Zazdrosny generał zastrzelił żonę i jej kochanka

Zazdrosny generał zastrzelił żonę i jej kochanka

Okres międzywojenny. 70-letni, generał Stanisław Stelnicki powrócił po latach bitew do Białegostoku. Z Rosji przywiózł ze sobą młodą żonę, która mogłaby być jego córką. Marię, gdyż tak miała na imię, poznał na pruskim froncie, gdzie była sanitariuszką. 

Jako, że z racji sędziwego gen. Stelnicki nie mógł już prowadzić czynnej służby, musiał zadowolić się praca intendenta w szpitalu. W tej samej placówce obowiązki wykonywała jego żona. Minął rok zanim Maria zaczęła odczuwać zmęczenie rutyną. Zapragnęła więc poszerzyć krąg znajomych. Do domku na ul. Warszawskiej przychodzili głównie rosyjscy uchodźcy. Jednym z nich był Mikołaj Akimow, który szybko znalazł się w łaskach generała.

Bliższa znajomość z weteranem to był tylko pretekst aby częściej widywać Marię. Jako, że Mikołaj był gościem niemal codziennie, przyjaźń szybko zmieniła się w coś głębszego. Romans starali się ukryć jak najlepiej się dało. Konspiracja na nic się jednak zdała. W nowy rok doszło do makabrycznych zdarzeń. Generał Stelnicki wiedząc, że stracił ukochaną porwał się do szalonego czynu.

Po krótkiej rozprawie na temat uwodzenia żon, dwukrotnie postrzelił M. Akimowa, który wcześniej przyszedł złożyć mu życzenia. Padły dwa strzały prosto w serce. Generał nie oszczędził również Marii. W końcu sam odebrał sobie życie. Położył się na łóżku i wycelował we własną skroń. W pożegnalnym liście widniało tylko jedno zdanie:”wszystkie pozostałe rzeczy przeznaczam na pogrzeb mój i żony”.

Partnerzy portalu:

Tornado przeszło przez Białystok. Samochody fruwały w powietrzu.

Tornado przeszło przez Białystok. Samochody fruwały w powietrzu.

Kataklizmy odwiedzają nasz kraj coraz częściej. Dynamiczne zmiany pogody, zwłaszcza w okresie letnim to obecnie norma. Media obiegają informacje o kolejnych lokalnych nawałnicach, które powodują liczne straty. To jednych z najbardziej niszczycielskich żywiołów należy trąba powietrzna. Jedna z nich z wielką siłą przeszła przez Białystok. Choć wydarzenia te miały miejsce w latach 80. z pewnością do dziś utkwiły w pamięci świadków.

Tornado uderzyło w Białystok 16 czerwca 1987 r. Pojawiło się nagle, jakby znikąd. Tego dnia nie przewidywano nawet małych opadów deszczu. W ciągu kilku minut przemierzyło obszar pięciu kilometrów. Ciemny lej niszczył wszystko na swej drodze. W powietrzu latały nie tylko działkowe altany, ale i całe dachy domostw, a nawet samochodowy ciężarowe. Wielotonowe auta stanowiły dla trąby małe zabawki, drzewa zaś były kruchymi zapałkami. Załoga samolotu ruszającego z Krywlan minęła się z lejem o włos. Inny nie mieli takiego szczęścia. Żywioł uniósł chociażby budkę z portierem w środku. Rodziny traciły cały dobytek w mgnieniu oka. 

Tornada na terenie miast to zjawisko niezwykle rzadkie. Mimo wielu lat badań nadal stanowią zagadkę, dlatego nigdy do końca nie wiadomo, gdzie i kiedy się pojawią. 

Partnerzy portalu:

Miał być symbolem nowoczesności. Pierwszy wieżowiec szybko spowszedniał Białostoczanom.

Miał być symbolem nowoczesności. Pierwszy wieżowiec szybko spowszedniał Białostoczanom.

Był rok 1958. Wszyscy wstrzymali oddech. W końcu się udało. Budowa pierwszego w Białymstoku drapacza chmur została zakończona. Miasto zyskało nową wizytówkę – a przynajmniej tak chciano myśleć.  Stanęła ona w połowie białostockiej trasy WZ. Obecnie jest to skrzyżowanie ul. Sienkiewicza i al. Józefa Piłsudskiego. Budynek liczył w sumie dziewięć kondygnacji. Na poddaszu znajdowały się pralnie. Władze chciały aby budynek podziwiało jak najwięcej osób. Trasa z zachodu na wschód nie były jednak często uczęszczana. Widywano na niej głównie…furmanki.

 

Największą atrakcją wieżowca była pierwsza w powojennym Białymstoku winda. Wcześniej istniała ona jedynie w słynnym Hotelu Ritz. Aby się nią przejechać ludzie ustawiali się w kolejkach. Niektórzy nawet dorabiali sobie klucze, co raczej lokatorom nie mogło się podobać. Winda jednak nie działała od razu od dnia otwarcia wieżowca. Pierwsi mieszkańcy musieli sobie radzić bez niej. Regały byli zmuszeni nosić po schodach.

 

Nikt jednak nie narzekał. Wkrótce jednak na drugim piętrze zamieszkał konserwator, który uruchamiał windę na specjalne życzenie. On też jako jedyny w bloku miał telewizor. Stąd też kolejki na korytarzu w dniu transmisji pogrzebu J. Keneddy’ego. Mężczyzna wystawił odbiornik przed drzwi aby każdy zaspokoił swą ciekawość świata.

 

Z biegiem lat winda zaczęła się psuć. Co prawda istniał przycisk alarmowy, ale każdy był przekonany, że to tylko prowizorka. Dlatego też dzieci miały zakaz korzystania z dźwigu. Również młode matki z wózkiem wolały wnosić sprzęt po schodach, niż ryzykować utknięcie. Windę używano głównie do transportu opału. Zjeżdżała ona bowiem do piwnicy. Gdy się popsuła wiadro z węglem trzeba było nieść z powrotem na górę. Niektórzy bali się schodzić do ”podziemi” ze względu na szczury.

 

Na parterze znajdowała się część handlowa. Do historii przejdzie neonowy szyld z nazwą sklepu ”Mandarynka”. Amatorzy wina oczywiście najchętniej spożywali je na klatce schodowej. Dla nich też wkrótce ulokowano specjalne ławeczki. Jakaż wygoda! Jako że część sprzedawców mieszkała w wieżowcu, winda często z ich powodu nie była dostępna nawet na kilka godzin. Wykorzystywano bowiem ją do transportu skrzynek z towarem. 

 

Różowo-szara elewacja wieżowca szybko zbrzydła Białostoczanom. Po okresie zauroczenia przyszła obojętność. Obecnie pozostało tylko kilka osób, które mieszkają tam od początku powstania wieżowca. Nowi lokatorzy natomiast nie mają pojęcia, że ich nowe lokum ma taką bogatą historię. Wieżowiec już nie straszy przechodniów. Warto jednak na chwilę się przy nim zatrzymać i pomyśleć o dumie jaką niegdyś przynosił. 

 

Partnerzy portalu:

W Białymstoku rodziny ścigały się wózkami dziecięcymi

W Białymstoku rodziny ścigały się wózkami dziecięcymi

Nietypowe zawody odbyły się w ostatnia sobotę w Białymstoku, ale i nie tylko. Impreza równoległe była rozgrywana w kilkunastu polskich miastach i za granicą. Międzynarodowe Wyścigi Wózków w chodzie, zgromadziły wielu amatorów niecodziennej rywalizacji. Zwycięzcą zostaje ten, który na dystansie stu kroków okaże się najszybszy. Dla bezpieczeństwa pociech wprowadzono oczywiście zakaz biegu.

 

Wiadomo, w dobie popularności filmów z serii ”Szybcy i wściekli” rodzice mogliby wpaść na różne pomysły. Rywalizowano w sumie w trzech kategoriach. Najpierw swoje możliwości pokazały mamy, potem ojcowie, a na końcu rodziny łączyli siły. Rozgrywki przeprowadzono w systemie pucharowym. Tak naprawdę wyniki nie były tego dnia czymś ważnym. Impreza ma promować aktywność ruchową na świeżym powietrzu.

Partnerzy portalu:

Kolorowa fontanna znów działa

Kolorowa fontanna znów działa

Niezwykła gra świateł w strumieniach wody znów porusza naszą wyobraźnię. Kolorowa fontanna w Alei Zakochanych Parku Planty obudziła się z zimowego snu. Mimo niesprzyjającej aury już przyciąga licznych przechodniów, a to dopiero początek. Zafascynowane są nie tylko dzieci. Wodne kurtyny dzięki blisko czterdziestu lampom przenoszą wszystkich na chwilę do innego świata.

 

Warto więc przysiąść, na chwilę się zapomnieć i zaspokoić zmysły. Kolorowa fontanna będzie cieszyła nasz wzrok do końca października. Oficjalne otwarcie sezonu na wodne pokazy odbędzie się już w majówkę. Władze Białegostoku tradycyjnie uruchomili fontannę trochę wcześniej ze względu na wzmożony ruch turystyczny. Kolorowe występy wodnego teatru będziemy mogli podziwiać w każdy weekend, święta i dni wolne od pracy. Z kolei w dni powszednie fontanna będzie działała w trybie oszczędnym. 

 

Autor zdjęcia: Paweł Targoński

Partnerzy portalu:

Bocian, który nie klekoce.

Bocian, który nie klekoce.

Spotkać tego ptaka to nie lada zaszczyt. Mieszka w podmokłych lasach unikając człowieka jak ognia. Bocian czarny, bo o nim tu mowa jest niczym biały kruk. Wyjątkowy w każdym calu. Potocznie nazywa się go hajstrą. Podlasie to jeden z nielicznych terenów gdzie można na niego wpaść.

 

Podczas gdy zwykłe białe boćki cieszą się uznaniem, stanowiąc symbol szczęścia, to bocian czarny nie kojarzył się dawniej dobrze. Wszystko przez jego ubarwienie piór, uznawane jako dosyć żałobne. Uważa się je jako pustelników, chociaż w chwili odlotu widywano stada liczące nawet do 100 bocianów czarnych.

 

Tak, jak biali kuzyni, wędrują do Afryki. Wiele z nich jednak nie dolatuje na miejsce. Ptaki wracają do nas w okolicach kwietnia. Zwykle posiadają nawet kilka gniazd. Dlatego też niektóre z nich pozostają puste nawet na kilka lat. 

 

Utarła się opinia, że nigdy nie można spotkać bociana czarnego przy białym krewniaku. To mit. Żerować mogą obok siebie, lecz raczej się nie dogadają. Bocian czarny nie klekoce, a porozumiewa się tylko i wyłącznie gestami. Ptaki te nadal skrywają tajemnice. 

Partnerzy portalu:

Pomnik patrona strażaków nie powróci do Białegostoku

Pomnik patrona strażaków nie powróci do Białegostoku

Mało kto z mieszkańców Białegostoku wie, że w połowie drogi między ratuszem a fontanną na Rynku Kościuszki, istniał kiedyś pomnik św. Floriana. Powstał on po wielkim pożarze miasta w 1752 r. a ufundował go Jak Klemens Branicki. Rzeźba była wykonana z drewna a stała na marmurowym postumencie. Zniknęła z krajobrazu w połowie XIX w. Przegrała walka z pogodą.

 

Projekt przywrócenia pomnika zgłosiło Towarzystwo Miłośników Sztuki Kresów i Dziejów Ojczystych. Wszystko to w ramach budżetu obywatelskiego 2017. Niestety propozycja nie zdobyła uznania mieszkańców, zdobywając kilkaset głosów. Być może zdecydowała zbyt mała znajomość tematu. Powrót figury patrona strażaków z pewnością przywróciłby historyczny charakter Rynku.

Partnerzy portalu:

Nie było takiego więzienia, z którego nie uciekł. Niezwykła historia białostockiego złodzieja.

Nie było takiego więzienia, z którego nie uciekł. Niezwykła historia białostockiego złodzieja.

W Stanach Zjednoczonych niedawno rozpoczęła się emisja nowej odsłony kultowego serialu ”Prison Break. Skazany na śmierć”. Opowiada on o losach braci, dla których, jak się później okazało, nie ma sytuacji bez wyjścia. Kilkakrotnie uciekali z najpilniej strzeżonych wiezień. Oglądając pierwszy odcinek przypomniała mi się historia nijakiego Władka Szejdy. W latach 30. przyprawił on o zawrót głowy nie jednego białostockiego ( i nie tylko) strażnika.

Co prawda, Władek nie miał wytatuowanego planu więzienia na ciele, nawiązując do serialowego bohatera, ale jego pomysłowość była na zbliżonym poziomie. Co więcej, wiele razy nie musiał się zbytnio wysilać. Na początku 1935 r. trafił do aresztu mieszczącego się na ul. Artyleryjskiej w Białymstoku. Obiekt stanowił największe skupisko lokalnych rzezimieszków. Lądowali tam amatorzy nielegalnej produkcji alkoholu czy też zwykli awanturnicy.

Odsiadka pięcioletniego wyroku za ograbienie kina Świat znudziła się Władkowi Szejdzie po dziesięciu dniach. Sprawę miał ułatwioną ze względu na, delikatnie mówiąc, mało ogarniętą straż. Nie minęło kilkadziesiąt godzin, aż mężczyzna sam powrócił na komisariat. Powiedział mundurowym, że wyszedł tylko poszukać cieplejszych ubrań. W celi panował bowiem niewyobrażalny chłód.

Tym razem Władka umieszczono w tzw. szarym domu, czyli więzieniu na ul. Baranowickiej.  Obiekt ” na szosie” był o wiele pilniej strzeżony niż poprzedni areszt miejski. Dla niego nie stanowiło to żadnej przeszkody. Jako, że posiadał zdolności manualne poprosił o pracę w warsztacie. Gdy kompani kończyli już pracę, regularnie tworzył kilka wytrychów dzięki narzędziom ślusarskim.

Po kilku dniach mógł już otworzyć każde drzwi. W warsztacie zaopatrzył się również w liny, a więc zgromadził swego rodzaju ”uciekinier starter-pack”. Akcja powiodła się. Po niespełna trzech tygodniach na wolności, Władka zatrzymano na Litwie. Stamtą postanowiono przenieść go do łomżyńskiego ”czerwonaka”. Ceglana twierdza miała na dobre powstrzymać wolnościowe zapędy złodzieja.

Los chciał, że kolegą z celi Władka został inny znany uciekinier, Antonii Niedźwiecki. Nie trudno przewidzieć, jak mogło to się skończyć.  Na osłabianiu więziennych okiennych krat spędzili kilka miesięcy. Z nici ukradzionych w warsztacie utkali sznur o łącznej długości 10 m. Pozostało im czekać na odpowiednią okazję. Taka nadeszła lipcową nocą 1938 r. Nad miastem szalała potężna burza.

Ubrani w samą bieliznę, dzięki linie dotarli z drugiego piętra na dziedziniec. Na zewnątrz nie było ani jednego strażnika. Dlatego też zuchwali złodzieje zabrali z budki wartowniczej pozostawione przez funkcjonariuszy płaszcze. O ucieczce władze więzienne dowiedziały się dopiero rany. O zajściu powiadomił ich trzeci towarzysz z celi. Jemu z kolei ucieczka była całkowicie nieopłacalna. Do odsiadki zostały mu bowiem kilka tygodni.

Władek i Antonii skierowali się do Białegostoku. Tym razem spryt ich zawiódł. Policja była pewna, że białostocki złodziej schroni się u swej matki.  Tak też się stało. Gdy przestępcy zorientowali się o odkryciu kryjówki, uciekli na strych. Gonitwa po dachu trwała ponad pół godziny. Rzezimieszków schwytano. Już nigdy nie udało im się powtórzyć spektakularnej ucieczki.

Partnerzy portalu:

Podróże śladem zakonników. Trasa kończy się na Łotwie.

Podróże śladem zakonników. Trasa kończy się na Łotwie.

Jeśli ktoś pasjonuje się w budownictwie sakralnym, to z pewnością idealna propozycja dla niego. Transgraniczny Szlak Dominikański obejmuje najcenniejsze obiekty kultury sakralnej zbudowane przez zakon Dominikanów na trasie od Choroszczy do Aglony na Łotwie. Jest więc co zwiedzać przez wiele kilometrów. Dominikanie swą działalnością duszpasterską, oświatową i gospodarczą wywarli znaczący wpływ na rozwój społeczności lokalnych polsko-litewskiego pogranicza.

 

Pierwsi misjonarze dominikańscy w latach 40. XIII w. objęli swą działalnością ziemie Jaćwingów. W połowie XV w. powstał pierwszy klasztor w Wilnie. W XVII w. na terenie obecnego województwa podlaskiego powstały kolejno klasztory: w Sejnach, Krasnymborze, Różanymstoku i Choroszczy. Już wkrótce weźmiemy je na warsztat. Śledźcie Nas!

 

Partnerzy portalu:

Z Białegostoku latano do Warszawy. Podróż trwała mniej niż godzinę.

Z Białegostoku latano do Warszawy. Podróż trwała mniej niż godzinę.

Jak dobrze wiemy regionalnego portu lotniczego w Białymstoku nie będzie i na razie nic nie zwiastuje zmiany tej sytuacji. Poczekamy więc na widok przelatujących nad naszymi głowami aeroplanów. Walka o port zaczęła już przed II Wojną Światową.

 

Pierwszą decyzję o budowanie lotniska podjęto w 1926 r. Specjalna komisja uznała, że najlepszą lokalizacją będą łąki podbiałostockich Krywlan. Jednocześnie ruszyła machina informacyjna. Przy tworzeniu obiektu zajęcie miało znaleźć nawet tysiące bezrobotnych. W miesięczniku ”Wiadomości lotnicze” ukazała się zaś informacja, że wielkie otwarcie nastąpi w 1930 r. Białystok miał służyć jako miejsce do tankowania paliwa dla samolotów na trasie Ryga – Wilno – Warszawa.

 

Plany musiały być jednak skorygowane ze względu na globalny kryzys ekonomiczny. Inwestycja miała ruszyć ostatecznie w 1932 r. Rozpoczęto zbiórkę pieniężną wśród mieszkańców. Z pomocą ruszył znany biznesmen Mikołaj Kawelin. Na potrzeby budowy hangaru ofiarował on drewno ze swego tartaku. Wkrótce powołano do życia koło szybowcowe i klub spadochroniarzy. Nadeszła jednak wojna. Na Krywlanach działali wpierw sowieci, potem hitlerowcy. Ci ostatni zbudowali całą lotniczą infrastrukturę, którą przy wycofywaniu się z miasta zniszczyli.

 

Marzenie Białostoczan ziściło się w już tuż po zakończeniu wojny. Na otwarcie Polskich Linii Lotniczych Lot w Białymstoku przybyło wiele zacnych osobistości. Na pokładzie samolotów odbywać się jednak miały głównie podróże służbowe. Bilety można było kupić na poczcie. Kursy do Warszawy odbywały się codziennie po południu. Podróż trwała niecałą godzinę. Szczęście nie trwało długo. Wkrótce loty zawieszono. Mieszkańcy Białegostoku czekają już grubo ponad pół wieku na nowe lotnisko. Muszą uzbroić się jednak w cierpliwość. Na razie port to tylko sfera fantazji.

Partnerzy portalu:

Cmentarz dla zwierząt istniał w środku miasta. Mieszkańcy zostali skazani na smród.

Cmentarz dla zwierząt istniał w środku miasta. Mieszkańcy zostali skazani na smród.

Współczesny Białystok zdecydowanie zalicza się do jednych z najbardziej czystych miast. Nie zawsze tak jednak było. Problem przedwojennych mieszkańców był głównie nieprzyjemny zapach. Jego źródeł było kilka i zwykle wiązał się z działaniami przemysłowymi.

Niegdyś w miejscu zburzonego niedawno dworca PKS istniała fabryka sukna. Aby usuwać nieczystości, jej właściciel wykopał staw. Okoliczni mieszkańcy traktowali go niczym cmentarzysko zwierząt. Na dnie spoczywała padlina w ogromnej ilości. Białostoczanie wówczas oczekiwali zimy jak zbawienia. Odór bowiem wtedy znikał. Jednej zimy ze stawu wycinano bryły lodu i je sprzedawano. W ten sposób przerywano wieczny odpoczynek zwierząt – śmieli się przez łzy mieszkańcy.

Niemałe spustoszenie siała również fabryka dykty. Klej niezbędny do produkcji wytwarzano ze zwierzęcej krwi. Jako, że składowano go w otwartych beczkach, wnioski wysuwają się same. Mimo skarg, fabryka nie ukróciła śmierdzącego procederu. Nieprzyjemne zapachy istniały również w sercu miasta, a to za sprawą kiszkarni na Rynku Kościuszki. Na podwórzu jednej z kamienic każdej nocy następowało oczyszczanie towaru z fekalii.

W połowie lat 30. w Białymstoku przeprowadzono akcję ”czyste mieszkanie”.  Bru, kurz i mole – to zdaniem miejskiego ratusza znajdowało się w większości lokali. Wprowadzono nakaz otwierania okien w celu przewietrzania, co szło bardzo opornie. Nikt nie chciał się bowiem…przeziębić. Jak jednak je otwierać skoro na zewnątrz śmierdziało nie do wytrzymania.

Partnerzy portalu:

Ruszyły szóste targi książki. To jedyna taka impreza w regionie.

Ruszyły szóste targi książki. To jedyna taka impreza w regionie.

To jedyna taka impreza w północno-wschodniej Polsce. Białystok od sześciu lat znajduje się bowiem w zaszczytnym gronie miast organizującym targi książki. Od piątku do niedzieli każdy fan czytelnictwa znajdzie coś dla siebie. To już szósta edycja tego wydarzenia. Stoiska przygotowano dla ponad 80-u wystawców. Lokalizacją targów jest Opera i Filharmonia Podlaska.

 

Targi odwiedza, według danych organizatorów ok. 20 tys gości. Tegorocznej imprezie towarzyszy festiwal literacki ”Na pograniczu kultur”. Nie zabraknie więc warsztatów, rozmów z ciekawymi gości, a także zabaw dla najmłodszych. Spotkania autorskie i możliwość zdobycia podpisu artystów to nie lada gratka dla czytelników. Dziś również na dużej scenie OiFP wystąpi znana aktorka Julia Pietrucha.

Partnerzy portalu:

Najstarszy pomnik stoi w Tykocinie

Najstarszy pomnik stoi w Tykocinie

Jest to najstarszy polski pomnik, który przetrwał w niezmienionej postaci. Wzniesiono go w 1763 r. na życzenie Jana Klemensa Branickiego. Mowa tu o tykocińskim postumencie Stefana Czarnieckiego, który miał zwyczaj mawiać, że wyrósł ”nie z soli, nie z roli, ale z tego co boli”.Warto wspomnieć, że Branicki był prawnukiem ”po kądzieli” słynnego stratega.

 

Pomnik przedstawia hetmana w pełnym stroju szlacheckim. W prawej dłoni dzierży buławę, lewą zaś podpiera się na szabli. Akcentuje to wszelkie przymioty narodowego bohatera. Z każdej strony wyryto również dyplom nadania Czarnieckiemu dóbr tykocińskich. Rzeźbę wykonał francuski artysta Pierre de Coudray. Do rejestru zabytków została wpisana w połowie lat 60.

Partnerzy portalu:

Zamek strawił ogień. Był to akt zemsty.

Zamek strawił ogień. Był to akt zemsty.

Według skromnych zapisków historycznych pełnił rolę strażnicy przy przeprawie na Narwi. Stanowiła ona przed laty granicę między Mazowszem a Litwą. Doniesienia o zamku w Waniewie zostały zweryfikowane dopiero w 2009 r.

 

Co się stało z budowlą? Wszystko rozpoczęło się od sporu miedzy rodami Gasztołdów i Radziwiłłów. Dowódca zamku waniewskiego doprowadził do spalenia fortyfikacji w Tykocinie. Litewski możnowładca Olbracht Gasztołd cudem wyszedł bez szwanku z tego zajścia. Postanowił się zemścić. Rok później dokonał najazdu na Waniewo odpłacając pięknym za nadobne. Most i zamek strawiły płomienie. Tego drugiego nigdy nie odbudowano.

 

Prace archeologiczne rozpoczęte w 2009 skupiły się na kładce po środku Narwi. Tam bowiem widoczna była kępa. Dwa wykopy potwierdziły istnienie twierdzy obronnej. Odnaleziono kafle płytowe z herbem Radziwiłłów, naczynia czy rzadko używane dawniej szyby. Zamek zbudowany był z drewna, a cały gród prawdopodobnie miał wielkość 1 ha.

Partnerzy portalu:

Kłopotliwy pierwszy raz czyli… pęknięta guma w BiKeRze.

Nadeszła wielka chwila. Mój pierwszy raz. Wcześniej popytałem znajomych, jak to jest. W końcu teraz robi to każdy. Takie czasy, taka moda. Niektórzy ostrzegali mnie przed przedartymi gumami. Nie wziąłem jednak ich słów na poważnie. Trochę się ze mnie śmiali. Uważali, że jako chłopak ze wsi zbyt poważnie podchodzę do tematu. Kumpel przekonał mnie, iż po minucie i tak będzie po krzyku. Całkiem logiczne…

 

Z odrobiną niepokoju wyszedłem z domu. Zmierzam prosto do niej. Każdy krok powoduje lekkie przyśpieszenie akcji serca. Zastanawiam się czy wszystko pójdzie po mej myśli. No dobra, raz się żyje. Jestem na miejscu.  Czas się zapoznać z nią osobiście. Wcześniej widziałem ją tylko w internecie. Na pierwszy rzut oka podobała mi się, nie ma co ukrywać.

 

Tak. Wiem co Wam może chodzić po głowie. Opowieść o mojej pierwszej wizycie w białostockiej stacji rowerów będę z pewnością przekazywał wnukom. Wszystko szło po mej myśli. Wykonałem wszelkie instrukcje pojawiające się na ekranie. Mój rower powinien wyskoczyć z zamka. Tak też zrobił, ale odrzut był niesamowity. Zanim doszedłem do niego, runął na ziemię.

 

Kilka części odpadło i raczej musiałbym mieć zestaw majsterkowicza by złożyć je do kupy. Zapamiętam wzrok innych ludzi. Na odgłos spadającego roweru zareagowali liczni przechodni. Pewnie część z nich uznała mnie za wandala. Stałem bowiem sam jak patyk przy rozwalonym sprzęcie. To ja miałem z premedytacją cisnąć nim o ziemię – wyczytałem to z oczu starszej kobiety z laską.

 

Pęknięte części spakowałem do torby. Nie po to tyle czasu zwlekałem aby teraz porzucić zamiar przejażdżki. Ruszam w drogę. Po kilkunastu sekundach kolejna niespodzianka. Tym razem posłuszeństwa odmówiło siodełko. Nie miałem wyjścia. Musiałem wrócić się po zgubione śrubki. Z ziemi wybierałem je jak diamenty. Pełen sukces. Teraz tylko poskładać wszystko do kupy. Nadeszła kolejna próba okiełznania rumaka.

 

Po drodze mijam innych użytkowników. Wiem, że w czasie jazdy raczej nie powinno się pisać sms-ów, ale nie miałem wyjścia. Samotna jazda mnie nudziła. Napisałem więc do mego kolegi Zbyszka, jednoznaczną dla niego wiadomość – ”może byś tak Damian wpadł popedałować”.  Zbyszek uwielbiał tą piosenkę Lecha Janerki. Niestety miał już inne plany.

 

Widocznie byłem skazany na samotne przemierzanie ulic Białegostoku. Uratowała mnie na szczęście przypadkowo napotkana koleżanka ze studiów. Mimo, że rozmowa się kleiła, jazda raczej nie. Ciężko bowiem jechać obok siebie jednym pasem, gdy z naprzeciwka co raz goni inny cyklista czy grupa nieokiełznanych rolkarzy. Często musieliśmy mówić do swych pleców.

Zbyt wąska ścieżka to był jednak pikuś przy ty, co spotkało mnie pół godziny później. Wjeżdżamy w tunel. Nagle coś mnie zarzuciło. Resztki po butelce piwa załatwiły oponę. Do następnej stacji było daleko. Koleżanka nie specjalnie chciała podrzucić mnie na ramie. Musiałem więc pofatygować się pieszo. Po godzinie spaceru w upale dotarłem na miejsce. Uff!

 

Pierwszego razu z białostockim bikerem nie zapomnę do końca życia. Może nie będzie to wspomnienie, które przywołam w chwili śmierci, ale przynajmniej jest o czym opowiadać. Przygody nie zraziły mnie do ponownego skorzystania z usług wypożyczalni. Na swój drugi raz nie musiałem czekać długo. Tym razem nadszedł upragniony happy end…A u Was jak wyglądał pierwszy raz na bikerze?

Partnerzy portalu:

Wioska św. Mikołaja leży pod Białymstokiem

Wioska św. Mikołaja leży pod Białymstokiem

Co prawda do świąt Bożego Narodzenia jeszcze trochę czasu zostało, ale postanowiliśmy dać Wam namiary już teraz. Otóż wszyscy zainteresowani osobistym poznaniem św. Mikołaja zapraszamy do podbiałostockich Pomigaczy. Istnieje tam bowiem wioska, która przeniesie się nas w magiczny świat Laponii. W wiosce aż roi się od pomocników Mikołaja, czyli elfów. Prowadzą one również warsztaty artystyczne, prezentując ciekawe techniki produkcji ozdób świątecznych.

 

Na miejscu dzieci mogą napisać list do Mikołaja, prosząc w nich, co tylko dusza zapragnie. Jako, że otrzymuje on korespondencję w wielkich ilościach, możemy podziwiać kolekcję kartek z całego globu.Co ciekawe, św. Mikołaj nie ma oporów przed odkryciem swych tajemnic. Bez trudu udostępni swój pokój i opowie o swoich ulubionych sposobach spędzania wolnego czasu.

Partnerzy portalu:

Nazywali go pupilem bolszewików. Zasłużył się dla miasta, jak mało kto.

Nazywali go pupilem bolszewików. Zasłużył się dla miasta, jak mało kto.

Chyba każdy mieszkaniec Białegostoku wskaże patrona Teatru Dramatycznego. Postać Aleksandra Węgierki od lat lat owiana jest tajemnicą.  Jego życiorys pełen jest luk i niezrozumiałych decyzji. Z pewnością jednak zasłużył się w rozwoju kulturalnym miasta jak mało kto.

 

Teatr Dramatyczny w Białymstoku stanowi żywy pomnik wystawiony przez mieszkańców dla Józefa Piłsudskiego. Jako że w mieście pod koniec lat 20.  brakowało odpowiedniej instytucji kultywującej tradycję utworzono Dom Ludowy. Miano w nim nauczać języka polskiego. W trakcie budowy zmieniono nazwę na Teatr Miejski im. Józefa Piłsudskiego. Dlatego też wiele osób uważa, że obecny patron nie spełnia idei, jaka przyświecała twórcom tego miejsca. Popiersie Marszałka Piłsudskiego przechowano przez czas wojny, ukrywano w PRL-u, wreszcie przekazano do muzeum jako „Mężczyznę z wąsami”.

 

Aleksander Węgierko urodził się w warszawskiej żydowskiej rodzinie. Jego ojciec pracował jako cmentarny ogrodnik. Na deskach teatru zadebiutował mając 20 lat. Szybko zdobył uznanie i rozgłos. W czasie wojny pracował we Lwowie, po czym przeniósł się do Grodna.  Wieli zadaje sobie pytanie dlaczego tak postąpił. Lwów w tamtym czasie skupiał wybitnych artystów, pełniąc rolę skupiska polskiej inteligencji.  Jedni są przekonani, że do zmiany miejsca pracy skłonili go bolszewicy, z którymi nawiązać miał ścisłą współpracę. Inni są pewni, iż w Grodnie miał po prostu większe możliwości samodzielnego rozwoju.

 

W Białymstoku pojawił się w 1940 r. jako znana już postać. Niemal od razu przystąpił do rozbudowy obiektu teatru. Minęło zaledwie 7 miesięcy, a kierowana przez niego grupa zdobyła sławę. Wystawiane przez niego sztuki ochroniły się przed propagandą. Na deskach grano w języku polskim, w tym dzieła z epoki romantyzmu. Nawet radzieccy aktorzy byli ponoć nimi zachwyceni. Wkrótce Węgierko otrzymał propozycję wyjazdu do Moskwy. Bez wahania jednak odmówił.

 

Oskarżony o kolaborację nadal robił swoje. Teatr stał się jednym z najbardziej dochodowych w kraju. Przeciwnicy Węgierki obawiali się, że teatr stanie się przekaźnikiem radzieckiej propagandy. W nagonce zapomnieli o jednym. Sztuki grane w języku polskim były tym, za czym ludzie tęsknili od lat.

 

Nadszedł maj 1941 r. Grupa udała się w występami do Mińska. Między Niemcami a Rosja wybucha wojna. Zespół ratował się ucieczką. Sam wsiadł do pociągu w kierunku Brześcia, gdzie został pojmany przez gestapo. To kolejny zaskakujący krok. Wyjazd do Brześcia był bowiem niczym samobójstwo. Wielu twierdzi, że nie był w stanie wyobrazić sobie życia na tle wojny. Teatr stanowił cały jego świat, który miał utracić. A. Węgierko zginął w niejasnych okolicznościach. Nie wiadomo gdzie, nie wiadomo kiedy. Jego ciała nigdy nie odnaleziono. Domniemuje się, że został rozstrzelany. 

 

Partnerzy portalu:

Białostoczanin podbija salony.

Białostoczanin podbija salony.

Znacie go głównie z roli Marcina Opałka z filmu ”Pitbull. Niebezpieczne Kobiety”. Wcześniej wystąpił w wielu produkcjach w rolach drugoplanowych i epizodycznych. Jednak to udział w programie ”Agent Gwiazdy” wyniósł Tomasza Oświecińskiego na szczyty popularności. Przygoda z kinem zaczęła się, jak to bywa wiele razy w życiu, od zwykłego przypadku. Stojąc na bramce w jednej z warszawskich dyskotek, przykuł uwagę producentów. Kariera potoczyła się błyskawicznie. Aktor-amator urodzony w Białymstoku na brak propozycji zawodowych nie może narzekać. Kilka miesięcy temu debiutował nawet na deskach teatru.

 

Ze względu na posturę, grał głównie postaci gangsterów czy ochroniarzy. Swą sylwetkę zawdzięcza wieloletnim treningom. Już jako dziecko uprawiał wyczynowo judo, zostając mistrzem w kategorii juniorów. W wieku 26 lat założył swoją pierwszą siłownię. Tam też spotkał ludzi, którzy sprowadzili go na złą stronę. Odmawiając płacenia haraczu, naraził się gangowi. Po serii prowokacji nie miał wyboru i musiał dołączyć do grupy. Początkowo nie stawał sobie sprawy z powagi sytuacji. Gdy się zorientował było już za późno. Tomasza Oświecińskiego pogrążyły zeznania pierwszego w Polsce świadka koronnego. Po latach ta sama osoba, pracująca jako ochroniarz w telewizji, na planie programu poprosiła aktora o autograf. Prawdziwa ironia losu.

 

Po odbyciu wyroku zajął się trudną młodzieżą. Chciał im pokazać, że każda osoba ma wybór i tkwi w niej ukryty talent. Powiązania z przestępczym półświatkiem przydały się przy kręceniu ”Pitbulla”. Wiele scen było inspirowanych autentycznymi wydarzeniami. 

 

https://www.youtube.com/watch?v=V2qwHch0qOg

 

Źródło zdjęcia: Kadr z filmu https://www.youtube.com/watch?v=2atrxwf5rmU

Partnerzy portalu:

Śmigus dyngus. Dawniej polewano tylko najładniejsze dziewczyny.

Śmigus dyngus. Dawniej polewano tylko najładniejsze dziewczyny.

Śmigus dyngus to zwyczaj, który praktykuje się w Poniedziałek Wielkanocny. Kiedyś to były czasy. Panny można było wrzucić do koryta i sadzawki bez konsekwencji. Teraz za takie działania, do aresztu może nie trafimy, ale każda ceni sobie nietykalność. Ciało to bowiem świątynia. Dzisiaj w lany poniedziałek w mało kto kultywuje dawne tradycje. Jeśli już ktoś się polewa to w minimalnych ilościach. Zamiast wiader czy konewek używa się mikroskopijnych jajeczek jako sikawkę.

Śmigus dyngus – skąd się wywodzi?

Śmigus dyngus ma interesujące korzenie sięgające czasów pogańskich. Pierwotnie był to rytuał obchodzony w okresie wiosennym, związany z oczyszczeniem oraz przywoływaniem urodzaju. Kościół katolicki, widząc w nim elementy niezgodne z jego doktryną, początkowo potępiał ten zwyczaj. Jednakże, zamiast zaniknąć, Śmigus-Dyngus zaczął stopniowo wtapiać się w kulturowy krajobraz, stając się częścią polskiej tradycji. Polewanie wodą, charakterystyczna praktyka tego dnia, miało pierwotnie symboliczne znaczenie. Uważano, że woda oczyszcza z grzechów i wszelkich nieczystości cielesnych, przygotowując tym samym ludzi na nadchodzący okres wiosenny. Ponadto, wierzyło się, że rytuał ten ma moc przyciągania deszczu, który był kluczowy dla obfitych zbiorów rolniczych. Mimo początkowych oporów ze strony kościoła, Śmigus-Dyngus z czasem stał się integralną częścią polskiej kultury, będąc nie tylko okazją do zabawy i żartów, ale także kontynuując swoje pierwotne znaczenie jako symbol oczyszczenia

Im ładniejsza dziewczyna, tym więcej wody używano

Dziewczyny przed laty nie miały oporów przed polewaniem. Jeśli któraś w poniedziałek była sucha, oznaczało to, że nie ma powodzenia u płci przeciwnej. Panowała zasada – im piękniejsza dziewczyna, tym więcej wody na nią przeznaczano. Wizyta w stawie stanowiła zaś spełnienie najskrytszych marzeń. Dlatego też panny wystawiały się nawet na publiczny widok.

Mokry odwet

Według dawnych zwyczajów, za oblewanie wodą w świąteczny poniedziałek kobiety po świętach wielkanocnych aż do Zielonych Świątek mogły brać odwet na mężczyznach i również lać ich wodą. Było to postrzegane jako zabawna tradycja, przynosząca społeczności radość i integrująca ją.

Partnerzy portalu:

Chleb artos chroni od burz i ognia

Chleb artos chroni od burz i ognia

Chleb artos? Większość z nas pewnie nie wie, co to jest. Dla wyznawców prawosławia ma zaś szczególne znaczenie. W języku greckim oznacza chleb pszeniczny. Przez wieki nazwa ulegała różnym przekształceniom fonetycznym i dlatego w obecnej chwili występują na Białostocczyźnie nazwy gwarowe: Atos, Artus, Artur. Z powodu jego statusu świętości, obchodzi się z nim z wielką dbałością.

Chleb artos i jego specjalne przygotowanie

Przed zakończeniem niedzielnej mszy w pierwszy dzień świąt, chleb jest błogosławiony przez duchownych. Na artos nakłada się ponadto ikonę Chrystusa. Przez cały tydzień wystawia się go w cerkwi aż do niedzieli św. Tomasza nazywanej również Antypaschą, po czym artos rozdrobniony przekazuje się wiernym. Na chlebie widnieje wizerunek Chrystusa zmartwychwstałego. Poświęcony w pierwszy dzień Paschy, jego cząstka jest rozdawana wiernym w sobotę Tygodnia Paschalnego, po czym przez cały tydzień jest wystawiony w cerkwiach, na pulpicie ustawionym przed ikonostasem. Artos stanowi wspomnienie wydarzeń opisywanych przez Ewangelię, gdy Jezus ukazywał się uczniom i spożywał z nimi chleb.

Wierzenia związane z artosem

Dawniej wierzono, że artos, czyli święcony chleb, posiada magiczną moc ochronną przed burzami i piorunami. W tradycji ludowej, gdy zbliżała się burza, gospodynie umieszczały artos na parapecie obok zapalonej świecy gromnicznej. Wierzyło się, że ten rytuał miał za zadanie odpędzić chmury i zapewnić ochronę przed uderzeniem pioruna. Ponadto, artosowi przypisywano właściwości łagodzenia bólu i poprawy zdrowia. Stosowano go jako środek łagodzący przebieg chorób. Kawałek namoczonego w święconej wodzie chleba często dawano rodzącej kobiecie, aby przyniósł ulgę w bólu i ułatwił poród. Artos miał także swoje zastosowanie jako środek gaśniczy. W przypadku pożaru, ludzie przekazywali wiarę w jego ochronne właściwości, wierząc, że należy obchodzić płonące budynki z artosem, a następnie oddalić się jak najdalej od ognia, aby uniknąć niebezpieczeństwa. Te wierzenia i praktyki pokazują bogactwo ludowych tradycji oraz sposoby, w jakie ludzie kiedyś szukali ochrony i wsparcia w codziennym życiu, wierząc w magiczną moc święconego chleba.

Partnerzy portalu:

Woda ze święconki pozwala pozbyć się piegów!

Woda ze święconki pozwala pozbyć się piegów!

Woda ze święconki odgrywa istotną rolę w wielu zwyczajach i tradycjach, szczególnie w kulturze chrześcijańskiej. Jest to woda pobłogosławiona przez duchownego podczas obrzędu nazywanego święceniem wody. Odbywa się on m.in. w okresie Wielkanocy w Kościołach katolickim i prawosławnym. Praktyki te mogą się różnić w zależności od lokalnych tradycji i obrzędów. Woda ze święconki ma symboliczne znaczenie jako symbol oczyszczenia, życia i błogosławieństwa. Ludzie używają jej w różnych celach, zarówno w sferze duchowej, jak i codziennego życia.

Woda ze święconki kluczem do utrzymania dobrego wyglądu na Podlasiu.

Żadna świąteczna okazja nie przemija bez chęci prezentacji się w jak najlepszym świetle, a kiedy wychodzi się w jakieś miejsce publiczne, oczekiwania co do wyglądu mogą być jeszcze większe. Gładka i promienna skóra zawsze przyciąga uwagę, zwłaszcza w tak ważnych momentach. Ciekawym spojrzeniem na tę kwestię jest też tradycja, która sięga nawet pierwszej połowy XX wieku w niektórych domach na Podlasiu. Tamtejsze zwyczaje przypominały, że do koszyczka z święconką często dodawano małą buteleczkę wody, w której wcześniej gotowano jajka. Ta prosta, a zarazem niezwykła praktyka wskazuje, że nie zawsze potrzebne są kosztowne kosmetyki, by osiągnąć efekt nieskazitelnej skóry. Tradycje te, choć niezwykłe (i nie zawsze przynoszące skutki), przypominają nam, że piękno może być czasem proste i naturalne, a kluczem do niego często są rzeczy dostępne w naszym codziennym otoczeniu.

Nieskazitelna skóra?

Po powrocie do domu ze święconką młode dziewczyny obmywały sobie twarz pobłogosławioną przez księdza wodą. Wierzono, że woda pobłogosławiona przez księdza podczas święcenia może mieć właściwości oczyszczające i lecznicze. Z tego powodu używano jej też do pielęgnacji skóry. Młode dziewczyny, po powrocie do domu ze święconką, często obmywały swoje twarze tą wodą. Wierzyły one, że pomoże im pozbyć się wszelkich niedoskonałości, takich jak pryszcze czy piegi. Choć może to brzmieć nieco nietypowo dla dzisiejszych standardów pielęgnacji, dla wielu ludzi było to naturalne rozwiązanie, oparte na wierzeniach i tradycji.

Partnerzy portalu:

Jajko, które było zakopane rolnicy zjadali w dniu rozpoczęcia żniw

Jajko, które było zakopane rolnicy zjadali w dniu rozpoczęcia żniw

Jajko od wieków zajmuje szczególne miejsce w wielu tradycjach, zwłaszcza podczas świąt, takich jak Wielkanoc. To nie tylko smaczny dodatek do świątecznego stołu, ale również symbol głęboko zakorzeniony w obrzędach i zwyczajach ludowych. Jajko jest symbolizuje początek, życie oraz odrodzenie się przyrody – dlatego jest ono spożywane podczas Wielkanocy. Wielkanoc to najstarsze i najważniejsze święto chrześcijańskie celebrujące misterium paschalne Jezusa Chrystusa.

Jajko – tradycyjnie gości na stołach podczas Wielkanocy

Jednym z elementów świątecznego śniadania jest zwyczaj dzielenia się jajkiem. Choć nie każdy lubi składać życzeń, tego dnia odmówić jednak nie wypada. Jako że Wielkanoc stanowi połączenie tradycji chrześcijańskich i pogańskich, wiąże się z nią wiele przesądów związanych ze święconką. Praktykowano je głównie na terenach nadbużańskich.

Zakopane jajko – dobre zbiory

Czasami jedno poświęcone jajko trzymali aż do późnego maja. Następnie zakopywano je wraz z kością na polu, gdzie rosło żyto, była głęboko zakorzeniona w ludowych tradycjach i przesądach. Gospodarze wykonujący ten obrzęd wierzyli, że ta ceremonia przyniesie im pomyślne plony. Kiedy nadszedł czas, aby zająć się polami, gospodarze udawali się na swoje ziemie wraz z poświęconym jajkiem i kością. Wybierali pole, na którym rosło żyto, i tam, w ziemi, dokładnie zakopywali jajko obok kości. Dodatkowo, obok zakopanego jajka i kości sadzili także poświęconą gałązkę wierzbową. W dniu rozpoczęcia żniw odkopywano jajko i uroczyście zjadano dzieląc się nim jak na Wielkanoc. Taka praktyka miała zapewnić pomyślne zbiory.

Święconka a przesądy

Oprócz tego, istniały także przesądy związane z tzw. „święconką”, czyli poświęconymi pokarmami. Ludowa mądrość nakazywała nie wyrzucać resztek święconki, ponieważ wierzono, że mogą one przynieść szczęście. Jeśli zostały resztki pokarmu, zbierano go i wysypywano pod drzewka owocowe, wierząc że wyrośnie z nich marynka — ziele o białych kwiatkach. Okruchy dawano również kurom by lepiej się niosły. Od nadmiaru jaj głowa przecież nie boli. Dokładnie sprzątano również ich skorupki. Dawano je ptakom lub wysiewano do ziemi podczas siania lnu.

Partnerzy portalu:

Wspólne świętowanie Wielkanocy. W tym roku świętujemy razem.

Wspólne świętowanie Wielkanocy. W tym roku świętujemy razem.

Wspólne świętowanie Wielkanocy przez różne wyznania chrześcijańskie jest zjawiskiem dość rzadkim, więc kiedy katolicy i prawosławni obchodzą Wielkanoc tego samego dnia, jest to moment wart zauważenia. W naszym regionie jest dużo rodzin złożonych zarówno z katolików, jak i prawosławnych. Daje to też powód do spędzenia tego Święta wspólnie. Wielkanoc to najstarsze i najważniejsze święto chrześcijańskie celebrujące misterium paschalne Jezusa Chrystusa: jego mękę, śmierć i zmartwychwstanie. Święto przybrało formę trzydniowego obchodu tzw. Triduum Paschalnego, poprzedzonego czterdziestodniowym okresem przygotowania, kontynuowanego następnie radosną celebracją pięćdziesięciu dni okresu wielkanocnego aż do święta Zesłania Ducha Świętego. W przeciętnych okolicznościach, wyznawcy obu obrządków świętują Wielkanoc w różnych terminach, czasami nawet oddzielając je o kilka tygodni.

Wspólne świętowanie Wielkanocy przez katolików i prawosławnych

To, dlaczego Wielkanoc może być wspólna dla katolików i prawosławnych w danym roku, ma głębokie korzenie w zawiłych mechanizmach kalendarzowych oraz historycznych ustaleniach. Wspólne święta wypadają średnio raz na trzy lata. Ogólne zasady wyznaczenia daty świąt zostały opracowane na pierwszy soborze w Nicei. Zmartwychwstanie miało być obchodzone w pierwszą niedzielę po wiosennej pełni księżyca. Początkowo termin ogłaszano z rocznym wyprzedzeniem. Od połowy V w. przygotowano daty paschy nawet 100 lat do przodu.

Ruchomość daty Wielkanocy

To, dlaczego Wielkanoc może być wspólna dla katolików i prawosławnych w danym roku, ma głębokie korzenie w mechanizmach kalendarzowych. Różnice między kalendarzem juliańskim, stosowanym przez niektóre tradycje prawosławne, a kalendarzem gregoriańskim, przyjętym przez Kościół katolicki i wiele innych instytucji, powodują, że daty świąt mogą się różnić. Główną przyczyną ruchomości daty Wielkanocy jest fakt, że rok księżycowy nie pokrywa się dokładnie z rokiem słonecznym. W konsekwencji, różnica między kalendarzem juliańskim a gregoriańskim sprawia, że daty mogą się znacznie różnić. Są lata, kiedy 13-dniowa różnica między tymi kalendarzami powoduje, że Wielkanoc wypada w tym samym czasie dla obu wyznań. Takie wspólne świętowanie zdarza się średnio raz na kilka lat, dodając więc wyjątkowości i symbolicznego znaczenia temu wydarzeniu.

Partnerzy portalu:

Pożegnanie postu. Zakopane garnki i powieszone śledzie.

Pożegnanie postu. Zakopane garnki i powieszone śledzie.

Pożegnanie postu – w tych czasach się nad nim, poza wizytą w kościele, nie zastanawiamy, ale kiedyś było to szeroko świętowane wydarzenie. Po dłużących się dniach trwania postu, trzeba w końcu coś zjeść – kończy się Wielki Post a zaczyna czas świątecznego obżarstwa. Wielki Post to czas pokuty przygotowujący do przeżycia najważniejszych dla chrześcijan świąt wielkanocnych. W Kościele łacińskim zaczyna się w Środę Popielcową, przypadającą 46 dni przed Niedzielą Wielkanocną (do postu nie wlicza się przypadających w tym okresie 6 niedziel). Czas trwania wielkiego postu ma odniesienie do trwającego 40 dni postu samego Chrystusa. Wielkopostny czas przygotowania jest też niezwykle istotny w kulturze chrześcijańskiej. To także okres refleksji, pokuty i umartwienia, który przygotowuje wiernych na celebrację zmartwychwstania Chrystusa podczas Wielkanocy. Tradycje związane z Wielkim Postem często przypominają o tych duchowych wartościach poprzez różnorodne praktyki, obrzędy i rytuały.

Pożegnanie postu – koniec z żurkiem

Przed laty, również na Podlasiu, okres ten witano w niezwykły sposób. Wszystko działo się późną porą w Wielki Piątek, bądź też rankiem w Wielką Sobotę. Jako, że główną potrawą spożywaną w poście był żurek, wylewano go całymi garnkami na ziemię. Czasem nawet zakopywano całe naczynia. Nieraz do środka dodawano jeszcze trochę popiołu. Był to znak nastania końca pokuty. Ową tradycję nazwano ”pogrzebem żuru”.

Kara dla śledzia

Nie tylko żurek był bohaterem tego symbolicznego pożegnania. Śledź, będący często głównym elementem postnych posiłków, także miał swoją rolę do odegrania. Największego, najokazalszego śledzia wybierano i przybijano do drzewa – czasem mogła to być nawet sztuczna ryba wykonana z drewna lub tektury. Ta nietypowa kara była swoistym wyrazem uznania dla śledzia, który przez cały okres wielkiego postu był „królem stołu”, dominującą potrawą na postnym stole. Wieszanie ryby odbywało się z uśmiechem na twarzy, świadcząc o radości z końca ograniczeń żywieniowych i nadchodzącej obfitości pokarmów.

Tradycje jako element kultury regionu

Te tradycje, choć dziś może praktykowane bardzo rzadko albo niepraktykowane, wciąż stanowią kolorowy i fascynujący element kultury i historii regionu. Przypominają one o głębokim znaczeniu wielkopostnego okresu przygotowania w kulturze chrześcijańskiej i oczekiwania na radosne święta Wielkanocy.

Partnerzy portalu:

Wjechał do hotelu na koniu. Na jego część nazwano pomnik psa.

Wjechał do hotelu na koniu. Na jego część nazwano pomnik psa.

Do rozwoju Białegostoku przyczyniło się przed laty wiele osób. Niestety po wielu z nich pamieć zaginęła. Taką postacią jest bez wątpienia Mikołaj Kawelin, pułkownik carskiej armii. Słynął z niezbyt atrakcyjnego wyglądu, okazałych wąsów i niebywałego poczucia humoru. Poznajmy bliżej tego przyjaciela miasta.

 

O młodzieńczych latach M. Kawelina posiadamy jedynie strzępki informacji. W zapiskach historyków pojawia się twardymi zgłoskami dopiero z powodu relacji z Józefem Piłsudskim. Ponoć pomógł mu uciec z rosyjskiego więzienia. Kawelin wiedział jak ułożyć sobie życie. Ożenił się bowiem z córką senatora i właściciela ziem Zabłudowa i okolic. Małżeństwo gniazdko uwiło sobie w podbiałostockim majątku Majówka. Tam też zjeżdżała cała lokalna śmietanka towarzyska. Jakież to musiałby być imprezy…

 

Po wybuchu rewolucji bolszewickiej Kawelin z rodziną przeprowadził się do francuskiej Nicei. Po odzyskaniu niepodległości przez Polską postanowił wrócić na Podlasie. Na granicy jednak został zatrzymamy. Pomógł mu dawny przyjaciel J. Piłsudski. Już jako obywatel Polski zawitał do majątku w Majówce. Trzeba było go odbudować. Na szczęście miał za co. Oprócz licznych dochodowych biznesów prowadził działalność charytatywną. Brał udział nawet w przedstawieniach teatralnych, na których zbierano datki na bezrobotnych.

 

 

M. Kawelin zaangażował się głównie w sport. Sam jednak nie wyglądał na aktywnego fizycznie. Użyjmy delikatnego określenia, że był ”przy kości”. Przez trzy lata pełnił rolę prezesa ”Jagielonii”, lecz jego oczkiem w głowie było kolarstwo. To on wytyczył trasę I wyścigu kolarskiego po ulicach Białegostoku. Rajdy organizowano aż do wybuchu II Wojny Światowej. Pułkownik wspierał wielu zawodników finansowo, fundując im cenne nagrody.

 

Kawelin posiadał apartament w słynnym białostockim hotelu Ritz. W miejscu tym co rusz dochodziło do niecodziennych sytuacji. Jednego wieczoru magnat zamówił wszystkie dorożki, które znajdowały się pod obiektem. W jednej usiadł on sam. W drugiej zostawił kapelusz, w trzeciej zaś płaszcz. Każda część garderoby ”podróżowała” oddzielnie. Dlatego też inni goście byli zmuszeni wracać do domu pieszo. Dorożek bowiem zabrakło.

 

Innym razem wykorzystując otwarte okna M. Kawelin wjechał do hotelu na koniu. Zarówno pracownicy, jak i goście musieli być co najmniej zszokowani. Jakby nigdy nic podjechał pod bar i zamówił szampana. Jeden z dwóch kieliszków przeznaczył dla konia. Trzeba przyznać, że takie sceny widzieć można teraz tylko na filmach.

Białostoczanie tak kochali M. Kawelina, że nazwali jego imieniem rzeźbę buldoga angielskiego, która stała przy ogrodzeniu Pałacu Branickich naprzeciw kościoła farnego. Ponoć tak właśnie wyglądał pułkownik. Gdy ten dowiedział się o tym fakcie po prostu śmiał się przez kilka godzin. Psa zabrali Niemcy wycofujący się z miasta latem 1944 r. Myśleli, że ma większą wartość historyczną. Replikę rzeźby można oglądać w białostockim parku planty. Jej autorką jest Małgorzata Niedzielko. Jej odsłonięcie nastąpiło w 2005 r. 

 

M. Kawelin opuścił miasto uciekając przed Armią Czerwoną. Trafił do Warszawy gdzie zmarł w 1944 r. Co ciekawe dzień śmierci pokrywa się z dniem wywiezienia przez hitlerowców rzeźby psa. Niezwykła symbolika. Pułkownika pochowano na cmentarzu prawosławnym na Woli. Kibice Jagiellonii odnowili jego pomnik, stawiając pamiątkową tablicę.

 

 

 

 

Partnerzy portalu:

Bratanica króla spoczywa w Białymstoku

Bratanica króla spoczywa w Białymstoku

Kilkadzieścia lat temu była to prawdziwa sensacja archeologiczna. We wnętrzu kościoła parafialnego Wniebowzięcia Maryi Panny odnaleziono zamurowane wejście. Gdy udało dostać się na drugą stronę, badacze nie mogli uwierzyć własnym oczom. Leżały tam trumny. W sumie było ich ponad 20. Jedna z nich była bogata zdobiona. Na wieku widniał zaś pozłacany herb rodziny Poniatowskich, a także łacińska inskrypcja.

Okazało się, że spoczywa tam bratanica ostatniego króla Polski. Zmarła Katarzyna Poniatowska była ubrana w jasną koszulę i białe rękawiczki. Zachował się nawet wianek z uschłych kwiatów. Uwagę przyciągały też tekstylne buty. Krypty szukano przez lata. Mimo licznych zapisków w księgach parafialnych badacze mieli nie mały orzech do zgryzienia.  Do tej pory nie udało się ustalić tożsamości większości osób pochowanych w krypcie. Przypuszcza się, że spoczywa tam choćby ojciec fundatora kościoła.

W grobowcach jest m.in. pochowany pierwszy metropolita białostocki abp Edward Kisiel, biskup diecezji mińsko-mohylewskiej Edward Ropp, ale także jest tam trumna żony fundatora Białegostoku hetmana Jana Klemensa Branickiego – Izabeli z Poniatowskich Branickiej. Krypty są niedostępne na co dzień. Bardzo rzadko można je oglądać. Ostatnie takie okazje były w lutym i czerwcu 2010 roku, gdy białostoccy przewodnicy organizowali wejścia do krypt z okazji międzynarodowego dnia przewodnika turystyki oraz w ramach akcji „Lato z zabytkami”

Partnerzy portalu:

W Łapach mają pociąg do kolei

W Łapach mają pociąg do kolei

Łapy niedaleko Białegostoku były niegdyś kolejarską potęgą. To już przeszłość, choć wspomnienia o wielkości nadal żyją. Po upadku Zakładów Naprawczych tysiące osób zostało bez pracy. Z łezką w oku, co roku, miasto organizuje wystawę makiety kolejowej, która zyskała status imprezy ogólnopolskiej. Towarzyszą jej różne inne atrakcje. Głównym punktem tradycyjnie jest symulacja zderzenia pociągu z samochodem. Mieszkańcy mogą zobaczyć, jaką wielką siłą dysponuje pojazd szynowy. Służby pokazują również jak sprawnie przeprowadzają akcję ratowniczą.

 

Do Łap przyjeżdża regularnie kilkadzieścia wystawców z różnych rejonów Polski. Modelarze z całego kraju przywożą własnoręcznie wykonane makiety tras kolejowych, które łączą w jedną całość. Po miniaturowych szynach poruszają się modele elektryczne pojazdów kolejowych, przemieszczające się wg. rozkładu jazdy. Wystawa jest największą tego typu imprezą w północno-wschodniej Polsce. Małe jest piękne i tego należy się trzymać. 

Partnerzy portalu:

Las, który żądał krwi. Poznajcie jego tajemnice.

Las, który żądał krwi. Poznajcie jego tajemnice.

Dla młodszych mieszkańców Białegostoku to zwykły las. Dobre miejsce do biegania czy rodzinnego spacery. Wiatr pomykający po gałęziach niesie jednak wiele ciekawych, ale też i tragicznych historii.  Atmosferę tajemniczości napędzają zaś  nietypowe drzewa, rozdwojone tuż przy ziemi. Podobne formacje roślinne spotkać można w słynnym miejscu mocy w Hajnówce. Czyżby z lasem związane były magiczne siły? Tego nie wie nikt. Skupmy się na suchych historycznych faktach.  Las w Pietraszach kryje nie jedną tajemnicę. Czas je odkryć!

Kończył się XIX w. Do lasu przyjechał ponoć sam car, pragnący podziwiać manewry swoich wojsk. Tereny służyły już wtedy jako poligon. Do ćwiczeń wykorzystywany był również intensywnie w okresie międzywojennym. Manewry odbywali żołnierze Wojska Polskiego z koszar przy ul. Traugutta. Do dzisiaj widać liczne okopy, które trochę zdążyły już zarosnąć. Z pewnością znajdzie się nie jeden, kto chętnie będzie się wspinał po ich ścianach.

 

 

Las był niemym świadkiem niemieckiego mordu. Życie stracili nie tylko prześladowani wyznawcy judaizmu, ale też katolicy i prawosławni Białorusini. W okolicy odnajdziemy zarówno zbiorowe, jak i indywidualne groby. Największa tragedia rozegrała się w lipcu 1941 r. Ten miesiąc okazał się ostatnim dla ponad 5 tys. białostockich Żydów. Pod koniec lat. 90-tych, powstało ”Miejsce Pamięci Lasu Pietrasze”.

 

Ziemia w Pietraszach jeszcze nieraz upomniała się o krew. W 1945 r. utworzono tam strzelnicę Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Wykonano co najmniej jeden wyrok śmierci. Mowa tu o dezerterze z KBW – Mieczysławie Kaźmierskim, posługującym się pseudonimem ”Huragan”. Mężczyznę przywiązano do drzewa. Wyrok mieli wykonać jego koledzy. Żaden ich pocisk nie zranił poważnie jednak Huraganu. Śmiertelny strzał padł dopiero z broni dowódcy. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że dezerter spoczął w tamtejszej ziemi.

Przechadzając się przez las, z pewnością zauważymy betonowe słupy, przypominające te z linii energetycznych W rzeczywistości z prądem nie mają nic wspólnego. Są to tzw. kotwy, które miała za zadanie cumowanie sterowców. Tak! W lesie znajdowała się baza popularnie nazywanych cepelinów. Oczywiście po hangarach i innej infrastrukturze nie ma już śladów. Wszystko miało miejsce w okresie I Wojny Światowej. Statki powietrzne służyły do niezbyt przyjaznych zadań.

 

 

Mianowicie zrzucały bomby na cele strategiczne. Czego jednak można spodziewać się po carskiej armii. Widok sterowców wzbudzał zatem strach. O zachwycie nie mogło być mowy. W sumie w Białymstoku stacjonowały dwa cepeliny – ”Albatros” i ”Astra”. Ten pierwszy mógł zabrać na pokład 7 osób. Rozwijał prędkość do 70 km/h. Wyposażony był w karabiny maszynowy i niemały zapas amunicji. Do miasta trafił nieco przypadkowo. Pierwotnie z Petersburga miał dolecieć do Olsztyna, lecz plany pokrzyżowała aura. Sterowiec ”Alba”  zapisał się w historii jako bombardier drogi do Osowca. Dlatego nikt nie żałował, że nie za długo polatał nad polskim niebem. Pogoda nie była dla niego łaskawa. Wiatr zniszczył jego zdolności bojowe.

Las Pietrasze dla jednych będzie miejscem wypoczynku, dla drugich miejscem zbrodni, które należy unikać. Pewne jest tylko to, że na stałe zapisał się w historii Białegostoku i okolic.

Partnerzy portalu:

Cenna pamiątka po getcie została ocalona

Cenna pamiątka po getcie została ocalona

Do getta żydowskiego w Białymstoku prowadziły trzy bramy. Po dwóch z nich nie ma śladu. Istniały one przy skrzyżowaniu ulic Malmeda i Lipowej, a także Jurowieckiej i Sienkiewicza. Trzecia mieściła się przy ulice Czystej, która była od XIX w. wyłożona kocimi łbami. Obecnie trwa tam remont, który mógł zatrzeć ślady historii. Pozostałością po bramie były drewniane fragmenty ukryte między kamieniami. Teren nie został objęty ochroną konserwatora, więc asfalt wylano tylko do miejsca, gdzie znajdowała się brama. Aby odnaleźć dokładne miejsce pala wbitego w ziemię przed wielu laty, trzeba było przeczesać ulicę fragment po fragmencie. Starania miejskich konserwatorów opłaciły się. 

Białostockie getto utworzono w lipcu 1941 r. Na niewielkim terenie zgromadzono ponad 60 tys. Żydów. Zarówno młodych, jak i starych zmuszano do niewolniczej pracy. Produkowali tkaniny i broń dla hitlerowców. Na wieść o planach likwidacji getta wybuchło powstanie. Kilkuset Żydów przez kilka dni stawiało opór tysiącom żołnierzy niemieckich. Przeżyło jedynie 2 tys. osób. Ci, którzy przetrwali zostali wysłani do obozów w różnych zakątkach kraju.

Partnerzy portalu:

W Tykocinie odnaleziono ślady po zakonnikach

W Tykocinie odnaleziono ślady po zakonnikach

W Tykocinie jeszcze w XVIII w. działał klasztor bernardynów. Ufundował go Marcin Gasztołd, ówczesny właściciel miasteczka. Dziś pozostałości po nim znajdują się głęboko pod ziemią. Gdy zakonnicy opuścili miasto z nakazu J.K. Branickiego, pusty obiekt niszczał, aż w końcu go rozebrano.

Archeolodzy odnaleźli fragmenty konstrukcji z czerwonej cegły, a także przedmioty codziennego użytku. Ustalenie lokalizacjo było podparte wcześniejszymi badaniami geofizycznymi. Części klasztoru to prawdopodobnie ogrodzenie, a także fundamenty budynków gospodarczych. Stosowano nich techniki budowlane tzw. polskiego gotyku. W wykopaliskach brali udział również zwykli mieszkańcy. Wszyscy byli dumni, że nad rzeką istniała okazała budowla. Tzw. kępa bernandyńska skrywa z pewnością jeszcze wiele tajemnic.

Partnerzy portalu:

Już w maju czeka nas zabawa w autobusie

Już w maju czeka nas zabawa w autobusie

Co prawda wydarzenie to będzie miało miejsce w maju, ale zapisy ruszyły już teraz. Klub Miłośników Komunikacji Miejskiej w Białymstoku po raz kolejny organizuje wycieczkę zabytkowym Jelczem. Tym razem kierunek to Puszcza Knyszyńska. Na trasie przejazdu znajduje się choćby ogród botaniczny w Supraślu, park leśny w Poczopku czy też tatarskie Kruszyniany. Organizatorzy informują, iż nie jest to zwykła podróż autobusem.

O nudzie nie może być mowy. Już na pokładzie Jelcze przygotowano atrakcje. Przejazd tradycyjnie skończy się biesiadą przy ognisku.Klub Miłośników Komunikacji Miejskiej w Białymstoku powstał w czerwcu 2009 roku. Zrzesza on sympatyków transportu publicznego. Więcej szczegółów znajdziecie pod linkiem: Jelczem po Puszczy Knyszyńskiej

Partnerzy portalu:

To już koniec. Arcybiskup Edward Ozorowski odszedł na emeryturę.

To już koniec. Arcybiskup Edward Ozorowski odszedł na emeryturę.

Po dziesięciu latach pełnienia funkcji arcybiskupa metropolity białostockiego, na zasłużoną emeryturę odszedł Edward Ozorowski. Niespełna dwa lata temu obchodził on jubileusz 50-lecia święceń kapłańskich. Zgodnie z prawem kanonicznym, w chwili ukończenia 75 lat każdy biskup zobowiązany jest złożyć rezygnację na ręce papieża. Nie oznacza to jednak końca posługi. Abp. Edward Ozorowski od urodzenia związany był z Podlasiem. Urodził się we wsi Wólka-Przedmieście koło Wasilkowa, a w Białymstoku ukończył seminarium. Jest też honorowym obywatelem Sokółki. 

 

Nowym arcybiskupem został pochodzący z diecezji kieleckiej ks. dr Tadeusz Wojda. Przez ponad 20 lat pracował jako sekretarz w Papieskim Dziele Rozkrzewiania Wiary. Dzięki temu doskonale zna sytuację kościoła na całym świecie. Teraz 60-cio latka czekają nowe wyzwania. Ceremonia otrzymania święceń biskupich odbędzie się 10 czerwca.

Partnerzy portalu:

Ogórki rządzą Kruszewem

Ogórki rządzą Kruszewem

Ogórki z Kruszewa, produkowane z najwyższą starannością i dbałością o tradycję, stały się nie tylko symbolem tej urokliwej wsi, ale także dumą lokalnej społeczności. W trosce o zachowanie autentyczności i smaku, producenci kruszewskich ogórków konsekwentnie postępują zgodnie z tradycyjnymi metodami uprawy. To właśnie ten naturalny proces produkcji przyciąga do Kruszewa licznych smakoszy i turystów, którzy pragną doświadczyć prawdziwego smaku kruszewskiego ogórka. Dodatkowo, kruszewscy producenci często korzystają z tradycyjnych metod przechowywania ogórków, takich jak kiszenie, co pozwala zachować ich świeżość i chrupkość na długie miesiące.

Opowieść o kruszewskich ogórkach

Produkcja kruszewskich ogórków odznacza się nie tylko tradycyjnymi metodami uprawy, ale także dbałością o każdy detal procesu. Począwszy od wyboru najlepszych nasion aż po staranne pielęgnowanie roślin. W całym sezonie produkcji, rolnicy z Kruszewa angażują się w prace polowe z niezwykłą starannością i zaangażowaniem. Dbają o to, aby każdy ogórek był perfekcyjny pod względem jakości i smaku. Kruszewscy producenci często korzystają z tradycyjnych metod przechowywania ogórków. Na przykład takich jak kiszenie, które pozwala zachować ich świeżość i chrupkość na długie miesiące. Dzięki temu, kruszewskie ogórki są cenione nie tylko za swój wyjątkowy smak, ale także za trwałość i naturalność. Wysiłek i zaangażowanie producentów owocuje wysoką jakością warzyw. Przyciąga to do wsi Kruszewo nie tylko smakoszy, ale także restauratorów i handlarzy, chcących pozyskać te wyjątkowe produkty do swoich lokali czy sklepów.

Ogórki Kruszewo – centrum tradycyjnej produkcji

Tego rodzaju zainteresowanie ze strony rynku przyczynia się do rozwoju lokalnej gospodarki i promocji Kruszewa. Ponadto, kruszewscy rolnicy nieustannie dążą do doskonalenia swoich umiejętności i technik uprawy. Uczestniczą oni w szkoleniach i warsztatach z zakresu nowoczesnych metod rolnictwa ekologicznego. Dzięki temu, Kruszewo staje się nie tylko miejscem tradycyjnej produkcji, ale także ośrodkiem innowacyjnych praktyk rolniczych. Wszystkie te czynniki sprawiają, że kruszewskie ogórki cieszą się uznaniem. Zarówno wśród lokalnej społeczności, jak i w szerszym regionie, stanowiąc niezwykły przykład tradycyjnej, ekologicznej produkcji rolniczej.

Święto ogórka: integracja społeczności i zachowanie tradycji

Święto ogórka, organizowane przez Stowarzyszenie, to nie tylko okazja do wspólnej zabawy i radości. Także moment refleksji nad znaczeniem lokalnych tradycji i dziedzictwa. Konkursy, pokazy, degustacje – wszystko to sprzyja integracji społeczności, podkreślając rolę ogórka jako ważnego elementu kulturowego regionu. Kiszenie kapusty, choć może wydawać się prostym procesem, ma głębokie znaczenie społeczne i kulturowe. Buduje ona więzi międzyludzkie i przekazuje ważne wartości z pokolenia na pokolenie.

Partnerzy portalu:

Gonitwa za lisem urządzana w Pietkowie przez jeźdźców.

Gonitwa za lisem urządzana w Pietkowie przez jeźdźców.

Gonitwa za lisem w malowniczej wsi Pietkowo jest nie tylko lokalną tradycją, ale także istotnym elementem dziedzictwa kulturowego regionu. Od lat przyciąga ona pasjonatów myślistwa, jeźdźców oraz miłośników przyrody, tworząc niezapomniane wydarzenie o bogatej historii i symbolicznym znaczeniu. Pietkowo, położone w powiecie białostockim, w gminie Poświętne, nie znajduje się daleko od samego Białegostoku. Podkreśla to dodatkowo jego dostępność i rolę jako atrakcji regionalnej. Gonitwa za lisem nie tylko integruje społeczność lokalną, ale także przyciąga uwagę turystów z różnych zakątków, którzy chętnie uczestniczą w tym wyjątkowym wydarzeniu.

Gonitwa za lisem to już tradycja

Co roku do miejscowości Pietkowo ściągają myśliwi, jeźdźcy, leśnicy oraz zainteresowani wydarzeniem widzowie. Pietkowo, położone w urokliwym zakątku województwa podlaskiego, odznacza się nie tylko pięknem przyrody, ale także głębokimi korzeniami historycznymi. To tutaj, na tych ziemiach, kultywowane są tradycje związane ze świętem Hubertusa, których centralnym punktem jest właśnie gonitwa za lisem. Historia tego wyjątkowego święta sięga dawnych czasów, gdy formowany był 10. Pułk Ułanów Litewskich, pełniący ważną rolę w historii regionu. Dziedzictwo tego pułku jest nadal żywe, a obecni organizatorzy gonitwy za lisem starają się kontynuować i rozwijać tę bogatą tradycję, przyciągając co roku liczne grono uczestników i widzów.

Lis czy może człowiek?

W ubiegłorocznej edycji gonitwy za lisem w Pietkowie wzięło udział imponujące 42 dorosłych jeźdźców. Świadczy to o rosnącym zainteresowaniu tą tradycją. Samo wydarzenie to widowisko pełne emocji i pasji, gdy uczestnicy ścigają się przez gęste lasy. Starają się dopaść „lisa”, który jak się okazuje, jest jednym z uczestników, który z lisią kitą przypiętą do ramienia udaje zwierzę do schwytania. Gonitwa za lisem nie tylko podkreśla ducha wspólnoty i tradycji lokalnej. Symbolizuje uniwersalne wartości takie jak spryt, zręczność i determinacja w dążeniu do celu. To niezwykłe wydarzenie, chociaż zakorzenione głęboko w lokalnej kulturze, przyciąga uwagę z całego regionu. Staje się niezapomnianym przeżyciem zarówno dla uczestników, jak i obserwatorów.

Partnerzy portalu:

Nie straszna im ciemność. Szukają ptaków po nocy.

Nie straszna im ciemność. Szukają ptaków po nocy.

Puszczyki, puchacze, płomykówki czy uszaki- w Polsce mamy ich 13 gatunków. Wszystkie są drapieżnikami, polują nocą i u niejednego ich pohukiwanie wywołuje gęsią skórkę. Sowy, bo o nich mowa mają raz w roku swój weekend. Noc sów zapewnia wiele atrakcji miłośników ptaków. Owa akcja to ogólnopolskie wydarzenie, które ma zachęcić do obserwowania przyrody także nocą. Na Podlasiu akcję organizuje Narwiański Park Narodowy. Poszukiwania ptaków poprzedzają ciekawe wykłady, na których dowiemy się wiele ciekawostek. Uzbrojeni w dodatkową wiedzę i latarki, wszyscy chętni wyruszają na poszukiwania sów. Przedział wiekowy jest bardzo zróżnicowany. Chętni na przygodę są zarówno małe dzieci, jak i osoby w podeszłym wieku.

 

Sowy zachwycają swoimi przystosowaniami do życia i intrygują swoim stylem życia. Najlepiej je namierzyć dźwiękową prowokacją. Chociaż pohukiwanie sów kojarzy się ze złowieszczą atmosferą filmów grozy, to te nocne, drapieżne ptaki wcale nie chcą nas wystraszyć. Gdy mają okres godowy, każdy z nich odzywa się, żeby dać sąsiadom znać, że partnerka jest zajęta.

Partnerzy portalu:

Wyjątkowy film o Podlasiu trafił w końcu do sieci

Wyjątkowy film o Podlasiu trafił w końcu do sieci

Filmów o tematyce podlaskiej przyrody powstało wiele, ale ten jest szczególny. Ukazuje bowiem naturę dającą możliwość aktywnego spędzenia czasu. Dynamiczny montaż sprawia, że każdy kadr wbija w fotel. ”Go-Podlasie”, bo o nim tu mowa, miał swą kinową premierę pod koniec ubiegłego roku. Teraz można go w końcu zobaczyć na portalu YouTube.

 

W produkcji nie brali udział profesjonalni aktorzy. To sprawiło, że wszystkie sceny są niezwykle autentyczne. Zobaczymy w nich ludzi pełni pasji, którzy przemierzają podlaskie szlaki w poszukiwaniu dużej dawki emocji. Materiał powstał na terenie Puszczy Knyszyńskiej, Suwalszczyzny i Doliny Biebrzy, tylko i wyłącznie ze środków własnych twórców. Zdjęcia trwały 3 lata. Zobaczcie sami ”Go-Podlasie”.

 

Partnerzy portalu:

W Białymstoku rolkarze jeżdżą ciemną nocą

W Białymstoku rolkarze jeżdżą ciemną nocą

W sobotę ponad 864 rolkarzy wzięło udział w pierwszym tegorocznym nocnym przejeździe. Nightskating Białystok to cykl przejazdów  głównymi ulicami miasta wieczorną porą, które pozwalają spojrzeć na Białystok z nieco innej perspektywy oraz stworzyć radosną i bezpieczną przestrzeń dla wszystkich sympatyków ośmiu kółek.

 

W ten sposób organizatorzy promują rolkarstwo oraz wrotkarstwo jako sport oraz formę rekreacji dla wszystkich, niezależnie od wieku. W przejeździe może brać udział każdy chętny, a jedynym wymaganiem jest  umiejętność hamowania oraz swobodnego poruszania się na rolkach. Na trasie zwykle pojawia się nagłośnienie z muzyką. Nie brakuje też innych atrakcji.

Partnerzy portalu:

Mieszkanka Białegostoku leczy kurami.

Mieszkanka Białegostoku leczy kurami.

Dogoterapia, hipoterapia – chyba każdy słyszał o tych formach rehabilitacji z udziałem zwierząt. Ale kuroterapia? Prekursorem tej techniki jest mieszkanka Białegostoku. Jak to w życiu bywa, o cudownych właściwościach ptaków, dowiedziała się zupełnie przypadkowo. Córka pani Teresy od dzieciństwa przez długi czas przebywa w szpitalu. Po powrocie miała kłopoty ze snem.

 

Dręczyły ją koszmary. Uspokoiła się dopiero gdy matka do pokoju przyniosła…kury. Dziecko usnęło. Aby sprawdzić, czy nie miało to jednorazowego charakteru, powtórzyła eksperyment. Za każdym razem efekt był tak sam. Córka uspokajała się na widok kur. Jak się później okazało, ptaki pomogły innym chorym. Nawet chłopiec z autyzmem dzięki kurom stał się bardziej otwarty. Wcześniej w ogóle niemal się nie odzywał. Terapia kurami może być zarówno kontaktowa jak i bezkontaktowa. Już sama obecność zwierząt wpływa korzystnie na nasz organizm. Kury nie służą więc tylko i wyłącznie do znoszenia jaj.

 

Partnerzy portalu:

Ojciec nie zgodził się na ślub. Skończyło się wojną.

Ojciec nie zgodził się na ślub. Skończyło się wojną.

Po obu stronach Narwi mieszkały  zwaśnione plemiona. Jednym władał Boguchwał, drugim Joc, stojący na czele Jaćwingów. Od wielu lat ludy toczyły zacięte boje. Syn władcy Jaćwingów pewnego dnia udał się polowanie. Za zdobyczą pogonił aż na terytorium wroga. Tam ujrzał córkę Boguchwała o imieniu Boginka. Zakochany od pierwszego wejrzenia postanowił ją porwać. Przywitały go jednak liczne strzały z łuku.

Ojciec Jura, gdyż tak mężczyzna miał na imię nie mógł przestać myśleć o pięknej dziewczynie. Na ta sytuację nie mógł bezczynnie patrzeć Joc. Wysłał więc dary do plemienia Buguchwały, z nadzieją, że ten zgodzi się na ożenek. Nic z tego. Spotkał się z odmową. Wściekły Jur postanowił wziąć dziewczynę siłą. Z grodziska wroga miała zostać ”Tylko-Ciń”, co oznaczało w języku jaćwingów ”Tylko cień”. Gdy wojska stanęły w płytkim miejscu rzeki, Jur nakazał zasypać ten fragment. Niedługo po rozpoczęciu bitwy, Jaćwingowie wpadli w zasadzkę. Nie było dla nich ratunku. Joc i jego syn zginęli. Aby przestrzec przed odwetem swój gród Boguchwał nazwał Tykocinem. Wodzów pochowano zaś na szczycie wzgórza.

Partnerzy portalu:

W tragicznym locie zginęły również osoby związane z Białymstokiem

W tragicznym locie zginęły również osoby związane z Białymstokiem

Dziś mija 7. rocznica katastrofy polskiego samolotu rządowego w Smoleńsku. 10 kwietnia 2010 roku o godz. 8.41 rozbił się samolot Tu-154M, którym to polska delegacja udawała się do Katynia na uroczystości związane z 70. rocznicą zamordowania tam polskich oficerów. W katastrofie, do której doszło w pobliżu lotniska zginęło 96 osób, w tym cztery związane blisko z Białymstokiem. Ryszard Kaczorowski to ostatni polski prezydent na uchodźstwie urodzony w Białymstoku. Po II Wojnie Światowej był członkiem Rady Narodowej Rzeczpospolitej. W swym życiu zdobył wiele odznaczeń za wybitne zasługi. Swój urząd złożył na ręce Lecha Wałęsy. 

 

Swoje życie ze stolicą Podlasia związał również Krzysztof Putra. Ten urodzony w podsuwalskim Józefowie działacz, w swojej politycznej karierze wielokrotnie pełnił rolę posła i senatora. Zginął jako wicemarszałek sejmu RP. Arcybiskup Miron Chodakowski, również pochodzący z Białegostoku, w 1998 r. został mianowany biskupem hajnowskim i ordynariuszem Wojska Polskiego. Wcześniej przez niemal 15 lat kierował monasterem w Supraślu.

 

Urodzona w Białymstoku Justyna Moniuszko na pokładzie pełniła funkcję stewardesy. Wcześniej pracowała w liniach lotniczych LOT. Była również członkiem sekcji spadochronowej białostockiego aeroklubu.

Partnerzy portalu:

Tykająca bomba już nikomu nie zagraża

Tykająca bomba już nikomu nie zagraża

Zazwyczaj zachęcamy do przyjazdu na Podlasie. Są jednak miejsca, zresztą jak w całej Polsce, które jeszcze kilka lat temu należało omijać z daleka. Nie. Tym razem nie chodzi nam o zjawy czy legendarne potwory. Niebezpieczeństwo czyhało w ziemi. Były to mogielniki czyli składowiska toksycznych odpadów. Już sama nazwa wywołuje ciarki.

 

Stanowiły one prawdziwą bombę ekologiczną. Istniało bowiem ryzyko skażenia wód podziemnych.W okresie komunizmu nikt ich nie utylizował. Po prostu zakopywano je w studniach z betonu. Na Podlasiu istniało pięć dużych składowisk. Jaka musiała być ulga mieszkańców, gdy zniknęły z ich otoczenia. W sumie we wszystkich mogilnikach stwierdzono 19 ton przeterminowanych środków ochrony roślin w postaci opakowań plastikowych, szklanych butelek z płynem, proszków. Ponadto w dwóch z nich oprócz wcześniej znanych studni specjaliści wykryli dodatkowe doły ziemne ze znacznymi ilościami niebezpiecznych substancji. Likwidacja składowiska kosztowała grubo powyżej pół miliona złotych. Środki zapewnił Narodowy Fundusz Środowiska.

Partnerzy portalu:

Na szlaku nauczymy się garncarstwa

Na szlaku nauczymy się garncarstwa

Do Czarnej Wsi Kościelnej dojedziemy z Białegostoku w kilkanaście minut. Jest to jedno z tych miejsc gdzie możemy poznać dawne tradycje. Jedną z nich jest garncarstwo, obecne na wsi od XVIII w. Umiejętności przekazuje się zwykle z pokolenia na pokolenie.  Mistrzów można podziwiać w czasie pikniku pod znaku rzemiosła. Organizowany jest on w długi weekend majowy.

 

Dzięki warsztatom zarówno dzieci, jak i dorośli mogą poznać techniki tworzenia naczyń ceramicznych. W ciągu dwóch godzin nie osiągniemy wielkiego poziomu, ale z pewnością lepszy rydz niż nic. Na warsztaty można się umówić także poza programem imprezy. Trzeba jednak pamiętać, że garncarze w weekend raczej są w trasie, sprzedając swoje wyroby. Dlatego też terminy należy rezerwować z dużym wyprzedzeniem. Czarna Wieś Kościelna znajduje się na tzw. szlaku rękodzieła ludowego.

Partnerzy portalu:

Gwiazda „Ucha Prezesa” to białostoczanka!

Gwiazda „Ucha Prezesa” to białostoczanka!

W ostatnim czasie serial „Ucho prezesa” bije rekordy popularności. Rozpisują się o nim wszędzie i wszyscy. Być może zaskakujący będzie dla Was fakt, że jedna z głównych ról serialu przypadła białostoczance. Filmowa pani Basia, to Izabela Dąbrowska, która nie tylko grała w takich filmach jak oskarowa „Ida”, kultowe „Galerianki” czy „Blondynka”, ale też artystka kabaretowa z „Kabaret na koniec świata”.

 

Dąbrowska ukończyła V Liceum Ogólnokształcące, a także Wydział Lalkarstwa w Białymstoku. Tutaj także się urodziła. W stolicy podlaskiego i okolicach mieszka także cała rodzina aktorki. Ona sama zaś zamieszkuję Warszawę, co bardzo zrozumiałe. Choć dojazd do stolicy mamy bardzo dobry, a odległość nie jest duża, to na pewno wygodniej jest mieszkać tam gdzie się pracuje, aniżeli dojeżdżać. Szczególnie, że pracy ma sporo. Jej kompletna filmografia wygląda bardzo imponująco. 

 

Aktorka ma również bardzo ciepły stosunek do Podlasia. Na łamach Kuriera Porannego powiedziała: Uważam, że ludzie z tego regionu mają w sobie pewien rodzaj otwartości. Z jednej strony są bardzo pragmatyczni, konkretni, myślą realistycznie, są związani bardzo z ziemią, mocno stąpają po ziemi, a z drugiej strony są życzliwi, otwarci. To pewnie pomaga, bo ludzie odczytują to jako pewien rodzaj sympatii, którą ma się do świata. Mam też poczucie, że nie ma w nas agresji, walki za wszelką cenę. Potrafimy cieszyć się z tego, co życie przynosi i taką filozofię chyba prezentujemy wobec świata.

 

Dlatego możemy być bardzo dumni z Izabeli Dąbrowskiej. Bo to nasza Pani Basia!

 

fot. kadr z serialu „Ucho prezesa”

 

 

Partnerzy portalu:

Chuligani ukradli pomnik śledzia.

Chuligani ukradli pomnik śledzia.

Na granicy Mazowsza i Podlasia stanął wyjątkowy pomnik. Mimo, że wieś Strękowa Góra koło Białegostoku nie słynie z połowu ryb, zdecydowała się na utrwalenie wizerunku…śledzia. W ten sposób władze chciały promować lokalną gwarę. Stolica Podlasia bowiem okazał się zbyt poważnym miastem na podobne przedsięwzięcie. 

Inicjatorem powstania pomnik śledzia był wójt Gminy Zawady oraz stowarzyszenie Agro-Group, tworzące projekt ”Brama na Bagna”. Wszyscy zgodnie uznali, że ”zaciągania” to nie powód do wstydu. Wręcz przeciwnie. Odróżnia nas od innych regionów kraju. Pomnik stał się obiektem pożądania chuliganów. 3 lata po odsłonięciu, pewnej nocy został skradziony. Stało się to dzień po festynie. Złodzieje mieli ułatwione zadanie. Rzeźba była drewniana i niezbyt masywna. Nadnarwiańska wieś wstrzymała oddech. Sprawców nie ruszyło sumienie. Dlatego też koniecznością było stworzenie kolejnej wersji pomnika.

Partnerzy portalu:

Kiszka ziemniaczana – kto w Supraślu otrzyma miano mistrza?

Kiszka ziemniaczana – kto w Supraślu otrzyma miano mistrza?

Kiszka ziemniaczana, będąca jednym z charakterystycznych dań regionu Podlasia, od lat budzi zainteresowanie i stanowi przedmiot dyskusji na temat najlepszego sposobu jej przyrządzenia. Aby rozwiać ten spór i uhonorować tradycję kulinarnej sztuki tego regionu, corocznie w ramach imprezy „Spotkania z Naturą i Sztuką” w Supraślu organizowane są emocjonujące zawody kulinarno-gastronomiczne. To prestiżowe wydarzenie, o ugruntowanej renomie, przyciąga nie tylko lokalnych smakoszy, ale także gości z odległych zakątków Polski.

Kiszka ziemniaczana – kulinarne arcydzieło Podlasia

W trakcie tych niezwykłych zawodów, najlepsi kucharze oraz pasjonaci gotowania rywalizują ze sobą. Prezentują oni swoje indywidualne receptury i tajemne składniki, które nadają kiszce niezapomniany smak i aromat. Każdy uczestnik stara się wykorzystać lokalne produkty, aby podkreślić autentyczność i charakterystyczny regionalny smak dania. Boczek oraz ziemniaki z okolicznych upraw, są niezbędnymi składnikami, które nadają potrawie wyjątkowy charakter i doskonałe walory smakowe. Jednakże, oprócz wyselekcjonowanych składników, istotną rolę odgrywa również zaangażowanie uczucia i pasji podczas przygotowywania kiszki. Wielu entuzjastów kuchni podlaskiej twierdzi, że prawdziwy smak potrawy można osiągnąć jedynie poprzez dodanie do niej odrobinę serca i duszy.  Ta pasja i zaangażowanie w sztukę kulinarną są nieodłącznymi elementami kultury Podlasia, której kiszka ziemniaczana jest doskonałym przykładem. To nie tylko potrawa, lecz prawdziwe arcydzieło, które łączy w sobie historię, tradycję i unikalny smak regionu.

Kulinarne święto Podlasia: zawody, smaki i wspólnota

Wspomniane zawody to nie tylko okazja do prezentacji kulinarnych umiejętności, ale także doskonała okazja do integracji społeczności lokalnej oraz promocji kultury Podlasia. Impreza towarzysząca zawodom, pełna jest atrakcji dla uczestników i widzów. Na przykład koncerty renomowanych artystów oraz degustacje tradycyjnych podlaskich nalewek i innych lokalnych specjałów. Dodatkowo, wspólna pasja do kuchni podlaskiej buduje więzi społeczne i wzmacnia więzi lokalnej społeczności. Tworzy niezapomniane wspomnienia oraz inspiruje do dalszego eksplorowania bogactwa kulinarnego regionu. To wydarzenie jest hołdem dla bogactwa kulinarnego dziedzictwa regionu. Wyróżnia się niepowtarzalnym charakterem i atmosferą, przyciągając zarówno smakoszy, jak i miłośników kultury Podlasia.

Partnerzy portalu:

Mężczyzna zabrał złoto. Nawiedzała go zjawa.

Mężczyzna zabrał złoto. Nawiedzała go zjawa.

W Kiermusach obok Tykocina odnajdziemy nietypowe Muzeum. Podczas gdy w innych obiektach obowiązuje zakaz dotykania eksponatów, tu jest wręcz przeciwnie. Podniesiemy nawet miecz słynnego rycerza Longina Podbipięty. Zbiory pochodzą z całej Polski i Europy. Część z nich trafiło w prost z ekranizacji trylogii H. Sienkiewicza. Stanowią one podarunek od reżysera Jerzego Hoffmana. To właśnie jego imię nosi Muzeum Oręża Polskiego mieszczące się w ”Jantarowym Kasztelu”. Nieopodal przepływa urokliwa rzeka Narew.

 

Obiekt składa się z trzech części. Pierwsza z nich niemal w całości poświęcona jest powieści ”Krzyżacy”. Druga część przenosi nas już do świata sienkiewiczowskiej trylogii. Na deser pozostaje przyjezdnym zamkowy dziedziniec z basztami, armatami oraz loch z izbą tortur. Z pomieszczeń rozchodzi się typowa dla tamtego okresu muzyka.

 

W maju 2003 r. w czasie rekonstrukcji Jantarowego Kasztelu doszło do dziwnych wydarzeń. Podczas prac budowlanych, operator koparki natrafił na głaz. Wówczas również usłyszał cichy kobiecy jęk. Łyżka koparki pękła. W głazie odnalazł złoty pierścionek. O całym zajściu nie poinformował nikogo. Od tej pory jednak zaczął mieć koszmary. W snach nawiedzała go biała dama błagająca o zwrot biżuterii. Mężczyzna nie miał wyboru. Zaniósł pierścionek na miejsce. Noce znów były spokojne.

Partnerzy portalu:

Carpaccio – na białostockim rynku powstało rekordowe danie

Carpaccio – na białostockim rynku powstało rekordowe danie

Carpaccio zostało z wielką radością podzielone i spożyte przez mieszkańców Białegostoku oraz licznych przechodniów. To oni z zaciekawieniem obserwowali to niezwykłe wydarzenie kulinarnego świata. Jego znaczenie przekroczyło granice restauracji, stając się symbolem determinacji, pasji i wspólnotowej pracy, która może przynieść niezwykłe efekty i inspirować innych do podobnych osiągnięć.

Carpaccio z Białegostoku: kulinarne osiągnięcie roku

W minionym roku, restauracja z Białegostoku podjęła wyjątkowe wyzwanie, mając na celu ustanowienie prestiżowego rekordu Guinnessa. Ich zadaniem było przygotowanie monumentalnego dania włoskiej kuchni – carpaccio o niezwykłych wymiarach: 100 kg wagi i 45 m długości. To ambitne przedsięwzięcie wymagało nie tylko ogromnej ilości składników, ale także niezwykłej precyzji, perfekcji technicznej oraz zaangażowania całego zespołu kucharzy. Kluczowym momentem w przygotowaniu tego gigantycznego dania było krojenie aż 70 kg czerwonych buraków na delikatne i równomierne plastry. Stanowiło to nie lada wyzwanie, zwłaszcza biorąc pod uwagę konieczność zachowania czystości Placu Kościuszki, gdzie miało miejsce to historyczne wydarzenie kulinarnego świata. Przedstawiciel Obwodowego Urzędu Miar czuwał nad całym procesem przygotowania dania, pilnując przestrzegania wszystkich wytycznych i norm, aby zapewnić rzetelność rekordu Guinnessa.

Tajemnice przygotowania dania

Nie można zapomnieć o istotnej roli składników użytych do przygotowania carpaccio. Oprócz buraków, wykorzystano 20 kg wyśmienitego sera z Korycina. Dodano również aromatyczne orzechy włoskie, świeżą rukolę oraz wyrafinowany sos vinegret. Tak stworzono harmonijną i niezapomnianą symfonię smaków i tekstur. Proces przygotowania tego monumentalnego dania rozpoczął się wcześnie rano, a kucharze poświęcili cały dzień, aby doprowadzić je do perfekcji. Cała restauracja była ożywiona ekscytacją i determinacją, dążąc do osiągnięcia celu. Nie tylko składniki, lecz również proces przygotowania odegrał kluczową rolę w osiągnięciu doskonałego efektu kulinarnej artyzacji. Kucharze poświęcili wiele godzin. Dbali o każdy detal, aby carpaccio było nie tylko smaczne, ale również estetycznie prezentujące się na stole. Po godzinach starannego przygotowania, stół w końcu udało się zapełnić potrawą. Radość i satysfakcja pracowników była ogromna, gdy oficjalnie ogłoszono, że udało się pobić rekord Guinnessa.

Partnerzy portalu:

Mieszkańcom tej wsi ogień nie grozi

Mieszkańcom tej wsi ogień nie grozi

W małej podlaskiej miejscowości Nowodworce nieopodal Białegostoku wszyscy mogą spać spokojnie. Ognisty żywioł nikogo tam nie zaskoczy. Odnajdziemy tam Muzeum Straży Pożarnej. Eksponaty są oczywiście w pełni sprawne i w pełnej gotowości bojowej. Wyjeżdżają w teren tylko raz w roku w ramach parady. Na swej drodze spotykają wówczas tłumy ciekawskich.

 

Najstarszy pojazd ma blisko pół wieku. Jak wiadomo, technika poszła naprzód i obecnie próżno zaobserwować takie wozy na ulicach. Muzeum powstało w 2000 r. z pomysłu Henryka Domanowskiego. Wozy strażackie możemy podziwiać codzienne a wstęp jest całkowicie bezpłatny. Wozy bojowe takich marek jak Lublin, Żuk, Star czy UAZ u niejednego przywołają wspomnienia. Muzeum to jednak nie tylko auta. Zainteresowanie wzbudzają chociażby zabytkowe motopompy. Główne miejsce w tzw. izbie tradycji zajmuje jednak wóz konny, określany jako ”platforma”. Jeszcze w 2007 r. brał udział w akcjach gaśniczych. Eksponaty pochodzą z całego województwa.

Partnerzy portalu:

Cerkiew trzykrotnie płonęła. Teraz jest wizytówką miasta.

Cerkiew trzykrotnie płonęła. Teraz jest wizytówką miasta.

Stanowi nie lada gratkę dla fotografów, ale i nie tylko. Cerkiew św. Ducha w Białymstoku to największa w Polsce świątynia prawosławna. Również w skali europejskiej należy do czołówki. Z pewnością stanowi obecnie jeden ze znaków rozpoznawczych miasta.

 

Po II Wojnie Światowej w Białymstoku zaszły poważne zmiany w strukturze społecznej. Do miasta przybywali mieszkańcy okolicznych wsi i miasteczek. Tym samym zajęli miejsce ludności żydowskiej. Władze PRL-u tworzyły nowe zakłady przemysłowe, których funkcjonowanie wymagało zaangażowania wielu pracowników. W Białymstoku szybko rosły nowe osiedla. Dużą część z nich zamieszkały rodziny prawosławne. 

 

Wzrost liczby wiernych przy sytuacji wyżu demograficznego oznaczał konieczność budowy nowej świątyni. Obecne nie mogły pomieścić wszystkich. Duchowni pięciokrotnie prosili o zgodę na rozpoczęcie prac nad cerkwią. Zgodę uzyskał dopiero biskup Sawa. Świątynia miała być wzniesiona dla mieszkańców największych białostockich dzielnic. Duża liczba wiernych oznaczała konieczność budowy odpowiednio dużej cerkwi. Parafianie pomagali jak tylko mogli. Dobrowolnie brali udział nawet w najcięższych czynnościach.  Mimo starań jednak nie udało się zapobiec kilku pożarom. Nie każdemu taka inicjatywa się bowiem podobała. Musiało minąć ponad 20 lat aby cerkiew przybrała obecny wygląd. 

Partnerzy portalu:

Pod Supraślem wierni składali ofiary

Pod Supraślem wierni składali ofiary

Podlaska ziemia kryje wiele śladów po dawnych kulturach. Tak jest też w Supraślu koło Białegostoku. Uważa się, że okolica, a szczególnie mała wysepka o nazwie Dęby, stanowiła istotne miejsce kultu. Świadczą o tym naczynia, które odnaleziono pod miasteczkiem. Były one ułożone do góry dnem, co sugeruje złożenie ofiar dla jednego z bóstw. Dla którego? O tym wiedzą tylko oni sami…

O wyjątkowości terenu decydowało głównie jego ustronne położenie. Przedmioty w nie najlepszym stanie trafiły do konserwacji, a następnie do laboratorium. Badacze poszukiwali bowiem śladów materiałów organicznych. Naczynia datuje się na kilka tysięcy lat. Pochodzą więc z epoki żelaza. Wówczas na terenie kraju rozwijała się Kultura Łużycka. Ze Śląska i Wielkopolski dotarła na inne tereny, w tym wschód kraju.

Partnerzy portalu: