Zapewne starsi mieszkańcy pamiętają, że nim zaczął obowiązywać obecny podział terytorialny kraju, to przed 1999 rokiem nie było 16 województw tylko 49. Obecne Podlaskie składało się z białostockiego, łomżyńskiego, suwalskiego. Podział ten obowiązywał od 1975 roku. Wcześniej bo od 1945 roku istniało wielkie województwo białostockie. W jego skład wchodziły Białystok, Łomża, Suwałki oraz… EGO.
Po II Wojnie Światowej nasz kraj przestał być okupowany przez Niemcy, które przegrały wojnę. Jednak Polacy nie mieli za wiele do powiedzenia w sprawie własnego kraju. W Jałcie spotkali się – przywódca ZSRR – Stalin, premier Wielkiej Brytanii – Churchill, oraz prezydent USA – Roosevelt. To oni zdecydowali między innymi o tym – jakie granice będzie miała powojenna Polska. Stanęło na tym, że na pewno nie takie jak przed wojną. Stalin bowiem bardzo chciał mieć dla siebie kresy wschodnie. Polska na pocieszenie dostała ziemie zachodnie. Przesunięcie granicy na zachód wywołało wiele problemów, również natury społecznej. Wielu Polaków przestało mieszkać w Polsce. Postanowiono, że zostaną oni przesiedleni. Tylko gdzie?
7 lipca 1945 roku województwo białostockie zyskało EGO czyli powiaty Ełk, Gołdapski oraz Olecko. Była to forma zadośćuczynienia za utratę powiatów grodzieńskiego, wołkowyskiego oraz białowieskiego. Tereny EGO były praktycznie wyludnione i poniemieckie (więc praktycznie nie zniszczone). Postanowiono, że właśnie tam będą przesiedlać wszystkich Polaków z Wileńszczyzny i Grodzieńsczyzny. Nie było to specjalnie trudne, gdyż EGO ma linię kolejową.
fot. Archiwum Państwowe w Białymstoku
Przed wojną tereny EGO zamieszkiwało 120 tys. osób. Obecnie to 150 tys. osób. Potęga samego Białegostoku także została zmniejszona. W 1975 roku wielkie województwo zostało podzielone zostało na białostockie, łomżyńskie i suwalskie. A w 1999 roku połączone ale bez EGO w województwo podlaskie.
Co ciekawe – z Ełku bliżej jest do Białegostoku o 50 km niż do Olsztyna. Bliżej jest także z Olecka. Jednak z najbardziej wysuniętej na północ Gołdapi jest bliżej o kilka kilometrów do Olsztyna. Ma to znaczenie przede wszystkim dlatego, że mieszkańcy powiatów, gdzie są małe miasteczka – prowadzą swoje życie w oparciu też o duże miasta. Czy mieszkańcy częściej jeżdżą do Białegostoku czy też do Olsztyna?
Jeżeli chodzi o studia – to olsztyński Uniwersytet Warmińsko-Mazurski stoi na podobnym poziomie co białostocki Uniwersytet. Jednak to w Olsztynie znajduje się legendarne „Kortowo”. Jeżeli chodzi o zarobki to Olsztyn średnio proponuje odrobinę niższe płace niż Białystoku. Dlatego trudno rozstrzygnąć czy EGO mentalnie jest dalej w województwie białostockim czy już na Warmii i Mazurach.
eII Wojna Światowa to okrutne czasy także dla Białegostoku. Oprócz spalenia całej synagogi z setkami ludzi w środku, Niemcy mordowali także wielokrotnie w lesie pomiędzy Bacieczkami a Leśną Doliną. Rozstrzelano tam 3000 osób pd 1941 do 1943 roku. Potem żeby zatrzeć ślady swoich zbrodni, wydobyli zwłoki osób i je spalili. Dziś znajduje się w tym miejscu symboliczny cmentarz wraz z pomnikiem upamiętniającym tamte wydarzenie.
Niemcy zabijali tutaj osoby z tak zwanego „podziemia”, ale też prosto z łapanki. Można było zginąć w lesie za to, że po prostu przechodziliśmy chodnikiem. Na potwierdzenie zbrodni niemieckich w Lasku Bacieczki był wyrok z 11 lipca 1943 roku. Na tablicach ogłoszeń i ścianach domów w Białymstoku ukazały się ogłoszenia następującej treści: ,,W celu zadośćuczynienia rosnących w ostatnim czasie napadów na Niemców i ludność miejscową w Białymstoku, zarządziłem rozstrzelanie w dniu 10 lipca 1943 roku 85 osób z miejscowej ludności przeważnie inteligencji, jako wyrazicieli polskiej niepodległości”. Ogłoszenie zostało podpisane przez szefa bezpieczeństwa na okręg białostocki.
fot. Adam Nowaczuk
fot. Adam Nowaczuk
fot. Adam Nowaczuk
fot. Adam Nowaczuk
fot. Adam Nowaczuk
fot. Adam Nowaczuk
fot. Adam Nowaczuk
fot. Adam Nowaczuk
fot. Adam Nowaczuk
fot. Adam Nowaczuk
fot. Adam Nowaczuk
fot. Adam Nowaczuk
W ostatnim czasie miejsce to zostało odwiedzone przez naszego Czytelnika Adama Nowaczuka – za co bardzo dziękujemy. Przesłał nam fotorelację za co bardzo dziękujemy. Zachęcamy też inne osoby do korzystania z naszego formularza INFORMACJA OD CZYTELNIKA.
Dojlidy, Jurowce, Nowodworce, Supraśl, Wasilków a może Czarna Białostocka? W tych miejscach mieszczą się najpopularniejsze plaże w Białymstoku i jego okolicach. W upalne dni warto się ochłodzić w wodzie. Tylko co z jej jakością?
Zapewne każdy przed wyborem miejsca, gdzie chciałby odpocząć zastanawia się czy woda jest czysta? Tylko co to właściwie oznacza? Odpowiednie instytucje badają wodę pod kątem bakterii tam występujących oraz wszystkiego tego, co może nam zaszkodzić. Jednak każdy, kto był choć raz na Suwalszczyźnie i kąpał się w tamtejszych jeziorach – zapewne widzi uderzającą różnicę między tamtymi wodami a białostockimi. Polodowcowe jeziora są tak czyste, że przejrzystość wody jest bardzo wysoka.
Czarna Białostocka, Zalew Czapielówka
Jurowce, rzeka Supraśl
Trzeba jednak zaznaczyć, że jakość wody na zalewie w Dojlidach polepszyła się. W 2018 roku zbiornik przeszedł rewitalizację. Dzięki czemu możemy kąpać się tam bez żadnych obaw o swoje zdrowie. Nadaje się do kąpieli również rzeka Supraśl czyli możemy plażować zarówno na plaży miejskiej Supraśla, ale też w innych miejscowościach, przez które przepływa rzeka i jest bezpieczne zejście do wody tj w Nowodworcach przy moście, zalew w Wasilkowie oraz plaża w Jurowcach.
W ubiegłym roku nie było również zastrzeżeń do zalewów w Zarzeczanach (Gródek), Michałowie, Czarnej Białostockiej, Siemiatyczach oraz na rzece Bug w Drohiczynie oraz na rzece Brok w Czyżewie. Nic nie wskazuje na to, by w tym roku było inaczej. Jak widać, w całym województwie pełno jest zbiorników wodnych – jeziora, rzeki, zalewy. Nic tylko brać urlop i odpoczywać!
Obecny tydzień zapowiada się upalnie. Warto to wykorzystać na przykład biorąc urlop. Jest wiele miejsc w Podlaskiem, które można zwiedzić albo dla odmiany – zajrzeć do sąsiadów na Białoruś. W ostatnim czasie pojawiła się ku temu naprawdę dobra okazja. Otwarto ścieżkę rowerową August Velo, którą dojechać możemy do Grodna. Przypomnijmy, że można także płynąć kajakiem, Kanałem Augustowskim przekraczając polsko-białoruską granice. W obu przypadkach nie trzeba mieć wiz.
Mieszkańcy naszego województwa mogą korzystać z wielu nowych miejsc turystycznych dzięki współpracy transgranicznej. To, co było dawniej nazywane „końcem świata” dziś jest bramą na wschód. Mowa tu o Śluzie Kurzyniec. Wspaniałe miejsce do odwiedzenia (nawet, gdy ktoś nie chce przekraczać granicy). A osoby, które chcą – mogą wybrać się rowerem przez Niemnowo do samego Grodna. Początek drogi w podaugustowskiej Mikaszówce. Wystarczy paszport, wykupienie usług turystycznych Parku „Kanał Augustowski” wydane przez certyfikowane białoruskie biuro podroży, świadczące usługi turystyczne na terenie strefy oraz ubezpieczenie i środki płatnicze. Wówczas można za granicą przebywać nawet 10 dni. Z tymi dokumentami wpuszczą nas na Białoruś nie tylko na śluzie, ale też w Kuźnicy Białostockiej (gdy pojedziemy koleją lub samochodem), a nawet od strony litewskiej na przejściu Švendubrė-Privalka, Raigardas-Privalka.
Pamiętajmy, że można także odwiedzić naszych litewskich sąsiadów ze Strefy Schengen: Kowno – pociągiem weekendowym, Wilno przy pomocy Eco Lines, Druskienniki – Biacomex oraz Sindbad, a także nadmorski kurort Kłajpeda przy pomocy Eco Lines. Ta sama firma zawiezie nas również do łotewskiej Rygi i estońskiego Tallina (jednak to już dłuższa podróż). Bez wizy na Białoruś możemy również dojechać do Brześcia. Warto jednak pamiętać, że nie można za jednym razem zwiedzić Grodna i Brześcia. Po zwiedzeniu jednego z obwodów należy wrócić do Polski, a następnie ponownie wjechać. Do obu stref bezwizowych służą inne przejścia graniczne.
Poniższe trzy mapy przedstawiają „Szprychy prowadzące do Centralnego Portu Komunikacyjnego” – czyli wielkiego lotniska w centralnej Polsce, Via Baltica – czyli wielka europejska droga prowadząca z Tallina do Warszawy oraz Rail Baltica – kolej szybkiego ruchu z Helsinek przez Warszawę do Berlina. Jeżeli podejmiemy się analizy można zauważyć, że każda z tych tras stawia jedno z podlaskich miast w bardzo złej sytuacji. Chodzi o Augustów – wszystkie te wielkie projekty omijają miasteczko. Przypomnijmy, że jest to „letnia stolica Polski”, co oznacza że dużo osób z Białegostoku i Warszawy (ale zapewne też innych miejscowości) szturmują to miejsce. Problem w tym, że dojazd drogowy jest koszmarny, pociągów kilka – ale powolnych. Mimo krótkiej odległości z Białegostoku podróż potrafi trwać nawet 1,5 godziny.
Augustów dzięki turystyce gospodarczo może się nie wybronić. Po co tłuc się właśnie tam, skoro z Warszawy błyskawicznie można będzie dojechać pociągiem do Giżycka? Samochodem z Warszawy jest już lepiej – ekspresową ósemką, a przyszłości ekspresową 61 do Raczek. Potem już dobrej jakości drogą do Augustowa. Z Białegostoku pozostanie dalej stara, niebezpieczna krajowa ósemka.
Wykluczanie Augustowa z wszelkiej dobrej infrastruktury nie skończy się dobrze. Turyści będą wybierać podobne miejsca, bo nikomu nie będzie się chciało długo jechać. Pływać statkiem można także po Mazurach, jeziora tam równie czyste (polodowcowe), a ceny podobne. Jeżeli miasteczko z podlaskiego będzie na uboczu wielkich inwestycji, to tak jakbyśmy wydali na nie wyrok.
W ubiegły weekend w Siemiatyczach odbył się piknik rodzinny „Strefa Bezpieczeństwa Compensy”. Jest on częścią kampanii społecznej Bezpieczna Autostrada. Co takowa ma wspólnego z Siemiatyczami? Mieszkańcy także są jej użytkownikami. Przecież nie jest tak, że autostradami poruszają się tylko osoby, które mieszkają w ich pobliżu. Ponadto warto zwrócić uwagę, że przez sam środek miasta przebiega Droga Krajowa nr 19. I to właśnie na Placu Jana Pawła II odbył się piknik, zaś na budynku Urzędu Miasta w pobliżu apteki – zawisł defibrylator AED. Urządzenie ratujące życie przekazała w ręce burmistrza Compensa.
Celem akcji jest edukacja w zakresie bezpiecznego poruszania się po autostradach, nauka pierwszej pomocy oraz promocja zdrowia. Kampania prowadzona jest przez Compensę we współpracy z Centrum Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego. W ramach kampanii Compensa organizowała dotychczas wiele eventów na tzw. MOP-ach przy autostradach A1, A2 i A4. W tym roku Compensa zawitała również do miast. Organizatorzy wierzą, że uczestnikami ruchu na autostradach są nie tylko osoby mieszkające w ich pobliżu. Osoby z mniejszych miast też poruszają się po autostradach – nawet jeśli sporadycznie – powinni wiedzieć, jak to robić. Tym bardziej, że nie są do tego nieprzyzwyczajeni.
– Od dwóch realizujemy wspólnie z Compensą kampanię Bezpieczna Autostrada. Ta kampania ma na celu edukować, ale nie tylko mówić, lecz przede wszystkim uczyć w praktyce, jak prawidłowo zachować się na autostradzie, jak reagować w sytuacji zagrożenia życia. Uczymy dzieci i dorosłych, bo to wiedza na całe życie. Podczas pikników rodzinnych szerzymy ideę współodpowiedzialności: widzisz? Reaguj właściwie, bezpiecznie – mówi Tadeusz Zagajewski z Centrum Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego.
Warto też pamiętać, że zdrowy kierowca to bezpieczny kierowca. Dlatego edukacja zdrowotna i promowanie badań profilaktycznych też się do tego przyczyniają. Stąd w Siemiatyczach można było zmierzyć ciśnienie, skorzystać z urządzeń do ćwiczeń oraz zrelaksować się podczas masażu.
Siemiatycze otrzymały defibrylator AED
W ramach akcji Compensa przekazuje miastom defibrylatory AED. Zapewniając dostęp do tych urządzeń, zwiększa poczucie bezpieczeństwa mieszkańców. W Siemiatyczach urządzenie ufundowane przez Compensę znajduje się na ścianie budynku Urzędu Miasta. Na ręce pana burmistrza Piotra Siniakowicza defibrylator przekazał przedstawiciel Compensy – Paweł Pura, kierownik Filii Compensy w Siemiatyczach oraz Tadeusz Zagajewski, przedstawiciel Centrum Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego. – Defibrylator w Siemiatyczach jest bardzo potrzebny, choć oczywiście życzę nam wszystkim, by do sytuacji, w których będzie trzeba go użyć nie dochodziło. Dotąd takiego urządzenia w mieście nie było. Jestem bardzo zadowolony i wdzięczny, że Siemiatycze urządzenie AED otrzymały – skomentował burmistrz Piotr Siniakowicz.
Jak ratować życie?
Wykwalifikowani ratownicy z Centrum Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego w ramach Strefy Bezpieczeństwa Compensy w praktyce uczyli pierwszej pomocy, nie tylko instruując, jak ratować życie, ale dając szansę aktywnego przećwiczenia na fantomach. Dodatkowo ratownicy pokazali jaka jest różnica – gdy ratujemy życie sami oraz gdy robimy to z defibrylatorem AED. W tym drugim przypadku jest to zdecydowanie łatwiejsze. Urządzenie podpowiada nam co w danym momencie robić oraz w bezpieczny sposób przeprowadza elektrostymulacje osoby, która nie oddycha.
Gdy napotkamy osobę, która nie oddycha należy doprowadzić do tego, by krew cały czas była dostarczana do mózgu tej osoby. Wtedy jest szansa, że gdy przyjedzie pogotowie – uratujemy komuś życie. Dlatego należy wykonywać poniższe czynności aż do momentu, gdy pojawi się profesjonalny ratownik i przejmie od nas obowiązki. Należy też pamiętać, że ratując komuś życie działamy w stanie wyższej konieczności. Dlatego nie bójmy się podejmować działania. Na pewno nie zostaniemy za nie ukarani, a nagrodzeni.
Wezwij karetkę dzwoniąc pod numer 112
Jeżeli są inne osoby w pobliżu – poproś je o pomoc
Jeżeli działasz sam lub sama – przede wszystkim nie panikuj. Zachowaj maksymalny spokój i skup się na swoim zadaniu.
Nadstaw ucho do nosa i ust osoby poszkodowanej. Jeżeli nie oddycha, przystąp do działania.
Rozepnij ubranie, a w razie konieczności (i możliwości) rozetnij. Osoba może mieć różne urazy, jeżeli leży na plecach, to nie zmieniaj jej pozycji.
Znajdź mostek między piersiami
Tak wygląda:
Uciskaj obiema rękami te miejsce 30 razy pod rząd (a gdy ratujesz dziecko – jedną ręką)
Następnie musisz dwa razy wdmuchnąć dużo powietrza w usta poszkodowanej osoby. Ważne jest, by usta się stykały. Jeżeli poszkodowany brzydko pachnie, albo ogólnie czujemy odrazę na myśl o dotknięciu jego ust – własnymi ustami możemy użyć przedziurawionej kartki papieru, chusteczki, folii lub innej osłony. Bezwzględnie usta muszą się stykać, by powietrze nie uciekało bokiem.
Powtarzaj czynności aż do przyjazdu karetki. Jeżeli nie jesteś sam / sama – rób te czynności na zmianę – jest to energiczne zajęcie
Nie przerywając powyższych czynności:
Jeżeli macie defibrylator AED, to po otwarciu należy go włączyć i wysłuchać poleceń głosowych
Następnie należy podłączyć dwie elektrody do osoby poszkodowanej. Jedną pod prawym obojczykiem wzdłuż tułowia, drugą pod lewą pachą wzdłuż tułowia.
Przerwij masaż i wdmuchiwanie powietrza. Odsuń się od osoby poszkodowanej. AED musi zmierzyć rytm. Wtedy nie można dotykać osoby poszkodowanej.
Jeżeli usłyszysz „Wyładowanie elektryczne wskazane”, odsuń się od poszkodowanego i wciśnij przycisk wstrząs.
Podczas wyładowania nie wolno dotykać poszkodowanego.
Po wyładowaniu natychmiast rozpocznij uciskanie klatki piersiowej oraz oddechy ratownicze.
Jeżeli tym razem usłyszysz „Wyładowanie elektryczne jest niewskazane”, kontynuuj masaż i wdmuchiwanie powietrza.
Jeżeli się zdarzy, że osoba poszkodowana jest mokra – należy ja dokładnie wytrzeć całą klatkę piersiową
Jeżeli się zdarzy, że osoba jest mocno owłosiona – musisz znaleźć sposób, by usunąć owłosienie w miejscach, gdzie przykleisz elektrody
Jeżeli osoba ma rozrusznik serca (widoczny), naklej elektrody 10 cm niżej
Z ankiety przeprowadzonej wśród odwiedzających Strefę Bezpieczeństwa Compensy”, jednoznacznie wynika, że takie pikniki edukacyjne są potrzebne. Organizatorzy wspólnie chcą angażować się w poprawę bezpieczeństwa. Niezależnie od tego, czy jesteśmy kierującym czy pasażerem, zgodnie deklarują, że Polakom taka edukacja jest niezbędna.
Centrum Białegostoku delikatnie zaczęło się zmieniać. Opustoszały plac na Rynku Siennym został ogrodzony, zaś Plac NZS „wyłysiał”. Od kilku tygodni postępuje również modernizacja dawnej kamienicy przy ul. Kijowskiej.
Dawny cmentarz
Na Rynku Siennym w XVIII wieku znajdował się cmentarz ewangelicki. Pochowanych było tam około 2000 osób. Pod koniec XIX wieku postanowiono cmentarz zlikwidować, by przenieść go na obrzeża miasta. Natomiast na nekropolii urządzono targowisko miejskie (które z przerwami przetrwało do lat dziewięćdziesiątych XX wieku!
W 2010 roku przebudowano ul. Młynową, przy której cmentarz się znajduje. Wówczas odkopano również dawne szczątki, które później zostały pochowane ponownie ale już innym cmentarzu ewangelickim przy ul. Produkcyjnej. Przy Młynowej natomiast nadal pod ziemią znajduje się wiele dawnych grobów. W końcu zabrano się za tą sprawę. Teraz teren jest całkowicie odgrodzony, a wkrótce pojawi się tam instalacja artystyczna, która upamiętni te miejsce w sposób bardziej godny niż było to dotychczas. Na miejscu stoi już barak i deski. Zdemontowano również fragment dawnej żółtej barierki.
Plac NZS „wyłysiał”
fot. bialystok.pl
fot. bialystok.pl
Bliżej Rynku Kościuszki w ostatnim czasie debatowano nad głębokimi zmianami przy Placu NZS. Była grupa aktywistów, która chciała ograniczyć tam ruch samochodowy oraz jakoś plac na środku skrzyżowania zagospodarować. Nic z tego nie wyszło. Prezydent Truskolaski zorganizował konsultacje społeczne, z których wynikło, że ludzie nie chcą zmian w organizacji ruchu samochodowego w tym miejscu.
Temat jest zamknięty, ale plac w ostatnim czasie „wyłysiał” (co można zauważyć na głównym foto). Tzn. usunięto z niego trawę. Po co? Coś na Placu NZS jednak się zmieni. Mianowicie powstanie tam łąka kwietna. Co wyrośnie na Placu NZS? Pole słoneczników oraz inne rośliny sezonowe. Dodatkowo oba przystanki autobusowe będą wymienione na takie, które porosną roślinnością. Stanie się to na przełomie czerwca i lipca. Został ogłoszony przetarg w tej sprawie.
Jest to część opracowanego w tym roku „Miejskiego Planu Adaptacji do Zmian Klimatu dla Miasta Białegostoku”. Zielony przystanek to dodatkowa zieleń w przestrzeni miejskiej. Roślinny dach obniży temperaturę i uprzyjemni oczekiwanie na autobus w upalny dzień. Zatrzyma także nawet 90% spadającego na niego deszczu w ciągu roku. Woda opadowa gromadzona pod przystankiem będzie wykorzystywana do nawadniania pnączy na ścianie. Rośliny posadzone wokół przystanku produkują w ciągu roku nawet 10 kg tlenu, poprawiają jakość powietrza, zmniejszają ilość pyłów zawieszonych i innych zanieczyszczeń. To oznacza zdrowsze powietrze.
Znikający budynek
fot. StreetView
Kamienica przy ul. Kijowskiej 2 to dość ciekawy przypadek. Jest zabytkiem, a od pewnego czasu zaczęła „znikać”. W końcu pojawili się na niej robotnicy, którzy zaczęli… jeszcze bardziej rozbierać budynek. Oczywiście po to, by odbudować. Obecnie z budynku pozostały 3 maleńkie ściany. I to w zasadzie tyle, co pozostanie w odbudowanym budynku. Wszystkie stare domy i kamienice przy ul. Młynowej stały na żydowskim osiedlu „Chanajki”.
Więcej tutaj:
/chanajki-bialystok/
Gdyby, ktoś w odpowiednim momencie zadbał o ochronę tego miejsca, to byłoby wspaniale zachowane historyczne miejsce. Niestety – dawne osiedle znajduje się w ścisłym centrum miasta. Jak już wyżej pisaliśmy w 2010 roku wyrzucono dawne „kocie łby” zamieniając ją na brukowaną kostkę. Ulica wypiękniała. Nie oszukujmy się, to co było dawniej – w takim samym kształcie przetrwać nie mogło. Miasto to dynamiczna tkanka, która musi się rozwijać. Nie było zgody na tolerowanie drewnianych ruder. Nie było też nikogo, kto by głośno mówił o wyremontowaniu wszystkich domów i ich zachowania jako elementu historycznego. Dawne Chanajki znikały w oczach przy biernej postawie wszystkich. Dziś pozostało już tylko kilka domów. Warto jednak się zastanowić co dalej. Czy chronić to co pozostało, czy czekać aż wszystko zniknie na rzecz bloków. Bo nie ma co ukrywać, że jak tylko gdzieś znikają drewniane domy, to developerzy już się z tego powodu cieszą. Niedługo później bowiem pojawia się tam nowy blok.
Przy ul. Kijowskiej 2 mieszkało przez całe jej istnienie bardzo wiele osób. Historyk Wiesław Wróbel napisał książkę na temat ul. Kijowskiej. To w niej możemy przeczytać, że jeszcze w XIX wieku mieszkał tam Icko Cygiel. W międzywojniu natomiast mieszkały tam takie osoby jak Kalman Rubinsztejn, Mowsza Błoch czt Lejb Nowokolski, Abram Kawa. Po wojnie właścicielem kamienicy był Lejb Okoń, który budynek sprzedał Bronisławowi i Henrykowi Gaweł spod miejscowości Jałówka.
Obecny właściciel budynku to prywatny inwestor, który budynku rozebrać nie może, ale może go nadbudować i przebudować. Po remoncie jednak forma, wysokość, detal i układ okien muszą się zgadzać. Miejmy nadzieję, że kamienica zostanie przepięknie odnowiona. Na efekt końcowy jednak trzeba będzie trochę poczekać.
Przed sezonem wymienialiśmy je w gronie faworytów, teraz wszystko wskazuje że Kruszyniany mogą być liderem jeżeli chodzi o wybór turystów. Czy tatarska wioska przy granicy, tego lata będzie odwiedzana najczęściej? Jedno jest pewne. Po incydencie na kładce Śliwno-Waniewo – popularność tego miejsca zmalała. Zaś chęć przyjazdu na Podlasie wcale nie. O naszym regionie w ostatnim czasie jest dosyć głośno z różnych powodów.
Gejowskie logo i Kononowicz
Jest coś takiego jak mimowolna promocja. Nie jest ona jednak taka zła. W myśl zasady – „niech mówią wszystko, byleby nazwiska nie przekręcali”. W tym przypadku nieustające żarty z Podlasia w dłuższej perspektywie opłaciły się. Zasadniczym problemem było to, że głównego podlaskiego miasta – Białegostoku nie było na mapie… od pogody. Od wielu lat ludzie oglądając telewizję nie wiedzieli, że oprócz Suwałk coś tam leży. Potem przyszedł z pomocą internet. Mamy rok 2006 – w wyborach startują Tadeusz Truskolaski, jacyś inni kandydaci oraz on – Krzysztof Kononowicz. Postać tak barwna, że nie trzeba jej przedstawiać. O tym, że Białystok istnieje – wiedzą już chyba wszyscy w Polsce. Wybory wygrywa ten pierwszy.
Nowy prezydent Białegostoku Tadeusz Truskolaski postanowił także dorzucić od siebie cegiełkę w celu promocji miasta (a zatem też regionu). Wynajmuje do tego specjalistów za wielkie pieniądze. Oni robią wiele szumu… wokół swojej pracy, na przykład przekonując białostoczan byśmy promowali się śledzikowaniem. To jednak nie przeszło. W końcu szef grupy promocyjnej pokazuje nowo logo Białegostoku i hasło „Wschodzący Białystok”. Zaraz po tym wybucha ogromny skandal. Okazuje się, że nowe logo jest bardzo łudząco podobne do innego logo. Na domiar złego – reprezentujące słynne dziś LGBT (tyle że z Nowego Jorku). W obawie o wizerunkową tragedię (konserwatywne Podlasie nie wyobraża sobie być kojarzone z homoseksualizmem) logo zostaje przepołowione i rusza cała kampania. Trudno powiedzieć czy coś dała, bo na efekty takich działań czeka się bardzo długo. Na pewno jest już jakiś punkt zaczepienia.
Czytaj też:
/tatarzy-polska-podlaskie/
Filmy promocyjne i memy
Kolejne lata to wysyp filmów promocyjnych. A to wspominany wyżej Wschodzący Białystok promował się aniołem, województwo podlaskie różnorodnością, innym razem Białystok walorami turystycznymi zaś podlaskie pikselowym żubrem. Tutaj też trudno powiedzieć czy efekt był, bo to nie jest tak że jak ktoś zobaczy reklamę to wsiada w pociąg i przyjeżdża. Szczególnie, że w tamtych czasach do Białegostoku nie było łatwo dojechać. Aż tak wielu połączeń nie było.
Internet rozwijał się w zawrotnym tempie. Ludzie mogli posiadać coraz większą wiedzę, rozwiązywać dzięki temu różne cywilizacyjne problemy, a tymczasem zrobił się boom na kupowanie wszystkiego co się da przez internet oraz pojawiły się memy. Okazało się, że te drugie jest poza jakąkolwiek kontrolą. I tak zaczęła się promocja tych, którzy nie chcieli oraz w taki sposób w jaki nikt by sobie nie życzył. Jednym z pierwszych, który wtedy oberwał był policjant z Elbląga. Dziś zastąpiony „Noszaczem” był wizerunkiem typowego Polaka. Sumiasty wąs i naburmuszona mina na biało-czerwonej fladze z dodanymi „śmiesznymi tekstami”. Policjant przeżył wstrząs, gdy się o tym dowiedział. A stało się to w dość niewybredny sposób. Młodzież zaczęła go wytykać na ulicy i się z niego śmiać. Pewnego dnia padło również na Podlasie. I się zaczęła cała fala.
Przedstawiono nas tam jako dzikusów z dżungli, którzy w kółko powtarzają „Dla mnie się podobasz”. Było śmieszne, nikomu krzywda się nie stała. Ale wieść o naszej krainie znów się rozeszła po całym kraju. Ponadto reaktywował się Krzysztof Kononowicz, który dołączył do nowego trendu w internecie jakim są „patostreamy” czyli transmitowanie na żywo obrazu i dźwięku z własnego domu, gdzie często odbywają się libacje. Nie przesądzamy o tym co się dzieje u dawnego kandydata na prezydenta miasta, ale razem z „Majorem” czynią duet na tyle popularny, że Białystok i Podlasie jest bardzo popularne wśród młodzieży.
Dużo dobrego robi dla kontrastu telewizja śniadaniowa, która pokazuje nas z dużo lepszej strony. W ostatnim czasie wszędzie był niemalże wysyp zachęt, by odwiedzić Kruszyniany. Tatarska wioska w tym sezonie letnim może przeżyć oblężenie. Wszyscy będą chcieli zobaczyć piękny meczet na własną stronę oraz wysłuchać od Pana Dżemila – skąd są na Podlasiu Tatarzy. Oczywiście nie obejdzie się od skosztowania ichniejszej kuchni o co zadba Pani Dżanetta.
Konkurencję nieco przegrała kładka Śliwno-Waniewo, która przez incydent została na jakiś czas zamknięta. Teraz jest otwarta, ale z jednej wsi do drugiej nie da się przejść między rozlewiskami. Dlatego też po intensywnej kampanii w mediach zachęcającej – raczej nic nie zostanie. Co innego Kruszyniany. W ostatnim czasie gotował tam Karol Okrasa, a także zajechali popularni blogerzy „Busem przez świat”. Warto dodać, że tatarska wioska jest również chyba we wszystkich przewodnikach.
To niesamowite jakich czasów dożyliśmy. Wystarczy spojrzeć w niebo, by zobaczyć gołym okiem niesamowity, przemieszczający się pas jasnych punktów. To 60 satelitów komunikacyjnych wystrzelonych niedawno z ziemi. Ich zadaniem będzie dostarczanie internetu z kosmosu. Obecnie są jeszcze nisko nad Ziemią oraz w trakcie „ustawiania się”. Ponadto prawdopodobnie celowo – ułożono je tak, by można je na całym świecie wtedy, gdy jest noc. Warto skorzystać z okazji, bo satelity oddalają się od naszej planety.
Żeby wiedzieć kiedy spojrzeć wystarczy pobrać aplikację ISS Detector. Program rozpozna naszą aplikację i wskaże najbliższą godzinę, gdy będzie można obserwować pas satelit. Warto jednak pamiętać, by zacząć obserwację około 10 minut wcześniej, gdyż mogą następować opóźnienia w podawaniu aktualnej pozycji urządzeń. Dobrze jest też wiedzieć, że konstelacja Starlink będzie lepiej widoczna, gdy obserwować ją będziemy z dala od miasta, ale w mieście również zauważymy ją bez problemu.
Gdy Starlink nie będzie już zauważalny, to kolejne fantastyczne zjawisko na podlaskiej części nieba będzie można oglądać w sierpniu. Wtedy Ziemia jest tak ustawiona, że można obserwować Perseidy. Jest to rój spadających gwiazd, których w ciągu godziny zauważymy naprawdę bardzo dużo! Warto interesować się astronomią, świat nas otaczający staje się wtedy bardziej fascynujący nie tylko dzięki wschodom i zachodom słońca, ale też w nocy!
Zapuszczony pawilon w Pałacu Branickich wreszcie będzie wyremontowany! Obecnie odgrodzony, wyraźnie zniszczony straszy, a niedługo będzie znów częścią najważniejszej wizytówki miasta.
Na początku trzeba będzie pawilon w jakiejś części rozebrać, odkopać fundamenty, wykonać nowe mury, całość otynkować, pomalować. Inaczej mówiąc przeprowadzić generalny remont. Oprócz tego odnowione zostanie ogrodzenie w przesmyku między Plantami a ul. Mickiewicza (od strony budynków Uniwersytetu Medycznego). Wykonawca będzie miał 5 miesięcy od podpisania umowy na przeprowadzenie remontu. Miejmy nadzieję, że planowo do końca miesiąca znajdą się firmy, które złożą swoje oferty. Pawilon jest w opłakanym stanie i szpeci.
Warto zaznaczyć, że w Pałacu Branickich potrzeba zrobić jeszcze wiele remontów. Niestety są to gigantyczne koszta. Jednak jeżeli popatrzymy na to jak Wersal Podlaski prezentował się kilkanaście lat temu, to można zauważyć, że przeszedł gigantyczną metamorfozę.
W przedwojennym województwie białostockim, tak samo zresztą jak w całej II RP, panowało ogromne zainteresowanie wyjazdami do mitycznej Ameryki.
Kusiły nie tylko Stany Zjednoczone, ale też Brazylia, Argentyna, Kanada, a nawet Kuba. Emigranci zarobkowi liczyli na lepszy los dla siebie i swoichrodzin. Za granicą chcieli skryć się poszukiwani przestępcy i dezerterzy z wojska, a prześladowanych Żydów nęciła nie tylko Palestyna.
Nie wszyscy ci uchodźcy mogli i potrafili zdobyć niezbędną wizę. Tutaj pojawiali się zwykle usłużni osobnicy proponujący fałszywe dokumenty i gwarancję dostaniasię ma statek w Gdańsku czy Hamburgu. Koszt takiej operacji wynosił zazwyczaj od 100 do 500 dolarów.
Chętnych na lipne paszporty nigdy nie brakowało. Centrum działalności różnej maści kombinatorów i fałszerzy dokumentów stanowił na naszym terenie oczywiście Białystok, choć zorganizowane szajki parające się przerzutem ludzi za granicę grasowały również w Łomży, Ostrołęce, Sokółce, Grajewie czy Ciechanowcu.
W 1924 roku „Dziennik Białostocki” donosił: „Policja wpadła na ślad szajki pośredników uprawiających
nielegalny szmugiel pasażerów Stanów Zjednoczonych. Na razie aresztowano trzy osoby: Nissena i Rozę
Jungelców oraz Gienię Chwałkowską z ul. Syjońskiej. Są poszlaki wskazujące na duże rozgałęzienie tej organizacji, daleko poza granice Białegostoku”.
Szczególną obrotnością w przemytniczym procederze wykazali się w latach 1926-1927 dwaj młodzi pracownicy białostockiego oddziału towarzystwa okrętowego Loyd: Chaim Rabinowicz i Tejchel Owsiejewicz. Wyprawiali oni w tym czasie nielegalnie do Stanów Zjednoczonych co najmniej kilkadziesiąt osób. Sposób był całkiem prosty. Dzięki znajomościom w szemranych kręgach miasta pomysłowi młodzieńczy najęli złodzieje, który wykradł dla nich w jednym z urzędów państwowych plik czystych blankietów paszportowych. Znajomy fałszerz sporządził odpowiednie pieczątki oraz wzory podpisów, no i produkcja ruszyła.
Chętni emigranci za jeden paszport musieli się wykosztować,ale towar był gwarantowany. Konsulat amerykański w Warszawie na dokument z firmy „Rabinowicz i spółka” bez zastrzeżeń wydawał wizy. Ponieważ zapotrzebowanie rosło, a naszym spryciarzom kończyły się oryginalne blankiety paszportowe (z dostawą nowej partii były kłopoty, gdyż różnie odpowiednie urzędy coraz lepiej zabezpieczały reglamentowane dokumenty), postanowiono całkowicie przestawić się na tzw. lipę. Do spreparowanego dokumentu dodawano także własnej produkcji wizę.
Był to zabieg jednak bardzo ryzykowny, gdyż służby graniczne szybciej nabierały podejrzeń do kontrolowanych osób. I rzeczywiście, na pierwszą wpadkę nie trzeba było długo czekać.
W marcu 1927 roku policja gdańska aresztowała Cylę Skalską z Białegostoku i Rubina Chazena z miejscowości Narew w powiecie bielskim oboje chcieli dostać się z Wolnego Miasta Gdańsk do Niemiec na podstawie fałszywych paszportów.
Ponieważ dokumenty pochodziły z Białegostoku, prezydium policji miasta Gdańska zawiadomiło o sprawie białostocki Urząd Śledczy. Po kilku dniach przysłano także oboje niefortunnych
amatorów amerykańskiego raju.
Na początku kwietnia 1927 roku władze policyjne w Białymstoku wiedziały juz na pewno, że emigrantów w „lewe papiery” zaopatruje ktoś z miejscowej ekspozytury „Lloyda”. Wszystkich pracowników poddano obserwacji. Gdy pewnego razu Rabinowicz z koleżką udali się do Warszawy po fałszywe książeczki paszportowe, mieli za sobą „ogon” w postaci dwóch agentów policyjnych. Zostali zatrzymani podczas targu ze stołecznym fałszerzem. Niebawem trafili do więzienia w rodzinnym mieście. Sąd Okręgowy przy ulicy Warszawskiej 63 wycenił usługi dla ludności oferowane przez Rabinowicza i Owsiejewicza na dwa lata pobytu za kratkami.
Okrasa Karol, wykorzystując swój talent kulinarny i zamiłowanie do eksploracji różnorodności kulinarnej, nie tylko prezentuje smaki Podlasia, ale także stara się zrozumieć głębsze konteksty kulturowe i społeczne związane z tatarską kuchnią. Poprzez swoje działania, Okrasa inspiruje do poszukiwania i doceniania różnorodności kulturowej, przyczyniając się do budowania otwartego i tolerancyjnego społeczeństwa.
Odkrywanie kultury Tatarów w Kruszynianach
W sercu malowniczego Podlasia, w miejscowości Kruszyniany, znajduje się niezwykła społeczność Tatarów, którzy osiedlili się tu wiele wieków temu. Ich obecność w tym regionie ma bogatą historię i świadczy o wieloletnim współistnieniu różnych kultur i tradycji. Dzięki swojej otwartości i gościnności, Tatarzy z Kruszynian są chętni do dzielenia się swoją kulturą, zwyczajami i przede wszystkim – kuchnią.
Okrasa Karol i jego przygoda z tatarską kuchnią
Karol Okrasa, znany i ceniony polski kucharz, w programie „Okrasa łamie przepisy” poświęcił odcinek właśnie kuchni tatarskiej. Rozpoczął od przyrządzenia jagnięciny z lekko kiszoną kapustą, podkreślając unikalność smaku tego dania i jego głębokie zakorzenienie w tradycji tatarskiej kuchni. Kolejnym potrawą, którą przygotował, były kołduny – charakterystyczne pierogi tatarskie, wypełnione aromatycznym farszem. Następnie Okrasa zajął się przygotowaniem tatarskiej zapiekanki, podkreślając specyficzny sposób przyrządzania potraw w tatarskim stylu. Każdy składnik potrafią zawinąć w delikatne ciasto. Jednak nie tylko Okrasa przyczynił się do promocji kuchni tatarskiej w odcinku. Dżemil Bogdanowicz, który był przewodnikiem kucharza po wiosce tatarskiej, podkreślał w programie dlaczego warto odwiedzić Kruszyniany i poznać tę unikalną społeczność. Opowiedział o możliwości zwiedzenia meczetu, pod warunkiem zachowania odpowiedniego ubioru, co stanowi ciekawy element kulturowy i religijny. Warto zaznaczyć, że Bogdanowicz, mimo swojego pochodzenia tatarskiego, ma żonę wyznającą katolicyzm, co pokazuje otwartość i tolerancję tej społeczności.
Podlaskie przez gastronomiczne okno: tajniki kuchni tatarskiej
Cały odcinek programu „Okrasa łamie przepisy” stanowi doskonałą okazję do poznania tatarskiej kuchni. Dzięki staraniom takich kucharzy jak Karol Okrasa i przewodników jak Dżemil Bogdanowicz, widzowie mogą odkrywać tajemnice i smaki Podlasia. Obejrzenie tego odcinka nie tylko pozwala na delektowanie się kulinarnymi doznaniami. Także na poszerzenie wiedzy o tradycji i historii Tatarów oraz ich wkładzie w kulturę polską.
W województwie podlaskim mamy 115 kościołów oraz 67 cerkwi. Wiele z tych budynków przyciąga do naszego regionu turystów. Obecnie w wielu filmach i materiałach promocyjnych można znaleźć zachęty, by odwiedzać Podlaskie na przykład po to, by zobaczyć na własne oczy piękne, drewniane kolorowe cerkwie. To fakt – warto je zobaczyć na własne oczy zarówno od zewnątrz jak i w środku. Jednak mimo wszystko nie warto zapominać również o zwiedzaniu kościołów. Tym razem chcemy się skupić na świątyniach zbudowanych z drewna. Mają one swój wyjątkowy urok. Dlatego, jeżeli planujecie wycieczki tematyczne w naszym regionie – to warto uwzględnić również i zwiedzanie pod takim kątem. Żałować nie będziecie, gdyż Podlaskie ma do zaoferowania prawdziwe cuda architektoniczne.
Drewniane kościoły na Suwalszczyźnie
fot. Witia / Wikipedia
Jednym z takich cudów jest kościół Św. Anny w Gibach w powiecie sejneńskim. Pierwotnie była to molenna, przez co stylem przypomina budynek w Wodziłkach czy Gabowych Grądach. Z tym, że te dwa należą do staroobrzędowców. Budynek w Gibach także do nich należał jeszcze przed II Wojną Światową.
fot. E.giedraitis / Wikipedia
Kolejnym, drewnianym cudem jest katolicki kościół Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Berżnikach (powiat sejneński). Parafia w tym miejscu powstała już w 1447 roku. Obecny budynek pochodzi natomiast z 1819 roku. Później był jeszcze restaurowany.
fot. Marek i Ewa Wojciechowscy / Wikipedia
Następna świątynia również leży na Suwalszczyźnie a konkretnie w Jeleniewie. Jest to Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa. Świątynia została wzniesiona w 1878 roku, a poświęcona w 1899 roku. Warto tutaj dodać, że ołtarz oraz konfesjonały pochodzą z innego kościoła i są w stylu rokoko. We wnętrzu obejrzymy również XIX wieczne obrazy oraz przepiękne stacje drogi krzyżowej także z tamtego wieku. Jako ciekawostkę można dodać iż na strychu kościoła znajduje się bardzo wiele nietoperzy objętych ścisłą ochroną gatunkową.
fot. Ejkum / Wikipedia
Kolejny drewniany kościół stoi w Mikaszówce. Przypomina wyglądem molennę. Wiadomo o nim tylko tyle, że został wybudowany na początku XX wieku.
fot. Thebleeding / Wikipedia
Drewniane kościoły na Podlasiu
Warto również na własne oczy zobaczyć Kościół Podwyższenia Krzyża Świętego w Sokołach (powiat wysokomazowiecki). Świątynia została wzniesiona pierwotnie jako cerkiew unicka w 1758 roku w Tykocinie. Następnie w 1833 roku przeniesiono ją na cmentarz w Sokołach (tak – drewniane budynki można przenosić) i tam została kościołem katolickim. Aż do dzisiaj.
fot. Simpledot / Wikipedia
Grzechem byłoby nie zobaczenie wspaniałego kościoła św. Anny w Kalinówce Kościelnej. Świątynia została wybudowana w 1774 roku na bazie innej, spalonej w 1761 roku. Rzeźby w środku datowane są na XVII wiek. Warto także zobaczyć obraz św. Mikołaja z XIX wieku oraz XVII wieczne renesansowe tabernakulum (czyli szafki na eucharystię). Przy kościele stoi także wspaniała dzwonnica.
fot. Yarl / Wikipedia
Warto także wybrać się do Starej Kamiennej, gdzie znajduje się Kościół Św. Anny – najstarszy drewniany budynek na Podlasiu, zachowany do dnia dzisiejszego. Świątynia została ufundowana przez Piotra Wiesiołowskiego (który w Białymstoku wzniósł zamek, z którego powstał Pałac Branickich). Drewniana świątynia znajduje się w powiecie sokólskim.
fot. Michal Gorski / Wikipedia
fot. Inetta / Wikipedia
fot. PanSG / Wikipedia
fot. Ewa Szewczyk / Wikipedia
fot. Wojsyl / Wikipedia
fot. Pankrzysztoff / Wikipedia
Pozostałe kościoły, które warto zobaczyć to XIX wieczny Kościół Matki Bożej Szkaplerznej w Studzienicznej, XVI-wieczne Sanktuarium Matki naszego Zbawiciela Jezusa Chrystusa w Domanowie (rozbudowywane w XIX wieku), XVIII-wieczny Kościół św. Stanisława w Milejczycach, Kościół Matki Bożej Anielskiej w Monkiniach z XX wieku, a także XVI-wieczny Kościół Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i św. Stanisława w Narwi, XX-wieczny Kościół Trójcy Przenajświętszej w Pawłówce oraz Kościół św. Jana Chrzciciela w Turośli z XIX wieku.
Po Białymstoku jeździ mały elektryczny busik do testów. Zastanawiające było dlaczego magistrat sprawdza akurat pojazd o tak małych gabarytach. Przecież w mieście autobusy muszą pomieścić dużo więcej osób. Odpowiedzią na tą zagadkę jest zbliżający się 2021 rok i odpowiedzi samych zainteresowanych. Sam prezydent na portalu Urzędu Miejskiego w tej spawie postanowił tylko zamydlić oczy – Jesteśmy otwarci na nowe technologie, inwestujemy w nowoczesne, niskoemisyjne rozwiązania, dlatego uważnie przyglądamy się rozwojowi autobusów elektrycznych. I sprawdzamy, jak takie pojazdy radzą sobie w naszych warunkach – powiedział prezydent Tadeusz Truskolaski.
Jak widać to tylko ogólne słowa, z których niewiele wynika. Jednak to czego nie powie nam prezydent, przeczytamy w starym raporcie firmy PwC. Okazuje się, że raport sprzed roku jest nadal aktualny, gdyż nic w tej kwestii magistrat nie zrobił. Raport ten dotyczył komunikacji miejskiej, porównywał naszą do tej funkcjonującej w innych miastach. Ogólnie wnioski są złe – źle zarządzamy flotą autobusów, trasy są o wiele za długie niż dojazd z tego samego punktu A do B samochodem i na końcu elektromobilność – z raportu wynika, że Białystok najwyraźniej nie chce mieć z nią nic wspólnego.
Czas jednak działa na niekorzyść Truskolaskiego. W styczniu 2021 roku każde miasto będzie musiało spełniać wymagania ustawy o elektromobilności, która to nakazuje posiadanie we flocie komunikacji miejskiej 5 proc. pojazdów zeroemisyjnych. Już wiecie po co te małe busiki, kompletnie niepraktyczne w Białymstoku? – Mikrobus może być uzupełnieniem transportu zbiorowego zapewniając obsługę na ostatnich odcinkach podróży pasażerów – zapewnia producent. Otóż to. Gdy przyjdzie czas, by spełnić wymogi elektromobilności, zapewne tego typu małe busiki będą obsługiwać jakieś egzotyczne trasy. Na przykład linia 106 dojeżdżająca do Borsukówki i zahaczająca o trzy strefy zamiejskie. W Fastach wystarczy zamontować stację ładowania baterii, marketingowo nazwać to miejsce centrum przesiadkowym i rozbijać podróż mieszkańcom na 2 autobusy.
Gdyby Truskolaski myślał na poważnie o elektromobilności w Białymstoku i autobusach zeroemisyjnych, to w pierwszej kolejności zająłby się przygotowywaniem do wprowadzenia takich autobusów na wszystkich liniach jadących przez Aleję Piłsudskiego i Lipową – czyli miejsca, gdzie w godzinach szczytu nie da się oddychać od spalin. Tylko na takie działania potrzebne są pieniądze, które Truskolaski już przepuścił. Teraz każda większa inwestycja w mieście niebezpiecznie zadłużałaby Białystok.
Wiemy już, że widoczna na zdjęciu Józefa Sołowiejczyka z 1897 r. fabryk „Hendrichsa i Izenbecka” należała do Ernesta Hendrichsa na mocy aktu kupna-sprzedaży zawartego z Hermanem Commichau, nestorem białostockiego włókiennictwa i jedną z najważniejszych postaci miejscowego przemysłu.
Stosowny dokument spisano w 1889 r., gdy Commichau – z racji sędziwego wieku – porządkował sprawy związane z posiadanym majątkiem, którego niektóre elementy składowe w tym czasie wyprzedawał. Wśród nich była omawiana fabryka, stanowiąca jeden z trzech głównych zakładów produkcyjnych Hermana (główny na Antoniuku, drugi przy ul. Aleksandrowskiej, tj. przy ul. Warszawskiej 59). Herman Commichau nabył ją w 1871 r. od Owsieja Michela Zabłudowskiego.
Kluczem do historii omawianego miejsca jest nazwisko Zabłudowskich. Owsiej Michel był synem Izaaka, postaci zapisanej w sposób bardzo wyraźny w dziejach Białegostoku. Był twórcą majątkowej i społecznej pozycji rodu. Dorobił się ogromnego majątku na handlu drewnem, dzięki czemu zdołał zgromadzić pokaźny majątek, w tym liczne nieruchomości na terenie Białegostoku: m.in. posesję na rogu ul. Wasilkowskiej i Rynku, gdzie zbudował duży dom, synagogę przy ul. Zielonej, kilka działek przy Rynku, ul. Niemieckiej (Kilińskiego) i Bojarskiej (Warszawskiej). Miał czterech synów: Markusa, Mejera, Dawida i wspomnianego Owsieja Michela oraz trzy córki: Chaję Frumę, żonę Nochuma Minca (właściciel posesji przy ul. Kilińskiego 6, gdzie założył fabrykę włókienniczą), Małkę Rejzlę, żonę Sendera Blocha i Fejgę, żonę Eliezera Halbersztrama. Izaak zmarł 29 marca 1865 r. i został pochowany na białostockim cmentarzu, gdzie dzieci wystawiły mu okazały grobowiec, który przetrwał do II wojny światowej. W kontekście historii omawianej fabryki istotne znaczenie ma nie tyle Owsiej Michel, ale jego siostra – Małka Rejzla. Trudno jednak dziś wskazać dokładnie, w jakich okolicznościach przejął on majątek siostry.
Sender (Aleksander) i Małka Rejzla Blochowie to postacie, które osobom dobrze znającym dzieje Białegostoku powinny od razu skojarzyć się z historią początków białostockiego przemysłu włókienniczego. Sender Bloch, bogaty mieszczanin wileński, po ślubie z Małką założył w 1841 r. jedną z pierwszych w Białymstoku fabrykę włókienniczą. Początkowo działała ona chyba w innej lokalizacji i dopiero w 1848 r. Sender zwrócił się do władz gubernialnych w Grodnie z prośbą o uruchomienie produkcji tekstylnej w zakładzie posadowionym na pustej dotychczas parceli przy drodze do Bielska. Do prośby dołączył także projekty budynków fabrycznych. Dzięki nim wiemy, że fabryka Blocha na uroczysku Nowe składała się w początkach istnienia z dwóch drewnianych domów przeznaczonych na mieszkania dla majstrów oraz trzech obiektów produkcyjnych: tkalni, suszarni i postrzygalni wełny. Tkalnia miała dwie kondygnacje, z których dolna była szersza od górnej, a wnętrze całego budynku oświetlały wysokie, prostokątne okna – patrząc na zdjęcie Józefa Sołowiejczyka wydaje się, że gmach ten istniał jeszcze nadal w 1897 r., chociaż w międzyczasie został znacznie rozszerzony.
Sender Bloch zmarł młodo w 1849 r., pozostawiając wdowę Małkę Rejzlę i trzynaścioro niepełnoletnich dzieci. Małka Rejzla przejęła rolę głowy rodziny oraz jednocześnie szefa świeżo uruchomionej fabryki, w czym niewątpliwie pomagali jej pozostali członkowie rodu Zabłudowskich, silnie zaangażowanych w tym czasie w organizację i rozwój własnych zakładów włókienniczych. Jeszcze w opisie miasta z 1863 r. wskazywano, że fabryka Małki Rejzli Bloch zlokalizowana była „przy bielskiej drodze”. W tym czasie oficjalne statystyki odnotowały, że firma Blochowej miała największe zatrudnienie (130 osób) i najwyższą wartość rocznej produkcji (170 tys. rubli) ze wszystkich fabryk działających w Białymstoku. Wkrótce powstały także oddziały firmy w Zelwie i Brodziszewie. Rozwój przedsiębiorstwa znaczony był także kolejnymi inwestycjami budowlanymi, m.in. budową domów przeznaczonych dla majstrów oraz nowych gmachów produkcyjnych. Kluczowe znaczenie miała mechanizacja zakładu przy użyciu maszyny parowej.
Małka Rejzla Bloch zmarła przed 1871 r., i jak wspomniałem, zakład produkcyjny przejął jej brat Owsiej Michel, który sprzedał go Hermanowi Commichau. Nie znamy okoliczności przejęcia oraz treści sporządzonego wówczas aktu, trudno więc powiedzieć, które z budynków widocznych na zdjęciu z 1897 r. jest efektem działalności Małki Rejzli Bloch, które powstały w latach 1871-1889 z inwestycji Hermana Commichau, a które wreszcie zrealizowali wspólnicy Hendrichs i Izenbeck.
W każdym razie w 1897 r. fabryka założona niespełna pół wieku wcześniej, została uwieczniona w swoim największym rozkwicie. Widzimy tu kilka drewnianych domów dla tkaczy, położonych od strony ul. Mickiewicza, dwa główne budynki produkcyjne, pomieszczenie maszyny i kotła parowego wraz z kominem oraz kilkanaście różnego typu budynków pomocniczych i gospodarczych.
Historia posesji, sięgająca 1848 r. i początków białostockiego sukiennictwa, wydaje się być więc główną przyczyną, dla której to właśnie ten zakład znalazł się w albumie ofiarowanym carowi Mikołajowi II. Ciekawe, czy postać widoczna na zdjęciu to przypadkowy spacerowicz, czy raczej ówczesny właściciel zakładu – Ernest Hendrichs? Biorąc pod uwagę jego centralną pozycję na fotografii, druga możliwość wydaje się bardzo prawdopodobna.
O losach fabryki Hendrichsa po 1889 r. i w okresie międzywojennym opowiem w kolejnych częściach.
Duchowni z Cerkwi Staroprawosławnej w Gabowych Grądach pod Augustowem chcą uchronić świątynię przed zniszczeniami jakie może wyrządzić burza. Do tego potrzebna jest im instalacja odgromowa. Dotychczasowe inwestycje – budowa dzwonnicy, droga dojazdowa oraz ogrodzenie pochłonęła bardzo dużo pieniędzy. Parafianie wspierali duchownych jak mogli. Ostatnią inwestycją, dzięki której świątynia będzie mogła bezpiecznie i komfortowo funkcjonować to zabezpieczenie przed burzą.
Wierzymy, że z Bożą pomocą uda nam się zrealizować ten plan. Niestety posiadane przez środki finansowe nam na to nie pozwalają. Dlatego też zwracamy się do Państwa z wielką prośbą. – napisał do Nas ojciec Mariusz Jefimow z Cerkwi Staroprawosławnej. Na wykonanie instalacji odgromowej potrzebujemy jeszcze kwoty około 9 000 – 10 000 zł. Bez potencjalnych darczyńców nie jesteśmy w stanie wykonać ważnej dla nas inwestycji, zabezpieczającej budynek Cerkwi. – dodał duchowny. W przyszłości staroobrzędowcy nie planują już żadnych poważniejszych inwestycji, które wymagałyby dużych nakładów finansowych.
Jak pomóc?
Wpłaty można dokonywać bezpośrednio na konto bankowe naszej parafii:
STAROPRAWOSŁAWNA CERKIEW STAROOBRZĘDOWCÓW
Gabowe Grądy 7A
16-300 Augustów
Pokazują prawność polskich jeźdźców, zachwycając publiczność a i przypominając chwałę polskiego oręża. Mowa tu o husarzach w zbrojach na przystrojonych koniach. Zawodnicy mierzą się ze sobą z kopią w dłoniach. Polska Liga Husarska składa się z 13 grup husarskich, do których należy 44 zawodników. Przed nimi pierwsze zawody po wakacjach. Obecnie to czas na przygotowania. Nasz region będzie reprezentować Podlaska Chorągiew Husarska. W ramach zawodów będzie można oglądać gonitwę z szablą, kopią, pałaszem lub koncerzem. Wielki finał odbędzie się 15 września na Zamku w Pułtusku.
Kilka dni temu doszło w tym miejscu do pożaru. Ogień w rocznicę miał przypomnieć o dawnych wydarzeniach? Ponad pół wieku temu, bo w połowie maja 1956 roku doszło do „Cudu w Zabłudowie”. Czternastoletnia Jadwiga Jakubowska ujrzała na łące pod Zabłudowem Matkę Boską. Do dziś znajduje się tam miejsce upamiętniające tamto wydarzenie, mimo że nigdy oficjalnie nie zostało potwierdzone przez kościół, ale też zaprzeczone – na czym bardzo zależało władzom PRL. Komuniści bardzo szybko zareagowali na wydarzenie szkalując dziewczynkę wraz z jej rodziną przy pomocy swojej gazety. Pisano wówczas iż Jadwiga upodabnia się do „Ani z Zielonego Wzgórza” (bohaterka ma bujną wyobraźnię i jest bardzo gadatliwa).
Ludzie wykopali dziurę
Komuniści nie chcieli przy okazji cudu atakować kościoła, więc przestrzegali ludzi przed „brudną wodą”. Mieszkańcy i wszyscy, którzy o cudzie dowiedzieli się – na miejscu chcieli zabrać coś ze sobą. Najczęściej zabierano garść ziemi. Bardzo szybko wykopano dół, z którego wypłynęła woda bowiem rzecz wydarzyła się na bagiennym terenie. Ludzie jednak uznali iż na pamiątkę cudu na miejscu pojawiło się cudowne źródełko. Do Zabłudowa zaczęło zjeżdżać coraz więcej osób. Tłumy biwakowały na polu w oczekiwaniu na to, że być może wydarzy się coś jeszcze. Komuniści postanowili działać nie tylko przy pomocy prasy. Rozeszła się wieść o kolejnym objawieniu. Coraz więcej ludzi zaczęło zjeżdżać do Zabłudowa. Władze zatrzymywały samochody jadące w tamto miejsce oraz ograniczyły połączenia autobusowe.
Miała zostać cukiernikiem
Doszło do starć z ZOMO. 500 osób zaatakowało formację kamieniami. Milicja pojawiła się gdyż rozważano siłowe rozpędzenie tłumu. Na miejscu pojawiły się krzyże oraz kapliczka. Samo wydarzenie wpłynęło również na Jadwigę Jakubowską. Czternastolatka planowała zostać cukiernikiem, jednak pod presją społeczeństwa, które oczekiwało, że skoro ujrzała Matkę Boską to sama będzie święta, jednak poszła do klasztoru.
Cała sprawa odbiła się również na rodzinie. Dziennikarze raz po raz pisali o nich jak o patologii i ciemnocie. Pod domem Jakubowskich ciągle było dużo milicjantów. Zaś młoda dziewczynka była odbierana ze szkoły przez nieumundurowanych funkcjonariuszy. Swoją cegiełkę także dołożyła prokuratura – która planowała wystąpić do sądu o ukaranie matki dziewczynki o celowe wprowadzenie ludzi w błąd. Komuniści za wszelką cenę chcieli doprowadzić, by całe zdarzenie było odbieranie nie jako cud a jako przykład ciemnoty panującej na białostockiej wsi. Cały czas usuwano z tamtego miejsca krzyże, zaś ludzie stawiali kolejne. Kościół nigdy nie potwierdził cudu, ale też nigdy nie zaprzeczył. Do dziś jednak można odwiedzać miejsce po tym zdarzeniu. Jest bardzo charakterystyczne i widoczne z daleka.
Kilka dni temu w miejscu, gdzie miało dojść do cudu wybuchł pożar. Nie wiadomo z jakiej przyczyny. Na szczęście został szybko ugaszony. Czy to przypadek, że paliło się akurat w kolejną rocznicę „cudu”? Warto dodać, że wiosną często dochodzi do pożaru na łąkach – szczególnie, że ostatnio były suche dni. Podobnie można tłumaczyć wykopanie na bagiennym terenie „cudownego źródełka” zaś to co ponoć ujrzała 14-latka jako zwykłą fantazję nastolatki. Warto jednak pamiętać iż w religii nie chodzi o udowodnienie lecz o wiarę – także w symbole. Nie należy oczywiście przesadzać, ale jeżeli w tym samym miejscu dochodzi kilka razy do różnych wydarzeń, które można ze sobą powiązać, to warto się zastanowić dlaczego tak się dzieje. Przypadek?
Karol Hepner, szef policji kryminalnej, okazał się byłym współpracownikiem wywiadu i ochrony carskiej.
Polska olicja pojawiła się w Białymstoku już w lutym 1919 roku zaraz po wycofaniu się Niemców. Chaos panował wówczas ogromny. W blisko 80-tysięcznym, powojennym mieście znalazły się tłumy napływających ze wschodu uchodźców. Był to raj dla różnej maści złodziejaszków, oszustów i szulerów. Rozpanoszył się czarny rynek, a bandytyzm szerzył się nie tylko w nocy, ale w biały dzień. Nowa władza miała pełne ręce roboty. A przecież sama się kształtowała.
Widocznym symbolem nowych czasów stał się polski posterunkowy, w niczym nie przypominający carskiego stójkowego. Tak w maju 1919 roku opisywał go reporter „Dziennika Białostockiego”: Każdego, kto po raz pierwszy wjeżdża na ulice Białegostoku uderza widok nadzwyczajny, widok człowieka źle odzianego, w ubraniu zazwyczaj podartym i z karabinem na ramieniu. Orzełek biały na czapce, to zapewne przedstawiciel władzy polskiej. Człowiek ten stoi kilka godzin wśród zawieruchy, to znowu wśród deszczu i upału, i czuwa na spokojem publicznym”. Głodowe uposażenie (250 marek), wypłacane nieregularnie, nie zachęcało do gorliwej służby. Nieco lepiej powodziło się policjantom ze służby kryminalnej, którzy mogli przynajmniej zarekwirować coś zatrzymanym przemytnikom czy paskarzom.
W lipcu 1919 rok Sejm uchwalił ustawę o Policji Państwowej. Na jej podstawie utworzone w kraju 6 okręgów policyjnych. Okreg 5 obejmował województwo białostockie. Komenda Główna mieszcząca się w Warszawie, zaczęła czyścic własne szeregi. W Białymstoku polecono zwolnić wszystkich posterunkowych źle mówiących po polsku i nie mających kwalifikacji. Została zorganizowana szkoła policyjna, w której co roku miało kształcić się 70 adeptów. Mieli uczyć się fachowych przedmiotów, słuchać wykładów z prawa i procedury karnej, poznawać historię Polski. Nowym komendantem wojewódzkim został dr Henryk Jasiński, zaś komendę miejska i powiatową objął Leon Gallas. Dotychczasowy szef policji miejskiej, były pułkownik rosyjski Konstanty Songajłło poszedł w odstawkę. Karol Hepner, kierownik policji kryminalnej, został oddany w ręce prokuratura.
Okazało się, że Hepner, którego w Białymstoku zainstalowały jeszcze władze niemieckie, nie tylko w czasie wojny współpracował z Geheimpolizei, lecz był również agentem osławionej carskiej ochrany. Po aresztowaniu Hepner trafił do więzienia na warszawskim Mokotowie. Wyszedł szybko za poręczeniem danym przez włodarzy Mińska Mazowieckiego, gdzie wcześniej mieszkał. Do pracy w białostockiej policji już nie wrócił. Nie dość tego, wkrótce znowu poszedł za kratki. A to za sprawą nadużyć popełnionych w spółce akcyjnej handlującej artykułami skórzanymi . Kilka lat później kłopoty z prawem stały się udziałem Mieczysława Banneta, zastępcy kierownika białostockiej Ekspozytury Urzędu Śledczego. 11 kwietnia 1927 r. przed Sądem Okręgowym przy ul. Warszawskiej 63 odbyła się jego rozprawa. Akt oskarżenia zarzucał mu sfałszowanie świadectwa szkolnego, które stwierdzało ukończenie szkoły w Wiedniu. Tymczasem Bannet ukończył tylko trzy klasy. Poza tym, oskarżony napisał w swoim życiorysie, że jest katolikiem, urodzonym w Szwecji, gdy tymczasem był wyznania mojżeszowego i przyszedł na świat w małej mieścinie na południu Polski.
Zarzuty wydawały się dość błahe, ale nie wobec wysokiego funkcjonariusza policji. Początkowo sąd miał zamiar potraktować fałszerza z pełną surowością. Uwzględnił jednak jego bohaterską, wojenną kartę i nienaganną służbę i skazał na rok więzienia. Wyrok wypełnił w całości areszt prewencyjny, więc Bannet szybko odzyskał wolność.
23 września 1921roku. Tego dnia, przy ul. Warszawskiej 15, w Białymstoku, odbyło się -jak pisały ówczesne gazety: „..solenne poświecenie i otwarcie szpitala żydowskiego”. W uroczystości wzięli udział przedstawiciele rabinatu, władz komunalnych oraz wiceprezydent Rady Miejskiej Witold Łaszewski. Tak naprawdę na Warszawskiej szpital żydowski istniał już wcześniej, kiedy to w 1862 roku Izaak Zabłudowski podarował gminie żydowskiej mieszczący się tam dom z placem. Dziesięć lat później wyznawcy mojżeszowi wybudowali w tym miejscu nowoczesny dwupiętrowy budynek. W nim to siedzibę znalazł szpital, oficjalnie nazywany żydowskim. W tamtych czasach liczył 48 łóżek..Większą liczbę chorych mógł przyjąć dopiero w 1882 roku, kiedy z dotacji niejakiego Wołkowyckiego dobudowano obok kolejny budynek, a liczbę łóżek zwiększono do 86. Jeszcze przed końcem XIX w. Szpital, miał oddzielne sale do leczenia chirurgicznego i internistycznego. Jednak prawdziwą sławę zyskał w okresie międzywojennym. Po I wojnie i Białystok, i szpital rozpoczęły wręcz swoje „drugie” życie – uroczyste otwarcie w 1921 roku było tego niejako dowodem.
Do czasu, uruchomienia szpitala w Choroszczy pomoc mogli uzyskać tu też nerwowo i psychicznie chorzy, których po I wojnie przybyło w Białymstoku i całej Polsce. Podobno też niektóre operacje wątroby wykonywano tylko w nim i jeszcze w dalekiej Japonii, zaś jego wysoki poziom zaskoczył lekarzy niemieckich, którzy szpital zajęli w czasie wojny. Druga wojna światowa, niestety, nie pozostawiła śladu po świetnie wyszkolonym personelu szpitala.
Szczególna rola w zabezpieczaniu ochrony zdrowia społeczeństwa województwa białostockiego przypada Wojewódzkiemu Szpitalowi Zespolonemu.
Powstanie i rozwój Szpitala wiąże się z organizacją i rozwojem chirurgii, bowiem jeszcze w okresie międzywojennym odczuwano niedobór tego rodzaju usług.
W 1931 roku zbudowano i oddano do użytku wielooddziałowy na 240 miejsc, Szpital Miejski nazywany św. Rocha, w którym mieścił się 60-łóżkowy oddział chirurgiczny. Dyrektorem Szpitala a zarazem ordynatorem oddziału chirurgicznego został, przybyły z Kliniki Chirurgicznej Uniwersytetu w Astrachaniu, profesor Konrad Fiedorowicz. W zasadzie Profesorowi przypisuje się rozwój i umocnienie białostockiej chirurgii.
W czasie II wojny światowej, kolejni okupanci zmieniali nazwy i przeznaczenie istniejących przed wojną szpitali.
Po wkroczeniu w 1941 r. do Białegostoku, komendantura niemiecka nakazała opuszczenie szpitala św. Rocha personelowi z pacjentami, bez prawa naruszenia jakiegokolwiek wyposażenia. Personel medyczny z pacjentami chirurgicznymi znalazł miejsce w byłym radzieckim szpitalu wojskowym przy ul. Mickiewicza 2 (przed wojną mieściło się Gimnazjum Nauczycielskie), gdzie byli leczeni żołnierze polscy i rosyjscy.
Zorganizowane oddziały chirurgiczne w Szpitalu przy ul. Warszawskiej 15 i 29 przeznaczono na leczenie chorych cywilnych.
W 1942 r. przybyły z Berlina niemiecki lekarz objął dyrekturę wszystkich szpitali w Białymstoku i ordynaturę 50-łóżkowego oddziału chirurgicznego w Szpitalu „Żydowskim”przy ul. Warszawskiej 15, natomiast wszyscy lekarze Żydzi umieszczeni zostali w getcie. Część lekarzy polskich zatrudnił u siebie, profesorowi Fiedorowiczowi polecił prowadzenie 40-łóżkowego oddziału chirurgicznego przy ul. Warszawskiej 29.
Ponowne działania wojenne niemiecko-radzieckie, jakie przeszły przez Białystok, bardzo poważnie nadwyrężyły istniejące szpitale. Szpital św. Rocha został spalony. W trudnej sytuacji znalazła się chirurgia . Pozostały dwa małe oddziały przy Szpitalu PCK ul. Warszawska 29 i ul. Warszawska 15. Czynne były dwie sala operacyjne, brakowało jednak dostatecznego wyposażenia i narzędzi, a posiadane wypożyczano na czas operacji z jednej do drugiej sali.
W miejscu dawnego Szpitala św. Rocha wybudowano i oddano w 1948 r. do użytku nowy na 180 miejsc budynek przy ul. Piwnej (obecnie M. C. Skłodowskiej). Otrzymał nazwę Państwowego Szpitala Chirurgicznego. Posiadał trzy sale operacyjne, aparaturę diagnostyczno-radiologiczną i własne zaplecze gospodarcze, które w całości otrzymał z darów UNRRA (jak wiele innych szpitali). Obsadę ordynatorską stanowili lekarze z dawnych oddziałów chirurgicznych. W początkowym okresie ordynatorzy stanowili jednoosobową lekarską obsadę oddziałów. Operowano tu chorych z zakresu otolaryngologii, urologii, ortopedii, okulistyki oraz dzieci. Z chwilą oddania Szpitala Chirurgicznego zlikwidowano jednocześnie takie oddziały przy ul. Warszawskiej 15 i 29. Również w tym czasie rozpoczęto budowę szkoły pielęgniarskiej na placu po przeciwnej stronie chirurgii, jednak w niedługim czasie zmieniono plany i po modernizacji pierwotnego projektu wybudowano obiekt z przeznaczeniem na oddziały chorób wewnętrznych. Oddany do użytku w 1950 r. jako Miejski Szpital Wewnętrzny (obecnie ul. M. C. Słodowskiej 25) z oddziałami chorób wewnętrznych i neurologicznych.
Po odzyskaniu niepodległości, w związku z szerzeniem się chorób zakaźnych i wielkiej epidemii wśród dzieci choroby Hainego i Medina, odczuwano ogromny brak możliwości hospitalizacji tych pacjentów w Białymstoku. Ministerstwo Zdrowia w 1952 r. przyznało specjalny kredyt na budowę i wyposażenie oddziału dla dzieci chorych na tę chorobę. Przy wielkiej inicjatywie dr Ireny Białówny w ciągu dziewięciu miesięcy wybudowano i wyposażono pawilon z przeznaczeniem leczenia dzieci obserwacyjno-zakaźnych oraz budynek z przeznaczeniem, w okresie nieepidemicznym, na oddział wewnętrzny i chirurgiczny. Lokalizacja tych pawilonów była na placu za budynkiem Chirurgii (obecnie wewnątrz placu kompleksu budynków Wojewódzkiego Szpitala).
W związku z powołaniem Akademii Medycznej w Białymstoku zachodziła konieczność zorganizowania bazy szkoleniowej. Na wniosek ówczesnego Lekarza Wojewódzkiego i Rektora Akademii Medycznej, został powołany uchwałą Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej z dniem 1 stycznia 1953 r. Wojewódzki Szpital Zespolony im. J. śniadeckiego. Nastąpiło połączenie Miejskiego Szpitala Chorób Wewnętrznych, dwóch pawilonów dziecięcych z Państwowym Szpitalem Chirurgicznym w jeden kompleks administracyjny. Na dyrektora nowej placówki powołano dr Adama Dowgirda, który pełnił jednocześnie obowiązki ordynatora oddziału chirurgii ogólnej (funkcje te sprawował do chwili odejścia na emeryturę w 1981 r.).
Ciągłe braki szpitalnych miejsc specjalistycznych powodowały konieczność stałej rozbudowy Szpitala. W 1957 r. Dyrektor zorganizował przy Szpitalu własny Zakład Remontowo – Budowlany. Od tego okresu następuje intensywny rozwój Wojewódzkiego Szpitala, a jego Dyrektor otrzymuje przydomek „budowniczego”.
W 1955 r. przy ul. Wołodyjowskiego 3 wybudowano nowy na 60-łóżek pawilon z przeznaczeniem na chirurgię dziecięcą, który w 1969 r. rozbudowano i zmodernizowano umieszczając 135 łóżek dla małych pacjentów. Oddziały dysponowały 3 salami operacyjnymi, wydzieloną izbą przyjęć, a od 1972 r. przychodnią Chirurgiczną i Dziecięcym Pogotowiem Ratunkowym.
W 1964 r. zmodernizowano pawilon odserwacyjno-zakaźny, pierwotnie budowany na potrzeby hospitalizacji dzieci z chorobą Hainego i Medina.
W tym okresie wybudowany został budynek, w którym umieszczono zakład diagnostyki laboratoryjnej i laboratorium bakteriologiczne, a także dokonano modernizacji budynku administracji (w którym pierwotnie mieścił się oddział dla dzieci chorych na gruźlicę, następnie oddział dla dorosłych z chorobami płuc) oraz oddziałów laryngologii i okulistyki.
Rozbudowywane i modernizowane specjalistyczne oddziały były jednocześnie bazą 10 klinik i 2-ch zakładów Białostockiej Akademii Medycznej.
Szpital stał się placówką służby zdrowia świadczącą usługi przez wysoko kwalifikowaną kadrę medyczną dla mieszkańców województwa białostockiego i sąsiednich. Usytuowanie klinik i zakładów akademickich w budynkach szpitalnych, uszczupliło nieco miejsca dla pacjentów, a jednocześnie mogło stwarzać trudności we współpracy („dwóch panów na jednym podwórku”). Przyjęto więc zasadę, że kierownik kliniki lub zakładu, będzie równocześnie etatowym ordynatorem oddziału podległym Dyrektorowi Szpitala.
Oddanie do użytku w 1962 r. Państwowego Szpitala Klinicznego i przejście części klinik, oprócz pediatrycznych, odciążyło w znacznym stopniu Szpital od działalności dydaktycznych. Pacjenci uzyskali lepsze warunki hospitalizacji, personel medyczny lepsze warunki pracy. Głównym zadaniem Szpitala było leczenie mieszkańców Białegostoku i województwa, pomoc specjalistyczna szpitalom powiatowym oraz szkolenie kadry specjalistów.
W roku 1973 do Wojewódzkiego Szpitala włączono pogotowie ratunkowe przekształcając w oddziały pomocy doraźnej. Zespoły karetek reanimacyjnych dla dorosłych „R”i dla niemowląt „N”udzielały wyspecjalizowanej pomocy chorym na terenie całego województwa.
Po wprowadzeniu podziału administracyjnego Kraju, Szpital Wojewódzki uzyskał status Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego im. J. śniadeckiego, w skład którego włączono Zespół Wojewódzkich Przychodni Specjalistycznych.
Na mocy aktów prawnych Szpital otrzymał nowe zadanie w zakresie nadzoru specjalistycznego oraz działalności metodyczno-organizacyjnej nad wszystkimi placówkami służby zdrowia w nowym województwie białostockim. Jednocześnie w bardzo szerokim zakresie pomagał nowopowstałym, słabym pod względem wyposażenia i kadry, województwom: łomżyńskiemu i suwalskiemu.
Nie zmniejszała się liczba pacjentów wymagających leczenia lecz obserwowano stały wzrost zachorowań na choroby serca, pokarmowe i nerwowe. Występowały ciągłe braki liczby łóżek. Wprowadzono jako metodę leczenia tzw. „hospitalizację domową”. Pacjentów po zdiagnozowaniu i ustaleniu leczenia lub po przeprowadzonym zabiegu wypisywano do domu gdzie dalej byli leczeni pod opieką personelu z oddziału.
W dalszym ciągu prowadzono rozbudowę. W latach 1979-1981 przeprowadzono przebudowę budynku, w którym mieściły się oddziały wewnętrzne, dobudowując nowe piętra i skrzydła.
W nowych pomieszczeniach usytuowano oddziały: kardiologiczny, gastrologiczny, reumatologiczny, dwa oddziały chorób wewnętrznych i dwa oddziały chorób neurologicznych.
W styczniu 1985 r. rozpoczął działalność zakład tomografii komputerowej, angiografii i ultrasonografii. W dobudowanym skrzydle „Rotunda”w 1992 r. zorganizowano dział rehabilitacji leczniczej z działem hydroterapii, obok istniejącego oddziału rehabilitacji leczniczej, który jest pierwszym w Kraju specjalistycznym oddziałem funkcjonującym w szpitalu stopnia wojewódzkiego i zarazem pierwszym powstałym w regionie północno-wschodniej Polski.
Na podstawie Zarządzenia Wojewody Białostockiego w skład Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego z dniem 1 stycznia 1992 r. włączono Specjalistyczny Zespół Opieki Zdrowotnej nad Matką Dzieckiem i Młodzieżą w Białymstoku, jako Wojewódzka Przychodnia Matki Dziecka i Młodzieży, a z dniem 1 stycznia 1993 r. został przyłączony Wojewódzki Szpital Specjalistyczny im. M. C. Skłodowskiej przy ul. Warszawskiej 15, uzyskując nazwę Szpitala nr 2 (z działu onkologii został utworzony Regionalny Ośrodek Onkologiczny jako jednostka samodzielna).
W końcu 1993 r. szpital dysponował 1240 łóżkami w 34 oddziałach i zatrudniał 2186 pracowników pełnoetatowych, w tym 346 lekarzy i 850 pielęgniarek i położnych. Stał się największą jednostką służby zdrowia w województwie i jednocześnie bardzo znaczącą placówką dydaktyczno-szkoleniową. Prowadzone jest nauczanie przeddyplomowe studentów wszystkich wydziałów Akademii Medycznej, nauczanie praktyczne uczniów średniego szkolnictwa medycznego oraz doskonalenie podyplomowe wszystkich zawodów medycznych w poszczególnych specjalnościach. Personel medyczny prowadzi ciągłe dokształcanie uczestnicząc w szkoleniach ośrodków medycznych w kraju i zagranicą. Prezentuje własne osiągnięcia na zjazdach naukowych oraz w czasopismach medycznych. Ciągle doskonalone i stosowane są nowoczesne metody leczenia (np.: leczenie kamicy żółciowej metodą laparaskopową itp.), diagnostyka prowadzona jest aparaturą najnowszej generacji. Prowadzono współpracę na zasadzie wymiany i szkolenia pracowników ze Szpitalem w Kownie.
W latach 1977-1984 Szpital Wojewódzki zorganizował i prowadził Szpital w Zliten w Libii.
Na terenie Szpitala prowadzą działalność medyczne towarzystwa naukowe.
Blogerzy „Busem przez świat” postanowili przyjechać na Podlasie i pokazać swoim widzom 10 miejsc, które warto zobaczyć na Podlasiu. Warto obejrzeć film, by zobaczyć jakie podlaskie atrakcje przyciągają. Serce też się raduje, że robi się wreszcie moda na nasz region. Przestajemy być „dziurą”. Teraz jesteśmy „popularną dziurą”. Dalej ludzie stąd uciekają na rzecz bardziej rozwiniętych miejsc i tutaj raczej nic się nie zmieni, ale przynajmniej jesteśmy drugimi Bieszczadami. Rzadko zamieszkanym regionem, w którym jest dziko, niesamowicie i egzotycznie właśnie. A jak widzą nas blogerzy z „Busem przez świat”?
Na pierwszym miejscu wymieniają Kruszyniany oraz zamieszkałych tam Tatarów. Na drugim miejscu postanowiono ukazać prywatny zamek „Kasztelnik”. Oczywiście nie mogło zabraknąć podlaskich, kolorowych, drewnianych cerkwi. Kolor – niebieski oznacza powierzenie matce boskiej, zaś zielona świątynia powierzona duchowi świętemu bądź męczennikowi. Kolejna propozycja blogerów to Kraina Otwartych Okiennic. Kolejne miejsce to Święta Góra Grabarka pod Siemiatyczami.
Następnie blogerzy polecają wybrać się do Odrynek, gdzie znajduje się skit prawosławny. Tak samo jak podlaskich cerkwi, tak nie mogło zabraknąć w propozycjach Puszczy Białowieskiej. Kolejna wycieczka proponowana przez podróżników to kładka Waniewo i Śliwno. Kolejnym punktem na mapie był Supraśl. Ostatnie miejsce to Europejska Wieś Bociania.
Warto dodać, że blogerzy mają na kanale YouTube – 94 tys. subskrypcji. Właśnie tyle osób dzięki nim zobaczy piękno Podlasia i być może zdecyduje się na przyjazd do nas.
Pojawienie się kolei żelaznych w Białymstoku nie tylko popchnęło miasto w intensywny rozwój gospodarczy, ale też dało możliwości podróżowania. Po ponad 150 latach wraca wielka szansa, by znów miasto rozwinęło się dzięki kolejom. W 2025 roku powstanie Rail Baltica łącząca nasze miasto z Litwą, Łotwą i Estonią. Politycy wszystkich opcji powinni zrobić wszystko, by przekonać rząd aby w stolicy województwa podlaskiego znajdował się międzynarodowy węzeł kolejowy. Szczególnie, że na większe regionalne lotnisko nie mamy co liczyć.
Rozwój kolei żelzanych
W 1862 roku białostoczanie mogli pojechać zarówno do Petersburga jak i do Warszawy. Po drodze do tego pierwszego miasta była stacja w Wilnie, Grodnie. Było można także przesiąść się po drodze i dojechać koleją do Rygi oraz innym połączeniem do Kowna. Oczywiście w tamtych czasach nikt turystycznie raczej nie podróżował, ale był to środek lokomocji dla fabrykantów, urzędników, żołnierzy oraz arystokracji.
Rok 1873 przyniósł kolejne połączenia. Z Białegostoku pociąg jechał aż do Królewca (dziś Obwód Kaliningradzki). Cała trasa prowadziła z Odessy, prze Kijów, Brześć, Białystok, a dalej znaną trasą Grajewo, Ełk. Następnie pociąg jechał przez Prusy i dojeżdżał aż do Królewca.
W 1886 roku Białystok zyskał połączenie z Moskwą. Dziś by dojechać do rosyjskiej stolicy trzeba najpierw zahaczyć o stolicę Polską. Dawniej zaś linia kolejowa prowadziła z Białegostoku przez Puszczę Knyszyńską do Wołkowyska, Baranowicze, Mińsk i Smoleńsk. Dzięki temu zyskały na tym przede wszystkim Gródek oraz Sokole, do których można dziś dojechać tylko w ramach atrakcji turystycznej.
Brama na wschód
Dziś niestety niewiele zostało z tych połączeń. Z Białegostoku, bezpośrednio przy okazji atrakcji turystycznej w weekend można dostać się tylko do Kowna oraz codziennie do Grodna. Gdyby nasze miasto było dziś bramą na wschód, to zyskalibyśmy na tym gospodarczo. Z Warszawy codziennie można dojechać do Pragi, Berlina, Wiednia, Brześcia, Budapesztu, Mińska, Moskwy, Kijowa, Ostrawy (Czechy), Bohumina (Czechy).
Zupełnie nie jest zrozumiałe dlaczego mimo istniejącej infrastruktury nie można by było postarać się o to, by z Białegostoku odjeżdżały wszystkie pociągi na wschód. Do Kijowa, Mińska, Moskwy, Wilna, Rygi oraz Petersburga. Takie połączenia nie tylko rozwinęłyby Białystok mocno turystycznie, ale przede wszystkim gospodarczo. A utworzenie takich połączeń nie jest fantazją. Tory na tych trasach przecież istnieją. Wystarczą wpływowi politycy, którzy potrafią „załatwiać” coś dla swego regionu. Skoro Warmia i Mazury dostały przekop Mierzei Wiślanej, zaś centralna Polska wielki port lotniczy CPK, to dlaczego Białystok nie może być międzynarodową stacją, z której dostaniemy się wszędzie na wschód tak jak 150 lat temu?
Utworzenie linii do wschodnich stolic to kwestia porozumień międzynarodowych. Trudno uwierzyć ażeby Litwa czy Łotwa nie chciały bezpośrednich połączeń kolejowych z Polską. Szczególnie, że do 2025 roku powstanie „Rail Baltica”. Nowoczesne tory poprowadzą aż do Tallina. Tak naprawdę to nasza jedyna szansa na to by coś znaczyć. Szansa na to ażeby nie być prowincją udającą metropolię. 6 lat to wystarczająco dużo, by przekonać kogo się da, że to Białystok, a nie Warszawa właśnie powinien być międzynarodową stacją na wschód. Jest to nie tylko logiczne, ale także korzystne. Zaś połączeń między Warszawą a Białymstokiem jest naprawdę dużo. Tak samo nie ma przeciwwskazań ażeby to właśnie nie z Warszawy a ze stolicy województwa podlaskiego odjeżdżały pociągi do Mińska i Moskwy. Wystarczy otworzyć bramę.
Oto jak wyglądałyby połączenia (nie trzeba budować torów, bo są):
Obok siebie 3 budynki, wszystkie mają wartość historyczną. Jeden już wyremontowany, drugi właśnie remontowany… a trzeci zapuszczony, bo władza nie ma na niego pomysłu od lat. To wszystko zwane „kwartałem Kaczorowskiego”. Mazowiecka 33, Mazowiecka 35 i Mazowiecka 31/1 to budynki, które dawniej stały przy głównej ulicy, teraz na uboczu. Tym lepiej dla nich.
Mazowiecka 31/1
Ten budynek jest dobrze znany wielu mieszkańcom. Obecnie to zabytek, który czeka na jakiś pomysł. Miasto bezczynnie pozwala na jego degradację. Przez to może będzie za późno, by coś z nim zrobić i wtedy „problem” sam się rozwiąże. Miasto myślało, że komuś wciśnie prawie ruinę próbując ją wydzierżawić. Tak samo jak robi z zapuszczonym Domkiem Napoleona. A trzeba było zrobić odwrotnie – tak jak były piłkarz Tomasz Frankowski. Najpierw jego firma wyremontowała kamienicę przy ul. Sienkiewicza, a dopiero potem wynajęła lokale – a nie odwrotnie.
Dom przy ul. Mazowieckiej powstał w 1932 roku. Jego pierwsi właściciele to Freina Wałłach oraz Kiwa Wałłach. Byli też jednymi z wielu właścicieli budynku przy Mazowieckiej 33. Po II Wojnie Światowej jego właściciele to Maria Boruto i Piotr Borysienko.
Mazowiecka 33
Dawniej mieściła się tu szkoła wojskowa. To XIX wieczny, ceglany budynek w którym jeszcze w latach 70-tych XX wieku uczono szkolenia taktycznego, ogniowego oraz politycznego. W czasach współczesnych mieściła się tam „Chata Puchata” czyli jedna z lepszych restauracji w Białymstoku. Budynek powstał w 1890 roku i miał wielu żydowskich właścicieli (oprócz Wałłachów głównie z tej samej rodziny). Mieściła się w nim masarnia i sklep szewski. Po II Wojnie Światowej budynek stał się własnością miasta. Utworzono w nim szkołę podstawową i mieszkania.
W latach 80-tych budynek trafił w ręce Uniwersytetu Warszawskiego, a potem Uniwersytetu w Białymstoku. Dziś budynek stoi pusty, ale jest pięknie wyremontowany. Miejmy nadzieję że jeszcze będzie służyć ludziom.
Mazowiecka 35
Ten budynek znany jest przede wszystkim z tego, że dawniej uczył się w nim Ryszard Kaczorowski – ostatni prezydent na uchodźstwie. Ekipy remontowe właśnie zabrały się za jego renowację. Obecnie jest brzydko otynkowany. Po remoncie będzie przypominać swojego sąsiada gdyż będzie widoczna fasada z wyczyszczonych cegieł. O tym, że budynek jest w dobrych rękach świadczy, że to ten sam właściciel co budynku obok. W budynku urzęduje poradnia psychologiczno-pedagogiczna. Dawniej była to Szkoła Podstawowa nr 11.
Nie chcemy nikogo straszyć ani namawiać do ucieczki, ale 2 lata przed wybuchem II Wojny Światowej było bardzo podobnie jak jest teraz. Wiemy to z wydarzeń, które miały miejsce w 1937 roku w Białymstoku. Przypomina się słynny dialog z filmu „Miś”, w którym jedna pani się cieszy, że „Węgiel jest we wiosce”, a druga zapowiada wojnę, bo przed wojną też był węgiel. Nie można jednak nie zauważyć, że historia zatacza koło.
20 maja 1937 roku Białystok i jego odwiedził premier gen. Felicjan Sławoj-Składkowski. Wówczas dużym problemem było bezrobocie po mijającym światowym kryzysie gospodarczym. Teraz na szczęście znalezienie pracy nie jest takie trudne, ale… być może wkrótce nastąpi światowy kryzys gospodarczy. To co się dzieje na innych kontynentach ma także wpływ na Polskę i Białystok. USA nie dawno ogłosiły cła na chińskie produkty. W odwecie Chiny zrobiły to samo na produkty amerykańskie. Mimo, że wojna handlowa rozgrywa się pomiędzy mocarstwami i jest daleko, to uderza gospodarczo także w nas.
W 1937 roku premier odwiedził także pracujących. W Czarnej Wsi spotkał się z robotnikami, którzy zamieszkiwali baraki. Sławoj-Składkowski był przejęty, że mieszkali w warunkach urągającymi wszelkim normom sanitarnym. Po jego wizycie prezydenci Białegostoku, Łomży oraz Grodna oraz starostowie augustowski i szczuczyński otrzymali po 200 zł na zapomogi wszystkim potrzebującym. Warto tutaj przypomnieć o słynnym programie „500 plus”, który nie jest tylko dla potrzebujących, ale dla wszystkich, którzy posiadają dzieci. Pewna analogia jest jednak zauważalna.
Podczas pobytu premiera w 1937 roku w Białymstoku trwał powszechny strajk włókniarzy. 7 tys. robotników, którzy domagali się podwyżek. W tym samym czasie również strajkowali piekarze domagając się 40 proc. podwyżek. Strajk nauczycieli, a wcześniej lekarzy-rezydentów a obecnie przybierający na sile strajk fizjoterapeutów może utwierdzać niektórych, że rzeczywiście znów historia zatacza koło.
Jako ciekawostkę warto dodać, że przez pewien incydent na morzu w okolicach Gibraltaru mogło dojść do wybuchu II Wojny Światowej. Hitler był już u władzy i po incydencie był wściekły na Hiszpanów aż tak bardzo, że gotów był wypowiadać im wojnę. Wtedy być może los Polski nie byłby aż tak okrutny gdyż jak wiemy z historii – pierwszym celem 2 lata później Hitlera był nasz kraj. Czy grozi nam III Wojna Światowa? Być może tak, jednak jest to bardzo wątpliwe by wydarzyła się w Polsce. Hitler wywołał II Wojnę Światową, bo nie zgadzał się z rezultatem I Wojny Światowej (po której Polska odzyskała niepodległość także kosztem Niemiec).
Dziś główne rozgrywki mocarstw mają miejsce na Bliskim Wschodzie, w Korei Północne, a także w Ameryce Południowej. W Europie jest względny spokój. Wiele może się zmienić, gdy poznamy następce Władimira Putina. Wybory w Rosji odbędą się w 2024 roku czyli za 5 lat. Wtedy do władzy może dojść radykał, który będzie chciał powrotu do czasów ZSRR. Hitler doprowadził do wojny 6 lat po tym, gdy legalnie uzyskał pełnię władzy. Zatem gdyby przyjąć, że ktoś podobny do niego dojdzie do władzy w Rosji, to III Wojna Światowa wybuchnie w 2030 roku? Po II Wojnie Światowej Białystok był jednym wielkim gruzowiskiem. Jeżeli dojdzie do agresji ze strony wschodniej, to nasze miasto i Podlaskie nie mogą czuć się bezpiecznie. Jesteśmy bardzo blisko granicy, jednak największą rolę będzie pełnić tak zwany „Przesmyk suwalski” czyli granica polsko-litewska i terytorium oddzielające Białoruś od Obwodu Kaliningradzkiego.
Po dłuższej przerwie wróciły kolorowe fontanny na białostockie Planty. Duża awaria, jaka spotkała urządzenia wytryskujące wodę została na szczęście zażegnana. Trochę to niestety trwało, ale na szczęście już po wszystkim. Białostoczanie znów mogą cieszyć się wspaniałym widokiem. Fontanny świecą na kolorowo wieczorami, jednak na wspaniały pokaz wodotrysków można liczyć w weekendy. Start po godz. 20 czyli tuż po zachodzie słońca.
Można tylko żałować, że wokół zbiornika jest tak mało ławek, mimo że jest sporo miejsca by takowe dostawić. Nie trzeba chyba mówić, że gdy zaczyna się pokaz na Plantach można spotkać bardzo dużo ludzi. Niestety nie wszyscy mogą usiąść bo ławek jest za mało, a każdy chce zobaczyć wspaniałe, kolorowe wodotryski w akcji ale też posiedzieć słuchając szumu wody. Kolorowe fontanny można w Białymstoku podziwiać od wielu lat, nie licząc ostatniej przerwy.
Jak to się mówi, nie ma brzydkiej pogody tylko są źle ubrani ludzie. Nie będziemy jednak zachęcać nikogo do chodzenia po deszczu, bo nie każdy lubi. Jednak chcemy namówić Was na przemieszczanie się jakimś środkiem komunikacji. Tak, by na deszczu nie przebywać przez cały czas. Gdzie pojechać i co zobaczyć, gdy za oknem brzydko?
Wypady do Muzeum
Wbrew pozorom w Białymstoku jest kilka naprawdę ciekawych wnętrz do obejrzenia. Znajdzie się coś zarówno dla tych, co szukają nowoczesności jak i tradycyjnych eksponatów. Są takie miejsca jak: Muzeum Rzeźby, Muzeum Wojska, Centrum Ludwika Zamenhofa, ale my najbardziej polecamy dwie placówki: Muzeum Farmacji we wnętrzach Pałacu Branickich, by obejrzeć jak wyglądają naprawdę dawne eksponaty medyczne. Drugim miejscem jest Muzeum Historyczne, gdzie znajduje się makieta dawnego Białegostoku, którą warto obejrzeć z bardzo bliska i nie tylko w dziennym świetle.
fot. Muzeum Historyczne w Białymstoku
Fiku-miku
Jumper Park trampolin i Strefa Wysokich Lotów to dwa miejsca gdzie możemy zaczerpnąć rozrywki ruchowej. Zarówno w pierwszym jak i drugim miejscu jest sporo miejsca na różnego rodzaju zabawy. Skoki na trampolinach, wspinaczka, gry ruchowe i wiele innych możliwości spróbowania akrobatyki.
fot. strefawysokichlotow.pl
Basen
Mimo, że jest tam dużo wody to na głowę nic nie pada. Warto podkreślić, że białostockie baseny mają bardzo wysoki standard nie tylko dla tych co chcą uprawiać sport, ale też dla tych co nie bardzo potrafią pływać. Na Włókienniczej można korzystać z pływalni sportowej, jacuzzi oraz ze strefy relaksu z saunami. Jeżeli ktoś chce więcej to znajdzie w Parku Tropikana w Hotelu Gołębiewskim. Tam oprócz wymienionych jest jeszcze basen z falą i masażami wodnymi.
fot. miejskoaktywni.pl
Nie ma wątpliwości, że najgorzej jest zamknąć się w domu i czekać na dobrą pogodę, bo ta wcale może nie nadejść tak szybko. Dlatego szkoda na to czasu. Lepiej coś zaplanować.
Nie ma u nas kangurów, ale… Da się odczuć, że w ostatnim czasie Podlasie stało się „modne” w Polsce. Dawniej kojarzyło się z egzotycznym kandydatem na prezydenta oraz ze śledzikowaniem. Sami mieszkańcy uważali za przekleństwo to, że jest u nas tyle lasów, bagien i innych dzikich miejsc, przez które nie można budować dróg i się rozwijać. Dziś jest zupełnie inaczej – dzikość Podlasia to chluba, drogi jakoś udało się zbudować omijając cenne tereny, to co było przekleństwem stało się atutem. Podlaskie stało się miejscem, do którego przyjeżdża coraz więcej osób, by poczuć siebie, wyciszyć się i naprawdę odpocząć. Nie ma w tym żadnego przypadku. „Podlaskiego ducha” zostawili nam w spadku Jaćwingowie. Jesteśmy jak Aborygeni w Australii.
Każdy, kto mieszka na Podlasiu czuje pod skórą, że jest to miejsce wyjątkowe, ale nie zawsze potrafi odpowiedzieć dlaczego. Różnicę jednak czuć, gdy się wyjedzie. Zaraz człowiek chce wracać, bo nie może się odnaleźć. A nawet jak nie wraca, to zawsze tęskni. Dawniej podlaskie ziemie zamieszkiwali Jaćwingowie, którzy bardzo sobie cenili duchowy kontakt z naturą. Szczególną moc przypisywali dębom. Ich życie było przepełnione różnymi wierzeniami, zwyczajami, a także obrzędami związanymi właśnie z naturą. Chociaż po Jaćwingach właściwie nie pozostało śladu, to energia natury przeszła na kolejne pokolenia zamieszkujące podlaskie ziemie. Nie bez przyczyny sporo u nas szeptuch, zielarek i innych uzdrowicieli, do których z całej Polski przybywają wręcz pielgrzymki. Natomiast Aborygeni czcili Ziemię – matkę człowieka. Wierzyli, że duchy przodków nadały jej kształt w dalekiej przeszłości i to od nich pochodzą wszystkie elementy natury, ciała niebieskie, flora, fauna oraz potomstwo.
W czym kryje się moc mistycznego Podlasia? W żywiołach. Ziemia, woda, ogień i miłość – to właśnie taka mieszanka buduje naszą wyjątkowość.
Ziemia
Wystarczy przejść się gołymi stopami po trawie, posiedzieć pod drzewem lub nad rzeką, dotknąć wielkich kamieni i zamknąć oczy, wspiąć się na górkę, położyć i po prostu oddychać.
Woda
Wiele u nas w regionie „świętych” źródełek, z których ludzie czerpią wodę. Jest przecież miejscowość pod Wasilkowem – Święta Woda z takim źródełkiem, jest też studnia w Dobrowodzie pod Hajnówką. Wystarczy wydobyć ze studni, zimną, surową wodę. Jej moc będzie uzdrawiająca.
Ogień
Do dziś przetrwały obyczaje związane z paleniem ognia na Podlasiu – wystarczy wspomnieć Noc Kupały i palenie ognia. Dobrze się ma też tradycja puszczania wianków ze świeczką w środku. Dodatkowo w podlaskich chatach nadal stoją stare, kaflowe piece, z których smak potraw jest tak niesamowity, że trudno to opisać. Wyjątkowe właściwości przyrządzonych dań przypisuje się także palącemu się drewnu.
Miłość
W naszym regionie żyją obok siebie ludzie praktykujący różne religie, modlący się do innych Bogów. Nie zwalczają się nawzajem tylko miłują. Warto też wspomnieć o miłości do przyrody i zwierząt która sprawia, że na Podlasiu wymienia się dobra energia.
Przeglądając różne przewodniki, blogi i inne miejsca gdzie ktoś coś napisał o Podlasiu najczęściej wymieniane były 3 miejsca – Meczet w Kruszynianach, kolorowe cerkwie między Bielskiem a Hajnówką oraz Białowieża. Nie ma wątpliwości, że są to miejsca fascynujące, ale nie oszukujmy się – dla tych co mieszkają na Podlasiu – prawdopodobnie się… przejadły, tak samo jak dla białostoczan – Pałac Branickich. Miło jest tamtędy przechodzić, ale specjalnie raczej nikt nie planuje tam wycieczek. Tak to jest, gdy ma się coś na co dzień.
Dlatego też tym razem postanowiliśmy napomnieć o takich miejscach, które nie są oczywiste, mało znane, ale zdecydowanie warto zobaczyć je na własne oczy. Znaleźliśmy specjalnie dla Was 5 takich miejsc.
Czerwone Bagno w Grzędach
Biebrzański Park Narodowy kryje w sobie wiele wspaniałych atrakcji, miejsc do odkrycia, a także przyrody do podziwiania. Grzędy – miejscowość na północ od Goniądza to zdecydowanie ciekawe, mało znane miejsce, w którym można drewnianą kładką wybrać się na spacer, po to by podziwiać torfowiska, lasy bagienne i ogólnie klimatyczne bagna. Po drodze miniemy też „świętą sosnę” z kapliczką. Można będzie także zobaczyć z bliska łosie, dziki, lisy i inne zwierzęta, które aktualnie przebywają w Ośrodku Rehabilitacji Zwierząt.
Pałac Starzeńskich w Ciechanowcu
fot. Muzeum Rolnictwa w Ciechanowcu
Osoby, które już tam były – polecają pałac. Dlaczego? Jest to budynek z XIX wieku, w którym możemy podejrzeć jak dawniej żyli polscy artystokraci. Obecnie pełni on siedzibę Muzeum Rolnictwa. Zaś wcześniej mieszkała tam Elżbieta Starzeńska, hrabina z Ożarowskich wraz mężem Michałem Konstantym, hrabim Starzeńskim. To własnie oni przeprowadzili przebudowę oraz modernizację całego pałacu będącego obecnie chlubą całego Ciechanowca. Każdy, kto odwiedzi pałac może podziwiać zabytkowe wnętrza oraz salonik. Można też poznać historię Ciechanowca. Naprawdę warto!
Biała Synagoga w Sejnach
fot. Andwieczor / Wikipedia
Bez wątpienia jest to miejsce, które warto zobaczyć w Sejnach. Biała Synagoga powstała w XVIII wieku! Wówczas z drewna. Obecny budynek to budowla z 1885 roku, który powstał za sprawą rabina Mojżesza Becalela Lurii. Podczas II Wojny Światowej żydowska świątynia została zdewastowana przez Niemców. Po wojnie natomiast budynek pełnił rolę remizy strażackiej, magazynu, a nawet zajezdni! Budynek prezentuje się naprawdę ciekawie zarówno na zewnątrz jak i w środku.
Wierszalin
fot. Krzysztof Maria Różański (Upior polnocy) / Wikipedia
Był sobie prorok Eljasz Klimowicz, który założył sektę. Razem ze swoimi wyznawcami mieszkał w drewnianej chacie w Wierszalinie. Tam też znajdują się fragmenty stawianej przez proroka świątyni. Wierszalin miał być nową stolicą świata. Warto tam zajrzeć, by poczuć niezwykły klimat tego miejsca. Może trochę straszny, może intrygujący? Bez wątpienia krąży tam jakaś dziwna moc. Szczególnie, gdy dowiemy się więcej o tym kim był prorok „Ilja”.
Kasztelik w Olendrach
Pod Siemiatyczami możemy napotkać kamienny „Kasztelik” czyli prywatny zamek wybudowany przez Pana Jurka. Jest to osoba otwarta, którą warto poznać i osobiście wysłuchać historii – po co budował ten zamek. Kamienny obiekt znajduje się w miejscowości Olendry. Wstęp jest bezpłatny, jednak warto wrzucić coś do puszki.
Przedmieścia Białegostoku są przepełnione nowymi domami. Mieszkańcy, którzy chcą po południu i wieczorami odpocząć od zgiełku miasta – budują się lub wybudowali się tuż obok stolicy województwa podlaskiego. Jak wiadomo na taką inwestycję potrzeba sporo pieniędzy. Są jednak tacy, którzy przeprowadzają, ale do bloków. Dzięki czemu kupują mieszkania dużo taniej. Pod Białymstokiem są 4 takie miasteczka, które dzięki dobrej komunikacji ze stolicą Podlaskiego są nazywany „sypialniami”. Są w nich także tanie mieszkania. Ludzie pracują w Białymstoku, jednak mieszkają właśnie tam. Oto Choroszcz, Łapy, Wasilków i Czarna Białostocka. Czy warto tam przenieść swoje życie „po pracy”?
Łapy
Z Białegostoku do Łap odjeżdża… 21 pociągów dziennie! Na tej trasie kursują także autobusy. 30 km od centrum miasta to naprawdę niewiele, gdy jest tak dobra komunikacja. Czy można coś w Łapach robić po pracy? Na pewno odpoczywać w swoim tanim mieszkaniu. Nie brakuje tam także dużych sklepów. Nie najgorzej jest również z gastronomią. Warto też wspomnieć o tym, że znajdzie się także coś dla ludzi, którzy nie tylko oddają się konsumpcji, ale też chcą na przykład podziwiać przyrodę. Pod miastem znajduje się bowiem Narwiański Park Narodowy.
Choroszcz
Jest znacznie bliżej Białegostoku, bo tylko 15 km od centrum. Co ma do zaoferowania miasteczko? Po pracy można spędzać czas w parku przy letniej rezydencji Branickich. Cały teren jest przepiękny. W ostatnim czasie zmienił się także główny Rynek w mieście. Wcześniej był typowy park z ławeczkami. Teraz jest to otwarty plac. Wygląda estetyczniej, jednak zmiana zieleni na beton to częsty aczkolwiek niezrozumiały trend w polskich miastach, które postanowiły dokonać „rewitalizacji”. Są także duże sklepy. Gorzej z gastronomią. Nie bardzo jest w czym wybierać. Jednak także i w Choroszczy można kupić mieszkanie dużo taniej niż w stolicy Podlaskiego.
Wasilków
Miasteczko prężnie się rozwijało w XIX wieku aż do wielkiego pożaru. W XX wieku Wasilków bardziej przypominał wieś. Natomiast XXI wiek to okres odrodzenia. Wbrew pozorom gród nad rzeką Supraśl ma bardzo wiele do zaoferowania. Z Białegostoku można do Wasilkowa: dojść piechotą (9 km z centrum), dojechać pociągiem oraz dojechać autobusem. Miasteczko stało się bardzo atrakcyjne, przez co buduje się tam bardzo wiele bloków. Ceny ich niestety nie należą do najniższych, ale jeżeli będziemy szukać czegoś w „starym” budownictwie, to na pewno znajdziemy taniej. Wasilków ma nam do zaoferowania zalew z plażą i wyciągami nart wodnych, zmodernizowany rynek (podobnie jak w Choroszczy) oraz słynny „cypel”, gdzie mieszkańcy lubią spędzać czas nad rzeką. Nie brakuje też większych sklepów. Gorzej niestety z gastronomią – tu też wybór niewielki.
Czarna Białostocka
Z centrum do Czarnej Białostockiej najkrótsza trasa to 22 km. Oprócz tanich mieszkań w blokach miasteczko ma do zaoferowania zalew, bar i jeden duży sklep. Oprócz tego można spacerować po Puszczy Knyszyńskiej. Do miasteczka dojeżdża pociąg. Jest sporo połączeń. Są tu także najtańsze mieszkania ze wszystkich „sypialni”.
Warto zaznaczyć, że we wszystkich czterech miasteczkach nie brakuje typowych sklepów i usług, jakie są również w Białymstoku. Nad stolicą Podlaskiego jest jednak przeważająca cecha „sypialni”. Tam tworzą się prawdziwe wspólnoty, zna się sąsiadów. W białostockich blokowiskach jest się anonimowym (co ma także dobre strony). Jednak jeżeli komuś zależy, by po pracy mieć życie towarzyskie, to o takie łatwiej będzie jednak w „sypialniach”. W mieście można wyjść co najwyżej do anonimowego tłumu.
30 kwietnia o godzinie 18.00 w Operze i Filharmonii Podlaskiej – Europejskim Centrum Sztuki odbyła się Rewia Wokalna podsumowująca recitale słuchaczy trzeciego roku Policealnego Studium Wokalno-Aktorskiego w Białymstoku. Na Scenie Kameralnej zaprezentowało się ośmioro dyplomantów: Anna Baczewska, Oskar Chlabicz, Anna Zawadzka, Katarzyna Racis, Adrianna Jałocha, Zuzanna Chancewicz, Agata Salitra oraz Julia Przybylska.
Młodym wykonawcom na scenie towarzyszyły absolwentki Studium, a także zespół muzyczny w składzie: Marcin Nagnajewicz, Krzysztof Kulikowski, Kamil Skorupski, Piotr Skórka oraz Marcin Jadczak. W tym roku warsztaty poprowadzili i wystąpili wraz ze słuchaczami Edyta Krzemień i Marcin Wortmann – aktorzy musicalowi. Rewię poprowadził wykładowca historii teatru w PSWA Konrad Szczebiot wspólnie z Julitą Wawreszuk – byłą słuchaczką. Każdy z występów poprzedzony był humorystycznymi wypowiedziami i błyskotliwymi oraz powiązanymi z występującymi i ich programem żartami, wygłaszanymi przez konferansjera. To była prawdziwa rewia.
Tegoroczni dyplomanci zachwycili wysokim poziomem artystycznym oraz profesjonalizmem. Od razu zdobyli przychylność publiczności, która żywiołowo reagowała brawami. Przez całe wydarzeni młodzi artyści prezentowali swoje zadziwiające walory wokalno-interpretacyjne, nie zbaczając z obranego kursu. Uwagę, z pewnością, przyciągała siła ich głosów. Dobrym na to przykładem jest występ Julii Przybylskiej. Zaśpiewała ona po polsku piosenkę When you’re good to Mama z musicalu Chicago. Mocniej śpiewając niektóre fragmenty, wydobywane przez nią dźwięki doprowadzały do intensywnych drgań w uszach. To tylko potwierdza, że głos wokalistki predestynuje ją do wykonywania partii operowych. Natomiast Anna Zawadzka, w towarzystwem chórku, czarowała swoją wrażliwością i dojrzałością sceniczną.
Ciekawie zaprezentowała się Anna Baczewska, które mogła uzewnętrznić swój talent wokalno-aktorski i śpiewaniem, i tańcem, przypieczętowując interpretacje plastyczną mimiką oraz gestami. Wypada jeszcze wspomnieć o Zuzannie Chancewicz i Oskarze Chlabiczu. Ci wystąpili również w duecie, dostarczając solidną dawkę emocji w piosence Coś więcej. Zuzanna Chancewicz majestatycznie wykonała Amsterdam J. Brela w tłumaczeniu. Wojciecha Młynarskiego, absorbując oryginalnym i potężnym głosem. Tymczasem Oskar Chlabicz – jedyny mężczyzna wśród dyplomantów – hipnotyzował sprawnością w posługiwaniu się swoją skalą głosową, szczególnie w górnych rejestrach. Ponadto jego interpretacje stawały się bardzo atrakcyjne poprzez umiejętne żonglowanie najróżniejszymi emocjami. Zdumiewającym atutem Oskara Chlabicza jest śpiewanie fortissimo possibile.
Kierowana przez Angelikę Arendt-Zadykowicz i Agatę Obuchowicz szkoła kształci swoich uczniów na najwyższym poziomie dzięki kadrze profesjonalistów, mistrzów w swoich dziedzinach. Co roku placówka wypuszcza w świat świetnie przygotowanych aktorów scen muzycznych. Wszystkich, którzy chcą dołączyć do „Szkoły Talentów”, zapraszamy do rekrutacji. Niezbędne informacje można znaleźć na stronie internetowej Policealnego Studium Wokalno-Aktorskiego w Białymstoku.
Dyplomantom należą się wielkie gratulacje oraz życzyć im trzeba wytrwałości i powodzenia w niełatwej drodze do upragnionych artystycznych celów. Aby na swoim szlaku spotkali ludzi, którzy będą potrafili docenić ich umiejętności.
Autor: filip
Adres email [email protected]
Tytuł artykułu: plan zagospodarownia rynku Siennego w Białymstoku
Treść artykułu:
Sznowna Redakcjo, nie piszę tego tekstu w sensie artykułu, tylko bardziej w celu zwrócenia uwagi na zaistniałą sytuację. Może warto jest przerobić temat na artykuł?
Nasuwa się pytanie, dlaczego taki prosty projekt pochłania ponad 2 miliony złotych i ile będą kosztowały poszczególne części projektów?
Warto jest też zwrócić uwagę na fakt, że w ilustrowanym projekcie praktycznie niewiele ma się zmienić:
1. nie będzie dodatkowej zieleni (drzew)
2. stary bruk zostaje na swoim miejscu
Przewracając kolejną kartę albumu „Widoki miasta Białegostoku”, wykonanego w 1897 r. przez Józefa Sołowiejczyka na zlecenie Rady Miasta i ofiarowanego carowi Mikołajowi II w czasie jego wizyty w Białymstoku, natrafiamy na zdjęcie przedstawiające zabudowania fabryczne, opisane u dołu jako „Fabryka Hendrichsa i Isenbecka”.
To z pewnością jedno z tych zdjęć, które u współczesnych Białostoczan wywołują ogromne zaciekawienie, ale i wprowadzają w zakłopotanie, ponieważ uwieczniony na nim widok współcześnie nie istnieje, próżno dziś szukać pozostałości fabryki, z pewnością też niewiele osób zna odnotowane na zdjęciu nazwiska właścicieli zakładu. Podstawowe pytania, które należałoby zadać patrząc na fotografię, to po pierwsze – gdzie mieścił sięów zakład i kim byli jego właściciele, po drugie zaś – dlaczego właśnie tą białostocką fabrykęzdecydował się uwiecznić Sołowiejczyk, a wykonane przez
niego zdjęcie trafiło do pamiątkowego albumu. Aby ustalić lokalizację sfotografowanego zakładu zaglądamy do opisującej miasto książki adresowej Białegostoku z 1897 r., także przygotowanej jako pamiątka wizyty cara Mikołaja II. Notabene jest to pierwszy tak szczegółowy spis miejscowych adresów, stanowiący dziś nieocenione źródło informacji o XIX-wiecznym mieście.
Wspólników Hendrichsa i Isen becka znajdujemy na stronie 94, wśród miejscowych fabryk sukienno-kortowych. Tam też odnotowano enigmatyczną lokalizację – Nowe. Nazwa ta kojarzy się dzisiaj bardziej z dzielnicą Nowe Miasto niż z XIX-wiecznym przedmieściem Nowe. W 1897 r. „Nowym” nazywano obszar położony dzisiaj wzdłuż ul. A. Mickiewicza, który rozciągał się między rzeką Białą a granicą Lasu Zwierzynieckiego, wyznaczoną wówczas przebiegiem drogi przekształconej później w ul. Podleśną.
Na tej drodze od strony Lasu Zwierzynieckiego stanął latem 1897 r. Józef Sołowiejczyk i skierował swój aparat w stronę fabryki Hendrichsa i Isenbecka, rozlokowanej na posesji przy ówczesnej ul. Brzeskiej, a dzisiejszej ul. A. Mickiewicza.
Czy w 1897 r. „Nowe” było rzeczywiście nowe? Geneza nazwy tego obszaru sięga 2 poł. XVIII w. W tym czasie ciąg komunikacyjny dzisiejszych ulic Mickiewicza i Świętojańskiej stanowił część starego traktu z Warszawy do Grodna oraz służył jako droga pocztowa łącząca Białystok z Bielskiem. Przy trakcie tym, tuż przed granicami barokowego miasteczka, Jan Klemens Branicki nakazał wykopać dwa duże stawy zasilane wodą z rzeczki mającej swoje źródła w Lesie Zwierzynieckim i wpadającej do rzeki Białej.
Stawy te zachowały się do dziś po obu stronach ul. A. Mickiewicza. Przezwiele lat służyły jako źródło wody do położonych w sąsiedztwie fabryk włókienniczych, a dziś stanowią część terenów rekreacyjnych. Obok stawów Branicki wzniósł przed 1771 r. karczmę i to właśnie od jej nazwy „Nowa” została urobiona nazwa całego przedmieścia, a później dzielnicy miasta. Od XVIII w. wokół traktu pocztowego do Bielska, przemianowanego później na ul. Prudską, a następnie Brzeską, znajdowały się w głównej mierze grunty orne mieszczan białostockich, wytyczone w czasie organizacji miasteczka jeszcze pod koniec XVII w. Wiek XIX przyniósł całkowite przekształcenie tego obszaru, gdzie pola i łąki w ciągu kilku dekad uległy urbanizacji, zostały wyprzedane, podzielone lub scalone i przekształcone albo na place przeznaczone pod zabudowę mieszkalną, albo pod zakłady fabryczne.
Nieprzypadkowo to właśnie na obszarze przedmieścia Nowe w latach 40. XIX w. pojawiły się najstarsze białostockie fabryki włókiennicze. Było to podyktowane z jednej strony bliskością źródeł bieżącej wody, niezbędnej do produkcji i napędzania silników parowych, z drugiej zaś niższymi podatkami, płaconymi od gruntów położonych poza granicą zabudowy Białegostoku.
W rezultacie to tu ulokowano najstarsze białostockie fabryki włókiennicze Sendera i Małki Błochów oraz Chaima Nowika (uruchomione w 1848 r.), do których później dołączył Karol Krauze. Z czasem wzdłuż ul. A. Mickiewicza powstały następne zakłady należące do Franciszka Richtera, Henryka Weltera, wspólników Szapiro i Niewiażskiego, Frydrycha Hermana Philippa czy Eugeniusza Beckera. W gronie tym pod koniec XIX w. była także sfotografowana przez Sołowiejczyka duża fabryka Hendrichsa i Isenbecka.
Okazuje się, że obaj wspólnicy byli w tym czasie tylko kolejnymi właścicielami starego zakładu fabrycznego, którego początki sięgają lat 40. XIX w. Czyżby więc fotograf i zlecająca wykonanie zdjęć Rada Miejska wybierając ten właśnie obiekt mieli świadomość, że związane są z nim początki białostockiego przemysłu włókienniczego?
Na to pytanie spróbuję odpowiedzieć za tydzień przed stawiając dzieje fabryki należącej w 1897 r. do Hendrichsa i Isenbecka.
Wiesław Wróbel Biblioteka Uniwersytecka w Białymstoku
Co robić podczas Majówki 2019? Trudno przewidzieć jaka będzie pogoda, ale może być jednego dnia kiepska, a innego słonecznie. Dlatego też najlepiej mieć do dyspozycji cały wachlarz możliwości. Dlatego też specjalnie dla Was przygotowaliśmy różne warianty w każdym powiecie!
Majówka w miastach:
Długi weekend w większym mieście wiąże się głównie z rozrywką w obiektach zamkniętych – kino, teatry, puby, restauracje, a gdy jest ładna pogoda to ewentualnie można odwiedzać place zabaw, parki czy nawet plaże. Tego typu atrakcji nie brakuje również w trzech największych miastach województwa podlaskiego. Białystok, Łomża, Suwałki mogą zaoferować to wszystko oprócz spacerów po centrach miast i okolicach.
A co można robić w mniejszych miastach na Majówkę?
Powiat augustowski
Kanał Augustowski, fot. Dainava / Wikipedia
Tutaj bezapelacyjnie rządzą plaża, bulwary i Rynek. W okolicach warto wybrać się nad Kanał Augustowski oraz do sanktuarium w Studzienicznej.
Powiat białostocki
Supraśl
Jest to rozległy obszar, który można podzielić aż na trzy części – pierwsza to tereny Puszczy Knyszyńskiej – Supraśl, Cieliczanka, Kołodno, Królowy Most, Gródek czy Michałowo. Druga zaś to Tykocin i wycieczka wzdłuż Narwi aż do Góry Strękowej. Warto też odwiedzić Choroszcz i zerwany most w Kruszewie oraz Czarną Białostocką i jej zalew. Każde z tych miasteczek ma coś do zaoferowania przyjezdnym. Od spaceru to ciekawe zabytki i inne miejsca, gdzie można zwyczajnie się zrelaksować.
Powiat bielski
Synagoga w Orli, fot. Emmanuel Dyan
Tutaj najciekawsze tereny to przede wszystkim wioseczki między Orlą a Ploskami. Po trasie możemy napotkać wiele elementów wielokulturowości. Jednym z elementów będzie synagoga w Orli oraz cerkwie.
Powiat grajewski
Jezioro Dręstwo pod Rajgrodem
Te tereny to przede wszystkim Biebrzański Park Narodowy oraz Rajgród. W tym pierwszym można spacerować po wspaniałym bagnistym lesie. W drugim przypadku to odpoczynek nad jeziorami.
Powiat hajnowski
Kolej wąskotorowa w Hajnówce
Bezapelacyjnie w powiecie hajnowskim rządzi Puszcza Białowieska. Warto ją odwiedzić oraz skorzystać z licznych atrakcji – takich jak kolej wąskotorowa, drezyny, zwiedzanie Parku Narodowego i rezerwatu. Oprócz tego warto spotkać żubry i stare dęby.
Powiat kolneński
Brama cmentarza żydowskiego w Kolnie, fot. PanSG / Wikipedia
Czy jest coś ciekawego w Kolnie i jego okolicach? Miasteczko ostatnio zasłynęło z tego, że TVN nagrywał tam jeden ze swoich seriali. W Kolnie możemy zwiedzić cmentarz żydowski i synagogę. Możemy też się dowiedzieć kim był Jan z Kolna, który podobno odkrył Amerykę jeszcze przed Kolumbem. Warto też przejść się po centrum miasta oraz na cmentarz z 1809 roku.
Powiat łomżyński
Ujście Biebrzy do Narwi,fot. SilverTree / Wikipedia
Tutaj przede wszystkim można zwiedzać Łomżyński Park Krajobrazowy Doliny Narwi. Miejsce, gdzie będzie można podziwiać wspaniałe rozlewiska Narwi. Warto też wybrać się do miejscowości Ruś pod Wizną. Tam obejrzeć możemy z bliska ujście Biebrzy do Narwi.
Powiat moniecki
Biebrzański Park Narodowy
Na tych terenach przy odrobinie szczęścia możemy napotkać łosia. Biebrzański Park Narodowy od strony powiatu monieckiego to przede wszystkim Osowiec-Twierdza, gdzie możemy zobaczyć bunkry oraz przejść się kładką. Warto też odwiedzić Goniądz i tamtejszy punkt widokowy. Warto też wdrapać się na górkę, by odpocząć przy św. Florianie. Jest też drugi punkt widokowy w Dawidowiznie. Można też wybrać się wzdłuż Biebrzy – od Dolistowa Starego do Jagłowa.
Powiat sejneński
Kukle, fot. Darek Sołtysiński / Wikipedia
Jeżeli powiat sejneński to jeziora w miejscowości Giby i Kukle. Można też wybrać inne jeziora na przykład leżące na granicy Polski i Litwy – Gaładuś.
Powiat siemiatycki
Niemirów
Okolice dawnej stolicy Podlasia czyli Drohiczyna to wspaniałe miejsce na dłuższą wycieczkę. Zachwycimy się w Niemirowie, Mielniku czy Drohiczynie właśnie. Dodatkowo warto obejrzeć z bliska klasztor na Grabarce. Można też wybrać się do Koterki, by zobaczyć piękną cerkiew na granicy polsko-białoruskiej. Powiat siemiatycki to także rzeka Bug, gdzie możemy popływać kajakiem.
Powiat sokólski
Meczet w Kruszynianach
Kruszyniany, Bohoniki to miejsca, gdzie możemy poznać Tatarów – polskich muzułmanów, mieszkających w naszym kraju od kilkuset lat. Czy różnią się od muzułmanów z krajów arabskich? Jeszcze jak! O tym wszystkim dowiecie się choćby odwiedzając meczet w Kruszynianach. Powiat sokólski to także miejsca związane z filmem „U Pana Boga za Piecem”, które mimo dwóch dekad nie zmieniły się zbytnio. W samej Sokółce znajduje się też kościół, w którym doszło do cudu. Pod samym miasteczkiem całkiem przyjemnie można spędzić czas nad zalewem.
Powiat suwalski
Klasztor w Wigrach fot. Krzysztof Mierzejewski / Wikipedia
Wigierski Park Narodowy to miejsce, którego specjalnie przedstawiać nie trzeba. Pisaliśmy na naszych łamach o nim wiele razy. Pokamedulski klasztor czeka! Oprócz tego oczywiście Szelment ze swoimi atrakcjami – wyciągiem nart wodnych, mini-golfem i parkiem linowym, do tego Wiżajny i trójstyk granic. A jakby komuś było mało, to niech zajrzy jeszcze na Stańczyki tuż za granicą województwa podlaskiego.
Powiat wysokomazowiecki
Muzeum w Ciechanowcu, to miejsce gdzie Donatan nagrywał swój znany kawałek „My Słowianie”. Zobaczcie te wyjątkowe miejsce na własne oczy. Żałować nie będziecie! Warto też zajechać do Waniewa – gdzie niestety nie skorzystamy ze wspaniałej kładki, ale miło spędzimy czas nad rozlewiskami. Do tego na liście „do zobaczenia” powinna znaleźć się siedziba Parku Narwiańskiego Parku Narodowego w Kurowie.
Powiat zambrowski
Popiersie Józefa Piłsudskiego w Paproci Dużej fot. Jolanta Dyr / Wikipedia
Tutaj najciekawszym miejscem jest „Paproć Duża”. Miejscowość, która znajduje się wewnątrz wielkiego ronda. W kościele znajdującym się w miejscowości żenił się Józef Piłsudski.
Jak widzicie na Majówkę jest wiele atrakcji. Nudzić się nie będzie kiedy. Byleby pogoda dopisała. Bo jak szklana pogoda, to szyby niebieskie od telewizorów. A tak – można zwiedzać i zwiedzać. Udanego wypoczynku!
Chociaż ta trasa nie jest „oficjalna”, to można na niej spotkać bardzo wielu spacerowiczów czy rowerzystów. Mowa o drodze biegnącej z Białegostoku do Wasilkowa tuż przy torach kolejowych. Jest to ciekawa propozycja na spacer po okolicach.
Warto przede wszystkim pamiętać, że na torach cały czas odbywa się ruch kolejowy, więc należy zachowywać bezwzględnie ostrożność. Ścieżka jest jednak wydeptana, zaś ludzie sami sobie krzywdy nie zrobią idąc obok. Warto jednak się zatrzymać i maksymalnie odsunąć, gdy będzie nadjeżdżać pociąg. Trasa spacerowa zaczyna się w Białymstoku przy ul. Olsztyńskiej na os. Białostoczek. Przechodzimy przez żółte barierki i idziemy w prawo. Następnie cały czas prosto aż do samego Wasilkowa. Po drodze miniemy dwie estakady, ogródki działkowe, a także przyjemny las. Droga biegnie też przez żelazny most, na którym musimy uważać. Żeby przejść musimy iść kilkanaście metrów przez tory. Wtedy musimy być maksymalnie pewni, że nic nie jedzie.
Nasza trasa zakończy się na stacji kolejowej w Wasilkowie. Dawniej była to przyjemna miejscówka, na której można było sobie posiedzieć, odpocząć. Dziś już nie ma nawet ławki. Dlatego też, gdy dojdziemy – możemy albo pójść do miejscowości Jurowce, a dalej wracać do Białegostoku przez Sielachowskie albo pójść do Wasilkowa na przykład nad zalew. Zarówno jeden i drugi kierunek będzie ciekawy. Wrócić też możemy autobusami – 102 z Jurowiec lub 100 z Wasilkowa.
Po wczorajszej informacji, że wraca popularne połączenie kolejowe Białystok – Waliły okazuje się, że wracają też inne atrakcje w samym Białymstoku.
W najbliższy weekend po raz kolejny rozpoczyna działalność Multimedialne Centrum Informacji Turystycznej, zlokalizowane w Bramie Wielkiej Pałacu Branickich przy ul. J. Kilińskiego 1. Codziennie w godz. 10.00-18.00 licencjonowani przewodnicy zrzeszeni w Klubie Przewodników Turystycznych przy Regionalnym Oddziale PTTK w Białymstoku będą udzielać szczegółowych informacji mieszkańcom i turystom zwiedzającym miasto. Ponadto we wszystkie weekendy, dni świąteczne oraz podczas Nocy Muzeów (18 maja) możliwe będzie zwiedzanie zabytkowego zegara w Bramie.
Od najbliższej niedzieli (28 maja) będzie można zwiedzać nasze miasto podczas bezpłatnych przejazdów zabytkowymi autobusami z przewodnikami PTTK. Wycieczki „ogórkiem” i zabytkowym jelczem odbywać się będą do 1 września w niedziele i święta, a w wakacje także w soboty. Trasy będą wiodły poprzez najciekawsze białostockie atrakcje, a także tematycznymi szlakami: Wielokulturowy Białystok, Białystok przemysłowców, Śladami białostockich murali. Specjalne przejazdy zaplanowano z okazji święta ulicy Kilińskiego, 80-tej rocznicy wybuchu II wojny światowej, również dotyczące Białostockich Patronów 2019 roku. Łącznie od 28 kwietnia do 1 września odbędzie się ok. 70 takich wycieczek. Rozkłady jazdy dostępne na bialystok.pl
W najbliższy weekend 27 kwietnia ruszają pociągi kursujące z Białegostoku do Walił. Przewozy organizuje jak rok temu POLRegio, w których najwięcej ma do powiedzenia Urząd Marszałkowski. Od 27 kwietnia do 5 maja pociągi będą kursować na tej trasie codziennie. Zaś po majówce tylko w weekendy. Odjazdy o godz. 9.00 i 15.50, powroty z Walił o 10.26 i 16.56. Linia prowadząca przez Puszczę Knyszyńską jest bardzo popularna, dlatego też jej działanie co roku jest kontynuowane. To się chwali. Jednak jeżeli coś działa znakomicie, to dlaczego by tego nie rozwijać?
Przede wszystkim linia prowadzi aż do bramy z napisem w cyrylicy „Mir” (po polsku – pokój). Po drodze jest jeszcze jedna stacja Zubki Białostockie. Można by było także utworzyć prowizoryczny peron w miejscowości Gobiaty na końcu polskiej części linii. Nic nie stoi na przeszkodzie, by dogadać się ze wschodnimi sąsiadami, by otworzyli też bramę „Mir-u”, a pociągi dojeżdżały do Wołkowyska. Przypomnijmy, że ruch bezwizowy z Białorusią obowiązuje na Kanale Augustowskim czy w Puszczy Białowieskiej.
Kolejną kwestią są godziny odjazdów. Powrót o 16.56 jest zdecydowanie za wcześnie. Oczywiście dzięki temu mogą do domów wrócić osoby, które w stolicy Podlaskiego tylko się przesiadają, ale szynobus powinien zabierać do samego Białegostoku znacznie później. Dlatego potrzebna by byłą jeszcze jeden kurs. Na przykład o 17.30. Wtedy pociąg z Walił mógłby startować po godz. 19. Czyli akurat wtedy, gdy latem zaczyna się powoli robić ciemno.
Przypomnijmy też, że trwają prace nad rewitalizacją linii kolejowej do Białowieży. Linia nr 52 na trasie Białystok – Lewki – Hajnówka – Białowieża jest w trakcie modernizacji. Zakończenie robót ma nastąpić w połowie 2019 roku. Wtedy do zrobienia zostanie tylko część łącząca Hajnówkę z Białowieżą.
Fontanny w Białymstoku stanowią od bardzo dawna element miejskiej architektury. Mieszkańcy bardzo lubią przebywać wśród nich, co można zaobserwować we wszystkie ciepłe dni. Gdzie się znajdują?
6 fontann znajduje się na terenie Pałacu Branickich. Cztery w ogrodzie oraz dwie na dziedzińcu. Warto przypomnieć, że tych ostatnich przez pewien czas nie było. Zostały „przywrócone” przy okazji przebudowy dziedzińca. Fontanna na Plantach natomiast miała roczną przerwę w działaniu. Wszystko to przez wielką awarię, która na szczęście została już usunięta. Najbardziej efektownie wodotryski prezentują się w weekendy, gdy można obserwować kolorowe pokazy wieczorami.
Na Rynku Kościuszki fontanna jest zwana wędrowniczką. A to wszystko dlatego, że zmieniała swoje położenie. Dawniej znajdowała się przy rondzie łączącym dzisiejsze ul. Rynek Kościuszki, Suraską i Sienkiewicza. Po II Wojnie Światowej miasto zostało praktycznie w całości zniszczone. Po jego odbudowie fontanna znalazła się bliżej ratusza. Za kadencji urzędującego prezydenta zapadła decyzja o wielkiej przebudowie Rynku Kościuszki. Wtedy też fontanna wróciła na dawne miejsce. Z małą zmianą – ul. Rynek Kościuszki i odcinek Suraskiej zostały zlikwidowane.
Fontanna z kulą natomiast znajduje się na skwerku przy pomniku Ludwika Zamenhofa. Dawniej kula obracała się. Czemu już tego nie robi – nie wiadomo. Wiadomo jednak, że miejsce to powinno trochę zmienić charakter. Obecnie jest to miejsce zajmowane przez bezdomnych. Wieczorami natomiast – przewija się tam wiele nietrzeźwych osób, które swoim zachowaniem wielokrotnie doprowadzały do interwencji policyjnych. Skwerek nazywany jest też „Trójkątem Bermudzkim”. Ostatnia fontanna znajduje się na niedawno utworzonym skwerku przy ul. Św. Mikołaja, Lipowej oraz Liniarskiego. Wcześniej było tu miejsce podobne do wyżej opisywanego – zajmowanego przez bezdomnych oraz pijanych. Wszystko to za sprawą krzaków, które osłaniały przed widokiem z ulicy. Zamiast tego mamy obecnie elegancką instalację. Niestety często jest zaśmiecona.
Dziś kończymy naszą wędrówkę w przeszłość ul. Mikołajewskiej (Sienkiewicza), uwiecznionej na zdjęciach Józefa Sołowiejczyka, wykonanych w 1897 r. z okazji przyjazdu do Białegostoku cara Mikołaja II.
Przez ostatnie tygodnie śledziliśmy dzieje posesji rozciągającej się między ul. Warszawską, Sienkiewicza i Ogrodową, gdzie od początku XVIII w. aż do 1895 r. znajdowała się własność białostockiej parafii, oddawana w dzierżawę kolejnym osobom.
Jak już wiemy, w 1895 r., ówczesny właściciel zabudowań stojących na tej działce, Izaak Barasz, wykupił od parafii dzierżawiony grunt.
Jednocześnie w latach 1892-1896 od strony ul. Mikołajewskiej powstały dwa duże, piętrowe domy mieszkalne, wzniesione przy użyciu żółtej i czerwonej cegły. Dzięki wykupieniu praw własności do ziemi pod tymi budynkami, Barasz mógł swobodnie rozporządzać nieruchomością, dlatego już w 1900 r. odsprzedał narożnik posesji od strony ul. Aleksandrowskiej (Warszawskiej) na rzecz Prywatnego Wileńskiego Banku Handlowego, który zapewne jeszcze tego samego roku rozpoczął budowę zachowanego do dziś gmachu bankowego (ul. Sienkiewicza 40).
Również w 1900 r., kilka dni po zawarciu transakcji z wileńskim bankiem, Izaak Barasz zdecydował się odsprzedać przeciwległy kraniec swojej nieruchomości, położony od strony ul. Policyjnej (Ogrodowej), na którym stał jeden z dwóch murowanych, piętrowych domów, widocznych na zdjęciu z 1897 r.
W ten sposób została wydzielona posesja, po 1919 r. przyporządkowana do adresu ul. Sienkiewicza 44. Właścicielami tej nieruchomości zostali Wiktor i Cywa Aszowie. Co o nich wiemy? Była to rodzina zasymilowanych Żydów.
Wiktor musiał być postacią zasłużoną miastu, gdyż jako jeden z nielicznych mieszkańców mógł poszczycić się specjalnym tytułem „dziedzicznego honorowego obywatela”, nadawanym przez Radę Miasta osobom,które w sposób szczególny przyczyniły się do rozwoju miasta (tego typu tytuł posiadał m.in.wieloletni prezydent miasta Franciszek Malino wski, członkowierodu Zabłu dowskich, wywodzący się od Izaaka i Chaima, członkowie rodu Halpernów wywodzący się do Kopela, rodziny Ratnerów, Ozimkowiczów, Różano wiczów, Wołkowyskich i inni). Z tytułem tym wiązały się chociażby różne przywileje podatkowe.
Wiktor był synem Hirsza. Uzyskał wykształcenie medyczne i pracował w Białymstoku jako wolnopraktykujący lekarz, co zapewne było głównym powodem otrzymaniadzie dzicznego tytułu. Nie wiemy, kiedy Wiktor i Cywa pobrali się ani kiedy przybyli do Białegostoku.
Cywa była córką Eliasza Mejłacha, miejscowego kupca, właściciela różnych zakładów produkcyjnych, m.in. niewielkiej tkalni, kaflarni oraz młyna walcowego. Małżonkowie mieszkali w Białymstoku przed 1895 r. w domu Czaczkowskiego przy ul. Mikołajewskiej. Tego roku na świat przyszła ich córka Zofia, następnie w 1898 r. urodził się Jerzy (zmarłjednak rok później), a w 1900 r. Borys. Przed 1905 r. Aszowie wznieśli na swojej posesji nową, trójkondygnacyjną kamienicę, która wypełniła pusty dotychczas narożnik ul. Mikołajewskiej i Policyjnej. Na temat życia i działalności Aszów wiadomo niewiele więcej.
Wiktor Aszmie szkał w swoim domu przy ul. Mikołajewskiej jeszcze w 1914/1915 r. Z 1913 r. pochodzą pierwsze informacje o lokatorach domu Aszów. Warto zwrócić uwagę na działającą tu pierwszą narodową dwuklasową szkołę żydowską, którą prowadził Samuel Goldberg, a zarządzał Lew Babicki (mieszkający u Aszów). Babicki był na co dzień agentem Towarzystwa Ubezpieczeń „Rosja”, a także członkiem zarządu Taniej Kuchni Żydowskiej przy ul. Cmentarnej (dziś ul. Sosnowa). Według informacji z 1913 r., w domu Aszów działała także pracownia sukien damskich Wiktorii z Godyńskich Lenczewskiej, u której przed 1915 r. ukrywał się Józef Piłsudski.
W 1905 r. środkową część swojej posesji, z trzema domami: nowym trzypiętrowym, starym piętrowym oraz parterowym, Aszowie sprzedali Józefowi Ordzie, pozostając właścicielami domu u zbiegu ul. Mikołajew skiej i Policyjnej,który później przyporządkowano do ul. Sienkiewicza 46. Józef Orda był właścicielem posesji przy ul. Sienkiewicza 44 do 1927 r. Po jego śmierci dom przypadł spadkobiercom: Zofia Prądzyńskiej, Marii Błażejewiczowej, Kamilli Broniewiczowej oraz Karolowi i Marcie Zofii Wolischom.
W 1937 r. sprzedali oni omawiany majątek Józefowi i Salomei Kerszmanom oraz dr Ciprze Szylmanowej. Przed 1939 r. pod tym adresem mieściła się siedziba i skład dużej fabryki włókienniczej Abrama Sokoła i Judela Zilberfeniga. Posesja przy ul. Sienkiewicza 42 pozostała w rękach Baraszów do II wojny światowej. W okresie międzywojennym działały tu m.in.: wyrób sukna i przędzy Szapiro i Łuńskiego, wyrób i sprzedaż farb oraz chemikaliów braci Szapiro oraz cukiernia Pereli Bajder. Mieszkał tu także jeden z największych międzywojennych fabrykantów, Izrael Szpiro.
Dom przy ul. Sienkiewicza 42 przetrwał II wojnę światową, ale w latach 50. XX w. został rozebrany, a jego miejsce zajął nowy budynek. Mniej szczęścia miały domy przy ul.
Sienkiewicza 44 i 46. Dziś w tym miejscu stoi blok mieszkalny.
Wiesław Wróbel
Biblioteka Uniwersytecka
w Białymstoku
Park linowy, mini-golf oraz wyciąg nart wodnych – między innymi te atrakcje czekają już na wszystkich turystów, którzy zechcą odwiedzić Wojewódzki Ośrodek Sportu i Rekreacji – Szelment na Suwalszczyźnie. Przy okazji można też zwiedzić Wigierski Park Narodowy i dosłownie obok województwa podlaskiego – Stańczyki.
Wigry
fot. Krzysztof Mizera / Wikipedia
Na początku warto wyruszyć do Wigierskiego Parku Narodowego. Zacznijmy od miejscowości Bryzgiel, a następnie podziwianie jeziora, mokradeł, torfowisk, lasów kontynuujmy jadąc przez Gawrych-Rudę, Płociczno-Tartak, Sobolewo docierając do Starego Folwarku i miejscowości Wigry, gdzie oczywiście warto zwiedzić Klasztor Kamedułów na półwyspie. Do klasztoru należy kościół, wieża zegarowa, ogrody, tawerna, przystań, galeria, restauracja oraz dawne domy zakonników. Nie ma żadnych ograniczeń w zwiedzaniu! Trzeba tylko wykupić bilet wstępu.
Szelment czeka
fot. Wrota Podlasia
Jedną z największych atrakcji latem na Szelmencie jest park linowy. Na chętnych czekają 3 różnorodne trasy – dla dzieci, trasa łatwa oraz trasa trudna. Organizatorzy parku zapewniają, że nie jest potrzebne żadne doświadczenie aby korzystać z atrakcji. Na miejscu są przeszkoleni instruktorzy, którzy o wszystko zadbają! Oprócz parku linowego na Szelmencie można spróbować swoich sił na nartach wodnych. Wyciąg zostanie otworzony na majówkę. Wtedy też na chętnych czeka możliwość przebycia aż 1000 metrów po tafli wody. Oczywiście należy tutaj wspomnieć, że ważny jest dobry start. Gdy wyciąg nas pociągnie – należy utrzymać równowagę. Gdy to się uda, to już będzie z górki.
Wielkie akwedukty
fot. Semu / Wikipedia
Przy Jesionowej Górze na Szelmencie można też przenocować, a także posilić się w restauracji. Można też pojechać dalej na przykład na dawne, gigantyczne akwedukty kolejowe w Stańczykach tuż za granicą województwa podlaskiego. Z Szelmentu to 40 km. Po drodze możemy minąć Trójstyk Granic Wisztyniec. Specjalne miejsce, gdzie znajdują się granice Polski, Litwy oraz Rosji.
W pierwszej połowielat 20. minionego wieku okolice Białegostoku roiły sięod rozmaitychopryszków i rzezimieszków.Najbardziej niebezpiecznedrogi łączyły Białystok z Bielskiem Podlaskim, Knyszynem,Gródkiem, Michałowem i Wołkowyskiem.
Tym ostatnim traktem 1 października 24 roku jechali Lejzor Leśnik i Zełda Berkowicz, mieszkańcy Brzostowicy Wielkiej w powiecie grodzieńskim. Wyjechali z Białegostoku tużprzed zmierzchem, ich furmanka załadowana była różnymipakunkami, a oni czuli się mocno nieswojo. Mieli złe przeczucia.
I rzeczywiście. Z ciemności wyłonił się jakiś drab z latarką w ręku. Był w wojskowym płaszczu. Obok niego pojawił się drugi. Wystraszony Leśnik chciał popędzić mocniej konie. Nie zdążył. Po krótkim okrzyku „stój” od razu padł strzał.
Woźnica trafiony w prosto w czoło osunął się z wozu na ziemię. Dalszych strzałów nie było. Bandyci zachowywali się bardzo dziwnie. Wpakowali trupa z powrotem na wóz i nie przeszukując nawet ładunku polecili drżącej ze strachunkobiecie, aby ruszyła swoją drogą . Berkowiczównie nie trzeba było dwa razy powtarzać. Na drugi dzień w miejscu zbrodni pojawiła się ekipa dochodzeniowa z Ekspozytury Urzędu Śledczego z komisarzem powiatowym Głuszkiewiczem na czele.
Rozpoczęły się intensywne poszukiwania, zwłaszcza w pobliskich wsiach Uwagę policji zwróciła trójka braci Warszyckich z Zarzeczan o niezbyt chlubnej reputacji W ich gospodarstwie została przeprowadzona skrupulatna rewizja. Warto było szukać. W chałupie policjanci
znaleźli trencz wojskowy opisany przez Berkewiczówną, a także dwie latarki. Z kolei w pobliskim ogrodzie z podziemnego schowka wydobyto nagan 8-strzałowy z brakującym jednym nabojem.
W stodole zaś agentów policyjnych spotkała kolejna niespodzianka – karabin wojskowy. Dla policji stało się jasne, że bracia Piotr, Antoni i Siemion są tymi bandytami z szosy wołkowyckiej. Wkrótce podejrzenia te potwierdziła Zełda Berkowicz podczas bezpośredniej konfrontacji odbytej na posterunku w Gródku. Rozpoznała w dwóch braciach prześladowców. Sprawą zajął się w trybie doraźnym białostocki sąd okręgowy. Rozprawa sądowa odbyła się 22 października 1924 roku.
Na ławie oskarżonych zasiadł Antoni Warszycki, który podczas przesłuchania przyznał się do napadu i zabójstwa Lejzora Leśnika. Jako swojego wspólnika wskazał jednak nie z któregoś z braci,
ale znajomka z tej samej wsi – Józefa Trochimczuka.
Sędziowie po wysłuchaniu świadków i biegłych sądowych wydali wyrok: Warszycki – kara śmierci, Trochimczuk – uniewinniony. Obrońca skazanego dr. Tillman zwrócił się natychmiast do prezydenta RP Stanisława Wojciechowskiego o łaskę dla swojego 29-letniego klienta.
Po kilku godzinach oczekiwania z Belwederu przyszła odpowiedź odmowna. Zgodnie z zasadami wyrok Sądu Doraźnego miał być wykonany następnego dnia.
Mglistym rankiem w białostockim więzieniu przy Szosie Baranowickiej zazgrzytała brama. Do środka wpuszczeni zostali przedstawiciele władz, którzy mieli asystować podczas egzekucji Antoniego Warszyckiego. W gabinecie naczelnika więzienia stawili się m.in. prokurator Wolisz, sekretarz Wydziału Karnego Dominas, komendant policji powiatowej Głuszkiewicz i lekarz powiatowy Kozubowski.
Obecny był tez porucznik z 42. PułkuPiechoty, który miał dowodzić plutonem egzekucyjnym. Płynęły minuty. Wreszcie cele skazańca opuściłksiądz, który go spowiadał, Warszycki w ostatnich minutach życia wyraził skruchępłacząc, żałował swoich czynów.
Jego jedyną prośbą było wydanie ciała rodzinie. O godzinie 7 eskorta wyprowadziła skazańca na więzienny dziedziniec. Stanął przymocowany do słupka. Padły strzały.
Rozgorzała dyskusja na temat placu NZS (dawniej Plac Uniwersytecki)… bo magistrat właśnie próbuje takową uciąć. Wszystko przez konsultacje społeczne. Ludzie skupieni wokół „Inicjatywy Plac NZS” oraz Gazeta Wyborcza nie mogą się pogodzić, że wynik konsultacji społecznych nie był dla nich korzystny. Wszystko dlatego, że ludzie w konsultacjach powiedzieli, że nie chcą ograniczenia ani zamykania ruchu na Placu NZS, który obecnie jest wielkim, okrągłym skrzyżowaniem.
Wiele osób doskonale zdaje sobie sprawę (w tym nasza redakcja), że potencjał tego miejsca bardzo mocno się marnuje. My optowaliśmy za totalną rewolucją – wyrzuceniem wielkiego pomnika, zburzeniem socjalistycznego budynku Uniwersytetu, który chyba dla żartu został zabytkiem, a także zbudowaniem wielkiego podziemnego parkingu, na którego dachu byłby zielony plac i mały pomnik zamiast tego wielkiego. A wszystko to połączone z dawnym, zasypanym cmentarzem żydowskim, na którego powierzchni znajduje się teraz Park Centralny.
Inicjatywa Plac NZS natomiast zorganizowało konkurs i pokazało kilka różnych koncepcji zagospodarowania placu stworzonych przez uczestników. Wszystko to na nic. Wredny Truskolaski ogłosił konsultacje społeczne, a wredni białostoczanie potwierdzili – ŻADNYCH ZMIAN. I co teraz? „A co to za demokracja, gdzie każdy może mieć swoje zdanie?” – mówił zdziwiony Kargul. Gazeta Wyborcza natomiast pyta czy „Vox populi, vox dei” – a tłumacząc czy głos ludu to głos Boga. Gazeta Wyborcza mocno wspierająca Komitet Obrony Demokracji i wiele innych ruchów tego typu nie może się pogodzić z demokratycznym wynikiem konsultacji, gdzie zdecydowana większość zmianom na NZS powiedziała nie. I co teraz? Demokracja jest nieważna, bo by gdyby demokracja to ludzie dalej by chcieli bazaru zamiast Galerii Jurowieckiej oraz ruchu na Rynku Kościuszki łącznie z przystankami autobusowymi zamiast ogródków i koncertów latem. A tak chytry prezydentTruskolaski wtedy nie zapytał i osiągnął co chciał, a teraz zapytał i… osiągnął co chciał?
Może tak się wydawać. Prezydent bowiem najpierw szastał pieniędzmi na lewo i prawo, aż wkopał się w potwornie drogą inwestycje, której nie mógł nie zrealizować – a mianowicie mowa tu o węźle Porosły. Przez to musiał rezygnować z innych inwestycji. Dlatego też roboty Placu NZS są mu obecnie potrzebne jak na d… pryszcz. Stąd też konsultacje społeczne. Należy sobie jednak zadać pytanie – czy ludzie to idioci, którzy nie wiedzą co dla nich dobre? Gdyby wewnętrznie czuli, że dany pomysł jest dobry – to czy by nie zagłosowali? Odpowiedź jest prosta – jeżeli o czymś nie wiem, to trudno bym to popierał. Inicjatywa Plac NZS zrobiła zdecydowanie za mało, by rozpropagować swój pomysł. Wystarczyło skrzyknąć wszystkich sympatyków swojej inicjatywy, ich rodziny a może wynik konsultacji byłby inny. A tak: GAME OVER.
Wkrótce zacznie się sezon na śluby i wesela. Jednym z nieodłącznych elementów tych wydarzeń są zazwyczaj sesje fotograficzne. Gdzie się fotografować, by pamiątka cieszyła później oko i była powodem do dumy, gdy będziemy ją prezentować znajomym? Oto naszym zdaniem 5 miejsc, które warto wziąć pod uwagę przy planowaniu sesji.
Pałac Branickich
Miejsce to nie jest wyjątkowo oryginalne jeżeli chodzi o wybór, jednak nie ma co sztucznie silić się na wyszukiwania skoro Pałac Branickich tak dużo oferuje. Można fotografować się w ogrodzie z fontannami, w dolnej części przy stawach, a także w samym budynku i na dziedzińcu. Mimo, że przewinęło się tam setki par, to nadal można zrobić świetne zdjęcia.
Muzeum Wsi
fot. Gumisza / Wikipedia
Pod Białymstokiem jeszcze przed Jurowcami znajduje się Podlaskie Muzeum Kultury Ludowej. Miejsce świetne to fotografowania jeżeli ktoś lubi klimat rustykalny, który obecnie jest bardzo modny. Drewniane chaty świetnie będą się prezentować jako tło pamiątkowych zdjęć.
Opera
To również popularne miejsce, które bardzo wiele daje od siebie. Można się fotografować przed pięknym wejściem, a także przy amfiteatrze. Nie będzie też problemu by fotografować się na tarasach budynku oraz na dachu. Wprawne oko fotografa znajdzie tam bardzo wiele interesujących kadrów.
Kraina Otwartych Okiennic
Trześcianka, Soce czy Puchły to kolejna propozycja rustykalna. Bardziej skierowana do osób prawosławnych ze względu na barwne cerkwie w okolicy, jednak nic nie stoi na przeszkodzie, by pamiątkowe zdjęcia robili sobie także nowożeńcy innych wyznań. Wspaniale ozdobione, drewniane domy na pewno będą cieszyć oko podziwiających młodą parę.
Kampus UwB
To dosyć interesująca propozycja ze względu na wygląd budynku, który jest mocno przeszklony. Jeżeli fotograf będzie potrafił wykorzystać tak charakterystyczną konstrukcję, to udane zdjęcia są gwarantowane! Tutaj jednak fachowiec musi zaawansowaną wiedzę fotograficzną, gdyż uzyskanie najlepszego efektu to przede wszystkim umiejętność operowania światłem.
Jeżeli temat przypadnie Wam do gustu, to temat plenerów fotograficznych będzie kontynuowany…
Wkrótce minie kolejna rocznica od wybuchu elektrowni w Czarnobylu. Przy tej okazji przypomnimy mało znaną historię związaną z późniejszymi skutkami wybuchu. W wielu miejscowościach pod Białymstokiem spadł… żółty deszcz. Zdezorientowani ludzie dzwonili do Instytutu Meteorologii pytać co się dzieje. Usłyszeli, że powietrze jest zanieczyszczone siarką oraz intensywnym pyleniem roślin na wiosnę. Komitet PZPR kłamał jak tylko się dało, byleby nie mówiono źle o Związku Radzieckim. Wszystko to oczywiście w ślad za Komunistyczną Partią Związku Radzieckiego, która wyznawała zasadę, że należy blokować informację w nadziei, że skutki katastrofy jakoś same znikną, albo że nikt ich nie zauważy.
Nic podobnego. Wieści o katastrofie dotarły między innymi do Białegostoku o godz. 18 dnia następnego czyli około 16 godzin po wybuchu. Wszystko to za sprawą brytyjskiego radia BBC. Ludzie przekazywali sobie wieści pocztą pantoflową. W telewizji zaczęto kłamać. Mówiono o radioaktywnym jodzie, który jest wysoko nad ziemią i jego wartości radioaktywne spadają. Ludzie oczywiście w to nie uwierzyli. Przychodnie lekarskie zapełniły się ludźmi. Tam jednak pomocy nikt nie otrzymał. Zapobiegawczo zaczęto podawać płyn „Lugola”, jednak tylko dzieciom i młodzieży. Łącznie w ciągu 2 dni – radziecką „coca-colę” podano 180 tys. osobom. Ile dorosłych przyjęło płyn? Nie wiadomo.
Radio emitowało komunikaty, w których radzono jak zachowywać się. Ton ich był oczywiście uspokajający. Władze prowadzili akcję dezinformacyjną. W rzeczywistości jednak trzeba było działać. Zakazano sprzedaży lodów oraz zaapelowano do mieszkańców by ograniczyli spożycie zielonych roślin. Rodzice dzieciom natomiast podawać mieli tylko mleko w proszku. Żeby nie wywoływać paniki – nie zamknięto szkół oraz zachęcano do udziału w pochodach pierwszomajowych. Gazeta Współczesna – dawniej organ prasowy KC PZPR – podała informację iż radioaktywność na terenie województw białostockiego, łomżyńskiego i suwalskiego powróciła do normy. Jednocześnie zalecano, by nie wypuszczać krów na pastwiska, zaś dzieci do piaskownic.
Propaganda swoje, a życie swoje. Ludzie wszędzie mówili tylko o tej katastrofie, a także o jej skutkach. Mieszkańcy wzajemnie straszyli się wypryskami, łysieniem i metalicznym smaku w ustach. W dodatku z nieba spadł żółty deszcz, który wzmógł tylko pytania i obawy. Dziś, po wielu latach wiemy już, że skażenie atmosfery nad Polską radioaktywnym jodem było znacznie poniżej progu zagrożenia. Jednak dmuchanie na zimne nikomu nie zaszkodziło. Szczególnie przy tak wielkiej dezinformacji komunistów, nie wiadomo było czego się spodziewać. Dziś Czarnobyl i opuszczone miasto Prypeć jest miejscem, gdzie przyjeżdżają wycieczki z całego świata. Mimo iż do dziś obowiązuje tam zakaz wstępu.
Gmach stojący przy ul. Sienkiewicza 40 od przeszło stu lat pełni funkcję siedziby kolejnych banków i do tego też celu został zbudowanyna początku XX w.
Przypomnę, że omawiana posesja rozciągała się pierwotnie na odcinku od ul. Warszawskiej do ul. Ogrodowej i stanowiła własność tutejszej parafii katolickiej.
Na początku XIX w. posesja została wydzierżawiona przez pruskich urzędników, a przed 1807 r. w narożniku ówczesnych ul. Bojarskiej i Wasilkowskiej (ul. Warszawska i Sienkiewicza) stanął parterowy murowany dom.
W kolejnych dekadach właścicielami były rodziny de Sempigni, Korybut-Daszkiewiczów, Zende, a od 1877r. Baraszów. Jankiel Barasz swoim testamentem z 1891 r. podarował nieruchomość synowi Ickowi (Izaakowi) Baraszowi. To on w 1895 r. wykupił od parafii prawa własności do dzierżawionego gruntu. Wreszcie w latach 1892-1896 od strony ul. Mikołajewskiej stanęły dwa
duże, piętrowe domy z żółtej i czerwonej cegły, które uwiecznił na zdjęciu latem 1897 r. Józef Sołowiejczyk.
Najpoważniejsze zmiany w omawianej nieruchomości zaszły w 1900 r. Izaak Barasz zdecydował się na sprzedaż dwóch znaczących fragmentów posesji, a odpowiednie transakcje zawarto 26 stycznia i 1 lutego.
Pierwsza z nich dotyczyła południowej części działki, na której stał stary murowany parterowy dom zbudowany przez Jana Scholle, a nabywcą był Wileński Prywatny Bank Handlowy.
Drugą sprzedaż Izaak Barasz przeprowadził z Wiktorem Aszem, zamożnym kupcem dystrybuującym produkty miejscowych fabryk włókienniczych i cieszącym się tytułem honorowego obywatela Białegostoku.
Przedmiotem transakcji była północna część nieruchomości, obejmująca fragment działki, na której stał jeden z dwóch piętrowych domów (wzniesionyw latach 1894-1896) oraz kilka budynków gospodarczych.
W efekcie obu aktów sprzedaży z 1900 r. w posiadaniu Baraszów pozostała środkowa część posesji, ze stojącą na niej kamienicąz lat 1896-1897. W ten sposób z dużej posesji zostały wydzielone trzy działki, po 1919 r. przyporządkowane do ul. Sienkiewicza 40, 42 i 44.
Prywatny Wileński Bank Handlowy powstał 12 marca 1873 r. z inicjatywy hrabiegoAdama Broel-Platera, jako instytucja popierająca interesy polskie na terenie zaboru rosyjskiego.
Do pierwszych założycieli banku należeli najwięksi fabrykanci ówczesnej Białostocczyzny – August Moes i Wilhelm Zachert. Rozumiejąc znaczenie Białegostoku jako ponadregionalnego ośrodka przemysłu tekstylnego,już 24 marca 1873 r. otworzono w mieście filię banku, na czele której stanął początkowo Dawid Chwoles.
Po nim zarząd filii przejął szlachcic Starczewski, później zaś Marcin Sawicki. Przed 1887 r.białostocki oddział wileńskiego banku funkcjonował w domuprzy ul. Niemieckiej (ul.Kilińskiego 23) i dopiero w wyniku aktu kupna z 1900 r., razem z agenturą Wileńskiego Banku Ziemskiego, przeniósł się do własnego budynku.
Akt kupna nieruchomości od Izaaka Barasza potwierdził zarząd banku na posiedzeniu 21 marca 1900 r., toteż budowę nowego gmachu rozpoczęto dopiero po tej dacie. Natomiast w 1908 r. od strony ul. Mikołajewskiej zbudowano zachowaną do dziś,frontową trójkondygnacyjną kamienicę, w której zlokalizowano obszerne, kilkupokojowe lokale mieszkalne dyrektora i pracowników banku.
Bank przetrwałdo 1915 r., kiedy został razem z dyrektorem Sawickim wywieziony został do Rosji podczas ewakuacji Białegostoku przed ofensywą wojsk niemieckich. Jego działalność w Moskwie przerwała w 1917 r. rewolucja październikowa.
W 1921 r. opustoszały budynek pod nowym adresem ul. Sienkiewicza 40 nabył założony w 1910 r. Bank Przemysłowy Warszawski, którego miejscowym dyrektorem został Julian Czabłowski, następnie zaś RomualdTylicki. Nowy Oddział Banku Przemysłowego Warszawskiego został zlikwidowany w 1925 r., a budynek przy ul. Sienkiewicza 40 przejął miejscowy oddział Banku Gospodarstwa Krajowego i w jego murach pozostawał do 1939 r. Tuż przed wojną jego zarządcą był dr Stanisław Rutowicz.
Natomiast sąsiednia kamienica przez cały okres międzywojenny wynajmowana była na mieszkania zarówno pracowników banku, jak i przedstawicieli białostockiej finansjery, przemysłu i inteligencji. Wśród nich można odnotować fabrykanta Izraela Szpiro, właściciela fabryki wyrobów wełnianych przy ul. Łąkowej 4 i biuro fabryczne w sąsiedniej kamienicy Baraszów przy ul. Sienkiewicza 42.
Po 1944 r. budynek przeszedł na własność Skarbu Państwa, a ze względu na swoje oryginalne przeznaczenie bardzo szybko zorganizowano w nim agencję PolskiejKasy Oszczędnościowej.
Dziś, po przeprowadzonej w latach 80. XX w. modernizacji i rozbudowie, nadal jest wykorzystywany w tych samych celach przez aktualnego właściciela – Bank PEKAO SA
Wiesław Wróbel
Biblioteka Uniwersytecka
w Białymstoku
Oficjalne przejęcie Białegostoku przez Sowietów, którzy odbierali miasto od Niemców, po napaści jakiej dokonali 17 września zostało udokumentowane filmowo na potrzeby propagandy. Na filmie można zobaczyć spotkanie władz obu okupantów w Pałacu Branickich.
Najpierw szybka powtórka z historii. 1 września 1939 roku Polska została zaatakowana przez Hitlera i Niemców. 17 września nasz kraj otrzymał cios od drugiego sąsiada – Rosjan. O 3 nad ranem oddziały Armii Czerwonej przekraczały polską granicę kierując się na Wilno, Grodno, Nowogródek i Kobryń. Zaskoczeni polscy żołnierze pełniący warte na pograniczach (kiedyś ochroną granic zajmowało się wojsko) szybko ulegli wrogowi. Sprawy nie ułatwił naczelny wódz Polski, który zalecił by unikać konfrontacji z Sowietami. Po kilku dniach z jednej strony armia niemiecka stała na linii Knyszyn – Białystok – Narew – Hajnówka – Brześć Litewski. Zaś po drugiej stronie Białostocczyzny znajdowała się armia rosyjska, która wyparła polskich żołnierzy z Białegostoku w nocy z 21 na 22 września 1939r.
Kilka dni wcześniej uzgodniono, że Niemcy ewakuują się z Białegostoku. Zaś miasto zostanie przekazane Rosjanom. Przebieg ewakuacji 20 września 1939 r. w Białymstoku w Pałacu Branickich omawiali lokalni dowódcy Armii Czerwonej i Wehrmachtu. Spotkanie zakończyło się uroczystym obiadem na cześć komisji sowieckiej wydanym w Hotelu Ritz. Ostatni akt przekazania miasta w ręce sowieckie odbył się na dziedzińcu Pałacu Branickich. Jego przebieg tak opisywał: M. Czajkowski naoczny świadek tamtych wydarzeń: Kompanie honorowe obu obcych wojsk dzielił (a może lepiej byłoby powiedzieć łączył) wysoki maszt, na którym powiewała czerwona flaga z czarnym, o złamanych ramionach, krzyżem na białym polu. Orkiestra grała „Deutschland, Deutschland uber Alles”. Obie kompanie sprezentowały broń i flaga ze swastyką zaczęła się opuszczać. Do masztu podszedł oficer sowiecki i założył inną, czerwoną flagę, z sierpem i młotem. Obie sojusznicze kompanie prezentowały broń, grano hymn Związku Sowieckiego. Kiedy zawisła flaga na szczycie masztu, podeszli do siebie oficerowie obu wojsk. Odsalutowali wyciągniętymi szablami, schowali je do pochew i podali sobie przyjaźnie ręce. Wreszcie poklepali się poufale. Za chwilę padły komendy z obu stron, kompanie raz jeszcze sprezentowały broń. Po chwili odmaszerowali w swoich kierunkach, a czarne limuzyny zaczęły opuszczać dziedziniec. Za nimi w równych odstępach poruszały się motocykle z żołnierzami Wehrmachtu. Relacja ta została zawarta przez Wojciecha Śleszyńskiego w książce Okupacja sowiecka na Białostocczyźnie w latach 1939–1941. Propaganda i indoktrynacja.
Warszawa, Kraków, Gdańsk, Poznań czy Wrocław biją Białystok na głowę w wielu dziedzinach. Jest jednak coś, czego mogą nam pozazdrościć mieszkańcy tych dużych miejscowości. A mianowicie centrum połączonego z… 33 hektarowym lasem. Oczywiście mowa tu o parku i lesie zwierzynieckim. Rezerwat przyrody jest na wyciągnięcie ręki. Czegoś takiego nie ma żadne duże miasto.
Jest to oczywiście powód do dumy, którym można chwalić się wszystkim przyjezdnym. Oto można wyjść z pociągu, przejść przez całe Centrum, a następnie podziwiając piękny Pałac Branickich i Planty dojść w 30 minut piechotą do lasu niemalże w środku miasta! Samochodem jeszcze szybciej. Warto tu przypomnieć, że dawniej rezerwat przyrody był miejscem, gdzie żyło bardzo dużych zwierząt – między innymi jelenie, bażanty, daniele, kuropatwy a także łabędzie i dzikie kaczki. To wszystko było ogrodzone i służyło Branickim jako miejsce polowań. W XIX wieku las Zwierzyniec został skurczony, bo miasto zaczęło się rozrastać. Jednak, gdy spojrzymy na inne miasta, to tam lasów w centrum nie ma, a jedynie parki. Dlatego też mogą nam tego bez wątpienia pozazdrościć.
Integralną częścią Lasu Zwierzynieckiego jest oczywiście park. Tych w innych miastach oczywiście nie brakuje. Nasz jednak jest wyjątkowy właśnie dzięki temu połączeniu z lasem. Każdy, kto przyjdzie do Zwierzyńca może odwiedzić ZOO, może zabrać dzieci na plac zabaw lub też zwiedzić cmentarz wojskowy. Może też po prostu posiedzieć wśród zieleni i pooddychać świeżym powietrzem. Latem park odwiedzany jest przez tłumy. Tak samo jak pobliskie Planty czy Pałac Branickich.
W przedwojennym Białymstoku miejscowe bractwo spod znaku łomu i wytrycha uprawiało swój złodziejski procederna różne sposoby. Do mieszkań spokojnych obywateli, jak też lokali użyteczności publicznej dobierali się pospolici włamywacze za pomocą ciężkich narzędzi, bardziej wyrafinowani klawiszownicy preferujący wytrychy, jak też lipkarze, szukający
uchylonych okien.
Jednak szczególne miejsce wśród tej masy fachmanów zajmowali tzw. szniferzy, czyli złodzieje nocni, którzy przy swojej robocie wykorzystywali głęboki sen okradanych ofiar. Ferajna białostocka miała kilka przednich specjalistów w tej dziedzinie. Jednym z nich był niewątpliwie Karol Gorbik, rocznik 1902.
Oto jego krótkie, kryminalne dossier. Pierwszy kontakt Gorbika z wymiarem sprawiedliwości przypadł na rok 1921. Wówczas to niespełna 20-letni młodzian stanął prze Sądem Grodzkim i na krótko zagościł w więzieniu przy Szosie Baranowickiej. Do roku 1928 jeszcze pięciokrotnie trafiał w ręce policji i był przekazywany do dyspozycji prokuratora. Za kratki wędrował za różne kradzieże, nie zawsze popełnione na „sznifie”, ale było widać wyraźne, że najbardziej leżały mu właśnie nocne wyprawy
do domów nic nie przeczuwających mieszczuchów.
Na początku marca 1928 r. Garbik, swoją ulubioną porą, odwiedził mieszkanie Stanisława Huptula przy ul. Modlińskiej 2. Wyniósł z niego różne klamoty na sumę blisko 1 tysiąca zł. Część skradzionych fantów policja znalazł u pasera Jana Ptaszyńskiego.
W gmachu Sądu Okręgowego przy ul. Warszawskiej 63 i zainkasował kolejny wyrok – 2 lata pobytu w domu poprawy. Jednak wchodząca w życie amnestia skróciła amnestię o jedną trzecią. W więzieniu Gorbik zawarł znajomość z młodszym od siebie o kilka lat Zygmuntem Gryko, również złodziejem mieszkaniowym. Po wyjściu na wolność zaczęli działać razem. Pomagała im siostra Gorbika – Teresa, jako paserka, zaś informacji o bogatych białostoczanach dostarczała Eugenia Łukasiewiczówna, etatowa służąca.
Ona też latem 1933 roku nadała złodziejom skok na mieszkanie swojego ostatniego pryncypała Hipolita Pragi. Szniferzy pofatygowali się pod wskazany adres w nocy z 8 na 9 lipca i mocno się obłowili. Lista strat przedstawionych policji przez poszkodowanego wyglądała następująco: 2 złote dewizki, 6 złotych pierścionków, 1 bursztynowa cygarnica, 12 platerowych łyżek, 6 belgijskich dukatów, a do tego jeszcze 1600 zł gotówki.
Jakby tego było mało złodziejska parka jeszcze raz – we wrześniu odwiedziła Pragę. Tym razemstracił on tylko jeden złoty pierścionek i brylantową broszkę. Policja zaniepokojona wzrostem letnich kradzieży w mieście wzmogła czujność. Wiosna 1931 r. na skutek akcji agentów śledczych z ul. Warszawskiej spółka dwóch panów G. musiała ogłosić czasową upadłość. Gorbik i Gryko trafili bowiem do aresztu.
W perspektywie mieli kolejny pobyt za kratkami. Rozprawa sądowa pracowitych szniferów i ich pomagierek odbyła się 13 czerwca 1931 rok. Sędziowie nie mieli wątpliwości, co do winy oskarżonych. Karol Gorbik skazany został na 4 lata więzienia, a Zygmunt Gryko zainkasował 3-letni wyrok. Obaj też stracili prawa obywatelskie na osiem lat. Z kolei Teresa Gorbikówna i Eugenia Łukaszewiczówna miały zagwarantowany rok paki.
Dla zgromadzonej na rozprawie publiczności , składającej się głównie z przedstawicieli białostockiego półświatka, Gorbik dał specjalne przedstawienie. Jak zanotował sprawozdawca sądowy „Dziennika Białostockiego”: „dostał ataku konwulsyjnego i padł nieprzytomny”. Sędzia przerwał odczytywanie wyroku i wezwał obecnego na sali lekarza więziennego Andrijewskiego. Ten „udzielił skazanemu pomocy”. Jakby cwany blatniak jej rzeczywiście potrzebował.
Włodzimierz Jarmolik
Partnerzy portalu:
Kontynuując przeglądanie strony, zgadzasz się na instalację plików cookies na swoim urządzeniu. Ustawienia prywatnościOK
Polityka prywatności i cookies
POLITYKA PRYWATNOŚCI
Szanujemy prawo użytkowników do prywatności. Dbamy, ze szczególna troską, o ochronę ich danych osobowych oraz stosuje odpowiednie rozwiązania technologiczne zapobiegając ingerencji w prywatność użytkowników osób trzecich. Chcielibyśmy, by każdy Internauta korzystający z naszych usług i odwiedzający nasze strony czuł się w pełni bezpiecznie.
Dane osobowe po 25.05
25 maja 2018 roku wchodzi w życie Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 roku tzw. RODO. Nowe prawo nakłada na nas obowiązek uzyskania Twojej zgody na przetwarzanie przez nas danych osobowych podawanych przez Ciebie w zaszyfrowanych plikach cookies.
Przetwarzamy dane użytkownika, za jego zgodą, m. in. w celu analitycznym. Dane te pomagają nam w określeniu upodobań użytkowników, a tym samym – doskonaleniu kierowanej do nich artykułów.
Cookies – jak działają
Cookies to pliki tekstowe, które serwer zapisuje na dysku urządzenia końcowego użytkownika, dzięki czemu będzie mógł go “rozpoznać” przy ponownym połączeniu.
Portal używa cookies do zapamiętania informacji o Internautach. Rozpoznajemy ich po to, by dowiedzieć się kim są, jakiej informacji potrzebują i szukają na naszych stronach. Wiedząc, które serwisy odwiedzają częściej niż pozostałe, możemy stać się dla Nich znacznie ciekawszym i bogatszym portalem niż dotychczas. To użytkownicy dają nam wiedzę o tym, w jakim kierunku rozwijać serwisy już istniejące, jakim wymaganiom musimy jeszcze sprostać, co uzupełnić, co stworzyć nowego, by odpowiedzieć na ich oczekiwania i potrzeby.
Pliki cookies są wykorzystywane także w celach statystycznych (tworzenie statystyk dla potrzeb wewnętrznych i w ramach współpracy z naszymi kontrahentami, w tym reklamodawcami); oraz związanych z prezentacją reklam w portalu – w szczególności aby uniknąć wielokrotnej prezentacji temu samemu odbiorcy tej samej reklamy oraz w celu prezentacji reklam w sposób uwzględniający zainteresowania odbiorców
Cookies są ustawiane przy “wejściu” i “wyjściu” z Portalu. W żaden sposób nie niszczą systemu w komputerze użytkownika ani nie wpływają na jego sposób działania, w szczególności nie powodują zmian konfiguracyjnych w urządzeniach końcowych użytkowników ani w oprogramowaniu zainstalowanym na tych urządzeniach.
Należy podkreślić, że cookies nie służą identyfikacji konkretnych użytkowników, na ich podstawie nie ustala tożsamości użytkowników.
Zaufani partnerzy
Dane o Użytkownikach przetworzone w postaci profili marketingowych są udostępniane podmiotom trzecim, jednak żadne dane umożliwiające bezpośrednie zidentyfikowanie osób nie są przechowywane ani analizowane. W zakresie, w jakim Dane udostępniane są podmiotom trzecim, Użytkownik, który nie chce aby dane o ich odwiedzinach były przekazywane temu podmiotowi może w dowolnym momencie wyłączyć.
Lista zaufanych partnerów
1. Google Ireland Limited (usługa AdSense, usługa Analytics)
2. Facebook.com (komentarze pod artykułami)
Na naszej stronie używane są ciasteczka firmy Google Ireland Limited będącej naszym partnerem. Ciasteczka te służą przede wszystkim do analizy oglądalności stron internetowych w Polsce i oceny skuteczności działań reklamowych. Użytkownik może w każdym czasie zrezygnować z korzystania z tego rodzaju plików wybierając odpowiednie ustawienia w swojej przeglądarce.
Wyświetlanie reklam
Zasadą działania Portalu jest możliwość darmowego czytania artykułów dla użytkowników. Aby zapewnić sprawne działanie systemu musimy zapewnić odpowiedni poziom usług (serwery, administracja itp.) co niestety wiąże się ze sporym kosztem. Dlatego na portalu obecne są reklamy. Staramy się, aby profil reklam odpowiadał zainteresowaniom użytkowników, aby były one użyteczne i przyczyniały się do możliwości zdobycia dodatkowej wiedzy o interesujących produktach i usługach.
Cookies to pliki tekstowe, które serwer zapisuje na dysku urządzenia końcowego użytkownika, dzięki czemu będzie mógł go “rozpoznać” przy ponownym połączeniu.
Portal używa cookies do zapamiętania informacji o Internautach. Rozpoznajemy ich po to, by dowiedzieć się kim są, jakiej informacji potrzebują i szukają na naszych stronach. Wiedząc, które serwisy odwiedzają częściej niż pozostałe, możemy stać się dla Nich znacznie ciekawszym i bogatszym portalem niż dotychczas. To użytkownicy dają nam wiedzę o tym, w jakim kierunku rozwijać serwisy już istniejące, jakim wymaganiom musimy jeszcze sprostać, co uzupełnić, co stworzyć nowego, by odpowiedzieć na ich oczekiwania i potrzeby.
Pliki cookies są wykorzystywane także w celach statystycznych (tworzenie statystyk dla potrzeb wewnętrznych i w ramach współpracy z naszymi kontrahentami, w tym reklamodawcami); oraz związanych z prezentacją reklam w portalu – w szczególności aby uniknąć wielokrotnej prezentacji temu samemu odbiorcy tej samej reklamy oraz w celu prezentacji reklam w sposób uwzględniający zainteresowania odbiorców
Cookies są ustawiane przy “wejściu” i “wyjściu” z Portalu. W żaden sposób nie niszczą systemu w komputerze użytkownika ani nie wpływają na jego sposób działania, w szczególności nie powodują zmian konfiguracyjnych w urządzeniach końcowych użytkowników ani w oprogramowaniu zainstalowanym na tych urządzeniach.
Należy podkreślić, że cookies nie służą identyfikacji konkretnych użytkowników, na ich podstawie nie ustala tożsamości użytkowników.