Featured Video Play Icon

Urzędnicy wystraszyli się suszy? 18 milionów na inwestycje wodne.

Uwielbiamy dni, gdy są dobre wiadomości i możemy je Wam przekazać. Tak jest i tym razem. Jeszcze kilka tygodni temu alarmowaliśmy, że sytuacja w lasach jest dramatyczna. Ziemia była jak popiół i w zasadzie wszędzie wystarczyła iskierka by stała się taka tragedia jak w Biebrzańskim Parku Narodowym. Na szczęście ostatnie tygodnie były deszczowe i obecna sytuacja, choć jeszcze nie jest idealna, to już dużo lepsza.

 

Skąd to wiemy? Z badań IMGW, które prowadzone są w sposób ciągły. Obszary o wilgotności poniżej 30-40 proc. wskazują na deficyt wody. Na Podlasiu pierwsze 7 centymetrów gleby ma nawodnienie na poziomie 45 – 85 procent. Jak widać na mapie przeważają te górne granice. Gleba od 7 do 28 cm na południu i wschodzie województwa jest jeszcze sucha. Szczególnie niepokojący jest fragment zaznaczony na czerwono i pomarańczowo tam, gdzie jest Puszcza Białowieska. Pozostała część województwa jest już nawodniona powyżej 40 procent. I kolejna mapa od 28 do 100 cm równie pokazuje dobre dane bo nawodnienie jest w okolicach 50 procent. Powyżej 100 centymetrów jest już bez problemu. Można wywnioskować, że gleba na 3 metrach – czyli na takiej głębokości, gdzie mieszczą się w zasadzie wszystkie korzenie od najmniejszych roślin do największych drzew ma wystarczające zasoby wody. Warto dodać, że poziom 100 procent oznacza, że mamy do czynienia z błotem.

Z suszą jednak trzeba walczyć systemowo. I tu mamy kolejne dobre wiadomości. Wcześniej informowaliśmy, że w Polsce inwestycje wodne potrwają aż 7 lat. Na szczęście urzędnicy wystraszyli się suszy i mocniej nacisnęli pedał gazu. Dlatego w ciągu trzech lat w Polsce zrealizowanych zostanie 640 inwestycji wodnych. Kwota to 160 milionów złotych. Także i Podlaskie dostanie coś z tej puli. Bowiem 40 inwestycji o wartości 18 milionów złotych przypadnie na nasz region.

 

Za tę kwotę naprawione zostaną przepusty, jazy, zastawki, progi piętrzące wodę. To wszystko pozwoli zatrzymywać wodę po opadach. Teraz 94 procent tego co spadnie z nieba, leci błyskawicznie do morza. Dodamy tylko, że nasza cywilizacja nie potrafi odsalać wody na masową skalę. Potrafimy to robić od tysięcy lat. Wiemy o tym, że odparowana, a następnie ponownie ostudzona woda morska nie jest już słona. Pisał o tym starożytny grecki filozof – Arystoteles. Ale zmienić właściwości całego morza? Tego już nie potrafimy. Ogromne ulewy potrafi zrobić tylko natura. Oznacza to, że gdy woda wpłynie do morza, to nie da się już jej odzyskać. Ludzkość ma do dyspozycji tylko niecałe 3 procent całej wody jaka jest na planecie (z czego większość jest zamrożona). Gdybyśmy zaczęli pić wodę morską, to więcej jak jej litr na dobę by nam szkodził. Dlatego tak bardzo ważne jest, by nie wylewać całej wody od razu do morza tylko rozlewać ją w sposób kontrolowany po polach.

 

W PRL zniszczono koryta rzek po to, by ludzie mieli więcej pól do dyspozycji, na których rolnicy mogli uprawiać. Teraz rolnicy będą dostawać wysokie dotacje, by tworzyć zbiorniki retencyjne. Dodatkowo odtwarza się stare koryta rzek. Nie wszędzie jest to możliwe. Na przykład duże miasta zostały tak przebudowane, że przywrócenie koryt wiązałoby się z ich zalaniem. Na przykład w Białymstoku Rzeka Biała jest praktycznie od początku do końca wyprostowana. W rozumieniu przyrodniczym – całkowicie zniszczona, bo przerobiona na rynnę, która dostarcza szybko wody do Supraśli.

 

Wracając jeszcze do inwestycji Wód Polskich – warto tutaj dodać, że jest ona przeprowadzania nie z miłości do przyrody, ale z obawy przed rolnikami. To oni skorzystają najbardziej na inwestycjach. Dzięki kontrolowaniu przepustowości wody będzie można nawadniać pola. Jednak bez przywracania naturalnych koryt rzek tam gdzie się da, będziemy marnować spory potencjał wody. Tak jak teraz wylewamy do morza 94 procent, tak dopiero w 2027 po wszystkich inwestycjach wodnych zatrzymamy nie 6 a 15 procent wody. Nie zmienia to faktu, że 85 procent trafi do morza. Dla porównania – Hiszpania magazynuje aż 45 procent wody. Istnieje tam 1969 zbiorników retencyjnych. A w Polsce oprócz jezior mamy… 69 sztucznych zbiorników.

Featured Video Play Icon

Wkrótce będzie można wypoczywać nad stawem obok centrum Białegostoku. Prace już się kończą.

Za około 1,5 miesiąca białostoczanie będą mogli się cieszyć kolejnym miejscem, gdzie będzie można w przyjemnych okolicznościach przyrody odpocząć. Mowa tu stawach przy ul. Mickiewicza. Po jednej stronie od Galerii Białej są bulwary, zaś drugi staw był zaniedbany. Zimą ruszyły prace rewitalizacyjne. Ich koniec jest zapowiadany w czerwcu 2020 roku. Jak widać już niewiele zostało do zrobienia.

 

Do tej pory zakończono oczyszczenie i pogłębienie stawu oraz budowę nowych obiektów, takich jak wieża dla nietoperzy, kładka czy umocnienia brzegowe. Wzdłuż północnego brzegu stawu zbudowano sześć pomostów wędkarskich i odbudowano zniszczone schodki. Wkrótce zostaną utwardzone ścieżki i zagospodarowana strefa rekreacyjna (ławki, kosze na śmieci, oświetlenie kładki). Odbędzie się instalacja pływających wysp, nasadzenia zieleni, instalacja budek dla jerzyków, innych ptaków i wiewiórek oraz montaż tablicy informacyjnej o jeżach. To jedna z inwestycji realizowana z Budżetu Obywatelskiego.

 

Jak wspomnieliśmy to kolejne miejsce do rekreacji. Pierwsze znajduje się na Słonecznym Stoku. Stawy Marczukowskie po rewitalizacji cieszą się dużym zainteresowaniem mieszkańców. Tam również można wypoczywać w przyjemnych okolicznościach przyrody. Warto zauważyć, że w mieście jest więcej takich „zapuszczonych” zbiorników wodnych, które warto by było odświeżyć. Jeden z nich mieści się przy ul. Octowej, inny przy ul. Niskiej. Niewielkim kosztem mogłyby być zagospodarowane do rekreacji.

Pomnik człowieka, który nie miał czasu dla Tykocina stoi na głównym placu… Tykocina
pomnik Stefana Czarnieckiego w Tykocinie. Rok 1918.

Pomnik człowieka, który nie miał czasu dla Tykocina stoi na głównym placu… Tykocina

Na początku Was uspokoimy, nie chcemy żadnego pomnika obalać. Tytuł jest jednak prawdziwy. Na głównym placu w Tykocinie stoi pomnik Stefana Czarnieckiego, który to dla tego miasteczka czasu nie miał. Jak to się stało, że mimo to się tam znalazł? Pomnik przedstawia hetmana w pełnym stroju szlacheckim. W prawej dłoni dzierży buławę, lewą zaś podpiera się na szabli. Akcentuje to wszelkie przymioty narodowego bohatera. Z każdej strony wyryto również dyplom nadania Czarnieckiemu dóbr tykocińskich. Rzeźbę wykonał francuski artysta Pierre de Coudray. Do rejestru zabytków została wpisana w połowie lat 60.

Ilustracja Encyklopedii staropolskiej T.4 090 wykonana między 1900 a 1903 rokiem – Pomnik Stefana Czarnieckiego w Tykocinie. Autor: Zygmunt Gloger.

Zanim odpowiemy na to pytanie skąd Czarniecki w Tykocinie, to musimy odpowiedzieć sobie najpierw kim on był. Można to zrobić ogólnikowo, a można to zrobić jak należy czyli rzetelnie! Człowiek z pomnika to bohater przez duże B i legenda przez duże L szlacheckiej Polski. Jego postać była na tyle wybitna, że razem z Janem Henrykiem Dąbrowskim oraz Napoleonem Bonaparte został wymieniony w Pieśni Legionów Polski we Włoszech, która od 1927 roku jest polskim hymnem. Co musiał zrobić Czarniecki, by dostąpić takiego zaszczytu? Pieśń Legionów Polski we Włoszech miała porwać do walki żołnierzy polskich. Jednak warto sobie uporządkować to wszystko, bo pieśń pochodzi z 1797 roku, a Czarniecki wtedy od 132 lat już nie żył.

 

Polska w swojej ponad 1000-letniej historii ma takie daty, które zostały wyryte w umysłach kolejnych pokoleń. Gdyby zapytać przeciętnego Polaka o to jakie lata mu się kojarzą z historią Polski to odpowiedziałby, że 1989, 1939, 1918, 1795, 1410, 966. Czyli to co wryła nam do głów podstawówka. Jak widzicie pomiędzy 966 a 1410 rokiem jest ogromna przepaść tak samo jak między 1410 a 1795 rokiem. Marginalne traktowanie dziejów Polski między 966 a 1410 oraz 1410 a 1795 rokiem to poważny błąd. W pierwszym przedziale czasowym rodziła się polska gigantyczna potęga, wielkie mocarstwo w Europie. 1410 rok był właśnie momentem, gdy po raz pierwszy Polacy nadali nowy bieg historii. To właśnie wtedy miała miejsce złota era naszej historii, gdy rozbiliśmy nękające nas latami państwo krzyżackie oraz gdy w kolejnych latach rozbijaliśmy Carstwo Rosyjskie, gdy nie daliśmy się stłamsić podczas Potopu szwedzkiego ostatecznie doprowadzając do wycofania się wojsk wroga i zaprowadzenia pokoju oraz gdy miała miejsce legendarna bitwa chocimska, gdzie gromiliśmy wojska Imperium Osmańskiego.

I właśnie w tym momencie trzeba przywołać Stefana Czarnieckiego, który do Poznania wracał się przez morze dla ojczyzny ratowania po szwedzkim rozbiorze. Co to w ogóle znaczy? Żeby to zrozumieć trzeba przywołać kontekst historyczny. Szwedzi dziś kojarzeni są z bardzo łagodnymi, blondwłosymi sąsiadami, którzy są mili i dbają o przyrodę. W 1655 roku tacy mili to oni nie byli, a wręcz zachłanni. Nie dość, że chcieli by Morze Bałtyckie było ich prywatnym basenem, to jeszcze podczas najazdów ścierali w pył całe miasta wcześniej grabiąc co tylko się da. Nie inaczej było u nas, gdy najechali Podlasie. Wówczas bardzo ważnym punktem na mapie był Tykocin. Krzyżowały się tu drogi handlowe z Wilna do Warszawy oraz z Brześcia do Królewca. Ponadto na Narwi znajdował się port rzeczny. W Tykocinie była też twierdza, w której znajdował się ogromny arsenał Rzeczypospolitej Szlacheckiej. Trzymaliśmy tam 500 armat. Ponadto znajdował się tam także skarbiec i biblioteka. Po rajdzie Szwedów zniszczono miasto, zaś liczba mieszkańców (1500) spadła o jedną trzecią.

Nasi przodkowie nie byli jednak bierni. Miało miejsce pospolite ruszenie. Stefan Czarniecki z Czarncy, wojewoda ruski miał taktykę, która się sprawdziła. Zamiast bezpośredniej konfrontacji postanowił nękać Szwedów napadami partyzanckimi. Poleceniem Króla Jana Kazimierza wojska polskie udały się do Danii, by wesprzeć tamtejsze wojska. 14 grudnia 1658 roku Polacy razem z Duńczykami prowadząc wojnę ze Szwecją znajdowali się w pobliżu wyspy Als, na której to stacjonowali Szwedzi. Słynne przeprawienie się przez morze było w rzeczywistości przeprawą przez cieśninę Als Sund po to, by dostać się na wyspę. Udało się to zrobić i zdobyć twierdzę Sonderborg. Szwedzi byli bardzo zaskoczeni, bo nie spodziewali się ataku od strony wody. A słynną przeprawę urządził właśnie Stefan Czarniecki.

 

W 1659 roku król Jan Kazimierz odwołał swoje wojska z Danii. Stefan Czarniecki powrócił do kraju. W dowód uznania od króla otrzymał na własność Starostwo Tykocińskie. A to był kawał terenu! Tykocin, Bierki, Łopuchowo, Stelmachowo, Proniszewo, Lipniki, Siekierki, Saniki, Złotorię, Sawino, Młynary, Białystok, Starosielce, Bojary, Wysoki Stok, Zawady, Dolistowo, Radzie, Radule, Smogorówkę, Trzcianne, Brzezinę, Jeżewo, Leśniki i Pajewo. Po wojnie polsko – szwedzkiej Tykocin potrzebował kogoś, kto je odbuduje. Pogromca Szwedów nie miał jednak na to czasu. Przepisał więc w testamencie wszystko na córkę Aleksandrę Katarzynę, a sam wyjechał na Ukrainę, na kolejną wojnę. Tym razem z Rosją. Córka Aleksandra Katarzyna Czarniecka była żoną Jana Klemensa Branickiego (dziadek białostockiego Jana Klemensa Branickiego). Stefan Czarniecki zmarł podczas wojny w 1665 roku. Małżeństwo Branickich przejęło dobra tykocińskie i odbudowali je. Fundatorem pomnika pogromcy Szwedów, co nie miał czasu dla Tykocina, ale na pomnik absolutnie zasługuje do dziś, był właśnie Jan Klemens Branicki.

 

Te wszystkie zwycięstwa, między innymi Stefana Czarnieckiego pamiętali w 1797 roku, zaraz po trzecim rozbiorze Polski, wszyscy ci, co nie chcieli słyszeć o braku Polski na mapie i wyemigrowali tam, gdzie mogli uformować wojsko czyli do Włoch i do Francji. To właśnie dla nich Józef Wybicki napisał specjalną pieśń, która zagrzewać miała do walki, która miała przekazać – zobaczcie jak wygrywaliśmy, jak dawaliśmy łupnia, jak nie daliśmy się stłamsić. Na polskich mundurach legionów był napis „Ludzie wolni są braćmi”. Niestety rzeczywistość była bardzo brutalna. W 1799 roku polskie wojska dostały bardzo mocno w kość. Na początku liczyły 8000 żołnierzy podzielonych na 2 legie. W pierwszej zginęło 2000 żołnierzy. W drugiej przeżyło tylko 800. Po takim ciosie morale nie były zbyt wysokie. Dąbrowskiemu jednak udało się odbudować wojska i w roku 1800 Polacy mieli własny, 6-tysięczny legion. Mimo, że przez kolejne 118 lat Polski było na mapie, a w polskich legionach zginęło łącznie 20 tysięcy ludzi. Nasi żołnierze walczyli jednak w obcych wojnach z nadzieją, że rozstrzygną one także los Polski. W Legionach Polskich łącznie walczyło ok. 35 tysięcy osób. Do boju prowadziła ich pieśń mówiąca o tym, że Jeszcze Polska nie umarła, kiedy my żyjemy.

Oto 5 absolutnie magicznych, nieoczywistych, pięknych podlaskich miejsc, które da się odczuć wszystkimi zmysłami

Oto 5 absolutnie magicznych, nieoczywistych, pięknych podlaskich miejsc, które da się odczuć wszystkimi zmysłami

Magia Podlasia nieco „obrosła” już w legendy. Wiele osób zastanawia się jak ją nie tylko zobaczyć, ale też w pełni odczuć. To jak siedzenie latem w trawie, wysoko w Bieszczadach, oglądanie przepięknych widoków przy pięknej pogodzie i słuchanie Starego Dobrego Małżeństwa. Jak widzicie, by to „odczuć” musi zagrać ze sobą kilka elementów. Podobnie jest z odczuciem magii na Podlasiu. Uchylimy Wam rąbka tajemnicy. Oto 5 absolutnie magicznych, nieoczywistych, pięknych podlaskich miejsc, które da się odczuć wszystkimi zmysłami, gdy wszystko ze sobą zagra.

 

Czy zastanawialiście się kiedyś – dlaczego, gdy ktoś dzwoni, to mówicie na przykład nieoczywiste „halo” czy „słucham”, chociaż wiecie kto dzwoni, bo komórka Wam to wyświetla? Dokładnie z tego samego powodu dla którego co roku ubieracie choinkę na święta, mimo że w zasadzie moglibyście kupić już ubraną. Ten moment ozdabiania jednak zostawiamy sobie, by być pewnym, że choinka będzie ubrana tak samo jak wtedy, gdy byliśmy jeszcze dziećmi i ubieraliśmy ją z rodziną. Mimo upływającego czasu, zmieniających się ozdób czy światełek, każde z nas strojąc drzewko na święta robi to na swój, indywidualny sposób. To poczucie by było „jak zawsze”, które nas wewnętrznie bardzo uspakaja, towarzyszy nam także przy odbieraniu telefonu. Mimo, że na ekranie napisane jest, że dzwoni mama, to i tak chęć powiedzenia „halo” jest silniejsza, by zrobić to jak zawsze – odkąd byliśmy dziećmi i podnosząc słuchawkę kompletnie nie wiedzieliśmy kto jest po drugiej stronie.

 

To uczucie, które nam towarzyszy ma nawet swoją nazwę – Reverse shibboleth. Jest to jedno z określeń na moment, który odczuwamy, a którego nie potrafimy nazwać. Takich określeń jest dużo więcej. Mało tego, niektóre momenty można wywołać. Potrzebne są do tego sprzyjające okoliczności oraz specyficzne miejscówki. Na Podlasiu takich nie brakuje. Dzięki czemu wywołamy ten specyficzny stan naszego ducha podobnie jak na szczycie w Bieszczadach. Wystarczy, że zagra ze sobą kilka elementów. Poniżej przedstawimy Wam wybrane przez nas nieoczywiste momenty oraz połączymy z miejscówkami na Podlasiu, gdzie można je poczuć.

Kenopsia na Rynku Kościuszki

Czy odczuliście kiedyś niesamowitość miejsca, które jest na ogół pełne ludzi, a teraz jest ciche i puste? Szkolny korytarz w czasach pandemii czy wasze biuro w weekend. Brak tłumu ludzi w takim miejscu powoduje, że miejsce nie jest puste, ale totalnie puste. Tak jakby była tam „ujemna liczba ludzi”. Miejsce, gdzie jaskrawo brakuje ludzi. Tak właśnie jest na Rynku Kościuszki w Białymstoku, ale nie zawsze! Ostatnio, gdy wybuchła pandemia Rynek właśnie w ten specyficzny sposób wymarł. Nie trzeba jednak koronawirusa, by pusty Rynek dojrzeć. Wystarczy wybrać się na niego w lipcu, w poniedziałek o 4.45 nad ranem. Słońce wschodzi, oplata kolorem fasady budynków. Zaś my możemy stać na samym jego środku, ba wyglądać z ratuszowej wieży. Nikogo nie będzie. Ujemna liczba ludzi!

Chrysalism w Gibach

Pośrodku lasu, obok jeziora, na werandzie drewnianego domku letniskowego podczas, gdy pada letni ciepły deszcz odczujemy ogromny spokój, który nas ukoi. Z jednej strony mamy brzydką pogodę, a jednak deszcz jest całkiem niegroźny, bo obserwujemy go pod dachem i w każdej chwili możemy schować się w środku. Ten dźwięk deszczu to jak problemy, które zostawiliśmy w oddali, ale jeszcze je słyszymy wiedząc, że już nie wrócą. To właśnie Chrysalism. Możemy go odczuć, gdy po rozwiązaniu trapiącego nas problemu wybierzemy się na granicę Polski i Litwy. Tam w Gibach nad jeziorami, w drewnianym letniskowym domku w lesie, gdy tylko zacznie padać, a my wygodnie zasiądziemy na werandzie. Chrysalism w czystej postaci!

Trumspringa w Olszowej Drodze

Na pewno słyszeliście powiedzenie „rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady”. Ta pokusa, by rzucić wszystko, wyjechać, być pasterzem co wędruje górami ze swoim wiernym psem i stadem owiec, a wieczorem siada z fajką i słucha odgłosów przyrody. To właśnie Trumspringa. Wystarczy kliknąć „kup bilet”, przyjechać i zacząć nowe życie. Tak mało i tak dużo zarazem, bo to kliknięcie jest tylko wycieczką naszych myśli, którą serwuje nam mózg w przerwie od pracy. Warto jednak zaznaczyć, że ta wymarzona wycieczka może odbyć się naprawdę. Możemy niejako „zwiadowca” przyjechać na kilka dni, by zobaczyć czy realnie jest nasze marzenie. Nie musimy też jechać w Bieszczady. Alternatywnie możemy wybrać Biebrzę i jej przepiękne okolice. Ostatnio był tam ogromny pożar, ale obszar parku narodowego jest tak ogromny, że nasza wycieczka nie musi odbywać się po pogorzelisku. Naszą zwiadowczą Trumspringę możemy zacząć w miejscowości Osowiec-Twierdza. Tam właśnie dojedziemy pociągiem. Potem możemy przejść kilka kilometrów pięknym lasem, by poszukać noclegu w Olszowej Drodze. Tam będziemy mogli poczuć się jako pasterz, który może kilka dni podoglądać stada szkockich krów, a wieczorem siedząc nad Biebrzą wysłuchiwać przyrody.

Mal de coucou w Rudakach

Jeżeli prowadziliśmy bujne życie towarzyskie (te przed epidemią) to na pewno odczuwaliśmy pewien paradoks. Bo niby życie było bujne, ale tak naprawdę otaczaliśmy się tylko garstką przyjaciół, bo przy nich możemy być naprawdę sobą. Te pozostałe tłumy ludzi, którymi towarzysko się otaczaliśmy było właśnie jak Mal de coucou – złe odżywianie, które które sprawia, że nawet jeśli pochłoniemy cały bufet niezobowiązujących pogawędek, to i tak wciąż jesteśmy głodni prawdziwego posiłku. Rudaki to idealne miejsce na ten prawdziwy emocjonalno-towarzyski posiłek. Możemy godzinami przesiadywać na ławeczce pod drzewem na końcu świata, by razem z mieszkańcami prowadzić długie dysputy o życiu.

Ambedo w Wierzchlesiu

Gdy sprzyjają okoliczności przyrody to potrafimy wpaść w specyficzny, melancholijny trans podczas którego bez reszty oddajemy się szczegółom i szczególikom tego co widzimy, odczuwając to wszystkimi zmysłami. Dzieję się tak wtedy, gdy jest ciepły letni dzień z domieszką wiatru. Ambedo to trawa falująca i drzewa szumiące na wietrze, to chmury zmieniające swoją postać co kilka minut. To krótkie momenty podczas których doznajemy po prostu tego, że żyjemy, i to tylko po to, żeby takich momentów właśnie doświadczyć. Oprócz specyficznej pogody potrzebujemy jeszcze konkretnego miejsca. A takie znajdziemy w Wierzchlesiu. Pośród starych, pięknych drewnianych płotów możemy wpatrywać się w łąkę, drzewa i chmury od świtu do zmierzchu.

 

Pojęcia pochodzą z bloga, gdzie możecie poznać ich dużo więcej: http://myslnikstankiewicza.pl/slownik-nieoczywistych-smutkow

Trawa zamiast betonu na Rynku Kościuszki? Czas wracać do natury!

Trawa zamiast betonu na Rynku Kościuszki? Czas wracać do natury!

Wiedeń, stolica Austrii to miejsce, gdzie znajduje się ogromny park z przepięknymi ogrodami. Chociaż miejsca do rekreacji i zieleni tam nie brakuje, to ostatnio postanowiono zerwać asfalt w centrum po to, by zrobić tam park. Tam nikt nie ignoruje zmian klimatycznych. Główne ulice Wiednia zyskają drzewa i jeszcze więcej zieleni. Postanowiono wydać wojnę tak zwanym „wyspom ciepła”.

Upały w zabetonowanym centrum Białegostoku (i w każdym innym zabetonowanym) są koszmarne. Szczelnie zatkana kostką ziemia smaży ludzi niczym patelnia. 10 lat temu Tadeusz Truskolaski zlikwidował zieleń na Rynku. Spotkała go za to ogromna fala krytyki, ale też usłyszał wiele pochwał. Ta zmiana pozwoliła odmienić centrum Białegostoku w modne miejsce. Wtedy jednak zmiany klimatyczne były traktowane jak teorie dla wariatów. Po kilku latach upały na Rynku Kościuszki zaczęły doskwierać tak bardzo, że zaczęto chłodzić kostkę wodą. Godzinami lała się tworząc „kurtyny”.

W tym roku zapewne też trzeba spodziewać się gigantycznych upałów. Jednak susza jest tak duża, że wylewanie wody na kostkę absolutnie nie powinno mieć miejsca. To jest chyba bezdyskusyjne i miejmy nadzieję, że urzędnicy Truskolaskiego nawet o tym nie myślą. Czy zatem Rynek Kościuszki trzeba będzie omijać, gdy temperatura na nim będzie już nie do wytrzymania? Oczywiście, że nie. Można pójść śladem Wiednia i po 10 latach pożegnać się z kostką na Rynku.

Moda na beton już minęła, czas wracać do natury. W Wiedniu doskonale to rozumieją. Dlatego tam w ramach walki z upałami w zabetonowanym centrum oprócz wymiany nawierzchni, posadzą też 100 nowych drzew czy też stworzą bardzo dużą liczbę miejsc parkingowych dla rowerów. Jako ciekawostkę należy dodać iż tamtejszy urząd zatrudnia urzędników, którzy zajmują się się… klimatem. To oni mają najwięcej do powiedzenia choćby przy wyznaczaniu konkretnych miejsc na drzewa.

Praca wre przy Sukiennej. 126-letnia kamienica była latami zapuszczona. Teraz odzyska blask.

Praca wre przy Sukiennej. 126-letnia kamienica była latami zapuszczona. Teraz odzyska blask.

Przy ul. Sukiennej w Białymstoku została wybudowana jeszcze w XIX wieku. Ostatnie lata przypominała niestety ruderę. Na szczęście jej los się odmienił. Trwa właśnie jej renowacja. Gdy prace się zakończą, to w środku mieścić się będzie instytucja opiekuńczo-wychowawcza. Proces związany z całkowitym remontem był bardzo długi. W 2013 roku żyło w nim 12 rodzin, które zajmowało mieszkania komunalne. Lokatorzy byli zobowiązani do remontów na własną rękę. Okazało się, że stan techniczny kamienicy jest tak zły, że żaden remont tam nie pomoże.

 

Na gruntowny remont budynku bardzo długo nie było pieniędzy. Aż w 2017 roku zapadła decyzja by coś z budynkiem jednak zrobić. Rozpoczęto pierwsze przygotowania. Stan techniczny budynku był jednak coraz gorszy. Postanowiono, że wszystkich mieszkańców sukcesywnie się wykwateruje. Gdy się to już udało budynek stał pusty, to budynek zabito płytami i tak czekał na „lepsze czasy”. W końcu znalazły się pieniądze na remont. Kamienica dziś ma 126 lat i właśnie jest odnawiana. Nie będzie już taka szaro-bura jak na zdjęciu. Cegły znów będą żółte a zdobienia nad oknami czerwone. To oczywiście najbardziej wizualna zmiana, bo remont polega oczywiście na dostosowaniu budynku do bardzo wysokich norm. Wszystko po co, by dzieci przebywające w placówce opiekuńczo-wychowaczej były bezpieczne. W planach jest także zmiana na podwórzu, gdzie stoją budynki gospodarcze.

 

Obecnie przy Sukiennej praca wre. Co ciekawe, tuż obok na rogu ul. Sukiennej i ul. Stołecznej również trwają pewne prace. Otóż w skrawek ziemi pomiędzy szkołą a kamienicą (inną niż remontowana) postanowiono wcisnąć… blok. Miejsce kompletnie kuriozalne, ale cóż. Poza komicznym umiejscowieniem to dobry kawałek ziemi w centrum. Na pewno znajdą się chętni na mieszkania.

Czy można ukraść pomnik? W Białymstoku robiono to aż 3 razy! Za każdym razem znikała inna rzeźba.

Czy można ukraść pomnik? W Białymstoku robiono to aż 3 razy! Za każdym razem znikała inna rzeźba.

Trudno powiedzieć dlaczego złodzieje to robili, ale sam fakt, że znikały jest bardziej zabawny niż oburzający. W historii Białegostoku były co najmniej 3 takie przypadki, gdzie ktoś ukradł artystyczny wyraz upamiętniający w postaci pomnika.

Na pamiątkę carskiego pułkownika

Mikołaj Kawelin w towarzystwie trzech kobiet. Zdjęcie zrobione w jego majątku Majówka (fot. Centrum Ludwika Zamenhofa)

Pierwszy pomnik, który zginął to pies Kawelin. Legenda głosi, że białostoczanie tak bardzo lubili carskiego pułkownika Mikołaja Kawelina, że postawili mu pomnik… ale psa. Trzeba przyznać, że pułkownik był bardzo do niego podobny. Mikołaj Kawelin po I wojnie światowej osiadł w okolicy Białegostoku. Był właścicielem kilkunastu tysięcy hektarów lasów, posiadał tartaki, mleczarnie. Miał własny apartament w białostockim Ritzu. Podobno potrafił do recepcji hotelu wjechać konno. Był też jednym z pierwszych prezesów Jagiellonii Białystok. Kamienisty buldog jako jego podobizna dumnie stał w miejscu, gdzie dziś stoi pomnik ks. Jerzego Popiełuszki. Podczas II wojny światowej najprawdopodobniej pieska wywieźli okupujący Polskę niemieccy żołnierze w głąb Niemiec. Być może do dziś stoi u kogoś w ogródku?

 

Dzisiejszy Kawelin stoi tuż przy wejściu na Planty idąc od Alei Bluesa. Jest to replika, z którą wiąże się inna ciekawa historia. Otóż w 2004 roku na dawnych Chanajkach, na opuszczonej posesji przy ul. Bema bawili się dwaj chłopcy. Podczas tej zabawy znaleźli stare klisze, które potem zanieśli do redakcji Gazety Wyborczej. Grzegorz Dąbrowski, ówczesny fotograf (a potem redaktor naczelny gazety) postanowił wywołać klisze. Okazało się, że są to zdjęcia dawnych białostoczan, których fotografował prowadzący swój zakład przy ul. Kilińskiego Bolesław Augustis. W pobliżu zakładu stał właśnie pomnik Kawelina, który powtarzał się na wielu zdjęciach. Mieszkańcy chętnie pozowali przy tej rzeźbie. I tak padł pomysł, by rzeźbę jeszcze raz wyrzeźbić. Od słów do czynów i mamy efekt w postaci dzisiejszej repliki. Jako, że w miejscu oryginału stoi pomnik ks. Popiełuszki, to druga wersja Kawelina dostała inne, równie dobre miejsce. Wywołane zdjęcia Augstisa można oglądać na stronie albom.pl

Były drzewa, są kamienie

fot. Rapnik / Wikipedia

Kawelin to nie jedyny pomnik jaki został skradziony. Obecny Pomnik Obrońców Białegostoku to już trzecia wersja. Obecnie są to ogromne, kamieniste monumenty stojące na wylocie do Warszawy oraz na Mazury. Pierwszą wersją pomnika były prawdziwe, spalone drzewa, które pamiętały 1939 rok. Gdy ich stan był już bardzo zły, to zamieniono je na metalową drugą wersję. Ktoś na nią się jednak połasił i… ukradł w 1999 roku. Prawdopodobnie pomnik spodobał się bardzo złomiarzom. Wersja numer 3 pomnika (obecna) stoi od 2009 roku. Jest zbyt ciężka by ją ukraść, a i na złom się nie nadaje.

Straciła głowę

Oryginalne Praczki na białostockich Plantach stały od 1946 roku. Były autorstwa wybitnego polskiego artysty – Stanisława Horno-Popławskiego. Jego rzeźby stały w wielu polskich miastach. W 1978 roku odrestaurowano pomnik. Cenne dzieło trafiło w 1992 roku do rejestru zabytków. Zaś w 2000 roku jedna z praczek straciła głowę. Ktoś ją zwyczajnie ukradł. W 2003 roku inna praczka została przepołowiona. Ktoś zwinął jej górną część, czyli popiersie. Co ciekawe po czasie głowa odnalazła się, ale inna. Tajemnicza rzeźba leżała u pewnej białostoczanki w ogródku. Nie wiadomo jak tam trafiła, ale było to bardzo dawno temu. Po analizach stwierdzono, że to na pewno nie jest praczka, ale prawdopodobnie wyrzeźbił ją Stanisław Horno-Popławski. Były to jednak tylko przypuszczenia, bez dowodów. Właściwa głowa oraz pół drugiej praczki nigdy się nie znalazły. Braki oczywiście wymieniono.

Wiadomo kiedy wrócą rowery miejskie. Na wynajem dostępne są hulajnogi, skutery i samochody.

Wiadomo kiedy wrócą rowery miejskie. Na wynajem dostępne są hulajnogi, skutery i samochody.

Ostatnie lata rowery miejskie cieszyły się w Białymstoku ogromną popularnością. Mimo wielu zastrzeżeń do ich jakości, był to dobry środek transportu jak na Białystok czyli miasto, które jest kompaktowe. W zasadzie bezpłatnie dało się dojechać praktycznie wszędzie – nie czekając ani na autobus, ani nie stojąc na przystankach, ani nie robić sobie kłopotu z biletami.

 

Epidemia zmieniła bardzo wiele także i w kwestii tak zwanego dzielenia się. Kultura na wykorzystywanie jednego pojazdu przez wiele osób nieco się zmieniła. Ludzie znów wracają do posiadania na własność. Niemniej jednak w Białymstoku wystartuje w tym roku BiKeR. Zwykle rowery były dostępne od kwietnia. Tym razem miasto podpisało umowę w ramach której mieszkańcy będą mieli do dyspozycji ponad 600 rowerów. Wszystko rusza w lipcu.

 

Warto przypomnieć, że w Białymstoku oprócz miejskich rowerów jest także możliwość szybkiego wypożyczania elektrycznej hulajnogi, skutera, a ostatnio nawet i samochodu. Jednak tylko za pierwsze 20 minut na rowerze nie płacimy nic, bo miasto płaci za nas, naszymi pieniędzmi z podatków. W pozostałych przypadkach trzeba samodzielnie opłacić usługę. Niezależnie co wypożyczamy musimy posiadać specjalną aplikację w telefonie. W przypadku BiKeRa trzeba też założyć konto i doładować je na 10 zł. W przypadku skutera trzeba podać numer karty płatniczej oraz zweryfikować się prawem jazdy. Podczas korzystania z pojazdu należy też zakładać siatkę higieniczną na głowę, by odseparować ją od kasku. Nowością są natomiast samochody. Firma proponuje przejazdy w różnych cenach. Aczkolwiek warto najpierw przejrzeć opinie w Google.

 

BiKeR składający się z 30 stacji i 300 rowerów został uruchomiony 31 maja 2014 r. W kolejnych sezonach był rozbudowany o nowe miejsca wypożyczeń, a pula pojazdów powiększała się. Od maja 2014 r. do listopada 2019 r. 92 tysiące użytkowników dokonało ponad 3 milionów wypożyczeń.

Atrakcje na Podlasiu otwierają się jedna za drugą! Wysyp propozycji spędzania wolnego czasu.
fot. Gminny Ośrodek Kultury, Sportu i Turystyki w Korycinie

Atrakcje na Podlasiu otwierają się jedna za drugą! Wysyp propozycji spędzania wolnego czasu.

Można powiedzieć, że to wysyp nowych propozycji spędzania czasu w Podlaskiem. W Białowieskim Parku Narodowym po remoncie powstała nowa atrakcja, w Korycinie wraca po pandemii Park Kulturowy Korycin-Milewszczyzna zaś w Białymstoku można znów wybrać się na plażę w Dojlidach.

Białowieża

W ramach modernizacji w Białowieży zmodernizowano Park Dyrekcyjny. Można teraz spacerować specjalnie przygotowaną ścieżką, czerpać informacje z tablic edukacyjnych, ale przede wszystkim upajać się wspaniałą przyrodą. Park Dyrekcyjny powstał w 1890 roku, rozbudowano go dodatkowo kilka lat przed II Wojną Światową. Znajduje się on 1,5 km od carskiego Parku Pałacowego (z którym pierwotnie stanowił całość). By dotrzeć do atrakcji wystarczy kierować się albo na ul. Stoczek albo na ul. Tropinka.

Korycin

Drugi sezon zaczyna wielka atrakcja w Korycinie. Park Kulturowy w ubiegłym roku odwiedziło 50 000 osób. 5 maja otwarto wrota do średniowiecznego grodziska, ale wyłącznie do samodzielnego zwiedzania. Dzięki tablicom informacyjnym oraz wytycznym alejkom każdy turysta może bez przodownika zwiedzać obiekt oraz poznać ciekawostki parku. Informacje są w 3 wersjach językowych – polska, angielska i rosyjska. Park dostosowany jest dla osób niepełnosprawnych zarówno na wózkach inwalidzkich oraz niedowidzących (opisy atrakcji są napisane także językiem Braille’a). Oprócz tego dostępna jest infrastruktura rekreacyjna na plaży – wiaty, miejsce ogniskowe oraz grillowe. Do końca maja będzie jeszcze zamknięty wiatrak oraz sala etnograficzna z uwagi na bezpieczeństwo odwiedzających. Wstęp na teren Parku jest bezpłatny.

 

Badania archeologiczne, przeprowadzone w 2014 roku odkryły wiele tajemnic z przeszłości Milewszczyzny w Korycinie. Istniejące tam grodzisko powstało w X wieku i funkcjonowało do XII. Gród otoczony był trzema wałami i prawdopodobnie trzema fosami. Sprawne oko obserwatora może dostrzec wszystkie te elementy podczas wędrówki po jego umocnieniach. Jedną z atrakcji jest wiatrak z 1949 r. posadowiony w centrum parku, na majdanie – podobno stał w tym miejscu w XIX w. Został on przeniesiony z pobliskiej miejscowości Jatwieź Duża. To jeden z najpiękniejszych wiatraków w Polsce. Dzięki temu, że posiada pełne wyposażenie, odwiedzający poznają konstrukcję młynów wiatracznych oraz historię młynarstwa. Każdy chętny może „zostać młynarzem” i spróbować własnych sił przy produkcji mąki na żarnie nieckowatym i żarnie obrotowym. Natkniemy się tu również na ślady XVI – XVII wiecznej strażnicy czy powstałego na przełomie XIX i XX w. dworku, na którego fundamentach stanęła szklana wiata edukacyjna. Można też zajrzeć do starej, zbudowanej z kamienia piwniczki, która jest charakterystycznym elementem korycińskiej wsi. Przechowywane są w niej dary ziemi (ziemniaki, marchew, buraki) i wytwory pracy rąk mieszkańców, takie jak: konfitury, soki, kompoty czy sery korycińskie.

Dojlidy

Plaży w Dojlidach raczej nie trzeba szerzej opisywać. Sztuczny zbiornik służył dawniej tylko dla okolicznej szkoły rolniczej. Dziś to miejsce, gdzie wielu mieszkańców odpoczywa na złotym piasku. W tym roku zapewne nie będzie jednak legendarnych tłumów z powodu pandemii, ale obiekt nie powinien stać pusty. Plaża bowiem ma nie tylko do zaoferowania zbiornik wodny, ale też sprzęt do pływania – kajaki, rowery wodne, łodzie deski windsurfingowe, łodzie żaglowe. Naprawdę warto skorzystać!

Dwa kościoły w Supraślu stoją 150 metrów od siebie. Wszystko zaczęło się w XIX wieku.
fot. po prawej - Archidiecezja Białostocka

Dwa kościoły w Supraślu stoją 150 metrów od siebie. Wszystko zaczęło się w XIX wieku.

Supraśl to przepiękne miasteczko pod Białymstokiem, które odwiedzane jest przez wielu turystów, ale też i okolicznych mieszkańców. Spędzanie czasu na bulwarach, smakowanie regionalnej kuchni czy spacery po Puszczy Knyszyńskiej to właściwie większość punktów „programu” każdego, kto tam przyjeżdża. Spacerując ulicami Supraśla można zwrócić uwagę, że przy głównej ulicy stoją obok siebie 2 kościoły. Dokładnie dzieli je 150 metrów. To dosyć zaskakujące. O ile na Podlasiu przyzwyczailiśmy się, że obok siebie stoją na przykład kościół i cerkiew o tyle dwa kościoły katolickie w tak małej odległości nie są już tak oczywiste. Postanowiliśmy sprawdzić jaka historia stoi za tak zaskakującym faktem. Gdy już się dowiedzieliśmy, to chcielibyśmy z Wami się nią podzielić.

Czekali 5 lat na mszę

Otóż dawniej, a konkretnie w XIX wieku były to świątynie o różnych wyznaniach – jedna ewangelicko-augsburska, zaś druga katolicka. Należy zaznaczyć iż ta druga została wybudowana w 1863 roku. Jednak pierwsze nabożeństwo odbyło się tam dopiero 5 lat później. Wszystko dlatego, że Polska była pod zaborami, a nasza część pod rosyjskim zaborem. Tego samego roku, co wybudowano świątynię, wybuchło powstanie styczniowe. Walki miały miejsce między innymi w Supraślu czy okolicznej Kopnej Górze. Po tych wydarzeniach carskie władze represjonowały Polaków.

 

Między innymi nie zgadzano się na odprawianie katolickich mszy, które potajemnie odbywały się w domach. Ostatecznie po pięciu latach dzięki działaniom jednego z supraskich fabrykantów – Niemca Alfonsa Alta udało się wynegocjować, że msze będą prowadzone przez niemieckiego księdza Gustawa Bayena. Niedługo po tym jednak został wyrzucony z Supraśla za zaangażowanie w obronę prześladowanych unitów. Kolejni księża obejmujący kościół byli już Polakami. Nie była to jednak parafia lecz filia parafii białostockiej ponieważ władze carskie nie pozwalały na rozwój kościołowi. Z tego samego powodu w Białymstoku drugi kościół (św. Rocha) powstał dopiero po odzyskaniu Niepodległości.

Zdewastowany magazyn

W 2005 roku Ksiądz Arcybiskup Wojciech Ziemba, ówczesny Metropolita Białostocki podzielił omawianą wyżej parafię pw. Świętej Trójcy i utworzył drugą, odrębną parafię pw. Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski w kościele 150 metrów obok. Warto jednak zaznaczyć, że to nie było tak iż była tam świątynia ewangelicko-augsburska i nagle stała się katolicka. Świątynia tego pierwszego wyznania została wyświęcona w 1885 roku. Ufundowali ją fabrykanci suprascy. Gdy nadeszła II Wojna Światowa kościół przestał pełnić swoje funkcje. W kolejnych latach przeznaczono go na magazyn i aż do 1968 roku ulegał dewastacji. W PRL próbowano dawną świątynię jeszcze zaadaptować na salę gimnastyczną, salę koncertową, punkt PTTK. W latach 1979-1986 przeprowadzono w niej prace rewaloryzacyjne.

 

Po upadku PRL kościół ewangelicko-augsburski otrzymał prawo własności do budynku. Rok później jednak Kuria Arcybiskupia kościoła katolickiego w Białymstoku odkupiła świątynię. Świątynię wzniesiono w stylu eklektycznym z przewagą form neogotyckich. Została wyremontowana i dostosowana do potrzeb kultu katolickiego po erygowaniu nowej parafii czyli w 2005 roku. Od tego czasu w Supraślu w odległości 150 metrów funkcjonują dwie różne parafie.

Majówka w czasach zarazy. Gdzie jechać i co robić?

Majówka w czasach zarazy. Gdzie jechać i co robić?

Rząd znosi obostrzenia dopiero po majówce właśnie po to, by Polacy nie szturmowali wszystkiego jak leci z powodu dni wolnych. Są jednak miejsca, gdzie można się wybrać i bez kłopotu trzymać się z dystansem do innych. Oto nasze bezpieczne, majówkowe propozycje.

Kładka Śliwno-Waniewo

Kładka została ponownie otwarta. Pamiętać jednak należy, że jest na niej wąsko i będziemy mijać się z wieloma osobami. Dlatego podczas przepraw promem nie wchodźmy, gdy nie będzie gdzie stanąć w oddali oraz na drogach przepuszczajmy ludzi, by nie mijać się z nimi na wąskich odcinkach tylko na szerokich miejscach. Kładkę warto odwiedzić jeszcze dlatego, że idzie ogromna susza. To kwestia czasu, gdy poziom Narwi spadnie na tyle, że znów kładkę trzeba będzie zamykać. Korzystajcie póki można!

Puszcza Knyszyńska

Przepiękny kompleks leśny jest pełen szlaków. Warto pojechać do Supraśla i pospacerować bularami. Jeżeli ktoś preferuje dłuższą wycieczkę to warto przejść szlakiem przez rezerwaty Krzemienne i Surażkowo. Można też odwiedzić Kołodno i Królowy Most oraz tamtejszą wieżę widokową na Wzgórzach Świętojańskich. Można również przejść się leśną trasą do Czarnej Białostockiej, by wrócić potem pociągiem do Białegostoku. Puszcza Knyszyńska oferuje również Silvarium w Poczopku, Arboretum w Kopnej Górze oraz przepiękne bagna obok zbiornika Wyżary.

Suwalszczyzna i tamtejsze jeziora

fot. Krzysztof Mizera / Wikipedia

Nie trzeba jechać na Mazury, by odpocząć nad jeziorem. Równie dobrze można zajechać do Augustowa oraz do pobliskiej Przewięzi, Suchej Rzeczki, Serw, Płaskiej czy Mikaszówki. Warto też pojechać do miejscowości Giby i pobliskie Kukle, które są w powiecie sejneńskim. Na deser zostawmy sobie Wigry oraz tamtejszy Park Narodowy wraz z klasztorem.

 

Te wszystkie miejsca w majówkę na pewno znajdą sporo chętnych do odwiedzenia, jednak są na tyle obszerne, by móc skutecznie trzymać dystans.

Pierwsza elektrownia w mieście powstała z prywatnej inicjatywy
fot. Muzeum Podlaskie w Białymstoku

Pierwsza elektrownia w mieście powstała z prywatnej inicjatywy

1908 rok to czas, gdy w Białymstoku wszystko mocno się rozwijało. Skąd nagle taki boom? Cesarstwo Rosyjskie, pod zaborem którego była część Polski, w której znajdował się Białystok zniosło poddaństwo chłopów i ich uwłaszczenie. Dzięki czemu mogli oni migrować. Tak też się stało – siła robocza przyjechała do Białegostoku. Pamiętać należy iż od 1862 roku funkcjonowała już kolej w mieście. Te dwa czynniki spowodowały, że w Białymstoku prężnie rozwijał się przemysł.

 

Najbardziej rosła liczba zakładów włókienniczych. W 1860 roku było ich tylko 15, zaś pod koniec XIX wieku już 300! Razem z zakładami szybko przybywało miejsc pracy. Taki rozwój jednak wymagał nowych inwestycji. I tak 29 maja 1908 roku została zawarta umowa pomiędzy Białymstokiem a Niemieckim Towarzystwem Przedsiębiorstw Elektrycznych w Berlinie. Na jej mocy towarzystwo zobowiązało się do zbudowania w mieście elektrowni. W zamian Białystok nie mógł zbudować takiego budynku samodzielnie lub pozwolić komuś jeszcze na taką inwestycję. Wszystko przez 50 lat. Potem elektrownia miała przejść na własność miasta.

fot. Archiwum Państwowe Białystok

13 maja 1913 roku, przy ul. Elektrycznej 13 powstała pierwsza elektrownia w mieście. Oczywiście początkowo biznes opłacił się, gdyż coraz więcej firm chciało korzystać z prądu. Jednak umowa nie dotrwała do końca. Najpierw I Wojna Światowa, potem II Wojna Światowa zrobiły swoje. Ostatecznie w 1944 roku elektrownię upaństwowiono. Dziś jest to siedziba Galerii Arsenał.

fot. Muzeum Podlaskie w Białymstoku
Cyrk z Krywlanami trwa. Będzie certyfikat, a prezydent nawet nie zaczął liczyć drzew.

Cyrk z Krywlanami trwa. Będzie certyfikat, a prezydent nawet nie zaczął liczyć drzew.

Cyrk z lotniskiem na Krywlanach trwa. Od 1,5 roku od wybudowania pasa startowego stoi praktycznie nieużywane, bo Tadeusz Truskolaski sam sobie piętrzy problemy proceduralne, byleby nie wycinać lasku przy lotnisku. Nikt nie wie w zasadzie po co. Ostatnio na Krywlanach był spory ruch spowodowany przez pożar w Biebrzańskim Parku Narodowym. Teraz może znów będzie coś tam się działo, bo od 23 maja Krywlany będą miały certyfikację, ale… że Truskolaski dalej nie wyciął drzew to po prostu będziemy w międzynarodowej bazie lotnisk jako czynne lotnisko (obecnie jesteśmy jako lotnisko sportowe – czyli bez pasa).

 

Problem w tym, że pilot nie będzie mógł wykorzystać całych 1350 metrów tylko fragment pasa. Nie wiadomo nawet jak duży, bo każdy samolot, który będzie chciał lądować, będzie traktowany indywidualnie (zapewne do wykorzystania będzie 860 metrów, bo tyle miał poprzedni pas trawiasty). Wiele będzie miał również do powiedzenia kierunek aktualnie wiejącego wiatru. Ogólnie rzecz biorąc tylko desperat będzie chciał tu lądować. I taki stan będzie panować póki Truskolaski przestanie sam sobie piętrzyć problemy z drzewami.

 

Chcielibyśmy napisać coś pozytywnego, bo samo wypromowanie lotniska na świecie i przy tym Białegostoku dałoby miastu nowy impuls gospodarczy. Ale niestety ten prezydent najzwyczajniej w świecie już się zużył. Tadeusz Truskolaski sprawia wrażenie jakby miasto, którym rządzi już go nie obchodziło. Nie pamiętamy kiedy ostatni raz zajął się czymś istotnym dla Białegostoku. Pamiętamy za to, że ciągle angażuje się w politykę krajową. Z innymi prezydentami dużych miast stworzył kółko wzajemnej adoracji, z którego nic nie wynika dla miasta.

Powiew normalności. Znów można spacerować po lesie. Bez maseczki.

Powiew normalności. Znów można spacerować po lesie. Bez maseczki.

Jako, że nie zajmujemy się na tym portalu polityką, to nie będziemy komentować zasadności tego zakazu, który od dziś przestał obowiązywać. Można znów spacerować po lesie i to bez maseczki. To świetna wiadomość, bo jest to jakiś powiew normalności. Nie można siedzieć cały czas w domu, a wychodzenie do sklepu naraża nas bardziej niż wychodzenie do pustego lasu. Aczkolwiek – ten po zniesieniu zakazu taki pewnie nie będzie, więc dla wszystkiego pamiętajcie, by mijać ludzi z 2 metrowym odstępem. Dla własnego bezpieczeństwa. Pandemia cały czas trwa i każdy zastanawia się, kiedy to się skończy.

 

Na szczęście województwo podlaskie ma do zaoferowania Puszczę Białowieską, Puszczę Knyszyńską oraz Puszczę Augustowską. Lasu starczy dla każdego z pewnością. Jednak pamiętajcie, że brak zakazu nie zwalnia was z myślenia. Jeżeli będziecie widzieć wiele zaparkowanych samochodów, to pojedzcie po prostu dalej. Nie jedzcie na żadne kładki, bo istnieje ryzyko że będziecie się mijać w bardzo bliskiej odległości z innymi. A gdy zobaczycie, że ktoś idzie niewzruszony tym, że jesteście blisko i nie wygląda jakby miał zachować odstęp, to ustąpcie mu. To wszystko, by nie zachorować.

 

Po lesie można chodzić bez maseczki. Tym bardziej wybierajcie miejsca, gdzie nie ma ludzi. Warto skierować się na przykład na Wzgórza Świętojańskie w Kołodnie czy jeden z wielu leśnych szlaków. Najbliższy Białegostoku zaczyna się tuż przy wylocie na Augustów, zaraz za obwodnicą miasta. Wystarczy skręcić w prawo do lasu i iść zgodnie ze znakami na drzewach. Dojdziemy wpierw do Wasilkowa, a dalej do Nowodworców. Jeżeli będzie Wam mało, to szlakiem dojdziemy do Supraśla. Idealna trasa do spacerów.

 

Można też zacząć w Supraślu, a następnie idąc przez Jałówkę dojść do Czarnej Białostockiej. Z powrotem do miasta nie będzie problemu – można skorzystać choćby z pociągu. Warto tylko sprawdzić rozkład jazdy, bo teraz z powodu koronawirusa połączeń jest mniej. Najlepiej jest poprosić kogoś, by nas do Supraśla zawiózł zaś z Czarnej Białostockiej odebrał. Wtedy ryzyko zarażenia jest małe, a przyjemność z długich spacerów po lasach – duża.

To wyjątkowe miejsce trzeba odwiedzić. Idealne, by uniknąć tłumów.

To wyjątkowe miejsce trzeba odwiedzić. Idealne, by uniknąć tłumów.

Oto miejsce, które warto będzie odwiedzić, gdy zniosą już zakaz wchodzenia do lasów, parków i na bulwary. A to stanie się lada moment. Natura, cisza i spokój. Oto co nas czeka na wyspie pomiędzy stawami w Ośrodku Edukacji Leśnej „Cyraneczka” Nadleśnictwa Rudka pod Surażem. Już sama nazwa wskazuje, że to musi być gdzieś daleko od cywilizacji. Idealne miejsce, by uniknąć tłumów – a zatem zmniejszyć ryzyko zarażenia się (lub nieświadomie kogoś), a zarazem by zażyć trochę natury.

 

Najpierw postaramy się wyjaśnić jak trafić w te magiczne miejsce, gdzie pełno pięknych ptaków i widoków. Szczególnie warto wybrać się tam o poranku, gdy zastaniemy mgły oraz wschód słońca. Jeżeli jedziemy z Białegostoku to wpierw kierujemy się drogą na Łapy. Następnie skręcamy na Suraż. Kolejny kierunek to Brańsk. W Pietkowie skręcamy na Pietkowo Drugie, a następnie jedziemy prostą drogą mając po obu stronach pola. Na rozstaju dróg przed lasem skręcamy w lewo. Dojeżdżamy do końca drogi. Prawda, że łatwy dojazd? Jeżeli zbyt skomplikowany – użyjcie nawigacji, na pewno Wam pomoże.

Tuż za otwartym szlabanem będzie wiata. Tam możemy zostawić samochód, by dalej wybrać się pieszo. Można iść na kładkę, można do wieży widokowej, można też do czatowni. Trochę dalej jest kolejna wieża widokowa. Będziemy wędrować pomiędzy takimi stawami jak Elżbieta I, Elżbieta II, Michał I, Michał II, Maria, Marylka, Zofia, Józef, Witold oraz Gabriela. Skąd te wszystkie imiona? To dzieci. Stawy Pietkowskie w leśnictwie Zwierzyniec, które zajmują łącznie 208 hektarów zbudował hrabia Starzeński na przełomie XIX i XX wieku. Wcześniej znajdowały się tam naturalne rozlewiska. Nazwy stawów pochodzą od imion dzieci Starzeńskich oraz ich spadkobierców Krasickich oraz Komarów.

Z wieży widokowej możemy podziwiać między innymi rozległe tereny wilgotnych łąk pomiędzy Surażem i Zawykami. To słynne „Taplary” z kultowej powieści Edwarda Redlińskiego „Konopielka”. „Na zebraniu przeczytała uczycielka z gazety, co pisano o bagnie i Taplarach: że za rok woda będzie spuszczona i zaczno się melioracje, układanie szosy i stawianie słupów do elektryczności. I pokazała narysowane w gazecie: u góry było tak jak jest teraz, Narew ze wszystkimi odnogami i Taplary. A u dołu jak będzie: jedna rzeka koło Zawykow i Suraża, a na bagnie łąki i drogi”. Gdy już będziecie na miejscu przeczytajcie jeszcze raz ten fragment, a następnie się rozejrzyjcie.

 

Podlaski horror drogowy za kilka lat będzie lżejszy? Na krajowej 8 w planach są obwodnice.
Suchowola

Podlaski horror drogowy za kilka lat będzie lżejszy? Na krajowej 8 w planach są obwodnice.

Jakiś czas temu, na łamach naszego portalu wspominaliśmy o trudnym przypadku Augustowa. Via Baltica, Rail Baltica – wielkie inwestycje transportowe ominą turystyczne miasteczko, do którego każdego lata przyjeżdża dziesiątki tysięcy osób. Oznacza to, że tak jak nie było, tak nie będzie dalej porządnej drogi do letniej stolicy Polski. Ani kolejowej, ani drogi dla samochodów.

 

Przypomnijmy – Rail Baltica ominie Augustów prowadząc z Suwałk przez Ełk do Białegostoku. Via Baltica natomiast prowadzi z Suwałk do Szczuczyna w powiecie grajewskim, omijając nawet Białystok. Jest jednak światełko nadziei. W latach 2024 – 2027 mogą powstać obwodnice Suchowoli, Sztabina i Białobrzegów. Dzięki czemu koszmarna droga z Białegostoku do Augustowa (i odwrotnie) będzie trochę lżejsza. Są to zatwierdzone plany ministerstwa infrastruktury.

 

Obecnie po wyjechaniu z Białegostoku, można przyjemnie jechać przez Jurowce do Katrynki. Potem kończy się cała przyjemność. Jest wąsko i niebezpiecznie. Nie brakuje TIR-ów oraz drogowych idiotów, którzy wyprzedzają ciężarówki wyjeżdżając na czołówkę kierowcom z naprzeciwka. Teraz przynajmniej połowa drogi może być lżejsza bo Suchowola, Sztabin i Białobrzegi leżą koło siebie, a obwodnice są dłuższe niż normalne drogi, więc zahaczają też o inne miejscowości.

 

Nie ma co jednak otwierać jeszcze szampana. Czeka nas wielka recesja i kasy na inwestycje może zwyczajnie zabraknąć, mimo że ministerstwo infrastruktury ma obwodnice w planach. Tyle, że w każdej chwili (lub po wyborach) może przyjść nowy minister i wyrzucić plany poprzedniego do kosza. Trzeba mieć jednak nadzieję. Szczególnie, że Augustów po wszystkich międzynarodowych inwestycjach został miasteczkiem na uboczu.

Ten budynek istnieje od 260 lat. Kościół ochronił go przed zniszczeniem.

Ten budynek istnieje od 260 lat. Kościół ochronił go przed zniszczeniem.

Ten budynek stoi w cieniu – jednego z najbardziej rozpoznawalnych obiektów w mieście. Ma już 261 lat i jest jednym z najstarszych mieście. Przetrwał nawet zniszczenie miasta przez Niemców podczas II Wojny Światowej. Mowa tu u budynku „Kina Ton”, który wcześniej pełnił wiele ról.

Szpital na zlecenie hetmana

Budynek Kina „Ton” ma bardzo szerokie archiwum zdjęciowe dzięki temu, że stoi w bezpośrednim sąsiedztwie pierwszego kościoła w mieście. Stara świątynia powstała w 1626 roku, jednak już w 1752 roku przebudowano ją ze stylu renesansowego na barokowy, który pozostał do dziś. Około 10 lat później obok na zlecenie Jana Klemensa Branickiego wybudowano „szpital – przytułek kościelny dla 7 dziadów kościelnych i 6 bab”. Opiekę nad chorymi sprawować mieli lekarze sprowadzeni przez hetmana oraz zakonnice, które do dziś mają swój klasztor na przeciwko. Blisko dekadę później hetman umiera, lecz szpital działa nadal. Gdy Polskę spotykają zabory – placówka ciągle nie przerywa swojej działalności.

 

Gdy Izabela Branicka – wdowa po hetmanie, przekazała miasto zaborcy pruskiemu – ten wielokrotnie wspierał szpital w trosce o higienę miasta. Gdy Białystok został przejęty przez zaborcę rosyjskiego – to szpital zaczęli opuszczać chorzy. Problemy ze swoją działalnością miały również zakonnice z klasztoru. W 1859 roku będąc w rękach Białostockiego Towarzystwa Dobroczynności budynek po dawnym już szpitalu przeszedł gruntowny remont. A po nim utworzono tam liczne sklepy, zakłady czy kwiaciarnia. W XX wieku w budynku urzędowało także Stowarzyszenie Robotników Katolickich.

Kwiaciarnia, dom pogrzebowy, kino i teatr

Gdy Białystok dołączył do niepodległej Polski to w budynku zaczęła funkcjonować drukarnia, księgarnia religijna, sklepy oraz zakład pogrzebowy. Miała tam swoją siedzibę również Spółdzielnia Ogrodniczo-Pszczelnicza. W 1935 roku miał miejsce kolejny remont, po którym dobudowano salę. Wtedy działalność rozpoczęło kino „Świat”. Przez jego scenę przewinęli się tacy wybitni artyści II RP jak Hanka Ordonówna, Loda Halama czy Chór Juranda. W 1937 roku publiczność wysłuchała odczytu „85 kilometrów od Białegostoku” wygłoszonego przez Melchiora Wańkowicza.

 

W 1939 roku przyszła okrutna II Wojna Światowa. Cały Białystok został praktycznie zniszczony przez Niemców. Budynek kina na szczęście przetrwał razem ze starym kościołem. Zapewne bezpośrednie sąsiedztwo ze świątynią uchroniło budynek przed zniszczeniami. 22 września 1944 roku odbyła się w obiekcie premiera „Uciekła mi przepióreczka” Stefana Żeromskiego. To rozpoczęło nowy, powojenny etap w życiu budynku jako Teatru Miejskiego. Na deskach występowali między innymi Hanka Bielicka czy Zygmunt Kęstowicz.

Procesy pokazowe

Gdy PRL rozwinął swe skrzydła, budynek – z racji, że posiadał dużą salę – służył władzy do organizacji politycznych procesów pokazowych. To bardzo ponury czas bowiem w latach 1944-1956 w woj. białostockim skazano na karę śmierci ponad 550 osób zaś 320 wyroków wykonano. Większość tych wyroków KS zapadła w trakcie tzw. procesów pokazowych, publicznych, organizowanych w celu zastraszenia ludności. W tym budynku odbyły się najgłośniejsze rozprawy pokazowe, które miały miejsce w województwie białostockim.

 

W dniach 13-18 lipca 1946 r. sądzono 24 członków WiN z zastępcą komendanta Okręgu WiN Białystok ppłk. Aleksandrem Rybnikiem „Jerzym” na czele. Zapadło siedem wyroków śmierci, sześć z nich wykonano. W dniach 19-27 września 1949 r. sądzono dowódców PAS Okręgu NZW Białystok kpt. Romualda Rajsa „Burego” i ppor. Kazimierza Chmielowskiego „Rekina”. Obaj zostali skazani i straceni. Rozprawy pokazowe, na których zapadały wyroki śmierci odbywały się także w innych miejscach w Białymstoku oraz poza nim – w około sześćdziesięciu miejscowościach województwa.

W latach pięćdziesiątych obiekt przeznaczono na kino, które nazwano „Ton”. Budynek w 1990 roku został zwrócony kościołowi. Gdy w mieście zaczęły pojawiać się galerie handlowe, a wraz z nimi duże kina, to „Ton” nie przetrwał konkurencji i w 2008 roku przestał działać. Od tamtej pory od czasu do czasu służył za miejsce, gdzie różne, znane osoby wygłaszały swoje wykłady. W uiegłym roku w budynku po dawnym kinie znów miał miejsce remont.

Katastrofa w Smoleńsku. 10 lat temu zginął Prezydent RP oraz 95 innych osób, w tym białostoczanie.

Katastrofa w Smoleńsku. 10 lat temu zginął Prezydent RP oraz 95 innych osób, w tym białostoczanie.

To już 10 lat od niewyobrażalnej katastrofy, w której zginął Prezydent RP wraz z małżonką oraz ponad 90 innych osób. 10.41 polskiego czasu, a 8.41 czasu jaki obowiązywał w Smoleńsku samolot TU-154M rozbił się w lesie zmierzając na uroczystości upamiętniające zbrodnię katyńską. Na pokładzie samolotu były także osoby z województwa podlaskiego: były prezydent RP na uchodźstwie Ryszard Kaczorowski, wicemarszałek sejmu Krzysztof Putra, związany z Solidarnością a po transformacji z Prawem i Sprawiedliwością, arcybiskup Miron Chodakowski – Praowsławny Ordynariusz Wojska Polskiego oraz Justyna Moniuszko – stewardessa.

Ryszard Kaczorowski

Ryszard Kaczorowski, ostatni Prezydent RP na uchodźstwie, Sybirak, żołnierz II Korpusu Polskiego gen. Andersa i uczestnik zwycięskiej bitwy pod Monte Cassino, emigracyjny działacz społeczny. Urodził się 26 listopada 1919 roku w Białymstoku. Należał do przedwojennego harcerstwa. W pierwszych latach II wojny światowej działał w konspiracji, którą przerwało aresztowanie przez NKWD 17 czerwca 1940 roku. Sąd wojskowy skazał Kaczorowskiego na karę śmierci. Po stu dniach w celi zamieniono ją na 10 lat obozu na Syberii. W 1942 roku Ryszard Kaczorowski opuścił Związek Radziecki z żołnierzami generała Andersa, by znaleźć się w Palestynie. Przeszedł cały szlak bojowy II Korpusu Polskiego. Po wojnie pozostał na emigracji, gdzie organizował polskie harcerstwo. W latach 50. i 60. był we władzach światowego Związku Harcerstwa na obczyźnie. W 1986 został powołany do Rady Narodowej RP – emigracyjnego parlamentu, co oznaczało powierzenie mu obowiązków ministra spraw krajowych. Został zaprzysiężony na Prezydenta RP na uchodźstwie w lipcu 1989 roku.

 

22 grudnia 1990 na Zamku Królewskim w Warszawie Ryszard Kaczorowski przekazał insygnia władzy prezydenckiej Lechowi Wałęsie. Prezydent Kaczorowski został pochowany w podziemiach świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie, w Panteonie Wielkich Polaków.

Krzysztof Putra

Krzysztof Putra, polityk, senator i wicemarszałek Senatu VI kadencji w latach 2005–2007, poseł na Sejm X, I i VI kadencji, wicemarszałek Sejmu VI kadencji. Urodził się 4 lipca 1957 roku we wsi Józefowo na Podlasiu. Od 1980 r. działał w NSZZ „Solidarność”. Przez blisko 20 lat pracował jako robotnik, pracował w białostockich Uchwytach. Był aktywnym działaczem związków zawodowych. W 1990 r. był jednym z założycieli Porozumienia Centrum. Był członkiem władz krajowych tej partii i prezesem jej Zarządu Wojewódzkiego w Białymstoku. W 2001 r. był współzałożycielem Prawa i Sprawiedliwości oraz został prezesem Podlaskiego Zarządu Regionalnego tej partii.

 

25 września 2005 r. wybrany został senatorem, a od 27 października tego samego roku pełnił funkcję wicemarszałka Senatu RP. W wyborach parlamentarnych w 2007 uzyskał mandat poselski zaś 6 listopada tego samego roku został wybrany na wicemarszałka Sejmu. Został pochowany na cmentarzu św. Rocha w Białymstoku.

Arcybiskup Miron Chodakowski

Arcybiskup Miron Chodakowski, prawosławny duchowny, generał brygady, doktor teologii, wikariusz Diecezji Warszawsko-Bielskiej, Prawosławny Ordynariusz Wojska Polskiego. Urodził się 27 października 1957 r. w Białymstoku. Tam ukończył szkołę podstawową, następnie Prawosławne Seminarium Duchowne w Warszawie oraz Wyższe Prawosławne Seminarium Duchowne w Jabłecznej. Od 1981 roku pełnił funkcję namiestnika prawosławnego klasztoru – monasteru p.w. św. Onufrego w Jabłecznej, był też prorektorem Wyższego Prawosławnego Seminarium Duchownego.

 

Przyczynił się do wznowienia działalności klasztoru w Supraślu k. Białegostoku. Został jego namiestnikiem i kierował nim aż do swojej konsekracji na biskupa hajnowskiego w 1998 roku. W 2003 roku uzyskał tytuł doktora nauk teologicznych Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie. W 2008 roku został podniesiony do godności arcybiskupa. Pośmiertnie został awansowany na stopień generała dywizji. Abp. Miron Chodakowski spoczął na terenie monasteru w Supraślu w krypcie głównej cerkwi zgodnie z własnym, wyrażonym wcześniej życzeniem.

Justyna Moniuszko

Justyna Moniuszko, stewardessa na pokładzie rządowego samolotu 36 Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego. Urodziła się 6 lipca 1985 roku w Białymstoku. Studiowała na Wydziale Mechanicznym, Energetyki i Lotnictwa Politechniki Warszawskiej, w 2006 roku zdobyła tytuł Miss tej uczelni. Już w liceum zaczęła skakać ze spadochronem, latała też na szybowcach, lubiła wspinaczkę. Z lotnictwem wiązała swoją przyszłość. Będąc aktywnym członkiem sekcji spadochronowej Aeroklubu Białostockiego, wykonała ponad 250 skoków. Justynę Moniuszko pochowano na cmentarzu miejskim w Białymstoku.

Zbrodnia Katyńska

Katastrofa w Smoleńsku sprawiła, że bardzo wiele osób zapomniało po co rządowy samolot leciał do Rosji. Tam bowiem w 1940 roku,  w Katyniu (obok Smoleńska), doszło do zbrodni wojennej. Rosjanie strzelając w tył głowy zabili 21 768 Polaków. Wśród nich było 10 000 oficerów polskiego wojska. Stało się to na mocy decyzji najwyższych władz ZSRR czyli Józefa Stalina. Decyzja ta była zawarta w tajnej uchwale Biura Politycznego KC WKP(b) z 5 marca 1940 roku (tzw. „decyzja katyńska”).

Oto co w niej było zawarte:

I. Polecić NKWD ZSRR:

1) Sprawy 14.700 znajdujących się w obozach dla jeńców wojennych byłych polskich oficerów, urzędników państwowych, obszarników, policjantów, agentów wywiadu, żandarmów, osadników i dozorców więziennych

2) Jak też sprawy aresztowanych i znajdujących się w więzieniach w zachodnich obwodach Ukrainy i Białorusi w liczbie 11 000 członków różnych k-r [kontrrewolucyjnych] organizacji szpiegowskich i dywersyjnych, byłych obszarników, fabrykantów, byłych polskich oficerów, urzędników państwowych i zbiegów – rozpatrzyć w trybie specjalnym z zastosowaniem wobec nich najwyższego wymiaru kary – rozstrzelania.

II. rozpatrzenie spraw przeprowadzić bez wzywania zatrzymanych i bez przedstawienia zarzutów, decyzji o zakończeniu śledztwa i aktu oskarżenia – w następującym trybie:

a) wobec osób znajdujących się w obozach dla jeńców wojennych – na podstawie informacji przedłożonej przez Zarząd ds. Jeńców Wojennych NKWD ZSSR,

b) wobec osób zatrzymanych – na podstawie informacji z akt przedłożonej przez NKWD Ukraińskiej SRR i NKWD Białoruskiej SRR.

biografie pochodzą z wrotapodlasia.pl

Hotel Ritz to była perła Białegostoku. Dlaczego nigdy go nie odbudowano?

Hotel Ritz to była perła Białegostoku. Dlaczego nigdy go nie odbudowano?

Przechadzając się dziś w okolicy bramy wjazdowej do Pałacu Branickich będziemy znajdować się w pobliżu teatru, Pałacyku Gościnnego, Hotelu Gołębiewskiego, budynku delikatesów, wieżowca Urzędu Miejskiego oraz ronda i prowadzących od niego dróg – Al. Piłsudskiego, Branickiego, Pałacowej, Kilińskiego i Mickiewicza. Może Was zdziwić, ale jeszcze 100 lat temu – z tych wszystkich wymienionych istniał tylko Pałacyk Gościnny. A tuż obok niego, przy samej rzece Białej stał okazały Hotel Ritz. Prawdziwa perła, która powstała jeszcze podczas zaborów, zaś pod koniec II Wojny Światowej została spalona przez Niemców jak i wiele innych budynków w mieście. Z tym, że inne spalone perły odbudowano, zaś pozostałości po hotelu… wysadzono w powietrze w 1946 roku. Dlaczego tak się stało?

Okupant zmienił nazwę na „Europa”

fot. Muzeum Historyczne w Białymstoku

Prace budowlane nad hotelem zostały zakończone 1 lipca 1913 roku. Wówczas był to obiekt należący do Towarzystwa Akcyjnego „Ritz”, które z pożyczek Petersbursko-Tulskiego Banku Ziemskiego go postawiło. Warto dodać, że podczas zaborów tak okazały nie był nawet Pałac Branickich, który służył jako Instytut Panien Szlacheckich i ze wszystkich zdobień został ogołocony. Hotel Ritz posiadał marmurowe schody i parkiet. Na parterze funkcjonował bank, kawiarnia oraz zakład fryzjerski. Pierwsze piętro zajmowała restauracja. Kolejne dwa piętra oraz strych były przeznaczone na pokoje dla gości. Łącznie do wynajęcia na noclegi było 46 lokali.

 

Każdy pokój był wyposażony albo w łóżko albo w tapczan. Okna udekorowane były firankami. Na ścianach pokoi wisiały reprodukcje znanych obrazów. Zaś oświetlenie dawały piękne mosiężne lampy. Z gościny hotelu korzystali zamożni czyli kupcy, oficerowie, artyści i arystokraci. W restauracji odbywały się dancingi i inne imprezy okolicznościowe. Działalność hotelu trwała w najlepsze do 1941 roku. Wtedy obiekt przejęty został przez Niemców. Okupant zmienił nazwę na „Europa”. Przy wejściu wywieszono także napis – „Tylko dla Niemców”. Hotel został gruntownie wyremontowany, jednak gdy wojska rosyjskie w 1944 roku zbliżały się do Białegostoku, Niemcy zaczęli się ewakuować i podpalać wszystkie budynki w mieście. Ritz nie został oszczędzony.

Zaczęto odbudowę miasta

Po II Wojnie Światowej zaczęto odbudowywać kompletnie zniszczone miasto od nowa. W tym Pałac Branickich i wiele innych zabytków. Tymczasem Ritz w 1946 roku, a raczej to co po nim pozostało… wysadzono w powietrze. Zostały tylko pod ziemią fundamenty, które przypadkowo wykopano podczas przebudowy dróg przy bramie wjazdowej do Pałacu Branickich.

Dlaczego nie zapadła decyzja by go jednak odbudować? W PRL nikt się nie tłumaczył, ale można się tylko domyślać, że nikt nie chciał odbudowy hotelu, który wybudowany został przez niemieckiego zaborcę. A szkoda, bo jak widać na zdjęciu lotniczym – całkiem duży kawałek budynku pozostał.

Warto dodać, że w 2008 roku znaleźli się kanadyjscy inwestorzy, którzy chcieli w Białymstoku postawić nowy Ritz. Postawili jednak warunek – ma być w mieście lotnisko. Oczywiście co z lotniskiem – sami wiecie, więc także wiecie co z planami odbudowy hotelu. Co ciekawe, dalej jest możliwość odbudowy go w tym samym miejscu. Teren przy pałacyku gościnnym stoi pusty. Niestety to tylko teoria. W praktyce – 12 lat temu Kanadyjczycy szacowali koszt inwestycji na 800 mln złotych (hotel miał powstać w innym miejscu). Po tylu latach to cena już dawno jest nieaktualna. Nawet, jeżeli w końcu wystartują pierwsze samoloty z Krywlan, to i tak wątpliwe jest, by pojawił się u nas jakiś inwestor z takimi pieniędzmi. Szczególnie, że prawdopodobnie czeka nas ogromny kryzys.

Turystyczne atrakcje pozamykane. Ludzie wciąż nie siedzą w domach.

Turystyczne atrakcje pozamykane. Ludzie wciąż nie siedzą w domach.

Od kilku dni obowiązują liczne ograniczenia, które mają na celu zatrzymanie rozprzestrzenianie się epidemii. Jest jednak wielu ludzi, którzy nie zamierzają siedzieć w domu i chyba tylko wojsko na ulicach ich by do tego zmusiło. Wychodzą pod byle pretekstem, szukają luk w prawie, trzymają się kurczowo tego co można a czego nie można, kompletnie ignorując to co najważniejsze – czyli przebywanie w domu. Wystarczy byle pretekst do wyjścia. Nie będziemy krytykować takich osób, bo dla niektórych siedzenie w domu to psychiczna udręka. Gdyby mogli, to by 24 godziny na dobę spędzali swój czas poza domem. Ale nie będziemy też chwalić tego zachowania, bowiem w czasie epidemii najważniejsza jest grupowa odpowiedzialność a nie indywidualne potrzeby.

 

W ostatnim czasie Narwiański Park Narodowy pozamykał wszystkie kładki – w Śliwnie i Waniewie, a także w Kurowie. Stało się tak dlatego, że ludzie zaczęli masowo tam przyjeżdżać. W ich ślad poszły Biebrzański i Białowieski Parki Narodowe. Tam również wszystko już zamknięto. Póki pogoda była kiepska, to ludzi było łatwo utrzymać w domu. Teraz idzie ocieplenie, więc każdy będzie chciał gdzieś wyjść szukając miejsc odosobnienia. O ile wszyscy, którzy mają domy z ogrodami – sobie poradzą, to w ludzie z bloków nie usiedzą na swoich mikrobalkonach. Nie będziemy apelować „zostań w domu”, bo każdy odpowiedzialny to robi, a pozostali i tak mają to gdzieś. Chcielibyśmy prosić, byście pomyśleli o innych.

 

Nawet jak nie macie żadnych objawów, to możecie być zarażeni koronawirusem i zarażać innych o tym nie wiedząc. Nawet unikając ludzi, wszystko co dotkniecie może potem dotknąć ktoś jeszcze niezarażony. I ten ktoś tego spotkania z wirusem może nie przeżyć.

Epidemie na Podlasiu. Gdy jeden wóz pełen ciał wyjechał na miejsce pochówku, to po powrocie ładowano kolejny pełny.

Epidemie na Podlasiu. Gdy jeden wóz pełen ciał wyjechał na miejsce pochówku, to po powrocie ładowano kolejny pełny.

Epidemie na Podlasiu występowały wiele razy. O niektórych nie ma zbyt wielu informacji. Ludzie po prostu chorowali tak samo jak wszędzie. Zarażeniom sprzyjała wymiana handlowa czy wojny. Były jednak też takie epidemie, że samo wypowiedzenie ich nazwy powodowało, że ludzie bledli.

 

100 lat temu na świecie dogorywała grypa „Hiszpanka”, która siała spustoszenie od 1918 roku a na dobre wygasała w 1920 roku. Nie ma informacji o jej skutkach z samego Białegostoku, jednak łatwo sobie wyobrazić, że nie było zbyt ciekawie. Biedne, brudne i śmierdzące ciasne uliczki Chanajek były sprzyjającym miejscem rozwoju epidemii. Ale nie tylko tam było źle – również na wsiach pod samym Białymstokiem ludzie umierali tak często, że w pewnym momencie bliscy chowali ich w prowizorycznych skrzyniach i samych prześcieradłach, a nie trumnach.

 

Dzisiejsza stolica województwa podlaskiego przeżywała wiele razy epidemię cholery. W 1830 roku utworzono specjalny cmentarz choleryczny, który sukcesywnie zapełniano w kolejnych latach XIX wieku. Nekropolia została zdewastowana przez Niemców podczas II Wojny Światowej. Szczątki pochowanych nadal są jednak w ziemi. Zaś o cmentarzu przypomina tablica pamiątkowa. Wszystko to przy siedzibie ZUS.

 

Cholera wróciła pod Białystok pod koniec XIX wieku i wywoływała grozę. „Słowo cholera ma już pewien postrach w sobie a sam widziałem ludzi, zresztą odważnych którzy na wspomnienie cholery bledli z wrażenia” – pisano o niej dla innych medyków w 1884 roku, by wiedzieli co czynić z chorymi. Prowadzone badania wykazały, że najbardziej narażeni są ludzie ze słabymi żołądkami oraz alkoholicy. Największa śmiertelność występowała w biednych warstwach społecznych. Tak jak i dziś nie znamy leku na koronawirusa, tak i wtedy stawiano na profilaktykę – dezynfekując wychodki oraz zakazując korzystania z nich dla obcych. Każdy musiał się załatwiać u siebie. Zarazę przywlekli do miasta rosyjscy żołnierze, którzy stacjonowali w Białymstoku.

 

Warto pamiętać, że cholera rozniosła się także na okoliczne wsie. W pewnym momencie zmarłych było tak dużo, że nie starczyło trumien. Ludzie chowani byli w prowizorycznych skrzynkach, a później nawet w prześcieradłach. Śmiertelność była tak wysoka, że gdy jeden wóz pełen ciał wyjechał na miejsce pochówku, to po powrocie ładowano kolejny pełny. Wiemy to wszystko z wywiadów naukowych, które przeprowadzono ze starszymi mieszkańcami wsi Bagnówka.

 

W 1920 roku Białystok znów stał się miastem frontowym, gdy wybuchła wojna polsko-bolszewicka. Przez 7 dni dzisiejsza stolica podlaskiego była wcielona do sowieckiej Białorusi. Z balkonu Pałacu Branickich przemawiali Feliks Dzierżyński, Julian Marchlewski, Feliks Kon. Ogłaszali manifest proklamujący postanie Polskiej Socjalistycznej Republiki Rad. Razem z nimi do miasta wkroczyła Armia Czerwona. Żołnierze przywlekli do miasta po raz kolejny epidemię cholery i na dokładkę tyfusu.

 

Gdy będzie już po obecnej epidemii warto wybrać się do białostockiego Muzeum Historii Medycyny i Farmacji, gdzie będzie można na własne oczy między innymi zobaczyć w jaki sposób walczono z zarazą. Jest to miejsce pełne ciekawych przedmiotów. Polecamy i życzymy zdrowia!

Featured Video Play Icon

Białystok opustoszał. Tak wygląda, gdy nikt nie wychodzi.

Zwykle takie widoki można było obejrzeć w majowy weekend lub święta i to bladym świtem. Teraz to widok codzienny. Białystok jak i inne miasta opustoszały. Ludzie pokornie czekają na to aż epidemia wygaśnie. Nikt nie wie ile to potrwa, ale każdy dzielnie to znosi. Musimy przyznać, że jesteśmy z tym zaskoczeni. Oczywiście, gdy pogoda jest ładna to atrakcje turystyczne są oblegane, ale nie możemy mówić, że to są takie tłumy jak w sezonie. Jeżeli gdzieś jest dużo osób na raz to jest ich tyle, ile byłoby w sklepie. Jednak ogólnie patrząc na sytuację – ludzie naprawdę siedzą w domu.

Trzeba powiedzieć, że zwykle mieszkańcy wobec „zaleceń” władzy są obojętni. Jednak tym razem stało się inaczej, co świadczy o naszej dojrzałości. Sami sobie możemy przyznać za to medale. Jest jednak coś niepokojącego. Zdecydowana większość zarażonych do tej pory to osoby, które rząd ściągnął samolotami zza granicy. Mało tego, każdego dnia słyszymy, że wiele tych osób nie przestrzega kwarantanny. Trzeba to powiedzieć jasno – gdyby nie oni, to w Polsce epidemia być może aż tak się nie rozprzestrzeniała.

Dlatego, jeżeli czytają to osoby, które planują jeszcze do Polski przyjechać. Mamy prośbę – nie przyjeżdżajcie. Siedźcie tam, gdzie jesteście. Jeżeli macie znajomych za granicą, którzy planują przyjazd – nie bójcie się im powiedzieć tego samego. To wszystko dla dobra nas wszystkich.

Wielkie atrakcje Podlaskiego mogą przestać istnieć! Zniszczy je głupota ludzi.

Wielkie atrakcje Podlaskiego mogą przestać istnieć! Zniszczy je głupota ludzi.

Jeszcze w styczniu żyliśmy ogromnymi pożarami w Australii, patrząc na dramatyczne obrazy z tamtego kontynentu. Wydaje się, że to co działo się tam jest takie odległe. Tymczasem w Podlaskiem możemy niedługo zmagać się z tym samym! Nieprawdopodobne, ale prawdziwe i realne jeszcze w tym roku. Rok 2020 może być jeszcze bardziej katastrofalny niż nam się wydaje. Epidemia, kryzys gospodarczy i jeszcze duże prawdopodobieństwo wielkich pożarów. Nie chcemy pisać czarnych scenariuszy, ale wszystko co się dzieje – układa się w całość.

 

Już w tamtym roku pisaliśmy, że rzeka Biała w Białymstoku wsiąka i za jakiś czas może jej już nie być. Każdy, kto przechodzi koło niej może gołym okiem zauważyć jak niski jest jej stan. Zaś latem podczas ogromnych ulew – rzeka potrafi wylać jak 100 lat temu. Wszystko dlatego, że po powodzi w 1920 roku postanowiono rzekę uregulować, by więcej miasta nie zalała. Zadziałało, ale po kilkudziesięciu latach zaczął się zmieniać klimat. My zaś zamiast dać przestrzeń rzece – kompletnie ją zabudowaliśmy. Przebudowana rzeka działa jak rynna. Woda spływa szybko, a następnie wpada do Supraśli za Dobrzyniewem.

 

Wielką atrakcją turystyczną jest sztuczny zbiornik Siemianówka. Jest on naprawdę ogromny. Dawniej w jego miejscu było kilka wsi. Ludzie z nich zostali przeniesieni, zaś ogromne tereny zalano wodą. Ogromny zalew pozwala regulować stan rzeki Narew. Dzięki temu można było zmniejszyć jej poziom, by odsłoniło się na przykład więcej pól uprawnych. Pamiętajmy, że zbiornik postał w czasach PRL, gdy był duży nacisk na rolnictwo. Nikt wtedy jednak nie przewidział zmian klimatu. W konsekwencji – dzisiaj stan rzeki jest stale niski. Problem jest też z inną rzeką w okolicy. Od lat w opracowaniach naukowych pisze się o problemach z brakami wody w gruntach Puszczy Białowieskiej. Są one zasilane przez wody rzeki Narewki, która wypływa za bagien Dzikiego Nikoru i Kuty na Białorusi. Potem wpływa do Narwi. Problem z tym, że w XVIII wieku wyprostowano rzekę, by łatwiej spławiać nią drewno.

 

Z dzisiejszej perspektywy wszystkie te działania mają nie tylko negatywny wpływ na okoliczne środowisko, ale są również niebezpieczne. W tym roku drugi rok z rzędu będziemy mieli suszę. Nie było opadów śniegu, więc ten nie wsiąkł podczas roztopów i nie zasilił rzek oraz gruntów w ich pobliżu. W konsekwencji ogromne tereny są wysuszone. Wystarczy iskra, by doszło do wielkiej tragedii. I tu dochodzimy do sedna problemu. W ostatnim czasie kilka razy na szczęście udało się zapobiec pożarom w Puszczy Białowieskiej. W ubiegły weekend natomiast płonęły trzcinowiska w Narwiańskim Parku Narodowym. Spaliło się aż 15 hektarów trzcinowisk. Susza i silny wiatr spowodowały, że ogień rozprzestrzenił się bardzo szybko po całej okolicy.

 

Do pożaru doprowadził człowiek. Jakiś idiota podpalił łąki doprowadzając do jeszcze większego niszczenia środowiska. Trzcinowiska to bowiem dom dla wielu gatunków ptaków i zwierząt. Obecnie trwa okres lęgowy. W przypadku Puszczy Białowieskiej – mimo, że udało się zapobiec pożarom, to też mieliśmy do czynienia z podpaleniami. Nie ma jednak wątpliwości, że przez idiotów możemy stracić nasze wielkie atrakcje. Zagrożenie jest ogromne, bo za oknami jest coraz cieplej. Skoro do pożarów dochodzi w miejscu, gdzie powinny być rozlewiska oraz na terenach, które powinny być podmokłe, to wyobraźcie sobie co się będzie działo latem.

 

Zapewne zastanawiacie się kto jest takim idiotą, by podpalać Narwiański Park Narodowy czy Puszczę Białowieską. Najczęściej zaczyna się od wypalania traw. Niektórzy rolnicy wierzą, że od tego ich gleba będzie bardziej żyzna a uprawy lepsze. Problem w tym, że podpalonych traw nie da się kontrolować. Wiatr może rozdmuchać wszystko w suche okolice. A wtedy może dojść do prawdziwej katastrofy. Od wielu lat co roku strażacy apelują, by traw nie wypalać. Niestety co roku jest to samo – pożary na łąkach dalej się pojawiają. Niereformowalni idioci doprowadzą w końcu do katastrofy, a susza, która jest drugi rok z rzędu w tym pomoże. Mimo, że nie chcemy pisać czarnych scenariuszy, to niestety, ale w tym roku może dojść do niewyobrażalnych pożarów w Puszczy Białowieskiej oraz w Parkach Narodowych. To co się działo do tej pory było dopiero „preludium”.

Featured Video Play Icon

Udało się policzyć żubry w Podlaskiem. Jest ich coraz więcej!

Udało się już policzyć żubry w województwie Podlaskim, co w tym roku było trudne ze względu na brak śniegu. Na wolności łącznie żyje 2048 osobników. Dodatkowo są jeszcze zwierzęta w zagrodach. To 221 sztuk czyli 2269 żubrów. Warto wiedzieć, że na wypadek jakiegoś kataklizmu – żubry w zagrodach służyć mają do tego, by ewentualnie przywrócić osobniki naturze. Póki co na szczęście – liczba wolnych żubrów systematycznie rośnie. Najwięcej zwierzą znajduje się oczywiście w Puszczy Białowieskiej, która leży w Polsce i na Białorusi. Po naszej stronie żyje 1363 osobników zaś u sąsiadów 593.

 

Żubry można spotkać szczególnie zimą. Wtedy chętniej szukają pożywienia poza lasem. Szczególnie zainteresowane są paśnikami – przygotowanymi przez leśników. Zwierzęta te są ostatnio popularnym tematem fotografów. Szczególnie duże wycieczki tej zimy jeździły w okolice Krynek i Szudziałowa, gdzie można było w dogodnych warunkach napotkać spore stadko. Żubry to symbol naszego regionu nie przypadkowo. Nigdzie indziej tak licznie nie występuje.

 

Warto przytoczyć także przykład Puszczy Augustowskiej, gdzie takich zwierząt nie było, ale w ostatnich latach założono tam nowe stadko. Te chętnie zaadaptowało się do nowych warunków. Zwierzęta poczuły się tam na tyle pewnie, że urodziły się już pierwsze młode. Co ciekawe mieszkańcy okolicznych wsi początkowo niechętni byli pomysłowi zakładania stada, jednak bardzo szybko się przekonali jak bardzo żubry przyciągają turytów. Dlatego też założenie stada miało wpływ na rozwój turystyki. Z tego samego powodu Puszcza Białowieska przyciąga przyjezdnych, zaś Puszcza Knyszyńska – fotografów.

Zadzwoń do babci, zadzwoń do dziadka. To jak maść na stare kości.

Zadzwoń do babci, zadzwoń do dziadka. To jak maść na stare kości.

W czasach epidemii najbardziej zagrożone są osoby starsze. Dlatego też nie wolno ich zostawiać samych sobie. Wbrew pozorom w ich przypadku nie chodzi o strach przed śmiercią. Niektórzy przecież pamiętają wojnę. W ich przypadku chodzi o lęk i poczucie bezradności. Bowiem epidemia to nie tylko wyzwanie dla ciała, lecz także dla psychiki. Człowiek to „zwierzę” towarzyskie, a musiało się zamknąć w domu, a nie każdy starszy człowiek ma jeszcze bliskich w domu.

 

Dlatego też ekipa Up To Date Festival, która angażuje się w łączenie pokoleń od lat – apeluje, by nie zapominać o naszych babciach i dziadkach. Proponują, by „zadzwonić do babci, zadzwonić do dziadka”, bo to jest obecnie najbezpieczniejsza droga zamiast herbatki i ciasta. Ekipa Up To Date Festival przekonuje, że to działa jak maść na stare kości. – Raz jeszcze, aby to wybrzmiało z całą siłą. Bez paniki, bez zbędnej paranoi, ale wystarczająco dosadnie – bo właśnie wobec takiej sytuacji stoimy obecnie. ZRÓB WSZYSTKO, ABY W PRZYSZŁOŚCI MÓC WYSŁAĆ POCZTÓWKĘ DO BABCI (i DZIADKA). NIE ZOSTAWIAJ ICH SAMYCH. ZADZWOŃ.

 

Jest także inna propozycja dla tych, którzy w domach siedzieć nie chcą, ale nie mają co ze sobą zrobić. Można pójść oddać krew, szyć maseczki, zaangażować się w wolontariat, albo przekazywać swoją wiedzę innym w internecie. Najważniejsze, to nie zwariować.

fot / graf: Up To Date Festival

 

Featured Video Play Icon

Opustoszałe miasta, a na zewnątrz fatalne powietrze.

Można powiedzieć, że zniknięcie wielu samochodów z ulic miast nie zmieniło jakości powietrza. Wszystko przez pogodę. Wciąż jest zimno, więc ludzie siedząc w domach nadal palą w piecach. To, czym palą pozostawia wiele do życzenia. Nierozwiązany problem z przeszłości wraca jak bumerang. A ten problem jest złożony. Nie chodzi tylko o to, że ludzie palą byle czym, ale dlaczego to robią. Niektórzy dlatego, że są idiotami, ale zdecydowana większość robi to z biedy. Nie stać ich na wymianę pieców ani na opał. A „dofinansowanie” to za mało. Bo zero z dofinansowaniem to nadal zero.

 

Władze powinny się zastanowić – czy lepiej przeznaczyć pieniądze na wymianę ludziom pieców i zapewnienie ekologicznego opału najbiedniejszym, czy też wolą te same pieniądze przeznaczać na leczenie chorób dróg oddechowych oraz innych powodowanych przez to, że mieszkańcy wdychają te trujące opary z kominów. Mamy już wiosnę, ale to nie znaczy, że problem znika. Wróci znowu zimą. Trzeba go w końcu rozwiązać.

 

Odnosimy jednak wrażenie, że wszystkie władze, które były rozrzutne, a teraz ich gminy, powiaty czy województwa mają problemy finansowe będą powtarzać jak mantrę, że to koronawirus wydrenował budżety. Tak jakby płacili nam za siedzenie w domach. A tutaj trzeba zauważyć, że to dla wszystkich oszczędności. Zaczynając od mniejszych wydatków w na komunikację miejską z powodu zmienionych rozkładów jazdy. Teraz temat jest jeden, ale nie zapomnijcie, że zimą znów wróci temat ogrzewania, które truje ludzi. Nie dajcie sobie wtedy wmówić, że nic się nie dało od wiosny zrobić.

Dzikie zwierzęta wychodzą do miast. Zastąpiły ludzi.

Dzikie zwierzęta wychodzą do miast. Zastąpiły ludzi.

Łoś nagrany w Białymstoku w 2016 roku. Teraz to coraz częstszy widok i nie tylko na obrzeżach, ale również bliżej centrum.

Opustoszałe miasta spowodowały, że dzikie zwierzęta z okolicznych lasów śmielej wychodzą do miast. Na Słonecznym Stoku między ul. Skrajną a Al. Jana Pawła II jest ogromna polana. To tak zwana „strefa przewietrzenia miasta”. Celowo niezabudowana powoduje, że mimo ruchliwych ulic, w okolicy nie gromadzi się smog. Spaliny są wywiewane przez naturę. Miejsce to jednak upodobały sobie również dzikie zwierzęta – sarny czy łosie. Już w przeszłości zdarzało się, że bladym świtem można było w tamtej okolicy napotkać jedno czy drugie. Teraz, gdy ludzie pozamykali się w domach, zwierzęta wychodzą do miasta jeszcze śmielej, bo nawet w dzień.

 

To nie jest jedyne miejsce, gdzie w mieście można napotkać dzikie zwierzęta. Sarny czy dziki można było w ostatnim czasie napotkać również przy ul. Świerkowej. Znajduje się tam Las Zwierzyniecki. Widok łosi nie dziwi mieszkańców Bagnówki czy Jaroszówki. Wielokrotnie się zdarzało, że zwierzęta te próbując przeskoczyć ogrodzenie nadziewały się na nie. Musiały wówczas pomagać służby. Nie tak dawno temu kamery monitoringu nagrały jak przy ul. Św. Rocha czyli w samym centrum kręci się sarna. Skąd doszła tak daleko, nie wiadomo. Być może z Lasu Zwierzynieckiego.

 

Teraz te osiedla – szczególnie, które mają w sąsiedztwie las – będą jeszcze częściej odwiedzane przez dzikie zwierzęta. Ludzie są w domach, na ulicach jest mniej samochodów, a to powoduje, że zwierzęta jeszcze lepiej czują zapachy i obserwują pustki. To skłania je, by chętniej eksplorować nowe tereny w poszukiwaniu jedzenia. Na pewno nie wzgardzą tym, co ludzie wyrzucają do śmietników. Szczególnie tych przepełnionych, z których odpady się wysypują. Dlatego jeżeli podczas porannych spacerów z psami czy w drodze na zakupy natraficie na dzikie zwierze, to nie wpadajcie w panikę. Wystraszone i zaskoczone, w bliskiej odległości może zaatakować. Zaś stojąc dalej – będzie jedynie obserwować, a wystraszone ucieknie.

Tłumy w podlaskich lasach. Tam też nie jesteście bezpieczni.

Tłumy w podlaskich lasach. Tam też nie jesteście bezpieczni.

Koronawirus w ostatnim czasie zdominował nasze życie praktycznie w całości. Świat, który znaliśmy do tej pory się skończył i obecnie trwa adaptacja do nowych warunków. To wszystko nie jest oczywiście dla wszystkich zrozumiałe. Wielu próbuje udawać, że nic się nie stało, mimo że rzeczywistość i całe otoczenie się zmieniło. Obecnie zaciągnęliśmy wielki hamulec i nie wiemy kiedy znów ruszymy i jak to ruszenie będzie wyglądać.

 

Wirus nie zniknie od samej kwarantanny tylko od szczepionki. Tej przecież nie ma. Co najmniej przez najbliższy rok, a może i dłużej będzie funkcjonować wiele ograniczeń, by szpitale nie były zatkane pacjentami, szczególnie że są także osoby chore na różne schorzenia a nie tylko zarażeni. Utrzymywanie „optymalnej” liczby zakażonych w jednym czasie będzie więc priorytetem, któremu podporządkowane będzie cała reszta. Dlatego już teraz trzeba się zastanowić co dalej.

 

Jedną z takich kwestii jest – co z wychodzeniem z domu. W ostatnim czasie – z powodu ładnej pogody – wszystkie nasze dobra przyrodnicze przeżywały „oblężenie”. Ludzie nie wychodzą do miasta, więc wyjeżdżają do lasów. Rezerwat „Krzemianka” będący na uboczu zaraz za Jurowcami, ostatnio w dzień powszedni miał zapełniony parking. Możecie sobie wyobrazić co się działo w miejscach „bardziej” popularnych. Tłumy po prostu przeniosły się gdzie indziej. Można się denerwować, apelować, prosić, a nawet zakazywać. Wszystkich ludzi niestety nie zamknie się w domach. Chyba, że rząd wyprowadzi wojsko na ulice, które tego dopilnuje.

 

Obecnie jednak nie można bezpiecznie wyjść z domu. Nie można nigdzie dostać rękawiczek, maseczek czy płynów do dezynfekcji. A jeżeli już to po bardzo wysokich cenach. Każde wyjście do sklepu naraża nas na zakażenie. W Polsce robi się też za mało testów. Na domiar złego nagle mieszkający za granicą Polacy zaczęli masowo wracać do kraju. Przyjechało już 20 tys. osób. Powinny przebywać w kwarantannie. Myślicie jednak, że nie wychodzą do sklepów? Nie bądźcie naiwni. Jest trochę jak na wojnie. Nikt nie strzela, ale są ranni i zabici. Wróg nie jest widoczny i można go jedynie unikać siedząc w „schronie”. Każdy napotkany człowiek może być po stronie „przeciwnika”.

 

Podlaskie ma wiele atrakcji turystycznych i miejsc, które warto odwiedzić, jednak co najmniej do Wielkanocy życie będzie toczyło się wokół przebywania „w schronie”. Niestety wkrótce ludziom zaczną kończyć się pieniądze. Dlatego obecnie lepiej oszczędzać i czekać. Warto wiedzieć, że Główny Inspektorat Sanitarny nie zakazuje ludziom wychodzenia do lasu, jednak trzeba spacerować tam, gdzie nie ma ludzi. Dlatego jeżeli wybierzecie się gdzieś z rodziną, to widząc kilka samochodów na parkingu, jedźcie dalej. Puszcza Knyszyńska jest ogromna, Puszcza Białowieska to nie tylko Białowieża. Można wybierać i przebierać. Byleby unikać skupisk ludzi nawet w lesie, bo wirus utrzymuje się również w powietrzu i to przez kilka godzin.

Featured Video Play Icon

Kultowa sztuka Teatru Dramatycznego dziś będzie grana przez internet!

Musimy przyznać, że zarówno przedstawienie teatralne jak i sama książka – pierwowzór są bardzo ciekawe. Dziś może się przekonać o tym każdy, kto jeszcze nie słyszał o „Zapiskach oficera Armii Czerwonej”. Mimo, że obecnie nie ma mowy o spotkaniu w teatrze, to dziś białostocki Teatr Dramatyczny przeprowadzi transmisję na żywo. Aktorów będzie można podziwiać przy pomocy dowolnego ekranu. Jeżeli wam się spodoba, to warto przeczytać także książkę.

 

Jak już wspomnieliśmy – przedstawienie jest kultowe – więc zna je bardzo wiele osób. Szczególnie, że Teatr Dramatyczny wystawia je od 1992 roku!  W roli głównej Krzysztof Ławniczak. Swoją drogą ciekawe czy po tylu latach nie śni mu się po nocach odgrywana przez niego postać. Sama historia opowiada o tym jak podczas II Wojny Światowej, zaraz po Niemcach na Polskę napadają Rosjanie. W szeregach Armii Czerwonej jest także młodszy lejtnant Michaił Zubow. Wy mówicie, że ja jestem dookoła dureń! A czy wy wiecie, że ja jestem z tego tylko dumny…? Tak… Wy ot mądrale, a nawet swego państwa nie macie i musicie robić to, co wam nasz rząd rozkaże! A mnie mądrość nie jest potrzebna. My mamy takich, co mądrzy są i oni wszystkim kierują. My już ćwierć świata mamy. A za dziesięć lat pół świata opanujemy. A za 20 lat nasz ruski naród będzie wszystkimi na świecie rządzić. – To wszystko jego słowa.

 

Spektakl o godz. 20.00. Bądźcie punktualnie, bo do Teatru spóźniać się nie wolno. Nikt tam reklam nie gra przez pół godziny jak w kinie. 3 razy wybija gong, gaśnie światło, a widz nawiązuje relację wzrokowo-słuchową z ludźmi na scenie. Prawdziwa sztuka musi doprowadzić widza do „Katharsis”. Innymi słowy celem sztuki jest wzbudzenie u widza uczuć litości i trwogi, aby przez to następnie oczyścić jego umysł z tych doznań. Czego wam dziś życzymy i zapraszamy do dzielenia się wrażeniami w komentarzach.

Ujawniamy skąd jest mężczyzna zarażony koronawirusem. Miał kontakt z mnóstwem ludzi!

Ujawniamy skąd jest mężczyzna zarażony koronawirusem. Miał kontakt z mnóstwem ludzi!

Wojewoda Podlaski ukrywa, my nie zamierzamy! To zbyt poważna sprawa, by robić z tego tajemnicę. Wiemy kim jest mężczyzna zarażony koronawirusem. Udało się to ustalić dzięki naszemu Czytelnikowi! Mężczyzna miał kontakt z mnóstwem ludzi w Londynie, gdzie przebywał. Prawdopodobnie to stamtąd wrócił zarażony. Wracając do domu wszyscy, którzy z nim wracali mieli objawy choroby.

 

Z oczywistych względów nie będziemy ujawniać dokładnych personaliów mężczyzny. Znamy jego imię i nazwisko, ale nie jest ono istotne. Najistotniejszy jest fakt, że jest to mieszkaniec SOBOLEWA obok Grabówki, pod Białymstokiem. Oznacza to, że mieszkańcy tych dwóch miejscowości, ale też Białegostoku powinni być bardzo czujni, ale nie wpadajcie w panikę. Ujawniamy też co ostatnio robił zarażony, byście mogli skonfrontować to z tym co ostatnio robiliście. Być może mieliście z nim kontakt.

 

Mężczyzna na szczęście nie jest pracownikiem takiej firmy, w której mógłby pozarażać dużą liczbę współpracowników. Jedynie tych, którzy z nim podróżowali do Londynu oraz najwyżej swoich znajomych, którzy już wiedzą (bo sam się pochwalił w mediach społecznościowych). Mężczyzna na początku marca przebywał w Londynie. Prawdopodobnie to właśnie stamtąd dotarł razem z nim wirus. Nie mamy jednak pewności, ale niestety mężczyzna miał tam kontakt z ogromną ilością ludzi z racji swojego zawodu – co udokumentował na fotografii.

 

Z naszych ustaleń wynika, że 11 marca mężczyzna był już w Warszawie. Zarażony wracał ze stolicy do Białegostoku z pierwszymi objawami choroby. Podróż do Białegostoku odbywała się busem, na szczęście własnym. Zatem zarażone mogły zostać wszystkie osoby, z którymi mężczyzna wracał do domu oraz miał (o ile miał) kontakt przed tym jak wsiadł do busa oraz po tym jak z niego wysiadł. Jeżeli tankował lub podczas tankowania przez kogoś z jego współtowarzyszy podróży coś kupował na stacji, to mieli z nim kontakt pracownicy stacji. Jeżeli kupował po drodze lub po powrocie w sklepach to kasjerzy i osoby, które przebywały w sklepie. Miejmy nadzieję, że mężczyzna był rozważny i zdawał sobie sprawę, że objawy jakie ma to może być koronawirus. Mężczyzna ma żonę i dzieci. Miejmy nadzieję, że po powrocie była zachowana przez wszystkich kwarantanna.

 

Apelujemy o ZACHOWANIE SPOKOJU. Jeżeli martwią się Państwo, że mogli zostać zarażeni – prosimy o kontakt ze służbami. Proszę nie działać na własną rękę i pod żadnym pozorem nie wychodzić z domu! Mamy też informację, że jeden z współtowarzyszów podróży miał robiony test na koronawirusa i wyszedł on negatywny. Mężczyzna jednak do 27 marca przebywa w kwarantannie.

Okolice Tykocina. Oto 3 miejsca, które również warto zobaczyć
Rzeka Narew, Złotoria

Okolice Tykocina. Oto 3 miejsca, które również warto zobaczyć

Wiele osób zwiedzających Podlasie w przewodnikach czyta oczywiście o jednym z najstarszych miast – Tykocinie i tam też się wybiera. Jeżeli tam zawędrujecie i będziecie czuli niedosyt po zwiedzaniu tego wyjątkowego miasteczka, to koniecznie wybierzcie się także w okolice, które są równie pięknie.

Kiermusy

Tu w XVI wieku pracowały przy starorzeczu Narwi młyny. Później była tam letniskowa osada. Dziś są dwa miejsca, które przyciągają. To karczma, która nas przeniesie w czasy „Ogniem i mieczem” i ogólnie odda szlachecki klimat. Drugie miejsce to cyklicznie organizowany targ staroci, na którym możemy znaleźć wyjątkowe rzeczy – winyle, obrazy, biżuterię i wiele wiele innych. Dla lubiących smakować lokalne trunki warto popytać w okolicy o Kiermusówkę czyli bimberek.

Góra Strękowa

W samej wsi znajduje się oczywiście miejsce pamiątkowe po bohaterskiej akcji kpt. Raginisa, który w 1939 roku dowodził obroną przez Niemcami. To nie tylko pomnik pamiątkowy i sama góra. Tutaj znajduje się doskonały punkt widokowy na rozlewiska Narwi. Jako, że w tym roku zimy nie było to i stan wód jest niski, ale widoki i tak mogą być piękne. Można też wybrać się nad jaz na Narwi. Jest to bardzo ciekawa konstrukcja. Otóż stoi budynek na środku rzeki, do którego dojście jest poprzez most z obu stron.

Złotoria

Kolejna ciekawa miejscowość obok Tykocina to Złotoria. To właśnie tam możemy zobaczyć jak rzeka Supraśl wpada do Narwi. Punkt ten mieści się za starą szkołą. Szczególnie warto wybrać się tam o świcie. Jeżeli natrafimy na piękny wchód słońca oraz poranne mgły, czego o tej porze nie brakuje, to będziemy mieli bajeczne widoki. Dlatego wybierając się tam dobrze mieć jakiś aparat, by uwiecznić chwilę.

Koronawirus tak szybko nie zniknie. Jest też pozytywny skutek tego co się dzieje.

Koronawirus tak szybko nie zniknie. Jest też pozytywny skutek tego co się dzieje.

Obecnie trwa „zamknięcie” wszystkiego czego się da na 2 tygodnie. Nie jest to jednak po to, by wirus zniknął lecz po to, by nie zachorowali wszyscy na raz. Polska ma bowiem 10 000 respiratorów, co jest i tak wynikiem ogromnym, bo taka Wielka Brytania, gdzie wirusa mają… gdzieś ma tylko 5000 takich urządzeń. Dlatego łatwo policzyć, że jeżeli uśrednilibyśmy liczbę respiratorów na województwa, to w każdym z nich ciężko chorobę mogłoby przechodzić zaledwie kilkaset osób. Miejmy nadzieję, że tak się nie stanie, ale nie mamy wątpliwości, że także w Podlaskiem ludzie będą mieli kłopot, by wysiedzieć dwa tygodnie w domu. Szczególnie, że wiele nawet nie może sobie na to pozwolić.

 

Wiele osób zapewne się zastanawia co się zmieni za dwa tygodnie. Zbliżamy się do Wielkanocy, trzeba będzie się przygotować, stać tłumnie w kolejkach. Wirus niestety nie zniknie. Jego działanie osłabi się, gdy stanie się na zewnątrz bardzo ciepło i sucho. Zimą jednak powróci. Dlatego jeżeli nie chcecie zatkać słabej, polskiej służby zdrowia, a także chcecie zminimalizować ryzyko koronawirusa u siebie, to siedźcie w domu jak najdłużej, a jak już wszystko otworzą nie zapominajcie dalej myć często rąk i mieć na względzie, że wszystko co dotkniecie może mieć pozostawionego wirusa. Wystarczy, że ktoś kaszlnie albo kichnie w to miejsce. Nie wiemy czy tylko u nas, czy wszędzie, ale ludzie mają głupi nawyk nie zasłaniania się, gdy to robią.

 

Jest jednak i pozytywna strona tego całego zamieszania. Puste ulice, sklepy i ogólny zastój to wielki oddech dla naszej planety. Symboliczne było, że gdy tylko ludzie zamknęli się w domach, to mocno sypnęło śniegiem. Tym, którego zimą nie było widać. Nie był to przypadek. Po całym dniu miasta są wielkimi wyspami ciepła. Skoro spadł śnieg a nie deszcz, oznacza to, że tego dnia nie nagrzaliśmy wystarczająco miasta. Chociaż wody w podlaskich rzekach jest mało, to ich stan i tak się ostatnio podwyższył.

 

W dwa tygodnie niewiele się zmieni, ale zawsze to coś. Pytanie tylko czy na pewno będą to dwa tygodnie. Gdyby ktoś Wam powiedział, że tak ma być 3 miesiące to czy nie zbuntowalibyście się? A gdy ktoś powie za dwa tygodnie, że jeszcze dwa tygodnie, a potem kolejne dwa i tak dalej? Miejmy nadzieję, że to tylko czarny scenariusz. Im szybciej przyjdzie do nas ciepła pogoda oraz będzie sucho tym lepiej (korona wirus dalej będzie istnieć, ale nie będzie tak szybko się rozprzestrzeniać). Dwa lata temu pełnowymiarowe lato w Podlaskiem było pod koniec kwietnia. W tamtym roku dopiero na majówkę. Jak będzie tym razem?

Katastrofa cysterny z chlorem. Tak przebiegała akcja ratunkowa. W każdej chwili mogło zginąć więcej osób niż w Czarnobylu.
fot. Archiwum KW Państwowej Straży Pożarnej w Białymstoku

Katastrofa cysterny z chlorem. Tak przebiegała akcja ratunkowa. W każdej chwili mogło zginąć więcej osób niż w Czarnobylu.

9 marca 1989 roku to czarny dzień w historii Białegostoku. Miała wówczas miejsce katastrofa cysterny z chlorem, która mogła zabić więcej osób niż katastrofa w Czarnobylu. Dlatego do dziś, w każdą rocznicę uroczyście świętuje się „ocalenie miasta”. Ciężka praca strażaków, przemyślane decyzje pozwoliły stolicy województwa podlaskiego istnieć do dziś oraz uratować życie 180 000 osób. Jak to się w ogóle stało, że do czegoś takiego doszło? Przez niedbalstwo. Tory powinny być wymienione 4 lata przed katastrofą. Nikt tego jednak nie zrobił, aż w końcu pękła szyna.

 

Dziś na miejscu katastrofy stoi pomnik-krzyż. Możemy go zobaczyć jadąc lub idąc ulicą Poleską. Na szczęście teren w tym miejscu jest płaski. Gdyby do katastrofy doszło na pobliskim wiadukcie, to wyciek z cystern byłby pewny. Na szczęście tak się nie stało. Cała akcja ratunkowa jest dokładnie opowiedziana w poniższym filmie. Żeby podnieść cysterny trzeba było zamontować specjalny dźwig. Ten jednak mógł dojechać na miejsce tylko po naprawieniu torów. Gdy to już wykonano – rozpoczęto akcję. Pierwsza cysterna została podniesiona w ciągu półtorej godziny. Z kolejnymi dwoma cysternami było dużo gorzej. Kolejną podnoszono aż 7 godzin. Zagrożenie minęło dopiero po 24 godzinach od wykolejenia.

 

Mieszkańcy dowiedzieli się o wszystkim dopiero 9 godzin od wypadku. Tak jak w Czarnobylu tak i w Białymstoku – w czasach PRL – życie ludzkie nawet całego miasta – nie miało najwidoczniej tak dużego znaczenia. Ewakuowano tylko mieszkańców z najbliższych bloków. Ludzie, gdy się dowiedzieli o katastrofie natychmiast zaczęli uciekać z miasta. Inni ukrywali się na górnych kondygnacjach u sąsiadów. Zamknięto też wszystkie budynki publiczne. Chyba jednak można było zrobić więcej niż liczyć na szczęście, które Białystok ostatecznie miał. 3 miesiące po katastrofie, PRL szczęśliwie się zakończył zaś przewód chloru przez miasto został zakazany.

https://www.youtube.com/watch?v=A-ODJIJpS4Q

Podlaskie będzie w tym roku turystyczym hitem? Wiele na to wskazuje.

Podlaskie będzie w tym roku turystyczym hitem? Wiele na to wskazuje.

Drohiczyn to dawna stolica Podlasia, którego częścią jest dzisiejsze województwo podlaskie oraz w którym Drohiczyn leży. Przepiękne miasteczko nad Bugiem będzie miało coś naprawdę unikatowego. To Ośrodek Promocji Produktu Lokalnego. Budynek będzie miał 400 metrów kwadratowych a swoim wyglądem będzie przypominać dworek. W środku będzie funkcjonować sklep z lokalnymi produktami, hala targowa i escape room o tematyce kuchni lokalnej. Do tego będą organizowane również warsztaty kulinarne.

 

Lokalne produkty warto promować, bo jest ich sporo. To między innymi sery, wędliny, miody, soki czy zioła. Warto wspomnieć choćby o znanym w całej Polsce wyjątkowym w smaku Serze Korycińskim. Dzięki inicjatywie ośrodka z Drohiczyna takich produktów – znanych nie tylko w danej gminie, powiecie czy województwie, ale w całej Polsce może być jeszcze więcej. Przyciągając ludzi w miejsce, które skupia wszystko co najlepsze do jedzenia na Podlasiu sprawimy, że lokalna turystyka będzie się rozwijać, zaś w kieszeniach lokalnych przedsiębiorców będzie więcej pieniędzy. Oni zaś oddadzą część zarobku w podatkach, które to zasilą budżety samorządu. Zatem im więcej osób przyjedzie, tym więcej sfinansuje nam drogi, szkoły, szpitale itd.

 

A wspominamy o tym przy okazji drohiczyńskiego ośrodka dlatego, że turystyka przez wielu rządzących traktowana jest jak piąte koło u wozu. Brak myślenia w szerszej perspektywie i szerszym ujęciu czasowym ma swoje negatywne konsekwencje. Dla przykładu – obecny rząd obniżył podatek dochodowy z 18 proc. do 17,75 proc. w 2019 roku, a następnie do 17 proc. w 2020 roku. Z perspektywy każdego pracującego obywatela i małych firm to niewiele. W przypadku dużych przedsiębiorców to już bardzo dużo. Jednak to czego oni wszyscy razem nie wpłacili – nie dostał nie tylko rząd ale właśnie i samorząd. Wszyscy prezydenci, burmistrzowie i wójtowie, którzy się zapożyczali na potęgę i wyłącznie budowali drogi, place i wprowadzali inne udogodnienia jednocześnie podpisywali na swoje miasta i gminy wyroki, bo nie wykorzystali tych pieniędzy ażeby w przyszłości się zwróciły. Każdy, kto rozwijał turystykę oraz inne dziedziny z nią powiązane – dziś może tylko zachęcać do przyjazdów na Podlasie. Bo jeżeli wybudował infrastrukturę, to ma do czego zapraszać.

 

Dlatego zyskały wszystkie gminy, które inwestowały ścieżki rowerowe, rewitalizacje zbiorników wodnych, wieże widokowe, kładki przyrodnicze i inne rzeczy, które przyciągają. Wystarczy, że kilka gmin z jednej okolicy dogadało się i każda stworzyła po jednej atrakcji – to dziś wygrywa przed tymi, które tego nie zrobiły. Przypuszczalnie – zajeżdżając do Drohiczyna – by poznać i kupić regionalne produkty możemy też zajrzeć do pięknego Niemirowa, Mielnika, Siemiatycz, Grabarki i Grannego. Wszędzie tam znajdziemy coś godnego uwagi. Można też podać inne przykłady jak kładka Waniewo-Śliwno, która po remoncie zyskała takie tłumy, że aż stała się ofiarą własnej popularności i musiała być zamknięta. Ale jeżeli poziom wody w Narwi się utrzyma to w tym roku te tłumy wrócą. I znów zostawią pieniądze w okolicy – zasilając kasę Narwiańskiego Parku Narodowego, gminy Sokoły oraz gminę Choroszcz, a także być może gmin sąsiednich. Bo dziś niemalże wszyscy dysponują samochodami, więc gdy wybierają się w miejsce danej atrakcji – zwiedzają też inne okolice.

 

Podobnie wygrane mogą czuć się inni, którzy jakiś czas temu zainwestowali w turystykę – Kruszyniany, Siemianówka, Supraśl, Białowieża, a dawniej Augustów, który postanowił konkurować z jeziorami w Warmińsko-Mazurskiem a teraz od wielu lat zbiera tego plony. A przegrani? To na przykład Białystok, który jest w tarapatach finansowych a turystyką nigdy nie był zainteresowany. Gdyby był, to może to co stracił na zmianach podatkowych, to w części by odzyskał w podatkach od turystów.

 

Województwo Podlaskie w tym roku może być jednym z turystycznych hitów. W ubiegłym roku intensywnie się promowano, robiąc zarówno dobry i zły PR. Jednak ciągle o nas było głośno. Bez wątpienia wiele osób będzie chciało zobaczyć na własne oczy te wszystkie cuda, atrakcje i inne ciekawostki. Swoje zrobił też Zenek Martyniuk – zarówno występując często i gęsto w telewizji oraz będąc bohaterem filmu, gdzie można było zobaczyć wiele podlaskich miejsc jak Bondary czy Kleszczele. Do tego dorzucić należy seriale telewizyjne – Rodzinka.pl, Kruk, Chyłka oraz częste emisje serii „U Pana Boga…”. To wszystko zaprocentuje i to dość szybko.

Powstanie nowa atrakcja w regionie. Będzie można spacerować i jeździć rowerem.

Powstanie nowa atrakcja w regionie. Będzie można spacerować i jeździć rowerem.

Tykocin zyska nową atrakcję. Będzie to 1,5 kilometrowa ścieżka edukacyjna biegnąca wzdłuż Narwi. Będzie można spacerować po dwóch stronach rzeki. Dzięki niej Narew zyska nadbrzeże, którego obecnie w miasteczku brakuje. Każdy kto przyjeżdża do Tykocina może oglądać rzekę wyłącznie z mostu. Tylko nieliczni zapuszczają się bliżej brzegu, do której ciężko jest dojść. Trzeba też wiedzieć gdzie da się zejść, a gdzie nie.

 

Inwestycja rusza jeszcze w tym roku, dzięki czemu spacery nad samą rzeką będą możliwe w czerwcu przyszłego roku. Nawierzchnia ścieżki będzie pieszo-rowerowa – z kostki. Zamontowane zostanie też oświetlenie oraz ławeczki, by można było sobie nad Narwią posiedzieć. Oczywiście nie zabraknie również tablic informacyjnych, na których dowiemy się więcej o zabytkach Tykocina a także o występującej na miejscu roślinności.

 

Tykocin to perła architektoniczna. Jest miasteczkiem, które funkcjonowało na długo przed Białymstokiem. Dopiero budowa kolei oraz granica celna pod Białymstokiem zmieniła rozwój w regionie. Obecnie jednak można w Tykocinie zwiedzać kościół, synagogę, klasztor czy zamek. Do tego dojdzie właśnie ścieżka.

Podlaskie staje się pustynią. Oto 5 rzeczy, które trzeba zrobić, by opóźnić utratę wody.

Podlaskie staje się pustynią. Oto 5 rzeczy, które trzeba zrobić, by opóźnić utratę wody.

Jeziora w Polsce wysychają, na samym Podlasiu to samo dzieje się z bagnami zaś poziom w rzekach jest coraz niższy. W tym roku prognozuje się drugi rok z rzędu suszę. Jaka może być przyszłość Podlaskiego? Nieciekawa.

 

Zmiany klimatyczne na Ziemi mają wpływ także na Podlaskie, gdzie nie mamy rozwiniętego przemysłu, jest nas „tylko” nieco ponad milion (dwa razy mniej niż sam Górnośląski Okręg Przemysłowy), zaś mieszkańcy – szczególnie wsi – nie przyczyniają się zbytnio do niszczenia klimatu. Jedyne większe miasto w województwie to Białystok, który najmocniej oddziałowe na środowisko. To tutaj zimą mamy do czynienia ze smogiem, latem z powodziami z powodu zabetonowania miasta i także tutaj wylewa się z tego samego powodu bezsenownie wodę, by chłodzić Rynek Kościuszki od nagrzania. Można zakładać, że pogoda w kolejnych latach będzie coraz bardziej dokuczać. Ulewy będą jeszcze większe, tak jak upały latem, zaś śnieg zimą będziemy widzieć tylko na filmach.

 

Tego roku w Polsce pogoda różniła się niewiele od tej jaką mieliśmy choćby we Włoszech. Tyle, że u nas mniej świeci słońce. Podlaskie natomiast jak wiadomo zawsze pogodowo nieznacznie różni się. Jest u nas po prostu chłodniej, dzięki czemu nie odczuwamy zmian klimatycznych tak jak odczuwają je mieszkańcy miast na południu kraju. W ciągu najbliższych lat to się będzie zmieniać. Wygląda na to, że możemy biernie się przyglądać jak świat płonie i liczyć na to, że tam gdzie najchłodniej – czyli także u nas – zacznie płonąć na samym końcu. Nie jest to jednak pocieszające. Szczególnie, że i nawet sama Polska w świecie generuje 1 procent globalnego ocieplenia. Największymi światowymi trucicielami są Stany Zjednoczone oraz Chiny. Najgorsze jest to, że to co robią wpływa także na takie Podlaskie, które współdzieli tą samą planetę i jest odbiorcą tej samej pogody.

 

Póki co możemy po prostu oszczędzać wodę, by nie zużywać jej w nadmiarze. Dzięki temu kupimy sobie więcej czasu na przeprowadzenie inwestycji, dzięki którym podniesie się stan wód. Jak to zrobić w dłuższej perspektywie?

  1. Przede wszystkim po szkodliwych decyzjach urzędników zbyt wiele wody ucieka do morza. Przerobiono koryta rzek w taki sposób, że obecnie woda po opadach spływa jak w rynnie – bardzo szybko, zaś rzeka powinna meandrować, by woda płynęła wolno i zasilała okoliczne gleby.
  2. Za dużo betonu powoduje, że woda nie może zasilać gleby. Wszystko ucieka do kanałów zaś dalej oczywiście do rzeki, a potem tak jak wyżej – jak najszybciej do morza.
  3. Za dużo trawy, za mało łąki. Ostatnio wiele miast buduje domki dla pszczół zapominając, że te owady potrzebują także kwiatów do zapylania. Dlatego też wiele zwykłych trawników powinniśmy zamienić w łąki kwietne. Zmiana ta będzie nie tylko pożyteczna, ale też estetyczna. Do tego, rośliny te będą lepiej pochłaniać wodę niż zwykła trawa. Odpada też problem z koszeniem.
  4. Za dużo samochodów na ulicach. Bez dobrze zorganizowanej komunikacji miejskiej na ulicach miast będzie bardzo dużo samochodów, co możemy zauważyć każdego dnia. Każdy z nich emituje ciepło, a razem przez cały dzień nagrzewają miasto. Wiele osób chętnie by zrezygnowało z aut, gdyby mogło szybciej dojeżdżać do pracy czy na uczelnię komunikacją miejską. Ponadto wytworzyła się okropna moda – podwożenia dzieci do szkoły. To już nie potrafią same chodzić? Chyba aż tak niebezpiecznie na ulicach nie jest?
  5. Dajcie działać bobrom. Te zwierzęta to prawdziwi sprzymierzeńcy człowieka. Choć teren, gdzie działają wygląda jak pobojowisko, to tamy, które budują na rzekach zamieniają się w lokalne mokradła, gdzie woda zasila okolicę. Właśnie ze względy na „pobojowisko” ludzie są niechętni tym zwierzętom. Warto dodać, że wodę magazynują również drzewa, więc im ich jest więcej, tym lepiej dla człowieka.
5 nieoczywistych atrakcji Podlasia. Mogliście nie wiedzieć, że w ogóle istnieją!
Zespół Klasztorny Karmelitów Trzewiczkowych w Bielsku Podlaskim fot. jdx / Wikipedia

5 nieoczywistych atrakcji Podlasia. Mogliście nie wiedzieć, że w ogóle istnieją!

Województwo Podlaskie to nie tylko wspaniała przyroda, ale także wyjątkowa architektura. O ile w pierwszej kolejności wymienia się na przykład Pałac Branickich, klasztor w Wigrach czy zespół klasztorny z dawnej stolicy Podlasia – Drohiczyna, to warto wiedzieć, że niesamowitych budynków w naszym regionie jest dużo więcej. Mało prawdopodobne, by słyszeli o nich turyści, bo mogli o nich nie słyszeć nawet mieszkańcy Podlaskiego. Oto 5 nieoczywistych atrakcji Podlasia.

Zespół Klasztorny Bernardynów

Każdy, kto przyjedzie do Tykocina od razu zagląda na Rynek, gdzie stoi okazały kościół pw. Trójcy Przenajświętszej. Zaraz za mostem jest Zamek, a po drugiej stronie Rynku – Wielka Synagoga. W zasadzie to główne atrakcje. Tymczasem trochę na uboczu, przy ul. Klasztornej znajduje się Zespół Klasztorny Bernardynów ufundowany przez Jana Klemensa Branickiego. Obecny budynek został wybudowany w 1771 roku. Jednak po raz pierwszy ufundowano w tym miejscu klasztor w 1479. Zwiedzając to miejsce warto zainteresować się także unikatem jakim jest Obraz Matki Boskiej Szlacheckiej.

 

Według legendarnych opowieści pierwszym portrecistą Matki Bożej miał być św. Łukasz Ewangelista, zaś jego obraz stał się pierwowzorem dla ogromnej liczby kopii. W ciągu wieków wierni otaczali kultem wiele cudownych wizerunków. Do najważniejszych należy obraz Matki Bożej „Śnieżnej”. Jedną z kopii rzymskiego pierwowzoru jest obraz Matki Boskiej „Szlacheckiej” w tykocińskim kościele p.w. Trójcy Przenajświętszej. Drugiego takiego w Polsce nie ma!

fot. muzeum.bialystok.pl

Rezydencja Ekonomiczna

fot. Nexusdx / Wikipedia

Skoro jesteśmy w Tykocinie, to warto zajrzeć także do dawnej „Rezydencji Ekonomicznej”. Obecnie jest to Urząd Miejski, który znajduje się przy ul. 11 Listopada. O samym budynku wiadomo niewiele… Wpierw był tam dworek, który pierwotnie wzniesiono w 1656 roku w czasie najazdu Szwedów na Polskę. Obecny budynek powstał w II połowie XVIII wieku w pobliżu dawnego portu rzecznego. Miał służyć do handlu zbożem. Dworek nosi również nazwę „Dwór administratora”, gdyż mieszkał w nim administrator dóbr tykocińskich namaszczony przez Jana Klemensa Branickiego. Gdy będziemy zwiedzać dworek koniecznie zajrzyjmy na jego tyły. Płynie tamtędy Narew, którą od podwórza oddziela rząd starych drzew. Nie bójmy się też zajrzeć do środka.

Okazały Pałac Ossolińskich

Pod Bielskiem Podlaskim znajduje się maleńka miejscowość – Rudka. Znajduje się w niej wielki i piękny Pałac Ossolińskich. Został zbudowany w 1763 roku przez hrabiego i starostę drohickiego Aleksandra Ossolińskiego. Obecnie w Pałacu znajduje się Zespół Szkół Rolniczych. Neobarokowy budynek ma bogaty wystrój. O ile Pałac przetrwał zaborcze czasy, to mocno oberwał podczas II Wojny Światowej. Po niej był zniszczony i opuszczony, zaś ożywiony dopiero w latach 1965 – 1970. Koniecznie trzeba te cudo zobaczyć na własne oczy!

Zespół Klasztorny Karmelitów Trzewiczkowych

Z okolic przenosimy się do samego Bielska Podlaskiego. Tam znajduje się Zespół Klasztorny Karmelitów Trzewiczkowych. Jest to ciekawy przykład architektury przejściowej między klasycyzmem a barokiem. Oznacza to w praktyce, że zbudowano barokowy kościół (nowoczesny), ale jego bryła była (tradycyjnie) złożona z czterech skrzydeł ustawionych w czworobok. Budynek powstał w 1784 roku i znajduje się przy ul. Żwirki i Wigury. Aczkolwiek początki historii Karmelitów Trzewiczkowych w Bielsku Podlaskim sięgają 1632 roku. Wówczas o. Elizeusz Niewiński zakupił w tutaj dom na potrzeby zakonne. Następnie wybudowano kościół, jednak po 140 latach wszystko spłonęło. Odbudowa została sfinansowana między innymi przez Izabelę Branicką.

 

Podczas zaborów kościół został zamknięty i przekazany cerkwi prawosławnej. Wówczas przebudowano wieże i wymieniono barokowe hełmy (takie jak ma na przykład białostocki ratusz) na sferyczne kopuły. Budynek po tych modernizacjach zyskał styl rusko-biznatyjski. W 1920 roku kościół powrócił do katolików. Kopuły usunięto, a po 30 latach osadzono nowe hełmy stylizowane na barokowe. W latach 1945-1957 klasztor był zajmowany przez Urząd Bezpieczeństwa. Później funkcjonowała tam poczta i dom kultury. Kościołowi zwrócono go dopiero w 1992 roku.

Zarząd Wodny

fot. jdx / Wikipedia

Augustów słynie obecnie z tego, że jest letnią stolicą Polski. Jedną z jego atrakcji jest także Kanał Augustowski. Szlaki wodne nie są bezobsługowe. Potrzebują człowieka, by opiekował się nimi, naprawiał, konserwował i zarządzał. Stąd też była potrzeba funkcjonowania Zarządu Wodnego. Miejsce, gdzie się znajdowała ich siedziba do dziś zapiera dech w piersiach. W 1903 roku zbudowano eklektyczny pałac przeznaczony dla kierownictwa wiślańsko-niemeńskiej drogi wodnej. Podczas II Wojny Światowej został zajęty przez rosyjskie NKWD, które w pobliżu zorganizowało więzienie. 22 czerwca 1941, gdy Niemcy zaatakowały ZSRR większość więźniów straciło życie. Dlatego obok budynku Zarządu Wodnego znajduje się pomnik.

 

Obecny wygląd budynku zawdzięcza się niedawnym remontom. Gdy będziecie go zwiedzać zwróćcie uwagę na czterokondygnacyjną wieżę, która dobrze się wpisuje w cały budynek. Warto podkreślić, że budynek ten jest jednym z najbardziej okazalszych w całym Augustowie!

Życie rysia wygląda tak jakby było wbrew naturze. Te wielkie koty są w podlaskich lasach i właśnie szukają pary.

Życie rysia wygląda tak jakby było wbrew naturze. Te wielkie koty są w podlaskich lasach i właśnie szukają pary.

Wygląda prawie tak samo jak kot, tylko że jest dużo większy. Mowa tu o Rysiu – dzikim, pięknym zwierzęciu, które mimo iż prowadzi żywot samotnika, to każdego roku pamięta o tym, by się rozmnażać. Jeszcze przez miesiąc potrwa okres godowy. To daje większą szansę na spotkanie tego zwierzęcia, gdyż nie jest ono tak ostrożne. Później napotkanie zwierzęcia jest niemal niemożliwe.

 

Ryś jest przeciwieństwem wilka tak jak kot jest przeciwieństwem psa. Wilk to zwierzę, które tworzy watahę. Basior spędza swoje życie z waderą, jej siostrami, braćmi oraz swoimi dziećmi. Tylko w ten sposób mogą podtrzymać swój gatunek oraz sprawić, że nikomu nie zabraknie jedzenia. U Rysia natomiast jest zupełnie odwrotnie. Samiec prowadzi samotny tryb życia. Raz do roku, gdy zaczyna się okres godowy, to Ryś zaczyna szukać swojej samicy. Jeżeli odnajdzie jakąś w gęstych podlaskich lasach i jest między nimi „chemia” czy jak kto woli nie drą ze sobą kotów, to dochodzi do zapłodnienia. Pani Ryś po 70 dniach zostaje mamą jednego, dwóch, trzech a nawet czterech rysi. A tatuś? No cóż, w poczuciu spełnionej misji ulatnia się czym prędzej do lasu nie dając więcej znaku życia.

 

 

Żeby jednak nie było że panie rysice są takie święte. Gdy tylko odchowają swoje młode natychmiast je porzucają, by być gotowe na kolejne urodzenia. Młode rysie muszą zaś zacząć radzić sobie same. Nauczyć się polować, a potem dobrać się w pary, by na koniec prowadzić życie samotnika. To wszystko niemalże brzmi jak życie wbrew naturze, a jednak ma miejsce i działa. Rysie mają jednak mają z wilkami coś wspólnego. Zarówno jedne i drugie zwierzęta to drapieżniki, które jedzą mięso. Przysmakiem rysia są nie tylko ptaki, myszy, zające, a niekiedy i sarny. Jest jeszcze coś. Tak jak wilki, także rysie trzymają się z dala od ludzi. Wszystko po to, by potomstwo było bezpieczne.

 

 

W Podlaskich lasach żyje około 40 rysi. W całej Polsce jest około 200 sztuk. Zwierzę można zobaczyć w białowieskim rezerwacie. Na wolności praktycznie nie jest to możliwe. Udaje się to tylko nielicznym i to bardzo rzadko. Ryś prowadzi swoją aktywność głównie nocą. Nie ma problemu wtedy z widzeniem w ciemności. Od stycznia do marca trwa natomiast okres godowy. Wówczas zwierzę staje się mniej czujne i  można je napotkać również w dzień.

 

https://www.youtube.com/watch?v=QqKQY8Ddvy0

Ta komiczna kamienica z Centrum jest zabytkowa. Urzędnicy nie mogli zakazać takiego koloru.

Ta komiczna kamienica z Centrum jest zabytkowa. Urzędnicy nie mogli zakazać takiego koloru.

Ocieplona styropianem, a następnie pomalowana na fioletowo. Tak wyglądająca kamienica przy Częstochowskiej 3 jest… zabytkowa. Wybudowana w XIX wieku wyglądała zupełnie inaczej. Była z żółtej i czerwonej cegły. Obecny jej wygląd zawdzięcza oczywiście pomysłodawczyni oraz głupocie urzędników, którzy prawie 10 lat temu na to pozwolili.

 

Według ewidencji miejskiej kamienica powstała w 1859 roku. Na temat budynku, a także jego historii zachowało się niewiele. Można jednak przypuszczać, że była to typowa kamienica czynszowa, gdzie białostoczanie wynajmowali pokoje. Kto był jej właścicielem nie wiadomo. Ale to cud, że budynek przetrwał II Wojnę Światową, gdyż Białystok był większości zniszczony. Z zachowanych archiwów wiemy jednak, że w 1945 roku – czyli od razu po wojnie nieruchomość była opuszczona oraz przekazano ją Idzie Mines. Być może miała coś wspólnego z Mendelem Szejną Minesem – białostockim kupcem, który mieszkał przy Wileńskiej 5 (przesmyk między Suraską a Rynkiem Kościuszki na tyłach Hotelu Cristal – dziś już nie istnieje tam ulica).

 

W 1952 roku kamienica przy Częstochowskiej 3 stała się własnością Miejskiego Zarządu Budynków Mieszkalnych, które dziś jest Zarządem Mienia Komunalnego. I tego właściciela nie zmieniła do dziś. W 2011 roku postanowiono budynek ocieplić. Zwrócono się więc do jednej architekt ze zleceniem projektu potrzebnego do wykonania remontu elewacji. Ta natomiast popuściła wodzę fantazji. Zamiast zrobić ocieplenie od środka, to po prostu na cegły nałożono styropian zaś elewację pomalowano na fioletowo. Mało tego. Architektka postanowiła dodać „coś od siebie”. Na przykład klamry w nad oknami, których w oryginale nie było. Tylko przez litość nie będziemy wymieniać nazwiska pani, która wpadła na te „genialne” pomysły. Dodamy tylko, że ocieplono budynek od zewnątrz tylko dlatego, by było taniej. Zaś kiczowaty kolor był po to, by nie było zbyt monotonnie. No to już nie jest.

 

Ale, że ktoś się na to zgodził? Okazało się, że ZMK projekt zmian przyjęło bez mrugnięcia okiem. Zgłoszono więc wszystko do konserwatora zabytków. Ten jednak nic nie mógł zrobić. Kamienica mimo, że jest zabytkowa to tak naprawdę zabytkowa nie jest. Taki paradoks prawny. Kamienica jest wpisana do gminnej ewidencji zabytków, lecz jednocześnie nie znajduje się w rejestrze zabytków. Oznacza to, że nie można kamienicy rozbudować czy nadbudować, ale zmienić elewację owszem. Zatem wojewódzki konserwator zabytków nie mógł nic zrobić, zaś Urząd Miejski wobec zgody konserwatora zezwolił na ocieplenie. I tak piękną ceglaną kamienicę zamieniono w fioletowe g… Historii tej bocznej komicznej dobudówki nie znamy. Podczas ocieplenia budynku już była.

Kładka Waniewo-Śliwno znowu czynna. Jest jednak kilka zmian!
fot. Narwiański Park Narodowy

Kładka Waniewo-Śliwno znowu czynna. Jest jednak kilka zmian!

Dobra wiadomość z Narwiańskiego Parku Narodowego. Po ostatnich opadach stan wody poprawił się już na tyle, że znów można korzystać z kładki Waniewo-Śliwno. Jednak to, że się poprawił nie oznacza że jest już dobrze. Stan wody ciągle jest niski. Dlatego zmiana w porównaniu z tamtym rokiem jest taka, że jeżeli ktoś będzie się przeprawiać, to musi użyć bardzo dużo siły by przeciągnąć pomost na drugą stronę. Obecnie na kładkę najlepiej wybierać się po opadach. Stan wody może ulec zmianie.

 

Warto też wiedzieć, że kładka od strony Waniewa w tym roku zaczyna się od pomostu pływającego i należy do niego dojść ścieżką przy rzece, bo część kładki należąca do gminy Sokoły jest w fatalnym stanie technicznym. Dosłownie się rozpada. Jak wytłumaczył nam Wójt Gminy Sokoły Józef Zajkowski – w przyszłości również i ta część będzie wyremontowana. W tej sprawie przygotowywany jest wniosek do Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska. Kiedy dokładnie jednak przeprowadzona będzie inwestycja – jeszcze nie wiadomo.

fot. Narwiański Park Narodowy

Jeżeli potwierdzą się prognozy pogody, to w przyszłym tygodniu będzie dużo padać. Jeżeli tak się stanie to zarówno w ten i następny weekend jest szansa na skorzystanie kładki. Jak będzie później nie wiadomo. Przez brak zimy czeka nas susza, zatem i stan wody w Narwi w tym roku wysoki raczej nie będzie. Dobrze by było, by chociaż się utrzymał na minimalnym poziomie potrzebnym do przepraw. To są jednak pobożne życzenia.

Marszałek nie dał pieniędzy. Nie dojedzie pociąg do Białowieży.

Marszałek nie dał pieniędzy. Nie dojedzie pociąg do Białowieży.

Złe wieści na podlaskiej kolei. Chociaż były plany na reaktywację, to bezpośrednie połączenie kolejowe do Białowieży może nigdy nie powrócić. Linia była oddana w 1897 roku. Regularny ruch pasażerski został wstrzymany w 1994 roku, a całkowicie zlikwidowano połączenie z sercem Puszczy Białowieskiej w 2000 roku. Po 20 latach wizja jego przywrócenia była bliska, ale władze powiatu hajnowskiego nie otrzymały dofinansowania na inwestycje od marszałka województwa.

 

– Powiat Hajnowski nie uzyskał dofinansowania do realizacji inwestycji i w związku z tym nie rozpoczęła się jej realizacja – informuje „Rynek Kolejowy” Walentyna Pietroczuk, Naczelnik Wydziału Promocji i Rozwoju w Starostwie Powiatowym w Hajnówce. – Na dzień dzisiejszy projekt nie będzie realizowany z RPO WP – dodaje.

 

W praktyce oznacza to, że 28 milionów złotych na remont torów między Hajnówką a Białowieżą, władze powiatu hajnowskiego muszą znaleźć same. Jeżeli nie znajdą dobrego wujka, który „zainwestuje”, to szanse na dojechanie do Białowieży pociągiem będą bliskie zeru. Dochody powiatu hajnowskiego to 58 milionów złotych zaś wydatki 59 milionów złotych. Brakująca różnica pochodzi z kredytu bankowego. Dlatego jasne jest, że powiat sam nie zrealizuje inwestycji za prawie połowę budżetu. Gdyby marszałek Artur Kosicki przeznaczył unijne pieniądze na remont tej trasy kolejowej, to powiat musiałby wyłożyć „jedynie” 4 miliony złotych.

 

To, że tak się nie stało jest bardzo złą decyzją. Białowieski Park Narodowy to wyjątkowa, unikalna w skali kraju atrakcja turystyczna. Umożliwienie dojazdu do niej pociągu spowodowałoby, że nasz region odwiedzałoby zdecydowanie więcej turystów. Warto dodać, że w październiku tego roku zakończą się remonty na trasie Białystok – Lewki (Bielsk Podlaski) oraz Lewki – Hajnówka. Trasa łącząca Hajnówkę z Białowieżą byłaby uzupełnieniem tych pozostałych, dzięki czemu podróż do Puszczy Białowieskiej z Białegostoku (a także Warszawy) przebiegałaby błyskawicznie.

Zaznaczyliśmy niebieską linią trasę kolejową, która miała powstać przy okazji trwającej budowy bezpośredniego połączenia Białegostoku z Hajnówką. Tak się jednak nie stanie.

 

Powstanie atrakcja wielka jak wieżowiec. Czy przyjadą turyści?
graf. UM Łapy

Powstanie atrakcja wielka jak wieżowiec. Czy przyjadą turyści?

Wieże widokowe w Narwiańskim Parku Narodowym to nie jest żadna nowość. Kilka lat temu zbudowano tam 7 wież za półtorej miliona złotych. Wiele osób narzekało, że stoją pośród bagien i ciężko do nich dojść. Zaś widoki z nich na pewno nie takie wyjątkowe. W tym przypadku zabrakło chyba odpowiedniego wykonania oraz poinformowania turystów, że natura każdego dnia nie musi być piękna, że trzeba trafić w dobry moment – wschód czy zachód słońca. Wieże także służą do podglądania zwierząt i ptaków. Nie zapominajmy też, że taka wieża to idealne miejsce do oglądania nocnego nieba. Piszemy o tym co miało miejsce kilka lat temu, bo jak wiemy historia lubi się powtarzać.

 

Gmina Łapy bowiem przeprowadzać będzie kolejną inwestycję – budowę wieży widokowej w Uhowie. Tym razem będzie ona ogromna, bo 40-metrowa (czyli taka jak wieżowiec). Ma być to jedna z najwyższych wież w Polsce. Wiele osób i tym razem zapytało „po co?” Wójt chciał taką atrakcję, która sprawi, że będą gminę odwiedzać turyści. Na wieży będą znajdować się teleskopy, barometry, termometry, kompasy, wiatromierze, plansze edukacyjne a w okół latarnie, altany, wiaty na rowery i wiele innych.

 

Podłapskie Uhowo położone jest nad samą Narwią u granic Narwiańskiego Parku Narodowego. Obecnie znajduje się tam mała wieża widokowa, z której możemy obserwować przyrodę nad rzeką oraz wokół niej. Z nowej wieży będziemy mogli obserwować jeszcze więcej. Pytanie tylko czy rzeczywiście taka atrakcja przyciągnie turystów. Obecnie w tym rejonie najwyższą wieżą jest ta zbudowana w Kruszewie. Warto zaznaczyć iż jest to prywatna konstrukcja.

Pierwsze Bociany w Podlaskiem! Gdzie są pozostałe?

Pierwsze Bociany w Podlaskiem! Gdzie są pozostałe?

Pierwsze bociany pojawiły się w Wigierskim Parku Narodowym. Do Polski powróciły również żurawie, dzikie gęsi oraz inne ptaki. Kalendarzowa wiosna za niecały miesiąc, za oknem coraz cieplej. Podlaskie budzi się do życia po szarej, bezśnieżnej i ponurej zimie. Na pozostałe bociany jeszcze poczekamy.

 

Na Suwalszczyźnie zwykle zima przychodzi najwcześniej zaś odchodzi najpóźniej. Tym razem jednak również i tam było bardzo ciepło. To jednak nie skusiło bocianów by pozostać. Zarówno z Suwalszczyzny jak z reszty województwa podlaskiego odleciały do Afryki. W tamtym roku o tej samej porze bociany były w Turcji. W tym roku są dużo dalej bo w Etiopii, zatem na nasze wspaniałe ptaki jeszcze sobie poczekamy. W ubiegłym roku większość bocianów wracała dopiero w maju.

 

Dla wszystkich tych, którzy bliżej lata chcieliby na żywo poobserwować bociany mogą wybrać się na Podlasie w szczególności na Podlaski Szlak Bociani. Przebiega on przez całe nasze województwo. Zaczyna się w Białowieskim Parku Narodowym. Tam mając szczęście możemy dostrzec czarnego bociana. Warto także zajrzeć do Pentowa – Europejską Wieś Bociana – gdzie znajduje się aż 26 gniazd tych ptaków! Szlak kończy się w Stańczykach, gdzie są dawne, wielkie akwedukty kolejowe – tuż za granicami województwa.

Trzy podlaskie puszcze czekają! Można wrócić z pamiątką.

Trzy podlaskie puszcze czekają! Można wrócić z pamiątką.

Przełom lutego i marca to najlepszy cas na to, by wybrać się do lasu i wrócić z niesamowita pamiątką. Bowiem o tej porze roku jelenie zrzucają poroża. Dzieje się tak przed każdą wiosną. Zbieranie poroży jest dozwolone jednak należy przestrzegać pewnych zasad!

 

W trakcie poszukiwań poroży nie wolno płoszyć zwierząt, zmuszając ich do biegu, licząc że podczas ucieczki odpadnie stare poroże. Należy także unikać miejsc, które są pod ochroną i oznaczone jako ostoja zwierząt. Jeżeli znajdziemy poroże – staje się ono naszą własnością. Możemy je zabrać do domu na pamiątkę lub sprzedać. Z poroży tworzy się między innymi biżuterię. Im okazalsze poroże – tym większa cena. Podlaskie obfituje w lasy – możemy wyjechać do Puszczy Białowieskiej, Puszczy Knyszyńskiej oraz Puszczy Augustowskiej.

 

Dlaczego jelenie zrzucają poroże? Co roku jesienią odbywają się gody jeleni, czyli rykowisko. To wtedy byki chcą zdobyć uznanie łań. Ich największym atrybutem jest potężne poroże, dumnie noszone na głowie mniej więcej do końca lutego. Po okresie godów „stary oręż” staje się zbędny. Proces jego zrzucania jest związany ze zmianami zachodzącymi w tkankach u podstawy poroża. W tkance kostnej tworzą się jamy, które z czasem się powiększają i w końcu poroże się odłamuje.

Podlaskie zwyczaje przed postem. Zabawa trwa w najlepsze.
Maslenicę świętuje się głównie w Rosji oraz na Białorusi i Ukrainie. Zwyczaj ten obchodzony jest również przez Białorusinów na Podlasiu.

Podlaskie zwyczaje przed postem. Zabawa trwa w najlepsze.

Podlaskie zwyczaje przed postem – pączki, faworki, jagodzianki – takie przysmaki królują na podlaskich stołach podczas karnawału. Oczywiście zwieńczeniem jest Tłusty Czwartek czyli ostatni czwartek przed Wielkim postem. Jest to czas, gdy można sobie pofolgować. Później jeszcze przez tydzień potrwa karnawał, który kończy się Środą Popielcową. A potem do Wielkanocy trzeba zachować post. Oczywiście warto nie tylko ze względów religijnych. Ogólnie dzięki stronieniu od jedzenia do świąt można zrzucić kilka kilogramów, co będzie miało dobroczynny wpływ na nasze zdrowie. Ale zanim to nastąpi, chcielibyśmy Wam przedstawić karnawałowe zwyczaje obchodzone na Podlasiu. Oczywiście zdradzimy też przepis na wyśmienite pączki.

Podlaskie zwyczaje przed postem – skakano przez drewniany kloc

Dawniej na Podlasiu nie było tłustego czwartku. Okres trzech dni przed środą popielcową nazywano „Kusakami”. Wówczas we wszystkich karczmach zabawa trwała w najlepsze. Panny oraz kawalerzy ze wsi do karczmy przyciągali drewniany kloc. Następnie polewano ich wodą, do momentu, gdy wszyscy wkupili się swoimi poczęstunkami w łaski pozostałych biesiadników. Przyciągnięty kloc służył do kolejnej zabawy. Skakano przez niego “na len” oraz na “owies”. Wyznaczało to wielkość zbiorów. Kolejnego dnia od domu do domu chodzili “przebierańcy”, którzy prosili gospodarzy o podarki. Otrzymywali słoninę, chleb oraz nocleg.

Podlaskie zwyczaje przed postem – córka Dziadka Mroza

Odpowiednikiem ostatków w religii prawosławnej jest maslenica. Nie obchodzą jej jednak wszyscy prawosławni, bo to święto popularne bardziej w Rosji, Ukrainie i Białorusi. Maslenica w dawnych wierzeniach to była córka Dziadka Mroza, która żyła daleko na północy, ukrywając się przed ludźmi za śnieżnymi zaspami. Żeby lepiej radzić sobie z mrozami wyobrażano sobie maleńką dziewczynkę, od której biło ciepło oraz radość. Podczas maslenicy dawniej symbolicznie żegnało się zimę, witało wiosnę, jednało z bliźnimi oraz wybaczało im krzywdy. Wraz z nadejściem chrześcijaństwa na tereny Rusi przejęto maselnicę jako obchody ostatków w kościele prawosławnym. Wyznaczono ją na siedem tygodni przed Wielkanocą.

Maslenica na Podlasiu

Trwa ona przez cały tydzień i jest to czas, gdy można ucztować oraz bawić się do woli. Zamiast pączków są bliny (naleśniki) – symbol słońca i nadchodzącej wiosny. Te przyrządzane są w poniedziałek – pierwszy dzień rozpoczynający święto. Później, kolejny dzień jest przeznaczony na gry i zabawy. W środę trzeba odwiedzić teściów oraz łakomie ucztować. „Obszerny czwartek” to czas na największą zabawę. Wtedy są tańce i muzyka. Na piątek i sobotę trwają spotkania z rodziną. Natomiast w niedzielę – ludzie wybaczają sobie nawzajem i proszą o przebaczenie win, tak by wielki post rozpocząć z czystym sercem. Maslenicę świętują również Białorusini mieszkający na Podlasiu.

Podlaskie zwyczaje przed postem – u Tatarów zabawa jest później

Podlascy Tatarzy natomiast zamiast Wielkiego Postu obchodzą związany z ich religią Ramadan. Jest to czas postu i wyciszenia. Ten w tym roku przypada dopiero 23 kwietnia i trwa do 23 maja. Ich kalendarz różni się od naszego i jest oparty na fazach księżyca. Dlatego też czas świąt islamskich ulega przesunięciom w kalendarzu powszechnym. Oczywiście tatarzy bawią się dopiero po zakończeniu Ramadanu. Dlatego wtedy obchodzą Ramadan Bajram.

Na zakończenie przepis na pączki:

Składniki:
– 2 szklanki mąki krupczatki (typ 450)
– 30 dag półtłustego sera twarogowego
– 3 łyżki cukru
– 1/3 szklanki mleka
– 6 dag masła
– 3 dag drożdży
– 2 całe jajka
– 2 żółtka
– łyżka soku pomarańczowego
– skórka otarta z pomarańczy
– sól
– 750 ml oleju do smażenia
– cukier puder do posypania

Sposób wykonania:
1. Drożdże rozetrzeć z łyżeczką cukru, mlekiem i 2 łyżeczkami mąki, a następnie zostawić do wyrośnięcia
2. Twaróg dwukrotnie przepuścić przez maszynkę do mielenia
3. Masło starannie utrzeć z cukrem i cały czas ucierając, dodawać stopniowo żółtka, jaja i ser
4. Następnie do utartej masy dodać skórkę i sok z pomarańczy
5. Przesianą mąkę rozczynić i dodać sól
6. Dokładnie wyrobić ciasto, przykryć i zostawić w cieple
7. Gdy ciasto wyrośnie, formować z niego niewielkie kule i układać je na posypanej mąką stolnicy
8. Przykryć i zaczekać, aż wyrosną
9. Następnie smażyć partiami na rozgrzanym tłuszczu
10. Po zdjęciu z patelni odsączyć na papierowym ręczniku
11. Później posypać cukrem pudrem

Smacznego!

Suwałki po raz kolejny biją na głowę Białystok. Potrafią lepiej zorganizować transport.

Suwałki po raz kolejny biją na głowę Białystok. Potrafią lepiej zorganizować transport.

W ostatnim czasie Suwałki rozwijają swoje możliwości transportowe szybciej i dużo lepiej niż Białystok. Przypomnijmy na pewno tam wystartuje szybciej lotnisko niż w Białymstoku. Planowane zakończenie certyfikacji jest na I kwartał tego roku i póki co nie ma żadnych nieprawidłowości, które by to opóźniły. Tymczasem w Białymstoku Tadeusz Truskolaski postanowił liczyć drzewa. Może w 2021 coś u nas w końcu wyląduje. Ale to nie wszystko. Białostocka Komunikacja Miejska to dramat od wielu lat. Funkcjonowała źle jeszcze zanim Tadeusz Truskolaski obejmował magistrat. Problem w tym, że od 2006 roku – gdy został wybrany – niewiele się zmieniło. Oczywiście z miasta poznikały rozpadające się ikarusy i jelcze, a bilety stały się elektroniczne ale w zasadzie można powiedzieć, że na tym zakończono.

 

W wielu dużych miastach, gdzie jest problem z punktualnością autobusów likwiduje się szczegółowe rozkłady jazdy, a zamiast nich wiemy że autobus kursuje w danej godzinie na przykład „co 10 minut”. U nas natomiast rozkłady jazdy nadal są bardzo konkretne zaś autobusy mają „fory” w korkach, bo mogą jeździć buspasami. Problem w tym, że buspasów nie tworzono u nas tam, gdzie rzeczywiście byłyby potrzebne lecz tam, gdzie remontowano drogi i trzeba było brać dotacje (a bez buspasów by nie dali). W efekcie buspasy najczęściej stoją puste. W Suwałkach buspasów nie ma, a wyremontowane drogi są. Kolejną sprawą jest paliwo. W Suwałkach autobusy będą na gaz CNG, dzięki czemu utrzymanie autobusów będzie dużo niższe. W Białymstoku natomiast postanowiono podwyższyć ceny biletów, by zrekompensować straty jakie przynosi komunikacja.

 

Ostatnią kwestią są rowery miejskie. W Białymstoku zajmuje się tym firma, która wygrała przetarg. Jakość rowerów pozostawia wiele do życzenia. Mimo, że są serwisowane na bieżąco to niemalże przy każdej stacji stoi kilka popsutych rowerów. Oczywiście wiemy, że rowery psują użytkownicy, ale warto dodać, że najłatwiej popsuć tandetę. Jeździliśmy białostockimi rowerami i nie mamy żadnej wątpliwości, że to tandeta – w dodatku za astronomiczną cenę. W Suwałkach poszli krok do przodu w stosunku do Białegostoku.

 

Tam rowery miejskie dopiero będą. Będzie 12 stacji rowerowych, w każdej po 10 sztuk rowerów. Oprócz tego będą 3 stacje na rowery elektryczne, których będzie 10 sztuk. Jest to miły gest w stosunku do ludzi starszych, dla których jazda rowerem elektrycznym jest niemalże bez wysiłku (szczególnie, gdy trzeba jechać pod górę). W rowerze takim również trzeba pedałować, jednak nie jest to w żaden sposób męczące, zaś jazda równie przyjemna jak na zwykłym rowerze. W Białymstoku mamy natomiast nikomu niepotrzebne tandemy (podwójne rowery), które przez to że są takie długie i mają utrzymać dwie osoby – są niestabilne i niebezpieczne.

 

Białystok jest miastem dużo większym niż Suwałki, ma większy budżet i większe możliwości. Tymczasem nie potrafi sobie poradzić od lat z lotniskiem, komunikacją miejską zaś rowery miejskie to bardziej prowizorka aniżeli dobra usługa. Akurat za brak lotniska należy obwiniać wszystkich polityków po kolei, którzy najpierw kłócili się latami gdzie ono będzie. Najpierw miało być pod Zabłudowem w Topolanach, potem wbijano szpadel na Krywlanach, by następnie zmienić lokalizację na Saniki (pod Tykocinem). Później zamiast budować postanowiono, że kasa jednak pójdzie na drogi, bo lotnisko niepotrzebne. Gdy wrócono do lotniska pod Tykocinem, zrobiono bardzo drogą dokumentację to minister Bieńkowska ogłosiła, że więcej unijnej kasy na lotniska rozdawać nie będzie. Politycy PiS gdy byli w opozycji huczeli, że wybudujemy za własne pieniądze lotnisko regionalne. Jednak gdy są obecnie u władzy – milczą.

 

Tadeusz Truskolaski będąc w opozycji do rady miasta przeforsował budowę lotniska w Krywlanach na raty – najpierw pas, potem wieża i stacja paliw, a na koniec terminal. I gdy udało się już wybudować, to nagle prezydent Białegostoku zaczął robić dziwne ruchy. Mianowicie robić wszystko, by lotnisko na Krywlanach ruszyło jak najpóźniej – najpierw próbując szukać innego organu do wydania decyzji o wycince lasu, potem postanowił liczyć drzewa i tak czekamy nie wiadomo na co, a lotnisko mimo że gotowe nie może funkcjonować i dalej się rozwijać.

 

Komunikacja Miejska o tym jak jest zła to temat na książkę. Jednak najgorsze jest to, że po stosunkowo małym Białymstoku autobusy jeżdżą jak na wycieczce krajoznawczej. Ktoś się kiedyś uparł, że mieszkaniec nie musi dotrzeć jak najszybciej tylko musi dotrzeć jednym autobusem. Bardzo długo nawet bilety czasowe nie pozwalały na przesiadki. Takich kretynizmów można by było wymieniać bardzo dużo, lecz te które wymieniliśmy najbardziej bolą. Drogie bilety, autobusy jeżdżące bardzo długimi trasami i puste buspasy. Do tego jeszcze tandetne rowery miejskie i brak Białostockiej Kolei Miejskiej (mimo że mamy możliwości) to kompletna porażka komunikacyjna naszego miasta.

Piękne Podlasie pokazane w filmie Zenek. Trzeba kuć żelazo póki gorące.
Kadr z filmu Zenek (2020), TVP Dystrybucja Kinowa

Piękne Podlasie pokazane w filmie Zenek. Trzeba kuć żelazo póki gorące.

W ubiegły weekend miała miejsce premiera filmu Zenek. Ostatnio wokalista zespołu Akcent, mimo że nadal jest skromny i bardzo sympatyczny to zyskuje coraz więcej hejterów. Tylko dlatego, że… jest bardzo mocno promowany przez TVP. Czy to jest powód do hejtu? Trudno żeby sam zainteresowany się temu przeciwstawiał. Jeżeli ktoś chce mu robić wielką, ogólnopolską reklamę to dlaczego miałby odmówić?

 

Koncerty sylwestrowe w Zakopanem być może nie wywołały jeszcze aż tak skrajnych reakcji. Niektórzy po prostu gdzieś napominali, że TVP promuje disco polo. Jednak już benefis Zenka w białostockiej Operze rozsierdził wiele osób do reszty. Dobry tydzień trwała zażarta dyskusja czy to odpowiednie miejsce na takiego typu imprezy. Być może wiele osób nie wie, że w Białymstoku po prostu innego miejsca nie mamy. Wiele osób znów grzmiało, że promowane jest disco polo. Tym razem przy okazji premiery filmu Zenek wszyscy hejterzy grzali się w boksach startowych, by wyruszyć do ataku od razu po premierze. A tu niespodzianka. Film okazał się bardzo przyjemny w odbiorze, zaś Jakub Zając grający młodego Zenka zachwycił widzów. Film nie jest idealny, ale warto go obejrzeć. Jeżeli ktoś nie lubi disco polo to i tak go w filmie nie usłyszy, chyba że postanowi siedzieć w kinie na napisach końcowych.

 

Warto ten film zobaczyć przede wszystkim dlatego, by zobaczyć jak piękne jest nasze Podlasie. Twórcy zabrali nas w podróż, w której nie tylko można będzie zobaczyć w Zenku dawną dyskotekę w Bondarach nad Siemianówką – Bar Disco Czar, można będzie również zobaczyć przepiękny dworzec w Kleszczelach oraz Świętą Górę Grabarka czy most kolejowy na rzece Bug. W tym filmie jest jednak coś ponadto – nasze wielokulturowe Podlasie, antropologiczna uczta oraz sentymentalny powrót do dzieciństwa wielu z nas. Ten film to momentami 200 procent Podlasia w Podlasiu. Dawniej były filmy – U Pana Boga za piecem, U Pana Boga w Ogródku oraz U Pana Boga za miedzą. Trylogia Jacka Bromskiego zachwyciła całą Polskę. Później na bazie popularności powstał serial, w którym mogliśmy jeszcze dokładniej poznać losy bohaterów. W przypadku Zenka władze województwa podlaskiego powinny pójść za ciosem i starać się z TVP wyprodukować również serial – kontynuujący film.

 

Nie chcemy tu wchodzić w politykę, bo nie taki jest cel, jednak warto zauważyć, że gdy u władzy w Polsce, ale też województwie rządzili inni ludzie (nie ważne z jakiej partii), to reprezentanci naszego regionu – posłowie i senatorowie, a także kolejni marszałkowie – nie potrafili nic załatwić. Logiczne jest więc, że skoro obecnie w Polsce i w województwie rządzi ta sama ekipa i akurat udało się, że zorganizowano najpierw wielką imprezę w Białymstoku Disco pod gwiazdami w Polsacie, następnie pokazywano w TVP2 serial Rodzinka z Białymstokiem w tle zaś teraz TVP zrealizowało wspólnie film Zenek na Podlasiu a nie jakiś inny na przykład na Podkarpaciu, to trzeba kuć żelazo póki gorące. Od 1989 roku w Polsce i od 1999 roku w województwie podlaskim władza zmieniała się wielokrotnie. Zmieni się także nie raz. Bez wątpienia to jest czas naszego województwa i musimy go wykorzystać. Bo jeżeli tego nie zrobimy, to przyjdą następni i będą produkować u siebie.

 

Myślicie że przy okazji realizacji wielkiej inwestycji kolejowej między Warszawą a Krakowem stacja w małej Włoszczowej, gdzie do dziś zatrzymują się pociągi powstała przypadkowo? A czy Euro w 2012 roku odbyło się w Warszawie, Gdańsku, Wrocławiu i Poznaniu także dlatego, że to takie fajne miasta? A co z lotniskiem w Radomiu, w które nadal się inwestuje mimo że było kompletnym niewypałem? Czy w województwie podlaskim lokalni politycy z jakiejkolwiek opcji politycznej, kiedykolwiek, cokolwiek wielkiego załatwili? Nic. Dlatego teraz jest czas, by to wszystko zmienić. Tylko trzeba aktywnie zabiegać o to, by realizowano u nas nie tylko kolejne koncerty, filmy i seriale, ale także wielkie inwestycje. Drogi i tory to jednak nie wszystko. To dopiero początek. Musimy mieć tu warunki do tego, by w Białymstoku i całym województwie podlaskim było więcej możliwości do zarabiania dużych pieniędzy. To zadanie dla władz naszego województwa, które współrządzą naszym krajem.

 

Sandomierz ma Ojca Mateusza czy tego chce czy nie. My zaś mamy Zenka i Krzysztofa Kononowicza, o których Polska wciąż nie zapomina czy chcemy tego czy nie. Sympatyczny, skromny Zenek – jest naszym ambasadorem, który promowany w całym kraju – koncertując czy występując w telewizji oraz internecie – nieustannie promuje nasz region i zachęca kolejne osoby, by przyjeżdżały właśnie u nas swój wolny czas, wydawały tu pieniądze, a może i zostały tu na dłużej. Jeżeli zabraknie Zenka, to zostanie Krzysztof Kononowicz i nie będzie niczego. Czy tego właśnie chcecie?

Izabela Branicka będzie miała swoją ulicę w Białymstoku?
Dawniej była to ul. Zamkowa, obecnie jest to przedłużenie Kilińskiego.

Izabela Branicka będzie miała swoją ulicę w Białymstoku?

Dziś mija 212 lat od śmierci Izabeli Branickiej z Poniatowskich. Urodziła się 1 lipca 1730 roku zaś zmarła 14 lutego 1808 roku (chociaż są źródła mówiące o tym, że zmarła już 12 lutego). Przy tej okazji chcielibyśmy zwrócić uwagę na dość ciekawy fakt. Otóż mimo wielkich zasług dla Białegostoku trzeciej żony hetmana, nikt nigdy nie wyszedł z oficjalną propozycją, by godnie uhonorować Izabelę.

 

Hetmanowa sprawiła, że w XVIII wieku Białystok liczył się w całej Europie pod względem kultury. Gościły u nas śpiewaczki z Wenecji, balety z Włoch, Teatry z Niemiec, a także najsłynniejsi pisarze i malarze – Ignacy Krasicki, Julian Uryn Niemcewicz, Elżbieta Drużbacka czy Franciszek Karpiński. Co ciekawe oprócz Elżbiety Drużbackiej pozostali mają swoje ulice w Białymstoku. Zaś sama Izabela Branicka nie. Mało tego, nikt nigdy nawet z taką propozycją oficjalnie nie wyszedł. Nie było też nigdy prób uhonorowania żadnej instytucji kultury. Izabela Branicka wspierała również białostocką edukację. Dzięki niej powstały w mieście pierwsze szkoły, które wspierała finansowo. Ponadto dzięki niej powstał w Białymstoku instytut akuszerii (położnictwa).

 

Jest taka ulica w Białymstoku, którą można by było oddać w hołdzie Izabeli Branickiej. Mieści się ona przy samym pałacu. Dawniej była to ulica Zamkowa, następnie zamieniono ją na przedłużenie Kilińskiego. Obecnie mieszczą się przy tym przedłużeniu tylko 3 adresy – Antypub, bar z winem Bont Ton oraz budka z kebabem Good Food. Wszystko co pozostałe mieści się na właściwej części Kilińskiego – tej, która była od zawsze. Jak widać bardzo małym kosztem, można uhonorować wreszcie Izabelę Branicką – nadając jej imieniem małą, ale godną tego uliczkę łączącą Plac Jana Pawła II, Kościelną oraz Kilińskiego. O takiej zmianie mogą zadecydować radni miejscy.

Planty zamienią się w betonową pustynię? Jest takie magiczne słowo…

Planty zamienią się w betonową pustynię? Jest takie magiczne słowo…

Jest takie magiczne słowo – „rewitalizacja”. Generalnie jak sama nazwa wskazuje, chodzi o przywrócenie czegoś o życia. Odkąd w Polsce urzędnicy doją dotacje z Unii na wszystko co tylko można, niezależnie czy jest na to potrzeba czy nie ma, to słowo rewitalizacja ma niestety negatywne znaczenie. Wszędzie gdzie miała miejsce – wycinano drzewa, a całe zielone tereny zamieniano w betonowe pustynie. Tylko dlatego, że były dotacje na „rewitalizacje” i urzędnicy za wszelką cenę chcieli je wykorzystać. Nie ominęło to Białegostoku. Przy okazji ostatnio na stronie internetowej Urzędu Miasta w Białymstoku wspomniano o „rewitalizacji” sprzed dekady: Celem rewitalizacji Rynku Kościuszki i Placu Jana Pawła II było utworzenie centralnego placu Białegostoku. W założeniu miał on uaktywnić i uatrakcyjnić centrum miasta przy jednoczesnym zachowaniu historycznego układu rynku.

 

W ostatnim czasie w tym samym urzędzie w Białymstoku padło hasło „rewitalizacji Plant”. Biorąc pod uwagę wcześniejsze doświadczenia można zacząć się obawiać. A jest czego. Planty to piękne, zielone tereny, które są odwiedzane tłumnie przez białostoczan w wolne, ciepłe, słoneczne dni. Czasem nie można wsadzić tam nogi – jest tak dużo ludzi. Czy ktoś chce zamienić to miejsce w betonową pustynię? Nie śniłoby się nam w czarnych snach, ale…

 

Nie od dziś wiadomo, że już od dawna trzeba wymienić starą, asfaltową nawierzchnię na Plantach. Nie jest ona estetyczna ani równa. Najlepiej by było gdybyśmy mogli spacerować po takiej nawierzchni jaka jest w ogrodzie Branickich, ale jest jeden problem. Jak jest duża dotacja, to nie można wyciągnąć małej. Wtedy urzędnicy na siłę szukają drogich rozwiązań – choćby były głupie. Patrz: budowa wielkiej, nikomu niepotrzebnej estakady prowadzącej do Supraśla.

 

Czy po „rewitalizacji” będziemy spacerować po betonowych płytach – takich samych jak na Rynku Kościuszki? W zasadzie to można by było też powycinać drzewa na Plantach. Wszak – Pałac Branickich to prawdziwa perła, a drzewa ją tylko zasłaniają z każdej strony. Gdy pojedziecie do europejskich stolic – to tam drzew nie ma. Jak jest zabytek, pałac, ważne miejsce to nie chowa się za drzewami. Być może taka decyzja nie zapadnie, ale uwierzcie – w białostockim magistracie wśród urzędników takie myślenie panuje. Być bardziej europejscy niż Europa.

 

Chcielibyśmy jakoś pozytywnie spuentować. Być może prezydent tak jak się boi wycinać drzew, by mogło ruszyć lotnisko na Krywlanach, tak może będzie bał się ruszać drzew na Plantach. Wszak, to chyba ostatnie miejsce, gdzie jeszcze nie dotarł „nowoczesny” beton. Rynek Kościuszki, Lipowa, Kilińskiego, plac przez Teatrem Dramatycznym – te wszystkie miejsca kiedyś były bardziej zielone, a potem nastąpiła ich „rewitalizacja”. Czy taki los czeka również Planty? Oby nie.