać sklepu, a i nie w każdym są bilety. Generalnie miasto od lat ma gdzieś dystrybucję biletów papierowych. Ceny hurtowe niewiele różnią się od detalicznych, przez co sprzedawcom nie opłaca się biletów sprzedawać. Niektórzy mimo wszystko to jednak robią.
Mamy jednak XXI wiek i można kupić bilety na różne sposoby elektronicznie. Niestety wadą tych rozwiązań jest wcześniejsze przygotowanie się do podróżowania autobusem. Tzn. rozwiązania te wykluczają spontaniczną potrzebę jazdy autobusem. Można też kupić u kierowcy, ale trzeba mieć odliczoną kwotę. Kierowcy jednak w większości wydają resztę, chyba że jednak nie mają. W Warszawie, gdzie jest bardzo dobrze zorganizowana komunikacja miejska trzeba naprawdę nie chcieć kupić biletu. Są one dostępne dosłownie wszędzie – w sklepach, kioskach, automatach przy przystankach orz automatach w autobusach. W Białymstoku dopiero planuje się biletomaty. Być może pojawią się jeszcze w tym roku.
Generalnie w Białostockiej Komunikacji Miejskiej dojdzie po kilkunastu latach znów do sytuacji, że tak jak w Warszawie – bilet będzie można kupić dosłownie wszędzie zatem na gapę będzie można jechać tylko celowo. Kuriozalne jest to, że zamiast zachęcać ludzi do jazdy z biletem, to daje się im jeszcze zniżki. W sytuacji, gdy można kupić bilet w każdym miejscu, to mandat powinien być dotkliwy.
Fundamentaliści muzułmańscy, ortodoksyjni Żydzi oraz katolicy – ich wszystkich coś łączy. Wspólna niechęć do wolnomularzy, którzy bardziej znani są jako masoni. Na świecie nadal działają tajne loże, a w Białymstoku do dziś pozostała po nich wielka pamiątka. Budynek z tajemnicą przy ul. Kilińskiego.
Masoneria to ruch z czasów Oświecenia, który skupiał bogatych mieszczan oraz arystokratów. Głosili oni jak na tamte czasy „herezje”. Była to idea braterstwa bez względu na pochodzenie, stan społeczny czy religię. Coś, co dla wielu było nie do pomyślenia. Ruch masoński był jednak coraz modniejszy, a jego członkami zostawali nawet królowie. Atrakcyjne dla wszystkich była tajność stowarzyszenia oraz stopnie wtajemniczenia. Ruch masonów przywędrował równie do Polski, gdzie w 1721 roku w Warszawie założono pierwszą lożę. W Białymstoku mniej więcej masoni zorganizowali się dopiero 50 lat później. Wówczas członkowie loży „Przyjaźń” spotykali się gdzieś na wschodzie miasta. Warto pamiętać, że to były czasu Hetmana Branickiego i Wersalu Podlaskiego. Białystok wtedy nie miał nawet 2 tysięcy mieszkańców.
Warto wiedzieć, że wielkim przyjacielem Branickiego był wojewoda mazowiecki Andrzej Mokronowski – jeden z głównych masonów w I Rzeczypospolitej. Zatem można przypuszczać, że „Przyjaźń” spotykała się za wiedzą i akceptacją białostockiego hetmana. Nie podziałali jednak masoni zbyt długo. Wkrótce „Przyjaźń” została zastąpiona przez „Złoty Pierścień”, która wchodziła w skład Wielkiej Loży Cnotliwego Sarmaty w Warszawie. W 1795 roku nastąpił trzeci rozbiór Polski. Białystok został przekazany w ręce Prusów. W mieście pojawili się nowi mieszkańcy. Niektórzy z nich działali dotychczas w lożach masońskich, zatem i w Białymstoku uformowano takową. Loża „Zum Golden Ring” przejęła nazwę po poprzedniczce, podporządkowana była Berlinowi. W 1806 roku do tajnego stowarzyszenia należało 45 osób. Składający się z oficerów, urzędników oraz pracowników sądowych. Wszyscy oczywiście pruscy. Wyjątek stanowił Feliks de Michelis – nadworny lekarz Izabeli Branickiej. Do loży należał też inny Polak – Filip Nereusz Kamiński – urzędnik administracji.
Pruscy masoni postanowili zbudować sobie stałą siedzibę w mieście. Wybrano lokalizację przy jedynym kościele w mieście. Stała tam wozownia, która została zburzona. W jej miejsce postawiono okazały budynek, który ma dosyć ciekawą konstrukcję architektoniczną. Otóż budynek jest tak ustawiony, by osoba z ulicy nie zwracała uwagi na północno-wschodni narożnik. Od wschodu jest on zasłonięty pierzeją ul. Kilińskiego. Natomiast od północy biegnie ul. Kościelna, przez co przechodząc obok budynku zwraca się uwagę na kościelny ogród. Prawdopodobnie to właśnie w tym narożniku odbywały się tajne spotkania. Loża „Zum Golden Ring” przetrwała do 1807 roku. Wtedy Białystok przeszedł pod panowanie Rosjan. Car w 1792 roku zakazał „sztuki królewskiej” czyli wolnomularstwa. Prusacy, którzy nie wyjechali z miasta musieli się pogodzić z końcem ich loży w Białymstoku.
W 1818 roku białostocka loża masońska została wskrzeszona. Wówczas Car Aleksander I nie miał nic przeciwko masonerii. Przewodniczącym został Feliks de Michelis. Powrócono do polskiej nazwy „Złoty pierścień”. Spotkania znów odbywały się przy ul. Kilińskiego. Ich działalność trwała jednak krótko. Polska była kongresowym królestwem złączonym z Rosją. Rodacy dążyli jednak do niepodległości. Car obawiał się, że w lożach członkowie będą głosić hasła dążące do obalenia jego władzy i przywrócenia Polsce suwerenności. Dlatego też rosyjscy urzędnicy próbowali kontrolować działanie lóż. Ostatecznie ruch w Białymstoku został zawieszony aż do I Wojny Światowej.
W 1916 roku loże próbowali znów wskrzesić niemieccy oficerowie, którzy okupowali Białystok. Kolejna próba miała miejsce już w 1927 roku, ale niewiele o niej wiadomo. Budynek przy ul. Kilińskiego służyć zaczął za prywatne mieszkania, potem uczono się w nim baletu. W 1944 roku Niemcy jak większość budynków w Białymstoku zniszczyli. W PRL dzięki Stanisławowi Bukowskiemu – odbudowano dawny gmach masonów. W 1954 utworzono tam bibliotekę, która działała tam jeszcze w 2016 roku. Później przy Kilińskiego działalność rozpoczął jeden z departamentów Urzędu Marszałkowskiego. Po masonach zostały tylko legendy.
Małgorzata Kożuchowska oraz Tomasz Karolak to popularna aktorska para z serialu Rodzinka.pl. To właśnie kolejny odcinek kręcono właśnie w Białymstoku. Nagrywany odcinek powstaje z inicjatywy urzędu marszałkowskiego w ramach promocji regionu. Oprócz Białegostoku realizacja będzie również w Supraślu. Warto dodać, że Rodzinka.pl to bardzo popularny serial emitowany w TVP.
Warto zauważyć, że serial, w którym mieszkańcy całej Polski mogą zobaczyć Białystok może dać bardzo pozytywny efekt. W ostatnim czasie nasze miasto mogło w Polsce kojarzyć się głównie źle. Najpierw pewien przestępca uczynił sobie biznes ze szkalowania Białegostoku, przez co ogólnopolskie media urządziły sobie festiwal uderzania w stolicę Podlaskiego, która jest rzekomo „rasistowska”. Potem na domiar złego, niczym samospełniająca się przepowiednia został zorganizowany marsz równości, na którym doszło do przepychanek. Dlatego serial rodzinka.pl, a zaraz za nim wielki koncert w Polsacie to miła odmiana dla tego obrazka, jaki dominował do tej pory. Ostatnio taka miła odmiana była 20 lat temu przy okazji premiery „U Pana Boga za piecem”.
Rodzinka.pl opowiada o Boskich, pięcioosobowej rodzinie mieszkającej w Warszawie. Panią domu jest Natalia (Małgorzata Kożuchowska), szefowa wydawnictwa pism kobiecych. Jej mężem jest Ludwik (Tomasz Karolak), architekt. Razem wychowują trójkę dzieci: Tomka (Maciej Musiał), Kubę (Adam Zdrójkowski) i Kacpra (Mateusz Pawłowski). Serial na antenie TVP2 pojawił się 2010 roku. Od tej pory widzowie mieli okazję oglądać 15 sezonów opowiadających o perypetiach rodziny Boskich. A już 8 września premiera kolejnej odsłony Rodzinki.pl.
Najbardziej kojarzeni są z filmu „Cząstka Podlasia”, którego nagrywanie zajęło im 5 lat. Można na nim oglądać magię naszego regionu – mnóstwo przepięknych widoków jak z baśniowej krainy. Tymczasem to wszystko dzieje się tak niedaleko nas. Film w wersji skróconej można oglądać w internecie.
Tym razem twórcy postanowili nagrać serię „Po drugiej stronie”. Zaczęli od „krowich wysp”. Słyszeliście, że jest coś takiego w naszym regionie? My też nie. Dlatego warto zobaczyć. Krowie wyspy znajdują się nad Zalewem Siemianówka. Jest to „koniec świata”. Samodzielnie ciężko się tam dostać gdyż jest on otoczony bagnami. W tym przypadku jednak nie działa zasada „im dalej w las tym ciemniej”. Tutaj jest im dalej tym piękniej. Autorzy postarali się pokazać wspaniałe, nieznane miejsce jak najlepiej. I to im się udało. Dodatkową zaletą filmu jest ich osobista narracja. Na pierwszy rzut oka wygląda super i cóż… czekamy na kolejne odcinki twórców.
W 1960 roku w Białymstoku wystąpiły tylko 2 dni, gdy temperatura przekroczyła 32 stopnie Celsjusza. Gdy naukowcy zorientowali się iż ma miejsce ocieplenie klimatyczne, to zaczęli wyliczać upalne dni (takie powyżej 32 stopnie) jakie mogą mieć miejsce w przyszłości. Dla Białegostoku w 2019 roku liczba tych dni wynosi średnio 7 do 15 dni. Mamy końcówkę lata i już widać, że prognozy się potwierdziły. Zatem należy zakładać, że prognozy na dalszą przyszłość również się potwierdzą.
Należy pamiętać, że temperatura nie skacze nagle do 32 stopni tylko najczęściej rośnie gdy na danym obszarze występuje wyż. Najpierw taki Białystok jest jego obrzeżach, następnie w jego centrum. Zupełnie jak z innymi zjawiskami atmosferycznymi. Dlatego liczba dni z upałami pokazuje też, że gorąco będzie dużo dłużej niż statystycznie. Ponadto trzeba zwrócić uwagę, że 32 stopnie to są w cieniu. Natomiast na słońcu jest dużo goręcej. Nie wiadomo jak bardzo, bo pomiar temperatury powietrza jest prawidłowy tylko wtedy, kiedy dokonuje się go w miejscu silnie zacienionym, na wysokości 200 centymetrów nad gruntem, na wolnej przestrzeni, z dala od miejsc zabudowanych. Jednak wystarczy wyjść na słońce, by poczuć że jest dużo goręcej.
W ciągu kolejnych 50 lat liczba dni, w których przekroczone będą 32 stopnie wyniesie w Białymstoku co najmniej 15. Wtedy w Warszawie będzie takich dni około 40. Obecnie występuje ich tam około 25. Ekstremalne upały nie grożą za to Łodzi. Tam prezydent miasta idzie pod prąd i nie ulega głupim trendom wycinania starych drzew zamieniając je na beton i małe drzewka. – Nie możemy czekać bezczynnie i patrzeć, jak nasze miasta zamieniają się w pustynie, na osiedlach zabraknie wody, a plastikowe śmieci zasypią nasze ulice – mówiła w czerwcu Hanna Zdanowska, prezydent Łodzi. Zapowiedziała zieloną rewolucję. Za 10 lat Łódź stanie się wola od smogu z węglowych pieców oraz plastiku. W mieście posadzone zostanie 50 tys. drzew.
Jej śladem powinny pójść wszystkie polskie miasta. Jak wyliczyli naukowcy Polskiej Akademii Nauk – współcześni 30-40 latkowie mogą dożyć czasów, gdy z naszego kraju zniknie 75 proc. drzew! Warto tutaj dodać, że jak nie będzie drzew to zniknie też bardzo wiele gatunków innych roślin, grzybów a nawet zwierząt! Obecnie lasy zajmują 30 proc. powierzchni naszego kraju. Tylko województwo podlaskie może poszczycić się Puszczą Białowieską, Puszczą Knyszyńską oraz Puszczą Augustowską. Jeżeli będziemy biernie się przyglądać, to zamiast tych kompleksów leśnych będzie tak samo jak na bieszczadzkich szczytach. Wszędzie stepy.
Naukowcy rekomendują zasadzie drzew na 2 milionach hektarach powierzchni Polski. Tam gdzie grunty są najsłabsze, tam gdzie są góry i zlewnie rzek. Według nich potrzebujemy 11 mln hektarów lasów. Czyli zwiększyć poziom drzew z obecnego o 5 procent. Patrząc na wycinki w miastach i betonowanie wszystkiego co się da – zdaje się na razie idziemy w odwrotnym kierunku.
Przeglądając różne przewodniki turystyczne, blogi i inne materiały dotyczące Białegostoku można zauważyć, że wszystko kręci się wokół Pałacu Branickich, Rynku Kościuszki czy też białostockiej Katedry. Tymczasem nawet nasze miasto ma swoje tajemnice, o których nawet mieszkańcy znający miasto na wylot mogą nie wiedzieć. A można się dowiedzieć o nich na przykład z filmów na YouTube, które tworzone są przez różnych pasjonatów, którzy podchodzą do naszego miasta „na świeżo”.
Wieża widokowa
Jedną z takich tajemnic jest fakt, że wieża Kościoła Św. Rocha ma otwarty dla zwiedzających punkt widokowy. Było to wiadome kilka lat temu, gdy go uruchamiano, jednak sprawa jakoś przycichła i się rozmyła i wydawać się mogło, że to zbyt dużo zachodu, by wejść na punkt widokowy. Nic bardziej mylnego. Panoramę miasta można podziwiać od poniedziałku do soboty w godz. 9.00 – 16.00 zaś w niedzielę i święta od 14.00 do 17.00. Punkt widokowy jest odpowiednio zabezpieczony. Jedynie trzeba pokonać trochę schodów idąc w kółko. Na pewno warto to zrobić. Widoki wspaniałe a i wchodzenie po schodach jest zdrowe!
Dziewczynka z konewką
Drugą z takich tajemnic jest fakt, że na muralu z dziewczynką z konewką są też inne postacie. Mało kto o nich wie, gdyż są malutkie i trzeba podejść naprawdę bardzo blisko, by je zobaczyć. Wszak zgodnie z legendą dziewczynką z konewką jest wielkoludem. Dlatego malutcy ludzie u jej stóp są oczywistością, jednak jakoś zawsze pomijani. Poza tym mało kto podchodzi do muralu, by popatrzeć na niego z bliska. Wszak jego rozmiar jest taki, by był widoczny z daleka. Warto jednak pamiętać, że każde dzieło sztuki nie tylko jest odbierane jako całość. Bardzo często dużą rolę grają detale. Tak jest i w tym przypadku.
Rzeźba na dachu
Opera i Filharmonia Podlaska to przepiękne miejsce, na które można wchodzić nie tylko do środka. Można też spacerować w otoczeniu pięknych łąk dookoła budynku. To jednak wiadomo, bo widać z ulicy. Niewiele osób jednak wie, że można również wejść na sam dach budynku, na którym widnieje osobliwa figura, która miała być pomnikiem Czesława Niemena. Wdowa po artyście nie wyraziła jednak na to zgody. Figura jednak stoi. Jest z żeliwa, ma dwa metry wysokości i waży dwie i pół tony. Rzeźba nie ma oficjalnej nazwy.
Jedna wozi po Puszczy Białowieskiej, druga po Puszczy Augustowskiej, a teraz trzecia może przemierzać kompleks Puszczy Knyszyńskiej. Mowa tu o reaktywacji kolei wąskotorowej z Czarnej Białostockiej do Kopnej Góry pod Supraślem. Żeby pomysł wypalił potrzeba pieniędzy. Pomysł ma być realizowany przez gminy Czarna Białostocka oraz Supraśl. Pierwszym etapem jest złożenie wniosku na dofinansowanie unijne. Na realizacje z projektu potrzeba 1 miliona euro.
Trasa kolei wąskotorowej miałaby 20 km długości i prowadziłaby z Czarnej Białostockiej do Kopnej Góry. Po drodze znajdowałyby się tez miejsca biwakowe oraz związane z rekreacją. Nie zabrakłoby peronów i przystanków. Kolejka wąskotorowa w Puszczy istniała na początku XX wieku po to by transportować nią drewno. Podobnie jak w Puszczy Białowieskiej i Augustowskiej. Tam dziś kolej wąskotorowa funkcjonuje jako atrakcja turystyczna. Podobnie może być i w gminach Czarna Białostocka oraz Supraśl.
Tory kolejki wąskotorowej wiodą z Czarnej Białostockiej prosto do Puszczy. Przebiegają przez miejscowość Zacisze obok Jałówki. Mijają też okolice Podsokołdy, Sokołdy kończąc się w Kopnej Górze.
Południowa obwodnica Białegostoku S19 będąca jednocześnie fragmentem Via Carpatia uzyskała już decyzję środowiskową. Oznacza to, że można ogłaszać przetarg na budowę tej drogi. Będzie ona mocno oddalona od miasta. Oczywiście to bardzo dobry ruch, bo przecież nie ma żadnego sensu budować obwodnic w mieście – o czym się przekonaliśmy za sprawą rządzących miastem, którzy chyba nie wyobrażali sobie, że Białystok tak się rozrośnie, że budowane przez nich obwodnice będą znajdować się w mieście.
W ogóle w Białymstoku drogi się buduje bez większego celu. Mamy obwodnicę, którą lada moment można będzie jeździć dookoła miasta. Tymczasem w godzinach szczytu to ciasna ul. Lipowa jest zatkana. Podobnie jak biegnąca przez centrum Al. Piłsudskiego (o której pisaliśmy też w kontekście ostatnich powodzi w mieście). Te dwie drogi służyły nam właśnie wtedy, gdy nie było jeszcze obwodnic. Teraz warto sobie zadać pytanie – czy nie czas na poważne zmiany w centrum?
Warto też sobie zadać pytanie o dwa główne trakty w środku miasta. Jeden biegnący od Wiejskiej – Kaczorowskiego – Legionową – Sienkiewicza – Wasilkowa oraz drugi Al. Jana Pawła II – Al. Solidarności – Al. Piłsudskiego – Branickiego – Nowowarszawska. Czy skoro mamy obwodnicę, to chyba po to by ograniczać ruch w centrum miasta.
Pierwszą drogą, która powinna zostać zamknięta dla ruchu jest tymczasowo zamykany przy okazji koncertów fragment Sienkiewicza. Samochody powinny jechać Legionową prosto do ronda. Następnie zamknąć należy ul. Lipową aż do Kościoła Św. Rocha. To zupełnie niezrozumiałe, że do gęsto zabudowanego i zabetonowanego centrum wpuszcza się samochody, które spalinami nie tylko je zanieczyszczają, ale przede wszystkim nagrzewają.
Wracając do S19. Ta będzie biegła przez Choroszcz, Księżyno, Zabłudów i Ploski. Z osiedla Piasta w końcu znikną TIR-y, których setki przejeżdża każdego dnia. Całość inwestycji będzie zrealizowana do 2025 roku. Wtedy od Granicy Polski i Białorusi w Kuźnicy, gdzie się zaczyna pojedziemy ekspresową drogą aż do granicy państwa ze Słowacją w Barwinku. Do tego czasu warto wprowadzić na ulicach Białegostoku zmiany w organizacji ruchu. Kierowcy muszą się przyzwyczajać, że tak jak we wszystkich rozwiniętych miastach – do centrum można przybyć tylko komunikacją miejską, rowerem lub pieszo, a samochód to zwykły środek lokomocji, które zapycha ulice i zatruwa środowisko. Tymczasem u nas samochód to wciąż „dobro luksusowe”, którym mamy potrzebę dojechać wszędzie gdzie się da bez względu na konsekwencje. Czas postawić krok do przodu.
Grzyby na Podlasiu już się pojawiły! To bardzo dobra informacja dla miłośników tych owoców leśnych. Szczególnie bogate w grzyby tereny Puszczy Knyszyńskiej stają się teraz prawdziwym rajem dla miłośników grzybobrania. Zanim jednak wyruszymy na poszukiwania, ważne jest zabezpieczenie się przed kleszczami, które również aktywują się po deszczach. Ale gdy już mamy odpowiednią ochronę, możemy śmiało wyruszyć w drogę! Każdy grzybiarz ma swoje ukochane „miejscówki”, których tajemnic nie zdradzi nawet w najbardziej intymnych sytuacjach.
Odkrywanie grzybowych tajemnic
Jednakże dzielenie się informacjami na temat miejsc, gdzie można znaleźć pyszne okazy grzybów, to prawdziwa przyjemność – zwłaszcza gdy możemy zarazić kogoś pasją do zbierania grzybów. Dlatego też, z radością „podpowiemy”, gdzie warto szukać grzybów w Puszczy Knyszyńskiej, zaczynając od mapy terenu, a następnie opisując konkretne miejsca, które są znane ze swojej obfitości w grzyby. Niezależnie od tego, czy jesteśmy doświadczonymi grzybiarzami czy też dopiero zaczynamy swoją przygodę z tym fascynującym hobby, poszukiwanie grzybów w Puszczy Knyszyńskiej obiecuje niezapomniane doznania i niezliczone odkrycia przyrody.
Do lasu jednak wjeżdżać samochodem nie można. Oto miejsca, gdzie można zaparkować:
Grzyby na Podlasiu – Żednia (Kozi Las)
To miejsce, w którym napotkać można sporo innych grzybiarzy, więc tutaj obowiązuje zasada – kto pierwszy ten ma kurki. Wjazd jest przy samej miejscowości Żednia. Wystarczy wejść do lasu i zbierać. Przy odrobinie szczęścia możemy napotkać Rysia. Nie przestraszmy się tego dużego kota.
Grzyby na Podlasiu – Ruda (Waliły Stacja)
To mały lasek, ale sporo w nim grzybów. Wystarczy dobrze się rozejrzeć. Dojeżdżamy do Walił, a następnie skręcamy na Waliły-Stacja. Kilkaset metrów dalej po prawej stronie szukamy wejścia do lasu i można zaczynać zbiory.
Zubry
Miejsce najbardziej odległe, ale najlepsze bo mało tam grzybiarzy, więc sporo możemy zebrać tylko dla siebie. Zubry znajdują się niedaleko granicy z Białorusią. Dojeżdżamy do wsi i po prostu wchodzimy do lasu.
Grzyby na Podlasiu – Krzemienne
Tutaj miejsce dla osób z dobrą kondycją, gdyż znajdziemy się w górach Krzemiennych. Dlatego nasza przechadzka zajmie nam dużo więcej czasu. Ale dla grzybków warto, prawda?
Wyżary
Najmniej dostępne miejsce. Trzeba iść kładką przez bagna. Dopiero za nimi w lesie możemy zacząć spokojnie zbierać grzybki.
Kleszcze – wrogowie grzybobrania
Pamiętajmy jeszcze, by odpowiednio się ubrać. Kleszcze w lasach tylko czyhają na różnych krzakach, by wskoczyć właśnie na nas. Ukąszenie tego owada może być bardzo ciężkie w skutkach. Nie wychodźmy do kompleksu leśnego w krótkich ubraniach. Załóżmy długie, lecz przewiewne okrycie. Pamiętajmy też by nakryć głowę. Można też się spryskać preparatami odstraszającymi owady.
W ostatnim czasie znów była ulewa, po której Białystok zamienił się w Wenecję. Gdy mniej więcej 10 lat temu takie coś zdarzyło się po raz pierwszy, to był tylko szok i niedowierzanie. Potem kolejne ulewy i kolejne powodzie powtarzały się zalewając główne ulice w mieście. Trzeba zadać pytanie prezydentowi Truskolaskiemu. Ile jeszcze razy ma dojść do zalania miasta, by ten zaczął realnie temu przeciwdziałać. Usuwanie skutków przez służby to nie jest żadne działanie. Potrzebujemy realnych działań prowadzących do usunięcia przyczyn.
Po każdej ulewie, gdy woda zalewa ludziom piwnice, główne drogi, parki i wiele innych miejsc. Biorąc pod uwagę, że powodzie nadal będą występować, nie można stać z założonymi rękami. Powodzie występują cały czas w tych samych miejscach – na Jurowieckiej, Wierzbowej czy Branickiego. Czyli wszędzie tam gdzie przepływa rzeka Biała. Teoretycznie woda z ulewy powinna wsiąkać w ziemię oraz spływać właśnie do rzeki. W praktyce jest tak dużo betonu, że ulewa stoi w miejscu, bo studzienki kanalizacyjne zatykają się od nadmiaru wody. Co więc robić, kruszyć beton? Przerabiać kanalizację? Warto przytoczyć przykład Al. Jana Pawła II. Jak można zobaczyć na poniższym filmie z 2017 roku jeżeli po dwóch stronach istnieją tereny zalewowe, droga jest przejezdna. To właśnie utrzymywanie tak zwanej „strefy przewietrzenia miasta” w okolicach Słonecznego Stoku i Wysokiego Stoczku powoduje, że nic złego tam się nie dzieje. Chociaż na te tereny ostrzy sobie pazurki nie jeden developer, by stawiać kolejne „apartamentowce”.
W przypadku ul. Jurowieckiej sprawa jest beznadziejna. Rzekę tam zabudowano tak mocno, że trzeba by było zlikwidować galerię, apartamentowce oraz Al. Pisłudskiego. Oczywiście wiemy, że to mnie wchodzi w grę. Tutaj potrzebna by była gigantyczna inwestycja – zmieniająca dotychczasowy układ drogowy, kanalizacyjny oraz rzeczny. Coś w rodzaju wielkiego kanału kosztem węższej drogi. Raczej nie ma nikogo na tyle odważnego, kto powie białostoczanom – „Słuchajcie musimy zwęzić Al. Piłsudskiego, by rzeka miała więcej miejsca”.
W przypadku Wierzbowej problemem jest jak to powiedział kiedyś były już wiceprezydent miasta Adam Poliński „wzrost ilości powierzchni szczelnych”. Czyli jednym słowem – Wierzbowa jest pod wodą za każdym razem po ulewie od czasów jej przebudowy. Podobnie jest przy ul. Branickiego, która za każdym razem jest pod wodą, gdy tylko spadnie większy deszcz. Tutaj również niewiele można zrobić bez burzenia obecnych układów komunikacyjnych. W obu przypadkach należałoby również zrobić więcej miejsca rzece. To wszystko to tylko początek, bo pod wodą znajdują się też drogi, które do rzeki mają daleko – na przykład Kaczorowskiego (na filmie głównym). Tu też mamy za dużo „powierzchni szczelnych”.
Tak jak Tadeusz Truskolaski masowo zaczął rozbudowywać drogi, za co wszyscy go chwalili, tak teraz trzeba będzie niektóre ulice zacząć zwężać i wypychać ruch na obwodnice. Alternatywnie trzeba drogi budować dużo wyżej. Niestety to raczej rozwiązania ze sfery science fiction. Politycy dwiema rękami panicznie trzymają się stołków, więc brakuje im trzeciej by podpisać stosowne dokumenty z odważnymi decyzjami. Jako przykład można podać Plac NZS, na którym „demokratycznie” zadecydowano, by ruch samochodowy nie został ograniczany. Na otarcie łez posadzono na środku placu łąkę.
Województwo podlaskie obfituje nie tylko w kościoły katolickie ale też cerkwie prawosławne. Warto wiedzieć, że świątynie te warto zwiedzać nie tylko ze względu na to by na własne oczy zobaczyć istne cuda architektoniczne, ale też ze względu na wystrój w środku. Bowiem ten znacząco się rożni od wystroju kościołów.
Moglibyśmy napisać, że warto wszystkie cerkwie obejrzeć z osobna i byście nie żałowali, jednak na pewno trudno wygospodarować tak dużo czasu (objechanie wszystkich świątyń zajęłoby z tydzień). Dlatego też postanowiliśmy zaproponować tylko niektóre budynki, murowane ze względu na ich historię oraz drewniane bo to ważny element kulturowy Podlasia. Architektura z drewna była u nas dominująca. Nawet, gdy wzorowano się na budynkach z cegły, to budowano je właśnie z drewna. Jest to unikat na całą Polskę. Warto więc wybrać się szczególnie w rejon na południe od Białegostoku.
Kraina Otwartych Okiennic i okolice
Oprócz wspaniale przyozdobionych i pomalowanych drewnianych domów w Ploskach, Trześciance, Puchłach warto także zajechać do Narwi. Najbardziej charakterystyczne będzie to, że świątynie będą miały różne i niespotykane jak na budownictwo kolory – niebieskie, zielone czy pomarańczowe. Dla przykładu w Puchłach będzie niebieska z ciemnym dachem i kopułami, w Trześciance zielona z zielonym dachem i złotą kopułą, a w Narwi niebieska ale z niebieskim dachem i niebieską kopułą. Czy był jakiś klucz? Nie jest to co prawda wiedza oficjalna, ale „miejscowa”. Zieleń ma symbolizować opiekę Ducha Świętego, niebieski to kolor Matki Boskiej a pomarańczowy to kolor zwiastujący opiekę któregoś ze świętych.
Białystok i Supraśl
Warto również zajrzeć do murowanych cerkwi. Koniecznie trzeba obejrzeć Katedralną cerkiew pw. św. Mikołaja Cudotwórcy stojącą w samym centrum Białegostoku przy ul. Lipowej. Obiekt został wzniesiony już w 1846 roku. Warto wiedzieć, że w 1897 roku świątynię odwiedził ówczesny car Rosji Mikołaj II (nasza część Polski była pod zaborem rosyjskim). Sama cerkiew jest typowa dla architektury Imperium Rosyjskiego. W centrum znajduje się także Cerkiew pw. Świętej Marii Magdaleny. Warto zaznaczyć iż znajdujący się na wzgórzu budynek na bardzo ciekawą historię. Przede wszystkim na początku (czyli w 1758 roku) była ona kościołem katolickim. Dopiero 100 lat później w niejasnych okolicznościach budynek został przejęty przez cerkiew i tak pozostało do dnia dzisiejszego.
Powinniśmy też zajechać do Cerkwi pw. Świętego Ducha na Antoniuku. Chociaż nie ma ona zbyt długiej przeszłości, to jest to jedna z największych cerkwi w Polsce! Kolejną świątynią wartą odwiedzenia jest Haga Sophia przy ul. Trawiastej. Została zbudowana na wzór bizantyjskiej świątyni w Stambule o takiej samej nazwie. Z taką różnicą, że białostocka jest 3 razy mniejsza od oryginału.
Na sam koniec Supraśl i Cerkiew Św. Jana Teologa. Jej wystrój jest naprawdę niezwykły. Monaster supraski i cały obszar wokół wzbudza zainteresowanie wszystkich zwiedzających. Świątynia powstała w 1889 roku. Jest zbudowana z czerwonych cegieł. W środku przepięknie wypełniona freskami. Warto też odwiedzić znajdujące się na jej terenie Muzeum Ikon, bo robi niesamowite wrażenie na każdym.
Lotnisko w Suwałkach jest już gotowe i prawdopodobnie wyruszy jeszcze szybciej niż w Białymstoku. Tam certyfikacja nie potrwa zbyt długo bo nie ma żadnych przeszkód lotniczych tak jak w Białymstoku. Jest to wstyd, że w tak wielkim mieście jakim jest stolica województwa podlaskiego – najpierw dyskutowano o lotnisku od kilkudziesięciu lat, by na koniec zbudować tylko skromny pas startowy, którego nie można jeszcze zagospodarować tylko dlatego, że Tadeusz Truskolaski zaczął przeciągać sprawę.
Warto dodać, że zanim w Białymstoku powstał w ogóle pas startowy z opcją rozbudowy do czegoś większego, to na Podlasiu pojawiło się prywatne lotnisko w Narwi. Teraz dochodzi pas startowy w Suwałkach a u nas nadal cisza. Warto też wiedzieć, że nawet jak już Truskolaski się zdecyduje działać i wyda decyzje określającą ile drzew trzeba wyciąć, to i tak trzeba będzie to zrobić wtedy, gdy nie będzie okresów lęgowych ptaków. A to też czas.
A jeżeli lotnisko nie będzie gotowe, to nikt z nami na poważnie nie będzie rozmawiać o tym czy regularnie tu lądować i startować. Nie będzie też możliwości wybudowania cargo oraz nigdy nie zorganizujemy żadnej wielkiej imprezy, bo największe gwiazdy nie będą chciały jechać do nas pociągiem czy autobusem. Jak tak dalej pójdzie to może szybciej na Białorusi zmieni się władza, która otworzy się na zachód i wtedy lotnisko w Grodnie będzie służyło także nam. Bo póki co mamy duży, bezużyteczny betonowy pasek bez żadnej konkretnej daty certyfikacji.
Dawniej stał przy ul. Kilińskiego w Białymstoku, teraz będzie zdobić Muzeum Pamięci Sybiru. Mowa tu o wagonie rosyjskiej konstrukcji typu 1892. Właśnie w takich warunkach wywożono Polaków w głąb ZSRR. Wagon ten zwany jest „tiepłuszką”. Zanim trafił do nowego Muzeum Pamięci Sybiru na Węglówce, to był eksponatem w centrum miasta przy Muzeum Wojska. Wagon został stamtąd zabrany i przeszedł renowację. Wagon składa się z paki transportowej z drzwiami przesuwnymi z obu stron. W środku znajdują się także prycze oraz replika „kozy” czyli małego piecyka.
Muzeum Pamięci Sybiru jeszcze powstaje. Placówka zajmować się będzie podtrzymywaniem pamięci o deportacji Polaków do ZSRR. Wszystko ma być gotowe do końca 2021 roku. Obecnie muzeum jest na etapie zbierania pamiątek, które będą stanowić ekspozycję. Dlatego też wszystkie osoby posiadające w rodzinie „Sybiraków” mogą dołożyć własną cegiełkę w budowie placówki. Wystarczy przekazać im dokumenty, fotografie lub zgłosić się jako świadek tamtych wydarzeń.
10 lutego 1940 roku rozpoczęła się pierwsza masowa deportacja Polaków na Sybir, przeprowadzona przez NKWD. W głąb Związku Sowieckiego wywieziono około 140 tys. obywateli polskich. Wielu umarło już w drodze, tysiące nie wróciły do kraju. Wśród deportowanych były głównie rodziny wojskowych, urzędników, pracowników służby leśnej i kolei ze wschodnich obszarów przedwojennej Polski.
W ostatnim czasie były spore problemy z dostaniem się do Supraśla. Wszystko dlatego, że gminy Supraśl i Białystok nie potrafią (lub nie chcą) się dogadać w sprawie linii autobusowej. Dodatkowo z trasy wycofał się także prywatny przewoźnik. W tej sytuacji na ratunek poszedł Urząd Marszałkowski, który ma wpływ na spółkę PKS Nova. Dzięki czemu na trasie jest aż 19 połączeń. Pierwsze po 4 rano, ostatnie po 22.
Dodatkowo od początku sierpnia funkcjonować zaczęły Supraskie Rowery Uzdrowiskowe, które funkcjonują tak samo jak białostockie BiKeRy. Ponadto zarówno białostockie jak i supraskie rowery obsługuje ta sama firma. Oznacza to, żę można jechać z Białegostoku i zostawić tam rower i odwrotnie. Pierwsze 20 minut jest darmowe. Później kolejne 40 minut kosztuje 1 złoty. Następna godzina to 3 złote, a jeszcze kolejne 5 złotych. Stacje znajdują się na rynku w Supraślu oraz przy szkole w Sobolewie.
Wysoczyzna Białostocka czyli wschodnie tereny województwa podlaskiego znane są głównie z Puszczy Knyszyńskiej, która posiada wiele walorów, dzięki którym jej zwiedzanie jest atrakcyjne. Warto jednak dodać, że to także tereny z wielkim potencjałem, który dopiero jest dostrzegany i powoli rozwijany. Michałowo, Gródek i Sokole to miejsca, które w przyszłości będą atrakcyjnym kierunkiem turystycznym ale też kierunkiem migracji z Białegostoku „na obrzeża”. Michałowo to od 2010 roku miasto, zaś Gródek i Sokole to jeszcze wsie. Chociaż ta druga miejscowość ma 2900 mieszańców i mogłaby uzyskać prawa miejskie, które utraciła w rosyjskim zaborze. Kolejność zwiedzania dowolna. Dojazd do Sokola i Gródka możliwy jest pociągiem weekendowym do Walił. Do Michałowa natomiast kursują autobusy. Można też spakować rower do pociągu i objechać wszystko właśnie takim pojazdem.
Co zwiedzić w Michałowie?
fot. Yarl / Wikipedia
Najbardziej rozpoznawalnym miejscem w Michałowie jest zalew oraz plaża wraz z placem zabaw. Dlatego jeżeli to nasz rodzinny wyjazd to dzieci nie będą się nudzić. Sami dorośli też nie, bo można na miejscu wypoczywać, kąpać się oraz grillować. W Michałowie znajduje się także kilka ciekawych budynków – a mianowicie Urząd Miejski z charakterystyczną wieżą zegarową oraz przepiękna drewniana Cerkiew pw. św. Mikołaja. Ponadto warto też zajrzeć na tereny starej cegielni, gdzie znajdują się niesamowite tunele – wybudowane właśnie z cegieł. Sam budynek jest już opuszczony, ale warto wejść do jego wnętrz. Ma swój klimat.
Co zwiedzić w Gródku?
fot. Krzysztof Kundzicz / Wikipedia
W Gródku także znajduje się zalew oraz przepiękna Cerkiew pw. Narodzenia Bogurodzicy z majestatyczną kopułą. Warto także zajrzeć do środka świątyni, gdyż wystrój jest oszałamiający. Przepiękne freski i wszelkie ozdoby wprowadzą niejednego w zachwyt. Warto też obejrzeć z bliska dzwon stojący na dziedzińcu. Jest także miejsce, które na co dzień jest puste, ale zamienia się w pole koncertowe przy różnych okazjach. To Uroczysko „Boryk” – tam odbywa się raz do roku Siabrouskaja Biasieda. Jest to fantastyczna impreza przepełniona folklorem.
Co zwiedzić w Sokolach?
Zacznijmy od tego, że Sokole jest dziś małą wioseczką, ale z ogromnym potencjałem. Ma wspaniałą historię oraz linię kolejową, która dziś służy tylko w weekendy na przejazdy turystycznego pociągu. Jednak jeżeli kiedyś dojrzeje we władzy że warto rozwijać przewozy pasażerskie tym środkiem komunikacji, to Sokole na tym zyska.
W Sokolu można zwiedzać przede wszystkim Zabytkowy Dom Ludowy im. Pierwszego Marszałka Polski Józefa Piłsudskiego. Jest on całkowicie zmodernizowany i wyremontowany. Jest to modernistyczny budynek gotowy do organizacji wielu przedsięwzięć artystycznych. Sokole lezy także na skraju Parku Krajobrazowego Puszczy Knyszyńskiej. Zwiedzanie jej właśnie w okolicach wsi pozwoli na obejrzenie przyrody z bliska i dostrzeżenie jej wszystkich walorów. Warto tez dodać, że w okolicach wsi mieszkają rysie. Jeżeli nie będziemy hałasować idąc przez las, to jest szansa, że gdzieś niedaleko dostrzeżemy te wielkie koty.
Jak co roku jest to niesamowite zjawisko dostrzegalne gołym okiem. Wygląda naprawdę efektownie. Nasza Ziemia ma takie położenie, że na niebie można obserwować rój meteorów zwanych Perseidami. Wystarczy wybrać ciemne miejsce i obserwować niebo. Nie będzie brakować rozbłysków. W ciągu godziny dojrzymy ich aż kilkadziesiąt! Najlepszy czas na obserwacje to właśnie dziś w nocy. Księżyc nie będzie przeszkadzać. Planujcie wycieczkę za miasto.
Najlepsze miejsca do obserwacji to przede wszystkim południowa i wschodnia część Białostocczyzny. Wystarczająco daleko od łuny światła z Białegostoku będzie już w okolicach Doktorc. Tam też przepływa Narew więc można zorganizować klimatyczny piknik nad rzeką. Słuchając odgłosów natury, patrząc w niebo poczujemy się jak w zaczarowanym świecie. Kolejny dobrym miejscem będzie też wiata biwakowa pod Pietkowem. Będzie tam widoczne całe niebo. Możemy także zrobić piknik nad Narwią w Strękowej Górze. Tam również jest wiele miejsc, w których światło większego miasta nie będzie nam przeszkadzać w obserwacji. Świetnym miejscem będą również okolice Jagłowa nad Biebrzą. Tam również zbyt wielu zabudowań i światła nie ma. Dobrym pomysłem może być też obserwacja gdzieś po drodze z Bielska Podlaskiego do Hajnówki.
Warto żeby były to jak największe otwarte przestrzenie oraz nieskrępowana możliwość obserwacji. Warto też by nie było to blisko lasu, który nie tylko będzie zasłaniać ale też może narazić nas na spotkanie z dzikim zwierzęciem, które możemy zaskoczyć swoją obecnością. Leżenie i patrzenie w niebo nie powoduje zbyt dużo hałasu. Jeżeli również nie będzie wiatru to zwierzę może nas nie wyczuć. Zaskoczone natomiast może zaatakować. Dlatego też najlepiej urządźmy sobie piknik w wieży widokowej lub nad rzeką.
Byleby tylko pogoda dopisała, która w ostatnim czasie jest kapryśna. Potrzebujemy bezchmurnego nieba. Warto też zabrać aparat fotograficzny i ustawić, by robił zdjęcia nieba interwałem. Wtedy istnieje duża szansa, że wyjątkowy moment uchwycimy na pamiątkę. Można też bez aparatu. Wystarczy leżeć i patrzeć w niebo. Wszystko będzie dostrzegalne gołym okiem. Kiedy obserwować? Po zachodzie księżyca czyli od 1:54.
W ostatnim czasie niemalże „hitem” stały się pola słoneczników na Wysokim Stoczku. Na pewno rośliny cieszą mieszkańców, ale nasadzenia akurat tam to wyrzucanie pieniędzy w błoto. Gdyby tak w budynku przy ul. Słonimskiej doszło do próby refleksji to ktoś by próbował odwrócić negatywne skutki tego co narobił czyli zabetonowanie centrum, doprowadzenie do wielu powodzi i nagrzewania centrum. Tymczasem sadzi się łąki kwietne daleko od betonowej pustyni, zaś 10-lecie jej istnienia czyni się niemalże świętem.
Za 1,6 miliona złotych posadzone zostały pola słoneczników oraz za w tej kwocie powstaną jeszcze kolejne. Bardzo ładnie, ale niech ktoś wytłumaczy jaki jest sens sadzenia na Wysokim Stoczku, gdzie w pobliżu znajdują się (jeszcze) niezabudowane bagna pełniące rolę „strefy przewietrzenia miasta”, choć dodalibyśmy że „tymczasowej”, bo nie wierzymy iż developerzy nie robią nic, by tam w końcu wkroczyć.
Jaki jest też sens sadzenia łąki kwietnej na Placu NZS (wkrótce)? W tym przypadku również nie jest to najlepszy pomysł. Już teraz są aktywiści, którzy chcą zmienić przeznaczenie placu. Prędzej czy później dopną swego. Bo mimo iż białostoczanie zadecydowali iż nie chcą zmian w ruchu drogowym na placu, to zagospodarowanie samego placu – tak by można było na niego wejść – w przyszłości jest raczej pewne. I co wtedy – zrywać łąkę?
Jeżeli sadzić łąki – to w przemyślany sposób. Przede wszystkim na Rynku Kościuszki czy ul. Lipowej, które szczelnie zabetonowane nagrzewają się najszybciej przez co trzeba wylewać bez sensu wodę, by chłodzić beton. Od tego trzeba zacząć.
Białystok znów służy za plan filmowy, tym razem konkretnie cerkiew Haga Sophia na Wygodzie. W filmie grają aktorzy z naszego miasta. Anna Pawluczuk – studentka V roku reżyserii PWSTviT w Łodzi realizuje w Białymstoku swój film dyplomowy. Pomagają jej w tym aktorzy z białostockich teatrów.
O czym jest film? Główna bohaterka – Marta musi zorganizować pogrzeb swego ojca. Dzień przed pochówkiem w cerkwi zjawia się matka bohaterki z nowym partnerem. Główna bohaterka nie widziała jej od 10 lat. Widzowie filmu jednak nie tylko obejrzą interesującą historię, ale też zobaczę przede wszystkim zwyczaje, które w zasadzie są tylko na Podlasiu, gdzie bardzo mocno rozwinięte jest prawosławie. Dlatego też zobaczyć będzie można czuwanie przy zmarłym – będące prawosławnym rytuałem.
W filmie występują aktorzy z Białegostoku – Katarzyna Wolak, Ewa Palińska, Eliza Krasicka, Marek Tyszkiewicz czy Michał Jarmoszuk. Reżyser filmu Anna Pawluczuk również pochodzi z Białegostoku. 28-letnia studentka ukończyła w naszym mieście kulturoznawstwo. Ma za sobą już pierwsze nagrody w filmie.
fot główne: http://www.hagiasophia.cerkiew.pl/
Kontynuując przeglądanie strony, zgadzasz się na instalację plików cookies na swoim urządzeniu. Ustawienia prywatnościOK
Polityka prywatności i cookies
POLITYKA PRYWATNOŚCI
Szanujemy prawo użytkowników do prywatności. Dbamy, ze szczególna troską, o ochronę ich danych osobowych oraz stosuje odpowiednie rozwiązania technologiczne zapobiegając ingerencji w prywatność użytkowników osób trzecich. Chcielibyśmy, by każdy Internauta korzystający z naszych usług i odwiedzający nasze strony czuł się w pełni bezpiecznie.
Dane osobowe po 25.05
25 maja 2018 roku wchodzi w życie Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 roku tzw. RODO. Nowe prawo nakłada na nas obowiązek uzyskania Twojej zgody na przetwarzanie przez nas danych osobowych podawanych przez Ciebie w zaszyfrowanych plikach cookies.
Przetwarzamy dane użytkownika, za jego zgodą, m. in. w celu analitycznym. Dane te pomagają nam w określeniu upodobań użytkowników, a tym samym – doskonaleniu kierowanej do nich artykułów.
Cookies – jak działają
Cookies to pliki tekstowe, które serwer zapisuje na dysku urządzenia końcowego użytkownika, dzięki czemu będzie mógł go “rozpoznać” przy ponownym połączeniu.
Portal używa cookies do zapamiętania informacji o Internautach. Rozpoznajemy ich po to, by dowiedzieć się kim są, jakiej informacji potrzebują i szukają na naszych stronach. Wiedząc, które serwisy odwiedzają częściej niż pozostałe, możemy stać się dla Nich znacznie ciekawszym i bogatszym portalem niż dotychczas. To użytkownicy dają nam wiedzę o tym, w jakim kierunku rozwijać serwisy już istniejące, jakim wymaganiom musimy jeszcze sprostać, co uzupełnić, co stworzyć nowego, by odpowiedzieć na ich oczekiwania i potrzeby.
Pliki cookies są wykorzystywane także w celach statystycznych (tworzenie statystyk dla potrzeb wewnętrznych i w ramach współpracy z naszymi kontrahentami, w tym reklamodawcami); oraz związanych z prezentacją reklam w portalu – w szczególności aby uniknąć wielokrotnej prezentacji temu samemu odbiorcy tej samej reklamy oraz w celu prezentacji reklam w sposób uwzględniający zainteresowania odbiorców
Cookies są ustawiane przy “wejściu” i “wyjściu” z Portalu. W żaden sposób nie niszczą systemu w komputerze użytkownika ani nie wpływają na jego sposób działania, w szczególności nie powodują zmian konfiguracyjnych w urządzeniach końcowych użytkowników ani w oprogramowaniu zainstalowanym na tych urządzeniach.
Należy podkreślić, że cookies nie służą identyfikacji konkretnych użytkowników, na ich podstawie nie ustala tożsamości użytkowników.
Zaufani partnerzy
Dane o Użytkownikach przetworzone w postaci profili marketingowych są udostępniane podmiotom trzecim, jednak żadne dane umożliwiające bezpośrednie zidentyfikowanie osób nie są przechowywane ani analizowane. W zakresie, w jakim Dane udostępniane są podmiotom trzecim, Użytkownik, który nie chce aby dane o ich odwiedzinach były przekazywane temu podmiotowi może w dowolnym momencie wyłączyć.
Lista zaufanych partnerów
1. Google Ireland Limited (usługa AdSense, usługa Analytics)
2. Facebook.com (komentarze pod artykułami)
Na naszej stronie używane są ciasteczka firmy Google Ireland Limited będącej naszym partnerem. Ciasteczka te służą przede wszystkim do analizy oglądalności stron internetowych w Polsce i oceny skuteczności działań reklamowych. Użytkownik może w każdym czasie zrezygnować z korzystania z tego rodzaju plików wybierając odpowiednie ustawienia w swojej przeglądarce.
Wyświetlanie reklam
Zasadą działania Portalu jest możliwość darmowego czytania artykułów dla użytkowników. Aby zapewnić sprawne działanie systemu musimy zapewnić odpowiedni poziom usług (serwery, administracja itp.) co niestety wiąże się ze sporym kosztem. Dlatego na portalu obecne są reklamy. Staramy się, aby profil reklam odpowiadał zainteresowaniom użytkowników, aby były one użyteczne i przyczyniały się do możliwości zdobycia dodatkowej wiedzy o interesujących produktach i usługach.
Cookies to pliki tekstowe, które serwer zapisuje na dysku urządzenia końcowego użytkownika, dzięki czemu będzie mógł go “rozpoznać” przy ponownym połączeniu.
Portal używa cookies do zapamiętania informacji o Internautach. Rozpoznajemy ich po to, by dowiedzieć się kim są, jakiej informacji potrzebują i szukają na naszych stronach. Wiedząc, które serwisy odwiedzają częściej niż pozostałe, możemy stać się dla Nich znacznie ciekawszym i bogatszym portalem niż dotychczas. To użytkownicy dają nam wiedzę o tym, w jakim kierunku rozwijać serwisy już istniejące, jakim wymaganiom musimy jeszcze sprostać, co uzupełnić, co stworzyć nowego, by odpowiedzieć na ich oczekiwania i potrzeby.
Pliki cookies są wykorzystywane także w celach statystycznych (tworzenie statystyk dla potrzeb wewnętrznych i w ramach współpracy z naszymi kontrahentami, w tym reklamodawcami); oraz związanych z prezentacją reklam w portalu – w szczególności aby uniknąć wielokrotnej prezentacji temu samemu odbiorcy tej samej reklamy oraz w celu prezentacji reklam w sposób uwzględniający zainteresowania odbiorców
Cookies są ustawiane przy “wejściu” i “wyjściu” z Portalu. W żaden sposób nie niszczą systemu w komputerze użytkownika ani nie wpływają na jego sposób działania, w szczególności nie powodują zmian konfiguracyjnych w urządzeniach końcowych użytkowników ani w oprogramowaniu zainstalowanym na tych urządzeniach.
Należy podkreślić, że cookies nie służą identyfikacji konkretnych użytkowników, na ich podstawie nie ustala tożsamości użytkowników.