Białystok przyjazny rowerzystom? Chyba tylko dlatego, że u innych jest gorzej

Białystok przyjazny rowerzystom? Chyba tylko dlatego, że u innych jest gorzej

Białystok otrzymał certyfikat „Gmina Przyjazna Rowerzystom”. Stolica województwa podlaskiego została wyróżniona w kategorii gmin do 500 tysięcy mieszkańców na Międzynarodowych Targach Rowerowych – Kielce Bike-Expo. Do konkursu zgłosiło się ponad pięćdziesiąt gmin z Polski. Trudno jednoznacznie tę informację skomentować, bo skoro nas wyróżnili certyfikatem, to może oznaczać, że:

 

a) jest u nas super
b) u innych jest dużo gorzej

 

Jako mieszkańcy Białegostoku, którzy żyją tym miastem na 100 procent bardziej przychylamy się do tej drugiej odpowiedzi. Oczywiście nieuczciwe byłoby stwierdzenie, że w Białymstoku dla rowerzystów jest źle, ale mówienie że nasze miasto jest przyjazne rowerzystom – jak głosi certyfikat to duża przesada. Miasto chwali się, że jest u nas 123 km ścieżek rowerowych. Szkoda, że nic nie wspomina o ich jakości. Pierwszą ścieżką, którą można wyróżnić w mieście jest ta przy ul. Wiosennej. Jest dobrze oznaczona, bardzo szeroka i wystarczająco odseparowana od pieszych. Problem w tym, że jej długość to około 800 metrów. Drugi problem jest taki, że to jedyna tak dobrze zrobiona ścieżka w Białymstoku.

 

A jak pozostałe? Zdecydowana większość to tak zwane ciągi pieszo-jezdne – czyli oddzielone zwykłą linią chodniki, brukowane drogi i czasem asfalty. Problem z nimi jest taki, że piesi ignorują podział. Drugi problem – to jakość nawierzchni jest zwyczajnie słaba. Warto też wspomnieć o wielu ścieżkach, które z urzędniczej wygody kończą się, by zacząć się ponownie po drugiej stronie ulicy. Tutaj za przykład należy wziąć ciąg na ul. Lipowej. Oficjalnie przejeżdżać przez przejście nie wolno. Wszystko dlatego, że tak przebudowana została Lipowa (a wcześniej zaprojektowana). Ktoś taki projekt zatwierdził, a potem zrealizował. Palcem pokazywać nie będziemy, bo każdy dobrze wie kto od 12 lat „rządzi” na Słonimskiej.

 

Problemów rowerowych w mieście jest jeszcze dużo więcej, o czym można by napisać książkę. Dlatego też można się pocieszać, że u innych jest jeszcze gorzej. Tylko czy jest to eleganckie i ambitne podejście?

Partnerzy portalu:

Papież odprawi mszę 250 km od Białegostoku! Doskonała okazja, by go zobaczyć

Papież odprawi mszę 250 km od Białegostoku! Doskonała okazja, by go zobaczyć

Mieszkańcy województwa podlaskiego, którzy chcieliby zobaczyć na własne oczy Papieża Franciszka mają niepowtarzalną okazję zrobić to bez poniesienia większych kosztów. 250 km od Białegostoku oraz 120 km od Suwałk – głowa kościoła katolickiego będzie odprawiać msze świętą. Papież Franciszek 22 i 23 września będzie przebywać z oficjalną wizytą na Litwie. Pierwszego dnia będzie wizytować między innymi ważną dla Polaków Ostrą Bramę w Wilnie. Później na placu Katedralnym dojdzie do spotkania z młodzieżą. Drugiego dnia zaś głowa kościoła zawita do Kowna, które jest bardzo blisko polskiej granicy. Tam odprawi mszę.

Warto przypomnieć że z Białegostoku Przewozy Regionalne od dwóch lat realizują połączenia kolejowe do Kowna, dzięki którym pociągiem możemy wygodnie dojechać także do stolicy Litwy. Są to połączenia weekendowe nastawione na turystów. Można się spodziewać, że 22 i 23 września pociągi będą przeżywać oblężenie. W szynobusie jest 130 miejsc siedzących. Trasa pociągu do Kowna to: Białystok – Czarna Białostocka – Sokółka – Dąbrowa Białostocka – Augustów – Suwałki – Trakiszki. Koszt przejazdu z Białegostoku wnosi około 50 zł, a z Suwałk około 35 zł (opłata jest w Euro).

Do Kowna można także dostać się autobusami. Czas podróży jest dłuższy, ale dla głowy kościoła chyba warto się poświęcić.

Partnerzy portalu:

Złodziej w pułapce na myszy

Złodziej w pułapce na myszy

                                                                                       

                                                                                           Gazeta Białostocka 1932 r.

Partnerzy portalu:

Mural na Białostoczku wywołał gigantyczne kontrowersje. Kim był ks. Michał Sopoćko?

Mural na Białostoczku wywołał gigantyczne kontrowersje. Kim był ks. Michał Sopoćko?

Ksiądz Michał Sopoćko to najbardziej znany białostoczanin na świecie. Ostatnio jego wizerunek został uwieczniony na jednym z bloków osiedla Białostoczek w postaci gigantycznego muralu, co z miejsca Wywołało gigantyczną dyskusję wśród naszych Czytelników. Wiele głosów było w tonie wyrażającym sprzeciw tego typu inicjatywom, by religijne murale były na blokach. Czytelnicy podnosili, że takie powinni znajdować się na… kościołach. Swoją drogą ciekawie wyglądałaby świątynia z muralem.

 

Znalazło się także sporo Czytelników, którzy muralu bronili podnosząc, że ks. Michał Sopoćko jest patronem Białegostoku i że wiary wstydzić się nie trzeba. Dla jednych i drugich warto przypomnieć kim był ks. Michał Sopoćko. Wbrew pozorom nikim kontrowersyjnym, zaś emocje, które wywołał mural są ogólnym negatywnym nastawieniem do kościoła za nierozliczoną, gigantyczną aferę pedofilską, przez co obrywa się każdemu księdzu – nawet temu, który został beatyfikowany – czyli otoczony lokalnym kultem.

 

Ksiądz Sopoćko urodził się na Wileńszczyźnie w 1888 roku. W 1914 roku został kapłanem. Do Białegostoku trafił już, gdy Polska odzyskała niepodległość – bo w 1928 roku. Między czasie kapłan spowiadał św. Faustynę Kowalską – siostrę zakonną, która miała boskie objawienia, które skrzętnie spisywała. Sopoćko zaś zaczął głosić kult miłosierdzia bożego, które właśnie zainteresowało go podczas rozmów ze św. Faustyną Kowalską. Do dziś nierozerwalnie wiąże się z tym znany obraz Jezusa Chrystusa Miłosiernego – z napisem „Jezu Ufam Tobie”.

 

Sopoćko najaktywniej działał na Wileńszczyźnie, jednak w Białymstoku spędził 30 lat życia i tutaj też został pochowany. Jego szczątki spoczywają w kościele pod wezwaniem Miłosierdzia Bożego, który znajduje się niemalże na przeciwko bloku, na którym został namalowany gigantyczny mural, który wywołał tyle kontrowersji. Co ciekawe, w Białymstoku są także trzy inne miejsca nierozerwalnie związane z ks. Michałem Sopoćko. Archidiecezjalne Wyższe Seminarium Duchowne, gdzie kapłan był wykładowcą. Drugie miejsce to dzisiejszy zakon przy ul. Poleskiej gdzie Sopoćko pełnił posługę. Kapłan mieszkał w domu przy ul. Złotej.

 

Ks. Sopoćko jest najbardziej znanym białostoczaninem na świecie. Jego relikwie znajdują się w sześciuset kościołach i kaplicach na wszystkich kontynentach. Do Białegostoku za jego sprawą przyjeżdża dziesiątki tysięcy pielgrzymów, zaś bardzo wiele katolików na świecie kultywuje „godzinę miłosierdzia”, przez co codziennie o godz. 15 modlą się. Co ciekawe w Zgromadzeniu Jezusa Miłosiernego w kaplicy przy ul. Polskiej, gdzie kiedyś mieszkał ks. Sopoćko – znajduje się stary zegar, który pamięta jeszcze czasy kapłana. Zegar ten kiedyś stanął wskazując kilka minut przed godz. 15. Postanowiono, że mechanizm nie będzie ponownie uruchamiany.

 

Z ks. Michałem Sopoćko wiąże się także historia „ocalenia Białegostoku”. 9 marca 1989 roku doszło do katastrofy pociągu właśnie w pobliżu zgromadzenia przy ul. Polskiej. Kiedy wszystko szczęśliwie się zakończyło przypisano wstawiennictwo własnie księdzu Sopoćko. Do dziś tamto „ocalenie” upamiętnia krzyż z napisem „Jezu Ufam Tobie”, co symbolizuje wiarę białostoczan w Boże Miłosierdzie i orędownictwo ks. Sopoćko.

 

 

Partnerzy portalu:

Fontanna i ul. Niemiecka

Fontanna i ul. Niemiecka

   

    Jednym z elementów nowoczesności Białegostoku jest widoczna  fontanna. Do mającej dziś ponad 100 lat staruszki bardzo się przyzwyczailiśmy i trudno nam sobie wyobrazić Rynek Kościuszki bez niej.
  W 1897 r. fontanna miała za sobą już kilka lat istnienia, ale jej pojawienie się w śródmieściu w ostatniej dekadzie XIX w. było dowodem na bardzo duży awans miasta i istotny krok ku nowoczesności, do którego przygotowywano się przez kilka dekad.
  Była nim budowa i uruchomienie miejskich wodociągów w latach 1890-1892.  Budowa fontanny stanowiła jeden z pierwszych punktów kontraktu zawartego z budowniczym wodociągów, inż. Michałem Ałtuchowem, nie była to więc sprawa błaha, traktowana wyłącznie w kategoriach estetyki czy przyjemności. Władze miasta zażądały od wykonawcy budowy fontanny analogicznej do tej, którą Ałtuchow wcześniej zbudował w Grodnie, dzięki czemu Białystok stawał w równym rzędzie ze stolicą guberni. Ale istotną kwestią był także prestiż – oto każdy przyjeżdżający do miasta miał dowód na posiadanie przez Białystok wodociągów, co w tym czasie nie było czymś tak oczywistym jak dziś.
  Przekaz był jasny: na suchym, pozbawionym wody centralnym placu znajduje się źródło bieżącej wody dostarczanej przy użyciu wodociągu. Radość z posiadania na rynku fonntanny była przyćmiona faktem, że kontrakt zakładał jej używanie tylko raz w tygodniu , a jej teren miał być odgrodzony od reszty placu, tak aby nikt nie mógł swobodnie pobierać z  niej wody (ta była bowiem sprzedawana na wiadra w specjalnych punktach rozlokowanych na terenie miasta). Stąd na zdjęciach z 1897 r. widzimy charakterystyczny płotek o misternie wycinanym detalu, który wygradzał fontannę i przylegający do niej teren w formie zielonego skweru. To także efekt wodociągu. Wystarczy bowiem spojrzeć na najstarsze zdjęcie Placu Bazarnego z około 1890 r. aby się przekonać, że w tym czasie był on zupełnie pozbawiony drzew.
  Chociaż dwukrotnie zmieniała swoją lokalizację, fontanna nadal stanowi ozdobę Rynku Kościuszki. Fontanna znajdowała się w 1897 r. najbliżej fotografującego, natomiast w tle Placu Bazarnego i nowych kamienic Sołowiejczyk uchwycił inny fragment śródmieścia, a mianowicie dwa ostatnie domy stojące po południowej stronie ówczesnej ul. Niemieckiej, czyli dzisiejszej ul. Kilińskiego. Domy te zamykały zwartą pierzeję tworzoną przez zbudowane w większości w latach 90. XIX w. kamienice na terenie tzw. wyschniętych stawów. Budynki widoczne na omawianym zdjęciu przed 1939 r. otrzymają adres ul. Kilińskiego 23 i 25.
 

    Przetrwały II wojnę światową, ale niedługo później zostały rozebrane w ramach odbudowy śródmieścia i jego reorganizacji. Dom przy ul. Kilińskiego 23 był w przedwojennym Białymstoku kojarzony przede wszystkim jako siedziba różnych instytucji finansowo-kredytowych i ubezpieczeniowych. Jego powstanie związane jest z postacią Ajzyka Horodyszcza, znanego bankiera i budowniczego kamienicy przy Rynk  u Kościuszki 3, który budynek przeznaczył najpierw na siedzibę oddziału Wileńskiego Prywatnego Banku Handlowego, a następnie Białostockiego Banku Handlowego.
  W 1906 r. od Horodyszcza nieruchomość wykupił Bank Handlowy, a w 1914 r. nabyło ją Białostockie Towarzystwo Wzajemnych Ubezpieczeń od Ognia. W międzywojniu oprócz  niego przy ul. Kilińskiego 23 działały m.in. Bank Przemysłowo-Handlowy, Bank Udziałowy sp. z o. o. oraz Białostockie Spółdzielcze Towarzystwo PożyczkowoOszczędnościowe. Mieściła się tu także redakcja gazety „Das Naje Lebn”. Natomiast kamienica przy ul. Kil ińskiego 25, o charakterystycznym trójkątnym rzucie, należała od lat 90. XIX w. do rodziny Kapłan-Kapłańskich.
  Budynek wzniesiono przy użyciu żółtej i czerwonej cegły. W parterze do 1939 r. działał sklep i skład wyrobów żelaznych (materiałów budowlanych) prowadzony przez Eliasza Kapłan-Kapłańskiego. Jego firma dostarczała produktów do wielu ważnych miejskich prac budowlanych, m.in. do budowy kościoła farnego. Sklep ten padł ofiarą zamieszek w czasie pogromu żydowskiego w 1906 r.
  W 1934 r. Kapłan-Kapłańscy odsprzedali nieruchomość Mojżeszowi i Rochli Szackim.  Mojżesz urodził się w 1887 r. Z wykształcenia był lekarzem laryngologiem, dyplom uzyskał w 1916 r. w Charkowie, a po 1919 r. zaczął pracować w Białymstoku. W 1932 r. był kierownikiem przychodni prowadzonej przez Towarzystwo Dobroczynności „Linas-Ha- cedek”. Po wykupieniu w 1934 r. kamienicy przy ul. Kilińskiego 25 przeprowadził się do niej wraz z rodziną, chociaż gabinet lekarski wciąż znajdował się przy ul. Sienkiewicza. W domu przy ul. Kilińskiego Szaccy mieszkali do II wojny światowej.

Wiesław Wróbel
Biblioteka Uniwersytecka w  Białymstoku

Partnerzy portalu:

Niezwykłe znalezisko na bagnach. Niedźwiedzie pod Waliłami?

Niezwykłe znalezisko na bagnach. Niedźwiedzie pod Waliłami?

Czy w okolicach Walił żyły niedźwiedzie? Jeden na pewno, gdyż fragment jego żuchwy leśnicy odnaleźli w bobrzej tamie. Znalezisko może mieć nawet 5 tysięcy lat. Wiadomo, że na pewno nie jest to żuchwa współczesnego niedźwiedzia, gdyż ostatni osobnik w Puszczy Knyszyńskiej wyginął 400 lat temu. Ile lat ma znaleziona żuchwa? To będzie dokładnie wiadomo za 3 miesiące. Jej fragment trafi do analiz. Żuchwa niedźwiedzia zachowała się w dobrym stanie dzięki temu, że przez cały czas znajdowała się w torfowisku.

 

Leśnicy z Walił razem z białostockimi archeologami planują przeszukać cały teren wokół bobrzej tamy, gdzie znaleźli kawałek szczęki. Być może okaże się, że niedźwiedzi w tym miejscu żyło dużo więcej.

 

Cały materiał wideo tutaj:
https://bialystok.tvp.pl/38984029/wyjatkowe-odkrycie

Partnerzy portalu:

Rewolucja w komunikacji miejskiej! W Białymstoku pojawią się biletomaty.

