Wkrótce startuje lotnisko w Suwałkach! A w Białymstoku kiedy Panie Truskolaski?
Lotnisko Krywalny

Wkrótce startuje lotnisko w Suwałkach! A w Białymstoku kiedy Panie Truskolaski?

Zbudowali w 2018 roku i nadal hula tam wiatr! Mowa o lotnisku Krywlany. Tadeusz Truskolaski tłumaczył się zmianą prawa, które spowodowało, że już nie Urząd Lotnictwa Cywilnego wyda zgodę na użytkowanie lotniska tylko sam Tadeusz Truskolaski. Sytuacja teoretycznie jak prezent – wydać samemu sobie zgodę powinno być formalnością. Tymczasem prezydent Białegostoku najpierw pytał Samorządowe Kolegium Odwoławcze czy by kto inny się tym nie mógł zająć, a potem postanowił liczyć drzewa.

 

W Suwałkach takich problemów sobie nie robili. Zbudowali identyczny pas jak u nas i już w marcu nastąpi certyfikacja zaś latem nastąpi oficjalne otwarcie. Teraz będą zajmować się budową drogi dojazdowej oraz stacji paliw. Z lotniska będą mogły skorzystać samoloty pasażerskie, które przewożą do 50 osób. Zupełnie jak u nas.

 

W Białymstoku jak Truskolaski nie będzie wymyślać sam sobie nowych problemów to może oficjalne otwarcie będzie w 2021 roku. Póki co do końca maja ma być gotowy dokument, w którym oficjalnie napiszą ile drzew i krzewów chcą wycinać. Mimo to nikt z piłami do lasu pod Krywlanami od razu wejść nie będzie mógł gdyż między 1 marcem a 15 październikiem trwa okres lęgowy ptaków. Zakładając, że nie będzie pod koniec 2020 roku srogiej zimy ze śnieżycami, to może Pan Tadeusz Truskolaski już nie będzie szukać kolejnych problemów tylko zezwoli w końcu wycinać, a potem sam sobie certyfikuje lotnisko.

 

Mimo wszystko i tak ciągle chwalimy Tadeusza Truskolaskiego za inwestycję, która jak już ruszy – to na pewno będzie funkcjonować z dużym pożytkiem dla Białegostoku i okolic. Trzeba na to patrzeć przyszłościowo. Będziemy coraz bogatsi – nawet w takim Białymstoku, będziemy chcieli latać z miasta a nie z Warszawy, zaś przewoźników z małymi samolotami będzie coraz więcej. Pas będzie można również wydłużyć pod większe samoloty, dobudować też wieżę kontroli lotów, stację paliw czy terminal. Nie trzeba tego robić na raz, można stopniowo z biegiem lat. Pamiętajmy, że to będzie rozwijanie zupełnie martwego rynku na Podlasiu.

 

Niestety działania Tadeusza Truskolaskiego oceniamy jako kuriozalne. Najpierw mimo, że nie miał większości w radzie miasta – przeforsował budowę Krywlan stawiając opozycyjny PiS pod ścianą. Potem szybko wybudowano pas. Aż tu nagle zaciągnięto wielki hamulec, gdy pozostało wycięcie drzew. Swoją drogą dlaczego nie zrobiono tego kompleksowo z całą inwestycją? Tylko dopiero zajęto się tym po zbudowaniu pasa? Ktoś czegoś chyba do końca nie przemyślał.

Partnerzy portalu:

Największy skarb Biebrzańskiego Parku Narodowego znika!

Największy skarb Biebrzańskiego Parku Narodowego znika!

Ostatnio pisaliśmy o złej sytuacji w Dolinie Górnej Narwi, gdzie panuje susza mimo iż zimą powinno być tam dużo śniegu, który na wiosnę powinien się roztopić i wsiąknąć w grunty. Będzie miało to konsekwencje w przyszłości. Ptaki nie założą siedlisk i nie będą się tam rozmnażać. Susza to także straty w rolnictwie, które przełożą się na wysokie ceny w sklepach. Przy okazji poprzedniej publikacji opublikowaliśmy poniższą mapę hydrologiczną. Tak jak pisaliśmy tam gdzie czerwono – jest źle. Zatem pomyślcie sobie co się dzieje tam, gdzie jest bordowo! Tak, jest jeszcze gorzej. Mowa tutaj o Biebrzańskim Parku Narodowym, w którym wysychają bagna! Może Wam się wydawać, że nie ma to żadnego znaczenia dla Waszego życia. Otóż niestety ma.

graf. Wody Polskie

Wysuszone bagno spowoduje, że zaczną na nim wyrastać krzewy oraz drzewa. Przez to zagrożone będzie funkcjonowanie łosi, które żerują na torfowiskach. Krzewy i drzewa natomiast przyciągną jelenie, które konkurują z łosiem. To doprowadzi do wyginięcia wielu ptaków wodno-błotnych. Warto wiedzieć, że brak ptaków może istotnie wpłynąć na brak roślin, gdyż wiele gatunków zarówno bierze udział w zapylaniu kwiatów jak i w rozsiewaniu nasion. Ponadto odchody ptaków stanowią nawóz w rolnictwie. Od lipca ubiegłego roku poziom wody bardzo mocno spadł bo o cały metr, a przez brak zimy nie wzrośnie. Obszar Biebrzańskiego Parku Narodowego to 592 km kw. Wyobraźcie sobie ile metrów wody jest tam mniej.

 

Zmiany klimatyczne, brak zimy to jedno. Drugim ważnym czynnikiem jest zniszczenie przez człowieka naturalnych koryt Biebrzy. Te w przyszłości mają zostać przywrócone. Miejmy nadzieję, że nie za późno. Od lat badania mówią jasno – Polska zamienia się w pustynie – jeżeli teraz nie zadbamy o cały ekosytem, to nasze dzieci w przyszłości będą musiały uciekać tam gdzie woda jeszcze będzie. Ekosystemy bagienne to jedne z najważniejszych układów pod względem wartości tzw. usług ekosystemowych. Do najważniejszych z nich należą usługi regulacyjne, związane z powstrzymywaniem zmian klimatycznych. Inaczej mówiąc – nie będzie bagien to będzie pustynia.

Partnerzy portalu:

Nareszcie! Będzie połączenie kolejowe Białystok – Lublin – Rzeszów!
fot. Koefbac / Wikipedia

Nareszcie! Będzie połączenie kolejowe Białystok – Lublin – Rzeszów!

Pisaliśmy na łamach PodlaskieTV o wykluczeniu kolejowym wiele razy. Nareszcie coś się zmienia w tej sprawie! Przy okazji realizacji Centralnego Portu Komunikacyjnego pod Warszawą będą również realizowane inne inwestycje poboczne. Miedzy innymi usprawnienie połączeń kolejowych. Jak czytamy na stronie CPK – także w województwie podlaskim.

 

Wybudowanych ma być 56 km linii kolejowych prowadzących z Ostrołęki przez Łomżę i Kolno do Giżycka (pisaliśmy o tym jakiś czas temu – że to kuriozalne, że Białystok z Łomża nie będą nadal połączone kolejowo). Oprócz tego program CPK zakłada budowę odcinka Milanów – Biała Podlaska – Fronołów w województwie lubelskim. Dzięki tej właśnie inwestycji powstanie bezpośrednie połączenie Białystok – Lublin – Rzeszów (teraz trzeba jechać przez Warszawę), zaś sama podróż potrwa nie 5,5 godziny jak teraz lecz 3 godziny i 5 minut!). Do Rzeszowa zaś dojedziemy w 4 godziny 45 minut zamiast obecnych 7 godzin!

 

– Inwestycje CPK uzupełnią brakujące połączenia istniejącej sieci kolejowej – wyjaśnia Maciej Kaczorek, dyrektor Biura Planowania Kolei w CPK. – Linia Milanów – Biała Podlaska – Fronołów, choć powstanie zaraz za granicą województwa podlaskiego, stworzy bezpośrednie połączenie Białegostoku, Lublina i Rzeszowa oraz zapewni nowe możliwości w ruchu pasażerskim i towarowym – czytamy na stronie CPK. Zgodnie z założeniami inwestora, aż 81 proc. mieszkańców województwa podlaskiego będzie w stanie w czasie poniżej godziny dotrzeć do stacji pociągów dużych prędkości.

 

Dokładna data realizacji decyzji nie jest jeszcze znana. Bowiem dopiero Premier Mateusz Morawiecki zatwierdził studium lokalizacyjne (dokument zatwierdzający trasy kolejowe). Sam port CPK ma być gotowy w 2027 roku. Wszelkie inwestycje kolejowe mają być zakończone między 2025 a 2030 rokiem. Perspektywa nie najgorsza.

Partnerzy portalu:

Tak Polacy ratowali Żydów przed śmiercią. Na całym Podlasiu!

Tak Polacy ratowali Żydów przed śmiercią. Na całym Podlasiu!

Ostatnie wydarzenia na świecie pokazują, że historię trzeba przypominać – także lokalną. Historia o tym jak Niemcy 27 czerwca 1941 roku spalili wielką synagogę z 700 Żydami w środku – była wspominana nie raz na naszym portalu przy okazji tekstów o II Wojnie Światowej. Mało kto jednak wie, że okrucieństwo, jakie Niemcy zgotowali białostockim Żydom przeżyło 29 osób. Wszystkie ocalały za sprawą bohaterskiego Polaka – Józefa Bartoszki.

Wykorzystał nieuwagę Niemców

„Gdy synagogę zapełniono ludźmi – widziałem jak Niemcy pozamykali wyjścia i kordonem otoczyli budynek i podpalili go…” – tak wspomina to wydarzenie jeden ze świadków, który wszystko obserwował przez okno strychu. Budynek zaczął płonąć, zaś stłoczeni w środku ludzie zaczęli umierać. W tym czasie będący na miejscu dozorca synagogi Józef Bartoszka wykorzystał chwilę nieuwagę Niemców i otworzył boczne drzwi płonącej świątyni. W ostatniej chwili wydostali się z niej ci ludzie, którzy byli stłoczeni w przedsionku. W tym czasie Niemcy strzelali do Żydów, którzy uciekali z drewnianych domów, które chwilę później również zajęły się ogniem.

 

Łącznie w „czarny piątek” w Białymstoku Niemcy zabili ponad 2000 osób. Niemcy spalili synagogę, dzielnice Chanajki, a także wiele budynków z Rynku Kościuszki, Suraskiej, Rynku Siennego, a także to co napotkali na Legionowej i Akademickiej. W kolejnych dniach Niemcy dalej masowo mordowali Żydów. Do 12 lipca zamordowano łącznie prawie 8000 osób. 2 tygodnie później utworzono w mieście getto. To prawie 20 proc. wszystkich Żydów z miasta.

Polacy dostarczali żywność dla Żydów z Getta

Niemcy podczas II Wojny Światowej wymordowali prawie wszystkich z 60 tysięcy białostockich Żydów. Przeżyło tylko 1100 osób. Pozostali zginęli w obozie zagłady w Treblince. W samym Getcie zginęło 800 osób. Nim dotknęła ich śmierć z rąk oprawców – pomagali im Polacy – dostarczając żywność. Niemcy organizując getta na całym Podlasiu – przyznali Żydom głodowe racje żywnościowe. Tu pośpieszyli z pomocą Polacy. Najtrudniej z jedzeniem było w Białymstoku. Jednak istotną rolę spełnili Bolesław, Henryk i Józef Sokołowscy oraz Witold Maksymowicz. Kupowali oni żywność w okolicznych wsiach i przywozili ją do swoich domów na Białostoczku, a następnie wywożący nieczystości z Getta – Żydzi – przy okazji pakowali przekazaną żywność do ukrytego, podwójnego dna beczkowozu.

 

Polaków dostarczających różnymi sposobami żywność do Getta było dużo więcej. Najczęściej odbywało się to przy pomocy nielegalnego handlu. Warto tutaj wspomnieć, że nawet udało się spowadzić Żydom do Getta bydło – przekupując niemieckiego żołnierza. Punkt przerzutowy znajdował się przy ul. Smolnej (okolice Jurowieckiej). Warto wspomnieć, że niektórych Polaków spotkała kara śmierci za dostarczanie żywności. Niemcy za to zabili chłopca na terenie parkanu od strony ul. Sienkiewicza. Zginęła też kobieta, która próbowała sforsować ogrodzenie od strony Rynku Kościuszki. Zabity został również mężczyzna, który przedostał się na targowisko gettowe mieszczące się przy ul. Częstochowskiej.

Ukrywali Żydów na całym Podlasiu

Można również mnożyć przykłady heroicznych czynów Polaków na podlaskich wsiach. Tam niekiedy wieloosobowa rodzina była narażona na śmierć, lecz ukrywała Żydów. Polacy tworzyli specjalne zabudowania, ukryte pokoje, a nawet transportowano Żydów łodzią przez Biebrzę, tak by ci czekali na lepsze czasy ukryci w bagnistych lasach, gdzie Niemcy dotrzeć nie mogli!

 

Wbrew temu co się dzieje na świecie, co o nas mówią w różnych miejscach, warto pamiętać o tym zawsze i przekazywać dalej, że nie ma różnych wersji historii. Była jedna – Niemcy wspólnie z Rosjanami napadli Polskę z dwóch stron. Najpierw Niemcy przekazali Rosjanom Białystok, potem tu wrócili i urządzili rzeź. A Polacy przed Niemcami Żydów ratowali jak mogli – z narażeniem życia a także płacąc za to życiem swoim i swojej rodziny.

Partnerzy portalu:

Deptak w centrum będzie wydłużony? Kilińskiego może zostać zamknięta!

Deptak w centrum będzie wydłużony? Kilińskiego może zostać zamknięta!

Z białostockiego magistratu pierwszy raz od dawna powiało rozsądkiem. Wiceprezydent Adam Musiuk zapowiedział na antenie Radia Białystok, że ul. Kilińskiego z czasem zostanie zamknięta, by centrum służyło mieszkańcom jeszcze bardziej do spacerów. Trudno się z nim nie zgodzić. Już dawno zakupy mieszkańcy robią w galeriach handlowych, gdzie wszystkie sklepy są skupione w jednym miejscu a przede wszystkim nie ma większego problemu z zaparkowaniem.

 

Jest jednak grono mieszkańców, które krytykuje dotychczasową organizacje białostockiego deptaka – ze względu na to, że polega ona głównie na stawianiu ogródków piwnych latem. Co prawda miasto tętni wieczorami do późnych godzin, to trzeba się zgodzić, że białostocki deptak nie musi składać się wyłącznie z ogródków piwnych. W ostatnich latach pojawiły się też lodziarnie, to jednak kropla w morzu. Obecnie jednak na więcej nie bardzo można sobie pozwolić. Na dotychczasowym deptaku zwyczajnie brakuje miejsca.

 

Dlatego racjonalne jest, by zamykać kolejne ulice w centrum miasta, by służyły mieszkańcom do odpoczynku. Warto się zastanowić czy automatycznie powinny być tam ogródki piwne? Można by było stworzyć na Kilińskiego „strefę rodzinną” – czyli miejsce, gdzie alkoholu nie kupimy. Za to mogłyby być tam lody, pizza czy inne ciekawe dania zarówno dla dorosłych jak i dla dzieci.

 

Jakiś czas temu pisaliśmy też o potrzebie zamknięcia ul. Lipowej. Obecnie w godzinach szczytu nie da się tam oddychać. Zabetonowana ulica jest nasycona spalinami. Dla przechodniów to mordęga. Deptak od kościoła do kościoła załatwiłby sprawę. Można by było również wyremontować nawierzchnię na białostockich Plantach – tak by wszelkiej maści ogródki i gastronomia dostępna była latem również i tam. Wtedy białostoczanie mieliby do dyspozycji nie tylko Lipową, Rynek Kościuszki, Kilińskiego, ale także Bulwary Kościałkowskiego.

 

Obecnie latem oprócz lodziarni znajduje się także drobna gastronomia. Problem w tym, że mieszkańcom muszą wystarczyć tylko ławki. Gdyby latem pojawiły się tam również ogródki, to spędzanie czasu na Plantach byłoby jeszcze przyjemniejsze. Odpoczynek wśród drzew byłby wspaniałą alternatywą dla zabetonowanego Rynku. Jak widać 10 lat od przebudowy Rynku Kościuszki i zmiany go w deptak – zaczyna na nim brakować miejsca. Nadszedł czas na dalszy rozwój. Dobrze, że ktoś w białostockim magistracie jeszcze to widzi.

Partnerzy portalu:

Podlasie Unplugged. Oto 3 miejsca, gdzie komórka na nic się nie przyda.

Podlasie Unplugged. Oto 3 miejsca, gdzie komórka na nic się nie przyda.

W dzisiejszych czasach smartfony są niemalże jak część ciała – nieodłączone. Już dawno minęły czasy, gdy do pełni szczęścia potrzeba było Wi-Fi. Dziś urządzenie jest podłączone do internetu przez 24 godziny na dobę bez żadnych limitów. U niektórych świadomość, że możemy być gdzieś „odłączeni” przez rozładowanie baterii wywołuje wręcz strach. Każdemu przydałby się jednak cyfrowy odwyk. Można go szukać gdzieś tam w górnych partiach Bieszczad, ale można też na Podlasiu. Oto 3 miejscówki, gdzie nawet telefon z pełną baterią na niewiele się przyda.

Jezioro Szczęścia

Odbiornik radiolokacyjny czyli inaczej radar to takie urządzenie, które służy do wykrywania za pomocą fal radiowych – samolotów, śmigłowców, rakiet i wiele wiele innych. Tak się składa, że jedno takie wielkie urządzenie stoi na Suwalszczyźnie. Jest tak wielkie, że pochłania wszelkie fale radiowe z okolicy. Możecie tam zapomnieć o internecie z komórki, GPS-ie a nawet zwykłym radiu! Zupełnie obok wielkiego radaru znajduje się Jezioro Szczęścia. Idealne miejsce, gdzie można siedzieć, patrzeć na wodę, piknikować, relaksować się i być offline czy tego się chce czy nie. Żeby tam dojechać należy kierować się drogą krajową nr 8 na granicę Polski z Litwą, a następnie skręcić w lewo na miejscowość Przejma Wielka. Tuż za miejscowością Szury dotrzemy do Jeziora Szczęścia. Obok jest jeszcze jedno jezioro – dużo większe Szelment – prawdziwe cudo natury.

Niemirów

Trójstyk granic. To właśnie w okolicy Niemirowa łączą się ze sobą województwa Podlaskie, Lubelskie i Mazowieckie. Ponadto miejscowość leży na samej granicy z Białorusią. Siedząc nad brzegiem Bugu możemy odpoczywać w otoczeniu wspaniałej natury. Z racji bliskości z Białorusią – lepiej wyłączyć internet. W każdej chwili może przełączyć nas na białoruską sieć komórkową. Wtedy bycie online bardzo zaboli nasz portfel. W Niemirowie możemy również przeprawiać się promem na drugą stronę rzeki. Nie zawsze jest to jednak dostępna atrakcja, jednak spacer wzdłuż Bugu – dostępny jest 365 dni w roku!

Nad Świsłoczą

Spacer między miejscowościami Gobiaty, Świsłoczany, Mostowlany, Dublany, Jałówka dobrze zrobi wszystkim tym, którzy zbyt dużo siedzą przed komputerem. Nie dość, że wprawimy w ruch nasze ciało, to jeszcze ani przez moment nie będziemy mogli skorzystać przez internetu. Nie dość, że tak jak powyżej będziemy przy samej granicy, to jeszcze są to takie krańce Polski, gdzie nawet i zwykły zasięg telefoniczny ledwo dochodzi. Idealne miejsce, by się wyciszyć. Szczególnie, że w Jałówce w pobliżu ruin kościoła znajduje się przyjemne miejsce do posiedzenia w lesie. Wystarczy iść w stronę granicy. Przy szlabanach można piknikować.

Partnerzy portalu:

Pogańskie Podlasie. Kim była Południca oraz Morowa Dziewica?

Pogańskie Podlasie. Kim była Południca oraz Morowa Dziewica?

Nim w Polsce i Litwie nastąpiło czasy chrześcijańskie to na ziemiach dzisiejszego Podlasia prawdziwym utrapieniem były czarownice, wilkołaki i demony. Ludzie bali się przede wszystkim Południcy oraz Morowej Dziewicy. Kim były?

 

Południca to inaczej baba o żelaznych zębach. Według wierzeń słowiańskich była złośliwym i morderczym demonem, który polował latem na tych, którzy w samo południe przebywali w polu. Słowianie zamieszkujący tereny dzisiejszego Podlasia wierzyli, że Południcami stawały się wszystkie kobiety, które zmarły w trakcie ślubu lub wkrótce po weselu. Swoje ofiary zabijały lub okaleczały sierpem, dusiły w polu lub porywały dzieci bawiące się w jego pobliżu. Ludowe wierzenie w Południce miało też racjonalne wytłumaczenie. Prawdopodobnie ludzie nazywali w ten sposób udar słoneczny.

 

Morowa dziewica to kolejny demon o jakim mówiono na pogańskim Podlasiu. Kobieta przemierzała świat pod postacią chudej, bladej niewiasty. Kto ją spotkał musiał na karku nieść do wsi lub miasta. Wszyscy mieszkańcy zmagali się następnie z chorobami, a nawet umierali. Dlatego też ludzie panicznie bali się, że ich wieś lub miasto taka osoba nawiedzi. Warto oczywiście dodać, że morowa dziewica to była po prostu zaraza. Dlatego, gdy ludzie na wieść o tym, że taka może wystąpić we wsi lub w mieście w popłochu uciekali do lasu. W tym czasie często wykorzystujący sytuację plądrowali opuszczone tereny. Strach przed morową dziewicą przetrwał do czasów chrześcijańskich. Od powietrza, głodu, ognia i wojny – wybaw nas Panie – tak brzmiały modlitwy błagalne. W 1831 roku ze strachu przed zarazą zakopano żywcem kobietę wraz z kogutem i wroną. Trudno powiedzieć dlaczego, jednak w strachu ludzie racjonalnie nie postępują.

 

Na Podlasiu – z racji terenów, gdzie jest dużo lasów i bagien wierzono również że te zamieszkiwane są przez diabły przybierające różne rozmiary i wygląd. Diabły lubiły psoty oraz towarzystwo ludzi. Na tyle, że powodowały iż wędrowcom myliła się droga. Czasem też diabły przybierały postać sowy.

Partnerzy portalu:

Niebezpieczna droga zyska ścieżkę. Gdyby nie brak kultury kierowców wystarczyłoby namalować pas.

Niebezpieczna droga zyska ścieżkę. Gdyby nie brak kultury kierowców wystarczyłoby namalować pas.

To są niecałe 2 km lecz dla rowerzystów jest niebezpiecznie. Mowa o drodze do Olmont. Wkrótce to się zmieni gdyż będzie budowana tam ścieżka rowerowa. Każdy kto tamtędy jechał jednośladem nie raz czuł duszę na ramieniu. W zachodnich krajach europejskich nie ma czegoś takiego jak ścieżka rowerowa. Tam po prostu jest szersza jezdnia, na której po prostu maluje się dodatkowy pas dla rowerzystów. Dlaczego to nie działa w Polsce i trzeba budować drogi dla rowerów oddzielnie za dużo większe pieniądze?

 

Odpowiedź jest prosta: Kierowcy samochodów. Z przykrością musimy to napisać, ale w naszym kraju kultura jazdy na drodze nie istnieje. To dlatego za wszystko jesteśmy karani tak wysokimi mandatami, dlatego też buduje się oddzielne drogi dla rowerów. Każdy kto jechał w mieście rowerem jezdnią wie, że w ciągu kilku minut był narażony na śmierć kilka razy. Ostatnio byliśmy świadkami takiej sceny: starszy mężczyzna jechał typowym wiejskim rowerem ul. Branickiego w Białystoku. Następnie wjechał nim na rondo Lussy i dalej na Al. Piłsudskiego. Kierowcy kompletnie go ignorowali, nie traktowali jako uczestnika ruchu, więc musiał się na rondzie zatrzymywać. Mimo że miał pierwszeństwo, to musiał ustępować innym.

 

Dlatego też dołączamy do chóru, który mówi że ścieżka rowerowa do Olmont jest bardzo potrzebna. Bo wiemy, że trzeba wydawać mnóstwo pieniędzy na dodatkową infrastrukturę zamiast domalowania oddzielnego pasa tylko dlatego, że w naszym kraju nie istnieje kultura jazdy. Szkoda, że na ścieżkę nie mogliby się zrzucić ci, którzy zapłacili mandaty za niebezpieczną jazdę.

Partnerzy portalu:

Żubr zadusił się we wnykach! Nadszedł czas, by ktoś wypowiedział wojnę kłusownikom z Puszczy Białowieskiej.
Zdjęcie z 2018 roku. Pracownicy Białowieskiego Parku Narodowego, którzy uratowali kolejnego żubra. To już trzeci w 2018 roku, który padł ofiarą kłusowników, a drugi, którego udało się z uratować z wnyków. Mamy 2020 a kłusownictwo w Puszczy Białowieskiej kwitnie. fot. Białowieski Park Narodowy.

Żubr zadusił się we wnykach! Nadszedł czas, by ktoś wypowiedział wojnę kłusownikom z Puszczy Białowieskiej.

Coś nieprawdopodobnego. Puszcza Białowieska na listach światowego dziedzictwa UNESCO, wielka atrakcja turystyczna, XXI wiek i technika dająca bardzo wiele możliwości. Tymczasem w Nadleśnictwie Browsk w okolicy Babiej Góry (Siemianówka) grasują kłusownicy. Ich ofiarą padł żubr, który zadusił się we wnykach pozostawionych w lesie. Mało tego! Jak powiedział Radiu Białystok Michał Krzysiak (szef Białowieskiego Parku Narodowego) – to nie pierwszy przypadek. Mało tego! Na początku XX wieku o mało co żubry całkowicie by wyginęły – między innymi przez kłusowników. Nikt nic z tej lekcji nie wyciągnął.

 

Można zrozumieć, że Puszcza Białowieska jest ogromna i przewija się przez nią bardzo wiele osób. Jednak dzisiejsza technika pozwala na bardzo wiele. W zasadzie trzeba tylko chcieć. Odnosimy wrażenie, że jednak nikomu się nie chce tępić kłusowników. Puszcza Białowieska to Białowieski Parku Narodowy oraz trzy nadleśnictwa (Browsk, Białowieża, Hajnówka). Gdyby razem ze Strażą Leśną i Policją wypowiedzieli totalną wojnę kłusownikom, to problem można by było rozwiązać raz na zawsze. Szczególnie, że wyłapanie idiotów nie byłoby trudne.

 

Białowieski Park Narodowy na swojej stronie pisze „W Puszczy Białowieskiej obserwuje się szczególnie okrutny rodzaj kłusownictwa – wnykarstwo. Wnyk wykonany jest zazwyczaj z plecionej z kilkunastu drutów pętli, a jego koniec zamocowany jest do drzewa. Wnyki nastawiane są na trasach wędrówek zwierząt. Żubry stają się raczej przypadkowymi ofiarami i trafiają we wnyki nastawiane na jelenie, dziki czy sarny. Co roku notuje się kilka przypadków okaleczenia, a nawet śmierci żubrów z tego powodu. Najczęściej pętla zaciska się na kończynach, czasem na szyi, rogach lub głowie. Niebezpieczne są zarówno grube stalowe liny uniemożliwiające uwolnienie się zwierzęcia, jak i cienkie, które zrywane zaciskają się na kończynie powodując okaleczenie zwierzęcia.

 

Dlaczego nie byłoby trudne wyłapanie idiotów? Po pierwsze chociażby pracownicy nadleśnictw puszczę znają jak własną kieszeń. Skoro wnyki są na trasach wędrówek zwierząt, to wystarczy sporządzić mapę z tymi trasami i je obserwować fotopułapkami. Po drugie – nie trzeba obserwować wszystkich osób. Nie trzeba być wyjątkowo bystrym by wiedzieć, że kłusownictwem zajmują się niektórzy myśliwi. Problem chyba jest jednak bardziej złożony. Puszcza Białowieska to Hajnówka i trochę wiosek z okolicy. Leśnicy i myśliwy – to wszystko znajomi, koledzy, przyjaciele, rodzina. Wszyscy się znają bo są z okolicy. W tym gronie nie ma przypadkowych osób. Być może problemem dla leśniczych byłoby donoszenie na znajomych?

 

Dlatego problemem kłusownictwa powinna zająć się instytucja niezależna od nadleśnictw. Oto informacja z 2015 roku: W zeszłym roku na terenie wszystkich nadleśnictw Regionalnej Dyrekcji w Białymstoku straż leśna odnalazła ponad 320 sztuk potrzasków, wnyków czy innego sprzętu wykorzystywanego przez kłusowników – informuje Polskie Radio Białystok. Minęło 5 lat a jakby nic się nie zmieniło. Nadszedł czas, by ktoś wypowiedział wojnę kłusownikom z Puszczy Białowieskiej.

 

Już raz udowodniliście, że presja ma sens. To idealny moment, by spróbować ponownie poruszyć wiele osób do działania! Prosimy, udostępniajcie tą informację wszędzie – Na Facebooku, Twitterze, Instagramie, blogach i innych miejscach z dopiskiem „Nadszedł czas, by ktoś wypowiedział wojnę kłusownikom z Puszczy Białowieskiej”. Im więcej osób zobaczy, że kłusownictwo w Puszczy Białowieskiej ciągle kwitnie, to być może znajdzie się ktoś kto problem postanowi rozwiązać raz na zawsze!

Partnerzy portalu:

Wraca temat obwodnicy kolejowej. Są nowe warianty trasy. Dużo lepsze?

Wraca temat obwodnicy kolejowej. Są nowe warianty trasy. Dużo lepsze?

Wraca temat kolejowej obwodnicy Białegostoku. Urzędnicy przygotowali kolejne warianty do konsultacji. Za pierwszym razem, gdy zostały ogłoszone plany budowy torów to wybuchł skandal. Mieszkańcy dowiedzieli się, że inwestor chciał budować drogę dla pociągów biegnącą przez ich domy. Inwestycja zahaczała również o tereny cenne przyrodniczo. Po konsultacjach społecznych odstąpiono od tych planów i obiecano, że przygotowane zostaną kolejne warianty.

 

Teraz do konsultacji będzie aż 6 nowych wersji trasy. Wszystkie są już bardziej przemyślane niż poprzednie. Przypomnijmy pierwsze trzy zakładały likwidację części ogródków działkowych na Białostoczku (wystarczy przypomnieć ile było protestów, gdy próbowano zbudować połączenie Białostoczka i Dziesięcin oraz że inwestycja trwała 10 lat). Następnie tory miały iść przez wyciętą drogę w Lesie Pietrasze. Następnie mieszkańcom gminy Wasilków oraz gminy Dobrzyniewo Duże pod domami. Po wielkiej awanturze wszyscy czekali na nowe warianty.

 

Obecnie przygotowano 6 kolejnych. Wyglądają o wiele bardziej sensownie niż poprzednie. Trasa ma przebiegać z dala od zabudowań. Najciekawiej prezentuje się ostatni wariant. Trasa przebiegałaby w okolicach Sochoń równolegle do przyszłej drogi ekspresowej i w jej pobliżu. Jest to logiczne rozwiązanie. Innym rozwiązaniem nad którym warto się pochylić jest wariant 7. Tu również tory będą biegły w pobliżu przyszłej drogi ekspresowej.

 

31 stycznia na sali gimnastycznej w Szkole Podstawowej przy ul. Polnej 1/4A w Wasilkowie odbędą się konsultacje społeczne. Będzie można wypowiedzieć się co do wariantów oraz dowiedzieć się o szczegółach realizacji. Jeżeli ktoś ma mocny komputer i zaawansowany program graficzny, to warianty można także pobrać z chmury inwestora:

https://oc.plk-sa.pl//index.php/s/l7wmkJxz2CB7o0c/authenticate?fbclid=IwAR0S6OaOyEtr6UCnAmhaPiTL_sJ2loY8RyheVuXbNVkczAfCtn4hqZK69K8
Hasło do zalogowania: SWPOB

Partnerzy portalu:

Dramatyczna sytuacja w Dolinie Narwi. Nawet ptaki stąd uciekają!

Dramatyczna sytuacja w Dolinie Narwi. Nawet ptaki stąd uciekają!

Tak wygląda Narew. Wokół bardzo sucho! Czekają nas katastrofalne konsekwencje!

Niestety nie mamy dobrych wieści. Póki co śnieg w województwie podlaskim leżał najwyżej kilka dni. W konsekwencji sytuacja hydrologiczna Polski się pogarsza. Drugi rok z rzędu w Narwi jest coraz mniej wody. Przypomnijmy – w tamtym roku otworzono wyremontowaną kładkę Waniewo – Śliwno. Szybko ją zamknięto po wypadku na przeprawie promowej. Gdy działalność atrakcji została wznowiona to za chwilę znów została zakończona. Powód? Za mało wody w Narwi. Wszyscy liczyli, że po zimie wszystko wróci do normy. Teraz wszystko wskazuje na to, że jest tak źle, że nawet ptaki z doliny zaczęły uciekać!

graf. Wody Polskie

Tak obecnie wygląda hydrologiczna mapa Polski. Tak – dobrze myślicie tam gdzie na czerwono – to znaczy że jest bardzo źle. Chociaż Wody Polskie uspokajają, że takie zjawiska jak susza są obserwowane od setek lat, to już teraz wiadomo, że czeka nas poważny kryzys. Mimo, że specjaliści przygotowywali tereny na ewentualność suszy, to zrobiono za mało. Żeby zapobiegać suszy buduje się zbiorniki retencyjne. Budują je zarówno ludzie jak i bobry. Te obecnie są wyjątkowo aktywne. Duże zbiorniki retencyjne zapewniają stabilność poziomu wód podziemnych przez cały rok. Takim zbiornikiem dla Narwi jest Siemianówka. Jak wynika z danych Wód Polskich obecna retencja jest 2 razy za mała aby zgromadzone zasoby wody zaspokoiły wszystkie potrzeby ludzi, gospodarki i środowiska.

 

Kolejnym problemem jest zniszczenie w ubiegłych latach koryt rzek przez urzędników, którzy doprowadzili do tego, że woda w rzekach spływa bardzo szybko. Obecnie pracuje się nad przywracaniem naturalnych koryt rzekom. Na to jednak poczekamy co najmniej kilka lat. A nie ma na co czekać. Już niedługo nadejdą wiosenne burze. Potężne ulewy najpierw spowodują powodzie, by woda zniszczonymi korytami szybko spłynęła do Bałtyku. Wówczas wody będzie jeszcze mniej. Coś jak spuszczenie wody w toalecie bez dolania nowej. Później przyjdzie kolejne upalne lato, które doprowadzi najprawdopodobniej do klęski żywiołowej. W konsekwencji ceny w sklepach będą jeszcze wyższe niż dotychczas. Aż strach pomyśleć ile w 2020 roku będą kosztować warzywa skoro w 2019 roku kosztowały już gigantyczne pieniądze!

 

Tak zła sytuacja to także krzywda dla przyrody. W Dolinie Narwi bez wody ptaki nie założą siedlisk, przez co nie będą się rozmnażać. Jeżeli nie znajdą innych miejsc to wiele gantunków zacznie ginąć. Cała sytuacja jest absolutnie poważna.

Partnerzy portalu:

Mała wioska przy granicy. Zaskakująca historia tego miejsca!
Nowe Leśne Bohatery, fot. Pudelek (Marcin Szala) / Wikipedia

Mała wioska przy granicy. Zaskakująca historia tego miejsca!

Tuż przy granicy polsko-białoruskiej, na granicy Suwalszczyzny i Ziemi Sokólskiej leży mała wioska o bardzo wdzięcznej nazwie – Stare Leśne Bohatery. Są też Nowe Leśne Bohatery. Historia tego miejsca jest zaskakująca. Kim może być leśny bohater? Ktoś kto uratował jakąś osobę w lesie? Takie może być pierwsze skojarzenie. Niestety jest ono błędne. Wystarczy sobie przypomnieć lekturę szkolną „Nad Niemnem”. Pamiętacie Bohatyrowiczów? Okazuje się, że między nimi a Starymi Leśnymi Bohaterami jest pewien związek.

 

W języku białoruskim na osobę bogatą mówi się „bahatyja”. Wiele słów w tym języku przekłada się w ten sam sposób. Tzn. gdy tamtejszą litera „h” występuje w jakimś w wyrazie, to po polsku zamienia się ją na „g”. Dlatego żeby zrozumieć nazwę wsi należałoby ją wypowiedzieć po białorusku co by dosłownie znaczyło „Stare Leśne Bogacze”. Jest także druga wersja, w której uznaje się iż nazwa pochodzi od nazwiska Bohatyrowiczów (co wcale nie wyklucza pierwszej). Był to bowiem ród drobnej szlachty, który osiadł na tych terenach w XVI wieku ażeby w imieniu monarchy chronić królewską puszczę, by nikt w niej nie polował. To było zarezerwowane tylko dla władcy i jego świty. Bohatyrowicze mieli chronić lasu aż do rozbiorów.

 

Stare Leśne Bohatery, fot. Pudelek (Marcin Szala) / Wikipedia

W Starych Leśnych Bohaterach znajduje się wiele kapliczek i krzyży, które upamiętniają 1905 roku. Wówczas we wsi miał miejsce zaskakujący akt „tolerancji religijnej”. Bowiem Car – rosyjski zaborca ziem polskich – miejscowej ludności zezwolił wybierać czy chcą być katolikami czy prawosławnymi. Niemalże wszyscy wybrali katolicyzm. Można powiedzieć, że wówczas narodziło się coś co dziś nazywamy rdzeniem Podlasia – tego z historii najnowszej. Przed rozbiorami ziemie te należały do Wielkiego Księstwa Litewskiego, a po złączeniu z Polską do Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Następnie przyszły rozbiory, a po nich właśnie XX wiek, w którym mieliśmy schyłek monarchii. To właśnie wtedy miejscowi, którzy mogli wybierać między religią mimo że byli pochodzenia ruskiego, mimo że używali gwary białoruskiej, to identyfikowali się z katolicyzmem i uważali się za Polaków. Dziś wystarczy wybrać się choćby do Sokółki by zobaczyć na własne oczy, że z tego rdzenia do dziś przetrwało wiele rodzin, które jako Polacy i katolicy mówią gwarą białoruską.

 

Co ciekawe Nowe Leśne Bohatery wcale takie nowe nie są. Powstały na przełomie XVIII i XIX wieku po tym gdy Stare Leśne Bohatery strawił pożar. Część osób po pożarze przeniosła się również do sąsiedniej wsi Wołkusz. Zanim osada zamieszkana była przez Bohatyrowiczów (i nie tylko, bo w XIX wieku stało tam 40 domów i mieszkało 239 osób) to w czasach wczesnośredniowiecznych znajdowało się tam grodzisko, które odkryto dosyć niedawno.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Babka ziemniaczana. Ukochana potrawa na Podlasiu.

 

 

Babka ziemniaczana jest tradycyjną potrawą kuchni białoruskiej. Jednak to na Podlasiu w ostatnim czasie ma swoje pięć minut. Jak grzyby po deszczu pojawiają się nowe restauracje oferujące to danie. A wydawałoby się, że skoro jest ono mało skomplikowane, to każdy może sobie je zrobić sam. Z myślą o tych osobach postanowiliśmy przybliżyć babkę ziemniaczaną od kuchni.

 

Babka ziemniaczana to nic innego jak tarkowane ziemniaki z dodatkiem kawałków boczku (skwarek) lub słoniny. Kartoflak, pyrczok, kugel – to wszystko to samo danie. Warto dodać, że raz do roku w Supraślu na Podlasiu co roku organizowane są mistrzostwa świata w pieczeniu kiszki i babki ziemniaczanej. Jak zrobić przygotować takie danie? Bardzo prosto – potrzebować będziemy przede wszystkim ziemniaków (co oczywiste), tarki, boczku, czosnku, cebuli, jajek, mąki i oleju lub innego tłuszczu, a także pieprzu, soli i piekarnika. Warto też zaopatrzyć się w siadłe mleko, kefir, jogurt naturalny. W połączeniu z wypieczoną babeczką smakują wyśmienicie.

Babka ziemniaczana – składniki:

1,5 kg obranych ziemniaków

2 duże cebule (300 g)

3 jaja – 1 na każde pół kilo ziemniaków

150 g mąki – 50 g na każde pół kilo ziemniaków

3 ząbki czosnku

500 g – mięsa (boczek, kiełbasa, podgardle itp)

sól, pieprz, tłuszcz (olej) do pieczenia

Przygotowanie składników

Po obraniu ziemniaków, zetrzyj je na tarce o średnich oczkach lub użyj maszynki do mielenia mięsa. Następnie delikatnie odciskaj nadmiar wody z tarkowanych ziemniaków za pomocą gazety lub czystej ściereczki kuchennej. Pokrój boczek lub słoninę w drobną kostkę, a cebulę i czosnek posiekaj drobno. Na rozgrzanej patelni rozpuść olej lub smalec, a następnie podsmaż na nim pokrojony boczek lub słoninę, aż stanie się lekko złocisty. Dodaj posiekaną cebulę i czosnek, i smaż wszystko razem przez kilka minut, aż warzywa będą miękkie i lekko zrumienione. Odstaw masę do ostygnięcia.

Babka ziemniaczana – przepis

W dużej misce połącz tarkowane ziemniaki z podsmażonym boczkiem (lub słoniną) z cebulą i czosnkiem. Dodaj jajka, mąkę pszeniczną oraz sól i pieprz do smaku. Jeśli używasz, dodaj również inne przyprawy według własnych upodobań. Później dokładnie wymieszaj wszystkie składniki, aż powstanie jednolita masa. Przełóż masę do formy do pieczenia, wcześniej wysmarowanej tłuszczem lub wyłożonej papierem do pieczenia. Wyrównaj wierzch masą, aby uzyskać równomierne pieczenie. Potem piecz babkę ziemniaczaną w nagrzanym piekarniku do temperatury około 180°C przez około 60-70 minut, aż stanie się rumiana i chrupiąca na wierzchu, a w środku będzie dobrze przypieczona i elastyczna. Gdy babka ziemniaczana będzie gotowa, wyjmij ją z piekarnika i pozostaw do ostygnięcia przez kilka minut. Później, po ostudzeniu możesz pokroić babkę ziemniaczaną na kawałki i podawać jako samodzielne danie lub jako dodatek do dań głównych.

Partnerzy portalu:

Wierszalin – niedoszła stolica świata
fot. czaswlas.pl / Lasy Państwowe

Wierszalin – niedoszła stolica świata

Obecny czas to najlepszy moment by wybrać się w okolice Krynek. Można tam podglądać wielkie stada żubrów. Jednak przy okazji warto zajrzeć do Wierszalina – niedoszłej stolicy świata. Przynajmniej w oczach proroka Eliasza Klimowicza, który właśnie tam urzędował razem ze swoją sektą. Po niej nie ma już śladu jednak osada pozostała do dnia dzisiejszego.

 

Wierszalin położony jest na niewielkiej polanie. Wokół niej rośnie stary świerkowy las. Na samym środku polany stoi drewniany dom zamieszkiwany przez Ilję. Obok płynie rzeka Nietupka. Jest też stara studnia. To wszystko znajduje się pod opieką nadleśnictwa Krynki. Warto tam się wybrać by poczuć wyjątkową atmosferę tego miejsca. Żeby tam dojechać trzeba kierować się na miejscowość Grzybowszczyzna Stara.

 

We wschodniej Białostocczyźnie, we wsiach prawosławnych, proces upadku tradycyjnej kultury ludowej na początku XX w. miał szczególnie dramatyczny przebieg. Zachowana tu przez wieki w nienaruszonym prawie stanie kultura – poddana została nagłej, drastycznej próbie. Stało się to wówczas, gdy w 1915 r. prawie wszyscy mieszkańcy wiosek i osad zagubionych w lasach zostali deportowani przez ustępujące wojska carskie w głąb Rosji. Zetknęli się tam z innymi zwyczajami, z ludźmi o odmiennej kulturze. Były to bowiem wsie prawosławne, dla których w tym czasie, w warunkach nierzadkiej dyskryminacji wyznaniowej i narodowościowej, przekroczenie progu polskości było niezwykle trudne. I wtedy pojawił się on. Eljasz Klimowicz.

 

Samozwańcy prorok nie był jedyny. Z powodu braku duchownych w kościele prawosławnych na wsiach pojawiał się co raz jakiś cudotwórca, uzdrowiciel, samozwańczy mesjasz oraz fałszywy car. Klimowicz pochodził ze wsi Grzybowszczyzna. Co ciekawe nie potrafił czytać ani pisać. Znalazł jednak wyznawców, z którymi wspólnie zaczął wyznawać Nowe Jeruzalem. Osada w Wierszalinie miała być stolicą świata. Setkami ściągali do niego mieszkańcy Ziemi Bielskiej, Nowogródczyzny i Wołynia. Przyjeżdżali też ci, którzy wierzyli w uzdrawiającą moc Eliasza. Klimowicz zmarł w 1939 r. w okolicach Krasnojarska, wywieziony przez władze sowieckie. Jednak legenda proroka Ilji i Wierszalina – stolicy nowego świata, którą zamierzał stworzyć, przerosła rzeczywistość. Ilja natomiast stał się z czasem symbolem ludowej, kresowej religijności – prostej i naiwnej, ale niejednokrotnie nieporównywalnie głębszej niż ta, z jaką na co dzień mamy do czynienia.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Dolina Górnej Narwi. Wyjątkowe miejsce, gdzie żyją półdzikie konie.

Żadne przewodniki turystyczne ani inne publikacje o tym nie wspominają. A szkoda, bo Dolina Górnej Narwi to miejsce wyjątkowe i w zasadzie pomijane przez wszystkich. Żyją tam półdzikie konie, czerwone krowy będące gatunkiem w odbudowie (w rolnictwie zanikła na rzecz bardziej wydajnych) oraz takie ptaki jak czajki, rycyki, dubelty i krwawodzioby. Warto tam się wybrać zwiedzając wschodnią Białostocczyznę.

 

Kalitnik to wieś ukryta gdzieś między Michałowem, Siemianówką, Gródkiem i takimi wsiami, że pewnie nigdy o nich nie słyszeliście. To takie Podlasie, do którego mało kto zagląda. A szkoda, bo jest przepiękne. Na nadnarwiańskich łąkach Polskie Towarzystwo Ochrony Ptaków dbając o różne gatunki prowadzi stację terenową. To właśnie tam zimuje niemal sto koni, które w inne pory roku żyje półdziko. Mają one nietypowe zadanie do wykonania. Razem z krowami dają lepsze szanse bytowe ptakom.

 

To wszystko dzieje się na kilkuset hektarach. Wystarczy zobaczyć na filmie, że zwierzęta mają tam jak w raju. One jak i ptaki żyją ze sobą w symbiozie. To wszystko warto zobaczyć na własne oczy odwiedzając Kalitnik. Można to zrobić przy okazji jadąc do Michałowa czy nad Siemianówkę właśnie. Miejsce niezwykłe i unikalne. Nawet jak na Podlasie, gdzie pełno jest ciekawych atrakcji turystycznych i przyrodniczych.

Partnerzy portalu:

Puszczańskie Olbrzymy. Te dęby są wielkie jak wieżowce! Rosną u nas.
fot. Zubron / Wikipedia

Puszczańskie Olbrzymy. Te dęby są wielkie jak wieżowce! Rosną u nas.

Puszcza Białowieska kojarzy się głównie z żubrami. Warto jednak przyjechać tutaj także dla dębów. Olbrzymie drzewa mają kilkadziesiąt metrów długości. Człowiek przy nich wydaje się maleńki. To trzeba zobaczyć na własne oczy! Warto dodać, że w żadnym miejscu w Europie dęby nie osiągają takich rozmiarów jak w Puszczy Białowieskiej. Najpotężniejszy jest dąb „Maciek”, który mierzy 40,8 metra a w obwodzie ma 741 cm! Najwyższe drzewo mierzy 43,6 metra wysokości. W obwodzie ma 398 cm. Prawdziwe wieżowce!

 

Jeżeli ktoś myśli, że to tylko 2 giganty to może się pomylić. Ogromnych dębów, które mają co najmniej 400 cm w obwodzie jest około 3 tysięcy! Warto dodać, że w całym XX wieku człowiek wyciął około 13 tysięcy drzew, które dziś zaliczałyby się do gigantów. Dlatego w Puszczy Białowieskiej pozostało tylko 20 procent tego co mogłoby dziś rosnąć. Człowiek wycinał nawet drzewa o obwodzie 300-450 cm.

 

Dlatego też warto wiedzieć, że za kilkadziesiąt lat gdy większość gigantów prawdopodobnie uschnie nie będzie miała już „następców”. Wasze wnuki a być może i dzieci nie zobaczą tych wspaniałych, majestatycznych drzew. Wy macie jeszcze szansę i lepiej z niej skorzystajcie póki możecie. Wspaniałe dęby oglądać możemy w rezerwacie ścisłym Puszczy Białowieskiej.

Partnerzy portalu:

Tatarskie przysmaki, których warto spróbować

Tatarskie przysmaki, których warto spróbować

Tatarskie przysmaki to nie tylko wyjątkowe potrawy, lecz także odzwierciedlenie bogatej historii i kultury Tatarów, którzy od wieków mieszkają na terenie Polski. Znane z wykwintnych i aromatycznych dań, tatarskie kuchnie oferują niezapomniane doznania kulinarne, które łączą w sobie smaki Orientu z europejską tradycją.

Odkryj tatarskie przysmaki

Polscy Tatarzy mieszkający na Podlasiu są głównie znani w kraju głównie za sprawą Kruszynian. Mała wioska pod granicą Polski i Białorusi każdego roku gości turystów z całej Polski. Na miejscu można zobaczyć piękny (szczególnie w środku), drewniany meczet, cmentarz oraz przede wszystkim spróbować tatarskiej kuchni. Najpopularniejsze miejsce to Tatarska Jurta prowadzona przez Dżennetę Bogdanowicz. Jest także Zajazd Tatarski „Na końcu świata”. Mało kto jednak wie, że Tatarzy na Podlasiu mieszkają również w innych miejscach.

Tajemnicze tatarskie przysmaki u Pani Elżbiety Muchli

Warto wybrać się choćby do Suchowoli. Tam Pani Elżbieta Muchla wraz z mężem Stefanem kultywują również religię, zwyczaje oraz kulinarne dziedzictwo tatarskie. Tutaj możemy spróbować na miejscu złotych pierogów czyli Czebureków. Gdy ich zapach roznosi się po domu, to wszyscy goście już nie mogą się doczekać aż te zostaną podane. Tatarskie pierogi można zjeść na słodko zz jabłkami, z białym serem lub z mięsem. Najważniejszym składnikiem Czebureków jest niepasteryzowana śmietana.

Listkowiec – smak Podlasia w sercu Kruszynian

Listkowiec to wielowarstwowe ciasto przekładane różnymi masami – najczęściej makiem. Żeby się udało trzeba mieć naprawdę duży stół. Tworzenie Listkowca to długi proces, ale smak jest niepowtarzalny. Ciasto przypomina trochę makowiec. Z tatarskiej kuchni warto spróbować również baraniny. Mięso znacznie różni się w smaku od drobiu, wołowiny czy wieprzowiny – dominujących w polskiej kuchni. Takie danie możemy zjeść właśnie w Zajeździe Tatarskim „Na końcu świata” w Kruszynianach.

Pierekaczewnik: tajemnica smaku z Kruszynian

Pierekaczewnik najbardziej znany jest przede wszystkim z Kruszynian. To właśnie Pani Dżenneta Bogdanowicz upowszechnia o nim wiedzę występując często w telewizji. Wypiek z zewnątrz wygląda jak upieczony, wielki ślimak. Efekt taki powstaje dzięki nałożeniu na siebie sześciu warstw rozwałkowanego ciasta. Podobnie jak w listkowcu. Tu jednak zamiast maku jest farsz. Pierekaczewnik może być pikantny a może być również słodki.

Klejnot kultury tatarskiej

Zwiedzając miejsca związane z polskimi Tatarami warto również zajrzeć do Bohonik. Tam również można zwiedzić meczet i wyjątkowo piękny tatarski cmentarz, do którego prowadzi niesamowita aleja.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Król Biebrzy i Kiermusy. Kim są kolekcjonerzy przeszłości?

To już ostatni z sześciu filmów autora Cząstki Podlasia Pawła Jankowskiego, który po raz kolejny zabrał swoich widzów w mniej znane zakątki naszego regionu przy okazji pokazując swój warsztat od kuchni. Tym razem zobaczyć można targ staroci w Kiermusach oraz muzeum Króla Biebrzy, który to w swoich zbiorach ma sporo rękodzieła, książek czy filmów. Na koniec autor jedzie ze swoim kompanem Zdzichem do biebrzańskich lasów.

 

Zarówno ten film jak i pozostałe pięć pokazują niesamowite miejscówki na Podlasiu, do których niekiedy można dotrzeć tylko jeżeli ma się wysoko zawieszony samochód i dobrą orientację w terenie. Autor musi nie tylko się nagimnastykować żeby nagrać wspaniałe ujęcia lecz także być bardzo cierpliwym. Realizacja kultowego filmu „Cząstka Podlasia” trwała od kwietnia 2012 roku. Premiera byłą w 2014 roku. Twórców było trzech – Paweł Jankowski, Zdzisław Folga oraz Marek Kubik – kompozytor.

Partnerzy portalu:

Prezydent szuka oszczędności. Obciął kasę na zabytki.

Prezydent szuka oszczędności. Obciął kasę na zabytki.

Jakiś czas temu zarzucaliśmy prezydentowi rozrzutność podobną do Wilka z Wallstreet. Później wskazywaliśmy, że miasto pożycza pieniądze na spłatę kredytów, a oznacza to że może nigdy nie wyjść z zadłużenia. Prezydent w 2020 roku postanowił zacząć oszczędzać… na zabytkach. Łączna pula dotacji na remonty zabytkowych budynków w tym roku to 100 000 zł. Każdy kto robił remont w zwykłym mieszkaniu na pewno wie jak niska to jest kwota. To teraz proszę sobie wyobrazić, że remont zabytku pochłania gigantyczne pieniądze bo musi zostać wykonany według wskazówek konserwatora zabytków. Za 100 000 zł można będzie jedynie najwyżej nakupić płyt OSB i zabić nimi wszystkie okna i drzwi.

 

O negatywnym stosunku jaki obecna władza miejska ma do zabytków można napisać całą książkę opisując studium upadku i traktowanie tego co zostało po kompletnie zniszczonym Białymstoku po II Wojnie Światowej. Sporo jest XIX-wiecznych i XX-wiecznych zabytków, które wymagają remontów i które warto wyremontować. Największą wizytówką miasta jest Pałac Branickich. Sam budynek należy do uczelni, ale reszta nie. Taśmy budowlane na murach przy bramie wjazdowej od dłuższego czasu straszą przechodniów czy turystów. Gdyby trwał remont ogrodzenia, to byśmy o tym nie wspominali. Problem w tym, że te taśmy wiszą tam żeby mur zabezpieczyć przed dalszym sypaniem się.

 

To, że prezydent powinien oszczędzać ile się da to jest jasne. Czy powinien na zabytkach? Jak nazwać społeczeństwo, które nie szanuje własnego dziedzictwa i własnej historii? Co więc mamy myśleć o reprezentancie tego społeczeństwa, gdy czeka aż dziedzictwo te się samo rozpadnie? Szczególnie to jest irytujące, gdy widzi się ile prezydent przeznaczył pieniędzy na przykład na nie działający system kamer, który miał rejestrować wjazd na czerwonym świetle (30 milionów złotych), albo ile planuje przeznaczyć na Intermodalny Węzeł Komunikacyjny (180 mln zł), który może i byłby potrzebny gdyby komunikacja miejska nie była drogim koszmarem, z którego korzystają tylko te osoby, które muszą. Przykładów można wymieniać jeszcze wiele, ale te 100 000 zł na dotacje remontów zabytków przy tych sumach to śmiech przez łzy.

Partnerzy portalu:

Pociągi z Białegostoku do Berlina, Pragi, Budapesztu, Moskwy, Mińska, Rygi, Tallina i Helsinek? To możliwe!

Pociągi z Białegostoku do Berlina, Pragi, Budapesztu, Moskwy, Mińska, Rygi, Tallina i Helsinek? To możliwe!

Trwają inwestycje kolejowe w ramach projektu Rail Baltica. Gdy zostaną ukończone wszystkie odcinki to teoretycznie będzie można pojechać koleją z Helsinek do Berlina przez Białystok już w 2023 roku. W praktyce nas interesowało jedynie połączenie z Warszawą – by było szybciej. To poważny błąd.

 

Nie oszukujmy się. Budowa Rail Baltica dla samego połączenia Białegostoku z Warszawą nie miałaby większego sensu. Przed remontem pociąg jechał 30 minut dłużej. Gdy inwestycja będzie ukończona ten czas się skróci jeszcze bardziej, bo pociąg na całym odcinku pojedzie 160 km/h. Patrząc na inwestycję szerzej należy sobie zadać pytanie – czy będzie można pojechać ekspresowo z Białegostoku do Berlina, Rygi, Tallina, Helsinek tak jak można z Warszawy do Wiednia, Pragi czy Budapesztu?

 

Jakiś czas temu pisaliśmy, że Białystok mógłby być kolejową bramą na wschód. By otworzyć zamkniętą linię 37 by wszystkie ważne pociągi międzynarodowe jeździły ponownie do Mińska, Smoleńska i Moskwy jak dawniej, a także by właśnie można było dojechać do Rygi, Tallina i Helsinek. Czy tak będzie? Bardzo wątpliwe. Polityków od lat interesuje wyłącznie połączenie do Warszawy. Ich horyzont nie sięga dalej.

 

Warto wiedzieć to już dziś co będzie w 2023 roku, gdy Rail Baltica będzie gotowa. Czy nadal będzie interesować nas tylko połączenie do Warszawy? Jeżeli działać będzie ktoś „bardziej zainteresowany” to może wywalczy parę zmian. Obecnie z Warszawy do Berlina startują 4 pociągi dziennie. Mogłyby startować z Białegostoku. Podobnie mogłoby być ze startem i końcem trasy jeżeli chodzi o połączenia z Wiedniem, Budapesztem i Pragą. Skoro technicznie będziemy gotowi, to nic nie powinno stać na przeszkodzie, by międzynarodowy odcinek wydłużyć.

 

Na wschód obecnie możemy dojechać tylko do Kowna – szynobusem w weekendy. Co ciekawe jest takie połączenie krajowe, które nie kończy się w Białymstoku a w Grodnie. To pociąg Hańcza z Krakowa, który w Białymstoku jest rozdzielany na wagony do Suwałk i do Grodna właśnie. Po co to? W Grodnie można się przesiąść na pociąg do Moskwy, Petersburga, Mińska i Homela (na wschodzie Białorusi). Jak widać gdyby komuś zależało to te same pociągi mogłyby startować z Białegostoku. Wystarczy trochę pieniędzy, umiejętności zawierania porozumień oraz wpływy w Warszawie. Tego ostatniego podlaskim politykom wszystkich opcji brakowało od zawsze. Bezpośrednie pociągi z Białegostoku do Berlina, Pragi, Budapesztu, Moskwy, Mińska, Rygi, Tallina i Helsinek są możliwe, ale politycy chyba są tylko zainteresowani Warszawą.

Partnerzy portalu:

Spadł śnieg i Podlasie znów stało się magiczne! Te zdjęcia to pokazują.

Spadł śnieg i Podlasie znów stało się magiczne! Te zdjęcia to pokazują.

Dla wielu z nas brak śniegu w grudniu to wciąż anomalia. Mimo iż taki stan rzeczy ma miejsce już od wielu lat, to wciąż trudno się przyzwyczaić do braku klasycznej, kilkumiesięcznej zimy na Podlasiu. W ostatnich latach śnieg padał dopiero w styczniu i utrzymywał się do marca lub kwietnia. Teraz również się pojawił lecz niestety prawdopodobnie wkrótce zniknie i w tym roku więcej się nie pojawi. Idzie spore ocieplenie i nie wiadomo czy nie będziemy mieli wiosny… już w lutym.

 

Co będzie to czas pokaże. Jednak gdy tylko spadł śnieg, to postanowiliśmy ten moment wykorzystać, by jeszcze raz pokazać Wam jak piękne i magiczne jest Podlasie, gdy prezentuje się w prawdziwej, zimowej odsłonie. Przemierzyliśmy Wysoczyznę Białostocką i się nie zawiedliśmy. Wiejskie tereny pomiędzy Krynkami, Sokółką a Supraślem wyglądają bajecznie! Po drodze napotkaliśmy żubry (o czym więcej poniżej), napotkaliśmy też trop wilka, a także kapliczki znane z filmu U Pana Boga za Piecem. Przede wszystkim zobaczyliśmy jednak niesamowite krajobrazy! Poniżej galeria zdjęć. Serdecznie zapraszamy do oglądania:

/zubry-krynki-wschod-slonca/

 

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Podlaskie Żubry wyłoniły się o wschodzie. To lokalna atrakcja!

Żubry to przede wszystkim symbol województwa podlaskiego. Choć kojarzone są głównie z Puszczą Białowieską, to występują również w Puszczy Knyszyńskiej. To właśnie tam na wielu polach są lokalną atrakcją. Nam również udało się uchwycić piękno tych majestatycznych zwierząt o wschodzie słońca. Niestety nie ma jednego miejsca, gdzie można żubry napotkać. Jest to wypadkowa dobrej pogody i łutu szczęścia. Zwierzęta te żyją dziko i przebywają tam gdzie mają ochotę.

 

Najczęściej są w lesie. Jednak, gdy tylko spadnie śnieg i zrobi się chłodniej to żubry wychodzą poszukując pożywienia na polach. Wówczas jest to również czas, gdy można je zobaczyć na przykład jadąc samochodem przez okoliczne wsie Puszczy Knyszyńskiej. W tym wypadku zwierzęta napotkaliśmy pod Krynkami. Były to tylko cztery osobniki. Niekiedy można w jednym miejscu napotkać kilkadziesiąt osobników na raz!

Warto pamiętać, że to dzikie zwierzęta i nie można do nich podchodzić czy podjeżdżać samochodem. Możemy narazić się na niebezpieczeństwo lub spłoszyć żubry narażając w ten sposób innych na niebezpieczeństwo. Bezpieczna odległość to 300 metrów. Wówczas zwierzęta nie będą się nami nawet interesować. Gdy zaczniemy podchodzić bliżej, te zostaną już zaniepokojone i bacznie będą nam się przyglądać. Wówczas jeden „fałszywy” ruch może doprowadzić do nieszczęścia.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Młody wilk został uratowany. Jest już na wolności!

Nadleśnictwo Nurzec w powiecie siemiatyckim nie obfituje w wilki. Są one dość rzadko widywane w tych okolicach. Jednak ostatnio właśnie tam postanowiono wypuścić wyleczonego wilka. Czy zostanie czy jednak uda się w dalszą podróż szukając nowego domu?

 

Wilk Nuko po dwóch miesiącach rehabilitacji został wypuszczony do lasu. W październiku leśniczy z Nadleśnictwa Nurzec w pobliżu leśniczówki zauważył ranne zwierzę. Był to młody wilk, który prawdopodobnie został potrącony przez samochód. Zwierze było przytomne, jednak nie mogło się ruszyć. Leśniczy powiadomił odpowiednie służby, a w uratowanie wilka zaangażowało się wiele osób. Najpierw zwierzę trafiło do Krynek, gdzie w „Przytulisku” zszyto mu ranę. Po kilku dniach przetransportowano wilka do Olsztynka, gdzie jest specjalny ośrodek rehabilitacji, który specjalizuje się w leczeniu wilków. 

 

Po dwóch miesiącach wyleczone zwierzę postanowiono wypuścić na wolność. Przed wilkiem stoi bardzo trudne zadanie. Te wspaniałe zwierzęta na co dzień żyją w grupach zwanych watahami. Składają się one z jednej pary rodziców oraz potomstwa – najwyżej do dwóch poprzednich sezonów. Dlatego jedna wataha może liczyć nawet 12 wilków. Systematycznie jednak z rodziny odchodzi najstarsze potomstwo, by założyć własne rodziny. Młody wilk Nuko może być jeszcze zbyt młody, by założyć własną rodzinę. Zatem może będzie miał szczęście i zostanie przyjęty do watahy. Może też nie przetrwać zimy. To zależy od tego czy przed potrąceniem został nauczony przez rodziców polowania. Warto wiedzieć, że wilki potrafią nie jeść nawet 3 tygodnie. Więc wyleczone i nakarmione zwierzę ma obecnie czas na adaptację w nowych warunkach.

 

Za wilka Nuko oraz inne drapieżniki trzymamy mocno kciuki. Warto wiedzieć iż im więcej wilków tym bujniejszy las. Takie zwierzęta jak jelenie często obgryzają drzewka do tego stopnia, że te obumierają. Gdy w pobliżu są wilki, to jelenie i inne roślinożerne są bardzo czujne. Wówczas więcej drzew ma szansę na przeżycie. Wilki natomiast w pierwszej kolejności polują na zwierzynę starą i chorą tym samym wzmacniając gatunki roślinożerne.

Partnerzy portalu:

Podlaskie zimą bez śniegu? Oto 3 wyjątkowe miejscówki!

Podlaskie zimą bez śniegu? Oto 3 wyjątkowe miejscówki!

Styczeń to zwykle czas, gdy na Podlasiu jest biało. Tak było nawet w tamtym roku. Tym razem jednak za oknami jedynie szaro, a prognozy pogody pokazują, żeyb na śnieg nie czekać. Bo raczej go nie będzie. Oczywiście w pogodzie wszystko się zmienia, ale trzeba być gotowym na brak białego puchu. W związku z tym chcielibyśmy zaproponować 3 miejsca zimą, w których cudownie jest nawet wtedy gdy nic białego z nieba nie pada.

Puszcza Białowieska

To miejsce, które cały rok roztacza nad sobą fantastyczną aurę, również teraz. Warto tutaj dodać, że gdy ktoś wybierze się na spacer po lesie porankiem to z dużym prawdopodobieństwem ujrzy szron. Będzie to jakaś namiastka białych dni. Ponadto w lesie nie przeszkadza brak słońca, które również i zimą bardzo wpływa na nasze samopoczucie i odbiór otoczenia.

Żubry pod Krynkami

Zima nawet taka bez śniegu to czasu, gdy trudniej o pożywienie w lesie. Wówczas przyzwyczajone żubry wychodzą na pola, gdzie czekają na nie przygotowane stogi siana. To wszystko po to ażeby nie niszczyli pól rolnikom. Dzięki temu jest wiele miejsc na Podlasiu, gdzie można napotkać te majestatyczne zwierzęta nie wchodząc do lasu. A to ważne, bo niektórzy turyści są tak zdesperowani, że potrafią jeździć samochodem po lesie i płoszyć zwierzęta. Dlatego też jeżeli chcemy z bezpiecznej odległości obserwować całę stado symbolu Podlasia to warto wybrać się pod Krynki. Zwierzęta o świcie możemy napotkać na drodze Krynki – Sokółka.

Wzgórza Świętojańskie

Mało kto wie, lecz w okolicy Białegostoku znajdują się góry. W małej, zapomnianej wsi Kołodno można wspiąć się na najwyższy szczyt na Białostocczyznie. Mówimy tutaj dokładnie o Wzgórzach Świętojańskich składających się z Góry Kopnej, Góry Św. Jana oraz Góry Św. Anny. Ta druga jest najwyższa, bo znajduje się 209 metrów n.p.m. Ostatnia góra jest 7 metrów niższa. Trafić na górę jest bardzo łatwo. Można to zrobić aż trzema drogami. Pierwsza znajduje się jeszcze w Królowym Moście, a w zasadzie na jego granicy. Idziemy szeroką drogą, a w pewnym momencie w lewo wydeptaną ścieżką zaczynamy się wspinać w górę. Druga droga znajduje się w Kołodnie i prowadzi prosto na górę Św. Anny, do mogiły Powstańców. Stamtąd już blisko do wieży widokowej. Trzecie wejście jest lepsze jako zejście – gdyż prowadzi leśną drogą do asfaltowej ulicy. Niestety jest ona kręta i idąc pod górę łatwiej się zgubić. Na pierwszy raz warto wybrać wejście w Kołodnie. Widoki z dwupiętrowej wieży są piękne przez cały rok.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Unikalny film z tragicznych momentów Białegostoku!

Archiwalne filmy Białegostoku, fragmenty ujęć z propagandy niemieckiej oraz propagandy rosyjskiej oraz inne archiwalne materiały – to wszystko postanowiliśmy połączyć w spójną całość, by pokazać smutne czasy II Wojny Światowej w Białymstoku. Film zaczyna się latem 1939 roku, gdy życie w mieście płynie spokojnie. Niestety lata 1939 – 1944 to najtragiczniejsze chwile Białegostoku.

 

Do polskiego miasta wkroczyli Niemcy, następnie przekazali Białystok Rosjanom. Ci mianowali miasto stolicą Zachodniej Białorusi ZSRR. Ostatni akt przekazania miasta w ręce sowieckie odbył się na dziedzińcu Pałacu Branickich. Jego przebieg tak opisywał: M. Czajkowski naoczny świadek tamtych wydarzeń: Kompanie honorowe obu obcych wojsk dzielił (a może lepiej byłoby powiedzieć łączył) wysoki maszt, na którym po­wiewała czerwona flaga z czarnym, o złamanych ramionach, krzyżem na białym polu. Orkiestra grała „Deutschland, Deutschland uber Alles”. Obie kompanie sprezentowały broń i flaga ze swastyką zaczęła się opuszczać. Do masztu podszedł oficer sowiecki i założył inną, czerwoną flagę, z sierpem i młotem. Obie sojusznicze kompanie prezentowały broń, grano hymn Związku Sowieckiego. Kiedy zawisła flaga na szczycie masztu, podeszli do siebie oficerowie obu wojsk. Odsalutowali wyciągniętymi szablami, schowali je do pochew i podali sobie przyjaźnie ręce. Wreszcie poklepali się poufale. Za chwilę padły komendy z obu stron, kompanie raz jeszcze spre­zentowały broń. Po chwili odmaszerowali w swoich kierunkach, a czarne limuzyny zaczęły opuszczać dziedziniec. Za nimi w równych odstępach po­ruszały się motocykle z żołnierzami Wehrmachtu. Relacja ta została zawarta przez Wojciecha Śleszyńskiego w książce Okupacja sowiecka na Białostocczyźnie w latach 1939–1941. Propaganda i indoktrynacja. W tym czasie, w Białymstoku represjonowano Polaków, wywożono ich również na Syberię.

 

Po dwóch latach, w 1941 roku Hitler postanowił przeprowadzić inwazję na Związek Radziecki. Do Białegostoku wkroczyli ponownie Niemcy. Zagoniono białostockich Żydów by obalili pomnik Lenina stojący przy Pałacu Branickich. Następnie, by zrywano portrety Stalina. Na koniec około tysiąc Żydów zostało przez Niemców zagonionych do synagogi w centrum miasta. Budynek podpalono z ludźmi w środku, nie dając im żadnych szans. „…gdy weszli Niemcy poszukując mężczyzn – uciekłem do drugiego pokoju, gdy schowałem się, szwagra Arona Zelmanowicza zabrali. Siostra pobiegła za mężem. Wprowadzili ich do Synagogi na rogu ul. Suraskiej – Szkolnej. Widzieliśmy to ze strychu domu, w którym ukrywaliśmy się. Było ze mną dużo osób. (…) Gdy synagogę zapełniono ludźmi – widziałem jak Niemcy pozamykali wyjścia i kordonem otoczyli budynek i podpalili go…” – to fragment wspomnień świadka wydarzeń. Fragment pochodzi z Kuriera Porannego.

 

W 1943 roku Niemcy zamordowali w getcie około 800 osób. Zaś kolejne 30 tys. wywieziono do niemieckiego obozu zagłady w Treblince oraz Auschwitz-Birkenau. W Białymstoku Niemcy zgotowali piekło w ciągu 2 lat okupacji. Życie straciło bardzo wiele osób. Po wojnie w Białymstoku żyło tylko 1100 żydów. Przed okupacją Niemiecką 60 000. W 1944 roku Armia Czerwona rozpoczęła marsz na Berlin. Niemcy zaczęli uciekać z Białegostoku podpalając wszystko co się da – łącznie z Pałacem Branickich. Miasto pozostało ruiną. Większość mieszkańców międzyczasie wywieziono do niemieckich obozów koncentracyjnych. Już z nich nie wrócili. Po II Wojnie Światowej mieszkańcy okolicznych wsi przeprowadzili się do Białegostoku, by pracować w tutejszych fabrykach odradzającej się Polski. Białystok jak i cały kraj do 1989 roku był pod kontrolą ZSRR.

Partnerzy portalu:

Ta piękna kamienica ma 125 lat. Niszczeje choć nie musi.

Ta piękna kamienica ma 125 lat. Niszczeje choć nie musi.

Wybudowany w 1894 roku piękny budynek schowany między blokami al. Piłsudskiego w Białymstoku jeszcze w 2011 roku miał ostatnich lokatorów. Potem złomiarze wynieśli z niego co się dało. Po interwencjach mieszkańców zabito go deskami. I tak stoi choć mógłby komuś służyć.

 

Zabytkowa kamienica dawniej przy Częstochowskiej 11 a dziś przy Al. Piłsudskiego 20B. Od początku istnienia była miejscem, gdzie mieszkało wiele osób. Nie wiadomo kto był pierwszym właścicielem. Wiadomo jednak, że jeszcze przed I Wojną Światową została odkupiona przez Reisel Weinreich. W dwudziestoleciu międzywojennym w kamienicy wynajmowano mieszkania różnym ludziom. Jeszcze przed II Wojną Światową kamienica należała już do innej rodziny – Machajów. Gdy wybuchła II Wojna Światowa, to w 1941 roku Niemcy w Białymstoku utworzyli getto. W jego obrębie znajdowała się również ta piękna kamienica. Krwawa likwidacja getta miała miejsce pod koniec sierpnia 1943 roku. Sam Białystok po Niemieckiej okupacji był kompletnie zniszczony. Sama kamienica jednak przetrwała.

Jak większość budynków, które przetrwały i których los właścicieli był nieznany – również i kamienica przy Częstochowskiej 11 została własnością miasta. W latach 50-tych XX wieku wybudowano Aleję 1 Maja. Później nazwę zmieniono na Al. Piłsudskiego, zaś kamienica zamiast jedenastki zyskała numer 20B. Do 2011 roku mieszkali w niej jeszcze ludzie. Później w coraz gorszym stanie stała się miejscem schadzek meliniarzy i złomiarzy. Po skargach mieszkańców zabito deskami wszystkie możliwe wejścia. I tak stoi do dziś niszczejąca i odrapana.

 

Czy budynek może liczyć na remont? W Białymstoku o zabytki się nie dba. Kto by się tam przejmował jakąś kamienicą między blokami skoro nawet mury Pałacu Branickich stoją odrapane. Co ciekawe obok stoi jeszcze jeden budynek. Wybudowany został trochę później bo w 1909 roku. Jest odrapany, zniszczony i zabity deskami. Ten również nie miał co liczyć na remont, bo miasto próbowało go wielokrotnie sprzedać. Ostatni raz w tym roku. Niestety chętnych brak. Co ciekawe w archiwum nie ma ani jednego słowa o próbie sprzedaży kamienicy Piłsudskiego 20B. Nie remontują, nie chcą też sprzedać. Czekają aż się rozpadnie?

 

Piękna kamienica ma już 125 lat. Drugie tyle mogłaby służyć za mieszkania, biura, hotel lub chociażby jakiejś instytucji. Niestety takich kamienic w mieście jest wiele. Wybudowane w czasach rozkwitu miasta dziś mogą służyć co najwyżej jako plener do horrorów. Potrzebują remontu i drugiego życia.

Partnerzy portalu:

Białystok na święta stał się magiczny. Te zdjęcia dobitnie to pokazują!

Białystok na święta stał się magiczny. Te zdjęcia dobitnie to pokazują!

Można ubolewać, że choć mamy koniec grudnia to wciąż nie ma śniegu. To już kolejny rok z rzędu nie będą białe święta. Niestety chyba trzeba się z tym pogodzić. Na szczęście przystrojone miasto choć trochę zmieniło smutne oblicze. Po szarych dniach wieczory dzięki ozdobom są przyjemne. Wystarczy wybrać się na spacer po centrum. Tak też zrobiliśmy i my. Wszystko po to, by pokazać Wam ten przepiękny krajobraz, który króluje w centrum. Dlatego też, gdy już skończą się świąteczne spotkania z rodziną, to pamiętajcie że możecie się przejść. Bo jest gdzie. Gdy zbyt wiele zjemy – a na Podlasiu kuchnia wyjątkowa – trochę ruchu nam się przyda. Szczególnie w tak bajecznej scenerii.

Z okazji świąt Bożego Narodzenia,
składamy Państwu najserdeczniejsze życzenia
miłości, zdrowia i spełnienia marzeń oraz
abyście każdego dnia byli otwarci na drugiego człowieka
oraz pielęgnowali wszelkie relacje
Wesołych Świąt!
Kamil Gopaniuk
Podlaskie.TV

Partnerzy portalu:

Oto lista radnych, którzy podnieśli ceny biletów. Wesołych Świąt!

Oto lista radnych, którzy podnieśli ceny biletów. Wesołych Świąt!

Na wstępie zaznaczymy iż nie angażujemy się w żadne konflikty polityczne. Ta sprawa jednak nie daje nam spokoju. Najbiedniejsi przed świętami dostali właśnie wiadomość. Będziecie płacić jeszcze więcej. Tak wygląda lista osób, które przyłożyły do tego rękę:

Dlaczego ta podwyżka uderza w najbiedniejszych? W dzisiejszych w rodzinach każdy z członków potrafi mieć samochód. Na taki luksus jednak nie mogą sobie pozwolić osoby starsze, studenci, bezrobotni. Radni powinni robić wszystko, by jak najwięcej osób korzystało z komunikacji, by można było nim dojechać szybciej niż samochodem. Tymczasem w Białymstoku wszystko jest odwrotnie. Komunikacja miejska to dramat. Autobusy nie jeżdżą najszybszą drogą, tylko objeżdżają wszystkie osiedla. Nie stawia się na przesiadki tylko na siedzenie w jednym autobusie. Na buspasach hula wiatr. O punktualności autobusów wspominać nie będziemy.

 

Teraz do tego dramatu jakby było mało radni dokładają podwyżki biletów. Wiadomo, że każdy chciałby podejmować tylko łatwe decyzje. Tutaj jednak nie ma mowy o tym, że to „trudna, ale potrzebna decyzja”. Do komunikacji miejskiej białostoczanie dokładają i tak i tak. To nie jest dziedzina, do której należy podchodzić biznesowo. Komunikacja ma rozwiązywać konkretny problem – możliwość przemieszczania się po mieście bez samochodu. Czy w Białymstoku rozwiązuje?

 

W Warszawie wiele osób ma samochody, ale na co dzień jeździ komunikacją miejską. W innych stolicach i metropoliach podobnie. W Białymstoku jednak cały czas urzędnicy nie czują, że nasze miasto może być metropolią. Nie przeszkadza im nawet fakt, że od jakiegoś czasu jesteśmy 10 miastem w Polsce pod względem liczby ludności.

Ceny biletów od 1 marca 2020:

Bilet normalny – 4 zł (obecnie 2,80 zł)

Bilet ulgowy – 2 zł (obecnie 1,40 zł)

Wycofane będą bilety 20- i 40-minutowych, które zastąpi bilet 30-minutowy. Jego koszt, to 3,60 zł – normalny oraz – 1,80 zł ulgowy.

Bilety miesięczne:

Normalny – 100 zł

Ulgowy – 50 zł

Partnerzy portalu:

Oto najstarsze budynki w Białymstoku. Jest ich tylko 5.

Oto najstarsze budynki w Białymstoku. Jest ich tylko 5.

Może to być dla Was zaskoczeniem, ale najstarszych budynków w Białymstoku jest tylko 5. Ewidencja zabytków liczy prawie 600 pozycji. Najwięcej budynków pochodzi z XIX wieku oraz początków XX. Nie oznacza to jednak, że są najstarsze. W ewidencji są również budynki, które powstały jeszcze w XVIII wieku. Jeżeli jednak odejmiemy z ewidencji te, które już nie istnieją lub istnieją w formie powojennej rekonstrukcji, to okaże się że naprawdę najstarszych czyli takich, które nieprzerwanie, od samego początku stoją w mieście – jest tylko 5.

Stary Kościół Farny

Na cześć Boga Najwyższego Trójcy Świętej, Najświętszej Marii Panny i Wszystkich świętych, świątynię od fundamentów wzniósł Piotr Wiesiołowski marszałek Wielkiego Księstwa Litewskiego, starosta kowieński, tykociński – taki napis w języku łacińskim widnieje na jednej z tablic wiszących na ścianie starego kościoła farnego. To jest najstarszy budynek w mieście. Formalnie stoi nieprzerwanie od 1626 roku (budowa zaczęła się w 1617 roku). W 1752 roku kościół został przebudowany ze stylu renesansowego na barokowy. W takim też stylu kościół zyskał wyposażenie.

 

W 1751 roku ściany świątyni zostały pokryte polichromią czyli przepięknymi malunkami na ścianach. Po obu stronach ołtarza znajdują się dwie rzeźby – świętych Piotra i Pawła z 1751 roku. Z tamtego okresu pochodzą również organy, które Jan Klemens Branicki ufundował kościołowi. Zostały one wybudowane w 1753 roku. W podziemnej krypcie kościoła jest pochowana między innymi Izabela Branicka.

 

Pierwszy kościół w tym miejscu został zbudowany w 1547 roku. Powstał, gdy Białystok był jeszcze wioską należącą do Raczkowiczów.

Brama wjazdowa do Pałacu Branickich

Nieprzerwanie od 1758 roku przetrwała wszystkie zawieruchy. Brama przechodziła jedynie remonty, jednak nigdy nie została zniszczona. Warto też dodać, że zegar w niej umieszczony to mechanizm, który nigdy nie był wymieniany. Zegar ten jest nie tylko mieści się w jednym z najstarszych budynków miasta, ale też sam w sobie jest najstarszym wieżowym zegarem w Polsce! Co ważne, nigdy nie odmówił posłuszeństwa. Pracuje od setek lat z małymi przerwami. Zegar w bramie wjazdowej zamówił Jan Klemens Branicki. Warto dodać, że sam Pałac został zniszczony i spalony, a obecny budynek jest rekonstrukcją.

Oranżeria w zespole pałacowo-ogrodowym

Dokładna data powstania nie jest znana, ale jest to połowa XVIII wieku. Budynek jest kompletnie niepozorny. Stoi przy ul. Mickiewicza. Setki osób dziennie obok niego przechodzi bez świadomości, że jest tak stary. Wszystko dlatego, że długo stał zapuszczony. Nie tak dawno patrząc na niego widzieliśmy wyblakłe kolory, odpadający tynk oraz pomazaną przez grafficiarzy elewację. To wszystko na szczęście w 2016 roku zostało odnowione przez Uniwersytet Medyczny.

 

Oranżeria to inaczej pomarańczarnia. Dawniej służyła do hodowli roślin egzotycznych (takich jak pomarańcze, cytryny) oraz kwiatów i krzewów. Kwitły w drewnianych donicach, a latem były przenoszone do ogrodu. Oranżerie były oczkiem w głowie Branickiego. Dlatego też jego zbiory należały do największych w kraju. Budynki pełniły również rolę ogrodów zimowych. Magnateria spotykała się tam i bawiła.

Cerkiew na wzgórzu

Budynek stoi między ulicami Kalinowskiego oraz Kijowską. Dawniej jeszcze przylegała do niej ul. Odeska (dziś jest kilkadziesiąt metrów dalej) a od południa Ołowiana. W 1760 roku powstała jako katolicka kaplica. Międzyczasie została cerkwią prawosławną. Mieszkańcy ulicy Kalinowskiego pamiętają jeszcze cmentarz wokół cerkwi. Później stał tam amfiteatr, a obecnie gmach Opery. Otoczenie wokół świątyni się mocno zmieniało. Sama Cerkiew św. Marii Magdaleny jednak nie. Warto dodać, że gdy powstawała to była jeszcze poza miastem. Jeszcze jako katolicką kaplicę ufundował ją Jan Klemens Branicki.

 

Mniej więcej 100 lat później świątynia była już prawosławna. Dokładne okoliczności zmiany nie są jednak znane. Wiadomo jedynie, że w 1860 roku z inicjatywy prawosławnej parafii św. Mikołaja przeprowadzony był remont i rozbudowa kaplicy. Samo wyświęcenie miało miejsce 25 lipca 1861 roku. Zmiana właściciela kaplicy była również przedmiotem sporu sądowego. Kościół katolicki sądził się bowiem o własność z Cerkwią prawosławną. W 1958 roku zapadł wyrok, który przyznał 2/3 cmentarza oraz świątynie katolikom. Obie strony odwołały się jednak od tego wyroku. Zanim jednak te odwołania zostały rozpatrzone, to nieruchomość przejęło miasto. Dopiero w 1991 roku część wzgórza przekazano Polskiemu Autokefalicznemu Kościołowi Prawosławnemu. Decyzja ta została zatwierdzona dopiero w 2006 roku.

Plebania parafii Wniebowzięcia NMP

Ostatnim z XVIII-wiecznym budynkiem w mieście jest plebania najstarszego kościoła (i budynku) w mieście. W latach 70-tych XX wieku została przebudowana. Pierwszy budynek powstał prawdopodobnie ok. 1746 roku (w ewidencji zabytków widnieje rok 1761, dlatego wymieniamy go na końcu) i został ufundowany przez Jana Klemensa Branickiego. Magnat sprowadził do Białegostoku duchownych ze Zgromadzenia Księży Wspólnego Życia, którzy przez pół wieku zarządzali parafią i prowadzili duszpasterstwo.

Partnerzy portalu:

Remontują dworce w regionie. Prawie wszędzie brakuje najważniejszego.

Remontują dworce w regionie. Prawie wszędzie brakuje najważniejszego.

Zauważaliśmy pewną prawidłowość. PKP od jakiegoś czasu intensywnie remontuje dworce także w naszym regionie. Trwają właśnie prace w Białymstoku by wrócić do dawnego świetnego wyglądu, będą też remonty w Szepietowie i Jabłoni Kościelnej w powiecie wysokomazowieckim. Nie inaczej będzie w Siemiatyczach, Suwałkach, Czeremsze wielu innych. Remonty te na pewno cieszą jednak praktycznie wszędzie w nich brakuje istotnego elementu.

 

Tym istotnym elementem jest zadaszenie peronów. W Białymstoku od lat tylko na jednym peronie stoją maleńkie wiaty jak na przystanku autobusowym. Nie mamy pojęcia skąd to wynika, że pieniądze na remont budynku, ba nawet na budowę przejść podziemnych zamiast kładek w Białymstoku się znalazły, a na zadaszenie peronów już nie. Nie są to bowiem zbyt wielkie koszty. Dach przecież nie musi być gigantyczny. Wystarczy spojrzeć jak to wygląda w pobliskich Łapach. Tam zadaszenie już jest od dawna. Szansa na dach w Białymstoku pojawi się wraz z budową Rail Baltica, która ma być ukończona w 2025 roku. Sam Białystok ma być ukończony wcześniej. Przy dobrych wiatrach pod dachem będziemy stali gdzieś w 2022-2023 roku. Jakby nie było można tego zrobić wcześniej. A inne miasta Podlaskiego, przez które nie przebiega Rail Baltica?

 

Problemu w zasadzie nie ma tam gdzie jest tylko jeden peron. Zawsze można powiedzieć, że tam gdzie nie ma dachu można czekać w budynku. Chyba każdy jednak lubi wsiąść do pociągu bez pośpiechu czyli w sytuacji, gdy stoi na peronie. Wsiadanie na ostatnią chwilę to nie jest najlepszy pomysł.

Partnerzy portalu:

Kończy się pewna epoka. Wielka inwestycja zmieni okolice dworców.

Kończy się pewna epoka. Wielka inwestycja zmieni okolice dworców.

Kończy się pewna epoka. Centrum Park przy dworcu będzie znikać. Kompleks sklepików zostanie zburzony. W przyszłym roku miasto rozpoczynać będzie budowę węzła intermodalnego. Ludzie otrzymali od miasta pisma, by się wyprowadzali.

 

Bazar przy Jurowieckiej, skwerek przy Ratuszu oraz Centrum Park – to chyba trzy najbardziej charakterystyczne miejsca w Białymstoku z „lat 90-tych”. Pierwsze dwa za sprawą Tadeusza Truskolaskiego już znikły. Najpierw przeprowadził wojnę z kupcami na Jurowieckiej, potem spotkałem się z oporem przed likwidacją skwerku (czego efektem było pozostawienie kilku drzew i przesadzenie innych w okolice spodków). Teraz znów prezydent będzie miał przeciwko sobie kupców. Wiedzieli, że są w miejscach tymczasowych jednak otrzymali pisma nakazujące do niemalże natychmiastowej przeprowadzki. Trochę to komiczne.

 

Prezydent budując lotnisko na Krywlanach nie chce go uruchamiać, bo zażądał liczenia drzew tym samym mocno opóźniając otwarcie inwestycji. Tymczasem z węzłem intermodalnym można powiedzieć, że wyskoczył jak filip z konopi. O wszelkich inwestycjach w mieście było wiadomo często mocno z góry. O węźle tylko tyle, że kiedyś powstanie. A tu nagle pisma do kupców i do widzenia. To jest nie tylko niepoważne, ale również zwykły brak szacunku. Ludzie muszą w bardzo szybkim czasie przenosić biznes co może się skończyć dla nich stratami, zwolnieniami pracowników lub zamknięciem biznesu. Gdyby dostali kilka miesięcy mogliby wszystko na spokojnie zaplanować.

fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Wracając do samych pawilonów Centrum Park. Pierwsze pojawiły się między dworcami w 1991 roku, gdy w Polsce zaczął raczkować kapitalizm. Pierwotnie w tym miejscu miał znajdować się parking. W imieniu kupców handlujących na białostockich bazarach i targowiskach utworzenie kolejnego miejsca negocjował z miastem Ryszard Mazurek. W efekcie przed świętami Bożego Narodzenia w 1991 roku można było zrobić pierwsze zakupy w Centrum Park zwanym wówczas „Stary Park”. W 1995 roku było już 91 lokali. W 1996 roku powstał pomysł budowy nowego kompleksu handlowego. Budynek pomieścił 57 kolejnych lokali. I tak przy dworcu łącznie funkcjonowało 148 lokali. Dziś to miejsce wieje pustkami. Jego czas dobiega końca i nikt pretensji do prezydenta o inwestycję nie ma. Jednak o styl w jakim ją zaczyna.

 

Cała inwestycja będzie kosztować aż 183 miliony złotych. Najpierw miasto zacznie od przebudowy dróg. Jak niektórzy zauważyli pierwsze zmiany już nastąpiły. Na przeciwko galeriowca dorobiono dodatkowy pas ruchu dla autobusów. W planach drogowych jest jeszcze rozbudowa skrzyżowania Kopernika – Łomżyńska – Młynowa, rozbudowa ulicy Łomżyńskiej, a także stworzenie nowej „Łomżyńskiej”, która jeszcze nie istnieje. W kolejnym etapie będą jeszcze prowadzone rozbudowy ulicy w okolicy Bohaterów Monte Cassino oraz Św. Rocha. Częścią całej inwestycji będzie też centrum przesiadkowe, które zajmie miejsce Centrum Park.

Partnerzy portalu:

Wojna o plażę. Karpie na wigilię czy letnie kąpielisko? Dojlidy były oczkiem w głowie prezydenta.

Wojna o plażę. Karpie na wigilię czy letnie kąpielisko? Dojlidy były oczkiem w głowie prezydenta.

Wraz z rozwojem Białegostoku coraz więcej mieszkańców szukało miejsc, gdzie mogłoby się ochłodzić w upalne dni. Jeżdżono lub chodzono do Jurowiec oraz do Supraśla. Była to jednak spora wyprawa gdyż w latach dwudziestych miasto kończyło się na skrzyżowaniu Sokólskiej i Białystoczek (teraz 1000-lecia P.P). Większość białostoczan mieszkała w bliższej lub dalszej okolicy dzisiejszego Rynku Kościuszki. Zatem by dostać się na plaże musieli pokonać około 8 km. W dwie strony to już sporo. Na Dojlidy zaś było dużo bliżej. Dlatego już w latach 30. XX wieku było to bardzo oblegane miejsce. Szczególnie, że na uporządkowanym terenie nie było można spożywać alkoholu co czyniło je bezpieczniejsze w przeciwieństwie do Jurowiec.

 

Porządek na stawie w Dojlidach zaprowadzono już w 1933 roku. Powstanie w tym miejscu plaży było oczkiem w głowie prezydenta miasta Seweryna Nowakowskiego. Dlatego też w trzy lata przeprowadzono wszystkie prace, by ruszyć z miejską plażą w Białymstoku. Wraz z nią w Białymstoku pojawiły się stroje kąpielowe odsłaniające ciało oraz wybory miss najzgrabniejszych nóg, miss z najładniejszą opalenizną oraz miss całego sezonu letniego. Dodatkowo na Dojlidach obchodzono noc świętojańską. Wzdłuż plaży ciągnął się chodnik. Między nim a taflą wody był złociutki piasek, na którym stały też boiska do siatkówki oraz innych gier plażowych. Wybudowano również kawiarnię. Już w 1937 roku dobudowano skocznię oraz zakupiono kajaki i rowery wodne.

 

Po II Wojnie światowej Dojlidy były zapuszczonymi, zarośniętymi stawami. Miejsce to zostało wykorzystane przez Technikum Rolnicze, które postanowiło hodować karpie. O żadnym wznowieniu plaży w tym miejscu nie było nawet mowy. Zapotrzebowanie na plażowanie jednak rosło, bo mieszkańców Białegostoku przybywało. Miasto szukało sposobu by wznowić „Dojlidzki kurort”. Tymczasem dyrekcja technikum szła w zaparte. W 1958 roku postanowiono zaproponować „kompromis”. Technikum Rolnicze zaproponowało podzielenie stawów i zapłacenie gigantycznych pieniędzy każdego roku. W mieście nie przeszli koło tego obojętnie. Wybuchł skandal. Białostoczanie na łamach prasy zaczęli żywo dyskutować o tym co ważniejsze hodowla karpi czy jednak plaża dla 100 tysięcy obywateli. Sprawa odbiła się tak dużym echem, że Najwyższa Izba Kontroli postanowiła sprawdzić Technikum Rolnicze. Okazało się, że szkoła na hodowli ryb wcale nie zarabia, a ponadto niemalże rozdaje za darmo karpie swoich pracownikom i urzędnikom. W wyniku tego Ministerstwo Rolnictwa, któremu podlegało technikum podjęło w 1958 roku decyzję o tym ażeby stawy przekazać miastu. Ostatecznie jednak miało miejsce to w 1959 roku. W 1962 roku na terenie kompleksu zaczęto prace, które miały przywrócić rekreację.

 

Dzisiejsze Dojlidy to trzy sztuczne zbiorniki o łącznej powierzchni 34 hektarów. Mało kto wie, że dzisiejsza plaża to tylko kawałeczek całości. Z drugiej strony zalewu można udać się do wspaniałego świata natury. Występuje tam około 200 gatunków ptaków! Sprawny obserwator może zauważyć czaplę białą, czaplę nadobną, kormorany, pelikany, orły a nawet mewy! Niektóre z ptaków, które występują na stawach dojlidzkich nie są obecne nawet w największej podlaskiej dziczy – Biebrzańskim Parku Narodowym. Spacerując tamtędy możemy również napotkać wiele płazów. Przede wszystkim żaby, ale też ropuchy, kumaki, rzekotki czy traszki.

https://www.youtube.com/watch?v=vo_zIxWQB38

Druga strona Dojlid to ciekawe miejsce również zimą. Idąc tym cichym i spokojnym miejscem nieraz można zapomnieć, że nadal jest się w Białymstoku! Jeżeli wybierzemy się wcześnie rano to bardzo prawdopodobne będzie, że spotkamy sarny i inne dzikie zwierzęta. We współczesnych Dojlidach oprócz popularnej plaży jest również inne ciekawe miejsce. Dawniej intrygowało wielu, gdyż niewielu potrafiło tam dopłynąć. Dziś prowadzi tam kładka. Mowa tu o wyspie, która znajduje się kilkaset metrów od plaży. Można tam się wybrać piechotą bądź podjechać rowerem. Miejsce to jest poza Białostockim Ośrodkiem Sportu i Rekreacji stąd też latem, gdy wejście na plażę jest płatne, to do wyspy można dojść drogą prowadzącą z cerkwi.

Partnerzy portalu:

Dawne fabryki Silberblata, Zillberblatta, Majerny, Steina przetrwały do dziś. Co się z nimi dzieje?

Dawne fabryki Silberblata, Zillberblatta, Majerny, Steina przetrwały do dziś. Co się z nimi dzieje?

Włókiennicza 7/9, Włókiennicza 16, Częstochowska 14/2, Poleska 85 – to wszystko adresy dawnych, XIX-wiecznych fabryk, które przetrwały mimo totalnego zniszczenia Białegostoku przez Niemców podczas II Wojny Światowej. Gdy Białystok był zwany Manchesterem Północy, tamte rejony były gęsto zabudowane takimi fabrykami. Konstrukcji stawiano tak dużo, że w pewnym momencie pod koniec XIX wieku na rynku… zabrakło cegieł. Wiele kolejnych niedokończonych kamienic i fabryk zostało porzuconych. Dlatego też te 4 fabryki, które przetrwały są niezwykłą pamiątką po tamtych czasach i należałoby je traktować z szacunkiem. A jak jest teraz? Na pewno przydałoby się odświeżenie wszystkich elewacji.

 

Najlepiej ze wszystkich ma się Poleska 85. Zespół fabryk Steina składa się z dawnego młynu parowego oraz magazynu. Dziś pod tym adresem funkcjonuje studio tańca oraz sklepy. Same budynki przypominają beczki. Izaak Stein na początku XX wieku w swoim przedsiębiorstwie realizował zamówienia żywnościowe. Stąd też młyn. Niestety W 1915 roku fabrykant został wywieziony w głąb Rosji. Do Białegostoku powrócił po 7 latach. Niestety już swojej dawnej fabryki nie uruchomił. Na zapleczu dzisiejszego zabytku od ul. Artyleryjskiej znajduje się willa Izaaka Steina, zbudowana na przełomie XIX i XX wieku.

 

Przy Włókienniczej 7/9 (dawniej ul. Białostoczańska) oraz Częstochowskiej 14/2 funkcjonował zespół fabryk powstały w 1892 roku. Produkowano tam tekstylia, sukno, koce oraz kołdry. Właścicielami byli Mojżesz Silberblat oraz Wolf Zylberblatt, a także pani Chana Marejn. Zatrudniano tam wiele robotników. Raz, jednego dnia 40 osób porzuciło pracę. Powodem był konflikt związany z zarobkami. Otóż Mojżesz Silberblat postanowił takowe swojej załodze obniżyć. Ogólnie fabryki nie cieszyły się dobrą sławą. Urzędnicy kontrolowali produkcję. Do sądu skierowano sprawy w sprawie przekroczenia przepisów sanitarnych oraz inspekcji pracy. Warto też dodać, że takich fabryk w mieście było mnóstwo, stąd też tracąc zatrudnienie w jednej – szybko można było odnaleźć je w innej. Gdy pewnego dnia postanowiono unieruchomić drugą zmianę w fabryce, to bez pracy zostało 100 osób. Jednak do wyboru mieli wiele innych zakładów pracy.

 

Jako ciekawostkę możemy dodać iż w fabryce był zamontowany jeden z pierwszych telefonów w mieście. Numer do fabryki to… 91. W latach trzydziestych XX wieku, gdy telefonów już było więcej – do fabryki można było się dodzwonić także na 2 inne numery – 435 oraz 563. Kłopotów z zapamiętaniem zbyt wiele nie było. Warto też odnotować że w latach trzydziestych XX wieku w fabryce wybuchł pożar. Zapaliło się przegrzane łożysko przy szarparni szmat. Robotnicy pożar ugasili sami zanim jeszcze przybyli na miejsce strażacy. Strat nie było.

 

O właścicielach fabryki niewiele wiadomo. Jedynie można napisać o Mojżeszu Zylberblacie iż mieszkał on na terenie swojej fabryki. Obecnie przy Włókienniczej 7/9 znajduje się komis. Oddzielnym tematem należy traktować fabrykę z Częstochowskiej 14/2. Mimo, że należała do tego samego zespołu, to od wielu lat jest to zupełny pustostan. Jeszcze w 2014 roku lokalne media pisały, że może tam powstać centrum nauki. Jeszcze wcześniej mieszkali tam anarchiści prowadzący squat DeCentrum. Dziś jak wiele innych zabytków w mieście dawna fabryka niszczeje. Mimo upływu lat wciąż nie ma pomysłu na zagospodarowanie tego miejsca.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Krzysztof Kononowicz jak Ojciec Mateusz? Tak obecnie wygląda promocja miasta.

Zauważyliśmy w ostatnim czasie pewną tendencję. Jakaś jednostka samorządu albo instytucja albo powiązana z którąś z tych organizacja (nie będziemy wymieniać nazw, bo nie o to chodzi) zamawia film w telewizji albo u znanego YouTubera tak żeby jedno albo drugie szepnęło o Białymstoku dobre słowo albo ogólnie pokazało Białystok. I co pokazują wtedy? Za każdym razem to samo. Kościoły, Pałac Branickich, ratusz, Opera, kampusy uczelniane.

 

https://www.youtube.com/watch?v=kbU2qyHBpTc

 

Powiedzcie teraz czy pamiętacie jakiś konkretny film o Białymstoku? Nam przychodzi w pierwszej kolejności klip Wschodzący Białystok. W ciągu 30 sekund praktycznie w ogóle nie widać w nim kadrów z całego miasta lecz poszczególne kadry Pałacu Branickich. Jak to jest jednak, że po wielu latach od premiery pierwszy przychodzi na myśl właśnie ten? Ano dlatego że wyróżniał się od pozostałych i to dość mocno. Na tyle mocno, że ludzie wówczas dzielili się na tych, którzy go chwalili oraz mocno krytykowali. Najgorzej, gdy nie można zrobić ani tego ani tego.

 

 

Czy znacie serial Ojciec Mateusz? Na pewno tak. Gdzie się dzieje akcja wiecie? Oczywiście. Cała Polska wie, że w serialu ogląda się Sandomierz. Wyobraźcie sobie, że miasto ma reklamę w telewizji już od 11 lat. Nawet jeżeli akcja dzieje się gdzie indziej to i tak jest kojarzone wszystko z Sandomierzem. Oto cytat z portalu Echo Dnia z kwietnia 2019 roku:

Ekipa Ojca Mateusza pracę rozpoczęła w sobotę. Zdjęcia tym razem potrwają do wtorku – odbywają się głównie na Rynku. W sobotę i niedzielę z kręceniem poszczególnych scen były nie małe kłopoty. Do Sandomierza przyjechało na weekend mnóstwo turystów, którzy… mocno przeszkadzali filmowcom. Poszczególne ujęcia były często po kilka razy powtarzane ze względu na to, że ktoś niepowołany do tego znalazł się na planie. (…) O niesłabnącej popularności „Ojca Mateusza” świadczy chociażby ostatnie wyróżnienie statuetką Telekamery „Tele Tygodnia” 2018 w kategorii serial cotygodniowy. (…) W Sandomierzu można znaleźć wiele śladów obecności Ojca Mateusza. Jest Muzeum Figur Woskowych, Dworek Ojca Mateusza i wiele innych. Atrakcje te przyciągają do Sandomierza tysiące turystów.

 

To teraz wróćmy do Białegostoku. Nie wiem czy zdajecie sobie sprawę ale w naszym mieście „Ojcem Mateuszem” póki co jest jedynie Krzysztof Kononowicz, który w internecie co raz daje show ze swoim kolegą „Majorem Suchodolskim”. W efekcie wszyscy młodzi wielbiciele kojarzą nasze miasto właśnie z tym duetem. Możecie się zdziwić, ale wielu z młodych „widzów” przyjeżdża do Białegostoku by osobiście spotkać Kononowicza, zrobić z nim fotkę lub wrzucić coś śmiesznego do internetu. Nie wierzycie? Przejrzyjcie YouTube. Na razie jest to zjawisko, które dopiero się rozkręca. Na popularność Kononowicza nie mamy wpływu, ale gdy jest on jedynym kojarzonym z Białymstokiem na masową skalę przez dosłownie każdego, to znaczy, że te wszystkie filmiki promocyjne nie są nic warte. Białystok mógłby być jak Sandomierz. Problem w tym, że ktoś kiedyś nie wykorzystał szansy jaką było „U Pana Boga za piecem”. Gdyby po wielkim sukcesie filmu ktoś wpadł na pomysł ażeby hojnie zapłacić twórcy, by stworzył serial z akcją głównie w Białymstoku, to dziś byłoby u nas tak samo jak w Sandomierzu. No cóż wówczas powstał tylko miniserial będący jedynie rozszerzeniem filmu. Na serialu i filmie jednak najbardziej zyskały Sokółka, Tykocin czy Supraśl.

 

W ostatnich latach realizowano także w Białymstoku jeden odcinek jakiegoś średnio znanego, kryminalnego serialu TVN. Był też realizowany serial Kruk. Tyle że Białymstokiem była… Łódź oraz Czarna Białostocka. No i ostatni przykład: Serial Rodzinka.pl i wyjazd głównego bohatera do Białegostoku. Na pewno lepsze to niż nic, ale szczerze, to po obejrzeniu tego mocno się rozczarowaliśmy. Białystok w odcinku był pokazany raczej na siłę. Dlatego też jedyny, długotrwający serial o Białymstoku to Pan Kononowicz. Dlaczego nikt w Białymstoku nie potrafi dogadać się z dobrym, rozpoznawalnym artystą oraz z ogólnopolską telewizją (lub platformą VOD), by wspólnie zrealizowano dobry scenariusz, dobrego serialu, tak żeby cały sezon akcja działa się w Białymstoku i okolicach? W Białymstoku i ogólnie regionie nie rozumieją pewnej prostej zasady:

Ostatnio na świecie gigantycznym hitem stał się serial „Czarnobyl”. Wycieczki z całego świata ignorując fakt, że nadal występuje tam promieniowanie a miasto nadal jest zamknięte, masowo przyjeżdża by zobaczyć na żywo miejsce katastrofy. Kiedyś możemy się obudzić w dniu, w którym całe wycieczki będą przyjeżdżać do Krzysztofa Kononowicza. Jeżeli dalej nic nie będziemy robić z porządną promocją miasta.

Partnerzy portalu:

Czy jest jakaś szansa dla Sejn? Miasto od lat się nie rozwija.
ul. Piłsudskiego w Sejnach, fot, Polimerek / Wikipedia

Czy jest jakaś szansa dla Sejn? Miasto od lat się nie rozwija.

Sejny oraz okolice tego miasteczka to przepiękne miejsce, które jest trochę pomijane z racji sąsiedztwa z Augustowem. Jak wiemy te drugie to tak zwana letnia stolica Polski. Każdego lata przyjeżdża tu mnóstwo osób. Tymczasem Sejnom i okolicom niczego nie brakuje. Nie są one jednak tak popularne. Mało tego miasteczko od wielu lat jest w sporym kryzysie finansowym przez co ma związane ręce.

 

W przypadku samorządów ważna jest wysokość dochodu. Zarabianie na różnego rodzaju podatkach pozwala nie tylko finansować szkoły, szpitale czy komunikację miejską. To także możliwość przeprowadzania inwestycji, które doprowadzą do zwiększania dochodów. Około połowę podatku PIT (dochodowego), który co miesiąc wpłacają działalności gospodarcze oraz mieszkańcy, którzy otrzymują swoje wypłaty po okrojeniu z podatku trafia do gminy, w której płacimy podatek. Dlatego każdy samorząd zabiega o to, by właśnie tam mieszkało jak najwięcej osób i jak najwięcej osób prowadziło firmy – szczególnie zatrudniające jak najwięcej osób i zarabiające jak najwięcej pieniędzy. Firmy jednak nie powstają w przypadkowych miejscach tylko tam, gdzie jest jakiś interes. Dlatego jeżeli Augustów jest popularny turystycznie, to wokół pojawia się mnóstwo firm, które chcą na tych turystach zarobić oferując im noclegi, jedzenie oraz atrakcje.

 

By zwiększyć swoje możliwości, po wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej gminy zaczęły aktywnie korzystać z funduszy europejskich. Układ do dziś jest prosty. Jest określony katalog spraw, które Unia Europejska finansuje. Wystarczy napisać projekt (opisać swój pomysł), by dostać dofinansowanie. Ważne jest jednak, że trzeba mieć wkład własny. Zatem jeżeli gmina realizuje pomysł za miliony złotych to też miliony musi posiadać. A co jeśli nie ma? No cóż wszyscy pożyczali. W Sejnach pożyczali tak dużo, że przekroczyli dozwolony limit. Teraz realizują plan naprawczy i są pod kontrolą Ministerstwa Finansów po to by nie mogły się pogrążyć finansowo. Oczywiście w pierwszej kolejności oznacza to brak inwestycji. A to natomiast oznacza odpadnięcie z rywalizacji między samorządami. Mamy więc oto taką sytuację: popularny Augustów vs zablokowane Sejny.

 

W ostatnim czasie Sejny zaczynają wychodzić na prostą. Jednak jeszcze do 2022 roku będą spłacać długi i realizować program naprawczy. Kasy nie było nawet na realizację Dni Sejn. Tymczasem w Augustowie co roku organizowana jest wielka impreza – Pływanie na byle czym. Na dniach otwarta będzie w Sejnach pierwsza galeria handlowa. Zawsze to coś – nowe miejsca pracy i jak już pisaliśmy – więcej pieniędzy z podatków. To jednak za mało. Miasteczko powinno się bić z Augustowem o każdego turystę. Nie da się jednak wyjść do walki z motyką na karabin. Potrzeba inwestycji, których realizować nie można.

 

Czy jest właściwie jakaś nadzieja dla Sejn? Problemem jest rozdrobnienie w samorządzie. Sejny jako miasto to odrębny byt aniżeli gmina (wiejska) Sejny. Gdyby je połączyć – terenem rządziłby jeden burmistrz. Obecnie rządzą burmistrz i wójt. Każdy z nich musi mieć zastępcę, sekretarza oraz skarbnika. Oprócz tego zwykli urzędnicy. Tyle osób do wykarmienia. Warto podkreślić, że Sejny – miasto ma 5472 mieszkańców, zaś gmina Sejny 4085. Zatem po połączeniu byłoby prawie dwa razy więcej mieszkańców. Mało tego, dochód miasta to prawie 23 miliony natomiast wsie dysponują 15 milionami. Jak widać razem można więcej. Problem w tym, że o tym zadecydować powinni oddolnie mieszkańcy. Trudno się bowiem spodziewać, że wójt albo burmistrz dobrowolnie oddaliby władzę na rzecz tego drugiego. Jeśli Sejny jednak chcą zmienić swój los, to droga jest tylko jedna.

Partnerzy portalu: