Można ubolewać, że choć mamy koniec grudnia to wciąż nie ma śniegu. To już kolejny rok z rzędu nie będą białe święta. Niestety chyba trzeba się z tym pogodzić. Na szczęście przystrojone miasto choć trochę zmieniło smutne oblicze. Po szarych dniach wieczory dzięki ozdobom są przyjemne. Wystarczy wybrać się na spacer po centrum. Tak też zrobiliśmy i my. Wszystko po to, by pokazać Wam ten przepiękny krajobraz, który króluje w centrum. Dlatego też, gdy już skończą się świąteczne spotkania z rodziną, to pamiętajcie że możecie się przejść. Bo jest gdzie. Gdy zbyt wiele zjemy – a na Podlasiu kuchnia wyjątkowa – trochę ruchu nam się przyda. Szczególnie w tak bajecznej scenerii.
Z okazji świąt Bożego Narodzenia,
składamy Państwu najserdeczniejsze życzenia
miłości, zdrowia i spełnienia marzeń oraz
abyście każdego dnia byli otwarci na drugiego człowieka
oraz pielęgnowali wszelkie relacje
Wesołych Świąt! Kamil Gopaniuk Podlaskie.TV
Na wstępie zaznaczymy iż nie angażujemy się w żadne konflikty polityczne. Ta sprawa jednak nie daje nam spokoju. Najbiedniejsi przed świętami dostali właśnie wiadomość. Będziecie płacić jeszcze więcej. Tak wygląda lista osób, które przyłożyły do tego rękę:
Dlaczego ta podwyżka uderza w najbiedniejszych? W dzisiejszych w rodzinach każdy z członków potrafi mieć samochód. Na taki luksus jednak nie mogą sobie pozwolić osoby starsze, studenci, bezrobotni. Radni powinni robić wszystko, by jak najwięcej osób korzystało z komunikacji, by można było nim dojechać szybciej niż samochodem. Tymczasem w Białymstoku wszystko jest odwrotnie. Komunikacja miejska to dramat. Autobusy nie jeżdżą najszybszą drogą, tylko objeżdżają wszystkie osiedla. Nie stawia się na przesiadki tylko na siedzenie w jednym autobusie. Na buspasach hula wiatr. O punktualności autobusów wspominać nie będziemy.
Teraz do tego dramatu jakby było mało radni dokładają podwyżki biletów. Wiadomo, że każdy chciałby podejmować tylko łatwe decyzje. Tutaj jednak nie ma mowy o tym, że to „trudna, ale potrzebna decyzja”. Do komunikacji miejskiej białostoczanie dokładają i tak i tak. To nie jest dziedzina, do której należy podchodzić biznesowo. Komunikacja ma rozwiązywać konkretny problem – możliwość przemieszczania się po mieście bez samochodu. Czy w Białymstoku rozwiązuje?
W Warszawie wiele osób ma samochody, ale na co dzień jeździ komunikacją miejską. W innych stolicach i metropoliach podobnie. W Białymstoku jednak cały czas urzędnicy nie czują, że nasze miasto może być metropolią. Nie przeszkadza im nawet fakt, że od jakiegoś czasu jesteśmy 10 miastem w Polsce pod względem liczby ludności.
Ceny biletów od 1 marca 2020:
Bilet normalny – 4 zł (obecnie 2,80 zł)
Bilet ulgowy – 2 zł (obecnie 1,40 zł)
Wycofane będą bilety 20- i 40-minutowych, które zastąpi bilet 30-minutowy. Jego koszt, to 3,60 zł – normalny oraz – 1,80 zł ulgowy.
Może to być dla Was zaskoczeniem, ale najstarszych budynków w Białymstoku jest tylko 5. Ewidencja zabytków liczy prawie 600 pozycji. Najwięcej budynków pochodzi z XIX wieku oraz początków XX. Nie oznacza to jednak, że są najstarsze. W ewidencji są również budynki, które powstały jeszcze w XVIII wieku. Jeżeli jednak odejmiemy z ewidencji te, które już nie istnieją lub istnieją w formie powojennej rekonstrukcji, to okaże się że naprawdę najstarszych czyli takich, które nieprzerwanie, od samego początku stoją w mieście – jest tylko 5.
Stary Kościół Farny
Na cześć Boga Najwyższego Trójcy Świętej, Najświętszej Marii Panny i Wszystkich świętych, świątynię od fundamentów wzniósł Piotr Wiesiołowski marszałek Wielkiego Księstwa Litewskiego, starosta kowieński, tykociński – taki napis w języku łacińskim widnieje na jednej z tablic wiszących na ścianie starego kościoła farnego. To jest najstarszy budynek w mieście. Formalnie stoi nieprzerwanie od 1626 roku (budowa zaczęła się w 1617 roku). W 1752 roku kościół został przebudowany ze stylu renesansowego na barokowy. W takim też stylu kościół zyskał wyposażenie.
W 1751 roku ściany świątyni zostały pokryte polichromią czyli przepięknymi malunkami na ścianach. Po obu stronach ołtarza znajdują się dwie rzeźby – świętych Piotra i Pawła z 1751 roku. Z tamtego okresu pochodzą również organy, które Jan Klemens Branicki ufundował kościołowi. Zostały one wybudowane w 1753 roku. W podziemnej krypcie kościoła jest pochowana między innymi Izabela Branicka.
Pierwszy kościół w tym miejscu został zbudowany w 1547 roku. Powstał, gdy Białystok był jeszcze wioską należącą do Raczkowiczów.
Brama wjazdowa do Pałacu Branickich
Nieprzerwanie od 1758 roku przetrwała wszystkie zawieruchy. Brama przechodziła jedynie remonty, jednak nigdy nie została zniszczona. Warto też dodać, że zegar w niej umieszczony to mechanizm, który nigdy nie był wymieniany. Zegar ten jest nie tylko mieści się w jednym z najstarszych budynków miasta, ale też sam w sobie jest najstarszym wieżowym zegarem w Polsce! Co ważne, nigdy nie odmówił posłuszeństwa. Pracuje od setek lat z małymi przerwami. Zegar w bramie wjazdowej zamówił Jan Klemens Branicki. Warto dodać, że sam Pałac został zniszczony i spalony, a obecny budynek jest rekonstrukcją.
Oranżeria w zespole pałacowo-ogrodowym
Dokładna data powstania nie jest znana, ale jest to połowa XVIII wieku. Budynek jest kompletnie niepozorny. Stoi przy ul. Mickiewicza. Setki osób dziennie obok niego przechodzi bez świadomości, że jest tak stary. Wszystko dlatego, że długo stał zapuszczony. Nie tak dawno patrząc na niego widzieliśmy wyblakłe kolory, odpadający tynk oraz pomazaną przez grafficiarzy elewację. To wszystko na szczęście w 2016 roku zostało odnowione przez Uniwersytet Medyczny.
Oranżeria to inaczej pomarańczarnia. Dawniej służyła do hodowli roślin egzotycznych (takich jak pomarańcze, cytryny) oraz kwiatów i krzewów. Kwitły w drewnianych donicach, a latem były przenoszone do ogrodu. Oranżerie były oczkiem w głowie Branickiego. Dlatego też jego zbiory należały do największych w kraju. Budynki pełniły również rolę ogrodów zimowych. Magnateria spotykała się tam i bawiła.
Cerkiew na wzgórzu
Budynek stoi między ulicami Kalinowskiego oraz Kijowską. Dawniej jeszcze przylegała do niej ul. Odeska (dziś jest kilkadziesiąt metrów dalej) a od południa Ołowiana. W 1760 roku powstała jako katolicka kaplica. Międzyczasie została cerkwią prawosławną. Mieszkańcy ulicy Kalinowskiego pamiętają jeszcze cmentarz wokół cerkwi. Później stał tam amfiteatr, a obecnie gmach Opery. Otoczenie wokół świątyni się mocno zmieniało. Sama Cerkiew św. Marii Magdaleny jednak nie. Warto dodać, że gdy powstawała to była jeszcze poza miastem. Jeszcze jako katolicką kaplicę ufundował ją Jan Klemens Branicki.
Mniej więcej 100 lat później świątynia była już prawosławna. Dokładne okoliczności zmiany nie są jednak znane. Wiadomo jedynie, że w 1860 roku z inicjatywy prawosławnej parafii św. Mikołaja przeprowadzony był remont i rozbudowa kaplicy. Samo wyświęcenie miało miejsce 25 lipca 1861 roku. Zmiana właściciela kaplicy była również przedmiotem sporu sądowego. Kościół katolicki sądził się bowiem o własność z Cerkwią prawosławną. W 1958 roku zapadł wyrok, który przyznał 2/3 cmentarza oraz świątynie katolikom. Obie strony odwołały się jednak od tego wyroku. Zanim jednak te odwołania zostały rozpatrzone, to nieruchomość przejęło miasto. Dopiero w 1991 roku część wzgórza przekazano Polskiemu Autokefalicznemu Kościołowi Prawosławnemu. Decyzja ta została zatwierdzona dopiero w 2006 roku.
cerkiew św. Marii Magdaleny
Plebania parafii Wniebowzięcia NMP
Ostatnim z XVIII-wiecznym budynkiem w mieście jest plebania najstarszego kościoła (i budynku) w mieście. W latach 70-tych XX wieku została przebudowana. Pierwszy budynek powstał prawdopodobnie ok. 1746 roku (w ewidencji zabytków widnieje rok 1761, dlatego wymieniamy go na końcu) i został ufundowany przez Jana Klemensa Branickiego. Magnat sprowadził do Białegostoku duchownych ze Zgromadzenia Księży Wspólnego Życia, którzy przez pół wieku zarządzali parafią i prowadzili duszpasterstwo.
Zauważaliśmy pewną prawidłowość. PKP od jakiegoś czasu intensywnie remontuje dworce także w naszym regionie. Trwają właśnie prace w Białymstoku by wrócić do dawnego świetnego wyglądu, będą też remonty w Szepietowie i Jabłoni Kościelnej w powiecie wysokomazowieckim. Nie inaczej będzie w Siemiatyczach, Suwałkach, Czeremsze wielu innych. Remonty te na pewno cieszą jednak praktycznie wszędzie w nich brakuje istotnego elementu.
Tym istotnym elementem jest zadaszenie peronów. W Białymstoku od lat tylko na jednym peronie stoją maleńkie wiaty jak na przystanku autobusowym. Nie mamy pojęcia skąd to wynika, że pieniądze na remont budynku, ba nawet na budowę przejść podziemnych zamiast kładek w Białymstoku się znalazły, a na zadaszenie peronów już nie. Nie są to bowiem zbyt wielkie koszty. Dach przecież nie musi być gigantyczny. Wystarczy spojrzeć jak to wygląda w pobliskich Łapach. Tam zadaszenie już jest od dawna. Szansa na dach w Białymstoku pojawi się wraz z budową Rail Baltica, która ma być ukończona w 2025 roku. Sam Białystok ma być ukończony wcześniej. Przy dobrych wiatrach pod dachem będziemy stali gdzieś w 2022-2023 roku. Jakby nie było można tego zrobić wcześniej. A inne miasta Podlaskiego, przez które nie przebiega Rail Baltica?
Problemu w zasadzie nie ma tam gdzie jest tylko jeden peron. Zawsze można powiedzieć, że tam gdzie nie ma dachu można czekać w budynku. Chyba każdy jednak lubi wsiąść do pociągu bez pośpiechu czyli w sytuacji, gdy stoi na peronie. Wsiadanie na ostatnią chwilę to nie jest najlepszy pomysł.
Kończy się pewna epoka. Centrum Park przy dworcu będzie znikać. Kompleks sklepików zostanie zburzony. W przyszłym roku miasto rozpoczynać będzie budowę węzła intermodalnego. Ludzie otrzymali od miasta pisma, by się wyprowadzali.
Bazar przy Jurowieckiej, skwerek przy Ratuszu oraz Centrum Park – to chyba trzy najbardziej charakterystyczne miejsca w Białymstoku z „lat 90-tych”. Pierwsze dwa za sprawą Tadeusza Truskolaskiego już znikły. Najpierw przeprowadził wojnę z kupcami na Jurowieckiej, potem spotkałem się z oporem przed likwidacją skwerku (czego efektem było pozostawienie kilku drzew i przesadzenie innych w okolice spodków). Teraz znów prezydent będzie miał przeciwko sobie kupców. Wiedzieli, że są w miejscach tymczasowych jednak otrzymali pisma nakazujące do niemalże natychmiastowej przeprowadzki. Trochę to komiczne.
Prezydent budując lotnisko na Krywlanach nie chce go uruchamiać, bo zażądał liczenia drzew tym samym mocno opóźniając otwarcie inwestycji. Tymczasem z węzłem intermodalnym można powiedzieć, że wyskoczył jak filip z konopi. O wszelkich inwestycjach w mieście było wiadomo często mocno z góry. O węźle tylko tyle, że kiedyś powstanie. A tu nagle pisma do kupców i do widzenia. To jest nie tylko niepoważne, ale również zwykły brak szacunku. Ludzie muszą w bardzo szybkim czasie przenosić biznes co może się skończyć dla nich stratami, zwolnieniami pracowników lub zamknięciem biznesu. Gdyby dostali kilka miesięcy mogliby wszystko na spokojnie zaplanować.
fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Wracając do samych pawilonów Centrum Park. Pierwsze pojawiły się między dworcami w 1991 roku, gdy w Polsce zaczął raczkować kapitalizm. Pierwotnie w tym miejscu miał znajdować się parking. W imieniu kupców handlujących na białostockich bazarach i targowiskach utworzenie kolejnego miejsca negocjował z miastem Ryszard Mazurek. W efekcie przed świętami Bożego Narodzenia w 1991 roku można było zrobić pierwsze zakupy w Centrum Park zwanym wówczas „Stary Park”. W 1995 roku było już 91 lokali. W 1996 roku powstał pomysł budowy nowego kompleksu handlowego. Budynek pomieścił 57 kolejnych lokali. I tak przy dworcu łącznie funkcjonowało 148 lokali. Dziś to miejsce wieje pustkami. Jego czas dobiega końca i nikt pretensji do prezydenta o inwestycję nie ma. Jednak o styl w jakim ją zaczyna.
Cała inwestycja będzie kosztować aż 183 miliony złotych. Najpierw miasto zacznie od przebudowy dróg. Jak niektórzy zauważyli pierwsze zmiany już nastąpiły. Na przeciwko galeriowca dorobiono dodatkowy pas ruchu dla autobusów. W planach drogowych jest jeszcze rozbudowa skrzyżowania Kopernika – Łomżyńska – Młynowa, rozbudowa ulicy Łomżyńskiej, a także stworzenie nowej „Łomżyńskiej”, która jeszcze nie istnieje. W kolejnym etapie będą jeszcze prowadzone rozbudowy ulicy w okolicy Bohaterów Monte Cassino oraz Św. Rocha. Częścią całej inwestycji będzie też centrum przesiadkowe, które zajmie miejsce Centrum Park.
Wraz z rozwojem Białegostoku coraz więcej mieszkańców szukało miejsc, gdzie mogłoby się ochłodzić w upalne dni. Jeżdżono lub chodzono do Jurowiec oraz do Supraśla. Była to jednak spora wyprawa gdyż w latach dwudziestych miasto kończyło się na skrzyżowaniu Sokólskiej i Białystoczek (teraz 1000-lecia P.P). Większość białostoczan mieszkała w bliższej lub dalszej okolicy dzisiejszego Rynku Kościuszki. Zatem by dostać się na plaże musieli pokonać około 8 km. W dwie strony to już sporo. Na Dojlidy zaś było dużo bliżej. Dlatego już w latach 30. XX wieku było to bardzo oblegane miejsce. Szczególnie, że na uporządkowanym terenie nie było można spożywać alkoholu co czyniło je bezpieczniejsze w przeciwieństwie do Jurowiec.
Porządek na stawie w Dojlidach zaprowadzono już w 1933 roku. Powstanie w tym miejscu plaży było oczkiem w głowie prezydenta miasta Seweryna Nowakowskiego. Dlatego też w trzy lata przeprowadzono wszystkie prace, by ruszyć z miejską plażą w Białymstoku. Wraz z nią w Białymstoku pojawiły się stroje kąpielowe odsłaniające ciało oraz wybory miss najzgrabniejszych nóg, miss z najładniejszą opalenizną oraz miss całego sezonu letniego. Dodatkowo na Dojlidach obchodzono noc świętojańską. Wzdłuż plaży ciągnął się chodnik. Między nim a taflą wody był złociutki piasek, na którym stały też boiska do siatkówki oraz innych gier plażowych. Wybudowano również kawiarnię. Już w 1937 roku dobudowano skocznię oraz zakupiono kajaki i rowery wodne.
Po II Wojnie światowej Dojlidy były zapuszczonymi, zarośniętymi stawami. Miejsce to zostało wykorzystane przez Technikum Rolnicze, które postanowiło hodować karpie. O żadnym wznowieniu plaży w tym miejscu nie było nawet mowy. Zapotrzebowanie na plażowanie jednak rosło, bo mieszkańców Białegostoku przybywało. Miasto szukało sposobu by wznowić „Dojlidzki kurort”. Tymczasem dyrekcja technikum szła w zaparte. W 1958 roku postanowiono zaproponować „kompromis”. Technikum Rolnicze zaproponowało podzielenie stawów i zapłacenie gigantycznych pieniędzy każdego roku. W mieście nie przeszli koło tego obojętnie. Wybuchł skandal. Białostoczanie na łamach prasy zaczęli żywo dyskutować o tym co ważniejsze hodowla karpi czy jednak plaża dla 100 tysięcy obywateli. Sprawa odbiła się tak dużym echem, że Najwyższa Izba Kontroli postanowiła sprawdzić Technikum Rolnicze. Okazało się, że szkoła na hodowli ryb wcale nie zarabia, a ponadto niemalże rozdaje za darmo karpie swoich pracownikom i urzędnikom. W wyniku tego Ministerstwo Rolnictwa, któremu podlegało technikum podjęło w 1958 roku decyzję o tym ażeby stawy przekazać miastu. Ostatecznie jednak miało miejsce to w 1959 roku. W 1962 roku na terenie kompleksu zaczęto prace, które miały przywrócić rekreację.
Dzisiejsze Dojlidy to trzy sztuczne zbiorniki o łącznej powierzchni 34 hektarów. Mało kto wie, że dzisiejsza plaża to tylko kawałeczek całości. Z drugiej strony zalewu można udać się do wspaniałego świata natury. Występuje tam około 200 gatunków ptaków! Sprawny obserwator może zauważyć czaplę białą, czaplę nadobną, kormorany, pelikany, orły a nawet mewy! Niektóre z ptaków, które występują na stawach dojlidzkich nie są obecne nawet w największej podlaskiej dziczy – Biebrzańskim Parku Narodowym. Spacerując tamtędy możemy również napotkać wiele płazów. Przede wszystkim żaby, ale też ropuchy, kumaki, rzekotki czy traszki.
https://www.youtube.com/watch?v=vo_zIxWQB38
Druga strona Dojlid to ciekawe miejsce również zimą. Idąc tym cichym i spokojnym miejscem nieraz można zapomnieć, że nadal jest się w Białymstoku! Jeżeli wybierzemy się wcześnie rano to bardzo prawdopodobne będzie, że spotkamy sarny i inne dzikie zwierzęta. We współczesnych Dojlidach oprócz popularnej plaży jest również inne ciekawe miejsce. Dawniej intrygowało wielu, gdyż niewielu potrafiło tam dopłynąć. Dziś prowadzi tam kładka. Mowa tu o wyspie, która znajduje się kilkaset metrów od plaży. Można tam się wybrać piechotą bądź podjechać rowerem. Miejsce to jest poza Białostockim Ośrodkiem Sportu i Rekreacji stąd też latem, gdy wejście na plażę jest płatne, to do wyspy można dojść drogą prowadzącą z cerkwi.
Włókiennicza 7/9, Włókiennicza 16, Częstochowska 14/2, Poleska 85 – to wszystko adresy dawnych, XIX-wiecznych fabryk, które przetrwały mimo totalnego zniszczenia Białegostoku przez Niemców podczas II Wojny Światowej. Gdy Białystok był zwany Manchesterem Północy, tamte rejony były gęsto zabudowane takimi fabrykami. Konstrukcji stawiano tak dużo, że w pewnym momencie pod koniec XIX wieku na rynku… zabrakło cegieł. Wiele kolejnych niedokończonych kamienic i fabryk zostało porzuconych. Dlatego też te 4 fabryki, które przetrwały są niezwykłą pamiątką po tamtych czasach i należałoby je traktować z szacunkiem. A jak jest teraz? Na pewno przydałoby się odświeżenie wszystkich elewacji.
Najlepiej ze wszystkich ma się Poleska 85. Zespół fabryk Steina składa się z dawnego młynu parowego oraz magazynu. Dziś pod tym adresem funkcjonuje studio tańca oraz sklepy. Same budynki przypominają beczki. Izaak Stein na początku XX wieku w swoim przedsiębiorstwie realizował zamówienia żywnościowe. Stąd też młyn. Niestety W 1915 roku fabrykant został wywieziony w głąb Rosji. Do Białegostoku powrócił po 7 latach. Niestety już swojej dawnej fabryki nie uruchomił. Na zapleczu dzisiejszego zabytku od ul. Artyleryjskiej znajduje się willa Izaaka Steina, zbudowana na przełomie XIX i XX wieku.
Przy Włókienniczej 7/9 (dawniej ul. Białostoczańska) oraz Częstochowskiej 14/2 funkcjonował zespół fabryk powstały w 1892 roku. Produkowano tam tekstylia, sukno, koce oraz kołdry. Właścicielami byli Mojżesz Silberblat oraz Wolf Zylberblatt, a także pani Chana Marejn. Zatrudniano tam wiele robotników. Raz, jednego dnia 40 osób porzuciło pracę. Powodem był konflikt związany z zarobkami. Otóż Mojżesz Silberblat postanowił takowe swojej załodze obniżyć. Ogólnie fabryki nie cieszyły się dobrą sławą. Urzędnicy kontrolowali produkcję. Do sądu skierowano sprawy w sprawie przekroczenia przepisów sanitarnych oraz inspekcji pracy. Warto też dodać, że takich fabryk w mieście było mnóstwo, stąd też tracąc zatrudnienie w jednej – szybko można było odnaleźć je w innej. Gdy pewnego dnia postanowiono unieruchomić drugą zmianę w fabryce, to bez pracy zostało 100 osób. Jednak do wyboru mieli wiele innych zakładów pracy.
Jako ciekawostkę możemy dodać iż w fabryce był zamontowany jeden z pierwszych telefonów w mieście. Numer do fabryki to… 91. W latach trzydziestych XX wieku, gdy telefonów już było więcej – do fabryki można było się dodzwonić także na 2 inne numery – 435 oraz 563. Kłopotów z zapamiętaniem zbyt wiele nie było. Warto też odnotować że w latach trzydziestych XX wieku w fabryce wybuchł pożar. Zapaliło się przegrzane łożysko przy szarparni szmat. Robotnicy pożar ugasili sami zanim jeszcze przybyli na miejsce strażacy. Strat nie było.
O właścicielach fabryki niewiele wiadomo. Jedynie można napisać o Mojżeszu Zylberblacie iż mieszkał on na terenie swojej fabryki. Obecnie przy Włókienniczej 7/9 znajduje się komis. Oddzielnym tematem należy traktować fabrykę z Częstochowskiej 14/2. Mimo, że należała do tego samego zespołu, to od wielu lat jest to zupełny pustostan. Jeszcze w 2014 roku lokalne media pisały, że może tam powstać centrum nauki. Jeszcze wcześniej mieszkali tam anarchiści prowadzący squat DeCentrum. Dziś jak wiele innych zabytków w mieście dawna fabryka niszczeje. Mimo upływu lat wciąż nie ma pomysłu na zagospodarowanie tego miejsca.
Zauważyliśmy w ostatnim czasie pewną tendencję. Jakaś jednostka samorządu albo instytucja albo powiązana z którąś z tych organizacja (nie będziemy wymieniać nazw, bo nie o to chodzi) zamawia film w telewizji albo u znanego YouTubera tak żeby jedno albo drugie szepnęło o Białymstoku dobre słowo albo ogólnie pokazało Białystok. I co pokazują wtedy? Za każdym razem to samo. Kościoły, Pałac Branickich, ratusz, Opera, kampusy uczelniane.
https://www.youtube.com/watch?v=kbU2qyHBpTc
Powiedzcie teraz czy pamiętacie jakiś konkretny film o Białymstoku? Nam przychodzi w pierwszej kolejności klip Wschodzący Białystok. W ciągu 30 sekund praktycznie w ogóle nie widać w nim kadrów z całego miasta lecz poszczególne kadry Pałacu Branickich. Jak to jest jednak, że po wielu latach od premiery pierwszy przychodzi na myśl właśnie ten? Ano dlatego że wyróżniał się od pozostałych i to dość mocno. Na tyle mocno, że ludzie wówczas dzielili się na tych, którzy go chwalili oraz mocno krytykowali. Najgorzej, gdy nie można zrobić ani tego ani tego.
Czy znacie serial Ojciec Mateusz? Na pewno tak. Gdzie się dzieje akcja wiecie? Oczywiście. Cała Polska wie, że w serialu ogląda się Sandomierz. Wyobraźcie sobie, że miasto ma reklamę w telewizji już od 11 lat. Nawet jeżeli akcja dzieje się gdzie indziej to i tak jest kojarzone wszystko z Sandomierzem. Oto cytat z portalu Echo Dnia z kwietnia 2019 roku:
Ekipa Ojca Mateusza pracę rozpoczęła w sobotę. Zdjęcia tym razem potrwają do wtorku – odbywają się głównie na Rynku. W sobotę i niedzielę z kręceniem poszczególnych scen były nie małe kłopoty. Do Sandomierza przyjechało na weekend mnóstwo turystów, którzy… mocno przeszkadzali filmowcom. Poszczególne ujęcia były często po kilka razy powtarzane ze względu na to, że ktoś niepowołany do tego znalazł się na planie. (…) O niesłabnącej popularności „Ojca Mateusza” świadczy chociażby ostatnie wyróżnienie statuetką Telekamery „Tele Tygodnia” 2018 w kategorii serial cotygodniowy. (…) W Sandomierzu można znaleźć wiele śladów obecności Ojca Mateusza. Jest Muzeum Figur Woskowych, Dworek Ojca Mateusza i wiele innych. Atrakcje te przyciągają do Sandomierza tysiące turystów.
To teraz wróćmy do Białegostoku. Nie wiem czy zdajecie sobie sprawę ale w naszym mieście „Ojcem Mateuszem” póki co jest jedynie Krzysztof Kononowicz, który w internecie co raz daje show ze swoim kolegą „Majorem Suchodolskim”. W efekcie wszyscy młodzi wielbiciele kojarzą nasze miasto właśnie z tym duetem. Możecie się zdziwić, ale wielu z młodych „widzów” przyjeżdża do Białegostoku by osobiście spotkać Kononowicza, zrobić z nim fotkę lub wrzucić coś śmiesznego do internetu. Nie wierzycie? Przejrzyjcie YouTube. Na razie jest to zjawisko, które dopiero się rozkręca. Na popularność Kononowicza nie mamy wpływu, ale gdy jest on jedynym kojarzonym z Białymstokiem na masową skalę przez dosłownie każdego, to znaczy, że te wszystkie filmiki promocyjne nie są nic warte. Białystok mógłby być jak Sandomierz. Problem w tym, że ktoś kiedyś nie wykorzystał szansy jaką było „U Pana Boga za piecem”. Gdyby po wielkim sukcesie filmu ktoś wpadł na pomysł ażeby hojnie zapłacić twórcy, by stworzył serial z akcją głównie w Białymstoku, to dziś byłoby u nas tak samo jak w Sandomierzu. No cóż wówczas powstał tylko miniserial będący jedynie rozszerzeniem filmu. Na serialu i filmie jednak najbardziej zyskały Sokółka, Tykocin czy Supraśl.
W ostatnich latach realizowano także w Białymstoku jeden odcinek jakiegoś średnio znanego, kryminalnego serialu TVN. Był też realizowany serial Kruk. Tyle że Białymstokiem była… Łódź oraz Czarna Białostocka. No i ostatni przykład: Serial Rodzinka.pl i wyjazd głównego bohatera do Białegostoku. Na pewno lepsze to niż nic, ale szczerze, to po obejrzeniu tego mocno się rozczarowaliśmy. Białystok w odcinku był pokazany raczej na siłę. Dlatego też jedyny, długotrwający serial o Białymstoku to Pan Kononowicz. Dlaczego nikt w Białymstoku nie potrafi dogadać się z dobrym, rozpoznawalnym artystą oraz z ogólnopolską telewizją (lub platformą VOD), by wspólnie zrealizowano dobry scenariusz, dobrego serialu, tak żeby cały sezon akcja działa się w Białymstoku i okolicach? W Białymstoku i ogólnie regionie nie rozumieją pewnej prostej zasady:
Ostatnio na świecie gigantycznym hitem stał się serial „Czarnobyl”. Wycieczki z całego świata ignorując fakt, że nadal występuje tam promieniowanie a miasto nadal jest zamknięte, masowo przyjeżdża by zobaczyć na żywo miejsce katastrofy. Kiedyś możemy się obudzić w dniu, w którym całe wycieczki będą przyjeżdżać do Krzysztofa Kononowicza. Jeżeli dalej nic nie będziemy robić z porządną promocją miasta.
Białystok w 2001 roku to miejsce, do którego z pewnością wracać nie chcemy. Inaczej ubrani ludzie, inne samochody, inne elewacje budynków oraz szyldy na sklepach. Do tego skwerek na Rynku Kościuszki, bazar na Jurowieckiej oraz ulica zamiast deptaka, plac dla samochodów zamiast dla pieszych przez Teatrem Dramatycznym oraz Młynowa przepełniona drewnianymi domami. Nie brakuje też budek telefonicznych na ulicach. To największe zmiany jakie można zauważyć na filmie. Czy jedyne? Niektóre miejsca wyglądają identycznie jak dziś, lecz tylko z zewnątrz gdyż w środku mają już zupełnie inny wystrój niż w 2001 roku.
Zmieniło się jednak coś jeszcze. Kolory miasta. Dawniej były szaro-bure, niekiedy pstrokate. Teraz wszystko wygląda po prostu dużo lepiej. Białostoczanie chyba są w porównaniu z 2001 rokiem także szczęśliwsi. Nie tak odległe to czasy by nie pamiętać jak ludzie masowo wyjeżdżali do Warszawy za lepszym życiem. Później weszliśmy do Unii Europejskiej zaczęły się masowe wyjazdy do Niemiec, Wielkiej Brytanii, a później też Holandii. Czy obecnie też wyjeżdżają? Na pewno nie jest to taka skala jak dawniej.
Jedno jest zauważalne, że w mieście jest coraz mniej studentów. Dawniej było ich tu około 50 000 każdego roku. Teraz 25 000. Połowa nie jest już zainteresowana Białymstokiem. Tak jak dawniej lepiej było jechać do Warszawy, tak teraz kilka godzin możemy być w Poznaniu, Wrocławiu, Gdańsku czy Krakowie które biją pod względem rozwoju Białystok na głowę. Tak też się dzieje. Nie jeździmy już za granicę, ale też wiele osób, gdy tylko może ucieka do innych miast. Białystok mimo tych wszystkich zmian w wyglądzie dalej nie jest atrakcyjny. Nawet te słynne powietrze nie jest już takie świeże jak kiedyś. Zarobki w mieście są nadal niskie, a dostępność specjalistycznych stanowisk pracy (dobrze płatnych) praktycznie żadna. Dlatego też jest wiele jeszcze do zrobienia w mieście. Pytanie tylko czy jest jeszcze na co czekać zanim ostatni zgasi światło.
Tydzień temu Białostocka Książnica Podlaska przy ul. Skłodowskiej wprowadziła nową zasadę: jeżeli chcesz wejść do czytelni, musisz wypróżnić zawartość swoich torebek lub plecaków do przezroczystych, plastikowych worków. Plecaki i torebki muszą zostać w szatni, na której widnieje napis, że „za pozostawione rzeczy, książnica nie ponosi odpowiedzialności”.
Masz laptopa w specjalnej tobie? Nic nie szkodzi, wrzuć do worka, razem ze wszystkim innym. Masz leki? Nic nie szkodzi, wrzuć do worka, gdzie wszyscy je będą widzieli. Masz ze sobą artykuły higieny osobistej? Te też musisz wrzucić do przezroczystego worka, aby wszyscy mieli na nie wgląd. To samo dotyczy dokumentów, ładowarek, większych portfeli, itp. Prikaz przyszedł na życzenie dyrekcji, która jest przekonana, że osoby korzystające z placówki powinny rezygnować ze swojej prywatności, aby… wypożyczyć książkę. Czy wracamy do czasów, gdy człowiek był dla państwa, a nie państwo dla człowieka? Autor: zw
Przechodziliśmy tamtędy setki razy. Zarówno z jednej jak i drugiej strony nic nie wskazywało, że coś tam się zmienia. Dziś postanowiliśmy zajrzeć do środka i byliśmy w szoku. Połowy dawnego osiedla już nie ma. Zostało wyparte przez nowe budownictwo. Mowa tutaj o drewnianej części os. Przydworcowego – bardzo wąskie uliczki między Młynową a Bema dawniej wypełnione drewnianymi domami. A dziś… no cóż zostało już niewiele.
Na wstępie trzeba obiektywnie przyznać. Wartość historyczna tego miejsca nie jest zbyt wielka. Skrupulatnie sprawdzaliśmy. Jest dosłownie kilka domów jeszcze sprzed I Wojny Światowej. Nawet dwa z XIX wieku! Jednak większość to budynki, które powstały przed samą II Wojną Światową. Nie ma co tego miejsca porównywać do Bojar, ale można do Chanajek. Jak wiadomo te słynęły z wąskich uliczek, przy których stały drewniane domy i kamienice. Zupełnie jak właśnie na Toruńskiej, Angielskiej, Kieleckiej, Kurpiowskiej czy Kochanowskiego czyli drewniane Przydworcowe. Z tym, że w ostatnich latach te drewniane domy zaczęły znikać. W ich miejsce pojawiły się nowoczesne domy, a ostatnio także bloki. Nie mamy wątpliwości, że przyszłość tego miejsca jest już przesądzona. Jednak póki jeszcze istnieje to zachęcamy wszystkich bez wyjątku do spaceru tamtymi uliczkami. Poczujecie się dokładnie tak jakbyście byli na przedwojennych Chanajkach. Podczas naszego spaceru byliśmy zachwyceni domami, które napotkaliśmy. Mają w sobie niezwykły urok. Szczególnie, gdy idziemy bardzo ciasną i cichą uliczką. Czasem tylko jakiś pies zaszczeka.
Ta część Białegostoku zaczęła się rozwijać stosunkowo późno. Studiując dawne mapy widać, że najpierw było dzisiejsze centrum z Pałacem Branickich, ulicą Kilińskiego i ratuszem na czele. Później miasteczko zaczęło się rozwijać na północ. To tam powstawać zaczęły jedna przy drugiej fabryki. Pierwsze domy oddalone od centrum i to w sporych odległościach od siebie powstawały na początku XX wieku przy Angielskiej, Grunwaldzkiej, Sosnowej czy Młynowej. Dopiero w kolejnych 40 latach czyli do II Wojny Światowej ulice te zaczęły się zagęszczać domami. Wtedy też pojawiać się zaczęły domy przy wspomnianych ulicach Kieleckiej, Toruńskiej, Kochanowskiego, Kurpiowskiej, Mohylowskiej i Witebskiej oraz Angielskiej, Młynowej czy Bema.
Za kilka lat z pewnością będzie już tam zupełnie inaczej. Pojawiły się pierwsze bloki przy Młynowej. Ogólnie całe os. Przydworcowe obecnie mocno wypiera drewniane domy. W okolicy prowadzonych jest kilka budów. Dźwigi rozstawione są co krok. Cóż, zawsze powtarzamy że miasto jest tkanką dynamiczną, która się rozwija i zawsze nowe będzie wypierać stare (byleby z rozsądkiem). Warto zwrócić uwagę, że w tych nowych blokowiskach uchował się jeden dom – przy Angielskiej 2. Cała jego okolica dosłownie znikła na rzecz blokowisk właśnie. Oby ten drewniany dom pozostał jak najdłużej. Wybudowano go bowiem w 1885 roku. Warto dbać o taką perełkę.
Dźwigi na os. Przydworcowym to obecnie bardzo częsty widok. Można je spotkać na każdym kroku. Powstaje wiele nowych bloków w miejscu, gdzie dawniej stały drewniane domy. Na zdjęciu widok z ul. Młynowej na bloki powstające w okolicy Angielskiej i Wyszyńskiego.
Sobota wieczór oraz niedziela rano. O tych porach w każdy weekend Polsat gromadził rzeszę widzów przy swoich programach Disco Polo Live oraz Disco Relax. To właśnie one były przepustką do wielkiego świata show biznesu dla Zenona Martyniuka i jego Akcentu czy też Marcina Millera i zespołu Boys. Byli jednak też tacy, których muzyka była popularna tylko w tamtych czasach – szalonych latach 90. Dziś pozostało tylko sentymentalne wspomnienie. Postanowiliśmy przypomnieć o dawnych gwiazdach, które milionom Polaków w swoich klipach pokazywały między innymi Białystok – swoje miasto.
Boys – Gdzie Moja Wolność
Casanova – Nikt na Świecie
Classic – Jolka, Jolka
Janusz Laskowski – Świat nie wierzy łzom
Boys – Dlaczego
MIG – Co ty mi dasz
Skaner – Nadzieja
Tropical – W parku
Skaner – Nadzieja
Pozytywny wariat biega po całym Białymstoku, by na koniec pojechać autobusem z ludźmi w kolorowych przebraniach. Tak można streścić Nadzieję zespołu Skaner. Możemy między innymi zobaczyć jak wokalista wychodzi z Teatru Dramatycznego, później poznaje dziewczynę przy skrzyżowaniu ul. Słonecznej oraz 11 Listopada. W kolejnej scenie chłopaki śpiewają siedząc na murku oddzielającym ogród Pałacu Branickich od dolnej części ze stawem. Później biegiem przez Planty i środkiem ul. Mickiewicza. Kadry są na tyle wąskie, że tylko ktoś kto mieszka w Białymstoku rozpozna te miejsca. Na koniec jest jeszcze jazda autobusem KPK w charakterystycznych dla Białegostoku malowaniu. Później można zobaczyć jeszcze jak wokalista biega pomiędzy polonezami na ul. Lipowej. Piękna wycieczka po Białymstoku!
Janusz Laskowski – Świat nie wierzy łzom
Ten kawałek to absolutny klasyk, na którym można zobaczyć jak Janusz Laskowski jeździ na początku przez dawne osiedle Piasta, gdzie było wiele drewnianych domów oraz przez Rynek Kościuszki, gdy ten był jeszcze przejezdny. Oprócz tego można rozpoznać jeszcze wielkie rondo przy Piastowskiej. Artysta przemierza prawdopodobnie też osiedle Przydworcowe i dawne Chanajki. Tu jednak pewności nie mamy, bo kadry są dość ciasne. Można też zobaczyć jak Janusz Laskowski spaceruje po amfiteatrze, który już nie istnieje gdyż jego miejsce zajęła Opera przy Odeskiej.
MIG – Co ty mi dasz
Ten teledysk to absolutny hit internetu za sprawą efektów specjalnych. MIG pokazuje również Białystok w dość… ciekawy sposób. Stojąc na dachu hotelu Gołębiewski, stojąc na wówczas nowym wiadukcie przy Produkcyjnej oraz idąc pod nim, dołem po wyłączonym odcinku ruchliwej ulicy. Zespół śpiewa też z dachu jakiegoś budynku, na którym widać w tle osiedle. Niestety nie podejmiemy się aż tak głębokiej analizy, która nam powie gdzie to było. Tu bowiem również królują ciasne kadry.
Boys – Gdzie moja wolność
Na bazie hitu „Niech żyje wolność” rok później Marcin Miller i Boys nagrywają „Gdzie moja wolność” jako kontynuację poprzedniego kawałka. Ta sama melodia, ale nowe słowa. Akcja dzieje się w celu aresztu śledczego przy ul. Kopernika. Później jednak wokalista wychodzi na wolność, o której śpiewa. Z radości tańczy przy Pałcu Branickich oraz idzie ulicami miasta.
Classic – Jolka, Jolka
Ta piosenka to był prawdziwy hit. Jolka Jolka to dziewczyna… piękna policjantka przypomina nam czym jeździła dawniej policja. Sam teledysk pokazuje nam Praczki (oryginalne, które ktoś potem ukradł). Wokalista z piękną policjantką spaceruje po Planach, ale też w jednej scenie widać dawny plac przed Teatrem Dramatycznym. Obecnie jest cały wybetonowany z fontanną. Dawniej była tam wyspa dla autobusów, na środku której rosły kwiaty. W kolejnych scenach można zauważyć jeszcze spacer Rynkiem Kościuszki oraz jak para wchodzi do Urzędu Stanu Cywilnego w Białymstoku, który znajduje się w Domu Koniuszego (Pałacyk Gościnny). Ostatnie sceny to wnętrza tegoż pałacyku.
Casanova – Nikt na świecie nie wie
Casanova to stary i zapomniany zespół. Dawniej autorzy wielkich hitów – w tym jednego pod tytułem „Nikt na świecie”, którego sceny zostały nagrane w „dawnym ogrodzie” Pałacu Branickich oraz na „dawnych Plantach”. Dawnych, bo widać to po charakterystycznych roślinach, których ani w Pałacu Branickich ani na Plantach już nie ma.
Selavi – Stare kalendarze
Ten zespół to już tylko mogli znać wielcy fani. Selavi śpiewa o starych kalendarzach, a w tle przewija się lot balonem. Widać jak wokalista z pewną panią udają się na podniebną wycieczkę startując w miejscu dzisiejszego Skateparku przy spodkach, a dawniej w parku przed ACK. W tle widać też wieżę kościoła Św. Rocha.
Tropical – w Parku
Ostatni kawałek jaki udało nam się odnaleźć w sieci to także wędrówka po Rynku Kościuszki, na którym jeszcze były samochody i… budki telefoniczne. Kolejne sceny to Planty i knajpka, która wielokrotnie zmieniała swoją nazwę, ale wtedy to była jeszcze Kasztelanka. Możemy zobaczyć także trzech kolorowo ubranych panów z kolorowymi parasolami, którzy tańczą z paniami przed fontanną na Plantach. Tylko jakby inaczej tam wtedy jest.
Ale nie tylko tam jest inaczej. Dziś Białystok to zupełnie inne miasto. Nawet jeżeli niektóre miejsca pozostały to ich otoczenie też już się zmieniło. Wycieczka w szalone lata 90. po Białymstoku dobiega końca. A my zostajemy z wielkim sentymentem, bo te wszystkie piosenki to gigantyczna kopalnia wspomnień. Na zakończenie możemy tylko dodać, że warto obejrzeć stare klipy zespołu Boys. Oczywiście największą uwagę skupia na sobie Marcin Miller, jednak zawsze gdzieś tam w tle przewija się Marszałek Województwa Podlaskiego Artur Kosicki. Dawniej członek tegoż zespołu. Nam przypadł do gustu w roli piekarza w kawałku „Dlaczego”…
Dziś mieści się tam Zakład Doskonalenia Zawodowego. Przepiękna kamienica z czerwonej cegły znacząco się wyróżnia na tle innych budynków przy Sienkiewicza. Jaka jest jej przeszłość? Kamienica przy Sienkiewicza 77 kiedyś tak piękna nie była. Okazale się prezentuje od około dekady, gdy została wyremontowana. Dlatego każdy, kto przechodzi obok niej może podziwiać bogaty detal z czerwonej cegły.
O początkach historii tego budynku wiadomo niewiele, gdyż w tamtych czasach miejscowi kupcy i fabrykanci kupowali często puste działki lub takie, gdzie stały budynki łatwe do rozebrania, a następnie stawiali kamienice, które później służyły im jako zastaw pod kolejne kredyty na inwestycje. Tak też i było w tym przypadku. W 1890 roku Wincenty Trochimowicz oraz Maria Zakrzewska posiadali działkę, którą odsprzedali kupcowi Aleksandrowi Kochowi. Nie wiadomo jednak co dokładnie kupił Koch, wiadomo jedynie że w 1893 roku sprzedał nieruchomość – murowany parterowy dom. Kupiło go małżeństwo – Jankiel Kryplański oraz Chaja Ajzenszmidt. Nieruchomość została rozbudowana do trzech kondygnacji. Warto tu zaznaczyć iż małżeństwo musiało być bardzo majętne by taką inwestycję zrealizować gdyż w tamtych czasach był w Białymstoku kryzys i wiele nieruchomości zostało porzuconych w trakcie budowy z powodu braku cegieł. Dlatego też doprowadzić do końca wówczas dużą inwestycję było nie lada sztuką.
W 1909 roku właścicielką posesji była już Magdalena Nachtigal, która pożyczyła pieniądze i postanowiła przy Sienkiewicza 77 przeprowadzić inwestycję. Trudno powiedzieć czy przebudowywała obecną kamienicę czy budowała tam zupełnie od nowa, jednak to właśnie pani Nachtigal zawdzięczamy okazały wygląd budynku. Gdy tylko ukończono inwestycję to w budynku zamieszkali różni urzędnicy, fabrykanci i inne znamienite osobistości zaś na parterze funkcjonowały lokale usługowe. Na miejscu można było skorzystać z farbiarni, manufaktury. A już po odzyskaniu niepodległości niejaka Józefa Tylicka prowadziła przy Sienkiewicza 77 skład win i wódek. Później funkcjonował tam sklep spożywczy. Właścicielką budynku była cały czas pani Nachtigal. Dopiero II Wojna Światowa to zmieniła. Po 1939 roku nie wiadomo co się z właścicielką stało. Sam budynek podczas wojny został zniszczony.
W 1949 roku budynek odremontowano i przeznaczono jako miejsce edukacji. Najpierw funkcjonował tam Naukowy Instytut Rzemiosła, a potem już Zakład Doskonalenia Zawodowego. Można jedynie żałować, że budynek prezentuje się okazale tylko z przodu. Bok i jego tył nie przypominają w ogóle zabytku. Nie jest to jedyny taki budynek w mieście. Są też inne, gdzie tylko front prezentuje się okazale. To jednak już temat na inny artykuł.
Ta inwestycja była długo wyczekiwana przez rowerzystów. Nareszcie jest ukończona. Mowa tu o ścieżce łączącej Białystok z Juchnowcem Kościelnym. Wcześniej rowerzyści jeździli jezdnią razem z kierowcami, którzy w tamtym miejscu urządzili sobie autostradę. Jazda rowerem obok nich zawsze wiązała się z niebezpieczeństwem. Co prawda to jeszcze nie koniec, bo z Juchnowca Kościelnego do Wojszek nadal jest niebezpiecznie, ale zawsze to już coś, gdy jadąc nie trzeba się obawiać chociaż na połowie trasy. Teraz z samego Białegostoku dojedziemy gotową oddzieloną od jezdni ścieżką rowerową.
Warto przypomnieć, że za Juchnowcem Kościelnym do Wojszek trasą jeździ mnóstwo samochodów. Dlaczego? Na krajowej 19 biegnącej nieopodal zamontowano odcinkowy pomiar ruchu, który automatycznie rejestruje wszystkie samochody i przesyła do ukarania rejestracje tych, które średnio przekraczają dozwoloną prędkość. W efekcie nawet wszystkie nawigacje radzą omijać krajową 19 właśnie trasą przez Juchnowiec. Ktoś, kto jedzie tamtędy samochodem 90 km/h będzie wyprzedzony przez wszystkich. Bezpieczeństwo na tej drodze nie obchodzi właściwie nikogo.
To ma oczywiście skutek w postaci zagrożenia dla rowerzystów. Kierowcy mają dziwną manierę, że gdy wyprzedzają samochód to zmieniają pas. Natomiast jeżeli widzą rower to większość manewruje tak, by rowerzysta poczuł niemal dotknięcie samochodu z boku. Im bliżej rowerzysty tym kierowca bardziej zadowolony. Oczywiście cały manewr jest wykonywany przy prędkości minimum 120 km/h dla poniesienia „atrakcyjności” rozrywki.
Upadek rowerzystów, potrącenia i wywołanie strachu to codzienny chleb każdego kto jedzie jednośladem po drodze. Wszystko przez właśnie takich kierowców. A potem kierowcy samochodów mają pretensje, że taki rowerzysta nie jedzie na skraju pasa tylko jego środkiem. A on to robi ze względu na bezpieczeństwo. Dlatego też nie ma co liczyć, że mentalność kierowców się zmieni, tak jak na na to, że ktoś zainteresuje się nielegalną autostradą na wiejskich drogach. Trzeba się cieszyć, że chociaż trochę ulżono rowerzystom, którzy jeżdżą w tamtym rejonie.
Partnerzy portalu:
Tadeusz Truskolaski, fot. Platforma Obywatelska / Wikipedia
Komunikacja miejska w Białymstoku od wielu lat działa fatalnie. Tymczasem prezydent miasta chce podwyższyć ceny za bilety. Nie tędy droga. Wysoka cena powinna iść w parze z wysoką jakością usługi.
Weźmy do porównania dwa miasta Białystok i Warszawę. Małe miasto, gdzie autobusem dojazd trwa więcej czasu co w ogromnej Warszawie. To chyba coś jest nie tak, nieprawdaż? Oto przykład: Z ul. Łodygowej w Warszawie będącej na obrzeżach dojedziemy do Dworca Centralnego (Centrum Miasta) w 35 minut. Pokonamy 13 km w 35 minut. Tymczasem w Białymstoku dla przykładu z innych obrzeży – a konkretnie z przystanku Fasty/Giełda do przystanku Malmeda w samym centrum mamy 11 km. Jaki jest czas jazdy? 44 minuty. Wszystkie czasy podawane są z serwisu „jakdojade.pl”, który pokazuje jak najszybciej dotrzeć w dane miejsce komunikacją.
Prezydent Truskolaski proponuje podwyżkę cen biletów. Muszą się na to zgodzić radni. Warto jednak zaznaczyć, że włodarz miasta ma w radzie większość. Ile będą kosztować bilety jeżeli dojdzie do podwyżki? 4 zł – bilet papierowy i 3 zł bilet elektroniczny. Ma być zmiana biletów z 20 do 30 minutowych, które będą odpowiednio droższe – bo już nie po 2 zł a po 3,6 zł. Warto tutaj dodać, że w ogóle bilet czasowy w Białymstoku to jest pomyłka. Jeszcze do nie dawna nie było można z niego korzystać podczas przesiadania. Czy teraz jest bardziej potrzebny? Raczej nie. Wszystko przez to, że komunikacja w Białymstoku jest tak skonstruowana, by się nie przesiadać.
To właśnie jej największa wada. W Białymstoku trasy wszystkich linii są tak ułożone by jeździć dłużej ale bez przesiadek. To już archaizm, który powoduje, że nikt nie wybiera jazdy autobusem kto ma samochód. A w Warszawie ludzie z samochodami jeżdżą autobusami. Bo są one konkurencyjne. Dożyliśmy takich czasów, że w 4-osobowej rodzinie są 4 samochody. Wolnych miejsc parkingowych nie ma ani w centrum ani na osiedlach. W efekcie ludzie coraz bardziej się grodzą szlabanami i bramami.
Czy budowa większej ilości parkingów by pomogła? Podamy Wam przykład najbliższy. Przy ul. Kaczorowskiego stoi pusty plac po markecie ABC. Stanowi on dziki parking. Do tego obok niego jest legalny parking. Mimo, że łącznie zmieści się tu spokojnie ponad 100 samochodów to postanowiono jeszcze bardziej rozbudować ten legalny parking. Powstało kilkadziesiąt nowych miejsc postojowych. Czy od tej pory łatwiej tu zaparkować? Nic z tych rzeczy. Nic się nie zmieniło. To tylko przykład, ale pokazuje to o czym można przeczytać w wielu opracowaniach – zwiększanie miejsc postojowych wcale nie wpływa na rozwiązanie problemu z brakiem parkowania. Po prostu miejsca te zajmują wszyscy ci, którzy parkowali gdzie popadnie. Budowa nowych parkingów spowoduje jedynie uporządkowanie przestrzeni od samochodów zostawianych byle gdzie.
Dlatego też ważnym kluczem jest tu komunikacja miejska. Jeżeli ona funkcjonuje prawidłowo i można nią dotrzeć szybciej niż samochodem, to wtedy jest realną alternatywą, na którą decydują się także kierowcy. Podnoszenie cen biletów dla dotychczasowych pasażerów to zwyczajna grabież najbiedniejszych, bo dziś w komunikacji jeżdżą przede wszystkim osoby, które pieniędzy za wiele nie mają. Uczniów do szkoły podrzucają rodzice, studenci mają własne auta. Kto zostaje? Chyba tylko sami emeryci.
Na kanwie rozwoju znikły takie ulice jak Piesza, Cicha, Orlańska, Siedlecka, Wołkowyska, Jerozolimska, Palestyńska, Sjońska, Berdyczowska, Zastawska, Sienna czy Mińska czy Odeska (ta nowa jest w innym miejscu). W ich miejsce pojawiły się Dom Partii (Uniwersytet w Białymstoku), przedszkole oraz mnóstwo bloków, gdzie wprowadzili się głównie ludzie z okolicznych wsi po to by pracować w PMB, Birunie, Uchytach, Sklejkach, Hucie czy w Fastach oraz ludzie, których domy znikły przez budowę Al. 1 Maja (dziś Al. Piłsudskiego).
fot. Muzeum Podlaskie
Około 20 lat temu przeszła kolejna fala, która masowo zamieniała drewniane domy w „nowoczesne” bloki. Krajobraz centrum Białegostoku się zmieniał. Przed dwoma dekadami spotkać w Białymstoku konia ciągnącego drewniany wóz nie było niczym zaskakującym. Poranne pianie koguta przy Krakowskiej też nikogo nie dziwiło. Później te obrazki znikały na rzecz nowych, kolorowych budynków. Obecnie trwa kolejna fala. Tym razem resztki dawnego Białegostoku znikają na rzecz „apartamentowców”. Ul. Młynowa, Kijowska, Mławska Czarna, Żółta, Angielska, Jasna, Grunwaldzka, Sosnowa, Brukowa, Marmurowa, Krakowska, Stołeczna czy Sukienna to miejsca gdzie nieustannie trwają jakieś budowy. Warto podkreślić, że to wszystko jest całkiem normalnym zjawiskiem, gdyż miasto to dynamiczna tkanka, która cały czas się zmienia.
Warto jednak pamiętać ażeby w tych zmianach się nie zapędzić za daleko. Jeżeli nie będziemy szanować własnego dziedzictwa oraz własnej historii to tak jakbyśmy nie szanowali siebie samych. Jeszcze w 2012 roku w lokalnej Gazecie Wyborczej czytaliśmy, że Chanajki giną, a konserwator nie wie jak je chronić. Jeszcze 10 lat temu miasto planowało przeorać dawne osiedle. W planach była nie tylko wymiana nawierzchni z kocich łbów na kostkę brukową, ale też poszerzenie ulicy. Wówczas w obronie Chanajek stanęli historycy.
Należy podkreślić, że Chanajki to nie Bojary. Utrzymywanie w centrum wszystkich zabudowań, które stały przy Młynowej nie miałoby żadnego sensu. Wystarczy popatrzeć jak to wszystko wyglądało na dawnym teledysku Janusza Laskowskiego z 1995 roku. Czy naprawdę chcielibyśmy, by to wszystko nadal tak wyglądało?
Obecnie w gminnej ewidencji zabytków znajdują się Młynowa 2 i 4 (przy rondzie z ul. Piękną), Młynowa 18 (jeden z trzech domów przy MotoPub), a także Młynowa 28 (przy Camelocie) oraz Młynowa 30 (bliżej Kijowskiej). Do tego mamy Młynową 19 i 23 – na przeciwko Wodociągów. Warto zauważyć, że na liście adresów brakuje Młynowej 20 i 20a. Gdyby były to razem z Młynową 18 tworzyłyby kompleks trzech domów. Nie ma lepszego symbolu dawnych Chanajek niż właśnie te 3 domy razem stojące obok siebie.
Czy Chanajki nadal giną? Z pewnością jest zdecydowanie lepszy klimat dla zabytków niż w 2012 roku. Ale to jeszcze za mało. Jak widzicie domy są opustoszałe, odrapane. A mogłyby być wyremontowane i służyć ludziom, organizacjom i instytucjom. Na to wszystko jednak trzeba pieniędzy, których na zabytki w Białymstoku ciągle jest za mało. Już kiedyś to pisaliśmy i przypomnimy znów. Wszystko to wygląda tak jakby ktoś czekał aż problem sam się rozwiąże czyli „zabytek” się rozpadnie. Czy musimy czekać na powolną śmierć Chanajek? Niekoniecznie. Żeby jednak coś „wykrzesać” z obecnej Młynowej potrzeba kogoś z pomysłem i kogoś kto za te pomysły zapłaci.
Wyjście do lasu to nie tylko atrakcja dla grzybiarzy czy miłośników spaceru. Jest spora społeczność, która dostała od Lasów Państwowych specjalny prezent. Możliwość legalnego obozowania w lesie. Są to specjalnie wyznaczone obszary, gdzie można spędzać czas bez obaw o mandat od straży leśnej.
W całym kraju są wyznaczone 43 takie tereny. Pod Białymstokiem w Puszczy Knyszyńskiej wystarczy wybrać się do Nadleśnictwa Czarna Białostocka. Tam za Horodnianką jest taki wyznaczony teren. Drugi teren znajduje się na terenie Nadleśnictwa Dojlidy. Póki co to obszary pilotażowe. Będzie można tu sobie obozować przez najbliższy rok. Co potem? To zależy. Jeżeli ludzie zostawią po sobie chlew to pewnie wszystko szybko się skończy. Nie ma jednak co roztaczać czarnych wizji. Ludzie, którzy interesują się biwakowaniem to najczęściej osoby, które mają wpojoną miłość do lasu, więc nie będą po sobie zostawiać negatywnych pamiątek.
Co warto wiedzieć przed wyjściem na biwak do Puszczy Knyszyńskiej?
1. Grupa może składać się z najwyżej 4 osób
2. Można być nie dłużej niż 2 noce z rzędu bez zgody nadleśnictwa
3. Należy wysłać e-mail z powiadomieniem biwakowania
4. Nie można palić otwartego ognia w lesie
5. Na koniec trzeba po sobie dokładnie posprzątać
Jeżeli ludzie swoim biwakowaniem przez najbliższy rok nie będą sprawiać kłopotów, to po okresie pilotażowym będzie można zapewne biwakować w większej ilości nadleśnictw.
Tutaj możecie przeczytać o klimacie jaki nocą panuje w puszczy:
Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości białostocki Rynek Kościuszki był miejscem, które intensywnie się rozwijało i przez które przewijało dziennie setki ludzi. Dlatego też powstał tam nieformalny dworzec autobusowy, który po II Wojnie światowej był już formalnie na mapie. Można było dojechać nawet do Warszawy. Podróż trwała 5 godzin, ale była tańsza niż koleją. Raz podczas takiego kursu autobus spadł z mostu do rzeki.
W latach dwudziestych usługi transportowe świadczyła firma „Samochód”. Później „Firma Autobusowa”, która nawet miała papierowe bilety oraz zniżki, a także miesięczne. Bagaże umieszczane były na dachach. Czasem autobusy miały różne kłopoty mechaniczne i przewóz nie odbywał się lub nie został dokończony. Raz doszło nawet do tragedii. Autobus jadący do Warszawy wpadł do Bugu w miejscowości Brok. Ogólnie autobusy mimo że jeździły okrężnymi drogami, to i tak były tańsze niż kolej. Do Warszawy jechało się 5 godzin, a kierowca zaliczał wszystkie miasta po drodze jakie tylko się dało. W Białymstoku wyruszał spod ratusza, następnie zabierał pasażerów również z dworca poleskiego (dziś Białystok Fabryczny) jeżeli jechał do Grodna lub Suwałk. Jadąc w stronę Warszawy zatrzymywał się w okolicach dworca kolejowego lecz od strony ul. Kolejowej. Dalej jechał Szosą Żółtkowską (Zwycięstwa) w kierunku stolicy.
Rynek Kościuszki bez ratusza, puste tereny po żydowskiej dzielnicy oraz budynki bez dachów. Tak wyglądał Białystok z góry w 1944 roku.
Gdy w 1944 roku kończyła się straszna II Wojna Światowa to kompletnie zdemolowany Białystok jak i inne tereny przejmowała Armia Czerwona. 22 lipca ogłoszono manifest PKWN było już jasne, że ustanowiono w kraju nową władzę. W praktyce podlegała ona pod ZSRR. Nowi mieszkańcy odbudowywali kompletnie zdemolowane miasto. Starzy zostali wymordowani przez Niemców – tych samych co miasto zdemolowali. Naturalne jest, że wpierw to instytucje państwowe organizowały Polskę od nowa. Jedną z takich instytucji był Autotransport, który odpowiadał za transport ludzi. W 1946 roku założono już PKS czyli Państwową Komunikację Samochodową. Dziś dworzec autobusowy znajduje się – co logiczne – tuż obok dworca PKP. Został tam on jednak przeniesiony z ul. Jurowieckiej. Zatem jest to taki obiekt użyteczności publicznej, który w historii miasta wędrował. Gdybyśmy mieli pierwszy dworzec umieścić na dzisiejszej mapie, to stałby zamiast Delikatesów przy Suraskiej, a dawniej Surażskiej.
Po działaniach wojennych miasto było zrujnowane. Dlatego też PKS działał na początku prowizorycznie (choć złośliwi mogą dodać, że niewiele się zmieniło). Dlatego też ludzi transportowano wpierw wojskowymi ciężarówkami z demobilu. Do 1946 roku powstało w całym kraju 202 linie – krajowe, regionalne, podmiejskie a nawet sezonowe. Pierwszy dworzec PKS był bardziej z nazwy. To po prostu pusty plac z kilkoma stanowiskami, przy których zatrzymywały się autobusy. Pasażerów woziły samochody marki GAZ, które pozostawili po sobie żołnierze II frontu białoruskiego. Wkrótce jednak do Białegostoku przyjechały Fordy i Fiaty.
Dokąd można było dojechać z Białegostoku? No cóż dokładnie w tych samych kierunkach co koleją – Warszawa i Olsztyn jeżeli chodzi o połączenia krajowe. Tyle, że dużo taniej. W latach 60-tych XX wieku dworzec przeniesiono na ul. Jurowiecką. Wówczas komunikacja była już rozwinięta na tyle, że PKS-em dojechać było można do miasteczek ówczesnego województwa białostockiego: Łomży, Wysokiego Mazowieckiego, Siemiatycz, Ełku, Suwałk, Augustowa, Zambrowa i Sokółki.
W tym jednym bloku mieszka więcej osób niż w całych Jurowcach. Mowa tu o Manhattanie – stojącym dziś już przy ul. Hallera 40, a wcześniej przy Berlinga 40. W 264 mieszkaniach mieszka około 800 osób. W podbiałostockich Jurowcach około 600 osób.
Jeżeli patrzymy na architekturę PRL to niewątpliwie jednym z ważnych jej składnikiem są bloki z wielkiej płyty. O ile przedwojenny Białystok składał się z wąskich uliczek zabudowanych bardzo gęsto drewnianymi domami oraz kamienicami tak też po II Wojnie Światowej gdy trzeba było odbudować miasto zupełnie od zera, to po kilku latach zaczęły pojawiać się pierwsze bloki budowane z cegły. Wielka płyta w Polsce pojawiła się w latach 60. i przez kolejne 20 lat była bardzo powszechna w budownictwie. W Białymstoku powstały całe osiedla z wielkiej płyty: Piaski, Słoneczny Stok czy Dziesięciny właśnie.
Skąd jednak pomysł, by budować tak gigantycznego molocha i ogólnie te wszystkie wieżowce? PRL stawiał na masowość i zaspokojenie potrzeb mieszkaniowych dla jak największej grupy ludzi. Jak najszybciej i jak najtaniej. Idea „wielkich zespołów mieszkaniowych” była spełnieniem tych wymagań. Okazało się jednak w praktyce, że technologia wcale nie jest taka tania jaka miała być. A jak wiecie PRL upadł przede wszystkim z powodów finansowych. Budynki z wielkiej płyty jednak zostały, a w nich setki mieszkań.
Manhattan jest największym w Białymstoku blokiem. Drugi na liście jest galeriowiec, o którym ostatnio wspominaliśmy. Oba mogą się poszczycić ponad 200 mieszkaniami. Pozostałe wieżowce w mieście do takiej liczby nie dochodzą. Budynek przy Hallera 40 jednak i tak jest skromny w porównaniu na przykład z Superjednostką w Katowicach, która liczy sobie 762 mieszkania, gdzie mieszka około 3 tysięcy ludzi. Gdy się patrzy na budynek na żywo z ulicy to odnosi się wrażenie, że ten nie ma końca!
Czy kiedyś gigant z Hallera zniknie z krajobrazu? Od lat trwa dyskusja jak długo przetrwają bloki z wielkiej płyty. Gdy je budowano szacowano że mają służyć na 30-40 lat. Można więc powiedzieć, że wieżowce z wielkiej płyty są już przeterminowane. Współczesne badania jednak potwierdzają, że przez kolejne 40 lat nie powinno być problemów. W wielkiej płycie mieszka w Polsce 12 milionów ludzi. Gdyby nagle stracili dach nad głową to były to gigantyczny kłopot.
W Białymstoku droższe będzie parkowanie o ile zgodzą się na to radni. Jako, że większość w radzie współpracuje z prezydentem – pomysłodawcą zmian, to jest to bardzo prawdopodobne że podwyżka wejdzie w życie.
Jak Państwo wiecie, nie jesteśmy związani z żądną opcją polityczną, nie pobieramy też żadnych dotacji od miasta, powiatu czy województwa – dlatego też bez skrępowań możemy krytykować władzę co nie raz czyniliśmy na łamach tego portalu w stosunku do Tadeusza Truskolaskiego. Chwaliliśmy go jednak gdy przeforsował budowę lotniska na Krywlanach mimo, że w radzie miejskiej rządził przeciwny mu PiS. W sprawie podwyżek w strefie też będziemy go chwalić jeżeli przekona radnych.
Na wstępie trzeba zaznaczyć iż proponowane podwyżki są „symboliczne”. Bowiem jest nowe prawo, które obowiązuje od tego roku, które samorządom pozwala tworzyć strefy parkowania tak jak dotychczas oraz jako „śródmiejskie strefy płatnego parkowania”. Te drugie to rozwiązanie dedykowane dla ścisłego centrum jak na przykład Rynek Kościuszki czy Suraska. Gdyby obowiązywała tam śródmiejska strefa, to godzina parkowania kosztowałaby ponad 12 zł. Drogo? Tylko na pierwszy rzut oka. Prezydent jednak nie chce wprowadzać strefy śródmiejskiej tylko podwyższyć opłaty w strefie tej zwykłej. Urzędnicy planują podwyższyć stawkę o 40 groszy czyli do 2,80 zł. W planach jest też zwiększenie stawki za parkowanie w drugiej i trzeciej godzinie do 3,20 zł i 3,60 zł.
Ogólnie patrząc na zmiany trzeba je ocenić pozytywnie. Dlaczego? Otóż strefa płatnego parkowania w swoim założeniu nie powstała po to by miasto na kierowcach zarabiało tylko żeby kierowcy wybierali autobusy lub ogólnie nie parkowali w centrum przez cały dzień. 20 lat temu gdy strefa płatnego parkowania powstawała miało to sens. Wówczas za parkowanie w Białymstoku płaciliśmy 1,2 zł za każdą godzinę czyli 12 zł za cały dzień. Dziś tyle płaci się w strefe „B” czyli na obrzeżach centrum. W strefie „A” zaś płacimy 2,4. Po 20 latach 24 zł uległo znaczącej inflacji. Nie jest już tyle warte co dawniej. Dlatego nowe prawo daje możliwość wprowadzenia opłaty 120 zł za każde 10 godzin. Właśnie po to by nie parkować cały dzień. Optymalnie więc parkować powinno się maksymalnie na 30 minut – wtedy opłata wynosi 6 zł. U nas póki co nie ma o tym mowy. Tadeusz Truskolaski na łamach jednej z gazet wypowiadał się, że „pionierem” nie będzie we wprowadzaniu wysokich opłat.
Rządzący miastem postanowił podnieść kwoty w starej strefie. Mimo, że podwyższenie kwoty parkowania o 40 groszy cudów nie zdziała to być może wywoła dyskusje o parkingach w mieście. Jeżeli mamy pobierać opłaty to w konkretnym celu. By uświadomić mieszkańców, że samochodów jest już zbyt dużo by zapewnić im miejsca parkingowe. O czym mogą naocznie się przekonać jadąc samochodem do centrum miasta lub spróbować w weekend zaparkować w jednej z galerii handlowej stojących w centrum. Dlatego też żeby każdy miał szansę coś załatwić w centrum potrzebna jest rotacja aut. Ta będzie możliwa tylko jeżeli kierowcy nie będzie opłacało się parkować na cały dzień. A teraz tak się dzieje. Osoby pracujące w centrum zajmują wolne miejsca przez co zabierają je tym dla których są one rzeczywiście przeznaczone.
Czy to jeszcze Jurowiecka czy już Ciepła? Teraz nie ma wątpliwości. Dawniej jednak były. Dlatego w przedwojennej książce telefonicznej zapisano – Jurowiecka – róg Ciepłej. Mowa tu oczywiście o przepięknej, dwupiętrowej kamienicy z końca XIX wieku. Jest to jeden z zabytków, który od niedawna znów cieszy oko za sprawą remontu.
Kamienica została wybudowana w stylu neorenesansowym. Nim doszło do II Wojny Światowej budynek pełnił rolę mieszkalno-usługową. Przy Ciepłej 1 mieszkali między innymi inżynier Herman Lifszyc, a także jeden z białostockich fabrykantów Izaak Rajski. W kamienicy znajdowało się również przedsiębiorstwo „Sanotechnika” oferujące roboty grzewcze i sanitarne. Ponadto panie można było zakupić galanterię w sklepie Segałowicza. Kamienica pomieściła również dwie tkalnie – Perelzona oraz Szturmana oraz dwa sklepiki ze smarem. Jeden prowadzony przez Rabinowcza, drugi przez Olchę.
Podczas II Wojny Światowej kamienica ta była świadkiem wielkiego krwawego wydarzenia. Otóż znajdowała się ona na terenie białostockiego getta, które zostało utworzone przez okupantów Polski – Niemców dla społeczności żydowskiej. Gdy w getcie wybuchło powstanie to walki rozgrywały się także w okolicy kamienicy. Nieopodal, za jej tyłami znajdował się bowiem kraniec getta. Był tam oddzielający płot. Podczas wybuchu powstania Żydzi zorganizowali przy nim punkt samoobrony.
Ponad 100 młodych osób uzbrojonych w karabiny, rewolwery a nawet jeden karabin maszynowy, granaty-samoróbki, siekiery, młoty, noże i „coctaile Mołotowa” wyruszyło by zniszczyć płot getta, a następnie uciec. Płot stanął w płomieniach. Żydzi jednak nie mogli uciekać. Po drugiej stronie stał niemiecki czołg i żandarmeria. Nikomu nie udało się zbiec. Kilka godzin później zaczęła się krwawa rzeź. Mały chłopiec nieoczekiwanie rzucił w twarz niemieckiego oficera żarówką z kwasem solnym, co go raniło i oślepiło. Przy Ciepłej rozległ się huk strzałów. To wściekli Niemcy zabijali Żydów czekających na wywózkę do niemieckich obozów koncentracyjnych. Chłopiec, który rzucił żarówką od razu został zabity. Żydowscy bojownicy próbowali walczyć, ale nie mieli szans. Warto jednak podkreślić, że podczas powstania w getcie zginęło 100 Niemców.
Dziś w kamienicy znajdują się biura a także rozgłośnia Białoruskiego Radia Racja. Przechodnie na boku budynku mogą zobaczyć natomiast wielki mural „Wiecznik Białostocki”, który został wykonany z okazji 100-lecia odzyskania niepodległości przez Polskę. Sam budynek stoi dziś w otoczeniu apartamentowców oraz galerii. Jest jednym z niewielu punktów na mapie Białegostoku, który wskazuje że miasto było dawniej zupełnie inne.
Wyjazd na pobliską Białoruś do Grodna, Brześcia, Lidy czy też białoruskiej części Puszczy Białowieskiej stał się jeszcze łatwiejszy. Od kilku lat panuje możliwość zwiedzania tych regionów bez wizy. Wcześniej warunkiem było wykupienie usługi turystycznej w białoruskim biurze podróży. Teraz wszystko można załatwić również przez internet, co mocno upraszcza sprawę.
Potrzebujemy paszportu oraz 97 zł w dowolnej walucie na każdy dzień planowanego pobytu. Gdy dysponujemy tym możemy zgłosić wyjazd online kupując usługę turystyczną oraz ubezpieczenie. Po tym otrzymamy zezwolenie, dzięki któremu wjedziemy na zachodnią część Białorusi bez posiadania wizy. Wystarczy online podać dane z paszportu, wyznaczyć datę przyjazdu i wyjazdu. Gdy nocujemy musimy zaznaczyć gdzie. Warto tutaj skorzystać z oferty internetowych serwisów do rezerwacji noclegów. Wszystko to załatwimy na stronie internetowej bezviz.by
Najbliżej Białegostoku jest Grodno. To zaledwie 80 km. Można tam więc zarówno jechać samochodem jak i pociągiem. Mało kto wie, ale raz dziennie z Krakowa przez Białystok do Grodna wyjeżdża pociąg „Hańcza”. Bilet ze stolicy Podlasia kosztuje około 30 zł (7,5 euro). Usługa turystyczna w sklepie online kosztuje natomiast 50 zł. W minimalnej potrzebnej cenie 97 zł znajdziemy również wiele przyzwoitych miejsc noclegowych w Grodnie – nawet w samym centrum. Dlatego też 3-dniowy wyjazd, łącznie z wydatkami na miejscu kosztować jedną osobę powinien nie więcej jak 500-600 zł.
Co warto wiedzieć jeszcze? Białoruś tak jak Litwa czy Ukraina była dawniej częścią Polski. Sami mieszkańcy są gościnnie nastawieni. Wszyscy, których pytalismy, którzy byli w Grodnie mówili, że nigdy nie widzieli tak czystych miast. Warto zwiedzić najbliższe miasta naszego sąsiada. Nie wiadomo czy będzie to takie łatwe na zawsze.
Szanowni Czytelnicy dowiedliście, że presja ma sens. Ponad 1300 udostępnień naszego poprzedniego artykułu o skandalu z udziałem Nadleśnictwa Browsk pokazało jak wielką siłą jesteście, gdy trzeba działać w dobrej sprawie.
Przypomnijmy – przed ubiegłym weekendem Nadleśnictwo Browsk wchodzące w skład przyrodniczej perły jaką jest Puszcza Białowieska napisało na swoim Facebooku pytanie, które zmroziło nie tylko nas. „Czy jeszcze sprzymierzeniec czy już szkodnik ???”. Chodziło o wilka, który został umieszczony na zdjęciu. Takie postawienie sprawy przez nadleśnictwo – wchodzące w skład instytucji państwowej wywołało lawinę oburzenia. Wilk należy bowiem do gatunków chronionych tak jak na przykład żubr, który również wchodzi rolnikom na pola i niszczy uprawy. Nikt jednak nie nazywa żubra szkodnikiem.
Napisaliśmy na Podlaskie.TV o sprawie, a nasz artykuł został udostępniony 1300 razy. Łącznie oburzająca wiadomość dotarła do wielu tysięcy osób. To spowodowało, że Nadleśnictwo Browsk usunęło skandalicznego posta z Facebooka. Niesmak jednak pozostał – szczególnie, że zamiast przeprosin pojawiło się kolejne zdjęcie wilka z dorysowaną chmurką, gdzie było napisane „Leśnicy to mają tematy do dyskusji… Raz wilk coś mieszkańcom zniszczy i od razu, że szkodnik”. Taki „humor” nie spodobał się jednak ludziom gdyż w komentarzach posypały się kolejne wyrazy oburzenia. Było ich na tyle dużo, że i ten obrazek został usunięty.
Ostatecznie przeprosin nie było. Nadleśnictwo napisało tylko, że „Z dzisiejszej dyskusji warto zapamiętać, że wilk jest gatunkiem chronionym i jest bardzo ważny dla środowiska”, a następnie „pamiętajcie także, że macie prawo ubiegać się o odszkodowanie w przypadku szkody wyrządzonej przez dzikie zwierzę. Później pojawił się jeszcze kolejny post już w zupełnie innym tonie. Tym razem udostępniono rozmowę o tym, że wilk nie jest zagrożeniem dla człowieka.
Chcieliśmy zapytać Nadleśnictwo Browsk o całą sytuację. Niestety w piątek kierownik jednostki był nieuchwytny, dziś natomiast usłyszeliśmy, że „Z polecenia Dyrekcji Regionalnej (Lasów Państwowych – dop. red) nie możemy się w tej sprawie wypowiadać”. Po takiej informacji postanowiliśmy zapytać u źródła. Rzecznik Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Białymstoku Jarosław Krawczyk zaprzeczył ażeby był w tej sprawie jakiś zakaz. Natomiast dyrekcja uznała, że dyskusja była niepotrzebna z punktu widzenia dobrego imienia Lasów Państwowych i nie ma sensu dalej prowadzić tej dyskusji. Jarosław Krawczyk podkreślił, że Lasy Państwowe na pewno nie traktują wilka jako szkodnika. Jest dzikim zwierzęciem, które występuje w naturalnym środowisku.
Dyskusja była oczywiście niepotrzebna, a sama teza w pytaniu była skandaliczna. To nie ulega wątpliwości. Jednak warto wiedzieć dlaczego takie pytanie w ogóle mogło paść. Dlaczego chciało o tym dyskutować Nadleśnictwo Browsk już zostawmy, jednak ogólnie na wilki skarżą się rolnicy. Tak jak pisaliśmy powyżej – żubry potrafią zniszczyć im uprawy zaś wilki zagryźć bydło na polu. Można ubiegać się o odszkodowanie ale tu jest większy problem.
Rolnik traci zwierzę, traci pieniądze, a odszkodowanie nie zawsze dostaje. Bowiem te nie przysługuje, jeżeli szkoda wyrządzona przez wilki powstała od zachodu do wschodu słońca, a zwierzęta pozostawały bez bezpośredniej opieki. Ponadto zagryzione bydło i wniosek o odszkodowanie rozpatruje Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska. Odszkodowanie obejmuje cenę rynkową za padłe zwierzęta, koszt utylizacji padliny, koszt wizyty lekarza weterynarii oraz ewentualne koszty leczenia, gdy zwierzę padnie w trakcie leczenia.
Warto jednak dodać, że nim taka decyzja zapadnie – najczęściej przeprowadzane jest postępowanie administracyjne, podczas którego urzędnik musi znaleźć dowody na to, że zwierzę rzeczywiście zostało zagryzione przez wilka, a nie na przykład dzikiego psa. Nim to wszystko się ustali mija sporo czasu. A pieniędzy do tego czasu nie widać. To jeszcze nie wszystko! Nawet, gdy dostaniemy decyzję o przyznaniu odszkodowania to pieniędzy możemy nie zobaczyć… wiele miesięcy. Wszystko dlatego, że RDOŚ ma bardzo mało pieniędzy na odszkodowania i są one dzielone nie tylko na wilki lecz na wszystkie zwierzęta. Jak wytłumaczyła nam Beata Bezubik z Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Białymstoku, gdy pula pieniędzy się wyczerpie to dodatkowe pieniądze musi przyznać Ministerstwo Środowiska. A to wszystko trwa.
Wybrukowane ulice, nowe chodniki, wiadukt kolejowy łączący Białystok z Antoniukiem, szpital miejski, hale targowe a także ośrodek rekreacyjny w Dojlidach, Park Miejski, Teatr Dramatyczny – to wszystko spuścizna po Sewerynie Nowakowskim – zaginionym prezydencie miasta. Była to postać, która życie miasta skierowała na nowe tory. Od piątku 22 listopada będzie można oglądać w Centrum im. Ludwika Zamenhofa w Białymstoku specjalną wystawę poświęconą jego życiu.
Nowakowski przysłużył się naszemu miastu jak mało kto. W 1931 roku decyzją ówczesnego premiera został komisarzem rządowym, który tymczasowo jest prezydentem Białegostoku. W 1935 roku stanął do wyborów i miał rządzić zgodnie z ordynacją wyborczą aż 10 kolejnych lat. Tak się jednak nie stało gdyż wybuchła II Wojna Światowa. Nowakowski mimo tego nie uciekł z miasta (choć miał możliwość). 5 września powołał do życia Straż Obywatelską, która miała odpowiadać za porządek w mieście. 11 września przejęła obowiązki Policji. Prezydent chciał uczynić ażeby wojna nie była dla mieszkańców dotkliwa. Rozkazał otworzyć magazyny żywnościowe i wydać ludziom zapasy.
17 września 1939 roku Rosjanie przystąpili do agresji na Polskę. Przypomnijmy, że jej wschodnie granice były wówczas daleko na wschód od Białegostoku. Dlatego nim Rosjanie dotarli do miasta zajęło trochę czasu. Gdy to już nastąpiło, to w październiku Nowakowskiego aresztowano i osadzono w białostockim więzieniu. Następnie prezydent miasta został wywieziony w głąb ZSRR. Od tej pory nie było po nim żadnych oficjalnych wieści. Poszukiwany przez Ambasadę RP nie został odnaleziony. Widziany miał być w Kotłasie (północ Rosji). Nie wiadomo jednak kiedy dokładnie tam przebywał. Po prezydencie Nowakowskim został symboliczny grób na Powązkach w Warszawie.
Partnerzy portalu:
Rok temu, gdy zasypało Białystok było jak w bajce!
Nieprzejezdnych 9,5 tysiąca kilometrów linii kolejowych oraz 50 tysięcy kilometrów dróg, kilka tysięcy unieruchomionych samochodów oraz 200 pociągów. Uszkodzenia, awarie, przestoje w fabrykach, zimno w mieszkaniach i wiele innych utrudnień. Tak dała popalić zima stulecia w 1979 roku. 40 lat od tego wydarzenia media nadal, co roku nieustannie ogłaszają, że „zima stulecia wróci w tym roku”. Póki co nic na to nie wskazuje, ale zastanówmy się czy w czasach zmian klimatycznych jest to jeszcze możliwe. Ale najpierw przypomnijmy sobie jak to było w naszym regionie.
Zaczęło bardzo obficie padać. Zaspy śnieżne w niektórych rejonach dawnego województwa suwalskiego miały nawet po 6 metrów wysokości! To nie żart! Śniegu było tyle, że sięgał on prawie drugiego piętra. Gwałtownie też spadła temperatura. Na początku stycznia 1979 roku zanotowano -25 st. C w ciągu dnia. Nocą siarczysty mróz dawał w kość jeszcze bardziej. W blokach temperatura spadła poniżej 10 st. C. Pękały rury i niektóre instalacje grzewcze. Istny horror. A to był dopiero początek. Zasypało drogi przez co nie można było dojechać ani do pracy ani do szkoły. Uczniowie mieli wolne. Jednak przestoje w zakładach pracy to był czarny sen Gierka, Jaroszewicza i Jaruzelskiego. To na ich barkach spoczywała walka z zimą stulecia. A to wszystko w czasie ostrego kryzysu gospodarczego jaki wcześniej zafundował Polakom Edward Gierek szastając pożyczonymi pieniędzmi na lewo i prawo.
Na terenie województwa białostockiego za odśnieżanie wzięło się 17 tysięcy osób! W tym studenci oraz uczniowie szkół ponadpodstawowych. Niestety przez problemy z transportem nie docierało bardzo wiele produktów do naszego regionu. Brakowało węgla w Elektrociepłowni przez co ciężko było ogrzać ludziom mieszkania. Nie było też zimowych smarów do silników autobusów. Dlatego komunikację miejską gnębiły awarie. Zima stulecia była odczuwalna jeszcze… wiosną. 140 osób w województwie łomżyńskim trzeba było ewakuować gdyż duża część terenów znalazła się pod wodą. Od świata było odciętych prawie 1000 gospodarstw.
Czy kolejna zima stulecia, którą od 40 kolejnych lat straszą media jeszcze kiedyś wróci? Zacznijmy od tego, że od tego czasu wiele razy temperatura spadała nawet do -30 st. C. Nie powodowało to jednak paraliżu. Tak jak intensywne opady śniegu. Kilka pierwszych godzin choćby Białystok ma problemy jednak gdy przestaje padać, to na odśnieżenie głównych ulic raczej nie trzeba zbyt długo czekać. Aczkolwiek w przeszłości było z tym różnie. Ogólnie jednak od 40 lat nie było w naszym regionie długotrwałych mrozów i obfitych opadów. Czy kiedyś będą? To raczej wróżenie z fusów. Jednak zmiany klimatyczne są faktem. A te powodują różne anomalia pogodowe. Dla przykładu – w momencie powstawania tego tekstu w Jakucji (Syberia) jest obecnie -25 st. C. W najbliższych dniach będzie temperatura wahać się od -22 st. C do -30 st. C. Im dalej na zachód tym cieplej. Podobno jednak w grudniu powietrze stamtąd ma dotrzeć do Europy. Tak twierdzą amerykańscy i brytyjscy meteorolodzy. Stan taki ma się utrzymać do lutego. Wypisz wymaluj kolejna zima stulecia. Tyle prognozy.
Nie warto brać ich na poważnie gdyż długoterminowa prognoza jest jak wróżenie z fusów. Co nie oznacza, że syberyjskie powietrze nie może napłynąć na Podlasie. Póki co jednak nie ma co się martwić.
Dawniej produkowano tutaj sukna, kapelusze oraz materiał na płaszcze. Ponad 100 lat później powstawały koce, zaś obecnie jest to świątynia konsumpcjonizmu. To wszystko przy jednej małej niepozornej uliczce w Białymstoku. Augustowska dawniej na osiedlu Nowym, dziś na osiedlu Mickiewicza. To przez nią przewijały się setki osób dziennie przychodząc do pracy w fabryce Chaima Nowika, to tutaj setki osób dziennie przychodziły zarabiać na chleb produkując koce, w końcu to tutaj setki osób dziennie przyjeżdża robić zakupy.
W 1868 roku Białystok był nazywany Manchesterem Północy za sprawą wielu fabryk w mieście. Jedną z nich miał znany i szanowany białostocki potentat – Chaim Nowik, który prowadził przedsiębiorstwo jako „Nowik i Synowie”. Ów przedsiębiorstwo zajmowało się produkowaniem kapeluszy, które powstawały w fabryce, która w naszych czasach służyła za szkołę włókienniczą. Na głównym zdjęciu widzimy tkalnie, a obok niej przepiękna wieża ciśnień, która dostarczała wody do maszyn z silnikami parowymi. Dla Nowika w fabryce w najlepszych czasach pracowało nawet 400 osób. Do dnia dzisiejszego nie przetrwały suszarnia, kotłownia i magazyn. Zostały zniszczone przez Niemców podczas II Wojny Światowej jak większość miasta. Zanim to się jednak stało fabryka działała w najlepsze. Nowik zaczynał od małej fabryki, którą zaczął rozbudowywać. Pozyskał okoliczne grunty od Sztejnberga, Krauzego oraz Lenczewskiego. Dzięki temu powstała hala produkcyjna kapeluszy (a od 1947 roku szkoła włókiennicza). Później bo 1904 roku powstała też wieża ciśnień, która stoi do dziś.
O rozmachu Nowika niech powiedzą liczby. Przed wybuchem I Wojny Światowej produkowano w jego fabryce 12 milionów tkanin i 500 tysięcy koców rocznie. Gdy wojna się zakończyła Nowik zaczął jeszcze bardziej się rozwijać. Żeby to zrobić założył z innymi białostockimi potentatami – Tryllingiem, Cytronem i Behlerem – Związek Białostockiego Wielkiego Przemysłu. Miało to niesamowitą siłę gdyż w Białymstoku w całej branży włókienniczej pracowało 3665 osób! Niestety 21 września 1939 roku do Białegostoku weszły wojska rosyjskie. Agresor wprowadził swoje prawa, a jednym z nich było upaństwowienie wszystkich fabryk. W 1944 roku Niemcy totalnie zniszczyli Białystok – w tym fabryki Nowika.
W PRL powołano Białostockie Zjednoczenie Przemysłu Włókienniczego. 3 stycznia 1946 roku fabryka „Nowik i Synowie” tym razem przez polskie władze została upaństwowiona i przekazana zjednoczeniu. Później w miejsce zjednoczenia pojawiły się Państwowe Zakłady Przemysłu Wełnianego. Gdy nadszedł 1989 rok na mocy porozumień okrągłego stołu Polska przeszła transformację ustrojową. Wiele osób oskarżało ówczesnych polityków, że wyprzedali Polskę. Prawda była dość brutalna. Złotówka nie była warta zupełnie nic. Przeprowadzono denominację złotego oraz zaczęto wyprzedawać „za grosze” wszelkie zakłady pracy. W 1995 roku Państwowe Zakłady Przemysłu Wełnianego zostały odkupione przez Niemca Josefa Aloisa Hora. Były zamówienia, byłą produkcja. Pracę miało 200 osób. Niestety nowy właściciel bardzo szybko zastawił budynki i teren zakładu pod hipotekę. Pomijając wszelkie finansowe „machinacje”, w 2004 roku z dnia na dzień wszyscy pracownicy dowiedzieli się, że zakład upada. Kolejny wielki zakład pracy stał się ofiarą kogoś, kto skorzystał na prywatyzacji i transformacji ustrojowej.
Na ruinach fabryki powstała dzisiejsza Galeria Biała. Wielka świątynia konsumpcjonizmu oraz rozrywki dała pracę wielu osobom oraz zupełnie nową drogę – ulicę Czesława Miłosza. Augustowska natomiast stała się „zapleczem” galerii. Dlatego dziś to spokojna i niepozorna uliczka, przez którą dawniej przewijały się tłumy. Dziś łączy bulwary nad rzeką Białą z ulicą Mickiewicza. Można się nią przejść – obejrzeć wieżę ciśnień, dawną tkalnię oraz wiele starych domów, które jeszcze przetrwały. Można iść i wyobrażać sobie ten gwar i hałas jaki dobiegał dawniej z Augustowskiej.
Odkąd powstała, wpasowała się w swój róg idealnie. U zbiegu czterech ulic – Krakowskiej, Św. Rocha, Lipowej i Dąbrowskiego była idealnym punktem na wiele przedsięwzięć. W sam raz nadawała się na mieszkania klasy średniej, największy w mieście burdel z restauracją, tajny sztab lotnictwa niemieckich wojsk, miejsce wypoczynku dla repatriantów oraz biura administracji państwowej oraz plan filmowy. Przepiękny budynek powstał na zlecenie żydowskiego kupca w czasach gdy na białostockim rynku panował ogromny kryzys budownictwa, przez co wiele zleconych budowli nieruchomości pozostało niedokończonych. Mowa tu o pięknej kamienicy stojącej przy Krakowskiej 1 w Białymstoku.
W 1886 roku na rogu Krakowskiej i Lipowej stały dwa drewniane domy. Należały one do Wolfa i Szejny Nowińskich. Małżeństwo posiadało jednak długi, których nie spłacało. Skończyło się to odebraniem im ziemi oraz domów oraz ich licytacją. Parcelę z dwoma domami odkupił Josel Ginzburg. Nie wiadomo jednak skąd miał pieniądze ani z czego się utrzymywał. Być może był wspólnikiem Perlisa. Bowiem w dawnych dokumentach oba nazwiska widnieją razem przy działalności małego banku. Pewne jest natomiast, że Josel Ginzburg biorąc kolejne pożyczki zastawiał za każdym razem nieruchomość przy Krakowskiej. Nie inwestując w nią jednak. W 1891 roku stary Ginzburg przeczuwał chyba, że nadchodzi jego kres. Spisał bowiem testament, a niedługo po tym zmarł w 1892 roku. Wtedy w spadku parcelę otrzymał potomek Ginzburga – Szeftel.
Syn Josela gdy otrzymał spadek był żonaty. Posiadał też siedmioro dzieci. Z dawnych dokumentów wynika, że kamienica powstała między 1896 a 1899 rokiem. Niestety wtedy na białostockim rynku budowlanym panował ogromny kryzys. Wiele podobnych budów nie zostało ukończonych. Ginzburgowie ukończyli budowę jednak przestali spłacać kredyty. W 1906 roku Wileński Bank Ziemski zajął kamienicę na poczet długów. Małżeństwo odzyskało jednak kamienicę w 1909 roku.
Architekt zakochany w Wiedniu
Opowieść o tym, że kamienica ma trzy piętra z dzisiejszej perspektywy brzmi jak żart. Aby dostać się na samą górę i na koniec dowiedzieć się jak wielka była to wyprawa. Wystarczy po prostu wejść po schodach. Każdy kolejny poziom to kolejne 20 stopni. Każdy długi i mało stromy. Dla niewprawionych nóg to dobre ćwiczenie. Budynek ma 3 wejścia. Dwa z tyłu do oddzielnych klatek, jedno od frontu, które prowadzi do tej samej klatki co jedno z tylnych wejść. Prawdopodobnie czwarte wejście zostało przerobione na lokal, w którym dziś znajduje się Jadłodzielnia.
Architektem był anonimowy artysta. Jednak patrząc na jego dzieło możemy się o nim trochę dowiedzieć. Na pewno bywał w Europie zachodniej i był zafascynowany jej stylem na tyle, że na wzór tamtejszych budynków użyteczności publicznej stworzył projekt kamienicy. Dziś takie można napotkać chociażby w Wiedniu. Architektowi nie przeszkadzało, że neorenesans na początku XX wieku był już „passe”. Dlatego też gdy ktoś szedł ul. Lipową bądź Krakowską podziwiać mógł eleganckie skrzydło. Ten kto spacerował akurat Wołkowyską lub inną wąską uliczką biegnącą od Sosnowej (dziś Kalinowskiego) widział w oddali tylko skromną oficynę.
Do dziś wewnątrz przetrwała kolorowa posadzka. Niestety po pięknych dekoracjach malarskich na sufitach nie pozostało już nic. Klatki są typowe – białe z pomalowanym na jednolity kolor dół. Dokładnie tak jak w większości bloków. O pomstę do niema woła to co zrobiono z obecnym dachem. Na początku XXI wieku budynek przeszedł gruntowny remont elewacji. Dzięki czemu szare i brudne mury zostały zamienione na budynek pełen blasku. Ale ktoś wpadł na idiotyczny pomysł aby dorobić blaszane „czapki” do dachu. Mimo, że budynek od 1988 roku jest zabytkiem, to konserwator na coś takiego pozwolił.
Wojna z prostytucją
Gdy nastał 1909 rok i kamienica wróciła do Ginzburgów, to Szeftel postanowił uczynić z niej stałe źródło dochodu. Znajdujące się mieszkania były do wynajęcia. Prawdopodobnie jednak biznes nie szedł tak jakby właściciel przybytku chciał. Dlatego w 1906 roku kupiec podnajął kamienicę pani Łubnickiej, która otworzyła przy Krakowskiej 1 hotel Metropol. Ginzburg zmarł w 1915 roku. Kamienica przeszła w ręce jego żony – Chinki Ginzburg. Kobieta postanowiła z kamienicy wycisnąć jeszcze więcej. Dlatego przejęła budynek oraz działający w nim hotel Metropol. Powstała też droga restauracja, dwie kawiarnie oraz dancing. Ponadto 3 mieszkania były wynajmowane. Zajmowali je Chasza Lifszyc, Icko Szczupak oraz Lejba Wajnrach.
Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości za kamienicą wciąż ciągnęła się atmosfera skandalu. Przede wszystkim w hotelu działał pod przykrywką największy burdel w mieście. Lokal cieszył się „najlepszą” reputacją, gdyż prostytutki świadczące tam swoje usługi nie miał żadnych oporów! Nawet gdy przychodzili młodzi gimnazjaliści (dziś byliby to licealiści. Policja wielokrotnie robiła naloty na Krakowską 1 zamykając przybytek. Prasa wciąż potępiała działalność „hotelu”. Ponadto na przeciwko znajdowała się kaplica i cmentarz (a później Kościół św. Rocha). Nawet gdy burdel przestawał działać, to gdy napięta atmosfera opadała – wszystko wracało do dawnego porządku.
W hotelu Metropol działało także coraz więcej młodocianych prostytutek. Grupą przewodziła 14-latka, która sama trudniła się fachem… złodzieja. W całym mieście zarejestrowanych jako prostytutki były 233 kobiety. Tych zawodowych stwierdzono 84, a dorabiających – 149. Królowe nocy były nadzorowane przez komisje sanitarno-obyczajowe. Te, które uchylały się od rejestracji były ścigane przez specjalnych agentów. Zawodowe otrzymywały specjalne książeczki zdrowia. Działalność przy Krakowskiej 1 była na tyle złą sławą owiana, że powstało w Białymstoku „Towarzystwo Eugeniczne”, które za cel postawiło sobie przeciwdziałanie prostytucji. Ostatecznie burdel z Krakowskiej 1 (w okolicy było kilkanaście innych) zniknął w 1923 roku.
Ginekolog – zawód zakazany
ilustracja z amerykańskiego podręcznika z 1897 roku. (fot. Norris Richard Cooper; Dickinson Robert Latou / Wikimedia Commons / public domain)
„Towarzystwo Eugeniczne” jednak nie dawało za wygraną. Po Chince kamienicę przejął syn Szeftela – Karol Ginzburg. Ukończywszy studia medyczne postanowił w swoim przybytku otworzyć gabinet ginekologiczny, co jeszcze bardziej rozjuszyło wielu mieszkańców. O ile dziś działalność tego typu nie wzbudza większych emocji, to dawniej ginekologa często nazywano „damskim rzeźnikiem”. Jednym z problemów jakie miało „Towarzystwo Eugeniczne” z ginekologami to wszelkie badania i zabiegi jakie wykonywali. Dawniej uważano, że lekarz powinien robić je z zasłoniętymi oczami, później z upływem czasu liberalizowano stanowisko, jednak lekarz według działaczy konserwatywnego towarzystwa nie mógł wykonywać swoich zadań w stu procentach prawidłowo tylko i wyłącznie ze względów obyczajowych. Generalnie kobieta przed ginekologiem nie miała prawa się obnażać.
Warto też pamiętać, że nie istniało również coś takiego jak testy ciążowe. Kobieta, która czuła się „odmiennie” mogła co najwyżej przypuszczać co się z nią dzieje. Te, które chciały mieć zupełną pewność udawały się do ginekologa. Potwierdzenie, że kobieta ma w brzuchu płód a nie na przykład guza również wiązało się z oglądaniem damskich narządów rodnych, co towarzystwu się nie podobało.
Wracając do samej kamienicy. Oprócz gabinetu ginekologicznego Ginzburga, w budynku znajdowały się również dwie kawiarnie. Jedną prowadził Liwsza Kokman. Druga zaś należała do Poli Parasol. Była też herbaciarnia prowadzona przez pana Pawłowskiego. Był też zakład fryzjerski oraz kwiaciarnia. Pozostałe lokale zapewne były wynajmowane lokatorom do mieszkania. Ostatnie lata przez II Wojną Światową w kamienicy przy Krakowskiej 1 znajdują się już tylko lokale mieszkalne. Z książki adresowej firm z 1932 roku wiadomo, że niektórzy lokatorzy w mieszkaniach prowadzili interesy. Między innymi adwokat Wacław Sławiński, tłumacz Fejga Lewin, pocztowiec Bolesław Gołębiowski, lekarz Gutman, tłumacz przysięgły języka francuskiego Przybylski oraz nauczycielka Einhorn.
Tajna niemiecka kwatera
fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe / NAC/3/1/0/0/113
Gdy Niemcy zajęli Białystok podczas II Wojny Światowej to wyrzucili wszystkich mieszkańców z budynku. Zorganizowano w nim tajny sztab lotnictwa niemieckiego. Agresorzy kierowali z centrum Białegostoku walkami powietrznymi. Zostali wypędzeni dopiero w 1944 roku przez żołnierzy Wojska Polskiego, którzy postanowili stworzyć na miejscu tymczasowy przybytek dla repatriantów wojennych. Mimo, że praktycznie cały Białystok został doszczętnie zniszczony podczas wojny, to kamienica przy Krakowskiej została zachowana w dobrym stanie.
Gdy po II Wojnie Światowej władzę w Polsce objęli komuniści postanowili, że budynek przejdzie pod władanie Tymczasowego Zarządu Państwowego. W latach 50-tych otwarto tam Wydział Komunikacji, Zarząd Dróg Publicznych oraz… Ligę Lotnictwa. Taki stan rzeczy obowiązywał do 1958 roku. Później budynek trafił w Zarządu Mienia Komunalnego. Dziś przy Krakowskiej 1 mieszkają zwykli białostoczanie. Na co dzień jednak życie w zabytku nie przynosi większych korzyści. A wręcz przeciwnie. Podczas ostatniego kapitalnego remontu kamienicy w 2016 roku nie dało się tam normalnie funkcjonować. Choćby przez to, że drzwi do lokali malowano specjalną farbą chroniącą przed pożarem. Smród był nie do wytrzymania. Ponadto czynsze są horrendalnie wysokie. Budynek jednak tak jak dawniej z zewnątrz prezentuje się przepięknie i na pewno jest jedną z wizytówek miasta. Mijają go wszyscy, którzy idą z dworca do centrum oraz wszyscy, którzy zwiedzają kościół św. Rocha. Szkoda tylko, że do tak pięknego zabytku doklejony jest budynek Lasów Państwowych.
To znalezisko może mieć nawet 2000 lat! Odkryli je pracownicy leśnictwa Józefowo w Nadleśnictwie Waliły. Mowa tutaj o grocie od włóczni, który najprawdopodobniej używany był do polowań.
– Podłużny ok. 30-40 cm kawałek metalu znaleziony został pod powierzchnią ściółki na zrębie. Jego kształt wyraźnie wskazywał, że jest to grot włóczni bądź innego narzędzia używanego jako broń. – czytamy na facebookowej stronie nadleśnictwa.
Miejsce znaleziska zostało zabezpieczone, a następnie powiadomiony został Podlaski Wojewódzki Konserwator Zabytków. – Wraz z archeologiem zbadaliśmy dokładnie okolicę i wydobyliśmy z ziemi znalezisko. W trakcie oględzin nie natrafiono na żadne inne zabytki. Grot to bardzo cenne odkrycie. Szczególnie dołoży od siebie informacji o wczesnośredniowiecznym uzbrojeniu na terenie Podlasia. Teraz będzie analizowany w Muzeum Podlaskim.
Warto przypomnieć, że to nie jest pierwsze znalezisko nadleśnictwa. Jakiś czas temu na bagnach znaleziono fragment żuchwy niedźwiedzia w bobrzej tamie. Znalezisko mogło mieć nawet 5 tysięcy lat. Wiadomo, że na pewno nie była to żuchwa współczesnego niedźwiedzia, gdyż ostatni osobnik w Puszczy Knyszyńskiej wyginął 400 lat temu.
Mimo, że jest zabytkiem to na co dzień jest zamknięty. Mowa tu o jednym cmentarzu żydowskim w Białymstoku, który przetrwał do naszych czasów. Drugi – jeszcze starszy zakopany jest w samym centrum miasta. Nad nim znajduje się Park Centralny. Trzeci cmentarz jest miejscem pamięci – dokładnie to odgrodzony teren przy budynku ZUS.
Cmentarz na ul. Wschodniej w Białymstoku to w zasadzie ostatnia pamiątka po dawnych mieszkańcach naszego miasta. Spoczywają na nim przedstawiciele znanych rodów, które przed XX-wieczną zawieruchą żyły w Białymstoku. Łącznie na 10 hektarach cmentarza znajduje się 6 tysięcy macew. Najstarsza pochodzi z 1876 roku. Nekropolia oficjalnie jednak została otwarta później bo w 1890 roku. Wówczas ogrodzono ją ceglanym murem z bramą. W 1906 roku miał miejsce pogrom ludności żydowskiej. W centralnej części cmentarza znajduje się marmurowy obelisk upamiętniający tragiczną śmierć 80 Żydów. W 1922 roku ku czci białostockiego rabina Chaima Herzoga Halperna nowojorscy żydzi ufundowali ohel (namiot).
Po II Wojnie Światowej cmentarz był zaniedbany i systematycznie dewastowany. Nie ma już pierwotnego ogrodzenia. To co pozostało jest cennym zabytkiem naszego miasta. Nekropolia bowiem ma wartości historyczne ale też artystyczne. Niestety cmentarza nie można zwiedzać kiedy się chce. Miejsce pochówku białostockich Żydów jest zamknięte na kłódkę. Nie bez przyczyny. W 2008 jacyś idioci zniszczyli nagrobki oraz pomazali je sprayem. Żydzi stanowili większość mieszkańców Białegostoku i jest to fakt niezaprzeczalny. Gdyby nie Holocaust zapewne niektórzy z nich mieszkaliby w stolicy Podlaskiego do tej pory. Macewy to niezaprzeczalne świadectwo historii Białegostoku. Kto z tym walczy – walczy z tożsamością własnego miasta.
Żeby wejść na teren nekropolii trzeba wcześniej zadzwonić do Lucy Lisowskiej, która sprawuje opiekę nad zabytkiem. Jest to prezes Centrum Edukacji Obywatelskiej Polska – Izrael. Nr kontaktowy to: + 48 501 458 792
Dziś odwiedzamy groby bliskich, stawiamy znicze by uczcić ich pamięć. Wieczorami cmentarze zamieniają się natomiast w przepiękne morza świateł. Wiele osób wtedy wybiera się, by zobaczyć efektowny wygląd białostockich nekropolii. My natomiast proponujemy również wybrać się w dzień. Konkretnie do Wasilkowa. Znajdujący się tam obiekt jest bardzo piękny za sprawą wielkich rzeźby jakie stoją obok siebie. Figury aniołów oraz Jezusa mają również przesłanie dla wszystkich.
Cmentarz w Wasilkowie to największy zabytek gminy. Znajduje się on na wylocie z miasta w kierunku na Świętą Wodę. Nekropolia powstała pod koniec XIX wieku i zajmuje powierzchnię 4,5 hektara. Łącznie na terenie obiekty znajduje się siedem grup rzeźb. Wszystkie nawiązują do Pasji i Zmartwychwstania Jezusa. Ponadto są też dwie fontanny i 60 zabytkowych nagrobków. Najstarszy pochodzi z 1896 roku.
Oprócz wielkich rzeźb na cmentarzu znajdują się również wyryte w murach wersety z Pisma Świętego. Ponadto zwiedzając wasilkowską nekropolię natkniemy się również na okazały nagrobek ks. Wacława Rabczyńskiego, którego dokonania na rzecz lokalnej społeczności są ogromne. Duchowny nie tylko przyczynił się do wybudowania kościoła pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny Matki Miłosierdzia, ale również dzięki niemu powstała kaplica w Świętej Wodzie. To właśnie także za sprawą ks. Rabczyńskiego możemy podziwiać przepiękne rzeźby na cmentarzu.
Na cmentarzu znajduje się również grób legionistów polskich Aleksandra i Michała Żukowskich, nagrobek z 1896 r., grób 34 mieszkańców Wasilkowa i Studzianek rozstrzelonych w 1943 r. oraz groby ofiar II wojny światowej. Warto zaznaczyć również, że nekropolia jest obfita w małą architekturę. Wszystko razem przepięknie się komponuje.
Składa się z dwóch 11-piętrowych wieżowców, mieszka tam około 440 osób, a samych mieszkań jest 214 do których wchodzi się nie z klatki schodowej lecz przez długie balkony tzw. galerie. Stąd jego nazwa – Galeriowiec. Od 1970 roku wita przyjezdnych, bo stoi blisko dworca PKP i PKS. Moloch swoją konstrukcją miał sobą reprezentować „superjednostkę” naśladując styl „Le Corbusiera” – francuskiego architekta zwanego „papieżem” modernizmu.
Koniec plątaniny uliczek
Najpierw mała powtórka z historii architektury Białegostoku. Podczas II Wojny Światowej Niemcy zniszczyli miasto doszczętnie. Jednak mówimy tutaj o budynkach. Przedwojenna plątanina ulic i uliczek została. Aż do momentu, gdy nowa PRL-owska zabudowa wyparła je całkowicie. Aleja Pierwszego Maja (dziś Aleja Piłsudskiego) przecięła wiele takich uliczek tworząc super-drogę. Dom Partii przy Próchnickiej (dziś Plac NZS) to budynek-moloch, który powstał w latach 50-tych. Był on autorstwa Stanisława Bukowskiego, który dostał od ówczesnych władz zadanie – odbudować centrum miasta.
Tutaj powstała pewna oś sporu. Otóż Bukowski przyczynił się do wskrzeszenia wielu budynków będących żywymi pomnikami polskiej historii – choćby Pałac Branickich, budynki przy Kilińskiego czy też zabudowa wokół katedry. Niestety – to co mają mu za złe historycy, chwalą urbaniści. Bukowski postanowił rozprawić się z plątaniną uliczek projektując miasto zastępując je kwartałami – czyli tak, by zasadniczo każdy fragment przecinały 4 ulice. Gdy spojrzymy na dawną mapę i obecną to widać zmiany jak na dłoni. Warto jednak pokusić się o pewne wyjaśnienie – to co dzisiaj my definiujemy jako zabytki, wówczas w świadomości władz i także architektów stanowiło chaotyczną przedwojenną zabudowę, której należałoby się pozbyć.
Dlatego też dzisiejszy Białystok różni się architektonicznie od innych dużych miast. Nie ma u nas klasycznej starówki, która trochę sztucznie powstała 10 lat temu. Po II Wojnie Światowej wokół ratusza pojawił się skwer, który został zlikwidowany po ostatniej przebudowie. Wówczas oblepiony reklamami Rynek Kościuszki zamienił się z ulicy w plac. Niestety do przedwojennego wyglądu nawiązano luźno jedynie poprzez przesunięcie fontanny bliżej skrzyżowania. Zabrakło jednak pięknego ogrodu. Zamiast tego mamy pusty, betonowy fragment. Po drugiej stronie ratusza natomiast zamiast skwerku są schody i kolejny kawałek betonu zwanego przez mieszkańców „patelnią”.
Czy dbać o modernizm?
Bukowski pozostawił po sobie charakterystyczne budynki w kwartałach na ul. Lipowej, które wszystkie są do siebie podobne i ciągną się aż do kościoła św. Rocha. Dalej mamy już architektoniczny chaos. Każdy budynek jest zupełnie inny. Styl Bukowskiego to modernizm, który nie został przez niego wymyślony. Tak została odbudowana cała Polska po odzyskaniu Niepodległości w 1918 roku. Najpierw urzędy i instytucje państwowe, później bloki mieszkalne.
W latach 60-tych przyszła nowa „fala” modernizmu, a wraz z nią inni architekci. Budynki, które zaczęły się pojawiać było nieco futurystyczne. Spójrzmy chociaż na Central, spodki, pawilony-restauracje przy ul. Akademickiej. Jednym z takich budynków właśnie był też Galeriowiec autorstwa Wiktora Łazarczyka i Jana Citko. Moloch oprócz charakterystycznych galerii, z których wchodzi się do mieszkań ma również jeszcze inną cechę. Na parterze jest „opierany” przez filary w kształcie litery „V”.
fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Od lat trwają spory czy modernizm i jego spuściznę uznawać za zabytki czy nie. Niestety nie ma jednej odpowiedzi na to pytanie (gdyby była to nie byłoby sporów). Nie można odmówić budynkom modernistycznym pewnych unikatowych cech, które warto by było chronić i zachować dla przyszłych pokoleń. Tylko w z zasadzie po co? Tutaj najpierw trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie drugie – do jakiej historii Polski chcemy nawiązywać? Którą RP chcemy podtrzymywać dla przyszłych pokoleń? I RP i jej królewski rodowód? A może II RP i PRL połączone modernizmem? W III RP także powstało wiele budynków, które w przyszłości mogą zostać zabytkowe. Czy można nawiązywać do wszystkich RP? Architektonicznie wygląda to koszmarnie.
Katastrofalny misz-masz
Wystarczy przejść się od dworca kolejowego – gdzie mamy obecnie budynek w remoncie, któremu przywraca się świetność z czasów zaborów, obok stoi modernistyczna poczta. Za kładką natomiast modernistyczny galeriowiec koło którego na pustej działce powstaje właśnie nowoczesny „apartamentowiec”. Tuż obok wytwór zachodu McDonald’s i nowoczesny dworzec autobusowy. Jest jeszcze murowano-sidingowe Centrum Park. Idąc ulicą Św. Rocha miniemy modernistyczne bloki, drewniane domy, zabytkowy budynek dawnego kina, nowoczesne biurowce, a także budynki z lat 90-tych XX wieku. Na samym końcu Kościół Św. Rocha. Później idąc Lipową mijamy modernistyczną ul. Lipową dochodząc do Rynku Kościuszki, który nieco ma przypominać ten przedwojenny. Spacer kończymy mijając neogotycką katedrę w otoczeniu barokowych budynków z Pałacem Branickich na czele. Od tego wszystkiego można dostać niewątpliwie zawrotu głowy.
Co w takim razie chcemy zostawić przyszłym pokoleniom? Ten cały architektoniczny bałagan? A może jednolity styl. Tylko, który? Jak widzicie jest to błędne koło. Nie można wybrać jednego, a wybranie wszystkich również nie jest dobre. W jednym z tekstów optowaliśmy za wyburzeniem obecnego pomnika przy Centralu, a także dawnego „Domu partii”. Zdanie to podtrzymujemy, bo gdybyśmy to my mieli wybierać, to architektonicznie wskrzesilibyśmy I RP (oczywiście zdroworozsądkowo, bo miasto to tkanka nieustannie i dynamicznie zmieniającą się). Była kiedyś taka koncepcja, by Białystok było miastem-ogrodem. Ku temu powinniśmy zmierzać, szczególnie że w obliczu katastrofy klimatycznej jaka właśnie następuje roślinnością powinniśmy wręcz zarastać.
Wracając do Galeriowca. W skali Białegostoku jest to jedyny takiego typu budynek. W Polsce jednak nie. W Gdańsku również istnieją budynki, w których do mieszkań wchodzi się z galerii. Są to „Falowce”. We Wrocławiu mamy 3 Galeriowce złączone w jeden przy ul. Powstańców Śląskich. Budynki takie stoją również w Poznaniu, Rudzie Śląskiej, Krakowie, Szczecinie, Koninie i oczywiście Warszawie.
Podlaski chleb, pieczony w tradycyjnym piecu kaflowym, stanowi nie tylko smakowitą przysmak, lecz także niezwykłe dziedzictwo kulturowe, które przenosi nas w głąb historii i tradycji Podlasia.
Filmowiec ukazujący dziedzictwo Podlasia
Ireneusz Prokopiuk to niezwykle utalentowany filmowiec z Podlasia, który swoją pasję i zaangażowanie oddaje w licznych filmach dokumentalnych. Ukazuje on bogactwo tradycji i zwyczajów naszego regionu. Jeden z najbardziej znanych jego dzieł to „Rudaki”, produkcja, która już w czasach, gdy YouTube nie istniał, a internet nie był jeszcze tak rozwinięty, cieszyła się popularnością na antenie Canal+. Dzięki postępowi technologicznemu, dziś możemy cieszyć się dostępem do tych filmowych arcydzieł, które rzucą światło na historię i kulturę Podlasia. Jedną z takich „perełek” jest film „Historie Podlaskie: Chleb”.
W tym filmie Prokopiuk zabiera nas w podróż do serca podlaskiej wsi. Tam gdzie tradycyjnie piecze się chleb w charakterystycznym, ceramicznym piecu kaflowym. Obserwujemy, jak mieszkańcy przygotowują ciasto. Jak ostrożnie wkładają je do pieca, a następnie czekają na magiczny moment, gdy pachnący chleb wyjmuje się z pieca. Warto zauważyć, że proces pieczenia chleba w tradycyjnym piecu kaflowym to kulinarna sztuka.
Filmowa podróż do serca podlaskiej wsi
W filmie możemy usłyszeć cenne wskazówki od miejscowych mieszkańców, którzy dzielą się swoimi doświadczeniami. Przekazują oni wiedzę na temat tego, jak powinien być przyrządzany prawdziwy, tradycyjny chleb. Jedna z mieszkanek regionu podkreśla, że podlaski chleb powinien być czysty, wolny od dodatków, które mogą zaburzyć jego autentyczny smak. Przede wszystkim troska o tradycję i jakość produktów sprawia, że chleb pieczony w tradycyjnym piecu kaflowym ma niepowtarzalny smak.
Podlaski chleb – smak i tradycja
Dla wielu osób, które miały okazję skosztować podlaskiego chleba pieczonego w ten sposób, doświadczenie to jest niezwykle pamiętne i wyjątkowe. Smak tego chleba, pełen aromatu i nuty tradycji, pozostaje w pamięci na długo, stanowiąc niezapomniane doświadczenie kulinarno-kulturowe. Dzięki filmowi Ireneusza Prokopiuka, który ukazuje proces przygotowywania i pieczenia chleba w tradycyjnym piecu kaflowym, możemy choć na chwilę przenieść się do magicznego świata podlaskiej wsi i cieszyć się autentycznym smakiem, który od wieków kultywuje się na tym terenie.
Aromatyczna podróż przez podlaskie smaki
Podsumowując, film „Historie Podlaskie: Chleb” to nie tylko opowieść o procesie pieczenia chleba. To także podróż w głąb tradycji i kultury Podlasia. Dzięki niemu możemy lepiej zrozumieć znaczenie chleba w życiu mieszkańców tego regionu oraz docenić piękno i autentyczność tradycyjnych metod wypieku. To także hołd dla tych, którzy ze starannością i pasją przekazują kolejnym pokoleniom sztukę pieczenia chleba w tradycyjny sposób.
Być może nie wszyscy wiedzą, ale w Białymstoku istnieje Miejski Konserwator Zabytków i wbrew pozorom nie jest to jeden z developerów tylko urzędnik białostockiego magistratu. Konserwator – jak sama nazwa wskazuje – teoretycznie powinien zajmować się konserwacją. Jako urzędnik nie musi robić tego sam, ale może to czynić swymi działaniami. W praktyce jednak w Białymstoku Miejski Konserwator Zabytków zajmuje się zgoła czym innym.
Jego główna działalność to wydawanie szeroko rozumianych pozwoleń związanych z remontami, konserwacją oraz modyfikacjami wyglądu zabytków, a także gospodarowania roślinnością wokół zabytków (np. wydawanie pozwoleń na usuwanie drzew). Oczywiście miejski konserwator zabytków również wszczyna postępowania, by wpisać dane obiekty do rejestry zabytków. Zgodnie z dokumentacją w BIP możemy się dowiedzieć, że od 2017 roku wpisano 11 budynków do rejestru. Nie będziemy podważać słuszności tych decyzji bo teoretycznie były słuszne. Wszak decyzje dotyczą budynków, które powstały przez II Wojną Światową. W Białymstoku tego typu obiekty to wręcz skarb, gdyż Niemcy podczas wojny zniszczyli praktycznie całe miasto.
Zastanawiamy się jednak jaki jest sens wpisywania czegokolwiek na listę zabytków skoro białostockie zabytki latami stoją zdewastowane, niszczeją i czekają na rozkład. Podajmy kilka przykładów: Pałac Lubomirskich na Dojlidach, żydowska Szkoła przy ul. Lipowa, Domen Napoleona – to tylko najbardziej reprezentacyjne budynki, które niszczeją. Do tego należy dorzucić jeszcze mnóstwo kamienic i drewnianych domów, które od lat straszą zamiast cieszyć oko.
Problemem są oczywiście pieniądze. Białystok w tym roku przeznaczył 838 000 złotych na dotacje remontów zabytków czyli dokładnie tyle, za ile można kupić 3 mieszkania. Przy renowacji zabytków taka kwota to jednak grosze. Mało tego większość pieniędzy została przeznaczona na doraźne prace techniczne typu „naprawa konstrukcji dachu i stropu”, „wymiana okien”, „konserwacja drzwi” czy „konserwacja rzeźby”. Tymczasem potrzeba generalnych remontów w środku jak i remontów całych elewacji. Miasto też powinno odkupywać niszczejące zabytki.
Niestety w Białymstoku nie ma raczej na to szans. Prezydent tak prowadzi finanse miasta, że w najbliższym czasie planuje zaciągnąć 80 milionów złotych kredytu na… spłacenie starych kredytów. Czyli klasyczna spirala zadłużenia.
W 1999 roku województwo podlaskie zostało utworzone jako zlepek województw białostockiego, łomżyńskiego, suwalskiego. Między 1975 a 1998 rokiem w samym województwie białostockim były takie duże miasta (powyżej 10 tys. mieszkańców) jak Białystok, Bielsk Podlaski, Hajnówka, Łapy, Sokółka, Siemiatycze, Mońki, Czarna Białostocka. Wymieniliśmy te wszystkie ośrodki, by zwrócić uwagę na ważną rzecz. Tylko do jednego z nich nie da się dojechać koleją. I nie dlatego, że nie ma w nim torów tylko dlatego że nie ma połączeń. Dlaczego nie ma bezpośredniego, kolejowego połączenia Białystok – Siemiatycze? Jest tylko pośrednie tj. z przesiadką i trwa tyle samo co podróż do Warszawy. Brzmi kuriozalnie? Witajcie na Podlasiu. Na dokładkę możemy powiedzieć, że bezpośrednie połączenie kolejowe z Siemiatyczami ma… Warszawa.
Od wielu lat pasażerowie proszą samorządy by można było dojechać bezpośrednio z Białegostoku do Lublina, a nie jak obecnie przez Warszawę. Niestety władze – w tym województwa podlaskiego są głuche. Może by i chciały by taki pociąg był, ale problemem jest brak elektryfikacji. Zatem połączenia najczęściej spotykanym pociągiem, który jeździ dzięki trakcjom na razie być nie może. Ale przypomnijmy, że samorząd województwa podlaskiego dysponuje szynobusami, które nie potrzebują prądu tylko paliwa. Wystarczyłoby się więc dogadać. Tu mamy jednak kolejny problem – dogadać musiałyby się ze sobą aż 3 województwa – podlaskie, mazowieckie i lubelskie. Gdy chodzi o pieniądze to trudno na to liczyć. Szczególnie, gdy trzej marszałkowie nie są z tej samej opcji politycznej. Warto jednak zaznaczyć, że zarówno koleje mazowieckie jak i koleje podlaskie realizują połączenie Czeremcha – Siedlce. Przez cały dzień jeździ aż 6 par pociągów.
Marszałek Województwa Podlaskiego nie musi się oglądać na innych marszałków. Mógłby chociaż sypnąć groszem, by szynobusy jeżdżące z Białegostoku do Czeremchy dojeżdżały aż do Siedlec tak by nie trzeba było się przesiadać. Dobrze by było żeby dojeżdżały chociaż do Siemiatycz (najlepiej z Suwałk) – tak by poruszanie się pociągiem po całym województwie nie było problemem. Dlatego nie ma co się oglądać na innych, trzeba działać. Nie może być tak, że po 20 latach województwo podlaskie nadal jest tworem sztucznym na tyle, że nawet południowa część dawnego województwa białostockiego ma większe związki z Lubelszczyzną i Mazowszem niż ze stolicą własnego województwa.
W obecnym miejscu czyli przy ul. Brukowej, I LO istnieje od 1967 roku, a miało tam być tymczasowo. Tak się złożyło że stoi do dziś. Niejednokrotnie uczniów można było napotkać w pobliskim parku centralnym. Wszyscy w jednolitych strojach do ćwiczeń, pod okiem nauczyciela mieli W-F. W I LO nauczycielem historii był obecny minister edukacji – Dariusz Piontkowski. W 2005 roku natomiast cała Polska słała szkole i jej dzieciom kondolencje. W katastrofie pod Jeżewem, podczas pielgrzymki do Częstochowy zginęło tragicznie 9 maturzystów.
Jako że szkoła ma „numer 1”, to wydaje się, że powstała jako pierwsza. Nie jest to jednak aż tak oczywiste. O początkach jej powstania wiemy tyle, że w 1777 roku dzięki Izabeli Branickiej – Komisja Edukacji Narodowej utworzyła Podwydziałową Szkołę Zgromadzenia Akademickiego. Szkoła ta mieściła się przy obecnej ul. Kilińskiego. Pierwszym dyrektorem był ks. Jan Michałowski. W 1784 roku przybyły do Białegostoku król Stanisław August Poniatowski (brat Izabeli Branickiej) odwiedził także funkcjonującą szkołę. Tyle, że to historia wspólna zarówno dla dzisiejszego I LO jak i VI LO.
W 1802 roku powołane została przez zaborce pruskiego Wyższe Gimnazjum Białostockie. Nazwa dziś może być myląca, jednak warto dodać że dawniej ukończenie gimnazjum uprawniało do przyjęcia na studia wyższe. Cykl nauczania w tejże szkole trwał 6 lat. Prawie wszystkie przedmioty były w języku niemieckim. Siedziba szkoły znajdowała się w nieistniejącym już budynku gdzieś na Plantach. Wcześniej znajdował się tam teatr dworski, który przestał funkcjonować po śmierci hetmana Branickiego. W 1808 roku gimnazjum przeniesiono po raz kolejny. Tym razem do budynku na skrzyżowaniu Warszawskiej i Pałacowej. Równo 50 lat później gimnazjum wprowadziło się do dzisiejszego VI L.O, które mieści się dziś przy ul. Warszawskiej. Warto dodać, że jednym z absolwentów Gimnazjum Białostockiego był Ludwik Zamenhof.
Późniejsze lata to kolejne zmiany. W 1873 roku placówka zaczęła funkcjonować już jako Białostocka Szkoła Realna, która miała profil techniczno-przyrodniczy. Następne lata to kolejne zmiany. Tym razem szkoła była podzielona na Gimnazjum żeńskie i gimnazjum męskie. Edukację zupełnie przerwano podczas II Wojny Światowej. 1 października 1944 roku wznowiło działanie Państwowe Gimnazjum i Liceum nr 1 w Białymstoku. Siedziba znajdowała się dalej w budynku przy dzisiejszej Warszawskiej.
W 1950 roku szkoła zostaje kolejny raz przeniesiona. Tym razem do budynku przy ul. Warszawskiej 63 czyli na dzisiejszy wydział ekonomiczny UwB. Po roku remontu szkoła wraca do poprzedniej siedziby na Kościelną 9 (czyli dziś budynek VI L.O). W 1967 roku budynek przy dzisiejszej Warszawskiej jest zagrożony katastrofą budowlaną. I L.O przenosi się „tymczasowo” na Brukową 2, gdzie stoi nowo wybudowany gmach. Tymczasem stary budynek przechodzi remont, a po nim w 1972 roku zostaje utworzone… VI Liceum Ogólnokształcące. Dodatkowo w 1974 otrzymuje imię Zygmunta Augusta, co wywołuje protesty społeczności I L.O. I tak wspólna historia zaczęła się rozchodzić.
Szóstka staje się konkurentem jedynki. W 1967 roku placówka przy Brukowej jako pierwsza na całej Białostocczyźnie wprowadza kształcenie w klasach o profilu ogólnym z rozszerzonym językiem angielskim! Przypomnijmy, że w PRL wszędzie językiem „obcym”, a raczej „bratnim” był rosyjski. Do dziś zarówno szóstka jak i jedynka konkurują o uczniów wysokim poziomem nauczania, a także budowaniem społeczności skupionej wokół szkoły. Obie szkoły mają jedną wspaniałą historię.
fot główne: I L.O przy ul. Brukowej, VI L.O przy ul. Warszawskiej, autor simpledot / Wikipedia; zdjęcie archiwalne: Widok z pałacowej bramy na gmach Szkoły Realnej przy ul. Aleksandrowskiej w 1897 r.
Białystok zamienił się w magiczną krainę za sprawą jesieni, która powoli ogałaca drzewa z liści oraz zmienia ich kolory. Dlatego też na ulicach jest kolorowo. Nasze miasto ma to do siebie, że wiele u nas miejsc, które sprawiają wrażenie jakbyśmy w mieście wcale nie byli. Jednym z nich jest Rezerwat przyrody Las Zwierzyniecki. Jego ścieżki to idealne miejsce by zaczerpnąć świeżego powietrza, pospacerować w ciszy i spokoju, ale też by uprawiać sport – biegać i jeździć rowerem. Jesienna aura sprawiła, że chce się do Lasu Zwierzynieckiego iść w każdej wolnej chwili.
Las Zwierzyniecki w czasach Branickich służył jako miejsce polowań dworskich. Można było tu napotkać jelenie, bażanty, daniele, kuropatwy, łabędzie i dzikie kaczki. Można tylko ubolewać, że charakter tego miejsca już taki nie jest. Wiemy jednak, że istnienie takiej zwierzyny blisko centrum stanowiłoby problem. Dlatego możemy tylko spacerować po pięknej krainie i wyobrażać sobie jak tu było kiedyś.
Warto dodać, że kiedyś było zdecydowanie inaczej. Dzisiejszy rezerwat był ogromnym kompleksem leśnym, który zaczął się kurczyć pod wpływem rozwoju miasta. Z jednej strony zachodnią częśc lasu zabudowano koszarami przez co wykarczowano całe połacie lasu. Inne fragmenty przeznaczono na pola uprawne i ogrody. Las Zwierzyniecki przeistaczał się coraz bardziej w park. Wytyczono alejki spacerowe, wybudowano bufety. Wzniesiono teatr letni, restauracje i inne obiekty rozrywkowe. Do miejsca tego w roku 1895 doprowadzono nawet „konkę” czyli dawną linię tramwajową. Zwierzyniec stał się modnym miejscem.
W 1920 roku Zwierzyniec podzielono na 2 części. Pierwszą z nich nazwano „Parkiem Miejskim 3-go maja” i tym samym połączono go z Parkiem Miejskim im. Księcia J. Poniatowskiego, który biegł aż do Teatru Dramatycznego. Druga część to dzisiejszy Las Zwierzyniecki. Warto podkreślić, że Białystok jest jednym z niewielu miast w Polsce, w którym wchodząc do parku w centrum można wyjść poza granicę miasta w zasadzie nie wychodząc z terenów zielonych. Pielęgnujmy te tereny jak możemy, bo wiele mieszkańców innych miasta może ich nam pozazdrościć.
W Polsce Choroszcz kojarzy się raczej ze szpitalem psychiatrycznym, na Podlasiu wiele osób wie, że to miasteczko rozwijało się kiedyś prężnie i ma więcej do zaoferowania niż hospitalizacja. Wizytówką miasta jest letnia rezydencja Branickich wraz z otaczającym ją parkiem z 1757 roku. Został spalony w czasie II Wojny Światowej, odbudowany został w 1960 roku. Raz do roku w pierwszą niedzielę sierpnia odbywa się na placu przed rezydencją Jarmark Dominikański.
Jeżeli przyjrzymy się budynkowi możemy zauważyć, że bardzo przypomina pałacyk gościnny przy ul. Kilińskiego w Białymstoku. Nie przypadkowo. Zarówno jeden jak i drugi budynek spełniać miały tę samą rolę – miejsce wypoczynku. Przy ul. Kilińskiego były miejsca dla gości, dla których zabrakło miejsca w pokojach pałacu głównego. W Choroszczy podobnie, tyle że goszczono tam zupełnie inne osoby.
A to dlatego, że hetman Branicki nie dożył wykończenia pałacyku przy ul. Kilińskiego. Dlatego swoich znakomitych gości mógł przyjmować dotychczas na dworze lub właśnie gościć z wielkim przepychem w Choroszczy. Za jego życia przebywali tu król Augustów III oraz brat Izabeli Branickiej oraz szwagier hetmana – król Stanisław August Poniatowski. To, co się działo podczas przyjęć gości w Choroszczy zostało opisane w książce „Grzechy hetmańskie” – autorstwa Józefa Ignacego Kraszewskiego. Swoją drogą książka ta nadaje się na serial równy superprodukcji TVP – Koronie Królów.
Wracając do pałacyku w Choroszczy. Warto tam się wybrać na zwiedzanie. Warto zobaczyć samo muzeum, które znajduje się w pałacyku, ale szczególnie piękny jest park znajdujący się za budynkiem. Najpierw idziemy przez dziedziniec na wyspę, gdzie stoi pałacyk, a następnie alejkami wzdłuż kanału do wzgórza widokowego. Będziemy przemierzać mijając kolejne lipy, które mają ponad 200 lat oraz klony. Na końcu dojdziemy do wzgórza, które zostało sztucznie usypane, które w przeszłości miało służyć jako dwupoziomowa piwnica. Dziś to „górka miłości”, gdzie spotyka się młodzież. Warto tam jednak wybrać się niezależnie od wieku. Spacer wśród starych drzew przy pięknym kanale w otoczeniu pałacyku da nam wiele radości i wewnętrznego spokoju. Tak bowiem działa przyroda na człowieka.
Białostoccy urzędnicy mają chyba takie same zdanie jak my na temat jednego z absurdalnych projektów w Budżecie Obywatelskim, który musi być teraz zrealizowany. Póki co nie będzie. Zacznijmy od najważniejszego – nie jesteśmy przeciwnikami budżetu obywatelskiego, jest to świetna inicjatywa, dzięki której mieszkańcy angażują się w lokalne sprawy dla swoich osiedlowych społeczności. Niestety jest coś takiego jak „projekty ogólnomiejskie”, które powinny zostać zlikwidowane. Gdyż ich efektem jest najczęściej zgłaszanie inicjatyw stawiania kolejnych pomników i innych „dekoracji”, a mówiąc literalnie zaśmiecania ładu przestrzennego centrum miasta.
I takim kamyczkiem do wspomnianego wyżej ogródka jest inicjatywa „WidziMisie” czyli zrealizowania absurdalnego pomysłu stawiania 15 figurek misiów czy też niedźwiadków w mieście, które mają nawiązywać do szlaku turystycznego, który zostanie wytyczony. Po pierwsze z Białymstokiem bardziej kojarzą się żubry, no może ironicznie też śledziki, ale bynajmniej nie niedźwiedzie. Te są domeną naszych sąsiadów – Suwałk, które mają nawet taką maskotkę – białego misia. Po drugie, chyba również niechętnie do pomysłu stawiania w Białymstoku figurek podchodzą również urzędnicy, gdyż nie mogą się zdecydować na ich wygląd.
Ogłoszono konkurs na koncepcję rzeźb niedźwiedzi. Wpłynęły 2 oferty, jednak żadnej nagrody nie przyznano, a jedynie wyróżnienie. Miejmy nadzieję, że ten konkurs nigdy nie zostanie rozstrzygnięty, a miasto ograniczy budżet obywatelski do inicjatyw osiedlowych. To dobre rozwiązanie, że mieszkańcy „meblują” własne osiedla placami zabaw, siłowniami pod chmurką, drogami, parkingami. Niestety nie można pozwolić, by przypadkowe osoby dostawiały co roku nowe bzdety do centrum miasta, bo za kilka lat będzie jeden wieli śmietnik w przestrzeni miasta.
O wygląd Centrum i dbanie by wiernie oddawało historyczny wygląd powinni dbać wykształceni architekci. Jednak to raczej fantazje. Naszą przestrzeń w Centrum kształtują obecnie developerzy i przypadkowi mieszkańcy. Miasto to dynamiczna tkanka i nowe powinno zastępować stare, ale bez przesady. Powinniśmy dbać o dziedzictwo miasta i wszystko to czego nie zniszczyli Niemcy. Powinien też panować ład przestrzenny, a nie chaos. Jednak wycofanie projektów ogólnomiejskich z budżetu obywatelskiego to decyzja, z której część osób na pewno nie byłaby zadowolona, a Tadeusz Truskolaski tak kurczowo trzyma się stołka, że już od dawna stara się nie podejmować żadnych kontrowersyjnych decyzji.
Chyba nie ma lepszego momentu niż obecny, by zwiedzać Puszczę Knyszyńską. Pogoda jest przepiękna, a kolory jesieni magiczne. Do tego można do domu wrócić z grzybkami, których w lesie obecnie nie brakuje. Czego chcieć więcej? Być może mało kto wie, ale dorzecza Supraśli i tereny Puszczy Knyszyńskiej oplecione są szlakami o łącznej długości 400 km! Jest z czego wybierać. Jesienią można zwiedzać kompleks leśny piechotą, rowerem albo… konno!
W tym ostatnim przypadku wystarczy zgłosić się do przesympatycznego Pana Cezarego, który ma swoje stadko wierzchów w Surażkowie. Razem z żoną od wielu lat prowadzi popularne „Ritowisko”. Jeżeli ktoś ma siły w nogach to szlakiem rowerowym może przejechać aż 150 km lub zrobić to samochodem odwiedzając po kolei wszystkie „przystanki”. A po drodze jest naprawdę wiele miejsc, które wyglądają jesienią przepięknie.
Pierwszy przystanek to Królowy Most i Kołodno, które oplecione są przez Wzgórza Świętojańskie. Pierwsza miejscowość ma nazwę znaną z kultowej trylogii Jacka Bromskiego „U Pana Boga”. W rzeczywistości to spokojna wieś, w której zobaczyć można przepiękną cerkiew. Tuż obok w Kołodnie możemy wdrapać się na górę Św. Anny i z wieży widokowej zobaczyć panoramę Puszczy Knyszyńskiej w złotych kolorach.
Kolejny przystanek to Supraśl, do którego dojedziemy w części żwirową drogą przez Cieliczankę. W tym miasteczku koniecznie musimy spróbować babki ziemniaczanej albo kartaczy oczywiście zapijając kwasem chlebowym. Oprócz tego warto zajrzeć nie tylko do najpopularniejszych atrakcji miasteczka jak bulwary czy klasztor, ale też przejść się malowniczą trasą wokół rzeki podziwiając Supraski System Wodny. Początek znajduje się przy ul. Nowy Świat lub na moście przy bulwarach.
Następne miejsce po drodze to Nowodworce, gdzie będziemy mogli podziwiać wspaniałe, stare pojazdy Straży Pożarnej w muzeum tej formacji. Kolejny przystanek to oczywiście Wasilków. Warto zajrzeć nad zalew, a także na świeżo wyremontowany plac w centrum. Potem jedźmy ul. Jurowiecką na Sochonie aż do miejscowości Mostek. Przy tartaku skręćmy w prawo kierując się malowniczą trasą Puszczą Knyszyńską na Ratowiec, Wólkę Ratowiecką oraz Czarną Wieś Kościelną, gdzie będziemy mogli poznać najlepsze tradycje rękodzieła ludowego. Tutaj mała uwaga – jeżeli jedziemy samochodem – warto pojechać z Wasilkowa na Świętą Wodę a dalej Czarną Białostocką, gdzie możemy przy okazji zajrzeć nad zalew.
Następnie, z Czarnej Białostockiej możemy pojechać na Janowszczyznę, a dalej na Wierzchlesie, by ostatecznie wyjechać Kopnej Górze i zwiedzić tam Arboretrum. Po drodze miniemy mnóstwo przepięknych krajobrazów i drewnianych wiejskich domów. Takie Podlasie w pigułce. Rowerem natomiast można pojechać przez malownicze bagna kierując się na Budzisk, a dalej Supraśl, a dopiero potem Kopną Górę. Ostatni odcinek naszej wycieczki to trasa Kopna Góra – Kruszyniany przez Silvarium w Poczopku oraz wielkie rondo w Krynkach. Jeżeli nam mało koniecznie jedźmy na Rudaki i Chomontowce do Bobrownik. Wioseczki na samej granicy z Białorusią mają swój niepowtarzalny klimat. Poczujemy się jak na końcu świata!
Z Bobrownik już prosta i krajowa droga do Białegostoku. Możemy jednak skoczyć nad rzekę Świsłocz i miejscowość Mostowlany. Dalej przez Jałówkę, gdzie stoją ruiny kościoła aż do Bondar i Siemianówki. Tam po drodze na Pasieki możemy natrafić na żubry. Pytanie tylko czy ktoś wytrzyma tak długą wycieczkę? Zawsze można rozbić ją na 2 lub 3 dni. Na Podlasiu nikt się z niczym nie śpieszy!
Dawniej płynęła tutaj tylko rzeczka, dziś to mocno zabudowane tereny. Mowa o gminie Juchnowiec Kościelny, gdzie na jej dzisiejszym terytorium, w czasach I Rzeczypospolitej stało bardzo wiele dworków. Do dziś na cmentarzu w Juchnowcu stoi grobowiec Nowickich – jednych z właścicieli takiego dworów, którego ruiny stoją do dziś. Ostatnio wspomnieliśmy o nim tylko w kilku zdaniach. Dziś postanowiliśmy przytoczyć barwną historię tego miejsca, a także mrożące krew w żyłach legendy jakie o ów miejscu krążą.
Ślub z księżniczką
Dolina rzeczki Niewodnicy już w XV wieku stała się miejscem, gdzie zaczęto przyznawać majątki ziemskie. Wkrótce po tym dwory na tych ziemiach zaczęły rosnąć jak grzyby po deszczu. Każdy nadany majątek ziemski nazywany był Niewodnicą. I tak powstały dwory i folwarki w Niewodnicy Skrybickiej (dziś dwie wsie obok siebie Skrybicze i Bogdaniec), Niewodnicy Nargilewskiej, Niewodnicy Brzoszczyńskiej (już nie istnieje, a dokładna lokalizacja jest nieznana), Niewodnica Lewickie (dziś Lewickie), Niewodnicy Koplańskiej (Koplany), Niewodnicy Brończańskiej (Brończany), Niewodnica Zalesie (Zalesiany), Niewodnica Korycka, Niewodnica Kościelna, a kolejne dwory w Czaplinie, Gajewnikach.
W dzisiejszych Lewickich ruiny dworu stoją do dziś. Pierwszy właściciel w 1540 roku Maciej Lewicki – urzędnik sądowy i sędzia bielski zrobił karierę w I RP głównie za sprawą małżeństwa z księżniczką Anną Porycką ze Zbaraża (dziś miasto na Ukrainie pod Tarnopolem). O księżniczce wiadomo było, że była bardzo energiczna. Gdy została wdową po Macieju w 1558 roku to do końca XVI wieku zarządzała dworkiem. Później ofiarowała dworek swoim synom – Maciejowi i Janowi. Majątek objął jednak tylko Maciej, gdyż jego brat zmarł bezpotomnie.
Maciej „junior” ożenił się z Anną Wołłowiczówną. Sam nosił tytuł cześnika podlaskiego (osoba w królestwie zajmująca się zarządzaniem piwnicą władcy – by nie brakowało w niej trunków). Wiemy o tym, gdyż w 1621 roku ufundował i wyposażył cerkiew unicką w Kożanach. Małżeństwo miało syna Stanisława, który odziedziczył dwór w Lewickich, ale też dwory w Kożanach, Juchnowszczyźnie i Romejkach.
Zatarg z księdzem
Stanisław Lewicki był w królestwie podczaszym podlaskim czyli pomocnikiem cześnika. W późniejszych latach był również podkomorzym ziemi bielskiej. W 1671 roku zmarł, zaś majątek przed śmiercią zapisał żonie Zofii Karniowskiej. Ta zmarła 5 lat po mężu. Na szczęście para miała syna, więc dwór został jego majątkiem. Samuel, bo tak miał na imię zasłynął w okolicy sporem z lokalnym księdzem Orzeszko. Należy dodać, że to był spór na tyle duży, że Samuel pisał na duchownego skargi – o wykorzystywanie jego podwładnych, o używanie nieprzyzwoitych słów, a nawet o grożenie śmiercią! Niestety nie wiemy jaki był wynik tych skarg. Wiemy za to, że Samuel ożenił się z Joanną Zwierzówną – podczaszankę ziemi bielskiej, która urodziła Samuelowi syna – Stanisława (zapewne po dziadku), który niestety zmarł. Urodziła też córki Antoninę oraz Annę. Ta ostatnia wzięła sobie za męża Szymona Stanisława Gąsowskiego i po śmierci matki (a wcześniej ojca) zamieszkała na dworze w Lewickich. Później losy dworu są tak zawiłe, że trudno je w prosty sposób opisać. Jednym słowem rodzina i rodzina cioteczna tak się rozrosła, że majątek krążył po rodzinie.
W rękach Orsettich
W połowie XVIII wieku Niewodnica Lewickie przeszła w ręce Anieli już nie Lewickiej, ale z Gąsowskich. Była ona żoną Piotra Orsetiego, który miał włoskie korzenie. Spuścizna Orsettich przy każdej ze swych podlaskich włości urządzali mnóstwo ozdób – stawy, sadzawki czy kanały. Niektóre dotrwały do naszych czasów. Rodzina szlachecka w swoich rękach miała także Śliwno, Kowalewszczyznę, Waniewo, Bokiny oraz Kruszewo. Dwór w Lewickich trafił później w ręce wnuka Orsettich – Franciszek, który był szambelanem. Wraz z żoną Joanną Markowską mieszkali jednak w Kruszewie. Zaś na dworze w Lewickich zamieszkała Zuzanna Grądzka, która najprawdopodobniej od szambelana majątek odkupiła.
W połowie XIX wieku w posagu Lewickie wniosła córka Grądzkiej – Zofia, która wyszła za Tadeusza Nowickiego z dworu Starzynki nad Niemnem. To właśnie te nazwisko trwale zapisze się w historii majątku, ale też w legendach, o których później. Po śmierci Tadeusza, którego grobowiec stoi w Juchnowcu Kościelnym w majątku zamieszkał brat Michał Nowicki wraz żoną Adolfiną. To właśnie on wzniósł po raz pierwszy pałac w tym miejscu. Przebudowano również ogrody, otoczono je wąskimi kanałami i połączono ze stawami, które zostały po Orsettich. Przed głównym wejściem urządzono podjazd. Do ogrodów natomiast prowadziły drogi spacerowe.
Smutny koniec dworu
Przypomnijmy, że od 1795 roku Polska była pod zaborami. Jednym ze skutków tej sytuacji było przejęcie przez władze carskie majątku w Lewickich (i innych też). W 1903 roku majątek zakupiła Aleksandra Szwajko-Szwajkowska, która w 1908 sprzedała grunty i dwór. Nabyło je towarzystwo włościańskie czyli inaczej miejscowi rolnicy. Chłopi jednak nie dbali o dwór. Rozebrali budynki gospodarcze, część budynku oraz stare drzewa. W 1911 roku zdewastowany dwór trafił w ręce Pawła Brysza. Nowy właściciel przystosował budynek tak, by mogli przyjeżdżać do niego letnicy. Ogrody zamieniły się w pole uprawne.
Podczas II Wojny Światowej oberwało się także budynkowi. Po wojnie w zdewastowanym obiekcie (dopóki miał dach) obradowała Gromadzka Rada Narodowa (PRL-owski odpowiednik dzisiejszej rady gminy). Właścicielem budynku była wówczas siostra Pawła Brysza – Stefania Ławranin, która ruiny sprzedała rodzinie Pachulskich (lub Puchalskich), która na polu w dawnym ogrodzie postawiła szklarnie, zaś sami zamieszkali w wyremontowanym budynku. Co się stało z budynkiem po 1989 roku? Nie wiadomo. Wiadomo tylko, że internauci na forach jeszcze kilka lat temu przestrzegali się, by nie podchodzić do ruin, bo właściciele bardzo nerwowo na to reagują.
Czarna magia i zapach siarki
Legend dotyczących dworku jest kilka. Jedna związana jest z wspomnianym wcześniej Nowickim. Niestety nie wiemy czy chodzi o Tadeusza czy Macieja. Któryś z nich mieszkańcy ponoć oskarżali o czarną magię. Cóż mogło być powodem takich oskarżeń? Nie wiadomo. Wszak w archiwalnych kronikach parafialnych Juchnowca Kościelnego zachował się taki fragment: „Gdy wyprowadzono trumnę właściciela, nad pałacem zebrały się ciemne burzowe chmury, a mieszkańcy na całej drodze ustawili beczki z podpaloną smołą na przypomnienie że całą wieczność będzie się smażył w piekle”. Czy dotyczył ten fragment Nowickiego? Nie wiadomo. Pamiętajmy, że jeden z Lewickich miał potężny zatarg z księdzem, który być może złośliwie tak napisał o swoim wrogu?
Kolejną legendą jest oczywiście historia, że w ruinach straszy. Podobno czuć też tam zapach siarki, ale tylko nocą. Nie będziemy sprawdzać, ale jeżeli to prawda może to mieć związek z inną legendą, która mówi, że w XIX wieku w ruinach ludzie odbierali sobie życie. Ostatnia legenda z jaką wiąże się to miejsce podobno ma wyjaśniać dlaczego nikt pałacu nie wyremontował. Ponoć każdy, kto się za to zabierał – bankrutował. Trochę jest jak z tym mostem w Kruszewie, który został zniszczony gdy wybuchła I Wojna Światowa oraz odbudowany i ponownie zniszczony gdy wybuchła II Wojna Światowa. W obawie przed trzecią – most już nigdy nie był odbudowany.
fot. Lotek70, Licencja: CC0 1.0
zdjęcie główne: pismo „Spotkania z Zabytkami” nr 1 (35) 1988)
informacje historyczne: Lewickie. Dwór Polski, autor: Józef Maroszek
Turystyka związana z województwem podlaskim głównie skupia się na Puszczy Białowieskiej i jej okolicach. Oczywiście nie brakuje również zachęt by odwiedzić Suwalszczyznę. Jest też wiele miejsc, które proponuje się do zwiedzania ludziom, związanych z Białymstokiem i miasteczkami obok Tykocinem czy Choroszczą. Są też takie atrakcje, które można powiedzieć dopiero zyskują popularność od niedawna – tatarskie Kruszyniany, kładka Śliwno-Waniewo, Biebrzański Park Narodowy. Niewiele jest zachęt dla turystów natomiast, by zwiedzali najbardziej rdzenne tereny Podlasia. A szkoda, bo tam również jest na co popatrzeć!
Na mapie z 1665 roku tereny dzisiejszego województwa podlaskiego były podzielone pomiędzy Księstwo Mazowieckie i Księstwo Litewskie złączone Rzeczpospolitą Obojga Narodów. Na tej samej mapie między Bugiem a Narwią znajdowało się „Masovie Duché et Polaquie” – tak nazwane przez francuskiego kartografa Abrahama Peyrounina, który ów mapę sporządził.
Dawną mapę można podzielić na „rejony”. Na północy znajdował się Augustów, Rajgród, Goniadz. Na górnej części województwa, lecz trochę niżej położone były Supraśl, Wasilków, Choroszcz, Waniewo, Tykocin oraz Suraż. Do dziś poniżej przetrwały zupełnie odludne tereny, za którymi znajduje się Brańsk, Bielsk oraz na granicy województwa (rzeką Nur) Ciechanowiec. Na południu znajdowały się takie miasta jak Mielnik, Drohiczyn, Siemiatycze.
Dlatego też jeżeli chcemy eksplorować historyczne Podlasie to najlepiej właśnie robić to w takiej kolejności. Wówczas wszystkie zabytki i miejsca historyczne jakie napotkamy będą ze sobą w jakiś sposób powiązane. Oczywiście po ponad 300 latach od stworzenia mapy, na której opieramy się w niniejszej publikacji, trzech rozbiorach, powstaniach, dwóch wojnach światowych i innych bitwach spuścizna z tamtych czasów praktycznie nie istnieje, a jednak coś przetrwało. To polska kultura, architektura, zwyczaje.
Podróżując między Augustowem, Rajgrodem i Goniądzem będziemy mogli zaobserwować trochę inne budownictwo niż na przykład w Mielniku, Drohiczynie i Siemiatyczach. Wynika to z tego, że kolejne pokolenia żyjące na tych ziemiach podtrzymywały zupełnie inne kultury i dziedzictwo. Najbardziej to widać po wszelkiej maści dworkach, które były budowane, a także po kościołach, które przetrwały lub zostały w tym samym miejscu odbudowane tak, by były zbliżone do oryginału.
Podobnie ze zwiedzaniem Tykocina i Choroszczy, które są do siebie podobne oraz Ciechanowca, Brańska i Bielska oraz Siemiatycz, Drohiczyna i Mielnika. Nie tylko jednak miasta są do siebie podobne w tych rejonach – podobne są także wsie. Dlatego też w każdej możliwej wolnej chwili warto sobie zaplanować aż 4 wycieczki.
Odkąd Kraina Otwartych Okiennic tj. Trześcianka, Soce i Puchły stały się popularne w przewodnikach turystycznych i wszelkiej maści portalach i blogach, to turyści z całej Polski, a nawet ze świata ruszyli na Podlasie, by na własne oczy zobaczyć przepiękne okiennice, stare drewniane domy oraz ich wyjątkowy wystrój. To wszystko możecie zobaczyć między innymi w kolejnym odcinku „Po drugiej stronie” twórców kultowej „Cząstki Podlasia”.
Popularne wioseczki między Zabłudowem a Hajnówką to obecnie miejsca, gdzie silnie zaczęła rozwijać się agroturystyka. Pojawiła się wręcz moda na spędzanie czasu na podlaskiej, cichej i spokojnej wsi. Posiedzieć w starej, drewnianej izbie (lub w nowej stylizowanej na starą) to jednak nie to samo co siedzenie w luksusowym hotelu. Są zupełnie inne przeżycia i odczucia. Do tego natura robi swoje. Ktoś kto przyjeżdża ze Śląska czy Krakowa oddychając tutejszym powietrzem może poczuć się jak w sanatorium. Nie inaczej jest z jedzeniem. Jajka prosto od wiejskiej kury, warzywa prosto z ogródka, a owoce prosto z drzew to najlepsze i najzdrowsze co człowiek może zjeść. Do tego wszystko przyrządzone na piecu kaflowym. Nikogo nie powinno dziwić, że na Podlasiu jest tak dużo stulatków.
Warto pamiętać, że czas można spędzić nie tylko w Krainie Otwartych Okiennic. Wybierając się na wycieczkę w te rejony dobrze jest też zahaczyć o Narew, Hajnówkę i Białowieżę. Miejsca te słyną nie tylko z charakterystycznych domów, ale też żubrów, puszczy, pięknych cerkwi i wszystkiego co w Podlasiu najlepsze – pogodnych ludzi, z którymi można porozmawiać na ławeczce przed domem. W dzisiejszych zwariowanych czasach to naprawdę coś, co napawa optymizmem.
Z Litwy do Grecji jedną drogą przez województwo podlaskie. W 2025 roku w całości ma być gotowa Via Carpatia. Nasz region do tego czasu powinien się przygotować, by jak najlepiej wykorzystać szansę. Droga nie tylko będzie służyła lokalnemu ruchowi oraz tranzytowi. Będzie też nią podróżować mnóstwo turystów.
Wracając do Via Carpatii. Jak się przygotować? Wszystkie podlaskie gminy, przez które będzie droga przebiegać mają kilka lat by przygotować i wdrożyć plan, dzięki któremu wszyscy przejeżdżający drogą turyści będą zatrzymywać się u nich. Wiejski sklepik może nie wystarczyć, być może warto postawić na więcej gastronomii i lokalne przysmaki, ale też pamiątki, mini-muzea, atrakcje dla dzieci czy miejsca noclegowe – w tym pola dla kamperów i namiotów.
W Podlaskiem Via Carpatia przebiegnie przez Budzisko na granicy Polski i Litwy, a dalej Suwałki do Ełku. Następnie prawdopodobnie przez obecną drogę do Knyszyna przez Białystok (na tym odcinku jest Biebrzański Park Narodowy, stąd nie wiadomo jak ta trasa dokładnie przebiegnie). Dalej między Białymstokiem a Bielskiem Podlaskim droga przebiegnie trasą, której jeszcze nie ma. Później obecnym odcinkiem z Bielska Podlaskiego do Siemiatycz. Zatem turyści będą mijać takie miejsca jak Suwalszczyznę, Biebrzański Park Narodowy, Białystok, a także południe województwa podlaskiego, które pod względem turystycznym ma wiele do zaoferowania, ale wciąż są to kierunki dopiero rozwijające się. Jak widać jest co robić, by przyciągnąć turystów.
Problem w tym, że póki co na rozwój turystyki w Podlaskiem nie ma dotacji. A dziś mało kto za własne pieniądze chce inwestować. Władze przyzwyczaiły ludzi, żeby brać dofinansowanie na każdą inicjatywę. Dlatego też może powstać wielka droga, którą wszystkie samochody będą szybko przemykać, a my nic z tego mieć nie będziemy poza nowocześnie zorganizowanym ruchem lokalnym i tranzytem. To jednak trochę za mało. Trzeba od takich inwestycji wymagać więcej.
5 października 1827 roku przeszedł do historii jako dzień, w którym w pobliżu Białegostoku spadł deszcz meteorytów. Całe zdarzenie miało miejsce o godz. 9.30. Dokładnie we wsi Fasty mieszkańcy zaobserwowali dziwne zjawisko, a jednocześnie przerazili się. Warto dodać, że w XIX wieku wiedza o kosmosie nie była zbyt duża. Tym bardziej na Podlasiu. Jednak był pewien człowiek, który tak opisał całe zdarzenie jakby pochodził z naszych czasów!
To Jan Wolski. W Dzienniku Wileńskim napisał tak: (pisownia oryginalna)
fot. Archiwum Państwowe w Białymstoku
Dnia 23 września 1827 r. (w piątek)… – tutaj od razu musimy napisać skąd jest rozbieżność. Otóż w 1827 roku Białystok był pod zaborem rosyjskim. Pierwszy gubernator Obwodu Białostockiego Ignacy Theils wydał w dniu 23 grudnia 1807 r. odezwę, w której zawiadamiał poddanych, że od dnia 13 stycznia 1808 r. rozpoczyna się stosowanie kalendarza juliańskiego (starego stylu) i dzień ten jest 1 stycznia 1808 r. Dlatego też 23 września to tak naprawdę 5 października. Na Białostocczyźnie kalendarz juliański obowiązywał do 15 sierpnia 1915 r., kiedy to podczas I wojny światowej Białystok znalazł się pod zarządem Niemiec.
…między godziną 9 a 10 rano, gdy po większej części mieszkańcy wsi Fastów zajęci byli wybieraniem warzywa w ogrodach, dała się słyszeć wielka eksplozja w powietrzu wcale wypogodzonym i naraz wiele innych powtórzonych jakby wystrzałów karabinowych, co zwróciło uwagę obecnych na ogrodach i w różnych miejscach na polu pracujących ludzi, po czym nastąpił mocny świst połączony z dźwiękiem ciał szybko spadających i silne uderzenia w kilku miejscach o ziemię. Zjawisko to zatrwożyło na czas niejaki wszystkich ludzi, ale po przejściu strachu, kiedy jeden z nich odważył się zbliżyć do miejsca spadku i podjął kamień czarny i ukazał skupionemu ludowi, ten ośmielony rozbiegł się na inne przez podniesiony pył zanotowane miejsca i poznachodził podobne kamienie. Za świadectwem ledwo nie całej wsi mieszkańców, spadło wiele innych kamieni na błota i rzekę Supraśl pod samą wsią płynącą. Postać zewnętrzna mniej więcej kulista, powierzchnia nierówna, czarna, lśniącą się lawą pokryta, masa wewnętrzna popielata, mocno przepalona, krucha, wejrzenie pumeksu zbitego mająca, kryształami oliwinów i chlorytu przecięta, odłam drobno ziarnisty, nierówny, ciężkość gatunkowa mierna.
(…) Wątpliwości nie ulega, że one się przez ogień utworzyły, i że wielka bryła spadła z bardzo znaczney wysokości, (może i z Xsiężyca); dostawszy się zaś do zagęszczoney atmosfery, dla chyżości i tarcia rozpaliła się i pękła. Ztąd powstała pierwsza silna explozya o kilka mil na około słyszana, po czém nastąpiły cząstkowe pękania, podobne do wystrzałów karabinowych, z czego zrobił się huk i szum w powietrzu: że zaś ciepło bardzo wielkie bydź musiało, przeto powierzchnia ich stopiła się i całkowicie lawą się oblała. Wszystko to już stało się w niewielkiey odległości od ziemi: gdyż obecni, przerażeni byli wystrzałami i świstem (podług ich wyrażenia) jakby muzykalnym nad ich głowami: poczém natychmiast kamienie spadać zaczęły. – Jan Wolski Radca Dworu, Nauczyciel Fizyki Gymnazyum Białostockiego.
Naukowcy po latach ustalili, że meteoryt pochodził z planetoidy Westa. Jedyny polski okaz znajduje się w Muzeum Ziemi w Warszawie i waży zaledwie 4 gramy. Większe fragmenty natomiast znajdują się w zbiorach muzeum w Berlinie i Wiedniu. Czy fragmenty powinny być właśnie tam pozostawiamy bez komentarza.
fot główne: Fragment meteorytu Białystok ze zbiorów Muzeum Historii Naturalnej w Wiedniu (fot. Christian Anger, AustroMet).
Gdy lotnisko na Krywlanach było jeszcze w planach, to zauważalna była duża aktywność prezydenta Truskolaskiego by ją doprowadzić do końca. O dziwo udało mu się nawet to zrobić, gdy jeszcze w białostockiej radzie rządził PiS, który posiadając większość utrudniał prezydentowi rządzenie miastem jak tylko mógł. Radni byli bardzo krytycznie nastawieni do inwestycji na Krywlanach i tak naprawdę mogli ją zablokować, szczególnie że forsowali budowę dużego lotniska dalej od miasta. Po wyborach samorządowych w radzie pojawiła się sprzyjająca prezydentowi Platforma czy też teraz już z nową nazwą – Koalicja Obywatelska. W województwie natomiast rządzi PiS. Pod względem inwestycji w lotnisko wszystko ułożyło się wręcz „idealnie”. W Białymstoku prezydent z przychylną radą może nie tylko uruchamiać lotnisko na Krywlanach, ale też je rozbudowywać. PiS natomiast w województwie może budować upragnione lotnisko regionalne. Tymczasem zarówno jedni i drudzy dostali „pełnię władzy” w tym temacie i nagle zaprzestali jakiejkolwiek działalności.
Na białostockich Krywlanach oficjalnie proces certyfikacji trwa. Nieoficjalnie – trzeba podjąć kontrowersyjną decyzję, by wyciąć duży kawał lasu. Nie wiemy dlaczego prezydent nagle przystopował z uruchomieniem lotniska w Białymstoku. Być może czeka aż będzie po wyborach parlamentarnych by nie szkodzić startującemu synowi ogłoszeniem jak duży kawał lasu trzeba wyciąć. Jednak jeżeli na Krywlanach ma coś większego wylądować i wystartować w 2020 roku to Tadeusz Truskolaski musi dokończyć inwestycję (czyli zlecić wycinkę) od 15 października do 28 lutego. 1 marca bowiem rozpoczyna się okres lęgowy ptaków. Wtedy drzew nie będzie można wycinać.
Problem w tym, że zimy na Podlasiu potrafią być długie. Choć klimat się zmienia, to śnieg może leżeć aż do maja. Wtedy trudno sobie wyobrazić, by ktoś ciął zmarznięte, bardzo twarde drzewa. Dlatego też Tadeusz Truskolaski musi zlecić wycinkę jeszcze w tym roku zanim spadnie pierwszy śnieg. Czasu jednak coraz mniej. Być może do 1 marca nawet nie zapadnie ostateczna decyzja administracyjna. Zwykle przy tego typu inwestycjach są protesty, które mogą wydłużyć czas. Wtedy w 2020 lotnisko jeszcze działać nie będzie.
Nic też o lotnisku regionalnym nie wspominają działacze PiS, którzy rządzą w województwie. Czyżby już nie chcieli tej inwestycji? Mieszkańcy województwa podlaskiego muszą się zadowolić lotniskami daleko od Białegostoku.
15 grudnia 1862 to chyba najważniejszy dzień w życiu pewnej wsi położonej pośród bagien. Wtedy oddana do użytku została linia kolei warszawsko-petersburskiej. Pociąg jeżdżący na tej trasie zatrzymywał się także we wsi Łapy. Później już w miasteczku, które w swojej historii dawało pracę setkom osób. 1 maja 2004 roku Polska weszła do Unii Europejskiej. Nikt się nie spodziewał tam jeszcze, że to okaże się jak wydanie wyroku na miasto.
Unia Europejska kojarzy się Polakom dobrze. Infrastruktura, rolnictwo i wiele wiele innych dziedzin życia zmieniło się na lepsze dzięki dotacjom unijnym. 15 lat po upadku komuny to niezbyt dużo, by zapomnieć puste półki w sklepach, walki z milicją na ulicach czy stan wojenny. Dlatego też do Unii Europejskiej wchodziliśmy z wielkim entuzjazmem. Także w Łapach. 63 proc. mieszkańców zagłosowało za akcesem do wspólnoty. W skali kraju wyniki „za” wynosił jeszcze więcej, bo 77 proc. Być może wielu wydawało się, że Unia rozdaje dotacje bezinteresownie, by w naszym kraju żyło się lepiej, tak jak u nich. Niestety była to transakcja wiązana. Okazało się, że dostaniemy gotówkę jeżeli zamkniemy firmy, które są bardzo konkurencyjne dla tych, które działają w krajach zachodnich unii. I tak padło na łapską cukrownię.
Totalny upadek
Cukrownia w Łapach była jedną z największych firm w regionie. Jej zarząd nie szczędził pieniędzy na inwestycje, rozwój i unowocześnienia. Rocznie produkowano w niej kilkadziesiąt tysięcy ton cukru. Korzystali na tym mieszkańcy, którzy byli zatrudnieni w firmie, korzystali rolnicy, którzy dostarczali buraki do cukrowni, a także korzystał łapski samorząd gdyż otrzymywał podatki z wypracowanych zysków. Eldorado trwało łącznie 34 lata.
W 2007 roku ówczesny burmistrz Łap dostał pismo z Krajowej Spółki Cukrowej, której łapska cukrownia podlegała. Spółka poinformowała w piśmie, że w Łapach cukru już produkować nie będzie. Powód? Unia Europejska podjęła decyzję o zmniejszeniu produkcji cukry w krajach unijnych. 267 osób poszło na bruk, zaś 2500 rolników musiało zacząć od zera z innymi uprawami. Dodatkowo zajęcia musiało szukać też 200 pracowników sezonowych. Protesty mieszkańców trwały, ale niestety nic to nie dało. W połowie 2008 roku łapska cukrownia stała się historią.
W 2008 roku zaczęły się także problemy drugiego największego pracodawcy w Łapach. Zakłady Naprawcze Taboru Kolejowego zatrudniały 750 osób. Głównym klientem firmy było PKP Cargo, które od roku nie ogłaszało przetargów na naprawy wagonów. Spółka zwolniła 270 osób i ogłosiła upadłość z powodu fatalnej sytuacji finansowej. Pracownicy przestali otrzymywać pensje.
Kolejne 10 lat w mieście to kompletna zapaść i postępujące wyludnienie. W ostatnim czasie zbudowano nowoczesną drogę z Białegostoku do miasteczka. W mieście działa też specjalna strefa ekonomiczna. Warto jednak dodać, że jej model działania nie jest dla miasta tak naprawdę atrakcyjny. Bowiem Łapy za swoje pieniądze (czyt. pożyczone) przygotowało tereny inwestorom – czyli uzbroiło je. Wartość inwestycji to 18 mln zł. Dotacje unijne wyniosło ponad 12 mln. Resztę dołożyli od siebie łapscy podatnicy.
Dzięki strefie pojawili się oczywiście inwestorzy. Bowiem mogli skorzystać ze zwolnienia podatku od 10 do 15 lat. Cały szkopuł w tym, że podatek ten zasila budżet miasta. Zatem Łapy wyłożyły prawie 6 mln zł, które być może nigdy im się nie zwrócą. Tyle, że ludzie będą mieli pracę. Czy firmy dotrwają do czasu, gdy będzie trzeba płacić podatek? Czas pokaże.
Połączenie z sąsiadami
Czy jest nadzieja dla Łap? Jedno jest pewne – inwestorzy to tylko rozwiązanie problemu bezrobocia (16 proc.). Głównym problemem miasteczka jest oczywiście – brak kasy. Dochody całej gminy (czyli Łap i okolicznych wsi to prawie 93 mln zł zaś wydatki to prawie 96 mln zł. Brakujące 3 miliony będą z zaciągniętego kredytu, który będzie spłacany do końca 2031 roku. Dodatkowo w ciągu najbliższych 10 lat spłaty dotychczasowych pożyczek będą następować przy pomocy… nowych kredytów. Także Łapy wpadają w klasyczną pętlę zadłużenia. Nie jest to zbyt optymistyczna wizja.
Ponoć w kupie siła. Gdyby tak graniczące ze sobą gminy: Łapy, Choroszcz, Turośń Kościelna, Juchnowiec Kościelny połączyły się finansowo to razem miałyby około 280 mln zł. Oprócz tego pojawiłyby się duże oszczędności w administracji, bo zamiast czterech byłby jeden wójt, zamiast czterech urzędów byłby jeden. Odległości miedzy głównymi miastami nie są zbyt duże by załatwianie spraw było szczególnie uciążliwe. Dodatkowo jedna gmina mogłaby mieć silną komunikację miejską.
To wszystko jednak brzmi jak science fiction. Nikt, za żadne skarby nie odda władzy. Interes gminy nie jest przecież aż tak istotny. Zadłużenie i zaciąganie kolejnych pożyczek na spłatę poprzednich pożyczek mieszkańcy jakoś przełkną. Dlatego ani dla Łap, ani dla Turośni, ani dla Juchnowca, ani dla Choroszczy nie ma nadziei na większy rozwój. Być może kiedyś będą po prostu częścią Białegostoku, tak jak w pewnym momencie stały się nią wieś Starosielce czy Antoniuk. Gdyby się jednak gminy połączyły – szanse na bycie częścią Białegostoku drastycznie by zmalały.
fot główne: Łapy-Osse, Robert Wielgórski / Wikipedia
Takiego teledysku zrealizowanego w Białymstoku się nie spodziewaliśmy. Podlaskie Babeczki pokazały w klipie to, co mieszkańcy w mieście lubią najbardziej: Rynek Kościuszki, Pałac Branickich, Dojlidy, łąki kwietne i wiele innych ciekawych miejsc. To wszystko w rytm pozytywnej piosenki „Ach kobietą jestem”. Musimy przyznać, że w internecie jest wiele memów, w których bohaterem jest „typowa Grażyna, żona typowego Janusza”. Pierwsze skojarzenie u nas było właśnie takie – że klip będzie jednym wielkim memem. Nic z tego! Babeczki Podlaskie zrobiły taki kawałek, z którego białostoczanie mogą być dumni!
Świetna melodia, niebanalny tekst. To wszystko autorstwa Agaty Moniuszko, jednej z babeczek. Pozostałe to Maria Wiśniewolska i Elżbieta Godlewska. Razem panie tworzą zespół muzyczno-kabaretowy. Ich popisy można zobaczyć poniżej:
No cóż, Podlaskie Babeczki twórzcie dalej, czekamy!
Ostatnio jak co roku obchodziliśmy Europejski Tydzień Zrównoważonego Transportu. W Białymstoku tradycyjnie obchodzony był nie jako tydzień lecz jako „dzień” bez samochodu. W ramach zachęty, by nie jeździć tego dnia własnym środkiem lokomocji można było przejechać się za darmo autobusem. Nie można powiedzieć niestety, by władze Białegostoku „zrównoważony transport” traktowały zbyt poważnie. U nas chyba nikt nawet nie rozumie co to w ogóle jest.
Dunkierka
Zacznijmy więc od pokazania w praktyce czym jest zrównoważony transport. Dunkierka to takie francuskie miasto, które można było ostatnio oglądać w filmie o takim samym tytule. Nam raczej z niczym innym się nie kojarzy. Tymczasem pod pewnym względem jest podobne do Białegostoku. Nie ma tam tramwajów, nie ma kolei miejskich, więc mieszkańcy Dunkierki tak jak i my mogą korzystać wyłącznie z autobusów i samochodów. W 2014 roku wybory w Dunkierce wygrał mer Patrice Vergriete. W swoim programie wyborczym obiecał darmową komunikację miejską. Po wyborach przygotowywano się do wprowadzenia takiego rozwiązania aż 4 lata. Od roku darmowa komunikacja miejska tam już funkcjonuje. Efekt? Autobusy w godzinach szczytu są pełne, mieszkańcy sprzedają samochody. Czy zniesienie płatności za bilety wystarczyło?
Oczywiście, że nie. Zacznijmy od najważniejszego. Darmowa komunikacja miejska nie oznacza, że ona jest za darmo. Mieszkańcy płacą za nią w podatkach a nie w biletach. Tak samo jak na darmową służbę zdrowia płaci się składki, a na darmowe szkoły zrzucają się z naszych podatków rząd i samorząd. Zatem „darmowe” znaczy tyle, że nie trzeba za to płacić dwa razy. Jak wspomnieliśmy, zniesienie płatności za bilety zajęło francuskim urzędnikom aż 4 lata. Dlaczego to było takie skomplikowane? Otóż komunikację w Dunkierce zaplanowano zupełnie od zera, by maksymalnie wykorzystać jej możliwości. Zrezygnowano nie tylko z biletów, które kosztował 1,4 euro czyli około 6 zł. Kupiono także nowe autobusy. W mieście istnieje 17 linii, z czego 5 kursuje przez cały dzień co 10 minut. Jest także komunikacja podmiejska.
Po wprowadzeniu zmian przeprowadzono badania, z których wyniki były zaskakujące. Frekwencja w autobusach wzrosła o 65 proc. w dni powszednie zaś w weekendy o 125 proc. Z badań też wynika, że połowa pasażerów to nowe osoby. Ponadto 10 proc. kierowców postanowiło sprzedać samochód lub go nie kupować.
Czy w Białymstoku takie coś jest możliwe?
Niestety nie. Nie dlatego, że nas nie stać. Dlatego, że Tadeusz Truskolaski kompletnie nie interesuje się komunikacją miejską. Ta od wielu lat funkcjonuje dokładnie tak samo. Tak samo źle. A urzędujący prezydent kompletnie nic z tym nie robi. W Białymstoku co prawda bierze się dotacje związane z transportem w mieście, przy okazji kupując nowe autobusy, ale efekt końcowy jest taki, że wygląda to tak jakby brali żeby brać. Bez większego sensu. Na przykład w ramach dotacji buduje się lub remontuje jakąś drogę i organizuje na niej buspas. Bez niego nie można byłoby w ogóle wziąć tej dotacji. W efekcie są buspasy na ul. Sopoćki czy Branickiego, gdzie autobusów jest jak na lekarstwo. Pas przez większość dnia stoi pusty.
W Białymstoku jest 29 linii, do tego 10 podmiejskich, 3 działające wyłącznie za miastem. Mamy także linie nocne, które jako jedyne po latach zostały zmienione i działają obecnie tak jak należy. Trasy autobusów dziennych natomiast to jakaś pomyłka. Autobusy krążą przez wszystkie osiedla wydłużając czas podróży. Na przykład „siedemnastka” jedzie z osiedla TBS na osiedle Dojlidy aż godzinę! Samochodem jedzie się 16 minut. Jeszcze bardziej kuriozalna jest trasa „dwójki”. Samochodem można pojechać z Transportowej na Dojlidy Górne w 13 minut. Autobus jedzie godzinę. Można wymienić też inne linie, które działają identycznie. Zatem autobusy nie są żadną konkurencją dla samochodów.
Chore ceny
Kolejna rzecz, która pokazuje ewidentnie że ludzie by korzystali z autobusów gdyby były częste i darmowe są BiKeRy. Białostoczanie chętnie korzystają z rowerów, które są darmowe przez pierwsze 20 minut. Jaki jest średni czas wypożyczenia? 18 minut. Wmawianie komuś, że mieszkańcy kochają rowery jest bzdurą. Korzystają z nich, bo są za darmo w przeciwieństwie do autobusów, których nie oszukujmy się – ceny biletów są po prostu chore. Gdyby było inaczej – średnia czasu wypożyczenia byłaby dłuższa, a wypożyczeń zwyczajnie mniej, bo ludzie nie nabijaliby ich liczby przesiadkami by zyskać darmowy przejazd.
Dlatego też w Białymstoku również zniesienie samych płatności za bilety nic by nie zmieniło. Potrzebujemy nowoczesnej, dobrze zorganizowanej, konkurującej z samochodami komunikacji miejskiej. Ponadto potrzebujemy też uruchomienia kolei miejskich. Niewykorzystywanie torów, które biegną przez miasto to zwyczajna głupota.
Koronnym argumentem wielbicieli dotychczasowego rozwiązania tj. preferowania samochodów jest stwierdzenie „Przecież w Białymstoku nie ma korków”. To fakt, w porównaniu z innymi miastami nie traci się u nas czasu. Proponuję jednak wszystkim wielbicielom tego rozwiązania w godzinach szczytu zrobić mały spacer. Przejdźcie ul. Lipową oraz Al. Piłsudskiego. Najlepiej w chłodny poranek, by spaliny nie tylko było czuć, ale też doskonale widać. Ponadto liczba samochodów na ulicach wzrasta. To tylko kwestia czasu, gdy miasto będzie zakorkowane jak inne. Wtedy znakomity ekonomista ze Słonimskiej może ogłosi, że skoro mieszkańcy są tacy bogaci, że każdy ma samochód, a autobusy są takie puste, to je zlikwidujmy. A co! Ile oszczędności.
Przyroda i rolnictwo są takimi samymi przeciwieństwami co ogień i woda. Wilki w czasach PRL i ZSRR – czyli w wtedy, gdy w ZSRR i jej satelickiej Polsce intensywnie rozwijało się rolnictwo – bardzo przeszkadzały władzy. Postanowiono je wytępić. Prawie im się to udało. W czasie transformacji ustrojowej w Polsce żyło tylko 200 wilków. W całym ZSRR unicestwiono 1,5 miliona wilków! Ich los był w zasadzie przesądzony. Były skazane na śmierć profilaktycznie, a nie za wyrządzanie szkód. Na szczęście udało się przywrócić przyrodzie jej największego sprzymierzeńca. Wilk bowiem odpowiada za czyszczenie lasu z chorej i starej zwierzyny. Zanim jednak takową upoluje musi się tego nauczyć… Młode wilki uczone są przez rodziców na bydle pasącym się na polach. I tu jest problem.
Rolnik traci zwierzę, traci pieniądze, a odszkodowanie nie zawsze dostaje. Bowiem te nie przysługuje, jeżeli szkoda wyrządzona przez wilki powstała od zachodu do wschodu słońca, a zwierzęta pozostawały bez bezpośredniej opieki. Ponadto zagryzione bydło i wniosek o odszkodowanie rozpatruje Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska. Odszkodowanie obejmuje cenę rynkową za padłe zwierzęta, koszt utylizacji padliny, koszt wizyty lekarza weterynarii oraz ewentualne koszty leczenia, gdy zwierzę padnie w trakcie leczenia. Warto jednak dodać, że nim taka decyzja zapadnie – najczęściej przeprowadzane jest postępowanie administracyjne, podczas którego urzędnik musi znaleźć dowody na to, że zwierzę rzeczywiście zostało zagryzione przez wilka, a nie na przykład dzikiego psa. Nim to wszystko się ustali mija sporo czasu. A pieniędzy do tego czasu nie widać. Dlatego dla rolników istnienie wilka jest problemem. Dla przyrody natomiast brak wilka jest problemem. Dlatego też jest to spór nierozwiązywalny.
W ostatnim czasie na terenie wsi pod Białymstokiem i Bielskiem Podlaskim uaktywniły się wilki. Znów nastał czas, że młode są uczone przez rodziców polowania. Dlatego też spór o wilki rozgorzał na nowo. W ostatnim czasie nawet doszło do nielegalnego zabicia dwóch wilków przez myśliwych. Dzieci już od dziecka są uczone, że wilk jest zły na przykład w bajce o „Czerwonym kapturku”. Potem ten mit jest utrwalany. Mamy przecież wilkołaki oraz biblijne posyłanie „jak owce między wilki”. Na szczęście na Podlasiu wśród mieszkańców przyleśnych wiosek, którzy z wilkami obcują na co dzień nie jest tak źle. Nikt tu nie nakręca histerii, nie straszy wilkami dzieci. Ot zwykłe dzikie leśne zwierzęta. Gorzej z rolnikami. Istnienie tych zwierząt jest dla nich uciążliwe. Co roku przy okazji wilczych łowów domagają się zrobienia z wilkami „porządku”. Najchętniej sami by wzięli los we własne ręce.
Nie można powiedzieć, że żadnego problemu nie ma. Jednak tak jak stwierdziliśmy w tytule – to nie wilki są problemem. Co prawda straty jakie powodują zwierzęta nie są ogromne, lecz odszkodowania powinny być wypłacane rolnikom bardzo szybko. Warto dodać, że obecnie to rolnik musi zadbać o utylizację zagryzionego zwierzęcia. Skoro wilki są pod ochroną państwa, to właśnie państwo powinno to robić, a nie wypłacać za te czynności w odszkodowaniu. Działalność rolnika powinna ograniczać się tylko do wykonania telefonu. Urzędnicy powinni przysłać odpowiednich ludzi do wykonania dokumentacji, utylizacji i natychmiastowej wypłaty odszkodowania.
Populacja wilka w Polsce w ciągu 30 ostatnich lat czyli od transformacji ustrojowej wzrosła pięciokrotnie. W Rosji czyli spadkobiercę ZSRR do dziś walczy się z wilkami. Co roku ginie tam 10 000 osobników. W naszej sąsiedniej Białorusi wilk także nie jest mile widziany. Oficjalnie jest w tym kraju 1200 wilków. W rzeczywistości jest dużo mniej. Warto dodać, że nie brakuje wycieczek polskich myśliwych na Białoruś, gdzie mogą legalnie odstrzelić zwierzę. Warto dodać jeszcze, że myśliwi również nie lubią wilków, bo te sprawiają że ci mogą czuć się zbędni. Bo przecież wilki polują dokładnie na tą samą zwierzynę co myśliwi. Dlatego też nie brakuje z tego środowiska głosów, by wrócić do tępienia wilka.
Turystyczny pociąg do Walił w sercu Puszczy Knyszyńskiej odjedzie w najbliższy weekend po raz ostatni. Warto wykorzystać ten fakt choćby ze względu na to, że jesień w Puszczy Knyszyńskiej jest przepiękna. Ponadto jeżeli ktoś lubi i zna się na grzybach, to ten kompleks leśny na potężne zasoby pod tym względem. Dlatego bilet w dłoń, koszyk w drugą, nożyk w kieszeń i odjazd!
Pociąg do Walił jeździ już czwarty sezon. Można tylko żałować, że połączenia nie ma na co dzień i że pociąg nie dojeżdża do samej granicy państwa. Na pewno by to ułatwiło życie mieszkańcom okolicznych wsi, których po drodze nie jest mało. Skorzystaliby z tego również mieszkańcy Gródka, który położony jest obok stacji Waliły. Patrząc w ogóle na tą część powiatu białostockiego, to można powiedzieć że jest ona poszkodowana pod wieloma względami. Wszystko przez to, że obszar powiatu białostockiego jest rozległy. Zatem władze muszą dbać o miejscowości zarówno na wschodzie – Gródek, Michałowo, Supraśl jak i na zachodzie Tykocin, Choroszcz, Łapy Suraż. Na szczęście z tej puli wyłączony jest Białystok, który stanowi odrębny powiat. Inaczej prawdopodobnie – wymienione miasteczka byłyby w tragicznej sytuacji. Ale w dobrej też nie są co pokazuje właśnie skomunikowanie.
Gródek – mógłby mieć stałe połączenie kolejowe, Mieszkańcy Supraśla mają ogromne kłopoty z dojazdem do Białegostoku. Mimo, że miasta dzieli tylko 10 km. Michałowo jakiś czas temu zyskało nową drogę do Białegostoku. Tykocin i Choroszcz również leżą położone w pobliżu ekspresówki, więc też dojazd do tych gmin nie jest najgorszy. Suraż to osobny przypadek – jedno z najmniejszych miast w Polsce, które mimo wspaniałej historii straciło od momentu, gdy kolej przebiegła przez sąsiednie Łapy. To miasteczko natomiast mimo dobrej komunikacji kolejowej ma potężne problemy gospodarcze jakie zafundowało im likwidacja cukrowni oraz Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego. Warto jeszcze wspomnieć o innych miastach powiatu białostockiego.
Chodzi o Białostocki Obszar Funkcjonalny, do którego oprócz wymienianych Choroszczy, Łap i Supraśla należą również Czarna Białostocka, Dobrzyniewo Duże, Juchnowiec Kościelny, Turośń Kościelna, Wasilków i Zabłudów oraz oczywiście sam Białystok. Stowarzyszenie tych gmin ma pewne cele, jednak są one dosyć ogólne. Co oczywiście nie jest żadną wadą, gdyż daje bardzo elastyczną możliwość działania. Takie działania jednak nie są zauważalne, a podstawowe działanie, jakie powinny gminy realizować to silna komunikacja miejska.
Niestety tu są 2 zasadnicze problemy. Pierwszy to fatalna białostocka komunikacja miejska, która ma tyle wad, że można by było napisać o tym książkę. Dlatego ludzie wolą korzystać z samochodów, a nawet rowerów! Byleby tylko nie jeździć autobusem. Władze miasta nawet się tym chwalą. W skład Białostockiem Komunikacji Miejskiej wchodzą także BiKeRy – które w ostatnim czasie miały trzy milionowe wypożyczenie. Dla władzy jest to oczywiście sukces, tylko ta władza nie chce sobie zadać pytanie – skąd ta popularność roweru? Może właśnie stąd, że Białystok jest mały i jeżeli ktoś może za darmo przejechać 20 minut to nie wybierze autobusu. Gdyby Tadeusz Truskolaski wprowadził pierwsze 20 minut autobusem za darmo, to BiKeRy musiałby likwidować, bo nikt z nich by nie korzystał.
Drugi zasadniczy problem jest taki, że Tadeusz Truskolaski nie rozumie interesu miasta w tym, by Białystok był skomunikowany komunikacją miejską z całym obszarem funkcjonalnym. Po pierwsze mieszkańcy podbiałostockich gmin zasilaliby budżet miasta kupując bilety, a po drugie wydawaliby więcej pieniędzy w Białymstoku, bo ich centrum życiowe znajdowałoby się właśnie tutaj. W swojej gminie zaś tylko by odpoczywali po pracy i po szkole. Po drugie gdybyśmy mieli Szybką Kolej Miejską to więcej białostoczan by korzystało z tej formy, bo większe obszary miasta przemierzaliby koleją zamiast zapychać ulice samochodami. To jak źle skomunikowany jest Białystok i jego obszar widać dopiero wtedy, gdy się wyjedzie. Warszawę można pod tym kątem podać za wzór do naśladowania. Natomiast pod względem kolejowym skomunikowanie Dolnego Śląska.
I teraz wróćmy do początku. My jesteśmy na etapie, że niektóre połączenia kolejowe są tylko w weekendy w sezonie letnim. Na Dolnym Śląsku natomiast wszystkie trasy kolejowe są czynne cały rok z dużą częstotliwością. Białostocka komunikacja miejska natomiast jest droga i fatalnie zorganizowana. Warszawska natomiast jest tania i mimo wielkiego obszaru można tam się szybko poruszać (nawet jeżeli nie będziemy korzystać z metra). A od tego się zaczyna. Białystok to 10 miasto pod względem liczby mieszkańców, a władze cały czas działają tak jakbyśmy byli gdzieś daleko od świata.
Partnerzy portalu:
Kontynuując przeglądanie strony, zgadzasz się na instalację plików cookies na swoim urządzeniu. Ustawienia prywatnościOK
Polityka prywatności i cookies
POLITYKA PRYWATNOŚCI
Szanujemy prawo użytkowników do prywatności. Dbamy, ze szczególna troską, o ochronę ich danych osobowych oraz stosuje odpowiednie rozwiązania technologiczne zapobiegając ingerencji w prywatność użytkowników osób trzecich. Chcielibyśmy, by każdy Internauta korzystający z naszych usług i odwiedzający nasze strony czuł się w pełni bezpiecznie.
Dane osobowe po 25.05
25 maja 2018 roku wchodzi w życie Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 roku tzw. RODO. Nowe prawo nakłada na nas obowiązek uzyskania Twojej zgody na przetwarzanie przez nas danych osobowych podawanych przez Ciebie w zaszyfrowanych plikach cookies.
Przetwarzamy dane użytkownika, za jego zgodą, m. in. w celu analitycznym. Dane te pomagają nam w określeniu upodobań użytkowników, a tym samym – doskonaleniu kierowanej do nich artykułów.
Cookies – jak działają
Cookies to pliki tekstowe, które serwer zapisuje na dysku urządzenia końcowego użytkownika, dzięki czemu będzie mógł go “rozpoznać” przy ponownym połączeniu.
Portal używa cookies do zapamiętania informacji o Internautach. Rozpoznajemy ich po to, by dowiedzieć się kim są, jakiej informacji potrzebują i szukają na naszych stronach. Wiedząc, które serwisy odwiedzają częściej niż pozostałe, możemy stać się dla Nich znacznie ciekawszym i bogatszym portalem niż dotychczas. To użytkownicy dają nam wiedzę o tym, w jakim kierunku rozwijać serwisy już istniejące, jakim wymaganiom musimy jeszcze sprostać, co uzupełnić, co stworzyć nowego, by odpowiedzieć na ich oczekiwania i potrzeby.
Pliki cookies są wykorzystywane także w celach statystycznych (tworzenie statystyk dla potrzeb wewnętrznych i w ramach współpracy z naszymi kontrahentami, w tym reklamodawcami); oraz związanych z prezentacją reklam w portalu – w szczególności aby uniknąć wielokrotnej prezentacji temu samemu odbiorcy tej samej reklamy oraz w celu prezentacji reklam w sposób uwzględniający zainteresowania odbiorców
Cookies są ustawiane przy “wejściu” i “wyjściu” z Portalu. W żaden sposób nie niszczą systemu w komputerze użytkownika ani nie wpływają na jego sposób działania, w szczególności nie powodują zmian konfiguracyjnych w urządzeniach końcowych użytkowników ani w oprogramowaniu zainstalowanym na tych urządzeniach.
Należy podkreślić, że cookies nie służą identyfikacji konkretnych użytkowników, na ich podstawie nie ustala tożsamości użytkowników.
Zaufani partnerzy
Dane o Użytkownikach przetworzone w postaci profili marketingowych są udostępniane podmiotom trzecim, jednak żadne dane umożliwiające bezpośrednie zidentyfikowanie osób nie są przechowywane ani analizowane. W zakresie, w jakim Dane udostępniane są podmiotom trzecim, Użytkownik, który nie chce aby dane o ich odwiedzinach były przekazywane temu podmiotowi może w dowolnym momencie wyłączyć.
Lista zaufanych partnerów
1. Google Ireland Limited (usługa AdSense, usługa Analytics)
2. Facebook.com (komentarze pod artykułami)
Na naszej stronie używane są ciasteczka firmy Google Ireland Limited będącej naszym partnerem. Ciasteczka te służą przede wszystkim do analizy oglądalności stron internetowych w Polsce i oceny skuteczności działań reklamowych. Użytkownik może w każdym czasie zrezygnować z korzystania z tego rodzaju plików wybierając odpowiednie ustawienia w swojej przeglądarce.
Wyświetlanie reklam
Zasadą działania Portalu jest możliwość darmowego czytania artykułów dla użytkowników. Aby zapewnić sprawne działanie systemu musimy zapewnić odpowiedni poziom usług (serwery, administracja itp.) co niestety wiąże się ze sporym kosztem. Dlatego na portalu obecne są reklamy. Staramy się, aby profil reklam odpowiadał zainteresowaniom użytkowników, aby były one użyteczne i przyczyniały się do możliwości zdobycia dodatkowej wiedzy o interesujących produktach i usługach.
Cookies to pliki tekstowe, które serwer zapisuje na dysku urządzenia końcowego użytkownika, dzięki czemu będzie mógł go “rozpoznać” przy ponownym połączeniu.
Portal używa cookies do zapamiętania informacji o Internautach. Rozpoznajemy ich po to, by dowiedzieć się kim są, jakiej informacji potrzebują i szukają na naszych stronach. Wiedząc, które serwisy odwiedzają częściej niż pozostałe, możemy stać się dla Nich znacznie ciekawszym i bogatszym portalem niż dotychczas. To użytkownicy dają nam wiedzę o tym, w jakim kierunku rozwijać serwisy już istniejące, jakim wymaganiom musimy jeszcze sprostać, co uzupełnić, co stworzyć nowego, by odpowiedzieć na ich oczekiwania i potrzeby.
Pliki cookies są wykorzystywane także w celach statystycznych (tworzenie statystyk dla potrzeb wewnętrznych i w ramach współpracy z naszymi kontrahentami, w tym reklamodawcami); oraz związanych z prezentacją reklam w portalu – w szczególności aby uniknąć wielokrotnej prezentacji temu samemu odbiorcy tej samej reklamy oraz w celu prezentacji reklam w sposób uwzględniający zainteresowania odbiorców
Cookies są ustawiane przy “wejściu” i “wyjściu” z Portalu. W żaden sposób nie niszczą systemu w komputerze użytkownika ani nie wpływają na jego sposób działania, w szczególności nie powodują zmian konfiguracyjnych w urządzeniach końcowych użytkowników ani w oprogramowaniu zainstalowanym na tych urządzeniach.
Należy podkreślić, że cookies nie służą identyfikacji konkretnych użytkowników, na ich podstawie nie ustala tożsamości użytkowników.