Rewolucja w komunikacji miejskiej! W Białymstoku pojawią się biletomaty.

Jeszcze tej jesieni miasto zaczyna robić spore zakupy transportowe i w sumie nie byłoby o czym pisać, gdyby nie fakt, że przy ich okazji Białystok planuje zakupić biletomaty. To w naszym mieście nowość. Gdy tylko ekipa Truskolaskiego dostała władze to wzięła się za likwidację drobnych przedsiębiorców. Na pierwszy ogień poszedł bazar na Jurowieckiej, kolejnym celem prezydenta były wolno stojące kioski. W konsekwencji było coraz mniej miejsc, gdzie można kupić bilet. W sklepach takowych często nie posiadali, bo miasto nie dawało zbytnio zarobić na hurtowej sprzedaży. Problem w zasadzie narastał od około 10 lat. W pewnym momencie sprawa stała się tak poważna, że bilet (drożej) można było kupić u kierowcy.

 

Dlatego ktoś, kto jechał autobusem miał do wyboru: szukać po całym mieście punktów z biletami, kupić drożej u kierowcy lub po prostu jechać na gapę. Warto wspomnieć, że jest jeszcze możliwość zakupienia biletu przez internet czy też telefonem komórkowym, ale jest tak skomplikowana, że szkoda czasu, by ją opisywać. Kolejną rewolucją było wprowadzenie „kart miejskich”. Miały one głównie służyć jako bilet miesięczny, ale też można było przy jej pomocy kupić bilet jednorazowy. Problem w tym, że trzeba wcześniej było doładować konto. Dlatego jeżeli chcielibyśmy gdzieś podjechać, bo „akurat coś musimy załatwić” lub wyjazd nie był wcześniej planowany, to nie dla nas była ta opcja.

 

Białystok nie dawno wprowadził bilety czasowe, dzięki którym można się przesiadać. Od wielu lat to było normą w wielu miastach, a u nas to dopiero nowość. Podobnie z biletami. Truskolaski i jego ekipa obejrzeli się przed wyborami i dzięki temu na 24 przystankach pojawią się biletomaty oraz w 255 autobusach. Brawo panie Prezydencie, szkoda że czekaliśmy 12 lat aż Pan zrobi coś w tej sprawie. Jeszcze trochę i może dogada się Pan w końcu z PKP (zapłaci) by zainstalować kasowniki w pociągach i uruchomić ze dwie albo trzy linie Szybkiej Kolei Miejskiej. Miejmy nadzieję, że nie będziemy na to czekać kolejnych 12 lat.

Partnerzy portalu:

Karkołomna droga po młynarzowe zaskórniaki

Karkołomna droga po młynarzowe zaskórniaki

 

   Na ulicy Mazowieckiej, a i daleko poza nią, krążyły uporczywie rozmaite słuchy o wielkich oszczędnościach , jakie poczynił niejaki Jan Karny, właściciel młyna elektrycznego. W pierwszej połowie lat 30. w całym kraju, także więc i w Białymstoku panował potężny kryzys gospodarczy i ogólna bieda, a ten jegomość skutecznie ciułał pieniądze. Ponieważ nie dowierzał bankom, miał przechowywać je w swoim młynie, stojącym na posesji nr 68 przy wspomnianej wyżej ulicy.  Fama o bogaczu Karnym dotarła rzecz jasna także na pobliskie Chanajki.
  Zainteresował się zwłaszcza Chaim Chazan, doświadczony włamywacz z ul. Brukowej. Przeprowadził dokładny wywiad  środowiskowy, uznał że sprawa jest warta zachodu i zaplanował skok na kasę. Ponieważ nie do końca wiadomo było w jak zabezpieczonej skrytce młynarz przechowuje swoje zaskórniaki, przedsiębiorczy Chazan zaprosił do złodziejskiej spółki nie byle kogo, a samego Mejera Krynickiego, zwanego przez koleżków z ferajny Krynicą – kasiarza z poważnym przestępczym dorobkiem.
  Występ chanajkowskich włamywaczy miał miejsce w nocy z 3 na 4 listopada 1934 r. Ażeby dobrać się do wnętrza młyna wybrali oni niezwykle karkołomną drogę. Ponieważ sforsowanie zablaszowanych drzwi i solidnie okratowanych okien mogło  sprawić dużo kłopotów i hałasu, a i podkop metodą a’la Szpicbródka (Stanisław Cichocki, znany przedwojenny kasiarz warszawski, dobierający się do sejfów bankowych przez drążone tunele) także nie wchodził w grę, złodzieje postanowili wejść do środka od góry, przez dach. 
  Przeszkodę, którą należało koniecznie usunąć stanowił hałaśliwy pies pilnujący sąsiedniej posesji, będącej własnością Icka Lina. Jego przeciągające się ujadanie mogło wzbudzić podejrzenia u rozbudzonych mieszkańców okolicznych domów.  Pierwszym celem napowietrznej drogi złodziei był dach jednopiętrowej szopy, przylegającej do młyna.
  Do jego usunięcia posłużyła przytargana ze sobą drabina. Będąc już na wierzchu szopy nocni goście usunęli po cichu kilka dachówek, na ich miejsce położyli szeroką deskę, a na nią postawili drugą drabinę. Przygotowali drogę do dalszej wspinaczki. Po dotarciu na wierzch młyna natrafili na kolejną przeszkodę. Okazała się nią krata zabezpieczająca dachowe okienko. W ruch poszły podstawowe akcesoria włamywacza – śrubsztak i mesel. I ta niedogodność została szybko pokonana. Złodzieje znaleźli się w środku.
  Teraz rozpoczęło się poszukiwanie schowka, w którym skrzętny młynarz ukrywał swoje pieniądze. Ponieważ nie znaleziono żadnej kasy pancernej, bor i rak, narzędzia Mejera Krynickiego pozostały bezczynne.
  Przeszukano skrupulatnie różne zakamarki. Jedna drewniana szafa stojąca na parterze była szczególnie solidnie zamknięta. Jej więc złodzieje poświęcili swoją uwagę. W ruch poszły wytrychy i uniwersalny szaber (łom). Trafienie okazało się celne.
  W szafie leżał lniany woreczek ze zwitkami banknotów, garścią ciężkich monet i jakimiś dokumentami. Łup trafił w ręce złodziei. Rozpoczęła się droga powrotna. Najpierw na strych młyna, później na dach i przystawionymi drabinami prosto na ziemię. Wszystko odbyło się sprytnie i po cichu. 
  Kradzież w młynie Jana Karnego odkryli rankiem sąsiedzi. Dostrzegli przystawione do budynku drabiny, których złodzieje nie zamierzali zabrać ze sobą. Zaalarmowali właściciela, a ten policję.
  Karny swoją stratę ocenił na 20 tys. złotych. Duża forsa. Do akcji przystąpili agenci Wydziału Śledczego z ul. Warszawskiej. Po miesiącu było jasne, że „akrobaci” z ul. Mazowieckiej to Krynicki i Chazan. Obaj ukrywali się. W końcu jednak trafili tam gdzie trzeba – za kratki!

Włodzimierz Jarmolik

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

3 powody, dla których warto odwiedzić Czarną Białostocką

Trwające lato jest okazją, by odwiedzić dawno zapomniane lub dawno nie odwiedzane miejsca. Takim z pewnością dla niektórych może być Czarna Białostocka, a także jej wyśmienite okolice. Do wszystkiego można dojechać pociągiem, samochodem i rowerem.

Szlak Rękodzieła Ludowego

To bardzo ciekawe miejsce, w którym możemy odwiedzić Kowala, Garncarza, Tkaczki. To wszystko w Czarnej Wsi Kościelnej. We wsi Zamczysk można zajrzeć do pracowni wyrobu drewnianych łyżek. Wieś Niemczyn natomiast to Centrum rękodzieła ludowego. Zwiedzając samochodem warto zajrzeć jeszcze do Janowa, gdzie są pracownie Tkackie.

Zalew Czapielówka

Zalew Czapielówka to główna atrakcja Czarnej Białostockiej. To o tyle dobre miejsce, że odnajdą się tu zarówno osoby, które szukają spokoju jak i te, które wolą aktywnie wypoczywać. Wokół zalewu jest aż kilka zejść do wody. Znajduje się też wspaniały pomost.

Zalew Czapielówka latem to dobre miejsce na plażowanie, wieczorem na palenie ogniska, zaś w nocy na campingowanie pod namiotem. Latem działa też wypożyczalnia sprzętu wodnego.

Zbiornik to także raj dla wędkarzy. Można wyciągnąć lina, szczupaka, sandacza, karpia, okonia czy karasia.

Droga przez bagna do Supraśla

Ostatnią atrakcją Czarnej Białostockiej jest leśna droga prowadząca do Supraśla. Najlepiej piechotą (15 km) lub rowerem wybrać się w drogę, by słuchać w Puszczy Knyszyńskiej śpiewu ptaków i oddychać leśnym powietrzem. Po drodze miniemy urocze bagna. Sami nie musimy się martwić, droga, którą będziemy szli jest utwardzona. Warto jednak pamiętać, że pomiędzy Czarną Białostocką a Supraślem nie ma kompletnie nic innego niż Puszcza, zatem lepiej zabrać ze sobą wodę i jakieś jedzenie.

Partnerzy portalu:

Rosjanie pozostawili bunkry. Dziś to atrakcja turystyczna

Rosjanie pozostawili bunkry. Dziś to atrakcja turystyczna

Dziś to wyjątkowa atrakcja turystyczna, która została w Polsce pozostawiona przez Rosjan. Pomniki architektury wojskowej, które przyczyniły się do rozwoju sztuki fortyfikacji. Mowa tu o schronach na tak zwanej „Linii Mołotowa”. Konstrukcje przetrwały do dziś i można je zwiedzać także na Podlasiu.

Tak zwana Linia Mołotowa ciągnie się od litewskiej Kłajpedy po Bieszczady. Schrony były budowane z żelbetu wzmacniane kamieniami, które miały osłabiać siłę ataku artyleryjskiego. W praktyce jednak schrony nie spełniły swego zadania. Znajdując się na granicy miały służyć jako zatrzymanie ataku, by zdążyć się zmobilizować. Wszystko przez typowe podejście do weekendu. Bowiem w sobotę życie towarzyskie w Rosji kwitło, zaś Niemcy nieoczekiwanie uderzyli w niedzielę. Picie alkoholu, które towarzyszyło sobotniej nocy osłabiło możliwości bojowe żołnierzy. Na czas obsadzono tylko część schronów, które podczas pierwszego ataku zostały ominięte i zaatakowane dopiero przez drugi front.

Schrony przetrwały jednak do dziś. Pierwotnie budynki posiadać miały własne zasilanie w energię, instalację oświetleniową, system wentylacji powietrza, ogrzewanie, a większe również kanalizację. Przewidziany był zapas paliwa na 60 godzin pracy maszyn schronu bez zmniejszania mocy. Mniejsze obiekty były podłączane do sąsiednich schronów. W rzeczywistości jednak większość schronów to betonowe pudełka bez prądu, wody i łączności. Prawdopodobnie właśnie taki można napotkać w okolicach Siemiatycz, co udokumentował nasz Czytelnik Adam Nowaczuk.

Warto wybrać się „szlakiem Linii Mołotowa”, by obejrzeć budynki, w których Rosjanie chcieli przetrwać pierwszy atak wroga.



fot. Adam Nowaczuk

Partnerzy portalu:

Bimbrownie konfiskują, ale bimber piją chętnie

Bimbrownie konfiskują, ale bimber piją chętnie

Bimbrownie stoją pod znakiem zapytania. Nie raz i nie dwa, a dosyć często słyszymy o policyjnych nalotach. Efekt jest taki, że bimbrownicy swoje urządzenia kryją na coraz większych bagnach, zaś policja nic nie likwiduje tylko uprzykrza życie. Bo w Polsce alkohol musi mieć akcyzę, stąd też nie można tworzyć nawet produktów regionalnych – jakim jest bimber. Prawo nie rozróżnia zwykłej wódy produkowanej w ilościach przemysłowych od produkcji 100 butelek bimbru dla siebie, rodziny i znajomych.

Paradoks promowania tradycji bimbrowniczej wobec jej nielegalności

To samo państwo, które tak dzielnie walczy z bimbrownikami, składa się z województw, a jedno z nich – oczywiście, chodzi o nasze Podlaskie – prowadzi pod Białymstokiem Muzeum Kultury Ludowej, gdzie od lat można zwiedzać współczesną bimbrownię. Zatem szczycimy się w tymże muzeum czymś, czego sami zakazujemy. Nie jest to głupie? Dodatkowo, warto zastanowić się nad paradoksem sytuacji, w której władze regionu promują tradycję produkcji bimbru, mimo że ta jest nielegalna i stanowi problem społeczny oraz zdrowotny. Co więcej, historia regionu, bogata w tradycje kulturowe i przyrodnicze, często przeplata się z obyczajami związanymi z destylacją alkoholu, co stanowi istotny element dziedzictwa kulturowego, jednak kontrastuje z obecnymi regulacjami prawno-administracyjnymi dotyczącymi produkcji alkoholu w Polsce.

Bimbrownie – problem legalności a jego powszechna obecność w kulturze regionu

Ośmielając się sięgnąć pamięcią wstecz, warto przypomnieć, że 8 lat temu na Podlasiu gościł książę Karol. Być może państwo, które organizowało jego wizytę, przypomni sobie, co zrobiło, gdy książę zaczął mówić, że słyszał, że tutaj jest bimber i chciałby go spróbować. A może przedstawiciele władz różnych szczebli administracji publicznej mogliby skonfrontować swoje działania z zasadami i regulacjami dotyczącymi kontroli produkcji alkoholu? Zagryzacie dziczyzną, a czym popijacie? Warto zastanowić się nad spójnością działań podejmowanych w różnych obszarach życia społecznego i kulturalnego.

 

 

Kontrastujące zachowania wobec produkcji i konsumpcji bimbru

A co goście piją na weselach przy „wiejskim stole”? Smaczny bimberek zamiast wódy przy stole? A potem bawiący się na tych weselach policjanci likwidują bimbrownię, zaś politycy im przyklaskują, by potem także popijać regionalne trunki. Jak Podlasie długie i szerokie jest u nas bimbru pod dostatkiem. Jest to miły, regionalny, koloryt, który każdy chce spróbować, ale nikt nie robi nic z tym, by bimber był legalny. Skoro tak, po co szczycić się bimbrownią w muzeum? Po co podawać go przy „wiejskim stoliku” na weselach”, po co częstować nim zagranicznych oficjeli? Czy wobec tego głupie jest zakazywanie bimbru? Odpowiedzcie sobie sami.

 

fot główne, autor: big.d

Partnerzy portalu:

Białystok Fabryczny – stacja kolejowa z piękną historią

Białystok Fabryczny – stacja kolejowa z piękną historią

Nieopodal centrum Białegostoku znajduje się zapomniana stacja kolejowa Białystok-Fabryczny. Co jakiś czas usłyszeć można o planach wznowienia ruchu na stacji, jednak pociąg osobowy zatrzymywał się tam raz na jakiś czas. Mało kto wie, że owa stacja barwną ma historię. Zaś ta skończyła się wraz z odzyskaniem przez Polskę niepodległości. Jak to się stało, że przez ostatnie 100 lat w Białymstoku uchował się dworzec bez znaczenia strategicznego?

 

Dziś Białystok Fabryczny to opuszczony budynek, w miarę odnowiony peron i nowa tablica informacyjna. Jest także kładka nad torami, która na starą nie wygląda. Jak to możliwe, że PKP utrzymuje dworzec, na których ruch pasażerski jest „od święta”? Dworzec kolejowy znajdujący się przy ul. Romualda Traugutta powstał w 1886 roku. Wówczas rosyjski zaborca rozbudowywał linię łączącą Białystok z Moskwą. Trasa ta biegła przez Baranowicze, Wołkowysk, Mińsk, Smoleńsk aż do Moskwy. Co ciekawe na trasie tej pasażerów było jak na lekarstwo, zaś połączenie służyć miało przede wszystkim do transportu wojska. Budynek dworca wybudowano nieopodal rosyjskich koszarów wojskowych. Sam budynek wyglądał jak miniaturka dworca głównego. Co ciekawe przy obsłudze dworca pracowało bardzo wiele osób! Co najmniej dwadzieścia osób! Naczelnik, rewizor, pomocnicy, kasjerzy, agenci, telegrafiści i inni.

 

W 1919 roku w Białymstoku zaraz za całą Polską przyszła niepodległość. Naturalnie kierunek Moskwa przestał się liczyć, zatem węzeł kolejowy w tamtą stronę przestał mieć znaczenie. W 1930 roku doszło do zmian organizacyjnych, skutkiem których po raz pierwszy pojawiła się tablica Białystok Fabryczny. Wynikało to z tego, że na stacji zaczął koncentrować się ruch towarowy. I tak pozostało do dziś.

 

Widok z kładki dworca Fabrycznego

Białystok Fabryczny jest obecnie bocznicą dla Elektrociepłowni oraz dla jednej ze spółek PKP. Wcześniej z bocznicy korzystały jeszcze „Uchwyty”, Gazownia, Huta Szkła oraz centralna składnica żywnościowa na Węglówce. W późniejszych latach funkcjonowała jeszcze Linia kolejowa nr 37. Już nie do Moskwy, lecz do Zubek Białostockich. W PRL dobudowano przystanki Sokole, Zajezierce i Straszewo. W 1987 roku miał miejsce kapitalny remont torów na trasie Białystok Fabryczny – Zubki Białostockie.

 

Do dziś jednak Białystok upamiętnia „ocalenie miasta”, gdy 9 marca 1989 roku przy ul. Poleskiej w pobliżu dworca wykoleił się pociąg towarowy, który jadąc z ZSRR do NRD przewoził cysternę chloru. Pięć wielkich cystern leżało i w każdej chwili mogło zacząć się ulatniać. Przez całą dobę jednak służby ratunkowe stawiały na tory przewrócone wagony. Gdyby doszło do zniszczenia tylko jednej cysterny, to strefa skażenia zabiłaby 10 tysięcy osób, zaś zaszkodziłaby 40 tysiącom. Na szczęście nic takiego się nie stało, jednak raz do roku w rocznicę katastrofy kolejowej mieszkańcy zbierają się, by pomodlić się i podziękować opatrzności za ocalenie miasta.

 

Linia nr 37 została zlikwidowana w 2000 roku. Od tamtej pory pociągi pasażerskie na Fabrycznym zatrzymują się już tylko „od święta”. A to z okazji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, a to przy okazji kursowania turystycznego pociągu do Walił. Przy okazji Białystok Fabryczny niszczeje. Budynek pozostaje w rękach prywatnych.

 

Oto wszystkie nazwy stacji:
1886 – 1915 – Białystok Poleski
1915 – 1918 – Bialystok Ostbahnhof
1918 – 1930 – Białystok Towarowy
1931 – 1939 – Białystok Fabryczny
1939 – 1945 – Białystok Industriebahnhof
od 1945 – Białystok Fabryczny

 

Zdjęcie główne, autor: Paweł Szrajber

Partnerzy portalu:

Rynek Kościuszki 11

Rynek Kościuszki 11

Dziś kontynuujemy wędrówkę wzdłuż południowej pierzei Rynku Kościuszki w 1897 r. trzymając w rękach zdjęcie Józefa Sołowiejczyka z tego roku. Popatrzymy na nie jednak ostatni raz, gdyż kadr fotografii, stanowiącej punkt wyjścia opowiadanych historii, urywa się na domu stojącym niegdyś przy Rynku Kościuszki 11.

W 1897 r. ma on jeszcze formę piętrowego domu mieszkalnego z należącym do właściciela nieruchomości dużym składem win w parterze, natomiast na początku XX w., w ślad za sąsiednimi posesjami, starszy obiekt zostanie zastąpiony okazałych rozmiarów wielkomiejską kamienicą.

Zniszczona w czasie II wojny światowej, musiała po 1944 r. ustąpić miejsca wyższej konieczności, jaką było usprawnienie komunikacji w śródmieściu poprzez przedłużenie ul. H. Sienkiewicza przez Rynek aż do ul. Legionowej. Dzieje posesji przy Rynku Kościuszki 11 możemy śledzić od 1759 r. Jak informuje inwentarz miasta z 1771 r., stał  tu „budynek drewniany za prawem wieczystym Jaśnie Oświeconego Pana po wypłaconej za niego do skarbu należytości, w roku 1759 dnia 15 augusti Leyzorowi Berkowiczowi mydlarzowi i Esterze żonie jego danym”.

W okresie zaboru pruskiego budynek najpierw stanowił własność Johanna Salomona Jacksteina, który od 1796 r. pracował przy Kamerze Woj- ny i Domen. W 1799 r. odbył on specjalną misję dyplomatyczną do Petersburga i Wilna, której celem było pozyskanie dokumentów archiwalnych dotyczących terenów dawnej Rzeczypospolitej, włączonych do Prus w wyniku III rozbioru Polski.

Od 1804 r. był już drugim dyrektorem tejże Kamery, po 1807 r. przeniósł się do Królewca, później do Memla i Bydgoszczy. Zmarł w 1828 r. Dom przy białostockim rynku posiadał dość krótko, gdyż już w 1802 r. właścicielami byli nieznani bliżej Bauerowie. Ci zaś w lipcu 1802 r. sprzedali nieruchomość aptekarzowi Johannow i Heinri- chowi Schlegelowi (później pisany Jan Henryk Szlegel). Wcześniej mieszkał on w domu położonym przy zachodniej pierzei rynku.  Jan Henryk był prawdopodobnie bratem Józefa Schleg ela, jednego z pierwszych sukienników pracujących w Białymstoku. W latach 1799-1807 pełnił funkcję pierwszego asesora farmaceutycznego przy dep utacji medycznej Kamery Wojny i Domen w Białymstoku.

Jeszcze w 1825 r. odnotowano, że „aptekarz Henryk Szlegiel dom drewniany z apteką i officyną podobnież drewnianą sam z familią zaymuie całe pomieszkanie”. Szlegel zmarł w 1826 r.  Jeszcze w 1843 r. odnotowano przy Rynku „dom Szlegela”, ale już dekadę później pojawia się nieznany nam bliżej „kupiec Minken”.

W 1863 r. posesję nabyli małżonkowie Aleksander i Józefa Ignatowic zowie, którzy w 1872 r. zbyli ją braciom Lejbie i Boruchowi Lifszycom (czasem pisanych „Lipszyc”). Lejb, posiadający tytuł wołkowyskiego kupca pierwszej gildii, w 1876 r. odstąpił bratu i jego żonie, Baszy, swoje prawa do nieruchomości. W sporządzonym akcie kupna sprzedaży znajdujemy istniejący już „murowany piętrowy dom z dobudówkami”. Wydaje się najbardziej prawdopodobne, że to właśnie ten sam budynek, który widzimy na zdjęciu z 1897 r., o charakterystycznej ciemnej elewacji i z przejazdem bramnym na centralnej osi domu.

Wiadomo, że rodzina Lifszyców wywodziła się z Wołkowyska. Boruch był obecny w Białymstoku na początku lat 70. XIX w. Był już wówczas żonaty. Z Baszą doczekał się kilkorga dzieci, w tym Hersza (później inżyniera), Izaaka, Marii, Gitli, Abrama, Jakuba i Lejba (zmarłego młodo). Głównym zajęciem Borucha Lifszyca było prowadzenie od 1864 r. składu win krajowych i zagranicznych, który ulokowany był w parterze jego domu przy Placu Bazarnym.

W tym samym budynku, ale w jego zachodnim skrzydle, działała apteka prowizora Mowszy Ajzensztadta, kontynuująca działalność apteki Szlegela z początków XIX stulecia. W 1897 r. pracował tu doktor Maksym Kopelman. Na początku XX w. Boruch Lifszyc zasiadał w radzie nadzorczej szpitala żydowskiego oraz zarządzie Towarzystwa Pomocy Biednym Żydom.

W 1912 r. Boruch pożyczył pod zastaw swojej nieruchomości 10 tys. rubli. Na działce wciąż stał murowany piętrowy dom, który wkrótce został zastąpiony trójkondygnacyjną kamienicą, znaną z wielu zdjęć z okresu międzywojennego. Po śmierci Borucha i Baszy Lifszyców majątek przy Rynku Kościuszki 11 przeszedł w spa- dku na ich dzieci: Hersza, Abrama, Izaaka i Jakuba. Z  nich szczególnie aktywny był Hersz, prowadzący m.in. wytwórnię wódek „Rodzima Siła”, gwoździ i drutu „Metal” oraz biuro sprzedaży wyrobów zakładów „Radiotechnika”.

Od 1929 r. w ojcowskim domu uruchomił biuro inżynieryjno-budowlane. Jednak tego samego roku spadkobiercy sprzedali omawianą nieruchomość Josznie Gryn- sztejn, która pozostawała właścicielką do II wojny światowej.  Przez całe międzywojnie pod nr 11 działała apteka „M. Ajzensztadta”, prowadzona przez kilku wspólników.

Z najemców lokali w kamienicy przy Rynku Kościuszki 11 warto wymienić rodzinę Gurwiczów. Hersz Gurwicz wywodzący się z małego miasteczka na Wileńszczyźnie przeprowadził się do Białegostoku na początku lat 90. XIX w. i w domu Lifszyca założył przedsiębiorstwo introligatorskie, rozszerzone następnie o działalność typograficzną.

Jego synowie: Noson i Eliasz prowadzili w Białymstoku większe przedsiębiorstwa handlowo-usługowe, a Noson był ostatnim przed II wojną światową właścicielem domu przy ul. Kilińskiego 3. Na przełomie lat 80. i 90. w „maison du Lifszyc” działało jedno ze studiów Józefa Sołowiejczyka. Wykonane przez niego w 1897 r. zdjęcia do „Widoków miasta Białegostoku” stanowią ilustrację kolejnych części cyklu poświęconego miastu w tym okresie.

Wiesław Wróbel
Biblioteka Uniwersytecka w  Białymstoku

Partnerzy portalu:

Szpryngowcy kradli szybko i bez hałasu

Szpryngowcy kradli szybko i bez hałasu

 

  Połter Zundel, mieszkaniec ul. Św. Rocha, leżącej na obrzeżach Chanajek i łączącej dworzec kolejowy ze śródmieściem  Białegostoku był już bohaterem jednego z wcześniejszych odcinków tej rubryki. Jako młody farmazon (oszust) w początkach lat 20. specjalizował się w szulerce i handlu tombakowymi obrączkami oraz fałszywą biżuterią. Później się ustatkował, jeśli w ten sposób można określić zawodowe paserstwo.  Dla złodziejaszków z całych Chanajek znany był pod ksywką tata Jaszkie.
   Jaszkie kupował od swoich szemranych dostawców niemal każdy cokolwiek wart fant. Płacił mało, ale miał w ferajnie duży respekt. Nadawał robotę, służył pożyczką, a co znaczniejszym oprychom zapewniał, w razie wpadki, dobrego adwokata.   W 1934 r. pod skrzydłami tego cwanego pasera znalazła się grupa chanajkowskich złodziei, których w poważnej literaturze kryminalistycznej określano mianem szpryngowców. Szpryng, znaczyło tyle, co ukraść szybko w biały dzień z jakiegoś mieszkania, najlepiej przez okno albo z przedpokoju, jakąś rzecz  i zmyć się niepostrzeżenie.
  Szpryngowcy szukając lepszego łupu wybierali najchętniej mieszkania należące do zamożnych właścicieli. Popularnym sposobem ich działania był chwyt „na pomyłkę’”. Ubrany nawet całkiem przyzwoicie złodziej pukał lub
dzwonił do drzwi pod wytypowanym wcześniej adresem i służącej, która mu otwierała (u bogatych mieszczuchów były zazwyczaj takowe), anonsował się z wizytą do jej pana. Kiedy ta pozostawiała gościa w przedpokoju i szła zawiadomić pryncypała, złodziej skwapliwie penetrował wieszaki i stoliki z ich szufladkami, a następnie, umiejętnie, blokował od wewnątrz zamek przy drzwiach.
Po pojawieniu się właściciela  mieszkania szpryngowiec udawał zaskoczenie i gorąco przepraszał za zaistniałą pomyłkę i zakłócanie spokoju. Odwracał się i czym prędzej wychodził. Nie zapomniał jednakże starannie zamknąć spreparowanych już do dalszej operacji drzwi. Postał nieco na klatce schodowej i po cichu wracał do znajomego przedpokoju. Szybko wynosił upatrzone  wcześniej futro, palto czy lichtarz, i czmychał tym razem na dobre. Innym trikiem chanajko- wskich szpryngowców było wizytowanie wartych tego lokali pod płaszczykiem domokrążnych sprzedawców czy szukających wsparcia rzekomych pogorzelców albo powodzian.
  Właśnie w ten sposób działała szajka zorganizowana przez pasera Jaszkie. Przez szereg miesięcy nękała ona mieszkańców naszego miasta. Wydział Śledczy z ul. Warszawskiej, do którego napływały doniesienia o przedpokojowych kradzieżach przez dłuższy czas nie mógł nic na to poradzić. Złodzieje nie pozostawiali po sobie żadnych śladów, a zeznania poszkodowanych, co do okoliczności kradzieży znacznie się różniły. W końcu jednak sprawa znalazła swój finał.
  W szajce, która tak sprytnie szpryngowała, doszło do konfliktu interesów. Jaszkie, patron całego procederu, chciał mieć znacznie większą dolę niż jego pomagierzy. Było ich kilkoro: malarz pokojowy, handlarz świętymi obrazkami, zawodowy żebrak, a przede wszystkim Maria Gołaszczuk, złodziejka mieszkaniowa z praktyką odbytą w samym Paryżu. Właśnie to ona postawiła się swojemu szefowi. Po szczególnie zyskownej robocie ukryła część łupu. Tata Jaszkie był jednak nie w ciemię bity. Zorientował się w przewalance i nasłał na mieszkanie „Francuzki” znajomych speców od łomu i wytrycha. Ci wydobyli z różnych zakamarków towaru na blisko 2 tys. zł. Jak widać paser okradany był ze swojej doli od dawna.  O dziwo Gołaszczuk poszła ze swoją stratą na IV komisariat i złożyła skargę.
  Gorzej zrobić nie mogła. Agenci śledczy wnikliwie zajęli się sprawą i po nitce doszli do kłębka. Aresztowano całą szajkę szpryngowców. Za kratki trafił także paser Połter Zundel. Dostał rok odsiadki. Publiczność wychodząca z sali sądowej przy ul. Mickiewicza zastanawiała się głośno czy to aby nie za mało.

Włodzimierz Jarmoli

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Maciej Sikorski. Pochodzący z Podlasia aktor dubbinguje pierwszoplanowego aktora!

Jeszcze 8 lat temu jego początki można było obejrzeć na YouTube. Naśladował głosy znanych osób i szło mu całkiem nieźle. Dziś jego głos można usłyszeć w filmie 303. Bitwa o Anglię, gdzie dubbinguje jedną z postaci. Mowa tu Macieju Sikorskim, który pochodzi z miejscowości Kobylin-Borzymy (pow. wysokomazowiecki).

 

Maciej Sikorski później dał się poznać jako uczestnik programu „Mam talent”. Wówczas 21-letni student Wydziału Sztuki Lalkarskiej w Białymstoku przeszedł eliminacje i wystąpił w odcinku programu na żywo. Za swój występ od jury usłyszał „3 razy tak”. Niestety w pierwszym półfinale chłopak odpadł. Parodiował Kamila Durczoka, co nie przypadło do gustu jury. Dziś Maciej Sikorski jest dyplomowanym aktorem, który ukończył Akademie Teatralną w Warszawie, a także wspominany Wydział Sztuki Lalkarskiej w Białymstoku na kierunku aktorskim. Od 2013 roku Sikorski jest aktorem Teatru Lalek Pleciuga w Szczecinie, współpracuje też z innymi teatrami ze Szczecina. Mężczyzna jest także wokalistą w kapeli Domofon. Reżyseruje teledyski i etiudy filmowe.

 

W najnowszym filmie „303. Bitwa o Anglię” dubbinguje Iwana Rheona grającego Jana Zumbacha. Jest to główny bohater w filmie. Jak sobie poradził? Zobaczcie sami – film emitowany jest w kinach. My składamy gratulację dla pochodzącego z Podlasia aktora i życzymy kolejnych sukcesów.

Partnerzy portalu:

Autobus elektryczny w Białymstoku. Jaka przyszłość czeka komunikację miejską?

Autobus elektryczny w Białymstoku. Jaka przyszłość czeka komunikację miejską?

Białystok testował pod koniec sierpnia autobus elektryczny. Testy te zostały jednak przedłużone do 7 września. W 2020 roku w planach jest zakup 25 takich pojazdów. Dlatego warto sobie zadać pytanie o rozwój transportu w mieście. Obecnie w stolicy województwa podlaskiego można poruszać się autobusami trzech operatorów: KPK, KPKM oraz KZK. Wszystkie trzy firmy to spółki miejskie. W latach 90-tych miał miejsce wielki strajk, po którym jedną spółkę rozbito na trzy, by w razie kolejnych strajków uniknąć paraliżu, takiego jaki miał miejsce właśnie wtedy. Chociaż widmo strajku dziś nie grozi, to trzy spółki funkcjonują obsługując różne linie. Dla pasażera nie ma to większego znaczenia, gdyż wszystkie autobusy są oznaczone tak samo.

 

Jeżeli chodzi o inne formy transportu w mieście, to w 1918 roku przestał funkcjonować tramwaj konny. W czasach PRL były w planach tramwaje elektryczne, ale ostatecznie z pomysłu zrezygnowano. Dlatego dziś miasto nie jest oszpecone wiszącymi drutami. Nie ma też trolejbusów. Autobusy elektryczne mają to do siebie, że kabli nie potrzebują, gdyż zasilane są akumulatorami, zaś te ładowane są na pętlach. Zaletą oczywiście jest brak emisji spalin.

 

W mieście funkcjonuje też coś na kształt SKM. Można kupić bilet miejski i podróżować pociągiem np ze Starosielc do dworca głównego – pociągami, które akurat przejeżdżają. Nie jest ich zbyt wiele, dodatkowo bilet kupuje się od PKP, zaś białostocka komunikacja miejska nie ma nic z tym wspólnego. A mogłoby, gdyby prezydent miasta raczył porozumieć się z Przewozami Regionalnymi. Wtedy wstawiono by normalne kasowniki oraz SKM mogłoby funkcjonować oddzielnie z własnym rozkładem jazdy. Potrzebna by była też niewielka modernizacja. Póki co, nie ma politycznej woli do wprowadzenia takich rozwiązań.

 

Dlatego też podróż po mieście ogranicza się jedynie do autobusów. Czy stopniowa zmiana ich na elektryczne coś zmieni? Oprócz braku spalin nic. Obecnie dzięki specjalnej ustawie na Śląsku funkcjonuje związek gmin metropolitalnych. Dzięki niemu wszystkie gminy należące do związku mogą liczyć na wspólną komunikację miejską w ramach jednego biletu. Za jakiś czas zapewne podobne rozwiązania będą obowiązywać w Warszawie, Trójmieście czy Wrocławiu. W Białymstoku o wspólnej „aglomeracji” nie ma raczej co marzyć. Tutaj występuje typowy problem, na jaki zwracają uwagę eksperci od metropolii. Zbyt wielka konkurencja gmin, zamiast współpracy przekreśla wszelkie szanse na podobne rozwiązania.

 

Dlatego też w najbliższych latach oprócz autobusów w Białymstoku nic nowego raczej się nie pojawi. A szkoda, bo temat wad białostockiej komunikacji miejskiej jest tak szeroki, że można by było napisać o nim książkę. Miejmy nadzieję, że kiedykolwiek ktoś się za to weźmie i stworzy komunikację w mieście na miarę dużego miasta. Bo to co mamy obecnie to „śmiech na sali”.

Partnerzy portalu:

Usłużny kantorek Izaaka Kantora

Usłużny kantorek Izaaka Kantora

 

   Przed obliczem każdego sądu, oprócz pozwanego i powodu, stają także świadkowie. W latach 30. minionego wieku kilku kombinatorów białostockich wymyśliło sposób, jak na instytucji świadka można wcale dobrze zarobić. Na czele przedsiębiorczej szajki stał znany rzezimieszek z Chanajek Izaak Kantor. 
  Przestępczą karierę Kantor zaczął jeszcze w pierwszych latach 20. Już wtedy miał smykałkę do różnych przekrętów. Najpierw z O. Szlapakiem i Sz. Glikmanem założył kantorek zajmujący się rozprowadzaniem kradzionej galanterii.
  Później przerzucił się na pokątne doradztwo prawne. Za rzekome chody w sferach sądowych i policyjnych liczył sobie pokaźne sumki w dolarach. Na tym procederze wpadł pod koniec 1925 r., kiedy naciągnął na 100 dolarów niejakiego Motela Buraka z Bociek. Trafił do aresztu, a jego policyjna kartoteka wzbogaciła się o kolejny wpis. 
  Dziesięć lat później Kantor nadal prowadził swój nielegalny kantorek pisania podań i próśb do różnych władz w mieście. Mając do pomocy Szlomę Fina i Izaaka Dynow i- cza zajmował się także wymuszaniem fałszywych zeznań od świadków wskazanych przez swoich „klientów”. Szajka była bezwzględna. Zastraszeni przez nią świadkowie zmieniali wcześniejsze zeznania lub mówili tylko, co im kazano.
  Jak to zwykle bywa i tym opryszkom w końcu powinęła się noga. Wszystko zaczęło się od sporu jaki wynikł między właścicielem domu Szwarcem a jego lokatorem Notowiczem. Poszło oczywiście o komorne. Ponieważ nie potrafili się ugodzić, sprawa trafiła do sądu. Jednym z ważniejszych świadków był pracownik Centralnego Związku Właścicieli Realności o nazwisku Gryc. Gdy czekał w wyznaczonym dniu przed salą rozpraw, podszedł do niego z groźną miną Izaak Kantor i oświadczył grobowym głosem, że jeśli powie choć słówko przeciwko Notowiczowi, to zostanie „bez płuc i wątroby”.
  Podobne zapowiedzi w razie przegranej Notowicza jego „adwokaci” skierowali także do kamienicznika Szwarca. Gryc pomimo niewybrednej przestrogi zeznał przed sądem prawdę o wiadomym mu konflikcie. Opryszki okazały się słowne. Już na drugi dzień nieposłuszny świadek został mocno obity. Chociaż Gryc bał się dalszych szykan, złożył mimo wszystko skargę do prokuratora.
  Wkrótce w Echu Białostockim pojawił się artykuł pt. „Systemem Czarnej Ręki”. Opisano w nim fakt pojawienia się w mieście nowej bandy wymuszaczy i szantażystów. Wymieniony w gazecie z imienia i nazwiska Szloma Fin poczuł się wielce obrażony. Ni mniej ni więcej tylko zaskarżył o zniesławienie kierującego Echem redaktora Faranowskiego.
  Kiedy jednak przyszedł termin rozprawy Fin i jego kompani nie stawili się w sądzie. Sprawa była jeszcze kilka razy odraczana, aż wymuszacze znaleźli się za kratkami.  Proces Kantora i jego wspólników z przestępczego kantorku rozpoczął się 6 listopada 1935 r. i trwał dwa dni. Wzbudził tak wielkie zainteresowanie w mieście, że dla części przybyłej publiczności zabrakło miejsca na sali rozpraw. Koronnym świadkiem oskarżenia był oczywiście Gryc. Opowiedział wszystkie swoje perypetie. Spośród reszty wezwanych świadków na uwagę zasługiwały zeznania niejakiego Pławkina. Początkowo nie chciał mówić. Bał się o dziecko, które mogło paść ofiarą zemsty ze strony oskarżonych.
  W końcu jednak zaczął. Z jego słów wynikało, że Szloma Fin werbowaniem fałszywych świadków zajmował się od dawna. Np. przy głośnej sprawie podpalenia składów Warrantu. Obiecywano mu pieniądze, grożono rodzinie. Adwokaci oskarżonych także nie próżnowali. Wynaleźli dwóch typków, którzy zeznali, że to właśnie Pławkin namawiał ich do fałszywych zeznań przeciwko Kantorowi i spółce. Końcowy wyrok był niezwykle łagodny: 5 miesięcy więzienia w zawieszeniu na 3  lata. Mimo to oburzony Izaak Kantor zapowiedział apelację

Włodzimierz Jarmolik

Partnerzy portalu:

Ważne informacje dla podróżnych. Komunikacja zastępcza i inne godziny odjazdów.

Ważne informacje dla podróżnych. Komunikacja zastępcza i inne godziny odjazdów.

Mieszkańcy województwa podlaskiego oraz turyści muszą nastawić się na utrudnienia. Do 20 października 2018 będzie obowiązywać zmieniony rozkład jazdy pociągów REGIO. Rozpoczęła się modernizacja linii kolejowych. Największe zmiany czekają pasażerów podróżujących na trasie z Hajnówki do Czeremchy i Siedlec, gdzie odwołano kursowanie wszystkich pociągów relacji Hajnówka – Czeremcha – Hajnówka oraz porannego pociągu relacji Hajnówka – Siedlce oraz pociągu Siedlce – Hajnówka.

 

Zamiast nich będzie kursować autobus komunikacji zastępczej, który na pasażerów będzie czekał w Czeremsze. Autobusy komunikacji zastępczej nie będą obsługiwały wszystkich przystanków kolejowych położonych na odcinku Hajnówka – Czeremcha. Np. przystanek Witowo zostanie przeniesiony do miejscowości Długi Bród, a w Dobrowodzie autobus będzie się zatrzymywał na tymczasowym przystanku.

 

Komunikacja zastępcza została również wprowadzona na trzy tygodnie, od poniedziałku 3 września do 24 września, na trasie Białystok – Czeremcha. Po drodze nie będzie obsługiwany przystanek kolejowy w Podbielu, a zamiast w Gregorowcach autobus będzie się zatrzymywał w miejscowości Malinniki. Również w Zimnochach, Rajsku, Lewkach, Suchowolcach i Kleszczelach nie będą obsługiwane przystanki kolejowe, a autobusy będą się zatrzymywały na przystankach PKS w tych miejscowościach.

 

Przejazd w autobusach komunikacji zastępczej, oznakowanych logo POLREGIO, odbywa się na podstawie biletów kolejowych. W autobusach nie ma możliwości przewozu rowerów i wózków.

 

Zmienią się też godziny odjazdów innych pociągów. Na przykład pociąg REGIO relacji Szepietowo – Białystok, odjeżdżający z Szepietowa o godz. 18:22, będzie odjeżdżał 11 minut wcześniej, tj. o godz. 18:11, a pociąg REGIO relacji Białystok – Ełk, który obecnie odjeżdża z Białegostoku o godz. 15:18, od 2 września odjeżdża 8 minut wcześniej, tj. o godz. 15:10. Natomiast wieczorny pociąg REGIO z Białegostoku do Suwałk PODLASIAK relacji Szczecin – Suwałki, został przesunięty na godz. 20:37.

 

Kilkuminutowe zmiany w rozkładach jazdy będą dotyczyły większości pociągów kursujących w Podlaskiem.

Partnerzy portalu:

Dwie gigantyczne sosny pod dachem. Warto je obejrzeć na własne oczy.

Dwie gigantyczne sosny pod dachem. Warto je obejrzeć na własne oczy.

Supraśl, to miasteczko, które jest atrakcyjne pod wieloma względami. Ludzie odwiedzają przede wszystkim monastyr, wpadają na kartacze i babkę ziemniaczaną bądź też spacerują bulwarami lub po lesie. Mało kto jednak zwraca uwagę na przyrodę, jaka otacza urokliwe miasteczko. Wszak położone jest one w Puszczy Knyszyńskiej, o czym przypominają dwie sosny leżące przy drogach. Potężne drzewa znajdują się pod zadaszeniem.

 

Natura obdarzyła je tak wielkim rozmiarem ze względu na gęstość Puszczy. Drzew obok siebie jest tak wiele, że wzajemnie zasłaniają sobie światło słoneczne, zatem najsilniejsze pnęły się ku górze, nie wypuszczając gałęzi u dołu. Dawniej drzewa były wykorzystywane jako maszty do żagli. W Puszczy Knyszyńskiej na drzewach zawieszano również kapliczki, dzięki czemu wiele sosen uszło z życiem, gdyż rezygnowano z ich ścięcia. Podczas Powstania Styczniowego, które rozgrywało się także w Puszczy Knyszyńskiej – drzewa z kapliczkami stanowiły też miejsce, gdzie powstańcy zostawiali sobie listy.

 

Dwie sosny leżące przy supraskich drogach można oglądać przy rondzie Aleja Niepodległości / Nowy Świat oraz na drodze wojewódzkiej do Krynek, tuż za mostem po prawej stronie. Warto do nich podejść i przejść z jednego końca na drugi, by zobaczyć ich ogrom.

Partnerzy portalu:

Cerkiew  i dom Wellera w  1897 roku

Cerkiew i dom Wellera w 1897 roku

 

   Dwie kolejne karty albumu „Widoki miasta Białegostoku” z 1897 r. zawierają fotografie cerkwi św. Mikołaja oraz jej wnętrza. Także tu wybór fotografowanego obiektu przez Józefa Sołowiejczyka nie był przypadkowy. Jak pamiętamy, autor uwieczniał trasę przejazdu cara Mikołaja II oraz obiekty, które znajdowały się przy niej, m.in. dworzec kolejowy, gdzie był witany, wiadukt, fabrykę Commichau i dom Aleksandra Satina, wreszcie koszary artyleryjskie i zabudowę ul. Lipowej, głównej arterii ówczesnego miasta. W związku z tym oczywistym było, aby w podarowanym władcy albumie znalazły się także fotografie głównej świątyni prawosławnej w Białymstoku.

   Wydaje się, że był w tym jeszcze jeden powód. Otóż cerkiew odwiedził Mikołaj II osobiście. Cytowany już przeze mnie Dziennik Warszawski relacjonował: „po przyjeździe do miasta w drodze na manewry ich cesarskie mości najjaśniejsi państwo odwiedzili sobór prawosławny. Po obu stronach drogi przejazdu stali wychowańcy i wychowankowie szkoły parafialnej. W soborze zgromadziły się damy miejskie. Wkrótce odgłosy uroczystego ‘hura’ zwiastowały, że ich cesarskie mości najjaśniejsi państwo nadjeżdżają. Rozpoczęło się uroczyste bicie w dzwony, których dźwięki zlewały się z wrzawą uroczystych okrzyków. Dzieci z przytułku zaśpiewały harmonijnie „Zbaw Boże ludzi Twoich”. Ich cesarskie mości najjaśniejsi państwo, ucałowawszy krzyż, zostali pokropieni wodą święconą i weszli do soboru, skąd, wysłuchawszy krótkiej modlitwy przy radosnych okrzykach ludu, odjechali do miejsca manewrów do wsi Bacieczki na szosie warszawskiej, dokąd przybyli w chwili zupełnego ataku armii wschodniej”. Pamiątką carskiej wizyty w świątyni był ewangeliarz w srebrnej oprawie, zakupiony przez przedstawicieli miejscowych elit społeczno-gospodarczych.

   Historia cerkwi pw. św. Mikołaja jest dobrze znana. Obecnie zachowana świątynia w styli klasycystycznym powstała w latach 1843-1846, obok zamkniętej w 1839 r. cerkwi unickiej. Chociaż pierwsza źródłowa informacja mówiąca o jej istnieniu pochodzi dopiero z 1727 r., pierwsza fundacja świątyni w tym miejscu miała miejsce prawdopodobnie już w latach 90. XVII w., a jej dobroczyńcą był Stefan Mikołaj Branicki, założyciel miasta Białystok. Świątynia była w tym czasie filią utworzonej w XVI w. parafii unickiej w Dojlidach. W 1845 r. budowla była gotowa w stanie surowym, po czym przystąpiono do jej wyposażania, w tym budowy ikonostasu, ozdobionego ikonami autorstwa artysty-malarza Adriana Kuźmicza Małachowa, właściciela pracowni w Moskwie. W 1846 r. cerkiew konsekrował metropolita litewski Józef Siemaszko.

   Ostatnim akcentem budowy było otoczenie świątyni murem w latach 1848-1850. Jak słusznie zauważyła Małgorzata Dolistowska, w niewielkiej miejscowości, jaką był w tym czasie Białystok, tak monumentalna budowla musiała robić ogromne wrażenie i dominowała w krajobrazie przez długie lata, gdy zaczęły stopniowo przysłaniać ją rosnące na przełomie XIX i XX w. piętrowe domy i kamienice. Zdjęcie wnętrza wykonane przez Sołowiejczyka ukazuje ściany jeszcze pozbawione zachowanych do dziś polichromii. Wykonał je w 1910 r. malarz Michał Awiłow, czerpiący swoje inspiracje z malowideł soboru kijowskiego autorstwa Wiktora Wasniecowa. Wówczas też świątynię powtórnie wyświęcił biskup grodzieński i brzeski Michał.

  Zdjęcie z 1897 r. ukazuje w pełnej krasie cerkiew św. Mikołaja, ale w kadrze po lewej stronie Sołowiejczyk „złapał” narożnik murowanego, parterowego domu, którego wygląd można poznać z różnych innych fotografii i pocztówek przedstawiających cerkiew i jej sąsiedztwo. Ów budynek, a w zasadzie cała posesja, należały w 1897 r. do Abrama Wellera.

  Posesja ta powstała zapewne wraz z utworzeniem miasta Białystok, jednak jej istnienie poświadczone jest po raz pierwszy w 1771 r. Mieściła się tu wówczas tzw. austeria wjezdna z muru pruskiego, którą zbudował w 1770 r. Benedykt Włoskiewicz. W 1804 r. sprzedał on ten majątek Gedalemu Grodzieńskiemu. Nowy właściciel zbudował tu parterowy murowany budynek, który najprawdopodobniej przetrwał do końca XIX w. i to właśnie jego narożnik uchwycił Sołowiejczyk w 1897 r. Budynek ten zresztą przetrwał znacznie dłużej i widoczny jest jeszcze na fotografiach z okresu międzywojennego.

  W połowie XIX w. majątek należał do Michela Gordona, po czym w 1878 r. nabyli go Zilberblatowie, a w 1889 r. drogą licytacji przeszedł w ręce Lejby Wajnrejcha. Pozostawiając stary dom od strony ul. Lipowej, na pozostałej części posesji od strony ul. Sosnowej, vis-a-vis cerkwi św. Mikołaja, wzniósł okazałą, trójkondygnacyjną kamienicę z piwnicą i poddaszem, w której ulokował swoją fabrykę tabaczną. W 1893 r. odsprzedał nieruchomość Abramowi Wellerowi, a po jego śmierci spadkobiercy wyzbyli się majątku na rogu ul. Lipowej i Sosnowej na rzecz znanego białostockiego dentysty, Abrama Jossema. Warto wspomnieć, że Abram Weller w 1879 r. nabył nieruchomość przy ul. Mikołajewskiej, gdzie zbudował dom stojący do dziś przy ul. H. Sienkiewicza 63. W okresie międzywojennym od spadkobierców Abrama Jossema posesję kupił Mejer Prużański, jeden z większych miejscowych drukarzy. On też był jej właścicielem do II wojny światowej.

  W przeciwieństwie do cerkwi św. Mikołaja, domy Prużańskiego na rogu ówczesnych ulic Lipowej i Sosnowej uległy wypaleniu i wkrótce później wyburzeniu. Dziś w tym miejscu znajduje się ul. W. Liniarskiego i Hotel „Cristal”.

Wiesław Wróbel
 Biblioteka Uniwersytecka

Partnerzy portalu:

Ten budynek mógłby służyć ludziom. Kolejny zapuszczony zabytek w mieście.

Ten budynek mógłby służyć ludziom. Kolejny zapuszczony zabytek w mieście.

Okazały 2-piętrowy budynek nie rzuca się białostoczanom w oczy. Wszystko dlatego, że schowany jest w podwórku między ulicami Sienkiewicza a Al. Piłsudskiego. Mowa tu o kamienicy z Sienkiewicza 26A. Dawniej zamieszkiwały tu rodziny żydowskie, po II Wojnie Światowej był to posterunek milicji. Zabytek to tak zwana białostocka szkoła muratorska. Piękna kamienica powstała najprawdopodobniej w 1889 roku!

 

– W tym roku planujemy zlecić wykonanie dokumentacji projektowej. Później poszukamy pieniędzy. Remont mógłby się rozpocząć najszybciej w przyszłym roku – to słowa Andrzeja Ostrowskiego z Zarządu Mienia Komunalnego dla Kuriera Porannego… z 2013 roku. Minęło 5 lat od tamtych słów, a kamienica niszczeje jak niszczała a miasto podobnie jak inne wspaniałe zabytki ma w d… Tak podsumować można politykę Tadeusza Truskolaskiego względem białostockich zabytków. Stoją opuszczone i zapuszczone a mogłyby wspaniale służyć. Niestety nie w Białymstoku. Tutaj konserwatorem zabytków są prawdopodobnie developerzy. Historia niszczenia Bojar czy Młynowej, a także bierne podejście do drewnianych domów np. z ul. Mazowieckiej tylko to potwierdza.

 

To że Białystok jako miasto to dynamiczna tkanka społeczna i nieustannie się zmienia jest wiadome. Jednak nie można zaakceptować faktu, że prezydent kompletnie nic nie robił tyle lat, by ratować zabytki, które płonęły i niszczały. Jedynie co się robi, to zabija się je deskami. To Panie Prezydencie trochę za mało. Jeżeli nie będziemy dbali o dziedzictwo własnego miasta, to utraci ono swoją tożsamość. Już raz tak się stało, gdy Niemcy w 95 procentach zniszczyli Białystok podczas II Wojny Światowej. Niech ten fakt da do myślenia osobom odpowiedzialnym za to, że dawny Białystok kompletnie znika.

Partnerzy portalu:

Kościół św. Wojciecha. Charakterystyczna świątynia o zaskakującej historii

Kościół św. Wojciecha. Charakterystyczna świątynia o zaskakującej historii

Kościół św. Wojciecha w Białymstoku jest charakterystycznym punktem Białegostoku. Mieści się przy ul. Warszawskiej. Jedyny budynek w mieście w stylu neoromańskim. Dawniej był świątynią ewangelicko-augsburska w 1910 roku. Na początku XX wieku w Białymstoku społeczność ewangelików liczyła aż 5000 osób, w związku z czym potrzebowali swojego miejsca modlitw. I tak powstała „Kircha św. Jana”. Z dawnych czasów w obecnym kościele zachował się krzyż i ołtarz, a także boczne balkony zwane emporami.

 

Po wojnie, już w kościele katolickim miało miejsce wiele wydarzeń historycznych. Był to kościół seminaryjny, gdzie kardynał Karol Wojtyła odprawiał rekolekcje. Z tym kościołem związany jest także patron nowej ulicy (przedłużenia Sitarskiej) – ks. Michał Sopoćko. W 2013 roku wybuchł pożar na wieży kościoła, przez co kościół przez jakiś czas nie miał jej wykończenia. Na dziedzińcu przed kościołem można napotkać krzyż, który wtedy spadł podczas gaszenia pożaru.

 

Kościół św. Wojciecha w Białymstoku bez wątpienia jest jednym, który wpisał się w centrum miasta. Wysoka budowla widziana jest z wielu punktów Białegostoku. Dlatego też zwiedzając miasto warto świątynię odwiedzić.

 

fot. Xorik / Wikipedia

Partnerzy portalu:

Cała Puszcza Białowieska parkiem narodowym?

Cała Puszcza Białowieska parkiem narodowym?

Ponownie ożył temat, by cała Puszcza Białowieska stała się parkiem narodowym. Zabiega o to stu polskich naukowców, którzy otwarcie o to apelują do premiera Mateusza Morawieckiego, argumentując że to dobry moment, bo stulecie odzyskania przez Polskę niepodległości. Oczywiście żaden z naukowców zapewne nie brał pod uwagę, że na terenie Puszczy Białowieskiej znajdują się gminy, w których mieszkają ludzie. Zaś naukowcy najwyraźniej chcą ich jak Indian zamknąć w rezerwacie. Chociaż wydaje nam się, że najchętniej tych ludzi by wszyscy wypędzili. No może nie wszystkich. Jest taki znany ekolog, który mieszka w Teremiskach. Jego to nikt by nie wypędzał, bo najprawdopodobniej postulat naukowców mu pasuje.

 

Rozszerzenie granic Białowieskiego Parku Narodowego o całą Puszczę spowodowałoby przede wszystkim katastrofę dla mieszkańców Białowieży. Ich możliwość rozwoju zamknęłaby się jedynie do turystyki. Ponadto cały powiat hajnowski musiałby importować drewno. Wszystkie okoliczne tartaki oraz firmy zajmujące się przetwórstwem drewna by splajtowały. W przeciągu 20 lat miasteczka prawdopodobnie wyludniłyby się, bo nie mogłyby się rozwijać. Hajnówka prawdopodobnie zostałaby zdegradowana do gminy o charakterze wiejskim.

 

W obrębie Puszczy Białowieskiej mieści się 8 gmin. Wszystkie musiałyby zostać „poświęcone” na rzecz ochrony przyrody. Koszty społeczne i gospodarcze takiego przedsięwzięcia byłyby gigantyczne, gdyż mówimy o zmuszeniu 20 tysięcy ludzi do przekwalifikowania się, wypłaty im zasiłków lub wyprowadzki. Jednym słowem miejmy nadzieję, że dążenia naukowców w tej kwestii pozostaną jedynie w sferze fantazji.

Partnerzy portalu:

Filmowcy na Podlasiu. Znani aktorzy w Kiermusach

Filmowcy na Podlasiu. Znani aktorzy w Kiermusach

Serial TVP „Blondynka” ma się dobrze. Filmowcy znów wrócili na Podlasie, by nagrywać kolejne odcinki już siódmego sezonu. Tym razem zdjęcia były realizowane w Kiermusach pod Tykocinem. Między innymi na dworku oraz kasztelu. „Blondynka” głównie nagrywana jest w Supraślu. I to od kilku lat! Dlatego raz na jakiś czas w tym miasteczku napotkać można aktorów znanych z różnych filmów. W Kiermusach na przykład byli Natalia Rybicka, Andrzej Grabowski, Hanna Śleszyńska, a także Magdalena Schejbal i Lesław Żurek. Efekt pracy filmowców można będzie obejrzeć w grudniu.

 

Cieszy fakt, że Województwo Podlaskie jest postrzegane jako sielskie, spokojne miejsce. Coraz więcej filmowców postanawia tutaj realizować swoje scenariusze. Największą barierą jaka jest, to brak infrastruktury filmowej w Białymstoku. Żeby stworzyć profesjonalną produkcję trzeba wszystko ściągać z Warszawy, przez co koszty produkcji są dużo wyższe. Mowa tutaj nie tylko o kamerach, ale też garderobach, kostiumach oraz sztabie ludzi – reżyserów, operatorów kamer, kierownika produkcji, aktorów, fryzjerki, stylistki, osoby od kostiumów, dźwiękowcy, osoby od światła. To wszystko armia ludzi oraz tony sprzętu. Dlatego też łatwo jest realizować filmy w Warszawie czy Łodzi, gdzie wszystko jest na miejscu.

Partnerzy portalu:

Rynek Kościuszki 7. Hotel „Belle Vieu”

Rynek Kościuszki 7. Hotel „Belle Vieu”

 

  W  tym tygodniu pozostaniemy na Placu Bazarnym, uwiecznionym latem 1897 r. na zdjęciu wykonanym przez Józefa Sołowiejczyka. Dzięki niemu mamy wyjątkową możliwość przyjrzeć się ówczesnej zabudowie, która – jak wspomniałem poprzednim razem – w ostatniej dekadzie XIX w. stawała się coraz bardziej wielkomiejska. Do tej pory poznaliśmy dzieje kamienic, które po 1919 r. przyporządkowano do adresów Rynek Kościuszki 1 i 3. 
  Następny budynek to oczywiście dawny klasztor Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia (Rynek Kościuszki 5). O tym cennym zabytku z epoki baroku pisałem już jakiś czas temu. Przypomnę tylko, że został on ufundowany przez Jana Klemensa Branickiego w 1768 r. Sprowadzone tu Siostry Miłosierdzia zaczęły prowadzić szpital. Siostry zostały zmuszone do opuszczenia murów klasztoru w 1864 r., a ich miejsce zajęło utworzone w 1855 r. Towarzystwo Dobroczynności, prowadzące przytułek dla dzieci i kobiet.
  Szarytki powróciły tu dopiero na początku lat 20. XX w.  Kolejna posesja pod nr 7 to temat naszego dzisiejszego spotkania. Obszar tej posesji, dziś zajęty przez zupełnie nowe budownictwo, został wydzielony na pewno jeszcze pod koniec XVII lub na początku XVIII w., w czasie powstawania miasta. Jednak pierwsze informacje na jej temat pochodzą dopiero z 1771/1772 r. Pierwotnie między klasztorem a omawianą dziś posesją stał „budynek skarbowy pruskim murem budowany”, który nazywano rezydencją, był on jednak w tym czasie już zupełnie zrujnowany, chociaż stał jeszcze w 1810 r. Obok rezydencji stał natomiast „budynek drewniany skarbowy na półkoszkach przybijanych tynkowany, w którym ma stancję jej mość pani Klemowa, pułkownikowa”.
  Mieszkanką domu była Katarzyna z Borodziców, żona Jana Henryka Klemma, architekta zatrudnionego na dworze Branickich oraz dowódcy 4. Regimentu Pieszego Buławy Wielkiej Koronnej. Jako własność skarbowa budynek ten został po 1795 r. wydzierżawiony władzom pruskim i w 1799 r. mieszkał w nim dyrektor Kamery Wojny i Domen Johan Christian Mirus oraz kilku radców tejże Kamery.
  W 1806 r. odnotowano mieszkającego tu pocztmistrza, Antoniego Sudnika, który najwidoczniej wykupił w międzyczasie prawa własności do nieruchomości, skoro wymieniono go jako jej posiadacza w 1810 r. Gdzieś między 1810 a 1825 omawiana posesja przeszła na własność Markusa Ickowicza, który w miejsce starego domu drewnianego zbudował dom murowany, który w całości zajmował na swoje potrzeby. Owym Markusem Ickowi czem zdaje się być Markus Zabłudowski, syn Izaaka (Icka), znanego w dziejach Białegostoku jako najbogatszy mieszkaniec miasta i jeden z najbogatszych Żydów w Rosji, zajmujący się handlem drewnem. Skupił on w swoich rękach olbrzymi majątek, w tym posesję na rogu ul. Mikołajewskiej i Placu Bazarnego (róg ul. Sienkiewicza i Rynku Kościuszki), gdzie zbudował okazały dom, był też fundatorem synagogi przy ul. Żydowskiej (tzw. Chóralna) oraz szpitala przy ul. Bojarskiej (dziś ul. Warszawska 15). Markus także posiadał niemały majątek w postaci kilku placów w Białymstoku oraz nieruchomości w Grodnie.
 

Zmarł w 1869 r., a w 1871 r. jego dzieci: Benjamin, Mojsiej, Isser Estera (po mężu Błoch), Tauba (po mężu Szyrwindt) i Pesza Zabłudowska dokonały podziału majątku tak, że działka przy ul. Bazarnej z murowanym piętrowym domem przypadła Esterze Błoch. Po niej zaś omawianą dziś nieruchomość odziedziczyła w 1894 r. jej córka Tauba, która dwa lata później zdecydowała się sprzedać ją Pinchusowi i Rywie Korniańskim.
  Pinchus urodził się w 1863 r. w Orli. W Białymstoku zamieszkał w 1886 r., tu ożenił się z Rywką Kozelczyk. Mieli kilkoro dzieci, w tym Rejzlę, Leję, Mojsieja, Małkę oraz bliźnięta Bera i Hersza. Nie wiadomo, czym zajmował się na co dzień Pinchus, ale ze źródeł wynika, że był człowiekiem bardzo zamożnym, który skupował w mieście liczne nieruchomości oraz udzielał pokaźnych pożyczek pod zastaw. 
  Do 1896 r. Korniańscy mieszkali na obrzeżach miasta przy ul. Zamiejskiej. Zakup od Zabłud owskiej musiał być pomyślany jako główna inwestycja małżonków – między wrześniem 1896 r. a majem 1897 r. sfinansowali budowę okazałej, trójkondygnacyjnej kamienicy, o charakterystycznym detalu elewacji opracowanym przy użyc iu żółtej cegły.
  Zdjęcie Sołowiejczyka zostało wykonane w czasie, gdy budynek był gotowy w stanie surowym. Na dokończenie prac Korniań- scy zaciągnęli pożyczkę pod zastaw tej nieruchomości. Nieco później Korniańscy dokupili jeszcze drugą nieruchomość z piętrową kamienicą, położoną na rogu Placu Bazarnego i Suraskiej (Rynek Kościuszki 42).  Jeszcze przed 1911 r. poddasze omawianej kamienicy zostało znacznie rozbudowane i przekształcone w dodatkowe, czwarte piętro. W takim właśnie stanie majątek Korniańs kich został zasekwestrowany za  długi i wystawiony na licytację, którą 23 lipca 1911 r. wygrali małżonkowie Boruch i Mera Gwinowie. Oni też pozostawali właścicielami majątku przy Rynku Kościuszki 7 do II wojny światowej, gdy kamienica została zniszczona.
  Do 1915 r. w kamienicy Korniańskich, a potem Gwinów, działał duży hotel „Belle-Vieu”. Do długo działających pod omawianym adresem firm należą: sklep z trumnami rodziny Knefel i  „Księgarnia św. Kazimierz” prowadzona przez Albina Brzostowskiego.  Do  czasu wybudowania nowego gmachu, przy Rynku Kościuszki 7 działała Izba Skarbowa, a  część lokali wynajmowano pod  biura wojewódzkiego sekretariatu Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem. Gabinety lekarskie mieli tu Betty Mielnik Wygodzka, Moryc Szyrota i Jakub Gawze. 

Wiesław Wróbel
Biblioteka Uniwersytecka w  Białymstoku

Partnerzy portalu:

Odkryto starodawną osadę na Podlasiu. Tak mogła wyglądać

Odkryto starodawną osadę na Podlasiu. Tak mogła wyglądać

To odkrycie spod Suchowoli wstrząsnęło dotychczasową wiedzą historyczną. W ostatnim czasie archeolodzy w miejscowości Jatwieź Duża wykopali osadę, która powstała między VIII a VI wiekiem przed naszą erą. Do tej pory najstarszą osadą w Polsce była uznawana ta w Biskupinie – to właśnie o niej uczyliśmy się na lekcjach historii. Czy niedługo uczniowie będą słyszeć o Jatwiezi Dużej? O tym, że osada jest naprawdę z epoki brązu świadczy fakt, że do wzniesienia dużej osady (mając do dyspozycji jedynie prymitywne narzędzia) potrzebna by była stabilna struktura społeczna – czyli musiałby być ktoś, kto budowę osady zaplanował, przeprowadził „inwestycję”, a także zarządzał ludźmi by to zbudowali.

 

Odkrycie osady wyszło przypadkiem. Naukowcy analizowali zdjęcia satelitarne i badali teren w celu wykrycia potencjalnych obszarów zalewowych. Co dalej z wykopaną osadą? Nic. Miejsce prac zostanie zasypane.

 

Osada mogła wyglądać podobnie jak ta w Biskupinie. Ludzie mieszkali w dorzeczu, więc mieli dostęp do wody, zaś na terenie dzisiejszego Biebrzańskiego Parku Narodowego panował podobny klimat jaki mamy dziś w Bieszczadach… tyle, że bez gór. Za to mogły występować tak egzotyczne dziś zwierzęta jak renifery – na które polowano. Ludzie posługiwali się już prymitywnymi narzędziami, wiedzieli też co to pasterstwo, hodowla bydła i rolnictwo. Budowa wielkiej osady oznaczała też, że musi ona posiadać funkcje obronne przed obcymi. Na co dzień jednak występował tradycyjny podział ról – mężczyźni zajmowali się łowiectwem, zaś kobiety zbieractwem.

 

Na zdjęciu osada w Biskupinie

 

 

Partnerzy portalu:

Zepsuło się na amen. W tym roku na Plantach fontanny nie będzie.

Zepsuło się na amen. W tym roku na Plantach fontanny nie będzie.

Nie mamy dobrych wieści dla wszystkich, którzy kochają spacerować po Plantach. Ich główna atrakcja – fontanny w ostatnim czasie doznały awarii. Niestety jest tak poważna, że w tym roku już woda nie tryśnie. Jak przekazała Kamila Bogacewicz z Urzędu Miasta – Kurierowi Porannemu – zepsuła się pompa, a także napędy przepustnic (takie urządzenie co otwiera i zamyka dysze). Żeby fontannę naprawić potrzeba więc części zamiennych. Miasto ogłosiło przetarg, by takowe zdobyć. Procedury urzędowe trwają. Zatem dopiero po rozstrzygnięciu kto dostarczy i kiedy będzie można urządzenie naprawić. Dlatego mało prawdopodobne, by w tym roku można było jeszcze wybrać się na Planty, by podziwiać wspaniałe fontanny, które wieczorami dzięki oświetleniu były kolorowe.

 

Na pocieszenie możemy dodać, że w Białymstoku podziwiać można także fontannę na Rynku Kościuszki oraz na skwerku przy pomniku Ludwika Zamenhofa. Dla leniwych zaś mamy film, na którym można zachwycać się kolorowymi strumieniami wody bez wychodzenia z domu.

 

 

fot. Gumisza / Wikipedia

Partnerzy portalu:

Będzie co oglądać! Błotna Liga Mistrzów zawita do Korycina

Będzie co oglądać! Błotna Liga Mistrzów zawita do Korycina

Już w najbliższą niedzielę w Korycinie odbędzie się Swampions Soccer League czyli Błotna Liga Mistrzów. Nad zalewem zostanie stworzone specjalne boisko, na którym zmierzy się ze sobą osiem drużyn męskich i cztery żeńskie. Zawodnicy zawalczą o Błotną Tarczę Podlasia. Występujący zawodnicy na swoim koncie mają: Mistrzostwo Świata, złote, srebrne i brązowe medale Mistrzostw i Pucharu Polski, Pucharu Podlasia oraz medale rozgrywek Błotnej Ligi Mistrzów, dlatego też nie ma co się martwić o poziom. Ten będzie naprawdę wysoki, zaś sam mecz nie będzie zwyczajnym taplaniem się w błocie. Co najmniej finezyjnym taplaniem się w błocie. Tak naprawdę nie mamy wątpliwości, że to będzie wspaniałe widowisko dla wszystkich. Dlatego też warto do Korycina się wybrać.

 

Rozgrywki zaczynają się o godz. 9.00. Przyjezdni powinni kierować się nad zalew. Nie sposób nie trafić. Mijamy wiatrak i skręcamy w prawo. A na filmie powyżej można zobaczyć jak wyglądały rozgrywki w 2014 roku – w Surażu.

 

Partnerzy portalu:

U Pana Boga za piecem po 20 latach. Odwiedziliśmy miejsca z kultowego filmu [ZDJĘCIA]

U Pana Boga za piecem po 20 latach. Odwiedziliśmy miejsca z kultowego filmu [ZDJĘCIA]

Film zaczyna się niczym kryminał. Do Polski z Białorusi wjeżdża stary autobus, który zaraz za granicą zostaje napadnięty, a pasażerowie okradzeni. Jedną z ofiar jest młoda dziewczyna Marusia, która postanawia nie odpuszczać bandytom. Trafia do Królowego Mostu, gdzie pod wpływem okoliczności zostaje wśród lokalnej społeczności mieszkańców Królowego Mostu – tak zaczyna się wspaniała historia „U Pana Boga za piecem”, która 20 lat temu zachwyciła całą Polskę.

 

Jacek Bromski – reżyser zaadoptował scenariusz Tadeusza Chmielewskiego, gdzie miejsce akcji toczyło się gdzie indziej, a bohaterowie różnili się od tych, których widzieliśmy na ekranach. Decyzja reżysera okazała się strzałem w dziesiątkę, gdyż film tak zachwycił, że doczekał się kolejnych dwóch części i serialu w TVP. – Czytając pamiętniki Marii Dąbrowskiej natknąłem się na refleksję dotyczącą jakiejś wizyty w małym miasteczku, jakiejś kolacji w towarzystwie lekarza, proboszcza i aptekarza: „Jakaż ta prowincja duchowo samowystarczalna, jak właściwie ona nas do niczego nie potrzebuje…”. Pomyślałem sobie, że jeśli mamy gdzieś szukać jakichś wartości, o których w mieście dawno zapomnieliśmy, to właśnie w prowincjonalnym miasteczku na Białostocczyźnie” – powiedział w wywiadzie reżyser filmu Jacek Bromski.

 

 

U Pana Boga za piecem było pewnym eksperymentem. Akcja toczyła się na prowincji, występowali nieznani szerzej aktorzy Białostockiego Teatru Lalek i… ukazanie magii Podlasia zadziałało. W 1997 roku, gdy film kręcono, a w lokalnej prasie ukazały się ogłoszenia o castingu do filmu. Producenci szukali statystów. Pod Białostockim Teatrem Lalek, gdzie przeprowadzono casting ustawiły się tłumy. Nie wszyscy otrzymali szansę, ale osoby które ją dostały mogły poczuć na własnej skórze jak wielką harówką jest tworzenie filmu. Zdjęcia ze statystami nagrywano między innymi w lesie pod Sokółką (scena napadu na autobus), a także w dyskotece Panderoza w Janowie, na bazarze w Białymstoku oraz samej Sokółce – w kościele (scena ślubu). Wyjazd na plan odbył się w zasadzie jeszcze w nocy, tak by bladym świtem statyści wraz z aktorami mogli już kręcić sceny. Każdą z nich powtarzano wielokrotnie.

 

My po 20 latach postanowiliśmy jeszcze raz odwiedzić miejsca, w których nagrywano film. Naprawdę wiele się zmieniło! Akcja toczyła się głównie w Sokółce – obok kościoła, ale też w Wierzchlesiu oraz w tytułowym Królowym Moście, gdzie do nazwy, przy pomocy magii kina dobudowano nieistniejące w rzeczywistości miasteczko. Poniżej zdjęcia przedstawiające kadry z filmu oraz dzisiejszą próbę odwzorowania kadrów sprzed lat.

 

 

kadry pochodzą z filmu U Pana Boga za piecem – dystrybucja: Vision

Reżyseria: Jacek Bromski, scenariusz: Tadeusz Chmielewski (pseudonim Zofia Miller), adaptacja scenariusza: Jacek Bromski, zdjęcia: Ryszard Lenczewski

Produkcja: Telewizja Polska – Telewizyjna Agencja Produkcji Teatralnej i Filmowej, Studio Filmowe Oko. Dystrybucja: Vision.

Premiera: 13 listopada 1998.

Partnerzy portalu:

Rozengarten przed obliczem sprawiedliwości

Rozengarten przed obliczem sprawiedliwości

   

  Wieść o tym, że Połtyjer Rozengarten, syn nieżyjącego króla Chanajek Jankiela Rozengartena zwanego Jankieczkie staje przed sądem, zelektryzowała miejscowe podziemie. W kwietniowe przedpołudnie 1933 r. salę rozpraw białostockiego Sądu Okręgowego przy ul. Mickiewicza zapełniły tłumy hałaśliwej publiki: panienki z domów publicznych prowadzonych przez obie powaśnione rodziny Rozengart enów i Gorfinkielów, złodzieje kieszonkowi oraz inni stali klienci sędziów śledczych i urzędu prokuratorskiego. 
  Przewodniczący rozprawie wiceprezes  sądu Tadeusz Giedroić z namaszczeniem odczytał akt oskarżenia. 18-letni Połtyjer Rozengarten nie próbował nawet zaprzeczać. Wiedział, że fakty  świadczą  przeciwko niemu. Przede wszystkim jednak świadectwo jego postępku dawała niedoszła ofiara, ciotka Małka Gorfinkielowa.  Poinstruowany dobrze przez swojego adwokata Bronisława Gruszkiewicza, młody Rozengarten przedstawił ostatnią rozmowę z umierającym ojcem. Ten czując zbliżającą się śmierć miał ponoć kazać przysiąc synowi, że go pomści.
  Połtyjer opowiedział także, jak to Gorfinkiel, zadając ojcu ciosy nożem podczas ulicznej bijatyki, wykrzykiwał słowa: To samo czeka całą twoją rodzinę! Rewolwer, z którego strzelał później do ciotki także otrzymał od umierającego tatulka.    Wezwani na rozprawę świadkowie, poza poszkodowaną Gorfinkielową, nie mieli wiele do powiedzenia. Nikt nie chciał dostać nożem od chanajkow skich chojraków, koleżków oskarżonego. Niektórzy nawet zmienili swoje wcześniejsze zeznania, złożone w śledztwie. Ogólną wesołość na sali wzbudził rzeźnik, którego jatka mieściła się w pobliżu miejsca krwawej wendety. Przewodniczący sądu zwrócił uwagę, że mówi teraz co innego niż u sędziego śledczego. Ten zaś wyjaśnił z powagą, iż właśnie w gabinecie pana śledczego był niedokładny, ponieważ w dniu przesłuchania nie mógł skupić się z powodu wielkiego zmartwienia. Jak się okazało, zmartwieniem tym była rewizja w jatce świadka i konfiskata mięsa z potajemnego uboju. 
  Pod koniec rozprawy obrońca oskarżonego wystąpił z wnioskiem, ażeby jego klienta zbadał psychiatra. Sąd zgodził się na to i dwaj lekarze, biegli sądowi, wzięli Połtyjera w obroty. Niedługo potem ogłosili swoją diagnozę: u oskarżonego brak co prawda oznak choroby psychicznej, jednak śmierć ojca mogła oddziałać na niego ujemnie. Po wypowiedzi lekarzy młody Rozengarten wyraźnie poweselał. Dawało mu to szansę na łagodniejszy wyrok.  Rozprawa zbliżała się do końca. Przyszła kolej na ostatnie wystąpienia – prokuratora i obrońcy.
  Wszyscy wiedzieli z góry co powie prokurator: winien, wymierzyć najsurowszą karę przewidzianą w kodeksie.  Znacznie bardziej urozmaicona była oracja mecenasa Gruszkiewicza. Powołał się on w niej na haniebne warunki w jakich przyszło żyć oskarżonemu, jego młody wiek i to, że działał pod wpływem wzruszenia i żalu po zabitym ojcu. Obrońca domagał się zmiany kodyfikcji czynu, a przez to zmniejszenie kary.
Po krótkiej naradzie sędziowie ogłosili wyrok. Połtyjer skazany został na trzy lata więzienia za usiłowanie zabójstwa w stanie wzruszenia. Argumenty obrony wzięto więc pod uwagę.  Nie chcąc nadużywać wyrozumiałości wymiaru sprawiedliwości, uradowany niskim wyrokiem młodzian z Chanajek zrezygnował z przysługującej mu apelacji.
  O dziwo, również prokurator nie zapowiedział odwołania się od wyroku.  Z wyroku mogła być niezadowolona tylko Małka Gorfinkielowa. Co prawda, jej prześladowca znalazł się za kratkami, ale przecież nie nazbyt długo. Poza tym, jak gadano wśród wychodzącej z gmachu Sądu Okręgowego publiki, z Ameryki miał ponoć wrócić starszy syn zabitego Rozengartena. Ktoś nawet słyszał, że wyrażał się o ciotce niezbyt wyszukanymi słowami.

Włodzimierz Jarmolik

Partnerzy portalu:

Wspólnoty lokalne mogą otrzymać 5000 zł na swoje inicjatywy

Wspólnoty lokalne mogą otrzymać 5000 zł na swoje inicjatywy

W wielu miejscowościach są mieszkańcy, którzy lubią angażować się społecznie. To dla nich ciekawa propozycja – by otrzymać mikrodotację na swoją inicjatywę. Od 11 sierpnia, młode organizacje pozarządowe, grupy nieformalne (minimium 3 osoby) oraz samopomocowe mogą starać się o dofinansowanie swoich pomysłów w ramach projektu Podlaskie Lokalnie realizowanego przez fundację Podlaski Instytut Rzeczypospolitej Suwerennej oraz fundację Okno na Wschód. Wnioski można składać do 31 sierpnia Realizatorzy udzielą wybranym projektom dofinansowania w wysokości do 5 000 zł. Podmiotami uprawnionymi są wnioskowania o dotację są nie tylko organizacje społeczne, lecz także nieformalne grupy, w skład których wchodzą mieszkańcy województwa podlaskiego. Wszystko po to, by rozwijać społeczeństwo obywatelskie.

 

W planach są także kolejne konkursy. Jeszcze w tym roku odbędzie się konkurs na rozwój instytucjonalny, w ramach którego młode organizacje pozarządowe będą mogły uzyskać dotację np. na zakup sprzętu, umeblowanie biura, szkolenie merytoryczne kadr czy sfinansowanie innych działań potrzebnych do bieżących prac i realizacji celów statutowych. Łącznie w latach 2018-2019 w ramach projektu Podlaskie Lokalnie przewidzianych jest 5 konkursów, w trakcie których do rozdania jest 650 tysięcy złotych.

 

Spotkania informacyjne:

Suwałki: 21 sierpnia godz. 17:00 – Centrum Trójki, ul. Kościuszki 71

Suchowola: 22 sierpnia godz. 17:00 – Sala Płomyk, Plac Kościuszki 13

Łomża: 23 sierpnia godz. 17.00 – Sala konferencyjna Radia Nadzieja, ul. Sadowa 3

Wysokie Mazowieckie: 24 sierpnia godz. 17.00 – Miejski Ośrodek Kultury, ul. Ludowa 19

 

Szczegółowe informacje dostępne są pod adresem www.podlaskielokalnie.pl, tam również będzie można złożyć wniosek poprzez elektroniczny generator. Zachęcamy także do odwiedzenia profilu projektu na Facebooku: www.facebook.com/podlaskielokalnie/

 

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

„Jak się dowiedziałem o tym raku, że jest nieuleczalny, płakałem w nocy żeby dzieci nie widziały”

Jarosław Dziemian był człowiekiem, który nierozerwalnie kojarzy się nie tylko z Białymstokiem, ale też z tym wszystkim co po sobie pozostawił – Najpopularniejsze radio w Białymstoku – Jard, Hotel Turkus, Zajazd Wiking, Klub Rozrywki Krąg, Hotel nad Zalewem w Wasilkowie, a także wiele wiele innych przedsięwzięć. W wieku 68 lat, 15 sierpnia zmarł po długiej i ciężkiej chorobie, której nigdy się nie wstydził. O tym, że cierpi na raka prostaty wiedzieli nie tylko członkowie rodziny, ale też jego współpracownicy, pracownicy czy koledzy. – Ja już przeżyłem śmierć, płakałem. Jak się dowiedziałem o tym raku, że jest nieuleczalny, płakałem w nocy żeby dzieci nie widziały. Poduszka była mokra rano – wspominał Jarosław Dziemian w wywiadzie przeprowadzonym 2 lata temu przez Krystiana Skowrona, który możecie obejrzeć powyżej.

 

Mało kto już pamięta, że w 2002 roku Jarosław Dziemian startował w wyborach na prezydenta Białegostoku. Chciał, by jego doświadczenie i umiejętności można było wykorzystać w rozwoju miasta i regionu. Współpracownicy Jarosława Dziemiana wspominają go jako kreatora, który nigdy nie był odtwórcą. – Żył marzeniami, większość z nich udało mu się spełnić dzięki ciężkiej pracy i konsekwencji w działaniu. Kochał życie, ludzi, świat. Nie potrafił przejść obojętnie obok czyjegoś nieszczęścia. Był kimś niespotykanym. Łamał kanony, nie działał sztampowo, nie lubił schematów. Kochany mąż, ojciec, dziadek. Nietuzinkowy pracodawca, który spędzał z pracownikami większą część każdej doby. Miłośnik muzyki i motoryzacji. Człowiek wielu pasji. Z każdym potrafił znaleźć wspólny język, właściciel firmy, którą prowadził całym sercem. Spełniał marzenia licznego grona dzieci i młodzieży, chcących prowadzić audycje w radiu i telewizji. – przeczytać możemy na stronie Facebookowej Radia Jard.

 

– Lepiej się dwa razy zapytać o drogę niż błądzić po lesie – powiedział Jarosław Dziemian w wywiadzie 2 lata temu. I taki właśnie był. Nigdy nie podejmował pochopnych decyzji. Jarosław Dziemian miał 68 lat.

Partnerzy portalu:

Bitwa Białostocka 1920. To będzie prawdziwe show!

Bitwa Białostocka 1920. To będzie prawdziwe show!

Na ulicach Białegostoku po raz kolejny odbędzie się inscenizacja Bitwy Białostockiej. Warto zobaczyć na własne oczy rekonstrukcję tego zdarzenia z 1920 roku. Bitwa odbyła się pomiędzy 1 Pułkiem Piechoty Legionów a wycofującymi się spod Warszawy resztkami armii radzieckiej. Jej wynik końcowy był zadowalający dla nas – gdyż siły bolszewików zostały rozbite. W wyniku tej bitwy 209 polskich żołnierzy zostało zabitych i rannych. Zaś w bolszewickim wojsku 600 osób zginęło i zostało rannych, zaś 8200 osób było jeńcami. Dodatkowo bolszewicy stracili 22 działa, 147 ckm-y, 1 samolot a także 3 pociągi wypełnione bronią, innym sprzętem i jedzeniem. Setki żołnierzy radzieckiej armii uciekło do pobliskich lasów, gdzie przez kilka kolejnych dni byli wyłapywani przez Polaków. Wszyscy żołnierze radzieccy zostali pochowani na cmentarzu razem z żołnierzami niemieckimi – z I wojny światowej. Cmentarz znajduje się przy ul. Świerkowej w Białymstoku.

 

Jeżeli coś upamiętniać to z pewnością sukcesy, a nie porażki. Dlatego też z powodów technicznych (potrzeba dużo miejsca) inscenizacja odbędzie się na Placu Niezależnego Zrzeszenia Studentów (Plac Uniwersytecki). Warto dodać, że nie będzie to powtórka z poprzedniego roku. Tym razem inscenizacja najpierw pokaże życie codzienne w tamtych czasach, a następnie przeniesie widzów na pole wojennej potyczki z udziałem kawalerii. W tym roku będzie można zobaczyć na pewno więcej strojów i mundurów z epoki oraz więcej zróżnicowanego sprzętu wojskowego.

 

Pokaz odbędzie się 19 sierpnia o godz. 12.30. Weźmie w nim udział ok. 120 rekonstruktorów, 3 repliki wozów militarnych, armaty i konie. Inscenizacja zostanie wzbogacona o scenografię, efekty dźwiękowe i pirotechniczne. Na specjalnie ustawionym telebimie widzowie będą mogli zobaczyć film oraz pokaz slajdów obejmujący zdjęcia z poprzednich rekonstrukcji i historyczne fotografie z epoki. Widowisko potrwa kilkadziesiąt minut. Potem rekonstruktorzy i pojazdy biorące w niej udział, udadzą się pod Muzeum Wojska w Białymstoku. Tam będzie można obejrzeć z bliska pojazdy i armaty, porozmawiać z uczestnikami inscenizacji. Będzie też możliwość bezpłatnego zwiedzania ekspozycji muzealnych. Chętni poczęstują się wojskową grochówką.

 

fot. Wschodzący Białystok

Partnerzy portalu:

Ogłoszono rozkład lotów z Warszawy  przez Białystok

Ogłoszono rozkład lotów z Warszawy przez Białystok

 

    O lotnisku pasażerskim się opowiada, a sanitarni latają. Przed wojną było podobnie. Ogłoszono już nawet rozkład lotów z Warszawy via Białystok do Rygi. I nici z tego wyszły. Tymczasem lotnisko sanitarne od 1925 roku już w naszym mieście było. Białostoczanie już znacznie wcześniej stali się entuzjastami jak wówczas określano awiacji.
    Pierwszy pokaz lotniczy odbył się w Białymstoku już w 1911 roku. Na łąkach wsi Krywlany legendarny pionier polskiego lotnictwa hrabia Michał Scipio del Campo zadziwił zgromadzonych licznie mieszkańców miasta swoim wyczynem i odwagą.
  Na aeroplanie, który bardziej przypominał szkielet ryby niż współczesny samolot wzbił się w przestworza na wysokość 150 metrów! 
  Tuż po odzyskaniu niepodległości w Białymstoku stacjonowała Eskadra Lotnicza. Jej kwaterą był pałacyk Rüdygierów w Dojlidach. Muzealną pamiątką jest zdjęcie wykonane z przelatującego nad Białymstokiem samolotu. Skrupulatnie zaznaczone zostało, że lot odbył się 9 września 1920 roku, a zdjęcie wykonano z wysokości 1000 metrów. Idea powstania białostockiego lotnictwa sanitarnego zrodziła się też w kręgach wojskowych.
  Podchwycona została przez Ligę Obrony Przeciwlotniczej I Przeciwgazowej, popularne LOPP. Poparł ją także wojewoda białostocki Marian Rembowski.
  W niedzielę 15 marca 1925 roku w salach pałacu Branickich uroczyście otwarto wystawę gazowo – lotniczą. Pokazano na niej „samoloty, silniki oraz modele samolotów różnych systemów”. Duże zainteresowanie wzbudzały też ” demonstrowane również modele latające jakoż bomby lotnicze”.
  Wystawa czynna była codziennie od 9 rano „aż do zmierzchu” . Do 22 marca, kiedy ją zamknięto, zwiedziło ją 2780 osób. Przeważnie młodzież szkolna i wojskowi. Z Białegostoku przeniesiona została do Lidy. Następnego dnia, 23 marca, w Sali posiedzeń rady miejskiej odbyło się spotkanie, którego celem miało być powołanie Komitetu Lotnictwa Sanitarnego. Zagaił je pułkownik Michał Ostrowski, dowódca miejscowego garnizonu, który w 1927 roku na krótko został prezydentem Białegostoku.
  W swoim przemówieniu zaapelował do społeczeństwa o ufundowanie jednego samolotu sanitarnego. Następnym mówcą był lekarz wojskowy major Lew. Opowiadał o początkach lotnictwa sanitarnego. Tu palma pierwszeństwa należała się Francuzom, którzy w 1917 roku po raz pierwszy użyli samolotu do transportu rannych. Później Amerykanie „w ostatnich latach stworzyli dużą flotę sanitarną, powietrzną, posiadając przeszło 600 płatowców”.
  Polska przy tych przykładach wypadała blado. To znaczy nijak. Dyskutanci, zgromadzeni w gmachu przy Warszawskiej, byli przekonani, że tę sytuację trzeba zmienić. W ogólnym entuzjazmie powołano Komitet Lotnictwa Sanitarnego. W jego składzie byli: wiceprezydent miasta Witold Łuszczewski, dyrektor Wysocki z urzędu wojewódzkiego, dyrektor Tomaszewski, prezes Ogniska Kolejowego Edmund Burczyński, ksiądz Aleksander Chodyko, ksiądz Guszkiewicz, pastor Teodor Zirkwitz, rabin Gedali Rozenman, fabrykant Oswald Trylling, mecenas Witold Sławiński, sędzia Aleksander Zdrojewski, dr Rajnicka, Władysław Filipowicz przewodniczący związku zawodowego Praca oraz przedstawiciel chrześcijańskiej demokracji. Ster w tym Komitecie trzymali płk Ostrowski i mjr Lew.
  Ustalono, że zakupiony ze składek społecznych samolot ochrzczony będzie imieniem „Białystok”. Zastanawiano się jedynie czy zbierać pieniądze na czteroosobowy samolot za 37 tysięcy zł., czy może dwuosobowy, którego cena była o 10 tysięcy niższa. W tym samym czasie bardzo aktywna białostocka organizacja LOPP wystąpiła z inicjatywą aby w białostockich szkołach powstały „modelarnie aparatów lotniczych”. Uważano bowiem, że tego rodzaju działalność przyczyni się do większej akceptacji projektu powstania lotnictwa sanitarnego.
  Kolejne spotkanie Komitetu odbyło się 12 maja 1925 roku. Przewodniczył mu znów pułkownik Ostrowski. Przedstawił zebranym szczegółowy projekt organizacyjny. Zaproponował utworzenie trzech sekcji. Zaczął od „sekcji zabawowej”. Zająć się ona miała „organizowaniem zabaw i igrzysk”. Sekcja finansowa miała dbać o kasę. Była te sekcja „agitacyjno – zbiórkowa”.
  Zebrani zaakceptowali pułkownikowe propozycje. Rozpoczęła się dyskusja. Aktywnie uczestniczyli w niej duchowni. Ksiądz Chodyko pytał o zbiórki pieniężne. Pastora Zirkwitza interesowały zadania stawiane przed lotnictwem sanitarnym. Rabin Rozenman apelował o „zaproszenie pań do współpracy”.
  Tak to Komitet zaczął działać formalnie. Można więc przyjąć, że 12 maja 1925 powstało białostockie lotnictwo sanitarne. Znając lotniczą fantazję mniemam, że nadal działa sekcja zabawowa.

Andrzej Lechowski
Dyrektor Muzeum Podlaskiego w Białymstoku

Partnerzy portalu:

Dom na Mazowieckiej jak wrzód na d…? Urzędnicy od lat ignorują ten problem.

Dom na Mazowieckiej jak wrzód na d…? Urzędnicy od lat ignorują ten problem.

Przy ul. Mazowieckiej stoi żółty, stary, zabytkowy drewniany dom. Wokół niego zmieniło się wszystko – powstała nowa, szeroka ulica Kaczorowskiego, obok wyrosły apartamentowce i biurowce, zaś w okolicy znikło praktycznie wszystko z dawnych lat. Dom ten jest w fatalnym stanie, zabity deskami. Nic nie wskazuje na to, by ktoś miał jakikolwiek pomysł na zagospodarowanie tego domu. Można rzec, że jest on pryszczem na d… dla lokalnej władzy. Wszystko dlatego, że swoim przymykaniem oczy na drewniane zabytki najchętniej by chcieli, bo dom ktoś podpalił, a jego miejsce powstał kolejny apartamentowiec. Tak samo jak z wieloma domami na Bojarach, a ostatnio też na osiedlu Bema/Przydworcowe.

 

W 2013 roku czyli 5 lat temu można było przeczytać w lokalnym Kurierze Porannym, że ten dom „czeka na pomysł”. Mamy 2018 rok i co? Wciąż czeka? Dom należy do miasta, które próbowało wydzierżawić budynek. Zacznijmy od tego – że budynek jest ruderą, więc żeby wydzierżawić – albo powinno miasto ustalić czynsz na 1 zł na najbliższe 10 lat – tak by gruntowny remont się opłacał dla najemcy bądź też wyremontować budynek za własne pieniądze i wtedy dzierżawić. Niestety Tadeusz Truskolaski i jego ekipa są słynne z rozrzutności. Wydają pieniądze na lewo i prawo, niestety nie na to co trzeba. Przykładem mogą być śledzie książkowe (wiecznie puste – bo mieszkańcy książek nie oddają) czy hamaki (które idioci zdążyli już popsuć). Władza nie szczędzi też kasy na fanaberie mieszkańców – typu pomniki z budżetu obywatelskiego – o czym już wspominaliśmy. Przykładów można by wymieniać jeszcze więcej.

 

Dlatego też urzędnicy, dla których dom jest pryszczem na d… najprawdopodbniej marzą, by zabytek po prostu się rozpadł. Wtedy problem będzie z głowy. Wyda się decyzję zezwalającą na budowę kolejnego apartamentowca i wszyscy będa szczęśliwi. Po co w mieście hołdować ruderom, jak prawdziwe dzieła sztuki tworzą developerzy.

Partnerzy portalu:

Rynek Kościuszki 1

Rynek Kościuszki 1

 

    Naszą wędrówkę po nieistniejącej dziś zabudowie Rynku Kościuszki, którą w 1897 r. uwiecznił na kilku fotografiach Józef Sołowiejczyk, rozpocznijmy od pierzei południowej, posiadającej od 1919 r. numerację nieparzystą.
   Posesja przy Rynku Kościuszki 1 została bardzo szczegółowo opisana w inwentarzu Białegostoku, sporządzonym na przełomie 1771 i 1772 r. po śmierci Jana Klemensa Branickiego. Stał tu wówczas „budynek skarbowy drewniany tynkowany, dachówką kryty, z dwoma kominami murowanymi na dach wywiedzionymi, z lukarną w dachu i oknem w ołów oprawnym, w nim rezyduje Jmci Pan Trzeciak generał. Przy którym  przy sztachetach ogrodu dolnego pałacowego w środku wrota między dwoma słupami murowanymi fasowane podwójne szaro malowane, na wspomnianych słupach dwa kupidyny z laurami  i kwiatami szaro malowane na gzymsach blachą obitych siedzące”.
  Budynek był skarbowy, a więc został wzniesiony przez właściciela miasta i należał do dworu. Po III rozbiorze Polski i zainstalowaniu w Białymstoku władz pruskich, znaczna część dworskich budynków na terenie miasta została wydzierżawiona na potrzeby urzędów i na mieszkania dla urzędników.
  W 1799 r. w omawianym domu mieszkali m.in. radca Kamery Schmidt, chirurg powiatowy Lipiński, kancelista hipoteki Lange oraz kowal dworski Michał Jabłoński i stelmach dworski Kasper Czaczkowski.
  Jednak przed 1806 r. dom przy późniejszym Rynku Kościuszki 1 Izabela Branicka przekazała na własność Ignacego Paca. Po śmierci jego syna Jana, nieznana z imienia wdowa po nim wraz z małoletnią córką zostały przygarnięte przez Ignacego, który przekazał na ich potrzeby całą nieruchomość przy rynku.
  Wdowę Pacową odnotowano w 1806 r. oraz w 1825 r., była ona jednak tylko właścicielką, natomiast „tradycyjnym possessorem” był w tym czasie Mateusz Giewartowski, który w 1812 r. był drugim adiunktem ustanowionego przez administrację Napoleona nowego prezydenta miasta Franciszka Wołkowickiego. „Possessor” wynajmował dom w całości stolarzowi Puszmanowi za 20 rubli rocznie.
  W nieznanych bliżej okolicznościach omawianą nieruchomość wykupili dwaj najbogatsi Żydzi w Białymstoku – Kopel Halpern oraz jego szwagier Izaak Zabłudowski. Kopel zmarł w 1856 r., pozostawiając po sobie okazały majątek, na który składały się głównie domy i kamienice w Brześciu Litewskim, Grodnie, Białymstoku i Brańsku. Natomiast Izaak zmarł w 1864 r.
  Po ich śmierci dokonywano szczegółowego podziału majątku między spadkobiercami. W wyniku tych działań połowa praw własności do posesji przypadła Szejnie Małce, wdowie po zmarłym w międzyczasie wnuku Kopela, Danielu Halpernie.
  Natomiast po śmierc  i Izaaka prawa własności otrzymał Markus, zaś po jego śmierci Benjamin. Już w 1873 r. Szejna Małka Halpern, nosząca po powtórnym zamążpójściu nazwisko Halpern-Tumarkin, odkupiła od Benjamina prawa własności, stając się wyłączną posiadaczką posesji aż do 1910 r. To właśnie ona w latach 1896 – 1898 wzniosła w miejscu starego parterowego domu dwie, przylegające do siebie trzypiętrowe kamienice, tworzące w charakterystyczny sposób załamany początek pierzei rynku.
  Jednak inwestycja pochłonęła znaczne fundusze, pozyskane w większości od Wileńskiego Banku Ziemskiego. Na początku XX w. właścicielka miała już duże trudności w spłacie długu, toteż w 1910 r. jej nieruchomość zasekwestrowano i wystawiono na publiczną licytację.
  Rzadki to przypadek, ale tym razem kupnem majątku zainteresowały się władze miasta. Rada Miejska wyraziła zgodę na zakup nieruchomości z dużą kamienicą, którą zamierzano przeznaczyć na wynajem różnym instytucjom i organizacjom, czerpiąc z tego zyski do budżetu.
  Tak  też się stało – 14 października 1910 r. miasto nabyło posesję z dwiema trójkondygnacyjnymi kamienicami i pozostawała w ich posiadaniu do II wojny światowej. Zgodnie z intencją nabywcy, budynek był przeznaczony w całości pod wynajem.
  Z działających tu instytucji i organizacji warto wymienić przede wszystkim Miejską Bibliotekę Publiczną, założoną w 1919 r. i uruchomioną przy Rynku Kościuszki w maju 1920 r.
  Przez całe międzywojnie mieściła się tu redakcja „Dziennika Białostockiego” oraz mieszkanie jej redaktora naczelnego, Antoniego Lubkiewicza (zm. w 1928 r.).

  Warto wymienić działającą tu także księgarnię Jadwigi Klimkiewicz, kupioną w 1929 r. przez Zygmunta Skąpskiego.
  Kamienica przy Rynku Kościuszki 1 nie przetrwała II wojny światowej, a dziś jej miejsce zajmuje nowa zabudowa blokowa.

Wiesław Wróbel
Biblioteka Uniwersytecka w  Białymstoku

Partnerzy portalu:

Podlaskie chce ściągnąć do siebie Warszawiaków. Oto sposób organizacji turystycznej.

Podlaskie chce ściągnąć do siebie Warszawiaków. Oto sposób organizacji turystycznej.

Kiedy powstawał portal Podlaskie.Tv – główną jego ideą była promocja województwa podlaskiego jako miejsca przypominającego Bieszczady. Czyli ziemi zapomnianej, mało rozwiniętej, uspokojonej, gdzie żyje się powoli, zaś widoki są magicznego. To wszystko od początku istnienia staramy się ukazywać. Dodatkowo promujemy Białystok – jako miejsce, które powinno stanąć w szranki z największymi – Warszawą, Wrocławiem, Poznaniem, Krakowem czy Gdańskiem. Wszystko po to by gospodarczo dorównać im. Stolica województwa podlaskiego powinna być silnym ośrodkiem, zaś wszystkie okolice spokojne i magiczne. Do podobnych przekonań doszła Podlaska Regionalna Organizacja Turystyczna. W ostatnim czasie w internecie zaczęła promować walory regionu przez pryzmat wyzwań współczesnego życia. Przedstawia Podlaskie jako przestrzeń, gdzie nieskażona przyroda i zanurzona w niej kultura pozwalają naturalnie “zasilić się” i odzyskać utraconą równowagę.

 

Celem kampanii reklamowej województwa jest zakorzenienie obrazu Podlaskiego w świadomości mieszkańców Warszawy i innych dużych aglomeracji jako najlepszego miejsca naturalnego wypoczynku. Atutem ma być tylko 2 godziny jazdy od centrum Warszawy, zaś do zwiedzania puszcze, parki narodowe, rozlewiska rzek oraz. Jednym słowem „cyfrowy detoks”. Z taką różnicą, że w Bieszczadach internet mobilny i zasięg telefoniczny praktycznie nie działa. U nas tak. Zdjęcia na potrzeby kampanii wykonali podlascy fotografowie.

 

Kampania jest kierowana przede wszystkim do mieszkańców Warszawy. Podlaska Regionalna Organizacja Turystyczna jest stowarzyszeniem, które pracuje na rzecz wspierania turystyki w regionie. Działania Organizacji skupiają się na promowaniu lokalnych walorów turystycznych oraz kreowaniu pozytywnego wizerunku województwa podlaskiego. Głównym celem Organizacji jest zwiększenie zainteresowania całorocznym wypoczynkiem w regionie oraz wzrost liczby turystów w regionie.

 

Podlaska Regionalna Organizacja Turystyczna została powołana w 2002 roku. Wśród członków Organizacji znajdują się samorządy, instytucje, organizacje pozarządowe, osoby fizyczne oraz reprezentujące branżę turystyczną podmioty działające na rzecz rozwoju turystyki w województwie podlaskim.

 

 

fot. Podlaska Regionalna Organizacja Turystyczna

Partnerzy portalu:

W mieście będą stały ule. Urzędnicy chcą, by pszczoły znalazły się pośród mieszkańców mieszkańców

W mieście będą stały ule. Urzędnicy chcą, by pszczoły znalazły się pośród mieszkańców mieszkańców

Podobnie jak w Warszawie i Lublinie – w Siemiatyczach napotkać będzie można ule. Nie będzie to hodowla prywatna… tylko miejska. Samorząd Województwa wyłożył pieniądze, zaś gmina ma się pszczołami zajmować. Zanim podjęto decyzję – przeprowadzono badania jakości miodu tworzonego w warunkach miejskich. Okazało się, że ten nie zawiera substancji toksycznych, ani metali ciężkich.

 

Dlatego też pięć uli stanie na ulicach Siemiatycz. Samorząd przeznaczył 5000 zł. Gmina będzie musiała opiekować się nad ulami i rodzinami pszczół, w razie wyrojenia się – podjąć interwencję, będzie też musiała kupować i aplikować preparaty lecznicze, a także środki dzięki którym pszczoły nie zginą przez zimę. Faktyczną opiekę nad pszczołami będą sprawować doświadczeni pszczelarze. W przyszłości zostaną zamontowane też kamery w ulach – by można było podglądać ich życie online.

 

Warto wiedzieć, że kiedy zginie na kuli ziemskiej ostatnia pszczoła, ludzkości pozostaną tylko cztery lata życia. Dlatego warto dbać o to, by pszczół było jak najwięcej. Tak naprawdę ule w Siemiatyczach będą raczej o tym przypominać, by rzetelnie zadbać o pszczoły – ule powinny znajdować się w każdej gminie. Wbrew pozorom – realizacja takiego planu to byłby koszt – około 10 mln zł. W skali kraju? Grosze. Efekt – bezcenny.

 

fot. Urząd Marszałkowski Województwa Podlaskiego

Partnerzy portalu:

Posypały się kule i listy z Hondurasu

Posypały się kule i listy z Hondurasu

 

     Przed tygodniem w tym miejscu uliczka Orlańska, leżąca w samym środku przedwojennych Chanajek, była świadkiem nożowego pojedynku dwóch największych miejscowych zakapiorów – Jankiela Rozengartena i Szmula Gorfinkiela.     Przegranym okazał się ten pierwszy i 8 lutego 1939 r. odprawiono gona cmentarz żydowski przy ul.Sosnowej. Jego zabójca ratował się ucieczką aż do AmerykiPołudniowej.
  Tymczasem w chanajkowskich zaułkach wszyscy, od pętaka z chederu po najstarszego żydowskiego bałaguła (wozaka) dobrze wiedzieli, że rodzina zabitego opryszka oraz jego najbliżsi
kamraci z ferajny niechybnie myślą o zemście. Zapalczywy syn Jankieczkie Połtyjer musiał jednak najpierw zająć się  pogrzebem ojca. Miał z tym niejakie kłopoty.
  Oto bowiem firma „Ostatnia posługa” odmówiła dokonania obrzędów rytualnych i przybycia do domu zmarłego, twierdząc że dom jest nazbyt publiczny. Wyprowadzenie zwłok nastąpiło
zatem bezpośrednio z kostnicy szpitala św. Rocha przy ul. Piwnej, skąd okazały kondukt ruszył ku Sosnowej.
  Ponieważ szwagier Rozengartena, sprawca śmierci był nieosiągalny, tak dla policji, jak i dla złodziejskiej dintojry, synalek Jankie czkie postanowił zemścić się na żonie Gorfinkiela, a swojej ciotce, Małce. Drugi akt rodzinnych porachunków rozegrał się również na uliczce Orlańskiej.
  Stało się to niemal w miesiąc po pierwszym zdarzeniu. 2 marca 1933 r. młody Rozengarten wypatrzył ciotkę wracającą do domu z zakupami. Dopędził ją przed samą bramą domu nr 4, wydobył z kieszeni rewolwer i ze słowami: to za śmierć ojca! – zaczął strzelać. Gorfinkielowa próbowała uciekać, lecz ugodzona już pierwszym strzałem, upadła na ziemię. Jak się później okazało, następne kule też nie minęły celu.
  Ochłonąwszy z pierwszego wrażenia mściciel króla chanajkowskich bandziorów rzucił się do ucieczki. Popędził do wylotu ulicy Krakowskiej, gdzie niespodziewanie trafiła się mu taksówka. Miał jednak tego dnia wyraźnego
pecha: policja białostocka, która nie grzeszyła raczej pośpiechem w działaniu, tym razem okazała się nad wyraz skuteczna.
 

  O strzałach przy Orlańskiej i ich sprawcy po kilku minutach wiedział już starszy przodownik
Okoński, kierownik IV komisariatu, któremu podlegały Chanajki. Zarządził natychmiastowy pościg.
  Taksówka z Połtyjerem  Rozengartenem dojechała tylko do Rynku Kościuszki. Tutaj zauważył ją posterunkowy Wyszyński. Zamachał ręką i szofer zatrzymał rozpędzone auto. Rozengarten, widząc co się dzieje, wyskoczył ze stojącego pojazdu i z pistoletem w ręku próbował utorować sobie drogę ucieczki.
  Natknął się jednak na lufę broni policjanta i usłyszał okrzyk: stój albo strzelam! Opryszek upuścił swoją pukawkę na ziemię i niechętnie uniósł ręce do góry. Podczas rewizji znaleziono przy nim jeszcze sztylet i woreczek z kulami.
  Ranna Małka Gorfinkielowa przeżyła. Uratowali ją lekarze ze szpitala PCK, gdzie trafiła zaraz po zamachu.
   Po operacji i intensywnej kuracji wróciła na tyle do zdrowia, że mogła niebawem, jako świadek oskarżenia, wziąć udział w procesie swojego mściwego siostrzeńca.
  Teraz natomiast jeszcze o losach zbiegłego z Białegostoku Szmula Gorfinkiela. Otóż jesienią 1937 r. do Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w naszym mieście nadszedł list, aż z Hondurasu. Tamtejsza gmina informowała, że zmarł  właśnie białostoczanin, niejaki Białogórski, który pozostawił spadek dla rodziny w Polsce.
  Szybko okazało się, że ów Białogórski był w rzeczywistości Szmulem Gorfinkielem, który przed zemstą chanajkowskiej ferajny schował się za Oceanem.
  Policja, po otrzymaniu oficjalnego potwierdzenia zgonu umorzyła śledztwo przeciwko Gorfinkielowi o zabójstwo osławionego Jankieczkie.

Włodzimierz Jarmolik

Partnerzy portalu: