Na Podlasiu tradycją stało się obchodzenie świąt związanych z lokalnymi dominującymi uprawami. W Mońkach mamy dzień ziemniaka, w Korycinie święto truskawki, w Szepietowie zaś obchodzi się dzień kukurydzy. Rolnicy wykorzystują ją głównie jako paszę dla zwierząt. Stawiają na nią gdyż brakuje większych areałów ziemi.
W czasie imprezy rolnicy na specjalnym poletku mogą zobaczyć efekt prac badawczych nad nowymi odmianami kukurydzy. Niekiedy kolekcja rynkowych nowości liczy nawet kilkaset sztuk. Każdy może skorzystać z fachowej wiedzy na temat upraw. Pracownicy Podlaskiego Ośrodka Doradztwa Rolniczego w Szepietowie pomogą chociażby wyborze odpowiedniej odmiany kukurydzy.
Dzień kukurydzy to również pokaz nowoczesnego sprzętu przeznaczonego do zbierania tych roślin. Dziesiątki producentów przedstawia zdobycze techniki, zachęcając do zakup rolniczych cacuszek. Impreza kończy się zazwyczaj konkursem orki, która ma głównie na celu popularyzację prawidłowej techniki. Orka to bowiem prawdziwa sztuka.
Zgubić się w gęstym lesie to straszna sprawa, urzeczywistnienie koszmaru nie jednego z nas. Na pewno nie grozi to nam na terenie Nadleśnictwa Głęboki Bród na Suwalszczyźnie. Przygotowano bowiem specjalną aplikację na smartfona, które wykorzystuje lokalizację GPS.
Na cyfrowej mapie odnajdziemy kilkadziesiąt wartych zainteresowania punktów i stale ich przybywa. Gdy już dotrzemy na miejsce, możemy posłuchać przez telefon opowiadanych gwarą historii starych mieszkańców. Dzięki programowi poznamy dokładnie leśne ścieżki. Natrafimy bez trudu chociażby na najstarszą sosnę w Puszczy Augustowskiej.
Na mapę da się również nanosić własne informacje. Możemy zaznaczyć przykładowo miejsce pozostawienia auta. Niezwykle przydatne, prawda? Aplikacja nie ma więc ograniczeń, zapewniając bezpieczne i zarazem ciekawe wędrówki. Bezpłatny przewodnik multimedialny ściągniemy ze strony nadleśnictwa.
W Stanach Zjednoczonych niedawno rozpoczęła się emisja nowej odsłony kultowego serialu ”Prison Break. Skazany na śmierć”. Opowiada on o losach braci, dla których, jak się później okazało, nie ma sytuacji bez wyjścia. Kilkakrotnie uciekali z najpilniej strzeżonych wiezień. Oglądając pierwszy odcinek przypomniała mi się historia nijakiego Władka Szejdy. W latach 30. przyprawił on o zawrót głowy nie jednego białostockiego ( i nie tylko) strażnika.
Co prawda, Władek nie miał wytatuowanego planu więzienia na ciele, nawiązując do serialowego bohatera, ale jego pomysłowość była na zbliżonym poziomie. Co więcej, wiele razy nie musiał się zbytnio wysilać. Na początku 1935 r. trafił do aresztu mieszczącego się na ul. Artyleryjskiej w Białymstoku. Obiekt stanowił największe skupisko lokalnych rzezimieszków. Lądowali tam amatorzy nielegalnej produkcji alkoholu czy też zwykli awanturnicy.
Odsiadka pięcioletniego wyroku za ograbienie kina Świat znudziła się Władkowi Szejdzie po dziesięciu dniach. Sprawę miał ułatwioną ze względu na, delikatnie mówiąc, mało ogarniętą straż. Nie minęło kilkadziesiąt godzin, aż mężczyzna sam powrócił na komisariat. Powiedział mundurowym, że wyszedł tylko poszukać cieplejszych ubrań. W celi panował bowiem niewyobrażalny chłód.
Tym razem Władka umieszczono w tzw. szarym domu, czyli więzieniu na ul. Baranowickiej. Obiekt ” na szosie” był o wiele pilniej strzeżony niż poprzedni areszt miejski. Dla niego nie stanowiło to żadnej przeszkody. Jako, że posiadał zdolności manualne poprosił o pracę w warsztacie. Gdy kompani kończyli już pracę, regularnie tworzył kilka wytrychów dzięki narzędziom ślusarskim.
Po kilku dniach mógł już otworzyć każde drzwi. W warsztacie zaopatrzył się również w liny, a więc zgromadził swego rodzaju ”uciekinier starter-pack”. Akcja powiodła się. Po niespełna trzech tygodniach na wolności, Władka zatrzymano na Litwie. Stamtą postanowiono przenieść go do łomżyńskiego ”czerwonaka”. Ceglana twierdza miała na dobre powstrzymać wolnościowe zapędy złodzieja.
Los chciał, że kolegą z celi Władka został inny znany uciekinier, Antonii Niedźwiecki. Nie trudno przewidzieć, jak mogło to się skończyć. Na osłabianiu więziennych okiennych krat spędzili kilka miesięcy. Z nici ukradzionych w warsztacie utkali sznur o łącznej długości 10 m. Pozostało im czekać na odpowiednią okazję. Taka nadeszła lipcową nocą 1938 r. Nad miastem szalała potężna burza.
Ubrani w samą bieliznę, dzięki linie dotarli z drugiego piętra na dziedziniec. Na zewnątrz nie było ani jednego strażnika. Dlatego też zuchwali złodzieje zabrali z budki wartowniczej pozostawione przez funkcjonariuszy płaszcze. O ucieczce władze więzienne dowiedziały się dopiero rany. O zajściu powiadomił ich trzeci towarzysz z celi. Jemu z kolei ucieczka była całkowicie nieopłacalna. Do odsiadki zostały mu bowiem kilka tygodni.
Władek i Antonii skierowali się do Białegostoku. Tym razem spryt ich zawiódł. Policja była pewna, że białostocki złodziej schroni się u swej matki. Tak też się stało. Gdy przestępcy zorientowali się o odkryciu kryjówki, uciekli na strych. Gonitwa po dachu trwała ponad pół godziny. Rzezimieszków schwytano. Już nigdy nie udało im się powtórzyć spektakularnej ucieczki.
Rowerowy plac zabaw? Jeśli lubisz jazdę z przeszkodami, to propozycja dla Ciebie. Najdłuższy w Polsce tzw. pumptrack istnieje w podlaskim Kolnie. Koszt jego powstanie szacuje się na ponad 150 tys. zł. Z placu mogą korzystać wszyscy zakręceni na punkcie ewolucji na rowerach, deskorolkach czy rolkach.
Co więcej, cały tor da się przejechać bez pedałowania. Zadbano bowiem o takie rozmieszczenie garbów, wyprofilowanych zakrętów, aby utrzymać wysoką prędkość. Wszystkie przeszkody składają się na zamkniętą pętlę, po której można śmiało jeździć w obu kierunkach.
Pumptrack w Kolnie jest rekordowy. Dzięki 190 m. długości cieszy się statusem najdłuższego w Polsce. Prawdziwy powód do dumy! W kraju mamy łącznie jedynie trzy obiektu takiego typu. Przydałyby się kolejne. Fanów adrenaliny na kółkach na Podlasiu nie brakuje.
”Nazywam się, proszę Państwa, Hanka Bielicka. Pochodzę z miasta Łomży, urodzona tamże w roku tysiąc dziewięćset…” – tak zaczynała Hanka Bielicka piosenkę ”My z Łomży”. Naprawdę artystka urodziła się na terenach dzisiejszej Ukrainy, gdzie jej rodziców ewakuowano podczas I wojny światowej. Z Łomżą była jednak związana od zawsze i do końca.
Ojciec Hanki był nie tylko założycielem Banku dla Przemysłu i Handlu, ale także działaczem niepodległościowym, posłem na Sejm i zasłużonym społecznikiem. Jego słynna córka ukończyła w Łomży gimnazjum, a potem, jeszcze przed wybuchem wojny – romanistykę oraz Państwowy Instytut Sztuki Teatralnej w Warszawie.
Zadebiutowała na deskach teatru w Wilnie, choć, jak sama przyznawała, jej pierwsze występy miały miejsce w łomżyńskim Klubie Wioślarskim. Po wojnie związała się ze stołecznym teatrem Syrena. Znana była z temperamentu i umiłowania do kapeluszy z szerokim rondem. Serce publiczności podbiła w ”Podwieczorkach przy mikrofonie” jako Dziunia Pietrusińska.
Ujmowała humorem i dystansem do własnej osoby i to mimo podeszłego wieku. Dowodem jej ostatni występ telewizyjny w programie Szymona Majewskiego. Powiedziała wówczas: „Dzisiejszy wieczór będzie pod nazwą: Bawcie się dzieci, nim babcia odleci”. Było to na kilka dni przed jej śmiercią. Pomnik na ulicy Farnej jest dowodem, że łomżanie kochają swą krajankę. Bo i jakże nie kochać osoby, która śpiewała: „Bo my z Łomży, a Łomża jest perłą wśród miast, najpiękniejszą gwiazdeczką wśród gwiazd”.
Na pograniczu polsko – litewskim powstały wyjątkowe trasy. Przeznaczone są one dla…człapaczy. Tak, to żaden żart. Pomysłodawcami tras są starsi mieszkańcy Sejn, którzy zachęcają wszystkich aby nieco zwolnić i to dosłownie. Aby dostrzec otaczające piękno należy bowiem czasem przystopować. Diabeł przecież tkwi w szczegółach. Biegnąc niczym sprinter nie zauważymy uroczej wiewiórki czy pogodnego rzadkiego ptaka.
Trasy dla człapaczy nie są zbyt długie. Maksymalna ma 12 km długości. Na pierwsze spotkanie nowej grupy zaproszono licznych gości w tym byłą już pierwszą damę, Annę Komorowską. Przed wyjściem w trasę odbyły się specjalne wykłady. Człapacze z Sejn chcieli pokazać przyjezdnym, w jaki sposób wyznaczyć ścieżki dla seniorów. Pomysłem chcą bowiem zarazić cały kraj. Czy im się uda spełnić to marzenie?
Jeśli ktoś pasjonuje się w budownictwie sakralnym, to z pewnością idealna propozycja dla niego. Transgraniczny Szlak Dominikański obejmuje najcenniejsze obiekty kultury sakralnej zbudowane przez zakon Dominikanów na trasie od Choroszczy do Aglony na Łotwie. Jest więc co zwiedzać przez wiele kilometrów. Dominikanie swą działalnością duszpasterską, oświatową i gospodarczą wywarli znaczący wpływ na rozwój społeczności lokalnych polsko-litewskiego pogranicza.
Pierwsi misjonarze dominikańscy w latach 40. XIII w. objęli swą działalnością ziemie Jaćwingów. W połowie XV w. powstał pierwszy klasztor w Wilnie. W XVII w. na terenie obecnego województwa podlaskiego powstały kolejno klasztory: w Sejnach, Krasnymborze, Różanymstoku i Choroszczy. Już wkrótce weźmiemy je na warsztat. Śledźcie Nas!
Korycin kontra reszta świata. Brzmi groźnie, lecz prawda jest zgoła odmienna, wręcz słodka. Jako, że miasteczko stanowi truskawkowe zagłębie co roku odbywa się wielka bitwa na owoce. W ciągu jej trwania zużywa się ponad pół tony truskawek. To one również pozwolą przełknąć gorycz porażki. Walka ma również wymiar protestu. Niskie ceny w żaden nie przekładają się bowiem na ogromną pracę właścicieli upraw.
Walka na owoce to tylko jedna z atrakcji Ogólnopolskich Dni Truskawki. Boisko przeznaczone specjalnie do tego celu może pomieścić 150 zawodników. Każdy dostaje koszulkę, spodenki i okulary ochronne. Już po kilku minutach wyłożony folią plac pokrywa się pachnącym owocowym sokiem, po którym ślizgają się zawodnicy. Co prawda korycińska bitwa nie jest tak sławna, jak hiszpańska na pomidory, ale kto wie…może kiedyś.
Słowo czempionka w świecie zwierząt kojarzy się nam raczej z wystawą koni. Mieszkańcy Szepietowa wolą jednak wybierać najpiękniejszą…krowę. Co roku w ostatni weekend czerwca, organizuje się tam Regionalną Wystawę Zwierząt Hodowlanych.
Do małego miasteczka przybywają hodowcy nawet z zagranicy aby pochwalić się swymi okazami. Krowy niczym modelki są odpowiednio wystylizowane. Niektórzy uczestniczą w konkursie od samego początku, niejednokrotnie dominując zawody. Każdego roku jury staje przed trudnym wyborem. Poziom piękności jest bowiem niezwykle wyrównany. O zwycięstwie zazwyczaj decydują detale. Każda edycja imprezy pokazuje, że Podlasie stanowi mleczarską potęgę. Wydarzenie od lat niezmiennie organizuje Regionalny Ośrodek Doradztwa Rolniczego w Szepietowie. W tym roku czeka nas już 24-ta edycja.
Rajgród jest niewielkim miasteczkiem położonym w powiecie grajewskim. Jego najstarsza część to góra zamkowa. W czasach średniowiecza gród obronny założyli tam Jaćwingowie. Nazywano go rajem, ale z biblijnym znaczeniem tego słowa nie ma żadnego związku. Chodzi tu o tereny podmokle i niedostępne, określane w języku litewskim jako raistas. Gród strzegł szlaku handlowego z Mazowsza, ale i był przyczółkiem, z którego Jaćwingowie nękali pograniczne tereny polskie i litewskie.
Już sama nazwa góry wskazuje, że stał tam niegdyś zamek. Niestety próżno go szukać. Jego budowa zapoczątkowana przez Kazimierza Wielkiego została przerwana przez napad krzyżaków. Było to w XIV w. Archeolodzy stwierdzili natomiast, że po 1571 roku, gdy miasto stało się siedzibą starostwa grodowego, w zachodniej części grodziska postawiono obronny dwór starosty. Funkcjonował on do czasu potopu szwedzkiego,
Z Góry Zamkowej rozpościera się widok na jezioro Rajgrodzkie. Przypominając park stanowi doskonałe miejsce na rodzinny wypad. Na zboczu odnajdziemy z kolei amfiteatr, zaś u podnóża miejską plażę.
Jak dobrze wiemy regionalnego portu lotniczego w Białymstoku nie będzie i na razie nic nie zwiastuje zmiany tej sytuacji. Poczekamy więc na widok przelatujących nad naszymi głowami aeroplanów. Walka o port zaczęła już przed II Wojną Światową.
Pierwszą decyzję o budowanie lotniska podjęto w 1926 r. Specjalna komisja uznała, że najlepszą lokalizacją będą łąki podbiałostockich Krywlan. Jednocześnie ruszyła machina informacyjna. Przy tworzeniu obiektu zajęcie miało znaleźć nawet tysiące bezrobotnych. W miesięczniku ”Wiadomości lotnicze” ukazała się zaś informacja, że wielkie otwarcie nastąpi w 1930 r. Białystok miał służyć jako miejsce do tankowania paliwa dla samolotów na trasie Ryga – Wilno – Warszawa.
Plany musiały być jednak skorygowane ze względu na globalny kryzys ekonomiczny. Inwestycja miała ruszyć ostatecznie w 1932 r. Rozpoczęto zbiórkę pieniężną wśród mieszkańców. Z pomocą ruszył znany biznesmen Mikołaj Kawelin. Na potrzeby budowy hangaru ofiarował on drewno ze swego tartaku. Wkrótce powołano do życia koło szybowcowe i klub spadochroniarzy. Nadeszła jednak wojna. Na Krywlanach działali wpierw sowieci, potem hitlerowcy. Ci ostatni zbudowali całą lotniczą infrastrukturę, którą przy wycofywaniu się z miasta zniszczyli.
Marzenie Białostoczan ziściło się w już tuż po zakończeniu wojny. Na otwarcie Polskich Linii Lotniczych Lot w Białymstoku przybyło wiele zacnych osobistości. Na pokładzie samolotów odbywać się jednak miały głównie podróże służbowe. Bilety można było kupić na poczcie. Kursy do Warszawy odbywały się codziennie po południu. Podróż trwała niecałą godzinę. Szczęście nie trwało długo. Wkrótce loty zawieszono. Mieszkańcy Białegostoku czekają już grubo ponad pół wieku na nowe lotnisko. Muszą uzbroić się jednak w cierpliwość. Na razie port to tylko sfera fantazji.
Na dziedzińcu byłej siedziby Urzędu Bezpieczeństwa w Bielsku Podlaskim zostały wznowione prace archeologów z IPN. Potrwają one przez okres trzech tygodni. Naukowcy nadal poszukują szczątek ofiar bojowników o polską wolność. Celem jest ustalenie personaliów wszystkich poległych. Pierwsze wykopaliska miały miejsce we wrześniu 2016 r. Odnaleziono wówczas szczątki sześciu osób.
Urząd Bezpieczeństwa działał w Bielsku w budynku po byłym klasztorze. W latach 1944-1956 torturowano tam i zabijano działaczy podziemia niepodległościowego. Nazwisk katów wciąż nie znamy. Odpowiednich dokumentów bowiem nadal brakuje. Śledztwo trwa nadal.
Klasztor kamedułów to prawdziwa wizytówka Wigier. Mimo, że przez lata stopniowo niszczał, nadal był niezwykle chętnie odwiedzany przez turystów. Na szczęście w końcu ruszył długo oczekiwany remont. Prace potrwają do czerwca 2018 r. Koszty szacowane są na blisko 18 mln zł.
Remontem zostaną objęte dwa największe obiekty. Chodzi to o tzw. Dom Królewski i Kaplicę Kanclerską. W tej ostatniej przebywał papież Jan Paweł II w czasie swej pielgrzymki w 1999 r. Oprócz okien czy drzwi konieczna będzie wymiana wszelkich instalacji – elektrycznych i sanitarnej. Fundamenty mają zostać ocieplone i są solidnie wzmocnione. Budynki wkroczą w końcu w XXI w. Powstaną bowiem ułatwienia dla osób niepełnosprawnych. Remont stał się możliwy dzięki datkom miejscowej parafii. Budżet na ten cel zasiliły również opłaty parkingowe i płatne wejściówki do niektórych pomieszczeń. Właściciele obiektu ubiegają się dodatkowo o fundusze na odbudowę klasztornych murów.
Aukcja na serwisie internetowym, jakich wiele. ”Stara plomba” – taki przedmiot wystawił na niej mieszkaniec Mielnika. Towar został zakupiony przez użytkownika z Gdańska za kwotę 150 zł. Okazało się jednak, że owa plomba to bezcenny zabytek archeologiczny, mianowicie fragment bulli papieża Marcina V. Pochodziła więc z XV w. Bullą określano metalowe płytki służące do odciskania pieczęci. Z biegiem czasu bullą nazywano wszelkie dokumenty ze stolicy apostolskiej.
Do akcji wkroczyła podlaska policja. Funkcjonariusze od razu byli przekonani, że przedmiot pochodził z niekoniecznie legalnego źródła. Dzięki współpracy z nadmorską komendą, udało się ustalić nową właścicielką skarbu. Okazała się nią 38 -letnia kobieta, która jako medalik ofiarowała bullę dla członka rodziny. Badania wykazały ślady ziemi na przedmiocie. Dlatego też w świetle naszego prawa stanowi własność Skarbu Państwa. Okaz przekazano do Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków w Gdańsku.
Wiek pochodzenia bulli pokrywa się z początkiem parafii w Mielniku. Przypuszcza się, że papież mógł opatrzyć pieczęcią chociażby przywilej na odpusty. Mimo, że papież Marcin V wysłał wiele dokumentów do naszego kraju, odnaleziono tylko jeden, mianowicie w Ostrowie Tumskim. Teraz do ubogiej kolekcji dołączyła bulla z Mielnika.
Podlasie doczeka się kolejnej atrakcji turystycznej. Władze Suwalskiego Parku Krajobrazowego mają w planach utworzenie ośrodka edukacji ekologicznej. Gdzie dokładnie? Na lokalizację wybrano ruiny młyna w Malesowiźnie – Turtulu.
Przyszły obiekt stanie więc przy rzecze Czarna Hańcza. Co w nim zobaczymy? Jako, że swój niepowtarzalny krajobraz Suwalszczyzna zawdzięcza zlodowaceniom, na pewno odwiedzający ujrzą ekspozycję na ten temat. Nie zabraknąć może też wystaw na temat zamieszkałym tam przed laty Jaćwingów. Ważne miejsce ma zajmować też kultura staroobrzędowców. Fundusze na budowę ośrodka pochodzić mają z Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Podlaskiego.
Współczesny Białystok zdecydowanie zalicza się do jednych z najbardziej czystych miast. Nie zawsze tak jednak było. Problem przedwojennych mieszkańców był głównie nieprzyjemny zapach. Jego źródeł było kilka i zwykle wiązał się z działaniami przemysłowymi.
Niegdyś w miejscu zburzonego niedawno dworca PKS istniała fabryka sukna. Aby usuwać nieczystości, jej właściciel wykopał staw. Okoliczni mieszkańcy traktowali go niczym cmentarzysko zwierząt. Na dnie spoczywała padlina w ogromnej ilości. Białostoczanie wówczas oczekiwali zimy jak zbawienia. Odór bowiem wtedy znikał. Jednej zimy ze stawu wycinano bryły lodu i je sprzedawano. W ten sposób przerywano wieczny odpoczynek zwierząt – śmieli się przez łzy mieszkańcy.
Niemałe spustoszenie siała również fabryka dykty. Klej niezbędny do produkcji wytwarzano ze zwierzęcej krwi. Jako, że składowano go w otwartych beczkach, wnioski wysuwają się same. Mimo skarg, fabryka nie ukróciła śmierdzącego procederu. Nieprzyjemne zapachy istniały również w sercu miasta, a to za sprawą kiszkarni na Rynku Kościuszki. Na podwórzu jednej z kamienic każdej nocy następowało oczyszczanie towaru z fekalii.
W połowie lat 30. w Białymstoku przeprowadzono akcję ”czyste mieszkanie”. Bru, kurz i mole – to zdaniem miejskiego ratusza znajdowało się w większości lokali. Wprowadzono nakaz otwierania okien w celu przewietrzania, co szło bardzo opornie. Nikt nie chciał się bowiem…przeziębić. Jak jednak je otwierać skoro na zewnątrz śmierdziało nie do wytrzymania.
W północnej części Puszczy Białowieskiej naukowcy odkryli pozostałości po społeczności Gotów. 25 kurhanów datuje się na czasy rzymskiej hegemonii. Aby ustalić jednak dokładnie wiek, należy przeprowadzić odwierty.
Odkrycie nie miało by miejsca gdyby nie technologia. O obecności ludzi na danym terenie świadczą pozostawione przez nich przedmioty, jak choćby naczynia ceramiczne. Jednak gęsty drzewostan uniemożliwia takie poszukiwania. Przepisów też nie można obejść. Jest to bowiem teren chroniony, więc wykopaliska z prawdziwego zdarzenia nie wchodzą w grę.
Dlatego też stosuje się ALS. Oznacza on lotnicze skanowanie laserowe. Takie działania pozwoliło wytypować kilka miejsc, gdzie rozpoczęto poszukiwania. Oprócz ALS wykorzystano również kolejną zdobycz nauki, mianowicie georadar GPR, emitujący fale elektromagnetyczne. Kurhany to nie jedyne znalezisko. Resztki grobli i ślady po polach uprawnych to również cenne odkrycie. Badania mają potrwać łącznie jeszcze przez 3 lata.
To jedyna taka impreza w północno-wschodniej Polsce. Białystok od sześciu lat znajduje się bowiem w zaszczytnym gronie miast organizującym targi książki. Od piątku do niedzieli każdy fan czytelnictwa znajdzie coś dla siebie. To już szósta edycja tego wydarzenia. Stoiska przygotowano dla ponad 80-u wystawców. Lokalizacją targów jest Opera i Filharmonia Podlaska.
Targi odwiedza, według danych organizatorów ok. 20 tys gości. Tegorocznej imprezie towarzyszy festiwal literacki ”Na pograniczu kultur”. Nie zabraknie więc warsztatów, rozmów z ciekawymi gości, a także zabaw dla najmłodszych. Spotkania autorskie i możliwość zdobycia podpisu artystów to nie lada gratka dla czytelników. Dziś również na dużej scenie OiFP wystąpi znana aktorka Julia Pietrucha.
Jest to najstarszy polski pomnik, który przetrwał w niezmienionej postaci. Wzniesiono go w 1763 r. na życzenie Jana Klemensa Branickiego. Mowa tu o tykocińskim postumencie Stefana Czarnieckiego, który miał zwyczaj mawiać, że wyrósł ”nie z soli, nie z roli, ale z tego co boli”.Warto wspomnieć, że Branicki był prawnukiem ”po kądzieli” słynnego stratega.
Pomnik przedstawia hetmana w pełnym stroju szlacheckim. W prawej dłoni dzierży buławę, lewą zaś podpiera się na szabli. Akcentuje to wszelkie przymioty narodowego bohatera. Z każdej strony wyryto również dyplom nadania Czarnieckiemu dóbr tykocińskich. Rzeźbę wykonał francuski artysta Pierre de Coudray. Do rejestru zabytków została wpisana w połowie lat 60.
Bociany wróciły już na dobre, więc przyszła najwyższa pora aby je trochę podejrzeć. Coraz modniejsze staje się umieszczenie kamer przy gniazdach tych ptaków. Dzięki temu obserwacja może trwać przez całą dobę. Poprzez dobrodziejstwo internetu, każdy zainteresowany o dowolnej porze, jednym kliknięciem przeniesie się do światu bocianów na żywo. Projekt ten ma trwać przez najbliższe 9 lat.
Ostatnia kamera stanęła w miejscowości Rakowy – Czachy w gminie Piątnica. Są to tereny Łomżyńskiego Parku Krajobrazowego Doliny Narwii. Dlatego też oprócz bocianów śmiało podpatrzymy walory przyrodnicze krajobrazy. Kamera odpowie nam na pytania, jak zmiany w środowisku wpływają na zachowania ptaków. Będziemy też być może świadkami wydarzeń z kategorii tragicznych. Nieraz zdarza się bowiem, że bociany wyrzucają jaja czy już narodzone młode. Oczywiście amorów również nie zabraknie. Obecnie trwa konkurs na imiona obserwowanych bocianów.
Według skromnych zapisków historycznych pełnił rolę strażnicy przy przeprawie na Narwi. Stanowiła ona przed laty granicę między Mazowszem a Litwą. Doniesienia o zamku w Waniewie zostały zweryfikowane dopiero w 2009 r.
Co się stało z budowlą? Wszystko rozpoczęło się od sporu miedzy rodami Gasztołdów i Radziwiłłów. Dowódca zamku waniewskiego doprowadził do spalenia fortyfikacji w Tykocinie. Litewski możnowładca Olbracht Gasztołd cudem wyszedł bez szwanku z tego zajścia. Postanowił się zemścić. Rok później dokonał najazdu na Waniewo odpłacając pięknym za nadobne. Most i zamek strawiły płomienie. Tego drugiego nigdy nie odbudowano.
Prace archeologiczne rozpoczęte w 2009 skupiły się na kładce po środku Narwi. Tam bowiem widoczna była kępa. Dwa wykopy potwierdziły istnienie twierdzy obronnej. Odnaleziono kafle płytowe z herbem Radziwiłłów, naczynia czy rzadko używane dawniej szyby. Zamek zbudowany był z drewna, a cały gród prawdopodobnie miał wielkość 1 ha.
Pottiputki? Gdybyśmy przeprowadzili uliczną ankietę, pytając, co to jest, raczej mało kto znałby poprawną odpowiedź. No chyba, że trafilibyśmy na leśnika. To powstałe w Finlandii narzędzie coraz częściej wykorzystuje się do sadzenia drzew w Puszczy Augustowskiej.
Prostota wykorzystania tego narzędzia przewyższa nasze polskie odpowiedniki. Sadzący wbija metalowy klin w podłoże, za pomocą nogi uruchamiając dźwignię. Ta odpowiednio rozchyla ziemię. Potem należy wrzucić sadzonkę w rurę, która prowadzi do jamki. Pozostało tylko ubić ziemię nogą. Sadzący zawsze ma przy swoim boku pas z plastikowym pojemnikiem z którego sięga po kolejne sadzonki. Ten sposób sadzenia jest znacznie szybszy, a przez co bardziej oszczędne w koszty niż użycie tradycyjnych metod w postaci kostura. W ogóle nie potrzebne jest przygotowanie gleby, czyli system ten świetnie sprawdza się na terenach gdzie zastosowanie maszyn jest ograniczone. Przede wszystkim jednak nie musimy się schylać .
Główną zaletą pottiputki jest szybkość działania. Robotnik w ciągu jednej godziny może zasadzić około 150 sadzonek. Sprzęt ten kosztuje więcej niż zwykły kostur, lecz jest to inwestycja na lata. Zakup zwraca się choćby patrząc na szybkość odnowienia powierzchni i koszty robocizny oraz na zdrowie pracownika i jego późniejszą efektywność.
Kydyrlez to jedno z najważniejszych świąt obchodzonych przez Tatarów, które głęboko odzwierciedla ich złożoną historię i bogatą kulturę. Tatarzy są grupą ludów tureckich zamieszkujących zarówno Europę Wschodnią, jak i północną Azję. Ich korzenie sięgają terenów północno-wschodniej Mongolii oraz okolic Bajkału. Historia Tatarów ściśle związana jest z imperium Czyngis-chana, do którego weszli jako część wieloetnicznej armii mongolskiej. Brali oni także udział w wyprawach na Europę. Po rozpadzie państwa mongolskiego stworzyli wiele państw w Europie. To właśnie te wydarzenia sprawiły, że do dziś Tatarzy zamieszkują i pielęgnują swoje tradycje w niektórych europejskich państwach, tj. Rosja, Ukraina, a także Polska. Tatarzy obchodzą różne święta tj.: Święto Nauroz, Święto Derwiza, a także dbają o swoje tradycje: ściśle przestrzegają zasad swojej religii – islamu i nie spożywają mięsa wieprzowego.
Kydyrlez i ognisko
Kydyrlez, obchodzone przez Tatarów, jest wyjątkowym świętem, które przypada zawsze w pierwszą niedzielę maja. Jest to czas, gdy społeczność zbiera się wokół ogniska, które jest symbolem wspólnoty i integracji. Młodzi ludzie z okolicznych wsi przygotowują to ognisko przy meczecie, co jest centralnym punktem obchodów. Wieczorem mieszkańcy, reprezentujący różne grupy wiekowe, gromadzą się wokół płomieni, tworząc atmosferę radości i świętowania. Jednakże Kydyrlez to nie tylko czas zabawy; jest to także okazja do budowania więzi zarówno z naturą, poprzez kontakt z ogniem i otaczającą przyrodą, jak i z innymi ludźmi, poprzez wspólne uczestnictwo w obchodach. To święto odzwierciedla głębokie związki Tatarów z tradycją, kulturą i przyrodą, podkreślając jednocześnie znaczenie wspólnoty i współpracy między jej członkami.
Obchody święta – zabawa z ogniem
Po wieczornej modlitwie najważniejszy mieszkaniec wioski rozpala ognisko i jako pierwszy je przeskakuje. W ślad za nim idą mężczyźni i młodzi chłopcy. Gdy ogień trochę przygasł ten sam rytuał wykonują kobiety i dziewczęta. Każdy w czasie skoku musi wypowiedzieć słowa: „Trudności dla innowierców, a dla mnie dobrobyt”. W dniu święta każda rodzina powinna posadzić jedno drzewo. Mężczyźni jabłoń, a kobiety gruszę.
Nadeszła wielka chwila. Mój pierwszy raz. Wcześniej popytałem znajomych, jak to jest. W końcu teraz robi to każdy. Takie czasy, taka moda. Niektórzy ostrzegali mnie przed przedartymi gumami. Nie wziąłem jednak ich słów na poważnie. Trochę się ze mnie śmiali. Uważali, że jako chłopak ze wsi zbyt poważnie podchodzę do tematu. Kumpel przekonał mnie, iż po minucie i tak będzie po krzyku. Całkiem logiczne…
Z odrobiną niepokoju wyszedłem z domu. Zmierzam prosto do niej. Każdy krok powoduje lekkie przyśpieszenie akcji serca. Zastanawiam się czy wszystko pójdzie po mej myśli. No dobra, raz się żyje. Jestem na miejscu. Czas się zapoznać z nią osobiście. Wcześniej widziałem ją tylko w internecie. Na pierwszy rzut oka podobała mi się, nie ma co ukrywać.
Tak. Wiem co Wam może chodzić po głowie. Opowieść o mojej pierwszej wizycie w białostockiej stacji rowerów będę z pewnością przekazywał wnukom. Wszystko szło po mej myśli. Wykonałem wszelkie instrukcje pojawiające się na ekranie. Mój rower powinien wyskoczyć z zamka. Tak też zrobił, ale odrzut był niesamowity. Zanim doszedłem do niego, runął na ziemię.
Kilka części odpadło i raczej musiałbym mieć zestaw majsterkowicza by złożyć je do kupy. Zapamiętam wzrok innych ludzi. Na odgłos spadającego roweru zareagowali liczni przechodni. Pewnie część z nich uznała mnie za wandala. Stałem bowiem sam jak patyk przy rozwalonym sprzęcie. To ja miałem z premedytacją cisnąć nim o ziemię – wyczytałem to z oczu starszej kobiety z laską.
Pęknięte części spakowałem do torby. Nie po to tyle czasu zwlekałem aby teraz porzucić zamiar przejażdżki. Ruszam w drogę. Po kilkunastu sekundach kolejna niespodzianka. Tym razem posłuszeństwa odmówiło siodełko. Nie miałem wyjścia. Musiałem wrócić się po zgubione śrubki. Z ziemi wybierałem je jak diamenty. Pełen sukces. Teraz tylko poskładać wszystko do kupy. Nadeszła kolejna próba okiełznania rumaka.
Po drodze mijam innych użytkowników. Wiem, że w czasie jazdy raczej nie powinno się pisać sms-ów, ale nie miałem wyjścia. Samotna jazda mnie nudziła. Napisałem więc do mego kolegi Zbyszka, jednoznaczną dla niego wiadomość – ”może byś tak Damian wpadł popedałować”. Zbyszek uwielbiał tą piosenkę Lecha Janerki. Niestety miał już inne plany.
Widocznie byłem skazany na samotne przemierzanie ulic Białegostoku. Uratowała mnie na szczęście przypadkowo napotkana koleżanka ze studiów. Mimo, że rozmowa się kleiła, jazda raczej nie. Ciężko bowiem jechać obok siebie jednym pasem, gdy z naprzeciwka co raz goni inny cyklista czy grupa nieokiełznanych rolkarzy. Często musieliśmy mówić do swych pleców.
Zbyt wąska ścieżka to był jednak pikuś przy ty, co spotkało mnie pół godziny później. Wjeżdżamy w tunel. Nagle coś mnie zarzuciło. Resztki po butelce piwa załatwiły oponę. Do następnej stacji było daleko. Koleżanka nie specjalnie chciała podrzucić mnie na ramie. Musiałem więc pofatygować się pieszo. Po godzinie spaceru w upale dotarłem na miejsce. Uff!
Pierwszego razu z białostockim bikerem nie zapomnę do końca życia. Może nie będzie to wspomnienie, które przywołam w chwili śmierci, ale przynajmniej jest o czym opowiadać. Przygody nie zraziły mnie do ponownego skorzystania z usług wypożyczalni. Na swój drugi raz nie musiałem czekać długo. Tym razem nadszedł upragniony happy end…A u Was jak wyglądał pierwszy raz na bikerze?
Jedna z najkrwawszych bitew II Wojny Światowej miała miejsce w lasach Czerwonego Boru w okolicach Zambrowa. Garstka partyzantów w liczbie 250 stawiło czoła pięciu tysiącom żołnierzy Wehrmachtu. Co roku, lokalne grupy rekonstrukcyjne, starają się przybliżyć te wydarzenia.
W czerwcu 1944 r. na rozkazy czekały dwa oddziały partyzantów dowodzone przez kapitana Jana Buczyńskiego. Większość z nich to byli młodzi chłopcy nie przekraczający dwudziestego roku życia. Ich cel stanowiło odbicie więźniów przetrzymywanych w Łomży. W starciu brali udział tzw. niemieccy ozdrowieńcy, a więc żołnierze, którzy wrócili do walki po hospitalizacji. Mimo ogromnej przewagi liczebnej wroga, Polacy ruszyli do boju. Mimo bohaterskiej postawy, piętnastokrotna różnica w siłach okazała się decydująca. Niemcy nie brali jeńców. Śmierć poniosło ok. 90 partyzantów polskich. Bitwa, choć przegrana, pokazała ogromnego ducha młodzieży.
Rekonstrukcje pełnią istotną rolę w poszerzaniu wiedzy historycznej. Krzewią również patriotyczną postawę. Dzięki nim możemy przenieść się w czasie. Samo odtworzenie bitwy stanowi ogromne wyzwanie. Należy wykonać ogromną pracę historyczną i dokumentacyjną.
Władysław Jagiełło zapisał się grubymi zgłoskami w historii Polski. Jedną z jego głównych pasji były polowania. Również towarzyszący mu w podróżach możni panowie lubowali się w zwierzynie. Podczas podróży z Wilna do Krakowa, król zapragnął zaspokoić swe pragnienie. Puszcza była bowiem niezwykle bogata w dziką zwierzynę w tamtych czasach. Przemierzając gesty las, królewscy pracownicy natrafili na wyspę oblaną malowniczym jeziorem. Z lądem łączył ją jedynie wąski przesmyk. Mimo trudno dostępnego terenu znalazło się kilku chętnych do przedarcia się na wyspę.
Okazała się ona pełna żubrów, jeleni i innych obiektów polowań. Przeprowadzono więc obławę. Zaczęto bić w kotły, które wypłoszyły zwierzynę. Na wyspie odnaleziono jednak coś jeszcze. Była to chata zamieszkana przez dwóch pustelników litewskich. Król udał się do nich osobiście, dzięki naprędce wybudowanemu mostkowi. Władca zaoferował im pomoc. Ci jednak woleli pozostać na wyspie, wiodąc życie zgodnie z rytmem natury. Nie bali się zwierzą, które oswoili, a jedyne zagrożenie widzieli w ludziach. Jako, że monarcha w rozmowie z pustelnikami często używał słowa ”wiry”, co oznacza ”mężowie”, wyspę tak właśnie nazwano. Po latach przekształcono ją na Wigry. Jezioro również otrzymało taką samą nazwę.
Co prawda do świąt Bożego Narodzenia jeszcze trochę czasu zostało, ale postanowiliśmy dać Wam namiary już teraz. Otóż wszyscy zainteresowani osobistym poznaniem św. Mikołaja zapraszamy do podbiałostockich Pomigaczy. Istnieje tam bowiem wioska, która przeniesie się nas w magiczny świat Laponii. W wiosce aż roi się od pomocników Mikołaja, czyli elfów. Prowadzą one również warsztaty artystyczne, prezentując ciekawe techniki produkcji ozdób świątecznych.
Na miejscu dzieci mogą napisać list do Mikołaja, prosząc w nich, co tylko dusza zapragnie. Jako, że otrzymuje on korespondencję w wielkich ilościach, możemy podziwiać kolekcję kartek z całego globu.Co ciekawe, św. Mikołaj nie ma oporów przed odkryciem swych tajemnic. Bez trudu udostępni swój pokój i opowie o swoich ulubionych sposobach spędzania wolnego czasu.
Bednarze wykonują jeden z najstarszych zawodów związanych z drewnem, dziś prawie zapomniany – bednarstwo. Jego początki sięgają pierwszych wieków naszej ery. Bednarz zajmuje się produkcją takich przedmiotów jak beczki. Korycin leży w województwie podlaskim, w powiecie sokólskim, w gminie Korycin i jest miejscem będącym niegdyś największym zagłębiem bednarskim na Podlasiu.
Bednarze w czasach problemów ze znikającym zawodem
Na naszych terenach zostało tylko kilku specjalistów bednarstwa. Narzekają, że nie mają komu przekazać swojej wiedzy. Młodzi bowiem nie palą się do nauki zawodu, który może trwać nawet kilka lat. Tradycyjnie zawód bednarza przekazywano z pokolenia na pokolenie. Obecnie jednak coraz mniej osób chce podjąć wyzwanie nauki tego fachu. Zapotrzebowanie na tradycyjne beczki również maleje, co sprawia, że bednarze muszą improwizować i szukać nowych sposobów na wykorzystanie swoich umiejętności. Dlatego też powstają nowe pomysły, takie jak produkcja ozdobnych beczek przeznaczonych do wieszania na ścianę. To nie tylko sposób na dostosowanie się do zmieniających się potrzeb rynku, ale również sposób na przyciągnięcie uwagi nowych klientów. Mogą oni interesować się estetycznymi i oryginalnymi przedmiotami do dekoracji wnętrz.
Różne techniki wykonania beczek
Tradycja bednarska od wieków przechodziła z pokolenia na pokolenie, każda rodzina pielęgnująca swoją własną, unikatową technikę. W sercu tej tradycji tkwiła tajemnica rodzinna, przekazywana z najstarszych do najmłodszych członków rodu. Jednakże, choć metody mogły się różnić, istniał jeden niezmienny element – każda beczka była wytworzona ręcznie. Każdy bednarz kształcił swoje umiejętności i zdobywał doświadczenie, aby tworzyć beczki o doskonałej jakości. Wybór drewna był kluczowy, a zwykle wykorzystywano różnorodne gatunki, jednakże świerk i dąb królowały wśród preferencji. Dąb był szczególnie ceniony ze względu na zdolność nadawania trunkom wyjątkowego smaku, który nadawał im niepowtarzalny charakter. Ta starannie przechowywana tajemnica rodowa, połączona z precyzją i pasją, tworzyła beczki, które nie tylko służyły do przechowywania alkoholu, lecz także nadawały mu niepowtarzalny aromat i smak, czyniąc każdy trunek wyjątkowym dziełem rzemiosła.
Chyba każdy mieszkaniec Białegostoku wskaże patrona Teatru Dramatycznego. Postać Aleksandra Węgierki od lat lat owiana jest tajemnicą. Jego życiorys pełen jest luk i niezrozumiałych decyzji. Z pewnością jednak zasłużył się w rozwoju kulturalnym miasta jak mało kto.
Teatr Dramatyczny w Białymstoku stanowi żywy pomnik wystawiony przez mieszkańców dla Józefa Piłsudskiego. Jako że w mieście pod koniec lat 20. brakowało odpowiedniej instytucji kultywującej tradycję utworzono Dom Ludowy. Miano w nim nauczać języka polskiego. W trakcie budowy zmieniono nazwę na Teatr Miejski im. Józefa Piłsudskiego. Dlatego też wiele osób uważa, że obecny patron nie spełnia idei, jaka przyświecała twórcom tego miejsca. Popiersie Marszałka Piłsudskiego przechowano przez czas wojny, ukrywano w PRL-u, wreszcie przekazano do muzeum jako „Mężczyznę z wąsami”.
Aleksander Węgierko urodził się w warszawskiej żydowskiej rodzinie. Jego ojciec pracował jako cmentarny ogrodnik. Na deskach teatru zadebiutował mając 20 lat. Szybko zdobył uznanie i rozgłos. W czasie wojny pracował we Lwowie, po czym przeniósł się do Grodna. Wieli zadaje sobie pytanie dlaczego tak postąpił. Lwów w tamtym czasie skupiał wybitnych artystów, pełniąc rolę skupiska polskiej inteligencji. Jedni są przekonani, że do zmiany miejsca pracy skłonili go bolszewicy, z którymi nawiązać miał ścisłą współpracę. Inni są pewni, iż w Grodnie miał po prostu większe możliwości samodzielnego rozwoju.
W Białymstoku pojawił się w 1940 r. jako znana już postać. Niemal od razu przystąpił do rozbudowy obiektu teatru. Minęło zaledwie 7 miesięcy, a kierowana przez niego grupa zdobyła sławę. Wystawiane przez niego sztuki ochroniły się przed propagandą. Na deskach grano w języku polskim, w tym dzieła z epoki romantyzmu. Nawet radzieccy aktorzy byli ponoć nimi zachwyceni. Wkrótce Węgierko otrzymał propozycję wyjazdu do Moskwy. Bez wahania jednak odmówił.
Oskarżony o kolaborację nadal robił swoje. Teatr stał się jednym z najbardziej dochodowych w kraju. Przeciwnicy Węgierki obawiali się, że teatr stanie się przekaźnikiem radzieckiej propagandy. W nagonce zapomnieli o jednym. Sztuki grane w języku polskim były tym, za czym ludzie tęsknili od lat.
Nadszedł maj 1941 r. Grupa udała się w występami do Mińska. Między Niemcami a Rosja wybucha wojna. Zespół ratował się ucieczką. Sam wsiadł do pociągu w kierunku Brześcia, gdzie został pojmany przez gestapo. To kolejny zaskakujący krok. Wyjazd do Brześcia był bowiem niczym samobójstwo. Wielu twierdzi, że nie był w stanie wyobrazić sobie życia na tle wojny. Teatr stanowił cały jego świat, który miał utracić. A. Węgierko zginął w niejasnych okolicznościach. Nie wiadomo gdzie, nie wiadomo kiedy. Jego ciała nigdy nie odnaleziono. Domniemuje się, że został rozstrzelany.
W całej Polsce żyje ich tylko dwa tysiące, z czego większość na Suwalszczyźnie. Staroobrzędowcy stanowią najmniejszą grupę wyznaniową. Członków społeczności nie przybywa. Czy obrządkowi grozi koniec? Na szczęście są ludzie, którzy walczą o przetrwanie tradycji.
Ruch staroobrzędowców nazywanych również zamiennie raskolnikami i filiponami, powstał w wyniku sprzeciwu wobec zmian wprowadzonych do Kościoła Prawosławnego przez patriarchę Nikona. Uznał, on że różnice między obrządkami Rosjan i Greków stanowią skutek niechlujnego przepisywania ksiąg przez mnichów. Wszystkie pisma i zwyczaje nakazał dostosować do tych greckich oryginałów.
Od tej pory Rosjanie musieli choćby żegnać się trzema palcami. Zmian oczywiście było dużo więcej. Mimo że Nikon został usunięty z urzędu przez cara, doszło do soboru. Nawet sama jego data, która ostatecznie zatwierdziła reformę wydawała się złowroga (1666 r.) Według przeciwników zmian, trzy szóstki stanowiły niechybny znak, że rozpoczyna się era Antychrysta. Przeciwnicy zmian zostali uznani z kolei za heretyków. Musieli uciekać w trosce o własne życie. Rozłam w cerkwi stał się faktem.
Na podlaskich ziemiach staroobrzędowcy pojawili się w XVII w. Obecnie spotkamy ich wyłącznie w małych wsiach z kilkunastoma zabudowaniami. Prowadzą, delikatnie mówiąc, dosyć surowy tryb życia. Nie piją nawet herbaty, gdyż uważają ją za zbyt mocny napój. O alkoholu czy papierosach nie może być więc mowy.
Dom modlitwy staroobrzędowców zwany molenną przypomina cerkiew. W kraju odnajdziemy jedynie cztery takie świątynie. W wystroju brakuje wielu znanych elementów – ołtarza czy prezbiterium. Nabożeństwa odprawia zaś świecki przywódca wspólnoty – Nastawnik. On też udziela sakramentów – chrztu czy ślubu. Pełni ponadto rolę spowiednika. W świątyni przestrzega się kilku zasad. Na głowie pań konieczna jest chusta. Zabrania się również mocnego makijażu i biżuterii.
Jednym z niewielu zachowanych aspektów tradycyjnego wyglądu wśród większości starowierców jest długa broda, którą powinien nosić każdy mężczyzna, jako znak naśladownictwa Chrystusa. Odświętny strój męski składa się ze spodni i zakładanej bezpośrednio na ciało koszuli, często przepasanej skórzanym pasem. Dawniej koszula nie mogła być włożona w spodnie, ponieważ traktowane to było jako grzech.
Wśród najstarszych wyznawców jeszcze do niedawna istniały liczne przesądy. Większość z nich dotyczyła ubioru. Nie wiązali chociażby krawatów. Miało to bowiem przypominać pętlę Judasza. Omijano również odzież z guzikami, gdyż uznawano je za ”diabelskie oczy”. Czapka z daszkiem też stanowiła przejaw obcowania z diabłem. Staroobrzędowcy ponadto unikają niektórych dań, zwłaszcza ziemniaków. Pełnią rolę odpowiednika jabłka, którym to wąż kusił Ewę w Edenie.
Jako grupa etniczna staroobrzędowcy bardzo dużą wagę przykładali do tradycji i zwyczajów, które wynieśli z domu rodzinnego. Po przesiedleniu się do Polski musieli jednak podporządkować się wielu polskim zwyczajom. Jedną z tradycji, która została odrzucona jest zakaz fotografowania siebie oraz ksiąg i obiektów sakralnych. Obecnie wszyscy wierni chętnie pozują do zdjęć, pozwalają na fotografowanie swoich domów czy ksiąg liturgicznych.
Przed II wojną światową w Polsce mieszkało około 50 tysięcy staroobrzędowców. Obecnie pozostała ich garstka tysiąca. Rada Naczelna tego wyznania została reaktywowana w 1953 roku w Suwałkach. Społeczność starowierców jest jednak mocno zdezintegrowana. Wierni z poszczególnych miejscowości praktycznie nie kontaktują się ze sobą.
W centrum Suwałk od kilku dni trwają intensywne prace archeologiczne. Na terenie parku miejskiego dokopano się do fragmentów pierwszego miejskiego kościoła. Datuje się go na 1710 r. Jako, że jego konstrukcja nie należała do solidnych, przetrwał on zaledwie 100 lat.
Dokładną lokalizację świątyni umożliwiły badania georadarowe, przeprowadzone przez fachowców z Akademii Górniczo – Hutniczej w Krakowie. Chociaż fundamenty zaraz po odkopaniu, niemal od razu przykrywane są z powrotem warstwą ziemi, wkrótce zostaną podjęte odważniejsze kroki. Powstała bowiem inicjatywa aby nad fragmentami budowli przeprowadzono prace konserwacyjne i zabezpieczono je szkłem hartowanym. Stworzona ma zostać tablica informacyjna aby każdy chętny zapoznał się z historią tego miejsca.
W Augustowskiej Puszczy spotkać można było wyjątkowego wilka. Ci, którzy mieli okazję spotkać go z bliska twierdzili, że był kilkukrotnie większy od przeciętnego zwierzęcia. Nigdy jednak nie wyrządzał szkód. Nie bal się też ludzi. Wycie do księżyca nie przypominało żadnego znanego odgłosu. Niemal cały pokryty był czarną błyszczącą sierścią. Dlatego też białe łapy i szyja tak bardzo wrzucały się w oczy.
Według miejscowych opowieści bestia to wilk-pokutnik. Wszystko zaczęło się od wielkiej miłości, która okazała się farsą. Kawaler uciekł bowiem od swej wybranki w czasie drogi do kościoła. Mimo pościgu krewnych dziewczyny, mężczyzny nie udało się odnaleźć. Przypuszczano, że padł on ofiarą czarnej magii. Omamić miała go zielarka mieszkająca w głębi lasu. Niedoszła panna młoda popełniła samobójstwo z rozpaczy. Matka chłopaka przeklęła go wypowiadając słowa ”Bodajżeś w dziką bestię się zamienił i wył i wył za taką sromotę”. Tak też się stało. Mężczyzna uległ transformacji. Stał się czarnym wilkiem. Białe łapy powstały w miejsce białych ślubnych rękawiczek, a biała szyja to pozostałości po kołnierzu. Czarny strój weselny zamienił się w czarną jak smoła sierść.
Mieszkańcy przyzwyczaili się do obecności wyjątkowego zwierzęcia w lesie. Mimo że widywano go w różnych miejscach kraju, każdej zimy wracał w znane sobie strony. To go zgubiło. Jeden z myśliwych, który przybył do Puszczy, nie mając pojęcia, kim jest wilk, przerwał jego pokutny żywot.
Sok z brzozy, ceniony nie tylko za swój wyjątkowy smak, ale także za potencjalne korzyści zdrowotne, stanowi nieodłączny element obchodów Dnia Brzozy w Poczopku. Już na długo przed datą święta, mieszkańcy wsi oraz okolicznych miejscowości angażują się w przygotowania. Organizują atrakcje, dekoracje i tradycyjne potrawy, co sprawia, że to wydarzenie staje się sercem i duszą całej społeczności Podlasia.
Smak Podlasia: sok z brzozy
W dniu samej imprezy Poczopek ożywa kolorem i dźwiękiem. Wieś wypełnia się ludźmi, którzy przybyli, by celebrować jedno z najważniejszych drzew w kulturze ludowej tego regionu. Widok korowodu wędrującego przez ulice wsi, prowadzonego przez grajka i brzozową panią, jest niezapomniany i poruszający. To moment, kiedy historia splata się z teraźniejszością, a duch lokalnej tradycji staje się żywy. Podczas obchodów Dnia Brzozy nie brakuje różnorodnych atrakcji dla wszystkich uczestników. Sok z brzozy przyciąga smakoszy, którzy chcą doświadczyć autentycznego smaku Podlasia. Ponadto, liczne warsztaty rzemieślnicze i prezentacje folklorystyczne pozwalają na bliższe zapoznanie się z lokalną kulturą i rękodziełem.
Święto brzozy w Poczopku: kultywowanie tradycji i żywa historia
Impreza ta umożliwia uczczenie brzozy jako symbolu lokalnej tożsamości. To czas, kiedy każdy może poczuć się częścią wspólnoty, wspólnie ciesząc się z bogactwa kulturowego i przyrodniczego, jakie oferuje Podlasie. Dzień Brzozy w Poczopku staje się coraz bardziej znany. Staje się okazją do promocji regionu jako atrakcyjnego celu turystycznego. W ten sposób wydarzenie to przyczynia się nie tylko do zachowania dziedzictwa kulturowego, ale także do rozwoju lokalnej gospodarki poprzez turystykę i promocję lokalnych produktów.
Zasada harmonii: dzień brzozy w Poczopku
Dodatkowo, Dzień Brzozy w Poczopku stanowi ważny moment refleksji nad relacją człowieka z naturą i koniecznością jej ochrony. Poprzez przybliżanie ludziom wartości i znaczenia brzozy oraz edukację na temat ekosystemów leśnych, impreza ta staje się również formą edukacji ekologicznej. Wspierając świadomość ekologiczną społeczności lokalnej i turystów, wydarzenie to inspiruje do podejmowania działań na rzecz zachowania przyrody dla przyszłych pokoleń.
Długołęka. Z pozoru mała wieś, jakich to wiele w Polsce. Tak naprawdę jest jedyna w swym rodzaju. Zyskała miano najbardziej europejskiej miejscowości na Podlasiu. Jej dzielnice to bowiem Paryż i Warszawa. Jeśli więc nie posiadamy jeszcze planów wakacyjnych, obierzmy kierunek na Długołękę. Kto w końcu mógłby przegapić możliwość ekspresowej podróży przez europejskie stolice? To jedynie półtorej minuty…traktorem.
Wszystko zaczęło się od…pijaństwa. Według opowieści, w lokalnej karczmie, na początku XIX w spotkały się wojska Napoleona z oddziałami Księstwa Warszawskiego. Winny maraton trwał w najlepsze, aż w końcu któryś z żołnierzy uznał, że miejscowość trzeba podzielić po równo. Chociaż Wieży Eiffla próżno nadal szukać w Długołęce, zamiast zabytku z pewnością spotkamy się z życzliwością mieszkańców.
Kruszyn jest niewielką miejscowością o uroczym położeniu w powiecie monieckim, w gminie Krypno. Położony na zachodnim brzegu rzeki Nereśl, otoczony zielonymi obszarami, zachęca do spokoju i odpoczynku wśród przyrody. Mimo swojej skromnej wielkości, Kruszyn może być oazą spokoju dla tych, którzy pragną oderwać się od miejskiego zgiełku i cieszyć się pięknem wiejskiego krajobrazu. Dodatkowo, bliskość rzeki dodaje uroku temu miejscu, zachęcając do spacerów brzegiem lub relaksu przy jej nurtach. Kruszyn, choć może być mały na mapie, ma duże serce dla tych, którzy doceniają urok wiejskiego życia.
Kruszyn – tradycja imprezowania
Cisza nie jest tam opcją tylko jednego dnia. Skoro piszemy o tej wsi to znaczy, że musi się czymś wyróżniać. Tym razem chodzi o tradycję… imprezowania. Nabożeństwo czerwcowe to forma zbiorowej modlitwy w katolicyzmie poświęconej Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. Nabożeństwo czerwcowe w Kruszynie jest nie tylko religijnym wydarzeniem, ale także okazją do społecznej integracji i wspólnej radości. Po zakończeniu ceremonii wszyscy mieszkańcy gromadzą się na moście, gdzie rozpoczynają zabawę, która trwa do późnych godzin nocnych lub nawet do białego ranka. Przed tańcami nie ma ratunku.
Impreza na całego!
Nikt nie wywinie się tradycji. Tradycja ta jest niezmiennie kultywowana. Na początku wieczoru na malowniczym moście pojawiają się eleganckie panie, których urok sprawia, że panowie z trudem odwracają wzrok. Nie ma potrzeby skomplikowanych zalotów czy wyrafinowanych gestów – wystarczy prosto z mostu poprosić o taniec lub towarzystwo. Ale zanim zanurzymy się w wirze muzyki, trzeba zadbać o odpowiednie pokarmy, które dadzą nam energię do tańca. Dlatego też na brzegu rozstawiany jest bufet pełen wybornych smakołyków, które pozwolą nam na pełne wyczucie rytmu. Warto również pamiętać o przygotowaniu śpiworów, szczególnie gdy noc zaczyna być chłodna. To nie tylko zapewnia wygodę, ale także pozwala nam kontynuować zabawę, gdy tańce przenoszą się z mostu na pobliskie tereny. Wystarczy uważać, aby impreza nie poszła o jeden most za daleko.
Znacie go głównie z roli Marcina Opałka z filmu ”Pitbull. Niebezpieczne Kobiety”. Wcześniej wystąpił w wielu produkcjach w rolach drugoplanowych i epizodycznych. Jednak to udział w programie ”Agent Gwiazdy” wyniósł Tomasza Oświecińskiego na szczyty popularności. Przygoda z kinem zaczęła się, jak to bywa wiele razy w życiu, od zwykłego przypadku. Stojąc na bramce w jednej z warszawskich dyskotek, przykuł uwagę producentów. Kariera potoczyła się błyskawicznie. Aktor-amator urodzony w Białymstoku na brak propozycji zawodowych nie może narzekać. Kilka miesięcy temu debiutował nawet na deskach teatru.
Ze względu na posturę, grał głównie postaci gangsterów czy ochroniarzy. Swą sylwetkę zawdzięcza wieloletnim treningom. Już jako dziecko uprawiał wyczynowo judo, zostając mistrzem w kategorii juniorów. W wieku 26 lat założył swoją pierwszą siłownię. Tam też spotkał ludzi, którzy sprowadzili go na złą stronę. Odmawiając płacenia haraczu, naraził się gangowi. Po serii prowokacji nie miał wyboru i musiał dołączyć do grupy. Początkowo nie stawał sobie sprawy z powagi sytuacji. Gdy się zorientował było już za późno. Tomasza Oświecińskiego pogrążyły zeznania pierwszego w Polsce świadka koronnego. Po latach ta sama osoba, pracująca jako ochroniarz w telewizji, na planie programu poprosiła aktora o autograf. Prawdziwa ironia losu.
Po odbyciu wyroku zajął się trudną młodzieżą. Chciał im pokazać, że każda osoba ma wybór i tkwi w niej ukryty talent. Powiązania z przestępczym półświatkiem przydały się przy kręceniu ”Pitbulla”. Wiele scen było inspirowanych autentycznymi wydarzeniami.
https://www.youtube.com/watch?v=V2qwHch0qOg
Źródło zdjęcia: Kadr z filmu https://www.youtube.com/watch?v=2atrxwf5rmU
To jeden z najstarszych biegów na Podlasiu. Już grubo powyżej 20-tu lat w Korycinie organizuje się Półmaraton Mleczny. Nagrodą dla zwycięzcy jest…krowa. Co roku tą najpiękniejszą krasulę w okolicy przyozdabia się białym welonem. Oczywiście zdarza się, że zawodnik nie miałby co z nią zrobić po zakończeniu zmagań. Nie każdy startujący prowadzi przecież gospodarstwo. Dlatego też daje im się wybór.
Krowa albo koperta z pieniędzmi. Każdy musi zdecydować. Czasem to trudny wybór. Są jednak i tacy, dla których to właśnie żywa nagroda stanowi największą motywację. W biegu rywalizują zawodnicy z całej Polski. Zdarzają się jednak i goście z zagranicy. Trasa biegnie od Korycina do Janowa. Uczestniczą w niej zarówno młodzi, jak i osoby starsze.
Ostatnio pisaliśmy o kontynuowaniu tradycji walk rycerskich w Drohiczynie. Boje są toczone przy użyciu prawdziwych, ostrych mieczy, a nie jakiś lekkich replik. W tym mieście o bogatej historii organizuje się również zlot Słowian, Bałtów i Wikingów. Pod namioty od kilku lat ściągają pasjonaci dawnych dziejów. W ramach imprezy również odbywa się ostra rywalizacja, z tym że uzbrojenie i ekwipunek wygląda nieco inaczej, niż przy bitwach naśladowców zakonnych rycerzy.
W czasie imprezy można zaobserwować jak wyglądały prace rzemieślnicze. Odwiedzimy chociażby hutnika, którego zajęcie wymagało anielskiej cierpliwości. Rekonstrukcja procesu dymarskiego trwa nawet kilka godzin. O odpowiednią atmosferę powrotu do przeszłości dbają również muzycy grający średniowieczną muzykę. Dobra zabawa łączy się z nauka historii. Czy może być coś lepszego? To doskonała rozrywka nie tylko dla cosplayerów. Idealna propozycja na wakacyjny weekend. My polecamy z czystym sumieniem. O terminie najbliższej edycji będziemy informować.
W Czerwonym Borze niedaleko Zambrowa raz do roku unoszą się tumany kurzu. Słuchać ryk silnika i odgłosy odginającej się blachy. Na terenie ośrodka szkolenia poligonowego odbywają się zawody Wrack Race. Jeśli macie jakiegoś staruszka w garażu, warto wziąć udział w takim rajdzie.
Dobra zabawa, a przede wszystkim duża dawka adrenaliny gwarantowana. Zasady są niezwykle proste. Wygrywa ten, kto przejedzie najwięcej okrążeń w danym czasie. Nie każdemu udaje się dojechać do mety. No cóż. To tylko wraki. Nie wymagajmy od nich zbyt wiele, skoro i tak miały pójść ”na żyletki”. W ostatniej edycji na starcie stanęło ponad 50 załóg.
Pisanki to jaja zdobione różnymi technikami. Występują takie rodzaje zdobionych jaj jak: drapanki, kraszanki, pisanki, oklejanki, nalepianki i ażurki. Czy jest miejsce, w którym możemy obejrzeć je wszystkie i pięknie wykonane?
Pisanki i ich muzeum
Nietypowe muzeum w Ciechanowcu istnieje już od kilkunastu lat, zachwycając odwiedzających swoją niezwykłą kolekcją. To miejsce, które kryje w sobie niezwykłe skarby – ponad 1600 pisanek zgromadzonych z różnych zakątków globu. To właśnie tutaj, w sercu miasteczka, przybywający mogą odkryć fascynujący świat jajek w najróżniejszych kształtach, barwach i technikach wykonania. Muzeum powstało z inicjatywy Ireny Stasiewicz-Jasiukowej i Jerzego Jasiuka, którzy z pasją i zamiłowaniem zbierali te unikatowe eksponaty przez wiele lat. Ich prywatna kolekcja, bogata w różnorodność i kunszt, stała się więc fundamentem dla tego niezwykłego miejsca.
Wielka kolekcja pisanek
Co sprawia, że to muzeum wyróżnia się spośród innych? Odpowiedź tkwi w różnorodności zgromadzonych eksponatów. Tutaj pisanek nie znajdziemy tylko od klasycznych kur, ale również od bardziej egzotycznych ptaków, takich jak pingwiny czy emu. Warto również podkreślić, że każda pisanka w kolekcji to nie tylko dzieło sztuki, ale także wyraz niezwykłej precyzji i umiejętności rzemieślniczych. W muzeum można zobaczyć nie tylko same jaja, ale również narzędzia i techniki używane do ich tworzenia. Zarówno tradycyjne metody, jak i nowoczesne technologie są tutaj reprezentowane, co sprawia, że to miejsce staje się nie tylko atrakcją dla miłośników sztuki ludowej, ale także dla wszystkich zainteresowanych procesem twórczym i dziedzictwem kulturowym.
Nowoczesne zdobione jaja
Jako, że w modzie są wszelkie wyszukane gadżety, twórcy prześcigają się w pomysłach. Powstają nawet pisanki z działającym zegarkiem. Pytanie tylko, czy wszystko to zmierza w dobrą stronę. Wkrótce na naszych stołach zagoszczą też jajka – roboty. Choć brzmi to jak scena rodem z serialu sci-fi, taka może być rzeczywistość. Tradycyjne pisanki póki co bronią się same. Kolekcja powiększa się systematycznie z roku na rok. Miejsca na eksponaty jednak nie zabraknie.
Śmigus dyngus to zwyczaj, który praktykuje się w Poniedziałek Wielkanocny. Kiedyś to były czasy. Panny można było wrzucić do koryta i sadzawki bez konsekwencji. Teraz za takie działania, do aresztu może nie trafimy, ale każda ceni sobie nietykalność. Ciało to bowiem świątynia. Dzisiaj w lany poniedziałek w mało kto kultywuje dawne tradycje. Jeśli już ktoś się polewa to w minimalnych ilościach. Zamiast wiader czy konewek używa się mikroskopijnych jajeczek jako sikawkę.
Śmigus dyngus – skąd się wywodzi?
Śmigus dyngus ma interesujące korzenie sięgające czasów pogańskich. Pierwotnie był to rytuał obchodzony w okresie wiosennym, związany z oczyszczeniem oraz przywoływaniem urodzaju. Kościół katolicki, widząc w nim elementy niezgodne z jego doktryną, początkowo potępiał ten zwyczaj. Jednakże, zamiast zaniknąć, Śmigus-Dyngus zaczął stopniowo wtapiać się w kulturowy krajobraz, stając się częścią polskiej tradycji. Polewanie wodą, charakterystyczna praktyka tego dnia, miało pierwotnie symboliczne znaczenie. Uważano, że woda oczyszcza z grzechów i wszelkich nieczystości cielesnych, przygotowując tym samym ludzi na nadchodzący okres wiosenny. Ponadto, wierzyło się, że rytuał ten ma moc przyciągania deszczu, który był kluczowy dla obfitych zbiorów rolniczych. Mimo początkowych oporów ze strony kościoła, Śmigus-Dyngus z czasem stał się integralną częścią polskiej kultury, będąc nie tylko okazją do zabawy i żartów, ale także kontynuując swoje pierwotne znaczenie jako symbol oczyszczenia
Im ładniejsza dziewczyna, tym więcej wody używano
Dziewczyny przed laty nie miały oporów przed polewaniem. Jeśli któraś w poniedziałek była sucha, oznaczało to, że nie ma powodzenia u płci przeciwnej. Panowała zasada – im piękniejsza dziewczyna, tym więcej wody na nią przeznaczano. Wizyta w stawie stanowiła zaś spełnienie najskrytszych marzeń. Dlatego też panny wystawiały się nawet na publiczny widok.
Mokry odwet
Według dawnych zwyczajów, za oblewanie wodą w świąteczny poniedziałek kobiety po świętach wielkanocnych aż do Zielonych Świątek mogły brać odwet na mężczyznach i również lać ich wodą. Było to postrzegane jako zabawna tradycja, przynosząca społeczności radość i integrująca ją.
Chleb artos? Większość z nas pewnie nie wie, co to jest. Dla wyznawców prawosławia ma zaś szczególne znaczenie. W języku greckim oznacza chleb pszeniczny. Przez wieki nazwa ulegała różnym przekształceniom fonetycznym i dlatego w obecnej chwili występują na Białostocczyźnie nazwy gwarowe: Atos, Artus, Artur. Z powodu jego statusu świętości, obchodzi się z nim z wielką dbałością.
Chleb artos i jego specjalne przygotowanie
Przed zakończeniem niedzielnej mszy w pierwszy dzień świąt, chleb jest błogosławiony przez duchownych. Na artos nakłada się ponadto ikonę Chrystusa. Przez cały tydzień wystawia się go w cerkwi aż do niedzieli św. Tomasza nazywanej również Antypaschą, po czym artos rozdrobniony przekazuje się wiernym. Na chlebie widnieje wizerunek Chrystusa zmartwychwstałego. Poświęcony w pierwszy dzień Paschy, jego cząstka jest rozdawana wiernym w sobotę Tygodnia Paschalnego, po czym przez cały tydzień jest wystawiony w cerkwiach, na pulpicie ustawionym przed ikonostasem. Artos stanowi wspomnienie wydarzeń opisywanych przez Ewangelię, gdy Jezus ukazywał się uczniom i spożywał z nimi chleb.
Wierzenia związane z artosem
Dawniej wierzono, że artos, czyli święcony chleb, posiada magiczną moc ochronną przed burzami i piorunami. W tradycji ludowej, gdy zbliżała się burza, gospodynie umieszczały artos na parapecie obok zapalonej świecy gromnicznej. Wierzyło się, że ten rytuał miał za zadanie odpędzić chmury i zapewnić ochronę przed uderzeniem pioruna. Ponadto, artosowi przypisywano właściwości łagodzenia bólu i poprawy zdrowia. Stosowano go jako środek łagodzący przebieg chorób. Kawałek namoczonego w święconej wodzie chleba często dawano rodzącej kobiecie, aby przyniósł ulgę w bólu i ułatwił poród. Artos miał także swoje zastosowanie jako środek gaśniczy. W przypadku pożaru, ludzie przekazywali wiarę w jego ochronne właściwości, wierząc, że należy obchodzić płonące budynki z artosem, a następnie oddalić się jak najdalej od ognia, aby uniknąć niebezpieczeństwa. Te wierzenia i praktyki pokazują bogactwo ludowych tradycji oraz sposoby, w jakie ludzie kiedyś szukali ochrony i wsparcia w codziennym życiu, wierząc w magiczną moc święconego chleba.
Woda ze święconki odgrywa istotną rolę w wielu zwyczajach i tradycjach, szczególnie w kulturze chrześcijańskiej. Jest to woda pobłogosławiona przez duchownego podczas obrzędu nazywanego święceniem wody. Odbywa się on m.in. w okresie Wielkanocy w Kościołach katolickim i prawosławnym. Praktyki te mogą się różnić w zależności od lokalnych tradycji i obrzędów. Woda ze święconki ma symboliczne znaczenie jako symbol oczyszczenia, życia i błogosławieństwa. Ludzie używają jej w różnych celach, zarówno w sferze duchowej, jak i codziennego życia.
Woda ze święconki kluczem do utrzymania dobrego wyglądu na Podlasiu.
Żadna świąteczna okazja nie przemija bez chęci prezentacji się w jak najlepszym świetle, a kiedy wychodzi się w jakieś miejsce publiczne, oczekiwania co do wyglądu mogą być jeszcze większe. Gładka i promienna skóra zawsze przyciąga uwagę, zwłaszcza w tak ważnych momentach. Ciekawym spojrzeniem na tę kwestię jest też tradycja, która sięga nawet pierwszej połowy XX wieku w niektórych domach na Podlasiu. Tamtejsze zwyczaje przypominały, że do koszyczka z święconką często dodawano małą buteleczkę wody, w której wcześniej gotowano jajka. Ta prosta, a zarazem niezwykła praktyka wskazuje, że nie zawsze potrzebne są kosztowne kosmetyki, by osiągnąć efekt nieskazitelnej skóry. Tradycje te, choć niezwykłe (i nie zawsze przynoszące skutki), przypominają nam, że piękno może być czasem proste i naturalne, a kluczem do niego często są rzeczy dostępne w naszym codziennym otoczeniu.
Nieskazitelna skóra?
Po powrocie do domu ze święconką młode dziewczyny obmywały sobie twarz pobłogosławioną przez księdza wodą. Wierzono, że woda pobłogosławiona przez księdza podczas święcenia może mieć właściwości oczyszczające i lecznicze. Z tego powodu używano jej też do pielęgnacji skóry. Młode dziewczyny, po powrocie do domu ze święconką, często obmywały swoje twarze tą wodą. Wierzyły one, że pomoże im pozbyć się wszelkich niedoskonałości, takich jak pryszcze czy piegi. Choć może to brzmieć nieco nietypowo dla dzisiejszych standardów pielęgnacji, dla wielu ludzi było to naturalne rozwiązanie, oparte na wierzeniach i tradycji.
Jajko od wieków zajmuje szczególne miejsce w wielu tradycjach, zwłaszcza podczas świąt, takich jak Wielkanoc. To nie tylko smaczny dodatek do świątecznego stołu, ale również symbol głęboko zakorzeniony w obrzędach i zwyczajach ludowych. Jajko jest symbolizuje początek, życie oraz odrodzenie się przyrody – dlatego jest ono spożywane podczas Wielkanocy. Wielkanoc to najstarsze i najważniejsze święto chrześcijańskie celebrujące misterium paschalne Jezusa Chrystusa.
Jajko – tradycyjnie gości na stołach podczas Wielkanocy
Jednym z elementów świątecznego śniadania jest zwyczaj dzielenia się jajkiem. Choć nie każdy lubi składać życzeń, tego dnia odmówić jednak nie wypada. Jako że Wielkanoc stanowi połączenie tradycji chrześcijańskich i pogańskich, wiąże się z nią wiele przesądów związanych ze święconką. Praktykowano je głównie na terenach nadbużańskich.
Zakopane jajko – dobre zbiory
Czasami jedno poświęcone jajko trzymali aż do późnego maja. Następnie zakopywano je wraz z kością na polu, gdzie rosło żyto, była głęboko zakorzeniona w ludowych tradycjach i przesądach. Gospodarze wykonujący ten obrzęd wierzyli, że ta ceremonia przyniesie im pomyślne plony. Kiedy nadszedł czas, aby zająć się polami, gospodarze udawali się na swoje ziemie wraz z poświęconym jajkiem i kością. Wybierali pole, na którym rosło żyto, i tam, w ziemi, dokładnie zakopywali jajko obok kości. Dodatkowo, obok zakopanego jajka i kości sadzili także poświęconą gałązkę wierzbową. W dniu rozpoczęcia żniw odkopywano jajko i uroczyście zjadano dzieląc się nim jak na Wielkanoc. Taka praktyka miała zapewnić pomyślne zbiory.
Święconka a przesądy
Oprócz tego, istniały także przesądy związane z tzw. „święconką”, czyli poświęconymi pokarmami. Ludowa mądrość nakazywała nie wyrzucać resztek święconki, ponieważ wierzono, że mogą one przynieść szczęście. Jeśli zostały resztki pokarmu, zbierano go i wysypywano pod drzewka owocowe, wierząc że wyrośnie z nich marynka — ziele o białych kwiatkach. Okruchy dawano również kurom by lepiej się niosły. Od nadmiaru jaj głowa przecież nie boli. Dokładnie sprzątano również ich skorupki. Dawano je ptakom lub wysiewano do ziemi podczas siania lnu.
Zabawa pisankami to nie tylko tradycyjna rozrywka związana z okresem Wielkanocy, ale również doskonały sposób na budowanie i wzmacnianie więzi rodzinnych oraz społecznych. Wspólne malowanie, dekorowanie i dzielenie się pisankami może stworzyć niepowtarzalne i radosne chwile, które będą miłe wspomnieniem na długie lata. Podczas zabawy pisankami, uczestnicy mają okazję do wspólnego spędzania czasu, rozmów, śmiechu i tworzenia czegoś pięknego razem. To doskonała okazja, aby rodzice, dzieci, dziadkowie i przyjaciele mogli aktywnie uczestniczyć w procesie twórczym, wymieniać się pomysłami i wzajemnie się inspirować.
Zabawa pisankami
W okolicach Sokółki w Wielki Piątek wszystkie kobiety obdarowywały jajkami księdza, który objeżdżał wszystkie domy w swej parafii. Dzieci nie mogli się zaś doczekać gry w ”kaczanie”. Polega ona na uderzaniu swoim jajkiem w pisankę przeciwnika. Wygrywał oczywiście ten, którego okaz okazał się silniejszy. Przegrany musiał zaś oddać swoją pisankę. Jeśli w danej miejscowości istniało większe wzniesienia, również starano się je wykorzystać do zabawy. Jajko spuszczano w dół, w zwycięzcą był ten, kto trafił w pisankę kolegi.
Dlaczego malujemy pisanki?
Malowanie pisanek stało się nieodłącznym elementem przygotowań do świąt wielkanocnych. Czy jednak zastawialiście skąd w naszej kulturze ten zwyczaj? Według greckich podań z X w. tradycję malowania jak zapoczątkowała Maria Magdalena. Gdy anioł oznajmił jej, że Chrystus zmartwychwstał, przepełniona radością pobiegła do domu. Tam zauważyła coś dziwnego. Otóż wszystkie jajka jakie przygotowała w naczyniu zmieniły swój kolor na czerwony. Następnie wybiegła na ulicę i podarowała je napotkanym apostołom. Czerwone jajka przekształciły się w ptaki unosząc się do nieba. Odczytano to jako znak, że po śmierci będzie nowe życie.
Pisanki w kulturze prawosławnej
Ciekawy zwyczaj związany z pisankami wykształcił się w kulturze prawosławnej. Lekko rozłupane zabiera się je na groby bliskich i tam też pozostawia. Jest to symboliczny gest, ale bywa, w krajach takich jak Rumunia, że groby stają się stołami. Ma to przypominać, że dzień ich powrotu do życia jest coraz bliższy.
Kolędowanie na Podlasiu jest związane z bogatą tradycją i ma kilka specyficznych starych zwyczajów, które wyróżniają ten region od innych części Polski. W powszechnej świadomości, śpiewanie kolęd kojarzy się głównie z okresem Bożego Narodzenia i zimą. Czy można również kolędować w czasie Wielkanocy? Oczywiście! Choć zwyczaj ten zanikł w latach 60. XX wieku, obecnie trwają próby jego wskrzeszenia, co jest znaczącym elementem ożywienia kultury i tradycji lokalnych społeczności. Wielkanoc to najstarsze i najważniejsze święto chrześcijańskie celebrujące misterium paschalne Jezusa Chrystusa: jego mękę, śmierć i także zmartwychwstanie, które jest poprzedzane Wielkim Postem. Odbywa się ono co roku, więc śpiewano też co roku kolędy.
Kolędowanie na Podlasiu – prawosławna tradycja
Tradycję tą praktykowali głównie prawosławni mieszkańcy Podlasia, Litwy i Białorusi. Wiosenne kolędowanie przybrało różne określenia – ”chodzenie z konopielką” lub ”włóczebne”. Samych kolędników określano zaś jako kompanię. Zbierały się one w pierwszym dniu świąt, a śpiewy trwały całą noc. W składzie kompanii próżno było szukać kobiet. Wstęp do elitarnego grona mieli tylko kawalerzy.
Śpiewy i zwyczaje z nimi związane
Na czele grup stał tzw. „zapiewajło”, który oprócz tekstów pieśni znał każdego mieszkańca wsi osobiście. Kompania życzyła gospodarzom udanych przyszłych plonów, a pannom i kawalerom jak najszybszego znalezienia drugiej połówki. Za swoje śpiewy otrzymywali skromne podarunki – kawałek kiełbasy czy kieliszek wódki. Tym, którzy nawet i tego poskąpili, śpiewano, delikatnie mówiąc, niegrzeczne utwory. Istniało przekonanie, że takie przyśpiewki przyniosą nieszczęście w amorach. Prawdziwa tragedia! Nikt bowiem nie chciał zostać starym kawalerem czy starą panną.
Biesiada i pamięć o tradycjach
Po zakończeniu trzech dni intensywnego kolędowania, tradycyjnie organizowano biesiadę, która odbywała się zwykle trzeciego dnia świąt. Była to okazja nie tylko do kontynuowania śpiewania kolęd i życzeń, ale również do jeszcze głębszej integracji społecznej oraz wspólnego spędzania czasu. Ta tradycja stanowiła więc niegdyś istotny element życia społeczno-kulturowego Podlasia, a obecnie budzi zainteresowanie jako część dziedzictwa kulturowego wartego zachowania i ożywienia.
Wspólne świętowanie Wielkanocy przez różne wyznania chrześcijańskie jest zjawiskiem dość rzadkim, więc kiedy katolicy i prawosławni obchodzą Wielkanoc tego samego dnia, jest to moment wart zauważenia. W naszym regionie jest dużo rodzin złożonych zarówno z katolików, jak i prawosławnych. Daje to też powód do spędzenia tego Święta wspólnie. Wielkanoc to najstarsze i najważniejsze święto chrześcijańskie celebrujące misterium paschalne Jezusa Chrystusa: jego mękę, śmierć i zmartwychwstanie. Święto przybrało formę trzydniowego obchodu tzw. Triduum Paschalnego, poprzedzonego czterdziestodniowym okresem przygotowania, kontynuowanego następnie radosną celebracją pięćdziesięciu dni okresu wielkanocnego aż do święta Zesłania Ducha Świętego. W przeciętnych okolicznościach, wyznawcy obu obrządków świętują Wielkanoc w różnych terminach, czasami nawet oddzielając je o kilka tygodni.
Wspólne świętowanie Wielkanocy przez katolików i prawosławnych
To, dlaczego Wielkanoc może być wspólna dla katolików i prawosławnych w danym roku, ma głębokie korzenie w zawiłych mechanizmach kalendarzowych oraz historycznych ustaleniach. Wspólne święta wypadają średnio raz na trzy lata. Ogólne zasady wyznaczenia daty świąt zostały opracowane na pierwszy soborze w Nicei. Zmartwychwstanie miało być obchodzone w pierwszą niedzielę po wiosennej pełni księżyca. Początkowo termin ogłaszano z rocznym wyprzedzeniem. Od połowy V w. przygotowano daty paschy nawet 100 lat do przodu.
Ruchomość daty Wielkanocy
To, dlaczego Wielkanoc może być wspólna dla katolików i prawosławnych w danym roku, ma głębokie korzenie w mechanizmach kalendarzowych. Różnice między kalendarzem juliańskim, stosowanym przez niektóre tradycje prawosławne, a kalendarzem gregoriańskim, przyjętym przez Kościół katolicki i wiele innych instytucji, powodują, że daty świąt mogą się różnić. Główną przyczyną ruchomości daty Wielkanocy jest fakt, że rok księżycowy nie pokrywa się dokładnie z rokiem słonecznym. W konsekwencji, różnica między kalendarzem juliańskim a gregoriańskim sprawia, że daty mogą się znacznie różnić. Są lata, kiedy 13-dniowa różnica między tymi kalendarzami powoduje, że Wielkanoc wypada w tym samym czasie dla obu wyznań. Takie wspólne świętowanie zdarza się średnio raz na kilka lat, dodając więc wyjątkowości i symbolicznego znaczenia temu wydarzeniu.
Pożegnanie postu – w tych czasach się nad nim, poza wizytą w kościele, nie zastanawiamy, ale kiedyś było to szeroko świętowane wydarzenie. Po dłużących się dniach trwania postu, trzeba w końcu coś zjeść – kończy się Wielki Post a zaczyna czas świątecznego obżarstwa. Wielki Post to czas pokuty przygotowujący do przeżycia najważniejszych dla chrześcijan świąt wielkanocnych. W Kościele łacińskim zaczyna się w Środę Popielcową, przypadającą 46 dni przed Niedzielą Wielkanocną (do postu nie wlicza się przypadających w tym okresie 6 niedziel). Czas trwania wielkiego postu ma odniesienie do trwającego 40 dni postu samego Chrystusa. Wielkopostny czas przygotowania jest też niezwykle istotny w kulturze chrześcijańskiej. To także okres refleksji, pokuty i umartwienia, który przygotowuje wiernych na celebrację zmartwychwstania Chrystusa podczas Wielkanocy. Tradycje związane z Wielkim Postem często przypominają o tych duchowych wartościach poprzez różnorodne praktyki, obrzędy i rytuały.
Pożegnanie postu – koniec z żurkiem
Przed laty, również na Podlasiu, okres ten witano w niezwykły sposób. Wszystko działo się późną porą w Wielki Piątek, bądź też rankiem w Wielką Sobotę. Jako, że główną potrawą spożywaną w poście był żurek, wylewano go całymi garnkami na ziemię. Czasem nawet zakopywano całe naczynia. Nieraz do środka dodawano jeszcze trochę popiołu. Był to znak nastania końca pokuty. Ową tradycję nazwano ”pogrzebem żuru”.
Kara dla śledzia
Nie tylko żurek był bohaterem tego symbolicznego pożegnania. Śledź, będący często głównym elementem postnych posiłków, także miał swoją rolę do odegrania. Największego, najokazalszego śledzia wybierano i przybijano do drzewa – czasem mogła to być nawet sztuczna ryba wykonana z drewna lub tektury. Ta nietypowa kara była swoistym wyrazem uznania dla śledzia, który przez cały okres wielkiego postu był „królem stołu”, dominującą potrawą na postnym stole. Wieszanie ryby odbywało się z uśmiechem na twarzy, świadcząc o radości z końca ograniczeń żywieniowych i nadchodzącej obfitości pokarmów.
Tradycje jako element kultury regionu
Te tradycje, choć dziś może praktykowane bardzo rzadko albo niepraktykowane, wciąż stanowią kolorowy i fascynujący element kultury i historii regionu. Przypominają one o głębokim znaczeniu wielkopostnego okresu przygotowania w kulturze chrześcijańskiej i oczekiwania na radosne święta Wielkanocy.
Do rozwoju Białegostoku przyczyniło się przed laty wiele osób. Niestety po wielu z nich pamieć zaginęła. Taką postacią jest bez wątpienia Mikołaj Kawelin, pułkownik carskiej armii. Słynął z niezbyt atrakcyjnego wyglądu, okazałych wąsów i niebywałego poczucia humoru. Poznajmy bliżej tego przyjaciela miasta.
O młodzieńczych latach M. Kawelina posiadamy jedynie strzępki informacji. W zapiskach historyków pojawia się twardymi zgłoskami dopiero z powodu relacji z Józefem Piłsudskim. Ponoć pomógł mu uciec z rosyjskiego więzienia. Kawelin wiedział jak ułożyć sobie życie. Ożenił się bowiem z córką senatora i właściciela ziem Zabłudowa i okolic. Małżeństwo gniazdko uwiło sobie w podbiałostockim majątku Majówka. Tam też zjeżdżała cała lokalna śmietanka towarzyska. Jakież to musiałby być imprezy…
Po wybuchu rewolucji bolszewickiej Kawelin z rodziną przeprowadził się do francuskiej Nicei. Po odzyskaniu niepodległości przez Polską postanowił wrócić na Podlasie. Na granicy jednak został zatrzymamy. Pomógł mu dawny przyjaciel J. Piłsudski. Już jako obywatel Polski zawitał do majątku w Majówce. Trzeba było go odbudować. Na szczęście miał za co. Oprócz licznych dochodowych biznesów prowadził działalność charytatywną. Brał udział nawet w przedstawieniach teatralnych, na których zbierano datki na bezrobotnych.
M. Kawelin zaangażował się głównie w sport. Sam jednak nie wyglądał na aktywnego fizycznie. Użyjmy delikatnego określenia, że był ”przy kości”. Przez trzy lata pełnił rolę prezesa ”Jagielonii”, lecz jego oczkiem w głowie było kolarstwo. To on wytyczył trasę I wyścigu kolarskiego po ulicach Białegostoku. Rajdy organizowano aż do wybuchu II Wojny Światowej. Pułkownik wspierał wielu zawodników finansowo, fundując im cenne nagrody.
Kawelin posiadał apartament w słynnym białostockim hotelu Ritz. W miejscu tym co rusz dochodziło do niecodziennych sytuacji. Jednego wieczoru magnat zamówił wszystkie dorożki, które znajdowały się pod obiektem. W jednej usiadł on sam. W drugiej zostawił kapelusz, w trzeciej zaś płaszcz. Każda część garderoby ”podróżowała” oddzielnie. Dlatego też inni goście byli zmuszeni wracać do domu pieszo. Dorożek bowiem zabrakło.
Innym razem wykorzystując otwarte okna M. Kawelin wjechał do hotelu na koniu. Zarówno pracownicy, jak i goście musieli być co najmniej zszokowani. Jakby nigdy nic podjechał pod bar i zamówił szampana. Jeden z dwóch kieliszków przeznaczył dla konia. Trzeba przyznać, że takie sceny widzieć można teraz tylko na filmach.
Białostoczanie tak kochali M. Kawelina, że nazwali jego imieniem rzeźbę buldoga angielskiego, która stała przy ogrodzeniu Pałacu Branickich naprzeciw kościoła farnego. Ponoć tak właśnie wyglądał pułkownik. Gdy ten dowiedział się o tym fakcie po prostu śmiał się przez kilka godzin. Psa zabrali Niemcy wycofujący się z miasta latem 1944 r. Myśleli, że ma większą wartość historyczną. Replikę rzeźby można oglądać w białostockim parku planty. Jej autorką jest Małgorzata Niedzielko. Jej odsłonięcie nastąpiło w 2005 r.
M. Kawelin opuścił miasto uciekając przed Armią Czerwoną. Trafił do Warszawy gdzie zmarł w 1944 r. Co ciekawe dzień śmierci pokrywa się z dniem wywiezienia przez hitlerowców rzeźby psa. Niezwykła symbolika. Pułkownika pochowano na cmentarzu prawosławnym na Woli. Kibice Jagiellonii odnowili jego pomnik, stawiając pamiątkową tablicę.
Kontynuując przeglądanie strony, zgadzasz się na instalację plików cookies na swoim urządzeniu. Ustawienia prywatnościOK
Polityka prywatności i cookies
POLITYKA PRYWATNOŚCI
Szanujemy prawo użytkowników do prywatności. Dbamy, ze szczególna troską, o ochronę ich danych osobowych oraz stosuje odpowiednie rozwiązania technologiczne zapobiegając ingerencji w prywatność użytkowników osób trzecich. Chcielibyśmy, by każdy Internauta korzystający z naszych usług i odwiedzający nasze strony czuł się w pełni bezpiecznie.
Dane osobowe po 25.05
25 maja 2018 roku wchodzi w życie Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 roku tzw. RODO. Nowe prawo nakłada na nas obowiązek uzyskania Twojej zgody na przetwarzanie przez nas danych osobowych podawanych przez Ciebie w zaszyfrowanych plikach cookies.
Przetwarzamy dane użytkownika, za jego zgodą, m. in. w celu analitycznym. Dane te pomagają nam w określeniu upodobań użytkowników, a tym samym – doskonaleniu kierowanej do nich artykułów.
Cookies – jak działają
Cookies to pliki tekstowe, które serwer zapisuje na dysku urządzenia końcowego użytkownika, dzięki czemu będzie mógł go “rozpoznać” przy ponownym połączeniu.
Portal używa cookies do zapamiętania informacji o Internautach. Rozpoznajemy ich po to, by dowiedzieć się kim są, jakiej informacji potrzebują i szukają na naszych stronach. Wiedząc, które serwisy odwiedzają częściej niż pozostałe, możemy stać się dla Nich znacznie ciekawszym i bogatszym portalem niż dotychczas. To użytkownicy dają nam wiedzę o tym, w jakim kierunku rozwijać serwisy już istniejące, jakim wymaganiom musimy jeszcze sprostać, co uzupełnić, co stworzyć nowego, by odpowiedzieć na ich oczekiwania i potrzeby.
Pliki cookies są wykorzystywane także w celach statystycznych (tworzenie statystyk dla potrzeb wewnętrznych i w ramach współpracy z naszymi kontrahentami, w tym reklamodawcami); oraz związanych z prezentacją reklam w portalu – w szczególności aby uniknąć wielokrotnej prezentacji temu samemu odbiorcy tej samej reklamy oraz w celu prezentacji reklam w sposób uwzględniający zainteresowania odbiorców
Cookies są ustawiane przy “wejściu” i “wyjściu” z Portalu. W żaden sposób nie niszczą systemu w komputerze użytkownika ani nie wpływają na jego sposób działania, w szczególności nie powodują zmian konfiguracyjnych w urządzeniach końcowych użytkowników ani w oprogramowaniu zainstalowanym na tych urządzeniach.
Należy podkreślić, że cookies nie służą identyfikacji konkretnych użytkowników, na ich podstawie nie ustala tożsamości użytkowników.
Zaufani partnerzy
Dane o Użytkownikach przetworzone w postaci profili marketingowych są udostępniane podmiotom trzecim, jednak żadne dane umożliwiające bezpośrednie zidentyfikowanie osób nie są przechowywane ani analizowane. W zakresie, w jakim Dane udostępniane są podmiotom trzecim, Użytkownik, który nie chce aby dane o ich odwiedzinach były przekazywane temu podmiotowi może w dowolnym momencie wyłączyć.
Lista zaufanych partnerów
1. Google Ireland Limited (usługa AdSense, usługa Analytics)
2. Facebook.com (komentarze pod artykułami)
Na naszej stronie używane są ciasteczka firmy Google Ireland Limited będącej naszym partnerem. Ciasteczka te służą przede wszystkim do analizy oglądalności stron internetowych w Polsce i oceny skuteczności działań reklamowych. Użytkownik może w każdym czasie zrezygnować z korzystania z tego rodzaju plików wybierając odpowiednie ustawienia w swojej przeglądarce.
Wyświetlanie reklam
Zasadą działania Portalu jest możliwość darmowego czytania artykułów dla użytkowników. Aby zapewnić sprawne działanie systemu musimy zapewnić odpowiedni poziom usług (serwery, administracja itp.) co niestety wiąże się ze sporym kosztem. Dlatego na portalu obecne są reklamy. Staramy się, aby profil reklam odpowiadał zainteresowaniom użytkowników, aby były one użyteczne i przyczyniały się do możliwości zdobycia dodatkowej wiedzy o interesujących produktach i usługach.
Cookies to pliki tekstowe, które serwer zapisuje na dysku urządzenia końcowego użytkownika, dzięki czemu będzie mógł go “rozpoznać” przy ponownym połączeniu.
Portal używa cookies do zapamiętania informacji o Internautach. Rozpoznajemy ich po to, by dowiedzieć się kim są, jakiej informacji potrzebują i szukają na naszych stronach. Wiedząc, które serwisy odwiedzają częściej niż pozostałe, możemy stać się dla Nich znacznie ciekawszym i bogatszym portalem niż dotychczas. To użytkownicy dają nam wiedzę o tym, w jakim kierunku rozwijać serwisy już istniejące, jakim wymaganiom musimy jeszcze sprostać, co uzupełnić, co stworzyć nowego, by odpowiedzieć na ich oczekiwania i potrzeby.
Pliki cookies są wykorzystywane także w celach statystycznych (tworzenie statystyk dla potrzeb wewnętrznych i w ramach współpracy z naszymi kontrahentami, w tym reklamodawcami); oraz związanych z prezentacją reklam w portalu – w szczególności aby uniknąć wielokrotnej prezentacji temu samemu odbiorcy tej samej reklamy oraz w celu prezentacji reklam w sposób uwzględniający zainteresowania odbiorców
Cookies są ustawiane przy “wejściu” i “wyjściu” z Portalu. W żaden sposób nie niszczą systemu w komputerze użytkownika ani nie wpływają na jego sposób działania, w szczególności nie powodują zmian konfiguracyjnych w urządzeniach końcowych użytkowników ani w oprogramowaniu zainstalowanym na tych urządzeniach.
Należy podkreślić, że cookies nie służą identyfikacji konkretnych użytkowników, na ich podstawie nie ustala tożsamości użytkowników.