Gdzie znaleźć ciszę? Podlaskie miejsca, w których naprawdę odpoczniesz.

Gdzie znaleźć ciszę? Podlaskie miejsca, w których naprawdę odpoczniesz.

W świecie, w którym ciągle coś dzwoni, gra, powiadamia i przeszkadza, cisza staje się luksusem. A jednak w Podlaskiem wciąż można ją znaleźć – prawdziwą, głęboką, niemal dotykalną. Wystarczy odjechać kilkanaście kilometrów od Białegostoku, by zniknęły dźwięki cywilizacji, a pozostał tylko szum drzew, skrzypienie drewnianych mostków i śpiew ptaków.

Jednym z takich miejsc jest Białowieski Park Narodowy – szczególnie o poranku, gdy mgły unoszą się nad parkiem pałacowym, a woda w stawach odbija kolory nieba. Słychać tylko plusk ryby i odgłos skrzydeł ptaków. Podobne wrażenie daje spacer po Puszczy Knyszyńskiej, zwłaszcza w rejonie Królowego Mostu, gdzie las zdaje się pochłaniać każdy dźwięk. Wystarczy zatrzymać się na chwilę, by poczuć, jak napięcie znika z ciała.

Ciszę można odnaleźć też w miejscach mniej znanych – jak w rezerwatach od Krzemianki, przez okolice Czarnej Białostockiej i Supraśla. To przestrzenie, w których nie ma ruchu turystycznego, nie docierają hałasy samochodów, a jedynym towarzyszem bywa czasem wiatr. W takich chwilach człowiek przypomina sobie, jak to jest po prostu być – bez pośpiechu, bez słów, w obecności natury.

Podlaskie nie potrzebuje wielkich atrakcji, by zachwycać. Wystarczy trochę spokoju, zapach wilgotnego mchu i cisza, która koi bardziej niż najdroższe wakacje. Jeśli szukasz odpoczynku, nie musisz jechać daleko. Wystarczy otworzyć mapę i znaleźć małą, zieloną plamkę – tam, gdzie kończy się asfalt, a zaczyna prawdziwy świat.

Partnerzy portalu:

Podlaskie w złotej odsłonie jesieni – spaceruj, póki słońce jeszcze grzeje

Podlaskie w złotej odsłonie jesieni – spaceruj, póki słońce jeszcze grzeje

Jesień rozgościła się w Podlaskiem na dobre, a tegoroczna naprawdę zachwyca. Wystarczy wyjść z domu, by zobaczyć, jak lasy i pola zamieniły się w malarski pejzaż – odcienie złota, czerwieni i pomarańczy tańczą na wietrze, a każdy krok pośród liści brzmi jak cichy koncert natury. To najlepszy moment, by na chwilę zwolnić, wziąć głęboki oddech i poczuć, jak słońce wciąż jeszcze delikatnie ogrzewa twarz.

Wystarczy krótki spacer po Puszczy Knyszyńskiej, wzdłuż Narwi czy po parkach miejskich, by zrozumieć, dlaczego właśnie jesień uchodzi za najbardziej fotogeniczną porę roku. Światło jest miękkie, powietrze czyste, a zapach wilgotnych liści i ziemi tworzy atmosferę, której nie da się odtworzyć o żadnej innej porze. W lesie słychać jeszcze ostatnie śpiewy ptaków przed odlotem, a przydrożne aleje klonów i lip zdają się płonąć w słońcu.

To także czas, kiedy warto oderwać się od ekranu i ruszyć na szlak – nawet krótki spacer wokół wsi, po ścieżkach Biebrzańskiego Parku Narodowego czy bulwarami w Supraślu może działać jak najlepsza terapia. Nie trzeba planować długiej wyprawy – wystarczy pół godziny wśród drzew, by poczuć spokój i przypomnieć sobie, że piękno często jest tuż obok.

Zanim listopadowe deszcze zmyją kolory, wykorzystajmy każdą słoneczną chwilę. Złota jesień nie trwa długo – ale wspomnienia spacerów wśród czerwonych liści zostaną na długo.

Partnerzy portalu:

Więcej pociągów z Podlasia na Litwę. Za kilka lat także bez zmiany pociągu.

Więcej pociągów z Podlasia na Litwę. Za kilka lat także bez zmiany pociągu.

Dobre wieści dla podróżnych z Podlaskiego i wszystkich, którzy wybierają kolej na trasie do naszych północnych sąsiadów. Od nowego rozkładu jazdy (zmiany są w połowie grudnia) liczba połączeń między Polską a Litwą wzrośnie trzykrotnie. Zamiast jednego pociągu dziennie, z Białegostoku i Suwałk do Wilna będzie można dojechać aż trzema składami. Oprócz dobrze znanej „Hańczy” (Kraków – Wilno przez Warszawę, Białystok i Kowno), na tory wyjedzie również „Wigry” (Szczecin – Poznań – Warszawa – Białystok – Wilno) oraz nowy, krótszy kurs „Jaćwing” na trasie Suwałki – Wilno.

Wszystkie pociągi, tak jak dotychczas, będą wymagały przesiadki w litewskiej Mockavie, gdzie podróżni przechodzą z polskiego składu na szerokotorowy pociąg litewskich kolei LTG Link. Jednak czas przejazdu z Warszawy do Wilna ma się skrócić o około godzinę dzięki lepszej koordynacji przesiadki i temu, że składy „Hańcza” i „Wigry” pokonają odcinek Warszawa – Białystok bez dodatkowych postojów.

Tymczasem za północno-wschodnią granicą prace nad europejską magistralą Rail Baltica wchodzą w decydującą fazę. Na Litwie rozpoczęto już układanie szyn na pierwszych odcinkach nowej linii, m.in. w rejonie Janowa. Do końca roku powstanie niemal dziewięciokilometrowy fragment toru między miejscowościami Šveicarija i Žeimiai, a roboty ziemne i budowa obiektów inżynieryjnych toczą się na ponad 100 kilometrach trasy z Kowna w kierunku Poniewieża.

Rail Baltica to projekt, który całkowicie odmieni podróże między Polską a krajami bałtyckimi. Do 2030 roku powstanie 870 kilometrów normalnotorowej linii kolejowej o europejskim rozstawie 1435 mm – 392 km na Litwie, 265 km na Łotwie i 213 km w Estonii. Tory będą przystosowane do prędkości 249 km/h, co pozwoli pociągom łączyć Warszawę, Białystok, Suwałki z Wilnem, Rygą i Tallinem bez żadnych zmian pociągów i w czasie krótszym niż kiedykolwiek wcześniej.

Dla Podlaskiego to ogromna szansa. Już dziś region staje się ważnym węzłem na szlaku północ–południe, a zwiększona liczba połączeń do Wilna to krok w stronę przyszłej, nowoczesnej kolei dużych prędkości. Do momentu, gdy Rail Baltica będzie gotowa, warto jak najintensywniej rozwijać obecne połączenia – tak, by podróżni z Podlasia coraz częściej wybierali pociąg nie tylko do stolicy Litwy, ale i dalej – ku krajom bałtyckim.

Partnerzy portalu:

Bezmyślni dziennikarze straszą wojną w Podlaskiem, bo to się „klika”. Region ponosi realne straty.

Bezmyślni dziennikarze straszą wojną w Podlaskiem, bo to się „klika”. Region ponosi realne straty.

W ostatnich miesiącach media w Polsce znalazły sobie nowe złoto – Przesmyk Suwalski. Temat, który sprzedaje się znakomicie, bo łączy w sobie wszystko, co pobudza emocje: Rosję, wojnę i strach. Każdy, kto wrzuci do tytułu słowa „atak”, „napięcie” i „granica”, może liczyć na tysiące kliknięć. I nie ma znaczenia, że to czysta fantazja – ważne, że ludzie klikają, udostępniają, dyskutują. Strach się sprzedaje, a więc jest produkowany w masowych ilościach. Tyle że w tym wszystkim ginie rzeczywistość, a Podlaskie płaci za tą medialną zabawę bezmyślnych dziennikarzy realną cenę.

Nie ma żadnego zagrożenia dla Przesmyku Suwalskiego. Żadnego. Cała ta narracja o „możliwym ataku” to kompletne brednie, które może powtarzać tylko ktoś, kto nigdy nie spojrzał na mapę i nie ma pojęcia o tym, jak działa armia. Rosja nie może sobie po prostu „najechać” kawałka polskiego terytorium, jakby to była misja w grze komputerowej, gdzie klikamy obszar i wciskamy „atak”. W wojskowości liczy się logika działań i kolejność frontów. Dopóki trwa wojna na Ukrainie, Rosja jest związana tam w stu procentach. Nie ma „zapasowych” sił, zaplecza, ani logistyki, by otworzyć drugi front przeciwko NATO. Żeby w ogóle myśleć o jakimkolwiek ruchu w stronę Przesmyku Suwalskiego, musiałaby najpierw połknąć Ukrainę, potem zająć państwa bałtyckie, a dopiero później – może – rozważać jakieś działania w rejonie Przesmyku Suwalskiego – od strony Litwy. Atak na Polskę przez Suwałki bez zajętej Ukrainy i bez opanowanych krajów bałtyckich to wojskowy absurd, coś, co nie istnieje poza wyobraźnią redaktorów zafascynowanych mapami i czołgami w grach.

Tymczasem te medialne bzdury mają konkretne skutki. Na Podlasie – jeden z najpiękniejszych i najspokojniejszych regionów Polski – ludzie zaczęli rezygnować z wyjazdów, bo „tam może być wojna”. Trzeba wprowadzać bony turystyczne, żeby ratować całe branże. A wszystko dlatego, że medialni nabijacze klikania znalazło sobie sposób na dobry zarobek.

To, co robią media, jest w istocie działaniem przeciwko własnemu krajowi. Bo każdy taki artykuł o „zagrożeniu na wschodzie” uderza nie w Moskwę, tylko w Białystok, Suwałki i Augustów. Zamiast wzmacniać odporność psychiczną społeczeństwa, sieją lęk i nieufność. Zamiast promować Podlaskie jako bezpieczne i piękne, tworzą z niego strefę strachu. Tymczasem tu nikt nie słyszy huku armat, tylko klangor żurawi czy klekot bocianów. Wybrzmiewa też cisza lasu w Puszczy Augustowskiej.

Nie da się zakazać mediom pisania głupot, ale można przestać je nagradzać kliknięciami. Dopóki ludzie będą klikać w każdy tytuł o zagrożeniu w Przesmyku Suwalskim, dopóty te teksty będą powstawać. A więc to od nas zależy, czy pozwolimy się straszyć. Podlasie potrzebuje dziś nie paniki, tylko zdrowego rozsądku. Bo prawdziwe zagrożenie nie nadchodzi ze wschodu, tylko z telewizora i portali, które dawno pomyliły informowanie z sianiem lęku.

Przesmyk Suwalski nie jest żadnym punktem zapalnym, tylko kawałkiem spokojnej ziemi w sercu Europy. Ale jeśli dalej będziemy wierzyć mediom, które żyją z niepokoju, to sami zamienimy ten kraj w jeden wielki obóz strachu. A może lepiej po prostu przyjechać na Podlasie, usiąść nad jeziorem i przekonać się, że jedyne, co tu naprawdę wybucha – to śmiech wszystkich tych, którzy doskonale się bawią w regionie, gdy przełamią strach i przyjadą do nas w gości.

Zamiast bajek o wojnie, lepiej obejrzeć sobie piękną przyrodę z Przesmyku Suwalskiego.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Supraśl to miasteczko warte zwiedzania o każdej porze roku!

Supraśl to jedno z tych miejsc, które zachwycają od pierwszego wejrzenia – nie tylko urodą przyrody, ale też spokojem i klimatem, jakiego trudno dziś szukać w innych częściach Polski. Położony zaledwie kilkanaście kilometrów od Białegostoku, nad rzeką Supraśl, otoczony Puszczą Knyszyńską, przyciąga turystów szukających oddechu od zgiełku, kontaktu z naturą i autentycznego ducha Podlasia.

Spacerując po centrum miasteczka, można poczuć wyjątkową harmonię między kulturą prawosławną i katolicką, drewnianą architekturą dawnych willi i nowoczesnymi akcentami. Najbardziej rozpoznawalnym symbolem Supraśla jest oczywiście Monaster – jeden z najważniejszych zabytków prawosławia w Polsce. Jego monumentalna bryła, połączenie stylu obronnego i sakralnego, robi ogromne wrażenie, a znajdujące się w nim Muzeum Ikon z ekspozycją stanowi obowiązkowy punkt każdej wizyty.

Ale Supraśl to nie tylko historia i religia. Otaczająca miasto Puszcza Knyszyńska to raj dla miłośników spacerów, rowerów i kajaków. Szlaki piesze i rowerowe wiją się przez pachnące żywicą bory, a spływy rzeką Supraśl pozwalają zobaczyć okolicę z zupełnie innej perspektywy. Zimą natomiast okolice przyciągają amatorów narciarstwa biegowego – w Supraślu funkcjonują dobrze przygotowane trasy o różnym stopniu trudności. Oczywiście działają pod warunkiem, że spadnie śnieg.

Nie sposób pominąć również walorów kulinarnych tego miejsca. Supraśl to idealny przystanek dla smakoszy kuchni regionalnej – tu można spróbować kiszki ziemniaczanej, babki, kartaczy, a także innych tradycyjnych dań, które doskonale oddają wielokulturowy charakter Podlasia.

Supraśl ma w sobie coś, co sprawia, że każdy, kto tu przyjedzie, pragnie wrócić. To miasteczko, które nie goni za nowoczesnością, ale też nie zatrzymało się w czasie – rozwija się w rytmie natury, pozostając wierne swoim korzeniom. Spacer po nadrzecznym bulwarze, chwila ciszy w cieniu klasztornych murów, zapach lasu i smak lokalnych przysmaków – wszystko to sprawia, że Supraśl pozostaje w pamięci na długo. To nie tylko turystyczna atrakcja, ale prawdziwa oaza spokoju, w której można się zatrzymać, odpocząć i na chwilę zapomnieć o codzienności.

Partnerzy portalu:

Absurd budżetu obywatelskiego w Białymstoku

Absurd budżetu obywatelskiego w Białymstoku

Kończy się głosowanie na projekty Budżetu Obywatelskiego w Białymstoku, więc postanowiliśmy przyjrzeć się, co w tym roku znalazło się w puli do wyboru. I jak co roku – nie brakuje propozycji, które bardziej kompromitują władze miasta niż świadczą o kreatywności mieszkańców.

Pomysły mieszkańców nie są głupie. Wręcz przeciwnie, to sensowne i potrzebne postulaty. Absurd polega na tym, że w XXI wieku, w 2025 roku, białostoczanie muszą błagać urzędników o rzeczy, które dawno powinny być standardem w europejskim mieście. Bo jak inaczej nazwać sytuację, w której białostoczanie składają wnioski o nową linię BKM, budowę łączników rowerowych, oświetlenie chodnika (sic!), wymianę nawierzchni, wiaty śmietnikowe (sic!) czy rozbudowę parkingu? To nie są „obywatelskie inicjatywy” – to zwykłe obowiązki miasta, które próbuje przerzucić swoją odpowiedzialność na mieszkańców, udając przy tym, że „wsłuchuje się w ich głos”.

Na osobną uwagę zasługuje projekt budowy drogi łączącej ulicę Wołodyjowskiego z terenem szpitali klinicznych. To groteskowe, że Budżet Obywatelski staje się pośrednikiem między władzami szpitala a urzędem miasta. Jeśli dojazd do szpitala wymaga plebiscytu, to znaczy, że coś w systemie zarządzania miastem jest poważnie nie tak.

Europejskie standardy miejskie to infrastruktura rowerowa, bezpieczne i oświetlone chodniki, dostępny transport publiczny, porządek i estetyka przestrzeni. To nie powinno być luksusem ani łaską władzy, lecz oczywistością. Budżet obywatelski służy rozwojowi, a nie nadrabianiu zaległości.

Budżet Obywatelski miał być narzędziem wzmacniającym obywatelskość, a nie listą wstydu pokazującą, gdzie miasto nie wykonało swojej pracy. Pierwszym krokiem powinno być uczciwe rozdzielenie zadań: samorząd zajmuje się tym, co jest jego obowiązkiem, a mieszkańcy – tym, co naprawdę jest społeczną inicjatywą. Dopiero wtedy Budżet Obywatelski przestanie być protezą i zacznie mieć prawdziwe swoje znaczenie.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Podlaska wieś – czy tu diabeł mówi dobranoc? W niektórych miejscach z pewnością.

Jeżdżą kamperem po Polsce i odwiedzają zarówno znane, jak i mniej oczywiste miejsca. Tym razem zatrzymali się w Podlaskiem, aby przyjrzeć się bliżej wioskom i miasteczkom naszego regionu. Na swoim kanale pokazali zarówno perełki turystyczne, jak i miejsca, które wciąż pozostają na uboczu. Mową o YouTuberach – TaniePodróżovanie.

Pierwszym punktem podróży była Kraina Otwartych Okiennic, czyli Soce, Trześcianka i Puchły – wioski znane z kolorowych drewnianych domów i bogatych zdobień. To właśnie tu można poczuć klimat dawnej architektury i zobaczyć wyjątkowy charakter Podlasia. Następnie zatrzymali się w Skicie Świętych Antoniego i Teodozjusza Pieczerskich w Odrynkach, jedynym prawosławnym skicie w Polsce. Miejsce to, położone na rozlewiskach Narwi, zachwyca spokojem i duchową atmosferą.

Nie zabrakło także wizyty w Jałówce, gdzie stoją malownicze ruiny kościoła św. Antoniego. Kolejne etapy to ukryte w lasach podlaskie wsie, a także przygraniczne Mostowlany i miejscowości nad rzeką Świsłocz, które leżą tuż przy samej granicy. Youtuberzy pokazali również Bobrowniki z nieczynnym przejściem granicznym i charakterystyczną bramą MIR.

Podróż nie mogła ominąć Kruszynian – tatarskiej wsi słynącej z meczetu i mizaru. To miejsce, w którym można poznać historię i kulturę polskich Tatarów. Później odwiedzili tajemniczy Wierszalin, dawną osadę proroka Eliasza Klimowicza, gdzie do dziś krążą legendy o niezwykłych wydarzeniach. Na trasie znalazły się także Krynki, miasteczko przy granicy z największym rondem w Polsce, oraz niezwykłe źródło „Krzywa Rura”, znane ze swojego nietypowego, wygiętego kształtu.

Cała podróż TaniePodróżovanie to barwny przegląd miejsc, które pokazują różnorodność Podlasia – od zabytków, przez naturę, aż po ślady wielokulturowej historii regionu. Obejrzyjcie sami!

Partnerzy portalu:

68 milionów złotych w błoto. Więcej głupoty niż autobusów.
Przez głupotę wójtów, autobusy będą stały, chociaż mogłyby wozić ludzi.

68 milionów złotych w błoto. Więcej głupoty niż autobusów.

Zdrowie, kultura czy transport pasażerski — to nie są biznesy życia. To są przeważnie zadania samorządowe, czyli takie, które z definicji nie muszą się spinać budżetowo. A mimo to samorządy  prowadzą je przez spółki prawa handlowego. A spółka, jak to spółka — musi być na plusie. No i wtedy zaczyna się problem.

Weźmy przykład z naszego podwórka. Od 1 października w powiatach wysokomazowieckim i zambrowskim kilka linii autobusowych PKS Nova znika z mapy. Dlaczego? Bo prawie nikt nie jeździ. A jak prawie nikt nie jeździ, to przewóz jest nierentowny. A jak jest nierentowny, to spółka akcyjna musi go zlikwidować, bo przecież akcjonariusze nie żyją z powietrza. Brzmi logicznie, prawda? Tylko że tu logika uderza w pasażerów.

Ironia polega na tym, że właścicielem PKS Nova jest… Województwo Podlaskie. Czyli de facto państwowa instytucja jest prywatnym przewoźnikiem. A gdyby transportem zajmował się po prostu Departament Infrastruktury i Transportu w urzędzie marszałkowskim, to nie byłoby żadnego wymogu „opłacalności”. Autobus by po prostu jechał — choćby i z trzema pasażerami na pokładzie. Poza tym pasażerów byłoby zdecydowanie więcej, bo gdy nie musimy być rentowni, nie ma znaczenia też cena biletu. Może go w ogóle nie być.

Nawet w tych najmniejszych gminach, gdzie dziś pies z kulawą nogą nie wsiada, nagle okazałoby się, że mieszkańcy jednak „chcą jeździć”, tylko niekoniecznie za cenę biletu droższą niż litr benzyny. Studenci, emeryci, dzieciaki jadące do szkoły, a nawet sąsiad, który od lat nie opuszczał wsi — wszyscy by wsiedli. I nie trzeba do tego wielkiej ekonomii: wystarczy przestać udawać, że autobus to biznes życia.

Na papierze siatka podlaskich połączeń wygląda przyzwoicie: do każdej większej miejscowości dojedziemy. Ale województwo to nie tylko miasta. To aż 119 gmin, z czego 80 to gminy wiejskie. I nagle czar pryska. Autobusu nie zobaczą mieszkańcy Płaskiej, Wyszek, Narewki, Grabowa, Krypna, Trzciannego, Nowego Dworu czy Szudziałowa. Nie dojedzie też nic do Krynek, choć to gmina miejsko-wiejska. A w gminach przyklejonych do Białegostoku rządzi komunikacja miejska.

Gdyby PKS Nova był faktycznie prywatny, bez nadzoru z urzędu marszałkowskiego, to zapewne kursów byłoby jeszcze mniej. Prywatny przewoźnik wozi tam, gdzie się opłaca. I tylko tam. Zajrzyjcie do rozkładów jazdy innych przewoźników, naprawdę prywatnych — cudów nie ma.

No dobrze, ale przecież państwo coś z tym robi. I faktycznie — istnieje Fundusz Rozwoju Przewozów Autobusowych. Brzmi poważnie: rząd dopłaca gminom, żeby organizowały kursy tam, gdzie się nie opłaca. Czyli w końcu ktoś pomyślał, że komunikacja to nie tylko rachunek zysków i strat, ale też… ludzie. Pieniądze więc są, miliony leżą na stole. Tylko co robią gminy? Ano nic. W 2023 roku wykorzystano zaledwie 31 proc. środków. W 2024 roku — 33 proc. Efekt? 68 milionów złotych poszło do innych województw.

I tak dochodzimy do sedna. Gdy wójtowie będą przed Wami rozkładać ręce i mówić „nie da się”, a autobusy od 1 października po prostu nie wyjadą, to już będziecie wiedzieć kto jest winny. Ten sam co rozkłada ręce. Ludzie zostają bez dojazdu do pracy, szkoły czy lekarza. A winę można by zrzucić na spółki, na przepisy, na rentowność. Ale prawda jest prostsza: to zwyczajna głupota wójtów.

A teraz wyobraźmy sobie, że te 68 milionów złotych, które lekką ręką oddaliśmy innym województwom, zostałoby wrzucone w siatkę połączeń wieś–miasto–duży węzeł transportowy. Zamiast kombinować, błagać sąsiada o podwózkę, ludzie mieliby normalny autobus rano i drugi powrotny. Dzieciaki dojechałyby do szkoły, starsi do lekarza, a pracujący – do zakładów pracy czy biur. Do tego zyskałyby same miasta, bo ruch i życie społeczne nie kończyłyby się na granicy gminy. Województwo zaczęłoby oddychać jak jeden organizm – wieś i miasto przestałyby być oddzielnymi światami, a stałyby się częściami jednej całości. I wszystko to za pieniądze, które i tak już były, tylko ktoś postanowił, że „nie warto sięgać”.

Partnerzy portalu:

Co roku to samo! Wilki zagryzają zwierzęta gospodarskie, a rolnicy nic z tym nie robią.

Co roku to samo! Wilki zagryzają zwierzęta gospodarskie, a rolnicy nic z tym nie robią.

W przyrodzie powtarzające się cykle to chyba coś, o czym wie każde dziecko. A już na pewno wiedzą rolnicy. Bowiem kalendarz prac jest zawsze od lat taki sam. Tak samo co roku pewne jest, że rodzą się w lasach nowe dzikie zwierzęta. Niektóre niszczą uprawy (żubry, łosie, dziki), inne podtapiają pola (bobry), a jeszcze inne zagryzają zwierzęta gospodarskie pozostawianie na polu (wilki). I co roku te same problemu powodują wybuch tych samych dyskusji – strzelać i dziesiątkować czy chronić.

Tym razem skupmy się na samych wilkach, bo to one budzą najwięcej emocji. Towarzyszą człowiekowi już od małego w bajkach jako te, które pożerają babcię, napadają na Akademię Pana Kleksa i złowrogo wyją do pełni księżyca. Tymczasem wilki to takie same dzikie zwierzęta jak inne żyjące w lasach. Panicznie boją się człowieka i żeby zrobić im zdjęcie, trzeba skutecznie zamaskować swój zapach i dość długo czatować w ukryciu. Wilki są w Polsce pod ścisłą ochroną, co nie podoba się lobby myśliwskiemu, które najchętniej by je zabijało. Nie dość, że to byłyby w kolekcji trofeów, to jeszcze zlikwidowano by konkurencję, bo wilki w lasach dokładnie robią to samo co myśliwi – kontrolują populację innych zwierząt poprzez zjadanie chorych i starych osobników.

Co roku w polskich lasach rodzą się młode wilki. To naturalny cykl życia – wiosną przychodzą na świat szczenięta, które w pierwszych miesiącach są karmione i pilnie strzeżone przez matkę oraz ojca. Z czasem jednak zaczynają dorastać i przychodzi moment nauki. W świecie wilków oznacza to pierwsze, jeszcze nieporadne polowania. Co ważne, w wychowaniu uczestniczy całe stado – nie tylko rodzice, ale też starsze rodzeństwo czy ciotki, bo u wilków młode ma zazwyczaj tylko jedna para w grupie.

Kiedy przychodzi pora na szkolenie łowieckie, młode wilczki potrzebują łatwych ofiar. Naturalnym wyborem stają się zwierzęta gospodarskie pozostawiane bez opieki na polach i łąkach. To właśnie wtedy zaczynają się konflikty z człowiekiem. Rolnicy, widząc stratę w stadzie owiec czy cieląt, reagują gniewem. Trudno się dziwić – nikt nie lubi patrzeć, jak jego praca idzie na marne.

Problem w tym, że zamiast stosować środki ochronne – takie jak ogrodzenia elektryczne czy nocne zagrody – wielu gospodarzy wybiera prostszą drogę: obarczenie winą wilków. I tutaj na scenę wkracza wspomniane lobby myśliwskie, które chętnie podsyca emocje. Historie o „krwiożerczych bestiach” pojawiają się w mediach, a wraz z nimi postulaty polowań na wilki. Choć gatunek ten w Polsce objęty jest ścisłą ochroną, presja na jego odstrzał pojawia się co roku.

Z drugiej strony są przyrodnicy, którzy przypominają, że wilk pełni w ekosystemie rolę nie do przecenienia. Jest regulatorem liczebności zwierząt kopytnych – jeleni, saren czy dzików. To właśnie one, jeśli ich populacja wymknie się spod kontroli, potrafią wyrządzić ogromne szkody w lasach, obgryzając młode drzewa i niszcząc naturalne odnowienia.

Polska historia zna przykłady, kiedy eliminacja wilka prowadziła do całkowitego wytrzebienia wilka. Tam, gdzie zniknął, szybko doszło do rozrostu populacji roślinożerców. Skutek? Zniszczone młodniki, ubożenie lasów i konieczność prowadzenia kosztownych „gospodarczych” redukcji przez człowieka. I to jest moment, w którym myśliwi otwierają szampana – bo pracy przy „kontrolowaniu” zwierzyny nagle przybywa.

Cała ta sytuacja prowadzi do prostego wniosku: kiedy człowiek próbuje samodzielnie regulować przyrodę, zazwyczaj wychodzi to na złe. Wilk nie jest wrogiem rolnika, a sojusznikiem lasu i strażnikiem równowagi. Zamiast więc powtarzać medialne opowieści o zagryzionych owcach, warto zrozumieć, że przyroda rządzi się swoimi prawami – i to one powinny być dla nas najważniejsze.

Partnerzy portalu:

Powstał Ośrodek Sportowy Zawady. Takich miejsc w Białymstoku jeszcze sporo brakuje.

Powstał Ośrodek Sportowy Zawady. Takich miejsc w Białymstoku jeszcze sporo brakuje.

Na początku października ruszy Ośrodek Sportowy Zawady, gdzie białostoczanie będą mogli grać w piłkę nożną, padla, a nawet golfa. Zarządzać nowym obiektem będzie BOSiR, czyli ośrodek odpowiedzialny za plażę w Dojlidach, lodowisko, baseny miejskie czy stadion lekkoatletyczny. Mimo że inwestycję wiele osób zdążyło już okpić ze względu na snobistycznego golfa, to tak naprawdę najważniejszym elementem ośrodka jest boisko Orlik.

Mało kto wie, że tego typu obiektów w Białymstoku dramatycznie brakuje. Pisząc „dramatycznie”, mamy na myśli sytuację, w której jest gigantyczne zapotrzebowanie na Orliki, by obsłużyć wszystkie szkółki piłkarskie w mieście, zaś obecne obiekty pracują od rana do wieczora w pełnym obłożeniu. Jeżeli ktoś chciałby pograć rekreacyjnie, musi szukać boisk poza Białymstokiem. Dlatego najnowsza inwestycja to kropla w morzu potrzeb najmłodszych. Szkółki piłkarskie powstają bowiem z myślą o dzieciach z podstawówek — po to, by jako nastolatkowie mogli zostać pełnoprawnymi piłkarzami.

Na terenie Ośrodka Sportowego Zawady do dyspozycji mieszkańców Białegostoku od 4 października będą: budynek z częścią szatniową, sanitarną i gastronomiczną, boisko typu Orlik z dodatkowym placem do rozgrzewki, cztery korty padla wraz z zadaszeniem oraz akademia golfa. Aby skorzystać z oferty Ośrodka Sportowego Zawady, wystarczy wcześniejsza rezerwacja i opłacenie użytkowania wybranego kortu lub boiska. Można tu także wypożyczyć sprzęt do gry. Wszystko obsługuje portal miejskoaktywni.pl.

Partnerzy portalu:

Śmiech na sali! Narwiański Park Narodowy biernie patrzy na śmierć Narwi i jednocześnie inwestuje w nowe atrakcje.
Tak ma wyglądać kładka

Śmiech na sali! Narwiański Park Narodowy biernie patrzy na śmierć Narwi i jednocześnie inwestuje w nowe atrakcje.

Narwiański Park Narodowy ma dla nas wielką nowinę: w Kurowie powstanie nowa kładka, wieża widokowa, kosze na śmieci, ławki, lunety i nawet transmisja online. W skrócie – Disneyland na bagnach. Wszystko pięknie, gdyby nie jeden drobiazg: Narew właśnie umiera. Ale kogo to obchodzi, skoro można się pochwalić nową „atrakcją”?

Rzeka, która przez wieki była źródłem życia, dzisiaj zamienia się powoli w rowy pełne zamulonej brei, a przyczyna tego dramatu jest oczywista: zapora w Siemianówce. Woda tam odparowuje w gigantycznych ilościach, a rozlewiska Narwi wysychają. Podlaski ekosystem kona w milczeniu. A co robi Narwiański Park Narodowy, powołany do ochrony przyrody? Zajmuje się projektowaniem kładki wśród bagien, które znikną zaraz po tym, gdy zniknie Narew.

Siemianówka do natychmiastowej likwidacji! Pogrzeb Narwi już się zaczął.

Zamiast bić na alarm, organizować konferencje, wywierać presję na władze (Wody Polskie) i mobilizować opinię publiczną, dyrekcja Parku rozrysowuje dokumentację do przetargu. Cisza, spokój, żadnych kłopotliwych pytań, żadnego wchodzenia w konflikt. Trzymanie się ciepłego stołka to najlepsze co im wychodzi. Zamiast walczyć o życie rzeki, wolą deski i kosze na śmieci, projektować tablice informacyjne. Czyli mamy mieć Narwiański Park Narodowy – bez Narwi, ale za to z tablicą edukacyjną o tym, jak kiedyś było.

Wyobraźmy sobie turystę w 2027 roku. Stoi na nowej kładce, spogląda przez świeżo zamontowaną lunetę i co widzi? Łąkę. Może rowek z wodą. Może wysuszoną trawę i puste niebo, bo ptaki dawno przeniosły się tam, gdzie rzeki jeszcze istnieją. Ktoś zapyta: „Po co wydawać miliony na kładkę, jeśli sama atrakcja – rzeka – znika?”. Odpowiedź jest prosta: bo łatwiej budować mosty nad pustką niż mosty do prawdy.

Nowa kładka będzie więc nie tylko „atrakcją turystyczną”. Będzie pomnikiem nieudolności i milczącej zgody na śmierć Narwi. Pomnikiem, na którym można sobie zrobić selfie, wrzucić na Instagram i napisać: „Byłem nad rzeką, której już nie ma”. Idealny symbol naszych czasów – kiedy zamiast ratować przyrodę, fundujemy sobie jej atrapę. Można by rzec: Narwiański Park Narodowy staje się pionierem. Pierwszym parkiem narodowym w Europie, który specjalizuje się nie w ochronie przyrody, lecz w ochronie… pozorów.

Partnerzy portalu:

I Retro Piknik Rodzinny „Zakręceni na Podlasiu”. PKS będzie świętować 80-lecie.

I Retro Piknik Rodzinny „Zakręceni na Podlasiu”. PKS będzie świętować 80-lecie.

Z okazji jubileuszu 80-lecia spółka PKS Nova organizuje Retro Piknik Rodzinny, który odbędzie się 20 września 2025 r. Wydarzenie zostało przygotowane z myślą o miłośnikach motoryzacji, osobach ceniących retro klimat oraz rodzinach, które będą chciały wspólnie spędzić czas i radośnie zakończyć lato. Piknik odbędzie się w Ogrodach Pałacu Branickich.

Piknik to doskonała okazja do sentymentalnej podróży w czasie, w którą zabiorą uczestników: PKS Nova, Klub Miłośników Komunikacji Miejskiej w Białymstoku, Komunalne Przedsiębiorstwo Komunikacyjne w Białymstoku i Stowarzyszenie Miłośników Starej Motoryzacji „Moto Retro”.

Impreza główna w godzinach 12:00-18:00

Na odwiedzających czeka bogaty program atrakcji, m.in.:

  • wystawa zabytkowych samochodów i autobusów
  • stoisko PKS z kronikami pracowniczymi dokumentującymi historię przedsiębiorstwa,
  • stoiska z regionalnymi smakołykami i rękodziełem,
  • strefa zabaw dla dzieci z dmuchańcami i animacjami oraz strzelnica
  • konkurs wiedzy o PKS z nagrodami
  • wieczorne kino plenerowe w wyjątkowej scenerii ogrodów (film Król Lew) od 18:30

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Wrócili na Podlasie po 9 latach. Co się zmieniło?

Wideoblogerzy Wędrowne Motyle wrócili na Podlasie po dziewięciu latach. Odwiedzili Tykocin, Narwiański Park Narodowy, Suraż, Krainę Otwartych Okiennic, Skit w Odrynkach, Siemianówkę, Białowieski Park Narodowy, Kleszczele i Grabarkę. Od razu odpowiadamy na pytanie z tytułu – czy coś się zmieniło? Z naszej perspektywy praktycznie nic. Wszystko wygląda dokładnie tak, jak było, z jedną małą różnicą.

Turyści odwiedzili kładkę Waniewo–Śliwno, z której jednak nie mogli skorzystać, ponieważ w rzece jest zbyt mało wody. Problem w tym, że to zjawisko postępuje i niewiele osób decyzyjnych się nim przejmuje. Jeśli tak dalej pójdzie, za kolejne dziewięć lat w tym miejscu może być już tylko pastwisko. Bez Narwi nie będzie też ludzi w okolicy, bo woda to życie. Tak oczywiste stwierdzenie trzeba przypominać, bo urzędnicy najwyraźniej myślą, że woda pojawia się samoistnie w kranie.

Wracając do wycieczki Wędrownych Motyli – bardzo dobrze, że odwiedzili też Suraż. To jedno z najmniejszych miast w Polsce, często niesłusznie pomijane. Dawniej było świetnym miejscem do kajakowania, dziś przy obecnym stanie Narwi można wręcz szorować po dnie. Za to cała okolica nieodmiennie kojarzy się z Konopielką. Pochodzący stąd Edward Redliński napisał tu świetne dzieło. Jeśli po jego lekturze chcecie poczuć się jak w Taplarach – koniecznie wybierzcie się do Suraża, a następnie ruszcie Szlakiem Konopielki.

Jedno jest pewne – Podlasie wciąż pozostaje doskonałym kierunkiem turystycznym. Jest tu co podziwiać, co zjeść, gdzie odpocząć i się wyciszyć. Jedynie przyroda zaczęła się degradować, ale kto wie – może kiedyś ktoś kompetentny zajmie się i tym problemem, aby ratować nasze ukochane Podlasie.

Partnerzy portalu:

Rezerwaty przyrody w Białymstoku i okolicach – zielone oazy na wyciągnięcie ręki

Rezerwaty przyrody w Białymstoku i okolicach – zielone oazy na wyciągnięcie ręki

Kiedy opuszcza się centrum Białegostoku, po kilkunastu minutach jazdy samochodem lub rowerem zaczyna się zupełnie inny świat. Miasto, choć największe w regionie, ma to szczęście, że otoczone jest terenami, które zachowały naturalny charakter i stanowią enklawy spokoju. Rezerwaty przyrody w okolicach Białegostoku są jak zielone pokoje, do których można wejść, by odetchnąć od codzienności, usłyszeć szum drzew i poczuć zapach wilgotnej ziemi. Nie trzeba planować dalekiej wyprawy – te miejsca znajdują się niemal pod ręką, a każdy z rezerwatów ma nieco inne oblicze i zaprasza do innej formy odkrywania.

Jednym z takich rezerwatów jest Las Zwierzyniecki, położony w mieście. To miejsce szczególne, bo pełni rolę pomostu pomiędzy miejskim rytmem a ciszą natury. Ścieżki wiją się tutaj wśród starych drzew, a o każdej porze roku można spotkać spacerowiczów, biegaczy czy rodziny z dziećmi. Jesienią las mieni się kolorami, latem daje chłód i wytchnienie. Choć leży tak blisko bloków i ulic, wrażenie jest takie, jakby znajdowało się na uboczu, z dala od zgiełku.

Nieco dalej, w kierunku północnym, znajduje się rezerwat Antoniuk. To teren mniej znany, a przez to spokojniejszy. Nie przyciąga tłumów, co sprawia, że można tu poczuć prawdziwy oddech przyrody. Ścieżki prowadzą między podmokłymi zagłębieniami, a wiosną i latem słychać koncert żab i ptaków. To dobre miejsce dla osób, które chcą odetchnąć w samotności, z dala od głównych traktów turystycznych. Sam spacer staje się tu przygodą, bo nie wszystko jest przygotowane tak jak w miejskim parku – bardziej przypomina to wejście w mały fragment dzikiego świata.

Tuż obok Białegostoku zaczyna się również ogromny kompleks Puszczy Knyszyńskiej, a w jej obrębie znajduje się kilka rezerwatów, które stanowią naturalne przedłużenie miejskich lasów. To już nie tylko spacery, ale także możliwość dłuższych wypraw pieszych i rowerowych. W takich miejscach człowiek czuje, że naprawdę wychodzi poza miasto – ścieżki prowadzą daleko, a krajobraz zmienia się w zależności od tego, którą stronę wybierzemy. Dla wielu mieszkańców to właśnie te rejony są weekendowym azylem, gdzie można spędzić cały dzień wędrując, zbierając grzyby czy po prostu siedząc na polanie. Wystarczy ruszyć w kierunku Wasilkowa bądź Supraśla, by poczuć piękno otaczającej Puszczy Knyszyńskiej. Można też połączyć w dłuższą wycieczkę podróż od Czarnej Białostockiej, przez Supraśl, Kołodno, aż po Wyżary. Praktycznie nie wychodząc z lasu.

Rezerwaty wokół Białegostoku nie mają monumentalnego charakteru wielkich parków narodowych, ale ich siłą jest dostępność. Można wyjść z domu i w ciągu krótkiego czasu znaleźć się w miejscu, gdzie czas płynie inaczej. To idealne przestrzenie na krótką wycieczkę, spacer po pracy, rodzinny piknik czy samotną przechadzkę. W przeciwieństwie do odległych atrakcji turystycznych, nie wymagają planowania i skomplikowanej logistyki. Wystarczy para wygodnych butów, termos z herbatą i chęć, by choć na chwilę zamienić miejski krajobraz na zielone ścieżki.

Wizyta w takich rezerwatach przypomina też, że Białystok jest miastem szczególnym. Jego tożsamość łączy miejską nowoczesność z bliskością natury. To rzadkie połączenie sprawia, że mieszkańcy mogą żyć w dużym ośrodku, a jednocześnie nie tracą kontaktu z lasem, rzeką czy polaną. To codzienny luksus, którego nie docenia się, dopóki nie porówna się go z innymi miastami.

Partnerzy portalu:

Voyager kontra PKS Nova. Pasażer zawsze przegrywa.
fot. PKS Nova

Voyager kontra PKS Nova. Pasażer zawsze przegrywa.

Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda normalnie: na tabliczce jest rozkład, pasażerowie stoją w kolejce, autobus zbliża się do przystanku. Po chwili jednak pojawia się drugi autobus, w tym samym kierunku, niemal o tej samej porze. Wiezie powietrze. I tak kilka razy dziennie. A potem w rozkładzie mamy kilkadziesiąt minut „dziury” bez kursu.

Od lat na trasach w Podlaskiem, m.in. Białystok–Hajnówka, kursują równolegle PKS Nova i prywatny przewoźnik Voyager Trans. Obie firmy mają własne rozkłady, sprzedają bilety, dysponują pozwoleniami. Problem nie w tym, że jeżdżą — tylko w tym, jak te rozkłady są do siebie ułożone. W praktyce bywa, że odjazdy obu przewoźników przypadają niemal na tę samą godzinę. W zasadzie często pierwszy podjeżdża Voyager. To strategia zgodna z prawem, choć budząca wątpliwości z punktu widzenia pasażera.

Z perspektywy pasażera kursy powinny być równomiernie rozłożone w czasie. Problem polega na tym, że obecnie nie istnieje żaden mechanizm, który z góry rozdzielałby kursy „po równo” albo w większych odstępach, tak aby pasażer miał odjazd co 30 minut, zamiast dwóch autobusów „pod rząd”. Prowadzi to do marnotrawienia zasobów: zamiast obsłużyć pasażerów w sposób równomierny i bardziej dostępny, jeden autobus jedzie przepełniony, a drugi pusty.

Od razu zaznaczmy: nie jest to afera polegająca na łamaniu przepisów, bo prawo dopuszcza równoległe kursy. Przewoźnicy składają wnioski o zezwolenia, uzgadniają dostęp do przystanków, spełniają wymogi formalne — i jeżdżą. Problem w tym, że nikt nie układa wspólnej układanki. A pasażer płaci dwa razy — najpierw biletem, a potem podatkami, gdy sejmik dotuje PKS Nova, które w tym układzie ponosi straty.

W samych suchych danych nie widać „stłoczeń” jak na dłoni, bo rozkłady są rozproszone po różnych serwisach. Ale gdy weźmiemy tablicę porannych i popołudniowych odjazdów, układa się obraz zbyt małych odstępów między kursami konkurencyjnych firm.

Dlaczego tak się dzieje?

Problem tkwi w tym, że nikt nie koordynuje „siatki” odjazdów. Dzisiejsze przepisy gwarantują możliwość legalnego wejścia na trasę, ale nie narzucają minimalnego odstępu czasowego między konkurencyjnymi kursami na tej samej linii. To oznacza, że przewoźnik może „ustawić się” kilka minut przed konkurentem i jest to zgodne z prawem. Efekt uboczny? Zamiast zwiększać łączną dostępność kursów w ciągu dnia, system generuje „piki i dziury”.

Teoretycznie ludzie wybierają portfelem, ale w praktyce oba podmioty świadczą identyczną usługę, więc można próbować konkurować ceną biletu albo godzinami odjazdów. Problem w tym, że ani jedno, ani drugie nie poprawia komfortu pasażera. Ten nie potrzebuje dwóch autobusów o 7:40 i 7:45. Potrzebuje jednego o 7:40 i kolejnego o 8:10.

Z perspektywy rodzin, osób starszych czy dojeżdżających do pracy i szkół rytm kursów ma ogromne znaczenie. Gdy pojawiają się dwa pojazdy niemal naraz, a potem dłuższa przerwa, rytm się gubi. Pasażerowie, którzy nie są codziennymi bywalcami danej linii, tracą orientację.

Kto może z tym zrobić porządek?

Zacznijmy od tego, że problem nie jest nowy. Jest znany od wielu lat. I co? I nic. Politycy i samorządowcy są jak aligatory — szerokie paszcze, żeby wiele powiedzieć, ale rączki do roboty krótkie. A istnieją dwa sposoby rozwiązania tego problemu.

Mniej realny i bardziej realny. Ten mniej realny to zmiana ustawy. Tak, coś, co można zrobić w jedną noc (jak pokazały działania polityków PiS w przeszłości), w tym przypadku urasta do rangi nieosiągalnego. Zakazanie ustawą praktyki podjeżdżania kilka minut przed konkurencją zamknęłoby problem raz na zawsze. Ale, jak wspomnieliśmy, to rozwiązanie mniej realne. Szanse na wprowadzenie takiego zakazu są bliskie zeru. Dlaczego? Bo jeśli politycy zmieniają przepisy, to zwykle po to, aby na tym skorzystać. A kto przejmie się jakimś rozkładem jazdy?

Dlatego jest drugi sposób, bardziej realny. Marszałek województwa organizuje przewozy użyteczności publicznej i wydaje zezwolenia na przewozy regularne. Nie ma jednak narzędzi, by zmuszać przewoźników do układania rozkładów racjonalnie. Ale to, że ich nie ma, nie oznacza, że nie można ich stworzyć. Wystarczy decyzja sejmiku.

Jak się za to zabrać?

Należy pamiętać, że w hierarchii prawa ustawa stoi wyżej. Skoro zakazu w niej nie ma, sejmik nie może samodzielnie go wprowadzić. Istotny staje się jednak Regionalny Plan Transportowy Województwa Podlaskiego na lata 2021–2027. To strategiczny dokument, którego głównym celem jest poprawa dostępności komunikacyjnej regionu.

Wystarczy zaktualizować go o rozdział dotyczący koordynacji działań podmiotów zajmujących się transportem publicznym. Koordynacja polegałaby na synchronizacji rozkładów jazdy między przewoźnikami na podobnych trasach oraz na wprowadzeniu minimalnych zasad (np. określonego odstępu czasowego, kolejności kursów).

Dodanie zapisu w brzmieniu: „Organizator transportu wojewódzkiego, przy wydawaniu zezwoleń na przewozy regularne, zobowiązany jest do uwzględnienia zasady koordynacji rozkładów jazdy w interesie pasażerów” dałoby marszałkowi narzędzie pozwalające odmówić zatwierdzenia rozkładu w przypadku ewidentnych „podjazdów”, wskazując brak koordynacji jako przeszkodę.

Skoro to „takie łatwe”, dlaczego nikt tego nie robi?

Podstawową barierą jest wszechobecna bierność urzędników. Po co się wychylać i narażać na kłopoty? Dlatego inicjatywa musi wyjść z sejmiku lub zarządu województwa. Co ciekawe, w ostatnim czasie w sejmiku poświęcono wiele godzin dyskusji o PKS Nova. Nikomu jednak z „zatroskanych” nie przyszło do głowy, by rozwiązać akurat ten problem, który realnie poprawiłby sytuację — nie tylko budżet PKS Nova, ale także komfort pasażerów i przejrzystość rozkładów.

Partnerzy portalu:

Dlaczego nie warto biec po papier toaletowy, gdy nadlatują ruskie drony?

Dlaczego nie warto biec po papier toaletowy, gdy nadlatują ruskie drony?

W nocy z 9 na 10 września doszło do bezprecedensowej sytuacji – w polską przestrzeń powietrzną wleciały rosyjskie drony, część z nich od strony Białorusi. Te, które mogły stanowić zagrożenie, zostały zestrzelone przez polskie wojsko i sojuszników z NATO. Nie odnotowano ofiar wśród ludności cywilnej, a jedyne szkody ograniczyły się do fragmentów maszyn, które spadły na budynki i samochody. Rząd zwołał nadzwyczajne posiedzenie, a premier określił incydent mianem prowokacji.

Choć sytuacja była poważna, służby zadziałały szybko i skutecznie. Dlatego najważniejsze jest, aby społeczeństwo zachowało spokój. W takich momentach pojawia się naturalny niepokój, jednak panika – szczególnie w postaci masowego wykupywania makaronu czy papieru toaletowego jak w pandemii – jest całkowicie nieuzasadniona. Polska gospodarka funkcjonuje normalnie, dostawy do sklepów są zabezpieczone, a codzienne życie może toczyć się dalej bez zakłóceń.

Cywile powinni pamiętać o kilku podstawowych zasadach. Jeśli w okolicy znajdą fragment drona, należy natychmiast zgłosić to odpowiednim służbom i nie zbliżać się do znaleziska. Warto śledzić komunikaty władz i mediów publicznych, zamiast powielać niesprawdzone informacje w internecie. Szkoły i instytucje działają normalnie, a zamknięta czasowo przestrzeń powietrzna nad lotniskami nie wynikała z zagrożenia, a z ułatwieniu operacji polskiego wojska.

Z dzisiejszego zdarzenia płynie ważna lekcja: Polska nie jest bezbronna, a siły zbrojne i sojusznicy reagują błyskawicznie. Dlatego zamiast ulegać panice, lepiej zaufać procedurom i spokojnie kontynuować codzienne życie. Świadomość zagrożenia jest potrzebna, ale to rozsądek i opanowanie obywateli pozwalają zachować normalność nawet w obliczu prowokacji.

W takich chwilach szczególnie nie warto rzucać się na sklepy i masowo kupować makaronu, ryżu czy papieru toaletowego – to wyłącznie nakręca zbędną histerię i prowadzi do chaosu. Równie nierozsądne jest wykupywanie na zapas kilkunastu litrów oleju, cukru czy mąki, jakby jutro miało zabraknąć piekarni. Nie ma też sensu ustawiać się w długich kolejkach po benzynę, by zatankować każdy kanister, jaki znajdzie się w garażu. Paniczne wypłacanie wszystkich oszczędności z banku, tylko po to, by trzymać je w skarpecie, również niczego nie zabezpiecza – wręcz przeciwnie, zwiększa ryzyko strat. Tak samo nie pomoże chaotyczne gromadzenie świeczek, zniczy z cmentarza, przypadkowych konserw, które nikt w domu nie jada, ani kupowanie kolejnego telewizora „na wszelki wypadek”.

Niektórzy w emocjach próbują także pędzić na stacje kolejowe czy autobusowe, by „uciec gdziekolwiek” – a to tylko potęguje zamieszanie i utrudnia służbom pracę. Równie złym pomysłem jest rozsyłanie niesprawdzonych plotek (typu mój znajomy ma ciocię w ministerstwie) w mediach społecznościowych, straszenie sąsiadów „końcem świata” albo kupowanie w internecie domowych bunkrów i masek gazowych z niepewnego źródła. Wszystko to są reakcje impulsywne, które nie podnoszą bezpieczeństwa, a jedynie wywołują poczucie chaosu i bezradności.

Partnerzy portalu:

Zwiedzanie białostockich cerkwi – duchowość i architektura miasta wielu wyznań

Zwiedzanie białostockich cerkwi – duchowość i architektura miasta wielu wyznań

Kiedy przyjeżdża się do Białegostoku po raz pierwszy, trudno nie zwrócić uwagi na kształty kopuł, które wznoszą się ponad dachami miasta. Hełmy niektórych cerkwi połyskują w słońcu, przypominając, że stolica Podlasia od wieków była miejscem spotkania kultur i religii. Choć miasto rozwinęło się jako ośrodek wielonarodowy, to właśnie obecność prawosławia nadała mu unikalny charakter, odróżniający Białystok od wielu innych polskich miast.

sobór św. Mikołaja w Białymstoku zimą

Najbardziej okazałą i rozpoznawalną świątynią jest sobór św. Mikołaja, położony nieopodal Rynku Kościuszki. To główna cerkiew prawosławna w mieście, której majestatyczna bryła przyciąga spojrzenia przechodniów. Sobór, wybudowany w XIX wieku, powstał w stylu charakterystycznym dla rosyjskiej architektury sakralnej. Wnętrze kryje bogato zdobiony ikonostas, który dla wiernych stanowi duchową bramę pomiędzy światem ziemskim a niebiańskim. Wejście do tej cerkwi to spotkanie z tradycją wschodniego chrześcijaństwa – światłem świec, zapachem kadzidła i ciszą modlitwy, która potrafi zatrzymać nawet przypadkowego turystę.

Najstarszy opis cerkwi św. Mikołaja w Białymstoku znajdujemy w spisie inwentarza sporządzonym po śmierci Jana Klemensa Branickiego. Raport z roku 1772 deklaruje: Cerkiew drewniana, noworeperowana, na półkoszkach tynkowana, żółto z szarym malowana, i kopułach blachą białą obitych, a czerwonomalowanych. Ta cerkiew od ulicy w oparkowaniu murowanym, ze trzech zaś stron parkan z dylów, między słupami murowanymi, zły. Rejestr inwentarza stwierdza ponadto, że białostocki majątek Branickich liczył 1800 mieszkańców.

cerkiew św. Marii Magdaleny

Nieco dalej, w bardziej kameralnej centrum miasta, znajduje się cerkiew św. Marii Magdaleny. To świątynia o zupełnie innym nastroju – mniejsza, bardziej intymna, otoczona zielenią. To miejsce cichej modlitwy, ale i spotkań społeczności lokalnej, gdzie tradycja przekazywana jest z pokolenia na pokolenie. Cerkiew św. Marii Magdaleny to jeden z najstarszych obiektów sakralnych w Białymstoku. Pierwotnie była to rzymskokatolicka kaplica złączona z niedaleką kaplicą św. Rocha. W 1758 roku ufundował ją Jan Klemens Branicki – niewykluczone, że z myślą o wiernych obrządku wschodniego.

Warto wspomnieć również o cerkwi Świętego Ducha na os. Antoniuk. Jej bardzo wysoka. To miejsce, które często robi największe wrażenie na turystach odwiedzających Białystok. Dla budowniczych cerkwi Świętego Ducha od początku najważniejszym było, by świątynia pomieściła jak najwięcej wiernych. Istniało kilka projektów budynku. W 2000 roku zawieszono unikalne na skalę światową panikadiło. Konstrukcja o łącznej rozpiętości sześciu metrów, wadze 1200 kg, złożona z dwóch części, z których wyższą umieszczono w samej kopule, zaś niższą – na wysokości 9 metrów od podłogi. Żyrandol podtrzymują 24 liny symbolizujące zstępującego na ziemię Ducha Świętego. Między świecami znajdują się prostopadłościenne witraże z wizerunkami apostołów oraz świętych. Całość przyjmuje kształt zbliżony do korony a powstała w pracowni w Mińsku.

Warto wspomnieć także o cerkwi Hagia Sofia w Białymstoku przy ul. Trawiastej. Idea budowy cerkwi pod wezwaniem Hagia Sophia w Białymstoku zrodziła się w 1986 roku w nietypowych okolicznościach – podczas lotu powrotnego z Konstantynopola. Wśród pasażerów byli metropolita Bazyli, ówczesny zwierzchnik Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego, arcybiskup diecezji białostocko-gdańskiej Sawa (od 1998 roku metropolita całej Cerkwi) oraz ks. Aleksander Chilimoniuk, proboszcz parafii Wszystkich Świętych w Białymstoku.

Wizyta w stolicy dawnego Bizancjum, w tym także spotkanie z patriarchą Konstantynopola Dymitriosem I, stały się impulsem duchowym i symbolicznym. Hierarchowie odwiedzili wówczas monumentalną Hagia Sophię – dawną cerkiew, a później meczet i muzeum – która, zgodnie z tureckim prawem, była miejscem niedostępnym dla modlitwy chrześcijańskiej. Uświadomienie sobie, że podobne ograniczenia obowiązywały również w innych, historycznych cerkwiach pod tym samym wezwaniem – w Kijowie, Połocku czy Nowogrodzie Wielkim – wzbudziło refleksję. W obliczu niemożności praktykowania modlitwy w tradycyjnych świątyniach Mądrości Bożej, narodziła się myśl: „Skoro nie można się modlić tam, niech chociaż w Białymstoku stanie cerkiew, w której będzie rozbrzmiewać modlitwa ku czci Mądrości Bożej – Hagia Sophia”.

Zwiedzanie białostockich cerkwi to nie tylko lekcja architektury, ale też podróż w głąb historii regionu. Od wieków Podlasie było pograniczem – tutaj spotykały się tradycje polska, litewska, białoruska i ukraińska. Każda z tych kultur zostawiła w Białymstoku swój ślad, ale to właśnie cerkwie najpełniej pokazują, że miasto nie było monokulturowe. Spacerując od jednej świątyni do drugiej, można poczuć klimat dawnej wielokulturowości, która wciąż jest obecna w językach, kuchni i obyczajach mieszkańców.

Niektórzy odwiedzają cerkwie tylko jako turystyczne atrakcje, inni traktują je jako miejsca duchowego zatrzymania. Niezależnie jednak od motywacji, wejście do wnętrza prawosławnej świątyni zawsze jest doświadczeniem. Złocone ikony, bogate polichromie i chór śpiewający w wielogłosie tworzą atmosferę, której trudno porównać z czymkolwiek innym. W Białymstoku to doświadczenie jest dostępne niemal na wyciągnięcie ręki – kilka minut spaceru dzieli turystę od kolejnej świątyni, każdej z własną historią i własnym rytmem życia.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Z Białegostoku przez Sokółkę, Augustów i Suwałki do Wilna. Czy warto jechać?

Ten pociąg zaczyna bieg w Krakowie, następnie przez Warszawę dojeżdża do Białegostoku, by następnie dojechać Mockavy na Litwie. W dalszą podróż do Wilna można zabrać się pociągiem litewskiej firmy LTG Link, który czeka na pasażerów z Polski na tym samym peronie, na torze obok. Wystarczy jeden bilet, wystarczy przejście do drugiego pociągu i można zwiedzać stolicę Litwy!

Podróż takim pociągiem to nie tylko wygodny sposób dotarcia do celu, ale także wyjątkowa okazja, by przeżyć coś więcej niż zwykły transport z punktu A do punktu B. Trasa prowadzi przez różnorodne krajobrazy – zielone lasy Podlasia, które ciągną się aż ku litewskiej granicy zrobią wrażenie na każdym. Wystarczy spojrzeć za okno, by zobaczyć, jak zmienia się Polska w trakcie podróży najpierw na wschód, a później na północ. To jak podróż przez małą ojczyznę, która stopniowo ustępuje miejsca innemu krajowi i innej kulturze.

Pociąg daje też czas, by naprawdę poczuć klimat podróży. W przeciwieństwie do samolotu, który przenosi nas błyskawicznie z jednego miasta do drugiego, kolej pozwala obserwować świat w bardziej naturalnym tempie. Jest miejsce na spokojną rozmowę, na lekturę książki, na filiżankę kawy w wagonie restauracyjnym. Można poznać innych podróżnych – studentów jadących na Erasmus, turystów wybierających się pierwszy raz na Litwę, czy Litwinów wracających do rodzinnych stron. Każda z tych rozmów potrafi nadać podróży nowego znaczenia.

Warto też pamiętać, że sama przygoda zaczyna się w chwili wejścia na peron. Niespieszne pakowanie walizki, czekanie na stacji, zapach rozgrzanych torów latem czy chłodny powiew zimą – to wszystko buduje atmosferę wyprawy. Podróż pociągiem staje się częścią wspomnień, a nie tylko środkiem do ich zdobycia.

Granica, którą przekraczamy w Mockavie, to symboliczny moment – w kilka minut znajdujemy się w innym kraju, nagle zmienia się strefa czasowa, ale nadal nie tracimy rytmu podróży. To rzadkie doświadczenie w Europie Środkowo-Wschodniej, gdzie przez lata przejazd przez granicę kojarzył się z długotrwałymi kontrolami i barierami. Dziś wystarczy spojrzeć na zmieniające się nazwy stacji i język na tablicach, by poczuć, że jesteśmy już w innej przestrzeni kulturowej.

Dlatego właśnie warto wsiąść do tego pociągu – nie tylko po to, by dotrzeć do Wilna, ale po to, by przypomnieć sobie, że podróż sama w sobie jest przygodą. To droga, która łączy miasta, ludzi i krajobrazy. To doświadczenie, którego nie da się odtworzyć w żadnym innym środku transportu. Pociąg z Białegostoku do Wilna to zaproszenie do przeżycia czegoś więcej niż zwykłej podróży – to szansa na małą wyprawę, która pozostaje w pamięci na długo.

Partnerzy portalu:

Co dalej z Krywlanami? Będą budować hangar, a las jak rósł tak rośnie.
fot. UM Białystok

Co dalej z Krywlanami? Będą budować hangar, a las jak rósł tak rośnie.

W sprawach lotniska na Krywlanach można się nieco pogubić. Pamiętamy jak jeszcze poprzedni prezydent Białegostoku Ryszard Tur (a obecny rządzi już od 19 lat) wbijał symboliczną łopatę na Krywlanach. Od tego czasu kolejnemu prezydentowi czyli Tadeuszowi Truskolaskiemu udało się (z walczącą z nim wtedy pisowską większością w radzie) wybudować pas startowy. To też miało miejsce już kilka dobrych lat temu.

Od tego czasu nic się na Krywlanach nie zmieniło. Przeszkody lotnicze – czyli Las Solnicki nadal rosną, a tematu ich wycinki jak nie było tak nie ma. Za to w planach jest powstanie spółki – składającej się z Miasta Białystok, Województwa Podlaskiego i Polskich Portów Lotniczych S.A (udziały w tym ma skarb państwa). Kiedy to się stanie, nie wiadomo. W ostatnim czasie dodatkowo Prezydent Białegostoku wydał decyzję lokalizacyjną na budowę hangaru dla samolotów, z masztami antenowymi. Będzie też nowa droga kołowania. O ile nikt się nie odwoła i nie storpeduje tej inwestycji.

Warto dodać, że prawie rok temu NSA oddalił skargę na decyzję środowiskową dotyczącą Krywlan z 2016 roku. „Teraz możemy wznowić postępowanie dot. usunięcia przeszkód lotniczych i zintensyfikować prace nad tym, by jak najszybciej „odblokować” wykorzystywanie Krywlan w pełnym wymiarze” – napisał na portalu X prezydent Białegostoku Tadeusz Truskolaski. Od tamtej pory o planach miasta na wycinkę nic nie wiadomo. Warto jednak przypomnieć, że w Polsce okres lęgowy ptaków zazwyczaj trwa od 1 marca do 15 października, więc w tym czasie nic ciąć nie można. Ale zaplanować owszem. Chyba, że miasto boi się mieszkańców Dojlid, że się przypną do drzew i chce to zrobić z zaskoczenia.

Tak czy inaczej, na Krywlanach niby coś się dzieje, ale tak naprawdę wszystko po staremu. Stacjonuje wojsko, Straż Graniczna, LPR i prywatne samoloty.

Partnerzy portalu:

Dobra wiadomość z Białegostoku nad mazurskie jeziora jest sprawniej, będzie szybciej!
fot. PKP Intercity

Dobra wiadomość z Białegostoku nad mazurskie jeziora jest sprawniej, będzie szybciej!

W środę 3 września, do Giżycka wjechał pierwszy pociąg PKP Intercity z lokomotywą elektryczną. Był to skład IC Hańcza, który rano wyruszył z Krakowa. To wydarzenie jest kolejnym etapem modernizacji linii kolejowej prowadzącej przez Warmię i Mazury i bez wątpienia ucieszy wielu mieszkańców Podlasia, którzy regularnie podróżują w tamtym kierunku.

Połączenie kolejowe do Giżycka zostało uruchomione już 18 czerwca, zaraz po zakończeniu wcześniejszego etapu prac modernizacyjnych. W czasie wakacji na trasie kursowały jeszcze pociągi z lokomotywami spalinowymi, jednak dzięki modernizacji odcinka Ełk – Giżycko – Korsze możliwe stało się wprowadzenie lokomotyw elektrycznych. Dzięki tym zmianom czeka nas zwiększenie liczby połączeń i prędkości na trasie. Docelowo pociągi na Białystok – Ełk – Giżycko – Korsze pojadą z prędkością do 160 km/h, co znacznie poprawi komfort i szybkość podróży.

Dla Podlasian, którzy często wybierają pociąg jako środek transportu na Mazury, to wiadomość szczególnie dobra. Modernizacja oznacza nie tylko krótszą i wygodniejszą podróż, ale także większą dostępność połączeń, co ułatwi zarówno wyjazdy turystyczne, jak i codzienne podróże w kierunku północnej Polski. Ale też w drugą stronę – mieszkańcy Warmii i Mazur chętniej odwiedzą Podlasie!

Partnerzy portalu:

Wszyscy wzięli się za ogromny problem. Czy ktoś zechce studiować w Białymstoku?
fot. UM Białystok

Wszyscy wzięli się za ogromny problem. Czy ktoś zechce studiować w Białymstoku?

Wreszcie ktoś się wziął za problem, który sygnalizowaliśmy od wielu lat. Białystok przestał był atrakcyjnym miejscem nie tylko do życia, ale również do studiowania. Widać to na twardych liczbach. Mieszkańców ubywa tak samo jak i studentów. Dawniej w mieście było 50 tys. żaków! Teraz ledwo ponad 20 tys. Całe lata władze patrzyły na to biernie, aż w końcu się dogadali.

Uniwersytet w Białymstoku, Uniwersytet Medyczny, Politechnika Białostocka razem z Miastem Białystok i Województwem Podlaskim zaczynają wspólną kampanię Studiuj w Białymstoku. Nawet przygotowano do tego specjalny autobus PKS Nova, który będzie wszędzie tam, gdzie coś się dzieje związanego z edukacją. Na przykład Targi Edukacyjne Perspektywy, w ramach których w 15 miastach Polski zostanie zorganizowany Salon Maturzystów Perspektywy 2025. Tylko we wrześniu będzie w Gdańsku, Łodzi, Warszawie, i na Śląsku. Autobus odwiedzi również szkoły średnie w województwie podlaskim, a także w sąsiednich województwach. Zawita do takich miasta, jak Ostrów Mazowiecka, Giżycko, Olecko, Suwałki, a także Wilno, promując lokalne uczelnie.

W ramach akcji powstanie kompleksowa oferta, która ma przyciągnąć młodzież do Białegostoku na czas studiów, a także zainspiruje ją do pozostania i realizowania swojej kariery zawodowej w regionie po zakończeniu edukacji. Czekamy na efekty.

Partnerzy portalu:

Polak uratował 29 osób, których żywcem chcieli spalić Niemcy

Polak uratował 29 osób, których żywcem chcieli spalić Niemcy

27 czerwca to data, która na stałe wpisała się do historii Białegostoku. Była dniem, w którym okupujący Niemcy urządzili coś niewyobrażalnego. W okrutny sposób, masowo zabili ludzi tylko dlatego, że byli Żydami. Niemcy spędzili około 700 osób do wielkiej synagogi stojącej przy ul. Bożniczej (dziś zaplecze Suraskiej), a następnie podpalono budynek. Bohaterska postawa Józefa Bartoszki spowodowała, że przeżyło 29 osób. Dozorca wykorzystując nieuwagę Niemców otworzył boczne drzwi płonącego budynku. W ostatniej chwili wydostali się ludzie stłoczeni w przedsionku. W tym czasie Niemcy strzelali do Żydów, którzy uciekali z drewnianych domów, które chwilę później również zajęły się ogniem.

Taka postawa doczekała się dopiero po 84 latach uhonorowania. Józef Bartoszko w pobliżu wspomnianej, dawnej synagogi, otrzymał swój skwer. Jego uroczyste otwarcie miało miejsce 1 września. Podczas otwarcia, władzom miasta towarzyszyła wnuczka bohatera, Pani Marta.

27 czerwca 1941 w Białymstoku Niemcy zabili łącznie ponad 2000 osób. Oprawcy nie tylko spalili synagogę, dzielnicę Schulhof, a także wiele budynków z Rynku Kościuszki, Suraskiej, Rynku Siennego, a także to co napotkali na Legionowej i Akademickiej. W kolejnych dniach Niemcy dalej masowo mordowali Żydów. Do 12 lipca zamordowano łącznie prawie 8000 osób. 2 tygodnie później utworzono w mieście getto. Zabito prawie 20 proc. wszystkich Żydów z miasta.

Partnerzy portalu:

Kto by się spodziewał. PKS ma już 80 lat. Będzie Retro Piknik Rodzinny.

Kto by się spodziewał. PKS ma już 80 lat. Będzie Retro Piknik Rodzinny.

I Retro Piknik „Zakręceni na Podlasiu” będzie jednocześnie imprezą urodzinową regionalnego PKS-u. 20 września, w Ogrodach Pałacu Branickich w Białymstoku, zaplanowano mnóstwo atrakcji. Będzie można m.in. zwiedzić wystawę zabytkowych pojazdów – autobusów i samochodów z kolekcji Moto Retro. Przewidziano także pokaz holowania autobusu z użyciem zabytkowego sprzętu w akcji. Na stoisku PKS Nova znajdziemy kroniki pracownicze, pamiątki i balony, a na odwiedzających czekać będą regionalne smakołyki.

Dla chętnych dostępna będzie również strzelnica łucznicza. Nie zabraknie atrakcji dla najmłodszych: dmuchańców, animacji, gigantycznych klocków czy malowania twarzy. Starsi będą mogli wziąć udział w konkursie z nagrodami, w którym premiowana będzie wiedza o PKS. Wieczorem, na specjalnym ekranie, odbędzie się kino plenerowe z kultowym filmem Disneya. Wszystkie atrakcje będą bezpłatne. Sponsorem strategicznym imprezy będzie Województwo Podlaskie.

Podlaska Komunikacja Samochodowa rozpoczęła działalność w 1945 roku, kiedy to – na wniosek ówczesnego ministra komunikacji – powołano Państwowy Urząd Samochodowy. Pod koniec tego samego roku stacja PKS w Białymstoku, mieszcząca się przy ulicy Kraszewskiego, posiadała już 60 jednostek taboru samochodowego (głównie z demobilu wojskowego) oraz uruchomiła pierwsze stałe połączenia do Warszawy i Olsztyna.

W 1951 roku wybudowano nowoczesną – jak na tamte czasy – stację obsługi, magazyny i budynek administracyjny przy ul. Fabrycznej 1. W 1975 roku, po nowym podziale administracyjnym, na mocy zarządzenia ministra komunikacji Wojewódzkie Przedsiębiorstwo PKS w Białymstoku zmieniło nazwę na Przedsiębiorstwo Państwowej Komunikacji Samochodowej w Białymstoku i rozpoczęło działalność na terenie trzech województw: białostockiego, łomżyńskiego i ostrołęckiego.

Jedną z najpoważniejszych inwestycji była budowa dworca PKS przy ul. Bohaterów Monte Cassino 10. Bardzo nowoczesny i niezwykle potrzebny, został oddany do użytku w 1986 roku, służąc 250-tysięcznemu wówczas miastu. W ciągu kilkudziesięciu lat istnienia firma kilkakrotnie zmieniała swoją nazwę, lecz kluczowa dla jej obecnego kształtu była komercjalizacja przeprowadzona w 2006 roku, która doprowadziła do powstania spółki akcyjnej. 5 lipca 2011 roku PKS Białystok został skomunalizowany, a właścicielem spółki został Samorząd Województwa Podlaskiego.

2 stycznia 2017 roku nastąpiło połączenie PKS Białystok, PKS Zambrów, PKS Łomża, PKS Siemiatycze i PKS Suwałki w jedną dużą firmę – PKS Nova.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

To chyba najpopularniejsza trasa do spacerów po Białymstoku

Gdybyście mieli bardzo mało czasu i chcieli zwiedzić Białystok, co byście wybrali? Zapewne obszar, który mapy Google oznaczają na brązowo, czyli tzw. „ścisłe centrum”. To chyba najpopularniejsza trasa spacerowa po stolicy Podlaskiego. Jeżeli ktoś przyjedzie pociągiem, to chwilę obok dworca znajdzie się już przy kościele św. Rocha, następnie przejdzie ulicą Lipową, Suraską, skręci w Sienkiewicza i Plantami wejdzie do ogrodów Pałacu Branickich. Stamtąd wyjdzie na ul. Kilińskiego, wróci na Rynek Kościuszki i dalej – na dworzec.

Tym sposobem można obejrzeć w zasadzie większość tego, co w Białymstoku warto zobaczyć. Owszem, mamy się czym pochwalić również poza centrum, ale nie oszukujmy się – gdy czasu jest niewiele, zazwyczaj nie zapuszczamy się dalej.

Jeśli jednak uda się wygospodarować więcej czasu, na pewno warto zobaczyć także Wzgórze św. Marii Magdaleny z cerkwią na szczycie oraz Operę i Filharmonię Podlaską. Warto odwiedzić również kampus Uniwersytetu w Białymstoku. Fani ekstraklasy mogliby zajrzeć na Stadion Miejski, a przy okazji przespacerować się ulicą 11 Listopada, która pod koniec lata i jesienią nabiera wyjątkowego klimatu. Tym sposobem dojdziemy do Zwierzyńca, gdzie można podejrzeć zwierzęta w zoo, a następnie przejść na Planty i do nowo otwartego ogrodu różanego.

Jeżeli nadal byłoby nam mało, możemy zahaczyć o ul. Warszawską, gdzie zachowało się sporo zabytków, a potem przejść wąskim przesmykiem na ul. Koszykową, by poczuć klimat dawnych Bojar. Po wszystkim warto zajrzeć jeszcze na stary dworzec Fabryczny – lata świetności ma już za sobą, ale wciąż pozostaje ciekawym punktem na trasie. Na przykład w drodze na cmentarze: ewangelicki, ukryty za ul. Wasilkowską, czy żydowski – przy ul. Wschodniej. Wycieczkę można zakończyć przy wieży ciśnień na ul. Wysockiego.

Partnerzy portalu:

Oto pomysł Koalicji na CPK. Hasło „C*** tam z tą Polską wschodnią” nadal obowiązuje.

Oto pomysł Koalicji na CPK. Hasło „C*** tam z tą Polską wschodnią” nadal obowiązuje.

W czasach dawnej afery podsłuchowej nagrano, jak ówczesny minister skarbu Włodzimierz Karpiński z Platformy Obywatelskiej wypowiedział słynne hasło: „C*** tam z tą Polską wschodnią”. Wracamy do niego tylko dlatego, że zawsze, gdy rząd obecnej koalicji (albo innej związanej z Platformą Obywatelską) proponuje jakieś wielkie inwestycje, w praktyce obowiązuje właśnie to hasło.

Tak było za czasów kompletnie nieskutecznego posła PO Roberta Tyszkiewicza, który szefował podlaskiej Platformie. Niestety, tak samo jest teraz, gdy region w ryzach trzyma poseł Krzysztof Truskolaski. Wydawałoby się, że skoro jest tak aktywny, wszędzie się pokazuje, nie brakuje go na żadnych oficjalnych zdjęciach – nawet tam, gdzie jego obecność nie jest specjalnie uzasadniona – powinno to przynosić jakieś efekty. To nie przytyk. Dobrze, gdy polityk jeździ po kraju i przy okazji, nieoficjalnie, „coś załatwia” dla swojego regionu czy miasta.

Niestety, gdy spojrzymy na inwestycje kolejowe (na które teraz jest najwięcej pieniędzy), okazuje się, że elektryfikacji odcinka Sokółka–Augustów nie będzie (jak wszystko jest tylko w planach). Tym razem możemy zobaczyć grafikę CPK, gdzie Koalicja mówi o rzeczywistych potrzebach Polaków. I znów wraca hasło: „C*** tam z tą Polską wschodnią”. Ktoś nam sugeruje, że pragniemy jeździć do Olsztyna, Trójmiasta i Szczecina. Owszem, tylko że my już mamy połączenia do tych miast i to całkiem niezłe. Natomiast nie mamy bezpośredniego połączenia do Lublina i Rzeszowa. I jak widać na załączonym obrazku – mieć nie będziemy.

Owszem, remonty torów trwają, ale gdyby ktoś chciał tworzyć tak zwaną wschodnią „szprychę” CPK, to na samych remontach by się nie skończyło. Trzeba by budować pewne odcinki zupełnie od zera. Ale załatwianie tego typu spraw przerasta podlaskich posłów (nie tylko Truskolaskiego – wszak wybieramy jeszcze trzynastu innych). Od 2005 roku, czyli od pierwszych wyborów do Sejmu po wejściu do UE, przez polski Parlament przewinęło się mnóstwo osób z Podlasia. I co? Trzeba było katastrofy w Jeżewie i śmierci wielu młodych osób, by ktoś zaczął realnie mówić o ekspresowej ósemce. Ekspresowa dziewiętnastka buduje się dopiero teraz, bo została wpisana do Rządowego Programu Budowy Dróg Krajowych na lata 2014–2023. Kto wtedy rządził? A potem cała Polska się dziwi, jak to możliwe, że wschód tak uparcie głosuje na „zły PiS”.

Ale żeby być obiektywnym – ten sam PiS, w osobie ministra Adamczyka, kompletnie zawalił realizację Rail Baltiki. Według planów już w 2025 roku mieliśmy jeździć pociągami do Warszawy z prędkością 200 km/h. Tymczasem stanie się tak dopiero w 2027 roku, a cała inwestycja zostanie zakończona rok później. Dzięki Koalicji dojedziemy do Ełku, a przez to do Olsztyna dużo szybciej. Ale coś za coś. Nikt nie zamierza inwestować w remont trasy Sokółka–Augustów (przynajmniej w jakimś znanym terminie. bo plany są jak zawsze). Szybkie pociągi do Suwałk w przyszłości pojadą przez Ełk.

Augustów został wykluczony także drogowo. Ekspresówkę Via Baltica wywalczyli sobie łomżyńscy parlamentarzyści, przez co Białystok–Augustów nie jest częścią żadnego międzynarodowego szlaku. Efekt? Droga Białystok–Supraśl jest lepsza niż dojazd do popularnej, letniej stolicy Polski. Do 2034 roku krajowa „ósemka” na odcinku Białystok–Augustów ma szansę stać się drogą dwujezdniową. Nie będzie to wprawdzie ekspresówka, ale otrzyma parametry drogi ekspresowej. Tylko że tak odległa data brzmi jak mrzonka. Aby tak się stało, znów musieliby tego pilnować na każdym etapie podlascy parlamentarzyści – ci sami, którzy od lat słyną z tego, że niczego nie potrafią załatwić ani dopilnować.

Partnerzy portalu:

Ostatnie dni wakacji w Podlaskiem – jak je spędzić z dziećmi?
fot. PKS NOVA

Ostatnie dni wakacji w Podlaskiem – jak je spędzić z dziećmi?

Dzieci bez żadnego zajęcia potrafią dać nieźle w kość. A że ani specjalnie nie ma pogody (chociaż ma być), ani raczej nikt nie wymyśli, by wysyłać je na kolonie, to trzeba im czas zorganizować. Do końca wakacji pozostało bowiem kilka dni. Mijają one nieubłaganie, ale nadchodzący ostatni weekend sierpnia to wciąż świetna okazja, by rodzinnie odkrywać Podlasie. Jeśli szukacie pomysłów na aktywne i ciekawe zakończenie lata z dziećmi, mamy dla Was kilka sprawdzonych propozycji.

1. Ostatni kurs Turystycznej Ósemki PKS NOVA

31 sierpnia to już ostatnia szansa, by wsiąść z dziećmi do wakacyjnego autobusu „Turystyczna Ósemka” PKS NOVA. To wyjątkowa trasa, która pozwala w jeden dzień zobaczyć najpiękniejsze zakątki regionu. Przystanki są na dworcu PKS Nova w Białymstoku – stanowisko nr 8, przy Muzeum w Tykocinie, obok Ośrodka Edukacji Przyrodniczej „Młynarzówka” w Kurowie, przy Muzeum Wnętrz Pałacowych w Choroszczy, przy Podlaskim Muzeum Kultury Ludowej w Wasilkowie, przy Muzeum Ikon w Supraślu, a także przy Arboretum i Zagrodzie Pokazowej Żubrów w Kopnej Górze.

2. Pociągi do Walił – podróż pełna wrażeń

30 i 31 sierpnia ponownie pojadą wakacyjne pociągi relacji Białystok – Waliły. To prawdziwa atrakcja dla dzieci – przejazd kolejowy przez Puszczę Knyszyńską, a na miejscu możliwość pikniku, spacerów i kontaktu z naturą. Sama podróż pociągiem to frajda, a dodatkowo można połączyć ją z zabraniem rowerów i pojechaniem nad Wyżary, gdzie można podziwiać piękne bagno, zbiornik wodny czy przejść kładką. A wszystko to w otoczeniu głębokiego lasu.

3. Wycieczka rowerowa po Green Velo

Jeśli Wasze dzieci lubią rowery, warto wybrać się na rodzinny wypad po fragmencie trasy Green Velo. Na Podlasiu nie brakuje łatwiejszych odcinków idealnych dla najmłodszych, np. w okolicach Supraśla czy Krupnik. To świetny sposób na aktywne pożegnanie wakacji.

4. Spotkanie z naturą w Silvarium w Poczopku

Silvarium w Poczopku to niezwykłe leśne muzeum, w którym można spędzić kilka godzin, spacerując wśród ścieżek przyrodniczych, oglądając głazy, sowy i inne rośliny. Dzieci pokochają kontakt z naturą, a rodzice znajdą chwilę wytchnienia w pięknym otoczeniu. Szczególnie, że jest tam mnóstwo miejsca do wybiegania się.

5. Rejs statkiem po Augustowie

Na koniec lata warto jeszcze skorzystać z atrakcji nad wodą. W Augustowie statkiem możemy popłynąć do Studzienicznej oraz nad dziką Rospudę. To fantastyczna przygoda i możliwość obcowania z naturą z poziomu tafli wody, a także możliwość przepłynięcia śluzy Kanału Augustowskiego. Kontakt z jeziorami, rzekami, przyrodą w jednym z najpiękniejszych zakątków Podlasia na pewno wyciszy Wasze dzieci.

Ostatnie dni wakacji to idealny czas, aby oderwać dzieci od komputerów i telefonów, a zamiast tego podarować im wspólne chwile pełne przygód. Czy wybierzecie pociąg do Walił, Turystyczną Ósemkę, rowery czy rejs po Augustowie, albo spacery po Poczopku – Podlasie ma jeszcze wiele do zaoferowania przed rozpoczęciem roku szkolnego.

Partnerzy portalu:

Dyrekcja Narwiańskiego Parku Narodowego powinna zabrać się do roboty! Ich milczenie zabija Narew.
fot. Narwiański Park Narodowy

Dyrekcja Narwiańskiego Parku Narodowego powinna zabrać się do roboty! Ich milczenie zabija Narew.

Rozlewiska Narwi schną w oczach. Mokradła, które jeszcze niedawno pulsowały życiem, zamieniają się powoli w wymarłe tereny. W takich okolicznościach Narwiański Park Narodowy ogranicza się do komunikatów: kładka Waniewo–Śliwno nieczynna z powodu niskiego stanu wody, wypożyczalnia kajaków zamknięta. To są decyzje oczywiste, wręcz elementarne. Ale od dyrekcji Parku Narodowego społeczeństwo oczekuje roli większej niż rola megafonu odczytującego stan wodowskazu.

Susza hydrologiczna nie jest nagłą anomalią – to zjawisko, które się nasila i którego skutki dla bagiennej doliny Narwi są destrukcyjne. Wody Polskie mają kompetencje do zarządzania rzeką, a Zbiornik Siemianówka od lat degraduje Narew. To wiemy wszyscy. Właśnie dlatego Narwiański Park Narodowy powinien dziś być liderem presji publicznej, a nie biernym obserwatorem. Tylko że tej presji nie widać. Widać za to suche koryta i zamknięte atrakcje turystyczne.

Park – informator czy rzecznik rzeki?

Park narodowy nie jest od tego, by „pilnować rzeki”. Jest od tego, by bronić procesów przyrodniczych, które stanowią o sensie jego istnienia. Jeśli rozlewiska znikają, to znika także przedmiot ochrony. W takiej sytuacji dyrekcja parku ma nie tylko prawo, ale i obowiązek wyjść poza codzienną logistykę i sięgnąć po narzędzia wpływu: stanowiska, raporty, konferencje, koalicje, konsekwentny nacisk na decydentów. Ma prawo głośno żądać zmian w zarządzaniu wodą i – co ważniejsze – powinna to robić publicznie, transparentnie i bez owijania w bawełnę. Dla porządku przypomnijmy, że dyrektorów parków narodowych zatrudnia Minister Środowiska.

Nie chodzi o to, by park udawał, że może samodzielnie przestawić przepusty czy zlikwidować zbiornik. Chodzi o to, by był głosem, którego nie da się zignorować. By przedkładał konkretne postulaty nie tylko swojemu szefostwu, ale także Wodom Polskim. By regularnie wzywał parlamentarzystów regionu do interwencji. By zapowiadał i inicjował procesy, a nie wyłącznie na nie reagował. Dzisiaj narracja ogranicza się do tego, że „stan wody jest niski”. To stanowczo za mało.

Czego oczekujemy od dyrekcji NPN – naprawdę

Po pierwsze, odwagi. Odwagi, by wprost postawić na agendzie likwidację Zbiornika Siemianówka jako rozwiązanie systemowe i przedstawić publicznie warianty hydrologiczne dla odtwarzania naturalnej retencji w dolinie Narwi. Społeczeństwo ma prawo usłyszeć, jak według ekspertów Parku wygląda scenariusz „Narew z wodą” za pięć, dziesięć i dwadzieścia lat. Bez tej mapy drogowej każdy kolejny sezon to tylko pasmo doraźnych zamknięć.

Po drugie, konsekwentnego nacisku na instytucje. Park powinien – co miesiąc, nie od święta – publikować raport z działań: jakie pisma wysłano do Wód Polskich, jakie odpowiedzi przyszły, jakich decyzji domagają się ludzie, jakie wnioski trafiły do ministerstw i parlamentarzystów. Bez tego opinia publiczna nie ma punktu odniesienia, a decydenci nie mają dyskomfortu, który popycha do działania.

Po trzecie, pracy w terenie i z samorządami. Odtwarzanie drobnej retencji, zatykanie dawnych rowów melioracyjnych, przywracanie mikroprzepływów, współpraca z rolnikami nad zatrzymywaniem wody w krajobrazie – to wszystko może i powinno być koordynowane przez park, nawet jeśli wymaga partnerstw. W Narwi woda musi nie tylko dopłynąć – ona musi mieć gdzie zostać. I na pewno nie jest to Siemianówka.

Po czwarte, mobilizacji sojuszy. Środowiska naukowe, organizacje przyrodnicze, lokalne wspólnoty – te głosy istnieją, ale potrzebują wspólnego stołu i wspólnego komunikatu. Park ma autorytet, by taki stół nakryć.

Kiedy instytucje mówią głośno

Narwiański Park Narodowy musi wyjść z gabinetów, mówić głośno i konsekwentnie, pokazywać dane, naciskać, organizować, domagać się decyzji. Nie ma bowiem żadnego powodu, by umierać w milczeniu. Skoro kładka Waniewo–Śliwno potrafi stać się symbolem krajobrazu, niech stanie się symbolem zmiany. Niech komunikat o jej zamknięciu będzie ostatnim z serii czysto reaktywnych ogłoszeń, a pierwszym krokiem do otwartej, ambitnej strategii ratowania wody w Narwi.

Narwiański Park Narodowy potrzebuje „białej księgi” Narwi: publicznego dokumentu, który krok po kroku określi cele hydrologiczne, zestawi postulaty wobec Wód Polskich, wskaże plan wygaszania Siemianówki, wskaże harmonogram działań terenowych i oczekiwane decyzje administracyjne. Taki dokument powinien być aktualizowany, tak jak aktualizowane są komunikaty o stanie wody – tylko że z ambicją, by ten stan zmienić.

Narew nie ma czasu na grzeczności. Każdy sezon suszy to kolejne utracone centymetry życia, których nie da się odzyskać jednym opadem. Milczenie jest też decyzją – decyzją o zgodzie na wysychanie. Jeśli dyrekcja parku nie zamierza podejmować roli rzecznika rzeki, powinna powiedzieć to wprost. Jeśli zamierza – to najwyższa pora, byśmy usłyszeli coś więcej niż „zamknięte”.

Partnerzy portalu:

Jak zrujnować PKS Nova? Wystarczy posłuchać związkowców.

Jak zrujnować PKS Nova? Wystarczy posłuchać związkowców.

Znacie tego mema z nosaczem, który z czułością w oczach mówi „Kuuu… kiedyś to było”? Właśnie tak brzmi ostatni komunikat związkowców z suwalskiego PKS. Państwo związkowcy mentalnie wciąż żyją w PRL. Tyle że teraz postanowili pójść krok dalej: napisali pismo, w którym… sami nazywają siebie „wrzodem na dupie”. Nie, to nie jest mem. To jest dokument. Oficjalny. Podpisany.

To, co tam wyprodukowali, to jest literacko-polityczny bigos. Wrzucili wszystko: strach przed „sprzedażą nieruchomości”, brak „wizji rozwoju”, jakieś opowieści o mobbingu, plus wątek rodem z filmu Barei – propozycję, by spółkę przekazać pracownikom za symboliczną złotówkę. Zero faktów, zero danych, zero wyceny – za to pełen kocioł narzekań i personalnych wycieczek. Jeśli ktoś kiedyś zrobi podręcznik „Jak kompromitować się na papierze”, to to pismo będzie miało złotą ramkę.

Oddanie suwalskiego oddziału PKS Nova związkowcom za darmo? To brzmi jak scenariusz komedii, ale takiej, po której widz wychodzi z poczuciem, że ktoś go okradł z czasu i pieniędzy. Nigdy, przenigdy nie pokazali żadnego planu finansowego. Żadnej analizy ryzyka. Żadnego harmonogramu. Po prostu: „Dajcie nam kluczyki, a jakoś to będzie”. Takie „jakoś” to można usłyszeć od pijanego wujka na „weselu”, który gości raczy barwnymi opowieściami jak to kiedyś naprawiał malucha w stodole i „jakoś” było dobrze, a nie od ludzi, którzy chcą przejąć kawałek spółki z milionowymi obrotami i zobowiązaniami.

Kto będzie finansował remonty taboru? Kto będzie spłacał zobowiązania? Kto podpisze umowy z dostawcami paliwa? Kto wyłoży kasę na nowe autobusy? Pracownicy? No jasne. Bo przecież każdy kierowca ma w domu 3 miliony w skarpecie i portfel pełen kontaktów z bankami inwestycyjnymi. W realnym życiu wyglądałoby to tak: bieg pod Urząd Marszałkowski z wyciągniętą ręką i tekstem „Dajcie, bo inaczej nie pojedziemy”. Można mieć „misję”, ale misja nie opłaca faktur za części i opony.

A teraz uwaga, bo będzie wisienka na torcie. Opozycja, czyli PiS, która razem ze związkami rwie szaty nad rzekomym „upadkiem” PKS Nova, jeszcze niedawno pompowała w tę firmę miliony złotych. I co? I nic. Teraz ci sami ludzie, którzy wtedy trzymali ster, stoją z boku, pokazują palcem i krzyczą na ludzi, którzy próbują ogarniać ten bajzel. Zamiast sensownych propozycji – nowych linii, promocji biletowych, przemyślanych zmian w rozkładzie – mamy medialny kabaret.

Wywiady, sesje nadzwyczajne, groźne miny. Zero konkretów. Ani jednego sensownego pomysłu, który można by wprowadzić jutro rano. Bo po co się męczyć z mapą, kalkulatorem i pytaniami do pasażerów o ich preferencje, skoro łatwiej jest odpalić kolejną konferencję prasową i udawać, że się „walczy o dobro ludzi”. Efekt? PKS Nova nadal działa, ale to jest najwyraźniej kompletnie niewygodne dla tych, którzy żyją z marudzenia.

W tej farsie nie chodzi o pasażerów, nie chodzi o rozwój, nie chodzi o sensowne zarządzanie. Chodzi o to, żeby dowalić marszałkowi województwa – tylko dlatego, że stoi na czele koalicji zbudowanej z przeciwników PiS. Tego samego PiS, który zwyciężył w wyborach samorządowych, posiadając najwięcej radnych i nie potrafił zbudować koalicji. Tylko dlaczego za tą nieudolność mają cierpieć pasażerowie i zwykli pracownicy PKS Nova? Dlaczego wszyscy mamy wysiadać na przystanku „Ruina”?

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Podlaskie kamperem. Co można zwiedzać? Niech te filmy będą podpowiedzią.

Youtubowy kanał NieDoZajechania w ostatnim czasie opublikował dużo filmów związanych z województwem Podlaskiem. To kopalnia wiedzy dla ludzi, którzy chcieliby zwiedzać nasz region samochodem czy kamperem. A takich nie brakuje. Turystyka w województwie kwitnie! A to dlatego, że Podlasie to jeden z tych regionów Polski, w których czas płynie wolniej, a krajobrazy potrafią zahipnotyzować nawet najbardziej zaprawionego w podróżach turystę. Wyruszając w trasę kamperem, zyskujemy pełną wolność – możemy zatrzymać się tam, gdzie akurat nas zauroczy widok, i spędzić noc w miejscach, w których cisza ma swoją własną melodię. Proponowana trasa pozwoli odkryć nie tylko przyrodę i architekturę, ale też klimat pogranicza kultur, w którym miesza się wpływ wschodu i zachodu.

Start od północy – Augustów i Studzieniczna

Podróż warto rozpocząć w Augustowie – miasteczku otoczonym jeziorami, które słynie z Kanału Augustowskiego i rejsów statkami. Tutaj można spędzić dzień na plażowaniu, spróbować lokalnych ryb, a wieczorem zaparkować kampera w pobliżu jeziora Necko czy Białego. Kilka kilometrów dalej, w Studzienicznej, czeka nas sanktuarium Matki Bożej, położone malowniczo na wyspie, do której prowadzi drewniany mostek. To miejsce ma w sobie coś wyjątkowego – z jednej strony jest spokojne i sprzyja refleksji, z drugiej oferuje piękne panoramy i możliwość krótkiego spaceru nad wodą.

Kraina Biebrzy – dla miłośników natury

Kierując się na zachód, wjedziemy do Biebrzańskiego Parku Narodowego – największego parku narodowego w Polsce, znanego z rozległych bagien i torfowisk. To raj dla ornitologów, ale nawet bez lornetki można zachwycić się tutejszymi krajobrazami. Drewniane kładki, wieże widokowe i możliwość nocowania na dziko w okolicy sprawiają, że kamperzyści czują się tu jak w domu. Poranne mgły nad Biebrzą to widok, który na długo zostaje w pamięci.

Kolejny etap to spotkanie z tatarską historią w Bohonikach i Kruszynianach. Małe, drewniane meczety i cmentarze przypominają o tym, że Podlasie od wieków jest mozaiką kultur. W Kruszynianach obowiązkowo trzeba spróbować tatarskich specjałów. Dalej na południowy wschód, tuż przy granicy, leży maleńka Jałówka z ruinami kościoła. A dalej Koterka, gdzie jest drewniana cerkiew. Tu czas naprawdę się zatrzymał. Nie ma tu tłumów, za to towarzyszy nam poczucie, że jest się na końcu świata.

Z Koterki warto udać się do Mielnika, miasteczka położonego nad Bugiem, gdzie można zwiedzić ruiny kościoła zamkowego, podziwiać krajobrazy doliny rzeki i odwiedzić punkt widokowy na Górze Zamkowej. Kilka kilometrów dalej znajduje się prawosławne sanktuarium na Grabarce – góra porośnięta tysiącami krzyży przyniesionych tu przez pielgrzymów. To miejsce przepełnione jest symboliką i spokojem, a zarazem robi ogromne wrażenie swoją prostotą.

W Drohiczynie, dawnej stolicy Podlasia, czas warto przeznaczyć na spacer po rynku, wizytę w muzeum kajakarstwa i rejs po Bugu. Miasteczko ma swój urok – ciche uliczki, zabytkowe kościoły i panoramę rzeki, którą można podziwiać z Górki Zamkowej. Wieczorem można tu znaleźć przyjemne miejsce postojowe nad samym Bugiem.

Kraina Otwartych Okiennic – wioski jak z pocztówki

Przed powrotem warto przejechać przez Krainę Otwartych Okiennic – region, w którym zachowały się pięknie zdobione drewniane domy, cerkwie i kapliczki. Trzy najbardziej znane wsie to Trześcianka, Soce i Puchły, ale jadąc kamperem można zbaczać z głównych dróg, by odkrywać mniej znane miejscowości. Kolorowe okiennice, rzeźbione ganki i bujne ogrody sprawiają, że każdy kadr nadaje się na pocztówkę.

Białowieża i Hajnówka – serce Puszczy

Podróż warto zakończyć w Białowieży, gdzie można wybrać się na piesze lub rowerowe szlaki po Puszczy Białowieskiej. Spotkanie z żubrem w rezerwacie pokazowym, spacer do dębu Jagiełły czy przejażdżka wąskotorową kolejką w Hajnówce to atrakcje, które docenią zarówno dorośli, jak i dzieci. Białowieża i Hajnówka to miejsca, które wciągają. Te pierwsze swoją ciszą i majestatem natury – idealne, by zakończyć podróż w spokojnym rytmie. To drugie, by skosztować cudownych wypieków.

Podlasie to połączenie swobody podróżowania z możliwością zanurzenia się w unikalnym klimacie regionu. To tu można w jeden dzień przejechać od tatarskiego meczetu przez prawosławną cerkiew, po katolicką katedrę, a po drodze podziwiać dziką przyrodę, która nie ustępuje tej znanej z parków narodowych Europy. Taka trasa nie wymaga pośpiechu – najlepiej dać się ponieść drodze, zatrzymywać tam, gdzie widok zachwyci, i pozwolić, by Podlasie samo opowiedziało swoją historię.

Partnerzy portalu:

Zalew w Wasilkowie to hit tego lata. Trzeba było powiększyć parking.

Zalew w Wasilkowie to hit tego lata. Trzeba było powiększyć parking.

Wystarczyły dwa miesiące od otwarcia zalewu w Wasilkowie po remoncie, by się przekonać jak bardzo takiego miejsca brakowało. W kontrze do bardzo kiepskich (i płatnych) Dojlid, białostoczanie  zaczęli przyjeżdżać masowo na odnowioną infrastrukturę tuż „za miedzę”. Nieoczekiwanie zrobiły się gigantyczne tłumy. A można było je nie tylko zobaczyć jadąc ul. Białostocką, ale też choćby ulicą Jurowiecką w Wasilkowie – gdy samochody były zaparkowane gęsto przy jednej z głównych dróg w miasteczku, utrudniając przy tym przejazd.

Dlatego wychodząc naprzeciw potrzebie osób zmotoryzowanych, które docierają nad zalew samochodami lub motocyklami, zorganizowana została dodatkowa, bezpłatna przestrzeń do pozostawiania pojazdów. Ponadto na wspomnianej ul. Jurowieckiej nie można się już zatrzymywać, dzięki czemu mieszkańcom nie będzie utrudniany ruch.

Warto przy tej okazji zastanowić się jak bardzo źle jest na białostockich Dojlidach, że aż tak wiele osób woli jechać do Wasilkowa nad zalew. Cóż, powiedzieć, że jakość białostockiego zalewu pozostawia wiele do życzenia, to nic nie powiedzieć. Kompletnie zarośnięty i zamulony przypomina ogromną sadzawkę, A wszelkie atrakcje wodne pozostawione na nim komicznie kontrastują. I co najśmieszniejsze – za to wszystko trzeba jeszcze płacić. Nic dziwnego, że mieszkańcy z całej okolicy wolą pluskać się w Supraśli.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Mieszkańcy nie chcą żwirowni w swojej okolicy. Burmistrzu Łuckiewicz – Sąd dał Ci drugą szansę.

Przez takie sprawy, dla ludzi przedsiębiorca to dalej „prywaciarz”. Mimo niekorzystnego wyroku Sądu Administracyjnego, inwestor – wbrew mieszkańcom chce budować żwirownię w Studziankach, w pobliżu ich domów. Burmistrz Wasilkowa – Adrian Łuckiewicz – dostał drugą szansę, by tym razem żadnej zgody na te uciążliwe przedsięwzięcie nie wydawać. Za pierwszym razem dał zielone światło, wbrew mieszkańcom, co Sąd Administracyjny właśnie uchylił i nakazał rozpatrzeć ponownie.

Rozchodzi się o 25-hekatarową żwirownię. To gigantyczny teren, gdzie krajobraz w zasadzie zostanie zniszczony. Możemy zobaczyć co „inwestorzy” zrobili z przepiękną Ziemią Sokólską, która dawniej przypominała czeskie Morawy, a obecnie wygląda jak jedno wielkie wykopalisko przez wszędobylskie żwirownie. Czy tego samego chcemy w Studziankach?

Warto je osadzić geograficznie dla lepszego zrozumienia. Miejscowość z trzech stron otula Puszcza Knyszyńska. To przepiękne górzyste tereny, które są atrakcyjnie nie tylko dla mieszkańców, ale również dla okolicznych turystów, którzy rowerami jeżdżą pomiędzy Supraślem a Wasilkowem przez Studzianki właśnie.

Tymczasem w Polskim Radiu Białystok możemy się dowiedzieć, że mimo protestów mieszkańców, inwestor nie zamierza rezygnować. My, jako społeczność jednak nie możemy zgodzić się, by byle osoba z pieniędzmi mogła wszystkim dookoła zmieniać okolicę i prowadząc tam uciążliwy biznes. Miejmy nadzieję, że burmistrz nie będzie wbrew mieszkańcom wydawał pozwolenia.

Partnerzy portalu:

Nowa droga na Bagnówce już otwarta. Doskonała trasa dla rowerzystów.

Nowa droga na Bagnówce już otwarta. Doskonała trasa dla rowerzystów.

Choć stała przez jakiś czas zamknięta, to można było tam spotkać rowerzystów i pieszych. Teraz dołączą też samochody. Mowa o nowym odcinku od 42. Pułku Piechoty do ul. Wołkowa. Inwestycja to dwa ronda, drogi rowerowe i dla pieszych, przystanki autobusowe, parkingi. Jest także nowe oświetlenie, zieleń. Teren został uzbrojony w pełną infrastrukturę. A wszystko to dla lepszej komunikacji jednego z nowszych osiedli – Bagnówka.

Póki co ulica nazywa się 1KD-L. Będzie teraz jedną z głównych dróg układu podstawowego osiedla. W planie zagospodarowania tworzy ona ciąg komunikacyjny od ul. 42 Pułku Piechoty do ul. Jutrzenki i dalej do granicy z gminą Wasilków. Uzbrojenie w pełną infrastrukturę techniczną tej ulicy pozwoli na udostępnienie terenów zarówno mieszkaniowych, jak i inwestycyjnych. Warto dodać, że to był pierwszy etap większej inwestycji. Na wspomnianych rondach póki co można jechać tylko prosto. Wybudowany odcinek ulicy zapewnia połączenie z ul. Krzysztofa Pendereckiego, ul. Józefa Karola Puchalskiego, a także umożliwi dojazd m. in. z ul. Afrodyty, ul. Ewy oraz ul. Artemidy.

Są też plany na kolejne lata. To oczywiście kontynuacja rozbudowy układu komunikacyjnego na osiedlu. Przed nami została jeszcze sprawa, która zawsze rozgrzewa radnych do czerwoności – czyli nadanie 1KD-L jakiegoś patrona.

Partnerzy portalu:

Białystok ma nową atrakcję. To tężnia w Parku Planty.
fot. Bialystok.pl

Białystok ma nową atrakcję. To tężnia w Parku Planty.

Nowoczesna, sucha tężnia solankowa w białostockim Parku Planty jest już dostępna dla mieszkańców. Równocześnie trwają również prace nad dwoma kolejnymi tężniami w innych częściach miasta. Powstają one w ramach Budżetu Obywatelskiego. Sucha tężnia solankowa to altanka o powierzchni ok. 50 mkw, gdzie rozprzestrzenia się aerozol solny. Powietrze w tężni jest pobierane z zewnątrz za pomocą kanału wentylacyjnego i poddane filtracji, osuszeniu oraz obróbce. Obiekt jest przystosowany do potrzeb osób z niepełnosprawnościami.

Osoby przebywające w tężni poddadzą się procesowi haloterapii (terapia suchą solą). To naturalny sposób leczenia chorób układu oddechowego i skóry. Podczas wdychania specjalnie przygotowanego solnego powietrza cząsteczki dostają się do dróg oddechowych w płucach, rozkładając i uwalniając jony ujemne. Jony ujemne stymulują wyściółkę dróg oddechowych, oczyszczając je ze śluzu i jednocześnie wzmacniając odpowiedź immunologiczną na patogeny. Słony aerozol reagując ze skórą, rozwiązuje różne schorzenia skóry. Haloterapia pomaga złagodzić objawy m.in. alergii, astmy, zapalenia oskrzeli, mukowiscydozy, zapalenia zatok, zapalenia skóry, trądziku czy egzemy.

Równocześnie trwają również prace nad dwoma kolejnymi tężniami w innych częściach miasta. Powstają one w ramach Budżetu Obywatelskiego. Przy ul. Szkolnej na Starosielcach powstaje obiekt o powierzchni ok. 50 m². Będzie tam nowa nawierzchnia, ławki, oświetlenie, stojak na rowery. Druga tężnia powstaje w Parku im. Jadwigi Dziekońskiej (przy spodkach). Tamtejsza będzie nieco większa, bo jej powierzchnia wyniesie aż 75 m². Oprócz samej tężni zostaną tam również wykonane ścieżki, oświetlenie oraz cała niezbędna infrastruktura.

Partnerzy portalu:

Kładka Waniewo–Śliwno to już historia. Fantastyczna atrakcja dobiegła końca?
Takie zdjęcie to już historia

Kładka Waniewo–Śliwno to już historia. Fantastyczna atrakcja dobiegła końca?

Przez lata była jedną z największych atrakcji Podlasia – drewniana kładka Waniewo–Śliwno wiodąca przez rozlewiska Narwi, gdzie można było poczuć prawdziwy „polski Amazon”. Spacer po drewnianych pomostach i przeprawa ruchomymi platformami stały się symbolem Narwiańskiego Parku Narodowego. Dziś jednak kładka to już przeszłość. Chociaż istnieje, to nie można z niej korzystać, bo poziom wody w rzece spadł tak bardzo, że nie ma już warunków do jej funkcjonowania.

Narwiański Park Narodowy powstał, by chronić unikalną rzekę o anastomozującym charakterze czyli rozlewającą się na wiele koryt, tworzącą wyspy, starorzecza i mokradła. Ten krajobraz od zawsze zależał od wiosennych roztopów i regularnych opadów. Dziś jednak klimat się zmienił. Zimy są coraz łagodniejsze, opady śniegu – symboliczne, a wiosenne wezbrania rzeki praktycznie zanikły. Do tego dochodzą długie okresy suszy, które sprawiają, że wody w Narwi jest dramatycznie mało.

Ponadto melioracje prowadzone w poprzednich dekadach, osuszanie bagien i regulacje rzek w dorzeczu sprawiły, że woda szybciej spływa, zamiast naturalnie rozlewać się i zatrzymywać na mokradłach. Narew stała się rzeką bardziej „techniczną” – węższą, płytszą, coraz mniej przypominającą dawną, dziką rzekę.

Ratunek dla Narwi wymaga działań na ogromną skalę. Żeby cokolwiek się zmieniło potrzebujemy odtwarzania bagien i torfowisk, które zatrzymują wodę jak gąbka. Ważne jest także przywracanie naturalnych rozlewisk, powstrzymywanie melioracji oraz mądre gospodarowanie wodą w rolnictwie. Bez tego każda kolejna sucha wiosna i upalne lato będą tylko pogłębiać kryzys.

Tylko z odbudową retencji jest jak z wycinką drzewa. Można posadzić nowe, ale nim ono porządnie wyrośnie minie kilkadziesiąt lat. Tak samo jest z retencją. Nawet jeśli zaczniemy działać dziś, efekty nie pojawią się od razu. Dlatego kładka Waniewo–Śliwno najprawdopodobniej pozostanie już tylko wspomnieniem – symbolem tego, jak szybko zmienia się nasza przyroda i jak kosztowne są skutki braku troski o zasoby wodne.

Oczywiście prędzej czy później pojawi się pomysł „dobudowania” kładki w miejscach, gdzie wcześniej funkcjonowały platformy do przeprawy. Ale umówmy się, nie będzie to już to samo. Ponadto nikt nie będzie przyjeżdżać na dawne rozlewiska, bo będzie to martwy przyrodniczo teren.

Historia kładki to nie tylko opowieść o jednej atrakcji turystycznej, ale ostrzeżenie dla całego Podlasia, a nawet całej Polski. Jeśli nie zaczniemy odbudowywać naturalnych systemów zatrzymywania wody, podobny los może spotkać inne rzeki i jeziora. Narew można jeszcze ratować, ale wymaga to decyzji politycznych i inwestycji w renaturyzację rzek. Jak wszyscy doskonale wiemy – nie nastąpi to. Wystarczy zobaczyć jakimi tematami politycy zajmują się od 1989 roku. Tak – to ciągle te same tematy.

Teoretycznie możliwe są okresy, gdy wody w Narwi będzie więcej – na przykład w wyniku wyjątkowo śnieżnej zimy lub serii deszczowych wiosen i chłodnych lat. Taki „naturalny powrót” do dawnych warunków wymagałby jednak całkowitej zmiany klimatu na chłodniejszy i bardziej wilgotny. Prognozy niestety są odwrotne – średnia temperatura w Polsce rośnie, a okresy suszy stają się coraz dłuższe. Bez działań człowieka raczej nie ma szans, by poziom wody w Narwi na stałe wrócił do dawnych wartości. Możliwe są krótkie epizody podniesionych stanów wody, ale będą one rzadkie i nietrwałe, niewystarczające, by kładka mogła regularnie działać jak dawniej. Dlatego kładka Waniewo–Śliwno to już historia.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Nadciąga era cyfrowej turystyki? Zwykły spacer po Białymstoku dostępny dla całego świata.

Ostatnio na YouTube można zauważyć ciekawy trend, który podbija serca miłośników podróży i miejskiej codzienności. Coraz popularniejsze stają się tzw. „walking tours” – długie nagrania spacerów po miastach, zwykle w wysokiej jakości 4K, bez komentarza i zbędnego montażu. Kamera płynnie podąża ulicami, a widz ma wrażenie, jakby sam przechadzał się wśród przechodniów, słyszał dźwięki rozmów, warkot samochodów czy śpiew ptaków w parkach. To zupełnie inny sposób zwiedzania, który pozwala przenieść się w dowolne miejsce na świecie bez wychodzenia z domu.

Choć najbardziej znane kanały pokazują ulice Nowego Jorku, Tokio czy Paryża, trend ten dotarł również do Polski. Na YouTube pojawił się już godzinny spacer po Białymstoku, który prowadzi widza przez najważniejsze miejsca w centrum miasta od Kościoła św. Rocha, przez Al. Piłsudskiego, Zamenhofa, Rynek Kościuszki czy Suraską. Bez narratora, bez muzyki w tle – jedynie obraz i dźwięki miasta. Dzięki temu można poczuć jego atmosferę w naturalny, niewyreżyserowany sposób.

Takie nagrania pełnią kilka ról jednocześnie. Dla jednych są formą relaksu, czymś w rodzaju wizualnej medytacji – idealnym tłem do pracy, nauki czy odpoczynku. Dla innych to okazja do wirtualnej podróży i poznawania miejsc, do których trudno dotrzeć. Wreszcie, dla samych miast to doskonała wizytówka – pokazują się światu takimi, jakie są na co dzień, a nie tylko podczas festiwali czy w folderach reklamowych. Białystok w takim ujęciu zyskuje – jest ładny, spokojny, z kolorowymi muralami i klimatem do spacerowania.

To dobry moment, by wykorzystać ten trend także lokalnie. Podlaskie ma ogromny potencjał do takich nagrań – nie tylko Białystok, ale i Supraśl, Tykocin czy klimatyczne wsie regionu mogłyby stać się bohaterami wirtualnych spacerów. W erze cyfrowej turystyki takie filmy są znakomitą formą promocji – pokazują autentyczność miejsc, a jednocześnie zachęcają do odwiedzin w prawdziwym świecie. Spacer po Białymstoku trwa godzinę, ale potrafi sprawić, że chce się spakować plecak i przejść tę samą trasę już naprawdę.

Partnerzy portalu:

Nowa atrakcja w Białymstoku już się szykuje. Rewitalizacja zapuszczonego stawu.
fot, Facebook Rafała Rudnickiego, wiceprezydenta miasta Białegostoku

Nowa atrakcja w Białymstoku już się szykuje. Rewitalizacja zapuszczonego stawu.

Na mapie Białegostoku pojawi się wkrótce nowe, wyjątkowo zielone i przyjazne mieszkańcom miejsce. Dobiega końca rewitalizacja stawu na osiedlu Bema, w rejonie ulic Bema i Absolwentów. Przez ostatnie miesiące prowadzono tu intensywne prace, które obejmowały oczyszczenie i pogłębienie zbiornika wodnego, a także przygotowanie jego otoczenia tak, by stało się ono przestrzenią do odpoczynku i aktywnego spędzania czasu.

W ramach inwestycji powstały drewniane pomosty, które umożliwią bezpośredni kontakt z wodą oraz obserwowanie przyrody z bliska. Dookoła stawu wytyczono nowe ścieżki – zarówno betonowe, jak i piaskowe – które stworzą malownicze trasy spacerowe. Nie zabrakło też elementów małej architektury, takich jak wygodne ławki, na których będzie można przysiąść i podziwiać widoki, oraz urządzenia siłowni plenerowej, zachęcające do ruchu na świeżym powietrzu.

Nowe miejsce ma szansę stać się ulubionym punktem spotkań mieszkańców osiedla Bema i okolic. Dzięki połączeniu zieleni, wody i strefy rekreacyjnej będzie to przestrzeń zarówno do rodzinnych spacerów, jak i aktywnego wypoczynku. Już wkrótce każdy będzie mógł tu odpocząć, poobserwować ptaki czy po prostu cieszyć się urokami przyrody w samym sercu miasta.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Kosicki i związkowcy bronią ruder jak świętości. PKS Nova w ogniu absurdu.

Zamiast malować rdzę, wietrzyć smród i likwidować brud, woli zbudować nowe. Przecież to oczywisty dowód szaleństwa! Mowa tu o prezesie PKS Nova, który rozpętał ostatnio dziką awanturę, bo śmiał swoim pracownikom zbudować nowoczesne i czyste miejsce pracy. Brakuje jeszcze zarzutu, że podmienił kawę w automacie na zbożową. To co zobaczycie na zdjęciach i filmie może być dla Was szokujące. A jeszcze związkowcy, ramie w ramię z politykami PiS walczą, by nie budować nowej bazy. Aż chciałoby się przodującemu w „walce” byłemu marszałkowi Arturowi Kosickiemu powiedzieć – człowieku obejrzyj w jakich warunkach ludzie tu pracują. Zobacz co im swoimi protestami fundujesz.

Co najbardziej żałosne, wygląda na to, że przez Kosickiego przemawia wyłącznie urażona duma. Jego formacja PiS zwyciężyła w wyborach do Sejmiku, ale nikt z nimi nie chciał tworzyć koalicji. Trudno bowiem logicznie argumentować po co były marszałek broni tej ruiny, wmawiając pracownikom PKS Nova i opinii publicznej, że jest to lepsze niż planowana, nowoczesna baza. Nie śmiejcie się – to nie są zwykłe bazy. To pomniki. To sanktuaria autobusowości. Związki zawodowe pod rękę z Kosickim już dawno powinny zgłosić je do rejestru zabytków, a najlepiej – wpisać na listę dziedzictwa UNESCO. Tam, między Wielkim Murem Chińskim, Puszczą Białowieską powinna znaleźć się rozpadające się budynki.

Ale o co cała awantura? Zbigniew Wojno czyli prezes PKS Nova niedawno ogłosił, że zamierza te „skarby” sprzedać (o ile ktoś to w ogóle będzie chciał kupić). Tymczasem zamiast nich planowany jest jeden samowystarczalny energetycznie i funkcjonalny punkt, skupiający w jednym miejscu bazę obsługującą cały teren południowy (czyli Łomżę, Zambrów i Wysokie Mazowieckie). Nowe warsztaty, stacja kontroli pojazdów, myjnia oraz kanały warsztatowo będą w założeniu nie tylko obsługiwać PKS Nova, ale też mają być udostępnione podmiotom zewnętrznym, co przełoży się na dodatkowe źródło dochodów.

Chyba, że pracownicy zostaną z tym co jest teraz, bo wspomniany Kosicki w wywiadzie dla Dzień Dobry Podlaskie przebąkiwał możliwość strajków.  Inaczej mówiąc związkowcy rozważają narażenie swojej firmy na gigantyczne straty tylko po to by zrobić dobrze dla PiS-u. Bo innej korzyści z tego nie będzie. Działacze zażądali głowy prezesa PKS Nova. Oprócz wspomnianej walki o rozpadające się bazy, dołożyli jeszcze kilka innych śmiesznych zarzutów.

Na przykład doprowadzenia do zapaści finansowej spółki. Wystarczy jednak prześledzić ostatnie 10 lat, by zobaczyć że w tym czasie pod rządami różnych prezesów spółka była cały czas na minusie na miliony złotych. A międzyczasie sprzedała swoje tereny przy ul. Fabrycznej, oddała 45 proc. terenów obecnego dworca w Białymstoku w zamian za wybudowanie nowoczesnego budynku i zaplecza. Czy wtedy związkowcy mieli coś przeciwko?

Każdy, kto prowadzi firmę doskonale wie, że sam wynik finansowy nie jest najważniejszy. Można być na minusie do momentu, gdy jest się w stanie pokrywać koszty na działalność bieżącą. Jeżeli nie brakuje na wypłaty, paliwo, części, raty kredytów czy rachunki to znaczy, że nic złego się nie dzieje. Bo firma nie tylko ma wydatki, ale też zarabia! Tymczasem nie tak dawno związkowcy wynegocjowali z obecnym prezesem podwyżki. Więc skoro martwią się o sytuację finansową spółki, może powinni się ich zrzec?

Związkowcy dawniej byli też przeciwko łączeniu PKS-ów Łomży, Zambrowa, Siemiatycz, Suwałk i Białegostoku w jedną spółkę. Dlaczego? Znów wygrała tutaj wiara, że kiedyś to było. A że autobusy się zużywają i trzeba kupować nowe? Gdzie tam lepiej było smrodzić starymi autosanami w nieskończoność i serwisować je w zapuszczonych bazach. I teraz po latach widać jak na dłoni kto ma racje. W Łomży, Wysokiem Mazowieckiem i Zambrowie stoją bazy, które kosztują krocie, ale związkowcy chcą je trzymać jak relikwie. Po co? Bo są. A że generują miesięczne straty rzędu 90 tysięcy złotych? To już ich nie interesuje. Aż łza się w oku kręci. Jakby PKS to nie była firma, ale muzeum PRL-u.

Mamy nadzieję, że nikt na poważnie związkowego betonu z politykami PiS pod rękę słuchać nie będzie. Bo z takimi doradcami, PKS wróciłby do swoich mrocznych czasów, gdy stare, zdezelowane pojazdy woziłyby powietrze, bo nikt nie chciałby tymi trupami jeździć. Najbardziej na robieniu tej polityki cierpią pasażerowie ze zwykłymi pracownikami PKS. Bo to oni zostaną z tą ruiną.

Partnerzy portalu:

Najlepsze trasy na długie spacery po Podlasiu

Najlepsze trasy na długie spacery po Podlasiu

Podlasie, ze swoją niespieszną aurą, szerokimi horyzontami i mozaiką krajobrazów, to idealna przestrzeń dla tych, którzy szukają długich, spokojnych spacerów z dala od zgiełku cywilizacji. Tutejsze ścieżki wiją się przez lasy pachnące żywicą, ciągną wzdłuż meandrujących rzek, mijają wiekowe cerkwie i drewniane chaty, których kolorowe zdobienia przypominają o wielokulturowych korzeniach regionu. Długi spacer po Podlasiu to nie tylko kontakt z przyrodą – to wędrówka przez czas, tradycję i przestrzeń, która niezmiennie zadziwia swoją autentycznością. Spośród wielu tras wybraliśmy te, które najlepiej oddają charakter tego niezwykłego regionu.

Na początek Kruszyniany

Meczet w Kruszynianach

Pierwszą z nich jest ścieżka, która powadzi przez Puszczę Knyszyńską, ale tak naprawdę jest spacerem przez historię. Szlak zaczyna się w tatarskiej wsi Kruszyniany, znanej z drewnianego meczetu i tatarskiego cmentarza (mizaru), i prowadzi przez pagórkowaty teren otoczony starymi sosnami i świerkami. Po drodze napotkamy także zalew. Trasa prowadzi przez Jaryłówkę, Bobrowniki, Chomontowce, Rudaki, Ozierany Wielkie i Ozierany Małe.

Powietrze jest tu rześkie, przesiąknięte zapachem igliwia, a cisza przerywana jedynie śpiewem ptaków. Trasa nie jest trudna, ale długa – idealna na powolny spacer z zatrzymywaniem się przy różnych ciekawych miejscach napotkanych po drodze Spacer kończy się tam, gdzie rozpoczął – w Kruszynianach, gdzie warto zakończyć dzień posłuchaniem lokalnego przewodnika o historii Tatarów, a także napiciem się herbaty spróbowaniem tatarskich przysmaków.

Narwiański Park Narodowy z dwóch stron

fot. Narwiański Park Narodowy

Chociaż wody w Narwi jest tyle co kot napłakał, to i tak warto jako drugie miejsce na spacer warto wybrać to, które zachwyca zarówno przyrodą, jak i spokojem. Mowa o trasie wzdłuż doliny Narwi – od miejscowości Waniewo do Śliwna. A w zasadzie to dwie trasy, bo słynna kładka łącząca dwie miejscowości po obu stronach rozlewiska (Waniewo i Śliwno) nie działa, z powodu wspomnianych niskich stanów wód.

Po jednej stronie mamy Kruszewo, Śliwno, Izbiszcze, Topilec, a po drugiej równie ciekawe Waniewo i Kurowo – z siedzibą Narwiańskiego Parku Narodowego. Pierwsza trasa to 12 km w jedną strnę, druga to 6 km. Idealne na dwa dni spacerów.

Przechodząc tędy, można poczuć się jak na wodnym safari – trzciny szumią, czaple przelatują nisko nad głową, a w oddali widać siedliska bobrów. To miejsce, gdzie woda i ląd przeplatają się nieustannie, a cały krajobraz żyje własnym rytmem. Idealne dla tych, którzy kochają przyrodę i chcą doświadczyć jej bliskości w niemal intymny sposób.

Wokół Wigier

fot. A. Tarasiuk

Trzeci szlak, który warto przejść, to pętla wokół jeziora Wigry. Znajduje się na terenie Wigierskiego Parku Narodowego, a trasa wiedzie przez zróżnicowany krajobraz – od lasów liściastych po wysokie pagórki z widokiem na taflę jeziora. Żeby obejść cały akwen należy się przygotować na dwa dni wyprawy, bo to łącznie około 50-60 km – w zależności ile chcemy zobaczyć, bo miejsc wartych zobaczenia tam nie brakuje.

Spacer zaczyna się zwykle przy klasztorze pokamedulskim w Wigrach, który sam w sobie jest miejscem wartym odwiedzenia, a potem prowadzi wzdłuż brzegu jeziora, gdzie co chwilę otwierają się nowe perspektywy – raz na trzcinowiska, innym razem na zatoczki, gdzie cumują łódki wędkarzy, a jeszcze innym razem kładki i gęsty las. To teren dla tych, którzy szukają zarówno przestrzeni, jak i kontaktu z historią oraz duchowością. Jego dopełnieniem niech będzie nocowanie w celach klasztoru.

Biebrza zaprasza

fot. P. Jakubczyk

Czwarta propozycja to długa wędrówka przez Biebrzański Park Narodowy, szczególnie zwiedzanie osobno Osowca-Twierdzy i chodzenia z Dolistowa Starego wzdłuż Biebrzy do Polkowa i z powrotem. Ta druga trasa w obie strony to 22 km.

Po drodze nie tylko będziecie mogli nacieszyć się widokiem jednej z ostatnich dzikich rzek Europy, ale też będziecie mogli przejść przez tereny, gdzie natura wciąż gra pierwsze skrzypce. Rozległe bagna, torfowiska, otwarte łąki i gęste olsy tworzą krajobraz niemal pierwotny. Po drodze można napotkać łosie, żurawie. Dla miłośników długich, nieco surowych wędrówek, to miejsce niemal mistyczne.

Bez Białowieży ani rusz!

Piąta i ostatnia trasa to zupełnie inna opowieść – to wędrówka przez Puszczę Białowieską, od Białowieży do rezerwatu ścisłego, gdzie potrzebny będzie przewodnik. Konieczne trzeba zobaczyć też rezerwat żubrów i szlak dębów królewskich. To będzie jedyne w swoim rodzaju doświadczenie. Wędrując wśród drzew mających kilkaset lat, można poczuć siłę i majestat przyrody, która trwa tu nieprzerwanie od wieków. Stare dęby, niektóre nazwane imionami dawnych władców Polski i Litwy, są niczym pomniki historii zaklęte w drewnie. To trasa, która skłania do refleksji i ciszy. Jej długość – w zależności od wariantu – pozwala na całodzienną wędrówkę, pełną przystanków, obserwacji i kontemplacji. Do tego jest jeszcze park pałacowy w Białowieży. Oj, jest gdzie chodzić.

Podlasie proponuje przestrzeń, w której można zwolnić, posłuchać własnych myśli i zanurzyć się w świecie, gdzie rytm wyznaczają ptaki, rzeki i drzewa. Długie spacery po tym regionie to nie tylko rekreacja – to sposób na spotkanie z czymś większym, spokojniejszym i bardziej prawdziwym.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Oto dlaczego Siemianówka zabija Narew. Nawet padający deszcz nie pomaga!


Wodowskazy IMGW w miejscowości Narew – pierwszym posterunku poniżej zapory zbiornika Siemianówka – pokazały, że lustro wody opadło do 32 cm, czyli poniżej połowy historycznej średnio-niskiej wody. Tak głębokiej niżówki nie da się już tłumaczyć chwilowym brakiem opadów, bo padało intensywnie cała noc i nic to nie dało. Pokazuje to tylko słabość konstrukcji, która miała Narwę przed suszą zabezpieczać – Zbiornika Siemianówka.

Siemianówka to zbiornik płytki i rozległy. Z powierzchniowej tafli paruje przeciętnie 350–400 mm wody rocznie. Przy trzydziestu kilometrach kwadratowych lustra Siemianówka traci zatem około 12 mln m³ na samym tylko parowaniu – dwadzieścia procent rocznego zapasu użytkowego. Im bardziej zbiornik wysycha, tym mniej ma do oddania w dół rzeki i tym szybciej ucieka pozostała część. Paradoksalnie więc obiekt, który miał „wstrzymywać” powodzie i wyrównywać przepływy w suszy, sam przyspiesza odwodnienie doliny.

Po spiętrzeniu Narwi zanikły długie, łagodne wiosenne wezbrania, a letnie niżówki stały się głębsze i częstsze; osłabły również kulminacje potrzebne do okresowego zalewania łąk Narwiańskiego Parku Narodowego. Obecnie Siemianówka jest jednym z głównych czynników niszczących wielokorytowe odcinki rzeki.

Do problemów hydrologicznych dochodzi jakość wody. Nad Siemianówką, latem regularnie zakwitają w niej sinice, które produkują toksyczne mikrocytyny. Badania wykazały, że te toksyny są wykrywalne nawet 130 km poniżej zapory, pogarszając parametry Narwi.

Współczesny bilans jest więc prosty: rezerwa wody maleje przez parowanie szybciej, niż mogłaby być wykorzystana w okresach suszy. Do tego zakwity sinic pogarszają jakość wody, a co za tym idzie całe środowisko naturalne. Zbiornik nie stanowi kluczowego źródła wody pitnej. Usunięcie zapory ziemnej oznaczałoby raczej koszt rozbiórki niż jakąś wartościową infrastrukturę.

Co w zamian? Powolne spuszczenie wody, odsłonięcie dawnego koryta i pozwolenie Narwi, by odzyskała naturalną dynamikę. W miejsce jednego dużego lustra powstałaby mozaika okresowych rozlewisk, które – tak jak dawniej – gromadziłyby wodę w torfowiskach i łęgach, naturalnie regulując rzekę. W obliczu coraz cieplejszych i suchszych lat Siemianówka działa jak olbrzymie sito, przez które woda ginie zamiast służyć dolinie. Otwarcie rzeki, odbudowa drobnej retencji w dopływach i przywrócenie naturalnych progów w korycie dadzą Narwi o wiele skuteczniejszą tarczę przed suszą niż siedem kilometrów ziemnej grobli. Im szybciej odetkniemy ten korek, tym więcej wody i życia zostawimy „polskiej Amazonce” – i tym pewniej będziemy patrzeć na lato bez strachu, że rzeka znów zniknie z wodowskazów.

Partnerzy portalu:

Kolejny rok ubywa mieszkańców Białegostoku. Musimy dotrwać do końca kadencji Truskolaskiego.

Kolejny rok ubywa mieszkańców Białegostoku. Musimy dotrwać do końca kadencji Truskolaskiego.

Kolejny rok z rzędu ubyło mieszkańców w Białymstoku. Najnowsze dane mówią, że w stolicy Podlaskiego żyje jest już 1300 osób mniej niż wcześniej. Smutne jest, że prezydent miasta Tadeusz Truskolaski zamiast cokolwiek z tym robić, woli wypierać swoją fatalną politykę. Na szczęście niewiele wskazuje, by fatalny włodarz rządził miastem w kolejnej kadencji, bo nadal w mocy jest ustawa o dwóch kadencjach w samorządzie, która w 2028 roku rozgoni na cztery wiary wszystkich tych, którzy niczym Aleksandr Łukaszenka trzymają swój stołek wójta, burmistrza, prezydenta od lat i już dawno bez kontaktu z rzeczywistością zarządzają lokalną ojczyzną.

Można argumentować, że jakby ktoś byłby zły, to ludzie by go nie wybierali. Prawda jest taka, że ludzie już zagłosowali – wyprowadzając się z Białegostoku do innych miast w Polsce lub za granicą. Poza tym ostatnie wybory samorządowe pokazały jak wysoki elektorat negatywny ma obecny prezydent miasta, który zaczynał jako bezpartyjny fachowiec.

Tymczasem jak czytamy w Radiu Białystok, Tadeusz Truskolaski wyjaśnia, że obecna liczba mieszkańców nie jest pełna, bo jest jeszcze kilkanaście tysięcy osób niezameldowanych – jak chociażby studenci. To prawda, tak samo można oszacować kolejne tyle z grupy na Facebooku, która dotyczy osób rosyjskojęzycznych żyjących w Białymstoku. Tylko warto przypomnieć, że te wszystkie osoby nie płacą w Białymstoku podatków.

Nie można powiedzieć, by też wydawały tu jakieś duże pieniądze na konsumpcję. Zarobki w mieście są fatalne, ceny ogromne. Wystarczy pojechać chociażby na Śląsk by zobaczyć jak stolica Podlaskiego skubie ze wszystkich pieniądze w handlu i usługach. Można też porównać zarobki z innymi regionami.

Gdyby Truskolaski to zrobił, to by zszedł na ziemię. Czy by coś się zmieniło? Raczej nie. Ten człowiek miał już swoje szanse, zmarnował je skupiając się wyłącznie na trzech sprawach – remontach dróg, betonowaniu wszystkich przestrzeni jakie tylko się da zabetonować oraz biernemu przyglądaniu się jak deweloperzy zniszczyli całkowicie dawną, piękną przestrzeń miasta.

Partnerzy portalu:

Siemianówka do natychmiastowej likwidacji! Pogrzeb Narwi już się zaczął.

Siemianówka do natychmiastowej likwidacji! Pogrzeb Narwi już się zaczął.

W Nowogrodzie wodowskaz na Narwi wskazuje zaledwie jeden centymetr. To nie błąd pomiarowy, lecz ponury symbol katastrofy hydrologicznej, która rozgrywa się na naszych oczach. Rzeka, która niegdyś płynęła szeroko i głęboko przez północno-wschodnią Polskę, dziś miejscami przypomina błotnistą strugę.

Mimo alarmów, problem nadal jest ignorowany przez decydentów. Siemianówką formalnie zarządzają Wody Polskie. Patoinstytucja, o której w zasadzie nie da się powiedzieć nic dobrego. Odkąd odebrano samorządom zarządzanie rzekami i zbiornikami wodnymi, a następnie przekazano to w ręce instytucji centralnej jest tylko gorzej. Tak jak za komuny – nic co centralne nie działało prawidłowo – tak samo i teraz.

Wody Polskie to instytucja niewydolna, scentralizowana i oderwana od realnych potrzeb lokalnych społeczności. Zamiast szybkich decyzji i reagowania na kryzysy, mamy do czynienia z biurokracją. To pokazuje, jak chybiona była reforma odbierająca samorządom kompetencje związane z wodami. To właśnie gminy i powiaty – znające lokalne uwarunkowania i potrzeby – powinny znów decydować o tym, jak zarządzać rzekami i zbiornikami.

I chociaż gmina Michałowo inwestuje w Siemianówkę i zachęca do plażowania w tej brudnej płytkiej kałuży, to kompetencje do jej likwidacji mają wspomniane Wody Polskie. Dlatego trzeba jak najmocniej naciskać na lokalnych parlamentarzystów, by zatrzymali pogrzeb Narwi, i by w trybie natychmiastowym spuszczono całą wodę z Siemianówki, a następnie rozpoczęto prace nad przywracaniem naturalnego koryta Narwi na całej jej długości.

Zalew Siemianówka powstał w latach 70. i 80. XX wieku. Czyli w PRL. W efekcie zatopiono kilka wsi, przesiedlono setki rodzin, zbudowano zaporę i stworzono orgomny zbiornik. Zalew zatrzymuje ogromne ilości wody, które wcześniej zasilały Narew na całej jej długości. W okresach suszy, gdy każda kropla wody jest na wagę złota, zbiornik pełni rolę hydrologicznego wampira – pobiera, ale nie oddaje.

Dolny bieg rzeki, pozbawiony regularnych zrzutów, wysycha. Giną ryby, zanika bioróżnorodność, ptaki tracą siedliska. Tymczasem Zalew Siemianówka sam staje się problemem: płytki, przegrzany, pełen sinic, coraz mniej przydatny zarówno dla przyrody, jak i dla człowieka. Nie pomogą doraźne działania. Nie wystarczy regulacja zrzutów, bo sam mechanizm zbiornika jest sprzeczny z naturalną dynamiką rzeki.

Próby ratowania Narwi przy jednoczesnym utrzymywaniu Zalewu to leczenie nowotworu plastrem. Jedynym realnym rozwiązaniem jest całkowite opróżnienie zbiornika, rozbiórka zapory i renaturyzacja górnego biegu Narwi. To proces trudny, kosztowny i czasochłonny – ale konieczny. Tylko przywracając rzece jej naturalny bieg i rytm, możemy zatrzymać postępującą degradację.

Współczesna polityka wodna nie może dłużej opierać się na logice lat 70. Czasy się zmieniły, klimat się zmienił, a nasze rzeki – jak Narew – nie są już zasobem do eksploatacji, lecz dobrem do ocalenia. Historia zalewu Siemianówka powinna stać się przestrogą: każde sztuczne spiętrzenie ma swoją cenę. I dziś właśnie tę cenę płacimy – wyschniętą Narwią. Jeśli chcemy znów zobaczyć rzekę, a nie koryto bez życia, czas działać. Innej drogi nie ma.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Na Podlasiu trwają srebrzyste noce. To spektakl nieba, który trudno zapomnieć.

Nocne niebo nad Podlasiem przypomina sen na granicy jawy i bajki. Jakby ktoś rozlał srebro po granatowym płótnie nocy, tworząc eteryczne wstęgi, które tańczą cicho nad polami, lasami i jeziorami. To nie zorza, nie chmury burzowe. To coś rzadszego, bardziej ulotnego. Srebrzyste obłoki – zjawisko, które wygląda, jakby światło księżyca malowało mgły na samym progu kosmosu.

W letnie noce, gdy dzień ustępuje powoli chłodniejszemu powiewowi, a zachód nie do końca znika za horyzontem, niebo zaczyna grać swój cichy koncert. To właśnie wtedy, przez kilka tygodni w czerwcu i lipcu, pojawiają się obłoki srebrzyste – najprawdopodobniej najwyższe chmury, jakie można zobaczyć z Ziemi. Unoszą się aż 85 kilometrów nad naszymi głowami – tam, gdzie atmosfera prawie się kończy, a kosmos zaczyna.

Ich powstanie to mała magia fizyki: powstają z drobinek lodu, które osiadają na mikrocząstkach – czasem pochodzących z kosmicznego pyłu. Gdy Słońce chowa się głęboko za horyzontem, jego światło nadal dosięga tych wysokich warstw atmosfery, podświetlając obłoki od spodu. Wtedy zaczynają świecić – nie jasno jak latarnia, ale chłodnym, lśniącym światłem, przypominającym mgłę przemienioną w światło księżyca.

To zjawisko najbardziej widoczne jest właśnie na północy Polski, a Podlasie to jeden z najlepszych punktów obserwacyjnych. Mało sztucznego światła, szerokie niebo, rozległe pola, jeziora i bagna – wszystko to sprawia, że nocą możesz poczuć się jak obserwator z innej planety.

Nie potrzebujesz teleskopu ani specjalistycznej wiedzy. Wystarczy Ci spokojny wieczór. Wybierz się nad jezioro – na przykład do Rajgrodu albo Augustowa. Usiądź na pomoście, weź koc, termos z herbatą i po prostu patrz. Najlepiej między godziną 22 a 1 w nocy – wtedy srebrzyste obłoki są najjaśniejsze i najbardziej widowiskowe.

Możesz też pojechać na polną drogę pod Supraślem albo usiąść na wieży widokowej w Narwiańskim Parku Narodowym – tam, gdzie nic nie zakłóca ciemności i gdzie niebo jest tak czyste, jakby czekało tylko na to, byś spojrzał lub spojrzała w górę. Obłoki srebrzyste widać także z balkonów w centrum Białegostoku, ale im więcej światła tym mniej gwiazd na niebie. A tylko połączenie obłoków z gwiazdami daje pełen, cudowny obraz.

Nie potrzebujesz aparatu – choć zdjęcia wychodzą magiczne – wystarczy chwila zachwytu, odrobina ciszy i gotowość, by znów poczuć się małym wobec wszechświata. Bo właśnie w takich momentach – kiedy srebro płynie po niebie – Podlasie pokazuje swoje najcichsze, a zarazem najbardziej kosmiczne oblicze.

Partnerzy portalu:

Kolejny cios w Podlaskie. Kontrole na granicy z Litwą to tragedia dla regionu.
Granica Polski i Litwy. fot Darek Sołtysiński / Wikipedia

Kolejny cios w Podlaskie. Kontrole na granicy z Litwą to tragedia dla regionu.

Od 7 lipca 2025 r. Polska czasowo przywraca kontrole graniczne zarówno na granicy z Niemcami, jak i z Litwą. Ten drugi przypadek będzie szczególnie bolesny dla województwa podlaskiego. Decyzję ogłosił premier Donald Tusk podczas posiedzenia Rady Ministrów 1 lipca, podkreślając, że jest ona odpowiedzią na rosnącą presję migracyjną z Białorusi, Litwy i Łotwy. Kontrole mają zostać wprowadzone „z poszanowaniem interesów obywateli” i mają na celu „zminimalizowanie niekontrolowanych przepływów migrantów”. Tyle w teorii.

Służby – w tym Straż Graniczna, Wojska Obrony Terytorialnej i Policja – już prowadzą przygotowania logistyczne do uruchomienia punktów kontrolnych i mobilnych patroli. Kontrole będą wyrywkowe i dotyczyć będą zarówno przejść granicznych, jak i tzw. „zielonej granicy”.

Dla województwa podlaskiego, które latem liczy na gości z Litwy, to tragiczna informacja. Szczególnie, że Podlaskie miejsca turystyczne były zamknięte podczas pandemii, a potem gdy wybuchła wojna na Ukrainie, wielu turystów wystraszyło się odpoczynku w regionie przy granicy z zaangażowaną w konflikt Białorusią. Następny cios w Podlaskie nastąpił, gdy wybuchł kryzys migracyjny i znów ograniczono dostęp do turystyki ze względu na stan wyjątkowy i późniejszą budowę zapory.

Region od lat buduje swoją markę jako miejsce wypoczynku blisko natury, atrakcyjne dla zagranicznych turystów szukających spokoju, autentyczności i unikalnych krajobrazów. Litwini chętnie odwiedzają Augustów, Suwalszczyznę, Biebrzański Park Narodowy czy Puszczę Białowieską. Wprowadzenie kontroli może jednak znacząco ograniczyć ten ruch – już sama zapowiedź możliwych opóźnień czy dodatkowych formalności potrafi skutecznie zniechęcić turystów do podróży.

W sezonie letnim, kiedy każda rezerwacja ma znaczenie, nawet kilkuprocentowy spadek liczby gości może przełożyć się na konkretne straty finansowe. Branża turystyczna, w tym właściciele pensjonatów, restauratorzy czy organizatorzy spływów kajakowych, stoi przed realnym ryzykiem słabszego sezonu. Co więcej, powrót do kontroli może osłabić budowane przez lata poczucie swobody podróżowania, które było jednym z filarów popularności Podlasia wśród sąsiadów z północy.

Choć rząd zapewnia, że działania są tymczasowe i podyktowane bezpieczeństwem, ich konsekwencje mogą sięgnąć znacznie dalej, niż granica, na której staną posterunki. W regionie, który żyje z turystyki i współpracy transgranicznej, nawet chwilowe zamieszanie może mieć długofalowe skutki.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Największa gwiazda Podlasia ma dziś urodziny. 100 lat Panie Zenku!

Gdyby ktoś kiedyś powiedział, że chłopak z małej wsi na Podlasiu stanie się ikoną polskiej muzyki tanecznej, zapewne nie wszyscy by uwierzyli. A jednak – historia Zenka Martyniuka to gotowy scenariusz na film (który zresztą powstał), ale przede wszystkim to prawdziwa opowieść o pasji, determinacji i niezwykłej sile muzyki.

Z Podlasia na sceny całej Polski

Zenek Martyniuk urodził się 23 czerwca 1969 roku w Gredelach, w rodzinie, w której śpiew i muzyka były obecne od zawsze. Babcia Nina i wuj Mikołaj przekazali mu pierwsze muzyczne lekcje. Już jako dziecko występował na szkolnych akademiach, a z czasem – coraz śmielej – na lokalnych imprezach i weselach. Jeszcze przed ukończeniem liceum grał z różnymi zespołami i trenował piłkę nożną, ale to muzyka od początku była jego prawdziwą drogą.

W 1989 roku, wraz z Mariuszem Anikiejem, założył zespół Akcent. Nazwa okazała się prorocza – wkrótce Zenek postawił swój akcent na mapie polskiej sceny muzycznej, którego nikt nie mógł zignorować.

Hity, które nuci cała Polska

Z Akcentem wydał kilkanaście albumów i stworzył hity, które weszły do kanonu polskiej muzyki rozrywkowej. „Moja gwiazda”, „Królowa nocy”, „Przekorny los”, „Pragnienie miłości” – i oczywiście „Przez twe oczy zielone”. Ten ostatni utwór stał się prawdziwym fenomenem. Ale Zenek to nie tylko muzyka. To także występy w programach telewizyjnych, udział w filmach, benefisy, koncerty na Sylwestra i podczas największych festiwali. W 2020 roku powstał film biograficzny „Zenek”. Jego bohater zagrał również samego siebie w produkcjach takich jak „Miszmasz, czyli Kogel-Mogel 3” czy „Lombard. Życie pod zastaw”.

Zenek prywatnie – skromny i wierny swoim wartościom

Choć występuje na największych scenach, Zenek wciąż pozostaje wierny sobie. Od 1989 roku jest mężem Danuty, z którą ma syna Daniela i dwie wnuczki. Mieszkał w Białymstoku, a dziś – w spokojnej Grabówce tuż za granicami stolicy Podlaskiego. Jest wierzący, rodzinny, ceni sobie tradycję i spokój. To także wierny kibic Jagiellonii Białystok – dla klubu stworzył nawet wersję swojego przeboju „Przez twe bramki strzelone”. W maju 2024 roku wystąpił przed historycznym meczem, po którym Jaga zdobyła mistrzostwo Polski. A to tylko potwierdza, że Zenek to nie tylko muzyk – to marka, emocja i człowiek-instytucja.

Król bez korony? Nie, z koroną – złotą i błyszczącą

Zenek Martyniuk nie potrzebuje skandali, by być na topie. Nie goni za nowinkami, bo sam jest klasyką gatunku. Przez lata odrzucał zaproszenia do „Tańca z gwiazdami” czy „Top Chefa” – zamiast tego skupiał się na tym, co kocha najbardziej: muzyce. Nie bez powodu nazywany jest „królem disco polo”. Bo Zenek nie tylko tworzy hity – on tworzy wspomnienia. Jest częścią naszych wesel, sylwestrów, wakacyjnych imprez i domówek. I wygląda na to, że zostanie z nami na długo. Bo jak śpiewa sam: „Życie to są chwile” – a z Zenkiem tych chwil po prostu chce się więcej.

Partnerzy portalu:

Św. Rocha będzie wkrótce deptakiem? A co z Lipową?

Św. Rocha będzie wkrótce deptakiem? A co z Lipową?

Chociaż władze Białegostoku, polskiego miasta, nie wiadomo dlaczego używają holenderskiego słowa, my napiszemy je po polsku. Nie żaden „woonerf”, a deptak powstanie przy ul. Św. Rocha. Tak czy inaczej po zmianach nadal będą mogły wjechać tam samochody. Trudno bowiem odciąć mnóstwo lokali usługowych od dojazdu. Na czym więc polegać będzie zmiana, skoro będzie i deptak ale i samochody?

W pierwotnych założeniach planowano realizację przestrzeni miejskiej z priorytetem dla pieszych i rowerzystów, gdzie ruch samochodowy jest ograniczony. Wiceprezydent Tomasz Klim spotkał się jednak z przedsiębiorcami i mieszkańcami, a następnie zapadła decyzja, że koncepcja ta zostanie zmodyfikowana, tak aby umożliwić zwiększenie dostępności miejsc parkingowych. Tak czy inaczej wszyscy chcą modernizacji ul. Św. Rocha. Nie ma co się dziwić, jest w fatalnym stanie.

Jako, że  obecnie Miasto Białystok nie posiada docelowej koncepcji rozwiązań układu drogowego, a jedynie wstępne założenia, które projektant powinien uwzględnić przy opracowaniu dokumentacji projektowej, to pozwolimy przypomnieć koncepcję, którą proponujemy od lat.

Zakłada ona utworzenie deptaka od Kilińskiego (połączonego z Plantami i Zwierzyńcem) po dworzec kolejowy. Jeżeli przyjrzymy się obecnemu stanowi to do takiej realizacji brakuje tylko wspomnianej przebudowy św. Rocha i zamknięcia ul. Lipowej dla ruchu kołowego, z możliwością wjazdu dla autobusów. Przypomnijmy, że miasto planowało budować alternatywną trasę od Sienkiewicza przez Częstochowską, Waryńskiego po wyjazd przy Abramowicza. Wiele lat temu utknęli w połowie drogi.

Co do św. Rocha to tu jest wiele problemów do rozwiązania. Przede wszystkim do ul. Sukiennej w zasadzie nie da się zamknąć ulicy, bo odcięłoby to drogę dla tysięcy osób. Natomiast od Krakowskiej do Sukiennej takich przeszkód nie ma. Warto też pamiętać, że zainteresowani chcą pozostawienia parkingów. Obecnie miejsc do pozostawienia samochodu jest tam mnóstwo.

Problem Sukiennej można by było rozwiązać przebijając się przez tereny obecnego Zespołu Szkół Metalowo – Drzewnych. Prawdopodobieństwo tego rozwiązania jest jednak bliskie zera. Tak samo jak budowa tunelu łączącego Bohaterów Monte Cassino z Sukienną (albo ogólnie zmianę św. Rocha w tunel). Ale jest jedno rozwiązanie, które jest realne.

Najlepszym sposobem byłoby utworzenie wielkiego parkingu pomiędzy Bohaterów Monte Cassino a Sukienną i zamknięcie ruchu od Sukiennej do Krakowskiej. Do tego wystarczyłaby wąska, jednokierunkowa droga z Sukiennej do Bohaterów Monte Cassino. Takie rozwiązanie ma same plusy pod warunkiem, że zamkniemy też Lipową. Bo tworzenie deptaka z dziurą po środku trochę mija się z celem.

Partnerzy portalu:

Sensacja! Fotopułapka złapała niedźwiedzia blisko Białegostoku!
fot. Nadleśnictwo Czarna Białostocka

Sensacja! Fotopułapka złapała niedźwiedzia blisko Białegostoku!

To nie żart! Dzisiejszej nocy fotopułapka Nadleśnictwa Czarna Białostocka sfotografowała niedźwiedzia! Lesnicy na miejscu sprawdzili jaka bya długość niedźwiedzia i wyliczyli, że był długi na 2 metry – bez wliczania łap. Jak to możliwe że znalazł się właśnie u nas?

Niedawno widziano tropy w Puszczy Augustowskiej, a tam pojawił się z terenu Litwy lub Białorusi. Co ciekawe, w Czarnej Białostockiej był już kiedyś widziany niedźwiedź, który nocą miał się kąpać w zbiorniku wodnym na terenie jednej z firm. Póki przyjechał patrol policji, zwierzęcia już nie było. Tym razem udało się udokumentować obecność zwierzęcia w Puszczy Knyszyńskiej.

Nasze lasy i prowadzona przez leśników gospodarka leśna sprzyja różnorodności co widać na załączonym zdjęciu. Warto pamiętać, że w Polsce niedźwiedzie są pod ochroną, zaś na Białorusi nie. I może to być jeden z powodów dla których przywędrował do nas od setek lat niespotykany tutaj zwierz.

Partnerzy portalu:

W Podlaskiem powstaną nowe rezerwaty przyrody

W Podlaskiem powstaną nowe rezerwaty przyrody

Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Białymstoku przygotowuje się do utworzenia serii nowych rezerwatów przyrody na terenie województwa podlaskiego. Łącznie planowanych jest 14 obszarów o łącznej powierzchni przekraczającej 1500 hektarów. Miejsca te zostały wytypowane już wcześniej przez specjalistów i wpisane listę szczególnie cennych przyrodniczo terenów.

Wśród lokalizacji znajdują się między innymi „Źródliska nad Szeszupą” w gminie Jeleniewo, „Czarna Rzeczka” na terenie Puszczy Knyszyńskiej oraz „Osada wydmowa” w gminie Rutki w powiecie zambrowskim. Największy z planowanych rezerwatów — „Kozi Rynek” w gminie Sztabin — ma objąć powierzchnię ponad 430 hektarów.

Choć docelowo projekt obejmuje około 30 lokalizacji, na obecnym etapie najbardziej zaawansowane działania prowadzone są w odniesieniu do połowy z nich. Część z nowych rezerwatów będzie zlokalizowana na terenach trudno dostępnych, jednak w zamyśle mają one być otwarte zarówno dla mieszkańców regionu, jak i dla odwiedzających turystów.

Dotychczas projekty zostały wstępnie omówione z Lasami Państwowymi. W najbliższym czasie Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska zamierza przeprowadzić szerokie konsultacje społeczne, aby umożliwić mieszkańcom i innym zainteresowanym osobom wyrażenie swojego zdania. Szczegółowe informacje na ten temat będą publikowane na stronie internetowej RDOŚ.

Partnerzy portalu:

Polscy Tatarzy świętują Święto Ofiarowania – Kurban Bajram

Polscy Tatarzy świętują Święto Ofiarowania – Kurban Bajram

W meczetach w Bohonikach, Kruszynianach i Białymstoku rozpoczęły się uroczystości związane z Kurban Bajram – jednym z dwóch najważniejszych świąt w islamie. Przez cztery dni polscy Tatarzy będą celebrować Święto Ofiarowania, pielęgnując tradycje, które przetrwały w Polsce od ponad 300 lat.

Polscy Tatarzy to unikatowa wspólnota, której historia sięga XVII wieku, kiedy to osiedlili się na terenach Wielkiego Księstwa Litewskiego. Choć od pokoleń są Polakami, to zachowali własną tożsamość kulturową i religijną. Największe skupiska tej społeczności znajdują się dziś w województwie podlaskim – zwłaszcza w Kruszynianach, Bohonikach i Białymstoku. Tam też znajdują się jedyne w Polsce drewniane, zabytkowe meczety oraz mizary – muzułmańskie cmentarze, które stanowią świadectwo ich wielowiekowej obecności.

Kurban Bajram, to święto przypominające historię proroka Abrahama, który według przekazu muzułmańskiego był gotów poświęcić życie swojego syna w posłuszeństwie wobec Boga. Współczesnym wyrazem tej ofiary jest rytualny ubój zwierzęcia – najczęściej owcy lub krowy – którego mięso dzielone jest na trzy części: dla rodziny, bliskich i potrzebujących. Rozdawanie mięsa to nie tylko gest solidarności, ale również jeden z filarów islamu – jałmużna.

Partnerzy portalu:

Będzie więcej połączeń kolejowych z Białegostoku do Wilna

Będzie więcej połączeń kolejowych z Białegostoku do Wilna

Od grudnia pociągi z Polski do Wilna przyspieszą, a liczba połączeń wzrośnie. Dzięki współpracy PKP Intercity i litewskiego LTG Link podróż z Warszawy do Wilna skróci się o godzinę i potrwa docelowo poniżej 7 godzin. Początkowo uruchomione zostaną trzy połączenia, a w przyszłości ich liczba wzrośnie do czterech dziennie, kursujących co 4 godziny.

Pasażerowie jadący do Wilna będą musieli tak jak do tej pory tylko raz przesiąść się na stacji Mockawa po stronie litewskiej, z pociągu normalnotorowego do szerokotorowego. Czas tej przesiadki wyniesie maksymalnie 20 minut.

Przewoźnicy zapewnią wysoki standard usług, w tym Wi-Fi, gniazdka elektryczne, klimatyzację oraz możliwość zakupu posiłków na pokładzie. Zakup biletów ma być możliwy w jednej transakcji przez strony internetowe lub aplikacje mobilne obu przewoźników, z możliwością rezerwacji miejsc.

W planach jest także wspólna obsługa przyszłej linii Rail Baltica, która połączy Polskę z Litwą, Łotwą i Estonią. Do końca 2025 roku PKP Intercity i LTG Link przygotują wspólny model obsługi tych połączeń oraz ustalą szczegóły dotyczące taboru kolejowego.

Partnerzy portalu: