Las, który żądał krwi. Poznajcie jego tajemnice.

Las, który żądał krwi. Poznajcie jego tajemnice.

Dla młodszych mieszkańców Białegostoku to zwykły las. Dobre miejsce do biegania czy rodzinnego spacery. Wiatr pomykający po gałęziach niesie jednak wiele ciekawych, ale też i tragicznych historii.  Atmosferę tajemniczości napędzają zaś  nietypowe drzewa, rozdwojone tuż przy ziemi. Podobne formacje roślinne spotkać można w słynnym miejscu mocy w Hajnówce. Czyżby z lasem związane były magiczne siły? Tego nie wie nikt. Skupmy się na suchych historycznych faktach.  Las w Pietraszach kryje nie jedną tajemnicę. Czas je odkryć!

Kończył się XIX w. Do lasu przyjechał ponoć sam car, pragnący podziwiać manewry swoich wojsk. Tereny służyły już wtedy jako poligon. Do ćwiczeń wykorzystywany był również intensywnie w okresie międzywojennym. Manewry odbywali żołnierze Wojska Polskiego z koszar przy ul. Traugutta. Do dzisiaj widać liczne okopy, które trochę zdążyły już zarosnąć. Z pewnością znajdzie się nie jeden, kto chętnie będzie się wspinał po ich ścianach.

 

 

Las był niemym świadkiem niemieckiego mordu. Życie stracili nie tylko prześladowani wyznawcy judaizmu, ale też katolicy i prawosławni Białorusini. W okolicy odnajdziemy zarówno zbiorowe, jak i indywidualne groby. Największa tragedia rozegrała się w lipcu 1941 r. Ten miesiąc okazał się ostatnim dla ponad 5 tys. białostockich Żydów. Pod koniec lat. 90-tych, powstało ”Miejsce Pamięci Lasu Pietrasze”.

 

Ziemia w Pietraszach jeszcze nieraz upomniała się o krew. W 1945 r. utworzono tam strzelnicę Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Wykonano co najmniej jeden wyrok śmierci. Mowa tu o dezerterze z KBW – Mieczysławie Kaźmierskim, posługującym się pseudonimem ”Huragan”. Mężczyznę przywiązano do drzewa. Wyrok mieli wykonać jego koledzy. Żaden ich pocisk nie zranił poważnie jednak Huraganu. Śmiertelny strzał padł dopiero z broni dowódcy. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że dezerter spoczął w tamtejszej ziemi.

Przechadzając się przez las, z pewnością zauważymy betonowe słupy, przypominające te z linii energetycznych W rzeczywistości z prądem nie mają nic wspólnego. Są to tzw. kotwy, które miała za zadanie cumowanie sterowców. Tak! W lesie znajdowała się baza popularnie nazywanych cepelinów. Oczywiście po hangarach i innej infrastrukturze nie ma już śladów. Wszystko miało miejsce w okresie I Wojny Światowej. Statki powietrzne służyły do niezbyt przyjaznych zadań.

 

 

Mianowicie zrzucały bomby na cele strategiczne. Czego jednak można spodziewać się po carskiej armii. Widok sterowców wzbudzał zatem strach. O zachwycie nie mogło być mowy. W sumie w Białymstoku stacjonowały dwa cepeliny – ”Albatros” i ”Astra”. Ten pierwszy mógł zabrać na pokład 7 osób. Rozwijał prędkość do 70 km/h. Wyposażony był w karabiny maszynowy i niemały zapas amunicji. Do miasta trafił nieco przypadkowo. Pierwotnie z Petersburga miał dolecieć do Olsztyna, lecz plany pokrzyżowała aura. Sterowiec ”Alba”  zapisał się w historii jako bombardier drogi do Osowca. Dlatego nikt nie żałował, że nie za długo polatał nad polskim niebem. Pogoda nie była dla niego łaskawa. Wiatr zniszczył jego zdolności bojowe.

Las Pietrasze dla jednych będzie miejscem wypoczynku, dla drugich miejscem zbrodni, które należy unikać. Pewne jest tylko to, że na stałe zapisał się w historii Białegostoku i okolic.

Cenna pamiątka po getcie została ocalona

Cenna pamiątka po getcie została ocalona

Do getta żydowskiego w Białymstoku prowadziły trzy bramy. Po dwóch z nich nie ma śladu. Istniały one przy skrzyżowaniu ulic Malmeda i Lipowej, a także Jurowieckiej i Sienkiewicza. Trzecia mieściła się przy ulice Czystej, która była od XIX w. wyłożona kocimi łbami. Obecnie trwa tam remont, który mógł zatrzeć ślady historii. Pozostałością po bramie były drewniane fragmenty ukryte między kamieniami. Teren nie został objęty ochroną konserwatora, więc asfalt wylano tylko do miejsca, gdzie znajdowała się brama. Aby odnaleźć dokładne miejsce pala wbitego w ziemię przed wielu laty, trzeba było przeczesać ulicę fragment po fragmencie. Starania miejskich konserwatorów opłaciły się. 

Białostockie getto utworzono w lipcu 1941 r. Na niewielkim terenie zgromadzono ponad 60 tys. Żydów. Zarówno młodych, jak i starych zmuszano do niewolniczej pracy. Produkowali tkaniny i broń dla hitlerowców. Na wieść o planach likwidacji getta wybuchło powstanie. Kilkuset Żydów przez kilka dni stawiało opór tysiącom żołnierzy niemieckich. Przeżyło jedynie 2 tys. osób. Ci, którzy przetrwali zostali wysłani do obozów w różnych zakątkach kraju.

W Tykocinie odnaleziono ślady po zakonnikach

W Tykocinie odnaleziono ślady po zakonnikach

W Tykocinie jeszcze w XVIII w. działał klasztor bernardynów. Ufundował go Marcin Gasztołd, ówczesny właściciel miasteczka. Dziś pozostałości po nim znajdują się głęboko pod ziemią. Gdy zakonnicy opuścili miasto z nakazu J.K. Branickiego, pusty obiekt niszczał, aż w końcu go rozebrano.

Archeolodzy odnaleźli fragmenty konstrukcji z czerwonej cegły, a także przedmioty codziennego użytku. Ustalenie lokalizacjo było podparte wcześniejszymi badaniami geofizycznymi. Części klasztoru to prawdopodobnie ogrodzenie, a także fundamenty budynków gospodarczych. Stosowano nich techniki budowlane tzw. polskiego gotyku. W wykopaliskach brali udział również zwykli mieszkańcy. Wszyscy byli dumni, że nad rzeką istniała okazała budowla. Tzw. kępa bernandyńska skrywa z pewnością jeszcze wiele tajemnic.

Już w maju czeka nas zabawa w autobusie

Już w maju czeka nas zabawa w autobusie

Co prawda wydarzenie to będzie miało miejsce w maju, ale zapisy ruszyły już teraz. Klub Miłośników Komunikacji Miejskiej w Białymstoku po raz kolejny organizuje wycieczkę zabytkowym Jelczem. Tym razem kierunek to Puszcza Knyszyńska. Na trasie przejazdu znajduje się choćby ogród botaniczny w Supraślu, park leśny w Poczopku czy też tatarskie Kruszyniany. Organizatorzy informują, iż nie jest to zwykła podróż autobusem.

O nudzie nie może być mowy. Już na pokładzie Jelcze przygotowano atrakcje. Przejazd tradycyjnie skończy się biesiadą przy ognisku.Klub Miłośników Komunikacji Miejskiej w Białymstoku powstał w czerwcu 2009 roku. Zrzesza on sympatyków transportu publicznego. Więcej szczegółów znajdziecie pod linkiem: Jelczem po Puszczy Knyszyńskiej

To już koniec. Arcybiskup Edward Ozorowski odszedł na emeryturę.

To już koniec. Arcybiskup Edward Ozorowski odszedł na emeryturę.

Po dziesięciu latach pełnienia funkcji arcybiskupa metropolity białostockiego, na zasłużoną emeryturę odszedł Edward Ozorowski. Niespełna dwa lata temu obchodził on jubileusz 50-lecia święceń kapłańskich. Zgodnie z prawem kanonicznym, w chwili ukończenia 75 lat każdy biskup zobowiązany jest złożyć rezygnację na ręce papieża. Nie oznacza to jednak końca posługi. Abp. Edward Ozorowski od urodzenia związany był z Podlasiem. Urodził się we wsi Wólka-Przedmieście koło Wasilkowa, a w Białymstoku ukończył seminarium. Jest też honorowym obywatelem Sokółki. 

 

Nowym arcybiskupem został pochodzący z diecezji kieleckiej ks. dr Tadeusz Wojda. Przez ponad 20 lat pracował jako sekretarz w Papieskim Dziele Rozkrzewiania Wiary. Dzięki temu doskonale zna sytuację kościoła na całym świecie. Teraz 60-cio latka czekają nowe wyzwania. Ceremonia otrzymania święceń biskupich odbędzie się 10 czerwca.

Ogórki rządzą Kruszewem

Ogórki rządzą Kruszewem

Ogórki z Kruszewa, produkowane z najwyższą starannością i dbałością o tradycję, stały się nie tylko symbolem tej urokliwej wsi, ale także dumą lokalnej społeczności. W trosce o zachowanie autentyczności i smaku, producenci kruszewskich ogórków konsekwentnie postępują zgodnie z tradycyjnymi metodami uprawy. To właśnie ten naturalny proces produkcji przyciąga do Kruszewa licznych smakoszy i turystów, którzy pragną doświadczyć prawdziwego smaku kruszewskiego ogórka. Dodatkowo, kruszewscy producenci często korzystają z tradycyjnych metod przechowywania ogórków, takich jak kiszenie, co pozwala zachować ich świeżość i chrupkość na długie miesiące.

Opowieść o kruszewskich ogórkach

Produkcja kruszewskich ogórków odznacza się nie tylko tradycyjnymi metodami uprawy, ale także dbałością o każdy detal procesu. Począwszy od wyboru najlepszych nasion aż po staranne pielęgnowanie roślin. W całym sezonie produkcji, rolnicy z Kruszewa angażują się w prace polowe z niezwykłą starannością i zaangażowaniem. Dbają o to, aby każdy ogórek był perfekcyjny pod względem jakości i smaku. Kruszewscy producenci często korzystają z tradycyjnych metod przechowywania ogórków. Na przykład takich jak kiszenie, które pozwala zachować ich świeżość i chrupkość na długie miesiące. Dzięki temu, kruszewskie ogórki są cenione nie tylko za swój wyjątkowy smak, ale także za trwałość i naturalność. Wysiłek i zaangażowanie producentów owocuje wysoką jakością warzyw. Przyciąga to do wsi Kruszewo nie tylko smakoszy, ale także restauratorów i handlarzy, chcących pozyskać te wyjątkowe produkty do swoich lokali czy sklepów.

Ogórki Kruszewo – centrum tradycyjnej produkcji

Tego rodzaju zainteresowanie ze strony rynku przyczynia się do rozwoju lokalnej gospodarki i promocji Kruszewa. Ponadto, kruszewscy rolnicy nieustannie dążą do doskonalenia swoich umiejętności i technik uprawy. Uczestniczą oni w szkoleniach i warsztatach z zakresu nowoczesnych metod rolnictwa ekologicznego. Dzięki temu, Kruszewo staje się nie tylko miejscem tradycyjnej produkcji, ale także ośrodkiem innowacyjnych praktyk rolniczych. Wszystkie te czynniki sprawiają, że kruszewskie ogórki cieszą się uznaniem. Zarówno wśród lokalnej społeczności, jak i w szerszym regionie, stanowiąc niezwykły przykład tradycyjnej, ekologicznej produkcji rolniczej.

Święto ogórka: integracja społeczności i zachowanie tradycji

Święto ogórka, organizowane przez Stowarzyszenie, to nie tylko okazja do wspólnej zabawy i radości. Także moment refleksji nad znaczeniem lokalnych tradycji i dziedzictwa. Konkursy, pokazy, degustacje – wszystko to sprzyja integracji społeczności, podkreślając rolę ogórka jako ważnego elementu kulturowego regionu. Kiszenie kapusty, choć może wydawać się prostym procesem, ma głębokie znaczenie społeczne i kulturowe. Buduje ona więzi międzyludzkie i przekazuje ważne wartości z pokolenia na pokolenie.

Gonitwa za lisem urządzana w Pietkowie przez jeźdźców.

Gonitwa za lisem urządzana w Pietkowie przez jeźdźców.

Gonitwa za lisem w malowniczej wsi Pietkowo jest nie tylko lokalną tradycją, ale także istotnym elementem dziedzictwa kulturowego regionu. Od lat przyciąga ona pasjonatów myślistwa, jeźdźców oraz miłośników przyrody, tworząc niezapomniane wydarzenie o bogatej historii i symbolicznym znaczeniu. Pietkowo, położone w powiecie białostockim, w gminie Poświętne, nie znajduje się daleko od samego Białegostoku. Podkreśla to dodatkowo jego dostępność i rolę jako atrakcji regionalnej. Gonitwa za lisem nie tylko integruje społeczność lokalną, ale także przyciąga uwagę turystów z różnych zakątków, którzy chętnie uczestniczą w tym wyjątkowym wydarzeniu.

Gonitwa za lisem to już tradycja

Co roku do miejscowości Pietkowo ściągają myśliwi, jeźdźcy, leśnicy oraz zainteresowani wydarzeniem widzowie. Pietkowo, położone w urokliwym zakątku województwa podlaskiego, odznacza się nie tylko pięknem przyrody, ale także głębokimi korzeniami historycznymi. To tutaj, na tych ziemiach, kultywowane są tradycje związane ze świętem Hubertusa, których centralnym punktem jest właśnie gonitwa za lisem. Historia tego wyjątkowego święta sięga dawnych czasów, gdy formowany był 10. Pułk Ułanów Litewskich, pełniący ważną rolę w historii regionu. Dziedzictwo tego pułku jest nadal żywe, a obecni organizatorzy gonitwy za lisem starają się kontynuować i rozwijać tę bogatą tradycję, przyciągając co roku liczne grono uczestników i widzów.

Lis czy może człowiek?

W ubiegłorocznej edycji gonitwy za lisem w Pietkowie wzięło udział imponujące 42 dorosłych jeźdźców. Świadczy to o rosnącym zainteresowaniu tą tradycją. Samo wydarzenie to widowisko pełne emocji i pasji, gdy uczestnicy ścigają się przez gęste lasy. Starają się dopaść „lisa”, który jak się okazuje, jest jednym z uczestników, który z lisią kitą przypiętą do ramienia udaje zwierzę do schwytania. Gonitwa za lisem nie tylko podkreśla ducha wspólnoty i tradycji lokalnej. Symbolizuje uniwersalne wartości takie jak spryt, zręczność i determinacja w dążeniu do celu. To niezwykłe wydarzenie, chociaż zakorzenione głęboko w lokalnej kulturze, przyciąga uwagę z całego regionu. Staje się niezapomnianym przeżyciem zarówno dla uczestników, jak i obserwatorów.

Nie straszna im ciemność. Szukają ptaków po nocy.

Nie straszna im ciemność. Szukają ptaków po nocy.

Puszczyki, puchacze, płomykówki czy uszaki- w Polsce mamy ich 13 gatunków. Wszystkie są drapieżnikami, polują nocą i u niejednego ich pohukiwanie wywołuje gęsią skórkę. Sowy, bo o nich mowa mają raz w roku swój weekend. Noc sów zapewnia wiele atrakcji miłośników ptaków. Owa akcja to ogólnopolskie wydarzenie, które ma zachęcić do obserwowania przyrody także nocą. Na Podlasiu akcję organizuje Narwiański Park Narodowy. Poszukiwania ptaków poprzedzają ciekawe wykłady, na których dowiemy się wiele ciekawostek. Uzbrojeni w dodatkową wiedzę i latarki, wszyscy chętni wyruszają na poszukiwania sów. Przedział wiekowy jest bardzo zróżnicowany. Chętni na przygodę są zarówno małe dzieci, jak i osoby w podeszłym wieku.

 

Sowy zachwycają swoimi przystosowaniami do życia i intrygują swoim stylem życia. Najlepiej je namierzyć dźwiękową prowokacją. Chociaż pohukiwanie sów kojarzy się ze złowieszczą atmosferą filmów grozy, to te nocne, drapieżne ptaki wcale nie chcą nas wystraszyć. Gdy mają okres godowy, każdy z nich odzywa się, żeby dać sąsiadom znać, że partnerka jest zajęta.

Wyjątkowy film o Podlasiu trafił w końcu do sieci

Wyjątkowy film o Podlasiu trafił w końcu do sieci

Filmów o tematyce podlaskiej przyrody powstało wiele, ale ten jest szczególny. Ukazuje bowiem naturę dającą możliwość aktywnego spędzenia czasu. Dynamiczny montaż sprawia, że każdy kadr wbija w fotel. ”Go-Podlasie”, bo o nim tu mowa, miał swą kinową premierę pod koniec ubiegłego roku. Teraz można go w końcu zobaczyć na portalu YouTube.

 

W produkcji nie brali udział profesjonalni aktorzy. To sprawiło, że wszystkie sceny są niezwykle autentyczne. Zobaczymy w nich ludzi pełni pasji, którzy przemierzają podlaskie szlaki w poszukiwaniu dużej dawki emocji. Materiał powstał na terenie Puszczy Knyszyńskiej, Suwalszczyzny i Doliny Biebrzy, tylko i wyłącznie ze środków własnych twórców. Zdjęcia trwały 3 lata. Zobaczcie sami ”Go-Podlasie”.

 

W Białymstoku rolkarze jeżdżą ciemną nocą

W Białymstoku rolkarze jeżdżą ciemną nocą

W sobotę ponad 864 rolkarzy wzięło udział w pierwszym tegorocznym nocnym przejeździe. Nightskating Białystok to cykl przejazdów  głównymi ulicami miasta wieczorną porą, które pozwalają spojrzeć na Białystok z nieco innej perspektywy oraz stworzyć radosną i bezpieczną przestrzeń dla wszystkich sympatyków ośmiu kółek.

 

W ten sposób organizatorzy promują rolkarstwo oraz wrotkarstwo jako sport oraz formę rekreacji dla wszystkich, niezależnie od wieku. W przejeździe może brać udział każdy chętny, a jedynym wymaganiem jest  umiejętność hamowania oraz swobodnego poruszania się na rolkach. Na trasie zwykle pojawia się nagłośnienie z muzyką. Nie brakuje też innych atrakcji.

Mieszkanka Białegostoku leczy kurami.

Mieszkanka Białegostoku leczy kurami.

Dogoterapia, hipoterapia – chyba każdy słyszał o tych formach rehabilitacji z udziałem zwierząt. Ale kuroterapia? Prekursorem tej techniki jest mieszkanka Białegostoku. Jak to w życiu bywa, o cudownych właściwościach ptaków, dowiedziała się zupełnie przypadkowo. Córka pani Teresy od dzieciństwa przez długi czas przebywa w szpitalu. Po powrocie miała kłopoty ze snem.

 

Dręczyły ją koszmary. Uspokoiła się dopiero gdy matka do pokoju przyniosła…kury. Dziecko usnęło. Aby sprawdzić, czy nie miało to jednorazowego charakteru, powtórzyła eksperyment. Za każdym razem efekt był tak sam. Córka uspokajała się na widok kur. Jak się później okazało, ptaki pomogły innym chorym. Nawet chłopiec z autyzmem dzięki kurom stał się bardziej otwarty. Wcześniej w ogóle niemal się nie odzywał. Terapia kurami może być zarówno kontaktowa jak i bezkontaktowa. Już sama obecność zwierząt wpływa korzystnie na nasz organizm. Kury nie służą więc tylko i wyłącznie do znoszenia jaj.

 

Ojciec nie zgodził się na ślub. Skończyło się wojną.

Ojciec nie zgodził się na ślub. Skończyło się wojną.

Po obu stronach Narwi mieszkały  zwaśnione plemiona. Jednym władał Boguchwał, drugim Joc, stojący na czele Jaćwingów. Od wielu lat ludy toczyły zacięte boje. Syn władcy Jaćwingów pewnego dnia udał się polowanie. Za zdobyczą pogonił aż na terytorium wroga. Tam ujrzał córkę Boguchwała o imieniu Boginka. Zakochany od pierwszego wejrzenia postanowił ją porwać. Przywitały go jednak liczne strzały z łuku.

Ojciec Jura, gdyż tak mężczyzna miał na imię nie mógł przestać myśleć o pięknej dziewczynie. Na ta sytuację nie mógł bezczynnie patrzeć Joc. Wysłał więc dary do plemienia Buguchwały, z nadzieją, że ten zgodzi się na ożenek. Nic z tego. Spotkał się z odmową. Wściekły Jur postanowił wziąć dziewczynę siłą. Z grodziska wroga miała zostać ”Tylko-Ciń”, co oznaczało w języku jaćwingów ”Tylko cień”. Gdy wojska stanęły w płytkim miejscu rzeki, Jur nakazał zasypać ten fragment. Niedługo po rozpoczęciu bitwy, Jaćwingowie wpadli w zasadzkę. Nie było dla nich ratunku. Joc i jego syn zginęli. Aby przestrzec przed odwetem swój gród Boguchwał nazwał Tykocinem. Wodzów pochowano zaś na szczycie wzgórza.

W tragicznym locie zginęły również osoby związane z Białymstokiem

W tragicznym locie zginęły również osoby związane z Białymstokiem

Dziś mija 7. rocznica katastrofy polskiego samolotu rządowego w Smoleńsku. 10 kwietnia 2010 roku o godz. 8.41 rozbił się samolot Tu-154M, którym to polska delegacja udawała się do Katynia na uroczystości związane z 70. rocznicą zamordowania tam polskich oficerów. W katastrofie, do której doszło w pobliżu lotniska zginęło 96 osób, w tym cztery związane blisko z Białymstokiem. Ryszard Kaczorowski to ostatni polski prezydent na uchodźstwie urodzony w Białymstoku. Po II Wojnie Światowej był członkiem Rady Narodowej Rzeczpospolitej. W swym życiu zdobył wiele odznaczeń za wybitne zasługi. Swój urząd złożył na ręce Lecha Wałęsy. 

 

Swoje życie ze stolicą Podlasia związał również Krzysztof Putra. Ten urodzony w podsuwalskim Józefowie działacz, w swojej politycznej karierze wielokrotnie pełnił rolę posła i senatora. Zginął jako wicemarszałek sejmu RP. Arcybiskup Miron Chodakowski, również pochodzący z Białegostoku, w 1998 r. został mianowany biskupem hajnowskim i ordynariuszem Wojska Polskiego. Wcześniej przez niemal 15 lat kierował monasterem w Supraślu.

 

Urodzona w Białymstoku Justyna Moniuszko na pokładzie pełniła funkcję stewardesy. Wcześniej pracowała w liniach lotniczych LOT. Była również członkiem sekcji spadochronowej białostockiego aeroklubu.

Tykająca bomba już nikomu nie zagraża

Tykająca bomba już nikomu nie zagraża

Zazwyczaj zachęcamy do przyjazdu na Podlasie. Są jednak miejsca, zresztą jak w całej Polsce, które jeszcze kilka lat temu należało omijać z daleka. Nie. Tym razem nie chodzi nam o zjawy czy legendarne potwory. Niebezpieczeństwo czyhało w ziemi. Były to mogielniki czyli składowiska toksycznych odpadów. Już sama nazwa wywołuje ciarki.

 

Stanowiły one prawdziwą bombę ekologiczną. Istniało bowiem ryzyko skażenia wód podziemnych.W okresie komunizmu nikt ich nie utylizował. Po prostu zakopywano je w studniach z betonu. Na Podlasiu istniało pięć dużych składowisk. Jaka musiała być ulga mieszkańców, gdy zniknęły z ich otoczenia. W sumie we wszystkich mogilnikach stwierdzono 19 ton przeterminowanych środków ochrony roślin w postaci opakowań plastikowych, szklanych butelek z płynem, proszków. Ponadto w dwóch z nich oprócz wcześniej znanych studni specjaliści wykryli dodatkowe doły ziemne ze znacznymi ilościami niebezpiecznych substancji. Likwidacja składowiska kosztowała grubo powyżej pół miliona złotych. Środki zapewnił Narodowy Fundusz Środowiska.

Na szlaku nauczymy się garncarstwa

Na szlaku nauczymy się garncarstwa

Do Czarnej Wsi Kościelnej dojedziemy z Białegostoku w kilkanaście minut. Jest to jedno z tych miejsc gdzie możemy poznać dawne tradycje. Jedną z nich jest garncarstwo, obecne na wsi od XVIII w. Umiejętności przekazuje się zwykle z pokolenia na pokolenie.  Mistrzów można podziwiać w czasie pikniku pod znaku rzemiosła. Organizowany jest on w długi weekend majowy.

 

Dzięki warsztatom zarówno dzieci, jak i dorośli mogą poznać techniki tworzenia naczyń ceramicznych. W ciągu dwóch godzin nie osiągniemy wielkiego poziomu, ale z pewnością lepszy rydz niż nic. Na warsztaty można się umówić także poza programem imprezy. Trzeba jednak pamiętać, że garncarze w weekend raczej są w trasie, sprzedając swoje wyroby. Dlatego też terminy należy rezerwować z dużym wyprzedzeniem. Czarna Wieś Kościelna znajduje się na tzw. szlaku rękodzieła ludowego.

Gwiazda „Ucha Prezesa” to białostoczanka!

Gwiazda „Ucha Prezesa” to białostoczanka!

W ostatnim czasie serial „Ucho prezesa” bije rekordy popularności. Rozpisują się o nim wszędzie i wszyscy. Być może zaskakujący będzie dla Was fakt, że jedna z głównych ról serialu przypadła białostoczance. Filmowa pani Basia, to Izabela Dąbrowska, która nie tylko grała w takich filmach jak oskarowa „Ida”, kultowe „Galerianki” czy „Blondynka”, ale też artystka kabaretowa z „Kabaret na koniec świata”.

 

Dąbrowska ukończyła V Liceum Ogólnokształcące, a także Wydział Lalkarstwa w Białymstoku. Tutaj także się urodziła. W stolicy podlaskiego i okolicach mieszka także cała rodzina aktorki. Ona sama zaś zamieszkuję Warszawę, co bardzo zrozumiałe. Choć dojazd do stolicy mamy bardzo dobry, a odległość nie jest duża, to na pewno wygodniej jest mieszkać tam gdzie się pracuje, aniżeli dojeżdżać. Szczególnie, że pracy ma sporo. Jej kompletna filmografia wygląda bardzo imponująco. 

 

Aktorka ma również bardzo ciepły stosunek do Podlasia. Na łamach Kuriera Porannego powiedziała: Uważam, że ludzie z tego regionu mają w sobie pewien rodzaj otwartości. Z jednej strony są bardzo pragmatyczni, konkretni, myślą realistycznie, są związani bardzo z ziemią, mocno stąpają po ziemi, a z drugiej strony są życzliwi, otwarci. To pewnie pomaga, bo ludzie odczytują to jako pewien rodzaj sympatii, którą ma się do świata. Mam też poczucie, że nie ma w nas agresji, walki za wszelką cenę. Potrafimy cieszyć się z tego, co życie przynosi i taką filozofię chyba prezentujemy wobec świata.

 

Dlatego możemy być bardzo dumni z Izabeli Dąbrowskiej. Bo to nasza Pani Basia!

 

fot. kadr z serialu „Ucho prezesa”

 

 

Chuligani ukradli pomnik śledzia.

Chuligani ukradli pomnik śledzia.

Na granicy Mazowsza i Podlasia stanął wyjątkowy pomnik. Mimo, że wieś Strękowa Góra koło Białegostoku nie słynie z połowu ryb, zdecydowała się na utrwalenie wizerunku…śledzia. W ten sposób władze chciały promować lokalną gwarę. Stolica Podlasia bowiem okazał się zbyt poważnym miastem na podobne przedsięwzięcie. 

Inicjatorem powstania pomnik śledzia był wójt Gminy Zawady oraz stowarzyszenie Agro-Group, tworzące projekt ”Brama na Bagna”. Wszyscy zgodnie uznali, że ”zaciągania” to nie powód do wstydu. Wręcz przeciwnie. Odróżnia nas od innych regionów kraju. Pomnik stał się obiektem pożądania chuliganów. 3 lata po odsłonięciu, pewnej nocy został skradziony. Stało się to dzień po festynie. Złodzieje mieli ułatwione zadanie. Rzeźba była drewniana i niezbyt masywna. Nadnarwiańska wieś wstrzymała oddech. Sprawców nie ruszyło sumienie. Dlatego też koniecznością było stworzenie kolejnej wersji pomnika.

Kiszka ziemniaczana – kto w Supraślu otrzyma miano mistrza?

Kiszka ziemniaczana – kto w Supraślu otrzyma miano mistrza?

Kiszka ziemniaczana, będąca jednym z charakterystycznych dań regionu Podlasia, od lat budzi zainteresowanie i stanowi przedmiot dyskusji na temat najlepszego sposobu jej przyrządzenia. Aby rozwiać ten spór i uhonorować tradycję kulinarnej sztuki tego regionu, corocznie w ramach imprezy „Spotkania z Naturą i Sztuką” w Supraślu organizowane są emocjonujące zawody kulinarno-gastronomiczne. To prestiżowe wydarzenie, o ugruntowanej renomie, przyciąga nie tylko lokalnych smakoszy, ale także gości z odległych zakątków Polski.

Kiszka ziemniaczana – kulinarne arcydzieło Podlasia

W trakcie tych niezwykłych zawodów, najlepsi kucharze oraz pasjonaci gotowania rywalizują ze sobą. Prezentują oni swoje indywidualne receptury i tajemne składniki, które nadają kiszce niezapomniany smak i aromat. Każdy uczestnik stara się wykorzystać lokalne produkty, aby podkreślić autentyczność i charakterystyczny regionalny smak dania. Boczek oraz ziemniaki z okolicznych upraw, są niezbędnymi składnikami, które nadają potrawie wyjątkowy charakter i doskonałe walory smakowe. Jednakże, oprócz wyselekcjonowanych składników, istotną rolę odgrywa również zaangażowanie uczucia i pasji podczas przygotowywania kiszki. Wielu entuzjastów kuchni podlaskiej twierdzi, że prawdziwy smak potrawy można osiągnąć jedynie poprzez dodanie do niej odrobinę serca i duszy.  Ta pasja i zaangażowanie w sztukę kulinarną są nieodłącznymi elementami kultury Podlasia, której kiszka ziemniaczana jest doskonałym przykładem. To nie tylko potrawa, lecz prawdziwe arcydzieło, które łączy w sobie historię, tradycję i unikalny smak regionu.

Kulinarne święto Podlasia: zawody, smaki i wspólnota

Wspomniane zawody to nie tylko okazja do prezentacji kulinarnych umiejętności, ale także doskonała okazja do integracji społeczności lokalnej oraz promocji kultury Podlasia. Impreza towarzysząca zawodom, pełna jest atrakcji dla uczestników i widzów. Na przykład koncerty renomowanych artystów oraz degustacje tradycyjnych podlaskich nalewek i innych lokalnych specjałów. Dodatkowo, wspólna pasja do kuchni podlaskiej buduje więzi społeczne i wzmacnia więzi lokalnej społeczności. Tworzy niezapomniane wspomnienia oraz inspiruje do dalszego eksplorowania bogactwa kulinarnego regionu. To wydarzenie jest hołdem dla bogactwa kulinarnego dziedzictwa regionu. Wyróżnia się niepowtarzalnym charakterem i atmosferą, przyciągając zarówno smakoszy, jak i miłośników kultury Podlasia.

Mężczyzna zabrał złoto. Nawiedzała go zjawa.

Mężczyzna zabrał złoto. Nawiedzała go zjawa.

W Kiermusach obok Tykocina odnajdziemy nietypowe Muzeum. Podczas gdy w innych obiektach obowiązuje zakaz dotykania eksponatów, tu jest wręcz przeciwnie. Podniesiemy nawet miecz słynnego rycerza Longina Podbipięty. Zbiory pochodzą z całej Polski i Europy. Część z nich trafiło w prost z ekranizacji trylogii H. Sienkiewicza. Stanowią one podarunek od reżysera Jerzego Hoffmana. To właśnie jego imię nosi Muzeum Oręża Polskiego mieszczące się w ”Jantarowym Kasztelu”. Nieopodal przepływa urokliwa rzeka Narew.

 

Obiekt składa się z trzech części. Pierwsza z nich niemal w całości poświęcona jest powieści ”Krzyżacy”. Druga część przenosi nas już do świata sienkiewiczowskiej trylogii. Na deser pozostaje przyjezdnym zamkowy dziedziniec z basztami, armatami oraz loch z izbą tortur. Z pomieszczeń rozchodzi się typowa dla tamtego okresu muzyka.

 

W maju 2003 r. w czasie rekonstrukcji Jantarowego Kasztelu doszło do dziwnych wydarzeń. Podczas prac budowlanych, operator koparki natrafił na głaz. Wówczas również usłyszał cichy kobiecy jęk. Łyżka koparki pękła. W głazie odnalazł złoty pierścionek. O całym zajściu nie poinformował nikogo. Od tej pory jednak zaczął mieć koszmary. W snach nawiedzała go biała dama błagająca o zwrot biżuterii. Mężczyzna nie miał wyboru. Zaniósł pierścionek na miejsce. Noce znów były spokojne.

Carpaccio – na białostockim rynku powstało rekordowe danie

Carpaccio – na białostockim rynku powstało rekordowe danie

Carpaccio zostało z wielką radością podzielone i spożyte przez mieszkańców Białegostoku oraz licznych przechodniów. To oni z zaciekawieniem obserwowali to niezwykłe wydarzenie kulinarnego świata. Jego znaczenie przekroczyło granice restauracji, stając się symbolem determinacji, pasji i wspólnotowej pracy, która może przynieść niezwykłe efekty i inspirować innych do podobnych osiągnięć.

Carpaccio z Białegostoku: kulinarne osiągnięcie roku

W minionym roku, restauracja z Białegostoku podjęła wyjątkowe wyzwanie, mając na celu ustanowienie prestiżowego rekordu Guinnessa. Ich zadaniem było przygotowanie monumentalnego dania włoskiej kuchni – carpaccio o niezwykłych wymiarach: 100 kg wagi i 45 m długości. To ambitne przedsięwzięcie wymagało nie tylko ogromnej ilości składników, ale także niezwykłej precyzji, perfekcji technicznej oraz zaangażowania całego zespołu kucharzy. Kluczowym momentem w przygotowaniu tego gigantycznego dania było krojenie aż 70 kg czerwonych buraków na delikatne i równomierne plastry. Stanowiło to nie lada wyzwanie, zwłaszcza biorąc pod uwagę konieczność zachowania czystości Placu Kościuszki, gdzie miało miejsce to historyczne wydarzenie kulinarnego świata. Przedstawiciel Obwodowego Urzędu Miar czuwał nad całym procesem przygotowania dania, pilnując przestrzegania wszystkich wytycznych i norm, aby zapewnić rzetelność rekordu Guinnessa.

Tajemnice przygotowania dania

Nie można zapomnieć o istotnej roli składników użytych do przygotowania carpaccio. Oprócz buraków, wykorzystano 20 kg wyśmienitego sera z Korycina. Dodano również aromatyczne orzechy włoskie, świeżą rukolę oraz wyrafinowany sos vinegret. Tak stworzono harmonijną i niezapomnianą symfonię smaków i tekstur. Proces przygotowania tego monumentalnego dania rozpoczął się wcześnie rano, a kucharze poświęcili cały dzień, aby doprowadzić je do perfekcji. Cała restauracja była ożywiona ekscytacją i determinacją, dążąc do osiągnięcia celu. Nie tylko składniki, lecz również proces przygotowania odegrał kluczową rolę w osiągnięciu doskonałego efektu kulinarnej artyzacji. Kucharze poświęcili wiele godzin. Dbali o każdy detal, aby carpaccio było nie tylko smaczne, ale również estetycznie prezentujące się na stole. Po godzinach starannego przygotowania, stół w końcu udało się zapełnić potrawą. Radość i satysfakcja pracowników była ogromna, gdy oficjalnie ogłoszono, że udało się pobić rekord Guinnessa.

Mieszkańcom tej wsi ogień nie grozi

Mieszkańcom tej wsi ogień nie grozi

W małej podlaskiej miejscowości Nowodworce nieopodal Białegostoku wszyscy mogą spać spokojnie. Ognisty żywioł nikogo tam nie zaskoczy. Odnajdziemy tam Muzeum Straży Pożarnej. Eksponaty są oczywiście w pełni sprawne i w pełnej gotowości bojowej. Wyjeżdżają w teren tylko raz w roku w ramach parady. Na swej drodze spotykają wówczas tłumy ciekawskich.

 

Najstarszy pojazd ma blisko pół wieku. Jak wiadomo, technika poszła naprzód i obecnie próżno zaobserwować takie wozy na ulicach. Muzeum powstało w 2000 r. z pomysłu Henryka Domanowskiego. Wozy strażackie możemy podziwiać codzienne a wstęp jest całkowicie bezpłatny. Wozy bojowe takich marek jak Lublin, Żuk, Star czy UAZ u niejednego przywołają wspomnienia. Muzeum to jednak nie tylko auta. Zainteresowanie wzbudzają chociażby zabytkowe motopompy. Główne miejsce w tzw. izbie tradycji zajmuje jednak wóz konny, określany jako ”platforma”. Jeszcze w 2007 r. brał udział w akcjach gaśniczych. Eksponaty pochodzą z całego województwa.

Cerkiew trzykrotnie płonęła. Teraz jest wizytówką miasta.

Cerkiew trzykrotnie płonęła. Teraz jest wizytówką miasta.

Stanowi nie lada gratkę dla fotografów, ale i nie tylko. Cerkiew św. Ducha w Białymstoku to największa w Polsce świątynia prawosławna. Również w skali europejskiej należy do czołówki. Z pewnością stanowi obecnie jeden ze znaków rozpoznawczych miasta.

 

Po II Wojnie Światowej w Białymstoku zaszły poważne zmiany w strukturze społecznej. Do miasta przybywali mieszkańcy okolicznych wsi i miasteczek. Tym samym zajęli miejsce ludności żydowskiej. Władze PRL-u tworzyły nowe zakłady przemysłowe, których funkcjonowanie wymagało zaangażowania wielu pracowników. W Białymstoku szybko rosły nowe osiedla. Dużą część z nich zamieszkały rodziny prawosławne. 

 

Wzrost liczby wiernych przy sytuacji wyżu demograficznego oznaczał konieczność budowy nowej świątyni. Obecne nie mogły pomieścić wszystkich. Duchowni pięciokrotnie prosili o zgodę na rozpoczęcie prac nad cerkwią. Zgodę uzyskał dopiero biskup Sawa. Świątynia miała być wzniesiona dla mieszkańców największych białostockich dzielnic. Duża liczba wiernych oznaczała konieczność budowy odpowiednio dużej cerkwi. Parafianie pomagali jak tylko mogli. Dobrowolnie brali udział nawet w najcięższych czynnościach.  Mimo starań jednak nie udało się zapobiec kilku pożarom. Nie każdemu taka inicjatywa się bowiem podobała. Musiało minąć ponad 20 lat aby cerkiew przybrała obecny wygląd. 

Pod Supraślem wierni składali ofiary

Pod Supraślem wierni składali ofiary

Podlaska ziemia kryje wiele śladów po dawnych kulturach. Tak jest też w Supraślu koło Białegostoku. Uważa się, że okolica, a szczególnie mała wysepka o nazwie Dęby, stanowiła istotne miejsce kultu. Świadczą o tym naczynia, które odnaleziono pod miasteczkiem. Były one ułożone do góry dnem, co sugeruje złożenie ofiar dla jednego z bóstw. Dla którego? O tym wiedzą tylko oni sami…

O wyjątkowości terenu decydowało głównie jego ustronne położenie. Przedmioty w nie najlepszym stanie trafiły do konserwacji, a następnie do laboratorium. Badacze poszukiwali bowiem śladów materiałów organicznych. Naczynia datuje się na kilka tysięcy lat. Pochodzą więc z epoki żelaza. Wówczas na terenie kraju rozwijała się Kultura Łużycka. Ze Śląska i Wielkopolski dotarła na inne tereny, w tym wschód kraju.

Cudowne źródło odwiedził sam król

Cudowne źródło odwiedził sam król

Wierni przyjeżdżają do tej wioski już od 300 lat. Niecałe pół km. od kościoła znajduje się cudowne źródełko. W archiwum parafialnym znajdują się protokoły z ponad tysiącem przykładów uzdrowień.

Czym wyróżnia się miejscowość Płonki spośród co najmniej kilku podobnych na Podlasiu? Po drodze do źródełka czekają na nas kapliczki. Posiadają one obrazki z piętnastoma tajemnicami różańca. Stanowią więc doskonałe uzupełnienie mistycznego terenu. W miejscu źródełka zostało wybudowane ogrodzenie, na którego zwieńczeniu umieszczono figurkę Matki Boskiej. Woda posiada cudowne właściwości. Wiele osób odczuło ulgę przy chorobach związanych z niepełnosprawnością ruchową. Wodę oczywiście można zabrać do domu, aby mieć ją na wszelki wypadek.

Szczególna ekscytacja źródełkiem nastąpiła w okresie panowania króla Jana III Sobieskiego. Przed wyprawą wiedeńską odwiedził Częstochowę i inne cudowne miejscowości. Okoliczni mieszkańcy uznali, że mógł także odwiedzić i Płonki. Mimo, że były to tylko przesłanki, w 1983 r. postawiono pomnik pogromcy Turków.

Badacze biją na alarm. Przyleciało mniej bocianów niż zwykle.

Badacze biją na alarm. Przyleciało mniej bocianów niż zwykle.

Bociany wróciły. Tak, to żaden news. Ale jest ich dużo mniej niż przed rokiem. Tak mówią mieszkańcy Pentowa, który wraz z Tykocinem nosi tytuł Europejskiej Wsi Bocianiej. Trend ma jednak charakter krajowy. Największe ubytki są na zachodzie kraju i sięgają 40%.

 

Głównym problemem bocianów w Polsce są zmiany w krajobrazie rolniczym. Osuszanie terenów sprawia, że mają mniej pokarmu. Żaby i inne płazy bowiem same pouciekały z niekorzystnych warunków. Bocian trzyma się więc obszarów, na którym uprawia się ekstensywne rolnictwo.

 

Początki bocianiej wsi zaczęły się od katastrofy.  Nad miejscowością w  1992 r. przeszedł huragan, który zniszczył liczne drzewa. Te stały się idealnym miejscem dla bocianów, które co roku na ich wierzchołkach i konarach dobudowywały gniazda. Dzięki dwóm wieżom powstałym na terenie Pentowa miłośnicy przyrody mogą obserwować zarówno żerowiska bocianie, jak i ich gniazda. Dodatkową atrakcją jest ”Bociania Galeria”, która oferuje pamiątki, pocztówki i wydawnictwa przyrodnicze. Dzięki występowaniu tutaj jednej z największych w Polsce kolonii bociana białego, stało się ono atrakcyjnym terenem zarówno przyrodniczym, jak i edukacyjnym. Miejmy nadzieję, że to się nie zmieni.

Tragedia. W ciągu pół roku zginęła cała rodzina.

Tragedia. W ciągu pół roku zginęła cała rodzina.

Białostoccy magnaci przemysłowi nie mieli wcale życia usłanego różami. Poznajmy historię żydowskiej rodziny Nowików.

W połowie XIX w. Całko Nowik znalazł się na białostockiej ziemi. Wkrótce po przybyciu założył fabrykę sukna. Zatrudniał w niej tylko kilkunastu pracowników. Firma powiększała się tak szybko, jak jego rodzina. Całko doczekał się w sumie czterech synów. Jak się okazało później, każdy z nich również miał smykałkę do interesów.

Najstarszy, Paweł po powrocie z Niemiec założył fabrykę kapeluszy. Dobrobyt przerwała wojna. Wraz z pracownikami i maszynami mężczyzna został wywieziony do Moskwy. Tam również nieźle sobie radził, tworząc kolejną fabrykę. Nadeszły czasy rewolucji. Paweł Nowik wielokrotnie trafiał do więzienia. Gdy już udało mu się wrócić do Białegostoku, spotkała go choroba. Osłabiony wyjechał w sprawach biznesowych do Berlina. Tam nadszedł kres jego dni. Miasto pogrążyło się w żałobie.

To był dopiero początek rodzinnej tragedii. Po śmierci Pawła, na czele białostockiej firmy stanął Eliasz Nowik. Stanowiskiem nie cieszył się zbyt długo. W drodze do pracy jego serce przestało bić. Mimo wezwania lekarza, nic nie udało się zrobić. Minęło kilka miesięcy, a śmierć przyszła również po pozostałych braci. Na ulicach pojawiły się plotki o przerażającej klątwie. Tym samym rodzina Nowików przestała istnieć.

Jak wyglądały niegdyś szpitale? To Muzeum przybliży historię.

Jak wyglądały niegdyś szpitale? To Muzeum przybliży historię.

To jedyne takie muzeum we wschodniej Polsce. Znajduje się w skrzydle białostockiego Pałacu Branickich. Ekspozycja niemal w całości poświęcona jest aptekarstwu. Odnajdziemy w nim wszelkie narzędzia służące do wytwarzania tabletek, meble apteczne i oczywiście same chemiczne specyfiki, sięgające nawet XVIII w. 

 

Przedmioty, które możemy podziwiać w Muzeum Historii Medycyny i Farmacji pozyskano z aptek, które działały na Podlasiu w latach 60-tych. Stanowią one depozyt. W obiekcie zapoznamy się ponadto z historią medycyny. Na własne oczy przekonamy się, jak wyglądał przed laty gabinet dentystyczny czy szpital polowy. Osoby wrażliwe mogą mieć mały problem. Eksponaty są pamiątkami rodzinnymi, lecz część z nich pochodzi z miejscowych szpitali.

 

Muzeum powstało w 2011 r. Mimo stałego rozwoju, wielu Białostoczan nie wie o jego istnieniu. Czas to zmienić. Na miejscu możemy zaopatrzyć się w ciekawe gadżety.

W kawiarenkach kwitł nielegalny biznes.

W kawiarenkach kwitł nielegalny biznes.

W przedwojennym Białymstoku, zarówno w centrum, jak i obrzeżach,  istniały kawiarenki, które cieszyły się złą sławą. Pełniły one również rolę bazarków. Pełne były typów spod ciemnej gwiazdy. Istny raj dla złodziei i krętaczy. Każdy klient musiał mieć się na baczności. Handlowano tam wszystkim, nawet zdartymi butami. Niektórzy walczyli o przetrwanie, chcąc zarobić na chleb. Inni obracali wysokimi kwotami.

 

Dużą atrakcją kawiarenek były kelnerki, które pełniły również grzeszne usługi. Swymi wdziękami kusiły zarówno złodziejaszków, jak i porządnych mężczyzn. Dziewczyny nie miały innego wyboru. Jeśli nie były zbyt miłe dla klienta, wylatywały na bruk.  Nieraz dochodziło do sądowych rozpraw. Kobiety skarżyły się na wyzysk, ujawniając przy tym podejrzane interesy właścicieli lokalu. Najczęściej chodziło o nielegalny alkohol. Władze miasta były świadome problemu. Dlatego też wprowadzono nawet badania lekarskie o przymusowym charakterze.

Kamień okazał się skarbem. Ruszyły wykopaliska.

Kamień okazał się skarbem. Ruszyły wykopaliska.

Suraż to jedno z najstarszych polskich miast. Przejeżdżając przez nie warto odwiedzić nietypowe muzeum.  Mieści się one w specjalnie zaadaptowanym budynku gospodarczym. Powstało tylko i wyłącznie z pokoleniowej pasji.

 

Wszystko zaczęło się od prac rolniczych jeszcze przed wybuchem II Wojny Światowej. Ojciec obecnego właściciela muzeum znalazł na polu kamień z otworem. Okazał się on być neolitycznym toporkiem. Znalezisko wywołało niemałą sensację. Rozpoczęły się wykopaliska. Pracami kierował dyrektor grodzieńskiego muzeum. Dlatego też większość odnalezionych przedmiotów wywieziono na Litwę. Część jednak została w Surażu. Tematyka archeologiczna zaciekawiła znalazcę. Pasją, zaraził, jak się okazało później, swego syna.

 

W 1962 r. odbyła się pierwsza wystawa. W połowie lat 80-tych przekształciła się ona w prywatne muzeum. Średniowieczne i jeszcze starsze przedmioty wzbudzają cały czas duże zainteresowanie. Częstymi gośćmi w muzeum są pracownicy białostockiego uniwersytetu.

Skandal w pałacu Branickich. Casanova uwiódł hetmanową.

Skandal w pałacu Branickich. Casanova uwiódł hetmanową.

Izabela Branicka, siostra króla Stanisława Augusta Poniatowskiego oraz żona hetmana Branickiego nie mogła mu się oprzeć. Andrzej Makronowski, starosta ciechanowski przyjechał za nią już w 1748 r. Nazywany ”pięknym Jędrusiem” był obiektem pożądania wielu kobiet. Ponoć miał romans z małżonką jednego z Radziwiłów. Serce polskiego Casanovy należało jednak do Izabeli. Początkowo miał tylko pomóc kobiecie odnaleźć się w nowym towarzystwie. Z biegiem czasu narodziło się uczucie.

Małżeństwo z hetmanem J.K. Branickim miało charakter polityczny. Ona miała 18 lat. On ponad 60. Choć pozornie było udane, Izabele nie mogła liczyć na wsparcie. Sam hetman miał wiele kochanek, więc nie przeszkadzało mu, że i Izabela zrobiła ”skok w bok”. W sumie sam bardzo lubił Makronowskiego, traktując go jako dobrego towarzysza zakrapianych wieczorów.

Gdy hetman zmarł, Izabela wzięła potajemny ślub z ukochanym. Dlaczego potajemny? Oficjalne małżeństwo spowodowałoby utratę tytułów. Przez 13 lat żyli ze sobą w szczęściu. Kres miłości przyniosła śmierć ”pięknego Jędrusia”. Izabela nie szukała nowych adoratorów, dożywając starości w samotności.

Władca sprowadził zarazę na Podlasie

Władca sprowadził zarazę na Podlasie

Dworek w Knyszynie zapewniał władcy dużą dawkę spokoju od spraw publicznych, które to załatwiać musiał głównie w Wilnie lub Krakowie. Według wyliczeń historyków spędził w Knyszynie w sumie blisko 500 dni. Główną jego rozrywką były polowania w pobliskiej Puszczy. Cieszyła go również stadnina koni. Często również odwiedzał niedaleki zamek w Tykocinie. Prawdziwą pasją Z. Augusta były jednak kobiety.

 

Niestety król podupadł na zdrowiu. Wiosną 1572 r. stan zdrowia króla gwałtownie się pogorszył. Z powodu krwotoku i bolesnego wyjścia kamieni z pęcherza Zygmunt August bardzo osłabł. Po przejściowej poprawie w kwietniu, w maju nastąpił krwotok, prawdopodobnie efekt daleko posuniętej gruźlicy. Gdy na przyjęciu zorganizowanym w 1572 r. monarcha niespodziewanie osłabł, od razu nakazał zawieźć się do Knyszyna. Tam planował nabrać sił. Wtedy też na Mazowszu panowała zaraza. Król razem z dworzanami wyjechał „leczyć się” na Podlasie. 

 

Najpierw jednak odwiedził Tykocin. Na miejscu Z. August nakazał również wyprowadzić się zakonowi bernardynów do nowej siedziby. Nie zapomniał również o swej jednej z kochanek. W niedalekiej Wiźnie nadał szlachectwo Barbarze Giżance. Okazało się, że podróż na Podlasie nie wiele pomogła królowi. Niestety jego świta na Podlasie przywiozła także zarazę. Za murami grodu zarażonych zostało kilkaset osób. Zaś w Knyszynie życie króla Zygmunta Augusta dobiegło końca. Ciało władcy przewieziono na zamek w Tykocinie, a następnie na Wawel.

 

 

Cuda zdarzają się w tym sanktuarium regularnie

Cuda zdarzają się w tym sanktuarium regularnie

W małej miejscowości Juchnowiec Kościelny, położonej 10 km od Białegostoku od lat otacza się kultem Matkę Boską Rodzin. Przed jej oblicze przyjeżdżają rodzice poszukujący rozwiązania problemów zdrowotnych ich dzieci. Cuda zdarzają się regularnie, a ich świadectwa są dokładnie opisywane. Pod koniec lat 90-tych wielu świadków zeznało pod przysięgą o uzdrowieniu osób chorujących na niedowład kończyn.

 

Początki pierwszej świątyni datowane są na XVI w. Jej sponsorem był podskarbi litewski Stanisław Włoszek. Już w drewnianym kościele ikona Matki Bożej pokryta złoto-srebrną szatą stała się obiektem modlitw. Jej kopie otrzymał w 1997 r. papież Jan Paweł II w czasie swej pielgrzymki. W tym samym roku kościół zyskał już status sanktuarium. Obecny kościół powstał w połowie XVIII w. Główny odpust odbywa się 2-go lipca.

 

Mała rzeka niemal zniszczyła miasto

Mała rzeka niemal zniszczyła miasto

Rzeka Biała przepływająca przez Białystok obecnie wydaje się niepozorna. Kiedyś, kompletnie nieuregulowana siała spustoszenie. Największa powódź w stolicy Podlasia nastąpiła w 1992 r.

Biała zalała wówczas częściowo centrum miasta. Zagrożony był nawet słynny Pałac Branickich. Chodzić po ulicach się nie dało więc pływano łódkami. Powódź zmobilizowała do pracy władze miasta. W momencie nadejścia zimy stulecia, powstała obawa przed kolejną klęską. Śniegu było tak dużo, że roztopy mogły źle się skończyć dla całego Białegostoku. Miasto zostało podzielone na 6 fragmentów i wydzielono obserwatorów. Ze stawów miejskich spuszczono nawet wodę.

Postanowiono również wprowadzić sygnały alarmujące mieszkańców. Gdyby zaistniało zagrożenie powodziowe na ratuszy miała zawisnąć biała kula, zaś nocą latarnia o czerwonym kolorze. Diabeł nie okazał się tak straszny, jak go malują. Białka nie wylała tym razem, gdyż gwałtowne ocieplenie nie przyszło. Od tej pory Białka nie sprawia większych kłopotów.

Dzieła sztuki powstały na ścianach budynków

Dzieła sztuki powstały na ścianach budynków

W tym roku odbyła się w Białymstoku siedemnasta edycja Festiwalu Kultury Niezależnej. Jak zwykle, miasto z tego powodu zaprosiło wielu nieszablonowych twórców. Jednym z nich jest Julien de Casabianca. Malarz przenosi muzealne obrazy na elewacje budynków. Jego dzieła w ramach ”Outing Project” do tej pory mogliśmy podziwiać choćby w Paryżu i Nowym Jorku. Teraz przyszła kolej na Białystok.

Efekty kilkudniowych prac artysty możemy podziwiać na ścianach obiektów przy ulicach  Św. Mikołaja, Młynowej oraz Kijowskiej. Trzeba przyznać, że robią wrażenie. Organizatorem akcji był Białostocki Ośrodek Kultury.

Antychryst wysadził wzgórze. Odnaleźć tam można skarby.

Antychryst wysadził wzgórze. Odnaleźć tam można skarby.

200 lat temu przez Podlasie nastąpił przemarsz wojsk Napoleona. Kilka miast może pochwalić się prawdziwymi pamiątkami z tego okresu. Więcej jest jednak legend i opowieści, które mijają się z prawdą. W Białostockim Muzeum Historycznym odnajdziemy stolik, który imperator miał podarować na chrzciny Zygmunta Krasińskiego. Jego ojciec, Wincenty faktycznie był generałem wojsk napoleońskich. W rzeczywistości stolik został wykonany wiele lat po narodzinach polskiego twórcy.

 

Podobnie ma się sprawa z tzw. dworkiem Napoleona w Białymstoku. Miało być to miejsce schadzek ze słynną kurtyzaną Marią Walewską. Obiekt powstał wiele lat po śmierci imperatora, pełniąc rolę komory celnej. Udokumentowanym pobytem Napoleona mogą poszczycić się mieszkańcy Łomży. Spędził tam 3 godziny w zajeździe pocztowym. Za armią cesarza podążała armia saksońska, która po drodze siała spustoszenie. Niszczyli świątynie, kradli zwierzęta. Trasa ich przemarszu prowadziła przez Puszczę Knyszyńską. Teraz nazywana jest szlakiem napoleońskim. Nieopodal miejscowości Królowy Most znajduje się tzw. Rozkopana Góra. Ponoć saperzy wysadzili wzgórze w jedną noc, aby tylko mogła przejść przez niego artyleria. Na trakcie ukryte są też skarby.

 

Kolejne ślady po okresie napoleońskim prowadzą do Supraśla. Odkryto tam przed II Wojną Światową szkielety i elementy mundury polskich oddziałów walczących w kampanii moskiewskiej. W tym mieście pod Białymstokiem zlokalizowany był również francuski szpital. Nie każdy w Polsce uważał Napoleona za wybawiciela. Ludność wyznania prawosławnego nazywała do antychrystem. Była to głównie zasługa rosyjskiej machiny propagandowej. Starała się wmówić, iż to car Aleksander II jest prawdziwym wyzwolicielem i gwarantem dobrobytu.

W czasie pogrzebu rabina doszło do tragedii. Byli zabici i ranni.

W czasie pogrzebu rabina doszło do tragedii. Byli zabici i ranni.

Chrim Hertz to białostocki rabin, który piastował swoją funkcję przez blisko 63 lata. Nic dziwnego, że na wieść o jego śmierci w 1919 r., sklepy przestały działać, a na na pogrzebie pojawiły się tłumy.

Rabinem został już w wieku 19 lat, tuż po śmierci swego ojca. Pochodził z rodziny, która z powodzeniem radziła sobie w biznesie. Zamiast jednak poznawać tajniki przedsiębiorczości, młody Chrim Hertz wolał zagłębiać się w talmudycznych dziełach. Przez cały okres pełnienia swej roli uważany był za niezwykle pomocnego człowieka

Wraz ze śmiercią rabina w wieku 82 lat skończyła się pewna epoka. Wiedzieli o tym i chrześcijańscy mieszkańcy Białegostoku. W czasie procesji pogrzebowej doszło do tragedii. Na jednym z balkonów zgromadziło się zbyt wiele osób. Balustrada pękła. Ludzie runęli na ziemię. Odnieśli poważnie obrażenia. Pomoc była utrudniona przez gęsty tłum. Mimo trudności, kondukt zgodnie z planem dotarł do cmentarza na Bagnówce.

W 1922 r. dzięki funduszom zza oceanu na grobie Chaima Herza został wzniesiony namiot. W tradycji żydowskiej w ten sposób odznaczano wyłącznie zasłużone osoby. Tzw. ohel stoi na cmentarzu do dziś

Kochanki króla ukradły skarb z Knyszyna

Kochanki króla ukradły skarb z Knyszyna

Mało kto o tym wie, ale król Zygmunt August spędził ostatnie lata w Knyszynie, obecnie położonym w powiecie monieckim. Ostatni z dynastii Jagiellonów miał dwie pasje – kobiety i klejnoty. Pierwsze ”świecidełka” dostał zapewne od swej matki, Bony. Zygmunt Stary zaś przekazał synowi z kolei wszelkie rodowe skarby. 

Zygmunt August systematycznie gromadził cenne przedmioty. W jego kolekcji znalazł się choćby rubin cesarza Karola V. Gdy zbliżał się do kresu życia nakazał swoje bogactwa przewieźć z Wilna do Tykocina, gdzie budowany był nowy zamek. Tam mógł liczyć na zaufanych strażników skarbu. Pilnowali ono choćby arrasów czy cennych zbroi, nie mówiąc już o złotych monetach. Liczne kochanki i dworzanie za wszelką cenę chciały zdobyć część tortu dla siebie.

Gdy ich podstępy spełzły na niczym, postanowili zająć się majątkiem zgromadzonym w Knyszynie. Słudzy i nałożnice workami i skrzynkami opróżniali tamtejszy skarbiec. Gdy oskarżono ich o kradzież, twierdzili, iż takie były polecenia umierającego władcy. Jednak zgodnie z ostatnią wolą, jedyną spadkobierczynią była Anna Jagiellonka.

Chuligani chcieli zniszczyć posąg boga

Chuligani chcieli zniszczyć posąg boga

Niedaleko Białegostoku, na drodze z Choroszczy do Kruszewa znajduje się niewielkie wzgórze nazywane Babią Górą. Wszystko wskazuje na to, że znajdował się tam pogański, gdzie składano ofiary na cześć Światowida. Dlatego też postanowiono stworzyć drewniany posąg na pamiątkę po naszych przodkach.

Figura słowiańskiego boga stanowi kopię posągu, który odnaleziono w Zbruczu na Ukrainie. Rzeźbę postawiono w 1998 r. Była to inicjatywa ówczesnego dyrektora Centrum Kultury w Choroszczy. Kilka lat temu posąg został uszkodzony przez wandala. Ktoś chciał przepiłować jedną z czterech głów Światowida. Gdy to się nie udało do końca, chuligan usiłował wyrwać całą rzeźbę z ziemi. 

Posąg odnajdziemy na trasie ścieżki rowerowej – tzw. szlaku Światowida. Prowadzi on ze stolicy Podlasia na zerwany most w Kruszewie. Jej łączna długość wynosi 20 km w jedną stronę. Posąg Światowida ukryty jest pośród drzew. Odnajdziemy na nim napis: ”Trzy piętra postaci symbolizują: trzy sfery kosmiczne księżyc, słońce, niebo, cztery postacie, cztery pory roku, cztery twarze – wszechświat”.

Dworek wyszedł z długów. Po remoncie cieszy oko.

Dworek wyszedł z długów. Po remoncie cieszy oko.

Bogdaniec to niewielka osada w powiecie białostockim. Nazwa może się Wam kojarzyć z powieścią Krzyżacy i ze słynnym Zbyszkiem z Bogdańca, ale niestety nie o tą miejscowość chodzi. Aż do XX w. nosiła nazwę Skrybicze. 500 lat temu powstał tam dworek w stylu barokowym, który posiadał majestatyczny ogród i aleję z ozdobnymi drzewami. Do połowy XIX w. cała osada była własnością Radziwiłów. Wiele inwestycji poczyniono głównie w okresie międzywojennym dzięki staraniom rodziny Karpowiczów.

 

Przede wszystkim doprowadzili oni do melioracji. W miejscu dawnej sadzawki został wykopany owalny staw. Dosadzono również nowe drzewa. Właściciele zmienili wówczas nazwę siedziby z Bogdańca na Skrybicze. Majątek posiadał w sumie powierzchnię 7 ha. Prace były możliwe dzięki zaciągnięciu kredytu. Niestety Karpowicze nie mieli środków by go spłacić. Dlatego też wkrótce Bogdaniec przejął bank.

 

II Wojna Światowa przyniosła ogrom zniszczeń. Z wszystkich budynków gospodarczych ocalał tylko spichlerz. Większość z drzew parku znikła. Po zakończeniu działań militarnych obiekt został przejęty przez PGR. Następnie mieściły się w nim zakłady wikliniarskie. Remontu dworek doczekał się w latach 50. Umieszczono w nim biura i mieszkania pracownicze. Nowy właściciel pod koniec ubiegłego millenium wzniósł nowy dwór, nawiązujący do pierwotnego obiektu. Obszar ogrodzono murowanymi kamieniami.

W muzeum poczujemy się jak Gutenberg

W muzeum poczujemy się jak Gutenberg

Od 3 lat w Supraślu pod Białymstokiem działa nietypowa placówka. Nawiązując do historii, miasta mieści się w klasztorze supraskim. Tam bowiem pod koniec XVII w. Bazylianie powołali do życia pierwszą drukarnię. Muzeum Sztuki Drukarskiej i Papiernictwa to z pewnością obowiązkowa pozycja dla turystów.

 

Obiekt powstał dzięki pasji kilku ludzi z Białegostoku. Ma na celu upamiętnienie pionierów drukarstwa na świecie, jak i w naszym regionie. Wato więc wspomnieć o początkach. Pierwszymi w branży na Podlasiu byli Iwan Fiodorow i Piotr Mścisławiec. Przyjechali oni z Moskwy do Zabłudowa i tam właśnie w 1569 roku wydrukowali liczącą 814 stron „Ewangelię Pouczającą”.

 

Najstarsze muzealne eksponaty pochodzą z połowy osiemnastego stulecia. Oprócz maszyn odnajdziemy w nim repliki pras czy tygle drukarskie. Główną atrakcją obiektu jest szansa na stworzenie własnej kartki papieru. Bezpośrednie działanie z pewnością posiada walory edukacyjne. Praktyka czyni mistrza.  A nóż podłapiemy drukarskiego bakcyla, czując się jak Gutenberg.

Co maska ma wspólnego z Białymstokiem?

Co maska ma wspólnego z Białymstokiem?

Spacerując po centrum Białegostoku prędzej czy później się na nią natkniemy. Rzeźba przedstawiająca maskę, oraz chłopca z marionetką. Co ona ma wspólnego z miastem? To pytanie z pewnością zadają sobie turyści. W stolicy Podlasia działa od lat prężnie szkoła teatralna. Dzieło nawiązuje więc do sztuki lalkarskiej. Autor pracował nad dziełem kilka miesięcy. Początkowo zakładał, że osiągnie 1, 8 m wysokości, lecz ostatecznie powstała rzeźba nieco większa.

 

Pierwotnie miała stanąć na głównym miejskim placu, Rynku Kościuszki. Jednak problemy z siecią wodno-kanalizacyjną uniemożliwiły taką lokalizację. Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków zgodził się na jej instalację tuż przy Placu Uniwersyteckim.  Dzieło kosztowało ok. 75 tys. zł, wliczając wykonanie i jej odpowiednie zamocowanie. Z pewnością będzie intrygowała wielu przyjezdnych.

Dinozaury mieszkają pod Białymstokiem

Dinozaury mieszkają pod Białymstokiem

Jeśli nie wystarczą nam już filmy o prehistorycznych gadach, nie ma co zwlekać. Dinozaury możemy zobaczyć na żywo. Nic nam jednak nie grozi. T-Rex na pewno nie wymknie się spod kontroli. W Jurowcach pod Białymstokiem ok kilku lat prężnie działa jedyny na Podlasiu park jurajski.

 

Atrakcja, choć początkowo może wydawać się atrakcyjna dla dzieci, wciąga również dorosłych. Reakcje milusińskich są różne. Jedni z fascynacją obserwują okazy, drudzy płaczą godzinami. Wielkie zęby mogą w końcu naprawdę przerazić. Czasem nawet sam właściciel żartuje, że zwierzęta nie były karmione od dłuższego czasu, więc powinniśmy mieć się na baczności. Gdy dziecko podchwyci jego słowa, wyobraźnia może zadziałać i siać spustoszenie.

 

W chwili powstania parku, na terenie Polski istniało jedynie pięć podobnych obiektów. Ten w Jurowcach, jako jedyny może jednak pochwalić się systemem nagłośnienia, dzięki czemu usłyszymy ryki dinozaurów. Sam park powstał w dwa miesiące. Początkowym problemem było zaś znalezienie odpowiednich producentów. Modele ktoś w końcu musiał wykonać. Właściciele innych obiektów nie chcieli zaś zdradzić żadnych informacji.  Odpowiednich ludzi do tego zadania znaleziono przez przypadek w internecie.

 

Jurajski Park Dinozaurów odwiedzają liczne wycieczki szkolne. Po parku mogą się poruszać dzięki kolejce linowej. Największy eksponat osiąga rozmiary ponad 27 m. Oprócz gadów dzieci korzystają z trampolin, zwodzonego mostu czy toru przeszkód. Na dorosłych również czekają atrakcje. Paintball to tylko jedna z nich.

Bimber uzdrowił wiele osób

Bimber uzdrowił wiele osób

Bimber, znany również jako samogon, to trunek o długiej historii i bogatych tradycjach, który zyskuje coraz większą popularność nie tylko w Polsce, ale także na całym świecie. Jego tajemnicza aura, wytwarzana często w warunkach domowych, oraz unikalny smak sprawiają, że jest przedmiotem zainteresowania zarówno miłośników mocnych trunków, jak i badaczy kultury alkoholu.

W blasku księżyca

Lekcja angielskiego w podstawówce. Poszukujemy słówka na literkę ”m”. Nasz wzrok przykuwa hasło ”moonshine”. Tłumaczy się je jako… bimber. Oczywiście umysł młodego człowieka nie wie jeszcze skąd związek lśniącego księżyca z trunkiem. Minie trochę czasu zanim pozna prawdę. Być może uświadomi go ktoś z rodziny. I tu może coś mu pomieszać. Zwłaszcza gdy z ust wujka ze wsi usłyszy określenie PKWN. W myślach pojawiają się wojenne dzieje naszego pięknego kraju. Z Polskim Komitetem Wyzwolenia Narodowego nie ma jednak nic wspólnego. To nic innego jak polski koniak wyrobiony nocą. No właśnie… W związku z tym wszystko sprowadza się do zmierzchu.

Bimber – śladem tradycji

Bimbrownictwo na Podlasiu pojawiło się już w XIX w. Wszystko przez władze, które ograniczały swobodę produkcji własnego alkoholu. Nastąpiła carska prohibicja. Rozwojowi procederu sprzyjały też warunki naturalne. Dlatego duża ilość gęstych lasów umożliwiała w miarę swobodną produkcję po zmierzchu. Tak niestety już nie jest.  Na terenie Puszczy Knyszyńskiej czy Augustowskiej służby odnajdują prywatne fabryczki, puszczając je z dymem. Niektórym z pewnością na wieść o takich zdarzeniach popłynęła łza. Nawyk pędzenia bimbru wywodzący się z czasów okupacji niemożliwy był do wykorzenienia. Starych drzew się przecież nie przesadza. W konsekwencji po odzyskaniu wolności kraju, wolność bimbrowników została zachwiana. Polskie władze za wszelką cenę usiłowały przerwać nielegalne produkcje. Budżet kraju musiał się zgadzać.

 

Podlaski samogon powinien mieć ok. 70 proc. Najczęściej jednak wytwórcy zadowalają się już trunkiem 50 proc. Wszystko zależy od wymagań odbiorców. Oczywiście dobry bimber nie obędzie się bez wody. Ta na Podlasiu jest przejrzysta i świeża, co ma znaczenie przy destylacji. Bimber z Podlasia tradycyjnie wyrabia się z żyta. Na jego bazie powstają też inne trunki, jak. np. miodówka. Z Puszczą Knyszyńską wiąże się nierozerwalnie nazwa ”bukwicówka”. Bukwica to roślina rosnąca w lesie przypominająca szczaw. Użyta przy wyrobie zapewnia niepowtarzalny smak i aromat. Wiele osób twierdzi, że ma też właściwości lecznicze.  W rzeczywistości nawet oczyszcza nasze ciało z toksyn.

Duch nie taki straszny

W każdym regionie Polski bimber określa się inaczej. Na Podlasiu rządzi nazwa ”Duch Puszczy” oraz ”Czar PGR-u”. Samo słowo bimber wywodzi się z warszawskiego żargonu złodziejskiego. Oznaczał skradziony przedmiot, który to po schwytaniu przestępców stawał się dowodem winy. Autor definicji uważa, że bimber oznaczał początkowo ”zegarek”. Z czasem zaczęto go używać, mając na myśli towar zakazany. W miarę nowe określenie to ”księżycówka”. Odnosi się do zwyczaju wytwarzania samogonu w późnych porach nocnych. Jako że wiele osób zatruwało się w przeszłości źle sporządzonym bimbrem, ochrzczono go również jako ściemniacz.

Bimber – muzeum

W 2009 r. na terenie Białostockiego Muzeum Wsi otwarto jedyne w swym rodzaju muzeum bimbrownictwa. Zobaczymy w nich wszelkie przedmioty niezbędne do wytworzenia samogonu. Zauważymy bez trudu, że aparatura z biegiem lat ulegała ewolucji. Nowinki techniczne zawsze były chętnie widziane. Cel się nie zmieniał – jak najlepszy trunek.

Konie mechaniczne zastąpiły zwierzęta

Konie mechaniczne zastąpiły zwierzęta

Obecnie raczej nikt nie wyobraża sobie życia bez komunikacji miejskiej. Stanowi nieodłączny element naszej rzeczywistości. Dzięki niej dojedziemy do pracy czy szkoły. Ba! Może nawet odnajdziemy tam swoją drugą połówkę! Zanim jednak na ulice wjechały hybrydowe pojazdy, było zupełnie inaczej. Komunikacja miejska w Białymstoku działa grubo ponad 120 lat.

Wszystko zaczęło się pod koniec XVIII w. Dzięki zawarciu kontraktu z Belgijskim Towarzystwem Akcyjnym, na ulicę miasta wjechały tramwaje konne. Na początek powstały trzy regularne linie. Czy były opóźnienia? Pogoda na Podlasiu płata figle, a zwierzęta też mają swoje granice i nie zawsze chodzą jak w zegarku. Mieszkańcy mogli wybrać komfort podróżowania. Tramwaje posiadały bowiem dwie klasy.

Pierwszy autobus w Białymstoku pojawił się po I Wojnie Światowej. Stopniowo oczywiście ich przybywało. Rosła bowiem liczba mieszkańców, których trzeba było obsłużyć. Rozkwit komunikacji nastąpił w latach 70-tych. Wówczas to wybudowaną nową zajezdnię. Wkrótce pojawiły się Jelcze i Ikarusy. Obecny tabor w Białymstoku należy do najbardziej nowoczesnych w kraju. Rocznie przewozi ponad 100 mln pasażerów. Gdyby nagle każdy chciał skorzystać z autobusów, pomieszczą one 32 tys. osób.

Buczy zamiast ryczeć. Poznaj łosia znad Biebrzy.

Buczy zamiast ryczeć. Poznaj łosia znad Biebrzy.

Ulubionym miejscem łosia są tereny podmokłe i bagienne. Mimo pokracznego wyglądu świetnie się w nich odnajduje. Doskonałe warunki znajduje więc w Dolinie Biebrzy. Szacuje się, że żyje tam około półtora tysiąca osobników. Łosie zmieniają ubarwienie w zależności od pory roku. Wiosną i jesienią ich sierść jest rdzawobrązowa. Wraz z nadejściem chłodu ciemnieje. Wówczas zdecydowanie wyróżniają się jaśniejsze kończyny i…zad. Łosie są znakomitymi nurkami. W celu zdobycia pożywienia zanurzą się nawet na głębokość przekraczającą 5 m. 

 

Sezon godowy rozpoczyna się w okolicy września. Tzw. bukowisko odbywa się w tym samym okresie co rykowisko jeleni. Jest jednak zdecydowanie cichsze. Stąd też nazwa nawiązująca do buczenia. Leśnicy mówią, że słychać jedynie stęki. Trwają one tak długo, aż dwóch samców stoczy walkę o względy klempy. Czasem dochodzi do walkoweru. Wówczas samiec pokazuje rywalowi swoją szyję na znak uległości. W okresie rui samce myślą tylko o jednym, zapominając o jedzeniu. Dlatego też czas amorów oznacza dużą utratę wagi. Szybko jednak dochodzi do siebie. Po zapłodnieniu wraca do samotniczego trybu życia więc z łatwością może odbudować masę.

 

Młode łosie już po kilku dniach od urodzenia podążają za matką. Dorosłości jednak dożyje co drugi z nich. Matka otacza ich opiekę przez rok, później muszą sobie radzić same. Wędrówki nieraz kończą się tragicznie. Nieraz słyszymy o wypadkach samochodowych z udziałem łosi. Na drodze musimy być ŁOŚstrożni. Wiele z nich w poszukiwaniu lepszych terenów zapuszcza się nawet do wielkich miast. 

Tego dnia dziewczyny nie mogły się nawet uczesać

Tego dnia dziewczyny nie mogły się nawet uczesać

25 marca to od wieków szczególny dzień na Podlasiu. Obchodzi się wówczas święto Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny. Do dziś pośród wielu mieszkańców panuje przekonanie, że jest ważniejsze nawet od Wielkanocy. Przenieśmy się na chwilę do przeszłości by poznać dawne zwyczaje.

Tego dnia obowiązywał ścisły post. Zakaz wykonywania wszelkich prac był tak rygorystyczny, że dziewczyny nie mogły nawet rozczesywać włosów. A co z rolnikami? Nawet jeśli był to jedyny dobry czas na prace na polu, musieli pozostać w domu. Jeśli złamali zakaz mogli sprowadzić nieszczęście na całą rodzinę. W celach zapobiegawczych przekazywano z pokolenia na pokolenie informację, że tego dnia na pola wychodzą ze swych kryjówek jadowite węże.

Ze świętem zwiastowania nierozerwalnie wiążą się bociany. Powrót tych ptaków na dachy gospodarstw miał zapewnić dobrobyt. Starano się pomóc szczęściu montując specjalne brony na gniazda. Bociany również obecne były w kuchni. Gospodynie do dzisiaj wypiekają tzw. bocianie łapy. Ze względu na post wyrabia się je tylko z wody i mąki. Czasem wkładano do ciasta monety, a dziecko, które je znalazło w przyszłości miało być zamożne. Tego dnia pieczono ponadto ciastka w kształcie maszyn rolniczych.  Dzięki temu nic złego uprawom nie mogło się stać.

Rękopis traktowano niczym relikwię

Rękopis traktowano niczym relikwię

Przez kilkaset leżał pokryty kurzem w bibliotece Monasteru Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny w Supraślu. Odkrył go przypadkiem na początku XIX w. ksiądz Michał Bobrowski. Mowa tu o średniowiecznym manuskrypcie spisanym w języku staro cerkiewnym – kodeksie supraskim. Domniemuje się, że trafił on do miasteczka za sprawą patriarchy Joachima. Odnajdziemy w nim żywoty świętych i kazania czołowych postaci kościoła. Odnalezione pismo składało się łącznie z ośmiu kart.

Po opuszczeniu Supraśla XI-to wieczne dzieło przeszło długą drogę. Podzielono je na trzy części. Większość stron znajduje się w Bibliotece Narodowej w Warszawie. Pozostałe możemy podziwiać w Słowenii i Rosji. W czasie II Wojny Światowej został wywieziony przez hitlerowców. Odnalazł się lata później w USA. Do kraju wrócił na pokładzie statku ”Batory”. Traktowano go niczym relikwie świętego. Dziesięć lat temu Kodeks Supraski wpisano na listę ”Pamięci Świata” UNESCO.

Młodzi bawią się na polanie od lat

Młodzi bawią się na polanie od lat

Fani muzyki alternatywnej nie mogą przejść obojętnie wokół tego wydarzenia. Basowiszcza, czyli Festiwal Młodej Białorusi, przyciągają gości z całego kraju i zagranicy. Miejscem imprezy tradycyjnie jest polana Boryk nieopodal Gródka w powiecie białostockim. Kto bawił się tam raz, wróci na pewno za rok. Wyjątkowa atmosfera wciągnęła już wielu. Pierwsza edycja miała miejsce w 1990 r. 

 

Na scenie prezentują się głównie białoruskie zespoły rockowe, przez co festiwal stanowi istotne wydarzenie dla tej mniejszości narodowej. Pierwszy dzień imprezy zaczyna się zazwyczaj konkursem młodych kapel, który zawsze wyłoni nową gwiazdę. Wcześniej zostały one wyselekcjonowane przez odpowiednie jury. Na deser zostaje koncert czołowych zespołów specjalizujących się w srogich riffach i genialnych solówkach na gitarze. Do tej pory na Festiwalu zagrał chociażby Kult czy Pidżama Porno. Basowiszcza to jednak nie tylko doznania muzyczne. Organizatorzy przewidują liczne konkursy, naukę podstaw języka białoruskiego czy warsztaty kulinarne. 

Na Podlasiu nikogo nie dziwią. Krzyże szokują przyjezdnych.

Na Podlasiu nikogo nie dziwią. Krzyże szokują przyjezdnych.

O tym że Podlasie jest wyjątkowe nie trzeba nikogo przekonywać. W krajobrazie wsi i małych miasteczek jest jednak coś czego próżno szukać w innych miejscach Polski. Mowa to o przydrożnych krzyżach i kapliczkach. Modlitwy nabierają tam materialnego charakteru.

 

Większość krzyży pochodzi jeszcze z czasów zaborów. Na przełomie XIX i XX w. doszło bowiem do wzrostu aktywności ruchów narodowych i religijnych. W ten sposób starano się również zapomnieć o ciemiężycielu. Liczba krzyży na mieszkańcach Podlasia nie robi szczególnego wrażenia. Traktują je jako coś zupełnie naturalnego. Przyjezdni jednak mogą być nieco zszokowani. Przy wjeździe do wsi – krzyż, na wyjeździe – to samo! Czasem zdarzają się podwójne krzyże. Jeden z nich postawili wyznawcy prawosławia, drugi zaś katolicy.

 

Przydrożny krzyż odgrywał wśród mieszkańców wsi szczególną rolę. Nie każdy miał szansę dojechać do kościoła, dlatego często stanowił imitację świątyni. Przy nim dziękowano za otrzymane łaski, jak i proszono o zakończenie klęsk żywiołowych. Niejednokrotnie stawiano je też właśnie dla ochrony miejscowości przed zarazą. Do dziś przetrwały liczne zwyczaje, jak zdejmowanie czapki, czy zwykłe przeżegnanie się na widok wbitych w ziemię belek. Kondukt pogrzebowy zatrzymuje się zaś z odkrytą trumną przy najbliższym krzyżu. W ten sposób zmarły może pożegnać się ze swoim sąsiedztwem.

Niemcy zmienili zabytek w bunkier

Niemcy zmienili zabytek w bunkier

Pałacyk zlokalizowany na białostockich Dojlidach, powstał w latach 60-tych XIX w samym środku folwarku. Wybudował go senator Alekander Kruzensztern. Jego okazały taras umożliwiał podziwianie największego z sąsiadujących stawów. Budynek stylizowano na neorenesansową wille włoską, choć posiadał również wstawki klasycystyczne. Największe wrażenie robi skierowana ku północy fasada.

 

Do dziś nie wiadomo nic o wystroju pałacowych komnat. Nie zachowały się żadne fotografie i rysunki. Jako że gościły samego cara Mikołaja II musiały opływać w luksusy. W czasie wizyty właścicielką pałacu była hrabina Zofia Rudigerowa. Największy rozkwit obiektu nastąpił dzięki staraniom Jerzego Lubomirskiego. Rozbudował on okoliczny browar, przez co stał się głównym zakładem w regionie. Lubomirski znacznie rozbudował okalający pałac park, zajął się też stawami, które dawały 50 tys. kilogramów ryb rocznie.

 

Okres prosperity skończyła II Wojna Światowa. Wpierw Rosjanie zniszczyli wnętrza, zaś Niemcy rozebrali wschodnie skrzydło na rzecz budowy bunkra. Szef niemieckiej administracji nie spędził  w nim zbyt wiele czasu. Dowiedziawszy się o planowanym zamachu wytrzymał w pałacu tylko jedną noc. Po zakończeniu wojny pałac został przekazany szkole rolniczej, a następnie prywatnej uczelni, która doprowadziła do remontu generalnego, przywracając obiektowi dawny blask.