Co się działo w Białymstoku po II Wojnie Światowej? Nowy rozdział w historii miasta.

Co się działo w Białymstoku po II Wojnie Światowej? Nowy rozdział w historii miasta.

Po II Wojnie Światowej Polska utraciła ziemie wschodnie, a zyskała zachodnie. Dla Białegostoku oznaczało to, że będą miastem przygranicznym z ZSRR. W kraju zaś panuje „demokracja” ludowa. Żadnym krajem jednak nie da się rządzić centralnie, stąd też naturalne jest powstanie administracji terenowej, która będzie odpowiedzialna za odbudowę kraju po wojnie. Białystok w 95 proc. jest kompletnie zniszczony. Pozostały pojedyncze budynki – bazylika mniejsza czy kościół św. Rocha. Pałac Branickich i centrum jest kompletną ruiną. Do Białegostoku przyjechała specjalna komisja, która ogłosiła miesiąc odbudowy miasta. Przede wszystkim mieszkańcy odbudowywali fabryki i inne budynki przemysłowe. Do życia powróciła także elektrownia. W mieście zaczynał się nowy rozdział w kartach historii.

 

Kompletnie zniszczony Białystoku. Zdjęcie lotnicze z 1944 roku.

 

Jedną z osób, której zawdzięczamy kształt powojennego miasta to Stanisław Bukowski. Architekt i urbanista nadzorował odbudowę Pałacu Branickich, barokowego centrum miasta, Pałacyk Gościnny, budynek Loży Masońskiej (potem książnicy podlaskiej), klasztor Sióstr Miłosierdzia czy też budynek zbrojowni (dawne Archiwum Państwowe). Architekt dopilnował też budowę wielu kamienic w centrum. Czuwał też nad dokończeniem kościoła Świętego Rocha. Za największe dzieło Bukowskiego uznaje się jednak gmach Komitetu Wojewódzkiego PZPR (obecnie wydział historyczny UwB). Kolejne charakterystyczne dla PRL budynki powstawały w latach 50, 60 i 70. Poczta przy ul. Kolejowej oraz „Okrąglak” po drugiej stronie ulicy. Galeriowec, Spodki i dworzec autobusowy PKS. W centrum natomiast pojawiło się „Kino Pokój”, Hotel Cristal, EMPIK, Pedet i Central. Pojawiły się też gmach sądu przy ul. Skłodowskiej, Dom Technika, budynek uniwersytetu „ONZ”, szpital „Gigant”, Filharmonia na Podleśnej oraz pawilony na ul. Akademickiej. Nie można też pominąć stadionu „Gwardii”, który powstał na potrzeby organizacji Dożynek Centralnych, które miały miejsce 1 września 1973 roku.

 

 

Międzyczasie pojawiły się także bloki mieszkalne, które wyrastały między drewnianymi chatami. Do mieszkań sprowadzali się przede wszystkim ludzie z pobliskich miejscowości. Potrzebnych było mnóstwo rąk do pracy w odbudowanych fabrykach. Zaś po poprzednich mieszkańcach zostało tylko wspomnienie. Zamieszkujący Białystok Żydzi zostali spaleni żywcem w synagodze, zamordowani w Getcie lub wywiezieni do obozów koncentracyjnych. W 1939 roku w mieście żyło 107 tys. osób. W 1946 roku powojenne liczenie wykazało 56,7 tys. osób. Liczba ta zaczęła w kolejnych latach rosnąć. Zaś nowi mieszkańcy zamieszkiwali głównie bloki.

 

 

W latach 60. wykonano kolejny spis powszechny, który wykazał, że w Białymstoku mieszka już 120 921 osób. W 1976 roku liczba przekroczyła 200 tys. Zaś w 2017 roku już 297 288 mieszkańców – przeskakując Katowice i zajmując 10 miejsce. Niestety prognozy wskazują, że nie przebijemy już 300 000 mieszkańców. Eksperci obliczyli, że na pewno nie stanie się tak do 2050 roku. W ciągu następnych 10 lat liczba mieszkańców ma spaść w całym województwie podlaskim. W samym Białymstoku tendencja rosnąca ma się utrzymywać 2022 roku. Warto jednak zauważyć, że wiele mieszkańców ucieka na przedmieścia. Za jakiś czas mogą one jednak być włączone do Białegostoku – tak jak kiedyś uczyniono z Dojlidami Górnymi, Zawadami czy Halickimi. Wtedy osiągnięcie magicznych 300 000 mieszkańców będzie możliwe.

Partnerzy portalu:

Urzędnicy chcą chronić wieś. Mieszkańcy protestują i mają rację!

Urzędnicy chcą chronić wieś. Mieszkańcy protestują i mają rację!

Przykład podsokólskich Bohonik pokazuje jak bezradni są urzędnicy oraz jak z dobrego pomysłu można próbować przejść do fatalnej realizacji. Niesamowite miejsce jakim są całe okolice mogą być zniszczone przez chciwość i niemoc.

 

Zacznijmy od wytłumaczenia co to za wieś Bohoniki i dlaczego jest taka ważna. Właśnie tam znajdują się pomniki historii, a zarazem dziedzictwo tatarskie – przepiękny meczet oraz mizar (cmentarz). Urzędnicy słusznie chcieliby, by wieś ta stała się parkiem kulturowym – dzięki czemu byłaby bardziej chroniona. Tymczasem mieszkańcy mówią stanowczo dla tej inicjatywy NIE i… mają rację. Niekompetentni urzędnicy zdają się nie widzieć lub nie chcieć widzieć, że pomnik historii i całe Bohoniki same w sobie nie potrzebują ochrony lecz potrzebuje takowej cała okolica. Bowiem chciwość doprowadziła do kompletnego zniszczenia przepięknych i unikatowych krajobrazów krainy geograficznej jaką są Wzgórza Sokólskie. Teraz pośród Bohonik pełno jest maszyn, które przepiękne widoki zamieniły w żwirownie.

 

 

W koncepcji urzędników więc są Bohoniki jako wyspa nieskalana żwirowniami. W koncepcji mieszkańców – ochroną powinny być objęte wszystkie tereny. Tak, by nie można było tworzyć żadnych żwirowni w okolicy, a obecne przestały działać. Samo utworzenie parku kulturowego spowoduje ograniczenia dla mieszkańców, a żwirownie jak niszczyły przepiękny krajobraz, tak będą niszczyć. Wzgórza Sokólskie pełne są kruszywa jakim jest żwir, który używa się przede wszystkim do budowy dróg. Dlatego też zapotrzebowanie jest ogromne. Nic dziwnego, że pełno jest chętnych do jego wydobywania. Niestety odbywa się to kosztem unikalnego krajobrazu, który jest z powodu swojej wyjątkowości powinien podlegać ochronie. Urzędnicy, którzy mogą tak uczynić nie chcą jednak tego dostrzec. Dlaczego? Nie wiadomo. Ostateczna decyzja jeszcze nie zapadła. Być może Bohoniki nie będą wyspą, lecz cały, jak największy obszar stanie się parkiem kulturowym, dzięki czemu uda się uratować chociaż część tego, co uformowała w tamtym rejonie natura.

 

Partnerzy portalu:

Mikołaja Kawelina znali w mieście wszyscy

Mikołaja Kawelina znali w mieście wszyscy

 

   15 sierpnia 1905 roku. Ze Zwierzyńca rusza pierwszy w historii Białegostoku wyścig kolarski dookoła miasta. Trzydziestodwukilometrowy dystans jako pierwszy pokonuje Konstanty Żyłkiewicz, uczestnik wojny rosyjsko-japońskiej, późniejszy świetny zegarmistrz, główny konserwator zegara na miejskim ratuszu.   Rower nie jest zbyt powszechnym środkiem lokomocji nad Białą – bo choć od czasu, kiedy syn Hermana Comminchau, znanego i bogatego fabrykanta sukna (w jego pałacu przy Warszawskiej mieści się obecnie Wydział Ekonomii Uniwersytetu w Białymstoku), sprowadził pierwszy wielocyped nad Białą, upłynęło kilkanaście lat, pojazdy te są nadal drogie.
  Mikołajowi Kawelinowi, carskiemu pułkownikowi i organizatorowi pierwszego wyścigu dookoła Białegostoku, nie brakuje jednak śmiałych wizji.
  Jego osobę podczas tegorocznych Dni Kultury Rosyjskiej przypomniał Zbigniew Karlikowski, autor książki „Mikołaj Kawelin i kolarstwo w Białymstoku”. Spotkanie, w którym uczestniczyło kilkadziesiąt osób, zorganizowało Rosyjskie Stowarzyszenie Kulturalno-Oświatowe.
  W 1905 roku Mikołaja Kawelina (1865-1944) znają w mieście wszyscy, bo i zadomowił się tutaj na dobre.
  Zjawił się nad Białą w końcu XIX wieku, ożenił z Heleną Kruzenstern, córką senatora Aleksandra Kruzensterna, wnuczką admirała Iwana Kruzensterna, który w latach 1803-1806 dowodził pierwszą rosyjską morską ekspedycją dookoła świata.
  Papa wybranki nie ma z morzem nic wspólnego, jest dyrektorem kancelarii dyplomatycznej namiestnika Królestwa Polskiego, tajnym radcą dworu, od połowy XIX wieku właścicielem dóbr zabłudowskich, budowniczym pałacu w Dojlidach, w którym mieści się obecnie Wyższa Szkoła Administracji Publicznej. Aleksander Kruzenstern, ojciec trojga dzieci, bogato je uposażył. Pałac, Zabłudów i Dojlidy z browarem pozostawia córce Zofii, która wychodzi za mąż za hrabiego Rydygiera. Helena jako wiano otrzymuje folwarki Borowiki, Kamionkę, Kucharówkę, Rafałówkę i Zacisze, razem, bagatela, ponad siedem tysięcy hektarów ziemi, w tym niemało lasów.
  Wśród tych lasów, w Majówce, piętnaście kilometrów od Białegostoku, Kawelinowie budują dla siebie pałac, do którego wiedzie dwukilometrowa, wybrukowana prywatna droga.
Przychodzą na świat dzieci, dwie córki – Helena i Tatiana.
  Wkrótce Mikołaj Kawelin daje się poznać jako mecenas sportu – po pierwszym wyścigu dookoła Białegostoku przychodzą kolejne – w latach 1909-1912. Wszystkie, z wyjątkiem ostatniego, wygrywa Konstanty Żyłkiewicz. W ostatnim też prowadzi – ale chuligański wybryk nieznanych sprawców, którzy z premedytacją rozkopali jezdnię, doprowadza do bolesnego upadku lidera i zmienia kolejność na mecie.
Pierwsza wojna światowa nie tylko przerywa sportową rywalizację, ale burzy spokojne życie. Część ludności ruskiej udaje się w bieżeństwo na wschód, ci bogatsi, zwłaszcza gdy z Rosji dochodzą coraz bardziej niepokojące wieści o rewolucji – na zachód. Kawelinowie docierają do Francji. Tam małżeństwo się rozpada, córki pozostają przy matce.
 
Mikołaj Kawelin decyduje się na powrót do Polski. Wraca 11 maja 1920 roku samolotem z Nicei do Warszawy (wojna bolszewicko-polska trwa). Musi być znaczącą osobistością, bo jego przybycie i kłopoty odnotowuje warszawska prasa: „Dziennik Warszawski” doniósł wczoraj wieczorem, że właściciel dóbr Rafałówka płk Kawelin otrzymał stanowcze wezwanie do opuszczenia Polski i na razie jest internowany w Konstancinie, skąd nie wolno mu wyjeżdżać do Warszawy. Jak nas poinformowano ze źródła miarodajnego, panu Kawelinowi pozwolono pozostać w Polsce pod warunkiem mieszkania w Konstancinie.

  Po kilkunastu dniach temat powraca: Aresztowanego w hotelu pułkownika Kawelina, właściciela dóbr Rafałówka pod Białymstokiem – uwolniono, ale komisarz m. Warszawy Anusz wezwał go, aby w ciągu dni dziesięciu opuścił Polskę.
  Tu dzieje się rzecz niebywała. Wyznaczony termin mija, a carski pułkownik nie tylko nie wyjeżdża z Polski, ale otrzymuje polskie obywatelstwo i zwrot swego całego majątku. Musi mieć wysoko postawionych przyjaciół. Czyżby prawdziwe były pogłoski, że w młodości uratował życie Piłsudskiemu?
Zbigniew Karlikowski nie wyklucza takiej możliwości.
Jedno jest pewne. Pułkownik po powrocie do zdewastowanego majątku przeznacza 130 ha ziemi ornej dla legionistów.
  Widok zniszczonej siedziby nie przeraża go. Pałac rozbudowuje i czyni jeszcze piękniejszym. Zajrzyjmy na chwilę do środka. Tuż przy wejściu po obydwu stronach stały dwa duże akwaria z rybkami. W salonie oprócz fortepianu były stylowe meble i skórzane brązowe kanapy, na podłodze leżały perskie dywany. W gabinecie nie brakowało ani maszyny do pisania, ani ogniotrwałej kasy.
  Najbliższe otoczenie pałacu też wzbudzało podziw. Były korty tenisowe, studnia głębinowa i wieża ciśnień, prywatna linia telefoniczna – tel. nr 2. Kawelin miał też do swojej wyłącznej dyspozycji apartament w luksusowym hotelu Ritz. A był to hotel nie byle jaki. Zbudowany z inicjatywy finansjery rosyjskiej i francuskiej w latach 1909-1913, stał nad Białą w bliskim sąsiedztwie obecnego Pałacu Ślubów. Jako jedyny budynek w mieście posiadał windę, bez krawatu czy muszki do niego nie wpuszczano. Nad dobrym samopoczuciem gości czuwał liczny personel.
  W pałacu w Majówce Kawelin też miał służbę – około dwudziestu osób. Zbigniew Karlikowski wymienia je z nazwiska. Jak udało mu się skompletować tę listę? Odszukując związanych z pałacem ludzi. Po ruinach pałacu oprowadzał go Jerzy Pankiewicz, wiele informacji udzieliła Jadwiga Pankiewicz, siostra pracującej u Kawelinów pokojówki. W poszukiwaniu innych wiadomości Zbigniew Karlikowski przewertował roczniki lokalnych i stołecznych gazet.
  W „Białostockim Głosie Codziennym” natrafił na szczegółową relację z powitania pułkownika i jego drugiej małżonki Olgi: W środę 24 kwietnia 1929 roku o godz. 7 wieczorem samolotem z Warszawy wrócił z podróży poślubnej z Nicei do Majówki właściciel majątku, płk Mikołaj ze swą młodą żoną Olgą Kawelinową. Służba majątku i ludność okolicznych wsi zgotowała młodej parze uroczyste przywitanie – donosił reporter. Zachwycał się dwiema bramami powitalnymi, zbudowanymi przy wjeździe na dwukilometrową prywatną drogę pułkownika oraz bezpośrednio do jego pałacu, podziwiał kunszt technika Michała Blausztejna, który wykonał wspaniałą iluminację elektryczną zarówno drogi, jak i samej siedziby.
  Na spotkanie nowożeńców wyjechali na szosę – cała straż ogniowa w hełmach i mundurach wsi Kamionka (która utrzymywana jest z całości z funduszów Kawelina), Zarząd Domu Ludowego w Kamionce (dom ten budowany jest z funduszów Kawelina), okoliczni wieśniacy oraz z kilku sąsiednich wsi (Rafałówka, Dobrzyniówka, Zacisze, Zajezierce, Płoski, Łukjany, Tatarowce, Henrykowo, Sobolewo, Izoby, Zajma) – pisał. Było ich kilkuset, którzy następnie ruszyli w ślad za samochodem wiozącym pułkownika z małżonką. Ponad 600 jeźdźców harcowało na koniach za samochodem Kawelina.
  Parę młodą powitali w imieniu Powiatowego Związku Ziemian prezes związku, Tadeusz Teczyński, w imieniu służby nadleśniczy majątku Lucjan Głuchowski, chlebem i solą najstarszy wiekiem gajowy, Hejdel, który pracował u pułkownika od czterdziestu lat.Wzruszony Kawelin gorąco dziękował wszystkim za serdeczne życzenia i uroczyste spotkanie, podkreślając że zawsze starał się jako dziedzic rozumieć i cenić swych ludzi, swoją służbę i sąsiadów. Uroczyste spotkanie, które urządziła panu Kawelinowi ludność okolicznych wsi, wybitnie świadczy o tem, jak popularny jest wśród ziemiaństwa i chłopów pan Kawelin i jakim szacunkiem i sympatią się cieszy.
  Sympatie ludności pan Kawelin zaskarbił nie tylko swoją szczodrością i hojną kieszenią, lecz zaletami swego charakteru, swą szczodrością, prostotą i dobrocią w obejściu z ludźmi. (…) Tyle relacja w „Białostockim Głosie Codziennym”.
Tę szczodrość, o której pisał reporter, podkreślali wszyscy, zarówno pracownicy, jak i sportowcy.
Pracowników pułkownik zatrudniał wielu, bo i majątek miał niemały. Zarząd znajdował się w Kamionce, w odległości trzech kilometrów od pałacu. W majątku hodowano głównie krowy – stado liczyło 50 sztuk, były też konie, zarówno do pracy w polu, jak i wyścigowe, które brały udział w gonitwach na warszawskim Służewcu.
  Kawelin nieczęsto bywał w Kamionce, odkąd się ożenił, tę powinność przejęła żona Olga. Z myślą o mieszkańcach wsi zbudował tam Dom Ludowy, wyświęcony w 1930 roku. Na tę uroczystość przybyli dostojni goście z Białegostoku z prezydentem miasta Wincentym Hermanowskim na czele.
W pałacu w Majówce bywała nieraz Irena Tarasewicz z domu Czesnowicz. Urodziła się w Cieliczance, w rodzinie drwala.
– Co ty Adolf cale życie będziesz siekierą machał, przychodź do mnie jako gajowy pracować – zaproponował mu pewnego dnia Mikołaj Kawelin. I widząc, że w domu Czesnowicza się nie przelewa, dodał: – Masz sto złotych, kup krowę, żeby dzieci miały mleko.
– Ale kiedy ja oddam – nie przestawał martwić się Adolf.
– Oddasz, kiedy będziesz mógł, a jak nie, to i tak zostanie.
I tak rodzina Czesnowiczów przesiedliła się do rogatki w Majówce, obok której przebiegała prywatna droga do pałacu. Drogę zamykał szlaban. Kiedy nadjeżdżał samochód, mama pani Ireny wybiegała, żeby go podnieść. Pani Kawelinowa nieraz zabierała małą Irenkę do pałacu, kupowała prezenty, a to pantofelki, a to sukieneczkę.
  W 1936 roku Maria Czesnowicz była w ciąży z trzecim dzieckiem. Kiedy nadszedł czas porodu, wezwano położną z Zacisza, ale ta była bezradna. Poród nie następował, a matka czuła się coraz gorzej. Adolf w końcu powiadomił Kawelina. Ten natychmiast dał swój samochód i Marię odwieziono do szpitala. W ostatniej chwili. Bo choć dziecko urodziło się martwe, matkę udało się uratować.
Olga Kaweliniowa nieraz wynajmowała Marię Czesnowicz do różnych prac we dworze. I zawsze zapraszała na święta, także katolickie, które urządzała dla służby. Ogromny stół uginał się wówczas od smakołyków.
Głównym bogactwem Kawelinów są lasy, oczkiem w głowie pułkownika pozostaje sport.
 

   W 1927 roku Mikołaj Kawelin wchodzi w skład zarządu Klubu Sportowego „Ognisko” i już niebawem ofiarowuje na budowę hangarów lotniczych na Krywlanach tysiąc metrów sześciennych drewna. Rok później podczas tenisowych Mistrzostw Białegostoku funduje zwycięzcom bardzo cenną nagrodę – dwie rakiety słynnej firmy Slezenger.
  Jego talent menadżerski i organizatorski ujawnia się najbardziej, gdy w 1932 roku zostaje jednym ze współzałożycieli białostockiego klubu sportowego „Jagiellonia”. Pierwszym prezesem wybrano co prawda starostę grodzkiego Jana Mieszkowskiego, ale już po siedmiu miesiącach pałeczkę przejmuje pułkownik Kawelin. To za jego rządów klub rozkwita, ma aż czternaście sekcji, w lekkiej atletyce zajmuje trzecie miejsce w kraju. Gdy pułkownik w 1935 roku odchodził z klubu, nadano mu tytuł honorowego członka „Jagiellonii”. A on ofiarował drewno także na trybuny stadionu na Zwierzyńcu.
Cały czas jak mógł pomagał sportowcom, nie tylko poprzez fundowanie nagród.
– Kolarz Leonard Łuszczewski wspominał, że Kawelin dostarczał mu bezpłatnie opał na zimę – dzieli się swoimi kolejnymi odkryciami Zbigniew Karlikowski.
Pułkownik działa też aktywnie w Rosyjskim Towarzystwie Dobroczynności. Bierze udział w balach charytatywnych, organizowanych w hoteli Ritz, a także w spektaklach wystawianych w Rosyjskim Teatrze.
– W naszym domu nieraz mówiono, że roli Wujaszka Wani Mikołajowi Kawelinowi pozazdrościłby niejeden aktor – wspomina pani Halina Romańczuk, przewodnicząca Rosyjskiego Stowarzyszenia Kulturalno-Oświatowego.
  Nadchodzi rok 1939. Wojna wisi w powietrzu. W sierpniu, gdzieś o trzeciej w nocy, rodzinę Czesnowiczów budzi dźwięk klaksonu. Maria czym prędzej wybiega z domu, by podnieść szlaban. – Wyjeżdżamy do Warszawy, księgowy wypłaci wam pieniądze – uspokaja leśniczego Kawelin i wysypuje im wiele drobnych monet.
  To są ostatnie godziny pobytu pułkownika w Białymstoku. Umiera tuż przed powstaniem warszawskim, w lipcu 1944 roku. Potem odchodzi także Olga Kawelinowa.
  Zbigniew Karlikowski bardzo chciał odnaleźć ich grób. Kupił mapę Warszawy i zaczął szukać prawosławnego cmentarza. Znalazł na Woli.
– Wszystkie dokumenty spłonęły podczas powstania – Mirosław Kuprianowicz, pracownik parafialnej kancelarii, bezradnie rozłożył ręce. – Proszę zostawić swój numer telefonu, jeśli czegoś się dowiem, zadzwonię.
Odezwał się po dwóch tygodniach z wiadomością, że w starej części cmentarza znalazł poszukiwany grobowiec.
Pan Zbigniew od razu wsiadł do pociągu. Radość rozpierała mu serce. Nawet fatalny stan grobowca nie był w stanie jej zmniejszyć. Wiadomość o odkryciu obiegła wszystkich białostockich historyków, dotarła także do Jagiellonii.
– Odrestaurujmy pomnik – z taką inicjatywą wystąpił Jarosław Dunda, były przewodniczący Stowarzyszenia Kibiców Jagiellonii, nauczyciel historii w liceum na Antoniuku.
  Pomysłu nie trzeba było dwa razy powtarzać. Podczas meczu Jagiellonii z Legią Warszawa kibice zebrali do czapek ponad 6 tys. złotych. Do akcji włączyli się sympatycy klubu, Sławomir Przestrzelski oraz Adam i Marcin Bałakierowie, fachowcy od obróbki kamienia i metaloplastyki. Bezpłatnie odrestaurowali 24 metry zardzewiałego ogrodzenia, wymienili rozsypujące się słupki na granitowe, odczyścili krzyż z piaskowca i nagrobną płytę. Dzięki temu napis „Mogiła Kawelinych” stał się bardziej czytelny. Za zgodą administracji cmentarza zamontowali jeszcze jedną płytę z napisem „Mikołaj Kawelin 1865-1944. Prezes Jagiellonii Białystok w latach 1932-1935. Renowację grobowca przeprowadzili kibice Jagiellonii”.
– Podczas prac wykonawcy wpuścili kamerę do środka grobowca – wspomina Zbigniew Karlikowski. – Odkryli, że trzy razy chowano w nim zmarłych. Pierwszy został zamurowany ścianą z pięknej gotyckiej cegły, starannie połączonej fugą. Widać, że praca nie była wykonywana w pośpiechu. Przy drugim pochówku ten pospiech był już widoczny – wykorzystano różne kawałki cegieł, a i połączono je bez należnej staranności, najprawdopodobniej podczas wojny. Trzecią trumnę po prostu wstawiono do środka.
Kto spoczywa w grobowcu oprócz Mikołaja Kawelina i jego żony Olgi? Tego już chyba nigdy się nie dowiemy.
  Pamięć o Kawelinie, dobrym panie, przetrwała wśród ludzi pracujących na jego polach. Wśród nich była także mama radnego Stefana Nikiciuka. To on wystąpił z propozycją, by białostockiemu rondu u zbiegu ulic Ciołkowskiego i Baranowickiej nadać imię Mikołaja Kawelina.
– Dyskusja była bardzo burzliwa – wspomina Zbigniew Karlikowski – który uzasadniał pomysł merytorycznie. W końcu się udało.
Udało się też przed rokiem poprowadzić rajd rowerowy im. Mikołaja Kawelina, od miejsca, w którym stał nieistniejący już hotel Ritz do Majówki. Szkoda, że w tym roku zabrakło już na to środków.
Szkoda też, że wciąż nie załatwiona jest jak należy sprawa tabliczki na replice przedwojennego psa – śmietniczki. I tu kilka zdań wyjaśnienia.
  Przed wojną białostoccy twórcy – rzeźbiarze wpadli na żałosny pomysł, by parkowej śmietniczce w kształcie psa buldoga nadać rysy twarzy Kawelina.
– W ten sposób chciano go poniżyć – uważa Halina Romańczuk. – Jak na to reagował? Ze śmiechem, bo jak twierdził, obiżatsa można tolko na rownych siebia, a autorów pomysłu nazywał żałkimi lud’mi.
Przed kilku laty współcześni białostoccy twórcy poszli dalej. Wykonali replikę śmietniczki, która urosła już do miana rzeźby, a na niej umieścili tabliczkę. „Pies Kawelin, replika rzeźby Piotra Sawickiego seniora, wykonana przez Małgorzatę Niedzielko. Dar Podlaskiego Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych dla mieszkańców Białegostoku. Mecenas Contractus Spółka z o.o. Białystok, 24 czerwca 2005 roku”.
Ten napis wielu białostoczan uważa za skandaliczny. Jedna litera ostudziłaby niepotrzebne emocje. Na podpis „Pies Kawelina” zgadzają się wszyscy.

fot. archiwum
Zbigniewa Karlikowskiego
Ałła Matreńczyk

Partnerzy portalu:

Czas na dyskusję. Droga ekspresowa, kolejowe rozkłady jazdy i przyszłość placu w rękach mieszkańców.

Czas na dyskusję. Droga ekspresowa, kolejowe rozkłady jazdy i przyszłość placu w rękach mieszkańców.

Droga krajowa nr 19, rozkłady jazdy pociągów POLRegio oraz Plac NZS. To sprawy, w których mieszkańcy mają więcej do powiedzenia niż tylko głos przy urnie. Demokracja pośrednia wiąże się z tym, że wybierając przedstawicieli dajemy im w zasadzie wolną rękę w kształtowaniu naszego otoczenia. Są jednak takie sprawy, które cieszą się wyjątkowo dużym zainteresowaniem przez co dodatkowo są konsultowane z lokalnymi społecznościami.

Droga Krajowa nr 19

fot. GDDKiA

 

Tak też jest z drogą krajową nr 19, która od lat jest obietnicą wyborczą. „Droga ta musi być ekspresowa. Tylko wybierzcie właśnie mnie!”. Takie stwierdzenie można w zasadzie dopisać do każdego, kto ubiegał się o jakiś urząd, niezależnie czy ten urząd ma wpływ na S19 czy nie ma. Na szczęście po wielu latach, być może i dekadach dyskusji coś zaczyna się dziać w tym temacie. Jest aż 5 wariantów przebiegu nowej ekspresówki.

 

W ostatnim czasie dyskutowano nad najnowszą koncepcją, która ma szanse na realizacje. Droga krajowa nr 19 zaczyna się na granicy Polski i Białorusi w Kuźnicy. Prowadzi do Białegostoku przez Sokółkę, Straż i Czarną Białostocką, a następnie łączy się z krajową ósemką, biegnie obwodnicą Białegostoku, następnie przez osiedle Piasta i Dojlidy, dalej prowadząc do Zabłudowa, Bielska Podlaskiego i Lublina. W takim wariancie nie ma mowy, by droga była ekspresowa, dlatego musi być zmieniony jej przebieg. W najnowszej koncepcji droga ekspresowa prowadziłaby omijając Sokółkę, Straż i Czarną Białostocką. Pozostała część koncepcji nie zmieniłaby się – tj. prowadząc przez Dobrzyniewo, łącząc się z obecną krajową 19 dopiero w Ploskach.

Kolejowe rozkłady jazdy

 

Kolejną sprawą, w której dodatkowo mogą wypowiedzieć się mieszkańcy Podlasia są rozkłady jazdy kolei regionalnych PolRegio. Rozkład ten zacznie obowiązywać dopiero od 15 grudnia 2019 roku. Warto jednak, by mieszkańcy skorzystali z tej okazji. Wiadome jest, że nie ma co się wypowiadać w sprawach oczywistych – czyli połączeń, które już są, lecz warto też wypowiedzieć się w sprawie połączeń, których nie ma a być powinny.

 

Obecnie z Białegostoku można dojechać kolejami regionalnymi do Suwałk oraz miejscowości po drodze tj. Wasilków, Czarna Białostocka, Sokółka, Dąbrowa Białostocka czy Augustów. Można też dojechać do Ełku przez Mońki, Osowiec i Grajewo. Na zachód dojedziemy do Szepietowa przez Łapy. Jest także pociąg do Kuźnicy po trasie suwalskiej. Można także dostać się do Czeremchy przez Bielsk Podlaski.

 

Mimo istniejących torów nie dojedziemy do Sokola i Gródka. Tam szynobus jeździ tylko w wakacje i to w weekendy. Nie ma też bezpośredniego połączenia Białegostoku z Hajnówką i Siemianówką. Nie ma też bezpośredniego połączenia Białegostoku z Siemiatyczami oraz Siedlcami. Pociągi jadące do Szepietowa nie dojeżdżają też do granicy z województwem w Czyżewie. Osobną kwestią są remonty. Pociągi mogłyby jeździć z Białegostoku przez Łapy, Łomżę, Śniadowo do Ostrołęki. Jednak póki co nie ma tam dobrej infrastruktury kolejowej. Podobnie jest z dojazdem do Białowieży. W przyszłości ma to się jednak zmienić.

Plac NZS

 

Ostatnią kwestią którą mogą opiniować mieszkańcy jest przyszłość placu NZS (dawniej Plac Uniwersytecki). Jak wiadomo stoi wielki kawał ziemi w samym centrum, który jest pusty. A mógłby być na przykład wielkim parkingiem (każdy wie, że w zaparkowanie w Centrum to jak wygrana w totolotka). Inną koncepcją jest wpuszczenie tam ludzi i utworzenie miejsca do rekreacji, co byłoby akurat pomysłem niemądrym, bo takich miejsc w Białymstoku można utworzyć wiele – a tam gdzie jest ruch samochodowy dookoła może skutkować wypadkami i wdychaniem spalin. I tu dochodzimy do kolejnej kluczowej kwestii – co z ruchem samochodowym wokół placu – czy ma zostać w obecnej formie? Na te i inne pytania można odpowiedzieć w specjalnej ankiecie.

 

Nasz pomysł jest dużo radykalniejszy – by przebudować nie tylko sam plac. Przede wszystkim pozbyć się pomnika na wzgórzu i utworzyć nowy, mniejszy w innym miejscu. Zburzyć też relikt PRL jakim jest budynek Uniwersytetu w Białymstoku, który chyba dla żartu został zabytkiem. Następnie na wielkiej przestrzeni stworzyć wielki, dwupoziomowy parking podziemny, zaś na górze zasiać łąki kwietne i utworzyć przestrzeń do rekreacji. Ruch samochodowy zaś puścić tworząc skrzyżowanie Grochowej z ulicą Odeską (którą trzeba wybudować przy Teatrze Lalek, następnie w Mariańskiego i Skłodowskiej. Liniarskiego i Kalinowskiego zaś służyłyby tylko do dojazdu do podziemnego parkingu.

Czy ktoś w ogóle weźmie to pod uwagę?

Konsultacje społeczne, w których bierze udział kilka osób raczej nie mają znaczenia. Jednak jeżeli jest wielkie zainteresowanie tą formą, to urzędnikom trudno będzie zignorować głos obywateli. Dlatego też najnowszy wariant drogi ekspresowej nr 19 jest możliwy. Na jego prezentację i dyskusję przyszło tyle osób, że nie wszystkich pomieściła sala. Jeżeli skrzynki Urzędu Marszałkowskiego w sprawie rozkładów i skrzynki Urzędu Miejskiego w sprawie placu także zostaną zasypane, to wtedy urzędnicy nie powinni głosu obywateli ignorować. W innym przypadku dostaniemy coś, czego nie chcemy. A wtedy urzędnicy zapytają – a gdzie byliście gdy były konsultacje?

Partnerzy portalu:

Białystok niepodległy dopiero od 1919 roku. To były szalone i krwawe czasy!

Białystok niepodległy dopiero od 1919 roku. To były szalone i krwawe czasy!

11 listopada 1918 roku Polska odzyskała niepodległość, ale nie Białystok. Dzieje miasta były trochę szalone i niestety krwawe. Dlatego też dzień, w którym w Białymstoku świętuje się niepodległość to nie 11 listopada, lecz 19 lutego. Wtedy stał się częścią niepodległego państwa polskiego. To właśnie tego dnia do miasta wkroczyły polskie wojska. Powyższa pocztówka pamiątkowa została zrobiona jednak po 3 dniach, gdy zorganizowano oficjalne uroczystości przed katedrą. Warto pamiętać, że Białystok był miastem, w którym większość mieszkańców stanowili Żydzi. Trochę mniej było Polaków. Na ulicach można było też usłyszeć rosyjski i niemiecki język. Wymieszany, wielokulturowy, wielonarodowościowy Białystok odzyskujący niepodległość w ocenie żydowskiej społeczności powinien pozostać wolny na wzór Gdańska jako autonomiczne miasto-państwo pod ochroną Ligi Narodów. Polacy zaś cieszyli się, że został częścią niepodległej II RP. Dopiero w kolejnych miesiącach ludność Żydowska, gdy dostrzegła że Rzeczypospolita mimo trwającej wojny polsko-bolszewickiej jest stabilna – coraz mniej optowali za autonomią. Coraz silniej zaczęły dominować głosy o polsko-żydowskiej jedności na rzecz rozwoju miasta.

 

W 1914 roku wybuchła I Wojna Światowa. Wielka Brytania, Francja, Imperium Rosyjskie, USA, Włochy i inne państwa zaczęły walczyć przeciwko Turcji, Bułgarii oraz zajmujących tereny Królestwa Polskiego – Austro-Węgry i Niemcami. Białystok wówczas zamieszkiwało 90 tys. osób. 61,5 tys. to byli Żydzi. Pozostali poza małymi grupkami byli zaliczani do narodowości polskiej. To właśnie dla nich pojawiła się nadzieja, że państwo które istnieje tylko w ich świadomości – zacznie funkcjonować w rzeczywistości. Dla Żydów natomiast wojna ta była wielkim nieszczęściem. Musieli oni bowiem walczyć przeciwko sobie. W niemieckiej armii było 100 tys. żydowskich żołnierzy. Zaś w austro-węgierskiej armii 320 tys. żydowskich żołnierzy. Przeciwko nim walczyło 660 tys. żydowskich żołnierzy z krajów Ententy.

Rosjanie uciekli, miasto przejęli Niemcy

Białystok znajdował się na terenie Imperium Rosyjskiego. Wybuch I Wojny światowej przerwał rozwój Białegostoku. Wprowadzono w nim stan wojenny, aresztowano wiele osób, wysiedlono podejrzanych o działalność rewolucyjną. Ponadto przeprowadzono mobilizację wojskową, wstrzymano wypłaty i zamknięto fabryki. Dopiero po miesiącu ponownie otwarto fabryki, które miały obsługiwać armię po cenach niekorzystnych.

 

W 1915 roku Rosjanie uciekli z miasta, a ich miejsce zajęli Niemcy. 26 sierpnia Białystok znajdował się pod zarządem Ober-Ostu. Rozpoczęły się konfiskaty mienia. Handel był pod rygorystyczną kontrolą. Zaczęto racjonować żywność i wywozić ludzi na roboty do Niemiec. Odcięto Białystok od kongresowego Królestwa Polskiego (wcześniej pod reżimem rosyjskiego cara). Białostockie zakłady włókiennicze zawiesiły produkcję. Zaczęło brakować opału, jedzenia, zaś miasto opanowały epidemie przez kiepską sytuację sanitarną. Ceny jedzenia poszły mocno w górę. W 1916 roku Niemcy złagodzili ucisk narodowy i kulturalny. Zaczęto reaktywować działalność włókienniczą – na potrzeby armii. Okupanci mieli zaufanie do żydowskich fabrykantów. Stąd też to oni byli faworyzowani przy reaktywacji przedsiębiorstw.

 

Koniec I Wojny Światowej

W 1918 roku podczas gdy wszyscy spoglądali w błękitne niebo wyczekując końca wojny, pogoda była zupełnie niecodzienna. Wrzesień, październik i listopad był wyjątkowo ciepłe, suche i słoneczne. Już od 9 lat nie było tak ciepło na terenach zamieszkiwanych przez Polaków, a faktycznie należących do Austro-Węgier, Prus i Rosji. Z Południa nie przyszło jednak tylko ciepłe powietrze, ale też klimat zmian politycznych. 29 września Bułgaria podpisała zawieszenie broni. 4 dni później to samo uczyniło Cesarstwo Niemieckie. 30 października dalej walczyć nie chciała już Turcja. 4 listopada Austro-Węgry podpisały rozejm, które skutkowało rozpadem monarchii. 9 listopada rozpadło się Cesarstwo Niemieckie. Zatem już 2 z 3 krajów, które zagrabiły polskie ziemie rozpadły się. Ten trzeci rozpadł się rok wcześniej. 11 Listopada Niemcy podpisały rozejm z państwami Ententy – czyli między innymi z nowym państwem rosyjskim. Jako, że Białystok był pod panowaniem niemieckim, to taki rozwój sytuacji oznaczał, że wkrótce nadejdą wielkie zmiany. Na ulicach miasta panował wtedy prawdziwy mętlik językowy. Można było usłyszeć rozmowy po polsku, rosyjsku, niemiecku i jidysz. Dyskutowano o tym jaka rysować się będzie przyszłość. Polacy marzyli o własnym państwie.

Samozwańczy naczelnik przyłącza miasto do Białorusi

Rada Regencyjna przekazała zwierzchnią władzę nad wojskiem brygadierowi Józefowi Piłsudskiemu oraz mianowała go naczelnym dowódcą wojsk polskich. Nowy wódz zaczął pertraktować z Centralną Radą Żołnierską by wojska niemieckie zaczęły wycofywać się z Królestwa Polskiego. Doszło do porozumienia. Jednak żołnierze przebywający w Białymstoku wypowiedzieli posłuszeństwo swoim zwierzchnikom. Zawiązali Radę  Żołnierską. W nocy z 11 na 12 listopada Centralny Komitet Narodowy na Obwód Ziemi Białostockiej podpisał umowę z przedstawicielami tego militarnego organu, by w mieście był spokój. Polacy oczekiwali, że żołnierze wkrótce się wyniosą. Tak się jednak nie stało. Komendant żołnierskiej rady wraz z oficerem polskiego wojska i przedstawicielem lokalnej samoobrony uformowanej przez mieszkańców wyjechali wspólnie samochodem do Warszawy, by zorientować się jak wygląda sytuacja. Gdy po 2 dniach wrócili to zapowiedzieli, że za kilka godzin Białystok stanie się niepodległy. W mieście wybuchła euforia. Na próżno. 14 listopada na ulicach miasta oczekiwano polskich żołnierzy. Miał być to wielki oddział. Tymczasem z Łap przyjechało 150 osób, a następnie tam się wycofało po kilku godzinach.

 

Zrobiło się niestabilnie w Białymstoku. Niemieccy żołnierze kręcili się po mieście bez dowództwa, strzelali dla zabawy wzbudzając chaos. Na początku stycznia w Grodnie doszło do kolejnych rozmów polsko-niemieckich. Ich celem była bezpieczna ewakuacja żołnierzy z Białegostoku. 19 stycznia rozmowy były już na tyle zaawansowane, że były kontynuowane w Białymstoku. Tymczasem brak jakiejkolwiek władzy w mieście postanowił wykorzystać Konstanty Jezowitom z Białorusi, która ogłosiła niepodległość 25 marca 1918 roku (jeszcze w trakcie I Wojny Światowej). Mężczyzna ogłosił że Białystok zostaje przyłączony do Białorusi, zaś on zostaje naczelnikiem miasta. Zanim cokolwiek samozwańczy gospodarz zdołał cokolwiek zrobić, to przyjechał komisarz polskiego rządu Ignacy Mrozowski, który zawarł wreszcie porozumienie z żołnierzami niemieckimi. Ostatecznie, 5 lutego 1919 roku osiągnięto sukces. 18 lutego z miasta wyjechali żołnierze niemieccy. 19 lutego 1919 roku zaś do miasta wjechały polskie wojska. Konstanty Jezowitom uciekł w głąb Białorusi.

 

Tymczasowy prezydent

22 lutego odbyło się uroczyste przywitanie polskich żołnierzy. Stali oni w kilku szeregach w tym miejscu, gdzie dziś odbywają się wszelkie uroczystości związane ze świętami państwowymi oraz gdzie stoi pomnik Józefa Piłsudskiego. Mowa o reprezentacyjnym placu przed katedrą. W jednej z charakterystycznych kamienic, które stoją do dziś przy ul. Świętojańskiej zamieszkał Józef Puchalski. Został on przewodniczącym Tymczasowego Komitetu Miejskiego oraz Tymczasowym Prezydentem Białegostoku. To na jego barkach leżało faktyczne wcielenie miasta do Rzeczypospolitej Polskiej. Było przed nim bardzo dużo pracy. Jednym z pierwszych jego zadań było właśnie uroczyste przywitanie wojsk. Niestety później jego praca nie została uznana przez białostoczan. Gdy odbyły się wybory jesienią 1919 roku, to nie uzyskał za wiele głosów.

 

Józef Puchalski miał problemy z sercem spowodowane otyłością. Tęgi mężczyzna zmarł nagle w 1924 roku. Został pochowany na cmentarzu farnym. Tymczasowy prezydent miasta pochodził z okolic Białegostoku. Dziś wspomnieniem po nim jest funkcjonująca do dziś zabytkowa kamienica przy ul. Świętojańskiej 21. Obecnie jest to budynek, w którym funkcjonuje restauracja oraz biura.

Polski Białystok

Białystok, który był częścią II Rzeczypospolitej zaczął się zmieniać. U zbiegu dzisiejszej ul. Krakowskiej, Lipowej i Al. Piłsudskiego znajdowało się wzgórze na którym znajdował się stary cmentarz i kapliczka. To tu w przyszłości pojawi się kościół Św. Rocha – wielki jak skała pomnik odzyskania niepodległości. Kontrowersyjny projekt postanowił zrealizować ks. Adam Abramowicz. Budowa rozpoczęła się dopiero w 1927 roku.

 

Istotnym elementem państwa polskiego były polskie szkoły oraz polska prasa. Stąd też wkrótce w Białymstoku otwarto Publiczną Szkołę Powszechną i bibliotekę miejską. Jako, że w mieście większość stanowili Żydzi, to wielu z nich obawiało się, że II RP nie utrzyma się zbyt długo. Dlatego Białystok powinien zostać wolnym miastem na wzór Gdańska, które jest autonomicznym miasto-państwem pod ochroną Ligi Narodów. 10 miesięcy później wszystko wyglądało już na tyle stabilnie, że Żydzi nie chcieli w mieście ani komunistów, ani bolszewików oraz też nie byli już takimi entuzjastami autonomii. Interesowało ich pojednanie polsko-żydowskie i wspólna praca na rzecz miasta.

Międzywojnie w Białymstoku

Kolejne lata trwania Rzeczypospolitej Polskiej sprawiły, że w Białymstoku było coraz mniej Żydów. Choć nie byli już najliczniejszą grupą zamieszkującą miasto, to nadal byli zauważalni wszędzie. Zamieszkiwali Chanajki – czyli Surażską, Cichą, Gęsią, Ciemną, Rynek Sienny i Rybny, a także drugą stronę Rynku Kościuszki – Zamenhofa, gdzie znajdowały się opisywane przez Marię Dąbrowską „ohydne trzypiętrowe kamienice – budowane z kremowych, bladoróżowych i czerwonych cegieł – układanych wzorzyście – najeżone, nazdobione, nabrzydzone”. Pośród nich znajdowały się niezliczone sklepy których brudne okna pełne są pstrokatych wystaw. Zewsząd bije skisła woń obrzydliwości. Wszędzie cuchną i szumią fontanny brudów, spływających gęstą cieczą do rynsztoków. Centrum Białegostoku było bardzo stłoczone. Oprócz kamienic wiele było drewnianych, parterowych domków.

 

1 sierpnia 1920 w Białymstoku Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski stworzony przez bolszewików wydał manifest zapowiadający m.in. stworzenie Polskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej oraz obalenie rządów „szlachecko-burżuazyjnych”. Kilkutygodniowe rządy tej formacji na Wileńszczyźnie i Podlasiu były okresem krwawego terroru. Komitet powołał trybunały rewolucyjne, które mordowały patriotów polskich, sprzeciwiających się obcej władzy i narzuconemu przez nią porządkowi społeczno-gospodarczo-politycznemu. 22 sierpnia 1920 1 pułk piechoty Legionów starł się z resztkami rosyjskich sił, które próbowały zdobyć Warszawę. Oczywiście Polacy urządzili bolszewikom pogrom. Setki sowietów rozproszyło się po lasach. Byli wyłapywani kilka dni po bitwie. W Białymstoku znów zapanował spokój. Niestety tylko na kolejne 2 dekady.

 

źródła:
Piotr Wróbel – Studia Podlaskie UwB
Wiesław Wróbel – Polskie Radio Białystok
Tomasz Mikulicz – Kurier Poranny
Andrzej Lechowski – Muzeum Podlaskie

Partnerzy portalu:

Ludzie dawnego Białegostoku: Mikołaj Kawelin

Ludzie dawnego Białegostoku: Mikołaj Kawelin

 

   Choć Kawelin był brzydki jak listopadowa noc, bez wątpienia dodawał kolorów dla przedwojennego Białegostoku. Ba! Był jedną z najbarwniejszych postaci naszego miasta. Znaną z dobrego serca i niesamowitego poczucia humoru.
  Każdy kojarzy „psa Kawelina” stojącego w parku Branickich. Jest to postawiona w 2005 roku replika pomnika, który powstał w 1936 roku. Ten okropnie brzydki pies ma tyle wspólnego z Kawelinem, że… bardzo był do niego podobny. Gdy Kawelin się dowiedział, że tak ludzie nazywają ten pomnik, podobno śmiał się przez wiele godzin.
 

Kawelin nie tylko miał dystans do siebie, ale do życia ogółem. Potrafił na przykład pod sławnym hotelem „Ritz” zamówić wszystkie dostępne dorożki, przez co inni goście musieli wracać piechotą.   Tymczasem do jednej dorożki wsiadł on sam, w drugiej zostawił kapelusz, w trzeciej płaszcz, w czwartej rękawiczki, i tak dalej i tak dalej. Hotel „Ritz” był miejscem gdzie powstało wiele niesamowitych historii i anegdot, i trzeba przyznać, że te z Kawelinem w roli głównej stanowią ich lwią część. Pewnego razu Kawelin wjechał do hotelu… konno. A następnie podjechał do baru i poprosił o dwa kieliszki szampana. Dla siebie i dla konia.
  Tak jak wszystkie planety naszego układu krążą wokół słońca, tak całe życie sportowe Białegostoku kręciło się wokół Kawelina.
  Kawelin w 1905 roku zorganizował w Białymstoku pierwszy rajd rowerowy i rajdy te odbywały się już cyklicznie aż do II wojny światowej.
  Oprócz tego był pierwszym prezesem Jagielloni Białystok. Wspierał budowę obiektów sportowych oraz sponsorował biedniejszych sportowców. Kawelin bez wątpienia znany był z dobroczynności. Jako aktor amator brał udział w przedstawieniach teatralnych, z których pieniądze szły na cele dobroczynne.
A skąd tenże Rosjanin się u nas wziął?
  Mikołaj Kawelin był carskim pułkownikiem, który trafił w nasze strony w latach 80 XIX wieku. Jako dwudziestoletni młodzieniec ożenił się z Heleną Kruzensztern, córką senatora Aleksandra Kruzenszterna, który pochodził ze zrusyfikowanej szwedzkiej rodziny.
  Państwo Kawelinowie żyli w majątku Rafałówka pod Zabłudowem. Gdy wybuchła rewolucja bolszewicka, a następnie czerwony walec toczył się w stronę Warszawy, Kawelin wyemigrował do Francji. Bolszewicy bowiem nie mieli litości dla dawnych carskich oficerów.
  Gdy wracał w nasze strony został zatrzymany na granicy, lecz na szczęście cała sprawa zakończyła się happy endem.
 

Dzięki temu, że w 1901 roku Kawelin pomógł Józefowi Piłsudskiemu uciec z petersburgiego więzienia, nie tylko mógł spokojnie wrócić do domu, ale także otrzymał w nagrodę od państwa polskiego majątek w Majówce. Częściowo mieszkał właśnie tam, a częściowo w wykupionym apartamencie w „Ritzu”. Oprócz majątku Kamionka, Borowiki i Majówka, Kawelin posiadał także wiele hektarów lasu, mleczarnie i tartaki, przy czym drewno z tartaków wykorzystywał często, by za darmo zbudować mieszkańcom obiekty sportowe i kulturalne.
  We wrześniu 1939 roku Kawelin jako „burżuj, faszysta, biały pułkownik i reakcjonista” musiał znowu uciekać przed bolszewikami. Udał się do Warszawy.
  W lipcu 1944 roku wycofujący się Niemcy zabrali ze sobą „psa Kawelina”, bo czemuś byli przekonani, że jest to bardzo cenny dla polskiego dziedzictwa pomnik. Interesujące jest, że dokładnie tego samego dnia Mikołaj Kawelin zmarł w wieku 79 lat…

Edward Horsztyński

Partnerzy portalu:

Oto 3 przepiękne miejsca w Podlaskiem do odwiedzenia w przedwiośnie

Oto 3 przepiękne miejsca w Podlaskiem do odwiedzenia w przedwiośnie

Przedwiośnie na Podlasiu to czas kiedy tworzą się niesamowite rozlewiska. W tym roku śnieg, który spadł – szybko zamienił się w wodę, która niedługo po opadach zamarzała. Miejscami pojawiła się „lodowa kraina”. Teraz pod wpływem ciepłego powietrza lody ustępują. Ten proces najbardziej zauważalny jest właśnie tam, gdzie są rozlewiska. Oto 3 miejsca w regionie, gdzie z wysokiego punktu możecie podziwiać szerszy krajobraz – rozlewisk.

Waniewo

Kładka pomiędzy Śliwnem a Waniewiem jest jeszcze nieczynna. Mimo iż remont się skończył to trzeba poczekać na wiosnę, by promy wodne mogły swobodnie transportować ludzi między korytami rzeki. Jednak żeby podziwiać rozlewiska warto wybrać się tylko do Waniewa. Tam z wieży widokowej można dostrzec przepiękny krajobraz przedwiośnia ciągnący się po sam horyzont. Drugim takim miejscem obok Waniewa, lecz bliżej bo od strony Białegostoku jest zerwany most w Kruszewie. Tam również możemy podziwiać niesamowite rozlewiska Narwi.

 

Wizna

Pod Wizną mamy największe i najwspanialsze widoki. Można pojechać bezpośrednio na „Wylewy Narwi”, a można jechać od Białegostoku do Złotorii – gdzie rzeka Supraśl wpada do Narwi i jadąc przez miejscowości wzdłuż rzeki do Góry Strękowej obserwować rozlewiska na różnych punktach.

Goniądz

W tym miasteczku, ale też i kilku obok jak Dawidowizna czy Dolistowo Stare są wspaniałe punkty do obserwacji Biebrzy. Oprócz rozlewisk można też zwiedzić ciekawą okolicę – zarówno wdrapać się na górę, gdzie stoi kaplica św. Floriana czy też zobaczyć zabytkowy młyn wodny. Może się wydawać, że rzeka jak rzeka – wszędzie podobnie. Nic bardziej mylnego – każde z wymienionych miejsc – Waniewo, Kruszewo, Wizna, Góra Strękowa, Goniądz, Dawidowizna czy Dolistowo Stare dadzą nam zupełnie inne doznania. Wszędzie tam przyroda zaprezentuje nam unikatowe, niesamowite obrazy. Dlatego też, w najbliższy wolny dzień przedwiośna – nie czekajcie. Spróbujcie odwiedzić je wszystkie.

Partnerzy portalu:

Ostra Górka w Ignatkach – historia zapomnianej rodziny

Ostra Górka w Ignatkach – historia zapomnianej rodziny

Niewielu mieszkańców Ignatek wie, że przed wojną funkcjonował tu duży majątek, a już tylko kilka osób pamięta o jego właścicielach – rodzinie Miciełowskich. Zważywszy na to, że żadna z tych osób nie ma mniej niż 80 lat – i ich wkrótce zabraknie, a historia majątku Ignatki rozpłynie się w niebycie. Trudno się z tym pogodzić, Miciełowscy zapisali bowiem swoją kartę w historii Białegostoku jako miasta wielokulturowego i wielonarodowego.

Ignatki, podobnie jak cały Białystok, pozostawały pod zaborem rosyjskim. Znaczny odsetek mieszkańców miasta stanowili Rosjanie. Zaliczali się do nich Miciełowscy, chociaż w ich żyłach płynęła również niemiecka i polska krew. W latach 80. XIX wieku majątek Ignatki znajdował się w rękach Luby Reinhard, która w 1889 roku sprzedała go Włodzimierzowi Miciełowskiemu – inżynierowi budownictwa wojskowego w stopniu generała porucznika. Był on jednym z budowniczych twierdzy Modlin. Jego żona Olga była prawdopodobnie córką Luby Reinhard.

W 1911 roku przekazał on Ignatki w ręce swego syna, Borysa, który wraz z żoną Nadzieją zarządzał majątkiem aż do wybuchu II wojny światowej. Borys Miciełowski był pułkownikiem sztabowym artylerii w armii carskiej. Aby zadośćuczynić jeszcze jednej spadkobierczyni – niezamężnej ciotce Jadwidze – był zobowiązany wypłacać jej dożywotnio 300 rubli rocznie.

Rodzinie Miciełowskich przypadły dobra rozciągnięte między Hryniewiczami, Horodnianami, Kleosinem a Lewickimi, w sumie około 150 ha. W Ignatkach mieścił się dworek, w którym zamieszkali wraz z jedyną córką Eugenią. Nieopodal mieściły się czworaki, stajnie i inne budynki gospodarcze. Państwo Miciełowscy byli dobrymi i zapobiegliwymi gospodarzami. Przeprowadzili regulację rzeki, przebudowali kompozycję dworską, wykopali trzy stawy rybne, wznieśli młyn nad rzeką Horodnianką, założyli sady i ogród.

W obrębie majątku stało około stu drewnianych domków letniskowych. Od wiosny do jesieni były wynajmowane przez bogatych białostockich Żydów, którzy tutaj odpoczywali i oddawali się różnorakim rozrywkom.

Nieopodal stanął wielki Dom Zdrojowy „Kurhaus”, zwany przez miejscowych karuzelem. Mieściła się w nim wielka hala widowiskowa, w której Miciełowscy organizowali bale, koncerty i spektakle teatralne. Letniskiem zarządzała Nadzieja Miciełowska z pomocą Chiła Czapnickiego. Dochodziła tu specjalna, prywatna linia autobusowa. Letnicy mieli możliwość wynajmowania kajaków, by pływać w stawach. Niedaleko majątku mieściła się też strzelnica sportowa. Pojawiała się na niej białostocka śmietanka, by postrzelać dla rozrywki i wesoło spędzić czas.

Pan Wacław, który wychował się w sąsiednich Hryniewiczach doskonale pamięta czasy przedwojenne. Jako młody chłopiec zatrudniał się do obsługiwania gości na strzelnicy.

– Moim zadaniem było przynoszenie talerzyków, które zostały zestrzelone przez uczestników zabawy – wspomina. – Jeżeli talerzyk został rozbity, nic nie otrzymywałem, a jeżeli spadł nieuszkodzony, zawieszałem go z powrotem. Za każdy odwieszony talerzyk dostawałem 2 grosze.

Pan Wacław pamięta, że wówczas do Ignatek zjeżdżało wiele białostockich osobistości.

– Częstym gościem był Mikołaj Kawelin, założyciel i pierwszy prezes Klubu Sportowego Jagiellonia. Pamiętam go dobrze, ponieważ miałem okazję widywać go na własne oczy. Poza tym pojawiali się tam różni oficjele, na przykład główny komendant policji białostockiej – opowiada.   Pan Wacław wie, co mówi, jego ojciec Stanisław był bowiem osobistym dorożkarzem Borysa Miciełowskiego. W dzień i w nocy musiał być gotowy na wezwanie, które mogło przyjść w każdej chwili. A woził go nawet do samej Warszawy.

 

 

 

 

 

 

 

Miciełowski cieszył się dobrą opinią wśród okolicznych mieszkańców. Część z nich zatrudniał do prac polowych w majątku. Nigdy nikogo nie skrzywdził, zawsze wypłacał pieniądze na czas i w pełnej kwocie, nawet wtedy, gdy domowy budżet został nadwyrężony z powodu nieurodzaju.

Okoliczne wioski zaopatrywały dwór i dacze letniskowe w żywność. Na balach i przyjęciach w karuzelu stoły uginały się od przysmaków, ale myliłby się ten, kto pomyślał, że życie bogatego ziemianina upływało tylko na balowaniu i zaspokajaniu egoistycznych potrzeb. Żona Borysa, Nadzieja, całym sercem poświęcała się działalności charytatywnej.

Białystok przełomu wieków był miastem przemysłowym, fabrycznym, pełnym kontrastów i nierówności społecznych. Spory odsetek ludności stanowili bezrobotni i biedota. Nadzieja Miciełowska założyła Towarzystwo Dobroczynne i objęła opieką dzieci z najuboższych rodzin rosyjskich. Organizowała dla nich obozy wakacyjne. Co roku przyjmowała w swoim majątku ponad setkę dzieci, które utrzymywała ze swoich funduszy.

Do dziś w Białymstoku żyje jedna z uczestniczek tych obozów, pani Zina Korniłowicz. Pamięta atmosferę i realia tamtych odległych, przedwojennych czasów:
– Wszystkie dzieci przebywały w majątku w Ignatkach, nocowaliśmy w stodole, na sianie. Pani Nadzieja przebywała z nami, organizowała czas i osobiście doglądała, aby wszystko było jak należy – opowiada pani Zina. – Jedzenie było pyszne: jaja, mleko, mięso, a nawet świeżutkie ciasto. Niewiele dzieci przed wojną miało okazję tak jadać w domu.
– Tylko herbata była niesmaczna – kontynuuje opowieść pani Zina. – Była gotowana w wielkim kotle i pachniała dymem, nie mogłam jej pić.

Nadzieja Miciełowska organizowała charytatywne przedstawienia teatralne, w których brały udział ważne osobistości Białegostoku. O jednym takim przedstawieniu donosi przedwojenny tygodnik „Reflektor”:

„W poniedziałek, dn. 29 stycznia 1934 r. w teatrze Palace odbyło się przedstawienie amatorskie (w języku rosyjskim) na rzecz Rosyjskiego Komitetu Dobroczynności w Białymstoku. Odegrana została 4-aktowa sztuka dramatyczna znanej rosyjskiej poetki Szczepkinej-Kupernik – Panna z fiołkami. Czołowe role w sztuce wzięli na siebie znani na gruncie białostockim miłośnicy ros. sztuki dramatycznej – p.p. N. Miciełowska, Bujalska-Gorewa, i p. płk. Mikołaj Kawelin, którzy też wykonali te role dobrze i bez zarzutu. Reszta uczestników spektaklu ansamblu nie psuła. Pod względem reżyserii sztuka wypadła doskonale. W każdej drobnostce dała się odczuwać ręka doświadczonego artysty reżysera Wiktora-Narcewa Bubryka. Sala Palace była przepełniona doborową publicznością. Przedstawienie zaszczycił swoją obecnością p. Wojewoda Żyrdam-Kościałkowski”.

 

 

 

 

Córka państwa Miciełowskich, Eugenia, lekarka wykształcona w Paryżu, odziedziczyła po rodzicach prawy charakter i chęć pomocy ludziom. Niejednokrotnie udzielała świadczeń medycznych miejscowej ludności całkowicie nieodpłatnie, mając na względzie niski status materialny swoich pacjentów. Niezależnie od pogody i pory dnia zachodziła pod wiejskie strzechy, by pomagać chorym. Wielu z nich uratowała od śmierci.

Wybuch II wojny światowej całkowicie zmienił losy majątku Ignatki. Po zajęciu Białegostoku przez armię radziecką we wrześniu 1939 roku do domu Borysa Miciełowskiego zapukało NKWD. Stało się tak prawdopodobnie za sprawą pracownika majątku, który złożył donos na „ziemianina burżuja”. Borys Miciełowski został aresztowany jako „wróg klasowy” i wywieziony na wschód. Wszelki słuch o nim zaginął. Jego nazwisko nie figuruje na żadnej liście ofiar wojennych, do dziś jego losy pozostają nieznane. Nadzieja i Eugenia musiały opuścić majątek, który przeszedł w ręce radzieckiego okupanta. Dwór i pożydowskie dacze zostały zajęte przez wojsko, a w karuzelu urządzono magazyn obrań wojskowych.

 

 

 

 

Po wkroczeniu wojsk niemieckich w 1941 roku majątek Ignatki stał się zapleczem gospodarczym Wermachtu. Zarządzał nim wówczas Mazur o nazwisku Ilas. Okazał się ludzkim człowiekiem, który „pozwalał żyć”. Gdy Nadzieja podbierała jajka z kurnika lub odlewała mleko, odwracał głowę i odchodził w inną stronę. Po wkroczeniu frontu radzieckiego w 1944 roku majątek i letnisko zostały spalone. Nadzieja wraz z córką wyjechały do Poznania, gdzie do dziś żyją ich wnuki. Do Ignatek nigdy nie powróciły.

Po wojnie majątek znacjonalizowano i zorganizowano w nim PGR, czworaki zamieniono na mieszkania służbowe dla pracowników. Po przemianie ustrojowej w 1989 roku zabudowania przejął klub jeździecki. Na ziemiach po dawnym majątku zaczęły wyrastać osiedla domków jednorodzinnych, anonimowych bloków i szeregówek. Ignatki zamieniły się w dzielnicę Białegostoku. Ostra Górka jak samotna wyspa przetrwała jakby na przekór zawirowaniom historii. Jak długo jeszcze?

Odnalezienie potomków Borysa Miciełowskiego było jak poszukiwanie igły w stogu siana, ale to dzięki nim udało mi się uzyskać informacje dotyczące personaliów osób pochowanych na Ostrej Górce. Są to: Adolf von Reinhard, ojciec Olgi Miciełowskiej, żony Włodzimierza Miciełowskiego i Jadwigi Reinhard; Olga Miciełowska 20.08.1955–15.03.1936; Jadwiga Reinhard; Aleksy Miciełowski – młodszy brat Borysa; Zofia Kazakin, matka Nadziei Natalii zam. Miciełowskiej.

Ewa Zwierzyńska

Partnerzy portalu:

Jurowiecka 29. Fabryka Markusów

Jurowiecka 29. Fabryka Markusów

 

   Mieliśmy okazję poznać nieco bliżej historię rodziny Abrama Markusa, który od lat 70. XIX w. był właścicielem dużego domu przy ul. Sienkiewicza 5. Po jego śmierci w 1897 r. nieruchomość otrzymali w spa- dku jego synowie.
  Dziś chciałbym zwrócić uwagę na jednego z nich – Jakuba Markusa. Dzięki wypracowanej przez ojca pozycji, Jakub miał ułatwiony start w dorosłość, ale dzięki własnemu zaangażowaniu zdołał doprowadzić ojcowski zakład do rozkwitu.
  Dziś próżno szukać w przestrzeni miasta jakichkolwiek śladów tej rodziny. Nie ma domu przy ul. Sienkiewicza 5, nie ma też już najmniejszych pozostałości po fabryce, która działała przy ul. Jurowieckiej 29. Mamy jednak szczęście, że w latach 20. XX w. zakład produkcyjny reklamowano przy pom   ocy winiety, która zachowała się i daje nam rzadką możliwość przyjrzenia się bliżej tej zapomnianej fabryce.
  Jak już wiemy, Abram Markus po przeprowadzce do Białegostoku założył tkalnię. Jako moment założenia przedsiębiorstwa podawane są lata 1877 i 1889, działało ono jednak na pewno w latach 90.
XIX w. Od początku istnienia produkcja ukierunkowana była na wytwarzanie sukna i kołder z wełny. Początkowo firma pracowała przy ul. Mikołajewskiej obok rodzinnego domu, ale w 1893 r.
  Abram nabył dwie posesje przy ul. Jurowieckiej (wówczas nosiła nazwę Pocztowa), na których stał już wówczas parterowy murowany dom. Wkrótce zbudował na nabytej nieruchomości murowaną trójkondygnacyjną tkalnię, napędzaną maszyną parową. Tuż przed śmiercią Abram przekazał zarząd firmy synowi Jakubowi, który w 1896 r. dokonał ponownej rejestracji przedsiębiorstwa, tym razem pod naz wą „Jakub Abramo
wicz Berow icz Markus”. Obowiązywała ona przez kolejne dziesięciolecia.
  Za czasów Jakuba Markusa nastąpiła dalsza rozbudowa zakładu, w którym w 1907 r. zatrudnionych było 86 pracowników. W tym okresie fabryka produkowała sukno wartości 30 tys. rubli rocznie, przy użyciu maszyny parowej o mocy 25 KM. Warto wspomnieć, że Jakub w 1908 r. był członkiem Towarzystwa Białostockiej Straży Ogniowej, a na terenie własnego zakładu prowadził oddział straży pożarnej. 
  Po śmierci Jakuba Markusa (zm. ok. 1911) cały majątek odziedziczyła wdowa po nim, Helena (Hessa) oraz ich potomkowie: Izaak, Hersz, Leon, Chaim oraz Albert. 
  Warto wspomnieć szczególnie najstarszego Izaaka, który po śmierci  ojca został głównym kierownikiem fabryki. Pełnił również przez wiele lat funkcję komendanta Białostockiej Ochot niczej Straży Ogniowej i członka Związku Wielkiego Przemysłu. Firma Markusów przetrwała okres I wojny światowej i w 1922 r. synowie Jakuba zawiązali spółkę pod nazwą „Jakub A. B. Markus. Fabryka sukna i kołder w Białymstoku”. Po 1919 r. firma znacznie rozwinęła swoją działalność, głównie za sprawą zamówień realizowanych na  potrzeby odrodzonego państwa polskiego.
  W 1922 r. zakład spadkobierców Jakuba Markusa zatrudniał już 280 robotników, a produkcję wspierały maszyny parowe o łącznej mocy 350 KM. Zakład składał się z 4 oddziałów: tkalni, przędzalni, apretury i wytwarzania wełny sztucznej.
  W latach 1926/1927 r. wymieniono ponadto wytwórnie trykotaży i wyrobów wełnianych. Rycina, stanowiąca ilustrację do dzisiejszego tekstu, została opublikowana w 1921 r. Nie ma wątpliwości, że przedstawia ona stan faktyczny, a wyrysowane na niej obiekty rzeczywiście tworzyły zespół fabryczny pod firmą „J. A. B. Markus” w Białymstoku. 
  Najstarszym budynkiem w zespole był dom z lat 1890-1893, widoczny po lewej stronie.  Markusowie mieszkali w nim do II wojny światowej. Rezydencja oddzielona była od reszty terenu fabrycznego i ul. Jurowieckiej niskim płotem.
  Dom otaczał ogród zaopatrzony w dwie fontanny.  Natomiast najstarszym budynkiem produkcyjnym był wzniesiony po 1893 r. duży gmach tkalni, ustawiony wzdłuż ul. Jurowieckiej. Obok niego widzimy dobudówki mieszczące najpewniej kantor firmowy oraz budynek mieszczący maszynę i kocioł parowy z wysokim kominem. W tyle posesji od strony rzeki Białej ustawiony był nowszy gmach produkcyjny o czterech kondygnacjach, wzniesiony zapewne przy użyciu żółtej cegły na początku XX w. Reszta terenu posesji fabrycznej zajęta była pod dodatkowe budynki magazynowo-gospodarcze. 
  Fabryka rodziny Markusów funkcjonowała nieprzerwanie do 1939 r., chociaż ilość produkowanych materiałów po 1922 r. spadała zgodnie z ogólną tendencją panującą w przemyśle włókienniczym Białegostoku.
  Co roku zdarzały się przestoje fabryki trwające niekiedy po kilka miesięcy, choć wciąż zakład Markusów należał do czołówki białostockich fabryk włókienniczych. Trzeba nadmienić, że Markusowie sami nie realizowali już produkcji, ale wydzierżawiali powierzchnię mniejszym przedsiębiorcom, którzy realizowali wszystkie etapy wytwórczości w zakładzie.
  Na przykład w 1929 r. jeden z gmachów fabrycznych wydzierżawiła spółka Dawida Murkiesa  i Adeli vel Edli Makow (zamieszkałej przy ul. Jurowieckiej 19). W kolejnym roku oddział przędzalni prowadził Lejba Rubinow, gdzie pracowało 30 robotników.
  W tym samym 1932 r. w fabryce Markusów swą tkalnią zarządzała niejaka Rafałowska, zaś sekcją włókienniczą Józef Kapłan. Ponadto w 1932 r. w garażach przy domu Markusa działała kooperatywa „Auto”.  Fabrykę w czasie II wojny światowej upaństwowiono. Do 1944 r. znajdowała się ona w samym środku getta. Zapewne w czasie jego likwidacji gmachy uległy spaleniu.
  Ruiny jeszcze przez jakiś czas zapełniały posesję przy ul. Jurowieckiej 29 i dopiero w latach 60. XX w. zostały rozebrane.

Wiesław Wróbel
Biblioteka Uniwersytecka w  Białymstoku

Partnerzy portalu:

Protesty pomogły! Popularne połączenie kolejowe wraca. Można zrobić jeszcze więcej.

Protesty pomogły! Popularne połączenie kolejowe wraca. Można zrobić jeszcze więcej.

PKP Intercity wycofuje się z głupiego pomysłu jakim była likwidacja popularnego połączenia Suwałki – Kraków. Na początku grudnia popularna „Hańcza” zaczęła kursować do Gliwic. Mieszkańcy podlaskiego bieguna zimna jeżeli muszą więc wyruszając do Krakowa jeździć na raty. Każdorazowo trzeba dojechać do Białegostoku i tam się przesiąść. Nie tylko do Krakowa. Suwałk wyjeżdżają 2 pociągi dziennie – „Podlasiak” do Warszawy Zachodniej oraz wspomniana „Hańcza” na trasie Suwałki – Białystok – Warszawa – Katowice – Zabrze – Gliwice. Okazało się, że warto jest protestować. Masowe apele studentów, zbiórka 5 tysięcy podpisów poskutkowała. Do akcji włączyły się też władze Suwałk. PKP Intercity od 9 czerwca przywróci połączenie Suwałki – Kraków. Dlaczego w ogóle zostało zlikwidowane te połączenie? Według PKP Intercity jest ono nierentowne.

 

Teraz należy sobie zadać pytanie czy działalność spółki ma być rentowna jako całość czy na każdym odcinku. Wiadomo przecież, że im większe miasta tym więcej połączeń potrzeba, zaś Suwałki mają 70 000 mieszkańców, więc pod tym względem są 4 razy mniejsze od Białegostoku, z którego bezpośrednio nie dojedziemy z większych miast tylko do Lublina i Rzeszowa. Skoro stolica województwa podlaskiego jest tak dobrze skomunikowana z resztą kraju, to jaki byłby problem żeby te same pociągi zaczynały bieg już w Suwałkach? Pociąg startowałby tam 2 godziny wcześniej. Z perspektywy logistycznej nie ma to żadnego znaczenia. Bowiem to nie jest tak jak w samolocie, że jest jedna ekipa przez całą podróż. Drużyny konduktorskie zmieniają się w każdym województwie. Zatem żeby zrealizować taki pomysł wystarczyłoby powiększyć podlaską drużynę, by każdemu zgadzała się ilość przepracowanych godzin.

Partnerzy portalu:

Domek będzie dogorywać. Prezydent liczy naiwnie, że sprzeda ruinę.

Domek będzie dogorywać. Prezydent liczy naiwnie, że sprzeda ruinę.

Współczesna historia Domku Napoleona jest bardzo przykra. Przez wiele lat (jeszcze za kadencji poprzedniego prezydenta) funkcjonowała tutaj agencja towarzyska, natomiast później funkcjonował tam lokal gastronomiczny. Ostatecznie został opuszczony przez najemcę i zaczął pusty popadać w ruinę. Międzyczasie był chętny by otworzyć tu restaurację francuską jednak zrezygnował. Kolejna próba miała nastąpić w przyszłym tygodniu. Do niczego jednak nie dojdzie, gdyż w wymaganym terminie nikt nie wpłacił wadium, które jest potrzebne by do przetargu stanąć. Oznacza to, że nie ma chętnych na Domek Napoleona. Który to już raz?

 

Dlaczego jest taki kłopot ze sprzedażą wydawałoby się takiego ciekawego budynku? Z zewnątrz obiekt nie prezentuje się najlepiej, ale to nie jest najgorsze, bo w środku niestety to kompletna ruina. Mimo wszystko miasto liczy, że sprzeda ten ciekawy architektonicznie budynek. A to podejście błędne. Po tak wielu nieudanych próbach urzędnicy powinni przestać się łudzić. Albo prezydent znajdzie pieniądze na jego modernizację oraz pomysł na zagospodarowanie albo będzie tak jak z innymi zapuszczonymi zabytkami w mieście – będą dogorywać w najlepsze.

 

Domek Napoleona to spuścizna po zaborach. Władze carskie wybudowały budynek dla celników. Podczas II Wojny Światowej budynek został zniszczony, a następnie odbudowany.

Partnerzy portalu:

Sienkiewicza 5. Od Markusów do Boćkowskich

Sienkiewicza 5. Od Markusów do Boćkowskich

 

   Po raz kolejny cofniemy się do 1897 r. i przyjrzymy dziejom domu widocznego na jednym ze zdjęć Józefa Sołowiejczyka, na których uwiecznił zachodnią, nieparzystą stronę ówczesnej ul. Mikołajewskiej, a dzisiejszej ul. Sienkiewicza. Przypomnę, że ostatnim razem mieliśmy okazję poznać historię posesji przyporządkowanej przed II wojną światową do ul. Sienkiewicza 5.
  W 2 poł. XVIII i na pocz. XIX w. stał tu drewniany parterowy dom należący najpierw do Jankiela Mosesa, następnie Jankiela Solnickiego, wreszcie małżonków Penzuchów i od 1873 r. Abrama Bera Markusa.   Abram Ber Markus zapewne już w latach 70. XIX w. zbudował w miejsce stojących na tej posesji drewnianych budynków nowy, piętrowy dom o typowej dla tego okresu neorenesansowej fasadzie.
  Pochodził z Gródka (w poprzednim tekście wkradł się błąd, gdyż podałem, że był mieszczaninem z Sokółki), gdzie ożenił się z Chają Sorą Kremer, córką Lejby i doczekał się kilkanaściorga dzieci, z których wieku dorosłego dożyli Lejzer, Lejb, Jankiel oraz Mosze. Abram Ber do śmierci w 1897 r. mieszkał w swoim domu przy ul. Mikołajewskiej, gdzie prowadził własny nieduży zakład  tkacki.
  Według księgi adresowej z 1897 r. w domu Markusa przy ul. Mikołajewskiej mieszkał młodszy felczer Antoni Anisiewicz, on też w parterze od frontu prowadził zakład fryzjerski. Działał tu także kantor bankierski „Perlis i Ginzburg” oraz sklep sprzedaży wyrobów białostockiej manufaktury należący do agenta I. Feldsztejna.
  Lokatorem u Markusa był też od początku lat 90. XIX w. księgarz Abel Kaufman, który otworzył pod tym adresem w 1893 r. księgarnię wraz z biblioteką (czytelnią i wypożyczalnią). Pochodził z Grodna, ale przeprowadził się do Białegostoku, gdzie zamieszkał na kolejne dekady, ożenił się i doczekał potomstwa (wykupił nawet własną nieruchomość przy ul. Ogrodowej, ale po 1919 r. mieszkał przy ul. Fabrycznej 35.
  W 1913 r. reklamował posiadane najlepsze podręczniki do nauki buchalterii i adwokatury, a także szeroki wybór podręczników do nauki języków polskiego, łacińskiego, niemieckiego, francuskiego, angielskiego i innych. Oferował również słownik na 25 000 słów za jedyne 10 kopiejek.
  Księgarnia Kaufmana przetrwała okres I wojny światowej i w 1921 r. została zarejestrowana w Sądzie Okręgowym w Białymstoku. Funkcjonowała nieprzerwanie do 1939 r.  Co ciekawe, szyldy Anisiewicza, Kaufmana oraz „Perlisa i Ginzburga” możemy zobaczyć na fotografii domu wykonanej przez Sołowiejczyka, które stanowi ilustrację do dzisiejszego tekstu.
  Abram Ber Markus zmarł w 1897 r., po czym jeszcze w tym samym roku Sąd Okręgowy w Grodnie przyznał prawa spadkowe do nieruchomości przy ul. Mikołajewskiej synom Markusa, z których Mosze Markus ostatecznie skupił w swych rękach wszystkie udziały braci. On też pozostawał właścicielem do 1915 r.   Tuż przed I wojną światową mieszkał tu Izrael Halpern, pracownik miejscowego notariatu, przysiężny pełnomocnik (adwokat) i jeden z najbogatszych mieszkańców Białegostoku. Współpracował on z notariuszem Piotrem Matwiejewem, który miał swój kantor pod omawianym adresem.
  W 1913 r. mieściła się tu siedziba Towarzystwa Kredytowego Stolarzy, sklep naczyń kuchennych Lusternika, wytwórnia pieczątek „Progress” oraz magazyn apteczny Zelmana Włoskiego. Właściciel, Mosze Markus, w międzyczasie zajął miejsce Salomona Ginzburga i w 1913 r. był współwłaścicielem wciąż działającego tu kantoru bankowego, ale pod szyldem „Markus i Perlis”.
  Mosze Markus zmarł w czasie I wojny światowej i przed  1919 r. od jego spadkobierców omawianą nieruchomość kupili Mowsza i Chasia Boćkow- scy (Boczkowscy). Działające tu kantory notarialne i przywiązanie mieszkańców miasta do  tego adresu spowodowały, że w 1925 r. Sąd Okręgowy w Białymstoku zdecydował o wydzierżawieniu kilku lokali w parterze domu przy ul. Sienkiewicza 5 na siedzibę tutejszych notariuszy: Stefana Bednarskiego, Stanisława Jankowskiego i Bolesława Urbanowicza, którzy prowadzili swoje kantory do 1931 r., gdy zostali umiejscowieni w nowym gmachu sądowym przy ul. Mickiewicza 5.
  Boćkowscy byli właścicielami nieruchomości przy ul. Sienkiewicza 5 do maja 1939 r., gdy sprzedali ją Chackowi i Róży Edelom, którzy z kolei odsprzedali Boćkowskim swój majątek przy Rynku Kościuszki 19. Dalsze życie i pracę obu rodzin przerwała II wojna światowa, której nie przetrwała zabudowa posesji przy ul. Sienkiewicza 5.
  Po 1944 r. dom Markusa zastąpiono nowym blokiem, który stoi w tym miejscu do dziś.  W okresie międzywojennym pod omawianym adresem działały m.in. Dom KomisowoHandlowy Abrama Boćkowskiego (w latach 1920-1927), księgarnia Lwa Kagana (która wcześniej działała przy ul. Sienkiewicza 4), skład sukna Mozesa Margolisa, skład apteczny Zelmana Włoskiego (jego oferta została rozszerzona o usługi fotograficzne, w 1929 r. firmę przejęła Cywa Włoska), sklep „Anglopol” handlujący manufakturą produkowaną w Anglii, firma budowlana „Rozbudowa” Szmula Graniewicza i spółki, kilka sklepów z futrem, drobną manufakturą, a nawet tłuczonym kamieniem polnym.

Wiesław Wróbel
Biblioteka Uniwersytecka w  Białymstoku

Partnerzy portalu:

Będzie nowy przystanek kolejowy w Białymstoku. Po remontach pociągi pojadą szybciej o 45 minut.

Będzie nowy przystanek kolejowy w Białymstoku. Po remontach pociągi pojadą szybciej o 45 minut.

Tuż przy okręgowej stacji kontroli pojazdów na Nowym Mieście, na Pułaskiego powstanie wkrótce nowy przystanek kolejowy. Podlaska Kolej na Tak poinformowała o tym na Facebooku i umieściła zdjęcia, na których widać, że zostały już zwiezione materiały potrzebne do budowy przystanku kolejowego. Linia kolejowa prowadzi z dworca głównego z Białegostoku, następnie za wiaduktem przy Kopernika skręca w lewo omijając osiedle Ścianka (Bażantaria). Później pojawia się między Nowym Miastem i Kleosinem. I to właśnie tam będzie teraz kolejny przystanek. Pociąg jedzie dalej w kierunku stacji Białystok – Stadion na łączeniu Kawaleryjskiej i Kleosina. Kolejne stacje to Lewickie-Stacja, Hołówki, Zimnochy, Strabla, Rajsk i Bielsk Podlaski.

 

Budowa przystanku na Nowym mieście jest inwestycją tzw. Magistrali Wschodniej, która połączyć ma ze sobą stolice 5 województw. Gdy projekt zostanie zrealizowany w naszej części w całości to trasa Białystok – Siedlce będzie do pokonania o 45 minut krócej niż obecnie. Teraz nie ma nawet bezpośredniego połączenia, ale gdyby takie istniało to pociąg jechałby 3 godziny. Zatem po modernizacji zmiana byłaby mocno zauważalna. Obecnie można do Siedlec dojechać z przesiadką w Czeremsze. Pociąg z Białegostoku jedzie tam 1,5 godziny. Po modernizacji będzie jechać 23 minuty szybciej. Cała inwestycja ma skończyć się już w przyszłym roku, zaś pociągi mają rozwijać na trasie 120 km/h.

Partnerzy portalu:

Lew w białostockim ZOO. Ponoć urwał głowę dziecku…

Lew w białostockim ZOO. Ponoć urwał głowę dziecku…

Wiosna idzie pełną parą. Za oknami temperatura rośnie, co odczuł już niedźwiedź Grześ, który mieszka w białostockim ZOO. Mogłoby się wydawać, że zwierzę w takim miejscu nie będzie spało, gdyż pobyt tutaj będzie dla niego stresujący.

Żona jeszcze śpi

Nic bardziej mylnego. 30-letni miś większość swego życia spędził w cyrku, zaś jego mieszkanie to była ciasna klatka. Wtedy zimą rzeczywiście nie spał. Gdy trafił Białegostoku dopiero zaczął zasypiać na zimę. Oznacza to, że życie niedźwiedzia w stolicy Podlaskiego odmieniło się na lepsze. Grześ wypuszczony samopas np do lasów w Bieszczadach nie miałby szans na przeżycie. U nas ma trochę więcej przestrzeni niż w ciasnej klatce. Grześ to nie jedyny niedźwiedź w białostockim ZOO – Jola – niedźwiedzica jeszcze śpi. Ona ze snem problemów nigdy nie miała. Oznacza to, że zarówno w przeszłości jak i teraz zwierzę powodów do stresu nie miało.

Lew, co urwał głowę dziecku

Krąży taka opowieść o białostockim ZOO, ale trudno doszukać się konkretnych źródeł na ten temat, zatem nie możemy potwierdzić prawdziwości tej historii. Jedno jest pewne – przed remontem w ZOO znajdował się lew. Wiele osób mieszkających w okolicy mówiło jak rano latem zwierze budziło je ryczeniem. Już w latach 90-tych jego klatka była podwójnie odizolowana. Miało to być związane z tragedią jaka miała mieć w latach 80-tych. Wówczas lew miał oderwać głowę dziewczynce, która mieszkała w pobliskim hotelu asystenta z rodzicami. Poniżej można zobaczyć jak wyglądało ZOO w latach 90-tych.

 

Żubry, wilki i rysie

ZOO przed przebudową wyglądało fatalnie. Obecnie jest to miejsce zadbane. Pojawiły się też zwierzęta związane z naszym regionem. Nie ma tu już egzotycznych lwów. Można za to podziwiać żubry, wilki, muflona, dziki, żbika czy też różnorodne ptactwo.

Partnerzy portalu:

Panie z tamtych lat

Panie z tamtych lat

 

   Moja Babcia tak barwnie opowiadała mi o przedwojennym Białymstoku, że do dzisiaj mam go jeszcze przed oczyma. Opowiadała o  miejscach, gdzie spotykały się panie z towarzystwa (któż dzisiaj używa takiego określenia?).Takim miejscem  były cukiernie: „Ziemiańska” (Rynek Kościuszki 7) i Maszczyńskiej (ul. Żwirki i Wigury 4) oraz kawiarnia w Teatrze  Miejskim. Nie zamierzam  jednak przeprowadzać studiów komparatystycznym nad tym, jakie cukiernie i kawiarnie są w Białymstoku dziś, a jakie były niegdyś.
  Na wystawny obiad  panie z towarzystwa zapraszane były do „Ritza” przy Kilińskiego 2 lub do Bristolu przy ulicy Marszałka Piłsudskiego 2, rzadziej zaś do „Palace” przy Piłsudskiego 29 ( podaję adresy, bo może uda się jednak cofnąć czas i Białystok powróci do czasów dawnej świetności). Sfery urzędnicze stołowały się w „Savoy’u” przy ul. Kilińskiego 6/2 na pierwszym piętrze.
  Na premierze filmowej panie  bywały w kinie „Świat” przy Rynku Kościuszki 2.W nowinki czytelnicze zaopatrywały się w księgarni Nauczycielskiej przy ul. Kilińskiego 10 (były jeszcze dwie – Kagan przy ul. Sienkiewicza 5 i Kauffmana – przy ul. Sienkiewicza 1).  Rzadziej można je było spotkać w firmie chrześcijańskiej „Tok – artykuły sportowe i przedstawicielstwo samochodów i motocykli” na rogu ulicy Sienkiewicza i Rynku Kościuszki (chyba, że bywały tam z małżonkami).
  Jedna z nich pracowała w Biurze Związku Popierania Turystyki Województwa Białostockiego i władała biegle dziewięcioma językami na czele z przepięknie literackim francuskim, zaś inna – znająca na pamięć większość poematów Norwida pracowała w Szpitalu Polskiego Czerwonego Krzyża przy ulicy Pierackiego 20.
  Trzecia nie pracowała wcale, bowiem większość czasu spędzała na działalności dobroczynnej. Czwarta – na pisaniu wierszy do szuflady. Piąta  – na wychowywaniu licznej gromadki dzieci. To tylko początek opowieści…Kobiety wówczas były Kobietami. Subtelność Jadwigi Smosarskiej i tajemniczość Poli Negri.
  Nieswojo czuję się w czasach zmaskulinizowanych feministek i zniewieściałych, genderowych Piotrusiów Panów. W czasach, gdzie rzadkością jest  autentycznie kobieca kobieta  i normalny mężczyzna. W czasach, gdzie zamiast elit są celebryci  – nawet polityczni i wojenni. W czasach, gdzie człowiek człowiekowi jednorazowym naczyniem, a pojęcie godności, honoru, szacunku  i dotrzymywanej obietnicy stają się niezrozumiałe.
  Tęsknię za latami  dwudziestymi i trzydziestymi, nawet jeśli mam świadomość, że je nieustannie idealizację – w poezji, w publicystyce, w neosurrealistycznej prozie. Tęsknię za autentycznym Dobrem i Pięknem oraz nie godzę się z żadnymi podróbkami.

Marta Cywińska

Partnerzy portalu:

Mieszkańcy województwa podlaskiego – biedni, ale zadowoleni z życia

Mieszkańcy województwa podlaskiego – biedni, ale zadowoleni z życia

94 proc. badanych mieszkańców czuje się w Podlaskim bezpiecznie, 86 proc. ankietowanych ma zaufanie do ludzi, sąsiadów i nieznajomych, 83 proc. badanych mieszkańców województwa podlaskiego jest usatysfakcjonowana z ilości terenów zielonych, a 70 proc. jest zadowolona ze swoich warunków do życia. Niestety jest też nad czym pracować. W Podlaskiem jest jeden z najwyższych wskaźników relatywnego ubóstwa (czyli ludzie czują się biedni). Gorzej pod tym względem czują się mieszkańcy Lubelszczyzny. Także z zaufaniem do władz lokalnych jest kiepsko, bo takie deklaruje lekko ponad 50 proc. mieszkańców. Za to policja i kościół mogą się poszczycić zaufaniem na poziomie 70 proc. mieszkańców. Przy takich wynikach trudno podejrzewać mieszkańców o malkontenctwo. Ogólne zadowolenie z życia deklaruje aż 79 proc.

 

Takie dane pokazują przede wszystkim, że Podlaskie jest przyjemnym miejscem do życia, ale biednym. Najlepiej pod tym kątem czują się na Mazowszu. I to najbliższy kierunek dla osób mieszkających u nas, które nie zgadzają się na swoją obecną sytuację finansową. Miejmy nadzieję, że dożyjemy takich czasów, by nie trzeba było uciekać do Warszawy. Dzisiaj kierunki migracyjne są dosyć jasne. Osoby z małych miejscowości – przyjeżdżają do Białegostoku, Suwałk czy Łomży. Zaś osoby z tych miejscowości najczęściej uciekają już na studia do innych miast. Jeszcze inni po studiach w Białymstoku wyjeżdżają do innych miast. Jeżeli nikt nie zatrzyma tego procesu, to czeka nas prawdziwa katastrofa demograficzna.

Partnerzy portalu:

Nie wszystkim chciało się czekać na wyrok

Nie wszystkim chciało się czekać na wyrok

 

    Kiedy wczesną wiosną 1931 r. białostocki Sąd Okręgowy przeniósł się z ul. Warszawskiej do nowego gmachu przy ul. Mickiewicza 5, nie wszystko tam było dokończone.
  Prace wewnątrz budynku trwać miały jeszcze przez kilkanaście miesięcy. A tutaj trzeba było od razu sądzić i wyrokować w przybywających ciągle sprawach karnych. Ów rozgardiasz nie pasował do powagi przybytku Temidy. Był on jednak na rękę przestępcom.  Rok po inauguracji sądu przy ul. Mickiewicza, miała miejsce zuchwała z niego ucieczka.
  Jej autorem okazał się znany na bruku białostockim złodziej – recydywista Franciszek Szkiłądź. Był początek kwietnia 1932 r. Sąd Okręgowy rozpatrywał właśnie różne sprawy w trybie odwoławczym. Miał pojawić się przed nim Franciszek Sz., oskarżony o opór wobec policjantów, odbywający akurat 4 letni wyrok w więzieniu przy Szosie Baranowickiej.
  Ponieważ konwojent dostarczył delikwenta za wcześnie, trzeba było czekać. Oczywiście nie na korytarzu, ale w je dnym z pokojów na pierwszym piętrze.  Najpierw Szkiłądź rozsiadł się na krześle i zastygł w ponurym milczeniu. Kiedy jednak strażnik przestał się nim interesować, ruszył niespodziewanie do okna, w którym nie było krat, szarpnął za klamkę i z parapetu skoczył w dół na rosnący pod murem trawnik. Nieco utykając rzucił się do dalszej ucieczki, ulicą Świętojańską w kierunku Zwierzyńca. 
  W tym czasie Aleksander Tykocki, prowadzący w pobliżu sądu budkę papierosową, rozkładał właśnie towar. Usłyszał jakieś krzyki i wyjrzał na zewnątrz. Zobaczył kulejącego mężczyznę w więziennym drelichu. Sklepikarz niewiele myśląc sięgnął po ukryty pod ladą rewolwer (miał pozwolenie na broń) i ruszył odważnie w pogoń. Na jego krzyk: „Stój! Stój!”, biegnący wcale nie reagował.
Wtedy Tykocki strzelił kilka razy w powietrze, na postrach. Szkiłądź skoczył w bok, przesadził płot i znalazł się na podwórzu jednego z domków urzędniczych przy ul. Świętojańskiej. Tutaj papierosiarz stracił zbiega z oczu.  Strzały Tykockiego zaalarmowały znajdujących się w pobliżu policjantów.          Teraz „granatowi” ruszyli w pościg. Przeczesywali podwórko po podwórku. Wreszcie na posesji nr 24, znaleźli „zgubę”. Zmęczony i obolały Szkiłądź ukrywał się w stojącej pod domem skrzyni po fortepianie. Zakuty w kajdanki trafił znowu na Mickiewicza 5, gdzie czekał na niego sędzia z kilkoma paragrafami. Również dzielny właściciel trafiki, po  wyjaśnieniach złożonych na ręce przodownika policji, powrócił do swojego interesu. 
  Następnego dnia gazety nie omieszkały wytknąć władzom sądowym łatwości z jaką nastąpiła ucieczka groźnego bandziora.
  Głos zabrał wówczas sam prezes Sądu Okręgowego Leon Zubelewicz. Wyjaśniał, że winne wszystkiemu jest przedłużające się wykańczanie niektórych pomieszczeń. Normalnie karetka więzienna powinna wjeżdżać na wewnętrzny dziedziniec sądu, skąd więźnia prowadzi się specjalnymi schodami, izolowanymi od zwykłych interesantów, do pokoju aresztanckiego. Pokój ten znajduje się na drugim piętrze. Z niego  osobnym przejściem więzień trafia wprost na salę rozpraw. Takie połączenie powinno skutecznie zapobiegać ucieczkom. Ponieważ główna sala rozpraw jest nie gotowa, Wysoki Sąd musi korzystać z innych pomieszczeń. Stąd i więźniowie doprowadzani na przesłuchania czy rozprawy, trzymani są w prowizorycznym areszcie.Bezczelny Szkiłądź to wykorzystał. 
  Rok później prezes Sądu Okręgowego musiał się znowu tłumaczyć przed dziennikarzami. Na początku maja 1933 r. z sądu przy Mickiewicza 5 uciekł Stanisław Gilewski, dorożkarz oskarżony o pobicie i okradzenie pasażera. Pościg nie dał rezultatu. Po jakimś czasie „Gil” sam się zgłosił na policję. Rozsierdzony Wysoki Sąd wlepił mu za całokształt 5 lat pobytu za kratkami.

Włodzimierz Jarmolik

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Te 3 podlaskie miejsca warto odwiedzić w 2019 roku

Turyści mają swoje preferencje, ale też chęć poznawania czegoś nowego. Ten, kto myśli że znów odwiedzą w tym roku Białowieżę i Augustów może się grubo pomylić. Owszem tam zawsze warto przyjechać, ale tegoroczne kierunki turystyczne województwa Podlaskiego zapewne będą się różnić od tych z lat poprzednich. Przede wszystkim nasz region zaczął się profesjonalnie promować. Co to znaczy? Właśnie to, że Podlaskie to nie tylko Białowieża i Augustów, a cała gama różnych niesamowitych miejsc. Tak jak była swoista moda, by rzucić wszystko i jechać w Bieszczady, tak teraz powoli można zauważyć to samo w stosunku co do Podlaskiego. Ludzie chcą tu odnaleźć siebie w ciszy, spokoju i niezmąconej naturze. Gdańsk, Kraków, Warszawa czy Wrocław są wielkimi ośrodkami miejskimi, ale wokół nich nie ma gdzie pojechać, by odpocząć oraz się wyciszyć. Z tego pierwszego miasta najpopularniejsze i najbliższe są przepełnione Sopot czy Hel. Mieszkańcy stolicy Małopolski może sobie pozwolić na szybki wypad w Zakopane, które też jest pełne. W okolicach Warszawy jest Zalew Zegrzyński, zaś z Wrocławia można pojechać choćby do turystycznego Kłodzka. Białostoczanie zaś od lat odwiedzali Białowieżę i Augustów.

 

Zarówno lokalni turyści jak i krajowi są głodni nowych miejsc – a dzięki różnym inicjatywom i reklamom pojawia się wiele innych alternatyw dla tych dwóch turystycznych miasteczek. Jakie więc będą najpopularniejsze kierunki Podlaskie w 2019 roku?

Śliwno – Waniewo

Miejscowości oddzielone od siebie rozlewiskami Narwi, gdzie można dojść kładką i przeprawiając się rzecznymi promami w tym roku będą miały tłumy odwiedzających. Bowiem tam trwał remont. Poprzednie kładki zostały kompletnie rozebrane i zastąpione zupełnie nowymi. Na pewno bardzo wiele osób po ponad rocznej przerwie będzie chciało znów tam przyjechać. Pojawi się też wiele osób, które o tym miejscu dowiedziały się między czasie.

 

Supraśl

Nie ma co ukrywać, że Supraśl jest już popularny, ale nie miał jeszcze swego apogeum. W tym roku może je osiągnąć z dwóch powodów – przede wszystkim jest nowa, wyremontowana droga dojazdowa. Po drugie istnieje szansa, że pojawią się autobusy komunikacji miejskiej, które od 3 lat już do uzdrowiska nie dojeżdżają. Ostatni argument przemawiający za tym jest taki, że Supraśl dołączy do systemu rowerów miejskich, dzięki czemu będzie można dojechać tam BiKeR-em.

 

Ziemia Sejneńska

Tak, to nie żart. W tym roku Ziemia Sejneńska może również przeżyć oblężenie. Zacznijmy od tego, że to przepiękne miejsce, które nie jest tak bardzo znane dla większości. Ma bardzo wiele jezior i jest przy samej granicy z Litwą. Dlaczego w tym roku turyści mogą licznie odwiedzić właśnie tamte rejony? Augustów jest rokrocznie coraz bardziej przepełniony. Wiele osób, nie chcąc tracić uroku tego miejsca wybiera coraz częściej inne miejscowości w pobliżu. Dlaczego więc nie Giby, Kukle czy Sejny właśnie? Jeziora również są polodowcowe, a zatem bardzo czyste. Dodatkowo nie są aż tak tłumnie odwiedzane.

 

Województwo Podlaskie z roku na rok ma coraz więcej do zaoferowania. Mamy taką przewagę nad resztą kraju, że u innych atrakcyjne są pojedyncze miejsca, zaś u nas takich miejsc jest bardzo wiele, tyle że jeszcze nie zostały odkryte przez turystykę masową. Ma to oczywiście swoje plusy – jesteśmy nadal drugimi Bieszczadami. Czy lepszymi? To już kwestia gustu.

Partnerzy portalu:

Doktor Alfred Żołątkowski – lekarz i wielki patriota

Doktor Alfred Żołątkowski – lekarz i wielki patriota

Pisano o nim, że jego sumienna praca lekarska, gorące przejęcie się sprawami społeczno-narodowymi, urok osobisty jednają mu sympatię. Upominał się o prawo mówienia i nauczania w języku polskim. Zajmował się też sprawami samorządu białostockiego.

Gdy 11 listopada 1918 r. białostoccy harcerze rozpoczęli rozbrajanie Niemców, to jednym z dowódców młodzieży był właśnie dr Alfred Żołątkowski. W jego mieszkaniu przy ulicy Kilińskiego mieściła się główna kwatera Centralnego Komitetu Narodowego Obwodu Białostockiego.

Zwykło się mówić, że wolną Polskę zawdzięczamy między innymi środowisku niepodległościowemu. Stwierdzenie takie, mało precyzyjne, może stwarzać wrażenie, że była to stosunkowo liczna grupa. Tymczasem w Białymstoku było to raczej szczupłe grono. W czerwcu 1917 r. powstał Centralny Komitet Narodowy na Obwód Ziemi Białostockiej, który swoim działaniem obejmował powiaty białostocki, bielski i sokólski. Na jego czele stanął proboszcz parafii w Zabłudowie ksiądz Stanisław Nawrocki, a jego zastępcą został Feliks Filipowicz. Wkrótce jednak działalność Komitetu na skutek represji i aresztowań praktycznie zamarła.Jak wspominano po latach to „dopiero w r. 1918 Komitet po rocznej przerwie reorganizuje się i rozpoczyna intensywniejszą pracę.

W październiku r. 1918 Polski Centralny Komitet Narodowy Obwodu Białostockiego staje się czynnikiem decydującym w życiu miasta i powiatu”. Komitet liczył zaledwie 119 osób i można założyć, że to właśnie one były prawie całym środowiskiem. Na czele odnowionego Komitetu stanął dr Alfred Żołątkowski. To kolejna postać wśród zapomnianych bohaterów tamtych czasów. Nie był białostoczaninem. Urodził się w 1875 r. na Kielecczyźnie. W Kielcach ukończył gimnazjum, ale na studia medyczne udał się najpierw do Warszawy a następnie do Moskwy.

Później, jak we wspomnieniu pośmiertnym o doktorze Żołątkowskim pisał Władysław Kolendo „po ukończeniu studiów jedzie do zapadłego kąta w Królestwie Polskim, dlatego tylko, że na prowincji mało lekarzy”. To taka judymowska postawa, która charakteryzowała Żołątkowskiegio przez całe życie. Dlatego po jego śmierci pisano, że „śmierć lekarza otaczającego swą opieką najbiedniejsze warstwy ludności wywołała szczery żal ludzi biedujących na tym świecie, ubył bowiem <>”.

Z tego „zapadłego kąta” przeniósł się do Janowa pod Grodnem, aby w 1903 r. zamieszkać w Białymstoku. Tu podjął pracę w szpitalu Rosyjskiego Czerwonego Krzyża przy ulicy Aleksandrowskiej (Warszawska), a jednocześnie rozpoczął prywatną praktykę w gabinecie przy swoim mieszkaniu w kamienicy Rozenbluma przy ulicy Niemieckiej (Kilińskiego) 3. Pisano o nim, że jego „sumienna praca lekarska, gorące przejęcie się sprawami społeczno-narodowymi, urok jego osobowości jednają mu sympatię”. To przejecie się sprawami społecznymi spowodowało, że w 1912 r. Żołątkowski znalazł się w redakcji założonej przez Konstantego Kosińskiego Gazety Białostockiej. Przy jej powstawaniu, jak pisała Zofia Sokół, pomagał Kosińskiemu i „była to pomoc materialna i organizacyjna”.

Omawiając zawartość Gazety Zofia Sokół stwierdzała, że „na uwagę zasługują również artykuły popularnonaukowe z cyklu <>; pisane one były przez dr Alfreda Żołątkowskiego. Autor w sposób popularny objaśniał etiologię chorób zakaźnych i walkę z nimi, podawał podstawowe wiadomości z dziedziny higieny osobistej, pielęgnacji niemowląt i dzieci, postępowania w nagłych wypadkach itp. Artykuły te były przeznaczone dla czytelników mało wyrobionych”. Pisał też dr Żołątkowski pod pseudonimem Karol Orenda artykuły o tematyce politycznej. Upominał się o prawo mówienia i nauczania w języku polskim. Zajmował się też sprawami samorządu białostockiego. Gdy wybuchła wojna został zmobilizowany i jak pisał Władysław Kolendo „ze szpitalem polowym udaje się na front. Praca wyczerpująca, sceny wstrząsające pełnych grozy odwrotów w <>, podczas tych odwrotów on należy do tych co ostatni opuszczają stanowisko”.

Gdy jesienią 1917 roku w Jeleni (obecnie obwód smoeński) powstaje 3 Dywizja Strzelców Polskich wstępuje do niej. Od marca 1918 r. był naczelnym lekarzem dywizji, która wyruszyła przebijając się pomiędzy oddziałami bolszewickimi do Żłobina (obecnie obwód homelski). Po przebyciu blisko 400-kilometrowego marszu, w Żłobinie szpital został rozformowany. Alfred Żołątkowski w randze majora wrócił do Białegostoku. Tu, jak pisał Władysław Kolendo „wzbierające fale polskiego życia społecznego wynoszą go na stanowisko prezesa Centralnego Polskiego Komitetu Narodowego w Białymstoku. Pracuje dużo i ciężko; powołany do współpracy w gimnazjach w charakterze nauczyciela, staje do niej chętnie i pracuje wytrwale”.

Gdy 11 listopada 1918 r. białostoccy harcerze rozpoczynają rozbrajanie Niemców, to jednym z dowódców młodzieży był właśnie dr Alfred Żołątkowski. W jego mieszkaniu przy ulicy Kilińskiego mieściła się główna kwatera Centralnego Komitetu. Nieopodal, bo przy Kilińskiego 16 w domu Falka Kempnera (dawna loża masońska) była siedziba głównej warty i skład broni. 14 listopada w mieszkaniu Żołątkowskiego rozegrała się dramatyczna scena. Gdy było już wiadome, że wojsko polskie nie zajmie Białegostoku „do mieszkania doktora Żołątkowskiego wdarli się żołdacy pruscy. Przyłożyli mu rewolwer do skroni i zażądali rozwiązania Komitetu i złożenia broni”.

Ostatecznie do rozwiązania Komitetu nie doszło, ale dr Żołątkowski zmuszony został do opuszczenia Białegostoku. Wraz z grupą gimnazjalnej młodzieży przedostał się do stacjonującego w Łapach wojska polskiego. O pobycie Żołątkowskiego w Łapach w publikacji Żołnierz Łapski pisał Piotr Sobieszczak. „Z dniem 23 listopada 1918 r. do Sztabu Dowództwa w Łapach przydzielono lekarza wojskowego dr Alfreda Żołątkowskiego, któremu powierzono jednocześnie funkcję szefa sanitarnego. Miał on objąć opiekę nad stacjonującymi w Łapach oddziałami wojska polskiego jak również regimentami powracającymi do kraju”.

Tymczasem sytuacja militarna na wschodzie znacznie się skomplikowała. W miejsce ewakuowanej armii niemieckiej zaczęły wkraczać oddziały bolszewików. Jednocześnie działały na tym terenie niewielkie jednostki polskie i formacje Samoobrony. Kiedy bolszewicy zajęli Lidę, Nowogródek, Słonim stało się jasne, że zagrażają powstałemu dopiero co państwu polskiemu. Należało jak najszybciej przerzucić na wschód posiłki wojskowe. 5 lutego 1919 r. pomiędzy wojskowymi władzami polskimi i niemieckimi podpisana została tak zwana umowa białostocka. Między innymi dała możliwość przejazdu polskich transportów wojskowych z Łap przez Białystok.

Dr Alfred Żołątkowski jednym z pierwszych transportów dociera do Wołkowyska, gdzie organizuje szpital wojskowy. Niestety zaraża się tyfusem. Chory wraca do Białegostoku i tu w wieku 44 lat umiera 21 marca 1919 r. Władysław Kolendo swoje wspomnienie kończył pisząc, że „życie uśmiechało się doń: ukochana żona, literatura, muzyka, rozkosze natury intelektualnej – to jest więcej niż dosyć, aby być przywiązanym do życia, lecz on ślubował wierność w służbie Ojczyzny i gdy ona zawołała nań, poszedł spełnić obowiązek Polaka obywatela”.

Ukochana żona doktora Apolonia Żołątkowska również znana była w Białymstoku ze swej społecznej działalności. Przed wybuchem wojny zaangażowana była w prace Towarzystwa Otwierania i Prowadzenia Bibliotek Publicznych. Zasiadała w zarządzie Towarzystwa Dobroczynnego „Żłobek” oraz w Towarzystwie Równouprawnienia Kobiet Polskich.

Jesienią 1918 r. poświęciła się pracy w powstałym Kole Polek, które organizowało pomoc dla polskich żołnierzy walczących na wschodzie. W 1919 r., już po śmierci męża, została przewodniczącą Koła. Pracowała też w białostockim magistracie. Zmarła w 1943 r.

Władysław Kolendo po śmierci Alfreda Żołątkowskiego apelował: „Cieniom obywatela patrioty, majora lekarza wojsk polskich, cześć!”.

Andrzej Lechowski
były Dyrektor Muzeum Podlaskiego 

Partnerzy portalu:

Kim był król z Królowego Mostu? Sprawa nie tak oczywista.

Kim był król z Królowego Mostu? Sprawa nie tak oczywista.

Królowy Most znany jest z dwóch przyczyn – pierwsza to oczywiście znakomita seria komedii Jacka Bromskiego ukazująca perypetie mieszkańców fikcyjnego miasteczka Królowy Most, gdzie filmowcy nagrali kilka scen. W Rzeczywistości większość scen filmu zrealizowano w Sokółce. Druga przyczyna to Wzgórza Świętojańskie. Wszyscy, którzy dowiedzieli się, że pod Białymstokiem istnieją jakieś większe wzniesienia zaraz wybrali się tam, by się wdrapać. Dziś na jednym ze wzniesień stoi wieża widokowa.

 

Mało kto jednak zadaje sobie pytanie o króla z nazwy Królowego Mostu. Przed laty dociekać próbował tego były dziennikarz Wojciech Koronkiewicz, który prowadził program w TVP Białystok – „Magazyn Osobliwości”. Tradycją było, że na koniec programu wybierał się do jakiejś podlaskiej wsi ze śmieszną nazwą i pytał mieszkańców skąd właśnie taka. W jednym z odcinków programu dziennikarz pojawił się też w Królowym Moście i pytał o króla. Było to jednak tak dawno temu, że nie pamiętamy czy dziennikarz ustalił właściwą odpowiedź.

 

Dzisiaj, w czasach internetu jest to dużo łatwiejsze. Można na przykład skorzystać z Wikipedii, która nam powie, że Królowy Most wcześniej nazywał się Annopolem, a potem Janopolem (od Jana III Sobieskiego). Mamy króla! Jednak zanim rozpalimy ten zapał do końca warto tu przytoczyć pewną legendę jakoby Zygmunt August (aktywny w naszych rejonach – szczególnie uwielbiał przebywać w Knyszynie) podróżując do Wołkowyska zatrzymał się na jedną noc w okolicach Królowego Mostu. Przez ten czas w jedną noc zbudowano dla niego most, by jechał dalej. Trudno powiedzieć czy to prawda, bo istniejący „Trakt Napoleoński” powstał 300 lat później. Czy na bazie istniejącego szlaku? Z pomocą może nam przyjść mapa Księstwa Mazowieckiego z 1665 roku. Na niej widzimy, że zarówno Gródek jak i Wołkowysk są już zaznaczone, oznacza to że były to ważniejsze ośrodki. Zatem należy przypuszczać, że były połączone jakąś drogą.

 

 

Warto sobie jeszcze odpowiedzieć na pytanie czy może król z Królowego Mostu to nie Jan III Sobieski? Sprawdźmy czy monarcha ma coś z Podlasiem wspólnego. Warto wspomnieć o licznych podróżach Jana. Jednak te odbywały się na zachód. Związki jego z Podlasiem jeżeli są to wątpliwe. Wystarczy spojrzeć na mapę Rzeczypospolitej z 1686 roku. Wówczas najważniejszym ośrodkiem był Drohiczyn. W pobliżu innego miasta nie było, do którego król mógłby przejeżdżać przez Puszczę Knyszyńską.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Rzeki się podniosły. Wkrótce może być powódź albo piękne rozlewiska.

Choć do wiosny jeszcze zostało sporo czasu, a za oknami leży śnieg to w ostatnim czasie na Rzekach Bug i Narew poziom przekroczył stan ostrzegawczy. Ta druga rzeka podniosła się szczególnie w Ploskach. Niebezpiecznie było także w Bondarach, Surażu i Wiźnie. Wszystko to miało miejsce z pierwszymi roztopami. Najpierw spadły duże ilości śniegu, później temperatura wzrosła i biały puch popłynął. Na szczęście temperatura wkrótce znów spadła, ale nie spadło już aż tak dużo śniegu, dzięki czemu nie wszystko popłynęło i nie doszło do lokalnych podtopień. A te są szczególnie uciążliwe dla mieszkańców przyrzecznych miejscowości.

 

Przed laty skutkiem podtopień były nie tylko zalane posesje. Na przykład w Narewce i Brańsku zagrożone podtopieniem były przepompownia i oczyszczalnia ścieków. Robiono wszystko, by woda z Nurcu ich nie zalała. Dlatego droga ściekowa była zabezpieczana workami z piaskiem. Natomiast pod Zambrowem wysoki poziom rzeki uszkodził drogę asfaltową na moście. W Sokółce natomiast zamknięto drogę z Suchowoli do Karpowicz.

 

Miejmy nadzieję, że w tym roku przejście z zimy na wiosnę będzie dużo łagodniejsze i nie wywoła negatywnych skutków. A warto powiedzieć sobie, że są też i pozytywne. Każdego roku wspaniałe rozlewiska rozciągają się w okolicach Narwi i Biebrzy. Jest wiele punktów widokowych, z których można je podziwiać. Dlatego gdy przyjdzie już wiosna – warto sobie zaplanować wycieczkę na rozlewiska. Widoki z dołu będą równie olśniewające jak z góry (tak jak na filmie).

Partnerzy portalu:

Mikołaj Rey przyjechał z telewizją na Podlasie.

Mikołaj Rey przyjechał z telewizją na Podlasie.

Mikołaj Rey, wszechstronny artysta i potomek sławnego polskiego poety, Mikołaja Reja, zainteresowany tajnikami produkcji Sera Korycińskiego, zaprezentował swoją pasję i ciekawość w programie Dzień Dobry TVN. Jego fascynacja tym tradycyjnym produktem podlaskiej kuchni stała się okazją do zgłębienia historii oraz procesu powstawania tego wyjątkowego sera.

Mikołaj Rey – korzenie

Mikołaj Rey, znany polski poeta i prozaik, którego korzenie sięgają XVI wieku. Był autorem wielu dzieł literackich, które do dziś zachwycają swoją aktualnością. Jego potomek, również o imieniu Mikołaj, pochodzący z Francji, od lat związany jest z Polską, a teraz zainteresował się tradycjami kulinarnej Podlasia, szczególnie produkcją sera, którą mógł bliżej poznać dzięki udziałowi w programie telewizyjnym. Oczywiście jego historia zainspirowała widzów do poznania tajemnic Sera Korycińskiego, będącego prawdziwym skarbem regionu.

Mikołaj Rey – inspirujący udział w programie TV

Mikołaj Rey, przebrany w fartuch i czepek, włączył się aktywnie w proces tworzenia sera, co pokazało, że produkcja tego wyjątkowego produktu wymaga nie tylko wiedzy, ale także zaangażowania i precyzji. Dzięki jego udziałowi w programie, widzowie mogli lepiej zrozumieć trudności i wyzwania stojące przed producentami sera. Historia Sera Korycińskiego, związana z bogatym dziedzictwem kulinarnym Podlasia, stała się tematem, który zainteresował nie tylko samego Mikołaja Reja. Także miliony widzów oglądających program zainteresowali się tym tematem. Jego udział w tym przedsięwzięciu pokazał, że historia i tradycje są nadal istotne i inspirujące.

Zanurzenie w procesie produkcyjnym

Aktywny udział Mikołaja Reja w procesie tworzenia sera, symbolizowany przez założony fartuch i czepek, stanowił nie tylko wyraz jego zainteresowania. Także ukazanie trudu i wysiłku, jakie wkładają producenci w tworzenie tego wyjątkowego produktu. Jego zaangażowanie było inspiracją dla widzów, którzy mogli lepiej zrozumieć proces produkcji sera.

Promowanie dziedzictwa kulturowego

Obecność Mikołaja Reja w programie Dzień Dobry TVN nie tylko przybliżyła widzom proces produkcji Sera Korycińskiego. Również podkreśliła znaczenie zachowywania i promowania dziedzictwa kulturowego regionu Podlasia. Oczywiście jego udział w programie stanowił hołd dla tradycji i historii, które nadal mają istotne znaczenie.

Partnerzy portalu:

Białystok – zdewastowane miasto w płomieniach. Potworna historia na unikalnych zdjęciach.

Białystok – zdewastowane miasto w płomieniach. Potworna historia na unikalnych zdjęciach.

Podczas II Wojny Światowej Białystok uległ gigantycznemu zniszczeniu. W 1941 roku – Niemcy bez wypowiadania wojny postanowiły zaatakować ZSRR. Armia Czerwona, która stacjonowała w Białymstoku dostała od swego dowództwa nakaz ewakuacji. 22 czerwca Białystok został zbombardowany przez niemieckie samoloty. 25 czerwca w okolicach doszło do wymiany ognia pomiędzy Armią Czerwoną a nowym okupantem. Oddziały Wehrmachtu wkroczyły do miasta 27 czerwca. Razem z niemieckimi nazistami do miasta weszły specjalne grupy operacyjne  policji bezpieczeństwa oraz służb bezpieczeństwa. Od razu po zajęciu Białegostoku nowi okupanci rozpoczęli zaplanowany na szeroką skalę terror wśród mieszkańców. Był to tak zwany „krwawy piątek”. To właśnie wtedy życie straciło kilkaset Żydów, spędzonych do synagogi, która została podpalona. Z relacji świadków wynika, że żołnierze synagogę podpalili ze wszystkich stron. Do uciekających przez okna żydów strzelali. Zginęli prawie wszyscy Żydzi, tylko nieliczni zdołali się uratować. Niemcy spalili także drugą synagogę – przy ul. Nabrzeżnej (dziś Branickiego). W tym samym dniu zginęło w mieście od 2 do 2500 Żydów. Niemcy odbyli po prostu polowanie na ludzi.

 

W ciągu pierwszego miesiąca okupacji hitlerowskiej w masowych egzekucjach zginęło łącznie około 8 tys. osób. Swoimi zbrodniami Niemcy rozpoczęli planową eksterminację społeczności żydowskiej. To w Białymstoku zaczął się Holocaust. Jest to mało znany fakt w ogólnej historii polskich Żydów. Obecnie wszyscy skupiają się na Warszawie, a nie na prowincjonalnym podlaskim miasteczku. A to błąd. O Historii należy mówić jak najpełniej. Dla Białostoczan wydarzenia „krwawego piątku” pozostały traumą. Ich żydowscy sąsiedzi, koledzy ze szkół, nauczyciele czy lekarze jednego dnia zostali zamordowani. W mieście kłębił się gęsty dym, który przeszywał nozdrza zapachem palonych ciał. Miasto stało się jednym, wielkim krematorium.

 

Zdjęcia pochodzą z niemieckich archiwów oraz z Niemieckiego Muzeum Historycznego w Berlinie.

 

 

 

 

 

 

 

Partnerzy portalu:

Afera dewizowa z kratkami w tle

Afera dewizowa z kratkami w tle

 

    Pod koniec 1929 r. w Stanach Zjednoczonych rozpoczął się ogólnoświatowy kryzys gospodarczy. Słabiej rozwinięta II Rzeczpospolita odczuła go bardzo dotkliwie. Załamało się rolnictwo, przemysł i rynek kapitałowy.
  Szybko topniały rezerwy złota w Banku Polskim, zaś dolary i funty na gwałt umykały z kraju. Wiosną 1935 r. prezydent Ignacy Mościcki podpisał rozporządzenie ograniczające wywóz dewiz. Na złamanie tego przepisu nie trzeba było długo czekać. Jeden z pierwszych przypadków zakazanych transferów (a może wcale pierwszy), który został osądzony, miał miejsce w Białymstoku. 
  Josel Glikfeld należał do zamożniejszych kupców białostockich i był właścicielem licznych nieruchomości w mieście. Dorobił się na handlu skórami. Interesy prowadził za pośrednictwem filii w Niemczech, zaś swoich przedstawicieli miał w różnych stronach świata, nawet w odległej Kalkucie. W Białymstoku, a także w pobliskich miasteczkach kontrolował cały przemysł garbarski.
  No i taki człowiek późną jesienią 1936 r. trafił przed oblicze Sądu Okręgowego przy ul. Mickiewicza 5.Proces Glikfelda rozpoczął się 24 listopada. Na sali sądowej zajętej przez ciekawską publiczność pojawił się starszy siwy jegomość pod eskortą policjantów. Powitali go tam jego dwaj obrońcy, panowie Firstenberg z Warszawy i miejscowy, znany adwokat Łaszuk.
  Ten ostatni, jeszcze przed odczytaniem aktu oskarżenia złożył formalny wniosek o odroczenie rozprawy. Powodem tego miało być niezapoznanie się ich klienta ze wszystkimi zgromadzonymi aktami w jego sprawie. Prokurator Jaśkiewicz zgłosił oczywiście sprzeciw. Po krótkiej naradzie Sąd oddalił wniosek obrony. Akt oskarżenia, liczący 28 stron, czytany był z namaszczeniem przez prawie półtorej godziny.
    Na zapytanie przewodniczącego Kieszczyńskiego, czy oskarżony przyznaje się do winy, Josel Glikfeld tylko kiwał głową i próbował dać do zrozumienia, że źle słyszy. W końcu jednak odezwał się i odmówił kategorycznie wszelkich odpowiedzi. W takiej sytuacji sędzia zarządził przesłuchanie powołanych w tej sprawie świadków.  Pierwsi zeznawali właściciele miejscowych garbarni, z którymi Glikfeld miał interesy.
  Ich kontrakty z oskarżonym sięgały dziesiątków tysięcy złotych. Niektórym zalegał na duże sumy. Następnie przyszła pora na pracowników spółki Glikfelda. Jeden z nich Józef Limoni opowiedział szczegółowo o robionych przez swojego pryncypała geszeftach i wysyłaniu pieniędzy za granicę. Przedstawiciel Glikfelda na Europę Rampel także wyjaśniał zawiłości rozliczeń finansowych z kontrahentami.
  Później przyszła pora na zeznania kierowników Wydziału Śledczego – komisarza Kontryma i asp. Stępkowskiego. Ten ostatni przedstawił przebieg rewizji w mieszkaniu Glikfelda i zajęcie wielu dokumentów, listów i pokaźnej gotówki. Wspomniał też o krewkiej żonie, która broniła dostępu do sejfu. 
   Teraz z kolei Sąd polecił biegłemu Kłosowskiemu odczytanie istotnych dla sprawy dokumentów i ich przetłumaczenie. Trwało to dosyć długo. Adwokat Firstenberg znowu poprosił o kilkudniową przerwę dla zapoznania się oskarżonego z dokumentami. Tym razem zwłoka została uznana za zasadną. Do 1 grudnia. 
    Proces Josela Glikfelda przed białostockim Sądem Okręgowym zakończył się 2 grudnia 1936 r. Zeznania świadków i ekspertów od prawa dewizowego były jednoznaczne. Kupiec wysyłał do Anglii swoich kurierów z paczkami dolarów. Prokurator zażądał surowej kary, dla przestrogi innych.
  Sąd Okręgowy skazał Glikfelda na 1,5 roku więzienia oraz 50 tys. zł grzywny. Łagodny wyrok motywowano zaawansowanym wiekiem winnego, złym stanem zdrowia i dotychczasową niekaralnością. Teraz do roboty miał się wziąć Sąd Apelacyjny w Warszawie.

Włodzimierz Jarmolik

Partnerzy portalu:

Dom Ludowy w Białymstoku. Historia niekończącej się budowy

Dom Ludowy w Białymstoku. Historia niekończącej się budowy

   

   Dom Ludowy poświęcony również Marszałkowi, którego budowę na Plantach zainicjował jeszcze w 1933 r. wojewoda białostocki i zagorzały piłsudczyk Marian Zyndram-Kościałkowski, zaś prezydent miasta Seweryn Nowakowski wyznaczył termin zakończenia inwestycji na 11 listopada 1934 r., czyli Święto Niepodległości, był ciągle jeszcze nie gotowy. Powód prozaiczny – brak pieniędzy.
  Dzień ukończenia Domu – symbolu przeniesiono na listopad 1935 r. Nastąpiła kolejna obsuwa. W planach budowniczych pojawił się zatem rok 1936 i 19 marzec, dzień imienin Józefa Piłsudskiego. Termin ten znowu okazał się pobożnym życzeniem władz miasta.
  W lipcu Filip Echeński, sekretarz Komitetu Budowy Domu Ludowego, a jednocześnie kierownik Biblioteki Miejskiej, dał wywiad do prasy, w którym przedstawił aktualną sytuację na ślimaczącym się placu robót. Gmach w stanie surowym był już gotowy.
  Wzniesiono mury, sklepienia, galerię teatru, wszystkie ściany wewnętrzne. Brak było tylko tynków. Teraz przyszła pora na klatki schodowe, zakładanie centralnego ogrzewania, kanalizacji, elektryczności, urządzeń sceny i oczywiście pokrycia dachu.
  Roboty zatem było jeszcze dużo. No i te koszty. Dotychczas na budowę Domu Ludowego poszło ok. 250 tys. zł. Sam Komitet starał się jak mógł i zgromadził blisko 100 tys. zł ze składek ludności Białegostoku, darowizn i z zorganizowanych balów, zabaw i loterii. Magistrat wysupłał coś z 75 tys. ze swojej, oblężonej przez inne ekstraordynaryjne wydatki, kasy a kolejne 75 tys. zapewnił wojewódzki Fundusz Pracy na płace dla zatrudnionych przy budowie bezrobotnych.
  Potrzebnych było jednak jeszcze ok. 200 tys. zł, ażeby nastąpił upragniony finał. Echeński jeszcze raz odwołał się do ofiarności białostoczan. Nie tylko do „grubych ryb”, czyli przemysłowców i handlowych potentatów (byli oni coraz bardziej niechętni do jakiejkolwiek filantropii), ale i do zwykłych obywateli miasta. Prosił nawet o drobne datki. Krytykował plotki o tym, że budynek Domu Ludowego zalewa od piwnic woda, a na ścianach widać rysy i pęknięcia. Nazwał to zwykłym „austriackim gadaniem”. Powiedział: „zamiast rzucać kalumnie zajrzyjcie przez ogrodzenie, przypatrzcie się pracy i stanowi budowy, może ruszy was sumienie i rzucicie swój grosz na zakończenie Domu Ludowego”.
  Narady w gabinecie prezydenta Nowakowskiego i wicewojewody Zgrzebnioka nie miały końca. Na początku września ustalono, że 50 tys. zł wygospodaruje jeszcze Fundusz Pracy, zaś 150 tys. potrzebne na całkowite zakończenie robót trzeba będzie uzyskać w ramach długoterminowej pożyczki z Banku Gospodarstwa Krajowego. Gdyby doszła ona do skutku, wówczas pojawiłaby się kolejna data oddania Domu Ludowego do użytku – sierpień 1937 r.
  8 września do Białegostoku przybył z warszawskiej centrali BOK dyrektor Garbuzyński. Chciał osobiście zobaczyć na co daje pieniądze. Po niedokończonym gmachu oprowadzali go jego budowniczowie, inż. Seredyński i inż. Domejko. Był oczywiście i sekretarz Komitetu Budowy F. Echeński.
  Pożyczka ostatecznie została przyznana. Członkowie zarządu Miasta, a i Rady Miejskiej ciągle dowiadywali się o postępy robót. Zbliżała się jednak zima. Prace wykończeniowe trzeba było przenieść na następny rok. Ale i rok 1937 nie zakończył trwającej 4 lata budowlanej epopei.
  Dopiero w grudniu 1938 r. Dom Ludowy, już jako Teatr Miejski otworzył swoje podwoje dla białostoczan. Głosy o stały, polski teatr w mieście, rozlegające się od początku niepodległości Białegostoku, zostały wysłuchane.

Włodzimierz Jarmolik

Partnerzy portalu:

Krynki – tu warto przyjechać, ale by zwiedzać trzeba spełnić jeden warunek.

Krynki – tu warto przyjechać, ale by zwiedzać trzeba spełnić jeden warunek.

Krynki to bardzo specyficzne podlaskie miasto, a jeszcze do nie dawna wieś, położone jest przy samej granicy Polski i Białorusi. Z jednej strony można o nim usłyszeć jako o miejscu, które warto odwiedzić, z drugiej strony – gdy człowiek tam pojedzie na pierwszy rzut oka nie potrafi dostrzec nic ciekawego. Zwykłe miasteczko, które wyróżnia się tylko dziwacznym rondem – przez co jest porównywane do Paryża. Rynek i park wybudowane zostały na planie sześcioboku. Zaś od ronda ulice odchodzą jak promienie zupełnie jak w stolicy Francji. Wszystko w układzie gwiazdy.

 

 

Dopiero, gdy zasiądziemy na jednej z ławeczek w parku w samym środku ronda zobaczymy, że całe życie miasteczka kręci się wokół tej ulicy. Wiele samochodów objedzie rondo dookoła kilka razy zanim ich kierowcy zdecydują się na jakąś drogę. Przy okrągłej drodze znajdują się także wszystkie najważniejsze miejsca skupiające społeczność. Warto wiedzieć, że Krynki nie są zwykłym miejscem. W przeszłości odbyło się tu spotkanie Króla Władysława Jagiełły z wielkim księciem litewskim Zygmuntem Kiejstutowiczem. To właśnie Krynki posłużyły za miejsce, gdzie zacieśniono unię Litwy i polskiej Korony.

 

 

Niestety, dziś Krynki – jako całe miasteczko to obraz nędzy i rozpaczy. Jak większość tego typu gmin – cierpi na wyludnienie. Zimą pełno tu fotografów, którzy ochoczo fotografują wielkie stada żubrów. Latem pełno turystów szukających pobliskich tatarskich Kruszynian. Czasem ktoś szuka żydowskiego cmentarza, który niestety od wielu lat jest potwornie zapuszczony. A nekropolia składa się aż z 3 tysięcy macew! A warto wiedzieć, że w Krynkach przed II Wojną Światową mieszkało około 6 tysięcy Żydów. Niemcy utworzyli w 1941 roku getto, które zajmowało połowę miasteczka. Rok później zlikwidowano je – zaś Żydów wywieziono do obozów zagłady pod Grodnem i do podwarszawskiej Treblinki.

 

W Krynkach – jak w wielu innych miastach znajdują się także inne zabytki warte odwiedzenia. Synagoga chasydów, dzwonnica czy Kosmata Góra z punktem widokowym. Żeby przyjechać do Krynek i być usatysfakcjonowanym z wycieczki trzeba spełnić jeden warunek. Należy miasteczko zwiedzać wyłącznie piechotą. Wędrować uliczkami, między domami i innymi budynkami. Wtedy dopiero poczujemy klimat tego miejsca.

 

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Czarna Hańcza pod wodą. Ten film zapiera dech w piersiach!

Czarna Hańcza to perła Suwalszczyzny. Każdego roku przyciąga wiele osób. Rzeka ta przepływa przez bardzo ciekawe tereny, nieraz o unikatowych walorach krajobrazowych, geologicznych, a także historycznych. Płynąc kajakiem można liczyć na niesamowite widoki. A pod wodą? Prezentuje się jeszcze lepiej! Wystarczy obejrzeć powyższy film, by to stwierdzić. Skąd się wzięła nazwa rzeki? By odpowiedzieć na to pytanie należy przenieść się do XIII w. Były to czasy walk Litwinów z plemieniem Mazowszan. Nad brzegiem rzeki toczono nie jedną walkę.  Krew mogłaby wypełnić do pełna jej koryta. Podczas jednej z walk armia litewska popadła w kłopoty. Strzały z łuku Mazowszan zabijały Litwinów jednego po drugim. Wielki Książę Trojden już miał w planach odwrót wojsk, lecz niesiony honorem wypowiedział głośno słowa ”Gana cze”. Które oznaczają ”dosyć tutaj”. Niesione echem powtarzane były przez gęste lasy. Los zaczął od tej chwili sprzyjać dla wojownika. Choć bitwa nie została rozstrzygnięta, uratował on wielu swoich towarzyszy. Od tej pory ”Gane cze”powtarzane było z trwogą pośród Mazowszan. Po jakimś czasie wykształciło się określenie ”Hane cze”, a potem ”Hancze”. Tak też nazwano rzekę, która była niemym świadkiem odezwy księcia.

 

 

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Mycha, Żaba i pewien znany aktor. Gangi rządziły Białymstokiem

W latach 90-tych ubiegłego wieku w Białymstoku jak w wielu i innych polskich miastach działały gangi. Ich członkowie zajmowali się przede wszystkim wymuszeniami haraczów. Ciężki to był czas dla właścicieli lokali gastronomicznych w centrum miasta. Kłopoty miał również pewien przedsiębiorca z hotelu. Jedną z osób, które przewinęły się w policyjnych kartotekach był człowiek, który dziś jest znanym aktorem. Przedstawiamy Wam „Sylwetki polskich gangsterów – Gangi Białegostoku”. To film, który zabierze Was w ciemną przeszłość stolicy województwa Podlaskiego.

Partnerzy portalu:

Egoztyczne Podlasie. 3 sfinksy i Mahomet.

Egoztyczne Podlasie. 3 sfinksy i Mahomet.

Wiele osób, które akurat tamtędy przejeżdża może popaść w konsternację. Rzeka przepływająca przez miasto nazywa się… Mahomet. Tak – w Polsce, tak – w samym sercu Podlasia i to od setek lat! Na dokładkę wędrując po mieście można napotkać 3 sfinksy. Ta cała egzotyka znajduje się w Siemiatyczach.

Rzeka Mahomet w Siemiatyczach

Zwiedzający województwo podlaskie nie raz słyszeli o podlaskich Tatarach z Kruszynian czy Bohonik. Oni jednak mieszkają w okolicy Sokółki. Co więc robi rzeka Mahomet w Siemiatyczach? Legenda głosi, że okoliczni mieszkańcy nazywają ją tak od kilkuset lat. Konkretnie od XII wieku z czasów najazdów tatarskich, które rzekomo miały miejsce również w okolicach Siemiatycz. Trudno jednak powiedzieć czy ma to coś wspólnego z prawdą, bowiem Tatarzy w XII wieku zdobyli… Lublin – w ramach akcji wywiadowczo-rozpoznawczej. Zupełnie inaczej w XVII wieku. Wówczas w 1656 roku Drohiczyn został złupiony przez Tatarów krymskich. Czy zahaczyli również o Siemiatycze? Nic o tym nie wiadomo. Jednak w tym samym czasie trwał Potop Szwedzki, który zabrał życie jednej trzeciej populacji Siemiatycz. Szwedzi nie tylko dokonali zniszczeń w tym mieście, ale też w Mielniku czy Drohiczynie.

Sfinksy w Siemiatyczach

Co ze sfinksami? To już zupełnie inna historia. Te w Siemiatyczach są pozostałością po pałacu Księżnej Anny Jabłonowskiej, która fascynowała się tego typu przedmiotami. Takie zainteresowanie zaczęło się od kiedy wyjechała w podróż do Gizy. Dziś dwa posągi strzegą wjazdu do siedziby starostwa powiatowego – gdzie kiedyś stał pałac Księżnej Anny. Trzeciego sfinksa napotkamy przed Liceum w Siemiatyczach. Posąg pochodzi jeszcze sprzed II Wojny Światowej. Zamówił go hrabia Ciecierski – bardzo znana postać w Siemiatyczach.

Partnerzy portalu:

Sprawcy śmierci policjanta na ławie oskarżonych

Sprawcy śmierci policjanta na ławie oskarżonych

    W pierwszych, trudnych latach niepodległości Białystok dużo wycierpiał od szerzącego się w mieście bandytyzmu. Ofiarami uzbrojonych szajek padali nie tylko spokojni obywatele, ale także strzegący porządku policjanci. 
  W późny sierpniowy wieczór 1932 r. funkcjonariusz białostockiego Wydziału Śled czego Paweł Lemiesz skończył pracę i wracał do domu. Po drodze postanowił wstąpić do znajomej piwiarni przy ul. Mickiewicza.   Właściciel przybytku Alfred Drafka uprzejmie przywitał stałego gościa, posadził przy osobnym stoliku i przyniósł dwie butelki piwa. Dosiadł się do policjanta i wdał się w przyjacielską pogawędkę.
  Przed godziną 22 w lokalu pojawiło się kilku nowych gości. Choć byli już w stanie wskazującym na spożycie, zażądali jednak po dwie flaszki piwa na głowę. Obsiedli stolik, zaczęli raczyć się chmielowym napitkiem i hałasować. 
   Czwórka młodych mężczyzn szybko wypatrzyła siedzącego na uboczu Lemiesza. Niektórzy znali go z widzenia i wiedzieli czym się zajmuje. Nastąpiły złośliwe docinki. Wywiadowca początkowo nie reagował i spokojnie popijał piwko. Kiedy jednak wstawieni młodzieńcy zaczęli podchodzić do jego stolika i rzucać mu obelgi w twarz, kazał im się odczepić.
  Dla podkreślenia swojej pozycji wyciągnął służbowy rewolwer i zarepetował go na oczach natrętów. Tymczasem jego prześladowcy nie chcieli tak łatwo dać za wygraną. Wrócili do swojego stolika na ogólną naradę.
  Wypity alkohol pobudzał do brawury, niechęć do mentów (policjantów) tym bardziej. Stwierdzili zgodnie, że trzeba Lemieszowi odebrać broń i dać mu solidnego łupnia. Od słów młodzieńcy przeszli do czynów. Trzech z nich rzuciło się na policjanta, a czwarty sięgnął po rewolwer.
  Nagle, w tej całej szamotaninie padł strzał. Trafiony Lemiesz spadł z krzesła na podłogę.  Właściciel piwiarni, który w czasie całego zamieszania odwrócony był w stronę bufetu, podniósł krzyk. Przestraszona jeszcze bardziej kelnerka wypadła na ulicę i pobiegła do III komisariatu policji.
  Szybko też pojawiło się pogotowie i zabrało Lemiesza do Szpitala Żydowskiego przy ul. Warszawskiej. Na pomoc medyczną było jednak za późno. Rana okazała się śmiertelna.
  Zastrzelony, 32-letni policjant osierocił żonę i dwójkę dzieci. Już następnego dnia aresztowani zostali przez funkcjonariuszy Wydziału Śledczego trzej osobnicy: Hugo Krygier, Witold Myśliński i Leon Woźniewski. Po krótkim przesłuchaniu sędzia śledczy wydał nakaz tymczasowego osadzenia ich w więzieniu. Koledzy Lemiesza rozpoczęli szczegółowe dochodzenie. 
  10 sierpnia Białystok był świadkiem uroczystego pogrzebu zabitego policjanta. Eksportacja zwłok nastąpiła z domu pogrzebowego, mieszczącego się przy Szpitalu Żydowskim. Na czele konduktu kroczyła orkiestra wojskowa 42 Pułku Piechoty. Za nią postępował oddział honorowy policji. Za karawanem, którego eskortę stanowili także policjanci w mundurach, szedł tłum żałobników z wieńcami.
  Pochód ul. Sienkiewicza skierował się na Wygodę. Na cmentarzu modły za duszę zmarłego odprawił ks. dziekan Głuszkiewicz. 
  Po trzech miesiącach, 26 i 27 listopada 1932 r. w Sądzie Okręgowym przy ul. Mickiewicza 5 odbył się proces trójki sprawców śmierci policjanta. Choć prokurator domagał się surowej kary, sędzia Dąbrowski ogłosił łagodny wyrok. Leon Wiśniewski za nieumyślne zabójstwo skazany został na rok więzienia, jego kompani zostali uniewinnieni. Jeden z wotantów, sędzia Gielnio-wski zgłosił votum separatum. Prokurator także zapowiedział odwołanie.
  W czerwcu 1933 r. w Warszawie odbyła się rozprawa apelacyjna. Wszyscy sprawcy otrzymali po roku więzienia. Amnestia niebawem zmniejszyła tę karę o połowę.

Włodzimierz Jarmolik

Partnerzy portalu:

Nie jest dobrze. Wilki od kilku lat nie chcą się rozmnażać.

Nie jest dobrze. Wilki od kilku lat nie chcą się rozmnażać.

Od 4 lat wilki w Wigierskim Parku Narodowym nie rozmnażają się. Z 30 wilków zostało 6 lub 8 osobników. Co się stało z resztą? Jedne migrowały, bo doszło do walk w stadzie. Silniejsze przepędziły słabsze. Inne zapadły na epidemię świerzbowca, który sprawił, że te utraciły sierść i doszło do wychłodzenia organizmy, a jeszcze inne wpadły we wnyki lub zostały zastrzelone. Wilki są pod ścisłą ochroną.

Podoba Ci się nasza działalność? Możesz wesprzeć nasz pomysł. Dzięki!

 

Pozostałe wilki to kilka wilczych par. Naukowcy, którzy je obserwują uważają, że jedna z nich zachowuje się tak jakby przygotowywała się do godów. W jednym miocie zwykle rodzi się od 4 do 7 wilcząt. Zdarzają się też rekordowe mioty – do 12 małych szczeniąt. Tak mała liczba wilków w Wigierskim Parku Narodowym jest bardzo niepokojąca. Wilk jest strażnikiem w lesie. Selekcjonuje zwierzęta słabe i chore, a następnie poluje na nie. Czyli sprawia, że myśliwi są zupełnie zbędni. Zmorą Suwalszczyzny są także bobry. Ich działalność dla natury również jest bardzo potrzebna, jednak zbyt duża liczba bobrów na małym terenie może być kłopotliwa dla człowieka. Na szczęście mięso z bobra to przysmak dla wilka. Naukowcy zauważyli, że drapieżnik chętnie poluje na te małe zwierzęta.

 

Wilki w województwie Podlaskim mieszkają we wszystkich Puszczach – Augustowskiej, Knyszyńskiej i Białowieskiej. Nie brakuje ich także w Biebrzańskim Parku Narodowym. Człowiek ma bardzo małe szanse na spotkanie zwierzęcia. Jest ono bardzo ostrożne i bardzo boi się ludzi, wbrew temu co wpajano nam w bajce o Czerwonym kapturku. Mimo to na przełomie 2017 i 2018 roku zaczęła się kampania nienawiści skierowana w te zwierzęta. – Wilki terroryzują mieszkańców bieszczadzkich miejscowości. „Jeszcze nie chodzą po miastach, ale drogami, ulicami chodzą. Może dojść do dramatu. Dzieci nie chcą w tej chwili już chodzić do szkoły” – twierdził poseł PSL Mieczysław Kasprzak. Tego typu bzdury wygłaszał z trybuny sejmowej. W styczniu 2018 roku w branżowym czasopiśmie “Łowiec Polski” ukazał się na okładce wilk z podpisem “Święty drapieżnik”. “Kto chce wspierać wilki, musi popierać ich odstrzał”. Tak twierdził David Mech – przedstawiany przez czasopismo jako “jeden z największych ekspertów na świecie, który całe swoje życie poświęcił na badanie tego gatunku”. Później w Biebrzańskim Parku Narodowym gościł premier Mateusz Morawiecki, który również nie popisał się wiedzą na temat wilków. W ostatnim czasie jednak rząd zajął się dzikami.

Partnerzy portalu:

Powstanie styczniowe. Poszli nasi w bój bez broni.

Powstanie styczniowe. Poszli nasi w bój bez broni.

 

   Zalążki konspiracyjnej organizacji spiskowej na terytorium Białostocczyzny (w granicach dawnego Obwodu białostockiego) były tworzone przez odłam powstańców tzw. Czerwonych. Głównym animatorem pracy niepodległościowej w Obwodzie był Bronisław Szwarce – członek Centralnego Komitetu Narodowego. W 1861 r. Szwarce założył organizację niepodległościową – „Koło białostockie”.
  Skupiała ona wokół siebie w większości pracowników kolei Warszawsko-Petersburskiej. Przybywali oni na Białostocczyznę z terenów Królestwa Polskiego. Szczególnie prężnie organizacja konspiracyjna funkcjonowała w Łapach.
  Tamtejsze warsztaty mechaniczne były jednym z głównych producentów broni białej, a składy przy stacjach i warsztatach, rozlokowane przeważnie w lesie, stanowiły dogodne kryjówki do magazynowania broni i amunicji, potrzebnej organizatorom powstania. Białostocka organizacja miała swoje oddziały powiatowe m.in. w Sokółce i Grodnie. Kierownikiem „Koła” w Sokółce był Walery Wróblewski – pracownik tamtejszej szkółki leśnej. Białystok stanowił drugi obok Warszawy najaktywniejszy ośrodek działalności organizacji Czerwonych.
  Specyfika działalności rewolucyjnych demokratów (Czerwonych) w byłym Obwodzie białostockim polegała na tym, że właśnie tutaj zapoczątkowano czynną propagandę wśród chłopów. Rozprzestrzenienie działań powstańczych na ziemie litewsko-białoruskie miało być jednym z głównych warunków powodzenia zrywu niepodległościowego.
  W nocy z 22 na 23 stycznia 1863 r. Narodowy Komitet Centralny ogłosił wybuch powstania. Organizacja białostocka nie była przygotowana do prowadzenia walki zbrojnej. Dlatego też pierwsze formacje powstańcze przybyły na tereny guberni grodzieńskiej z Królestwa Polskiego. Do koncentracji oddziałów powstańczych, dowodzonych przez Władysława Cichorskiego – „Zameczka”, doszło w okolicach Łap. Jego oddział liczył około 1800 ochotników. Wśród powstańców przeważali miejscowi chłopi, szlachta zaściankowa, kolejarze i pracownicy warsztatów kolejowych. Byli jednak słabo uzbrojeni, przeważnie w strzelby myśliwskie.
  W nocy z 22 na 23 stycznia oddział powstańczy zajął stację Łapy (znajdującą się na terenie Królestwa Polskiego, tuż przy granicy z gubernią grodzieńską), rozbijając szesnastoosobowy posterunek żandarmerii. Powstańcy przerwali łączność kolejową między Warszawą a Petersburgiem. Opanowanie kolei było posunięciem strategicznym, mającym na celu zakłócenie komunikacji wśród oddziałów rosyjskich oraz utrudnienie przybycia posiłków.
  Następnie „Zameczek” ruszył na północ, w kierunku miasteczka Suraż. Powstańcy zaatakowali stacjonującą w Surażu 7. Rotę Libawskiego Pułku Piechoty. Pomimo tego, że powstańcom udało się opanować miasteczko, to jednak nieprzyjaciel zdołał wywieźć broń z magazynów koszarowych, w których prawdopodobnie znajdowało się około 300 karabinów i kilkadziesiąt tysięcy naboi i kapiszonów.
  Miasto zostało zdobyte dzięki ofiarności w walce miejscowych chłopów oraz pracowników łapskich warsztatów kolejowych, których poprowadził do boju naczelnik warsztatów kolejowych – Jan Dekert.
  W nocy z 23 na 24 stycznia oddział Cichorskiego zaatakował stacjonującą w Wysokiem Mazowieckiem sotnię kozaków. Po rozbrojeniu oddziału kozaków „Zameczek” udał się w kierunku Tykocina.
  27 stycznia 1863 roku na Białostocczyznę wkroczył dowódca 2. Dywizji Piechoty, generał – lejtnant Zachar Maniukin. Do tłumienia powstania skierowanych zostało 16 kompanii piechoty, które były uzbrojone w dwa działa oraz trzy sotnie kozackie. (….) Wskutek rozprzestrzenienia się oddziałów partyzanckich jeszcze przed bitwą pod Siemiatyczami 25 stycznia na terenie byłego Obwodu białostockiego został ogłoszony stan wojenny. W kwietniu 1863 r. na terenie Puszczy Knyszyńskiej zaczął formować się oddział Walerego Wróblewskiego.
  W skład formacji wchodzili w większości uczniowie szkoły leśnej w Sokółce. Odział liczył około 150 osób. Do powstańców dołączyła młodzież z okolicznych wsi (m.in. z Hermanówki) oraz grupa oficerów spiskowców ze stacjonującego w Białymstoku Libawskiego Pułku Piechoty. Pod koniec kwietnia oddziały powstańcze liczyły około 400 ludzi – głównie chłopów, służby leśnej, wyrobników, oficjalistów i drobnej szlachty zagrodowej.
  27 kwietnia 1863 r. doszło do koncentracji wojsk powstańczych w okolicach Lipowego Mostu. Spotkali się tutaj naczelnik wojskowy województwa grodzieńskiego płk. Onufry Duchyński z szefem sztabu kapitanem Walerym Wróblewskim.
  28 kwietnia powstańcy wyruszyli w kierunku ostępu Komotowszczyzna, niedaleko wzgórza „Pereciosu” oraz strumyka i rzeczki Słój, obok wsi Waliły. Następnego dnia w godzinach popołudniowych doszło tu do bitwy z wojskami rosyjskimi, w której zginęło około 32 powstańców, a 18 dostało się do niewoli. Po bitwie oddział powstańczy rozproszył się po puszczy.
  2 maja doszło do kolejnej koncentracji oddziałów powstańczych z terenów obwodu białostockiego w ostępie Budziska. Przybył tu m.in. oddział konnej jazdy ziemianina Kazimierza Kobylińskiego. Powstańcy podzielili się na trzy kompanie. Powstańcy pod Budziskiem obozowali około miesiąca. 1 czerwca wojsko carskie zaatakowało obóz powstańczy w Budzisku. Partyzanci zmuszeni zostali do wycofania się w kierunku południowym. 4 czerwca dotarli do miasteczka Jałówka. Z Jałówki, po krótkim postoju, udali się w kierunku północnym w rejon Puszczy Różańskiej.
  W czerwcu 1863 roku stoczono również większą bitwę pod Królowym Mostem (powiat białostocki). Oddział powstańczy pod dowództwem Edwarda Kiersnowskiego – „Groma” zaatakował regiment wojsk rosyjskich. Lecz wkrótce carskim żołnierzom przysłano posiłki. Wojsko powstańcze zostało okrążone. Partyzantom udało się przerwać pierścień okrążenia kosztem 22 poległych.
  Oficjalny komunikat władz carskich z 6 listopada 1863 roku stwierdził, że powstanie zostało stłumione.
  Represje spotkały więc nie tylko ludność aktywnie uczestnicząca w zrywie z bronią w ręku, ale również tych, którzy sympatyzowali z powstańcami lub im pomagali. W sierpniu 1863 roku oddział powstańczy przejeżdżał przez miejscowość Szczuki w powiecie sokólskim, gdzie został gościnnie powitany. W zamian za pomoc powstańcom mieszkańców Szczuk ukarano zsyłką na Sybir. Wcześniej wojska rosyjskie otoczyły wieś. Ludzie zostali wypędzeni ze swoich domów. Następnie specjalne oddziały kozackie podpaliły całą wieś, a jej zgliszcza zostały zaorane.
  Taki sam los spotkał również w sierpniu 1863 roku wieś szlachecką Jaworówkę w powiecie białostockim. Większość jej mieszkańców zasilała oddziały partyzanckie. Wieś została spalona, a mienie ruchome mieszkańców sprzedano w licytacji publicznej. Tragiczny los spotkał również Łukawicę w powiecie bielskim.
  Zdarzenia, które miały miejsce 2-5 października 1864 roku, są przykładem bestialstwa i bezwzględności naczelnika wojennego Bielska Podlaskiego – Ignacego Borejszy, jego zwierzchnika Murawiewa oraz oddziałów kozackich, które specjalizowały się w represjach na ludności cywilnej. Łukawica była niszczona etapami. 2 października przybyły tu na kwaterunek oddziały kozaków. Mieszkańcy zostali wypędzeni z domów na pole, a ich mienie uległo rozgrabieniu. 5 października Borejsza odczytał rozkaz spalenia wsi.
  Represja ta spotkała Polaków za to, że 13 września 1863 roku nie donieśli władzom o pobycie tu wojsk powstańczych. Wieś została spalona, a mieszkańców najpierw wywieziono do Bielska, a następnie na zsyłkę do guberni tobolskiej. Podobny los spotkał następujące wsie i ich mieszkańców: Dzikie (powiat białostocki, 25 sierpnia 1863 roku), Sztukiny (powiat białostocki 30 sierpnia 1863 roku). Natomiast wiosną 1864 roku spalona została wieś Wiśniany w powiecie białostockim, a jej mieszkańców zesłano na Sybir.
  Taki sam los spotkał w maju wieś Pruszanka w powiecie bielskim. Miejsce, w którym znajdowała się wieś, zostało zaorane, a ludność spędzono do Tykocina, skąd wysłano ją na zesłanie w głąb Rosji.
  Represje administracyjne ze strony zaborcy spotkały również Kościół katolicki. Kościół był ostoją moralną dla ruchu niepodległościowego.
  Większość duchowieństwa agitowała za powstaniem, odczytywała z ambon Manifest Rządu Narodowego, udzielała posługi duszpasterskiej partyzantom. Plebanie były miejscami narad dowódców powstańczych oraz miejscem przechowywania rannych. Paweł Kubicki w swojej publikacji dotyczącej prześladowań kleru ustalił kilkudziesięciu duchownych z terenów Białostocczyzny represjonowanych w latach 1861-1864.
  Byli oni zsyłani na Sybir, pozbawiano ich godności duchownej. Nawet w przypadku niepotwierdzenia się zarzutów współpracy z powstańcami, oskarżeni księża byli przenoszeni do innych parafii, karani grzywną za naruszenie przepisów administracyjnych. Szczególnie intensywnie była represjonowana parafia rzymsko-katolicka w Dołubowie, w której w ciągu 1864 roku władze carskie sześciokrotnie zmieniały administratora parafii.

Marek Kietliński

Partnerzy portalu:

Białostockie „Szczury”

Białostockie „Szczury”

 

    Białostocki sąd okręgowy, w którego murach odbywał się ostatnio szereg nader sensacyjnych rozpraw, jak proces bandy „Czarnej Ręki”, sprawa o podpalenie składów towarowych „Warranta” i in., sądził ostatnio uczestników rozgałęzionej szajki fałszerzy banknotów polskich i amerykańskich, która pod wodzą Zelmana Jenielewa grasowała po całej Polsce, zalewając kraj falsyfikatami.

Na ławie oskarżonych zasiedli Zelman vel Salomon Jenielew z Białegostoku, Jankiel Iglicki i Abram Icchok Basior z Warszawy, Anna Gorbunowa z Warszawy, Wincenty Hermanowski z kol. Księżyna pow. białostockiego, Paweł Kowerko z maj. Dobki pow.wysoko-mazowieckiego, Icek Majer Szpitalewicz, Lejba Judka Goldfingier, Kielman Rozenfeld z Warszawy i Witold Rokicki z Niewodnicy Kościelnej.

Jak wykryto istnienie szajki?
W końcu 1927 r. sędzia apelacyjny śledczy do spraw wyjątkowej wagi w Warszawie p. Józef Skorzyński, prowadząc dochodzenia w kilku sprawach o podrabianie banknotów, otrzymał poufne informacje, że w okolicy Białegostoku od kilku lat istnieje „fabryka” fałszywych pieniędzy papierowych niejakiego Zelmana vel Salomona Jenielewa, przyczem działalność bandy fałszerskiej Jenielewa jest w znacznym stopniu ułatwiona dzięki temu, że szwagier Jenielewa, pozostający z nim w bardzo bliskim kontakcie, jest jednocześnie funkcjonarjuszem wydziału śledczego w Białymstoku.

Wiadomości te zyskiwały na wiarogodności, gdyż jednocześnie zaobserwowano ogromne zwiększenie się liczby spraw o puszczanie w obieg fałszywych banknotów na terenach podległych sądom okręgowym w Białymstoku, Łomży, Grodnie, Pińsku, Siedlcach i Białej Podlaskiej.

Ilość tych spraw ciągle wzrastała i osiągnęła swe maximum w r. 1927. W szczególności w województwie białostockiem liczba fałszywych 5-złotowych banknotów, będących w obiegu, wzrosła w sposób zastraszający.

Ponieważ ustalono, że zbrodnicza działalność bandy Jenielewa rozciągała się na całą Polskę, sędzia śledczy został uchwałą połączonych wydziałów sądu apelacyjnego w Warszawie upoważniony do prowadzenia śledztwa w tej sprawie, do czego też zabrał się z wzmożoną energją.

Hersztem był „Rudy”.
Już na wstępie dochodzenia podejrzenie o należenie do bandy skierowane było przeciwko właścicielowi przedsiębiorstwa budowy szos w Białymstoku Salomonowi vel Zelmanowi Jenielewowi wraz z najbliższą rodziną, zamieszkałą w Białymstoku i kochanką Anną Gorbunową, przebywającą w Warszawie, mieszkańcom Warszawy Jankielowi Iglickiemu, Abramowi Basiorowi (właścicielowi drukarni „Kultura” przy ul. Nowiniarskiej), Ickowi-Majerowi Szpitalewiczowi i innym. Wszyscy oni byli znani policji jako zawodowi fałszerze pieniędzy. Wielu z nich policja kilkakrotnie już zatrzymała, a niektórzy byli nawet karani sądownie.

Wywiadowcom udało się wkrótce ustalić następujące szczegóły o organizacji szajki: na czele bandy stał Zelman Jenielew („Rudy”), któremu pomagali brat jego Chil i szwagier Mowsza vel Jakób Szapkauz („Miszke”), wspólnikami Jenielewa, dostarczającymi mu środków finansowych, byli Jakób Iglicki i Zelik Czerwiński („Podkowemacher”). Ten ostatni wraz z Baumgartenem i Gorbunową zajmował się również rozpowszechnianiem falsyfikatów. Strona techniczna podrabiania należała do drukarza Basiora oraz grawerów Modzelewskiego i Jubilera, którzy wykonywali niezbędne klisze. Pieniądze drukowano w okolicach Białegostoku, przyczem fałszerze posługiwali się dwoma maszynami drukarskiemi systemu „Feniks”, jedną większą i jedną mniejszą.

Miejscem spotkań członków bandy było mieszkanie Anny Gorbunowej w Warszawie przy ul. Dzielnej 45.

Podrabiano banknoty 20-dolarowe, niektóre rodzaje 20-złotowych i kilka odmian 5-złotowych.

Jednocześnie dowiedziano się, że inna fabryka banknotów 20-dolarowych, wykryła jeszcze w r. 1923 w osadzie Kołbiel pow. wysoko-mazowieckiego w domu rodziców Jankla Iglickiego, stanowiła w rzeczywistości własność lglickiego i Jenielewa.

W toku dochodzenia wyszło również na jaw, że fałszerze pieniędzy używali zawodowych złodziei do kolportażu banknotów. Złodzieje ci w razie schwytania tłumaczyli się, że banknot skradli nieznanym osobom, nie wiedząc o tem, że są fałszywe.

Ciekawe jesf, że już w r. 1923 Jenielew, Czerwiński i niejaki Świerszczyk zostali aresztowani, jako wmieszani w sprawę rozpowszechniania fałszywych 20-dolarówek. Jednakże śledztwo nie zdołało zebrać przeciwko nim dostatecznych dowodów i zostali zwolnieni.

„Koza” i fałszywe dolary.
W końcu 1924 r. murarz Berek Lew, znany powszechnie pod sympatycznym przydomkiem „Koza”, znalazł w szopie Chila Jenielewa w Białymstoku paczkę banknotów 20-dolarowych i puścił je w obieg w ciągu kilku tygodni, rzekomo nie wiedząc o tem, że są fałszywe. Część banknotów po upływie kilku tygodni spalił. Chil Jenieiew, dowiedziawszy się o znalezieniu banknotów, zaczął domagać się ich wydania, ofiarując „Kozie” wzamian większą kwotę, oczywiście w autentycznych banknotach. Propozycja ta była spóźniona, gdyż Lew banknotów już nie posiadał. W styczniu 1925 r. przestępstwo to zostało wykryte. Sąd okręgowy uniewinnił wówczas z braku dowodów Jenielewa; natomiast „Koza” powędrował do kozy.

Icek Szpitalewicz, uczestnik bandy fałszerzy Jenielewa, prowadził niezależnie od tego „własne przedsiębiorstwo”, będąc hersztem t. zw. „otwockiej” bandy, której proces był w swoim czasie słynnym w całej Polsce. W r. 1930 sąd apelacyjny ostatecznie skazał go na 12 lat więzienia.

Coraz dalej postępując dochodzenia ustaliły, że terenem działalności bandy Jenielewa była cała Polska wraz z Gdańskiem.

M. in. w listopadzie 1926 r. zatrzymany został w Gdańsku przy puszczaniu w obieg fałszywych banknotów 5-złotowych emisji 1925 r. kupiec Juda Liberman z Wysokiego-Litewskiego. Jak ustalono, falsyfikaty te również pochodziły z fabryki białostockiej. Po aresztowaniu Libermana Chil Jenielew przyjechał do Gdańska i rozpytywał się, czy policji gdańskiej wiadome jest miejsce wyrobu tych banknotów.

Ruchoma fabryka.
Wykrycie samej fabryki było rzeczą niezmiernie trudną, ponieważ fałszerze poza zachowaniem jaknajdalej idących ostrożności, przewozili maszyny drukarskie i inne przyrządy fałszerskie coraz do innej miejscowości, aby zmylić ślady.

Rewizja, dokonana w maju 1928 r. w budynku Jabłońskiego w Zabłudowie pod Białymstokiem, wykazała ślady niewątpliwej poprzedniej pracy fałszerskiej. Na tapecie znaleziono plamy od różnych farb. Takie same plamy widniały na ubraniach męskich, wiszących w znacznej ilości w pokoju. Ponadto znaleziono różne kolorowe proszki i inne przybory. Samych fałszerzy ani maszyn drukarskich nie udało się znaleźć. Również właściciele domu ukryli się przed przybyciem policji.

Maszyna drukarska znajdowała się następnie przez pewien czas u Wincentego Hermanowskiego, właściciela kaflarni w osadzie Księżyna, a kiedy policja wpadła na jej trop, fałszerze rozebrali maszynę na kawałki i wrzucili do pobliskiego stawu.

W celu wydobycia maszyny sędzia śledczy w kwietniu 1929 r. zawezwał i Białegostoku straż ogniową, która wypompowała całą wodę ze stawu i wydobyła odłamki maszyny, noszące świeże ślady farby.

Zataczające coraz szersze kręgi śledztwo doprowadziło do ujęcia szeregu fałszerzy, przyczem aresztowani podawali coraz nowe, bardzo sensacyjne szczegóły. M. in. okazało się, że przez pewien czas fałszerze pracowali na strychu domu Pawła Kowerki w Topoli pow. białostockiego, któremu zapłacili tytułem dzierżawy 1.000 zł. Fałszerze zmieniali się przy pracy, przyczem niektórzy pracowali tylko po kilka dni, inni zaś odgrywali role łączników. Praca odbywała się całą noc, nieudałe banknoty palono od razu w piecu. Przy maszynie pracowało ciągle dwóch, trzeci fałszerz odpoczywał na zmianę. W czasie pracy w domu Kowerki fałszerze nie opuszczali wcale domu, a jedzenie przynosiła im Kowerkowa. Wszyscy przychodzili i odchodzili jedynie w nocy.

Nie wszyscy z pośród nich znaleźli się na ławie oskarżonych. Nie którym udało się zbiec zagranicę. Reszta odpowiada obecnie przed sądem.

Przeważnie usiłują oni wykręcić się od odpowiedzialności, twierdząc, że są niewinni i zwalają całą winę na tych, którzy zdołali uciec.

Icek Szpitalewicz, wódz bandy otwockiej, skazany na 12 lat więzienia, wogóle odmówił składania zeznań. Wie on, że i tak nie ujdzie ponownej karze, więc woli milczeć.

Świadkowie w tej sprawie są też przeważnie osobliwego autoramentu. Berek Lew („Koza”), o którym pisaliśmy wyżej, wezwany na rozprawę w dniu 30 listopada jako świadek, uraczył się w gmachu sądowym gorzałką dla nabrania animuszu, wobec czego został przez sąd z miejsca ukarany jednodniowym aresztem.

Rozprawa, która zapewne wyświetli niejedną jeszcze tajemnicę fałszerzy pieniędzy, potrwa około dwóch tygodni.

Tajny Detektyw/ 04.12.1932/ Kraków/ Rok 2, Nr 49 (99)

Partnerzy portalu:

Goniądz warto odwiedzić. Piękne widoki, stary młyn i królestwo łosia

Goniądz warto odwiedzić. Piękne widoki, stary młyn i królestwo łosia

Goniądz to jedno ze starszych miasteczek w województwie podlaskim. Jego historia sięga 1358 r. Przez nie przebiegały szlak do Grodna, a także do Wizny. To oczywiście przyczyniło się do rozwoju gospodarczego. Obecnie 60 proc. gminy znajduje się na terenie Biebrzańskiego Parku Narodowego. Stąd też warto tam się wybrać o każdej porze roku. Bo wrócimy zachwyceni. Jednym z ciekawszych miejsc jest kaplica z 1864 roku, która stoi na wysokiej skarpie. Tuż obok znajduje się krzyż oraz rzeźba świętego Floriana. Stojąc na skarpie możemy zobaczyć okolicę.

 

Goniądz atrakcje – przepiękny młyn

Tuż obok znajduje się dawny młyn wodny „Dołek”. Istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że pierwszy młyn był zlokalizowany właśnie w tym samym miejscu już w XVI wieku. W 1547 roku w Rajgrodzie Stanisław Dowoyna, wojewoda połocki z żoną Petronelą Radziwiłłówną wydali przywilej, który zezwolił mieszczanom goniądzkim Maciejowi Płaczkowi i Wojtkowi Młynarzowi zbudować młyn własnym nakładem na rzece Goniądzce (czyli obecnej Czarnej Strugi). Obecny „Dołek” powstał w połowie XIX wieku i należał do majątku Klewniaka. Był to młyn zawrotkowy, gospodarczy o napędzie koła, na którego woda spadała z góry. 

 

W 1924 r. młyn został wydzierżawiony od właścicieli majątku Knyszyn przez Aleksandra Rutkowskiego. Aż do II Wojny Światowej młyn pracował na pełnych obrotach. W trakcie walk Niemcy zniszczyli część młyna. Pan Rutkowski przeżył wojnę. W latach 60-tych XX wieku, po śmierci Pana Rutkowskiego młyn trafił w ręce jego zięcia pana Dzienisa. Wkrótce po tym Rada Narodowa w Białymstoku (odpowiednik Rady Miejskiej w PRL) zdecydowała o zakończeniu działalności młyna. Zdemontowano koło i część wyposażenia.

 

Goniądz atrakcje – w poszukiwaniu „slow life”

To co przyciąga do Goniądza i w jego okolice to przede wszystkim wiosenne rozlewiska. Można je obserwować z punktu widokowego, a także przy moście. Z całego świata zjeżdżają tu także ornitolodzy, by obserwować przeróżne gatunki ptaków. Oczywiście nie można nie wspomnieć o łosiach, których w okolicy jest pełno. Goniądz to miasteczko, do którego warto wybrać się zarówno zimą, wiosną, latem jak i jesienią. O każdej porze roku wygląda niebywale i za każdym razem będzie można tam znaleźć coś pięknego dla siebie. Najważniejsze jednak w tym wszystkim jest to, ze w Goniądzu jest duży spokój. Jeżeli ktoś szuka „slow life”, to warto tam odpocząć.

 

Partnerzy portalu:

Wilk ze Słonimskiej powraca! W nowym odcinku utopi ponad półtora miliona złotych!

Wilk ze Słonimskiej powraca! W nowym odcinku utopi ponad półtora miliona złotych!

Chociaż jest już po wyborach samorządowych i nie trzeba rozdawać pieniędzy na lewo i prawo, to Wilk ze Słonimskiej w kolejny odcinku serialu postanowił pieniądze utopić na łąkach. Konkretnie to 1,6 miliona złotych. Oczywiście pod pretekstem smogu, ekologii i przyrody. Pomysł zakładania łąk kwietnych na pasach drogowych brzmi zupełnie niepoważnie, a wręcz śmieszne. Dziwić może decyzja Wilka biorąc pod uwagę jego zapędy do betonowania czego tylko się da i zezwalanie na zabudowanie czego się tylko da – co w efekcie daje ekologiczne powodzie po każdej ulewie. Może gryzie go sumienie przez te betonowanie? Jeżeli tak, to koszt tej zabawy pokuty nie jest niski. Umówmy się – 1,6 miliona złotych można by było zagospodarować w lepszy sposób niż wymiana zwykłej trawy na łąki kwietne w pasach drogowych.

 

Oddajmy głos Wilkowi: – Taka zieleń pełni wiele pożytecznych funkcji. Chcemy nasze miasto czynić coraz piękniejszym, czystym i przyjaznym mieszkańcom. HA HA HA. Każdej zimy Białystok dusi się od smogu, każdego lata po każdej ulewie miasto zamienia się w Wenecję, zarobki są tu jedne z niższych w Polsce, brak też wysokospecjalistycznych miejsc pracy i dużych korporacji. Co z tego? Zakładajmy łąki!

 

Ten 1,6 mln zł wyrzucony w błoto, o przepraszamy w łąki to tylko preludium. Wilk ze Słonimskiej wkrótce także rozstrzygnie przetarg na obsługę swoich wyjazdów zagranicznych, z których przez wszystkie lata, które rządzi jeszcze nic nie wynikło. Na zakończenie przypomijmy coś co jest wiadome, ale każdy o tym zapomina – ta kasa co jest tak marnotrawiona idzie z Waszych portfeli.

Partnerzy portalu:

Deptak od kościoła do kościoła. Tak może wyglądać centrum miasta

Deptak od kościoła do kościoła. Tak może wyglądać centrum miasta

Białystok centrum. 10 lat temu zakończyła się przebudowa Rynku Kościuszki w Białymstoku. Cała inwestycja wówczas wywołała mnóstwo kontrowersji. Mieszkańcy bowiem przyzwyczaili się do centrum miasta, w którym jest dużo zieleni. Tymczasem wtedy jeszcze prezydent pierwszej kadencji – Tadeusz Truskolaski wyszedł z inicjatywą dość odważną – by Rynek odmienić. Zieleń zastąpić betonem. Coś, co dziś jest standardem w wielu miastach – wtedy było „nowością”. Przy okazji zamknięto też dwie drogi – Suraską i Rynek Kościuszki – gdzie oprócz samochodów były tez autobusy. Zlikwidowano więc także przystanki autobusowe. Do tego przeniesiono fontannę i pomnik Józefa Piłsudskiego. To była prawdziwa rewolucja.

 

Już pierwsze lata po przebudowie widać było, że inwestycja była strzałem w dziesiątkę. Cały Rynek Kościuszki stał się bardzo reprezentacyjnym miejscem i ożył na nowo. Szczególnie zauważalne jest to latem, gdy szczególnie w weekend są tam gigantyczne tłumy do późnych godzin nocnych. Pod tym względem Białystok nakrywa inne duże miasta czapkami. Z biegiem lat Rynek stał się także miejscem organizacji wielu koncertów – co nie pozostaje bez wpływu na otoczenie. Przy każdej imprezie witraże w zabytkowej katedrze nieustannie drżą. Pojawił się także problem z odpadającym tynkiem.

 

 

Jednak ogólnie zmiany trzeba uwzględnić na dużo plus. Minęła dekada od przebudowy, więc jest to dobry czas na pytanie o to co dalej. Oczywiście chodzi tu o przedłużenie Rynku czyli ulicę Lipową. Ta również przeszła pewne modyfikacje. Jednak pozostawiając tam ruch samochodowy przy jednoczesnym zabetonowaniu osiągnięto taki efekt, że w godzinach szczytu na zabudowanej Lipowej nie ma czym oddychać. Ulica została także zwężona. Wystarczy, że autobus zatrzyma się na przystanku i tworzy się korek. Podobnie, gdy dojdzie do jakiejś kolizji.

Białystok centrum – to także Plac Niepodległości

Kolejne miejsce nad którym od lat trwają rozważania to Plac Niepodległości, który placem jest tylko z nazwy. Warto tutaj przywołać projekt architekta Mariusza Wierciszewskiego z „eMWu Projekt”. Jest to co prawda praca dyplomowa, ale wizualizacja ukazuje pewną interesującą koncepcję – jak mogłoby się zmienić oblicze obecnego „Placu”, gdyby wyrzucić z niego ruch samochodowy.

 

 

Dlatego warto rozważyć czy z Lipowej i Placu Niepodległości nie pozbyć się aut – zostawiając tylko przecinki Grochowa – Częstochowska oraz Liniarskiego – Malmeda. Byłby to bardzo dobry pomysł. Na samej Lipowej należałoby stworzyć alternatywne dojazdu do niektórych posesji – np. przy Lasach Państwowych oraz tuż obok przy Wojskowej Komendzie Uzupełnień. Podobnie z ulicą Przejazd po przeciwnej stronie ulicy. Na Waryńskiego natomiast należałoby odwrócić ruch i stworzyć miejsce do zawracania. Ogólnie wszystko byłoby możliwe do realizacji.

Białystok Centrum – zakorkowane ulice

Co do Placu Niepodległości, to tam także nie byłoby zbyt wiele problemów. Każdego dnia ulica Krakowska, św. Rocha i Lipowa są zakorkowane właśnie przez wymieszanie kilku dróg w tym miejscu. Przy zamknięciu Lipowej wystarczyłaby zmiana organizacji ruchu na Placu Niepodległości. Z Krakowskiej wystarczyłoby ustanowić nakaz skrętu w lewo w Św. Rocha, zaś z ul. Św. Rocha nakaz skrętu w prawo w Krakowską. Kierowcy z wiaduktu Dąbrowskiego mogliby jechać tylko prosto w Aleję Piłsudskiego, zaś z Alei tylko na wiadukt lub w Botaniczną. Takie rozwiązanie zlikwidowało w tym miejscu zatory. Warto rozważyć też poszerzenie ulicy Grochowej. Można by ją także przedłużyć aż do Młynowej.

 

Ogólnym efektem końcowym byłby wielki deptak – od Katedry do Kościoła św. Rocha. Całość bez żadnych spalin i smrodu. Tętniąca życiem – jak w wielu innych dużych miastach. Mieszkańcy zaś ciągłej pracy silników słyszeliby ludzki gwar. Tak jak Rynek Kościuszki jest nakierowany na gastronomię i rozrywkę, tak też Lipowa mogłaby stanowić część „dla całych rodzin”. Dzięki czemu mieszkańcy nie skarżyliby się na nocne hałasy. Taki pomysł jest odważny, ale warty realizacji. Szczególnie, że zbyt wiele nie trzeba robić. Zamknąć kilka ulic i ewentualnie trochę przebudować. Tak może wyglądać nowoczesne centrum Białegostoku.

Partnerzy portalu:

Pałac Tryllingów ma nowego właściciela! Lepiej późno niż wcale.

Pałac Tryllingów ma nowego właściciela! Lepiej późno niż wcale.

Pałac Tryllingów w Białymstoku ma nowego właściciela. Wreszcie obecnej ekipie rządzącej w mieście coś się udało w sprawie zabytków. Dotychczasowe ich działania to było pasmo porażek. Tym razem jest inaczej – sukces. Warto dodać, że to sukces, który udało się osiągnąć cudzymi pieniędzmi. Tryllingowie byli to najbogatsi fabrykanci w całym mieście. Mieli tkalnię na Nowym Świecie, fabrykę sukna na ul. Lipowej. Pod koniec XIX wieku syn Tryllingów odkupiwszy od teściów posiadłość przy dzisiejszej ul. Warszawskiej zaczął wznosić nowy, okazały budynek, który stoi do dziś. Po jego śmierci – syn właściciela posiadłości postanowił spieniężyć „Pałac”. Nieruchomość trafiła w ręce Jana Lgockiego – wysokiego urzędnika państwowego oraz Feliksa Serwantowicza. Po II Wojnie Światowej budynek przeszedł na własność Skarbu Państwa.

 

Obecnie „Pałac” Tryllingów ma nowych właścicieli. To małżeństwo, które w Białymstoku prowadzi jeden z hoteli. Teraz w ciągu 5 lat musi przeprowadzić gruntowny remont niszczejącego zabytku. Cała ta „zabawa” tylko do tej pory kosztowała ich 1,835 mln zł. Teraz kolejne pieniądze będą musieli wydać na odnowienie „Pałacu”. Jedno jest pewne – to wspaniała wiadomość, że ktoś zechciał kupić okazały budynek przy ul. Warszawskiej. Po raz kolejny możemy wyrazić ubolewanie, że prezydent miasta nic nie robi latami z zabytkami i zamiast w miarę możliwości doprowadzać je do coraz lepszego stanu, to woli handlować ruinami.

 

fot. Grzegorz Koronkiewicz / Wikipedia

Partnerzy portalu:

To miejsce jest sercem całego Podlasia. Jest bardzo bajkowe i mistyczne.

To miejsce jest sercem całego Podlasia. Jest bardzo bajkowe i mistyczne.

Serce Podlasia to bez kraina zwana „Przełomem Bugu”. To właśnie tam zaczyna się historia naszego wspaniałego regionu. To miejsce wyjątkowe jest też pod innym względem – jest to teren magiczny wręcz i mistyczny zarazem. Znajdują się tam miejsca mocy, w których naładujemy energię, ale też pochodzą stamtąd barwne legendy.

 

Przełom Bugu to miejsce wielu granic – dziś stykają się tam trzy województwa – podlaskie, mazowieckie i lubelskie oraz Polska i Białoruś. W przeszłości zaś była tam granica Polski i Litwy, a jeszcze dawniej Polski i Rusi Kijowskiej. Każde z tych miejsc, gdzie stykają się granice w pewien sposób uwodzi. Jest mieszanką pewnych cech. Na pozór nic tam nie ma – pola, lasy czy rzeki. Jednak człowiek, który potrafi obcować z naturą może dojrzeć, że za tą granicą, która jest umowna przecież – może znajdować się zupełnie inny świat, może podobny, tożsamy, ale jedna już inny. Dlatego też Przełom Bugu od zawsze był miejscem mistycznym.

 

 

To także miejsce owiane wieloma legendami. Na przykład o złośliwym wodniku, który zamieszkał w Bugu. Mężczyzna topił ludzi, ich dzieci a także bydło. Miejscowi zaczęli unikać rzeki. Wtedy też złośliwy wodnik sprawił, że na Bugu pojawiał się most – widmo. Kto chciał przez niego się przeprawić, ginął gdzieś po drodze. W innej legendzie zaś Góra Zamkowa w Drohiczynie otwierała jedną ze swych ścian tylko raz na 100 lat. Wtedy pojawiali się rycerze, którzy wpływali łodziami do rzeki. Jeden podobno zagapił się na miejscową piękność i przegapił moment, gdy ściana ponownie zamknęła się. Od tej pory biedaczyna błąka się po okolicznych łąkach i czeka aż góra znów się otworzy. Miejscowa piękność zaś wcale nie musiała nią być, bowiem mogła to być czarownica.

 

W pobliskich Siemiatyczach bowiem znajduje się inna – „Wilcza Góra”, gdzie znajdują się kamienie. Według legendy czarownice rozniecały wielki ogień i kłaniały się wielkiej czarownicy, a następnie zasiadały do uczty. Zupełnie jak na świętokrzyskiej Łysej Górze. Po wieczerzy zaś następowały tańce. W czasie sabatu czarownice doskonaliły swe umiejętności przygotowując nowe czary i mikstury. A gdy rano kogut zapiał wszystkie wsiadały na miotły i odlatywały do swych chatek.

 

Nie można też zapominać o świętej górze Grabarce, gdzie co roku wierni pielgrzymują z całej Polski przynosząc swe krzyże. Miejsce to przyciąga nie tylko prawosławnych, ale też katolików. Wiele z nich w tym miejscu nie tylko doświadczyło kontaktu z Bogiem, ale też doznało czegoś, czego nie potrafią nazwać. Krąży tam niesamowita energia dobrych ludzkich emocji.

 

Partnerzy portalu:

Dlaczego Białystok nie radzi sobie z pogodą? Przez brak wyobraźni urzędników!

Dlaczego Białystok nie radzi sobie z pogodą? Przez brak wyobraźni urzędników!

Latem wystarczy ulewa, by Białystok zamienił się w Wenecję. Tegoroczna zima pokazała, że wystarczy więcej śniegu i Białystok zamienia się w Syberię. Po ostatnich opadach – wszystkie drogi dojazdowe do miasta były zablokowane, a ludzie w korkach spędzili wiele godzin. Na krajowej ósemce rozgrywał się dramat. Ludzie utknęli na dobre. Należy wyciągnąć z tego wszystkiego wnioski. Pierwsze pytanie jakie się nasuwa to „kto za to odpowiada”. Bo ten, kto mówi o tym, że „taki mamy klimat” naraża się na śmieszność. Kompletnie zalane miasto latem i kompletnie sparaliżowane miasto zimą to tylko i wyłącznie wina niekompetentnych urzędników.

 

Zacznijmy od lata. Dlaczego po każdej większej ulewie miasto stoi pod wodą? Odpowiedź jest prosta – przez beton. Wielokrotnie z ust przeciwników politycznych prezydenta miasta można było usłyszeć, że to „Betonowy Tadzio”. To właśnie bezmyślne przeprowadzenie inwestycji doprowadziło do tego co teraz mamy. Zabetonowanie miasta spowodowało, że woda z ulewy nie może wsiąkać w ziemię, gdyż ta jest zabetonowana. Jedyną drogą ucieczki są studzienki kanalizacyjne, które moment po ulewie są kompletnie zatkane. Drugi powód to bezmyślność przy zagospodarowaniu przestrzennym. Dolina rzeki Białej jest dziś w wielu miejscach zabetonowana – przez bloki. Przez co zgodziliśmy się zabudować naturalne tereny zalewowe.

 

Jeżeli chodzi o zimę to tutaj warto przytoczyć przysłowie, że „Chytry traci dwa razy”. Miasto rozpisuje przetarg na odśnieżanie ulic. Oczywiście kluczowym elementem jest najniższa cena. Jak wiadomo – im niższa cena tym gorsza jakość. Kryterium ceny to jednak problem powszechnie znany. Do tego jednak należy dołączyć kompletny brak wyobraźni. Nie trzeba być naukowcem by umiejętnie zaobserwować, że w zimnym Białymstoku pada dużo więcej śniegu niż w ciepłym Wrocławiu. Stąd też rozpisując przetarg – należy sięgnąć do danych statystycznych i wiedzieć ile średnio pada śniegu na przykład w styczniu w Białymstoku. Do tego należy przewidzieć, że może się zdarzyć ekstremalna śnieżyca i w przetargu zaznaczyć, że wykonawca ma być gotowy również na wystąpienie ostrych opadów śniegu. W praktyce wygląda to tak, że miasto podzieliło Białystok na 6 sektorów. Za oczyszczanie głównych ulic odpowiada kilka firm. Inne zaś za drogi osiedlowe. Łącznie jest 36 maszyn. Każdy ma określony czas reakcji i czas wykonania swojego zadania. Nie ma tu znaczenia czy śnieg prószy czy sypie tak, że świata nie widać. Efekt? W razie ostrej śnieżycy mamy paraliż miasta. 

 

Jak powinno być? W czasie wielkich śnieżyć nie powinien obowiązywać żaden podział na sektory. Miasto powinno mieć kogoś w rodzaju „koordynatora”, który w czasie ataku zimy wydaje dyspozycje dla wszystkich kierowców – zaczynając od odśnieżania głównych ulic. Priorytety wtedy powinny być dwa – drogi dojazdowe do miasta nie mogą się zatkać oraz musi funkcjonować komunikacja miejska. Dopiero potem należy zabierać się za pozostałe ulice. Niestety, ale do tego potrzeba wyobraźni. Tej komuś najwyraźniej po raz kolejny zabrakło.

Partnerzy portalu:

10 zł za godzinę parkowania na Rynku? Ciągły brak miejsc postojowych w Centrum.

10 zł za godzinę parkowania na Rynku? Ciągły brak miejsc postojowych w Centrum.

Białystok ma plan na budowę parkingów w mieście. Wszędzie tylko nie w centrum. Tak można w skrócie opisać najbliższe plany magistratu. Zdaje się urzędnicy, a szczególnie ten „najważniejszy” nie chcą zauważyć, że od dawna ścisłe centrum miasta cierpi na kompletny brak miejsc postojowych. Dlaczego nie ma nawet żadnych planów, by to zmienić? Najbardziej nasuwająca się odpowiedź to nowe prawo.

 

We wrześniu wejdą w życie przepisy, dzięki którym białostocka Rada Miejska (z obozu prezydenta) będzie mogła uchwalić tak zwaną „śródmiejską strefę parkowania”. Jeżeli tak się stanie, to w praktyce oznaczać to będzie, że na terenie ścisłego centrum zaczną obowiązywać dużo większe opłaty za parkowanie. Zgodnie z nowymi przepisami – pierwsza godzina postoju będzie mogła wynosić 0,45 proc. kwoty minimalnego wynagrodzenia. Te w 2019 roku wynosi 2250 zł brutto, zatem opłata wynieść będzie mogła 10 zł 12 gr. Wiadomo, że dużo łatwiej jest dowalić opłatami w kierowców, by stawali „tylko na chwilę”, niż wybudować więcej miejsc parkingowych. W ścisłym centrum jest takie miejsce, gdzie można by było bez przeszkód postawić wielopoziomowy parking. To plac NZS (dawniej Uniwersytecki). Nie oszukujmy się – przy obecnym układzie drogowym kompletnie do niczego nie służy, a mógłby. Drugie takie miejsce znajduje się tuż obok – bo za blokiem stojącym przy placu. Tam również stoi podwórko, które z punktu widzenia zagospodarowania przestrzeni nie ma racji bytu.

 

Dlatego też stawiamy dolary przeciwko orzechom, że tuż po wyborach sejmowych, gdy nie będzie trzeba już ściemniać w kampanii wyborczej – rada podniesie opłaty za parkowanie w ścisłym centrum. Oczywiście w ramach walki ze smogiem.

Partnerzy portalu:

Białystok kompletnie zasypało! Zrobiło się magicznie. Zobacz zdjęcia

Białystok kompletnie zasypało! Zrobiło się magicznie. Zobacz zdjęcia

Białystok nawiedziły potężne opady śniegu. Oczywiście odbiło się to na funkcjonowaniu miasta, ale dla tego jednego dnia było warto. Z ulic zniknęła większość samochodów, powietrze było przejrzyste, a ludzie na spacerach mieli widoki jak z bajki! My również postanowiliśmy przejść się po Centrum miasta, by zobaczyć jak wygląda zasypany Białystok. Naprawdę niesamowicie! Zobaczcie sami.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Partnerzy portalu:

„Podlaskie Safari” zimą. Wilka, jelenia, dzika, żubra i łosia można zobaczyć z okna samochodu.

„Podlaskie Safari” zimą. Wilka, jelenia, dzika, żubra i łosia można zobaczyć z okna samochodu.

W ostatnim czasie w internecie furorę zrobił film „Latający jeleń”. Dla osób mieszkających w województwie podlaskim nie jest to jednak aż tak zaskakujący widok. Każdy, kto przemieszczał się pomiędzy podlaskimi miastami mógł natrafić na dzikie zwierzę, które przebiegło mu drogę. Na dużo szczęścia (rozsądku) może liczyć ten, kto nie rozbił samochodu po spotkaniu ze zwierzęciem. Każdy rozsądny kierowca, który przejeżdża przez „dzikie tereny” samochodem doskonale wie, że w każdej chwili coś mu może wyskoczyć przed maską. Dlatego jazda w okolicach świtu i zachodu słońca nadmiernie szybko to duże ryzyko. Wszystko to jednak można potraktować w sposób pozytywny – jako właśnie „Podlaskie Safari”. Wystarczy wybrać się na przykład o świcie samochodem w niektóre rejony podlaskiego, by dojrzeć z okna samochodu dzikie zwierzę.

 

 

Powyższy jeleń przeskakiwał w nadleśnictwie Łomża. Zwierzyny tej jednak nie brakuje też w innych rejonach podlaskiego – na przykład w okolicach Supraśla. W ostatnim czasie – można też spotkać wszędzie sporo dzików – których trwa odstrzał, bo rządzącym wydaje się, że w ten sposób uporają się z ASF. 

 

 

Oczywiście symbolem Podlaskiego jest Żubr – dostojne zwierzę, które dumnie nas reprezentuje. Spotkanie tego wielkiego, dzikiego zwierzęcia będzie najłatwiejsze w okolicach Hajnówki i Puszczy Białowieskiej. Nie brakuje ich również w okolicach Puszczy Knyszyńskiej. Tutaj też dużo jest wilków. Szczególnie między Supraślem a Krynkami. Wilki można napotkać choćby w okolicach Kopnej Góry. Na poniższym filmie można zobaczyć jak zwierze te poluje na sarnę (1:58)

 

 

Bardzo popularnym zwierzęciem jest także łoś, którego napotkamy w okolicach Biebrzańskiego Parku Narodowego. Wystarczy wybrać się z Białegostoku do Grajewa. Po drodze o świcie bardzo prawdopodobne, że napotkamy te zwierzę. 

 

 

Dzikie zwierzęta najczęściej „wynurzają się” z lasów bliżej dróg, wsi i miasteczek zimą, gdyż w lesie wtedy ciężko znaleźć coś do jedzenia. Stąd też zimowe „podlaskie Safari”. To kolejny powód, dla którego warto wybrać się na wycieczkę właśnie do naszego pięknego regionu. Pamiętajcie jednak – ostrożnie za kółkiem! Wypadków z udziałem dzikich zwierząt było naprawdę u nas wiele.

Partnerzy portalu:

Magia przedwyborcza. W tym roku ruszy budowa kolejnej ekspresówki

Magia przedwyborcza. W tym roku ruszy budowa kolejnej ekspresówki

Czas przed wyborami jest magiczny. Wtedy nadaje się bieg wielu „beznadziejnym” sprawom. Tak też jest z drogą krajową 19. Najstarsi Indianie Podlasianie słyszeli o remoncie tej drogi i przerobieniu jej na ekspresową. Przed każdymi wyborami wszyscy politycy od lewa do prawa – mieli jej budowę w programie. I tak od lat toczyło się życie, droga była coraz gorsza, wypadków i śmierci na niej nie brakowało. Prawdopodobnie coś się w temacie ruszyło. Na Podlaskim odcinku drogi nr 19 latem tego roku Generalna Dyrekcja Dróg i Autostrad (inwestor) prawdopodobnie uzyska decyzje środowiskowe. Ten dokument pozwala na ogłoszenie przetargów na budowę drogi. Jak to w przypadku takich ciągów komunikacyjnych – będzie budowana odcinkami. W tym przypadku mowa o trzech odcinkach: Kuźnica – Sokółka, Białystok Zachodni (inna droga niż obecna dziewiętnastka) – Ploski oraz Ploski – Chlebczyn.

 

Jeszcze wcześniej prace powinny ruszyć na odcinku Sochonie – Dobrzyniewo – Choroszcz. Najpierw jednak urzędnicy muszą ostatecznie zatwierdzić nowy przebieg dziewiętnastki. Przypomnijmy, że teraz droga biegnie przez Jurowce, a następnie obwodnicą miasta do osiedla Piasta i Dojlidy. Może się jednak okazać, że najkorzystniej w ekspertyzach wypadnie przebieg drogi po obecnej trasie, wtedy prace na powyższym odcinku nie ruszą. 

 

Jak ma przebiegać krajowa 19, gdy będzie już ekspresowa? Zaczynać się ma tam gdzie teraz czyli w Kuźnicy, następnie przez obwodnicę Sokółki (rejon miejscowości Karcze), następnie przez Rozedrankę Starą do Gieniusz. Tam trasa biec będzie tak jak dotychczas. Jeżeli zmieni się wariant drogi z obecnego na planowany – to drogowcy wybudują zupełnie nową trasę od Sochoń do Dobrzyniewa Dużego wycinając spory kawał lasu. Następnie droga przebiegać będzie przez Choroszcz, dalej Ploski, Chlebczyn i granica województwa. Kiedy S19 będzie ekspresowa po całej długości? Nie będziemy podawać, bo to jak wróżenie z fusów.

Partnerzy portalu:

Sienkiewicza 4. Kamienica Lejby Pryłukiera

Sienkiewicza 4. Kamienica Lejby Pryłukiera

 

   Opublikowane przeze mnie tydzień temu zdjęcie Józefa Sołowiejczyka z 1897 r. przedstawia widok dobrze znany zapewne większości białostoczan – wylot dzisiejszej ul. Sienkiewicza na Rynek Kościuszki. Sołowiejczyk z aparatem ustawił się na balkonie jednego z wyższych domów ustawionych po przeciwnej stronie ulicy, wówczas noszącej nazwę ul. Mikołajewska i wycelował obiektyw we wspomnianym kierunku. 
  W wyniku II wojny światowej i późniejszej odbudowy miejsce to uległo diametralnej przemianie i dziś wygląda zupełnie inaczej.  Zdjęcie i współczesność mają tylko jeden wspólny element w postaci barokowej kamienicy na rogu wówczas Placu Bazarnego i ul. Mikołajewskiej, a dziś przy ul. Sienkiewicza 2 („Astoria”).
   Przypomnę, że w tym czasie nieruchomość ta należała do rodziny Barenbaumów, ale wśród mieszkańców miasta znana była przede wszystkim jako siedziba jednej z większych aptek w Białymstoku, funkcjonującej tu nieprzerwanie od początków XIX w. i często zmieniającej swojego właściciela. 
  Na zdjęciu z 1897 r. widzimy charakterystyczny wysoki, łamany dach tego budynku oraz piętrową oficynę ustawioną wzdłuż ul. Mikołajewskiej, w której znajdował się wjazd na zaplecze posesji, a część pomieszczeń na parterze wynajmował kantor wymiany walut Samuela Goldberga.
  Nas jednak  będzie dziś interesować to, czego współcześnie zobaczyć nie możemy – wielka, trójkondygnacyjna kamienica, przed 1939 r. przyporządkowana do ul. Sienkiewicza 4.
   Początki tej nieruchomości sięgają XVIII w. W 1771 r. Jan Klemens Branicki, na kilku miesięcy przed śmiercią, nadał ją Bonifacemu Gromadzkiemu, który do końca tego roku wzniósł tu dom „na podmurowaniu, dachówką kryty, z drzewa kostkowego w węgieł budowany”.
  Branicki zaznaczył w nadaniu, że o jeśli Gromadzki doczeka się potomstwa, wówczas posesja i dom staną się własnością dziedziczną jego dzieci, w przeciwnym razie majątek powróci do rąk właścicieli miasta.
  Tak też się stało i pod koniec XVIII w. nowym właścicielem był Adam Henryk Manger, odnotowany już w Białymstoku w 1785 r. jako chirurgo-medyk Izabeli Branickiej. Zmarł przed 1799 r., gdy jako posiadaczkę omawianej nieruchomości wymieniono wdowę po nim.
  Była ona nadal właścicielką w 1806 r., ale przed 1810 r. prawa własności uzyskał Jan Rybek.  Jan Rybek, przybyły zza granicy mieszczanin białostocki, był żonaty z Marianną z domu Pikard. Mieli na pewno cztery córki: Anielę, Joannę, Juliannę, żonę Piotra Kasperowicza oraz Adelajdę, żonę Józefa Olszewskiego. W 1812 r. po utworzeniu departamentu białostockiego w czasie wyprawy Napoleona na Rosję, Rybek został mianowany przez Komisję Rządu Tymczasowego członkiem tzw. municypalności. Musiał być osobą szanowaną, skoro w 1818 r. pełnił funkcję głowy (prezydenta) Białegostoku.
  Jako właściciel nieruchomości przy ul. Sienkiewicza 4 Jan Rybek wymieniony był w 1810 i 1825 r., przy czym przed 1825 r. w miejsce starego domu drewnianego zbudował nowy, murowany. W 1825 r. odnotowano, że „z powodu utrzymywania poczty dom wspomniany żadnego przychodu nie przynosi”, co poświadcza, że działał tu bliżej nieokreślony kantor pocztowy. 
  Jan Rybek zmarł przed 1843 r., zaś w 1851 r. zmarła wdowa po nim, Marianna. Już w latach 40. XIX w. Marianna przeprowadziła się do nowego domu, który Rybekowie zbudowali tuż przy zbiegu ul. Jurowiec kiej i Sienkiewicza. Już spis wiernych białostockiej parafii odnotowuje Mariannę właśnie pod tym adresem, natomiast trudno powiedzieć, co działo się z omawianym domem przy ul. Sienkiewicza 4. W 1853 r. posesja ta, zaliczana do grona bardziej wartościowych nieruchomości, została określona jako należąca do  „spadkobierców szlachcica Rybekowa”.
   Niestety, na kolejnych kilka dekad omawiana nieruchomość „znika” z pola widzenia, nie udało się bowiem odnaleźć źródeł poświadczających jej koleje losu po 1853 r. Według dokumentu kupna-sprzedaży sąsiedniej posesji z 1872 r., właścicielem majątku przy ul. Sienkiewicza 4 był wówczas najpierw Michel Zabłudowski, a później jego spadkobiercy. Wydaje się to bardzo prawdopodobne,biorąc pod uwagę fakt, że wspomniany na początku dom na rogu ul. Mikołajewskiej i Placu Bazarnego („Astoria”) należał właśnie do Zabłudowskiego.
  Po  śmierci Rybeków wykupił więc sąsiednią działkę, po czym w spadku otrzymały ją dzieci Michela. Już w latach 80. XIX w., a na pewno przed 1892 r., posesja przy ul. Sienkiewicza 4 stała się własnością Lejby Pryłuk ie- ra, syna Abrama. Nowy właściciel przybył do Białegostoku z Krynek.
  Z żoną Merką mieszkał tu już w latach 60. XIX w. Miał kilkoro dzieci, w tym Mordkę, Samuela, Berela, Jakuba, Chanę, Esterę, Bejlę i Szejnę.
  Lejb Pryłukier swój majątek zbił na pośrednictwie w handlu wyrobami białostockich fabryk włókienniczych. Już w latach 80. XIX w. zdołał wznieść na kupionej nieruchomości okazałą, trójkondygnacyjną kamienicę o pięknie zdobionej neorenesansowym detalem fasadzie, z żeliwnymi balkonami osadzonymi na charakterystycznych, kamiennych wspornikach oraz z przejazdem bramnym na osi środkowej.
   W całej okazałości możemy ją podziwiać dzięki zdjęciu Józefa Sołowiejczyka z 1897 r. Prestiżowa lokalizacja przy  ul. Mikołajewskiej oraz roz- miary kamienicy szybko przyciągnęły do niej miejscowe kupiectwo, które dodatkowo podniosły walory tego adresu.
  O tym, kto mieszkał i pracował tu w 1897 r. oraz o dalszych losach kamienicy Pryłukiera opowiem za tydzień. 

Wiesław Wróbel
Biblioteka Uniwersytecka w  Białymstoku

Partnerzy portalu:

Zgodnie z artykułem 208 Kodeksu Karnego

Zgodnie z artykułem 208 Kodeksu Karnego

 

    Początek tej historii to styczeń 1937 r., zaś finał jej nastąpił pod koniec  grudnia tegoż roku, w  Sądzie Okręgowym, mieszczącym się w gmachu przy ul. Mickiewicza 5. 
  Jeszcze latem 1936 r. przybyła do Białegostoku z Wilna via Suwałki niejaka Luba Zylberminc.
  Tak jak w poprzednich miejscach zamieszkania otworzyła niewielki salon kosmetyczny pod adresem – Sienkiewicza 28. Ze względu na kursujące stale po Sienkiewicza damy lekkich obyczajów,  ulica ta znajdowała się stale pod czujną obserwacją agentów policyjnych. 
  Salon „Łucja”, pod takim bowiem szyldem manikiurzystka Zylbermincowa oferowała swoje usługi, także zainteresował wkrótce stróżów miejskiej moralności. Policję zastanawiał fakt, dlaczego do salonu raczej damskiego wkraczają często wieczorową porą dobrze ubrani mężczyźni i przebywają tam dosyć długo. 
  Po kilku miesiącach dyskretnego przyglądania się lokalowi stało się jasne, że Luba Zylberminc zajmuje się nie tylko pielęgnacją paznokci klientów, lecz prowadzi także dla wtajemniczonych dom schadzek. Pewnej sierpniowej nocy, mając w ręku niezbite dowody, policja wkroczyła do mieszkania pani Luby.
  Na stole znalazła ślady wysta- wnej biesiady, zaś w łóżku figlującą parkę. Sprawą zajął się prokurator. W śledztwie okazało się, że Luba Zylberminc już wcześniej, w Suwałkach i Wilnie pracowała nie tylko pilniczkiem i nożyczkami. Kiedy tamtejsza policja wpadła na trop jej rajf urskiego procederu, zmieniła klimat na białostocki. 
  Nie stworzyła konkurencji ulicznym alfonsom i ich podopiec znym wystającym pod latarnią. Miała wyższe aspiracje. 
  Klientami salonu „Łucja” byli solidni ojcowie rodzin i przykładni mężowie, którzy szukali bardziej kulturalnego i dyskretnego towarzystwa. O adresie tym szybko dowiadywali się bawiący w Białymstoku handlowcy z innych miast, a także szukający rozrywki cudzoziemcy.
  U pani Luby mieli to wszystko. Swój personel Zylbermincowa rekrutowała zwłaszcza z fordanserek odwiedzających jej lokal.
  Były to ładne, czyste dziewczyny przyzwyczajone do męskiego towarzystwa. Przy odpowiedniej zachęcie godziły się bez większych oporów na udział w wesołej zabawie. Kończyła się ona zazwyczaj w łóżku, udostępnianym przez gościnną panią domu. Prócz tego, dla bardziej dostojnych obywateli miasta, pani Luba wyszukiwała młode dziewczyny w kawiarniach i restauracjach, kusząc je towarzystwem miłych panów, kolacyjką z kawiorem i szampanem, drogimi prezencikami. Oczywiście znajdowała chętne na takie imprezki.
  21 grudnia 1937 r. na pierwszym piętrze Sądu Okręgowego panował tłok. Na wokandzie znalazła się bowiem nagłośniona już w miejscowych gazetach sprawa kuplerskiej działalności Luby Zylberminc.
  Wszyscy liczyli na pikantne szczegóły i znane nazwiska. Przewodniczący trybunału sędzia Kieszczyński, na prośbę obu stron, utajnił jednak rozprawę. Niezadowolona publiczność musiała opuścić salę i korytarze sądowe. Przed Sądem zeznawać miało 23 świadków. Powołał ich prokurator Jaśkiewicz, jak też obrońca oskarżonej Bronisław Gruszkiewicz, znany adwokat białostocki. Sześciu świadków nie stawiło się. Ponieważ dwóch nie dostarczyło usprawiedliwienia, Wysoki Sąd wlepił im po 50 zł kary.
  Dokończenie rozprawy nastąpiło 29 grudnia. Tego dnia zapadł także wyrok.  Choć wpuszczona wreszcie do sali rozpraw publiczność przewidywała dla oskarżonej manikiurzystki trzy lata kratek, sędziowie zdecydowali inaczej. Zgodnie z art. 208 Kodeksu Karnego, za czerpanie korzyści z cudzego nierządu Luba Zylberminc została skazana na rok więzienia z zaliczeniem aresztu prewencyjnego. Sąd dopatrzył się okoliczności łagodzących. Może była to zasługa wpływowych klientów salonu „Łucja”. Do prasy nie przeciekły żadne nazwiska.

Włodzimierz Jarmolik

Partnerzy portalu:

Władza zwariowała! Będą też wybijać bobry!

Władza zwariowała! Będą też wybijać bobry!

Najpierw były zakusy na łosie i wilki na szczęście (póki co) nieudane. Teraz na Podlasiu ginąć mają żubry i dziki. Okazuje się, że to nie wszystko! Na czarnej liście obecnej ekipy są również bobry. Wszystko przez drzewka po 300 zł każde. W Suwałkach na zalewie Arkadia posadzono tam właśnie takie. Jednak bobry (co jest naturalne) ścięły te drzewka, co wzburzyło gospodarza terenu czyli OSiR. Dyrektor tej instytucji wystąpił o wybicie bobrów, które zniszczyły mu drzewka. Regionalna Dyrekcja Ochrony (hahaha) Środowiska zgodę na odstrzał wydała. Wiosną, gdy ustąpi lód na zalewie – bobry zostaną skazane na śmierć.

 

Dlaczego bobry są ważne? Jak wiemy ze ściętych drzew budują tamy i żeremia. Po co? By podwyższyć poziom wody w okolicy. To oczywiście nie podoba się rolnikom – bo woda zalewa im pola. Gryzonie jednak chronią naturę przed szkodliwą działalnością człowieka, który mocno przyczynia się do zmiany klimatu. Oprócz tego że do atmosfery emituje coraz więcej gazów cieplarnianych to także w wyniku jego działalności mokradła stają się coraz bardziej suche (Czytaj jak wsiąka rzeka Biała). Bobry zatem utrzymując wysoki poziom wody zatrzymują ten proces. Dodatkowo retencja wody, czyli zatrzymywanie jej i spowalnianie spływu, to najskuteczniejsze narzędzie walki z powodziami i suszą. Bobry są bardzo inteligentne! Stosunek masy mózgu bobra do reszty ciała jest najwyższy wśród gryzoni, a co za tym idzie, bobry potrafią zachowywać się niezwykle logicznie – potrafią budować sobie schody, żeby sięgnąć wyżej, oraz znacznie łatwiej idzie im pokonywanie przeszkód.

 

Obecna władza zwariowała. Trwa niekończący się serial z wybijaniem zwierząt. Czy ktoś powstrzyma to wariactwo? Ewidentnie widać, że wszystkie działania są ukierunkowane na tegoroczne wybory, by zdobyć jak najwyższe poparcie rolników. Władza się gotowa wybić cały ekosystem? Warto podkreślić jedną rzecz – nie jesteśmy przeciwnikami rolników. Jednak tak samo jak w przypadku energetyki (odejście od węgla), tak i w przypadku rolnictwa – należy tu pójść z duchem czasu. Od prawie 20 lat mamy nowe stulecie, a mentalnie jesteśmy cały czas w poprzednim. Ochrona przyrody jest ważniejsza niż przemysł i rolnictwo – to znaczy, że te pozostałe należy tworzyć w zgodzie z tym pierwszym. Inaczej doprowadzimy do zagłady własnej cywilizacji.

Partnerzy portalu: