W Białymstoku istniał czarny rynek słodyczy

W Białymstoku istniał czarny rynek słodyczy

Chaim Sofer założył swą fabrykę czekolady w 1905 r. Nazywany białostockim Wedlem szybko zdobył uznanie wśród lokalnych łasuchów. Przez wiele lat jego lokal znajdujący się na ulicy Sosnowej funkcjonował jako ”Wiedeński”. Firma mogła sobie pozwolić na liczne reklamy w prasie, w których to zapewniano o jakości, świeżości i niskich cenach słodyczy, takich jak karmelki czy chałwa.

 

Największy ruch panował tradycyjnie przed świętami. Na ten okres Chaim Sofer przygotowywał specjalną ofertę. Sprzedawano jaja, zające, kurczątka i baranki czekoladowe. Nie każdego było jednak stać na taki wydatek. W mieście powstał więc czarny rynek. Ktoś w mieście puścił plotkę, że rarytasy z ulicy zawierają truciznę. Cóż…Każdy chciał mieć dla siebie jak największy kawałek…tortu.

 

Centrum miasta pełne było krzykliwych handlarzy. „Paluszki czekoladoweeee! Reklamoweeee! Trzy sztuki za 10 groszyyy!”. Takie o to wołania budziły mieszkańców lokalnych kamienic. Uliczne słodycze najczęściej stanowiły wytwór podziemnych fabryk. Jedna z nich działała na obecnej ulicy Malmeda. Jej właściciel, nijaki Hirsz Ejger ”Czekoladnik” trafił do więzienia. Wcześniej wzbogacił się o niemałą sumkę. Kusił niską ceną i podrabiał etykiety znanych firm. Proste i genialne. Do czasu.

Partnerzy portalu:

Na ulicy Cichej ciężko było o spokój

Na ulicy Cichej ciężko było o spokój

Ulica Cicha znajdowała się w samym centrum żydowskich Chanajek, a więc najbiedniejszej przedwojennej dzielnicy Białegostoku. Do najdłuższych nie należała, gdyż liczyła sobie cztery numery mieszkań. Jej nazwa to też tylko swoista gra pozorów.

 

Nie było takiego dnia by na Cichą nie przyjeżdżali policjanci. A mieli do tego powodu. Prostytucja, nielegalny handel alkoholem czy paserstwo – to tylko nieliczne z grzechów bywalców ulicy. Do największych oprychów należała rodzina Chazanów. Głową rodziny był Szmul, który uchodził za najtwardszego sutenera w mieście.

 

Swoim ”pracownicom” zabierał połowę utargu, a za sprzeciwienie się rozkazom, bił je do nieprzytomności. Na rozprawie sądowej przeciwko oprawcy jednak milczały. Obawiały się o własne życie i odmówiły składania zeznań. Dla alfonsa się więc upiekło. Jego synowie z kolei trudnili się fachem złodzieja. Kradli wszystko i wszędzie. Ilość zdobytych zegarków przez szajkę mogłaby przyprawić o zawrót głowy. Bracia wpadli jednak przy próbie włamania do mleczarni. 

 

Jeśli mowa o złodziejach nie wypada też nie wspomnieć o Bejli Kleinsztejn – prawdziwa tuza wśród paserów.
Jej specjalnością był skup kradzionej garderoby i pościeli. Odwiedzali ją prawie wszyscy strychowi przestępcy zwani popularnie pajęczarzami.  Głównym dostawcą łupów był Abram Kukawka nazywany przez lokalną prasę królem strychów.

Partnerzy portalu:

Gwiazdor będzie jeździł białostockim rowerem

Gwiazdor będzie jeździł białostockim rowerem

Ile czasu może powstawać wypasiony rower? Wszystko zależy od tego, dla kogo został projektowany. Dla Adama Zdanowicza z Białegostoku stworzenie ”maszyny” dla legendarnego gitarzysty Slasha zajęło blisko rok.

 

W rowerze można odnaleźć wszystkie elementy, jakie ubóstwia muzyk. Rama w kształcie instrumentu, pedały w formie małych gitar, czaszka na kierownicy czy węże na zębatce – od tego wszystkiego każdy pasjonat może umrzeć z zazdrości.

 

A wszystko zaczęło się od…Dody, która supportowała Gun’s N Roses na koncercie w Gdańsku. To ona była pomysłodawczynią nietypowego prezentu. Poprzez wspólną znajomą skontaktowała się z Adamem Zdanowiczem,a ten jako wieloletni fan zespołu, mógł spełnić swoje marzenie. Nie dość, że poznał kultowego muzyka, to jeszcze zrobił mu rower.

 

Z długiego procesu powstawania egzemplarza powstał cały film , a link do niego został zamieszczony w siodełku roweru. Slash uznał produkcję za genialną i umieścił ją na swoim kanale na YT.Już niedługo rower z Białegostoku będzie śmigał po ulicach Los Angeles. Możemy być dumni z dzieła Podlasianina.

Partnerzy portalu:

Podlaski producent poszedł na rekord

Podlaski producent poszedł na rekord

Przeszukując czeluście internetów natrafiamy często na próby bicia rekordów Guinnessa przez mieszkańców Podlasia. Jedna z nich miała miejsce 2 lata temu. Konkurencja brzmiała następująco: ”Największy obszar łąki skoszony zestawem 3 kosiarek dyskowych w 8 godzin”.

 

Białostocki producent kosiarek przygotowywał się do próby przez miesiące. Przede wszystkim trzeba było spełnić warunki nałożone przez kapitułę i odszukać łąkę o powierzchni około 140 ha w jednym kawałku.  Odnalazła się ona na terenach łąk torfowych w Goślubiu, a więc w województwie łódzkim. Trochę daleko od Podlasia ale cóż…

 

Na kwadrans przed regulaminowym zakończeniem czasu ze względu na bardzo dużą nierówność terenu ciągnik ”zaliczył dziurę”  pikując kosiarką głęboko w ziemię. Po błyskawicznej reakcji naszych serwisantów listwa została oczyszczona z ziemi i trawy, po czym maszyna ruszyła do dalszej pracy. Ostatecznie doczekano happy end. Maszyny pobiła rekord dzięki czemu pewnie jej sprzedaż znacząco wzrosła

Partnerzy portalu:

Białostockie gejsze miały charakter

Białostockie gejsze miały charakter

W międzywojennym Białymstoku żaden mężczyzna nie miał problemu ze znalezieniem domów rozkoszy. Wystarczyło spytać dorożkarza, recepcjonistę czy nawet bufetową, aby otrzymać konkretne namiary. Większość przybytków zlokalizowana była w najuboższej dzielnicy, Chanajkach.

 

Duża przestępczość okolicy nikomu nie przeszkadzała. Policja i urząd sanitarny co rusz zamykały rozpustne lokale, ale po kilku tygodniach powstawały nowe. Sutenerzy znaleźli również sposób na obławy. Gejszom, gdyż nazywała ich lokalna prasa, załatwiano legalne zameldowanie, więc mogły przyjmować kogo tylko chciały.

 

Jedną z najbardziej znanych gejsz w Białymstoku była nijaka Dejla Jewrejska, znana ze swego ognistego temperamentu. Panowie w wyniku intymnych spotkań oprócz pieniędzy tracili również zdrowie. Upodobała sobie również plakaty filmowe z kina Modern. Wieszała je w swym pokoju, aby klienci mieli porównanie, że obcują z naprawdę piękną kobieta, która niczym nie różni się od gwiazd z ekranu. Pracownicy kina myśleli zaś wcześniej, że fotosy kradnie im konkurencja. Jakież musiało być ich zdziwienie.

 

Gejszą nie zostawało się ze zwykłej zachcianki. Nieraz była to jedyna szansa na zarobek. Zerwanie z procederem natomiast było trudniejsze niż się wydaje. Przekonała się o tym Sara Siedlecka, która poślubiła, na pozór wspaniałego Berela Robotnika. Teściowa, niedługo po ślubie młodych zapragnęła otworzyć spelunkę. Sara zaś musiała spełniać wszystkie zachcianki gości. Gdy się nie godziła była dotkliwie bita przez kochaną teściową i swego męża. Dziewczyna nie wyobrażała sobie takiego dalszego życia i postanowiła opuścić miasto na zawsze.

Partnerzy portalu:

W Supraślu pielęgnują tradycję dzwonienia

W Supraślu pielęgnują tradycję dzwonienia

Cerkiewne dzwonienie jest ginącą na ziemiach polskich tradycją, polegającą na tworzeniu kompozycji wygrywanych na tych instrumentach. Aby ocalić zjawisko od czarnego scenariusza Muzeum Ikon w Supraślu Międzynarodowy Festiwal Cerkiewnego Dzwonienia „Obwieszcza, wychwala, nawołuje”.

 

W prawosławnej tradycji dźwięk z dzwonu wydobywa się poruszając jego sercem. Dzwonnik pociąga za sznury, ale to już od siły i precyzji uderzenia zależy brzmienie. W prawosławiu dzwony wzywają na nabożeństwa, brzmią zależnie od okresu liturgicznego: na Wielkanoc radośnie, a w Wielkim Poście spokojnie.

 

Dzwonienie to sztuka, w której liczy się nie tylko umiejętność skomponowania melodii, ale i zdolności manualne.  W ciągu 15-u minut zawodnicy mają szansę zaprezentować swe zdolności. Niektórzy chronią słuch nausznikami, innym wystarcza wata w uchu. Festiwal odbywa się co dwa lata. Organizatorzy dbają bowiem o zachowanie wysokiego poziomu i atrakcyjności festiwalu, aby po prostu się nie znudził.

 

 

Partnerzy portalu:

Gdzie w Białymstoku była ulica 22 lipca?

Gdzie w Białymstoku była ulica 22 lipca?

W okresie PRL-u 22 lipca był najważniejszym dniem w kalendarzu. Dla przeciętnego człowieka to tylko jeden z nielicznych dni wolnych. Rocznicę ogłoszenia w 1944 roku Manifestu Lubelskiego PKWN uważano za Narodowe Święto Odrodzenia Polski. Z tego powodu jego nazwę nadawano zakładom pracy i ulicom. Tak też było i w Białymstoku.

 

30 maja 1947 r. rada narodowa tak właśnie przekształciła ulicę” Św. Rocha. Według nich poprzednia nazwa nie miała żadnego związku z rzeczywistością. Kościoła więc nie zauważyli…Do starej nazwy na szczęście wrócono po zmianie ustroju. 

 

Dla Kowalskiego data ta kojarzyła się głównie z lepszym niż w inne dni zaopatrzeniem sklepów. Na kiermaszach pojawiały się bowiem takie towary deficytowe jak…papier toaletowy. Najlepszym robotnikom nadawano medale, lecz otrzymywali też talony i przydziały na dobra określane jako luksusowe.

 

Partnerzy portalu:

Nawiedzony zamek – kto straszy na zamku w Tykocinie?

Nawiedzony zamek – kto straszy na zamku w Tykocinie?

Nawiedzony zamek w Tykocinie, to miejsce, które obfituje w zjawy. Opisywany zamek jest znany z wielu zdarzeń paranormalnych i opowieści o nawiedzeniach.  Są to duchy nie tylko zwykłych  ludzi, lecz też szlachciców, książąt i królów. W swym straszeniu nie ograniczają się do kilku pomieszczeń. Spotkać ich można na terenie całego zamku. Nawet w łazience nie można liczyć na prywatność. Odbudowana konstrukcja w Tykocinie nad brzegiem rzeki Narew przyciąga regularnie szkolne wycieczki.

Nawiedzony zamek w Tykocinie to miejsce nie tylko pełne historii…

Jest to jedno z najbardziej tajemniczych miejsc w Polsce. Znajduje się w województwie podlaskim, około 30 kilometrów od Białegostoku. Zamek został zbudowany w XV wieku i pełnił funkcję warowni obronnej. Z czasem stał się siedzibą różnych możnych rodów, a także inspirował liczne legendy i opowieści o duchach. Wnętrza zamku również budzą grozę i fascynację jednocześnie. Zachowane gotyckie sale, ciasne korytarze i niesamowicie zdobione komnaty sprawiają wrażenie, jakby czas w tym miejscu stanął w miejscu. Są one świadkami licznych wydarzeń z przeszłości, w tym wojen i innych tragicznych wydarzeń, które mogą wpływać na nastroje odwiedzających. Ponadto, nieopodal zamku znajduje się cmentarz żydowski, na którym także ma miejsce wiele zjawisk paranormalnych. Mieszkańcy miasta twierdzą, że wokół niego można wyczuć obecność duchów, a w niektóre noce można usłyszeć tajemnicze wycie wilków.

Spotkanie z duchem w nawiedzonym zamku w Tykocinie

Na szczęście uczniowie, nie są świadomi, że mogą napotkać istoty z innego świata. Smętne zawodzenie, jęki, głośne kroki. Ponoć na zamku straszy nawet król Zygmunt August i Janusz Radziwiłł. Dlaczego? Po śmierci, w trumnie spędzili tam cały rok, zanim doczekali się godnego pochówku. Regularnie na murach zamku pojawia się też Barbara Radziwiłłówna, która to najbardziej zżyła się z nim. Jednego jegomościa odwiedziła w czasie załatwiania potrzeb fizjologicznych. Uruchomiona fotokomórka w łazience tak wystraszyła mężczyznę, że ten uciekł z krzykiem z bezpieczne (teoretycznie) miejsce.

Odważysz się odwiedzić nawiedzony zamek?

Zamek w Tykocinie jest popularnym miejscem dla miłośników historii, ale również dla poszukiwaczy duchów i zjawisk paranormalnych. Coraz więcej osób przybywa tu ze specjalistycznym sprzętem, aby zarejestrować i zbadać zjawiska paranormalne. Wiele z nich przyznaje, że ich doświadczenia były niezwykłe i niespotykane w innych miejscach. To miejsce nie tylko pełne historii, ale także tajemnicze i fascynujące. Jeśli jesteś odważny i zainteresowany zjawiskami paranormalnymi, warto odwiedzić to miejsce i samemu doświadczyć niezwykłych doznań.

Partnerzy portalu:

Białostocki aptekarz sprzedawał narkotyki

Białostocki aptekarz sprzedawał narkotyki

W międzywojennej Polsce odskocznią od szarej codzienności były używki, w tym narkotyki. Najwięcej ich miłośników było rzecz jasna w Warszawie. Kokainę i morfinę kupowali głównie artyści, ale także arystokraci i wojskowi. Również w Białymstoku chętnych nie brakowało. Z tego też powodu w 1922 r. wprowadzono zakaz sprzedaży owych specyfików bez recepty. Spowodowało to powstanie czarnego rynku. Za gram kokainy trzeba było zapłacić 10 zł.

 

Pojawiły się również próby fałszowania recept. Liczna uzależnionych lawinowo rosła. 3 lata przed II Wojną Światową w mieście wybuchła afera. Naczelny Lekarz Ubezpieczalni Społecznej wypisywał według śledczych recepty na lewo i prawo. Okazało się, że on i jego sekretarka, która realizowała recepty byli narkomanami.

 

Z kolei właściciel apteki w Wasilkowie prowadził w domowym zaciszu własną wytwórnię używek. W nielegalnym laboratorium odnaleziono głównie środki odurzające i przeciwbólowe. Chociaż postawiono mu wiele zarzutów, m.in. za dilerkę, skończyło się grzywną w wysokości 500 zł za…brak księgi rozchodów.

 

Popyt na narkotyki nie mógł uciec uwadze przemytnikom. Farmaceutyki sprowadzano głównie z Niemiec. Jednym z punktów składu była Łomża. Tam na czele kontrabandy stał właściciel składu aptecznego. W czasie nalotu na jego mieszkanie odkryto ogromną ilość środków nasennych i torebek kokainy. W gotówce miał ponad 200 tys. zł.

Partnerzy portalu:

Najlepsze kafle w regionie wytwarzano na Grunwaldzkiej

Najlepsze kafle w regionie wytwarzano na Grunwaldzkiej

Ulica Grunwaldzka w Białymstoku uformowała się na przełomie XVIII i XIX wieku, czyli w tym samym czasie co sąsiadująca z nią dzielnica biedy – Chanajki. Nie mieszkali w niej jednak sami Żydzi, a skład narodowościowy był bardzo zróżnicowany.

 

Wcześniej nazywała się Kaflową, prawdopodobnie od powstałej w 1847 r. fabryki kafli Jana Kucharskiego. W swej ofercie, jeśli wierzyć dawnym ogłoszeniom, miał również stawienie pieców i kominków. Firma ta prężnie się rozwijała, ale wszystko zniweczył wybuch wojny. Po zakończeniu konfliktu synowie Jana doprowadzili przedsiębiorstwo do rozkwitu.

 

Zajęcie w fabryce znalazło ponad 80 osób, a produkty cieszyły się ogromnym zainteresowaniem w całym kraju. Kucharscy dbali o swoich pracowników. Utworzyli chociażby świetlicę, w której to organizowano warsztaty i przedstawienia teatralne. Powstał również żłobek, przedszkole, biblioteka i łaźnia.

 

Oprócz kaflarni na Grunwaldzkiej działały również inne przedsiębiorstwa. Odnaleźć tam można było fabrykę sukna, gwoździ, a także tkalnię. Nie brakowało lokali usługowych. Dzięki masarni czy sklepie z alkoholem ulica tętniła życiem. Nie każdemu jednak wiodło się dobrze. Piękne domy przeplatały się z zaniedbanymi czynszówkami, w których to mieszkali też złodzieje.

Partnerzy portalu:

Dom ze słomy. Jedyny taki dom w mieście

Dom ze słomy. Jedyny taki dom w mieście

W Białymstoku spośród tysięcy budynków, ten zasługuje na szczególnie uznanie. Jest bowiem jedyny w mieście. Na dom z gliny i słomy zdecydowała się jedna z rodzin.

Jedyny taki dom ze słomy

Na budowie oczywiście cegieł musiało zabraknąć. Bez piasku jednak ani rusz. Potrzebny był on w ilości 9 ton. Do tego 3 razy mniej gliny, sprasowana słoma i można było działać. Naturalne zdrowe materiały stanowią gwarancję ciepła. Zapomnieć można o przykrościach związanych z wilgocią i grzybami, gdyż ściany doskonale przepuszczają powietrze. Całkowity koszt budowy domu ze słomy jest ponad 2 razy mniejszy niż przy standardowych budowach. Dom ze słomy w Białymstoku to unikalna i ekologiczna konstrukcja, którą wykonano z naturalnych materiałów. Słoma, jako główny składnik tego domu, pochodzi bowiem z lokalnych pól i jest łatwo dostępna.

Jak powstaje dom ze słomy?

Podstawowa struktura domu ze słomy składa się z drewnianego stelażu, który tworzy szkielet budynku. Następnie, na ten szkielet są przymocowywane słomiane belki, które pełnią rolę izolacji termicznej. Wykonany jako alternatywa dla tradycyjnego budynku. Główną zaletą domu ze słomy jest jego wysoka izolacyjność termiczna jak i akustyczna. Słoma posiada doskonałe właściwości izolacyjne, co oznacza, że taki dom jest łatwo nagrzewany zimą i utrzymuje chłód latem. Dzięki temu można znacznie obniżyć koszty ogrzewania i klimatyzacji. Innym atutem budynku zbudowanego ze słomy jest jego niska emisja dwutlenku węgla w trakcie produkcji i użytkowania. Materiał ten jest naturalny, odnawialny i biodegradowalny, co przyczynia się do redukcji negatywnego wpływu na środowisko.
Dom ze słomy jest również solidny i trwały. Zastosowanie odpowiednich technik budowlanych i wykorzystanie wytrzymałych materiałów stwarza solidną konstrukcję, która może być trwała przez długie lata. Oczywiście, istnieją również pewne wyzwania związane z budową domu ze słomy. Konieczne jest odpowiednie przygotowanie materiału, aby uniknąć pleśni i rozwoju insektów. Konstrukcja musi być również odpowiednio zaplanowana pod kątem bezpieczeństwa przeciwpożarowego. Ponadto, dom ze słomy jest również przyjazny dla środowiska, ponieważ cechuje się z naturalnych materiałów, które nie emitują toksycznych substancji. Dodatkowo, słoma jest materiałem odnawialnym i biodegradowalnym, co przyczynia się do zmniejszenia negatywnego wpływu na środowisko naturalne.

Podsumowując..

Dom ze słomy w Białymstoku jest alternatywą dla tradycyjnego budynków. Oferuje wysoką izolacyjność termiczną oraz niską emisję CO2. Ekonomia jednak nie przemawia do innych ludzi. Największe obawy wzbudza kwestia łatwopalności słomy. Tak naprawdę w postaci skompresowanej nie powoduje większego zagrożenia. Zachowuje się bowiem jak drewno klejone. Bez stałego źródła ognia sama się wygasza.

Partnerzy portalu:

Białostocki pociąg śmiechu kursował do Gdyni

Białostocki pociąg śmiechu kursował do Gdyni

Jednym z najpopularniejszych kierunków obieranych przez białostockich urlopowiczów w latach 30. była Gdynia. Eskapady do portu były organizowane przez lokalny oddział Orbisu, mieszczący się wówczas na ulicy Sienkiewicza. Swoją cegiełkę dokładały również władze PKP.

 

To dzięki nim można było się przejechać pociągami dancing-bridge, które zapewniały, jak sama nazwa wskazuje, liczne rozrywki nie konieczne związane z samą turystyką. Oferta przez kilka miesięcy była reklamowana w lokalnych mediach. Klientów wabiono orkiestrą i obietnicą taniego bufetu z barem. Na dziewiczą przejażdżkę zgłosiło się ponad 400 chętnych. Konieczne było dostawienie dodatkowych dwóch wagonów. Ile kosztowały uciechy? Koszt przejazdu II klasą wynosił 31 zł, a III – 20,50 zł. Jak na tamte czasy, ceny nie należały do wywindowanych.

 

Pierwszy kurs ruszył przez Warszawę do Gdyni 3 czerwca 1933 r. Wraz z ruszeniem lokomotywy rozpoczęła się prawdziwa impreza. Śmiechom nie było końca. Cytując Mickiewicza były tam ”tańce, hulanki, swawola”. Po kilkudniowym zwiedzaniu atrakcji portu rozbawione towarzystwo wróciło do stolicy Podlasia 6 czerwca.

 

Rok później zorganizowano kolejną edycję pociągu-śmiechu. Tym razem bilety można było nabyć także na białostockim dworcu. W dodatku do pociągu miał być dołączony ekskluzywny wagon restauracyjny z  potrawami w bardzo korzystnych cenach. Kieliszek wódki miał kosztować 30 gr, zaś kanapka – 15. Impreza w pociągu nie była jednak tak udana jak sprzed roku.  Podczas trwania wycieczki nadeszła wiadomość o śmiertelnym zamachu w Warszawie na ministra spraw wewnętrznych Bronisława Pierackiego. Powaga w takiej chwili była koniecznością.

Partnerzy portalu:

Gdzie w Białymstoku była Krecia ulica?

Gdzie w Białymstoku była Krecia ulica?

Międzywojenna ulica Grochowa w Białymstoku mimo faktu, że przecinała się w główną ulicą miasta, a więc Lipową, miała niewielkie znaczenie handlowe. Nazywano ją wcześniej Grochowym Zaułkiem, co też pewnie miało znaczenie, przy wyborze miejsca pod lokal usługowy. 

 

Było ich zaledwie dziesięć. Na innych równie krótkich uliczkach swoje firmy prowadziło kilkudziesięciu przedsiębiorców, jak choćby na ul. Kilińskiego. Różnica jest więc kolosalna. Na Grochowej można było chociażby kupić wodę sodową czy zrobić sobie zdjęcie.

 

Przed II Wojną Światową tylko trzech mieszkańców ulicy miało telefon. Byli to Chaim Kapłan, dentystka Rachela Zabłudowska i Serok Chaim – właściciel składu papierów. Wszyscy mieszkali w tym samym budynku, zresztą jedynym podłączonym do magistrali.

 

O dziwo Grochową ominęła zmiana nazwy za czasów okupacji sowieckiej. Co się odwlecze, to nie uciecze. Niemcy mianowali ją ulicą…Krecią. Jakie były ich motywy tego nie nikt do dnia dzisiejszego. 

Partnerzy portalu:

Sprzedawali klejnoty za bezcen. Oszukali setki ludzi.

Sprzedawali klejnoty za bezcen. Oszukali setki ludzi.

W latach 20. Białostoccy oszuści do swego kanciarskiego repertuaru dorzucili coś nowego. Chodzi tu o sprzedaż domniemanych brylantów z carskiej korony. Ofiary procederu należy liczyć w setkach. Najczęściej byli to wieśniacy, którzy na chwilę przyjechali do miasta. Wracali zwykle w dobrych humorach, sądząc że zrobili interes życia, kupując cenne klejnoty.

 

W rzeczywistości oszuści wciskali szkło i tomblak. Nie jeden z nich posiadał umiejętności aktorskie. Zwykle sprzedawali bajeczkę o konieczności wyjeździe do Warszawy. Łamiącym się głosem opowiadali kupcom o chorych i głodnych dzieciach. Pieniądze na bilet do lepszego świata mogli zaś zdobyć pozbywając się za odpowiednią kwotę rodzinnych pamiątek.

 

Historie były tak poruszające, że chwytały za serce, głównie panie. Czar prysł, gdy klejnoty zanoszono do jubilera. Kosztowności, za które zapłacono kilkadzieścia złotych były warte dosłownie grosze. Chociaż zgłoszenie sprawy do Urzędu Śledczego zakończyło przygodę kilku kanciarzy, to pieniędzy zwykle nie udawało się odzyskać.

 

 

Partnerzy portalu:

Warszawscy złodzieje plądrowali Białystok

Warszawscy złodzieje plądrowali Białystok

Białostoccy policjanci z 5-go komisariatu nie mogli się nudzić. Do miasta pociągiem z Warszawy przyjeżdżali złodzieje, przemytnicy czy uciekinierzy z wojska. Funkcjonariusze musieli więc mieć czujne oko.

 

Przepełnione wagony stanowiły istny raj dla złodziejaszków. Kieszenie, torebki, walizki – opróżniali wszystko co się dało. Podróżni najczęściej po wyjściu z pociągu dowiadywali się o swej stracie. Część przestępców wysiadała na wcześniejszych stacjach w Szepietowie i Łapach, będąc już zadowolonych z łupów. Ci bardziej zuchwali wjeżdżali do Białegostoku. Chęć pomnożenie bogactwa była silniejsza od strachu przed złapaniem. Nie na każdego jednak czekał happy end. Latem 1934 r. nakryto na gorącym uczynku  stołeczny kieszonkowiec, nijaki Izrael Feld.

 

Na początku lat 20. Białystok odwiedzali spece od kas pancernych. O ich wyczynach rozpisywała się lokalna prasa. Ich ofiarą padło m.in. Towarzystwo Pożyczkowo-Oszczędnościowe zlokalizowane wówczas na ul. Kilińskiego 29. Kilka lat później okradziono również znaną firmę transportową Scheneker i S-ka. Fachowcy od kas byli raczej nieuchwytni. W okresie międzywojennym złapano tylko jednego, ale za to znanego w całym kraju złodzieja Jana Kuryłowicza. Dworcowa policja miała więc czym się chwalić.

 

Najczęściej przestępców dosięgała sprawiedliwość tuż przed ucieczką pociągiem. Dzięki rewizjom bagaży, funkcjonariusze mogli podziwiać ich cały złodziejski ekwipunek – żyletki do przecinania kieszeni, wytrychy, latarki i inne gadżety-niezbędniki rzezimieszka.

 

Partnerzy portalu:

Brama getta okazała się…kanałem

Brama getta okazała się…kanałem

Z wielkiej chmury mały deszcz chciałoby się powiedzieć. Miały być pamiątkowe tablice i gabloty. Plany spełzły na niczym. Fragment drewnianej konstrukcji na ulicy Czystej w Białymstoku, uważany za bramę getta, to nic innego jak część kanału melioracyjnego. Tak mówią wyniki prac archeologicznych przeprowadzonych przez Muzeum Podlaskie.

 

Pierwotnie wszystko się zgadzało. Umiejscowienie pala, który został objęty szczególną ochroną, wskazywało na przełomowe odkrycie. Wstępne oględziny były obiecujące. Rzeczywistość okazała się jednak brutalna.  Konstrukcja nie ma żadnego związku z gettem. Powstała według szacunków na początku XX wieku. Świadczą o tym chociażby wykopane obok belek monety z czasów cara Mikołaja II oraz polskie grosze z okresu międzywojennego.

 

Znalezisko nie posiada więc żadnej wartości archeologicznej. Może być jedynie gratką dla miłośników historii miejskiej melioracji. Po ostatnich opadach deszczu w Białymstoku za pewne wzrosła ich ilość…

 

Partnerzy portalu:

Coraz mniej wiejskich ławeczek. Czy obyczaj zaniknie na dobre?

Coraz mniej wiejskich ławeczek. Czy obyczaj zaniknie na dobre?

Wiejska ławeczka. Dla przejezdnych to lokalny monitoring. Dla mieszkańców osad to miejsce spotkań, szczerych rozmów czy nawet śpiewów. Oczywiście młodych na niej nie zobaczymy. Do ławeczki trzeba bowiem…dojrzeć. Niestety, nawet wśród starszych mieszkańców wsi są już rzadziej wykorzystywane. Obyczaj powoli zanika.

 

Jeszcze 10 lat temu nie można było wyobrazić podlaskiej wsi bez ławeczki. Zdawałoby się, że na stałe wpisały się w tamtejszy idylliczny krajobraz. Czasy się jednak zmieniają. Dzisiejsze osady coraz częściej przypominają miasta. Przybywa murowanych budynków, często bogato zdobionych. Ich właścicielami są bowiem uciekinierzy z aglomeracji. Rosnąca liczna ”obcych” na wsi zmienia jej obraz.

 

Trudno sobie wyobrazić, aby Warszawiak pasjonował się przejeżdżającymi autami po jedynej drodze na wsi. Bo co innego można obserwować z wiejskiej ławeczki. Starszych na ławeczce można porównać do obserwatorów wyścigów formuły 1. Głowę przekręcają z lewa do prawa, skupiając wzrok na maszynie.

 

Podlasie wsie, zresztą jak w całym kraju powoli się wyludniają. Z wielu zabudowań zamieszkałych zostaje kilka. Są to najczęściej Ci, których rodzina nie rusza się ze wsi od pokoleń. Zbyt bardzo przywiązani do rodzinnej ziemi, nawet nie myślą o przeprowadzce, nawet jeśli nie ma już z kim porozmawiać. Wiejskie ławeczki służyły właśnie konwersacjom, zapewne nie raz przy małym piwku.  

 

To tam plotkowano, gadano o wszystkim i o niczym, a więc o przysłowiowych tirach i naczepach. Do ławeczki trzeba jednak dotrzeć. Ci, którzy pamiętają czasy jej świetności, często są już schorowani. Nieraz poruszanie się po domostwie sprawia problem. Dojście do ławeczki stanowi więc swego rodzaju mission immposible.

 

Każda ławka to inna historia. Często poniszczone stanowiły jedyne źródło rozrywki dla mieszkańców wsi. Widząc je mamy mieszane uczucia. Jedni pytają ”Po co oni tak się gapią’?’, drudzy stwierdzają ”Ależ to urocze”. Miejmy nadzieje, że ławeczki nie znikną na stałe. Na wiejskie salony raczej nie wrócą, ale tradycja być musi!

 

Partnerzy portalu:

Helena Bohle – Szacka. Zapomniana białostocka projektantka.

Helena Bohle – Szacka. Zapomniana białostocka projektantka.

Helena Bohle-Szacka to jedna z tych wielkich Białostoczanek, o której większość mieszkańców nie ma pojęcia. Pora przybliżyć sylwetkę tej wspaniałej kobiety. Jej matka pochodziła ze zasymilowanej rodziny żydowskiej z Łodzi. Ojciec z kolei był potomkiem spolonizowanych Niemców. Rodzice poznali się w Białymstoku i tam też Helena Bohle, zwana od dzieciństwa Lilką, spędziła swoje najmłodsze lata.

 

W czasie wojny trafiła do obozów koncentracyjnych Ravensbrück i Flossenbürg. Udało się jej jednak przeżyć holocaust. Po wyzwoleniu podjęła studia na Wydziale Grafiki Państwowej Wyższej Szkoły Nauk Sztuk Plastycznych w Łodzi. W kraju pracowała m.in. jako projektantka mody i kierowniczka artystyczna znanych domów mody w Łodzi i Warszawie, osiągając zresztą wiele sukcesów. Wykładała także na macierzystej uczelni. Projektowała logo wielkich przedsiębiorstw, opakowania i reklamy kosmetyków, papierosów, tworzyła rysunek żurnalowy.

 

W 1968 roku, po antysemickiej nagonce wyemigrowała do Berlina Zachodniego. Współpracowała z polskimi wydawnictwami emigracyjnymi i niemieckimi oficynami jako autorka ilustracji i projektów okładek do wielu książek, głównie tomików poezji. Sama wydała dwie autorskie książki, „Od drzewa do drzewa” oraz „Ślady i cienie”. Swe prace Helena Bohle-Szacka prezentowała na ponad czterdziestu wystawach, m.in. w Berlinie, Paryżu, Warszawie, Łodzi, Krakowie, Pradze, Wiedniu, Londynie i Kopenhadze.

 

Partnerzy portalu:

Białostoczanie pokochali brutalne filmy

Białostoczanie pokochali brutalne filmy

Czy Białostoczanie w okresie powojennym byli masochistami? Jeśli przyjrzeć się im upodobaniom kinematograficznym, należy stwierdzić, że tak. Rekordy popularności biły bowiem produkcje przedstawiające zło wyrządzone przez bolszewików.

 

W lato 1921. w prasie pojawiły się komunikaty o projekcji filmu na temat najazdu Rosjan na Białystok. Na premierę rozprowadzane były specjalne książeczki z bilecikami. Cały dochód ze sprzedaży miał być przeznaczony, o ironio, na pomoc dla wdów i sierot, które ucierpiały przez okupanta.

 

Mniej więcej w tym samym czasie w kinie Apollo wyświetlano filmy związane z carem Mikołajem II. Jako, że jego rządu określane są jako niezwykle krwawe, pokaz musiał zrobić duże wrażenie na widzach. ”Apollo”, ”Taniec na wulkanie” czy ”Niewinna ofiara” – miały również odpowiedzieć na pytanie, jak doszło do powstania komunistów.

 

Na szczęście Białostoczanie mieli do wyboru również inne filmy. ”Jak powstaje człowiek. Od zapłodnienia do porodu” wzbudził niemałe zamieszanie. Wyświetlano go po północy, a kino Apollo dzielona na oddzielne sektory dla panów i pań. Na pokaz wpuszczano tylko osoby pełnoletnia, a dokumenty dokładnie sprawdzano, gdyż nie raz dochodziło do prób fałszerstwa. Po kilku tygodniach projekcji, film zdjęto, gdyż erotyzmu jednak było zbyt wiele.

 

Partnerzy portalu:

Tą ulicę omijały nawet prostytutki

Tą ulicę omijały nawet prostytutki

W przedwojennym Białymstoku mało kto czuł się bezpieczny. 5 komisariatów i działający po cywilnemu agenci Urzędu Śledczego nie dawali gwarancji spokoju. Jako, że większość placówek tego typu znajdowała się na obecnej ulicy Warszawskiej, jedynie tam mieszkańcy mogli sobie spacerować bez większych obaw.

 

Okolice zazwyczaj omijał cały półświatek przestępczy. W sumie nie mieli tam czego szukać. Nie istniał tam żaden lokal rozrywkowy, kino czy hotel. Nawet żebracy, których można było spotkać w każdym zakątku Białegostoku, nie interesowali się dzielnicą. Tak samo kobiety lekkich obyczajów. Znaleźć tam klienta, to jak wygrać na loterii.

 

Czy to oznacza, że dawna ulica Pierackiego odznaczała się zerową przestępstw? Nic podobnego. Mieszkali tam bowiem zamożni obywatele miasta, głównie lekarze, adwokaci i kupcy. Ich majątki przyciągały złodziei, którzy często przez jakiś czas mieszkali z nimi pod jednym dachem. Tak było w przypadku służącej, Michaliny Sulżyckiej, która to wyniosła z domu pracodawcy towary o łącznej wartości tysiąca złotych. Za kobietą wystawiono list gończy. Złapano ją dopiero na drugim końcu kraju, mianowicie w Krakowie. 

 

Obiektem pożądania złodziejaszków były rowery. Znikały one zarówno ze strychów, jak i balkonów. Największa ilość przestępstw takiego typu miała miejsce na ul. Kościelnej, która sąsiaduje z Warszawską. Z tego też powodu policja umieściła przy tamtejszej poczcie specjalne czujki. Dzięki nim wpadło kilku fanatyków dwóch kołek.

Partnerzy portalu:

Biedacy sprzedawali starocie na bazarze

Biedacy sprzedawali starocie na bazarze

Każde większe miasto w przedwojennej Polsce miało swój charakterystyczny bazarek. Warszawiacy kupowali na Karcelaku, Białostoczanie zaś na Rynku Siennym mieszczącym się u wylotu ulicy Mazowieckiej.

 

Wśród sprzedawców przeważali mieszkańcy najuboższej dzielnicy – Chanajków. Jako, że w tamtejszym środowisku nie brakowało przestępców, starali się wykorzystać bazar jako źródło łupów. Do kradzieży dochodziło co najmniej kilka razy dziennie. Nie brakowało również oszustów próbujących naciągnąć przechodniów na trefny towar.

 

Na zatłumionym placu można było kupić wszystko co…stare. Handlarze pukali od drzwi do drzwi poszukując nieprzydatnych rzeczy. W ten sposób na rynek trafiły zniszczone buty, porwane sukienki i inna nieciekawie wyglądająca konfekcja. Wiele zarobić się na tym nie dało, aby tylko starczyło na chleb.

 

Nieco lepszej jakości były krawaty, spinki czy mankiety. Dlatego też starano się je sprzedać za wszelką cenę, przekrzykując się na oferty. Ciszej handlowali jedynie sprzedawcy książek. Pasjonaci literatury mieli z czego wybierać. Kupić powieść Tołstoja za 5 gr stanowiło doskonała okazję. W arsenale prozy handlowcy posiadali pozycje polskie, żydowskie, rosyjskie czy niemieckie. 

Partnerzy portalu:

Przedwojennym Białymstokiem władały gangi

Przedwojennym Białymstokiem władały gangi

Międzywojenny Białystok aż roił się od przestępców. Specjalności mieli wiele. Jedni podrabiali banknoty, drudzy lubowali się w kradzieży.  Zwykle działali w większych grupach, przez co można śmiało twierdzić, że postrachem ulic Białegostoku były gangi. Wyróżniały się one niezwykłą brutalnością.

 

Jednym z bossów był bez wątpienia Aleksander Zawadzki. Gdy tylko wychodził z więzienia na miasto padał blady strach. Służby wiedziały, że wkrótce po odsiadce wróci do przestępczego procederu. Z tego powodu konieczna była dyskretna inwigilacja.

 

Przypuszczenia się potwierdziły. Już w kilka dni uruchomił swoje kontakty w półświatku. Uwagę szajki przyciągnął dom zlokalizowany na ulicy Kościelnej. Na parterze mieszkał tam zamożny kupiec tkanin. Napadu mieli dokonać w dniu wyjazdu mężczyzny do Warszawy. Grupa była doskonale przygotowana na wszelkie okoliczności. Zaopatrzyli się w broń i granaty.

 

Policja postanowiła przygotować zasadzkę. O północy z dorożki wysiadło czterech przestępców. Dwóch stanęło na straży, pozostała dwójka zajęła się włamaniem, dokonując odwierty. Wtedy do działania wkroczyła policja. Rozpoczęła się strzelanina. Część złodziejaszków rzuciła się do ucieczki, znikając w ciemnych ulicach miasta.

 

W ręce policji wpadł sam Aleksander Zawadzki i jego najbliższy współpracownik Józef Lalus. Ten drugi trenował zapasy przez co sprawił wiele kłopotów przy pojmaniu. Opór przestał stawiać dopiero po otrzymaniu ciosu w głowę kolbą pistoletu. Funkcjonariusze przypuszczali, że ktoś jeszcze z oprychów może się zjawić w mieszkaniu. Tak też się stało. Nie minęło pól godziny a po łupy pofatygowała się kochanka jednego z członków gangu. Próbowała przekupić policjanta, oferując swe wdzięki, ale jej próby spełzły na niczym. Gang został więc rozbity.

 

Partnerzy portalu:

Gdzie na Podlasiu odnajdziemy drzewko szczęścia?

Gdzie na Podlasiu odnajdziemy drzewko szczęścia?

W marcu 2012 r. na terenie Szpitala Psychiatrycznego w Choroszczy wyrosło niezwykłe drzewo – grusza szczęścia. Na jego gałęziach pojawiło się niemal dwieście listków, na których wszyscy chętni wypisali, co jest im potrzebne do szczerego uśmiechu, zdrowia i pomyślności.

 

Wydarzenie cieszyło się dużą popularnością – przybyli na nie i młodzi, i ci nieco starsi. Razem z większą lub nieco mniejszą wprawą nanosili napisy i grafiki na liście mieszkańcy Choroszczy, pensjonariusze szpitala im. Stanisława Deresza oraz goście. Pomiędzy zebranymi w twórczym działaniu grupkami poruszała się na szczudłach kobieta symbolizująca oderwanie od szarej codzienności.

 

Happening stanowił część programu ”Chcę tu być z moją sztuką. Nagraj to!” finansowanego przez Polsko-Amerykańską Fundację Wolności i wpisał się w jej misję wyrównania szans na dobry start w dorosłe życie młodzieży w wieku gimnazjalnym i ponadgimnazjalnym (13-19 lat) z małych miejscowości.

Partnerzy portalu:

Gdzie Białostoczanie dawniej wyjeżdżali na wakacje?

Gdzie Białostoczanie dawniej wyjeżdżali na wakacje?

W latach międzywojennych sygnałem do rozpoczęcia wakacji był zazwyczaj krótki komunikat prasowy. Oznaczała to jedno – wyjazd na letniska. Taki obyczaj wyjeżdżania z miasta na  pojawił się pod koniec XIX wieku i trwał blisko 100 lat. Białegostoku również nie mógł ominąć.

 

Na ulicy Kilińskiego mieścił się Związek Popierania Turystyki Województwa Białostockiego. Posiadał on również swoje oddziały w Augustowie i Grodnie. Udzielał on całkowicie bezpłatnie informacji w sprawach turystycznych i letniskowych. Oferował również oraz pomoc organizacyjną w letnich wypadach. Ponadto gromadził oferty dworków i pensjonatów.

 

Głównym kierunkiem Białostoczan był…Wasilków. Miejska plaża z przystanią kajakową i bufetem zapewniała dobre warunki do relaksu. Spora liczba lokali ułatwiała zorganizowanie czasu wolnego dzieciom, które zwykły wybierały lokalną cukiernię.

 

Dużym powodzeniem cieszył się również Supraśl. Mnogość pensjonatów na skraju parku leśnego dawały strudzonym Białostoczan chwilę wytchnienia. Przybywający do Supraśla wczasowicze mieli do swej dyspozycji plażę, korty tenisowe, kręgielnię i…skocznię narciarską.

Partnerzy portalu:

W Białymstoku skakali aż miło

W Białymstoku skakali aż miło

W przedwojennym Białymstoku nie można było się nudzić. Jedną z atrakcji cieszącego się ogromną popularnością Parku Zwierzynieckiego była wieża spadochronowa. Obecnie w tym miejscu znajduje się hala sportowa Uniwersytetu Medycznego. 

 

Białostocką wieżę wysoką na blisko 30 m. zbudowano w 1937 roku i. Niekiedy obok niej stawał cygański tabor, ale jeszcze przed wojną upodobali inne miejsce i  przenieśli się w rejon obecnej ulicy Kawaleryjskiej. Obiekt nie cieszył się długim żywotem. Nie przetrwał czasu konfliktów. Nowa wieża powstała w 1952 r.  a rozebrano ją 11 lat później.

 

Przed 1939 r. w całym kraju istniało 17 wież. Służyły one jako miejsce ćwiczeń przyszłych prawdziwych skoczków.  Na ich szczytach instalowano okrągłe balustrady, które dawały szansę na skoki w dowolnym kierunku. Zawsze jednak wykonywano je od strony zawietrznej.

Partnerzy portalu:

Małżeństwo upiększało miasto

Małżeństwo upiększało miasto

Choć chcieli zamieszkać na stałe w Wilnie, wojenna zawierucha i sprawy rodzinne sprawiły, że osiedlili się  w Białymstoku. Uzdolnione małżeństwo – Stanisław i Placyda Bukowscy przyczynili się jak mało kto do odbudowy miasta.

 

Architekt Bukowski szybko znalazł pracę przy odbudowie zniszczonych białostockich zabytków. Wraz z ówczesnym wojewódzkim konserwatorem, przywrócił do czasów świetności centrum miasta zniszczone na skutek wojny. To jemu zawdzięcza się odbudowę chociażby Rynku Kościuszki i strategicznych obiektów.

 

Niedługo po przybyciu do miasta objął dowodzenie nad budową kościoła Świętego Rocha. Zaprojektował ołtarze, a także skonstruował mur, mający na celu zaprzestanie osuwania się skarpy. Żona Placyda, absolwentka Wydziału Sztuk Pięknych Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie, zajęła się z kolei witrażami.

 

Architekt zajmował się również budynkami o publicznej użyteczności. To spod jego ręki wyszedł między innymi Dom Partii przy Placu Uniwersyteckim oraz Hotel Cristal.  Warto nadmienić, że budynek hotelu zdobił pierwotnie neon który ukazywał  Damę Kameliową autorstwa Placydy.

 

Najważniejszym projektem była jednak Pałac Branickich wraz z ogrodami. Nie zgadzał się z władzami komunistycznymi, co do jego przeznaczenia. Umieszczono w nim Akademię Medyczną, choć wedle jego projektu miał powstać dom kultury. Spór doprowadził do usunięcia architekta od dalszych prac. Stanisława nagrodzili jednak znajomi, którzy zamówili jego popiersie i w tajemnicy umieścili je na tympanonie ogrodowej fasady pałacu.

 

Partnerzy portalu:

Gdzie podział się dzwon?

Gdzie podział się dzwon?

W 1938 r. trwała zbiórka pieniędzy na dzwon rosnącego w oczach kościoła św. Rocha w Białymstoku. Darczyńców nie brakowało. Gdy już cała kwota została zebrana, ksiądz prałat Adam Abramowicz zlecił wylanie dzwona dla firmy z Przemyśla. 

 

W sierpniu 1939. dzwon wyruszył w drogę do Białegostoku. Nigdy jednak nie dotarł na miejsce. Na przeszkodzie stanęła wojna. Po latach został odnaleziony niespodziewanie w Wilnie, w drewnianej szopie dworca towarowego. Były na nim odlane odlane nazwiska ofiarodawców począwszy od sędziego Alojzego Stankiewicza i jego żony Genowefy. Dzwon miał być jednak zakopany, aby sowieci nie znaleźli darczyńcy.

 

Przy renowacji wileńskiego kościoła św. Katarzyny odnaleziono trzy dzwony.  Obecności białostockiego jednak nie stwierdzono. Ponoć dzwon, który miał trafić do świątyni św. Rocha, przeszedł w ręce innego kościoła wileńskiego. Do tej pory jednak nie wiadomo czy to prawda. 

 

Partnerzy portalu:

Na białostockim stadionie wybuchły zamieszki

Na białostockim stadionie wybuchły zamieszki

W 1957 r. o Białymstoku było szczególnie głośno wśród pasjonatów sportu. Rozgrywki trzeciej ligi piłki nożnej. Wolne tempo, nie najwyższe umiejętności – wydawać by się mogło, że nic spektakularnego stać się nie może. Na boisku może nie, ale poza nim już tak.

 

Mecz Gwardii Białystok z Mazurem Karczew zapisał się niechlubnie w historii. Zawodnicy nie przebierali w środkach. Zawody uznano za wyjątkowe brutalne. Piłkarze co chwilę stawali sobie do gardeł. Krew kibiców burzyła się do granic. Gdy usłyszeli ostatni gwizdek, grupa młodzieńców w wieku 14 – 16 lat wtargnęła na murawę. Część rzuciła się na sędziego, część zablokowała drogę do szatni. W ruch poszły kamienie.

 

Jako, że mecz ochraniało tylko 4 milicjantów, musieli oni wezwać wsparcie. Oddział ZOMO dał kibicom ultimatum. Albo rozejdą się do domów, albo zostaną użyte odpowiednie środki. Tłum wpadł w furię. Koniecznością stało się rozpylenie gazu łzawiącego. Nie zabrakło również świec dymnych.

 

Grupka pseudokibiców ”pod wpływem” udała się potem do wesołego miasteczka na Rynku Siennym. Tam również porządku pilnowała garstka służbistów. ZOMO zostało wezwane po raz kolejny. Jako, że cały gaz zużyli na stadionie, tym razem w ruch poszły pałki.

 

Gwardia swoje mecze rozgrywała na stadionie Jagiellonii w Zwierzyńcu. Zajścia spowodowały, że decyzją Okręgowego Związku Piłki nożnej został on zamknięty. Poza tym klub musiał zapłacić 2000 zł. za brak zabezpieczenia porządku.  Warto dodać, że w tamtym czasie Gwardia Białystok była klubem…milicyjnym.

Partnerzy portalu:

Ogórki kwaszone – jedyne takie w kraju

Ogórki kwaszone – jedyne takie w kraju

Ogórki kwaszone ”Narwiańskie” to niezwykły produkt, którego wyjątkowość tkwi w połączeniu naturalnych walorów środowiska uprawy i tradycyjnych metod produkcji. Otulina Narwiańskiego Parku Narodowego, gdzie te ogórki są hodowane, oferuje idealne warunki do uprawy, dzięki swojemu czystemu ekologicznie środowisku. Właśnie ten unikalny ekosystem przyczynia się do wyjątkowej jakości i smaku ”Narwiańskich” kwaszonych ogórków.

Ogórki kwaszone i ich produkcja na obszarze Narwiańskiego Parku Narodowego

Uprawa ogórków na obszarze otuliny Narwiańskiego Parku Narodowego obejmuje kilka gmin, w tym Choroszcz, Kobylin Borzymy, Sokoły, Łapy, Suraż, Turośń Kościelna i Tykocin. Oczywiście metoda produkcji opiera się na tradycyjnych praktykach, które promują zrównoważone wykorzystanie zasobów naturalnych. Gospodarstwa stosują głównie nawozy organiczne, minimalizując użycie nawozów sztucznych. Ponadto, wybierane są odmiany ogórków charakteryzujące się wysoką odpornością na choroby, co pozwala ograniczyć stosowanie środków ochrony roślin. Oczywiście cały proces produkcji odbywa się w trosce o zachowanie naturalnej równowagi i czystości ekosystemu.

Tradycja produkcji w dolinie rzeki Narew

Historia produkcji ogórków kwaszonych w dolinie rzeki Narew ma swoje korzenie w latach 60. XX wieku, kiedy to Spółdzielnia Ogrodniczo-Pszczelarska ”Witamina” rozpoczęła skup zielonych ogórków od lokalnych rolników i proces kwaszenia. Pierwotnie, ogórki były kwaszone w drewnianych beczkach zanurzonych w rzece Narew. Dziedzictwo kulinarnych praktyk, opartych na lokalnych surowcach i tradycyjnych metodach, stanowi nieodłączną część historii i kultury regionu.

Promocja zrównoważonego rolnictwa i lokalnej kultury

Kultywowanie tradycji uprawy ogórków kwaszonych w otulinie Narwiańskiego Parku Narodowego przynosi korzyści nie tylko dla lokalnej społeczności, ale również dla środowiska. Oczywiście współczesne gospodarstwa rolnicze, które kontynuują tę praktykę, przyczyniają się do zachowania bioróżnorodności i ochrony ekosystemu. Ponadto, produkcja ”Narwiańskich” kwaszonych ogórków promuje zrównoważone rolnictwo i świadome spożycie, inspirując konsumentów do wyboru lokalnych, ekologicznych produktów.

Ogórki kwaszone i ich dziedzictwo kulinarnych tradycji

Te wyjątkowe ogórki, wraz z ich historią i tradycją, stanowią ważny składnik dziedzictwa kulinarnego Podlasia. Przekazują nie tylko smak, ale również historię i wartości regionu. Poprzez kontynuowanie praktyk uprawy i produkcji ogórków kwaszonych, społeczność lokalna pielęgnuje swoje dziedzictwo kulturowe i ekologiczne, budując jednocześnie więzi społeczne i promując lokalną tożsamość.

Partnerzy portalu:

W tym lokalu nikt się nie nudził

W tym lokalu nikt się nie nudził

Podlasianka, czyli najstarsza kawiarnia w Białymstoku działa już 60 lat. W latach 60. pod jednym dachem spotykali się na szklaneczkę piwa lekarze, prawnicy, ale i zwykli menele. Nikogo to jednak nie dziwiło. Spokojnie w lokalu było zazwyczaj wieczorem. Za dnia ”normalnych” klientów przepędzała młodzież swym awanturniczym zachowaniem. Nic w tym dziwnego. Raz pewien żartowniś rozpylił gaz łzawiący przez co Podlasiankę trzeba było wietrzyć przez tydzień.

 

W Podlasiance nie sposób było się nudzić. Gdy jednak rozmowa się nie kleiła, ktoś rozpoczynał bijatykę. Tak po prostu, bez żadnego powodu. Liczyła się ”zabawa”. Z tej przyczyny nikt nie wydawał również inicjatora ustawki. Lokal przyciągał również przestępców. Grupa gwałcicieli polowała w nim na swe ofiary. Proceder trwał do 1966 r.

 

Zwykłych oszustów również nie brakowało. Jeden z jegomości udawał przez lata oficera szukając naiwnych kobiet. Polegając na haśle ”za mundurem panny sznurem” uwodził je a następnie sprzedawał różnego rodzaju historyjki. Opowieści o śmierci żony czy chorobie jedynego dziecka miały na celu zdobycie pieniędzy. Oszustwa przyniosły mu 1000 zł grzywny i 1.5 r. więzienia.

Partnerzy portalu:

Białystok – miasto z drewna

Białystok – miasto z drewna

W okresie przedwojennym handlarze drewnem osiągali ogromne zyski. Niektórzy stawali się wręcz krezusami. W połowie XIX w. jedynie w centrum Białegostoku można było odnaleźć murowane domy. Dane historyczne mówią, że w 1857 roku w Białymstoku stało 174 ceglanych kamienic i aż 606 drewnianych obiektów. Nieraz jednak domki drewniane tynkowano aby stworzyć pozory zamożności. Moda na drewno trwała tak do międzywojnia.

 

Na terenie miasta działało ponad 11 firm z tej branży, co przekładało się na 30 składowisk. Szczególnie ludziom podobały się dykty. Najlepsze z nich ponoć znajdowały się na ul. Złotej.  Dykty pojawiły się nawet w  synagodze Cytronów na obecnej ulicy Waryńskiego. Tamtejsze boazeria i strop były podziwiane były przez lata.

 

O tym jak bardzo dochodowy był drzewny interes świadczy wystawne życie właścicieli przedsiębiorstw. Jeden z białostockich ”baronów” został przyłapany w Warszawie na orgiach w jednym z domów publicznych. Każdy wyjazd do stolicy kosztować go miał o zgrozo ponad 5 tys. zł. Jak na tamte czasy to bajońska suma. 

Partnerzy portalu:

Kim była białostocka Wydra?

Kim była białostocka Wydra?

W okresie międzywojennym wydrą nazywano głównie pomocnicę sklepowego złodzieja. Miała ona jednak inne określenia. Wydrą ochrzczono chociażby zrzędliwą pannę lekkich obyczajów.

 

W świecie kryminalnym popularne było określenie kradzieży na wydrę, co oznaczało nic innego jak kradzież z rąk torebki czy innego pakunku. Sprytni młodociani przestępcy wywodzili się przede wszystkim z Chanajek, Piasków czyli biednych, dzielnic leżących w samym pobliżu bogatego centrum miasta. Działali oni głównie w centrum miasta, na ul. Lipowej, Rynku Kościuszki, Sienkiewicza czy Warszawskiej, gdzie mogli liczyć na niezłe łupy. Umiejętności mieli niezwykle wysokie. Potrafili bez trudu podmienić sakiewkę nie zwracając na siebie uwagi.

 

Częste kradzieże miały miejsce pod kinem Apollo. Tam złodzieje stosowali inną technikę. Jeden z nich, nieco starszy ubierał się elegancko i zagadywał panie, twierdząc że są dawnymi znajomymi. Jego wspólnik natomiast przypuszczał szturm na torebkę. Elegancik nadal tworząc pozory, ruszał za nim by odbić torebkę dla kobiety. Jak nie trudno się domyśleć, nigdy już nie wracał do swej domniemanej znajomej.

 

Nie raz na tych ulicach dochodziło do pościgów. W ich trakcie złodzieje porzucali torebki, ale ku niezadowoleniu właścicieli, w środku już nic nie było. Złodziej jednego dnia mógł się wzbogacić nawet o milion marek. Rzadko udawało się ich złapać. Ich atutem oprócz szybkości była również znajomość wszelkich zakamarków miasta.

 

Partnerzy portalu:

Poznaj dzieje pomnika Marszałka

Poznaj dzieje pomnika Marszałka

Lokalizacja pomnika J. Piłsudskiego była przedmiotem długich dyskusji. Proponowano m.in. teren kościoła św. Rocha, czy też park przed Teatrem Dramatycznym A. Węgierki, który powstał jako jako gmach Teatru Ludowego im. Marszałka. Znani Białostoczanie w tym duchowieństwu nie widziało jednak innego rozwiązania niż Rynek Tadeusza Kościuszki. Choć pomysł miał wielu przeciwników, większość postawiła na swoim.

 

6 stycznia 1990 roku powołano został Społeczny Komitet, składający się „z miłośników postaci i czynów Pierwszego Marszałka Polski”. Sprawy przybrały takk szybki obrót, że skoro w 55 rocznicę śmierci J. Piłsudskiego czyli 12 maja, nastąpiło już wmurowanie kamienia węgielnego. Koszt budowy oszacowano na 100 mln ówczesnych złotych. A by zdobyć fundusze organizowano kwesty podczas mszy, odpustów i jarmarków.  Przyjmowano ponadto złom metali kolorowych. Jakiś czas potem okazało się, że potrzeba dwa razy więcej środków. Apele o wsparcie nie pozostały bez odzewu.

 

Teraz pozostało stworzyć godny projekt. Po długich rozmowach wybór padł na sylwetę zamyślonego Marszałka w pozycji stojącej, opartego o szablę. Jego wzrok skierowany został na ukochane Wilno, a w znacznie bliższej odległości na Katedrę pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Montaż pomnika o łącznej wadze 3, 5 tony nastąpił nocą, z 10 na 11 listopada przy nieocenionej pomocy żołnierzy.

 

W 2008 r. w wyniku przebudowy centrum pomnik przeniesiono.  Ostateczną lokalizacją okazało się miejsce gdzie w 1921 Józef Piłsudski odbierał, podczas oficjalnej wizyty w Białymstoku defiladę wojskową. Od 6 sierpnia 2008 pomnik marszałka Józefa Piłsudskiego stoi przed Archiwum Państwowym.

Partnerzy portalu:

Pomnik, którego nie znają mieszkańcy

Pomnik, którego nie znają mieszkańcy

Białostocki pomnik Konstytucji 3. Maja powstał w 130. rocznicę jej ogłoszenia. Mieści się on między ZOO a ul. Zwierzyniecką. W 1919 r. wojsko, cywile i dzieci wzięły udział w uroczystym zasadzeniu dęba i dwóch lip, które dały początek pomnikowi wyzwolenia.

 

Rok później owe drzewa zostały zniszczone przez nieznanych sprawców. Potem dla celów bezpieczeństwa rośliny otoczono drewnianym płotkiem. Jednocześnie podkreślało to rangę miejsca. W okresie komunizmu władze starały się robić wszystko by zatrzeć ślady wolności kraju. Alejka wokół pomnika wkrótce zniknęła a lipy uschły.  Dopiero w maju 2009 r., na mocy uchwały Rady Miasta, Parkowi Zwierzynieckiemu nadano ponownie nazwę Park im. Konstytucji 3. Maja.

 

W 2006 r.  rozpoczął istnienie Społeczny Komitet Opieki nad Pomnikiem. Jego celem było  odtworzenie kształtu pomniku nadanego mu w międzywojniu. Honorowy patronat nad akcją objął Ryszard Kaczorowski,  Prezydent Rzeczpospolitej Polskiej na uchodźstwie. Rok później pomnik odnowiono. Okolica została uporządkowana, utworzono alejkę otaczającą dęby, a także posadzone trzy lipy. Ustawiono również obelisk o piramidowym kształcie.

Partnerzy portalu:

Rynek Sienny nie należał do bezpiecznych miejsc

Rynek Sienny nie należał do bezpiecznych miejsc

Rynek Sienny w Białymstoku powstał w latach 30. Znajdował się w granicach żydowskiej ubogiej dzielnicy – Chajnakach. Największy ruch odnotowywano w czwartki kiedy to odbywały się targi. Pierwsi kupcy zjawiali się już o drugiej nad ranem, budząc stukotem furmanek okolicznych mieszkańców.

 

Na Rynku Siennym można było kupić wszystko. Dużym zainteresowaniem cieszyły się sprzęty rolnicze jak grabie, ale też i naczynia czy drewniane łyżki. Cały Rynek przepełniało cenione białostockie płótno. Płachty nie raz raziły przechodniów swoją bielą. Przekroczenie parawanowej granicy oznaczało wkroczenie do innego świata. Podejrzane speluny z typami z pod ciemnej gwiazdy, nie jednego przyprawiały o mocniejsze bicie serca. Na szczycie niebezpiecznych lokali była pijalnia Staromiejska. Nie było wieczoru, aby ktoś tam nie oberwał. Za to piwo z beczki ponoć smakowało wybornie.

 

Rynek działał prężnie do lat 50. Często odwiedzały go studentki poszukujące zachodnich ubrań. Miejsce oferowało wszystko to, czego nie można było zobaczyć na sklepowych półkach. Gdy w latach 70. powstało targowisko na ul. Bema, właśnie tam przeniósł się cały handel.

Partnerzy portalu:

Kradzieże koni były normą w Białymstoku

Kradzieże koni były normą w Białymstoku

Przedwojenni mieszkańcy podbiałostockich wsi i miasteczek nie mogli spać spokojnie. Zwłaszcza ci, którzy mieli konie. Przed wojną istną plagą byli bowiem tzw. hołociarze. Swoje akcje zaczynali po północy, kiedy to gospodarze zmęczeni codzienną pracą pogrążyli się we śnie. 

 

Najpierw złodzieje koni musieli jakoś udobruchać psa pilnującego posesji. Zwykle jednak kawałek mięsa starczała by ten przestał ujadać. Konia wyprowadzano ze stajni obwiązując mu kopyta grubymi szmatami.  Zwierzę w ten sposób przeprowadzano do innej wsi – stodoły współpracownika. Stamtąd trafiało na targowisko. 

 

Złodzieje wykorzystywali nieraz sąsiedzkie spory. Nastawiali jednego gospodarza przeciw drugiemu do tego stopnia, że ten stawał się wspólnikiem w kradzieży. Białostockie obrzeża również nie były bezpieczne dla właścicieli koni. W dzielnicach takich jak Bażantarnia uważać było trzeba na cyganów. Wystarczyło na chwilę pozostawić wóz bez opieki. Zwierzę w mig odczepiali od furmanki i nikt go już nie widział. 

Partnerzy portalu:

Poznajcie królów ulicy Młynowej

Poznajcie królów ulicy Młynowej

Chaim Szepes nazywany był królem złodziei ulicy Młynowej w Białymstoku.  Za posiadanym tytułem szło wiele zaszczytów. Każdy nowy złodziejaszek w mieście chciał z nim pracować. Królem jednak cały czas interesowała się policja.

 

Z tego też powodu nie każda akcja Szepesa była dla niego udana. Latem 1922 został złapany przez funkcjonariuszy na ulicy Polnej. W torbie, w której to miał schować przyszłe łupy, odnaleziono wszelkie narzędzia do sforsowania kłódek. Długo jednak w więzieniu nie posiedział. Już rok później wraz z dwoma wspólnikami obrabowali nowy skład manufaktury. Pozbawili tym samym właściciela towaru na 500 mln marek. Teraz ponownie coś poszło nie tak. Przestępcy wpadli z częścią łupu, co oznaczało roczną kolejną roczną odsiadkę. Kilka dni po wyjściu na wolność obrabował lekarza z jego odznaczeń.

 

W latach 30. pojawił się godny następca Chaima Szepesa. Zewel Szuster i jego żona Chana specjalizowali się w kradzieży drewna, węgla i nafty, które w tym okresie stanowiły towar deficytowy. Wpadka przydarzyła mu się na ulicy Angielskiej przy opróżnianiu składu. Gdy mąż trafił do więzienia, Chana nie zaprzestała brudnych interesów.Wraz ze wspólnikiem założyła spółkę, mającą skupywać zużyte ubrania. W celu rzekomego poszukiwania towaru pukali do mieszkań i czujnym okiem złodzieja dokonywali przeglądu wyposażenia domostw. Po kilkunastu kradzieżach proceder został zahamowany.

Partnerzy portalu:

Weronika została dumną mamą trojaczków

Weronika została dumną mamą trojaczków

Łopuchowo, gmina Tykocin. Jedno z wielu rolnych gospodarstw, tylko że jej mieszkanka jest wyjątkowa. Owca Weronika została mamą trojaczków! Wcześniej już dwa razy wydała na świat bliźniaki. Dodatkowy potomek wywołał szok u jej pana. Do tej pory nie może wyjść on z podziwu.

 

Teraz głowi się nad imionami. Na razie rozważa nad Kasią i Marysią. Pomysłu na imię baranka nadal nie ma. Gospodarz żartuje, że tymczasowo zawiesi na jednej z owieczek ziemniaka, aby nie pomylić zwierząt. Trojaczki wśród owiec to rzadkie zjawisko, szczególnie w tak maleńkich stadach jak w naszym rejonie. To prawie jak „szóstka” w totka. Gospodarz wierzy, że cudowne narodziny i małe jagniątka przyniosą jego rodzinie… potrójne szczęście.

Partnerzy portalu:

Aby ratować rodzinę poślubiła policjanta

Aby ratować rodzinę poślubiła policjanta

Za Białostoczanką żydowskiego pochodzenia, Alą Zabłudowską oglądali się wszyscy na ulicy. Jej serce zdobył jednak najbrzydszy chłopak w mieście, Leon Rabinowicz. Ponoć przypominał małpę i z łatwością mógł straszyć dzieci. Miłość jednak nie pyta o wygląd. Młodych połączyło gorące uczucia. Ala była zazdrosna tylko o fortepian, który nieraz pochłaniał go godzinami.

 

Ala zawsze słuchała się rodziców. Matka chciała, aby poszła w jej ślady. Dlatego też bez sprzeciwu wyjechała do Nicei na studia stomatologiczne. Leon zdecydował się wyjechać za ukochaną. Gdy wybuchła II Wojna Światowa, Ala powróciła, ku rozpaczy rodziców, do Białegostoku. Leon został we Francji. Wkrótce wszyscy trafili do getta. Ojciec Ali, wcześniej nauczyciel, nie potrafił odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Rodzinie doskwierał głód. Ala zdecydowała się na desperacki krok. Postanowiła poślubić żydowskiego policjanta z getta. W ten sposób zapewniła bliskim przetrwanie.

 

Niemcy policjantów żydowskich zatrzymali dłużej w pustym getcie. Następnie Ala znalazła się w obozie w Brzezince. Zdołała tam przetrwać do końca wojny. Na wolności jednak nie potrafiła sobie poradzić bez bliskich, którzy nie nie przeżyli holocaustu.  Załamała się i zmarła z rozpaczy. Leon nigdy nie wybaczał Ali, że związała się z innym mężczyzną.

Partnerzy portalu:

Ryszard Gołębiewski – Siedmiodniowy prezydent Białegostoku.

Ryszard Gołębiewski – Siedmiodniowy prezydent Białegostoku.

Ryszard Gołębiewski urodził się w 1893 r. w Białymstoku. Po uzyskaniu pełnoletności z całą rodziną udał się do Kijowa gdzie ukończył Instytut Handlowy, odbierając dyplom magistra ekonomii. Do dziecięcych stron powrócił w 1920 r. rozpoczynając pracę w Magistracie jako kierownik działu finansowego. Postanowił wziąć udział w wyborach na prezydenta miasta, ale ostateczne nie doszło to do skutku. 

 

Gdy wybuchła II Wojna Światowa, pochwycił za broń. Szybko jednak trafił do niewoli, z której zdołało mu się uciec po kilku tygodniach. Dołączył do Armii Krajowej uzyskując pseudonim ”Andrzej II”.W lipcu 1944 w Białymstoku istniała dwuwładza. Władzę sprawowała jednocześnie Rada Delegatów Ludu Pracującego i rząd w Londynie. Przedstawicielem rządu na emigracji był w mieście Józef Przybyszewski, który mianował R. Gołębiewskiego prezydentem.

 

W dniu rozpoczęcia pracy w urzędzie zjawili się sowieci, zakazując wykonywania obowiązków. 24 godziny później nowo obrany prezydent został aresztowany przez NKWD. Trafił do Charkowa, a następnie do obozu w Diagilewie.Do Białegostoku powrócił w 1947 r. Nie czuł się jednak bezpiecznie, więc z matką uciekł do Szczecina. Tam też zmarł

Partnerzy portalu:

Boże Ciało. Podlaskie przesądy na temat chleba

Boże Ciało. Podlaskie przesądy na temat chleba

Boże Ciało jest jednym z najważniejszych świąt w polskiej tradycji katolickiej, obchodzonym z wielką uroczystością na terenie całego kraju. Na Podlasiu, podobnie jak w innych regionach, celebruje się je z godnymi ceremoniami i procesjami, które stanowią integralną część lokalnej kultury i wiary.

Boże Ciało – przesądy i symbolika chleba w kulturze

W naszej kulturze Boże Ciało utożsamiane jest często z symbolem chleba, który odgrywa istotną rolę w licznych przesądach i wierzeniach. Jednym z popularnych przekonań było, że okruchy chleba zbierane przez pająka z pajęczyny, a następnie zanoszone do Boga, mogły wpłynąć na losy plonów. Zaniedbanie tego, jak i innych rytuałów związanych z chlebem, mogło przynieść konsekwencje w postaci nieurodzaju.

Obowiązki i ograniczenia związane z chlebem w okresie Bożego Ciała

W wielu rodzinach istniały określone zasady dotyczące obchodzenia się z chlebem podczas świętowania Bożego Ciała. Nigdy nie wolno było go wyrzucać, a upuszczone na ziemię kawałki traktowano jako świętokradztwo. Ponadto, konsumpcja chleba nieumytymi rękami była uważana za niegodziwość, podobnie jak bawienie się nim czy pozostawianie niezjedzonych części.

Ewolucja wierzeń i tradycji

Choć niektóre z tych przesądów mogą wydawać się dziś archaiczne. Warto zauważyć, że mają one swoje korzenie w głęboko zakorzenionych wierzeniach i tradycjach, które kształtowały się przez wieki. Pomimo postępujących zmian społecznych i kulturowych, wiele rodzin nadal pielęgnuje te zwyczaje.

Kontynuacja dziedzictwa i wiary

Świętowanie Bożego Ciała na Podlasiu jest nie tylko okazją do manifestowania wiary, ale również do pielęgnowania kulturowego dziedzictwa i tradycji. Poprzez uczestnictwo w uroczystościach procesyjnych i przestrzeganie starych zasad obchodzenia się z chlebem, społeczność lokalna wyraża swoje przywiązanie do wartości.

Boże Ciało – święto ruchome

Boże Ciało nie tylko odzwierciedla wiarę i obrzędy kościelne, ale również staje się symbolem trwałości dziedzictwa kulturowego i religijnego. Poprzez zachowanie tradycji związanych z chlebem i przesądami z nim związanymi, społeczność na Podlasiu kontynuuje przekazywanie wartości i symboliki, które mają głęboki wpływ na życie codzienne i sposób myślenia.

Partnerzy portalu:

Zioła poświęcone w Boże Ciało mają magiczną moc

Zioła poświęcone w Boże Ciało mają magiczną moc

Zioła i inne rośliny są źródłem wielu tradycji i zwyczajów. Na podlaskiej wsi wszystkie święta religijne mają niezwykle barwną i bogatą oprawę. Dzieje się tak, ponieważ obok treści sakralnych ważną rolę odgrywa tam tradycja i ludowa obrzędowość. Nie inaczej jest podczas Święta Bożego Ciała. Święto Bożego Ciała na podlaskiej wsi to nie tylko wyraz głębokiej wiary, ale także okazja do wspólnego świętowania i pielęgnowania tradycji. To czas, kiedy społeczność zjednoczona jest w modlitwie i radości, celebrując swoją wiarę i dziedzictwo kulturowe.

Zioła jako lekarstwo

Zioła, które wykorzystywano do wianków i bukietów stosowano jako lekarstwo przeciwko wszelkim dolegliwościom. Według wierzeń uzdrawiały one ludzi, ale chroniły też bydło od zarazy, a dym ze spalonych wianków odpędzał ponoć chmury gradowe. Poświęconej macierzanki używano do okadzania krów podczas cielenia, lubczyk leczył ból gardła. Dzięki rozchodnikowi natomiast ustępowały wszystkie choroby, a gałązki leszczyny były niezawodnym środkiem od piorunów i grzmotów.

Rośliny i ich właściwości magiczne

W wierzeniach ludowych, kwiaty, wianki i gałązki zbierane z ołtarzy miały szczególne właściwości magiczne. W tych czasach wianki były wite z wielu różnych ziół i traw, co wynikało z głębokiego przekonania, że każde z ziół ma swoją własną moc, a ich połączenie wzmacniało siłę magiczną. Stare przysłowie przypominało o tej idei, mówiąc: „Każde ziele mówi: święć mnie”, co sugerowało, że każde zioło posiadało swoje własne duchowe znaczenie i wartość. W procesie wicia wianków, używano różnych roślin o znaczeniu leczniczym oraz gałązek drzew. Według wierzeń miały chronić przed niebezpieczeństwami, takimi jak pioruny.

Nadnarwiańskie tradycje

Na terenach położonych nad Narwią, starzy ludzie, szanujący dawny zwyczaj, powiadają że w wielu domach wita po dziewięć małych wianków. Każdy z nich był z innego ziela. Wianki takie kładziono pod podwaliny nowo budującego się domu, a także w stodole pod pierwszy przywieziony z pola snopek zboża. Kadzono nimi ponadto naczynia do rozczyniana mąki, tzw. dzieże. okadzano także chorych na gardło. Wierzono np., że rozchodnik i macierzanka rozpędzają chmury gradowe.

Partnerzy portalu:

Wyciąg nart wodnych powstał w Wasilkowie

Wyciąg nart wodnych powstał w Wasilkowie

Czy dla Augustowa wyrosła konkurencja? To z pewnością pozostaje do zobaczenia. W podbiałostockim Wasilkowie, już 24 czerwca, zostanie uruchomiony wyciąg do nart wodnych. To bez wątpienia istotne wydarzenie, które może wpłynąć na lokalną rywalizację i atrakcyjność turystyczną regionu. Na uroczyste otwarcie zaplanowano także festyn, który obiecuje być niezwykle radosnym i ożywczym dla mieszkańców oraz przyjezdnych. Starsi mieszkańcy miasteczka, pamiętający popularność zalewu, mogą odetchnąć z ulgą. Po latach stagnacji coś tam w końcu zaczyna się dziać. Przez długi czas nikt nawet nie myślał o tym, żeby spędzać czas nad tamtejszym zalewem. Gęsta roślinność sprawiała, że miejsce to było zapomniane. Odmulanie trwało całe dwa lata, ale efekty są już widoczne. Nad zalewem ponownie zapanowała atmosfera radości i chęci spędzania czasu na świeżym powietrzu w letnie dni.

Wyciąg nart wodnych cała przeszłość jego miejsca budowy

Starsi mieszkańcy miasteczka, którzy pamiętają popularność zalewu, mogą odetchnąć z ulgą. Po latach stagnacji, wreszcie coś zaczyna się dziać. Przez długi czas nikt nawet nie przypuszczał, że znowu będzie można tam spędzać czas nad wodą. Gęsta roślinność, która niegdyś utrudniała dostęp do wody, stała się barierą dla rekreacji i wypoczynku. Odmulanie zajęło całe dwa lata, ale w końcu przyniosło oczekiwane rezultaty. Nad zalewem znów zapanowała atmosfera radości, a możliwość ochłody w letnie dni przyciąga ponownie mieszkańców i turystów. To miejsce staje się ponownie ośrodkiem życia społecznego i rekreacji, gdzie ludzie mogą cieszyć się bliskością wody i piękna natury.

Bezpieczne przejazdy z instruktorem na wyciągu

Wyciąg do nart wodnych składa się z dwóch imponujących masztów i solidnego kabla głównego, co sprawia, że przypomina typowy widok z górskiego stoku narciarskiego. Szybkość przejazdu zależeć będzie od umiejętności narciarza, co dodaje elementu wyzwania i ekscytacji dla każdego uczestnika. Dodatkowo, obecność instruktora umożliwi początkującym zdobywanie nowych umiejętności i doskonalenie swojej techniki. W przyszłym roku planujemy także wybudować bulwary oraz rozbudować całą infrastrukturę turystyczną w okolicy zalewu. To zapowiada nowe możliwości rekreacyjne i rozwój dla regionu. Dzięki nowym atrakcjom i udogodnieniom, teren ten stanie się jeszcze bardziej atrakcyjny dla mieszkańców i turystów, przyciągając liczne grupy odwiedzających oraz stymulując lokalną gospodarkę.

Partnerzy portalu:

Kto zabił dorożkarza w Białymstoku?

Kto zabił dorożkarza w Białymstoku?

Przedwojenni białostoccy dorożkarze nie mieli łatwego życia. Większość z nich żyła na granicy nędzy. Było to widać zwłaszcza po mało reprezentatywnych strojach. W październiku 1923 r. władze miasta wprowadziły nakaz jednolitego ubioru. Każdy dorożkarz musiał nosić m.in. czapkę z ceraty. Jeśli nie zastosowali się do przepisów tracili prawo jazdy. Pojazdy podlegały szczegółowym przeglądom. Jako że były wizytówką miasta musiały dobrze wyglądać. Za małe niedopatrzenie policja karała mandatami.

 

Dorożkarze nie mogli przebierać wśród klienteli. Wozili więc nieraz osoby pod wpływem. W połowie lat 30. wydarzyła się tragedia. Jeden z dorożkarzy został trzykrotnie postrzelony w głowę przez pijanego sierżanta. Jaki był powód? Poszło o niegodziwą zapłatę. Tym razem 30 groszy zadecydowało o życiu człowieka. Dorożkarz domagając się uregulowanie długu dokonał żywota.

 

Nie było to jednak pierwsze zabójstwo dorożkarza w Białymstoku. Przyczyn zamachów jednak nigdy nie udało się ustalić. Wiadomo, że nigdy nie chodziło o rabunek. Przy zwłokach znajdowano bowiem zawsze sakiewkę z pieniędzmi. Nie wszyscy dorożkarze byli mili dla swych klientów. Nie wydawali reszty czy przez domniemaną nieuwagę nie pomagali wyciągnąć walizek. Być może nie jeden z podróżnych stracił na chwilę panowanie i nieszczęście gotowe.

Partnerzy portalu:

Krwawa Rawa zalazła za skórę

Krwawa Rawa zalazła za skórę

W Pracowni Filmu, Dźwięku i Fotografii w Michałowie odnajdziemy nietypową kolekcję. Jest to zbiór…żyletek, który na potrzeby obiektu przekazał jeden z mieszkańców miasta, który przez lata gromadził ostre cudeńka.

 

Choć dziś żyletki wyszły z obiegu przez lata były niezastąpione. W kolekcji znajdują się okazy z Polski, Litwy, Niemiec czy dawnego ZSRR. Kolekcjoner zbierał żyletki od wczesnych lat młodzieńczych. Każda wizyta w kiosku czy sklepie kończyła się upolowaniem nowej zdobyczy. Większość zamiast do łazienki trafiała do klasera.

 

Pierwszą w zbiorze była ”Rawa Lux” nazywana przez właściciela ”Krwawą Rawą”. Ciężko o niej zapomnieć, gdyż zostawiła ślady na twarzy przez długi czas. Bolesne ścięcie pierwszego zarostu na zawsze utkwi w pamięci.

Partnerzy portalu:

Czubereki – pierogi w formacie XXL. Tatarzy potrafią!

Czubereki – pierogi w formacie XXL. Tatarzy potrafią!

Czubereki, to tradycyjne danie krymskich Tatarów, które wzbudza zainteresowanie swoją egzotyczną nazwą i charakterystycznym wyglądem. Wprawdzie nie są one powszechnie znane na terenie Podlasia, jednak w krajach byłego Związku Radzieckiego cieszą się nadal sporą popularnością, zwłaszcza na Ukrainie i w Rosji. Zaskakujące jest, że pomimo swojego egzotycznego pochodzenia, czubereki mogą być przygotowywane i spożywane przez mieszkańców różnych kultur i narodowości.

Korzenie i historia

Historia czuberków sięga głęboko tradycji krymskich Tatarów, którzy przez wieki przygotowywali to danie w swoich rodzinnych kuchniach. Przekazane z pokolenia na pokolenie, receptury na czubereki stanowią integralną część kulinarnego dziedzictwa tej społeczności. Pierwotnie spożywane w ramach codziennej diety. Dziś czubereki przetrwały jako symboliczne danie, które nie tylko przypomina o korzeniach, ale również o kulturze i tradycji Tatarów krymskich.

Warianty Nadzienia

Czubereki wyróżniają się różnorodnością wariantów nadzienia, które odzwierciedlają zarówno lokalne upodobania, jak i dostępność składników. Tradycyjnie nadziewane są one mięsem, takim jak baranina, wołowina lub wieprzowina, często w połączeniu z serem lub ziarnistym twarogiem. W niektórych regionach nadają im aromat i smak kolendry. Inne wersje skupiają się głównie na cebuli lub innych ziołach i przyprawach. Ta różnorodność w nadzieniu sprawia, że każde danie jest wyjątkowe i posiada swój unikalny charakter.

Czubereki kontra tradycyjne pierogi

W porównaniu do tradycyjnych polskich pierogów, czubereki wyróżniają się zarówno sposobem przygotowania, jak i smakiem. Podczas gdy pierogi gotuje się w wodzie, czubereki wymagają pieczenia lub smażenia w głębokim oleju. Ponadto, czubereki są znacznie większe od typowych pierogów, co sprawia, że są bardziej obfite i satysfakcjonujące dla podniebienia.

Rodzinna zabawa

Przygotowanie czuberków, chociaż czasochłonne, może być przyjemnym doświadczeniem dla całej rodziny. Proces formowania, nadziewania i pieczenia czuberków może stać się okazją do spędzenia wspólnego czasu i integracji. Jest to również doskonała okazja do przekazywania rodzinnych tradycji kulinarnych z pokolenia na pokolenie.

Czubereki – znaczenie kulturowe

Choć nieznane szerokim masom na terenie Podlasia, stanowią istotny element kulturowego dziedzictwa Tatarów krymskich. Ich przygotowanie i spożywanie nie tylko odzwierciedla tradycje kulinarną i kulturową tej społeczności, ale również stanowi okazję do promowania różnorodności kulinarnych tradycji na skalę międzynarodową. Przez przygotowanie i degustację czuberków można lepiej zrozumieć bogactwo i różnorodność kulinarnego świata oraz cieszyć się niezwykłymi smakami i aromatami, które przenoszą nas w podróż przez historię i tradycję narodów.

 

Partnerzy portalu:

W Białymstoku chcieli okraść Napoleona

W Białymstoku chcieli okraść Napoleona

Od 1919 r. był jedną z najważniejszych postaci w mieście. Napoleon Cydzik objął wówczas stanowisko komisarza rządowego w Białymstoku. Mimo, że po wyborach jego misja dobiegła końca, działał dalej, stając się niezręcznym partnerem dla lokalnych elit.

 

Doświadczenie Napoleona Cydzika przydało się w kryzysowej sytuacji Białegostoku zimą 1920 r. Narastał bowiem konflikt polsko – żydowski, miasto posiadało też problem z zaopatrzeniem. Jako komisarz codziennie zajmował się też chociażby karaniem właścicieli nieodśnieżonych chodników czy też sprawą rynsztoków. W następnym roku objął urząd radcy wojewody. Mimo niemałej pensji żył bardzo skromnie, wynajmując pokój w jednej z kamienic.

 

W styczniu 1920 w owym mieszkaniu miała miejsce nie typowa sytuacja. Nieznani sprawcy w czasie niedzielnego obiadu zakradli się na strych zabierając… bieliznę. Domownicy o zajściu dowiedzieli się dopiero kilka godzin później. Rabusie wrócili w nocy. Jeden z nich dostrzegł w pokoju Napoleona Cydzika walizkę. Rozciął ją nożem, ale zamiast kosztowności znalazł letnie ubrania. Nie dał jednak za wygraną. Uwagę zwróciła poduszka, na której spał urzędnik. Złodziej tak nieporadnie wsunął dłoń, że obudził Cydzika. Ten chwycił rewolwer i rozpoczął pościg za rzezimieszkami. Po drodze złodziej zdołał zdobyć cenne trofeum jakim było futro urzędnika. Cydzikowi nie udało się złapać złodziei, którzy zniknęli w ciemnych ulicach miasta.

 

W stan spoczynku Napoleon Cydzik przeszedł w 1925 r. Radca został pożegnany huczną imprezą, którą zwieńczyła wspólna fotografia. Niedługo potem przeniósł się do Warszawy gdzie zmarł w 1946 r.

Partnerzy portalu:

W Białymstoku chcieli wprowadzić podatek od leniwych kotów.

W Białymstoku chcieli wprowadzić podatek od leniwych kotów.

Problem ze szczurami miał w okresie przedwojennym ogólnopolski charakter. Nie ominął więc Białegostoku, w którym to przez osiedla Skorupy czy Piaski płynęły ścieki wabiące gryzonie. Duża ilość niedomkniętych składzików i śmietników nie ułatwiała sprawy.

 

25 października 1936 r. na ulicach miastach pojawiły się tabliczki z informacją o walce z gryzoniami. Mieszkańców wzywano do podjęcia konkretnych działań. Posesje należało dokładnie posprzątać i w strategicznych miejscach umieścić odpowiednią trutkę.

 

Koncesję trutki ”Ratopaxu” otrzymał  Związek Inwalidów Wojennych. Wyznaczono w sumie 5 punktów dystrybucyjnych. Obwieszczenie magistratu mówiło o skordynowanych działaniach. Każdy miał 12 listopada zastosować trutkę i dosypywać ją przez 3 dni. Opornym groziły kary finansowe.

 

Białostoczanie oburzyli się pomysłem ratusza. Mieli bowiem w pamięci poprzednią deratyzację. Wydali bowiem łącznie 17 tys zł. na preparat, który w całym mieście zabił zaledwie 110 szczurów i…9 myszy. Koszty zakupu Ratopaxu ni jak miały się do skuteczności. Wkrótce więc wprowadzono do sprzedaży inne tańsze specyfiki.

 

Rada Miejska prześcigała się w absurdalnych pomysłach na naprawę sytuacji. Padła nawet propozycja podatku dla leniwych kotów, które to nie specjalnie kwapiły się do walki z gryzoniami. To jeszcze jednak nic. Polowanie na szczury zaproponowano bezrobotnym. 20 gr za jednego gryzonia. Tak cenne było trofeum. Ostatecznie deratyzacja z 1936 r. zakończyła się klapą. Co prawda kilka szczurów udało się pozbyć, ale pękły ze śmiechu.

Partnerzy portalu:

Jak mieszkańcy Białegostoku żegnali H. Sienkiewicza?

Jak mieszkańcy Białegostoku żegnali H. Sienkiewicza?

15 listopada 1916 r. zmarł autor powieści ”ku pokrzepieniu serc” Henryk Sienkiewicz. Minęło 8 lat zanim trumna z prochami znalazła się w Polsce. Umieszczono ją w katedrze wawelskiej. Białystok, jak inne miasta, złożył twórcy hołd na kilka sposób. Tak też było w dwudziestu rocznicę jego śmierci.

 

Jako, że w 1919 r. Białystok stał się niepodległy, na dobry początek zmieniano dotychczasowe rosyjskie nazwy ulic. Część ul. Mikołajewskiej otrzymała właśnie imię Sienkiewicza. 15 lat później został on patronem prywatnego gimnazjum na ulicy Fabrycznej.

 

20. rocznica śmierci była przepełniona uroczystościami. W Kinie Świat zorganizowano specjalną akademię, na której nie zabrakło wykładów, ale też i radosnych śpiewów. Wszystko to przy asyście orkiestry wojskowej. Tego dnia poświęcono również sztandaru gimnazjum a ceremonia odbyła się w kościele farnym.

 

Rok później w kolejną rocznicę młodzież z Białegostoku udała wybrała się do wsi Okrzeja na Podlasiu, rodzinnych stron mistrza. Uroczystość miała ogólnopolski charakter a skończyła się poświęceniem kopca ku czci Henryka Sienkiewicza.

Partnerzy portalu:

Lekarz jako pierwszy opisał dzieje Białegostoku

Lekarz jako pierwszy opisał dzieje Białegostoku

Julian Albin Moszyński urodził się na początku XIX w. w majątku Cisowo, należącym do hrabiego Karola Brzostowskiego. Jako, że ojciec wcześnie umarł, wychowaniem piątki dzieci zajmowała się matka. Po ukończeniu białostockiego gimnazjum wybrał się do Wilna gdzie uzyskał medyczne wykształcenie.

 

W 1828 r. wyjechał w podróż zagraniczną, aby zdobyć jeszcze większą wiedzę. Przemierzył Prusy, Saksonię i Czechy. Odwiedzał szpitale, zakłady dobroczynne i kliniki. Na uniwersytetach w Berlinie i Pradze uczęszczał na wykłady, interesując się szczególnie akuszerią. Każdą swą podróż dokładnie opisywał. Dzięki temu powstał pierwszy zarys dziejów Białegostoku z jesieni 1838 r.

 

W 1849 roku mianowany został naczelnym lekarzem wileńskiego szpitala świętego Jakuba. Piastował to stanowisko aż do śmierci. Był również autorem pionierskiego podręcznika sztuki akuszerii – książki „Pierwsze zasady sztuki położniczej”. Julian Albin Moszyński przez całe życie pielęgnował swoją pasję historyka. Był członkiem wileńskiego Towarzystwa Archeologicznego i Muzeum Starożytności. Działał też aktywnie w wileńskim Towarzystwie Dobroczynności. Był to – jak napisał jeden ze współczesnych mu historyków – „waleczny do zuchwałości, surowych zasad w życiu, lecz z sercem bijącym gorąco w stalowej piersi”

Partnerzy portalu: