Featured Video Play Icon

Przyjeżdża Mikołaj z Laponii. Białystok i Suwałki włączają choinki.

W Białymstoku i Suwałkach rozpoczęło się oczekiwanie na jeden z najbardziej nastrojowych momentów grudnia — uroczyste oświetlenie miejskich choinek. To wydarzenia, które co roku gromadzą mieszkańców i wprowadzają miasta w atmosferę nadchodzących świąt.

W Białymstoku żywa choinka miejska stoi tradycyjnie przy pomniku Józefa Piłsudskiego. Rozbłyśnie już jutro – 6 grudnia, a zgodnie z wieloletnią tradycją towarzyszyć temu będzie przyjazd Mikołaja z Rovaniemi. Gość z Laponii, wspólnie z białostoczanami, około godziny 17 uruchomi świąteczne iluminacje na miejskim drzewku. Atrakcje rozpoczną się wcześniej. Od godziny 15 zaplanowano występy artystyczne i koncerty, a dla uczestników przygotowano konkursy z nagrodami. Już od południa najmłodsi będą mogli porozmawiać telefonicznie z Mikołajem w specjalnie przygotowanej strefie. Przyjazd Mikołaja z Laponii od lat stanowi jedną z największych atrakcji wydarzenia.

Świąteczny klimat zagości również w Suwałkach. O godzinie 17 na Placu Marii Konopnickiej rozpocznie się uroczyste rozświetlenie miejskiej choinki. Wydarzeniu będzie towarzyszyć widowisko muzyczno-taneczne „Magiczny Wieczór”. Na scenie zaprezentują się artyści ze Studia Tańca Radość z Suwalskiego Ośrodka Kultury, zespół Wyszywanka z Związku Ukraińców w Suwałkach oraz zespół Pierwiosnki z Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Wspólne występy stworzą wyjątkową, świąteczną atmosferę, która co roku przyciąga mieszkańców w centrum miasta.

Oba wydarzenia, choć odbywają się w różnych miastach, mają wspólny cel — symbolicznie rozpocząć czas świątecznej radości, łącząc mieszkańców we wspólnym przeżywaniu grudniowej tradycji. Podlaskie po raz kolejny udowadnia, że magia świąt zaczyna się od światła, muzyki i wspólnoty.

Partnerzy portalu:

Ostatnia doba na uratowanie autobusów. Jutro Podlaskie może stracić 39 milionów!

Ostatnia doba na uratowanie autobusów. Jutro Podlaskie może stracić 39 milionów!

Dziś jest 4 grudnia. Termin składania wniosków do Funduszu Rozwoju Przewozów Autobusowych mija jutro. To ostatnia doba, by zdecydować, czy mieszkańcy dostaną realny, codzienny transport, czy kolejne miejscowości w Podlaskiem będą dalej znikać z mapy komunikacyjnej.

Prezes PKS Nova opublikował list otwarty, który wprost nazywa rzeczy po imieniu: transport publiczny nie jest luksusem, tylko warunkiem normalnego życia. To autobus dowozi młodzież do szkoły, dorosłych do pracy, a najstarszych do lekarzy i urzędów. Gdy go nie ma — ludzie nie mają jak funkcjonować, a całe wsie popadają w izolację.

W liście pada apel do samorządowców, ale też przypomnienie odpowiedzialności. To gminy i powiaty są organizatorami transportu. To one ustalają, którędy pojedzie autobus i jak często. Operatorzy — PKS Nova i inni regionalni przewoźnicy — deklarują pełną gotowość do realizacji kursów. Flota jest, kierowcy są, doświadczenie jest. Brakuje tylko decyzji samorządów.

Prezes przypomina też o czymś, o czym wielu wójtów woli nie mówić głośno: jeśli Podlaskie nie wykorzysta swoich 39,2 mln zł, pieniądze nie poczekają. Zostaną przesunięte do innych województw — tych, które potrafią mądrze budować sieci połączeń i współpracować między gminami. A wtedy mieszkańcy Podlasia zostaną z niczym.

List podkreśla również to, o czym od początku mówiliśmy: tylko międzygminna współpraca ma sens. Pojedyncza gmina wożąca ludzi „w kółko po swoim terytorium” generuje puste przebiegi. Dopiero wspólna sieć kilku samorządów sprawia, że mieszkańcy faktycznie korzystają z transportu — jadąc do lekarza, szkoły, pracy czy na zajęcia w większym mieście. To w takich układach frekwencja rośnie, a transport zaczyna się „sam napędzać”.

I teraz docieramy do sedna sprawy: jest 4 grudnia. To nie jest moment na analizy i „zastanawianie się”. To jest moment na działanie. Wniosek można złożyć nawet w wersji roboczej — poprawki będzie można wprowadzić później. Jeśli jednak wójt, burmistrz czy starosta tego nie zrobi teraz, jutro o północy będzie za późno. I naprawdę nie będzie co tłumaczyć mieszkańcom. Bo oni wiedzą jedno: jeśli dzieci dalej nie będą miały jak dojechać do szkoły, jeśli starsi nie dostaną się do lekarza, jeśli ludzie będą szukać wśród sąsiadów podwózki licząc na cud — to nie autobus zawinił, tylko samorząd.

Dlatego wybór jest brutalnie prosty: albo teraz, albo potem mieszkańcy mogą wywozić wójta na taczkach. Bo nie da się inaczej nazwać sytuacji, w której gmina z własnej winy traci miliony na transport, a potem tłumaczy ludziom, że „nie było czasu”. Czas jest. Jeszcze kilkanaście godzin. A potem… potem zostaje tylko wstyd.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Podlasie – Kraina Trzech Żywiołów i serce Ultra Ducha Puszczy. To naprawdę przepiękny film!

Podlasie to miejsce, w którym świat zwalnia. Gdzie poranki wypełnia mleczna mgła unosząca się nad polami, a wieczory witają dźwiękami natury – tak bliskiej, tak dzikiej, że aż czuć jej puls. To przestrzeń, w której majestat Puszczy Białowieskiej spotyka się z ciepłem ludzi, tworząc atmosferę pełną spokoju, a jednocześnie otwartą na przygodę. Tutaj każdy oddech jest głębszy, a każdy krok prowadzi w stronę czegoś pierwotnego i prawdziwego.

Podlasie to wolność. Wolność drogi prowadzącej przez bezkresne pola, wolność szlaków, które pamiętają historie wielu pokoleń, wolność ukryta w cieniu drzew starszych niż niejedna opowieść. To magia, której nie da się streścić jednym zdaniem. Można ją tylko doświadczyć — zobaczyć, dotknąć, poczuć… i pozwolić jej zostać w sobie na długo.

Ale Podlasie to także kultura, żywa jak las po deszczu. Złote kopuły cerkwi odbijają się tu w taflach jezior, a dźwięk dzwonów miesza się z szumem wiatru w koronach drzew. Wiara, tradycja i natura przenikają się tu każdego dnia, tworząc jedną melodię — spokojną, autentyczną i głęboko poruszającą. Ludzie są serdeczni, prawdziwi i zanurzeni w tej samej energii, która napędza każdy kilometr tej ziemi.

To wszystko możemy poczuć oglądając powyższy film — jakbyśmy przez chwilę sami stali w tej mglistnej dolinie, słyszeli szum puszczańskich drzew i czuli wolność podlaskich szlaków. Obraz prowadzi nas tak, jakby Podlasie otwierało się tuż przed nami. To zaproszenie do świata, w którym żywioły naprawdę żyją, a my możemy poczuć ich puls nawet przed ekranem.

Partnerzy portalu:

Czy tegoroczny jarmark świąteczny w Białymstoku będzie klapą?

Czy tegoroczny jarmark świąteczny w Białymstoku będzie klapą?

Czytając komentarze mieszkańców, można zauważyć spory zawód tegorocznym jarmarkiem świątecznym. A przecież dopiero się zaczął! Czy to zwykłe narzekanie, czy może faktycznie jest coś na rzeczy? Wybraliśmy się na miejsce, by sprawdzić, co w tym roku jarmark ma do zaoferowania.

Zacznijmy od najważniejszego. Miasto nie jest organizatorem jarmarku. Tym zajmuje się Fundacja Szamto, partnerem jest Miasto Białystok, a przedsięwzięcie wspiera Województwo Podlaskie. Zatem wszelkie kwestie związane z wystawcami, oferowanymi produktami oraz jakością atrakcji nie podlegają urzędnikom. Jeśli więc ktoś wybrał się na karuzelę i mu się nie podobało, albo uznał, że kiełbasa była niesmaczna, to nie może obwiniać magistratu. Warto jednak dodać, że wszystko, co znajdowało się na stoiskach gastronomicznych, wyglądało bardzo apetycznie! Poza tym nie ma tu „krakowskich” cen (choć tanio też nie jest).

Skupiając się na narzekaniach mieszkańców, trzeba wyjaśnić, czym są zawiedzeni. Otóż nie konkretnymi atrakcjami czy ofertą gastronomiczną, lecz całą organizacją jarmarku. Wystarczy zobaczyć nagrania sprzed poprzednich lat, by zauważyć, że te jarmarki prawie niczym się od siebie nie różnią. I właśnie o to ludzie mają największe pretensje — co roku jest to samo. A białostoczanie chcieliby być zaskakiwani. Swoją drogą, zapewne byliby, gdyby w tym roku nie przyjechał Mikołaj z Laponii. A on będzie. Znów, jak co roku!

Warto też wsłuchać się w głos prawosławnych mieszkańców, których w regionie nie brakuje, a którzy świętują dopiero 6 stycznia. Tymczasem jarmark zwija się tuż przed Wigilią.

Kolejna rzecz, która nie podoba się mieszkańcom, to wielkość jarmarku. Gdyby miasto choć raz postanowiło zrobić coś z rozmachem, jarmark mógłby ciągnąć się od dworca kolejowego, przez ul. św. Rocha, Lipową, Rynek Kościuszki, Kilińskiego, aż po Teatr Dramatyczny, a nawet Planty. Możecie zapytać: skąd wziąć tylu wystawców? To bardzo proste. Na jarmarku nie stoi każdy, kto chce, lecz każdy, kto… zapłaci. To cena reguluje, ilu wystawców wybierze akurat nasze miasto, zamiast innych. Gdyby Białystok ogłosił, że organizuje największy w Polsce jarmark świąteczny, a każdy chętny może wystawić się w atrakcyjnej cenie, zalew turystów i ich pieniędzy napędziłby lokalną gospodarkę. Ale żeby coś takiego zrobić, trzeba mieć trochę fantazji. W Białymstoku szczytem fantazji jest organizowanie głosowań na temat stworzenia linii autobusowej. Więc sami sobie dopowiedzcie, czego możecie się spodziewać zimą przez najbliższe lata. Tego samego.

Na szczęście w 2029 roku Tadeusz Truskolaski wreszcie skończy kadencję i nie będzie mógł startować ponownie. Jest więc szansa, że za cztery lata ostatni raz zobaczymy identyczny jak co roku jarmark, a potem pojawi się ktoś nowy i zaproponuje coś świeżego.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Ogromna szansa, by PKS-y jeździły często po Podlaskiem. Wszystko w rękach wójtów.

Publiczny transport autobusowy w województwie podlaskim stoi dziś przed jedną z największych szans ostatnich lat. Ministerstwo Infrastruktury zabezpieczyło 39,2 mln zł na wsparcie przewozów, a nabór wniosków do Funduszu Rozwoju Przewozów Autobusowych na 2026 rok trwa tylko do 5 grudnia 2025 r. To moment decydujący. Od tego, jak gminy wykorzystają dostępne środki, zależy funkcjonowanie połączeń, które dla wielu mieszkańców stanowią jedyną drogę do lekarza, szkoły, pracy, urzędu czy usług w większych ośrodkach. Samo jednak złożenie wniosku to za mało — kluczowe jest jego mądre zaplanowanie, oparte na współpracy, a nie izolacji.

Doświadczenia z poprzednich naborów pokazują, że samodzielne działania pojedynczych gmin, ograniczające się do organizowania połączeń wyłącznie w granicach własnego terytorium, rzadko przynoszą efekty. W takich przypadkach autobusy bardzo często wożą powietrze, bo potrzeby mieszkańców zdecydowanie wykraczają poza układ lokalny. Naturalne kierunki codziennych podróży prowadzą do szpitali powiatowych, szkół średnich, urzędów, centrów handlowych czy miejsc pracy w sąsiednich gminach lub większych miastach. To właśnie te międzygminne przepływy generują największy ruch pasażerski, a przez to czynią linie opłacalnymi i uzasadnionymi.

Dlatego najbardziej efektywnym modelem, rekomendowanym również przez praktyków transportu publicznego, jest budowanie połączeń obejmujących kilka jednostek samorządu terytorialnego – najlepiej w formie związku gmin. Taka współpraca pozwala projektować trasy tam, gdzie faktycznie jeżdżą ludzie, a nie tam, gdzie kończą się granice administracyjne. To również wzmacnia pozycję gmin w procesie ubiegania się o środki.

W poprzednim naborze dofinansowania uzyskały gminy: Szczuczyn, która otrzymała 16,6 mln zł, Stawiski – 14,5 mln zł, a w całym województwie podpisano 57 umów na kwotę 22,1 mln zł, obejmujących łącznie 265 linii o długości ponad 10 tys. km. To dowód, że dobrze zaprojektowane i uzasadnione przedsięwzięcia mają realną szansę na silne wsparcie.

Nie wszystkie gminy posiadają jednak zasób kompetencji, który pozwala samodzielnie przejść przez proces projektowania linii, przygotowania dokumentacji czy sporządzenia wniosku. Właśnie w takich sytuacjach istotną rolę odgrywa PKS Nova, która wspiera podlaskie samorządy w planowaniu i wdrażaniu przewozów autobusowych. Spółka oferuje pomoc w analizie potrzeb mieszkańców, opracowaniu siatki połączeń, przygotowaniu wniosku oraz pełnym przeprowadzenie gminy przez procedury formalne. Dzięki temu nawet niewielkie jednostki, nieposiadające własnych ekspertów, mogą skutecznie ubiegać się o środki i realizować transport publiczny na wysokim poziomie.

Szczególnie ważne jest jednak jedno: czas. Termin składania wniosków mija 5 grudnia 2025. Zwłoka może skutkować utratą możliwości uzyskania dofinansowania na cały rok 2026. Nawet jeśli dokumentacja wymaga w przyszłości dopracowania lub uzupełnienia, najważniejsze jest to, aby wniosek został złożony na czas. Procedury dopuszczają poprawki, lecz nie tolerują spóźnień.

Fundusz Rozwoju Przewozów Autobusowych udowodnił już, że przy właściwej organizacji możliwe jest realne odbudowanie siatki połączeń, które odpowiadają na potrzeby mieszkańców. Podlaskie gminy mają do dyspozycji znaczące środki i gotowe wsparcie eksperckie. Teraz pozostaje pytanie, ile z nich wykorzysta tę szansę i zdecyduje się na współpracę, zamiast działać w pojedynkę. Od tej decyzji zależy, czy publiczny transport autobusowy w regionie stanie się realnym narzędziem w walce z wykluczeniem komunikacyjnym, czy pozostanie niewykorzystanym potencjałem.

W jednym można być jednak pewnym: zapotrzebowanie na transport jest duże i rośnie. Mieszkańcy chcą jeździć. Potrzeba tylko jednego — mądrze to zorganizować. Jeśli tego zabraknie, autobusy znów będą kursować puste, a środki publiczne zostaną zmarnowane.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Jarmark świąteczny w Białymstoku. Zaczyna się w ten weekend!

Białystok po raz kolejny rozbłyśnie tysiącami światełek, witając mieszkańców i turystów na Jarmarku Bożonarodzeniowym. Wydarzenie, które na dobre wpisało się w zimowy kalendarz miasta, potrwa w tym roku od 29 listopada do 23 grudnia, zamieniając Rynek Kościuszki w świąteczne miasteczko pełne smaków, zapachów i wyjątkowych atrakcji.

Centrum miasta ponownie zamieni się w krainę światła i dekoracji. Na odwiedzających czekają choinki, nowe iluminacje, ozdobne girlandy oraz karuzele, które stworzą bajkową atmosferę zarówno w dzień, jak i po zmroku. Wśród stoisk znajdzie się ponad 70 wystawców – rękodzielników, twórców dekoracji, producentów kosmetyków i przekąsek, którzy przywiozą do Białegostoku wszystko, co potrzebne, by przygotować dom na Święta.

Będą też dwie strefy gastronomiczne, gdzie wypijemy grzaniec, gorącą czekoladę. Zjemy też aromatyczne grillowane potrawy oraz bogactwo słodkości. Na odwiedzających czekać będą m.in. langosze, kołacze, churrosy, chrupiące frytki, pączki na ciepło i owoce w czekoladzie. To idealne miejsce na zimowy spacer zakończony pyszną przekąską. Powracają również uwielbiane misiowe kubki, które stały się kolekcjonerskim symbolem jarmarku. To prosty sposób, by zabrać ze sobą kawałek świątecznej atmosfery do domu.

Aleja handlowa:

  • pon.–czw. → 11:00–18:00
  • pt.–sob. → 11:00–20:00
  • niedz. → 10:00–17:00

Strefa gastro:

  • pon.–czw. → 12:00–20:00
  • pt.–sob. → 11:00–22:00
  • niedz. → 10:00–20:00

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Podlasianie na Eurowizji. Zobacz wyjątkowy film dokumentalny.

Końcówka 2024 roku i początek 2025 był niesamowitym okresem dla Podlasia. Za sprawą artystów Sw@dy i Niczosa, nasz region był na ustach wielu osób w kraju. Oto ta dwójka mogła nas reprezentować na Eurowizji w Szwajcarii. Byli niezwykle blisko, bo zajęli drugie miejsce, chociaż zasługiwali na pierwsze. Bo jak pamiętamy, konkurs piosenki w Polsce wygrała Justyna Steczkowska, z której popularnością nie mieli szans. Zatem rywalizacja już od początku była mocno nierówna.

Eurowizja co do zasady nie jest dla znanych artystów, więc udział polskiej piosenkarki w tym konkursie nie powinien mieć miejsca. Ale w sprawach show-biznesu nigdy nie jest uczciwie. Na koniec i tak wyszło jak bardzo bezsensowne było stawianie na Steczkowską. W finale zajęła już dalekie 14. miejsce. Mimo, że jest piosenka Gaja była naprawdę niezłym show. Jesteśmy przekonani, że Sw@da i Niczos zajęli by dużo lepsze miejsce. I nie piszemy tego przez jakiś „żal”, a z obiektywnych względów.

Należy bowiem przypomnieć, że w Eurowizji trzeba zdobywać głosy Europejczyków, a nie Polaków. Wystarczy posłuchać rozgłośni radiowych w innych krajach, by usłyszeć różnice w gustach pomiędzy nami a innymi. Południe ma zupełnie swoje klimaty, zachód jeszcze inne, północ tak samo. Ten styl widać także co roku w występach Eurowizji. Zatem żeby wygrać taki konkurs trzeba podejść do sprawy taktycznie, a nie artystycznie.

I tu wracamy do grudnia 2024, gdy zaczął powstawać dokument „Podlasie Bounce Universe”. Warto zobaczyć ten cały proces od środka. Jak piszą autorzy to przelot bez trzymanki przez współczesne Podlasie w zderzeniu z Eurowizyjną przygodą Sw@dy i Niczosa. Pytania o moc i sens korzeni w 2025 roku. Dzikość pogranicza, telewizyjny blichtr, kaliady po svojomu. Dokument powstał podczas 4 dni zdjęciowych w okresie pomiędzy grudniem 2024, a lutym 2025.

Reżyserią, zdjęciami i montażem zajął się Karol Moch. Wsparcie operatorskie było po stronie Jacka Ryżyńskiego i Dawida Romańskiego. Ujęcia dronowe zapewnił Maciek Korsan.

Partnerzy portalu:

Dziś ruszają magiczne podróże świątecznym pociągiem
fot. LTG Link

Dziś ruszają magiczne podróże świątecznym pociągiem

Świąteczne pociągi LTG Link – naszego litewskiego sąsiada – wracają już po raz czwarty, ponownie zamieniając trasy w pełne świateł i muzycznych dekoracji wagony. Tegoroczna edycja zaczyna się właśnie dziś – 20 listopada i potrwa do 11 stycznia. W wybranych składach pojawią się zupełnie nowe iluminacje inspirowane muzyką.

Dla mieszkańców Podlaskiego to świetna okazja, by połączyć wizytę w Wilnie z wyjątkową, świąteczną podróżą pociągiem. Z naszego regionu codziennie odjeżdża pociąg. Zatrzymuje się w Czyżewie, Łapach, Białymstoku, Sokółce, Augustowie czy Suwałkach. Następnie dojeżdża do litewskiej Mockavy. Tam przesiadamy się do świątecznego pociągu (na tym samym bilecie) i to właśnie tam zaczyna się świąteczna magia. Warto dodać, że po dojechaniu do Wilna, dalej (ale już z osobnym biletem) można ruszyć w dalszą świąteczną podróż.

Warto pamiętać, żeby wybrać wagon numer 2.

Magiczne pociągi kursują na trasach

  • Wilno – Mockava (Warszawa) – dekoracje w wagonie 2 oraz w klasie 1
  • Wilno – Kowno – udekorowany cały pociąg

  • Wilno – Troki – udekorowany cały pociąg

  • Wilno – Kłajpeda – dekoracje w wagonie 2. oraz w klasie 1

  • Wilno – Turmont – dekoracje w wagonie 2. oraz w klasie 1

LTG Link zachęca do wcześniejszego zakupu biletów, zwłaszcza na weekendy. W tych dniach obsługa będzie dodatkowo sprawdzać bilety jeszcze przed wejściem do świątecznie udekorowanych wagonów. Na pozostałe przejazdy bilety będą dostępne jak zwykle. W przypadku zakłóceń lub zmian w ruchu świąteczne pociągi mogą zostać zastąpione standardowymi składami lub transportem zastępczym. Obowiązują wtedy ogólne zasady przewozów LTG Link.

Rozkład jazdy świątecznego pociągu

Mockava → Wilno<

Okres kursowania Godzina odjazdu z Mockavy
21–30 listopada 15:11
1–13 grudnia 15:11
14–31 grudnia 9:09, 15:07, 21:04
1 stycznia 9:09, 15:07, 21:04

Wilno → Mockava

Okres kursowania Godzina odjazdu z Wilna
21–30 listopada 12:35
1–13 grudnia 12:35
14–31 grudnia 6:27, 12:35, 18:30
1 stycznia 6:27, 12:35, 18:30

Partnerzy portalu:

Podlaskie przejścia graniczne Polski z Białorusią ponownie otwarte po 2,5 roku
fot. Podlaski Urząd Wojewódzki

Podlaskie przejścia graniczne Polski z Białorusią ponownie otwarte po 2,5 roku

W nocy z niedzieli na poniedziałek, dokładnie 17 listopada, w Podlaskiem ponownie otwarto dwa drogowe przejścia graniczne z Białorusią – w Kuźnicy i Bobrownikach. To symboliczny powrót do normalności po latach blokady: Kuźnica była zamknięta od 2021 r., a Bobrowniki od lutego 2023 r.

Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji wyjaśniało, że otwarcie stało się możliwe dopiero po wzmocnieniu ochrony granicy, gdzie wciąż dochodzi do licznych prób nielegalnego przekroczenia terenu UE. Kluczowe były również konsultacje z lokalnymi władzami i przedsiębiorcami, którzy od dawna apelowali o przywrócenie przynajmniej jednego przejścia.

Straty dotknęły praktycznie wszystkie branże oparte na ruchu transgranicznym — od hotelarstwa i gastronomii, po transport i usługi. Służby zapewniają, że są gotowe do pełnego wznowienia odpraw, a na granicy zacznie działać unijny system Entry/Exit rejestrujący obywateli spoza UE.

Jaki ruch został przywrócony? W Kuźnicy – tylko ruch osobowy samochodami, bez autobusów. W Bobrownikach – ruch osobowy i autobusowy oraz ruch ciężarowy. Jeszcze przed północą przed Bobrownikami ustawiła się kilkukilometrowa kolejka pojazdów. Kierowcy autobusów podkreślali, że otwarcie przejścia skróci ich trasę na Białoruś nawet o połowę.

Przejścia graniczne zostały zamknięte w 2021 po zamieszkach wywołanych przez grupy migrantów inspirowane przez białoruskie służby. W 2023 r. ostatnie podlaskie przejście zamknięto po skazaniu przez reżim białoruski Andrzeja Poczobuta. Wciąż zamknięte pozostają przejścia w Połowcach, Białowieży i Rudawce.

Przedsiębiorcy z Podlasia od miesięcy alarmowali, że brak ruchu transgranicznego zabija regionalną gospodarkę. Rząd zapewnia, że nastąpiła stabilizacja sytuacji na granicy. Według MSWiA szczelność ochrony oceniana jest na poziomie 98 proc.. Straż Graniczna notuje obecnie zaledwie 20–40 prób nielegalnego przekroczenia granicy dziennie, a czasem nawet mniej.

Partnerzy portalu:

Piast Białystok otwiera nabór do szkółki. Twój syn może zostać piłkarzem!

Piast Białystok otwiera nabór do szkółki. Twój syn może zostać piłkarzem!

Klub Sportowy Piast Białystok ogłasza start rekrutacji do swoich drużyn młodzieżowych i zaprasza chłopców z roczników 2012–2018 do dołączenia do jednej z najbardziej dynamicznie rozwijających się akademii piłkarskich w regionie. Klub uruchomił specjalny formularz zgłoszeniowy, dostępny na stronie: https://piastbialystok.pl/rekrutacja

Nabór jest prowadzony w związku z rozbudową piłkarskiej szkółki oraz rosnącym zainteresowaniem treningami w klubie. KS Piast Białystok stawia na nowoczesne szkolenie, indywidualne podejście do zawodnika i bezpieczne środowisko sportowego rozwoju dla dzieci. Treningi prowadzi kadra licencjonowanych trenerów, a młodzi piłkarze mają możliwość uczestniczenia w rozgrywkach i turniejach.

– Chcemy stworzyć dzieciom warunki, dzięki którym będą mogły rozwijać piłkarskie umiejętności, ale też charakter, współpracę i pewność siebie. Sport ma dawać radość, a my dbamy o to, aby każde dziecko czuło się częścią drużyny – podkreśla Piast Białystok na swojej stronie internetowej.

Aby zgłosić dziecko do rekrutacji, wystarczy wypełnić formularz dostępny na stronie: https://piastbialystok.pl/rekrutacja

Klub zachęca rodziców do nieodkładania decyzji – liczba miejsc w poszczególnych grupach wiekowych jest ograniczona.

KS Piast Białystok zaprasza wszystkich młodych pasjonatów piłki nożnej do rozpoczęcia sportowej przygody w profesjonalnej i przyjaznej akademii.

Partnerzy portalu:

Nareszcie! Jeżeli Białoruś nie odstawi żadnego numeru, od poniedziałku otwarcie podlaskich granic!

Nareszcie! Jeżeli Białoruś nie odstawi żadnego numeru, od poniedziałku otwarcie podlaskich granic!

W poniedziałek, 17 listopada ponownie otwarte będą przejścia graniczne z Białorusią. Wznowienie tego ruchu w Bobrownikach i Kuźnicy to długo wyczekiwany sygnał dla mieszkańców i przedsiębiorców Podlaskiego. Region od lat odczuwa poważne skutki zamknięcia granic – zarówno gospodarcze, jak i społeczne. Brak swobodnego przepływu osób i towarów uderzył w lokalny handel, transport i małe firmy, które żyły z codziennej współpracy przygranicznej. Znikły też autobusy z parkingów pod galeriami handlowymi, które przywoziły Białorusinów na zakupy.

Otwarcie dwóch drogowych przejść, nawet z ograniczeniami, oznacza dla wielu z nich realną szansę na odbudowanie obrotów i powrót stabilności. To także pierwszy, symboliczny krok w przywracaniu normalności na terenach, które najbardziej ucierpiały na odcięciu od sąsiadów. Decyzja ma także ogromne znaczenie dla turystyki, która w ostatnich latach przeżywała w Podlaskiem trudny czas nie z powodu braku gości z Białorusi – bo tych nigdy nie było wielu – lecz przez obawy Polaków przed samą bliskością granicy. Wielu turystów unikało terenów przygranicznych, mając w głowie obrazy z medialnych doniesień. Otwarcie przejść to jasny komunikat: region jest bezpieczny, życie toczy się tu normalnie, a odwiedziny są tak samo spokojne jak w innych częściach kraju. Dla branży hotelarskiej, gastronomicznej i agroturystyki to impuls, którego potrzebowały od dawna.

Choć nowe zasady przekraczania granicy – w tym cyfrowy system rejestracji wjeżdżających spoza UE – mogą początkowo wydłużyć odprawy, to rozwiązania te zwiększają bezpieczeństwo i ułatwiają kontrolę ruchu w całej strefie Schengen. Straż Graniczna zapewnia, że jest w pełni przygotowana na przywrócenie ruchu, a przejścia po polskiej stronie są dostosowane technicznie. Dla Podlaskiego najważniejsze jest jednak to, że granica ponownie zaczynie żyć, a region może powoli odzyskiwać gospodarczy rytm i wizerunek miejsca otwartego, przyjaznego oraz wolnego od napięć, które przez ostatnie lata niesprawiedliwie go obciążały.

Do otwarcia granicy zostały zaledwie trzy dni, jednak warto pamiętać, że sytuacja wciąż pozostaje krucha. Białoruś – ściśle związana politycznie i militarnie z Rosją – wielokrotnie brała udział w agresywnych działaniach hybrydowych wobec państw Unii Europejskiej (doszło do ataku przez nielegalnych migrantów na polską granicę, zginął polski żołnierz, atakowano wiele razy strażników), często działając wspólnie z Moskwą lub wręcz na jej zlecenie.

Dlatego decyzja o wznowieniu ruchu nie jest zwykłym aktem administracyjnym. Przypuszczamy, że to efekt delikatnych rozmów dyplomatycznych, prowadzonych zapewne kanałami MSZ, gdzie obie strony musiały wyznaczyć pewne warunki i „linie, których się nie przekracza”. Nie jest tajemnicą, że Białoruś potrafi sygnalizować swoje intencje – jak choćby wtedy, gdy uprzedziła o rosyjskich dronach, które „przypadkowo” nadleciały z jej terytorium – co tylko potwierdza istnienie bezpośredniej komunikacji między państwami.

Pytanie brzmi, czy Mińsk dotrzyma ustaleń po otwarciu przejść, a jeśli tak, to jak długo utrzyma się ta krucha stabilizacja. Wystarczy jeden polityczny zwrot lub nacisk ze strony Kremla, by otwarcie szybko zmieniło się ponownie w zamknięcie.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Tak wygląda Kraina otwartych okiennic bez filtrów

W dzisiejszych czasach przyzwyczailiśmy się do tego, by oglądać wszystko jako zlepek krótkich ujęć z kolorowymi filtrami i muzyką. Wszystko w formie „rolek” czyli w wersji natychmiastowej. W efekcie za kilka minut nie pamiętamy co widzieliśmy. Dlatego powyższy film jest niejako testem – czy potrafimy oglądać jeszcze filmy w takim tempie jakbyśmy byli tam na miejscu. Bez upiększeń, bez wyrafinowanych ujęć, bez kolorowania. A tak naprawdę wygląda Kraina Otwartych Okiennic, która jest chętnie odwiedzana przez turystów.

To miejsce to jeden z najbardziej malowniczych zakątków Podlasia — kilka wsi, w których czas płynie wolniej, a każdy dom wydaje się mieć duszę. Kolorowe, ręcznie zdobione okiennice, misternie rzeźbione ganki i zdobienia na ścianach to nie scenografia z muzeum, ale codzienność mieszkańców. Kraina Otwartych Okiennic to nie tylko architektura, ale i ludzie — życzliwi, spokojni, często uśmiechnięci mimo skromnego życia. Wystarczy tu przyjechać, by poczuć zapach świeżo ściętej trawy, usłyszeć skrzypienie studziennego kołowrotu i zobaczyć, jak słońce odbija się w szybach domów pomalowanych w tradycyjne wzory.

Ale na powyższym filmie widać, że jesienią Kraina też ma swoje uroki. Dlatego wioski takie jak Trześcianka, Soce i Puchły przyciągają nie tłumem atrakcji, ale swoją prawdziwością. Tu nikt nie udaje, że świat jest prosty i kolorowy — jest po prostu taki, jaki jest. Tylko tu można poczuć coś, czego nie da się przekazać żadnym krótkim filmem — spokój. To właśnie ten spokój sprawia, że Kraina Otwartych Okiennic jest miejscem, które warto zobaczyć na własne oczy, a nie tylko „przewinąć” wśród dziesiątek krótkich ujęć.

Bo prawdy nie da się zamknąć w trzydziestu sekundach. Rolki i krótkie filmiki karmią nas obrazami pozbawionymi zapachu, ciszy, wiatru — tego, co tworzy prawdziwe wspomnienie. Dlatego zamiast scrollować kolejne ujęcia, lepiej wsiąść w samochód lub autobus i pojechać tam naprawdę. Zatrzymać się przy drodze, zejść na chwilę z asfaltu, dotknąć drewnianej ściany domu, który stoi tam od lat. Dopiero wtedy zrozumiesz, że to, co prawdziwe, nie potrzebuje filtrów ani muzyki w tle.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Jak się zwiedza Podlasie w 3 dni? Żubry, Tatarzy i Wersal.

Podlasie to jedno z najbardziej niezwykłych miejsc w Polsce – kraina, w której czas płynie wolniej, a spotkanie z naturą, historią i kulturą wielu narodów tworzy niepowtarzalne wrażenie. Jeśli masz tylko trzy dni, by poznać ten region, ten plan pozwoli Ci zobaczyć jego najpiękniejsze oblicza – od bezkresnych bagien po barokowe pałace i puszczańskie knieje.

Pierwszy dzień zaczynamy od wizyty w Biebrzańskim Parku Narodowym – największym parku narodowym w Polsce, zwanym Królestwem Bagien. To raj dla miłośników dzikiej przyrody i fotograficznych ujęć. Drewniane kładki prowadzą przez rozlewiska, gdzie wiosną rozbrzmiewa klangor żurawi, a latem można dostrzec łosia brodzącego wśród trzcin. Najlepiej zacząć wędrówkę od kładki Długa Luka lub Carskiej Drogi.

Po południu kierujemy się do Tykocina, miasteczka, które zachwyca barokową zabudową i niezwykłą atmosferą. Obowiązkowym punktem jest Wielka Synagoga – potężna budowla z XVII wieku, dziś pełniąca funkcję muzeum. Przypomina o wielowiekowej obecności Żydów w tym regionie i ich wpływie na kulturę Podlasia. Tuż obok znajduje się Zamek w Tykocinie. Twierdza nie jest zabytkiem, to prywatna inicjatywa, ale przypuszczalnie może przypominać czasy Stefana Batorego i Zygmunta Augusta.

Wieczorem warto zatrzymać się na nocleg w okolicach Białegostoku, a przed snem wybrać się na spacer do Pałacu Branickich, który nocą prezentuje się niczym Wersal Północy – rozświetlony, pełen harmonii i elegancji. To jeden z najpiękniejszych pałaców w Polsce – niegdyś rezydencja rodu Branickich, dziś wizytówka miasta. Zajrzyj do ogrodów w stylu francuskim i obejrzyj pałac z perspektywy mostu na rzece Białej – widok jest bajkowy.

Kolejnego dnia zrób sobie przystanek w supraskim Monastyrze – Perle Prawosławia i jednym z najważniejszych miejsc duchowych regionu. Barokowo-bizantyjska cerkiew, muzeum ikon oraz malowniczy klasztorny dziedziniec tworzą atmosferę mistycznego spokoju. Z Supraśla ruszamy do Pokazowej Zagrody Żubrów w Kopnej Górze. To tuż obok Supraśla. Tam możemy się spotkać z królem Puszczy.

Na zakończenie dnia – prawdziwa niespodzianka: Drewniany Meczet w Kruszynianach, symbol polskiej egzotyki. Zielony meczet i cmentarz tatarski (mizar) przypominają, że Podlasie od wieków było miejscem spotkania wielu kultur i religii. Warto też zajrzeć do tatarskiej jurty i spróbować oryginalnych potraw, jak pierekaczewnik czy czebureki.

Trzeci dzień to podróż w czasie – do miejsc, gdzie czas naprawdę się zatrzymał. Na początek Kraina Otwartych Okiennic – kilka wiosek (Trześcianka, Soce, Puchły), w których zachowały się drewniane domy z kolorowymi zdobieniami. A wszystko to okraszone kolorowymi, drewnianymi cerkwiami. To żywy skansen podlaskiej wsi, gdzie każdy detal ma znaczenie – od koronkowych okiennic po malowane ganki. Spacerując, można poczuć klimat dawnego Podlasia i zobaczyć, jak różnorodne były wpływy ruskie i białoruskie w tutejszej architekturze.

Następnie czeka Cię spotkanie z naturą w najczystszej postaci – Białowieski Park Narodowy. To ostatni w Europie las nizinny o charakterze pierwotnym. Warto odwiedzić Rezerwat Ścisły z przewodnikiem i wejść na ścieżkę edukacyjną „Żebra Żubra”. Poczujesz, że jesteś gościem w świecie natury, który od wieków nie znał piły ani siekiery.

Podlasie to region, którego nie da się opowiedzieć jednym zdaniem. To miejsce, gdzie natura, historia i duchowość przenikają się w sposób niepowtarzalny. Trzy dni wystarczą, by zakochać się w jego autentyczności i wrócić tu po więcej – może już nie z planem, ale z sercem otwartym na nowe odkrycia.

Partnerzy portalu:

Kładka Waniewo–Śliwno znów otwarta. Jak długo podziała? Wody jak nie było, tak nie ma.
fot. Narwiański Park Narodowy

Kładka Waniewo–Śliwno znów otwarta. Jak długo podziała? Wody jak nie było, tak nie ma.

Kładka Waniewo–Śliwno ponownie została otwarta dla turystów. Zdjęcia uśmiechniętych odwiedzających, zaproszenia do spacerów, zachęty do kontaktu z przyrodą — wszystko wygląda jakby wracała dawna normalność. Tylko że to nie jest prawda. Narew nadal płynie tak, jakby ledwo żyła. Wody jest mało, a rozlewiska — serce i wizytówka Narwiańskiego Parku Narodowego — bardziej przypominają wspomnienie niż to na co je stać.

Problem ciągnie się od lat i nie jest tajemnicą. Zbiornik Siemianówka, powołany kiedyś, aby stabilizować poziomy wody, stał się paradoksalnie jednym z głównych winowajców jej braku. Ogromna, płytka powierzchnia, narażona na intensywne parowanie, każdego roku traci miliony metrów sześciennych wody. To ilość, której dolina Narwi zwyczajnie nie jest w stanie odzyskać, szczególnie w czasach coraz częstszych susz i wysokich temperatur. Rzeka, która niegdyś dawała życie setkom gatunków ptaków, roślin i zwierząt, dziś sama walczy o przetrwanie, a my obserwujemy, jak unikalny ekosystem stopniowo gaśnie.

Tym bardziej uderza cisza instytucji, które powinny bić na alarm. Narwiański Park Narodowy informuje o otwarciu kładki, przypomina o ostrożności na pływających pomostach — i na tym komunikacja właściwie się kończy. Ani słowa o przyczynach tak niskiego poziomu wody. Ani kampanii informacyjnej. Ani zaproszenia do publicznej debaty. Instytucja powołana do ochrony tej rzeki ogranicza się do komunikatów o ruchu turystycznym, jakby problem miał charakter kosmetyczny, a nie egzystencjalny.

Można zrozumieć ostrożność języka urzędowego. Trudniej zrozumieć milczenie, gdy ekosystem ginie w oczach. Narwiański Park Narodowy to nie miejsce, w którym można wymienić rośliny czy poprawić trasy spacerowe. To żywy organizm zależny od wody. Bez niej znika jego tożsamość i sens istnienia. Przez lata przyroda radziła sobie sama. Dziś już nie daje rady — a my udajemy, że spacer po kładce rozwiązuje problem.

Chodzi o odpowiedzialność. O odwagę powiedzenia głośno, że Siemianówka wymaga likwidacji, a Narwiański Park Narodowy — zamiast jedynie otwierać atrakcje — powinien stanąć na czele dyskusji o ratowaniu tego, co powierzył mu kraj. Bo pytanie, które powinniśmy dziś zadawać, nie brzmi: „Czy kładka jest czynna?” tylko „Czy za kilka lat będzie tu jeszcze rzeka, która tę kładkę opływa?”

Dolina Narwi nie potrzebuje dziś kolejnego cichego sezonu. Potrzebuje głosu. Potrzebuje działania. I potrzebuje, żebyśmy wreszcie przestali się cieszyć tym, że możemy wejść na kładkę — kiedy pod nią znika życie.

Partnerzy portalu:

Dobra wiadomość! Słynna kładka wraca po remoncie. Tłumy odwiedzających i sesje nowożeńców.
fot. Nadleśnictwo Waliły

Dobra wiadomość! Słynna kładka wraca po remoncie. Tłumy odwiedzających i sesje nowożeńców.

Nadleśnictwo Waliły zakończyło remont wyjątkowej kładki na rozlewisku Sianożątka. Obiekt jest w pełni bezpieczny i ponownie dostępny dla odwiedzających, a sama kładka ma ok. 100 metrów długości i prowadzi w głąb mokradła – prosto w serce jednego z najbardziej fotogenicznych zakątków okolic Wyżar. To tu nowożeńcy robią sobie pamiątkowe fotki. Do Wyżar najwygodniej dojechać jest od wsi Radunin – leśną drogą udostępnioną do ruchu. Samochód zostawiamy w wyznaczonym miejscu i dalej ruszamy pieszo; to kompromis, który pozwala dotrzeć blisko wody, a jednocześnie chroni puszczańską ciszę.

Jesienna Puszcza Knyszyńska sprzyja takim wypadom: powietrze jest klarowne, światło miękkie, a zarośla i turzycowiska przybierają miedziano-złote odcienie. Na tafli rozlewiska przysiadują łabędzie, a z brzegów odzywają się zwinne drobne ptaki. Tutaj nawet krótki spacer potrafi zwolnić czas i wyostrzyć zmysły.

Sama pętelka przy zbiorniku Wyżary jest krótka i przyjemna – przejście zajmuje około pół godziny, z naturalnymi przystankami na zdjęcia i ciche obserwacje. Przy wodzie czeka wiata z ławami i stołem, więc łatwo zamienić spacer w mały piknik. Tuż obok zbiornika w Wyżarach znajduje się jeszcze jedna kładka prowadząca do leśnej galerii rzeźb. Osobna droga prowadzi na Sianożątka i wyremontowaną kładkę.

Obszary bagienne, takie jak te w okolicy Puszczy Knyszyńskiej mają znacznie większą wartość niż tylko estetyczną. Są naturalnymi „regulatorami” wilgoci – pochłaniają nadmiar opadów, zapobiegając gwałtownym spływom i powodziom. Ponadto bagna pełnią funkcję magazynów wody w okresach suszy oraz są miejscem akumulacji materii organicznej – torfu – który wiąże węgiel i wspiera równowagę klimatyczną.

Z biologicznego punktu widzenia bagna stanowią unikalne środowisko życia dla wielu rzadkich gatunków roślin i zwierząt, często silnie wyspecjalizowanych i wrażliwych — co czyni je ważnymi punktami ochrony przyrody. Dlatego spacerując po kładce nad Sianożątką nie tylko obcujemy z pięknem natury, ale jesteśmy częścią wrażliwego ekosystemu — zatem warto zachować ciszę i ostrożność, by nie zakłócać jego działania.

Partnerzy portalu:

Byli nauczyciele wyskoczyli jak Filipy z Konopi. Czy oni w ogóle mieli coś wspólnego z transportem?
fot. Adrian Grycuk / Wikipedia | gov.pl / Wikipedia

Byli nauczyciele wyskoczyli jak Filipy z Konopi. Czy oni w ogóle mieli coś wspólnego z transportem?

Jeden zasłynął z tego, że był uznany za sprawcę przestępstwa urzędniczego, drugi — że mu policja zrzucała konfetti z helikoptera. Dwaj byli nauczyciele, którzy w pewnym momencie życia przytulili się do PiS, postanowili w swojej najnowszej aktywności politycznej spróbować czegoś nowego. Chyba po to, by zobaczyć, „jak to jest”. Fakt, że nie mają o tym zielonego pojęcia, w niczym im nie przeszkadzał. Dwaj panowie, niczym rycerze z kronik dawno minionych czasów, wyskoczyli jak przysłowiowe filipy z konopi: Dariusz Piontkowski — kiedyś geograf, potem minister edukacji, czyli człowiek, który wie, gdzie leży Kraków i co to są stalaktyty i stalagmity, oraz Jarosław Zieliński — niegdyś nauczyciel, później wiceminister od mundurów.

Wyglądało to mniej więcej tak, jakby dwóch wodzirejów od apeli szkolnych z dawnych lat postanowiło rozwiązać kryzys publicznego transportu. Bo — nie oszukujmy się — specjaliści od transportu to oni może są, ale tylko tego politycznego, polegającego na przesiadkach z ław rządowych do opozycyjnych.

Największym hitem w ich wykonaniu była jednak troska o… zadłużenie. Chodzi o 9 milionów złotych, które nie wzięło się z mgły o poranku ani z tajemniczego pyłu na podlaskich szosach, tylko z wieloletniego politycznego sterowania PKS-em niczym żaglowcem bez interesowania się wiatrem. W czym udział również brała partia PiS. Piontkowski nawet był marszałkiem województwa, gdy jeszcze PKS Nova nie istniała — tylko PKS Białystok, PKS Łomża, PKS Suwałki, PKS Siemiatycze i PKS Zambrów. I było z tymi firmami tak kolorowo, że w końcu je zlikwidowano na rzecz jednego podmiotu. I teraz ci sami panowie, którzy te koła sterowe kiedyś dotykali i mieli na nie ogromny polityczny wpływ, dziś z wielkim zapałem są oburzeni, że „tam są długi”.

Może to jednak jakaś nowa szkoła zarządzania? Taka, w której doświadczenie w edukacji daje prawo do oceniania firm przewozowych, a epizod w MSWiA nadaje kompetencje do analizowania rentowności kursów autobusowych. Gdyby jutro otworzyli debatę o budowie rakiety kosmicznej z kartonu i taśmy pakowej, też byśmy się nie zdziwili. W końcu obserwacja polityki nauczyła nas jednego: im mniej wiesz, tym głośniej możesz mówić.

A rozwiązanie problemu z pieniędzmi dla PKS jest ciągle to samo i wcale nie magiczne. Albo to jest firma działająca według praw rynku — tak jak teraz, czyli jeździ tam, gdzie się opłaca — albo mówimy wprost, że wynik ekonomiczny nas nie interesuje, PKS staje się departamentem w Urzędzie Marszałkowskim, a nie spółką prawa handlowego, i wtedy możemy robić nawet po 10 kursów dziennie do Rudaków. Jedno albo drugie — ale wreszcie z odwagą powiedzieć to głośno, zamiast udawać, że da się być jednocześnie przedsiębiorstwem i misją społeczną z kieszeni podatników „tak po trochu”.

Partnerzy portalu:

Znów będzie można podglądać żubry. Leśnicy zaczynają dokarmianie.

Znów będzie można podglądać żubry. Leśnicy zaczynają dokarmianie.

Stado żubrów w Puszczy Augustowskiej jest już całkiem liczne — obecnie liczy aż 35 osobników! Przypomnijmy, że wcześniej tych zwierząt w tej części Podlaskiego w ogóle nie było. Stado utworzono dopiero w 2018 roku, zaczynając od zaledwie kilku sztuk. Początkowo decyzja o ich introdukcji spotkała się z oporem lokalnych rolników — żubry, choć majestatyczne i przyciągające turystów, potrafią też wyrządzać szkody w uprawach. Na szczęście z czasem przeważyły względy przyrodnicze i turystyczne, a żubry stały się jedną z wizytówek Puszczy Augustowskiej.

Aby ograniczyć szkody w gospodarstwach, leśnicy dokarmiają żubry zimą. W miejscach, gdzie zwierzęta pojawiają się najczęściej, wysypano buraki, marchew i bele siana. W ich diecie znajdzie się również kiszonka z kukurydzy oraz owies. Leśnicy dostarczają też sól z mikroelementami, umieszczoną w specjalnych lizawkach. Wytypowano cztery stałe punkty dokarmiania.

Warto dodać, że to mogą być jednocześnie doskonałe miejsca obserwacyjne dla turystów i miłośników przyrody. Niedługo dokarmianie rozpocznie się też w Puszczy Białowieskiej i Puszczy Knyszyńskiej, gdzie żubrów jest najwięcej. A jeżeli ktoś woli obejrzeć zwierzęta w kontrolowanych warunkach – warto wybrać się pod Supraśl, gdzie jest zagroda. Można też jechać do Białowieży.

Warto jednak pamiętać, że mimo przyjaznego wyglądu, żubry to dzikie zwierzęta, do których nie wolno zbliżać się ani płoszyć. Choć przypominają krowy lub byki, ich reakcje są zupełnie inne — przestraszone mogą zaatakować. Dlatego wszelkie próby robienia selfie lub podchodzenia do stada mogą skończyć się tragicznie. Dlatego jak spotkacie żubra – trzymajcie dystans.

Partnerzy portalu:

Niech żyje BKM! Jeden autobus więcej, a dumy jakbyśmy właśnie wylądowali na Marsie.

Niech żyje BKM! Jeden autobus więcej, a dumy jakbyśmy właśnie wylądowali na Marsie.

Proszę państwa, oto sensacja! W Budżecie Obywatelskim 2026 najwięcej głosów zdobył… projekt utworzenia nowej linii autobusowej. Tak, dobrze czytacie. Nie nowy  park, nie nie ciekawe i nieoczywiste atrakcje, nie jakieś wypasione miejsce dla młodzieży tylko linia autobusowa. W XXI wieku, w całkiem sporym mieście wojewódzkim, ludzie muszą głosować, żeby łaskawie pojawił się autobus. Ż E N A D A.

W Białymstoku mamy nowoczesność na miarę epoki. Zanim powstanie linia autobusowa, najpierw mieszkańcy muszą łaskawie poprosić urzędników i jeszcze wygrać plebiscyt. A tu już robią się schody, bo poważna potrzeba mieszkańców konkuruje z figurkami misiów. A potem – jeśli wszystko pójdzie dobrze – może za rok czy dwa lata łaskawie pojawi się Solaris, niczym objawienie, który przyjedzie ze trzy razy dziennie i ominie przystanek, bo ten będzie zawsze pusty.

A w takiej Warszawie, mimo istnienia tramwajów, metra i kolei miejskiej, autobusy jeżdżą tak często, że nie zdążysz wyjąć telefonu z kieszeni, to już nadjeżdża kolejny. Ale wiecie za co komunikacja ze stolicy wygrywa z całą Europą (ex æquo z Brukselą)? Nie dlatego, że jest taka nasycona połączeniami. Dlatego, że jest inteligentnie zorganizowana. A w Białymstoku? Tutaj podróż autobusem to bardziej gra losowa: czy się spóźni czy przyjedzie za wcześnie, czy się zmieścisz, czy kierowca włączy ogrzewanie czy trzeba będzie marznąć.

Najbardziej ironiczne w tym wszystkim jest jednak to, że za tą padaką mieszkańcy muszą jeszcze głosować i w ten żałosny sposób prosić o autobus jak o wielką przysługę. Głosują w Budżecie Obywatelskim, jakby to był konkurs piękności. Gratulacje dla urzędników – udało się wam stworzyć patologiczny system, w którym komunikacja miejska nie jest oczywistym obowiązkiem miasta, tylko luksusem do wygrania w głosowaniu. Może w 2027 zaproponujemy komunikację nocną przez cały tydzień? A w 2028 połączenia ekspresowe, które nie objeżdżają jak wąż wszystkich osiedli po kolei z krańców miasta.

Ale może o to właśnie chodzi? Może w Białymstoku chodzi o to żeby prosić łaskawego Pana? My, prosty lud, uniżenie prosimy Cię Królu Truskolaski, bo śmiemy marzyć i głosować za kolejnymi liniami w cudownej metropolii, którą zarządzasz.

Partnerzy portalu:

Pociągi pojadą szybciej. Zmiany w rozkładach jazdy.

Pociągi pojadą szybciej. Zmiany w rozkładach jazdy.

Od niedzieli, 26 października, obowiązuje nowy rozkład jazdy pociągów POLREGIO w województwie podlaskim. Najwięcej zmian dotyczy trasy Hajnówka – Siedlce, gdzie z powodu remontu na odcinku Niemojki–Siedlce trzy pociągi będą odjeżdżać kilkanaście minut wcześniej.

Połączenie:

  • Hajnówka (5:10) – Siedlce (7:02) odjeżdża teraz o 4:51
  • Siedlce (15:07) – Hajnówka (16:58) rusza o 14:49
  • Siedlce (18:21) – Białystok (21:30) startuje o 18:10.

Zmiany te będą obowiązywać do 14 listopada. Kolejnego dnia pociągi wrócą do dotychczasowych godzin kursowania. Dodatkowo, w dniach 9–14 listopada, pociąg REGIO z Białegostoku do Ełku (odjazd 14:56) pojedzie na odcinku Prostki–Ełk o 11 minut wcześniej. Na pozostałych trasach — Białystok–Ostrołęka, Białystok–Suwałki i Białystok–Czyżew — rozkład nie ulegnie zmianie. Kolejarze apelują, by przed podróżą sprawdzać aktualne godziny odjazdów.

Tymczasem już 14 grudnia w życie wejdzie nowy roczny rozkład jazdy PKP Intercity, który przyniesie znaczne usprawnienia i nowe połączenia dla mieszkańców północno-wschodniej Polski. Największą zmianą będzie skrócenie czasu przejazdu na trasie Suwałki–Warszawa. Pociąg IC Hańcza pokona tę trasę w 3 godziny i 34 minuty, czyli ponad 40 minut szybciej niż dotychczas, dzięki powrotowi na trasę przez Centralną Magistralę Kolejową (Hańcza jedzie do Krakowa). Skróceniu ulegną także czasy podróży z Białegostoku do innych miast. Do Giżycka – 1 godz. 41 min, do Olsztyna – 2 godz. 59 min, do Krakowa – 4 godz. 7 min. Biorąc pod uwagę ile czasu te trasy pokonywało się wcześniej, trzeba przyznać, że takie rozkłady robią ogromne wrażenie.

Zwiększy się też liczba szybkich połączeń z Białegostoku do Warszawy — z trzech do czterech, które pojadą o godzinach 7:33, 11:33, 17:33 i 19:33, umożliwiając dotarcie do stolicy w zaledwie 1,5 godziny (dzięki nie zatrzymywaniu się na wszystkich stacjach po kolei).

Wśród nowości znajdzie się pociąg IC Wigry relacji Mockava (Litwa) – Suwałki – Białystok – Warszawa – Poznań – Szczecin, co uczyni go trzecim bezpośrednim połączeniem Suwałk z Warszawą. Dodatkowo wydłużona zostanie trasa pociągu IC Korfanty, który pojedzie z Białegostoku aż do Bielska-Białej lub Gliwic, zapewniając mieszkańcom Podlasia wygodny dojazd na Śląsk. W skali całego kraju PKP Intercity uruchomi 56 nowych pociągów, rozbudowując również ofertę międzynarodową o blisko połowę.

Partnerzy portalu:

Podlaskie wschody i zachody słońca – magia, która nie wymaga biletu

Podlaskie wschody i zachody słońca – magia, która nie wymaga biletu

Są takie momenty, kiedy Podlaskie wygląda jak z innego świata. Wschody i zachody słońca to właśnie te chwile – krótkie, ale niezwykle intensywne, gdy cała przyroda na chwilę zamiera, a świat nabiera ciepłych barw. To spektakl, który można oglądać codziennie i który nigdy się nie nudzi.

Najpiękniej dzień rodzi się na wschodzie województwa. Na powyższym zdjęciu widzicie Krynki, gdzie gdy słońce wstaje, robi się od razu bajkowo. Ale warto też odwiedzić inne wschodnie miejsca, gdzie przywitanie dnia na pewno będzie przyjemne. Chociażby Niemirów nad Bugiem, gdzie słońce wstaje na zakolach rzeki. Podobnie jest w Drohiczynie, gdzie na górze zamkowej poranne widoki są przepiękne.

Zachody słońca mają zupełnie inny nastrój – są spokojniejsze, bardziej nostalgiczne. Warto wybrać się do Supraśla i Tykocina, gdzie zachody potrafią zamienić całe niebo w pomarańczowo-różową poświatę, która trwa zaledwie kilka minut, ale zostaje w pamięci na długo. A to wszystko możecie obserwować patrząc na klasztor w tym pierwszym mieście, albo na Narew – w tym drugim.

Podlaskie to miejsce, gdzie nie trzeba szukać egzotyki – wystarczy wstać wcześniej albo zostać chwilę dłużej na spacerze. Wschody i zachody słońca przypominają, że każdego dnia dzieje się coś pięknego, tylko trzeba chcieć to zobaczyć.

Partnerzy portalu:

Podlaskie drogi z klimatem – trasy, którymi warto się przejechać

Podlaskie drogi z klimatem – trasy, którymi warto się przejechać

Nie trzeba jechać daleko, by poczuć smak podróży. W Podlaskiem drogi same w sobie potrafią być celem – wiją się przez lasy, pola i doliny rzek, prowadząc przez małe wioski, gdzie czas płynie spokojniej, a widoki zmieniają się jak w filmie. Wystarczy zatankować i ruszyć bez pośpiechu – jesienią każda z tych tras nabiera jeszcze więcej uroku.

Jedną z piękniejszych dróg jest ta z Sokółki przez Dąbrowę Białostocką, Lipsk do Augustowa. Po drodze podziwiamy Wzgórza Sokólskie i Puszczę Augustowską. Kolejna trasa to Białystok – Supraśl – Krynki. Droga prowadzi przez Puszczę Knyszyńską i przypomina kadr z filmu – pełna światłocienia. To idealny wybór dla tych, którzy kochają podziwiać przyrodę. Szczególnie teraz jesienią, gdy na drzewach występuje cała ciepła paleta. Wystarczy jechać wolniej, delektując się widokiem drzew, które tworzą nad jezdnią naturalny tunel.

Warto też spróbować trasy Niemirów – Granne nad Bugiem, zahaczając od Drohiczyn i Mielnik. Po drodze można zatrzymać się na wielu punktach widokowych. Alternatywnie można pojechać z Ciechanowca przez Brańsk, Suraż, Łapy, Waniewo, Kurowo aż do Tykocina. Ta długa trasa pokaże nam niesamowite wiejskie widoki, cudowne jesienne krajobrazy, a przede wszystkim zamieni podróż w medytację. Bo podlaskie drogi nie służą do szybkiej jazdy – one uczą zwalniać. Bo tu nie chodzi o to, by jak najszybciej dotrzeć, tylko by po drodze naprawdę zobaczyć.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Zrób to jak dawniej – przetwory z Podlasia wracają do łask

Jesień w Podlaskiem to czas, gdy spiżarnie znowu wypełniają się po brzegi. W słoikach lśnią ogórki, papryka, buraczki, a na półkach dojrzewają kompoty i dżemy z późnych owoców. Choć kiedyś robienie przetworów było koniecznością, dziś coraz więcej osób wraca do tego zwyczaju z wyboru. To nie tylko sposób na zatrzymanie smaku lata, ale też na chwilę spokoju i poczucie, że robi się coś prawdziwego, własnymi rękami.

W Podlaskiem ten rytuał nigdy tak naprawdę nie zanikł. W wielu domach wciąż przygotowuje się tradycyjne kiszonki według rodzinnych receptur, przekazywanych z pokolenia na pokolenie. W beczkach fermentują kapusty, w glinianych garnkach – ogórki, a w piecach suszą się jabłka i grzyby. Coraz częściej młodzi ludzie odkrywają w tym dawnym rytuale coś więcej niż tylko zapasy na zimę – odkrywają spokój i sens prostego życia.

Na giełdzie w Białymstoku z kolei można dostać lokalne przetwory z podlaskich gospodarstw. Bez chemii, bez pośpiechu – z tym samym smakiem, jaki pamiętamy z dzieciństwa. Sok z aronii, miody, chrzany czy ogórki. To wszystko symbol jakości i powrotu do natury. Robienie przetworów to trochę jak zatrzymanie czasu – chwila, w której zapach owoców i ziół przypomina, że życie nie musi być szybkie, by było pełne. Może właśnie dlatego, w epoce gotowych produktów, coraz więcej osób sięga po słoiki, by znów poczuć radość z czegoś własnoręcznie stworzonego.

Partnerzy portalu:

Gdzie znaleźć ciszę? Podlaskie miejsca, w których naprawdę odpoczniesz.

Gdzie znaleźć ciszę? Podlaskie miejsca, w których naprawdę odpoczniesz.

W świecie, w którym ciągle coś dzwoni, gra, powiadamia i przeszkadza, cisza staje się luksusem. A jednak w Podlaskiem wciąż można ją znaleźć – prawdziwą, głęboką, niemal dotykalną. Wystarczy odjechać kilkanaście kilometrów od Białegostoku, by zniknęły dźwięki cywilizacji, a pozostał tylko szum drzew, skrzypienie drewnianych mostków i śpiew ptaków.

Jednym z takich miejsc jest Białowieski Park Narodowy – szczególnie o poranku, gdy mgły unoszą się nad parkiem pałacowym, a woda w stawach odbija kolory nieba. Słychać tylko plusk ryby i odgłos skrzydeł ptaków. Podobne wrażenie daje spacer po Puszczy Knyszyńskiej, zwłaszcza w rejonie Królowego Mostu, gdzie las zdaje się pochłaniać każdy dźwięk. Wystarczy zatrzymać się na chwilę, by poczuć, jak napięcie znika z ciała.

Ciszę można odnaleźć też w miejscach mniej znanych – jak w rezerwatach od Krzemianki, przez okolice Czarnej Białostockiej i Supraśla. To przestrzenie, w których nie ma ruchu turystycznego, nie docierają hałasy samochodów, a jedynym towarzyszem bywa czasem wiatr. W takich chwilach człowiek przypomina sobie, jak to jest po prostu być – bez pośpiechu, bez słów, w obecności natury.

Podlaskie nie potrzebuje wielkich atrakcji, by zachwycać. Wystarczy trochę spokoju, zapach wilgotnego mchu i cisza, która koi bardziej niż najdroższe wakacje. Jeśli szukasz odpoczynku, nie musisz jechać daleko. Wystarczy otworzyć mapę i znaleźć małą, zieloną plamkę – tam, gdzie kończy się asfalt, a zaczyna prawdziwy świat.

Partnerzy portalu:

Podlaskie w złotej odsłonie jesieni – spaceruj, póki słońce jeszcze grzeje

Podlaskie w złotej odsłonie jesieni – spaceruj, póki słońce jeszcze grzeje

Jesień rozgościła się w Podlaskiem na dobre, a tegoroczna naprawdę zachwyca. Wystarczy wyjść z domu, by zobaczyć, jak lasy i pola zamieniły się w malarski pejzaż – odcienie złota, czerwieni i pomarańczy tańczą na wietrze, a każdy krok pośród liści brzmi jak cichy koncert natury. To najlepszy moment, by na chwilę zwolnić, wziąć głęboki oddech i poczuć, jak słońce wciąż jeszcze delikatnie ogrzewa twarz.

Wystarczy krótki spacer po Puszczy Knyszyńskiej, wzdłuż Narwi czy po parkach miejskich, by zrozumieć, dlaczego właśnie jesień uchodzi za najbardziej fotogeniczną porę roku. Światło jest miękkie, powietrze czyste, a zapach wilgotnych liści i ziemi tworzy atmosferę, której nie da się odtworzyć o żadnej innej porze. W lesie słychać jeszcze ostatnie śpiewy ptaków przed odlotem, a przydrożne aleje klonów i lip zdają się płonąć w słońcu.

To także czas, kiedy warto oderwać się od ekranu i ruszyć na szlak – nawet krótki spacer wokół wsi, po ścieżkach Biebrzańskiego Parku Narodowego czy bulwarami w Supraślu może działać jak najlepsza terapia. Nie trzeba planować długiej wyprawy – wystarczy pół godziny wśród drzew, by poczuć spokój i przypomnieć sobie, że piękno często jest tuż obok.

Zanim listopadowe deszcze zmyją kolory, wykorzystajmy każdą słoneczną chwilę. Złota jesień nie trwa długo – ale wspomnienia spacerów wśród czerwonych liści zostaną na długo.

Partnerzy portalu:

Więcej pociągów z Podlasia na Litwę. Za kilka lat także bez zmiany pociągu.

Więcej pociągów z Podlasia na Litwę. Za kilka lat także bez zmiany pociągu.

Dobre wieści dla podróżnych z Podlaskiego i wszystkich, którzy wybierają kolej na trasie do naszych północnych sąsiadów. Od nowego rozkładu jazdy (zmiany są w połowie grudnia) liczba połączeń między Polską a Litwą wzrośnie trzykrotnie. Zamiast jednego pociągu dziennie, z Białegostoku i Suwałk do Wilna będzie można dojechać aż trzema składami. Oprócz dobrze znanej „Hańczy” (Kraków – Wilno przez Warszawę, Białystok i Kowno), na tory wyjedzie również „Wigry” (Szczecin – Poznań – Warszawa – Białystok – Wilno) oraz nowy, krótszy kurs „Jaćwing” na trasie Suwałki – Wilno.

Wszystkie pociągi, tak jak dotychczas, będą wymagały przesiadki w litewskiej Mockavie, gdzie podróżni przechodzą z polskiego składu na szerokotorowy pociąg litewskich kolei LTG Link. Jednak czas przejazdu z Warszawy do Wilna ma się skrócić o około godzinę dzięki lepszej koordynacji przesiadki i temu, że składy „Hańcza” i „Wigry” pokonają odcinek Warszawa – Białystok bez dodatkowych postojów.

Tymczasem za północno-wschodnią granicą prace nad europejską magistralą Rail Baltica wchodzą w decydującą fazę. Na Litwie rozpoczęto już układanie szyn na pierwszych odcinkach nowej linii, m.in. w rejonie Janowa. Do końca roku powstanie niemal dziewięciokilometrowy fragment toru między miejscowościami Šveicarija i Žeimiai, a roboty ziemne i budowa obiektów inżynieryjnych toczą się na ponad 100 kilometrach trasy z Kowna w kierunku Poniewieża.

Rail Baltica to projekt, który całkowicie odmieni podróże między Polską a krajami bałtyckimi. Do 2030 roku powstanie 870 kilometrów normalnotorowej linii kolejowej o europejskim rozstawie 1435 mm – 392 km na Litwie, 265 km na Łotwie i 213 km w Estonii. Tory będą przystosowane do prędkości 249 km/h, co pozwoli pociągom łączyć Warszawę, Białystok, Suwałki z Wilnem, Rygą i Tallinem bez żadnych zmian pociągów i w czasie krótszym niż kiedykolwiek wcześniej.

Dla Podlaskiego to ogromna szansa. Już dziś region staje się ważnym węzłem na szlaku północ–południe, a zwiększona liczba połączeń do Wilna to krok w stronę przyszłej, nowoczesnej kolei dużych prędkości. Do momentu, gdy Rail Baltica będzie gotowa, warto jak najintensywniej rozwijać obecne połączenia – tak, by podróżni z Podlasia coraz częściej wybierali pociąg nie tylko do stolicy Litwy, ale i dalej – ku krajom bałtyckim.

Partnerzy portalu:

Bezmyślni dziennikarze straszą wojną w Podlaskiem, bo to się „klika”. Region ponosi realne straty.

Bezmyślni dziennikarze straszą wojną w Podlaskiem, bo to się „klika”. Region ponosi realne straty.

W ostatnich miesiącach media w Polsce znalazły sobie nowe złoto – Przesmyk Suwalski. Temat, który sprzedaje się znakomicie, bo łączy w sobie wszystko, co pobudza emocje: Rosję, wojnę i strach. Każdy, kto wrzuci do tytułu słowa „atak”, „napięcie” i „granica”, może liczyć na tysiące kliknięć. I nie ma znaczenia, że to czysta fantazja – ważne, że ludzie klikają, udostępniają, dyskutują. Strach się sprzedaje, a więc jest produkowany w masowych ilościach. Tyle że w tym wszystkim ginie rzeczywistość, a Podlaskie płaci za tą medialną zabawę bezmyślnych dziennikarzy realną cenę.

Nie ma żadnego zagrożenia dla Przesmyku Suwalskiego. Żadnego. Cała ta narracja o „możliwym ataku” to kompletne brednie, które może powtarzać tylko ktoś, kto nigdy nie spojrzał na mapę i nie ma pojęcia o tym, jak działa armia. Rosja nie może sobie po prostu „najechać” kawałka polskiego terytorium, jakby to była misja w grze komputerowej, gdzie klikamy obszar i wciskamy „atak”. W wojskowości liczy się logika działań i kolejność frontów. Dopóki trwa wojna na Ukrainie, Rosja jest związana tam w stu procentach. Nie ma „zapasowych” sił, zaplecza, ani logistyki, by otworzyć drugi front przeciwko NATO. Żeby w ogóle myśleć o jakimkolwiek ruchu w stronę Przesmyku Suwalskiego, musiałaby najpierw połknąć Ukrainę, potem zająć państwa bałtyckie, a dopiero później – może – rozważać jakieś działania w rejonie Przesmyku Suwalskiego – od strony Litwy. Atak na Polskę przez Suwałki bez zajętej Ukrainy i bez opanowanych krajów bałtyckich to wojskowy absurd, coś, co nie istnieje poza wyobraźnią redaktorów zafascynowanych mapami i czołgami w grach.

Tymczasem te medialne bzdury mają konkretne skutki. Na Podlasie – jeden z najpiękniejszych i najspokojniejszych regionów Polski – ludzie zaczęli rezygnować z wyjazdów, bo „tam może być wojna”. Trzeba wprowadzać bony turystyczne, żeby ratować całe branże. A wszystko dlatego, że medialni nabijacze klikania znalazło sobie sposób na dobry zarobek.

To, co robią media, jest w istocie działaniem przeciwko własnemu krajowi. Bo każdy taki artykuł o „zagrożeniu na wschodzie” uderza nie w Moskwę, tylko w Białystok, Suwałki i Augustów. Zamiast wzmacniać odporność psychiczną społeczeństwa, sieją lęk i nieufność. Zamiast promować Podlaskie jako bezpieczne i piękne, tworzą z niego strefę strachu. Tymczasem tu nikt nie słyszy huku armat, tylko klangor żurawi czy klekot bocianów. Wybrzmiewa też cisza lasu w Puszczy Augustowskiej.

Nie da się zakazać mediom pisania głupot, ale można przestać je nagradzać kliknięciami. Dopóki ludzie będą klikać w każdy tytuł o zagrożeniu w Przesmyku Suwalskim, dopóty te teksty będą powstawać. A więc to od nas zależy, czy pozwolimy się straszyć. Podlasie potrzebuje dziś nie paniki, tylko zdrowego rozsądku. Bo prawdziwe zagrożenie nie nadchodzi ze wschodu, tylko z telewizora i portali, które dawno pomyliły informowanie z sianiem lęku.

Przesmyk Suwalski nie jest żadnym punktem zapalnym, tylko kawałkiem spokojnej ziemi w sercu Europy. Ale jeśli dalej będziemy wierzyć mediom, które żyją z niepokoju, to sami zamienimy ten kraj w jeden wielki obóz strachu. A może lepiej po prostu przyjechać na Podlasie, usiąść nad jeziorem i przekonać się, że jedyne, co tu naprawdę wybucha – to śmiech wszystkich tych, którzy doskonale się bawią w regionie, gdy przełamią strach i przyjadą do nas w gości.

Zamiast bajek o wojnie, lepiej obejrzeć sobie piękną przyrodę z Przesmyku Suwalskiego.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Supraśl to miasteczko warte zwiedzania o każdej porze roku!

Supraśl to jedno z tych miejsc, które zachwycają od pierwszego wejrzenia – nie tylko urodą przyrody, ale też spokojem i klimatem, jakiego trudno dziś szukać w innych częściach Polski. Położony zaledwie kilkanaście kilometrów od Białegostoku, nad rzeką Supraśl, otoczony Puszczą Knyszyńską, przyciąga turystów szukających oddechu od zgiełku, kontaktu z naturą i autentycznego ducha Podlasia.

Spacerując po centrum miasteczka, można poczuć wyjątkową harmonię między kulturą prawosławną i katolicką, drewnianą architekturą dawnych willi i nowoczesnymi akcentami. Najbardziej rozpoznawalnym symbolem Supraśla jest oczywiście Monaster – jeden z najważniejszych zabytków prawosławia w Polsce. Jego monumentalna bryła, połączenie stylu obronnego i sakralnego, robi ogromne wrażenie, a znajdujące się w nim Muzeum Ikon z ekspozycją stanowi obowiązkowy punkt każdej wizyty.

Ale Supraśl to nie tylko historia i religia. Otaczająca miasto Puszcza Knyszyńska to raj dla miłośników spacerów, rowerów i kajaków. Szlaki piesze i rowerowe wiją się przez pachnące żywicą bory, a spływy rzeką Supraśl pozwalają zobaczyć okolicę z zupełnie innej perspektywy. Zimą natomiast okolice przyciągają amatorów narciarstwa biegowego – w Supraślu funkcjonują dobrze przygotowane trasy o różnym stopniu trudności. Oczywiście działają pod warunkiem, że spadnie śnieg.

Nie sposób pominąć również walorów kulinarnych tego miejsca. Supraśl to idealny przystanek dla smakoszy kuchni regionalnej – tu można spróbować kiszki ziemniaczanej, babki, kartaczy, a także innych tradycyjnych dań, które doskonale oddają wielokulturowy charakter Podlasia.

Supraśl ma w sobie coś, co sprawia, że każdy, kto tu przyjedzie, pragnie wrócić. To miasteczko, które nie goni za nowoczesnością, ale też nie zatrzymało się w czasie – rozwija się w rytmie natury, pozostając wierne swoim korzeniom. Spacer po nadrzecznym bulwarze, chwila ciszy w cieniu klasztornych murów, zapach lasu i smak lokalnych przysmaków – wszystko to sprawia, że Supraśl pozostaje w pamięci na długo. To nie tylko turystyczna atrakcja, ale prawdziwa oaza spokoju, w której można się zatrzymać, odpocząć i na chwilę zapomnieć o codzienności.

Partnerzy portalu:

Absurd budżetu obywatelskiego w Białymstoku

Absurd budżetu obywatelskiego w Białymstoku

Kończy się głosowanie na projekty Budżetu Obywatelskiego w Białymstoku, więc postanowiliśmy przyjrzeć się, co w tym roku znalazło się w puli do wyboru. I jak co roku – nie brakuje propozycji, które bardziej kompromitują władze miasta niż świadczą o kreatywności mieszkańców.

Pomysły mieszkańców nie są głupie. Wręcz przeciwnie, to sensowne i potrzebne postulaty. Absurd polega na tym, że w XXI wieku, w 2025 roku, białostoczanie muszą błagać urzędników o rzeczy, które dawno powinny być standardem w europejskim mieście. Bo jak inaczej nazwać sytuację, w której białostoczanie składają wnioski o nową linię BKM, budowę łączników rowerowych, oświetlenie chodnika (sic!), wymianę nawierzchni, wiaty śmietnikowe (sic!) czy rozbudowę parkingu? To nie są „obywatelskie inicjatywy” – to zwykłe obowiązki miasta, które próbuje przerzucić swoją odpowiedzialność na mieszkańców, udając przy tym, że „wsłuchuje się w ich głos”.

Na osobną uwagę zasługuje projekt budowy drogi łączącej ulicę Wołodyjowskiego z terenem szpitali klinicznych. To groteskowe, że Budżet Obywatelski staje się pośrednikiem między władzami szpitala a urzędem miasta. Jeśli dojazd do szpitala wymaga plebiscytu, to znaczy, że coś w systemie zarządzania miastem jest poważnie nie tak.

Europejskie standardy miejskie to infrastruktura rowerowa, bezpieczne i oświetlone chodniki, dostępny transport publiczny, porządek i estetyka przestrzeni. To nie powinno być luksusem ani łaską władzy, lecz oczywistością. Budżet obywatelski służy rozwojowi, a nie nadrabianiu zaległości.

Budżet Obywatelski miał być narzędziem wzmacniającym obywatelskość, a nie listą wstydu pokazującą, gdzie miasto nie wykonało swojej pracy. Pierwszym krokiem powinno być uczciwe rozdzielenie zadań: samorząd zajmuje się tym, co jest jego obowiązkiem, a mieszkańcy – tym, co naprawdę jest społeczną inicjatywą. Dopiero wtedy Budżet Obywatelski przestanie być protezą i zacznie mieć prawdziwe swoje znaczenie.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Podlaska wieś – czy tu diabeł mówi dobranoc? W niektórych miejscach z pewnością.

Jeżdżą kamperem po Polsce i odwiedzają zarówno znane, jak i mniej oczywiste miejsca. Tym razem zatrzymali się w Podlaskiem, aby przyjrzeć się bliżej wioskom i miasteczkom naszego regionu. Na swoim kanale pokazali zarówno perełki turystyczne, jak i miejsca, które wciąż pozostają na uboczu. Mową o YouTuberach – TaniePodróżovanie.

Pierwszym punktem podróży była Kraina Otwartych Okiennic, czyli Soce, Trześcianka i Puchły – wioski znane z kolorowych drewnianych domów i bogatych zdobień. To właśnie tu można poczuć klimat dawnej architektury i zobaczyć wyjątkowy charakter Podlasia. Następnie zatrzymali się w Skicie Świętych Antoniego i Teodozjusza Pieczerskich w Odrynkach, jedynym prawosławnym skicie w Polsce. Miejsce to, położone na rozlewiskach Narwi, zachwyca spokojem i duchową atmosferą.

Nie zabrakło także wizyty w Jałówce, gdzie stoją malownicze ruiny kościoła św. Antoniego. Kolejne etapy to ukryte w lasach podlaskie wsie, a także przygraniczne Mostowlany i miejscowości nad rzeką Świsłocz, które leżą tuż przy samej granicy. Youtuberzy pokazali również Bobrowniki z nieczynnym przejściem granicznym i charakterystyczną bramą MIR.

Podróż nie mogła ominąć Kruszynian – tatarskiej wsi słynącej z meczetu i mizaru. To miejsce, w którym można poznać historię i kulturę polskich Tatarów. Później odwiedzili tajemniczy Wierszalin, dawną osadę proroka Eliasza Klimowicza, gdzie do dziś krążą legendy o niezwykłych wydarzeniach. Na trasie znalazły się także Krynki, miasteczko przy granicy z największym rondem w Polsce, oraz niezwykłe źródło „Krzywa Rura”, znane ze swojego nietypowego, wygiętego kształtu.

Cała podróż TaniePodróżovanie to barwny przegląd miejsc, które pokazują różnorodność Podlasia – od zabytków, przez naturę, aż po ślady wielokulturowej historii regionu. Obejrzyjcie sami!

Partnerzy portalu:

68 milionów złotych w błoto. Więcej głupoty niż autobusów.
Przez głupotę wójtów, autobusy będą stały, chociaż mogłyby wozić ludzi.

68 milionów złotych w błoto. Więcej głupoty niż autobusów.

Zdrowie, kultura czy transport pasażerski — to nie są biznesy życia. To są przeważnie zadania samorządowe, czyli takie, które z definicji nie muszą się spinać budżetowo. A mimo to samorządy  prowadzą je przez spółki prawa handlowego. A spółka, jak to spółka — musi być na plusie. No i wtedy zaczyna się problem.

Weźmy przykład z naszego podwórka. Od 1 października w powiatach wysokomazowieckim i zambrowskim kilka linii autobusowych PKS Nova znika z mapy. Dlaczego? Bo prawie nikt nie jeździ. A jak prawie nikt nie jeździ, to przewóz jest nierentowny. A jak jest nierentowny, to spółka akcyjna musi go zlikwidować, bo przecież akcjonariusze nie żyją z powietrza. Brzmi logicznie, prawda? Tylko że tu logika uderza w pasażerów.

Ironia polega na tym, że właścicielem PKS Nova jest… Województwo Podlaskie. Czyli de facto państwowa instytucja jest prywatnym przewoźnikiem. A gdyby transportem zajmował się po prostu Departament Infrastruktury i Transportu w urzędzie marszałkowskim, to nie byłoby żadnego wymogu „opłacalności”. Autobus by po prostu jechał — choćby i z trzema pasażerami na pokładzie. Poza tym pasażerów byłoby zdecydowanie więcej, bo gdy nie musimy być rentowni, nie ma znaczenia też cena biletu. Może go w ogóle nie być.

Nawet w tych najmniejszych gminach, gdzie dziś pies z kulawą nogą nie wsiada, nagle okazałoby się, że mieszkańcy jednak „chcą jeździć”, tylko niekoniecznie za cenę biletu droższą niż litr benzyny. Studenci, emeryci, dzieciaki jadące do szkoły, a nawet sąsiad, który od lat nie opuszczał wsi — wszyscy by wsiedli. I nie trzeba do tego wielkiej ekonomii: wystarczy przestać udawać, że autobus to biznes życia.

Na papierze siatka podlaskich połączeń wygląda przyzwoicie: do każdej większej miejscowości dojedziemy. Ale województwo to nie tylko miasta. To aż 119 gmin, z czego 80 to gminy wiejskie. I nagle czar pryska. Autobusu nie zobaczą mieszkańcy Płaskiej, Wyszek, Narewki, Grabowa, Krypna, Trzciannego, Nowego Dworu czy Szudziałowa. Nie dojedzie też nic do Krynek, choć to gmina miejsko-wiejska. A w gminach przyklejonych do Białegostoku rządzi komunikacja miejska.

Gdyby PKS Nova był faktycznie prywatny, bez nadzoru z urzędu marszałkowskiego, to zapewne kursów byłoby jeszcze mniej. Prywatny przewoźnik wozi tam, gdzie się opłaca. I tylko tam. Zajrzyjcie do rozkładów jazdy innych przewoźników, naprawdę prywatnych — cudów nie ma.

No dobrze, ale przecież państwo coś z tym robi. I faktycznie — istnieje Fundusz Rozwoju Przewozów Autobusowych. Brzmi poważnie: rząd dopłaca gminom, żeby organizowały kursy tam, gdzie się nie opłaca. Czyli w końcu ktoś pomyślał, że komunikacja to nie tylko rachunek zysków i strat, ale też… ludzie. Pieniądze więc są, miliony leżą na stole. Tylko co robią gminy? Ano nic. W 2023 roku wykorzystano zaledwie 31 proc. środków. W 2024 roku — 33 proc. Efekt? 68 milionów złotych poszło do innych województw.

I tak dochodzimy do sedna. Gdy wójtowie będą przed Wami rozkładać ręce i mówić „nie da się”, a autobusy od 1 października po prostu nie wyjadą, to już będziecie wiedzieć kto jest winny. Ten sam co rozkłada ręce. Ludzie zostają bez dojazdu do pracy, szkoły czy lekarza. A winę można by zrzucić na spółki, na przepisy, na rentowność. Ale prawda jest prostsza: to zwyczajna głupota wójtów.

A teraz wyobraźmy sobie, że te 68 milionów złotych, które lekką ręką oddaliśmy innym województwom, zostałoby wrzucone w siatkę połączeń wieś–miasto–duży węzeł transportowy. Zamiast kombinować, błagać sąsiada o podwózkę, ludzie mieliby normalny autobus rano i drugi powrotny. Dzieciaki dojechałyby do szkoły, starsi do lekarza, a pracujący – do zakładów pracy czy biur. Do tego zyskałyby same miasta, bo ruch i życie społeczne nie kończyłyby się na granicy gminy. Województwo zaczęłoby oddychać jak jeden organizm – wieś i miasto przestałyby być oddzielnymi światami, a stałyby się częściami jednej całości. I wszystko to za pieniądze, które i tak już były, tylko ktoś postanowił, że „nie warto sięgać”.

Partnerzy portalu:

Co roku to samo! Wilki zagryzają zwierzęta gospodarskie, a rolnicy nic z tym nie robią.

Co roku to samo! Wilki zagryzają zwierzęta gospodarskie, a rolnicy nic z tym nie robią.

W przyrodzie powtarzające się cykle to chyba coś, o czym wie każde dziecko. A już na pewno wiedzą rolnicy. Bowiem kalendarz prac jest zawsze od lat taki sam. Tak samo co roku pewne jest, że rodzą się w lasach nowe dzikie zwierzęta. Niektóre niszczą uprawy (żubry, łosie, dziki), inne podtapiają pola (bobry), a jeszcze inne zagryzają zwierzęta gospodarskie pozostawianie na polu (wilki). I co roku te same problemu powodują wybuch tych samych dyskusji – strzelać i dziesiątkować czy chronić.

Tym razem skupmy się na samych wilkach, bo to one budzą najwięcej emocji. Towarzyszą człowiekowi już od małego w bajkach jako te, które pożerają babcię, napadają na Akademię Pana Kleksa i złowrogo wyją do pełni księżyca. Tymczasem wilki to takie same dzikie zwierzęta jak inne żyjące w lasach. Panicznie boją się człowieka i żeby zrobić im zdjęcie, trzeba skutecznie zamaskować swój zapach i dość długo czatować w ukryciu. Wilki są w Polsce pod ścisłą ochroną, co nie podoba się lobby myśliwskiemu, które najchętniej by je zabijało. Nie dość, że to byłyby w kolekcji trofeów, to jeszcze zlikwidowano by konkurencję, bo wilki w lasach dokładnie robią to samo co myśliwi – kontrolują populację innych zwierząt poprzez zjadanie chorych i starych osobników.

Co roku w polskich lasach rodzą się młode wilki. To naturalny cykl życia – wiosną przychodzą na świat szczenięta, które w pierwszych miesiącach są karmione i pilnie strzeżone przez matkę oraz ojca. Z czasem jednak zaczynają dorastać i przychodzi moment nauki. W świecie wilków oznacza to pierwsze, jeszcze nieporadne polowania. Co ważne, w wychowaniu uczestniczy całe stado – nie tylko rodzice, ale też starsze rodzeństwo czy ciotki, bo u wilków młode ma zazwyczaj tylko jedna para w grupie.

Kiedy przychodzi pora na szkolenie łowieckie, młode wilczki potrzebują łatwych ofiar. Naturalnym wyborem stają się zwierzęta gospodarskie pozostawiane bez opieki na polach i łąkach. To właśnie wtedy zaczynają się konflikty z człowiekiem. Rolnicy, widząc stratę w stadzie owiec czy cieląt, reagują gniewem. Trudno się dziwić – nikt nie lubi patrzeć, jak jego praca idzie na marne.

Problem w tym, że zamiast stosować środki ochronne – takie jak ogrodzenia elektryczne czy nocne zagrody – wielu gospodarzy wybiera prostszą drogę: obarczenie winą wilków. I tutaj na scenę wkracza wspomniane lobby myśliwskie, które chętnie podsyca emocje. Historie o „krwiożerczych bestiach” pojawiają się w mediach, a wraz z nimi postulaty polowań na wilki. Choć gatunek ten w Polsce objęty jest ścisłą ochroną, presja na jego odstrzał pojawia się co roku.

Z drugiej strony są przyrodnicy, którzy przypominają, że wilk pełni w ekosystemie rolę nie do przecenienia. Jest regulatorem liczebności zwierząt kopytnych – jeleni, saren czy dzików. To właśnie one, jeśli ich populacja wymknie się spod kontroli, potrafią wyrządzić ogromne szkody w lasach, obgryzając młode drzewa i niszcząc naturalne odnowienia.

Polska historia zna przykłady, kiedy eliminacja wilka prowadziła do całkowitego wytrzebienia wilka. Tam, gdzie zniknął, szybko doszło do rozrostu populacji roślinożerców. Skutek? Zniszczone młodniki, ubożenie lasów i konieczność prowadzenia kosztownych „gospodarczych” redukcji przez człowieka. I to jest moment, w którym myśliwi otwierają szampana – bo pracy przy „kontrolowaniu” zwierzyny nagle przybywa.

Cała ta sytuacja prowadzi do prostego wniosku: kiedy człowiek próbuje samodzielnie regulować przyrodę, zazwyczaj wychodzi to na złe. Wilk nie jest wrogiem rolnika, a sojusznikiem lasu i strażnikiem równowagi. Zamiast więc powtarzać medialne opowieści o zagryzionych owcach, warto zrozumieć, że przyroda rządzi się swoimi prawami – i to one powinny być dla nas najważniejsze.

Partnerzy portalu:

Powstał Ośrodek Sportowy Zawady. Takich miejsc w Białymstoku jeszcze sporo brakuje.

Powstał Ośrodek Sportowy Zawady. Takich miejsc w Białymstoku jeszcze sporo brakuje.

Na początku października ruszy Ośrodek Sportowy Zawady, gdzie białostoczanie będą mogli grać w piłkę nożną, padla, a nawet golfa. Zarządzać nowym obiektem będzie BOSiR, czyli ośrodek odpowiedzialny za plażę w Dojlidach, lodowisko, baseny miejskie czy stadion lekkoatletyczny. Mimo że inwestycję wiele osób zdążyło już okpić ze względu na snobistycznego golfa, to tak naprawdę najważniejszym elementem ośrodka jest boisko Orlik.

Mało kto wie, że tego typu obiektów w Białymstoku dramatycznie brakuje. Pisząc „dramatycznie”, mamy na myśli sytuację, w której jest gigantyczne zapotrzebowanie na Orliki, by obsłużyć wszystkie szkółki piłkarskie w mieście, zaś obecne obiekty pracują od rana do wieczora w pełnym obłożeniu. Jeżeli ktoś chciałby pograć rekreacyjnie, musi szukać boisk poza Białymstokiem. Dlatego najnowsza inwestycja to kropla w morzu potrzeb najmłodszych. Szkółki piłkarskie powstają bowiem z myślą o dzieciach z podstawówek — po to, by jako nastolatkowie mogli zostać pełnoprawnymi piłkarzami.

Na terenie Ośrodka Sportowego Zawady do dyspozycji mieszkańców Białegostoku od 4 października będą: budynek z częścią szatniową, sanitarną i gastronomiczną, boisko typu Orlik z dodatkowym placem do rozgrzewki, cztery korty padla wraz z zadaszeniem oraz akademia golfa. Aby skorzystać z oferty Ośrodka Sportowego Zawady, wystarczy wcześniejsza rezerwacja i opłacenie użytkowania wybranego kortu lub boiska. Można tu także wypożyczyć sprzęt do gry. Wszystko obsługuje portal miejskoaktywni.pl.

Partnerzy portalu:

Śmiech na sali! Narwiański Park Narodowy biernie patrzy na śmierć Narwi i jednocześnie inwestuje w nowe atrakcje.
Tak ma wyglądać kładka

Śmiech na sali! Narwiański Park Narodowy biernie patrzy na śmierć Narwi i jednocześnie inwestuje w nowe atrakcje.

Narwiański Park Narodowy ma dla nas wielką nowinę: w Kurowie powstanie nowa kładka, wieża widokowa, kosze na śmieci, ławki, lunety i nawet transmisja online. W skrócie – Disneyland na bagnach. Wszystko pięknie, gdyby nie jeden drobiazg: Narew właśnie umiera. Ale kogo to obchodzi, skoro można się pochwalić nową „atrakcją”?

Rzeka, która przez wieki była źródłem życia, dzisiaj zamienia się powoli w rowy pełne zamulonej brei, a przyczyna tego dramatu jest oczywista: zapora w Siemianówce. Woda tam odparowuje w gigantycznych ilościach, a rozlewiska Narwi wysychają. Podlaski ekosystem kona w milczeniu. A co robi Narwiański Park Narodowy, powołany do ochrony przyrody? Zajmuje się projektowaniem kładki wśród bagien, które znikną zaraz po tym, gdy zniknie Narew.

Siemianówka do natychmiastowej likwidacji! Pogrzeb Narwi już się zaczął.

Zamiast bić na alarm, organizować konferencje, wywierać presję na władze (Wody Polskie) i mobilizować opinię publiczną, dyrekcja Parku rozrysowuje dokumentację do przetargu. Cisza, spokój, żadnych kłopotliwych pytań, żadnego wchodzenia w konflikt. Trzymanie się ciepłego stołka to najlepsze co im wychodzi. Zamiast walczyć o życie rzeki, wolą deski i kosze na śmieci, projektować tablice informacyjne. Czyli mamy mieć Narwiański Park Narodowy – bez Narwi, ale za to z tablicą edukacyjną o tym, jak kiedyś było.

Wyobraźmy sobie turystę w 2027 roku. Stoi na nowej kładce, spogląda przez świeżo zamontowaną lunetę i co widzi? Łąkę. Może rowek z wodą. Może wysuszoną trawę i puste niebo, bo ptaki dawno przeniosły się tam, gdzie rzeki jeszcze istnieją. Ktoś zapyta: „Po co wydawać miliony na kładkę, jeśli sama atrakcja – rzeka – znika?”. Odpowiedź jest prosta: bo łatwiej budować mosty nad pustką niż mosty do prawdy.

Nowa kładka będzie więc nie tylko „atrakcją turystyczną”. Będzie pomnikiem nieudolności i milczącej zgody na śmierć Narwi. Pomnikiem, na którym można sobie zrobić selfie, wrzucić na Instagram i napisać: „Byłem nad rzeką, której już nie ma”. Idealny symbol naszych czasów – kiedy zamiast ratować przyrodę, fundujemy sobie jej atrapę. Można by rzec: Narwiański Park Narodowy staje się pionierem. Pierwszym parkiem narodowym w Europie, który specjalizuje się nie w ochronie przyrody, lecz w ochronie… pozorów.

Partnerzy portalu:

I Retro Piknik Rodzinny „Zakręceni na Podlasiu”. PKS będzie świętować 80-lecie.

I Retro Piknik Rodzinny „Zakręceni na Podlasiu”. PKS będzie świętować 80-lecie.

Z okazji jubileuszu 80-lecia spółka PKS Nova organizuje Retro Piknik Rodzinny, który odbędzie się 20 września 2025 r. Wydarzenie zostało przygotowane z myślą o miłośnikach motoryzacji, osobach ceniących retro klimat oraz rodzinach, które będą chciały wspólnie spędzić czas i radośnie zakończyć lato. Piknik odbędzie się w Ogrodach Pałacu Branickich.

Piknik to doskonała okazja do sentymentalnej podróży w czasie, w którą zabiorą uczestników: PKS Nova, Klub Miłośników Komunikacji Miejskiej w Białymstoku, Komunalne Przedsiębiorstwo Komunikacyjne w Białymstoku i Stowarzyszenie Miłośników Starej Motoryzacji „Moto Retro”.

Impreza główna w godzinach 12:00-18:00

Na odwiedzających czeka bogaty program atrakcji, m.in.:

  • wystawa zabytkowych samochodów i autobusów
  • stoisko PKS z kronikami pracowniczymi dokumentującymi historię przedsiębiorstwa,
  • stoiska z regionalnymi smakołykami i rękodziełem,
  • strefa zabaw dla dzieci z dmuchańcami i animacjami oraz strzelnica
  • konkurs wiedzy o PKS z nagrodami
  • wieczorne kino plenerowe w wyjątkowej scenerii ogrodów (film Król Lew) od 18:30

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Wrócili na Podlasie po 9 latach. Co się zmieniło?

Wideoblogerzy Wędrowne Motyle wrócili na Podlasie po dziewięciu latach. Odwiedzili Tykocin, Narwiański Park Narodowy, Suraż, Krainę Otwartych Okiennic, Skit w Odrynkach, Siemianówkę, Białowieski Park Narodowy, Kleszczele i Grabarkę. Od razu odpowiadamy na pytanie z tytułu – czy coś się zmieniło? Z naszej perspektywy praktycznie nic. Wszystko wygląda dokładnie tak, jak było, z jedną małą różnicą.

Turyści odwiedzili kładkę Waniewo–Śliwno, z której jednak nie mogli skorzystać, ponieważ w rzece jest zbyt mało wody. Problem w tym, że to zjawisko postępuje i niewiele osób decyzyjnych się nim przejmuje. Jeśli tak dalej pójdzie, za kolejne dziewięć lat w tym miejscu może być już tylko pastwisko. Bez Narwi nie będzie też ludzi w okolicy, bo woda to życie. Tak oczywiste stwierdzenie trzeba przypominać, bo urzędnicy najwyraźniej myślą, że woda pojawia się samoistnie w kranie.

Wracając do wycieczki Wędrownych Motyli – bardzo dobrze, że odwiedzili też Suraż. To jedno z najmniejszych miast w Polsce, często niesłusznie pomijane. Dawniej było świetnym miejscem do kajakowania, dziś przy obecnym stanie Narwi można wręcz szorować po dnie. Za to cała okolica nieodmiennie kojarzy się z Konopielką. Pochodzący stąd Edward Redliński napisał tu świetne dzieło. Jeśli po jego lekturze chcecie poczuć się jak w Taplarach – koniecznie wybierzcie się do Suraża, a następnie ruszcie Szlakiem Konopielki.

Jedno jest pewne – Podlasie wciąż pozostaje doskonałym kierunkiem turystycznym. Jest tu co podziwiać, co zjeść, gdzie odpocząć i się wyciszyć. Jedynie przyroda zaczęła się degradować, ale kto wie – może kiedyś ktoś kompetentny zajmie się i tym problemem, aby ratować nasze ukochane Podlasie.

Partnerzy portalu:

Rezerwaty przyrody w Białymstoku i okolicach – zielone oazy na wyciągnięcie ręki

Rezerwaty przyrody w Białymstoku i okolicach – zielone oazy na wyciągnięcie ręki

Kiedy opuszcza się centrum Białegostoku, po kilkunastu minutach jazdy samochodem lub rowerem zaczyna się zupełnie inny świat. Miasto, choć największe w regionie, ma to szczęście, że otoczone jest terenami, które zachowały naturalny charakter i stanowią enklawy spokoju. Rezerwaty przyrody w okolicach Białegostoku są jak zielone pokoje, do których można wejść, by odetchnąć od codzienności, usłyszeć szum drzew i poczuć zapach wilgotnej ziemi. Nie trzeba planować dalekiej wyprawy – te miejsca znajdują się niemal pod ręką, a każdy z rezerwatów ma nieco inne oblicze i zaprasza do innej formy odkrywania.

Jednym z takich rezerwatów jest Las Zwierzyniecki, położony w mieście. To miejsce szczególne, bo pełni rolę pomostu pomiędzy miejskim rytmem a ciszą natury. Ścieżki wiją się tutaj wśród starych drzew, a o każdej porze roku można spotkać spacerowiczów, biegaczy czy rodziny z dziećmi. Jesienią las mieni się kolorami, latem daje chłód i wytchnienie. Choć leży tak blisko bloków i ulic, wrażenie jest takie, jakby znajdowało się na uboczu, z dala od zgiełku.

Nieco dalej, w kierunku północnym, znajduje się rezerwat Antoniuk. To teren mniej znany, a przez to spokojniejszy. Nie przyciąga tłumów, co sprawia, że można tu poczuć prawdziwy oddech przyrody. Ścieżki prowadzą między podmokłymi zagłębieniami, a wiosną i latem słychać koncert żab i ptaków. To dobre miejsce dla osób, które chcą odetchnąć w samotności, z dala od głównych traktów turystycznych. Sam spacer staje się tu przygodą, bo nie wszystko jest przygotowane tak jak w miejskim parku – bardziej przypomina to wejście w mały fragment dzikiego świata.

Tuż obok Białegostoku zaczyna się również ogromny kompleks Puszczy Knyszyńskiej, a w jej obrębie znajduje się kilka rezerwatów, które stanowią naturalne przedłużenie miejskich lasów. To już nie tylko spacery, ale także możliwość dłuższych wypraw pieszych i rowerowych. W takich miejscach człowiek czuje, że naprawdę wychodzi poza miasto – ścieżki prowadzą daleko, a krajobraz zmienia się w zależności od tego, którą stronę wybierzemy. Dla wielu mieszkańców to właśnie te rejony są weekendowym azylem, gdzie można spędzić cały dzień wędrując, zbierając grzyby czy po prostu siedząc na polanie. Wystarczy ruszyć w kierunku Wasilkowa bądź Supraśla, by poczuć piękno otaczającej Puszczy Knyszyńskiej. Można też połączyć w dłuższą wycieczkę podróż od Czarnej Białostockiej, przez Supraśl, Kołodno, aż po Wyżary. Praktycznie nie wychodząc z lasu.

Rezerwaty wokół Białegostoku nie mają monumentalnego charakteru wielkich parków narodowych, ale ich siłą jest dostępność. Można wyjść z domu i w ciągu krótkiego czasu znaleźć się w miejscu, gdzie czas płynie inaczej. To idealne przestrzenie na krótką wycieczkę, spacer po pracy, rodzinny piknik czy samotną przechadzkę. W przeciwieństwie do odległych atrakcji turystycznych, nie wymagają planowania i skomplikowanej logistyki. Wystarczy para wygodnych butów, termos z herbatą i chęć, by choć na chwilę zamienić miejski krajobraz na zielone ścieżki.

Wizyta w takich rezerwatach przypomina też, że Białystok jest miastem szczególnym. Jego tożsamość łączy miejską nowoczesność z bliskością natury. To rzadkie połączenie sprawia, że mieszkańcy mogą żyć w dużym ośrodku, a jednocześnie nie tracą kontaktu z lasem, rzeką czy polaną. To codzienny luksus, którego nie docenia się, dopóki nie porówna się go z innymi miastami.

Partnerzy portalu:

Voyager kontra PKS Nova. Pasażer zawsze przegrywa.
fot. PKS Nova

Voyager kontra PKS Nova. Pasażer zawsze przegrywa.

Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda normalnie: na tabliczce jest rozkład, pasażerowie stoją w kolejce, autobus zbliża się do przystanku. Po chwili jednak pojawia się drugi autobus, w tym samym kierunku, niemal o tej samej porze. Wiezie powietrze. I tak kilka razy dziennie. A potem w rozkładzie mamy kilkadziesiąt minut „dziury” bez kursu.

Od lat na trasach w Podlaskiem, m.in. Białystok–Hajnówka, kursują równolegle PKS Nova i prywatny przewoźnik Voyager Trans. Obie firmy mają własne rozkłady, sprzedają bilety, dysponują pozwoleniami. Problem nie w tym, że jeżdżą — tylko w tym, jak te rozkłady są do siebie ułożone. W praktyce bywa, że odjazdy obu przewoźników przypadają niemal na tę samą godzinę. W zasadzie często pierwszy podjeżdża Voyager. To strategia zgodna z prawem, choć budząca wątpliwości z punktu widzenia pasażera.

Z perspektywy pasażera kursy powinny być równomiernie rozłożone w czasie. Problem polega na tym, że obecnie nie istnieje żaden mechanizm, który z góry rozdzielałby kursy „po równo” albo w większych odstępach, tak aby pasażer miał odjazd co 30 minut, zamiast dwóch autobusów „pod rząd”. Prowadzi to do marnotrawienia zasobów: zamiast obsłużyć pasażerów w sposób równomierny i bardziej dostępny, jeden autobus jedzie przepełniony, a drugi pusty.

Od razu zaznaczmy: nie jest to afera polegająca na łamaniu przepisów, bo prawo dopuszcza równoległe kursy. Przewoźnicy składają wnioski o zezwolenia, uzgadniają dostęp do przystanków, spełniają wymogi formalne — i jeżdżą. Problem w tym, że nikt nie układa wspólnej układanki. A pasażer płaci dwa razy — najpierw biletem, a potem podatkami, gdy sejmik dotuje PKS Nova, które w tym układzie ponosi straty.

W samych suchych danych nie widać „stłoczeń” jak na dłoni, bo rozkłady są rozproszone po różnych serwisach. Ale gdy weźmiemy tablicę porannych i popołudniowych odjazdów, układa się obraz zbyt małych odstępów między kursami konkurencyjnych firm.

Dlaczego tak się dzieje?

Problem tkwi w tym, że nikt nie koordynuje „siatki” odjazdów. Dzisiejsze przepisy gwarantują możliwość legalnego wejścia na trasę, ale nie narzucają minimalnego odstępu czasowego między konkurencyjnymi kursami na tej samej linii. To oznacza, że przewoźnik może „ustawić się” kilka minut przed konkurentem i jest to zgodne z prawem. Efekt uboczny? Zamiast zwiększać łączną dostępność kursów w ciągu dnia, system generuje „piki i dziury”.

Teoretycznie ludzie wybierają portfelem, ale w praktyce oba podmioty świadczą identyczną usługę, więc można próbować konkurować ceną biletu albo godzinami odjazdów. Problem w tym, że ani jedno, ani drugie nie poprawia komfortu pasażera. Ten nie potrzebuje dwóch autobusów o 7:40 i 7:45. Potrzebuje jednego o 7:40 i kolejnego o 8:10.

Z perspektywy rodzin, osób starszych czy dojeżdżających do pracy i szkół rytm kursów ma ogromne znaczenie. Gdy pojawiają się dwa pojazdy niemal naraz, a potem dłuższa przerwa, rytm się gubi. Pasażerowie, którzy nie są codziennymi bywalcami danej linii, tracą orientację.

Kto może z tym zrobić porządek?

Zacznijmy od tego, że problem nie jest nowy. Jest znany od wielu lat. I co? I nic. Politycy i samorządowcy są jak aligatory — szerokie paszcze, żeby wiele powiedzieć, ale rączki do roboty krótkie. A istnieją dwa sposoby rozwiązania tego problemu.

Mniej realny i bardziej realny. Ten mniej realny to zmiana ustawy. Tak, coś, co można zrobić w jedną noc (jak pokazały działania polityków PiS w przeszłości), w tym przypadku urasta do rangi nieosiągalnego. Zakazanie ustawą praktyki podjeżdżania kilka minut przed konkurencją zamknęłoby problem raz na zawsze. Ale, jak wspomnieliśmy, to rozwiązanie mniej realne. Szanse na wprowadzenie takiego zakazu są bliskie zeru. Dlaczego? Bo jeśli politycy zmieniają przepisy, to zwykle po to, aby na tym skorzystać. A kto przejmie się jakimś rozkładem jazdy?

Dlatego jest drugi sposób, bardziej realny. Marszałek województwa organizuje przewozy użyteczności publicznej i wydaje zezwolenia na przewozy regularne. Nie ma jednak narzędzi, by zmuszać przewoźników do układania rozkładów racjonalnie. Ale to, że ich nie ma, nie oznacza, że nie można ich stworzyć. Wystarczy decyzja sejmiku.

Jak się za to zabrać?

Należy pamiętać, że w hierarchii prawa ustawa stoi wyżej. Skoro zakazu w niej nie ma, sejmik nie może samodzielnie go wprowadzić. Istotny staje się jednak Regionalny Plan Transportowy Województwa Podlaskiego na lata 2021–2027. To strategiczny dokument, którego głównym celem jest poprawa dostępności komunikacyjnej regionu.

Wystarczy zaktualizować go o rozdział dotyczący koordynacji działań podmiotów zajmujących się transportem publicznym. Koordynacja polegałaby na synchronizacji rozkładów jazdy między przewoźnikami na podobnych trasach oraz na wprowadzeniu minimalnych zasad (np. określonego odstępu czasowego, kolejności kursów).

Dodanie zapisu w brzmieniu: „Organizator transportu wojewódzkiego, przy wydawaniu zezwoleń na przewozy regularne, zobowiązany jest do uwzględnienia zasady koordynacji rozkładów jazdy w interesie pasażerów” dałoby marszałkowi narzędzie pozwalające odmówić zatwierdzenia rozkładu w przypadku ewidentnych „podjazdów”, wskazując brak koordynacji jako przeszkodę.

Skoro to „takie łatwe”, dlaczego nikt tego nie robi?

Podstawową barierą jest wszechobecna bierność urzędników. Po co się wychylać i narażać na kłopoty? Dlatego inicjatywa musi wyjść z sejmiku lub zarządu województwa. Co ciekawe, w ostatnim czasie w sejmiku poświęcono wiele godzin dyskusji o PKS Nova. Nikomu jednak z „zatroskanych” nie przyszło do głowy, by rozwiązać akurat ten problem, który realnie poprawiłby sytuację — nie tylko budżet PKS Nova, ale także komfort pasażerów i przejrzystość rozkładów.

Partnerzy portalu:

Dlaczego nie warto biec po papier toaletowy, gdy nadlatują ruskie drony?

Dlaczego nie warto biec po papier toaletowy, gdy nadlatują ruskie drony?

W nocy z 9 na 10 września doszło do bezprecedensowej sytuacji – w polską przestrzeń powietrzną wleciały rosyjskie drony, część z nich od strony Białorusi. Te, które mogły stanowić zagrożenie, zostały zestrzelone przez polskie wojsko i sojuszników z NATO. Nie odnotowano ofiar wśród ludności cywilnej, a jedyne szkody ograniczyły się do fragmentów maszyn, które spadły na budynki i samochody. Rząd zwołał nadzwyczajne posiedzenie, a premier określił incydent mianem prowokacji.

Choć sytuacja była poważna, służby zadziałały szybko i skutecznie. Dlatego najważniejsze jest, aby społeczeństwo zachowało spokój. W takich momentach pojawia się naturalny niepokój, jednak panika – szczególnie w postaci masowego wykupywania makaronu czy papieru toaletowego jak w pandemii – jest całkowicie nieuzasadniona. Polska gospodarka funkcjonuje normalnie, dostawy do sklepów są zabezpieczone, a codzienne życie może toczyć się dalej bez zakłóceń.

Cywile powinni pamiętać o kilku podstawowych zasadach. Jeśli w okolicy znajdą fragment drona, należy natychmiast zgłosić to odpowiednim służbom i nie zbliżać się do znaleziska. Warto śledzić komunikaty władz i mediów publicznych, zamiast powielać niesprawdzone informacje w internecie. Szkoły i instytucje działają normalnie, a zamknięta czasowo przestrzeń powietrzna nad lotniskami nie wynikała z zagrożenia, a z ułatwieniu operacji polskiego wojska.

Z dzisiejszego zdarzenia płynie ważna lekcja: Polska nie jest bezbronna, a siły zbrojne i sojusznicy reagują błyskawicznie. Dlatego zamiast ulegać panice, lepiej zaufać procedurom i spokojnie kontynuować codzienne życie. Świadomość zagrożenia jest potrzebna, ale to rozsądek i opanowanie obywateli pozwalają zachować normalność nawet w obliczu prowokacji.

W takich chwilach szczególnie nie warto rzucać się na sklepy i masowo kupować makaronu, ryżu czy papieru toaletowego – to wyłącznie nakręca zbędną histerię i prowadzi do chaosu. Równie nierozsądne jest wykupywanie na zapas kilkunastu litrów oleju, cukru czy mąki, jakby jutro miało zabraknąć piekarni. Nie ma też sensu ustawiać się w długich kolejkach po benzynę, by zatankować każdy kanister, jaki znajdzie się w garażu. Paniczne wypłacanie wszystkich oszczędności z banku, tylko po to, by trzymać je w skarpecie, również niczego nie zabezpiecza – wręcz przeciwnie, zwiększa ryzyko strat. Tak samo nie pomoże chaotyczne gromadzenie świeczek, zniczy z cmentarza, przypadkowych konserw, które nikt w domu nie jada, ani kupowanie kolejnego telewizora „na wszelki wypadek”.

Niektórzy w emocjach próbują także pędzić na stacje kolejowe czy autobusowe, by „uciec gdziekolwiek” – a to tylko potęguje zamieszanie i utrudnia służbom pracę. Równie złym pomysłem jest rozsyłanie niesprawdzonych plotek (typu mój znajomy ma ciocię w ministerstwie) w mediach społecznościowych, straszenie sąsiadów „końcem świata” albo kupowanie w internecie domowych bunkrów i masek gazowych z niepewnego źródła. Wszystko to są reakcje impulsywne, które nie podnoszą bezpieczeństwa, a jedynie wywołują poczucie chaosu i bezradności.

Partnerzy portalu:

Zwiedzanie białostockich cerkwi – duchowość i architektura miasta wielu wyznań

Zwiedzanie białostockich cerkwi – duchowość i architektura miasta wielu wyznań

Kiedy przyjeżdża się do Białegostoku po raz pierwszy, trudno nie zwrócić uwagi na kształty kopuł, które wznoszą się ponad dachami miasta. Hełmy niektórych cerkwi połyskują w słońcu, przypominając, że stolica Podlasia od wieków była miejscem spotkania kultur i religii. Choć miasto rozwinęło się jako ośrodek wielonarodowy, to właśnie obecność prawosławia nadała mu unikalny charakter, odróżniający Białystok od wielu innych polskich miast.

sobór św. Mikołaja w Białymstoku zimą

Najbardziej okazałą i rozpoznawalną świątynią jest sobór św. Mikołaja, położony nieopodal Rynku Kościuszki. To główna cerkiew prawosławna w mieście, której majestatyczna bryła przyciąga spojrzenia przechodniów. Sobór, wybudowany w XIX wieku, powstał w stylu charakterystycznym dla rosyjskiej architektury sakralnej. Wnętrze kryje bogato zdobiony ikonostas, który dla wiernych stanowi duchową bramę pomiędzy światem ziemskim a niebiańskim. Wejście do tej cerkwi to spotkanie z tradycją wschodniego chrześcijaństwa – światłem świec, zapachem kadzidła i ciszą modlitwy, która potrafi zatrzymać nawet przypadkowego turystę.

Najstarszy opis cerkwi św. Mikołaja w Białymstoku znajdujemy w spisie inwentarza sporządzonym po śmierci Jana Klemensa Branickiego. Raport z roku 1772 deklaruje: Cerkiew drewniana, noworeperowana, na półkoszkach tynkowana, żółto z szarym malowana, i kopułach blachą białą obitych, a czerwonomalowanych. Ta cerkiew od ulicy w oparkowaniu murowanym, ze trzech zaś stron parkan z dylów, między słupami murowanymi, zły. Rejestr inwentarza stwierdza ponadto, że białostocki majątek Branickich liczył 1800 mieszkańców.

cerkiew św. Marii Magdaleny

Nieco dalej, w bardziej kameralnej centrum miasta, znajduje się cerkiew św. Marii Magdaleny. To świątynia o zupełnie innym nastroju – mniejsza, bardziej intymna, otoczona zielenią. To miejsce cichej modlitwy, ale i spotkań społeczności lokalnej, gdzie tradycja przekazywana jest z pokolenia na pokolenie. Cerkiew św. Marii Magdaleny to jeden z najstarszych obiektów sakralnych w Białymstoku. Pierwotnie była to rzymskokatolicka kaplica złączona z niedaleką kaplicą św. Rocha. W 1758 roku ufundował ją Jan Klemens Branicki – niewykluczone, że z myślą o wiernych obrządku wschodniego.

Warto wspomnieć również o cerkwi Świętego Ducha na os. Antoniuk. Jej bardzo wysoka. To miejsce, które często robi największe wrażenie na turystach odwiedzających Białystok. Dla budowniczych cerkwi Świętego Ducha od początku najważniejszym było, by świątynia pomieściła jak najwięcej wiernych. Istniało kilka projektów budynku. W 2000 roku zawieszono unikalne na skalę światową panikadiło. Konstrukcja o łącznej rozpiętości sześciu metrów, wadze 1200 kg, złożona z dwóch części, z których wyższą umieszczono w samej kopule, zaś niższą – na wysokości 9 metrów od podłogi. Żyrandol podtrzymują 24 liny symbolizujące zstępującego na ziemię Ducha Świętego. Między świecami znajdują się prostopadłościenne witraże z wizerunkami apostołów oraz świętych. Całość przyjmuje kształt zbliżony do korony a powstała w pracowni w Mińsku.

Warto wspomnieć także o cerkwi Hagia Sofia w Białymstoku przy ul. Trawiastej. Idea budowy cerkwi pod wezwaniem Hagia Sophia w Białymstoku zrodziła się w 1986 roku w nietypowych okolicznościach – podczas lotu powrotnego z Konstantynopola. Wśród pasażerów byli metropolita Bazyli, ówczesny zwierzchnik Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego, arcybiskup diecezji białostocko-gdańskiej Sawa (od 1998 roku metropolita całej Cerkwi) oraz ks. Aleksander Chilimoniuk, proboszcz parafii Wszystkich Świętych w Białymstoku.

Wizyta w stolicy dawnego Bizancjum, w tym także spotkanie z patriarchą Konstantynopola Dymitriosem I, stały się impulsem duchowym i symbolicznym. Hierarchowie odwiedzili wówczas monumentalną Hagia Sophię – dawną cerkiew, a później meczet i muzeum – która, zgodnie z tureckim prawem, była miejscem niedostępnym dla modlitwy chrześcijańskiej. Uświadomienie sobie, że podobne ograniczenia obowiązywały również w innych, historycznych cerkwiach pod tym samym wezwaniem – w Kijowie, Połocku czy Nowogrodzie Wielkim – wzbudziło refleksję. W obliczu niemożności praktykowania modlitwy w tradycyjnych świątyniach Mądrości Bożej, narodziła się myśl: „Skoro nie można się modlić tam, niech chociaż w Białymstoku stanie cerkiew, w której będzie rozbrzmiewać modlitwa ku czci Mądrości Bożej – Hagia Sophia”.

Zwiedzanie białostockich cerkwi to nie tylko lekcja architektury, ale też podróż w głąb historii regionu. Od wieków Podlasie było pograniczem – tutaj spotykały się tradycje polska, litewska, białoruska i ukraińska. Każda z tych kultur zostawiła w Białymstoku swój ślad, ale to właśnie cerkwie najpełniej pokazują, że miasto nie było monokulturowe. Spacerując od jednej świątyni do drugiej, można poczuć klimat dawnej wielokulturowości, która wciąż jest obecna w językach, kuchni i obyczajach mieszkańców.

Niektórzy odwiedzają cerkwie tylko jako turystyczne atrakcje, inni traktują je jako miejsca duchowego zatrzymania. Niezależnie jednak od motywacji, wejście do wnętrza prawosławnej świątyni zawsze jest doświadczeniem. Złocone ikony, bogate polichromie i chór śpiewający w wielogłosie tworzą atmosferę, której trudno porównać z czymkolwiek innym. W Białymstoku to doświadczenie jest dostępne niemal na wyciągnięcie ręki – kilka minut spaceru dzieli turystę od kolejnej świątyni, każdej z własną historią i własnym rytmem życia.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Z Białegostoku przez Sokółkę, Augustów i Suwałki do Wilna. Czy warto jechać?

Ten pociąg zaczyna bieg w Krakowie, następnie przez Warszawę dojeżdża do Białegostoku, by następnie dojechać Mockavy na Litwie. W dalszą podróż do Wilna można zabrać się pociągiem litewskiej firmy LTG Link, który czeka na pasażerów z Polski na tym samym peronie, na torze obok. Wystarczy jeden bilet, wystarczy przejście do drugiego pociągu i można zwiedzać stolicę Litwy!

Podróż takim pociągiem to nie tylko wygodny sposób dotarcia do celu, ale także wyjątkowa okazja, by przeżyć coś więcej niż zwykły transport z punktu A do punktu B. Trasa prowadzi przez różnorodne krajobrazy – zielone lasy Podlasia, które ciągną się aż ku litewskiej granicy zrobią wrażenie na każdym. Wystarczy spojrzeć za okno, by zobaczyć, jak zmienia się Polska w trakcie podróży najpierw na wschód, a później na północ. To jak podróż przez małą ojczyznę, która stopniowo ustępuje miejsca innemu krajowi i innej kulturze.

Pociąg daje też czas, by naprawdę poczuć klimat podróży. W przeciwieństwie do samolotu, który przenosi nas błyskawicznie z jednego miasta do drugiego, kolej pozwala obserwować świat w bardziej naturalnym tempie. Jest miejsce na spokojną rozmowę, na lekturę książki, na filiżankę kawy w wagonie restauracyjnym. Można poznać innych podróżnych – studentów jadących na Erasmus, turystów wybierających się pierwszy raz na Litwę, czy Litwinów wracających do rodzinnych stron. Każda z tych rozmów potrafi nadać podróży nowego znaczenia.

Warto też pamiętać, że sama przygoda zaczyna się w chwili wejścia na peron. Niespieszne pakowanie walizki, czekanie na stacji, zapach rozgrzanych torów latem czy chłodny powiew zimą – to wszystko buduje atmosferę wyprawy. Podróż pociągiem staje się częścią wspomnień, a nie tylko środkiem do ich zdobycia.

Granica, którą przekraczamy w Mockavie, to symboliczny moment – w kilka minut znajdujemy się w innym kraju, nagle zmienia się strefa czasowa, ale nadal nie tracimy rytmu podróży. To rzadkie doświadczenie w Europie Środkowo-Wschodniej, gdzie przez lata przejazd przez granicę kojarzył się z długotrwałymi kontrolami i barierami. Dziś wystarczy spojrzeć na zmieniające się nazwy stacji i język na tablicach, by poczuć, że jesteśmy już w innej przestrzeni kulturowej.

Dlatego właśnie warto wsiąść do tego pociągu – nie tylko po to, by dotrzeć do Wilna, ale po to, by przypomnieć sobie, że podróż sama w sobie jest przygodą. To droga, która łączy miasta, ludzi i krajobrazy. To doświadczenie, którego nie da się odtworzyć w żadnym innym środku transportu. Pociąg z Białegostoku do Wilna to zaproszenie do przeżycia czegoś więcej niż zwykłej podróży – to szansa na małą wyprawę, która pozostaje w pamięci na długo.

Partnerzy portalu:

Co dalej z Krywlanami? Będą budować hangar, a las jak rósł tak rośnie.
fot. UM Białystok

Co dalej z Krywlanami? Będą budować hangar, a las jak rósł tak rośnie.

W sprawach lotniska na Krywlanach można się nieco pogubić. Pamiętamy jak jeszcze poprzedni prezydent Białegostoku Ryszard Tur (a obecny rządzi już od 19 lat) wbijał symboliczną łopatę na Krywlanach. Od tego czasu kolejnemu prezydentowi czyli Tadeuszowi Truskolaskiemu udało się (z walczącą z nim wtedy pisowską większością w radzie) wybudować pas startowy. To też miało miejsce już kilka dobrych lat temu.

Od tego czasu nic się na Krywlanach nie zmieniło. Przeszkody lotnicze – czyli Las Solnicki nadal rosną, a tematu ich wycinki jak nie było tak nie ma. Za to w planach jest powstanie spółki – składającej się z Miasta Białystok, Województwa Podlaskiego i Polskich Portów Lotniczych S.A (udziały w tym ma skarb państwa). Kiedy to się stanie, nie wiadomo. W ostatnim czasie dodatkowo Prezydent Białegostoku wydał decyzję lokalizacyjną na budowę hangaru dla samolotów, z masztami antenowymi. Będzie też nowa droga kołowania. O ile nikt się nie odwoła i nie storpeduje tej inwestycji.

Warto dodać, że prawie rok temu NSA oddalił skargę na decyzję środowiskową dotyczącą Krywlan z 2016 roku. „Teraz możemy wznowić postępowanie dot. usunięcia przeszkód lotniczych i zintensyfikować prace nad tym, by jak najszybciej „odblokować” wykorzystywanie Krywlan w pełnym wymiarze” – napisał na portalu X prezydent Białegostoku Tadeusz Truskolaski. Od tamtej pory o planach miasta na wycinkę nic nie wiadomo. Warto jednak przypomnieć, że w Polsce okres lęgowy ptaków zazwyczaj trwa od 1 marca do 15 października, więc w tym czasie nic ciąć nie można. Ale zaplanować owszem. Chyba, że miasto boi się mieszkańców Dojlid, że się przypną do drzew i chce to zrobić z zaskoczenia.

Tak czy inaczej, na Krywlanach niby coś się dzieje, ale tak naprawdę wszystko po staremu. Stacjonuje wojsko, Straż Graniczna, LPR i prywatne samoloty.

Partnerzy portalu:

Dobra wiadomość z Białegostoku nad mazurskie jeziora jest sprawniej, będzie szybciej!
fot. PKP Intercity

Dobra wiadomość z Białegostoku nad mazurskie jeziora jest sprawniej, będzie szybciej!

W środę 3 września, do Giżycka wjechał pierwszy pociąg PKP Intercity z lokomotywą elektryczną. Był to skład IC Hańcza, który rano wyruszył z Krakowa. To wydarzenie jest kolejnym etapem modernizacji linii kolejowej prowadzącej przez Warmię i Mazury i bez wątpienia ucieszy wielu mieszkańców Podlasia, którzy regularnie podróżują w tamtym kierunku.

Połączenie kolejowe do Giżycka zostało uruchomione już 18 czerwca, zaraz po zakończeniu wcześniejszego etapu prac modernizacyjnych. W czasie wakacji na trasie kursowały jeszcze pociągi z lokomotywami spalinowymi, jednak dzięki modernizacji odcinka Ełk – Giżycko – Korsze możliwe stało się wprowadzenie lokomotyw elektrycznych. Dzięki tym zmianom czeka nas zwiększenie liczby połączeń i prędkości na trasie. Docelowo pociągi na Białystok – Ełk – Giżycko – Korsze pojadą z prędkością do 160 km/h, co znacznie poprawi komfort i szybkość podróży.

Dla Podlasian, którzy często wybierają pociąg jako środek transportu na Mazury, to wiadomość szczególnie dobra. Modernizacja oznacza nie tylko krótszą i wygodniejszą podróż, ale także większą dostępność połączeń, co ułatwi zarówno wyjazdy turystyczne, jak i codzienne podróże w kierunku północnej Polski. Ale też w drugą stronę – mieszkańcy Warmii i Mazur chętniej odwiedzą Podlasie!

Partnerzy portalu:

Wszyscy wzięli się za ogromny problem. Czy ktoś zechce studiować w Białymstoku?
fot. UM Białystok

Wszyscy wzięli się za ogromny problem. Czy ktoś zechce studiować w Białymstoku?

Wreszcie ktoś się wziął za problem, który sygnalizowaliśmy od wielu lat. Białystok przestał był atrakcyjnym miejscem nie tylko do życia, ale również do studiowania. Widać to na twardych liczbach. Mieszkańców ubywa tak samo jak i studentów. Dawniej w mieście było 50 tys. żaków! Teraz ledwo ponad 20 tys. Całe lata władze patrzyły na to biernie, aż w końcu się dogadali.

Uniwersytet w Białymstoku, Uniwersytet Medyczny, Politechnika Białostocka razem z Miastem Białystok i Województwem Podlaskim zaczynają wspólną kampanię Studiuj w Białymstoku. Nawet przygotowano do tego specjalny autobus PKS Nova, który będzie wszędzie tam, gdzie coś się dzieje związanego z edukacją. Na przykład Targi Edukacyjne Perspektywy, w ramach których w 15 miastach Polski zostanie zorganizowany Salon Maturzystów Perspektywy 2025. Tylko we wrześniu będzie w Gdańsku, Łodzi, Warszawie, i na Śląsku. Autobus odwiedzi również szkoły średnie w województwie podlaskim, a także w sąsiednich województwach. Zawita do takich miasta, jak Ostrów Mazowiecka, Giżycko, Olecko, Suwałki, a także Wilno, promując lokalne uczelnie.

W ramach akcji powstanie kompleksowa oferta, która ma przyciągnąć młodzież do Białegostoku na czas studiów, a także zainspiruje ją do pozostania i realizowania swojej kariery zawodowej w regionie po zakończeniu edukacji. Czekamy na efekty.

Partnerzy portalu:

Polak uratował 29 osób, których żywcem chcieli spalić Niemcy

Polak uratował 29 osób, których żywcem chcieli spalić Niemcy

27 czerwca to data, która na stałe wpisała się do historii Białegostoku. Była dniem, w którym okupujący Niemcy urządzili coś niewyobrażalnego. W okrutny sposób, masowo zabili ludzi tylko dlatego, że byli Żydami. Niemcy spędzili około 700 osób do wielkiej synagogi stojącej przy ul. Bożniczej (dziś zaplecze Suraskiej), a następnie podpalono budynek. Bohaterska postawa Józefa Bartoszki spowodowała, że przeżyło 29 osób. Dozorca wykorzystując nieuwagę Niemców otworzył boczne drzwi płonącego budynku. W ostatniej chwili wydostali się ludzie stłoczeni w przedsionku. W tym czasie Niemcy strzelali do Żydów, którzy uciekali z drewnianych domów, które chwilę później również zajęły się ogniem.

Taka postawa doczekała się dopiero po 84 latach uhonorowania. Józef Bartoszko w pobliżu wspomnianej, dawnej synagogi, otrzymał swój skwer. Jego uroczyste otwarcie miało miejsce 1 września. Podczas otwarcia, władzom miasta towarzyszyła wnuczka bohatera, Pani Marta.

27 czerwca 1941 w Białymstoku Niemcy zabili łącznie ponad 2000 osób. Oprawcy nie tylko spalili synagogę, dzielnicę Schulhof, a także wiele budynków z Rynku Kościuszki, Suraskiej, Rynku Siennego, a także to co napotkali na Legionowej i Akademickiej. W kolejnych dniach Niemcy dalej masowo mordowali Żydów. Do 12 lipca zamordowano łącznie prawie 8000 osób. 2 tygodnie później utworzono w mieście getto. Zabito prawie 20 proc. wszystkich Żydów z miasta.

Partnerzy portalu:

Kto by się spodziewał. PKS ma już 80 lat. Będzie Retro Piknik Rodzinny.

Kto by się spodziewał. PKS ma już 80 lat. Będzie Retro Piknik Rodzinny.

I Retro Piknik „Zakręceni na Podlasiu” będzie jednocześnie imprezą urodzinową regionalnego PKS-u. 20 września, w Ogrodach Pałacu Branickich w Białymstoku, zaplanowano mnóstwo atrakcji. Będzie można m.in. zwiedzić wystawę zabytkowych pojazdów – autobusów i samochodów z kolekcji Moto Retro. Przewidziano także pokaz holowania autobusu z użyciem zabytkowego sprzętu w akcji. Na stoisku PKS Nova znajdziemy kroniki pracownicze, pamiątki i balony, a na odwiedzających czekać będą regionalne smakołyki.

Dla chętnych dostępna będzie również strzelnica łucznicza. Nie zabraknie atrakcji dla najmłodszych: dmuchańców, animacji, gigantycznych klocków czy malowania twarzy. Starsi będą mogli wziąć udział w konkursie z nagrodami, w którym premiowana będzie wiedza o PKS. Wieczorem, na specjalnym ekranie, odbędzie się kino plenerowe z kultowym filmem Disneya. Wszystkie atrakcje będą bezpłatne. Sponsorem strategicznym imprezy będzie Województwo Podlaskie.

Podlaska Komunikacja Samochodowa rozpoczęła działalność w 1945 roku, kiedy to – na wniosek ówczesnego ministra komunikacji – powołano Państwowy Urząd Samochodowy. Pod koniec tego samego roku stacja PKS w Białymstoku, mieszcząca się przy ulicy Kraszewskiego, posiadała już 60 jednostek taboru samochodowego (głównie z demobilu wojskowego) oraz uruchomiła pierwsze stałe połączenia do Warszawy i Olsztyna.

W 1951 roku wybudowano nowoczesną – jak na tamte czasy – stację obsługi, magazyny i budynek administracyjny przy ul. Fabrycznej 1. W 1975 roku, po nowym podziale administracyjnym, na mocy zarządzenia ministra komunikacji Wojewódzkie Przedsiębiorstwo PKS w Białymstoku zmieniło nazwę na Przedsiębiorstwo Państwowej Komunikacji Samochodowej w Białymstoku i rozpoczęło działalność na terenie trzech województw: białostockiego, łomżyńskiego i ostrołęckiego.

Jedną z najpoważniejszych inwestycji była budowa dworca PKS przy ul. Bohaterów Monte Cassino 10. Bardzo nowoczesny i niezwykle potrzebny, został oddany do użytku w 1986 roku, służąc 250-tysięcznemu wówczas miastu. W ciągu kilkudziesięciu lat istnienia firma kilkakrotnie zmieniała swoją nazwę, lecz kluczowa dla jej obecnego kształtu była komercjalizacja przeprowadzona w 2006 roku, która doprowadziła do powstania spółki akcyjnej. 5 lipca 2011 roku PKS Białystok został skomunalizowany, a właścicielem spółki został Samorząd Województwa Podlaskiego.

2 stycznia 2017 roku nastąpiło połączenie PKS Białystok, PKS Zambrów, PKS Łomża, PKS Siemiatycze i PKS Suwałki w jedną dużą firmę – PKS Nova.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

To chyba najpopularniejsza trasa do spacerów po Białymstoku

Gdybyście mieli bardzo mało czasu i chcieli zwiedzić Białystok, co byście wybrali? Zapewne obszar, który mapy Google oznaczają na brązowo, czyli tzw. „ścisłe centrum”. To chyba najpopularniejsza trasa spacerowa po stolicy Podlaskiego. Jeżeli ktoś przyjedzie pociągiem, to chwilę obok dworca znajdzie się już przy kościele św. Rocha, następnie przejdzie ulicą Lipową, Suraską, skręci w Sienkiewicza i Plantami wejdzie do ogrodów Pałacu Branickich. Stamtąd wyjdzie na ul. Kilińskiego, wróci na Rynek Kościuszki i dalej – na dworzec.

Tym sposobem można obejrzeć w zasadzie większość tego, co w Białymstoku warto zobaczyć. Owszem, mamy się czym pochwalić również poza centrum, ale nie oszukujmy się – gdy czasu jest niewiele, zazwyczaj nie zapuszczamy się dalej.

Jeśli jednak uda się wygospodarować więcej czasu, na pewno warto zobaczyć także Wzgórze św. Marii Magdaleny z cerkwią na szczycie oraz Operę i Filharmonię Podlaską. Warto odwiedzić również kampus Uniwersytetu w Białymstoku. Fani ekstraklasy mogliby zajrzeć na Stadion Miejski, a przy okazji przespacerować się ulicą 11 Listopada, która pod koniec lata i jesienią nabiera wyjątkowego klimatu. Tym sposobem dojdziemy do Zwierzyńca, gdzie można podejrzeć zwierzęta w zoo, a następnie przejść na Planty i do nowo otwartego ogrodu różanego.

Jeżeli nadal byłoby nam mało, możemy zahaczyć o ul. Warszawską, gdzie zachowało się sporo zabytków, a potem przejść wąskim przesmykiem na ul. Koszykową, by poczuć klimat dawnych Bojar. Po wszystkim warto zajrzeć jeszcze na stary dworzec Fabryczny – lata świetności ma już za sobą, ale wciąż pozostaje ciekawym punktem na trasie. Na przykład w drodze na cmentarze: ewangelicki, ukryty za ul. Wasilkowską, czy żydowski – przy ul. Wschodniej. Wycieczkę można zakończyć przy wieży ciśnień na ul. Wysockiego.

Partnerzy portalu:

Oto pomysł Koalicji na CPK. Hasło „C*** tam z tą Polską wschodnią” nadal obowiązuje.

Oto pomysł Koalicji na CPK. Hasło „C*** tam z tą Polską wschodnią” nadal obowiązuje.

W czasach dawnej afery podsłuchowej nagrano, jak ówczesny minister skarbu Włodzimierz Karpiński z Platformy Obywatelskiej wypowiedział słynne hasło: „C*** tam z tą Polską wschodnią”. Wracamy do niego tylko dlatego, że zawsze, gdy rząd obecnej koalicji (albo innej związanej z Platformą Obywatelską) proponuje jakieś wielkie inwestycje, w praktyce obowiązuje właśnie to hasło.

Tak było za czasów kompletnie nieskutecznego posła PO Roberta Tyszkiewicza, który szefował podlaskiej Platformie. Niestety, tak samo jest teraz, gdy region w ryzach trzyma poseł Krzysztof Truskolaski. Wydawałoby się, że skoro jest tak aktywny, wszędzie się pokazuje, nie brakuje go na żadnych oficjalnych zdjęciach – nawet tam, gdzie jego obecność nie jest specjalnie uzasadniona – powinno to przynosić jakieś efekty. To nie przytyk. Dobrze, gdy polityk jeździ po kraju i przy okazji, nieoficjalnie, „coś załatwia” dla swojego regionu czy miasta.

Niestety, gdy spojrzymy na inwestycje kolejowe (na które teraz jest najwięcej pieniędzy), okazuje się, że elektryfikacji odcinka Sokółka–Augustów nie będzie (jak wszystko jest tylko w planach). Tym razem możemy zobaczyć grafikę CPK, gdzie Koalicja mówi o rzeczywistych potrzebach Polaków. I znów wraca hasło: „C*** tam z tą Polską wschodnią”. Ktoś nam sugeruje, że pragniemy jeździć do Olsztyna, Trójmiasta i Szczecina. Owszem, tylko że my już mamy połączenia do tych miast i to całkiem niezłe. Natomiast nie mamy bezpośredniego połączenia do Lublina i Rzeszowa. I jak widać na załączonym obrazku – mieć nie będziemy.

Owszem, remonty torów trwają, ale gdyby ktoś chciał tworzyć tak zwaną wschodnią „szprychę” CPK, to na samych remontach by się nie skończyło. Trzeba by budować pewne odcinki zupełnie od zera. Ale załatwianie tego typu spraw przerasta podlaskich posłów (nie tylko Truskolaskiego – wszak wybieramy jeszcze trzynastu innych). Od 2005 roku, czyli od pierwszych wyborów do Sejmu po wejściu do UE, przez polski Parlament przewinęło się mnóstwo osób z Podlasia. I co? Trzeba było katastrofy w Jeżewie i śmierci wielu młodych osób, by ktoś zaczął realnie mówić o ekspresowej ósemce. Ekspresowa dziewiętnastka buduje się dopiero teraz, bo została wpisana do Rządowego Programu Budowy Dróg Krajowych na lata 2014–2023. Kto wtedy rządził? A potem cała Polska się dziwi, jak to możliwe, że wschód tak uparcie głosuje na „zły PiS”.

Ale żeby być obiektywnym – ten sam PiS, w osobie ministra Adamczyka, kompletnie zawalił realizację Rail Baltiki. Według planów już w 2025 roku mieliśmy jeździć pociągami do Warszawy z prędkością 200 km/h. Tymczasem stanie się tak dopiero w 2027 roku, a cała inwestycja zostanie zakończona rok później. Dzięki Koalicji dojedziemy do Ełku, a przez to do Olsztyna dużo szybciej. Ale coś za coś. Nikt nie zamierza inwestować w remont trasy Sokółka–Augustów (przynajmniej w jakimś znanym terminie. bo plany są jak zawsze). Szybkie pociągi do Suwałk w przyszłości pojadą przez Ełk.

Augustów został wykluczony także drogowo. Ekspresówkę Via Baltica wywalczyli sobie łomżyńscy parlamentarzyści, przez co Białystok–Augustów nie jest częścią żadnego międzynarodowego szlaku. Efekt? Droga Białystok–Supraśl jest lepsza niż dojazd do popularnej, letniej stolicy Polski. Do 2034 roku krajowa „ósemka” na odcinku Białystok–Augustów ma szansę stać się drogą dwujezdniową. Nie będzie to wprawdzie ekspresówka, ale otrzyma parametry drogi ekspresowej. Tylko że tak odległa data brzmi jak mrzonka. Aby tak się stało, znów musieliby tego pilnować na każdym etapie podlascy parlamentarzyści – ci sami, którzy od lat słyną z tego, że niczego nie potrafią załatwić ani dopilnować.

Partnerzy portalu:

Ostatnie dni wakacji w Podlaskiem – jak je spędzić z dziećmi?
fot. PKS NOVA

Ostatnie dni wakacji w Podlaskiem – jak je spędzić z dziećmi?

Dzieci bez żadnego zajęcia potrafią dać nieźle w kość. A że ani specjalnie nie ma pogody (chociaż ma być), ani raczej nikt nie wymyśli, by wysyłać je na kolonie, to trzeba im czas zorganizować. Do końca wakacji pozostało bowiem kilka dni. Mijają one nieubłaganie, ale nadchodzący ostatni weekend sierpnia to wciąż świetna okazja, by rodzinnie odkrywać Podlasie. Jeśli szukacie pomysłów na aktywne i ciekawe zakończenie lata z dziećmi, mamy dla Was kilka sprawdzonych propozycji.

1. Ostatni kurs Turystycznej Ósemki PKS NOVA

31 sierpnia to już ostatnia szansa, by wsiąść z dziećmi do wakacyjnego autobusu „Turystyczna Ósemka” PKS NOVA. To wyjątkowa trasa, która pozwala w jeden dzień zobaczyć najpiękniejsze zakątki regionu. Przystanki są na dworcu PKS Nova w Białymstoku – stanowisko nr 8, przy Muzeum w Tykocinie, obok Ośrodka Edukacji Przyrodniczej „Młynarzówka” w Kurowie, przy Muzeum Wnętrz Pałacowych w Choroszczy, przy Podlaskim Muzeum Kultury Ludowej w Wasilkowie, przy Muzeum Ikon w Supraślu, a także przy Arboretum i Zagrodzie Pokazowej Żubrów w Kopnej Górze.

2. Pociągi do Walił – podróż pełna wrażeń

30 i 31 sierpnia ponownie pojadą wakacyjne pociągi relacji Białystok – Waliły. To prawdziwa atrakcja dla dzieci – przejazd kolejowy przez Puszczę Knyszyńską, a na miejscu możliwość pikniku, spacerów i kontaktu z naturą. Sama podróż pociągiem to frajda, a dodatkowo można połączyć ją z zabraniem rowerów i pojechaniem nad Wyżary, gdzie można podziwiać piękne bagno, zbiornik wodny czy przejść kładką. A wszystko to w otoczeniu głębokiego lasu.

3. Wycieczka rowerowa po Green Velo

Jeśli Wasze dzieci lubią rowery, warto wybrać się na rodzinny wypad po fragmencie trasy Green Velo. Na Podlasiu nie brakuje łatwiejszych odcinków idealnych dla najmłodszych, np. w okolicach Supraśla czy Krupnik. To świetny sposób na aktywne pożegnanie wakacji.

4. Spotkanie z naturą w Silvarium w Poczopku

Silvarium w Poczopku to niezwykłe leśne muzeum, w którym można spędzić kilka godzin, spacerując wśród ścieżek przyrodniczych, oglądając głazy, sowy i inne rośliny. Dzieci pokochają kontakt z naturą, a rodzice znajdą chwilę wytchnienia w pięknym otoczeniu. Szczególnie, że jest tam mnóstwo miejsca do wybiegania się.

5. Rejs statkiem po Augustowie

Na koniec lata warto jeszcze skorzystać z atrakcji nad wodą. W Augustowie statkiem możemy popłynąć do Studzienicznej oraz nad dziką Rospudę. To fantastyczna przygoda i możliwość obcowania z naturą z poziomu tafli wody, a także możliwość przepłynięcia śluzy Kanału Augustowskiego. Kontakt z jeziorami, rzekami, przyrodą w jednym z najpiękniejszych zakątków Podlasia na pewno wyciszy Wasze dzieci.

Ostatnie dni wakacji to idealny czas, aby oderwać dzieci od komputerów i telefonów, a zamiast tego podarować im wspólne chwile pełne przygód. Czy wybierzecie pociąg do Walił, Turystyczną Ósemkę, rowery czy rejs po Augustowie, albo spacery po Poczopku – Podlasie ma jeszcze wiele do zaoferowania przed rozpoczęciem roku szkolnego.

Partnerzy portalu:

Dyrekcja Narwiańskiego Parku Narodowego powinna zabrać się do roboty! Ich milczenie zabija Narew.
fot. Narwiański Park Narodowy

Dyrekcja Narwiańskiego Parku Narodowego powinna zabrać się do roboty! Ich milczenie zabija Narew.

Rozlewiska Narwi schną w oczach. Mokradła, które jeszcze niedawno pulsowały życiem, zamieniają się powoli w wymarłe tereny. W takich okolicznościach Narwiański Park Narodowy ogranicza się do komunikatów: kładka Waniewo–Śliwno nieczynna z powodu niskiego stanu wody, wypożyczalnia kajaków zamknięta. To są decyzje oczywiste, wręcz elementarne. Ale od dyrekcji Parku Narodowego społeczeństwo oczekuje roli większej niż rola megafonu odczytującego stan wodowskazu.

Susza hydrologiczna nie jest nagłą anomalią – to zjawisko, które się nasila i którego skutki dla bagiennej doliny Narwi są destrukcyjne. Wody Polskie mają kompetencje do zarządzania rzeką, a Zbiornik Siemianówka od lat degraduje Narew. To wiemy wszyscy. Właśnie dlatego Narwiański Park Narodowy powinien dziś być liderem presji publicznej, a nie biernym obserwatorem. Tylko że tej presji nie widać. Widać za to suche koryta i zamknięte atrakcje turystyczne.

Park – informator czy rzecznik rzeki?

Park narodowy nie jest od tego, by „pilnować rzeki”. Jest od tego, by bronić procesów przyrodniczych, które stanowią o sensie jego istnienia. Jeśli rozlewiska znikają, to znika także przedmiot ochrony. W takiej sytuacji dyrekcja parku ma nie tylko prawo, ale i obowiązek wyjść poza codzienną logistykę i sięgnąć po narzędzia wpływu: stanowiska, raporty, konferencje, koalicje, konsekwentny nacisk na decydentów. Ma prawo głośno żądać zmian w zarządzaniu wodą i – co ważniejsze – powinna to robić publicznie, transparentnie i bez owijania w bawełnę. Dla porządku przypomnijmy, że dyrektorów parków narodowych zatrudnia Minister Środowiska.

Nie chodzi o to, by park udawał, że może samodzielnie przestawić przepusty czy zlikwidować zbiornik. Chodzi o to, by był głosem, którego nie da się zignorować. By przedkładał konkretne postulaty nie tylko swojemu szefostwu, ale także Wodom Polskim. By regularnie wzywał parlamentarzystów regionu do interwencji. By zapowiadał i inicjował procesy, a nie wyłącznie na nie reagował. Dzisiaj narracja ogranicza się do tego, że „stan wody jest niski”. To stanowczo za mało.

Czego oczekujemy od dyrekcji NPN – naprawdę

Po pierwsze, odwagi. Odwagi, by wprost postawić na agendzie likwidację Zbiornika Siemianówka jako rozwiązanie systemowe i przedstawić publicznie warianty hydrologiczne dla odtwarzania naturalnej retencji w dolinie Narwi. Społeczeństwo ma prawo usłyszeć, jak według ekspertów Parku wygląda scenariusz „Narew z wodą” za pięć, dziesięć i dwadzieścia lat. Bez tej mapy drogowej każdy kolejny sezon to tylko pasmo doraźnych zamknięć.

Po drugie, konsekwentnego nacisku na instytucje. Park powinien – co miesiąc, nie od święta – publikować raport z działań: jakie pisma wysłano do Wód Polskich, jakie odpowiedzi przyszły, jakich decyzji domagają się ludzie, jakie wnioski trafiły do ministerstw i parlamentarzystów. Bez tego opinia publiczna nie ma punktu odniesienia, a decydenci nie mają dyskomfortu, który popycha do działania.

Po trzecie, pracy w terenie i z samorządami. Odtwarzanie drobnej retencji, zatykanie dawnych rowów melioracyjnych, przywracanie mikroprzepływów, współpraca z rolnikami nad zatrzymywaniem wody w krajobrazie – to wszystko może i powinno być koordynowane przez park, nawet jeśli wymaga partnerstw. W Narwi woda musi nie tylko dopłynąć – ona musi mieć gdzie zostać. I na pewno nie jest to Siemianówka.

Po czwarte, mobilizacji sojuszy. Środowiska naukowe, organizacje przyrodnicze, lokalne wspólnoty – te głosy istnieją, ale potrzebują wspólnego stołu i wspólnego komunikatu. Park ma autorytet, by taki stół nakryć.

Kiedy instytucje mówią głośno

Narwiański Park Narodowy musi wyjść z gabinetów, mówić głośno i konsekwentnie, pokazywać dane, naciskać, organizować, domagać się decyzji. Nie ma bowiem żadnego powodu, by umierać w milczeniu. Skoro kładka Waniewo–Śliwno potrafi stać się symbolem krajobrazu, niech stanie się symbolem zmiany. Niech komunikat o jej zamknięciu będzie ostatnim z serii czysto reaktywnych ogłoszeń, a pierwszym krokiem do otwartej, ambitnej strategii ratowania wody w Narwi.

Narwiański Park Narodowy potrzebuje „białej księgi” Narwi: publicznego dokumentu, który krok po kroku określi cele hydrologiczne, zestawi postulaty wobec Wód Polskich, wskaże plan wygaszania Siemianówki, wskaże harmonogram działań terenowych i oczekiwane decyzje administracyjne. Taki dokument powinien być aktualizowany, tak jak aktualizowane są komunikaty o stanie wody – tylko że z ambicją, by ten stan zmienić.

Narew nie ma czasu na grzeczności. Każdy sezon suszy to kolejne utracone centymetry życia, których nie da się odzyskać jednym opadem. Milczenie jest też decyzją – decyzją o zgodzie na wysychanie. Jeśli dyrekcja parku nie zamierza podejmować roli rzecznika rzeki, powinna powiedzieć to wprost. Jeśli zamierza – to najwyższa pora, byśmy usłyszeli coś więcej niż „zamknięte”.

Partnerzy portalu:

Jak zrujnować PKS Nova? Wystarczy posłuchać związkowców.

Jak zrujnować PKS Nova? Wystarczy posłuchać związkowców.

Znacie tego mema z nosaczem, który z czułością w oczach mówi „Kuuu… kiedyś to było”? Właśnie tak brzmi ostatni komunikat związkowców z suwalskiego PKS. Państwo związkowcy mentalnie wciąż żyją w PRL. Tyle że teraz postanowili pójść krok dalej: napisali pismo, w którym… sami nazywają siebie „wrzodem na dupie”. Nie, to nie jest mem. To jest dokument. Oficjalny. Podpisany.

To, co tam wyprodukowali, to jest literacko-polityczny bigos. Wrzucili wszystko: strach przed „sprzedażą nieruchomości”, brak „wizji rozwoju”, jakieś opowieści o mobbingu, plus wątek rodem z filmu Barei – propozycję, by spółkę przekazać pracownikom za symboliczną złotówkę. Zero faktów, zero danych, zero wyceny – za to pełen kocioł narzekań i personalnych wycieczek. Jeśli ktoś kiedyś zrobi podręcznik „Jak kompromitować się na papierze”, to to pismo będzie miało złotą ramkę.

Oddanie suwalskiego oddziału PKS Nova związkowcom za darmo? To brzmi jak scenariusz komedii, ale takiej, po której widz wychodzi z poczuciem, że ktoś go okradł z czasu i pieniędzy. Nigdy, przenigdy nie pokazali żadnego planu finansowego. Żadnej analizy ryzyka. Żadnego harmonogramu. Po prostu: „Dajcie nam kluczyki, a jakoś to będzie”. Takie „jakoś” to można usłyszeć od pijanego wujka na „weselu”, który gości raczy barwnymi opowieściami jak to kiedyś naprawiał malucha w stodole i „jakoś” było dobrze, a nie od ludzi, którzy chcą przejąć kawałek spółki z milionowymi obrotami i zobowiązaniami.

Kto będzie finansował remonty taboru? Kto będzie spłacał zobowiązania? Kto podpisze umowy z dostawcami paliwa? Kto wyłoży kasę na nowe autobusy? Pracownicy? No jasne. Bo przecież każdy kierowca ma w domu 3 miliony w skarpecie i portfel pełen kontaktów z bankami inwestycyjnymi. W realnym życiu wyglądałoby to tak: bieg pod Urząd Marszałkowski z wyciągniętą ręką i tekstem „Dajcie, bo inaczej nie pojedziemy”. Można mieć „misję”, ale misja nie opłaca faktur za części i opony.

A teraz uwaga, bo będzie wisienka na torcie. Opozycja, czyli PiS, która razem ze związkami rwie szaty nad rzekomym „upadkiem” PKS Nova, jeszcze niedawno pompowała w tę firmę miliony złotych. I co? I nic. Teraz ci sami ludzie, którzy wtedy trzymali ster, stoją z boku, pokazują palcem i krzyczą na ludzi, którzy próbują ogarniać ten bajzel. Zamiast sensownych propozycji – nowych linii, promocji biletowych, przemyślanych zmian w rozkładzie – mamy medialny kabaret.

Wywiady, sesje nadzwyczajne, groźne miny. Zero konkretów. Ani jednego sensownego pomysłu, który można by wprowadzić jutro rano. Bo po co się męczyć z mapą, kalkulatorem i pytaniami do pasażerów o ich preferencje, skoro łatwiej jest odpalić kolejną konferencję prasową i udawać, że się „walczy o dobro ludzi”. Efekt? PKS Nova nadal działa, ale to jest najwyraźniej kompletnie niewygodne dla tych, którzy żyją z marudzenia.

W tej farsie nie chodzi o pasażerów, nie chodzi o rozwój, nie chodzi o sensowne zarządzanie. Chodzi o to, żeby dowalić marszałkowi województwa – tylko dlatego, że stoi na czele koalicji zbudowanej z przeciwników PiS. Tego samego PiS, który zwyciężył w wyborach samorządowych, posiadając najwięcej radnych i nie potrafił zbudować koalicji. Tylko dlaczego za tą nieudolność mają cierpieć pasażerowie i zwykli pracownicy PKS Nova? Dlaczego wszyscy mamy wysiadać na przystanku „Ruina”?

Partnerzy portalu: